Huawei intensyfikuje działania na rynku tabletów. Planuje ofensywę we wszystkich segmentach

Chińska firma Huawei ma silnie rozwinięty oddział w Polsce. Dotychczas był on skupiony bardziej na rozwiązaniach telekomunikacyjnych i informatycznych oraz zapewniał zaplecze technologiczne innym firmom i operatorom. Teraz firma planuje wejść na rynek urządzeń mobilnych. Na znaczeniu zyskuje również segment rozwiązań dla przedsiębiorstw.

Duży potencjał na rynkach polskim i globalnym widzimy w różnego rodzaju terminalach, czyli zarówno telefony, jak i urządzenia mobilne, takie jak tablety. Segment ten bardzo dynamicznie się rozwija na rynku globalnym i z pewnością ten sam trend będziemy obserwować na rynku polskim – twierdzi Krzysztof Sągolewski, solution director w Huawei Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Biznesowe podejście Huawei do polskiego rynku jest kompleksowe. Firma, poza mobilnymi urządzeniami, widzi jeszcze dwie główne gałęzie rynku teleinformatycznego, na które chce wejść w Polsce, wykorzystując doświadczenie globalne.

Po pierwsze, jest to klasyczny rynek operatorski z rozwiązaniami operatorskimi różnego rodzaju, zaczynając od dostępu, a kończąc na corze [szkielecie] sieci. Po drugie, są to rozwiązania dla sieci mobilnych różnego rodzaju, w całym spektrum – mówi Krzysztof Sągolewski.  – Uczestniczymy na bieżąco we wszystkich projektach, które toczą się w naszym kraju, zarówno u operatów mobilnych, klasycznych, jak i u operatora narodowego – Orange.

Huawei, kontynuując swoją globalną strategię podłączenia do internetu „4,4 miliarda niepodłączonych”, zamierza uczestniczyć w budowie szerokopasmowych łączy także w Polsce.

Jako dostawca, po pierwsze globalny, po drugie istniejący na polskim rynku ponad 10 lat, będziemy uczestniczyli w różnego rodzaju krajowych projektach, zarówno w ramach programów szerokopasmowych, które są w bieżącej perspektywie, jak i w przyszłej, czyli w latach 20152020 – zapewnia przedstawiciel Huawei.

Jak twierdzi Krzysztof Sągolewski, polski oddział chińskiego producenta, który zatrudnia ponad 500 osób, operuje na terenie całego kraju, nie faworyzując żadnego obszaru.

Wszystko zależy od tego, gdzie dany operator potrzebuje nas jako dostawcy, potrzebuje naszego wsparcia, dostawy sprzętu, instalacji czy jakiegoś konkretnego wdrożenia – twierdzi Sągolewski.

Na Podkarpaciu Huawei wprowadziło platformę IMS-ową, która poprzez zintegrowane przesyłanie danych i głosu za pomocą sieci IP, zapewnia szereg usług dla mieszkańców, takich jak VoIP (Voice over the Internet), czyli telefonię internetową.

Jeżeli będzie zapotrzebowanie na rynku na takie projekty, będziemy je kontynuować na terenie kraju – zapewnia solution director w Huawei Polska.

Ważny z punktu widzenia producenta jest także rynek rozwiązań przygotowywanych z myślą przedsiębiorstwach.

Jest to cały dział Huawei Enterprise, który prężnie działa i próbuje rozwinąć tę naszą działalność na tym rynku – mówi Krzysztof Sągolewski.

W środę chiński koncern ogłosił zaudytowane wyniki za 2013 rok. Największy wzrost firma odnotowała właśnie w sektorze rozwiązań dla przedsiębiorstw – 32,4 proc., choć na razie to najmniejszy dział firmy, o sprzedaży wartej 2,5 mld dolarów. Całkowite przychody ze sprzedaży wyniosły 38,4 mld dolarów, a dochód netto – 3,4 mld dolarów. Większą kwotę, bo 5 mld dolarów koncern przeznaczył na badania i rozwój. 65 proc. przychodów Huawei pochodzi spoza granic Chin.

Usługi kaletnicze znów popularne. Klienci chętnie zamawiają torby dostosowane do indywidualnych potrzeb

CEO Magazyn PolskaKaletnictwo – choć przez ostatnie lata nieco zapomniane – teraz znów wraca do łask. Do pracowni kaletniczych przychodzą już nie tylko ludzie starsi, by naprawić skórzaną torbę czy pasek, lecz także coraz więcej osób, które chcą złożyć oryginalne zamówienie, np. na niebanalną torebkę dostosowaną do indywidualnych potrzeb.

Kaletnicy przyznają, że każde zamówienie jest drobiazgowo opracowywane od momentu projektu do chwili realizacji, ponieważ klienci oczekują produktu, który będzie służył przez lata.

Moja praca jest o tyle szczególna, że gdy wykonuję torebkę na zamówienie danej osoby, która do mnie przychodzi, przede wszystkim staram się poznać tę osobę. Muszę się dowiedzieć, z kim mam do czynienia, jaki tryb życia prowadzi, co najbardziej jest jej potrzebne do tego, żeby produkt spełniał oczekiwania klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Olga Werbeniec, mistrz kaletniczy, Prezes Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów, Mistrz Rzemiosła Artystycznego.

Zawód kaletnika wymaga ogromnego doświadczenia, wiedzy i wyczucia. W pracy z tak trudnym materiałem, jakim jest skóra, nie ma miejsca na pomyłki.

Najpierw przygotowuję rysunki danej torebki. Następnie prototyp. W moim wypadku jest to właściwie makieta torebki, wykonana z zastępczych materiałów, z podobnymi rozwiązaniami technicznymi. Klientka musi się w nią spakować, włożyć do niej wszystkie rzeczy, których będzie używała. Wtedy oglądamy tę rzecz, wybieramy skóry i nici – mówi Olga Werbeniec.

Kaletnicy, chcąc utrzymać się na rynku, obserwują aktualne trendy. Szukają najlepszych rozwiązań, by sprostać oczekiwaniom klientów, którzy przychodzą do ich pracowni z różnymi, często bardzo nietypowymi zamówieniami.

Ważne są indywidualne rozwiązania dostosowane do potrzeb danej osoby, jeśli chodzi o konstrukcję wnętrz. Inne potrzeby będzie miała profesor geologii, a inne młoda matka, która chodzi z wózkiem, dzieckiem, butelkami z mlekiem. Inne rzeczy do swojej torebki włoży pani mecenas, a inne emerytka – wymienia Olga Werbeniec.

Wśród klientów zakładów kaletniczych są przede wszystkim osoby, dla których oferta sklepów z galanterią skórzaną nie jest wystarczająca. Tutaj mają gwarancję, że zamówiony towar będzie w stu procentach spełniał ich oczekiwania.

Zgłosiła się do mnie fotoreporterka, która wyjeżdżała do Korei Północnej. Torebka, którą zamówiła, miała kamuflować możliwość przewozu profesjonalnego sprzętu filmowego. Żeby wykonać to zamówienie, po pierwsze farbowałam tkaninę tak, żeby wyglądała jak stara. Po drugie skóra była postarzana, ale musiała mieć parametry techniczne nowej skóry. Dawałam też – wyjątkowo – używane okucia, a jednocześnie do środka musiałam wszyć i włożyć wszystkie pianki – mówi Olga Werbeniec.

Kaletnicy skarżą się, że nie ma już szkół kształcących w tym kierunku, a uczniowie, którzy zgłaszają się na praktyki, zwykle szybko rezygnują z przyuczenia do zawodu.

Operatorzy komórkowi liczą na klientów przenoszących numery

CEO Magazyn Polska

W Polsce przypada 1,5 karty SIM na osobę – wynika z danych GUS. Rynek staje się coraz bardziej nasycony, więc operatorzy komórkowi starają się walczyć o klientów konkurencji. Jak wynika z danych od operatorów komórkowych, w ubiegłym roku sieć zmieniło 1,5 mln numerów – o 0,3 mln więcej niż w 2012 r. Wśród polskich telekomów Play jest liderem pod względem liczby przejmowanych numerów.

Choć procentowy udział numerów przenoszonych do sieci Play w stosunku do całego ruchu numerów we wszystkich sieciach komórkowych obniża się, operator P4 nadal jest pod tym względem liderem na polskim rynku telekomów.

Bezwzględna liczba numerów przenoszonych do naszej sieci w dalszym ciągu rośnie. Jest to prognostyk bardzo dobrego dalszego wzrostu naszej firmy i pozyskania klientów w tym roku. Innymi słowy, dynamika mierzona liczbą numerów przenoszonych do naszej sieci utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie z tendencją wzrostową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Niewęgłowski, Chief Strategy Officer z firmy P4, operatora sieci Play.

W ubiegłym roku sieć zmieniło o 23 proc. numerów więcej niż w 2012 roku – wynika z raportu Telepolis.pl. P4 przyjął ponad 900 tys. numerów (ponad 58-proc. udział w rynku MNP), a oddał 140 tysięcy (na czysto więc zyskał ponad 760 tys. numerów). Na kolejnych miejscach znaleźli się Orange i T-Mobile.

Sam fakt, że wzrasta również ruch numerów przenoszonych między pozostałymi sieciami ze względu i na popularyzację samego procesu przenoszenia numerów, i na zaostrzającą się konkurencję pomiędzy pozostałymi operatorami na rynku powoduje, że nasze udziały procentowe są nieco mniejsze, ale to w żaden sposób nie odbija się na naszym wzroście – podkreśla Niewęgłowski.

Operatorzy komórkowi mają w swoich ofertach specjalną propozycje dla osób przenoszących numery. Szansą dla telekomów mogą być również klienci rezygnujący z telefonii stacjonarnej i przenoszący się do sieci komórkowych.

Rośnie popularność kawy ziarnistej, ale Polacy są wierni tradycyjnym markom kawy mielonej

Polacy wciąż piją bardzo mało kawy, trzykrotnie mniej od Niemców i prawie pięciokrotnie mniej od Skandynawów, którzy są rekordzistami pod względem ilości spożywanej kawy. Rośnie za to popularność kaw ziarnistych i tych z sektora premium. To efekt szerokiej oferty domowych ekspresów ciśnieniowych. Polacy rozsmakowali się także w kawie brazylijskiej, której promocji sprzyja zbliżający się mundial piłkarski.

– Wzrosty są widoczne. Wynoszą około 10 proc. W Polsce coraz częściej sięga się po produkty 100 proc. arabica, jednak wzrasta nie tylko konsumpcja produktów premium, lecz także kaw ziarnistych, Polacy piją ich coraz więcej. Wynika to ze świadomości konsumenckiej oraz  z faktu, że społeczeństwo coraz częściej nabywa ekspresy ciśnieniowe, które pozwalają na przygotowanie kaw ziarnistych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roland Brylewski, dyrektor ds. sprzedaży palarni kawy WOSEBA.

Podkreśla, że spożycie kawy w Polsce jest wciąż na bardzo niskim poziomie. Przeciętny Polak rocznie wypija napar z 2,5-3 kg kawy. W Niemczech średnia wynosi 7-9 kilogramów, a w krajach skandynawskich jest to nawet 14 kilogramów na mieszkańca.

Według innych danych, opublikowanych w styczniu tego roku przez Euromonitor, przekłada się to na ponad 95 litrów kawy wypijanych rocznie przez statystycznego Polaka. Przodujący w tym rankingu Holendrzy rocznie wypijają ponad 200 litrów kawy na jednego mieszkańca. Skandynawowie piją jednak mocniejszą kawę, bo choć spożycie naparu jest niższe, to po przeliczeniu na ziarna kawy największymi kawoszami są Finowie, Norwegowie i Islandczycy.

Roland Brylewski dodaje, że im bardziej na zachód Polski, tym spożycie kawy jest większe. Wzrosty notowane są jednak na wszystkich rynkach.

W chwili obecnej notujemy bardzo dynamiczny przyrost sprzedaży kaw premium. Jesteśmy producentem najbardziej rozpoznawalnej marki kawy WOSEBA Mocca Fix Gold w tym obszarze, gdzie sprzedaż i spożycie kawy jest największe. Bardzo dobrze jest oceniana nasza kawa Arabica, jak również Cafè Brasil. Jak wynika z naszych badań, Cafè Brasil to produkt, który spełnia oczekiwania smakowe polskich konsumentów – powiedział w czasie Kongresu Poland & CEE Retail Summit Roland Brylewski.

Dodaje, że kawa brazylijska w tym roku jest promowana m.in. dzięki zbliżającym się mistrzostwom świata w piłkę nożną. WOSEBA jako pierwsza zaprojektowała nawiązujące do tego kraju opakowanie. WOSEBA sprzedaje swoje kawy przez wszystkie dostępne kanały sprzedaży w całej Polsce, co zapewnia jej piąte miejsce w czołówce producentów kawy na polskim rynku.

Polacy nie potrafią interpretować informacji umieszczonych na etykietach produktów

CEO Magazyn PolskaZ badań wynika, że dwie trzecie Polaków nie czyta etykiet na kupowanych przez siebie produktach spożywczych, a jeśli nawet zdarzy im się na nie spojrzeć, to nie potrafią ich zinterpretować. Bywa również, że producenci świadomie wprowadzają konsumentów w błąd, a istotne informacje są napisane małym drukiem. Specjaliści do spraw żywienia podkreślają, że etykiety powinny być czytelne i sformułowane tak, by każdy klient mógł je zrozumieć.

Informacje, które producent ma obowiązek umieścić na etykiecie, to oczywiście: nazwa produktu, dane identyfikujące firmę, producenta, waga. liczba netto, szczególne warunki przechowywania (jeżeli takich wymaga produkt), termin przydatności do spożycia – mówi agencji informacyjnej Newseria inż. Ewelina Plewicka, specjalista ds. żywienia z przychodni mdmed.

Producent powinien także wymienić wszystkie składniki, które zostały użyte do produkcji, w kolejności od największych ilości do śladowych. Na etykietkach produktów spożywczych często znajdują się też oznaczenia kodowe z literą „E”. Spis chemicznych środków dodawanych do żywności podzielony jest na kilka grup: E100–E199 (barwniki), E200–E299 (konserwanty i regulatory kwasowości), E300–E399 (przeciwutleniacze), E400–E499 (emulgatory, środki spulchniające, żelujące), E500–E599 (środki pomocnicze), E600–E699 (wzmacniacze smaku), E900–E999 (środki słodzące, nabłyszczające i inne), E1000–E1999 (stabilizatory, konserwanty, zagęstniki i inne). Eksperci do spraw żywienia radzą, by wybierając się na zakupy, mieć pod ręką taki właśnie wykaz.

Są poszczególne grupy, na które powinniśmy zwracać uwagę, ale niekoniecznie bać się wszystkiego. Należy uważać na niektóre barwniki w galaretkach czy budyniach. Mogą one powodować nadpobudliwość u dzieci. Jeżeli chodzi o konserwanty, to azotyny sodu bądź też wzmacniacze smaku, glutaminian sodu i jego pochodne są to składniki, których powinniśmy raczej unikać – wyjaśnia inż. Ewelina Plewicka.

Na opakowaniach często umieszczana jest informacja: „jedna porcja zawiera”. Specjaliści do spraw żywienia podkreślają, że za każdym trzeba razem sprawdzać, jaką objętość jednej porcji bierze pod uwagę dany producent. Nie zawsze jest to 100 g czy 100 ml. Producenci coraz częściej podają wartość energetyczną dla znacznie zaniżonej wartości gramowej jednej porcji. Takie zabiegi dotyczą przede wszystkim słodyczy i kalorycznych przekąsek. Zawartość poszczególnych składników odżywczych daje nam najwięcej informacji o produkcie.

Najczęściej jest to tabelka z wyszczególnionymi informacjami, takimi jak wartość energetyczna i ilość tłuszczu. I tutaj zwracajmy uwagę na kwasy tłuszczowe nasycone, węglowodany, w tym cukier, białko, sód i ewentualnie błonnik jako dodatkowe – tłumaczy inż. Ewelina Plewicka.

Producent powinien także umieścić na etykiecie wskaźnik GDA, który oznacza wskazane dzienne spożycie danego składnika. Dzięki niemu konsument wie, ile kalorii i jaki procent dziennego zapotrzebowania na energię zawiera dany produkt. Jest on liczony dla standardowej wartości 2000 kcal. Jednak indywidualne zapotrzebowanie kaloryczne może być zupełnie inne. Co więcej, procent zapotrzebowania liczony jest dla wszystkich posiłków w ciągu dnia, a nie tylko jednego posiłku.

Windeln.de przed Amazon.com i Zalando w rankingu e-commerce

0

Według najnowszego rankingu serwisu www.excitingcommerce.de, jednego z czołowych niemieckich portali traktujących o e-commerce, spółka Windeln.de z portfela Grupy MCI zajęła trzecie miejsce wśród najlepszych portali e-commerce w Niemczech, ustępując nieznacznie pola tylko Amazon.com i Buch.de, a wyprzedzając takie znane marki jak Ebay, Home24 czy Zalando. W kategorii Wizerunek Windeln.de nie miał sobie równych i wyprzedził wszystkie analizowane portale.

Pełne zestawienie znajduję się pod adresem: http://www.excitingcommerce.de/2014/04/category-killer-2014.html

Polacy w sieci kupują coraz częściej i czują się tam coraz bezpieczniej

Niedawno opublikowany został najnowszy raport z badania wykonanego przez TNS Polska na zlecenie serwisu Ceneo.pl. Dostarczyło ono interesujące dane na temat aktywności zakupowej Polskich internautów. Wniosek? Polacy w sieci kupują coraz częściej i czują się tam coraz bezpieczniej.

Liczby mówią same za siebie. Tylko 4 % internautów nigdy nie skorzystało z oferty sklepów online. Z pozostałych 96 % ponad jedna czwarta robi zakupy przez internet aż kilka razy w miesiącu. Dla zdecydowanej większości e- konsumentów zakupy w sieci to przede wszystkim niska cena i dostawa do domu. Liczy się też wygoda i oszczędność czasu, czyli wszystko to co od dawna stanowi atut sklepów internetowych w starciu z oferentami tradycyjnymi.

Znaczący progres dotyczy także poziomu zaufania, którym internauci obdarzają e-sklepy mimo, iż jeszcze kilka lat temu wydawało się to nieosiągalne. Duża część internautów poziom bezpieczeństwa sklepów internetowych porównuje z tym, jakim darzą oni sprzedawców stacjonarnych, tradycyjnych. Aż 80 % internautów decyzję o zakupie w danym sklepie podejmuje po przeczytaniu rekomendacji i opinii na jego stronie. Prawie połowa szuka też wpisów na portalach niezależnych. Są i tacy którzy sięgają do regulaminów, szukają danych firmy i certyfikatów. Zaledwie 7 % w ogóle nie opiera swojej decyzji zakupowej na jakichkolwiek gwarantach jakości i bezpieczeństwa. Dane dowodzą jak wielkie znaczenie w e-commerce mają opinie i rekomendacje. E-sklep z kiepską reputacją nie ma najmniejszych szans na sukces. Dodatkowo, internauci widząc jakie znaczenie dla nich samych mają opinie pozostawiane na portalach przez innych konsumentów, coraz chętniej dzielą się własnymi sądami i recenzjami – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365NET.

Znaczący jest również fakt, że kupujący w sieci to klient wierny. Chętnie wraca on do tych serwisów, gdzie dokonane wcześniej zakupy były dla niego satysfakcjonujące. Satysfakcja ta ogniskuje oceny realizacji oczekiwań klienta względem danego e-sklepu. Na pierwszym miejscu jest oczywiście cena. Lojalność budują także szybkość dostawy i wiarygodność serwisu sprzedażowego.

Źródło: Badanie przeprowadzone przez TNS Polska na zlecenie Ceneo.pl, między 6 a 14 lutego tego roku, na reprezentatywnej próbie 1000 internautów. Uzupełnione zostało ono o dane z ankiet przeprowadzanych przez Ceneo.pl.

Serinus przyspiesza w Tunezji i współpracuje z Geofizyką Toruń

W ciągu najbliższych miesięcy Serinus Energy wykona szereg prac na swoich koncesjach, pozyskanych w 2013 roku wraz z nabyciem Winstar Energy. Spółka planuje wykonać dwa nowe odwierty na polu Sabria, modernizację istniejących odwiertów oraz pozyskać 203.5 km² danych sejsmicznych 3D.

Modernizacja istniejących oraz rozpoczęcie wiercenia nowych odwiertów na polu Sabria

Serinus Energy zakończył przygotowanie terenu pod odwiert Winstar-12bis oraz rozpoczął prace nad miejscem odwiertu Winstar-13 na terenie koncesji Sabria. Przewiduje się, że wiertnica dotrze do miejsca prac w maju. Wcześniej, odwierty oznaczane były jako Sabria-12bis oraz Sabria-13.

Spółka stopniowo zwiększa również przepustowość odwiertu Sab-11 – jednego z czterech produkujących na polu Sabria. Wykorzystanie rury o rozszerzonej do 16/64’’ średnicy (wcześniej: 10/64’’) poskutkowało zwiększeniem produkcji ze 130 do 180 baryłek ropy naftowej dziennie. Spółka planuje przeprowadzenie podobnych testów na innych odwiertach. Obecna produkcja z pola Sabria wynosi 475 baryłek ropy oraz 37 tys. metrów sześciennych gazu dziennie (214 baryłek ropy i 16 tys. metrów sześciennych gazu netto dla Serinus).

Modernizacja odwiertów na terenie koncesji Chouech Es Saida

Pod koniec marca Spółka przygotowała urządzenia coiled tubing do prac przy dwóch odwiertach na terenie koncesji Chouech Es Saida: CS-Sil-10 oraz CS-Sil-1. Posłużą one do testów produkcyjnych oraz analiz niższych stref geologicznych przy pierwszym z odwiertów – CS-Sil-10, który został wydrążony w 2011 roku. Testy wykazały przepływ na poziomie 1.000 baryłek dziennie przez 40 godzin, po czym z odwiertu popłynęły duże ilości wody. Nadchodzące prace najprawdopodobniej przesądzą o przyszłości odwiertu CS-Sil-10.

Po zakończeniu prac nad CS-Sil-10, urządzenie coiled tubing zostanie przetransportowane na teren odwiertu CS-Sil-1, wydrążonego w 2010 roku, z którego trwa produkcja na poziomie 14 tys. metrów sześciennych gazu oraz 63 baryłek kondensatu dziennie. Celem prac będzie zwiększenie produkcji z jednej strefy, oraz uruchomienie dwóch dodatkowych stref, które uzyskały w testach przepływ na poziomach 25 tys. m sześc. gazu i 100 baryłek kondensatu dziennie oraz 25 tys. m sześc. gazu i 292 baryłek kondensatu dziennie. Spółka przewiduje, że ze względu na ograniczenia techniczne, łączna dzienna produkcja z tych stref będzie niższa od sumy wyników testów.

Prace wiertnicze na koncesjach Chouech Es Saida i Ech Chouech

Serinus zakontraktowała urządzenie wiertnicze o mocy 750 koni mechanicznych, które jest własnością tunezyjskiej spółki Ulysse Petroleum Engineering. Posłuży ono do prac nad czterema odwiertami na koncesjach Chouech Es Saida i Ech Chouech (CS-11, CS-8bis, EC-4 oraz ECS-1). Prace nad tymi odwiertami rozpoczną się w kwietniu i mają na celu zwiększenie produkcji ze znanych stref zawierających węglowodory oraz zlokalizowanie nowych.

Badania sejsmiczne na koncesji Sanrhar

Serinus Energy zleciła polskiej spółce Geofizyka Toruń badania sejsmiczne 3D na terenie koncesji Sanrhar. Obejmą one teren 203.5 km², prace rozpoczną się na początku maja i potrwają ok. 6-7 tygodni. Obecna produkcja z pola Sanrhar wynosi ok. 50-60 baryłek dziennie. Wydobycie odbywa się z jednego odwiertu – SNN-1.

Pieniądz nie do podrobienia, czyli o nowych zabezpieczeniach polskich banknotów

Pas opalizujący, pole bieli i znaki wodne, to tylko część z nowych zabezpieczeń, jakie pojawią się na polskich banknotach. Wszystko po to, by społeczeństwu było łatwiej odróżnić oryginał od falsyfikatu. I choć zmodernizowane banknoty trafią do obiegu na dniach, nie oznacza to wycofania obecnie używanych banknotów, które pozostaną bezterminowo prawnym środkiem płatniczym w Polsce.

Pieniądz jako środek płatniczy od dawien dawna kusił nie tylko miłośników łatwego łupu, ale też fałszerzy. W Polsce jako pierwszego podrobionodenara krzyżowego z IX wieku. Z kolei największa afera fałszerska wybuchła w czasach II Rzeczpospolitej, kiedy to kasjerzy Dworca Głównego w Warszawie wprowadzali do obiegu fałszywe banknoty o nominale 20 złotych, wydając falsyfikaty jako resztę za kupiony bilet. Podrabianie polskich pieniędzy wyszło z mody w latach 80-tych. Fałszerze przerzucili się wówczas na dolary i marki, w szczególności zachodnioniemieckie. Po denominacji, która nastąpiła w 1995 roku, polskie banknoty otrzymały jedne z najlepszych zabezpieczeń. I choć po 19 latach nadal dobrze się sprawdzają, to Narodowy Bank Polski postanowił udoskonalić system zabezpieczeń polskiej waluty.

I tak od 7 kwietnia 2014 roku w portfelach Polaków znajdą się nowe zmodernizowane banknoty. Jak wyjaśnia Barbara Jaroszek, zastępca dyrektora Departamentu Emisyjno-Skarbcowego NBP „Zmianie ulegną banknoty o nominałach 10, 20, 50 i 100 złotych, natomiast banknot 200-złotowy pozostaje taki sam. Zmiany nie dotyczą wizerunków, banknoty nadal będą wyglądały tak samo – królowie pozostają na swoich miejscach, ale […] nowe zabezpieczenia będzie można na pierwszy rzut oka odróżnić.”

Co się zatem zmieni? Wszystkie banknoty będą jaśniejsze, a to wszystko przez tzw. odkryte pole bieli. Wprowadza się je, by ułatwić społeczeństwu weryfikację ważnego zabezpieczenia – znaku wodnego, który będzie lepiej widoczny i rozpoznawalny. Na banknotach zostanie wprowadzony też tzw. filigran, czyli jednotonowy znak wodny przedstawiający nominał, czego nie ma na banknotach z dotychczasowych emisji. Dzięki białym pasom będzie można określić stopień zabrudzenia i jakość banknotów w obiegu. Na każdym z czterech rodzajów banknotów będą też dodatkowe zabezpieczenia. Pojawi się pas opalizujący w kolorze liliowym na 20 zł i kolorze turkusowym na 10 zł, który będzie widoczny lub nie, zależnie od kąta patrzenia. „Na banknocie 50-złotowym taka podstawowa widoczna zmiana polega na tym, że po prawej stronie królewska litera K – do tej pory w odcieniach purpurowych – będzie teraz płynnie zmieniała kolor od niebieskiego do zielonego. Natomiast na banknocie 100-złotowym mamy więcej zmian. Po lewej stronie zniknie rozeta w kolorze złotym. Jej podobny wizerunek zostanie przesunięty na prawą stronę i będzie zmieniał swój kolor od złotego do zielonkawego” – dodaje Barbara Jaroszek. Pojawią się też mikroskopijne napisy, czytelne jedynie po powiększeniu oraz dodatkowe zabezpieczenia widoczne w promieniach UV. Zmienione zostaną podpisy prezesa – zniknie podpis Hanny Gronkiewicz-Waltz, który zastąpi podpis Marka Belki.

Nowe zabezpieczenia mogą fałszerzom spędzać sen z powiek, bo według ekspertów są one bardzo trudne do podrobienia. Nawet ze stworzeniem imitacji raczej nie będzie można sobie poradzić. Oczywiście nie ma rzeczy niemożliwych, bo choć polskie banknoty fałszowane są stosunkowo rzadko, to zeszłym roku na milion sztuk pozostających w obiegu przypadało 8 banknotów sfałszowanych. Dlatego warto jest mieć jakiekolwiek pojęcie o sposobach ich rozróżniania i tego, w jaki sposób są zabezpieczone.

Po pierwsze: polskie banknoty wykonane są z wielką precyzją i na wysokiej jakości papierze. Po drugie: do sprawdzenia autentyczności papierowego pieniądza wykorzystujemy nie tylko wzrok, ale też opuszki palców lub paznokcie – zaznacza Kamil Kiliński, ekspert ds. bezpieczeństwa informacji Citi Handlowy i dodaje, że „[…] możemy wziąć w dłonie taki banknot, sprawdzić, czy są odpowiednie elementy wypukłe, jak również można pod światło dzienne dokonać sprawdzenia, czy znaki wodne zostały odpowiednio naniesione i czy są zgodne z zaleceniami NBP.”

Zmiana zabezpieczeń na banknotach to czysto techniczna operacja, którą przeprowadzają banki centralne średnio co 8 lat. Ważne jest, że w obiegu nadal będą utrzymywane stare pieniądze.

Kupujący nieruchomości na rynku pierwotnym są lepiej chronieni – UOKiK o ustawie deweloperskiej

29 kwietnia 2012 r. weszła w życie ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego. Jej głównym celem było  ograniczenie ryzyka, które ponosi konsument w związku z zakupem mieszkania lub domu na rynku pierwotnym.  Po blisko dwóch latach obowiązywania ustawy UOKiK przedstawił wnioski z analizy funkcjonowania nowego prawa. Przeprowadzone zostało m.in. kompleksowe badanie rynku, w którym blisko tysiąc podmiotów deweloperów, spółdzielni mieszkaniowych oraz banków – zostało zapytanych o ocenę obowiązujących przepisów, ich wpływ na działalność gospodarczą oraz potrzebę i zakres ewentualnych zmian w ustawie. W lutym br., Urząd przedstawił również Raport z kontroli wzorców umownych stosowanych przez deweloperów w obrocie z konsumentami.

Obserwacje Urzędu oraz informacje zebrane od przedsiębiorców pokazują, że podstawowy cel nowej regulacji został osiągnięty i poziom ochrony nabywców wzrósł. Potwierdza to również spadek liczby skarg na deweloperów napływających do UOKiK oraz będących ich efektem postępowań w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów prowadzonych przez Urząd. Kolejną pozytywną zmianą jest m.in. wzrost ilości inwestycji, które nie są finansowane w całości z pieniędzy nabywców.

Propozycje zmian legislacyjnych

Ogólna  ocena skutków obowiązującej ustawy jest pozytywna, jednak Urząd dostrzega potrzebę modyfikacji przepisów w celu jeszcze lepszej ochrony konsumentów oraz zabezpieczenia interesów przedsiębiorców. Wiele wniosków UOKiK jest tożsamych z propozycjami zmian wskazywanymi przez profesjonalnych uczestników rynku.

Umowa rezerwacyjna

Przykładem jest konieczność uregulowania w przepisach kwestii dotyczących umowy rezerwacyjnej. Jest ona zawierana pomiędzy deweloperem i nabywcą, a jej przedmiotem jest wyłączenie lokalu ze sprzedaży na określony czas i dla części banków jest wystarczającym dokumentem do rozpatrzenia wniosku konsumenta o kredyt.  Zarówno przedsiębiorcy, jak i UOKiK stoją na stanowisku, że konieczne jest zdefiniowanie tego typu kontraktów oraz wprowadzenie ich do ustawy chroniącej prawa nabywców lokali mieszkalnych.

Obowiązki przedkontraktowe

Urząd zgadza się również z postulatami dotyczącymi doprecyzowania informacji, które deweloper musi zamieścić w prospekcie informacyjnym. Dotyczy to m.in. obowiązku informowania konsumentów o planowanych inwestycjach w promieniu kilometra od nieruchomości. Proponowana zmiana miałaby polegać na doprecyzowaniu katalogu dokumentów, które mają być źródłem informacji przekazywanych w prospekcie.

Odbiór mieszkania

Aby  zapewnić jeszcze lepszą ochronę kupujących mieszkania na rynku pierwotnym zaproponowano  zmianę, która dałaby konsumentowi możliwość odmowy dokonania odbioru nieruchomości. Działoby się tak w przypadku, gdyby zawierała ona istotne wady, możliwe byłoby również wstrzymanie odbioru do czasu usunięcia usterek przez dewelopera.

Polscy medaliści z Soczi otrzymali od Jana Kulczyka sztabki złota

0

CEO Magazyn PolskaPodczas Gali Olimpijskiej, która odbyła się w siedzibie PKOl z udziałem prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska, polscy mistrzowie olimpijscy z Soczi otrzymali nagrody pieniężne oraz odznaczenia państwowe. Wyjątkową niespodziankę sprawił złotym medalistom Jan Kulczyk, sponsor reprezentacji olimpijskiej i szef Rady Patronów PKOl, który wręczył im złote sztabki o wadze 525 gramów każda. Nasi mistrzowie zasługują na prawdziwe złoto, a w medalu olimpijskim, który waży 531 gram, jest go zaledwie 6 gram – wyjaśnił.  

Ponad 3 mld ludzi na całym świecie oglądających ceremonię otwarcia igrzysk olimpijskich w Soczi, to prawie połowa ludności Ziemi. Wielu z nich właśnie dzięki Wam dowiedziało się, że Polska to kraj mistrzów, dzielnych, wytrwałych i niepokonanych. Dlatego Polscy kibice chcieliby Was ozłocić za to, co dla nas, dla siebie i dla Polski zrobiliście w Soczi. Wszyscy wiemy, jak bardzo zasłużyliście na owe brakujące 525 gramów złota – powiedział podczas Gali Jan Kulczyk, przewodniczący Rady Patronów PKOl i sponsor strategiczny reprezentacji olimpijskiej.

Złote medale olimpijskie, wbrew nazwie, wcale nie są zrobione ze złota. Ostatnie prawdziwe złote medale zostały wręczone na olimpiadzie w Sztokholmie w 1912 roku. Złoty krążek z Soczi jest jednym z największych w historii – waży 531 gramów, z czego tylko 6 gramów stanowi złoto, a reszta to srebro.

Ufundowane przez Kulczyka sztabki złota o wadze dokładnie 525 gramów, otrzymali, za każdy zdobyty złoty medal, Kamil Stoch, Zbigniew Bródka oraz Justyna Kowalczyk, która z powodu choroby nie dotarła na Galę.

Myślę, że takie byłoby życzenie wszystkich kibiców. Naszym złotym medalistom to się po prostu należy. Są przecież na wagę złota – podkreśla Jan Kulczyk w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Sztabki zostały wręczone podczas wczorajszej Gali Olimpijskiej z udziałem prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska. Polscy olimpijczycy otrzymali również nagrody pieniężne za sukcesy sportowe w Soczi oraz odznaczenia państwowe.

Sztabki, które zostały przygotowane specjalnie dla olimpijczyków, mają certyfikat zobowiązujący Mennicę Polską do ich odkupu po aktualnej cenie złota.

Jan Kulczyk podkreśla, że jest to symboliczne podziękowanie dla sportowców za emocje, których dostarczyli kibicom.

Wszyscy Polacy są szczęśliwi z tego powodu, że po raz pierwszy od lat na zimowej olimpiadzie zdobyliśmy cztery złote medale, jeden srebrny i jeden brązowy. Jeszcze raz gratulujemy naszym mistrzom – powiedział przewodniczący Rady Patronów PKOl i sponsor strategiczny reprezentacji olimpijskiej.

Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi polscy sportowcy zdobyli sześć medali: cztery złote (dwa wywalczył Kamil Stoch, po jednym Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka), jeden srebrny (drużyna łyżwiarek szybkich) i jeden brązowy (zespół panczenistów).

Erasmus+ nie tylko dla studentów. Pomoże także młodym przedsiębiorcom i sportowcom

CEO Magazyn Polska

Do końca kwietnia potrwa drugi już nabór chętnych do programu Erasmus+. Z 15 mld euro zagwarantowanych na jego potrzeby w ciągu następnych siedmiu lat Polska otrzyma 1 mld – w tym jedną trzecią z przeznaczeniem na szkolnictwo wyższe. Rozszerzona formuła programu pozwoli na wsparcie nie tylko wymian studenckich, lecz także na wymiany młodych przedsiębiorców i wsparcie sportu.

Tego programu nikt nie kwestionuje, a mieliśmy ogromne problemy, żeby obronić budżety w różnych dziedzinach – na ogół w nowej perspektywie są one mniejsze. A Erasmus już w pierwotnej wersji się sprawdził, wiele dał młodym ludziom, stał się widocznym świadectwem użyteczności wspólnej Europy. Dzięki temu mamy o 40 proc. więcej środków na lata 20142020 – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu.

Erasmus+ łączy dotychczasowe programy dla studentów, jak Comenius, Erasmus, Erasmus Mundus, Leonardo da Vinci. Jego budżet to 14,7 mld euro do 2020 r., z czego Polska ma otrzymać ok. 1 mld euro. Z programu skorzysta ponad 4 mln młodych ludzi w Unii Europejskiej.

Janusz Lewandowski podkreśla, że poszerzyło się grono adresatów programu – do studentów dołączyli młodzi przedsiębiorcy, uwzględniono także sport w wydaniu popularnym, a nie wyczynowym.

Takie idee, jak oferta wymiany dla młodych przedsiębiorców, to dobre wiadomości i perspektywiczne działanie – dodaje komisarz UE. – Decyzje o miejscu pobytu, branżach i działaniach powinny być traktowane elastycznie. To sam beneficjent powinien określić, jakie branże, jakie kraje i jaka działalność go interesują – uważa.

Dzięki Ersamusowi+ młodzi przedsiębiorcy będą mogli zapoznać się z działaniami firm z innych krajów. Janusz Lewandowski podkreśla, że rozwiązanie, które zaproponowano przedsiębiorcom, jest bardzo podobne do tego, z którego już wcześniej korzystali studenci wyjeżdżający na wymiany na zagraniczne uczelnie, gdzie mogli zobaczyć, jak funkcjonuje zagraniczna jednostka naukowa.

Będą mieli możliwość zapoznania się z funkcjonowaniem biznesu w różnych regionach Europy. To szansa dla młodych, przedsiębiorczych ludzi. Dotychczas z ich mobilnością i zaradnością były problemy w wielu krajach Europy – tłumaczy komisarz.

Erasmus+ to łącznie 15 miliardów euro do rozdysponowania. Nie określono jeszcze, jaki dokładnie będzie podział, ale to największa w historii pula pieniędzy przeznaczona na wymianę międzynarodową. Nabory jednak już się rozpoczęły – pierwszy miał miejsce w marcu, do końca kwietnia można się zgłaszać w kolejnym.

Z dotychczas prowadzonego programu Erasmus skorzystało ponad 3 miliony studentów, w tym 130 tys. z Polski. Teraz możliwości i środki będą dużo większe (o ok. 40 proc.).

Reformy gospodarcze na Ukrainie to szansa dla polskich firm. Skorzystać może zwłaszcza przemysł chemiczny, usługi i przetwórstwo

CEO Magazyn PolskaRząd Ukrainy zakłada w tym roku 3-proc. spadek PKB. Mimo że kondycja gospodarcza kraju jest fatalna, to przyjęte przez władze reformy mają wyciągnąć Ukrainę z kryzysu. Nowe otwarcie w gospodarce będzie szansą również dla polskich firm i inwestorów. Największe nadzieje daje przemysł chemiczny, przetwórstwo i usługi. Dla Ukrainy reformy oznaczają nie tylko napływ zagranicznych inwestycji, lecz także kapitału w postaci pomocy międzynarodowej.

Reformy przeprowadzone na Ukrainie pozwolą polskim przedsiębiorcom, którzy już są tam obecni, na  ponowne odkrycie dla siebie rynku ukraińskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Maksym Ferenc, partner w firmie konsultingowej Ferenc & Kuczyński. – Wejście w życie pakietu antykryzysowego i też pewna liberalizacja ukraińskiej gospodarki sprawią, że otwarty rynek ukraiński może być pewnym eldorado nie tylko dla polskich, lecz także dla unijnych przedsiębiorstw, które teraz decydują się na inwestycje w tym kraju – dodaje.

Pakiet antykryzysowy, zaproponowany przez rząd i przyjęty przez parlament, ma na celu zreformowanie całkowicie zdewastowanej gospodarki ukraińskiej. Reformy na Ukrainie dotyczyć będą m.in.: reformy sektorów energetycznego i finansowego, uwolnienia kursu hrywny, a także urealnienia cen gazu, które są obecnie subsydiowane przez państwo. Deficyt budżetu państwa ma zostać zmniejszony z 71,5 do 68,5 mld hrywien. Zamrożone zostaną podwyżki podstawowej płacy i minimum socjalnego, a dodatkowe dochody mają pochodzić z podatku ekologicznego oraz sprzedaży niektórych nieruchomości i pojazdów należących do państwa.

Przede wszystkim te reformy będą dotyczyły sytuacji wewnętrznej na Ukrainie. Urealnione ceny gazu dla odbiorców ukraińskich będą w niewielkim stopniu wpływały na polskie firmy usługowe na Ukrainie, ale w znacznie większym na przedsiębiorstwa przemysłowe, przedsiębiorstwa produkcyjne, które tam funkcjonują – podkreśla Ferenc. – Aczkolwiek ulgi podatkowe, które stopniowo są wprowadzane już od 2010 roku – tak naprawdę dla przedsiębiorców na Ukrainie – i obniżone od 1 stycznia 2015 roku stawki podatku CIT oraz VAT też czynią rynek ukraiński bardzo atrakcyjnym dla polskiego biznesu.

Zdaniem dra Ferenca najbardziej perspektywiczne dla zachodnich inwestorów na Ukrainie mogą okazać się: przetwórstwo, usługi oraz przemysł, zwłaszcza chemiczny. Jednak inwestowanie w warunkach niepewności politycznej i gospodarczej, choć może okazać się wielką szansą na przyszłość, niesie ze sobą wysokie ryzyko.

Mimo wszystko trudno teraz mówić o sytuacji inwestycyjnej na Ukrainie. Obecnie gospodarka tego kraju balansuje na granicy między niewypłacalnością a stabilnością – twierdzi partner w firmie Ferenc & Kuczyński.

Reformy na Ukrainie są warunkiem otrzymania pomocy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Gdyby pakiet reform nie został przyjęty przez parlament, gospodarka ukraińska skurczyłaby się w tym roku o 10 proc. i stałaby się niewypłacalna. W zmienionej ustawie budżetowej rząd założył, że spadek PKB wyniesie 3 proc.

MFW zapowiedział 13 mld dolarów w tym roku. Pierwsza część z tej kwoty może wpłynąć jeszcze w tym miesiącu. Możliwe są także dalsze pożyczki w kolejnych latach.

Możliwość pełnego odliczenia VAT-u zwiększyła sprzedaż samochodów. Liderem sprzedaży aut z kratką w klasie premium jest Volvo

Zmiana przepisów dotyczących możliwości odliczenia podatku VAT od auta z kratką przyczyniła się do ożywienia na rynku motoryzacyjnym, który wzrósł o 29 proc. Największą liczbę aut z homologacją ciężarową w segmencie premium sprzedało Volvo. Koncern liczy na dalsze wzrosty sprzedaży w kolejnych kwartałach.

– Okres przejściowy, w którym można było sprzedawać auta z kratką, okazał się pozytywnym bodźcem dla całej branży motoryzacyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Dojs z Volvo Auto Polska.

Z końcem 2013 roku wygasło pozwolenie UE na stosowanie ograniczeń w odliczaniu podatku VAT od aut osobowych używanych przez firmy. Sejm uchwalił nowe przepisy, jednak weszły one w życie dopiero 1 kwietnia. Przez trzy pierwsze miesiące tego roku obowiązywał więc okres przejściowy, w którym przedsiębiorcy, kupując samochód z homologacją pojazdu ciężarowego (czyli wyposażony w kratkę), mogli liczyć na pełne odliczenie podatku VAT. Klienci ruszyli więc na zakupy.

W segmencie premium nasza marka zyskała najwięcej. Z kampanią informacyjną zachęcającą do zakupu takich aut ruszyliśmy już w grudniu 2013 roku, gdy wiele firm wahało się jeszcze, czy rzeczywiście opcja kratki będzie znów obowiązywać. Wyprzedziliśmy w ten sposób konkurencję o kilka tygodni, zbierając tylko w grudniu 400 zamówień na nasze samochody – mówi Stanisław Dojs.

W ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku zarejestrowano w kraju łącznie 2166 aut Volvo, co dało marce 14. pozycję na liście najpopularniejszych samochodów w Polsce. Największym bestsellerem pośród modeli z homologacją ciężarową był SUV XC60, kupiony przez 987 osób. Na drugim miejscu znalazł się crossover XC70, znajdując 114 nabywców. Ostatnie miejsce na podium przypadło V40 – 109 sprzedanych sztuk.

Według nowych, już obowiązujących przepisów, 100 proc. VAT-u można będzie odzyskać jedynie w przypadku kupna auta służbowego wykorzystywanego wyłącznie do określonej działalności gospodarczej.

– Dobre otwarcie roku było dla nas ważnym  elementem strategii biznesowej – wyjaśnia Stanisław Dojs. – Patrzymy z optymizmem na pozostałe trzy kwartały. Możliwość odzyskania przez firmy pełnego VAT-u została co prawda mocno ograniczona, ale nowe przepisy są i tak korzystniejsze od tych, które obowiązywały do końca roku 2013. W przypadku aut służbowo-prywatnych prawo umożliwia odliczenie tylko połowy podatku, ale za to bez limitu kwotowego. Dla przedsiębiorców to korzystna zmiana, która powinna zachęcać ich do zakupów. 

To zmiana opłacalna szczególnie przy zakupie aut droższych, czyli właśnie z segmentu premium. Volvo w I kwartale tego roku zanotowało 68 proc. wzrostu sprzedaży w tej klasie, sprzedając 1405 aut. Dla porównania, cały rynek samochodowy w Polsce wzrósł w tym okresie o 29 procent.

W ubiegłym roku Volvo sprzedało blisko 5 tysięcy samochodów, plany tegoroczne zakładają sprzedaż na poziomie 5,2-5,4 tys. egzemplarzy. Pod koniec 2014 r. ruszą zapisy na długo oczekiwaną premierę modelu XC90, którego pierwszą prezentację zapowiedziano na październik w trakcie targów motoryzacyjnych w Paryżu.

Stokrotka na przełomie roku planuje rozpocząć testowo sprzedaż internetową

0

CEO Magazyn Polska

Stokrotka myśli o sprzedaży przez internet. Planuje pod koniec roku lub na początku przyszłego ruszyć z pilotażem, ale na razie tylko w jednym regionie – w Lublinie. Teraz chce się rozwijać przez franczyzę. Sieć stawia na projekt franczyzowy dla supermarketów. Z kolei nieco mniejsze od nich markety, czyli sklepy o powierzchni 200-400 mkw. będą mogły stać się franczyzobiorcami Stokrotki w czwartym kwartale br.  

Mamy plany uruchomienia sprzedaży internetowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Kalinowski, prezes Stokrotki. – Zrobimy to pod koniec tego roku albo na początku przyszłego. Na razie będzie to rozwiązanie pilotażowe, realizowane w jednym z regionów Polski – dodaje.

Spółka Emperia, właściciel sieci Stokrotka, rusza z projektem franczyzowym dla supermarketów. Poszukuje właścicieli lokali o powierzchni powyżej 400 mkw. Z kolei pierwsze franczyzy dla marketów (200-400 mkw.) pojawią się w czwartym kwartale. Do końca 2016 r. Emperia planuje mieć 627 sklepów marki Stokrotka, w tym ponad 80 marketów i supermarketów franczyzowych. Na razie we franczyzie działa 1 supermarket.

Dzięki franczyzie Stokrotka zwiększyć skalę działalności, a tym samym zyska kolejne elementy przewagi konkurencyjnej w stosunku do pozostałych detalistów – mówi Dariusz Kalinowski. – Franczyzobiorcy pozwoli zaś na efektywną konkurencję na coraz bardziej wymagającym rynku. Pozwoli mu działać pod mocno rozpoznawalnym i wspieranym marketingowo brandem Stokrotki.

Obecnie w Polsce rynek obejmuje kilkaset franczyz w segmencie detalicznym. Niekiedy jednak współpraca ta jest mało rozwinięta, np. dotyczy tylko marketingu, albo opiera się na współpracy z firmą zajmującą się sprzedażą hurtową. Przedstawiciele Stokrotki zapewniają, że oferta sieci będzie pierwszą tak kompleksową. Stokrotka oferuje franczyzobiorcom pomoc dotyczącą oferty asortymentowej, kształtowania cen i efektywnej polityki promocyjnej. 

Prowadzenie sklepu detalicznego we franczyzie ma sens tylko wtedy, gdy współpracuje się z firmą detaliczną, która wie, jak  ten rynek działa. I takiej oferty detaliści dzisiaj potrzebują – mówi Krzysztof Książek, członek zarządu i dyrektor ds. franczyzy w sieci Stokrotka. – Udostępnimy franczyzobiorcom nasze standardy operacyjne, rozwiązania i procesy, które pomagają prowadzić sklep bardziej efektywnie. Skupiamy się na tym, żeby pomóc naszym partnerom zwiększać sprzedaż, poprawiać marżę i optymalizować koszty, a co za tym idzie więcej zarabiać.

Branża spożywcza jest najliczniejsza pod względem liczby franczyzobiorców. Jednak według raportu firmy doradczej PROFIT system w ubiegłym roku najwięcej wzrosła liczba franczyzobiorców w branży doradztwa prawnego i biznesowego. Polskie systemy franczyzowe stanowią 85,5 proc. rynku. W 2013 r. średnia wartość inwestycji we franczyzę wyniosła 211,05 tysięcy zł w sektorze handlowym i 105,73 tysięcy zł w usługach.

Polacy piją coraz więcej wody kosztem soków

CEO Magazyn Polska

Silna konkurencja producentów, nasycony rynek i coraz większa popularność picia wody doprowadziły w ostatnich latach do spadków na rynku soków i napojów owocowych ocenia Marek Sypek, prezes spółki Agros-Nova. Co ciekawe, w ubiegłym roku największe problemy miały marki najtańsze. Rynek zaczyna się już jednak stabilizować i w tym roku powinno być podobnie jak w ubiegłym. Gwałtownych wahań nie oczekuje się również na rynku przetworów.

Według danych firmy Nielsen, w 2013 r. kategoria soków, nektarów i napojów owocowych ilościowo spadła o 3 proc., a wartościowo o 2 proc. Spożycie wyniosło 1 mld litrów. Prezes firmy Agros-Nova przypomina, że fatalne dla rynku były lata 2011 i 2012, kiedy konsumpcja spadła odpowiednio o 12 proc. i ponad 10 proc.

W ubiegłym roku rynek się ustabilizował i sądzę, że ten rok będzie podobny pod względem wolumenów i wartości sprzedaży. Trudno mówić o wielkich wzrostach czy spadkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Sypek, prezes firmy Agros-Nova, która w swoim portfolio ma takie marki, jak: Fortuna, Garden, Dr Witt, Łowicz i Włocławek.

Trudno jednoznacznie ocenić, jaki był ubiegły rok dla branży, ponieważ sytuacja wyglądała różnie w różnych kategoriach produktów. Stabilnie sprzedawały się Fortuna i Tarczyn, jedne z najpopularniejszych produktów firmy. Marka Dr Witt wzrastała szybciej, z kolei tracił segment ekonomiczny, czyli np. napoje Garden czy Costa. Zdaniem Sypka, uzasadnienia nie można szukać w spowolnieniu gospodarczym, a co za tym idzie w ograniczaniu wydatków konsumentów – w trudnych czasach klienci powinni raczej zwracać się ku produktom z niższej półki cenowej.

Część ekonomiczna generowała największe spadki. W całości tej kategorii dochodziły one do 20 proc. Odczuli to wszyscy gracze. Zadecydowało o tym przede wszystkim przesunięcie konsumpcji z soków i napojów na wodę – komentuje Marek Sypek.

Z drugiej strony przesunięcie to spowodowało wzrost konsumpcji syropów mieszanych z wodą, na czym skorzystała Agros-Nova – marka Łowicz notowała dwucyfrowe wzrosty. 

Mimo takiej sytuacji urośliśmy w tej kategorii o 40 proc. Bardzo mocno przejmowaliśmy udziały rynkowe od Herbapolu, który ciągle jest liderem rynku, i zepchnęliśmy z drugiego miejsca Paolę – przypomina prezes.

Niestabilna sytuacja na rynku soków w ostatnich latach powoduje, że – jak podkreśla prezes firmy – trudno prognozować, jak będzie wyglądał w tym roku i które segmenty będą rosnąć najszybciej. Możliwe jednak, że wraz z rozwojem polskiego rynku na wzór rynków Europy Zachodniej zacznie rosnąć sprzedaż soków świeżo wyciskanych.

– Na naszym rynku prawie w ogóle nie ma soków świeżych, sprzedaż jest bardzo niszowa. Natomiast na niektórych rynkach europejskich i amerykańskim stanowią one bardzo dużą część sprzedaży. Te soki wciąż są droższe, więc ciągle nasza siła zakupowa jest dużo mniejsza niż na tamtych rynkach. To pewnie będzie jeden kierunek – uważa Marek Sypek.

Jego zdaniem drugim kierunkiem może być silnie wspierana przez media sprzedaż wody, mimo że coraz lepszą jakościowo wodę Polacy mogą pić z kranu.

Stabilny rynek przetworów

Gwałtownych wahań rynku firma Agros-Nova nie spodziewa się również na rynku przetworów. Marek Sypek podkreśla, że w zależności od kategorii dziś konsumpcja rośnie w tempie od 1 do 4 proc.

Gdybym miał wskazać część rynku, która rosła mocniej, to np. przetworzone pomidory: czy to pulpy pomidorowe czy pomidory krojone. Tego typu produkty coraz częściej są przez Polaków kupowane. Natomiast globalnie rynki dżemów czy różnych sałatek są stabilne – zapewnia prezes Agros-Nova.

Internet przez gniazdka elektryczne i routery ładujące telefon. TP-Link zapowiada nadejście ery urządzeń nowej generacji

CEO Magazyn Polska

Wkrótce TP-Link wprowadzi na rynek nowe urządzenia do bezprzewodowej transmisji danych wykorzystujące sieć elektryczną. Spółka planuje też sprzedaż routerów, które równocześnie będą akumulatorami do urządzeń przenośnych. Wyzwaniem dla dostawcy jest zapewnienie bezpieczeństwa transmisji danych, najczęściej narażanego na szwank przez samych użytkowników.

Będziemy wciąż poszerzać naszą ofertę, która umożliwia transmisję danych zarówno w naszych domach, jak i poza nimi, czyli pozwala na zabieranie internetu ze sobą z wykorzystaniem usług dostawców mobilnych i operatorów komórkowych. I to jest jedna część naszej oferty, w drugiej część będziemy starali się pomagać ludziom wykorzystywać już istniejącą infrastrukturę, na przykład energetyczną – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Piaseczny, dyrektor marketingu TP-Link Polska.

Za pomocą urządzenia podpiętego do sieci przez normalne gniazdko będziemy mogli transmitować dane np. do telewizorów.

Już niedługo wprowadzamy do oferty ciekawe urządzenie, które jest połączeniem routera z akumulatorem, którym będziemy mogli również kilkakrotnie naładować nasz telefon. To są rozwiązania dwa w jednym, które mając przy sobie, wykorzystujemy na dwa zupełnie różne sposoby, wydawałoby się abstrakcyjne, ale jednak niezwykle potrzebne na przykład w podróży – podkreśla Piaseczny.

Przy bezprzewodowej transmisji danych najważniejsze jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa. Piaseczny podkreśla, że największym wyzwaniem nie jest wcale zapewnienie bezpieczeństwa urządzeń do transmisji danych, lecz edukacja użytkowników, którzy często nie radzą sobie z zabezpieczeniem sieci, np. w miejscach publicznych.

Od tego, gdzie jesteśmy, w jaki sposób się zachowujemy, uzależnione jest nasze bezpieczeństwo. To nie urządzenia są najsłabszym elementem bezpieczeństwa w internecie, tylko my sami i nasza naiwność, a czasami wręcz głupota, które prowadzą do tego, że stajemy się ofiarami ataków. Według wszelkich badań nawet najlepiej zabezpieczona sieć korporacyjna, niestety nie jest odporna na ataki z wewnątrz, czyli na ataki za pośrednictwem pracowników, którzy np. przynoszą złośliwe oprogramowanie na nośnikach USB – przestrzega Piaseczny.

TP-Link jest największym dostawcą urządzeń do bezprzewodowej transmisji danych, takich jak routery, anteny czy wzmacniacze sygnału. Produkty spółki są szeroko dostępne w polskich sklepach komputerowych oraz w ofercie operatorów telekomunikacyjnych. Zwiększa się liczba operatorów, z którymi współpracuje TP-Link.

Nie zamierza jednak zatrzymywać się w rozwoju. Spółka, której główna siedziba znajduje się w chińskim Shenzhen, ma oddziały w ponad 20 krajach, a produkty sprzedaje w ponad 120. W polskim oddziale, który działa od trzech lat, pracuje obecnie niemal 50 osób. Piaseczny podkreśla, że TP-Link współpracuje z organizacjami studenckimi, szczególnie na uczelniach technicznych, licząc na nowych, utalentowanych pracowników. Szczególnie cenne są osoby z umiejętnościami w zakresie wsparcia użytkowników, np. w obszarze konfiguracji urządzeń bezprzewodowych.

Polskie piwa wchodzą na rynki azjatyckie – do Chin i Indii

Eksport polskiego piwa rośnie. W 2013 roku wzrósł o 16,7 proc. w ujęciu rocznym i wyniósł 2,5 mln hektolitrów. To zasługa większej sprzedaży zarówno do krajów, w których mieszka i pracuje wielu Polaków, np. USA, Kanady, Wielkiej Brytanii i Irlandii, jak i ekspansji w Azji. Przedstawiciele branży uważają, że dla polskich produktów piwowarskich są to bardzo perspektywiczne rynki.

Można mówić o dwóch rodzajach eksportu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Danuta Gut ze Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. – Jednym z nich jest eksport na rynki, na których od dawna przebywają polscy emigranci, takie jak Australia, Kanada czy Stany Zjednoczone. Jednak obserwujemy również w Europie, zwłaszcza w Irlandii czy Wielkiej Brytanii, że polskie piwo poszło za naszą emigracją. Eksport na te rynki rośnie również dlatego, że polskie piwo jest cenione przez konsumentów.

Polskie piwowarstwo coraz odważniej wchodzi też na rynek azjatycki, głównie do Chin i Indii.

Jeśli chodzi o cały rynek, to wciąż nie jest to może znaczący procent eksportu. Jednak sam fakt, że wchodzimy na nowe rynki, jest bardzo pozytywnym sygnałem – zauważa Gut.

Obecnie Azjaci kupują od polskich firm głównie tradycyjne rodzaje piw, takie jak pilsner czy lager.

Jednak azjatycki konsument też się domaga nowości i myślę, że to tylko kwestia czasu, gdy zaczniemy tam eksportować także inne gatunki piw – twierdzi Danuta Gut.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2013 r. eksport piwa wzrósł o 360 tysięcy hektolitrów w porównaniu do 2012 r., a więc o 16,7 proc. Jego łączna wartość to 2,5 mln hl. O 0,7 proc. zwiększyła się też całkowita produkcja piwa w Polsce, która wyniosła w ubiegłym roku 39,6 mln hektolitrów.

Zgoda warunkowa UOKiK Neuca może przejąć ACP Pharma

0

Prezes UOKiK wydał warunkową zgodę na transakcję na rynku farmaceutycznym. Spółka Neuca może przejąć ACP Pharma, musi jednak sprzedać jedną z hurtowni, znajdującą się w Bydgoszczy

Zgodnie z przepisami transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce. Jeżeli koncentracja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji na określonym rynku Prezes UOKiK zgadza się na jej dokonanie. W przeciwnym wypadku wydawany jest zakaz.

Możliwe jest również uzależnienie zgody od spełnienia przez przedsiębiorcę określonych warunków. Tak jest w przypadku przejęcia kontroli przez spółkę Neuca nad ACP Pharma. Przedsiębiorcy zajmują się przedhurtową i hurtową sprzedażą wyrobów farmaceutycznych. Ponadto ACP Pharma prowadzi  detaliczną sprzedaż w aptekach, jednak ta część jej działalności nie wchodzi w zakres zgłoszonej transakcji. Koncentracja ma polegać na nabyciu przez Neuca 100 proc. akcji ACP Pharma. Tym samym przejmie również kontrole nad spółkami zależnymi: Cefarm Rzeszów, HealthMore i Lago.

W trakcie postępowania UOKiK przeprowadził badanie rynku, którym objął 30 podmiotów hurtowo sprzedających leki do aptek i szpitali. Analiza zebranego materiału wykazała, że w wyniku  transakcji dojdzie do ograniczenia konkurencji na lokalnym rynku sprzedaży hurtowej wyrobów farmaceutycznych do aptek, obejmującym obszar w promieniu ok. 100 km od hurtowni ACP Pharma w Bydgoszczy. Prowadzi na nim działalność także hurtownia należąca do Neuca w Toruniu. Łączny udział obu spółek na tym rynku jest znacznie większy, niż ich konkurentów.

Prezes Urzędu wydał decyzję warunkową, zgodnie z którą Neuca ma wyzbyć się wszelkich praw do hurtowni ACP Pharma w Bydgoszczy. Kupujący nie może należeć do tej samej grupy kapitałowej co Neuca i musi zostać zaakceptowany przez Prezesa UOKiK. Jeżeli nabywca przedstawiony przez spółkę Neuca nie będzie dawał gwarancji utrzymania dotychczasowej działalności hurtowni – Urząd może go nie zaakceptować.

20 milionów kart zbliżeniowych w portfelach Polaków

Na koniec 2013 roku do bankowości internetowej dostęp miało ponad 21,8 miliona klientów indywidualnych, a aktywnie korzystało z niej ponad 12 milionów osób. Obie grupy w ciągu minionych 12 miesięcy powiększyły się o odpowiednio o 5,12% i 9,19%. Najdynamiczniej rozwijają się jednak technologie zbliżeniowe. Liczba kart z funkcją płatności tego typu w ciągu ostatniego roku wzrosła o 32% i osiągnęła poziom 20 milionów sztuk. – wynika z 13. edycji raport NetB@nk przygotowanego przez Związek Banków Polskich i zaprezentowanego na wtorkowej konferencji prasowej.

Bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe niezmiennie od kilku lat należą do najdynamiczniej rozwijających się obszarów systemu bankowego. Pomimo trudnych dla gospodarki miesięcy, miniony rok również stał pod znakiem znaczących wzrostów i to zarówno jeśli chodzi o klientów indywidualnych jak i sektora małych i średnich przedsiębiorstw (MSP).

„Rozwój płatności bezgotówkowych i ich coraz większa powszechność to jeden z istotniejszych elementów rozwoju ekonomicznego. Polski system bankowości elektronicznej na tle innych krajów europejskich jest jednym z najnowocześniejszych i najbezpieczniejszych. Cały czas rozwijamy nowe usługi. Dwa lata temu nowością były karty zbliżeniowe, dzisiaj mamy ich 20 milionów, w 2013 roku banki uruchomiły pierwsze, prawdziwe wirtualne oddziały – skala i tempo rozwoju jest imponujące.”– mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich

Na koniec 2013 roku do bankowości internetowej dostęp miało ponad 21,8 miliona klientów indywidualnych, a aktywnie korzystało z niej ponad 12 milionów osób. Obie grupy w ciągu minionych 12 miesięcy powiększyły się o odpowiednio o 5,12% i 9,19%. W sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, grupa klientów mających dostęp do bankowości internetowej w 2013 roku wzrosła 1,64%, a liczba aktywnych klientów MSP spadła o 2,53%.

W ujęciu rocznym o 6,35% wzrosła liczba kart debetowych, na koniec 2013 roku było ich ponad 28,2 miliona sztuk. Nadal spada za to liczba kart kredytowych, na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy o 4,88% do poziomu 6,13 miliona sztuk.

„Sektor bankowy pracuje nad stałym rozwojem i popularyzacją systemów płatności bezgotówkowych. Wyraźnie widzimy, że klienci doceniają te działania i coraz częściej z nich korzystają. Przykładem mogą być statystyki systemu Elixir i Express Elixir, w obu przypadkach wzrosły zarówno wartości, jak i liczba transakcji. Nie zapominamy również o bezpieczeństwie, bo bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe opierają się na zaufaniu klientów. Między innymi dlatego na początku tego roku uruchomiliśmy telefoniczny system zastrzegania karta pod numerem 828 828 828.”– podkreśla Mieczysław Groszek, Wiceprezes ZBP.

Na koniec pierwszego kw. br. Pengab zgodnie z oczekiwaniami umocnił swoją wartość na poziomie 27,8 pkt. (+0,2 m/m). W środowisku bankowym dominuje przekonanie o utrzymaniu obecnego wzrostu aktywności klientów banków na rynku finansowym. Z zachowaniem dotychczasowej dynamiki umacnia się wzrostowy trend na rynku kredytów osób indywidualnych, jak również przedsiębiorstw. Systematycznie poprawia się struktura depozytów oraz maleje problem kredytów zagrożonych. W kontekście nadchodzącego półrocza przewiduje się dalszą poprawę sytuacji na wszystkich monitorowanych rynkach, w tym poprawę sytuacji makroekonomicznej kraju. W najbliższym miesiącu oczekiwana jest jednak sezonowa korekta.

„Wzrost wskaźnika ocen i korekta wskaźnika prognoz zadecydowały o wartości głównego indeksu Pengab w marcowym pomiarze koniunktury bankowej, która utrzymała się na poziomie bardzo zbliżonym do poprzedniego miesiąca. Mimo niewielkiego osłabienia dynamiki prognoz, obserwowanego we wszystkich segmentach, co było widoczne również w lutym, oczekiwania bankowców w zakresie wzrostów, szczególnie w w obszarze kredytów mieszkaniowych i konsumenckich w dalszym ciągu pozostają na stosunkowo wysokim poziomie. Warta odnotowania jest natomiast poprawa ocen w zakresie kredytów dla przedsiębiorstw oraz dalszy wzrost jakości portfela należności. Ankietowani bankowcy drugi miesiąc z rzędu sygnalizują poprawę w tego wskaźnika”. – podsumowuje Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich.

NIK o działaniach Policji na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym

W Polsce na 100 wypadków drogowych ginie średnio dwa razy więcej osób niż w innych krajach UE. Poprawy wymaga poziom wyszkolenia policjantów drogówki, wśród których ponad 40 proc. nie ukończyło specjalistycznego szkolenia w zakresie ruchu drogowego. Policyjna baza danych nt. wypadków drogowych (SEWiK) zawiera dużo błędów. Dlatego tworzone na jej podstawie analizy nie odzwierciedlają w pełni zagrożeń występujących w ruchu drogowym. Większa liczba policjantów na drogach i liczne akcje prewencyjne przynoszą jednak pozytywne efekty. W 2013 roku nastąpił wyraźny spadek liczby wypadków oraz ofiar śmiertelnych.

Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że działania podjęte przez Policję przyczyniły się do poprawy bezpieczeństwa na drogach. W 2013 roku doszło do 35 385 wypadków – o 1681 mniej niż w roku poprzednim (rok 2012 – 37 046). W 2013 roku zginęło na drogach 3 291 osób – o 280 mniej niż rok wcześniej (rok 2012 – 3 571). Izba szczególnie dobrze ocenia organizację i realizację ogólnokrajowych i regionalnych działań prewencyjnych, zwłaszcza wymierzonych przeciwko kierowcom nietrzeźwym i przekraczającym dozwoloną prędkość. Cieszy też zwiększenie liczby etatów policyjnych w komórkach ruchu drogowego, dzięki czemu codziennie o 6 proc. więcej funkcjonariuszy pełniło służbę na drogach. Policja w najbliższym czasie może poprawić efektywność swych działań, konieczne będzie jednak wyeliminowanie błędów i nieprawidłowości, na które zwraca uwagę m.in. raport NIK.

Najważniejsze stwierdzone nieprawidłowości:

Aż 43 proc. policjantów drogówki nie ukończyło wymaganego przeszkolenia specjalistycznego w zakresie ruchu drogowego. Taki stan rzeczy może mieć wpływ na rzetelność dokonywanych przez policjantów ustaleń dotyczących zdarzeń na drodze, oceny uczestników ruchu, decyzji o nałożeniu mandatu, zwłaszcza w skomplikowanych sytuacjach, a także na zdolność do pomagania kierowcom np. za pomocą ręcznego kierowania ruchem na dużych skrzyżowaniach.
Jedynie niewielki odsetek funkcjonariuszy drogówki ukończył nieobowiązkowe szkolenia dotyczące wybranych istotnych zagadnień w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Kurs dotyczący czynności na miejscu zdarzenia drogowego (wypadku, kolizji) ukończyło – niecałe 7 proc. policjantów, obsługi wideorejestratorów – 8,5 proc., kontroli tachografów cyfrowych – niecałe 15 proc., kierowania motocyklem – 7 proc. (choć drogówka posiada na wyposażeniu 706 motocykli, to przeszkolonych zostało tylko 530 policjantów), kurs doskonalenia techniki jazdy samochodem ukończyło – ponad 15 proc. policjantów drogówki.

Zdecydowana większość skontrolowanych jednostek Policji (26 spośród 33) nie miała wystarczającej liczby pojazdów, sprzętu technicznego oraz umundurowania w stosunku do obowiązujących norm wyposażenia. W połowie 2013 r. skontrolowane jednostki miały na stanie 1.719 samochodów osobowych. Brakowało 90 radiowozów, 78 ambulansów pogotowia ruchu drogowego (tylko 6 z 17 garnizonów w kraju miało je na wyposażeniu) oraz 14 ambulansów do diagnostyki stanu technicznego pojazdów (miały je 4 garnizony). Paradoksalnie choć we wszystkich garnizonach Policji i typach jednostek brakuje w sumie ponad 3 tys. pojazdów, to jednak występowały przypadki „nadwyżek sprzętu” – w sumie 529 aut i motocykli. Nie zmienia to jednak faktu, że ponad 1/3 policyjnych pojazdów jest zużyta i kwalifikuje się do wymiany. A to oznacza, że Policja w niedługim czasie będzie miała do dyspozycji nieco ponad połowę potrzebnych do służby pojazdów, gdyż nie ma środków na nowe zakupy. Dotyczy to również drogówki.

Policjanci błędnie rejestrowali dane na temat wypadków i kolizji w kartach zdarzenia drogowego i w Systemie Ewidencji Wypadków i Kolizji (SEWiK). Kontrolerzy NIK przeanalizowali dane dotyczące ponad 380 tys. zdarzeń drogowych (w tym ponad 3 tys. z ofiarami śmiertelnymi) zarejestrowanych w SEWiK (w II półroczu 2012 i w I półroczu 2013 r.). Stwierdzone błędy dotyczyły: w ponad 45 tys. przypadków – opisów miejsca zdarzenia (wpływa na identyfikację miejsc niebezpiecznych), w prawie 10 tys. zdarzeń – opisu uczestników zdarzenia (wpływa na prawidłowe identyfikowanie sprawców wypadków – np. młodocianych), a w ok. 7 tys. danych specyficznych dla zdarzeń z ofiarami śmiertelnymi (chodzi m.in. o współrzędne GPS, czas reakcji policji na zdarzenie itp.).

Mimo obowiązku, policjanci w zdecydowanej większości przypadków nie rejestrowali współrzędnych geolokalizacyjnych (GPS) miejsca kolizji lub wypadku. Dotyczy to 96 proc. przebadanych przez NIK danych z SEWIK czyli 366 tys. spraw. W konsekwencji utrudnia to identyfikowanie miejsc, w których często dochodzi do wypadków i kolizji, a co za tym idzie skuteczne przeciwdziałanie takim zdarzeniom. Dodatkowo wprowadzane dane GPS obarczone były istotnymi błędami. W SEWiK zarejestrowano, jako lokalizacje zdarzeń drogowych, współrzędne miejsc leżących w znacznym oddaleniu od dróg: na terenie pól uprawnych lub rzek. Współrzędne ok. 1600 miejsc wypadków i kolizji zlokalizowano poza granicami kraju, m.in. na Półwyspie Arabskim.

W policyjnym systemie nt. zdarzeń drogowych brak jest skutecznych mechanizmów weryfikujących rejestrowane dane. Przykładowo SEWiK pozwalał na rejestrowanie nieprawidłowych numerów PESEL albo nieprawidłowych wartości poziomu alkoholu u kierowców.

Publikowane przez Policję dane statystyczne, na temat liczby zdarzeń drogowych i ich przyczyn, były nierzetelne. Dotyczy to zwłaszcza liczby kolizji. W Polsce nie ma obowiązku wzywania Policji na miejsce wszystkich kolizji. W 2012 r. Policja odnotowała prawie 340 tys. kolizji na drogach publicznych, podczas gdy firmom ubezpieczeniowym w tym samym czasie zgłoszono prawie 400 tys. kolizji. W ocenie NIK brak informacji o ograniczeniach i błędach w systemie SEWiK może wpływać na rzetelność analiz dotyczących bezpieczeństwa na drogach, które opracowują podmioty inne niż Policja, na podstawie jej danych.

Policja w działaniach na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym w niewielkim stopniu korzysta z opracowań naukowo-badawczych, choć ma do dyspozycji ma Wyższą Szkołę Policji w Szczytnie, trzy szkoły Policji i Centrum Szkolenia Policji w Legionowie. Zdaniem NIK Policja nie wie dokładnie jaki wpływ na bezpieczeństwo w ruchu drogowym mają podejmowane przez nią działania. Według Policji najczęstszą przyczyną wypadków (dane zaczerpnięte z SEWiK) jest „niedostosowanie prędkości do warunków jazdy”. Z kolei funkcjonariusze ankietowani przez Izbę wskazują najczęściej na: „nieuwagę, zmęczenie, zaśnięcie kierowcy” oraz „stan jezdni”. Rozbieżność ta wynika, z faktu że w Karcie zdarzenia drogowego pierwszą w katalogu przyczyn wypadków jest właśnie „niedostosowanie prędkości do warunków jazdy” (do SEWiK można wpisać tylko jedną przyczynę).

Policja z opóźnieniem otrzymuje od Inspekcji Transportu Drogowego oraz straży miejskiej informacje o ukaraniu kierowcy mandatem karnym i nałożonych na nich punktach karnych. Z danych Policji wynika, że w okresie objętym kontrola ITD przekazała z ponad rocznym opóźnieniem ponad 3 tys. kart, a straż miejska ponad 6 tys. kart. Stwarzało to problemy z ich terminową rejestracją. W takiej sytuacji, policjanci w trakcie kontroli zatrzymanego za wykrocznie kierowcy, mogli nie mieć aktualnych informacji o liczbie punktów karnych na jego koncie. To z kolei wpływało na decyzje dotyczące odebrania uprawnień kierującym, którzy przekroczyli limity punktów karnych.

5 rodzajów wpisów, których nie powinieneś zamieścić na swoim fanpage’u

Pogoń za zaangażowaniem fanów na Facebooku często powoduje, że początkujący administratorzy często zamieszczają na swoich fanpage’ach treści, których doświadczony Social Media Manager się wystrzega. O jakie konkretnie treści chodzi i dlaczego nie warto ich udostępniać?

1. Like&comment, czyli zmuszanie do interakcji.

Zadawanie pytań na rozmaite tematy dot. świata marki jest bardzo dobrym sposobem na zbliżenie odbiorców do nas. Należy jednak pamiętać, aby nie robić tego na siłę. Wśród amatorskich stron częstą praktyką jest nakłanianie użytkowników do głosowania na podstawie polubienia lub skomentowania postu. Należy pamiętać, że decyzja o tym powinna zawsze należeć do naszych fanów. To atrakcyjna treść zachęca do interakcji, a wywieranie tego rodzaju wpływu może świadczyć o naszej bezsilności do angażowania odbiorców tradycyjnymi metodami.

2. Kontrowersyjne wpisy.

Wszelkie wpisy nawołujące do łamania prawa, takie jak przemoc, dyskryminacja, itp. są zdecydowanie zabronione. Mimo że ciężko w to uwierzyć, często zdarza się jednak, że administratorzy zamieszczają tego typu treści, aby wzburzyć użytkowników i tym samym zdobyć większy ruch na swojej stronie. Jest to działanie skuteczne, jednak bardzo krótkotrwałe. Co prawda pod wpisem rozlegnie się lawina komentarzy i niekończących się kłótni (tzw. flame wars), ale w wyniku tego utracimy część widowni, do której planowaliśmy dotrzeć z pozostałymi komunikatami. Cel nie zawsze uświęca środki.

3. Nielegalnie przeprowadzane konkursy.

Mimo, że powstało już wiele artykułów na ten temat, można spotkać bardzo często konkursy, które nie są przeprowadzane zgodnie z regulaminem Facebooka. Czego na pewno nie wolno robić przy organizowaniu tego typu przedsięwzięć? Przede wszystkim, użytkownik nie ma obowiązku udostępniać naszego postu. Po drugie, nie należy też wymagać oznaczenia siebie lub znajomego na zdjęciu. Po trzecie – nie można zmuszać nikogo do polubienia naszej stroni – chyba że konkurs przeprowadzany jest w specjalnej aplikacji. Jeśli będziemy o tym pamiętać, nie narazimy się na ryzyko zgłoszenia konkursu do administracji Facebooka. – radzi Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365NET.

4. LOL-content

Treści, które nie są w najmniejszym stopniu związane z marką, a zwiększają zaangażowanie to miecz obosieczny. Owszem, zdobędziemy przyrost interakcji, jednak jeśli konsekwentnie będziemy odchodzić od głównej idei fanpage’a, narazimy się na to że użytkownicy zwyczajnie zapomną o tym co oferowaliśmy na początku i zaczniemy prowadzić jedną z wielu stron o niczym.

5. Nagminne reklamowanie innych stron

Owszem, okazjonalne polecenie pewnej strony, która jest związana z nami nie jest niczym złym i jest pewną formą wzajemnej pomocy i promocji – przynajmniej na początku. Jeśli jednak nie zachowamy umiaru i w co drugim wpisie będziemy zachęcać użytkowników do odwiedzania innych fanpage’y, pojawia się pytanie – w jakim celu mają oni pozostać u nas, skoro ciągle ich od siebie odpychamy?

Mimo, że wszystkie z tych rad skutecznie obniżają nasze szanse na zdobycie początkowego zaangażowania fanów, to pamiętajmy jednak o tym, że interakcję wytwarza się stopniowo. Nad prawidłowymi relacjami z odbiorcami pracuje się długo i sumiennie. W tworzeniu skutecznej strategii promocyjnej nie ma niestety drogi na skróty.

Marcowy wzrost nastrojów konsumenckich Polaków

W marcu wartość Barometru Nastrojów Konsumenckich GfK wzrosła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 2,5 punktu. Obecnie wynosi ona minus 18,3 punktu i jest najwyższą wartością, jaką wskaźnik ten osiągnął na przestrzeni prawie 3,5 roku.

Na przestrzeni ostatniego miesiąca polepszyły się wszystkie wskaźniki wchodzące w skład barometru, czyli: oczekiwania co do pozytywnych zmian w sytuacji ekonomicznej kraju, oceny możliwości oszczędzania, przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych oraz zmian na rynku pracy.

Przyszła sytuacja gospodarcza kraju
Wartość składowej barometru GfK dotyczącej ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju wzrosła w marcu o 1 punkt i wynosi obecnie minus 14 punktów.

Możliwości oszczędzania
W marcowym pomiarze wskaźnik przedstawiający skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania wzrósł o 2 punkty i wynosi obecnie minus 31 punktów, co oznacza powrót do sytuacji z września ubiegłego roku.

Przyszła sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych
W marcu oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych wzrosły o 2 punkty i wynoszą obecnie minus 5 punktów. Jest to najlepszy wynik, jaki składowa ta osiągnęła na przestrzeni ostatnich 3,5 lat.

Przyszła sytuacja na rynku pracy
Wskaźnik ilustrujący składową barometru GfK mówiący o prognozach rozwoju sytuacji na rynku pracy wzrósł w marcu o 5 punktów i wynosi obecnie minus 23 punkty. Jest to najwyższa wartość dla tej składowej od 2,5 roku.

Informacje o badaniu
Barometr Nastrojów Konsumenckich GfK jest zagregowanym wskaźnikiem sporządzanym na zlecenie Komisji Europejskiej, wyliczanym według niezmienionej formuły od roku 1985. Obecnie indeks obejmuje 27 krajów. Dane dla Polski pochodzą z badania GfK współfinansowanego przez Komisję Europejską.

Banki i ich klienci numerem jeden na liście ataków cyberprzestępców

Amerykańskie instytucje finansowe na skutek cyberprzestępczości straciły w ubiegłym roku średnio 23,6 mln dolarów. W porównaniu do 2012 roku był to wzrost o prawie 44 proc. Sektor finansowy jest obecnie numerem jeden na liście celów ataków hakerów. Dodatkowo klienci banków padają ofiarą phishingu 7 razy częściej niż klienci firm z innych branż. Dlatego zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte sektor finansowy musi zmienić swoje podejście do zagadnienia bezpieczeństwa w sieci na aktywną i dynamiczną walkę z zagrożeniami w cyberprzestrzeni. Globalny raport Deloitte „Transforming cybersecurity. New approaches for an evolving threat landscape” przekonuje, że kluczem do sukcesu jest bezpieczeństwo, czujność oraz odporność.

Jeszcze dwa lata temu sektor usług finansowych znajdował się na trzecim miejscu na liście branż zagrożonych cyberprzestępczością, przegrywając z branżą obronną i energetyczną. „Instytucje finansowe nie ryzykują jedynie utratą pieniędzy, choć tego obawia się 36 proc. firm. Dużo groźniejsza z punktów widzenia akcjonariuszy oraz niemal 40 proc. samych firm jest utrata reputacji i zaufania klientów. Jednocześnie nasze doświadczenia pokazują, że instytucje bankowe często bywają biernymi ofiarami takich przestępstw” – mówi Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte. „Mimo, że w skali globalnej aż 75 proc. przedstawicieli tego sektora deklaruje, że ich firmy mogą poszczycić się wysokim stopniem bezpieczeństwa w sieci, to tylko 40 proc. z nich było pewnych, że są chronieni przed atakami z zewnątrz” – dodaje.

Jak zauważają autorzy raportu Deloitte, sektor usług finansowych jest narażony na ataki cyberprzestępców także przez nowoczesne technologie, bez których nie byłby w stanie obecnie funkcjonować. Najłatwiejszym kanałem dotarcia hakerów są klienci banków, którzy padają ofiarą fałszywego mailingu z marką swojego banku, siedem razy częściej niż w przypadku innych branż.

Tymczasem przestępcy są coraz bardziej profesjonalni i skuteczni. Aż 88 proc. przeprowadzanych ataków osiąga zamierzony cel w czasie krótszym niż jeden dzień. W tym samym czasie tylko jedna piąta firm jest w stanie odkryć taki atak, a zaledwie 40 proc. zniwelować jego szkody. Takiej możliwości nie dają m.in. używane obecnie technologie, mające służyć utrzymaniu bezpieczeństwa w sieci. „Gdyby chcieć osiągnąć niemal idealny stan ochrony, w każdej firmie trzeba byłoby zwiększyć środki wydawane na ten cel średnio 13 razy do sumy 292,4 mln dolarów. Niestety w dzisiejszym świecie nie należy oczekiwać, że obrona może zapobiec wszystkim incydentom cybernetycznym. Nie zmienia to jednak faktu, że sektor finansowy powinien nadal rozwijać możliwości wykrywania zdarzeń w momencie ich wystąpienia, minimalizując ich wpływ na działalność biznesową i infrastrukturę krytyczną” – mówi Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem w Deloitte.

Eksperci Deloitte przekonują, że skoro inwestycje w samą infrastrukturę prewencyjną nie wystarczą, trzeba zbudować bardziej kompleksowy system walki z cyberprzestępczością. Firmy świadczące usługi finansowe powinny rozważyć budowę cybernetycznych programów zarządzania ryzykiem w celu osiągnięcia:

bezpieczeństwa – wzmocnienie kontroli ryzyka do ochrony przed zagrożeniami, zgodne z normami i przepisami oraz najlepszymi praktykami,
czujności – szybsze wykrywanie naruszeń oraz nieprawidłowości,
odporności – zdolność do szybkiego powrotu prowadzenia normalnych czynności biznesowych/ (działania firmy/ systemu) i szybkie naprawienie szkód.

Wczesne wykrycie ataków może ograniczyć lub istotnie zmniejszyć straty. Dlatego systemy monitorowania powinny działać przez 24 h/7. Natomiast procesy dotyczące zarządzania kryzysowego powinny być budowane przy zaangażowaniu wielu działów danej organizacji, w tym biznesowych, IT, komunikacji czy public affairs.

Dostępność informacji o zagrożeniach w czasie rzeczywistym pozwala na ograniczenie występowania naruszeń. Jak wskazują badania Instytutu Ponemon, ankietowani menedżerowie uważają, że 10-minutowe wcześniejsze powiadomienie o zagrożeniu wystarczyłoby, aby mu zapobiec, a jedna minuta wcześniej pozwoliłaby obniżyć koszty naruszenia bezpieczeństwa o 40 proc. Tymczasem aż 60 proc. ankietowanych przyznało, że nie było w stanie zapobiec cyberzagrożeniu z powodu niewystarczającej wiedzy. „Firmy świadczące usługi finansowe powinny uczyć się i wyciągać wnioski z poprzednich naruszeń ich systemów bezpieczeństwa, a także czerpać przykłady z innych branż jak chociażby lotnictwo czy przemysł obronny, które zrobiły ogromny postęp w tym zakresie. Lekcje te pozwalają zrozumieć charakter ataku, przyjętą taktykę przestępców oraz przygotować strategię na wystąpienie kolejnych potencjalnych niebezpieczeństw” – mówi Jakub Bojanowski.

Eksperci Deloitte zaproponowali pięć kroków w obszarze cyberbezpieczeństwa, które powinny być wdrożone w każdej instytucji finansowej.

Działania dot. cyberbezpieczeństwa powinny stać się integralną częścią strategii każdej firmy i być wprowadzane na poziomie wykonawczym.

W każdej firmie powinien powstać specjalny zespół, który będzie dynamicznie zarządzał obszarem cyberbezpieczeństwa.

Wysiłki w obszarze cyberbezpieczeństwa powinny koncentrować się na automatyzacji procesów i analizie, aby móc dobrze zdefiniować ryzyko zewnętrzne i wewnętrzne.

Świadomość zagrożeń w sieci może być wzmacniana poprzez odpowiednią edukację wszystkich pracowników.
Współpraca w obszarze cyberbezpieczeństwa powinna być budowana także poza firmą (np. z innymi firmami, ośrodkami etc), co pomoże zidentyfikować wspólnych „wrogów”.

„Obecny klimat gospodarczy stale napędza firmy świadczące usługi finansowe do tworzenia przewagi konkurencyjnej i zwiększenia rentowności. Dzieje się to także poprzez szybkie wykorzystanie nowych technologii i metod biznesowych. To z kolei może powodować powstawanie luk w zabezpieczeniach, które bezlitośnie wykorzystują hakerzy. Naszym zdaniem podczas nasilenia ataków bardziej elastyczny model cyberbezpieczeństwa może zaowocować znacznym zniwelowaniem ryzyka cybernetycznego. To podejście na nowo pozwoli obrócić cyfrową rewolucję na korzyść instytucji finansowych” – podsumowuje Cezary Piekarski z Deloitte.

Polska motobranża, czyli na barkach producentów części

W całym ubiegłym roku produkcja sprzedana polskiego sektora motoryzacyjnego wyniosła w sumie blisko 110 mld zł, co oznacza kilkuprocentowy wzrost względem 2012 r. Dane Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM) pokazują, że taki wynik nie byłby możliwy do osiągnięcia bez producentów części i akcesoriów samochodowych. Gdyby nie rozwinięta produkcja podzespołów, Polska już dawno spadłaby do motoryzacyjnej trzeciej ligi.

Jak wynika z raportu kwartalnego „Branża motoryzacyjna”, przygotowanego wspólnie przez PZPM i firmę doradczą KPMG, w ubiegłym roku całościowa produkcja sprzedana polskiego sektora motoryzacyjnego wyniosła dokładnie 109,2 mld zł. W wartościach nominalnych oznacza to wzrost o 6,3 proc. rok do roku.

Tradycyjnie już, kolejny rok z rzędu, zanotowano spadek produkcji samochodów osobowych. W 2012 r. w Polsce wyprodukowano ich łącznie tylko 475,1 tys., czyli aż o 12 proc. mniej niż rok wcześniej. O 6,9 proc. wzrosła z kolei produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych (do 111,1 tys.). Pozytywny trend widoczny jest też w segmencie autobusów, których wyprodukowano 4,2 tys. (wzrost o 4,8 proc.).

Eksport fundamentem

Wyprodukowane w Polsce samochody, części i akcesoria w większości trafiają na eksport, głównie do państw zachodniej Europy. Sytuacja w polskiej motobranży w dużym stopniu zależna jest właśnie od koniunktury na zagranicznych rynkach.

„Unijny rynek samochodów osobowych skurczył się w 2013 roku o 1,6 proc. (do 11,86 mln sztuk), zaś samochodów dostawczych o 0,4 proc. (do 1,37 mln sztuk). Pozytywnym zjawiskiem jest wzrost popytu na części i akcesoria na kilku istotnych z punktu widzeniach Polski rynkach docelowych: w Niemczech, w Hiszpanii i we Włoszech” – tłumaczy Jakub Faryś, prezes PZPM.

Ogólny wynik produkcji sprzedanej przemysłu motoryzacyjnego to w głównej mierze zasługa firm zagranicznych, które składają na terenie Polski samochody, oraz – zyskujących coraz większe znaczenie – producentów i eksporterów części i akcesoriów. Ta druga grupa to w sporej części firmy polskie.

Szczególnie dobra dla producentów okazała się druga połowa ubiegłego roku. Eksport szeroko pojętych części i akcesoriów motoryzacyjnych (np. szyby, akumulatory i tłumiki samochodowe) wzrósł w sumie – wg danych z trzech pierwszych kwartałów 2013 r. – o 6,7 proc. rok do roku. Równie korzystne wyniki (wzrost o 6,4 proc.) osiągnęli producenci opon.

„W 2013 r. zanotowaliśmy kilkuprocentowy wzrost eksportu w poszczególnych kategoriach elementów układów wydechowych. Wpływ na poprawę, podobnie jak i u wielu innych producentów oraz eksporterów, miała sytuacja na rynkach zachodnioeuropejskich. Co oczywiste, polski rynek nie jest na tyle chłonny, by móc się na nim w większym stopniu oprzeć. Dlatego kluczowe pozostają rynki położone na zachód od Odry” – mówi Aleksander Szczyrba, CEO polskiej firmy Ferroz Export, zajmującej się eksportem układów wydechowych.

Jaka przyszłość?

Nastroje menedżerów firm z sektora motoryzacyjnego są aktualnie stosunkowo dobre.

Z badania pn. „Automotive Capital Confidence Barometer”, przeprowadzonego przez firmę doradczą EY, wynika, że przedsiębiorstwa oczekują wzrostu zamówień. Ponad połowa respondentów (59 proc. z 1600 badanych menedżerów z 72 państw świata) zapowiada ponadto wzrost zatrudnienia w ciągu następnych 12 miesięcy. Redukcję ilości etatów przewiduje zaledwie 6 proc. ankietowanych. Tak dobrych wyników nie notowano od dwóch lat.

„Perspektywy rozwoju można oceniać jako umiarkowanie optymistyczne. Wiele zależy oczywiście od rozwoju wydarzeń w eurostrefie, ale przynajmniej na razie nic nie wskazuje na to, że mogłoby dojść tutaj do jakiegoś dramatycznego załamania. Pewne jest natomiast to, iż branża moto pozostanie jedną z ważniejszych gałęzi polskiej gospodarki. Rola producentów części samochodowych powinna wciąż rosnąć” – komentuje Aleksander Szczyrba.

Negatywny wpływ na branżę może mieć rozchwiana sytuacja geopolityczna. Według co trzeciego ankietowanego menedżera, to właśnie turbulencje politycznej natury, skutkując brakiem stabilności w regionie, mogą uderzyć mimochodem w motobranżę. W tej perspektywie Polska – jako sąsiad skonfliktowanych ze sobą Rosji i Ukrainy – może więc pod względem gospodarczym wiele stracić.

MobiParking nagrodzony Lokalizatorem Roku 2014

MobiParking nagrodzono Lokalizatorem Roku 2014, który przyznały redakcje tygodnika „Auto Świat” i portalu Lokalizacja.info. Doceniono łatwość obsługi i fakt, że aplikacja ułatwia proces parkowania kierowcom indywidualnym, jak i klientom flotowym, a funkcja START-STOP pozwala wnosić opłatę za realny czas postoju.

Lokalizator Roku wręczono podczas drugiej edycji konferencji Navigation Trends for Drivers, wydarzenia dedykowanego kierowcom oraz usługom, które ułatwiają im funkcjonowanie za kierownicą. Lokalizatory Roku otrzymują rozwiązania, które znacząco wpłynęły na polski rynek w minionym roku. W kategorii aplikacji dla kierowców zwyciężył mobiParking, oferowany przez SkyCash – system płatności przez komórkę. Jury doceniło łatwość obsługi aplikacji oraz fakt, że ułatwia ona proces parkowania samochodu zarówno kierowcom indywidualnym, jak i klientom flotowym, a funkcja START-STOP pozwala wnosić opłatę za realny czas postoju.

– Lokalizator Roku 2014 to dla nas ogromne wyróżnienie. Nagrodę dedykujemy wszystkim użytkownikom mobiParking, bo bez nich nasze działania i innowacyjne rozwiązania nie miałyby sensu. Aplikacja została dostrzeżona wspólnie przez ekspertów z redakcji „Auto Świat” i „Lokalizacja.info”, co przekonuje nas, że mobiParking jest rozwiązaniem dopasowanym do potrzeb polskich kierowców – powiedział Dariusz Mazurkiewicz, prezes zarządu SkyCash Poland SA.

NIK o zarządzaniu rezerwami dewizowymi przez NBP

Najwyższa Izba Kontroli pozytywnie ocenia zarządzanie przez Narodowy Bank Polski rezerwami dewizowymi w latach 2009-2013. W badanym okresie poziom rezerw był adekwatny do sytuacji gospodarczej kraju. NBP zapewnił ich bezpieczeństwo, płynność odpowiednią do potrzeb oraz osiągnął dodatnią stopę zwrotu z ich inwestowania.

W okresie objętym kontrolą nastąpił prawie dwukrotny wzrost poziomu rezerw (z 44,1 mld EUR do 81,9 mld EUR), czego wynikiem był wzrost wiarygodności Polski na arenie międzynarodowej. Większość mierników adekwatności poziomu rezerw określonych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wskazywała, iż zapewniają one bezpieczeństwo ekonomiczne kraju.

Inspektorzy NIK ustalili, że NBP zarządzał rezerwami w oparciu o długoterminową, corocznie aktualizowaną Długoterminową strategię zarządzania rezerwami dewizowymi NBP. W celu osiągnięcia przyjętych w niej celów bank centralny skutecznie realizował działania, które przyczyniły się do podwyższenia stopy zwrotu, przy zachowaniu odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa rezerw. Działania te obejmowały m.in. rozszerzenie koszyka walut, zakup nowych, bardziej dochodowych papierów wartościowych czy poprawę zarządzania ryzykiem inwestycyjnym.

Efektywność zarządzania rezerwami była regularnie monitorowana poprzez odniesienie stóp zwrotu rezerw do stopy zwrotu portfela porównawczego. W większości okresów rocznych NBP odnotowywał dodatnie wskaźniki efektywności (wyjątkiem był rok 2011). W całym okresie zysk z tytułu zarządzania rezerwami wyniósł 24,8 mld zł.

W okresie niestabilności na światowych rynkach finansowych NBP minimalizował ryzyko inwestycyjne poprzez ograniczenie kręgu kontrahentów do najbardziej wiarygodnych instytucji oraz skrócenie terminów inwestowania. Np. inwestycje w papiery rządowe Irlandii i Hiszpanii zakończono odpowiednio w sierpniu 2010 i marcu 2011 r., czyli przed zaostrzeniem kryzysu finansowego w tych krajach w drugiej połowie 2011 r.

Wzrost poziomu rezerw wynikał przede wszystkim z napływu walut z funduszy unijnych. Spowodował on ponad siedmiokrotny wzrost nadpłynności sektora bankowego w latach 2009-2013 (z 18 mld zł do 126,5 mld zł) i prawie czterokrotne zwiększenie kosztów jej ograniczenia przez NBP (z 1,2 mld zł do 3,8 mld zł). Od 2012 r. koszty te przewyższały wynik osiągnięty poprzez zarządzanie rezerwami dewizowymi. Aby zminimalizować niekorzystny wpływ nadpłynności na politykę pieniężną, zdaniem NIK zasadne jest stabilizowanie poziomu rezerw dewizowych. Jednocześnie NIK zaznacza, iż powyższe skutki wzrostu rezerw mają drugorzędne znaczenie wobec podstawowych ustaleń kontroli potwierdzających bezpieczeństwo i stabilność rezerw oraz ich adekwatność do sytuacji gospodarczej Polski.

Od 2010 r. NBP nie lokował złota dewizowego, rezygnując z możliwych do uzyskania przychodów szacowanych na ok. 4,1 mln EUR. NIK skierowała do Prezesa NBP wniosek pokontrolny o rozważenie uelastycznienia polityki lokowania złota dewizowego w instytucjach finansowych o najwyższym poziomie wiarygodności. Prezes NBP przyjął wniosek do realizacji. Kontrola NIK wykazała, że przez cały okres trwania kontroli aż 95 procent złota dewizowego (98 ton) przechowywano w Banku Anglii, co pozwalało na lokowanie kruszcu i generowanie przychodów z tego tytułu (pozostałe 5 proc. złota przechowywane jest w skarbcach NBP).

NIK o biopaliwach i biokomponentach – ulgi podatkowe kosztowały podatników ponad 4 mld zł

Mimo zobowiązań Polski wynikających z prawa unijnego i pomocy finansowej państwa nie udało się upowszechnić w Polsce wykorzystywania biopaliw ciekłych i biokomponentów w transporcie. Zainteresowanie jest znikome, o czym świadczy m.in. zaledwie 4,6% samochodów przystosowanych do spalania biopaliw ciekłych kupionych przez administrację publiczną w latach 2009–2012. Ministerstwo Gospodarki nie ma żadnego takiego samochodu. Od 2011 roku zaledwie czterech rolników zadeklarowało produkcję biopaliw ciekłych na własne potrzeby.

W Polsce biopaliwa ciekłe[1] wykorzystywane są na niewielką skalę. Powszechnie wykorzystuje się paliwa ciekłe z domieszką biokomponentów[2] do 5%. Do benzyn od 2004 roku dodaje się 5% bioetanolu, którą to ilość akceptują typowe silniki. Stosowanie większej ilości biokomponentu wymaga przystosowania silnika pojazdu – obecnie na rynku samochody takie oferują tylko dwie firmy. Do oleju napędowego dodaje się estry metylowe kwasów tłuszczowych w różnych proporcjach (biodiesel). W Europie tylko nieliczne firmy samochodowe, głównie szwedzkie, oferują modele samochodów przystosowane do zasilania tym paliwem.

Ulgi podatkowe i zwolnienia z opłaty paliwowej w latach 2008-2012 kosztowały polskiego podatnika ponad 4 mld zł. Te preferencje podatkowe nie przyniosły jednak oczekiwanych rezultatów w postaci zwiększenia popytu na biopaliwa ciekłe i biokomponenty polskiego pochodzenia – z importu pochodzi ponad połowa biokomponentów obecnych na naszym rynku. Polskie firmy nie są konkurencyjne na rynku – koszty wytworzenia biokomponentów w naszym kraju są wyższe niż ceny, które można za nie uzyskać. Wytwórcy nie wykorzystują w pełni swoich mocy przerobowych i nie tworzą nowych miejsc pracy na terenach wiejskich.

Utrudnione może być osiągnięcie poziomu 10% udziału energii odnawialnej w transporcie w roku 2020, do czego zobowiązuje nas unijna dyrektywa 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych.

Wieloletni Program promocji biopaliw lub innych paliw odnawialnych na lata 2008-2014, koordynowany przez Ministra Gospodarki[3], ma za zadanie wspierać rozwój i wykorzystanie biopaliw ciekłych oraz biokomponentów w transporcie. Kontrola NIK pokazała, że cele Programu nie zostały jednak osiągnięte, mimo dużego nakładu środków finansowych i wysiłku instytucji państwowych zaangażowanych w realizację programu.

Z pięciu zadań, które miały zwiększyć popyt na biopaliwa ciekłe, w niewielkim stopniu zostały zrealizowane dwa. Wprowadzono obowiązek wykorzystywania biopaliw ciekłych w administracji rządowej oraz niższe stawki opłat za korzystanie ze środowiska. Natomiast przez pięć lat obowiązywania Programu Wieloletniego nie powstała żadna strefa dla transportu ekologicznego, nie wprowadzono zwolnień z opłat za parkowanie, ani preferencji w ramach zamówień publicznych dla zakupu pojazdów i maszyn z silnikami przystosowanymi do spalania biopaliw ciekłych. W samochodach zakupionych w latach 2009-2012 przez administrację publiczną tylko 4,6% samochodów miało takie silniki. Ministerstwo Gospodarki, które jest koordynatorem Programu nie ma żadnego takiego samochodu.

W latach 2008-2012 tylko z tytułu ulg podatkowych i zwolnień z opłaty paliwowej do budżetu państwa nie wpłynęło 4 102 404,82 tys. Wbrew oczekiwaniom jednak polskie firmy nie stały się konkurencyjne na rynku. W latach 2010-2011 średnie ceny biokomponentów na polskim rynku były niższe niż średnie koszty ich wytworzenia. Wpływ na to miały głównie koszty surowca, dodatkowo także nośników energii, transportu, obciążenia podatkowe i koszty zatrudnienia pracowników.

Firmy polskie nie wykorzystywały w pełni swoich mocy wytwórczych. Według danych z kontroli w latach 2008-2012 wytwórcy estrów metylowych kwasów tłuszczowych wykorzystywali moce produkcyjne w niecałych 60 procentach, natomiast wytwórcy bioetanolu – w niecałych 30 procentach.

Na terenach wiejskich jest coraz mniej miejsc pracy, związanych z produkcją biokomponentów i biopaliw ciekłych (przyrost miejsc pracy był jednym z celów Programu Wieloletniego). W latach 2008-2012 spadła liczba gorzelni wytwarzających alkohol etylowy, będący półproduktem do wytwarzania biokomponentów (z 223 do 137). Spadło też zatrudnienie przy produkcji oleju (z 3200 do 3000 etatów). Nie zmieniła się liczba osób pracujących w otoczeniu przemysłu olejarskiego (1200 – 1500 etatów).

Rolnicy nie są zainteresowani produkcją biopaliw ciekłych na potrzeby własne. Od roku 2010 taką produkcję zadeklarowało zaledwie trzech, a od 2011 – czterech. Powodem była konieczność pokonania trudności administracyjnych oraz obciążenia podatkowe.

Prace naukowo-badawcze oraz informacyjno-edukacyjne miały niewielkie znaczenie dla produkcji, stosowania czy rozwoju nowych technologii. W latach 2008-2013 na 39 projektów badawczych wydano prawie 19 mln zł (18 946,4 tys. zł) na 39 projektów badawczych, a ich efektem jak dotąd są tylko dwa zgłoszenia patentowe.

Inspekcja Handlowa w latach 2011-2012 kontrolowała stacje paliwowe i zakładowe, hurtownie, przedsiębiorców wytwarzających paliwa i biopaliwa ciekłe oraz biokomponenty pod względem ich jakości. W dwóch przypadkach (na 18 przeprowadzonych kontroli) nie spełniały one wymagań jakościowych. Inspekcja nie nałożyła kary, gdyż ustawa o biopaliwach nie przewiduje jej w przypadku gdy biokomponent nie jest przeznaczony do obrotu. NIK widzi potrzebę zmiany prawa, gdyż nie ma gwarancji, że w przyszłości te złej jakości biokomponenty nie zostaną wprowadzone do obrotu.

W roku 2012 Polska nie osiągnęła wymaganego przepisami rozporządzenia Rady Ministrów wskaźnika NCW (Narodowych Celów Wskaźnikowych), określającego minimalny udział biokomponentów i innych paliw odnawialnych w ogólnej ilości paliw w ciągu roku[4]. Zamiast zapisanych w rozporządzeniu 6,65 proc. wyniósł on 5,79 proc. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest wprowadzenie w roku 2011[5]współczynnika redukcyjnego, który pozwala na zgodne z prawem obniżenie NCW przez producentów paliw. NIK zwraca uwagę, że w efekcie utrudnione może być osiągniecie przez Polskę poziomu 10%. udziału energii odnawialnej w transporcie w roku 2020, do czego zobowiązuje nas unijna dyrektywa 2009/28/WE. Rozporządzenie RM bowiem określa poszczególne etapy dojścia do poziomu 10%.

Polska do tej pory nie wprowadziła przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych, które są niezbędne do wykonania unijnej dyrektywy 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych. Ostateczny termin wprowadzenia dyrektywy w życie minął 5 grudnia 2010 roku. Dyrektywa ta określa m. in. kryteria, które muszą być spełnione, aby biopaliwa były kwalifikowane do kategorii odnawialnych źródeł energii i otrzymywały wsparcie ze środków publicznych. Komisja Europejska po bezskutecznych monitach (opinia z 22 marca 2012 r.) wniosła przeciwko Polsce skargę do Trybunału Sprawiedliwości w czerwcu 2013 roku. Domaga się nałożenia na Polskę kary pieniężnej w wysokości 133,23 tys. euro dziennie, która będzie naliczana jeśli Trybunał ogłosi wyrok w tej sprawie. Projekt stosownej ustawy wpłynął do Sejmu dopiero 9 stycznia 2014 roku.

Bezrobocie młodych nadal na wysokim poziomie. UE stawia na poprawę jakości staży i praktyk

Sytuacja młodego pokolenia na rynku pracy powoli się poprawia. Zgodnie z danymi Eurostatu bezrobocie młodych w lutym wyniosło w Polsce 26,9 proc. Przyczyn tak wysokiego poziomu bezrobocia eksperci upatrują m.in. w niskiej jakości stażach i praktykach, niedopasowaniu kompetencyjnym oraz braku rozbudowanej współpracy na linii biznes-edukacja.

Bezrobocie wśród młodych (<25 r.ż.) w Polsce w lutym wyniosło 26,9 proc., co oznacza spadek o 0,1 proc. w stosunku do stycznia. W Unii Europejskiej bezrobocie w tej grupie wiekowej sięgnęło 22,9 proc., co oznacza spadek o 0,1 proc. w porównaniu z poprzednim miesiącem. Unia Europejska upatruje rozwiązania problemu wysokiego bezrobocia młodych w ujednoliceniu i podniesieniu jakości staży i praktyk w państwach członkowskich. Będzie to możliwe dzięki wdrożeniu Europejskich Ram Jakości Staży i Praktyk, które zakładają m.in. zawieranie pisemnej umowy o staż; regulują cele dydaktyczne i szkoleniowe; warunki pracy mające zastosowanie dla stażystów; rozsądny okres trwania stażu, czy odpowiednie uznawanie stażu. Rada UE uznaje za konieczne wdrożenie założeń Ram w państwach członkowskich, Komisja Europejska zapowiedziała monitorowanie tego procesu.

Polscy pracodawcy również podejmują kroki w celu poprawy jakości programów staży i praktyk. Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami uruchomiło Program Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk, który ma na celu zbliżenie środowisk biznesu i edukacji oraz skuteczną edukacją praktyczną młodego pokolenia. – Program Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk to odpowiedź na apel UE nawołującej do ograniczania wysokiego poziomu bezrobocia młodych. W celu upowszechnienia idei Programu realizujemy obecnie kampanię społeczną „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”. Ma ona na celu zachęcanie pracodawców do realizacji rzetelnych programów staży i praktyk w oparciu o Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, a młodych ludzi do świadomego kierowania swoją karierą zawodową – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Więcej informacji na temat Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk oraz kampanii można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl, na profilu Programu na portalu Facebook, oraz na kanale You Tube.

Większa kontrola uprawnionych do rent. Ma to pomóc osobom naprawdę potrzebującym pomocy i zwiększyć wpływy do budżetu

Uszczelnienie systemu przyznawania rent z tytułu niezdolności do pracy i dokładna weryfikacja osób ubiegających się o te świadczenia zmniejszyły liczbę rencistów do nieco ponad miliona. Eksperci podkreślają, że dzięki temu teraz pomoc trafia do osób rzeczywiście wymagających wsparcia, a pozostali będą mogli skorzystać z programów rehabilitacji i aktywizacji zawodowej, które umożliwią im powrót na rynek pracy, a co za tym idzie również podniesienie ich poziomu życia. Budżet państwa oszczędza na tym miliardy złotych.

Według danych ZUS w 2004 roku było ponad 2,1 mln rencistów, w 2010 roku – 1,2 mln, dzisiaj – niewiele ponad milion. Tylko w ostatnim roku liczba uprawnionych do pobierania świadczeń spadła o 100 tys. Najwięcej rent z tytułu niezdolności do pracy przyznawano w pierwszej połowie lat 90. W drugiej zaczęto reformować system, wprowadzając ostrzejsze kryteria przyznawania świadczeń. Takie działania trwają do dziś. Stałe renty należą już do rzadkości, częściej przyznaje się czasowe.

Zaostrzenie systemu polegało na powiedzeniu: bądźmy serio w ocenach, kto rzeczywiście nie może pracować i kto jako ubezpieczony ma prawo do zasiłku. To było nadużywane w przeszłości, a w tej chwili mówi się: sprawdźmy starannie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. – Renty są po to, by osoby rzeczywiście niezdolne do pracy nie musiały pracować.

Profesor wylicza zalety uszczelnienia systemu rent: więcej ludzi jest chętnych do pracy, na dłuższą metę mniej jest bezrobotnych. Uszczelnienie ogranicza konieczność zwiększania składek ubezpieczeniowych, a jeśli nie trzeba utrzymywać ze składek znacznej części ludzi zdolnych do pracy, to długookresowo powinno to zwiększyć dochody budżetu i PKB oraz zmniejszyć bezrobocie.

To oczywiście pośrednio wpływa na budżet, bo budżet jest gwarantem systemu zusowskiego. Jeśli składek nie wystarcza na wszystkie świadczenia, to koszty ponoszą podatnicy, ponieważ trzeba dokładać z budżetu – wyjaśnia Witold Orłowski.

To są miliardy oszczędności dzięki ograniczeniu kosztów funkcjonowania systemu. Już dotychczasowe działania, jak zreformowanie systemu przyznawania rent kilka lat temu, przyniosły dobre rezultaty – mówi Marek Zuber, ekonomista.

Zdaniem prof. Orłowskiego, nadużywanie systemu rentowego skutkuje tym, że mniej ludzi pracuje, koszty pracy są wyższe, a co za tym idzie – również stopa bezrobocia rośnie. To z kolei w ogólnym rozrachunku powoduje, że kraj jest biedniejszy, a poziom życia – niższy.

Główny problem z systemem rentowym polega na tym, że to jest bardzo kosztowne, jeśli wielu ludziom, którzy wiemy, że mogliby pracować, może w zmniejszonym wymiarze, w innych warunkach, ale mogliby, mówimy: reszta pracujących będzie cię utrzymywać – podkreśla ekonomista.

Z tym związany jest również problem społeczny, czyli zdecydowane obniżenie poziomu życia osób, które pozostają na rencie, a mogłyby podjąć pracę.

Renty są dość niskie. Komuś, kto mógłby pracować, mówi się: wypisz się z życia, kupuj najtańsze produkty, siedź w domu, bo i tak cię nie będzie stać na żaden wyjazd, ale za to nie musisz pracować – to jest szalenie degradujące. Ci ludzie mogliby żyć na zupełnie innym poziomie – podkreśla Orłowski.

Według ekonomistów, w miarę dalszego uszczelniania systemu rentowego, efekty dla rynku pracy, gospodarki i samych zainteresowanych będą coraz bardziej widoczne. Marek Zuber podkreśla jednak, że powinny temu towarzyszyć również działania na rzecz tworzenia nowych miejsc pracy oraz aktywizacji bezrobotnych.

Najważniejsze jest nieprzeszkadzanie gospodarce, by mogła tworzyć miejsca pracy. Wybór między 4 tys. zł wynagrodzenia a tysiącem złotych renty każdego skłoni do zastanowienia się. Najlepsze rozwiązanie to zachęcanie do tego, żeby nie przechodzić na rentę, bo to się nie opłaca – uważa Marek Zuber. – Państwo powinno pomagać w dostosowaniu oferty tych osób, które chciałyby znaleźć pracę, do tego, co jest na rynku, czyli organizować różnego rodzaju szkolenia, doskonalenia zawodowe.

Za dwa tygodnie wejdą w życie nowe przepisy o zamówieniach publicznych. Ułatwią życie m.in. naukowcom

0

CEO Magazyn Polska

Zmiany w Prawie zamówień publicznych zakładają zwiększenie progu zobowiązującego do ogłoszenia przetargu z 14 do 30 tys. euro., rozszerzenie tzw. zamówień z wolnej ręki i wyłączenie dostaw towarów oraz usług do celów badawczych spod reżimu zamówień publicznych. Nowe przepisy wejdą w życie w ciągu dwóch tygodni. Mają one ułatwić działalność naukowcom i pobudzić do intensyfikacji badań naukowych.

Nowelizacja ustawy o zamówieniach publicznych jest bardzo ważna dla świata nauki. Dotychczas naukowcy narzekali, że kupując jeden komputer, muszą uruchamiać całą procedurę przetargową. Teraz minimalny próg zamówień podnosimy nawet do 200 tys. zł w stosunku do niektórych projektów i uczelni – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Lena KolarskaBobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Wyjaśnia, że poważnym utrudnieniem dla naukowców jest konieczność zamawiania sprzętu laboratoryjnego czy niezbędnego wyposażenia w trybie ustawy o zamówieniach publicznych. W efekcie problemem stawał się zakup nawet jednego komputera czy urządzenia pomiarowego. Nawet jeśli na rynku działał tylko jeden producent, naukowcy byli zobowiązani do składania zapytań ofertowych kilku przedsiębiorcom. Co więcej, ustawa była jedną z przyczyn, dla których czas poświęcany pracom administracyjnym często był dłuższy niż czas prac naukowych.

Jak przekonuje minister, dzięki nowelizacji PZP będzie można w sposób dużo prostszy i szybszy kupić aparaturę potrzebną do pracy naukowej. Prezydent ustawę podpisał pod koniec marca, we wtorek została opublikowana w Dzienniku Ustaw, więc przepisy wejdą w życie w połowie miesiąca.

Wtedy będzie można przystąpić do potrzebnych zakupów i realizacji projektów badawczych, z których część była wstrzymana w oczekiwaniu na te uregulowania – komentuje profesor.

Nowe regulacje powinny ułatwić działania naukowców i zwiększyć czas przeznaczony przez nich na badania. Specjalnie dla nich dostawy i usługi służące wyłącznie do celów prac badawczych, eksperymentalnych, naukowych lub rozwojowych (czyli takie, które nie służą prowadzeniu produkcji seryjnej, mającej na celu osiągnięcie rentowności rynkowej) będą wyłączone spod reżimu ustawy. Dla instytutów PAN będzie to wyłączenie do kwoty nie większej niż 134 tys. euro, a dla instytutów badawczych i uczelni wyższych – 207 tys. euro.

Ożywienie dotarło na południe Europy

Po kilku latach głębokiego kryzysu gospodarki Grecji, Hiszpanii, Portugalii oraz Włoch podnoszą się z zapaści. Wszystkie mają odnotować w tym roku wzrost gospodarczy. Jedynymi państwami, w których w 2014 roku spadnie PKB, będą zmagające się z kryzysem bankowym Cypr oraz Słowenia. Ożywienie na południu Europy będzie wciąż zbyt słabe, by znacząco obniżyć rekordowe bezrobocie. Firmy i konsumenci z tamtego regionu wierzą jednak, że najgorsze już minęło.

W 2014 roku gospodarki Grecji i Włoch urosną o 0,6 proc., Portugalii – o 0,8 proc., a Hiszpanii – o 1 proc. – wynika z prognoz Komisji Europejskiej. Poprawę nastrojów widać wyraźnie na giełdach w regionie, a także na rynku obligacji. Rok temu rentowności obligacji sprzedawanych przez rząd w Lizbonie zbliżały się do 7 proc., obecnie są już niżej niż polskie, co oznacza, że portugalski rząd pożycza pieniądze na rynku taniej niż polski.

Pozytywne oznaki widać też w realnej gospodarce – poprawia się zaufanie wśród przedsiębiorców i konsumentów. W 2014 roku z recesją będą się jeszcze zmagać tylko Słowenia (przewiduje się spadek PKB o 0,1 proc.) oraz Cypr, gdzie gospodarka wytworzy mniej dóbr i usług o 4,6 proc. niż w ubiegłym roku. Cała strefa euro zwiększy swój PKB o 1,2 proc.

 – Publikowane przez Komisję Europejską wskaźniki nastrojów gospodarczych dla krajów z peryferii strefy euro zanotowały w marcu bardzo silny wzrost. Przykładowo dla Grecji wskaźnik nastrojów gospodarczych osiągnął najwyższy poziom od ponad 5 lat. I to pozwala wierzyć, że te kraje najgorsze mają już za sobą i definitywne przezwyciężenie problemów zadłużeniowych w peryferyjnych krajach strefy euro jest jak najbardziej możliwe – uważa Piotr Bujak, główny ekonomista Nordea Bank Polska.

Według prognoz KE, w 2015 roku średnia relacja długu publicznego do PKB w strefie euro obniży się z 95,9 proc. do 95,4 proc. To przede wszystkim zasługa spadających deficytów budżetowych, w tym strukturalnych, a więc uwzględniających efekty cyklu koniunkturalnego. Rządy podnosiły podatki i hamowały wzrost wydatków publicznych, z kolei Europejski Bank Centralny starał się ulżyć budżetom państw i bankom, obniżając stopy procentowe i ryzyko – zwłaszcza na rynku obligacji.

Obserwujemy od końca 2011 roku znacznie bardziej pragmatyczną niż w przeszłości politykę EBC  obniżenie stóp procentowych do rekordowo niskiego poziomu i działania wspierające płynność banków. To mocno przyczyniło się do zakończenia kryzysu zadłużeniowego w strefie euro, a wraz z poprawą warunków między innymi w amerykańskiej gospodarce pobudziło eksport w wielu europejskich gospodarkach. I to pozwoli na znacznie lepszą koniunkturę w Europie w ciągu najbliższych kilku lat – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bujak.

Teraz najbardziej palącym problemem jest bardzo wysokie bezrobocie, zwłaszcza w krajach śródziemnomorskich. W tym roku stopa bezrobocia w Grecji obniży się z 27,3 do 26 proc., a w Hiszpanii spadnie z 26,4 do 25,7 proc. To jednak wciąż daleko od poziomów, które byłyby akceptowalne społecznie. Niestety, w sąsiednich państwach, takich jak Francja, Portugalia i Włochy w 2014 r., bezrobocie ma dalej rosnąć – wynika z analiz KE.

Słaby rynek pracy oraz wciąż trudno dostępny kredyt dla firm z krajów peryferyjnych sprawia, że część z nich ociera się o deflację, czyli spadek cen. Dlatego, zdaniem Piotra Bujaka, ewentualny skokowy wzrost inflacji z powodu drożejącej ropy naftowej nie będzie dużym problemem dla gospodarki UE.

W tej sytuacji ewentualne ryzyko wiązałoby się z pogłębieniem różnic w poziomie inflacji między poszczególnymi krajami strefy euro. W 2014 roku spadek cen prognozowany jest tylko w Grecji, ale np. w Niemczech inflacja ma wynieść 1,4 proc., a w Austrii – 1,8 proc. Wzrost tych różnic oznaczałby kłopot dla EBC, który musi prowadzić jedną politykę pieniężną (przede wszystkim dbać o stabilność cen) w gronie 18 państw. Większym wstrząsem dla europejskiej gospodarki niż wzrost cen ropy byłoby ewentualne wstrzymanie przez Rosję dostaw gazu ziemnego.

Taki scenariusz wydaje się mało prawdopodobny, bo mógłby mieć miejsce jedynie w przypadku ostrej eskalacji, nasilenia konfliktu na Ukrainie, a na to na szczęście się nie zanosi.– zauważa Piotr Bujak. – Konflikt na linii Kijów Moskwa, także na linii Rosja Zachód w dotychczasowym kształcie nie stanowi istotnego zagrożenia dla perspektyw europejskiej, w tym polskiej gospodarki. Nie należy się też obawiać pogorszenia perspektyw dla europejskich i polskich eksporterów nawet przy dość głębokiej recesji w Rosji i na Ukrainie.

O prawie połowę wzrosła sprzedaż aut Opla. Koncern stawia na auta z napędem gazowym

CEO Magazyn Polska

W pierwszym kwartale tego roku Opel odnotował ponad 40-proc. wzrost sprzedaży. W samym marcu sprzedaż była o 57 proc. wyższa niż przed rokiem. Koncern chce utrzymać tę dynamikę, oferując gamę modeli wyposażonych fabrycznie w instalację gazową LPG.

W Polsce rynek aut z napędem gazowym ma ogromny potencjał, jesteśmy jednym z zaledwie kilku krajów w Europie, w których ten segment pojazdów jest tak mocno rozwinięty. Dla Opla naturalnym krokiem było dostosowanie oferty do oczekiwań klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland.

Większość modeli koncernu można dziś kupić w wersji z napędem LPG. Instalacja gazowa jest w nich montowana fabrycznie, obowiązuje na nią dwuletnia gwarancja, a całość jest zaprojektowana w ten sposób, by auta te nie odróżniały się kształtem od swoich konwencjonalnych odpowiedników. Koloidalny zbiornik na gaz umieszczany jest w bagażniku w miejscu koła zapasowego, zastąpionego tzw. systemem naprawczym.

Nasza oferta skierowana jest przede wszystkim do klienta indywidualnego, oczekującego ekonomicznego samochodu i wysokiej jakości rozwiązań – twierdzi dyrektor General Motors Poland. – Sporym zainteresowaniem cieszy się między innymi Corsa, która w wersji LPG kosztuje obecnie niewiele ponad 40 tys. zł. To jedna z lepszych tego typu ofert na rynku.

Klientów do zakupów ma zachęcić również oferta wydłużonej gwarancji producenta Opel FlexCare.

Sprzedaż Opla w pierwszym kwartale roku zaskoczyła nawet samych handlowców (wzrost o prawie 44 proc. rok do roku). Od początku roku wyniki systematycznie się poprawiały, co świadczy o zdecydowanym umocnieniu pozycji marki na rynku.

Wysoka sprzedaż jest częściowo napędzana zmianą przepisów dotyczących możliwości pełnego odliczania VAT-u. Dla nas bardzo ważne jest jednak to, że świetne wyniki mamy także w segmencie aut, na które zmiany przepisów nie miały wpływu – mówi Wojciech Mieczkowski.

W samym marcu sprzedaż wzrosła o 57 proc. w porównaniu do marca 2013 r. i wyniosła 2,5 tys. aut. W ciągu trzech miesięcy Opel sprzedał blisko 7 tys. samochodów (w I kwartale 2013 r. sprzedaż wyniosła ponad 4,8 tys. aut). Liderem sprzedaży był Opel Corsa. Na kolejnych miejscach znalazły się Astra i Insignia. Sprzedaż samochodów dostawczych była o 50 proc. większa niż przed rokiem.

Tak duża dynamika sprzedaży może nie utrzymać się w kolejnych miesiącach, Opel prognozuje jednak roczną sprzedaż na poziomie 26-27 tys. egzemplarzy. W osiągnięciu tych wyników pomóc ma szeroka gama modeli, również w wersji LPG.

Sporą popularnością cieszy się między innymi model Mokka, będący miejskim SUV-em, a także Meriva, która znalazła sześciokrotnie więcej nabywców w tym roku niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku. Rozbudowywana jest także oferta Opel Leasing Mobilny, bazująca na wynajmie i obsłudze samochodów dla dużych firm. Niebawem promowana będzie także usługa dla drobnych przedsiębiorców.

MCI Management zapowiada dalsze inwestowanie w rynek internetowy, także poza Polską

0

CEO Magazyn Polska

MCI Management po inwestycji w Grupę o2 liczy na rozwój tej platformy. Spółka wiąże przyszłość z mediami cyfrowymi, choć nie będzie inwestować w projekty konkurencyjne. Jest też zainteresowana innymi obszarami rynku internetowego, m.in. projektami inteligentnych domów i komunikatorów, a także inwestycjami w Turcji i Rosji. Dobre wyniki notują projekty spółki w Niemczech.

Chcielibyśmy się koncentrować na projektach, które miałyby charakter bardziej rozproszenia dla sektora mediów, czyli bardziej niszowych, na wczesnym etapie. Jesteśmy otwarci na media społecznościowe, media mobilne, wąskie formaty czy połączenie telewizji z internetem – te obszary wchodziłyby w grę, jeżeli chodzi o rynek polski. Media są tylko wycinkiem całego rynku internetowego i to nie największym – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Czechowicz, partner zarządzający i chief investment officer w MCI Management.

Spółka MCI Management objęła niedawno 20 proc. udziałów w Grupie o2. To część dużych zmian własnościowych w portalu. W październiku ubiegłego roku Orange Polska zdecydował się sprzedać 100 proc. udziałów Wirtualnej Polski portalowi o2. Po połączeniu serwisy będą funkcjonować w ramach Grupy o2. MCI Management poprzez zależny fundusz venture odkupił 20 proc. udziałów od właściciela o2, European Media Holding, który z kolei należy do funduszu private equity Innova Capital.

Czechowicz zapowiada, że MCI nie zamierza kończyć inwestycji.

 – Obszary, na które musimy przede wszystkim zwracać uwagę to komunikatory, internet rzeczy, inteligentny dom, cała branża finansowa przechodząca powoli z bankowości klasycznej do internetu  wylicza Czechowicz.

MCI Management nie ogranicza się też do inwestycji w Polsce. Już teraz spółka prowadzi projekty w Niemczech, Polsce, Czechach, Turcji i Rosji. Czechowicz dodaje, że obserwując zmiany na rynkach, można dostrzec dużo obiecujących sygnałów. Po okresie przewartościowania rynku do normalnych cen powróciła na przykład Turcja, co zachęca do lokowania tam środków.

Ciekawa dla spółki jest też Rosja, choć jest to kraj niepewny politycznie z uwagi na kryzys na Krymie i sankcje, które uderzają w rosyjską gospodarkę. Stara Europa staje się za to przewartościowana, więc na tym kontynencie należy raczej spodziewać się spowolnienia inwestycji. Na razie jednak inwestycje w Niemczech i Europie Wschodniej spisują się bardzo dobrze, choć dalsza przyszłość stoi pod znakiem zapytania.

W Niemczech mamy dwie inwestycje. Jedną z nich jest Windeln.de, czyli sprzedawca produktów dziecięcych w internecie. To jest już duża spółka, ponad 100 mln euro sprzedaży rocznej. Jesteśmy bardzo z niej zadowoleni. Druga inwestycja to jest 21 Diamonds, sprzedawca biżuterii przez internet – wylicza Czechowicz. – Rynek niemiecki sam w sobie jest wielki, bo to jest ponad 80 milionów bogatych konsumentów plus to, że z reguły stwarza opcje skonwertowania narodowych graczy na europejskich graczy.

Dodaje, że przez długi czas niemiecki rynek był niedowartościowany. Pojawiało się dużo ciekawych inicjatyw, ale brakowało inwestorów, więc wejście na ten rynek było stosunkowo tanie. Teraz nasycenie jest już większe, bo inwestorzy dostrzegli już tę lukę. To prowadzi do wzrostu cen i odpływu inwestorów. W falę największego napływu inwestorów, zwłaszcza do obszaru e-commerce, wchodzą natomiast Polska i Czechy.

Spożycie ekologicznej żywności w Polsce jest 15 razy mniejsze niż na Zachodzie. Rynek będzie jednak rósł

CEO Magazyn Polska

Statystyczny Polak wydaje tylko cztery euro rocznie na żywność ekologiczną. Niemiec przeznacza na ten cel 86 euro, a Duńczyk – prawie dwa razy więcej. Spożycie ekologicznej żywności jest w Polsce ok. 15 razy mniejsze niż w krajach Europy Zachodniej i pięć razy mniejsze niż np. w Czechach. Zdaniem dystrybutorów ekoproduktów wynika to głównie z niskiej świadomości społecznej. Jednak według nich branża zdrowego żywienia ma duży potencjał wzrostu.

Na tle krajów Europy Zachodniej wypadamy, niestety, bardzo słabo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Chłoń, prezes spółki Organic Farma Zdrowia. – Spożycie produktów ekologicznych w tej chwili w Europie Zachodniej wynosi 3-4 proc. ogółu żywności, a w Polsce 0,2 proc., czyli 15 razy mniej. To jest przepaść, którą musimy w najbliższych latach nadrobić – dodaje.

Dysproporcje widać przede wszystkim w wydatkach na zdrową żywność. Chłoń podaje, że statystyczny Polak wydaje na żywność ekologiczną 4 euro. To 21 razy mniej niż Niemiec i 40 razy mniej niż Duńczyk. Zdaniem prezesa spółki Organic Farma Zdrowia sytuacja ta wynika z wciąż niskiej świadomości Polaków.

Polacy nie uświadamiają sobie jeszcze, że zdrowe odżywianie jest absolutną podstawą – mówi Chłoń. – Coraz chętniej chodzą do fitness klubów, jeżdżą na rowerach, na nartach, biegają i uprawiają innego rodzaju sporty. To fantastyczna sprawa, jednak trzeba mieć świadomość, że sport, nawet uprawiany pięć razy w tygodniu, nie pomoże nam, jeśli będziemy się źle odżywiać. Dopiero połączenie ruchu i dobrego odżywiania sprawi, że będziemy mogli mówić o zdrowym stylu życia – dodaje prezes.

Jednak sytuacja w ostatnich latach znacznie się poprawiła. Co ważniejsze, perspektywy dla rynku są bardzo optymistyczne.

Różnice między Polską a Zachodem pokazują nam, jak daleko w tyle się znajdujemy, ale z drugiej strony dowodzą też, że jesteśmy w branży, która będzie musiała rosnąć – twierdzi Chłoń. – Przykładem mogą być Czesi, u których spożycie żywności ekologicznej wzrosło już do 1 proc. ogółu żywności.

Organic Farma Zdrowia to pierwsza i największa w Polsce sieć samoobsługowych delikatesów, w których można nabyć produkty ekologiczne. Firma oprócz ekożywności, wytworzonej bez użycia środków chemicznych, oferuje także kosmetyki i środki czystości. Notowana jest na rynku NewConnect.

Mamy w tej chwili 27 jednostek handlowych i firmy dystrybucyjne. Na razie nie widzimy na terenie Polski konkurenta, który mógłby nam zagrozić – mówi Sławomir Chłoń. – Zdrowe produkty zaczynają być szerzej dostępne, więc klienci mogą się z nimi zapoznać i zaczynają się nimi coraz bardziej interesować. Jesteśmy więc przekonani, że przez następne trzy, cztery dekady czeka nas w Polsce wyłącznie wzrost rynku ekologicznej żywności – przekonuje.

Odbicie na rynku szkoleń dla firm. Bardziej popularne od kilkudniowych warsztatów są indywidualne szkolenia w miejscu pracy

CEO Magazyn PolskaPo kilku słabszych latach branża szkoleniowa znów notuje wzrosty. Firmy chętnie wysyłają swoich pracowników na szkolenia, szczególnie w obszarze umiejętności menedżerskich i relacji z klientami. Coraz ważniejsze jest jednak dopasowanie programu do potrzeb konkretnych firm, a także szkolenia w miejscu pracy. Firmy szkoleniowe liczą na większą liczbę klientów z mniejszych przedsiębiorstw, które mogą wykorzystać na szkolenia środki unijne.

Wracamy do dobrze znanej mantry, że ludzie są kapitałem firmy, jednym z najważniejszych zasobów w przedsiębiorstwie, jak nie najważniejszym. I w związku z tym zaczynają one coraz bardziej inwestować w szkolenia, chociaż są to nieco inne inwestycje niż były jeszcze kilka lat temu – w inny sposób podchodzą do rozwoju ludzi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksander Drzewiecki, prezes House of Skills.

Od końca 2008 r. w branży szkoleniowej nastąpiło duże spowolnienie. Inwestycje w szkolenia ograniczyły szczególnie te firmy, które zostały najmocniej dotknięte kryzysem. To przedsiębiorstwa m.in.: z branż farmaceutycznej, budowlanej, finansowej i telekomunikacyjnej, które wcześniej najchętniej wysyłały pracowników na szkolenia. Choć koniunktura była gorsza, spadek łagodziły środki unijne dostępne na szkolenie pracowników. Wieloletnie projekty współfinansowane przez UE gwarantowały ich kontynuację.

Drzewiecki dodaje, że do tej pory środki unijne trafiały przede wszystkim do dużych firm, które dobrze je wydawały. Mniejsze przedsiębiorstwa różnie sobie z tym radziły. W nowej unijnej perspektywie to właśnie małe i średnie firmy otrzymają całość środków. Drzewiecki podkreśla, że szczególnie w przypadku średnich przedsiębiorstw jest to szansa na rozwój i wyszkolenie pracowników. Małe firmy mogą nie poradzić sobie z inwestycjami, choć z pewnością dostępność publicznych środków będzie dla nich dodatkową motywacją.

Przeniesienie środków z dużych na mniejsze firmy to jednak niejedyna zmiana.

Zmienia się także nieco sposób realizacji tych usług. Są one dużo bardziej zindywidualizowane, dużo bardziej procesowe, bardziej wielowymiarowe. Odchodzi się od takich masowych, typowych, dwu-, trzydniowych szkoleń realizowanych dla pracowników na rzecz procesów, które obejmują dogłębną analizę indywidualną i szkolenie e-learningowe przygotowawcze, działania wdrożeniowe z zaangażowaniem menadżerów wyższego szczebla i działania mentoringowe i coachingowe. I później znowu szkolenia i projekty w miejscu pracy – tłumaczy Drzewiecki.

Podkreśla, że szkolenia zintegrowane z normalnym trybem pracy firmy są znacznie bardziej skuteczne niż kilkudniowe warsztaty, które były popularne dawniej.

Drzewiecki dodaje, że choć zmienia się sposób szkolenia, bez zmian pozostają najważniejsze umiejętności. Firmy przede wszystkim szkolą menedżerów oraz osoby zajmujące się obsługą klientów.

Myślę, że to jest dobra tendencja, bo ona pokazuje, że jeżeli nasi menadżerowie są przygotowani do tego, żeby pracować w odpowiedni sposób ze swoimi ludźmi, to jest to dobrze wydany pieniądz i dobra inwestycja. Natomiast jeśli się inwestuje w pracownika, a menedżer, który na co dzień z nim pracuje, działa w odmienny sposób niż ten pracownik się nauczył, to nie wykorzystuje on nabytych umiejętności, dlatego w zasadzie jest to pieniądz stracony – podkreśla prezes House of Skills.

Konsumenci coraz częściej zmieniają dostawców usług

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce dwie trzecie konsumentów w ciągu roku zmienia dostawcę w przynajmniej jednej branży. To trend, który widoczny jest również w innych krajach europejskich i Ameryce. Wpływ na ich decyzje mają złe doświadczenia z dotychczasowej współpracy i zachęty konkurencji. 80 proc. konsumentów uważa, że poprzedni dostawca nie zrobił nic, by ich zatrzymać, choć byłaby to próba skuteczna – wynika z ankiety firmy Accenture.

66 proc. Polaków w ciągu ostatniego roku zmieniło dostawcę usług lub miejsce, w którym dokonuje zakupów. Podobne dane dotyczą całego świata. To nowy rodzaj gospodarki, tzw. switching economy. Do zmian zachęcają sami dostawcy poprzez kampanie reklamowe. W Polsce działają tak na przykład banki, które ułatwiają przenoszenie się klientów – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Mazurek, członek zarządu Accenture Polska.

Jego zdaniem na decyzje konsumentów wpływa fakt, że rynki we wszystkich wymiarach stają się nasycone – klienci mają już produkty i korzystają z usług, których potrzebują, a to powoduje, że dostawcy muszą często walczyć o klienta, który jest już u konkurencji, i próbować przyciągać go do siebie.

Szacujemy, że potencjał rynku klientów zmieniających dostawców jest ogromny i korporacje powinny nastawić się na walkę o nowych klientów, a nie tylko o utrzymanie istniejących – mówi Karol Mazurek.

Branża najbardziej podatna na zmiany to bankowość. Jako sektory, w których przede wszystkim takie zmiany następowały, Mazurek wskazuje handel detaliczny, obok właśnie bankowość i telekomunikację.

Zmiany dostawców nie wynikają z kaprysów konsumentów. Według badań Accenture podstawowym powodem jest niedotrzymywanie obietnic przez dostawców. Wskazuje go 80 proc. badanych.

Czyli najgorszą rzeczą, która może spotkać klienta jest to, że z reklam i informacji przed sprzedażą dowiedział się czegoś, co później okazało się nieprawdą. I po kupieniu produktu lub usługi poczuł się rozczarowany – uważa Karol Mazurek.

Przedstawiciel Accenture wskazuje kolejny powód do zmian, czyli jakość obsługi – kontakt z niekompetentnymi pracownikami, skomplikowane procesy obsługi, wielokrotne podawanie tych samych informacji w celu załatwienia jednej sprawy. W efekcie konsumenci coraz częściej sprawdzają warunki usług u alternatywnych dostawców.

W poprzednich badaniach konsumenci deklarowali, że warunki swoich kontraktów na usługi czy wybór miejsca zakupów sprawdzają raz na dwa lata lub rzadziej. W tej chwili ponad 60 proc. dokonuje takiej oceny częściej. 25 proc. deklaruje, że nawet częściej niż raz do roku – informuje członek zarządu Accenture Polska.

Dzięki dostępowi do internetu i mediom społecznościowym klienci chętniej dzielą się informacjami na temat jakości produktów i usług. Już 25 proc. ankietowanych przyznaje, że wystawiło negatywny komentarz dostawcy gdzieś w internecie.

Kilka lat temu apelowaliśmy o badanie przyczyn odchodzenia klientów, którzy sami nie ujawniali swoich motywów. Teraz coraz więcej klientów dzieli się powodami rezygnacji z danego dostawcy. Przede wszystkim z bliskimi, ale także chętnie z użytkownikami internetu – wyjaśnia Karol Mazurek.

Podkreśla, że firmy przede wszystkim powinny dbać o swojego klienta i lepiej rozpoznawać jego potrzeby.

Tym bardziej, że 80 proc. badanych twierdzi, że dostawca mógł coś zrobić, żeby ich zatrzymać. Zaproponować szybsze rozwiązanie problemu, lepiej dostosowany produkt, promocje, preferencyjne warunki – tłumaczy przedstawiciel Accenture.

Dodaje też, że ci sami badani deklarowali chęć pozostania przy wybranym dostawcy, jednak brak lepszej, przeznaczonej dla nich oferty powodował, że odchodzili.

O rosnącym trendzie do zmiany dostawców informują wyniki badania Global Consumer Pulse Survey przeprowadzonego przez spółkę Accenture. Wnioski powinny skłonić przedsiębiorców nie tylko do podjęcia starań o pozyskiwanie nowych klientów, lecz także do podjęcia działań na rzecz utrzymania dotychczasowych.

Sklepy internetowe zachęcają do zakupów niskimi cenami, ale w marketach jest więcej promocji

CEO Magazyn Polska

Zakupy w sieci są coraz mniej atrakcyjne cenowo. Analitycy sprzedaży radzą, by przed podjęciem decyzji o zakupie konkretnego towaru w internecie najpierw sprawdzić jego ceny w tradycyjnych, stacjonarnych marketach.  Często bowiem okazuje się, że po doliczeniu kosztów transportu czy innych opłat, zakup w sklepie online wcale nie jest cenowo najkorzystniejszy. Co więcej, w marketach z elektroniką, które zmniejszają swoje marże i dają klientom duże rabaty, towary mogą być nawet o kilkanaście procent tańsze.

Z raportu opublikowanego przez Ceneo wynika, że 1/4 kupujących przez internet co najmniej raz została oszukana. Kupując w internecie, oczywiście musimy doliczyć koszty przesyłki, koszt ryzyka związanego z zakupem, to, że musimy poczekać na dany produkt, nie możemy go dotknąć i być pewni, że to jest ten, a nie przyszło coś innego, gorszej jakości, używane czy chociażby kilka cegieł – mówi agencji informacyjnej Newseria Dawid Piskowski, założyciel Okazjum.pl.

Zabiegani i zapracowani klienci mają jednak coraz mniej czasu na wizyty w tradycyjnych sklepach. Dlatego decydują się na zakupy w sieci. Sklepy internetowe kuszą niższymi cenami, szerokim asortymentem oraz możliwością porównywania ofert różnych handlowców.

Sklepy internetowe mają stosunkowo niskie ceny, ale to w zwykłych sklepach możemy znaleźć dużo lepsze okazje, np. za zakup telewizora dostajemy jeszcze dodatkowo bon na dalsze zakupy. Telewizor może być 50 zł droższy, a bon możemy dostać w postaci 300-400 zł, co koniec końców wychodzi dużo taniej. Rozwiązaniem jest robienie mądrych i świadomych zakupów. Oczywiście warto spojrzeć w internecie, porównać ceny, ale też trzeba zobaczyć, czy przypadkiem w markecie nie ma właśnie jakiejś promocji – tłumaczy Dawid Piskowski.

Klienci są przekonani, że dzięki weryfikacji ofert w porównywarkach cenowych z różnych sklepów online, mogą wybrać odpowiedni dla siebie towar, a przy tym oszczędzają swój czas.

To jest właśnie mit, że w porównywarkach cen jest po prostu taniej. Sam robię zakupy w internecie, ale też przeglądam promocje w gazetkach. Na Okazjum.pl monitorujemy promocje z ponad 300 marketów, w ponad 50 tys. placówkach, więc mamy dokładny obraz tego, gdzie i co jest każdego dnia w promocji – wyjaśnia Dawid Piskowski.

Z badań wynika, że największym zainteresowaniem klientów w sklepach internetowych cieszą się ubrania, kosmetyki, a także książki, płyty i nowinki technologiczne.

Bogdanka wydobyła 2,24 mln ton węgla w 1Q 2014

Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. zanotowała w I kwartale 2014 roku produkcję węgla handlowego na poziomie 2,24 mln ton, czyli o 10,2% wyższym niż w tym samym okresie rok wcześniej i o 6,2% wyższym niż w IV kwartale 2013 roku. 

Sukces oferty pre-IPO Private Equity Managers S.A.

Private Equity Managers S.A. (PEM), spółka portfelowa Grupy MCI wyspecjalizowana w zarządzaniu aktywami private equity, zgodnie z zapowiedzią zamknęła w I kwartale br. sprzedaż pierwszej części akcji w ramach pre-IPO. W pierwszej transzy do inwestorów, wśród których znaleźli się menedżerowie i partnerzy spółki, trafiło ponad 30 proc. akcji PEM. MCI podtrzymuje zamiar wprowadzenia PEM na GPW w II połowie 2014 r.

Ta transakcja to nasz duży sukces, gdyż jest potwierdzeniem wcześniejszych zapowiedzi o przeprowadzeniu IPO PEM w II połowie roku. Realizacja sprzedaży pierwszej części akcji w czasie pierwszego kwartału 2014 r. sprawia, że upublicznienie PEM do końca roku jest realne. Co ważne osoby, które wzięły udział w tej fazie pre-IPO to ludzie związani od lat z PEM, a więc znający najlepiej jej możliwości i potencjał wzrostu. Ich zaangażowanie w projekt jest zatem potwierdzeniem wiary w dalszy rozwój spółki – skomentował Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A. odpowiedzialny za projekt IPO PEM. – Reasumując, sukces tej części pre-IPO daje wyobrażenie, jak może potoczyć się IPO w II połowie roku – dodaje.

MCI poinformowało o zbyciu w dniach 31 marca – 1 kwietnia 2014 r. pierwszej części akcji PEM w ramach transakcji pre-IPO PEM, które jest częścią operacji wydzielenia tej spółki z Grupy MCI i upublicznienia jej na rynku głównym GPW. W transakcji wzięli udział inwestorzy w postaci menedżerów i partnerów MCI, którzy w sumie objęli akcje stanowiące ponad 30% kapitału spółki zarządzającej aktywami. Popyt na akcje PEM w tej części transakcji był istotnie wyższy od podaży. Po rozliczeniu sprzedaży pierwszej części akcji w posiadaniu MCI bezpośrednio i pośrednio pozostało poniżej 20% akcji PEM. Ok. 49% akcji spółki trafiło pod zarządzanie subfunduszu MCI.EuroVentures 1.0 wydzielonego w funduszu inwestycyjnym MCI.Private Ventures Funduszu Inwestycyjnym Zamkniętym, w którym MCI pośrednio poprzez swoje spółki zależne, posiada 100 % certyfikatów inwestycyjnych.

Zgodnie z treścią raportu bieżącego MCI akcje PEM zostały nabyte przez inwestorów w ofercie prywatnej po wycenie 100% wartość spółki (Enterprise Value) na poziomie ponad 270 mln zł.

– Środki ze sprzedaży akcji PEM w ramach pre-IPO zgodnie z naszą strategią zostaną przeznaczone na realizację akcji inwestycyjnej, która tylko w tym roku zakłada inwestycje na poziomie co najmniej 305 mln zł – powiedział Cezary Smorszczewski. – Warto również zaznaczyć, że przed tą transakcją PEM wypłacił już na rzecz MCI dywidendę w łącznej wartości ponad 70 mln zł – dodaje.

Zgodnie z uchwałą Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia PEM o podziale i przeznaczeniu zysku, przed zamknięciem pierwszej transzy pre-IPO spółka dokonała wypłaty dywidendy w wysokości 72,5 mln zł na rzecz swoich akcjonariuszy. Intencją Zarządu PEM jest regularne dzielenie się zyskami ze swoimi akcjonariuszami. Spółka zamierza wypłacać przynajmniej 50% zysku netto w formie dywidendy.