Chłodny szczyt Unii Europejskiej i Rosji z Ukrainą w tle

CEO Magazyn Polska

Dzisiejszy szczyt Unia Europejska-Rosja w Brukseli będzie miał inny charakter od poprzednich. Jego skrócenie do dwóch i pół godziny i rezygnacja ze wspólnej kolacji ma być symbolicznym zwróceniem uwagi stronie rosyjskiej, że jej polityka nie znajduje akceptacji w oczach unijnych dyplomatów. Eksperci są zgodni, że spotkanie – podobnie jak wiele poprzednich – nie przyniesie żadnych konkretnych rozwiązań.

Unia Europejska ma nadzieję, że w ten sposób wywrze na Moskwie nacisk w kwestiach związanych np. z Ukrainą.

 – Wydaje się mało prawdopodobne, żeby takie działanie odniosło zamierzony skutek – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Ćwiek-Karpowicz, kierownik Biura Badań i Analiz Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Mało prawdopodobne jest, by strona rosyjska podjęła pewną refleksję i w imię lepszych relacji z Unią Europejską odstąpiła od dotychczasowej polityki, na przykład wobec Ukrainy.

Rosja na razie skutecznie blokuje zawarcie przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Miała ona być podpisana już w końcu listopada ubiegłego roku. Zamiast niej wprowadzono za to antydemokratyczne ustawy zaostrzające kary za udział w demonstracjach. To nie jedyny przedmiot sporu na linii Bruksela-Moskwa. Ochłodzenie we wzajemnych stosunkach trwa od lat. Kreml zamiast dogadywać się z Komisją Europejską, woli rozmawiać z przedstawicielami poszczególnych państw członkowskich.

 – Od wielu lat widać wyraźnie, że szczyty Rosja-UE organizowane są bez żadnej przewodniej idei, one muszą się odbyć, co jest realizowane – mówi Ćwiek-Karpowicz. – Zapoczątkowany dialog dotyczący stworzenia wspólnej przestrzeni gospodarczej, wspólnej przestrzeni naukowej, ludzkiej, zniesienie wiz – wszystko to utknęło w martwym punkcie.

Jeszcze kilka lat temu Komisja Europejska publikowała coroczne raporty, w których opisywała efekty wzajemnej współpracy obu stron. Odstąpiono od tej praktyki, bo trudno mówić o jakichkolwiek dokonaniach w tej dziedzinie.

 – Szczyty są wykorzystywane raczej do tego, żeby Rosja i Unia mogły dyskutować o innych sprawach – podsumowuje ekspert PISM.

Listy zastawne mogą być atrakcyjnym produktem inwestycyjnym dla OFE. Zamiast obligacji skarbowych

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd ma zająć się rozporządzeniem regulującym możliwości inwestycyjne OFE. Wprowadza ono głównie zabezpieczenia inwestycji, takie jak poręczenia i gwarancje. Nowa ustawa o otwartych funduszach emerytalnych pozbawiła je możliwości inwestowania w obligacje Skarbu Państwa, a także uniemożliwiła inwestycje na giełdowym rynku NewConnect. Być może OFE zyskają możliwość inwestowania w listy zastawne.

Wyjście OFE z NewConnect spowoduje, że firmy notowane na tym parkiecie będą zdane tylko na towarzystwa funduszy inwestycyjnych oraz na inwestorów indywidualnych.

 – Duży problem może stanowić to dla podmiotów ujętych w NCIndex30. Spółki te, dla zachowania swojej pozycji inwestycyjnej, będą musiały najprawdopodobniej przenieść się na rynek regulowany. Ale to nie jest proste – trzeba spełnić bardziej rygorystyczne wymogi, którym część spółek nie sprosta – uważa Mariusz Rutke, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej (WSB) w Chorzowie.

Jak podkreśla ekspert, obecnie udziały OFE w rynku NewConnect wynoszą około 300 mln zł. W większości inwestują w spółki indeksu NCIndex30, gromadzącego najbardziej płynne spółki alternatywnego parkietu, a ich udziały wahają się w przedziale od 5 do 20 proc. 

 – Górna granica dotyczy inwestycji w jedną ze spółek z branży medycznej – komentuje wykładowca.

W aktywach OFE spółki z NewConnect stanowią mniej niż 0,5 proc. Według danych na koniec 2013 roku liderami były Nordea OFE oraz Aegon OFE, ale udział ich aktywów wynosił około 0,4 proc. ING OFE, Amplico OFE oraz OFE Pioneer Pekao na tym rynku zaangażowały 0,2 proc., a niektóre fundusze, jak OFE Warta, w ogóle nie inwestują w spółki z NewConnect.

 – Biorąc pod uwagą niewielkie zaangażowanie OFE w ten rynek, wymuszona ustawą zmiana polityki inwestycyjnej nie będzie głęboka – wyjaśnia Mariusz Rutke.

To, co OFE wycofają z NewConnect, w pierwszej kolejności trafi na główny parkiet giełdowy. Zgodnie z nową ustawą OFE muszą inwestować w akcje 75 proc. aktywów.

Nowa ustawa uniemożliwia OFE inwestycje w obligacje skarbowe czy też obligacje gwarantowane przez Skarb Państwa. Spółki mogą jednak pod pewnymi warunkami inwestować w obligacje korporacyjne oraz komunalne. Prawdopodobnie część środków z rynku NewConnect trafi na rynek obligacji Catalyst. 

 – Drugą możliwością jest rynek obligacji firmowych, szczególnie giełdowy Catalyst. Trzecia możliwością są inwestycje zagraniczne – ustawa wprowadza zwiększenie limitu takich inwestycji do 10 proc. – informuje przedstawiciel chorzowskiej WSB.

Zamiennikami obligacji skarbowych mogą być listy zastawne notowane na rynku Catalyst. Ich poziom oprocentowania i ryzyko są podobne jak w przypadku obligacji skarbowych, dlatego mogą być atrakcyjnym produktem dla OFE. 

 – Banki liczą na rozwój tego rynku. Proponowano, by w ustawie do limitu 75 proc. inwestycji poza akcjami włączyć właśnie listy zastawne – przypomina Mariusz Rutke.

Na razie takiego zapisu nie ma. Jednak w nowelizacji ustawy o listach zastawnych i bankach hipotecznych rząd proponuje włączenie listów zastawnych do limitów inwestycyjnych dla OFE.

PKN Orlen chce zainwestować w tym roku 3,8 mld zł. Jedną czwartą tej sumy pochłonie elektrociepłownia we Włocławku

CEO Magazyn Polska

PKN Orlen zainwestuje w tym roku 3,8 mld zł, z czego ok. 3 mld zł w Polsce. Dużą część z tej kwoty, bo aż 1 mld zł pochłonie w tym roku budowa elektrociepłowni we Włocławku. Dzięki odzyskaniu ratingu inwestycyjnego Orlen przymierza się też do emisji euroobligacji, a w marcu zarząd rozpatrzy możliwość wypłaty dywidendy za 2013 r.

Nasz szacunek nakładów inwestycyjnych w wariancie bazowym na 2014 rok wynosi około 3,8 mld zł. W Polsce lokujemy 79 proc. całej kwoty [ok. 3 mld zł – red.]. Widać więc ewidentnie, że główny nacisk i główne nakłady inwestycyjne są na rynku polskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes zarządu PKN Orlen ds. finansowych. – Jednym z celów PKN Orlen jest dywersyfikacja finansowania. Wyemitowaliśmy już z sukcesem obligacje detaliczne. Mamy obligacje korporacyjne i nie ukrywam, że przymierzamy się również do euroobligacji.

Podstawą do emisji euroobligacji są dobre ratingi inwestycyjne. W sierpniu ubiegłego roku agencja Fitch Ratings podniosła rating kredytowy Orlenu do poziomu BBB- z perspektywą stabilną. Odzyskanie ratingu nastąpiło po czterech latach. W listopadzie również agencja Moody’s podniosła rating spółki do poziomu inwestycyjnego Baa3.

Teraz czekamy na drugi element, czyli na dobry moment, żeby wejść na rynek euroobligacji. Obserwując, co dzieje się obecnie na rynku euroobligacji, można powiedzieć, że moment wydaje się dobry. Także wzmogliśmy nasze analizy, ale żadna decyzja w tej sprawie nie została przez nas jeszcze podjęta – podkreśla Jędrzejczyk.

Dużą część nakładów inwestycyjnych pochłonie budowa elektrociepłowni we Włocławku. Inwestycja, która ruszyła w kwietniu ubiegłego roku, będzie łącznie warta 1,4 mld zł. W tegorocznym budżecie Orlenu na ten cel zarezerwowano aż do 1 mld zł. Blok gazowo-parowy o mocy ok. 470 MWe ma ruszyć zgodnie z harmonogramem w czwartym kwartale przyszłego roku. Jędrzejczyk podkreśla, że nie przewiduje żadnych opóźnień, a spółka traktuje inwestycję priorytetowo.

Do 300 mln zł Orlen chce też zainwestować w przejętą w listopadzie ubiegłego roku kanadyjską spółkę TriOil. W tym roku ma wzrosnąć produkcja tej spółki wydobywczej z obecnych 3,8 tys. baryłek ropy dziennie do 5 tys. Orlen chce też dokonać nowych odwiertów i zwiększyć ich łączną liczbę o 18 w 2014 r. Dzięki tym inwestycjom spółka ma poprawić swój tegoroczny wynik (EBITDA) o 200 mln zł.

Ubiegły rok upłynął pod znakiem niskiej marży rafineryjnej, która spadła do najniższego od 10 lat poziomu 2,1 dolara (razem z dyferencjałem). Styczeń nie przyniósł poprawy, choć Jędrzejczyk podkreśla, że to zawsze jeden z najgorszych miesięcy w roku. Ma nadzieję, że wraz ze wzrostem koniunktury i PKB poprawi się też popyt na olej napędowy, co z kolei przyniesie wzrost marży. Pierwsze oznaki tego widać już nie tylko w Niemczech i Czechach, lecz także w Polsce i krajach ościennych.

Poprawy sytuacji na rynku szczególnie oczekuje litewski oddział Orlenu.

Orlen Litwa jest bardzo uzależniony od marży rafineryjnej. To nie jest biznes zintegrowany tak jak w Polsce, gdzie mamy również petrochemię i detal. Stąd też to pogorszenie marż rafineryjnych automatycznie jest widoczne w wynikach Orlen Litwa. Cały rok 2013 Orlen Litwa zamknął na progu rentowności w porównaniu do doskonałych wyników w 2012 roku, kiedy zysk wyniósł prawie 180 mln dolarów. Przy tych marżach rafineryjnych Orlen Litwa boryka się z uzyskaniem dobrego wyniku – zauważa Jędrzejczyk.

Dodaje, że w marcu należy spodziewać się decyzji o ewentualnej wypłacie dywidendy. W ubiegłym roku spółka wypłaciła 1,5 zł na akcję. Wynik netto za zeszły rok wyniósł wstępnie 618 mln zł zysku, więc, jak podkreśla Jędrzejczyk, jest możliwość wypłaty dywidendy. Zauważa jednak, że w marcu zarząd przedstawi jedynie rekomendację, ponieważ ostateczna decyzja o wypłacie będzie należeć do akcjonariuszy.

Rząd zajmie się dziś projektem uchwały ws. Programu Polskiej Energetyki Jądrowej

CEO Magazyn Polska

Na dzisiejszym posiedzeniu Rada Ministrów będzie debatować nad projektem uchwały w sprawie Programu Polskiej Energetyki Jądrowej. Jego przyjęcie będzie znaczącym krokiem w drodze do wybudowania pierwszej polskiej elektrowni atomowej, choć nie przesądza on o realizacji inwestycji.

Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ) to pierwszy kompleksowy dokument dotyczący energetyki jądrowej w Polsce. Zawiera zakres i organizację działań, które należy podjąć, by wdrożyć energetykę atomową i ją bezpiecznie eksploatować. Ministerstwo Gospodarki podkreśla, że przyczyni się to do zapewnienia dostaw odpowiedniej ilości energii elektrycznej przy rozsądnych cenach i przy zachowaniu wymagań ochrony środowiska.

Zgodnie z przedstawionym w PPEJ harmonogramie trwający od stycznia 2014 do końca 2015 roku etap trzeci zakłada wykonanie projektu technicznego i uzyskanie wymaganych prawem uzgodnień.

 – Polska nie może ograniczyć się do węgla, gdyż mamy go coraz mniej i w końcu nam go zabraknie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Andrzej Strupczewski, prof. nadzw. Narodowego Centrum Badań Jądrowych i wiceprezes Stowarzyszenia Ekologów na Rzecz Energetyki Nuklearnej. – Dlatego musimy wprowadzić dodatkowe źródła energii elektrycznej  albo odnawialne źródła, albo energię jądrową. Jest to konieczne, tym bardziej że Unia Europejska stawia coraz ostrzejsze limity emisji CO2.

Zdaniem prof. Strupczewskiego energia jądrowa jest bardziej opłacalna niż odnawialne źródła energii. 

 – Dziś kraje, które stawiają na odnawialne źródła energii, mają najdroższą energię elektryczną w Europie – zauważa Strupczewski. – Ludzie płacą w Niemczech 27 centów za kWh, a we Francji, gdzie dominuje energia jądrowa, już tylko 12-15 centów. Różnica jest więc jak 1 do 2.

Podkreśla, że elektrownie jądrowe wiążą się też z niższymi kosztami podłączenia do sieci. Według badań komisji OECD wynoszą one około 2,5 dolara za MWh, podczas gdy dla elektrowni wiatrowych jest to około 40 dolarów, a dla fotowoltaiki jeszcze więcej. Ponadto odnawialne źródła energii wymagają także kosztownych subsydiów. Zdaniem profesora Strupczewskiego w ubiegłym roku Niemcy dopłaciły do nich równowartość ok. 80 mld złotych. 

 – Dla porównania koszt wybudowania elektrowni jądrowej, o którym się mówi w Polsce, to 50 mld złotych. To jest wydatek  jednorazowy, a po zakończeniu budowy będziemy mieć tanią energię rok po roku przez 60 lat – mówi prof. Strupczewski. – Tymczasem w bazujących na OZE Niemczech dopłaty będą konieczne cały czas.

Atutem energii atomowej w porównaniu do OZE jest także stabilność jej pracy, która nie jest uzależniona od warunków zewnętrznych, np. pogody.

 – Wiatraki obracają się tylko wtedy, kiedy wieje wiatr i pracują na pełnej mocy tylko przez 1/5 czasu  – mówi prof. Strupczewski.  – W pozostałym czasie trzeba je uzupełniać innymi źródłami energii. Dlatego też, gdyby Polska przeszła na odnawialne źródła energii, to i tak musiałaby mieć w zapasie elektrownie gazowe i węglowe, co wiązałoby się z dodatkowymi kosztami.

Największe wątpliwości dotyczące budowy elektrowni atomowej w Polsce wiążą się z kwestią bezpieczeństwa jej eksploatacji. Jednak, jak przekonuje prezes Stowarzyszenia Ekologów na Rzecz Energetyki Nuklearnej, reaktory najnowszych generacji są bezpieczne dla zdrowia i życia.

 – Poza awarią czarnobylską, która była awarią w reaktorze zupełnie innego typu, niezgodnym z wymaganiami bezpieczeństwa, elektrownie jądrowe nie spowodowały żadnego zgonu wskutek promieniowania. Nawet po trzęsieniu ziemi w Japonii i zniszczeniu trzech reaktorów w Fukushimie skutkiem była ewakuacja ludzi, ale nie zgony – argumentuje ekspert. – Mieszkańcy osiedli koło elektrowni jądrowych są znacznie bardziej za atomem niż średnia krajowa. Akceptują te elektrownie, bo nie emitują ani zanieczyszczeń, ani pyłów, ani nie powodują hałasu czy innych kłopotów.

Coraz więcej Polaków chętnych do oddania szpiku. W ciągu pięciu lat ich liczba wzrosła 11-krotnie

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej rejestrują się jako dawcy szpiku. Jeszcze pięć lat temu zarejestrowanych w całym kraju było 40 tysięcy potencjalnych dawców. Obecnie w samej bazie Fundacji DKMS Polska jest ich ponad 440 tysięcy. Do popularyzacji idei dawstwa szpiku przyczyniają się akcje społeczne, w które coraz chętniej włączają się firmy i znane osoby. 

 –  Od założenia naszej fundacji w lutym 2009 roku wykonano ogromną pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agata Maraszek, kierownik ds. rekrutacji dawców w Fundacji  DKMS Polska. – Mówię tu nie tylko o fundacji, lecz także o wolontariuszach na terenie całej Polski, którzy pomagają nam rejestrować dawców. Obserwujemy znaczny wzrost świadomości Polaków.

W skali europejskiej Polska jest na trzecim miejscu pod względem liczby potencjalnych dawców. Zdaniem Agaty Maraszyk liczba dawców w Polsce powinna się jeszcze zwiększać i docelowo wynieść około miliona osób. Samo badanie nie jest dla dawcy uciążliwe. Problemem jest jednak aspekt finansowy – jednorazowy, niepokrywany przez NFZ koszt badania to 250 zł.

 – Na szczęście media, znani ludzie oraz biznes coraz bardziej angażują się w ideę dawstwa szpiku i w działalność DKMS-u – mówi Maraszek. – Przykładem jest akcja, którą teraz organizujemy ze sklepem Biedronka i znanym duetem projektantów Paprocki & Brzozowski. Także ona przyczynia się do szerzenia idei dawstwa szpiku i pozwala docierać do nowych osób z komunikatem, że ty też możesz zostać dawcą.

6 lutego sieć Biedronka rozpocznie sprzedaż koców walentynkowych, promowanych przez duet projektantów Paprocki & Brzozowski.

 – Mówimy o wyjątkowym partnerstwie, gdyż dwójka znanych, rozpoznawanych projektantów spotyka się ze światem biznesu i z organizacją non-profit – mówi Maraszek. – Myślę, że taka kombinacja pozwoli nam dotrzeć do jeszcze większej liczby osób.

Biedronka już wcześniej wspierała działania DKMS-u. W 2009 r. w czterech oddziałach firmy zorganizowano Dni Dawcy, a także przeprowadzono wśród pracowników i klientów rejestrację potencjalnych dawców. Zaowocowało to pozyskaniem ok. 300 pracowników i 1000 osób przez internet.

Przeszczepy szpiku kostnego są szansą na pomoc dla osób cierpiących na nowotwory krwi czy białaczkę. Przeszczep szpiku od tzw. bliźniaka genetycznego jest dla nich szansą na powrót do zdrowia. Znalezienie odpowiedniego szpiku nie jest jednak proste – szacuje się, że tylko 5 na 100 zarejestrowanych osób chętnych do oddania szpiku zostanie w rzeczywistości dawcami. Tymczasem chorych systematycznie przybywa.

 –  Co godzinę jeden Polak dowiaduje się, że jest chory na białaczkę – mówi Anna Jarnicka z działu medycznego Fundacji DKMS. – To ok. 10 tys. ludzi rocznie.

Potencjalni dawcy często rejestrują się przez internetową stronę fundacji www.dkms.pl. Można z niej zamówić pałeczki do poboru wymazu ze śliny wraz z instrukcją oraz formularzem, na którym deklaruje się gotowość do bycia dawcą. Cały ten pakiet przysyłany jest pocztą. Po zrobieniu wymazu i wypełnieniu formularza można go odesłać w załączonej kopercie. Pakiet ten jest zamawiany przez 400 do 1500 osób dziennie. W ubiegłym roku fundacja zarejestrowała przez internet ponad 50 tys. potencjalnych dawców.

To może być rok obligacji korporacyjnych. Dziś piąty w tym roku debiut na rynku Catalyst

CEO Magazyn Polska

Ten rok może należeć do rynku obligacji korporacyjnych. Ponieważ fundusze emerytalne nie będą mogły inwestować ani w obligacje skarbowe, ani w akcje spółek na NewConnect, realną alternatywą stają się dla nich obligacje firm. Rośnie też ich popularność wśród inwestorów indywidualnych. Dlatego firmy coraz chętniej korzystają z tego źródła finansowania.

Polskie indeksy giełdowe są wciąż niedowartościowane w porównaniu do indeksów zagranicznych, a niskie oprocentowanie lokat skłania do poszukiwania alternatywnych form inwestowania. Według Macieja Kabata, głównego analityka Domu Maklerskiego Invista, bieżący rok będzie sprzyjać zarówno emisjom akcji, jak i ofertom papierów dłużnych wystawianych przez spółki. 

 – Zaletą obligacji korporacyjnych są wypłacane co kwartał lub co pół roku kupony zapewniające stały dochód. W przypadku dobrego emitenta obligatariusze nie powinni mieć problemu z odzyskaniem pieniędzy. Dla inwestorów, którzy wolą dochód bezpieczny, pasywny, obligacje korporacyjne czy skarbowe będą najlepszą formą lokowania kapitału – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Klaudiusz Sytek, prezes Aforti Holding.

Emisja obligacji jest często łatwiejszą formą pozyskania przez firmy finansowania niż kredyt bankowy ze względu na mniej wymogów formalnych. Z punktu widzenia inwestorów, najlepiej zdywersyfikować portfel aktywów, uwzględniając zarówno akcje, jak i obligacje.

 – Przed zakupem obligacji należy dokładnie przeanalizować emitenta papierów dłużnych, sprawdzając sprawozdania oraz dokumentację przygotowywaną przed emisją przez spółkę. Warto spojrzeć na historię spółki, czy emitowała już obligacje, czy obsługiwała poprzednie emisje w dobry sposób, ocenić jej pomysł na biznes i cele wykorzystania środków z emisji – tłumaczy Maciej Kabat.

Według Open Finance w 2014 roku spółki z samego tylko rynku Catalyst wypłacą 2,5 mld złotych odsetek. Trafią one głównie do inwestorów instytucjonalnych.

Z możliwości finansowania poprzez obligacje korzystają i duże, i mniejsze spółki. Dziś na rynku Catalyst debiutują papiery dłużne banku BZ WBK. Wartość emisji to 500 mln złotych. Emisję obligacji dla klientów indywidualnych i instytucjonalnych przygotowuje także Aforti Holding, spółka notowana na NewConnect, działająca w branży usług finansowych. W grę wchodzą kwoty od 2 do 5 milionów złotych.

 – To obligacje roczne z kuponem kwartalnym, oprocentowane 9 proc. w skali roku i niezależne od stawki WIBOR – informuje prezes spółki.

Uzyskane środki firma zamierza wykorzystać do zwiększenia dynamiki rozwoju.

 – Dwa największe projekty na pierwsze półrocze to dokończenie przejęcia Domu Maklerskiego Invista, gdzie Aforti ma prawie 10 proc. akcji oraz uruchomienie e-kantoru służącego do wymiany walut w internecie głównie dla małych i średnich przedsiębiorstw – podsumowuje Klaudiusz Sytek.

Rynek reklamy internetowej szytej na miarę wzrośnie w ciągu najbliższych 4 lat niemal trzykrotnie

CEO Magazyn Polska

Rośnie znaczenie rynku zautomatyzowanej reklamy osobistej. Jego wartość na całym świecie przekroczyła już 12 mld dolarów, a według szacunków do końca 2017 roku wzrośnie blisko trzykrotnie. Kampanie promocyjne przygotowane pod konkretnego klienta, oparte na analizie jego zachowań cieszą się dużą popularnością zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie. Również w Polsce rynek staje się coraz bardziej dojrzały.

Reklama osobista, czyli inaczej inteligentna reklama, dopasowywana jest indywidualnie do każdego użytkownika internetu, oparta jest na szczegółowej analizie jego upodobań i preferencji. Pomaga jej fakt, że coraz więcej klientów odwiedzających sklepy internetowe ma już jasno sprecyzowane oczekiwania i plany zakupowe. Jak pokazują badania ResearchNow zrealizowane na zlecenie Sociomantic Labs, czterech na dziesięciu badanych wie, jaki produkt zamierza kupić i gdzie go znajdzie.

 – Analizujemy koszyki klientów, dzięki czemu możemy zaproponować im powiązane produkty lub bestsellery, najlepiej sprzedające się produkty w danej kategorii – mówi Maciej Wyszyński, dyrektor zarządzający na Europę Centralną i Wschodnią Sociomantic Labs. – Jeśli wiemy, że ktoś szuka butów w rozmiarze 37, to możemy mu zaproponować najlepiej sprzedające się buty w kategorii, której szukał, w tym właśnie rozmiarze, co pokazuje, że to jest bardzo głęboko spersonalizowana reklama.

Taka reklama może przyciągnąć kilkukrotnie więcej odbiorców niż tradycyjna kampania skierowana do ogółu, czego efektem jest nawet dwa razy większa sprzedaż.

 – Dzięki zaawansowanym technologiom wiemy, jak często i co dany użytkownik kupuje, więc jeżeli wychodzi następny tom jego ulubionej książki, to możemy go o tym poinformować – mówi Wyszyński. – Jeżeli wiemy, że jakaś osoba często w celach biznesowych lata do Pragi, to możemy jej zaoferować reklamę dotyczącą danego połączenia.

Inteligentna reklama sprawdza się dzisiaj przede wszystkim w handlu elektronicznym. Zwłaszcza w branżach odzieżowej, obuwniczej czy turystycznej. Coraz częściej z tego typu rozwiązań korzysta też sektor finansowy. Znając oczekiwania klienta, łatwiej jest do niego dotrzeć z określonym typem produktu, np. rachunkiem bankowym czy kredytem.

 – To samo dotyczy branży telekomunikacyjnej – mówi Maciej Wyszyński. – Wiedząc, że umowa danego klienta się kończy, możemy zainteresować go nową ofertą, może bardziej korzystną, i tym samym skłonić go do przedłużenia umowy.

Eksperci przekonują, że reklama inteligentna jest bardziej skuteczna niż reklama powszechna dzięki temu, że pokazuje tylko te produkty, którymi internauta jest zainteresowany, a nie irytuje go reklamowaniem zbędnych przedmiotów i usług. Badanie ResearchNow dla Sociomantic Labs pokazało, że „tak” tej formie reklamy powiedziało siedmiu na dziesięciu ankietowanych.

ENEA będzie miała kompleksową obsługę bankową

Spółki Podatkowej Grupy Kapitałowej ENEA podpisały umowy z bankami PKO BP i Pekao S.A. Zapewniają one możliwość finansowania wewnątrzgrupowego oraz pełną obsługę bankową na jednolitych zasadach. Dzięki umowom, ENEA zaoszczędzi 3 mln zł.

Ruszyły konsultacje w sprawie zakazu handlu w niedzielę

Dla zapracowanych mieszkańców dużych aglomeracji to zwykle weekend jest czasem, gdy można wybrać się na zakupy. I o ile robione w sobotę nie budzą zastrzeżeń, o tyle w niedzielę już tak. Choć rząd negatywnie ocenił obywatelski projekt ustawy o zakazie handlu w niedziele, temat powraca co jakiś czas jak bumerang.

W Polsce mamy 6-dniowy tydzień pracy – niedziela jest uznawana za dzień wolny. Myli się jednak ten, kto sądzi, że jest to jednoznaczne z zakazem handlu. Otóż nie. Przepisy mówią wprost – jedynie w święta zakupów nie zrobimy. Jak wiadomo od każdej reguły są wyjątki. Jak zaznacza Magdalena Osińska, Radca Prawny, Dyrektor ds. Prawnych Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji “Zakaz ten dotyczy jedynie pracowników, czyli osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, powołania, wyboru, mianowania lub spółdzielczej umowy o pracę. Nie dotyczy więc tych, którzy prowadzą działalność gospodarczą oraz osób zatrudnionych na podstawie umów cywilno-prawnych, czyli umowy zlecenia i umowy o dzieło.”

Polska to jeden z największych rynków pracy w Europie jeżeli chodzi o zatrudnienie w handlu. Najwięcej osób pracuje w centrach handlowych. Już na etapie ich budowy zatrudnienie znajduje od 1500 do 3000 osób, natomiast około tysiąca może liczyć na pracę w funkcjonujących już obiektach. I choć powszechnie wiadomo, że praca w handlu wiąże się z długimi dniami roboczymi, pracą w weekendy, a przede wszystkim niską płacą, to jednak wprowadzenie zakazu handlu w niedziele nie rozwiązałoby istniejących problemów. Według Andrzeja Marii Falińskiego, Dyrektora Generalnego POHiD „[..] decydując się na takie kompromisy redukuje się negatywne skutki, ale się ich nie usuwa. Lepsze byłyby kompromisy, które w rozsądny i życzliwy sposób wykorzystują możliwości prawne, dostępne w polskich przepisach. […] Zakaz handlu w niedziele na tym etapie gospodarki i transformacji, przy polskiej pozycji w Unii Europejskiej nie jest dobrym pomysłem.”

Polacy kochają centra, galerie czy parki handlowe, a zatem ich zamknięcie w niedziele byłoby równoznaczne ze zmianą przyzwyczajeń tysięcy Polaków. Jak podaje Anna Szmeja-Kroplewska, Dyrektor Generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych „[…] każde centrum handlowe w soboty i niedziele jest bardzo licznie odwiedzane przez klientów – do 30 tysięcy osób korzysta z tych obiektów. To forma spędzania czasu z przyjaciółmi i rodziną.”

Wprowadzenie zakazu handlu w niedziele spowodowałoby niewątpliwie falę zwolnień, jednak trudno określić dokładnie ich skalę. Według Centrum Informacji Rządu byłoby to 11 tysięcy osób. Prognozy Polskiej Rady Centrów Handlowych sugerują redukcję ok.40 tysięcy etatów, z kolei Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji mówi o likwidacji nawet do 65 tysięcy kalkulacyjnych etatów. Przy wyliczeniach POHiD wziął pod uwagę wpływ, jaki wprowadzenie zakazu handlu miałoby na branże produkcyjne i usługowe.

Wszyscy są jednak zgodni, że w pierwszej kolejności pracę straciliby ludzie młodzi i uczący się oraz kobiety w wieku 25-55 lat. Niestety są to grupy, którym najtrudniej jest znaleźć zatrudnienie w innych branżach i które już teraz są najbardziej liczne wśród bezrobotnych.

Jakie jest więc rozwiązanie, by móc zadowolić pracowników, a nie wpłynąć negatywnie na gospodarkę i wzrost bezrobocia? Jak podpowiada dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert prawa pracy Konfederacji Lewiatan i członek Trójstronnej Komisji ds. społeczno-gospodarczych „[…] sprawą kluczową jest odpowiednia organizacja pracy. Przepisy kodeksu pracy umożliwiają elastyczne organizowanie czasu pracy. Pracownicy, którzy pracują w niedziele, nie muszą tego robić cały czas. Mogą mieć zapewniony odpowiedni odpoczynek, co pewien czas wolne niedziele. Istnieją różne elastyczne sposoby organizowania pracy chociażby jak: skrócony tydzień i indywidualny rozkład czasu pracy, możliwość dzielenia pracy, praca na część etatu lub poprzez agencje pracy tymczasowej”.

Wszelkie przesłanki ekonomiczne pokazują negatywny wpływ wprowadzenia ewentualnego zakazu handlu w niedziele. Nie można jednak zapomnieć o problemach, jakie mają pracownicy dużych obiektów handlowych. Najważniejsze jest, by znali oni swoje prawa, a pracodawcy pamiętali, że pracownik to też człowiek, który ma rodzinę. Ważne, by starali się znaleźć kompromis pomiędzy chęcią maksymalnego zysku a zadowoleniem swoich podwładnych.

78 proc. osób powyżej 50 roku życia nie korzysta z Internetu

Jeśli Polska przyspieszy rozwój infrastruktury szerokopasmowej, to wkład Internetu w wytworzenie PKB zwiększy się do roku 2020 z obecnych 3 proc. do ok. 9,5 proc. To będzie oznaczać, że około 200 mld zł z polskiego PKB zostanie wygenerowanych w bardziej efektywnej e-gospodarce, powstaną nowe innowacyjne firmy i nowe, przyszłościowe miejsca pracy. Zwiększenie poziomu cyfryzacji Polski do poziomu Norwegii (obecnie lidera w tej dziedzinie), zmniejszyłoby poziom bezrobocia w naszym kraju o ponad 270 tys. osób. Polski rząd musi wspierać edukację i zachęcić starszych ludzi do korzystania z Internetu ponieważ ich wpływ na gospodarkę jest nie do przecenienia. To najważniejsze wnioski z raportu „Cyfrowa przyszłość Polski” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte i Amarach Research na zlecenie UPC Polska.

Jak pokazuje raport, w 2013 r. już dwóch na trzech dorosłych Polaków korzystało z Internetu. W roku 2007 było ich mniej niż połowa. Obecnie Internet stanowi istotną część naszego życia codziennego, kształtuje sposób pracy, odpoczynku, proces uczenia się i robienia zakupów. Jednocześnie jednak według danych „The Digital Agenda Scoreboard 2013”, Polska jest pośród pięciu najniżej punktowanych krajów w UE pod względem cyfryzacji . „Wprawdzie Polska ma wysoki poziom penetracji mobilnych usług szerokopasmowych, czym wyróżnia się pozytywnie na tle innych krajów unijnych, ale jest to spowodowane niską penetracją szerokopasmowego Internetu stacjonarnego. Jest to jeden z obszarów, który naszym zdaniem, powinien znaleźć się na liście priorytetów polskiego rządu” – wyjaśnia Dariusz Nachyła, ekspert TMT, Deloitte.

W „Globalnym Indeksie Konkurencyjności 2013 – 2014” liczonym przez World Economic Forum, Polska zajmuje obecnie 42. miejsce i daleką 102. pozycję na świecie pod względem dostępności najnowszych technologii (jeden ze składników indeksu konkurencyjności). Oznacza to, że nasz kraj będzie musiał dokonać ważnych zmian, aby uniknąć potencjalnej stagnacji ekonomicznej.

Ocenia się, że 10 –procentowy wzrost penetracji usług szerokopasmowych przekłada się na wzrost PKB na poziomie od 0,9 proc. do 1,5 proc. Gdyby penetracja usług szerokopasmowych w Polsce (obecnie 67 proc.) wzrosła do poziomu Wielkiej Brytanii (86 proc.), wówczas PKB Polski podniosłoby się o ok. 3 proc.

Jedna z metod oceny skali „cyfrowej przepaści” bazuje na wyliczeniach tzw. Stopnia Cyfryzacji autorstwa firmy Booz & Company. Jest to złożony indeks obliczany według danych krajowych, dotyczących powszechności usług i produktów cyfrowych, cen czy prędkości Internetu.

Najważniejszą cechą tego indeksu jest to, że wykazuje on zależność między pozycją w rankingu a rozwojem ekonomicznym oraz wskaźnikami bezrobocia. Analiza związków między cyfryzacją a gospodarką wskazuje, że wśród krajów bardziej zaawansowanych w cyfryzacji, a do takich, według firmy Booz zalicza się także Polska, każdy 10-punktowy wzrost poziomu cyfryzacji zwiększa PKB per capita o 0,84 proc. Oznacza to, że przyśpieszenie cyfryzacji w Polsce do poziomu takiego lidera jak Norwegia może zmniejszyć liczbę bezrobotnych w Polsce o ponad 270 tys.*

Z innego opracowania Deloitte opisującego wpływ Internetu na polską ekonomię wynika, że udział gospodarki internetowej w PKB Polski wzrośnie do roku 2020 do 9,5 proc. lub nawet więcej, jeśli kraj obierze bardziej dynamiczną drogę rozwoju. To będzie oznaczać, że około 200 mld zł z polskiego PKB zostanie wygenerowanych w bardziej efektywnej e-gospodarce, zwiększając ogólny poziom efektywności gospodarki, co ma bezpośredni wpływ na poziom zamożności społeczeństwa.

Z raportu „Cyfrowa przyszłość Polski” wynika, że w Polsce jedynie 5 proc. posiadaczy komputerów nie ma dostępu do Internetu, co oznacza duży postęp w porównaniu do 50 proc. w roku 2003 i 15 proc. w roku 2009. Jednocześnie jednak aż ok. 10 z 13 mln Polaków w wieku powyżej 50 lat nie korzysta z Internetu (78 proc.). To zjawisko uznawane jest za ważny problem w skali całej Europy. Starsi wiekiem konsumenci, którzy nie są on-line, nie mogą skorzystać z niższych cen i lepszych usług, a polskie firmy nie mają możliwości dotarcia do nich przez Internet.

Spośród tysiąca dorosłych osób z dostępem do Internetu szerokopasmowego, ponad połowa spędza on-line trzy lub więcej godzin dziennie. Wśród najbardziej popularnych aktywności należy wymienić zakupy i korzystanie z mediów społecznościowych.

W przeciętnej polskiej firmie dostęp do Internetu ma 64 proc. pracowników, a 60 proc. firm pozwala zatrudnionym osobom korzystać z firmowej sieci w celach prywatnych. Choć większość ankietowanych pracowników korzysta z Internetu w celach zawodowych także w domu, jedynie jedna piąta firm zatrudnia osoby formalnie pracujące z domu (tzw. telepraca) w niepełnym lub pełnym wymiarze. Ta liczba wzrasta do jednej trzeciej w przypadku dużych firm (zatrudniających ponad 250 pracowników).

Aż 94 proc. polskich internautów dokonuje zakupów on-line. „Przewidywano że wartość polskiego rynku e-handlu ma wzrosnąć w roku 2013 o ponad 20 proc. Wpłynie na to przede wszystkich wzrost sprzedaży w najpopularniejszych kategoriach produktów, takich jak książki, ubrania czy obuwie, choć lista kategorii dostępnych dla konsumentów za pośrednictwem sieci stale się wydłuża. Internet stał się więc kluczową częścią handlu, a jego wpływ na obraz tej branży będzie coraz większy” – mówi Jakub Wróbel, Starszy Menedżer, dział Konsultingu, Deloitte.

Ankieta przeprowadzona pośród 201 polskich przedsiębiorstw zatrudniających dwie lub więcej osób, wykazała że ponad 25 proc. z nich wykorzystuje Internet do różnych form e-handlu (np. do sprzedaży, zamawiania zaopatrzenia), podczas gdy ponad jedna trzecia korzysta z Internetu do obsługi klienta. Nic więc dziwnego, że aż 80 proc. właścicieli firm lub menedżerów uważa dalszą cyfryzację za kluczową kwestię dla rozwoju polskiej gospodarki, a prawie 60 proc. firm jest za wprowadzeniem zachęt fiskalnych wspierających inwestycje w rozwój cyfrowej Polski.

Z perspektywy konsumentów, dalszy rozwój sieci szerokopasmowych (NGN/NGA) postrzegany jest jako obszar z największymi opóźnieniami. Aż 70 proc. polskich internautów korzysta obecnie z usług o prędkościach poniżej 30 Mb/s, więc unowocześnienie sieci i inwestycje w niezawodne technologie to priorytety w procesie budowania cyfrowej przyszłości Polski.

„Internet jak kiedyś elektryczność rewolucyjnie zmienia krajobraz gospodarki i jej perspektywy. Rząd powinien wspierać wszelkie działania na rzecz cyfryzacji, nie tylko dlatego, że zwiększa poziom dobrobytu, ale również dlatego, że w ten sposób buduje innowacyjność i konkurencyjność kraju na rynku międzynarodowym. Innowacyjność to najlepszy możliwy produkt eksportowy, a konkurencyjność, mierzona między innymi poziomem kosztów związanych z prowadzeniem działalności biznesowej, jest nieodzownym warunkiem szybkiego rozwoju gospodarki” – podsumowuje Dariusz Nachyła.

O badaniu:

UPC Polska w sierpniu ubiegłego roku zleciło Deloitte i Amarach Research przeprowadzenie dwóch równoległych ankiet. Pierwszą z nich przeprowadzono on-line na próbie 1000 osób w wieku powyżej 16 lat, drugą ankietę przeprowadzono telefonicznie i przez Internet wśród 201 menedżerów decyzyjnych w kwestiach IT w średnich, małych oraz dużych firmach.

Raport „Cyfrowa przyszłość Polski. Fundamenty rozwoju konkurencyjnej gospodarki w dobie globalizacji” został opublikowany w grudniu 2013 r.

Raport: Football Money League 2014 – Ranking przychodów klubów piłkarskich na świecie 2014

Real Madryt dziewiąty rok z rzędu jest klubem piłkarskim o największych przychodach na świecie. W sezonie 2012/2013 wyniosły one prawie 519 mln euro. Na drugim miejscu bez zmian pozostaje FC Barcelona, na trzecim znalazł się Bayern Monachium, który z podium zepchnął Manchester United. Przychody dwudziestki największych futbolowych drużyn po raz pierwszy przekroczyły poziom 5 mld euro. W czołowej dwudziestce międzynarodowego rankingu „Football Money League 2014”, przygotowanego po raz 17. przez firmę doradczą Deloitte, znalazły się też dwa kluby tureckie: Galatasaray i Fenerbahçe, co może świadczyć o rosnącym znaczeniu drużyn piłkarskich z rynków wschodzących.

Real Madryt, zostając dziewiąty raz z rzędu zwycięzcą zestawienia, pokonał tym samym Manchester United, który liderem był osiem razy z rzędu. Przychody hiszpańskiego giganta wyniosły w sezonie 2012/2013 aż 518,9 mln euro. Na ten wynik składają się przychody z reklam w wysokości 211,6 mln euro (wzrost o 7,8 mln euro, tj. 4 proc.) oraz przychody z transmisji w kwocie 188,3 mln euro (wzrost o 5,7 mln euro, tj. 3 proc.). Drugie miejsce zająła ponownie FC Barcelona, a na trzeciej pozycji po zdobyciu potrójnej korony, uplasował się Bayern Monachium, pokonując tym samym Manchester United, który po raz pierwszy w historii rankingu znalazł się poza podium.

„Real Madryt jest w dalszym ciągu niekwestionowanym liderem rankingu Money League i to mimo, że sezon 2012/2013 zakończył bez żadnego trofeum. Pomimo trudnej sytuacji ekonomicznej, zwłaszcza w Hiszpanii, kluczowym czynnikiem sukcesu tego klubu są ogromne przychody z reklam, osiągane zarówno w kraju jak i za granicą. Dzięki temu jego przewaga nad FC Barceloną zwiększyła się do 36 mln euro. Obydwa hiszpańskie kluby osiągają znaczące przychody z indywidualnie wynegocjowanych umów transmisyjnych, co pozwala im zyskać przewagę nad pozostałymi klubami z Europy” – wyjaśnia Dan Jones, Partner, Lider Sports Business Group, Deloitte UK.

Łączne przychody klubów z czołowej dwudziestki rankingu Deloitte Football Money League wzrosły o 8 proc. (o ponad 400 mln euro), do kwoty 5,4 mld euro, a to oznacza, że zdecydowanie wyprzedzają one tempo światowej gospodarki. Na wzrost ten nie miały jeszcze wpływu nowe rekordowe umowy transmisyjne podpisane przez angielską Premier League i niemiecką Bundesligę, które wpłyną dopiero na wyniki przyszłorocznego rankingu.

„Ponadto, przychody każdego klubu z pierwszej trzydziestki przekroczyły 100 mln euro. W pierwszym rankingu przygotowanym przez Deloitte za sezon 1996/97 wyższy wynik osiągnął tylko Manchester United, a wszystkim klubom z pierwszej dwudziestki udało się to osiągnąć dopiero w sezonie 2007/08. Stopa wzrostu przychodów świadczy o niesłabnącym zainteresowaniu tą najbardziej popularną dyscypliną sportu na świecie”- mówi Dan Jones.

Poprzedni sezon niewątpliwie należał do Bayernu Monachium. Przychody niemieckiego klubu, w którym od nowego sezonu będzie grał Robert Lewandowski, wzrosły o 62,8 mln euro (17 proc.), do poziomu 431,2 mln euro.

„Kolejny, trzeci już zwycięski sezon Bayernu, przyczynił się do dalszego wzrostu jego przychodów z reklam do kwoty 237,1 mln euro, tj. o 18 proc.” – wyjaśnia Austin Houlihan, Starszy Menedżer, Sports Business Group, Deloitte UK. Zwycięstwo Bawarczyków w Lidze Mistrzów przełożyło się na ponad 55 mln euro przychodów z UEFA, a bilety na mecze z ich udziałem rozgrywane na stadionie Allianz Arena wyprzedają się na pniu, generując przychody w kwocie 3,4 mln euro za mecz. W sezonie 2013/14 przychody z reklam prawdopodobnie jeszcze się zwiększą, dzięki aneksom do dotychczasowych umów z Lufthansą i Coca-Colą oraz przedłużeniu umowy sponsorskiej z Deutsche Telekom.

Chociaż Manchester United spadł o jedną pozycję w rankingu Money League, podpisane w ostatnim czasie umowy przyczynią się do wzrostu osiąganych przez ten klub przychodów z reklam w sezonie 2013/14, więc spadek na czwarte miejsce może być tymczasowy. Dzięki tym umowom oraz wynegocjowaniu korzystniejszych warunków trzyletnich umów transmisyjnych przez Premier League przychody te najprawdopodobniej zbliżą się do poziomu 500 mln euro, co zostanie odzwierciedlone w przyszłorocznej edycji rankingu. Jeśli w kolejnych sezonach Manchester United będzie z powodzeniem kwalifikował się do Ligi Mistrzów, zyska ponownie szansę na zajęcie pierwszego miejsca w rankingu, którego liderem był ostatni raz w sezonie 2003/04.

Spośród pozostałych pięciu angielskich klubów z czołowej dwudziestki, na uwagę zasługuje Manchester City, który wspiął się na szóstą pozycję. Komercyjny sukces sprawił, że po raz pierwszy w historii rankingu Deloitte klub ten wyprzedził swoich rywali z Premier League – Chelsea (7. miejsce) i Arsenal (8. miejsce). Mimo że przychody Liverpoolu (12. miejsce) wzrosły aż o 9 proc., po raz pierwszy od sezonu 1999/2000 klub ten nie znalazł się w pierwszej dziesiątce.

Jedną z największych niespodzianek w tegorocznej edycji rankingu Money League jest awans Paris Saint-Germain na piątą pozycję. Od sezonu 2010/2011 przychody tego klubu zwiększyły się niemal czterokrotnie, do poziomu 398,8 mln euro, z czego przychody z reklam stanowią 254,7 mln euro, co jest największym źródłem wzrostu tego klubu w historii.

„W tegorocznej edycji rankingu największy awans należy właśnie do Paris Saint-Germain, który zajmuje najwyższą w historii pozycję spośród wszystkich francuskich klubów i jest jedynym przedstawicielem tego kraju w czołowej dwudziestce” – mówi Austin Houlihan.

Po sukcesach w rozgrywkach europejskich, tureckie kluby Galatasaray i Fenerbahçe pojawiły się w rankingu Money League, co jest istotne o tyle, że jest to pierwszy przypadek od sezonu 2005/2006 kiedy dwa kluby spoza wielkiej piątki europejskich krajów znalazły się w czołowej dwudziestce. Ich obecność, a także brazylijskiego Corinthians w pierwszej trzydziestce wskazuje na rosnące znaczenie klubów z krajów wschodzących. Wzrost gospodarczy w połączeniu z pasją do piłki nożnej oraz rozwojem niezbędnej infrastruktury przekłada się na szybki wzrost przychodów największych klubów w tych krajach. Stadion Galatasaray, Türk Telekom Arena, otwarty w 2011 roku, cieszy się opinią jednego z najlepszych w Europie, co świadczy o dużym znaczeniu wysokiej jakości obiektów sportowych dla wzrostu przychodów.

O rankingu:

Wartości przychodów uwzględnione w rankingu pochodzą z rocznych sprawozdań finansowych poszczególnych klubów lub z innych bezpośrednich źródeł dotyczących sezonu 2012/2013. Przychody nie uwzględniają opłat z tytułu transferu zawodników, podatku VAT oraz podatku obrotowego. W niektórych przypadkach dokonano korekt wartości sumarycznych, które zdaniem Deloitte umożliwiły uzyskanie bardziej wiarygodnych wyników umożliwiających porównanie poszczególnych klubów pod względem działalności sportowej. Na przykład jeżeli istniały informacje dotyczące znaczącego zakresu działalności niezwiązanej z branżą piłkarską lub transakcji kapitałowych, wartości te zostały wyłączone z przychodów.

Przed dokonaniem analizy Deloitte nie przeprowadził weryfikacji ani audytu informacji dotyczących poszczególnych klubów zawartych w sprawozdaniach finansowych i innych źródłach stanowiących podstawę naszej publikacji. Aby umożliwić porównanie wyników, wszystkie dane za sezon 2012/2013 zostały przeliczone po kursie z dnia 30 czerwca 2013 r. (1 GBP = 1,1668 EUR; 1 EUR = TL 2,508). Dane porównawcze zaczerpnięto z poprzednich edycji naszego rankingu, z rocznych sprawozdań finansowych lub innych bezpośrednich źródeł.

Wirtualizacja i miejska chmura w Ostrowcu

15 stycznia w Urzędzie Miejskim w Ostrowcu Świętokrzyskim miało miejsce uroczyste zakończenie projektu uruchomienia nowej serwerowni dla Miejskiego Systemu Informatycznego.

 

Zasoby informatyczne UM Ostrowiec zostały przeniesione do nowoczesnej serwerowni. Asseco zapewniło instalację i konfigurację urządzeń infrastruktury sieciowej oraz migrację aplikacji oraz baz danych z serwerów znajdujących się w siedzibie Urzędu Miasta, a także bezpieczne przeniesienie Miejskiego Systemu Informatycznego do nowego środowiska. Wartość usług wykonanych przez Asseco to ok. 4 mln zł brutto.

– Konsekwentnie realizujemy projekty dotyczące rozbudowy infrastruktury informatycznej. Nowa serwerownia pozwoli na udostępnienie miejskiej chmury obliczeniowej wszystkim jednostkom organizacyjnym gminy. W przyszłości ułatwi udostępnianie scentralizowanych usług publicznych – Jarosław Wilczyński, Prezydent Miasta, Ostrowiec Świętokrzyski.

Serwerownia wyposażona została w nowoczesne serwery typu „blade”, wydajną pamięć masową, systemy do archiwizacji i tworzenia kopii bezpieczeństwa oraz systemy przesyłu danych z szybkością 10 GB/s. Spełnia międzynarodowe standardy dla tego typu obiektów. Jest wyposażona w szerokopasmowe przyłącza telekomunikacyjne, dwa niezależne przyłącza energetyczne, wydzielone obwody zasilania, systemy zasilania awaryjnego UPS sprzężone z generator prądotwórczym oraz redundantny system chłodzenia. Nad bezpieczeństwem zasobów czuwa centralny system monitoringu pracy serwerowni współpracujący m.in. z systemami detekcji i automatycznego gaszenia pożaru.

– To wzorcowy przykład racjonalnego podejścia, które pozwala uniknąć kosztownych inwestycji po stronie jednostek organizacyjnych gminy. Co więcej, centralizacja pozwala na obniżenie kosztów użytkowania zasobów i na bardziej efektywne ich wykorzystanie. Chmura wzbogaca scentralizowany system, jako narzędzie do elastycznego udostępniania zasobów – powiedział Andrzej Dopierała, Wiceprezes Zarządu, Asseco Poland.

 

Możliwość tworzenia prywatnych sieci wirtualnych, czyli wydzielonych wewnętrznych segmentów sieci komputerowej, bez dostępu do sieci publicznej, pozwala na bezpieczne odizolowanie usług odpowiedzialnych za obsługę baz danych, od dostępu do sieci publicznej takiej jak Internet.

Uruchomienie serwerowni na potrzeby Miejskiego Systemu Informatycznego to jeden z projektów realizowanych przez Urząd Miasta Ostrowiec w ramach zadania e-świętokrzyskie – Rozbudowa Infrastruktury Informatycznej JST. Wcześniej jednostki organizacyjne gminy zostały objęte nowoczesnym systemem komunikacyjnym w technologii VoIP, który posiada m.in. funkcje telekonferencji i wideokonferencji. Można było to zrealizować dzięki projektowi polegającemu na połączeniu siecią światłowodową jednostek gminnych. Miejska Sieć Światłowodowa w Ostrowcu Świętokrzyskim to w sumie ponad 50km sieci światłowodowej łączącej 57 gminnych jednostek organizacyjnych, w tym spółki gminne i placówki oświatowe.

Warte podkreślenia jest, że sumaryczna wartość projektów informatycznych zrealizowanych przez Ostrowiec Świętokrzyski w latach 2006 – 2013 wynosi ponad 14 mln zł. przy udziale własnym w wysokości około 2,3 mln zł. To przykład racjonalnego wykorzystania środków unijnych na stworzenie fundamentów niezbędnych do sprawnej obsługi mieszkańców i uruchamiania e-usług publicznych.

Jan Kulczyk: polski sport – jak biznes – wymaga mądrej, długoterminowej strategii

CEO Magazyn Polska

Brak długoterminowej strategii, biurokracja, przepisy utrudniające pozyskanie finansowania i zaniedbania w podstawowej edukacji sportowej. To tylko niektóre wnioski na temat sytuacji polskiego sportu, które zaprezentowano podczas spotkania przedstawicieli zespołów eksperckich powołanych podczas pierwszych obrad Okrągłego Stołu Polskiego Sportu. Po 10 miesiącach pracy inicjatywa Jana Kulczyka, przewodniczącego Rady Patronów PKOl, przynosi wymierne efekty, które w postaci konkretnych rekomendacji zmian organizacyjnych i prawnych, zostaną przekazane na ręce premiera po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi.  

 Polski Komitet Olimpijski jest naturalnym i najlepszym forum, by podjąć dyskusję o tym, co trzeba uczynić, byśmy byli dumni z tych złotych, srebrnych czy brązowych krążków na olimpiadach. I stąd sugestia, żeby rozpocząć debatę, zainicjować okrągły stół, w którym wszystkie strony, którym polski sport leży na sercu, mogłyby wymienić myśli, doświadczenia, a przede wszystkim nazwać cele, jakie przed polskim sportem stoją – mówi dr Jan Kulczyk, przewodniczący Rady Patronów PKOl, który zainicjował powstanie Okrągłego Stołu Polskiego Sportu.

Inicjatywa ma na celu wymianę idei i zbudowanie podstaw długoterminowej strategii poprawy sytuacji w polskim sporcie zawodowym i amatorskim. Pierwsze obrady Okrągłego Stołu Polskiego Sportu odbyły się w marcu 2013 roku i  zgromadziły ponad 120 osób ze świata sportu, biznesu, polityki, nauki i kultury. Powołano trzy zespoły eksperckie: ds. finansowania sportu, strategii i legislacji, które przez 10 ostatnich miesięcy pracowały nad szczegółowymi rozwiązaniami prawnymi i organizacyjnymi.

 – Zaraz po Olimpiadzie zaproponujemy premierowi bardzo ważny dokument, w którym należałoby odnaleźć role dla ministerstwa sportu, parlamentu, związków sportowych, Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz dla grupy mecenasów wspierających polski sport, i te role skoordynować, wpisać w jedną wielką ideę, dzięki której polscy sportowcy będą odnosić sukcesy na kolejnych olimpiadach – mówi Jan Kulczyk.

Jak podkreśla Jan Kulczyk, wyznaczone cele i rekomendacje będą składać się na całościową strategię, której realizacja umożliwi zwiększenie sukcesów w polskim sporcie.

 – Sport i biznes są bardzo blisko siebie, bo na końcu oceniany jest tylko i wyłącznie wynik. A ten nigdy nie jest dziełem przypadku. To jest ciężka praca, która od samego początku wpisana jest w strategię, której dzisiaj polskiemu sportowi brakuje – dodaje Kulczyk w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Innym problemem polskiego sportu jest brak pieniędzy – dlatego prace zespołu ds. finansowania skupiły się na tym, jak zwiększyć środki przeznaczane na rozwój sportu. Jednym z pomysłów jest wprowadzenie dodatkowych zachęt dla sponsorów. Jak pokazują przykłady z innych krajów, wprowadzenie takich możliwości jak dokonywanie odpisów podatkowych na lokalne kluby sportowe może znacząco zwiększyć wpływy od sponsorów.

Rada Patronów PKOl została powołana w listopadzie 2012 roku. W jej skład wchodzą przedstawiciele ministerstw, instytucji państwowych, przedsiębiorstw i czołowych postaci życia społecznego, sportu, mediów i kultury. Na jej czele stoi Jan Kulczyk, a należące do jego grupy spółki – Kulczyk Holding i Kulczyk Investments – są od 1,5 roku sponsorem strategicznym Polskiej Reprezentacji Olimpijskiej.

Fundusz Mieszkań na Wynajem również sam zajmie się budową nieruchomości przeznaczonych pod preferencyjny wynajem

CEO Magazyn Polska

Bank Gospodarstwa Krajowego poprzez Fundusz Mieszkań na Wynajem planuje w najbliższych latach zainwestować 5 mld zł i nabyć 20 tys. mieszkań. Z założenia Fundusz nie będzie inwestować w pojedyncze lokale w różnych budynkach. Jednak inwestorów, którzy dysponują budynkami pełnymi mieszkań na wynajem jest niewielu. Fundusz zamierza więc także budować samodzielnie na własnych gruntach.

– W dłuższej perspektywie część inwestycji będzie przygotowana specjalnie na nasze zamówienie na gruntach należących do Funduszu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuszewski, dyrektor Departamentu Inwestycji Kapitałowych Banku Gospodarstwa Krajowego.

Fundusz wchodzi na niezagospodarowany rynek. W Polsce nie ma dużych inwestorów, którzy dysponują całymi budynkami z mieszkaniami na wynajem. 

 – W żadnym wypadku nie zamierzamy inwestować w pojedyncze mieszkania, dlatego że to nie pozwala osiągnąć korzyści, czyli na przykład hurtowego zakupu energii, zaoferowania tańszych usług telekomunikacyjnych dla całego budynku, ale też pewnych korzyści, jeżeli chodzi o eksploatację budynku, gdzie nie trzeba zakładać wspólnoty mieszkaniowej, można jako inwestor dużo szybciej przeprowadzać pewne procesy – wyjaśnia Piotr Kuszewski.

Przedstawiciele Banku podkreślają, że inwestor instytucjonalny,  który dysponuje dużą liczbą budynków, może zaoferować bardzo korzystne warunki wynajmu.

 – Na polskim rynku nie ma ofert polegających na tym, że cały budynek jest przeznaczony na wynajem, co pozwala ograniczyć koszty – mówi Kuszewski. – To właśnie skala działania pozwoli nam, jako Funduszowi, zaoferować atrakcyjne stawki czynszu. Jako inwestor instytucjonalny inaczej myślimy o kliencie. Nie patrzymy na jednego najemcę jako źródło utrzymania całego Funduszu, bo to jest niewielka część przychodów.

Jak podkreśla dyrektor w BGK, decyzję o uruchomieniu Funduszu poprzedził szereg analiz dotyczących rynku najmu, rynku budowlanego i możliwości popytu na mieszkania na wynajem.

 – Z komercyjnego punktu widzenia przedsięwzięcie ma sens, a ostatecznie właśnie rynek pokaże, na ile tańsza będzie nasza oferta ze względu na efekt skali. Brak instytucjonalnych inwestorów inwestujących w całe budynki powoduje, że na rynku brakuje możliwości obniżania cen, na czym traci społeczeństwo – uważa Piotr Kuszewski.

Fundusz Mieszkań na Wynajem w początkowym okresie skupi się na największych miastach, jak: Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań i Łódź. W przyszłości oferty wynajmu mogą pojawić się także w innych miejscach. Według oszacowań na polskim rynku mieszkaniowym brakuje co najmniej 800 tys. mieszkań.

W wielu krajach Europy Zachodniej wynajem to zjawisko naturalne. Na przykład w Niemczech niemal połowa mieszkań to lokale wynajmowane. W Polsce wciąż dominuje chęć posiadania mieszkań na własność, zwykle finansowanych długoletnimi kredytami hipotecznymi.

Francja stawia na ostre reformy. Ma to poprawić jej konkurencyjność

CEO Magazyn Polska

50 mld euro oszczędności na wydatkach publicznych, zmniejszenie obciążeń podatkowych o 30 mld euro i obniżenie kosztów pracy o 5 proc. – to podstawowe założenia „paktu odpowiedzialności”, przedstawione przez prezydenta Francji Françoisa Hollande’a. Francuzi liczą, że konkurencyjność ich gospodarki wzrośnie.

Proponowane przez prezydenta reformy zaskakują. Zwycięstwo w wyborach prezydenckich François Hollande zawdzięczał hasłom dotyczącym walki z programami oszczędnościowymi i negowaniu polityki prowadzonej przez Angelę Merkel. Teraz zmienia kurs w poszukiwaniu remedium na gospodarcze problemy Francji.

 – To bardzo ważne wydarzenie gospodarcze, wolta o 180 stopni, odejście od socjalizmu w stronę socjaldemokracji, jak to się określa we Francji. Rząd i prezydent mają nadzieję, że nowe rozwiązania przyczynią się do ożywienia gospodarczego i z czasem przełożą na wzrost konkurencyjności francuskich przedsiębiorstw – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Jędrzejczyk, wiceprezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce (CCIFP) i partner w Kancelarii Gide Loyrette Nouel.

Poważne reformy zawsze wywołują protesty i rodzą obawy o obciążenie podatników. Po ogłoszeniu planów nad Sekwaną toczy się burzliwa debata.

 – Z jednej strony organizacje pracodawców, szczególnie potężny Medef, popiera i gratuluje prezydentowi zmiany frontu, natomiast związki zawodowe boją się odejścia od tradycyjnej lewicowości, którą reprezentował prezydent w trakcie wyborów. Zmiana optyki powoduje, że rząd staje się rządem socjaldemokratycznym ze wszystkimi tego konsekwencjami dla systemu wsparcia społecznego – tłumaczy wiceprezes CCIFP.

Od kilku lat Francja przeżywa problemy ekonomiczne. Ubiegłoroczny wzrost PKB to zaledwie 0,2 proc., w tym roku plany także nie są optymistyczne – gospodarka będzie się rozwijać w tempie 0,9 proc. Piąta gospodarka świata dostała poważnej zadyszki. Wiceprezes CCIFP mówi o licznych problemach, od zadłużenia po bezrobocie, których nowe podatki, obostrzenia i fiskalizm nie rozwiązały.

 – Dlatego Francja musi podejmować inne działania – mówi Robert Jędrzejczyk. – Francuskim problemem są niebywale wysokie koszty pracy, dlatego w programie założono kilkadziesiąt miliardów euro oszczędności, które mają obniżyć koszty pracy o 5 proc. Takie działanie ma doprowadzić do podniesienie konkurencyjności, ale związki, w przeciwieństwie do pracodawców, niezbyt przychylnie oceniają plany z obawy o koszty społeczne.

Mniejszy problem jest z opozycją parlamentarną, której trudno negować ogłoszone reformy.

 – Opozycja, przede wszystkim UMP (Unia na rzecz Ruchu Ludowego), zachęca do sceptycyzmu, ale nie może otwarcie kwestionować takich posunięć jak np. ograniczenie części pomocy socjalnej, skoro sami mają takie hasła na swoich sztandarach – komentuje ekspert.

Nastolatki stały sie atrakcyjnym klientem dla banków

CEO Magazyn Polska

Banki stawiają na najmłodszych klientów. Większość z nich posiada w ofercie rachunki dla dzieci i młodzieży. Aktywnych jest ok. 500 tysięcy takich kont. Konta bankowe dla nastolatków to dobra metoda edukacji finansowej młodzieży, możliwość gospodarowania własnymi pieniędzmi i nadzieja banków na lojalność po latach już dorosłych klientów.

Kilkanaście lat temu uczniowie mogli oszczędzać dzięki książeczkom Szkolnej Kasy Oszczędności. Dziś banki oferują nastolatkom nowoczesne konta dostępne przez internet i telefon, często bardziej atrakcyjne niż oferta dla dorosłych. Liczą na to, że to zaowocuje w przyszłości – zyskają lojalnych, już dorosłych klientów.

 – Te konta zwykle oferują większe oprocentowanie niż standardowe konta dla dorosłych. W przypadku zwykłych kont ROR oprocentowanie to maksymalnie 2 proc., często w ogóle go nie ma, natomiast stawka dla młodzieży to ok. 4,5 proc. Jednak banki zabezpieczają się przed napływem gotówki rodziców i zwykle ponadstandardowe oprocentowanie obowiązuje do określonego limitu, zwykle 2,5 tys. złotych. Powyżej takiego salda obowiązują już niższe, standardowe stopy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Rafał Parvi, adiunkt w Wyższej Szkole Bankowej (WSB) w Opolu.

Zwykle opłaty związane z prowadzeniem takiego konta to przede wszystkim opłata za wydanie karty płatniczej, maksymalnie za ok. 15 złotych, lub też opłata za jej posiadanie, chyba że klient dokonuje przy jej pomocy określonej liczby transakcji. W ofercie są też konta bezpłatne.

 – Takie konta prowadzi PKO BP, bank od dawna obecny na tym rynku, który w ten sposób kontynuuje tradycje dawnej Szkolnej Kasy Oszczędności. Dziś proponuje Konto Dla Ucznia. To rodzaj reaktywacji dawnych kont i powrót do tradycji szkolnego oszczędzania. Do konta dodawana jest też karta płatnicza. Podobne rozwiązania, z darmowymi kontami, oferuje Pekao SA i m.in. bank Millennium, przy czym w tym ostatnim przypadku za korzystanie z karty płatniczej pobierana jest opłata – tłumaczy ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Zainteresowanie ofertą dla bardzo młodych ludzi jest duże. Z jednej strony dzieci uczą się gospodarowania finansami, z drugiej – dla rodziców to możliwość długoletniego oszczędzania, by zapewnić dzieciom dobry start w przyszłość.

 – To mogą być środki przeznaczone np. na studia, kupno samochodu lub mieszkania, czyli jednorazowo bardzo duże wydatki. Banki nakładają pewne ograniczenia dotyczące wieku osób zakładających konto, ale rodzice mają szeroki wybór na rynku i mogą spokojnie planować finansową przyszłość dzieci. Szczególnie warto zwrócić uwagę nie na rachunki oszczędnościowo-rozliczeniowe, ale na konta oszczędnościowe z wyższym oprocentowaniem, które pozwalają zgromadzić więcej środków w długim okresie – komentuje Rafał Parvi.

Adiunkt WSB wskazuje też dodatkowe rozwiązania, jak polisy ubezpieczeniowa dla dzieci czy ubezpieczenia na życie z funduszem emerytalnym. Zwykle pozwalają one na zgromadzenie większych środków w ciągu kilkudziesięciu lat, a dzieci mogą dysponować pieniędzmi z takich polis po osiągnięciu pełnoletności.

Niepewność w branży chemicznej. Wszystko przez tańsze nawozy z USA i drogi gaz

CEO Magazyn Polska

Umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi i trwająca tam rewolucja łupkowa – to będzie miało największy wpływ na rynek chemiczny w Polsce w tym roku. Tańsze nawozy z Ameryki mogą być zagrożeniem dla krajowych producentów. Dużo zależy także od cen gazu oraz pogody i plonów, bo im więcej rolnicy sprzedadzą, tym więcej zainwestują w nawozy.

 – Ubiegły rok nie był łatwy, a i w tym pojawiają się nowe wyzwania. Od pewnego czasu, dyskutując o chemii w Polsce, mówimy o konsolidacji, polityce klimatycznej, o cenach surowców, w tym gazu. To nadal jest ważne i będzie determinowało naszą sytuację – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Leszkiewicz, prezes Zakładów Azotowych Kędzierzyn.

Według niego podstawowymi czynnikami, które wpłyną na rynek, będą negocjacje umowy o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji może zostać podpisane do końca tego roku. Ułatwi to producentom ze Stanów Zjednoczonych sprzedaż nawozów w Europie.

 – Rewolucja łupkowa w Stanach ma wpływ na niższe ceny tamtejszej produkcji nawozów. Pytanie, czy ten nawóz do nas trafi, i czy stanowi zagrożenie, czy też nie – zastanawia się Leszkiewicz.

Cena gazu jest bardzo ważnym czynnikiem, który wpływa na koszty produkcji nawozów. Grupa Azoty to największy odbiorca gazu w kraju (zużywa nawet do 18 proc. gazu konsumowanego w Polsce). Dlatego Leszkiewicz martwi się nie tylko tanim gazem łupkowym za oceanem, lecz także tym, że w Polsce gaz kosztuje więcej niż np. na Ukrainie.

Branża chemiczna obserwuje również spór na linii UE – Rosja dotyczący polityki celnej. Na początku stycznia Rosja zapowiedziała, że chce konsultować z Unią ochronne cła m.in. na nawozy azotowe.

 – Mamy ostatnie informacje o zaskarżeniu naszej polityki celnej, trwa przygotowywanie dokumentów w tym zakresie. Tani gaz oferowany przez Rosję Ukrainie także może mieć znaczenie dla naszego rynku, bo polityka celna między Unią a Ukrainą jest trochę inna – przewiduje prezes Grupy Azoty.

Dodaje, że na rynek nawozów wpływ może mieć też wyjątkowo późna zima i jej konsekwencje dla produkcji rolnej. Od jej kondycji zależy bowiem również sprzedaż Grupy Azoty. Im większe plony, tym więcej zarobią rolnicy, a to z kolei przekłada się na większe zakupy nawozów.

Ubezpieczyciele chcą walczyć z nieuczciwymi klientami. Jeśli wzrośnie wykrywalność przestępstw, jest szansa na niższe składki

CEO Magazyn Polska

Firmy ubezpieczeniowe planują stworzyć bazę danych zdarzeń i szkód. Ma to im pomóc skutecznie walczyć z nieuczciwymi klientami, którzy wyłudzają odszkodowania majątkowe i życiowe. Europejskie instytucje szacują, że rozmiar przestępczości ubezpieczeniowej to ok. 3 proc. zebranej przez ubezpieczycieli składki. Dzięki bazie niemożliwe stanie się uzyskanie świadczenia za tę samą szkodę z dwóch różnych źródeł. Tego typu bazy istnieją na wszystkich rozwiniętych rynkach ubezpieczeniowych w Europie.

 – Zakłady ubezpieczeń będą dostarczały informacji o szkodach, które rejestrują u siebie – mówi Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Dzięki temu będzie można zweryfikować, czy dana szkoda nie jest dwa razy zgłoszona do dwóch różnych zakładów ubezpieczeń, czy szkoda naprawdę miała miejsce, czy też jest to celowe działanie polegające na wyłudzeniu odszkodowania od zakładów ubezpieczeń.

To projekt Polskiej Izby Ubezpieczeń i Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Baza Zdarzeń i Szkód zostanie uruchomiona w ciągu trzech najbliższych miesięcy. W pierwszej kolejności w bazie znajdą się dane dotyczące ubezpieczeń majątkowych od ognia i innych żywiołów oraz pozostałych szkód rzeczowych (np. kradzieże), a także ubezpieczenia życiowe z grupy indywidualnych ochronnych oraz niektóre grupowe. Do końca roku baza obejmie wszystkie ubezpieczenia majątkowe i na życie. Będzie funkcjonowała na zasadzie dobrowolności i wzajemności.

PIU ocenia, że budowana za blisko 7 mln zł baza umożliwi wzrost wykrywalności wyłudzeń, co oznacza wymierne korzyści dla ubezpieczycieli – ok. 5,7 mln zł dla ubezpieczeń na życie i 11,1 mln zł dla ubezpieczeń majątkowych w ciągu pierwszych trzech lat działania BZS.

Na uruchomieniu bazy tym samym mogą skorzystać również klienci.

 – Jeśli wzrośnie wykrywalność przestępstw, ubezpieczyciele będą wypłacali mniej odszkodowań. Ponieważ to wszystko idzie z tej samej puli, płacą za to klienci. Więc im mniej będzie wypłacane, tym większa będzie możliwość zmniejszania stawek ubezpieczeniowych, czyli dla uczciwego klienta zakładu ubezpieczeń będzie to konkretna korzyść w postaci niższej składki ubezpieczeniowej – podkreśla prezes PIU w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Tego typu bazy istnieją w większości państw europejskich. Potrzeba ich stworzenia wynikała z częstych prób wyłudzania odszkodowań. Europejskie instytucje szacują, że ubezpieczyciele tracą na wyłudzeniach ok. 3 proc. składki.

W Wielkiej Brytanii, gdzie tego typu zdarzeń jest znacznie więcej niż w Polsce, ich wykrywalność wzrosła po uruchomieniu Insurance Fraud Bureau.

 – Ta instytucja w Wielkiej Brytanii ma dostęp do wszystkich publicznych baz danych, również policyjnych, prowadzi działania zastępujące policję. My absolutnie czegoś takiego nie robimy. Od ścigania przestępców w Polsce jest policja, instytucje państwowe, natomiast nam chodzi w dużej mierze o prewencję – wyjaśnia Prądzyński. – Jeżeli wiemy, że coś jest właściwie niewykrywalne, to mamy poczucie bezkarności. Wiedząc, że jest prewencja, narzędzie, którym ubezpieczyciele mogą się posłużyć, to siłą rzeczy jest mniejsza inklinacja do popełnienia przestępstwa.

Solaris pokaże w kwietniu autobus elektryczny nowej generacji

CEO Magazyn Polska

Solaris na kwietniowych targach przemysłowych w Hanowerze zaprezentuje autobus elektryczny nowej generacji. Po rekordowym pod względem sprzedaży 2013 r. spółka chce koncentrować się na tego typu pojazdach. Na całym świecie, głównie w Europie, jeździ już ponad 10 tys. autobusów Solarisa.

 – W tym roku będziemy mieli premierę następnej generacji naszego autobusu na targach w Hanowerze [7-11 kwietnia 2014 r. red.]. Będzie to autobus elektryczny. Jesteśmy właściwie jedynym solidnym producentem pojazdów o napędzie na baterie, bezpiecznych, dobrych pojazdów. To jest niezwykle ważne, żeby to był jeden z priorytetów Solarisa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Solange Olszewska, prezes zarządu Solaris Bus & Coach.

Spółka, której główna siedziba znajduje się w podpoznańskim Bolechowie, zajmuje się głównie produkcją autobusów, ale także trolejbusów i tramwajów. W ubiegłym roku producent pobił rekord sprzedaży pojazdów.

W 28 krajach, głównie w Europie, jeździ już ponad 10 tys. autobusów Solarisa. Firma ma kontrahentów głównie w krajach europejskich, w tym szczególnie w  Niemczech, ale także w innych częściach świata, m.in. na należącej do Francji wyspie Reunion na Oceanie Indyjskim. Pod koniec ubiegłego roku spółka dostarczyła m.in. 222. autobus do Szwajcarii (trafił do miasta Winterthur) oraz pierwsze dwa autobusy do miasta Weiden w Bawarii (Niemcy).

 – Bardzo się z tego cieszymy, ale oczywiście to oznacza, że nie wolno spocząć teraz na laurach. Przede wszystkim musimy utrzymać tych klientów, którzy są zadowoleni, którzy nas szanują i chętnie u nas kupują – zapowiada Olszewska.

Jedna piąta obszarów polskich miast wymaga rewitalizacji

CEO Magazyn Polska

Na odnowę polskich miast w ciągu najbliższych siedmiu lat ma trafić 25 miliardów złotych. Samorządy wsparcie to otrzymają w ramach Narodowego Programu Rewitalizacji. Przeznaczane dziś na ten cel środki własne miast są niewystarczające. Z szacunków Instytutu Rozwoju Miast wynika, że ponad jedna piąta obszarów polskich miast wymaga rewitalizacji.

 21 proc. powierzchni polskich ośrodków miejskich jest w stanie kryzysu i w związku z tym domaga się rewitalizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Porawski, dyrektor Biura Związku Miast Polskich.

Połowę tej powierzchni stanowią stare dzielnice śródmieścia. Poza tym rewitalizacji wymagają tereny poprzemysłowe, a także powojskowe.

 – To są trzy główne dziedziny, do których trzeba skierować pieniądze – mówi Porawski. – Zdajemy sobie sprawę, że każdy program musi mieć swoje priorytety i że zrobienie wszystkiego naraz może być niemożliwe.

Związek Miast Polskich popiera rządowy plan utworzenia Narodowego Programu Rewitalizacji, w ramach którego co najmniej 25 mld zł ze środków unijnych trafi do ośrodków miejskich. Zdaniem przedstawicieli Związku, tego typu programy to lepszy sposób na wsparcie miast niż tworzenie funduszy celowych. W projekcie ustawy o rewitalizacji, przedstawionym przez ZMP w październiku ub. r., zostało uwzględnione utworzenie NPR.

 – Rewitalizacja trwa wprawdzie już dzisiaj i jest finansowana ze środków własnych samorządów, a także z funduszy prywatnych i europejskich, ale są one niewystarczające, więc taki zastrzyk z narodowego programu to jest to, na co czekamy od lat – mówi Porawski.

Jego zdaniem, przy rewitalizowaniu obszarów miejskich korzystne jest współdziałanie inwestorów publicznych i prywatnych.

 – Na wszystkich rewitalizowanych obszarach są miejsca, które są przedmiotem zainteresowania inwestorów prywatnych, banków, poczty, deweloperów itd. – zauważa Andrzej Porawski. – Przykładem jest Borne Sulinowo, które zostało w całości zagospodarowane. Samorząd dał na to 10-20 proc, rząd 10 proc., a pozostałe 70 proc. ci, którzy się tam przeprowadzili. Jednak zawsze ktoś musi odpowiadać za planowanie przestrzenne czy budowę infrastruktury. To właśnie podstawowa rola samorządów – dodaje.

Premier Donald Tusk zapowiedział, że wsparcie trafi m.in. do zniszczonych centrów miast – Łodzi, Górnego Śląska, Wałbrzycha oraz warszawskiej Pragi. W rządowym programie chodzić ma nie tylko o odbudowę starych budynków mieszkalnych, lecz także o poprawę jakości życia mieszkańców, również o budowę infrastruktury. Według obietnic rządu, program nie ograniczy się do wielkich miast – obejmie też mniejsze miejscowości.

Tylko dobrze zaplanowany wyjazd na ferie będzie naprawdę tani

CEO Magazyn Polska

To, czy zimowy urlop będzie udany, w dużym stopniu zależy od organizacji wyjazdu, szczególnie jeśli nie korzysta się z pomocy biura podróży. Źle zaplanowany tani wyjazd może ostatecznie dużo kosztować. Przed pułapkami ukrytych kosztów uchronią turystów dobrze zlokalizowany hotel, przemyślany transport i odpowiednie ubezpieczenie.

Planując wyjazd na narty, trzeba zorganizować transport do miejsca docelowego, przewóz sprzętu, noclegi, wyżywienie i karnety na stoki. Ci, którzy zdecydują się na wycieczkę z biurem podróży muszą jedynie mieć na uwadze, co wchodzi w skład zakupionej oferty. Te osoby, które preferują wyjazd na własną rękę powinny pamiętać o tym, że zimowy urlop powinien być przede wszystkim bezpieczny, a jeśli będzie dobrze zaplanowany, to nie wygeneruje nieplanowanych kosztów.

Osoby, które decydują się na wyjazd bez biura podróży, często zaczynają planowanie urlopu od organizacji transportu. O ile jest to wyjazd samochodem, sprawa jest prosta. Sprzęt pakuje się zazwyczaj do bagażnika na dachu samochodu i nie ponosi się innych dodatkowych kosztów. Jednak jeśli chodzi o przelot samolotem wraz z nartami, to należy bardzo dokładnie zapoznać się z zasadami linii lotniczych, aby uniknąć sytuacji, kiedy konieczna będzie nieprzewidziana dopłata za transport sprzętu. Coraz więcej tanich przewoźników oferuje loty do popularnych zimowych kurortów, ale cena biletu nie zawsze obejmuje przewóz nart.

 – W jedną stronę za transport sprzętu zapłacimy od 170 zł. To najniższa kwota. Jeśli zapomnimy wcześniej zgłosić, że lecimy z nartami, to wtedy będzie ona jeszcze wyższa – przestrzega Magdalena Fijołek z portalu esky.pl.i dodaje, że linie lotnicze często organizują promocje na przewóz nart lub uznają go za część bagażu, o ile mieści się w ustalonych limitach.

Wybierając miejsce noclegowe, Polacy często kierują się przede wszystkim atrakcyjną ceną. Jednak niska cena za dobę niekoniecznie musi oznaczać, że faktycznie wyjazd będzie tani.

Gdy jedziemy samochodem, trzeba sprawdzić, czy przy hotelu jest parking i czy jest on bezpłatny, również jak daleko od stoku znajduje się hotel, bo często cena jest niższa, ale trzeba codziennie dojeżdżać kilkanaście kilometrów. Jest to zupełnie niepotrzebne, to dodatkowy wydatek –  tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria przedstawicielka esky.pl.

Wyjazd na narty czy snowboard to aktywny wypoczynek, podczas którego nikt nie jest w stanie przewidzieć, co może wydarzyć się na stoku. Dlatego dla bezpieczeństwa warto wykupić ubezpieczenie narciarskie, które w razie wypadku pokryje koszty leczenia.

 – Nam się zawsze wydaje, że ubezpieczać się nie musimy, bo jedziemy tylko na weekend i nigdy nam się nic nie stało, będziemy jeździli tylko na oślej łączce i to nie jest niebezpieczne. Tymczasem statystyki zawsze pokazują, że wypadków w górach jest dużo ostrzega Magdalena Fijołek.

Planując urlop, można korzystać z portali internetowych, które dysponują bazą hoteli w wielu krajach na świecie, zawierają wyszukiwarkę biletów lotniczych, ofertę wczasów oraz prowadzą telefoniczną obsługę klienta, gdzie można uzyskać rady i wskazówki dotyczące planowanej podróży.

ENEA będzie kupowała gaz od Orlenu

ENEA Trading podpisała umowę ramową na hurtowy zakup paliwa gazowego od PKN Orlen. Celem współpracy jest zoptymalizowanie kosztów pozyskania gazu dla Klientów końcowych. Wiosną ENEA S.A. zamierza przedstawić ofertę sprzedaży błękitnego paliwa skierowaną do małych i średnich przedsiębiorstw.

Branża spożywcza chce dobrowolnie wprowadzić ograniczenia w reklamie żywności skierowanej do dzieci

CEO Magazyn Polska

Producenci żywności chcą dobrowolnie wprowadzić ograniczenia w reklamie żywności skierowanej do dzieci poniżej 12. roku życia. Miałyby one dotyczyć produktów, których nie obejmują zalecenia żywieniowe dla dzieci. Nowe zasady mogą zacząć obowiązywać najwcześniej w połowie roku.

Przemysł spożywczy wychodzi poza ramy regulacji prawnych i wprowadza samoregulację m.in. w znakowaniu żywności oraz  reklamach kierowanych do dzieci poniżej 12. roku życia.

 – Na początku roku złożyliśmy do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) projekt samoregulacji dotyczącej reklamy skierowanej do dzieci do lat 12, który bardzo szczegółowo określa, jakie produkty, w jakich warunkach mogą być reklamowane dla tej grupy docelowej. W całej Unii Europejskiej dzieci uważa się za grupę wrażliwą, nie w pełni świadomą podejmowanych decyzji, które mogą mieć realny wpływ na ich zdrowie i kondycję – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ).

To pewnego rodzaju kodeks reklamy żywności. Przedstawiciele branży przeprowadzili już rozmowy z nadawcami medialnymi oraz dyskutowali o nowych pomysłach z KRRiT. System wpisany jest i bazuje na skutecznych rozwiązaniach stosowanych przez Kodeks Etyki Reklamy, który działa pod nadzorem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy.

 – Jeśli wszyscy uznają zaproponowane zasady, to praktycznie w połowie tego roku w Polsce mogłyby już zacząć obowiązywać. I chociaż  jest to samoregulacja, czyli ograniczenie dobrowolne, kiedy przystąpią do niej wszystkie główne media, obejmie całą branżę spożywczą. Liczymy również na współpracę z KRRiT w zakresie monitoringu i korekt systemu – mówi dyrektor PFPŻ.

Producenci żywności będą mogli tworzyć reklamy skierowane do dzieci poniżej 12. roku życia tylko z tymi produktami, które spełniają zalecenia żywieniowe narodowe lub międzynarodowe. Poza tym określono progi zawartości substancji, które w nadmiarze mogą przyczyniać się do nadwagi i otyłości, takie jak: cukier, tłuszcz czy sól. Nie będzie więc reklam dla dzieci z produktami niespełniających przyjętych kryteriów. Nawet produkty zalecane żywieniowo, będą musiały spełnić dodatkowe limity.

Zdefiniowano też pojęcie reklamy żywności skierowanej do dzieci poniżej lat 12.

 – Będzie to każda reklama nadawana w czasie, kiedy oglądalność w tej grupie docelowej jest większa niż 35 procent. To właśnie widownia dziecięca decyduje o tym, czy to jest reklama skierowana do dzieci, czy nie – tłumaczy Andrzej Gantner. – Zgodnie z kodeksem nie przewidujemy możliwości reklamy dla tej grupy wiekowej takich grup produktów jak napoje słodzone, słodycze i chipsy.

Reklama z jednej strony przekłada się na konkurencyjność produktów, z drugiej przynosi niebagatelne wpływy mediom. A samoograniczenia branżowe część reklam wyeliminują.

 – Ta kwestia na pewno wywołuje sporo dyskusji, ale te najważniejsze są już za nami. Firmy, które stanowią w tej chwili ponad 70 proc. rynku reklamy żywności skierowanej do dzieci, absolutnie zgadzają się z tymi zasadami. To odpowiedzialne społecznie podejście. Co więcej, to są także firmy działające w całej Europie, zatem możemy przyjąć, że samoregulacja będzie obowiązywać w Unii Europejskiej, a nie tylko w Polsce – komentuje dyrektor generalny PFPŻ.

Andrzej Gantner podkreśla, że ważne jest podejście mediów, które muszą zgodzić się na pewne ograniczenie części przychodów za względu na wyłączenie części reklam z czasów antenowych skierowanych do dzieci.

 – Ale dzięki temu dzieci poniżej 12. roku życia będą miały znacznie mniejszą styczność z reklamami produktów, które w nadmiarze mogą przyczyniać się do nadwagi i otyłości. Będą bardziej podatne na edukację żywieniową, a mniej narażone na komunikację marketingową służącą przede wszystkim sprzedaży – uważa dyrektor generalny PFPŻ.

Jak dodaje, już dotychczas istniejące samoregulacje, nieco łagodniejsze od proponowanych, przynoszą widoczne rezultaty.

 – Stosowanie samoograniczeń w ciągu trzech lat wyeliminowało prawie 70 proc. reklam nie spełniających założeń. W efekcie 98 proc. reklam spełnia kryteria. To bardzo dobry wynik. Pozostałe 2 proc. to błędy szacunkowe, ponieważ czasem trudno oszacować wielkość grupy docelowej danego programu. Ten przykład pokazuje, że samoregulacja przynosi korzyści, i można je znacznie szybciej i skuteczniej wdrożyć niż zakazy ustawowe – przekonuje dyrektor generalny PFPŻ.

Inną inicjatywą branży spożywczej, realizowaną w całej Unii Europejskiej, jest system znakowania GDA. To dodatkowe oznaczenia informujące o poziomie pokrycia zapotrzebowania dziennego na energię, cukier, tłuszcz czy sól.

 – Dzięki takiemu systemowi konsument może podczas zakupów podjąć świadomą decyzję, czy dany produkt jest odpowiedni dla jego stanu zdrowia, wieku, diety. Dajemy prostą i zrozumiałą dodatkową informację o właściwościach żywieniowych produktu – podsumowuje Andrzej Gantner.

Kwestia samoregulacji w zakresie reklamy jest tylko jedną z wielu inicjatyw przemysłu spożywczego w walce z otyłością wśród najmłodszych. Firmy inicjują wiele projektów z zakresu edukacji żywieniowej i propagowania zdrowych nawyków. Jak wynika z analiz ekspertów, dużą popularnością cieszą się także projekty z zakresu popularyzacji sportu dzieci i młodzieży, takie jak np. żeglarski Program Edukacji Morskiej czy Kinder+Sport dla dzieci zainteresowanych siatkówką. O efektach tych programów rozmawiano na eksperckiej debacie zorganizowanej podczas prezentacji IV raportu CSR Grupy Ferrero w ambasadzie Włoch w Warszawie.

Komentarz indeksowy BossaFX 24 stycznia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 24 stycznia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Unia Europejska przeznaczy miliard złotych na wsparcie dla młodych na rynku pracy

CEO Magazyn Polska

W tej perspektywie finansowej w ciągu kolejnych sześciu lat do Polski mają spłynąć 252 mln euro na wsparcie dla młodych bezrobotnych. Fundusze te mają posłużyć zmniejszeniu luki między pracodawcami a absolwentami szkół, których kwalifikacje odbiegają od oczekiwań rynku. – Nie zbudujemy konkurencyjnej gospodarki na taniej sile roboczej – podkreśla Paweł Orłowski, wiceminister infrastruktury i rozwoju.

 – Wygrywamy często z tego powodu, że koszty pracy są w Polsce niższe, ale jest to tzw. pułapka średniego dochodu. To nie jest czynnik, który spowoduje naszą trwałą konkurencyjność – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wiceminister infrastruktury i rozwoju.

Dlatego rząd powinien postawić na wsparcie prac badawczo-rozwojowych i innowacyjności, a także na dostosowanie kwalifikacji absolwentów szkół do potrzeb rynku pracy.

 – Musimy zapewniać młodym osobom dobre warunki pracy w Polsce, ale też odpowiednie kwalifikacje, które umożliwią wykorzystanie ich na rynku pracy. Mamy lukę pomiędzy rynkiem pracy a osobami bezrobotnymi, ale także wolnymi miejscami pracy, które wciąż w Polsce są. Klucz leży więc w tym, aby osoby młode, także po studiach, miały takie kwalifikacje, które będą odpowiadały pracodawcom – mówi wiceminister. 

Według danych Eurostatu za listopad ubiegłego roku bez pracy pozostaje 27,9 proc. Polaków poniżej 25. roku życia, podczas gdy np. u zachodnich sąsiadów, w Niemczech, bezrobocie w tej grupie wiekowej wynosi zaledwie 7,5 proc. Ale to ma się zmienić, m.in. za sprawą Europejskiego Funduszu Społecznego, ponieważ w perspektywie na lata 2014-2020 ma być większe powiązanie edukacji z potrzebami pracodawców. W ramach całego unijnego budżetu do Polski na wsparcie bezrobotnej młodzieży wpłynie ok. 1 mld euro.

 – Wchodziliśmy do Unii Europejskiej i walczyliśmy o dostęp do rynków pracy także w innych krajach. Ale to jest także ogromny problem, bo chcielibyśmy, żeby wszystkie osoby młode pozostały w kraju. Wpływ ma na to szereg czynników, jak dostęp do mieszkań, do dobrej infrastruktury społecznej, przedszkoli, żłobków – tłumaczy Paweł Orłowski.

Aby więc młodzi zostali w kraju lub wracali tu po zdobyciu doświadczenia za granicą, powinni mieć możliwość zdobycia w Polsce tzw. twardych kwalifikacji, które umożliwią znalezienie pracy.

 – I na to skierowane są nasze wysiłki – zapewnia wiceminister. – Często młode osoby wyjeżdżają za granicę, nie po to, żeby wykonywać zaawansowaną pracę, nie wykorzystują w pełni swoich kompetencji.

Stanisław Kluza (b. minister finansów): Gospodarka w tym roku wzrośnie przynajmniej o 3,5 proc.

CEO Magazyn Polska

5 proc. rocznie – nawet w takim tempie mogłaby się rozwijać polska gospodarka przy obecnych parametrach, czyli poprawiającej się koniunkturze i spodziewanym napływie środków unijnych. Rządowe prognozy są jednak znacznie niższe. W tym roku, zgodnie z budżetem, wzrost PKB wyniesie 2,5 proc. W ocenie Stanisława Kluzy niepełne wykorzystanie potencjału kraju to efekt zaniedbań w reformach.

W przyszłym tygodniu GUS poda wstępny szacunek tempa wzrostu PKB w 2013 rok. Jeśli sprawdzą się prognozy, które przewidują rozwój na poziomie 1,5 proc., miniony rok okaże się pod tym względem najsłabszy od 2002 r. W tym roku powinno już być dużo lepiej. Gospodarka ruszyła, rośnie poziom zamówień, zwiększa się eksport, rozpędu nabiera, w wolniejszym tempie, również konsumpcja wewnętrzna.

 – W najbliższych latach Polska powinna doświadczać stosunkowo dobrej koniunktury. Wynika to z pewnych procesów, które się toczą w tle – procesów demograficznych i dużego napływu środków unijnych. Oba czynniki mają charakter bodźców prowzrostowych. Naturalny poziom wzrostu polskiej gospodarki przy tych parametrach zawiera się w przedziale 4,5-5 proc. – uważa Stanisław Kluza, były minister finansów, ekonomista w Szkole Głównej Handlowej.

Na taką dynamikę PKB na razie jednak nie ma co liczyć. Mimo że prognozy na kolejne dwa lat są pozytywne.

 – Uwzględniając niedoszacowanie rządu i naturalny poziom wzrostu krajowej gospodarki, można pokusić się o znalezienie złotego środka. I dlatego uważam, że należy być stosunkowo optymistycznym, zakładając wzrost PKB w granicach 3,5 proc., a może nawet trochę więcej – dodaje ekspert w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – Wszystko będzie zależało od tego, czy rządowi uda się przełamać wysoki poziom bezrobocia.

Rządowe prognozy budżetowe mówią o rocznym wzroście PKB w wysokości 2,5 proc., a w bardziej optymistycznym wariancie, o którym mówił premier Donald Tusk – 3 proc. To zdecydowanie lepiej niż w ubiegłym roku, ale by rozwój stał się odczuwalny dla społeczeństwa, a przede wszystkim, by powstawały nowe miejsca pracy, tempo powinno być wyższe.

 – Te prognozy uważam za negatywne. Gdzieś schowano brakujące 2 punkty procentowe. Sądzę, że to efekt zaniechań w reformach finansów publicznych na przestrzeni ostatnich sześciu lat. A zaniechania wynikają z pasywności rządu. Może nawet z lenistwa – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Kluza.

Jako dowód wskazuje przyjęte zmiany w systemie emerytalnym, w szczególności dotyczące otwartych funduszy emerytalnych i przeniesienia ponad połowy zgromadzonych w nich środków do ZUS.

 – Te zmiany to rezultat zaniedbań. Wtedy, kiedy można było ograniczać wydatki i administrację, zwiększać efektywność pewnych obszarów funkcjonowania gospodarki, nie wykonano odpowiedniej pracy. A skutek jest taki, że nagle okazało się, że mamy deficyt, że budżet się nie dopina – przekonuje były przewodniczący KNF.

Jednak lepsza sytuacja ekonomiczna powinna zwiększyć wpływy z podatków i między innymi dzięki temu przyczynić się do obniżenia deficytu budżetowego.

 – Uważam, że deficyt można zmniejszyć do poziomu poniżej 4,5 proc. W przypadku wpływów podatkowych będzie się ścierało kilka czynników, więc na razie trudno wiarygodnie prognozować możliwe przychody – uważa ekonomista.

Polska znajduje się w gronie 20 państw unijnych objętych procedurą nadmiernego deficytu, która wymaga obniżenia jego poziomu do 3 proc. W tym roku rząd ocenił deficyt na ok. 4,8 proc. (być może będzie nieco niższy). Według pierwotnych ustaleń Polska miała odpowiedni poziom deficytu osiągnąć w 2014 roku, ale po nowelizacji budżetu stało się jasne, że to niemożliwe. Komisja Europejska zaproponowała przedłużenie terminu do roku 2015. Zdaniem Kluzy zdjęcie procedury w najbliższym czasie praktycznie nie wchodzi jednak w grę.

 – Jeżeli teraz rozpoczniemy reformy finansów publicznych, to pozytywne efekty możemy zobaczyć już za kilka lat. Ale jednocześnie wtedy będziemy mieli dużo gorszy bilans demograficzny, czyli wyższe wydatki na emerytury bądź na opiekę zdrowotną dla osób starszych – przekonuje ekonomista.

Prezes DNB Nord: Polska stała się głównym centrum produkcyjnym Europy. Dorównuje już Niemcom

CEO Magazyn Polska

Jakość produkcji, terminowość dostaw oraz inwestycje w linie produkcyjne wzmacniają konkurencyjność polskiego przemysłu – uważa Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Nord Polska. Polska radzi sobie coraz lepiej na tle innych krajów europejskich. Problemem wciąż jednak pozostają bariery administracyjne, niski poziom oceny naszego szkolnictwa wyższego, zbyt mało inwestycji zagranicznych w kraju oraz potencjalne koszty polityki klimatycznej UE.

Jak wynika z najnowszych danych GUS, produkcja przemysłowa w grudniu 2013 r. wzrosła o 6,6 procent rok do roku, ale za to skurczyła się w porównaniu do poprzedniego miesiąca o 9,7 procent. Choć jest to gorszy wynik w porównaniu do oczekiwań analityków, które mówiły o dynamice wzrostu na poziomie 10,5 proc., to i tak dane pokazują, że polski przemysł dobrze sobie radzi, również na tle gospodarek europejskich.

 – Z naszego raportu wynika, że Polska już jest hubem produkcyjnym dla Europy, bo kraj przemysłem stoi. Prawie 25 proc. polskiej gospodarki stanowi przemysł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Nord Polska.

Osiągnęliśmy pod tym względem poziom porównywalny do Niemiec, które są dziś najbardziej uprzemysłowioną gospodarką europejską (25,8 proc.).

 – Jesteśmy powyżej wielu rozwiniętych gospodarek i powyżej średniej europejskiej (18,5 proc.), jeśli chodzi o kontrybucję przemysłu do naszego PKB – dodaje Artur Tomaszewski.

Konkurencyjności polskiego przemysłu w środowisku międzynarodowym sprzyjają niskie koszty pracy oraz kurs walutowy, jednak to nie one są kluczowe dla rozwoju naszego eksportu.

 –  Przede wszystkim liczy się jakość i terminowość dostaw, jakość produkcji, wreszcie inwestycje, które były i są realizowane efektywnie – podkreśla prezes DNB Nord.

To sprawia, że produktywność polskich firm rośnie – dziś przemysł jest o ok. 23 proc. bardziej wydajny niż cała polska gospodarka.

Mimo to zagrożeń nie brakuje. Jak wymienia prezes DNB Nord to wciąż są bariery administracyjne oraz poziom edukacji, szczególnie na poziomie uniwersyteckim, na tle innych państw Europy i świata. W rankingu przygotowanym przez Uniwersytet Szanghajski są tylko dwie polskie uczelnie (UW i UJ) i znajdują się w czwartej setce. Dla porównania, spośród uczelni niemiecki w rankingu znalazło się 37 szkół. Z punktu widzenia rozwoju eksportu dóbr z wyższej półki, np. dóbr luksusowych, poziom nauczania w kraju producenta odgrywa bowiem bardzo istotną rolę.

 –  Na dzisiaj jednak eksport polski, szczególnie do tych krajów rozwiniętych, np. do Niemiec ma charakter bardziej jednak zaopatrzeniowy niż produktów z wyższą wartością dodaną – zauważa prezes DNB Nord. – Pewne zagrożenie wiąże się również z cenami energii, z polityką UE w zakresie kosztów emisji CO2. I trzeci element to inwestycje zagraniczne, których brakowało w ostatnich dwóch latach. Bez nich w Polsce jest zbyt mało kapitału.

Już w połowie roku mogą się skończyć pieniądze z programu Mieszkanie dla Młodych

CEO Magazyn Polska

Mieszkanie w programie Mieszkanie dla Młodych kupią tylko najszybsi. Po pierwsze, w niektórych miastach nie ma dużego wyboru nieruchomości, które spełniałyby warunki programu. Po drugie, nie dla wszystkich może starczyć pieniędzy. Eksperci szacują, że przy dużym zainteresowaniu ze strony nabywców, środki przeznaczone na dopłaty z budżetu skończą się w połowie roku.

Wszystko wskazuje na to, że dla osób, które chcą skorzystać z programu „Mieszkanie dla młodych” kluczowe znaczenie będzie miał czas.

 – W tegorocznym budżecie na dopłaty jest przeznaczone 600 milionów złotych. Firma Reas ocenia, że przy sporym zainteresowaniu tym programem, pieniędzy może wystarczyć na pół roku – podkreśla Marek Wielgo, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, specjalizujący się w rynku nieruchomości.

  – Nawet spełniając warunki programu, może się okazać, że nie załapiemy się na niego z powodu braku pieniędzy publicznych na ten cel w 2014 roku. To oznacza, że możemy mieć dalsze przyspieszenie sprzedaży w pierwszym półroczu – twierdzi Katarzyna Kuniewicz z firmy doradczej Reas. – Jak to będzie wyglądało, będziemy wiedzieli po pierwszym kwartale tego roku, kiedy wykonamy badanie.

Czas będzie się liczył również podczas poszukiwań odpowiedniego mieszkania. Przynajmniej w niektórych miastach.

 – W takich miastach, jak Warszawa, Kraków czy Wrocław mieszkań, które spełniają warunki programu, szczególnie cenowe, jest stosunkowo niewiele. Trzeba się więc pospieszyć, żeby takie mieszkanie znaleźć i ewentualnie kupić – podkreśla Marek Wielgo.

W Krakowie odsetek dostępnych mieszkań spełniających wymogi programu Mieszkanie dla Młodych wynosi 5 proc. Dla porównania, w Gdańsku, Lublinie czy Łodzi stanowią one ponad połowę rynku deweloperskiego. W Bydgoszczy do programu kwalifikuje się aż 95 proc. mieszkań na rynku. Zdaniem Kuniewicz, to właśnie na tych rynkach może być największe zainteresowanie MdM.

 – Przez to zróżnicowanie MdM może wywołać na lokalnych rynkach zupełnie przeciwstawne zjawiska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz. – Na części rynków będziemy mieć próbę dostosowania cen w dół do limitów wyznaczonych w MdM, na innych deweloperzy będą mogli sobie pozwolić na podniesienie cen. Pytanie, czy takie działanie ze strony rządzących było zamierzone. Wiele wskazuje na to, że tak po prostu wyszło.

Jak podkreśla, jest szansa na zmianę tej sytuacji, bo zgodnie z założeniami programu wskaźniki będą zmieniane co pół roku.

Osobom, które nie są zmuszone spieszyć się z zakupem mieszkania, eksperci radzą jednak przeczekanie pierwszych miesięcy obowiązywania programu. Banki PKO BP i Pekao SA, które jako pierwsze, od początku stycznia, zaoferowały kredyt w ramach MdM, narzuciły wyższe marże niż przy tradycyjnym kredycie hipotecznym. Do programu już dołączają kolejne banki, więc eksperci oceniają, że wraz ze wzrostem konkurencji, spadną też ceny kredytów.

 – Dodatkowo deweloperzy wypychają w tej chwili mieszkania z zapasów i pewnie będą próbowali te mniej chodliwe sprzedawać właśnie w programie „Mieszkanie dla młodych”. Być może w ciągu najbliższych kilku, kilkunastu miesięcy pojawią się na rynku zupełnie nowe inwestycje, niekoniecznie na dalekich obrzeżach miasta, ale również w ciekawych lokalizacjach, ponieważ deweloperzy zechcą wykorzystać program jako swego rodzaju narzędzie marketingowe i wypromować dzięki niemu swoje inwestycje – wyjaśnia Marek Wielgo.

Na rynku hipermarketów fuzji już nie będzie

CEO Magazyn Polska

Po przejęciu Reala przez Auchan rynek nie spodziewa się dalszych fuzji na rynku hipermarketów. Zostało na nim zaledwie trzech graczy. W segmentach mniejszych sklepów polski rynek wciąż jest bardzo rozproszony. Eksperci prognozują przejęcia wśród sieci supermarketów. Dyskonty na razie łączyć się nie będą, bo wszystkie sieci rozwijają się dynamicznie.

 Trudno spodziewać się przejęć na rynku hipermarketów, ponieważ pozostało na nim niewielu graczy: Tesco, Carrefour i Auchan – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Łaptaś, ekspert Roland Berger Strategy Consultants (RBSC). Z kolei na rynku dyskontów w zasadzie wszyscy odnoszą sukcesy, szybko się rozwijają i dlatego brakuje im motywacji do sprzedawania własnej marki. Fuzje mogą natomiast mieć miejsce wśród supermarketów.

Na tym rynku jest dużo graczy, a co za tym idzie – potencjał do konsolidacji. Sprzyja temu też struktura właścicielska tych sklepów, z których wiele należy do funduszy inwestycyjnych. Żabka i Freshmarket należą do funduszu Mid Europa Partners, sieć Eko należy do funduszu Advent, a właścicielem Dino jest Enterprise Investors. Niektóre sieci należą do prywatnych polskich przedsiębiorców, np. Polo Market czy Stokrotka.

 – Potencjalnie każda z tych sieci jest albo kandydatem do tego, żeby przejąć kogoś innego, albo do tego, by stać się obiektem przejęcia. Zatem to właśnie w tym segmencie, wśród sieci operujących w przedziale od 100 do 1000 mkw. możemy się spodziewać ruchów konsolidacyjnych – twierdzi Łaptaś.

Cel: obniżyć ceny

Głównym celem przejęć jest możliwość tańszych zakupów od producentów, co pozwala na późniejszą sprzedaż towaru po atrakcyjniejszej cenie.

 Niska cena jest ważna w mocno konkurencyjnym środowisku, a w efekcie korzystają na tym klienci – zauważa Łaptaś.

Z przejęciami wiążą się jednak także niekorzystne skutki uboczne. Jest tak zwłaszcza, gdy ewentualna fuzja stoi długo pod znakiem zapytania. Obniża to morale pracowników, którzy mają niepewność, co do dalszego istnienia firmy i co za tym idzie, zatrudnienia, a to z kolei może przełożyć się na jakość pracy. Przykład takiej zawieszonej w czasie fuzji to ostatnie przejęcie hipermarketów Real przez sieć Auchan. Choć porozumienie Auchan z Metro Group, właścicielem marki Real, zostało zawarte już jesienią 2012 r., to dopiero w tym tygodniu UOKiK wyraził zgodę na transakcję.

Pewnym problemem dla Auchana może być spełnienie warunków UOKiK dotyczących obowiązku sprzedaży ośmiu sklepów. Urząd uznał, że jest to niezbędne do zachowania równej konkurencji.

 Będzie to trudne i sytuacja jest o tyle niekorzystna, że mało jest na rynku potencjalnych kupców, kandydatów do przejęcia tych lokalizacji – twierdzi Łaptaś. – Musi to być gracz, który posiada już hipermarkety w Polsce, a tych jest niewielu. Oznacza to, że Auchan jest pod presją i nie ma wielu potencjalnych kupców.

Prawo dotyczące zakupów w sieci będzie jednolite w całej UE. Nowe przepisy budzą obawy branży

Branża e-commerce przygotowuje się do wdrożenia nowego prawa wynikającego z unijnej dyrektywy o prawach konsumentów. Niektóre jej zapisy budzą obawy przedsiębiorców, zwłaszcza że prace nad polską ustawą jeszcze się nie zakończyły. 

Dyrektywa Parlamentu Europejskiego 2011/83/UE, która ma wejść w życie w połowie 2014 r., ma ujednolicić przepisy dotyczące e-handlu w 28 państwach członkowskich.

 – Trochę obawiamy się unijnej dyrektywy konsumenckiej, gdyż nie do końca wiemy, w jaki sposób te przepisy będą interpretowane i jak będzie wyglądało ich wprowadzenie w życie. W tej chwili sprawa jest na agendzie organizacji zajmujących się prawami konsumenta oraz e-commerce w Polsce, zakładam więc, że tam zostaną wypracowane rozwiązania, które pozwolą pogodzić wymagania Unii Europejskiej i konsumentów z wygodą użytkownika i interesami samych sklepów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Radkowski, doradca zarządu Merlin.pl.

W Polsce prace nad ustawą o prawach konsumentów trwają – przyjęta 24 grudnia przez rząd została skierowana do prac w Sejmie.

 – Zgodnie z nowymi przepisami klient będzie miał 14 dni na zwrot produktu. W Polsce obecnie ma ustawowo 10, ale w naszym regulaminie i tak przewidujemy 30 dni, więc akurat w naszym przypadku wydłużenie tego terminu niewiele zmieni – mówi Radkowski.

Jego zdaniem większe problemy mogą sprawiać nowe obowiązki informacyjne. Dyrektywa wymaga od sprzedawców m.in. powiadomienia klienta o obowiązku pokrycia kosztów wysyłki zwracanego towaru – jeśli takiej informacji nie będzie, to koszty poniesie sprzedawca.

 – Uciążliwe mogą być wymagania dotyczące informowania o produkcie i transakcji – mówi Jakub Radkowski. – Tych informacji jest tak dużo, że ich podawanie może utrudniać klientowi zakupy. Pewne rzeczy, które są dla klienta oczywiste, dotyczące np. fiszki produktu, będą musiały być wielokrotnie mu wskazywane. Może to być męczące, a zakupy internetowe powinny być szybkie i wygodne.

Sprzedawca będzie musiał poinformować klienta również o tym, że pobrane przez niego pliki elektroniczne nie będą mogły być zwrócone. Jeśli tego nie uczyni, klient będzie mógł je zwrócić jak każdy inny towar. W pewnych przypadkach dyrektywa zwiększa też prawa sprzedawców – np. do odroczenia zwrotu pieniędzy, aby zbadać stan zwróconego towaru.

Rośnie popularność e-wizyt lekarskich i szkoleń online. Wzrosty sięgają kilkuset procent

Rynek porad lekarskich online będzie dynamicznie rósł – wynika z raportu Deloitte. Do rozwoju usług w sieci przyczynią się m.in. seniorzy, który coraz chętniej sięgają po smartfony. Rośnie także popularność edukacyjnych kursów internetowych. W tym roku liczba zapisów na takie zajęcia wzrośnie dwukrotnie, a za sześć lat e-edukacja ma stanowić 10 proc. całości edukacji.

 Ciekawym rozwiązaniem dostępnym przez internet są kursy, szkolenia i wykłady, czyli edukacja online. To przede wszystkim kursy MOOC, czyli Massive Open Online Courses. Są one nowoczesnymi odpowiednikami szkolnictwa wyższego i kursów doskonalenia zawodowego, a ich udział w rynku edukacyjnym będzie rósł – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Wróbel, starszy menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Według raportu firmy w tym roku zapisy na kursy online wzrosną dwukrotnie, przekraczając 10 milionów. Rosnąca świadomość nowych metod nauczania zwiększa inwestycje instytucji edukacyjnych w tym obszarze. Na razie problemem jest silny odpływ uczestników w trakcie nauki. W tym roku MOOC będzie miał zaledwie 0,2 proc. udziału w szkolnictwie wyższym. Ale trend wzrostowy jest wyraźny i dotyczy szczególnie szkoleń firmowych oraz osób kontynuujących edukację. Zdaniem menedżera z Deloitte pod koniec tej dekady udział edukacji online w rynku może wzrosnąć do 10 proc.

Szybko rośnie popularność telemedycyny, szczególnie e-wizyt lekarskich – kontaktu z lekarzem za pośrednictwem internetu.

 – Popularność tej formy usług medycznych rośnie szczególnie szybko w Ameryce Północnej: w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie – informuje Jakub Wróbel.

Według Deloitte’a w tym roku dojdzie na świecie do 100 milionów e-wizyt. To o 400 proc. więcej niż w roku 2012. W porównaniu do kosztów tradycyjnych wizyt e-porady pozwolą na oszczędności rzędu 5 miliardów dolarów. W Ameryce Północnej obniżenie kosztów będzie najbardziej znaczące – to 75 proc. całego rynku światowego. Unia Europejska na razie przyjęła plan w sprawie regulacji prawnych ułatwiających korzystanie z telemedycyny.

Teraz seniorzy

Rosnące zainteresowanie technologiami i usługami online widać wśród osób powyżej 55. roku życia. Co prawda największy udział w rynku smartfonów wciąż ma grupa wiekowa 18-54, ale to wśród seniorów najszybciej rośnie liczba nabywanych urządzeń. Osoby w zaawansowanym wieku wolniej opanowują nowinki techniczne, ale po pokonaniu bariery niepewności, stają się zaawansowanymi użytkownikami. W tym roku na świecie udział smartfonów w tej grupie zwiększy się do 45-50 proc. przy tempie wzrostu na poziomie 25 proc.

 – W Polsce jeszcze nie mówimy o tak wysokiej dynamice, ale trend wzrostowy będzie także zauważalny. Wynika on ze starzenia się społeczeństwa i z oferty producentów i operatorów telekomunikacyjnych, w której dominują zdecydowanie urządzenia typu smartfon – wyjaśnia ekspert.

PKP Intercity przyspiesza prace nad rozwiązaniami proklienckimi. W lutym poda szczegóły

PKP Intercity chce przyspieszyć uruchomienie kolejnych proklienckich działań handlowych. Te miały być wdrażane na dużą skalę w 2015 roku, ale, jak podkreśla nowy prezes, spółka już jest gotowa na ich wprowadzenie. Szczegóły mają być znane w ciągu najbliższego miesiąca. Spółka liczy, że nowych pasażerów zachęci do podróży udostępnienie sieci WiFi i multimediów w pociągach.

 W ciągu miesiąca ujawnimy szczegóły planu, łącznie z harmonogramem wdrażania poszczególnych akcji proklienckich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Celejewski, od środy prezes PKP Intercity. – Obecna sytuacja zmodyfikowała nieco nasze założenia i z działaniami, które były przygotowane na dużą skalę od połowy 2014 roku i w przyszłym, będziemy chcieli wejść wcześniej.

Do tej pory wdrożono już ponad 30 różnych inicjatyw proklienckich: od ulepszeń w sprzedaży, poprawy komfortu podczas podróży, aż po lepszą obsługę posprzedażową. W planach jest kolejnych 25 inicjatyw do zrealizowania.

Nowy prezes PKP Intercity podkreśla, że 2014 będzie już drugim, bardzo trudnym rokiem dla spółki i jej pasażerów, głównie ze względu na liczne remonty i modernizację infrastruktury kolejowej.

 Chcemy wykorzystać te dwa ciężki lata ciężkie dla naszych podróżnych, żeby zmieniać produkt, zmieniać strukturalnie PKP Intercity tak, żeby w roku 2015 zwieńczyć całą serię działań proklienckich – wyjaśnia Celejewski.

Inicjatywy proklienckie to szansa na polepszenie sytuacji PKP Intercity. W roku 2013 r. spółce ubyło ponad 4 miliony klientów. Jednak władze spółki podkreślają, że podejmowane działania już przynoszą efekty, przynajmniej na niektórych połączeniach.

 – Prowadzimy wiele badań, które nam umożliwią lepiej dostosować ofertę i cenową, i produktową, i to przynosi skutek. Są trasy, na których PKP Intercity w zeszłym roku osiągnęło wzrosty, i są to głównie trasy dalekobieżne – zapewnia prezes. – Chcielibyśmy też przyspieszyć działania zmierzające do naprawy systemu transportu publicznego, czyli wspólnie z innymi kolejami odbudować ten system przez realizację modeli biznesowych przywiązanych do kolei aglomeracyjnych, miejskich i międzywojewódzkich.

Jednym z działań, które mają pomóc przyciągnąć nowych podróżnych, jest realizacja podpisanej wczoraj umowy z T-Mobile na dostawę internetu w pociągach. Ma to być nie tylko WiFi, ale także dostęp do zasobów rozrywki pokładowej, takich jak 40 pełnometrażowych filmów, do seriali, gier i bajek dla dzieci. Usługa ta ma zostać zapewniona do końca roku w 300 wagonach, na najpopularniejszych trasach krajowych i międzynarodowych. Poprawi to również jakość dostępu do wewnętrznej sieci internetowej PKP Intercity dla konduktorów, co ułatwi i przyspieszy zakup biletu w pociągu.

 Pierwszy raz wdrażamy w Polsce na tak dużą skalę dostęp do internetu i treści multimedialnych w naszych pociągach – mówi Celejewski. – W ciągu pierwszych trzech miesięcy działania usługi będzie nią objęte około 90 wagonów, czyli 3-4 składy. Cały kontrakt obejmujący pokrycie 300 wagonów spółki PKP Intercity urządzeniami umożliwiającymi dostęp do internetu oraz rozrywki pokładowej zostanie zrealizowany najpóźniej do końca roku.

Rozliczenie między kontrahentami odbędzie się na zasadzie barteru.

 Nasza spółka sprzedaje swoją niestandardową powierzchnię reklamową, znajdującą się w wagonach i na wagonach. Z drugiej strony T-Mobile realizuje po swojej stronie inwestycję zarówno jeśli chodzi o sprzęt, jak i o multimedia plus konserwację, utrzymanie i parametry dostępu – wyjaśnia prezes PKP Intercity.

Pasażerowie będą mieli dostęp do internetu o minimalnej prędkości 1,5 Mb/s. Początkowo sam dostęp do internetu będzie darmowy dla wszystkich użytkowników.

 W dalszej przyszłości zgodnie z umową usługa będzie gratisowa dla minimum 10 proc. wszystkich klientów – mówi Miroslav Rakowski, prezes T-Mobile Polska. – Jeszcze nie zdecydowaliśmy, jaka to będzie grupa, ale zakładam, że będą to głównie klienci naszej sieci. W przypadku filmów, jeszcze nie jest dopracowany model współpracy. Część zasobów na pewni będzie darmowa, a część płatna, np. dostęp do najnowszych produkcji.

NIK skontroluje we wszystkich województwach opiekę nad osobami bezdomnymi

Kontrola kończy się obecnie w Warszawie, Katowicach, Łodzi, Lublinie, Szczecinie i Bydgoszczy. Delegatury NIK w pozostałych województwach już na początku lutego rozpoczną kontrole, w których sprawdzą jak wygląda pomoc świadczona osobom bezdomnym.

W 2014 roku Izba w szczególny sposób przygląda się działaniom rządowym i samorządowym wspierającym polskie rodziny. Wychodzenie z bezdomności, zapobieganie poszerzaniu się zjawiska bezdomności, aktywizacja zawodowa bezdomnych – to ważne elementy polityki służącej rodzinie, w tym wypadku dotkniętej tragedią bezdomności któregoś z jej członków, najczęściej mężczyzn, ale także kobiet, w tym samotnych matek z dziećmi.

NIK dokładnie sprawdza:

w jaki sposób i w jakim stopniu gminy rozpoznają skalę zjawiska bezdomności?
czy przygotowano odpowiednią do tej skali liczbę miejsc w schroniskach?
jak wygląda współpraca różnych instytucji: MOPS, policji, straży gminnych, pogotowia, szpitali?
co zrobiono, aby zapobiegać poszerzaniu się bezdomności (np. aktywizacja zawodowa, pomoc w wyjściu z choroby alkoholowej)?
jak wykorzystywane są środki publiczne przeznaczone na wsparcie osób bezdomnych?
jak wyglądają standardy pobytu (noclegu) w schroniskach, noclegowniach, różnego rodzaju placówkach opieki?
jak wygląda realizacja programów rządowych dotyczących bezdomności i budownictwa socjalnego oraz realizacja indywidualnych programów wychodzenia z bezdomności?
jak wygląda przyznawanie lokali socjalnych?
Kontrola kończy się już w Warszawie, Katowicach, Łodzi, Lublinie, Szczecinie i Bydgoszczy. Łącznie badanych jest 38 różnych podmiotów głównie MOPS i schronisk.

Delegatury NIK w pozostałych województwach na początku lutego rozpoczną kontrole, w których sprawdzą jak wygląda pomoc świadczona osobom bezdomnym.

Zadania z zakresu pomocy osobom bezdomnym są finansowane ze środków własnych samorządów; ponadto każdego roku podmiotom i organizacjom pozarządowym przekazywane są dotacje z budżetu państwa na dofinansowanie programów wspierających wychodzenie z bezdomności.

NIK monitoruje pomoc dla osób bezdomnych przy okazji różnych kontroli.

Kontrole z ostatnich lat.

W przekazanej w 2011 roku Sejmowi informacji z wynikami kontroli, która m.in. dotyczyła pomocy świadczonej przez gminy osobom bezdomnym stwierdziliśmy, że:

W większości kontrolowanych gmin zapewniono schronienie osobom pozbawionym mieszkania, chcącym korzystać z domów i schronisk dla bezdomnych, noclegowni i ogrzewalni. W okresie zimowym występowały jednak zwiększone potrzeby, które zaspakajano poprzez uruchamianie doraźnych miejsc noclegowych.
W niektórych gminach, z powodu braku własnych schronisk, nielicznych bezdomnych kierowano do obiektów położonych na terenie sąsiednich gmin, finansując koszty ich pobytu.
Kontrolowane gminy zapewniały schronienie bezdomnym przede wszystkim poprzez organizacje pozarządowe (Caritas, Polski Komitet Pomocy Społecznej, Bractwo Miłosierdzia im. św. Brata Alberta i inne), z którymi zawierano stosowne umowy.

W części gmin zadania służące realizacji celów strategicznych związanych z bezdomnością zostały sformułowane ogólnikowo, bez określenia wymiernych celów i wskaźników umożliwiających ocenę ich wykonania. Spowodowane to było m.in. brakiem środków finansowych na budowę i utrzymanie pomieszczeń dla bezdomnych oraz niewielkimi potrzebami w tym zakresie.

Założone w strategiach części gmin cele były osiągane przede wszystkim w wyniku współpracy z organizacjami pozarządowymi, ale także wskutek realizacji, nielicznych wprawdzie, zadań inwestycyjnych. W jednej gminie (Pszczyna) nie zdołano utworzyć schroniska dla bezdomnych, przewidzianego w strategii gminnej.
W 2012 roku podczas kontroli rozpoznawczej stwierdzono istotne nieprawidłowości:

gminy nie posiadały wystarczającej wiedzy o liczbie osób bezdomnych na swoim terenie,
udzielana pomoc miała głównie charakter interwencyjny (doraźny),
nie zawierano prawidłowo porozumień z organizacjami prowadzącymi noclegownie na umieszczenie w nich osób bezdomnych.

Koordynacja polityki prorodzinnej w 2014 roku

Najwyższa Izba Kontroli przeprowadzi w 2014 r. kontrole dotyczące koordynacja polityki prorodzinnej.

Nakłady ze strony państwa na rzecz rodzin rozproszone na osiem resortów, wynoszą ok. 50 mld zł w skali roku i dotyczą około 50 różnych sposobów finansowania (strumieni finansowych). Wszystkie te wydatki, jak również wydatki realizowane przez jednostki samorządu terytorialnego, składają się na politykę prorodzinną państwa.

W kontroli NIK zbada:

jakimi narzędziami prawnymi, organizacyjnymi i finansowymi dysponuje państwo kształtując politykę prorodzinną;

jakich narzędzi prawnych, organizacyjnych i finansowych brakuje, aby lepiej tę politykę realizować;

jakie narzędzia prawne, organizacyjne i finansowe służące do kształtowania polityki prorodzinnej są prawidłowo wykorzystywane, a jakie niewłaściwie;

jak wygląda koordynacja polityki prorodzinnej i używanych do jej realizacji narzędzi prawnych organizacyjnych i finansowych – przez kogo i w jakim zakresie ta koordynacja jest podejmowana.

Drugim istotnym wątkiem będzie sposób koordynowania tych działań w ramach administracji rządowej. NIK chce, aby kontrola umożliwiła udzielenie odpowiedzi na pytanie, na ile obecnie stosowane rozwiązania w sposób spójny wspierają procesy zakładania i funkcjonowania rodzin.

Jak działa służba zdrowia w poszczególnych województwach

Wg Krajowego indeksu sprawności ochrony zdrowia 2014 pierwsze miejsca w kategorii poprawy stanu zdrowia mieszkańców zajmują województwa: zachodniopomorskie, pomorskie i mazowieckie. Najlepszą gospodarką finansową mogą pochwalić się: dolnośląskie, wielkopolskie, małopolskie i pomorskie, zaś w kategorii jakości ochrony zdrowia – uwzględniającej oprócz twardych danych także ocenę pacjentów – prowadzą województwa: opolskie, podlaskie i zachodniopomorskie.

Krajowy indeks sprawności ochrony zdrowia powstał w celu zbadania rzeczywistej skuteczności polskiego systemu ochrony zdrowia oraz pozyskania mierzalnych i porównywalnych wskaźników, na których będzie można oprzeć dyskusję publiczną.

„W ciągu ostatnich dwudziestu lat w wielu krajach ruszyły systemy oceny sprawności służby zdrowia, podczas gdy na naszym rynku takiego narzędzia brakuje. W efekcie ciężar dyskusji publicznej koncentruje się na jednostkowych zdarzeniach, a nie na zjawiskach o charakterze powszechnym i długotrwałym. Mamy nadzieję, że indeks przyczyni się do bardziej systematycznego gromadzenia i przetwarzania informacji o funkcjonowaniu systemu ochrony zdrowia, co w konsekwencji przełoży się na wyższą jakość debaty publicznej na temat potrzebnych zmian” – wyjaśnia genezę powstania indeksu Mariusz Ignatowicz, partner PwC, lider zespołu ds. ochrony zdrowia. „Idea indeksu – jako badania porównawczego tzw. benchmarku – jest wskazaniem, w którym województwie system ochrony zdrowia działa lepiej w konkretnej dziedzinie, a w której gorzej. Nie ma więc jednego zwycięzcy, ale są liderzy w poszczególnych kategoriach. Kolejnym krokiem powinna być analiza z czego wynika skuteczność danego województwa w konkretnym obszarze i co zrobić, aby uzyskać takie same efekty w innych województwach” – kontynuuje.

Indeks uwzględnia 44 wskaźniki, a poprzez system wag określa skuteczność ochrony zdrowia w trzech obszarach tzw. osiach: poprawy stanu zdrowia mieszkańców, gospodarki finansowej oraz jakości konsumenckiej opieki zdrowotnej.

„Pracując nad indeksem wyszliśmy z założenia, że w pierwszej kolejności od systemu zdrowia w Polsce oczekuje się trzech rzeczy: aby chronił i wpływał na poprawę stanu zdrowia mieszkańców, był efektywny i stabilny finansowo oraz aby pacjenci byli zadowoleni z jego funkcjonowania. Stąd w naszym badaniu prezentujemy wyniki w trzech wymiarach, uwzględniając – poza twardymi danymi – także ocenę z punktu widzenia pacjenta oraz przypisując poszczególnym wskaźnikom odpowiednie wagi” – wyjaśnia Bernard Waśko, dyrektor medyczny PwC.

Oś nr 1 – Poprawa stanu zdrowia

Najlepszy wynik osiągnięto w zakresie poprawy stanu zdrowia w województwie zachodniopomorskim (185 pkt) oraz pomorskim i mazowieckim (182 i 175 pkt). Kolejne cztery województwa: warmińsko-mazurskie, lubuskie, wielkopolskie i podlaskie nie pozostają daleko w tyle za trójką liderów. Na końcu listy znajdują się województwa kujawsko-pomorskie i łódzkie z wartościami odpowiednio 109 i 112 pkt.

Na ten wynik składają się przede wszystkim wskaźniki pogrupowane w kategorie takie jak: (1) zapobieganie zgonom (np. odsetek żyjących co najmniej 5 lat od rozpoznania raka jelita grubego czy raka piersi jako jednych z najczęściej występujących nowotworów; skala pobierania narządów do przeszczepów od zmarłych), (2) zapobieganie zaostrzeniom stanu zdrowia (np. wskaźnik hospitalizacji z powodu niewydolności serca, wskaźnik hospitalizacji chorujących na przewlekłe choroby dolnych dróg oddechowych, hospitalizacja cukrzyków) oraz (3) prewencja chorób (w tym uczestnictwo w badaniach mamograficznych, cytologicznych, szczepieniach).

Oś nr 2 – Efektywna gospodarka finansowa

W osi efektywnej gospodarki finansowej na czele uplasowały się województwa: dolnośląskie (94 pkt), wielkopolskie (86 pkt) oraz małopolskie i pomorskie (po 83 pkt). Na końcu stawki znalazły się województwa: zachodniopomorskie (44 pkt) oraz podlaskie i lubelskie (49 pkt).

Na ten wynik składają się przede wszystkim wskaźniki pogrupowane jako m.in.: (1) sprawność alokacji środków (np. wydatki na opiekę długoterminową czy proporcja wydatków na leczenie pozaszpitalne do wydatków na leczenie szpitalne), (2) efektywność ekonomiczna prowadzonych terapii, (3)

zagregowane indywidualne wyniki poszczególnych placówek oraz (4) zarządzanie infrastrukturą (np. liczba łóżek szpitalnych na 10 tys. mieszkańców czy wskaźnik leczonych w ciągu roku przypadających na łóżko szpitalne).

Oś nr 3 – Jakość konsumencka opieki zdrowotnej

W osi jakości konsumenckiej na czele znajdują się województwa: opolskie (105 pkt), podlaskie i zachodniopomorskie (103 i 96 pkt.). Co ciekawe, są to te same województwa, które w osi gospodarki
finansowej znalazły się na końcu stawki. Na końcowych miejscach w osi jakości konsumenckiej ulokowały się województwa: łódzkie, pomorskie i świętokrzyskie (odpowiednio 27, 30 i 32 pkt.).

Jakość konsumencka opieki zdrowotnej mierzona jest m.in. poprzez (1) ocenę satysfakcji pacjenta, (2) czas oczekiwania, (3) dostępność geograficzną danej usługi czy (4) stopień uciążliwości skorzystania z usługi dla pacjenta (np. udział wydatków na zdrowie w przychodach gospodarstwa domowego, odsetek gospodarstw domowych, które zrezygnowały z zakupu leków lub wizyty u lekarza z powodów finansowych).

Krajowy Indeksu Sprawności Ochrony Zdrowia wzorowany jest na istniejących systemach międzynarodowych (WHO, OECD), brytyjskich, kanadyjskich, australijskich czy holenderskich.

„Patrząc jednak na analogiczne wskaźniki funkcjonujące na innych rynkach trzeba zaznaczyć, że niestety nie wszystkie informacje, które powinny zostać uwzględnione przy definiowaniu tego typu benchmarku są obecnie w Polsce dostępne. Przykładowo warto skoncentrować się także na monitorowaniu jakości procesów leczenia czy monitorowaniu zdarzeń niepożądanych takich jak np. powikłania. Jeśli indeks ma rzeczywiście obrazować funkcjonowanie opieki medycznej to musi obejmować szeroki zakres parametrów dotyczących skuteczności i bezpieczeństwa. Mamy więc nadzieję, że w przyszłości zestaw wskaźników będzie się zmieniał”– mówi Mariusz Ignatowicz, lider zespołu ds. ochrony zdrowia w PwC.

Do rozważenia pozostaje m.in.:

rola wskaźników pokazujących skalę tzw. nierówności w zdrowiu, wynikających z szeregu czynników jak np. pochodzenie etniczne, klasa społeczna, poziom zamożności.

większa rola wskaźników jakości opieki – obecnie wśród wskaźników ujęte są: przeżycie 5-letnie, hospitalizacje w chorobach przewlekłych uwzględnienie wskaźników bezpieczeństwa pacjenta w trakcie terapii, np. w szpitalu,

równowaga i reprezentacja większości głównych dziedzin medycyny – obecnie indeks obejmuje wskaźniki z zakresu chorób zakaźnych, onkologii, kardiologii, chorób układu oddechowego i psychiatrii)

optymalna reprezentacja wskaźników dotyczących różnych rodzajów opieki zdrowotnej.

Więcej informacji o Krajowym indeksie sprawności ochrony zdrowia

Obecny kształt indeksu sprawności ochrony zdrowia jest pierwszą próbą syntetycznej oceny sposobu działania systemu ochrony zdrowia w Polsce. Obok doświadczeń międzynarodowych, indeks opiera się na odgórnie ustalonych celach i wagach przypisanych poszczególnym cechom systemu ochrony zdrowia. W ramach przygotowywania indeksu autorzy przeprowadzili tzw. analizę wrażliwości, testując, na ile zmiana wag wskaźników i osi mogłaby wpłynąć na wyniki. Analiza pokazała, że możliwe są pewne przesunięcia w kolejności poszczególnych województw, lecz nie były one zasadnicze – raczej o 2–3 miejsca w szeregu. Więcej informacji na temat wskaźników wykorzystanych w ramach każdej z osi znajduje się w raporcie pod adresem http://www.pwc.pl/pl/publikacje/index.jhtml

Informacje o raporcie

Raport został przygotowany przez zespół www.dane-i-analizy.pl oraz firmę doradczą PwC. Autorzy wykorzystali międzynarodowe doświadczenia w opracowaniu mierników sprawności systemu ochrony zdrowia (health system performance measures – HSPM), aby podjąć próbę oceny działania polskiego systemu opieki zdrowotnej. Informacje konieczne do wyliczenia wskaźników zebrane zostały z dostępnych źródeł wyszczególnionych w raporcie (m.in. ZUS, NFZ, GUS, CSiOZ, PZH, KRN, MZ) oraz w ramach badania przeprowadzonego na populacji dorosłych Polaków w listopadzie 2013 r. Badanie zostało przeprowadzone dwukrotnie w formie wywiadów telefonicznych, podczas których łącznie ankietowano 2008 osób. Pełen raport znajduje się na stronie http://www.pwc.pl/pl/publikacje/index.jhtml

Intralogistyka w biznesowych rankingach

W styczniu ukazały się liczne zestawienia przedsiębiorstw, które najlepiej radziły sobie w ostatnich latach. W rankingach „Diamenty Forbesa” oraz „Gazele Biznesu” nie zabrakło przedstawicieli branży intralogistycznej. Prestiżowy ranking „Diamenty Forbesa” jest owocem współpracy magazynu oraz firmy konsultacyjnej Bisnode Polska.

Brane są w nim pod uwagę podmioty, które osiągnęły w 2012 r. przychody ze sprzedaży na poziomie przekraczającym 5 mln złotych. Spośród nich wybierane są te przedsiębiorstwa, których wartość rok do roku w okresie 2010-2012 rosła o co najmniej o 15%. Wycen dokonuje się metodą szwajcarską, uwzględniającą zarówno majątek, jak i dochody firm obliczone na podstawie przekazywanych do urzędów danych. Do zestawienia trafiają więc podmioty obiektywnie stabilne, wiarygodne i charakteryzujące się wysoką płynnością bieżącą.

Z kolei w zestawieniu „Gazele Biznesu” przygotowywanym od 2000 roku przez Puls Biznesu i wywiadownię gospodarczą Coface Poland znalazły się natomiast firmy, które w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw rozwijają się najdynamiczniej i w ostatnich 3 latach odnotowywały wyłącznie wzrosty w zakresie przychodów ze sprzedaży.

W obydwu rankingach znalazł się STILL Polska – producent wózków widłowych i systemów intralogistycznych. – Mimo, że w branży maszyn i urządzeń budowlanych, drogowych i komunalnych liderzy notują straty, STILL Polska systematycznie notuje wzrosty sprzedaży i obrotów. Ostatni czas dla biznesu nie był łatwy i obronną ręką przeważnie wychodzili z niego najsilniejsi gracze. Nam udało się znacząco umocnić swoją wartość na rynku a także wypracować satysfakcjonujące zyski.– mówi Borys Wochna, Prezes Zarządu w STILL Polska. – Jesteśmy dumni, że zaufanie naszych klientów znajduje potwierdzenie w opiniach niezależnych ekspertów – dodaje Borys Wochna.

Fakt, że firma reprezentująca branżę intralogistyczną znalazła się w dwóch bardzo znaczących zestawieniach biznesowych to dobry zwiastun dla wszystkich jej przedstawicieli. Dowodzi bowiem, że nawet w trudnych czasach, możliwy jest w tym segmencie sukces i ciągły rozwój.

Z towarami niestandardowymi ostrożniej niż z jajkiem

Gdy procesy produkcyjne wymuszają na przedsiębiorcy konieczność przechowywania i transportowania materiałów niestandardowych, w tym chemikaliów czy cieczy niebezpiecznych, musi on zadbać o spełnienie określonych przez ustawodawcę wymogów i zapewnić odpowiednie wyposażenie magazynu. Które elementy powinny zwrócić jego szczególną uwagę?

Jeżeli w magazynie znajdują się substancje, które ze względu na swoje właściwości mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia człowieka lub powodować ryzyko powstania zniszczeń czy szkód materialnych – mamy do czynienia ze składowaniem towarów niebezpiecznych. Dla przedsiębiorcy oznacza to konieczność spełnienia określonych przez ustawodawcę wymogów, dotyczących zapewnienia bezpiecznych warunków pracy oraz eliminacji ryzyka wystąpienia wypadków w hali magazynowej.

– Wyposażając magazyn w zbiorniki służące do składowania substancji niebezpiecznych, należy wiedzieć, że muszą być one odpowiednio dobrane do rodzaju przechowywanego towaru oraz wyraźnie oznakowane – mówi Marcin Hankiewicz, ekspert sklepu Magazynuj.pl. Zgodnie z przepisami materiał, z którego wykonuje się tego typu zbiorniki musi być odporny na reakcje chemiczne, a samo wykonanie powodować, że obiekt nie ulegnie uszkodzeniu pod wpływem zawartości. Oczywiście zabronione jest przechowywanie materiałów niebezpiecznych w opakowaniach służących celom spożywczym!

Co na rynku:

Do jednych z najtrwalszych zbiorników do składowania i zabezpieczania beczek z cieczami wysokiego ryzyka należą wanny wychwytowe/ociekowe – polietylenowe i stalowe. Pierwsze cechują się bardzo wysoką trwałością i odpornością na działanie chemikaliów, przez co swoje zastosowanie znajdują przede wszystkim w składowaniu olejów, kwasów i substancji żrących. – Weźmy pod uwagę, że zastosowanie przy konstrukcji polietylenu powoduje, że w tego typu wannach można przechowywać nawet bardzo „agresywne” chemikalia – tłumaczy Marcin Hankiewicz.

Wśród pozostałych zalet wanien polietylowych można wskazać możliwość łączenia (np. w celu zyskania większej przestrzeni roboczej), zastosowanie nieprzesuwnych kratownic, które można łatwo wyczyścić oraz możliwość wyposażenia zbiornika w dodatkową rampę podjazdową ułatwiającą ustawianie beczek czy innych ciężkich pojemników. Taka rampa jest wykonana w trwałego oraz odpornego na chemikalia polietylenu i mocowana do modułów za pomocą zaczepów o małym kącie nachylenia.

Na rynku występują także wanny wychwytowe stalowe. Oprócz zastosowania typowego dla ich polietylowych odpowiedników, w tego typu pojemnikach można trzymać także materiały wysoce i silnie zapalne. – Dodajmy, że wanny można przewozić za pomocą wózków widłowych, dzięki czemu zachowujemy czystość i bezpieczeństwo w strefie składowania – mówi Marcin Hankiewicz.

Innym rodzajem zbiorników do przechowywania beczek z substancjami niebezpiecznymi są systemy mobilne, czyli ruchome wózki służące do przewozu i eksploatacji beczek, stanowiska zamykane przeznaczone do składowania pojemników, a także moduły – podwyższający oraz bazowy.

PAMIĘTAJ! Składując materiały niebezpieczne:

– używaj zbiorników przeznaczonych specjalnie do danego rodzaju substancji
– przestrzegaj zasad rotacji z zachowaniem dopuszczalnego czasu składowania poszczególnych materiałów
– ograniczaj ilości jednocześnie składowanych materiałów w zależności od przyjętych norm
– zachowaj odpowiedni układ rozmieszczenia materiałów, aby była możliwość przeprowadzania ewentualnej kontroli

Towarami, które wymagają odpowiedniego przechowywania są także materiały niestandardowe, w tym elementy drobne. W tym przypadku liczy się przede wszystkim usprawnienie procesu składowania, segregacji i transportu np. na linie produkcyjne, w czym pomagają różnego typu pojemniki i kuwety. Ich odpowiednia konstrukcja oraz szeroka gama kolorystyki i wymiarów pozwala na tworzenie schematów składowania, dzięki czemu uzyskujemy łatwy dostęp do towarów, możliwość określania procedury ich przepływu, składowania czy dostarczania. Zauważmy, że kuwety i pojemniki to nie tylko tanie, ale także praktyczne rozwiązania, których nie może zabraknąć w żadnym magazynie.

W procesie składowania drobnych elementów swoje zastosowanie mają również skrzyniopalety plastikowe wykorzystywane do przechowywania cieczy, granulatów, żywności, a także złomu i części metalowych czy odpadów przemysłowych. Charakteryzują się dużą trwałością, łatwością w zachowaniu czystości, odpornością na zniekształcenia oraz oddziaływanie zewnętrzne (wilgoć, drobnoustroje, czynniki atmosferyczne i inne). Ich wadą może być cena, wyższa od kosztu odpowiedników drewnianych, niemniej przewyższają tańsze alternatywy pod względem rozmaitości zastosowania, trwałości i wytrzymałości.

Wybierając elementy wyposażenia magazynów materiałów niebezpiecznych oraz niestandardowych pod uwagę należy brać nie tylko zasobność portfela, ale przede wszystkim względy bezpieczeństwa. Pamiętajmy, że przedsiębiorca jest zobligowany do stosowania określonych materiałów zarówno przepisami prawa, jak i specyficznymi wymaganiami składowanego towaru. Wszystko po to, by zapewnić odpowiedni komfort i poczucie bezpieczeństwa dla wszystkich osób przebywających w hali magazynowej i pracujących przy materiałach szkodliwych oraz niestandardowych.

Usługi motorem wzrostu polskiego rynku bezpieczeństwa IT

Dynamika rynku bezpieczeństwa IT w Polsce notuje w ostatnich paru latach stabilne tendencje wzrostowe. Według raportu PMR „Rynek bezpieczeństwa IT w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018” jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest dynamiczny rozwój segmentu usług, który w 2013 r. pod względem wartości notował w Polsce ponad dwukrotnie wyższe dynamiki niż rynek oprogramowania czy sprzętu.

Po 2009 r., kiedy nastąpił 5% spadek, w latach 2010-2012 rynek bezpieczeństwa IT w Polsce notował stabilne dynamiki wzrostowe. W 2012 r. osiągnęły one nawet 10% poziom. W 2013 r. dynamika utrzymała się na podobnym poziomie jak przed rokiem, na co istotnie wpłynęła polepszająca się sytuacja w segmencie usług. Z kolei negatywnym czynnikiem po dynamikę w 2013 r. było jej obniżanie się w segmentach oprogramowania oraz sprzętu.
Rynek usług w segmencie bezpieczeństwa IT

Dynamiczny wzrost rynku usług w ostatnich paru latach jest konsekwencją przede wszystkim niskiej penetracji rynku i co za tym idzie – niskiej bazy. Niższy wzrost tego segmentu przed 2013 r. wynikał z większej niepewności firm w obszarze inwestycji w IT, uwarunkowanej sytuacją makroekonomiczną. Niższe inwestycje w bezpieczeństwo IT dotyczyły nie tylko segmentów usług wdrożeniowych czy audytu (ukierunkowanych z natury na implementację nowych rozwiązań), ale nawet segmentu usług utrzymaniowych. Należy jednak zaznaczyć, że pomimo niższych wartości rynek nadal notował pozytywne dynamiki.

Jedną z bardziej popularnych usług w rynku bezpieczeństwa IT są usługi audytu teleinformatycznego. Według badania PMR przeprowadzonego w pierwszym kwartale 2013 r. na próbie 522 dużych firm, w okresie trzech lat poprzedzających badanie ponad połowa przedsiębiorstw (56%) przeprowadziła audyt bezpieczeństwa własnych systemów IT.

Usługi audytu bezpieczeństwa IT w Polsce znajdują się w ofercie zarówno wyspecjalizowanych dostawców, świadczących tego typu usługi bez rozróżnienia na wykorzystywane technologie, jak i dostawców zajmujących się określonymi grupami produktowymi czy technologiami. Osobną kwestią nadal pozostaje bardzo zróżnicowany poziom jakości świadczonych usług. Poza wciąż niskim poziomem nasycenia rynku, za taki stan rzeczy odpowiada ograniczona świadomość klientów końcowych w zakresie wyników audytu.

Wśród segmentów mniejszych, ale bardziej perspektywicznych należy wymienić usługi outsourcingu systemów bezpieczeństwa IT (Managed Security Services – MSS). Z racji wczesnej fazy rozwoju na tym rynku widoczne są nawet sprzeczne z sobą trendy. Według informacji uzyskanych od głównych dostawców, usługi MSS cieszyły się w 2013 r. w Polsce dynamicznie rosnącym zainteresowaniem klientów końcowych. Zainteresowanie to jednak nie przekładało się na konkretne decyzje zakupowe. Jedyną grupę klientów końcowych, która w 2013 r. decydowała się na zakup usług MSS, stanowiły oddziały firm międzynarodowych działających w Polsce. W przypadku tych podmiotów decyzje były podejmowane poza Polską – w Europie Zachodniej czy USA, gdzie korzystanie z tego typu usług znajduje się na znacznie wyższym poziomie.

Rynek usług MSS w Polsce ma przed sobą perspektywę dynamicznego wzrostu. Jednym z czynników oddziałujących pozytywnie na sprzedaż tego typu usług jest zwiększająca się liczba zagrożeń występujących w codziennym działaniu firmy. W celu zabezpieczenia się przed atakami firmy będą zmuszone do inwestycji w nowe rozwiązania oraz we własne kompetencje. Oznacza to zwiększenie kosztów związanych z obszarem działalności firmy, który nie jest jej podstawową aktywnością. Z kolei inwestycje te charakteryzuje wysoka dynamika wzrostowa, wyższa niż dynamika wzrostu budżetów na IT. Stwarza to próżnię do zagospodarowania dla usług MSS, ponieważ można je rozliczać w kosztach bieżących, pomijając tym samym wspomniane inwestycje.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek bezpieczeństwa IT w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

Prognozy rozwoju rynku budownictwa kolejowego w Polsce 2014

Wartość produkcji budowlano-montażowej z tytułu budownictwa kolejowego według ostatecznych danych GUS wyniosła w 2012 roku niespełna 3,1 mld zł. Szacunki dotyczące zakończonego właśnie 2013 roku są dużo lepsze (ok. 3,8 mld zł), jednak i tak stanowią zaledwie namiastkę tego, czego spodziewał się rynek. Zapowiadany od lat wzrost nakładów finansowych na inwestycje kolejowe najprawdopodobniej ziści się dopiero w pierwszych latach nowej perspektywy finansowej (2014-2015), które zarazem stanowią ostatni dozwolony przez przepisy unijne okres na realizację i rozliczenie budów ze starej perspektywy.

W poprzednich latach niejako główna przyczyną fatalnego stanu polskich torów był odwieczny problem finansowy, tj. brak środków. Dzięki znacznemu dofinansowaniu ze środków unijnych, liczne roboty na torach faktycznie ruszyły, choć ich realizacja przebiega nie tak szybko jak zakładano.

Zestawienie stanu jakościowego infrastruktury torowej z początku 2011 i 2013 dobitnie wskazuje, w trakcie tych dwóch lat poczynione zostały istotne kroki w celu poprawy stanu infrastruktury. Ocenę dobrą, a wiec torów które wymagały jedynie prac konserwacyjnych, na początku 2013 roku osiągnęło 43% krajowych torów wobec 36% w 2011. Udział tras o złym stanie technicznym zmniejszył się o 2 punkty procentowe, co w skali kraju jest sporym osiągnięciem.

Kierunek postępujących zmian wydaje się bardzo odpowiedni, jedynym co może martwić to ciągle niedostateczne tempo prac na poszczególnych inwestycjach i niedociągnięcia w procesach inwestycyjnych.

Niepokój budzi także fakt, że gro prac przeprowadzanych będzie w cieniu nieprzekraczalnego już terminu realizacyjnego tj. grudnia 2015, co na budowach o tej wielkości i tak wysokim stopniu skomplikowania może okazać się kwestią awykonalną. PKP wykorzystało już wszelkie dopuszczalne możliwości przesunięć terminowych i na więcej nie może sobie już pozwolić.

Gracze rynkowi z pewnym niepokojem spoglądają na sytuację w zakresie realizacji inwestycji obawiając się konieczności zwrotu części dofinansowania należnego PLK, co w ogólnym rozrachunku pogłębi i tak już niekorzystną sytuację finansową spółki. Należy jednak przyznać, że obecna sytuacja na kolei jest się przez rząd dobrze monitorowana. Widoczne jest to m.in. w efektach negocjacji z Komisją Europejską, która raz za razem zgadza się na ustępstwa w kwestii polskich kolei.

Mimo iż nie zgodzono się na transfer dofinansowania z kolei na drogi to pozostałe decyzje KE pozwalają myśleć o pełnym wykorzystaniu środków unijnych. Już w 2012 roku PLK otrzymała zgodę na wydatkowanie środków na mniej skomplikowane inwestycje określane jako rewitalizacje, które mogą być przeprowadzane szybciej – z mniejszą dozą prac przygotowawczych i biurokracji. Zaowocowało to kilkoma kontraktami o wartości kilkuset milionów złotych, które nie tylko będą w części refundowane, tego ale zapewnią też doraźną poprawę stanu infrastruktury – głównie używanej lokalnie.

Kolejnym gestem dobrej woli, który zapobiec ma cofnięcie dofinansowania, jest podwyższenie przez UE indeksu możliwego dofinansowania projektów do 80%. Dotyczy to także tych projektów które już są w fazie realizacji. Zatem pula środków unijnych będzie wykorzystana w większym stopniu, i nawet jeśli któraś z inwestycji się nie powiedzie, to przypisane jej dofinansowanie może rozłożyć się na projekty sprawniej przeprowadzane. W wyjątkowych sytuacjach rozważane może być także sfinansowanie zadania już zrealizowanego, co miało miejsce pod koniec 2013 r. kiedy część dofinansowania przyznana została kilku polskim miastom na realizację inwestycji tramwajowych.

Jednakże w przyszłości, dla sprawniejszego wykorzystania środków unijnych konieczna jest poprawa koordynacji procesów inwestycyjnych na kolei. Wraz z 2014 rokiem rozpoczął się kolejny okres finansowy, kiedy to PLK otrzyma jeszcze więcej środków na infrastrukturę, i niedopuszczalnym byłoby powtarzanie po raz kolejny tych samych błędów. Wystawianie tym samym cierpliwości unijnych urzędników na kolejną próbę może już zakończyć się inaczej dla inwestora mniej korzystnie.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek budownictwa kolejowego w Polsce 2014 – Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Portal i platforma komunikacyjna monitorująca kompetencje pracowników

Wrocławianie znaleźli sposób na rewolucję na rynku IT. Ich rozwiązanie technologicznie może w ciągu kilku lat całkowicie odmienić sposób rekrutowania pracowników i rozwoju kariery zawodowej mieszkańców naszego kraju

Wielostornicowe, specjalnie drukowane testy kompetencji sprawdzane przez rekruterów, doradców zawodowych czy HR-owców za kilka lat odejdą całkowicie do lamusa. Bardzo szybko zastąpić je może portal i narzędzie w jednym: e-peers. Rozwiązanie to pozwala nie tylko diagnozować kompetencje, ale, co ważne dla firm, rozwijać te najbardziej kluczowe z nich z perspektywy rozwoju zawodowego pracowników. Program wymyślony i wdrożony we Wrocławiu, mieście które słynie z ciekawych projektów w branży IT, już niedługo może całkowicie zmienić sposób pracy działów HR. Wszystko to dzięki unikatowemu, uczącemu się algorytmowi, analizującemu profil i pozwalającemu na doskonalenie się i zdobywanie wiedzy przez użytkowników portalu.

– Wyjątkową i niesamowitą cechą algorytmu e-peers jest jego zdolność do samodzielnego uczenia się, dzięki wykorzystaniu siły społeczności – mówi Tomasz Tomaszewski, menadżer techniczny produktu i jeden z projektantów algorytmu. – Każdy użytkownik posiada swój unikalny profil, który odzwierciedla jego aktualną sytuacją zawodową. Korzystając z doświadczeń i rekomendacji osób o podobnej specyfice profilu, algorytm może samodzielnie uczyć się i proponować użytkownikom coraz lepsze ścieżki rozwoju kompetencji biznesowych. Algorytm dobiera najbardziej pasujące do stanowiska pracy kompetencje, ocenie ja za pomocą przygotowanego przez profesjonalistów badania i na końcu sugeruje sposób ich rozwoju. Pozwala to użytkownikom niezwykle skutecznie rozwijać kompetencje biznesowe przydatne w codziennej pracy.

Są już pierwsze firmy, które korzystały z e-peers jako narzędzia diagnozującego kompetencje swoich pracowników. Wśród nich jest BZ WBK Leasing SA – Takie narzędzia jak e-peers są dziś odpowiedzią na zmieniające się potrzeby obszarów związanych z HR – wyjaśnia Marta Żurowska, menadżer ds. rozwoju kompetencji sieci sprzedaży w BZ WBK Leasing. – Szczególnie ułatwiają pracę w przypadku rozległej sieci sprzedaży na dużym obszarze geograficznym Obecnie niezależnie od miejsca możliwe było zbadanie stosunkowo szybko kompetencji 157 pracowników. To dla nas bardzo istotne, bo jako firma stawiająca na merytoryczną jakość obsługi klienta musimy na bieżąco monitorować umiejętności zatrudnionych osób. Badanie 270 stopni z użyciem e-peers było pozytywnie odebrane przez osoby biorące w nim udział. Dzięki dużej ilości zebranych doświadczeń nasze działania za każdym kolejnym razem będą stawały się jeszcze bardziej efektywne. Dodatkowo, raport który powstał po jego wykonaniu, jest świetnym punktem wyjścia do rozmowy z pracownikiem na temat jego ścieżki kariery.

Czym zatem jest e-peers? Nie jest kolejnym portalem czy zestawem narzędzi przydatnych w procesie rekrutacji. To samodzielny, uczący się zbiór kilkuset rozwiązań pozwalających nie tylko na diagnozowanie, ale przede wszystkim rozwijanie kompetencji i umiejętności przydatnych w rozwoju zawodowym. Założeniem projektu jest pomoc w rozumieniu świata kompetencji, które coraz częściej decydują o zatrudnieniu, rozwoju kariery czy pozwalają na właściwe ukierunkowanie procesu kształcenia.

Projekt e-peers jest przygotowanych w ramach projektu dofinansowanego ze środków Unii Europejskiej pt.: „Stworzenie portalu umożliwiającego planowanie, podejmowanie i monitorowanie działań rozwojowych w ramach kompetencji biznesowych” – działanie 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.