73% eksporterów planuje rozwijać działalność eksportową na nowe rynki

Bank Pekao już po raz czwarty opublikował „Raport o sytuacji mikro i małych firm”. Tematem specjalnym tegorocznej edycji jest eksport, obszar w którym również mikro i mali przedsiębiorcy mogą odnieść sukces. Widać poprawę nastrojów wśród 7 tysięcy ankietowanych przedsiębiorców. Tym samym, Ogólny Wskaźnik Koniunktury Mikro i Małych firm osiągnął rekordową w historii badania wartość 94 punktów.

Sytuacja mikro i małych firm

W czwartej edycji Raportu ocena warunków prowadzenia biznesu mikro i małych firm była najwyższa w historii dotychczasowych badań. Ogólny Wskaźnik Koniunktury, który jest syntetyczną miarą nastrojów właścicieli mikro i małych firm w Polsce, wynosi 94 punkty i jest o 4 punkty wyższy od wyniku ubiegłorocznego oraz o 1 punkt wyższy od najwyższego dotąd poziomu wskaźnika z 2010 r.

– Bardzo ucieszyły mnie wyniki czwartego już Raportu o sytuacji mikro i małych firm. Przeprowadziliśmy wywiady z 7 tysiącami przedsiębiorców. Widać wyraźną poprawę nastrojów. Przedsiębiorcy dobrze ocenili ubiegłe 12 miesięcy, ale co najważniejsze z optymizmem patrzą na 2014 rok. To najlepsze wyniki od 2010 roku” – mówi Grzegorz Piwowar, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao.

Ogólny Wskaźnik Koniunktury Mikro i Małych Firm jest obliczany w oparciu o odpowiedzi na osiem pytań dotyczących zarówno ubiegłych, jak i przyszłych 12 miesięcy. Przedsiębiorcy oceniali ogólną sytuację gospodarczą, sytuację branży, firmy, wynik finansowy firmy, zatrudnienie, czas oczekiwania na zapłatę i dostępność do finansowania zewnętrznego.

Najwyższe wyniki na przestrzeni ostatnich 4 lat odnotowano w każdym badanym obszarze za wyjątkiem zatrudnienia w firmach, jednak i tu poziom wskaźnika jest wyższy niż w ubiegłym roku. Szczególną poprawę w stosunku do ubiegłorocznego badania widać w ocenie sytuacji gospodarczej, sytuacji branży oraz sytuacji firmy, jej przychodów i wyniku finansowego. Najlepiej oceniony został dostęp do zewnętrznego finansowania.

Poprawę nastrojów odnotowano też w każdej z branż. Najwyższe oceny za ubiegły rok wystawili usługodawcy. W długim okresie najbardziej stabilnie wygląda sytuacja w branży produkcyjnej. Dużą poprawę widać w budownictwie, najniższe wskaźniki odnotowano w handlu.

Bariery rozwojowe

Raport prezentuje też ocenę barier prowadzenia działalności gospodarczej przez mikro i małe firmy. Polscy przedsiębiorcy ocenili, że bariery te były nieco mniejsze niż w roku ubiegłym. Najwyższy poziom barier rozwojowych odnotowano w branży budowlanej, najniższy w usługowej. Częściej na bariery narzekają firmy małe niż mikro.

Na pierwszym miejscu listy barier znalazła się wysokość podatków (w ubiegłym roku najważniejszą barierą były koszty pracy). W rankingu na wyższych pozycjach niż przed rokiem znalazły się bariery związane z podatkami, konkurencją i rentownością działalności.

Duży postęp odnotowano jeśli chodzi o dostęp do finansowania zewnętrznego (dopiero 11 miejsce na liście barier) i zmniejszenie obciążeń biurokratycznych.

Finansowanie działalności i inwestycje

Pomimo wysokiej oceny dostępności finansowania, tylko co czwarta firma sięga po zewnętrzne źródła finansowania. Odsetek ten nie zmienił się na przestrzeni ostatnich lat mimo nowych form wsparcia finansowania bieżącego (gwarancje de minimis) i rekordowo niskich stóp procentowych.

Badanie pokazało także zauważalny spadek liczby inwestujących firm. Jednocześnie inwestycje mikro i małych firm były niewielkie – 89% inwestycji wymagało wydatków poniżej 100 tys. PLN. Największy spadek inwestycji dotknął branżę budowlaną.

Temat specjalny – eksport w mikro i małych firmach

Według badania w 2013 r działalność eksportową prowadziło 7% mikro firm oraz 24% małych firm. W przypadku mikro firm eksport w większym stopniu ma charakter incydentalny (krótkie kontrakty, jednorazowe umowy, jedna czwarta mikro firm współpracuje tylko z jednym kontrahentem). Dużo bardziej stabilna jest liczba eksporterów w grupie firm małych. 20% firm prowadzi działalność eksportową krócej niż 3 lata (aż 31% mikro firm i 14% małych firm). Największy odsetek eksporterów jest wśród producentów (19%), mniej w pozostałych branżach (około 5,5%).

Wyniki badania pokazały, że eksport bardzo pozytywnie wpływa na sytuację firm. Eksporterzy dużo wyżej ocenili sytuację swojego biznesu niż firmy działające tylko na rynku krajowym.

Głównym rynkiem eksportowym mikro i małych firm są Niemcy (56% eksporterów wysyła tam swoje towary i usługi), co wynika z bliskości i wielkości tego rynku. Wielu eksporterów koncentruje się wyłącznie na tym rynku (19% firm obecnych na rynku niemieckim handluje wyłącznie z tym krajem).

W dalszej kolejności rynkiem docelowym jest Wielka Brytania i Irlandia, co zapewne jest efektem dużej emigracji do tych krajów) oraz kraje skandynawskie. Dla mikro i małych firm istotnym czynnikiem w eksporcie jest odległość do rynków zbytu, stąd duża część eksportu kierowana jest do krajów sąsiednich.

Jedna czwarta badanych firm swoją działalność opiera na eksporcie (przychody z eksportu stanowią ponad 50% całkowitych przychodów). Z drugiej strony dla prawie połowy eksporterów, przychody z eksportu stanowią niewielki dodatek do przychodów generowanych na rynku krajowym.

Statystyczny eksporter współpracuje z kilkoma kontrahentami. Ale aż 15% firm eksporterów współpracuje z ponad 10 firmami za granicą.

Mikro i małe firmy poszukują nowych kontrahentów samodzielnie, poprzez bezpośrednie kontakty, przez Internet lub na targach i wystawach, natomiast w niewielkim stopniu przy poszukiwaniu partnerów za granicą korzystają z pomocy zewnętrznej.

Aż 85% eksporterów konkuruje jakością swoich usług, a 78% ceną produktów lub usług.

– Atutem polskich mikro i małych firm jest połączenie wysokiej jakości i atrakcyjnej ceny. Już nie tylko korzystny kurs wymiany euro i niższe koszty pracy, ale jakość produktu lub usługi staje się główną przewagą konkurencyjną polskiego mikro i małego przedsiębiorcy na rynkach zagranicznych – mówi Grzegorz Piwowar, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao.

Coraz większa rola jakości produktu lub usługi wymaga wdrażania innowacyjnych rozwiązań – badanie pokazało, że eksporterzy w grupie mikro i małych firm dużo częściej też inwestują w innowacje.

Największą barierą w eksporcie jest ryzyko kursowe, a ponad połowa ankietowanych uważa, że wprowadzenie euro będzie korzystne dla działalności eksportowej firmy. Drugą ważną barierą jest konkurencja dużych firm, które wygrywają z polskimi mikro i małymi firmami eksportującymi efektem skali, pozycją negocjacyjną, zasobami na promocję i marketing oraz na badania i rozwój.

Ważną barierą jest także oszacowanie popytu za granicą, stąd duża rola instytucji publicznych, które oferują analizy rynków zagranicznych. Badanie pokazało, że firmy odczuwają jeszcze spowolnienie gospodarcze za granicą (30% wskazało na obawy związane z opóźnieniami w płatnościach). Istotna może być nadal bariera językowa (31% wskazań), natomiast znikome jest znaczenie różnic kulturowych, ponieważ prawie cały eksport mikro i małych firm kierowany jest do Europy.

73% eksporterów zamierza rozwijać działalność eksportową. Połowa eksporterów twierdzi, że rozwój eksportu wiąże się z inwestycjami w innowacje. Stąd mikro i małe firmy liczą na wsparcie podmiotów zewnętrznych. W przypadku banków wiąże się to z kredytami inwestycyjnymi, wygodną wymianą walut oraz instrumentami minimalizującymi ryzyko kursowe. Od instytucji publicznych firmy oczekują informacji o rynkach zagranicznych, wsparcia ze środków publicznych na zakup innowacji oraz udział w targach i wystawach. Ważną rolę mają także, zdaniem właścicieli mikro i małych firm, izby gospodarcze, które informują o rynkach zagranicznych, oferując pomoc w promocji firmy oraz w wyszukiwaniu kontrahentów zagranicznych.

Więcej na temat strategii i przygotowania marki do ekspansji na rynki zagraniczne znajdą Państwo na stronie http://123tlumacz.pl/eksport/

– Nie sposób pominąć wpływu sektora mikro i małych firm na kondycję gospodarki i rozwój kraju. Chcemy wdrażać nowe rozwiązania, które pomogą przedsiębiorstwom w rozwoju biznesu. Zamierzamy wspierać polskich przedsiębiorców w ekspansji na rynki zagraniczne przy wykorzystaniu naszej oferty dedykowanych produktów dla eksporterów „Przedsiębiorczość bez granic”, czy też oferując atrakcyjne rozwiązania w ramach „Pakietu trwałych korzyści” ze specjalną ofertą dla naszych klientów m.in. ze strony Google, Microsoft i home.pl dla mikro i małych firm – mówi Emanuele Cacciatore, Dyrektor Zarządzający Departamentem Klienta Biznesowego.

Z oszczędzaniem na bakier, lecz z dużą chęcią kupowania – nastroje finansowe Polaków

Domowy budżet niejednemu Polakowi spędza sen z powiek. Biorąc pod uwagę wszelkie kwestie związane z codziennymi wydatkami czy opłatami można śmiało powiedzieć, że sprawne zarządzanie domową kasą jest niezmiernie trudne. I choć większość rodaków bajońskich sum nie zarabia – stara się wiązać koniec z końcem – to, jak pokazują badania, próbują oszczędzać.

Każdy chciałby mieć pieniędzy pod dostatkiem. Nie martwić się o wydatki, iść na zakupy i na nich zaszaleć. Niestety – realia finansowe Polaków nie napawają optymizmem, a nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Oczywiście nieocenionym wyjściem, w przypadku ograniczonych wpływów, są zgromadzone oszczędności.Szkopuł w tym, że tylko 20% Polaków regularnie odkłada pieniądze. Większość osób posiadających oszczędności, jak sama przyznaje, robi to od czasu do czasu.

To nie odkrycie, że mamy problemy z konsekwentnym zabezpieczaniem finansowym swojej przyszłości. Jak pokazały wyniki badań Finansowego Barometra ING, Polacy czują największy dyskomfort, widząc poziom swoich oszczędności. Grzegorz Ogonek, ekonomista ING Banku Śląskiego zaznacza, że „[…] obecnie jesteśmy najgorszym krajem spośród 13 przebadanych państw pod względem zadowolenia z odłożonych pieniędzy, podczas gdy jeszcze dwa lata temu Polacy czuli się pewnie z tym, jakie mają oszczędności. One nie były jakieś szczególnie wielkie w porównaniu z zachodem Europy, ale takie mieliśmy poczucie. Teraz ten komfort prysnął, a realia są takie, że mamy za mało i przydałoby się więcej oszczędności.”

Mimo ostrożniejszego gospodarowania pieniędzmi, w drugiej połowie ubiegłego roku konsumpcja prywatna w Polsce zaczęła odżywać. Eksperci zaczęli się zatem zastanawiać, czy potrzeba oszczędzania będzie hamować konsumpcję, czy też w obliczu ożywienia gospodarczego Polacy będą skłonni do większych wydatków. Wyniki Finansowego Barometra ING pokazują zmiany na lepsze. Potrzebny jest jednak cel, by Polacy potrafili oszczędzać. A pieniądze odkładamy na: dom (30%), niespodziewane awarie (27%), kupno auta lub sprzętu elektronicznego (24%), na urlop (23%), spłatę długów (18%) lub emeryturę (5%).

„Jest narastający głód konsumpcji – to widać w odpowiedziach na pytanie, czy globalny kryzys zablokował nas w wydatkach? Polacy odpowiadają podobnie jak Niemcy, Luksemburczycy czy Holendrzy, którzy tak bardzo nie ucierpieli na kryzysie. Z tego wynika, że aż tak mocno nie zaciągnęliśmy pasa” – podkreśla Grzegorz Ogonek. Problemem jaki widzą eksperci jest to, że Polacy w mniejszym stopniu korzystają z zewnętrznych źródeł finansowych, czyli pożyczek i kredytów. Według badań największą niechęć do zapożyczania się wykazali też: Rumuni (79%), Hiszpanie i Czesi (76%). Z kolei najmniejszą Austriacy (59%) i Niemcy(57%).

Warto dodać, że Polacy wydają się patrzeć w przyszłość optymistycznie, bo nie myślą o odkładaniu pieniędzy na tak zwaną czarną godzinę. Taki cel wymienił tylko co czwarty respondent, podczas gdy w Austrii, Luksemburgu, Czechach czy Niemczech – co drugi. Być może i z tego wynika też fakt, że aż 53% badanych z Polski zadeklarowało, że – w razie gdyby przychody znacznie się zmniejszyły – przez trzy miesiące mogliby utrzymać obecny poziom wydatków.

Bez względu na to, czy oszczędzamy, czy też nie, wydaje się, że Polacy z większą rozwagą podchodzą do wydawania pieniędzy i gospodarowania domowym budżetem. Przed dokonaniem zakupu każdą złotówkę oglądamy dwa razy. Nic, tylko cieszyć się z rosnącej świadomości ekonomicznej rodaków. A jak jest naprawdę? To pokażą najbliższe miesiące.

SkyCash z biletami NFC w Krakowie

Pasażerowie komunikacji miejskiej w Krakowie mogą już kupować bilety w technologii NFC, zbliżając telefon do umieszczonych w pojazdach naklejek. Unikalne w skali kraju rozwiązanie to wspólna inicjatywa SkyCash, Orange Polska oraz Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie.

Kraków został pierwszym polskim miastem, w którym można dokonać błyskawicznego zakupu biletów komunikacji miejskiej w technologii zbliżeniowej. W autobusach i tramwajach zamieszczono specjalne naklejki, które przedstawiają najpopularniejsze bilety zakodowane w postaci tagów NFC. Żeby zainicjować zakup, wystarczy zbliżyć do naklejki telefon z zainstalowaną aplikacją SkyCash, a następnie zatwierdzić transakcję kodem PIN. Z pozwalającego zaoszczędzić czas rozwiązania mogą też korzystać posiadacze komórek, które nie obsługują standardu NFC. Należy wtedy zeskanować jeden z umieszczonych na naklejce kodów QR. Projekt jest wspólnym przedsięwzięciem operatora płatności mobilnych SkyCash, Orange Polska oraz Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie.

Integracja z technologią zbliżeniową i kodami QR pozwoliła ponadto na znaczne uproszczenie procesu pobierania aplikacji SkyCash. Jeżeli pasażer, który nie jest jeszcze użytkownikiem systemu, zbliży telefon do plakatu lub zeskanuje fotokod, otrzyma link do programu. Bezpośrednio po rejestracji, także z poziomu telefonu, można podłączyć kartę płatniczą, która pozwala kupować bilety w ramach dostępnych na niej środków, bez konieczności pamiętania o regularnym zasilaniu konta.

– Zbliżeniowe kupowanie biletów eliminuje potrzebę uruchamiania aplikacji przed dokonaniem transakcji, zapewniając tym samym oszczędność czasu i jeszcze większą swobodę podczas korzystania ze środków komunikacji miejskiej – powiedział Dariusz Mazurkiewicz, prezes zarządu SkyCash Poland S.A – Poza Krakowem nasz system działa w kilkudziesięciu miastach na terenie całej Polski. Mamy nadzieję, że już wkrótce także w nich będzie można korzystać z tego wygodnego rozwiązania – dodaje Mazurkiewicz.

Za projekt Bilety „NFC w komunikacji miejskiej w Krakowie” Orange Polska został uhonorowany Nagrodą Innowacyjności w Transporcie oraz tytułem Ambasadora Innowacyjności 2013. Nagroda została wręczona podczas gali II Forum Innowacji Transportowych w Warszawie.

Union Investment TFI komentarz rynkowy w sprawie Turcji

W odpowiedzi na gwałtowne osłabienie się tureckiej liry, centralny bank Turcji (CBRT) podniósł stopy procentowe. Możliwe skutki tej decyzji dla rynków i inwestorów komentują zarządzający Union Investment TFI.

Robert Burdach, zarządzający subfunduszem UniAkcje:

Wczorajsza decyzja CBRT o mocnym podniesieniu stóp procentowych powinna działać stabilizująco na turecką walutę, ale niesie za sobą również silne implikacje dla gospodarki oraz dla oczekiwanych wyników finansowych tamtejszych spółek. W następnych 2-3 kwartałach pod szczególną presją mogą być rezultaty finansowe tureckich banków. Koszt depozytów wzrośnie natychmiastowo, a przerzucenie na klienta wzrostu stóp procentowych poprzez zwiększenie ceny kredytu zajmie co najmniej kilka miesięcy. W rezultacie w 2014 r. marża odsetkowa netto tureckich banków może ulec zmniejszeniu. W dłuższym terminie, po dostosowaniu oprocentowania kredytów do nowych warunków, podwyżka stóp procentowych powinna mieć pozytywny wpływ na wyniki finansowe tamtejszych banków. Jeśli chodzi o inne sektory, to rosnący koszt kredytów konsumenckich może w krótkim terminie oddziaływać negatywnie na popyt na dobra konsumenckie, np. samochody i elektronikę.

Andrzej Czarnecki, zarządzający funduszami obligacji:
Oprócz podwyżki stóp procentowych, centralny bank Turcji uporządkował sposób prowadzenia polityki pieniężnej. Te zmiany należy odebrać bardzo pozytywnie, ponieważ w znaczny sposób poprawiają przejrzystość i przewidywalność polityki pieniężnej w Turcji w stosunku do stosowanych poprzednio „niestandardowych” rozwiązań.
Decyzje tureckiego banku centralnego będą miały w krótkim i średnim terminie pozytywny wpływ zarówno na kurs tureckiej waluty, jak i ceny długoterminowych obligacji tureckich – i to pomimo wzrostu stóp procentowych (na skutek zwiększenia wiarygodności).

Eksporterzy i importerzy spodziewają się w 2014 r. skoku zysków i większych zamówień

Firmy eksportowe i importowe prognozują, że ten rok będzie dla nich bardzo dobry: 76,7 proc. przewiduje zyski, natomiast tylko 4,8 proc. straty wynika z badania* „Przewidywania i nastroje importerów i eksporterów” , instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe dla firm. Co więcej, w tym roku zyski w handlu zagranicznym mają być wyższe niż w roku 2013. Taki optymizm wyraziło aż 41,7 proc. importerów i 40,4 proc. eksporterów.

Dobre nastroje związane z wynikami finansowymi na koniec roku biorą się z przewidywanego poziomu zamówień. Ich wzrostu w 2014 r. spodziewa się 56,1 proc. eksporterów i 44,9 proc. importerów.

Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTY w Polsce, wskazuje, że obroty realizowane przez jego firmę dla polskich klientów w ramach płatności zagranicznych rosną, w ostatnim roku o ok. 13 proc. Działamy w Czechach, na Słowacji, na Węgrzech i w Polsce, za chwilę w Rumunii. Polska wyróżnia się bardzo, dynamiki eksportu, szczególnie w niektórych branżach, są imponujące. Ale duże wrażenie robi też determinacja, z jaką polskie firmy nawiązują kontakty z partnerami nawet z bardzo egzotycznych krajów, oraz sposób prowadzenia biznesu polskich przedsiębiorców. Widać odważną ekspansję, ale też ścisłą koncentrację na kontroli kosztów, także w zakresie obsługi transakcji walutowych. Polscy przedsiębiorcy ostro jak żadni inni negocjują z nami kursy walut podkreśla Radosław Jarema.

Rok zysków

Zgodnie z badaniem AKCENTY zdecydowana większość właścicieli i prezesów firm eksportowych i importowych w przyszłość patrzy w kategorii zysków (nawet jeśli byłyby one niższe, niż w poprzednim roku), a nie strat. 76,7 proc. przewiduje zyski, a 7,1 proc. oczekuje, że ich wynik finansowy w 2014 r. nie zmieni się w porównaniu do poprzedniego roku. Najbardziej optymistyczni są właściciele największych przedsiębiorstw (których roczne obroty wynoszą ponad 50 mln zł). Wyższych zysków spodziewa się aż 80 proc. z nich. Takich sukcesów oczekuje natomiast 37,5 proc. średnich (roczne obroty od 10 do 50 mln zł) i 39,2 proc. najmniejszych firm (obroty poniżej 10 mln zł). Straty szacuje odpowiednio 6,7 proc. największych, 2,1 proc. średnich i 6,9 proc. małych przedsiębiorstw handlujących z zagranicą.

po półroczu wyższych obrotów

Jedynie 14,1 proc. zbadanych firm szacuje, że w pierwszym półroczu 2014 r. obroty ich firm będą niższe niż w poprzednim półroczu. Wzrost obrotów przewiduje z kolei aż 38,6 proc. zapytanych. Natomiast 38 proc. właścicieli i prezesów twierdzi, że obroty wyniosą tyle samo, co w 2013 r.

Optymizm zależy jednak od wielkości przedsiębiorstwa. Firmy najmniejsze w głównej mierze twierdzą, że obrót wyniesie tyle samo, co w poprzednim półroczu (40,8 proc.). Wśród przedsiębiorstw średnich zdania są podzielone: tyle samo badanych nie przewiduje zmiany obrotów w stosunku do poprzedniego półrocza, co uważa, że będą one wyższe w obu grupach wskaźnik wyniósł 39,6 proc.

Handel zagraniczny szykuje się do wzrostu zamówień

Połowa respondentów badania Plany i nastroje importerów i eksporterów AKCENTY uważa, że zamówienia w ich firmach będą rosły; 1/3 że się nie zmienią. W handlu zagranicznym poziom zamówień jest bardzo ważną predykcją, zawsze patrzy się na nią jako na pierwszą. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że tylko co dziesiąty eksporter i importer ocenia, że zamówienia dla jego firmy zmniejszą się, to oznacza, że handel zagraniczny jest bardzo pozytywnie nastawiony do przyszłości mówi Radosław Jarema. Jednocześnie im większa firma, tym optymistyczniej i dokładniej przewiduje swoje zamówienia. Spośród firm małych zmniejszenie zamówień szacuje 12 proc., zaś 7 proc. nie umie określić ich przyszłego poziomu. Spośród największych firm (pow. 50 mln zł) wszystkie umiały sprecyzować prognozy, przy czym żadna nie spodziewała się zmniejszenia zamówień.

Inwestycje odrobinę odważniejsze, zatrudnienie zostaje jak było

Nasze badanie pokazuje, że 2014 r. dla eksporterów i importerów będzie jeszcze rokiem ostrożności i wstrzymywania się z większymi wydatkami rozwojowymi. Nadzieje i optymizm są, ale muszą się potwierdzić, aby firmy, szczególnie importowe, nabrały pewności, że mogą pozwolić sobie na przesuwanie pieniędzy w obszar dużych inwestycji czy HR i nowych rekrutacji podkreśla Radosław Jarema z AKCENTY.

W przyszłym roku inwestycje będą rosły w 40 proc. firm eksportowych i 27,5 proc. firm importowych. Taki sam w stosunku do 2013 r. poziom inwestycji przewiduje z kolei 50 proc. importerów i 35 proc. eksporterów. W obu grupach zmniejszać inwestycje będzie ok. 1/5 firm.

Importerzy i eksporterzy nie planują zmian kadrowych. Ten sam poziom zatrudnienia przewiduje 66,7 proc. eksporterów oraz 72,5 proc importerów. Ponad 1/5 eksporterów zamierza zatrudniać.

* Ogólnopolskie badanie Przewidywania i nastroje importerów i eksporterów dla AKCENTY w dniach 29-31.11.2013 r. przeprowadził Instytut Homo Homini. Badanie zostało wykonane na próbie 216 przedsiębiorstw zajmujących się importem i/lub eksportem metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI).

 

Zwycięzca Australian Open w Lubinie

KGHM wspiera sportową karierę Łukasza Kubota. Polski tenisista w ubiegłym tygodniu zwyciężył w turnieju deblowym Australian Open 2014. Było to pierwsze wielkoszlemowe zwycięstwo w karierze Lubinianina.

Apple ogłasza wyniki za pierwszy kwartał – zysk netto 13,1 miliarda USD

Apple ogłosiła wyniki finansowe za pierwszy kwartał roku obrotowego 2014, który zakończył się 28 grudnia 2013 r. Spółka zadeklarowała rekordowe przychody kwartalne w wysokości 57,6 miliarda USD i kwartalny zysk netto w wysokości 13,1 miliarda USD, czyli 14,50 USD na akcję rozwodnioną. W analogicznym kwartale poprzedniego roku przychody wyniosły 54,5 miliarda USD, a zysk netto 13,1 miliarda USD, czyli 13,81 USD na akcję rozwodnioną. Marża brutto wyniosła 37,9 procenta w porównaniu z 38,6 procenta w analogicznym kwartale poprzedniego roku. 63 procent przychodów w ostatnim kwartale przypadało na sprzedaż poza USA.

Spółka sprzedała rekordową liczbę 51 milionów iPhone’ów, czyli więcej niż w którymkolwiek wcześniejszym kwartale. W analogicznym kwartale poprzedniego roku sprzedano 47,8 miliona tych urządzeń. Spółka Apple sprzedała też w zakończonym kwartale 26 milionów iPadów. Również i ta liczba jest kwartalnym rekordem wszechczasów. W analogicznym kwartale poprzedniego roku sprzedano 22,9 miliona iPadów. Spółka sprzedała 4,8 miliona komputerów Mac w porównaniu z 4,1 miliona w analogicznym kwartale poprzedniego roku.

Rada dyrektorów Apple zadeklarowała dywidendę gotówkową w wysokości 3,05 USD na akcję zwykłą. Dywidenda jest płatna w dniu 13 lutego 2014 r. dla akcjonariuszy zarejestrowanych na koniec dnia pracy 10 lutego 2014 r.

„Niezmiernie cieszy nas rekordowa sprzedaż iPhone’a i iPada, dobre wyniki sprzedaży produktów z rodziny Mac oraz nieustanny wzrost w sektorze iTunes, oprogramowania i usług”, powiedział Tim Cook, Dyrektor Generalny Apple. „Zadowolenie, lojalność i zaangażowanie klientów jest dla nas źródłem wielkiej satysfakcji. Intensywnie inwestujemy w naszą przyszłość, aby korzystanie z naszych produktów i usług było dla każdego użytkownika jeszcze wspanialszym doświadczeniem”.

„W kwartale zakończonym w grudniu nasza działalność przyniosła ponad 22,7 miliarda USD w gotówce, a do akcjonariuszy w formie dywidend i poprzez odkup akcji własnych wróciło dodatkowe 7,7 miliarda USD, co oznacza, że wypłaty w ramach naszego programu zwrotu kapitału wyniosły już łącznie ponad 43 miliardy USD”, powiedział Peter Oppenheimer, Dyrektor Finansowy Apple.

Apple prognozuje następujące wyniki w drugim kwartale roku obrotowego 2014:

  • przychody ze sprzedaży: od 42 do 44 miliardów USD;
  • marża brutto: od 37 do 38 procent;
  • koszty operacyjne: od 4,3 do 4,4 miliarda USD;
  • pozostałe przychody/(koszty): 200 milionów USD;
  • stawka opodatkowania: 26,2 procenta.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 stycznia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 stycznia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

KNF: nie oczekujemy w tym roku gwałtownego wzrostu liczby udzielanych kredytów

CEO Magazyn Polska

Miniony rok był dla sektora bankowego bardzo dobry, mimo że wypracował on słabsze wyniki niż w poprzednich dwóch latach – ocenia przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Jego zdaniem również w tym roku banki nie powinny oczekiwać na rynku gwałtownych zmian, ale przygotować się na zrównoważony rozwój przy umiarkowanym przyroście akcji kredytowej.

Dziś początek sezonu wyników sektora bankowego – raport publikuje BZ WBK. Jak mówi szef KNF, same banki oceniają ubiegły rok pozytywnie.

 – Prezesi banków mówią, że 2013 był bardzo dobrym rokiem. Wprawdzie wynik był poniżej tego, co było w 2012 roku, nawet poniżej poziomu z 2011 roku, ale pamiętajmy, że to były dwa lata rekordowych wyników – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

Podkreśla, że wbrew wcześniejszym obawom sektorowi udało się utrzymać wyniki i akcję kredytową na stabilnym i satysfakcjonującym poziomie.

 – Sukcesem jest to, że nie mamy do czynienia tak jak w innych krajach ze spadkiem akcji kredytowej, ale przeciwnie, ze stabilnym, spokojnym wzrostem, co z mojego punktu widzenia jest absolutnie satysfakcjonujące – argumentuje szef KNF.

Jego zdaniem, w tym roku w sektorze bankowym nie należy oczekiwać gwałtownych zmian, również tych na dobre.

 – Dzisiaj wszyscy ci, którzy oczekują gwałtownych dynamik wzrostu akcji kredytowej, mają założenia i oczekiwania kompletnie nieuzasadnione – zaznacza Andrzej Jakubiak. – Myślę, że po okresie 2007-2008, banki, ale przede wszystkim też kredytobiorcy, wyciągnęli wnioski.

Mimo że obecne warunki wyjątkowo sprzyjają zaciąganiu kredytów ze względu na rekordowo niskie stopy procentowe, klienci nadal pozostają ostrożni. W ubiegłym roku KNF przyjął rekomendacje (S oraz T), które mają sprawić, by kredyty były bezpieczniejsze i dla klientów, i dla samych banków. Rekomendacja S, która obowiązuje od początku stycznia, dotyczy kredytów hipotecznych i wymaga od kredytobiorcy wkładu własnego, którego wysokość w kolejnych latach będzie się zwiększała.

GUS ogłosi dziś szacunkowe dane dot. PKB za ubiegły rok. Odczyt ma być najgorszy od 11 lat

CEO Magazyn Polska

Główny Urząd Statystyczny opublikuje dziś szacunkowe dane dotyczące PKB za 2013 rok. Zdaniem Ryszarda Petru polska gospodarka urosła o 1,3 proc., co byłoby wynikiem najgorszym od 2002 roku. W tym roku dynamika wzrostu może być dwukrotnie większa, bo główną siłę napędową, czyli eksport, będą wspierać rosnąca konsumpcja wewnętrzna i rosnące inwestycje.

– Ubiegły rok był rokiem kryzysu, najtrudniejszym rokiem od 2002 roku, bo tak niskiego wzrostu gospodarczego nie mieliśmy nawet w głębokim kryzysie w 2009 r. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Petru, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich. 

Wzrost nieco powyżej 1 proc. to w dużej mierze zasługa działań eksportowych polskich przedsiębiorców. Na rynku wewnętrznym rok był mało udany – konsumpcja nie rosła, zwiększało się za to bezrobocie, które utrzymuje się powyżej 13 proc. Poziom inwestycji też był bliski zera. 

 – Firmy, siedząc na gotówce, boją się inwestować, ze względu na sytuację w światowej gospodarce, na niepewność, która była spowodowana brakiem strategii realizowanej w rządzie – mówi Petru. – Faktem jest, że przykręcamy śrubę podatkową, a żeby zainwestować, trzeba być pewnym, że idziemy we właściwą stronę. 

Zdaniem ekonomisty nastroje będą się poprawiać, zarówno w Polsce, jak i w całej Europie. Prognozowany przez niego tegoroczny wzrost PKB wyniesie ok. 3 proc., a jego siłą napędową ponownie będzie eksport, tym razem jednak przy większym wsparciu inwestycji i konsumpcji.

Zapewnia jednocześnie, że wzrost na tym poziomie nie będzie w istotny sposób odczuwalny dla przeciętnego Polaka. Niewiele zmieni się też w kwestii bezrobocia. Rok 2013 był rynkiem pracodawcy i to może zmienić się najwcześniej w 2015 roku. 

Niepokojący jest fakt, że choć przez ostatnie lata Polska mogła chwalić się jednym z wyższych wzrostów PKB w Europie, to dynamika jest coraz mniejsza. To widać szczególnie na tle najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Zdaniem Petru, polska gospodarka musi zostać przemodelowana. Chodzi przede wszystkim o to, by stawiać na nowoczesne technologie, które zdecydowanie popchną gospodarkę w stronę szybkiego rozwoju. Inaczej Polska nie będzie miała szans na dogonienie lepiej rozwiniętych państw.

 – Kończą się proste rezerwy wzrostu i jak nie przejdziemy na wyższy poziom produkcji, na produkcję dóbr finalnych, to cały czas będziemy montować, a tym samym zarabiać mało. I choć będziemy rosnąć szybciej niż inni, to i tak część Polaków będzie migrować z miejsc, gdzie nie ma perspektyw na pracę – przestrzega Petru.

J. Piechota: Ukraińska gospodarka potrzebuje stabilizacji. Inwestorzy wstrzymują decyzje o nowych projektach

CEO Magazyn Polska

Ukraińska Rada Najwyższa zatwierdziła wczoraj wieczorem decyzję o amnestii dla uczestników protestów w Kijowie, ale na prezydenckich zasadach, czyli pod warunkiem, że przeciwnicy władz opuszczą zajęte rządowe budynki. Opozycja, która zbojkotowała głosowanie, zapowiedziała, że ustawy nie uzna. To może odsunąć w czasie szansę na stabilizację polityczną na Ukrainie, a na jej braku cierpi również gospodarka ukraińska.

Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej ocenia, że jest szansa na zdroworozsądkowe porozumienie między opozycją a prezydentem Janukowyczem, które umożliwi stabilizację sytuacji politycznej na Ukrainie: utworzenie proeuropejskiego rządu i przyspieszone wybory prezydenckie. Tym bardziej że większość społeczeństwa jest przekonana co do europejskiej drogi rozwoju.

 – Protest społeczny przeciw władzy sięgającej do niedemokratycznych metod, jest protestem, którego stłumić się nie da. Wszelkie oznaki solidarności ze strony Polski czy UE są ważne dla liderów opozycji i społeczeństwa ukraińskiego – twierdzi Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Jednak wolałbym, aby politycy skupili się na tym, co będzie po tym, jak Ukraina już wybierze proeuropejską drogę. My, Polacy, a także Bruksela powinniśmy być gotowi na poważną rozmowę na temat tego, jak pomóc Ukrainie wyjść z dramatycznego kryzysu gospodarczego i jak stworzyć warunki umożliwiające poprawę konkurencyjności ukraińskiej gospodarki i spłatę długów.

To nie będzie łatwe, bo kryzys na Ukrainie i niepewność z nim związana spowodowały zastój inwestycyjny.

 – Dzisiaj przede wszystkim jest czas wyczekiwania. Nikt nie podejmuje decyzji o nowych inwestycjach i nowych projektach na Ukrainie. Firmy wstrzymały poszukiwania nowych partnerów po ukraińskiej stronie, czy to dostawców, czy odbiorców. Wszyscy czekają na stabilizację: władzy, systemu politycznego, regulacji  – to jest dla biznesu najważniejsze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Piechota.

Skutki tego odczuwają zarówno mieszkańcy Ukrainy, jak i polskie firmy współpracujące z Ukraińcami. Obecna sytuacja nie sprzyja przyspieszeniu obrotów gospodarczych pomiędzy Polską a Ukrainą, które wciąż nie wróciły do poziomów sprzed 2009 roku. Ukraina boleśnie odczuła ówczesny kryzys gospodarczy. Zanotowała 15-procentowy spadek PKB. Skutki tego odczuły też polskie firmy – obroty handlowe z Ukrainą spadły o 50 proc.

 – Z roku na rok to było odrabiane, ale wciąż są poniżej przedkryzysowego poziomu 9 mld dolarów – zauważa Jacek Piechota.

Kryzys polityczny nie jest też obojętny polskim inwestorom.

 – Ukraina wciąż jest największym rynkiem z krajów byłego Związku Radzieckiego, na którym nasze firmy lokowały inwestycje. Jest tam blisko 900 mln dolarów zainwestowanych przez polskie firmy i istnieje obawa o to, co się z nimi stanie – mówi prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Problem w tym, że wśród przedsiębiorców też jest konflikt interesów. Niektórzy z nich produkowali na Ukrainie z zamiarem sprzedaży swoich towarów w innych krajach Wspólnoty Niepodległych Państw. Dla nich pogorszenie relacji ukraińsko-rosyjskich byłoby niekorzystne.

Polacy importowali z Ukrainy przede wszystkim surowce i nisko przetworzone produkty. Najwięcej eksportowali elektroniki oraz wyrobów przemysłu maszynowego. Szczególnie perspektywiczny dla wzajemnej współpracy był sektor rolniczy.

 – Ukraina, dokonując określonej transformacji, sięgając do swoich zasobów, np. bardzo urodzajnych czarnoziemów, stawiała na rolnictwo. To ogromny sektor, który dynamicznie się rozwijał. Było więc zapotrzebowanie na sprzęt, maszyny, know-how w zakresie produkcji rolnej i spożywczej  – mówi Jacek Piechota.

Szara strefa wśród firm bukmacherskich przekroczyła już 5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Nawet 600 mln zł mógłby zyskać budżet państwa, gdyby firmy bukmacherskie zarejestrowane w rajach podatkowych, nielegalnie przyjmujące zakłady w Polsce, płaciły 12-proc. podatek. Dziś od legalnie działających firm wpływa co roku ok. 80-90 mln zł. Dlatego przedstawiciele branży i środowisko sportowe chcą zmian w prawie – proponują m.in. wyłączenie zakładów bukmacherskich z ustawy hazardowej. Argumentują, że zmiany pomogłyby zwiększyć nakłady na polski sport.

 Mamy w Polsce ustawę, która reguluje działalność bukmacherską. Mamy kilka firm, które działają legalnie, posiadają licencję Ministerstwa Finansów i płacą jedne z najwyższych podatków w Europie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Juroszek, prezes firmy bukmacherskiej STS. – Natomiast bukmacherzy zarejestrowani w rajach podatkowych nielegalnie przyjmują na terenie kraju przez internet zakłady, które nie są kontrolowane, na które nienałożone są żadne podatki.

Biorąc pod uwagę, że obecnie zakłady bukmacherskie w Polsce są obciążone 12-proc. podatkiem od obrotu, dla klienta z Polski dużo bardziej opłacalne jest założyć się u bukmachera, który jest zarejestrowany w raju podatkowym.

Jedną z propozycji bukmacherów jest stworzenie ustawy o zakładach wzajemnych i finansowaniu polskiego sportu. Chodzi o to, by zakłady bukmacherskie wykluczyć z zapisów ustawy hazardowej.

 – Zakłady bukmacherskie mają mało wspólnego z hazardem, bo są bardzo mało uzależnione od losowości. Są grą wiedzy – nasi klienci bazują na statystykach i na własnej wiedzy sportowej, żeby zebrać zakłady – tłumaczy Mateusz Juroszek. – Chcielibyśmy, żeby politycy i świat sportu stworzyli wspólnie ustawę, która spowoduje, że firmy europejskie i polskie będą miały te same warunki w Polsce, jeżeli chodzi o przyjmowanie zakładów.

Kolejnym postulatem bukmacherów jest jak najszybsze wprowadzenie indeksu stron hazardowych, które działają nielegalnie, czyli bez pozwolenia Ministerstwa Finansów oraz bez stosownych licencji.

 – Bardzo łatwo jesteśmy w stanie wymusić na operatorach telekomunikacyjnych zablokowanie stron firm, które w Polsce nie płacą podatków, a przyjmują zakłady – tłumaczy prezes STS. – Wydaje nam się, że odcięcie dostępu do nielegalnie działających firm spowoduje, że przynajmniej połowa z tych osób, które z Polski się zakłada, będzie się zakładała w legalnych firmach, a my będziemy mieli możliwość finansować sport w dużo większej skali niż to robimy dzisiaj.

Legalnie działające firmy bukmacherskie w Polsce szacują, że szara strefa może sięgać nawet 5 mld zł, podczas gdy ich obroty to ok. 800 mln zł rocznie. Gdyby uniemożliwić funkcjonowanie nielegalnie działającym bukmacherom, zamiast 80-90 mln zł do budżetu państwa mogłoby trafiać ok. 600 mln zł. Tym samym zwiększyłyby się nakłady na polski sport.

 – Finansowanie polskiego sportu przez firmy bukmacherskie to dziś są kwoty rzędu 8-10 mln zł łącznie, a mogłoby to być 100-200 mln zł, więc to są gigantyczne różnice – mówi Juroszek.

Braki w finansowaniu to główna bolączka polskiego sportu. Z budżetu państwa wciąż nie starcza bowiem pieniędzy na opłacenie nauki, organizację imprez czy innego rodzaju przedsięwzięć sportowych.

 – Sport to nie tylko medale, to jest całe wychowanie młodzieży, to jest też zdrowie starszych ludzi, którzy się ruszają, nas wszystkich tutaj, którzy się ruszają. Sport jest bardzo ważny w ogóle do życia, żebyśmy byli szczęśliwi, żebyśmy byli zdrowi, żebyśmy byli sprawni – argumentuje Czesław Lang, organizator Tour de Pologne i były kolarz.

Jak przekonują przedstawiciela środowiska sportowego, większe pieniądze z budżetu państwa na ten cel przyniosą w przyszłości wymierne korzyści. Rolę sportu w życiu społeczeństwa doceniają już państwa wysoko rozwinięte, które bardzo mocno inwestują w tę dziedzinę.

 – Jeżeli zainwestujemy złotówkę w sport, to ona czterokrotnie się zwróci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Czesław Lang. – Będziemy mieli zdrowe społeczeństwo, będą to ludzie z pasją, będą chętniej pracowali – wychowamy też dobre społeczeństwo poprzez sport.

Część wynajmujących mieszkania ma czas na rozliczenie się z fiskusem tylko do końca tygodnia

CEO Magazyn Polska

Już tylko dwa dni zostały na rozliczenie się z fiskusem tym, którzy mają przychody opodatkowane ryczałtem. Deklarację PIT-28 składa się zdecydowanie wcześniej niż pozostałe deklaracje roczne, bo tylko do końca stycznia. Powinni o tym pamiętać właściciele wynajmowanych mieszkań, którzy zdecydowali się na zryczałtowany podatek.

Podatnicy, którzy rozliczają przychody z najmu, mogą się rozliczać wedle zasad ogólnych, czyli skali podatkowej 18 proc. i 32 proc., albo wybrać znacznie niższą stawkę ryczałtową.

 – Stawka wynikająca z tzw. ustawy o ryczałcie ewidencjonowanym jest preferencyjna i wynosi 8,5 procent. Należy jednak pamiętać, że w ryczałcie opodatkowany jest przychód. Nieistotne są w tym wypadku koszty jego uzyskania, w przeciwieństwie do zasad ogólnych, gdzie opodatkowany jest realny dochód, czyli przychód minus koszty – mówi Andrzej Marczak, doradca podatkowy, partner KPMG.

Taka forma opodatkowania jest korzystna przede wszystkim dla tych osób, których koszty uzyskania przychodu są niewielkie, czy też nie ma ich praktycznie wcale. Wszystko tak naprawdę zależy od wydatków związanych z najmem. Warto je wówczas wymienić w umowie, tak, by nie stanowiły one przychodu.

 – Jeśli zobowiążemy najemcę, aby takie opłaty, jak na przykład za wodę czy energię elektryczną, pokrywał jako odrębne w stosunku do naszego czynszu i zostanie to odpowiednio zapisane w umowie, wówczas stawka 8,5 proc. będzie nakładana tylko na czynsz, który realnie otrzymujemy, a nie na koszty, które dodatkowo pokrywać będzie najemca – tłumaczy Andrzej Marczak.

To rozwiązanie opłaca się przede wszystkim tym, którzy nie chcą bądź też nie mają czasu na obliczanie, co jest, a co nie jest kosztem uzyskania przychodu. Forma ryczałtu jest dla nich nie tylko wygodna, lecz także atrakcyjna finansowo, podobnie zresztą jak dla tych, którzy wynajmują relatywnie nowe mieszkania.

 – Natomiast osoby, które wynajmują mieszkania lub domy użytkowane wcześniej przez co najmniej 5 lat, mogą zastosować tzw. stawkę amortyzacyjną indywidualną. Przy opodatkowaniu na normalnych zasadach, gdzie przychody pomniejszane są o koszty, można amortyzować mieszkania czy domy i rocznie stosować stawkę 1,5 proc. – mówi Andrzej Marczak. – Przy mieszkaniach używanych dłużej stawka amortyzacyjna wynosi aż 10 proc. rocznie.

Oznacza to, że przy wynajmie mieszkań użytkowanych dłużej niż pięć lat koszty mogą w znacznym stopniu równoważyć przychody. Wówczas dochód, który podlega opodatkowaniu, będzie znacznie mniejszy, a w niektórych sytuacjach może nie być go wcale. Nie ma zatem większego sensu decydować się na ryczałt, gdzie stawka jest zawsze taka sama i nakładana na przychody, niezależnie od tego, ile tak naprawdę wyniósł dochód.

Przy wyborze ryczałtu czy zmianie dotychczasowej formy rozliczania się, należy złożyć oświadczenie w urzędzie skarbowym, a co ważne – w trakcie roku podatkowego wybranej formy opodatkowania nie będzie można zmienić. Zmianę zadeklarowanej formy rozliczania się z urzędem, można zgłaszać do 20 stycznia następnego roku, więc kto tego nie zrobił, następną szansę będzie miał dopiero za rok.

Do końca tego miesiąca z fiskusem muszą rozliczyć się nie tylko wynajmujący mieszkania, lecz także inni podatnicy objęci ryczałtem, czyli prowadzący pozarolniczą działalność gospodarczą indywidualnie bądź w formie spółki cywilnej i jawnej osób fizycznych.

Płatny wjazd do centrów miast poprawia przepustowość ruchu i zmniejsza korki

CEO Magazyn Polska

Płatny wjazd do centrów miast, mniejsza liczba miejsc parkingowych oraz pierwszeństwo dla komunikacji zbiorowej – to wszystko mogłyby usprawnić transport w Warszawie i innych dużych miastach. Władze miast powinny jednocześnie zachęcać mieszkańców do korzystania z transportu miejskiego. Pomogłoby też wdrażanie na większą skalę inteligentnych systemów transportowych, np. informujących o korkach, remontach czy dostępności parkingów.

Adam Piotr Zając ze Stowarzyszenia Integracji Stołecznej Komunikacji (SISKOM) podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes, że mieszkańcy powinni być równocześnie zniechęcani zarówno do korzystania z własnych samochodów, jaki i do podróży komunikacją miejską. Jedną ze skutecznych metod jest wprowadzenie opłat za wjazd do centrum miasta. Zając podkreśla, że miasta, które zdecydowały się na taki krok, m.in. Londyn i Mediolan, znacznie ograniczyły ruch. Maksymalny czas postoju powinien zostać ograniczony, np. do 2 godzin.

 – To narzędzia jak najbardziej skuteczne. Natomiast w Polsce cały czas nie egzekwujemy już istniejących przepisów, np. dotyczących opłat parkingowych. Około 20 proc. kierowców w ogóle nie płaci. Problemem jest także parkowanie w niedozwolonych miejscach. Gdyby takie samochody były odholowywane, a kary za parkowanie bez opłaty byłyby wyższe, wtedy samochodów w centrum mogłoby być mniej – przekonuje Adam Zając w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Kolejnym działaniem powinno być ograniczanie liczby miejsc parkingowych. Dzięki temu jeżdżenie samochodem po centrum miasta stanie się mniej atrakcyjne. Jak podkreśla ekspert, mieszkańcy, którzy będą mieli problem ze znalezieniem miejsca parkingowego, chętniej wybiorą transport publiczny, rower lub nawet krótkie dystanse pokonają pieszo.

Zając dodaje jednak, że równocześnie władze miast muszą usprawniać komunikację publiczną tak, by zwiększać jej atrakcyjność. Niezbędne są inwestycje w tabor, a także w wygląd i funkcjonalność przystanków, stacji oraz ich otoczenia.

  Korki w Warszawie i innych miastach można zmniejszyć, dając priorytet transportowi zbiorowemu. Wtedy będzie on atrakcyjny dla większej liczby mieszkańców – przekonuje Zając. – W Warszawie większość pasażerów wybiera transport zbiorowy. Nawet osoby, które posiadają samochód, decydują się na jazdę komunikacją, ponieważ jest to szybsze i tańsze rozwiązanie. Dlatego warto by było pomyśleć o tym, żeby zwiększyć efektywność transportu przez skrócenie czasu przejazdu. Niektóre polskie miasta wciąż nie oferują transportu zbiorowego na takim poziomie, żeby był on realną alternatywą dla dojazdów samochodem do centrum.

Ważnym elementem usprawnienia komunikacji zbiorowej jest wdrożenie inteligentnych systemów transportowych (ITS). W Warszawie na razie jedynie w Alejach Jerozolimskich oraz na Trasie W-Z zainstalowano tablice dynamicznej informacji pasażerskiej, które wyświetlają czasy planowanych odjazdów najbliższych tramwajów. Według Zająca pasażerowie bardzo dobrze je odbierają, a system powinien być rozszerzony.

Konieczna jest też lepsza synchronizacja świateł drogowych. Choć na wielu skrzyżowaniach działają światła reagujące na ruch, brakuje ogólnomiejskiej koordynacji, przez co kierowcy skarżą się na brak zielonej fali. Tablice świetlne powinny też lepiej informować o korkach, utrudnieniach związanych z remontami oraz o zajętości miejsc parkingowych, w tym również na parkingach park & ride.

 – Wyzwaniem przed wdrażaniem ITS-u jest przede wszystkim integracja i poniesienie dodatkowych kosztów, które będą związane z popularyzacją tych systemów na terenie całego miasta. To są inwestycje idące w setki milionów złotych – ocenia Zając.

Ważną inwestycją jest też dokończenie obwodnicy Warszawy i budowa jej wschodniej, praskiej części. Droga szybkiego ruchu otaczająca stolicę pozwoli odciążyć główne ulice takie, jak Marszałkowska czy Aleje Jerozolimskie.

Nie ma zgody w sprawie jednolitej przestrzeni powietrznej nad Unią Europejską

CEO Magazyn Polska

Protestujący w wielu europejskich krajach kontrolerzy lotów przekonują, że wprowadzenie jednolitej przestrzeni powietrznej nad Unią Europejską oznacza cięcie kosztów, a więc obniżenie bezpieczeństwa lotów. Wskazują też na konieczność inwestycji w infrastrukturę wobec rosnącego rynku lotniczego. Zwolennicy nowych rozwiązań wskazują na nieefektywność obecnego systemu i argumentują, że agencje nawigacyjne w Europie po prostu bronią swojego monopolu. 

W akcji protestacyjnej polscy kontrolerzy bezpośrednio nie uczestniczą, ale pasażerowie odczuli jej skutki, lecąc w środę do lub z innych krajów, na przykład z Włoch czy Portugalii. W czwartek do protestu dołączają Austriacy, Węgrzy i Słowacy. Według polskich danych w dwudniowym proteście może wziąć udział nawet 15 tys. pracowników tej branży.

 – Pakiet Single European Sky, czyli jednolite europejskie niebo, jest ciekawą propozycją. Ale w swoich założeniach, z naszego punktu widzenia, jest nie do zaakceptowania, gdyż przede wszystkim prowadzi do nieracjonalnej redukcji kosztów – przekonuje Janusz Janiszewski, prezes Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Główny zarzut dotyczący brukselskiej propozycji wprowadzenia jednolitej przestrzeni powietrznej nad Europą to zbyt daleko idąca redukcja kosztów, która będzie mieć wpływ na bezpieczeństwo pasażerów.

 – Koszt służb ruchu lotniczego to zaledwie od 2 do 4 proc. całych kosztów biletu. Czyli jest to niewielki koszt w porównaniu na przykład do kosztów paliwa, które ponoszą linie lotnicze. A trzeba pamiętać, że na bezpieczeństwo każdego pasażera w locie z punktu A do punktu B patrzy kilkuset kontrolerów – podkreśla Janiszewski.

Przekonuje, że agencje nawigacyjne w krajach unijnych potrzebują nowych inwestycji, aby bezpiecznie prowadzić tysiące samolotów, jakie codziennie latają na europejskim niebie – tylko w Polsce to ponad 2 tys. samolotów na dobę.

Z tą argumentacją nie zgadza się Jacek Krawczyk, przewodniczący Grupy Pracodawców Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, autor opinii na temat Wspólnego Europejskiego Nieba II+ i innych aspektów europejskiego rynku lotniczego. Jego zdaniem nowe rozwiązania mają właśnie głównie zwiększyć bezpieczeństwo lotów.

 – Wspólne europejskie niebo to po pierwsze lepsza organizacja ruchu lotniczego w Europie. To mniej opóźnień dla pasażerów, mniej kosztów ponoszonych przez linie lotnicze i większa efektywność działania europejskich agencji nawigacyjnych – przekonuje Krawczyk.

Jak tłumaczy, obecny system, w ramach którego funkcjonuje 28 systemów prawnych poszczególnych krajów, jest o połowę mniej wydajny niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie obowiązuje jedna przestrzeń powietrzna. Tam jest około dwudziestu tzw. centrów koordynacji obszarowych, w Europie – ponad sześćdziesiąt. Po zmianach zniknie ponad jedna trzecia z nich.

 – Cała ta zawierucha, jaka się w tej chwili rozpoczyna, dotyczy tego, żeby bronić status quo, które polega na tym, że pracujemy dwa razy drożej z dwa razy większą liczbą kontrolerów, za co zapłacą linie lotnicze i pasażerowie – mówi Krawczyk. – To jest po prostu nieskoordynowany twór, który jest skrajnie nieefektywny i którego ryzyko w mojej ocenie jest wyższe, niż gdyby nastąpiła pełna koordynacja procedur i podmiotów biorących udział w tym procesie.

Jak dodaje, kontrolerzy, chroniąc teraz swoje miejsca pracy, nie myślą o przyszłości, kiedy międzynarodowa konkurencja – która dotyczy też nawigacji lotniczej – wymusi konieczne zmiany. Efektem będzie zahamowanie rozwoju lotnictwa europejskiego, co dotknie również bezpośrednio kontrolerów.

 – Możemy za te same pieniądze, za tymi samymi nakładami czasu osiągnąć dużo lepsze parametry i wyniki, bezpieczeństwa również  przekonuje Krawczyk. – Zredukować opóźnienia, co też jest kluczową sprawą dla pasażerów. Nie ma żadnego powodu, żeby dla obrony socjalnej pozycji bardzo uprzywilejowanej i wysokich wynagrodzeń Europejczycy mieli to tolerować.

Sukcesy sportowców przyciągają coraz większe budżety marketingowe

Spektakularne wyniki sportowców, jak wygrana Łukasza Kubota w deblu w Australian Open, przyciągają uwagę marketingowców. Osiągnięcie sukcesu to jednak dopiero początek,  bo tu liczy się powtarzalność. Marketingowcy są natomiast coraz bardziej świadomi możliwości, jakie oferują im najpopularniejsze dyscypliny sportowe.

Marketingowcy sportowi mogą pomóc zawodnikom zdobyć sponsorów, utrzymać popularność, zaplanować karierę. Ale najpierw potrzebny jest sportowy sukces. A im więcej, najlepiej następujących po sobie, zwycięstw, tym o zainteresowanie łatwiej.

 – Sportowy sukces to przepustka uchylająca wcześniej zamknięte drzwi. Ale to nie działa automatycznie. By sukces wykorzystać, trzeba dalej działać, trzeba się pokazywać, bywać, rozmawiać z marketingowcami. Rzadko zdarza się, żeby po jakimś sukcesie natychmiast pojawiali się sponsorzy z lukratywnymi ofertami. To znacznie dłuższy proces, dlatego najlepiej, jeśli sukcesy się powtarza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes firmy Sport Management Polska.

Zainteresowanie marketingowców czy zdobycie sponsorów wymaga wysiłku, zwłaszcza że nie w każdej dyscyplinie jest o nich równie łatwo.

 – Istnieje rodzaj piramidy zainteresowania, jeżeli chodzi o sponsorów. Wiąże się ona z zainteresowaniem konsumentów, widzów, telewidzów i słuchaczy daną dyscypliną. Na szczycie tej piramidy jest piłka nożna, nawet jeśli nie osiągamy w niej żadnych sukcesów – tłumaczy Grzegorz Kita.

Prezes przypomina, że nawet za najlepszych czasów Adama Małysza skoki narciarskie pod względem popularności ledwo wyprzedzały piłkę nożną, choć drużyna narodowa nie miała się czym pochwalić. Zwykle dyscypliny drużynowe przykuwają największą uwagę, mają najwięcej kibiców i są bardziej preferowane przez sponsorów.

 – Podstawowe trio to: piłka nożna, koszykówka i siatkówka. Ale i tu są różne półki – nie każda dyscyplina ma szeroko otwarte drzwi do sponsorów, nie każda budzi ogólne zainteresowanie. W Polsce to na przykład piłka ręczna – komentuje szef Sport Management Polska.

Inaczej jest w przypadku sportów indywidualnych. Choć są kibice zainteresowani konkretnymi dyscyplinami, to ich popularność, również wśród marketingowców, w dużej mierze zależy od odnoszących sukcesy zawodników.

 – W większości takich dyscyplin bardziej interesujemy się twarzą, gwiazdą rywalizacji. W połowie roku 2000 bardziej interesowano się Otylią Jędrzejczak niż samym pływaniem. Dziś kibice biegów narciarskich tak naprawdę interesują się Justyną Kowalczyk. Po odejściu Roberta Kubicy z Formuły 1 zainteresowanie zawodami drastycznie spadło – wylicza Grzegorz Kita.

Zdarzają się jednak wyjątki: po Otylii Jędrzejczak pojawiło się grono utalentowanych polskich pływaków, którzy podtrzymali zainteresowanie. Podobnie niezła drużyna skoczków narciarskich przykuwa uwagę publiczności, choć Adam Małysz już skończył karierę skoczka.

Zainteresowanie marketingowców sportem zawsze budzą wielkie imprezy międzynarodowe, a w takich sytuacjach rośnie pozycja sportu z punktu widzenia możliwości działań marketingowych.

 – To jednak tylko punkt wyjścia, początek dalszych działań od strony organizacji sportowych. Przykład Euro 2012 pokazał wielu marketingowcom, jaka jest siła i skala zjawiska marketingowego tego typu przedsięwzięcia – uważa Grzegorz Kita.

Prezes podkreśla, że największe imprezy mają bardzo zamknięte i hermetyczne struktury sponsorskie dominujące w reklamach i komunikacji.

 – Dlatego wielu marketingowców nie widzi tam dla siebie miejsca. Za to każda taka impreza poprawia ogólną pozycję sportu w ich świadomości – podsumowuje Kita.

Cyfrowa dystrybucja muzyki zmienia polski rynek fonograficzny

CEO Magazyn Polska

Ostatnie kilka lat było dla rynku muzycznego wyjątkowo korzystne. W 2012 roku po raz pierwszy od 1998 światowy przemysł fonograficzny zaliczył minimalny wzrost przychodów. Pomyślne trendy dotarły także do Polski, która jest w trakcie kluczowych przemian w branży.

Rewolucję w polskiej branży fonograficznej zwiastują serwisy streamingowe. W 2012 roku przychody związane z dystrybucją cyfrową wzrosły o 77 procent, a popularność platform takich, jak Spotify lub WiMP ciągle rośnie. Portale związane ze streamingiem pozwalają na słuchanie muzyki bez konieczności pobierania jej na dysk zewnętrzny. Dzięki łączu internetowemu użytkownik ma dostęp do ogromnej ilości muzyki w dowolnym miejscu i czasie.

Polski przemysł fonograficzny znajduje się w przełomowym momencie. Jest to efekt wejścia na nasz rynek zachodnich potentatów związanych z dystrybucją cyfrową. Mówimy tutaj o serwisach streamingowych takich, jak Spotify, Deezer oraz iTunes. Firmy te udostępniają słuchaczom pliki w niskich cenach. Za 10 lub 20 złotych użytkownik może wykupić miesięczny abonament, który daje mu dostęp do 20 mln utworów. Konsument dostał więc możliwość legalnego przesłuchiwania muzyki za cenę mniejszą niż jedna płyta – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Patryk Gałuszka z Uniwersytetu Łódzkiego.

Mimo coraz większej popularności cyfrowej dystrybucji muzyki, to sprzedaż nośników fizycznych jest najbardziej opłacalnym biznesem dla polskich wytwórni fonograficznych. Sprzedane płyty generują 80 procent wszystkich dochodów przemysłu.

Polski rynek cały czas znajduje się w epoce płyt kompaktowych. Słuchacze w większości przypadków stwierdzają, że to właśnie CD jest dominującym przekaźnikiem. Również żaden z wydawców nie zadeklarował, że głównym elementem ich oferty są pliki muzyczne – dodaje dr Patryk Gałuszka.

Jedną z ważniejszych cech rodzimego rynku fonograficznego jest jego elastyczność. Dzięki temu w Polsce swobodnie działają giganci tacy, jak Universal, Sony, Warner, Parlophone oraz niezależne wytwórnie. Szacuje się, że produkcje spod znaku tzw. independent labels stanowią obecnie ok. 14 procent wszystkich wydawnictw.

Różnorodność polskiego przemysłu muzycznego związana jest z istnieniem na rynku zarówno wytwórni wielkich, jak i tych niszowych. W Polsce znajdziemy potentatów rynku światowego, którzy wydają płyty z dominującymi gatunkami muzycznymi oraz mikrowytwórnie prowadzone przez jedną osobę zatrudnioną na etacie w zupełnie innej branży, która po godzinach własnymi siłami wydaje wartościowe nagrania na winylach lub nawet kasetach – wyjaśnia Gałuszka. 

Przychody polskiej branży fonograficznej w latach 2011 i 2012 stanowiły 1 procent przychodów przemysłu muzycznego w skali globalnej. Pozwoliło to uplasować się dystrybutorom na odpowiednio 22. i 23. miejscu na świecie.

Przetargi: rok 2013 pod znakiem śmieci i odpadów

W całym roku 2013 w porównaniu z rokiem 2012, w Biuletynie Zamówień Publicznych pojawiło się o 1,6 procent więcej ogłoszeń o wszczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego – wynika z opracowania wykonanego przez serwis eGospodarka.pl. Z zapaści wychodzi budownictwo, co dało się szczególnie zauważyć w drugiej połowie 2013 roku. Jednak publicznym zamówieniom w ubiegłym roku ton nadawały śmieci, a w szczególności zamówienia związane z gospodarką odpadami, a to za sprawą tzw. „ustawy śmieciowej”, która weszła w życie w połowie 2013 roku.

Z danych zebranych i opracowanych przez serwis www.Przetargi.eGospodarka.pl wynika, że w całym roku 2013 w Biuletynie Zamówień Publicznych pojawiło się 184 tys. 827 ogłoszeń o wszczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, o 2879 więcej niż rok wcześniej.

W roku 2013 wzrost liczby postępowań o udzielenie ZP względem roku poprzedniego zanotowano w dwóch z trzech notowanych kategorii: w zamówieniach na dostawy usług oraz w zamówieniach na prace remontowo-budowlane. Wzrosty te wyniosły odpowiednio 3,63 proc. (usługi) oraz 1,73 proc. (prace budowlane).

Rok 2013 nie okazał się wprawdzie szczególnie pomyślny dla firm budowlanych pracujących dla sektora publicznego, bowiem liczba ogłoszonych w roku 2013 przetargów na prace budowalne była zauważalnie poniżej średniej za lata 2008-2012. Jednak wart mocnego podkreślenia jest – prawdopodobnie już bardziej trwały – wzrost skali ogłaszanych przetargów na prace budowlane, obserwowany już od II kw. 2013 roku. W ostatnim, IV kwartale 2013 roku ogłoszono o 6,53 proc. więcej zamówień na prace budowlane niż rok wcześniej, w III kw. 2013 roczna dynamika zamówień dla sektora budowlanego wyniosła 6,70 proc.

Liczba przetargów na prace budowlano-remontowe w roku 2013 była zauważalne mniejsza niż w szczytowym okresie boomu inwestycyjnego związanego z przygotowaniami do Euro 2012 (lata 2010 i 2011). Jednak spowolnienie w tym segmencie zostało według wszelkiego prawdopodobieństwa powstrzymane i branża budowlano-remontowa zaczyna z sektora publicznego pozyskiwać coraz więcej zamówień.

W 2013 roku wystąpił dość istotny wzrost liczby postępowań przetargowych w kategorii dostaw usług. Tak istotny wzrost ma jednak charakter jednorazowy, bowiem został niemal w całości wygenerowany przez przetargi z zakresu gospodarki odpadami. Zamówienia na usługi związane z gospodarką odpadami były liderami zestawień najczęstszych zamówień przez niemal całe pierwsze półrocze ubiegłego roku. Gminy zostawiły sobie wdrażanie regulacji wynikających ze słynnej „ustawy śmieciowej” niemal na ostatnią chwilę, stąd też pierwsze półrocze zostało zdominowane przez zamówienia na wywóz odpadów, przetwarzanie ich, recykling czy transport.

Podmioty organizujące w 2013 roku zamówienia publiczne najczęściej wybierały formę przetargu nieograniczonego. Na taką formę zdecydowano się w 175 tys. 563 postępowań o udzielenie zamówienia publicznego, czyli 95,12 proc. wszystkich postępowań. Forma ta jest najbardziej przejrzystym sposobem organizowania zamówienia publicznego. Dla urzędników zajmujących się w różnych instytucjach obsługą zamówień jest to również najbardziej bezpieczna forma, pozwala bowiem na uniknięcie zarzutów korupcji czy niegospodarności. Jest to również dość szybki tryb, bowiem postępowanie jest jednoetapowe.

Na zamówienie w trybie przetargu ograniczonego zdecydowano się w przypadku 770 postępowań, czyli w 0,42 procent wszystkich zamówień. Negocjacje z ogłoszeniem wybrano w 0,04 organizowanych w 2013 postępowań o udzielenie zamówienia publicznego.

Pozostałe formy – czyli dialog konkurencyjny, negocjacje bez ogłoszenia, zamówienie z wolnej ręki czy zapytanie o cenę – zastosowano w 4,43 proc. organizowanych w 2013 roku postępowań o udzielenie zamówienia publicznego. Form takich użyto w roku 2013 w przypadku 8 tys. 168 postępowań.

Co dziesiąty przetarg w Warszawie

W 2013 roku najwięcej przetargów ogłoszono w Warszawie. Instytucje zlokalizowane w stolicy opublikowały w ubiegłym roku aż 18 tys. 498 ogłoszeń o udzielenie ZP, co stanowi ponad 10 procent wszystkich ogłoszeń w kraju. Stan ten nie powinien jednak dziwić. W Warszawie ma swoją siedzibę wiele centralnych urzędów, organów administracji oraz innych podmiotów publicznych, zobowiązanych do stosowania prawa zamówień publicznych.

Z drugiego w zestawieniu miasta, czyli Krakowa, w 2013 roku pochodziło 7 tys. 449 ogłoszeń przetargowych, czyli ponad dwukrotnie mniej niż z Warszawy. W trzecim w rankingu Wrocławiu ogłoszono w 2013 roku 5 tys. 139 postępowań o udzielenie zamówienia publicznego. Na kolejnych miejscach znalazły się Poznań (4.635 ogłoszeń), Łódź (3.746), Katowice (3.741), Lublin (3.184), Rzeszów (3.013), Gdańsk (2.886) oraz Szczecin (2.809).

Budżetowa katastrofa. Gospodarka przyspiesza

Rok 2013 upłynął pod znakiem znacznego przeszacowania wpływów budżetowych, który to spadek zaowocował koniecznością szybkiej nowelizacji budżetu państwa, połączonej z dużymi cięciami wydatków. W efekcie ucierpiały budżety całej sfery publicznej, bowiem na skutek cięć i spadku dochodów podatkowych ucierpiały również budżety samorządowe.

Na szczęście w drugiej połowie ubiegłego roku coraz lepsze wieści zaczęły nadchodzić z gospodarki. Produkcja przemysłu po wcześniejszych spadkach oraz stagnacji wystrzeliła w górę. Rósł eksport. Przez sporą część roku spadało bezrobocie liczone w relacji – oczywiście skala tego spadku nie była spektakularna, ale wskazywała na odwrócenie negatywnych tendencji na rynku pracy.

W efekcie wzrost PKB zaczął przyspieszać. Według ostrożnych szacunków, jest bardzo prawdopodobne że za cały rok 2013 dynamika PKB przekroczyła poziom 2 procent. Ruszająca do przodu gospodarka uratowała budżet, bowiem zaczęła fiskusowi generować większe przychody, co pozwoliło z kolei na zmniejszenie deficytu wobec poziomu określonego w znowelizowanej ustawie budżetowej.

– Niestety równowaga budżetowa jest dość złudna. Publiczna kasa nadal wykazuje się wielkimi niedoborami, więc rząd już niemal histerycznie szuka pieniędzy. „Nacjonalizacja” części aktywów OFE zgromadzonych w obligacjach pozwoli na księgowy manewr zmniejszenia relacji zadłużenia do PKB. Poszerzanie bazy podatkowej i zwiększanie opodatkowania to z kolei przejawy rosnącego fiskalizmu państwa – mówi Beata Szkodzin, wydawca serwisu eGospodarka.pl. – Rządowi już tak drastycznie brakuje pieniędzy, że zaczyna sięgać po ostateczne rezerwy. Bo jak inaczej wytłumaczyć pomysły objęcia nowymi daninami tzw. umów śmieciowych, czyli zatrudniania na podstawie umów cywilnoprawnych? Czy budzące wątpliwości pomysły na zwalczanie zjawiska tzw. optymalizacji podatkowej? Niestety polska gospodarka nie jest innowacyjna. Jej głównym atutem są niskie koszty pracy, więc każda próba zwiększenia tych kosztów zakończy się w obecnych warunkach katastrofą społeczno-ekonomiczną – dodaje Beata Szkodzin.

Rok pod znakiem śmieci

Dominującym przedmiotem zamówień publicznych w roku 2013 były śmieci, a w szczególności usługi gospodarki odpadami. Wchodząca w życie od lipca 2013 ustawa o gospodarowaniu odpadami wymusiła na gminach przeprowadzenie szeregu postępowań przetargowych – na usługi wywozu odpadu, ich utylizacji czy przetwarzania. Dlatego zamówienia publiczne w drugim kwartale ubiegłego roku były zdominowane przez niemal wyłącznie przetargi „śmieciowe”. Znalazło to odbicie w całorocznych statystykach: w 2013 roku ogłoszono 1.785 postępowań na usługi wywozu odpadów pochodzących z gospodarstw domowych, o 968,86 proc. więcej niż rok wcześniej. Na usługi transportu odpadów pojawiło się 1.970 ogłoszeń, o 369,05 proc. względem roku poprzedniego, na usługi związane z odpadami 1.964 ogłoszenia (roczna dynamika w wysokości 327,89 procent), na usługi wywozu odpadów 1.951 ogłoszeń, o 148,54 proc. więcej niż w 2012.

Kolejnym sektorem o mocnej, dodatniej dynamice liczby zamówień było wspomniane już budownictwo. W roku 2013 na roboty w zakresie burzenia i rozbiórki obiektów budowlanych oraz roboty ziemne pojawiły się 2.784 ogłoszenia przetargowe, o 24,17 procent więcej niż rok wcześniej. Na roboty w zakresie przygotowania terenu pod budowę i roboty ziemne opublikowano w 2013 roku w BZP 4.166 ogłoszeń, o 23,62 proc. więcej w porównaniu z rokiem 2012. Na wykonanie robót rozbiórkowych 1.974 ogłoszenia (przyrost o 21,63 procent), na roboty instalacyjne wodno-kanalizacyjne i sanitarne 3.771 ogłoszeń (o 21,45 proc. więcej niż w 2012), na przygotowanie terenu pod budowę 3.587 ogłoszeń (przyrost o 21,35 proc.), na tynkowanie 2.950 ogłoszeń (o 19,53 proc. więcej w skali roku), na roboty wykończeniowe w zakresie obiektów budowlanych 3.727 ogłoszeń (+16,40 proc.), na roboty w zakresie burzenia, roboty ziemne 1.396 postępowań (+15,19 proc.). Zwiększyła się ponadto liczba zamówień publicznych na roboty instalacyjne elektryczne (o 15,16 proc.), usługi inżynieryjne w zakresie projektowania (+14,29), roboty instalacyjne w budynkach (o 13,77 proc.), roboty w zakresie budowy dróg (+13,51 proc.).

96,6% – rekordowy wzrost przychodów w Rainbow Tours

Zarząd Rainbow Tours S.A. poinformował, że wartość jednostkowych przychodów ze sprzedaży z tytułu organizacji imprez turystycznych grudniu 2013 r. wyniosła 52,3 mln złotych, co w porównaniu z analogicznym okresem 2012 r., w którym przychody wyniosły 26,6 mln złotych, stanowi wzrost sprzedaży o 96,6 %.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z tak dobrych wyników w grudniu. Udało nam się je osiągnąć w dużej mierze dzięki wzrostom sprzedaży naszej egzotyki. Rekordy popularności biją kierunki realizowane Dreamlinerem bez przesiadek i międzylądowań na Kubę, Sri Lankę, do Meksyku i Tajlandii, a także nowość czarterowa -Gambia – mówi Remigiusz Talarek-wiceprezes Rainbow Tours.

Przychody ze sprzedaży narastająco za okres od 1 stycznia do 31 grudnia 2013 roku wyniosły 769,6 mln zł i są wyższe o 30,6 %, od przychodów za okres od 1 stycznia do 30 grudnia 2012 roku, które wyniosły 589,1 mln zł.

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży Grupy Kapitałowej Rainbow Tours S.A. wyniosły w grudniu 52,4 mln złotych, co w porównaniu z analogicznym okresem 2012 r., w którym przychody wyniosły 27,5 mln, stanowi wzrost sprzedaży o 90,5 %. W rachunku narastającym od 1 stycznia do 31 grudnia 2013 grupa osiągnęła prawie 33 % wzrostu.

Pozycjonowanie lokalne – 7 wskazówek jak być wysoko

Zgodnie z danymi przedstawianymi przez Google Miejsca – aż 97% konsumentów poszukuje informacji na temat firm lokalnych w Internecie. Pojawienie się opcji wyszukiwania lokalnego pozwala internaucie poszukującemu określonych usług za pośrednictwem wyszukiwarki zobaczyć w pierwszej kolejności firmy i strony internetowe firm z okolicy, nawet jeśli w wyszukiwanej frazie użytkownik nie umieścił nazwy miasta. Jakie działania powinien podjąć przedsiębiorca, który chce znaleźć się wysoko na liście wyników lokalnego wyszukiwania? Poniżej przedstawiamy kilka wskazówek.

1. Dodaj wizytówkę w Miejsca Google.

Wizytówka firmy w Miejscach Google dostarczy użytkownikom wielu użytecznych informacji na temat twojego biznesu. Od ilości i jakości umieszczonych przez Ciebie informacji zależy, na jakiej pozycji wyświetlać się będzie Twoja wizytówka, dlatego też zadbaj o podanie jak najbardziej szczegółowych danych o firmie (adres i obszar działania, dni i godziny otwarcia, krótki opis świadczonych usług, zdjęcia siedziby firmy i produktów, informacje na temat możliwych sposobów płatności, adres strony firmowej). Pamiętaj także o tym, aby dodać odpowiednią kategorię dla swojego biznesu – dzięki temu twoja firma pojawi się w wynikach wyszukiwania dla słów kluczowych związanych z branżą w której działasz.

Warto także przemyśleć kwestię zamieszczenia dodatkowych elementów takich jak zdjęcia czy materiały video z Youtube. Postaw pinezkę w miejscu, gdzie prowadzisz swój biznes, a na swojej stronie firmowej umieść link do wizytówki w Miejscach Google.

Uwaga! Przy pozycjonowaniu firmy w obrębie map Google sprawdź, czy Twoja firma istnieje w bazie Google tylko pod jednym adresem i numerem telefonu. Duplikowanie danych firmy mogą mieć negatywny wpływ na pozycje wizytówki firmy w obrębie wyników Google.

2. Zadbaj, aby twój biznes znajdował się w odpowiednich bazach

Miejsca Google to aplikacja czerpiąca informacje z zewnętrznych katalogów lokalnych przedsiębiorców. Dlatego też niezwykle ważne jest, aby twoje dane jako przedsiębiorcy widniały w jak największej ilości baz tego typu. Warto zatem poszukać katalogów, w których możemy umieścić dane teleadresowe naszej firmy. Istotne jest, aby zamieszczone w nich dane zawierały adres, kontakt telefoniczny oraz adres strony internetowej i co najważniejsze – że wszędzie umieściliśmy ten sam format nazwy, adresu i numeru telefonu. Elementy te „wiążą” naszą firmę w wielu lokalizatorach, dlatego wszędzie powinny być identyczne.

Aby podnieść pozycję Twojej firmy na mapie Google należy zadbaj o wiarygodne referencje dla Twojego wpisu w lokalizatorach takich jak Zumi, Firmy.net, YellowPages, EuroPages, Kompass, Do Celu, Panorama Firm, Polskie Książki Telefoniczne, Automapa.

3. Dbaj o to, aby linki do twojej strony znajdowały się na innych witrynach

Jeżeli zależy Ci na budowaniu wiarygodności i wysokiej pozycji w Miejscach Google zadbaj o to, aby link do strony internetowej twojego biznesu pojawiał się na innych witrynach internetowych. Im większa ilość stron internetowych będzie zawierała takie odesłanie, tym wyższa wartość Trust Rank będzie przypisana twojej witrynie. Poza zdobywaniem linków, ważna jest także obecność nazwy naszej firmy (a najlepiej i danych teleadresowych) na innych stronach internetowych. Drugim czynnikiem wpływającym na współczynnik Trust Rank jest czas – im dłużej twoja strona jest w sieci, tym lepiej jest pozycjonowana.

4. Pomyśl nad nazwą firmy odnosząca się do lokalizacji

Kolejnym przydatnym zabiegiem jest umieszczenie w nazwie firmy dodanej do bazy Miejsc Google nazwy miejscowości w której prowadzisz działalność. Google na szczycie listy wyszukiwania Miejsc Google umieszcza bowiem stronę, która ma w nazwie wyszukiwane słowa kluczowe (np. jeżeli wyszukujemy frazę „restauracja tajska Kraków” na szczycie listy wyników pojawią się te lokale gastronomiczne, których nazwa pasuje do wyszukiwanej frazy).

5. Zadbaj o opinie i rekomendacje w sieci

Algorytm jaki stosuje Google przy pozycjonowaniu firmy opiera się także na zamieszczanych w sieci opiniach. Warto zatem zadbać o to, aby nasi klienci zamieszczali swoje opinie i rekomendacje, najlepiej na portalach takich jak Trip Advisor, CitySearch oraz Yelp. Witryny te Google uważa za wiarygodne.

6. Stwórz wersję mobilną strony

Lepszą pozycję w wynikach wyszukiwania w Miejscach Google uzyskasz tworząc wersję mobilną strony internetowej zgodnie z zasadą responsive web design (tworzenie witryn internetowych dostosowujących się do szerokości ekranu na którym jest oglądana). To bardzo ważne, gdyż pół roku temu pojawiła się informacje, że w wyszukiwarce Google na smartfony i tablety, strony niedostosowane do urządzeń mobilnych będą znacznie słabiej pozycjonowane*.

7. Doceniaj rosnące znaczenie mediów społecznościowych w pozycjonowaniu twojej firmy

Google wprowadziło nową funkcjonalność, zbierającą rekomendacje użytkowników Google+ na temat lokalnych firm. Chodzi o usługę Google+ Lokalnie, która jest zintegrowana z wyszukiwarką, mapami oraz aplikacjami mobilnymi. Wpisy firm w Miejscach Google są konwertowane na swoje odpowiedniki w Google+ Lokalnie, która wizualnie są znacznie bardziej atrakcyjne niż wpisy w Miejscach Google. Co więcej otrzymany w Google+ wynik opatrzony jest dodatkowo ocenami i opiniami znajomych użytkownika. Póki co korzystanie z Google+ Lokalnie stanowi alternatywę dla Miejsc Google. Docelowo koncern dąży jednak do stworzenia pojedynczej strony do zarządzania obecnością firmy online.

Podsumowując:

Wyszukiwanie lokalne, to przede wszystkim ogromna szansa dla małych i średnich firm, o których istnieniu użytkownik dowiaduje się doraźnie, poszukując doraźnie konkretnej usługi w sieci. Działając jako lokalny przedsiębiorca masz do dyspozycji wyjątkowo skuteczne narzędziami serwujące twoim potencjalnym klientom dostęp do informacji, jak, kiedy i gdzie mogą skorzystać z twoich usług. Stosując się do podanych wskazówek sprawisz, że Google będzie wyżej pozycjonował twój wpis, a Ty zyskasz nowych klientów.

* Google ma karać za brak strony mobilnej?, Interaktywnie.com, 21 czerwca 2013

Jeżeli chcesz, aby pozycjonowaniem Twojej strony zajęli się profesjonaliści skorzystaj z oferty Emerald Media.

Chcesz odliczyć 100% VAT-u od samochodu osobowego?

Od 1 stycznia 2014 r. przedsiębiorcy mogą odliczać cały VAT od zakupu samochodów z homologacją ciężarową. Podatkowe eldorado nie potrwa jednak długo – rząd w trosce o stan budżetu chce ograniczyć odliczenia. Wczoraj w tej sprawie przyjęto projekt zmian w ustawie o VAT. Powstaje pytanie, czy gospodarka nie zyskałaby więcej, gdyby firmy mogły odliczać cały VAT od nowego samochodu?

Obecnie kupując samochód wart 100 tys. zł i odliczając VAT, możemy zaoszczędzić prawie 19 tys. zł. Warunkiem jest zakup homologacji ciężarowej N1, co może wiązać się z montażem w aucie „kratki”. Po zmianach będzie można odliczać jedynie 50% VAT-u od zakupu samochodu, jednak ten już nie będzie musiał posiadać homologacji N1. Pełne odliczenie pozostanie tylko dla tych, którzy zadeklarują wykorzystanie samochodu jedynie w celach służbowych. Będzie też możliwość odliczenia 50% VAT-u od kupionego paliwa, jednak dopiero od połowy 2015 roku.

Ministerstwo Finansów zapowiadało, że niekorzystne dla przedsiębiorców zmiany będą obowiązywać od 1 marca 2014 roku. Jednak dopiero wczoraj projekt zmian został przyjęty przez rząd, do parlamentu trafi zapewne na początku lutego, a na biurku prezydenta znajdzie się na przełomie lutego i marca. Zmiany zostaną więc wprowadzone później niż planowano, jednak zapobiegliwi powinni pomyśleć o kupnie samochodu jeszcze w lutym.

– Rząd wprowadza ograniczenie w odliczeniach, ponieważ chce zwiększyć wpływy do budżetu. Jednak obecna sytuacja zwiększa popyt na auta wśród przedsiębiorców, którzy kupują 60% wszystkich nowych samochodów w polskich salonach. Pozostawienie tej ulgi mogłoby wesprzeć cały przemysł motoryzacyjny, tym bardziej gdy z polskich fabryk wyjeżdża coraz mniej samochodów. A jest to w naszej gospodarce bardzo ważna branża – odpowiada za 14% eksportu, a zatrudnienie znalazło w niej 750 tys. osób – komentuje Marcin Lekki, analityk Bankier.pl

Czytaj więcej na: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Rzad-sie-spieszy-diabel-sie-cieszy-walka-z-odliczeniem-VAT-od-aut-z-kratka-3046279.html

Facebook pośredniakiem XXI wieku

Media społecznościowe dawno przestały spełniać wyłącznie swoje podstawowe role na scenie nowych mediów. Serwisy, które w założeniu miały wyłącznie służyć pogłębianiu prywatnych znajomości, dzielenia się wydarzeniami ze swojego życia, przyjęły rolę rozbudowanych platform, które służą między innymi do informowania o bieżących wydarzeniach, czy komunikacji marki z odbiorcą. Coraz częściej jednak, młodzi ludzie na Facebooku zaczynają szukać pracy. Czy ten trend ulegnie wzrostowi i czy portal Zuckerberga stanie się panaceum na bezrobocie wśród młodych?

Z pewnością jest to wygórowany wniosek, jednak warto temu zagadnieniu przyjrzeć się nieco bliżej. Co sprawia, że Facebook staje się atrakcyjną formą poszukiwania pracy? Przede wszystkim liczba zarejestrowanych użytkowników. Według badania przeprowadzonego przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research na zlecenie Absolvent.pl, aż 86% osób w przedziale wiekowym 18-30 lat posiada profil na Facebooku. Co więcej, jest to grupa w której życiu codziennym Internet stanowi bardzo istotną część, nie tylko na urządzeniach stacjonarnych, ale również mobilnych, takich jak smartfony czy tablety.

Z tego samego raportu wynika jednak, że ofertom pracy na Facebooku ufa jedynie 14% badanych. Z czego może to wynikać? Prawdopodobnie z tego, że poszukiwanie potencjalnych pracowników ogranicza się wciąż jedynie do branży agencji interaktywnych, PR i reklamowych. Jest to uzasadnione działanie, gdyż media społecznościowe stanowią jeden z kluczowych obszarów działania ww. podmiotów.

Warto jednak, by reprezentanci pozostałych gałęzi biznesu uświadomili sobie potencjał drzemiący w tak ogromnej bazie danych. Oczywiście nie znaczy to, że należy zrezygnować z dotychczasowych form zarządzania zasobami ludzkimi, ale jedynie uzupełnić dotychczasowe działania o nowe pola. Co jednak z portalami skoncentrowanymi stricte na rozwój zawodowy?

Na pewno poszukujący pracy powinni zadbać o obecność na platformach takich jak GoldenLine lub LinkedIn. To, co jednak odróżnia ich od Facebooka, to konieczność często żmudnej pracy nad nadaniem takiemu profilowi atrakcyjnego kształtu dla pracodawcy. O ile taka praca zwykle się opłaca, to jednak Facebook pozwala zaoszczędzić ten czas. – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA365NET – Co więcej, znajdują się tam narzędzia niedostępne dla pozostałych platform, które z pewnością pomogą osobom kreatywnym wybić się z ogromu kandydatur. Podsumowując: aby skutecznie szukać pracy w portalach społecznościowych, należy zaopatrzyć się w różnorodną paletę możliwości i nie poprzestawać na jednym narzędziu.

Inny jest również styl prowadzonej komunikacji na poszczególnych serwisach. Jest to jednocześnie szansa, jak i pułapka dla szukających pracy. Facebook ma charakter zdecydowanie bardziej nieformalny, dzięki czemu możliwe jest podejście do pracodawcy z mniejszym dystansem niż zazwyczaj. Pamiętać należy jednak, że jest to miecz obosieczny – rekruterzy też korzystają z tych samych mediów i nie wahają się ich użyć, aby sprawdzić kandydatów. Poniżej przedstawiamy kilka wskazówek, jak ustrzec się przed kompromitacją w social media w oczach firmy, do której aplikujemy.

1. Zapoznaj się z ustawieniami prywatności

Jeśli nie zależy Ci na tym, aby Twoje informacje były powszechnie dostępne, nie musisz rezygnować z zamieszczania zdjęć z przyjęć, na których nie wyglądasz zbyt korzystnie. Najprostszym rozwiązaniem jest ukrycie zawartości swojego profilu dla nieznajomych, z wyłączeniem informacji o wykształceniu, czy miejscach w których pracowałeś. Co więcej, Facebook pozwala na tworzenie list znajomych, a przy każdym zamieszczeniu statusu/zdjęcia/wideo, istnieje możliwość określenia dla kogo dany post powinien być widoczny.

2. Kontrowersja – twój wróg

Facebook jako platforma do wymiany myśli i poglądów często kusi zamieszczaniem swoich własnych poglądów na kontrowersyjne tematy. Nie ma nic złego w wyrażaniu własnej opinii na bieżące tematy, jednak wdawanie się w kłótnie w komentarzach (tzw. flame wars) nie świadczy zbyt dobrze o opanowaniu i zarządzaniu swoim profilem. Pamiętaj – pod każdym komentarzem podpisujesz się z imienia i z nazwiska.

3. Uzupełnij profil

Uzupełnienie rubryk dot. wykształcenia, doświadczenia zawodowego, znanych języków trwa kilka chwil, a może znacząco zwiększyć Twoje szanse w poszukiwaniu pracy. Aż 45% badanych w raporcie Absolvent.pl twierdzi, że takie informacje zdecydowanie pomagają w znalezieniu pracy.

Poszukiwanie pracy to często żmudne i frustrujące zajęcie. Warto jednak poświęcić parę chwil, aby dopracować wszystkie dostępne narzędzia, aby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Najważniejsze jednak, aby podejść do tego z głową – wtedy dopiero nasze działania w tym zakresie staną się skuteczne i pozwolą nam pożegnać się z bezrobociem.

Ogólnopolski konkurs dla firm szkoleniowych i doradczych

Centralne Biuro Certyfikacji Krajowej (CBCK) 3 lutego br. rozpocznie przyjmowanie zgłoszeń do trzeciej edycji ogólnopolskiego konkursu branżowego o tytuł: Firma Szkoleniowa Roku 2014, Firma Szkoleniowo-Doradcza Roku 2014 oraz Program Szkoleniowy Roku 2014.

Konkurs ma na celu wyłonienie instytucji oferujących usługi szkoleniowe i doradcze na najwyższym poziomie, realizowane w oparciu o autorskie programy przez wyspecjalizowaną kadrę trenerów. Szukamy jednostek szkoleniowych, które wyróżniają się na tle konkurencji fachowością i bogatym doświadczeniem; stosujących efektywne metody nauczania, przekładające się na budowanie wiedzy oraz kształtowanie praktycznych umiejętności kursantów i klientów. – mówi Marcin Andrzejewski, dyrektor programowy CBCK, przedstawiciel organizatora konkursu.

Laureaci w kategoriach Firma Szkoleniowa oraz Firma Szkoleniowo-Doradcza Roku 2014 zostaną wyłonieni przez Kapitułę Konkursu w kilku etapach, obejmujących między innymi ocenę przedłożonej dokumentacji oraz analizę wyników przeprowadzonych wywiadów środowiskowych. W przypadku kategorii Program Szkoleniowy Roku 2014 nagroda zostanie przyznana ze szczególnym uwzględnieniem rekomendacji i opinii wystawionych przez uczestników szkoleń i kursów. Zwycięzcy konkursu zostaną ogłoszeni podczas konferencji prasowej w Polskiej Agencji Prasowej S.A. w Warszawie. Otrzymają certyfikat wraz z rocznym pakietem promocji, zapewnionym przez organizatora.

Termin przyjmowania zgłoszeń upływa 7 marca br. Pełne informacje o konkursie oraz zasadach weryfikacji zgłoszeń znajdują się na www.certyfikacjakrajowa.org.pl.

1,5 mln na transfer technologii otrzymała Politechnika Gdańska

Grant w wysokości 1,5 mln złotych na wsparcie transferu technologii otrzymało Centrum Transferu Wiedzy i Technologii Politechniki Gdańskiej. Dofinansowanie przyznało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach konkursu „Inkubator Innowacyjności”.

Pieniądze z grantu pozwolą na rozwijanie współpracy między środowiskiem naukowym Politechniki Gdańskiej a otoczeniem gospodarczym, m.in. poprzez udział w międzynarodowych wystawach i targach typu „science to business”. Ważnym celem na najbliższy czas jest także przygotowanie projektów komercjalizacji wyników badań naukowych i prac rozwojowych. CTWiT zamierza, w ramach grantu, finansować również prace przedwdrożeniowe, w tym dodatkowe testy laboratoryjne lub dostosowanie wynalazku do potrzeb zainteresowanego nabywcy.

O grant mogły starać się jednostki, które prowadzą aktywną działalność w zakresie komercjalizacji wyników badań naukowych i prac rozwojowych, tzn. takie, które od stycznia 2009 skomercjalizowały co najmniej 4 technologie i zgłosiły do ochrony patentowej – w kraju lub zagranicą – przynajmniej 15 wynalazków. Tylko 12 najlepszych jednostek zajmujących się transferem technologii otrzymało dofinansowanie.

– Od 2009 roku Politechnika Gdańska zgłosiła ponad 250 wynalazków do ochrony patentowej. Nasi pracownicy są autorami ponad 100 rozwiązań innowacyjnych, zrealizowaliśmy więcej niż 800 projektów i prac badawczych na zlecenie firm i złożyliśmy ponad 60 aplikacji o granty na realizację projektów wdrożeniowych w ramach konsorcjów naukowo-przemysłowych – wylicza mgr inż. Damian Kuźniewski, dyrektor Centrum Transferu Wiedzy i Technologii Politechniki Gdańskiej.

Pracownicy Politechniki Gdańskiej zaangażowani byli w komercjalizację i wdrożenie wielu rozwiązań, które odniosły rynkowy sukces. Opracowali m.in. unikalny w skali światowej system inteligentnego oświetlenia ulicznego SILED umożliwiający monitoring miejsc, natężenia ruchu, temperatury powietrza, zanieczyszczeń, etc. Warto przypomnieć także stosowany przez firmę projektową Geo-Expert „sposób zwiększania nośności oraz zmniejszania osiadania wielkośrednicowych pali wierconych”. Technologia przygotowana przez naukowców WILiŚ stosowana jest w mocno obciążonych konstrukcjach np. w podporach Estakady Kwiatkowskiego.

Pominąć nie można wprowadzenia na rynek leku na osteoporozę Ostemax 70 Comfort. Tabletki powstały w oparciu o nową technologię wytwarzania opracowaną przez zespół prof. Janusza Rachonia z Wydziału Chemicznego. Obecnie Ostemax kupuje 70 proc. chorych na osteoporozę – na rynku europejskim.

W połowie roku 2013 Politechnika Gdańska powołała spółkę celową Excento, która pomaga naukowcom w komercjalizacji wyników badań. Zadaniem firmy jest m.in. tworzenie tzw. spółek spin-off, które wdrażać będą wynalazki i technologie opracowane na uczelni. Z końcem września 2013 pracownicy Politechniki Gdańskiej utworzyli dwie takie spółki. NovaPUR sp. z o.o. zajmie się produkcją ekologicznych pianek poliuretanowych. Z kolei ChillID sp. z o.o. zamierza wprowadzić na rynek wskaźniki informujące o świeżości produktów spożywczych. Za pośrednictwem spółki celowej Excento, Politechnika Gdańska planuje uruchamiać trzy firmy odpryskowe rocznie.

– Spółka Excento świadczy na rzecz uczelni m.in. usługi przygotowania wyceny i wprowadzania do obrotu aplikacji mobilnych. Obecnie wprowadzane są aplikacje na platformę AppStore. W najbliższym czasie planuje się wdrożenie procedur umożliwiających komercjalizację wyników B+R poprzez inne platformy, np. Google Play, Windows Phone etc. – podkreśla Damian Kuźniewski.

Oficjalne wręczenie grantów odbędzie się 30 stycznia o godz. 11.00 w Warszawie, w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Grupa Onet.pl poszerza skład Zarządu

Grupa Onet.pl powołała nowych członków Zarządu – Jacka Dzięcielaka oraz Zbigniewa Ptaszyńskiego. Dzięcielak od początku roku odpowiada za sprzedaż, pełniąc funkcje CEO nowo powstałej spółki Media Impact Polska, natomiast Ptaszyński będzie odpowiedzialny za obszar e-commerce oraz rozwój płatnej oferty produktów z portfolio Grupy.

Jacek Dzięcielak jest absolwentem Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Ukończył również General Management Programme w CEDEP/INSEAD we Francji oraz posiada dyplom MBA University of Calgary. Ze sprzedażą i marketingiem jest związany od 1996 roku, kiedy rozpoczął pracę na stanowiskach menedżerskich w Kostrzyn Paper SA (obecnie Arctic Paper SA) oraz Cezex Sp. z o.o. W grupie HAVAS początkowo odpowiadał za tworzenie i rozwój Media Contacts – wyspecjalizowanej agencji zajmującej się komunikacją w nowych mediach. Od 2003 zarządzał domem mediowym Havas Media (dawniej Media Planning, później MPG) oraz grupą Havas Media Group w Polsce, w skład której wchodzą Havas Media, Arena Media Communications oraz Havas Sports & Entertainment.

Zbigniew Ptaszyński z początkiem lutego dołączy do Grupy i będzie odpowiadać za e-commerce oraz strategię rozwoju płatnej oferty. Raportować będzie do niego pion Zumi i E-commerce, Sympatia, a także dział Monetyzacji Produktów, New Business.

Ptaszyński przez kilka lat związany był z Grupą Allegro w której zajmował stanowisko Retail Integration and Logistics Directora, w latach 2011-2012 był Dyrektorem Operacyjnym Grupy. Przed pracą w Allegro pracował w Grupie Raben oraz zarządzał GLS Poland. Ptaszyński ukończył Wydział Zarządzania i Organizacji na Politechnice Poznańskiej.

Robert Bednarski, Prezes Zarządu Grupy Onet.pl: Bardzo się cieszę z powiększenia zespołu. Wejście do Grupy dwóch tak silnych ekspertów jakimi są Jacek i Zbyszek, z pewnością pozwali nam wzmocnić atrakcyjność i konkurencyjność oferty. Jako lider na rynku staramy się codziennie dostarczać naszym klientom coraz efektywniejsze i nowocześniejsze rozwiązania marketingowe – na tym polu wiedza i doświadczenie Jacka będą kluczowe. Chcemy także w pełni wykorzystać potencjał jaki stanowią użytkownicy odwiedzający serwisy Onet.pl, w kontekście produktów e-commerce oraz oferty płatnych usług, których rozwojem będzie kierował Zbyszek.

Zarząd Spółki Grupa Onet.pl S.A. obecnie stanowią:
Robert Bednarski – Prezes Zarządu
Renata Morlewska – Sipior – Członek Zarządu odpowiedzialna za Departament Finansów
Paweł Leżański – Członek Zarządu odpowiedzialny za Departament IT
Jacek Dzięcielak – Członek Zarządu odpowiedzialny za Sprzedaż
Zbigniew Ptaszyński – Członek Zarządu odpowiedzialny za Departament Monetyzacji i Akwizycji

Jeden, wspólny numer do zastrzegania kart płatniczych działa

Klienci banków, którzy utracą swój kartę mogą ją zablokować dzwoniąc pod 828 828 828. Numer działa przez całą dobę, zarówno w Polsce jak i poza granicami kraju. Uruchomienie linii to kolejny krok w rozbudowie systemu wymiany informacji.

Jest to narzędzie, które pozwala on na szybkie i efektywne zastrzeganie skradzionych lub zagubionych kart płatniczych, nawet jeśli jej posiadacz nie zna numeru telefonu do własnego banku.

Dzwoniąc pod nr (+48) 828 828 828 można z każdego miejsca na świecie, o każdej porze, zarówno z telefonów stacjonarnych jak i komórkowych zastrzec utraconą kartę. Sercem systemu jest zautomatyzowana infolinia IVR wykorzystująca technologię rozpoznawania mowy (portal głosowy). Posiadacz karty po wypowiedzeniu nazwy banku zostanie przekierowany do właściwej infolinii wydawcy. System rozpoznaje nazwy banku wypowiedziane na wszelkie, powszechnie wykorzystywane sposoby – uwzględnia skróty, pełne formy, pominięte słowa w pełnej nazwie, a w przypadku nazw banków o niepolskim brzmieniu będzie umożliwiał rozpoznawanie nazwy w oryginalnym języku. System będzie samoczynnie douczać się po każdej rozmowie (element sztucznej inteligencji). Portal może obsługiwać równolegle wiele połączeń.

Numer: (+48) 828 828 828 jest dostępny 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, ułatwia kontakt z wydawcą karty i jej zastrzeżenie w sytuacji, gdy czas odgrywa istotna rolę. Jedynym ponoszonym kosztem dla użytkownika (posiadacza karty) jest koszt połączenia, zgodny z tabela opłat jego operatora.

System Zastrzegania Kart ma charakter niekonkurencyjny wobec indywidualnych numerów contact center banków. Stanowi uzupełnienie dla infolinii banków oraz jest narzędziem głównie dla tych osób, które nie pamiętają numeru do swojego wydawcy.

System Zastrzegania Kart jest elementem sieci bezpieczeństwa systemu kart płatniczych w Polsce. Służy także popularyzacji posługiwania się kartami oraz rozwojowi obrotu bezgotówkowego. W chwili obecnej do Systemu przystąpiły banki, posiadające łącznie ponad 70 proc. rynku kart płatniczych w Polsce. Kolejne instytucje są w trakcie akcesji.

Operatorem sytemu jest ZBP. System powstał dzięki zaangażowaniu NBP. Partnerami Systemu są: MasterCard, Visa i Exatel.

Więcej informacji na portalu: www.zastrzegam.pl

W IV kwartale 2013 r. próbowano wyłudzić 80,1 mln zł

W ostatnim roku regularnie rosła liczba prób wyłudzeń kredytów: od 1 362 w I kwartale do 1 860 pod koniec roku – wzrost o 36% w ciągu roku i najwyższy wynik od trzech lat! To liczba daleka od rekordowego pod tym względem III kwartału z 2008 r., ale jest to zjawisko niepokojące – wynika z 16 edycji Raportu InfoDOK, który opublikowany został na środowej konferencji prasowej.

W Konferencji wzięli udział Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes ZBP, Jerzy Bańka, Wiceprezes ZBP, Mieczysław Groszek, Wiceprezes ZBP, Grzegorz Kondek, koordynator społecznej Kampanii Informacyjnej Systemu DOKUMENTY ZASTRZEŻONE oraz Marcin Idzik z TNS Polska.

Raport InfoDOK: W IV kwartale 2013 r. próbowano wyłudzić 80,1 mln zł

Na koniec grudnia 2013 r. wielkość Centralnej Bazy Danych Systemu DZ wzrosła z 1 260 796 do 1 294 248 sztuk. W ostatnim kwartale odnotowano zatem wzrost bazy o 33 452 dokumenty (str. 5). W całym 2013 r. do bazy trafiło aż 120 686 dokumentów – to rekord w skali całego badania infoDOK od 2008 r. Statystycznie, niezależnie od pory dnia i nocy, do bazy co 4,5 minuty trafiał nowy dokument.

W ostatnim roku regularnie rosła liczba prób wyłudzeń kredytów: od 1 362 w I kwartale do 1 860 pod koniec roku – wzrost o 36% w ciągu roku i najwyższy wynik od trzech lat! To liczba daleka od rekordowego pod tym względem III kwartału z 2008 r., ale jest to zjawisko niepokojące. Rosnąca liczba prób wyłudzeń na szczęście nie przekłada się na znaczący wzrost łącznej kwoty.

W IV kwartale 2013 r. próbowano wyłudzić 80,1 mln zł (średnia z całego roku to 77 mln zł). Oznacza to spadek prób wyłudzeń na bardzo wysokie kwoty na rzecz tych mniejszych – zbliżonych do średniej, wynoszącej w IV kwartale 2013 r. 22 612 zł. Nadal zdarzają się próby wyłudzeń bardzo wysokich kwot – w IV kwartale 2013 roku odnotowano 16 takich przypadków na kwoty 1 mln zł lub większej. Rekord padł w woj. łódzkim: 5 mln zł.

Co piąty dyrektor finansowy (CFO) przewiduje, że wzrost gospodarczy w Polsce przekroczy 2,6 proc.

W prognozach dyrektorów finansowych (CFO) dotyczących przyszłości polskiej gospodarki widoczny jest coraz większy optymizm. Ponad 60 proc. z nich spodziewa się, że w nadchodzących miesiącach wzrost PKB sięgnie ponad 1,6 proc. Wraca normalność w warunkach prowadzenia biznesu a sytuacja ekonomiczna staje się stabilna. Polskie firmy szykują się do silnej walki o rynek i do dostosowania swoich kosztów do silnej presji cenowej ze strony konkurentów. Priorytetami roku 2014 będzie więc wzrost przychodów i obniżanie kosztów poprzez projekty doskonałości operacyjnej. To główne wnioski płynące z 5. edycji międzynarodowego badania dyrektorów finansowych „Deloitte CE CFO Survey Q4 2013”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wśród przedstawicieli dużych firm w Polsce i Europie Środkowej.

Na początku 2013 roku polscy dyrektorzy finansowi trafnie przewidzieli wzrost PKB Polski w roku 2013 na poziomie ok. 1,5 proc. Na rok 2014 przewidują dalszą poprawę sytuacji gospodarczej. Ponad 60 proc. z nich prognozuje wzrost gospodarczy powyżej 1,6 proc., w tym największa grupa (41 proc.) uważa, że wyniesie on pomiędzy 1,6 proc. a 2,5 proc. Co ważne, aż jedna piąta badanych wskazała, że wzrost ten sięgnie ponad 2,6 proc. Warto podkreślić, że jedynie w Polsce, na Litwie i Łotwie więcej jest CFO, którzy przewidują niewielki lub dynamiczny wzrost PKB od tych, którzy oczekują recesji lub stagnacji. Na drugim krańcu skali znajdują się Słoweńcy, Chorwaci i Bośniacy.

Ponadto, dyrektorzy finansowi z Polski są aż w pięciu kategoriach w pierwszej trójce z 13 badanych krajów: zamiar zwiększenia lewara finansowego (1 miejsce), skłonność zwiększenia ryzyka (2 miejsce), dostępność nowych kredytów (3 miejsce), wzrost PKB (3 miejsce), spadek bezrobocia (3 miejsce).

Polscy dyrektorzy przewidują również, że bezrobocie w Polsce nieznacznie spadnie (45,8 proc.) a inflacja nie przekroczy 2,9 proc. (88 procent biorących udział w badaniu).

Wśród przedstawicieli polskich firm odsetek tzw. optymizmu netto, czyli różnicy osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej i odsetek mówiących o jej pogorszeniu wzrósł bardzo wyraźnie, z +24 do +44. Ponad 50 proc. CFO z Polski optymistycznie ocenia perspektywy wzrostu swoich firm w porównaniu do sytuacji sprzed 6 miesięcy. „Choć pozytywne nastroje rosną w całej Europie Środkowej, to optymizm polskich CFO wyróżnia się na tle regionu. Większość prognoz CFO wskazuje na to, że do Polski wróciła normalność biznesowa rosnącej gospodarki a ślady kryzysu powoli przemijają.” – wyjaśnia Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Część dyrektorów finansowych nadal dostrzega ryzyko związane z niepewną sytuacją ekonomiczną, ale w porównaniu z oceną sprzed pół roku, znacznie zwiększyła się grupa tych, którzy uważają poziom zewnętrznego ryzyka za normalny (30 proc. respondentów w porównaniu do 5 proc. w poprzedniej edycji badania). Dla 2/3 badanych poziom ten jest nadal większy niż zwykle (poprzednio 94 proc.). Warto przy tym jednak zaznaczyć, że aż o połowę spadła liczba CFO oceniających poziom niepewności ekonomicznej jako wysoki.

Podobnie jak w trzech ostatnich edycjach, również i w tym badaniu CFO jako biznesowy priorytet wskazują wzrost przychodów na aktualnych (84 proc.) i nowych rynkach (70 proc.). Restrukturyzacja (zmiana modelu biznesowego) będzie kluczowym priorytetem dla 30 proc. ankietowanych z Polski. Wiąże się to prawdopodobnie z koniecznością poprawy swojej pozycji konkurencyjnej na rynku. Jest to tendencja obecna w większości badanych krajów (poza Litwą). Kluczowy nacisk będzie też położony na redukcję kosztów pośrednich i bezpośrednich (jest to główny priorytet dla około 80 proc. firm).

Obserwujemy też rosnący wzrost apetytu na inwestycje i ryzyko wśród CFO z Polski. Aż 39 proc. z nich uznaje, że przyszedł dobry czas na zwiększenie poziomu akceptowalnego ryzyka. To poziom typowy dla normalnego prowadzenia działalności – rzadko większość firm będzie nastawiona inwestycyjnie. Tylko na Litwie odsetek CFO skłonnych podjąć ryzyko jest wyższy niż w Polsce. Relatywnie wysoki procent dyrektorów finansowych deklarujących gotowość do podjęcia większego ryzyka obecny jest na trzech największych rynkach regionu. Obok Polski są to Czechy (30 proc.) i Rumunia (30 proc.).

W tej edycji badania widać bardzo wyraźną zmianę w obszarach, które budzą największą obawę dyrektorów finansowych. Pół roku temu na presję cenową wskazywało 22 proc., obecnie odsetek ten jest już o 12 pp. wyższy. Jest to w tej chwili problem, który niepokoi polskich CFO w największym stopniu. Na ryzyko zatorów płatniczych i problemów z płynnością wskazuje dwa razy więcej respondentów (20 proc.) niż w maju 2013 roku. Z pierwszego miejsca na trzecie spadła natomiast obawa przed recesją i spadkiem popytu. Odpowiedź tę wybrało obecnie 17 proc. badanych, niemal trzy razy mniej niż jeszcze sześć miesięcy temu. „Wyniki wskazują na zaostrzające się warunki konkurencji i wzmożoną walkę o rynek i wzrost. Ten wzrost wymaga jednak kapitału obrotowego i stąd większy nacisk musi był położony na aspekty zachowania płynności. Podnoszone przez CFO ryzyka są typowe dla przedsiębiorstw w fazie wzrostu, walczących o rynek i potrzebujących pieniędzy na sfinansowanie należności i zapasów”, tłumaczy Paweł Zarudzki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Mimo często padających argumentów o wadze innowacyjności i inwestycjach w badania i rozwój, z prognoz dyrektorów finansowych wynika, że 68 proc. firm w Polsce w najbliższym roku nie planuje zwiększenia swoich wydatków na ten cel. Zamierza to zrobić zaledwie niespełna jedna czwarta z nich, a 8 proc. przewiduje wręcz, że w ich firmie te nakłady spadną. Dodatkowo, warto zwrócić uwagę, że w ocenie ponad 60 proc. badanych dyrektorów finansowych wydatki ich firm w stosunku do najbliższego konkurenta są na tym samym poziomie.

Wśród wszystkich przebadanych krajów, CFO z Polski są na drugim miejscu pod względem liczby tych, którzy twierdzą, że nowy kredyt dla firm jest łatwo dostępny (20,3 proc.). Niemal sześciu na dziesięciu dyrektorów w Polsce ocenia dostępność nowego kredytu na normalnym poziomie. Dla porównania w Rumunii i Słowenii żaden z badanych CFO nie uważa, że nowy kredyt jest łatwo dostępny, a normalną dostępność stwierdziło odpowiednio ok. 40 proc. i 20 proc. respondentów. Wśród polskich ankietowanych kredyt bankowy jest uznawany za atrakcyjne źródło finansowania przez 42,1 proc. CFO.

Aż połowa badanych dyrektorów finansowych prognozuje nieznaczny wzrost poziomu transakcji M&A w Polsce w porównaniu do poprzedniego okresu, a jedynie 5 proc. spodziewa się spadku takiej aktywności. Obok Polski jedynym takim krajem, gdzie przewidywany jest równie wysoki wzrost jest Słowenia. W stosunku do ubiegłego roku odsetek CFO przewidujących znaczny wzrost transakcji M&A w Polsce wzrósł z 5 proc. do 12 proc. badanych.

Podatki, a w szczególności VAT, są niezmiennie największą bolączką polskich dyrektorów finansowych. Aż 81 proc. z nich wskazuje właśnie ten obszar jako główną przeszkodę w prowadzeniu biznesu. Na drugim miejscu znajdują się przepisy dotyczące CIT (58 proc.).

„Wśród 13 krajów, które wzięły udział w badaniu, Polska jest na drugim miejscu pod względem pozytywnych oczekiwań CFO co do prognoz długoterminowych. Obecna edycja badania pokazała, że w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się narastającej konkurencji pomiędzy firmami, które będą zmagały się z presją cenową i dostosowywały swoje koszty do spadających cen. Należy mieć nadzieję, że dobre prognozy gospodarcze i powrót do normalności zachęcą przedsiębiorców do większego ryzyka inwestycyjnego.” – podsumowuje Krzysztof Pniewski.

O badaniu „Central Europe CFO Survey”:

Deloitte CE CFO Survey, to przeprowadzane przez Deloitte dwa razy w roku badanie opinii dyrektorów finansowych (CFO) największych firm w Europie Środkowej (według listy Deloitte z raportu „CE TOP 500”). W tej edycji badanie objęło 13 krajów Europy Środkowej: Polskę, Czechy, Słowację, Rumunię, Węgry, Litwę, Łotwę, Bułgarię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Albanię, Serbię i Słowenię. Wzięło w nim udział blisko 600 dyrektorów finansowych. Podobne badania cykliczne prowadzone są przez Deloitte na całym świecie.

Totalizator Sportowy chce oferować międzynarodowe loterie i gry internetowe

CEO Magazyn Polska

W tym roku Totalizator Sportowy chce osiągnąć rekordowe przychody. Ma być to możliwe dzięki rozszerzeniu działalności. Totalizator planuje wprowadzić europejskie loterie i gry internetowe. Chce również wejść na rynek z produktami powiązanymi z systemem emerytalnym.

Jest szansa na to, że wystąpimy z propozycjami dotyczącymi dodatkowych możliwości rozszerzenia działalności Totalizatora o internet, o grę międzynarodową Eurojackpot czy zdrapki elektroniczne. Plany na 2014 są bardzo ambitne – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Szpil, prezes zarządu Totalizatora Sportowego.

Szpil liczy, że w tym roku uda się pobić rekord przychodów spółki. Totalizator nie podał jeszcze wyników za 2013 r. Rok wcześniej spółka miała przychody ze sprzedaży w wysokości 3,4 mld zł, a zysk netto wyniósł 303 mln zł.

Przychody mają wzrosnąć głównie dzięki rozszerzeniu działalności, w tym dzięki uczestnictwie w międzynarodowych grach. Europejska loteria Eurojackpot, która wystartowała w 2012 r., obejmuje obecnie 14 krajów, a rekordowa wygrana przekroczyła 45 mln euro.

Totalizator Sportowy zapowiada też wejście na rynek produktów finansowych. Wojciech Szpil nie chce na razie zdradzać szczegółów.

 – Przychody Totalizatora, mam taką nadzieję, zostaną wsparte również nowymi produktami, o których dzisiaj nie bardzo mogę mówić. Natomiast myślę, że to będzie odpowiedź: III filar, OFE – zdradza Szpil.

Dzięki większym przychodom oraz nowym zasadom Totalizator Sportowy będzie nadal angażował się w finansowanie polskiego sportu. Spółka od 1994 r. (z przerwą w latach 1998-2000) sponsoruje polskie reprezentacje olimpijskie i wspomoże również sportowców udających się w lutym do Soczi. Finansowane są również kluby sportowe, budowa obiektów sportowych, a także wydarzenia kulturalne. W ciągu ostatnich 13 lat Totalizator przekazał na Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej z tytułu dopłat ponad 7 mld zł, a w samym 2013 roku – 561 mln zł.

Spółka należy w całości do Skarbu Państwa. Totalizator Sportowy poza prowadzeniem gier liczbowych zajmuje się również m.in. zarządzaniem Torem Wyścigów Konnych Służewiec.

Rośnie konkurencyjność polskiej gospodarki na światowych rynkach

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorstwa w Polsce coraz lepiej radzą sobie na międzynarodowych rynkach. Szczególnie w Niemczech, gdzie wypchnęły z sektora motoryzacyjnego Chińczyków i Brytyjczyków. To, czego wciąż brakuje, to rozpoznawalne za granicą polskie marki.

 Porównując różne wskaźniki konkurencyjności, to 60 proc. sektora przemysłowego w Polsce jest całkiem nieźle konkurencyjna, a 20 proc. bardzo konkurencyjna – mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Polska, firmy doradczej, która wraz z bankiem DnB przeanalizowała stopień konkurencyjności polskich producentów.

Jednej piątej sektora przemysłowego w Polsce trudno jest skutecznie rywalizować ze światową konkurencją. Chodzi głównie o branże związane z wydobywaniem surowców czy energetyką. Na drugim biegunie, wśród gałęzi przemysłu, które najlepiej radzą sobie w walce z konkurencją jest na przykład motoryzacja – montownie samochodów czy produkcja części.

 – Właściwie ten sektor wypchnął z rynku niemieckiego firmy chińskie i inne firmy europejskie – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Antczak, przywołując przykład Brytyjczyków, którzy stracili około połowy dotychczasowego udziału w eksporcie części samochodowych i samochodów na rynek niemiecki.

Zyskała na tym Polska, która znacząco zwiększyła liczbę i wartość eksportowanych do naszych zachodnich sąsiadów części i podzespołów. Pozycja polskiego przemysłu na rynku niemieckim jest stabilna. Udział znajduje się na poziomie zbliżonym do innych krajów europejskich. Według szacunków Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej wartość wysyłanych tam towarów wzrosła w minionym roku o ok. 4-5 proc. w porównaniu do roku 2012 i wyniosła ok. 38 mld zł.

Jednak do dalszej poprawy tych wyników potrzebny jest nowy model współpracy gospodarczej.

 – Musielibyśmy konkurować własnymi markami, czego nam jeszcze brakuje – mówi Antczak.

Jak dodaje, to wymaga więcej czasu, co pokazuje przykład firm azjatyckich, które potrzebowały kilku dziesięcioleci, by wypromować kilka własnych, silnych marek, ale dodatkowo miały wsparcie państwa.

Atutem polskiej gospodarki może być natomiast wydajność, która w ostatnich latach rosła dwukrotnie szybciej niż wynagrodzenia. Choć i w tym zakresie jest jeszcze wiele do zrobienia.

Są takie sektory, jak górnictwo, które są słabo wydajne, a tam wynagrodzenia są stosunkowo wysokie – mówi Antczak. – Z drugiej strony są sektory produkcji komputerów, gdzie koszty pracy i wynagrodzenia specjalnie nie rosną, bo są to działy mocno zautomatyzowane..

Zdaniem Rafała Antczaka, trudno byłoby dziś usztywnić zasady panujące na rynku wynagrodzeń we wszystkich sektorach, czego domagają się, m.in. związki zawodowe. Ekspert zaznacza, że to dzięki ich elastyczności polska gospodarka płynnie się rozwija, z czym mają problem inne kraje w Europie.

Dziś ostatnie posiedzenie FED z udziałem Bena Bernankego

CEO Magazyn Polska

Fed prawdopodobnie nie zmniejszy programu skupu obligacji na kończącym się dzisiaj posiedzeniu, ostatnim dla Bena Bernankego jako szefa tej instytucji. To oznacza, że na konkretne decyzje trzeba będzie poczekać aż do marca, ponieważ w lutym FOMC nie planuje posiedzenia – prognozuje Piotr Kuczyński.

Inwestorzy oczekują na to, co w najbliższym czasie zrobi Fed pod nowym kierownictwem. Dzisiejsze wystąpienie Bena Bernankego to jego pożegnanie z rynkiem na stanowisku szefa Rezerwy Federalnej. 

 – Fed na tym posiedzeniu nic nie zrobi. Ben Bernanke powie nam wszystkim do widzenia i będziemy czekali na marzec. To, co miał do zrobienia, zrobił w grudniu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

W lutym, kiedy na fotelu prezesa zasiądzie już Janet Yellen, nie będzie posiedzenia FOMC. Komitet może więc dokonać konkretnych ruchów dopiero podczas posiedzenia w dniach 18-19 marca.

To, że Fed będzie ograniczał program QE3, jest pewne i było kilkakrotnie zapowiadane. Nie wiadomo tylko, w jakim tempie będzie to robił. Pierwszy krok został zrobiony w grudniu – wtedy Fed ograniczył skup aktywów o 10 mld dolarów miesięcznie, do 75 mld. Obniżki będą kontynuowane, jeśli pozwoli na to stan amerykańskiej gospodarki, szczególnie poziom bezrobocia. 

 – Ostatnie dane z rynku pracy były dość dziwne, bo bezrobocie spadło do poziomu najniższego od pięciu lat, a jednocześnie przyrost miejsc pracy był niezwykle mały. Wynikałoby z tego, że dużo Amerykanów wypada z rynku pracy w ogóle i nie jest liczone ani do bezrobotnych, ani do pracujących. Stopień partycypacji Amerykanów w wieku produkcyjnym w sile roboczej jest najniższy od 35 lat. Mimo stopy bezrobocia wynoszącej 6,7 procent, bezrobotnych jest bardzo dużo – wyjaśnia Piotr Kuczyński.

Od sytuacji gospodarczej w USA zależy też kondycja spółek na Wall Street, a tym samym – samego parkietu. Część ekonomistów twierdzi, że trwające od kliku lat wzrosty indeksów skończą się jeszcze w tym roku.

 – Jeżeli tak jak mówi nowa szefowa Fed, Janet Yellen, PKB wzrośnie powyżej 3, a nie powyżej 2 procent, to zyski spółek amerykańskich będą wtedy wysokie. Jeżeli tak będzie, to oczywiście korekta na giełdzie musi gdzieś być, ale lokuję ją koło maja lub października – tak zwyczajowo bywa – uspokaja Kuczyński.

Zdaniem Kuczyńskiego na koniec roku amerykańskie indeksy nie powinny jednak spaść poniżej obecnych poziomów.

Od marca nowe zasady rozliczaniu podatku VAT od pojazdów

CEO Magazyn Polska

Prawdopodobnie w marcu wejdą w życie przepisy regulujące rozliczanie podatku VAT od nabycia i użytkowania samochodów. Wczoraj rząd przyjął projekt ustawy w tej sprawie. Nowa ustawa ma uporządkować rynek pojazdów firmowych o masie do 3,5 tony.

Ministerstwo Finansów zapowiedziało stworzenie stabilnych zasad dotyczących rozliczenia podatku VAT. W ramach nowych przepisów zostanie uregulowane użytkowanie samochodów wyłącznie dla celów służbowych oraz wykorzystywanych także w celach prywatnych. W pierwszym przypadku odliczano by cały podatek VAT za zakup oraz eksploatację samochodów, w drugim – tylko 50 proc.

 – Nowe przepisy budzą jeszcze dużo wątpliwości i niejasności, ponieważ przeciętna firma leasingowa wiedzę czerpie jedynie z dokumentów zamieszczonych na stronie Rządowego Centrum Legislacji. To za mało, by przewidywać skutki wprowadzenia ustawy. Nie wiadomo, czy – jak twierdzi Ministerstwo Finansów – regulacje poprawią sytuację podatników, czy wciąż będą utrudnieniem – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sugajski, prezes Związku Polskiego Leasingu (ZPL).

Ministerstwo Finansów chciało wprowadzenia nowych przepisów już od początku 2014 roku, ale za późno rozpoczęto ścieżkę legislacyjną nowych przepisów. Na ograniczenie odliczania VAT od samochodów musi bowiem specjalną zgodę wyrazić Komisja Europejska; prawo ogólne nakazuje całkowity odpis.

Niejasne przepisy i niepewny termin ich wprowadzenia nie ułatwiają działalności spółkom leasingowym. Z drugiej strony branża ma za sobą rok rekordowych obrotów. Rynek wzrósł o 13 proc.

 – Praktycznie w każdym segmencie rynku rekord został podbity, zarówno w części rynku pojazdów, jak i maszyn i urządzeń. Spodziewamy się dalszego wzrostu w tym roku na poziomie 14-15 proc. – informuje prezes ZPL.

Na ubiegłoroczny dobry wynik w leasingu pojazdów wpłynęło wejście w życie od 1 stycznia nowej normy emisji spalin Euro 6. W takiej sytuacji wiele firm chciało przed terminem wprowadzenia nowej normy nabyć ciągniki siodłowe zgodne z łagodniejszą normą Euro 5.

 – To zjawisko rzeczywiście miało wpływ na wyniki branży, ale i w tym roku kilkunastoprocentowy poziom wzrostu powinien być utrzymany – podsumowuje Andrzej Sugajski.

W tym roku może skończyć się kryzys w transporcie morskim

CEO Magazyn Polska

Po trudnym ubiegłym roku Polska Żegluga Morska liczy na stabilizację i odbicie w obecnym. Już ostatni kwartał 2013 r. udało się zamknąć z zyskiem operacyjnym w wysokości 16,8 mln dolarów. Armatorom doskwierają przede wszystkim wysokie ceny paliwa oraz słaba koniunktura gospodarcza. Na rynku jest nadpodaż statków. 

 – Z wielką radością przyjęliśmy ożywienie w IV kwartale 2013 roku, stawki frachtowe zdecydowanie wzrosły, zwłaszcza w porównaniu do fatalnych w I i II kwartale. Zakończyliśmy IV kwartał pierwszy raz od wielu miesięcy zyskiem operacyjnym naszej floty, co jest bardzo istotne. Zysk ten wyniósł 16,8 mln dolarów. Widzimy też tendencję spadku ceny paliw, wprawdzie delikatną, ale przy zachowaniu stabilizacji w polityce światowej spodziewamy się, że rok 2014 będzie rokiem powrotu do równowagi i odbicia od dna kryzysu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Szynkaruk, dyrektor naczelny Polskiej Żeglugi Morskiej.

Grupa PŻM nie podała jeszcze wyników finansowych za 2013 r., ale Szynkaruk ocenia, że wynik może być zbliżony do tego z 2012 r. Wtedy strata Grupy PŻM wyniosła 236 mln zł netto. W poprzednich latach Grupa była jednak na plusie – np. w 2010 r. zarobiła prawie 600 mln zł netto, a w 2011 r. ponad 200 mln zł netto.

Powodem kryzysu w branży morskiej jest przede wszystkim nadpodaż statków. 

 – W latach boomu 2003-2008 zamówiono olbrzymią liczbę statków. Ponieważ cykl produkcyjny przekłada się na 3-4 lata, w związku z tym te ostatnie gigantyczne zamówienia były zrealizowane właśnie w roku 2012-2013. Statków na rynku było zdecydowanie za dużo – podkreśla Szynkaruk.

Dyrektor dodaje, że inne spółki z tej branży miały znacznie większe problemy, a część z nich zbankrutowała. Zapewnia, że PŻM nie jest zagrożone, a dowodem na to jest pozytywna opinia banków oraz zawarcie umowy o finansowanie zakupu nowych statków z PKO BP. Strata bilansowa nie wpływa na funkcjonowanie i plany Grupy.

Poza nadpodażą statków problemem jest też drogie paliwo. Choć jego cena minimalnie spadła w ubiegłym roku, za tonę ciężkiego paliwa żeglugowego wciąż trzeba płacić nawet 550 dolarów. Wprawdzie na początku 2012 r. było to ok. 700 dolarów za tonę, to i tak ceny doskwierają armatorom. Szynkaruk podkreśla, że paliwo to 30-40 proc. kosztów przewozu w zależności od relacji. Jednak pierwsze tygodnie nowego roku już napawają optymizmem. 

 – Jest szansa, i takie są analizy wielu banków, maklerów i analityków shippingowych, że dla żeglugi będzie to pierwszy rok odbicia. I mamy nadzieję, że to będzie miało miejsce. Pierwsze tygodnie tego roku pokazują, że jest na to szansa – mówi Szynkaruk.

Polska drugim największym w Europie eksporterem futer

CEO Magazyn Polska

Polskie skóry produkowane ze zwierząt futerkowych zyskują uznanie za granicą. Polska jest drugim eksporterem w Europie, a branża dynamicznie się rozwija. Szacunkowa wartość majątku ferm zwierząt futerkowych zainwestowanego w obiekty i zwierzęta to ok. 5 mld zł.

Czołowi producenci mody poszukują polskich skór i futer, żeby móc wykorzystać je w swoich kolekcjach. Jak wynika z oceny Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych, jakość polskich skór jest na najwyższym poziomie, dzięki czemu zyskuje uznanie za granicą.

 – Produkt opatrzony etykietą „made in Poland” to jest to, czym możemy się chwalić na europejskich i światowych rynkach. Produkujemy najlepszej jakości futra i skóry na świecie – zapewnia Szczepan Wójcik, wiceprezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych. – Polscy hodowcy bardzo dbają o swoje zwierzęta, poprzez odpowiednią selekcję i odpowiednią karmę dla zwierząt.

Podaje, że dziś w Polsce funkcjonuje ponad 750 ferm. Futrzarski przemysł stanowi istotną część rodzimego rynku pracy.

 – Jego szacunkowa wartość to około 5 miliardów złotych, które są zainwestowane na polskich wsiach – podkreśla Wójcik. – Fermy dają zatrudnienie ponad 50 tysiącom ludzi związanych z branżą. Są to ludzie bezpośrednio zatrudnieni na fermach, lekarze weterynarii, producenci sprzętu i paszy – ok. 10 tysięcy. I pozostałe 40 tysięcy to ludzie, którzy żyją z branży.

Z danych Związku wynika, że Polska jest drugim największym eksporterem skór w Europie. Zajmuje trzecią pozycję w produkcji naturalnych skór norek i lisów na świecie. Znaczna część przychodów z ich sprzedaży zagranicznej inwestowana jest w dalszy rozwój branży. 

 – 400 mln euro, które każdego roku trafia na rynek polski ze sprzedaży skór na rynku światowym, inwestujemy w budowę nowych gospodarstw rolnych, w tworzenie nowych miejsc pracy – dodaje Wójcik.

Rynek futer rozwija się bardzo dynamicznie. Z każdym rokiem przybywa od kilkunastu do kilkudziesięciu ferm. Obecnie najwięcej hodowli zwierząt futerkowych jest w województwie wielkopolskim i zachodniopomorskim. Prezes Związku podkreśla, że fermy zwierząt futerkowych często mieszczą się na obszarach dotkniętych wysokim bezrobociem, spowodowanym głównie słabą jakością gleb.

 – Jest to dobra alternatywa dla małych rolników, którzy nie mają dużego areału ziemi, którzy mają słabą jakościowo glebę, tam można otwierać takie gospodarstwa, i  ludzie to robią – tłumaczy Szczepan Wójcik.

Jednocześnie zapewnia, że Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych dba o ochronę środowiska, zapobiegając m.in. odstrzałowi dzikich zwierząt.

 – Oprócz tego 400 mln ton produktów ubocznych pochodzenia zwierzęcego zagospodarowujemy jako karmę dla tych zwierząt. Zużywamy też produkty zbożowe, które powinny być utylizowane w bardzo drogi, energochłonny sposób  – dodaje Wójcik.

W Polsce w skali roku produkuje się ok. 10 mln skór norek, 250 tys. skór lisów i 50 tys. skór jenotów.

Działalność społecznie odpowiedzialna nie zwiększa przychodów firm, ale pozwala zyskać lojalność klientów, pracowników i dostawców

CEO Magazyn Polska

CSR, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu staje się coraz ważniejsza dla firm działających w Polsce, szczególnie tych największych. Choć często pierwsze akcje odpowiedzialne społecznie to odpowiedź na oczekiwania społeczne klientów czy akcjonariuszy, to z czasem firmy same podejmują decyzję o zaangażowaniu się w to coraz mocniej. Potwierdzają to coroczne raporty CSR, które publikują największe firmy.

 – Większej sprzedaży dzięki CSR raczej nie można oczekiwać, ale przekłada się to na lojalność klientów, pracowników czy dostawców – podkreśla Bolesław Rok z Centrum Etyki Biznesu Akademii Leona Koźmińskiego, nawiązując do wniosków płynących z debaty eksperckiej zorganizowanej podczas prezentacji IV Raportu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu Grupy Ferrero.

CSR to domena przede wszystkim dużych firm, które są w stanie przeznaczyć na taką działalność odpowiednie środki, bez obawy o utrzymanie płynności finansowej i zapewnienie wypłat dla pracowników.

 – Firmy robią to, czego inni oczekują, że powinni robić. Najczęściej nie jest to taka proaktywna działalność, bo ktoś w firmie wymyśla, co dobrego można by zrobić, lecz coraz bardziej zmuszają nas do tego warunki, w jakich działamy. I myślę, że jest to taka strategia odpowiadania na oczekiwania – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Bolesław Rok.

Rok podkreśla, że firmy są pod presją działania społecznie odpowiedzialnego z wielu stron, m.in. ze strony społeczeństwa. Jak twierdzi, jest to często odpowiedź na istnienie grupy osób wykluczonych ze społeczeństwa.

 – Widzimy na przykład, że jakość edukacji sportowej w Polsce jest niska i że dzieciom, szczególnie w małych miastach, dobrze zrobiłoby, gdyby mogły uczestniczyć w jakichś przedsięwzięciach sportowych i jeszcze zobaczyć gwiazdy siatkówki z bliska. Myślimy, jak moglibyśmy wciągnąć je w łańcuch tworzenia wartości. Widzimy pewne rzeczy, które się zmieniają wokół nas i myślimy, czy jako firma jesteśmy w stanie coś zrobić – tłumaczy dr Bolesław Rok, nawiązując do siatkówkowego programu dla dzieci Kinder+Sport.

Presję na firmy wywierają również oczekiwania właścicieli. Szczególnie dotyczy to międzynarodowych koncernów. Ich polskie oddziały często muszą wdrażać te same zasady CSR, które obowiązują w centrali. Rok dodaje, że firmy, które działają na międzynarodowych rynkach, muszą interesować się CSR-em z uwagi na swoich klientów. Przekonuje, że osoby kupujące produkty coraz częściej pytają o źródło i sposób pozyskania materiałów czy składników spożywczych. Pod presją klientów oraz dystrybutorów na rynkach zagranicznych producenci zwracają coraz więcej uwagi na CSR.

Rok uważa jednak, że nawet sukces działalności CSR-owych zależy od pracowników.

 – Albo to trafi na ludzi, którzy rozumieją o co chodzi i wtedy się w to zaangażują, albo działania będą realizowane do szuflady, po to, aby wykazać się przed centralą. W pierwszym przypadku będą to firmy aktywne, które rzeczywiście starają się coś na rynku zmieniać, robią to w mądry sposób, bo mają całe know-how korporacyjne. Wiedzą już jak to się robi, bo to jest cała sztuka czynienia dobra – ocenia Rok.

Ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego dodaje, że osoby zajmujące się CSR-em szybko dostrzegają pozytywne aspekty takiej działalności. Dotyczą one nie tylko etycznej strony biznesu, lecz także są szansą na pozyskanie nowych, lojalnych klientów.

Według Roka CSR nie musi koniecznie zwiększyć sprzedaży, ale zwykle wpływa na postrzeganie marki. Ważne jest jednak to, by ta działalność była prowadzona w umiejętny sposób, bez szkody dla wyników firmy. Tylko wtedy będzie się to opłacać.

 – Z CSR-em jest trochę jak z wirusem. Niektóre firmy zainfekowane tym wirusem zrobią coś raz, drugi i jeżeli dobrze to zrobią, będą efekty, a zarząd oraz menadżerowie będą przekonani, że coś fajnego zostało zrobione, to zaczyna się to rozwijać. A wtedy, jak w każdej firmie, budujemy strategię, mamy budżet, ludzi, którzy się tym zajmują, myślimy o tym, jak zmierzyć efekty. Zaczyna się profesjonalne zarządzanie, ponieważ profesjonalną odpowiedzialnością trzeba też profesjonalnie zarządzać – tłumaczy Rok.

Zauważa, że wiele firm sceptycznie podchodzi do CSR-u i nawet po próbie takiej działalności nie kontynuuje jej. Jednak ogólnie coraz więcej firm profesjonalnie podchodzi do działań z zakresu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu, dzięki czemu zyskują zarówno one, jak i ich klienci i beneficjenci.

Intensywne opady śniegu mniej uciążliwe dla kolei niż oblodzenie sieci trakcyjnej

CEO Magazyn Polska

Paraliżowi kolei, które spowodowało oblodzenie sieci trakcyjnej nie da się zapobiec. Trudno też z nim walczyć, bo jedyną metodą jest skuwanie lodu, a zjawisko występuje zbyt rzadko, by opłacało się rozwijać nową technologię. To sprawia jednak, że podróżni muszą liczyć się z największymi niedogodnościami. Mniej groźne są intensywne opady śniegu, bo ten blokuje jedynie rozjazdy i stosunkowo łatwo go usunąć.

 – W momencie przełomu temperatury z dodatniej na ujemną na linii kolejowej powstaje takie zjawisko, że warstwa lodu na przewodzie, z którego powinien być pobierany prąd, jest pokryta lodem, który stanowi izolator. I nie ma dostępu prądu do lokomotywy, do odbiornika prądu. Na tego typu zjawisko, które jest w sumie bardzo rzadkie, praktycznie nie ma lekarstwa. Nie ma przyrządów, nie ma maszyn, które by to oczyściły, nie ma innej skutecznej metody – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Olpiński z Instytutu Kolejnictwa.

Olpiński podkreśla, że oblodzenie sieci trakcyjnej występuje bardzo rzadko. Jednak po pojawieniu się problemu trudno z nim walczyć, bo zwykle zjawisko ma duży zasięg. Lód na sieci trakcyjnej całkowicie unieruchamia lokomotywy elektryczne. Przewoźnicy mogą wykorzystywać tabor spalinowy, ale to zawsze wiąże się z utrudnieniami.

Według eksperta problem występuje zbyt rzadko, by opłacało się rozwijać zaawansowaną technologię do walki z nim. Taniej może być w tych sporadycznych przypadkach odwołać pociągi.

 – Wiele pomysłów ludzie generowali przez lata: podgrzewanie, przepuszczanie prądu, ale nic takiego nie skutkuje. Można sobie wyobrazić jakieś rozwiązania, uruchomić projekt badawczy, wymyślić maszynę, która by odkuwała lód, bo to praktycznie można tylko usuwać mechanicznie – mówi Olpiński.

Przewoźnicy dysponują lokomotywami wyposażonymi w miedziowe nakładki, które służą do skuwania lodu. W skrajnych przypadkach lód muszą skuwać pracownicy. Z uwagi na nieprzewidywalność i rozproszenie zjawiska oblodzenia sieci trakcyjnej trudno utrzymywać sprzęt i ekipy w gotowości.

Częściej problemy powoduje padający śnieg. Z nim jednak zdecydowanie łatwiej walczyć.

 – Problem jest w przypadku obfitych opadów śniegu, zwłaszcza mokrego albo skawalającego się, zamarzającego, który blokuje rozjazdy i możliwość przestawiania rozjazdów na stacji. To jest o tyle łatwiejsze, że jest to skupione w punktach, lokalnie i przeważnie w miejscach, gdzie jest obsada ludzka, więc można względnie szybko taką rzecz skorygować – podkreśla Olpiński.

Również sypki śnieg, podnoszony przez wiatr lub przejeżdżające pociągi, może blokować rozjazdy. To także jest jednak zwykle problemem lokalnym. Do tego przewoźnicy są wyposażeni w lokomotywy z pługami, które stacjonują zwłaszcza w najbardziej narażonych terenach górskich.

Najrzadszym utrudnieniem są bardzo silne mrozy, które również mogą powodować utrudnienia i opóźnienia pociągów. W Polsce taka sytuacja zdarza się jednak raz na kilka lat.

Prawie połowa zatrudnionych w handlu to osoby po pięćdziesiątce

CEO Magazyn Polska

Aż 40 proc. zatrudnionych w handlu detalicznym to osoby po pięćdziesiątce. Większość z nich to kobiety, stanowią one 70 proc. wszystkich, którzy pracujących w branży. Aby przedłużyć ich aktywności zawodową powstał projekt Kobiety 50+. Ma on umożliwić dzielenie się wiedzą i doświadczeniem z młodszymi pracownikami. Zdaniem organizatorów koszty realizowanego w województwie mazowieckim projektu zwrócą się już w pierwszym roku.

 – Z naszych badań i z danych, które można prześledzić w GUS-ie, wynika, że struktura zatrudnienia w małych i średnich przedsiębiorstwach w sektorze handlowym przesuwa się w kierunku osób powyżej 50. roku życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Beata Buchelt z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, koordynator merytoryczny projektu Kobiety 50+ Talenty Wiedzy. – Te osoby, a zwłaszcza kobiety, dominują i dlatego staramy się wdrożyć projekt, który przedłuży ich aktywność zawodową na rynku pracy. Drugim naszym celem jest podniesienie konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw, która opiera się głównie na kapitale ludzkim  – wyjaśnia.

Według ekspertów zaangażowanych w jego realizację przyniesie on 106-procentowy zwrot już w pierwszym roku realizacji, a w kolejnych latach – 130-procentowy.

Projekt Kobiety 50+ Talenty Wiedzy, który zakłada wykorzystanie pracowników powyżej 50. roku życia w zarządzaniu zasobami ludzkimi w sektorze MSP, ruszył w pełni w ubiegłym tygodniu. Inicjatywa skierowana jest do małych i średnich przedsiębiorstw z branży handlowej, które zatrudniają kobiety powyżej 50. roku życia i funkcjonują w województwie mazowieckim.

 – Projekt dedykowany jest przede wszystkim małym i średnim przedsiębiorstwom, które w sektorze handlowym zatrudniają kobiety powyżej 50. roku życia – mówi Beata Buchelt.

Organizatorem jest Stowarzyszenie Nasza Inicjatywa współpracujące m.in. z Polską Izbą Handlu, a dofinansowanie zapewnia Europejski Fundusz Społeczny. Inicjatywa ma na celu wykorzystanie kompetencji dojrzałych pracownic handlu detalicznego. W jej ramach odbędą się szkolenia dla kobiet w wieku 50 lat i więcej. Organizatorzy liczą na to, że uczestniczki szkoleń będą przekazywać swoje doświadczenie i kompetencje młodszym pracownikom.

Arrow Global Training Alliance

„Szkolenia to kluczowy element naszych zaawansowanych usług. Umożliwiają uczestnikom rynku oraz handlowcom wspieranie dostawców technologii poprzez przygotowanie do wdrażania produktów i rozwiązań” — powiedział Laurent Sadoun, prezes oddziału firmy Arrow w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki oraz globalnego działu usług dla segmentu rozwiązań informatycznych dla przedsiębiorstw.

„Cieszymy się z możliwości podjęcia strategicznej współpracy z firmą Fast Lane w Ameryce Północnej i Europie. Fast Lane jest dostawcą szkoleń o ugruntowanej pozycji, stwarzającym idealne warunki do realizacji naszego globalnego programu szkoleń IBM. Wkrótce Arrow uzupełni tę ofertę o rozwiązania dotyczące kluczowych obszarów biznesowych, takich jak wielkie zbiory danych, mobilność, bezpieczeństwo i przetwarzanie w chmurze. W tym celu firma wykorzysta swoją strategiczną współpracę z IBM w dziedzinie produktów oraz unikalną sieć dostawców zabezpieczeń oraz rozwiązań w zakresie wirtualizacji i mobilności”.

Dział rozwiązań informatycznych dla przedsiębiorstw firmy Arrow, jako dystrybutor VAD specjalizujący się w obsłudze kanałów sprzedaży, łączy dwa światy: dystrybucję zaawansowanej technologii i szkolenia. Arrow stale opracowuje nowe metody szkoleniowe, obejmujące między innymi nowatorskie nauczanie online z wykorzystaniem technik wideo i urządzeń mobilnych, jak również swój program dla partnerów handlowych i program Partner+. Pozwala to dostawcom tworzyć atrakcyjne i kompleksowe oferty edukacyjne dla swoich klientów.

Kolej dużych prędkości może powstać w Polsce dzięki zagranicznym inwestorom, m.in. z Chin

Kolej dużych prędkości mogłaby powstać w Polsce dzięki partnerstwu publiczno-prywatnemu z zagranicznymi inwestorami. Budowę mogliby sfinansować np. inwestorzy z Chin, którzy są już zaangażowani w szybkie połączenie białoruskiego Mińska z Moskwą oraz chcą zbudować drugą linię tego typu w Wielkiej Brytanii. Eksperci podkreślają, że nie można skreślać Chińczyków tylko z uwagi na niepowodzenia przy budowie autostrad.

 – Koleje dużych prędkości to jest wyzwanie, przed którym nie uciekniemy i im wcześniej się zabierzemy za ich realizację, tym lepiej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski z Katedry Logistyki Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy oraz ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Chiny w ostatnich latach bardzo rozwinęły technologie w zakresie kolei dużych prędkości. Mają w tej dziedzinie bardzo duży dorobek i nie lekceważyłbym ich jako atrakcyjnych partnerów przy tego typu projektach. Nie ma się co dąsać i obrażać, trzeba o tym rozmawiać.

Pierwsza w Polsce linia kolei dużych prędkości, umożliwiająca jazdę z prędkością ponad 300 km/h, ma powstać pomiędzy Poznaniem i Wrocławiem a Warszawą przez Łódź. Została nazwana linią „igrek” z uwagi na jej kształt. Choć w 2011 r. ówczesny minister transportu, Sławomir Nowak, ogłosił zawieszenie prac, w PKP PLK wciąż trwają analizy. Linia nie powstanie jednak wcześniej niż ok. 2030 r.

Z uwagi na wysokie koszty, szacowane na znacznie ponad 20 mld zł, szansą na szybszą budowę linii KDP w Polsce jest partnerstwo publiczno-prywatne. Zainteresowani mogą być inwestorzy z Chin. Biorą oni już udział w pracach nad linią z Mińska do Moskwy. Niedawno Chińczycy złożyli też ofertę sfinansowania i budowy tzw. High Speed Line 2 (HS2), czyli drugiej linii szybkiej kolei w Wielkiej Brytanii z Londynu do Manchesteru.

Chiny są światowym liderem pod względem długości sieci kolei dużych prędkości. Na ponad 10 tys. km tras w tym kraju pociągi mają prędkość handlową przekraczającą 200 km/h, a na niektórych, w tym na mierzącej ponad 2200 km długości trasie z Pekinu do Hongkongu, mogą rozwijać nawet 350 km/h.

 – Były wstępne przymiarki jeszcze za czasów ministra Cezarego Grabarczyka, aby właśnie Chińczycy byli partnerem polskiego rządu i na zasadzie jakiejś formy partnerstwa publiczno-prywatnego uczestniczyli w procesie tworzenia kolei dużych prędkości – przypomina Kowalski. – Pytanie, czy druga strona jest tym nadal zainteresowana. Bo być może mają ciekawsze propozycje i może się okazać, że to raczej strona polska powinna zabiegać o tego partnera, a nie odwrotnie.

Kowalski uważa, że kłopoty związane z budową autostrady A2 przez chińską spółkę COVEC nie powinny wpłynąć na decyzję dotyczącą ewentualnej współpracy z Chinami w obszarze kolei. Według niego zerwanie umowy z firmą COVEC w 2011 roku było efektem tego, że w Chinach o wielu sprawach decyduje państwo i czynniki polityczne.

 – U nas jest trochę inny model, bardziej zbliżony do rozwiązań europejskich. Nie ma tak, że w trakcie realizacji kontraktu można go gruntownie zmieniać i przede wszystkim kwestia ceny jest tutaj kluczowym elementem. Myślę, że ta konfrontacja różnych standardów była przyczyną niepowodzenia. Ale sądzę, że jedna i druga strona się czegoś nauczyły. I sądzę, że bazując na tamtym doświadczeniu, gdyby doszło do współpracy przy nowych projektach, można wyprzedzająco zapobiegać powstaniu takiej samej sytuacji – ocenia Kowalski.

W jego opinii niezbędne jest wzmocnienie partnerstwa pomiędzy państwem a wykonawcą. Rola państwa nie może kończyć się w momencie podpisania kontraktu, lecz musi obejmować nadzór i elastyczne podejście do możliwych problemów. To zresztą, według Kowalskiego, recepta nie tylko na budowę KDP, lecz także zmiana konieczna w całkowitym podejściu Polski do zamówień publicznych.

 – Prawo tworzy tylko pewne ramy, a one są wypełnione ludźmi, ich zachowaniami i postawami. Więc myślę, że stworzenie kultury partnerstwa to  gorący apel pod kątem tego, co należy zmienić w naszym procesie inwestycyjnym – mówi Kowalski.

MON zaczyna rozmowy z potencjalnymi dostawcami okrętów podwodnych w ramach dialogu technicznego

CEO Magazyn Polska

W czwartek mają rozpocząć się rozmowy z potencjalnymi dostawcami okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej w ramach procedury dialogu technicznego, która jest pierwszy etapem procesu pozyskiwania okrętów. Modernizacja i wymiana floty jest konieczna przede wszystkim ze względu na zobowiązania Polski w ramach NATO, ale również dla ochrony terytorium morskiego. Dlatego, zdaniem ekspertów, Polska powinna rozważyć zaopatrzenie okrętów również w pociski manewrujące – jako element ochrony i w celu odstraszania potencjalnych wrogów.

Modernizacja wysłużonej i przestarzałej floty Marynarki Wojennej RP jest jednym z priorytetowych działań MON. Według przedstawionych planów resort zamierza kupić trzy okręty podwodne, niszczyciele min oraz zdolne do tego patrolowce.

W tej chwili trwa pierwszy etap procesu pozyskiwania okrętów podwodnych nowego typu, czyli faza analityczno-koncepcyjna, w trakcie której prowadzony jest dialog techniczny. Rozmowy z potencjalnymi dostawcami w ramach tego dialogu rozpoczną się 30 stycznia, a zakończenie procedury planowane jest na 30 marca.

 – Dziś najważniejsze są okręty podwodne jako kluczowe narzędzie działań na morzach i oceanach – mówi Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa z Instytutu Jagiellońskiego i członek Parlamentarnego Zespołu ds. Wojska Polskiego, którego pierwsze posiedzenie odbyło się w ubiegłym tygodniu. – Muszą one być skuteczne, sprawne i funkcjonalne. Do osiągnięcia takiego poziomu potrzebujemy tego, by okręty były wyposażone w najnowocześniejszą broń, która spowoduje, że nie będą one tylko zabawkami dla naszych marynarzy.

Zdaniem Kistera, nowe jednostki powinny być wyposażone w najnowocześniejszą broń, która pozwoli realizować zadania na współczesnym polu walki. Mowa tu głównie o pociskach manewrujących, zdaniem eksperta, najskuteczniejszym narzędziu do odstraszania potencjalnych przeciwników. 

 – Pociski są zdolne do operowania w taki sposób, który będzie wywoływał strach u każdego potencjalnego przeciwnika naszego kraju i będzie w stanie wymusić ustępstwa w przypadku sytuacji newralgicznej, krytycznej dla bezpieczeństwa Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekspert ds. bezpieczeństwa IJ.

Polska jako kraj z dostępem do morza ma obowiązek posiadania skutecznej i nowoczesnej floty Marynarki Wojennej, która zagwarantuje odpowiedni poziom bezpieczeństwa. To ważne również z punktu widzenia naszego członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim. Dzisiejsze okręty, które znajdują się na stanie MW, są przestarzałe. Niektóre z nich można traktować jak zabytek, bo mają już prawie pół wieku. Ich funkcjonalność daleka jest od pożądanej w czasie prowadzonych działań wojennych.

Do Ministerstwa Obrony Narodowej zgłosiło się kilku dużych inwestorów, którzy są zainteresowani wzięciem udziału w procesie modernizacji Marynarki Wojennej RP, zwłaszcza w dostawie uzbrojenia. Są to duże międzynarodowe korporacje, m.in.: z Niemiec, Francji, Hiszpanii i Szwecji. 

 – Największym problemem w pozyskaniu tak dużego uzbrojenia, jakim jest okręt podwodny, są problemy związane z przejrzystością takiego zakupu i kontraktu. Państwo i Ministerstwo Obrony Narodowej musi dochować szczególnej staranności, żeby ten kontrakt był jak najbardziej przejrzysty, żeby postępowanie związane z zakupem i modernizacją takiego uzbrojenia było klarowne, przejrzyste i żebyśmy wybrali to, co potrzebne jest naszym marynarzom – tłumaczy Łukasz Kister.

Tym bardziej że resort zamierza na ten cel wydać kilka miliardów złotych. 

 – Przy modernizacji naszej floty podwodnej powinniśmy zwrócić uwagę na to, by dostawca naszych przyszłych okrętów podwodnych zainwestował także w nasz przemysł zbrojeniowy i stoczniowy – uważa Kister.

Przebudowa i doposażenie MW ma być jednym z kluczowych elementów modernizacji Polskich Sił Zbrojnych. Ministerstwo Obrony Narodowej chce wydać na ten cel ponad 130 mld zł w ciągu najbliższych 10 lat.