Obowiązujące od stycznia nowe przepisy dotyczące leasingu szansą na dynamiczny wzrost rynku

Umowy leasingu nie muszą być już problemem dla firm, które szukają oszczędności. Dzięki zmianom wprowadzonym od stycznia przez tzw. trzecią ustawę deregulacyjną, można „wyswobodzić” się z leasingu w razie np. kłopotów z terminowym opłacaniem rat. Leasing staje się teraz bardziej elastyczny, co może przyczynić się do wzrostu zainteresowania tą usługą także wśród przedsiębiorców, którzy dotychczas obawiali się takiej formy finansowania ze względu na stałe zobowiązanie finansowe. Nowe przepisy rozwiewają również wątpliwości prawne dotyczące sposobu wyliczania wartości początkowej przedmiotu w tzw. releasingu.

Ustawodawca umożliwił przeniesienie na wniosek korzystającego umowy leasingu na inny podmiot, który może ją kontynuować na takich samych zasadach jak poprzednik. Zasadniczym celem zmian, było zwiększenie elastyczności leasingu przede wszystkim z punktu widzenia przedsiębiorcy. – Jeśli z jakiś powodów regularne płacenie rat leasingowych staje się niemożliwe, dzięki nowym przepisom korzystający może przedstawić nowego klienta, który będzie kontynuował umowę – mówi Jacek Rakowski, Dyrektor Pionu Prawnego BRE Leasing. Do tej pory przepisy nie regulowały wprost tej kwestii cesji leasingu, co oznaczało, że urzędy skarbowe stały na stanowisku, że nowy podmiot musiał podpisać w takim przypadku zupełnie nową umowę, w innym przypadku leasingobiorca narażał się na cały szereg problemów podatkowych.

Jak przekonuje Jacek Rakowski wejście w życie zmian to bardzo dobra wiadomość dla tych firm, które chciałyby skorzystać z leasingu, mają jednak obawy, czy będą w stanie wywiązać się z umowy obowiązującej przez szereg kolejnych lat. – Jest to szczególnie istotne teraz, w warunkach spowolnienia gospodarczego, gdy wśród większej ilości firm mogą występować problemy z terminową obsługą zobowiązań – dodaje. – w takich przypadkach firma leasingowa będzie mogła nawet pomóc przedsiębiorcy w znalezieniu nowego podmiotu korzystającego – zapewnia.

Nowy przepis nie musi być jednak wcale wykorzystywany wyłącznie przez klientów przeżywających kłopoty finansowe. Z cesji może skorzystać również klient, który z dowolnej przyczyny chce zmienić przedmiot leasingu, np. podpisać umowę na nowszy model samochodu, czy bardziej nowoczesną maszynę czy też wyposażenie firmy.

Druga istotna zmiana dotyczy tzw. releasingu, czyli oddania przedmiotu leasingu w ponowne użytkowanie. Do niedawna, w myśl przepisów podatkowych, za wartość początkową przedmiotu leasingu uznawano koszt jego nabycia lub wytworzenia. Jak zaznacza Jacek Rakowski z BRE Leasing, kwestia ta od lat budziła wątpliwości firm leasingowych i ich klientów. – komentuje Jacek Rakowski.

Obecnie, wartość początkowa jest tożsama z wartością rynkową aktualną w danym momencie, co umożliwia leasingowanie przedmiotów o niższej wartości. Obowiązujące wcześniej przepisy powodowały, że ponowny leasing używanego samochodu był zupełnie nieopłacalny, dlatego większość firm nie była zainteresowana takim rozwiązaniem. W ocenie Jacka Rakowskiego rynek leasingu np. samochodów używanych może się istotnie zwiększyć.

Jeronimo Martins, właściciel sieci Biedronka otwiera sklepy w Kolumbii

Jeronimo Martins, właściciel sieci Biedronka, otworzył już pięć sklepów oraz pierwsze centrum dystrybucyjne w Kolumbii. To trzeci rynek, po Portugalii i Polsce, na którym spółka będzie prowadziła działalność. Jako pierwsi zakupy w sieci Ara mogli zrobić mieszkańcy miasta Pereira. Koncern chce wspierać współpracę polskich i kolumbijskich producentów m.in. poprzez wzajemne dostawy towarów.

– Jesteśmy na początku naszej inwestycji. Otwieramy dopiero pierwsze sklepy. Musimy się nauczyć tego rynku, zrozumieć go i dostosować nasze działanie do jego potrzeb – mówi Pedro Pereira da Silva, country manager Jeronimo Martins w Portugalii.

Pierwszy sklep został otwarty 13 marca, a w ciągu dwóch pierwszych dni działalności w Kolumbii sieć uruchomiła cztery kolejne punkty. Do końca 2013 r. Jeronimo Martins chce mieć 40 funkcjonujących sklepów Ara. Na inwestycje w tym roku spółka zaplanowała 100 mln euro.

Wejście do Kolumbii to dla Jeronimo Martins powrót do Ameryki Południowej po ponad dziesięciu latach. W 1997 spółka weszła na rynek brazylijski, ale po kilku latach zdecydowała o wycofaniu z tego kraju. Za Kolumbią przemawiają m.in. duży potencjał lokalnej gospodarki i dobre zaplecze logistyczne.

Najważniejszym rynkiem dla Jeronimo Martins pozostaje jednak Polska. Biedronka generuje ponad połowę zysków spółki. Dzięki rozszerzeniu działalności Jeronimo Martins zyskać mogą także polscy producenci i klienci sieci w Polsce. Spółka chce bowiem wspierać współpracę dostawców z obydwu krajów.

– Ułatwiamy obecnie kontakty na linii polscy producenci – kolumbijscy producenci. Oni prowadzą w tej chwili rozmowy. Niektórzy z nich współpracowali już ze sobą w Dubaju i w innych miejscach na świecie. To dobry sposób wymiany doświadczeń, robienie czegoś innego i wyjątkowego – mówi Pedro Pereira da Silva.

Niewykluczone, że dzięki temu w polskich Biedronkach pojawią się kolumbijskie produkty, a w sklepach Ara – polskie.

Producenci części samochodowych tracą rynek przez kradzieże oraz szarą strefę

Kradzieże części samochodowych i naprawy w szarej strefie osłabiają autoryzowane serwisy i firmy produkujące części. Branża ma problemy, bo wielu Polaków naprawiając samochód nie zastanawia się nad pochodzeniem części. Zmiany w prawie mogłyby pomóc uregulować sytuację.

– Gdybyśmy przy naprawach ubezpieczeniowych korzystali tylko i wyłącznie ze znanych źródeł dostaw i każda naprawa czy zakup każdej części musiałby być potwierdzony fakturą VAT-owską, to wtedy nie mielibyśmy takich problemów, a przynajmniej tę szarą strefę byśmy w jakiś sposób ograniczyli – uważa Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar.

W tej chwili poważnym problemem wciąż są kradzieże. Najpopularniejszym obiektem przestępstwa są te auta, na które jest największe zapotrzebowanie na rynku części zamiennych. Ponadto do Polski sprowadzanych jest wiele samochodów z zagranicy. Nie są one nawet rejestrowane, a części z nich szybko trafiają do szarej strefy.

– Myślę, że problemów nie unikniemy i dopóki rynek motoryzacyjny nie zostanie uzdrowiony, to wszyscy będziemy notowali problem – dodaje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Drzewiecki. – Branża produkująca części notuje mniejsze wzrosty, a być może niektóre firmy – nawet spadki.

Obecnie prawo nie zachęca do napraw z wykorzystaniem części z legalnych źródeł. Ubezpieczyciele wypłacają bowiem odszkodowania „do ręki”, a poszkodowani w wypadkach szukają najtańszych warsztatów.

– Bardzo często zdarza się tak, że szukamy najtańszego warsztatu i nie do końca zastanawiamy się, skąd pochodzą części do napraw – zauważa Drzewiecki i apeluje o szybką zmianę przepisów.

Wyniki Grupy LW BOGDANKA S.A. po 2012 roku

Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla BOGDANKA, której jednostką dominującą jest Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. – najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, wypracowała w 2012 roku przychody w wysokości ponad 1,8 mld zł, czyli o 41% wyższe niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Skonsolidowany zysk operacyjny był wyższy od osiągniętego rok wcześniej o prawie 34,5% i wyniósł 357,3 mln zł, a zysk netto Grupy sięgnął 289,8 mln zł, co oznacza wzrost o blisko 31%.

Bartosz Drabikowski wiceprezes PKO BP: spowolnienie wpływa na plany rozwoju banku

Spowolnienie gospodarcze i zmiany w regulacjach sektora bankowego – dynamiczne otoczenie rynkowe może wymusić zmiany w modelu biznesowym banku – twierdzi Bartosz Drabikowski, wiceprezes PKO BP. To może oznaczać, że bank zdecyduje się na inne rozłożenie akcentów m.in. w polityce kredytowej czy ofercie produktowej.

Zdaniem wiceprezesa największego polskiego banku trudno jest dzisiaj formułować długofalową strategię. Mamy bowiem do czynienia z wyraźnym spowolnieniem gospodarczym, które znajduje swoje odzwierciedlenie w sektorze bankowym.

– Myślę, że w tej chwili właśnie obserwujemy dołek, ten najniższy moment w cyklu spowolnienia – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Bartosz Drabikowski. – W kolejnych kwartałach jest szansa na nieco wyższy wzrost gospodarczy, a wraz z nim na polepszenie dynamiki rynku kredytowego w stosunku do tej, którą obserwowaliśmy w 2012 roku oraz polepszenie wyników sektora bankowego.

Z drugiej strony, zmieniają się również regulacje rynkowe. Komisja Nadzoru Finansowego przygotowała zmiany w rekomendacji T i S. Liberalizacja ich zapisów zapewne w dalszej perspektywie nie pozostanie bez wpływu na rozwój sektora.

– Każda zmiana, zwłaszcza zmniejszająca obciążenia czy reżim regulacyjny powinna w jakimś czasie przekładać się pozytywnie na warunki funkcjonowania sektora – mówi wiceprezes PKO BP.

Te dwa czynniki mogą wpłynąć na potrzebę redefinicji modelu biznesowego banku.

– Może to oznaczać, że będziemy musieli nieco inaczej rozłożyć akcenty, jeśli chodzi o rozwój banku, o poszczególne segmenty rynku kredytowego. Myślę, że będzie trzeba również bardzo mocno odpowiedzieć, jak chcemy rozwijać relacje z klientami, jak doskonalić ofertę produktową, ale też pochylić się nad sytuacją w sektorze bankowym i spojrzeć na mniejsze instytucje, które mogą nie być w stanie dostarczyć odpowiednich stóp zwrotu, chociażby zwrotu z kapitału swoim akcjonariuszom, przez co mogą podlegać konsolidacji – mówi Bartosz Drabikowski.

Jego zdaniem potrzebne jest wielotorowe działanie, nie tylko na przetrwanie trudnej sytuacji na rynku, ale też w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego. Dlatego bank będzie koncentrować się zarówno na przedsiębiorcach, jak i na klientach indywidualnych.

– Przedsiębiorcy, zwłaszcza mali i średni są bardzo ważni, bo to oni tworzą połowę naszej gospodarki i blisko 70 proc. miejsc pracy. Ten sektor jest kluczowy dla gospodarki, dla poziomu bezrobocia – podkreśla Bartosz Drabikowski. – Natomiast o sile polskiej gospodarki decydują również konsumenci. Do tej pory silna, stabilna konsumpcja w ostatnim czasie jest nieco słabsza. Gdyby ona była przynajmniej stabilna, a miejmy nadzieję, że w kolejnych kwartałach będzie mogłą nieco silniej rosnąć, to byłby bardzo pozytywny czynnik wspierający wzrost gospodarczy w kraju.

Internet rzadko wykorzystywany jako narzędzie do pozyskiwania zagranicznych kontrahentów

Program Internetowa Rewolucja ma zachęcić małe i średnie firmy do otwarcia się na rynki zagraniczne przy pomocy internetu. Organizatorzy projektu, czyli m.in. Ministerstwo Gospodarki, PKPP Lewiatan i firma Google chcą pokazać polskim przedsiębiorcom, że eksport nie wiąże się z dużymi kosztami i trudnościami. Tym bardziej, że główne narzędzie, czyli internet, jest już powszechnie dostępne.

Artur Waliszewski
Artur Waliszewski, dyrektor polskiego oddziału Google’a

Celem projektu Internetowa Rewolucja jest skłonienie przedsiębiorców, szczególnie małe i średnie firmy, do wykorzystywania internetu w promocji swoich towarów i usług zagranicą. W ostatnich tygodniach jego twórcy udostępnili nowe narzędzia skierowane do eksporterów

– Proponujemy firmom możliwość zarejestrowania swojej witryny internetowej w europejskiej domenie .eu bez żadnych opłat. Oferujemy im możliwość tłumaczenia tego, co robią na 26 języków. Oprócz tego dajemy także wsparcie ekspertów – wymienia dyrektor Google Polska Artur Waliszewski.

Jego zdaniem wśród przedsiębiorców istnieje przekonanie, że próba wyjścia na zagraniczne rynki wiąże się z wysokimi nakładami finansowymi. I to hamuje firmy przed rozwijaniem eksportu.

– Z internetem można to robić sprawniej, taniej i szybciej – wyjaśnia Artur Waliszewski w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Wierzymy też w naturalny rozwój firmy, że wcześniej czy później każdy będzie chciał poszukać swojej szansy również na rynkach zagranicznych.

Przykłady pokazują, że nie potrzeba na to dużych pieniędzy, a szansę na powodzenie takiego projektu ma każdy. Dyrektor Google wskazuje na przykład małej firmy, założonej przez grupę przyjaciół, sprzedającej średniowieczne stroje własnej produkcji. Dzięki internetowi sprzedaje je ona do różnych, nawet bardzo odległych krajów świata.

– Widać było, że nie zrobili tego dużymi nakładami, zrobili po prostu fajną stronę internetową, zadbali o to, żeby w różnych kręgach, w których się o tych tematach dyskutuje, było o nich słychać – mówi dyrektor Google Polska. – I teraz sprzedają wykonywane przez siebie średniowieczne stroje i miecze do Europy, Ameryki, Kanady czy Australii.

Wciąż niewiele mało firm z sektora MŚP wykorzystuje internet jako narzędzie eksportu. 37 proc. polskich przedsiębiorców uważa, że internet „zdecydowanie nie daje” im dostępu do klientów z innych rynków. Pod względem zamówień z zagranicy, które są realizowane przez sieć, Polska jest na jednym z ostatnich miejsc w UE – wyprzedza tylko Rumunię oraz Bułgarię.

10 lat po inwazji na Irak: skorzystały głównie państwa azjatyckie i Turcja. Polska w Iraku nieobecna

800 tysięcy ofiar wśród Irakijczyków, 4,5 tysiąca zabitych Amerykanów, wojna domowa w Iraku i wyniszczenie kraju – to bilans amerykańskiego ataku na Irak, do którego doszło dokładnie 10 lat temu, 20 marca 2003 roku. Inwazja kosztowała USA ponad bilion dolarów. Amerykanie ponieśli też koszty wizerunkowe – uzasadniali inwazję niebezpieczeństwem użycia przez reżim Saddama Husajna broni masowego rażenia, na co wskazywały błędne dane wywiadowcze. Irak 10 lat po ataku to kraj, który dopiero zaczyna się odbudowywać. I choć gospodarczo powinien sobie poradzić, to politycznie znalazł się w punkcie wyjścia.

Wojska amerykańskie zakończyły swoją misję pod koniec sierpnia 2010 roku, ale Irak to wciąż niestabilne politycznie państwo. Dziś celem ataków są rządzący krajem przedstawiciele większości szyickiej. Tylko we wtorek w serii zamachów terrorystycznych w Bagdadzie zginęło ponad 50 osób, a ponad 170 zostało rannych. Ze względów bezpieczeństwa rząd podjął decyzję o odłożeniu o kilka miesięcy zaplanowanych na 20 kwietnia wyborów regionalnych w dwóch prowincjach zdominowanych przez sunnitów.

Wyniszczony konfliktami kraj potrzebuje odbudowy. Perspektywy gospodarcze na przyszłość są bardzo dobre. Jak podkreśla Patrycja Sasnal z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, w ciągu następnych czterech lat gospodarka Iraku ma się rozwijać w tempie średnio 9 proc. rocznie. Pieniądze rząd w Bagdadzie chce zdobyć dzięki wydobyciu ropy naftowej. Docelowo z irackich pól naftowych ma być wydobywanych 13 mln baryłek ropy dziennie, czyli ponad 4 razy więcej niż obecnie.

– Infrastruktura wydobycia i eksportu ropy ma się znacznie polepszyć. Międzynarodowe firmy naftowe stoją w kolejce po kontrakty w Iraku. Nie wszystkie, bo Exxon Mobil chce się teraz wycofać ze swojego pola naftowego. Tam są Chińczycy, są Europejczycy, Brytyjczycy, jest BP, Shell, Lukoil, jest chińska narodowa firma naftowa. Więc na pewno to wydobycie będzie rosnąć, bo potrzeba pieniędzy – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Patrycja Sasnal, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Irackie władze i firmy jako biznesowych partnerów coraz częściej wybierają jednak przedsiebiorców spoza Europy czy USA.

– Widać, że optyka iracka kieruje się w stronę Azji, a niekoniecznie w kierunku Zachodu i USA. Co ciekawe, jeśli chodzi o eksport iracki, to drugie i trzecie państwo-odbiorca to Chiny i Indie, jeśli chodzi o import to również dominują Chiny. Można zapytać, czy geopolitycznie ta operacja opłacała się USA, bo teraz rząd Al-Malikiego jest bliskim sojusznikiem Iranu, a to państwo, które powoduje największy ból głowy u Amerykanów – mówi analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Polskim firmom, mimo pomocy dla amerykańskich wojsk i udziału polskiego kontyngentu w Iraku w latach 2003-2008, nie udało się tam zawrzeć ciekawych kontraktów. Przykłady pokazują, że zyskały za to państwa, które nie chciały dopuścić do wojny.

– Francja znacznie skorzystała na tej wojnie, a była przeciwna atakowi na Irak. Przypadek Turcji też jest interesujący, bo Turcja nie zezwoliła Amerykanom na użycie swoich baz w trakcie inwazji, a teraz z irackim Kurdystanem ma bardzo silne związki, właściwie kontrolują tamtejszą gospodarkę, co z kolei powoduje napięcia między Turcją a centralną władzą Iraku – dodaje Patrycja Sasnal.

Resort pracy przeznaczy 3,3 mld złotych na walkę z bezrobociem

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przeznaczy w tym roku blisko 3,3 mld złotych dla powiatowych urzędów pracy na aktywizację bezrobotnych. Ze wsparcia będą mogli skorzystać w dużej mierze młodzi ludzie, którym resort pracy pomaga rozpocząć karierę zawodową poprzez program „Młodzi na rynku pracy”. W ciągu kilku miesięcy ubiegłego roku skorzystało z niego 3 tysiące osób przed 30. rokiem życia. Ale urzędy pracy będą się skupiać również na wparciu dla bezrobotnych rodziców i osób 50+.

Program „Młodzi na rynku pracy” ruszył w połowie ubiegłego roku. Do końca grudnia skorzystało z niego jedynie 3 tys. osób do 30. roku życia. Ministerstwo przeznaczyło na ten cel w ubiegłym roku niecałe 40 mln zł.

– Korzystać z niego mogą osoby do 30. roku życia, które się zarejestrowały jako osoby bezrobotne. Ten program daje wiele szans rozwoju osobistego. Wyposaża beneficjenta w różnego rodzaju bony, które mają ułatwić zdobycie pracy i być aktywnym na rynku zawodowym – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Elżbieta Seredyn, podsekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej.

Projekt będzie realizowany przez powiatowe urzędy pracy jeszcze w tym i przyszłym roku.

– Wszystkie wnioski, które zostaną wypracowane mają posłużyć do stanowienia prawa w tym zakresie – podkreśla Elżbieta Seredyn.

Program będzie finansowany ze środków, które trafiają do urzędów pracy z Funduszu Pracy i rezerwy celowej ministra. Kto dokładnie i ile środków dostanie – nie wiadomo, bo to zależy od liczby osób uczestniczących w programie.

W tym roku na aktywną walkę z bezrobociem do powiatów trafi blisko 3,3 mld zł.

– Minister planuje te pieniądze przeznaczyć między innymi na aktywizacje młodej grupy społeczeństwa – wyjaśnia Elżbieta Seredyn. – Kluczowe są właśnie środki finansowe, które Minister Pracy i Polityki Społecznej skrupulatnie wydaje i dzieli, w szczególności na te grupy społeczne, które najbardziej potrzebują jego wsparcia.

Urzędy pracy w tym roku skupią się również na bezrobotnych rodzicach małych dzieci oraz osobach powyżej 50. roku życia.

Polska firma jako pierwsza na świecie zamienia twarde dyski w ciecz

Polska firma jako pierwsza na świecie stosuje innowacyjną technologię niszczenia nośników danych poprzez zamianę ich w płyn. To pewniejsza metoda niż obecnie stosowane, która gwarantuje, że zapisanych tam danych nie da się odzyskać, więc nie wpadną one w niepowołane ręce. Technologię opatentowała firma BOSSG Data Security.

– W Polsce, tak jak na świecie, stosuje się niszczenie mechaniczne, ewentualnie polem magnetycznym. Już od dawna wiadomo, że nie są to stuprocentowo skuteczne metody niszczenia danych, jednak wiele osób i instytucji wciąż o tym nie wie – mówi Paweł Markowski, prezes zarządu BOSSG Data Security.

Jak podkreśla Markowski, pewność dają tylko dwie metody – chemiczna lub termiczna. BOSSG oferuję tę pierwszą. Produktem końcowym jest jedynie ekologiczna ciecz. Według Markowskiego, gwarantuje to całkowite wymazanie danych.

Według niego wiele firm z zaskoczeniem reaguje na informację, że inne metody niszczenia nośników danych nie są tak bezpieczne.

– Przede wszystkim firmy niemieckie, z którymi rozmawiamy są zaskoczone, się dowiadują o możliwościach odzyskiwania danych. To jest problem, bo do tej pory wielu z nich było spokojnych o swoje dane, bo ktoś tam jakoś to niszczył – tak do tego podchodzili – mówi Markowski.

Jednak tak zniszczone dane można łatwo i tanio odzyskać. Już w 2004 roku było możliwe odzyskanie danych z ułamka milimetra kwadratowego nośnika. Jak podkreśla prezes BOSSG, w tej chwili nie ma technologii, która umożliwiałaby odzyskanie danych z nośnika zniszczonego w sposób chemiczny. Co ważne, zniszczenie dysku następuje na oczach klienta w mobilnym laboratorium. Firma oferuje pełen nadzór nad procedurą, wraz z podglądem. Zdaniem Markowskiego, to właśnie możliwość kontroli jest przewagą firmy. Huty, które niszczą dyski termicznie, nie gwarantują bowiem całkowitej szczelności.

– Oferujemy kilkanaście kamer w tym samochodzie, które monitorują zarówno środowisko wewnętrzne, jak i zewnętrzne plus dostosowujemy się do procedur klienta. Jeżeli to są informacje niejawne, możemy dokładać następne kamery, i jest możliwe wyprowadzenie sygnału z samochodu do centrum nadzorczego zewnętrznego, które jeszcze nadzoruje bezpośrednio naszą pracę – dodaje Rafał Iwaniec, wiceprezes BOSGG Data Security.

Na razie firma dysponuje tylko jednym mobilnym laboratorium, ale planowane są kolejne samochody tego typu.

– W tej chwili właśnie wykonaliśmy usługę, które obejmowała zniszenie naszym mobilnym narzędziem utylizacji danych ponad 4 tysięcy dysków. I okazało się, że to jest za mało. Mamy już koncepcję, co do kolejnych samochodów, tak żeby zróżnicować samochód do wielkości usługi, np. dla 10 dysków i dla 10 tys. dysków – mówi Markowski.

Rozwój firmy będzie postępował wraz ze wzrostem rynku. Coraz więcej przedsiębiorstw jest zainteresowanych taką technologią niszczenia danych.

– Potencjał jest ogromny. Co roku na świecie jest sprzedawanych prawie 400 milionów samych dysków twardych. Ogólnie nośników elektronicznych jest sprzedawanych prawie miliard – podkreśla prezes BSOGG Data Security.

BOSSG na razie do swojej działalności dokłada, głównie ze względu na olbrzymie koszty technologii. Markowski nie chce prognozować, kiedy spółka może zacząć zarabiać. Na razie celem jest wyjście na zero. Dodaje, że choć chce mierzyć siły na zamiary, w planach ma wejście do Niemiec i na inne rynki w Europie, a potem także do Stanów Zjednoczonych.

Głównym klientem firmy są przedsiębiorstwa i instytucje państwowe. Przedstawiciele BOSSG liczą również na kontrakty ze służbami. Spółka jest w trakcie pozyskiwania odpowiedniego certyfikatu od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, by móc starać się o takie kontrakty. Na swoim koncie ma zlecenia dla administracji – m.in. z Najwyższej Izby Kontroli, Ministerstwem Rozwoju Regionalnego czy sądów.

– Mamy nadzieję, że w tym roku, w niedługiej perspektywie uzyskamy ten certyfikat i dzięki temu otworzą nam się drzwi do zleceń na obszar wojskowy, informacji niejawnych, gdzie rzeczywiście waga informacji, wiedza i świadomość o jej wadze jest znacznie większa niż powszechnie – mówi Markowski.

Czy Polska może stać się drugim Cyprem?

Trwa zamieszanie wokół pomocy finansowej dla Cypru i związanego z nim opodatkowania depozytów. W świecie finansów to bez wątpienia wydarzenie roku. Zgodnie z zapowiedziami, od każdego depozytu o wartości większej niż 100 tys. euro państwo potrąci pewien procent, który zostanie przeznaczony na ratowanie systemu bankowego. Bankier.pl uruchomił specjalną relację na żywo, w której monitoruje sytuację na rynkach w związku z wydarzeniami na Cyprze.

Po nocnych konsultacjach Eurogrupa zgodziła się złagodzić warunki stawiane przed Cyprem. Wydaje się, że zachowane zostaną oszczędności przeciętnych obywateli. Więcej stracą najbogatsi, w tym rosyjscy oligarchowie przechowujący pieniądze na Cyprze. Banki na wyspie pozostaną zamknięte do czwartku.

– Zabór depozytów w stylu cypryjskim teoretycznie może przytrafić się wszędzie na świecie. Każdy rząd ma do tego odpowiednie narzędzia. Tyle, że takie posunięcie to swoista broń atomowa, której państwo użyje tylko w ostateczności. Polskę od takiej konieczności dzielą lata świetlne oraz bufor w postaci 270 mld złotych zgromadzonych przez OFE – przekonuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Sytuacja na Cyprze powinna zmusić nas do reform

Zabezpieczeniem przed kryzysem są reformy, które uelastycznią naszą gospodarkę, co pozwoli jej szybciej reagować na zmiany warunków. Na tym polu kluczowe jest zadbanie, aby zadłużenie kraju wreszcie przestało rosnąć, gdyż przerośnięty dług może zniszczyć to, co osiągnęliśmy w ostatnich latach.

Nic nie wskazuje dziś na możliwość wybuchu w Polsce kryzysu podobnego do cypryjskiego. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy odporni na wszelkie kryzysowe wichry. Polski rząd powinien uczyć się na błędach, które pokazują, jakie rozwiązania są skuteczne, a jakie jedynie konserwują źródła trudności.

– Uniknięcie kryzysu zapewni nam dyscyplina na polu budżetowym oraz na płaszczyźnie polityki pieniężnej. Rozdęty dług publiczny połączony z niechęcią do reform to proszenie się o problemy. Także rekordowo niskie stopy procentowe są niebezpieczne, gdyż tworzą krótkotrwałą iluzję ożywienia. Odurzenie tanim kredytem było widoczne we wszystkich krajach, które obecnie balansują na krawędzi – przekonuje Piotr Lonczak, analityk Bankier.pl.

Polskie górnictwo węgla kamiennego coraz mniej konkurencyjne na światowych rynkach

Rosnące koszty i niepewność popytu to największe bolączki światowego górnictwa, na które wskazuje coroczny globalny raport firmy doradczej Deloitte „Tracking the trends 2013”. Podobne problemy ma również polskie górnictwo węgla kamiennego. Rodzime kopalnie ze względu na wysokie koszty wydobycia są coraz mniej konkurencyjne. Zapasy polskiego węgla wynoszą już 9 mln ton i problemy z ich sprzedażą narastają. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte koszty produkcji części krajowych spółek wydobywczych osiągnęły poziom, który może być poważnym zagrożeniem dla ich rentowności.

Podstawowym problemem branży wydobywczej na całym świecie (już drugi rok z rzędu) są rosnące koszty. Co gorsza, tendencja ta może się jeszcze pogłębić w najbliższym czasie ze względu na żądania podwyżkowe pracowników oraz rosnące koszty wynikające z regulacji. Autorzy raportu Deloitte podkreślają również, że spowolnienie gospodarcze w Chinach w połączeniu z rosnącą rozbieżnością między oficjalnymi prognozami globalnego popytu a rzeczywistym zapotrzebowaniem niekorzystnie wpływają na ceny surowców i w konsekwencji na decyzje inwestycyjne.

Problem ten nie ominął również polskiego górnictwa „Należy pamiętać, że przez ostatnie lata wzrostowi kosztów produkcji węgla kamiennego towarzyszył ciągły wzrost cen sprzedaży, co pozwalało na zachowanie rentowności przez polskie spółki wydobywcze. Obecnie wydaje się jednak, że presja ze strony importu będzie istotnie ograniczać możliwość dalszego kompensowania rosnących kosztów produkcji w cenach sprzedaży węgla”– wyjaśnia Marek Chlebus, Dyrektor w Dziale Konsultingu, Deloitte.

Poza tym polskiemu górnictwu nie służą także uwarunkowania geologiczne i wynikające z nich wysokie koszty wydobycia. Biorąc pod uwagę jednostkowy koszt produkcji polskich kopalń, który obecnie kształtuje się na poziomie ok. 300 zł za tonę (ok. 100 dolarów), oraz prognozy analityków Banku Światowego na najbliższe lata mówiące o cenie sprzedaży węgla energetycznego na rynkach zagranicznych w granicach 90 – 100 dolarów za tonę, to przy obecnych kosztach produkcji możemy spodziewać się zagrożenia dla rentowności części polskich spółek wydobywczych. Dla porównania, koszt produkcji węgla przez producentów z Azji i Ameryki Południowej wynosi ok. 40 – 60 dolarów za tonę, a producentów rosyjskich poniżej 80 dolarów. Zdaniem ekspertów Deloitte, krajowe górnictwo w niedalekiej przyszłości musi się zmierzyć z presją obniżenia kosztów wydobycia, wzrostu efektywności produkcji oraz koniecznością dostosowania swoich planów operacyjnych do mniejszego popytu wynikającego ze spowolnienia gospodarczego. „Jeśli spółki wydobywcze nie podejmą konkretnych działań mających na celu ograniczenie kosztów produkcji, takich jak racjonalizacja wydatków, uzmiennienie kosztów czy wdrożenie dojrzałych mechanizmów weryfikacji i kontroli zobowiązań i wydatków, mogą trwale utracić konkurencyjność na światowych rynkach” – dodaje Marek Chlebus.

Podobnie jak spółki wydobywcze w innych częściach świata, także polskie borykają się z niemożnością dostosowania produkcji do popytu. Wysoki poziom kosztów stałych krajowego górnictwa ogranicza możliwość elastycznego reagowania na zmiany wielkości popytu. W konsekwencji mamy rosnące zapasy węgla, które w górnictwie wynoszą obecnie ok. 9 mln ton, a wliczając w to zapasy energetyki – łącznie ok. 14 mln ton. „Rosnące zapasy są realnym problemem dla górnictwa. Próba pozbycia się ich na krajowym rynku, o ile w ogóle wykonalna, musiałaby prawdopodobnie odbyć się istotnie poniżej dotychczasowych cen rynkowych, co w konsekwencji, spowodowałoby spory spadek marż spółek wydobywczych, nawet poniżej progu ich rentowności” – tłumaczy Tomasz Konik, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Te stojące przed branżą wydobywczą zadania dotyczą także jej polskiej części. „Polskie górnictwo musi w sposób ciągły dostosowywać się do zmieniających się warunków. Z jednej strony najważniejszym elementem pozostaje utrzymanie jego konkurencyjności, szczególnie w obliczu rosnącej presji ze strony węgla pochodzącego z importu. Z drugiej strony drastycznie wzrastają oczekiwania związane z wpływem górnictwa na całe otoczenie. W dzisiejszych czasach ekologia oraz strategia społecznej odpowiedzialności muszą być wbudowane w podstawowy schemat funkcjonowania przedsiębiorstwa wydobywczego” – podsumowuje Artur Maziarka, Partner w Dziale Audytu, Deloitte.

Dzieła sztuki nie poddają się kryzysowi – rynek sztuki kusi inwestorów

Dzieła sztuki wzbogacają życie, ale mogą to zrobić również w czysto materialnym sensie. Prace artystów mogą stać się bardzo dochodową inwestycją.

O większości rzeczy, które nas otaczają, trudno powiedzieć, że są niepowtarzalne. Sprzęt elektroniczny z logo nadgryzionego owocu, odzież wykonana na Dalekim Wschodzie czy meble ze szwedzkiego salonu. W dzisiejszym świecie niepowtarzalność najłatwiej znaleźć w sztuce. I nie dość, że daje nam ona szansę obcowania z czymś wyjątkowym, to jeszcze często pozwala na wyjątkowe zyski.

Ile można zarobić na sztuce?

Trafiona inwestycja w dzieło sztuki może przemienić się w fortunę. Znane wszystkim dzieło Edvarda Muncha „Krzyk” w ubiegłym roku zostało sprzedane za 119,9 mln dolarów. Gdyby jego twórca wiedział, jak niebotyczne ceny osiągnie w przyszłości jego obraz, pewnie złapałby się za głowę, jak namalowana przez niego postać. Dzieł sztuki, których ceny idą w miliony dolarów, nie brakuje. Z punktu widzenia inwestora liczy się jednak to, jakiego zysku można się spodziewać. Podpowiedź dają nam wyniki funduszy inwestycyjnych. A te wyglądają bardzo obiecująco. Fine Art Fund czy The Collectors Fund mogą się pochwalić średnią roczną stopą zwrotu wynoszącą ok. 25 proc.

Tak jak zachowanie warszawskiej giełdy papierów wartościowych poznamy, śledząc ruchy indeksu WIG czy WIG20, tak w przypadku rynku sztuki możemy się przyjrzeć indeksowi Mei Moses All Art. Pokazuje on, że lokując pieniądze w dzieła sztuki po sześciu latach, bo to odpowiednia perspektywa w przypadku takich inwestycji, można było zarobić 111,81 proc. I nie jest to jednorazowy przypadek. To wyliczenie wykonaliśmy na podstawie danych za ostatnie 60 lat.

Tylko sztuka cię nie oszuka

Takie hasło znalazło się na obrazie Pawła Jarodzkiego, i trzeba przyznać, że ma ono również finansowy wymiar. Inwestycje w sztukę okazują się bowiem bezpieczniejsze od innych sposobów lokowania pieniędzy. To dlatego, że nie zależą one aż tak mocno od tego, co się dzieje w globalnej gospodarce, a więc nie zachowują się tak samo, jak akcje, waluty czy kruszce.

Wystarczy spojrzeć na kilka wydarzeń z ostatnich lat. Kiedy w 2008 roku bankrutował bank Lehman Brothers, a na rynkach finansowych rozpoczęła się panika, miała miejsce rekordowa aukcja prac jednego artysty. W Londynie, w domu aukcyjnym Sotheby’s sprzedano prace Damiena Hirsta za 198 mln dolarów. W 2011 roku, kiedy kryzys szalał na świecie, domy aukcyjne miały najlepszy rok w historii – 11,57 mld dolarów przychodu. A gdy w ubiegłym roku z powodu nadmiernego zadłużenia niektórych państw członkowskich ważyła się przyszłość Unii Europejskiej, miała miejsce wspomniana już wcześniej sprzedaż „Krzyku” Muncha.

Dzieła sztuki nie poddają się kryzysowi, ich ceny nie lecą na łeb, na szyję, tylko trzymają swoją wartość. Można więc stwierdzić, że są bezpieczną lokatą kapitału. Szczególnie, że jeśli ktoś trzyma już część swoich oszczędności w akcjach czy nieruchomościach, to warto dla bezpieczeństwa postawić również na innego konia. To podstawowa zasada inwestowania znana jako dywersyfikacja.

Cudze chwalicie…

W przypadku kupowania dzieł sztuki obowiązuje zasada, która działa również na rynkach finansowych. Coś czym interesują się już wszyscy może i przyniesie zyski, ale będą one raczej przeciętne. Duży zarobek, to zdolność wyszukiwania inwestycyjnych okazji. Na rynku sztuki jest podobnie: przełomowe prace wychodzące poza przyjęte kanony za kilka lat mogą być warte miliony, a dzieła młodych, dobrze się zapowiadających artystów mogą za jakiś czas kosztować wielokrotnie więcej.

Idąc tym tropem, można się na przykład zainteresować pracami młodych polskich twórców. Wcale nie trzeba mieć milionów dolarów na koncie i jeździć na aukcje do Londynu czy Nowego Jorku. Ewentualnie po to, żeby za parę lat sprzedać dzieło polskiego artysty, który zdobędzie światowy rozgłos. Świetnym przykładem może być Jakub Julian Ziółkowski, którego prace w 2004 roku można było jeszcze kupić za kilkaset złotych. A już w 2011 roku, kiedy stał się sławny i wypłynął na międzynarodowe wody, jego obraz „Szpieg” został sprzedany za 21 250 dolarów. Oprócz niego światową karierę zrobili też Wilhelm Sasnal, Piotr Uklański czy Alina Szapocznikow, która jesienią miała wystawę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku.

Cała sztuka, to znaleźć tych z młodych polskich artystów, którzy powtórzą ich sukces. Jeśli mamy odpowiednią wiedzę, to możemy zająć się takimi inwestycjami na własną rękę. W innym razie możemy skorzystać z pomocy profesjonalistów, którzy doradzą na co warto wydać pieniądze. A potem pozostaje już tylko kibicować artyście, którego dzieło kupiliśmy i trzymać kciuki, żeby zrobił oszałamiającą karierę.

W 2012 roku w polskich sądach złożono 4 091 wniosków o upadłość

Jak wynika z danych pozyskanych z Ministerstwa Sprawiedliwości, w 2012 roku w polskich sądach złożono 4 091 wniosków o upadłość, z czego blisko 22 proc. postępowań zakończyło się ogłoszeniem upadłości. Liczba wniosków wzrosła w stosunku do roku 2011 o 16 proc., natomiast ogłoszonych upadłości było w 2012 r. więcej o 18 proc. Od 1 stycznia 2013 roku sądy ogłosiły już ponad 170 postanowień o upadłości polskich przedsiębiorstw, co wskazuje na utrzymujący się trend wzrostowy.

Bezwzględne liczby upadłości nie są w Polsce duże*, zatem analiza wniosków o upadłość pozwala nam spojrzeć na problem niewypłacalności znacznie szerzej. Każdy z ponad czterech tysięcy złożonych wniosków (z których blisko 900 zakończyło się bankructwem) oznaczał problemy dla dostawców niewypłacalnej firmy. Jeśli do tego dołączymy niezliczoną liczbę przypadków opóźnień płatności, widzimy, że płynność tysięcy polskich firm była i jest zagrożona – mówi Jarosław Jaworski, prezes Coface.

W ostatnim roku to utrata płynności była główną przyczyną bankructw. Rosnąca liczba wniosków o upadłość i ogłoszonych upadłości potwierdza, że problemy z płynnością dotyczą coraz większej liczby polskich firm. Utrzymujące się realne zagrożenie dla płynności coraz częściej jednak skłania polskich przedsiębiorców do zwiększenia kontroli odbiorców i lepszego zabezpieczania należności.

Spośród 4091 złożonych w 2012 r. wniosków o upadłość 730 zakończyło się ogłoszeniem upadłości w celu likwidacji majątku dłużnika, natomiast w 162 przypadkach orzeczono upadłość z możliwością zawarcia układu. Pozostałe blisko 3200 wniosków zostało załatwionych przez sądy w inny sposób. Wniosek o upadłość może złożyć zarówno sam dłużnik w sytuacji swojej niewypłacalności, jak i wierzyciel, wobec którego dłużnik nie reguluje zobowiązań. Prawo upadłościowe precyzyjnie określa przypadki, kiedy może to nastąpić i jakie formalności powinny zostać dopełnione. Sytuacje, kiedy sąd nie orzeka upadłości przedsiębiorstwa spowodowane są różnymi przyczynami, od braków formalnych, przez brak majątku, aż po oddalenie wniosku złożonego w złej wierze.

Największa liczba 1221 wniosków została przez sądy oddalona, ze względu na fakt, że:

– majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarczał na zaspokojenie kosztów postępowania (art. 13 prawa upadłościowego i naprawczego) lub

– opóźnienie w wykonaniu zobowiązań nie przekraczało trzech miesięcy, a suma niewykonanych zobowiązań nie przekraczała 10% wartości bilansowej przedsiębiorstwa dłużnika (art. 12).

Drugą pod względem liczby przypadków grupę stanowiły sytuacje, w których sąd decydował o prawomocnym zwrocie wniosku w związku ze złożeniem go w sposób nie odpowiadający wymogom ustawy (np. nienależycie opłacony lub złożony z brakującymi danymi).

Ponad 500 razy sądy decydowały o umorzeniu postępowania w sytuacjach gdy np. składający sam wycofał wniosek o upadłość lub wszyscy wierzyciele żądali umorzenie sprawy lub gdy majątek dłużnika (po wyłączeniu wszystkich zabezpieczeń) nie wystarczał na pokrycie roszczeń.

* Upadłości i wnioski o upadłość – barometr stanu gospodarki, który należy monitorować

Jak powiedziano na wstępie bezwzględne liczby ogłoszonych przez sądy upadłości nie są w Polsce duże, ponieważ dane przedstawiają jedynie firmy, wobec których zostało przeprowadzone oficjalne postępowanie upadłościowe, nie uwzględniają natomiast przedsiębiorców, którzy zakończyli aktywność gospodarczą poprzez likwidację lub zawieszenie działalności, a tych jest znacznie więcej.

Liczba upadłości jest jednak ważnym wskaźnikiem sytuacji gospodarczej. Coface monitoruje bankructwa od kilkunastu lat i statystyki potwierdzają, że wskaźnik liczby upadłości doskonale obrazuje okresy koniunktury i dekoniunktury (z zachowaniem kilkumiesięcznego przesunięcia w czasie, wynikającego z okresu trwania postępowań sądowych). Dla przedsiębiorców jeszcze bardziej wartościowym pozostaje jednak bieżące monitorowanie sytuacji odbiorcy, dzięki czemu możliwe jest wychwycenie informacji o złożeniu lub wycofaniu wniosku o upadłość.

W zdecydowanej większości przypadków złożenie wniosku o upadłość sygnalizuje poważne problemy dłużnika z zachowaniem płynności i powinno być sygnałem dla kontrahentów do podjęcia natychmiastowych kroków zabezpieczających należności i zrewidowania planów dalszej współpracy.

Samozatrudniony nie będzie musiał płacić podatków za inne firmy

Odpowiedzialność solidarna nabywcy za podatek, którego nie zapłacił sprzedający, ma nie dotknąć małych przedsiębiorców. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł przerzucenia ściągania należności podatkowych na firmy to wyraźny sygnał, że państwo nie radzi sobie w tym zakresie.

Projekt zmiany ustawy o podatku od towarów i usług oraz Ordynacji podatkowej zakłada, że przedsiębiorca, który kupuje wybrane towary – stal, paliwo lub złoto – mógłby być pociągnięty do odpowiedzialności solidarnej za nieuregulowany podatek sprzedawcy wynikający z transakcji zakupu.

Co oznacza odpowiedzialność solidarna

Odpowiedzialnośc solidarna w omawianym przypadku oznacza, że fiskus może domagać się zapłacenia całej należności podatkowej lub jej części zarówno od sprzedawcy, jak też i nabywcy łącznie lub osobno. Jeżeli podatek zostanie uregulowany przez jedną ze stron, np. nabywcę, wtedy druga strona, czyli sprzedawca, jest z niego zwolniona, gdyż zobowiązanie wygasa. Jak to może wyglądać? Załóżmy, że firma A kupiła od firmy B pręty stalowe na kwotę brutto 100 000 zł. Na uregulowaną z tego tytułu fakturę przypada 18.699 zł VAT (o kwotę tę firma A ma prawo zmniejszyć swój VAT, czyli dokonać odliczenia).

Firma B nie zapłaciła jednak tej kwoty VAT fiskusowi. W takim przypadku organ podatkowy mógłby starać się odzyskać pieniądze nie tylko od firmy B, ale także ściągnąć należność z firmy A (jeżeli stwierdzi, że firma A miała uzasadnienie, by przypuszczać, że podatek może nie być uregulowany). W takiej sytuacji firma A wystąpiłaby de facto w roli ostatecznego konsumenta (konstrukcja VAT zakłada, że podatek ten ma obciążać faktycznie ostatecznego nabywcę).

W chwili obecnej projekt zakłada, że odpowiedzialność byłaby możliwa wtedy, gdy w momencie dostawy nabywca wiedział lub miał uzasadnione podstawy do tego, aby przypuszczać, że podatek (lub jego część) przypadający na dostawę tych towarów nie został lub nie zostanie wpłacony. Za uzasadnione podstawy projekt uznaje okoliczności towarzyszące dostawie lub szczególne warunki, na jakich została ona dokonana, w szczególności jeżeli cena za dostarczane towary była niższa od wartości rynkowej – z wyjątkiem sytuacji, w której podatnik dokonujący zakupu wykaże, że nie wiązały się one z niewpłaceniem podatku, przypadającego na dostawę tych towarów, na jakimkolwiek etapie ich obrotu.

Tankujesz na stacji – nie wybieraj najtańszej

W obecnym brzmieniu projektowane regulacje dopuszczałyby zatem także sytuację, w której każdy przedsiębiorca, który tankuje firmowe auto na stacji benzynowej oferującej ceny niższe niż konkurencja, mógłby zostać pociągnięty do zapłacenia podatku od tej transkacji, jeżeli stacja nie wywiązywałaby się ze swoich zobowiązań podatkowych. Byłoby to kuriozalne chociażby dlatego, że wiele firmowych samochodów to auta osobowe, w związku z czym użytkujący je przedsiębiorcy nie mają nawet prawa do odliczenia VAT. Taka sytuacja byłaby poza tym bardzo kosztowana – wiązałaby się z zaangażowaniem wielu urzędników, którzy musieliby przeprowadzić postępowanie i wydać decyzję o odpowiedzialności solidarnej, w której trzeba byłoby wskazać, jaka część podatku nieuregulowanego za dany okres rozliczeniowy przypada akurat na poszczególną transakcję.

Z zapewnień rzeczniczki Ministerstwa Finansów Wiesławy Dróżdż wynika jednak, że regulacje mają być poprawione, a odpowiedzialność ma dotyczyć przede wszystkim podmiotów zajmujących się profesjonalnym obrotem wymienionymi towarami.

Większe zagrożenie niż ochrona

Szykowane regulacje w założeniach mają na celu ochronę uczciwych przedsiębiorców z trzech branż: związanej z obrotem wyrobami stalowymi, paliwami i złotem. W obecnym brzemieniu stanowią one jednak bardziej zagrożenie niż szansę na ochornę. Po pierwsze, w dobie gospodarki wolnorynkowej cena jest jednym z istotnych czynników konkurencyjności firm i przedsiębiorcy niejednokrotnie podejmują działania, które pozwolą im zaoferować produkty po niższych cenach niż konkurencja. Jednocześnie niezrozumiałe jest, w jaki sposób dokonujący zakupu przedsiębiorca miałby wykazać, że nie wiązało się to z niewpłaceniem podatku „przypadającego na dostawę tych towarów, na jakimkolwiek etapie ich obrotu.” Nie ma bowiem obecnie możliwości, aby sprawdzić prawidłowość rozliczeń innej firmy z fiskusem.

Pilnujcie się sami

Chociaż wprowadzenie odpowiedzialności solidarnej nie budzi wątpliwości co do zgodności z Konstytucją RP czy dyrektywą unijną dotyczącą VAT-u, to wskazuje na pewnego rodzaju bezsilność organów państowych w walce z oszustami – z wykrywaniem przestępstw, ich ściganiem, a także egzekucją zaniżonych wartości podatku. Taka odpowiedzialność jest coraz częściej wykorzystywana także w innych państwach. Jak podaje rzecznik Ministerstwa Finansów, na odpowiedzialność solidarną zdecydowały się także: Belgia, Bułgaria, Hiszpania, Wielka Brytania, Luksemburg, Portugalia, Rumunia, Słowenia oraz Czechy i Słowacja. Jeżeli więc tak wiele państw przerzuca odpowiedzialność za ściąganie podatków na przedsiębiorców, choć właściwie należy to do ich kompetencji, powstaje pytanie, czy sama konstrukcja tego podatku jest właściwa lub czy organy ścigania nadążają za pomysłowością nieuczciwych podatników.

Katarzyna Rola-Stężycka, Tax Care

Czy z tej chmury spadnie deszcz? Rośnie popularność Cloud Computing

Dziesiątki zdjęć, setki plików z muzyką, gigabajty filmów, dokumenty z pracy – taka jest mniej więcej zawartość komputera przeciętnego Polaka. Najnowsze badanie F-Secure i TNS OBOP pokazuje, że boimy się utraty naszych plików, ale niewiele robimy w kierunku ich zabezpieczenia. Tę sytuację może jednak zmienić rosnąca popularność najnowszego trendu w światowej informatyce – serwisów opartych na technologii chmury.

Szacuje się, że wartość światowego rynku cloud computing przekracza już dziś kwotę 100 mld dolarów i rośnie on w tempie 30-40 proc. Wartość polskiego rynku cloud computingu szacuje się na ok. 200 mln zł.

Ponad 90 procent polskich internautów twierdzi, że bezpieczeństwo ich danych jest dla nich bardzo ważne, ale zaledwie 20 proc. przechowuje swoje pliki w bezpiecznej internetowej chmurze – głoszą wyniki badania przygotowanego przez F-Secure, fińskiego producenta antywirusów, oraz ośrodek badania TNS OBOP. Do tego tylko około 30 proc. internautów przyznaje się do robienia kopii zapasowych. – To niewiele. Jeżeli w tym samym badaniu chęć korzystania z produktów do bezpiecznego backupu deklaruje ok. 60 procent respondentów, jasno widać, że za tymi deklaracjami nie idą praktyczne działania – komentuje Michał Iwan, dyrektor zarządzający F-Secure Polska. – Z drugiej strony oznacza to, że mamy w Polsce duży potencjał rozwoju dla chmury – dodaje.

Facebook też jest chmurą

Do czego Polakom najczęściej służy sieć? Użytkownicy w wieku 18-24 lat najbardziej lubią oglądać filmy na YouTube, trzydziestolatkowie chętnie robią zakupy w sklepach internetowych, dla wszyscy z ochotą korzystają także z poczty elektronicznej. Podstawowym zajęciem we wszystkich grupach wiekowych jest komunikacja – głównie przez sieci społecznościowe. Tutaj liderem jest nadal NK.pl, czyli dawna Nasza Klasa – korzysta z niej 75 proc. ankietowanych. Facebookowi wciąż sporo brakuje do takiego wyniku – do posiadania konta w tym serwisie przyznaje się mniej niż jedna trzecia respondentów.

Nie wszyscy internauci wiedzą, że sieci społecznościowe to również wielkie chmury danych, ale w tym przypadku o ich
bezpieczeństwie decyduje sam użytkownik. – Jeżeli raz już umieścimy coś w Internecie, jest bardzo ciężko to z niego usunąć. Jeżeli do tego nie ustawimy odpowiedniego poziomu zabezpieczeń, nasze zdjęcia i informacje o nas będą dostępne nie tylko w wyszukiwarkach, ale też dla marketerów chcących zasypać nas reklamami, czy dla cyberprzestępców, którzy mogą wykorzystać je do przeróżnych niecnych celów – przestrzega Michał Iwan.

Science-fiction tuż za progiem

Chmura może znacznie ułatwić nam życie. – Może to pomysł niczym z filmu science-fiction, ale wyobraźmy sobie chmurową bazę danych jakiejś unikalnej cechy każdego człowieka, np. tęczówki oka czy odcisku palca, która będzie powiązana z kontem bankowym. Dzięki połączeniom punktów usługowych czy sklepów z taką globalną bazą danych, moglibyśmy bezpiecznie i łatwo płacić np. za zakupy w galerii handlowej, bez konieczności noszenia przy sobie gotówki czy nawet karty kredytowej – mówi Ewa Zborowska, starszy analityk IT z IDC Polska. – To najlepszy przykład, że technologii chmurowej nie należy się obawiać – dodaje.

Rozwiązania chmurowe z dziedziny sci-fi wchodzą jednak powoli w życie. W zeszłym roku w Rosji testowano bankomaty, które mogą udzielać klientom pożyczek. Na podstawie analizy paszportu, odcisków palców, twarzy oraz modulacji głosu maszyna sprawdza, czy klient nie ma innych zobowiązań i nie udziela kłamliwych odpowiedzi na istotne pytania. – W zasadzie jest to bankomat z zamontowanym wykrywaczem kłamstw, co nie dziwi, jeżeli firma produkująca tę technologię współpracuje z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa – podaje przykład Michał Iwan.
Technologia chmury stwarza także nowe możliwości biznesowe, między innymi dla artystów, którzy mogą wystawiać na sprzedaż swoje dzieła w publicznej chmurze i nie muszą dzielić się zyskiem z takimi pośrednikami jak np. wytwórnie płytowe. Jeden z amerykańskich komików wystawił na sprzedaż za pięć dolarów nagranie jednego ze swoich występów podczas tournee. Kupiło go 250 tys. fanów, artysta zarobił milion dolarów. Opłacił trasę, sporo zostało w jego kieszeni, a stać go było jeszcze na przeznaczenie 25 proc. sumy na cele charytatywne.

Jak działa chmura?

Co można konkretnie rozumieć pod pojęciem chmury? Najprościej mówiąc, chmura to potężny wirtualny magazyn na wszelakiego rodzaju informacje, do którego mamy dostęp 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Użytkownik może tam umieścić swoje pliki – szybko, łatwo i – co najważniejsze – bezpiecznie. Z kolei firmy mogą nie tylko przechowywać dane w chmurze, ale też umieszczać w niej ważne procesy.

Chmurowy dysk przydaje się szczególnie osobom chcącym mieć łatwy dostęp do swoich plików z różnych miejsc, a takich w Polsce jest coraz więcej – wystarczy spojrzeć na wyniki omawianego badania F-Secure i TNS OBOP. Interesujący jest zwłaszcza odsetek użytkowników mobilnego Internetu. Ogółem używa go 28 proc. ankietowanych, najwięcej w grupie wiekowej 30-39 lat – aż 34 proc. Ponad jedna trzecia (39 proc.) wybrała Internet dostarczany przez operatorów komórkowych jak Play, Plus czy Orange. Popularyzacji chmury sprzyja również detronizacja komputera biurkowego przez laptopy i netbooki – używa ich o 5 proc. więcej internautów. Mniej więcej 30 proc. korzysta z internetu za pośrednictwem smartfonów lub zwykłych telefonów komórkowych.

Z wirtualnego magazynu można korzystać dosłownie w każdym miejscu z dostępem do Internetu, a w większości z nich można też odtwarzać pliki multimedialne z poziomu przeglądarki. Jeżeli więc mamy mobilny Internet, możemy np. obejrzeć sobie film na tablecie podczas podróży pociągiem, nie marnując transferu na ściąganie go na dysk.

Ustawa o odnawialnych źródłach energii wciąż nie trafiła do Sejmu

Ceny zielonych certyfikatów są tak niskie, że przedsiębiorcom nie opłaca się inwestowanie w odnawialne źródła energii. Dlatego wiceminister gospodarki Jerzy Witold Pietrewicz zapowiedział wdrożenie rozwiązań stabilizujących ten rynek. Jego poprzednik przypomina, że gotowe rozwiązania już są zapisane – w projekcie ustawy o odnawialnych źródłach energii. Prace nad nią ostatnio spowolniły mimo, że minister gospodarki zapowiadał ich przesłanie do Sejmu przed końcem marca.

– Bardzo dużo dopłacamy do energii odnawialnej, do pozyskiwanych biokomponentów przywożonych z zagranicy. To jest dramat dla Polski i dla polskiego systemu energetycznego. Stąd raptowny spadek cen zielonych certyfikatów. A ustawa o odnawialnych źródłach energii [OZE] doskonale rozwiązuje te problemy. Gdyby dziś była ta ustawa, to nie mielibyśmy problemu z cenami zielonych certyfikatów – uważa Mieczysław Kasprzak, były wiceminister gospodarki odpowiedzialny za OZE.

Polskie Towarzystwo Gospodarcze Bioenergii „Polbio” alarmowało w ubiegłym tygodniu, że w wyniku akumulacji certyfikatów na rynku, cena jaką trzeba za nie zapłacić spadła do 30 proc. ich wartości. Od niemal roku te prawa majątkowe taniały tak mocno, że przedsiębiorcom zajmującym się sprzedażą energii elektrycznej odbiorcom końcowym nie opłacało się inwestować w zielone technologie. Mogą bowiem kupić świadectwa pochodzenia energii elektrycznej wytworzonej w odnawialnych źródłach energii po ok. 135 zł/MWh, czyli taniej niż zapłaciliby za pozyskanie własnych certyfikatów (muszą określoną ich liczbę uzyskać i przedstawić do umorzenia Prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki lub uiścić opłatę zastępczą, która wynosi ok. 280 zł/MWh).

Zdaniem Mieczysława Kasprzaka, tym tendencjom zapobiegłaby ustawa o OZE, za którą jeszcze do początku lutego był odpowiedzialny jako wiceminister gospodarki. W projektowanym dokumencie zaproponowano zmiany w funkcjonowaniu modelu wspierania energii ze źródeł odnawialnych, czyli tzw. zielonych certyfikatów. Miałyby one zagwarantować zrównoważony i bardziej racjonalny rozwój OZE.

– Dziwię się, że minister finansów i inni spowolnili dzisiaj te działania. Technologie związane z OZE tanieją z roku na rok. Kto szybciej w nie zainwestuje, ten będzie dłużej zbierał owoce z tych inwestycji – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mieczysław Kasprzak. – Szkoda, że ustawa, która już została wynegocjowana, nie może być uchwalona, bo widzę, że nastąpiło bardzo duże spowolnienie od listopada.

Zdaniem Mieczysława Kasprzaka do uzgodnienia zostało jeszcze „tylko kilka rzeczy” i projekt ustawy mógłby wreszcie trafić do parlamentu.

– To jest dobra ustawa, która stwarza szanse rozwoju energetyki odnawialnej. A do 2020 roku mamy mieć 15,5 proc. energii z tych źródeł – przypomina. – Jeżeli będziemy zwlekać z jej wprowadzeniem, to inni nas zostawią daleko w ogonie. Poza tym przyjdzie nam płacić duże kary, bo UE nam tego nie podaruje.

Nad Polską wisi groźba sankcji za brak regulacji dotyczących odnawialnych źródeł energii. Komisja Europejska nie złożyła jeszcze wniosku do Trybunału, ale rozpoczęła procedurę. Termin na uchwalenie tych przepisów Polska miała do 5 grudnia 2010 roku.

Szef resortu gospodarki Janusz Piechociński zapewniał, że projekt ustawy o OZE (będący częścią pakietu energetycznego, w którego skład wchodzą także Prawo energetyczne i Prawo gazowe) z końcem pierwszego kwartału zostanie przekazany do Sejmu.

Cena ropy za wysoka, według ekonomistów spadnie do 100 USD za baryłkę

Obecne poziomy cen ropy naftowej na światowych rynkach są nieco za wysokie, ale bliskie równowadze popytu i podaży – uważa Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions. Według jego prognoz do końca roku podnosząca się po kryzysie światowa gospodarka obniży te ceny do pożądanego poziomu ok. 100 dolarów za baryłkę. W dalszej perspektywie na obniżki cen będzie miało wpływ zwiększone wydobycie surowca, m.in. w Iraku i w Stanach Zjednoczonych.

Baryłka ropy Brent w poniedziałek kosztowała ok. 108 dolarów.

– Ceny ropy w miarę odpowiadają popytowi, powiedziałbym nawet, że są trochę za wysokie – tłumaczy Maciej Bitner w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Cały czas jeszcze gospodarka światowa nie jest tak silna, żeby sobie poradzić z wysoką ceną ropy na poziomie 130 dolarów za baryłkę. Myślę, że cena będzie zmierzać bardziej w stronę 100 dolarów za baryłkę. Patrząc na rynek terminowy, to prognozowana cena za rok, dwa, trzy, to jest właśnie bliższa tej granicy. To jest bliższe cenie równowagi.

Spodziewane spadki cen ropy wynikają z prognozowanego wzrostu wydobycia, jaki najprawdopodobniej będzie miał miejsce w najbliższych latach. Wzrost ten zostanie odnotowany szczególnie w Iraku i USA. W Ameryce Północnej przyczyni się do tego coraz większe wydobycie ropy łupkowej – tzw. lepkiej ropy, którą wydobywa się podobnie jak gaz łupkowy – a więc przede wszystkim przez odwierty.

– Produkcja amerykańska bardzo dynamicznie rośnie i tak będzie jeszcze w kolejnych latach. Prognozuje się, ze USA przewyższą pod tym względem Arabię Saudyjską – mówi Bitner.

Jak zauważa analityk Wealth Solutions, rynek pod względem popytowym jest dość sztywny. To oznacza, że zmiany podaży będą odczuwalne w poziomach cen.

– Ten rynek jest bardzo ściśle dopasowany, popyt i podaż się równoważą. Więc jeżeli popyt do podaży nie jest dopasowany, to znacząco musi się zmienić cena – mówi Bitner.

Proponowana przez niego cena równowagi uwzględnia przede wszystkim koszty wydobycia. I to te najwyższe.

– Arabia Saudyjska ma dość niskie koszty wydobycia. Nawet przy 30 dolarach za baryłkę opłacało by się to robić, bo tam ropa właściwie sama wypływa z ziemi, nie trzeba jej wyciągać spod dna oceanu, przy tych wszystkich ryzykach uświadomionych przy okazji katastrofy w Zatoce Meksykańskiej czy też wyciskać z łupków kanadyjskich. Bo wtedy to już są koszty na poziomie 80-90 dolarów za baryłkę – mówi główny ekonomista Wealth Solutions.

Obniżenie ceny byłoby możliwe przez wyłączenie z rynku najdroższych producentów, ale to – jak tłumaczy ekspert – byłoby możliwe tylko przy znaczącym spadku popytu na ropę, co jest bardzo mało prawdopodobne.

– Póki popyt się utrzymuje na takim poziomie, że jest potrzeba wydobywania ropy z dna oceanów, to cenę ropy wyznacza koszt tych najdroższych producentów, a nie tych najtańszych – tłumaczy Maciej Bitner.

Różnica między „odwróconą hipoteką” a „dożywotnią rentą hipoteczną”. Odwrócona hipoteka wciąż bez nadzoru

Wciąż nie ma ustawy regulującej zasady odwróconej hipoteki. Zdaniem samej branży jest ona potrzebna, głównie po to, by zniknęły nieuczciwe firmy, których działania odstraszają emerytów od podpisywania tego rodzaju umów.

Na polskim rynku funkcjonują firmy, które reklamując się hasłem „odwrócona hipoteka” w zasadzie oferują „dożywotnią rentę hipoteczną”. jaka jest różnica między tymi produktami?

W ramach dożywotniej renty hipotecznej w zamian za przekazanie instytucji finansowej (bankowi, funduszowi) nieruchomości, jej właściciel otrzymuje dożywotnią rentę oraz prawo dożywotniego użytkowania lokalu. Sam lokal od momentu podpisania umowy przechodzi jednak na własność instytucji finansującej. Po śmierci właściciela spadkobiercy nie mają możliwości go odzyskać.

W przypadku odwróconej hipoteki właściciel dostaje pieniądze, ale nieruchomość nie przechodzi na własność instytucji finansowej. Jest zabezpieczeniem udzielanego kredytu. Po śmierci właściciela spadkobiercy mogą nieruchomość odzyskać, jeśli spłacą
„kredyt”.

Teraz instytucje finansowe zawierają z emerytami umowy oparte na konstrukcji umowy dożywocia lub renty odpłatnej, uregulowanej w Kodeksie cywilnym. Nie ma jednak przepisów mówiących, co konkretnie powinno się znaleźć w takiej umowie. Nie są też uregulowane wymogi dla podmiotów, które takie produkty oferują. Zdarza się więc, że takie firmy wykorzystują zaufanie i brak znajomości przepisów u osób starszych, co odbija się na wizerunku całej branży.

– Oferta renty dożywotniej jest na rynku oferowana przez największe firmy. Z drugiej strony emeryci są ostrzegani, żeby nie korzystali z tej formy usług dlatego, że lada chwila wejdzie w życie ustawa. A rzeczywistość jest taka, że ta ustawa przez długi jeszcze czas nie wejdzie w życie. Nie wiadomo, kiedy to się stanie, bo brakuje woli politycznej i ustalenia deadline’u dla ministerstw na jej uchwalenie. Od dwóch lat słyszymy, że trwają prace, i że lada chwila ta ustawa wejdzie w życie. Śmiem twierdzić, że przez kolejne lata będziemy słyszeli to samo – podkreśla Dariusz Brzeski, przewodniczący Rady Nadzorczej Funduszu Hipotecznego Familia, który oferuje obecnie renty dożywotnie.

Zdaniem Dariusza Brzeskiego konieczne jest także dodatkowe uregulowanie zasad oferowania obecnych produktów.

– Jest bardzo zła prasa dla tej instytucji, która w sposób nieuprawniony zaczęła dominować przy ocenie tej branży. Jestem za tym, żeby wyeliminować z rynku ten margines, który może się okazać nieuczciwy. Pewnie znaleźlibyśmy nieuczciwego piekarza, ale to nie znaczy, żeby przestrzegać ludzi przed kupowaniem chleba. Podobnie jest i w tej branży. Natomiast muszą być wprowadzone dla dobra klientów pewne minimalne wymogi przy zawieraniu umów – uważa Dariusz Brzeski.

Przedstawiciel Funduszu hipotecznego Familia podkreśla jednak, że także w obecnych przepisach jest możliwe bezpieczne korzystanie z dożywotniej renty przez emerytów, którzy mają nieruchomość i chcą w niej mieszkać do śmierci. Dużą rolę przy takich umowach odgrywają notariusze i to do nich emeryci powinni się zwracać z ewentualnymi wątpliwościami przed podpisaniem umowy.

– Jest ważne, aby emeryci byli informowani, jakie zapisy powinny znaleźć się w umowie z firmą, aby ten produkt był bezpieczny. Na tym rynku działa wiele firm. Nie mogę wykluczyć, że niektóre firmy mogą oferować zbyt małe zabezpieczenia w swoich umowach. Jednak to są zawsze umowy notarialne. Dlatego dużo zależy od notariusza, czy właściwie dopilnuje, aby te właściwe zabezpieczenia się znalazły. Notariusz ma taki obowiązek – twierdzi Brzeski.

Istnieją dwa modele hipoteki odwróconej – jeden polega na tym, że prawa własności lokalu są przekazywane instytucji finansowej, a ta wypłaca właścicielowi dożywotnią rentę i pozwala mieszkać w tym lokalu do śmierci. Ten model jest obecnie oferowany w Polsce na podstawie przepisów Kodeksu cywilnego.

Drugi system to odwrócony kredyt hipoteczny. Według tego rozwiązania bank udziela kredytu pod zastaw nieruchomości i wypłaca comiesięczne świadczenie przez określony czas lub jednorazowo. Własność mieszkania nie przechodzi od razu po śmierci kredytobiorcy na bank. Dopiero gdyby spadkobiercy właściciela nie spłacili długu (wypłaconej kwoty wraz z odsetkami) w ciągu np. 12 miesięcy, bank może przejąć mieszkanie.

Pod koniec stycznia br. prof. Irena Lipowicz, Rzecznik Praw Obywatelskich, w piśmie skierowanym do wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego zwróciła się z prośbą o poinformowanie co do stanu prac nad powstaniem ustawy o odwróconej hipotece. W swoim piśmie wskazała na pilną konieczność jej uchwalenia celem ochrony osób zainteresowanych przed nadużyciami. RPO podkreśliła, że należałoby uregulować także kwestię obowiązkowego doradztwa prawnego przez okres np. 2 lat od wejścia w życie ustawy, aby zapobiec utracie mieszkania na skutek wykorzystania niewiedzy potencjalnego klienta. Chodzi o to, że obecnie zawierane na rynku umowy zawierają klauzulę poufności, zgodnie z którą umów tych nie można pokazywać osobom trzecim. W ocenie Rzecznika ustawa powinna regulować także kwestię nakładania na potencjalnego klienta obowiązku ponoszenia kosztów remontu nieruchomości, będącej przedmiotem umowy hipoteki odwróconej.

Fundusze private equity skłonne zainwestować setki milionów euro

Fundusze private equity, inwestujące w spółki nienotowane na giełdzie, zamierzają dokonać masowej ekspansji na rynek polski – wynika z najnowszego raportu kancelarii Baker&McKenzie. Największe zainteresowanie wzbudzają takie branże jak ochrona zdrowia, projekty infrastrukturalne, sieci handlowe i technologie. Przykładem zainteresowania funduszy inwestycyjnych polskim rynkiem jest ich inwestycja w paczkomaty firmy InPost, a także w sieć handlową Żabka.

– Myślę że najbardziej atrakcyjne projekty są w czterech branżach: ochrona zdrowia, infrastruktura, sieci handlowe oraz technologie i innowacje, które od wielu lat są bardzo atrakcyjnym tematem – mówi mecenas Tomasz Krzyżowski, partner kancelarii Baker & McKenzie.

Jednym z najbardziej innowacyjnych projektów, w które zaangażowane są fundusze private equity jest projekt budowy sieci europejskich paczkomatów.

– To jest inwestycja funduszu private equity w przedsiębiorstwo easyPack razem ze spółką Integer, In Post. Polega to na budowaniu paczkomatów i stworzeniu paneuropejskiej platformy paczkomatów – mówi Krzyżowski.

Z kolei przykładem inwestycji funduszy w branży handlowej jest sieć sklepów Żabka.

– Jest ona już w rękach trzeciego funduszu private equity, dalej bardzo się rozwija, integruje rynek, rozgląda się za innymi mniejszymi sieciami – mówi Krzyżowski. – Żabki są wszędzie, rozwijają się dobrze, pozwalają polskim przedsiębiorcom zaistnieć i z sukcesem prowadzić tego typu sklepy. Takich przykładów można podać bardzo dużo.

Szczególnym zainteresowaniem funduszy na całym świecie cieszy się ochrona zdrowia. Choć sektor ten mierzy się z wieloma wyzwaniami, to jest on innowacyjny, a przy tym względnie stabilny. W Polsce branża ta będzie rozwijać się coraz bardziej, co powinno przyciągnąć fundusze.

– To są docelowo szpitale, ale przede wszystkim przychodnie zdrowotne, diagnostyka, również produkcja instrumentów medycznych. To jest bardzo atrakcyjny rynek i on cały czas w Polsce nie jest do końca rozwinięty – wyjaśnia Krzyżowski. – Wiadomo, że ze środków państwowych tego się nie da zrobić, a ponieważ to jest dość stabilny rynek, który nie jest bezpośrednio narażony na dekoniunkturę, to zawsze będzie on interesujący dla funduszy.

W Polsce fundusze private equity inwestują setki milionów euro, choć w niektórych przypadkach rozważane były nawet większe kwoty. Tego typu fundusze są kołem zamachowym gospodarek wielu krajów. Największym zainteresowaniem cieszą się rynki rozwijające się, np. Brazylia. Jednak również Europa jest miejscem, w które fundusze chcą inwestować. Według Tomasza Krzyżowskiego, Polska jest dla nich atrakcyjnym miejscem m.in. ze względu na spodziewany napływ środków unijnych, które, po pierwsze, będą napędzać inwestycje i rozwój gospodarki, a po drugie, będą wymagały wkładu własnego, który mogą zapewnić właśnie fundusze private equity.

Jak podkreśla ekspert, na polskim rynku jest już obecnych wiele funduszy private equity i są one bardzo aktywne. Nie oznacza to jednak braku zainteresowania ze strony nowych firm.

– Interesuje ich bardzo projekty infrastrukturalne, budowa dróg, budowa i zarządzanie lotniskami, dworcami, oczyszczalniami ścieków, spalarniami śmieci – wymienia Krzyżowski. – Przewiduję, że liczba inwestycji funduszy private equity zdecydowanie się jeszcze w Polsce zwiększy.

Dzisiaj cypryjski parlament ma zdecydować o wprowadzeniu podatku od depozytów bankowych

Cypryjskie banki pozostaną zamknięte do czwartku. Władze szykują się na demonstracje niezadowolonych Cypryjczyków. Według prawników, gdyby działania cypryjskich władz oceniać według polskich norm prawnych, to okazałoby się, że łamią kilka konstytucyjnych zasad. Ale może to być po prostu mniejsze zło, które uchroni kraj przed bankructwem.

Działania te były podyktowane chęcią uratowania pogrążonej w kryzysie gospodarki i uzyskania pomocy międzynarodowej. Przedstawiciele Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego zdecydowali w weekend, że po wprowadzeniu opłaty od depozytów udzielą Cyprowi pomocy w kwocie 10 mld euro.

Jak podkreśla Renata Dłuska, partner w kancelarii MDDP, oceniając proponowane zmiany przez pryzmat polskiego prawa, widać, że Cypr łamie co najmniej trzy podstawowe zasady. Wprowadzają podatek bez uwzględnienia vacatio legis, który w dodatku działa wstecz, gdyż obejmuje kwoty zebrane wcześniej. Ponadto podważona zostaje zasada uszanowania zaufania obywateli do państwa.

– Myślę, że wydarzenie to trzeba oceniać w szerszym kontekście – wyjaśnia Renata Dłuska w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Wiemy, jaka jest sytuacja gospodarcza i ekonomiczna Cypru, więc jest pytanie, czy to działanie nie jest mniejszym złem niż gdyby cały system bankowy Cypru i samo państwo upadło.

Władze Cypru chcą obciążyć jednorazową opłatą depozyty Cypryjczyków i obywateli innych państw mających konta w cypryjskich bankach. Dla depozytów poniżej 100 tys. euro ma ona wynieść 6,5 proc., a powyżej – 9,9 proc. Cypryjczycy zaczęli więc masowo wypłacać pieniądze z banków. Gotówka w bankomatach szybko się skończyła, uniemożliwiono też przelewy internetowe. System bankowy jest nadal zablokowany, a cypryjskie banki mają zostać otwarte dopiero w czwartek.

– To nie jest takie proste do oceny – mówi doradca podatkowy z MDDP. – Jeśli system bankowy jest w tak opłakanym stanie, to co z tego, że mam miliony w banku, jeśli nie będę miała do nich dostępu. Jest pytanie, czy wolę stracić 10 proc. z miliona, czy wszystko. Bo nawet nie wystarczy bankowy fundusz gwarancyjny na wypłacenie tych kwot, do których są uprawnieni depozytariusze.

Cypr był miejscem, w którym wielu biznesmenów umieszczało swoje centra inwestycyjne. Zachęcało ich do tego niskie opodatkowanie i zawarte przez Cypr traktaty międzynarodowe o unikaniu podwójnego opodatkowania.

– Cypr miał i ma doskonałą sieć traktatów o unikaniu podwójnego opodatkowania, więc dawało to dużą elastyczność w kształtowaniu swojego biznesu – wyjaśnia Renata Dłuska. – Ważna była przede wszystkim możliwość niepłacenia podatku od zysku ze sprzedaży aktywów, czyli sprzedając udziały czy akcje w spółce podatku się nie płaciło – do tej pory. Natomiast są pomysły, żeby takie zyski opodatkować i to byłaby rzeczywiście duża zmiana.

Zmiany podatkowe na Cyprze mogą spowodować odpływ zagranicznego kapitału.

– Podatkowi mają podlegać wszystkie depozyty złożone w bankach cypryjskich, czyli jeśli polski inwestor założył spółkę cypryjską i ona ulokowała swoje środki w banku cypryjskim, to te środki będą objęte nowym podatkiem – mówi Renata Dłuska. – Natomiast, jeśli te środki były ulokowane na koncie np. w banku szwajcarskim, to ten podatek już nie sięgnie tam ulokowanych pieniędzy.

Polscy przedsiębiorcy nie traktowali Cypru jako miejsca lokowania oszczędności, lecz raczej jako centrum inwestycyjne, korzystne z powodów organizacyjno-podatkowych. Znacznie częściej oszczędności na Cyprze lokowali Rosjanie. Wartość ich oszczędności szacuje się na 20 mld dolarów i to ich w dużym stopniu boleśnie dotkną te zmiany.

Gospodarka cypryjska opierała się na turystyce i właśnie obsłudze przedsiębiorstw, które lokowały w tym kraju swoje spółki holdingowe. Jednorazowa opłata, a także planowane zaostrzenie przepisów podatkowych może zmienić ten stan rzeczy.

– Myślę, że zaostrzanie w tej chwili reguł podatkowych będzie miało wpływ gospodarczy na tych wszystkich ludzi, którzy pracują w sektorze księgowo- podatkowo-prawnym – tłumaczy ekspertka. – W momencie, kiedy ten kraj przestanie być atrakcyjny dla inwestorów, ci ludzie nie będą mieli co robić.

Grupa Kapitałowa Cyfrowy Polsat prezentuje wyniki finansowe za 2012 rok

Grupa Cyfrowy Polsat odnotowała w IV kw. 2012 r. 4-procentowy wzrost przychodów, który zawdzięcza przede wszystkim organicznemu rozwojowi segmentu usług świadczonych klientom indywidualnym. Efektywne zarządzanie bazą kosztową zaowocowało 4-procentowym spadkiem kosztów bez amortyzacji. W efekcie Grupa odnotowała wzrost wyniku EBITDA o 25% do 247 mln zł i wzrost marży EBITDA o 5,5 p.p. do 32,9%. Zysk netto w IV kw. 2012 r. wzrósł o 59% do 122 mln, na co pozytywny wpływ miały niższe koszty obsługi długu, m.in. dzięki wcześniejszej spłacie części zadłużenia w wysokości 200 mln zł oraz wycena obligacji Senior Notes denominowanych w euro.

– To był kolejny bardzo udany dla nas rok. Rozwijaliśmy się zarówno organicznie, jak i poprzez strategiczne akwizycje, prowadząc liczne projekty pozwalające nam na konsekwentną realizację strategii rozwoju Grupy. Wszystkie działania, w tym rozszerzenie naszej działalności w segmencie usług online, skutecznie umocniły Cyfrowy Polsat na pozycji lidera multimedialnej rozrywki w Polsce. W 2012 roku, dwa razy szybciej niż zapowiadaliśmy, osiągnęliśmy także oczekiwane synergie pomiędzy platformą Cyfrowy Polsat a Telewizją Polsat – mówi Dominik Libicki, Prezes Zarządu, Cyfrowy Polsat S.A.

– W zeszłym roku warunki makroekonomiczne oraz rynkowe nie sprzyjały prowadzonej przez nas działalności. Tym bardziej cieszą nasze wysokie wyniki, w tym roczny wynik EBITDA przekraczający 1 mld zł i wyraźny wzrost zyskowności obu segmentów biznesowych. Tak dobre wyniki finansowe i wysokie przepływy pieniężne, które gwarantują regularną spłatę, a nawet wcześniejszą przedpłatę zadłużenia Grupy, dają nam komfort i optymistyczną wizję przyszłego rozwoju – komentuje Tomasz Szeląg, Członek Zarządu ds. Finansowych, Cyfrowy Polsat S.A.

– Kapitałem platformy Cyfrowy Polsat jest stabilna baza abonentów płatnej telewizji, w oparciu o którą, oferując nowe usługi, możemy budować dodatkową wartość dla naszej Grupy. Bardzo nas również cieszy dynamicznie rosnąca baza klientów usługi dostępu do Internetu, stanowiąca dla nas źródło dalszego wzrostu przychodów – podkreśla Dominik Libicki.

Organiczny wzrost przychodów segmentu usług świadczonych klientom indywidualnym wynika przede wszystkim ze stabilnego wzrostu ARPU, osiąganego dzięki rosnącej liczbie klientów wyższych pakietów telewizyjnych oraz usługom dodatkowym (Multiroom, PPV), a także z intensywnego rozwoju bazy klientów usług dostępu do Internetu. Przy efektywnym zarządzaniu kosztami, Cyfrowy Polsat wypracował 36-procentowy wzrost wyniku EBITDA rok do roku. Dzięki skutecznym programom utrzymaniowym i dbałości o wysoki poziom satysfakcji klientów spółka obniżyła poziom wskaźnika odpływu abonentów do 8,6% w 2012 roku.

– W segmencie nadawania i produkcji telewizyjnej skutecznie realizowaliśmy strategię utrzymania 20-21-procentowego udziału w oglądalności, a jednocześnie nasze kanały telewizyjne zwiększyły udział w „torcie reklamowym”. Dzięki dobrze skomponowanej ramówce oraz optymalnym, adekwatnym do warunków rynkowych, inwestycjom w treści programowe, osiągnęliśmy w IV kwartale wzrost marży EBITDA o ponad 6 punktów procentowych – mówi Maciej Stec, Członek Zarządu, Telewizja Polsat Sp. z o.o.

Kontynuując przyjętą strategię maksymalizacji marży EBITDA poprzez efektywne zarządzanie ramówką, Grupa Telewizji Polsat osiągnęła w IV kw. rok do roku 15-procentowy wzrost wyniku EBITDA do 117 mln zł. Marża EBITDA w IV kw. wyniosła 37,7%.

Zarówno w IV kwartale, jak i w całym 2012 r. wyraźny wpływ na wyniki oglądalności kanałów Grupy Telewizji Polsat miało rozszerzanie zasięgu naziemnej telewizji cyfrowej i tym samym postępująca fragmentaryzacja rynku. Udział w oglądalności naszych kanałów tematycznych wzrósł w IV kw. rok do roku o 22% do 5,3%, natomiast udział w oglądalności kanału głównego spadł o 8,5% do 15,6%. W całym 2012 r. udział w oglądalności kanałów tematycznych wzrósł o 11% do 4,8%, a kanału głównego spadł o 4,5% do 15,7%, uzyskując najwyższy poziom na rynku. Na wyniki roczne istotny wpływ miały również transmisje ważnych wydarzeń sportowych (EURO 2012 oraz Igrzysk Olimpijskich) w kanałach telewizji publicznej.

Zarówno w IV kwartale, jak i w całym 2012 r. przychody Telewizji Polsat z reklamy telewizyjnej zanotowały znacząco lepszą dynamikę niż rynek: -3,8% do -5,9% oraz -3% do -5,6% odpowiednio w IV kw. i w 2012 r. Przełożyło się to na wzrost udziału Telewizji Polsat w rynku reklamy w IV kw. do 23,4%, a w całym 2012 r. do 23,2%.

Statystyczny wzrost płac i stagnacja zatrudnienia

Dynamika roczna płac wzrosła w lutym do 4,0 proc. w skali roku z 0,4 proc. zanotowanych w styczniu. – Taki skok na dynamice płac nie powinien jednak dziwić. Nawet negatywny efekt liczby dni roboczych został bowiem „przykryty” efektami niskiej bazy w górnictwie i energetyce z poprzedniego roku. Należy pamiętać również, że w 2012 powszechne było przesuwanie wypłat premii z lutego na styczeń ze względu na podwyżkę składki zdrowotnej po stronie pracodawcy, co właśnie wygenerowało niską bazę dla lutowego rocznego wskaźnika wzrostu płac – ocenia Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

W kolejnych miesiącach ze względu na ciągle niską aktywność ekonomiczną nie można oczekiwać przyspieszenia dynamiki wynagrodzeń. – Szacujemy, że dynamika ta zbliżona będzie do 2 proc., na co złoży się również kontynuacja polityki monitoringu kosztów po stronie przedsiębiorstw – dodaje Ernest Pytlarczyk.

W lutym zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło o 8 tys. osób i jego dynamika w ujęciu rocznym zatrzymała się na poziomie -0,8 proc. r/r (dokładnie na poziomie z poprzedniego miesiąca); konsensus rynkowy opiewał na -0,9 proc. r/r. W porównaniu do 2009 roku skala spadku w lutym jest zdecydowanie niższa. – Dalecy jednak jesteśmy od wyrokowania, że na rynku pracy sytuacja powoli się odwraca. Niemniej należy uczciwie przyznać, że dynamika spadków powoli się stabilizuje – może to oznaczać, że widzimy echa dokonanych wcześniej zwolnień grupowych i gros spadków zatrudnienia z nimi związanych mamy już za sobą. Aby wykrzesać widoczne przyspieszenie tempa wzrostu zatrudnienia tempo wzrostu PKB musiałoby znacząco przyspieszyć, a na to – szczególnie w pierwszej połowie roku – nie zanosi się – wyjaśnia Marcin Mazurek, starszy analityk BRE Banku.

Oznacza to, że w najbliższych miesiącach roczna dynamika zatrudnienia będzie oscylować wokół -1 proc. (w ujęciu miesięcznym ujemne dynamiki będą dominować w pierwszej połowie roku). Najnowsza dana w żaden sposób nie wpływa na scenariusz BRE dla konsumpcji (konieczność odbudowy stopy oszczędności, niemal stagnacja tempa wzrostu konsumpcji w pierwszej połowie roku), gdyż zmiany na rynku pracy nadal pozostają negatywne.

Dzisiejsze dane bez większego wpływu na rynek (zatrzymały tendencję spadku stóp rynkowych). Zauważyć należy, że inwestorzy masowo zaczęli się zakładać co do kontynuacji obniżek stóp w Polsce. Trzeba przyznać, że zakłady takie wspierają ostatnie komentarze RPP (uchylono już zamknięte na konferencji drzwi do dalszych obniżek wskazując wprost na pauzę, a nie koniec cyklu). Agresywne obniżki stóp wspierać ciągle może również fakt utrzymującej się niskiej aktywności ekonomicznej i kontynuacji spadków inflacji. Polska nie jest tu osamotniona – w strefie euro pojawiają się nawet oczekiwania deflacji. – Poziom polskiej stopy bazowej wyznaczany przez regułę Taylora to obecnie grubo poniżej 3 proc., a jedyne co szachuje oczekiwania na agresywne obniżki stóp to podzielona i często niespójna komunikacyjnie RPP – podkreśla główny ekonomista BRE Banku.

UOKiK sprawdzi czy wyższe stawki za połączenia do sieci Play są legalne

Czy stosowanie wyższych stawek za połączenia do sieci Play przez trzech największych operatorów sieci komórkowej, właścicieli marek Orange, Plus i T-Mobile stanowi praktykę ograniczającą konkurencję? Wyjaśni to postępowanie wszczęte dziś przez Prezes UOKiK

Postępowanie dotyczące praktyk operatorów telefonii komórkowej zostało wszczęte po sygnałach od Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz zawiadomieniu spółki P4 – operatora sieci Play. Dotyczyły one różnicowania stawek za połączenia do tej sieci przez trzech największych operatorów telefonii komórkowej: Polkomtel (właściciela m.in. marki Plus), Polską Telefonię Cyfrową (m.in. T-Mobile i Heyah) oraz Polską Telefonię Komórkową Centertel (m.in. Orange). Cena za minutę połączenia z sieci ww. operatorów do sieci Play jest nawet o kilkadziesiąt groszy większa niż za połączenia pomiędzy sieciami trzech ww. operatorów (przykładowo w jednej z taryf koszt połączenia do Play wynosił 75 groszy, a do pozostałych operatorów – 29 groszy).

W trakcie postępowania wyjaśniającego Urząd przeanalizował zarówno taryfy dla klientów indywidualnych jak i ponoszone przez przedsiębiorców koszty hurtowe – rozpoczęcia połączenia we własnej sieci oraz zakończenia połączenia w sieci docelowej. Analiza Urzędu wykazała, że koszty faktycznie ponoszone przez operatorów mogą nie uzasadniać tak dużego różnicowania stawek do sieci Play. Efektem takich działań może być ograniczenie rozwoju konkurencji na rynku telefonii komórkowej, m.in. utrudnianie działalności operatorów innych niż trzech największych.

Dziś Urząd wszczął postępowanie antymonopolowe przeciwko Polkomtelowi, Polskiej Telefonii Cyfrowej oraz Polskiej Telefonii Komórkowej Centertel. – Sprawdzimy czy działania spółek stanowią praktykę ograniczającą konkurencję, poprzez nadużywanie kolektywnej pozycji dominującej – wyjaśnia Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel, Prezes UOKiK.

Postępowanie będzie prowadzone również w oparciu o przepisy unijne. Urząd przeanalizuje, czy praktyka przedsiębiorców mogła mieć wpływ na handel pomiędzy państwami członkowskimi Unii Europejskiej, np. poprzez utrudnianie operatorom telekomunikacyjnym wejścia na polski rynek.

Jeśli stawiane zarzuty potwierdzą się, przedsiębiorcom grozi sankcja finansowa. Maksymalnie może ona wynieść 10 proc. ich przychodu w roku poprzedzającym wydanie decyzji.

Czy 2013 to rok rewolucji mobilnej na polskim rynku?

Jeszcze do niedawna dotarcie do mobilnego konsumenta było domeną tylko nielicznych firm, a większość marketerów traktowało tę dziedzinę jako pole do eksperymentowania, a nie źródło biznesu. Marketerom pracy nie ułatwiała też tajemnica, jaką owiany był mobilny konsument. Nikt nie wiedział, z jakich aplikacji korzystał, do czego wykorzystywał mobilny internet, czy używał geolokalizacji albo płatności przez telefon, do czego służył mu telefon, gdy nie był podłączony do sieci. Wszystkie dostępne informacje zbierane były w sposób deklaratywny, a w przypadku tak skomplikowanego gadżetu jak smartfon trudno w stu procentach polegać na ludzkiej pamięci.

Wyniki badania TNS Mobile Life z roku 2012 dowodzą, że ekran domowy, czyli główny ekran telefonu komórkowego staje się jednym z najcenniejszych typów powierzchni reklamowej w bitwie o serca i umysły konsumentów oraz w walce o udział w ich wydatkach. Stawka jest wysoka, jeżeli wziąć pod uwagę potencjał technologii mobilnych do osłabienia pozycji tradycyjnych źródeł siły marek i detalistów oraz do tworzenia przewagi konkurencyjnej dla marek, które potrafią odpowiednio skorzystać z tych technologii. Zbudowanie oferty, która może zapewnić stałą obecność marki w urządzeniach mobilnych konsumentów staje się priorytetem dla dyrektorów ds. marketingu (CMO).Osiągnięcie tego celu wymaga wdrożenia zintegrowanych działań, realizowanych przekrojowo na przestrzeni całego przedsiębiorstwa, oraz nowego postrzegania technologii mobilnych, jako zasadniczego obszaru działalności, a nie wyłącznie jako kolejnego, dodatkowego kanału marketingowego.

Rynek żywności ekologicznej według SPZZ (Stowarzyszenia Producentów Zdrowej Żywności)

Rocznie sprzedaż ekologicznych produktów zwiększa się o ponad 20 proc. Do 2015 roku rynek będzie wart 700 mln zł, wobec obecnych 450 mln zł. Świadomość Polaków dotycząca zdrowej żywności jest jeszcze stosunkowo niska. Z badań przeprowadzonych przez OBOP na zlecenie Organic Farma Zdrowia wynika, że tyko 4 proc. Polaków wie, czym jest żywność ekologiczna.

Rynek żywności ekologicznej to dynamicznie rozwijający się obszar zielonej gospodarki. Ilość produktów i producentów jest jeszcze stosunkowo skromna, ponieważ koszty produkcji żywności ekologicznej są znacznie wyższe niż tej konwencjonalnej i w konsekwencji jest ona droższa.

Żywność wytwarzana jest metodami naturalnymi w czystym i bezpiecznym środowisku, bez nawozów sztucznych i syntetycznych środków ochrony roślin, antybiotyków, hormonów wzrostu i genetycznie modyfikowanych organizmów. Są to zasadnicze różnice pomiędzy gospodarstwami ekologicznymi i tradycyjnymi.

Przez ostatnie lata dynamicznie rosła grupa rolników, producentów żywności ekologicznej, których jest już ponad 20 tysięcy. Zwiększał się też areał takich upraw, który wynosi dziś 0,5 mln ha.

W produkcji ekologicznej hoduje się zazwyczaj rodzime gatunki zwierząt oraz stosuje się najwyższej jakości pasze. Ponadto zwierzęta hodowane są w ekologicznych i zdrowych warunkach. Rynek produktów zdrowej żywności w Polsce znajduje się w początkowym stadium rozwoju, jednak produkty z ekologicznych gospodarstw cieszą się dużą ciągle rosnącą popularnością. Jest to związane ze słusznym przekonaniem, że żywność z produkcji przemysłowej jest mniej smaczna i może zagrażać zdrowiu i życiu.

Bardzo ważnym elementem rolnictwa ekologicznego jest ustanowiony system kontroli i certyfikacji. W Polsce producenci zdrowej, ekologicznej żywności zrzeszeni są m.in. w Stowarzyszeniu Producentów Zdrowej Żywności. Certyfikat nadawany wyrobom pochodzącym z gospodarstw przyjaznych środowisku i których cały cykl produkcyjny był bezpieczny dla środowiska, beż użycia nawozów mineralnych, z ekonomicznym wykorzystaniem zasobów naturalnych. Producenci, przetwórcy oraz handlowcy chcący oznaczać tym znakiem swoje wyroby muszą uzyskać certyfikat nadany przez uprawnioną jednostkę i jednocześnie będący członkami SPZZ.

Mieszkania dla Młodych najwcześniej w 2014 roku – zbyt wczesna promocja programu hamuje rynek nieruchomości

Oczekiwanie na rządowy program „Mieszkanie dla Młodych” hamuje rynek nieruchomości. Wiele osób może zdecydować się na odłożenie inwestycji, tymczasem nie wiadomo, kiedy i w jakim kształcie program ruszy. Polska Izba Nieruchomości zwraca jednak uwagę, że ten rok jest bardzo dobry na kupowanie nowych mieszkań, bo ceny są niskie, a dostępność mieszkań – duża.

Kupujący nowe mieszkania mają z czego wybierać, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym, bo deweloperzy w ostatnich latach oddali dużo nowych mieszkań w dobrym standardzie. Taka sytuacja prędko się nie powtórzy.

– To jest ostatni rok, kiedy można będzie wziąć kredyt na 100 proc., bo to już nie jest kwestia czy, tylko w jakim tempie zostanie wprowadzony obowiązkowy wkład własny. Prawdopodobnie zacznie się od 5, a skończy na 20 proc. za 3-4 lata – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Kania, prezes Polskiej Izby Nieruchomości.

Jak podkreśla, nie ma mowy o spowolnieniu i kryzysie na rynku nieruchomości w związku ze spadkiem liczby udzielanych kredytów. Co trzeci Polak i tak decyduje się na kupno za gotówkę, a dla pozostałych nadal dostępne są pożyczki. Prezes Izby zauważa jednak, że zupełnie inaczej jest na rynku deweloperskim.

– Deweloperzy muszą wyprzedać to, co mają. Proces budowlany jest kilkuletni, więc zanim zaczną budować od przyszłego roku po tym, jak pozbędą się tego nawisu i odzyskają gotówkę, która jest w tej chwili zainwestowana w nieruchomościach, to upłyną co najmniej dwa lata, żeby te oferty mogły wejść na rynek – mówi Mariusz Kania. – Już są bardzo twarde dane potwierdzające wyraźny spadek liczby rozpoczętych nowych inwestycji.

Według niego nie należy wiązać nadmiernych nadziei z rządowym programem „Mieszkanie dla młodych”, które zastąpi zakończoną w grudniu 2012 roku „Rodzinę na swoim”. Kania podkreśla, że nowy program obecnie na rynek wpływa jedynie negatywnie, skłaniając młodych Polaków do odłożenia inwestycji we własne mieszkanie.Wciąż jednak nie wiadomo, czy i kiedy rządowy plan uda się zrealizować.

Program „Mieszkanie dla młodych” znajduje się obecnie na etapie konsultacji społecznych. Wprowadzająca go ustawa ma zostać uchwalona w tym roku. Jednak eksperci wątpią, by udało się od przyszłego roku ruszyć z programem.

– Ten system jest na razie bardzo drogi i zbiegnie się jeszcze z kosztami ponoszonymi przez państwo z tytułu poprzedniego, czyli „Rodziny na swoim” – mówi prezes Polskiej Izby Nieruchomości.

Zgodnie ze wstępnymi założeniami program „Mieszkanie dla Młodych” ma być dostępny dla małżeństw i osób samotnych do 35. roku życia. Dopłaty będą obowiązywać jedynie na rynku pierwotnym dla mieszkań o powierzchni do 75 metrów kwadratowych. Te założenia mogą jednak ulec zmianie w trakcie prac legislacyjnych.

Czas postawić na nauczanie zawodu – edukację z praktykami zawodowymi

Dualny system kształcenia, polegający na łączeniu edukacji z praktykami zawodowymi, daje korzystne rezultaty na rynku pracy. Dzięki niemu młodzi ludzie szybciej zdobywają konkretne kwalifikacje zawodowe. Zdaniem Jerzego Bartnika, prezesa Związku Rzemiosła Polskiego, wzrost popularności takiego systemu może zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki. System dopłat do praktyk zawodowych pochłania z Funduszu Pracy 600 mln zł rocznie.

– System dualny daje olbrzymią szansę ludziom na to, aby znaleźli się na rynku pracy – mówi Jerzy Bartnik Agencji Informacyjnej Newseria. – Dotychczas ten system wprowadził na rynek pracy bardzo wiele osób, które podjęły taką decyzję u początku swojej kariery zawodowej. Niesie on w sobie możliwość zdobycia w procesie pracy pewnych kwalifikacji zawodowych, których dowodem jest dyplom czeladniczy czy ewentualnie w dalszej drodze mistrzowski.

Jak podkreśla prezes Związku Rzemiosła Polskiego, dyplom ten stanowi swego rodzaju drogowskaz dla młodych ludzi, gdyż mówi im w jakim zawodzie mogą szukać swojego miejsca.

– My pilnujemy tego, aby wraz z rozwojem techniki, technologii i cywilizacji osoby uprawiające zawody rzemieślnicze nie były pozbawione szans rozwoju osobistego – mówi Bartnik. – To jest droga, którą zmierzamy.

Tego rodzaju system kształcenia wdrażany jest w coraz większej ilości krajów. W ostatnim czasie wdrożyły go albo powróciły do niego Hiszpania i Szwecja. W Polsce i Niemczech istnieje on stale. Zdaniem Bartnika przyczynia się to do zmniejszenia bezrobocia w tym kraju.

– Mamy widoczne efekty – mówi prezes. – Szczególnie w gospodarce niemieckiej. Jeżeli w grupie wiekowej 18-24 lata oni mają około 8 proc. bezrobotnych, to znaczy, że osoby, które zakończyły w tym systemie pierwszy stopień swojej edukacji znajdują się bez problemu na rynku pracy.

Zdaniem prezesa Związku Rzemiosła Polskiego, dobre wyniki niemieckiej gospodarki są spowodowane nie tylko wyposażeniem technicznym tego kraju, ale także dobrymi kwalifikacjami niemieckich pracowników. W Polsce mimo obowiązywania systemu dualnego bezrobocie wśród osób w wieku 18-24 lata jest jednak większe.

– W przedziale wiekowym 18-24 mamy około 20 proc. bezrobotnych mimo dualnego systemu, ale dzisiaj uczy się w nim w rzemiośle około 83 tys. ludzi, a jest to 85 proc. wszystkich, którzy się w tym systemie uczą w Polsce – mówi Jerzy Bartnik. – Jeszcze w 2000 roku to było około 200 tys. ludzi, ale mamy niż demograficzny, mamy bogatą ofertę innych segmentów – dodaje.

Zdaniem Bartnika problemem jest pochopne wybieranie uczelni, które nie dają później dobrych perspektyw zawodowych. Mimo to w Polsce samo wyższe wykształcenie nadal daje prestiż.

– Upowszechnienie systemu kształcenia dualnego wymaga promocji, ale wymaga też pewnej zmiany mentalnej – twierdzi Jerzy Bartnik. – W naszym kraju wartość ma ten, który ukończył wyższą uczelnię i to się w środowisku, wśród znajomych roznosi. To jest to, co człowieka kształtuje w hierarchii wartości społecznej. Ale za chwilę przychodzi ocknięcie i ten dobrze wykształcony, pozostający bez pracy stacza się na niższe poziomy, bo jest drugi wyznacznik, czyli praca i efekt tej pracy, czyli zarobek.

Mimo niżu demograficznego i bogatej konkurencyjnej oferty edukacyjnej system dualny stopniowo zyskuje popularność. Kluczowe są tu odpowiednio wysokie zarobki w tej grupie.

– Jeżeli zarobki osób w tej grupie będą większe, to społeczeństwo samo dokona wyboru – przekonuje prezes Związku Rzemiosła Polskiego. – Zresztą już dzisiaj obserwuję, że coraz więcej osób przychodzi do nauki zawodu. To wymaga czasu. Paradoksalnie każdy kryzys przybliża nas do tego, żebyśmy zrozumieli, że praca ma swoją wartość, a praca kwalifikowana jest wysoko płatna.

Jerzy Bartnik krytykuje reformę szkolnictwa, która polegała m.in. na wprowadzeniu liceum profilowanego.

– My wtedy ostrzegaliśmy, że z liceum ambitni ludzie wyjdą ewentualnie z dyplomem, ale bez umiejętności zawodowej – mówi Bartnik. – Rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej okrutna, bo ani matury ani zawodu i 4 lata straconego czasu. Na to sobie żaden kraj nie może pozwolić, nawet najbogatsze społeczeństwa tą drogą nie chodzą.

Jego zdaniem najlepszą drogą reformowania edukacji jest kształcenie praktyczne, w kierunku zdobycia konkretnych kwalifikacji zawodowych.

– Nie ma innej drogi jak współpraca z pracodawcą i spełnianie jego oczekiwań, aby młody człowiek mógł się znaleźć w jego zakładzie – przekonuje prezes Związku Rzemiosła Polskiego. – To wymaga pracy, ale w te stronę zmierzamy. Dzisiaj mamy to potwierdzone poprzez kierunek nadany przez UE i to w 2011 i grudniu 2012, i przykłady wielu krajów UE. Co ciekawe, Chiny zauważyły, że mają barierę rozwoju przez wzgląd na to, że wyczerpały się proste zasoby zwykłej pracy, którą każdy może wykonywać, a potrzeba podnieść jakość produkcji, konkurencyjność poprzez wzrost kwalifikacji osób wykonujących określone zadania.

Osobną kwestią jest kwestia finansowania takiego systemu. Aktualnie warunki nie pozwalają polskim przedsiębiorcom, w przeciwieństwie do niektórych przedsiębiorców francuskich, na dobrowolne dotowanie tego systemu. System kształcenia dualnego jest więc wspierany jedynie ze środków z Funduszu Pracy.

– To nie są małe pieniądze, bo to w skali kraju jest około 600 mln złotych do systemu w części praktyk zawodowych, ale tym niemniej tak jak we Francji i w innych krajach, ten system trzeba na pewnym etapie bardzo wspierać – mówi Jerzy Bartnik. – Francja dzisiaj jest bardzo mądra, ponieważ na prawie 20 lat zaprzestała realizacji tego systemu i okazało się jak wielkie braki na rynku się pojawiły. Nie przypadkiem jest polski hydraulik we Francji jako symbol osoby, która wyjechała z kraju przygotowującego do zawodu do kraju, który oczekuje na rynku fachowca – dodaje.

Rafał Garszczyński i Krzysztof Busz dołączyli do zespołu ABC DATA

Rafał Garszczyński pokieruje komunikacją całej grupy ABC Data, a Krzysztof Busz stanie na czele jej marketingowej spółki. Przyjście nowych osób ma dać impuls do dalszego rozwoju firmy.

„ABC Data znajduje się w okresie dynamicznego rozwoju, który stawia przed nami nowe wyzwania zarówno w obszarze komunikacji jak i marketingu. Panowie Rafał Garszczyński i Krzysztof Busz mają ogromne doświadczenie w branży IT. Znają też doskonale specyfikę spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych. Bardzo liczymy, że ich umiejętności pomogą nam wprowadzić naszą grupę na jeszcze wyższy poziom” – powiedział Norbert Biedrzycki, Prezes ABC Data S.A..

Przed nowymi menedżerami spółka postawiła ważne wyzwania. Rafał Garszczyński pokieruje komunikacją zewnętrzną i wewnętrzną w Grupie. Będzie odpowiedzialny za strategię spółki m.in. w zakresie kontaktów z mediami branżowymi, finansowymi oraz inwestorami giełdowymi. Ma on być również odpowiedzialny za modernizację procesów komunikacyjnych wewnątrz ABC Data.

Krzysztof Busz od marca br. pełni funkcję Prezesa ABC Data Marketing. Do jego obowiązków będzie należało budowanie strategii rozwoju firmy, podnoszenie standardów obsługi oraz rozbudowa portfolio klientów. Do zadań nowego Prezes ABC Data Marketing należeć będzie kreowanie wizerunku i rozpoznawalności znaków towarowych spółki ABC Data oraz koordynowanie całości działań marketingowych Grupy.

„Jestem przekonany, że ogromne doświadczenie z zakresu zarządzania, znajomości rynku oraz olbrzymia energia jaką posiadają Rafał i Krzysztof przyczynią się do wzrostu naszych kompetencji wewnątrz i na zewnątrz spółki”– dodaje Norbert Biedrzycki, Prezes ABC Data S.A..

Rafał Garszczyński przez ostatnią dekadę związany był z giełdową spółką Comp, gdzie pełnił funkcję Dyrektora ds. Organizacji, Marketingu i Relacji Inwestorskich. Był również w tym czasie członkiem Rady Nadzorczej i Zarządu giełdowej Spółki Novitus S.A.W latach 2001 – 2003 utworzył i prowadził polskie przedstawicielstwo Epson Deutschland GmbH, za co był nominowany do tytułu Postaci Roku na rynku IT przez czytelników CRN Polska.

Wcześniej był związany z takimi firmami jak Dell, Philips i HP. Jest absolwentem Instytutu Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego.

Rafał Garszczyński osiąga sukcesy również poza branżą IT. Jest cenionym krytykiem muzycznym i autorem popularnego bloga „Subiektywny Dziennik Muzyczny” poświęconego jazzowi. Prowadzi również swój autorski program radiowy w Radio JAZZ.FM.

Krzysztof Busz przez ostatnie pięć lat był Dyrektorem Biura Marketingu w Sygnity S.A., gdzie odpowiadał między innymi za: marketing biznesowy i produktowy, komunikację oraz obszar analiz i badań marketingowych. Kierował projektami z zakresu zarządzania i budowania świadomości marki (był m.in. twórcą brandu Sygnity). Od lat związany z branżą IT w obszarze marketingu i sprzedaży. Doświadczenie zawodowe zdobywał między innymi w ComputerLand S.A., ELBA CSB SA, Kompass Poland Ltd.

Jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, studiów podyplomowych w Szkole Głównej Handlowej oraz Szkoły Strategii Marki przy SAR.

Młodzi Polacy chętnie się zadłużają

Średni niespłacony dług osób w wieku 18-25 lat to 4 tys. zł. Około 48 proc. złych długów Polaków w tym wieku dotyczy zobowiązań wobec banków, a 25 proc. – nieopłaconych rachunków telefonicznych. Tylko w rejestrze Grupy Kruk znalazły się 64 tys. młodych ludzi. Najwięcej niesolidnych młodych dłużników jest na Śląsku. Banki i firmy windykacyjne podkreślają, że najgorszym wyjściem jest unikanie kontaktu z wierzycielami.

Kłopoty ze spłacaniem długów wobec banków czy firm telekomunikacyjnych zaczynają się coraz częściej już w chwili wkraczania w dorosłość. – W grupie kapitałowej KRUK dłużnikóww przedziale wiekowym 18-25 lat, którzy nie regulują swoich zobowiązań mamy ponad 60 tys. osób – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Anna Pakulska,, dyrektor sprzedaży w obszarze klienta strategicznego Rejestru Dłużników ERIF BIG S.A., który jest częścią Grupy KRUK.

Zgodnie z przepisami minimalną kwotą niespłaconego zadłużenia, jaka uprawnia do wpisania długu do Biura Informacji Gospodarczej, jest 200 zł.

– W praktyce w przypadku młodych ludzi długi często są znacznie wyższe, bo nawet kilkutysięczne, ale też czas niespłacania czy też wielość zobowiązań jest znacznie większa – mówi ekspertka.

Z danych Grupy KRUK wynika, że wśród 64 tysięcy Polaków między 18. a 25. rokiem życia, którzy są w rejestrze Grupy, największe średnie zadłużenie mają młodzi z Małopolski – ponad 5 tys. zł i Wielkopolski – prawie 5 tys. zł. Najwięcej młodych zadłużonych jest na Śląsku – prawie 9 tysięcy, a dopiero potem w Mazowieckiem – niespełna 8 tysięcy. Najmniej osób między 18. a 25. rokiem życia, które nie spłacają długów, jest w województwie świętokrzyskim – trochę ponad tysiąc. Średnie zadłużenie tych ostatnich to niespełna 3 tysiące złotych.

Niespłacone dlugi w tej grupie wiekowej dotyczą najczęściej umów z bankami (48 proc.), operatorami telekomunikacyjnymi (26 proc.) oraz pożyczek zaciąganych w innych instytucjach finansowych (10 proc.).

Brak regulowania na czas swoich zobowiązań ma daleko idące konsekwencje na przyszłość.

– Kiedy młody człowiek podejmuje kolejne zobowiązania i nagle okazuje się, że nie jest w stanie się z nich wywiązać, to spotyka się z brutalną rzeczywistością egzekucji tej należności. W momencie, kiedy należności nie są regulowane i młody człowiek faktycznie zaczyna mieć kłopoty, dochodzi do tego problem egzekucji sądowej. To już są takie rzeczy, które mogą młodych ludzi w jakiś sposób też ukształtować, ale też uczulić przed nierozważnym zaciąganiem zobowiązań. Na pewno uczą – podkreśla Anna Pakulska.

Najprostszym sposobem, by zniknąć z rejestru dłużników, jest uregulowanie długu. Najważniejsze to nie unikać kontaktu z wierzycielami.

– Jeżeli ktoś ma problemy z uregulowaniem długu, powinien jak najszybciej skontaktować się z wierzycielem, podjąć dialog, spróbować polubownie załatwić problem. W przypadku firm zarządzających wierzytelnościami istnieje możliwość podpisania ugody i ustalenia możliwych do spłaty rat. Jeśli chodzi o dostawcę mediów czy podmiot, z którym dany młody człowiek podpisał umowę i nie jest w stanie się z niej wywiązać, tu jest właśnie kwestia kontaktu z tym wierzycielem – wyjaśnia Anna Pakulska.

Wyniki finansowe Grupy Asseco za 2012 rok

0

Ponad 5,5 mld zł przychodów ze sprzedaży wypracowała w 2012 roku Grupa Asseco. Zysk operacyjny wyniósł 650 mln zł, a wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej ponad 370 mln zł. Grupa wygenerowała w analizowanym okresie rekordowy poziom środków pieniężnych z działalności operacyjnej na poziomie 847 mln zł.

Przychody ze sprzedaży wyniosły 5 529,1 mln zł, co stanowi 11,5% wzrost w stosunku do 2011 roku. Wynik operacyjny w wysokości 649,9 mln zł był na porównywalnym poziomie jak rok wcześniej. Grupa wypracowała zysk netto 555,9 mln zł. Natomiast wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 370,1 mln zł. Asseco konsekwentnie realizowało strategię wzrostu wyników dzięki sprzedaży własnych rozwiązań informatycznych. W 2012 roku przychody z oprogramowania i usług własnych stanowiły 75,9% sprzedaży ogółem (4 197,4 mln PLN). Przychody były zdywersyfikowane sektorowo, a ich podział rozkładał się następująco: bankowość i finanse 33,5%, przedsiębiorstwa 42,8% oraz administracja publiczna  23,7%. Asseco podpisało w minionym roku wiele prestiżowych kontraktów. Całkowita liczba realizowanych umów wyniosła blisko 3000 co po raz kolejny potwierdza dywersyfikację portfela klientów.
W minionych dwunastu miesiącach do Grupy dołączyły nowe spółki, które umocniły kompetencje Asseco w wybranych obszarach. Polska koncentrowała się na projekcie budowy ogólnopolskiej spółki integracyjnej działającej w poszczególnych regionach naszego kraju. Asseco South Eastern Europe z sukcesem przeprowadzało akwizycje na perspektywicznym rynku tureckim, a Formula Systems nabyła spółki w Stanach Zjednoczonych i Izraelu.
Strategia wzrostu organicznego oraz poprzez akwizycje przyniosła w 2012 roku umocnienie pozycji Asseco wśród liderów rynku informatycznego w Europie. Jako jedyna polska grupa IT Asseco znalazło się w pierwszej dziesiątce największych producentów oprogramowania na Starym Kontynencie, zajmując 7 lokatę.
Plany na 2013 rok zakładają dalszą rozbudowę Grupy Kapitałowej. Asseco Poland prowadzi rozmowy z kolejnymi podmiotami w Polsce oraz ze spółką z Rosji. Asseco South Eastern Europe poszukuje firm w Turcji. Niezależnie od ambitnych planów inwestycyjnych Asseco koncentruje się na tym, co jest największą przewagą konkurencyjną Grupy – produkcji i rozwoju własnych rozwiązań informatycznych dla największych europejskich i światowych instytucji.

M.Belka: przedsiębiorcy powinni teraz myśleć o inwestycjach

– Racjonalny przedsiębiorca właśnie teraz powinien zacząć inwestować – uważa prof. Marek Belka, prezes Narodowego Banku Polskiego. W ten sposób będzie przygotowany na lepszą koniunkturę gospodarczą, a co za tym idzie, również na zwiększony popyt w kraju i zagranicą. Tym bardziej, że prognozy dla polskiej gospodarki są optymistyczne.

– Jeśli proces inwestycyjny trwa rok, to dzisiaj się powinno zacząć inwestować, bo za rok sytuacja będzie lepsza, a wtedy ci przedsiębiorcy będą mieli wolne moce produkcyjne i będą mogli zaspokajać zwiększony popyt, czy to krajowy, czy zagraniczny – tłumaczy prof. Marek Belka.

Według prezesa Narodowego Banku Polskiego błędne są decyzje przedsiębiorców, którzy planują w krótkim horyzoncie, czyli na najbliższe miesiące.

Tym bardziej, że mamy powody, by twierdzić, że nasza gospodarka wychodzi z dołka, w jakim się ostatnio znalazła. Prognozy mówią o nadchodzącym ożywieniu, choć i tak kryzys, który dotknął wiele krajów w naszym regionie, z Polską obszedł się dość łagodnie. Zdaniem profesora Belki udało się osiągnąć poziom deficytu budżetowego (prognozy Ministerstwa Finansów mówią o tegorocznym deficycie budżetowym na poziomie prawie 36 mld złotych), którego nie trzeba już obniżać.

– Konkurencyjność międzynarodowa Polski nie została zachwiana, wręcz przeciwnie ona się umacnia – podkreśla prof. Marek Belka. – W dodatku niska inflacja spowoduje, że trochę więcej pieniędzy zostanie w kieszeniach konsumentów, co mam nadzieję ożywi gospodarkę.

Polska gospodarka w ocenie Belki, budowana jest na zdrowych fundamentach. Martwić może jedynie sytuacja, w jakiej znaleźli się nasi główni partnerzy handlowi, przede wszystkim ze strefy euro.

– Wszyscy się spodziewają, że gospodarka sfery euro będzie w fazie „stagnacji plus”, czyli może wyjdzie z ujemnego tempa,, a to nie są dobre rynki dla naszych eksporterów – dodaje ekonomista.

To może trochę rozczarować tych, którzy spodziewają się powtórki z 2009, kiedy europejska gospodarka szybko zaczęła piąć się w górę.

– Wtedy jeszcze odczuwaliśmy pozytywne wpływ bodźców fiskalnych, które zaaplikowaliśmy sobie w dwa lata przed kryzysem, czyli obniżki podatków. To są czynniki, które wtedy wystąpiły, teraz już nie mogą – mówi prof. Belka.

Rentowność firm przewozowych w 2012 roku w okolicach zera

Polska wyrasta na ilościowego lidera europejskiego transportu drogowego. Jednak firmy działające w branży mają problem z rentownością. Dumpingowe ceny, silnie regulowane koszty, brak precyzyjnych przepisów – to niektóre z powodów, dla których branża transportu drogowego w Polsce zarabia bardzo niewiele.

– Dzisiaj na rynku jest po części targowisko transportowe. Kto da mniej, ten będzie wykonywał przewóz. To jest niekorzystne dla przewoźników – mówi prof. dr hab. Zdzisław Kordel z Instytutu Transportu Samochodowego. – Rentowność na przewozach w 2012 roku była w okolicach zera.

Prof. Kordel podkreśla, że są dwa podstawowe powody trudnej sytuacji ekonomicznej polskiej branży transportu drogowego. Przedsiębiorstwa mają niewielkie pole manewru w obniżaniu swoich kosztów. Z drugiej jednak strony bardzo niewielki jest nadzór nad przychodami spółek. Oznacza to, że nie ma zabezpieczeń przed rywalizacją cenową i dumpingiem. Według profesora Kordela, w szczególności dotyczy to małych i średnich przedsiębiorstw, które stosują dumping, czyli zaniżają ceny za usługi. Ten proceder powinien być ścigany, ale jak uważa ITS, w Polsce nikt się tym nie zajmuje.

– Branża transportowa generuje nawet 5 proc. polskiego dochodu narodowego – przypomina prof. Kordel.

Według niego państwo powinno bardziej zadbać o ten sektor. Zaznacza, że przewoźnikom nie chodzi o żadne dotacje lub dofinansowania, a jedynie o zmianę prawa oraz jasne reguły prowadzenia działalności.

– Przede wszystkim trzeba, by władze pochyliły się nad oddziaływaniem na stronę przychodową przedsiębiorstw transportu drogowego. Rozważyć może ceny minimalne, może taryfy, może elastyczną politykę w zakresie poziomu kosztów, które spływają na przedsiębiorstwa – proponuje ekspert.

Jedną z propozycji branży jest choćby czasowe obniżenie VAT-u na paliwo. ITS apeluje również o nadzór nad przewoźnikami, którzy deklarują, że wykonują przewozy na potrzeby własne. Prof. Kordel uważa, że wielu z nich przewozi towary zarobkowo, stwarzając dodatkową konkurencję dla firm transportowych. Według niego niewystarczająco sprecyzowane są również przepisy o bazach eksploatacyjnych (np. odpowiednim zapleczu garażowym), których obecnie może nie spełniać nawet 70 proc. przewoźników.

Mimo tych problemów prawnych oraz niskiej rentowności, branża transportu drogowego w Polsce wciąż rośnie. Już w tej chwili działa w niej około 140 tys. przedsiębiorstw, z czego znaczna większość zajmuje się przewozami ładunków. Tylko ok. 6 tys. firm przewozi pasażerów na trasach międzynarodowych.

– Jesteśmy dużym krajem, po drugie mamy znakomitą kadrę transportową, po trzecie mamy znakomitych kierowców, po czwarte wiele osób zna języki, a więc jesteśmy postrzegani w Europie jako ci aktywni. Potrafiliśmy wygospodarować kapitał, bo przecież rynek transportu drogowego powstał w oparciu o własny kapitał i wykazujemy się dużą inicjatywą – wylicza zalety polskich firm prof. Kordel.

Według analityków Brand Finance Polska jako marka jest warta niemal 500 mld dolarów

Organizowanie dużych, międzynarodowych imprez sportowych i gospodarczych to jeden z powodów wzrostu wartości marki Polski – uważa Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Według analityków z prestiżowej firmy Brand Finance, polska marka jest warta niemal 500 mld dolarów, co daje nam 20. miejsce na świecie. Może być jeszcze lepiej dzięki deklarowanym chęciom organizowania kolejnych imprez sportowych oraz tegorocznemu światowemu szczytowi klimatycznemu ONZ, który odbędzie się w Warszawie.

Wartość polskiej marki wzrosła aż o 75 proc. w porównaniu do poprzedniego roku. Choć marka prowadzących w rankingu Stanów Zjednoczonych jest warta niemal 15 bln dolarów – ponad trzydziestokrotnie więcej niż marka Polski – to w dynamice rozwoju zostawimy w tyle inne państwa. Wartość amerykańskiej marki wzrosła zaledwie o 19 proc. Wolniej od Polski zyskują również marki m.in. Chin i Szwajcarii (po 61 proc.).

– Na wycenę wartości polskiej marki składa się szereg czynników, m.in. to, jak jesteśmy postrzegani, jak czują się przyjeżdżający do Polski turyści, czy jesteśmy w stanie organizować duże międzynarodowe wydarzenia gospodarcze, turystyczne, konferencyjne. Ja myślę, że to jest taka kompleksowa oferta tego, co możemy zaproponować wszystkim, którzy z zagranicy nas obserwują – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Beata Stelmach, wiceminister spraw zagranicznych.

Wiceminister spraw zagranicznych przyznaje jednak, że trudno będzie utrzymać tak szybki wzrost. Polska zawdzięcza go bowiem między innymi niższemu punktowi odniesienia. Według Stelmach musimy poprawić się także w innych rankingach, na przykład w oceniającym koszty działalności dla przedsiębiorców rankingu Doing Business Banku Światowego. Polska zajmuje w nim dopiero 55. miejsce, rok wcześniej byliśmy na pozycji 62.

– Skok o 7 pozycji w takim rankingu jest niezwykle pozytywna oznaką, ale 55. pozycja to nie jest pierwsza dziesiątka. W związku z tym mamy jeszcze bardzo wiele do zrobienia – mówi Beata Stelmach.

Wiceszefowa MSZ uważa, że na wzrost wartości polskiej marki wpływ mają organizowane przez nas imprezy sportowe i gospodarcze, np. Euro 2012. Szansą w kolejnych latach może być np. organizacja zimowych igrzysk olimpijskich razem ze Słowacją w 2022 r., o co zaczęliśmy się starać. Organizacja takich wydarzeń to duże wyzwanie dla Polski, między innymi w zakresie infrastruktury. Stelmach uważa jednak, że jesteśmy do niego w pełni przygotowani, a co więcej, jak podkreśla, lubimy być prymusami.

Jeszcze w tym roku Polskę czeka inna ważna impreza – jesienny światowy szczyt klimatyczny ONZ, który odbędzie się w Warszawie. Szacunki mówią, że stolicę Polski może z tej okazji odwiedzić nawet 20 tys. gości.

Inflacja w Polsce najniżej od sześciu lat

Inflacja w lutym spadła z 1,7 proc. w skali roku odnotowanych w styczniu (zmiana koszyka inflacyjnego nie przyniosła tutaj rewizji) do zaledwie 1,3 proc. r/r. – Oznacza to, że w lutym ceny dóbr i usług konsumpcyjnych rosły w ujęciu rocznym w tempie najwolniejszym od października 2006 r. – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Różnice w stosunku do naszej prognozy i konsensusu rynkowego (odpowiednio, 1,6 i 1,5 proc. r/r) wynikają przede wszystkim ze spadku cen żywności oraz z mocniejszej od zakładanej dezinflacji w kategoriach bazowych. W odniesieniu do cen żywności oczekiwaliśmy wzrostu o ok. 0,5 proc. i była to wartość zgodna zarówno z odczytami regionalnymi, jak i z opublikowanymi wczoraj szacunkami. Dlatego też spadek cen żywności o 0,2 proc. należy uznać za niespodziankę. Wzrost cen paliw okazał się być zgodny z oczekiwaniami (1,1 proc. m/m). Po stronie bazowej największym zaskoczeniem są ceny łączności (spadek o 3 proc. m/m). Tu spadki zawdzięczamy promocjom na rynku telefonii komórkowej – jak podaje GUS w swoim komentarzu do danych, usługi telefonii komórkowej potaniały o 3,1 proc. m/m, a sprzęt o 0,6 proc. m/m. Tym samym, szacujemy, że inflacja bazowa w styczniu wyniosła ok. 1,5 proc., a w lutym spadła do zaledwie 1,1-1,2 proc. (dokładniejsze szacunki NBP poznamy w poniedziałek).

– W kolejnych miesiącach spodziewamy się dalszego wyhamowywania wzrostu cen konsumenckich. Marcowa inflacja najprawdopodobniej wyniesie ok. 1,1 proc. i będzie w dalszym ciągu spadać, osiągając minimum w miesiącach letnich – mówi Ernest Pytlarczyk.

– Wówczas spodziewamy się odczytów w okolicy 0,8-0,9 proc. Oznacza to, że wskaźnik ten znajdzie się istotnie poniżej dolnej granicy dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego. Jeszcze bardziej wyraźny będzie spadek inflacji bazowej, dla której przewidujemy spadkową ścieżkę z minimum pod koniec roku – dodaje główny ekonomista BRE.

Nieoczekiwany spadek inflacji poniżej dolnej granicy celu NBP może skłonić Radę Polityki Pieniężnej do rozważenia przyjętej ostatnio w wyjątkowo szerokim konsensusie postawy wait-and-see i przerwy w cyklu łagodzenia polityki pieniężnej – tym bardziej, że opublikowana projekcja inflacyjna zakładała znacznie łagodniejszą ścieżkę spadków (tylko drugi kwartał br. poniżej dolnej granicy celu na poziomie ok. 1,4 proc.). Dzisiejsze dane wskazują, że CPI już w kolejnych 3-4 miesiącach spadnie poniżej 1 proc., zaś poniżej dolnej granicy celu ma szanse pozostać nawet do końca 2013 roku. Ostatnie komentarze prezesa NBP Marka Belki wskazywały, że Rada szczególnie uczulona będzie na odstępstwa publikowanych danych od ścieżki nowej projekcji i w tym kontekście dzisiejsze dane mogą wywołać oczekiwania na kontynuację cyklu poluzowania (w istocie rzeczy – w reakcji na dane złoty natychmiast osłabił się o ok. 0,5 gr., a stawki rynkowe długu obniżyły się ok. 3-5 punktów bazowych wzdłuż całej krzywej) i ponownie podzielić członków RPP (po danych prof. Winiecki ocenił spadek inflacji jako warunkowany ,,czynnikami jednorazowymi i nie oczekuje, że w kolejnych miesiącach inflacja spadnie poniżej 1 proc.’’ – poczekajmy jednak na wypowiedzi pozostałych członków Rady).

Na razie nie widzimy podstaw do zmiany naszego scenariusza ścieżki stóp procentowych – czynnikiem kluczowym będą publikacje wskazujące na skalę spowolnienia w pierwszej połowie roku.

KGHM Polska Miedz SA stabilna produkcja i dobre wyniki finansowe za 2012 rok

KGHM Polska Miedź S.A. w 2012 roku utrzymała wysoki poziom produkcji miedzi elektrolitycznej – 566 tys. ton miedzi (w porównaniu do 571 tys. ton w 2011 roku) oraz srebra – 1274 ton (w porównaniu do 1260 ton w 2011). EBITDA w 2012 roku wyniosła 8,1 mld PLN a zysk 4,868 mld PLN. Najważniejsze czynniki mające wpływ na wyniki finansowe KGHM, to poziom produkcji, notowania miedzi i srebra oraz kurs walutowy USD/PLN. W stosunku do roku 2011 średnie notowania miedzi były niższe o 10 proc, a średnie notowania srebra niższe o 11 proc. Kurs walutowy był wyższy o 10 proc. Produkcja miedzi elektrolitycznej była zgodna z planem, przy 26 proc. udziale wsadów obcych. W odniesieniu do roku 2011 całkowity koszt produkcji miedzi ze wsadów własnych był wyższy o 42 proc., głównie w wyniku wprowadzenia podatku od kopalin.

KGHM International w 2012 roku wyprodukował 110,5 tys. ton miedzi oraz 95,2 tys. uncji trojańskich metali szlachetnych (m.in. złoto, platyna, palladium). Spółka osiągnęła EBIDTA 333 mln USD, przekraczając wcześniejsze założenia budżetowe.

Łączna produkcja miedzi Grupy KGHM wyniosła 676,3 tys. ton (wzrost o 18 % w stosunku do 2011).

– Zrealizowaliśmy większość planowanych założeń, po raz kolejny potwierdzając naszą rzetelność i przewidywalność. Prognozę na rok 2012 zrealizowaliśmy z 3 procentową nadwyżką, osiągając 4 868 mln zł zysku netto – mówi Włodzimierz Kiciński, pierwszy wiceprezes KGHM Polska Miedź S.A. – Pomimo wprowadzenia podatku od wydobycia niektórych kopalin, po przejęciu Quadry FNX wartość akcji KGHM wzrosła powyżej średniej w branży wydobywczej. Jednocześnie całkowita stopa zwrotu dla akcjonariuszy, czyli wartość ceny akcji w ciągu ostatniego roku, zwiększyła się o ponad 60 proc. To wartość znacząco wyższa od konkurentów w branży wydobywczej.

Nowe projekty inwestycyjne Grupy KGHM w Polsce i na świecie.

Niecka Grodziecka

Dzięki pozytywnym wynikom pierwszych odwiertów możliwe jest zaplanowanie kolejnych etapów i dalsze rozwijanie projektu w Niecce Grodzieckiej w okolicach Bolesławca. W dziewięciu wykonanych otworach wiertniczych średnia zawartość miedzi wyniosła ok. 1,4%, a zawartość srebra 50 gramów w tonie rudy. Zakres zaplanowanych do realizacji prac geologicznych, badań i analiz projektowo-technicznych pozwoli wykonać wstępne studium wykonalności projektu, które będzie dla zarządu spółki podstawą do podjęcia decyzji inwestycyjne o budowie kopalni i wystąpienia o koncesję na eksploatację górniczą.

Sierra Gorda

W Sierra Gorda trwa budowa kopalni, zakładu przeróbczego i ściąganie nakładu. Stan zaawansowania prac na koniec 2012 roku wynosił 33 proc., przy pracach projektowych zakończonych w 92 proc. Uruchomienie produkcji nastąpi w II kwartale 2014 roku. Według zaktualizowanej prognozy, nakłady kapitałowe na uruchomienie tego projektu wyniosą 3,9 mld USD. To wzrost o 35 proc. w stosunku do poprzednich założeń, bez uwzględnienia potencjalnych oszczędności (160 mln USD program leasingu sprzętu górniczego i 55 mln USD pozytywnego wpływu zabezpieczenia kursu walutowego).

Konieczność aktualizacji nakładów inwestycyjnych projektu Sierra Gorda wynika głównie z zewnętrznych, niezależnych od KGHM przyczyn. To przede wszystkim zmiana regulacji prawnych w zakresie wymogów sejsmicznych, wzrost kosztów energii, pracy i materiałów oraz wzmocnienie chilijskiej waluty. Aktualizacja nakładów uwzględnia także dodatkowe usprawnienia i zmiany w zakresie projektu w stosunku
do pierwotnych założeń ze Studium Wykonalności.

Projekt Sierra Gorda jest strategicznym projektem dla KGHM, ponieważ dzięki tej inwestycji obniży się średni koszt wydobycia miedzi w całej Grupie, co jest szczególnie ważne w przypadku spadku cen miedzi. Dzięki temu Grupa KGHM będzie konkurencyjna nawet w warunkach niskiej ceny miedzi na świecie.

Należy także podkreślić, że realizowana przez KGHM International inwestycja jest obecnie jednym z najbardziej terminowo realizowanych projektów górniczych, co znacząco wyróżnia go na tle branży, w której średnie opóźnienia uruchomienia nowych projektów górniczych typu greenfield sięgają blisko 3 lat.

Projekt Sierra Gorda już dziś generuje pozytywną wartość dla akcjonariuszy KGHM. Analitycy przypisują 30-50 proc. wartości KGHM do biznesu międzynarodowego, głównie do Sierra Gorda. Przy dzisiejszej kapitalizacji rynkowej KGHM oznacza to, że 3,4 – 5,7 mld USD przypisuje się zagranicznym aktywom KGHM.

– Weryfikacja nakładów inwestycyjnych przy tak rozbudowanych projektach górniczych jest powszechną praktyką, co potwierdzają międzynarodowe raporty firm audytorskich. Koszty budowy zakładów górniczych rosną na całym świecie, średnie przekroczenia wynoszą 60 proc. budżetu, KGHM International zachowuje więc dyscyplinę budżetową na wysokim poziomie – mówi Herbert Wirth, prezes KGHM Polska Miedź S.A. – Według uaktualnionych założeń projekt Sierra Gorda ma także znaczący potencjał wzrostu .Cały czas prowadzimy analizy możliwości lepszego wykorzystania znajdujących się tam złóż. Trwają prace nad badaniem dodatkowych zasobów rudy siarczkowej. Możliwe jest także wykorzystanie części nadkładu zawierającego rudy tlenkowe. Można będzie w ten sposób istotnie wydłużyć zakładany okres eksploatacji.

Międzynarodowe standardy raportowania

W trzecim kwartale 2012 roku KGHM zlecił niezależnej kanadyjskiej firmie Micon przeprowadzanie audytu aktywów produkcyjnych i zasobów w Polsce. Audyt przeprowadzony zgodnie z metodologią NI-43.101 (który jest standardem raportowania wymaganym od spółek sektora wydobywczego notowanych na giełdzie w Toronto) potwierdził jakość aktywów produkcyjnych i wielkość zasobów KGHM w Polsce. KGHM Polska Miedź SA notowana na GPW nie ma obowiązku sporządzania i publikowania raportów technicznych. Dzięki przeprowadzeniu audytu i publikacji raportu obecni i przyszli inwestorzy KGHM otrzymują usystematyzowaną i zweryfikowaną przez niezależnych, uprawnionych specjalistów wiedzę na temat zasobów oraz działalności produkcyjnej firmy w Polsce.

Wyniki finansowe Jastrzębskiej Spółki Węglowej za 2012 rok

Grupa Kapitałowa Jastrzębskiej Spółki Węglowej w 2012 roku wypracowała 988,1 mln zł zysku netto przy przychodach ze sprzedaży wynoszących 8 821,0 mln zł. Na inwestycje służące zapewnieniu wzrostu produkcji w okresie długoterminowym przeznaczono 1 816,7 mln zł.

Spółka, mimo drastycznego spadku cen węgla i koksu w 2012 roku w stosunku do rekordowego 2011 roku, odnotowała dobry wynik finansowy. Na ten wynik złożyło się utrzymanie produkcji węgla i koksu na stosunkowo wysokim poziomie oraz aktywna polityka handlowa i pozyskanie nowych odbiorców, głównie poza dotychczasowymi rynkami. Pozytywny wynik wypracowano w warunkach systematycznego pogarszania się sytuacji na rynku stalowym w Europie i w realiach spowolnienia gospodarczego, jakie dotknęło szczególnie nasz kontynent.

– Inwestycje, efektywność w działaniu i konsekwencja w realizacji strategii – to charakteryzowało spółkę w 2012 roku. Dla nas był to bardzo trudny i wymagający szczególnej aktywności czas zmagania się z realiami kryzysu gospodarki europejskiej i problemami sektora stalowego. Mimo dramatycznego spadku cen węgla koksowego i koksu wypracowaliśmy zdecydowanie dobry wynik i przekroczyliśmy zapowiadany poziom wydobycia – mówi Jarosław Zagórowski, Prezes Zarządu JSW S.A. I dodaje – Początek tego roku przynosi pewnie sygnały ożywienia, więcej sprzedajemy i systematycznie redukujemy zapasy. Ale bardzo uważnie obserwujemy rynek i wahania cen, aby móc odpowiednio zareagować. Tak jak 2012 rok, tak i 2013 na pewno nie powtórzy wyników z rekordowego 2011 roku. Wtedy polskie górnictwo, ze względu na rekordowe ceny węgla i koksu, wypracowało także rekordowe zyski.

Produkcja węgla w Grupie wyniosła w 2012 roku 13 462,4 tys. ton. To o 6,8% więcej niż w 2011 roku, kiedy produkcja wyniosła 12 610 tys. ton. Łączne przychody ze sprzedaży węgla do odbiorców zewnętrznych po czterech kwartałach 2012 roku osiągnęły poziom 4 134,9 mln zł i były niższe o 16,4% niż uzyskane w analogicznym okresie 2011 roku. Do odbiorców zewnętrznych trafiło 8 196,9 tys. ton węgla, o 2,6% mniej niż w 2011 roku, kiedy kupili oni 8 418,4 tys. ton. Natomiast do odbiorców w Grupie Kapitałowej trafiło w 2012 roku 4 476,1 tys. ton, o 11,3% więcej niż w 2011 roku, kiedy kupili oni 4021,5 tys. ton.

W porównaniu do czterech kwartałów 2011 roku, produkcja koksu w okresie od stycznia do grudnia 2012 roku wzrosła o 23,5%, bez wliczania produkcji KKZ i WZK. Sprzedaż liczona w tonach w tym samym okresie wzrosła o 24,2% (bez wliczania sprzedaży KKZ i WZK). Przychody ze sprzedaży koksu do odbiorców zewnętrznych w tym samym ujęciu w 2012 roku wyniosły 4 307,9 mln zł i były wyższe o 2,1% niż w 2011 roku (bez wliczania sprzedaży KKZ i WZK).

Grupa w 2012 roku zwiększyła nakłady na inwestycje, szczególnie dotyczące zapewnienia wydobycia węgla z nowych pokładów i podnoszenia poziomu bezpieczeństwa pracujących pod ziemią górników. Na inwestycje wydano prawie 1 816,7 mln zł. To wzrost o 22,9% w porównaniu do 2011 roku, kiedy poziom nakładów wyniósł 1 478,6 mln zł.

Kluczowe zdarzenia w 2012 roku dotyczące zapewnienia długofalowego rozwoju Grupy i utrzymania dynamiki produkcji to między innymi uzyskanie koncesji dla złoża „Pawłowice 1”, dającej możliwość eksploatacji do 31 grudnia 2051 roku; udostępnienie złóż „Bzie-Dębina 2 – Zachód” i „Bzie–Dębina 1 –Zachód” – dostęp do około 100 mln ton zasobów operatywnych węgla; oraz wniosek o nową koncesję na wydobywanie do 2030 roku węgla i metanu dla KWK „Krupiński” – dostęp do 48,8 mln ton zasobów operatywnych węgla. W efekcie konsekwentnie realizowanej strategii rozwojowej w 2012 roku nastąpił przyrost zasobów operatywnych o 74,6 mln ton. Aktualny stan bazy zasobowej kopalń spółki to 567,6 mln ton zasobów operatywnych węgla.

Spółka w odpowiedzialny i bezpieczny dla jej finansów sposób rozwiązała trwale sposób kształtowania wynagrodzeń. Dzięki porozumieniu ze stroną społeczną wprowadzono mechanizm waloryzacji świadczeń powiązany z realną inflacją i dający pracownikom pewność wzrostu wynagrodzeń na konkretnych zasadach.

Grupa JSW jest największym producentem wysokiej jakości węgla koksowego typu 35 (hard) i znaczącym producentem koksu w Unii Europejskiej pod względem wielkości produkcji. Podstawową działalność Grupy JSW stanowi produkcja i sprzedaż węgla koksowego i do celów energetycznych oraz produkcja i sprzedaż koksu i węglopochodnych. Węgiel wydobywany przez Grupę JSW, w tym głównie węgiel koksowy, jest wykorzystywany w Europie Środkowej przez lokalne huty należące do międzynarodowych producentów stali i regionalne przedsiębiorstwa użyteczności publicznej. Produkowany przez Grupę JSW wysokiej jakości koks jest również sprzedawany na rynku globalnym. Głównymi odbiorcami produktów Grupy JSW są klienci w Polsce, Niemczech, Austrii, Czechach, na Słowacji, w Rumunii i na Węgrzech.

Bank Pekao SA prezentuje wyniki finansowe za 2012 rok

Banku Pekao osiągnął skonsolidowany zysk netto na poziomie 2 956 mln zł, co oznacza 1,9% wzrost r/r. ROE osiągnął 13,3%, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiego poziomu współczynnika wypłacalności Core Tier 1 wynoszącego 19,0%. Wzrost zysku netto został osiągnięty dzięki poprawie zysku operacyjnego, który wzrósł o 6,0% według danych porównywalnych z sektorem i wyniósł 4 312 mln złotych. Dochody operacyjne wzrosły o 2,5% r/r, podczas gdy koszty operacyjne pozostawały pod ścisłą kontrolą, wykazując spadek o 1,3% r/r. Koszt ryzyka w 2012 roku odnotowano na poziomie 72 punktów bazowych, co potwierdza efektywność Pekao w zarządzaniu ryzykiem. Bank zwiększył swoje udziały rynkowe dla kluczowych produktów kredytowych, takich jak złotowy kredyt hipoteczny i kredyty konsumpcyjne.

Bank Pekao ogłosił osiągnięcie 2 956 mln zł zysku netto, +1,9% r/r. Wzrost zysku netto został wypracowany dzięki wzrostowi zysku operacyjnego o 6,0% według danych porównywalnych z sektorem i został osiągnięty dzięki wczesnemu przygotowaniu Banku do spowolnienia wzrostu gospodarczego i zdolności do szybkiego dostosowania się do nowego otoczenia ekonomicznego. Dochody operacyjne wzrosły o 2,5% r/r do 7 935 mln zł, głównie dzięki wzrostowi wyniku odsetkowego. Wynik odsetkowy netto wzrósł o 5,4% r/r do kwoty 4 805 mln zł dzięki wzrostowi wolumenów i skutecznemu zarządzaniu marżą odsetkową netto. Wzrost wolumenów wynikał z dobrych wyników sprzedaży kluczowych produktów kredytowych, co skutkowało dalszym wzrostem udziałów w rynku. Dochody z opłat i prowizji pozostawały pod presją widoczną w całym sektorze bankowym i wyniosły 2 257 mln zł.

Pekao utrzymał doskonałą kontrolę kosztów, zmniejszając koszty operacyjne w 2012 roku o 1,3% w porównaniu do poprzedniego roku, pomimo poniesienia wydatków związanych z Mistrzostwami EURO 2012 i odświeżeniem marki.
Bank zanotował silny wzrost kredytów detalicznych o 10,2% r/r, osiągając kwotę 40 485 ​​mln zł. Wolumen złotowych kredytów hipotecznych wzrósł o 22,6%, do 22 868 mln zł, natomiast kredyty konsumpcyjne wzrosły o 4,5% do 7 131 mln zł. Strategiczne kredyty korporacyjne wzrosły o 0,3% do 33 077 mln zł, podczas gdy łączne kredyty korporacyjne spadły o 2,0% do 62 679 mln zł.

Oszczędności detaliczne wzrosły o 3,2% r/r, osiągając 64 723 mln zł. Depozyty korporacyjne wzrosły w 2012 r. o 0,7% i osiągnęły 62 993 mln zł.

Bank Pekao potwierdził pozycję lidera w zarządzaniu ryzykiem, przy koszcie ryzyka w 2012 roku na poziomie 0,72% i wskaźniku NPL 7,5%, w warunkach rosnącej w całym sektorze bankowym presji na jakość aktywów korporacyjnych.
„Dzięki wczesnej mobilizacji i naszej zdolności do natychmiastowego dostosowania do nowego scenariusza, udało nam się odnieść sukces również w zeszłym roku” – powiedział Luigi Lovaglio, dyrektor generalny i prezes zarządu Banku Pekao SA. „Sukces ten był możliwy dzięki dwudziestu tysiącom naszych pracowników, którzy każdego dnia z wyjątkowym poświęceniem obsługują naszych klientów.”

Kryzys ekonomiczny nie omija branży farmaceutycznej

Firmy z branży farmaceutycznej zmagają się ze spadającą rentownością wynikającą m.in. ze spowolnienia gospodarczego, presji cenowej na produkowane przez nie leki oraz ogromnej konkurencji – podaje firma doradcza Deloitte w najnowszym globalnym raporcie „2013 Global life sciences outlook: Optimism tempered by reality in a ‘new normal’”. Według Deloitte kluczowym czynnikiem, który zrewolucjonizuje już niebawem strategie firm farmaceutycznych są jednak wygasające w tym roku patenty na leki. Ich wartość oceniania jest na 29 mld dolarów. Leki innowacyjne będą wypierane przez preparaty generyczne, których produkcja jest tańsza nawet o 80 proc. W Polsce ten rok prawdopodobnie będzie zdominowany przez nowelizację ustawy refundacyjnej i presję na obniżkę cen leków refundowanych.

Od lat branża farmaceutyczna uznawana jest za jedną z bardziej dochodowych, choć także za wyjątkowo konkurencyjną. W 2011 r. przychody spółek z tego sektora wyniosły 1,1 biliona dolarów, z czego 798 mld przypadło producentom leków, a 289 mld firmom biotechnologicznym. W latach pomiędzy 2007 a 2011 średnia roczna stopa wzrostu tego rynku wyniosła 6,7 proc. Według wstępnych szacunków w 2012 r. sprzedaż farmaceutyków wzrosła o 4 proc. (do około biliona dolarów). Ale już w samych Stanach Zjednoczonych (największym rynku w tej branży – 46 proc. udziałów) wzrost ten szacowany jest tylko na około 1 proc.

Co wpływa na słabnące wyniki finansowe w tej branży?
„Największym problemem są wygasające patenty leków innowacyjnych. Wartość rynkowa leków, których patenty wygasły pomiędzy rokiem 2009 a 2012 wyniosła ponad 100 mld dolarów. Jednak kluczowy dla wielu największych graczy, zwłaszcza w USA i Europie, będzie ten rok. W najbliższych miesiącach ochrona patentowa zostanie zdjęta z produktów wycenianych na 29 mld dolarów” – wyjaśnia Michał Kłos, Dyrektor w Zespole Doradztwa dla Sektora Farmaceutycznego i Ochrony Zdrowia, Deloitte. Skutkiem tych przemian jest ogromny wzrost konkurencji cenowej i spadek rentowności całego sektora. W 2013 r. przewidywana marża operacyjna wyniesie około 20 proc., podczas gdy jeszcze cztery lata wynosiła 24 proc.

W związku ze spadającą rentownością firmy farmaceutyczne coraz mniej pieniędzy przeznaczają na badania i rozwój. W 2009 r. na ten cel wydano 70 mld dolarów, rok później już o 2 mld mniej. Szacuje się, że w 2012 r wydatki te obcięto o kolejne 5,7 proc. Najwięksi gracze sektora szukają środków finansowych na innych polach. W wyniku pogarszającej się sytuacji finansowej, firmy w pierwszej kolejności redukują zatrudnienie. Przykładowo w ostatnich dwunastu latach zlikwidowano 300 tys. miejsc pracy w sektorze farmaceutycznym na całym świecie. A tylko od 2009 r. pracę straciło aż 150 tys. osób.

Beneficjentami wygasających patentów będą producenci leków generycznych, czyli zamienników leków innowacyjnych. Koszt ich produkcji jest zwykle niższy od oryginałów od 30 do 80 proc. Według ekspertów Deloitte w 2015 r. rynek generyków będzie wart ponad 140 mld dolarów. W Niemczech już w 2010 r. stanowiły one 45 proc. wszystkich sprzedawanych medykamentów i aż 80 proc. tych przepisywanych na receptę.

Nie bez wpływu na sytuację firm farmaceutycznych pozostaje również spowolnienie gospodarcze, które zmusiło koncerny do obniżania cen za leki i zaostrzyło presję wywieraną przez administracje rządowe.. Zjawisko to wystąpiło w wielu krajach, m.in. Brazylii, Turcji czy Niemczech, w których reforma systemu ochrony zdrowia nałożyła na koncerny obowiązek negocjacji cen leków innowacyjnych (wchodzących na rynek) oraz udowodnienia ich szerokiego zastosowania, a tym samym sensu ich wprowadzania. Starzejące się społeczeństwo, a co się z tym wiąże rosnąca liczba osób cierpiących na choroby przewlekłe zmusza rządy do ciągłego zwiększania wydatków na opiekę zdrowotną. W 2000 r. w krajach UE na ten cel przekazano środki odpowiadające równowartości średnio 8 proc. PKB tych krajów, w 2030 r. będzie to już 14 proc.

Kurczące się przychody koncernów farmaceutycznych w krajach rozwiniętych zmusiły je do szukania nowych źródeł przychodu na rynkach wschodzących. W 2011 r. już jedną piątą leków sprzedano w krajach rozwijających się. Zdaniem ekspertów Deloitte najbardziej obiecujące pod tym względem są Chiny, Indie, Brazylia, ale też Rosja i Ukraina. Bogacąca się klasa średnia oraz starzejące się społeczeństwo powodują, że państwa te są doskonałym miejscem ekspansji koncernów farmaceutycznych.

A jak na tym tle wypada Polska?
„Odnotowujemy spadek sprzedaży leków. Przykładowo w październiku 2012 r. liczba nowych aptek była mniejsza, niż tych zamkniętych. Zjawisko to oraz ustawa refundacyjna mają przełożenie na działalność zarówno zagranicznych, farmaceutycznych firm innowacyjnych, jak i lokalnych producentów” – tłumaczy Krystyna Palka-Ichas, Dyrektor w Zespole Doradztwa dla Sektora Farmaceutycznego i Ochrony Zdrowia, Deloitte. „Obszar, który na tle innych państw jest u nas w małym stopniu wykorzystany są badania kliniczne. A właśnie dzięki nim otwiera się dostęp pacjentów do nowych leków oraz zwiększa świadomość nowych rozwiązań w środowisku medycznym” – dodaje. Na sytuację producentów wpłyną też zmiany regulacji. W 2013 r. spodziewana jest nowelizacja ustawy refundacyjnej. Eksperci Deloitte przewidują dalsze naciski mające skłonić producentów leków znajdujących się na listach refundacyjnych do obniżek ich cen.

Kryzys ekonomiczny wpłynął na większą liczbę transakcji fuzji i przejęć w tym sektorze. W 2010 r. według firmy Thomson Reuters wartość transakcji M&A w branży farmaceutycznej na świecie wyniosła 99,4 mld dolarów, a rok później prawie 104 mld dolarów. W ostatnich latach do największych transakcji można zaliczyć zakup przez Sanofi firmy Genzyme czy przejęcie przez Johnson and Johnson spółki Synthes. W Polsce jedną z największych transakcji na tym rynku było przejęcie Polfy Warszawa przez Polpharmę. „Oszczędności kosztów osiągnięte dzięki fuzjom i przejęciom istotnie zwiększają poziom zysków firm farmaceutycznych” – zauważa John Rhodes, Partner, Globalny Lider Sektora Farmaceutycznego i Ochrony Zdrowia, Deloitte USA.

Zdaniem ekspertów Deloitte branża farmaceutyczna mimo chwilowej „zadyszki” ma przed sobą dobre perspektywy. Konieczny jest jednak rozwój innowacyjności, choćby poprzez współpracę z akademickimi ośrodkami badawczymi, ale także zmiana strategii marketingowej i sprzedaży. „Koncerny powinny wcielić się w rolę adwokata coraz bardziej świadomych grup chorych, oraz walczyć o większy wpływ oddziałów klinicznych na decyzje zakupowe szpitali. Nie zmienia to jednak faktu, że nie mogą liczyć na zmniejszenie presji cenowej na produkowane przez siebie leki, gdyż przynajmniej na razie nie widać oznak poprawy sytuacji gospodarczej” – podsumowuje Michał Kłos.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 marca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Resorty gospodarki i finansów sprawdzą PTK Centertel i inne firmy wyprowadzjące kapitał z Polski

– Nasza rachunkowość musi bardzo silnie kontrolować różne formy wyprowadzania kapitału poprzez firmy globalne – zapowiada wicepremier Janusz Piechociński. Ministerstwo Gospodarki zamierza zwiększyć kontrolę nad działalnością międzynarodowych firm, które zarabiają w Polsce. Niepokój resortu wzbudziły przedstawione w połowie lutego wyniki Telekomunikacji Polskiej (Orange Polska), które skutkowały spadkiem cen akcji spółki o 40 proc.

Jak powiedział Agencji Informacyjnej Newseria minister gospodarki, w ubiegłym tygodniu doszło do spotkania przedstawicieli resortu z menadżerami PTK Centertel, operatorem sieci komórkowej Orange. Miało się ono odbyć w trakcie targów CeBIT w Hanowerze.

Spotkanie mogło dotyczyć trudnej sytuacji spółki. W lutym, po opublikowaniu wyników TPSA za IV kwartał 2012 roku, cena za akcję spadła o ponad 40 proc. w ciągu trzech dni. Dziś wicepremier stawia publicznie pytanie o przyczyny tych kłopotów.

– To jest pytanie do zarządu w Polsce: co jest powodem załamania się ważnej firmy giełdowej, czy procesy inwestycyjne, czy wytransferowanie kapitału – zastanawia się minister gospodarki.

Orange w blisko 50 proc. należy do France Telecom.

Jednocześnie Piechociński zapowiada, że jego resort będzie zwracał szczególną uwagę, by nie następowało osłabianie znaczenia polskich menadżerów w zarządzanych przez nich w Polsce spółkach-córkach. To może oznaczać, że międzynarodowe firmy prowadzące tu interesy powinny liczyć się ze zwiększonym zainteresowaniem ze strony administracji. Urzędnicy nie chcą dopuścić do wytransferowania z Polski za granicę zgromadzonego w kraju kapitału.

– Pilnujemy bardzo mocno kapitału i tą drogą chcę zapewnić tych, którzy są w firmach globalnych czy europejskich, że minister gospodarki, ale też minister finansów są zainteresowani różnymi pozycjami w ich księgowości czy rachunkowości, bo wydaje się nie tylko, że polska rachunkowość musi bardzo silnie kontrolować różne formy wyprowadzania kapitału poprzez firmy globalne – wyjaśnia wicepremier.

Jego zdaniem na polskim rynku nie brakuje zdolnych menadżerów i pracowników, którzy mogliby z sukcesem realizować różnego rodzaju projekty.

– Musimy lepiej wykorzystać polską przedsiębiorczość i zdolny kapitał ludzki. W tym sektorze jest 30 tys. absolwentów programowania, telekomunikacji, informatyki, których warto wykorzystywać. Ja chciałbym, żeby firmy zasysały polską myśl techniczną, żeby uczestniczyły w wsparciu programu rządowego w zakresie uruchamiania start-upów – twierdzi Janusz Piechociński.