Opracowywane przez Polaków latawce helowe będą obserwować Ziemię i wykonają bardzo dokładne zdjęcia satelitarne. Swoim zasięgiem obejmą cały obszar Polski

Opracowywane przez Polaków latawce helowe będą obserwować Ziemię i wykonają bardzo dokładne zdjęcia satelitarne. Swoim zasięgiem obejmą cały obszar Polski 1

Latawce helowe wysyłane w okolice orbity okołoziemskiej mogą posłużyć do prezentowania wyników eksperymentów wykonywanych przez polskich naukowców w Kosmosie. Ma to pozwolić m.in. na komercjalizację węzłów adaptacyjnych do tłumienia drgań czy prezentację wyników testów udarowych. W przyszłości sześć takich balonów może pokryć obszar całej Polski, pozwalając na monitorowanie i wykonywanie bardzo dokładnych zdjęć satelitarnych. Już dziś latawce sprawdzają się w monitoringu obiektów wojskowych i przy obserwacjach pogodowych. 

– Mamy swoje autorskie rozwiązanie, ale jesteśmy skazani na kooperację z zachodnimi partnerami, gdzie to wszystko jest drogie i trudno dostępne, dlatego naszym pomysłem jest zająć się inżynierią stratosferyczną, tzn. dzięki helowym balonom polecieć na odległość 20 km nad Ziemią i za darmo je utrzymywać. One wówczas wiszą w powietrzu i wszystkie nasze testy możemy na nich demonstrować – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Jan Holnicki z Instytutu Podstawowych Problemów Techniki PAN.

Pierwszy latawiec helowy na uwięzi jest przygotowany w Jabłonnie koło Warszawy, w ośrodku KEZO Polskiej Akademii Nauk. Jak tłumaczy prof. Holnicki, podstawowym problemem jest w tej chwili utrzymanie odpowiedniego poziomu helu w balonach. Opracowywane są więc kapsuły, które dostarczą ubytki helowe, automatycznie dokując się w balonie, a następnie przy wykorzystaniu technologii miękkiego lądowania ADBAG, łagodnie opadną na Ziemię.

– Balon helowy Helikite może pełnić funkcje np. monitorujące, ale jest to dla nas też space lab, na którym pokazujemy nasze rozwiązania kosmiczne – twierdzi prof. Jan Holnicki.

Już dziś Helikite sprawdza się w misjach wojskowych. Latawiec może na przykład wynieść na jakąś wysokość czujniki do wykrywania pocisków przeciwokrętowych. W Afganistanie Helikite służy do obrony wojsk koalicyjnych poprzez wyniesienie kamer obserwacyjnych. Zapewniają też dostęp do sieci szerokopasmowego internetu dla Australian Defence Force, Royal Marines i innych wojskowych służb specjalnych. Komunikacja 4G zapewniana przez nadajniki zawieszone w powietrzu wspomaga ponadto działanie europejskich służb ratowniczych podczas imprez masowych i akcji ratowniczych w przypadku katastrof.

Jednym z zastosowań balonów helowych będą High altitude pseudo-satellite. To opracowywane m.in. przez Polaków pseudosatelity dużej wysokości. Mogą być uzupełnieniem systemu satelitarnego, ale też dają możliwość niezależnego operowania w sytuacjach kryzysowych.

– Jeżeli zdobędziemy więcej pieniędzy, to możemy z takimi balonami lecieć na wysokość 20 km i stworzyć cały system obserwacji Ziemi, dużo bardziej dokładny niż satelitarny, bo oparty na dobrych kamerach znajdujących się znacznie bliżej. Sześć takich balonów stratosferycznych HAPS potrafi pokryć cały obszar Polski z bardzo dokładnym monitoringiem tego, co się dzieje na Ziemi, także ma to potencjalnie bardzo duże zastosowanie – przekonuje naukowiec.

Latawce helowe znajdują jednak zastosowanie nie tylko w wojsku i ratownictwie. Monitorują pogodę dla British Antarctic Survey i przekazują zapis wideo rejestrowany przez łodzie bezzałogowe. Przestrzeń kosmiczna może być dla nich kolejną istotną przestrzenią działania.

– Mniej więcej za pół roku chcemy zademonstrować tę technologię. W Jabłonnie pod Warszawą jest ośrodek badawczy PAN KEZO. Jest tam zainstalowany latawiec o długości 12 metrów. Wypełniająca go ilość helu pozwala unieść odpowiednio kilkanaście kilogramów. Liczymy, że zademonstrujemy skuteczność takiego rozwiązania – zapowiada prof. Jan Holnicki.

Zgodnie z założeniami Polskiej Strategii Kosmicznej do 2030 r. Polska ma mieć 3 proc. udziału w obrotach europejskiego segmentu kosmicznego. Z kolei prognozy Bank of America Merrill Lynch zakładają, że w ciągu najbliższych 30 lat wartość światowej branży kosmicznej może wzrosnąć do 2,7 bln dol. Komisja Europejska chce w latach 2021–2027 przeznaczyć 16 mld euro na sektor kosmiczny.

Powstaje system automatycznej wymiany informacji o zagrożeniach cybernetycznych. Zapewni szybsze reagowanie na cyberataki także na poziomie rządowym

Powstaje system automatycznej wymiany informacji o zagrożeniach cybernetycznych. Zapewni szybsze reagowanie na cyberataki także na poziomie rządowym 2

Unia Europejska planuje przeznaczyć nawet 9,2 mld euro na program „Cyfrowa Europa”, który będzie realizowany w latach 2021–2027. Jednym z pięciu filarów tego projektu będą rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa w internecie. W życie weszła także polska ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która ma uodpornić jednostki państwowe na wyciek poufnych informacji oraz cyberataki. Do 2023 r. ma powstać specjalny system automatycznej wymiany informacji o zagrożeniach cybernetycznych.

– Projekt Protective dotyczy zwiększania świadomości sytuacyjnej w zakresie cyberbezpieczeństwa. W szczególności chodzi o to, żeby podmioty, które mają sieci komputerowe – tu w szczególności mówimy o sieciach narodowych operatorów akademickich, np. poznańskim centrum sieciowo-superkomputerowym – mogły się wymieniać między sobą informacjami o alertach i stanach zagrożeń w zakresie ataków cybernetycznych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Samp, wiceprezes firmy ITTI.

Ataki cybernetyczne to aktualnie jedno z największych zagrożeń w większości organizacji. Uruchamia się coraz więcej projektów międzynarodowych, mających na celu zapobieganie im. Projekt Protective trwający do sierpnia 2019 r. jest realizowany w ramach programu Horyzont 2020. Konsorcjum składa się z dziesięciu partnerów z ośmiu krajów, wśród których znalazła się także polska firma ITTI. Powstający system przetwarzania informacji o zagrożeniach będzie działał w ramach sieci badawczych i edukacyjnych oraz instytucji akademickich. W przyszłości może być także wdrożony na poziomie państwowym.

– Projekt może się przydać przede wszystkim w administracji publicznej, ale też w innych branżach: energetycznej, bankowej i we wszystkich miejscach, gdzie są sieci informatyczne, które podlegają zagrożeniom i atakom cybernetycznym. Na szczeblu państwowym przede wszystkim do sieci dedykowanych, które są wykorzystywane np. do wymiany informacji między różnymi podmiotami, instytucjami administracji rządowej. Często takie podmioty mają swoją sieć i chodzi o to, żeby tę sieć zabezpieczyć – wyjaśnia Krzysztof Samp.

Projekt dyrektywy ws. bezpieczeństwa sieciowego i informatycznego (NIS) wypracowany przez Unię Europejską zobowiązuje Polskę do stworzenia zespołu reagującego na zagrożenia i incydenty bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni (CSIRT). Unijni urzędnicy liczą na to, że dzięki takiemu rozwiązaniu kraje członkowskie będą w stanie wypracować sprawny model współpracy w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Stworzenie CSIRT-ów narodowych to dopiero początek zmian, jakie wkrótce zostaną wdrożone na naszym rynku. Polski rząd planuje powołać również krajowe CSIRT-y sektorowe, które funkcjonowałyby w obrębie konkretnej branży, np. energetycznej czy akademickiej. Projekt Protective stworzono po to, aby ułatwić zarządzanie zagrożeniami w ramach zespołów sektorowych. Skupi się wokół czterech najważniejszych zagadnień: wymiany wiedzy, narzędzi do wskazywania potencjalnych zagrożeń, oceny ryzyka oraz zarządzania zadaniami związanymi z cyberbezpieczeństwem w ramach konkretnego CSIRT-u.

 Takie sieci istnieją w różnych krajach i działają według swoich zasad. Chodzi o to, żeby stworzyć system, który pomoże im wymieniać się informacjami. Użytkownikom przede wszystkim da dostęp do informacji i standardu ich wymiany w zakresie zagrożeń cybernetycznych i ułatwi komunikowanie się. Dzięki temu zwiększy się bezpieczeństwo wszystkich obywateli, bo ci operatorzy, którzy zarządzają tą siecią, muszą też często od siebie nawzajem te informacje pozyskiwać – wskazuje ekspert.

Ustawa opracowana przez Ministerstwo Cyfryzacji zakłada, że sieć CSIRT-ów sektorowych ułatwi rozwiązywanie problemów typowych dla konkretnej branży. Firmy i przedsiębiorstwa skupione w takim wyspecjalizowanym zespole narażone są na podobne niebezpieczeństwa, dlatego ich współpraca przebiegałaby lepiej i sprawniej, niż gdyby funkcjonowały w ramach jednego CSIRT-u skupiającego wszystkie krajowe podmioty.

Rola CSIRT-u narodowego sprowadziłaby się w takim modelu do funkcji nadzorczej, zespół ten kontrolowałby i regulował pracę CSIRT-ów sektorowych. Ponadto zajmowałby się rozwiązywaniem problemów tych podmiotów, których nie da się w sposób jednoznaczny przypisać do konkretnej branży. Z takiego rozwiązania korzysta m.in. japoński sektor cyberbezpieczeńtwa.

Na polskim rynku pojawiają się już pierwsze projekty działające w ramach dyrektywy NIS. Resort cyfryzacji uruchomił serwis Bezpiecznewybory.pl, który ma ułatwić walkę m.in. z fałszywymi informacjami oraz pojawiającymi się przy okazji zbliżających się wyborów samorządowych.

Firma analityczna Research and Markets szacuje, że wartość rynku cyberbezpieczeństwa osiągnie w 2018 roku wartość blisko 153 mld dol. Prognozuje się, że w ciągu najbliższych 5 lat branża będzie rosła w tempie 10 proc., a w 2023 roku osiągnie wartość 248 mld dol.

Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe – międzynarodowa konferencja biznesowo-naukowa w Warszawie

Wiele dziedzin biznesu i nauki jest już dziś wspierane przez sztuczną inteligencję. Tam, gdzie nie radzą sobie liniowe algorytmy pojawia się machine learning, czyli tzw. uczenie maszynowe. I korzystają z niego nie tylko firmy z sektora wysokich technologii, ale także branża finansowa, handlowa, logistyczna czy nawet rozrywkowa. Czy tak rozumiana automatyzacja to zagrożenie czy realna korzyść dla pracowników tych branż?

Uczenie maszynowe jest dziedziną nauki, która zajmuje się tworzeniem algorytmów mogących „uczyć się” na podstawie przetwarzanego przez siebie zbioru danych. Dzięki temu firmy  mogą lepiej obsługiwać klientów, optymalizować zachodzące wewnątrz przedsiębiorstwa procesy oraz tworzyć coraz to nowe usługi.  Machine learning ściśle wiąże się ze sztuczną inteligencją. Pojawia się tam, gdzie nie radzą sobie liniowe algorytmy. To niewidzialny pomocnik świata biznesu, który już pozwala pracownikom koncentrować się na kreatywnych i innowacyjnych zadaniach, czyli na tym, w czym potrzebni są najbardziej. Nic więc dziwnego, że jak wynika z badania A.T. Kearney „Workplace of the Future 2018” ponad 70 proc. menedżerów i 80 proc. młodych pracowników cieszy myśl o nadchodzącej automatyzacji.AI&NLPDAY

– Przykładem wdrożeń uczenia maszynowego są banki, gdzie wykorzystuje się analizę danych do przygotowania rekomendacji dla klientów, przedstawiania im raportów z analiz wydatków, segmentacji klientów i wyłapywania ich zwyczajów zakupowych. Są to działania zmierzające do zwiększenia przychodu tych instytucji poprzez sprzedaż produktów dopasowanych do odpowiedniej grupy klientów. Inny przykład to zastosowanie zautomatyzowanej analizy danych do podejmowania lub wspierania decyzji inwestycyjnych przez instytucje finansowe  – wyjaśnia Łukasz Kobyliński, organizator konferencji „AI&NLP WORKSHOP DAY”, która odbędzie się 19 października 2018 w Warszawie.

To tam od praktyków dowiemy się m.in więcej o zastosowaniu metod głębokiego uczenia  (deep learning), analizie strumienia wiadomości Twittera w czasie rzeczywistym, analizie sentymentu, wykrywaniu fake newsów, wyszukiwaniu informacji tekstowych, przetwarzaniu języka naturalnego, czy też o bezserwerowym podejściu do pracy z danymi.

Metody uczenia maszynowego są obecnie kluczowym narzędziem informatycznym, które pozwala osiągać przewagę konkurencyjną przez bardzo wiele firm. Wciąż jednak obserwujemy niedobór kadr posiadających odpowiednie kompetencje z tego obszaru. I nic dziwnego skoro braki dotyczą też wykształconych w tym kierunku kadr. Już dziś na rynku IT brakuje ok. 20 tys. programistów. Według danych Centralnej Komisji Egzaminacyjnej tylko 2,7 proc. maturzystów w 2017 roku przystąpiło do egzaminu z informatyki, choć zawód ten jest jednym z najlepiej opłacanych na świecie.

Łukasz Kobyliński, dyrektor zarządzający w Sages
Łukasz Kobyliński, dyrektor zarządzający w Sages

Od 2015 roku zainteresowanie sztuczną inteligencją znacznie wzrosło i aby sprostać temu niezbędne jest spotkanie ludzi z świata nauki i biznesu. W wielu miejscach możemy posłuchać prelekcji, czy wykładów na te tematy, natomiast kluczowa dla odbiorcy jest naszym zdaniem praktyczna wiedza, stąd warsztatowy charakter organizowanej przez nas konferencji. – tłumaczy Łukasz Kobyliński, dyrektor zarządzający w Sages

Według raportu OECD w rozwiniętych krajach świata automatyzacja zastąpi 14 proc. miejsc pracy, a dalszych 32 proc. jest na nią podatna. W Polsce – według prognoz – ryzyko, że pracę człowieka zastąpi kiedyś automat obejmuje połowę obecnych miejsc pracy.

Opublikowany właśnie przez World Economic Forum (The Future of Jobs Report 2018) pokazuje z kolei, że od 23 do 37 proc. dużych firm na świecie ma w planach inwestycje w automatyzację czynności technologicznych. Autorzy raportu stwierdzają, że w związku z tym w ciągu czterech kolejnych lat praca prawie 60 proc. osób ulegnie zmianie.

Na taką zmianę powinniśmy się przygotować – zarówno jako organizacje, jak i pracownicy. Firmy nie mogą sobie pozwolić na zignorowanie nowych narzędzi, które pozwalają zoptymalizować działanie ich procesów wewnętrznych, czy przynieść wymierne korzyści finansowe, wpływając pozytywnie na sprzedaż, marketing, czy bezpieczeństwo prawne. Ich pracownicy muszą z kolei adaptować się do zmieniających się warunków i oczekiwań – od człowieka coraz częściej wymagać się będzie pracy kreatywnej, wyciągania wniosków i umiejętności posługiwania się narzędziami analizy danych, a więc tego, czego nie potrafią jeszcze maszyny.

Podczas konferencji „AI&NLP WORKSHOP DAY” uczestnicy będą mogli wziąć udział w czterech z dwunastu warsztatów poświęconych sztucznej inteligencji oraz przetwarzaniu języka naturalnego, co pozwoli im zdobyć praktyczną wiedzę na temat obecnych metod oraz używanych technologii z tego obszaru. Goście będą mogli porozmawiać z ekspertami, naukowcami, a także zwycięzcami konkursu PolEval, aby móc omówić wiedzę w zakresie AI i NLP.

Spotkanie z robotem, czyli technologia RPA w biurze

Jest zaprogramowany do wykonania szeregu czynności. Znacznie szybszy i skuteczniejszy od człowieka. Do tego wszechstronny i bezbłędny. Wyręcza ludzi w monotonnych czynnościach. O kim mowa? O robocie, który odnajdzie się wszędzie. Trzeba go tylko dostosować do swoich potrzeb. O trwającym rozkwicie robotyzacji już 26 października we Wrocławiu opowiedzą eksperci w tej dziedzinie.

Biznes stawia na robotyzację, dlatego wdraża ją coraz więcej firm. Na świecie pojawiła się cztery, pięć lat temu. Do Polski boom dotarł rok temu. – Dziś biznes jest już zdominowany przez robotyzację, dlatego możemy mówić o jej rozkwicie. Organizuje się coraz więcej konferencji, pojawiają się fachowe publikacje, zainteresowanie firm jest bardzo duże – mówi Nina Twardowska, prezes firmy Impel Business Solutions,
w której dziś działa ponad 30 zrobotyzowanych procesów, a już 50 kolejnych pomysłów zastosowania robota czeka w kolejce.

Powodów docenienia robotyzacji przez biznes jest kilka. Po pierwsze – daje stuprocentową jakość. Po drugie – robot może pracować 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Po trzecie – pracownicy nie chcą wykonywać nudnych czynności, a robotyzacja ich z tego zwalnia. Aż wreszcie po czwarte, robotyzacja to wymierna korzyść finansowa. Perfekcja bowiem eliminuje koszty usuwania błędów, których firmy często nawet nie uwzględniają.

Robot potrafi wiele. Umie czytać dokumenty PDF i strony internetowe, poszukując potrzebnych informacji. Z łatwością przejrzy archiwum gazet zapisanych w PDF i wygeneruje raport z informacjami na wskazany mu temat. Potrafi pisać i tworzyć dokumenty, pomagać w prowadzeniu kadr i księgowości, a nawet
w zgłaszaniu pracowników do ZUS. Może funkcjonować w dowolnej firmie, nie ma żadnych ograniczeń. Musi jedynie dysponować danymi zapisanymi w formie cyfrowej i działać w systemie informatycznym (np. SAP, Share Point, ZUS-owski Płatnik). Jego dużą zaletą jest również możliwość dostosowania do konkretnych systemów i procesów. Robot jest więc narzędziem zindywidualizowanym i wszechstronnym.

Napisz sobie robota

Jak stworzyć takiego idealnego pomocnika? Robota piszą specjaliści, tzw. deweloperzy, bowiem to nic innego jak algorytm, który ma zdolność logowania się do różnych systemów i wykonywania w nich szeregu czynności, naśladujących pracę człowieka. Robot potrafi zalogować się do banku, pobrać wyciąg i zapisać go na komputerze. Wystarczy napisać algorytm: robocie, codziennie wejdź na konto, pobierz dane o wykonanych przelewach, zapisz wyciąg na pulpicie, wyślij sms lub mail z informacją, ile pieniędzy zostało wydanych, a na koniec zgłoś realizację zadania.

W tym czasie pracownicy mają możliwość specjalizacji albo wykonywania dodatkowych zadań, które wpływają na ich rozwój i większą wiedzę merytoryczną. Robotyzacja uwalnia ich moce, daje im czas na bardziej ambitne zadania – wyjaśnia prezes Nina Twardowska. – Czy specjalistą jest ten, kto przetworzy 150 dokumentów, nie zwracając uwagi, co w nich jest, czy ten, kto przetworzy tylko trzy i oszacuje w nich ryzyka? – pyta.

Jako przykład prezes Nina Twardowska podaje dużą firmę rozliczającą zobowiązania. Trzeba zaksięgować wyciągi bankowe, na których widnieją setki pozycji. Robot rozlicza je wszystkie, a pracownika informuje jedynie o tych, z którymi sobie nie poradził. – Wtedy człowiek musi zajrzeć, zobaczyć, z czego wynika błąd. Ma czas na specjalizację w obszarze rozrachunków i rozliczeniach, a jego zadanie nie ogranicza się tylko do przenoszenia danych – tłumaczy Nina Twardowska.

Czy robot kiedyś całkowicie zastąpi człowieka? Nie, ponieważ robotyzacja polega na współpracy pomiędzy pracownikiem a robotem. To człowiek daje mu impuls do działania. I to człowiek podejmuje decyzje, czego robot nie potrafi. Ale i tego się nauczy, bo robotyzacja rozwija się bardzo szybko. – Już możemy mówić o zalążkach łączenia zadań robota i sztucznej inteligencji. Na podstawie szeregu powtarzalnych w czasie czynności, robot skoryguje swoje działania i nauczy się podejmowania prostych decyzji. Będzie miał dwa, trzy warianty, z których wybierze najlepszy – przewiduje prezes Nina Twardowska.

Spotkanie z robotem

Robotyzacja nie tylko zmienia oblicze firm, ale także gospodarki. Kompetencje na rynku pracy będą bowiem z jej udziałem kompetencjami eksperckimi. – Ludzie chcą pracować w elastycznym środowisku pracy, ważny jest dla nich balans pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Robotyzacja to uławia. Dzięki niej staniemy się kreatorami rozwiązań w oparciu o dostępne nowe technologie. Przestaniemy tylko dostosowywać się do tego, co jest dostępne na rynku. Robotyzacja wpisuje się w postęp i zmiany cywilizacyjne – i to jest ten element w skali makro – podkreśla Nina Twardowska.

Eksperci Impel Business Solutions opowiedzą o robotyzacji podczas konferencji „Spotkanie z robotem, czyli technologia RPA w biurze”. W programie wydarzenia znalazło się 10 wystąpień i panele dyskusyjne. Konferencja rozpocznie się w hotelu Campanile przy ul. Ślężnej we Wrocławiu 26 października o godz. 8.30 i potrwa do godz. 17.00. Szczegółowy program spotkania i sylwetki prelegentów pod adresem: https://bpo.impel.pl/konferencja-spotkanie-z-robotem.php

Chwilówki i pożyczki online – jak znaleźć najlepszą ofertę?

Rynek pozabankowych usług finansowych wciąż się rozrasta. Co jakiś czas pojawiają się nowe produkty, których właściciele zapewniają konsumentów, że są one najlepszymi z wszystkich dostępnych. Znalezienie odpowiedniej pożyczki wśród tak wielu ofert może być nie lada wyzwaniem. Istnieją jednak rozwiązania, które mogą nam ułatwić to zadanie. Sprawdźmy, jakie mamy możliwości.

Porównywarki pożyczek i opinie ekspertów

Większość z nas poszukiwanie odpowiedniej oferty zaczyna zapewne od przeglądania stron internetowych pożyczkodawców. Jednak ze względu na ich ilość może to być bardzo pracochłonne zajęcie. Dlatego warto skorzystać z serwisów, które gromadzą w swoich bazach najważniejsze informacje na temat najlepszych ofert dostępnych na rynku. Dodatkowo na takich platformach można znaleźć najświeższe wiadomości z sektora pożyczkowego oraz porady, jak wyjść z trudnej sytuacji finansowej. Jak korzystać z porównywarki pożyczek? Przykładowo w serwisie pozyczkowy-portal.pl mamy możliwość określenia preferowanego terminu spłaty oraz kwoty pożyczki za pomocą suwaków. W efekcie otrzymamy listę produktów wraz z kosztami, jakie poniesiemy przy wybranym zobowiązaniu.

Opinie ekspertów

Podczas przeglądania listy dostępnych pożyczek odpowiadających wyznaczonym przez nas parametrom zobaczymy podstawowe informacje, takie jak: reprezentatywny przykład pożyczki, termin spłaty, możliwe do zaciągnięcia kwoty, dane kontaktowe itd. Jednak oprócz tego jedną z sekcji, do których z pewnością warto zajrzeć, są opinie ekspertów. Czytając takie analizy, możemy dowiedzieć się, jak będzie wyglądała spłata naszego zobowiązania, jakie mogą być konsekwencje nieterminowego zwrotu należności czy też zdobyć informacje na temat szczegółowych kosztów zobowiązania. Dogłębne analizy produktów finansowych można znaleźć przykładowo na  https://polecampozyczke.pl/. Poniżej opinii ekspertów znajduje się miejsce na komentarze klientów. Dzięki temu mamy możliwość dotarcia do doświadczeń osób, które miały okazję skorzystać wcześniej z danej oferty.

Rankingi

Jeśli nie jest to dla nas nadal wystarczające źródło informacji, warto również zajrzeć do rankingów pożyczek online i chwilówek. Znajdziemy tam najlepsze produkty finansowe wybierane przez specjalistów zatrudnianych przez daną platformę. Warto zapoznać się z kryteriami, według których pożyczki zostały ocenione. W zależności od tego w zestawieniach możemy zauważyć różnice w czołowych miejscach. Oprócz najlepszych pożyczek online i chwilówek znajdziemy rankingi produktów: z szybką weryfikacją, dla zadłużonych, bez baz itd.

Powrót do stron pożyczkodawców

Jeśli spośród dostępnych pożyczek wybierzemy tę, która wydaje nam się dla nas najlepsza, wówczas powinniśmy sprawdzić informacje udostępniane na jej stronie internetowej. Spójrzmy na koszty pożyczki, jakie obowiązują przy interesujących nas parametrach. Sprawdźmy, umowę ramową, regulamin zobowiązania, sekcję Pytania i odpowiedzi oraz tabelę opłat. Jeśli dalej mamy wątpliwości, wówczas skontaktujmy się z konsultantem firmy pożyczkowej pod numerem infolinii lub adresem e-mail.

Wyniki finansowe przedsiębiorstw w pierwszej połowie 2018

W pierwszym półroczu 2018 roku wyniki finansowe badanych przez GUS przedsiębiorstw były słabsze od uzyskanych rok wcześniej. Pogorszyły się również podstawowe wskaźniki ekonomiczno-finansowe. Przychody z całokształtu działalności w okresie I–VI 2018 roku były wyższe o 5,7% od osiągniętych rok wcześniej, a koszty ich uzyskania wzrosły o 6,2%. Pogorszył się wskaźnik poziomu kosztów z 94,4% przed rokiem do 94,8%. Przychody netto ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów wrosły w skali roku o 6,2%, a koszty tej działalności – 5,9%.

Wynik finansowy ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów wyniósł 81,7 mld zł i był wyższy o 10,8% niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Wynik finansowy z pozostałej działalności operacyjnej ukształtował się na poziomie 6,8 mld zł i był niższy o 0,4 mld zł niż przed rokiem. Zanotowano pogorszenie wyniku na operacjach finansowych (minus 0,8 mld zł wobec 9,5 mld zł w I półroczu 2017 roku).

Wynik finansowy brutto wyniósł 87,7 mld zł wobec 90,5 mld zł przed rokiem, a jego obciążenia ukształtowały się na poziomie 14,3 mld zł (wobec 13,4 mld zł). Wynik finansowy netto wyniósł 73,4 mld zł i był niższy o 4,8% niż na koniec czerwca 2017 roku. Zysk netto wyniósł 91,6 mld zł i był niższy o 1,2% od uzyskanego w okresie I–VI 2017 roku, a strata netto wyniosła 18,2 mld zł i zwiększyła się w porównaniu do analogicznego okresu roku
poprzedniego o 16,6%. Zysk netto wykazało 72,4% ogółu przedsiębiorstw (wobec 70,5% rok wcześniej), a uzyskane przez nie przychody stanowiły 81,6% przychodów z całokształtu działalności badanych przedsiębiorstw (wobec 82,5% przed rokiem). Wskaźnik rentowności sprzedaży brutto zwiększył się z 4,8% do 5,0%. Zmniejszył się wskaźnik rentowności obrotu brutto z 5,6% do 5,2% oraz wskaźnik rentowności obrotu netto z 4,8% do 4,3%.

Wskaźnik płynności finansowej I stopnia wyniósł 36,6% (wobec 36,2% przed rokiem), a płynności finansowej II stopnia 101,8% (wobec 102,9% przed rokiem). Wskaźnik płynności I stopnia powyżej 20% uzyskało 51,4% przedsiębiorstw (wobec 51,0% w analogicznym okresie poprzedniego roku). Wskaźnik płynności II stopnia w przedziale od 100% do 130% odnotowało 12,2% badanych przedsiębiorstw (wobec 11,4% przed rokiem).

Z grupy przedsiębiorstw objętych badaniem 35,5% wykazało w I półroczu 2018 roku przychody netto ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów na eksport (wobec 34,5% rok wcześniej). Poziom przychodów ze sprzedaży na eksport był o 4,4% wyższy niż rok wcześniej. Udział tych przychodów w przychodach netto ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów ogółu badanych podmiotów zmniejszył się z 23,7% do 23,3%. Spośród jednostek eksportujących, zysk netto wykazało 77,0% przedsiębiorstw wobec 75,8% przed rokiem. Podstawowe relacje ekonomiczno-finansowe tej grupy przedsiębiorstw uległy nieznacznemu pogorszeniu, ale były lepsze niż dla ogółu badanych przedsiębiorstw.

W I półroczu 2018 roku nakłady inwestycyjne badanych przedsiębiorstw wyniosły 58,7 mld zł i były (w cenach stałych) o 11,0% wyższe niż przed rokiem (w I półroczu 2017 roku odnotowano spadek o 2,5%, w całym 2017 r. wzrost o 3,2%). Nakłady na wartości niematerialne i prawne wyniosły 3,2 mld zł i były o 51,1% niższe niż w I półroczu 2017 roku.

Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

W świetle wyników obszernej publikacji GUS „Wyniki finansowe podmiotów gospodarczych”, obserwujemy kontynuację spadku liczby przedsiębiorstw małych i średnich (odpowiednio o 6% i o 2%), którego nie wyrównuje przyrost przedsiębiorstw dużych (o 3%). Przy mniejszej niż przed rokiem liczbie podmiotów generowane przychody odnotowały wzrost. Sprzedaż produktów na przestrzeni roku wzrosła o 5,8%, przy czym średnie i duże firmy miały w nim zbliżony wkład (odpowiednio 5,5% i 6,4%), podczas gdy dynamika w przedsiębiorstwach małych nieznacznie przekraczała próg inflacji (1,9%).

Dość naturalnie wzrost sprzedaży pociągnął za sobą wzrost kosztów – w porównaniu do I półrocza 2017 koszty wzrosły nominalnie o ok. 6,6%, przy czym w usługach obcych o 5,7%, w materiałach i energii o 7,0% oraz o 8,8% w wynagrodzeniach. Branże o wysokich udziałach wynagrodzeń musiały więc zmierzyć się z wyższą kosztochłonnością działalności. Pewną niespodziankę stanowi spadek kosztów materiałów i energii wśród małych podmiotów. W horyzoncie roku te proporcje jednak ulegną wyraźnym zmianom z uwagi na oczekiwany znaczący wzrost cen energii elektrycznej.

Dane GUS potwierdzają, że chociaż dynamiczny rozwój gospodarki skutkuje powszechnym wzrostem kluczowych kategorii kosztów, żadna branża nie została tak doświadczona jak sektor budowlany. W porównaniu do pierwszego półrocza 2017 wynagrodzenia wzrosły średnio o 11,3%, usługi obce – o 13,2%, a materiały – o 20,5% (w dużych przedsiębiorstwach aż o 27,7%). Dwucyfrowa dynamika kosztów jest trudna do zaabsorbowania, gdy okres między zawarciem kontraktu a wypłatą wynagrodzenia jest tak odległy. Te doświadczenia będą sprzyjać znacznym wzrostom cen usług budowlanych w przyszłości, w celu zabezpieczenia się przed podobnymi zmianami oraz odrobienia tych strat wśród firm, które przetrwały.

Redukcja liczby podmiotów przyniosła niewielki spadek liczby przedsiębiorstw zyskownych (o 1,7% do poziomu 32,7 tys.) i wyraźnie większy tych, które odnotowały stratę netto (11,7%, 12,3 tys.). Mimo to, przedsiębiorstwa notujące zysk wygenerowały netto 91,6 mld zł, czyli nieproporcjonalnie mniej niż wynikałoby to z ich mniejszej liczby (1,2% r/r). Wzrost straty netto z kolei wyniósł 16,6%, do 18,2 mld zł. Rentowność obrotu netto spadła z 4,8% (obserwowanych w pierwszych półroczach 2017 i 2016) do 4,3% i tym samym przekroczyła poziom z 2015 (4,4%). Na tym tle poprawia się jednak rentowność przedsiębiorstw małych (wieloletni pozytywny trend), natomiast dla średnich utrzymała się na niskim poziomie 3,7%. Duże firmy odnotowały spadek o 0,8 pkt. proc., do 4.5% r/r, co wynika z konieczności absorpcji wyższych kosztów.

Za poprawę wskaźników wydaje się odpowiadać aktywność eksportowa. Paradoksalnie jednak, nie za sprawą większej liczby eksporterów (ta spadła do nieco ponad 16 tys. po szczycie w 2017), a wzrostu przychodów ze sprzedaży firm eksportujących (7,5%) – chociaż sama sprzedaż na eksport odnotowała wzrost o 4,4%. Największa, dwucyfrowa dynamika (13,0-13,8%) ujawniła się w przedsiębiorstwach, które tylko niewielką część przychodów (poniżej 25%) czerpią ze sprzedaży produktów za granicę. Dobry wynik sprzedaży eksportowej zanotowano pomimo wyraźnego umocnienia złotego w I połowie roku, które obniżało zarówno wartość przychodów wycenianych w walutach obcych, jak i konkurencyjność cenową produktów polskich przedsiębiorstw.

Podobnie, udział jednostek wykazujących zysk wzrósł w niemal wszystkich grupach, chociaż wskaźnik rentowności obrotów netto spadł – z 5,0% do 4,6% r/r. Wyniki poszczególnych branż cechują się jednak dużym zróżnicowaniem. Pogarszająca się koniunktura u naszych partnerów handlowych zwiastuje jednak koniec tej dobrej passy, chyba że istotnej zmianie ulegną segmenty o wysokiej aktywności eksportowej.

Dane GUS dostarczają pierwszych sygnałów o rosnącej aktywności inwestycyjnej przedsiębiorstw. Dynamika nakładów inwestycyjnych zanotowała 11-procentowy wzrost w ujęciu realnym w stosunku do pierwszego półrocza 2017. To podobne tempo do tego obserwowanego w 2014 i 2015 i odbicie po wyraźnych, 10-procentowych, spadkach w ostatnich dwóch latach. Za większe inwestycje odpowiadali przede wszystkim mali (19,4%) i duzi przedsiębiorcy (14,3%) – mniej podmiotów dokonywało inwestycji, ale jednostkowo na większą skalę.

Deficyt w handlu zagranicznym będzie rósł

Od stycznia do sierpnia br. eksport wyniósł 143,6 mld euro (wzrost o 6,7 proc.), a import osiągnął 145,6 mld euro (wzrost o 9 proc.) – podał GUS.

Eksport w sierpniu wyniósł 17,9 mld euro, przy 16,6 mld euro w sierpniu 2017 (wzrost 7,8 proc.), natomiast import miał wartość 18,2 mld euro (16,4 mld euro przed rokiem, wzrost o 11,4 proc.). Oznacza to wprawdzie obarczone sezonowością zmniejszenie ujemnego salda w skali miesiąca z 510 do 326 mln euro, ale jeszcze przed rokiem obserwowaliśmy przewagę eksportu nad importem rzędu 247 mln euro.

W obliczu słabnącej koniunktury w strefie euro nie należy oczekiwać wyraźnego zwiększenia popytu na polskie dobra czy usługi, co wpłynie na dynamikę eksportu. Z kolei za wyższy import odpowiada w dużej mierze wciąż dobrze trzymająca się krajowa konsumpcja. Ta ostatnia została w ostatnich miesiącach wzmocniona przez regulacje związane ze standardami jakości aut, które zmobilizowały sprzedawców do przyspieszenia zakupów i rejestracji. W obliczu pogarszającego się eksportu i mocnego importu, deficyt handlowy wykazuje tendencję wzrostową.

Struktura głównych eksporterów i importerów nie uległa zmianie w porównaniu do zeszłego roku – naszym dominującym partnerem handlowym są Niemcy, w dalszej kolejności eksportujemy do Czech i Wlk. Brytanii, oraz importujemy z Chin i Rosji. Wzrost wolumenu importu z Rosji może mieć związek z zakupami ropy naftowej, której ceny w sierpniu rosły.

Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu fundamenty będą się ścierać z emocjami, gdyż panika rynku akcji może przesłaniać lepsze dane makro. Wysyp danych z USA oraz protokół z posiedzenia FOMC będą istotne dla USD. EUR będzie śledzić CPI i niemiecki ZEW oraz sprawę włoskiego budżetu. Dla GBP ważniejsze od danych mogą być rozstrzygnięcia ws. Brexitu na unijnym szczycie. Ponadto uwagę przyciągną dane z rynku pracy Australii, PKB z Chin oraz CPI z Kanady i Nowej Zelandii.

Przyszły tydzień: sprzedaż detaliczna/NY Empire/Philly Fed z USA, minutki FOMC, ZEW, Włochy/Brexit, CPI/sprzedaż/rynek pracy z Wlk. Brytanii, CPI/PKB z Chin, rynek pracy z Australii, CPI z NZ, CPI/sprzedaż detaliczna z Kanady

USA

W USA dane będą pochodzić z wielu segmentów gospodarki: przemysłu, handlu, rynku nieruchomości, badania koniunktury. Sprzedaż detaliczna (pon) powinna wypaść dobrze, częściowo jako nadganianie słabszej w sierpniu sprzedaży aut. Ale też dobre nastroje konsumentów i siła rynku pracy gwarantują wzrost konsumpcji. Indeksy aktywności biznesu z rejonów Nowego Jorku (pon) i Filadelfii (czw) będą interesujące pod kątem oznak wpływu nowej rundy ceł importowych. Minutki z posiedzenia FOMC (śr) powinny dostarczyć głębi do ostatnich decyzji Komitetu. Rynek pierwotnie gołębio odczytał przekaz Fed, ale późniejsze komentarze prezesa Powella i innych członków FOMC sugerowały bardziej jastrzębie nastawienie banku. Ocena warunków finansowych oraz perspektywy polityki w 2019 r. będą tematami, które przyciągną największą uwagę. Przypomnienie o determinacji Fed w odniesieniu do kontynuacji zacieśniania monetarnego będzie wspierać USD.

Strefa euro

Niemiecki indeks nastrojów analityków ZEW (wt) powinien obniżyć się względem września w związku ze spadkami na niemieckiej giełdzie, obawami o skutki wojen handlowych i rozczarowujące dane z przemysłu. Dane mogą trafić na podatny grunt, jeśli do wtorku sentyment na rynkach wyraźnie się nie poprawi. Dla EUR efekty mogą być umiarkowane, gdyż rynek walutowy nie podążał wiernie za ostatnim załamaniem rynku akcji. Mimo to dla obu zapalnikiem może być negatywny rozwój wypadków wokół włoskich finansów publicznych. W poniedziałek rząd włoski ma oficjalnie przedstawić w Brukseli projekt budżetu, gdzie zanosi się na krytykę unijnych urzędników.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii dane z rynku pracy (wt), CPI (śr) i sprzedaż detaliczna (czw) są najważniejszymi odczytami. Przyspieszenie dynamiki płac będzie pozytywne, choć inflacja raczej odreaguje silny odczyt z sierpnia. Podobne ryzyko korekty po dwóch dobrych miesiącach dotyczy sprzedaży detalicznej. Funt jednak będzie zainteresowany wynikiem szczytu unijnego (śr-czw), gdzie może dojść od wstępnego porozumienia rozwodowego Wielkiej Brytanii z UE. Fiasko będzie rozczarowaniem, które podkopie ostatnią poprawę notowań GBP.

Polska

Bogaty kalendarz publikacji z Polski zawiera CPI, inflację bazową, saldo bieżące, dane z rynku pacy, produkcję przemysłową i sprzedaż detaliczną. Z całego zestawu powinien wyłaniać się obraz solidnie rozwijającej się gospodarki bez nasilania presji inflacyjnej. Są to idealne warunki do utrzymywania neutralnego nastawienia w polityce pieniężnej, co jednak skazuje złotego na bierność w chwilach publikacji. Przy niezdecydowanym klimacie na rynkach zewnętrznych oczekujemy względnej stabilności EUR/PLN blisko 4,30.

Japonia

Dane o handlu zagranicznym i inflacji z Japonii będą tylko tłem dla jena, który w głównej mierze będzie odzwierciedlał nastroje na rynku akcji i długu. Przecena na giełdach i korekta spadkowa rentowności obligacji USA były wybuchową mieszanką zbijającą USD/JPY na 3-tygodniowe minima, ale biorąc pod uwagę punkt startowy rajdu z początku września, jest pole do zejścia o ok. 2 proc. Rynek nie znalazł jeszcze solidnego punktu podparcia, więc zmienność pozostanie wysoka.

Chiny

Chiny pozostają w centrum uwagi i najnowsze dane o CPI (wt) i PKB (pt) mogą dyktować klimat na giełdzie w Szanghaju, a dalej na globalnym rynku. Silniejsza inflacja i słabszy wzrost będą odbierane jako negatywne skutki wojen handlowych. Ponadto w poniedziałek Departament Skarbu USA wypuszcza raport na temat manipulacji kursowych, gdzie Chiny mogą zostać „wyróżnione”, choć bardziej z politycznych pobudek. Byłby to cios w sentyment rynkowy.

Australia

W Australii najważniejszy będzie raport z rynku pracy (czw), gdzie rozsądnym jest założenie spowolnienia tempa wzrostu zatrudnienia po imponującym wzroście w sierpniu (44 tys.), choć stopa bezrobocia powinna zostać na 5,3 proc. Dane nie powinny zamieszać na rynku AUD, który w pierwszej kolejności jest determinowany przez nastawienie inwestorów do Chin oraz presje na redukcję krótkich pozycji w AUD/USD.

Nowa Zelandia

Z Nowej Zelandii otrzymamy kwartalny odczyt CPI (pon) z prognozami wskazującymi na przyspieszenie presji cenowej. Deprecjacja NZD i inne czynniki zewnętrzne odgrywają rolę we wzmocnieniu inflacji, w efekcie czego RBNZ może zbagatelizować raport. Rajdy NZD w reakcji na dane nie powinny być trwałe.

Kanada

W Kanadzie opublikowane zostaną dane o CPI i sprzedaży detalicznej (pt). Są to ostatnie krytyczne dane przed posiedzeniem BoC w następnym tygodniu, choć decyzja o podwyżce stopy overnight o 25 pb jest raczej przesądzona i w pełni zdyskontowana przez rynek. Stąd poza przejściową zmiennością dane mają małe szanse wpłynięcie na oczekiwania w stosunku do stóp procentowych. Sądzimy, że wycena CAD jest wysoka w związku z wygaśnięciem niepewności wokół NAFTA 2.0 i oczekiwaniami wobec polityki BoC, w rezultacie czego wrażliwość waluty na skoki awersji do ryzyka będzie większa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Mieszkanie jako inwestycja. Rynek najmu mieszkań rośnie w oczach

Bank Pekao S.A. przyspiesza prace nad cyfrową transformacją i rozbudowuje odpowiedzialny za nią zespół

Bank Pekao S.A. przyspiesza prace nad cyfrową transformacją i rozbudowuje odpowiedzialny za nią zespół ekspertów. Błażej Szczecki, wieloletni menedżer w Pekao, poprzednio szef pionu transformacji i usług, objął nowo utworzone stanowisko pełnomocnika zarządu do spraw transformacji. Z kolei na czele Centrum IT stanął Marek Lenz, jeden z liderów rewolucji technologicznej w branży finansowej.

– Cyfrowa transformacja jest jednym z priorytetów naszej strategii do 2020 roku. Chcemy, żeby nasi klienci mieli do swojej dyspozycji nie tylko najbezpieczniejsze, ale też najwygodniejsze i intuicyjne narzędzia do operacji bankowych. Najnowsze technologie umożliwiają też optymalizację kosztów i przyspieszenie procedur – powiedział Michał Lehmann, wiceprezes Banku Pekao S.A. odpowiedzialny za obszar operacji i usług.

W odpowiedzi na wyzwania, Bank Pekao S.A. powierza obowiązki w tym obszarze ekspertom z wewnętrznych struktur banku oraz z rynku.

Pełnomocnikiem zarządu ds. transformacji (Chief Transformation Officer) został Błażej Szczecki. Jest on związany jest z Grupą Pekao od 14 lat. W 2010 została mu powierzona funkcja Członka Zarządu Pekao Leasing Sp. z o.o. W 2017 został powołany na stanowisko Dyrektora Wykonawczego, zarządzającego Obszarem Globalnych Usług Bankowych. Wcześniej pracował między innymi w firmie doradczej McKinsey, był pracownikiem naukowym na Uniwersytetach w Niemczech, zdobywał również doświadczenie w Dresder Banku oraz Grupie ABB we Frankfurcie. Jest Absolwentem Uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie nad Odrą.

Od początku października stanowisko dyrektora Centrum IT objął Marek Lenz, wcześniej odpowiedzialny za zarządzanie Departamentem Infrastruktury IT dla segmentu detalicznego, korporacyjnego oraz inwestycyjnego w mBanku, oraz CIO w AXA Poland. Jest absolwentem Politechniki Gdańskiej i studiów Executive Master of Business Administration realizowanych przez Uniwersytet of Quebec w Montrealu oraz Szkołę Główną Handlową.

– Podążamy za trendami technologicznymi w sektorze finansowym. W pierwszej kolejności będziemy pracować nad projektami, dotyczącymi rozwoju platformy omnikanałowej, big data, wspomagającymi analizę danych i prywatną chmurę obliczeniową, dedykowaną bankowi. Stawiamy na budowanie własnych kompetencji informatycznych i wzmacnianie wewnętrznego zespołu IT – mówi Marek Lenz, który poprzednie cztery lata spędził w mBanku.

Do tej pory Bank Pekao S.A. z sukcesem wdrożył wiele projektów związanych z cyfrowym rozwojem. Nasi klienci korzystają z jednej z najbardziej nowoczesnych mobilnych aplikacji bankowych PeoPay, która zapewnia wygodę i bezpieczeństwo transakcji gdziekolwiek się znajdują. Jako jeden z pierwszych banków, Pekao udostępnił usługę Apple Pay, czyli możliwość płacenia zbliżeniowego telefonami iPhone w każdym terminalu zbliżeniowym na całym świecie. Dołączyliśmy również do grupy banków oferujących płatności BLIKiem, polskim systemem płatności mobilnych i internetowych. Transformacja cyfrowa to także podniesienie efektywności banku poprzez m.in. skrócenie procedury otwierania nowego rachunku oraz umożliwienie składania wniosków o pożyczki poprzez kanały zdalne.

Rynki stabilizują się. Dziś czeka nas podwójna rewizja ratingu Polski

Na kluczowe informacje z krajowego punktu widzenia przyszło nam czekać na koniec tygodnia. Co stanie się z polskim ratingiem?

Wygląda na to, że panika na rynkach akcji, z którą mieliśmy do czynienia w środku tygodnia, nieco ustępuje. Pomimo tego, że amerykańskie indeksy wczoraj notowały spadki, giełdy azjatyckie i europejskie zyskiwały. Kluczowe indeksy Azji (japoński NIKKEI 225, hongkoński Hang Seng) zakończyły sesję około 2-procentowymi wzrostami, z kolei europejskie, w momencie pisania komentarza, notują poziomy zbliżone do tych z wczoraj, zyskując ok. 0,5% względem otwarcia (niemiecki DAX, francuski CAC40) i dwukrotnie więcej w przypadku rodzimych indeksów.

 

Pewne zmiany zaszły również na amerykańskim rynku długu. Rentowności obligacji ustabilizowały się na nieco niższych poziomach po publikacji rozczarowujących danych inflacyjnych sugerujących brak większej presji na wzrost cen, co sprowadziło rentowności 10-letnich obligacji USA do okolic 3,13%, czyli 12 punktów poniżej ostatniego szczytu. W momencie pisania wynoszą one ok. 3,17%.

Polski złoty radził sobie wczoraj bardzo dobrze – istotnie zyskując w relacji do głównych walut, w czym pomagała wyraźna słabość dolara amerykańskiego. Bieżący tydzień nie obfitował w informacje z kraju. Dziś wieczorem jednak czekają nas rewizje ocen wiarygodności kredytowej Polski, których dokonać mają agencje S&P i Fitch Ratings. Druga z nich niemal na pewno nie zdecyduje się na podwyżkę oceny, nawet zmiana perspektywy ze „stabilnej” wydaje się być stosunkowo mało prawdopodobna.

W przypadku pierwszej wymienionej agencji sytuacja jest bardziej złożona: agencja S&P w kwietniu podniosła perspektywę ratingu ze „stabilnej” do „pozytywnej”, co oznacza, że od tamtego momentu wzrosło prawdopodobieństwo podniesienia oceny wiarygodności kredytowej na przestrzeni kolejnych 24 miesięcy. Z komunikatu po kwietniowej decyzji agencji wynikało, że S&P może podnieść rating, jeśli gospodarka będzie nadal prężnie się rozwijała, a relacja długu do PKB pozostanie w wyraźnym trendzie spadkowym.

Obecnie sytuacja i perspektywy krajowej gospodarki i finansów publicznych są dobre, co widać również w aktualizacji oczekiwań analityków agencji – agencja trzykrotnie w tym roku podniosła prognozy wzrostu gospodarczego na ten rok, zgodnie z nowymi szacunkami ma wynieść on ok. 4,8%. Agencja w ostatnim czasie istotnie obniżyła również szacunki deficytu sektora finansów publicznych w 2018 r z 2% do 0,9% PKB.

Główny analityk S&P na Polskę, Frank Gill, w komentarzach z kwietnia również optymistycznie wypowiadał się o perspektywach kraju informując PAP Biznes, że ówczesne (a więc gorsze od obecnych) prognozy kluczowych wskaźników makroekonomicznych są zbieżne z wyższym ratingiem. W związku z tym, w mojej opinii, niewykluczone, że agencja podniesie rating Polski. Nie jest to jednak opinia zbieżna z oceną konsensusu, który spodziewa się, że podobnie jak Fitch, S&P utrzyma zarówno ocenę wiarygodności, jak i perspektywę ratingu na niezmienionym poziomie.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,30-4,32. Wczorajszy dzień przyniósł umocnienie euro w relacji do głównych walut. Kluczową publikacją, którą poznaliśmy wczoraj były „minutki” ze spotkania Europejskiego Banku Centralnego. Widać z nich, że decydenci szczególną uwagę poświęcają kwestii konfliktu handlowego. Sygnalizują oni obawy dotyczące konsekwencji zmian w światowym handlu, jednak ostatecznie utrzymują, że gospodarki strefy euro powinny być jednak wystarczająco odporne, żeby sobie z nimi poradzić, stwierdzając, że ryzyka dla perspektyw są zbalansowane.

Wśród danych makro, warto wspomnieć o odczytach wrześniowej inflacji w Niemczech, które były w pełni zgodne ze wstępnymi szacunkami. Nieco bardziej interesujące były dane o sierpniowej produkcji przemysłowej, które dziś zaskoczyły solidnie na plus (w ujęciu miesięcznym produkcja rosła o 1%, wobec oczekiwanej dynamiki rzędu 0,4%), jednak ostatecznie dane nie przełożyły się na umocnienie wspólnej europejskiej waluty.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,91-4,95. Waluta reagowała wczoraj na zmiany na głównej parze, w konsekwencji czego funt zyskiwał w relacji do dolara amerykańskiego, osłabił się natomiast w parze z euro.

USD

Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,71-3,75. Wczoraj dolar istotnie tracił nie tylko wobec złotego, ale również w relacji do głównych walut. Wczorajsze dane o wrześniowej inflacji w USA rozczarowały. Oba odczyty – CPI i bazowy – były gorsze od oczekiwań o 0,1 p.p. w ujęciu rocznym. Pierwszy z nich spadł z poziomu 2,7% rocznie notowanego jeszcze w sierpniu do 2,3% we wrześniu, co związane było m.in. z niższym wzrostem cen najmu i spadkiem cen energii. Indeksowi nie pomogła również stabilizacja wskaźnika bazowego, który wbrew oczekiwaniom nie wzrósł, ale pozostał na poziomie 2,2% w ujęciu rocznym.

Wyprzedaż na rynku akcji ze środka tygodnia była kontynuowana również wczoraj, jednak jej skala była mniejsza. Co ciekawe, podobnie jak na początku roku tak i teraz – przynajmniej do tego momentu – nie widać, żeby sytuacja na rynku akcji istotnie przekładała się na rynek walutowy, niewykluczone, że jeśli utrzymają się negatywne nastroje, ostatecznie to nastąpi. Winą za spadki na giełdach prezydent Trump obarczył Rezerwę Federalną, stwierdzając, że „FED jest poza kontrolą”.

Dzisiejszy dzień nie przyniesie wprawdzie danych o tak istotnym znaczeniu jak wczoraj, niemniej w drugiej części dnia warto spojrzeć na wskaźniki indeksów cen importowych i eksportowych dla USA we wrześniu oraz na indeks nastrojów konsumentów w USA dla bieżącego miesiąca. Późnym popołudniem przemawiać będzie również Raphael Bostic z FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – wskaźnik cen importowych i eksportowych w USA we wrześniu
  • 16:00 – wskaźnik nastrojów konsumentów w USA w październiku
  • 16:30 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • po 17:30 – rewizja ratingu Polski ze strony agencji S&P & Fitch

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Aktualizacja ratingu Polski. Komunikat z EBC

Dwie agencje ratingowe ogłoszą dzisiaj aktualizacje ocen dla Polski. Stenogramy z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego bez niespodzianek.

Aktualizacja ratingu przez dwie agencje

Dzisiaj w godzinach popołudniowych poznamy werdykt zarówno agencji ratingowej Fitch jak i S&P. Dane te przeważnie publikowane są po zamknięciu giełdy, kiedy na rynku jest już mniej inwestorów. Obecnie analitycy nie spodziewają się żadnych zmian, ale gdyby miało do nich dojść to ważne dane przy małej liczbie inwestorów na rynku często powodują nieproporcjonalnie duże ruchy. Wątpliwe jest by którakolwiek z agencji zmieniła obecnie nasz rating. Tym mniej prawdopodobna jest obniżka. Powodem jest fakt, że nasza ocena wedle Fitch i S&P jest odpowiednio o 1 i 2 punkty niższa niż w Moody’s. Czy zatem dane z agencji nie mają żadnego wpływu? Z pewnością nie, aczkolwiek agencje obserwują sytuację na bieżąco, a w Polsce nic się od ostatniego czasu szczególnie nie zmieniło.

Co słychać w EBC

Wczoraj poznaliśmy stenogramy z ostatniego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego. Nie pojawiły się tam żadne rewolucyjne stwierdzenia. Jedyna wiadomość, która zaskoczyła analityków to możliwość reinwestycji spłat kapitału. W ten sposób wydłużono czas zapadania obligacji w bilansie. Znalazły się informacje o sile gospodarki oraz kontrolowanej inflacji i ryzykach. Brakowało tego na co wielu inwestorów liczyło, to znaczy informacji jakie EBC ma plany na rosnącą dysproporcję w poziomach oprocentowania pomiędzy dwoma stronami oceanu. Na razie Europa korzysta na tańszym pieniądzu i słabszej walucie. Problem w tym, że taka sytuacja zachęca do nadmiernego zadłużania się, które może okazać się istotnym problemem, jeśli dojdzie do pogorszenia koniunktury na świecie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – USA – raport uniwersytetu Michigan,
  • 19:00 – USA – ilość wież wiertniczych dla rynku ropy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Sytuacja w niemieckiej gospodarce robi się nerwowa

W tym tygodniu opublikowane zostały wyniki niemieckiej produkcji przemysłowej. Dane te rozczarowały, gdyż w sierpniu odnotowała ona roczny spadek o 0,2%. Biorąc pod uwagę korektę sezonową spadek wynosi 0,1%. A spodziewano się nieznacznego wzrostu.

Jednakże aby stwierdzić, że będzie to długofalowa tendencja należy jeszcze trochę poczekać. Rosnące ryzyko w gospodarce światowej z pewnością nie wpływa pozytywnie na wskaźniki. Nastrojów w niemieckiej gospodarce nie poprawił także spadek handlu międzynarodowego. W sierpniu zanotowano miesięczne obniżenie się importu, jak i eksportu. Przy czym, należy wspomnieć, że wprowadzone w międzynarodowym handlu cła jeszcze nie zdążyły odzwierciedlić się w obrotach. Niemiecka gospodarka boryka się z nerwową sytuacją związaną nie tylko z całą światową gospodarką, ale również rozwojem gospodarczym głównych partnerów biznesowych. Warto w tym kontekście wspomnieć o trwających negocjacjach dotyczących Brexitu, negocjacjach dotyczących budżetu Włoch czy politycznej i gospodarczej sytuacji w Turcji. Ważne będzie nie tylko śledzenie bieżących danych, wskaźniki wiodące również mogą być pomocne.

Na wzrost światowych niepokoi negatywnie reaguje również polski złoty. Jego kurs w stosunku do euro w tym tygodniu prawie się nie zmienił, jednak patrząc od początku roku, pomimo dobrej sytuacji fundamentalnej w polskiej gospodarce, złotówka osłabiła się. W piątek rano kurs złotego wynosił 4,31 EUR/PLN. Eurodolar był na poziomie 1,16 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Banki optymistycznie oceniają swoją działalność związaną z finansowaniem inwestycji nieruchomościowych

W pierwszej połowie 2018 r. wartość inwestycji w sektorze nieruchomości na europejskich rynkach wyniosła 110 mld euro i była mniejsza o 19% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Jest to najniższy poziom od 2014 r. Wbrew spadkowemu trendowi w Europie Zachodniej, wartość inwestycji nieruchomościowych w Europie Środkowo-Wschodniej rośnie nieprzerwanie od 6 lat. Polska pozostaje liderem regionu i odpowiada za 58% inwestycji w rynek nieruchomości w całej Europie Środkowo-Wschodniej. W pierwszych dwóch kwartałach 2018 r. wartość inwestycji nad Wisłą wyniosła 3,3 mld euro, co oznacza wzrost o 113% r/r.

Jak wynika z 9. edycji badania KPMG przeprowadzonego wśród 70 instytucji finansowych w 14 krajach Europy, banki optymistycznie oceniają swoją działalność związaną z finansowaniem projektów nieruchomościowych. Respondenci wskazują, że w kolejnych latach wzrostowy trend będzie kontynuowany, jednak nie należy zapominać o lokalnych uwarunkowaniach, które mogą wpływać na poszczególne kraje.

Niższa wartość inwestycji w Europie

Całkowita wartość inwestycji w pierwszych 6 miesiącach 2018 r. zmniejszyła się o 19% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku osiągając poziom blisko 110 mld euro. Jest to najniższy poziom inwestycji od 4 lat. Spadek wartości inwestycji w pierwszej połowie roku odnotowano w Europie trzeci rok z rzędu. Podczas gdy Niemcy i Wielka Brytania nadal przyciągały ponad połowę całkowitego wolumenu transakcji w Europie w pierwszej połowie 2018 r., największe wzrosty odnotowano w Polsce i Irlandii.

Pomimo ogólnego spadku zaobserwowanego w Europie, wielkość inwestycji w Polsce wzrosła do poziomu 3,3 mld euro w pierwszej połowie 2018 r., względem 1,5 mld euro w pierwszej połowie 2017 r. Wartość polskich inwestycji stanowi 58% całkowitej wartości inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej w pierwszej połowie 2018 r. – mówi Steven Baxted, partner, szef zespołu doradztwa dla rynku budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.

Biorąc pod uwagę oczekiwania banków działających w Polsce względem wielkości całego portfela kredytów na rynku nieruchomości, 40% ankietowanych spodziewa się wzrostu liczby inwestycji w kolejnych 12-18 miesiącach. Taka sama liczba respondentów nie przewiduje żadnych zmian, natomiast 20% respondentów spodziewa się spadku liczby udzielanych kredytów na inwestycje w nieruchomości.

Europejskie banki najchętniej finansują budowę inwestycji mieszkaniowych
Podobnie jak w poprzedniej edycji badania, najbardziej preferowaną klasą aktywów w Europie są inwestycje dokonywane w rozwój rynku mieszkaniowego. Jednak w Polsce zainteresowanie finansowaniem inwestycji mieszkaniowych pozostaje na niskim poziomie.

Jedynie finansowanie nieruchomości hotelowych w Polsce było niższe, niż finansowanie inwestycji mieszkaniowych. Banki działające na polskim rynku zdecydowanie preferują finansowanie nieruchomości biurowych, które są postrzegane jak mniej ryzykowne – mówi Steven Baxted, partner, szef zespołu doradztwa dla rynku budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.finansowanie przez banki

Coraz mniej zagrożonych kredytów w Europie Środkowo-Wschodniej

W regionie Europy Środkowo-Wschodniej można zauważyć coraz większy udział regularnie spłacanych kredytów w bankowych portfelach. Stopniowo obserwowany jest trend coraz mniejszego udziału zagrożonych kredytów, które negatywnie wpływają na kondycję finansową banków.

Kiedy w 2010 r. po raz pierwszy przeprowadzaliśmy badanie, wszystkie przebadane kraje w Europie Środkowo-Wschodniej miały w portfelach bankowych mniej niż 85% udział kredytów spłacanych w terminie. W tym roku już większość banków działających w poszczególnych państwach w regionie posiada ponad 85% takich kredytów – mówi Steven Baxted, partner, szef zespołu doradztwa dla rynku budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.zagrożone kredyty

Ankietowani przedstawiciele banków w regionie Europy Środkowo-Wschodniej zaczynają dostrzegać coraz większą konkurencję w globalnych bankach komercyjnych. Z kolei dla pozostałych ankietowanych w Europie krajów, największym wyzwaniem są ubezpieczyciele oraz fundusze emerytalne.

O RAPORCIE
Raport pt. „Property Lending Barometer 2018” został opracowany na podstawie odpowiedzi udzielonych przez ponad 70 instytucji finansowych działających w sektorze nieruchomości w 14 krajach Europy. Przedstawiciele wiodących instytucji finansowych przedstawili podczas pogłębionych wywiadów swoje opinie na temat kluczowych kwestii związanych z kredytowaniem nieruchomości. Uwzględnione w badaniu kraje podzielono na dwie kategorie: gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej (Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Polska, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia, Węgry) oraz pozostałe europejskie gospodarki (Austria, Cypr, Holandia, Irlandia, Szwecja). Badanie zostało przeprowadzone w okresie maj-lipiec 2018 r.

Zdrowe odżywianie – stały trend w postawach Polaków

Z raportu GfK poświęconego identyfikacji zwyczajów zakupowych w zakresie zdrowego i ekologicznego odżywania wynika, iż ponad 1/5 polskich gospodarstw domowych odżywia się niezdrowo.

Instytut GfK dokonał segmentacji polskich gospodarstw domowych opartej na kupowanych produktach. Biorąc pod uwagę zakupione w ciągu roku kategorie produktowe (około 90 kategorii), gospodarstwa domowe zostały podzielone na 4 segmenty pod względem wielkości i struktury wydatków na żywność. W celu obserwacji zmian nawyków zakupowych na przestrzeni czasu, wyniki porównano z wynikami z roku 2014.

Artur Czajka, analityk w Panelu Gospodarstw Domowych GfK, komentuje: „W Polsce zapanowała moda na zdrowe odżywianie. Media, producenci i detaliści głośno i często mówią o zdrowszej kuchni, zdrowszych produktach, żywności typu bio, eko, produktach bez laktozy oraz o tym, jaki wpływ na komfort naszego życia ma sposób, w jaki się odżywiamy. Sami konsumenci często deklarują, że zdrowiej się odżywiają, dbają o siebie i swoich bliskich, przestrzegają diet, modeli odżywiania. Skutecznym sposobem, aby sprawdzić czy owe deklaracje znajdują potwierdzenie w tym, co faktycznie robimy i w produktach spożywczych, które kupujemy, jest analiza koszyka zakupowego. Czyli co tak naprawdę kupujemy i jaką część naszego koszyka stanowią produkty zdrowe i ekologiczne.”

21 proc. gospodarstw domowych w Polsce to gospodarstwa kupujące produkty i odżywiające się w sposób, który można opisać jako niezdrowy. Kupują więcej półproduktów, dań gotowych i mrożonych oraz różnego rodzaju fixów. W ich koszykach najczęściej znajdują się napoje gazowane, chipsy, popcorn czy inne słone przekąski. W segmencie „Niezdrowych” gospodarstw jest najwięcej rodzin z dziećmi, część zakupów odpowiada więc na zapotrzebowanie najmłodszych i młodych konsumentów. Można jednak zaobserwować, iż rodzice starają się wprowadzać do diety produkty, które rekompensują w pewien sposób mniej zdrowe produkty, tj. kupują np. soki 100% czy wodę niegazowaną. Segment ten od 2014 roku utrzymuje się na stabilnym poziomie.

Artur Czajka dodaje: „Dzięki przeprowadzonej segmentacji polskich gospodarstw domowych i dokładnej analizie wyłonionych grup, wiemy jak dotrzeć z produktami do poszczególnych segmentów. Dla przykładu, w przypadku gospodarstw „Niezdrowych”, producenci, a także sklepy powinni inwestować w promocje i nowości. Segment ten dysponuje bowiem dość wysokimi dochodami, ale sam siebie określa jako „wciąż na dorobku”. Gospodarstwa z tej grupy są więc wyczulone na promocje i aktywnie ich poszukują. Szukają nowości, zwłaszcza gdy te są wspierane reklamami. Ponadto wykazują otwartość na zakupy dla swoich dzieci produktów, które w obrębie danej kategorii komunikują, że są zdrowsze niż pozostałe.”

Zupełnie odmiennym segmentem polskich gospodarstw domowych jest segment „Konsekwentnie zdrowe”, czyli gospodarstwa, które są w pełni świadome roli i znaczenia ekologii w życiu codziennym – segregują śmieci, oszczędzają energię i wodę, świadomie kupują produkty zdrowe i ekologiczne. W sklepie czytają opakowania, sprawdzają skład produktów. Są otwarci na kuchnie świata. W porównaniu do roku 2014 segment wzrósł aż o 55 proc.

Gospodarstwa z tego segmentu najwięcej pieniędzy wydają na produkty oznaczone etykietami bio, bez laktozy, bez GMO czy wege. W ich koszykach częściej pojawiają się takie kategorie, jak miód, bakalie, świeże warzywa i owoce, ryby czy gorzka czekolada.

Artur Czajka dodaje: „W przyszłości segment gospodarstw „Konsekwentnie zdrowych” może nadal rosnąć, zarówno ze względu na utrzymującą się modę i zapotrzebowanie na produkty zdrowe i ekologiczne, jak również z uwagi na fakt, iż w segmencie jest dużo gospodarstw ze starszymi osobami, a polskie społeczeństwo starzeje się w dość szybkim tempie.”

O badaniu
Raport „Health & Nutrition” bazuje na informacjach pozyskanych z trzech komplementarnych źródeł danych:
• Unikatowa segmentacja gospodarstw domowych oparta na wydatkach na faktycznie kupowane produkty żywnościowe.
• Wywiady ankietowe z gospodarstwami z wydzielonych segmentów.
• Dodatkowe analizy danych panelowych i/lub wywiady ankietowe na dobranej specjalnie do potrzeb klienta grupie docelowej.

W raporcie znajduje się szczegółowy opis 4 segmentów gospodarstw domowych wraz z charakterystyką ich zachowań zakupowych, w tym w zakresie produktów zdrowych i ekologicznych:
• Kanały i sieci, w których poszczególne segmenty dokonują zakupów (z uwzględnieniem przede wszystkim produktów zdrowych i ekologicznych).
• Penetracja poszczególnych kategorii, powtarzalność zakupów, koszyk zakupowy i historia zakupów.
• Co polskie gospodarstwa domowe rozumieją przez produkty zdrowe i ekologiczne.
• Czy i jak ważny jest skład tego typu produktów.
• Na co gospodarstwa zwracają uwagę przy ich zakupie, gdzie chciałyby znajdować je w sklepie.

Kierowcy na rynku pracy

W połowie października na Pracuj.pl znajdowało się 1200 aktywnych ogłoszeń o pracę dla kierowców i ich liczba stale rośnie. Według ekspertów Pracuj.pl i praktyków, to zawód z przyszłością. Jak pokazują dane o płacach kierowców i opinie cytowane w raporcie „Na tropie dobrej pracy”, to jedna z branż dających pracownikom fizycznym duże możliwości rozwoju.

Według danych serwisu zarobki.pracuj.pl, przeciętne wynagrodzenie zawodowych kierowców wynosi od 3800 do ponad 6000 zł „na rękę” – w zależności od specjalizacji. To niewątpliwie jedna z najlepiej opłacanych grup pracowników fizycznych na polskim rynku pracy, badanych przez Pracuj.pl w raporcie „Na tropie dobrej pracy”. Skąd biorą się te stawki? Czy rzeczywiście kandydaci mogą tak łatwo sięgnąć po najlepsze oferty?

Trudne początki: start kariery

Jednym z największych wyzwań dotyczących pracy w branży transportowej jest początek kariery. Większość stanowisk wymaga nabycia odpowiednich uprawnień, bez posiadania których kandydaci nie mogą myśleć o bardziej atrakcyjnych specjalizacjach.

Kierowcy znajdują się w czołówce najlepiej opłacanych grup zawodowych i bez wątpienia ich zarobki będą nadal rosły. Wejście w rolę zawodowego kierowcy wymaga jednak zazwyczaj zdobycia odpowiednich uprawnień, co wiąże się ze sporymi inwestycjami w szkolenia i egzaminy. Osoby planujące dopiero wejście w branżę powinny zwracać więc szczególną uwagę na kursy dofinansowywane przez urzędy pracy czy ze środków europejskich. Zapotrzebowanie na ekspertów jest tak duże, że na rynku coraz częściej można się spotkać też z pracodawcami, którzy z chęcią zatrudnią osoby bez doświadczenia i je przeszkolą — przekonuje Sylwia Sosnowska, HR Manager w Grupie Pracuj.

Rywalizacja o kandydatów

Eksperci szacują, że w Polsce może brakować nawet 100 000 zawodowych kierowców. Firmy szukają obecnie zarówno osób rozpoczynających pracę w fachu, jak i doświadczonych pracowników. Potwierdza to Trucking Girl, czyli Iwona Blecharczyk – zawodowy kierowca ciężarówki, a po godzinach autorka popularnego kanału na YouTube, na którym opowiada o swojej pracy.

Z punktu widzenia kierowcy, zapotrzebowanie na pracowników jest widoczne, bo Polska branża transportowa ma się doskonale. Rozwijałaby się jeszcze lepiej, gdyby nie brak kierowców. Coraz więcej osób odchodzi na emeryturę, nowych przybywa za mało. Wszystko to sprawia, że kierowcy mogą przebierać w ofertach pracy. Sytuacja tanie dotyczy tylko Polski czy Europy, ale także np. Ameryki Północnej. Niedawno dostałam ofertę pracy z Kanady, wraz z załatwieniem wszelkich dokumentów wizowych. Tamtejszy rynek boryka się z takim samym problemem braku kierowców — opowiada Iwona Blecharczyk.

Jak zauważa Trucking Girl, w ostatnich latach powoli zmienia się sposób postrzegania pracowników fizycznych, choć wciąż jest w tej kwestii wiele do zrobienia.

Sama praca kierowcy, jako potencjalne zajęcie dla kogoś, kto szuka zawodu dla siebie – jest bardzo atrakcyjna. Dzięki niej zwłaszcza młodzi ludzie mogą podróżować i na starcie zarabiać praktycznie tyle samo, co doświadczony kierowca. Od kilku lat młode pokolenie walczy z negatywnym wizerunkiem, pokazując swoją pracę i styl życia np. w social media
— dodaje Iwona Blecharczyk.

Najlepiej opłacani

Według danych serwisu zarobki.pracuj.pl, najlepiej zarabiają kierowcy z prawem jazdy kategorii C+E, zatrudnieni w transporcie międzynarodowym. Średnio ich pensje wynoszą 6100 złotych netto. To o ponad 4 000 złotych więcej, niż wynosi średnie wynagrodzenie w Polsce. Na niższe, ale wciąż atrakcyjne zarobki mogą liczyć kierowcy C+E jeżdżący po Polsce – średnio otrzymują na rękę 4500 zł. Niewiele mniejsze jest wynagrodzenie kierowców ADR, przewożących niebezpieczne materiały– ich pensja wynosi średnio 5 500 zł netto. Powszechną regułą na rynku, według deklaracji pracowników, są już umowy o pracę, gwarantujące najważniejsze świadczenia pracownicze.

Kierowcy, a inni pracownicy fizyczni

Zarobki kierowców wyróżniają ich mocno na tle innych grup objętych badaniem Pracuj.pl „Na tropie dobrej pracy”, poświęconym pracownikom fizycznym. Jak ustalili badacze, tzw. blue collars są coraz bardziej pewni swoich kompetencji – 49% czuje się fachowcami w swojej dziedzinie, 51% uważa, że szybko znalazłoby nową pracę. Jednocześnie jednak aż 42% uważa, że otrzymuje za niskie wynagrodzenie.

Mimo, że ich warunki pracy są cięższe niż w biurze, pracownicy fizyczni nie są w wielu wypadkach doceniani w sposób szczególny za ich siłę i wytrwałość oraz wkład w operacyjne funkcjonowanie firmy. Zauważamy to w badaniach satysfakcji i zaangażowania pracowników, gdy można porównać obie te grupy. Na stanowiskach fizycznych mamy dużą większą rotację, a pozyskanie nowych pracowników jest coraz trudniejsze. Wiele firm w związku z tym już od dawna odczuwa negatywne skutki niedoboru pracowników i równocześnie powoli zmienia swoje podejście. To, jak zapotrzebowanie może wpływać na oferowane warunki, widać na przykładzie kierowców — dodaje Katarzyna Lorenc, specjalistka ds. rynku pracy, ekspert Business Centre Club.

Przepisy dotyczące wywozu odpadów w Polsce wciąż niejasne

Szacuje się, że w Polsce jeździ około 6000 śmieciarek. To pojazdy specjalne powyżej 3,5 tony, a ich kierowcy nie podlegają prawu rozliczania czasu pracy na bazie tachografu tylko wtedy, gdy odbierają odpady z gospodarstw domowych. Co powinni zrobić, jeśli do jednego kosza trafią śmieci z domów i na przykład z kiosku ruchu czy pobliskiego zakładu fryzjerskiego? Włączyć tachograf czy nie? Pozostawić część odpadów?  Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Przepisy są niejasne, dlatego też kontrolerzy mogą nakładać kary nawet do 30 tysięcy złotych. Po co polskim firmom prawo, które można interpretować dowolnie? Temat komentuje ekspert OCRK.

Mnogość przepisów

Obowiązek ewidencjonowania czasu pracy kierowców, pobierania danych z tachografów i przechowywania ich reguluje nie jeden, a aż cztery akty prawne – rozporządzenie unijne nr 165/2014 ws. urządzeń rejestrujących stosowanych w transporcie drogowym, ustawa z dnia 16 kwietnia 2004 o czasie pracy kierowców, rozporządzenie unijne nr 561/2006 ws. harmonizacji niektórych przepisów socjalnych odnoszących się do transportu drogowego oraz nowa ustawa z dnia 5 lipca 2018 r. o tachografach.

Mimo wprowadzenia wielu przepisów i prób ich porządkowania tak, by miały zastosowanie w codziennej pracy kierowców pojazdów specjalnych, wciąż niejasne są zasady ich egzekwowania. Nie ma bowiem jednej wykładni, która wyjaśniałaby zapis mówiący o „zbieraniu odpadów z gospodarstw domowych i ich wywozie” – wyjaśnia Jakub Ordon, ekspert firmy OCRK. – Wszystko przez unijne rozporządzenie nr 561, które narzuca na kierowców zawodowych odpowiednie normy w zakresie jazd, przerw i odpoczynków oraz rozporządzenie nr 165, które przymusza ich do rejestracji swojego czasu pracy w trybie rzeczywistym. Dla kierujących śmieciarkami ten przepis zwyczajnie nie spełnia swojej roli, gdyż odbieranie odpadów odbywa się przy tzw. krótkich podjazdach, a nie jeździe ciągłej trwającej nie dłużej niż 4,5 godziny bez przerwy, jak to ma miejsce w ruchu międzynarodowym. Dlatego też w rozporządzeniu 561 unijny twórca przepisu wpadł na pomysł, że śmieciarki wyjmie spod obowiązywania przepisu wspólnotowego, by kierowcy nie obawiali się kar za nieumyślne nieprzestrzeganie czasu pracy, które wynikałoby ze specyfiki ich pracy – mówi Jakub Ordon.

Diabeł tkwi w szczegółach

Odstępstwo od przepisów istnieje, ale w rozporządzeniu napisano:

Artykuł 13 [1]

  1. O ile nie zagraża to osiągnięciu celów określonych w art. 1, każde Państwo Członkowskie może wprowadzić wyjątki od przepisów art. 5–9 i uzależnić te wyjątki od spełnienia indywidualnych warunków na swoim terytorium lub, w porozumieniu z zainteresowanymi Państwami, na terytorium innego Państwa Członkowskiego, mające zastosowanie do następujących przewozów wykonywanych:
  2. h) pojazdami używanymi w związku z odprowadzaniem ścieków, ochroną przeciwpowodziową, konserwacją urządzeń zaopatrujących w wodę, gaz i elektryczność, utrzymaniem i kontrolą dróg, zbieraniem odpadów z gospodarstw domowych i ich wywozem, usługami telegraficznymi i telefonicznymi, nadawaniem programów radiowych i telewizyjnych oraz wykrywaniem nadajników lub odbiorników radiowych lub telewizyjnych;

Polska przyjęła to zwolnienie w swój porządek prawny i w praktyce kontrolnej nikt nie miał chęci kontrolować kierowców śmieciarek, bo wiedział, że są to pojazdy zwolnione z przepisów 561 i 165. Oczywiście, kierujący pojazdami specjalnymi w sektorze komunalnym podlegali też przepisom ustawy polskiej, jednak pozwalała ona na przykład na rozpisywanie grafików. „Komunalka” do tej pory była traktowana inaczej pod względem ewidencjonowania czasu pracy kierowców niż przewóz towarów np. w tranzycie międzynarodowym. Do czasu. – komentuje ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

„Zbrodnia” i kara

Zgodnie z ustawą o transporcie drogowym firma świadcząca usługi odbierania i wywożenia odpadów może zostać ukarana karą maksymalną nawet do 30 tysięcy złotych. Wysokość sankcji uzależniona jest od liczby kierowców zatrudnionych na umowę o pracę. Brak zapisanych i przechowywanych danych z tachografów, to 500 złotych za każdy dzień. Jednym z ostatnich przykładów dowolnej interpretacji jednego z Wojewódzkich Inspektorów Transportu Drogowego jest nałożenie 25 tysięcy złotych kary dla firmy z województwa śląskiego. Podstawą do wskazania naruszenia jest brak rozdzielenia przewozu śmieci na pochodzące z gospodarstw domowych i na te, które wyprodukowały przedsiębiorstwa. Jak takim sytuacjom zapobiec?

W praktyce wygląda to tak, że na czas przewozu odpadów z gospodarstw domowych kierowca może uruchomić w tachografie funkcję OUT, co przy tworzeniu ewidencji czasu pracy zostanie potraktowane jako inna praca. W momencie, gdy odbiór śmieci wiąże się z odpadami pochodzącymi z przedsiębiorstwa kierujący powinien włączyć urządzenie rejestrujące czas jego pracy. W innym przypadku narazi pracodawcę na sankcje ze strony Państwowej Inspekcji Pracy – mówi Jakub Ordon z OCRK.

Przepisy nie dla wszystkich są jasne i jednoznaczne, dlatego niektóre firmy rozliczają swoich pracowników tak jak kierowców zawodowych, część z nich nie stosuje się do takich zapisów w ogóle, jeszcze inni nie mają świadomości, że takie zasady istnieją. Tym, na co warto jeszcze zwrócić uwagę, jest struktura wynagrodzenia pracownika. Pensja kierowcy, który wywozi śmieci wyłącznie z gospodarstw domowych różni się znacząco od wypłaty osoby, która podlega pod rozporządzenie numer 561/2006. Jeśli przez osiem godzin funkcja tachografu jest wyłączona, to ewidencja czasu pracy nie uwzględnia dodatkowych elementów wynagrodzenia, np. dyżurów 50%. W przypadku realizacji odpadów przemysłowych, tachograf jest włączony, a w rozliczeniu czasu pracy muszą znaleźć się składniki obowiązujące wśród kierowców zatrudnionych w branży zawodowej, tj. dyżury 50 i 100 procent, czy nieusprawiedliwione przerwy podczas prowadzenia pojazdu. Dlatego, obok zawiłych przepisów aktów prawnych dostępne są systemy, które ułatwiają firmom komunalnym prowadzenie i rozliczanie czasu pracy swoich kierowców oraz wspierają proces tworzenia takiej dokumentacji. Dopóki polski ustawodawca nie podejmie próby rozwiązania problemu wywozu odpadów z gospodarstw domowych i przemysłowych, należy poszukiwać solidnego partnera w prowadzeniu ewidencji czasu pracy i wyjaśnianiu ewentualnych naruszeń.

[1] Zgodnie z art. 13 ust. 1 lit. h) rozporządzenia (WE) nr 561/2006 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 15 marca 2006 r. w sprawie harmonizacji niektórych przepisów socjalnych odnoszących się do transportu drogowego oraz zmieniającego rozporządzenia Rady (EWG) 3821/85 i (WE) 2135/98, jak również uchylającego rozporządzenie Rady (EWG) 3820/85 (Dz. Urz. UE nr L 102/1 z 11 kwietnia 2006r.), w Polsce obowiązuje wyjątek (zgodnie z art. 29 ust 1 i 2 ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o czasie pracy kierowców (Dz. U. z 2004 r., Nr 92, poz. 879 ze zm.)), od przepisów art. 5–9, mający zastosowanie do przewozów wykonywanych pojazdami używanymi w związku z odprowadzaniem ścieków, utrzymaniem i kontrolą dróg oraz zbieraniem odpadów z gospodarstw domowych i ich wywozem.

Konsekwencje Brexitu dla polskich firm. Mogą sporo stracić

Sposób wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to najbardziej palący temat dla całej gospodarki europejskiej. Bez porozumienia i okresu przejściowego, czyli w przypadku tzw. twardego Brexitu, Polska może być krajem, który sporo straci. – Brytyjczycy z dnia na dzień nie przestaną być zainteresowani polskimi produktami. Kwestią kluczową jest jednak, żeby nasze firmy były przygotowane na tyle, aby bez względu na ostateczną formę Brexitu, zapewnić sobie ciągłość prowadzenia biznesu. Pomagamy naszym klientom w tej kwestii – mówi Tomasz Bieliński z Dyrektor w Pionie Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Santander Bank Polska.

Choć czas biegnie nieubłaganie, wszystkie scenariusze wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej są możliwe. – Zakładamy, że warunki handlu z Wyspami czy prowadzenia tam biznesu nie zmienią się drastycznie w marcu 2019 r. Twardy Brexit byłby niewyobrażalną szkodą dla biznesu w Europie. Ale jednocześnie jako bank, który specjalizuje się w obsłudze handlu zagranicznego, uważamy, że firmy powinny mieć na względzie taką ewentualność – mówi Tomasz Bieliński.

Warsztaty Programu Rozwoju Eksportu dotyczące bieżących i ew. przyszłych wyzwań na rynku brytyjskim odbędą 19 października w Gdańsku. Udział jest bezpłatny*, a rozmowa będzie dotyczyć m.in. implikacji Brexitu dla biznesu, zasad inwestowania i zakładania biznesu w UK, otoczenia makroekonomicznego, finansowego i biznesowego na Wyspach. W agendzie przewidziane są wystąpienia Piotra Bielskiego, Dyrektora Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska, Elisabeth Chapman, Sekretarz ds. Brexitu przy ambasadzie UK w Polsce, jak też przedstawicieli kancelarii prawnej EBS i firmy logistycznej Hutchinson Ports UK / Logistics Ltd. Organizatorzy zaplanowali również panel dyskusyjny na temat tegorocznych doświadczeń polskich przedsiębiorców z rynku brytyjskiego. W dyskusji wezmą udział praktycy biznesu, przedstawiciel Departmentu Handlu Zagranicznego przy Ambasadzie UK w Warszawie oraz ekspert Santander UK.

Na kogo wypadnie?

Analizy Santander Bank Polska wskazują, że największe konsekwencje twardego Brexitu w Polsce odczułyby branża automotive, rolno-spożywcza oraz eksporterzy i producenci dóbr konsumpcyjnych. W szczególności czujne powinny być branże, w których udział kierunku brytyjskiego w eksporcie jest wyjątkowo duży, jak w przypadku m.in. okien, czekolady, pralek, przewodów, elektroniki (komputerów, TV, monitorów), warzyw, mięsa oraz perfum i kosmetyków. – Bez porozumienia i okresu przejściowego nastąpi powrót do taryf WTO, kontroli i procedur celnych, dla wielu branż także do kontroli fitosanitarnych i certyfikacji. Będzie to również spore zagrożenie dla ciągłości usług finansowych, np. ubezpieczeń i kontraktów pochodnych czy transgranicznego przekazywania danych osobowych. Utrudniona zostałaby też działalność izb rozliczeniowych oraz stosowanie stawek LIBOR – wymienia Piotr Bielski.

Szczególnie ważnym aspektem dla firm eksportujących na brytyjski rynek będzie także kurs funta szterlinga. Tutaj, jak wskazują analitycy Santander Bank Polska, rynek ma już największy szok za sobą. Nastąpił on po ogłoszeniu wyników referendum i wg prognoz banku w przypadku ponownej złej wiadomości o bezkompromisowym opuszczeniu UE, brytyjska waluta znów zareaguje spadkiem do tego poziomu. – Konsekwencje Brexitu są już od dawna odczuwalne na rynku walutowym. Jeszcze około rok przed referendum funt bił rekordy wartości, płaciliśmy za niego ponad 6 zł. Obecnie, utrzymuje się poniżej granicy 5 zł. Od momentu swojej szczytowej wartości w 2015 r. do notowań z drugiej połowy 2018 r. funt stracił na wartości wobec złotego aż 23% – dodaje Piotr Bielski, Dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska.

Opcje preferowane: Brexit miękki lub… brak Brexitu

Ekonomiści Santander Bank Polska pozostają umiarkowanymi, ale jednak optymistami – uważają, że najbardziej prawdopodobnym obecnie scenariuszem jest tzw. łagodny (miękki) Brexit. Zrealizuje się on w przypadku osiągnięcia pełnego porozumienia w kwestii ustalenia wzajemnych stosunków UE i Zjednoczonego Królestwa oraz ratyfikacji ich założeń przez brytyjski parlament. Scenariusz ten zakłada dwuletni okres przejściowy, w którym firmy będą mogły jeszcze funkcjonować na starych zasadach, a definitywne rozstanie brytyjskiego rynku z UE nastąpi wraz z początkiem 2021 r.  – Po obu stronach stołu negocjacyjnego jest dążenie do najlepszego rozwiązania, bo opuszczenie Unii przez Zjednoczone Królestwo bez żadnego okresu przejściowego, z dniem 29. marca 2019 r. oznaczałoby ogromne trudności w wymianie handlowej i działalności biznesowej wielu firm – po jednej i po drugiej stronie – mówi Piotr Bielski. – Premier May i brytyjski rząd stanowczo odrzucają możliwość ponownego referendum. Jednak sam Brexit jest precedensem i tak naprawdę niczego nie można wykluczyć. W przypadku, gdyby np. wynegocjowane przez rząd porozumienie nie zostało ratyfikowane przez brytyjski parlament, być może ponowne przeprowadzenie referendum zostałoby rozważone. To jednak bardzo mało prawdopodobny scenariusz i potencjalnie bardzo trudny do zrealizowania. Do Brexitu pozostało tylko kilka miesięcy, a organizacja poprzedniego referendum trwała kilkanaście miesięcy – dodaje Piotr Bielski.

* Zgłoszenia na konferencje PRE dotyczące Brexitu 12.10 w Katowicach oraz 19.10 w Gdańsku są przyjmowane pod adresem [email protected]. Udział w spotkaniach jest bezpłatny. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc rejestracja jest aktywna wyłącznie po uzyskaniu potwierdzenia od organizatora.

Blisko 5,5 miliarda złotych obrotów Grupy Muszkieterów po 3 kwartałach 2018 r.

Obroty Grupy Muszkieterów po trzecim kwartale 2018 roku wyniosły blisko 5,5 miliarda złotych i były o prawie 6 proc. wyższe w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym. W omawianym okresie obroty Intermarché, wraz z przymarketowymi stacjami paliw, oraz Bricomarché wzrosły w ujęciu rok do roku odpowiednio o ok. 4 proc. i ok. 11 proc. rok do roku. Systematyczny wzrost obrotów całej Grupy, zrzeszającej polskich przedsiębiorców, świadczy o potencjale jej modelu biznesowego i jest potwierdzeniem mocnej pozycji Muszkieterów na rynku handlowym w Polsce.

Intermarché – systematyczny wzrost obrotów i użytkowników aplikacji mobilnej

Po 3 kwartale 2018 roku sieć supermarketów Intermarché wraz z przymarketowymi stacjami paliw wypracowała ponad 3,7 miliarda złotych obrotów, co oznacza wzrost o prawie 4 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Marc Dherment
Marc Dherment

Praca wykonana nad usprawnieniem funkcjonowania sieci sprzedaży w połączeniu z podjęciem mocniejszych działań w zakresie m.in. polityki cenowej, asortymentowej i promocyjnej, powinny się przyczynić do wzmocnienia naszych wyników w najbliższych kwartałach, niezależnie od wpływu niedziel niehandlowych. Konsolidacja rynku zarówno detalicznego, jak i hurtowego jest bardzo wyczuwalna. Jednak spodziewamy się, że na przestrzeni najbliższych miesięcy  nasza sieć Intermarché wzmocni pozycję lidera w segmencie supermarketówkomentuje Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce.

Zgodnie z rynkowymi trendami dotyczącymi odsetka osób korzystających ze smartfonów i dedykowanych im aplikacji, sieć Intermarché zwiększa swoją obecność także w kanałach mobilnych. Od momentu uruchomienia usługi na początku 2017 roku aplikację Intermarché Polska pobrało ponad 180 tys. użytkowników, a ponad 90 tys. korzysta z niej aktywnie. Co więcej, liczba osób korzystających z mobilnego oprogramowania Intermarché regularnie rośnie – sieć odnotowała 13-proc. wzrost użytkowników w sierpniu tego roku w porównaniu z poprzednim miesiącem. Jedną z zalet korzystania z aplikacji jest dostęp do oferty kuponów rabatowych dedykowanych wyłącznie jej użytkownikom.

Bricomarché z blisko 11-proc. wzrostem

W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku Bricomarché wypracowało dobre wyniki. Obroty sieci z sektora „dom i ogród”, wyniosły ponad 1,7 mld złotych, co oznacza wzrost o blisko 11 proc. rok do roku.

Tylko w 3 kwartale Bricomarché uruchomiło dwa składy budowlane – w Lubawie oraz w Złocieńcu. Sieć planuje w ten sposób zwiększyć sprzedaż materiałów budowlanych, a także zapewnić firmom oraz klientom indywidualnym kompleksową obsługę na każdym etapie prac budowlanych czy ogrodowych. Pierwszy taki magazyn rozpoczął działalność w kwietniu 2017 roku w Śremie i cieszy się z dużym zainteresowaniem Klientów oraz sukcesywnie rosnącą liczbą zamówień.

Bricomarché planuje dalszy rozwój i uruchamianie kolejnych obiektów. Do końca roku w Polsce ma działać łącznie sześć składów budowlanych, które swoim zasięgiem obejmą wszystkie sklepy Bricomarché w naszym kraju. Do końca roku sieć zamierza także uruchomić 4 nowe sklepy działające pod szyldem Bricomarché. Najbliższe otwarcia planowane są już w październiku i listopadzie.

Grupa Muszkieterów wspiera franczyzobiorców sieci również w nawiązywaniu współpracy z lokalnymi dostawcami. Dwa razy do roku centrala Bricomarché organizuje Targi dedykowane wyłącznie sklepom Bricomarché i ich dostawcom. Stanowią one okazję do zapoznania się z ofertą handlowców i nowościami rynkowymi w zakresie czterech działów sklepów: majsterkowanie, budowa, dekoracja i ogród. Dla dystrybutorów to natomiast szansa na bezpośrednie dotarcie do klientów.

Mocna dynamika sprzedaży like-for-like Bricomarché w połączeniu z dobrym tempem otwarć są efektem wspólnych, wytężonych prac pomiędzy właścicielami sklepów a pracownikami naszej centrali ocenia Marc Dherment i dodaje Spodziewamy się, że solidnym fundamentem w 2019 roku będzie dla nas zarówno liczba potwierdzonych lokalizacji, w których uruchomimy supermarkety,  jaki i prowadzone działania dotyczące wszystkich kluczowych obszarów, w tym multi-channel i multi-format.

PKN ORLEN: Wymierne efekty uszczelnienia szarej strefy w paliwach

O ponad 25%, czyli o około 7 mld zł wzrosły wpływy do budżetu państwa w 2017 r. z tytułu sprzedaży realizowanej przez PKN ORLEN, w porównaniu z 2015 rokiem. Jest to związane ze wzrostem legalnej sprzedaży paliw. To pokazuje jak wymierne efekty dają wdrożone i skutecznie egzekwowane przepisy mające na celu wyeliminowanie szarej strefy. W tym czasie stawki podatków związanych ze sprzedażą paliw nie uległy żadnej istotnej zmianie. 

Wprowadzony przez rząd w 2016 r. tzw. pakiet paliwowy miał na celu ograniczenie szarej strefy w branży paliwowej. Pomijając efekt wzrostu gospodarczego PKN ORLEN szacuje, że dzięki skutecznej walce z szarą strefą legalny rynek oleju napędowego (ON) powiększył się o ok.30%, co było jednym z głównych czynników pozytywnie wpływających na wyniki finansowe GK ORLEN w okresie ostatnich dwóch lat. Przełożyło się także bezpośrednio na wzrost wpływów do budżetu państwa.

Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

Tylko w ciągu 6 miesięcy tego roku PKN ORLEN wpłacił do budżetu państwa blisko 17 mld zł w związku ze sprzedażą paliw. Tak znacząca kwota tylko po pierwszym półroczu to efekt uszczelnienia szarej strefy w obrocie paliwami. Oznacza to, że przygotowane i wdrożone przez premiera Mateusza Morawieckiego przepisy w tym zakresie działają i są skutecznie egzekwowane – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Rosnący udział szarej strefy w rynku paliw był jednym z kluczowych problemów ich producentów w ostatnich latach. W latach 2012-2016 nie było żadnych przesłanek, które uzasadniałyby tak niski poziom konsumpcji jaki był oficjalnie raportowany. Porównanie trendu konsumpcji pomiędzy latami 2011 i 2017 wskazuje, że faktyczna konsumpcja ON w latach 2012-2016 musiała być zdecydowanie wyższa.  To oznacza, że szara strefa w szczytowym okresie tj. latach 2014-2015 prawdopodobnie przekraczała 3 mln ton tj. ponad 20% rynku.

Organ chciał „naprawić” ustawodawcę, by móc niejasne przepisy interpretować na niekorzyść podatnika

Przez cztery lata, przed trzema sądami, trwała walka przedsiębiorcy z fiskusem o możliwość zaliczenia do kosztów podatkowych odpisów amortyzacyjnych z tytułu umowy leasingu. Przedsiębiorcy nie pomogła dwukrotna wygrana przed sądem wojewódzkim, bo działający z upoważnienia Ministra Finansów organ przedłużył spór, wnosząc skargę kasacyjną. Zakończył go dopiero Naczelny Sąd Administracyjny, wskazując naruszenie przez organ podstawowej zasady postępowania podatkowego. Zdaniem NSA organ „naprawiał” ustawodawcę i „nie wyjaśnił również, dlaczego uznał, że przepis budzący tyle niejasności i wątpliwości należało interpretować na niekorzyść podatnika” (wyrok z 26.07.2018 r. II FSK 1957/16).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Wyrażona w art. 121 § 1 Ordynacji podatkowej zasada stanowi, że „Postępowanie podatkowe powinno być prowadzone w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych” (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926 ze zm.). Dodatkowo zgodnie z wprowadzonym do Ordynacji podatkowej i obowiązującym od 1 stycznia 2016 r. art. 2a: „Niedające się usunąć wątpliwości co do treści przepisów prawa podatkowego rozstrzyga się na korzyść podatnika” (Dz.U. 2015 poz. 1197).

Bubel prawny

Ustawą z dnia 16 listopada 2012 r. o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce (Dz.U. z 2012 r. poz. 1342) został wprowadzony do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych przepis art. 15b. Zobowiązywał on przedsiębiorcę do dokonania korekt i zmniejszenia kosztów uzyskania przychodów, jeśli do 30 dni od upływu 60-dniowego terminu płatności, a gdy termin ten był dłuższy – z upływem 90 dni od dnia zaliczenia wynikającej z faktury lub rachunku kwoty do kosztów uzyskania przychodów, nie uregulował należnej kwoty zobowiązania. Ograniczenia miały wpłynąć mobilizująco na przedsiębiorców w dokonywaniu przez nich płatności, a tym samym pomóc w likwidacji tzw. zatorów płatniczych.

To właśnie ten przepis, a dokładnie jego odmienna interpretacja stała się źródłem 4-letniego sporu pomiędzy fiskusem a spółką. O ogromnych wadach i kontrowersjach wokół tej regulacji świadczy najlepiej fakt, że już z dniem 1 stycznia 2016 r. została ona uchylona. Jak stwierdził ustawodawca: „regulacje te skomplikowały system rozliczeń i zwiększyły obciążenia administracyjne w firmach” (uzasadnienie Projektu ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw, Druk 3018 z 09.12.2014 r.).

Nabycie lub wytworzenie

Na początku 2014 r. spółka z o.o. wystąpiła do Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach o wydanie interpretacji podatkowej, czy art. 15b ustawy o CIT znajduje zastosowanie do odpisów amortyzacyjnych dokonywanych w zakresie wykorzystywanych przez nią w swojej działalności urządzeń i maszyn pozyskanych do użytku w drodze umowy leasingu. Przez 60-miesięczny okres jej trwania właścicielem urządzeń pozostawał finansujący, a dopiero po jego upływie spółka miała prawo żądać przeniesienia na nią tytułu ich własności. W grę wchodziły wysokie koszty podatkowe odpisów amortyzacyjnych. Wartość jednej tylko z maszyn wynosiła 340 000 zł netto.

Zdaniem przedsiębiorcy wskazany przepis nie miał zastosowania do dokonywanych przez niego odpisów amortyzacyjnych, bowiem ustępy 6 i 7 art. 15b wyraźnie stanowią, że dotyczy on „nabycia lub wytworzenia środków trwałych albo nabycia wartości niematerialnych i prawnych” (Dz. U. z 2011 r. nr 74, poz. 397). Podstawę do amortyzacji stanowił więc przepis art. 16a ust. 2 pkt 3, który wyraźnie posługiwał się pojęciem środków majątkowych niestanowiących własności lub współwłasności podatnika, a użytkowanych przez niego na podstawie umowy leasingu.

Uzasadnienie nieakceptowane w państwie prawa

Wydawać by się mogło jasne, literalne rozumienie przepisów w odmienny sposób interpretował fiskus. Stwierdził bowiem, że nie jest ono wystarczające z uwagi na cele, jakie przyświecały wprowadzeniu regulacji o tzw. zatorach płatniczych. Były nimi poprawa płynności finansowej i zwiększenie dyscypliny płatniczej między przedsiębiorcami. Dlatego organ uznał, że „uregulowania te winny mieć zastosowanie do wszystkich wydatków (ujmowanych w kosztach uzyskania przychodów) wynikających z transakcji dokonywanych pomiędzy przedsiębiorcami” (interpretacja indywidualna IBPBI/2/423-167/14/SD z 13.05.2014 r.).

Uchylając zaskarżoną przez spółkę interpretację, WSA w Gliwicach w wyroku z 15 grudnia 2014 r. nie zgodził się z przyjętym przez organ stanowiskiem o konieczności odwołania się do przepisów o zatorach płatniczych: „…argumentacja organu interpretacyjnego poprzez swoją ogólnikowość, w tym nawet brak jasnego i skonkretyzowanego odwołania się do uzasadnienia nowelizacji przepisów dotyczącej tzw. zatorów płatniczych oraz zupełne pominięcie uzasadnienia wyboru rodzaju wykładni w świetle aksjologicznych uwarunkowań tego wyboru akceptowanych w państwie prawa – wymyka się spod kontroli Sądu, który dodatkowo stwierdza, że przy tak enigmatycznej argumentacji nie widzi podstaw prawnych do dania prymatu wykładni celowościowej nad wykładnią językową spornych zapisów art. 15b ustawy o CIT” (I SA/Gl 993/14).

Naprawiając ustawodawcę na niekorzyść podatnika

Mimo dość wyraźnego przekazu sądu fiskus nie zmienił swojego stanowiska, podtrzymując je w pełni w wydanej 18 czerwca 2015 r. kolejnej interpretacji (IBPBI/2/4510-346/15/SD). Spółka po raz kolejny zmuszona była do zaskarżenia takiego działania organu i znów, zdaniem sądu, miała rację. „…organ wybrał wykładnię celowościową tego przepisu niejako „naprawiając” ustawodawcę, niezależnie od jego woli wyrażonej w tym przepisie i w sposób sprzeczny z jego treścią. Organ nie wyjaśnił przy tym, dlaczego „właściciele” i „nie właściciele” środków trwałych musieliby być poddani tym samym rygorom w sytuacji, gdy ich statut prawny i faktyczny m.in. w świetle przepisów ustawy podatkowej jest różny. Organ nie wyjaśnił również dlaczego uznał, że przepis budzący tyle niejasności i wątpliwości należało interpretować na niekorzyść podatnika” (wyrok WSA w Gliwicach z 23.03.2016 r., I SA/Gl 1196/15).

Łamanie zasady postępowania podatkowego

Było to jednak tylko zdanie sądu. Fiskus nie zamierzał rezygnować ze znacznie zwiększonych wpływów do kasy budżetu państwa z tytułu podatku CIT, jeśli spółka nie mogłaby zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych z tytułu umowy leasingu maszyn. Działający z upoważnienia Ministra Finansów Dyrektor Izby Skarbowej w Katowicach wniósł więc od wyroku skargę kasacyjną, którą NSA w całości oddalił. Zgadzając się w pełni ze stanowiskiem sądów wojewódzkich, wskazał dodatkowo, że „…wydając zaskarżoną interpretację, organ naruszył zasadę wyrażoną w art. 121 § 1 O.p. (zasada budzenia zaufania do organów podatkowych)” (II FSK 1957/16).

Stare porzekadło głosi, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi…

Niniejsza sprawa uwidacznia niewytłumaczalną zapalczywość w rozstrzyganiu wątpliwości na niekorzyść podatnika przy jednoczesnym, wysokim stopniu hipokryzji fiskusa. Bo o ile można jeszcze zrozumieć zawziętość w obronie własnego stanowiska przez organ przed dwoma sądami w obliczu istnienia w obrocie prawnym niejasnych przepisów, tak trudno o to w sytuacji, gdy już doszło do ich wyeliminowania. Art. 15b ustawy o CIT został uchylony przez ustawodawcę 1 stycznia 2016 r., a więc na 7 miesięcy przed wniesieniem przez organ skargi kasacyjnej (nastąpiło to 6 lipca 2016 r.). Co więcej, wnoszący tę skargę DIS działał z upoważnienia Ministra Finansów – tego samego, który już 29 grudnia 2015 r. w wydanej przez siebie interpretacji ogólnej wskazał, że „Wyrażona w art. 2a Ordynacji podatkowej zasada rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika dotyczy tylko wątpliwości co do treści przepisów prawa, a nie wątpliwości co do stanu faktycznego” (PK4.8022.44.2015). Jeśli więc organ miał wątpliwości co do rozumienia treści przepisu 15b w świetle mającej pierwszeństwo w interpretowaniu przepisów prawa wykładni językowej, to nie powinien szukać jej rozszerzenia za pomocą wykładni celowościowej.

Fiskus wiedział również, że umowy leasingu maszyn zawarte zostały przed datą 1 stycznia 2013 r., a więc jeszcze przed wejściem w życie spornych przepisów. Pomimo tej wiedzy łakomy zwiększonych wpływów podatkowych organ chciał nie tylko odmówić zaliczania do kosztów podatkowych rat leasingowych poniesionych już po dacie wejścia w życie art. 15b, ale i rozciągnąć to ograniczenia wstecznie na okres przed tą datą: „Pomimo że umowy leasingu finansowego opisane we wniosku, zawierane były przed wejściem w życie przepisów dotyczących zatorów płatniczych, to wydatki w postaci zapłaty rat leasingowych ponoszone są przez Wnioskodawcę także po ich wejściu w życie, tj. po 1 stycznia 2013 r. Również odpisy amortyzacyjne dokonywane od będących przedmiotem umów leasingu finansowego maszyn i urządzeń są uwzględniane w rachunku podatkowym po 1 stycznia 2013 r. Zatem, w niniejszej sprawie, znaczenie ma data zaliczenia wydatków do kosztów uzyskania przychodów, a nie data zawarcia umowy pomiędzy podmiotami” (IBPBI/2/4510-346/15/SD).

Trwająca ponad cztery lata sprawa stanowi szablonowy przykład bezprawia urzędniczego, jakiego dopuszczają się organy podatkowe celem zapewnienia kosztem przedsiębiorców jak największych wpływów do budżetu państwa. W sytuacji, gdy sądy nie są w stanie zrozumieć, dlaczego mimo jasnych wskazań działające na podstawie prawa organy interpretują niejasne przepisy na niekorzyść podatników, z pomocą przyjść może stare porzekadło wyjaśniające, o co chodzi, gdy nie wiadomo, o co chodzi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Trochę spokoju na koniec tygodnia

Wall Street przełknęło drugi dzień wyprzedaży, choć pod koniec handlu było widać pierwsze oznaki stabilizacji, co podchwycił rynek azjatycki i dziś rano Europa. Rynek walutowy pozostaje oderwany od zamieszania na rynku akcji, czym potwierdza tezę, że nie mamy do czynienia z klasyczną ucieczką od ryzyka.

Szeroki indeks rynku USA – S&P500 – stracił wczoraj 2,06 proc., dokładając do 3,29 proc. ze środowych spadków, a od szczytu z 21 września – 7,2 proc. Ale mogło być gorzej, gdyż w trakcie sesji rynek gonił niżej, jednak sytuację uratowały dwie sprawy. W temacie sporu USA-Chiny uspokajająco zadziałały doniesienia, że sztab w Departamencie Skarbu nakłania sekretarza Mnuchina, by w planowany raporcie resortu (ma być opublikowany prawdopodobnie 15 października) nie oskarżał Chiny o manipulację kursową. W ostatnich dniach rynek spekulował, czy prezydent Trump będzie forsował taką formę nacisku. Jednak na razie inwestorzy żyją w przekonaniu, że nic złego się nie stanie. Drugim czynnikiem pomagającym zapanować uczestnikom rynku and emocjami stały się dane o inflacji CPI z USA, które były słabsze od prognoz. Jakkolwiek różnica była niewielka (0,1 proc. m/m vs prog. 0,2 proc.), to jednak główny przekaz jest taki, że inflacja nie przyspiesza, a zatem i Fed nie musi rozpędzać się z restrykcyjna polityką. To razem hamuje ucieczkę od ryzyka i rajd rentowności długu USA.

Rynek akcji w Azji i Europie notuje odreagowanie, ale jest ono oparte na kruchych podstawach, patrząc pod kątem jak niewiele potrzeba, by przywrócić lawinową wyprzedaż. Jeden komentarz prezydenta Trumpa, przypomnienie o włoskim budżecie, czy nowe zgrzyty w sprawie Brexitu mogą zachwiać sentymentem. Wydaje się jednak, że te rozterki rynek zostawi sobie na przyszły tydzień, a dziś skupi się na łapaniu oddechu. Dla FX oznacza to kontynuację redukcji długich pozycji w dolarze na EUR/USD, czy GBP/USD. USD/JPY może podchwycić poprawę klimatu na rynku akcji i wspiąć się wyżej. Złoty uchronił się od głębszej przeceny, ale o trwalsze wizyty EUR/PLN pod 4,30 może być trudno – kapitał zwykle wolniej powraca na rynki wschodzące niż z nich uciekał.

Kalendarz w piątek nie rozpieszcza. Produkcja przemysłowa z Eurolandu czy ceny importu z USA to pozycje drugorzędne rzadko mające wpływ na FX. Indeks Uniwersytetu Michigan zapowiada się najciekawiej, gdyż nastroje konsumentów są ważnym elementem budowania perspektyw ożywienia, jak również zmiany oczekiwań inflacyjnych odbijają się na rentownościach obligacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

PwC: Split payment musi zostać uproszczony przed wprowadzeniem obowiązku jego stosowania

Mechanizm podzielonej płatności, czyli tzw. split payment, pomimo skuteczności w przeciwdziałaniu wyłudzeniom VAT, jest także istotnym obciążeniem administracyjnym dla przedsiębiorców. Wprowadzenie obowiązku stosowania split paymentu powinno zostać poprzedzone zmianami ukierunkowanymi na jego uproszczenie i większą automatyzację – wskazują eksperci PwC.

Mechanizm split payment znajduje zastosowanie w przypadku transakcji, w ramach których płatność dokonywana jest za pomocą elektronicznego systemu środków pieniężnych. Głównym jego założeniem jest podzielenie płatności na cenę netto, która wpłacana jest przez nabywcę na konto bieżące dostawcy, oraz kwotę podatku VAT, która trafia bezpośrednio na odrębne konto bankowe.

Obecnie split payment jest rozwiązaniem dobrowolnym dla polskich przedsiębiorców. Jednak MF wystąpiło już z wnioskiem do Unii Europejskiej o zgodę na wprowadzenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności.

Eksperci PwC ostrzegają jednak, że zanim mechanizm stanie się obligatoryjny powinien przejść pewne zmiany.

Split payment funkcjonujący w Polsce, chociaż prostszy w stosowaniu niż jego zagraniczne odpowiedniki, nie jest pozbawiony wad. Te wady to wyłomy i wyjątki w jego powszechności, które wydłużają czas podjęcia decyzji przez przedsiębiorców co do tego, czy w danym przypadku można płatność podzielić, czy nie. Skoro split payment ma być obowiązkowy, przedsiębiorcy powinni mieć jak największy komfort jego stosowania. – Tomasz Kassel, partner w PwC

Mechanizm podzielonej płatności nie może być stosowany do wszystkich kategorii transakcji, a sam system bankowy automatycznie nie podpowiada przedsiębiorcy czy jego zlecenie może być zrealizowane. Zwiększa to nakład pracy związanej z przelewami bankowymi – trzeba wybierać przelewy do podzielonej płatności, a o braku dokonania przelewu biznes często dowiaduje się po czasie.

Rozwiązaniem jest zmniejszenie przypadków, w której podzielona płatność nie może zostać zrealizowana, a także danie przedsiębiorcom możliwości płacenia w split payment całych paczek przelewów, a nie tylko pojedynczych transakcji. Jeśli przedsiębiorca musi stosować ten mechanizm, to trzeba skrócić czas potrzebny przedsiębiorcy żeby przelew wykonać. Skoro VAT ma zostać wprowadzony do specjalnego obiegu, niech będzie to łatwe. – Marcin Zawadzki, wicedyrektor w dziale prawno-podatkowym w PwC

Eksperci PwC wskazują, że docelowo – w miarę rozbudowy możliwości analitycznych administracji – można doprowadzić do sytuacji, w której w momencie wprowadzania przelewu system sam dawałby sygnał czy dany przelew jest możliwy.

Gdyby wszystkie elementy wprowadzane w komunikacie przelewu były dostępne w bazach danych administracji publicznej, jak np. numery VAT, rachunków bankowych czy dane o fakturach, to mechanizm podzielonej płatności naprawdę mógłby być prosty w obsłudze. – Jacek Hawrysz, ekspert w dziale prawno-podatkowym PwC

Eksperci o e-Sądzie: Wierzyciele wciąż mają pod górkę. Złożenie pozwu to tylko część problemów

Co miesiąc trafia tam około 200 tysięcy pozwów z całej Polski. Z założenia jest to najszybsza droga do uzyskania nakazu zapłaty w prostych sprawach. W tym roku średni czas oczekiwania na niego wynosi 29 dni. Przydatne rozwiązanie wprowadzono ponad 8 lat temu. Prawnicy uważają, że nadszedł czas na poważne zmiany. Jednak do tej pory dokonano niewielu modyfikacji. Użytkownicy mają do czynienia z mało przyjaznym systemem. Sprawniejsze funkcjonowanie mogliby zapewnić dodatkowi orzecznicy i pracownicy sekretariatu. Trzeba też zaznaczyć, że z e-Sądu korzystają głównie duże firmy, w tym windykacyjne. A portal miał służyć przede wszystkim zwykłemu Kowalskiemu, który teraz musi długo czekać na swoją kolej. Natomiast Ministerstwo Sprawiedliwości informuje, że obecnie pracuje nad wprowadzeniem szeregu zmian. Zapowiada m.in. odświeżenie interfejsu ze wskazaniem na intuicyjność, łatwość obsługi i lepszą dostępność.

Konieczne zmiany

Od 2010 roku działa e-Sąd, wydający nakazy zapłaty w Elektronicznym Postępowaniu Upominawczym. Z założenia zajmuje się przypadkami, które nie są skomplikowane i nie wymagają przeprowadzenia postepowania dowodowego. Sprawy dla całego kraju są rozpoznawane tylko przez Sąd Rejonowy Lublin-Zachód w Lublinie VI Wydział Cywilny. Właścicielem systemu jest Ministerstwo Sprawiedliwości, a jego utrzymanie zostało powierzone Sądowi Apelacyjnemu w Lublinie. Jan Kanthak, rzecznik resortu, zaznacza, że wprowadzenie EPU uważane jest za jedną z najważniejszych reform związanych z informatyzacją wymiaru sprawiedliwości.

– Z punktu widzenia VI Wydziału Cywilnego Sądu Rejonowego Lublin-Zachód, aktualny stan systemu wymaga zgłaszania do Sądu Apelacyjnego w Lublinie jedynie bieżących błędów i modyfikacji usprawniających. Pracownicy tutejszego wydziału zwracają uwagę na wydajność i szybkość działania. Te kwestie także są przekazywane, niekiedy bezpośrednio firmie serwisującej. Aktualnie czynione są przygotowania do zapowiadanej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego – informuje rzecznik prasowy ds. cywilnych SSO Katarzyna Pszczoła.

Eksperci jednoznacznie wskazują, że funkcjonowanie e-Sądu trzeba poprawić. Dr Artur Krzykowski, adwokat z kancelarii AKLEGAL, przypomina, że od 2010 roku system w zasadzie nie był zmieniany. Zdecydowano się jedynie na konieczne dostosowywanie go do nowelizacji przepisów postępowania cywilnego. Dotyczy to np. wprowadzenia obowiązku podania numeru PESEL pozwanego, czy rubryki służącej do wskazania rodzaju odsetek, jakich domaga się powód.

– Oczywiście, e-Sąd jest przydatny, ale od strony funkcjonalności portalu pozostaje mało przyjazny dla użytkownika. Mamy do czynienia ze skomplikowanym i nieintuicyjnym systemem. Interfejs ma blisko 10 lat, co daje się zauważyć. Może jest celowo uproszczony, żeby szybciej funkcjonował, ale występują częste przerwy techniczne. Nie jest on przyjazny dla użytkownika. System działa wolno o różnych porach dnia, a nawet nocy – mówi Jakub Bartosiak, adwokat z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Z kolei radca prawny Marek Niczyporuk z Kancelarii MSDS Legal uważa, że to narzędzie powinno rzeczywiście służyć szerszemu gronu osób. Z ułatwień miał korzystać zwykły Kowalski, któremu nakaz zapłaty jest potrzebny raz czy kilka razy w roku, gdy np. jego kontrahent zalega z płatnością. Dziś beneficjentami systemu są przede wszystkim duzi gracze. Natomiast dr Krzykowski podkreśla, że firmy windykacyjne składają masowe pozwy, jednorazowo za pomocą całych paczek. Nie muszą wówczas wypełniać odrębnych formularzy i w ten sposób mocno oszczędzają czas.

Zapchany e-Sąd

– Od 1 stycznia 2010 roku do 10 września 2018 roku wpłynęło ponad 18 milionów spraw. W tym czasie wydano ponad 14 milionów nakazów zapłaty. W okresie od 1 stycznia do 10 września br. było to odpowiednio blisko 1,7 mln spraw i ponad 900 tys. nakazów zapłaty. Średni miesięczny wpływ w VI Wydziale Cywilnym to ok. 200 tys. pozwów, jednakże kształtuje się on w poszczególnych miesiącach na różnym poziomie. Czas oczekiwania na wydanie nakazu zapłaty w tym roku to średnio 29 dni – wylicza sędzia Katarzyna Pszczoła.

W opinii dr. Artura Krzykowskiego, e-Sąd powinien działać zdecydowanie sprawniej, choć jego istnienie już przyczyniło się do skrócenia czasu wydania nakazu zapłaty w najprostszych sprawach. Do tej grupy należą w szczególności pozwy o uregulowanie faktur, rachunków oraz rat kredytu. Ekspert z AKLEGAL podkreśla, że są to właśnie powództwa wytaczane masowo przez firmy windykacyjne oraz banki. Jednak gdyby sprawy te były rozpatrywane w sposób tradycyjny, czas potrzebny na wydanie nakazu zapłaty mógłby się wydłużyć nawet do pół roku.

– Na początku dostawało się nakaz w tydzień lub w pół miesiąca. To było świetnym terminem i rozwiązaniem. Później pojawiły się duże firmy i wszystko się wydłużyło. Z mojego doświadczenia wynika, że oczekiwanie na nadanie klauzuli wykonalności trwa 2-3 miesiące. Nie ma też wątpliwości, że e-Sąd jest przeciążony sprawami. Być może rozwiązaniem byłoby wprowadzenie jakiegoś limitu miesięcznego, np. dla podmiotów masowo składających pozwy – dodaje mec. Jakub Bartosiak.

Jak podaje Katarzyna Pszczoła, w e-Sądzie obecnie orzeka 8 sędziów oraz 118 referendarzy. Sprawniejsze postępowanie mogłoby zagwarantować ok. 20 dodatkowych osób, w tym 10 orzeczników i 10 pracowników sekretariatu. Oczywiście na czas wydania nakazu zapłaty ma wpływ przede wszystkim liczba składanych pozwów oraz wydajność systemu teleinformatycznego. Jednak nie bez wpływu na sytuację są działania stron postępowania. Zdarza się, że profesjonalni pełnomocnicy nie znają zmian legislacyjnych, co skutkuje np. wadliwymi merytorycznie żądaniami. W przypadku pozwów powszechne są takie zjawiska, jak składanie ich na próbę, tzw. rolowanie (kilkakrotne składanie w celu uzyskania nakazu) czy cofanie.

Bariery (nie) do pokonania?

– Elektroniczne składanie pozwu wymaga bardzo skrupulatnego podejścia. Trzeba uważać na to, co się wpisuje, na stosowanie spacji i przecinków. Wszystko należy robić według instrukcji, bo inaczej system się po prostu zatrzymuje. W efekcie osoba niedoświadczona spędza więcej czasu nad wypełnieniem e-formularza postępowania upominawczego niż nad napisaniem tradycyjnego pozwu. To dotyczy nawet prawników w kancelariach, którzy nie mieli wcześniej doświadczeń w pracy w tym systemie informatycznym – wyjaśnia radca prawny z Kancelarii MSDS Legal.

Według dr. Krzykowskiego, zgodnie z zamysłem twórców e-Sądu, złożenie pozwu za jego pośrednictwem powinno być łatwe i szybkie. Tymczasem w praktyce trzeba znać szereg szczegółowych informacji, a następnie wprowadzać je do poszczególnych rubryk. Należy wymienić m.in. wymagalność roszczenia, termin płatności, dowód i okoliczności, na jakie jest on przywoływany. Problematyczne jest też określenie tak prozaicznej rzeczy jak odsetki, gdyż w formularzu jest do wyboru ich aż 16 rodzajów. Także podanie numeru PESEL pozwanego może przysparzać sporo problemów, gdyż powód nie zawsze zna takie dane.

– Niewątpliwą zaletą tego rozwiązania są niższe koszty. To jest jedna czwarta normalnej opłaty sądowej, czyli 1,25 procenta wartości przedmiotu sporu. Jednak już sam sposób opłacania jest dosyć skomplikowany. Mając rachunki w innych bankach niż największe w Polsce, można się spotkać z problemem, że płatność nie chce przechodzić. Ponadto, w e-Sądzie, jak i w innych systemach, nad którymi czuwa Ministerstwo Sprawiedliwości, pojawiają się częste przerwy techniczne. One dosyć mocno utrudniają wypełnienie formularza, a w efekcie sprawne dochodzenie swoich praw – stwierdza Marek Niczyporuk.

Zdaniem adwokata z AKLEGAL, dotychczasowe zmiany powodowały niemałe zamieszanie w pracy  sądu elektronicznego. Zazwyczaj potrzeba było przynajmniej kilku tygodni, zanim system został dostosowany do nowych wymogów. Taka sytuacja oczywiście powodowała wydłużenie terminów załatwienia spraw. Ekspert podkreśla, że z tych negatywnych doświadczeń należy wyciągnąć wnioski. Trzeba poczynić zmiany zwłaszcza w obliczu zbliżających się istotnych zmian przepisów postępowania cywilnego, zmierzających do jego informatyzacji i umożliwienia składania pisma za pośrednictwem systemu teleinformatycznego.

– Moim zdaniem, działanie systemu zostanie poprawione. Wymaga to jednak nie tylko nakładów finansowych, ale też odpowiedniego podejścia. Ankiety niewiele wniosą. Najlepsze byłyby badania fokusowe. W praktyce inaczej pewne kwestie postrzegają osoby fizyczne składające pozwy, pełnomocnicy czy informatycy – tłumaczy adwokat Jakub Bartosiak.

System teleinformatyczny obsługujący elektroniczne postępowanie upominawcze wymaga ciągłych modyfikacji. Średnia liczba logowań na dobę sięga około 10 tysięcy, co zauważa Jan Kanthak. Rzecznik resortu podsumowuje, że obecnie ministerstwo przygotowuje się do zapowiadanej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. Ponadto trwają prace nad optymalizacją działania systemu dla komorników sądowych oraz stron postępowania. Zmieni się też internetowa witryna e-Sądu. Plany zakładają w szczególności odświeżenie interfejsu ze wskazaniem na intuicyjność, łatwość obsługi oraz dostępność.

Nawet 40% prowadzonych w sklepach promocji może naruszać prawo podatkowe

Według firmy TakeTask, liczne akcje promocyjne w sklepach sieciowych nie dochodzą do skutku lub są źle prowadzone. Błędy mogą mieć poważne konsekwencje podatkowe. Po ewentualnych, negatywnych dla podatnika ustaleniach kontroli skarbowej nabywca nie zaliczy do kosztów wartości usługi, za którą zapłacił organizatorowi. Nie odzyska też podatku VAT z faktur dokumentujących taką promocję. Stronom umowy grożą również sankcje karnoskarbowe. Eksperci radzą, żeby każde niematerialne działanie odpowiednio udokumentować. Zwykle zajmują się tym sieci handlowe, zarabiające na producenckich promocjach. Dla własnego bezpieczeństwa sieci mogą skorzystać z aplikacji ułatwiających kontrolę takich wydarzeń, lecz na razie działają one na małą skalę. Obecnie wytwórcom zapewniają bezpieczeństwo audyty odbywające się w placówkach.

Promocje z problemami

Producenci współpracują z sieciami handlowymi na dwa sposoby. Z jednej strony dostarczają towary, a z drugiej – organizują promocje w sklepach i płacą za organizację takich działań. Z audytów porównawczych, prowadzonych przez platformę TakeTask, wynika, że do 40% akcji budzi wątpliwości. Arkadiusz Cybulski, dyrektor zarządzający tą spółką, informuje, że chodzi o część sklepów, w których nie wiadomo, czy zamówione wydarzenia nastąpiły lub zostały źle przeprowadzone. A to rodzi problem przy fakturowaniu, np. czy kwota do zapłaty obejmuje wszystkie faktycznie wykonane zdarzenia czy też każde zamówione, niezależnie od jego realizacji w sklepie.

– Tak zwane puste faktury, czyli poświadczające usługi, które nie miały miejsca, grożą poważnymi konsekwencjami. Zasadniczo sieci handlowe nie dopuszczają do takich sytuacji, choć akcje promocyjne nie zawsze są realizowane doskonale. Jednak fiskus inaczej traktuje wielomilionowe faktury bez pokrycia w rzeczywistości niż dokumentujące wydarzenia, w przypadku których stwierdzono jedynie nieznaczne nieprawidłowości. Faktura za promocje w 100 sklepach, choć realnie doszło do nich w 80 placówkach, nie powinna skutkować brakiem możliwości zaliczenia do kosztów podatkowych i odliczenia VAT naliczonego w odniesieniu do przeprowadzonych akcji – komentuje Łukasz Czekański, doradca podatkowy w kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr.

Radca prawny Daria Bidelska wskazuje, że wystawianie faktur bez pokrycia w rzeczywistości generuje problemy dla obu stron. Usługobiorca traci prawo do odliczenia podatku VAT z takiej faktury, natomiast usługodawca jest zobowiązany do odprowadzenia wartości VAT z tej faktury bez możliwości pomniejszenia jej o podatek od towarów i usług naliczony z innych faktur zakupowych. „Pusta faktura” nie jest bowiem uwzględniania w deklaracji VAT, jednak wartość podatku VAT jest wpłacana na konto urzędu skarbowego.

– Usługobiorca po zakwestionowaniu faktury będzie mógł zakwalifikować tylko niektóre wydatki do kosztów uzyskania przychodów i odliczyć jedynie część podatku VAT. W przypadku usługodawcy organ skarbowy raczej nie skoryguje zakwestionowanej części przychodów i nie będzie zabiegać o zmniejszenie podatku VAT. Niewykluczone są także konsekwencje karnoskarbowe – zbyt duże odliczenie VAT, czyli obniżenie podstawy opodatkowania, jak również samo wystawienie nierzetelnej faktury może się wiązać z obowiązkiem uiszczenia kar – dodaje Łukasz Czekański.

Fiskus czuwa

Tymczasem Arkadiusz Cybulski zwraca uwagę na to, że ochroną przed podejrzeniami są np. zamawiane przez producentów audyty, sprawdzające rzetelność prowadzonych akcji. Natomiast dokumentacja i egzekucja działań leżą po stronie sieci handlowych. Jeśli podczas wizyty urzędników skarbowych nie udowodnią przeprowadzenia promocji, może ona zostać uznana za fikcyjną. Z kolei firmy doradcze ostrzegają wytwórców przed wzmożonymi kontrolami podatkowymi. Alarmują, że fiskus szuka dodatkowych przychodów do budżetu, a oni mogą być łatwym celem.

– Prawdopodobnie na działania sprawdzające bardziej narażony jest producent, który zamawia usługi promocyjne. W przypadku sieci handlowych, jeśli po wydaniu faktury został odprowadzony VAT należny, to co do zasady nie powinno to być szczegółowo badane. Od producentów, szczególnie przy znaczących kwotach odliczeń podatkowych, fiskus może zażądać dodatkowych wyjaśnień. To wynika z tego, że nabywca tych usług ma prawo do odliczenia podatku VAT naliczonego oraz do zakwalifikowania wydatków na te usługi do kosztów podatkowych – twierdzi Daria Bidelska z kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr.

Natomiast Łukasz Czekański przypomina, że w handlu zdarzają się niedoskonałe realizacje akcji promocyjnych, ale nie ma w tym intencji omijania prawa. Urzędy skarbowe mają wtedy podstawę do twierdzenia, że faktura nie w pełni odzwierciedla rzeczywistość. Podatnik może jednak próbować dowodzić, że drobne niedopatrzenia (szczególnie w zakresie dokumentowania usługi) nie powinny być decydujące w kontekście możliwości zaliczenia wydatków poniesionych na promocję do kosztów podatkowych, czy też odliczenia VAT. Należy pokazać umowę, wyjaśnić zakres współpracy, wskazać na działania wynikające z chęci pozycjonowania produktu czy badań preferencji klientów, przedstawić inne dokumenty świadczące o wykonaniu usługi czy o jej biznesowym uzasadnieniu.

– Fiskus może zanegować fakturę w decyzji po przeprowadzeniu postępowania podatkowego. Urzędnicy muszą sprawdzić, czy dane są zgodne z rzeczywistością i wskazane usługi niematerialne zostały wykonane. Nie ma jednak w przepisach wskazań mówiących wprost, w jaki sposób należy udowodnić rzetelność przeprowadzonych działań, jak je dokumentować itd. Za to można się posiłkować istniejącym orzecznictwem i interpretacjami podatkowymi – przekonuje Daria Bidelska.

Potrzebne dowody

Według ekspertów, gromadzenie dowodów na przeprowadzone działania promocyjne pozwala skutecznie uniknąć problemów podatkowych. Mogą to robić producenci, jednak zdaniem Łukasza Czekańskiego lepiej radzą sobie z tym zadaniem sieci handlowe. Mają doświadczenie i kontrolę nad sklepami, stosunkowo łatwo im zbierać potwierdzenie działań np. w postaci umów, e-maili czy zdjęć standów ustawionych w sklepach. Mogą też skorzystać z nowoczesnych rozwiązań technicznych.

– Obecnie w kwestii zabezpieczania dowodów z tego typu akcji klienci prowadzą audyty kampanii promocyjnych na zlecenie dostawców. Kierownicy sklepów otrzymują z centrali wytyczne, jakie działania mają prowadzić. Z kolei korzystanie ze specjalnych aplikacji mobilnych umożliwia nie tylko otrzymywanie takich wytycznych ale również ich dokumentowanie – od gromadzenia zdjęć standów z produktami po zbieranie potwierdzeń wykonanych prac – informuje Arkadiusz Cybulski.

Z kolei Daria Bidelska podkreśla, że dowody na zaistnienie usług marketingowych i promocyjnych powinny być materialne. To są np. protokoły potwierdzające czynności dokonane w danym miejscu i czasie, raporty wyjaśniające działania czy załączniki do faktur wyliczające zrealizowane zadania. Mogą być one wykonane przez dowolną ze stron – usługodawcę lub zleceniobiorcę. A całość powinna być przechowywana wraz z fakturą do natychmiastowego udostępnienia w razie kontroli.

– Urząd skarbowy nie może też kwestionować konieczności ponoszenia wydatków promocyjnych. Gdyby zdołał udowodnić, że np. w 20% sklepów nie przeprowadzono planowanych działań, może w tej części nie uznać kosztów i możliwości odliczenia VAT-u. Jeżeli takie przypadki zostaną wykryte przez audyt wewnętrzny przed kontrolami, to wtedy można skorygować faktury dokumentujące nabycie usług promocyjnych – mówi doradca w kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr.

Jak podsumowuje ekspert z platformy TakeTask, warto pamiętać o tym, że dowody są też potrzebne ze względów czysto biznesowych. Akcje promocyjne prowadzi się po to, aby zwiększać sprzedaż. Dokumentując promocje, jednocześnie potwierdzamy ich realizację w sklepie. Analizując potem dane sprzedażowe produktu i porównując je z poziomem zorganizowanego wydarzenia, wiemy, jak było ono skuteczne. Inaczej tego nie stwierdzimy, a zatem nie nauczymy się optymalizować działań.

W jaki sposób nauczyciel może legalnie udzielać korepetycji?

Często nauczyciele zastanawiają się, czy mogą po pracy w szkole dodatkowo dorabiać sobie jako korepetytorzy jaką umowę wówczas podpisać i jak się potem rozliczyć z fiskusem z tych przychodów.

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Jeśli chodzi o formę rozliczania korepetycji, nauczyciel może wybrać np. działalność bez rejestracji, pod warunkiem, że jego miesięczne przychody z tego tytułu nie wynoszą więcej niż 50% ustawowej pensji minimalnej. W 2018 roku jest to 1050 złotych brutto, a od 2019 będzie to 1125 zł brutto.

Jeśli przychody z korepetycji są wyższe, można rozliczać się na podstawie umowy zlecenie lub w ramach własnej, jednoosobowej działalności gospodarczej. Niezależnie od wybranej formy nauczyciel będzie nadal zatrudniony w szkole w ramach umowy o pracę. Umowa w sprawie udzielania korepetycji może (ale nie musi) być spisana, natomiast należy pamiętać, że druga strona transakcji jest osobą prywatną. W tej sytuacji obowiązek rozliczenia się będzie zawsze po stronie korepetytora. Przy działalności nierejestrowanej i umowie zleceniu nauczyciel będzie w rozliczeniu rocznym składał PIT-36, a przy działalności gospodarczej zeznanie roczne będzie zależne od formy opodatkowania, jaką wybierze korepetytor. Mogą to być zasady ogólne, podatek liniowy, ryczałt 20% lub karta podatkowa. W ostatnich dwóch przypadkach nie można jednak odliczać od podatku kosztów prowadzenia działalności.

Warto również wspomnieć, że nauczyciel, który chce udzielać korepetycji, powinien dowiedzieć się, czy dyrekcja szkoły, w której uczy, nie ma nic przeciwko temu. Czynności wykonywane w szkole i w ramach korepetycji są de facto takie same, więc może wystąpić konflikt interesów. Można to rozumieć jako działalność w pewnym stopniu konkurencyjną.

Kolejną ważną kwestią jest to, że nauczyciel nie powinien udzielać korepetycji uczniowi, którego uczy na co dzień w szkole. Karta Nauczyciela nie zabrania wprost takiej praktyki. Podobne działanie może być jednak uznane za uchybienie godności zawodu nauczyciela, a w takim przypadku prawo przewiduje dla nauczycieli kary dyscyplinarne. Dyrektor szkoły mógłby wówczas wystąpić o postawienie nauczyciela przed komisją dyscyplinarną.

Trzy kroki dzielą biznes od 5G. Eksperci VMware podają przepis na sieciową rewolucję

Cały świat spodziewa się, że komercyjne wdrożenie sieci 5G nastąpi już w 2020 r. Bez cienia wątpliwości, technologia ta będzie początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej. Co się zmieni? Wszystko – przekonują wszyscy. Ale jak zmienić – to podają już tylko nieliczni. Eksperci VMware przekonują, w swojej najnowszej analizie, że kluczowe będzie wdrażanie chmur, rozwiązań sztucznej inteligencji, IoT oraz wirtualnych sieci przyszłości.

Nawet 100 razy szybszy Internet już za 2-3 lata może utorować drogę do rozwoju technologii, które urzeczywistnią sen o życiu w otoczeniu inteligentnych urządzeń. I to na masową skalę. Zaawansowana robotyka, autonomiczne pojazdy, wirtualna rzeczywistość, druk 3D na odległość – wykorzystanie tego wszystkiego stanie się banalnie proste właśnie dzięki 5G. Wdrożenia tej technologii już trwają, ale nie każdy kto to robi okaże się zwycięzcą. Jak odsiać liderów od przegranych podpowiadają jednak eksperci VMware.

Istnieją trzy główne czynniki, które pozwolą organizacjom, szczególnie operatorom telekomunikacyjnym, wykorzystać pełny potencjał technologii 5G. To inwestycje w rozwiązania kognitywne oraz Internet Rzeczy, adekwatne do potrzeb wykorzystanie technologii chmurowych oraz modernizacja i wirtualizacja sieci. Dzięki temu firmy będą w stanie wyciągnąć z 5G wymierne korzyści biznesowe, docierać do nowych klientów, a z czasem rozwinąć biznes poza swój sztandarowy zakres usług czy produktów – przekonuje Shekar Ayyar, prezes wykonawczy i dyrektor generalny Telco Group w VMware.

Po pierwsze: supermoce, czyli AI i IoT

Za niecały rok na świecie ma być tylko milion punktów łączności 5G. Do 2025 roku ich liczba ma wzrosnąć aż do 1,4 mld. Za ten wzrost będzie odpowiadać m.in. dynamiczny rozwój IoT oraz sztucznej inteligencji – przekonują eksperci VMware. Same tylko rozwiązania kognitywne osiągną do 2022 wartość ponad 77 mld dolarów. Wpływ tych technologii na 5G nie polega jedynie na produkcji danych wymagających szybkiego transferu – tutaj popyt na jedno, nakręca popyt na drugie.

Technologia 5G działa dwutorowo. Z jednej strony napędza rozwój nowych technologii, z drugiej potrzebuje ich, by faktycznie zaistnieć w środowisku wielkiego biznesu. Sprawne wdrożenie Internetu Rzeczy w połączeniu z zaawansowanymi technologiami komunikacji na linii maszyna-maszyna otwiera przed przedsiębiorcami możliwość rozwinięcia ich podstawowej działalności o nowe funkcjonalności. Wyobraźmy sobie choćby sklep meblowy posiadający show-room oparty na tzw. mieszanej rzeczywistości – tłumaczy Shekar Ayyar z VMware. Na rynku zwyciężą ci gracze, którzy wdrażając 5G, będą umieli wykorzystać technologiczne supermoce, nie tylko do przyspieszenia internetu, ale do całkowitej zmiany tego, jak pracujemy, kupujemy i żyjemy – dodaje.

Po drugie: droga w chmurach

Ostatnią dekadę innowacji sponsorowała chmura obliczeniowa. Była swoistym „must have” w firmach, które stawiały na cyfryzację. Dzisiaj na rynku m.in. telekomunikacyjnym wyrasta całe nowe „pokolenie” operatorów, które nie wyobraża sobie swojej działalności bez cloud computingu. Zdaniem IDC już w przyszłym roku dziewięć na dziesięć przedsiębiorstw będzie korzystać z rozwiązań opartych w części lub w całości na chmurze obliczeniowej. Zdaniem VMware, jeśli inne firmy chcą nadążyć za tą zmianą i w pełni wykorzystać potencjał 5G muszą ulec całkowitej „cloudyfikacji”.

Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak pełną, bezlitosną wręcz automatyzację wszystkich procesów oraz usług. Przedsiębiorstwa, szczególnie telecomy, muszą inwestować w nowoczesne oprogramowanie, bazujące na technologiach chmurowych i takie, które zagwarantuje szybsze wprowadzanie innowacji. Biznes musi również inwestować w nowe modele działania i wykorzystywać trendy związane z rozwojem marketplace’ów, usług w chmurze czy współdzielnością zasobów – komentuje Shekar Ayyar z VMware.

Po trzecie: sieci przyszłości

Wdrożenia technologii 5G, by nabrać prędkości i mocy, potrzebują jeszcze jednego elementu – nowego napędu. Zdaniem VMware firmy, a przede wszystkim operatorzy telekomunikacyjni, muszą w tym celu unowocześnić swoje sieci komputerowe. Shekar Ayyar przekonuje, że technologia 5G to okazja życia dla biznesu i nie wolno jej przespać. Firmy nie będą już mogły czekać tygodni, miesięcy na wdrożenia nowych usług czy produktów. Działania muszą być szybkie, a jednocześnie bezpieczne i oparte na stabilnych rozwiązaniach. Można to osiągnąć m.in. w oparciu o narzędzia służące do wirtualizacji  aplikacji, danych, użytkowników w całej hiper-rozproszonej sieci.

Według danych IDC rozwiązania służące do wirtualizacji sieci będą rosły i do 2022 roku przychody w tym obszarze osiągną wartość ok. 5,6 mld dolarów. Dostrzegamy, że coraz więcej operatorów zaczyna już także wdrożenia chmury prywatnej, część już wdrożyła, a część bada teren. Technologia 5G, której pełen implementacji należy się spodziewać w ciągu około 2-3 lat, jest tu głównym katalizatorem, dlatego spodziewać się można znacznego wzrostu nakładów w tym sektorze rynku – komentuje Stanisław Bochnak, Senior Business Solutions Strategist z VMware Polska.

TenderHut najlepszą polską firmą w rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe

1496% – taki średni wzrost przychodów zagwarantował białostockiej spółce TenderHut najwyższe miejsce wśród wszystkich polskich firm w najnowszym rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe. Polski producent oprogramowania jest 7. najszybciej rozwijającą się firmą technologiczną w Europie Środkowo – Wschodniej.

Deloitte Technology Fast 50 Central EuropeW tegorocznej 19. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej znalazło się 18 spółek znad Wisły. Pierwsze miejsce w zestawieniu przypadło czeskiej spółce Prusa Research. Jednak to Polacy zdominowali ranking. Najwyższe miejsce w Polsce wśród europejskich firm osiągnęła spółka TenderHut, która jest przykładem tego, jak duży potencjał leży w polskich programistach.

tenderhutMiejsce, jakie zajęliśmy w rankingu Deloitte Fast 50, czyli pierwszą pozycję wśród polskich firm i siódmą wśród środkowoeuropejskich, chciałem zadedykować mojemu przyjacielowi, wspólnikowi i byłemu prezesowi TenderHut – Waldemarowi Birkowi, który odszedł od nas na początku tego roku. Myślę, że Waldemar byłby z nas dumny, żałuję, że nie ma go dziś z nami – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut.

Firma z Podlasia rozwija się błyskawicznie. Posiada osiem zagranicznych przedstawicielstw. Na rodzimym rynku stawia na dywersyfikację, lokując swoje biura w strategicznych ośrodkach na terenie całego kraju. Posiada swoje centra developerskie w Białymstoku, Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie, Olsztynie i Przemyślu. Obecnie cała grupa kapitałowa przekroczyła wartość przychodu na poziomie 2,5 mln złotych miesięcznie. Najszybciej rozwijająca się firma IT w Polsce planuje w 2020 roku zagościć także na warszawskim Parkiecie.

W tym roku Grupa TenderHut znalazła się także na 9. pozycji wśród 20 firm z naszego kraju w prestiżowym rankingu Financial Times: FT 1000. Jest także inicjatorem wielu przedsięwzięć związanych z rozwojem polskiej branży IT, w tym ogólnopolskiej inicjatywy SoDA, zrzeszającej pracodawców IT.

Płatności mobilne mPay z nowym prezesem

Krzysztof Hejduk został nowym prezesem zarządu mPay S.A. Ustępujący ze stanowiska Jacek Bykowski pozostaje w spółce jako członek zarządu.

Krzysztof Hejduk jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej i Uniwersytetu Warszawskiego, od ponad 13 lat związanym zawodowo z branżą finansową. Przed dołączeniem do mPay pełnił funkcję dyrektora finansowego w Carsson Car Rental – firmie działającej na rynku wynajmu samochodów. Odpowiadał m.in. za nadzór nad finansami całej grupy kapitałowej, współtworzenie jej długofalowej strategii oraz pozyskiwanie zewnętrznego finansowania. Swoją karierę zawodową budował także pracując w Banku Millennium, Deutsche Bank Polska oraz Forrest Equity Management.

Krzysztof Hejduk - prezes zarządu mPay SA
Krzysztof Hejduk – prezes zarządu mPay SA

– Objęcie przez Krzysztofa Hejduka  sterów w  mPay traktujemy jako zmianę pokoleniową – mówi Andrzej Basiak, Prezes Zarządu Grupy Lew S.A., inwestora strategicznego mPay. – Pomimo młodego wieku Krzysztof dysponuje ogromną wiedzą i doświadczeniem zawodowym. Jesteśmy przekonani, że jego świeże spojrzenie na rynek płatności mobilnych przyczyni się do jeszcze szybszego rozwoju mPay – dodaje Basiak.

Jako prezes zarządu Krzysztof Hejduk będzie odpowiedzialny za wdrożenie strategii spółki dostosowanej do nowych możliwości wynikających ze znowelizowanej ustawy o usługach płatniczych oraz dyrektywy PSD II.

mPay jest najdłużej działającym w Polsce systemem płatności przy użyciu telefonów komórkowych, rozwijanym od 2003 roku. W lutym br. spółka wdrożyła nowy system informatyczny, który umożliwił zwiększenie uniwersalności aplikacji i dostosowanie jej do najnowszych trendów w segmencie technologii mobilnych. Od tego czasu w mPay pojawiły się m.in. zupełnie odmienione płatności za parkowanie oraz bilety do warszawskiego ZOO i Tatrzańskiego Parku Narodowego. Spółka rozpoczęła też etap nawiązywania współpracy z regionalnymi przewoźnikami kolejowymi, uruchamiając sprzedaż biletów na przejazdy pociągami Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej.

Globalne ocieplenie doprowadzi do katastrofy klimatycznej. Jesteśmy blisko przekroczenia progu bezpieczeństwa

0

Globalne ocieplenie doprowadzi do katastrofy klimatycznej. Jesteśmy blisko przekroczenia progu bezpieczeństwa 3

Zalanie wysp na Oceanie Spokojnym i terenów zamieszkanych przez połowę ludności świata, 150 tys. zgonów rocznie z powodu upałów w samej Europie i setki miliony zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, rozprzestrzenianie się chorób tropikalnych, ograniczony dostęp do żywności i wody pitnej – to kilka najpoważniejszych skutków, jakie do końca tego wieku wywoła wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C. Naukowcy przestrzegają, że jeżeli ludzkość nie zrezygnuje ze spalania węgla do 2050 roku, grozi nam klimatyczny kataklizm, który zachwieje podstawami dzisiejszej cywilizacji. 

– Ograniczenie wzrostu średniej globalnej temperatury to dla nas być albo nie być i naprawdę nie jest to nazbyt dramatyczne postawienie sprawy. Jeżeli do końca tego wieku nie zatrzymamy wzrostu temperatury do poziomu 1,5°C, katastrofy nie da się już uniknąć. Jeśli ten wzrost będzie postępował dalej w tym tempie, poziom wód na świecie podniesie się o metr, co oznacza, że z powierzchni Ziemi znikną nie tylko wyspy na Oceanie Spokojnym. Wpłynęłoby to również na Polskę, bo część kraju znalazłaby się pod powierzchnią wody – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

W najnowszym opracowaniu naukowcy z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) potwierdzili, że obecna średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia.

Jeżeli będziemy dalej szli tą ścieżką, to drastyczne zjawiska pogodowe, które już w tej chwili są coraz częstsze, po prostu się zmultiplikują. Z powodu upałów w Europie w tej chwili umiera co roku prawie 3 tys. osób. Jeżeli nic się nie zmieni, liczba ta wzrośnie do ponad 150 tys. osób rocznie. Z powodu zanieczyszczonego powietrza na świecie umiera w tej chwili prawie 7 mln ludzi, a jeżeli dalej będziemy spalać paliwa kopalne, zgony będziemy liczyć już w setkach milionów – podkreśla Krzysztof Jędrzejewski.

Wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C spowoduje, że fale upałów, nawałnice, powodzie i gwałtowne burze będą coraz częstsze, a pod koniec tego wieku klęski żywiołowe będą dotykać już 2/3 Europejczyków. Natomiast średni poziom mórz do 2100 roku podniesie się o 90 cm – co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata.

Rafy koralowe znikną z powierzchni Ziemi, a choroby spowodowane przez wzrost temperatury i powodzie będą coraz częstsze. Już w tej chwili mamy w Europie choroby, które jeszcze do niedawna występowały tylko w krajach tropikalnych. W ciągu ostatniej dekady nastąpił w Polsce ponadczterokrotny wzrost zachorowań na boreliozę spowodowany ociepleniem – podkreśla rzecznik Koalicji Klimatycznej.

Z prognoz naukowców wynika, że globalne ocieplenie będzie też mieć wpływ na rolnictwo i produkcję żywności oraz drastycznie zaostrzy problem głodu na świecie. Do 2030 roku poziom światowej produkcji żywności może obniżyć się o 10 proc., a w kolejnym dwudziestoleciu spadnie o ponad 20 proc.

To spowoduje też znaczne ograniczenie dostępu do wody pitnej. Już w tej chwili wiele krajów boryka się z problemem dostępu do czystej wody. Jeżeli ta sytuacja będzie się rozwijać, to liczba osób pozbawionych dostępu wzrośnie nawet o 50 proc. – mówi Krzysztof Jędrzejewski.

Skutki wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie przekraczającym 1,5°C spowodują wielomiliardowe straty. Naukowcy alarmują, że uniknięcie czarnego scenariusza jest jeszcze możliwe, ale potrzebne są działania na wczoraj. Aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa, do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, natomiast do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla i przestawić się na odnawialne źródła energii. Niezbędne są również inicjatywy ukierunkowane na rozwój ekologicznego transportu, zrównoważonej gospodarki gruntowej i efektywności energetycznej.

Decydenci często mówią, że nie stać nas na ponoszenie kosztów związanych z ograniczaniem wzrostu średniej temperatury. Trzeba jednak pamiętać o tym, jakie są koszty zaniechania tych działań – podkreśla Krzysztof Jędrzejewski.

Auta na minuty są w Polsce coraz bardziej popularne. Teraz taka usługa będzie dostępna też w wersji dla aut dostawczych

Auta na minuty są w Polsce coraz bardziej popularne. Teraz taka usługa będzie dostępna też w wersji dla aut dostawczych 4

PwC prognozuje, że w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu. Szacuje się, że w najbliższych latach ten rynek będzie rósł średnio o 30 proc. rocznie. Wypożyczalni samochodów na minuty przybywa również w Polsce, podobnie jak użytkowników tej usługi. Teraz carsharing – tyle że w wersji big – wprowadza do Polski spółka CityBee, która sprawdziła się już na litewskim rynku. Pierwsze auta dostawcze do wynajęcia na minuty pojawiły się już na ulicach Warszawy, skąd usługa będzie rozszerzana na kolejne miasta.

– Carsharing to w trzech słowach auto na minuty. Wypożyczamy samochód przez aplikację, korzystamy z niego tyle, ile potrzebujemy, i kończymy wynajem także przez aplikację. CityBee jako pierwsi wprowadza do Polski duże samochody, stąd też nazwa big carsharing. Działa on na podobnej zasadzie, z tym że samochody są dużo większe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bogdan Marszałek, country manager CityBee.

Zgodnie z analizami PwC przedstawionymi w raporcie „The five dimensions of automotive transformation”, w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu. Szacuje się, że w najbliższych latach ten rynek będzie rósł średnio o 30 proc. rocznie. Jak prognozuje Frost & Sullivan, do 2025 roku liczba użytkowników carsharingu ma wzrosnąć do 36 mln, a flota dostępnych samochodów ma się zwiększyć do 427 tys.

Wypożyczalni samochodów na minuty przybywa również w Polsce. Po ulicach dziewięciu miast jeździ już blisko 2 tys. takich aut, ale ich liczba rośnie praktycznie z każdym miesiącem, podobnie jak liczba użytkowników. Usługę carsharingu – tyle że w wersji big – wprowadza właśnie do Polski spółka CityBee. Usługa dostępna jest już w Warszawie, skąd operator będzie sukcesywnie rozszerzać ją na kolejne miasta.

– Big carsharing działa na prostej zasadzie – wystarczy się zarejestrować w aplikacji, zrobić zdjęcie swojego prawa jazdy w celu weryfikacji tożsamości, dodać kartę płatniczą i jesteśmy gotowi, żeby wynająć auto. Są to samochody dostawcze, które zmieszczą prawie wszystko – jedne z największych, które pozwala prowadzić prawo jazdy kategorii B. Nie wymagamy żadnych dodatkowych dokumentów ani wpłacania kaucji – samochód jest dostępny wtedy, kiedy go potrzebujemy. Z tak dużymi samochodami jesteśmy pierwsi w Polsce – podkreśla Bogdan Marszałek.

W Warszawie dostępnych jest już prawie tysiąc aut, które można wynająć na minuty. Teraz rynek poszerzy się o samochody dostawcze. Pierwszych 18 fiatów Ducato jest do dyspozycji w strefach wyznaczonych na terenie stolicy. Ich duża przestrzeń ładunkowa w połączeniu z szerokimi drzwiami tylnymi ma pozwolić na łatwy załadunek i transport nawet największych i najdłuższych pakunków, np. 90 kartonów o wymiarach 56 x 33 x 41 cm lub blatu kuchennego o długości ponad 3,5 metra.

W kolejnych tygodniach flota dostawczaków w Warszawie będzie się sukcesywnie powiększać i – w zależności od zapotrzebowania – będzie liczyła nawet kilkadziesiąt aut. Operator podaje, że jeszcze przed startem usługa spotkała się z dużym zainteresowaniem – w ciągu półtora tygodnia prawie 1,5 tys. osób zarejestrowało się na stronie internetowej, aby odebrać specjalne kody na przejazdy o łącznej wartości około 75 tys. zł. Z usługą carsharingu spółka CityBee od 2012 roku jest już obecna na Litwie.

– Tam ta usługa cieszy się dużym zainteresowaniem. Musimy dokładać coraz więcej samochodów, żeby sprostać wymaganiom klientów. Mamy dwie główne grupy odbiorców. Pierwszą są osoby prywatne, które potrzebują samochód do przeprowadzki czy większych zakupów, np. mebli. Druga grupa to klienci biznesowi. Jest wiele mniejszych czy większych biznesów, które potrzebują samochodów dostawczych, ale nie na co dzień. Są to na przykład biznesy sezonowe albo firma, która ma duże zamówienie raz na jakiś czas i wtedy potrzebuje coś przewieźć. Kupno takiego samochodu może się okazać nieopłacalne, a wynajem w ramach carsharingu daje im elastyczność – mówi Bogdan Marszałek.

Wynajęcie samochodu jest proste i bardzo podobne do sposobu, w jaki wypożycza się osobówki na minuty. CityBee oferuje cennik, zgodnie z którym za pierwsze 50 km nie są naliczane opłaty za przejechane kilometry, a stawki za czas użytkowania są zróżnicowane w zależności od długości wynajmu i wynoszą: 0,99 zł za minutę, 49 zł za godzinę, 219 zł za dzień lub 1 299 zł za tydzień. Paliwo, ubezpieczenie i inne koszty techniczne są już wliczone w cenę.

– Stawki maleją w zależności od tego, jak długo korzystamy z samochodu. Im dłużej korzystamy, tym mniej zapłacimy. W naszym modelu CityBee liczymy opłaty głównie za czas, a 50 km dziennie wystarcza w większości przypadków, takich jak przeprowadzka z jednej dzielnicy do drugiej czy transport w obrębie miasta, więc nie trzeba się już martwić kilometrami – mówi country manager CityBee.

Ze względu na duże rozmiary samochody dostawcze CityBee będą dostępne w wyznaczonych strefach, gdzie zaparkowanie sześciometrowego fiata Ducato nie sprawi problemu.

Prezes ZNP: Nie pozyskamy dobrego nauczyciela pensją w wysokości 1,4 tys. zł. Nakłady na edukację powinny być traktowane jako inwestycja, a nie zło konieczne

Prezes ZNP: Nie pozyskamy dobrego nauczyciela pensją w wysokości 1,4 tys. zł. Nakłady na edukację powinny być traktowane jako inwestycja, a nie zło konieczne 5

Edukacja nie może być traktowana jako zło konieczne, które wymaga corocznych, wielomiliardowych nakładów, ale jako inwestycja – podkreśla Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Zarobki polskich nauczycieli należą do najniższych w Europie. Wprowadzane podwyżki tej sytuacji nie zmienią. Eksperci przekonują, że bez inwestycji w system edukacji trudno będzie przyciągnąć osoby po studiach. Obecnie nauczyciel na ostatnim stopniu awansu zawodowego po kilkunastoletnim stażu pracy dostaje do ręki zaledwie nieco ponad 2,3 tys. zł.

 Płace nauczyciela to rozstrzał pomiędzy kwotą 2,3 tys. a 3,3 tys zł brutto. Ta górna kwota to mniej więcej wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego po 15 latach awansu zawodowego, po wyższych studiach i w tym najwyższym stopniu awansu funkcjonującego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

W ciągu trzech lat pensje nauczycieli mają wzrosnąć w sumie o 15 proc. W kwietniu tego roku ruszyła pierwsza z trzech tur zaplanowanych podwyżek – wynagrodzenia wzrosły o 5,35 proc., jednak w skali roku podwyżka wyniesie 3,75 proc., a biorąc pod uwagę inflację realnie podwyżka wyniesie 1,45 proc.

– Nikt o tych podwyżkach z nami nie rozmawiał, nawet w fazie konsultacji i uzgodnień, po prostu arbitralnie minister Anna Zalewska  stwierdziła, że nauczyciele dostaną taką podwyżkę, ona ma się rozkładać na 3 lata. Jednocześnie w roku 2019 wzrost 5-proc. jest obudowany o prawie 2,5-proc. inflację, czyli połowę naszego wzrostu wynagrodzenia zje inflacja – mówi Sławomir Broniarz.

Z raportu „Education at Glance 2017” wynika, że zarobki polskich nauczycieli należą do najniższych w Europie, zarabiają 85 proc. tego, co inni polscy pracownicy z wyższym wykształceniem. Wprowadzane podwyżki tego nie zmienią, zwłaszcza  że – jak wylicza prezes ZNP – podwyżka sięgnie maksymalnie ok. 160 zł dla nauczyciela dyplomowanego i ok. 100 zł dla nauczyciela stażysty.

– Żadną satysfakcją dla nauczyciela jest uzyskanie takiej podwyżki w sytuacji, gdy idąc po ulicach Warszawy można przeczytać ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników, którzy wielokrotnie więcej miesięcznie od niego zarabiają, bez wymogów, jakie stawia się nauczycielowi, bez presji, nacisku, egzekwowania tych powinności – mówi Sławomir Broniarz.

Z danych GUS wynika, że średnie wynagrodzenie brutto dla nauczyciela wynosi 4,259 tys. zł. To kwota, która uwzględnia wszystkie dodatki zapisane w Karcie Nauczyciela. Pensja zasadnicza, bez dodatków jest jednak znacznie niższa. Nauczyciele stażyści otrzymują nieco ponad 2,4 tys. zł. Najwięcej, bo ok. 3,3 tys. zł dostają nauczyciele dyplomowani z tytułem magistra i przygotowaniem pedagogicznym. To jednak kwoty brutto. Na konta nauczycieli wpływa od 1750 zł do 2377 zł dla nauczyciela na ostatnim stopniu awansu zawodowego po kilkunastoletnim stażu pracy.

– Mamy dobrą szkołę, dobrych nauczycieli, bardzo dobrych uczniów, sukcesy naszych olimpijczyków w skali międzynarodowej są wszystkim znane. Tylko dlaczego nauczyciel, który rozpoczyna pracę po 5 latach studiów, 1 września dostaje 1400 zł wynagrodzenia na rękę – podkreśla prezes ZNP.

Związek Nauczycielstwa Polskiego już od lat postuluje zmiany w systemie oświaty. Nie tylko w zakresie wynagrodzeń, ale np. w szkolnictwie zawodowym.

– Edukacja nie może być traktowana jako zło konieczne, które wymaga corocznych wielomiliardowych nakładów, ale jako inwestycja, nie tylko w nauczyciela, ale przede wszystkim w dziecko, absolwenta, bo to on będzie generatorem różnego rodzaju pozytywnych zmian – ocenia Broniarz.

Z danych Eurostatu wynika, że w Polsce na edukację trafia 5,2 proc. PKB i niecałe 13 proc. budżetu. Pod tym względem wyprzedzamy Wielką Brytanię, Niemcy czy Irlandię. Pod względem kwot na edukację na mieszkańca jesteśmy jednak w unijnym ogonie. W Unii wydaje się 1,4 tys. euro, w Polsce – 582 euro rocznie. Mniej jest tylko na Węgrzech, w Chorwacji i Bułgarii.

– Jeżeli chcemy, żeby nasze szkolnictwo wyższe było na coraz wyższym poziomie, to nie możemy mimo pewnych postępów w tym zakresie ograniczać nakładów. Uniwersytet Stanforda w USA ma nakłady porównywalne z całym polskim systemem szkolnictwa. Nie pozyskamy młodego, dobrego, obiecującego i chcianego przez szkołę nauczyciela, proponując mu na starcie 2,4 tys. zł brutto – przekonuje Sławomir Broniarz.

Rośnie zainteresowanie danymi satelitarnymi. Pozwalają na bieżąco reagować w przypadku klęsk żywiołowych

Rośnie zainteresowanie danymi satelitarnymi. Pozwalają na bieżąco reagować w przypadku klęsk żywiołowych 6

Jeszcze kilka lat temu dane pochodzące z satelitarnej obserwacji Ziemi były udostępniane odpłatnie. Konstelacji satelitarnych jest jednak coraz więcej. W tym Copernicus, wysyłany w kosmos przez Europejską Agencję Kosmiczną. Dzięki platformie Creodias dostęp do tych danych jest bezpłatny, a udostępniane zdjęcia na bieżąco aktualizowane. Codziennie dostarczanych jest nawet 20 terabajtów danych. Dzięki satelitom do platformy dodawane są nowe obszary danych – obecnie z satelitów programu Copernicus, ale już wkrótce być może także od prywatnych dostawców. Możliwości wykorzystania tych zdjęć są praktycznie nieograniczone.

– Jeśli chodzi o zainteresowanie platformą Creodias, to mamy chętnych do użycia jej z całej Europy. Był nawet taki moment, że najwięcej wejść mieliśmy z Niemiec, ale generalnie jest to dosyć równomiernie rozłożone w Europie i to zarówno jeśli chodzi o tych, którzy dopiero oglądają tę platformę, jak i tych, którzy już są jej klientami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Krzyżanowski, prezes CloudFerro, firmy będącej operatorem i dostawcą technicznym platformy.

Dane satelitarne zyskują na znaczeniu. Już teraz szacuje się, że 60 proc. rynku kosmicznego stanowi właśnie ich wykorzystanie przez użytkowników. Satelity pomagają obserwować Ziemię i zmieniające się środowisko, ale wykorzystywane są w codziennym życiu, np. przy nawigacji. Jeszcze kilka lat temu dane z satelitarnej obserwacji Ziemi były dostępne odpłatnie, obecnie jednak – przy coraz większej liczbie konstelacji satelitarnych – jest ich coraz więcej i łatwiej dostępnych. Program Obserwacji Ziemi Copernicus każdego dnia dostarcza miliony gigabajtów danych.

 Codzienne przybywa 20 TB danych, to tak jak 50 standardowych laptopów nowych danych. Po drugie, jest poszerzany zakres tych danych, pojawiają się nowe satelity, a wtedy nowe zbiory danych są dołączane do platformy i stają się dostępne dla użytkowników. Pracujemy nad tym, żeby dołączyć dane nie tylko z satelitów Copernicus, czyli satelitów europejskich, ale również od dostawców komercyjnych, poszerzając możliwości np. o dane wysokiej rozdzielczości – wskazuje Maciej Krzyżanowski.

Satelity generują olbrzymie ilości danych – dostarczając zarówno zdjęcia optyczne, w bliskiej podczerwieni, w bliskim nadfiolecie, jak i obserwacje radarowe. Wielkość zgromadzonych danych może ostatecznie przekroczyć nawet 30 PB. To, co stanowi o przewadze platformy Creodias, to bardzo częste aktualizacje.

– Dane na platformie spływają na bieżąco z satelitów. Na Google Maps dane są sprzed 2–3 lat, dopasowane do tego, żeby ładnie nałożyć się na mapę. Natomiast tutaj mamy świeże dane i całą historię tego, co te satelity zobaczyły z kosmosu. Już parę godzin po przejściu satelity nad danym obszarem są świeże dane i można się dowiedzieć, co się tam teraz dzieje – tłumaczy prezes CloudFerro.

Możliwości wykorzystania zobrazowań satelitarnych są bardzo duże. Mogą być przydatne przy zarządzaniu kryzysowym, np. w przypadku powodzi, a także przy planowaniu optymalnych tras linii wysokiego napięcia czy dróg szybkiego ruchu. Fotografie pozwalają na bieżąco monitorować zmiany klimatu czy zwalczać nielegalną wycinkę lasów deszczowych. To cenne źródło informacji dla geologów, ekologów, ale też rolników.

– Można np. zobaczyć, jak się przemieszczało koryto rzeki w ciągu ostatnich pięciu lat. Wszystkie te dane, jeden produkt ze zdjęciami po drugim tam są i to jest oczywista wartość tej platformy – podkreśla Maciej Krzyżanowski.

Ładna pogoda sprzyja hotelarzom. W sezonie jesiennym pobyt nad Bałtykiem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje

Ładna pogoda sprzyja hotelarzom. W sezonie jesiennym pobyt nad Bałtykiem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje 7

Jesienny pobyt nad morzem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje – wynika z danych platformy rezerwacyjnej VacationClub. Z pozasezonowych obniżek korzysta coraz więcej Polaków. Hotelarze i właściciele apartamentów w nadmorskich kurortach szacują, że liczba rezerwacji na październik i listopad jest o 9 proc. wyższa niż rok temu, choć coraz więcej turystów podejmuje decyzję o wyjeździe na ostatnią chwilę.

– Sezon jesienny nad Bałtykiem cieszy się bardzo dużą popularnością wśród Polaków. Obecnie obserwujemy bardzo dużo rezerwacji na najbliższe tygodnie. Są to zwykle rezerwacje okołoweekendowe, które wpadają na ostatnią chwilę, czyli tak zwane rezerwacje last minute – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystyna Wróblewska, założycielka platformy rezerwacyjnej VacationClub.

Jak pokazują dane VacationClub, dwuosobowy pokój ze śniadaniami w trzygwiazdkowym hotelu kosztuje poza sezonem od 460 zł. Za apartament w luksusowym pięciogwiazdkowym hotelu z widokiem na morze i pełnym wyżywieniem trzeba zapłacić ok. 840 zł. Średnio koszty jesiennego noclegu są nawet do 40 proc. niższe niż w szczycie sezonu. Z kolei wynajęcie w Kołobrzegu osobnego apartamentu dla czterech osób z usługami hotelowymi w cenie będzie kosztowało ok. 130 zł za dzień.

Takie obniżki powodują, że hotelarze mogą się spodziewać bardzo dobrych wyników. Rezerwacje wpływają na bieżąco, a wzrost ich liczby może wynieść około 9 proc. w stosunku do 2017 roku. Polskie kurorty stale rozwijają swoją ofertę dla turystów podróżujących poza sezonem.

– Polskie kurorty nad Bałtykiem mają wiele do zaoferowania. Przede wszystkim jesienią plaże są puste, w związku z tym można spacerować na plaży samemu. Ponadto kurorty oferują dużo więcej atrakcji, zaplecze hotelowe rozwija się, tzn. powstają nowe aquaparki, baseny, więc pobyty jesienne są bardzo atrakcyjne, nie tylko wśród grup znajomych, lecz także wśród rodzin z dziećmi czy par – tłumaczy Krystyna Wróblewska.

Z danych serwisu wynika, że po sezonie nad polskim morzem najwięcej gości pojawia się w weekendy i dni okołoweekendowe. Zdarza się też dużo więcej rezerwacji na ostatnią chwilę podejmowanych pod wpływem ładnej pogody i korzystnych prognoz.

– Rezerwacje jesienne nie są robione tak jak rezerwacje letnie z dużym oknem rezerwacyjnym. Jesienią to są zwykle rezerwacje last minute, które robimy np. jadąc autobusem czy siedząc w kolejce u lekarza – dodaje Krystyna Wróblewska.

VacationClub szacuje, że wzrostowy trend w ruchu turystycznym nad polskim Bałtykiem w 2018 roku będzie się nadal utrzymywał. Na wzrost turystyki duży wpływ miał rządowy program dofinansowujący polskie rodziny 500 Plus.

Branża technologiczna znalazła nowy sposób na zwalczenie problemu chrapania. Aktywne zatyczki czy inteligentna nakładka na nos zagłuszą niepożądane dźwięki

Branża technologiczna znalazła nowy sposób na zwalczenie problemu chrapania. Aktywne zatyczki czy inteligentna nakładka na nos zagłuszą niepożądane dźwięki 8

Chrapanie to jedno z najpowszechniejszych zaburzeń snu, na które uskarża się około 25 proc. osób w stałych związkach. Centrum Badania Opinii Społecznej szacuje, że w Polsce z tą dolegliwością zmaga się 13 mln osób. Branża technologiczna znalazła sposób, aby rozwiązać ten problem. Powstały urządzenia, które potrafią zarówno stłumić dźwięk chrapania, jak i zapobiec jego powstawaniu. Specjalne zatyczki do uszu aktywnie stłumią przeszkadzający w zaśnięciu dźwięk chrapania.

 Zatyczki do uszu QuietOn Sleep z funkcją aktywnego tłumienia hałasu zostały stworzone specjalnie z myślą o tłumieniu dźwięku chrapania. Działają w oparciu o technologię aktywnego tłumienia hałasu. Hałas jest przechwytywany przez urządzanie i za pomocą głośnika wytwarzana jest odwrotna fala dźwiękowa, która tłumi niepożądane dźwięki – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Annie Tran, dyrektor marketingu w firmie QuietOn.

Tym, co wyróżnia aktywne zatyczki do uszu od tych pasywnych, jest to, w jaki sposób wygłuszają dźwięk. Zamiast tłumić wszystkie fale dźwiękowe docierające do naszych uszu, analizują pasmo dźwięku i wycinają wyłącznie te, które przeszkadzają w zaśnięciu. Słuchawki QuietOn Sleep zaprojektowano tak, aby sprawdziły się zarówno wśród osób, które śpią na plecach, jak i na boku. Wkładki sztywno trzymają się wewnątrz małżowiny, dlatego nie wysuną się z niej podczas częstej zmiany pozycji snu. W kampanii crowdfundingowej na portalu Indiegogo aktywne zatyczki można nabyć za 159 dol.

Na podobnej zasadzie działa nakładka na nos Silent Partner SmartPatch. W masce ukryto mikrofony z systemem rozpoznawania amplitudy oraz częstotliwości chrapania. Urządzenie w czasie rzeczywistym wykrywa dźwięki chrapania i generuje falę dźwiękową o odwróconej fazie. Skutkuje to wyciszeniem dźwięków generowanych w odległości do 20 cm od użytkownika. Dzięki takiej technologii wytłumieniu ulega wyłącznie chrapanie, a nie np. dźwięk alarmu budzika.

 Dźwięki budzika mają zazwyczaj wysoką częstotliwość, a technologia aktywnego tłumienia hałasu w naszych urządzeniach jest ukierunkowana na tłumienie przede wszystkim hałasów o niskiej częstotliwości. Zatem nie powinno być problemów z używaniem budzików, o ile są odpowiednio głośne – przekonuje ekspertka.

Na rynku istnieją także rozwiązania, które tłumią problem chrapania w zarodku. Jednym z najbardziej niezawodnych sposobów jest wykorzystanie aparatów CPAP, które nieustannie wytwarzają dodatnie ciśnienie w układzie oddechowym osoby zmagającej się z problemem chrapania. Sprzęt ten składa się z dwóch głównych elementów – aparatu oddechowego oraz maski. Najbardziej zaawansowane jednostki centralnie pokroju ResMed AirMini nie tylko zmieszczą się w dłoni, lecz także pozwolą kontrolować parametry oddechu za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

Znacznie poręczniejszym rozwiązaniem mogą się okazać zegarki Snore Stopper. Urządzenie wyposażono w mikrofony wyłapujące i analizujące fale dźwiękowe. Jeśli oprogramowanie wychwyci dźwięk chrapania, wyśle delikatny impuls elektryczny, który pobudzi układ oddechowy i zatrzyma chrapanie bez wybudzania użytkownika. Z kolei inteligentna podkładka pod poduszkę Smart Nora w odpowiedzi na chrapanie bezgłośnie napompowuje się, unosząc poduszkę i rozluźniając mięśnie krtani. Poprawia to przepływ powietrza przez układ oddechowy i zatrzymuje chrapanie.

– Chrapanie stanowi jedną z największych przeszkód w spaniu. Z naszych badań wynika, że ponad 25 proc. osób w związkach boryka się z problemem chrapania u partnera. Co więcej, problem chrapania dotyczy ponad 90 mln ludzi w samych Stanach Zjednoczonych – twierdzi Annie Tran.

Według raportu opublikowanego przez Transparency Market Research globalny rynek urządzeń do walki z chrapaniem oraz chirurgii chrapania osiągnie do 2024 roku wartość niemal 23 mld dol. Szacuje się, że branża urządzeń do walki z chrapaniem będzie rosła w tempie blisko 4 proc średniorocznie.

Technologia zaczerpnięta od NASA pozwoli analizować ogromne ilości danych w kilka chwil. Wkrótce może z niej skorzystać także polski rząd

Technologia zaczerpnięta od NASA pozwoli analizować ogromne ilości danych w kilka chwil. Wkrótce może z niej skorzystać także polski rząd 9

Połączenie chmury prywatnej i publicznej zrewolucjonizuje system przechowywania danych. Chmury na bazie otwartej technologii OpenStack pozwalają na mnóstwo konfiguracji i elastycznie reagują, w zależności od potrzeb. Przetwarzają dane satelitarne na potrzeby monitorowania zmian klimatycznych, umożliwiają szybkie przeglądanie zdjęć, co przyspiesza analizę z kilku miesięcy do kilku dni. Chmura daje ogromne możliwości instytucjom rządowym i samorządowym, a sposoby jej wykorzystania są praktycznie nieograniczone.

– Technologia OpenStack służy do tego, żeby efektywniej i skuteczniej wykorzystywać infrastrukturę obliczeniową. Na infrastrukturę fizyczną jest nałożona struktura logiczna, która powoduje, że można znacznie efektywniej i skuteczniej wykorzystać fizyczne serwery, bo na jednym fizycznym serwerze można uruchomić dziesiątki serwerów logicznych, wirtualnych. Takim open source’owym systemem, który to realizuje jest OpenStack – mówi agencji Newseria Innowacje Maciej Krzyżanowski, prezes CloudFerro.

Rynek chmury obliczeniowej zdominowało kilku graczy, z których każdy oferuje rozwiązania oparte na własnych technologiach. Z możliwości chmur korzystają nie tylko największe instytucje, ale też firmy. Według Eurostatu 37 proc. dużych przedsiębiorstw działających w Polsce korzysta z chmury obliczeniowej. Możliwości zwykłych chmur są jednak ograniczone. CloudFerro buduje chmury na bazie otwartej technologii OpenStack, która pozwala na wysoką konfigurowalność. To zaś sprawia, że wykorzystują go najwięksi, m.in. takie firmy jak Cisco, Dell, Intel, HP czy IBM.

– OpenStack jest wykorzystywany jako niezwykle elastyczny i potężny system chmury obliczeniowej, niezwiązany z żadnym komercyjnym dostawcą oprogramowania. Pozwala zachować niezależność, jest dobrze udokumentowany, szybko się rozwija i jest rozwijalny, dlatego jest niezwykle atrakcyjny dla dużych organizacji, które mają wielkie potrzeby i mają dosyć zasobów, żeby tą dosyć skomplikowaną technologię opanować i utrzymywać u siebie. Dlatego jeśli się popatrzy na Fortune 500, największe firmy światowe, to połowa używa OpenStack – przekonuje Maciej Krzyżanowski.

Dzięki stworzonej chmurze nawet ogromne ilości danych mogą być przetwarzane i analizowane błyskawicznie. To, co przy zwykłym systemie może zajmować nawet kilka miesięcy, dzięki nowej technologii trwa zaledwie kilka dni. Dlatego po rozwiązania polskiej firmy sięgają światowi giganci, ale też instytucje rządowe czy samorządowe. Wiadomo np. że dzięki szybkiej analizie obrazów z satelit można stwierdzić, czy rolnik nie chce wyłudzić dopłaty na fikcyjnie uprawianie działki. Technologia została zaczerpnięta od NASA.

– Technologia OpenStack zaczęła się w NASA, w Ames Research Center, gdzie kiedyś postanowiono zrobić porządki w serwisach www i właśnie w ramach odrywania serwerów wirtualnych od fizycznych stworzono zaczątki OpenStack we współpracy z jedną z firm komercyjnych. Potem to się rozwinęło, powstała OpenStack Foundation, ciało niekomercyjne, które propaguje tę technologię, zajmuje się jej rozwojem. Można powiedzieć, że u nas OpenStack wrócił do swoich korzeni, do kosmosu – opowiada ekspert.

Kilka lat temu CloudFerro wspólnie z Creotechem stworzyli EO Cloud dla Europejskiej Agencji Kosmicznej, gdzie zgromadzonych jest ok. 7 petabajtów danych z satelit. Dla Europejskiego Centrum Prognoz Średnioterminowych stworzyli zaś system gromadzenia i przetwarzania danych satelitarnych na potrzeby monitorowania zmian klimatycznych.

– Chcielibyśmy wziąć udział w przygotowaniach elektronicznego systemu zarządzania danych, nad którym pracuje NASK. Chcą zbudować platformę pod przechowywanie i obróbkę dokumentów dla wszystkich instytucji rządowych i samorządowych, zatem będą potrzebne do tego petabajty danych i miejsce do ich przechowywania. To jest świetne zagadnienie dla OpenStack’owej chmury – przekonuje Maciej Krzyżanowski.

Według analityków Research and Markets, globalny rynek usług OpenStack będzie rozwijał się w najbliższych latach w tempie 28 proc. średniorocznie, by w 2022 r. osiągnąć wartość niemal 5,7 mld dol.

Wzrost gospodarczy wg tegorocznych noblistów Williama Nordhausa i Paula Romera

Nagroda Nobla została w tym roku przyznana dwóm ekonomistom, obaj mogą spodziewać się, że w Polsce ich teorie będą przyjmowane sceptycznie. Laureatami zostali Paul Romer, za prace nad wpływem innowacji na wzrost gospodarczy, oraz William Nordhaus, za modelowanie ekonomiczne zmian klimatu.

Obydwaj laureaci to naukowcy amerykańscy. William Nordhaus z Yale University został nagrodzony za „włączenie zmian klimatu do długoterminowej analizy makroekonomicznej”. Paul Romer z Stern School of Business w Nowym Jorku, został doceniony „za włączenie innowacji technologicznych do długoterminowej analizy makroekonomicznej”.

-To profesorowie, których można połączyć wspólnym mianownikiem w postaci szerszego rozumienia wzrostu gospodarczego – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Obaj przekonują, że ważny jest nie tylko PKB na mieszkańca, ale też to jak żyjemy i jakie warunki tworzymy dla przyszłych pokoleń.

W Polsce Williama Nordhausa nie będą lubić obrońcy kopalń i znaczenia węgla kamiennego dla rozwoju gospodarki. Ale znajdzie zwolenników wśród zwalczających smog i obawiających się o skutki zmian klimatycznych.

– Nordhaus jest jednym z pomysłodawców wprowadzenia podatku emisyjnego – wyjaśnia dr P.Kwiecień.

Paul Romer twierdzi natomiast, że państwa najbardziej rozwinięte mogą się nadal rozwijać bardzo szybko, czyli ich wzrost PKB nie powinien być mniejszy niż w państwach rozwijających się, ale warunkiem koniecznym do tego jest trafne zrozumienie znaczenia postępu technicznego. W Polsce nie musi to być dobrze przyjmowane, a dlaczego?

– W ocenie Sterna postęp technologiczny jest procesem, nad którym mamy kontrolę poprzez rozwój niezależnych instytucji i konkurencji rynkowej, zaleca on promowanie konkurencji rynkowej – mówi ekspert z XTB.

Od stycznia ujemne ceny energii. Będziemy korzystać z prądu i jeszcze nam za to płacą

Od stycznia przyszłego roku Polacy będą mogli korzystać z ujemnych cen energii. Co z tego wynika dla konsumentów?

Przyjęta w 2017 r. ustawa o rynku mocy i proces notyfikacji przez UE wymógł na polskim rządzie obowiązek uelastycznienia rynku energii. Elementem tego uelastycznienia jest zniesienie albo podniesienie limitów cenowych na rynku bilansującym.

Cena maksymalna energii zostanie zwiększona z 1 500 zł do 50 tys. zł za megatowatogodzinę, będzie to oznaczać, że energia w przypadku jej wysokich niedoborów będzie bardzo droga, z drugiej strony ujemna cena energii, która może się pojawić w sytuacji, gdy będzie bardzo duża podaż, pozwoli korzystać odbiorcom z ich ujemnych cen.

– Efektem może być to, że korzystanie z energii elektrycznej będzie powodować przychód u korzystającego – mówi w rozmowie z MarketNews24 – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Wojciech Wrochna, Szef Praktyki Prawa Europejskiego i Europejskich Regulacji Gospodarczych w firmie prawniczej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP).

Reprezentacja polskich firm najsilniejsza w rankingu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe”

W 19. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej znalazło się aż 18 spółek z Polski. W tym roku pierwsze miejsce w zestawieniu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” przypadło czeskiej spółce Prusa Research. Spośród polskich firm najwyżej, bo na siódmym miejscu, znalazł się TenderHut. Zwycięzca, przyznawanej w tym roku w ramach rankingu, nagrody Social Impact Award, została polska spółka – Saule Technologies. Dynamika wzrostu przychodów wszystkich firm technologicznych z rankingu wyniosła 1 290 proc. na przestrzeni ostatnich czterech lat.

W głównej kategorii „Fast 50” uplasowało się 18 firm z Polski. Jedna z nich znalazła się także w podkategorii „Wielka Piątka”. Drugie miejsce pod względem liczby spółek należy do Litwy, którą w głównym rankingu reprezentuje osiem firm. Trzecie miejsce przypadło Chorwacji i Czechom – oba kraje reprezentuje w rankingu siedem firm. W rankingu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” znalazły się także spółki ze Słowacji (3), Węgier (2), Łotwy (2) oraz Rumunii, Bośni i Hercegowiny, Estonii i Łotwy (po 1).

Czołówka „Technology Fast 50”

Tegorocznym zwycięzcą „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” jest producent drukarek 3D Prusa Research z Czech, który w ubiegłym roku zajął trzecie miejsce w rankingu. Spółka osiągnęła wzrost przychodów w ciągu ostatnich 4 lat na poziomie ponad 17 tys. proc. – Rozwój Prusa Research, podobnie jak innych spółek w zestawieniu, jest imponujący. Co cieszy, aż 60 proc. firm w rankingu to firmy, które znalazły się w nim po raz pierwszy, co dodatkowo pokazuje, w jak zawrotnym tempie rozwijają się najlepsze młode firmy i jak duża konkurencja panuje w tym sektorze – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Programu Technology Fast 50, Deloitte Central Europe.

Na drugim miejscu uplasował się ubiegłoroczny zwycięzca, czeska spółka Kiwi.com, a na trzecim chorwacka firma Q Software, która debiutuje w zestawieniu. W pierwszej dziesiątce znalazły się dwie polskie firmy: TenderHut (7 miejsce) oraz Salelifter (9 miejsce).

W rankingu pięćdziesięciu najszybciej rozwijających się firm w Europie Środkowej znalazło się trzydzieści nowych spółek, sześć awansowało, a czternaście zanotowało spadek.

Kolejny rok wzrostów

Średni wzrost przychodów w 2017 w porównaniu do 2014 roku firm, które znalazły się w rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe wyniósł 1 290 proc. Rok wcześniej było to 1 127 proc. (rok 2016 w porównaniu do 2013) – Liczba zgłoszeń do naszego rankingu rośnie z roku na rok, w tym roku było ich ponad 300, co pokazuje, w jak dobrej kondycji znajduje się branża nowych technologii – mówi Agnieszka Zielińska.

Przedstawiciele polskiego biznesu obecni w zestawieniu pochodzą z całego kraju: Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Białegostoku, Rybnika, Piaseczna czy Krakowa.

Podobnie jak w poprzednich latach ranking „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” zdominowały firmy zajmujące się tworzeniem oprogramowania. W zestawieniu jest ich aż 32. Jedenaście firm reprezentuje sektor „media i rozrywka”, a siedem to producenci sprzętu komputerowego. Ta ostatnia kategoria osiągnęła największy średni wzrost przychodów sięgający 2 969 proc.

W tym roku po raz trzeci przyznano nagrodę Most Disruptive Innovation. Jej laureatem może zostać spółka, której technologie, produkt lub usługi mają szanse stać się przełomowe i wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek. Tegorocznym zwycięzcą jest litewska spółka Brolis Semiconductors, która wykorzystuje przełomową technologię fotonową w podczerwieni do opracowania nowego rodzaju czujnika, który może odczytywać parametry krwi bez konieczności jej pobierania.

Nowym elementem 19. edycji rankingu jest nagroda specjalna Social Impact Award. Jej laureatem może zostać firma, która z powodzeniem łączy rozwój innowacyjnych produktów czy usług technologicznych z pozytywnym oddziaływaniem na społeczności i środowisko. Zwycięzcą pierwszej edycji została polska firma Saule Technologies, która opracowała nową generację paneli słonecznych.

Szczegółowe wyniki rankingu

Ranking Deloitte Technology Fast 50 Central Europe to zestawienie najszybciej rozwijających się firm technologicznych w regionie Europy Środkowej. Oprócz firm wyróżnionych w głównej kategorii – Fast 50, Deloitte Central Europe nagrodził też młode firmy – jest to szczególne uznanie technologii, usług i produktów, które dostarczają (w kategorii „Wschodzące Gwiazdy”) oraz duże firmy technologiczne, których przychody w roku 2017 przekroczyły 25 milionów euro („Wielka Piątka”). Firmy same zgłaszają chęć udziału w rankingu, a Deloitte weryfikuje podane przez nich dane finansowe. „Technology Fast 50” jest częścią raportu „EMEA Fast 500” przygotowywanego przez Deloitte.

Każda spółka ubiegająca się o udział w programie musi spełniać następujące kryteria:

  • posiadać siedzibę w jednym z krajów Europy Środkowej (Albania, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Węgry, Kosowo, Łotwa, Litwa, Macedonia, Mołdawia, Czarnogóra, Polska, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia);
  • być firmą technologiczną, a jej działalność musi zawierać się w jednej z kategorii: komunikacja, ochrona środowiska, fintech, sprzęt komputerowy, ochrona zdrowia i nauki medyczne, media i rozrywka, produkcja oprogramowania;
  • być właścicielem praw własności intelektualnej lub zastrzeżonej technologii sprzedawanych klientom w produktach, generujących większość przychodów operacyjnych spółki;
  • posiadać strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe zagranicznych inwestorów strategicznych.

Kategoria główna „Technology Fast 50”

Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii głównej:

  • działalność na rynku co najmniej od czterech lat (brano pod uwagę przychody z lat 2014-2017),
  • osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych niż 50 tys. euro w roku 2014, 2015, 2016 oraz przychodu w roku bieżącym (2017) nie mniejszego niż 100 tys. euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor Wzrost (proc.)
1 Prusa Research s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 17 118
2 Kiwi.com Czechy Oprogramowanie 14 377
3 Q Software Chorwacja Oprogramowanie 3 894
4 sli.do s.r.o. Słowacja Oprogramowanie 2 971
5 Pilulka Distribuce s.r.o. Czechy Media i rozrywka 1 681
6 Brolis Semiconductors, UAB Litwa Sprzęt komputerowy 1 534
7 TenderHut S.A. Polska Oprogramowanie 1 496
8 Proficio Marketing s.r.o. Czechy Media i rozrywka 1 228
9 Salelifter Sp. z o.o. Polska Media i rozrywka 1 074
10 Ars Futura d.o.o. Chorwacja Oprogramowanie 914

Kategoria Wschodzące Gwiazdy”

Kryteria szczegółowe dla firm w podkategorii „Wschodzące Gwiazdy”

  • historia działalności nie jest krótsza niż trzy lata,
  • w rozpatrywanych okresach rocznych osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych niż 30 tys. euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor wzrost (proc.)
1 INCLUDE d.o.o. Chorwacja Sprzęt komputerowy 1 950
2 itrinity s.r.o. Słowacja Oprogramowanie 1 555
3 3Dsimo s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 1 461
4  OsmoDry.cz s.r.o. Czechy Ochrona środowiska 1 349
5 GreenWay Infrastructure s.r.o. Słowacja Ochrona środowiska 1 123
6 Sewio Networks s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 947
7 ATi Studios A.P.P.S. SRL Rumunia Oprogramowanie 854
8 CGTrader, UAB Litwa Media i rozrywka 794
9 BIBLOO (Digital People, a.s.) Czechy Media i rozrywka 747
10 rohlik.cz (VELKÁ PECKA s.r.o.) Czechy Oprogramowanie 661
 

 

Kategoria „Wielka Piątka”

Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii „Wielka Piątka”

  • działalność na rynku co najmniej od czterech lat,
  • w rozpatrywanych okresach rocznych osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych
  • niż 50 tys. euro, z tymże w ostatnim rozpatrywanym roku przychody nie mogą być niższe niż 25 mln euro.

 

lp. Nazwa firmy Kraj Sektor Wzrost (proc.)
1 ZOOT a.s. Czechy Oprogramowanie 513
2 RTB House S.A. Polska Media i rozrywka 415
3 Booking Group SIA Łotwa Oprogramowanie 271
4 Pigu, UAB Litwa Media i rozrywka 148
5 PIXEL FEDERATION s.r.o. Słowacja Media i rozrywka 111

Partnerzy Rankingu: UBS Switzerland AG, NRW.INVEST

Patron: Startup Poland

Patronaty honorowe: Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Polski Fundusz Rozwoju, Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości

Patronat medialny: Business Insider Polska

Czym jest PPK? Bezpieczeństwo dla emerytów kosztem przedsiębiorców?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

W dniu 17 lipca 2018 r. na stronie Rządowego Centrum Legislacji został upubliczniony zaktualizowany Projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych (PPK) będący jednym z najważniejszych elementów rządowej Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Planowana rewolucja systemu emerytalnego w Polsce wzbudza uzasadnione kontrowersje wśród przedsiębiorców, na których nowe przepisy nałożą jeszcze większe obowiązki. Czy w związku z zapowiedzianymi zmianami firmy będą rozważać ucieczkę z biznesem poza granice Polski?

Czym jest PPK? Bezpieczeństwo dla emerytów kosztem przedsiębiorców?

Projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych (dalej jako: „ustawa o PPK”) jest najnowszą propozycją rządu dotyczącą rewolucji emerytalnej w Polsce. W swojej istocie przedstawiony mechanizm stanowi długoterminowy system oszczędzania, którego celem jest zapewnienie wyższych świadczeń emerytalnych dla pracowników. Ministerstwo Finansów, publikując projekt przedmiotowych zmian, jednoznacznie potwierdziło od dawna znaną wszystkim Polakom dramatyczną sytuację Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który za kilka lat nie podoła obowiązkowi wypłacania godziwych emerytur dla Polaków.

Zgodnie z zaprojektowanymi przez resort finansów regulacjami, gromadzenie środków finansowych w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych będzie się odbywało poprzez III filar systemu emerytalnego, stanowiącego jednocześnie opcję uzupełniającą dla dobrowolnych Pracowniczych Programów Emerytalnych (dalej jako: „PPE”). Warto jednak podkreślić, że propozycja rządu ma charakter dobrowolności jedynie w stosunku do pracowników, którzy nie są zobowiązani deklarować swojego uczestnictwa w nowej formule oszczędności emerytalnych. Proponowana rewolucja systemu podatkowego – choć niewątpliwie potrzebna – w obecnym kształcie prawnym w największym stopniu obciąży pracodawców. Pracownicze Plany Kapitałowe będą całkowicie powszechne i obowiązkowe dla każdej firmy zatrudniającej pracowników, wobec których odprowadzane są składki na ubezpieczenie emerytalne do ZUS.

Przedmiotowy obowiązek stosowania projektowanych przepisów zaistnieje również w przypadku podmiotu zatrudniającego w myśl art. 2 pkt 19 projektu ustawy o PPK, który obejmuje pracodawców w rozumieniu ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy (Dz.U. z 2018 r., poz. 917), zleceniodawców, nakładców, rolnicze spółdzielnie produkcyjne, spółdzielnie kółek rolniczych i podmioty, w których działają rady nadzorcze, w przypadkach kiedy ich członkowie są wynagradzani z tytułu pełnienia tych funkcji.

Firmy odczują mechanizm stopniowego nakładania obowiązków

Obowiązek zawierania umów o zarządzanie Pracowniczymi Planami Kapitałowymi będzie stopniowo wprowadzany wobec coraz szerszego katalogu przedsiębiorców. W pierwszej kolejności przymus utworzenia mechanizmu PPK w firmie dotyczyć będzie podmiotów zatrudniających co najmniej 250 osób według stanu na dzień 31 grudnia 2018 r. Trzymiesięczny termin na zawarcie przedmiotowej umowy o prowadzenie PPK będzie liczony wobec takich przedsiębiorców od dnia 1 stycznia 2019 r. Następnie od dnia 1 lipca 2019 r. powyższy termin zacznie biec w odniesieniu do podmiotów zatrudniających co najmniej 50 osób według stanu na dzień 30 czerwca 2019 r. Od dnia 1 stycznia 2020 r. obowiązkiem PPK obciążone zostaną wszystkie firmy zatrudniające co najmniej 20 osób, a pół roku później mechanizm PPK wdrożony zostanie przez pozostałych pracodawców oraz jednostki sektora finansów publicznych.

Najważniejsze zmiany w zaktualizowanym projekcie ustawy o PPK odnoszą się do innego z obowiązków, którym obarczeni zostaną polscy przedsiębiorcy – tzw. minimalnych stawek, które pokrywane będą solidarnie przez pracodawcę, jak i pracownika stosunkowo do osiąganego przez niego wynagrodzenia brutto. W sytuacji, kiedy pracownik dobrowolnie zadeklaruje chęć odkładania części funduszy do stworzonego w firmie systemu PPK miesięczna składka podstawowa wyniesie 2% wynagrodzenia. Pracodawca odprowadzi ją poprzez automatyczne pomniejszenie wynagrodzenia pracownika. W takim przypadku pracodawca będzie jednocześnie zobowiązany dopłacić pracownikowi z własnych funduszy na jego konto PPK obligatoryjną składkę wynoszącą 1,5% wynagrodzenia brutto. Należy podkreślić, że pracownik w każdym miesiącu będzie miał możliwość zwiększenia swoich oszczędności o dodatkowe 2%. Dodatkowa wpłata, która może zostać dobrowolnie sfinansowana przez firmę, wynosić będzie 2,5% wynagrodzenia pracownika. Ministerstwo Finansów w przygotowanym projekcie założyło, że dla osób zarabiających poniżej pensji minimalnej wpłaty na PPK wynosić mają odpowiednio 0,5%.

Przedsiębiorca nie będzie mógł nakłonić pracownika do odstąpienia od chęci przystąpienia do stworzonego w firmie systemu PPK i odkładania w tym trybie części swojego wynagrodzenia. W pierwotnym projekcie ustawy resort finansów założył, że firmy za uporczywe zniechęcanie pracowników do przystąpienia do programu ponosić będą odpowiedzialność karną. Po wielu sprzeciwach kontrowersyjną propozycję przepisów postanowiono złagodzić. Obecnie jest to kara grzywny, która zastąpiła wcześniej proponowaną karę ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do dwóch lat.

Projekt MF może okazać się niezgodny z Konstytucją

Zdaniem Rządowego Centrum Legislacji zaprojektowane przez Ministerstwo Finansów przepisy ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych mogą potencjalnie naruszać wyrażoną w art. 32 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej zasadę równego traktowania i zakazu dyskryminacji. W tym zakresie wątpliwości budzi niezrozumiana przez przedsiębiorców kwestia późniejszego określenia terminu obowiązywania nowych regulacji wobec jednostek sektorów finansów publicznych, a więc od dnia 1 lipca 2020 r. Uwagę zwrócono również na nieuzasadnione uprzywilejowanie pozycji Polskiego Funduszu Rozwoju S.A. (PFR) wobec pozostałych towarzystw funduszy inwestycyjnych (TFI). Zgodnie z przepisami projektowanej ustawy PFR ma uzyskać pozycję „wyznaczonej instytucji finansowej” bez obowiązku wpisu do ewidencji PPK i statusu uczestniczącej w PPK instytucji finansowej, do czego zobowiązane zostały inne TFI. Obecnie trwają prace nad zmianami w projekcie, które mają wyeliminować błędy Ministerstwa Finansów.

Planowana przez rząd rewolucja odnośnie do systemu emerytalnego oparta została na mechanizmie stopniowego nakładania na podmioty zatrudniające coraz większych obowiązków wynikających z ustawy o PPK. Działaniem niezbędnym dla przedsiębiorców będzie właściwe przygotowanie się do założeń funkcjonowania programu wdrażanego przez Ministerstwo Finansów. Konsultacje podatkowe i prawne nad projektowaną ustawą w odniesieniu do sytuacji poszczególnych przedsiębiorców powinny zostać przeprowadzone przy wsparciu doświadczonego zespołu ekspertów, który dokona analizy porównawczej obowiązującego systemu PPE oraz projektowanego mechanizmu PPK z perspektywy firmy, przygotuje właściwe dokumenty wymagane przez wdrażane przepisy, jak również zapewni merytoryczne wparcie podczas obsługi programu PPK.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.