Agencja S&P podwyższa rating Banku Pekao S.A.

Agencja podwyższyła długoterminowy rating kontrahenta w przypadku procesu przymusowej restrukturyzacji (‘RCR’) dla Banku Pekao S.A. do A- z BBB+, pozostawiając perspektywę stabilną. Pozostałe ratingi S&P dla banku pozostały na niezmienionym poziomie.

Agencja, która kilka dni wcześniej podniosła swoją ocenę wiarygodności kredytowej Polski, ocenia, że stabilne i zrównoważone środowisko gospodarcze dodatkowo zmniejsza ryzyko sektora bankowego, co przekłada się pozytywnie na ocenę zobowiązań uprzywilejowanych Banku Pekao.

RCR to wybiegająca w przyszłość opinia na temat względnego ryzyka niewywiązania się z pewnych zobowiązań, które mogą być chronione w ramach systemu restrukturyzacji.

S&P wzięło też pod uwagę przynależność Banku Pekao do grupy PZU S.A., dla której pozostaje on strategicznie ważnym partnerem. Strategią banku jest zachowanie silnej pozycji kapitowej przy atrakcyjnej polityce dywidendowej i kontynuacji wzrostów w kluczowych obszarach.

Zagubiony dolar

Na rynkach zdaje się pozostawać aura nerwowości, która wiąże handel w miejscu i odbiera kierunek. Nie brakuje obszarów niepewności o spadki na giełdzie, rajd ropy naftowej i relacje polityczne (Włochy, Brexit, Arabia Saudyjska, Chiny). Szczególnie dolar wydaje się zagubiony pomimo przyjaznych oznak awersji do ryzyka.

Trudno mi znaleźć wspólny motyw, który dyktowałby sentyment rynkowy na kolejne godziny. Wiele ruchów wydaje się nieskorelowanych i pod wpływem chwili (lub jednorazowego dużego zlecenia). Wall Street zakończyło poniedziałkową sesję spadkami, ale w Azji parkiety w Chinach i Japonii obrały przeciwny kierunek. Europie na otwarciu brak zdecydowania. Na rynku towarowym ropa naftowa zamknęła się w ruchu bocznym, a po dwóch dniach silnych wzrostów cen złota dziś na razie zapanował spokój. Niezależnie jak jednoznaczne byłyby sprzyjające sygnały z rynku akcji czy długu, USD nie może pokazać siły. A jednocześnie założę się, że gdyby za chwilę pojawiła się negatywna dla dolara informacja, reakcja byłaby wyraźna. Dolar się zepsuł, jakby był dobrą odpowiedzią na kłopoty, ale tylko wówczas, gdy są one jasno zdefiniowane. Wojny handlowe? – Świetnie. Jastrzębi przekaz z Fed? – Idealnie. Co jednak zrobić, gdy poruszamy się w szumie informacyjnym związanym z Brexitem, włoskimi finansami publicznymi i sporem dyplomatycznym na linii Zachód-Arabia Saudyjska? Czy to wystarczające powody, by uciekać w dolara, czy jednak całkowicie uciekać z rynku i przeczekać zamieszanie z boku? Jeśli to drugie, to USD jest zagrożony z uwagi na nagromadzone w poprzednich tygodniach długie pozycje. Według danych CFTC sumaryczna pozycja netto w kontraktach na kupno USD w ubiegłym tygodniu była największa od prawie dwóch lat. To wcale nie oznacza, że pozycja nie może być jeszcze większa, ale w momencie zatrzymania przyrostów łatwiej o zwątpienie i byle pretekst wystarczy od korekty. Wczoraj raport o sprzedaży detalicznej miał mocne i słabe strony, a zatem dla rynku był bezużyteczny. Dziś wskazówek przyjdzie szukać w danych o produkcji przemysłowej.

Inne waluty także nie mają lepiej. EUR jest zblokowane przez sprawę włoską. Rzym zatwierdził projekt budżetu z planowanym podwyższeniem deficytu, czemu jednak sprzeciwia się UE. Projekt budżetu został wczoraj złożony w Brukseli i czeka na oficjalną opinię, ale już w zeszłym tygodniu usłyszeliśmy wstępne stanowisko KE krytyczne dla „znacznych odchyleń” od oszczędnościowej ścieżki rekomendowanej przez Radę UE. Jeśli Włochy nie ugną się i nie wprowadzą zmian, UE może rozpocząć procedurę nadmiernego deficytu, która zakończy się nałożeniem sankcji. Stąd bardzo szybko wzrost rentowności długu Włoch może wywierać presję na EUR i podkopać plany EBC o normalizacji polityki pieniężnej.

Ponadto EUR pośrednio cierpi przez widmo zerwania rozmów negocjacyjnych ws. Brexitu z głównym uderzeniem kierowanym w stronę GBP. Szczyt unijny startuje już jutro, a jak na razie nic nie wskazuje, aby w tym tygodniu doszło do porozumienia. Na pocieszenie stwierdzić jednak można, że po ponurych doniesieniach z weekendu, wczoraj obie strony starały się komentować sprawę w pozytywnym tonie. Powodem sporu pozostaje charakter granicy między Irlandią i Irlandią Północną. W szczegółach chodzi o warunki kontroli celnej i inne regulacje prawne w przypadku, gdyby UE i Wlk. Brytania nie zawiążą umowy o wolnym handlu do czasu, gdy skończy się okres przejściowy (na koniec 2020 r.), tzw. porozumienie backstop. Jak długo ryzyko „no-deal Brexit” jest nie do zignorowania, w europejskich aktywach będzie ujęta negatywna premia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Hossa negatywnie wpływa na rentowność firm budowlanych

Raport – Rynek mieszkań na wynajem w Polsce X 2018

Przeciętnie za metr kwadratowy mieszkania pod wynajem trzeba zapłacić 55 zł. Największa różnica w cenach występuje dla lokali 4., 5. i 6. izbowych, w przypadku tych ostatnich waha się pomiędzy 5 a 16 tys. zł za miesiąc wynajmu. We Wrocławiu praktycznie nie oferuje się mieszkań pięciopokojowych, zaś największy udział procentowy kawalerek jest w Poznaniu i Katowicach. 

Najwięcej mieszkań do wynajęcia dostępnych jest w stolicy i Krakowie. Zazwyczaj oferowane są lokale dwu lub trzypokojowe, o powierzchni 55 m2, zlokalizowane na pierwszym lub drugim piętrze. Przeciętny koszt wynajęcia mieszkania to 2,7 tys. zł, a średni to 3,3 tys. zł. Mediana kosztów wynajmu dla kawalerek to 1,7 tys. zł za miesiąc, dla lokali dwupokojowych 2,5 tys. zł, dla trzypokojowych 3,5 tys. zł, dla czteropokojowych 5,4 tys. zł, pięciopokojowych 7,9 tys. zł i największych, tj. sześciopokojowych 9,8 tys. zł. Koszt najmu metra kwadratowego maleje wraz ze wzrostem powierzchni. Jednak w przypadku większych mieszkań zaczyna wzrastać. Jakie jeszcze wnioski płyną z raportu przygotowanego przez platformę Rentier.io na temat rynku wynajmu mieszkań w Polsce?

Gdzie jest najwięcej mieszkań do wynajęcia w Polsce?

Hegemonem jest stolica, ponad połowa (54%) analizowanych 182 tys. internetowych ogłoszeń dotyczyła samej Warszawy. Na drugim miejscu plasuje się Kraków, którego dotyczy jedna czwarta (27%) ogłoszeń. Podium zamyka Wrocław z ośmioprocentowym udziałem.

Jakiej wielkości mieszkania są dostępne na rynku do wynajęcia?

Największa liczba ogłoszeń dotyczy mieszkań o powierzchni około 50 m2, gdzie mediana to 55 m2, a średnia 63 m2.

Popularność oferowanych mieszkań na wynajem w Polsce

Źródło: Rentier.io. Tytuł wykresu: Popularność oferowanych mieszkań na wynajem w Polsce. Legenda: Żółta pionowa linia oznacza medianę, zielona średnią wartość.

Ile za wynajem?

Koszt wynajęcia mieszkania – mediana – to 2,7 tys. zł, a średnia to 3,3 tys. zł. Za metr kwadratowy mieszkania przeciętnie trzeba zapłacić 55 zł.

Cena wynajmu mieszkań w Polsce

Źródło: Rentier.io. Tytuł wykresu: Cena wynajmu mieszkań w Polsce. Legenda: Żółta pionowa linia oznacza medianę, zielona średnią wartość.

 Cena wynajmu metra kwadratowego mieszkań w Polsce

Źródło: Rentier.io. Tytuł wykresu: Cena wynajmu metra kwadratowego mieszkań w Polsce. Legenda: Żółta pionowa linia oznacza medianę, zielona średnią wartość.

W przypadku mieszkań o mniejszym metrażu, cena za metr kwadratowy maleje wraz ze wzrostem powierzchni. Jednak w przypadku większych mieszkań zaczyna nieznacznie wzrastać.

Cena za metr kwadratowy a wielkość mieszkania pod wynajem

Źródło: Rentier.io. Tytuł wykresu: Cena za metr kwadratowy a wielkość mieszkania pod wynajem.

Liczba pokoi w wynajmowanym mieszkaniu przekłada się na cenę wynajmu. Najmniejsze różnice występują pomiędzy lokalami jedno i dwuizbowymi. Mediana dla kawalerek to 1,7 tys. zł za miesiąc wynajmu, dla dwupokojowych 2,5 tys. zł, dla trzypokojowych 3,5 tys. zł. Następnie mamy do czynienia z dość dużymi przeskokami dla nieruchomości czteropokojowych – mediana 5,4 tys. zł, pięciopokojowych 7,9 tys. zł i największych, tj. sześciopokojowych 9,8 tys. zł. Analiza poniższego wykresu pokazuje, że dla mniejszej liczby pokoi ceny są bardziej zbliżone do siebie. Im większa liczba pokoi, tym większe zróżnicowanie cenowe środkowych pięćdziesięciu procent obserwacji.

liczba pokoiŹródło: Rentier.io. Tytuł wykresu: Cena mieszkania do wynajęcia a liczba pokoi. Legenda: Gruba pozioma, niebieska linia w środku każdego prostokąta na wykresie oznacza medianę ceny miesięcznego wynajmu mieszkania dla danej liczby pokoi. Cienka pionowa linia przedstawia zakres cenowy dla danej liczby pokoi jej dolny koniec przedstawia cenę minimalną, a górny koniec cenę maksymalną.

Które piętro i ile pokoi?

Mieszkania na pierwszym i drugim piętrze to najpopularniejsze opcje, wśród właścicieli oferujących mieszkania na wynajem. Ponad 40% z oferowanych na rynku lokali, to właśnie te zlokalizowane na pierwszych dwóch kondygnacjach. Jednak ogólna tendencja jest taka, że najczęściej oferowane są mieszkania na niższych piętrach – od pierwszego do czwartego – ponad 2/3 analizowanych lokali. Jednak, oprócz mieszkań zlokalizowanych na parterze, to tylko niespełna 8% analizowanych ofert.

piętro udział procentowy
parter 7.89
1 19.76
2 19.34
3 17.37
4 12.75
5 7.62
6 5.19
7 3.49
8 2.09
9 1.27
wyżej niż 9 3.21

 

Dominująca większość (80%) to mieszkania dwu i trzypokojowe. Jednak ponad połowa oferowanych do wynajęcia mieszkań to te z dwoma pokojami. Kawalerki wraz z lokalami czteropokojowymi to łącznie 18 procent. Najrzadziej występują największe – pięciopokojowe mieszkania.

Liczba pokoi udział procentowy
1 9
2 51
3 29
4 9
5 2

 

Największy udział procentowy kawalerek jest w Poznaniu i Katowicach, a najmniejszy w Warszawie. We Wrocławiu praktycznie nie oferuje się mieszkań pięciopokojowych. Dużych mieszkań, trzy i więcej pokojowych, jest najwięcej dostępnych w Warszawie.

miasto liczba pokoiŹródło: Rentier.io. Tytuł wykresu: Liczba pokoi w mieszkaniach pod wynajem dostępnych w poszczególnych miastach.

We wszystkich miastach dominuje metraż 38-60 metrów kwadratowych. Najmniejsze mieszkania (o powierzchni do 38 m2) najczęściej oferowane są w Poznaniu i Katowicach. Dla Warszawy charakterystyczny jest duży udział mieszkań o większym metrażu (powyżej 90 metrów kwadratowych).

Powierzchnia mieszkań pod wynajem w zależności od miastaŹródło: Rentier.io. Tytuł wykresu: Powierzchnia mieszkań pod wynajem w zależności od miasta.

Największa różnica w wielkości powierzchni mieszkań vs liczba pokoi występuje w przypadku 5., 6. i 7. izbowych. Różnice w przypadku powierzchni siedmiopokojowych nieruchomości wahają się od 140 do 240 m2.

Powierzchnia mieszkania pod wynajem a liczba pokoiŹródło: Rentier.io. Tytuł wykresu: Powierzchnia mieszkania pod wynajem a liczba pokoi.

Raport Rentier.io „Rynek mieszkań na wynajem w Polsce” został przygotowany na bazie analizy ponad 182 tysięcy ogłoszeń publikowanych w internecie w okresie V – IX 2018r., dotyczących mieszkań na wynajem w kluczowych polskich miastach: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu, Katowicach i Łodzi.

Sektorowa Rama Kwalifikacji Handlu w oczach ekspertów

Opinie branży handlowej są zgodne, że Sektorowa Rama Kwalifikacji Handlu to bardzo potrzebne narzędzie pomocnicze. Z założenia ma usprawnić w firmach różne procesy związane z zarządzaniem personelem. Zastosowanie SRKH powinno ograniczyć rotację pracowników, która jest poważnym problemem w całym sektorze sprzedaży. Korzyści mogą spodziewać się osoby już zatrudnione i planujące karierę w handlu. Pozytywne zmiany będą odczuwalne na poziomie edukacji, również tej pozaformalnej. Prostsze i bardziej przejrzyste stanie się też planowanie ścieżki zawodowej.

Przez prawie rok trwały prace nad Sektorową Ramą Kwalifikacji Handlu. Realizowały je Fundacja Przedsiębiorczości oraz Stowarzyszenie Forum Dialogu Gospodarczego. Działania zostały podjęte na wniosek środowiska handlowego, a zlecone przez Instytut Badań Edukacyjnych. Kolejnym krokiem, już w 2019 roku, będą starania o wdrożenie SRKH.

– Rama powstaje z myślą o firmach, jak i pracownikach. Korzyści będą dla nich tak samo wymierne. To nie jest rozwiązanie, tylko narzędzie, które ma uporządkować rynek. Pomoże w opracowaniu wszystkich procesów związanych z zarządzaniem personelem, określaniem wymaganych kwalifikacji czy planowaniem ścieżek kariery. To powinno ograniczyć rotację na stanowiskach w handlu, która jest duża – mówi Andrzej Wojciechowicz, kierownik projektu, założyciel FMCG Business Consulting i ekspert Komisji Europejskiej.

Z kolei dr Piotr Klatta, specjalista ds. badań i analiz w Instytucie Badań Edukacyjnych, przekonuje, że branża otrzyma potężne narzędzie. Dzięki niemu będzie mogła określać wymagania wobec siebie i swoich pracowników w zasadzie na wszystkich szczeblach. Przejrzyste stanie się, jaką wiedzę oraz umiejętności i kompetencje społeczne należy mieć na danym poziomie organizacji lub w jakimś jej elemencie.

– W handlu wiele osób pracuje, ale nie ma udokumentowanego zdobywania wiedzy, umiejętności i kompetencji miękkich. Dzięki SRKH, to uczenie się pozaformalne będzie sankcjonowane. Dana osoba uzyska certyfikat, który potwierdzi określone kwalifikacje. To jest bardzo ważne – informuje prof. Urszula Kłosiewicz-Górecka, wiceprezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Jak przewiduje dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, Rama powinna też pozytywnie wpłynąć na system kształcenia do wykonywania różnych zawodów w handlu. Ułatwi bowiem przełożenie przedmiotów zawodowych na określone typy czynności, kwalifikacji, a więc zdolności do piastowania różnego rodzaju zbliżonych do siebie stanowisk. Narzędzie pokazuje umiejętności potrzebne do funkcjonowania w tym sektorze. One są coraz bardziej skomplikowane, a SRKH robi to w sposób przejrzysty.

– Prostsze i bardziej klarowne stanie się planowanie kariery zawodowej. To kolejna korzyść wynikająca z SRKH, która nie tylko jest związana z programami uruchamianymi przez firmy szkoleniowe, ale dotyczy również tych organizowanych przez zakłady pracy. Pracownicy będą mogli w nich zdobyć potrzebne im kwalifikacje, rozwijać się i przechodzić na wyższy poziom – analizuje prof. Kłosiewicz-Górecka.

Dziś należy dążyć do tego, żeby rynek pracy był jednolity. Jak stwierdza Andrzej Wojciechowicz, w handlu jest to szczególnie potrzebne ze względu na bardzo dużą konkurencję i pewną pauperyzację kwalifikacji. Ekspert podkreśla, że często zatrudniani są cudzoziemcy, np. Ukraińcy, Białorusini i Pakistańczycy. Oni przychodzą bez odpowiednich kwalifikacji. Trzeba więc mieć przynajmniej określone wymagania w stosunku do nich w sposób bardzo ogólny, ramowy.

– Ludzie przemieszczają się pomiędzy krajami i podejmują zatrudnienie. Może się okazać, że systemy kształcenia były zupełnie niepodobne do siebie, a kandydaci mają kwalifikacje, tylko nie są w stanie ich potwierdzić. Polaka jadącego do Niemiec, Holandii czy Anglii nie pytają o ukończone szkoły, tylko o to, co konkretnie potrafi. I to już jest język kwalifikacji – wyjaśnia dr Piotr Klatta.

Bardzo często ogłoszenia o pracę na tym samym stanowisku są nieczytelne i niespójne, co podkreśla Andrzej Wojciechowicz. Ekspert Komisji Europejskiej dodaje, że wymagania w stosunku do kandydatów są niejasno określone. Rama pomoże stworzyć takie treści, które będą klarowne dla potencjalnego pracownika. On, aplikując czy idąc na rozmowę, będzie wiedział, czy spełnia kryteria. To korzyści obopólne.

– Firmy mają kłopoty ze znalezieniem osób z odpowiednimi kwalifikacjami, ale to stary problem. SRKH może podnieść etos handlowca. W społeczeństwie spadł prestiż pracownika tego sektora gospodarki, zwłaszcza na niższych stanowiskach. Wielu kasjerów czy sprzedawców, którzy trafiają do danej firmy, szybko zaczyna się rozglądać za lepiej płatnym zajęciem – zauważa wiceprezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Jak stwierdza dr Faliński, SRKH ułatwi układanie różnego rodzaju tabel, również tych związanych z wynagradzaniem pracowników. Ekspert podsumowuje, że na razie mamy do czynienia z pewnego rodzaju koncepcją. Ona nie zaistnieje, jeżeli nie będzie odpowiednich działań i dialogu. To wymaga kilkumiesięcznej akcji informacyjnej na poziomie publicystycznym, konferencyjnym, potrzebne są spotkania w środowisku oraz ze specjalistami od HR-u. Trzeba przedstawić korzyści dla wszystkich zainteresowanych.

Polska żywność marką globalną?

Marzeniem wielu polityków i przedsiębiorców jest, aby polska żywność była traktowana jako marka globalna. O ile jeszcze używa się pojęcia włoska żywność, to w wielu krajach mówi się już – francuskie wina, hiszpańskie sery, itd. Takie parasolowe marki globalne istnieją, ale były wypracowywane przez pokolenia. Powyższe przykłady pokazują, że ich zbudowanie to ciężka praca – a wizerunkowo sukces można osiągnąć tylko bardzo konsekwentnymi strategiami. Te zamiast kilku, trwają zazwyczaj kilkadziesiąt lat i są cały czas kontynuowane. To, co może znaleźć się w koszyku wybranych produktów dyktuje rynek. To przedsiębiorczość polskich firm powoduje, że nasze produkty są obecne lub nie na rynkach eksportowych. Podstawową kwestią są oczywiście jakość i bezpieczeństwo proponowanych towarów.

– Polska ma szanse stworzyć globalną markę, chociażby z niektórych kategorii żywności. Być może pretendentem jest polska wódka. Jednak na pewno jeszcze się to nie dzieje i nie stanie w ciągu najbliższych lat – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności – We wszystkich krajach, które osiągnęły w danej dziedzinie sukces, to właśnie przedsiębiorcy budowali te marki.Wydaje się, że patrząc na ostatnie 25 lat w Polsce, widać bardzo dobre wyniki eksportowe i wzrost branży spożywczej. Jest to jednak zasługa i powodzenie poszczególnych polskich firm, ich ciężkiej pracy i rozwoju. Podmioty te realizują swoje konkretne plany, kiedy brak ogólnej strategii kraju w tym zakresie. To, co jako państwo można zrobić dla rozwoju eksportu i budowania marek, to ułatwianie prowadzenia działalności przedsiębiorcom. Chodzi o stwarzaniem im dobrych warunków w Polsce – obniżanie podatków, zmniejszanie kosztów funkcjonowania i zwiększanie konkurencyjności. Takie działania mogą zapewnić sukces – bo firmy same doskonale wiedzą, jak budować brandy i swoją pozycję na rynku. Suma ich osiągnięć – poszczególnych branż i przedsiębiorców – umożliwi stworzenie marki globalnej. Tak było w przypadku Włochów, Francuzów czy Niemców – czyli potentatów w eksporcie żywności. Polska musi zrobić to dokładnie tak samo. Projekty takie, jak GoChina czy GoAfrica – z którymi mieliśmy już do czynienia wcześniej – będą mniej skuteczne niż ułatwienia rządu dla przedsiębiorców – podsumował Gantner.

Operacje robotyczne stają się światowym standardem. Warszawski szpital ma najnowocześniejsze urządzenie tego typu

Operacje robotyczne stają się światowym standardem. Warszawski szpital ma najnowocześniejsze urządzenie tego typu 1

Robot chirurgiczny da Vinci znacznie ułatwia lekarzom wykonywanie operacji i skomplikowanych zabiegów. Pacjent operowany przy pomocy robota potrzebuje mniej leków, mniej krwi do transfuzji i szybciej wraca do zdrowia, bo ryzyko wystąpienia powikłań jest ograniczone do minimum. W szpitalach na całym świecie jest już ponad 4,5 tys. robotów chirurgicznych da Vinci, a w Stanach Zjednoczonych zabiegi przeprowadzane przez takie maszyny stały się standardem. W Polsce takie urządzenia są zaledwie trzy – w tym jeden, najnowocześniejszy obecnie model da Vinci Xi, w warszawskim Szpitalu Mazovia. 

– Robotyka w chirurgii zabiegowej już nie jest przyszłością, lecz rzeczywistością. To, co należy robić i do czego – mam nadzieję – przyłożymy się z naszym zespołem, to sprowadzać tę rzeczywistość do Polski. Robotyka i korzystanie z robotów takich jak da Vinci to dzisiaj bezdyskusyjny standard – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Igal Mor, dyrektor zarządzający Szpitala Mazovia.

Warszawska placówka od ponad roku prowadzi zabiegi urologii onkologicznej z wykorzystaniem robota da Vinci, zaś od kilku dni jest w posiadaniu ultranowoczesnego robota chirurgicznego da Vinci Xi, który zapewnia jeszcze większą precyzję, a co za tym idzie – efektywność zabiegu oraz komfort i bezpieczeństwo dla pacjenta. Maszyna składa się z dwóch części: robota medycznego i konsoli chirurgicznej, podobnej do tej, jaką można spotkać w grach komputerowych.

Cztery ramiona robota są wyposażone w narzędzia chirurgiczne, kamerę endoskopową i mają funkcję sztucznego nadgarstka, imitującą ruchy ludzkiej ręki. Chirurg kieruje urządzeniem za pomocą konsoli i ma bieżący podgląd operowanych tkanek w powiększeniu, w rozdzielczości HD, a nawet w trójwymiarze. Maszyna przesyła mu również informacje o sile nacisku czy oporu operowanych tkanek. Ramiona robota są wyposażone w system eliminacji drgań, a więc nawet jeżeli chirurgowi przy konsoli zadrży ręka, to maszyna automatycznie to skoryguje.

Chirurg nie stoi już bezpośrednio nad stołem operacyjnym. Siedzi wygodnie za konsolą operacyjną, dzięki temu nie jest zmęczony i nawet 5- czy 10-godzinne operacje nie są już obciążeniem fizycznym. Dzięki temu lekarz jest skoncentrowany i nie popełnia błędów. Ponadto wyeliminowane jest drżenie rąk, bo ruchy robota są dokładne, precyzyjne i w pełni kontrolowane – mówi dr n. med. Tomasz Szopiński, ordynator Oddziału Chirurgii Robotycznej i Laparoskopowej Szpitala Mazovia.

Zastosowanie robota da Vinci pozwala wykonywać bardzo precyzyjne i małoinwazyjne zabiegi. Z jego pomocą można przeprowadzić nie tylko zabiegi urologiczne, lecz także operacje z zakresu chirurgii ogólnej i naczyniowej, onkologicznej (wycięcie guza nowotworowego) lub ginekologii. Maszyna znajduje też zastosowanie w transplantologii (może pobierać narządy do przeszczepu) czy kardiochirurgii (zakładanie bypassów po zawale).

Robot minimalizuje ryzyko wystąpienia komplikacji w trakcie operacji oraz późniejszych powikłań, jak np. zakażenia pooperacyjne. Zmniejsza też zapotrzebowanie na krew podczas zabiegu, przyspiesza rekonwalescencję i powrót pacjenta do formy. W przypadku operacji urologicznych, np. usunięcia prostaty (prostatektomia), pozwala zachować funkcje seksualne oraz uniknąć problemów z nietrzymaniem moczu, co jest najczęstszym skutkiem ubocznym zabiegu.

Dane zebrane z całego świata wskazują, że ryzyko powikłań jest zdecydowanie mniejsze. Jest mniejsza szansa na uszkodzenie organów sąsiadujących czy na przetoczenie krwi, krótszy czas hospitalizacji, jak również szybszy powrót funkcji trzymania moczu. To jest fantastyczna wiadomość dla chorego, który w trzeciej lub czwartej dobie może opuścić nasz ośrodek. Widzimy też o wiele lepsze wyniki, jeżeli chodzi o powrót wzwodu u naszych pacjentów – mówi dr Tomasz Szopiński.

Tego typu zabiegi są znacznie bezpieczniejsze dla pacjentów niż otwarte techniki operacyjne. Do ich zalet należy również fakt, że pacjenci zachowują sprawność seksualną. Operując przy pomocy robota, o wiele łatwiej zapanować nad krwawieniem niż w przypadku otwartej operacji – dodaje dr Antonio Brescia z Europejskiego Instytutu Onkologii w Mediolanie.

Polska jest jednym z niewielu państw, w których operacje wykonywane przez robota da Vinci nie są refundowane. Co więcej, w Polsce znajdują się zaledwie trzy takie roboty chirurgiczne. Dwa w szpitalach we Wrocławiu i Toruniu (operują w bardzo ograniczonej skali ze względów ekonomicznych i proceduralnych). Trzeci, najnowszy model robota ma na wyposażeniu warszawski Szpital Mazovia. Dla porównania Niemcy mają pięćdziesiąt takich maszyn, Włosi – pięćdziesiąt sześć, w Rumunii i Czechach jest ich po dziewięć.

W Polsce żaden szpital nie dysponuje aktywnie działającym robotem ze wsparciem producenta, który zabezpiecza poziom wykonania świadczeń. Mazovia jest pierwszą placówką, w której jest zainstalowany i uruchomiony nowy model robota, bezpośrednio podłączony dla kontroli bezpieczeństwa pacjenta. Producent online zabezpiecza nam standard funkcjonowania najnowocześniejszego modelu swojego sprzętu. Jak na razie jesteśmy jedyni, ale mam nadzieję, że nie potrwa to długo, ponieważ Polska od dawna zasługuje na rozpowszechnienie chirurgii robotycznej. Poziom lekarzy i polskiej medycyny, wiedzy i doświadczenia stawia ją w pierwszym szeregu – mówi prof. Igal Mor.

Zanim warszawski szpital zainwestował w najnowocześniejszy model robota da Vinci, lekarze przez ponad 9 miesięcy pracowali i szkolili się na poprzednim modelu tego urządzenia.

Obecny model charakteryzuje się wieloma cechami, które świadczą o poprawie warunków operacyjnych, takich jak choćby poprawa widoczności dzięki optyce HD, która wyraźniej pokazuje obraz, jest samosterowalna w zakresie czystości obrazu, autofocusingu i innych parametrów – mówi dr Tomasz Szopiński.

Dyrektor Szpitala Mazovia podkreśla, że sam zakup urządzenia to jeszcze nie jest całość inwestycji. Producent dba o to, żeby roboty chirurgiczne da Vinci trafiały wyłącznie do wyspecjalizowanych placówek, a personel został przeszkolony pod kątem ich obsługi.

Trzeba wziąć pod uwagę, że to nie jest tylko koszt sprzętu. Zakup samego urządzenia nic nie da, inwestycji wymagają szkolenia lekarzy i przygotowania personelu. Nasi lekarze są już po szkoleniach w najlepszych europejskich ośrodkach, po certyfikacji i wieloetapowych przygotowaniach, co w końcu pozwoliło nam dostać od producenta, który nas odwiedzał w trakcie pierwszych zabiegów, potwierdzenie, że jesteśmy już gotowi – mówi prof. Igal Mor.

Potwierdza to także dr Antonio Brescia z Europejskiego Instytutu Onkologii w Mediolanie, który przyjechał do Warszawy, by nadzorować pierwsze operacje z wykorzystaniem robota.

W Szpitalu Mazovia zastałem dwóch świetnych lekarzy z doświadczeniem w zakresie laparoskopii. Takie doświadczenie bardzo ułatwia pracę z robotem chirurgicznym da Vinci. Nie mam wątpliwości, że są oni w stanie samodzielnie przeprowadzić zabieg prostatektomii radykalnej przy pomocy tego robota – zapewnia dr Antonio Brescia.

Robot da Vinci został nazwany na cześć włoskiego wynalazcy i malarza Leonarda da Vinci, uważanego za pioniera robotyki. Pierwszy zabieg z pomocą tej maszyny został przeprowadzony w 2001 roku. Prof. Jacques Marescaux w pełni zdalnie z Nowego Jorku zoperował wówczas pęcherzyk żółciowy pacjentki, która znajdowała się na stole operacyjnym w Strasburgu.

W szpitalach na całym świecie jest dziś ponad 4,5 tys. takich maszyn. Najwięcej, bo ponad 1,3 tys. robotów chirurgicznych, znajduje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie operacje robotyczne są już powszechnym standardem. Z danych producenta urządzenia wynika, że otwarte i laparoskopowe operacje prostatektomii stanowią już tylko ok. 13 proc. zabiegów, bo pozostałe 87 proc. to operacje przeprowadzane przez robota da Vinci. W tym roku na całym świecie takie maszyny mają przeprowadzić już około milina operacji i zabiegów chirurgicznych.

Europejskie instytucje odpowiedzialne za cyberbezpieczeństwo łączą siły. Utworzono globalną sieć czujników, które śledzą ruchy hakerów w internecie

Europejskie instytucje odpowiedzialne za cyberbezpieczeństwo łączą siły. Utworzono globalną sieć czujników, które śledzą ruchy hakerów w internecie 2

Cyberzagrożenia to temat, który dotyczy wszystkich krajów i instytucji, dlatego międzynarodowa współpraca i wymiana informacji jest niezbędna do skutecznej walki z cybeprzestępcami. To właśnie jest celem projektu SISSDEN, w ramach którego utworzona została ogólnoświatowa sieć sond zbierających informacje o zagrożeniach w internecie. Zakłada on bliską współpracę z CERT-ami, dostawcami internetu oraz podmiotami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo. System powiadamia użytkowników sieci o potencjalnych zagrożeniach i ewentualnych atakach. Koordynatorem projektu SISSDEN jest NASK. 

Walka z cyberzagrożeniami to jak walka z różnego rodzaju chorobami. Na część chorób mamy remedium, na inne jeszcze nie. Musimy więc ciągle odkrywać nowe rozwiązania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Juliusz Brzostek, dyrektor Pionu Centrum Cyberbezpieczeństwa NASK.

Ostatnie lata przyniosły skokowy wzrost liczby cyberzagrożeń. Jak wynika z danych F-Secure, liczba ataków ransomware wzrosła w zeszłym roku aż o 400 proc. Cyberataki są już zjawiskiem powszechnym, zarówno wśród indywidualnych użytkowników sieci, jak i wśród przedsiębiorstw. Z ostatniego „Barometru bezpieczeństwa” firmy doradczej KPMG wynika, że 82 proc. działających w Polsce firm odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent, a 37 proc. stwierdziło znaczny wzrost liczby cyberataków na przestrzeni ubiegłego roku. Najgroźniejsze cyberzagrożenia z punktu widzenia przedsiębiorstw to malware (APT, wycieki danych, ransomware), kradzieże danych, phishing oraz ataki na aplikacje. Według prognoz Bitdefendera w tym roku szkody powodowane przez cyberprzestępców sięgną 180 mld dol., a w 2019 przekroczą już 2 bln dol.

Cyberzagrożenia to zagadnienie, które dotyczy wszystkich krajów. Internet jest ponadnarodowy, więc ponadnarodowe są także zagrożenia, które nas dotykają. Wszyscy korzystamy z cyfrowych usług oferowanych przez inne kraje, podobnie jak obcokrajowcy korzystają z nich w Polsce. W tym kontekście niezbędna jest współpraca między zespołami CERT zajmującymi się cyberbezpieczeństwem w różnych krajach – podkreśla Juliusz Brzostek.

Skuteczna walka z cyberzagrożeniami wymaga współpracy zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym. Nikt nie jest w stanie uzyskać informacji dotyczących całego spektrum zagrożeń, szczególnie w skali globalnej. Stąd wymiana informacji pomiędzy rządami i w ramach organizacji międzynarodowych, takich chociażby jak NATO czy UE, jest podstawą, żeby skutecznie reagować na te zagrożenia – dodaje Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

Poprawa stanu cyberbezpieczeństwa w Europie poprzez rozwój świadomości sytuacyjnej i wymianę informacji o zagrożeniach to cel projektu SISSDEN, realizowanego przez międzynarodowe konsorcjum firm i instytucji badawczych. Projekt zapewnia bezpłatne usługi powiadamiania CERT-ów narodowych, dostawców internetu czy właścicieli sieci o atakach pochodzących z ich sieci, dostarczając danych niezbędnych do wykrywania infekcji. Dane te mogą też być użyteczne operacyjnie dla organów ścigania zwalczających cyberprzestępstwa.

Celem projektu SISSDEN jest budowa świadomości cyberzagrożeń w Europie. Tworzymy wielką, obejmującą cały świat, sieć czujników, które pozwalają nam wykrywać zagrożenia i identyfikować ich nowe rodzaje. Sieć działa na zasadzie wirtualnych serwerów rozmieszczonych na całym świecie. Są to zwykłe, komercyjne maszyny, które przekazują ruch do naszego centrum, gdzie podlega on analizie. Te serwery nie świadczą żadnych rzeczywistych usług, są to wyłącznie pułapki na przestępców szukających ofiar. Dzięki nim jesteśmy w stanie obserwować bardzo różne rodzaje ataków we wszystkich częściach świata – wyjaśnia dr Adam Kozakiewicz, kierownik Zakładu Metod Bezpieczeństwa Sieci i Informacji w NASK.

Wirtualny serwer, czyli tzw. honeypot, rejestruje próby połączeń i zapisuje jak najwięcej danych na ich temat, aby wykryć źródło zagrożenia. Docelowo miało powstać co najmniej sto sond obejmujących minimum wszystkie kraje członkowskie UE i wykorzystujących kilkanaście różnych typów honeypotów. System od blisko roku działa operacyjnie i przekroczył już ponaddwukrotnie zakładany minimalny rozmiar.

To rozwiązanie się sprawdza. Zdobywamy wiele nowych informacji, jesteśmy w stanie wykrywać nowe rodzaje zjawisk, jeszcze zanim nastąpią poważniejsze ataki z ich użyciem. Bardzo użyteczna jest też możliwość porównywania zjawisk występujących w różnych częściach świata, dzięki czemu łatwo można odróżnić ataki celowane od takich, które po prostu dotykają wszystkich – mówi dr Adam Kozakiewicz.

Informacje o zagrożeniach wytworzone przez SISSDEN posłużą do przeciwdziałania atakom i nieodpłatnego powiadamiania ofiar za pośrednictwem organizacji takich jak krajowe zespoły CERT czy dostawców hostingu. Skorzystają na tym głównie małe i średnie przedsiębiorstwa oraz indywidualni użytkownicy, którzy nie dysponują wiedzą i zasobami umożliwiającymi samodzielną obronę przed zagrożeniami.

System częściowo jest już w pełni operacyjny. Zbierane przez nas dane są wykorzystywane do tworzenia codziennych raportów, które następnie trafiają do tysięcy odbiorców. Docelowo zamierzamy dostarczać minimum pięć różnych typów takich raportów. Pozostałe przewidywane przez nas funkcje – takie jak portal metryk, dzięki któremu będzie się można zapoznać z aktualnym stanem bezpieczeństwa na całym świecie, oraz portal dla użytkowników – są w tej chwili na ukończeniu. Niedługo upubliczniony zostanie też zbiór danych SISSDEN, który zamierzamy udostępnić tylko naukowcom z tej dziedziny – mówi Adam Kozakiewicz.

Projekt SISSDEN, którego budżet przekracza 6 mln euro, jest finansowany w ramach programu ramowego UE Horyzont 2020. Jest realizowany przez osiem europejskich instytucji: Instytut Badawczy NASK, Montimage EURL (Francja), Cyberdefcon Ltd. (Wielka Brytania), Universitaet des Saarlandes (Niemcy), Deutsche Telekom AG (Niemcy), Eclexys Sagl (Szwajcaria), Poste Italiane – Società per Azioni (Włochy), Stichting The Shadowserver Foundation Europe (Holandia). Polski Instytut badawczy NASK jest koordynatorem konsorcjum i w ramach projektu odpowiada głównie za prace analityczne.

Mamy też bardzo istotne zadanie budowy centralnego systemu, tzn. dostarczamy infrastrukturę, na której opiera się cały projekt, koordynujemy poszczególne prace, dostarczamy też analizy i pomocnicze źródła danych – mówi Adam Kozakiewicz.

Innowacyjne wyroby tytoniowe przyszłością branży. Mogą być mniej szkodliwe od tradycyjnych papierosów o nawet 95 proc.

Innowacyjne wyroby tytoniowe przyszłością branży. Mogą być mniej szkodliwe od tradycyjnych papierosów o nawet 95 proc. 3

24 proc. Polaków to zadeklarowani palacze zagrożeni chorobami płuc i układu krążenia związanymi z paleniem papierosów – wynika z badania Kantar Public dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Alternatywą mogą się okazać rozwijane przez branżę tytoniową produkty nowej generacji, w których tytoń nie jest spalany, a jedynie podgrzewany do bezpiecznej temperatury. Dzięki temu – jak przekonują eksperci – zawartość szkodliwych substancji jest zmniejszona w porównaniu do tradycyjnych papierosów nawet o 95 proc. Trwają interdyscyplinarne badania, które mają ostatecznie odpowiedzieć na pytanie, czy nowoczesne wyroby tytoniowe są bezpieczniejsze od tradycyjnych papierosów. 

– Na rynku dostępna jest w tej chwili szeroka gama produktów nowej generacji, do których należą urządzenia podgrzewające tytoń takie jak glo, doustne bezdymne produkty tytoniowe, na przykład snus, a także e-papierosy. Różnica między tymi produktami a tradycyjnymi papierosami polega przede wszystkim na tym, że produkty nowej generacji nie wymagają spalania tytoniu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr James Murphy, dyrektor ds. badań nad produktami o zmniejszonym ryzyku w British American Tobacco.

Wbrew obiegowej opinii to nie nikotyna, lecz substancje toksyczne zawarte w dymie papierosowym są odpowiedzialne za powstawanie chorób związanych z paleniem. W przypadku tradycyjnych papierosów zachodzi chemiczna reakcja spalania tytoniu. Powstały w jej wyniku dym zawiera około 7 tys. związków chemicznych, z których 150 to substancje toksyczne powodujące choroby płuc czy układu krążenia. Dlatego branża tytoniowa od kilku lat rozwija produkty nowej generacji NGP, które charakteryzują się mniejszą szkodliwością.

– Produkty takie jak glo są wyrobami tytoniowymi, jednak opierają się one na podgrzewaniu, a nie spalaniu tytoniu. W glo tytoń jest podgrzewany do temperatury 240°C, czyli dużo niższej niż temperatura spalania (950°C). W przypadku glo także skład aerozolu jest dużo mniej złożony, występuje w nim dużo mniej związków chemicznych i znacznie mniej substancji toksycznych. Zgodnie z naszymi pomiarami niektóre substancje toksyczne nie występują w glo wcale, a zawartość innych jest niższa nawet o 90–95 proc. niż w dymie z tradycyjnych papierosów. E-papierosy to jeszcze inny produkt, w którym nie znajdziemy tytoniu, ale płyn z glikolem propylenowym, glicerolem i wodą, z którego powstaje aerosol wdychany przez konsumenta. Płyn zawiera również nikotynę i jest aromatyzowany – wyjaśnia dr James Murphy.

Glo to najnowszy produkt British American Tobacco, wprowadzony właśnie na rynek polski, a wcześniej na rynki dwanaście innych krajów, m.in. Japonii, Szwajcarii, Kanady i Czech. Urządzenie podgrzewa tytoń zawarty we wkładach neo do bezpiecznej temperatury, dzięki czemu ilość szkodliwych substancji została radykalnie ograniczona.

Dr James Murphy podkreśla, że British American Tobacco prowadzi multidyscyplinarne badania nad glo i e-papierosami. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat grupa zainwestowała ponad 2,5 mld dol. w rozwijanie innowacyjnych produktów oraz ich ocenę naukową.

– Szczególnie ważne są realizowane przez nas badania emisji aerozolu uwalnianego podczas podgrzewania tytoniu. Prowadzimy badania laboratoryjne i testy toksykologiczne, także na komórkach tkanek układu oddechowego. Znamy już wyniki krótkoterminowych badań klinicznych, które potwierdzają, że w przypadku palaczy, którzy całkowicie zrezygnowali z tradycyjnych papierosów na rzecz glo, narażenie na wiele szkodliwych substancji chemicznych zawartych w dymie papierosowym zostało znacząco ograniczone. W niektórych przypadkach poziomy redukcji były takie same jak w przypadku palaczy, którzy całkowicie zrezygnowali z palenia – wyjaśnia dr James Murphy.

Grupa BAT jest na półmetku sześcioletniego programu badawczego, którego celem jest ocena szkodliwości produktów nowej generacji w porównaniu do tradycyjnych papierosów.

– Do tej pory potwierdziliśmy, że glo charakteryzuje się obniżonym poziomem emisji substancji toksycznych w wytwarzanym aerozolu. Wiemy, że kiedy konsumenci przestają palić papierosy i zaczynają korzystać z glo, są narażeni na mniejszą ilość substancji toksycznych. To dotyczy także używania biernego, tzn. przebywania w towarzystwie osoby używającej glo  – mówi dr James Murphy.

W tworzeniu produktów nowej generacji przeznaczonych na globalne rynki (grupa BAT jest obecna na ponad dwustu rynkach) dużą rolę odegrało centrum badawczo-rozwojowe w Poznaniu. BAT zatrudnia w Polsce łącznie 3,6 tys. pracowników, z których prawie połowa – około 1,5 tys. osób – zajmuje się rozwojem i sprzedażą nowoczesnych wyrobów tytoniowych i nikotynowych.

– Pracownicy centrum rewolucjonizują produkty elektroniczne i przyczyniają się do podniesienia ich jakości. Grupa ma duże doświadczenie w dziedzinie chemii i toksykologii oraz odgrywa niezwykle istotną rolę w zakresie rozwoju produktów elektronicznych. Teraz dostrzegamy, jaki wpływ może ona mieć na ten nowy segment produktów podgrzewających tytoń – mówi dr James Murphy.

Obecnie zmienia się podejście regulacyjne dotyczące papierosów elektronicznych z punku widzenia zdrowia publicznego, szczególnie w Wielkiej Brytanii. W Europie działają agencje naukowe, które doradzają organom regulacyjnym w poszczególnych krajach, np. w Wielkiej Brytanii, Holandii i Niemczech. Z ich badań wynika, że produkty takie jak glo – urządzenie podgrzewające tytoń – zawierają mniej substancji toksycznych w aerozolu, ponieważ nie ulegają one spalaniu. Narażenie bezpośrednie i bierne na substancje toksyczne również jest niższe, jednak nadal potrzeba więcej badań, żeby określić potencjał tych produktów w redukcji szkód związanych z paleniem.

Udział produktów nowej generacji w polskim rynku tytoniowym wynosi na razie około 5 proc. Jednak BAT prognozuje, że ten segment będzie szybko rosnąć. Z szacunków grupy wynika, że do 2020 roku na świecie będzie 80 mln osób używających e-papierosy i ok. 20 mln użytkowników produktów podgrzewających tytoń, a przychody ze sprzedaży produktów tytoniowych i nikotynowych nowych generacji do 2022 mogą sięgać już około 5 mld funtów.

Produkty kultowych marek Anastasia Beverly Hills i Christophe Robin są już dostępne w Polsce. Na premierze obecni byli twórcy marek

0

Produkty kultowych marek Anastasia Beverly Hills i Christophe Robin są już dostępne w Polsce. Na premierze obecni byli twórcy marek 4

Anastasia Beverly Hills to potęga wśród marek beauty.  Znana jest przede wszystkim z wysokiej jakości kosmetyków do makijażu brwi, palet cieni oraz produktów do konturowania. Wszystkie zostały zaprojektowane tak, aby umiejętnie wymodelować twarz i podkreślić jej piękno. Z kolei marka Christophe Robin proponuje szeroką gamę produktów pielęgnacyjnych do włosów naturalnych lub po koloryzacji. Obie marki trafiły na półki sieci Sephora.

Kosmetyki amerykańskiej marki Anastasia Beverly Hills są uwielbiane przez wizażystów, influencerki i gwiazdy na całym świecie. Wszystkie miłośniczki makijażu w Polsce również z utęsknieniem czekały na jej premierę w drogeriach.

– Polska blogosfera czekała praktycznie kilka lat na pojawienie się Anastasii Beverly Hills. To już jest marka-ikona, o której marzą wszyscy początkujący makijażyści, marzy o niej również cała blogosfera, testując nowości, które się pojawiają i które rzeczywiście rozchodzą się w ciągu godziny – mówi agencji Newseria Sergiusz Osmański, dyrektor artystyczny, Sephora Polska.

Gościem specjalnym polskiej premiery była założycielka marki – Anastasia Soare. Kiedy pod koniec lat 80. przeprowadziła się ona z rodzinnej Rumunii do Ameryki i rozpoczęła pracę w salonie urody w Los Angeles, szybko zauważyła, że jej klientki nie przywiązują zbyt dużej wagi do brwi. Postanowiła więc, korzystając z matematycznego złotego podziału, wyznaczyć nowy kształt brwi oraz ich idealne proporcje. W 1997 roku Soare otworzyła własny salon urody, w którym „rzeźbiła” kobietom nowe brwi, a trzy lata później – markę Anastasia Beverly Hills. Jej klientkami były takie gwiazdy i modelki, jak Naomi Campbell, Cindy Crawford, Jennifer Lopez i Kim Kardashian.

– Marka bazuje na idei idealnego łuku brwiowego, który okazał się być opatentowanym i w tej chwili stanowi DNA tej marki. Oferta została uzupełniona również o kosmetyki do makijażu oczu i makijażu ust. Teraz czekamy na rozszerzenie linii, mamy nadzieję, że pojawią się kolejne produkty, które zachwycą nie tylko Polki, lecz także cały świat. Rewelacyjna jest przede wszystkim struktura tych kosmetyków, która pozwala na wykreowanie makijażu od bardzo intensywnego, po wręcz naturalny, neutralny – mówi Sergiusz Osmański.

Drugą marką, o której Polki marzyły by ją poznać, jest Christophe Robin. Jej twórca to ulubiony kolorysta aktorek i top modelek na całym świecie. Jego specjalne produkty pielęgnacyjne są opracowane tak, aby odżywić, wzmocnić i ochronić włosy naturalne lub po koloryzacji, narażone na szkodliwe działanie czynników chemicznych i zewnętrznych. Trwały rezultat uzyskuje dzięki innowacyjnym formułom opartym na rzadko spotykanych, znanych od wieków składnikach.

– Christophe Robin to marka, która stworzyła pojęcie idealnego koloru. Światowej sławy kolorysta, który przeniósł swoje lata pracy w biznesie fashion beauty na stworzenie linii do pielęgnacji włosów. Jest to linia bardzo bogata, a w tej chwili uzupełniona jeszcze o nowe produkty do domowej koloryzacji, które pozwalają uniknąć tak częstych wpadek, czyli zbyt żółtego odcienia, zbyt miedzianego, dzięki strukturom, które są zawarte w tych produktach – mówi Sergiusz Osmański.

Polki biorą na siebie większość obowiązków domowych. Ponad 60 proc. uważa, że radzi sobie z tym lepiej niż mężczyźni

Polki biorą na siebie większość obowiązków domowych. Ponad 60 proc. uważa, że radzi sobie z tym lepiej niż mężczyźni 5

Polacy wciąż dzielą obowiązki domowe według utartych schematów społecznych. Kobiety częściej zajmują się zmywaniem i praniem, mężczyźni – remontami i pracami naprawczymi. Polki często same biorą na siebie większość obowiązków – ponad 60 proc. uważa, że radzi sobie lepiej z gotowaniem, a ponad 70 proc. przypisuje sobie większe zdolności w praniu i prasowaniu. W przypadku tych dwóch ostatnich czynności także mężczyźni bardziej ufają swoim partnerkom. Jednocześnie Polki czują się zmęczone i przytłoczone nadmiarem prac domowych.

Coraz więcej Polaków przestaje traktować wykonywanie obowiązków domowych wyłącznie jako przykrą konieczność, dostrzegając w tym szansę na wspólne spędzanie czasu z bliskimi i pielęgnowanie rodzinnych relacji. Dla wielu rodziców jest to również pewnego rodzaju narzędzie wychowawcze, mające uczyć najmłodszych odpowiedzialności oraz współdziałania w grupie. Jak pokazuje raport „Podział obowiązków w polskich gospodarstwach domowych”, zrealizowany na zlecenie marki Indesit, dorośli chcą włączać dzieci w codzienne obowiązki domowe, nie zawsze mają jednak pomysł, jak powinni to zrobić.

– Sama koncepcja tego, żeby dziecko było również włączone w domowe obowiązki, żeby czuło się członkiem rodziny, który jest równie ważny i współodpowiedzialny za dom, to na pewno z tego raportu wybrzmiało – mówi agencji informacyjnej Newseria Maria Rotkiel, psycholog.

Z raportu wynika ponadto, że wśród Polaków obowiązki domowe wciąż dzielone są według stereotypowych schematów. W dużej mierze jest to decyzja kobiet, które uważają, że radzą sobie na tym polu znacznie lepiej niż mężczyźni. 82 proc. respondentek zadeklarowało, że są lepsze w wykonywaniu prania, 73 proc. uznaje efekt własnoręcznego prasowania za bardziej zadowalający, 67 proc. natomiast przypisuje sobie większe umiejętności kulinarne. Kobietom przypadają obowiązki związane z codziennym funkcjonowaniem, panowie wykonują natomiast prace wymagające umiejętności technicznych lub siły, np. remonty i prace naprawcze.

– Panowie przypisują sobie czynności, które raczej wykonujemy sporadycznie, raz na jakiś czas, bo gotowanie, sprzątanie robią kobiety codziennie, a panowie wykonują remont czy drobne naprawy raz na jakiś czas – mówi Maria Rotkiel.

Najchętniej i najczęściej wspólnie wykonywane obowiązki to zakupy i zajmowanie się dziećmi. 47 proc. ankietowanych pań nie zauważa różnic między sobą a swymi partnerami w kwestii opieki nad potomstwem, 42 proc. przy robieniu sprawunków, a 58 proc. przy wyrzucaniu śmieci.

Z raportu wynika jednak, że Polki czują się zanadto obciążone pracami domowymi i uważają, że poświęcają na nie zbyt dużo czasu – według raportu potrzebują na to nawet 5 godzin dziennie. Może to przerodzić się w głębsze poczucie frustracji i prowadzić do niepotrzebnych konfliktów w rodzinie.

– Polki czują się zmęczone i dostrzegają dysproporcję pomiędzy tym, ile czasu one poświęcają na domowe obowiązki, a pozostali członkowie rodziny, jednak pielęgnują w sobie przekonanie, że to one zrobią to lepiej. To przekonanie sprawia, że biorą na siebie większość obowiązków, nie cedując ich na pozostałych członków rodziny, czyli trochę pielęgnują w sobie takie poczucie niesprawiedliwości – mówi Maria Rotkiel.

Odpowiedzi mężczyzn są w dużej mierze zgodne z odczuciami kobiet. 72 proc. panów przypisuje sobie lepsze wykonywanie prac naprawczych, 69 proc. natomiast remontów domowych. 54 proc. bardziej ufa partnerkom niż sobie w kwestii prasowania, 46 proc. woli, gdy to kobiety wykonują pranie. 41 proc. chętnie powierza partnerkom gotowanie, uważając, że robią to lepiej. Jednocześnie 39 proc. respondentów uznało, że gotuje równie dobrze jak kobiety, 62 proc. uważa, że dorównuje im w kwestiach zakupów, a 60 proc. w opiece nad dziećmi.

– Osoba, która zajmuje się domem, czuje się odpowiedzialna za niego i rodzinę, ale też czuje się doceniona. Jeżeli więc chcemy dać naszym dzieciom czy partnerom takie poczucie, że są ważni, że ich doceniamy i cenimy sobie ich pomoc i codzienną pracę, to włączmy ich w domowe obowiązki – mówi Maria Rotkiel.

Do wspólnego wykonywania prac domowych zachęca marka Indesit poprzez kampanię HASHDoItTogether, czyli HASHZróbmyToRazem. Organizatorzy akcji przekonują, że włączanie w obowiązki domowe obojga partnerów oraz dzieci przyczynia się do oszczędności czasu, który można spożytkować na wspólną zabawę lub rozmowy. Nie mniej ważny jest jednak czas poświęcany na obowiązki, który może stać się płaszczyzną do pielęgnowania rodzinnych relacji, np. podczas przygotowywania obiadu przez wszystkich naszych najbliższych.

– Oprócz tego, że jest nam miło w czystym, zadbanym domu, to też nam jest miło, kiedy jesteśmy razem i kiedy wszyscy członkowie rodziny czują odpowiedzialność za to, jak ten dom wygląda i funkcjonuje – mówi Maria Rotkiel.

Po technologie blockchain sięga coraz więcej krajów. Dzięki szyfrowaniu danych administracja państwowa będzie mogła przetrwać, nawet w przypadku wojny

Po technologie blockchain sięga coraz więcej krajów. Dzięki szyfrowaniu danych administracja państwowa będzie mogła przetrwać, nawet w przypadku wojny 6

Technologia blockchain już jest praktycznie nie do złamania. Wraz z jej rozwojem, możliwości by dotrzeć do gromadzonych danych w gigantycznej, rozproszonej bazie będą niemożliwe. Dlatego coraz więcej krajów wdraża technologię blockchain do administracji. Pierwsze wdrożenia ma za sobą już Estonia. Również Dubaj i Bank Centralny Litwy przenoszą część swoich rejestrów na blockchain. Jak podkreśla prezes Cloud Community Europe w Polsce, w naszym kraju także niezbędne jest wprowadzenie tej technologii na poziomie państwowym.

– Blockchain jest technologią, która jest tak naprawdę w Europie w fazie dopiero tzw. proof of concept (faza polegająca na uzyskaniu dowodu słuszności koncepcji – przyp.red.). Ale ponieważ jej popularyzacja idzie bardzo szybko i wdrożenia blockchain są też coraz większe, coraz bardziej widoczne, to przygotowanie tej technologii jest coraz lepsze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Katarzyna Nietyksza, prezes Cloud Community Europe w Polsce.

Blockchain jest uważany za najbezpieczniejszą obecnie technologię przechowywania danych. To system rozproszonej bazy danych oparty na algorytmach matematycznych i kryptografii. Podstawowym elementem blockchain jest blok danych, który zawiera pakiet zaszyfrowanych informacji o przeprowadzanych transakcjach. Poszczególne bloki danych są ze sobą chronologicznie połączone, w efekcie powstaje łańcuch bloków (stąd nazwa „blockchain”), gdzie zmiana danych transakcji w jednym bloku zmienia wszystkie bloki, to zaś stanowi o bezpieczeństwie i pewności danych zawartych w blokach blockchain.

Taka rozproszona księga transakcji jest przechowywana na maszynach uczestników systemu na zasadzie peer-to-peer, czyli gdzie wszystkie strony pełnią równorzędną rolę w systemie wymiany danych.

– To rozproszenie, te transakcje tzw. peer-to-peer powodują, że jest praktycznie niemożliwe złamanie tej technologii, tym bardziej, że dane są szyfrowane. W odróżnieniu od normalnych centrów danych czy przetwarzania w chmurze, blockchain szyfrując dane chroni je na etapie początkowym w gigantycznej, rozproszonej bazie danych. Im bardziej ta technologia będzie się rozwijała, tym trudniej będzie ją złamać – przewiduje Anna Katarzyna Nietyksza.

Po możliwości, jakie daje blockchain sięga coraz więcej branż, ale też administracje państwowe. W Gruzji blockchain jest wykorzystywany do rejestracji, a także przy sprzedaży i zakupie tytułów własności gruntów. W Estonii udostępniany jest obywatelom serwis KSI blockchain – Keyless Signature Infrastructure, umożliwiający obywatelom dostęp do usług publicznych, który sprawia, że nawet przy ataku innego kraju, Estonia mogłaby nadal funkcjonować w świecie wirtualnym. Także Bank Centralny Litwy przenosi część swoich rejestrów na blockchain. Po technologie sięga coraz więcej innych krajów, w przyszłości czeka to także Polskę.

– Rejestry państwowe powoli będą przenoszone do blockchain po to, żeby zachować pełne szyfrowanie i pełne bezpieczeństwo danych. Mamy możliwość szyfrowania ich poprzez prywatny albo publiczny klucz, ale w przypadku właśnie blockchain ten prywatny klucz zapewnia jeszcze większe bezpieczeństwo. Wierzymy, że ta technologia będzie się rozwijać w kierunku bardzo wysokiego bezpieczeństwa. Dubaj przenosi większość swoich rejestrów na blockchain, szczególnie w przypadku infrastruktury krytycznej, u nas też się to stanie – podkreśla Anna Katarzyna Nietyksza.

Według raportu firmy badawczej Research and Markets, globalny rynek technologii blockchain ma wzrosnąć do 6 mld dolarów do 2023 roku.

Adaptacyjne poduszki awaryjnego lądowania złagodzą skutki wypadku z udziałem drona. W przyszłości mogą znaleźć zastosowanie nawet w samolotach

Adaptacyjne poduszki awaryjnego lądowania złagodzą skutki wypadku z udziałem drona. W przyszłości mogą znaleźć zastosowanie nawet w samolotach 7

Operowanie dronami w terenach zurbanizowanych jest obecnie zabronione. Uderzenie takiego urządzenia w głowę człowieka może być tragiczne w skutkach. Dzięki opracowanym przez polskich naukowców poduszkom adaptacyjnym awaryjnego lądowania znacząco może się poprawić bezpieczeństwo użytkowania dronów. W przyszłości poduszki adaptacyjne mogą znaleźć zastosowanie również w przypadku większych maszyn, takich jak na przykład samoloty odrzutowe.

– Adaptacyjne poduszki awaryjnego lądowania służą do ochrony statków powietrznych, głównie małych, typu drony, w sytuacjach awaryjnych. Ta ochrona może mieć zarówno aspekt ochrony samego statku, jak i – o czym coraz częściej się mówi – ochrony obiektu, w który statek uderza, np. jeśli dron ulegnie awarii nad stadionem pełnym ludzi, to naszym celem byłaby raczej ochrona ludzi, a nie samego statku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Przemysław Kołakowski, prezes zarządu spółki Adaptronica.

Na przestrzeni ostatnich lat doszło do wielu wypadków z udziałem dronów. W internecie są dostępne filmy pokazujące jak dron uderza na przykład w filmowaną właśnie parę młodą czy roztrzaskuje się o jeden z wieżowców w Nowym Jorku, a następnie spada na zatłoczony chodnik. Jak przekonują specjaliści, uderzenie przez obiekt o masie prawie pięciu kilogramów może być tragiczne w skutkach. Dzięki inteligentnym poduszkom awaryjnego lądowania można zmniejszyć w odpowiednim czasie siłę uderzenia, a co za tym idzie – ochronić zdrowie lub życie poszkodowanej osoby.

– Adaptacyjność poduszek powietrznych, w które wyposażone będą drony, polega na tym, że ich praca jest dostosowana do energii uderzenia, którą przewidujemy, że ten obiekt będzie miał. W celu oszacowania tej energii statki powietrzne są wyposażone w odpowiednie czujniki i znając szacunkową wartość tej energii kinetycznej, tuż przed uderzeniem jesteśmy w stanie dostosować pracę tej poduszki do jak najlepszego zaabsorbowania tej energii i jej rozproszenia – wyjaśnia Przemysław Kołakowski.

Poduszki są przeznaczone przede wszystkim do użytku cywilnego, ponieważ montuje się je w małych dronach o masie do pięciu kilogramów. Możliwa jest jednak jego adaptacja na potrzeby większych maszyn.

– W tej chwili rozmawiamy z producentem odrzutowca, którego masa jest powyżej tony i on się też interesuje tym rozwiązaniem, także przeskalowanie tego z drona o masie pięciu kilogramów dla statku, który będzie miał masę powyżej tony, będzie zdecydowanie wyzwaniem, natomiast jest to technologicznie osiągalne – twierdzi prezes spółki Adaptronica.

Firma zatrudniająca m.in. byłych doktorantów Instytutu Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk jest na etapie końcowego stadium realizacji projektu dofinansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Jego założeniem jest opracowanie działającego prototypu. To otworzy drogę do komercjalizacji rozwiązania, która przewidywana jest na 2020 r.

W debiucie rynkowym adaptacyjnych poduszek awaryjnego lądowania mogłoby pomóc wprowadzenie regulacji prawnych ustalających zasady bezpieczeństwa w operowaniu dronami.

– Jeśli prawo pójdzie w tę stronę, że powstaną regulacje dotyczące bezpieczeństwa operowania dronami, to być może będzie też taki wymóg, żeby te drony były wyposażone w systemy bezpieczeństwa chroniące przede wszystkim obiekty uderzane, czyli w najgorszym przypadku ludzi, ale też mienie, samochody czy budynki mieszkalne – uważa ekspert.

Zgodnie z przewidywaniami BI Intelligence w 2021 roku sprzedaż dronów na potrzeby cywilne wyniesie 29 mln sztuk. Dla porównania w 2018 roku wartość ta ma wynieść 13 mln sztuk.

Jak zarządzać i motywować pracowników w trudnych dla pracodawcy czasach?

Znalezienie dobrego pracownika jest trudną, wręcz wyrafinowaną sztuką. Ale o wiele większym wyzwaniem jest utrzymanie takiej osoby w naszej firmie. Jak radzić sobie z tym w czasach niskiego bezrobocia, emigrujących specjalistów i płacowej presji? Czy pieniądze to jedyna rzecz, którą zatrzymamy wartościowego pracownika?

W bardzo wielu firmach wciąż pokutuje wiara w to, że pieniądze, podwyżki, premie, prowizje, bony podarunkowe i inne formy finansowego uznania to najskuteczniejszy sposób utrzymywania i motywowania pracowników do tego, aby osiągali założone przez nas cele. Nie da się ukryć, że ten sposób może być bardzo skuteczny – w końcu wszyscy chodzimy do pracy właśnie po to, aby zarobić na utrzymanie siebie i najbliższych, spełnianie swoich marzeń i realizowanie pasji.

Przez wiele lat, zwłaszcza tuż po okresie transformacji, ten sposób myślenia trzymał się bardzo mocno. Wszyscy chcieliśmy zapomnieć o czasach, w których wszystkiego brakowało i spełnić swój amerykański sen o dobrobycie.

Jednak z biegiem lat coś zaczęło się zmieniać. Na rynek pracy zaczęły wchodzić nowe pokolenia, które nie pamiętają czasów niedoboru. Nawet niektórzy menedżerowie na wysokich stanowiskach zaczęli zauważać, że rosnąca pensja podnosi nasze zadowolenie z życia tylko do pewnego pułapu. Kiedy już zaspokoimy swoje potrzeby, zaczynamy dostrzegać, że źródłem satysfakcjonującego życia jest coś więcej, niż tylko pełne konto w banku.

To doświadczenie odnosi się też do naszych pracowników. Owszem, możemy konkurować z innymi firmami, stale podnosząc płace i premie, ale większość firm wcześniej czy później dochodzi do górnej granicy swoich możliwości. To oznacza, że jako pracodawcy nie możemy polegać wyłącznie na gratyfikacji finansowej.

Ten sposób zarządzania i motywowania, czyli popularna metoda kija i marchewki, na zachodzie przeszedł już dawno do lamusa. Dziś bardzo dużo mówi się tam (u nas – na szczęście – coraz częściej) o Zarządzaniu przez Motywację 3.0. Jest to sposób zarządzania, który w centrum zainteresowania stawia indywidualne potrzeby pracownika.

Każdego dnia, na każdego z nas, a zatem i naszych pracowników, oddziałuje 16 podstawowych potrzeb. Zostały one zdiagnozowane i opisane przez amerykańskiego psychologa klinicznego, prof. Stevena Reissa (http://reissprofile.pl/). Należą do nich: władza, niezależność, ciekawość, uznanie, porządek, gromadzenie, honor, idealizm, kontakty społeczne, rodzina, status, rewanż, piękno, jedzenie, aktywność fizyczna oraz spokój.

To od stopnia natężenia poszczególnych potrzeb zależą nasze wybory, nasze predyspozycje zawodowe a także stopień zaangażowania, z jakim zabieramy się do codziennej pracy. Przykładowo, osoba o wysokiej potrzebie władzy będzie dobrze czuć się w warunkach, w których będzie mogła zamanifestować swoje przywództwo i wpływ na innych. Ale osoba o niskiej potrzebie władzy bardziej niż przywództwo cenić będzie możliwość współpracy i współdziałania. Osoba o wysokiej potrzebie niezależności będzie najbardziej zmotywowana, gdy obejmie niezależne, samodzielne stanowisko, a osoba o niskiej potrzebie niezależności będzie dobrze czuć się podczas pracy z innymi. Osoba, która szczególnie wysoko ceni sobie wartości rodzinne, będzie czuła się dobrze w firmie, która nie utrudnia, a wręcz ułatwia spędzanie jak najwięcej czasu w domy: nie będzie nakłaniana do brania nadgodzin ani do częstych i długich podróży służbowych. Natomiast osoba o silnej potrzebie porządku będzie czuć się źle w firmie bez określonych procedur lub na stanowisku, które wymaga improwizacji i spontaniczności.

Takie warunki brzegowe można zastosować dla każdej z 16 potrzeb, ale aby było to naprawdę skuteczne, warto poświęcić czas i poznać indywidualne potrzeby pracowników, korzystając z profesjonalnych metod i doradztwa. Okaże się wówczas, że każdy pracownik ma własną, wewnętrzną mapę potrzeb i motywatorów, których zaspokojenie daje mu poczucie satysfakcji z wykonywanej pracy i chęć przynależności miejsca, w którym codziennie spędza kilka godzin. A dla nas zadowolony pracownik to największy kapitał.

Czy to znaczy, że motywacja finansowa jest już zupełnie nieskuteczna? Nie. Pamiętajmy jednak, że zadziała ona wyłącznie wtedy, kiedy wyraźnie wyniknie to z indywidualnego profilu motywacyjnego pracownika.

Ewa Jochheim – CEO i współzałożycielka Instytutu Durkalskiego RMP Polska, coach, trener. Kreatywna optymistka z niewyczerpalnymi pokładami energii. Pracując przez ostatnie 10 lat z ludźmi nad ich rozwojem zrozumiała, że nic w życiu nie daje satysfakcji, jeżeli nie mamy motywacji i pasji do tego co robimy.

Finaliści 16. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku

W tegorocznym finale polskiej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku znalazło się 14 przedsiębiorców z 11 firm. Wyłonieni finaliści reprezentują trzy kategorie konkursowe: Produkcję i Usługi, Nowe Technologie/Innowacyjność oraz Nowy Biznes. O tym, kto otrzyma tytuł Przedsiębiorcy Roku 2018, dowiemy się 22 listopada podczas uroczystej gali.

W finale 16. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku znaleźli się:

• Bartłomiej Skrzydlewski, Amplus
• Wiesław Żyznowski, Mercator Medical
• Adam Mokrysz, Mokate
• Wiktor Schmidt i Jakub Filipowski, Netguru
• Paweł Gurgul i Wojciech Gurgul, PGS Software
• Krzysztof Kostowski, PlayWay
• Edward Bajko, Spółdzielcza Mleczarnia Spomlek
• Jarosław Królewski, Synerise
• Michał Grams i Paweł Brach, TogetherData
• Dawid Wójcicki, Voicetel Communications
• Filip Granek, XTPL

W 16. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku po raz kolejny nagrodzimy twórców polskich firm, którzy zmieniają nasze otoczenie, wpływają na rozwój gospodarczy Polski, a co więcej – mają pasję i odwagę, aby realizować marzenia. Z prawdziwą satysfakcją obserwujemy jak zmieniają się firmy naszych laureatów oraz to, jak często – dzięki swojej elastyczności i innowacyjności – skutecznie konkurują na arenie międzynarodowej. Finaliści 16. edycji konkursu EY reprezentują szybko rosnące firmy, które mogą być inspiracją dla innych polskich przedsiębiorstw – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY. 

Cieszy nas, że do finału tegorocznej edycji konkursu dotarli przedsiębiorcy reprezentujący tak zróżnicowane biznesy. Wśród finalistów mamy zarówno liderów rynku rolno-spożywczego, jak i przedsiębiorców stojących na czele firm oferujących bardzo zaawansowane rozwiązania technologiczne. Łączy ich jedno – rewolucyjne podejście do biznesu, przez co wygrywają na rynku w swoich sektorach, czy to przez wprowadzanie najnowszych technologii na taśmę produkcyjną, czy tworzenie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji – dodaje Bartłomiej Smolarek, Partner w dziale Doradztwa Transakcyjnego EY, Audytor konkursu EY Przedsiębiorca Roku.

Niezależne od EY Jury podejmie decyzję o wyborze najlepszego przedsiębiorcy, uwzględniając takie obszary, jak: przedsiębiorczość, strategia, działalność międzynarodowa, innowacyjność oraz relacje z pracownikami i otoczeniem. W skład Jury wchodzą wybitne osobowości biznesu, w tym laureaci poprzednich edycji konkursu.

Zdobywcę tytułu EY Przedsiębiorca Roku 2018 oraz zwycięzców w kategoriach Produkcja i Usługi, Nowy Biznes, Nowe Technologie/Innowacyjność poznamy podczas Gali Finałowej, która odbędzie się w czwartek, 22 listopada. Wydarzenie będzie transmitowane TVN24 BiS. Zwycięzca konkursu będzie reprezentować Polskę podczas międzynarodowego finału, gdzie zmierzy się z laureatami lokalnych edycji konkursu z około 60 krajów. Gala World Entrepreneur of the Year odbędzie się w czerwcu 2019 roku, w Monte Carlo.

Firmy nie przerzuciły wyższych kosztów pracy na ceny

We wrześniu br. ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 1,9% w relacji do września 2017, i o 0,2% w porównaniu do sierpnia 2018 – podał GUS.

Jak na historyczne standardy inflacja jest niska – zwłaszcza po uwzględnieniu ostatnich wzrostów kosztów pracy. Wszystko zatem wskazuje, że przedsiębiorstwa zaabsorbowały wzrost cen – a nie przerzuciły go na konsumenta. Powinno to mieć konsekwencje w ich relatywnie gorszej sytuacji finansowej.

Wzrost ten znajduje się poniżej celu inflacyjnego NBP, ale mieści się w paśmie odchyleń określonym przez RPP (2,5% +/- 1 pp.). Oznacza to, że inflacja jest stabilna, a zatem zapowiedzi prezesa NBP o utrzymaniu stóp procentowych do końca 2019 wydają się wiążące.

Ceny największych kategorii w koszyku wzrosły nieznacznie powyżej średniej – żywność i napoje bezalkoholowe o 2,3% r/r, natomiast użytkowanie mieszkania lub domu i nośniki energii – o 2,2% r/r. W tej pierwszej kategorii wysokie wzrosty cen zanotowały jaja (21,9% – przy czym to wyraźny spadek tempa wzrostu cen w porównaniu do szczytu w grudniu 2017), warzywa (10,2%), pieczywo (5,9%, trend wzrostowy dynamiki cen od początku 2016), mięsa drobiowego (5,4%). Prawie 30-procentowy spadek ceny na przestrzeni roku odnotował cukier – dynamika jego cen wydaje się odbijać z wieloletnich minimów.

Odnotowano roczny wzrost czynszów o 4%, o 3,9% wzrosły ceny wywozu śmieci i o 5,6% – opału (w tym ostatnim przypadku obserwujemy wygasanie dodatniego trendu). Na przestrzeni roku największy wzrost cen odnotowała kategoria transport (7%) za sprawą wszystkich typów paliw: oleju napędowego (15,6%), benzyny (10,5%) oraz gazu (10,3%), chociaż w tym ostatnim przypadku wydaje się, że jesteśmy już za lipcową górką). Spadek cen obserwowaliśmy dla odzieży i obuwia (3,3%) oraz łączności (3,6%). Wśród rzadszych w koszyku dóbr na uwagę zasługuje niemal 5-procentowy wzrost cen książek oraz gazet i czasopism (odpowiednio 4,9% oraz 4,6%).

Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Kurs dolara, euro, funta i franka. Analiza techniczna 15.10.2018

Miniony tydzień nie rozpoczął się dobrze dla naszej waluty, jednak ostatecznie pod koniec tygodnia złotówka odzyskała siły. Od pewnego czasu handel na rynkach odbywa się pod wpływem informacji między innymi w sprawie włoskiego budżetu, potencjalnej końcówce negocjacji brexitowych czy niezmiennego stanowiska EBC.

Mateusz Wielewicki – analityk walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Mateusz Wielewicki – analityk walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 08.10.2017-15.10.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2820 3,7381 3,6988 4,8548
Maksimum 4,3214 3,7986 3,7774 4,9468

Kurs funta GBP/PLN

Kurs funta GBP/PLNZeszłotygodniowe silne umocnienie funta miało tylko krótkotrwały charakter. Jak to zwykle bywa w przypadku tej waluty było ono spowodowane kolejnymi doniesieniami w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Tym razem na inwestorów podziałały doniesienia odnośnie coraz bliższego końca negocjacji, a nawet wizja ich zakończenia. Jednakże jak to już w przeszłości bywało znowu pojawiły się pewne nieścisłości i tym samym negocjacje brexitowe z duża dozą prawdopodobieństwa potrwają kolejne dni. W dniu dzisiejszym premier Theresa May wyda oświadczenie, w którym to z pewnością nie zabraknie powyższego tematu. Będzie to kolejna okazja do zwiększenia zmienności na brytyjskiej walucie. Aktualnymi ograniczeniami dla kursu GBPPLN będą poziomy w okolicach 4,97 zł, oraz 4,78 zł.

Kurs euro EUR/PLN

Kurs euro EUR/PLNOsłabienie złotówki w pierwszej części poprzedniego tygodnia w stosunku do wspólnej waluty nie było najprawdopodobniej spowodowane siłą euro lecz wpływem silnego dolara na waluty z koszyka rynków wschodzących. Na wspólnej walucie od pewnego czasu ciążą niedociągnięcia związane z budżetem Włoch. Włoscy rządzący ani myśleli ugiąć się pod presją Unii, choć pod koniec tygodnia widać było światełko w tunelu to nadal nie widać końca konfliktu. Aktualnie jednak euro jest najtańsze od tygodnia. Jego cena znajduje się poniżej poziomu 4,30 zł, a dalsze spadki na EURPLN mogą napotkać pierwszy opór na poziomie 4,28, a następny w okolicy 4,26 zł. Dodatkowo Europejski Bank Centralny utrzymując swoje stanowisko dotyczące prowadzenia polityki monetarnej w strefie euro nie jest w stanie dać impulsów inwestorom.

Kurs dolara USD/PLN

Kurs dolara USD/PLNDobre dane z amerykańskiego rynku pracy po raz kolejny pokazały, że są w stanie umocnić pozycję dolara. Od poniedziałku bowiem amerykańska waluta szybko zyskiwała na wartości zbliżając się do poziomu 3,78 zł, czyli najwyższego poziomu od prawie 2 miesięcy. Jednak brak jakichkolwiek innych umacniających dolara odczytów, kolejna już krytyka Rezerwy Federalnej przez Donalda Trumpa, a także, co najważniejsze, mała skuteczność wojny handlowej z Chinami nie pozwoliła utrzymać tej ceny dolara. W bardzo krótkim czasie amerykańska waluta potaniała o 7 groszy. Tyle samo pozostało jej również do najbliższego istotniejszego oporu, który znajdziemy na poziomie 3,63 zł.

Kurs franka CHF/PLN

Kurs franka CHF/PLNOd końca września notowania pary CHFPLN poruszają się w 6-cio groszowym trendzie bocznym. Jego górna granica znajduje się w okolicy poziomu 3,80 zł, z kolei jego dolne ograniczenie występuje przy poziomie 3,74 zł. Ostatni tydzień na tym instrumencie przebiegał bardzo podobnie jak w przypadku chociażby pary EURPLN. Pierwsze dni to osłabienie złotówki w skutek bardzo silnego dolara co przełożyło się również na notowania na wykres CHFPLN, a końcówka tygodnia to praktycznie odrobienie całości strat przez złotówkę.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Kurs dolara w dół mimo sprzyjających warunków rynkowych

Choć obserwujemy wzrost ryzyka na rynkach, ubiegły tydzień nie przyniósł umocnienia dolara amerykańskiego, zyskiwały natomiast niektóre waluty rynków wschodzących, w tym polski złoty.

Ubiegły tydzień przyniósł interesujące zmiany na rynkach finansowych. Bezlitosna wyprzedaż globalnych akcji, jak i rosnąca awersja do ryzyka, nie przełożyły się na aprecjację dolara amerykańskiego, który osłabił się względem niemal wszystkich walut G10 z wyjątkiem dolara kanadyjskiego. Co więcej, USD tracił nawet względem walut części krajów zaliczanych do grupy rynków wschodzących, w tym do polskiego złotego. Na rosnącej awersji do ryzyka nieco zyskiwał natomiast jen japoński. Wyraźnej aprecjacji doświadczyły także lira turecka, rand południowoafrykański i real brazylijski – w każdym przypadku ze względu na poprawę wewnętrznego klimatu politycznego.

Wobec braku kluczowych wiadomości makroekonomicznych i zmian w polityce monetarnej, w najbliższym tygodniu rynki prawdopodobnie będą nadal koncentrować się na związku pomiędzy rentownościami obligacji USA, aktywami uznawanymi za ryzykowne, jak i kursami walut. Niespotykana rozbieżność między zachowaniem dolara amerykańskiego a wyższymi rentownościami długoterminowych stóp procentowych w USA może być jedną z najciekawszych anomalii istotnych dla rynków finansowych, oczywiście, jeśli taka tendencja zostanie utrzymana.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł lekkie umocnienie złotego w relacji do głównych walut. Polska waluta najmocniej zyskiwała w parze z funtem brytyjskim i dolarem amerykańskim.

W kontekście minionego tygodnia warto podkreślić, iż agencja S&P podjęła decyzję o podniesieniu ratingu wiarygodności kredytowej Polski z poziomu BBB+ do A-, tym samym rating powrócił do poziomu sprzed obniżki z początku 2016 r. W komunikacie agencja podkreśliła, że na decyzję miały wpływ m.in. poprawa sytuacji fiskalnej kraju oraz stabilny wzrost gospodarczy, tym samym fundamenty gospodarcze ostatecznie przeważyły nad kwestiami politycznymi. W związku z tym, iż decyzja S&P nie była zawarta w wycenie złotego, polska waluta rozpoczyna tydzień umocnieniem. Agencja Fitch Ratings, która podejmowała decyzję tego samego dnia nie zdecydowała się ani na zmianę ratingu, ani perspektywy.

Najbliższy tydzień przyniesie stosunkowo dużo informacji z Polski, w tym: rewizję odczytu inflacji CPI we wrześniu, dane o dynamice zatrudnienia i płac we wrześniu oraz dane o inflacji bazowej.

GBP

Optymistyczne doniesienia o stanie negocjacji ws. Brexitu pozwoliły funtowi brytyjskiemu na utrzymanie względnie stabilnego kursu przez większość minionego tygodnia. Niemniej, w momencie pisania tego komentarza funt utracił niemal wszystkie ostatnie zyski – według najnowszych informacji negocjacje między Unią Europejską a Wielką Brytanią przez weekend nie posunęły się do przodu, w związku z tym ostateczne porozumienie może nie zostać osiągnięte przed ustalonym terminem w październiku.

We wtorek zostaną opublikowane dane na temat wynagrodzeń w Wielkiej Brytanii, w środę poznamy z kolei odczyty inflacyjne dla kraju. Warto je obserwować, z uwagi na fakt, iż to właśnie te (i kolejne podobne) odczyty w największym stopniu będą determinowały przyszłe działania Banku Anglii.

EUR

Sytuacja gospodarcza w strefie euro nadal pozostaje w cieniu konfliktu prawicowo-populistycznego rządu Włoch z Brukselą – koalicja rządowa zamierza bowiem zignorować wytyczne Unii Europejskiej w kwestii wielkość deficytu budżetowego. Warto jednak zauważyć, że produkcja przemysłowa Wspólnoty osiągnęła znacznie lepszy wynik niż oczekiwał konsensus, i niewiele wskazuje na to, żeby w ostatnich miesiącach strefa euro miała doświadczyć spowolnienia. Niemniej impas w kwestii Włoch może okazać się wyniszczający dla wspólnej waluty – 15 października mija bowiem termin, do którego Włochy muszą przekazać Komisji Europejskiej plan budżetu kraju.

USD

Największym zaskoczeniem minionego tygodnia jest fakt, że mimo rosnącej awersji do ryzyka i wyprzedaży na rynku akcji, dolar nie był w stanie się umocnić. Jest to tym bardziej niezwykłe, zważywszy na to, że amerykańskie rynkowe stopy procentowe nie obniżyły się tak bardzo, jak można by oczekiwać, biorąc pod uwagę spadki na rynku akcji i rozczarowujące dane o wrześniowej inflacji w USA. Indeks CPI pokazał dramatyczny spadek dynamiki cen z poziomu 2,7% do 2,3% w ujęciu rocznym. Otrzymaliśmy również nieco mniej dramatyczną, ale być może bardziej znaczącą, niespodziankę w postaci stabilizacji inflacji bazowej, która również zanotowała wynik o 0,1 p.p. gorszy od oczekiwań.

W tym tygodniu opublikowane zostaną dane o sprzedaży detalicznej we wrześniu, w środę z kolei poznamy „minutki” z ostatniego spotkania FOMC. Przede wszystkim jednak warto będzie obserwować jednak kształtowanie się relacji między dolarem amerykańskim i rentownościami obligacji.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Kurs funta w dół. Inflacja w Polsce

Sprawa granicy lądowej między Irlandią a Irlandią Północną jednak nie jest domknięta, a kolejne fiasko negocjacji osłabia funta. Zaktualizowane dane na temat inflacji w Polsce.

Brexitowa huśtawka funta

Miniony tydzień charakteryzowało umocnienie funta. Jednym z głównym czynników uzasadniającym ten scenariusz było zwiększenie szans na tzw. “miękki Brexit”. Jest to rozwiązanie, w którym do końca terminu Wielka Brytania uzyskuje porozumienie z Unią Europejską we wszystkich ważnych kwestiach oraz powstają wystarczająco okresy przejściowe by nie tworzyć gwałtownych zmian. Weekendowe negocjacje i brak ustaleń pokazały jednak, że wcale nie jest tak dobrze jak dotychczas sądzono. Dlatego obserwowaliśmy spadki funta w piątek i na dzisiejszym otwarciu. Co ciekawe jako powód niezgody ponownie powróciła granica lądowa pomiędzy Irlandiami. Wielu analityków obawia się, że kolejny impas w tej samej sprawie spowoduje, że kolejne rundy negocjacyjne zostaną ustalone w dalszej przyszłości co dodatkowo opóźni proces. Taki właśnie scenariusz przedłużyłby niepewność, która działa na niekorzyść brytyjskiej waluty.

Inflacja jednak nie zwalnia tak szybko

Poznaliśmy dzisiaj finalne dane na temat inflacji za wrzesień. Dotychczasowy wynik wynosił 1,8%, dzisiaj został podniesiony do 1,9%. Dlaczego tak? Dane statystyczne podaje się z pewnym przybliżeniem, by wystarczająco dokładne trafiały odpowiednio szybko na rynek. Potem po zebraniu wszystkich danych dodaje się aktualizacje. Najczęściej są to bardzo niewielkie zmiany. W tym wypadku jest to dość istotna różnica. Po 3 miesiącach 2% inflacji mieliśmy spadek, obecnie redukcja jest już nie o 0,2% a o 0,1%. Są to szczególnie ważne dane z perspektywy stóp procentowych. Jeżeli coś miałoby doprowadzić obecnie w Polsce do podwyżki stóp do właśnie zagrożenie wystrzałem w  górę inflacji. Taki scenariusz działałby na umocnienie złotego względem innych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – bilans płatniczy
  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czy leasing będzie nadal się opłacał? Od 1 stycznia 2019 r. zmiany podatkowe

Magda Sławińska-Rzemek
Magda Sławińska-Rzemek, ekspert podatkowy w firmie inFakt

Nowelizacja ustawy o podatku dochodowym wprowadzająca zmiany w rozliczaniu samochodów osobowych w działalności gospodarczej trafiła do Sejmu. Ministerstwo Finansów zrezygnowało z niektórych restrykcyjnych propozycji, które pojawiły się na wcześniejszym etapie prac.

W projekcie skierowanym do Sejmu utrzymana została propozycja podwyższenia wartości początkowej dla potrzeb amortyzacji samochodu osobowego do 150 000 zł. Zaproponowano również, aby wartość początkowa samochodu osobowego, który jest samochodem elektrycznym, wynosiła 225 000 zł.  Przedsiębiorcy z pewnością przyjmą tę zmianę z zadowoleniem, ponieważ będą mogli rozliczać w kosztach amortyzację samochodu osobowego do wysokości 150 000 zł, a nie (jak to jest obecnie) do wysokości 20 000 euro (czyli ok. 80 000 zł).

Ministerstwo proponuje limitowanie możliwości zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów wydatków eksploatacyjnych, ale limit ten zostanie podwyższony z 50 do 75% rzeczywiście poniesionych wydatków w przypadku samochodów osobowych wykorzystywanych zarówno w działalności gospodarczej przedsiębiorcy, jak i prywatnie. Za samochody wykorzystywane prywatnie uznawane będą samochody, dla których nie jest prowadzona ewidencja przebiegu pojazdu dla celów podatku VAT. Co ważne, w sytuacji gdy opłata za leasing zostanie skalkulowana tak, że obejmie koszty eksploatacyjne, do tej części opłaty należy zastosować limit 75%.

Przedsiębiorcy będą mieli możliwość zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów również wydatki poniesione na zapłatę rat leasingowych, ale tylko do wysokości wynikającej z proporcji, w jakiej kwota 150 000 zł pozostaje do wartości początkowej samochodu. W praktyce oznacza to, że dla samochodów do wartości 150 000 zł (kwota netto + VAT niepodlegający odliczeniu) będzie można rozliczyć w kosztach całą wartość zapłaconych rat leasingowych. Natomiast dla samochodów o wyższej wartości będzie można rozliczyć wyłącznie część poniesionych wydatków, do wysokości wynikającej z proporcji.

Koszt zapłaconych składek na ubezpieczenie samochodu osobowego będzie można rozliczyć również do wysokości, w jakiej kwota 150 000 zł pozostaje do wartości samochodu przyjętej dla celów ubezpieczenia. W konsekwencji, dla samochodów o wartości do 150 000 zł będzie można rozliczyć w kosztach całość zapłaconych składek, a powyżej tej wartości tylko we wskazanej proporcji.

Ustawa, zgodnie z planami Ministerstwa, ma wejść w życie z dniem 1 stycznia 2019 r. Po jej wejściu w życie do umów leasingowych zawartych przed dniem 1 stycznia 2019 r. będą mieć zastosowanie przepisy obecnie obowiązujące.  Oznacza to, że przedsiębiorcy, którzy zawarli umowy leasingu przed dniem 1 stycznia 2019 r., będą mogli rozliczyć w kosztach uzyskania przychodów raty leasingowe w pełnej wysokości.  Jeżeli zaś zawarta przed 1 stycznia 2019 r. umowa leasingowa po tej dacie zostanie zmieniona lub odnowiona, raty leasingowe należy rozliczać na nowych zasadach.

Podwyższony limit amortyzacji samochodów osobowych będzie można stosować do samochodów wprowadzonych do Ewidencji Środków Trwałych po dniu 31 grudnia 2018 r. W przypadku zaś samochodów elektrycznych podwyższony limit amortyzacji będzie można stosować do pojazdów oddanych do używania po dniu ogłoszenia pozytywnej decyzji Komisji Europejskiej o zgodności pomocy publicznej ze wspólnym rynkiem lub stwierdzeniu, że przepisy te pomocy publicznej nie stanowią.

Podsumowując, Ministerstwo Finansów dąży do równania sposobu rozliczania kosztów samochodu, który jest własnością przedsiębiorcy i stanowi środek trwały w działalności oraz tego, który przedsiębiorca użytkuje na podstawie umowy leasingu – o czym świadczy podniesienie wartości początkowej dla celów amortyzacji oraz wprowadzenie limitu w rozliczaniu w kosztach rat leasingowych. Jeżeli Komisja Europejska zaaprobuje wprowadzane rozwiązanie, widoczne będzie znaczne uprzywilejowanie samochodów elektrycznych. Co ciekawe, leasing tych samochodów nie będzie już tak bardzo opłacalny, bo rozliczany będzie tak samo jak w przypadku innych samochodów.

Ważną zmianą dla wszystkich przedsiębiorców na pewno będzie ograniczenie możliwości rozliczenia w kosztach uzyskania przychodów wydatków poczynionych na cele eksploatacyjne, w przypadku gdy samochód wykorzystywany jest przez przedsiębiorcę w działalności gospodarczej oraz prywatnie, bowiem zawsze będzie można rozliczyć wyłącznie do 75% poniesionych wydatków.

Alior Bank nawiązał współpracę z największym bankiem na Ukrainie – PrivatBankiem

Alior Bank nawiązał współpracę z największym bankiem na Ukrainie – PrivatBankiem. Korzystając z nowych możliwości, Kantor Walutowy Alior Banku przygotował specjalną ofertę dla obywateli Ukrainy mieszkających w Polsce, udostępniając im darmowe przelewy w euro do PrivatBanku. W ramach promocji klienci mogą skorzystać także ze spreadu niższego o 30%.

To specjalna oferta dla obywateli Ukrainy mieszkających w Polsce i korzystających z usług Kantoru Walutowego. W jej ramach instytucje udostępniają darmowe przelewy w euro środków zakupionych przez Kantor Walutowy i wysyłanych w opcji kosztowej SHA, czyli takiej, gdzue koszty związane z realizacją przelewu dzielone są pomiędzy zleceniodawcę i beneficjenta przelewu. Dzięki współpracy Alior Banku i PrivatBanku te opłaty nie są pobierane.

Alior Bank nie pobierze żadnej opłaty również przy przelewach dolarów amerykańskich (USD) do PrivatBanku pod warunkiem kupna środków w Kantorze Walutowym. Kwota 3 USD zostanie potrącona z kwoty przelewu tylko przez bank pośredniczący.

Za przelewy z Kantoru Walutowego do innych banków ukraińskich, pod warunkiem zrealizowania ich w opcji kosztowej SHA, Alior Bank również nie pobierze żadnych opłat. Należy jednak pamiętać o kosztach innych banków pośredniczących.

Dodatkowo w ramach nowej oferty Alior Bank obniży spread (różnica kursowa między ceną kupna a sprzedaży waluty) o 30% w porównaniu do standardowej oferty dla klientów Kantoru Walutowego. Warunkiem otrzymania niższego spreadu na okres 30 dni jest rejestracja w Kantorze Walutowym z kodem UKRAINA2018  do końca roku.

Jednocześnie Alior Bank przypomina, że aby obywatele Ukrainy mogli założyć bezpłatne konto w Kantorze Walutowym, muszą w pierwszej kolejności udać się do oddziału Alior Banku. Należy pamiętać o zabraniu ze sobą paszportu oraz dokumentu potwierdzającego legalny pobyt na terenie Polski (np. karty pobytu lub wizy). Następnie wystarczy już tylko zarejestrować konto w Kantorze Walutowym online. Dane do logowania, umowa oraz inne dokumenty zostaną wysłane drogą mailową.

Zrównoważony rozwój i przemysł idą w parze

Według raportu World Energy Outlook z 2016 roku sektor przemysłu na całym świecie  zużywa jedną trzecią wszystkich zasobów energii, a przy tym odpowiada aż za 85 proc. emisji CO2. Co więcej, w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zużycie energii wzrosło o 50 proc. i wciąż rośnie. Aby uniknąć katastrofy klimatyczno-energetycznej, należy zarówno zmniejszyć intensywność emisji dwutlenku węgla, jak i poprawić wydajność w przemyśle. Trzykrotnie.

Usprawnienie procesu zarządzania energią gwarantuje automatyzacja i cyfryzacja zakładów przemysłowych. Przy odpowiednich rozwiązaniach, można liczyć na zmniejszenie zużycia energii oraz jej kosztów nawet o 30 proc. W skali globalnej to niewyobrażalnie dużo. Jeśli każda firma przemysłowa na świecie zaoszczędziłaby 30 proc. energii, którą obecnie zużywa, jako ludzkość bylibyśmy zdecydowanie bliżej zlikwidowania aktualnych problemów klimatyczno-energetycznych. Rozwiązania takie jak cyfryzacja i IoT pomogą w oszczędnościach i mądrym zużyciu energii.

Jacek Łukaszewski, Prezes Schneider Electric Polska
Jacek Łukaszewski, Prezes Schneider Electric Polska

Cyfrowa transformacja przemysłu ma w zamyśle zintegrowanie wszystkich urządzeń. Ułatwia to wgląd w zużycie energii w czasie rzeczywistym. Wizualizacja ta jest niezbędna dla przemysłu. Nie tylko jeśli chodzi o zużycie energii i odpadów, ale też dzięki architekturze systemu pozwala każdemu pracownikowi, od operatora po kierownika zakładu, podejmować odpowiednie działania – wyjaśnia Jacek Łukaszewski, Prezes Schneider Electric.

Optymalizacja kluczem do sukcesu

Cyfrowa transformacja przemysłu daje personelowi zakładu wachlarz narzędzi, dzięki którym może on dokładniej identyfikować błędy. Dużo łatwiej może zlokalizować wymagania w zakresie konserwacji, a następnie wysyłać właściwą osobę, gdy potrzebna jest interwencja człowieka.

Usprawnienie produkcji poprzez lokalizację, a tym samym ograniczenie transportu jest kolejnym sposobem na „lepszą produkcję” i poprawę zrównoważonego rozwoju firmy oraz optymalizację łańcuchów dostaw.  Automatyzacja prostych procesów i monitorowanie zużycia energii w połączeniu z podnoszeniem kwalifikacji personelu zakładu i operatorów we wszystkich regionach geograficznych oraz gospodarkach może zwiastować nową wizję świata przemysłowego.

Energia odnawialna

Równie ważne w zrównoważonym rozwoju i przemyśle jest wydajniejsze eksploatowanie energii odnawialnej. Nie ma wątpliwości, że jest to najprostszy, najtańszy, najszybszy i najbardziej opłacalny sposób na oszczędność oraz dbanie o środowisko naturalne. W wielu branżach istnieje ogromny niewykorzystany potencjał na bardziej ekonomiczne zużycie energii. Pomocna w tym zakresie okazuje się zaawansowana technologia, która pomoże złagodzić negatywny wpływ na środowisko.

XXI wiek może stać się w tym zakresie przełomowy. Trend zero waste, czyli maksymalne ograniczenie produkowanych odpadów, recykling, a przede wszystkim korzystanie z odnawialnych źródeł energii (OZE) zredukuje emisję CO2. Ze zobowiązań wynikających m.in. z pakietu klimatycznego 3×20 wynika, że do 2020 roku sama Polska ma obowiązek uzyskać 15 proc. udziału OZE w zużyciu energii. Już teraz Urząd Regulacji Energetyki informuje, że na koniec września 2017 roku ze wszystkich źródeł OZE najwięcej było w Polsce farm wiatrowych – ich łączna moc wyniosła 5 848,671 MW – na koniec 2016 roku było to 5 807,416 MW.  Przemysł i zrównoważony rozwój nie wykluczają się już wzajemnie. Producenci przemysłowi mają teraz do dyspozycji narzędzia, które pomagają im podejmować decyzje dotyczące zrównoważonego rozwoju bez narażania na szwank swojej działalności. W rzeczywistości w wielu przypadkach działania na rzecz zrównoważonego rozwoju – dobre dla planety, mogą również przynieść nowe możliwości biznesowe i przyciągnąć nowych klientów. Jest to zmiana, która na początku może zająć trochę czasu i wysiłku, ale zwrot z inwestycji nastąpi na wielu poziomach.

Mniejszy koszyk dużym wyzwaniem dla handlu przyszłości

  • Zmiany demograficzne i dynamiczny styl życia konsumentów wpływają na kształt rynku detalicznego.
  • Dogodna lokalizacja i szybkość realizacji zakupów to priorytety dla nowego pokolenia konsumentów.
  • Wzrośnie sprzedaż łatwej do przygotowania, porcjowanej żywność oraz produktów on-the-go.

Jesteśmy naocznymi świadkami przełomu w branży retail. Postępujące globalne zmiany społeczne mają bezpośredni wpływ na zachowania zakupowe konsumentów. Starzenie się społeczeństwa, spadek dzietności czy wzrost zatrudnienia kobiet na kierowniczych stanowiskach oraz rozwój miast i towarzyszące mu życie w pośpiechu kształtują obecne trendy wskazując kierunek zmian. Konsument w 2018 roku coraz częściej robi zakupy on-line, od konwencjonalnych sklepów oczekując dobrej lokalizacji i dostępności produktów pierwszej potrzeby. Jak zmieni się w ciągu najbliższych 15 lat? Na co powinni postawić detaliści, by sprostać jego oczekiwaniom?

Po pierwsze: lokalizacja.

Bogdan Łukasik, przewodniczący rady nadzorczej Modern Expo Group
Bogdan Łukasik, przewodniczący rady nadzorczej Modern Expo Group

Wg przewidywań Organizacji Narodów Zjednoczonych, do 2030 roku w Europie osoby w wieku emerytalnym będą stanowić 37 procent populacji. – Wzrost odsetka osób w wieku poprodukcyjnym wśród konsumentów będzie miał swoje skutki dla handlu. Ograniczone możliwości finansowe po przejściu na emeryturę, skutkują zmniejszeniem koszyka zakupów – mówi Bogdan Łukasik, przewodniczący rady nadzorczej Modern Expo Group – międzynarodowego producenta i dostawcy kompleksowego wyposażenia dla branży retail.

By skutecznie konkurować o udział w budżecie seniora, trzeba w swoich planach biznesowych wziąć pod uwagę jego potrzeby. W tym wypadku na pierwszy plan wysuwa się lokalizacja sklepu. Ze względu na wynikające z wieku ograniczenia ruchowe i zdrowotne, seniorzy chętniej odwiedzą dobrze zaopatrzony sklep w najbliższej okolicy.

– Lokalne sklepy z ofertą niedrogich produktów wysokiej jakości mają szansę zyskać na zmianach demograficznych – przewiduje ekspert Modern Expo. Jednak odpowiednie zatowarowanie nie wystarczy, by klient nie wyszedł z pustym koszykiem. Kluczowa jest też ekspozycja. Coraz słabszy wzrok starzejących się konsumentów może nie wyłapać poszukiwanych produktów na gęsto zastawionych półkach. – Ze względu na małą powierzchnię, miejsce na półkach jest deficytowym towarem. Tu z pomocą przychodzą nowoczesne meble sklepowe z czytelnymi, podświetlanymi cenami. Odpowiednio dobrane wyposażenie pozwala ułożyć konkretne towary w taki sposób, by były łatwo dostępne, dzięki czemu klient nie przeoczy niczego z oferty sklepu – dodaje Bogdan Łukasik.

Blisko, często, lekko

Dogodna lokalizacja będzie też jednym z decydujących czynników w wypadku małych zakupów rodzinnych. – Ze względu na spadającą dzietność, kurczą się gospodarstwa domowe. Mniejsze rodziny mają mniejsze potrzeby. Dlatego wielkie, rodzinne, weekendowe zakupy w oddalonych, wielkopowierzchniowych sklepach stopniowo odejdą do lamusa – diagnozuje Łukasik. Zamiast wypchanego wózka raz na tydzień, klienci coraz częściej wybierają codzienny koszyk świeżych produktów z lokalnego sklepu. Drobne zakupy, wykonywane przez jedną osobę z rodziny, będą musiały być lekkie, by łatwo było przynieść je do domu. Dlatego kupujący będą się zaopatrywać w porcjowane produkty – które łatwo podzielić między niewielką rodzinę i równie łatwo uzupełnić wracając do pobliskiego sklepu.

Wielkie miasta, małe sklepy

Jak podaje ONZ, do 2023 roku aż 58% populacji świata będzie żyło w miastach, przez co globalna liczba ich mieszkańców wzrośnie do 481 milionów. Według prognoz, negatywne skutki tego zjawiska dotkną nas wszystkich – ulice będą jeszcze bardziej zakorkowane, a mieszkania coraz mniejsze. W obliczu tych zmian staną również właściciele sklepów. Klienci będą mogli poświęcić coraz mniej czasu na zakupy, zmniejszy się również powierzchnia magazynowa sklepów.

Zakupy przyszłości będą częstsze i mniejsze. Konsumenci wybiorą sklepy o mniejszej powierzchni, w których można szybko wybrać towar i kupić go bez czekania w kolejce do kasy. – Małe sklepy zaopatrzone w towary on-the-go dla zabieganych oraz żywność gotowa do podania po podgrzaniu to przyszłość wielkich miast – podsumowuje ekspert z Modern Expo i dodaje: – Mały sklep chętnie odwiedzą zapracowane kobiety, które w przeciwieństwie do modelu z poprzednich dekad nie są już skłonne spędzać swojego wolnego czasu na zakupach. Wolą uzupełnić zapasy na bieżąco lub on-line z dostawą do domu.

Nowe oblicze handlu

Zmieniający się świat niezaprzeczalnie wpływa na kształt rynku, na którym każdy nowoczesny detalista będzie musiał odnaleźć miejsce dla swojego biznesu – zauważa Bogdan Łukasik. Łatwa płatność i sprawna dostawa to punkt obowiązkowy na drodze ku nowemu obliczu handlu. Niezależnie czy będzie to zmiana lokalizacji, dostawa do domu, optymalizacja powierzchni i ekspozycji czy nowoczesna obsługa, wprowadzone zmiany będą odpowiedzią na potrzeby klientów, a to zawsze służy wzrostowi zysków.

Klient BMW to bywalec siłowni a Volvo to ojciec rodziny? Analiza danych mówi co innego

Kim jest i czego szuka w sieci osoba mająca częsty kontakt z marką Volvo? Co ciekawi użytkowników zainteresowanych firmą Dior lub Apple? Na te pytania postanowiła odpowiedzieć firma Cloud Technologies specjalizująca się w Big Data marketingu.

Firma przeanalizowała ponad 21 mld anonimowych profili internautów z całego świata, sprawdzając jacy użytkownicy poszukują informacji o danej marce. I porównała je z profilem przeciętnego internauty. Na analityczny celownik wzięto m.in. 15,5 mln internautów zainteresowanych marką BMW, 14,5 mln szukających informacji o marce Samsung, 4,8 mln profili internautów zainteresowanych marką Dior i wiele innych.

Z przetworzonych cyfrowych śladów pozostawionych w Internecie można uzyskać dokładny, anonimowy profil danej osoby: kiedy i ile razy poszukiwała ona informacji na temat danej marki, czym się interesuje, jakie serwisy odwiedza, w jakim jest wieku, ile czasu spędza online.  I przede wszystkim – czym dana grupa wyróżnia się na tle populacji lub innej grupy. W sumie stworzyliśmy segmenty internautów poszukujących informacji na temat 270 globalnych marek. Są wśród nich zarówno marki odzieżowe, sportowe, telekomunikacyjne, elektroniki użytkowej, FMCG, jak i paliwowe czy skierowane do rodziców małych dzieci –  tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Wbrew stereotypom

Wyniki analiz mają być wskazówką dla marek w jaki sposób najlepiej trafić do klienta. Dobrze to widać na przykładzie choćby marek samochodowych. Czym, według analizy Cloud Technologies, osoby zainteresowane firmą BMW, wyróżniają się od przeciętnego internauty? Okazuje się, że ich internetowy profil jest daleki od stereotypu agresywnego na drodze, młodego mężczyzny. W tej grupie wyraźnie częściej niż w społeczeństwie występują osoby w wieku 45-54 lata, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Zaskoczeń jest więcej.

– Wśród osób poszukujących informacji na temat BMW wyraźnie częściej niż w ogóle populacji pojawia się zainteresowanie stabilną sytuacją finansową i bezpieczną przyszłością. Dlatego użytkownicy z segmentu BMW częściej niż przeciętny internauta interesują się inwestycjami i programami emerytalnymi. Co ciekawe, pasjonują się też polityką. Wyróżniają się też śledzeniem informacji dotyczącymi piłki nożnej i zamiłowaniem do psów oraz kotów. Co więcej, w porównaniu do przeciętnego użytkownika Internetu, znacznie częściej szuka on informacji o aktywnych sposobach spędzania wolnego czasu, podróżach i teatrze. Z analiz profili internetowych wyłania się zupełnie inny obraz osoby zainteresowanej marką BMW różniący się od stereotypowego – tłumaczy Piotr Prajsnar.

Okazuje się też, że profil użytkownika zainteresowanego marką Volvo różni się od internautów z segmentu BMW. Zdecydowanie częściej niż przeciętny użytkownik sieci penetruje on Internet w poszukiwaniu informacji na temat rynku motoryzacyjnego. Często porównuje różne modele aut, nie tylko z myślą o zakupie. Pasjonat motoryzacji? Owszem, ponieważ chętnie czyta nie tylko o autach, ale i o motocyklach. Zainteresowania wyróżniające klienta Volvo na tle populacji, to również literatura, fotografia oraz sztuka. W przypadku obu marek najbardziej wyróżniającą się grupą wiekową są osoby w wieku 45-54 lat (zarówno kobiety, jak i mężczyźni, bez wyraźnych dysproporcji).

Sposób na lepszą reklamę?

– Dane, które zebraliśmy i pogrupowaliśmy, pozwalają efektywniejsze wykorzystywanie budżetów marketingowych, bo pomagają zdecydowanie bardziej precyzyjne dotrzeć do grup odbiorców, którzy mieli styczność z produktami, np. Skody czy Samsunga. Dzięki temu, marki mogą trafiać do użytkowników, faktycznie nimi zainteresowanych. Dla internautów taka precyzyjna analiza oznacza jedno: mniej inwazyjnych reklam w Sieci – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Z danych OnAudience.com wynika, że masowa, niedopasowana do zainteresowań internautów reklama, to poważny problem i dla internautów, i dla reklamodawców, i dla wydawców. Nic więc dziwnego, że w Polsce aż 46 proc. reklam jest blokowanych przez wtyczki typu adblock. Daje nam to pozycję światowego lidera. Poza Polską jeszcze tylko cztery kraje mają wskaźnik blokad przekraczający 40 proc. To Grecja (44 proc.), Norwegia (42 proc.), Niemcy (41 proc.) i Dania (40 proc.).

Internauci blokują reklamy, bo te są najczęściej nietrafione. Niestety, przez ponad 100 lat marketing polegał na rozpowszechnianiu komunikatu reklamowego wśród maksymalnej liczby odbiorców z nadzieją, że kogoś on zainteresuje i zachęci do zakupu. Taki stan rzeczy doprowadził do powstania zasady Wanamakera: „Połowa pieniędzy wydawanych na reklamę jest wyrzucana w błoto. Problem polega na tym, że nie wiem, która połowa” – zwraca uwagę Maciej Sawa z OnAudience.com. – Dzięki zaawansowanej analityce Big Data jesteśmy w stanie bardzo skutecznie docierać dziś z przekazem do użytkowników realnie zainteresowanych danym produktem czy usługą. Wiedza o tym, że użytkownik miał kontakt z daną marką pozwala dotrzeć do właściwego odbiorcy i we właściwym czasie jego ścieżki zakupowej. To korzyść dla wszystkich: konsumentów, reklamodawców i mediów – przekonuje Maciej Sawa.

Znaleźć igłę w stogu siana

Taksonomia marek opracowana przez Cloud Technologies pozwala nie tylko dotrzeć do osób mających częsty kontakt z konkretną marką. Umożliwia również bardziej precyzyjne profilowanie klientów pod kątem ogólnych kryteriów, np. dotarcia do użytkowników produktów premium.

Zdecydowanie łatwiej dotrzeć do odbiorców marek premium, wiedząc, którzy internauci mieli kontakt w ostatnim czasie z produktami BMW, Diora czy Marca Jacobsa. Albo też, wiedząc z jakimi firmami często mają styczność użytkownicy, adresować dedykowaną ofertę do klientów swojej konkurencji – tłumaczy Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Inflacja nie odpuszcza

We wrześniu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł o 1,9 proc., a więc tylko minimalnie mniej niż miesiąc wcześniej. Mocniej niż poprzednio drożała żywność, nadal mocno rosną ceny paliwa.

Wrześniowy wskaźnik inflacji okazał się wyższy niż się spodziewano i wyższy niż wynikało to z wcześniejszego szybkiego szacunku GUS. Powszechnie oczekiwano znacznie łagodniejszego tempa wzrostu cen, co miało wynikać głównie z wysokiej bazy porównawczej z września ubiegłego roku, gdy inflacja sięgała 2,2 proc. Te rachuby pokrzyżowały jednak bardzo wysokie notowana ropy naftowej, które przełożyły się na 12 proc. wzrost cen paliw na stacjach (olej podrożał o 15,6 proc., a benzyna o 10,5 proc.). Niespodziewanie mocniej w górę poszły ceny żywności, zwyżkując o 2,3 proc. (w sierpniu wzrost sięgał 2,1 proc.) To jednak dynamika znacznie mniejsza niż rok wcześniej, gdy sięgała aż 5 proc. Niewielkie to jednak pocieszenie, bo tendencja wzrostowa wciąż trwa, choć eksperci spodziewają się mniejszej presji na wzrost cen pod koniec roku.

Potwierdzają się obawy o wzrost cen pieczywa, choć rzeczywistość nie jest aż tak źle, jak alarmowały media. Pieczywo średnio było we wrześniu droższe o 5,9 proc. niż przed rokiem. Niewiele mniej, bo o 5,4 proc. zdrożało coraz bardziej popularne mięso drobiowe. O 4,9 proc. w górę poszły mleko, sery i jaja (te ostatnie są aż o 21,9 proc. droższe niż rok temu). Nie potwierdzają się z kolei doniesienia o dynamicznym wzroście cen masła. Według GUS we wrześniu było ono droższe o 2,5 proc. w porównaniu do września ubiegłego roku. Najmocniej, bo aż o 10,2 proc. podrożały warzywa. O prawie 6 proc. staniały za to owoce. Najwięcej powodów do zadowolenia mają amatorzy słodyczy, bowiem cukier jest tańszy niż rok temu o prawie 30 proc.

Choć koszty użytkowania mieszkania i nośników energii rosły nieco wolniej niż miesiąc wcześniej, bo o 2,2 proc. (w sierpniu wzrost sięgał 2,4 proc.), to wciąż mocno drożeje opał. We wrześniu jego cena poszła w górę o 5,6 proc. (miesiąc wcześniej o 7,7, proc.). O 1,8 proc. więcej trzeba płacić za gaz. Ceny energii, której nieuchronnym wzrostem straszą nie tylko media, na razie trzymane są w ryzach i nie idą w górę, choć koszty wytwarzania prądu idą w górę bardzo dynamicznie. O 4,2 proc. wyższe niż przed rokiem są koszty usług związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego. Spośród usług szczególnie istotnych warto zwrócić uwagę na 3,5 proc. wzrost cen usług lekarskich oraz 2,6 proc. cen związanych z edukacją i opieką społeczną (wzrost o 3,7 proc.).

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Wolfs Technology Fund S.A. zmieni nazwę na Wolfs Development

Wolfs Technology Fund S.A. (dawniej Graphic S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się obrotem i zarządzaniem nieruchomościami oraz prowadzeniem projektów inwestycyjnych, planuje zmienić nazwę na Wolfs Development S.A. Przeprowadzenie zmiany nazwy i rebrandingu związane jest z koncentracją Emitenta na działalności w segmencie nieruchomości.

Podczas NWZA Spółki zwołanego na dzień 07.11.2018 r. jej Akcjonariusze zadecydują o zmianie nazwy na Wolfs Development S.A. Planowana zmiana nazwy wynika z koncentracji działalności Wolfs Technology Fund S.A. na realizowaniu projektów inwestycyjnych w segmencie nieruchomości. Zarząd Spółki uważa, że przeprowadzenie rebrandingu przełoży się pozytywnie na budowanie wizerunku na rynku kapitałowym oraz na dalsze realizowanie przyjętej strategii rozwoju.

„Cały czas dążymy do konsolidacji naszej głównej działalności z wizerunkiem Spółki wśród inwestorów, jak i w mediach. Jesteśmy konsekwentni w kierunku, który obraliśmy, a nowa nazwa ma nie tylko lepiej odzwierciedlać nasz obecny profil działalności, ale również wesprzeć nasz wizerunek w branży deweloperskiej i wśród obecnych oraz potencjalnych inwestorów i klientów Spółki. „Wolfs Development” z całą pewnością w tym pomoże, ujednolicając ostatecznie nazwę z działalnością.” – wyjaśnia Leszek Forytta, Prezes Zarządu Spółki Wolfs Technology Fund S.A.

Od października 2018 r. Wolfs Technology Fund S.A. została zakwalifikowana do segmentu NC Base na rynku NewConnect. W ten sposób notowania akcji Spółki wróciły do systemu notowań ciągłych.

We wrześniu br. Spółka podpisała umowę, której przedmiotem jest zakup przez nią nieruchomości gruntowej położonej w Gdyni przy ul. Sochaczewskiej 7 – dzielnica Mały Kack. Powierzchnia nabytej nieruchomości wynosi 562 m2, a łączna kwota transakcji ukształtowała się na poziomie 800 tys. zł. Wolfs Technology Fund S.A. planuje zrealizować na niej deweloperską inwestycję mieszkaniową z widokiem na Gdynię o PUM wynoszącym ok. 450 m2, obejmującą 7-8 mieszkań.

W minionym miesiącu Emitent zawarł również dwie przedwstępne umowy nabycia nieruchomości gruntowych położonych w Gdyni, na których zamierza przeprowadzić inwestycję mieszkaniową wielorodzinną o PUM wynoszącym ok. 650 m2. Nowy projekt deweloperski Spółki usytuowany będzie w sąsiedztwie terenów zielonych oraz w pobliżu Obwodnicy Trójmiejskiej i ma obejmować 11-12 mieszkań.

Wolfs Technology Fund S.A. zakończyła 2 kw. 2018 r. zyskiem netto w wysokości 25 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży kształtujących się na poziomie 137 tys. zł. W całym pierwszym półroczu 2018 r. zysk netto Spółki sięgnął prawie 83 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 266 tys. zł wobec straty netto w analogicznym okresie ub. roku w kwocie 163 tys. zł.

Wolfs Technology Fund S.A. (dawniej Graphic S.A.) to spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2011 r., która działała dotychczas na rynku reklamowym. Po zmianach w Akcjonariacie, które miały miejsce w 2017 r., Spółka rozszerzyła profil działalności o obrót i zarządzanie nieruchomościami, inwestowanie w zakup nieruchomości pod inwestycje budowlane oraz z przeznaczeniem na najem, a także o realizowanie projektów w obszarze nowych technologii. Emitent realizuje aktualnie kilka projektów deweloperskich w Gdyni.

Prezes PZPM: Polacy nie tak szybko zrezygnują z diesli. Elektryczna konkurencja nie podoła wymaganiom

Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

Czysty transport, w tym samochody napędzane prądem, to priorytet dla Unii Europejskiej. Ale jeszcze za wcześnie na radykalne zmiany w motoryzacji. We flotach firmowych królują pojazdy z silnikami wysokoprężnymi. Klienci prywatni już od nich odchodzą i wybierają auta benzynowe, względnie hybrydowe, ale nie elektryczne. Te ostatnie przy licznych zaletach wciąż mają wiele wad. Za mały zasięg, bardzo wysoka cena zakupu i ograniczona liczba stacji ładowania utrudniają ich upowszechnienie. Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wyjaśnia, dlaczego popularne diesle nie ustąpią pola i jak rysuje się przyszłość rynku samochodowego w tym zakresie.

Samochody z silnikami wysokoprężnymi wciąż są popularne, jednak zainteresowanie nimi spada. Coraz częściej podkreśla się, że przyszłość należy do pojazdów z napędem elektrycznym. Czy zmienią oblicze motoryzacji i zastąpią diesle?

Jakub Faryś: Do takiej wymiany na pewno szybko nie dojdzie ze względu na atuty, dzięki którym takie silniki wciąż górują na rozwiązaniami alternatywnymi. Po pierwsze, cena oleju napędowego w krajach europejskich od kilkudziesięciu lat pozostaje niższa niż benzyny. Silniki wysokoprężne wciąż są popularne i tylko nieco droższe od benzynowych, ale tańsze w eksploatacji. Oferują wyższy moment obrotowy i większy zasięg na jednym tankowaniu. Pod tym względem nawet najnowocześniejsze konstrukcje, zasilane z akumulatorów, nie są dla nich konkurencją. Dodatkowo przez długi czas ten segment szybko przystosowywał się do kolejnych norm unijnych nakazujących redukcję emisyjności szkodliwych substancji. Stąd wynika popularność takich samochodów osobowych w Europie. Zresztą nasz kontynent jest pod tym względem ewenementem – praktycznie na wszystkich innych osobówki z tym napędem są rzadkością.

Jednak Europejczycy zaczynają masowo wybierać inne rozwiązania. Dlaczego?

Jakub Faryś: W dużej mierze dzieje się tak z powodu kolejnych norm narzucanych przez Komisję Europejską. W silnikach wysokoprężnych coraz trudniej sprostać wymaganiom dalszego ograniczania emisji różnych szkodliwych substancji. Z tego powodu producenci zapowiadają ograniczenia lub wręcz zaniechanie produkcji samochodów osobowych zasilanych olejem napędowym. Ale takie zmiany nie dotyczą pojazdów dostawczych i ciężarowych – dla nich nie ma alternatywy, która byłaby powszechnie dostępna. Brakuje infrastruktury do ładowania samochodów elektrycznych, a także napędzanych sprężonym lub ciekłym gazem ziemnym – CNG i LNG.

Nieco inaczej jest w przypadku osobówek…

Jakub Faryś: Tu kupujący dochodzą do wniosku, że bardziej atrakcyjny jest napęd benzynowy. W różnych krajach europejskich, już w ponad 200 miastach wprowadza się restrykcje dla jednostek z silnikami wysokoprężnymi. Co prawda dotyczy to starszych egzemplarzy, ale klienci obawiają się, że nawet najnowsze modele, spełniające normę Euro 6c, zbyt szybko stracą wartość po kolejnych ograniczeniach. Dlatego wybierają przede wszystkim napędy benzynowe i hybrydowe. Rzadko natomiast decydują się na auta zasilane energią elektryczną.

Jednak oferta tych ostatnich rośnie, sprzedają je wszyscy liczący się producenci. Może jednak wkrótce zastąpią tradycyjne pojazdy?

Jakub Faryś: Nie stawiałbym tezy o zastępowalności samochodów spalinowych, także z silnikiem diesla. Te ostatnie wciąż mają dość niskie zużycie paliwa w porównaniu z innymi. Na jednym pełnym baku przy spokojnej jeździe są w stanie pokonać nawet 1000 km. To zasięg do dziś niedostępny dla aut z silnikami elektrycznymi, a nawet benzynowymi. Głównymi nabywcami pojazdów wysokoprężnych są firmy, a te – biorąc pod uwagę parametry techniczne i ekonomiczne – na pewno nie będą gwałtownie wymieniać posiadanych flot.

Jakie warunki muszą zostać spełnione, by motoryzacja przeniosła się w świat elektryczności?

Jakub Faryś: Jeżeli będziemy oczekiwać, że samochody elektryczne mają zapewniać takie same parametry i taką samą wygodę użytkowania jak spalinowa konkurencja, to na ich upowszechnienie jeszcze długo poczekamy. To bowiem oznaczałoby, że będą w podobnej cenie, ładowane w ciągu maksymalnie 15 minut i pozwolą przejechać jednorazowo co najmniej 600-700 km. Dziś dla większości modeli to nieosiągalne. Rozwój elektromobilności wymaga też budowy gęstej sieci stacji ładowania. Produkcja musi osiągnąć efekt skali, tzn. taką wysokość, by dzięki obniżonym kosztom konsumenci zdecydowali się na kupno. Szybka zmiana w ciągu kilku lat jest zatem mało prawdopodobna. Na razie to nisza. Auta przede wszystkim miejskie, służące dojazdom do pracy czy sklepów, pokonujące dziennie 30-40 km.

Technologie jednak szybko idą naprzód, pojawiają się nowe, doskonalsze rozwiązania. Czy to nie impuls do rewolucji?

Jakub Faryś: W perspektywie dziesięcioleci obraz motoryzacji z całą pewnością będzie inny. Ale w tym czasie może się także okazać, że zobaczymy jeszcze bardziej konkurencyjne propozycje. Mogą to być napędy zasilane gazem ziemnym lub wodorem czy wyposażone w ogniwa paliwowe i samodzielnie wytwarzające energię elektryczną, pozwalające jednocześnie jednorazowo przejechać ponad 700 km. I wtedy sytuacja się zmieni radykalnie. Na razie trudno przewidywać, co stanie się za kilka czy kilkanaście lat. Z pewnością będzie się rozwijała branża samochodów elektrycznych i segment hybryd plug-in z możliwością doładowywania akumulatora z gniazdka typowej sieci elektroenergetycznej. Dzięki tej możliwości przypominają one pojazdy elektryczne. Podczas jazdy w mieście mogą korzystać z doładowywania, pozwolą też – dzięki silnikowi spalinowemu – na dłuższe jazdy poza miastem.

Jakie w takim razie są powody, by kupować auta z akumulatorem zamiast baku?

Jakub Faryś: Może to być potrzeba prestiżu, budowanie wizerunku czy troska o ochronę środowiska. Jednak każdy nabywca – indywidualny, z małej lub średniej firmy, czy dużego przedsiębiorstwa musi przede wszystkim rozważyć swoje potrzeby i możliwość sfinansowania zakupów. Dla spółki działającej w obszarze związanym z ekologią może to być dobry wybór, zwłaszcza gdy jej samochody dziennie pokonują nie więcej niż 100-150 km i mają możliwość szybkiego doładowania. Ma to sens jako element strategii marketingowej czy tzw. działalności CSR. W przypadku dużych przedsiębiorstw z flotami liczącymi setki pojazdów napęd elektryczny nie jest żadną alternatywą. Oferowane modele są znacznie droższe od tradycyjnych, nie mogą też przejeżdżać 400-500 km dziennie. Bardziej zainteresowane mogą być firmy car-sharingowe, wynajmujące pojazdy na krótki czas. Część z nich już ma w ofercie egzemplarze z sinikami elektrycznymi, ale tu kalkulacja wygląda inaczej, ponieważ koszty przejazdu 1 kilometra są – w przypadku doładowania z gniazdka elektrycznego – o około połowę niższe niż w przypadku jednostek spalinowych, tańszy jest też serwis. Firmy mogą liczyć na zwolnienia z akcyzy, a ekologiczne samochody będą bez przeszkód wjeżdżać do tzw. zielonych stref, coraz liczniej pojawiających się w dużych miastach.

Czy Komisja Europejska może przyspieszyć zmiany, np. wprowadzając zakaz korzystania z jednostek spalinowych, przede wszystkim z silnikami wysokoprężnymi?

Jakub Faryś: Ustawodawca może uchwalić dowolne prawo lub dyrektywę, ale musi też brać pod uwagę reakcję rynku i potrzeby społeczne. Tak samo producenci, którzy mogą oferować klientom każdy produkt, ale sprzedadzą tylko to, co zechcą kupić klienci. Nabywcy to najwyższa instancja. Można ich nakłaniać, zmuszać, narzucać regulacje prawne, czy karać za ich niestosowanie, ale tylko w pewnych granicach. Gdyby dziś rządy krajów europejskich zakazały stosowania silników diesla, doszłoby do potężnych, ogólnoeuropejskich protestów i wręcz rewolucji. Dlatego śmiało można powiedzieć, że auta spalające olej napędowy pozostaną na rynku przez długie lata.

Konferencja Fabryka Roku już 5 grudnia 2018 roku w Hotelu Marriott

Niełatwe funkcjonowanie w branży produkcyjnej w Polsce sprawia, że jednym z kluczowych zadań przedsiębiorstw jest utrzymywanie znaczącej przewagi konkurencyjnej dzięki innowacyjności i właściwej strategii. Dlatego też zdecydowaliśmy się zorganizować to prestiżowe wydarzenie, które odbędzie się 5 grudnia 2018 roku w Hotelu Marriott w Warszawie.

Konferencja Fabryka Roku jest drugą już tego typu konferencją w Polsce całkowicie poświęconą najlepszym polskim producentom. Jej uczestnicy będą dyskutować o najskuteczniejszych praktykach i strategiach w dziedzinie produkcji przemysłowej.

Fabryka Roku 2018W konferencji Fabryka Roku wezmą udział eksperci ze wszystkich sektorów produkcji. Prelegenci nie tylko podzielą się swoimi doświadczeniami w niełatwej sztuce przetrwania na kapryśnym rynku, ale także pokażą, jak skutecznie budować przewagę konkurencyjną na poziomie operacyjnym i rozwijać działalność.

ZAREJESTRUJ SIĘ JUŻ DZIŚ!

Strona www:
www.fabrykaroku.pl

Miejsce:
Hotel Marriott
Aleje Jerozolimskie 65/79
Warszawa

Seniorzy wracają do pracy

Średnio 484 RBH przepracował Polak między 61 a 70 rokiem życia wykonujący pracę tymczasową w pierwszej połowie 2018 r., wynika z danych Grupy Progres. Trochę mniej , bo 324 RBH na pracę dorywczą przeznaczyli seniorzy powyżej 71 r.ż. Osoby starsze mimo wieku emerytalnego nadal są aktywne zawodowo, a pracę tymczasową traktują jako szansę na załatanie dziury w budżecie domowym.

Wiele osób po przekroczeniu 60 roku życia zastanawia się nad swoim domowym budżetem, który po przejściu seniora na emeryturę często ulega zmianie. Miesięczne dochody zmniejszają się i nie zawsze wystarczają na najpotrzebniejsze wydatki. Średnia emerytura mężczyzny w pierwszym kwartale 2018 roku wynosiła 2570 zł brutto, natomiast świadczenie wypłacane kobietom to 1550 zł brutto – wynika z danych ZUS. Chcąc podreperować swoją kondycję finansową seniorzy powyżej 61 r.ż. decydują się na podjęcie pracy tymczasowej.

Seniorki aktywne zawodowo

W 2017 r. pracownik tymczasowy między 61 a 70 r.ż. wykonywał swoje obowiązki średnio 558 RBH, osoby z grupy wiekowej 71+ poświęciły na zarabianie w ten sposób 544 RBH (w przeliczeniu na 1 pracownika tymczasowego). Jak wynika z danych Grupy Progres w ubiegłym roku do osób aktywnych zawodowo 61+ i 71+ w większości należały kobiety – w przedziale 61 – 70 było ich 54 proc., w gronie 71+ aż 75 proc. W pierwszej połowie tego roku starsi od 61 do 70 r.ż. na pracę dorywczą poświęcili 484 RBH w przeliczeniu na osobę, a seniorzy z grupy 71+ 324 RBH na osobę. Kolejny raz pracujących pań było więcej niż panów – 67 proc. kobiet między 61 a 70 r. ż i 73 proc. seniorek powyżej 71 r.ż.

Dane Grupy Progres pokazują, że starsze kobiety częściej decydują się na pracę niż mężczyźni. W 2017 r. stanowiły one  ponad 64 proc. pracowników tymczasowych w grupie 61 lat i więcej, w pierwszej połowie 2018 r. aż 70 proc. Analiza wykazała także, że kobiety poświęcają więcej godzin na pracę niż panowie. W 2017 r. statystyczna seniorka pomiędzy 61 a 70 r. ż. przepracowała tymczasowo 568 RBH, senior w tym samym przedziale wiekowym – 546 RBH. Kobiety nie zwalniają tempa również po przekroczeniu 71 r.ż., w ubiegłym roku na pracę tymczasową każda z pań przeznaczyła aż 592 RBH, podczas gdy równolatek płci męskiej w pracy tymczasowej spędzał 402 RBH. Pierwsza połowa tego roku wskazuje, że bardziej aktywni zawodowo byli panowie między 61 a 70 r.ż. pracowali tymczasowo 493 RBH (kobiety 479 RBH), mężczyźni z grupy 71+ dorabiali do emerytury przez 407 RBH (kobiety 294 RBH).

Zarobki wyższe od emerytury

Osoby starsze najczęściej pracują na podstawie umowy cywilno-prawnej (82 proc.), pozostali podpisują umowę o pracę (18 proc.)*. Podejmowana aktywność zawodowa pozwala im załatać dziury w domowym budżecie. W ubiegłym roku statystyczny Polak z grupy 61 – 70 lat zarobił w pracy tymczasowej w sumie 7 561 zł brutto. Więcej zarobiły panie – średnio każda z nich powiększyła swój roczny budżet o 7 696 zł brutto, statystyczny pan do emerytury dorobił w sumie 7 398 zł brutto. Osoby powyżej 71 r.ż. pracując tymczasowo zarobiły średnio 7 178 zł brutto, w przypadku kobiet łączne dochody wyniosły 7 808 zł brutto, w przypadku mężczyzn, średnio 5 302 zł brutto.

W informacji wykorzystano dane Grupy Progres za rok 2017 i pierwszą połowę 2018 r. analizujące 19 796 pracowników tymczasowych z Polski.

*Dane Grupy Progres dot. 2017 r.

Złoty niewiele ugra na niespodziewanej podwyżce ratingu

Poczucie nerwowości towarzyszy rynkom finansowym na starcie nowego tygodnia. Powodów do niepokojów nie brakuje od wojen handlowych, przez Włochy, Brexit po zaostrzanie polityki Fed. Ale jak wiemy z ubiegłego tygodnia, rynek ma tendencje do szybkiego bagatelizowania obaw, co jedynie gwarantuje nam zmienność bez jednoznacznego kierunku. To zła wiadomość dla złotego, który może wiele nie „ugrać” na niespodziewanej podwyżce ratingu Polski.

Agencja S&P nieoczekiwanie podwyższyła długoterminowy rating kredytowy Polski do „A-” z „BBB+”, tym samym odwracając swoją decyzję z 2016 r. S&P działa szybko, biorąc pod uwagę, że dopiero co w kwietniu zdecydowała o podwyższeniu perspektywy ratingu do pozytywnej i w opinii wielu ekonomistów (w tym nas) nie zanosiło się, aby jeszcze w tym roku podnieść ocenę. W uzasadnieniu agencja stwierdziła, że za podwyżką przemawia trwający od 2015 roku zrównoważony wzrost gospodarczy oraz lepsze od oczekiwań wyniki budżetu państwa, a także redukcja relacji długu publicznego względem PKB. Co uderza, to zbagatelizowanie tematu ryzyk politycznych, które dwa lata temu zaważyły na decyzji o cięciu ratingu. Tym razem S&P uznała jedynie, że zmiany w sądownictwie mogą szkodzić decyzjom o kierowaniu inwestycji zagranicznych do Polski. Wygląda więc na to, że subiektywny element oceny stracił na znaczeniu. To dobrze dla Polski i polskich aktywów, choć sama podwyżka wiele nie zmienia. Rating S&P jest obecnie na tym samym poziomie co Fitch (który w piątek podtrzymał ocenę) oraz o 1 stopień poniżej oceny Moody’s. Średnia ocena Polski jest niezmieniona, a zatem i nie należy spodziewać zwiększenia atrakcyjności Polski w oczach inwestorów. Złoty otrzymał wstępną dawkę entuzjazmu, ale przy nerwowej atmosferze na rynkach zewnętrznych, szybko możemy być świadkami korekcyjnego odreagowania w stronę 4,30 za EUR.

A start tygodnia na globalnym rynku odbywa się w klimacie niepewności pod presją negatywnych informacji. Dziś włoski rząd ma oficjalnie przedstawić w Brukseli projekt budżetu, gdzie zanosi się na krytykę unijnych urzędników z powodu wysokich prognoz deficytu budżetowego. EUR pośrednio jest też zagrożone rozwojem wydarzeń wokół umowy ws. Brexitu. W tym tygodniu (śr-czw) odbędzie się szczyt unijny, gdzie pierwotnie miało dojść do wstępnego podpisania porozumienia i warunków „rozwodu”, ale doniesienia z weekendu sugerują, że po wielogodzinnych rozmowach bliżej jesteśmy zerwania negocjacji. GBP zanurkował na otwarciu handlu w poniedziałek i tak, jak bywało wcześniej, jest dalej zdany na łaskę nagłówków z serwisów prasowych.

Wskazówek dla sentymentu dalej przychodzi szukać na rynku akcji i po czerwonej sesji w Azji Europa stara się zachować spokój. W kalendarzu dane z Polski (CPI, saldo bieżące) przejdą bez echa. W centrum uwagi będzie sprzedaż detaliczna z USA. Rynek liczy na odreagowanie słabego raportu sprzed miesiąca, częściowo jako nadganianie słabszej w sierpniu sprzedaży aut. Ale też dobre nastroje konsumentów i siła rynku pracy gwarantują wzrost konsumpcji. USD z zadowoleniem przyjmie dobre dane, co pomogłoby walucie złapać punkt do odbicia. W nocy z Nowej Zelandii otrzymamy kwartalny odczyt CPI z prognozami wskazującymi na przyspieszenie presji cenowej. Deprecjacja NZD i inne czynniki zewnętrzne odgrywają rolę we wzmocnieniu inflacji, w efekcie czego RBNZ może zbagatelizować raport. Rajd NZD w reakcji na dane nie powinien być trwały.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Agencja S&P podwyższyła, a Fitch potwierdziła perspektywy wiarygodności kredytowej Polski

Agencja S&P podniosła ocenę wiarygodności kredytowej Polski do poziomu A- z BBB+ z perspektywą stabilną.

Agencja podkreśliła, że od czasu dokonanej w 2015 obniżki ratingu, gospodarka Polski wykazywała się silnym i zrównoważonym wzrostem gospodarczym, a wyniki sektora finansów publicznych pozytywnie zaskakiwały. Agencja doceniła także wysoki poziom otwartości polskiej gospodarki oraz dynamiczny rozwój sektora usług, który w wymianie handlowej z zagranicą osiąga nadwyżkę na poziomie 4% PKB, poprawiając równowagę zewnętrzną kraju.

Według S&P polityka fiskalna jest istotnym elementem wspierającym wysoką ocenę ratingową Polski. Agencja oczekuje, że w 2018 deficyt sektora finansów publicznych spadnie poniżej 1% PKB przynosząc znacząco głębszą konsolidację finansów publicznych niż zadeklarowano w programie konwergencji.

Zgodnie ze wskazaniami S&P czynniki, które mogłyby doprowadzić do dalszej rewizji w górę ratingu Polski w przyszłości to: (1) szybszy realny wzrost dochodów niż wśród głównych partnerów handlowych przy braku narastania nierównowag w gospodarce; (2) osiągnięcie nadwyżek budżetowych, które umożliwiłyby obniżenie długu publicznego w ujęciu nominalnym; (3) wprowadzenie PPK, które zaowocowałoby wzrostem oszczędności prywatnych i ograniczeniem przyszłych zobowiązań rządu związanych ze starzeniem się społeczeństwa.

Po drugiej stronie szali, wśród zjawisk, które mogłyby osłabiać rating wskazano: (1) znaczące pogorszenie sytuacji sektora finansów publicznych; (2) gwałtowny wzrost płac prowadzący do silniejszego od prognoz wzrostu zadłużenia zewnętrznego i oznaczający potencjalną utratę konkurencyjności.

Agencja Fitch potwierdziła rating kredytowy Polski na poziomie A-. Fitch także podkreśla siłę krajowych finansów publicznych, oraz stabilność i dynamikę wzrostu gospodarczego w Polsce. Rating Polski cały czas jest zaniżany przez agencję (o 1 stopień) ze względu na relatywnie wysoki w stosunku do innych państw poziom zadłużenia zagranicznego netto. Właśnie jego dalsze ograniczanie wskazywane jest jako jeden z kluczowych czynników, który docelowo prowadzić może do podwyżki ratingu. W podobnym kierunki wg agencji mogłaby działać dalsza konsolidacja fiskalna umożliwiająca spadek długu publicznego w relacji do PKB i wzrost PKB umożliwiający wzrost dochodów w kierunku mediany państw o ratingu A. Zmiany, które mogłyby prowadzić do obniżenia ratingu to: (1) osłabienie znaczenia progu 3% jako kotwicy dla deficytu sekt. fin. publ. w relacji do PKB lub brak stabilizacji poziomu długu publicznego w relacji do PKB; (2) osłabienie ram polityki makroekonomicznej, które mogłoby prowadzić do osłabienia dynamiki PKB; (3) pogorszenie standardów sprawowania rządów lub pogorszenie klimatu biznesowego, które negatywnie przekładałoby się na gospodarkę.

W naszej ocenie prawdopodobieństwo zaistnienia czynników, które obydwie agencje wskazały jako potencjalnie pozytywne dla ratingu jest obecnie zdecydowanie wyższe niż ryzyko materializacji któregoś z zagrożeń. W konsekwencji w średnioterminowej perspektywie nie można naszym zdaniem wykluczyć kolejnych rewizji w górę ocen wiarygodności kredytowej Polski.oceny wiarygodności krajów agencje ratingowe

Autor/Źródło: PKO Bank Polski

Coface zaktualizował oceny ryzyka krajów i sektorów po III kw. 2018 r.: Poprawa ocen Chorwacji i Słowacji

  • Wyższe ceny ropy naftowej i dalszy odpływ kapitału z rynków wschodzących w trzecim kwartale 2018 r.
  • Fala sektorowych degradacji ocen w Turcji i Argentynie
  • Poprawa wskaźników ryzyka w Europie Środkowo-Wschodniej i WNP (Wspólnota Niepodległych Państw)
  • Obniżenie ocen dla Pakistanu i Nikaragui, głównie z powodu ryzyka politycznego
  • Najsłabiej ocenianymi sektorami w Polsce pozostają budowlanka i transport

Argentyna i Turcja – kraje charakteryzujące się dużą nierównowagą zewnętrzną
i uzależnieniem od finansowania zewnętrznego, przeżywają pogłębienie kryzysu walutowego. Pod wpływem znacznego spowolnienia aktywności gospodarczej w Argentynie (z prognozą -2.4 proc. w 2018 r.) wobec gwałtownie zaostrzających się warunków kredytowania, Coface obniżył oceny aż sześciu sektorów w tym kraju. Branże motoryzacyjna, transportowa, papierniczachemiczna są obecnie oceniane na poziomie „wysokiego ryzyka”, a ryzyko w branżach ICT oraz tekstylnej oceniono jako „bardzo wysokie”. Fala sektorowych obniżek ocen objęła także Turcję: branże motoryzacyjna, papierniczadrzewna dołączyły do kategorii „wysokiego ryzyka”, głównie ze względu na spadek popytu krajowego. Natomiast krajowy sektor energetyczny, który jest szczególnie podatny na ryzyko kursowe ze względu na ogromne zaangażowanie inwestycyjne, znalazł się w kategorii „wysokiego ryzyka”. Obniżenie oceny sektora metalowego do „bardzo wysokiego ryzyka” jest konsekwencją nowych protekcjonistycznych środków zastosowanych przez Stany Zjednoczone przeciwko Turcji.

Pozostałe duże gospodarki wschodzące – RPA, Brazylia, Indie i Indonezja – wydają się szczególnie podatne na ryzyko związane z odpływem kapitału. Podatność ta wynika z podobnych czynników, jak w przypadku Argentyny i Turcji: rozwinięte rynki kapitałowe, deficyt bilansu obrotów bieżących oraz sytuacja polityczna skłaniająca rynki do ostrożności przed wyborami, które mają się odbyć do końca 2018 r. lub już w przyszłym roku. Niemniej jednak ryzyko rozprzestrzenienia się niekorzystnych zjawisk zostało nieco złagodzone mniejszym zadłużeniem w dolarach oraz ogólnie wysokimi rezerwami walutowymi w tych gospodarkach.

Warto przyjrzeć się także niektórym z mniejszych krajów wschodzących. W trzecim kwartale Coface obniżył oceny krajowe PakistanuNikaragui do poziomu D. Pakistan zbliża się do granicy wypłacalności przy ostrym spadku wartości rupii, a w Nikaragui trwa polityczny kryzys.

Z kolei w Europie Środkowo-Wschodniej i krajach WNP wskaźniki ryzyka biznesowego poprawiają się. Ocenę Chorwacji podwyższono o jedną pozycję, do A4. Kraj nie jest już objęty przez UE procedurą nadmiernego deficytu i odnotowuje korzyści z wysokiej konsumpcji gospodarstw domowych. Słowacja (obecnie A2) rejestruje konsekwentny spadek niewypłacalności firm (-27 proc. w 2017 r.) oraz przyspieszenie inwestycji w przemyśle motoryzacyjnym. Armenia awansowała do poziomu C i korzysta z powrotu dobrej koniunktury w Rosji (dokąd wysyła 25 proc. swojego eksportu).

Transport i budowlanka najsłabiej ocenianymi sektorami w Polsce

Według ostatniego raportu Coface dot. upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce (po III kw. 2018 r.) wzrost liczby niewypłacalności w branży transportowej jest znaczący – o 52 proc. Również analiza wartości przeterminowanych należności świadczy o tym, że z płynnością w branży transportowej nie jest dobrze. W budownictwie zaś od początku tego roku ruszyły nieco inwestycje infrastrukturalne. W większych miastach również budownictwo komercyjne, czy mieszkaniowe mają się dobrze. Jednak wiele wskazuje na to, że branża osiągnęła szczyt wzrostu. Wiele dużych podmiotów zaczyna generować straty, wiele informuje o przeszacowaniach wcześniej oczekiwanych zysków na realizowanych projektach. Wpływ na to miał ogromny wzrost kosztów materiałów budowlanych, wzrost kosztów robocizny oraz jej brak. Analiza przeterminowań w branży pozwala stwierdzić, że obecnie największe problemy płynnościowe mają małe i średnie firmy budowlane. Może to skutkować wzrostem liczby upadłości, czy restrukturyzacji w branży w kolejnych kwartałach.

Coface zaktualizował oceny ryzyka krajów i sektorów po III kw. 2018 rOceny ryzyka krajów prowadzone przez Coface obejmują 160 państw i przyznawane są według 8-stopniowej skali w porządku rosnącym: A1 (ryzyko bardzo niskie), A2 (ryzyko niskie), A3 (ryzyko do przyjęcia), A4 (ryzyko raczej do przyjęcia), B (ryzyko znaczne), C (ryzyko wysokie), D (ryzyko bardzo wysokie), E (ryzyko ekstremalne).

Oceny ryzyka sektorowego (13 sektorów w 6 regionach geograficznych i 24 krajach generujących prawie 85 proc. światowego PKB) podaje się na skali 4-stopniowej: ryzyko niskie, ryzyko średnie, ryzyko wysokie i ryzyko bardzo wysokie.

Deloitte: Polska na niechlubnym 5 miejscu państw UE marnujących najwięcej żywności

Polska ma ogromny potencjał w produkcji rolnej, o czym świadczy fakt, że 13 proc. naszego eksportu stanowią produkty rolno-spożywcze. Jednocześnie nasz kraj znajduje się w czołówce państw Unii Europejskiej, które marnują żywność w największym stopniu. Szacunkowe dane mówią nawet o 9 mln ton wyrzucanego jedzenia rocznie. Z okazji Światowego Dnia Żywności eksperci firmy doradczej Deloitte wskazują, że przygotowywany właśnie projekt ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności, choć jest krokiem w dobrą stronę, nie rozwiąże całościowego problemu ponieważ dotyczy tylko placówek handlowych. Tymczasem ważne jest budowanie kompleksowego programu działań na rzecz przeciwdziałania zjawisku food waste.

Przypadający na 16 października Światowy Dzień Żywności ustanowiony przez ONZ w 1979 roku ma na celu pogłębianie świadomości opinii publicznej na temat globalnych problemów żywnościowych i wzmacnianie poczucia solidarności w walce z głodem, niedożywieniem i ubóstwem. – Są to problemy niezwykle istotne, ponieważ wciąż dwa miliardy ludzi na świecie cierpi z powodu niedożywienia. W krajach rozwiniętych, do których możemy zaliczyć także Polskę, dyskusja toczy się obecnie wokół tego, że zbyt dużo żywności, która mogłaby zostać wykorzystana, jest marnowana – mówi Irena Pichola, Partner w Deloitte, Lider Zespołu Sustainability Consulting Central Europe.

Polska znajduje się w czołówce krajów europejskich, w których wyrzuca się najwięcej jedzenia – w przeliczeniu na statystycznego mieszkańca znajdujemy się na piątym miejscu w UE (235 kg/os/rok). Według badania CBOS co czwarty z nas wyrzucił jedzenie w ciągu ostatnich siedmiu dni. Zgodnie z danymi Eurostatu w Polsce marnuje się około 9 mln ton żywności rocznie. Tak naprawdę jednak nikt do końca nie wie, jak duża jest skala problemu. – Brak jest jednolitego systemu mierzenia ilości żywności, która jest marnowana. Unia Europejska prowadzi prace w tym zakresie, a  firmy wdrażają rozwiązania, które mają nie tylko monitorować wielkość problemu food waste, ale także, w oparciu o  zebrane dane, podejmować działania mające na celu minimalizację tego zjawiska. Pomagamy firmom wdrożyć międzynarodowe standardy w tym zakresie – mówi Paulina Kaczmarek, Menedżer w Zespole Sustainability Consulting, Deloitte.

Handel, gastronomia i gospodarstwa domowe

Obecnie w polskim parlamencie procedowany jest projekt ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Nakłada on na placówki handlowe o powierzchni powyżej 250 mkw. (w których przychody ze sprzedaży środków spożywczych stanowią co najmniej 50 proc.) konieczność zawarcia umowy z organizacją pozarządową i nieodpłatnego przekazywania żywności na cele społeczne. Dodatkowo, projekt ustala roczną opłatę w wysokości 0,1 zł za 1 kg masy marnowanej żywności. Według ekspertów Deloitte ta ustawa to bardzo ważny krok. Zwracają oni jednak uwagę, że jej przyjęcie w obecnym kształcie pozwoli przeciwdziałać marnowaniu żywności tylko w placówkach handlowych, podczas gdy problem dotyczy także produkcji, przetwórstwa, gastronomii, a przede wszystkim konsumentów. Organizacja EU Fusion, działająca dla Komisji Europejskiej, wskazała w zestawieniu „Food waste data set for EU-28”, że głównym źródłem marnotrawstwa żywności są gospodarstwa domowe (53 proc.), przetwórstwo (19 proc.), gastronomia (12 proc.), produkcja (11 proc.) oraz sprzedaż (5 proc.). Projekt ustawy nakłada na sklepy obowiązek prowadzenia kampanii edukacyjno-informacyjnych na temat racjonalnego gospodarowania żywnością. Wiele sieci już teraz prowadzi działania w tym zakresie, oddziałując tym samym na postawy klientów. Z pomocą w przeciwdziałaniu marnowaniu żywności przychodzą również nowe technologie – na świecie powstają aplikacje, które służą dzieleniu się żywnością w sąsiedztwie.

– Statystyki FAO są zatrważające: globalnie marnujemy więcej jedzenia niż potrzeba do wyeliminowania głodu. Z tego powodu marnowanie żywności to obecnie jeden z największych etycznych i społecznych problemów. Co więcej, negatywnie wpływa na środowisko. W 2017 roku AmRest, wykorzystując skalę swojego biznesu, podjął szerokie działania zapobiegające marnowaniu żywności. Marka KFC zarządzana przez firmę, wprowadziła program Harvest, polegający na przekazywaniu nadwyżek produktów organizacjom społecznym przy współpracy z bankami żywności. Do tej pory przekazaliśmy aż 280 ton jedzenia, co daje około miliona posiłków dla potrzebujących – mówi Ewelina Jabłońska-Gryżenia, CSR Manager z firmy AmRest, która jest operatorem takich marek jak: KFC, Pizza Hut, Burger King i Starbucks.

Współpraca biznesu z organizacjami pozarządowymi

– Ważne jest budowanie całościowej i efektywnej strategii na rzecz przeciwdziałania marnowaniu żywności. Taki program powinien obejmować działania w łańcuchu dostaw i w ramach operacji biznesowych, skupiające się na odpowiednim przechowywaniu żywności, optymalizacji procesów produkcji i transportu czy też odpowiednim oznaczeniu produktów na półce sklepowej. Dobrym przykładem jest aktywność przedsiębiorstw, które zachęcają dostawców do minimalizacji odpadów, a jeśli już one wystąpią, nakłaniają swoich partnerów do ich prawidłowego zagospodarowania. Jesteśmy gotowi pracować z firmami nad ograniczaniem zjawiska marnowania żywności we współpracy z dostawcami i konsumentami – mówi Irena Pichola.

W aspekcie redystrybucji żywności, ważny jest sposób przekazywania społeczeństwu, zwłaszcza potrzebującym, bezpiecznych i pełnowartościowych produktów, które w innym wypadku mogłyby zostać zmarnowane.  – Nasze doświadczenia pokazują, że firmom brakuje dobrych praktyk w zakresie kryteriów doboru NGO czy wdrażania oprogramowania, które automatyzuje proces współpracy z organizacją i przekazywanie tej żywności – wskazuje Paulina Kaczmarek. Dlatego istotny jest wybór odpowiedniego partnera po stronie organizacji pozarządowej. W 2018 r. w Polsce działało blisko 9 tys. organizacji pożytku publicznego, choć tylko część z nich zajmuje się pomocą potrzebującym. Otwarte na współpracę z biznesem są niewątpliwie banki żywności, czyli organizacje non profit, których jest w Polsce 32 – z czego 31 jest zrzeszonych w Federacji Polskich Banków Żywności.

Mfind wśród 100 najbardziej innowacyjnych firm InsurTech na świecie

11 października firma FinTech Global ogłosiła ranking 100 najbardziej innowacyjnych firm z branży InsurTech. W tym wyjątkowym gronie, jako jedyna polska firma znalazł się mfind.

InsurTech 100 –  kryteria

W rankingu znalazły się firmy, które zostały najlepiej ocenione pod względem kilku kluczowych kryteriów. Brano pod uwagę między innymi znaczenie branżowe rozwiązywanego problemu, wzrost w zakresie pozyskanego kapitału, innowacje rozwiązań technologicznych, a także potencjalne oszczędności i poprawę wydajności. Nie bez znaczenia był także wpływ na zwiększenie przychodów generowanych przez klientów i oszczędności uzyskiwane przez nich dzięki korzystaniu z proponowanych przez firmę rozwiązań.

Lista 100 najbardziej innowacyjnych –  kto jeszcze?

Wyróżnienie dla mfind jest tym większe, że w rankingu nie znalazła się żadna inna firma z Polski, a wśród wytypowanych, uplasowały nie tylko kilkuosobowe startupy, ale także kilku prawdziwych potentatów branży. Na uwagę zasługuję między innymi Policybazaar.com, który jest flagową marką grupy firm PolicyBazaar.com. Firma jest najszybciej rozwijającą się internetową firmą konsumencką w Indiach i największym portalem internetowym i porównawczym w branży ubezpieczeniowej. Każdego roku stronę odwiedza ponad 100 milionów odwiedzających.

Na liście znajdziemy także Applied (największy na świecie dostawca systemów  do zarządzania agencjami oraz automatyzacji w branży ubezpieczeń), czy działający w Stanach Zjednoczonych BenefitMall, który obsługuje blisko 200 000 małych i średnich firm, w zakresie zarządzania świadczeniami pracowniczymi, płacami, kadrami itp.

Innowacje w mfind –  co dalej?

Wyróżnienie dla mfind traktujemy jako kolejny bodziec do rozwoju firmy –  mówi Bartłomiej Roszkowski, CEO mfind. Chcemy pomagać naszym klientom w dokonywaniu najlepszych wyborów ubezpieczeniowych, aby wzmacniać ich poczucie bezpieczeństwa. Chcemy, aby dzięki łatwo dostępnym i intuicyjnym produktom, szerokiej ofercie oraz naszemu wsparciu klienci znaleźli dopasowany do swoich potrzeb zakres ubezpieczenia w atrakcyjnej cenie i potrafili z niego skorzystać w razie zaistnienia szkody. Wierzymy, że mfind stanie się pierwszym wyborem dla wszystkich, którzy potrzebują ubezpieczenia –  nie tylko tego komunikacyjnego.

Aktualnie pracujemy nad personalizacją kontaktu z klientem poprzez algorytmy segmentacji, automatyzację pobierania danych i wyliczania składek –  mówi stojący na czele teamu deweloperów w mfind Jan Adamski  –  Te działania mają nas doprowadzić do miejsca, w którym będziemy najbardziej intuicyjną i nowoczesną porównywarką ubezpieczeniową, nie tylko w Polsce, ale także na tle firm działających w tej branży na całym świecie.  Miejsce w 100 najbardziej innowacyjnych firm świata w branży InsurTech, pokazuje, że jesteśmy bardzo blisko celu!

Papier toaletowy zdrożeje nawet o 30%. Producenci dłużej nie wytrzymają

Średnie ceny papieru toaletowego z 2 poprzednich lat i z 8 miesięcy br. były dość porównywalne. W przypadku opakowań po 8 sztuk wynosiły kolejno 6,81 zł w 2016 roku, 6,67 zł w 2017 roku i 6,60 zł w 2018 roku. Jeśli chodzi o produkty pakowane po 16 rolek, to w tym samym okresie nastąpił wzrost tylko o 0,49 zł na paczce. Patrząc na poszczególne kanały dystrybucji, można zauważyć, że mniejsze artykuły były najtańsze w dyskontach, a większe – w sieciach typu convenience. Jednak branża ostrzega, że już w przyszłym roku należy spodziewać się podwyżek w każdym sklepie. Wpłyną na nie m.in. rosnące od ponad 2 lat ceny celulozy. Dotychczas brali je na siebie producenci, ale dłużej nie dadzą rady.

Opakowania po 8 rolek

Papier ToaletowyZ analizy przeprowadzonej przez Instytut Badawczy ABR SESTA i Hiper-com Poland wynika, że przez ponad dwa lata średnia cena paczki 8 sztuk papieru toaletowego utrzymywała się na dość wyrównanym poziomie. A najniższa była w dyskontach. Kosztowała tam 5,12 zł/opak w 2016 roku, 5,47 zł/opak. w 2017 roku i 4,72 zł/opak w pierwszych 8 miesiącach 2018 roku.

– Dyskonty są nastawione na sprzedaż produktów w promocjach. W tym celu kupują ich dużo i promują je intensywnie, zapewniając przy tym odpowiednią ekspozycję. Dzięki temu ten asortyment ma jednorazowo duży zbyt, sieć – niską cenę, a klient – okazję zakupową. I to właściwie wszystkim się opłaca – mówi Sebastian Starzyński, Prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Hipermarkety i supermarkety mają szerszy asortyment w sklepach i mniej przestrzeni na dodatkowe ekspozycje w przeliczeniu na jeden produkt, dlatego nie mogą pozwolić sobie na tak głębokie rabaty jak dyskonty. Papier toaletowy zajmuje dużo miejsca w stosunku do jego wartości i marży. Średnie ceny promowanych opakowań w hipermarketach spadły z 7 zł w 2016 roku do 6,65 zł w 2017 roku, a potem do 6,62 zł. W supermarketach obniżyły się z 6,87 zł w 2016 roku do 6,67 zł w ub. roku i w ciągu 8 miesięcy br. osiągnęły poziom 6,80 zł.

– Z kolei w convenience średni koszt zakupu produktu nieznacznie wzrósł z 6,51 zł w 2016 roku do 6,81 zł w tym roku. Różnice w cenach artykułów pomiędzy kanałami sprzedaży biorą się z odmiennych strategii stosowanych przez poszczególne rodzaje sklepów – komentuje Wiktor Hejchman, analityk w Hiper-com Poland.

Towar w 16-pakach

Jeżeli chodzi o papier toaletowy pakowany po 16 rolek, to widzimy, że w 2016 roku średnia cena wynosiła 11,90 zł za opakowanie, w 2017 roku – 11,74 zł, a w 2018 roku – 12,39 zł. Najtańsza była w sieciach typu convenience – w 2016 roku – 9,46 zł, w 2017 roku – 9,18 zł, a w okresie 8 miesięcy 2018 roku – 10,12 zł. To zupełnie inna sytuacja niż w przypadku 8-paków.

– Dwa zasadnicze czynniki mogą mieć na to wpływ. W sklepie typu convenience jest mała powierzchnia ekspozycyjna. Jeśli sieć robi promocję na produkt o dużych gabarytach, to musi ona być atrakcyjna, aby artykuły szybko zniknęły z placówki. Drugi powód może być związany z jakością promowanych towarów, np. z częstszą promocją papierów toaletowych niższej jakości – analizuje Sebastian Starzyński.

Średnia cena delikatnie wzrosła w dyskontach z 12,13 zł za opakowanie w 2016 roku do 12,58 zł w tym roku, a w supermarketach – z 11,08 zł w 2016 roku do 12,55 zł w br. Natomiast w hipermarketach nastąpił spadek z 13,05 zł w 2016 roku do 12,88 zł w 2018 roku. Może być on związany z częstszymi promocjami marki własnej lub produktów o niższych parametrach lub ze stosowaniem rzadszych rabatów, ale głębszych.

– Sieci testują różne poziomy jakości papieru i poziomy marży. Na tej podstawie modyfikują swoje oferty promocyjne. Zatem koszt zakupu ok. 9-10 zł w sklepach typu convenience nie oznacza, że tam jest promowany taki sam gatunkowo produkt jak w hipermarketach, gdzie średnia cena za 16 rolek jest bliska 13 zł – zwraca uwagę ekspert z Hiper-com Poland.

Koniec stabilnych cen

Trzeba przyznać, że średnie ceny papieru toaletowego były w miarę stabilne w okresie ostatnich 32 miesięcy. Zdaniem Prezesa Starzyńskiego, jest to bardzo konkurencyjny rynek od czasu wprowadzenia przez sieci handlowe produktów marek własnych. I to zapewnia stabilizację cenową. Jednak wytwórcy zapowiadają na przyszły rok wyraźne podwyżki. Niektórzy zastrzegając anonimowość, mówią o wzrośnie sięgającym nawet 30%, który miałby nastąpić w styczniu lub w lutym 2019 roku.

– Podwyżki są nieuniknione z powodu istotnego zwiększenia kosztów produkcji. Ze względu na dużą konkurencję są jedynie odwlekane w czasie. Producenci wcale nie chcą podnosić stawek dla detalistów, dlatego będą się ograniczać w tym. Spodziewam się, że przewidywany przez całą branżę wzrost cen w sklepach nastąpi za kilka miesięcy i nie przekroczy raczej 10% – prognozuje Łukasz Jaskulski z Wytwórni Papieru Toaletowego EKO-KLAN.

Warto też wyjaśnić, że ceny głównego surowca używanego w produkcji papieru toaletowego idą w górę nieprzerwanie od ponad 2 lat i biją kolejne rekordy. Powodem tego jest niedobór celulozy wywołany z kolei ogromnym popytem na chińskim rynku. Jak przypomina Wiktor Hejchman, tamtejsze władze ograniczyły import niesortowanej makulatury i to jeden z czynników odpowiedzialnych za światowy kryzys.

– Wzrost cen celulozy już i tak przez długi czas brali na siebie producenci, ale na dłuższą metę nie będzie to możliwe, zwłaszcza gdy dojdą kolejne czynniki. Dostawcy prądu zapowiedzieli na 2019 rok ponad dwukrotne podwyżki opłat za energię dla firm. Z kolei podniesienie cen paliw przełoży się nie tylko na wyższe koszty transportu, ale też m.in. zakupu foliowych opakowań – przewiduje Marcin Grabowski, Wiceprezes Zarządu Velvet Care.

Dane badawcze pochodzą z okresu od stycznia 2016 roku do końca sierpnia br. Zbierano materiały na temat promocji papieru toaletowego w 4 dyskontach, 6 hipermarketach, 19 supermarketach i w 14 sieciach typu convenience.

Tylko co trzecia firma budowlana z optymizmem patrzy w przyszłość. Sytuacja branży będzie uzależniona od wzrostu gospodarczego i dostępu do pracowników

Tylko co trzecia firma budowlana z optymizmem patrzy w przyszłość. Sytuacja branży będzie uzależniona od wzrostu gospodarczego i dostępu do pracowników 8

Ponad połowa firm budowlanych z sektora MŚP uważa, że sytuacja społeczno-gospodarcza w minionej dekadzie sprzyjała rozwojowi budownictwa w Polsce. Tylko co trzecia (37 proc.) jednak ocenia, że będzie ona sprzyjająca również w ciągu najbliższych 10 lat. Najczęściej wskazywaną barierą przyszłego rozwoju branży są braki kadrowe – wynika z badania „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” opracowanego przez EFL.

– Branży budowlanej najbardziej doskwiera w tej chwili brak rąk do pracy. Jest to bariera, na którą wskazują prawie wszyscy, bo aż 82 proc. badanych przez nas przedsiębiorców. Kolejne są ograniczenia dotyczące procedur i procesów, czyli ograniczenia formalno-prawne. Trzecia bariera dotyczy dostępu do finansowania rozwoju branży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Woźniak, wiceprezes zarządu EFL.

Sytuację na rynku pracy pogarszają stale rosnące koszty zatrudnienia, które doskwierają aż 78 proc. badanych firm. Ich rozwój hamują także skomplikowane procedury administracyjne (71 proc. wskazań), brak środków własnych na inwestycje i rozwój (65 proc.), niska dostępność terenów inwestycyjnych (45 proc.) oraz brak planów zagospodarowania przestrzennego (44 proc.). Z drugiej strony pomimo trudności dwie na trzy badane firmy nie obawiają się konkurencji ze strony zagranicznych podmiotów.

– Wyzwania dotyczące finansowania inwestycji dotyczą tego, że małe i średnie przedsiębiorstwa w głównej mierze finansują się dziś ze środków własnych. To podstawowe źródło dla 95 proc. wszystkich inwestycji. Istotnym elementem są również inwestycje ze środków UE. Tutaj część badanych wyraźnie zaznacza, że obawia się, jak sytuacja na tym polu będzie wyglądać w przyszłości. Naszym zdaniem sytuacja, w której 95 proc. inwestycji jest finansowanych ze środków własnych bądź samorządowych, utrzyma się również w najbliższej przyszłości – ocenia Radosław Woźniak.

Eksperci EFL wskazują, że mimo rynkowych perturbacji ostatnie 10 lat to czas boomu budowlanego, który większość małych i średnich firm z branży budowlanej ocenia pozytywnie. Innego zdania jest tylko co czwarta firma. Najwyższy odsetek pozytywnych ocen wystawili przedsiębiorcy działający w sektorze nieruchomości komercyjnych (biurowce, magazyny, centra handlowe).

– Już tylko 37 proc. badanych przez nas przedsiębiorców uważa, że gospodarka będzie sprzyjała im w przyszłości. Prawie 39 proc. nie potrafi odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, natomiast 5 proc. jest zdania, że branża najprawdopodobniej nie będzie się dobrze rozwijać w ciągu najbliższych 10 lat – mówi Radosław Woźniak.

Największe przełożenie na sytuację branży budowlanej w przyszłości będzie mieć wzrost gospodarczy – tego zdania jest 85 proc. przedsiębiorców. Drugi w kolejności czynnik to rozwój technologii (81 proc.), następnie inwestycje współfinansowane ze środków unijnych (80 proc.) oraz wzrost popytu na rynkach konsumenckich (78 proc.).

– Branża deweloperska i budowlana dziś zwraca uwagę przede wszystkim na oczekiwania klientów. Natomiast w przyszłości będą na nią wpływać nowe technologie, ekologia i odnawialne źródła energii – mówi Radosław Woźniak.

Jak wynika z opracowanego przez EFL raportu „Budownictwo przyszłości. Pod lupą”, wśród czynników, które w najbliższych latach będą decydować o przyszłości branży, przedsiębiorcy na pierwszym miejscu wskazują uwarunkowania ekonomiczne (49 proc.). Na drugim miejscu znalazła się polityka (27 proc.), a na trzecim – rozwój technologii (10 proc.).

– Wnioski są pozytywne i dość optymistyczne, bo przedsiębiorcy oceniają, że będzie utrzymywać się całkiem dobra koniunktura. Zaczynają też zwracać uwagę na fakt, że klienci stają się coraz bardziej świadomi, tzn. zaczynają oczekiwać czegoś więcej niż tylko prostego mieszkania. Podobnie jest w sektorze biurowym czy przemysłowym. Ludzie chcą czuć się dobrze w miejscach, w których mieszkają i pracują – mówi Radosław Woźniak.

Raport „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” jest ósmym z kolei branżowym opracowaniem EFL. Poprzednie poświęcone były m.in. MŚP, branży transportowej, innowacjom i inwestycjom oraz pokoleniu milenialsów na rynku pracy.

– Budownictwo jest ważne z tego względu, że jest to trzecia branża pod względem udziału w polskim PKB. Natomiast małe i średnie przedsiębiorstwa stanowią prawie 55 proc. całego sektora budowlanego w Polsce. Co istotne, budownictwo przyszłości będzie w dużej mierze kształtowało to, w jaki sposób my, jako społeczeństwo, będziemy funkcjonować – podkreśla wiceprezes zarządu EFL.

Obawa przez cyberatakami hamuje inwestycje firm w nowe technologie. Tylko zabezpieczenie całej sieci może ograniczyć zagrożenia

Obawa przez cyberatakami hamuje inwestycje firm w nowe technologie. Tylko zabezpieczenie całej sieci może ograniczyć zagrożenia 9

W 70 proc. firm obawy przed zapewnieniem odpowiedniego poziomu cyberbezpieczeństwa spowalniają projekty cyfryzacji – wynika z badań firmy Cisco. Obawy są uzasadnione, ponieważ w 2017 roku ponad 80 proc. firm padło ofiarą ataku hakerskiego. Eksperci podkreślają, że zabezpieczenie tylko urządzeń końcowych nie wystarczy, zwłaszcza w przemyśle. Cyberbezpieczeństwo powinno być wbudowane w infrastrukturę sieciową firm i stale uaktualniane w odpowiedzi na nowo wykrywane zagrożenia.

 Wydaje mi się, że polskie firmy produkcyjne mogłyby dużo bardziej dynamicznie wykorzystywać technologie, IT, rozwiązania przemysłu 4.0 po to, aby zwiększać swoją produktywność, konkurencyjność i kontynuować ten sukces, który notują na przestrzeni ostatnich kilku lat. Firmy rosną, eksportują, tworzą miejsca pracy, a teraz jest czas, żeby zrobić kolejny krok naprzód – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Kania, dyrektor generalny Cisco Systems Poland.

Z badania Dell Digital Transformation Index wynika, że zaledwie 5 proc. polskich firm można uznać za liderów transformacji cyfrowej. Większość traktuje cyfryzację jako wyzwanie, choć jednocześnie wie, że bez nowych technologii może stracić przewagę konkurencyjną. Jednocześnie przedsiębiorstwa obawiają się skutków cyfryzacji. Jak tłumaczy dyrektor generalny Cisco, wynika to nie tylko z niewiedzy, lecz także obaw związanych z cyberbezpieczeństwem. W badaniu Cisco 70 proc. dyrektorów przyznało, że cyfryzację opóźniają obawy przed zapewnieniem odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa infrastruktury IT.

 Dzisiaj tradycyjny model polega na tym, że zabezpieczamy się w kontekście dostępu do internetu i sieci zewnętrznej, kupujemy sobie firewall, próbujemy zabezpieczyć urządzenia końcowe albo serwery za pomocą dobrego oprogramowania. To jest potrzebne, natomiast teraz jest czas na to, aby uzupełnić tę architekturę również o bezpieczeństwo sieciowe. Dzisiaj jest możliwe, aby zbudować sieć tak, żeby ona słuchała i reagowała na zagrożenia – tłumaczy dyrektor Cisco Systems Poland.

Dziś systemy informatyczne i sterowania przemysłowego są ze sobą połączone. Atak na jedno urządzenie może sparaliżować cały łańcuch produkcji. Jak jednak podkreśla Przemysław Kania, zabezpieczenie urządzeń końcowych nie wystarczy, zwłaszcza w sektorze przemysłowym.

 Czy jest sens, żeby zabezpieczyć naszą lodówkę, która w przyszłości być może będzie nam zamawiać jogurt i masło do domu? Pewnie tak, ale raczej nie w pierwszej kolejności. Natomiast jest wielki sens w tym, żeby zabezpieczyć główną maszynę, która w naszym zakładzie produkcyjnym odpowiada za produkowanie jakiegoś asortymentu, czy kamerę wideo, która dba o bezpieczeństwo w strategicznym punkcie miasta. Zabezpieczajmy te urządzenia końcowe tam, gdzie jest to konieczne i możliwe. Natomiast ponad wszystko stwórzmy spójną architekturę opartą o sieć transmisji danych, głosu i wideo, bo sieć dobrze zbudowana może wykrywać zagrożenia i może na te zagrożenia reagować – przekonuje Przemysław Kania.

Z raportu Cisco „Annual Cybersecurity Report” wynika, że 42 proc. organizacji doświadczyło ataków DDoS w 2017 roku, a ponad połowa przeprowadzonych ataków spowodowała szkody w wysokości co najmniej pół miliona dolarów. Ataki są też coraz częstsze. Raport „Global Risks Report 2018”, przygotowany przez Marsh we współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym, wskazuje, że w ciągu ostatnich pięciu lat liczba ataków hakerskich wzrosła dwukrotnie. Z kolei z raportu KPMG „Barometr cyberbezpieczeństwo. Cyberatak zjawiskiem powszechnym” wynika, że w 2017 roku 82 proc. przedsiębiorstw zanotowało przynajmniej jeden taki incydent.

 Stosujmy dobre, wyrafinowane firewalle, wyrafinowane IDS-y, IPS-y, zabezpieczajmy krytyczne komputery i serwery, ponad wszystko zbudujmy sieć w taki sposób, aby wykrywała ataki. Podłączmy ten spójny system do bazy wiedzy, która jest możliwie szybko aktualizowana, tak żeby te nowe zagrożenia wykrywać. Stwórzmy naszą politykę bezpieczeństwa tak, żeby zabezpieczyć także ruch w chmurze i w internecie – podkreśla Kania.

Z raportu „Global Risks Report 2018” przygotowanego przez Marsh wynika, że tylko 19 proc. organizacji jest przygotowanych na zarządzanie ryzykiem cybernetycznym i ma gotowy scenariusz na wypadek takiego incydentu.

 Wydaje mi się, że rynek bezpieczeństwa sieciowego przechodzi z fazy start-upowej do dużo bardziej dojrzałej. Tworzą się pewne zalecenia. Na to nakłada się pewien mechanizm prawny, dokonuje się proces konsolidacji wszystkich graczy na tym rynku i myślę, że poziom cyberbezpieczeństwa w naszych firmach będzie rósł. Jestem pod tym względem optymistą – ocenia Przemysław Kania.

Z raportu Cisco „Annual Cybersecurity Report” wynika, że blisko 40 proc. organizacji w pełni polega na automatyzacji procesów związanych z cyberbezpieczeństwem, a co trzecia – na uczeniu maszynowym i sztucznej inteligencji.

W tym roku polski e-handel będzie wart prawie 50 mld zł. Większość e-sklepów działa na zagranicznych rynkach, ale sprzedaje tam niewiele

W tym roku polski e-handel będzie wart prawie 50 mld zł. Większość e-sklepów działa na zagranicznych rynkach, ale sprzedaje tam niewiele 10

Wartość polskiego rynku e-commerce sięgnie w tym roku blisko 50 mld zł, a w 2020 roku – już 70 mld zł. To wciąż prężnie rosnący segment sprzedaży, odpowiadający dziś za 7 proc. zakupów przy globalnej średniej na poziomie 10 proc. Polskie e-sklepy w większości są już obecne na zagranicznych rynkach, ale stawiają pierwsze kroki jeszcze dość ostrożnie. Sprzedaż zagraniczna stanowi zaledwie 6 proc. wartości ogółu sprzedaży – wynika z najnowszego raportu „Wyzwania e-commerce”, przygotowanego przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy. Warunkiem sukcesu za granicą jest dobre przygotowanie i dostosowanie działalności do wymagań zagranicznych klientów.

Z raportu Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy wynika, że 65 proc. polskich firm z branży e-commerce działa już na zagranicznych rynkach. Główny kierunek to Europa Środkowa i Zachodnia – ponad połowa przedsiębiorstw (58 proc.) jest tam obecna ze swoimi usługami, zaś jedna czwarta (26 proc.) rozwija działalność w Europie Wschodniej. Tylko co dziesiąta firma działa na rynku azjatyckim, 6 proc. w Stanach Zjednoczonych i 5 proc. na Bliskim Wschodzie.

– Polskie sklepy mają ogromną ambicję, żeby wychodzić z ofertą poza granice Polski. Dwie trzecie polskich firm jest obecnych na rynkach Europy Zachodniej i Środkowe, kolejne 8 proc. planuje rozszerzenie działalności poza granice kraju. Zauważyliśmy natomiast, że za granicą polskie sklepy uzyskują na razie tylko 6 proc. wartości swojej sprzedaży. W porównaniu z innymi krajami, takimi jak Słowacja, mamy jeszcze wiele do zrobienia. Polskie sklepy potrzebują wsparcia profesjonalistów w tym, jak zdobywać zagranicznych konsumentów i rozwijać działalność na rynkach innych niż tylko polski – podkreśla Maciej Żurawek.

Dla porównania w Czechach udział sprzedaży zagranicznej sięga 11 proc., na Słowacji – 26 proc., a w Portugalii – 85 proc.

Zakupy w internecie robi ponad 16 mln polskich konsumentów, a Polska pozostaje jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce.

– W badaniach rynku e-commerce wybrzmiewają trzy aspekty. Co piąta firma z tej branży to już co najmniej średnie przedsiębiorstwo, które zatrudnia powyżej 49 osób. 92 proc. tego biznesu to firmy rodzime. Widać więc, że fundamenty rynku e-commerce w Polsce stanowi polski kapitał. Trzecia rzecz, którą warto podkreślić, to fakt, że 70 proc. polskich firm działa w tym biznesie powyżej 10 lat. To pokazuje, że internet staje się coraz bardziej istotnym kanałem także dla tych, którzy rozpoczynali działalność w offline – podkreśla Maciej Żurawek.

Z raportu „Wyzwania e-commerce”, opracowanego przez Kantar Millward Brown na zlecenie Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy, wynika, że większość polskich sklepów dostosowuje się do potrzeb konsumentów, rozszerzając sprzedaż stacjonarną o kanał internetowy. 80 proc. ma zarówno placówki stacjonarne, jak i sklep online, przy czym sprzedaż internetowa stanowi średnio 27 proc. całości ich sprzedaży. Natomiast co piąta firma decyduje się sprzedawać swoje towary bądź usługi wyłącznie online.

– Zauważamy trend multikanałowości, który bardzo pomaga w prowadzeniu biznesu. Dywersyfikuje ryzyko przedsiębiorstw i pomaga w dotarciu do klienta, pozwala na bezpośredni kontakt. Poza tym ten trend jest zauważalny nie tylko na polskim rynku. Gracze tacy jak Amazon także tworzą placówki stacjonarne, żeby być bliżej klientów, więc ten trend pojawia się na całym świecie – mówi Maciej Żurawek.

Tym, co może zagwarantować sukces za granicą, to dobre rozpoznanie lokalnego rynku i dopasowanie działalności do wymagań zagranicznych klientów. Lokalny numer konta to dla klienta kupującego w sieci jeden z dwóch podstawowych filarów wiarygodności internetowego usługodawcy czy sklepu. Drugi to sprzedaż prowadzona w lokalnej walucie. Tymczasem aż 7 proc. – mimo obecności za granicą – przyjmuje tylko płatność w złotym. Prawie 80 proc. oferuje płatność w euro, a 35 proc. – w dolarach. Płatności w innych walutach są mniej powszechne. Tylko co dwudziesta firma daje możliwość zapłaty we wszystkich rodzimych walutach. Dlatego bank opracował rozwiązanie dla branży e-commerce, które pozwala e-sklepom automatycznie prezentować ceny w dowolnej walucie, zależnie od tego, z jakiego kraju pochodzi klient, ale też sprawnie zarządzać ryzykiem walutowym.

– Firmy chcące rozwijać się na międzynarodowych rynkach potrzebują partnera. Jako globalny bank operujący w 160 krajach jesteśmy takim partnerem. Firma, która chce prosperować za granicą, potrzebuje rachunku bankowego i zabezpieczenia przed ryzykiem walutowym. Stworzyliśmy mechanizm zabezpieczający naszych przedsiębiorców, a z drugiej strony – umożliwiający finalnym odbiorcom zakup towaru w lokalnej walucie – mówi dyrektor departamentu rozwoju produktu i wsparcia sprzedaży w Citi Handlowy.

Z raportu „Wyzwania e-commerce” (dostępnego na stronie www.citibank.pl/poland/kronenberg/polish/files/badanie_nemc_2018.pdf) wynika, że 8 proc. wszystkich firm ma w planach rozszerzenie działalności na rynki zagraniczne, przy czym 2 proc. podjęło już w tym kierunku konkretne działania, a 6 proc. jest na wstępnym etapie planowania.

Microsoft stworzył modelową Fabrykę Przyszłości. Dzięki nowej technologii będzie można analizować dane z maszyn, planować produkcje i wykrywać awarie

Microsoft stworzył modelową Fabrykę Przyszłości. Dzięki nowej technologii będzie można analizować dane z maszyn, planować produkcje i wykrywać awarie 11

Sektor produkcyjny otwiera się na nowy trend, jakim jest cyfrowa transformacja. Analiza danych zbieranych z maszyn produkcyjnych pozwoli lepiej planować proces produkcji i szybko reagować na potencjalne awarie, a co za tym idzie –ograniczyć koszty napraw. Microsoft stworzył koncept modelowej Fabryki Przyszłości, który pokazuje, jakie korzyści niesie za sobą pełna transformacja cyfrowa całego procesu produkcji. Wyzwaniem dla branży jest zapewnienie bezpieczeństwa nie tylko wykorzystywanych danych, lecz także pracy maszyn i całego procesu wytwarzania.

Zmiany związane z transformacją cyfrową w sektorze produkcji zachodzą dziś niemalże w całym łańcuchu wartości. Począwszy od produkcji, gdzie mamy zlokalizowane maszyny i urządzenia – tam wdrażane są elementy przemysłowego internetu rzeczy, a więc sensory i czujniki, które gromadzą dane z maszyn i pozwalają lepiej planować ich pracę oraz – przy wykorzystaniu algorytmów sztucznej inteligencji – przewidywać sytuacje nieplanowane, jak np. awarie. Następny etap to przeniesienie tych danych do wyższych warstw przedsiębiorstwa, gdzie zlokalizowane jest planowanie produkcji, systemy ERP, rozwiązania sprzedażowe, logistyczne czy dystrybucyjne – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Zarychta, dyrektor ds. rozwiązań sektora produkcyjnego w Microsoft.

Jak podkreśla, sektor produkcyjny stoi w tej chwili w obliczu kolosalnych zmian. Na przestrzeni ostatnich 30 lat branża inwestowała głównie w outsourcing, wskutek czego niektóre obszary procesu produkcji zostały przekazane do firm zewnętrznych. To spowodowało obniżenie jakości produktów końcowych, ale też przeniesienie wykwalifikowanych kadr oraz know-how na zewnątrz. Dziś, kiedy firmy produkcyjne muszą walczyć o klienta i odpowiadać na rosnące wymagania dotyczące jakości, outsourcing zaczyna przynosić więcej szkód niż pożytku. To powoduje, że sektor coraz chętniej otwiera się na cyfrową transformację.

– Dane, które są paliwem transformacji cyfrowej, znajdują się w komputerach, serwerach, telefonach komórkowych. W branży produkcyjnej te dane są generowane przez park maszynowy. Zbierane przez sensory i czujniki mogą być wykorzystywane do optymalizacji procesu produkcyjnego. To rodzi dodatkowe wyzwania, ponieważ trzeba zadbać o warstwę bezpieczeństwa całego procesu produkcji, na który składa się bezpieczeństwo parku maszynowego, stabilne utrzymanie pracy maszyn i urządzeń w linii produkcyjnej, a w następnym kroku o bezpieczeństwo danych w całym cyklu produkcji. Stanowi to pewnego rodzaju barierę przed wdrażaniem innowacyjnych technologii w tej branży – ocenia Jarosław Zarychta.

We współpracy z firmami, które dostarczają innowacyjnych rozwiązań dla produkcji i biznesu, Microsoft stworzył wzorcowy model fabryki zgodnej z koncepcją Przemysłu 4.0. W modelowym przedsiębiorstwie łańcuch wartości został w pełni zintegrowany, a produkcję ułatwia integracja systemów informatycznych i wszystkich dostępnych danych produkcyjnych, dostarczanych za pośrednictwem internetu rzeczy. Dane mogą być bezpośrednio bezpiecznym kanałem przesyłane do chmury Microsoft Azure albo wykorzystywane do określonych operacji bezpośrednio przy urządzeniu czy komputerze przemysłowym.

Nazwaliśmy tę koncepcję Fabryką Przyszłości i wraz z partnerami technologicznymi wdrożyliśmy jej elementy w kilku zakładach produkcyjnych. Na polskim rynku to nowość i największy w swoim zakresie przykład transformacji cyfrowej w pełnym łańcuchu wartości w branży produkcyjnej – od pola produkcji poprzez warstwę sterowania i kontroli aż po zarządzanie przedsiębiorstwem – mówi dyrektor ds. rozwiązań sektora produkcyjnego w Microsoft.

– Fabryka Przyszłości jest genialnym konceptem pokazującym, jak można zaadresować potrzeby przemysłu od początku do końca, czyli od maszyn aż po zaawansowaną analitykę dla zarządów firm. Bardzo istotna w tym koncepcie jest możliwość skalowania tego biznesu globalnie, co umożliwiają rozwiązania chmurowe – dodaje Michał Kaczurba, dyrektor strategii i rozwoju w firmie REDNT, która partnerowała w pracach nad koncepcją Fabryki Przyszłości.

W Fabryce Przyszłości w centrum łańcucha wartości jest klient, a transformacja cyfrowa podporządkowana jest wymaganiom rynku. Dotyczy to zarówno procesów technologicznych, jak i zarządzania jakością. Obszary objęte zakresem rozwiązań w ramach Fabryki Przyszłości to nie tylko szeroko rozumiana produkcja, lecz także proces sprzedaży i obsługi klientów lub kontrahentów, cyberbezpieczeństwo, logistyka, zarządzanie zasobami ludzkimi czy efektywność energetyczna.

Istotne jest monitorowanie produkcji energii elektrycznej i obszaru zarządzania efektywnością energetyczną poprzez mierzenie tego, jak pracują nasze maszyny i urządzenia. Dzięki temu można zmniejszyć koszty i zużycie energii elektrycznej oraz zwiększyć żywotność pracy maszyn i urządzeń. Kolejna rzecz to coraz większe wykorzystanie energii generowanej samodzielnie, np. poprzez ogniwa fotowoltaiczne albo w ramach klastrów energetycznych. Odpowiednie zbilansowanie jest kluczowe, żeby obniżyć całkowitą konsumpcję energii i ustrzec sieci energetyczne przed blackoutami – mówi Michał Kaczurba.

Totalizator Sportowy funduje stypendia dla stu wyróżniających się studentów. Przeznaczy na ten cel 1,5 mln zł

Totalizator Sportowy funduje stypendia dla stu wyróżniających się studentów. Przeznaczy na ten cel 1,5 mln zł 12

1,5 mln zł wydadzą Totalizator Sportowy i Fundacja LOTTO na wsparcie stu wyróżniających się studentów. Beneficjenci programu stypendialnego będą otrzymywać miesięcznie 1 250 zł przez cały 2019 rok. Środki te będą mogli wydać zarówno na poszerzanie kompetencji i zakup pomocy naukowych, jak i na potrzeby własne, np. bilety do kina. Stypendium przeznaczone jest dla studentów ze średnią powyżej 4.0, odznaczających się zaangażowaniem w życie społeczne kraju.

Totalizator Sportowy i Fundacja LOTTO wspierają szereg inicjatyw związanych ze świętowaniem setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę. Obie organizacje chciały się jednak włączyć w obchody także z własnym projektem, stąd pomysł wsparcia stu wyróżniających się studentów. Program stypendialny „100 na 100” im. Haliny Konopackiej i Ignacego Matuszewskiego kierowany jest do studentów mogących być wzorem do naśladowania dla rówieśników. Powinni się oni odznaczać zarówno wynikami w nauce, jak i odpowiednią postawą oraz zaangażowaniem w życie społeczne kraju.

– Chcemy poprzez ten program wspierać rozwój polskiej młodzieży, ale to nie kwestia tylko rozwoju edukacji, lecz także postaw proobywatelskich, prospołecznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Kopka-Wojciechowska, członek zarządu Totalizatora Sportowego.

Wnioski o przyznanie stypendium można składać od 10 października za pośrednictwem strony internetowej Fundacji LOTTO. Zgłaszać się mogą wszyscy studenci będący obywatelami Polski lub posiadaczami Karty Polaka, w przedziale wiekowym 18–26 lat, którzy zaliczyli I rok studiów pierwszego stopnia lub I rok jednolitych studiów magisterskich. Podstawowym kryterium, jakie fundatorzy stypendium będą brać pod uwagę, są wyniki w nauce, a więc średnia powyżej 4.0.

– Drugie kryterium to osiągnięcia pozanaukowe: wszelkie dyplomy, wyróżnienia, miejsca na podium, wszystko, czym możemy się dodatkowo pochwalić. Kolejne kryterium to zaangażowanie społeczne, udział w wolontariatach, zaangażowanie w działalność organizacji pozarządowych, studenckich, parafialnych – wymienia Eliza Dzwonkiewicz, prezes zarządu Fundacji LOTTO.

Równie istotna będzie motywacja potencjalnych stypendystów. Kandydaci muszą więc odpowiednio uzasadnić, dlaczego chcą uzyskać wsparcie i jak zamierzają je wykorzystać. Łącznie każdy wnioskujący może uzyskać 30 punktów. Stypendium będzie wypłacane od stycznia do grudnia 2019 roku. Totalizator Sportowy i Fundacja Lotto przeznaczyły na ten cel 1,5 mln zł. Każdy beneficjent otrzyma 15 tys. zł, wypłacane co miesiąc w równych ratach, choć organizatorzy przewidują również odstępstwa od tej zasady.

– Student może złożyć do nas prośbę o to, żeby skumulować kwotę i wypłacić ją w większych ratach lub całą kwotę jednorazowo, jeżeli np. uzasadni, że taki wydatek przysłuży się w jego rozwoju – mówi Eliza Dzwonkiewicz.

Stypendyści Fundacji LOTTO będą mogli przeznaczyć uzyskane środki m.in. na pogłębianie swoich zainteresowań, np. na dodatkowe kursy, zakup niezbędnego dla dalszego rozwoju sprzętu (oprogramowanie, komputery, instrumenty muzyczne, sprzęt sportowy itp.), opłaty rekrutacyjne oraz zakup podręczników. 30 proc. uzyskanej ze stypendium kwoty beneficjenci będą mogli wydać na potrzeby własne, np. spotkania z przyjaciółmi, bilety do kina lub teatru. Tych pieniędzy nie trzeba będzie rozliczać formalnie, fundator będzie jedynie pytał, na co mniej więcej studenci wydali te kwoty.

– Bardzo nam zależy na tym, żeby młody człowiek w siebie inwestował, ale żeby miał poczucie, że to nie może być inwestycja dla samego siebie. Chcielibyśmy, żeby miał świadomość, że to wzmacnianie siebie powinno służyć docelowo Polsce i społeczeństwu – mówi Eliza Dzwonkiewicz.

Program „100 na 100” uzyskał honorowy patronat prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego.