Przemysł i budownictwo mocno rozczarowały. Polska gospodarka szczyt koniunktury ma już za sobą

Wyraźnie niższe niż się spodziewano okazały się wrześniowe dane o produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej. Wszystko wskazuje więc na to, że polska gospodarka szczyt koniunktury ma już za sobą i należy oczekiwać spowolnienia tempa jej wzrostu.

Według GUS, produkcja przemysłowa była we wrześniu jedynie o 2,8 proc. wyższa niż rok wcześniej. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii spodziewało się wzrostu o około 8 proc., a analitycy rynkowi oczekiwali zwyżki o 4,3 proc. Tymczasem nawet ci ostatni mocno się zawiedli. Tak słaby wzrost przemysł ostatnio zaliczył jedynie w marcu obecnego roku oraz w grudniu, kwietniu i lutym 2017 r. Tym razem potwierdzenie w praktyce znalazł bardzo słaby odczyt wskaźnika PMI, który we wrześniu spadł do 50,5 proc., zbliżając się niebezpiecznie do poziomu, poniżej którego można będzie mówić o negatywnej tendencji. Mocno rozczarowująca okazała się również dynamika produkcji budowlano-montażowej. W tym sektorze ministerstwo liczyło na wzrost przekraczający 20 proc., a analitycy spodziewali się zwyżki o 18 proc. Rzeczywistość okazała się znacznie mniej różowa i produkcja w budownictwie wzrosła jedynie o 6,4 proc., najwolniej od kwietnia ubiegłego roku. W tym przypadku można wręcz mówić o załamaniu dynamicznej dotychczas tendencji wzrostowej. Wszystko wskazuje na to, że w budowlance we znaki daje się sygnalizowany już od dawna niedobór pracowników, ale także ograniczone w porównaniu do nasilenia zamówień moce produkcyjne oraz znaczny wzrost kosztów. Ten ostatni czynnik powoduje, że coraz częstsze są przypadki odstępowania firm od realizacji już wygranych przetargów. To zjawisko może poważnie ograniczyć odradzającą się powoli poprawę sytuacji w inwestycjach, głównie infrastrukturalnych.

Wrześniowe dane każą spodziewać się nieco wolniejszej dynamiki PKB za trzeci kwartał i dalszego jego hamowania w kolejnych miesiącach. Coraz większe staje się prawdopodobieństwo realizacji prognoz zakładających że w przyszłym roku polska gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,5-3,8 proc. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że po wyeliminowaniu czynników sezonowych, wrześniowe dane nie wyglądają już tak słabo, bowiem według nich produkcja przemysłowa wzrosła o przyzwoite 5,4 proc., a więc nawet nieco mocniej niż w sierpniu, a produkcja budowlano-montażowa poszła w górę w porównaniu do września ubiegłego roku o 19,9 proc.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Exit Tax, czyli jak zdobyć „szybką gotówkę”, aby wygrać wybory

Wydawałoby się, że amerykańskie prawo podatkowe FATCA, które namieszało w świecie finansów, złamało kręgosłupy instytucjom finansowym i bankom, wzgardziło świętością jaką była tajemnica bankowa, jest w swojej kontrowersyjności nie do przebicia. A jednak… Okazało się, że Polak potrafi. Polskie Ministerstwo Finansów postanowiło dokonać czegoś jeszcze bardziej spektakularnego, a mianowicie wdrożyć podatek od wyprowadzonych za granicę hipotetycznych zysków, a więc takich, których jeszcze nie ma. Co więcej: polski fiskus chce złamać nie tylko firmy, ale także osoby fizyczne. Wszystko to jest serwowane w sosie szlachetnych intencji, czyli walki z oszustwem podatkowym i wyrównaniem warunków konkurencji. Jednak okoliczności wskazują jednoznacznie, iż nie chodzi tu o zwalczanie finansowych krętaczy, a o zdobycie szybkiej gotówki na pokrycie rozbudzonych apetytów socjalnych. Exit Tax może się okazać lekiem na obietnice wyborcze i ratunkiem w przyszłorocznej kampanii parlamentarnej. Podatnicy nie powinni mieć złudzeń – to prawo będzie wdrożone, choćby było złe, niekonstytucyjne i dopchnięte kolanem.

Ministerstwo Finansów bardziej unijne od Brukseli

Robert Nogacki Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki -Kancelaria Prawna Skarbiec

Pozornie wszystko wydaje się w porządku. Polski rząd szykuje nowe prawo podatkowe, ponieważ chce pozostawać w zgodzie z Dyrektywą ATAD Rady Unii Europejskiej (2016/1164 z 12 lipca 2016 r.), która – zapobiegając czy to realnym, czy po części wyimaginowanym oszustwom finansowym – zaleca nałożenie podatku na przenoszone przez przedsiębiorstwa zyski poza obszar rynku wewnętrznego. 24 sierpnia 2018 r. ogłoszono więc projekt nowego prawa, tzw. Exit Tax, polegającego na obłożeniu podatkiem niezrealizowanych jeszcze zysków kapitałowych, w związku z przeniesieniem przez podatnika aktywów jego przedsiębiorstwa lub rezydencji podatkowej do innego państwa. Oficjalnie szermuje się szlachetnymi argumentami o postawieniu zapory erozji bazy podatkowej, wyrównaniu reguł gry, zapobieżeniu agresywnej optymalizacji podatkowej. W nowym prawie jest też nuta patriotyczna, a więc przepis ma „uchronić Polskę przed utratą prawa do opodatkowania dochodów wypracowanych w okresie, w którym podatnik podlegał polskim przepisom podatkowym” (min. T. Czerwińska, Gazeta Prawna z 31.08.2018 r.).

Kiedy jednak wczytać się w projekt ustawy nie sposób nie przecierać oczu ze zdumienia. Jeśli pomysłodawcom chodziło tylko o implementację Dyrektywy, to w twórczym zapale okazali się bardziej unijni od Brukseli.

Po pierwsze, proponuje się rozszerzenie podatku od zysków kapitałowych na osoby fizyczne, kiedy w Dyrektywie mówi się jedynie o osobach prawnych. Polski fiskus posuwając się dalej stosuje przy tym sprytny zabieg socjotechniczny. Otóż we wcześniejszych zapowiedziach podatek od papierów wartościowych i innych kapitałów miałyby płacić osoby, jeśli ich wartość przekraczałaby 2 mln zł. W ostatnim projekcie mowa już o 4 mln, a więc rząd łagodzi wymyślone przez siebie restrykcje i puszcza oko jednocześnie w dwie strony: do zainteresowanych komunikatem, aby dostrzegli ludzkie, w gruncie rzeczy, oblicze władzy, a do żelaznego elektoratu z deklaracją: tak się rozprawiamy z kapitalistami, bogaczami, krwiopijcami i im podobnymi. Kto więc będzie ich bronił?

Po drugie, termin wdrożenia dyrektywy ATAD upływa 31 grudnia 2019 r., ale polskie Ministerstwo Finansów pragnie, aby nowe przepisy zaczęły obowiązywać już od 1 stycznia 2019 r. Dlaczego taki pośpiech? Wszak to projekt rządowy, a więc z założenia będzie musiał przejść dłuższą ścieżkę legislacyjną, a zostało tylko niespełna 3 miesiące. Jak słusznie „punktuje” Instytut Staszica, tak rewolucyjnych zmian w systemie podatkowym wprowadzanych w niezwykłym tempie jeszcze w Polsce nie było, co może skutkować błędami legislacyjnymi i chaosem prawnym.

Średnio zaangażowany obserwator życia politycznego nie będzie mieć wątpliwości. Są dwie przyczyny tego iście stachanowskiego tempa. Przede wszystkim na gwałt potrzebna jest gotówka na zaspokojenie rozbudzonych, by nie rzec rozbuchanych, oczekiwań socjalnych. Kolejne grupy zawodowe, ośmielone opowiadaniami premiera i ministrów o kwitnącej gospodarce i nadwyżkach finansowych, wyciągają ręce po pieniądze. Z ulic zeszli nauczyciele, funkcjonariusze służb mundurowych, a zaraz wejdą rolnicy i kolejne rzesze niezadowolonych z sytuacji materialnej. Exit Tax ma przede wszystkim cel budżetowy, zaś cała frazeologia o ściganiu oszustów jest ideologiczną nadbudową (chociaż zjawisko wyprowadzania majątku w celu unikania podatków jest realne). Konfederacja Lewiatan uważa, że podatek wykracza poza nadrzędny cel jakim było zapewne zidentyfikowanie sytuacji zmierzających do unikania opodatkowania w Polsce. Drugą przyczyną zaskakującego tempa są zbliżające się wybory parlamentarne. Do jesieni 2019 r. rządzący, nawet jeśli nie pokażą jeszcze wymiernych rezultatów nowego myta, będą mogli „wyciszyć” niektóre strajkujące grupy a konto spodziewanych wpływów, a w Polskę wysłany zostanie populistyczny, ale wyraźny komunikat: ścigamy bogate elity, aby suwerenowi żyło się lepiej. Hasło wątpliwej rzetelności, ale za to jakie chwytliwe!

W cywilizowanym świecie istnieje dobry legislacyjny obyczaj, który daje czas na wdrożenie kontrowersyjnego czy niepopularnego prawa, aby obywatele mogli się z nim oswoić i ewentualnie odpowiednio przygotować. Wspomniane amerykańskie prawo podatkowe FATCA, kontrowersyjne do bólu, czekało na wdrożenie cztery lata (uchwalono w 2010 r., wdrożono 1 lipca 2014 r.). W przypadku polskiego Exit Tax można być niemal pewnym, iż od uchwalenia do wdrożenia zostaną dwa tygodnie, najwyżej miesiąc. I nikogo to już nie zdziwi, bo obecny ustawodawca procedował już w o wiele szybszym tempie.

Po trzecie, państwo polskie wykazuje podejrzaną niecierpliwość w ściąganiu tego podatku. Chce aby zapłata nastąpiła w ciągu 7 dni od zmiany rezydencji, na podstawie wyceny aktywów. Nieważne więc, że aktywa mogą wygenerować stratę. Dyrektywa nie jest aż tak skwapliwa. Przewiduje wprawdzie niezwłoczne uiszczenie podatku, ale też prawo do odroczenia płatności (jeśli przenosiny w ramach UE/Europejski Obszar Gospodarczy) i rozłożenia jej na raty na okres kilku lat.

Po czwarte, Dyrektywa nie wymaga podatku od hipotetycznych zysków, a większość krajów, które taki podatek wdrożyły, wymagają daniny od zysków realnych (np. Holandia, Francja, Hiszpania). Łatwo bowiem wyobrazić sobie sytuację, kiedy podatnik zmuszony do uiszczenia opłaty z tytułu niezrealizowanych zysków nie będzie dysponował odpowiednią kwotą, np. gdy majątek stanowi jego przedsiębiorstwo. Ma więc je sprzedawać po kawałku? O co więc w istocie chodzi? Odpowiedź może być jedna: o szybkie pieniądze, bez oglądania się na konsekwencje.

Exit Tax jest niekonstytucyjny, ale ten argument brzmi dzisiaj jak żart

Poważne organizacje gospodarcze i instytuty, jak BBC, Konfederacja Lewiatan, Pracodawcy RP czy Instytut Staszica są, używając eufemizmu, poruszone nowym prawem podatkowym. Wysuwają dwie grupy argumentów: gospodarcze i prawne. Te ostatnie sprowadzają się do tezy, iż nowe prawo jest niekonstytucyjne i niezgodne z prawem UE. Nie podejmujemy się oceny argumentów gospodarczych, pozostawiamy je specjalistom poprzestając jedynie na uwadze, iż zdaniem ekspertów nowa regulacja długofalowo będzie miała negatywny wpływ na polską gospodarkę w ramach UE. Jednak w naszym głębokim przekonaniu wartość tej argumentacji – rozsądnej, logicznej i uzasadnionej – dla sprawujących władzę będzie żadna. Nie chodzi tu przecież o szukanie uzasadnienia gospodarczego, ale o pozyskanie szybkich środków finansowych. Obyśmy się mylili, ale trudno pozbyć się natrętnego wrażenia, że w przypadku Exit Tax jego twórcy kierują się zasadą: po nas choćby potop.

Pozostając zatem przy argumentacji konstytucyjnej warto zauważyć, iż tego rodzaju podatek chciano wprowadzić w 2013 roku, ale istniała wówczas inna rzeczywistość polityczno-prawna. Ówczesna Komisja Ustawodawcza (posiedzenie w dniu 17 kwietnia 2013 r.) odrzuciła projekt ustawy „o zmianie ustawy o podatku od niektórych czynności związanych z likwidacją oraz ograniczeniem działalności gospodarczej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” jako niezgodny z prawem Unii Europejskiej („naruszenie dwóch podstawowych traktatowych zasad – zasady przepływu przedsiębiorczości oraz swobody przepływu kapitału”), jak i Konstytucją RP. Tu postawiono zarzut dyskryminacji, która stoi w sprzeczności z art. 84 stanowiącym, iż „każdy jest obowiązany do ponoszenia ciężarów i świadczeń publicznych, w tym podatków, określonych w ustawie”.

Obecny projekt ustawy nadal zawiera sprzeczność z prawem unijnym i polską Konstytucją. Jest też, co podkreślają działacze gospodarczy i pracodawcy, sprzeczny z Konstytucją Biznesu.

Czy obecna Komisja Ustawodawcza albo Sejm na posiedzeniu plenarnym mogą postąpić analogicznie powołując się na te same przepisy? Szczerze wątpimy. Z pewnością zastosują elastyczne podejście. Prawo unijne stanowi największy problem dla rządzących, bowiem istnieje już w tej kwestii orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE. Sprawy przegrały Portugalia, Francja i Hiszpania naruszające zasadę swobody przedsiębiorczości i przepływu osób. Orzecznictwo TSUE dopuszcza tego rodzaju podatek, ale pod warunkiem, że polegałby na automatycznym oszacowaniu na moment przeniesienia aktywów lub zmiany rezydencji. Trybunał stoi również na stanowisku, że jego płatność powinna być odroczona do momentu zrealizowania zysku ze sprzedaży akcji lub udziałów w spółkach. Kłóci się to z natychmiastową „żądzą pieniądza” wyartykułowaną w polskim projekcie, ale ustawodawca musi to stanowisko w jakimś stopniu uwzględnić.

Podobnego problemu większość parlamentarna nie będzie miała z niezgodnością nowego prawa z Konstytucją, a tym bardziej z Konstytucją Biznesu. Któż bowiem miałby stwierdzić niezgodność Exit Tax z artykułem 84 Konstytucji? Trybunał Konstytucyjny wydający korzystne wyroki dla rządzących? Wolne żarty.

Wnioski

Gdyby rząd polski, skądinąd oskarżany o antyeuropejskość, proponując ustawę Exit Tax kierował się tylko koniecznością dostosowania prawa do wytycznych UE, skonstruowałby ją w pełnej zgodzie z zasadami określonymi w Dyrektywie ATAD i w ten sposób mógłby chociaż w niewielkim stopniu złagodzić zarzuty o antyunijnym kursie. Skoro tego nie uczynił, a jego projekt stoi w wielu miejscach w sprzeczności z wytycznymi Dyrektywy, to zasadna wydaje się konstatacja, iż nie o unijne prawo tu chodzi. Jest ono natomiast dobrym pretekstem do ściągnięcia – trudnej do oszacowania, ale wydaje się, że poważnej – kwoty pieniężnej na bieżące potrzeby zarządzania krajem. Ponieważ z ogromną determinacją dąży się, aby nowe prawo – wbrew terminom unijnym – obowiązywało już od 1 stycznia 2019 roku, to trudno nie dostrzec koincydencji tego faktu z kalendarzem wyborczym nadchodzącego roku. Trzeba wyciszyć napięcia społeczne przed wyborami parlamentarnymi i dać kolejny sygnał wiernemu elektoratowi, iż rozprawa z łże-elitami, malwersantami i biznesowymi cwaniaczkami, beneficjentami globalizacji trwa w najlepsze. To nic, iż jest to dalekie od prawdy. Wszak „ciemny lud to kupi” jak stwierdził swego czasu z ogromną mocą obecny szef propagandy „dobrej zmiany”.

Na koniec powtórzymy to, co już pisaliśmy przy okazji dyskusji o Exit Tax: nowa „antyulga” dla przedsiębiorców to wynik ustawodawczego pospolitego ruszenia nie w imię uszczelniania systemu podatkowego w Polsce, ale tak naprawdę w imię rozwiązania kilku niezwykle ważnych dla obozu władzy problemów politycznych. Raz jeszcze należy podkreślić, że nowy podatek może się stać samospełniającą się przepowiednią. Pobierając podatki od zysków, których nie ma, niebezpiecznie kreuje się rzeczywistość, w której tak naprawdę tych podatków może nie być. Przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że zmiana rezydencji podatkowej, mimo swej złożoności i stopnia skomplikowania, nie jest dla specjalizujących się w tej dziedzinie profesjonalnych kancelarii prawnych wielkim problemem.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Biznesowe nadzieje na współpracę z Turcją rozbiły się o kryzys

Rok temu, 17 października, podczas szczytu polsko-tureckiego, krajowy biznes z nadzieją patrzył w stronę rynku nad Bosforem. Ambitne plany współpracy zakładały nawet podwojenie wzajemnej wymiany handlowej. Dziś zapał polskiego biznesu skutecznie studzi turecki kryzys i prognozowana krajowi recesja gospodarcza. Czy perspektywa obniżenia wartości polskiego eksportu na tym kierunku jest realna? Według ekspertów AKCENTY niestety tak i w 2019 r. spadek może sięgnąć nawet 10% r/r.

Turcja to wg danych GUS czwarty najważniejszy pozaunijny odbiorca polskiego eksportu i pierwszy w regionie Bliskiego Wschodu i Azji. W lipcu br. udział tego kierunku w całkowitej sprzedaży zagranicznej stanowił 1,33% (19. miejsce). Sama wartość wysłanych do Turcji towarów osiągnęła w tym okresie wartość ponad 7,1 mld zł i jest nadal wyższa o prawie 1% niż rok wcześniej. Wg ekspertów instytucji płatniczej AKCENTA, która zajmuje się obsługą transakcji walutowych eksporterów i importerów, z wypracowywaniem dodatniej dynamiki eksportu będzie coraz ciężej. – Sytuacja w gospodarce tureckiej w ostatnich miesiącach dramatycznie się pogorszyła. PKB w II kwartale br. wykazał jeszcze solidny wzrost do 5,2%, jednak w drugiej połowie i w roku 2019 można spodziewać się niższej aktywności gospodarczej oraz gwałtownego spowolnienia jego dynamiki. Nie można wykluczyć, że Turcja wkrótce znajdzie się w recesji gospodarczej – komentuje Miroslav Novak, główny analityk AKCENTY. Ekspert dodaje też, że poniekąd osłabienie polskiej sprzedaży na tym kierunku powoli uwidacznia się w danych. Rok 2017 polski eksport zakończył wzrostem 1,7% r/r, w przeszło połowie bieżącego roku wynik ten spadł do 0,9% r/r. Analityk AKCENTY szacuje, że wyhamowanie polskiego eksportu na kierunku tureckim w 2019 r. może sięgnąć 5 do nawet 10% r/r.

Turcja w opałach

Turecka gospodarka boryka się z problemami wewnętrznymi i zewnętrznymi. W ostatnich miesiącach w kraju znacznie wzrosła inflacja, w sierpniu wynosiła już 24,5%. We wrześniu wartość tureckiego indeksu PMI spadła do 42,7 pkt. To najniższy poziom od 2009 r., gdy gospodarka kraju ponosiła skutki światowego kryzysu finansowego. Firmy w Turcji aktualnie borykają się ze spadkiem produkcji oraz nowych zamówień, a przede wszystkim ze znaczącym wzrostem wyjściowych kosztów ze względu na gwałtowne osłabienie lokalnej waluty (TRY). Pogorszenie nastrojów jest widoczne również wśród konsumentów. Wskaźniki zadłużenia zewnętrznego, wskazują na silną wrażliwość Turcji i TRY w stosunku do negatywnych nastojów na rynkach finansowych.

A sytuacja w światowej gospodarce staje się coraz bardziej napięta. Spowolnieniu globalnego PKB towarzyszy wzrost protekcjonizmu  handlowego, który ma negatywny wpływ na rynki emerging markets, w tym na Turcję. Inwestorzy zagraniczni z podejrzeniem obserwują również skracanie niezależności narodowego banku centralnego Turcji. – Żeby tego mało, Ankara ma bardzo napięte stosunki polityczne z Waszyngtonem. Jedną z drażliwych kwestii dyplomatycznych, które zaogniły wzajemne relacje była kwestia oskarżenia o szpiegostwo i przetrzymywania amerykańskiego pastora Andrew Brunsona. Uwięzienie duchownego i późniejsze przetrzymywanie go w areszcie domowym było powodem wprowadzenia przez USA sankcji na Turcję i kryzysu w relacjach obu krajów. Mimo iż w końcu Turcja uwolniła pastora, to jednak mleko się już rozlało. Amerykańskie sankcje przyczyniły się do zapaści tureckiej waluty – przypomina ekspert AKCENTY.

Tania waluta za dużo nie pomoże

Problemy Turcji, jak w soczewce, odbijają się w notowaniach liry tureckiej. Krajowa waluta w kwietniu br. z poziomu ok. 4 TRY/USD zaczęła się znacznie osłabiać. Jej straty osiągnęły punk kulminacyjny w pierwszej połowie sierpnia br., gdy w stosunku do dolara przez małą chwilę znajdowała się pod poziomem 7 TRY/USD. Bank centralny Turcji był zmuszony gwałtownie podnieść stopy procentowe. Na początku października główna stopa procentowa wynosiła już 24%. Kolejne ich podniesienie jest prawdopodobne najpóźniej w IV kwartale br. O ile wysokie stopy procentowe pomogą utrzymać inflację pod kontrolą, to jednocześnie znacznie skomplikują dostępność kredytów dla tureckich gospodarstw domowych i przedsiębiorców, co będzie miało negatywny wpływ na wzrost PKB, wskazuje analityk AKCENTY.

Patrząc na handel zagraniczny znaczne osłabienie tureckiej liry może wydawać się mocnym wsparciem tureckiego eksportu, ale to jest tylko jedna strona medalu. Turcja jest importerem produktów inżynierskich i surowców, w tym ropy naftowej. Znaczne osłabienie TRY, już teraz i w przyszłości będzie odbijało się we wzroście cen importowanych towarów i wyjściowych kosztów produkcji. Wzrost konkurencyjności tureckiego eksportu, nie będzie więc tak widoczny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka – zauważa Miroslav Novák.

Motoryzacja na celowniku

Najważniejszą gałęzią tureckiej gospodarki, obok usług, jest przemysł, przede wszystkim motoryzacyjny. Z danych Międzynarodowej Organizacji Producentów Pojazdów Samochodowych wynika, że produkcja pojazdów mechanicznych w Turcji zajmuje 5. miejsce w Europie i 14. miejsce na świecie na koniec 2017 r. To, czy dobra pozycja kraju w silnie umiędzynarodowionej branży, jaką jest motoryzacja, utrzyma się, w dużej mierze zależy od sytuacji wewnętrznej w Turcji oraz jej relacji z najważniejszymi partnerami zagranicznymi. Jak wskazuje Jarosław Kochański, członek zarządu Exact Systems, odpowiedzialny za rozwój rynków zagranicznych, w tym za Turcję, osłabienie liry tureckiej w stosunku do euro i dolara, a w konsekwencji zmniejszenie wewnętrznego popytu konsumpcyjnego i wzrost cen importowanych towarów, wpłynęły również negatywnie na tamtejszy motosektor. – Choć eksport towarów motoryzacyjnych utrzymywał się wciąż na wysokim poziomie, nastąpił istotny spadek sprzedaży samochodów na rynku wewnętrznym. To pociągnęło zmniejszenie wolumenu produkcji w łańcuchu, czyli zarówno całych pojazdów, jaki i części do nich. Jako Exact Systems, na razie nie odnotowujemy spadku zamówień czy zatrudnienia, jednak nasi partnerzy sygnalizują nam, że w perspektywie długoterminowej może to nastąpić. Ostatnio sytuację złagodziło uwolnienie Brunsona oraz zapowiedź zniesienia sankcji, jednak proces wyjścia z tej trudnej sytuacji musi potrwać – mówi Jarosław Kochański.

Turcja traci w oczach polskiego biznesu

Do Turcji z Polski najwięcej wysyłamy towarów z kategorii automotive (pojazdy silnikowe i ich komponenty, silniki spalinowe) oraz akcesoriów do odbiorników radiowych lub telewizyjnych. Według obserwacji AKCENTY, wśród jej klientów, którzy należą głównie do sektora MŚP, spadek spadek zamówień od tureckich partnerów zaczyna być już widoczny. Bardzo mocno odczuwalna jest też z ich strony rosnąca presja cenowa. Coraz trudniej będzie zatem przedsiębiorcom z Polski uzyskać satysfakcjonującą marżę, sygnalizują eksperci AKCENTY, dodając, że takiej sytuacji możemy spodziewać się także w nadchodzących kwartałach. – Należy liczyć się z tym, że na część polskich eksporterów aktualny rozwój sytuacji gospodarczej w Turcji będzie miał negatywny wpływ. Mowa tu szczególnie o sektorach, w których ten kierunek ma duży udział w sprzedaży. Straty dla polskiego handlu należy jednak rozpatrywać także w kontekście utraconych szans na rozwój. W związku z problemami Turcji, jej niepewną sytuacją gospodarczą, a nawet zwiastowaną recesją, wiele biznesów zrezygnuje z ekspansji na tym kierunku lub odłoży go w czasie, czekając na lepsze warunki. Z drugiej strony, Turcja bardzo dużo importuje z UE i to prędko się nie zmieni. Szanse na eksport więc nadal są, jednak będą po prostu mniej atrakcyjne, a firmy będą musiały liczyć się z koniecznością twardych negocjacji cenowych ze strony tureckich kontrahentów – tłumaczy analityk AKCENTY.

Ważnym elementem prowadzenia biznesu z Turcją będzie też strategia biznesowa polskich firm i wykorzystanie przez nich dostępnych narzędzi minimalizowania ryzyka kursowego. Mimo iż większość krajowych firm rozlicza się ze stroną turecką w walutach międzynarodowych, jak dolar i euro, to przy bardzo ograniczonych marżach, dodatkowe ryzyko jej obniżenia przez zmianę notowań, będzie dużym zagrożeniem dla opłacalności kontraktów. Według ekspertów AKCENTY, zabezpieczenie się firm przed takim ryzykiem, za pomocą przeznaczonych do tego narzędzi, jak np. transakcji forward, wyeliminuje niepewność co do przyszłych wpływów. Narzędzia te pomagają bowiem zamrozić kurs, dla danej wartości kontraktu i wymienić po nim otrzymaną kwotę, uzyskując zakładaną przy podpisywaniu wysokość marży.

– Nie ulega wątpliwości, że ubiegłoroczne deklaracje i plany rozwoju polsko-tureckiej współpracy miały potencjał realizacji, jednak nie w obecnych warunkach i nie przy obecnych prognozach dla Turcji – podsumowuje Miroslav Novák z AKCENTY.

Kurs złotego bez większych wahań

Polski złoty nie reaguje w istotnym stopniu na dane makroekonomiczne, tak z kraju, jak i ze świata, ani na żadne inne informacje. Tym samym, porusza się w przedziale o niewielkim zakresie wahań.

Podobnie jak wczorajsze dane z krajowego rynku pracy, tak dzisiejszy odczyt dynamiki produkcji przemysłowej wyraźnie rozczarowuje. Dynamika produkcji we wrześniu wyniosła 2,8% rocznie wobec oczekiwań na poziomie 4,3%. Winne po części mogą być gorsze nastroje w związku z obawami o wojnę handlową i powiązane z tym spowolnienie w sektorze u naszych zachodnich sąsiadów. Znaczenie dla spadku miał jednak również efekt kalendarzowy – dni roboczych we wrześniu było 20, a nie 21, jak w poprzednim roku.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,28-4,29. Wczorajsze dane o nastrojach ekonomicznych w największej gospodarce strefy euro, jak i w samym wspólnym bloku, nie napawają optymizmem, ostatecznie jednak przełożyły się jedynie na chwilową słabość euro.

Dzisiejsza rewizja odczytów inflacyjnych nie przyniosła żadnych istotnych zmian w relacji do wstępnych szacunków. Dynamika CPI we wrześniu wyniosła 2,1% rocznie, inflacja bazowa nadal jednak pozostaje niska na poziomie 0,9% w ujęciu rocznym. Dużo ciekawsze od dzisiejszych rewizji będą wstępne dane za październik, jednak na nie przyjdzie nam poczekać do końca miesiąca.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,87-4,90. Po wczorajszych, imponujących informacjach o rosnącej dynamice wynagrodzeń w Wielkiej Brytanii w sierpniu, dziś nadeszło rozczarowanie w postaci słabych danych inflacyjnych. Dynamika CPI we wrześniu wyniosła 2,4% wobec oczekiwanego poziomu 2,6% i 2,7% rocznie notowanego miesiąc wcześniej. Co istotne, na indeks negatywnie oddziaływała inflacja bazowa, która również pokazała głębszy spadek niż oczekiwano. Indeks obniżył się z poziomu 2,1% w sierpniu do 2% rocznie we wrześniu. Dane nie mają jednak istotnego wpływu na handel, brytyjska waluta traci w związku z obawami dotyczącymi negocjacji ws. Brexitu oraz z uwagi na dzisiejsze umocnienie USD.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,69-3,71. Wczorajszy dzień nie przyniósł większych wahań na głównej parze, mimo kilku interesujących informacji płynących z USA.

Zacznijmy od danych: raport JOLTS pokazał, że rozszerza się różnica między liczbą ofert pracy, a liczbą osób szukających zatrudnienia. W sierpniu ofert było 7,136 mln, szukających pracy z kolei 6,23 mln (we wrześniu liczba ta spadła natomiast do 5,96 mln). Wspomniana liczba ofert pracy w ostatnim miesiącu pomiarów wzrosła do najwyższego poziomu od czasu rozpoczęcia badania (od grudnia 2000 r.), pozostałe wskaźniki uwzględnione w raporcie (szczególnie liczba osób dobrowolnie odchodzących z pracy) znajdują się w okolicy najwyższych notowanych poziomów.

 

W kontekście wczorajszego dnia warto wspomnieć o kilku przemówieniach. Wystąpienie Mary Daly, nowej członkini FOMC, nie przyniosło większych rewelacji. Uwaga inwestorów skupiła się natomiast na słowach Donalda Trumpa, który po raz kolejny skrytykował FED, określając instytucję jako jego „największe zagrożenie”. Zgodnie z doniesieniami Trump „nie jest zbyt zadowolony” z kilku ekonomistów (innych niż Jerome Powell), których powołał na stanowiska w FED.

Dzisiejszy dzień będzie obfitował w odczyty z USA. Warto skupić się przede wszystkim na wieczornej publikacji protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC. Wszelkie odniesienia dotyczące perspektyw inflacji i gospodarki USA oraz wpływu wojny handlowej na sytuację gospodarczą kraju będą wyłapywać inwestorzy.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu
  • 18:10 – przemawia Lael Brainard z FOMC
  • 18:30 – przemawia Jens Weidmann z Bundesbanku
  • 20:00 – publikacja protokołu z posiedzenia FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Polski rynek pracy zwalnia. USA nakłada sankcje na Iran

Oczekiwań analityków nie spełniło ani zatrudnienie, ani wzrost wynagrodzeń. Bank Węgier utrzymał na niezmienionym poziomie stopy procentowe. USA nakłada sankcje na Iran.

Polski rynek pracy zwalnia

Dane z rynku pracy wciąż są dobre, jednak nie aż tak dobre jak przewidywali analitycy. Kluczem do wyjaśnienia tej sytuacji jest tempo poprawy ostatnich lat. Dotarliśmy do momentu kiedy to bezrobocie wyraźnie spadło i coraz ciężej jest je zmniejszać po ponad 1% rocznie. Tak samo pensje. Rosną szybciej gdy jest duży brak pracowników na rynku. Zresztą te dane, które mamy są obiektywnie dobre. Pensje rosną 6,7% w skali roku. To niemal 5% powyżej inflacji. Wzrost zatrudniania o 3,2% też nie jest wartością, której należy się wstydzić. Jeżeli uda się utrzymać takie wskaźniki w kolejnych miesiącach czekają nas kolejne poprawy głównych wskaźników makroekonomicznych. Jaki wpływ te dane mają na złotego? Krótkoterminowo słabszy, bo inwestorzy liczyli na więcej. Długoterminowo jednak to dobre dane będące umacniać nas na tle innych państw.

Węgrzy nie podnoszą stóp procentowych

Pomimo rosnącej inflacji Węgrzy nie podnieśli stóp procentowych. Ceny rosną tam już o 3,6% w skali roku, to już 1,5% więcej niż w styczniu. Tamtejszy bank centralny nie jest jednak w pełni autonomiczny. Wątpliwe jest zatem, by jeżeli nie będzie to konieczne ryzykował zdławienie wzrostu gospodarczego droższym pieniądzem. Biorąc pod uwagę niemal 5% wzrost gospodarczy ryzyko zduszenia wzrostu jest raczej niewielkie. Nie zmienia to faktu, że patrząc na reakcję rynków część inwestorów liczyło na chociaż symboliczny wzrost stóp procentowych, gdyż po samej decyzji forint stracił odrobinę na wartości.

Amerykańskie sankcje na Iran

Jeżeli ktoś myślał, że temat Iranu jest zamknięty został wyprowadzony z błędu. Właśnie pojawił się kolejny pakiet sankcji z USA mających na celu odcięcie jednej z organizacji paramilitarnych od źródeł finansowania. Uderzenie trafiło nawet w banki, które obsługiwały cały proces. Dlaczego informacja ta jest istotna dla rynków? Iran jest ważnym eksporterem ropy naftowej. Wielu analityków uważa, że sankcje na Iran są przejściowe i jego nieobecność na rynku ropy potrwa tylko kilka miesięcy. Widząc dalsze pogorszenie relacji z USA należy się spodziewać, że brak irańskiej ropy na rynkach będzie trwał dłużej. To z kolei może spowodować dalszy wzrost cen czarnego złota.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 10:00 – Polska – produkcja przemysłowa,
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja konsumencka,
  • 14:30 – USA – budowy domów,
  • 20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Liczba Ukraińców ubezpieczonych w ZUS wzrosła o połowę w ciągu roku

Z najnowszych danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za IIQ br. wynika, że już ponad 403 tys. Ukraińców płaci składki w Polsce na ubezpieczenia społeczne[1]. To o 49% więcej, niż w podobnym okresie ubiegłego roku. Zdaniem ekspertów Personnel Service, to efekt wprowadzenia nowego typu zezwolenia na pracę sezonową. Dzięki niemu ograniczone zostało wydawanie fikcyjnych oświadczeń i coraz więcej Ukraińców pracuje w Polsce legalnie.

– Tak duży wzrost liczby Ukraińców ubezpieczonych w ZUS wskazuje wyraźnie, że dzięki wprowadzonym na początku tego roku zezwoleniom na pracę sezonową zdecydowanie udało się ograniczyć szarą strefę. Mamy obecnie szczegółowe dane dotyczące tego, ilu realnie obcokrajowców podjęło pracę w Polsce na podstawie wydawanych oświadczeń. To bardzo cenne. Ukrócono też proceder wystawiania fikcyjnych wniosków, bo teraz pracodawcy mają obowiązek informować o tym czy dana osoba podjęła u nich pracę – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Tylko 6,5% mniej zatrudnionych Ukraińców r/r

Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, ze już 541 tys. cudzoziemców w Polsce płaci składki na ubezpieczenia społeczne. Aż 403 tys. z nich to Ukraińcy, którzy stanowią 74% wszystkich płatników. Drugą grupą są Białorusini, których w ZUS ubezpieczonych jest prawie 30 tys.

Jak wskazują dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za I półrocze br., oświadczeń o powierzeniu pracy obywatelom Ukrainy jest obecnie 692 tys. – o 23% mniej, niż w tym samym okresie 2017 r. Jednak należy jeszcze uwzględnić nowy typ zezwoleń, z których 154 tys. dotyczyło Ukraińców (GUS). Wtedy liczba Ukraińców, którzy podjęli legalną pracę w Polsce wzrasta do 846 tys., a spadek zatrudnionych r/r wynosi jedynie 6,5%.

Zezwolenia na pracę sezonową

Od 1 stycznia 2018 roku pracodawcy mogą wnioskować o nowy typ zezwolenia na pracę sezonową, który pozwala cudzoziemcom na legalne zatrudnienie w Polsce przez okres 9 miesięcy. To rozwiązanie cieszy się sporym zainteresowaniem. W I połowie 2018 roku w powiatowych urzędach pracy złożonych zostało ok. 158 tys. wniosków o zezwolenie na pracę sezonową – wynika z danych GUS.

[1] http://psz.zus.pl/kategorie/ubezpieczeni/ubezpieczenia-emerytalne-i-rentowe

Za 5 lat rynek mediów i rozrywki w Polsce osiągnie wartość 13,4 mld dol.

​Polski rynek mediów i rozrywki w ciągu kolejnych 5 lat​ ​zwiększy swoją wartość o niemal 3 mld dol.

Rynek mediów i rozrywki w Polsce będzie rozwijał się w średniorocznym tempie 3,5%, by w 2022 r. osiągnąć wartość 13,4 mld dol. wobec 10,6 mld na koniec 2018 r. Największe wzrosty w tym okresie notować będzie reklama internetowa oraz OTT, czyli wideo w serwisach streamingowych bez udziału operatorów telewizyjnych – wynika z najnowszej edycji raportu firmy doradczej PwC „Perspektywy rozwoju branży rozrywki i mediów w Polsce 2018-2022” (Global Media and Entertainment Outlook).

Polski rynek mediów i rozrywki do 2022 r. będzie rozwijał się w średniorocznym tempie 3,5% i na koniec badanego okresu jego wartość wyniesie 13,4 mld dolarów w porównaniu do 10,6 mld na koniec 2018 roku. Segmentami, które w największej mierze będą odpowiadać za tę dynamikę są OTT (ang. OTT – over the top), czyli serwisy streamingowe dostarczające treści filmowe i telewizyjne przez internet bez potrzeby opłacania abonamentu za telewizję kablową lub satelitarną (tempo wzrostu 13,3%) oraz reklama internetowa (12,5%).

Eksperci PwC zwracają uwagę, że OTT wbrew wcześniejszym przewidywaniom, jak na razie nie zastępuje tradycyjnej telewizji, jest raczej jej uzupełnieniem i rozwija się równolegle. Pomimo silnego wzrostu, do 2022 roku segment ten globalnie będzie stanowił 26% rynku subskrypcji telewizyjnej. W przypadku drugiego, najszybciej rosnącego obszaru, czyli reklamy internetowej, średnioroczne tempo jej rozwoju wyniesie 12,5%, a na koniec badanego okresu jej wartość osiągnie niemal 1,7 mld dol. wobec 1,1 mld na koniec 2018 roku. Największymi kategoriami reklamy online w Polsce pozostają display oraz paid search advertising. Do umocnienia pozycji kategorii display przyczyniło się wykorzystywanie tego formatu w mediach społecznościowych. Obecnie, najwięcej na reklamę w sieci przeznaczają spółki z sektora handlu, motoryzacji i telekomunikacji.

Według naszych prognoz za pięć lat rynek reklamy telewizyjnej będzie o 1/3 mniejszy od rynku reklamy internetowej, choć wciąż będzie jedną z istotnych składowych sektora mediów i rozrywki. W najbliższych latach nie należy spodziewać się odwrócenia trendu utraty oglądalności przez główne stacje – rynek telewizyjny będzie się dalej fragmentaryzował , zaś czas widzów będzie w większym stopniu poświęcany kanałom tematycznym. – Paweł Wesołowski, partner w PwC, lider zespołu ds. telekomunikacji, mediów i technologii w Polsce

Tempo rozwoju rynku prasy w Polsce w kolejnych 5 latach nadal będzie ujemne i wyniesie -0,6%. To jednak dużo lepszy wynik niż wskaźnik globalny (-2,4%), a także najlepszy w całej Europie. Pomimo spowolnienia tempa kurczenia się tego segmentu, wyzwaniem dla wydawców pozostaje zwiększenie liczby czytelników płatnych serwisów internetowych i osiąganie większych przychodów z działalności w sieci.

Globalny rynek mediów i rozrywki

Światowy sektor mediów i rozrywki do 2022 r. będzie się rozwijał w średniorocznym tempie 4,4%. Dzięki temu jego wartość wyniesie pod koniec badanej perspektywy niemal 2,4 biliona dolarów. Rozwój w poszczególnych segmentach i krajach będzie jednak silnie zróżnicowany. Najdynamiczniej rozwijać się będą rynki w takich państwach jak Indie i Indonezja, najwolniej w krajach Europy Zachodniej – Austrii, Belgii czy Danii.

Największy wzrost do 2022 r. zanotuje segment wirtualnej rzeczywistości (VR, virtual reality), na drugim miejscu uplasuje się OTT, a na trzecim – reklama internetowa. Główną przyczyną tak znaczących wzrostów w przypadku pierwszej kategorii jest fakt, że jej rozwój dopiero się zaczyna.

Technologia VR znajduje się dopiero w fazie „instalacji”. Konsumenci powoli zaczynają nabywać urządzenia niezbędne do wykorzystania VR , a dostawcy treści testować formy przekazu dopasowanego do nowego medium. Wciąż wybór treści jest jednak niewielki – gry, filmy, wydarzenia na żywo. VR znajduje się w sytuacji „kury i jajka”. Bez masowego dostępu do tanich urządzeń producenci treści nie będą inwestować w nowe formaty, bez dużego wyboru ciekawych treści konsumenci nie będą tłumnie kupować urządzeń zaś dostawcy akcesoriów nie będąc w stanie zbudować masowej skali sprzedaży nie zyskają możliwości obniżenia cen sprzętu. – Michał Kreczmar, dyrektor ds. transformacji cyfrowej PwC

Wyzwania branży

W raporcie eksperci PwC zwrócili także uwagę na wyzwania, które w najbliższym czasie mogą mieć istotny wpływ na branżę mediów i rozrywki. Jednym z nich jest rozporządzenie o ochronie danych osobowych, które weszło w życie w maju br. Nowa regulacja spowodowała, że użytkownicy zyskali świadomość na temat liczby podmiotów mających dostęp do ich danych oraz rozległej sieci partnerów serwisów internetowych. Dodatkowo, błędy przy wdrożeniu nowych przepisów mogą powodować szereg komplikacji w aspekcie prowadzenia działań marketingowych i wpływać na rozwój sektora reklamy internetowej.

Warto obserwować też jak branża mediów i rozrywki zmieni się w związku z przyjętą przez Parlament Europejski dyrektywą o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Dokument ma na celu rozszerzenie odpowiedzialności prawnej właścicieli serwisów umożliwiających udostępnianie treści przez użytkowników oraz wymuszenie blokowania treści w przypadku gdy łamią one prawa autorskie. Jednym z najczęściej dyskutowanych zapisów jest artykuł 11 dyrektywy, w którym ustanawia się nową kategorię praw pokrewnych dla wydawców prasowych. Ich istotną tego ma być zapewnienie wydawcom praw do zezwalania lub zabraniania zwielokrotniania publikacji prasowych oraz prawa do zezwalania lub zabraniania na podawanie tych materiałów do publicznej wiadomości w zakresie korzystania cyfrowego. Taka sytuacja może łączyć się z koniecznością podpisywania przez wydawców prasowych licznych umów o współpracę i udzielanie licencji w zakresie powoływania się na publikacje konkurencyjnych podmiotów z rynku mediowego.

Nawet 30 tysięcy euro kary za spanie w kabinie tira

Już nie na gorącym uczynku, tylko nawet 28 dni wstecz kontrolerzy mogą karać za spędzanie 45godzinnego odpoczynku w kabinie tira. Uwaga na nowe podejście inspekcji krajów Unii Europejskiej. Do restrykcyjnej Francji dołączyły też Holandia, Belgia, Anglia, Niemcy, a nawet Włochy, do których kierowcy często podróżowali, by odpocząć w samochodzie. Najwyższe kary mogą sięgać nawet 30 tysięcy euro. Eksperci OCRK podkreślają, że polscy przewoźnicy powinni zwrócić szczególną uwagę na nową praktykę zagranicznych urzędników.

Przepisy

Od grudnia 2017 roku na mocy wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w krajach unijnych obowiązuje bezwzględny zakaz spędzania w pojeździe odpoczynków regularnych, tygodniowych. Taka przerwa w pracy trwająca minimum 45 godzin powinna się odbywać w miejscu, gdzie zapewnione są warunki socjalne na równi z hotelowymi. TSUE zauważył wówczas, że istnieje nieścisłość w rozporządzeniu 561/2006, art. 8 ust. 8, ponieważ regulacja ta nie zawiera żadnego przepisu, który wyraźnie wskazywałby, w jaki sposób oraz gdzie kierowca ciężarówki powinien spędzać długi odpoczynek. Do tej pory praktyki były różne, a przewoźnicy kreatywni w poszukiwaniu rozwiązań kłopotliwego nakazu.

Praktyka przewoźnika

– Jednym z pierwszych państw, które restrykcyjnie zaczęło stosować sankcje finansowe wobec firm przewozowych, jest Francja. Na mocy ustawy z 10 lipca 2014 roku, będącej jednocześnie ustawą do walki z nieuczciwą konkurencją społeczną, kontrolerzy mogli nakładać na przewoźników karę w wysokości 1000 – 1500 euro. Szybko została ona uznana za zbyt niską, gdyż przedsiębiorcy woleli zapłacić mandat i nie przestrzegać wyznaczonych zasad. Podwyższono więc kary do 30 000 euro lub wyrok pozbawienia wolności właściciela. Obecnie kontrolerzy wypisują mandaty w wysokości od 2000 do 4000 euro, a kierowcy nie ponoszą odpowiedzialności za spanie w kabinie – mówi Jakub Ordon, ekspert OCRK.

Przewoźnicy mieli do tej pory kilka sposobów na omijanie przepisów. Jednym z nich było na przykład „przerywanie odpoczynku” poprzez rejestrowanie tzw. innych prac, lub wykonywanie krótkich podjazdów na parkingach. Jeżeli, po sprawdzeniu danych z tachografu (karty), okazywało się, że skrócony odpoczynek tygodniowy mógł być odbierany w danym czasie, nie wiązało się to z żadnym naruszeniem. Patentem firm transportowych było również symulowanie odejścia od pojazdu np. do hotelu. Kierowcy wyjmowali karty cyfrowe z urządzeń rejestrujących, by przerwać ciągłość zapisu danych. Po 45 godzinach, wprowadzając kartę do „tacho”, dokonywali oni wpisów manualnych  tak, by potwierdzić w cyfrowej ewidencji odpoczynek poza pojazdem.

– Takie metody omijania obowiązującego prawa były stosowane przez transportowców dość często. Co więcej, przepisy były traktowane przez samych kierujących jako znaczące utrudnienie, a nie udogodnienie w ich codziennej pracy. Spędzając wymagany odpoczynek w kabinie, kierujący pojazdem ciężarowym oszczędzał pieniądze z tzw. ryczałtów noclegowym, za które musiałby sobie opłacić doby hotelowe – komentuje ekspert OCRK.

Przykład przerwania automatycznego zapisu danych na karcie kierowcy wraz z historią wpisu manualnego odpoczynku.

Przykład przerwania automatycznego zapisu danych na karcie kierowcy wraz z historią wpisu manualnego odpoczynku
Źródło: Dane ewidencji czasu pracy kierowców pochodzą z oprogramowania 4trans.

Znaleziono też trzeci sposób na ignorowanie przepisów. Kierowcy po prostu wyjeżdżali z Francji, by odbyć 45 godzin przerwy w pracy. Najczęściej wybieranymi miejscami były niemieckie i włoskie parkingi, ale także Holandia, Belgia, czy Anglia, a więc kraje, które nie wprowadziły wówczas do swoich lokalnych przepisów sankcji za złamanie zasady art. 8 ust. 8 rozporządzenia 561/2006. Przez długi czas ta technika sprawdzała się w 100%. Francuscy urzędnicy nie ustalali, jak kierowca spędził swój odpoczynek, jeśli miejsce rozpoczęcie i zakończenia pracy było inne niż Francja.

Już nie tylko in flagranti

Problem pojawił się, gdy do krajów Unii Europejskiej egzekwującej przepisy nakładające kary za spanie w kabinie podczas regularnego odpoczynku tygodniowego, dołączyły kolejno Niemcy, Belgia, Holandia, a nawet Włochy. 30 kwietnia 2018 roku włoskie władze uruchomiły lokalne przepisy, uprawniając kontrolerów do eliminowania złych nawyków kierowców.

– Belgowie wystawiają teraz kary 1800 euro, dając przy tym rabat w przypadku natychmiastowej wpłaty. Gdy jednak przewoźnik nie zgodzi się z karą i skieruje sprawę do sądu, w przypadku przegranej, może zapłacić nawet 60 tysięcy euro. Niedawno uaktywnili się również niemieccy inspektorzy, którzy postanowili obciążyć również kierowcę – otrzymał mandat 500 euro, a przewoźnik blisko 1500 euro – komentuje Jakub Ordon z OCRK. – Do niedawna obowiązywała jeszcze zasada „złapany na gorącym uczynku”, czyli podczas kontroli kierujący pojazdem faktycznie odbierał godziny wypoczynku w kabinie. Zasadę tę złamał w marcu br. francuski urzędnik. Zażądał on od kierowcy okazania dokumentów potwierdzających jego obecność w hotelu w lutym i marcu i to w czasie odbierania odpoczynku poza granicami Francji. Zgodnie z danymi z tachografu 45tki odbyły się
w Luksemburgu i Holandii, jednak bez zaświadczeń zapłaty za hotel –
dodaje ekspert.

Zasada 28 dni wstecz spodobała się także niemieckiemu BAG. Przykładem ostatniego nieprzyjemnego wydarzenia dla polskiego przewoźnika jest ukaranie za nieprzedstawienie dokumentu pokazującego, że kierowca faktycznie spędził regularny odpoczynek tygodniowy w hotelu na terenie Włoch. 275 euro zapłaci pracownik, a 1575 właściciel firmy transportowej.

Co mogą zrobić polscy przewoźnicy?

– Okazuje się, że obecnie jedynym rozwiązaniem jest ścisła współpraca ze spedycją i planowanie powrotów do Polski w okresach dwutygodniowych (lub blisko 3 tygodniowych w systemie 3/1).

W innym wypadku konieczna jest rezerwacja miejsca w hotelu. Mimo iż, przepisy traktowane są przez samych kierowców jako utrudnienie w pracy, pamiętajmy, że takie rozwiązania mają na celu podniesienie bezpieczeństwa na drodze. Koczowanie przez kilka dni w kabinie w upale czy mrozie, na parkingu, bez odpowiednich warunków socjalnych nie jest równoznaczne z odpoczynkiem odbieranym w hotelu – podsumowuje Jakub Ordon.

Wysokie obroty ale coraz niższe marże – narastające problemy w branży budowlanej

W ubiegłym roku przychody największych spółek budowlanych osiągnęły jeden z najwyższych wyników w ostatnich latach, przekraczając ponad 30 mld zł. To wzrost o 6,5 proc. w porównaniu z 2016 r.

Duże projekty infrastrukturalne oraz budownictwo komercyjne (obiekty handlowe, przemysłowe oraz budowa mieszkań), zagwarantowały firmom budowlanym w 2017 i 2018 r. wzrost przychodów. Jak jednak prognozują eksperci Deloitte, autorzy raportu „Polskie spółki budowlane 2018 – najważniejsi gracze, kluczowe czynniki wzrostu i perspektywy rozwoju branży” rosnące koszty wykonawstwa i materiałów budowlanych powodują, że dobra passa właśnie się kończy. Marże realizowanych projektów są i będą pod silną presją w kolejnych okresach, co dostrzegają także inwestorzy. W okresie styczeń – wrzesień 2018 r. indeks WIG Budownictwo zanotował ponad 20 proc. spadek.

W 2017 r. poziom wartości rynku budowlanego był najwyższy od sześciu lat, kiedy branża kończyła projekty związane z przygotowaniami do EURO 2012. W największych aglomeracjach miejskich sprzedano prawie 73 tys. mieszkań, czyli o ponad 10 tys. więcej niż w 2016 r. Pierwszy raz od czterech lat popyt na mieszkania był wyższy od podaży. Wpływ na to miały niskie stopy procentowe, wzrost PKB, spadające bezrobocie i rosnące wynagrodzenia.

– Paradoksalnie duża liczba zleceń, zwłaszcza na rynku projektów publicznych, nie przełożyła się na zwiększenie rentowności i poprawę wyników spółek budowlanych. To przede wszystkim skutek rosnących kosztów pracy i materiałów. W przyszłość z największym niepokojem patrzą teraz spółki realizujące projekty infrastrukturalne, w których inwestorem jest strona publiczna. Z uwagi na obecne regulacje w prawie zamówień publicznych przedstawiciele strony publicznej z ostrożnością podchodzą do kwestii ewentualnej waloryzacji wzrostu kosztów w umowach. Niemniej inwestorzy publiczni w coraz większym stopniu dostrzegają problem niedopasowania poziomu aktualnych ofert (składanych kosztorysów) do budżetów inwestorskich, co znajduje odzwierciedlenie m.in. w szeregu anulowanych przetargów w tym roku z uwagi na zbyt wysokie oferty firm wykonawczych, znacznie przekraczające zarezerwowane kwoty po stronie publicznej – mówi Maciej Krasoń, Partner, Lider Zespołu nieruchomości i budownictwa Deloitte w Polsce i Europie Środkowej. – Na kondycję finansową i płynność spółek budowlanych wpłynie planowany na lata 2019 – 2020 szczyt inwestycyjny w projektach drogowych i kolejowych. Będzie on sporym wyzwaniem w sytuacji rosnących kosztów i niedostatecznych mechanizmów waloryzacyjnych wartości kontraktów – dodaje Maciej Krasoń.

Najlepsi nadal na szczycie

W swoim raporcie eksperci Deloitte skupili się na piętnastu największych spółkach na polskim rynku. Kolejny rok z rzędu na podium znalazły się te same podmioty. Podobnie jak w 2016 r. najlepszy wynik uzyskała Grupa Budimex, jej przychody powiększyły się w 2017 r. o 14,3 proc. i wyniosły prawie 6,4 mld zł. Swój wynik o 2 proc. poprawiła także Skanska z przychodami na poziomie 3,9 mld zł. Na trzecim miejscu znalazła się ponownie Grupa Strabag. Przychody austriackiej spółki wyniosły 3,6 mld zł i były wyższe w porównaniu z 2016 r. o 6,2 proc. Istotny wzrost przychodów zanotowały również Grupa Porr (wzrost o ponad 580 mln r/r) oraz Grupa Unibep (wzrost o 380 mln r/r). Nieco gorzej poradziły sobie Mostostal Warszawa (spadek o 303 mln zł) i Grupa Polimex-Mostostal S.A. (spadek o 247 mln zł). Mniejszy spadek przychodów, bo o 118 mln zł, ma Grupa PBG S.A. Po rocznej przerwie do rankingu wrócił Hochtief Polska S.A. Przychody spółki za 2017 rok wyniosły 867 mln zł i wzrosły w porównaniu do ubiegłego roku o ponad 288 mln zł.

Większy przychód, mniejszy zysk

Powyższe, lepsze wyniki, nie przełożyły się jednak na poprawę rentowności największych spółek budowlanych. Średnia marża na sprzedaży dla trzynastu spółek (niektóre spółki nie udostępniły swoich danych w tym zakresie) spadła z poziomu 8,3 proc. w 2016 r. do poziomu 7,95 proc. w 2017 r. Jeszcze większy spadek zanotowała w analogicznym okresie marża netto – z poziomu 6,5 proc. do poziomu 1,9 proc. – Przy jednoczesnym wzroście przychodów jest to oznaka, że mamy do czynienia z istotnym pogorszeniem rentowności realizowanych projektów. Powodem takiej sytuacji są nie tylko coraz wyższe koszty zatrudnienia pracowników i podwykonawców, ale również istotny wzrost kosztów materiałów budowlanych. Rok 2018 to umocnienie tego trendu, co już znalazło odzwierciedlenie w opublikowanych wynikach półrocznych spółek budowlanych notowanych na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych – mówi Łukasz Michorowski, Dyrektor w Dziale Audytu, ekspert usług doradczych dla sektora budowlanego i nieruchomości, Deloitte.

WIG Budownictwo w górę… i w dół

Aż dziewięć z piętnastu spółek uwzględnionych w rankingu Deloitte, było notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Ich łączna wartość rynkowa wyniosła pod koniec ubiegłego roku 8 mld zł. To spadek rok do roku o 1,5 mld zł. Dobra kondycja gospodarki, wzrost w pierwszym półroczu sprzedanej produkcji i tempo ogłaszania dużych przetargów infrastrukturalnych były widoczne na giełdzie w pierwszych miesiącach 2017 r. W pierwszym kwartale ubiegłego roku indeks WIG Budownictwo odnotował ponad 20 proc. wzrost. Ten trend odwrócił się w drugiej połowie 2017 r. Nastroje inwestorów ostudziły niższe od oczekiwanych wyniki spółek budowlanych. W tym roku mieliśmy do czynienia z dalszym trendem spadkowym. Na podstawie danych finansowych z czerwca br. łączna kapitalizacja badanych spółek spadła w ciągu 6 miesięcy aż o 38 proc. – Spółki budowlane są pod silną presją rynku. Z jednej strony największe firmy mierzą się z coraz większymi kosztami realizacji kontraktów, z drugiej w główne fazy realizacyjne wchodzą właśnie kontrakty wygrane w latach 2015 – 2016. Z uwagi na wysoki poziom konkurencyjności na ówczesnym rynku, projekty te mają bardzo agresywne założenia odnośnie poziomu kosztów realizacji i zyskowności – mówi Paweł Sadowski, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Ratunkiem rynki zagraniczne

By uciec przed pogarszającą się sytuacją na polskim rynku budowlanym coraz więcej przedsiębiorców rozważa dywersyfikację działalności i szuka potencjalnych klientów zagranicą. W dłuższej perspektywie i po wykorzystaniu funduszy europejskich przekazanych na lata 2014 – 2020, wyjście poza rodzimy rynek, może się okazać kluczowe dla działalności wielu spółek. Już teraz można zaobserwować szczególne zainteresowanie rynkami skandynawskimi i krajami graniczącymi z Polską, w tym rynkami wschodnimi. Barierą są jednak wysokie koszty prowadzenia działalności na rynkach Europy Zachodniej i konieczność zbudowania kompetencji, umożliwiających skuteczne konkurowanie z tamtejszymi firmami. W rezultacie nadal wartość sprzedaży osiągana poza granicami jest relatywnie niska. Średnie przychody największych spółek generowane z tego tytułu były w 2017 r. niższe o około 5 mln od tych z 2016 r. Największe przychody w tym obszarze odnotowała Grupa Polimex-Mostostal – 546 mln zł, tym samym poprawiła wynik z 2016 r. o 11,7 proc. Eksperci Deloitte przewidują, że im bliżej zakończenia projektów finansowanych z unijnych środków, tym częściej duże spółki budowlane, będą szukać źródeł przychodów na rynkach poza Polską.

Pewna praca w budownictwie

Od początku 2018 r. w branży budowlanej rośnie poziom aktywności zawodowej i zatrudnienia. W pierwszym kwartale przeciętne zatrudnienie było większe o 4,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r. Dla porównania przeciętne zatrudnienie w Polsce wzrosło o 2,8 proc. Średnie miesięczne wynagrodzenie było wyższe niż przed rokiem o 6,2 proc. W budownictwie wynagrodzenie brutto było rok do roku wyższe o 7,6 proc. Szybciej rosnące płace w branży budowlanej w stosunku do ogólnego ich wzrostu w gospodarce potwierdzają problemy tego sektora z zatrudnieniem wykwalifikowanych pracowników. – Aż 18 proc. przedsiębiorców planowało wzrost zatrudnienia w III kwartale tego roku. Rosnąca liczba realizowanych inwestycji sprawia, że pracodawcy w sektorze budowlanym wciąż rozglądają się za pracownikami z odpowiednimi kompetencjami. Z drugiej strony, brak dostępności wykwalifikowanej kadry oraz wzrost ogólnych kosztów realizacji może przełożyć się na wzrost poziomu innowacji w sektorze, których celem będzie zwiększenie efektywności realizowanych projektów – podkreśla Paweł Sadowski.Ranking firm budowlanych w Polsce

Co trzecia fabryka motoryzacyjna w Polsce już produkuje części do aut elektrycznych, hybrydowych lub autonomicznych

Zakłady motoryzacyjne w Polsce zaliczają się do najbardziej zaawansowanych technologicznie w Europie. Nad Wisłą 39 proc. z nich ma dział badań i rozwoju nowych technologii, a 30 proc. produkuje części do ekopojazdów. Wśród przebadanych krajów, tylko Węgry są bardziej innowacyjne. Tak wynika z najnowszej, trzeciej edycji raportu „MotoBarometr 2018. Nastroje w automotive” przygotowanego przez Exact Systems. W związku z intensywnym rozwojem Motoryzacji 4.0 aż połowa przedstawicieli automotive uważa, że Polska ma szansę na nową fabrykę części, a 48 proc. liczy na zwiększone zamówienia w już działających zakładach. Co ciekawe, niemal połowa zapytanych twierdzi, że nasz kraj w ciągu 5 lat jest w stanie doścignąć najbardziej zaawansowane rynki motoryzacyjne, takie jak Stany Zjednoczone czy Chiny.

Na globalnym rynku mamy do czynienia z kilkoma trendami, które mogą oznaczać kolejne fazy rozwoju motoryzacji. W każdym państwie ich kolejność i czas wdrożenia mogą być różne, w zależności od poziomu rozwoju gospodarki, zaawansowania technologicznego przemysłu motoryzacyjnego czy zamożności społeczeństwa. Bez wątpienia jednak mototrendem z największym potencjałem rozwoju w niemal wszystkich zbadanych przez nas krajach, w tym w Polsce, jest elektromobilność, czyli rozwój samochodów z napędem elektrycznym lub hybryd plug-in, które mają w przyszłości całkowicie zastąpić napędy tradycyjne. Z jednej strony taka zmiana z pewnością wykreuje popyt na ekoauta, z drugiej wpłynie – przyspieszy lub niestety spowolni – rozwój przemysłu motoryzacyjnego w Polsce. Kluczowa będzie tutaj gotowość polskich zakładów do przyjęcia najbardziej zaawansowanych technologicznie projektów oraz wsparcie rządu w ściąganiu do Polski nowych, dużych inwestycji takich jak fabryki jednego z największych światowych dostawców ogniw do samochodów elektrycznych LG Chemtwierdzi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems S.A.

Elektromobilność początkiem motorewolucji

Przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych uważają, że największy potencjał dla motobranży w Polsce ma rozwój aut elektrycznych (68 proc. wskazań). Więcej entuzjastów tego trendu znajdziemy tylko w Turcji – aż 76 proc. producentów. Najmniejsze grono ekooptymistów jest w Rosji oraz Czechach. Trendem z nieco mniejszym potencjałem jest car sharing, czyli współdzielenie przez wiele osób jednego pojazdu. W Polsce co piąty respondent uważa, że rozwój car sharingu istotnie wpłynie na produkcję motoryzacyjną, w Rosji już niemal co drugi, a na Słowacji co czwarty. Warto zwrócić uwagę na jeszcze niewielką rolę, jaką producenci w Polsce upatrują w pojazdach autonomicznych (tylko 4 proc. wskazań). Zdecydowanie większymi optymistami w tym zakresie są Węgrzy (43 proc.) oraz Czesi (23 proc.).

Polskie zakłady motoryzacyjne nie stoją w miejscu

Fabryki motoryzacyjne w naszym kraju już od dłuższego czasu pracują nad przygotowaniami do powyższych trendów i są aktywnymi uczestnikami globalnej motorewolucji. Polskę, obok Czech i Turcji, możemy zaliczyć do grona państw technologicznie zaawansowanych. Nad Wisłą, w prawie 4 na 10 firm działają już komórki odpowiedzialne za badania i innowacyjność, a w 3 na 10 są produkowane części do ekoaut i pojazdów autonomicznych. Kolejne 14 proc. zamierza wkrótce rozpocząć przygotowania związane z motoinnowacyjnością, a tylko co dziesiąty przedstawiciel zakładu motoryzacyjnego nie ma w planach wdrażania nowych technologii.

Biorąc pod uwagę odsetek firm posiadających dział badań i rozwoju oraz produkujących części do aut ekologicznych, nieoczekiwanie to Węgry zasługują na miano kraju najlepiej przygotowanego do wdrażania innowacji w branży automotive. W tym kraju ponad połowa firm zadeklarowała posiadanie działu badań i nowych technologii (57 proc.), a 43 proc. produkuje już części do aut przyszłości.

Co ciekawe, w Niemczech, tylko co piąty przedstawiciel zakładu motoryzacyjnego deklaruje produkcję części do ekoaut, a 22 proc. posiadanie działu badań i innowacji. Poważne plany gonienia technologicznych potentatów mają za to Rumunia i Rosja, w których odpowiednio 47 proc. i 32 proc. firm motoryzacyjnych zamierza rozpocząć przygotowania do wdrażania innowacji.

Polacy innowacyjni częściowo, czyli o motoszansach

Producenci motoryzacyjni w Polsce liczą, iż dzięki nadchodzącej rewolucji technologicznej w naszym kraju umocni się ten obszar, w którym jesteśmy liderem regionu już od kilku lat. Połowa z nich ma nadzieję, że powstanie nowa fabryka części i podzespołów, a 48 proc., że zwiększy się wolumen zamówień na części i podzespoły produkowane w już istniejących zakładach. Nie brakuje jednak optymistów, którzy liczą, że w naszym kraju zostanie zlokalizowana nowa fabryka aut elektrycznych lub hybrydowych (41 proc. wskazań).

W odróżnieniu od nas, Niemcy i Słowacy w rozwoju motoryzacji 4.0 upatrują przede wszystkim szans na rozszerzenie produkcji o nową gałąź technologiczną (odpowiednio 56 proc. i 47 proc. wskazań), zaś Rumuni najmocniej wierzą w powstanie zakładu produkującego auta ekologiczne (47 proc. odpowiedzi). Bardziej tradycyjne podejście do wpływu innowacji na branże motoryzacyjną wykazują Rosjanie i Węgrzy, dostrzegający szansę na zwiększenie zamówień i powstanie nowej fabryki części.

Strach ma wielkie oczy, czyli o motozagrożeniach

Innowacje technologiczne to nie tylko szanse na rozwój, ale również potencjalne zagrożenia. W obliczu czekających branżę motoryzacyjną zmian, polscy respondenci najbardziej obawiają się zmniejszenia liczby zamówień w istniejących już fabrykach w Polsce (38 proc.), spadku sprzedaży i produkcji pojazdów (36 proc.) oraz niewystarczającego wsparcia rządowego dla sektora automotive (30 proc.). Co czwarty ankietowany jest zaniepokojony opóźnieniem technologicznym Polski w stosunku do innych krajów biorących udział w wyścigu innowacyjności.

Czesi i Słowacy za największe zagrożenie uznają spadek sprzedaży i produkcji aut, natomiast Turcy i Węgrzy wskazują na wysokie koszty. 44 proc. Niemców obawia się zamknięcia fabryk, a 47 proc. Rosjan, podobnie jak Polacy, efektów opóźnienia technologicznego swojego kraju.

5 lat za Doliną Krzemową i Państwem Środka

Przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych zapytani o to, ile Polska potrzebuje czasu, że dogonić najbardziej zaawansowane rynki motoryzacyjne pod względem technologicznym i mentalnym, takie jak Stany Zjednoczone czy Chiny, są optymistami. Niemal połowa twierdzi, że nasz kraj jest w stanie je doścignąć w ciągu najbliższych 5 lat. Jeszcze więcej producentów patrzących na przyszłość „przez różowe okulary” znajdziemy na Słowacji (56 proc.). Optymizm studzi Mario Herger, analityk zachodzących zmian technologicznych oraz badacz ich wpływu na społeczeństwo i gospodarkę, konsultant firm z listy Fortune 500, od kilkunastu lat mieszkający w Dolinie Krzemowej.

– Badanie Exact Systems pokazuje jedno – kierownicy polskich zakładów motoryzacyjnych muszą wydostać się z bańki, ominąć niemieckie fabryki samochodów i odwiedzić Dolinę Krzemową oraz Chiny. Jeśli wierzą, że są pięć lat za innymi gospodarkami w dziedzinie technologii motoryzacyjnej, to w rzeczywistości zajmie im to dziesięć lat. To prowadzi mnie do pytania, jakie są ambicje Polski? Zostać naśladowcą czy skorzystać z okazji, aby uczynić technologiczny przeskok i zostać globalnym liderem? W drugim przypadku, polski przemysł musi zmienić postawę, odrzucić inwestycje w odziedziczone technologie i zainwestować w innowacje. Musi również szukać talentów z umiejętnościami, których tradycyjnie nie zatrudniali, takich jak eksperci od danych czy specjaliści od AI – zwraca uwagę Mario Herger, Foresight Thinking Consultant.

Metodologia badania

Badanie „MotoBarometr 2018. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 597 respondentów z 9 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania).

Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od kwietnia do lipca 2018 roku.

Koniec roku pod znakiem coraz słabszych nastrojów w MŚP

Ostatni w 2018 roku pomiar Barometru EFL[1]pokazuje dalszy spadek nastrojów wśród mikro, małych i średnich przedsiębiorców. Po najniższym w III kwartale br. poziomie wskaźnika od początku 2015 roku (od kiedy jest realizowane badanie), w ostatnim osiągnął wartość jeszcze niższą – 51,1 pkt. (-1,8 pkt. kw./kw.). Zauważalny jest spory pesymizm w odniesieniu do planowanych inwestycji – więcej firm spodziewa się ich spadku niż wzrostu. Na taki wyniki, decydujący wpływ w opinii samych zainteresowanych ma sytuacja na rynku pracy. Ponad 57 proc. wskazuje na problemy ze znalezieniem pracowników, a 48 proc. na rosnące oczekiwania płacowe. Mniejsze znaczenie mają nowe przepisy związane z RODO czy split payment.

Eksperci EFL podkreślają, że pod koniec 2018 roku kontynuowana jest tendencja z poprzednich lat, gdy między trzecim a czwartym kwartałem odczyt Barometru EFL spada.

Zbliżamy się do niebezpiecznej granicy

Wynik Barometru EFL na IV kwartał 2018 roku wyniósł 51,1 pkt., czyli był o 1,8 pkt. proc. niższy w porównaniu do III kwartału br. i o 7,1 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2017 roku. Jednak obecnie wartość Barometru jest na zdecydowanie najniższym poziomie od ponad 3 lat (pierwszy Barometr EFL realizowany był w I kwartale 2015 roku) i niewiele brakuje do osiągnięcia granicy 50 pkt., poniżej której mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa widzą niekorzystne warunki do rozwoju w najbliższych miesiącach.

Najpierw rynek pracy, potem RODO i split payment

Wśród wskazywanych czynników mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa, zapytani wskazali przede wszystkim te wynikające z sytuacji na rynku pracy. 57,4 proc. z nich wymieniło problemy ze znalezieniem pracowników, a 48,4 proc. rosnące oczekiwania płacowe. Istotnym elementem rzutującym na sytuację firm może okazać się sezonowy spadek popytu na produkty lub usługi w nadchodzącym kwartale (48,9 proc.). Mniejsze znaczenie będą miały wchodzące w życie nowe przepisy dotyczące przedsiębiorców, w tym split payment (13,8 proc.), RODO (13,2 proc.), czy też związane z podpisem elektronicznym (5,4 proc.).

Te wyniki korespondują z makroekonomicznymi danymi i powszechnymi opiniami przedsiębiorców mówiącymi, że rekordowo niskie bezrobocie utrudnia pozyskiwanie jakichkolwiek pracowników – nie tylko specjalistów, lecz także pracowników niewykwalifikowanych.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

– To, jak zarządzający firmami oceniają własną sytuacją oraz plany na przyszłość, mocno koresponduje z tym, co dzieje się w otoczeniu społeczno-gospodarczym. A na nie od kilku miesięcy największy wpływ ma sytuacja na rynku pracy. Z szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że we wrześniu br. stopa bezrobocia wyniosła zaledwie 5,8 proc. Jednocześnie ciągle rośnie liczba wolnych miejsc pracy – jak podaje GUS, na koniec II kwartału tego roku mieliśmy niemal 165 tys. wakatów, czyli aż o 35% więcej niż rok wcześniej. Widać to w naszym najnowszym odczycie Barometru, w którym po raz pierwszy zapytaliśmy o przyczyny możliwego pogorszenia sytuacji. Na pierwszy plan wysunęły się właśnie czynniki związane z zatrudnieniem – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Mniej inwestycyjnych optymistów

Na wyraźny spadek nastrojów w sektorze MŚP wpływ miał przede wszystkim wyższy odsetek pesymistów (29 proc.) niż optymistów (23,5 proc.) w przypadku planów inwestycyjnych. W porównaniu do poprzedniego kwartału optymistów jest mniej o 2,5 p.p., natomiast grupa pesymistów lekko się zwiększyła  (+1,4 p.p.). Warto spojrzeć w przeszłość i zobaczyć, że liczba inwestycyjnych optymistów jest jedną z najniższych w ciągu ostatnich czterech lat. Niższy odsetek był tylko w IV kwartale 2016 roku (22 proc.) oraz II kwartale 2016 roku (22,9 proc.).

Bez szału zakupowego

W przypadku oceny poziomu sprzedaży odsetek optymistów jest dokładnie taki sam jak rok temu (28,3 proc.), lecz odsetek pesymistów zdecydowanie wzrósł (z 7,2 do 22 proc). Również w porównaniu do poprzedniego kwartału mamy mniej przedsiębiorców, którzy spodziewają się większych zamówień (-3,4 p.p.), a więcej tych, którzy obawiają się mniejszego zapotrzebowania na ich produkty lub usługi, przybyło (z 17,2 proc. do 22 proc.). Szacowany spadek sprzedaży pociągnął za sobą mniej optymistyczne oceny dotyczące płynności finansowej w porównaniu do ubiegłego kwartału. Odsetek osób spodziewających się wzrostu płynności finansowej wyniósł 18 proc., o ponad 2 p.p. mniej w ujęciu kwartalnym.

Co nowego na rynku walutowym

Rynek walut G10 to dalej bałagan pod kątem wyboru kierunku, ale na pomoc przychodzi globalny rynek akcji, który zdaje się mieć dość korekty. To powinno sprzyjać walutom ryzykownym, a oznaki otrzepania się z wszelakich obaw o nasilenie czynników ryzyka może pozwolić na powrót uwagi na długofalowe czynniki fundamentalne. Dziś pomocne w tym będą odczyt inflacji z Wielkiej Brytanii i Eurolandu, raport z rynku nieruchomości USA i minutki FOMC.

Sądzę, że USD jest jak czekolada – jest najpopularniejsza wśród słodyczy i wszyscy ja uwielbiają. Ale też nie można jeść czekolady bez przerwy. Szybkie zjedzenie jednej tabliczki powoduje, że czujemy się ociężali i zaczyna nas mdlić. Zamiast jeść czekoladę bez przerwy, urozmaicamy sobie „dietę” innymi łakociami. Z dolarem obecnie jest podobnie. Na papierze wszystko jest z nim bardziej niż w porządku – solidne tempo ożywienia, agresywnie nastawiony bank centralny, status bezpiecznej przystani. Jednak inwestorzy na tej podstawie „karmią” się dolarem od wielu miesięcy i teraz dotarli do punktu „przejedzenia”. Chcą spróbować czegoś innego pod warunkiem, że nie jest zepsute.

Jeśli rynkach nie robi się większe zamieszanie w obliczu czynników ryzyka (Włochy, Brexit, relacje handlowe USA-Chiny, Iran), racjonalnym jest zbagatelizować problemy i skupić na faktach. Przede wszystkim widać rodzącą się globalną presję inflacyjną z pomocą rajdu cen ropy naftowej – ostatnio mieliśmy silne odczyty ze Szwecji, Norwegii i Nowej Zelandii. Zamknięcie tematu negocjacji „nowego NAFTA” usunie niepewność z planów inwestycyjnych kanadyjskich firm. Władze w Chinach mają narzędzia, by podtrzymać wzrost PKB niezależnie od tego, jak bardzo zaszkodzą wojny handlowe z USA. Nawet w przypadku Brexitu, mimo że oficjalne komentarze nie dają szans na rychłe rozwiązanie kwestii spornych, to jednak rynek liczy na tradycyjne dla UE porozumienie na ostatnią chwilę, korzystne dla obu stron. Wczoraj największy od kwietnia jednodniowy wzrost S&P500 mógł być ostatnim elementem układanki, który pozwoli ukoić rynkowe niepokoje i skupić się na fundamentach. Jeśli tak, wiele walut jest niedowartościowanych (przez ucieczkę w USD). Tempo wzrostu PKB w USA pozostanie silne, rynek pracy będzie błyszczał, Fed kontynuował cykl podwyżek, a rentowności obligacji skarbowych pozostaną wysoko. Ale po stronie poprawy wskaźników i odchodzenia od łagodnej polityki pieniężnej inne banki centralne mają dużo więcej do zaoferowania. rewizja oczekiwań będzie wspierać odbicie tych walut. Czekolada (USD) będzie dobra od czasu do czasu. Rośnie apetyt na żelki (EUR), karmelki (GBP), pączki z dżemem (SEK) i ciastka z kremem (NZD).

Warto teraz śledzić sygnały z rynku akcji, gdyż podtrzymanie odbicia pomoże skupić się na fundamentach. W ciągu dnia dostaniemy wrześniowe dane o inflacji z Wielkiej Brytanii, gdzie spodziewane jest odreagowanie silnego odczytu z sierpnia. EUR obserwuje rewizję inflacji konsumenckiej, więc wrażliwość będzie mniejsza. Po południu USD będzie czekać na dane z rynku budownictwa mieszkaniowego, które są źródłem zaskoczeń z uwagi na swoją zmienność. Wieczorem opublikowany zostanie protokół z wrześniowego posiedzenia FOMC. Minutki powinny dostarczyć głębi do ostatnich decyzji Komitetu. Rynek pierwotnie gołębio odczytał przekaz Fed, ale późniejsze komentarze prezesa Powella i innych członków FOMC sugerowały bardziej jastrzębie nastawienie banku. Ocena warunków finansowych oraz perspektywy polityki w 2019 r. będą tematami, które przyciągną największą uwagę.

Przypomnienie o determinacji Fed w odniesieniu do kontynuacji zacieśniania monetarnego będzie wspierać USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. nabywa nowe pakiety wierzytelności

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., dokonała zakupu wierzytelności z tytułu umów sprzedaży usług dystrybucyjnych, należności pozostałych oraz odsetek od polskiego dostawcy energii. Łączna wartość nominalna nabytych wierzytelności wynosi ok. 500 tys. zł.

Spółka podpisała z polskim dostawcą energii umowę zakupu wierzytelności z tytułu umów sprzedaży usług dystrybucyjnych, należności pozostałych oraz odsetek. Całkowita wartość nominalna tych wierzytelności kształtuje się na poziomie ok. 500 tys. zł. Jest to zarazem już kolejna transakcja nabycia wierzytelności od podmiotów z tej energetycznej grupy kapitałowej. Zarząd Spółki uważa, że zakup tych wierzytelności wpłynie pozytywnie na jej wyniki finansowe oraz na budowanie relacji biznesowych.

„Zdecydowaliśmy się na start w przetargu na zakup tego pakietu, ponieważ jesteśmy zadowoleni z osiągniętych wyników spłacalności na pakietach zakupionych poprzednio od tego dostawcy. Liczymy, że i ten pakiet będzie podobny. Ten zakup stanowi również etap budowania z tym partnerem coraz ściślejszych powiązań, co, mamy nadzieję, będzie skutkowało naszym udziałem w kolejnych przetargach.” – wyjaśnia Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.

We wrześniu 2018 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. przeprowadziła transakcję zakupu wierzytelności z tytułu opłat dodatkowych od podmiotu z branży kolejowej. Całkowita wartość nominalna nabytego pakietu wynosi ponad 2.334 tys. zł. Zarząd Spółki jest przekonany, że nabycie tego pakietu wierzytelności umożliwi nawiązanie długofalowej współpracy z podmiotem z branży kolejowej, co przełoży się zarówno na poprawę wyników finansowych, jak i wzrost wartości Grupy.

„Zakupy pakietów wierzytelności stanowią realizację naszej polityki dywersyfikacji źródeł przychodów Spółki oraz całej Grupy WEC. Liczymy, że odzyski z pakietów będą coraz większą pozycją w rachunku zysków i strat Spółki. Rozwijając tą politykę Spółka zapewnia sobie możliwość stabilnego i zrównoważonego rozwoju nie uzależniając się w ten sposób od bieżącej polityki.” – dodaje Prezes Brzeziński.

Spółka wypracowała w 2 kw. 2018 r. skonsolidowany zysk netto w wysokości 224 tys. zł, co było wynikiem o 109% lepszym niż w analogicznym okresie ub. roku. Całe pierwsze półrocze 2018 r. Grupa WEC na poziomie skonsolidowanym zakończyła zyskiem netto w kwocie 411 tys. zł wobec 270 tys. zł rok wcześniej. Emitent także na poziomie jednostkowym zanotował wzrost zysku netto w 2 kw. 2018 r. oraz w całym pierwszym półroczu br. Spółka kontynuuje realizację planu rozwoju zakładającego stały wzrost wszystkich segmentów biznesowych i zwiększanie przychodów ze świadczenia usług podmiotom spoza Grupy WEC.

Emitent wypłacił w tym roku dywidendę w wysokości 0,06 zł na akcję i podtrzymał dotychczasową politykę dywidendową, przewidującą coroczne dzielenie się osiąganym zyskiem z Akcjonariuszami.

Wojny handlowe USA- Chiny. Do 2020 r. wzrost światowego handlu zmniejszy się o połowę

Wzrost światowej wymiany handlowej może spaść o 50%, jeśli Stanom Zjednoczonym i Chinom nie uda się rozwiązać kwestii celnych.

Do 2020 r. wzrost światowego handlu może zmniejszyć się o połowę, jeżeli Stany Zjednoczone i Chiny nie dojdą do porozumienia w sprawie powstrzymania wzrostu taryf importowych – uważają ekonomiści działu badań Euler Hermes, wiodącego na świecie ubezpieczyciela należności handlowych.

Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes
Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes

Stany Zjednoczone wprowadziły 10-procentową taryfę celną na przywóz dóbr z Chin w wysokości 200 mld USD. Chiny podjęły działania odwetowe, wprowadzając cła na amerykańskie towary o wartości 60 mld USD.

Amerykańskie taryfy celne na chińskie towary mogą wzrosnąć do 25%, jeśli oba kraje nie dojdą do porozumienia w tej sprawie przed 2019 r. Euler Hermes przewiduje, że w takim przypadku wzrost światowego handlu może zmniejszyć się z ok. 4% r/r obecnie do 2% r/r do 2020 r. w tym scenariuszu „waśni handlowej”.

Średnia amerykańska taryfa importowa wynosi obecnie 5,2%, co stanowi najwyższy poziom od lat 80-tych, w porównaniu do średnio 3,5% stawki przed wprowadzeniem ostatnich taryf.

Światowy handel: miękkie lądowanie wywołane protekcjonizmem i niepewnością

Zagrożenie protekcjonizmem już teraz wywiera swój wpływ, ponieważ zaawansowane wskaźniki potwierdzają spowolnienie światowego handlu. Nowe zamówienia eksportowe w USA, UE i Chinach uległy zmniejszeniu i zbliżają się do średniej z lat 2012-2016. Jednak pomimo protekcjonistycznych przeciwności globalny popyt prawdopodobnie utrzyma się na wysokim poziomie, o czym świadczy m.in. stopa bezrobocia na świecie, która w 2018r. osiągnęła rekordowo niski poziom.

Ludovic Subran, główny ekonomista w Euler Hermes, skomentował to: „Mimo iż w użyciu jest zwrot „wojna handlowa, obecną sytuację postrzegamy raczej jako „waśń handlową”.

Jak dodaje: „Naszym zdaniem scenariusz „wojny handlowej” obejmowałby cła na towary chińskie o wartości 500 mld USD. To z kolei w doprowadziłoby do zmniejszenia światowej wymiany handlowej o 6 punktów procentowych i obniżenia wzrostu światowego PKB o 1,5 punktu procentowego. Jednak szansa zaistnienia takiej sytuacji jest minimalna – biorąc pod uwagę, jak ewidentnie szkodliwy byłby jego wpływ na gospodarkę światową, prawdopodobieństwo wystąpienia takiego scenariusza wynosi jedynie 5% „.

„Co ciekawe, handel światowy ma się dobrze po wzroście o około pięć procent w ubiegłym roku. Jak na razie przeważa to tłumiące skutki nowych środków protekcjonistycznych stosowanych przez największe światowe gospodarki. Możemy jednak zaobserwować wzrost ryzyka (braku) płatności na całym świecie, jeśli zostaną nałożone kolejne podwyżki taryf celnych” – konkluduje Ludovic Subran.

Gdzie dokładnie powstanie Centralny Port Komunikacyjny?

Dzisiaj każda inwestycja – nie tylko lotnicza – niesie za sobą ryzyko protestów społecznych. W przypadku CPK są one większe, gdyż jest to odmienna sytuacja niż np. modernizacja linii kolejowych, czy budowa nowej autostrady. Chociaż tam także dokonuje się wykupu gruntów, nieruchomości – nie są to raczej przypadki rozciągnięte na dużym obszarze. Budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego obejmuje kilka gmin, instytucji – kościołów czy cmentarzy. To zakres wywłaszczeniowy, z jakim dotychczas w Polsce nie mieliśmy do czynienia. Problem w tym, że każdy chciałby mieć pewne elementy infrastruktury do swojej dyspozycji, byleby tylko nie były w jego sąsiedztwie. Tak się oczywiście nie da. Przy okazji konsultacji społecznych związanych z ochroną środowiska takie instytucje, jak chociażby gmina czy organizacje działające w tej sprawie mogą zgłaszać wiele uwag – w tym także zaskarżyć decyzję środowiskową. To z kolei grozi mocnym wydłużeniem inwestycji w czasie i zablokowaniem decyzji administracyjnych.

– Wkrótce okaże się jaka będzie ostateczna lokalizacja nowego lotniska. Dzisiaj rząd prowadzi testy środowiskowe i zapowiada, że rozpocznie zakup dwukrotnie większej powierzchni, niż jest to potrzebne w przypadku tej inwestycji. Już samo to budzi społeczne niezadowolenie i podejrzenia – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – W tym przypadku możemy mieć do czynienia z łamaniem prawa. Zgodnie z ustawą można wykupić nieruchomości pod cele publiczne, ale jeśli zakupi się ich nadmiar, a później sprzeda inwestorom pod magazyny czy produkcję, to takie działanie jest już zakazane. Gdyby rząd chciał po kolei realizować inwestycję przez decyzje środowiskową, a następnie wybór lokalizacji, byłaby ona jeszcze bardziej rozciągnięta w czasie. Wydaje się, że nie przewidział protestów z nią związanych. Za późno zaczął rozmawiać z mieszkańcami. Ci z kolei byli lepiej przygotowani i postawili konkretne pytania. W wielu przypadkach zabrakło na nie jasnych odpowiedzi. Dopiero teraz powstał punkt konsultacyjny, jednak nadal można mieć wątpliwości co do jego merytorycznych zasobów. Pod tym względem rząd nie poradził sobie wizerunkowo. Jeśli rząd nie chce zmierzyć się z takim problemem, musi zapewnić lepszą komunikację z mieszkańcami, a także znowelizować ustawę tak, żeby wszystkie zgłaszane dzisiaj problemy znajdowały w niej odpowiedź – ocenił Furgalski.

Dom Analiz SII wycenił akcje Eurotel

Dom Analiz SII opublikował rekomendację inwestycyjną dla akcji Eurotel S.A. Cena docelowa w perspektywie 12-miesięcznej dla tych walorów ustalona została na poziomie 32,07 zł, co przy cenie zamknięcia notowań z 16 października 2018 roku oznacza potencjał wzrostu na poziomie 103,6%.

Grupa Eurotel prowadzi sieci salonów sprzedaży podmiotów trzecich. Emitent współpracuje
z operatorami telefonii Play oraz T-Mobile, operatorem Platformy Telewizji Satelitarnej „nc+”, jak również jest Autoryzowanym Dystrybutorem sprzętu Apple.

Od szczytów z kwietnia bieżącego roku, kiedy za akcję Eurotelu płacono na giełdzie blisko 26 zł, notowania spadły poniżej 16 zł, a więc o około 40% (choć w międzyczasie Spółka wypłaciła też dywidendę równą 2,2 zł na jedną akcję). O ile widzimy krótkoterminowe czynniki ryzyka dla kursu akcji (m.in. ryzyko VAT, ryzyko zwiększonej podaży w związku z umorzeniami w funduszach inwestycyjnych), o tyle w naszej ocenie wartość wewnętrzna Spółki jest istotnie wyższa od jej bieżącej wyceny rynkowej, a trwającą przecenę można rozpatrywać w nieco dłuższym horyzoncie jako okazję inwestycyjną – podsumowano w raporcie.

W pierwszym półroczu 2018 roku Eurotel osiągnął na poziomie skonsolidowanym 177,7 mln zł przychodów (+16,5% rdr), 7,5 mln zł EBITDA (+9% rdr) oraz 4,9 mln zł zysku netto (+6% rdr). Analitycy Domu Analiz SII prognozują, że dynamika poprawy wyników nieco spowolni w drugiej połowie roku, m.in. ze względu na relatywnie wysoką bazę. W kolejnych latach oczekują ustabilizowania wyników na współpracy z operatorami T-Mobile, Play i nc+, a motorem wzrostu ma być segment iDream, a także inwestycja w jednostkę stowarzyszoną Soon Energy Poland. Analitycy zwrócili także uwagę na duży potencjał Spółki w zakresie wypłaty dywidendy.

Prognozowana przez nas kwota dywidendy za 2018 rok to 2,25 zł na akcję, co przy obecnej cenie rynkowej akcji Eurotel daje stopę dywidendy na poziomie aż 14,3%. W Spółce trwa jednak kontrola VAT, której efektem może być jednorazowe istotne obniżenie wyniku netto i kwoty wypłacanej dywidendy.

Potencjalne zobowiązanie z tego tytułu oszacowano na ponad 2,6 mln zł, co w przeliczeniu daje wartość około 0,69 zł na akcję. Zakładając nawet, że Spółka będzie musiała zapłacić zaległy podatek, a ta kwota w całości obniży wartość dywidendy, zgodnie z naszymi szacunkami w 2019 roku do akcjonariuszy wciąż może trafić 1,56 zł na akcję (DY 9,9%) – napisano w raporcie.

Zgodnie z szacunkami Domu Analiz SII Grupa Eurotel osiągnie w 2018 roku 373,8 mln zł przychodów (+9,4% rdr), 16,3 mln zł EBITDA (+4,5% rdr) oraz 12,5 mln zł zysku netto (+6,9% rdr). Przy kursie notowań akcji Spółki z 16 października 2018 roku implikuje to wartość wskaźnika C/Z na poziomie 5,0.

Założenia przyjęte w wycenie

– oczekujemy, że w segmencie T-Mobile wieloletni negatywny trend spadkowy w wynikach finansowych zatrzyma się, jednak zważywszy na obecne uwarunkowania rynkowe nie liczymy na istotną poprawę generowanych zysków. W konsekwencji zakładamy, że wyniki ustabilizują się na poziomach zbliżonych do tych, jakie zostały osiągnięte w 2017 roku. Jednocześnie zwracamy uwagę, że na wyniki tego obszaru w 2018 roku w pewnym stopniu negatywnie wpływa przeprowadzany proces remontów wybranych salonów, który nie wystąpi w kolejnych latach prognozy;

– w segmencie Play również oczekujemy ustabilizowania wyników, nie licząc na istotną poprawę. Jednocześnie zwracamy uwagę, że pozytywną niespodzianką może okazać się nowa aktywność operatora, który wprowadził do swoich salonów sprzedaż detaliczną telefonów (bez umowy). Trudno na ten moment oszacować, czy taka oferta przyjmie się na rynku i jakie wyniki będzie z niej uzyskiwał Play, a przez to pośrednio Grupa Eurotel, dlatego w naszych długoterminowych prognozach nie uwzględniamy istotnej poprawy, która potencjalnie może być z tym związana;

– założyliśmy, że motorem napędowym wyników Emitenta w kolejnych latach pozostanie segment iDream, choć dynamika wzrostu istotnie wyhamuje. W najbliższych okresach wsparciem dla przychodów i zysków tego obszaru działalności powinny być otwarcia dwóch nowych salonów w 2018 roku (tj. w Gdańsku i w Katowicach). Oczekujemy również, że wciąż będą rosły obroty sklepu internetowego, a także w dalszym ciągu dynamicznie rozwijana będzie działalność usługowa iDream, w tym serwis. Ponadto liczymy na podjęcie przez Grupę Eurotel nowych aktywności, takich jak chociażby edukacja. Naszym zdaniem największym wyzwaniem będzie zwiększenie lub nawet utrzymanie na dotychczasowym poziomie sprzedaży hurtowej. Ze względu na fakt, że na przestrzeni ostatnich lat Emitentowi skutecznie udawało się pozyskiwać nowych odbiorców, w okresie prognozy nie zakładamy jednak znaczących spadków wyników w tym obszarze;

– w segmencie nc+ nie oczekujemy większych zmian. Segment ten nigdy nie miał istotnego udziału w wynikach Grupy Kapitałowej i zakładamy, że to się nie zmieni w kolejnych latach. W modelu przyjęliśmy założenie stabilizacji wyników finansowych segmentu;

– istotną kontrybucję do wyników Grupy Kapitałowej już w 2018 roku może dać inwestycja w Soon Energy Poland Sp. z o.o. W 2017 roku spółka ta osiągnęła 2 mln zł zysku netto, z czego udział Eurotelu w tym zysku wyniósł 0,8 mln zł. Założyliśmy, że w 2018 roku wynik netto Soon Energy zwiększy się do 3 mln zł (tj. na Eurotel przypadać będzie 1,2 mln zł). Zwracamy przy tym uwagę, że branża charakteryzuje się sezonowością – pod względem zyskowności zdecydowanie lepsza jest druga połowa roku. Jednocześnie Zarząd Emitenta oczekuje, że już w 2019 roku spółka Soon Energy wypłaci dywidendę, a więc za wykazywanymi zyskami podążać będą przepływy pieniężne. Na lata 2019-2022 założyliśmy natomiast umiarkowany wzrost wyników wspomnianej wyżej jednostki stowarzyszonej;

po stronie kosztowej zwracamy uwagę na wciąż utrzymującą się w gospodarce presję na wynagrodzenia, co może w istotnym stopniu obciążać wyniki finansowe Emitenta. Dodatkowo, szczególnie w ostatnich miesiącach, widoczny jest wzrost cen energii, co także może oddziaływać negatywnie na rentowność działalności Grupy Eurotel. Zakładamy, że koszty te dalej będą rosnąć w przyszłych okresach w tempie szybszym niż przychody. Jednocześnie oczekujemy, że liczba salonów iDream póki co nie będzie już się zwiększać, przez co dynamika przyrostu kosztów sprzedaży zmniejszy się w kolejnych latach. Ponadto założyliśmy, że powoli postępować będzie proces zmiany struktury własności salonów T-Mobile i Play (zwiększenie udziału placówek partnerskich kosztem placówek własnych);

– przewidujemy, że inwestycje poniesione w 2018 roku będą dotyczyć głównie otwierania nowych salonów iDream oraz remontów salonów T-Mobile. Na kolejne lata prognozy zakładamy, że CAPEX istotnie się zmniejszy i będzie wynikał głównie z nakładów odtworzeniowych;

– na przestrzeni ostatnich lat Spółka praktycznie nie korzystała z oprocentowanego zadłużenia, finansując działalność kapitałami własnymi oraz kredytem kupieckim. Zakładamy, że struktura finansowania w kolejnych latach nie ulegnie zmianie;

– przewidujemy, że w najbliższych okresach zapotrzebowanie na kapitał obrotowy może być relatywnie duże ze względu na otwarcie dwóch salonów iDream w 2018 roku oraz na nową ofertę Play w postaci sprzedaży detalicznej telefonów. Zakładamy, że w kolejnych latach dynamika wzrostu kapitału obrotowego będzie mniejsza, co będzie związane m.in. z oczekiwanym przez nas niższym tempem przyrostu obrotów;

– tempo wzrostu wolnych przepływów pieniężnych (g) po okresie prognozy ustaliliśmy na poziomie 0%;

– przyjęliśmy założenie, że efektywna stopa podatkowa dla Grupy w kolejnych latach wynosić będzie 19%.

Jednym z głównych źródeł przychodów Grupy Eurotel są prowizje za zawierane z klientami usług telekomunikacyjnych
oraz telewizji satelitarnej umowy i aneksy do nich, ujmowane jako przychody ze sprzedaży produktów. Prowizje należne dla partnerów sieci Eurotel, wypłacane w oparciu o zestawienie od operatora i na tej podstawie wystawianej przez nich faktury, stanowią natomiast koszt wytworzenia sprzedanych produktów. Zasady rozliczeń z operatorami nie są stałe, co może wpływać na efektywność działalności Spółki w związku z modyfikacją marż lub prowizji. Zależą one w największym stopniu od decyzji danego operatora, jednak w pewnym stopniu muszą uwzględniać również istniejące warunki rynkowe obowiązujące w innych sieciach komórkowych. Jak podkreśla przy tym Zarząd Emitenta, każdy system
rozliczeń powinien umożliwiać realizację celów operatora, ale i zabezpieczać przychody sieci sprzedaży. Z drugiej strony, w momentach kiedy ogólna sytuacja na rynku jest sprzyjająca, a oferta odbierana jest przez klientów jako atrakcyjna, nawet mniej korzystny system rozliczeń może zapewnić oczekiwany poziom przychodów dla sieci sprzedaży. Ważne jest zatem dodatkowe wspieranie działań na rynku przez operatora (budowa konkurencyjnej oferty dla klientów i odpowiedniego przekazu marketingowego), na co jednak Grupa Eurotel nie ma de facto wpływu – to przede wszystkim od operatora zależy atrakcyjność oferty, a w konsekwencji ostateczny efekt sprzedażowy.

W przypadku współpracy z operatorem sieci T-Mobile dotychczas zmiany rozliczeń dokonywane były corocznie. Ostatnia z nich miała miejsce w maju 2017 roku, kiedy to marżowy system prowizyjny (prowizja uzależniona od uzyskiwanej marży, którą warunkują głównie wartość abonamentu i czas trwania umowy, a także to, czy umowa dotyczy samej usługi, czy również sprzętu) zastąpiony został ilościowym systemem rozliczeń z operatorem (powiązanie liczby podpisanych umów z prowizją otrzymywaną przez dany punkt sprzedaży). Ponadto istnieją jeszcze dodatkowe składniki prowizyjne, przyznawane za osiągnięcie określonych przez operatora tzw. priorytetów sprzedażowych (np. udział umów z telefonem lub umów z nowymi klientami), które także zmieniają się w czasie. Co do zasady prowizje od operatora sieci T-Mobile są rozliczane w okresach miesięcznych. Grupa Eurotel nie ujawnia natomiast szczegółów dotyczących zasad rozliczeń z operatorami sieci Play i Platformy “nc+”, choć spodziewać się można, że ogólne mechanizmy wyglądają w tych przypadkach podobnie. Warto również wspomnieć, że zgodnie z publikowanymi przez Spółkę informacjami zapisy w umowach z partnerami zawierają klauzule dotyczące 12-miesięcznego okresu wypowiedzenia. Eurotel podkreśla przy tym, że obecnie nie istnieją przesłanki do przewidywania w najbliższej przyszłości możliwości ich wypowiedzenia.

Wśród przychodów ze sprzedaży produktów ujmowane są także przychody uzyskiwane z usług serwisowych sprzętu Apple, w tym w zakresie napraw gwarancyjnych i pogwarancyjnych dla klientów instytucjonalnych, z którymi podpisano umowy o współpracę. Planowane jest przy tym dalsze poszerzanie aktywności związanych z obsługą klienta, np. o szkolenia w zakresie użytkowania urządzeń Apple i edukację.

Drugą kategorią uzyskiwanych przychodów Grupy są przychody ze sprzedaży towarów, a więc przede wszystkim sprzętu Apple (wartościowo zdecydowanie największy udział), telefonów komórkowych oraz akcesoriów do nich, a także doładowań i starterów pre-paid. Warto przy tym zauważyć, że w działalności związanej z operatorem T-Mobile Spółka
nie uzyskuje marży w przypadku sprzedaży telefonów razem z umową, a część towaru (telefony komórkowe w promocji i inne towary) pozostaje własnością operatora (telefony stają się własnością Eurotel dopiero wtedy, gdy nie zostaną sprzedane w ciągu 720 dni), co znajduje odzwierciedlenie w stosunkowo niedużych obrotach w ramach tego obszaru
(telefony, które są własnością T-Mobile nie są ewidencjonowane w obrotach) oraz skutkuje obniżeniem wartości stanów magazynowych mimo dość znacznej skali współpracy. Do produktów z kategorii pre-paid należą przede wszystkim produkty pod marką T-Mobile na kartę i Heyah, Play na kartę, a dodatkowo produkty związane z ofertą Platformy “nc+”.

Są to karty z numerem oraz kupony lub jednostki uzupełniające wartość (i ważność) kont (telefonów, telewizji na kartę), a na sprzedaży tych produktów Eurotel uzyskuje marże handlowe, które pozostają w Spółce od razu w chwili sprzedaży. W przypadku działalności związanej ze sprzedażą sprzętu Apple Spółka zwraca uwagę na dość wysoką konkurencyjność rynku i dostępność tego rodzaju produktów w różnych kanałach sprzedaży, co skutkuje ograniczonymi poziomami uzyskiwanej marży. W tym segmencie należy również zauważyć stosunkowo duże uzależnienie Grupy Eurotel od kilku znaczących odbiorców, którzy mają istotny udział w generowanych przychodach iDream i jednocześnie z którymi współpraca w dłuższej perspektywie czasu jest trudna do oceny, co może skutkować znacznym obniżeniem przychodów w przypadku zakończenia takiej współpracy.

Struktura Grupy Kapitałowej

W skład Grupy Kapitałowej Eurotel wchodzą 4 podmioty. Jednostką dominującą jest Eurotel S.A., która odpowiada m.in. za prowadzenie sieci salonów sprzedaży oraz sprzedaż towarów i usług operatora T-Mobile oraz ITI Neovision (operator Platformy Telewizji Satelitarnej „nc+”). Ponadto, Eurotel jest Autoryzowanym Partnerem Apple. Jednostki
zależne w Grupie tworzą Viamind Sp. z o.o., zajmująca się prowadzeniem sieci salonów sprzedaży oraz sprzedażą towarów i usług operatora Play, a także powołana 7 grudnia 2017 roku 2Way Sp. z o.o. w celu realizacji różnych nowych projektów niezwiązanych z podstawowym przedmiotem działalności Emitenta. W obydwu wymienionych wyżej
podmiotach Eurotel S.A. posiada 100% udziałów w kapitale zakładowym. Skład Grupy Kapitałowej powiększa jednostka stowarzyszona Soon Energy Poland Sp. z o.o., powołana 1 października 2015 roku, w której Spółka objęła 40% udziałów. Podmiot ten prowadzi działalność na rynku odnawialnych źródeł energii, w segmencie fotowoltaiki. Jego sprawozdania finansowe są konsolidowane metodą praw własności.

Rekomendacja została wydana 17 października o godz. 7:50. Moment pierwszego rozpowszechnienia rekomendacji to 17 października, godz. 8:00. Autorami raportu są Paweł Juszczak i Adrian Mackiewicz.

Dom Analiz SII zawarł ze spółką Eurotel umowę o przygotowanie niezależnej rekomendacji inwestycyjnej.

„Twardy Brexit” to zmiany zarówno dla polaków pracujących na wyspach jak i przedsiębiorców

Twardy brexit, który jest teraz najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, będzie niekorzystny zarówno dla Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii, jak i polskich firm. Możliwa jest taka sytuacja, że pracujący tam rodacy będą musieli opuścić Wielką Brytanię.

Efektem twardego brexitu będzie prawo Wielkiej Brytanii do regulowania statusu przedsiębiorców i obywateli innych państw członkowskich UE w sposób samodzielny, jak jak to czyni Szwajcaria, Norwegia, Kanada czy Stany Zjednoczone.

– Z punktu widzenia obywateli Polski, którzy podjęli pracę w Wielkiej Brytanii, po przystąpieniu Polski do UE, ta sytuacja na pewno nie będzie korzystna – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Jeżewski, Partner, Szef Praktyki Arbitrażu w kancelarii Kochański Zięba i Partnerzy (KZP). – Po twardym brexicie obywatele Polski nie będą mogli powoływać się na swoje prawa wynikające z prawodawstwa Unii Europejskiej, a w związku z tym od jednostronnej decyzji Wielkiej Brytanii będzie zależało określenie warunków na jakich te osoby będą mogły pozostać na Wyspach, by kontynuować pracę, jak i to czy nie będą musiały opuścić Wielkiej Brytanii.

Dla przedsiębiorców zmienią się warunki prowadzenia wymiany handlowej. Ryzyko wzrasta.

– Wielka Brytania wraz z wystąpieniem z Unii Europejskiej wystąpi także z unii celnej, a to oznacza inne cła i wprowadzenie różnych barier handlowych – wyjaśnia M.Jeżewski z KZP. – Dopóki nie zostaną określone jasne reguły brexitu powstaje duża niepewność wśród przedsiębiorców co do tego, jakie będą warunki prowadzenia działalności na rynku brytyjskim, dlatego krokiem, który bym rozważał na miejscu przedsiębiorców, jest poszukiwania alternatywnych rynków zbytu i przeczekanie tego momentu niepewności.

J. Mordasewicz: W branży transportowej brakuje nawet 100 tys. kierowców

W tym zawodzie można całkiem dobrze zarabiać, jak na standardy naszego rynku. Ale rodacy są coraz mniej skłonni wybierać prace uznawane za nieatrakcyjne. Kandydatów zniechęcają regularne wyjazdy z domów na kilka tygodni. Nie wystarczy kształcić więcej osób aspirujących do tego zawodu. Trzeba ułatwić im zdobycie uprawnień, żeby sprawnie zapełnić lukę. Ponadto, należy zabiegać o pracowników z zagranicy, głównie o Ukraińców. Skusić ich mogą przepisy związane z osiedlaniem się całych rodzin. O tym wszystkim mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan

Ilu kierowców brakuje w Polsce?

Jeremi Mordasewicz: W transporcie międzynarodowym deficyt sięga 50-100 tysięcy. To są oczywiście szacunki różnych ośrodków. Skala niedoboru zależy od przyjmowanych współczynników kierowców przypadających na jeden ciągnik siodłowy. Statystycznie powinno być ich około dwóch, żeby firmy transportowe wykorzystywały swój potencjał i pojazd z naczepą był stale używany. Dziś mamy lekko powyżej jednej osoby. To znaczy, że wyraźnie brakuje nam ludzi.

Bardziej zatem 50 czy 100 tysięcy?

Jeremi Mordasewicz: Jeżeli chcemy być po stronie bezpiecznej, tzn. zawsze mieć pracownika do dyspozycji, żeby wykonać zamówienia, to będziemy bliżej tej wyższej wartości. Gdy jesteśmy gotowi bardziej zaryzykować, wówczas są mniejsze braki. Jednak takie podejście prowadzi do przeciążenia ludzi lub odmawiania zleceń. Kierowcy muszą odpoczywać, obowiązują ich ograniczenia czasu pracy. Do tego jeszcze zdarzają się choroby i różnego rodzaju sytuacje rodzinne.

Czy ta luka będzie się powiększać?

Jeremi Mordasewicz: To będzie zależeć od podejmowanych działań. Polska zmniejsza dystans do krajów Europy Zachodniej. Tam zawód kierowcy cieszy się coraz mniejszą popularnością. W dużej mierze korzysta się z zagranicznych pracowników, często ściąganych spoza UE. Dzięki temu weszliśmy na rynek i opanowaliśmy ponad jedną piątą międzynarodowych przewozów w Europie. Jednak powoli zmienia się nasze podejście do pracy. Wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa wyraźnie słabnie chęć do wykonywania robót uznanych za nieatrakcyjne. Kierowcy w transporcie międzynarodowym dobrze zarabiają jak na polskie warunki. Jednak już jest dużo mniejsza gotowość do prac wymagających rozłąki, np. spędzania weekendów poza domem czy przebywania w trasie przez 2-3 tygodnie.

Pojazdy autonomiczne ograniczą problem niedoboru kierowców?

Jeremi Mordasewicz: One nie są dla mnie wydumaną przyszłością. Niektórzy uważają, że zaraz zaczną odgrywać dużą rolę. Moim zdaniem, proces zmian będzie zachodził wolno i stopniowo, głównie ze względów bezpieczeństwa. Pojawiają się głosy, że za kilka lat nie będziemy mieli kierowców, bo przecież maleje liczba osób zainteresowanych pracą. Jednak cały czas wzrasta wymiana handlowa międzynarodowa i potrzeby transportowe. Skłaniałbym się więc do stwierdzenia o wyhamowaniu popytu na kierowców. Jednak jeszcze nie teraz. Mówimy raczej o perspektywie kilkunastoletniej.

Co należy zrobić, aby poprawić sytuację w branży?

Jeremi Mordasewicz: W mojej ocenie, są dwa sposoby. Trzeba kształcić więcej kierowców-mechaników, bo taka jest specjalność. Ważne jest to, żeby osoba, która opuszcza szkołę, miała prawo wykonywania zawodu. Obecnie musi wydać kilka tysięcy złotych na kursy. I to nie jest dobre rozwiązanie, bo młodego człowieka, kończącego zawodówkę, najczęściej nie stać na wyłożenie tych pieniędzy. Drugim sposobem jest ściąganie pracowników z Ukrainy, w mniejszym stopniu z Białorusi. Jednak te możliwości też są ograniczone.

W jaki sposób zachęcić kierowców zza wschodniej granicy, aby pracowali u nas? Mogą przecież wyjechać nieco dalej, np. do Niemiec i tam zarabiać więcej.

Jeremi Mordasewicz: Oni też mają skłonność do wybierania tamtejszych pracodawców. Chodzi więc o sprawne załatwianie formalności związanych z zatrudnieniem pracownika i osiedlaniem się w Polsce. Jeżeli kierowca mieszka wraz z rodziną na Ukrainie, to nie jest dla niego wielką różnicą, czy jeździ w firmie polskiej czy niemieckiej. Pomijam tutaj kwestie językowe. Jeśli natomiast Ukrainiec przeprowadziłby się do nas ze swoimi najbliższymi, to jego skłonność do migracji na Zachód będzie już dużo mniejsza. Oczywiście żona musiałaby zyskać u nas pracę, a dzieci – miejsca w przedszkolu czy szkole. Powinniśmy więc zabiegać o stwarzanie takich możliwości.

Decyzje dotyczące branży zapadają też na szczeblu unijnym. Jakie mogą one mieć znaczenie dla naszego rynku?

Jeremi Mordasewicz: W UE jest presja na podnoszenie standardów wykonywanej pracy. Wspólnota przyjęła dyrektywę o pracownikach delegowanych i dyskutuje o pakiecie transportowym. Nie wiemy, jak on będzie ostatecznie wyglądał. Obawiam się, że regulacje unijne pójdą w niekorzystnym dla nas kierunku. W interesie Niemiec, Francji i innych krajów zachodnich leży ograniczanie konkurencji ze strony Polski. Nasze małe firmy sobie nie poradzą ze spełnianiem wszystkich zapisów zagranicznych i układów zbiorowych. Zaczną upadać, ale skali tego zjawiska jeszcze nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Do 2050 roku świat ludzi i maszyn będzie jednością. Wyzwaniem stanie się etyczne wykorzystanie sztucznej inteligencji oraz zapanowanie nad nią

Do 2050 roku świat ludzi i maszyn będzie jednością. Wyzwaniem stanie się etyczne wykorzystanie sztucznej inteligencji oraz zapanowanie nad nią 1

Do 2050 roku znajdziemy się w punkcie, w którym świat ludzi i maszyn stanie się jednością – ocenia Gerd Leonhard, futurolog i dyrektor The Futures Agency. W najbliższym dziesięcioleciu powstaną nowe superkomputery, szerzej do głosu dojdzie sztuczna inteligencja, a większość ograniczeń technicznych zostanie pokonana. Zdaniem eksperta wyzwaniem jest jednak wykorzystywanie możliwości, jakie dają nowe technologie, przy jednoczesnym zachowaniu kontroli nad nimi. Konieczne jest też przyjęcie tzw. potrójnego fundamentu, czyli skupienie się na trzech celach: ludziach, planecie i dobrobycie, a nie tylko na zyskach.

– Ludzie i maszyny naprawdę mogą ze sobą współpracować. Obecnie jednak mamy do czynienia z sytuacją, w której cała nasza aktywność skupia się na technologii, a pozostałe aspekty odsuwane są na bok. W najbliższym dziesięcioleciu powstaną nowe superkomputery, dojdzie do głosu sztuczna inteligencja i pojawią się mówiące maszyny. Będziemy mogli robić całą masę różnych niesamowitych rzeczy. Jednak musimy się przy tym upewnić, że wciąż mamy nad tym kontrolę i że to nadal jest dla nas dobre – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Gerd Leonhard, futurolog i dyrektor The Futures Agency w Szwajcarii.

Przed nowymi technologiami nie ma ucieczki. Powstają komputery kwantowe o potężnej mocy obliczeniowej, które mogą złamać każdy szyfr, bezbłędnie przewidywać skutki zjawisk atmosferycznych czy stworzyć ultrabezpieczne satelitarne sieci komunikacyjne. Tylko w latach 2010–2016 na inwestycje w rozwój technologii komputerów kwantowych w USA przeznaczono ponad 200 mln dol. Nad superkomputerami pracują też inne światowe mocarstwa, w tym Chiny, Kanada czy Australia.

Postępuje też robotyzacja. Dell Technologies prognozuje, że do 2030 roku nowe technologie i roboty będą obecne już prawie w każdej dziedzinie życia. Sztuczna inteligencja wkracza w niemal każdy obszar życia, a wirtualna rzeczywistość staje się już powszechna.

– Niektóre technologie może i są niesamowite, ale nie do końca nam służą. Przykładem jest rzeczywistość wirtualna, która może się wiązać z szeregiem skutków ubocznych. Musimy zatem znaleźć równowagę pomiędzy tym, co byśmy chcieli, a tym, co możemy zrobić za pomocą technologii. Potrzebny jest zatem system, który pozwoli nam to wszystko kontrolować – ocenia Gerd Leonhard.

Mimo postępującej cyfryzacji społeczeństwa nie są do niej w pełni przygotowane. Korzystają z jej możliwości, ale nie do końca zdają sobie sprawę z zagrożeń.

– Największym problemem jest ustrój gospodarczy, w którym priorytetem są zyski. Duże firmy technologiczne mają ogromną władzę, która w bardzo niewielkim stopniu podlega jakiejkolwiek kontroli. Te nierówności stają się coraz większe, dobrze prosperujące spółki stają się swego rodzaju kartelem, ponieważ technologia stale się rozwija. To sprawia, że konkurowanie z nimi jest bardzo trudne. Brakuje odpowiednich przepisów, które są potrzebne, aby wyrównać szanse na rynku. Brakuje też sposobów redystrybucji zysków poprzez np. podatki – ocenia futurolog.

Nowe technologie budują przewagę konkurencyjną firm. Jak wynika z raportu „Accenture Technology Vision 2018”, 84 proc. przedstawicieli kadry zarządzającej ocenia, że dzięki technologiom firmy zyskują większy wpływ na codzienne życie ludzi. Nie zawsze jednak jest to wpływ pozytywny.

– Jeśli wszyscy skupimy się na zarabianiu pieniędzy poprzez technologię, to wówczas wszystko stanie się technologią. Wtedy, my, ludzie, przestaniemy mieć jakiekolwiek znaczenie, bo jesteśmy zwyczajnie mało efektywni. Myślę, że mamy około dziesięciu lat na to, aby zacząć poważnie pracować nad tym problemem. Do 2050 roku zapewne znajdziemy się w punkcie, w którym świat ludzi i maszyn stanie się jednym. Będziemy musieli wtedy dokonać wyboru, czym chcemy być – mówi Leonhard.

Zdaniem naukowców lata 2040–2050 będą pierwszym w historii okresem, w którym sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom lub je przewyższy. Konieczne jest jednak, by nowe technologie wykorzystywać na korzyść ludzkości i wdrożyć odpowiednie regulacje, aby uniknąć niebezpieczeństw.

– Musimy przyjąć tzw. potrójny fundament – ludzie, planeta, dobrobyt. Już teraz w debacie pojawia się temat przejścia na coś w rodzaju postkapitalizmu, nowego sposobu myślenia o tym, czego chcemy od świata – przekonuje dyrektor The Futures Agency w Szwajcarii. – Poradziliśmy sobie z wieloma innymi problemami, więc technologie również zdołamy ujarzmić. 90 proc. tego, co nas czeka w przyszłości, zapowiada się wspaniale, a tylko 10 proc. wygląda mniej obiecująco. Musimy tylko uważać, żeby to 10 proc. nie rozrosło się nagle do 50 proc.

Gerd Leonhard był gościem konferencji GfK Insight Summit Poland, która odbyła się w tym tygodniu w Warszawie.

Gwałtownie spada liczba pracowników tymczasowych. Agencje zatrudnienia będą musiały zmienić swoją rolę

Gwałtownie spada liczba pracowników tymczasowych. Agencje zatrudnienia będą musiały zmienić swoją rolę 2

W II kwartale 2018 roku zanotowano 18-proc. spadek liczby pracowników tymczasowych w Polsce. Według szacunków Polskiego Forum HR wynosi ona obecnie 323 tys. osób. To jeden z większych spadków, które odnotowano w historii rozwoju tego rynku. W ocenie ekspertów ta sytuacja może zmusić agencje pracy tymczasowej do przedefiniowania swojej działalności i jej znacznego rozszerzenia.

Spadek liczby pracowników tymczasowych obserwowany jest od kilku kwartałów. W II kwartale 2017 roku wynosiła ona blisko 400 tys., na koniec czerwca przekraczała 320 tys.

– W czasach eldorado ekonomicznego, które teraz mamy w Polsce, popularność pracy tymczasowej spada i jest to zrozumiałe. Jednak praca tymczasowa na pewno nie zniknie, bo to jest niezwykle potrzebna forma zatrudnienia – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Zielińska, kierownik Polskiego Forum HR.

Korzyści pracy tymczasowej coraz częściej dostrzegają pracownicy, na co wskazują wyniki cytowane w raporcie Hays. Bardzo dobrą lub dobrą ocenę warunków pracy zadeklarowało 58 proc. ankietowanych pracowników tymczasowych.

Patrząc na rynek pracy tymczasowej, sytuacja w Polsce odstaje od tego, co ma miejsce w innych krajach europejskich. W Holandii poziom bezrobocia, podobnie jak w Polsce, jest bardzo niski, ale mimo wszystko poziom elastycznego zatrudnienia, w tym pracy tymczasowej, jest wysoki. W formie pracy tymczasowej pracuje tam 3,3 proc. ogółu zatrudnionych. W Polsce odsetek ten wynosi 1,2 proc. Dane te pokazują, jak duża jest rozbieżność w podejściu polskich pracowników i pracodawców – mówi Agnieszka Zielińska.

Badania rynku pracy przeprowadzone przez Hays Poland pokazują, że pracę tymczasową najczęściej podejmują osoby przed 30 rokiem życia, zajmujące stanowisko specjalisty i mające kilkuletnie doświadczenie zawodowe.

Ten sam raport wskazuje, że taka forma jest potrzebna pracodawcom. Eksperci Hays wskazują, że niezaprzeczalną korzyścią stosowania rozwiązań pracy tymczasowej jest dla firm zapewnienie elastyczności zatrudnienia.

– Wiele mamy branż, które bez tej elastyczności po prostu nie są w stanie funkcjonować i nie mówię o elastyczności typowo sezonowej. Praca tymczasowa jest niezbędna do tego, żeby w sposób legalny i godny zatrudniać pracowników w okresach zwiększonego zapotrzebowania na pracę – tłumaczy kierownik Polskiego Forum HR.

Spadek liczby pracowników tymczasowych zmusza agencje pracy tymczasowej do przedefiniowania swojej działalności i jej znacznego rozszerzenia. Przykładem nowych usług może być RPO (Recruitment Process Outsourcing), czyli kompleksowy outsourcing procesów rekrutacji i zatrudniania pracowników. Na świecie taką usługę świadczy ponad 30 proc. agencji – wynika z danych World Employment Confederation.

– Coraz częściej agencja bierze na siebie zarządzanie wszystkimi procesami związanymi z rekrutacją pracowników w danej firmie. Mając wiedzę na temat struktury firmy, procesów w niej zachodzących, opisów stanowisk, wie, jakie są potrzeby określonych managerów i jak znaleźć odpowiednich pracowników do danej firmy. RPO jest zazwyczaj współpracą długoterminową. Coraz częściej firmy chcą wydzielić tę części, które mogą outsourcować, żeby skupić się na swojej głównej działalności – wymienia Agnieszka Zielińska.

Innym przykładem jest master vendoring, w którym agencja występuje w roli głównego dostawcy rozwiązań i koordynuje współpracę z poddostawcami. Takie rozwiązanie sprawdza się przede wszystkim przy realizacji dużych projektów masowych rekrutacji.

O zmianach na rynku świadczyć mogą liczby. W II kwartale br. wartość rynku pracy tymczasowej wzrosła tylko o 2 proc. rok do roku, a spadła o 3 proc. kwartał do kwartału. Natomiast w zakresie usługi rekrutacyjnej firmy członkowskie Polskiego Forum HR wypracowały obroty o 10 proc. wyższe niż w II kwartale ubiegłego roku.

Banki zwiększają inwestycje w cyberbezpieczeństwo. Wymusza to na nich rosnący udział nowych technologii i zaufanie klientów

Banki zwiększają inwestycje w cyberbezpieczeństwo. Wymusza to na nich rosnący udział nowych technologii i zaufanie klientów 3

Presja klientów i konkurencji oraz coraz surowsze otoczenie legislacyjne skłaniają sektor finansowy do wdrażania i rozwijania nowych technologii, jak sztuczna inteligencja, big data, uczenie maszynowe i chatboty, które wspierają obsługę klientów i pełnią rolę wirtualnych doradców. Rosnący udział nowych technologii w finansach oznacza jednak również konieczność większych inwestycji w cyberbezpieczeństwo. Tym bardziej że klienci – coraz częściej bankujący online i mobilnie – mają do instytucji finansowych duże zaufanie.

– Banki i instytucje finansowe cieszą się największą wiarygodnością i zaufaniem klientów, w związku z czym bezpieczeństwo naszych pieniędzy powinno być ich priorytetem. Instytucje finansowe dużo inwestują w najnowsze technologie, które mają to bezpieczeństwo zapewnić, natomiast – podobnie jak w każdej innej branży – może dochodzić do wycieków danych czy błędów w kodach, przez co np. pieniądze trafią na niewłaściwe konta. Taka sytuacja mogłaby spowodować pewne zwolnienie automatyzacji w sektorze finansowym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Aneta Hryckiewicz, profesor finansów na Akademii Leona Koźmińskiego.

Robo-doradcy, wirtualne oddziały, spersonalizowane oferty pożyczek w czasie rzeczywistym oraz kupowanie na kredyt z reklamy po jej zeskanowaniu – tak Polacy wyobrażają sobie przyszłość bankowości i usług finansowych. Z tegorocznego badania HASHfinanseprzyszłości dla Banku Millennium wynika również, że zdaniem 90 proc. Polaków własnoręczny podpis zostanie zastąpiony elektronicznym, obsługa w większości oddziałów będzie automatyczna, a prawie wszystkie sprawy będzie można załatwić z pomocą wirtualnej rzeczywistości (VR).

Zdecydowana większość klientów bankowości spodziewa się kolejnych innowacji i technologicznych ułatwień w kontaktach z bankiem. Sektor finansowy, aby sprostać tym oczekiwaniom, musi się rozwijać i inwestować w nowe technologie. Skłania go do tego także coraz surowsze otoczenie regulacyjne, presja ze strony fintechów i konieczność zadbania o cyberbezpieczeństwo.

Firma badawcza IDC prognozuje, że jeszcze w tym roku globalne wydatki na sztuczną inteligencję i systemy kognitywne sięgną 19,1 mld dol. W 2021 roku na tej technologii ma się opierać już większość aplikacji biznesowych, a nakłady na tę technologię sięgną 52,2 mld dol. – z czego najwięcej przeznaczy na nią właśnie bankowość. Z raportu Digital Banking wynika, że co najmniej jedno rozwiązanie z zakresu machine learing wdrożyło już 35 proc. organizacji finansowych, natomiast w raporcie „Rise of the robots” eksperci KPMG prognozują, że na przestrzeni najbliższych 15 lat od 45 do nawet 75 proc. zadań w sektorze finansowym zostanie przejętych przez roboty.

Ekspertka podkreśla, że rosnący udział nowych technologii w finansach wymusza na bankach i instytucjach z tego sektora konieczność przyłożenia większej uwagi do obszaru cyberbepieczeństwa i zadbania o poufność danych. Zwłaszcza że klienci coraz powszechniej bankują online i mobilnie – z danych Związku Banków Polskich wynika, że na koniec II kwartału liczba aktywnych użytkowników bankowości mobilnej przekroczyła już 7 mln, a internetowej – 16 mln.

– Zagrożenia są cały czas, ich liczba będzie się zwiększać wraz z rozwojem nowych technologii i automatyzacji w sektorze finansowym. Do tej pory nie mieliśmy drastycznych wycieków pieniędzy czy danych klientów bankowości. Natomiast nie możemy tego wykluczyć w przyszłości, zważywszy na to, że większość tych technologii nie powstaje w instytucjach finansowych, ale jest dostarczana przez partnerów i firmy współpracujące, co także powoduje pewne zagrożenia – mówi dr hab. Aneta Hryckiewicz.

Oprócz dbałości o cyberbezpieczeństwo i wdrażania najnowszych zabezpieczeń banki i instytucje finansowe muszą też podnosić świadomość swoich klientów i pracowników, ponieważ zwykle to człowiek jest najsłabszym ogniwem.

– Przy tak dynamicznym rozwoju technologii i pojawianiu się coraz bardziej innowacyjnych rozwiązań nie jesteśmy w stanie wyeliminować zagrożeń. Natomiast wszelkie testy i audyty związane z bezpieczeństwem takich technologii będą powodować, że nasze pieniądze będą lepiej zabezpieczone – ocenia wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego.

Jak wynika z badań Kantar TNS na zlecenie Związku Banków Polskich, 91 proc. Polaków uważa korzystanie z bankowości internetowej i mobilnej za bezpieczne, a 42 proc. postrzega banki jako liderów cyberbezpieczeństwa. Z drugiej strony 82 proc. Polaków uważa też, że rośnie ryzyko stania się ofiarą cyberataku, a 78 proc. klientów zgłasza incydenty w obszarze cyberbezpieczeństwa co najmniej raz w roku (kwietniowy Monitor Bankowy).

Co warto podkreślić, polski sektor bankowy należy do najbardziej zaawansowanych technologicznie na świecie, a polscy klienci bankowości szybko chłoną wszelkie nowinki technologiczne. Dobrym przykładem są płatności zbliżeniowe – Polska należy do grupy dziesięciu czołowych państw świata przodujących w tej technologii – wynika z raportu „Sektor finansowy coraz bardziej HASHfintech” PwC.

Studia informatyczne biją rekordy popularności. Mimo to na rynku wciąż jest za mało specjalistów w tej branży

Studia informatyczne biją rekordy popularności. Mimo to na rynku wciąż jest za mało specjalistów w tej branży 4

Podczas tegorocznej rekrutacji na studia wyższe padł kolejny rekord aplikujących o przyjęcie na kierunki informatyczne. Tylko w ciągu czterech lat liczba chętnych na te studia zwiększyła się o 40 proc. Pracodawcy wciąż jednak narzekają na brak kandydatów na stanowiska programisty czy specjalisty od cyberbezpieczeństwa.

– Jak wynika z listy najbardziej pożądanych zawodów, najbardziej potrzebni są informatycy, ponieważ nowoczesne technologie cały czas się rozwijają, coraz więcej firm wprowadza rozwiązania cyfrowe, różnego rodzaju aplikacje. Biorąc pod uwagę fakt, że najbardziej poszukiwani na rynku pracy są informatycy, jak również to, że najchętniej wybieranym kierunkiem studiów są kierunki informatyczne, możemy wnioskować, że liczba miejsc na tego typu kierunkach jest za mała lub zbyt mało uczelni oferuje ten kierunek – mówi agencji informacyjnej agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Czajka-Kalinowska, specjalista ds. marketingu w Aegon.

Z „Raportu o kosztach studiów” sporządzonego przez Aegon wynika, że w październiku 2018 roku naukę na polskich uczelniach rozpoczęło ponad 187,5 tys. świeżo upieczonych studentów. Najbardziej obleganym kierunkiem, tak jak w poprzednich latach, okazała się informatyka, na którą złożono ponad 42 tys. aplikacji. Jeszcze w 2014 roku o przyjęcie w szeregi studentów w tej dziedzinie ubiegało się 30 tys. absolwentów szkół średnich. Na drugim miejscu znalazło się zarządzanie z 24 tys. aplikujących, a na trzecie awansowała psychologia, którą zainteresowanych było ponad 20 tys. kandydatów.

– Potrzeby rynku pracy cały czas się zmieniają. Trudno oczekiwać, że uczelnie będą z roku na rok dostosowywać swoją ofertę do tego, co dzieje się na rynku. Natomiast na uczelniach o profilu ogólnym osoby chcące wybrać zawód z listy dziesięciu najlepiej ocenianych z pewnością znajdą coś dla siebie – mówi Anna Czajka-Kalinowska.

Analiza ogłoszeń o pracę pokazuje, że najbardziej poszukiwani na rynku pracy są programiści oraz specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa. Zaraz za podium figuruje też specjalista ds. e-commerce, wyprzedzony przez analityka finansowego i biznesowego. Pierwszą piątkę zamyka inżynier badawczo-rozwojowy.

– To już 6. edycja naszego raportu. W pierwszych dwóch wysoko na liście pożądanych zawodów znajdowały się zawody związane z HR, jak np. HR manager. Teraz one już wypadły z pierwszej dziesiątki, natomiast nadal wysoko znajduje się stanowisko specjalisty ds. employer brandingu –mówi przedstawicielka Aegon o funkcji, która zajęła ósme miejsce na liście najbardziej pożądanych przez pracodawców.

Wybór zawodu poszukiwanego przez firmy to inwestycja w przyszłość. To, czy się opłaci, zależy także od kosztów studiowania i utrzymania. Choć największą estymą wśród uniwersytetów oraz uczelni technicznych i ekonomicznych cieszą się wyższe szkoły w Warszawie, to stolica jest zarazem najdroższym ośrodkiem akademickim. Utrzymanie w tym mieście kosztuje nawet 3,5 tys. zł, nie licząc czesnego, o ile ktoś nie dostał się do szkoły publicznej. Czesne na prywatnych studiach w zależności od uczelni i kierunku to od 3,5 tys. zł do nawet 22 tys.

– Na liście najlepszych uczelni w Polsce w zasadzie cały czas królują uczelnie państwowe. Dwa pierwsze miejsca to pojedynek między Uniwersytetem Warszawskim a Uniwersytetem Jagiellońskim. Stosunkowo wysoko plasują się też politechniki, trochę niżej uniwersytety medyczne, ale to kwestia wyboru kierunku. Najwyżej znajdują się te uczelnie, które mają szeroki zakres kierunków – tłumaczy Anna Czajka-Kalinowska.

Mięso z probówki może zrewolucjonizować światowy system żywienia. Ma być tańsze, zdrowsze i bezpieczniejsze dla środowiska

Mięso z probówki może zrewolucjonizować światowy system żywienia. Ma być tańsze, zdrowsze i bezpieczniejsze dla środowiska 5

W Stanach Zjednoczonych nawet 80 proc. wytwarzanych antybiotyków przeznacza się na zwierzęta hodowlane. Hodowla zwierząt na żywność jest też jedną z głównych przyczyn globalnego ocieplenia – jest odpowiedzialna za emisję gazów cieplarnianych na równi z transportem. Problem może rozwiązać „czyste mięso” wyprodukowane w laboratorium z pobranych komórek zwierząt. To wciąż prawdziwe mięso, ale bez antybiotyków, E. coli, salmonelli i zanieczyszczeń, które w dodatku oszczędza środowisko. Eksperci oceniają, że wkrótce może zrewolucjonizować światowy system żywnościowy.

Czyste mięso to mięso pochodzenia zwierzęcego, które zostało wyprodukowane bez konieczności uboju zwierzęcia. Jego produkcja polega na przeprowadzeniu biopsji u zwierzęcia, a następnie dalszej hodowli pobranych komórek w zakładzie produkcyjnym do chwili uzyskania produktu końcowego podobnego do tego, jaki produkuje się w rzeźniach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Nicole Rawling, ekspertka The Good Food Institute.

Czyste mięso wytwarza się przez pobranie niewielkiej próbki komórek zwierzęcych. Otrzymany w hodowli produkt jest prawdziwym mięsem, tak też smakuje, ale do tego jest wolny od bakterii E. coli, salmonelli i antybiotyków. To o tyle istotne, że zwierzęta hodowlane przyjmują ogromne ilości antybiotyków. W USA nawet 80 proc. wytwarzanych antybiotyków trafia właśnie na potrzeby rolnictwa i hodowli.

Do tego tradycyjna hodowla zwierząt na żywność ma negatywny wpływ na środowisko. ONZ ocenia, że jest odpowiedzialna za podobną emisję gazów cieplarnianych co transport, a w dodatku zanieczyszcza glebę i wodę. Hodowla zwierząt zajmuje też dużo areałów – potrzebne są grunty na wypasanie bydła oraz na uprawy, którymi karmione są zwierzaki.

Czyste mięso nie wymaga do produkcji aż tyle gleby, nie ma negatywnych skutków dla środowiska i może rozwiązać problem braku żywności. Do 2050 roku ludzi na ziemi może być nawet 10 mld. Żeby żywności starczyło dla wszystkich, jej produkcja będzie musiała dwukrotnie wzrosnąć.

Uważamy, że czyste mięso stanie się bardzo popularne, ponieważ jego produkcja może mieć o 80 proc. mniejszy wpływ na środowisko w porównaniu z tradycyjną hodowlą. Potrzebne jest o wiele mniej terenów oraz surowców, co doprowadzi do zmniejszenia poziomu zanieczyszczenia wody i powietrza. Samo mięso smakuje identycznie jak to pochodzące z uboju. Zatem grupą docelową naszego produktu są osoby, które lubią jeść mięso – przekonuje Nicole Rawling.

Pierwszy hamburger wyprodukowany z czystego mięsa powstał w 2013 roku i kosztował 330 tys. dol. Trzy lata później wyprodukowano pierwszego klopsika z próbówki za nieco ponad 1 tys. dol., a w 2017 roku – kanapkę z kurczakiem i kaczkę w pomarańczach. Cena czystego mięsa szybko spada. Już teraz Memphis Meats produkuje je za 40 dol. za gram, kilkudziesięciokrotnie taniej niż jeszcze kilka lat temu. Do 2020 roku hamburgery z czystego mięsa mają być natomiast sprzedawane już za ok. 10 dol. Ostatecznie czyste mięso ma być tańsze niż to wyprodukowane tradycyjnie, a zdaniem naukowców być może uda się to osiągnąć w ciągu dekady.

Ekspertka The Good Food Institute zauważa, że zwyczaje żywieniowe ludzi stopniowo się zmieniają. Dlatego czyste mięso ma szansę zastąpić to tradycyjne.

– Mięso in vitro to produkt pochodzenia zwierzęcego, który nie jest jeszcze dostępny na rynku, ale spodziewamy się, że pojawi się na nim w ciągu najbliższych dwóch lat – przekonuje Nicole Rawling.

Inteligentne biura pozwalają podwoić liczbę pracowników na tej samej przestrzeni. Dzięki specjalnym czujnikom, kontrolują m.in. temperaturę, wilgotność, czy oświetlenie

Inteligentne biura pozwalają podwoić liczbę pracowników na tej samej przestrzeni. Dzięki specjalnym czujnikom, kontrolują m.in. temperaturę, wilgotność, czy oświetlenie 6

Inteligentne systemy zarządzania budynkami staną się standardem w nowoczesnym budownictwie, zwłaszcza użytkowym – przewidują specjaliści. Automatyzacja procesów zarządzania biurowcami, hotelami czy szpitalami pozwala na uzyskanie znacznych oszczędności w zużyciu energii i wpisuje się w trend budownictwa ekologicznego. Powstaje coraz więcej budynków, którymi można zarządzać za pomocą smartfona. Najbardziej zaawansowane pozwalają na precyzyjną kontrolę np. czasu zajmowania biurek, dzięki czemu w jednym biurowcu może pracować nawet dwa razy więcej pracowników.

– Zaczynamy coraz bardziej digitalizować nasze otoczenie, nie omija to również budynków. W tej chwili standardem są building management systems, czyli systemy zarządzania budynkiem, które sterują całą aparaturą – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alicja Kuczera, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego.

Systemy BMS (building management systems) mają za zadanie integrować działanie poszczególnych instalacji występujących w danym obiekcie. Pozwala to na efektywne i oszczędne zarządzanie budynkiem z jednego miejsca, niekoniecznie w nim położonego. BMS spaja systemy takie jak inteligentne oświetlenie, klimatyzacja, wentylacja, ogrzewanie czy nagłośnienie lub zarządzanie windami. Na systemy zarządzania budynkiem decydują się najczęściej zarządcy biurowców, centrów handlowych czy hoteli.

W budynku The Edge w Amsterdamie, który jest uznany za jeden z najbardziej zrównoważonych budynków na świecie, zainstalowano 28 tys. czujników mierzących w czasie rzeczywistym 10 różnych parametrów, takich jak temperatura, wilgotność, oświetlenie, oświetlenie wpadające z zewnątrz, luksy, czy stężenie lotnych związków organicznych, np. trującego formaldehydu. Czujniki komunikują się za pomocą Bluetooth z telefonami pracowników, dzięki czemu zbierane są dane np. o tym, jak zajmowane są biurka w ciągu dnia.

– Deloitte planował w tym biurze umieścić 1700 pracowników, w chwili obecnej pracują tam 3454 osoby, jest to możliwe tylko i wyłącznie dzięki temu systemowi, zbieraniu tych wszystkich danych. Można projektować kto, gdzie, kiedy usiądzie, dzięki temu oszczędza się pieniądze na wynajmie kolejnych powierzchni – tłumaczy Alicja Kuczera.

W Polsce oddano już do użytku biurowiec Spark firmy Skanska, który jako pierwszy budynek w Europie Środkowo-Wschodniej otrzyma certyfikat WELL Building Standard. To efekt m.in. inteligentnego oświetlenia Sygnify, bazującego na koncepcji Human Centric Lighting. Oświetlenie dopasowuje się do potrzeb pracowników, a dodatkowo można nim indywidualnie sterować z poziomu smartfona. Jak podkreśla Alicja Kuczera, to jednak nie samo inteligentne oświetlenie sprawia, że powstaje coraz więcej cyfrowych budynków.

– Staramy się w chwili obecnej coraz bardziej przyciągnąć cyfrowe technologie do człowieka, żeby one rzeczywiście były coraz bardziej przyjazne. To nie jest naszpikowanie lampeczkami i diodami różnych elementów budynku, tylko sprawianie, żeby ta technologia pomagała nam w codziennej pracy, codziennym użytkowaniu tego budynku. W wyciąganiu wniosków z tego jak ten budynek żyje. Z pewnością w tę stronę zmierzamy – przekonuje ekspertka.

Według analityków marketsandMarkets, globalny rynek inteligentnych budynków osiągnie w 2022 r. wartość niemal 32 mld dol.

Komputery kwantowe mogą zagrozić kryptografii stosowanej w sieci. Transakcje chipowymi kartami płatniczymi i bitcoiny mogą przestać być bezpieczne

Komputery kwantowe mogą zagrozić kryptografii stosowanej w sieci. Transakcje chipowymi kartami płatniczymi i bitcoiny mogą przestać być bezpieczne 7

Komputery kwantowe mogą stanowić zagrożenie dla bankowości, telekomunikacji, a nawet kryptowalut. Naukowcy z Narodowego Uniwersytetu w Singapurze oceniają, że do 2027 roku  komputery kwantowe mogą złamać zabezpieczenia bitcoina. Podobny los może czekać powszechnie stosowane podpisy cyfrowe w bankach i administracji publicznej. Pojawiają się już pierwsze rozwiązania odporne na ataki z użyciem komputerów kwantowych, m.in. algorytmy oparte na kodach liniowych.

– Jesteśmy w erze kwantowych technologii, rozwijają się m.in. kwantowe komputery. Mówiąc kwantowe komputery, mam zarówno na myśli hardware, czyli komputer, który można by wziąć do ręki, jak i algorytmy, czyli programy, które na nich będziemy obrabiać. Niemniej jednak to jest dopiero początek – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Magdalena Stobińska z Uniwersytetu Warszawskiego.

Ogromne możliwości komputerów kwantowych dostrzegają nie tylko największe firmy, ale i światowe mocarstwa. Dają one nieograniczone możliwości – tradycyjny komputer wykorzystuje system zero-jedynkowy, kwantowy zaś posługuje się kubitami, czyli kwantowymi bramkami logicznymi, różniącymi się od klasycznego bitu, który przyjmuje jedną z dwóch wartości – zero lub jeden. Kwantowy bit może mieć wartość zera, jedynki lub być kwantową superpozycją zera i jedynki, zatem jego potencjał w obliczeniach jest nieporównywalnie większy.

Choć komputery kwantowe mogą pozwolić ludzkości na rewolucyjne odkrycia, przyspieszyć analizę, to ich potencjał może mieć też niszczycielski charakter.

– Istnieje algorytm Shore’a, który potrafi łamać szyfr RSA, najbardziej popularny sposób szyfrowania danych w kryptografii. Systemy bankowe, systemy bezpieczeństwa czy nawet waluta bitcoin używają systemu RSA do kodowania danych. Aby złamać taki szyfr, kwantowy komputer należy jeszcze dopracować. Jego moc obliczeniowa jest zdecydowanie za mała, to są ogromne liczby, które należałoby umieć sfaktoryzować, a dzisiaj komputer kwantowy potrafi sfaktoryzować liczbę 15. To daje pewną skalę, jak daleko jesteśmy od realnego zagrożenia – ocenia Magdalena Stobińska.

Zespół badawczy z Singapuru, Australii i Francji twierdzi, że komputery kwantowe mogą działać wystarczająco szybko, aby złamać kryptografię w sieci, w tym jeden z najpopularniejszych asymetrycznych algorytmów kryptograficznych, czyli RSA. Pozwolić ma na to znany już od lat 90. ubiegłego wieku algorytm Shora. Zagrożona byłaby większość algorytmów asymetrycznych używanych np. do zabezpieczania transakcji chipowymi kartami płatniczymi, czy przy uwierzytelnianiu transakcji kryptowalut.

Zdaniem naukowców zabezpieczenia mogą zostać złamane już w 2027 roku. Jak jednak ocenia dr Magdalena Stobińska, komputerów kwantowych nie należy się obawiać.

– Dotychczas większość systemów kryptograficznych opiera się na tym, że angażują problemy, które są dla nas trudne dziś do rozwiązania, a ponieważ nikt tego nie umie zrobić, to jesteśmy bezpieczni. Wiadomo, że nigdy nie przewidzimy co trafi do głowy naukowcom, może przestanie to być bezpiecznym rozwiązaniem, natomiast kwantowa mechanika oferuje bezpieczeństwo oparte na prawach fizyki. Tak jak światło nie może się poruszać szybciej niż prędkość, tak pewne rozwiązania nie mogą być zagrożone, ponieważ gwarantują to prawa mechaniki kwantowej – tłumaczy ekspertka.

Według raportu „Quantum Computing Market & Technologies – 2018-2024”, wydajność kwantowa w najbliższych latach będzie rosnąć o blisko 25 proc. średniorocznie. Market Research Media szacuje, że wartość rynku komputerów kwantowych do 2020 roku przekroczy 5 mld dolarów.

Finanse 3.0. Wyzwania w dobie ery fintech – debata Executive Club

Liderzy branży finansowej, przedstawiciele najważniejszych firm ubezpieczeniowych oraz spółek technologicznych dyskutować będą o przyszłości sektora finansowego już 25 października w hotelu Bristol w Warszawie. Debata pod hasłem „Finanse 3.0. Wyzwania w dobie ery fintech” poruszy aktualną tematykę zmian jakie mają dokonać się w branży oraz na rynku bankowym.

Globalna rewolucja  cyfrowa wywiera coraz większy wpływ na sektor finansowy. Coraz częściej mówi się o dostosowaniu branży do nowych trendów wynikających z transformacji, dlatego kolejne spotkanie klubowe będzie poświęcone debacie nad kierunkami rozwoju rynku fintech w Polsce. Zaproszeni Goście wspólnie pochylą się nad płynącymi szansami oraz zagrożeniami związanymi z innowacyjnymi technologiami finansowymi. Jak system kryptowalut wpłynie na sektor finansowy oraz jak cyfryzacja, sztuczna inteligencja i otwarta bankowość zmieniają systemy płatności? Na te i wiele innych pytań odpowiedzą prelegenci podczas październikowej debaty klubowej.Finanse_3.0_baner

Do udziału w debacie zostali zaproszeniu wybitni eksperci, wśród których znaleźli się m.in. Robert Łaniewski – Prezes Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego, Paweł Bułgaryn – Kierujący Zespołem ds. Systemu Płatniczego Departament Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów, Maciej Bardan – I Wiceprezes Zarządu, Raiffeisen Polbank, Paweł Kicman – Dyrektor Finansowy, Canon Polska, Marek Bosak – Dyrektor ds. komunikacji, VIVUS Finance, Michał Góra – Prezes Zarządu, Alfavox, Adrian Kurowski – Dyrektor Visa w Polsce, Jacek Szczepański – Wiceprezes Atende S.A. ds. operacyjnych.

Executive Club jest organizacją zrzeszającą przedstawicieli top managementu, reprezentujących najważniejsze polskie i międzynarodowe przedsiębiorstwa. Od kilkunastu lat w Klubie skupieni są liderzy biznesu, którzy swoimi działaniami wyznaczają kierunki rozwoju polskiej przedsiębiorczości. Organizacja inspiruje i wspiera rozwój biznesu pomagając identyfikować potrzeby liderów zarządzania.

Podwyżki cen prądu dla firm. Ucierpią małe i średnie firmy takie jak hotele, piekarnie

Najbardziej z powodu podwyżek cen energii elektrycznej ucierpią małe firmy, zwłaszcza piekarnie czy hotele. Dla nich podwyżka cen o połowę można oznaczać bankructwo. Dla konsumentów indywidualnych kłopot jest mniejszy, zapłacą o 100-150 zł więcej rocznie.

– Konsumenci są chronieni przez Urząd Regulacji Energetyki, który zatwierdza taryfy, a więc można się spodziewać kilkuprocentowych pożyczek – mówi w rozmowie z MarketNews24 Magdalena Skłodowska z WysokieNapiecie.pl. – To oznaczałoby podwyżki o 100-150 zł w skali roku.

Powody dużych wzrostów cen dla przedsiębiorstw są trzy: wzrost cen węgla na świecie, wzrost cen praw do emisji dwutlenku węgla i wzrost cen na polskiej giełdzie towarowej.

Polskim problemem jest to, że ok.80 proc energii elektrycznej wytwarzamy właśnie z węgla kamiennego, gdy UE walczy z zanieczyszczeniem środowiska naturalnego, gdy my chronimy wydobycie węgla.

Life Science Open Space 2018 już za nami!

Jak co roku, jesienią mieliśmy prawdziwą przyjemność zorganizowania i uczestniczenia w wydarzeniu, którego celem jest promocja współpracy dla innowacji dla Zdrowia i Jakości Życia. Formuła LSOS umożliwia wszystkim uczestnikom czynny udział i zaangażowanie poprzez indywidualne spotkania w z innymi uczestnikami oraz zaprezentowanie siebie i swojej oferty w trwających równolegle trzech sesjach tematycznych, obejmujących: MedTech, Digital Health, Aktywne i zdrowe życie, Nanotechnologie, Badania nad rozwojem leków, Kosmetologia, Biogospodarka, Żywność, Zdrowy dom i biuro, Innowacyjny Szpital.

Co roku na LSOS promujemy praktyczną współpracę pomiędzy innowatorami, przedsiębiorcami, naukowcami i użytkownikami nowych rozwiązań i technologii. Dlatego proponujemy aż pięć różnych kategorii współpracy, z których każda ma inny charakter, ale wszystkie mają ten sam skutek: szukamy możliwości nawiązania kontaktów, aby zaspokoić praktyczne potrzeby – rozwiązać konkretne problemy. Te kategorie to Open Innovation, Demo/Premiera, Kariera, Wyzwanie oraz StartUp.  Z kategorią Demo/ Premiera wiąże się ponadto możliwość zobaczenia, dotknięcia, a czasem posmakowania nowych, innowacyjnych produktów na stoiskach demonstracyjnych.

Tegoroczna edycja LSOS18 przyniosła równo 100 prezentacji dotyczących 5-ciu różnych kategorii współpracy w 13 sesjach tematycznych, z których każda miała swojego lidera. Łącznie w imprezie wzięło udział 400 osób!

Jednak nie rekordowa ilość ma tutaj znaczenie. Na LSOS nie ma osób przypadkowych. Spotkać tutaj można osoby autentycznie nastawione na wspólne działanie – partnerów do rozwoju innowacyjnych projektów i usług, a także pasjonatów i użytkowników technologii i innowacji dla zdrowia i jakości życia. Impreza ma szczególny charakter, podkreślany przez wszystkich zapytanych: nie ma zadęcia, barier i ograniczeń dla chcących coś zrobić w obszarze zdrowia i jakości życia. Panuje otwartość i gotowość do działania:

„Nie muszę jeździć po całej Polsce, aby spotkać ludzi, z którymi mógłbym porozmawiać o możliwej współpracy w mojej dziedzinie, którą jest diagnostyka medyczna” – mówi jeden z uczestników – „tutaj są ci wszyscy, którzy na taką rozmowę są otwarci i przygotowani”.

To jest ogromna i nieprzypadkowa wartość LSOS – planujemy i realizujemy to wydarzenie właśnie z takim założeniem – możliwie najwięcej okazji do nawiązania interdyscyplinarnej współpracy w obszarze, który daje wiele możliwości łączenia sił: innowacje dla zdrowia i jakości życia.

Wzorem lat ubiegłych przyznaliśmy nagrody w 3 kategoriach:

  • Za Najlepszą, Najbardziej Przekonywującą Prezentację uznano wystąpienie Tomasza Wilanowskiego z Instytutu Bilogii Eksperymentalnej im. Nęckiego w Warszawie „Test genetyczny wykrywający zwiększone ryzyko zachorowania na raka skóry”. Nagroda ta została przyznana przez uczestników naszego wydarzenia.
  • Nagrodę za Najlepszy Przykład Praktycznego Podejścia do Koncepcji Open Innovation otrzymał Vladyslav Hubar z Boost Biotech Poland za prezentację pt. „ BioHack – hackathon bioinformatyczny”. Nagroda ta została przyznana przez Fundację Klaster LifeScience Kraków.
  • Nagroda specjalna dla najlepszego StartUpu, ufundowana przez firmę Life Science Business Consulting, została przyznana podwójnie: dla firmy NanoThea S.A., zajmującej się nanocząstkami do celowanej brachyterapii nowotworu prostaty oraz firmy MedApp S.A., twórców projektu CarnaLife® – deep neural networks in holographic images in Mixed Reality for Interventional Cardiology & Electrophysiology and telemedicine”.

Na zakończenie – wisienka na torcie, czyli sesja INSPIRACJE’18.

Na #LSOS18 można znaleźć wiele inspiracji, ale wieczorna sesja zaplanowana jest wyłącznie z myślą, aby zainspirować historiami opowiedzianymi przez ludzi, którzy już odnieśli sukces lub wytrwale do niego dążą, stając się przykładem dla innych. Ludzi z pasją, wizją i celem działania, którzy kształtują rzeczywistość, w jakiej się odnajdują i wpływają na otoczenie, w którym odnajdujemy się później My. W tym roku usłyszeliśmy trzy piękne historie: o tym, jak mała firma z Krakowa staje się tematem prezentacji Prezesa firmy Microsoft, który stawia do dyspozycji firmy wszystkie swoje biura na świecie; o tym jak uparcie można dążyć do celu, jakim jest spreparowanie nerki świni, aby możliwe było opracowanie modelu komputerowego nerki ludzkiej, który to model potem ratuje życie; a także o tym, jak pasja tańca i wybór ścieżki życiowej w wieku sześciu lat, ułatwia realizowanie siebie i zarażanie innych przez resztę życia.

Barw wieczornej sesji nadawała Swingowa Oprawa Muzyczna w wykonaniu Zespołu Tadeusz Leśniak i TRIOGENIC-FORTET oraz dynamiczny pokaz Swinga mistrzowskiej pary – Agnieszki i Grzegorza Cherubińskich. Tego zarażenia tańcem można było zresztą doświadczyć na własnej skórze, kiedy po prezentacjach odbyła się lekcja Charlestona, której rezultaty przeszły nasze oczekiwania. Efekt możecie zobaczyć sami na filmie: http://bit.ly/Charleston_LSOS18

Oprócz zwycięskich prezentacji, historii sukcesu oraz muzyki i tańca, katalizatorem pozytywnych emocji i partnerskich rozmów była lampka polskiego wina serwowanego przez Dom Wina w Krakowie oraz pyszny catering przygotowany przez firmę FUSION OF TASTE.

Dziękujemy wszystkim! I już dzisiaj zapraszamy za rok, na kolejną edycję Life Science Open Space, jesienią 2019.

Abstrakty, prezentacje i inne dokumenty z imprezy są dostępne na portalu www.lifescienceopenspace.pl, na stronie Klastra www.lifescience.pl oraz na profilu Klastra na FB https://www.facebook.com/lifescience.krakow/

Liczba profili zawodowych na GoldenLine przekroczyła 2,7 mln

Liczba profili zawodowych na GoldenLine systematycznie rośnie – w tym tygodniu przekroczyła już 2,7 mln. W ciągu ostatniego roku w serwisie zarejestrowało się niemal 222 tys. nowych użytkowników. Profil założony w serwisie umożliwia kandydatom budowanie profesjonalnego wizerunku zawodowego i otrzymanie oferty pracy bezpośrednio od rekrutera. Z kolei pracodawcom baza kandydatów pozwala znaleźć dobrego pracownika.

GoldenLine jest serwisem rekrutacyjnym, który daje kandydatom możliwość stworzenia profilu zawodowego, otrzymania referencji od współpracowników i dostarcza opinii o pracodawcach. Firmom umożliwia dotarcie do najlepszych pracowników za pośrednictwem różnorodnych narzędzi, a także wsparcie w zaprezentowaniu się kandydatom w transparentnej formie. Obecnie, w czasach rynku kandydata, ponad 60% specjalistów nie szuka aktywnie pracy, ale są gotowi rozważyć ofertę otrzymaną bezpośrednio od rekrutera (raport Antal, Aktywność specjalistów i managerów na rynku pracy, wrzesień 2017). Dzięki GoldenLine pracodawcy mogą znaleźć dopasowanych do wymogów procesu kandydatów i skontaktować się z nimi bezpośrednio.

Kim są osoby, które założyły profil zawodowy na GoldenLine?

Jak pokazują dane GoldenLine, największą grupą zawodową w serwisie są osoby w wieku 25-34 lata. Spośród 2,7 mln użytkowników, którzy dodali informację o wieku na swoim profilu zawodowym, 39% mieści się w tym przedziale wiekowym. Na drugim miejscu znalazły się osoby w wieku 34-44 lata (36%), z kolei na trzecim użytkownicy w wieku 45-54 (12%). Ponad 10% całej bazy kandydatów stanowią osoby w wieku studenckim.

Największa liczba użytkowników serwisu zamieszkuje województwo mazowieckie (26%). Na drugim miejscu pod względem liczebności profili zawodowych znalazło się województwo śląskie (10%), a na trzecim – małopolskie (9% użytkowników). Na kolejnych pozycjach znalazły się województwa dolnośląskie (8%) oraz wielkopolskie (8%).

Liczba osób zakładających konta w GoldenLine systematycznie rośnie – w ciągu ostatniego roku dołączyło do nas 222 tysiące osób. Z wynikiem 2,7 mln użytkowników stanowimy jeden z największych serwisów pod względem liczby profili zawodowych” – komentuje Karol Kapuściński, Sales Director w GoldenLine. Nieustannie rozwijamy serwis, aby dawał kandydatom możliwość poznania pracodawców i sprawdzenia opinii na ich temat, a firmom pozwalał prezentować się w gronie najlepszych pracodawców, zamieścić najważniejsze z punktu widzenia kandydata informacje w jednym miejscu, a także dodać transparentną ofertę pracy” –  dodaje.

Wykształcenie i znajomość języków obcych

Spośród osób, które umieściły na swoim profilu informację o edukacji, 54% ma wykształcenie magisterskie. Z kolei 16% użytkowników ma wykształcenie licencjackie lub inżynierskie, a 13% z nich – średnie. 11% osób na GoldenLine ukończyło studia podyplomowe.

Wśród użytkowników serwisu najbardziej popularny jest język angielski – posługuje się nim 57% osób (w stopniu biegłym, dobrym lub podstawowym). Na drugim miejscu znalazł się język niemiecki, który zna 14% użytkowników. Inne języki, którymi posługują się osoby posiadające profil zawodowy na GoldenLine, to rosyjski, francuski i hiszpański.

Branża i poziom doświadczenia zawodowego

Wśród użytkowników serwisu największą grupę stanowią starsi specjaliści z ponad 5-letnim doświadczeniem zawodowym (32%). Na drugim miejscu znajdują się managerowie (19%), zaś na trzecim – specjaliści, których staż mieści się w przedziale od 2 do 5 lat (8% użytkowników). Najwięcej osób w serwisie reprezentuje branżę Sprzedaż (9%), a także Finanse/Ekonomia (9%) oraz Reklama/Marketing/Public Relations (8%). Inne popularne wśród użytkowników branże to Szkolenia/Edukacja, Media/Sztuka/Rozrywka, Inżynieria/Elektronika/Technologia, Obsługa Klienta oraz Informatyka/Programowanie.

Kiedy przedsiębiorca traci prawo do opodatkowania swojej firmy podatkiem liniowym?

Małgorzata Lewandowska, ekspert wFirma.pl
Małgorzata Lewandowska, ekspert wFirma.pl

Zakładając własną działalność gospodarczą, przyszły przedsiębiorca musi zdecydować, jaką formę opodatkowania wybierze w celu rozliczenia z fiskusem. Jedną z najczęściej wybieranych jest podatek liniowy. Kiedy przedsiębiorca nie może wybrać takiej formy opodatkowania oraz w jakich sytuacjach następuje utrata prawa do opodatkowania podatkiem liniowym?

Jak wybrać opodatkowanie podatkiem liniowym?

Prawo do wyboru opodatkowania podatkiem liniowym mają wyłącznie przedsiębiorcy, którzy prowadzą działalność gospodarczą, w odniesieniu do dochodów uzyskiwanych z tego tytułu. W celu wyboru takiej formy opodatkowania podczas zakładania działalności należy zaznaczyć ten fakt na formularzu CEIDG-1. Zgodnie z art. 9a ust. 2 ustawy o PIT przedsiębiorca może również skorzystać z opodatkowania dochodów z działalności gospodarczej podatkiem liniowym po założeniu działalności. Warunkiem jest złożenie po zakończonym roku podatkowym pisemnego oświadczenia o wyborze tej formy opodatkowania do naczelnika właściwego urzędu skarbowego w terminie do 20 stycznia danego roku podatkowego (nie później niż w dniu uzyskania pierwszego przychodu).

Kiedy opodatkowanie podatkiem liniowym nie jest możliwe?

Podatnicy, którzy uzyskują przychody np. z tytułu umowy o pracę, mają obowiązek rozliczenia ich na zasadach ogólnych, czyli według skali podatkowej (18% lub 32%). Nie mogą wybrać w tym przypadku opodatkowania podatkiem liniowym dla działalności. Innymi sytuacjami, w których przedsiębiorca nie może opodatkować dochodu z działalności podatkiem liniowym są:

  1. świadczenie usług na rzecz byłego lub obecnego pracodawcy w roku, w którym w tym samym zakresie świadczył dla niego usługi ze stosunku pracy lub spółdzielczego stosunku pracy,
  2. świadczenie usług na rzecz byłego lub obecnego pracodawcy w ramach spółki cywilnej, jeżeli przynajmniej jeden ze wspólników w tym samym roku świadczył usługi w tym samym zakresie ze stosunku pracy lub spółdzielczego stosunku pracy (w odniesieniu do rozliczenia dochodów tego wspólnika).

W sytuacji gdy pracownik uzyskuje przychody, które przekraczają pierwszy próg podatkowy (przychody powyżej 85 528 zł), często decyduje się on na założenie własnej działalności gospodarczej, dzięki czemu może opodatkować dochód według niższej stawki podatku, 19%, niż stawka w drugim progu podatkowym, czyli 32%.

Świadczenie usług na rzecz byłego pracodawcy a rozpoczęcie działalności

Jedną z sytuacji, w których przedsiębiorca nie może skorzystać z opodatkowania podatkiem liniowym, jest wykonywanie pracy na rzecz byłego lub obecnego pracodawcy. Zgodnie z art. 9a ust. 3 ustawy o PIT podatnik, który uzyskuje przychody z tytułu świadczenia usług na rzecz byłego lub obecnego pracodawcy w zakresie, w jakim w danym roku wykonywał je ze stosunku pracy lub spółdzielczego stosunku pracy, nie może wybrać jako formy opodatkowania działalności podatku liniowego.

Ważne!

W przypadku spółki cywilnej brak możliwości wyboru opodatkowania podatkiem liniowym wystąpi w sytuacji, gdy zakres wykonywanej działalności w ramach spółki na rzecz byłego lub obecnego pracodawcy pokrywa się z czynnościami wykonywanymi przez przynajmniej jednego ze wspólników ze stosunku pracy lub spółdzielczego stosunku pracy w danym roku.

Przykład 1.

Od 2010 roku pan Jan jest zatrudniony na umowę o pracę w firmie XYZ na stanowisku głównego księgowego. W 2018 roku zdecydował się na otwarcie własnego biura rachunkowego. Jednym z klientów pana Jana będzie firma XYZ. Czy w związku z tym pan Jan może wybrać na formularzu CEIDG-1 opodatkowanie podatkiem liniowym?

W związku z tym, że w 2018 roku pan Jan uzyskiwał przychody ze stosunku pracy na rzecz firmy XYZ, otwierając działalność w 2018 roku, której klientem będzie firma XYZ, nie ma on możliwości wyboru opodatkowania podatkiem liniowym.

Utrata prawa do opodatkowania podatkiem liniowym występuje wyłącznie w sytuacji, gdy zakres świadczonych usług na rzecz byłego lub obecnego pracodawcy będzie pokrywał się z zakresem czynności objętych umową o pracę w danym roku.

Przykład 2.

Pani Kasia pracuje jako asystentka prezesa w firmie XYZ. Jednocześnie prowadzi firmę zajmującą się udzielaniem korepetycji z języka angielskiego i jako formę opodatkowania wybrała podatek liniowy. Pracodawca pani Kasi zwrócił się do niej z prośbą o poprowadzenie zajęć z języka angielskiego dla pracowników swojej firmy z działu sprzedaży. Czy świadcząc usługi na rzecz obecnego pracodawcy, pani Kasia utraci prawo do opodatkowania dochodów z działalności podatkiem liniowym?

W związku z tym, że zakres świadczonych usług z tytułu umowy o pracę różni się od oferowanego zlecenia, pani Kasia może wyświadczyć usługę korepetycji na rzecz obecnego pracodawcy, nie tracąc tym samym prawa do opodatkowania podatkiem liniowym dochodów z prowadzonej działalności.

Świadczenie usług na rzecz byłego pracodawcy w nowym roku a prawo do opodatkowania podatkiem liniowym

W myśl art. 9a ust. 3 ustawy o PIT utrata prawa do skorzystania z podatku liniowego występuje w sytuacji świadczenia usług na rzecz byłego pracodawcy w tym samym roku, w którym świadczył te same usługi z tytułu umowy o pracę. Oznacza to, że w sytuacji gdy przedsiębiorca będzie świadczył usługi na rzecz byłego przedsiębiorcy po końcu roku, w którym świadczył usługi w tym samym zakresie na jego rzecz na podstawie umowy o pracę, nie utraci prawa do opodatkowania podatkiem liniowym dochodów z działalności gospodarczej. Stanowisko takie potwierdził Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji indywidualnej z 5 kwietnia 2017 roku o sygn. 1462-IPPB1.4511.88.2017.1.ES, w której czytamy, że: (…) wyłączenie z opodatkowania „podatkiem liniowym” znajdzie zastosowanie w przypadku, gdy spełnione są kumulatywnie następujące warunki, o ile zdarzenia te miały miejsce w ciągu jednego roku podatkowego:

  • podatnik wykonywał, bądź wykonuje w roku podatkowym czynności w ramach stosunku pracy lub spółdzielczego stosunku pracy,
  • podatnik uzyskuje przychody z tytułu świadczenia usług na rzecz obecnego lub byłego pracodawcy,
  • usługi świadczone przez podatnika w ramach działalności gospodarczej są tożsame z czynnościami wykonywanymi w ramach stosunku pracy lub spółdzielczego stosunku pracy.

Przykład 3.

Pan Adam do końca 2017 roku pracował w firmie transportowej jako mechanik floty pojazdów. W 2018 roku założył własny zakład mechaniki pojazdowej. Były pracodawca pana Adama w październiku 2018 roku zlecił jego firmie naprawę jednego z pojazdów swojej firmy. Czy wykonując zlecenie na rzecz byłego pracodawcy, pan Jan utraci prawo do opodatkowania podatkiem liniowym?

W związku z tym, że usługa na rzecz byłego pracodawcy nie będzie świadczona w tym samym roku podatkowym, w którym pan Jan był pracownikiem zleceniodawcy, wykonanie usługi w ramach prowadzonej działalności nie pozbawi pana Adama prawa do opodatkowania podatkiem liniowym. Nie ma w tej sytuacji znaczenia, że zakres świadczonej usługi pokrywa się z zakresem obowiązków pana Adama w okresie, gdy był on pracownikiem firmy transportowej.

Utrata prawa do opodatkowania podatkiem liniowym w trakcie roku

Jeżeli przedsiębiorca, który zakładając działalność, miał prawo do opodatkowania podatkiem liniowym, zawrze transakcję z byłym lub obecnym pracodawcą przed końcem roku, w którym uzyskiwał przychody z tytułu umowy o pracę, traci to prawo i ma obowiązek opodatkowania dochodów podatkiem progresywnym, czyli według skali podatkowej. Potwierdzeniem takiego postępowania jest interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Bydgoszczy z 2 lipca 2014 roku o sygn. ITPB1/415-312/14/AD, w której czytamy, że (…) możliwość opodatkowania dochodu z działalności gospodarczej w sposób określony w art. 30c ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych jest wyłączona w stosunku do podatników, którzy uzyskują przychody z działalności gospodarczej z tytułu świadczenia usług na rzecz byłego lub obecnego pracodawcy, jeżeli usługi te odpowiadają czynnościom, które podatnik, lub przynajmniej jeden z jego wspólników, wykonywał na rzecz tegoż pracodawcy w roku podatkowym (w ramach stosunku pracy lub spółdzielczego stosunku pracy). W takim wypadku podatnik traci w roku podatkowym możliwość opodatkowania według skali 19% i ma obowiązek – od początku roku danego roku podatkowego – wpłacić zaliczki obliczone według skali podatkowej, oraz odsetki za zwłokę od zaległości z tytułu zaliczek.

Ważne!

W przypadku utraty prawa do opodatkowania podatkiem liniowym w trakcie roku podatnik ma obowiązek obliczenia zaliczek na podatek dochodowy na zasadach ogólnych (według skali podatkowej) od początku roku i uregulowania ewentualnych odsetek podatkowych od powstałych zaległości podatkowych.

Przykład 4.

Od lipca 2018 pani Anna świadczy usługi doradcze w ramach prowadzonej działalności i jako formę opodatkowania dochodów wybrała podatek liniowy. We wrześniu 2018 roku wyświadczyła jednorazowo usługę doradczą na rzecz pracodawcy, u którego zatrudniona była na umowę o pracę w styczniu tego samego roku. Czy pani Anna utraciła prawo do opodatkowania podatkiem liniowym?

Bez względu na incydentalny charakter zawartej transakcji pani Anna utraciła prawo do opodatkowania dochodów uzyskiwanych z działalności gospodarczej podatkiem liniowym. W związku z tym ma obowiązek skorygowania zaliczek na podatek dochodowy obliczonych w 2018 roku (a więc za lipiec, sierpień i wrzesień) i obliczenia ich wysokości na zasadach ogólnych, czyli według skali podatkowej. W sytuacji gdy powstała zaległość podatkowa z tytułu niedopłaty w wysokości zaliczek za poszczególne miesiące, pani Anna musi wpłacić do urzędu skarbowego również odsetki podatkowe od powstałych różnic.

Decydując się na przejście z zatrudnienia na umowę o pracę na prowadzenie własnej działalności, należy zwrócić szczególną uwagę na fakt, czy przyszły przedsiębiorca będzie świadczył usługi na rzecz byłego lub obecnego pracodawcy w danym roku. Świadczenie usług w ramach działalności gospodarczej, których zakres pokrywa się z zakresem obowiązków z tytułu umowy o pracę, wyklucza możliwość opodatkowania dochodów działalności podatkiem liniowym w danym roku podatkowym.

Małgorzata Lewandowska, ekspert wFirma.pl

Komentarz eksperta do wyników rynku ubezpieczeń zdrowotnych w pierwszym półroczu 2018 r. opublikowanych przez PIU

Według opublikowanych przez PIU danych liczba osób objętych ochroną oferowaną przez dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne wzrosła o 14% rok do roku i osiągnęła poziom blisko 2,3 mln osób. Wartą uwagi jest również wysokość składki, jaką Polacy wydają na dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne. W pierwszym półroczu 2018 r. składka przypisana brutto wzrosła o 19% w porównaniu z zeszłym rokiem. W ciągu sześciu miesięcy tego roku Polacy wydali na prywatne ubezpieczenia zdrowotne 386,5 mln złotych.

Popularność dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych wśród Polaków utrzymuje się wciąż na wysokim poziomie, co potwierdzają zaprezentowane dane. Mimo to rynek wciąż nie jest nasycony i ubezpieczyciele mają cały czas dużą przestrzeń do rozwoju. Dlatego nieustannie doskonalą oferowane usługi. Regularnie zwiększa się lista placówek, z których świadczeń można skorzystać w ramach polis, a także pojawiają się nowe warianty ubezpieczeń. Dzięki temu osoby zainteresowane ochroną mogą wybrać rozwiązanie najlepiej odpowiadające ich potrzebom. Ważnym trendem jest też ciągły rozwój form dostępu do opieki medycznej, np. w postaci telemedycyny, która pozwala na uzyskanie pomocy bez potrzeby wychodzenia z domu.

Dotychczas osoby, które z różnych przyczyn nie mogły udać się do placówki, czy to z powodu specyfiki dolegliwości, późnych godzin wieczornych czy dnia wolnego od pracy, mogły wyłącznie skorzystać z wizyt domowych lekarza rodzinnego lub konsultacji zdalnych z internistą. Rozwój usług medycznych sprawił jednak, że za pośrednictwem rozmowy telefonicznej, czy połączenia internetowego mogą obecnie skorzystać również z porad specjalistów. Usługi te są ponadto nieustannie rozwijane i do listy specjalistów, wśród których znajdują się m.in. endokrynolog, kardiolog czy dermatolog dołączą zapewne kolejne specjalizacje. Co więcej, ewentualne recepty lub skierowania na badania specjalistyczne, które mogą okazać się potrzebne, mogą zostać przekazane pacjentowi kurierem tuż po zakończeniu konsultacji zdalnej.

W mojej opinii stawianie potrzeb pacjenta na pierwszym miejscu i nieustanny rozwój usług ułatwiających sprawny dostęp do opieki medycznej sprawia, że zainteresowanie ubezpieczeniami zdrowotnymi będzie nadal dynamicznie rosnąć, a liczba ubezpieczonych systematycznie się zwiększać.

Czynnikiem, który jak sądzę, również będzie miał wpływ na dalszy rozwój tego sektora ubezpieczeń, jest wejście w życie nowej ustawy o dystrybucji ubezpieczeń. Jedną z jej podstaw jest konieczność przeprowadzenia przez dystrybutora wnikliwej analizy potrzeb ubezpieczonego. Jej wynikiem będzie nie tylko lepsze dopasowanie polis do rzeczywistych oczekiwań klientów, ale stworzy pośrednikom i towarzystwom ubezpieczeniowym szansę do zaprezentowania szerokiego spektrum dodatkowych możliwości ochrony, z której można skorzystać. Dzięki temu wzrośnie świadomość Polaków na temat funkcjonowania ubezpieczeń, co przełoży się zapewne również na wyniki sektora polis zdrowotnych.

Robert Łoś, Prezes Zarządu SALTUS Ubezpieczenia

Personalizacja siłą reklamy

Badania The Value of Personalization, przeprowadzone przez Relevancy Group wskazują czynniki, które w znacznym stopniu zwiększają sprzedaż w kampaniach marketingowych. Są to imienne komunikaty, kontent dynamiczny, targetowanie behawioralne a także kierowanie do użytkowników komunikatów na podstawie analizy ich zachowania na stronie, prowadzonej w czasie rzeczywistym.

Personalizacja w komunikacji z klientem nie jest niczym nowym, stosowana była od dawna i od niej zależał byt wieku marek segmentu premium. Rozwijały się dzięki poznawaniu potrzeb swoich klientów, zaspokajaniu ich i pielęgnowaniu relacji na linii klient – marka. Aktualnie, dostępne są jednak narzędzia i technologie pozwalające na kierowanie komunikatu nie do jednostkowego klienta a do szerokiego grona odbiorców przy jednoczesnym zachowaniu indywidualnego podejścia do klienta.

Co ciekawe, chociaż personalizacja treści reklamowych kojarzona jest przede wszystkim z działaniami online, może występować również w kampaniach offline’owych np. w prasie czy outdoorze. Przykładem tego może być chociażby IKEA i hasło:  „Nasikanie na tę reklamę może zmienić Twoje życie” które zostało wykorzystane w kampanii prasowej, skierowanej właśnie do kobiet w ciąży. Reklama – działająca na takiej samej zasadzie jak test ciążowy – mogła dać kobietom, które otrzymały pozytywny wynik, 50% rabatu na łóżeczko niemowlęce.

– Dzięki takim właśnie działaniom konsument ma wrażenie, że marka zna jego potrzeby lepiej niż on sam – mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Szarek z MrTarget. –  Wspomniane badania ujawniły również, że 55% badanych użytkowników najbardziej ceni sobie właśnie komunikaty reklamowe, które są dopasowane do ich indywidualnych potrzeb.

Czwarty polski satelita – PW-Sat2 – poleci w kosmos na pokładzie rakiety Falcon 9

Śmieci w kosmosie, które mogą uderzyć w Międzynarodową Stację Kosmiczną i satelity orbitujące wokół Ziemi, stają się coraz większym problemem – zwiększają koszty operacji i narażają astronautów na niebezpieczeństwo. Studenci ze Studenckiego Koła Astronautycznego (SKA) Politechniki Warszawskiej zaprojektowali rozwiązanie, zapobiegające pozostawaniu na orbicie niepotrzebnych satelitów po wykonaniu swojej misji. Zbudowany przez nich czwarty polski satelita zostanie wyposażony w żagiel deorbitacyjny. Rakieta Falcon 9, należąca do SpaceX, której właścicielem jest Elon Musk, wyniesie satelitę PW-Sat2 na orbitę najprawdopodobniej pod koniec listopada 2018 r.

Zespół PW-Sat2 (2)– Celem projektu jest stworzenie satelity do przetestowania innowacyjnej technologii systemu deorbitacji, pozwalającej skrócić proces usuwania z orbity satelitów po zakończeniu ich misji z ponad 20 lat do zaledwie kilku miesięcy – tłumaczy Inna Uwarowa, kierownik projektu i doktorantka na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej. – Być może dzięki PW-Satowi2 przyszłe satelity, po zakończeniu swojej misji, nie będą zamieniały się w chmury niebezpiecznych śmieci.

Zespół PW-Sat2Opracowany przez studentów eksperyment opiera się na wykorzystaniu kwadratowego żagla deorbitacyjnego o powierzchni 4m2, który zwinięty zmieści się w objętości ok. 600 ml (czyli ¼ całego satelity). Dokładnie 40 dni po wyniesieniu PW-Sata2 na orbitę żagiel zostanie otwarty. Zwiększony opór aerodynamiczny spowoduje drastyczne obniżenie orbity, a w konsekwencji spalenie satelity w atmosferze Ziemi w ciągu kilku miesięcy.

Dotychczas na orbitę okołoziemską trafiło ponad 8000 satelitów z czego współcześnie działa około 1900. Wśród pozostałych obiektów orbitujących wokół Ziemi są części rakiet, kawałki powłoki wahadłowców, człony rakiet z misji Apollo czy 32 reaktory atomowe, które zasilały satelity. Wszystko to, co nazywane jest “kosmicznym śmieciem” zagraża nie tylko istniejącym satelitom, ale również Międzynarodowej Stacji Kosmicznej[i]. Szybsze usuwanie śmieci ma także ograniczyć możliwość kolizji satelitów na orbicie. Takie wydarzenie miało już miejsce 10 lutego 2009 r., gdy w wyniku zderzenia satelitów Iridium 33 i Kosmos 2251 powstało ponad 600 różnej wielkości szczątków.

Satelita PW-Sat2 trafi na orbitę synchronizowaną słonecznie o wysokości ok. 575 km. Start planowany jest na drugą połowę listopada 2018 roku z bazy Vandenberg w Stanach Zjednoczonych, jednak termin może ulec przesunięciu. PW-Sat2 jest CubeSatem i ma kształt prostopadłościanu o wymiarach 10x10x22 cm, wewnątrz którego zamontowano żagiel deorbitacyjny, czujnik Słońca oraz szereg innych eksperymentów. Nad pracą całego satelity będzie panował komputer pokładowy, którego oprogramowanie napisali członkowie zespołu, a zasilanie satelity będzie kontrolował zaprojektowany przez studentów układ. Dwie kamery zarejestrują otwarcie żagla, zaś sygnały radiowe nadawane z systemu komunikacji będą mogli odbierać radioamatorzy z całego świata. Stan satelity będzie można śledzić na specjalnej stronie internetowej.

Partnerem strategicznym budowy PW-Sat2 są gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments. Obydwie firmy udzielają studentom wsparcia merytorycznego, a wiosną 2016 roku ufundowały komputer pokładowy, dzięki czemu możliwe było przejście do kolejnego etapu projektu.

Jarosław Czaja, CEO Future Processing, tak komentował zaangażowanie się w projekt: – Rozwój oprogramowania, które kontroluje pracę satelity, to ciekawe wyzwanie. Mamy do czynienia z wieloma ograniczeniami, które nie występują w typowych systemach, a każdy błąd niesie wysokie ryzyko, że misja nie zostanie doprowadzona do końca. To niełatwe, ale zarazem ekscytujące zadanie i mamy apetyt na więcej, angażując się kolejne projekty. Jesteśmy partnerem w konsorcjum FP Space, w ramach którego powstaje Intuition-1, satelita z kamerą hiperspektralną i zaawansowanym przetwarzaniem danych.

Studenci pracowali nad satelitą w cleanroomie (miejsce o podwyższonej czystości i kontrolowanych parametrach, o znikomej ilości zanieczyszczeń typu: pył, kurz, opary chemiczne) Centrum Badań Kosmicznych PAN oraz dzięki JM Rektorowi PW w Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii CEZAMAT. Wcześniej przez wiele miesięcy projektowali i rozwijali swoje rozwiązania w Centrum Zarządzania Innowacjami i Transferem Technologii Politechniki Warszawskiej. Wraz z firmą SoftwareMill stworzyli narzędzie do analizy i prezentacji danych odebranych z satelity, które będzie dostępne dla internautów i radioamatorów. Współpracowali z takimi firmami jak OMAX Polska, EC Test Systems czy Astronika. Studenci podczas swoich prac uzyskali nieocenioną pomoc od PGNiG S.A., Instytutu Lotnictwa i Agencji Rozwoju Przemysłu. Swojego wsparcia podczas rozwoju projektu udzieliły firmy takie jak Polska Grupa Zbrojeniowa, ABM Space, Piasecka&Żylewicz, Weil, Komes, Spacive, Rapid Crafting czy Ltt. Partnerem strategicznym budowy PW-Sat2 są gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments.

Dokumentacja oraz oprogramowanie stworzone przez studentów są otwarte i dostępne na stronach projektu https://pw-sat.pl/dokumentacja/ i https://github.com/PW-Sat2

Podczas wydarzenia startowego planowana jest bezpośrednia transmisja z eksperckim komentarzem – szczegóły podamy wkrótce.

Więcej o projekcie można przeczytać na stronie: http://pw-sat.pl/ oraz na profilu https://www.facebook.com/PW-Sat2.

[i] żródło: https://www.crazynauka.pl/wielki-kosmiczny-smietnik-do-sprzatniecia/

Oświadczenie PKN ORLEN ws. sponsoringu Roberta Kubicy

W związku z publikacjami mówiącymi o zaangażowaniu PKN ORLEN w sponsoring Roberta Kubicy informujemy, że na tym etapie jest zbyt wcześnie, by mówić o potencjalnej współpracy lub jakichkolwiek jej szczegółach. Jednocześnie potwierdzamy, że odbyło się spotkanie Prezesa Zarządu PKN ORLEN Daniela Obajtka z zawodnikiem. Miało ono na celu omówienie perspektyw i potencjału rozwoju sportów motorowych, które od wielu lat pozostają w kręgu ścisłych zainteresowań PKN ORLEN.

Campus Business Pack zasili start’upy z Mazowsza

Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz Forum Innowacyjnego Rozwoju Gospodarczego uruchamiają Campus Business Pack – unikalne centrum konsultingowe dla start’upów z Mazowsza. Centrum tworzone będzie we współpracy z Partnerami Inkubatora UW – menedżerami i liderami wiodących polskich i międzynarodowych organizacji.  Program finansowany z Funduszy Europejskich w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego woj. mazowieckiego na lata 2014-2020 opiewa na kwotę 2 mln złotych.

Campus Business Pack to innowacyjny w skali kraju akceleracyjny program Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii (UOTT) i Forum Innowacyjnego Rozwoju Gospodarczego (FIRG). Dedykowany jest mikro, małym i średnim przedsiębiorcom z Mazowsza, działającym na rynku nie dłużej niż 2 lata. Jego celem jest rozwój start’upów o największym potencjale technologicznym, które planują komercjalizację swoich rozwiązań – produktów czy usług. Dzięki partnerstwie FIRG z UOTT młodzi przedsiębiorcy uczestniczący w programie otrzymują możliwość korzystania z doradztwa wdrożeniowego i wsparcia ze strony liderów biznesu, z sukcesem działających na polskim i międzynarodowych rynkach. W gronie Partnerów Inkubatora UW już dziś są takie firmy jak: Roche Polska, Crido czy Microsoft.

Współpraca FIRG z UOTT to znakomity przykład wspólnego zaangażowania na rzecz tworzenia ekosystemu dla rozwoju innowacji. W wyjątkowym środowisku uniwersyteckim rozwijamy przestrzeń oraz kulturę do akceleracji innowacji, integrując wszystkich zainteresowanych ich komercjalizacją. Realizując program Campus Business Pack, realizujemy misję budowania gospodarki opartej na wiedzy, wspierając rozwój unikalnych projektów tworzonych przez polskich przedsiębiorców. Jesteśmy przekonani, że polskie start’upy są w stanie zdobywać przewagi konkurencyjne, dzięki rozwijaniu odważnych pomysłów i komercjalizacji wypracowywanych rozwiązań w wielu dziedzinach – powiedziała Agnieszka Chojecka, Menadżer ds. projektów, Fundacja Forum Innowacyjnego Rozwoju Gospodarczego.

Beneficjentem start’upy i liderzy rynku

Program dedykowany jest mikro, małym i średnim przedsiębiorcom z Mazowsza, którzy prowadzą działalność w jednym z obszarów ujętych w Regionalnej Inteligentnej Specjalizacji: bezpieczna żywność, Inteligentne Systemy Zarzadzania (infrastruktura, bezpieczeństwo i monitoring, efektywność surowcowa), nowoczesne usługi dla biznesu (wsparcie kapitałowe i infrastrukturalne, zasoby wiedzy, usprawnianie procesów), wysoka jakość życia (edukacja, zdrowie, bezpieczeństwo, praca, czas wolny). Udział w Programie jest bezpłatny. W ramach pozyskanego grantu, UOTT i FIRG mają łącznie 2 mln zł do rozdysponowania w ramach pomocy deminimis.

– Uczestnictwo w Programie dla młodych przedsiębiorców stanowi przede wszystkim szansę
na czerpanie z know-how i doświadczenia liderów rynku, dla dużych firm – możliwość chłonięcia unikalnej energii start’upów. Bezsprzecznym wyróżnikiem programu Campus Business Pack jest doradztwo wdrożeniowe w  zakresie konkretnych wyzwań, z którymi mierzą się start’upy, a po drugie indywidualne podejście do każdego podmiotu. Ścieżka wsparcia dla każdego uczestnika wytyczana jest odrębnie w oparciu o analizę jego potrzeb, problemów i szukanie najlepszego partnera, aby je rozwiązać. W praktyce Campus Business Pack działa jak unikalne centrum usług wspólnych. Dla start’upów Program może okazać się motorem napędowym do rozwoju, dla doświadczonych firm – źródłem świeżego spojrzenia na biznes oraz impulsem do wdrażania innowacyjnych pomysłów –
tłumaczy Jacek Sztolcman, kierownik Inkubatora Uniwersytetu Warszawskiego.

Nowy wymiar współpracy nauki z biznesem

Program Campus Business Pack to innowacyjny wymiar współpracy uczelni z firmami prywatnymi i start’upami oraz partnerstw publiczno-prywatnych. Nadrzędnym celem UOTT jest wszechstronne wspieranie przedsięwzięć mających na celu wykorzystanie wyników naukowych, w tym w ramach współpracy z biznesem. Dla liderów branż zaangażowanie się w Program Campus Business Pack może przynieść długofalowe korzyści. UOTT już może pochwalić się projektami prowadzonymi z największymi innowacyjnymi firmami działającymi w Polsce. Program Campus Business Pack stwarza kolejną szansę na współpracę nauki z biznesem.

Sytuacja w Chinach się komplikuje. Włosi nie ograniczają wydatków

Ostatnie dni pokazują, że podstawy wzrostu Chin wcale nie są takie stabilne. Może nas czekać potężna korekta nie tylko na giełdzie. Włosi wbrew ostrzeżeniom z Unii przyjęli budżet ze zwiększonymi wydatkami.

Problemy Chin

Ostatnie doniesienia na temat potencjalnych efektów wojny handlowej powodują, że inwestorzy mniej chętnie inwestują na tamtejszej giełdzie. W rezultacie po kolejnych spadkach główny indeks przebił minimum po załamaniu z 2015 roku. Spadki na giełdach nie dotyczą tylko Chin, w odwrocie jest większość dużych giełd. Nie wszędzie jednak są tak dotkliwe. W odwrocie są nie tylko spółki technologiczne, ale i deweloperzy, którzy mają problemy ze sprzedażą mieszkań. Obraz jest mocno niepokojący z wielu powodów. Po pierwsze przez dużą ilość inwestorów indywidualnych tracących właśnie swoje oszczędności. Po drugie widać wyraźny wpływ bańki kredytowej. Fakt, że deweloperzy przeceniają wyraźnie mieszkania nie świadczy dobrze o branży. Rynek patrzy z coraz większym niepokojem na rozwój sytuacji w Państwie Środka. Jeżeli rozpocznie się paniczna wyprzedaż kryzy powinien rozlać się znacznie szerzej po świecie. Juan jest jeszcze w miarę stabilny, ale po umocnieniu z końca pierwszej połowy roku nie ma już śladu.

Włosi przyjęli budżet na 2019

Kolejny krok za nami. Rząd w Rzymie pomimo kontrowersji przyjął budżet na 2019 rok powiększając deficyt budżetowy do 2,4%. Głównym powodem jest realizacja postulatów wyborczych ruchu 5 gwiazd. Wielu analityków patrzy z niepokojem na to jak kraj, który nie ustabilizował swojej sytuacji gwałtownie zwiększa wydatki i rezygnuje z obniżek podatków. O tym, że inwestorzy nie ufają Włochom świadczy oprocentowanie 10 letnich obligacji. Jest to kwota jaką sobie każą płacić inwestorzy za zamrożenie kapitału. Waluta jest ta sama, więc ryzyko różni się tylko tym jaki rząd gwarantuje wypłacalność. Rynek tą różnice wycenia obecnie na około 3 procent rocznie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Dane w centrum uwagi

Dzisiejszy kalendarz makro wypełniony jest po brzegi istotnymi danymi z głównych gospodarek. Nie brakuje również odczytów z Polski.

Wczorajszy dzień przyniósł niespodziankę w postaci nieco wyższej krajowej inflacji we wrześniu niż wstępnie podano (wyniosła 1,9% rocznie). Zgodnie z informacjami GUS, na wzrost indeksu wyraźny wpływ miał m.in. wzrost cen odzieży, warzyw, mięsa i energii. Aktualizacja szacunków inflacji była niewielka i nie będzie miała istotnego wpływu na zmianę stanowiska RPP, z tego też powodu reakcja polskiej waluty na informacje była ograniczona. Dziś złoty również nie reaguje na dane, mimo, że zdają się być bardziej niepokojące od wczorajszych. Po raz kolejny, niespodziewanie spadła dynamika krajowego zatrudnienia (z 3,4% do 3,2% w ujęciu rocznym), czemu towarzyszyło również nieznaczne wyhamowanie wzrostu dynamiki płac (do 6,7% w ujęciu rocznym).

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,28-4,29. Z uwagi na słabość USD, wspólna waluta zyskiwała w relacji do dolara amerykańskiego, nieznacznie osłabiła się natomiast w parze z funtem brytyjskim.

Poniedziałek nie przyniósł istotnych odczytów makro ze strefy euro. Dziś poznaliśmy natomiast odczyty indeksów ZEW opisujących nastroje ekonomiczne w Niemczech i całym wspólnym bloku. Z danych nie płyną optymistyczne wnioski. Pomimo poprawy w poprzednich dwóch miesiącach, w październiku każdy z indeksów odnotował wynik wyraźnie gorszy od oczekiwanego. I tak, odczyt sentymentu ekonomicznego dla Niemiec spadł do poziomu -24,7 z -10,6 w poprzednim miesiącu, analogiczny indeks dla całego bloku pokazał spadek do -19,4 w październiku z poziomu -7,2 notowanego we wrześniu. Bardzo słabe dane przekładają się na lekką słabość wspólnej europejskiej waluty.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,86-4,88. Mimo stabilizacji w parze ze złotym, brytyjska waluta zyskiwała w relacji do głównych walut. Funta brytyjskiego wspierała słabość dolara amerykańskiego, we wzroście mogły pomóc również zapewnienia ze strony premier May, która stwierdziła, że porozumienie w sprawie Brexitu nadal jest możliwe do osiągnięcia, mimo weekendowego impasu w związku z brakiem zgody co do przyszłości granicy z Irlandią Północną.

Uwaga inwestorów nadal pozostaje skupiona na kwestii Brexitu, co nie jest niczym zaskakującym, biorąc pod uwagę nadchodzący szczyt UE. Bieżący tydzień przyniesie jednak sporo istotnych danych makroekonomicznych. Pierwsze z nich dziś mocno zaskakują na plus. Dynamika płac w Wielkiej Brytanii (bez uwzględnienia premii) w sierpniu niespodziewanie przyspieszyła do 3,1%, tym samym znalazła się na najwyższym poziomie od stycznia 2009 r. Indeks uwzględniający bonusy również wypadł nieco lepiej od oczekiwań, pokazując wzrost rzędu 2,7% rocznie. Wyższe płace w Zjednoczonym Królestwie są jednoznacznie pozytywne dla perspektyw funta brytyjskiego. Oznaczają one, że prawdopodobny jest wzrost konsumpcji (a jeśli tak się stanie, to docelowo również wzrostu gospodarczego), jak i presji cenowej. Warto będzie poczekać na kolejne odczyty, jednak ostatnie dane zdają się potwierdzać, że decyzja Banku Anglii o podwyżce stóp procentowych była słuszna. Sprawiają dodatkowo, że szanse na analogiczny ruch w przyszłości mogą rosnąć.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,70-3,72. Dolar amerykański osłabił się w poniedziałek również w relacji do głównych walut.

Amerykańskiej walucie nie sprzyjały m.in. rozczarowujące odczyty dynamiki sprzedaży detalicznej, nie pomagała również stabilizacja rentowności krajowych obligacji. Co tyczy się danych o sprzedaży: indeks bazowy odnotował nieznaczący, jednak zupełnie nieoczekiwany spadek w ujęciu miesięcznym, indeks ogólny pokazał minimalny wzrost rzędu 0,1% miesięcznie wobec oczekiwań na poziomi 0,7%. Na dane w istotnym stopniu negatywnie wpływał największy spadek wydatków w barach i restauracjach od niemal dwóch lat.

Druga część dzisiejszego dnia przyniesie kolejną serię odczytów z USA. Najistotniejsze będą dane JOLTS, które pozwolą nam umiejscowić, publikowane wcześniej, pozostałe wskaźniki z amerykańskiego rynku pracy w większym kontekście. Ich znaczenie prawdopodobnie jednak będzie miało ograniczony wpływ na USD ze względu na fakt, iż są to dane mocno wsteczne i mniej istotne od NFP.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – inflacja bazowa w Polsce we wrześniu
  • 14:55 – cotygodniowy indeks Redbook dla USA
  • 15:15 – przemawia Jon Cunliffe z brytyjskiego MPC
  • 16:00 – dane JOLTS z rynku pracy USA w sierpniu
  • 22:00 – dane o przepływach kapitału w USA w sierpniu
  • 22:15 – przemawia Mary Daly z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Przedsiębiorca wygrał w sądzie, bo niepłacenie podatków nie uprawnia organów do ściągania ich przez dziesięciolecia

Podatnik nie może być wiecznym dłużnikiem Skarbu Państwa, zaskakiwanym działaniami organów podatkowych – tak orzekł sąd w sprawie dochodzenia przez fiskus od przedsiębiorcy zobowiązań podatkowych sprzed ponad 10 lat. „Jeżeli organy podatkowe w okresie biegu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie wykonały w stosunku do podatnika żadnych czynności ukierunkowanych na kontrolę albo ewentualną egzekucję należności, upływ czasu może wzmacniać domniemanie prawidłowości rozliczenia się podatnika ze zobowiązania podatkowego” (wyrok WSA w Szczecinie z 22 sierpnia 2018 r., sygn. akt I SA/Sz 378/18).

Stosownie do art. 70 § 1 Ordynacji podatkowej: „Zobowiązanie podatkowe przedawnia się z upływem 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku. (…) § 6 pkt 1 Bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu z dniem wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony…” (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926 ze zm.).

Nieprawidłowości w obrocie paliwami

W grudniu 2014 r. prokurator prokuratury rejonowej przedstawił przedsiębiorcy trudniącemu się obrotem paliwami zarzut popełnienia przestępstwa skarbowego w zakresie wyłudzeń VAT, dokonanych w okresie pomiędzy kwietniem 2005 r. a styczniem 2006 r. Wobec ustalenia nieprawidłowości rozliczeń podatnika w zakresie podatku od towarów i usług zasugerował Urzędowi Skarbowemu przeprowadzenie kontroli jego rozliczeń również w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych.

Określenie zobowiązania podatkowego po 12 latach

W marcu 2015 r. Naczelnik Urzędu Skarbowego (dalej: NUS) wszczął wobec przedsiębiorcy postępowanie podatkowe. Dwa i pół roku później, w październiku 2017 r., określił obciążające go zobowiązanie podatkowe w podatku PIT za 2005 r. wraz z odsetkami za zwłokę. Organ zarzucił podatnikowi zawyżenie kosztów uzyskania przychodów poprzez zaewidencjonowanie 17 faktur zakupowych, niedokumentujących rzeczywistych czynności, czyli tzw. faktur nierzetelnych. NUS stwierdził również nierzetelność prowadzenia księgi podatkowej za 2005 r. i na tej podstawie odrzucił ją jako dowód w zakresie rozpoznania kwestionowanych kosztów uzyskania przychodów.

Żądanie dobrowolnego wydania dokumentacji

Przedsiębiorca złożył od decyzji organu odwołanie. Pośród licznych zarzutów wskazał m.in. na art. 59 § 1 pkt 9 w zw. z art. 70 § 1 Ordynacji podatkowej (Dz.U. 2005 nr 8, poz. 60), zgodnie z którym wygaśnięcie zobowiązania podatkowego następuje wskutek upływu terminu przedawnienia, co w zakresie przedmiotowego zobowiązania nastąpiło 31 grudnia 2011 r.

Zarówno organ podatkowy pierwszej instancji, tak i organ odwoławczy stał na stanowisku, że przedawnienie nie nastąpiło, gdyż 16 czerwca 2010 r. podatnikowi zostało doręczone postanowienie prokuratury okręgowej z żądaniem dobrowolnego wydania dokumentacji księgowej firmy za lata 2004-2005. W postanowieniu tym znajdowała się informacja na temat toczącego się w jego sprawie postępowania karnego skarbowego. Fakt ten, stosownie do § 6 artykułu 70 Ordynacji podatkowej, miał przesądzać o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia wskutek wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo lub wykroczenie skarbowe.

Przedsiębiorca nie zgodził się z tym, że do skutecznego zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego poprzez wszczęcie postępowania karnego skarbowego wystarczające jest samo stwierdzenie, iż zobowiązany powziął o tym wiedzę. Jego zdaniem konieczne jest formalne poinformowanie o tym fakcie zobowiązanego, i to jeszcze przed upływem terminu przedawnienia, tak by zyskał on świadomość, że jego zobowiązanie podatkowe nie uległo przedawnieniu.

Niekonstytucyjny przepis

Rozpatrujący skargę przedsiębiorcy WSA w Szczecinie przypomniał, że w stanie prawnym obowiązującym w okresie od 1 stycznia do 31 grudnia 2005 r. przepis art. 70 § 6 pkt 1, mimo zmiany jego brzmienia z dniem 1 września 2005 r. (Dz.U. z 2005 r. nr 143, poz. 1199), nie zawierał wprost obowiązku „zawiadomienia” podatnika o wszczętym postępowaniu karnym skarbowym. Taki zapis znalazł się w nim dopiero 15 października 2013 r. mocą ustawy z dnia 30 sierpnia 2013 r. o zmianie ustawy Ordynacja podatkowa, ustawy Kodeks karny skarbowy oraz ustawy Prawo celne (Dz.U. z 2013 r. poz. 1149) i obowiązuje do dziś.

Sąd zwrócił jednak uwagę, że wspomniany obowiązek zawiadomienia podatnika został wprowadzony do ustawy podatkowej wskutek wydanego przez Trybunał Konstytucyjny orzeczenia o niekonstytucyjności art. 70 § 6 pkt 1. W wyroku z 17 lipca 2012 r. stwierdził, że przepis „jest niezgodny z zasadą ochrony zaufania obywatela do państwa i stanowionego przez nie prawa wynikającą z art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej” (Dz.U. z 2012 r. poz. 848, sygn. akt P 30/11).

Wszczęcie postępowania w sprawie o przestępstwo lub wykroczenie skarbowe następuje w drodze postanowienia, które nie jest ogłaszane lub doręczane podatnikowi z uwagi na fakt, że nie jest on jego stroną, dopóki nie zostaną mu przedstawione zarzuty. A w tych okolicznościach powstaje zagrożenie, że w okresie pomiędzy wszczęciem postępowania „w sprawie” a wszczęciem „przeciw osobie”, czyli momentem, w którym podatnik dopiero dowiaduje się o biegnącym postępowaniu, mógł on wyzbyć się dowodów poświadczających prawidłowość dokonanych rozliczeń, m.in. takich, jak księgi podatkowe. Trybunał podkreślił, że okres ten może okazać się bardzo długi. Zgodnie bowiem z art. 153 § 1 Kodeksu karnego skarbowego: „Postępowanie przygotowawcze w sprawie o przestępstwo skarbowe powinno być zakończone w ciągu 3 miesięcy” (Dz.U. 1999 nr 83, poz. 930 ze zm.), ale w „szczególnie uzasadnionych przypadkach” jego termin może zostać przedłużony na dalszy czas określony.

Wieczny dłużnik Skarbu Państwa

WSA w Szczecinie przychylił się do skargi podatnika. Zgodził się z tym, iż mógł on pozostawać w uzasadnionym przekonaniu co do przedawniania się jego zobowiązania podatkowego, chociażby z uwagi na to, że prokurator wniósł przeciw niemu akt oskarżenia tylko w przedmiocie wyłudzeń VAT. Przemawiała za tym również indolencja organów podatkowych. Skoro te wiedziały o toczącym się postępowaniu prokuratorskim, to powinny podjąć postępowanie podatkowe w zakresie zobowiązania w podatku dochodowym przed końcem 2011 r., a więc przed upływem terminu przedawnienia.

„…istotną rzeczą jest długość trwania zawieszenia biegu terminu przedawnienia, by podatnik nie był po latach zaskakiwany działaniem organów podatkowych, by nie stał się „wiecznym dłużnikiem” Skarbu Państwa, by upływ czasu nie wpływał negatywnie na możliwość obrony jego praw. (…) Organ podatkowy powinien zdawać sobie sprawę z zależności występujących pomiędzy postępowaniem w podatku od towarów i usług a podatkiem dochodowym od osób fizycznych w zakresie wykrycia u podatnika faktur, które nie obrazowały rzeczywistego stanu rzeczy. (…) Wszczęcie postępowania podatkowego winno nastąpić w rozsądnym terminie. Inne stanowisko prowadziłoby do akceptacji możliwości wszczynania postępowań podatkowych nawet po upływie 20 lat (lub dłużej) od daty, w której dane zobowiązanie już dawno by się przedawniło, gdyby nie jego zawieszenie”(I SA/Sz 378/18).

Celowe nękanie czy nieznajomość przepisów?

Łamanie konstytucyjnych zasad poprzez wydłużanie w nieskończoność terminów dochodzenia zobowiązań podatkowych to nie jedyny przejaw urzędniczego bezprawia fiskusa. W sierpniu 2015 r. organ podatkowy wezwał przedsiębiorcę do okazania dokumentów dotyczących rozliczeń z zakresu PIT za 2005 r. Podatnik w odpowiedzi wskazał, że cała mająca znaczenie dla sprawy dokumentacja została przekazana prokuratorowi. Z kolei co do sprawozdania finansowego za 2005 r., zostało ono przecież złożone organowi w wymaganym pierwotnym terminie. Mimo to organ ponownie zażądał przedłożenia wszelkich dokumentów, których nie zabezpieczył prokurator. W przypadku braku spełnienia żądania fiskus zagroził podatnikowi nałożeniem kary porządkowej, choć powszechnie znana jest zasada, zgodnie z którą na podatniku ciąży obowiązek przechowywania dokumentacji podatkowej przez okres 5 lat, licząc od końca roku podatkowego, w którym upłynął termin płatności zobowiązania podatkowego.

Pułapka na uczciwych podatników

Sąd w Szczecinie przywołał jeszcze inne, ale jakże istotne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, w myśl którego bierność fiskusa w podejmowaniu czynności mających na celu sprawdzenie rzetelności w spełnieniu przez podatnika zobowiązania podatkowego umacnia domniemanie jego prawidłowości. Trybunał podkreślił, że opieszałość organów podatkowych stanowi zagrożenie dla uczciwych podatników, stąd akceptowalną ceną za takie działania może być nawet niepłacenie podatków.

„…jeżeli organy podatkowe w okresie biegu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie wykonywały w stosunku do podatnika żadnych czynności ukierunkowanych na kontrolę albo ewentualną egzekucję należności, upływ czasu może zasadnie wzmacniać domniemanie prawidłowości rozliczenia się podatnika ze zobowiązania podatkowego. (…) długi termin przedawnienia, wyznaczający jednocześnie horyzont czasowy prowadzenia przez organy podatkowe oraz organy kontroli skarbowej postępowań względem podatników, może rodzić trudności w rzetelnym ich przeprowadzeniu, stając się w rezultacie swoistą pułapką również na uczciwych podatników. Z upływem lat coraz trudniej bowiem udowodnić pochodzenie majątku czy prawidłowość rozliczenia się z podatków. (…) W ocenie Trybunału, naruszenie konstytucyjnego obowiązku płacenia podatków – jakkolwiek naganne społecznie i sprzeczne z interesem publicznym – nie stanowi jednak wystarczającej przesłanki egzekwowania długu podatkowego przez dziesięciolecia” (wyrok TK z 19.06.2012 r., sygn. akt P 41/10).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Inteligentne miasta zaleją nas danymi

Firma IDC przewiduje, że do 2020 r. rynek analityki związanej z Internetem Rzeczy osiągnie wartość ponad 23 mld USD, a liczba inteligentnych urządzeń generujących dane wyniesie 20,4 mld. Rozwój IoT pozwala poważnie myśleć o realizacji wizji inteligentnych miast, w których analiza zebranych informacji wpływa na poprawę jakości życia mieszkańców. Specjaliści SAS podkreślają, że prawdziwe korzyści wynikające z projektów smart city są dopiero przed nami i zwracają uwagę na fakt, że wiele prowadzonych obecnie inicjatyw skupia się jedynie na niewielkim wycinku miejskiej rzeczywistości. Rozwój inteligentnych miast sprawi, że będziemy musieli uporać się z ogromem danych wymagających analizy w czasie rzeczywistym.

Inwestycje związane z inteligentnymi miastami stanowią priorytet dla władz Unii Europejskiej, które w latach 2014–2020 na szeroko rozumianą ideę smart city przeznaczą nawet 18 mld euro. Na świecie istnieją już inteligentne miasta, których najbardziej wyrazistym przykładem jest Masdar w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Docelowo ma ono być pierwszą samowystarczalną pod względem energetycznym metropolią. Prace nad tym projektem wciąż trwają, a data jego zakończenia była przesuwana kilkukrotnie. To pokazuje jak złożone są to inicjatywy i jak dużo przygotowań wymagają.

Projekty z zakresu smart city nie są tworzone raz na zawsze. Analiza zgromadzonych danych pozwala na wprowadzanie ciągłych usprawnień i korekt. Musimy pamiętać, że ich celem jest przede wszystkim poprawa jakości życia mieszkańców miast, w których są realizowane tłumaczy Patryk Choroś, Business Development Director w SAS Polska. Inicjatywy te ewoluują i musi minąć jeszcze dużo czasu, zanim będziemy mogli mówić o prawdziwie inteligentnych miastach, których funkcjonowanie zarówno w obszarze ekonomii, transportu, zarządzania, ochrony środowiska, jak i życia codziennego jest wspierane przez technologie.

W Polsce można już odnaleźć fundamenty dla kompleksowych strategii smart, jednak obecnie realizowane inicjatywy skupiają się na rozwiązaniu konkretnych problemów. Przykładowo w tym roku, w Gdańsku ma zacząć działać system wskazujący wolne miejsca parkingowe w miejskich strefach parkowania, z kolei w Bielsku Białej funkcjonuje jednorodna platforma zarządzania energią. Innym przykładem inteligentnego miasta w Polsce jest Rzeszów, w którym dzięki e-usługom obywatele mogą załatwić sprawy bez potrzeby fizycznej obecności w urzędzie.

Zapanować na danymi z inteligentnych miast

W praktyce droga od idei do realizacji projektów smart city jest bardzo daleka. Mniej lub bardziej inteligentne miasta funkcjonują od tak dawna, że wydawać by się mogło, że koncepcja ta spowszechniała i nie jest już tak atrakcyjna dla inwestorów, jak miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. Nic bardziej mylnego. Firma badawcza Frost & Sullivan prognozuje, że rynek inteligentnych miast będzie wart ponad 2 biliony USD już do 2025 r. Oznacza to, że rozwój smart city będzie postępował, a wraz z nim gwałtownie wzrośnie liczba generowanych danych. Stanowi to ogromną szansę dla firm analitycznych, których systemy stanowią integralną część projektów smart city.

Globalne partnerstwo na rzecz IoT i smart city

Dostrzegając rosnącą rolę narzędzi analitycznych w inicjatywach związanych ze smart city oraz Internetem rzeczy, SAS rozpoczął współpracę z Cisco i Hitachi czego efektem jest uczestnictwo w pracach dwóch biznesowych laboratoriów IoT w Lizbonie. Firma realizuje także wspólne projekty z uczelniami wyższymi: Uniwersytetem Technologicznym w Sydney (UTS) i Wyższą Szkołą Inżynierii na Politechnice Nanyang. We wrześniu tego roku SAS został strategicznym partnerem analitycznym Wuxi High-Tech Zone, chińskiego centrum innowacji i transformacji przemysłowej, w dziedzinie analizy Internetu rzeczy. Chiny są obecnie liderem smart city. Jak wynika z danych Deloitte, połowa projektów pilotażowych inteligentnych miast, które realizowane są obecnie na świecie, zlokalizowana jest właśnie w Państwie Środka.

Ponadto SAS rozpoczął budowę sieci biur dedykowanych Internetowi rzeczy i smart city. Na początku tego roku otwarto globalny oddział IoT, którego celem jest wspieranie wykorzystania inteligentnych urządzeń w przestrzeni miejskiej. Ponadto biura SAS w Sao Paulo i Mexico City zostaną rozbudowane o IoT Experience Centers, w których poza przestrzenią demo znajdzie się również miejsce do pracy dla lokalnych startupów poszukujących wskazówek i wsparcia w zakresie Internetu rzeczy. W 2019 roku, w globalnej siedzibie SAS, w Karolinie Północnej planowane jest otwarcie laboratorium IoT.

Przykłady wykorzystania analityki w projektach smart city:

Analiza danych pochodzących m.in. od uczniów, z autobusów szkolnych oraz inteligentnych urządzeń z danego sąsiedztwa pozwoliły na zmniejszenie liczby środków transportu szkół publicznych w Bostonie o 50 pojazdów oraz przyczyniły się do ograniczenia liczby pokonywanych przez nie kilometrów aż o milion rocznie.

Urząd miasta Cary w Karolinie Północnej korzysta z systemów analitycznych SAS do monitorowania zużycia wody, co ma kluczowe znaczenie przy planowaniu rozbudowy instalacji wodnych i pozwala na prowadzenie działań na rzecz ochrony środowiska.

Departament Finansów w hrabstwie Wake County w Karolinie Północnej wykorzystuje narzędzia SAS do prognozowania wartości rynku nieruchomości.

Lokomotywy GE Transportation są wyposażone w czujniki umożliwiające zbieranie danych dotyczących m.in. zużycia paliwa. Analiza informacji pochodzących z pojazdów pozwala również na organizację ruchu w taki sposób, aby pociągi kursowały zgodnie z rozkładem.

W cyberbezpieczeństwie brakuje pracowników. 350 tysięcy wakatów do obsadzenia w Europie

Specjaliści do spraw cyberbezpieczeństwa są obecnie poszukiwani w niemal każdej branży na świecie. Zatrudnianie ich staje się jednak coraz trudniejsze ze względu na powiększającą się od dłuższego czasu lukę kwalifikacyjną[1] – do 2022 roku zabraknie w tym obszarze nawet 350 tysięcy pracowników[2] w samej Europie.

Rynek wchłonął specjalistów

Efektem coraz powszechniejszego wykorzystywania technologii przez organizacje są stale rosnące zagrożenia, dlatego pracownicy specjalizujący się w dziedzinie cyberbezpieczeństwa są uznawani za niezbędny element każdego zespołu. – Stanowiska IT pozostają nieobsadzone, ponieważ organizacje szukają głównie kandydatów z dużym doświadczeniem w kwestiach bezpieczeństwa. Niestety zapotrzebowanie na takich pracowników już dawno przekroczyło ich rzeczywistą liczbę – zwraca uwagę Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

Zmagania z luką kwalifikacyjną

Zainteresowanie tematem cyberbezpieczeństwa systematycznie rośnie – po pierwsze, ze względu na coraz bardziej skomplikowane formy ataków, po drugie, z uwagi na nowe regulacje (takie jak RODO) i powiązane z nimi wysokie grzywny, których firmy chcą uniknąć.

Ponieważ zapotrzebowanie na wykwalifikowanych specjalistów w tej dziedzinie jest tak duże, a luka kwalifikacyjna wciąż się powiększa, organizacje są gotowe oferować im bardzo wysokie stawki. Z kolei kandydaci na takie stanowiska powinni spełniać rygorystyczne wymogi. Aby takich znaleźć, firmy powinny też aktywnie promować pracę w obszarze cyberbezpieczeństwa i oferować specjalistom możliwości podnoszenia kwalifikacji i rozwoju.

Oferty edukacyjne

Aby przeciwdziałać poszerzaniu się luki kwalifikacyjnej, przedsiębiorstwa i placówki akademickie powinny organizować i wspierać działania edukacyjne, które zachęcają uczniów do poszerzania swojej wiedzy w dziedzinie bezpieczeństwa już na etapie szkoły średniej. Wysokie stawki i praktycznie zerowe bezrobocie[3] czynią ten kierunek atrakcyjnym również dla studentów. Na świecie powstają już instytucje edukacyjne bezpośrednio poświęcone cyberbezpieczeństwu, jak np. College of Cybersecurity[4] w Wielkiej Brytanii.

Ważne również, aby firmy brały czynny udział w promowaniu programów edukacyjnych[5] na uczelniach wyższych, uczestnicząc w targach pracy i rozmawiając ze studentami na temat ich przyszłej ścieżki kariery. 52% firm zgadza się, że w dziedzinie bezpieczeństwa najważniejsze jest praktyczne doświadczenie[6], a 7 na 10 przyznaje, że certyfikaty, którymi wykazuje się pracownik, znaczą więcej niż dyplomy ukończenia studiów.

Obok szkoleń studentów i budowania kolejnego pokolenia specjalistów, cyberbezpieczeństwo to także dobra ścieżka kariery dla kandydatów zmieniających pracę lub szukających jej po dłuższej przerwie, np. po okresie bezrobocia czy po urlopach rodzicielskich. Może to również wpłynąć pozytywnie na odsetek zatrudnionych w tym obszarze kobiet – 90% kandydatów powracających na rynek pracy to właśnie kobiety[7], a w branży cyberbezpieczeństwa jest ich ogółem tylko 11%.

Eksperci Fortinet zachęcają także, aby organizacje inwestowały we własnych pracowników, którzy posiadają już odpowiednie umiejętności oraz doświadczenie techniczne i mogliby skorzystać ze szkoleń oraz kursów edukacyjnych z zakresu cyberbezpieczeństwa. – Firmy powinny współpracować z placówkami akademickimi oraz inwestować w szkolenia i programy nauczania, które odpowiednio przygotują kandydatów do wejścia na ten obszar rynku pracywskazuje dyrektor Jolanta Malak.

[1] https://www.fortinet.com/blog/business-and-technology/bridging-the-cybersecurity-skills-gap-with-the-fortinet-network-.html

[2] https://www.computerweekly.com/news/450420193/Europe-faces-shortage-of-350000-cyber-security-professionals-by-2022

[3] https://cybersecurityventures.com/cybersecurity-unemployment-rate/

[4] https://www.bbc.com/news/education-38065563

[5] https://www.fortinet.com/blog/business-and-technology/bridging-the-cybersecurity-skills-gap-with-the-fortinet-network-.html

[6] https://techbeacon.com/40-cybersecurity-stats-security-pros-need-know

[7] https://www.forbes.com/sites/forbeshumanresourcescouncil/2018/06/05/the-workplace-program-that-may-solve-the-skills-gap-problem-in-cybersecurity/#6c7260425cf7