Ubiegły tydzień był wyjątkowo udany dla złotego. Z kolei początek obecnego, przez brak wyraźnych impulsów, zwiększa szansę na korektę. W nadchodzących dniach w centrum uwagi pozostanie bez wątpienia sympozjum w Jackson Hole.
Złamane wsparcie
W poprzednich dniach po raz kolejny w tym roku złoty sprowadził kursy głównych walut do istotnych dolnych ograniczeń na wykresach. Na parze EURPLN już czwarty raz testujemy pułap 4,25 zł, który jest szczególnie istotny ze względu na przebiegającą w jego okolicach linię długoterminowego trendu wzrostowego. Przełamanie tego pułapu byłoby kluczowe dla przyszłych wycen złotego. Do tego jednak jeszcze nie doszło. Co innego względem dolara, gdzie w piątek udało się w końcu wyłamać tegoroczną konsolidację między 3,90 zł a 4,10 zł. Co więcej, dzisiaj dostajemy potwierdzenie tego ruchu, nad ranem udało się nawet zejść do poziomu 3,857 zł, co oznacza najtańszego dolara od 2021 roku. Kolejne sensowne wsparcie znajduje się naście groszy niżej, co może sugerować, że obecny ruch ma jeszcze sporo miejsca, by się rozwijać. Pewne odreagowanie obserwujemy za to na franku szwajcarskim. Ten w ciągu ostatnich dwóch tygodni stracił blisko 20 groszy, dlatego korekta jest już mocno wyczekiwana. Dziś kurs CHFPLN rośnie o blisko 1,5 grosza do 4,475 zł.
Kalendarz na jałowym biegu
Potencjalnej korekcie pomaga leniwy poniedziałek, bez żadnych sensownych impulsów. Dodatkowo w weekend nie doszło do przełomu wokół głównych ryzyk geopolitycznych, co też pomaga studzić emocje. Sytuacja ta nie potrwa jednak zbyt długo. Już jutro zaczniemy się powoli rozkręcać. Decyzja Banku Ludowego Chin w sprawie stóp procentowych może stać się kolejnym pretekstem do troski o tamtejszą gospodarkę, którą ostatnio ciężko uznać za siłę napędową globalnej ekonomii. Do tego dojdą też decyzje trochę mniej znaczących banków centralnych w Turcji czy Szwecji. W środę na tapet weźmiemy naszą gospodarkę, z odczytami na temat cen produkcji, produkcji przemysłowej i przeciętnego wynagrodzenia. Ten ostatni wskaźnik zapowiada się wyjątkowo ciekawie, zwłaszcza że analitycy wciąż spodziewają się utrzymania dwucyfrowego tempa wzrostu. Czwartek z kolei to dzień z odczytami PMI, które od czasu do czasu lubią zakręcić rynkiem. W piątek na pewno warto zwrócić uwagę na inflację z Japonii, gdzie spodziewane jest kolejne podbicie w górę.
Welcome to Jackson Hole
Od czwartku jednak większość uwagi inwestorów będzie się ogniskować na amerykańskim Jackson Hole, gdzie odbędzie się coroczne sympozjum bankierów centralnych. Jak za każdym razem, tak i teraz wszyscy wiele sobie obiecują. Choć liczba spodziewanych prelegentów może robić wrażenie, to i tak pozostaną oni w cieniu Jerome Powella i jego piątkowego wystąpienia. Analitycy spodziewają się jasnych deklaracji co do przyszłej polityki pieniężnej. Patrząc jednak na wcześniejsze wystąpienia oraz ogólny sposób komunikowania się szefa FEDu, wydaje się, że te oczekiwania, delikatnie mówiąc, ocierają się o naiwność. Myślę, że faktycznie dostaniemy wskazówki co do wrześniowego posiedzenia FOMC z sugestiami, że podwójne cięcie jest mało prawdopodobne. Spodziewam się jednak rozwodnienia założeń co do zakresu obniżek stóp do końca roku. Obecnie rynek zakłada poczwórne cięcie stóp. Podejrzewam za to, że Powell może być bardziej otwarty w komunikacji na temat potencjalnego lądowania amerykańskiej gospodarki, co już samo w sobie da paliwo do wielu spekulacji na rynku walutowym.
Autor: Krzysztof Adamczak, analityk walutowy Walutomat.pl
Piątek przyniósł nam kolejną ucieczkę kapitału zza oceanu, którą wykorzystał złoty. Zyskało również złoto, które ustanowiło kolejny rekord cenowy wszechczasów.
Inflacja bazowa powyżej oczekiwań
W piątek poznaliśmy dane na temat inflacji bazowej w Polsce. Ceny, po odjęciu wartości żywności i energii, bo tak działa inflacja bazowa, rosną o 3,8% w skali roku. To oczywiście mniej niż inflacja konsumencka, ale nie ma w tym nic zadziwiającego. Ostatni wzrost inflacji konsumenckiej był przecież w dużej części wywołany zwiększeniem kosztów energii. Niepokojące jest natomiast to, że inflacja bazowa wzrosła w lipcu mocniej niż sądzili analitycy. Co prawda nadal NBP deklaruje brak szans na obniżki stóp procentowych w tym roku, ale rozwój sytuacji zarówno w kraju, jak i za granicą coraz bardziej uwiarygadnia ten scenariusz. W rezultacie rosnąca inflacja jest czynnikiem umacniającym złotego względem głównych walut. To właśnie świadkami tego ruchu byliśmy w piątkowy wieczór.
Dolar znów traci
Piątkowe odczyty zaczęły się słabo dla amerykańskiej waluty. Najpierw dane z rynku nieruchomości okazały się wyraźnie niższe od oczekiwań, szczególnie w ramach rozpoczętych budów domów. Potem jednak lepiej od prognoz wypadł Indeks Uniwersytetu Michigan, ale rynek już był w nastroju do odwrotu. Na koniec dnia mieliśmy kolejny spadek liczby wież wiertniczych w USA. Z jednej strony jest to typowy odczyt dla rynku ropy, ale warto zwrócić uwagę, że spadająca liczba odwiertów to jednak zapowiedź mniejszego zapotrzebowania na surowiec. Jest to zatem sygnał oczekiwanej recesji, a to uzasadnia przecenę amerykańskiej waluty.
Rekord wszechczasów cen złota
W piątek ceny złota znów wystrzeliły w górę. Cena złotego kruszcu osiągnęła 2548 dolarów za uncję. Jest to wynik o ponad 25 dolarów lepszy od poprzedniego rekordu. Powody wzrostów są jasne, tylko analitycy bardziej w nie uwierzyli. Z jednej strony jest to cięcie stóp procentowych w USA, a w rezultacie niższe stopy zwrotów z inwestycji opartych o stopę procentową lub zależnych od niej. Z drugiej strony mamy jeszcze napięcia na Bliskim Wschodzie, czyli temat aktualny od wielu miesięcy. Jednakże ostatnie zagęszczenie wydarzeń – możliwe włączenie się Iranu i dalsze działania Izraela w Strefie Gazy, które nawet jego zwolennikom trudno jest uzasadniać – powodują, że inwestorzy coraz chętniej patrzą na złoto.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Na Wall Street w piątek dominowała konsolidacja głównych indeksów giełdowych. Nasdaq Composite, Sp500 oraz Dow Jones urosły o 0,2 proc.. Kurs EUR/USD zdołał ponownie wyjść powyżej poziom 1,10 i osiągnął pułap 1,1050 – najwyższy od początku roku. Historyczne rekordy wyznacza złoto przebijając okrągły pułap 2500 USD za uncję trojańską. W piątek otrzymaliśmy mieszane dane z amerykańskiej gospodarki. Złoty względem USD jest najsilniejszy od września 2021 roku.
Wszystkie trzy główne amerykańskie indeksy nieznacznie wzrosły (o 0,2 proc.), a akcje z USA odnotowały najlepszy tydzień od listopada 2023 roku. Nastąpiło to po spadkach na giełdzie na początku tego miesiąca, które były spowodowane słabszymi niż oczekiwano danymi o zatrudnieniu w USA i wzbudziły obawy, że Fed zbyt długo czekał z rozpoczęciem obniżania stóp procentowych co mogłoby skutkować mocniejszym spowolnieniem gospodarczym. Zeszłotygodniowe dane pokazały niższą inflację i wyższą niż oczekiwano sprzedaż detaliczną, co rozbudziło nadzieje, że Rezerwa Federalna będzie w stanie osiągnąć „miękkie lądowanie”. Rentowności amerykańskich obligacji skarbowych i dolar amerykański spadły w ubiegły piątek i w całym tygodniu.
Przed weekendem inwestorzy otrzymali komentarze od prezesa Fed z Chicago. Austan Goolsbee przyznał, że gospodarka USA nie wykazuje oznak przegrzania, a decydenci amerykańskiego banku centralnego powinni wykazać się dużą ostrożnością z utrzymywaniem polityki monetarnej na restrykcyjnym poziomie. Wcześniej z ust tego bankier padło stwierdzenie o jego coraz większych obawach związanych z rynkiem pracy, które dominują nad tymi dotyczącymi inflacji.
W tym tygodniu rynkowa uwaga skupi się na sympozjum w Jackson Hole, które zaplanowane jest na okres od 22 do 24 sierpnia. Kluczowe będzie wystąpienie przewodniczącego Fed w piątkowy poranek. Inwestorzy oczekują zaktualizowanej oceny amerykańskiej gospodarki oraz najnowszych perspektyw dla polityki pieniężnej przed wrześniowym posiedzeniem FOMC.
W ostatnim czasie wycena rynkowa dotycząca obniżki stóp procentowych w USA w przyszłym miesiącu o 50 punktów bazowych zmniejszyła się i obecnie prawdopodobieństwo takiego ruchu jest na poziomie ok 30 proc. Rynek w pełni wycenił już ruch o połowę mniejszy. Przypomnijmy, że po ostatnim słabym raporcie NFP oraz mocnej przecenie w „czarny poniedziałek” 5 sierpnia, kontrakty futures wskazywały, że jest niemalże pewne, że Fed dokona głębszego cięcia. Teraz rynek już w to zaczyna powątpiewać.
Piątkowe dane z USA pokazały wzrost indeksu nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan do poziomu 67,8 pkt. z 66,4 poprzednio. Oczekiwania inflacyjne zarówno te krótkoterminowe jak i długoterminowe okazały się takie same jak w lipcu. Z kolei dane z rynku nieruchomości rozczarowały. Liczba rozpoczętych budów domów w lipcu spadła o 6,8 proc. m/m do 1,24 mln a pozwolenia na budowę w lipcu zostały zredukowane o 4 proc. m/m do 1,40 mln.
Właściciele mieszkań na własnej skórze odczuli wyhamowanie popytu na rynku. Wydłużenie czasu sprzedaży w 2024 r. potwierdziła większość obsługujących ich pośredników, którzy wzięli udział w badaniu Nieruchomosci-online.pl. W przypadku mieszkań większych niż kawalerki takie doświadczenia miało 69 proc. ankietowanych.
Jak zmienił się czas życia oferty mieszkania na sprzedaż w 2024 r. w porównaniu z 2023 r.? Takie pytanie zadał pośrednikom z całej Polski portal Nieruchomosci-online.pl.
W przypadku kawalerek najwięcej respondentów odpowiedziało, że znalezienie kupca trwa obecnie dłużej – takiego zdania jest 45 proc. ankietowanych. 38 proc. z nich twierdzi z kolei, że nie zaszła tu większa zmiana. Wydłużenie czasu sprzedaży częściej odczuwalne jest jednak w przypadku większych mieszkań – takie doświadczenia ma 69 proc. pośredników. 20 proc. nie widzi natomiast różnicy. Grono agentów, którzy odczuli, że oferty kawalerek czy większych mieszkań znikają teraz z oferty szybciej niż w ubiegłym roku, jest niewielkie.
Z badania przeprowadzonego przez Nieruchomosci-online.pl wynika, że kawalerki najczęściej sprzedają się w czasie od 1 do 3 miesięcy (tak mówi 49 proc. ankietowanych pośredników) oraz od 3 do 6 miesięcy (26 proc.). Większe mieszkania natomiast w czasie od 3 do 6 miesięcy (50 proc.). W tym przypadku rzadziej wskazywano na czas transakcji wynoszący od 1 do 3 miesięcy (31 proc.).
Nie ma programu wsparcia, nie ma tłumu chętnych
– Osoby planujące sprzedaż mieszkania powinny liczyć się z tym, że może to być bardziej czasochłonne niż w 2023 r. W ubiegłym roku wiele nieruchomości schodziło na pniu, oferty potrafiły znikać dosłownie w kilka dni od publikacji, a powodem tego był m.in. popyt nakręcony przez Bezpieczny Kredyt 2 proc. – mówi Rafał Bieńkowski z Nieruchomosci-online.pl.
– Z perspektywy sprzedającego 2023 r. był bardzo dobrym czasem, ale z perspektywy kupującego już nie. Osoba poszukująca, przy wąskiej ofercie, nie miała czasu na zastanowienie się: albo kupowała niemal od razu, albo nie. W konsekwencji wielu ludzi nabywało mieszkania niespełniające do końca ich potrzeb. W 2024 r. sytuacja się odwróciła, m.in. dlatego, że nie ma sterydu w postaci rządowego programu wsparcia. W konsekwencji sprzedający muszą bardziej walczyć o klienta, a kupujący zyskali więcej czasu na dokonanie trafnego wyboru – dodaje Bieńkowski.
Brak programu wsparcia połączony z utrzymującymi się wysokimi cenami mieszkań i coraz większą konkurencją ofert (liczba ogłoszeń systematycznie rośnie od początku roku) sprawiły, że popyt na mieszkania wyhamował. Potwierdzają to też informacje płynące z rynku kredytowego.
Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, w lipcu 2024 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 30,6 tys. potencjalnych kredytobiorców w porównaniu do 43,4 tys. rok wcześniej. Tak jak się spodziewano, popyt na kredyty spadł po zakończeniu przyjmowania wniosków w ramach BK2%. – Pomimo obaw zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi nie spadło jednak do poziomu sprzed uruchomienia programu i obecnie jest ono o około 1/3 niższe niż w lipcu zeszłego roku – informuje BIK.
Sprzedaż domu często zajmuje nawet rok
W przypadku domów jednorodzinnych najwięcej agentów nieruchomości odpowiedziało, że znalezienie nabywcy trwa dłużej niż w 2023 r. – takiego zdania jest 57 proc. ankietowanych. 32 proc. uważa, że nie zaszła tu zmiana, a 11 proc., że ogłoszenia znikają z oferty nawet szybciej.
Z badania nastrojów Nieruchomosci-online.pl wynika, że domy najczęściej sprzedają się w czasie od 6 miesięcy do 1 roku (tak potwierdza 45 proc. ankietowanych) oraz od 3 do 6 miesięcy (27 proc.). Transakcje powyżej roku wskazało z kolei 20 proc. pośredników.
W kategorii działek budowlanych też przeważały opinie o wydłużeniu się czasu sprzedaży, ale już nie tak wyraźnie: 48 proc. osób odczuło wydłużenie czasu, 40 proc. utrzymanie czasu, a 12 proc. jego skrócenie. Sprzedaż gruntu zajmuje najczęściej od 6 miesięcy do 1 roku (42 proc. ankietowanych) oraz od 3 do 6 miesięcy (32 proc.).
Podczas kompletowania wrześniowej wyprawki, polscy rodzice coraz częściej biorą pod uwagę gust dziecka – deklaruje tak ponad 64 proc. osób przepytanych w ramach cyklicznego badania Barometr Providenta. Cena jest dla nich równie ważna, co odzwierciedla przeciętna kwota przeznaczana na wyprawkę dla jednej pociechy – o 146 zł niższa niż w ubiegłym roku.
W związku z powrotem dzieci do szkoły, w tym roku po raz pierwszy zapytaliśmy także o zjawisko hejtu – ponad 85 proc. osób zgadza się ze stwierdzeniem, że hejt jest poważnym problemem w polskich szkołach.
Wyniki Barometru Providenta pokazują, że aż dwóch na trzech Polaków pokryje koszty wyprawki szkolnej z bieżących dochodów. Ten sposób finansowania nieznacznie częściej deklarują mężczyźni (69,7 proc. vs. 64,7 proc. kobiet). Niecałe 40 proc. skorzysta z dostępnych programów socjalnych, a więcej niż co piąty badany (22,6 proc.) sięgnie do oszczędności. W tym roku niemal całkowicie rezygnujemy natomiast z pożyczania – zaledwie 1,1 proc. skorzysta z oferty instytucji finansowej, a 0,2 proc. z pomocy rodziny.
– Jak wynika z nowej edycji Barometru Providenta, ponad połowa wszystkich rodziców, a także aż dwie trzecie opiekunów w wieku od 25 do 34 lat, kompletuje wyprawkę systematycznie przez całe wakacje, co umożliwia rozłożenie kosztów tego wydatku na kilka miesięcy – to rozsądne podejście, które mniej obciąża nasze domowe budżety – mówi Karolina Łuczak, Rzeczniczka Prasowa Provident Polska. – Niecałe 38 proc. wszystkich badanych poświęca w tym celu kilka ostatnich dni wakacji. W tej kategorii wyróżniają się najmłodsi – 80,4 proc. z nich czeka z zakupami do ostatniej chwili. Zaledwie 2 proc. robi to ostatniego dnia przed rozpoczęciem roku szkolnego, a 6 proc. kompletuje wyprawkę jeszcze podczas pierwszych dni szkoły – dodaje.
Na wyprawkę wydamy mniej niż w zeszłym roku
Powrót jednego ucznia do szkoły będzie kosztował rodziców średnio 656,62 zł. Najwyższe wydatki deklarują mieszkańcy województwa warmińsko-mazurskiego – 1269,97 zł, a także łódzkiego – 918,85 zł. Z kolei najniższe odnotowano w zachodniopomorskim – 457,28 zł oraz świętokrzyskim – 495,90 zł.
– Można powiedzieć, że koszty wyprawki się stabilizują – w zeszłorocznym badaniu odnotowaliśmy rekordowe 802 zł, jednak w latach 2020-2022 suma ta oscylowała w granicach 330-350 zł. Obecnie, ze względu na rosnące koszty życia, taki budżet jest trudniejszy do zachowania – tylko co piąty ankietowany wyda maksymalnie 300 zł – zauważa Karolina Łuczak. – W tym roku, 40 proc. Polaków kompletujących wyprawkę szkolną chce zmieścić się w kwocie między 301 a 500 zł, a 27,3 proc. przeznaczy od 501 do 1000 zł. Jedynie 1 na 10 osób planuje wydatek powyżej 1000 zł – mówi Rzeczniczka Provident Polska.
Niezmiennie, największym obciążeniem finansowym dla rodziców są podręczniki – tą odpowiedź wskazało 37,9 proc. wszystkich badanych i ponad połowa osób w wieku 45-54 lat. Dla co czwartego ankietowanego najbardziej kosztowne są natomiast nowe ubrania dla dzieci, a dla niecałych 20 proc. sprzęt elektroniczny. Plecak to główny wydatek dla co dziesiątej osoby.
Wyprawka pachnąca nowością
Według tegorocznego Barometru Providenta, zaledwie 4,3 proc. rodziców decyduje się na zakup tak wielu używanych elementów wyprawki jak to możliwe. Wybór aż 64,1 proc. opiekunów pada wyłącznie na nowe produkty, a 31,6 proc. kupuje rzeczy częściowo nowe i używane. Mężczyźni zdecydowanie preferują nowe przedmioty (70,4 proc. vs. 59,4 proc. kobiet), a kobiety częściej stawiają na równowagę nowych i używanych przyborów szkolnych (35,4 proc. vs. 26,5 proc. mężczyzn).
Podczas kompletowania szkolnej wyprawki, dla rodziców najważniejszy jest gust dziecka – wyszczególniło tak 64,4 proc. z nich. Cena, wskazana przez 63,4 proc. badanych, ma tylko niewiele mniejsze znaczenie. Funkcjonalność to główne kryterium dla 56,5 proc. osób, a 31 proc. najbardziej zależy na walorach edukacyjnych wyprawki. Moda liczy się dla 9 proc. ankietowanych.
Przy okazji powrotu do szkoły warto rozmawiać o edukacji finansowej
– Powrót do szkoły to idealny moment, żeby poruszyć temat edukacji finansowej, która wprowadzona już na wczesnym etapie kształcenia, mogłaby znacząco przyczynić się do zwiększenia świadomości Polaków podczas korzystania z usług finansowych, a także pomóc w zarządzaniu domowym budżetem i planowaniu większych wydatków, takich jak wrześniowa wyprawka – zauważa Karolina Łuczak.
Jak wynika z badania Financial Wellbeing, wykonanego przez Kantar na zlecenie IPF Group, właściciela Provident Polska, większość Polaków uważa, że zagadnienia związane z finansami powinny być poruszane już w szkole. Niemal 60 proc. respondentów jest zdania, że nauka na temat finansów powinna być obowiązkowa nawet w podstawówce, a o wprowadzeniu edukacji finansowej do szkół ponadpodstawowych pozytywnie wypowiada się niemal 75 proc. badanych.
Świadomość hejtu w szkole
Aż 85,7 proc. osób przepytanych w ramach najnowszej edycji Barometru Providenta zgadza się ze stwierdzeniem, że zjawisko hejtu jest poważnym problemem w polskich szkołach, a ponad połowa w sposób zdecydowany. Jedynie 2,7 proc. Polaków nie zauważyło tego problemu.
– W tym roku po raz pierwszy zapytaliśmy w naszym cyklicznym Barometrze o zjawisko hejtu. Wyniki dają do myślenia – dziecko co piątego rodzica doświadczyło hejtu w szkole, a nawet 15 proc. opiekunów nie wie, czy taka sytuacja miała miejsce – mówi Karolina Łuczak, Rzecznika Prasowa Provident Polska.
O badaniu Barometr Providenta:
Barometr Providenta to cykliczne badanie Polaków, które pozwala na lepsze rozumienie zachowań i decyzji finansowych konsumentów. Badanie zostało zrealizowane przez Danae sp. z o.o. metodą CAWI na próbie N=1000 dorosłych Polaków, w lipcu 2024 r.
24 proc. Ukraińców pracujących i mieszkających w Polsce razem z dziećmi w wieku objętym obowiązkiem szkolnym (7-17 lat) deklaruje, że nie wysyła ich do Polskiej szkoły, wynika z badania przeprowadzonego przez Grupę Progres. Większość – 76 proc. – przyznaje, że korzysta z polskiego systemu edukacji, ale co trzeci rodzic (33 proc.) rozważa jedynie naukę zdalną w placówce w Ukrainie. Zresztą wielu już tak robi, 34 proc. rodziców przyznaje, że ich dzieci uczą się równolegle – uczęszczają do polskiej szkoły, a jednocześnie na zajęcia online prowadzone przez ukraińskie placówki. Dla 67 proc. badanych utrata świdczeń w momencie, gdy ich dziecko nie będzie uczyło się w polskiej szkole, jest istotnym argumentem za korzystaniem z polskiego systemu edukacji, a nie nauki zdalnej w ukraińskiej szkole.
Od 1 września zmieniają się przepisy dotyczące prawa do świadczeń rodzinnych dla ukraińskich rodziców. Aby je otrzymać, dziecko będzie musiało uczęszczać do polskiej szkoły. Wcześniej krajowe władze pozwalały na wybór – uczniowie mogli kontynuować naukę jedynie w ukraińskim systemie edukacyjnym, uczestnicząc w zajęciach zdalnych, bez utraty świadczeń. Nowelizacja prawa zmusza jednak rodziców do zapisania dzieci do polskich placówek edukacyjnych, jeśli chcą nadal korzystać z finansowego wsparcia oferowanego przez polski rząd. Dla sporej części rodziców z Ukrainy pracujących w Polsce (67 proc. badanych) utrata świadczeń to ważny powód, który motywuje ich do posyłania swoich dzieci do placówek oświatowych nad Wisłą. Szczególnie, że dotychczas wielu z nich korzystało z różnych form wsparcia oferowanych przez Polskę. Na koniec listopada ubiegłego roku uchodźcy pobierali świadczenia 500+ na 328 tys. dzieci. Na 12 tys. dzieci pobrano świadczenia w ramach Rodzinnego Kapitału Opiekuńczego, a na 141 tys. dzieci – świadczenie 300+. Z kolei na 35 tys. dzieci pobierane były zasiłki rodzinne, a ponad milion osób otrzymało również specjalne świadczenie 300 zł na start.
– Polska stała się schronieniem dla tysięcy ukraińskich rodzin, które uciekły przed konfliktem zbrojnym. Część zaczęła prowadzić tu „normalne” życie – rodzicie podjęli pracę, a ich dzieci uczęszczają do szkół nad Wisłą. Jednak ich edukacja nie jest prosta i rodzi wiele dylematów, szczególnie przed zbliżającym się początkiem roku szkolnego – mówi Andrzej Vilk, kierownik działu legalizacji zatrudnienia w Grupie Progres.
Jak wynika z badania Grupy Progres, co czwarty rodzic (24 proc.) przyznaje, że jego rodzina nie korzysta z krajowej oświaty, mimo że jej najmłodsi członkowie są w wieku objętym obowiązkiem szkolnym (7-17 lat). Najczęściej (73 proc. badanych) do polskich placówek nie chodzą dzieci rodziców, którzy nie planują wiązać się z naszym krajem na dłużej i w przyszłości chcą z niego wyjechać lub nie wiedzą jeszcze, co zrobią (12 proc. badanych). Jedynie 15 proc. nieposyłających młodych osób do polskich szkół to rodzice, którzy chcą mieszkać w naszym kraju.
Rodzice z Ukrainy mają też podzielone zdania na temat naszego systemu edukacji. 41 proc. uważa, że polskie szkoły są dobrze dostosowane do potrzeb ich dzieci, 23 proc. jest przeciwnego zdania, a 36 proc. nie ma wyrobionej opinii. W grupie niezadowolonych są najczęściej rodzicie dzieci uczęszczających do szkół podstawowych (28 proc. twierdzi, że polski system edukacji nie jest dostosowany do nauki młodych osób z Ukrainy), 59 proc. jest zadowolonych z poziomu i programu kształcenia, a 13 proc. nie ma zdania.
W przypadku rodziców przedszkolaków 20 proc. z nich mówi o nieprzystosowaniu placówek w Polsce, 48 proc. twierdzi, że są one dobrze przygotowane na przyjęcie uczniów ze Wschodu, a aż 32 proc. odpowiada, że nie wie, jak jest. Najlpszą opinię o polskim systemie edukacji mają rodzice młodzieży ze szkół średnich – 71 proc. z nich uważa, że ich dzieci są dobrze kształcone w krajowych placówkach.
– Z naszego badania wynika, że obecnie 34 proc. rodziców z Ukrainy pracujących w Polsce przyznaje, że posyła swoje dzieci do polskiej placówki i dba o to, by równolegle uczyły się one zdalnie w ukraińskiej szkole. To dość duże wyzwanie dla najmłodszych i z czasem rodzice zaczną wybierać jeden tok nauczania swoich dzieci – mówi Andrzej Vilk, kierownik działu legalizacji zatrudnienia w Grupie Progres. – Decyzja, czy będzie to polska, czy ukraińska szkoła, zostanie uzależniona od planów życiowych danej rodziny, ale też od świadczeń, które może ona stracić, jeśli zrezygnuje z krajowego systemu oświaty. Dla wielu Ukraińców to istotny argument za tym, by jednak tego nie robić – dodaje.
Badani sygnalizowali też, że dużym problemem dla ich dzieci jest szybkie przestawienie się na język polski. Ułatwiają to dodatkowe zajęcia dla obcokrajowców dające dużą szansę na sprawną integrację dzieci uchodźców z ich nowymi kolegami. Trudności stanowi też różnica w programach nauczania ukraińskich szkół z ich polskimi odpowiednikami. Na szczęście obecnie dużo prościej jest wspomniane różnice pogodzić. Brakuje im również wsparcia integracyjnego. Choć niektóre szkoły oferują programy integracyjne, rodzice uważają, że wsparcie nie zawsze jest wystarczające. Dzieci z Ukrainy często czują się wyobcowane, co może negatywnie wpływać na ich zdolność do nauki i ogólne samopoczucie w szkole. W niektórych przypadkach brakuje też nauczycieli i specjalistów np. psychologów, którzy mogliby skutecznie pomagać uczniom z trudnościami adaptacyjnymi.
***
Badanie Grupy Progres „Ukriańcy o życiu w Polsce” zostało zrealizowane w dniach 22 lipca – 4 sierpnia 2024 r. na reprezentatywnej grupie N=1000. Respondentami byli pełnoletni Ukraińcy (kobiety i mężczyźni) aktywni zawodowo i mieszkający w Polsce razem ze swoimi dziećmi. W ramach badania ilościowego posłużono się ankietą internetową (CAWI) oraz badaniem DAR.
Łukasz Robert Włodarczyk – współzałożyciel spółki Silk Road Games, europejskiego dystrybutora gier na licencjonowanym rynku chińskim, objął stanowisko członka zarządu w Big Cheese Studio. Na początku sierpnia SRG nabyła ponad 41 proc. akcji łódzkiego studia, które odpowiada za sukces sprzedażowego hitu – Cooking Simulator. W dalszych krokach planowane są zmiany w radzie nadzorczej oraz zarządzie BCS.
W trakcie swojej kariery zawodowej Łukasz Robert Włodarczyk zdobył szerokie doświadczenie związane z rynkiem finansowym. Pracował m.in. przy transakcjach private equity w Advent International (2010-2011) oraz Mid Europa Partners (2011-2017). Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej (SGH) w Warszawie.
– Dostrzegam duży potencjał w Big Cheese Studio. Jestem przekonany, że przed tą spółką wiele sukcesów i cieszę się, że będę mógł ją wspierać w dążeniu do ich realizacji. Wierzę, że nasza współpraca z zespołem i moje doświadczenie przyczynią się do dalszego wzmacniania pozycji firmy na konkurencyjnym rynku gamedev – mówi Łukasz Robert Włodarczyk, członek zarządu w Big Cheese Studio i współzałożyciel Silk Road Games. – Po uporządkowaniu procesów w spółce, ułożeniu niektórych z nich na nowo, planujemy zmiany w radzie nadzorczej, w której pojawi się wiele znanych nazwisk z branży growej. Widzimy sporo szans dla BCS i chcemy je maksymalnie wykorzystać – dodaje Łukasz Robert Włodarczyk.
Łukasz Robert Włodarczyk doświadczenie związane z rynkiem gamedev zdobył m.in. jako współzałożyciel Silk Road Games. Model biznesowy spółki polega na wprowadzaniu wysokiej jakości gier na rynek chiński poprzez przeprowadzenie procedury dostosowania tytułu do wymagań regulatora chińskiego. Jako członek zarządu w Big Cheese Studio Łukasz Robert Włodarczyk zajmie się zarządzaniem finansami firmy oraz sprawowaniem nadzoru nad jej strategią, w tym potencjalnie projektami M&A.
– Mamy pomysł na rozwój gry Cooking Simulator i jej komercjalizację na dobrych warunkach. Planujemy DLC oraz udostępnienie tytułu w wersji mobilnej. Duże nadzieje wiążemy też ze wznowieniem prac nad drugą odsłoną gry. A to dopiero początek – dodaje Łukasz Robert Włodarczyk.
Od 2015 roku Łukasz Robert Włodarczyk jest aktywnym inwestorem (m.in. w Clochee – jedna z wiodących polskich marek w segmencie kosmetyków naturalnych i w Stella Nutrition – producent suplementów diety i wyrobów medycznych). Od 2017 roku jest aktywny w obszarze niezależnego doradztwa M&A. Na koncie ma kilka transakcji zakończonych sukcesem w tym m.in. sprzedaż SolidBrain (outsourcing IT) do IT Kontrakt czy sprzedaż MML (klinika laryngologiczna) do Medicover.
Polski sektor medyczny przeżywa obecnie dynamiczny rozwój, a jednym z najbardziej obiecujących graczy na rynku jest Advanced Medical Equipment S.A. (AME). Start-up ten, z siedzibą w Polsce, jest twórcą rewolucyjnego urządzenia Diabetomat, które ma szansę stać się przełomem w diagnostyce cukrzycy. Już niedługo AME planuje debiut na rynku NewConnect, co może być kluczowym krokiem w jego globalnej ekspansji.
Cukrzyca, nazywana „epidemią XXI wieku”, dotyka miliony ludzi na całym świecie, a obecne metody monitorowania poziomu glukozy we krwi są nie tylko inwazyjne, ale również uciążliwe dla pacjentów. Diabetomat, opracowany przez AME, ma zmienić tę sytuację. Urządzenie, które swoim wyglądem przypomina telefon komórkowy, pozwala na bezinwazyjne badanie poziomu cukru we krwi, co stanowi ogromny krok naprzód w opiece nad diabetykami.
Diabetomat
Wprowadzenie Diabetomatu na rynek może znacząco podnieść jakość życia pacjentów, zwłaszcza dzieci i osób starszych, które często mają trudności z codziennym stosowaniem tradycyjnych metod pomiaru. Urządzenie ma potencjał, by stać się standardem nie tylko w domach, ale także w szpitalach, szkołach i domach opieki.
Strategia finansowania i plan debiutu
Advanced Medical Equipment S.A. z powodzeniem przeprowadziło trzy rundy finansowania, które przyniosły spółce ponad 3 miliony złotych. Dzięki temu firma jest już wyceniana na ponad 42 miliony złotych, co stanowi solidną podstawę do dalszego rozwoju. Uzyskane środki zostaną przeznaczone na certyfikację medyczną Diabetomatu oraz przygotowanie do produkcji seryjnej.
Debiut na rynku NewConnect, planowany na wrzesień 2024 roku, ma umożliwić firmie pozyskanie kolejnych funduszy i zwiększenie rozpoznawalności na rynku kapitałowym. Prof. Artur Rydosz, prezes AME, podkreśla, że zainteresowanie inwestorów projektem jest duże, co wróży spółce świetlaną przyszłość na giełdzie.
Konkurencja i potencjał rynku
Rynek glukometrów, na którym działa AME, jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów medycznych. Szacuje się, że globalna wartość tego rynku przekroczy 15 miliardów dolarów w ciągu najbliższych pięciu lat. W obliczu rosnącej liczby zachorowań na cukrzycę, potrzeba innowacyjnych rozwiązań staje się coraz bardziej paląca.
Choć na rynku działa już kilka firm opracowujących podobne urządzenia, takich jak niemiecki DiaMonTech czy duński RSP Systems, Diabetomat ma wyróżniać się na tle konkurencji swoją łatwością obsługi i przystępnością cenową. Kluczową przewagą AME może okazać się również unikatowe oprogramowanie, które sprawi, że Diabetomat stanie się powszechnie dostępnym narzędziem diagnostycznym.
Mimo ogromnego potencjału, przed AME stoją liczne wyzwania. Certyfikacja medyczna, produkcja na dużą skalę oraz walka o pozycję na globalnym rynku wymagają nie tylko znacznych nakładów finansowych, ale także czasu i determinacji. Jednak, jeśli spółce uda się zrealizować swoje ambitne plany, Diabetomat może stać się jednym z najbardziej innowacyjnych produktów medycznych XXI wieku.
Advanced Medical Equipment S.A. znajduje się na rozdrożu – z jednej strony ma szansę na globalny sukces, z drugiej musi stawić czoła silnej konkurencji i skomplikowanemu procesowi certyfikacji. Jednak z odpowiednim wsparciem inwestorów i dalszym rozwojem technologii, AME może stać się liderem na rynku medycznym, a Diabetomat produktem, który zmieni życie milionów ludzi na całym świecie.
Diabetomat: Klucz do zmiany globalnej
Cukrzyca dotyka obecnie ponad 400 milionów ludzi na całym świecie, a liczba ta będzie systematycznie rosnąć. Koszty leczenia tej choroby stanowią już dziś 9% wszystkich wydatków zdrowotnych na świecie. Diabetomat, jako narzędzie do szybkiego i bezinwazyjnego monitorowania poziomu glukozy, może stać się kluczem do zmniejszenia tych kosztów i poprawy jakości życia chorych.
Debiut na NewConnect to dla Advanced Medical Equipment S.A. nie tylko szansa na dalszy rozwój, ale także możliwość zmiany globalnej sytuacji zdrowotnej. Jeśli firma zdoła wprowadzić Diabetomat na światowe rynki, może stać się symbolem polskiej innowacyjności i technologicznego przełomu w walce z cukrzycą.
Polacy świętują, rynki giełdowe odrabiają straty. Jak niewiele trzeba, by przejść od widma recesji do miękkiego lądowania. Lokomotywa gospodarcza naszego kontynentu nieco zardzewiała.
Rynki w górę
W naszym kraju trwa długi weekend, więc handel i tym samym płynność jest niemal „martwa”. Nie można tego powiedzieć o rynkach światowych, gdzie trwa w najlepsze odrabianie strat z wyprzedaży z początkowych dni sierpnia. Niemiecki DAX zyskał niemal 1%, a jeszcze bardziej okazale wypadły wyniki na amerykańskim parkiecie, gdzie odnotowano ponad 1,5% wzrosty. Dzisiaj ta świetna passa jest kontynuowana, a na giełdach dominuje kolor zielony. Warto podkreślić, że praktycznie wymazaliśmy spadki z sierpnia. Niewykluczone, że turbulencje, które nawiedziły parkiety za sprawą fatalnego raportu z rynku pracy, idą już w zapomnienie. Tym samym kolejny miesiąc wakacyjny możemy zakończyć na plusie.
Inwestorzy znów w różowych okularach
A teraz przejdźmy do sedna całej tej sytuacji. Tak jak spadki były mocno związane z pojawieniem się widma recesji (w związku z gorszymi wskaźnikami dotyczącymi amerykańskiego rynku pracy), tak i teraz wzrosty są konsekwencją oddalenia się tego scenariusza. Na bazowy rozwój wydarzeń wysuwa się teraz miękkie lądowanie gospodarki USA. Wystarczyło tak naprawdę niewiele, można powiedzieć, że do wyciągnięcia tego wniosku wykorzystano dwie pozycje makro. W relacji m/m mocno wzrosła sprzedaż detaliczna w Stanach. Wynik 1% zaskoczył mocno analityków, którzy oczekiwali poziomu 0,4%. Drugim pozytywem okazała się liczba nowych zasiłków dla bezrobotnych, dużo niższa od prognoz – 227 tys. vs 235 tys. Inwestorzy szybko więc doszli do wniosku, że wizja recesji była przesadzona, a w gospodarce nie jest wcale tak źle, jak mogło się wydawać. Patrząc na rynek FX, a szczególnie parę EUR/USD, większego wpływu ostatnich wydarzeń nie widać, jednak na parkietach giełdowych powiew optymizmu jest mocno widoczny.
Kiepska informacja dla Polski
Choć można mówić o tym, jak to dobrze wygląda sytuacja w USA, to – jeśli spojrzymy na lokomotywę gospodarczą Europy, bądź co bądź największą gospodarkę tego kontynentu – zauważymy spore problemy. Analitycy cały czas obniżają perspektywy wzrostu. Na ten rok mowa jest już o raptem 0,1%, w przyszłym roku ma być lepiej (1,1%). Można powiedzieć, że z taką „przerdzewiałą lokomotywą” strefa euro daleko nie zajedzie. Na szczęście, choć można być tym faktem nieco zaskoczonym, motorami napędowymi stały się niemal już zwyczajowo mające problemy kraje południa. To włoska gospodarka ma się rozwijać w tempie 0,8%, a jeszcze okazalej wyglądać ma hiszpańska z wynikiem 2,6%. Tak kiepskie informacje od naszych zachodnich sąsiadów nie są dobre dla Polski, gdyż Niemcy nadal są naszym głównym partnerem handlowym. Póki co EUR/PLN schodzi poniżej 4,2750.
Autor: Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Walutomat.pl
15 sierpnia był w Polsce oraz kilku innych europejskich państwach dniem wolnym. Jednak rynki działały. W USA dostaliśmy w środę i czwartek pakiet bardzo ważnych danych – od inflacji, przez sprzedaż detaliczną, aż po produkcję przemysłową. Ważne odczyty pokazali też Brytyjczycy.
Inflacja w USA
Dane o inflacji zaskoczyły rynki. Odczyt wyniósł symboliczne 0,1% poniżej oczekiwań, więc nie jest to powalająca różnica (prognozy 3%, odczyt 2,9%). Jeżeli dołożymy do tego fakt, że dzień wcześniej inflacja producencka spadła o 0,1%, to te dane nie powinny wcale zaskakiwać. Nie powinny, a zaskoczyły. Doszło do przeceny dolara względem euro do najniższych poziomów od przełomu grudnia i stycznia. Osłabieniu dolara towarzyszyła oczywiście zwiększająca się szansa na obniżki stóp procentowych we wrześniu o 0,5%, a nie o 0,25%, co jeszcze niedawno było dominującym scenariuszem.
Czwartkowe dane z USA
Po słabszych danych w środę przyszedł dużo lepszy czwartek. Dzień wolny 15 sierpnia to domena kilku krajów europejskich, a nie USA. Tam rynek działał i zobaczyliśmy potężny pakiet danych. Sprzedaż detaliczna rosła w lipcu o 0,4%, a nie o 0,1%, jak oczekiwano. Do tego niższe od prognoz okazały się wyniki wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, przywracając sceptykom wiarę w amerykański rynek pracy. Neutralnie dane z indeksów koniunktury przeszły bez większego echa. Później w ciągu dnia zobaczyliśmy co prawda słabszą od oczekiwań produkcję przemysłową, ale pierwszy pakiet danych okazał się wystarczający do tego, abyśmy zobaczyli korektę na dolarze. W rezultacie znów jesteśmy poniżej ważnej bariery dolara i dziesięciu centów za jedno euro. Wracamy również do oczekiwań pojedynczej obniżki stóp na wrześniowym posiedzeniu.
Dane z Wysp
Czwartek pokazał nam również dwa ważne odczyty z Wielkiej Brytanii. Z jednej strony zobaczyliśmy wyniki produkcji przemysłowej. Co prawda spada ona w skali roku o 1,4%, co pozornie jest złym wynikiem, ale analitycy spodziewali się spadku o 2,2%, więc to jednak dobry sygnał. Do tego poznaliśmy PKB. Tutaj wynik był mniej więcej neutralny i zgodny z oczekiwaniami. Mniej więcej, bo w wyniku zaokrągleń większość danych odpowiadało przewidywaniom, ale roczne PKB po zaokrągleniu w dół znalazło się o 0,1% poniżej oczekiwań. Po tych danych kurs funta szedł jednak wyraźnie w górę. Jak widać, przy odpowiednio niskich oczekiwaniach, nawet takie dane mogą być pozytywne.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Polska – inflacja bazowa,
16:00 – USA – Raport Uniwersytetu Michigan.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
W pierwszym półroczu 2024 roku ROBYG z Grupy TAG Immobilien zanotował przychody ze sprzedaży na poziomie 705 mln zł, podczas gdy marża brutto ze sprzedaży przekroczyła 158 mln zł. EBIT wyniósł około 114 mln zł, a wynik netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 107 mln zł.W 2024 roku Grupa TAG planuje sprzedaż na poziomie 2700 mieszkań oraz zwiększenie portfela lokali na wynajem o 1000 nowych mieszkań. Ponadto Grupa rozbudowuje bank ziemi, który obejmuje potencjał budowy około 25.000 lokali w całej Polsce i szuka możliwości inwestycyjnych w nowe grunty.
W H1 2024 ROBYG podpisał 1249 umów przedwstępnych i deweloperskich oraz dodatkowo 409 umów rezerwacyjnych, które zostaną sfinalizowane jako deweloperskie wkrótce. Grupa TAG podpisała łącznie 1497 umów przedwstępnych i deweloperskich oraz 409 umów rezerwacyjnych. ROBYG zrealizował i rozpoznał w przychodach 1100 lokali, Grupa TAG zrealizowała i przekazała 1540 lokali, z czego 1330 lokali zostało przekazanych klientom, a 212 lokali wprowadzono na wynajem. Łącznie w H1 2024 roku Grupa TAG w Polsce miała w budowie około 4100 mieszkań i lokali komercyjnych. Portfolio mieszkań na wynajem Grupy wyniosło ok. 2600 lokali na koniec H1 2024.
„Wyniki pierwszego półrocza potwierdzają, że nasze cele założone na cały 2024 rok są jak najbardziej realne. Niezależnie od programów rządowych popyt na mieszkania w Polsce będzie utrzymywał się przez kolejne lata. Mamy w budowie około 3900 mieszkań, planujemy też nowe projekty i etapy na ok. 5000 mieszkań. Cały czas powiększamy bank ziemi – w czerwcu zainwestowaliśmy w duże grunty w Warszawie i Gdańsku, obecnie nasz bank ziemi jest jednym z największych wśród deweloperów działających na polskim rynku i obejmuje potencjał budowy ponad 25.000 lokali. Wprowadzamy cały czas nowe inwestycje do sprzedaży i chcemy zwiększać udziały rynkowe – umacniając pozycję jednego z liderów wśród deweloperów mieszkaniowych w Polsce. Na rynku widzimy pozytywne trendy – niższa inflacja, środki płynące z UE oraz ustabilizowana gospodarka pozwalają zakładać, że popyt na mieszkania będzie rosnąć. Niestety nadal podaż jest niska – brakuje mieszkań, zwłaszcza w Warszawie, gdzie zainteresowanie zakupem jest największe. To wynik zbyt wolnych procedur administracyjnych – które trzeba zdecydowanie przyspieszyć” – wskazał Oscar Kazanelson, przewodniczący rady nadzorczej ROBYG i Vantage.
W czerwcu 2024 roku Grupa TAG Immobilien – do której należy ROBYG i Vantage – zainwestowała 390 mln zł w bank ziemi w całej Polsce. W pierwszym półroczu 2024 roku Grupa TAG w Polsce miała w budowie około 3900 mieszkań i lokali komercyjnych.
„Mamy mocną, stabilną pozycję w Polsce – jesteśmy jednym z najbardziej uznanych i wiarygodnych inwestorów. Cały czas zwiększamy swój obszar działania i szukamy kolejnych gruntów w aglomeracjach, w których działamy: Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi i Trójmieście. W tym roku zainwestowaliśmy ponad 400 mln zł w bank ziemi rozszerzając nasz potencjał budowlany do ponad 25.000 mieszkań i planujemy kolejne zakupy gruntów. Chcemy intensywnie rozwinąć naszą działalność w Łodzi – gdzie widzimy ogromny potencjał rynku nieruchomości mieszkaniowych, ponadto analizujemy możliwości w każdym większym mieście w Polsce. Naszym celem jest zbudowanie mocnego, dużego portfela gruntów – już dziś mamy jeden z największych banków ziemi wśród deweloperów w Polsce, ze świetnymi lokalizacjami. W wielu miastach widzimy ogromny potencjał dla zagospodarowania przestrzeni miejskich i dostarczania ciekawej oferty mieszkaniowej przez deweloperów” – powiedział Eyal Keltsh, prezes zarządu ROBYG i Vantage.
W 2023 roku Grupa ROBYG zanotowała przychody ze sprzedaży na poziomie 1,8 mld zł, podczas gdy marża brutto ze sprzedaży przekroczyła 460 mln zł. EBIT wyniósł około 460 mln zł, a wynik netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 370 mln zł. W 2023 roku Grupa ROBYG podpisała 2800 umów przedwstępnych i deweloperskich oraz dodatkowo 680 umów rezerwacyjnych, a także przekazała około 3360 lokali. Łącznie Grupa TAG w Polsce sprzedała 3600 lokali mieszkalnych i komercyjnych, zrealizowała i przekazała 4300 lokali, z czego 3800 lokali zostało przekazanych klientom, a 500 wprowadzono na wynajem.
Creotech Instruments, notowany na GPW wiodący producent satelitów i systemów satelitarnych, ogłosił oficjalną datę startu misji EagleEye. Największy polski satelita zostanie wystrzelony już 16 sierpnia, około godz. 20:19 polskiego czasu. Termin ten został wyznaczony przez firmę SpaceX, dostawcę usługi wystrzelenia. EagleEye zostanie wyniesiony na orbitę okołoziemską na rakiecie Falcon- 9 z bazy Vandenberg w Kalifornii, w ramach misji Transporter-11. Separacja polskiego satelity planowana jest na godz. 21.38 naszego czasu.
Grzegorz Brona, prezes Creotech Instruments
– Po wielu latach pracy nad systemem satelitarnym HyperSat, na którym bazuje pierwszy polski duży satelita, nadchodzi kluczowy moment. Rakieta Falcon 9 umieści EagleEye w przestrzeni kosmicznej.Jest to moment, na który czekaliśmy od dawna wraz z całą polską branża kosmiczną. Start rakiety odbędzie się z bazy Vanderberg w Kalifornii i będzie można go oglądać w przygotowywanej transmisji online. Dla mnie osobiście będzie to wydarzenie bardzo specjalne. 12 lat temu, gdy powstawał Creotech Instruments S.A. zapowiedzieliśmy, że firma za cel obrała sobie uzyskanie zdolności do projektowania i produkcji w pełni polskich satelitów. Wtedy nikt w to nie wierzył. A teraz, po wybudowaniu laboratoriów, zaplecza produkcyjnego, a przede wszystkim przyciągnięciu do Creotech doskonałych ludzi, na których barkach spoczęła misja budowy EagleEye, jesteśmy gotowi. – mówi Grzegorz Brona, prezes zarządu Creotech Instruments SA.
EagleEye to największy i zarazem najbardziej zaawansowany w historii naszego kraju mikrosatelita, zbudowany przez Creotech Instruments, przy zaangażowaniu rodzimych firm. Jego waga wynosi ok. 55 kg, co odpowiada łącznej masie wszystkich polskich satelitów, które powstały od początku naszego udziału w eksploracji kosmosu. To przełomowy projekt dla całego polskiego sektora kosmicznego i równocześnie istotny krok w rozwoju narodowych kompetencji w zakresie projektowania, budowy, integracji oraz wynoszenia małych satelitów.
EagleEye jest oparty na autorskiej platformie HyperSat, która już teraz stanowi kluczowy element szeregu projektów na szczeblu krajowym i europejskim. Satelita został wyposażony w teleskop optyczny polskiej firmy Scanway, który umożliwia wykonywanie zdjęć powierzchni Ziemi w pasmach widzialnym (VIS) i bliskiej podczerwieni (NIR) oraz komputer instrumentu opracowany przez Centrum Badań Kosmicznych PAN.
Misja rozpocznie się od umieszczenia EagleEye na orbicie ok. 510 km, skąd nastąpi manewr zejścia satelity na bardzo niską orbitę (VLEO – ang. Very Low Earth Orbit) o wysokości ok. 350 km z wykorzystaniem silnika jonowego. Tam też nastąpi sprawdzenie możliwości jego operowania i obrazowania Ziemi. Inżynierowie Creotech Instruments będą nadzorować całą misję z Mission Operations Center, które mieści się w siedzibie Spółki w Warszawie.
Wystrzelenie największego i najbardziej zaawansowanego polskiego satelity odbędzie się z bazy Vandenberg Space Force Base w Kalifornii. Nastąpi to za pośrednictwem rakiety Falcon 9 należącej do firmy SpaceX Elona Muska.
Falcon 9, SpaceX
Creotech do tej pory zrealizował ponad 50 projektów kosmicznych, natomiast spółka na bieżąco stara się dywersyfikować działalność poprzez udział w szeregu różnych przedsięwzięciach. Do najbliższych zaliczyć można projekt PIAST, który przewiduje na 2025 r. gotowość do wystrzelenia konstelacji trzech satelitów o rozdzielczości rzędu 5 metrów. Wartość projektu opiewa na ok. 15 mln EUR. Niedawno zakończono przegląd CDR i tym samym ukończono II jego etap. Pod koniec lipca br. Europejska Agencja Kosmiczna wybrała Creotech do zaprojektowania sześciu sond kosmicznych odpornych na radiację, które będą częścią misji naukowej „Plasma Observatory”. Jest to pierwsza misja naukowa klasy M, w której polska firma pełni rolę dostawcy całych sond kosmicznych.
Inflacja CPI w USA w lipcu wyniosła 2,9 proc. r/r. Wskaźnik w ujęciu rocznym po raz pierwszy od marca 2021 r. spadł poniżej 3 proc. Konsensus rynkowy wynosił właśnie 3 proc. r/r. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 0,2 proc. Inflacja bazowa z kolei wyniosła 3,2 proc. r/r.
Inflacja zmierza do celu wyznaczonego przez FED. Obserwujemy także oznaki przesilenia na amerykańskim rynku pracy, gdzie stopa bezrobocia niespodziewanie wzrosła do 4,3 proc. Połączenie pierwszych oznak problemów na rynku pracy i względnie niskiej inflacji staje się solidnym argumentem dla rozpoczęcia cyklu obniżek.
Wrześniowa obniżka jest już praktycznie przesądzona. Pytaniem pozostaje nie to, czy obniżki się rozpoczną, tylko w jakiej skali. Scenariuszem bazowym jest obniżka o 25 pb, jednak nie wykluczamy również ruchu o 50 pb.
Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski
Wydarzeniem dnia, jak i całego tygodnia, miał być odczyt amerykańskiej inflacji. Poza tym dostaliśmy serię odczytów o PKB z europejskich gospodarek. Złoty znów na kluczowych poziomach.
Pękła przeklęta trójka
Dane o inflacji w Stanach – mimo że wyczekiwane równie mocno, jak reakcja Iranu na poczynania Izraela – ostatecznie nie zawładnęły sercami inwestorów. Główny odczyt okazał się niższy od oczekiwań analityków i wreszcie udało się złamać tę przeklętą trójkę z przodu (wyniosła 2,9%). Reakcje na wykresach pokazują jednak, że inwestorzy, zwłaszcza po wczorajszych PPI, mieli chrapkę na znacznie więcej niż dostali. Na eurodolarze obserwowaliśmy bujnięcie w jedną stronę, bujnięcie w drugą, by ostatecznie wrócić do punktu wyjścia. Po tym, jak opadł kurz, kurs raczej myśli o zejściu w dół, co potwierdza tezę o lekkim zawodzie. Jest to też ten słabszy scenariusz dla złotego, który po tym, jak kolejny raz doszedł do ważnych poziomów, prawdopodobnie przejdzie do defensywy.
Szału nie ma
Dodatkowo dzisiaj Eurostat zebrał wszystkie opublikowane do tej pory odczyty dotyczące dynamiki PKB w drugim kwartale tego roku. To, co od razu rzuca się w oczy, to ewidentny wyścig żółwi. Zaledwie pięciu gospodarkom udało się osiągnąć pułap co najmniej 2%, z czego ledwie dwie z nich są w strefie euro. To dokładnie tyle samo ile osiągnęło ujemny wynik, przy czym w tym gronie we wszystkich państwach płaci się wspólną walutą. Z dużych gospodarek strefy tylko Hiszpanie mają powód do zadowolenia, udało im się wykręcić wzrost na poziomie 2,9%. Na drugim biegunie są oczywiście Niemcy, którzy znowu są pod kreską. Wyniki zbiorcze wynoszą 0,6% rdr dla krajów z euro oraz 0,8% dla całej Unii. Dla nas pozytywem niewątpliwie jest fakt, że stoimy na czele tego marnego konkursu z wynikiem 4%. A przecież jeszcze kilka dni temu premier Tusk narzekał, że bez pomocy RPP nie uda się nam „realizacja ambitnego zadania, jakim jest jeden z największych wzrostów w Europie”.
Skąd ten wynik?
Te 4% to wynik po tak zwanym odsezonowaniu, rezultat bez oczyszczenia to 3,2%. I ta miara wydaje się dzisiaj szczególnie ciekawa. Analitycy spodziewali się, że gospodarka wzrośnie o 2,8%, a to oznacza błąd na poziomie 0,4 p.p. To dużo, rzadko się zdarza, by analitycy mylili się aż tak bardzo. Ten błąd bierze się przede wszystkim ze zmian, jakie wprowadzają ośrodki statystyczne w metodologii liczenia. Ich efektem jest rewizja wyników z ostatnich 9 kwartałów.
W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu. Głównymi siłami napędowymi naszej gospodarki okazały się podwyżki płac oraz impuls fiskalny. Pierwszy czynnik w dłuższym terminie będzie raczej kotwicą niż paliwem. A drugi to pójście na skróty, przy czym jest nie do utrzymania w perspektywie procedury nadmiernego deficytu. Dlatego nie jest tak źle, jak jeszcze niedawno wszyscy myśleli, ale z hurraoptymizmem też radziłbym uważać.
Autor: Krzysztof Adamczak, analityk walutowy Walutomat.pl
Nadchodzące, dzisiejsze dane dotyczące inflacji konsumenckiej w USA absorbują uwagę inwestorów. Widać to wyraźnie po braku większych reakcji na inne istotne odczyty. Zarówno wyraźnie lepsze PKB z Polski, jak i kolejne słabsze dane z Niemiec przeszły niemal bez echa. W tle spadek stóp procentowych w Nowej Zelandii osłabia tamtejszego dolara.
Lepsze dane z Polski
Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wzrostu produktu krajowego brutto. W ujęciu rocznym PKB wzrosło o 3,2%. Jest to solidny wynik, tym bardziej, że oczekiwania mówiły o 2,8%. Poprawę najlepiej widać w danych kwartalnych: w ciągu trzech miesięcy PKB wzrosło o imponujące 1,5%. Rynek walutowy przyjął to na razie dość spokojnie. Niby możemy zauważyć umocnienie złotego względem dolara, ale problem w tym, że nie widać go w stosunku do euro. Jest to zatem najprawdopodobniej wynik zmian na rynkach globalnych. Wczoraj wieczorem i dzisiaj rano byliśmy świadkami silnego osłabienia dolara względem euro. To właśnie ten ruch tłumaczy 6 groszową przecenę dolara od początku tygodnia, podczas gdy euro staniało w tym czasie zaledwie o 2 grosze.
Niemcy znów pokazują słabe dane
Jeżeli na czymś w ostatnich miesiącach na rynkach można polegać, to są to słabsze dane z niemieckiej gospodarki. Wczoraj zobaczyliśmy odczyt Indeksu Instytutu ZEW. Jeszcze miesiąc temu wynosił on 41,8 pkt. Rynki spodziewały się spadku za lipiec, aczkolwiek oczekiwały 31 pkt, a nie otrzymanych 19,2 pkt. Tak słaby wynik pokazuje, że pesymizm co do kondycji gospodarki za Odrą jest wciąż silny. Rynki początkowo zareagowały osłabieniem euro, po chwili jednak rynek zawrócił i inwestorzy wyraźnie zaczęli kupować euro za dolara. Zdaniem obserwatorów może być to efekt oczekiwania na dzisiejsze dane o inflacji. Powinny one potwierdzić, czego należy się spodziewać na wrześniowym posiedzeniu Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Osłabienie dolara może wskazywać na popularyzację scenariusza obniżki o 0,5%, a nie dotychczas dominującego 0,25%. Oczekiwania te potwierdza niższy od oczekiwań odczyt inflacji producenckiej za oceanem.
Niespodzianka w Nowej Zelandii
Dzisiaj o 4:00 w nocy poznaliśmy decyzję Banku Rezerwy Nowej Zelandii. Był to niespodziewany spadek z poziomu 5,5% na 5,25%. Na komentarz trzeba było zwyczajowo czekać godzinę od decyzji. Warto zwrócić uwagę, że prognozy co do wysokości stóp procentowych w Nowej Zelandii są mocno rozbieżne. Bank centralny prognozuje 3,85% na koniec 2025 roku. Z kolei rynek mówi o zaledwie 3%. To właśnie oczekiwanie dalszych obniżek powoduje, że dolar nowozelandzki jest wyraźnie w odwrocie dzisiaj od wczesnego rana. Cena spadła z 2,37 zł na 2,34 zł.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – inflacja konsumencka.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Przychody ze sprzedaży Grupy wzrosły organicznie o 2,9 procent w pierwszej połowie roku do około 10,8 miliarda euro (o -1,0 procent w ujęciu nominalnym) – wzrost w obu sektorach biznesowych
Zysk operacyjny (EBIT)wzrósł do 1,610 milionów euro (+28,4 procent)
Marża EBIT* również znacznie się poprawiła, osiągając 14,9 procent (+340 punktów bazowych)
Zysk na akcję uprzywilejowaną (EPS)* wzrósł o około jedną trzecią do 2,78 euro, +32,9 procent przy stałych kursach walut
Rachunek przepływów pieniężnych wyniósł około 800 milionów euro
Dalszy postęp w realizacji strategicznego planu rozwoju
Podniesienie prognozy wyników na rok obrotowy 2024 w połowie lipca:
Organiczny wzrost sprzedaży: 2,5 do 4,5 procent (bez zmian)
Skorygowany zwrot ze sprzedaży: 13,5 do 14,5 procent (wcześniej: 13,0 do 14,0 procent)
Skorygowany zysk na akcję uprzywilejowaną (EPS): wzrost w zakresie od +20,0 do +30,0 procent przy stałych kursach walut (wcześniej: +15,0 do +25,0 procent)
Ambicje finansowe średnio- i długoterminowe zostaną osiągnięte już w połowie okresu
Carsten Knobel, prezes zarządu Henkel
W pierwszej połowie 2024 roku Henkel odnotował dobrą organiczną dynamikę sprzedaży oraz bardzo silny wzrost zysków w nadal wymagającym środowisku ekonomicznym. Firma kontynuowała zatem z powodzeniem swoją ścieżkę rentownego wzrostu. – Osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki biznesowe w pierwszej połowie roku. To pokazuje, że nasza strategia jest skuteczna, a nasze działania skoncentrowane na rentownym wzroście przynoszą wymierne sukcesy – powiedział Carsten Knobel, prezes zarządu Henkel
– W pierwszej połowie roku wzrost organicznej sprzedaży oraz poprawa zysków były napędzane przez oba sektory biznesowe. Fuzja naszych działalności konsumenckich zakończyła się sukcesem, a wdrożenie naszych strategicznych działań i inicjatyw miało bardzo pozytywny wpływ na rozwój sprzedaży, marży brutto i zysków. Również w naszej działalności w obszarze klejów, gdzie jeszcze bardziej dostosowaliśmy strukturę organizacyjną do potrzeb klientów, wprowadzone zmiany znacząco przyczyniają się do pozytywnego rozwoju Henkla. Nasz rachunek przepływów pieniężnych był również silny, przewyższając już wysoki poziom z pierwszej połowy 2023 roku. Wszystko to pozwala nam na dalsze, celowe inwestycje w nasz biznes i naszą przyszłość: w marki, technologie i innowacje. Ponadto realizujemy ważne inicjatywy w obszarach zrównoważonego rozwoju i cyfryzacji, aby dalej wzmacniać naszą przewagę konkurencyjną – dodał Carsten Knobel.
– Po dobrych wynikach biznesowych w pierwszej połowie roku jesteśmy pewni, że druga część roku będzie również udana, dlatego w połowie lipca podnieśliśmy naszą prognozę zysków na rok 2024. Realizujemy to, co sobie postawiliśmy za cel i jesteśmy na dobrej drodze do dalszego rentownego wzrostu. To również znajduje odzwierciedlenie w korekcie naszych ambicji finansowych średnio- i długoterminowych: jesteśmy pewni, że osiągniemy cele sprzedaży i zysków już w połowie okresu.
Prognoza wyników Grupy Henkel
17 lipca 2024 r. Henkel podwyższył prognozę wyników na rok obrotowy 2024 w stosunku do prognozy opublikowanej 3 maja 2024 r. Jest to głównie spowodowane wyższymi oczekiwaniami dotyczącymi zysków w sektorze biznesowym Consumer Brands (marki konsumenckie), przy jednoczesnym zwiększeniu inwestycji w marketing w celu wspierania innowacji. Prognoza nadal uwzględnia oczekiwania dotyczące wyższych cen materiałów bezpośrednich w drugiej połowie roku. Henkel spodziewa się teraz następującego rozwoju sprzedaży i zysków na rok obrotowy 2024:
Na poziomie Grupy Henkel nadal spodziewa się organicznego wzrostu sprzedaży w zakresie 2,5 do 4,5 procent w roku obrotowym 2024. W przypadku sektora biznesowego Adhesive Technologies (kleje budowlane i konsumenckie oraz kleje i technologie dla przemysłu) nadal oczekuje się organicznego wzrostu sprzedaży w zakresie 2,0 do 4,0 procent, a w przypadku sektora biznesowego Consumer Brands (marki konsumenckie) między 3,0 a 5,0 procent. Według zaktualizowanej prognozyskorygowany zwrot ze sprzedaży (marża EBIT) Grupy Henkel ukształtuje się w przedziale od 13,5 do 14,5 procent (wcześniej: 13,0 do 14,0 procent). Dla sektora biznesowego Adhesive Technologies (kleje budowlane i konsumenckie oraz kleje i technologie dla przemysłu) nadal oczekuje się skorygowanego zwrotu ze sprzedaży w zakresie od 16,0 do 17,0 procent. Dla sektora biznesowego Consumer Brands (marki konsumenckie) obecnie przewiduje się, że skorygowany zwrot ze sprzedaży wyniesie od 13,0 do 14,0 procent (wcześniej: 12,0 do 13,0 procent). W przypadku rozwoju skorygowanego zysku na akcję uprzywilejowaną (EPS) przy stałych kursach walut Henkel spodziewa się teraz wzrostu w zakresie od +20,0 do +30,0 procent (wcześniej: +15,0 do +25,0 procent).
Rozwój sprzedaży i zysków w pierwszej połowie 2024 roku
W trudnym i wymagającym otoczeniu rynkowym, przychody ze sprzedaży Grupy wyniosły10 813 milionów euro w pierwszej połowie 2024 roku. W ujęciu nominalnym nieznacznie spadły o -1,0 procenta. Po tym, jak na wcześniejsze wyniki negatywnie wpływała sprzedaż działalności w Rosji, Henkel zdołał znowu osiągnąć wzrost nominalnej sprzedaży w drugim kwartale 2024 roku (Q2: 5,496 milionów euro, +3,4 procent). Efekty kursów walutowych obniżyły sprzedaż o -1,9 procenta (Q2: +0,2 procenta). Negatywny wpływ na to miało zbycie działalności w Rosji, a pozytywny niedawno sfinalizowane przejęcia w obu sektorach biznesowych – Seal for Life i Vidal Sassoon. W ujęciu organicznym – czyli skorygowanym o efekty kursowe i przejęcia/zbycia – Henkel osiągnął dobrą dynamikę sprzedaży na poziomie 2,9 procent (Q2: +2,8 procent).
Sektor biznesowy Adhesive Technologies(kleje budowlane i konsumenckie oraz kleje i technologie dla przemysłu) wygenerował dobrą organiczną dynamikę sprzedaży na poziomie 2,0 procent w pierwszej połowie 2024 roku, napędzaną przez obszary Mobility & Electronics (produkty dla branży mobilności i branży elektronicznej) oraz Craftsmen, Construction & Professional (produkty dla branży rzemieślniczej, budowlanej i klientów profesjonalnych) (Q2: +2,6 procent). Sektor biznesowy Consumer Brands(marki konsumenckie) osiągnął bardzo silny organiczny wzrost sprzedaży na poziomie 4,3 procent, do którego przyczyniły się wszystkie obszary działalności (Q2: +3,3 procent). Wzrost sprzedaży w obu sektorach biznesowych był napędzany pozytywnym rozwojem cen. Na poziomie Grupy rozwój wolumenu, który nadal jest pod wpływem zmian w portfolio w Henkel Consumer Brands (marki konsumenckie), wykazał lekko pozytywny trend – zarówno w porównaniu z pierwszą połową 2023 roku, jak i sekwencyjną poprawę w porównaniu z pierwszym kwartałem 2024 roku.
W pierwszej połowie roku organiczny wzrost sprzedaży w regionie Europy wyniósł 1,8 procent (Q2: +1,2 procent). W regionie IMEA Henkel osiągnął znaczący dwucyfrowy organiczny wzrost sprzedaży na poziomie 21,0 procent (Q2: +13,7 procent). Region Ameryki Północnej odnotował organiczny spadek sprzedaży o -1,6 procent (Q2: -0,2 procent). Region Ameryki Łacińskiej odnotował płaski rozwój sprzedaży na poziomie 0,0 procent (Q2: +2,7 procent). Region Azji i Pacyfiku osiągnął organiczny wzrost sprzedaży na poziomie 5,5 procent (Q2: +7,5 procent).
Skorygowany zysk operacyjny (skorygowany EBIT) wzrósł znacząco z 1,254 milionów euro w pierwszej połowie 2023 roku o 28,4 procent do 1,610 milionów euro, głównie w wyniku silnego wzrostu marży brutto.
Skorygowany zwrot ze sprzedaży (skorygowana marża EBIT) Grupy Henkel odnotował bardzo silny wzrost o 340 punktów bazowych z 11,5 procent do 14,9 procent.
Zysk na akcję uprzywilejowaną wzrósł znacząco do 2,46 euro (poprzedni rok: 1,35 euro). Skorygowany zysk na akcję uprzywilejowaną wzrósł o 30,5 procent do 2,78 euro w porównaniu do 2,13 euro w analogicznym okresie poprzedniego roku. Ten znaczny wzrost był głównie spowodowany wzrostem skorygowanego zysku operacyjnego. Przy stałych kursach walut, skorygowany zysk na akcję uprzywilejowaną wzrósł o 32,9 procent.
Wskaźnik kapitału obrotowego netto zmniejszył się o 0,9 punktu procentowego w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku, z 6,1 procent do 5,2 procent.
Wolne przepływy pieniężne osiągnęły 772 miliony euro, co jest wyższym wynikiem niż w pierwszej połowie 2023 roku (749 milionów euro). Jest to głównie związane z wyższym przepływem pieniężnym z działalności operacyjnej.
Na dzień 30 czerwca 2024 roku, pozycja finansowa netto wyniosła -1,440 milionów euro (31 grudnia 2023 roku: 12 milionów euro).
Wyniki sektorów biznesowych w pierwszej połowie 2024 roku
Sektor biznesowy Adhesive Technologies (kleje budowlane i konsumenckie oraz kleje i technologie dla przemysłu) wygenerował przychody ze sprzedaży na poziomie 5,475 milionów euro w pierwszej połowie 2024 roku, co nominalnie jest na tym samym poziomie co w analogicznym okresie poprzedniego roku (Q2: 2,798 milionów euro). W ujęciu organicznym, sprzedaż wzrosła o 2,0 procent (Q2: 2,6 procent). Ten rozwój był napędzany przez komponent cenowy na poziomie +0,2 procent oraz wzrost wolumenu o 1,8 procent. W ten sposób ten sektor biznesowy wykazał poprawę w rozwoju wolumenu w drugim kwartale.
Obszar biznesowy Mobility & Electronics(produkty dla branży mobilności i branży elektronicznej) osiągnął bardzo silny organiczny wzrost sprzedaży na poziomie 5,3 procent (Q2: +6,8 procent). Ten wzrost był wspierany przez wszystkie segmenty działalności, a w szczególności przez działalność w zakresie elektroniki, która odnotowała dwucyfrowy organiczny wzrost sprzedaży w porównaniu do słabego okresu z roku poprzedniego. Obszar biznesowy Packaging & Consumer Goods(produkty dla branży opakowań i towarów konsumpcyjnych) odnotował organiczny spadek sprzedaży na poziomie -0,6 procent (Q2: -1,0 procent). W obszarze Packaging (opakowania) wzrost wolumenu zrekompensował negatywny rozwój cen. Ogólnie rzecz biorąc, działalność Consumer Goods (towary konsumpcyjne) odnotowała lekki spadek w porównaniu do silnego okresu z roku poprzedniego. Obszar biznesowy Craftsmen, Construction & Professional(produkty dla branży rzemieślniczej, budowlanej i klientów profesjonalnych) wygenerował organiczny wzrost sprzedaży na poziomie 1,0 procent (Q2: +1,7 procent), do którego przyczyniły się działalności Construction (produkty dla branży budowlanej) oraz Consumers & Craftsmen (produkty dla konsumentów, branży rzemieślniczej). Działalność General Manufacturing & Maintenance (produkcja ogólna i utrzymanie), z drugiej strony, odnotowała lekki spadek w wyniku słabszego popytu.
Skorygowany zysk operacyjny wzrósł o 21,8 procent do 933 milionów euro w pierwszej połowie 2024 roku w porównaniu do 766 milionów euro w analogicznym okresie poprzedniego roku. Skorygowana rentowność sprzedaży wzrosła znacząco o 310 punktów bazowych do 17,0 procent. Niższe koszty surowców, pozytywne efekty miksu oraz efektywność łańcucha dostaw miały szczególnie pozytywny wpływ na marżę brutto.
Sektor biznesowy Consumer Brands (marki konsumenckie) wygenerował przychody ze sprzedaży na poziomie 5,266 milionów euro w pierwszych sześciu miesiącach 2024 roku (Q2: 2,662 milionów euro), czyli w ujęciu nominalnym niższe o -1,8 procenta niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Tempo wzrostu sprzedaży w ujęciu organicznym wzrosło o 4,3 procent (Q2: +3,3 procent). Ten rozwój był napędzany przez komponent cenowy na poziomie +5,1 procent. Głównie w wyniku trwających działań optymalizacyjnych w portfelu, wolumeny spadły lekko o -0,9 procent. Jednak rozwój wolumenu wykazał sekwencyjną poprawę w drugim kwartale w porównaniu do pierwszego kwartału 2024 roku.
Obszar biznesowy Laundry & Home Care(środki piorące i środki czystości) osiągnął silny organiczny wzrost sprzedaży na poziomie 3,1 procent (Q2: +1,5 procent). Działalność w zakresie Laundry Care (środki piorące) osiągnęła pozytywny organiczny wzrost sprzedaży, głównie napędzany przez dwucyfrowy wzrost kategorii Fabric Care (środki do pielęgnacji tkanin) oraz dobry wzrost sprzedaży w kategorii Fabric Cleaning (środki do prania tkanin). Znaczący wzrost w działalności Home Care (środki czystości) był głównie napędzany przez dwucyfrowy wzrost sprzedaży w kategoriach Dishwashing (środki do zmywania naczyń) i Toilet Care (artykuły sanitarne do toalet). Obszar działalności Hair(produkty do pielęgnacji włosów) osiągnął znaczący organiczny wzrost sprzedaży na poziomie 7,3 procent w pierwszych sześciu miesiącach roku (Q2: +7,7 procent). Segment konsumencki odnotował dwucyfrowy wzrost, głównie napędzany przez kategorię Hair Styling (produkty do stylizacji włosów), która również odnotowała dwucyfrowy organiczny wzrost sprzedaży w tym samym okresie roku poprzedniego. Działalność profesjonalna osiągnęła silny organiczny wzrost sprzedaży. Pozostałe Obszary Biznesowe Consumer Brands (marki konsumenckie) odnotowały dobry organiczny wzrost sprzedaży na poziomie 2,3 procent (Q2: +0,7 procent).
Skorygowany zysk operacyjny wyniósł 753 miliony euro, co stanowi wzrost o 34,8 procent w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Ten wzrost był napędzany przez rozwój cen sprzedaży oraz oszczędności wynikające z utworzenia zintegrowanego sektora biznesowego Consumer Brands (marki konsumenckie), a także działania optymalizacyjne i waloryzacyjne portfela. Skorygowana rentowność sprzedaży wzrosła znacząco o 390 punktów bazowych do 14,3 procent.
Postęp w realizacji priorytetów strategicznych
W pierwszej połowie 2024 roku Henkel kontynuował konsekwentne wdrażanie strategicznych priorytetów swojej agendy celowego wzrostu i osiągnął dobre postępy we wszystkich obszarach.
Fuzja dawnej działalności Laundry & Home Care (środki piorące i środki czystości) oraz Beauty Care (kosmetyki) w sektor biznesowy Consumer Brands (marki konsumenckie), realizowana jest w dwóch etapach i pomyślnie kontynuowana była w pierwszej połowie 2024 roku. Henkel osiągnął kolejne oszczędności w tym procesie. Firma Henkel dąży do uzyskania oszczędności na poziomie 525 milionów euro z obu etapów integracji. Te oszczędności mają zostać w pełni zrealizowane do końca 2026 roku.
W ramach drugiej fazy integracji, która koncentruje się na udoskonaleniu łańcucha dostaw w segmencie biznesowym Consumer Brands (marki konsumenckie), wprowadzono tzw. zasadę 1-1-1 w blisko 30 krajach. Polega ona na lepszej integracji i uproszczeniu procesów logistycznych, zgodnie z zasadą „jedna twarz dla klienta”. Oznacza to: jedno zamówienie, jedna dostawa, jedna faktura. Dodatkowo, sieć produkcji i logistyki została dalej zoptymalizowana i skonsolidowana, na przykład w USA i krajach Europy Wschodniej w dziale Laundry & Home Care (środki piorące i środki czystości). Ogólnie rzecz biorąc, te działania już doprowadziły do ogólnego zmniejszenia złożoności o około 16 procent.
Henkel również bardziej skoncentrował swoje portfolio Consumer Brands (marki konsumenckie). Ostatnio uwaga była skierowana na segment Laundry & Home Care (środki piorące i środki czystości) w Ameryce Północnej.
Aby jeszcze bardziej wzmocnić swoją konkurencyjność, Henkel koncentruje się na silnych innowacjach w atrakcyjnych obszarach biznesowych. Te ponownie przyczyniły się do wzrostu w obu jednostkach biznesowych w pierwszej połowie 2024 roku. W Adhesive Technologies (kleje budowlane i konsumenckie oraz kleje i technologie dla przemysłu) Henkel odpowiada na trend w kierunku bardziej zintegrowanych komponentów motoryzacyjnych, co zwiększa zapotrzebowanie na innowacyjne rozwiązania klejące. Przykładem jest integracja komponentów elektronicznych, które przynoszą duże korzyści dla samochodów, niezależnie od rodzaju napędu. Jednocześnie jest to bardzo złożona dziedzina z bardzo specyficznymi wymaganiami dotyczącymi zarządzania termicznego stosowanych klejów. Henkel jest jednym z nielicznych graczy, którzy wcześnie dostrzegli ten trend i współpracowali z wiodącymi producentami OEM oraz kluczowymi dostawcami w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań. Oczekuje się, że rynek tych zintegrowanych komponentów będzie rósł o ponad 20 procent w ciągu najbliższych kilku lat. W jednostce biznesowej Consumer Brands (marki konsumenckie), bardzo silny organiczny wzrost sprzedaży o ponad 7 procent w segmencie Hair (produkty do pielęgnacji włosów) był napędzany w szczególności przez markę Schwarzkopf – zarówno w segmencie konsumenckim, jak i profesjonalnym. Ten obszar biznesowy odnotował już cztery kolejne kwartały pozytywnego rozwoju wolumenu. Jednocześnie udział w rynku wzrósł o 40 punktów bazowych zarówno w segmencie stylizacji włosów, jak i koloryzacji. Ponadto, ponowne wprowadzenie marki Gliss z nowymi formułami dla 100% mocniejszych włosów zaowocowało dwucyfrowym organicznym wzrostem sprzedaży tej marki w pierwszej połowie roku.
– Jesteśmy bardzo zadowoleni z osiągniętych wyników biznesowych Henkla w pierwszej połowie roku i dumni z postępów, jakie poczyniliśmy w realizacji naszego strategicznego planu rozwoju – powiedział Carsten Knobel. – Dostarczamy to, do czego się zobowiązaliśmy i co zapowiedzieliśmy. I robimy wymierne postępy: w naszych biznesach, w sprzedaży i w wynikach. Zmieniamy firmę Henkel poprzez odważne decyzje na rzecz sukcesu w przyszłości. I dzięki jasnej strategii, jesteśmy na właściwej drodze do dalszego zyskownego wzrostu.
Według szybkiego szacunku PKB w II kwartale 2024 r. zwiększył realnie się o 3,2 proc. r/r wobec spadku o 0,6 proc. w analogicznym okresie 2023 r. Odczyt okazał się pozytywnym zaskoczeniem.
Konsensus rynkowy na II kw. wynosił 2,8 proc. r/r. W II kwartale 2024 r. realny PKB zwiększył się o 1,5 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem.
Dane pokazują, że gospodarka przyspiesza i sukcesywnie się odbudowuje. Wstępny odczyt nie pokazuje jeszcze struktury wzrostu, ale wydaje się, że jest to zasługa konsumpcji, która jest stymulowana przez mocny realny wzrost wynagrodzeń.
Dane ze światowych gospodarek pokazują jednak pewne zagrożenia dla kontynuacji wzrostu gospodarczego. Odczyty PMI w Europie są rozczarowujące, szczególnie słabą kondycję wykazuje gospodarka Niemiec. Obserwujemy także oznaki przesilenia na amerykańskim rynku pracy.
Spowolnienie w największych światowych gospodarkach może negatywnie odbić się na wzroście w Polsce. Wstępne dane pokazują jednak, że jak na razie gospodarka utrzymuje wzrost w niesprzyjającym otoczeniu, a na tle krajów Unii Europejskiej pozostaje on wysoki. W całym 2024 roku oczekujemy wzrostu w okolicach 3 proc.
Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski
W pierwszych sześciu miesiącach br. liczba załatwionych spraw frankowych w sądach okręgowych była o ponad 45% większa niż w analogicznym okresie 2023 roku. Według znawców tematu, wpływ na to miały m.in. takie kwestie, jak nowelizacja k.p.c. oraz rozstrzygnięcia TSUE. Jak podkreślają eksperci, większość sporów kończy się wyrokami, ale zawieranych jest też coraz więcej ugód. Jednak te ostatnie, choć stają się atrakcyjniejsze, nie do końca są korzystną opcją dla wszystkich frankowiczów. Eksperci zwracają uwagę na to, że pojawia się ryzyko zapłaty podatku. Nie brakuje również opinii, że postępowania będą kończyły się szybciej, a w najbliższych miesiącach może zostać załatwionych więcej spraw niż od stycznia do czerwca tego roku.
Z danych z 47 sądów okręgowych wynika, że w I połowie br. załatwiono w nich ok. 35,6 tys. spraw frankowych. To o 45,1% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy takich przypadków było ok. 24,5 tys. Jak komentuje mec. Mikołaj Majcher z Kancelarii MBM Legal, ten wzrost stanowi konsekwencję nowelizacji k.p.c. obowiązującej od połowy kwietnia 2023 roku. Wówczas wprowadzono wyłączną właściwość sądu miejsca zamieszkania kredytobiorcy. W opinii eksperta, istotne są też trzy rozstrzygnięcia TSUE z grudnia ub.r. W nich definitywnie zdecydowano m.in. o kwestii braku możliwości waloryzowania kapitału kredytu, braku podstaw do stosowania prawa zatrzymania czy też o terminie przedawnienia się roszczeń banku.
– Z moich obserwacji wynika, że większość spraw frankowych jest obecnie rozstrzygana wyrokami, ale coraz więcej kończy się też ugodami. Kredytobiorcy są skłonni do zawierania ich, zwłaszcza gdy banki zaczynają oferować bardziej korzystne warunki już po złożeniu pozwu. Widać wyraźnie, że kredytodawcy, chcąc minimalizować straty, coraz częściej też rezygnują z apelacji, co skraca czas trwania postępowań. Ugody te pozwalają na szybkie zakończenie sporu, co jest korzystne dla obu stron – komentuje radca prawny Adrian Goska z Kancelarii SubiGo.
Jak stwierdza radca prawny Agnieszka Dudek z Uniwersytetu WSB Merito, w ostatnim czasie możemy obserwować presję ze strony kredytobiorców na szybkie załatwienie sprawy. Nie chcą już oni czekać na prawomocne rozstrzygnięcie kilku lat. W związku ze wzrostem ilości spraw toczy się też dyskusja, jak usprawnić działanie sądów. Pojawiają się pytania, czy dobrym rozwiązaniem nie byłoby utworzenie odrębnego wydziału, w którym będą zawierane ugody pomiędzy kredytobiorcami a bankami.
– Presja szybkiego zakończenia postępowań jest, ale nie sądzę, żeby ona w jakiś szczególny sposób wzrosła w ostatnim czasie. Z pewnością sędziowie nabrali doświadczenia w prowadzeniu tego typu spraw. Ważne też jest to, że w ostatnich dwóch latach zwiększyła się ilość sędziów, którzy zajmują się takimi sporami. Ponadto część banków zrezygnowała z niemalże obowiązkowego poprzednio zaskarżania niekorzystnych dla siebie decyzji sądów pierwszej instancji. To też pomaga w skracaniu postępowań – analizuje ekonomista Marek Zuber.
Agnieszka Dudek podkreśla, że w większości sądów okręgowych czeka się od roku do kilku lat na wyrok I instancji. Dotyczy to zarówno sytuacji sprzed roku, jak i z tego roku. Natomiast w ostatnich miesiącach jest więcej ugód, więc sprawy, w których strony dochodzą do porozumienia i je podpisują, rozstrzygane są zdecydowanie szybciej. Z kolei mec. Goska dostrzega, że w 2024 roku sprawy frankowe są załatwiane szybciej niż w ub.r. Ekspert podkreśla, że ugoda nie do końca jest korzystna dla wszystkich, szczególnie dla tych frankowiczów, którzy mają duże nadpłaty. Pojawia się bowiem ryzyko, że będą musieli zapłacić podatek. Dzieje się tak, ponieważ banki w ugodzie nie uznają, że umowa jest nieważna i nie traktują zwrotu jako świadczenia nienależnego, tylko jako przychód kredytobiorcy.
– W bardzo małym stopniu proponowane przez banki porozumienia odzwierciedlają korzyści, jakie kredytobiorcy mogą uzyskać z prawomocnego orzeczenia. Z podejścia kredytobiorców decydujących się na zawarcie ugody z bankiem można wywnioskować, że większość z nich wyraża wolę na polubowne rozwiązanie sporu jedynie z uwagi na czas oczekiwania na rozstrzygnięcie ich sprawy – dodaje mec. Majcher.
Na czas trwania postępowania sądowego wpływa przede wszystkim obłożenie sądu i danego sędziego, a także organizacja pracy, co stwierdza adwokat Milena Mocarska z Kancelarii MBM Legal. I przekonuje, że chęć zakończenia sporu przez strony pozostaje bez znaczenia, ponieważ nie mają one wpływu na działanie sądu. Jak zauważa ekspertka, kredytobiorcy zależy na szybkim uregulowaniu jego sytuacji poprzez rozstrzygnięcie sprawy. Z kolei banki przeważnie grają na zwłokę. Jednak ten model zaczyna się odwracać.
– Banki do tej pory raczej starały się możliwie przedłużyć procesy. Obecnie to się zmienia i coraz więcej z nich dąży do szybszego załatwienia sprawy w drodze ugody. Takie podejście i pojawienie się lepszych propozycji ugodowych sprawi, że prawdopodobnie postępowania sądowe będą kończyły się szybciej – mówi Agnieszka Dudek z Uniwersytetu WSB Merito.
Natomiast ekspert z Kancelarii SubiGo spodziewa się w najbliższych miesiącach dalszego wzrostu liczby załatwianych spraw frankowych. Według niego, może być ich więcej niż w pierwszej połowie 2024 roku. To będzie wynikać z dalszych usprawnień w systemie sądownictwa oraz większej liczby sędziów specjalizujących się w tego typu sporach. Kluczowe będzie także dalsze szkolenie samych sędziów i pracowników sądowych, a także promowanie ugód i mediacji. Zmiana podejścia banków do szybszego rozwiązywania sporów również będzie miała znaczenie. W opinii mec. Adriana Goski, dalsze działania legislacyjne i organizacyjne mogą prowadzić do jeszcze większej poprawy sytuacji w zakresie rozstrzygania spraw frankowych.
W dobie cyfryzacji, rola Business Intelligence (BI) i Sztucznej Inteligencji (AI) w nowoczesnym biznesie staje się coraz bardziej znacząca. BI dostarcza narzędzi do zbierania, analizy i wizualizacji danych, umożliwiając firmom podejmowanie lepszych decyzji na podstawie konkretnych informacji. Z kolei AI, wykorzystując zaawansowane algorytmy uczenia maszynowego i przetwarzania języka naturalnego, automatyzuje procesy analityczne oraz odkrywa wzorce, które mogą być niewidoczne dla tradycyjnych metod. W tym artykule przeanalizujemy synergię między BI a AI oraz jej wpływ na rozwój technologii analitycznych.
Ewolucja narzędzi BI
Narzędzia Business Intelligence (BI) przeszły znaczącą ewolucję na przestrzeni lat. Początkowo koncentrowały się na raportowaniu i analizie danych za pomocą statycznych raportów generowanych przez zespoły IT. Tradycyjne podejście polegało na ręcznym przetwarzaniu danych, co było czasochłonne i często ograniczało dostępność aktualnych informacji.
Wraz z postępem technologicznym narzędzia BI stały się bardziej interaktywne i intuicyjne. Nowoczesne systemy oferują dynamiczne dashboardy, analizy w czasie rzeczywistym i możliwość samodzielnej eksploracji danych. Mimo to tradycyjne podejście wciąż miało ograniczenia, takie jak długi czas reakcji na zmiany i zależność od IT. Współczesne narzędzia BI eliminują te problemy, oferując bardziej dostępne i efektywne rozwiązania.
Rola Sztucznej Inteligencji w BI
Sztuczna Inteligencja (AI) to dziedzina technologii obejmująca uczenie maszynowe, przetwarzanie języka naturalnego (NLP) i automatyzację procesów. Uczenie maszynowe umożliwia systemom uczenie się na podstawie danych, NLP pozwala na analizę tekstów i mowy, a automatyzacja procesów wspiera wykonywanie rutynowych zadań bez ingerencji człowieka.
W kontekście BI, AI znacząco poprawia wydajność i dokładność narzędzi analitycznych. Automatyzując analizę danych, AI pozwala na szybsze generowanie raportów i identyfikację wzorców, które mogą być trudne do wykrycia tradycyjnymi metodami. Dzięki temu organizacje mogą podejmować bardziej precyzyjne decyzje i lepiej rozumieć złożone dane. Kluczowa jest tutaj jakość danych, które są wykorzystywane do projektów AI, o czym więcej można przeczytać w ebooku: https://marketing.astrafox.pl/ebook-jakosc-danych-w-erze-sztucznej-inteligencji
Przykłady zastosowań AI w BI
Automatyzacja analizy danych i generowanie raportów: AI umożliwia automatyczne przetwarzanie dużych ilości danych, przyspieszając analizę i generowanie szczegółowych raportów. Dzięki temu organizacje mogą szybciej reagować na zmieniające się warunki rynkowe.
Predykcyjne modele analityczne: sztuczna inteligencja wykorzystuje modele predykcyjne do prognozowania przyszłych trendów na podstawie historycznych danych. Te modele pomagają firmom przewidywać zachowania konsumentów, popyt na produkty oraz ryzyka finansowe, co umożliwia lepsze planowanie strategiczne.
Analiza sentymentu i emocji: AI analizuje dane klientów, takie jak recenzje, komentarze w mediach społecznościowych i opinie, aby zrozumieć ich sentyment oraz emocje. Pozwala to firmom lepiej dostosować produkty i usługi do oczekiwań klientów oraz zwiększyć ich satysfakcję.
Korzyści z integracji BI z AI
Integracja Business Intelligence (BI) z Sztuczną Inteligencją (AI) przynosi liczne korzyści, w tym:
Zwiększona precyzja i szybkość analizy danych: sztuczna inteligencja automatyzuje procesy analizy, umożliwiając szybsze przetwarzanie danych i generowanie dokładniejszych wyników. To pozwala firmom na szybsze reagowanie na zmiany rynkowe i lepsze podejmowanie decyzji.
Uproszczony dostęp do zaawansowanych analiz: Narzędzia AI integrujące się z BI sprawiają, że nawet użytkownicy bez wiedzy technicznej mogą korzystać z zaawansowanych analiz. Umożliwia to szerszy dostęp do danych i spostrzeżeń na różnych poziomach organizacji.
Przykłady sukcesu: Firmy takie jak Amazon i Netflix z powodzeniem wykorzystują integrację BI z AI do personalizacji ofert, prognozowania zachowań klientów oraz optymalizacji operacji logistycznych. Te przykłady pokazują, jak integracja tych technologii może prowadzić do zwiększenia konkurencyjności i efektywności operacyjnej.
Przyszłość integracji BI z AI
Przyszłość integracji Business Intelligence (BI) z Sztuczną Inteligencją (AI) zapowiada dynamiczny rozwój technologiczny, który znacząco wpłynie na branżę. Prognozy wskazują na dalsze ulepszanie narzędzi analitycznych, które będą jeszcze bardziej automatyzować i usprawniać procesy biznesowe. AI będzie odgrywać kluczową rolę w automatycznym generowaniu wniosków z danych oraz przewidywaniu przyszłych trendów z jeszcze większą precyzją.
Nowe trendy, takie jak zastosowanie technologii AR/VR do wizualizacji danych, rozwój zaawansowanych algorytmów uczenia maszynowego oraz rosnąca popularność analizy emocjonalnej i behawioralnej, mogą otworzyć nowe możliwości. Wzrost zainteresowania etyką AI i transparentnością danych również wpłynie na kształtowanie standardów w tej dziedzinie. W miarę jak AI będzie coraz bardziej zintegrowana z BI, możemy spodziewać się coraz bardziej spersonalizowanych i kontekstowych analiz, które ułatwią podejmowanie decyzji biznesowych.
Podsumowanie
Integracja Business Intelligence (BI) z Sztuczną Inteligencją (AI) przynosi liczne korzyści, takie jak zwiększona precyzja i szybkość analizy danych oraz łatwiejszy dostęp do zaawansowanych analiz dla użytkowników biznesowych. Przyszłość tych technologii będzie się koncentrować na dalszym automatyzowaniu procesów i personalizowaniu analiz. Nowe trendy, takie jak wykorzystanie AR/VR, rozwój algorytmów uczenia maszynowego oraz analiza emocji, otwierają nowe możliwości i wyzwania. Firmy, które z powodzeniem łączą BI z AI, zyskują przewagę konkurencyjną, co pokazuje, jak kluczowe staje się to połączenie w nowoczesnym biznesie. Więcej w tym temacie możesz przeczytać tutaj.
Decyzja o rozpoczęciu studiów MBA to krok, który może diametralnie zmienić Twoją karierę. MBA, czyli Master of Business Administration, to jeden z najbardziej prestiżowych tytułów w świecie biznesu, otwierający drzwi do wielu możliwości zawodowych. Chcesz zdobyć wiedzę i umiejętności niezbędne do objęcia stanowiska kierowniczego lub menedżerskiego? Wybierz jeden z kierunków studiów MBA z naszego rankingu.
Zdobądź tytuł MBA – dlaczego te studia podyplomowe to dobry wybór?
Studia MBA są skierowane do osób, które chcą poszerzyć swoją wiedzę z zakresu zarządzania, marketingu, finansów oraz innych kluczowych obszarów biznesowych. Zarówno aspirujący, jak i wieloletni menedżerowie wybierają program MBA z kilku powodów: chcą podnieść swoje kompetencje, zdobyć nowe umiejętności oraz spełnić jeden z wymogów uprawniających do zasiadania w radzie nadzorczej spółki z udziałem Skarbu Państwa zgodnie z ustawą z dnia 16 grudnia 2016 r. o zasadach zarządzania mieniem państwowym (Dz.U. 2016 poz. 2259).
Słuchacze prestiżowych studiów podyplomowych mogą również rozwijać swoje umiejętności menedżerskie w konkretnych branżach, takich jak IT, prawo, ochrona zdrowia, energetyka czy zarządzanie. Taką możliwość daje Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego, która oferuje autorskie programy dostosowane do wybranych specjalizacji. Brzmi zachęcająco? Sprawdź ofertę studiów MBA w WSKZ.
Studia MBA – ranking TOP 3
Jeśli chcesz zdobyć tytuł MBA, to poniższe studia podyplomowe są najlepszą inwestycją.
MBA IT
Studia MBA IT – jak wskazuje sama nazwa – są adresowane do obecnych i przyszłych menedżerów w dynamicznie rozwijającej się branży technologii informatycznych. W ciągu 2 semestrów słuchacze zdobywają wiedzę z zakresu cyfrowej transformacji, metod i narzędzi zarządzania projektami informatycznymi czy prawa nowoczesnych technologii.
MBA dla kadry medycznej
Wiążesz swoją przyszłość z ochroną zdrowia? Zapisz się na studia MBA dla kadry medycznej, dzięki którym poznasz aktualne zagadnienia z dziedziny zarządzania. W programie znajdziesz np. prawo w ochronie zdrowia, finanse w sektorze ochrony zdrowia czy zarządzanie jakością w podmiotach leczniczych.
MBA dla prawników
Jeśli masz wyższe wykształcenie prawnicze i chcesz zdobyć praktyczne umiejętności menedżerskie, to studia MBA dla prawników są strzałem w dziesiątkę. Ich program obejmuje między innymi nowe technologie w praktyce prawniczej, zarządzanie relacjami z interesariuszami, psychologię w biznesie czy analizę strategiczną przedsiębiorstwa.
Inne programy MBA – na te studia podyplomowe zapiszesz się w WSKZ
Oferta MBA w WSKZ obejmuje nie tylko powyższe studia podyplomowe, ale także wiele innych, równie prestiżowych kierunków dla osób, które chcą zdobyć świadectwo z zakresu Master of Business Administration. Do wyboru masz np. Executive MBA, International MBA, MBA dla inżynierów, MBA finanse, MBA HR, MBA nowoczesna logistyka i zarządzanie łańcuchem dostaw, a nawet DBA, czyli Doctor of Business Administration.
Wczoraj rynkowe nastroje polepszyły się na skutek publikacji inflacji producenckiej z USA. Amerykańskie akcje zyskały a wzrostom przewodził indeks technologiczny. Rentowności długu USA obniżyły się a dolar stracił na wartości. Wczorajsza dane PPI wzmocniły oczekiwania na co najmniej 25-punktową obniżkę stóp procentowych przez Fed we wrześniu. Indeks VIX spadł do 18,1 po tym, jak w miniony poniedziałek osiągnął w ciągu dnia prawie 66 punktów. Dziś inwestorzy poznają raport CPI.
Pozytywna reakcja rynkowa po danych PPI wynikała także z oczekiwań, że dzisiejsza inflacja CPI może również zaskoczyć niższym wynikiem. Widać, że rynek szuka pozytywnych wiadomości po ostatnim gwałtownym wzroście zmienności w minionym tygodniu. Obecnie kontrakty Fed Funds Futures w pełni wyceniają cięcie o 25 pb we wrześniu i dają ok 60 proc. szans na cięcie o 50 pb.
Wracając do danych, wczorajsze wartości wskaźników PPI pokazały niższe wartości zarówno w zestawieniu do poprzednich wartości jak i do prognoz. W ujęciu miesięcznym PPI urósł o 0,1 proc. a w relacji rok do roku o 2,2 proc. Bazowy indeks względem czerwca nie zmienił się a w ujęciu rok do roku wzrósł o 2,4 proc. Rynek z pewnością wziął pod uwagę niższe ceny usług.
Wczoraj pojawił się komentarz ze strony Bostica z oddziału Fed w Atlancie, który wciąż czeka na więcej argumentów dezinflacyjnych, zanim poprze on w pełni redukcję kosztu pieniądza we wrześniu. Z kolei pierwszą opinię na temat ostatnich danych NFP, procesów inflacyjnych czy ogólnie polityki monetarnej ze strony Jeromego Powella usłyszymy dopiero podczas Sympozjum bankierów centralnych w Jackson Hole (22-24 sierpnia).
Amerykańskie indeksy giełdowe zareagowały pozytywnie czego dowodem jest wzrost Nasdaq Composite aż o 2,4 proc. Zwyżkował również Dow Jones (+1 proc.) oraz Sp500 (+1,7 proc.). Wzrost oczekiwań na obniżki stóp w USA został również zobrazowany przez spadek rentowności amerykańskich obligacji na krótki jak i długim końcu krzywej dochodowości. Z kolei dolar zareagował osłabieniem, co jest w pełni zrozumiałym zachowaniem głównej waluty świata. Mogliśmy zaobserwować wzrost zmienności głównej pary walutowej, która przez ostatnie dni konsolidowała się. Notowania ponownie zbliżyły się do 1,10.
Dane inflacyjne z USA i słabość dolara i dobre nastroje na giełdach wspierają naszą walutę. Złoty przez cały dzień ulegał aprecjacji. Kurs USD/PLN spadł poniżej 3,90 a EUR/PLN pod 4,2850. Złoty może reagować na dzisiejsze dane o PKB oraz CPI.
Ostateczny odczyt inflacji w lipcu 2024 r. wyniósł 4,2 proc. w ujęciu r/r. Wzrost cen spowodowany był głównie częściowym odmrożeniem kosztów energii od 1 lipca.
Aktualne dane utwierdzają w przekonaniu, że dynamika wzrostu cen do końca roku będzie wolniejsza od wcześniejszych prognoz, a szczytowy poziom powinien zostać osiągnięty z początkiem przyszłego roku.
Wysokość inflacji w punkcie kulminacyjnym będzie zależeć głównie od wdrożonych działań osłonowych na 2025 r., wtedy również przyspieszy rozmowa o obniżkach stóp procentowych w zależności od tempa spadku inflacji.
Jan Karczewski, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych Michael / Ström Dom Maklerski
Prognozowane ożywienie na rynku inwestycyjnym potwierdzają wyniki drugiego kwartału 2024 roku. Łączna wartość inwestycji w nieruchomości komercyjne w Polsce wyniosła w tym czasie ponad 1,3 mld EUR i była najwyższą kwartalną wartością od ponad roku. Największy udział w strukturze transakcji przypadł sektorowi biurowemu – 46%.
Całkowity wolumen transakcji w pierwszej połowie 2024 roku wyniósł 1,8 mld EUR i był 80% większy od analogicznego okresu w roku poprzednim.
Większą aktywność inwestorów można zauważyć również w innych krajach regionu. Wolumen transakcji inwestycyjnych w Polsce, Czechach i Rumunii w pierwszej połowie roku osiągnął blisko 3 mld EUR, co na tym etapie oznacza 75% całkowitej wartości odnotowanej w całym 2023 roku.
„Widoczna obecnie poprawa nastrojów na rynku inwestycyjnym jest związana silną kondycją polskiego rynku nieruchomości oraz pozytywnymi wskaźnikami makroekonomicznymi, zwłaszcza jeśli chodzi o obniżki stóp procentowych przez banki centralne. Europejski Bank Centralny obniżył stopy procentowe w czerwcu, a kilka dni temu na podobny krok zdecydował się Bank Anglii. Oczekuje się, że amerykański Fed zacznie redukcję stóp procentowych jeszcze w tym roku, co powinno dalej poprawić nastroje na rynku inwestycyjnym i zwiększyć płynność w drugiej połowie 2024 roku,”–komentuje Dorota Lachowska, dyrektor działu badań rynku w Knight Frank.
„Sprzyjające warunki i stabilizująca się sytuacja makroekonomiczna w Polsce zachęcają inwestorów instytucjonalnych do powrotu. W pierwszej połowie 2024 roku dominowali jeszcze inwestorzy oportunistyczni, którzy nie alokują dużej ilości kapitału. Znaczący udział miały również transakcje z udziałem polskiego kapitału, które w I połowie roku miały ponad 10% udział w całkowitym wolumenie,”– wyjaśnia Michał Grabara, dyrektor w dziale rynków kapitałowych w Knight Frank.
Rekordowo wysoki wynik osiągnął napływ kapitału z regionu CEE, którego udział w pierwszych sześciu miesiącach 2024 roku wyniósł 30%, ale na ten rezultat wpływ miała jedna transakcja – nabycie przez czeski Star Capital Finance sześciu centrów handlowych za 285 mln EUR.
W wyniku tej transakcji udział sektora handlowego w całkowitym wolumenie wzrósł do niespotykanego od 2018 roku poziomu, wynoszącego 30%.
„Rosnącym zainteresowaniem cieszą się również projekty biurowe, których udział w całkowitym wolumenie wzrósł w pierwszym półroczu, wynosząc 46%. Podobnie jak w przypadku obiektów handlowych, również w sektorze biurowym za rosnącym zainteresowaniem stoi duża transakcja, a mianowicie nabycie 49% udziałów portfela CPI przez brytyjską firmę Sona Asset Management. Warto dodać, że obserwujemy większą aktywność inwestorów aktywami biurowymi na rynkach regionalnych. W Poznaniu domknięto pierwszą od kilku miesięcy transakcję typu prime w biurach, tj. sprzedaż przez Skanskę inwestycji Nowy Rynek E za 79,3 mln EUR,”– dodaje Michał Grabara.
Wzrost udziału sektora handlowego i biurowego w wolumenie inwestycyjnym oznacza spadek po stronie sektora magazynowego. Po raz pierwszy od wybuchu pandemii osiągnął on wynik poniżej 20%. Zainteresowanie inwestorów tym segmentem rynku jest w dalszym ciągu wysokie i odzwierciedla silny potencjał wzrostu polskiego rynku w kontekście europejskim.
Stabilne perspektywy ma sektor mieszkań na wynajem. W pierwszej połowie 2024 roku wolumen inwestycyjny w tym segmencie wyniósł niemal 130 mln EUR, dając 7% udział w całkowitym wolumenie inwestycyjnym.
Stopy zwrotu po okresie wzrostu w poprzednich latach w dwóch pierwszych kwartałach 2024 roku pozostają w miarę stabilne, a jednak w dalszym ciągu liczba transakcji najlepszymi obiektami jest bardzo ograniczona, a prezentowane stopy zwrotu opierają się na sentymencie uczestników rynku. Tym niemniej, wraz z polepszeniem nastrojów na rynku w następnych kwartałach oczekiwany jest ujemy trendu spadkowego.
Dzisiejsza rozgrzewka przed jutrzejszym odczytem inflacji w USA pokazała, że może być gorąco. Iran odrzuca apele Zachodu o powściągliwość, ale wciąż pozostaje… powściągliwy. Złoty dobrze wszedł w nowy tydzień.
Ujarzmić inflację!
Powoli rozkręca nam się handel w tym tygodniu. We wtorek kluczowym odczytem miała być amerykańska inflacja producencka, jako preludium do jutrzejszego głównego odczytu. I faktycznie o 14:30 mieliśmy moment podwyższonej zmienności. Oba wskaźniki (i szeroki i bazowy) okazały się niższe od oczekiwań. Wyniki na poziomie 2,2% i 2,4% dają nadzieję, że jutro uda się w końcu przebić magiczny pułap 3% na dynamice cen konsumenckich. Rynek od razu przełożył również dzisiejszy odczyt na oczekiwania co do cięć stóp we wrześniu. Od rana widzieliśmy powolne przechylanie się szali w kierunku pojedynczej obniżki, obecnie bardziej prawdopodobna znowu jest podwójna. Uderzyło to w dolara, który tanieje zarówno wobec euro, jak i złotego. Szybsza redukcja kosztu pieniądza podbija też amerykańskie indeksy giełdowe w handlu przedsesyjnym. A wszystko to jako efekt odczytu, który w normalnych warunkach najczęściej jest po prostu ignorowany przez inwestorów. Strach pomyśleć co się będzie działo jutro po odczycie CPI, zwłaszcza jeśli dojdzie do niespodzianki.
W ciągu 24 godzin…
Świat wciąż czeka na reakcję Teheranu na izraelski atak na lidera Hamasu. Od kilku dni media są zalewane kolejnymi przewidywaniami, że pełnoprawny atak ma nastąpić w przeciągu 24 godzin. Czas leci, a Iran nadal trzyma wszystkich w szachu, pompując niepewność na rynkach, co szczególnie widać na ropie i złocie. W międzyczasie Teheran odrzucił apel Zachodu o „powściągliwą reakcję” uznając, że brak w nim „politycznej logiki”. Czyli z jednej strony pozostaje bierny, z drugiej wciąż stara się, by groźba ataku wisiała w powietrzu. Na tę sytuacje reagują Stany, wysyłając kolejne okręty wojenne w rejon potencjalnego konfliktu. Zastanawiać może spokój Izraela, który wydaje się wyczekiwać ataku i, przynajmniej oficjalnie, nie wykonuje żadnych ruchów deeskalacyjnych.
Złoty wciąż mocny
W obecny tydzień bardzo dobrze wszedł nasz złoty. Już wczoraj wyraźnie się umocnił na szerokim rynku, a dziś kontynuuje ten ruch. Na euro dotarł do poziomu 4,28 zł, czym wypełnił zasięg teoretycznej korekty. Część analityków widzi tu jednak potencjał do dalszego umocnienia naszej waluty. Problem w tym, że większość obecnie wiszących ryzyk, zwłaszcza tych geopolitycznych, z całą pewnością nie będzie wspierać złotego. Tanieje także dolar, który kosztuje już tylko 3,92 zł. I w tym miejscu również para ta dotarła do lokalnego wsparcia, pokonanie go może okazać się co najmniej trudne. Warto też zwrócić uwagę na franka, który na początku sierpnia wyszedł na tegoroczne maksima, a obecnie jest już 15 groszy niżej. Kurs CHFPLN wynosi dzisiaj 4,525 zł i w tym przypadku nietrudno wyobrazić sobie dalsze spadki na tej parze.
Autor: Krzysztof Adamczak, analityk walutowy Walutomat.pl
Raport „At a Glance. Rynek biurowy w Warszawie” przygotowany przez BNP Paribas Real Estate Poland podsumował II kwartał 2024 roku. W analizowanym okresie, stołeczny rynek biurowy zwiększył się tylko o jedną nową inwestycję. Przy stabilnym popycie na nowoczesną powierzchnię biurową, wynajmujący nie mają wyjścia – nowym trendem w strukturze najmów stały się odnowienia umów.
Ograniczenie aktywności deweloperskiej
Na koniec czerwca 2024 roku całkowite zasoby biurowe w Warszawie nie zmieniły się znacznie względem poprzedniego kwartału. W II kwartale 2024 roku na stołeczny rynek biurowy dostarczono jedynie 15 000 m kw. nowoczesnej powierzchni w ramach jednego projektu biurowego: Vibe A, zlokalizowanego w strefie Centrum Zachód. Od początku 2024 roku Warszawa powiększyła swoje biurowe zasoby jedynie o 64 tys. m kw. powierzchni, w ramach pięciu projektów. Cztery z nich to nowe inwestycje (Lixa D & E, Makro Cash and Carry, Vibe A), a jeden z nich przez ostatni rok poddawany był procesowi modernizacji i renowacji (Saski Crescent).
Choć przywołane wyniki nowej podaży za I połowę 2024 roku nie są spektakularne, warto zauważyć, że są prawie 3,5 razy większe w porównaniu do analogicznego okresu w roku poprzednim. Dla porównania, przez pierwsze 6 miesięcy roku 2023 zanotowano, najniższy od 25 lat, wynik nowej podaży na Warszawskim rynku biurowym, która wyniosła zaledwie 18,7 tys. m kw. W I połowie 2024 r. w deweloperzy oddali niewiele ponad 63 tys. m kw. powierzchni. Do końca roku planowane jest oddanie do użytkowania kolejnych 40 tys. m kw.
Wysoki udział odnowień
W II kwartale 2024 roku popyt brutto na nowoczesne powierzchnie biurowe osiągnął poziom 178 tys. m kw., co oznacza jego wzrost o około 8% względem ubiegłego roku. Autorzy raportu, w oparciu o strukturę popytu, obserwują wysoki udział odnowień umów – to aktualnie najważniejszy trend na warszawskim rynku biurowym. W okresie kwiecień-czerwiec aż 63% wszystkich podpisanych umów stanowiły renegocjacje dotychczasowych kontraktów.
– Mimo stabilnego popytu najemcy ostrożnie podchodzą do relokacji, częściej wybierając odnowienia kończących się umów. Przewidujemy, że udział odnowień w strukturze popytu w kolejnych kwartałach wciąż będzie rósł napędzany wzrostem czynszów i ograniczeniami pakietów zachęt dla najemców – podkreśla Małgorzata Fibakiewicz, Starsza Dyrektorka Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland.
Największym zainteresowaniem najemców w II kwartale 2024 roku cieszyły się strefy: Służewiec, Centralny Obszar Biznesu oraz Centrum. Pomiędzy styczniem a końcem czerwca utrzymał się trend wyboru przez najemców lokalizacji poza centralnych, gdzie występuje korzystna relacja ceny do standardu. Z analiz ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland wynika, że 40% powierzchni w tym okresie zostało wynajęte w strefie COB + Centrum, pozostałe zaś 60% – w strefach poza centralnych.
Do najważniejszych transakcji najmu przypadających na okres od kwietnia do końca czerwca 2024 roku można zaliczyć najem: 13 tys. m kw. w Varso Place 2 przez Bank Gospodarstwa Krajowego, 13 tys. m kw. w T-Mobile Office Park, 7,3 tys. m kw. w myhive Nimbus przez Mercer, 6,8 tys. m kw. w Gdański Business Center II oraz 6 tys. m kw. w D48 przez Smyk. Wszystkie wymienione transakcje to odnowienia umów najmu.
Wysokość stawek czynszów oraz modernizacje biur
W II kw. 2024 roku wywoławcze stawki czynszu za powierzchnię biurową w Warszawie pozostały stabilne. Wyjściowe czynsze w strefach centralnych kształtowały się w przedziale od 18 do 27 EUR/m kw./miesiąc, jednak w najlepszych budynkach biurowych czynsze mogły znacznie przekraczać ten poziom. W strefach poza centralnych czynsze wywoławcze mieściły się w przedziale od 10 do 17 EUR/m kw./miesiąc. Opłaty eksploatacyjne w zależności od standardu i lokalizacji budynku wyniosły od 18 do 38 PLN/m kw./miesiąc.
Jednak jak wskazują autorzy raportu, utrzymanie nieruchomości jest coraz droższe, co skłania firmy do poszukiwania bardziej efektywnych rozwiązań. Organizacje dążą do redukcji zużycia mediów oraz śladu węglowego, co często stawia najemców przed wyborem nowych lub gruntownie modernizowanych budynków. Rosnące koszty budowy powodują, że poziom kontrybucji od wynajmujących nie pozwala jednak na realizację projektów bez dodatkowego finansowania, co tym samym nie sprzyja decyzji o relokacji.
– W efekcie najemcy renegocjują kontrakty i reorganizują obecną przestrzeń. Warto wówczas pamiętać o kluczowych aspektach elastycznego planowania przestrzeni umożliwiającego aktywne zarządzanie liczbą pracowników i modelem hybrydowym za pomocą technologii (np. systemów IoT), o adaptacyjnym zagospodarowaniu przestrzeni biurowej czy wdrażaniu użytecznych rozwiązań przyjaznych dla szerokiego grona użytkowników. – podkreśla Jan Pawlik, Workplace Management Dyrektor, ISS.
Biurowce z udogodnieniami
Na koniec II kwartału 2024 roku w stolicy w budowie znajdowało się ok. 229 tys. m kw. powierzchni biurowej, które ma być dostarczone w latach 2024-2026. Wśród niej 80 tys. m kw. obejmowało modernizacje starszych budynków biurowych, a pozostałe 150 tys. dotyczyło nowej powierzchni. Inwestorzy i deweloperzy intensyfikują swoje działania w okolicach Ronda Daszyńskiego oraz w centralnych lokalizacjach.
Do największych inwestycji biurowych w Warszawie zalicza się biurowiec The Bridge od Ghelamco (47 tys. m kw.), Upper One od Strabag (35 tys. m kw.), Office House od Echo Investment (31 tys. m kw.), Warta Tower od Cornerstone (30 tys. m kw.) oraz The Form od Lincoln Property (28 tys. m kw.).
Jak wskazują analitycy BNP Paribas Real Estate Poland, nieruchomości biurowe przeobrażają się na naszych oczach, wskutek zmian w dotychczasowych modelach pracy i oczekiwaniach najemców.
– Wynajmujący oferują obecnie liczne udogodnienia, które pomagają pracodawcom przyciągać i zatrzymywać najbardziej utalentowanych pracowników. Dostępne na terenie obiektu usługi ułatwiające codzienne życie najemców to już standard. Do najbardziej popularnych należą: kantyna lub restauracja, kiosk prasowy albo niewielki sklep spożywczy czy infrastruktura sprzyjająca zdrowemu stylowi życia, jaki preferuje obecnie wielu pracowników biur, tj. parkingi dla rowerów, którym towarzyszą specjalne prysznice i szatnie dla rowerzystów lub sale fitness – podkreśla Klaudia Okoń, Starsza Konsultantka, Business Intelligence Hub & Consultancy, BNP Paribas Real Estate Poland.
Oprócz jakości oferowanej przestrzeni dla pracowników, ważne są również akcje specjalne organizowane na terenie budynków biurowych. Przykładami, które wpisują się w trend światowy, jest organizacja kina letniego, zawodów i zajęć sportowych czy warsztatów umiejętności.
Choć od momentu wprowadzenia przepisów implementujących do naszego porządku prawnego Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/2161 z 27 listopada 2019 r. odnoszącą się do lepszego egzekwowania i unowocześnienia unijnych przepisów dotyczących ochrony konsumenta (znaną jako „dyrektywa Omnibus”), upłynęło już ponad półtorej roku, wiele krajowych przedsiębiorców nadal nie dostosowało się do jej wymogów.
Celem dyrektywy jest zwiększenie ochrony konsumentów, a nieprzestrzeganie jej przepisów może wiązać się z poważnymi konsekwencjami finansowymi dla firm. Dlatego kluczowe jest, aby przedsiębiorcy nie odkładali dłużej dostosowania swoich wewnętrznych regulacji do znowelizowanych przepisów konsumenckich.
Co zmieniło się wraz z wejściem w życie dyrektywy Omnibus?
Zacznijmy od przypomnienia najważniejszych rozwiązań wprowadzonych dyrektywą Omnibus. Od 1 stycznia 2023 roku przedsiębiorcy są zobligowani do:
stosowania nowych zasad informowania konsumentów o obniżonej cenie. W praktyce ta zmiana pociąga za sobą największe trudności dla firm, ponieważ dyrektywa wymaga precyzyjnego wskazania obok informacji o obniżonej cenie, także informacji o najniższej cenie towaru lub usługi, jaka obowiązywała w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki,
informowania o sposobie weryfikacji autentyczności opinii o produktach,
przekazywania dodatkowych informacji konsumentom np. identyfikujących przedsiębiorcę czy wskazujących kanały komunikacyjne,
ujawniania głównych parametrów plasowania oraz podawania informacji o płatnej reklamie.
Jakie są najczęstsze naruszenia dyrektywy Omnibus?
Od wejścia w życie dyrektywy minęło już sporo czasu, co pozwoliło na identyfikację najczęstszych naruszeń. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wielokrotnie przedstawiał wyniki kontroli dotyczące praktyk stosowanych przez przedsiębiorców w branży e-commerce oraz sprzedaży tradycyjnej. Wśród najbardziej powszechnych naruszeń pojawiły się:
brak informacji, że sprzedający na platformie jest przedsiębiorcą, co jest istotne, gdy konsument chce skorzystać z prawa do odstąpienia od umowy,
niepodawanie najniższej ceny obowiązującej 30 dni przed wprowadzeniem obniżki lub informowanie o niej w sposób nieczytelny (np. mała czcionka),
nieuwzględnianie w aktualnej promocji odniesienia do najniższej ceny,
zamieszczanie fałszywych lub zniekształconych opinii.
Jakie sankcje grożą za naruszenie dyrektywy Omnibus?
Za naruszenie przepisów dyrektywy Omnibus przedsiębiorcy mogą ponosić odpowiedzialność zarówno na drodze administracyjnej, jak i cywilnej.
Oto możliwe kary pieniężne:
do wysokości 20 000 zł – nakładana przez wojewódzkiego inspektora Inspekcji Handlowej jeżeli przedsiębiorca nie wykonuje obowiązków dotyczących informowania o obniżce ceny, również podczas reklamowania towaru lub usługi,
do wysokości 40 000 zł – nakładana przez wojewódzkiego inspektora Inspekcji Handlowej jeżeli przedsiębiorca narusza powyższe obowiązki co najmniej trzykrotnie w okresie 12 miesięcy, licząc od pierwszego stwierdzenia naruszenia,
do wysokości 10 % obrotu osiągniętego w roku obrotowym poprzedzającym rok nałożenia kary – nakładana przez Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na przedsiębiorcę, który dopuścił się naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.
do wysokości 2.000.000 zł może zostać nałożona przez Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na osobę zarządzającą, jeżeli osoba ta, w ramach sprawowania swojej funkcji w czasie trwania stwierdzonego naruszenia, umyślnie dopuściła przez swoje działanie lub zaniechanie do naruszenia przez przedsiębiorcę zbiorowych interesów konsumentów.
Wskazane wartości to maksymalny wymiar kar jakie mogą nałożyć właściwe organy, a jej wysokość jest każdorazowo zależna od rodzaju i stopnia naruszenia, a także od sytuacji finansowej przedsiębiorcy.
Odpowiedzialność cywilna:
Konsument, którego interesy zostały zagrożone lub naruszone przez nieuczciwe praktyki rynkowe przedsiębiorcy może żądać:
zaniechania danej praktyki,
usunięcia skutków tej praktyki,
publikacji przeprosin lub odpowiedniej informacji,
obniżenia ceny,
naprawienia wyrządzonej szkody na zasadach ogólnych,
zasądzenia odpowiedniej sumy pieniężnej na określony cel społeczny.
Należy podkreślić, że UOKiK bardzo poważnie podchodzi do weryfikacji przestrzegania przepisów. Już w 2023 roku, w wyniku działań kontrolnych wystosował wiele wniosków o przedstawienie wyjaśnień odnośnie wątpliwych praktyk lub zaniechanie naruszeń zbiorowych interesów konsumentów, a w 2024 roku nałożono już pierwsze kary finansowe.
Dla przykładu można wskazać ostatnie decyzje Prezesa UOKiK wobec firm publikujących fałszywe opinie o produktach i usługach, gdzie łączna suma kar to 85 tys. złotych. Jak stwierdził Prezes UOKiK Tomasz Chróstny: „(…) Recenzje publikowane przez ukaranych przedsiębiorców pozorowały opinie rzeczywistych klientów. Wprowadzały w błąd, ponieważ sztucznie podwyższały renomę sprzedawcy czy jakość produktu lub usługi (…).”[1]
Jak uniknąć sankcji?
Najprostszym sposobem uniknięcia sankcji jest przestrzeganie przepisów oraz dostosowanie rozwiązań, zwłaszcza wykorzystywanych w branży e-commerce do wytycznych publikowanych na stronie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Oto kilka kroków, które mogą pomóc w zapewnieniu zgodności z dyrektywą Omnibus:
1. Dokładnie zapoznaj się z przepisami i zweryfikuj dotychczas stosowane praktyki, co pozwoli zidentyfikować ewentualne niezgodności z prawem. Warto wykonać analizę regulaminów i informacji publikowanych na stronach internetowych.
2. Zastanów się nad dotychczas stosowaną strategią marketingową, zweryfikuj czy treść informacji o cenie odpowiada regulacjom dyrektywy oraz czy system informatyczny nie wymaga modyfikacji.
3. Zbadaj czy w twoim serwisie są zamieszczane opinie, a jeśli tak to musisz zdecydować czy będziesz je weryfikować (wiarygodność źródła):
niezależnie od tego czy weryfikujesz opinie czy nie robisz tego, o każdej z tych okoliczności musisz poinformować konsumenta,
dobrym sposobem będzie umożliwienie dodania opinii klientom, którzy faktycznie dokonali zakupu np. poprzez przesłanie linka do takiego formularza.
4. Jeśli jesteś przedsiębiorcą prowadzącym sprzedaż w internecie to:
zakomunikuj konsumentom kryteria plasowania produktów oraz oznacz płatną reklamę,
sprawdź status podmiotów, które oferują produkty lub usługi na platformie (czy są to przedsiębiorcy czy konsumenci),
wprowadź zmiany w interfejsie, dzięki którym konsument będzie świadomy czy zawiera umowę z przedsiębiorcą czy z konsumentem.
Podsumowanie
Przestrzeganie przepisów dyrektywy Omnibus to nie tylko obowiązek prawny, ale także inwestycja w długofalowy sukces firmy. Nieznajomość tych przepisów lub ich świadome ignorowanie może prowadzić do poważnych konsekwencji nie tylko w aspekcie finansowym, takim jak kary pieniężne ale także może nadszarpnąć zaufanie dotychczasowych klientów.
Autor: Radca Prawny Joanna Żywiec, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy
Analiza 69,1 tys. cen pochodzących z 31,8 tys. sklepów detalicznych wykazała, że w lipcu br. codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,9% rdr. Do tego dane pokazują, że w ostatnich miesiącach dynamika podwyżek cen konsekwentnie rośnie. Ostatnio na 17 monitorowanych kategorii 13 było na plusie. Tym razem najbardziej zdrożały napoje bezalkoholowe – o 15,6% rdr. W czołówce drożyzny widać też dodatki spożywcze z podwyżką rdr. na poziomie 11,2%, słodycze i desery – 9,3%, chemię gospodarczą – 8,7%, a także pieczywo – 6,4%. Natomiast spadki zaliczyły 4 kategorie. Największy z nich dotyczył art. tłuszczowych i wyniósł 8,1% rdr. Ujemne wyniki rdr. zanotowały ponadto produkty sypkie – 7,4%, warzywa – 5,6%, jak również karmy dla zwierząt – 0,5%.
Według cyklicznie wydawanego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetu WSB Merito, opartego na analizie 69,1 tys. cen pozyskanych z 31,8 tys. sklepów, w lipcu br. codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,9% rdr. Dla porównania można wskazać, że w czerwcu wzrost rdr. – wyliczony wg tej samej metodologii – wyniósł 3,1%, w maju – 2,9%, a w kwietniu – 2,4%. Oznacza to, że dynamika podwyżek cen w sklepach wciąż rośnie.
– Jest to obserwacja zgodna z ogólnym wzrostem inflacji odnotowanym w ostatnich miesiącach. Zmiany te nie są szczególnym zaskoczeniem dla ekonomistów. Ewidentnie możemy już mówić o powolnym, ale wyraźnym odwróceniu trendu od kwietnia, czego główną przyczyną było odmrożenie stawek VAT na żywność – komentuje dr Tomasz Kopyściański z Uniwersytetu WSB Merito.
W lipcu br. na 17 analizowanych kategorii 13 było na plusie. Na froncie drożyzny znalazły się napoje bezalkoholowe ze wzrostem rdr. o 15,6%. W czerwcu podrożały rdr. o 4,9%, a w maju – o 6,3%. – Tu kluczowym czynnikiem był popyt na napoje bezalkoholowe w okresie wakacyjnych, wysokich temperatur. Ale na wzrost cen w tej kategorii wpływa również zwiększenie kosztów opakowań z tworzyw sztucznych. Do tego dochodzą wyższe niż przed rokiem ceny niektórych owoców, np. pomarańczy. To wszystko sprawia, że drożeje m.in. produkcja soków, ale nie tylko – mówi dr Tomasz Kopyściański.
Na drugim miejscu w rankingu są dodatki spożywcze (tj. ketchupy, majonezy, musztardy, przyprawy) z podwyżką o 11,2% rdr. W czerwcu zdrożały rdr. o 6,2%, a w maju – o 5,9%. – Rosnąca dynamika wzrostu cen dodatków spożywczych wynika ze zwiększenia kosztów produkcji. Prognozy w tym zakresie nie są pozytywne. Do końca roku zdrożeje energia. Ponadto rosną ceny surowców, np. pomidorów i gorczycy, a także opakowań, co również wpływa na tę kategorię – wyjaśnia prof. Sławomir Jankiewicz z Uniwersytetu WSB Merito.
Na trzeciej pozycji są słodycze i desery z podwyżką o 9,3% rdr. Miesiąc wcześniej podrożały rdr. o 11,2%, a w maju – o 12,9% rdr. – Pogarszające się warunki przyrodnicze negatywnie wpływają na surowce wykorzystywane w tej branży. Ponadto wzrost cen nośników energii i płac oraz rosnący popyt na cukier oraz kakao, przy stabilizacji podaży, dodatkowo utrzymują drożyznę. Analizując zmiany klimatyczne, nie należy spodziewać się polepszenia warunków uprawy oraz zmian w cenach energii, a więc artykuły z tej kategorii wciąż będą drogie – przekonuje prof. Sławomir Jankiewicz.
Czwarta w rankingu jest chemia gospodarcza ze średnim wzrostem rdr. o 8,7%. W czerwcu i w maju zdrożała odpowiednio o 9,2% i 9,7% rdr. – Ceny chemii gospodarczej w ostatnich miesiącach bardzo się ustabilizowały, tym niemniej wciąż są wysokie. Niestety, ta kategoria raczej utrzyma się w czołówce drożyzny. Jej wyniki są w dużej mierze zależne od poziomu cen energii i gazu, które na przełomie roku mogą istotnie wzrosnąć – tłumaczy dr Tomasz Kopyściański.
Piąte w zestawieniu jest pieczywo, które podrożało o 6,4% rdr. W czerwcu zaliczyło wzrost rdr. o 5,3%, a w maju – o 4,9%. – W tej kategorii istotny był wzrost cen zbóż, odnotwany w maju i w czerwcu w skupach rolnych. Aktualnie jednak sytuacja w tym zakresie bardzo się ustabilizowała. W lipcu pszenica i żyto nawet potaniały – o ok. 10% rdr. To tworzy perspektywę do wyhamowania podwyżek cen pieczywa w kolejnych miesiącach. Jednak w dłuższym okresie kluczowym czynnikiem będą koszty zużycia gazu. Wyłania się więc ryzyko wzrostu cen w kolejnym roku – ostrzega dr Kopyściański z WSB Merito.
Zaraz za TOP5 znalazły się środki higieny osobistej z podwyżką o 6,2% rdr. W czerwcu i w maju podrożały odpowiednio o 5,1% i 3,1% rdr. Na plusie są też owoce z wynikiem 3,8% rdr. We wcześniejszych dwóch miesiącach zdrożały o 1,8% i 2,2% rdr. W górę poszły też ceny nabiału – o 3,6% rdr. Poprzednie wzrosty wyniosły 1,1% i 1% rdr.
– Na podwyżki cen owoców wpływa ograniczona podaż, co w wielu przypadkach jest wciąż konsekwencją wiosennych przymrozków i spadku plonów w sadownictwie. Natomiast powodem stabilnych cen nabiału jest utrzymująca się na rynku krajowym od wielu miesięcy wysoka podaż. Jej konsekwencją są niskie ceny mleka w skupie – stwierdza dr Tomasz Kopyściański.
Podrożały też art. dla dzieci – o 3,5% rdr. W poprzednich miesiącach wzrosty rdr. w tej kategorii wyniosły 1,5% i 4,2%. Ostatnio ceny ryb urosły rdr. o 2,8%, a wcześniej – o 4,8% i 0,5%. Wędliny w lipcu zaliczyły skok o 2,3% rdr. Poprzednie podwyżki były na poziomie 4,6% i 1,2% rdr. Natomiast mięso podskoczyło o 2,2% rdr. Dwa wcześniejsze wzrosty były wielkości 0,9% i 1,9% rdr. Zestawienie drożejących kategorii zamykają używki (tj. herbata, kawa, piwo, wódka) z wynikiem 1% rdr. W czerwcu podrożały rdr. o 4,7%, a w maju – o 2,6% rdr.
– Podwyżki cen w większości kategorii wynikają ze wzrostu kosztów produkcji. I tak np. w przypadku wędlin są one wyższe niż w kategorii mięsa, więc ich ceny rosną szybciej. Ponadto idą w górę ceny logistyki. Ryby drożeją ze względu na koszty paliw i energii, transportu oraz wzrost płac. Trzeba też brać pod uwagę wahania pogodowe, zanieczyszczenie środowiska oraz zmiany przepisów, związane z ochroną i hodowlą – wymienia prof. Sławomir Jankiewicz z Uniwersytetu WSB Merito.
Z kolei na minusie znalazły się 4 kategorie. W czerwcu i w maju było identycznie. W lipcu rdr. najbardziej zmalały ceny art. tłuszczowych – o 8,1% rdr. Poprzednie spadki wyniosły 11,2% i 10% rdr. – Ulgę cenową w tej kategorii obserwujemy już od wielu miesięcy. Podstawowym powodem jest ubiegłoroczny, bardzo dobry poziom światowych zbiorów roślin oleistych. W br. prognozuje się jednak lekki spadek produkcji, co może wpłynąć na nieznaczne wzrosty cen, choć raczej w dłuższej perspektywie – uspokaja dr Tomasz Kopyściański.
Ponadto rdr. zmniejszyły się również ceny produktów sypkich – o 7,4% rdr. Poprzednie spadki wyniosły 2% i 3,6% rdr. Na minusie są też warzywa – 5,6% rdr. Wcześniej ujemne wyniki były na poziomie 5,1% oraz 3,3% rdr. Najmniej rdr. potaniły karmy dla zwierząt – o 0,5% rdr. W czerwcu i w maju ich ceny zmalały odpowiednio o 2,4% i 8,1% rdr.
Opis metody badawczej
Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od blisko 7 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetu WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową, notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z lipca 2024 r. i z analogicznego okresu z 2023 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą 69,1 tys. cen detalicznych z 31,8 tys. sklepów należących do 52 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry, docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.
Ryzyko nieważności umowy nabycia nieruchomości w świetle II CSKP 144/22.
Transakcje na rynku nierucho-mości, w których stroną jest spółka kapitałowa, nie są rzadkością, w związku z czym, jak wynika z orzeczenia Sądu Najwyższego (II CSKP 144/22), kontrahent spółki musi liczyć się z ryzykiem unieważnienia takiej transakcji. „Gdy zgromadzenie wspólników lub walne zgromadzenie nie wyda zgody na transakcję, lub taka zgoda zostanie zaskarżona istnieje ryzyko, że transakcja będzie nieważna” – mówi Paweł Szumowski, członek zespołu Prawa Spółek oraz Fuzji i Przejęć w kancelarii Wolf Theiss w Polsce.
Co do zasady, zbycie lub nabycie kluczowych aktywów spółek kapitałowych, jakimi są nieruchomości, wymaga uzyskania przez zarząd spółki zgody zgromadzenia wspólników czy też walnego zgromadzenia. Można też – o ile jest taka wola wspólników lub akcjonariuszy wymóg uzyskania zgody wspólników uchylić w treści umowy lub statutu spółki.
Decyzję o zastrzeżeniu lub usunięciu wymogu uzyskania takiej zgody podejmuje się w momencie tworzenia spółki. Nie ma jednak problemu, aby pierwotne podejście zmienić i dokonać stosownej zmiany umowy czy statutu spółki. Należy jednak pamiętać o art. 229 KSH, który wprowadza dodatkowe ramy czasowe dotyczące wymogu uzyskania takiej zgody na nabycie. Zgodnie z nim, umowa o nabycie dla spółki nieruchomości albo udziału w nieruchomości lub środków trwałych za cenę przewyższającą jedną czwartą kapitału zakładowego, nie niższą jednak od 50 tys. zł., zawarta przed upływem dwóch lat od dnia zarejestrowania spółki, wymaga uchwały wspólników, chyba że umowa ta była przewidziana w umowie spółki. Z wymogu uzyskania zgody na zbycie lub nabycie nieruchomości, użytkowania wieczystego lub udziału w nieruchomości rezygnują przede wszystkim spółki deweloperskie lub inne spółki zajmujące się rynkiem nieruchomościowym. Dzięki temu, obrót nieruchomościami staje się łatwiejszy. Zgodę na nabycie lub zbycie nieruchomości czy użytkowania wieczystego zastrzega jednak sporo spółek jako sposób na ochronę istotnego majątku przed nieuprawnionymi działaniami zarządu – zauważa Paweł Szumowski z Wolf Theiss.
Jeśli stosowne wyłączenia nie zostaną wprowadzone w umowie lub statucie spółki, każdorazowo na transakcję, której przedmiotem jest przeniesienie nieruchomości, będzie wymagana zgoda zgromadzenia wspólników. Nie ma tu znaczenia czy nieruchomość wykorzystywana jest do prowadzenia działalności gospodarczej przez spółkę, czy jedynie wchodzi w skład jej majątku trwałego.
Aby ułatwić obrót nieruchomościami ustawodawca dopuszcza, aby zgoda zgromadzenia wspólników lub walnego zgromadzenia została wydana nawet do dwóch miesięcy po transakcji (art. 17 § 2 KSH). Ze względu na zasadę ograniczonej autonomii prawa spółek handlowych w takiej sytuacji nie znajdzie zastosowania art. 157 KC, który stwierdza, że własność nieruchomości nie może być przeniesiona pod warunkiem ani z zastrzeżeniem terminu. Sąd Najwyższy w omawianym orzeczeniu (II CSKP 144/22) wydaje się jednak inaczej podchodzić do tego problemu, gdyż stwierdza, że w przypadku zawarcia umowy przedwstępnej, brak uchwały zgromadzenia wspólników uniemożliwia skuteczne dochodzenie stronie uprawnionej zawarcia umowy przyrzeczonej. Takie stanowisko Sądu Najwyższego, można rozpatrywać jako wykładnię wbrew art. 17 § 2 KSH. Wprowadzałoby ono istotną niepewność co do ważności transakcji nieruchomościowych, na które zgromadzenie wspólników czy walne zgromadzenia wydało następczą zgodę. Wydaje się, że nie to było zamiarem Sądu Najwyższego – podkreśla Iwona Huryn z zespołu ds. nieruchomości i budownictwa w kancelarii Wolf Theiss.
Ponadto, jak słusznie zauważa Sąd Najwyższy w sentencji omawianego orzeczenia, zgoda zawarta w uchwale zgromadzenia wspólników lub rady nadzorczej stanowi jeden z elementów, które dopiero w całości tworzą oświadczenie woli spółki. Takie oświadczenie woli spółki jest z kolei jest składnikiem czynności prawnej dokonywanej przez spółkę. Tym samym zgoda zawarta w uchwale zgromadzenia wspólników lub rady nadzorczej to element, który będzie zawsze wymagany dla skuteczności czynności prawnej, bez względu na to, czy dojdzie do niej z woli stron, czy wskutek uwzględniania powództwa o zobowiązanie do złożenia oświadczenia woli.
Nabywcy, którzy ryzykują i nabywają nieruchomość, bez zgody zgromadzenia wspólników czy walnego zgromadzenia muszą liczyć się z unieważnieniem czynności prawnej. Takie ryzyko ponoszą również nabywcy, którzy nie sprawdzili, czy uchwała została podjęta lub mogą racjonalnie założyć, że dojdzie do zaskarżenia uchwały w sprawie zgody na transakcję. Tylko kontrahenci spółki działającej w dobrej wierze nie muszą obawiać się negatywnych skutków powództwa o uchylenie uchwały. Korzystają bowiem z kodeksowej ochrony, która zapewnia, że uchylenie takiej uchwały nie ma wobec nich skutku. Warto więc zweryfikować przed dokonaniem czynności rozporządzającej ze spółką czy uchwała w sprawie wyrażenia zgody na dokonanie transakcji, której przedmiotem jest nieruchomość została udzielona, jaka jest jej treść oraz czy można spodziewać się jej zaskarżenia. W każdym jednak przypadku, jeśli uchwała została unieważniona, wykonana transakcja również staje się z mocy prawa nieważna – komentuje Paweł Szumowski.
Jak podkreślają specjaliści, Sąd Najwyższy w omawianym orzeczeniu kładzie istotny nacisk na rolę jaką dla ważności czynności prawnej odgrywa wymagana ustawą zgoda zgromadzenia wspólników lub walnego zgromadzenia. Sankcja nieważności dla takich „niepełnych” czynności prawnych zapewnia bezpieczeństwo obrotu nieruchomościami np. na wypadek działania zarządu spółki w złej wierze. Orzeczenie wprowadza jednak wątpliwość co do ustalenia chwili, kiedy taka zgoda na transakcję zbycia lub nabycia nieruchomości powinna zostać udzielona, przy czym wydaje się, że ta interpretacja tezy Sądu Najwyższego nie będzie powielona.
Poniedziałkowa sesja to konsolidacja na amerykańskich rynku akcyjnym oraz dynamiczne odbicie indeksów na GPW. Złoty zyskał kilka groszy względem euro oraz USD. Złoto zbliżyło się do swoich rekordów wszechczasów. Rynek czeka na jutrzejszy raport CPI z USA. Rosną spekulacje, że dane dadzą kolejne argumenty Fed-owi do mocniejszego łagodzenia warunków monetarnych na kolejnym, wrześniowym posiedzeniu. Dolar nie zmienił swojej wyceny a rentowności amerykańskich obligacji spadły. Ryzyko geopolityczne na Bliskim Wschodzie pozostaje wysokie.
Dynamiczne odbicie na GPW stało w kontraście z konsolidacją niemieckiego Dax-a czy amerykańskich benchmarków. WIG20 zamknął dzień z wynikiem 3,42 proc. a szeroki WIG urósł o 3,05 proc. Tym samym ten pierwszy pokrył spadkową lukę sprzed tygodnia co jest pozytywnym, technicznym sygnałem. Na ten moment dołek na 2200 pkt. jest jak na razie zakończeniem korekty. Warto zwrócić uwagę, że wakacyjne spadki są bardzo zbliżone pod względem wielkości do przeceny, która miała miejsce w okresie od sierpnia do października. Dodatkowo dołek z minionego tygodnia uplasował się na podobnym poziomie jak minima ze stycznia 2024 oraz szczyt z przełomu lipca oraz sierpnia 2023 roku. Mamy zatem w okolicy 2180-2200 pkt. dość silną barierę, która jak na razie broni indeks przed większą przeceną. Indeks wciąż jednak znajduje się poniżej linii trendu wzrostowego, która łączy minima z października 2022 oraz 2023 roku.
W popycie na akcje z GPW należy upatrywać siły polskiego złotego. Notowania EUR/PLN spadły poniżej 4,30 dziś rano, podczas gdy jeszcze w piątek kurs wyznaczył lokalny szczyt na poziomie 4,33 i znalazł się najwyżej od początku lipca. Kurs EUR/USD konsolidował się i oscylował wokół poziomu zbliżonego do 1,0920. Zmienność głównej pary walutowej jest ekstremalnie niska, może jednak ona wzrosnąć dziś w czasie publikacji inflacji PPI dla USA a z pewnością więcej będzie się działo jutro w czasie publikacji raportu CPI. Pozytywna niespodzianka w poziomie dynamiki cen producenckich może sugerować, że podobnie może wyglądać sytuacja z cenami konsumenckimi. PPI zgodnie z oczekiwaniami ma obniżyć się z 2,6 proc. r/r w czerwcu do 2,23 proc. r/r w lipcu.
Ryzyko geopolityczne na Bliskim Wschodzie pozostaje wysokie. Rzecznik Białego Domu, John Kirby, powiedział, że Stany Zjednoczone uważają, że irański atak na Izrael stał się jeszcze bardziej prawdopodobny i może nastąpić już w tym tygodniu.
Ropa naftowa wczoraj zyskiwała co mogła wynikać z czynnika opisanego wyżej. Baryłka WTI osiągnęła pułap 80 USD a brent zbliżyła się do 82,5 USD. OPEC obniżył swoje prognozy dotyczące wzrostu globalnego popytu na surowiec w tym roku o 135 000 baryłek dziennie, powołując się na niższy popyt ze strony Chin. Kartel nadal spodziewa się wzrostu o 2,1 mln baryłek dziennie, co jest wartością wyższą niż typowe poziomy wzrostu sprzed pandemii. Jest on również wyższy niż prognozy Amerykańskiego Stowarzyszenia Informacji Energetycznej (EIA) i Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) na poziomie około 1-1,2 mln.
Kiedy w Polsce szykujemy się do długiego weekendu, globalnie inwestorzy przygotowują się na gorący okres. Poniedziałkowy spokój jest pozorny i wynika z niepewności, która otacza rynek z każdej strony.
Na zewnątrz burza, a Polak na grillu
Poniedziałkowe otwarcie na rynkach wydaje się zaskakująco spokojne. Zmienność pozostaje mocno ograniczona, ale inwestorom daleko do wakacyjnych nastrojów. Dzisiejszy brak zdecydowanych ruchów wynika raczej ze zbyt dużej liczby zmiennych, które czają się na horyzoncie. Co ciekawe, część tych czynników może mieć wpływ na rynek w czwartek i w piątek, co jest o tyle istotne z perspektywy złotego, że Polacy w tym czasie będą w trybie weekendowym ze względu na święto 15 sierpnia. Oznacza to niższą płynność, przez co nasza waluta będzie jeszcze bardziej podatna na mocniejsze wahnięcia. Z tej perspektywy warto docenić dzisiejsze umocnienie złotego. Euro na moment zbliżyło się nawet do 4,30 zł, choć potem blisko grosz odzyskało. Podobny scenariusz był realizowany na dolarze, który zszedł do 3,94 zł. Już w środę czekają nas ważne odczyty makroekonomiczne. Mowa tu o pełnym raporcie na temat inflacji. Szybki szacunek wskazał na odbicie do 4,2%. Ważny też będzie odczyt o dynamice PKB, ta ma wynieść 2,8% rdr. Jest on o tyle istotny, że ostatnio pojawiają się głosy z RPP sugerujące możliwość szybszego cięcia stóp procentowych, gdyby na koniec roku nie udało się wystarczająco rozbujać gospodarki.
Ważą się losy wrześniowego cięcia
Co ciekawe, oba te odczyty mogą umknąć inwestorom, gdyż w szerszej perspektywie dzieje się wystarczająco dużo, by złoty podlegał bardziej globalnym niż lokalnym nastrojom. Przede wszystkim mamy tydzień napakowany odczytami ze Stanów, z tym absolutnie najważniejszym na temat dynamiki cen. Już we wtorek dostaniemy rozgrzewkę w postaci inflacji producenckiej, by w środę otrzymać główne danie tego tygodnia. Analitycy oczekują potwierdzenia ostatniego zejścia do poziomu 3%. Co ciekawe według rynków miałoby to uwolnić możliwość mocniejszej reakcji FED, choć jeszcze niedawno było słychać głosy z otoczenia Powella zwracające uwagę na problem „uporczywości” tego pułapu. W przypadku negatywnej niespodzianki (wyższego odczytu) prawdopodobnie zaobserwujemy znacznie podwyższoną zmienność na rynkach. Zaskakująco ważne mogą okazać się również czwartkowe dane. Dostaniemy tam nowe wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, które ostatnio mają spory potencjał do mieszania na rynkach. Do tego produkcja przemysłowa i jeszcze ważniejsza sprzedaż detaliczna. Od pewnego czasu mocno spekuluje się, że amerykański konsument przejadł pocovidową poduszkę i teraz restrykcyjna polityka FEDu będzie miała jeszcze większe przełożenie na realną gospodarkę.
Geopolityka płonie
Jednak inwestorzy martwią się nie tylko odczytami ze Stanów. W nadchodzących dniach (a może i godzinach) będzie gorąco w obu głównych konfliktach zbrojnych. Po tym, jak Ukraińcy w zeszłym tygodniu zdecydowali się przeprowadzić ofensywę na terytorium Rosji, analitycy oczekują mocnej reakcji ze strony Putina. Pewną próbkę otrzymaliśmy już wczoraj, gdy pokazano obrazki płonącej elektrowni atomowej w Zaporożu. Ostatecznie okazało się, że to prowokacja Rosjan, którzy podpalili skład opon. Obecnie dość mocno spekuluje się o możliwym ataku rakietowym na Kijów, zwłaszcza na obiekty decyzyjne typu parlament. Ryzyko eskalacji konfliktu już dawno nie było tak wysokie i rynek ewidentnie to dostrzega. Drugim miejscem zapalnym jest konflikt Iranu z Izraelem. Świat obawia się o skalę odwetu Persów. Do tego stopnia, że Amerykanie postanowili przesunąć dodatkowe lotniskowce i okręty podwodne do zapalnego regionu. Na tę niepewność reaguje rynek ropy, gdzie widzimy realne zwyżki w ostatnim czasie. Warto pamiętać, że wyższe ceny czarnego złota będą się przekładać na oczekiwania inflacyjne, a tym samym na niepewność co do nadchodzącego luzowania polityki pieniężnej.
Autor: Krzysztof Adamczak, analityk walutowy Walutomat.pl
Spółka Legimi opublikowała wyniki finansowe za II kwartał br. Spółka wygenerowała 29,8 mln PLN przychodów ze sprzedaży, co oznacza wzrost na poziomie 48 proc. rdr. Marża zysku netto wyniosła 10 proc., a marża EBITDA 16 proc., podczas gdy w analogicznym okresie poprzedniego roku miały ujemne wartości. Są to historycznie najlepsze wyniki finansowe zaraportowane przez spółkę, do których w dużej mierze przyczyniła się zmiana cen abonamentów oraz wdrożenie systemu rekomendacji, działającego w oparciu o sztuczną inteligencję.
– Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników, jakie osiągnęła spółka w minionym kwartale. Są to wyniki do których dążyliśmy poprzez konsekwentną realizację strategii rozwoju. Rekordowy poziom osiągnęły również wypłaty na rzecz dostawców treści – wydawców i autorów. Widzimy bardzo pozytywne efekty związane z wprowadzeniem „wirtualnego bibliotekarza”, czyli systemu rekomendacji opartego na technologii AI. Rozwiązanie jest wciąż w fazie testów, co daje nam nadzieję na jeszcze lepszy wpływ tego narzędzia w przyszłości – mówi Mikołaj Małaczyński, prezes zarządu Legimi .
Na pozytywny wyniki spółki wpłynął także wzrost wskaźnika ARPU, który był spowodowany przyjęciem nowej polityki cenowej oraz działaniami związanymi z optymalizacją kosztów operacyjnych. Co więcej, Legimi oficjalnie zakończyło prace związane z wdrażaniem funkcjonalności związanych z Legimi 5.0 i rozpoczęło pracę nad wersją Legimi 6.0.
– Stale staramy się wprowadzać nowe funkcjonalności i udoskonalać dotychczasowe usługi, co przyczynia się do rosnącej popularności i zadowolenia użytkowników. W ten sposób tworzymy nowoczesny kanał sprzedaży, łącząc naszych rodzimych użytkowników z twórcami treści. Dobre wyniki Legimi przekładają się zatem na rosnące przychody dla sektora kreatywnego, na czym zyskuje cały rynek. Planujemy w dalszym ciągu ponosić nakłady inwestycyjne na technologię, bo to m.in. ona tworzy przewagę konkurencyjną na naszym rynku, co potwierdzają prezentowane przez nas wyniki. Jesteśmy przekonani, że dalsze inwestycje w rozwój naszej platformy pozwolą nam utrzymać wysokie tempo rozwoju – dodaje Mikołaj Małaczyński.
Spółka rozwija również swoją ofertę poprzez dodatkowe produkty abonamentowe, które można wykupić wraz z dostępem do biblioteki Legimi. Mowa tu m.in. o Diet&Training by Ann od Anny Lewandowskiej, Readmio z bajkami dla dzieci czy kursy online od Youniversity. Oferty łączone mają być dodatkowym sposobem na zwiększenie rozpoznawalności Legimi oraz na urozmaicenie oferty dla obecnych użytkowników.
Lepiej niż w czerwcu tego roku, a także w lipcu 2023 – tak wyglądała rejestracja czyli de facto sprzedaż nowych ciągników rolniczych w siódmym miesiącu tego roku. Podobne wyniki odnotowuje druga podstawowa kategoria nowych maszyn rolniczych, jaką są przyczepy. – Być może to początek nowej, wzrostowej, tendencji albo sezonowe odbicie związane ze zbiorami – zastanawia się Polska Izba Maszyn i Urządzeń Rolniczych (PIGMiUR), analizując dane dotyczące rejestracji nowych ciągników i przyczep. Stała już tendencja wzrostowa rysuje się zaś w segmencie maszyn używanych.
Po wielu miesiącach spadku rejestracji, nowe ciągniki w lipcu są znów na fali wznoszącej, choć, porównując pierwsze 7 miesięcy 2024 do analogicznego okresu rok wcześniej, jest jeszcze sporo do nadrobienia.
– Zarejestrowano ich 712. To 17 szt. więcej niż w tym samym miesiącu 2023. Od początku roku zarejestrowano ich w sumie 4574, co stanowi 1021 szt. mniej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Spadek wynosi tu więc 18,2 proc. – wynika ze sporządzonego na podstawie danych CEPiK przez Polską Izbę Gospodarczą Maszyn i Urządzeń Rolniczych (PIGMiUR) zestawienia dotyczącego rejestracji – a więc de facto sprzedaży – maszyn rolniczych w siódmym miesiącu tego roku.
W czerwcu br. zarejestrowano 585 szt. nowych ciągników rolniczych, co i tak stanowiło postęp w stosunku do maja (518).
Najpopularniejsze marki nowych ciągników
John Deere utrzymuje pozycje lidera. Od stycznia do końca lipca br. zarejestrowano 693 szt. ciągników tej marki. To o 272 szt. mniej niż przed rokiem. Udziały rynkowe marki John Deere za siedem miesięcy 2024 roku wynoszą 15,2 proc. Na drugim miejscu plasuje się Kubota (558 zarejestrowanych nowych maszyn). Podium zamyka zaś New Holland z 12 proc. udziałów. Dalej sytuują się Deutz Fahr i Case IH, która jako jedyna marka z pierwszej piątki notuje wzrost w stosunku do poprzedniego roku o 22 szt.
Geograficznie jest podobnie jak w poprzednich miesiącach: lideruje Mazowieckie, a dalej są Wielkopolskie i Łódzkie.
– Być może to początek nowej, wzrostowej, tendencji albo sezonowe odbicie związane ze zbiorami – zastanawia się Hubert Seliwiak z Polskiej Izby Maszyn i Urządzeń Rolniczych (PIGMiUR), wskazując, że podobne wyniki dotyczą drugiej podstawowej kategorii maszyn, jaką stanowią nowe przyczepy.
Nowe przyczepy rolnicze też z lekkim odbiciem
W lipcu 2024 zarejestrowano ich 918 i jest to, jak wskazuje PIGMiUR, dotychczas miesiąc z największą liczbą rejestracji nowych takich urządzeń. – To o 29 szt. więcej niż w lipcu 2023. Od początku roku zarejestrowano 3435 szt. nowych przyczep rolniczych i jest to o 706 szt. mniej niż przed rokiem. Spadek wynosi 17,0 proc. – podaje w swoim raporcie Izba.
Najpopularniejsze marki nowych przyczep. Bardzo daleko do „porywania się” na duże inwestycje
W tym segmencie pierwsze miejsce zajmuje Pronar (881 szt. zarejestrowanych nowych przyczep i 25,6 proc. udziałów), drugie – Metal-Fach z 499 rejestracjami, o 11 szt. więcej niż przed rokiem, a trzecie – Metaltech. Dalej są marki Wielton i Joskin.
– Za wcześnie jeszcze oceniać, czy wskaźnik optymizmu jest wśród rolników wyższy niż przed rokiem. Być może zapotrzebowanie na maszyny spowodowane jest też nieco wcześniejszym okresem zbiorów, a także pewnymi decyzjami władzy, które rozładowały, jak na razie, niepokoje na wsi. Przykładem tego jest znowelizowana ustawa o pożyczkach lombardowych, która odblokowała pozyskiwanie wkładu własnego na zakup nowych ciągników czy przyczep – tłumaczy Hubert Seliwiak, zaznaczając jednocześnie, że nabywcy maszyn rolniczych, co widać choćby w przeprowadzanych przez PIGMiUR badaniach, wykazują się twardym rozsądkiem, a nawet ostrożnością.
– Dziś bardzo daleko im do swoistego „porywania się” na duże inwestycje w sprzęt, co zaobserwować można było kilka lat temu. Zwłaszcza ostatnie 2 lata mocno zweryfikowały ich zamiary. Trudno się więc teraz spodziewać, że nawet mając dostępne na zakup nowych maszyn fundusze unijne, producenci rolni będą znów masowo inwestować w nowy park maszynowy, choć ewidentnie dążą do zwiększania swojej konkurencyjności. Robią to jednak mniejszymi krokami, na tyle, na ile pozwala im obecna sytuacja i zasoby finansowe – stwierdza Hubert Seliwiak.
Stałe wzrosty na rynku wtórnym maszyn rolniczych
W ten sposób uzasadnia rosnący już od wielu miesięcy trend w rejestracji maszyn rolniczych „z drugiej ręki”.
W segmencie ciągników używanych, po siedmiu miesiącach br. PIGMiUR notuje 14 934 rejestracji. – To o 1205 szt. więcej niż w po siedmiu miesiącach 2023 roku. Wzrost wynosi tu więc 8,8 proc. – dowiedzieć się można z lipcowego raportu Izby.
Liderem rynku wtórnego w okresie styczeń – lipiec 2024 jest marka John Deere. Zarejestrowano 2436 szt. jej używanych ciągników. Notuje ona 16,3 proc. udziałów w tym rynku, zajmując pozycję lidera w trzech kategoriach wiekowych: 3-5, 6-10 i 11-20 lat. W najstarszej kategorii, powyżej 20 lat niekwestionowanym liderem jest Ursus.
Z kolei w tym samym okresie zarejestrowano 4515 szt. przyczep używanych. To o 3478 szt. więcej niż przed rokiem. – Oznacza to, że obecnie notujemy wzrost na rynku wtórnym o 11,8 proc. – informuje w swoim lipcowym raporcie PIGMiUR.
Jak wynika z badania pt. EY Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2024, w 2023 roku niemieckie przedsiębiorstwa odpowiadały za 16 proc. Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych (BIZ) w Polsce, co dało im pierwsze miejsce wśród europejskich inwestorów a w perspektywie ostatnich czterech lat okrągłe 200 inwestycji. Inwestycje z sektora przemysłowego napływają nad Wisłę w dużej mierze jako efekt rosnącego znaczenia nearshoringu.
W 2023 r. Europa doświadczyła pierwszego od lat spadku Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych. Liczba projektów była mniejsza o 4 proc. r/r, a liczba miejsc pracy o 7 proc. r/r. Polska na tym tle wyróżnia się pozytywnie. Chociaż w naszym regionie liczba BIZ także spadła – o 3 proc. wobec 2022 roku, to liczba stworzonych miejsc pracy wzrosła aż o 21 proc. r/r.
Olbrzymia w tym rola niemieckich inwestorów, którzy kolejny rok znajdują się w czołówce państw inwestujących w naszym kraju. W 2023 roku zrealizowali 36 projektów w Polsce, co daje 16 proc. wszystkich ubiegłorocznych inwestycji zagranicznych i przyniesą zatrudnienie ponad 2 000 osób. Daje to niemieckim inwestycjom drugie miejsce pod względem liczby napływających BIZ, po Stanach Zjednoczonych (52 projekty, 9 805 miejsc pracy w ub. roku). USA i Niemcy znacznie wyprzedzają pozostałe kraje, odpowiadając za ponad połowę (52 proc.) miejsc pracy stworzonych dzięki BIZ w 2023 roku. Na kolejnych miejscach rankingu są Wielka Brytania (13 projektów, 1 324 miejsc pracy) i Francja (12 projektów, 794 miejsc pracy).
– Wzrost kosztów, w tym cen energii na rynku niemieckim, skłania tamtejsze firmy do przenoszenia i rozbudowy zakładów produkcyjnych w innych regionach kontynentu. Jako kraj od lat z sukcesem konkurujemy o takie projekty. Nie ma co ukrywać – kwestia kosztów prowadzenia działalności ma tutaj kluczowe znaczenie. Badani inwestorzy wskazują, że to ich główna motywacja. Druga to dostęp do wykwalifikowanych pracowników – co, w obliczu zwiększających się w Polsce kosztów pracy, staje się naszym głównym atutem. Poza tym lokalizacja i bliskość geograficzna do rynków docelowych także bardzo pomagają, bo każdy kilometr dostawy więcej oznacza dodatkowe nakłady i czas na dowóz produktów w ramach całego łańcucha dostaw. Nie działamy jednak w odosobnieniu. Tymi samymi inwestycjami zainteresowane są inne kraje z naszego regionu. Polska ma jednak duży rynek wewnętrzny, co dla niektórych inwestycji może mieć istotne znaczenie. Konkurencja o projekty jest poważna i nie ma sentymentów. Każdy rząd i kraj walczy o nowe inwestycje u siebie. – mówi Paweł Tynel, Partner w EY Polska.
Wykres 1. Kraje inwestujące w Polsce w 2023 roku. Liczba miejsc pracy
Polska walczy o pozycję lidera regionu
Stagnacja gospodarcza przechodząca w lekki spadek PKB w samych Niemczech w 2023 roku powoduje, że liczba BIZ u naszych zachodnich sąsiadów spadła o 12 proc. w ub. roku r/r. To jeden z powodów skłaniających niemieckie firmy do szerszego wychodzenia z inwestycjami za granicę, czego beneficjentem jest m.in. region CESA. W ostatnich latach zmieniła się struktura zagranicznych inwestycji niemieckich firm.
– Widzimy zwiększoną chęć do Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych w firmach z takich branż, jak produkcja maszyn i urządzeń (wzrost z 8,5 proc. w całości niemieckich inwestycji w 2019 r. do 11,6 proc. w 2023 r.), podczas gdy niemiecka branża oprogramowania i IT inwestuje dziś znacznie mniej (spadek z 10,9 proc. w 2019 r. do 8,5 proc. w 2023 r.). Niemcy są liderami BIZ w regionie CESA, a w ostatnich latach połowa z nich była związana z przemysłem – mówi Paweł Tynel.
Wykres 2. Kraje inwestujące w regionie CESA w 2023 roku. Liczba projektów
Wykres 3. Miejsca Pracy wygenerowane przez niemieckie BIZ w rejonie CESA Polska jest jednym z głównych krajów w regionie CESA będących w orbicie zainteresowania niemieckiego kapitału (36 projektów). Inwestorzy zza Odry ulokowali u nas więcej BIZ niż w Serbii (20 inwestycji), Rumunii (16) czy na Węgrzech (15).
– Największe niemieckie inwestycje są realizowane najczęściej na Śląsku i w Małopolsce. To tam ulokowano cztery najważniejsze projekty ostatnich pięciu lat, które powinny wygenerować łącznie aż 6800 miejsc pracy. Zaliczamy do nich np. fabrykę elektrycznych samochodów dostawczych Mercedesa, czy też fabrykę pomp ciepła Boscha.
Te regiony oferują solidną infrastrukturę przemysłową, wykwalifikowaną kadrę oraz dogodną lokalizację na mapie Polski, co ułatwia logistykę i zarządzanie łańcuchem dostaw. Dodatkowo, rozwój przemysłu w tych regionach, szczególnie w sektorach takich jak górnictwo, metalurgia i przetwórstwo przemysłowe, sprawia, że są atrakcyjne dla zagranicznych inwestorów szukających ugruntowanych baz przemysłowych. – mówi Paweł Tynel.
Jak pokazują dane raportu EY rok 2023 zakończył się wyraźnym spadkiem liczby inwestycji Stanów Zjednoczonych w Europie (-15 proc. r/r, -29 proc. od 2019 r.), który spowodowany jest m.in. wprowadzeniem przez ten kraj systemu zachęt dla inwestorów „Inflation Reduction Act”.
– Stany Zjednoczone wciąż pozostają największym inwestorem w naszym kraju. Zmniejszone zainteresowanie Amerykanów Europą może sprawić, że skuteczne pozyskanie inwestorów niemieckich okaże się bardzo istotne dla rozwoju polskiej gospodarki w ciągu najbliższych lat. Swoboda przepływu kapitału to jedna z podstawowych zasad Unii Europejskiej, ale bez wątpienia władze w Niemczech będą robić wszystko, aby zachęcić swoich przedsiębiorców do lokowania kapitału u siebie, a nie poza granicami – dodaje Paweł Tynel.
O badaniu:
Badanie EY Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2024 składa się z dwóch części. Pierwsza to dane ilościowe gromadzone w ramach EY European Investment Monitor (EIM), we współpracy z OCO, o inwestycjach zagranicznych ogłoszonych w 45 krajach Europy w roku 2023, w których efekcie powstają miejsca pracy i otwierane są nowe placówki. W badaniu nie ujęto inwestycji portfelowych oraz fuzji i przejęć. BIZ jest ujęte w zestawieniu, jeśli inwestor pozyskuje co najmniej 10-procentowe udziały w firmie oraz bierze udział w zarządzaniu. BIZ obejmuje inwestycje kapitałowe, reinwestowane zyski i pożyczki udzielane w ramach przedsiębiorstwa. Druga część to jakościowe badanie postrzegania Europy przez inwestorów zagranicznych, które zostało przeprowadzone w okresie luty-marzec 2024 r. przez firmę Longitude w formie ankiety internetowej przeprowadzonej wśród reprezentatywnego panelu 500 respondentów – decydentów biznesowych odpowiedzialnych za inwestycje.
W tym tygodniu emocje na rynkach wyraźnie przechodzą z amerykańskiego rynku pracy na sytuację na Bliskim Wschodzie. W tle mieliśmy za to lepsze dane z Kanady.
Stabilizacja oczekiwań
Po bardzo burzliwych dniach wokół zeszłego weekendu, ten okazał się wręcz nudny. Jeszcze tydzień temu kursy głównych walut oraz oczekiwania względem głównych stóp procentowych były jak na rollercoasterze. Obecnie znajdujemy się w nowej rzeczywistości, w tym roku mamy zobaczyć cztery obniżki stóp procentowych za oceanem. Natomiast znów widać powrót do scenariusza, gdzie we wrześniu będzie to pojedyncza obniżka o 0,25%. Wracają zatem zachowawcze scenariusze. Widać to również na obligacjach, które przestały być tak gwałtownie wykupywane przez inwestorów. Jednak wraz ze stabilizacją, na rynkach światowych widać pewne uspokojenie na parach z polskim złotym, który odzyskuje trochę po ostatnich stratach.
Bliski Wschód dalej straszy
Jeszcze tydzień temu baryłka ropy Brent notowana w Londynie kosztowała na rynkach 75 dolarów. W ten poniedziałek są to już okolice 80 dolarów. Na rynku ropy naftowej głośno mówi się o możliwej eskalacji działań zbrojnych na Bliskim Wschodzie. Mowa oczywiście o potencjalnym zaangażowaniu Izraela, który co prawda nie przyznał się do ostatniego zamachu na wysokiego funkcjonariusza w Teheranie, ale jest z tym wydarzeniem powszechnie łączony. Biorąc pod uwagę, że na czwartek w Kairze zaplanowane są rozmowy pokojowe, można się spodziewać, że do odpowiedzi ze strony Iranu lub którejś ze wspieranych grup powinno dojść w najbliższych dniach. Jeżeli konflikt będzie eskalował, powinno przełożyć się to również na rynek ropy. Jaki ma to wpływ na waluty? Droższa ropa będzie się przekładać na inflację i potencjalnie opóźniać obniżki stóp procentowych.
Kanadyjski rynek pracy
Piątkowe dane z Kanady były pilnie obserwowane, po tym co zobaczyliśmy w przypadku USA. Tutaj jednak nie wydarzyło się nic zaskakującego. Stopa bezrobocia została utrzymana wbrew wzrostowym oczekiwaniom na poziomie 6,4%. Na uwagę zasługuje spadek zatrudnienia o 2,8 tysiąca miejsc pracy. Jest też dobra strona tej wiadomości. Obniżka wynika z redukcji o 64,4 tysiąca liczby niepełnych etatów i wzrostu o 61,6 tysiąca liczy zatrudnienia na pełen etat. Patrząc z tej perspektywy, piątkowe dane należy interpretować jako korzystne dla dolara kanadyjskiego. Widoczne było umocnienie waluty Kanady względem kursu dolara amerykańskiego po samym odczycie.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Nadchodzi duże uderzenie w umowy cywilnoprawne. Organy państwowe są zdeterminowane do zmiany prawa.
Nowe uprawnienia PIP-u mogą zaszkodzić firmom, szczególnie tym najmniejszym
MRPiPS chce poszerzyć uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy. Ma ona zyskać prawo przekształcania umów cywilnoprawnych (w tym tzw. B2B) w umowy o pracę, decyzją administracyjną, a nie wyłącznie przez sąd, jak to ma miejsce obecnie. Resort potwierdza prace nad takim rozwiązaniem, ale eksperci nie zostawiają na tym suchej nitki. Ich zdaniem, tego typu zmiany mają naruszać swobodę zawierania umów. Niektórzy mówią też o tym, że takie przepisy mogą być niekonstytucyjne. Zmiany mogą też oznaczać, że będzie wzrost obciążeń – tak dla pracowników, jak i dla firm. Znawcy tematu spodziewają się również zamykania przedsiębiorstw, szczególnie tych najmniejszych, bo nie będą one w stanie udźwignąć dodatkowych kosztów.
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) współpracuje z Państwową Inspekcją Pracy w celu zapewnienia przestrzegania przepisów prawa pracy przez pracodawców oraz konsultuje wprowadzane zmiany prawne, mające na celu uregulowanie sytuacji pracowników i ich ochronę. Choć nie podaje zbyt wielu szczegółów, to jednak prace są zaawansowane i zapowiadają spore zmiany.
– Przestrzeganie prawa pracy, a w szczególności ochrona pracowników przed nieuczciwymi praktykami pracodawców, którzy zatrudniają osoby na podstawie m.in. pozornych umów cywilnoprawnych, które w praktyce są tzw. ukrytymi stosunkami pracy, jest jednym z naszych priorytetów – zapewnia Departament Komunikacji i Promocji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Zmiany będą dotyczyć choćby osób zatrudnianych przez tzw. platformy cyfrowe, tj. taksówkarzy, kurierów czy dostawców jedzenia, wykonujących pracę na rzecz restauracji czy firm przewozowych. Wygląda to na próbę ograniczenia skali nieuczciwego samozatrudnienia i zwiększenia liczby umów o pracę, także w miejsce dotychczas stosowanych pozornych umów cywilnoprawnych.
– Na końcowym etapie są prace nad dyrektywą w sprawie poprawy warunków pracy za pośrednictwem platform. Formalne przyjęcie dyrektywy będzie miało miejsce prawdopodobnie jesienią 2024 r. Unijne państwa będą miały dwa lata od dnia wejścia jej w życie na wdrożenie do krajowych przepisów – dodaje resort.
Główny Inspektor Pracy Marcin Stanecki twierdzi, że Państwowa Inspekcja Pracy nie jest wrogiem samozatrudnionych. Jego zdaniem, ta grupa stanowi naturalny element rynku pracy, wynikający ze swobody zawierania umów. Wiele osób, głównie o wysokich kwalifikacjach i unikalnych umiejętnościach, świadomie wybiera samozatrudnienie zamiast etatu. I są wtedy równorzędnym partnerem dla zatrudniającego.
– Problem pojawia się wówczas, gdy osoba pracująca w warunkach i na zasadach charakterystycznych dla stosunku pracy, jest zmuszana do podpisania umowy cywilnoprawnej. Mam nadzieję, że nowe rozwiązania znacznie ograniczą liczbę takich nadużyć – podkreśla Marcin Stanecki. – Myślę, że już sama możliwość skutecznej interwencji inspektorów pracy ograniczy zapędy nieuczciwych pracodawców i ośmieli zatrudnionych na śmieciówkach do nieulegania takiej presji – dodaje Główny Inspektor Pracy.
Obecne uprawnienia inspektorów pracy w zakresie kwestionowania umów cywilnoprawnych, zawieranych zamiast umowy o pracę, są dość ograniczone. Mogą oni jedynie skierować wystąpienie do pracodawcy lub wnieść do sądu powództwo o ustalenie istnienia stosunku pracy, ale to za mało. Nowe rozwiązania, nad którymi toczą się prace, znacząco zmienią ich uprawnienia w tym zakresie i będą mogli, w drodze decyzji administracyjnej, nakazać zmianę umowy cywilnoprawnej na etat.
– Od lat liczba inspektorów pracy utrzymuje się jednak na stałym poziomie. Jest nas obecnie około tysiąca pięciuset. Tymczasem praktycznie co roku przybywają nam nowe zadania. Już kilka lat temu jeden z moich poprzedników szacował, że do skutecznej realizacji nałożonych na inspekcję obowiązków potrzeba dwa razy więcej inspektorów. Oczywiście chcemy zwiększać kadry, ale niestety nie mamy konkurencyjnych wynagrodzeń, trudno nam więc pozyskiwać inżynierów czy prawników, którzy mogliby podjąć się zadań inspektorów – zauważa Marcin Stanecki.
Eksperci z organizacji pracodawców krytykują takie zapędy, podkreślając, że umowy cywilnoprawne są w wielu przypadku atrakcyjne, gdyż dają większą swobodę i elastyczność dotyczącą czasu i miejsca pracy. Co do zasady są też tańsze dla pracowników. Dzięki nim mogą finalnie zarobić większą kwotę netto. A nowe rozwiązania, mające je ograniczyć, budzą wątpliwości.
– Narusza to zasadę swobody zawierania umów. Dostawcy, niezależnie czy to w formie B2B czy na cywilnoprawnej umowie, kształtują zasady świadczenia usługi. Uważam, że zapis będzie niekonstytucyjny – mówi Katarzyna Lorenc, ekspertka Business Centre Club (BCC). – Sądy pracy mogą orzekać, czy niewłaściwie wybrano umowę i stosownie pochylić się nad danym przypadkiem. Obawiamy się urzędniczego automatyzmu oraz dodatkowych zasad, które pozwolą urzędnikom rozstrzygać – podkreśla Lorenc.
Szymon Witkowski, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP, zauważa, że każda z tych form regulowania zatrudnienia ma swoje zalety i wady. Umowa o pracę daje większą stabilność i dodatkowe przywileje pracownicze, określone w przepisach prawa pracy. Umowy cywilne przeważnie dają większe możliwości zarobkowania. Pracownikom zostaje więcej pieniędzy „na rękę” i są też tańsze dla pracodawców.
– Uszczęśliwianie pracowników na siłę, próbując wszystkich wpisać w ramy umowy o pracę, jest bardzo szkodliwe dla rynku. Obecnie to sąd ma możliwość ustalenia, czy dana umowa jest umową o pracę. I jest to w pełni zrozumiałe, gdyż zdarzają się sytuacje sporne – ostrzega ekspert. – Natomiast powierzenie PIP-owi kompetencji do tego, by w drodze decyzji administracyjnej mógł ingerować w relację między pracownikiem i pracodawcą, nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem – dodaje ekspert z Pracodawców RP.
Co więcej, zdaniem Szymona Witkowskiego, najprawdopodobniej nowe uprawnienia Inspekcji spowodują, że kontrolerzy będą szczególnie zainteresowani wszelkiego rodzaju pracownikami platformowymi i tymi, którzy pracują w relacjach B2B. Oznaczać to będzie wzrost kosztów zatrudnienia i spadek wynagrodzeń netto dla osób pracujących w ten sposób. Podobnie uważa radca prawny Łukasz Goszczyński z Kancelarii Prawa Gospodarczego GKPG. Do tego dodaje, że należy już teraz kalkulować, iż rykoszetem oberwie też szeroko pojęty rynek i biznes. W końcu pracodawcy będą musieli gdzieś przerzucić te dodatkowe koszty.
– Prowadzenie działalności gospodarczej, szczególnie w pierwszych latach, gdy jest możliwość korzystania z ulg w składkach na ubezpieczenia społeczne, jest zwyczajnie tańsze dla pracownika. Pieniądze, które w przypadku umowy o pracę musiałby odprowadzić do ZUS, zostają mu w kieszeni. Oszczędza również pracodawca, gdyż w przypadku B2B także on nie odprowadza dodatkowych składek na ubezpieczenia za pracownika. Dlaczego mamy odbierać pracownikom możliwość wyboru, czy chcą zarobić więcej netto i mieć bardziej elastyczne warunki na umowie cywilnoprawnej, czy chcą większej stabilności na umowie o pracę? – ocenia ekspert z Pracodawców RP.
Według Katarzyny Lorenc, można spodziewać się dodatkowych kontroli i udowadniania urzędnikom, że nikomu nie dzieje się krzywda, a strony kształtują swoje relacje dobrowolnie. Do tego ekspertka podkreśla, że od dawna obciążenie pracodawców zobowiązaniami administracyjnymi jest nadmiarowe. W uzupełnieniu mec. Łukasz Goszczyński dodaje, że już w obecnych warunkach przedsiębiorcom jest naprawdę ciężko ze wszelkiego rodzaju daninami, a po wprowadzeniu ww. przepisów część z nich może stwierdzić, że im w ogóle nie opłaca się prowadzić jakiejkolwiek działalności. Zaczną się zatem procesy zamykania firm, a w najlepszym przypadku – zawieszania, szczególnie tych najmniejszych na rynku, podmiotów. Podobnego zdania są też inni eksperci.
– Spodziewamy się kolejnych trudności w sektorze małych przedsiębiorstw i mikrofirm. Ich sytuacja jest bardzo trudna od wielu miesięcy, z uwagi na nieproporcjonalnie rosnące koszty pracy do wzrostu cen oraz efektywności. W mojej ocenie, bardziej znajduje się pod tym poszukiwanie dodatkowych przychodów dla ZUS-u niż troska o prawa pracownicze – podsumowuje ekspertka z BCC.
Zaangażowany pracownik czy pracoholik? Granica jest cienka.
Dziś, 12 sierpnia, obchodzimy Światowy Dzień Pracoholika – święto, którego celem jest zwiększenie świadomości społecznej na temat tego zaburzenia. Według badań CBOS, w 2019 roku aż 11 proc. Polaków zmagało się z pracoholizmem, a prawie co piąty był realnie zagrożony uzależnieniem od pracy[1]. Dziś, gdy po pandemii w większości firm króluje praca hybrydowa, a granica między sferą prywatną a zawodową jest coraz bardziej płynna, Polacy są jeszcze bardziej narażeni na pracoholizm.
Termin pracoholizm został po raz pierwszy użyty w latach 70. ubiegłego wieku – określono tak ludzi, którzy uznawali pracę za największą życiową wartość. Dziś pracoholizm jest sklasyfikowaną jednostką chorobową zaliczaną do grupy tzw. zaburzeń behawioralnych, czyli najprościej mówiąc uzależnień.
– Pracoholizm wyniszcza człowieka od środka tak samo jak alkoholizm. Osoby uzależnione od pracy potrzebują jej żeby żyć, tak samo jak narkoman potrzebuje kolejnej działki – podkreśla Magda Pietkiewicz, ekspert rynku pracy i twórczyni platformy Enpluse, służącej do badania zaangażowania pracowników. – Dla takiej osoby dni wolne to udręka – często rezygnuje z urlopu kosztem wypełniania obowiązków służbowych. Co więcej regularnie zabiera pracę do domu, bądź zostaje „po godzinach”. Pracoholik najchętniej rozmawia o pracy i z kolegami z pracy – brakuje mu pasji, innych zainteresowań, a dla rodziny i przyjaciół zwykle nie ma czasu. Prace stawia na piedestale i poświęca dla niej wszystko – dodaje ekspertka.
Pracoholizm może tak naprawdę dotknąć każdego pracownika. Eksperci podkreślają jednak, że najbardziej narażone na to by wpaść w takie uzależnienie są osoby ambitne i perfekcjoniści – to oni chcą „dalej, więcej, lepiej”. Liczne badania wskazują również, że pracoholizm jest często odpowiedzią na to co dzieje się w życiu prywatnym pracownika, który ucieka od problemów w kolejne służbowe projekty.
Dobre złego początki
Pracoholizm jest jednym z najtrudniej rozpoznawalnych uzależnień. Jest też jedynym zaburzeniem behawioralnym akceptowanym społecznie – nie ma w nas przyzwolenia na uzależnienie od alkoholu czy zakupów, natomiast chorobliwą chęć pracy jesteśmy w stanie przełknąć. Nietrudno bowiem pomylić pracoholizm z profesjonalizmem czy zaangażowaniem w pracę.
– Gdy słyszymy w konwersacji, że Pan XYZ jest „oddany pracy”, automatycznie myślimy, że jest dobrym fachowcem, osobą ambitną i profesjonalnie podchodzącą do swoich obowiązków. Niestety granica między profesjonalizmem a pracoholizmem jest cienka i często niezauważalna dla osób zaangażowanych w swoją pracę – mówi Magda Pietkiewicz. – Do pracoholizmu trudno się przyznać – takie osoby zwykle nie widzą problemu – dostrzegają tylko „plusy” takie jak lepsze wyniki, uznanie szefa, czy zadowolenie klientów. W naszej kulturze powszechne jest przekonanie, że zdecydowanie „lepszymi” kandydatami na pracowników są osoby skłonne poświęcić firmie każdą chwilę i być w nieustannej gotowości. To niestety pogłębia problem – pracownicy w obawie przed utratą zatrudnienia coraz bardziej poświęcają się pracy. Dodatkowo podatność na zatracenie się w obowiązkach służbowych zwiększa wszechobecna praca hybrydowa, która sprawia, że zacierają się granice między sferą prywatną a sferą zawodową – dodaje ekspertka.
Wyniszczenie od środka
W pracy spędzamy teoretycznie ok. 8 godzin dziennie. Bywa jednak, że ze zdrowego podejścia do pracy przechodzimy do niebezpiecznego uzależnienia, które zagraża nie tylko naszemu zdrowiu psychicznemu, lecz także fizycznemu. Objawy somatyczne uzależnienia od pracy to między innymi zmęczenie, bóle głowy, wrzody żołądka, nudności oraz bóle w klatce piersiowej. Pracoholizm może również mieć znacznie poważniejsze konsekwencje – badania potwierdzają, że spędzanie w pracy ponad 11 godzin dziennie zwiększa ryzyko wystąpienia choroby serca o niemal 70 proc[2].
– Moja historia to najlepszy przykład na to, jak nie należy robić. Byłam po 40-tce, miałam wysokie stanowisko w dużej firmie i mnóstwo obowiązków – wyjazdy służbowe i wysokie wymagania szefostwa. Wszyscy dookoła mówili mi, że schudłam, źle wyglądam, a ja myślałam sobie – to ze zmęczenia. Kiedy pojawiło się krwawienie, było już dość późno. Diagnoza była jednoznaczna – 2-centymetrowy guz piersi. Dwa lata leczenia, kilka operacji i sesji chemioterapii. Wszystko przez to, że na badania czy samokontrolę nigdy nie było czasu –Anna Kupiecka, prezes OnkoCafe.
Na ratunek
Jak wynika z raportu „People at Work 2023” co piąty polski pracownik (21,70 proc.) przyznaje, że pracuje za darmo od 6 do 10 godzin tygodniowo. Średnio przepracowujemy 4 godziny i 43 minuty bezpłatnych nadgodzin w ciągu tygodnia[3]. Część z nas pracuje więcej, bo chce, część z kolei zabiera pracę do domu lub wyrabia nadgodziny ponieważ boi się, że inaczej pracodawca uzna ich za nieefektywnych pracowników. Szczególnie widoczne jest to u osób 40+, tych którzy zostali wychowani w przekonaniu, że pracę należy szanować, bo na nasz etat czyha kolejka chętnych.
– Praca to bardzo ważna sfera, jednakże dla niektórych z nas sukces zawodowy stanowi najważniejszy cel w życiu. Konieczne jest abyśmy zaczęli z większą atencją traktować swój dobrostan. Nie oznacza to, że możliwe jest dzielenie pracy i życia prywatnego 50 /50. Oznacza to, że musimy zadbać o relacje i życie poza pracą. Musimy zadbać o zdrowe środowisko pracy, w którym znajdzie się miejsce na zrozumienie i akceptację słabszych. Wymaga to, niestety, odpowiedzialności. Zarówno pracowników jak i pracodawców. Bo akceptacja, o której mówię to nie jest bylejakość. To wsparcie i budowanie relacji. Docenianie i przyzwolenie na wypoczynek. To wysokie kryteria jakości i sprawczość. Tym właśnie jest budowanie kultury organizacyjnej opartej o zaangażowanie. Do tego potrzebna jest dojrzałość nas wszystkich. Czy jest to realne? Z pewnością nie w 100 proc., zawsze jednak warto próbować. Świat się zmienia a my wraz z nim. Zobaczmy co wniesie do naszego świata pracy nowe pokolenie pracowników – podsumowuje Magda Pietkiewicz.
Wall Street kontynuowała odbicie w miniony piątek. Indeksy giełdowe zamknęły jednak tydzień na minusie podkreślając nerwowość i niepewność rynku. W tym tygodniu poznamy dwa kluczowe wskaźniki dla amerykańskiej gospodarki: inflację oraz sprzedaż detaliczną. Indeks strachu VIX po wzroście tydzień temu do ekstremalnie wysokiego poziomu 65,7 pkt zdołał mocno spaść w okolice 20 pkt. ale i tak utrzymuje się na podwyższonym pułapie. Rentowności amerykańskich obligacji po mocnym spadku zdołały odreagować, ale wciąż znajdują się w tendencji zniżkowej w średnim terminie. Kurs EUR/USD konsolidował się wokół poziomu 1,09.
W weekend otrzymaliśmy kolejne wypowiedzi z Rezerwy Federalnej, które miały na celu uspokojenie rynków. Głos zabrała Michelle Bowman, która nadal widzi ryzyko wzrostu inflacji oraz utrzymującej się siły rynku pracy. Pozostaje ona ostrożna w swoim podejściu dotyczącego korekty obecnego nastawienia polityki monetarnej. Przyznała, że lipcowy wzrost stopy bezrobocia odzwierciedla słabsze zatrudnienie, ponieważ osoby poszukujące pracy i wchodzące na rynek potrzebują więcej czasu aby ją znaleźć. Natomiast zwolnienia pozostają na niskim poziomie. Bowman nie uważa wzrostu do 4,3 proc. jako oznaki słabości i zbliżającej się recesji. Dodał natomiast, że jeśli proces dezinflacyjny będzie postępował, właściwe będzie cięcie stóp procentowych, aby zapobiec nadmiernej restrykcyjności polityki pieniężnej.
W tym tygodniu inwestorzy będą oceniać dalszy proces trendu kształtowania się cen a także otrzymają wskazówki dotyczące kondycji konsumpcji prywatnej. Po ostatnich spadkach wskaźnik CPI może wskazać na stabilizację. Prognozy sugerują ten sam poziom 3 proc. r/r podobnie jak w czerwcu. Bazowy CPI ma nieznacznie zostać zredukowany z 3,3 do 3,3 proc. r/r. Ważna będzie również dynamika miesięczna. Tu oczekiwania mówią o możliwym wzroście do 0,2 proc. Jeśli otrzymamy niespodziankę w postaci niższych cyfr, wówczas Fed otrzyma kolejny argument za cięciem kosztu pieniądza na wrześniowym posiedzeniu. Przedsmak środowego raportu da wtorkowa publikacji cen producenckich (PPI).
Z krajowych danych ważny będzie wstępny odczyt PKB za drugi kwartał tego roku. Oczekiwane jest przyspieszenie dynamiki wzrostu z 2 proc. do 2,8 proc. Oprócz tego otrzymamy finalną inflację CPI. Wstępne dane pokazały zdecydowany wzrost dynamiki do 4,2 proc. u ujęciu rok do roku. Prognozowana jest również lekka zwyżka inflacji bazowej z 3,6 proc. w czerwcu do 3,8 proc. w lipcu (r/r).
Głos w sprawie perspektyw polityki pieniężnej zabrał Ludwik Kotecki z RPP. W jego ocenie stopy procentowe powinny zostać obniżone już w I kwartale 2025 roku jeśli PKB za cały 2024 rok znajdzie się poniżej pułapu 3 proc. i jednocześnie jeśli prognozy będą wskazywać a brak jego przyspieszenia w kolejnym roku.
Zloty dziś umacnia się względem euro oraz dolara. Kurs EUR/PLN spada do 4,3140 a USD/PLN jest poniżej 3,95.
Początek tygodnia rozpoczął się od mocnych spadków indeksów giełdowych. Spektakularnie wydarzenia odbywały się w Japonii gdzie tamtejszy główny benchmark giełdy tokijskiej – Nikkei – spadł jednego dnia o ponad 12 proc. po czym kolejnego zdołał odrobić ponad 10 proc. Było to pokłosie obaw o amerykańską gospodarkę, działań Banku Japonii co w konsekwencji dało dynamiczne umocnienie jena. Tym samy transakcje carry trade, w których z reguły walutą finansującą jest japońska waluta, zaczęły być redukowane. Wzrósł popyt na bezpieczne aktywa, a z pewnością do takich zaliczany jest wciąż JPY. Zbieg tych kilku czynników spowodował, że początek mijającego tygodnia otrzymał niechlubną nazwę „czarnego poniedziałku”.
Opublikowany tydzień temu raport NFP podsycił obawy przed recesją. Dane dostarczyły niemiłej niespodzianki, która w pewnym momencie przerodziła się w szok, co wywołało dużą zmienność na rynkach. Zatrudnienie wypadło znacznie poniżej oczekiwań, odnotowując wzrost o 114 tysięcy. Przede wszystkim jednak poruszenie wywołał ponowna zwyżka stopy bezrobocia (do 4,3 proc.), która spowodowała, że na rynku zapaliła się żółta, ostrzegawcza lampka. Zgodnie regułą stworzoną przez amerykańską ekonomistkę Claudię Sahm, recesja rozpoczyna się, gdy stopa bezrobocia jest o co najmniej 0,5 punktu procentowego wyższa od najniższego poziomu z poprzednich dwunastu miesięcy. W lipcu było to 0,53 punktu procentowego, co oznacza przekroczenie granicznej linii. W teorii, na papierze wygląda to źle.
W przeszłości sygnał płynący z tej reguły pojawiał się około dwa do trzech miesięcy po rozpoczęciu recesji. Jeśli i tym razem miałoby tak być, wówczas szczyt cyklu koniunkturalnego wypadałby w kwietniu tego roku. Dane po tym terminie pokazywały jednak dalszy wzrost gospodarki. Dodatkowo wzrost bezrobocia prawdopodobnie wynika z faktu, że imigracja w USA zwiększyła się. Szukających pracy po prostu jest więcej, zatem wzrost stopy bezrobocia nie wynika z faktu, że firmy redukują zatrudnienie. Jeśli spojrzymy na odsetek osób zwolnionych wśród wszystkich bezrobotnych, wówczas widzimy stabilizację. Historycznie, kiedy dochodziło do załamania gospodarczego, odsetek ten w ewidentny sposób przybierał wyższe wartości.
Dodatkowo powinniśmy zwrócić uwagę na fakt, że w lipcu Stany Zjednoczone doświadczyły huraganu (Beryl). Ten czynnik mógł zniekształcić dane.
Liczby z raportu NFP nie były katastrofalne. Moim zdaniem reakcja rynku jest przesadzona a odreagowanie, które widzieliśmy w kolejnych dniach dowodzi, że rynek zaczął na chłodno analizować ostatnią publikację. Przypomnijmy raz jeszcze, że w lipcu utworzono ponad 100 tys. nowych miejsc pracy. Statystyki pokazują, że zapewnienie zatrudnienia osobom wchodzącym na rynek pracy po raz pierwszy, wymaga od gospodarki kreacji od 80 do 100 tys. wakatów. Zatem mamy jeszcze dość bezpieczny buffor. Należy wziąć również to pod uwagę, że z reguły rynek pracy nie jest zapalnikiem recesji a jedynie pokazuje jego negatywne skutki (spadek zatrudnienia, wzrost bezrobocia).
Można oczywiście spekulować, że to Fed może wywołać recesję, utrzymując poziom stóp procentowych na restrykcyjnym poziomie przez długi czas. Jeśli do obniżki faktycznie dojdzie we wrześniu, wówczas okres pozostania kosztu pieniądza na ekstremalnie (na tle historycznym) wysokim poziomie wyniesie 15 miesięcy. To więcej niż podczas poprzednich cykli.
Nie ma wątpliwości, że koniunktura w USA słabnie a przyczyną są wysokie stopy procentowe. Coraz mocniej widać efekty pracy Rezerwy Federalnej. Realna stopa proc. w USA wynosi obecnie 2,9 proc. i znajduje się powyżej neutralnego poziomu (który można uznać za 1,2 proc.). Liczona jest ona poprzez odjęcie od głównej stopy (5,5 proc.) deflatora PCE (2,6 proc.), który jest preferowanym przez Rezerwę Federalną miernikiem inflacji.
Powell dał jasno do zrozumienia na środowej konferencji, że sytuacja na rynku pracy na tyle spowolniła, że teraz uwaga Fed-u będzie mocniej skoncentrowana na tym obszarze. Rezerwa Federalna chciała tego efektu, ponieważ zależało jej na kontroli inflacji. Cel został osiągnięty, teraz amerykańska instytucja nie będzie chciała dopuścić do nadmiernego spowolnienia i możliwego załamania.
Teraz nasuwa się pytanie jak mocno będzie reagował Fed i z jaką częstotliwością. Czy wystarczą cięcia o 25 punktów bazowych i czy rynek ma rację zakładając trzy redukcje (w tym mocny ruch o 50 pb we wrześniu) kosztu pieniądza w tym roku?
Przedstawiciele amerykańskiego banku centralnego starają się za wszelką cenę tonować nastroje i można uznać, że to im się jak na razie udało. Indeksy na Wall Street są co prawda oddalone od swoich historycznych rekordów, ale widoczne jest odreagowanie wywołane przez aktywację popytu. Zmienność została zniwelowana. Podwyższona czujność powinna jednak z nami pozostać.
W tym tygodniu dane z amerykańskiego rynku pracy okazały się dla odmiany lepsze od oczekiwań, choć nadal trudno je nazwać dobrymi. W Europie inflacja umacnia forinta. Pozostałe odczyty dotyczące wzrostu cen – bez niespodzianek.
Lepsze dane z rynku pracy w USA
Po zeszłotygodniowej niespodziance z amerykańskiego rynku pracy, rynki bardziej niż zwykle czekały na czwartkowe dane. To właśnie w ten dzień publikowana jest liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. 233 tysiące to nie jest bardzo zły wynik, ale trudno też nazwać go dobrym. Warto zwrócić uwagę, że po korekcie tydzień temu było to równo 250 tysięcy. Analitycy spodziewali się spadku, ale mniejszego. Poziom 233 tysięcy nie sugeruje, że nagle rynek pracy za oceanem świetnie sobie radzi. Po prostu nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Warto też zwrócić uwagę, że łączna liczba pracujących nie spadała w lipcu, tylko rosła. Trzeba jednak pamiętać, że liczba ludności w USA cały czas rośnie, zatem bez odpowiednio szybko rosnącego zatrudnienia bezrobocie będzie wzrastać, mimo wzrostu zatrudnienia. Jak zareagowały rynki? Wczorajsze dane spowodowały umocnienie dolara względem euro. Początkowy ruch był jednak nadmiernie optymistyczny i szybko został w sporej części skorygowany.
Inflacja na Węgrzech
Wczoraj na szczególną uwagę zasłużyły Węgry. Kraj ten od stycznia zdusił inflację w okolice 4% i od tego czasu dane wyglądają niemal tak, jakby były centralnie administrowane. W ciągu 7 miesięcy wskaźnik inflacji oscylował pomiędzy 3,7% a 4,1% (ta druga liczba to dane opublikowane wczoraj). Z jednej strony jest to wynik o 0,1% powyżej oczekiwań. Z drugiej strony jednak trzeba pamiętać, że Węgry są właśnie w trakcie silnego cyklu obniżek stóp procentowych. Zatem utrzymanie inflacji na w miarę stabilnym poziomie świadczy o skuteczności tego podejścia. Rosnąca inflacja spowodowała jednak, że inwestorzy zaczęli spodziewać się spowolnienia tempa obniżek stóp procentowych. To z kolei wpłynęło na umocnienie kursu forinta względem pozostałych walut.
Inflacja w Europie bez niespodzianek
Dzisiaj poznaliśmy serię odczytów na temat wzrostu cen w kilku europejskich krajach. Rozpoczęło się brakiem niespodzianek w Norwegii. Spodziewano się 3,3% wzrostu cen i dokładnie tyle otrzymano. Nie miało to zatem większego wpływu na koronę norweską. Równie stabilnie pokazali się Niemcy. Oczekiwano 2,3% i pojawiło się 2,3%. Podobnie było we Włoszech – wynik był identyczny względem oczekiwań, czyli 1,3%. Problem wzrostu cen powoli się zmniejsza i ani po udostępnieniu danych z Niemiec, ani z Włoch nie było reakcji na rynkach walutowych.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Kanada – sytuacja na rynku pracy.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Literatura faktu, publicystyka, beletrystyka, kryminał czy sensacja – to tylko niektóre z popularnych gatunków, które uwielbiają czytelnicy na całym świecie. Czytanie to dla wielu z nich stały rytuał i prawdziwa przyjemność, której nie da się zastąpić niczym innym. Dziś czytelnicy obchodzą swoje święto, czyli Międzynarodowy Dzień Miłośników Książek. Niestety, rosnące zadłużenie na rynku książki rzuca cień na ten wyjątkowy moment roku i rodzi obawy o kondycję i przyszłość, jaką ma przed sobą krajowa branża i jej uczestnicy. Zwłaszcza że, jak wynika z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie informacji kredytowych BIK, zaległe długi księgarń wynoszą już na 14,4 mln zł. Nieco więcej, bo 14,5 mln zł są obecnie winni wydawcy książek, podium zaś zamykają ich autorzy, którzy mają 12,4 mln zł przeterminowanych zaległości.
Niepewna kondycja finansowa przedsiębiorstw działających na rynku księgarskim nie oznacza jednak nagłego spadku zainteresowania książkami w społeczeństwie. To – jak pokazał ostatni raport Biblioteki Narodowej (BN) „Stan czytelnictwa książek w 2023 roku” – czytamy coraz więcej, choć mamy jeszcze dużo do nadrobienia.
W 2023 r. lekturę co najmniej jednej książki w ciągu dwunastu miesięcy poprzedzających badanie BN zadeklarowało 43 proc. badanych, o 9 proc. więcej niż w dwóch ostatnich latach, a najwięcej od 10 lat. To, jaki mamy stosunek do czytania i jak często sięgamy po książki, zależy też od różnych czynników. Jak twierdzą autorzy raportu, jedną ze zmiennych jest nasze wykształcenie. Posiadaczki i posiadacze dyplomów wyższych uczelni, a więc osoby nastawione na pozyskiwanie wiedzy odpowiadającej ich praktyce zawodowej, uzyskali najwyższy wynik, bo 54 proc. Tuż za nimi uplasowali się dorośli, którzy ukończyli szkołę średnią (46 proc.). Co ciekawe, odsetek czytelników co najmniej siedmiu książek jest najwyższy wśród osób uczących się i studiujących i jest prawie dwukrotnie wyższy niż w całej populacji (15 proc.).
Jednocześnie, według analizy BN, podstawowe czytelnictwo rośnie też w odniesieniu do poziomu zaludnienia miejsc, w których żyjemy. Czytelników co najmniej jednej książki najczęściej możemy spotkać w miastach liczących 200 tys. osób i więcej (54 proc.), czyli tam, gdzie występuje łatwiejszy dostęp do punktów sprzedaży detalicznych, bibliotek czy instytucji kultury popularyzujących czytanie. Co ciekawe, najrzadziej czyta się w małych ośrodkach od 20 tys. mieszkańców (34 proc.), co jest wynikiem gorszym od wsi (41 proc.).
Trudna walka sektora MŚP
Skoro rola czytelnictwa rośnie, co stoi zatem za trudną sytuacją finansową polskich księgarni? I które firmy ze względu na wielkość i skalę działania przeżywają największy kryzys? Według danych Dun & Bradstreet na koniec 2023 r. w Polsce działało 2,2 tys. firm zajmujących się sprzedażą detaliczną książek. W 95 proc. są to mikro i małe przedsiębiorstwa, często jednoosobowe działalności gospodarcze. – Obecnie duże sieci i internetowe dyskonty mogą oferować książki z ogromnymi rabatami. Wydawcy udzielają im zniżek sięgających nawet 50 proc. ceny okładkowej, wspierając sprzedaż przez swoje kanały, takie jak księgarnie internetowe. W efekcie klienci często kupują książki online taniej, niż lokalni księgarze płacą za nie w hurcie. W takich warunkach prowadzenie firmy staje się bardzo trudne – wyjaśnia Szymon Szwajger, były księgarz, absolwent Polskiej Akademii Księgarstwa.
Trudną sytuację w branży widać także na przykładzie najnowszych danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, gdzie widać opóźnienia w spłacie bieżących rachunków i faktur względem kontrahentów oraz w bazie informacji kredytowych BIK, która zawiera także dane o niespłaconych na czas zobowiązaniach kredytowych. A wynika z nich, że skumulowany dług na rynku księgarskim rośnie nieprzerwanie od 2021 r. – Aktualnie, bo na koniec maja 2024 r., przeterminowane zaległości sprzedawców detalicznych książek wyniosły 14,4 mln zł, co oznacza wzrost o 2,1 mln zł (17 proc.) w porównaniu z sytuacją sprzed trzech lat. Każda księgarnia ma dziś do oddania średnio 82,5 tys. zł. Z kolei odsetek wszystkich przedsiębiorców z tej kategorii, posiadających zaległości wobec banków i kontrahentów, utrzymywał się w ostatnich latach na poziomie ponad 4 proc., przy czym obecnie mamy w Polsce 175 aktywnych, zawieszonych lub zamkniętych firm z opisywanego segmentu – komentuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Maleje przeterminowane zadłużenie wydawców, choć do trwałej poprawy sytuacji jeszcze daleko
W nieco innej, aczkolwiek także niepokojącej sytuacji, są wydawcy książek. Jeszcze na koniec maja 2021 r. byli oni winni rekordowe 33,3 mln zł, a dzisiaj ich saldo zaległego zadłużenia zmniejszyło się w porównaniu z tamtym okresem o 18,7 mln zł (56 proc.) i wynosi 14,5 mln zł. Zmniejszeniu od 2021 r. uległa także liczba nierzetelnych firm widocznych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie informacji kredytowych BIK – z 288 do 243. – Obecnie przeciętny wydawca ma nieuregulowane należności w kwocie 60 tys. zł, co oznacza, że jego dług jest o 55,5 tys. zł mniejszy niż w analogicznym okresie trzy lata temu. Podobnie jak w przypadku księgarni, w najtrudniejszej sytuacji są mniejsze i sprofilowane przedsiębiorstwa poszukujące swojej niszy, które lepszej przyszłości upatrują w rozwoju legislacji – dodaje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
– Rynek potrzebuje przede wszystkim systemowego wsparcia, zwłaszcza sensownej ustawy o książce – nie tylko o jednolitej cenie, ale też o rabatach dla dystrybutorów, skupie książek przez biblioteki i wielu innych zmian, które pozwoliłyby nawiązać uczciwą konkurencję. Dzisiaj przewagę mają największe przedsiębiorstwa będące właścicielami nie tylko wydawnictw, ale też firm dystrybucyjnych, magazynów czy dużych platform internetowych. Mały wydawca znajduje się w niezwykle trudnym położeniu. Choć sami jesteśmy w dość wyjątkowej sytuacji, bo mamy liczną grupę zaangażowanych czytelników – przeciętną firmę przerastają koszty produkcji i wysokie rabaty dystrybutorów, które potrafią sięgać minimum 50 proc., co z kolei utrudnia realne zarabianie – przekonuje Krzysztof Cieślik, redaktor naczelny wydawnictwa Artrage.
Niepewną sytuację na rynku usług i produktów księgarskich domykają kłopoty finansowanie autorów książek, wśród których znajdziemy artystów, pisarzy i niezależnych dziennikarzy. Według baz BIG InfoMonitor i BIK ich nieuregulowane w terminie zobowiązania przyrastają w ostatnich latach w tempie kilkunastu procent rocznie. W 2021 r. zadłużenie w tej grupie wyniosło 8,9 mln zł, czyli o 3,5 mln mniej niż obecnie (12,4 mln zł na koniec maja 20204 r.). A to oznacza także, że przeciętny pisarz jest dzisiaj winny swoim wierzycielom 45,2 tys. zł – o 11,6 tys. zł więcej niż jeszcze trzy lata wcześniej.
Źródła:
Raport „Stan czytelnictwa książek w Polsce w 2023 roku” przygotowany przez Bibliotekę Narodową na podstawie badania CAPI przeprowadzonego w listopadzie 2023 r. na próbie 2012 osób w wieku co najmniej 15 lat.
Analiza Dun & Bradstreet nt. polskiego rynku księgarskiego na koniec 2023 r.