Dziś obraduje Fed. Analitycy czekają na termin podwyżek stóp procentowych w USA

CEO Magazyn Polska

Wieczorem zarząd Rezerwy Federalnej ogłosi, jaką podjął decyzję w sprawie amerykańskich stóp procentowych. Ich zmiany nikt dziś nie oczekuje, ale nawet informacja o rozważanym czasie przyszłorocznej podwyżki może wpłynąć na kurs dolara.

Od ponad pięciu lat Fed utrzymuje amerykańskie stopy procentowe na rekordowo niskim, niemal zerowym poziomie (przedział 0-0,25 proc.). Taką decyzję podjął, by ożywić gospodarkę po kryzysie bankowym w 2007 roku. Dziś jednak w USA widać oznaki ożywienia. W III kwartale tamtejsze PKB wzrosło o 3,9 proc. W tej sytuacji podwyżka stóp w 2015 roku wydaje się większości ekonomistów – choć nie wszystkim – przesądzona. Przeważa opinia, że dojdzie do niej w sierpniu.

– Jest to jednak tylko prognoza rynkowa mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy DMK. – Bankierzy centralni mogą się do niej nie dostosować i bardzo często tak jest, że tego nie robią. Dlatego bardzo ważne będzie dla rynku to, czy perspektywa pierwszej podwyżki będzie bliższa czy dalsza terminowi, który teraz jest wskazywany na sierpień. Jeżeli dalsza, to dolar może trochę się jednak osłabić lub dynamika jego umocnienia będzie słabsza. Natomiast, jeżeli będzie to termin wcześniejszy, to dynamika umocnienia dolara będzie silniejsza, co będzie miało bardzo duży wpływ na rynki.

Dla kursu dolara w najbliższych dniach to, co powie Fed po posiedzeniu, może być kluczowe. Inwestorzy tylko czekają na sygnał, by kupować amerykańską walutę, zwłaszcza że po wczorajszych nieco gorszych od oczekiwań danych (PMI) jest ona nieco tańsza.

Jeżeli rynek otrzyma jakąś informację na temat prognozowanego terminu pierwszej podwyżki stóp procentowych, która zapadnie w przyszłym roku, gdy rynek otrzyma taką zapowiedź, to myślę, że będzie to sygnał, żeby jeszcze bardziej umocnić amerykańskiego dolara ze względu na to, że na chwilę obecną nie znamy tego terminu i tylko na rynku spekulujemy na temat momentu pierwszej podwyżki stóp procentowych podkreśla Andrzej Stefaniak.

Można oczekiwać, że końcówka roku będzie sprzyjała temu, żeby fundusze i duzi gracze, także banki, dokonywali zakupów amerykańskiej waluty. Ze względu na to, że rok się kończy, prawdopodobnie rynek już będzie chciał pozycjonować się na kolejny rok, czyli przygotować do oczekiwanego w przyszłym roku dalszego wzmacniania wartości dolara.

Perspektywy przed dolarem są bardzo pozytywne ocenia dealer walutowy DMK. Można się spodziewać kontynuacji presji na umocnienie tej waluty. Dodatkowo sprzyjają temu dane makroekonomiczne wszelkiego rodzaju, które są w niektórych przypadkach najlepsze od 24 lat, co w zestawieniu z mizerią w strefie euro powoduje, że para najbardziej popularna, czyli euro-dolar, będzie pod bardzo dużą presją na spadek i prawdopodobieństwo spadku euro-dolara w kierunku poziomu 1,20 na koniec roku jest bardzo duże.

Dla złotego oznacza to także spadek wartości wobec dolara. Polska waluta jest w ostatnim roku, mimo okresowych wahań, dosyć stabilna wobec euro i w ocenie specjalistów taka też pozostanie w kolejnych miesiącach. Euro jednak będzie słabło, bowiem gospodarka na kontynencie rozwija się znacznie wolniej niż amerykańska, a stopy procentowe w strefie euro w ocenie analityków będą w najbliższych miesiącach obniżane. Stąd na rynku euro raczej się sprzedaje, a dolara kupuje.

Zdecydowanie short [krótka pozycja, czyli obstawianie spadków – red.] na eurodolarze, long [długa pozycja, czyli obstawianie wzrostów – red.] w dolarze i myślę, że jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że będziemy mieć w perspektywie kilku dni, tygodni i miesięcy nowe minima na tej parze uważa Andrzej Stefaniak z DMK.

Rozwój polskiej gospodarki zapewnią nowe technologie, a nie tania siła robocza. Pomoże większe wsparcie innowacyjności

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka znajduje się w przełomowym momencie. Jej rozwoju nie można już opierać na taniej sile roboczej, bo wynagrodzenia są coraz wyższe. Musimy postawić na jej konkurencyjność, a to wymaga radykalnego wzrostu nakładów na badania i rozwój, również w samych firmach – ocenia Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. W kolejnych latach ma być to łatwiejsze.

Publiczne wydatki na prace badawczo-rozwojowe sięgają 0,9 proc. naszego PKB, podczas gdy np. Szwecja i Finlandia wydają na te cele odpowiednio 3,9 i 2,4 proc. Powoli jednak sytuacja zaczyna się zmieniać na lepsze.

Firmom w kolejnych latach będzie łatwiej stawiać na innowacyjność, ponieważ będą dostępne nowe narzędzia i większe środki. ARP ogłosiła w nowej strategii, że na wsparcie innowacji w przemyśle przeznaczy 1,3 mld zł. Będzie wspierać rozwój projektów w fazie komercjalizacji, czyli po etapie Badań i Rozwoju.

Z zadowoleniem patrzę na skoncentrowanie się nowej strategii Agencji Rozwoju Przemysłu właśnie na innowacyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes były wicepremier Janusz Steinhoff.

Prezes ARP Aleksandra Magaczewska w rozmowie z Newserią Biznes podkreśliła, że w kolejnych latach będzie rosła rola Agencji w efektywnym wspieraniu komercjalizacji i wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań. Do tej pory naturalnym obszarem działania ARP była restrukturyzacja. Nadal będzie ona odgrywać ważną rolę do 2020 roku  ARP zamierza wydać 1,8 mld złotych. Wiele wskazuje na to, że większy nacisk zostanie położony na restrukturyzację rozwojową, ponieważ zmniejsza się zapotrzebowanie na pomoc publiczną.

W nowej strategii ARP obok restrukturyzacji i inwestycji kluczowym obszarem naszej działalności są innowacje.

Jak podkreśla Janusz Steinhoff, najważniejsze jest to, by polska gospodarka stawała się bardziej innowacyjna, a tym samym bardziej konkurencyjna. Jak dotąd pod względem innowacyjności Polska znajduje się na szarym końcu Unii Europejskiej.

Trzeba pamiętać o tym, że będziemy mieli potężne pieniądze z Unii Europejskiej na ten cel w ramach programu operacyjnego „Inteligentny Rozwój”, ale również w programach regionalnych, czyli polscy przedsiębiorcy otrzymają zastrzyk środków, który pozwoli zwiększyć innowacyjność, a tym samym konkurencyjność polskiej gospodarki – mówi Janusz Steinhoff.

W sumie środki unijne na wzrost innowacyjności polskiej gospodarki były wicepremier szacuje na około 8 mld euro.

To są potężne pieniądze na lata 2014-2020, które trzeba racjonalnie wykorzystać. Myślę, że Polska gospodarka, jeżeli będzie racjonalnie wykorzystywać te środki, to za 5 czy 8 lat  będzie w zupełnie innej kondycji – mówi Steinhoff. – Mamy nieźle wykształconą kadrę menadżerską, naukową i inżynierską. Ta forma pomocy publicznej ma racjonalny, horyzontalny charakter, nie narusza konkurencji, natomiast zdecydowanie zwiększa konkurencyjność całej gospodarki.

Według Steinhoffa jest to o tyle ważne, że wyczerpała się dotychczasowa przewaga konkurencyjna Polski, czyli tania siła robocza.

Przez te 25 lat polska gospodarka zdecydowanie się zmieniła. Teraz nadchodzi etap zwiększenia konkurencyjności, podejmowania się bardziej skomplikowanej produkcji. Proste rezerwy wzrostu w polskiej gospodarce powoli się kończą i trzeba mieć tę świadomość, że Polska, aby eksportować, musi być jeszcze bardziej konkurencyjna – mówi Janusz Steinhoff.

Na początku lat 90. średnia pensja w Polsce wynosiła ok. 1 mln starych złotych, więc na obecne warunki jej siłę nabywczą można szacować na mniej niż 1500 obecnych złotych. By tę pensję wypłacić, zagraniczny pracodawca musiał wymienić ok. 100 dolarów. Dziś średnia pensja przekracza w Polsce 4 000 zł i stanowi równowartość blisko 1200 dolarów.

Wiatraki kuszą indywidualnych inwestorów. Zyski sięgają 17 proc. rocznie

CEO Magazyn Polska

30 tys. zł zamiast kilku milionów – tyle wystarczy, żeby zostać współwłaścicielem elektrowni wiatrowej. Tego typu inwestycja – nowa w Polsce – może dać w skali roku nawet 16-17 proc. zysku. Spółka Energy Invest Group w takim modelu realizuje pięć projektów. Dwa z nich 16 grudnia otrzymały pozwolenia na budowę.

Skopiowaliśmy model z Niemiec, gdzie wielu inwestorów zrzesza się w jedną grupę inwestycyjną i wspólnie realizują cel, jakim jest budowa farmy wiatrowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Korecki, przewodniczący rady nadzorczej Energy Invest Group SA. – Dzięki temu nie trzeba milionów czy setek tysięcy złotych  wystarczy 30 tys. zł i  wspólnie z pozostałymi inwestorami można być współwłaścicielem takiej elektrowni.

Na postawienie klasycznej siłowni wiatrowej trzeba wydać zwykle kilkanaście milionów złotych, z czego 3,5 do 4 mln zł to wkład własny. Koszty budowy odstraszały do tej pory indywidualnych inwestorów.

Energy Invest Group zakłada, że żywotność nowej turbiny to co najmniej ćwierć wieku. Siłownia wiatrowa powinna więc dawać udziałowcom zyski przez wiele lat.

Stopa zwrotu zależy od wielu czynników, m.in. od ilości energii, jaką turbina wyprodukuje w danym roku, i od cen energii. Koszty są raczej na stałym poziomie. Średnia stopa to 16-17 proc. w skali roku przez cały okres eksploatacji turbiny – zaznacza Maciej Korecki.

Jak podkreśla, są to kwoty pochodzące z dywidendy, która jest wypłacana co roku przez cały okres trwania inwestycji. Pierwszy zysk pojawia się po rozpoczęciu produkcji.

Kiedy elektrownia nie pracuje i nie zarabia, nie może generować zysków. W momencie kiedy rozpocznie produkcję, na koniec roku kalendarzowego sporządzamy bilans spółki i z każdym kolejnym rokiem już za cały pełny rok wypłacamy zysk – mówi Korecki.

Obecnie Energy Invest Group realizuje pięć projektów. Zlokalizowane będą w województwie łódzkim, w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego, Tomaszowa Mazowieckiego i Łowicza.

Dwa pierwsze projekty 16 grudnia uzyskały prawomocne pozwolenie na budowę, więc przechodzimy do fazy budowy – informuje Maciej Korecki. – Myślę, że potrwa to około pół roku, jest to termin od momentu zamówienia do dostawy turbiny. W międzyczasie szykujemy fundament, drogę dojazdową, infrastrukturę techniczną i to powinno się zakończyć w połowie 2015 roku.

Jak podkreśla, w tych projektach wszystkie udziały już zostały wykupione. Inwestorzy mogą się zgłaszać do trzeciego projektu, który – zgodnie z oczekiwaniami – otrzyma pozwolenie na budowę na początku 2015 roku.

Udziały w naszych spółkach kończą się dosyć szybko, chętnych jest coraz więcej. Dodatkowo wielu naszych inwestorów deklaruje, że kwoty, które zainwestowali na początku, są tylko częścią z ich możliwości i w momencie, kiedy będą kolejne dostępne projekty, oni też takie udziały nabędą – wyjaśnia prezes EIG. – Myślę, że ten rynek w Polsce dzisiaj jest na tyle dojrzały, że boom na elektrownie wiatrowe wśród prywatnych inwestorów dopiero się zaczyna.

Na rynku niemieckim rozwinięty jest również rynek wtórny obrotu udziałami, niewykluczone więc, że taka możliwość pojawi się też w Polsce.

Za rok w Polsce zmieniają się przepisy dotyczące energetyki odnawialnej. Zamiast zielonych certyfikatów, czyli świadectw pochodzenia energii, które wytwórca może sprzedawać na giełdzie operatorom energetycznym i firmom, które w większym stopniu szkodzą środowisku, i zwiększać swoje zyski, zaczną obowiązywać aukcje energii. Nieznane są jeszcze dokładne zasady, więc inwestorzy spieszą się z ukończeniem inwestycji jeszcze w 2015 roku.

Wielu ekspertów wskazuje na to, że będzie to o tyle korzystne, że będzie można wybrać system wsparcia: albo pozostać na dotychczasowym systemie, czyli cena czarnej energii plus zielony certyfikat, albo przejść na system aukcyjny, ale to nie będzie obowiązek. Ci, którzy oddadzą instalacje po 2016 roku tego wyboru mieć nie będą – podkreśla Maciej Korecki.

W Polsce zbyt na energię odnawialną jest jak na razie gwarantowany. Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej za pięć lat 20 proc. energii zużywanej w krajach członkowskich musi pochodzić z OZE. Na razie w Polsce wytwarza się w ten sposób ok. 10 proc.

P. Szeliga (Grupa Boryszew): W 2015 r. zwiększymy sprzedaż w części motoryzacyjnej o 150 mln zł. To będzie jeden z najlepszych okresów w historii Grupy

CEO Magazyn Polska

Mimo perturbacji na rynku rosyjskim Grupa Boryszew może zaliczyć 2014 rok do udanych. Jej prezes przewiduje też, że kolejny rok będzie należał do najlepszych okresów w historii holdingu. Planuje wzrost sprzedaży w segmencie motoryzacyjnym, podtrzymanie poziomu inwestycji z tego roku oraz uruchomienie fabryki w Meksyku.

– W Rosji obserwujemy dużą dekoniunkturę. Zdecydowanie ani rok 2014, ani aktualne prognozy na 2015 r. nie zbliżają nas do założeń, które legły u podstaw założenia spółki Boryszew Plastic Rus – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Seliga, prezes zarządu Grupy Boryszew. – Volkswagen, dla którego otwieraliśmy zakład produkcyjny, zgadza się na rekompensatę zmniejszonych obrotów.

Piotr Seliga uzupełnia, że na rynku rosyjskim widać dużą ostrożność w kreśleniu planów sprzedaży nowych samochodów. Firma prowadzi dodatkowe rozmowy z partnerami japońskimi, niemieckimi i jak na razie nie planuje zamknięcia zakładu w Dzierżyńsku, w Rosji. Obecnie spadek popytu na samochody osobowe w tym kraju wynosi już 20 proc. rok do roku.

Gorsza sytuacja popytowo-podażowa za wschodnią granicą jednak nie wpływa w większym stopniu na wyniki całej grupy. Jak wynika ze sprawozdania finansowego, sprzedaż do krajów europejskich spoza UE stanowi 4,26 proc. całkowitych przychodów, a do krajów spoza Europy – zaledwie 3,01 proc. obrotów Boryszewa.

– Po październiku i listopadzie widzimy, że jest to dobry kwartał, lepszy niż I i II, ale nie tak dobry, jak III kwartał 2014 r. – mówi Seliga.

W pierwszych trzech kwartałach Grupa Boryszew odnotowała 76,74 mln zł zysku netto, wobec 12,84 mln zł rok wcześniej. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży wzrosły w tym okresie z 3,69 mld zł do 3,83 mld zł. Lepsze wyniki to pochodna wzrostu przychodów w segmencie motoryzacji, aluminium, cynku i ołowiu oraz handlu.

Prezes Grupy Boryszew dodaje, że w 2015 r. firma zamierza zwiększyć sprzedaż w samym tylko segmencie motoryzacyjnym o 150 mln zł rocznie. Tyle samo wyniosą nakłady inwestycyjne, czyli pozostaną na podobnym poziomie jak w 2014 roku. Ponadto spółka planuje budowę fabryki w Meksyku za ok. 10 mln zł.

– Przyszły rok to będzie również okres inwestycji na poziomie tegorocznym, czyli przewidujemy mniej więcej 150 mln zł z bardzo atrakcyjnymi zwrotami, dalszą poprawą wyniku netto oraz wskaźników EBIT i EBITDY. 2015 rok to będzie jeden z najlepszych okresów w historii grupy – mówi Szeliga.

Mimo utrzymania nakładów inwestycyjnych Piotr Seliga zaznacza, że firma nie przewiduje w najbliższej przyszłości nowych emisji akcji. Holding natomiast optymalizuje koszty i czerpie korzyści z osiągniętych w poszczególnych segmentach oszczędności .

– W ostatnim czasie poczyniliśmy znaczne kroki w ramach optymalizacji kosztowej. Zakupy grupowe i ich centralizacja przynoszą nam duże oszczędności. Są one szczególnie widoczne przy energii elektrycznej i energii gazowej. W tej ostatniej sięgają nawet 2 mln zł – mówi prezes zarządu Grupy Boryszew.

Od 2015 r. zakup mieszkania na kredyt z 10-proc. wkładem własnym. Nowy wymóg może wpłynąć na ożywienie rynku wynajmu

CEO Magazyn Polska

Po 1 stycznia zaciągnięcie kredytu na zakup mieszkania będzie wymagało 10-proc. wkładu własnego. Odsetek ten będzie stopniowo wzrastał do 2017 roku, co ograniczy grupę osób, które stać na własne mieszkanie. Tym samym będzie rósł rynek wynajmu – oceniają eksperci. I podkreślają, że to dobry czas na inwestycje w lokale na wynajem. Stopa zwrotu może sięgać średnio 10 proc. rocznie.

Zmiany socjologiczne w społeczeństwie sprawiają, że zapotrzebowanie na nieruchomości na wynajem będzie rosło. Mamy coraz więcej emigrantów, a ze względu na potrzebę bycia mobilnym wielu ludzi pragnie mieszkać w mieszkaniach wynajętych, a nie własnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri CFI1, spółki zajmującej się grupowym inwestowaniem w nieruchomości.

Czynnikiem hamującym hossę na rynku transakcji kupna nieruchomości będzie Rekomendacja S Komisji Nadzoru Finansowego, która od 1 stycznia 2015 r. wprowadza konieczność posiadania 10 proc. wartości nabywanego lokalu (w 2014 roku było to 5 proc.) Warunek wpłaty własnych środków będzie stopniowo rósł o 5 proc. co roku, aż do osiągnięcia 20 proc. w 2017 r. Przepis mający na celu wzrost bezpieczeństwa kredytobiorców, może wpłynąć na słabnący rynek kupna-sprzedaży i zwrócić uwagę klientów na możliwość wynajmu.

Jak podkreśla Artur Kaźmierczak, do 10-proc. obowiązkowego wkładu własnego klient musi doliczyć jeszcze koszty transakcyjne, takie jak podatek od czynności cywilno-prawnych, taksę notarialną i być może prowizję. Wtedy finalne koszty mogą wynieść nawet 15 proc. wartości mieszkania.

To w naturalny sposób sprawia, że części osób, które chciałyby kupić mieszkanie, nie będzie na to stać, więc będą wynajmować – podkreśla Kaźmierczak.

To z kolei może być dobrym prognostykiem dla rynku wynajmu, a tym samym dla osób, które są zainteresowane inwestycją w lokal do wynajęcia.

Wydaje się, że 2015 rok będzie dobrym rokiem na rynku nieruchomości. Już w połowie tego roku było widać, że rynek pierwotny ruszył, deweloperzy przyspieszyli sprzedaż i rozpoczynają nowe inwestycje. Za rynkiem pierwotnym pójdzie rynek wtórny, bo zawsze mieszkania używane podążają cenowo za mieszkaniami nowymi i wydaje się, że będzie spory napływ kapitału na ten rynek w związku z bardzo niskim poziomem stóp procentowych. Trudno jest znaleźć inną tak bezpieczną i  jednocześnie przynoszącą tak dobry zwrot inwestycję – tłumaczy prezes Mzuri CFI1.

Ceny nieruchomości i ewentualne stopy zwrotu różnią się w zależności od miasta. Jak wyjaśnia Kaźmierczak, Warszawa ma najdroższe nieruchomości i oferuje relatywnie niskie stopy zwrotu, ale za to jest rynkiem bardzo bezpiecznym.  Kraków i Łódź oferują znacznie wyższe stopy zwrotu przy tańszych cenach obiektów, a jednocześnie relatywnie ustabilizowanym rynku.

Według branżowego serwisu PolishProperty.eu prognozowana przeciętna rentowność z inwestycji w nieruchomości na wynajem w Polsce w 2014 r. wyniesie 4,15 proc. netto. Dane jednak uwzględniają ryzyko, że przez 1,5 miesiąca mieszkanie pozostanie niewynajęte. Eksperci wskazują na najwyższy zwrot z inwestycji spośród dużych miast we Wrocławiu (4,71 proc.), a najniższy w Łodzi (4,08 proc.). Warszawa plasuje się w środku stawki z wartością 4,47 proc. przeciętnej rentowności z inwestycji, którą właściciel oddaje w najem.

– Mzuri CFI1 powstało z myślą o osobach, których nie stać na zakup nieruchomości w celu np. jej wynajmu. Nasza oferta skierowana jest do inwestorów, którzy posiadają kilkadziesiąt tysięcy złotych w portfelu – tłumaczy Kaźmierczak. – Mamy ambicję, aby osiągać rocznie 10 proc. stopy zwrotu przed opodatkowaniem, jest to realistyczny cel przy selektywnym wyborze nieruchomości – przekonuje.

Firma pozwala na lokowanie środków w nieruchomości i działa na wzór funduszu inwestycyjnego. Jeden inwestor nie może objąć w spółce udziałów większych niż 80 tys. zł. Jednocześnie jej udziałowcem można zostać, wpłacając już 10 tys. zł. Mzuri CFI1 zamierza poszukiwać nieruchomości w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców. Najlepiej w atrakcyjnym położeniu i kiepskim stanie. Po ich wyremontowaniu poszczególne mieszkania w kamienicy mają być sprzedawane po konkurencyjnych cenach. Prezes podkreśla, że spółka będzie potem dzielić się zyskami ze wspólnikami. Nabór do pierwszej inwestycji potrwa do końca 2014 roku.

Zatrudnienie nadal rośnie

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w listopadzie 5550,8 tys. osób i wzrosło o 0,1 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca – podał GUS.

Komentarz dr Grażyny Spytek-Bandurskiej, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Zatrudnienie systematycznie roście. W listopadzie było wyższe o 6,2 tys. w porównaniu z październikiem. Od początku roku zwiększyło się już o ok. 60 tys. Przybywa etatów również w ujęciu rocznym. W listopadzie zatrudnienie było wyższe o 0,9 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Zwykle jesienią obserwowaliśmy spadki zatrudnienia lub jego stabilizację. Tym razem jest inaczej, co świadczy o tym , że firmy tworzą nowe miejsca pracy. W najbliższych miesiącach sytuacja na rynku pracy nie powinna się znacznie pogorszyć, ponieważ ponad jedna czwarta przedsiębiorstw deklaruje, że będzie zatrudniać nowych pracowników. Skłonność do tworzenia miejsc pracy jest większa niż w ubiegłym roku i przed dwoma laty.

Konfederacja Lewiatan

 

Spóźnił się pociąg – otrzymasz zwrot pieniędzy za bilet

Jedziesz opóźnionym pociągiem lub z różnych powodów został on odwołany? Jako pasażerowi przysługuje ci prawo do rekompensaty. To jedna ze zmian dotyczących polskiej kolei, które weszły w życie 3 grudnia.

Jeśli pociąg przyjedzie co najmniej 60 min później, niż powinien, możemy liczyć na rekompensatę w wysokości 25% opłaty uiszczonej za przejazd. Jeżeli opóźnienie wydłuży się do 120 min lub więcej, zostanie nam zwrócone 50% ceny biletu. Ale uwaga: rekompensata jest przyznawana, gdy cena zakupionego biletu nie była niższa niż równowartość co najmniej 4 euro (ok. 16 zł). W przypadku dłuższego opóźnienia pasażerom należą się nieodpłatne posiłki i napoje. A jeśli pociąg utknie na torach na całą noc, podróżujący nim zostaną zakwaterowani w hotelu na koszt kolei.

Na te przepisy pasażerowie w Polsce czekali od dawna. Do tej pory o zwrot części kosztów biletu mogły się ubiegać tylko osoby korzystające z pociągów międzynarodowych (kursujących za granicę do państw UE), a także ekspresów jeżdżących na najważniejszych trasach w Polsce. „Od 3 grudnia – wraz z wejściem unijnych regulacji – pasażerowie PKP Intercity (pociągów TLK, międzynarodowych i ekspresów EIC) oraz Przewozów Regionalnych (Regioekspres i Interregio) też mają ten przywilej” – mówi serwisowi InfoWire.pl Beata Czemerajda, rzecznik prasowy PKP Intercity. Zmiany nie dotyczą połączeń regionalnych, czyli tych w obrębie województwa.

Aby otrzymać rekompensatę, należy złożyć reklamację. Każdy przypadek rozpatrywany jest indywidualnie. Należy zachować bilet i wraz z odpowiednim pismem wysłać go (mejlem lub pocztą) do przewoźnika. Na zwrot pieniędzy czeka się nie dłużej niż 30 dni.

Inwestorzy uciekają z Rosji. GPW dostaje rykoszetem

Na nadzwyczajnym nocnym posiedzeniu zarząd Centralnego Banku Rosji zadecydował o podniesieniu stóp procentowych aż do 17%. To nie pomogło – za jednego dolara trzeba zapłacić już ponad 75 rubli. Krach na moskiewskim parkiecie odbił się echem na polskim rynku – główne indeksy na GPW spadają.

– Zagraniczni inwestorzy panikują i nierzadko wyprzedają całe „koszyki” aktywów z danego regionu. Polska, Węgry i Turcja są w tym samym koszyku co Rosja stąd dzisiejsze spadki. Właśnie dlatego parkiety w Warszawie, Budapeszcie i Stambule dzisiaj tracą najwięcej w Europie – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Słaby rubel oraz zachodnie sankcje sprawiają, że w kraju, który w sporej mierze bazuje na imporcie podstawowych produktów, ceny rosną coraz bardziej. Z informacji zebranych przez portal Bankier.pl wynika, że w listopadzie ceny dóbr i usług konsumpcyjnych wzrosły aż o 9,1% w skali roku. Cukier podrożał o 20%, mięso o 18%, a owoce i warzywa o 11%.

– Rosjanie nie powinni się odzwyczajać od wyższych cen, ponieważ nawet według przewidywań CBR, inflacja w pierwszej połowie przyszłego roku będzie nadal rosła i sięgnie wartości dwucyfrowych – komentuje Michał Żuławiński.

W tym roku rosyjskie władze monetarne podwyższały stopy procentowe już sześciokrotnie. Jeszcze przed inwazją na Ukrainę, główna stopa procentowa CBR wynosiła „zaledwie” 5,5%. Po raz ostatni Rosja tak ostro podnosiła stopy w 1998 r., kiedy kraj ten faktycznie zbankrutował.

– Dla przeciętnego Rosjanina to fatalna wiadomość. Średnia pensja w tym kraju wynosi 30 tys. rubli miesięcznie. Rok temu była to równowartość ok. 920 dolarów. Obecnie jest to ok. 400dolarów. Przeciętne wynagrodzenie to oczywiście tylko wskaźnik. Zwykły Rosjanin zarabia ok. 15 tys. rubli miesięcznie, czyli 200dolarów. Jest źle, ale taka jest cena wojny, że płacą za nią zwykli ludzie – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Jak przywrócić wzrost gospodarczy w Europie?

O dyscyplinie fiskalnej i inwestycjach publicznych w Europie rozmawiali uczestnicy konferencji zorganizowanej przez Council of the Future of Europe we współpracy z Friends of Europe, która odbyła się 10 grudnia br. w Brukseli. W spotkaniu wziął udział minister finansów Mateusz Szczurek.

Minister Szczurek, na zaproszenie b. komisarza UE i premiera Włoch Mario Montiego oraz francuskiej deputowanej do Parlamentu Europejskiego Sylvie Goulard, zaprezentował punkt widzenia Polski w aktualnej debacie nt. sposobów ożywienia wzrostu gospodarczego w drodze inwestycji publicznych i prywatnych. Uczestnicy debaty zastanawiali się, jak osiągnąć trwałe pobudzenie inwestycji w Europie w kontekście obowiązujących unijnych reguł fiskalnych.

Mateusz Szczurek odniósł się do Planu inwestycyjnego dla Europyprzedstawionego przez Komisję Europejską, który był również przedmiotem debaty podczas posiedzenia Rady ECOFIN 9 grudnia br. Podkreślił poparcie Polski dla tego planu, który jest dobrym krokiem w kierunku sformułowania właściwej odpowiedzi na wyzwania stojące przed gospodarką europejską – zagrożenia długotrwałą stagnacją i problemami na rynku pracy. Zdanie ministra plan stanowi dobrą podstawę do dalszych prac na forum Rady.

Jednakże ze względu na skromną bazę kapitałową proponowanego przez KE funduszu inwestycyjnego (Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych), który w okresie 2015-2017 miałby posłużyć mobilizacji inwestycji publicznych i prywatnych pobudzających wzrost gospodarczy, zakładane cele mogą nie zostać osiągnięte. – Kiedy kapitał początkowy jest bardzo mały, mogą zostać sfinansowane jedynie te projekty, które i tak są finansowane przez sektor prywatny, istnieje zatem ryzyko wyparcia inwestycji prywatnych. W ten sposób nowy fundusz mógłby stać się konkurentem dla sektora prywatnego – zauważył minister Szczurek.

Minister poparł wezwanie Komisji Europejskiej skierowane do państw członkowskich, by zasiliły fundusz wkładami kapitałowymi. Zaznaczył jednak, że Komisja powinna tak zaprojektować konstrukcję funduszu, by wkłady te mogły zostać wyłączone z kalkulacji deficytów budżetowych. To warunek niezbędny dla wielu państw członkowskich, w tym Polski. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że nie uda się wzmocnić tego funduszu, a bez tego nie będzie on w stanie finansować szerokiego spektrum projektów inwestycyjnych.

Zdaniem Mateusza Szczurka reguły fiskalne powinny na równi obowiązywać małe i duże państwa unijne. Z drugiej strony nie należy ignorować oczekiwań wyrażanych przez niektóre państwa członkowskie, dotyczące zapewnienia większej przestrzeni fiskalnej dla wzrostu. Reguły fiskalne mające chronić stabilność fiskalną nie powinny być łatwo zmieniane, dlatego Europa powinna rozważyć w pierwszej kolejności inne rozwiązania na rzecz wzrostu gospodarczego, takie jak proponowany europejski fundusz inwestycyjny.

Będą większe dopłaty do mieszkań

Czy zmiany w programie Mieszkanie dla młodych spowodują w przyszłym roku zwiększenie i tak niezłej sprzedaży mieszkań? Jak to wpłynie na ceny?  

Od nowego roku program Mieszkanie dla młodych stanie się dla wielu osób jedynym sposobem na pokrycie wymaganego, wyższego wkładu własnego do kredytu. Zapowiadana zmiana zasad przyznawania rządowych dopłat też powinna zwiększyć popularność programu. To istotne, bo środki, które były przygotowane na 2014 rok na dopłaty do kredytów mieszkaniowych, przyznawanych w ramach programu MdM, nie zostaną niestety wykorzystane.

Jest jednak szansa, że w przyszłym roku wzrośnie zainteresowanie programem, szczególnie wśród osób, które nie posiadają pieniędzy na pokrycie obowiązkowego wkładu własnego do zaciąganego kredytu. Od stycznia 2015 roku minimalny wkład będzie wynosił nie 5, ale 10 proc. W przypadku kredytu w MdM pokryje go państwowa dopłata, co wielu osobom, które nie posiadają oszczędności, umożliwi w ogóle zakup mieszkania.

Nawet 30 proc. dopłaty

Program prawdopodobnie stanie sie bardziej popularny także ze względu na przygotowywane obecnie zmiany w ustawie dotyczącej przyznawania dopłat. Nowe przepisy pozwalają na zwiększenie wysokości dopłat i poszerzenie grona adresatów programu.

Rodziny z co najmniej trójką dzieci będą mogły dostać największą dopłatę, nawet w wysokości 30 proc. Ponadto dofinansowane w ich przypadku obejmie większą niż dotąd powierzchnię mieszkania. Beneficjenci wielodzietni będą mogli również skorzystać z programu mimo posiadania już wcześniej nieruchomości mieszkalnej.

Ponadto, o dopłaty do kredytu będzie można wystąpić, kupując mieszkanie zarówno od dewelopera, jak i od spółdzielni mieszkaniowej oraz takie, które powstało w wyniku przebudowy, czy adaptacji nieruchomości.

Jeśli chodzi o program, istotne są także limity cen metra kw. mieszkań, ustalone dla poszczególnych lokalizacji i regularnie aktualizowane. Ich wysokość wpływa także na ceny mieszkań deweloperskich w poszczególnych miastach. Obecnie oferta nowych mieszkań rośnie, ale i apetyt ze strony kupujących jest bardzo duży. Możemy mówić o nowym boomie na rynku mieszkaniowym. Zainteresowanie mieszkaniami jest rekordowo duże.

Nowy boom

Zachęceni dobrymi wynikami sprzedaży inwestorzy budują coraz więcej. W ciągu 10 miesięcy 2014 roku uzyskali pozwolenie na prawie 40 proc. mieszkań więcej niż rok wcześniej, wynika z danych GUS. Od ubiegłego roku oferta nowych mieszkań w całym kraju wzrosła o kilkanaście procent. Najwięcej mieszkań przybyło w Poznaniu, Krakowie i Warszawie.

W związku z tym, niewielka część firm, albo już podniosła nieznacznie stawki ofertowe, albo myśli o tym, by zrobić to w 2015 roku. Zdecydowana większość deweloperów jednak nie zamierza zmieniać cen w realizowanych inwestycjach, ani planowanych, kolejnych etapach budowanych osiedli, podają analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl.

Z drugiej strony, inwestorzy nie planują też obniżać cen. Promocji można się spodziewać jedynie w czasie wyprzedaży ostatnich mieszkań lub w przedsprzedaży, na starcie budowy inwestycji. Na obniżki nie ma co liczyć szczególnie w tych miastach, gdzie limit cenowy za metr mieszkania przewidziany w programie dopłat umożliwia znalezienie w ofercie deweloperskiej odpowiednio nisko wycenionego lokalu.

 MdM a ceny mieszkań

Ceny nowych mieszkań idą w górę w miastach, w których mieszkań z dopłatą jest najwięcej. W Gdańsku, gdzie program obejmuje prawie wszystkie mieszkania z oferty deweloperów w ciągu trzeciego kwartału br. stawki cenowe wzrosły o 4 proc., obliczają analitycy Emmerson. W Poznaniu, w którym również nie trudno znaleźć lokal kwalifikujący się do MdM ceny nowych mieszkań wzrosły średnio o ponad 1 proc.

Z kolei w Krakowie, gdzie program dopłat praktycznie nie funkcjonuje, bo limit uprawniający mieszkania do dopłat ustawiony jest znacznie poniżej średnich cen rynkowych, mieszkania staniały średnio o 3,4  proc.

W Warszawie, w której deweloperzy oferują ok. 15 tys. mieszkań,  stawki cenowe w ostatnich miesiącach nie zmieniły się. Na warszawskim rynku przybywa nowych mieszkań, także tych z dopłatą, które stanowią kilkanaście procent całej oferty deweloperskiej.

Obniżki stawek

W Warszawie zdarzają się obniżki cen. Można na nie liczyć szczególnie na Białołęce, która oferuje największą w mieście ilość mieszkań kwalifikujących się do rządowych subwencji w ramach MdM. Zdarza się, że tak jak na osiedlu Tarasy Dionizosa powstającym przy ul. Winorośli, wszystkie mieszkania w inwestycji można kupić z dopłatą. Jak podkreśla Wojciech Stisz, reprezentujący firmę Barc Warszawa, zarówno mieszkania w gotowym budynku, jak i w realizowanym kolejnym etapie osiedla można wraz z miejscem parkingowym obejmuje program MdM. Jest to możliwe dzięki obniżce cen mieszkań w Tarasach Dionizosa do 5.500 zł/mkw.

Obecnie do zakupu mieszkań zachęca bardzo niskie oprocentowanie kredytów hipotecznych. Pomimo, że obecnie stopy procentowe są na rekordowo niskim poziomie, zdaniem obserwatorów rynku w przyszłym roku mogą jeszcze zostać obniżone. Tym samym jeszcze bardziej obniżą się raty spłaty i wzrośnie zdolność kredytowa osób chcących pożyczyć na mieszkanie.

 

Niestety, analitycy oceniają także, że obecny, od dawna obserwowany, trend wzrostowy marż kredytowych, które dyktują banki, utrzyma się także w przyszłym roku. Należy tu zaznaczyć, że głównym powodem podwyżek marż bankowych jest właśnie niski poziom stóp procentowych. Bank podnosząc swoje marże zrekompensują sobie w ten sposób częściową utratę zysków.

Przedsiębiorca szybciej rozpocznie działalność gospodarczą

0

Znaczne skrócenie czasu oczekiwania na rozpoczęcie działalności gospodarczej i uproszczenie reguł działania „jednego okienka” to najważniejsze założenia zmian ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym (KRS) i niektórych innych ustaw. Dzięki nowelizacji podmiot podlegający wpisowi do Krajowego Rejestru Sądowego (KRS) będzie mógł faktycznie podjąć działalność, np. gospodarczą, niezwłocznie po dokonaniu wpisu w KRS. To kolejny przykład tworzenia nowoczesnej administracji podatkowej, wykorzystującej nowe możliwości techniczne do ograniczania formalności do niezbędnego minimum. Przypominamy o zmianach, które weszły w życie 1 grudnia 2014 r.

Zgodnie z nowymi przepisami dane objęte treścią wpisu w KRS będą jednocześnie podstawą do uzyskania wpisu w ewidencjach i rejestrach prowadzonych przez organy administracji publicznej. Standardem będzie automatyczna wymiana danych między systemami teleinformatycznymi KRS i tych organów:  bezpośrednio po dokonaniu wpisu w Rejestrze i po jego każdorazowej zmianie zostanie zaktualizowany odpowiedni wpis w ewidencji bądź rejestrze prowadzonym przez organ. Zmiany te pozwolą na usunięcie dotychczasowych wad związanych z działaniem tzw. „jednego okienka” zgłaszanych m.in. przez przedsiębiorców, jak obowiązek powielania tych samych informacji w formularzach wniosków kierowanych odrębnie do różnych organów, choć składanych w jednym miejscu. Usprawniono tym samym działanie sądów rejestrowych, które nie będą musiały gromadzić kierowanej do organów administracji publicznej dokumentacji z danymi podmiotów, aby przekazać je właściwym organom.

Automatyczne  przekazywanie danych oznacza znaczne przyspieszenie procedur nadawania identyfikatora podatkowego NIP oraz numeru identyfikacyjnego REGON (na podstawie danych przekazanych z bazy danych KRS do Centralnego Rejestru Podmiotów – Krajowej Ewidencji Podatników i rejestru Głównego Urzędu Statystycznego). Numery te będą przyznawane już w dniu dokonania wpisu do KRS, co oznacza przyspieszenie o ok. 17 dni czasu oczekiwania przez podmiot na możliwość rozpoczęcia wykonywania działalności, np. gospodarczej, a w efekcie umożliwi łatwiejsze i szybsze tworzenie miejsc pracy.

W ramach nowelizacji przepisów opracowano też wspólny formularz zgłoszeniowy z pakietem danych uzupełniających na potrzeby wszystkich ewidencji/rejestrów objętych zasadą „jednego okienka”. Dane te, których nie trzeba ujawniać w KRS bądź są nieznane w momencie wpisu do niego, jak  numer rachunku bankowego, ale które są niezbędne np. urzędowi skarbowemu czy ZUS, będą zamieszczane przez przedsiębiorców na jednym formularzu i składane w ciągu 21 dni od wpisu w urzędzie skarbowym, który przekaże je GUS i ZUS. Składanie danych uzupełniających w formie papierowej lub elektronicznej nie będzie ponadto wstrzymywać rozpoczęcia przez podmiot działalności, w tym gospodarczej.

Panattoni otwiera się na inwestycje na wschodzie Polski. W całym kraju buduje obecnie 250 tys. mkw. nowych powierzchni

0

CEO Magazyn Polska

Panattoni, deweloper powierzchni magazynowych, zamierza na zamówienie klientów budować magazyny na terenach Polski Wschodniej, dotąd mało przez firmę zagospodarowanych. Rocznie Panattoni oddaje 200-300 tys. mkw. nowej powierzchni. Zarabia na jej sprzedaży lub wynajmie.

Zdecydowana większość z 8,5 mln mkw. magazynów powstała wokół największych miast Polski. W okolicach m.in. Warszawy, zespołu miast górnośląskich, Łodzi, Poznania, Wrocławia, Gdańska i Krakowa stoją hale o powierzchni ok. 8 mln mkw. Teraz inwestorzy zaczęli się jednak rozglądać za innymi terenami.

– Naszym planem jest też, by penetrować Polskę w mniejszych lokalizacjach mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Dobrzycki, partner zarządzający Panattoni Europe. –  W trzecim sektorze, czyli Polsce Wschodniej, mniejsze i większe miasta. Uważamy, że tam jest potencjał, oczywiście trzeba być dużo bliżej tych rynków, żeby rozumieć na czym one polegają i jak funkcjonują, ale chcemy tam się rozwijać. To uważamy za potencjalne miejsce do rozwoju przez najbliższe lata dla nas.

Jak wynika z najnowszego raportu specjalizującej się w nieruchomościach komercyjnych Colliers International można dostrzec wzrost zainteresowania inwestorów tymi regionami Polski. Nowoczesne magazyny mają teraz powstać m.in. w okolicach Rzeszowa i Lublina. To jednak nie oznacza zaniechania inwestycji w dotychczasowych lokalizacjach centralnej i zachodniej Polski

– Rozwijamy się w tych pięciu podstawowych miejscach, lokalizacjach. Jesteśmy otwarci na klienta, podążamy wszędzie tak, gdzie klient chce, żebyśmy podążali, czyli budujemy w strefach, budujemy przy fabrykach – mówi.

Polski rynek nieruchomości magazynowych jest jednak na tyle atrakcyjny i chłonny, że tacy inwestorzy, jak Panattoni, mogą budować obiekty nie tylko na zamówienie klienta, lecz także spekulacyjnie, czyli na własne wyczucie. Szczególnie wokół największych miast wolne powierzchnie w miarę szybko znajdują najemców.

Ta spekulacja musi być rozważna i selektywna podkreśla partner zarządzający Panattoni Europe. – Musimy widzieć, że rzeczywiście jest potencjał wzrostowy rynku, a ilość powierzchni spekulacyjnej nie jest za duża i w najbliższej perspektywie nie będzie za duża, by nie wpędzić się w kłopoty. Raczej chcemy rozwijać się biznesowo, dlatego patrzymy na to wszystko racjonalnie.

Panattoni zbudowało w Polsce i Czechach magazyny o powierzchni 2 mln mkw. Tylko w 2014 roku w naszym kraju spółka zwiększyła swój stan posiadania o 400 tys. mkw., a w budowie ma jeszcze ponad 250 tys. mkw. magazynów.

Mamy strategię mieszaną informuje Robert Dobrzycki. – Jeżeli uważamy, że dana lokalizacja i nieruchomość jest dla nas długookresowo strategiczna, trzymamy. Jeżeli uważamy, że możemy bez tej lokalizacji funkcjonować i nasz inwestor, który chce od nas nabyć taką nieruchomość, uważa, że dla niego jest ona strategiczna, dochodzimy do porozumienia i  następuje transakcja.

Rośnie bezrobocie wśród osób niepełnosprawnych. Firmy rezygnują ze statusu zakładu pracy chronionej

Spadła liczba pracujących osób niepełnosprawnych – jest ich 20 tys. mniej niż przed rokiem. Według Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych coraz więcej firm rezygnuje z udziału w państwowym systemie dofinansowania zatrudnienia takich osób. Powodem jest m.in. obniżenie wysokości dodatków, co nastąpiło w kwietniu. W rezultacie tylko w tym roku około 100 firm zrezygnowało ze statusu zakładu pracy chronionej.

W tym roku sytuacja na rynku pracy osób niepełnosprawnych uległa pogorszeniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Zając, prezes Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych (POPON). – W systemie obsługi dofinansowań, na podstawie którego pracodawcy otrzymują dodatki do zatrudniania osób niepełnosprawnych, widzimy spadek liczby pracowników. W ubiegłym roku było ich 260 tys., w tym jest już niewiele ponad 240 tys. Oznacza to, że w ciągu roku o 20 tys. zmniejszyła się liczba pracujących niepełnosprawnych.

Według wyników ostatniego Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z 2011 roku liczba osób niepełnosprawnych na koniec marca tamtego roku wynosiła dokładnie 4 697 tys. osób. Stanowiło to 12,2 proc. ludności kraju wobec 14,3 proc. w 2002 r. (blisko 5,5 mln osób niepełnosprawnych).

Część z tych ludzi ma pracę, niektórzy już jej nie mają – zauważa Jan Zając. – Zmiany przepisów, które ostatnio się dokonały, spowodowały również, że część osób ze schorzeniami ciężkimi utraciła zatrudnienie i obecnie korzysta z pomocy społecznej.

Chodzi o zmiany w wielokrotnie nowelizowanej ustawie o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych, które obowiązują od kwietnia br. Na mocy nowego prawa nastąpiło zrównanie dofinansowania z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych dla wszystkich pracodawców, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne. Do kwietnia korzystniejsze warunki miały firmy o statusie zakładu pracy chronionej, po zmianach dofinansowanie zostało obniżone.

Zakłady pracy chronionej po zrównaniu dofinansowań do poziomu obowiązującym na otwartym rynku w zasadzie powoli zaczynają znikać z naszego życia gospodarczego. W tym roku już około 100 zakładów oddało status ZPCh. Widać, że następuje postęp w zakresie likwidacji tej formy prowadzenia przedsiębiorstwa – podkreśla Zając.

ZPCh zgodnie z prawem mają dodatkowe obowiązki względem zatrudnionych osób niepełnosprawnych, np. związane z prowadzeniem doraźnej i specjalistycznej opieki medycznej. Poza tym niepełnosprawni muszą w takich zakładach stanowić co najmniej połowę pracowników, a spośród nich 20 procent mają stanowić osoby ze znacznym i umiarkowanym stopniem niepełnosprawności.

Gdy pracodawca oddaje status ZPCh, w efekcie najczęściej rozstaje się z tymi pracownikami, bo są oni najmniej wydajni – przekonuje Jan Zając. – Kiedy firmy przechodzą na otwarty rynek, nie obowiązują ich już wskaźniki i redukują zatrudnienie. W związku z tym, że dofinansowanie do osób niepełnosprawnych relatywnie spada z roku na rok, również firmy z otwartego rynku nie zatrudniają już tak chętnie.

Negatywny trend, według prezesa POPON, raczej będzie się utrzymywał w przyszłości. Dlatego organizacja postuluje zmianę polityki w zakresie zatrudniania osób niepełnosprawnych, na przykład przez sferę budżetową.

Urzędy i instytucje państwowe robią to niechętnie, bardzo powoli uczą się tego rodzaju zatrudnienia – informuje Zając. – Uważam, że to jest przyszłość rynku pracy osób niepełnosprawnych i kierunek, w którym powinien iść ustawodawca.

Coraz więcej Polaków spędza święta Bożego Narodzenia i sylwestra na egzotycznej plaży lub w kurorcie narciarskim

Biura turystyczne przeżywają prawdziwe oblężenie. Na świąteczno-noworoczny wyjazd w tym roku wybierze się 20 proc. Polaków więcej – wynika ze statystyk Travelplanet. Część wybierze narciarskie stoki, inni – egzotyczne kraje. Nie odstraszają ich wysokie ceny, a najmodniejszymi kierunkami są Wyspy Kanaryjskie, Maroko, Meksyk i Dominikana.

Okres świąteczno-noworoczny to jeden z najpopularniejszych terminów urlopowych, w tym roku również ze względu na bardzo korzystny układ dni wolnych. Wystarczy wziąć 6 dni urlopu, aby wypoczywać aż 13, dlatego wielu Polaków udaje się na dłuższy wypoczynek. Hotelarze na tę okazję starają się stworzyć atmosferę świąt, przygotowując specjalne menu i dekoracje – mówi agencji informacyjnej Newseria Magda Plutecka-Dydoń, rzecznik prasowy Neckermann Polska.

Pod koniec grudnia na zagraniczne podróże najczęściej wybierają się ci, którzy chcą ominąć przedświąteczną gorączkę zakupów, gotowanie, pieczenie i  biesiadowanie przy stole. Alternatywą dla świąt spędzanych w domu są wyjazdy na narty lub wypoczynek na egzotycznych plażach.

Chętnie wypoczywamy tam, gdzie jest teraz ciepło, słonecznie, gdzie możemy naładować baterię. Zainteresowaniem cieszą się zarówno bliższe kraje, takie jak Wyspy Kanaryjskie, Egipt czy Maroko, jak i dalsze, bo zima to doskonała pora na egzotyczne podróże. Zainteresowaniem cieszą się takie kraje, jak Meksyk, Kuba, Dominikana czy Malediwy. Wiele osób w tym czasie rozpoczyna również sezon narciarski, najczęściej w alpejskich rejonach, szczególnie w miejscowościach we Włoszech i w Austrii – wymienia Magda Plutecka-Dydoń.

Z roku na rok liczba klientów biur podróży w tym okresie wzrasta. Według statystyk Travelplanet  w tym roku na wyjazd zdecydowała się 20 proc. Polaków więcej. Jedni decydują się spędzić poza krajem cały urlop, inni z kolei pielęgnują tradycję i na święta zostają w domu, a wyjazd planują dopiero na sylwestra i Nowy Rok. Nie odstraszają ich wysokie ceny. Za wypoczynek za granicą turyści płacą średnio 3300 zł za osobę.

Te ceny mogą być o kilka procent wyższe niż poza sezonem. Siedmiodniowy wyjazd na święta do Egiptu z pobytem w czterogwiazdkowym hotelu z all inclusive to koszt około 2,1 tys. zł. Wyjazd narciarski na Sylwestra, do Val di Sole, do Włoch, z pobytem w trzygwiazdkowym hotelu z dwoma posiłkami będzie kosztować nas około 1,8 tys. zł za tydzień – wylicza Magda Plutecka-Dydoń.

Tygodniowy pobyt w Tajlandii, na Dominikanie czy Bali to wydatek kilkukrotnie większy.

Talent shows wychodzą poza telewizję. Widzowie dyskutują o nich na wielu platformach w trakcie emisji

Talent shows nie tylko w telewizji, lecz także w internecie, na tabletach oraz w mediach społecznościowych – zakończone edycje popularnych telewizyjnych programów na szeroką skalę wykorzystały zjawisko multiscreeningu. Dzięki temu ich twórcy wzbudzili znacznie bardziej ożywioną dyskusję w sieci, a wzmianki o programach zostały odnotowane przede wszystkim w trakcie ich trwania. W internecie często mówiono też o jurorach i prowadzących programy. Reklamodawcy wykorzystują popularność tego typu programów.

Multiscreening, czyli korzystanie z co najmniej dwóch ekranów jednocześnie, jest sferą, która nie jest jeszcze dobrze zgłębiona, natomiast chętnie wkraczają w nią użytkownicy nowych technologii i nowych mediów. Nieco ostrożnie robi to szeroko pojęta branża komunikacyjna. Programy takie jak „Mam Talent”, „Must Be the Music” oraz „The Voice of Poland” zdecydowanie wyszły poza ramy ekranu telewizyjnego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Monika Tomsia, specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów.

IMM przeprowadził badania analizujące popularność tych trzech programów w internecie i mediach społecznościowych. Pokazały one, że widzowie chętnie angażują się w internetową dyskusję na temat programu, a stacje telewizyjne ich do tego zachęcały. Widzowie „Must Be the Music” (Polsat) byli informowani o wielu kanałach, w których mogą oglądać program (m.in. internet, telewizja, SmartTV, tablety), a fani „Mam Talent” (TVN) mogli głosować poprzez specjalną aplikację.

Z kolei uczestnicy „The Voice of Poland” (TVP2) już na wstępnym etapie programu mieli zakładane konta na Facebooku i Twitterze.

W samym finale „The Voice of Poland” zastosował jeszcze więcej tego typu zabiegów. Uczestnicy, którzy przygotowywali się do występów, na bieżąco śledzili wpisy swoich fanów na fanpage’ach za pośrednictwem laptopów. W tle rozwieszone były ekrany, na których widzieliśmy bieżące komentarze. Prowadzący robił zdjęcia smartfonem i umieszczał je jeszcze w trakcie trwania programu na Instagramie. Zatem „The Voice of Poland” nie zostawiał innego wyboru widzom, jak tylko zaangażować się w pełni w program na kilku ekranach jednocześnie – wyjaśnia Tomsia.

Jak podkreśla, dzięki takiemu podejściu nadawcy osiągnęli swój cel. Ponad trzy czwarte wszystkich wzmianek internetowych o „Mam Talent” w dniu emisji miało miejsce w trakcie trwania programu. Inne programy były mniej skuteczne – dla „The Voice of Poland” wskaźnik ten wyniósł 60 proc., a dla „Must Be the Music” – tylko 38 proc.

Reklamodawcy, korzystając z popularności tych programów, chętnie wybierają reklamowanie swoich produktów w trakcie ich emisji. Wszystkie bloki reklamowe w trakcie jednej emisji „Mam Talent” kosztowały 3,2 mln zł, dla „Must Be the Music” – 3 mln zł, a dla „The Voice of Poland” zaledwie 0,5 mln zł. To wynika ze specyfiki ramówki telewizji publicznej.

Telewizja Polska stosuje znacznie krótsze przerwy na reklamy, dając mniejsze pole do popisu reklamodawcom. Przenosi jednak cały ciężar do wnętrza programu. „The Voice of Poland” jest wręcz najeżony lokowaniem produktów. Uczestnicy w przerwach, kiedy przygotowują się do występów, jedzą lody, piją napoje znanej marki, robią zdjęcia smartfonem czy zażywają tabletki na ból głowy – wylicza Tomsia.

Widzowie chętnie komentowali nie tylko występy uczestników, lecz także rozmawiali w sieci o prowadzących programy. Najczęściej dyskutowano o Edycie Górniak z „The Voice of Poland” (70 wzmianek w dniu emisji), na kolejnych miejscach znaleźli się Agnieszka Chylińska („Mam Talent”) i Piotr Rogucki („Must Be the Music”).

Na potrzeby zestawienia o najpopularniejszych źródłach dyskusji zbadaliśmy dokładnie jeden weekend 15 i 16 listopada. Wszystkich wzmianek było razem 1300. Zbadaliśmy frazy dotyczące zarówno samego programu, jak i nazwisk jurorów oraz prowadzących. W tym zestawieniu prowadzi „The Voice of Poland”, o którym było 51 proc. wzmianek. Na drugim miejscu jest „Mam Talent”, na trzecim „Must Be the Music” – podsumowuje Tomsia.

Komentarze ukazywały się przede wszystkim na Facebooku (48 proc.) i Twitterze (40 proc.). Dużo rzadziej programy komentowano na stronach internetowych poświęconych rozrywce.

Skończy się plaga niechcianych e-maili. Za rozsyłanie spamu będą kary w wysokości do 3 proc. rocznych przychodów

Konsument będzie miał 14 dni na odstąpienie od umowy zawartej na odległość, będzie mu też łatwiej zwrócić towar zakupiony online. To główne zmiany, które na mocy ustawy o prawach konsumenta wejdą w życie 25 grudnia. Nowe przepisy zakazują również wysyłania reklamowych e-maili i telemarketingu osobom, które nie wyraziły na to zgody, co powinno ucieszyć konsumentów.

25 grudnia wchodzi w życie ustawa o prawach konsumenta. Z punktu widzenia klienta najważniejsze jest to, że nie będzie już otrzymywał niechcianych telefonów oraz korespondencji e-mailowej. Dziś trafiają do niego takie ilości spamu, że jest to męczące. Teraz ten proceder się skończy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michael Banaszczyk, marketing & sales manager specjalizującej się w marketingu bezpośrednim firmy Emerson Direct Communication.

Nowa ustawa zmienia artykuł 172 ustawy Prawo telekomunikacyjne, zgodnie z którym zakazane będzie „używanie telekomunikacyjnych urządzeń końcowych i automatycznych systemów wywołujących do celów marketingu bezpośredniego, chyba że abonent lub użytkownik końcowy uprzednio wyraził na to zgodę”. To oznacza, że niezgodne z prawem będą wszelkie reklamy wysyłane e-mailem i telefony z ofertami, na które wcześniej konsument nie wyraził zgody. Podobne przepisy zastosowano już w innych krajach i skutecznie ograniczono niechcianą komunikację marketingową.

Podobne regulacje już od jakiegoś czasu istnieją na Zachodzie, na przykład w Niemczech – wyjaśnia Banaszczyk. – W wyniku wprowadzonych kilka lat temu przepisów spamowanie oraz telemarketing praktycznie się tam skończyły. Obecnie nie ma tam czegoś takiego jak spam. Kilka firm musiało zapłacić karę, informacja o tym pojawiła się w mediach i zjawisko to zniknęło raz na zawsze.

Zgodnie z nowymi przepisami ochrona ta będzie obejmowała osoby fizyczne oraz osoby prawne.

Firmy prowadzące komunikację z klientem za pośrednictwem telefonu czy internetu – zdaniem przedstawiciela Emerson DC – będą musiały zmienić swoją strategię marketingową.

Wydaje mi się, że teraz zaczną dostrzegać przede wszystkim konsumentów, których już mają, i położą nacisk na relacje z obecnymi klientami i ich dowartościowanie – prognozuje Michael Banaszczyk. – Komunikacja będzie bardziej spersonalizowana, kierowana do konkretnych odbiorców, znacznie bardziej niż obecnie uzależniona od potrzeb konsumentów. Firmy przestaną raczej podejmować próby masowego pozyskiwania nowych klientów przez internet czy telefon.

Za nieprzestrzeganie zapisów ustawy grożą im surowe kary. Na rozsyłającą spam firmę będzie mogła być nałożona kara w wysokości 3 proc. rocznych przychodów. Jak zauważa Michael Banaszczyk, dla wielu przedsiębiorstw będzie to ich być albo nie być.

Ustawa z 30 maja br. o prawach konsumenta wprowadza czternastodniowy termin na złożenie oświadczenia o odstąpieniu od umowy zawartej na odległość (dotychczas było to 10 dni) oraz gotowy do wykorzystania wzór oświadczenia (dotychczas takiego nie było). Nowe prawo nakłada także na przedsiębiorców obowiązek uzyskania zgody konsumenta na każdą dodatkową płatność, wykraczającą poza uzgodnione wynagrodzenie za główne obowiązki umowne, najpóźniej w chwili wyrażenia przez klienta woli związania się umową.

Alta zapowiada powrót do wypłacania dywidendy. Chce zakończyć wszystkie inwestycje poza osiedlem Siewierz Jeziorna

0

CEO Magazyn Polska

Alta SA planuje w ciągu najbliższych kilku lat wznowić politykę dywidendy. Spółka optymalizuje obecnie portfel inwestycji i zamierza stopniowo sprzedawać nieruchomości komercyjne, by w pełni skoncentrować się na inwestycji w Zrównoważonej Dzielnicy Siewierz Jeziorna, która ma według niej największy potencjał zysku.

– To jest inwestycja, która w ciągu najbliższych dwóch czy trzech lat stanie się źródłem dużych zysków mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Jacek Moritz, prezes zarządu Alta SA. – To dlatego – w związku z tym, że nie zakładamy nowych inwestycji  zyski i cały pozytywny przepływ pieniędzy, który będzie tam generowany, przeznaczymy na dywidendy. Celem Alty jest stanie się spółka dywidendową.

Siewierz Jeziorna to nowa dzielnica miasta Siewierz, położona na obrzeżach aglomeracji katowickiej. W inwestycji wdrażane są na szeroką skalę zasady zrównoważonego rozwoju. Inwestor zapowiada, że dzielnica zaspokoi większość potrzeb mieszkańców i deklaruje stworzenie przestrzeni wspólnych, wielofunkcyjnej zabudowy oraz rozwiązań przyjaznych dla wszystkich uczestników ruchu: pieszych, rowerzystów i samochodów.

Do działań Chmielowskie Sp. z o.o., jednej ze spółek inwestycji Alta, należy projektowanie i niwelacja terenu, ułożenie sieci, wykonanie dróg i chodników, wydzielenie działek, doprowadzenie mediów. Tak przygotowane nieruchomości sprzedawane są deweloperom, którzy mogą zbudować budynki mieszkaniowe, także z funkcjami handlowymi, a docelowo również budynki biurowe i przemysłowe zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, kodem architektonicznym i koncepcją urbanistyczną.

– Potencjał dla tego typu projektów jest olbrzymi podkreśla prezes zarządu Alta. – Uczestniczę w rozmaitych konferencjach w Polsce i poza granicami i o tym opowiadam. Gorąco namawiam wszystkich deweloperów do tego, żeby tego typu inwestycje prowadzili. Jest to bardzo trudne, ale to nie znaczy, że nie jest możliwe, natomiast jest bardzo dochodowe. Im trudniejsze, tym bardziej dochodowe, czyli jest potencjał.

W połowie roku w Siewierzu Jeziornej zaprezentowane zostały modelowe domy i plany budowy na najbliższe trzy lata uruchomiona została także sprzedaż mieszkań i domów jednorodzinnych. Rozwój projektu Siewierz Jeziorna to obecnie – jak deklaruje spółka – jej najważniejsza inwestycja.

– Podpisaliśmy list intencyjny z Murapolem, ogólnopolskim deweloperem z Bielska-Białej, i myślę, że na początku przyszłego roku dojdzie do podpisania umowy sprzedaży pierwszej działki przewiduje Robert Jacek Moritz. – Rozmawiamy też z dwoma innymi deweloperami, dlatego sądzę, że w przyszłym roku zobaczymy wiele transakcji sprzedaży działek na terenie Siewierza Jeziornej, a to jest nasz główny cel inwestycyjny.

Wartość nieruchomości i projektów w realizacji, w których Alta jest inwestorem, wyniosła po trzech kwartałach 2014 roku 244,5 mln zł. Aktywa spółki wynoszą 172 mln zł, w tym wartość posiadanych akcji i udziałów spółek inwestycji to 158 mln zł. Pomimo dobrych wartości bilansowych spółka wykazała stratę za trzy kwartały 2014 r. w wysokości 9 mln zł, której źródło leży w przeszacowaniach. Największy wpływ na taki wynik miało przeszacowanie w dół nieruchomości w Katowicach, byłych archiwów TP SA, w przypadku której spółka zdecydowała o rozbiórce magazynu i sprzedaży pod nim działki. Obecnie wykonywane są roczne wyceny nieruchomości i największy wpływ na roczny wynik będzie miała wycena Siewierza Jeziornej, która w 2013 roku była wyceniona na 108 mln złotych.

– Nasze plany w Alta SA raczej nie przewidują rozpoczęcia drugiej tego typu inwestycji w trakcie działania tej. Jeżeli do tego dojdzie, to być może powołamy nową spółkę i zrobimy nowe przedsięwzięcie z nową emisją na giełdzie. Także plany co do Alty, plany akcjonariuszy, zresztą potwierdzone na poprzednim walnym zgromadzeniu, są takie, że będzie to spółka tej właśnie inwestycji, chcemy wyjść docelowo ze wszystkich innych inwestycji i skoncentrować się na tej.

Od stycznia spodziewana jest fala upadłości konsumenckich. Ogłosi ją 100-150 tys. osób

Na mocy obecnie obowiązujących przepisów sądy w ostatnich trzech latach ogłosiły 60 upadłości konsumenckich. W kolejnych latach może być ich nawet 100-150 tysięcy. Nowe prawo, które zacznie obowiązywać od stycznia, wprowadza bowiem możliwość upadłości układowej konsumenta, co pozwoli dłużnikom porozumieć się z wierzycielami bez konieczności oddania dorobku życia. Może to pomóc m.in. zadłużonym we frankach szwajcarskich, którzy mają problem ze spłatą kredytu hipotecznego.

Co najważniejsze, nowe prawo wprowadza przede wszystkim możliwość zawarcia układu z wierzycielami, czyli upadłość konsumencka już nie zawsze będzie musiała być likwidacyjna, jak miało to miejsce dotychczas – wskazuje z rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Zimmerman, ekspert ds. prawa upadłościowego i naprawczego z Kancelarii Zimmerman.

Na mocy obecnie obowiązującej ustawy z 2008 roku osoby fizycznie nieprowadzące działalności gospodarczej mają już możliwość ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Procedura takiego postępowania jest jednak długa i skomplikowana, a do masy upadłościowej wchodzi cały majątek dłużnika, który może podlegać egzekucji. Będą to zarówno rzeczy ruchome, jak i nieruchomości (np. mieszkanie własnościowe, spółdzielcze prawo do lokalu, samochód, sprzęt RTV). Dłużnik może pozostawić sobie jedynie najbardziej osobiste, drobne przedmioty.

Do tej pory wiele osób nie chciało nawet myśleć o upadłości konsumenckiej, gdyż wiązała się ona z licytacją mieszkania, czyli często inwestycji życia. Teraz będzie więcej możliwości porozumienia się z wierzycielem.

Osławieni kredytobiorcy frankowi mający problem ze spłatą zadłużenia znajdą się w lepszej sytuacji – przekonuje Zimmerman. – Jeżeli taki konsument zainwestował dużo w mieszkanie i nie będzie chciał go stracić, zyska możliwość porozumienia się z bankiem, np. co do przewalutowania kredytu albo rozłożenia spłaty na dłuższy okres. Wtedy zachowa nieruchomość, a bank zarobi na tym i tak więcej, niż uzyskałby w wyniku sprzedaży nieruchomości.

Przekonuje, że upadłość konsumencka – prowadzona we współpracy z dłużnikiem – będzie dla instytucji finansowej bardziej korzystna niż wypowiedzenie umowy i procedura windykacyjna, bo z tym wiążą się również określone koszty

Nie zrozumiałbym, gdyby instytucje finansowe panikowały z powodu nowych przepisów, bo dotyczą one osób, które i tak nie mają już majątku i są pozbawione szans na jego nabycie w przyszłości – podkreśla prawnik.

Zdaniem eksperta nowe regulacje stanowią bardzo istotny postęp. Jak wynika z poprzedzającej złożenie projektu ustawy analizy prawnej, w ciągu dwóch pierwszych lat funkcjonowania takiej możliwości złożono 1875 wniosków o upadłość konsumencką, z czego w zaledwie 36 przypadkach (1,9 proc.) sądy ją ogłosiły. W tym samym czasie w znacznie prostszych postępowaniach dotyczących firm orzeczono upadek 17 proc. przedsiębiorstw.

Trudno określić dzisiaj grupę osób najbardziej zainteresowanych nowymi rozwiązaniami – ocenia Zimmerman. –Konsumentów, którzy albo nie mają nic, albo są gotowi oddać cały majątek, w mojej ocenie w ciągu najbliższych trzech lat będzie minimum 100-150 tysięcy. Gdyby przepisy całkowicie zliberalizować i stałyby się tak przyjazne, jak np. w Stanach Zjednoczonych, grupa zainteresowanych wyniosłaby pewnie około miliona.

Po likwidacji majątku (lub ewentualnym porozumieniu z wierzycielem) i po trzyletnim okresie spłaty zadłużenia dłużnik jest wolny od zobowiązań. Jak podkreśla Zimmerman, nie oznacza to, że od razu odzyska zdolność kredytową i stanie się pożądanym przez banki klientem.

Przepisy tego nie precyzują, ale można się spodziewać, że bank we własnym zakresie ustali, jak będzie oceniać wiarygodność kredytową upadłego konsumenta. Być może rekomendację w tej sprawie wyda Komisja Nadzoru Finansowego. Myślę, że należy założyć minimum trzyletni okres karencji, czyli że po trzech latach spłaty przez kolejne trzy taka osoba będzie jeszcze traktowana jako niewiarygodna. Natomiast na pewno nie zostanie tak na zawsze, bo to bankom się po prostu nie opłaca – mówi Zimmerman.

Polacy coraz bardziej odpowiedzialni za swoje zdrowie

Polacy coraz częściej leczą drobne dolegliwości samodzielnie, jednak robią to z rozwagą. Kupując po raz pierwszy lek bez recepty, konsultują się z farmaceutą. Często też sięgają po sprawdzone leki, opierając się na własnych doświadczeniach.

Statystyczny Polak przyjmuje rocznie 35 tabletek przeciwbólowych w stosunku do 95 tabletek witaminowo-mineralnych w kategorii suplementy diety. Jak wynika z badań PMR Research, 64 proc. z nas, gdy potrzebuje leku, który dostępny jest bez recepty, jedzie po niego do apteki.

– W przypadku, gdy pacjent sięga po raz pierwszy po dany lek bez recepty, nie podejmuje tej decyzji samodzielnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Jankowska, prezes PASMI Polskiego Związku Producentów Leków Bez Recepty. – Z reguły pacjent konsultuje się na tym etapie z lekarzem, a przede wszystkim z farmaceutą. Pierwszy zakup OTC [z ang. over the counter, czyli lek bez recepty – red.] w aptece odbywa się po konsultacji z profesjonalistą.

35 proc. pacjentów deklaruje, że zawsze, kiedy nie znają jeszcze danej substancji i nie mają doświadczenia z danym lekiem, konsultują swoją decyzję w aptece. Dopiero przy kolejnych zakupach, kiedy już mają dobre doświadczenie, wiedzą, jak go stosować, wtedy też biorą pod uwagę reklamę, konsultację z przyjacielem czy znajomym oraz materiały reklamowe i  informacyjne o leku.

– Gdy mówimy o lekach bez recepty, musimy pamiętać, że jest to ściśle określona ilość substancji czynnych, czyli nie jest to duża grupa – podkreśla Ewa Jankowska. – Takie substancje są weryfikowane pod kątem bezpieczeństwa, bardzo wnikliwie, zanim w ogóle uzyskają status leku bez recepty. W lekach bez recepty znajdują się substancje o wysokim profilu bezpieczeństwa.

Leki sprzedawane bez recepty są zawsze weryfikowane przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Jak podkreśla prezes PASMI, służą one do leczenia schorzeń łatwych do zdiagnozowania przez samego pacjenta, takich jak ból, gorączka czy przeziębienie. Najważniejsze przy samodzielnym leczeniu jest jednak postępowanie według zaleceń producenta leków. W każdym opakowaniu znajduje się ulotka, w której pacjent znajdzie niezbędne informacje dotyczące prawidłowego zażywania leków.

Leki OTC stają się naturalną odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczne – ocenia prezes PASMI. – W ostatnim czasie PASMI obserwuje, że z każdym rokiem pacjent coraz bardziej chce być odpowiedzialny za swoje zdrowie. Chce być nie tylko przedmiotem w całym systemie opieki zdrowotnej, lecz także podmiotem, czyli chce współuczestniczyć i współodpowiadać. To znaczy, że chce świadomie przyjmować leki, uczestniczyć w procesie leczenia i wiedzieć, co się z nim dzieje i dlaczego takie leki zostały mu zaordynowane.

Prawo pacjentów do samodzielnego podejmowania decyzji o wyborze takiej terapii zostało potwierdzone przez Parlament Europejski, który w rezolucji z 1996 roku uznał, że odpowiedzialne samoleczenie jest bardzo ważnym elementem w polityce ochrony zdrowia każdego państwa europejskiego.

Jeżeli pacjent chce świadomie odpowiadać za swoje zdrowie, musi mieć świadomość, że w głównej mierze (53 proc.) zależy ono od stylu życia: diety i aktywności fizycznej. Tylko w 10 proc. zależy to od polityki zdrowotnej, czyli formalnego podawania leków w jednostce chorobowej.

Według prognoz PharmaExpert w tym roku wartość całego rynku aptecznego wzrośnie o 2,6 proc. do poziomu blisko 28,5 mld zł. Wartość sprzedaży w kategorii OTC wyniesie ponad 6,2 mld zł, co oznacza wzrost o 2,4 proc. względem ubiegłego roku.

Samorząd gospodarczy wystawi dokumenty przedsiębiorcom

0

Od 1 stycznia 2015 r. Krajowa Izba Gospodarcza (KIG) obok organów celnych będzie wystawiać przedsiębiorcom uniwersalne świadectwa pochodzenia. Przewiduje to porozumienie podpisane 15 grudnia 2014 r. pomiędzy szefem Służby Celnej a KIG na podstawie znowelizowanejustawy z dnia 7 listopada 2014 r. o ułatwieniu wykonywania działalności gospodarczej, tzw. IV ustawy deregulacyjnej.

Porozumienie podpisali szef Służby Celnej, podsekretarz stanu w MF Jacek Kapica oraz dyrektor Biura Legalizacji, Certyfikacji i Karnetów ATA w Krajowej Izbie Gospodarczej Wojciech Januszko podczas konferencji „Ułatwienia dla Biznesu 2014+”, która odbyła się w Ministerstwie Finansów.

Umowa zakłada upoważnienie KIG do wystawiania, jako samodzielny podmiot, uniwersalnych (zwykłych, niepreferencyjnych) świadectw pochodzenia towarów wywożonych z Polski. Jest to jedno z działań podejmowanych przez Służbę Celną wspierających legalną działalność polskich podmiotów gospodarczych, dokonujących obrotu towarowego z zagranicą. – Myślę, że zmiany zachodzące od 1 stycznia 2015 r. będą dla Państwa dużym ułatwieniem– zwrócił się do przedsiębiorców wiceminister Kapica i podkreślił znaczenie dialogu między tą grupą a administracją. – To pierwszy przypadek, aby pewne czynności będące w gestii administracji publicznej były przekazywane organom samorządu gospodarczego – dodał Wojciech Januszko z KIG.

Wiceminister Kapica zwrócił uwagę, że zmiany w przepisach zobowiązują od nowego roku Służbę Celną do zorganizowania odpraw morskich w ciągu 24 godzin i wymaga to płynnej współpracy z innymi służbami. – Będziemy szczególnie współpracowali z innymi inspekcjami (weterynaryjną, sanitarną), żeby mobilizować je do dokonania tych czynności w ciągu doby – zapowiedział szef Służby Celnej.

Podczas konferencji przedstawiono także zagadnienia m.in. z zakresu zmian prawnych i organizacyjnych w obszarze podległym Służbie Celnej planowanych w 2015 r., deregulacji zawodu agenta celnego, ułatwień w portach morskich i krajowej odprawie scentralizowanej. Panel podatkowy dotyczył podatku VAT i zmian w przepisach z zakresu podatku akcyzowego, które także zostaną wprowadzone w przyszłym roku. Obecny na spotkaniu wiceminister finansów Jarosław Neneman podkreślił, jak dużym wyzwaniem jest przestępczość związana z podatkiem VAT i przypomniał, że aby przeciwdziałać wyłudzeniom w branży stalowej, w 2014 r. wprowadzono odwrócony VAT na pręty (podatek odprowadza kupujący, a nie sprzedający). Zauważył jednak, że nie jest to remedium na wszystkie problemy i należy tu być bardzo ostrożnym. Wiceminister dodał, że innym rozwiązaniem było wprowadzenie tzw. solidarnej odpowiedzialności podatkowej oraz zapowiedział dalsze zmiany przeciwdziałające nieuczciwej konkurencji.

Przedstawiciele firmy PricewaterhouseCoopers zaprezentowali raport ze wspólnego badania Służby Celnej i PwC przeprowadzonego wśród przedsiębiorców. Miało ono na celu identyfikację istniejących w polskim prawie celnym oraz podatkowym (VAT, akcyza, przepisy proceduralne) barier biurokratycznych, których wyeliminowanie może przyczynić się do ułatwienia i uproszczenia realizacji obowiązków przedsiębiorców w zakresie transakcji importowych i eksportowych.

„Ułatwienia dla Biznesu 2014+” były kolejną z cyklu konferencji dla przedsiębiorców. Uczestniczyło w niej ponad 100 zaproszonych przedstawicieli środowiska biznesu posiadających status upoważnionego przedsiębiorcy AEO, przedstawiciele Rady Konsultacyjnej Służby Celnej oraz eksperci Ministerstwa Finansów i izb celnych.

Komunikat ws. stanu środków walutowych oraz operacji związanych z zarządzaniem długiem zagranicznym Skarbu Państwa w listopadzie 2014 r.

Ministerstwo Finansów uprzejmie informuje, że:

1. W ramach obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa w listopadzie 2014 r. dokonano następujących płatności w walutach obcych:

– kapitał – równowartość 196,0 mln EUR (827,7 mln PLN),

– odsetki – równowartość 60,5 mln EUR (255,2 mln PLN).

2. Stan środków walutowych w dyspozycji Ministra Finansów na koniec października 2014 r. wyniósł łącznie 5 919,2 mln EUR (24 750,4 mln PLN).

Szacunkowe dane o wykonaniu budżetu państwa za okres styczeń-listopad 2014

W okresie styczeń – listopad 2014 r. oszacowano:

dochody budżetu państwa na kwotę

   260.311,5 mln zł,

wydatki budżetu państwa na kwotę

  285.083,1 mln zł,

deficyt budżetu państwa na kwotę

   24.771,6 mln zł.

I. Rokicka (Ipopema Securities): 100 proc. zysku w postaci dywidendy wypłacą Bank Handlowy, Pekao SA i być może mBank

CEO Magazyn Polska

Eksperci wskazują, że polski sektor bankowy jest dobrze dokapitalizowany, choć KNF nadal zaleca utrzymanie silnej bazy kapitałowej, a niekiedy jej wzmocnienie. Na początku grudnia nadzorca sektora finansowego wydał nowe stanowisko w sprawie polityki dywidendowej instytucji finansowych. Historia pokazuje, że banki stosują się do zaleceń nadzorcy.

– Jeśli patrzymy na główne banki notowane na GPW, to prawie wszystkie będą w stanie wypłacić dywidendę. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. – Najwyższą dywidendą za 2014 r., do 100 proc. zysku netto, będą mogły podzielić się z akcjonariuszami Bank Handlowy, Bank Pekao SA i prawdopodobnie mBank – twierdzi Rokicka.

W 2013 r. w ujęciu jednostkowym zysk netto mBanku wyniósł 1,07 mld zł, na dywidendę przeznaczono 716 mln zł, co daje 17 zł na akcję. Bank Pekao SA w poprzednim roku zarobił 2,79 mld zł, akcjonariuszom wypłacono 93 proc. tej kwoty, czyli 2,61 mld zł – 9,96 zł na 1 akcję. Z kolei Bank Citi Handlowy osiągnął 934 mln zł zysku netto i wypłacił akcjonariuszom 99,9 proc. tej kwoty, co odpowiadało 7,15 zł na akcję.

– Nie spodziewałabym się natomiast dywidendy z Banku BPH, ponieważ prowadzi program naprawczy. Również z Getin Banku, mającego relatywnie niskie współczynniki kapitałowe, oraz Alior Banku, który jest bankiem szybko rosnącym i potrzebuje kapitału na wzrost – przekonuje Iza Rokicka.

2 grudnia KNF wydała nowe stanowisko w sprawie polityki dywidendowej instytucji finansowych. Według Komisji polityka dywidendowa prowadzona w ostatnich latach przez instytucje finansowe zgodnie z zaleceniami KNF pozwoliła na wzmocnienie ich bazy kapitałowej i poprawę zdolności do absorbowania potencjalnych strat.

– Kilkuletnia historia rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego pokazuje, że polskie banki stosują się do zaleceń nadzorcy – stwierdza ekspert Ipopema Securities.

KNF pozwala na wypłatę do 100 proc. dywidendy, w przypadku spełnienia określonych warunków: współczynnik kapitału podstawowego Tier 1 jest wyższy od 12 proc., łączny współczynnik kapitałowy TCR jest wyższy od 15,5 proc., ocena BION wynosi 1 (dobra) lub 2 (zadowalająca), a bank nie może podlegać programowi naprawczemu. W sytuacji, kiedy bank ma współczynnik TCR w przedziale 12,5-15,5 proc. oraz przy spełnieniu pozostałych warunków – bank może zdecydować się na wypłatę dywidendy w wysokości 50 proc.

– W sytuacji, kiedy bank nie zastosowałby się do zaleceń nadzorcy, na pewno nie nastąpiłaby katastrofa w skali sektora. Prawdopodobnie mogłyby to mieć konsekwencje dla samego banku pod kątem dywidendy w kolejnym roku – uważa Iza Rokicka.

Jak dodaje, niewywiązanie się z rekomendacji KNF w danym roku może skutkować gorszą oceną BION, a to może przełożyć się na pewne konsekwencje dla samego banku bądź jego zarządu.

– Politykę dywidendową polskiego sektora bankowego oceniam pozytywnie. Banki w rozsądnym wymiarze dzielą się z akcjonariuszami swoimi zyskami – podsumowuje Iza Rokicka.

Spółki z warszawskiego parkietu coraz chętniej wypłacają akcjonariuszom zyski. WIG20 w ciągu ostatnich 10 lat wzrósł o 20 proc, a indeks WIG20TR, biorący pod uwagę również dochody z tytułu dywidendy, zwyżkował o ponad 190 proc. Większość spółek z WIG20 wypłaci dywidendy, które w tym roku wyniosą kilkanaście miliardów złotych.

ZNP: Ponad połowa nauczycieli uważa, że rządowy podręcznik obniża jakość nauczania

57 proc. nauczycieli twierdzi, że jakość pracy po wprowadzeniu rządowego podręcznika uległa pogorszeniu, a jedynie 1,9 proc. dostrzega poprawę – takie są główne wnioski z ankiety przeprowadzonej wśród pedagogów przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Prawie wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że chcieliby mieć możliwość wyboru podręcznika, popierając jednocześnie pomysł bezpłatnej pomocy dydaktycznej.

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez ZNP, potwierdzają się obawy, o których nauczyciele mówili przed wprowadzeniem rządowego podręcznika. Prawie jednogłośnie pedagodzy skrytykowali fakt, że nie mają wpływu na wybór podręcznika. Przekazany szkołom za darmo przez MEN „Nasz Elementarz” jest obecny w prawie wszystkich publicznych podstawówkach, bo zakup innej książki samorządy musiałyby sfinansować z własnych środków.

Nauczyciele kwestionują zawartość merytoryczną czy dydaktyczną, choćby to, że nie ma miejsc na wpisywanie, na wypełnianie ćwiczeń, trzeba kupić dodatkowe pomoce. Co prawda autorka podręcznika może i słusznie mówi, że ten podręcznik ma służyć trzy lata, więc nie ma powodu, żebyśmy mieli tam miejsce do wypełniania. Ale z drugiej strony fizyczna wytrzymałość tego podręcznika każe nam wątpić w to, czy on tyle wytrzyma – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Część nauczycieli podkreśliła, że ze względu na ten trzyletni okres podręcznik jest przechowywany w bibliotece szkolnej i trzeba kserować poszczególne strony, co utrudnia pracę. Z ankiety wynika, że według 57 proc. pedagogów jakość pracy z uczniem pogorszyła się po wprowadzeniu rządowego podręcznika. Niecałe 2 proc. przyznaje, że pracuje im się lepiej.

Nasze krytyczne uwagi dotyczą też trybu wyłaniania autora. Ministerstwo Edukacji Narodowej zlekceważyło własne prawa i zapisy ustawowe. Została pominięta procedura zamówień publicznych, zabrakło ekspertyz i opinii rzeczoznawców – przekonuje Broniarz. – Związek wychodzi z założenia, że każda kolejna edycja powinna bazować na autorach wyłanianych z kręgu osób najbardziej do tego kompetentnych, mających dorobek w tym zakresie oraz powinna przestrzegać zasad ustawy o zamówieniach publicznych. Ważne są także opinie rzeczoznawców, ekspertów.

Zdaniem Broniarza MEN mogłoby korzystać z dobrych podręczników dostępnych na rynku, a odciążenie rodziców mogłoby przybrać inne formy.

Wydaje mi się, że problemem był nie tyle brak podręczników na rynku, ile znalezienie sposobu, żeby rodzic nie musiał za niego płacić. Można to było zrobić inaczej, znaleźć inną formę wsparcia, np. możliwe byłyby vouchery na podręczniki – podkreśla Sławomir Broniarz. – Związek, pytając nauczycieli, podkreśla, że bezpłatny podręcznik jest dobrym kierunkiem w zakresie polityki prorodzinnej, natomiast na pewno nie w ten sposób, nie z pominięciem obowiązujących przepisów prawa i jednocześnie stwarzając wrażenie, że komuś po prostu zależało na tym, żeby to było tanio.

Ważne jest, jego zdaniem, aby rodzice wiedzieli, że taka pomoc dydaktyczna rzeczywiście jest bezpłatna i została przygotowana przez najlepszych autorów.

Nikt nie negował celowości wprowadzenia do obiegu bezpłatnych podręczników – zastrzega prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Wręcz przeciwnie, sami jesteśmy rodzicami i wiemy, ile książki kosztują.

Zgodnie z wynikami ankiety 37 proc. nauczycieli ocenia negatywnie przygotowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej podręcznik „Nasz Elementarz” pod kątem dydaktycznym, 34 proc. – merytorycznym, 24 proc. – językowym, 23 proc. – wychowawczym. Badanie przeprowadzono w listopadzie wśród nieco ponad 3 tys. osób. Prezes ZNP ma nadzieję, że ankieta i płynące z niej wnioski wywołają dyskusję w MEN.

Polska czeka na akceptację czterech programów operacyjnych przez KE. Pierwsze projekty ruszą w I kw. 2015 r.

CEO Magazyn Polska

Polska Cyfrowa i Pomoc Techniczna to pierwsze programy operacyjne, które zatwierdziła Komisja Europejska w nowej perspektywie. Na akceptację Brukseli czekają jeszcze cztery programy krajowe i programy regionalne. Negocjacje zmierzają ku końcowi, a strona polska zabiega o to, by wszystkie zostały zaakceptowane jeszcze w tym roku.

W ostatnich dniach Komisja Europejska zatwierdziła program operacyjny Polska Cyfrowa, na który przewidziano ponad 2,1 mld euro oraz Pomoc Techniczna (700 mln euro). Polska czeka jeszcze na akceptację czterech programów krajowych: Infrastruktura i Środowisko, Inteligentny Rozwój, Wiedza Edukacja Rozwój oraz Polska Wschodnia. Negocjacje przyspieszyły i jak twierdzi resort infrastruktury i rozwoju, zmierzają ku końcowi. Strona polska chciałaby, żeby zakończyły się one sukcesem jeszcze w grudniu – zarówno jeśli chodzi o programy krajowe, jak i regionalne.

Widać wyraźnie, że zarówno po stronie Komisji Europejskiej, jak i po stronie polskiego rządu i regionów jest wola zakończenia tych negocjacji w tym roku. To by oznaczało, że w I kwartale przyszłego roku moglibyśmy rozpocząć faktyczną realizację. Jest to bardzo ważne, gdyż polska gospodarka czeka na te pieniądze. Wpłyną one na realizację przedsięwzięć inwestycyjnych, głównie infrastrukturalnych, oraz m.in. na budowę infrastruktury teleinformatycznej – mówi Jerzy Kwieciński, wiceprezes zarządu Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości.

W ubiegłych latach polską gospodarkę w dużej mierze napędzały zwiększone inwestycje, pobudzane środkami z UE. Ministerstwo zapewnia, że impet inwestycyjny nie słabnie, ponieważ z nowej perspektywy ruszyły już projekty drogowe.

W tej chwili mogą być już realizowane projekty drogowe, szczególnie dotyczące autostrad i dróg ekspresowych. Obecnie pierwsze konkursy są podejmowane przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad – tłumaczy Jerzy Kwieciński.

Wynika to stąd, że kwalifikowalność wydatków liczona jest od początku 2014 roku, więc beneficjenci, których nie dotyczą zasady pomocy publicznej, oraz jednostki administracji mogą realizować inwestycje, których rozliczenie nastąpi po zatwierdzeniu programów. To umożliwiło GDDKiA rozpisanie kilkudziesięciu przetargów na budowę dróg i obwodnic.

Według przygotowanego przez MIR programu budowy dróg krajowych na lata 2014-2020 na nowe drogi ma zostać przeznaczone 94,7 mld zł, co pozwoli na stworzenie 1770 nowych odcinków autostrad i dróg ekspresowych (wzrost gęstości sieci z 9 do 15 km/1000 km2) oraz 35 obwodnic. Kolejne 48,7 mld zł trafi na utrzymanie dróg i zarządzanie nimi. Łącznie MIR wyda na drogi 141,5 mld zł, z czego 39,2 mld zł pochodzić będzie z UE.

Czeka nas również duża fala projektów kolejowych, gdyż w nowej perspektywie unijnej środki na transport szynowy są znacznie wyższe niż w poprzedniej. Podobnie wygląda sytuacja z inwestycjami w gospodarkę niskoemisyjną, działania związane z podnoszeniem efektywności energetycznej, jak choćby termomodernizacje i odnawialne źródła energii – wymienia Kwieciński.

Zdaniem wiceprezesa Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości są to nowe obszary, które będą realizowane zarówno na poziomie krajowym, jak i regionalnym.

Najszybciej mają szansę wystartować konkursy związane z tzw. działaniami miękkimi: integracją społeczną, rynkiem pracy, kulturą, edukacją. Wynika to z dużo mniejszych wymogów unijnych przy typu projektach – przekonuje ekspert.

Jak podkreśla, z pewnym opóźnieniem będą ruszać działania, które wymagają przygotowania tzw. programów pomocy publicznych, czego powodem jest konieczność uzgodnienia szczegółowych warunków z Komisją Europejską.

W ramach nowej perspektywy unijnej na lata 2014-2020 z budżetu polityki spójności Polska otrzyma 82,5 mld euro. W ramach funduszy będzie funkcjonować sześć programów krajowych oraz szesnaście programów regionalnych.

Tesco uruchomiło Europejskie Centrum Innowacji w Krakowie. Zajmie się ono wprowadzeniem na rynek kilkuset nowych produktów pod marką własną

0

CEO Magazyn Polska

Tesco chce co roku wprowadzać na rynek kilkaset nowych produktów pod marką własną. Ich przygotowaniem zajmie się nowe Europejskie Centrum Innowacji, otwarte przez Tesco w Krakowie. Już za kilka miesięcy pierwsze artykuły opracowane w centrum trafią do sklepów sieci. Będą sprzedawane nie tylko w Polsce, lecz także w Czechach, na Słowacji i Węgrzech. To szansa dla polskich dostawców i producentów na zdobycie nowych rynków.

Europejskie Centrum Innowacji ma się zajmować rozwojem produktu od początku do końca: od zbadania potrzeb klientów, poprzez określenie składu produktu, testowanie go, określenie wzoru opakowania, również opakowania zbiorczego, aż po rozprowadzenie do poszczególnych sklepów.

Bardzo ważne jest, by był to produkt rozwijany na początku przynajmniej na cztery kraje: Polskę, Czechy, Węgry i Słowację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Tomaszewski, prezes zarządu Tesco Polska. – To jest podstawowa rzecz, żeby ten sam produkt można było produkować i sprzedawać w dużej skali.

Jak podkreśla Anna Grabowska, dyrektor działu zakupów artykułów żywnościowych i wiceprezes zarządu Tesco Polska, w przyszłości mogą pojawić się nowe rynki – prognozuje, że produkty mogą trafić m.in. na półki w sklepach w Irlandii czy Wielkiej Brytanii.

Otwarcie Europejskiego Centrum Innowacji to szansa na rozszerzenie dotychczasowej współpracy Tesco z dostawcami. Przedstawiciele sieci podkreślają, że to kolejny krok w budowaniu długofalowej współpracy z polskimi producentami. Sieć od ponad 12 lat wspiera eksport polskich produktów na zagraniczne rynki.

Mamy tutaj osoby, które odpowiadają za planowanie. One są dwa lata przed powstaniem produktu i wprowadzeniem go na rynek. Znają trendy, nowe koncepcje, które rodzą się w innych krajach. Jeżeli producent zgłosi się do nas z nowym produktem innowacyjnym i chciałby produkować pod marką Tesco, to na pewno z otwartymi rękami go przyjmiemy i będziemy z nim rozmawiać – zapewnia Anna Grabowska

Nad nowymi produktami i ulepszaniem już sprzedawanych pod marką własną w Centrum będzie pracować kilkudziesięcioosobowy zespół wysokiej klasy specjalistów z każdego z czterech krajów.

Chcemy rozwinąć coś, czego nie ma na rynku – opowiada Ryszard Tomaszewski. – Mogą to być połączenia nowych smaków czy nowych produktów. Może być to wyższa jakość. Do tego dochodzą nowoczesne opakowania: nowy, bezpieczny sposób otwierania i zamykania opakowania.

Tesco stawia na rozwój marki własnej, bo jak pokazują badania, konsumenci coraz chętniej po nie sięgają. Stanowią one więcej niż jedną czwartą koszyka klienta. Z raportu On Board PR Ecco Network wynika, że aż 97 proc. Polaków kupuje takie produkty. Jako ich atuty 83 proc. konsumentów wskazuje atrakcyjną cenę, ale już 64 proc. dostrzega dobrą relację jakości do ceny.

Klienci robią się coraz bardziej wymagający i oczekują coraz lepszych produktów, ale bez zwiększania ceny – zauważa Anna Grabowska. – Rynek nie stoi w miejscu, dlatego trzeba poprawić produkty, ich skład, opakowanie i wygląd. Planujemy wprowadzić dzięki temu Centrum kilkaset nowych produktów w następnym roku.

Jak informuje Tesco, w planach na 2015 rok jest stworzenie m.in. nowej gamy produktów bezglutenowych oraz poszerzenie gamy produktów premium. W najbliższych tygodniach na półkach sklepów Tesco pojawią się pierwsze produkty stworzone przez Europejskie Centrum Innowacji – kapsułki do prania oraz dania instant.

P. Szulec (Pioneer Pekao): W przyszłym roku europejska gospodarka odzyska wigor. Warte uwagi będą akcje niemieckich eksporterów

CEO Magazyn Polska

Po drugim przetargu na tanie pożyczki z EBC, które cieszyły się niewielkim zainteresowaniem banków, analitycy oczekują coraz bardziej zdecydowanych działań Europejskiego Banku Centralnego. Powinny one nakręcić koniunkturę w Europie i osłabić euro, co wesprze eksporterów. Zdaniem Piotra Szuleca z Pioneer Pekao Investment Management niedowartościowane akcje europejskich spółek mogą być w 2015 r. dobrą inwestycją.

Zakładamy, że gospodarka europejska w 2015 roku, głównie za sprawą działania Europejskiego Banku Centralnego, odzyska swój wigor – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej Pioneer Pekao Investment Management. – Oczywiście dojście do punktu, w którym będzie się rozwijała bardziej dynamicznie, potrwa. Ale patrząc na to, co robi EBC i w którym punkcie jesteśmy teraz, jeżeli chodzi o tempo wzrostu, to wydaje nam się, że dołek koniunktury już został osiągnięty.

Obecnie spółki europejskie, jak zauważa Szulec, są o około 30 proc. tańsze od analogicznych spółek amerykańskich, jeśli chodzi o giełdową wycenę.

Mówimy tu o punkcie odniesienia sprzed kryzysu finansowego – precyzuje Piotr Szulec. – Amerykański rynek akcji znajduje się już zdecydowanie wyżej, więc potencjał rynku europejskiego jest jeszcze większy.

Indeks S&P 500 znajduje się obecnie o 30 proc. wyżej niż na początku października 2007 roku. Londyński FTSE 100 jest obecnie o 6 proc. niżej, zaś niemiecki DAX przekroczył poziom z 1 grudnia 2007 (najwyższy poziom przed kryzysem), ale tylko o 19 proc.

Zarówno w kontekście wycen, jak i spodziewanego ożywienia europejskie akcje, jak twierdzi Piotr Szulec, wyglądają w tej chwili na bardzo atrakcyjną formę inwestycji.

Biorąc pod uwagę zasób gotówki, którą dysponują spółki europejskie, patrząc na to, jakie duże dyskonta mamy w stosunku chociażby do walorów amerykańskich, to wydaje się, że rynek europejskich akcji w przyszłym roku jest dobrym pomysłem inwestycyjnym – przekonuje Szulec. – Na pewno warto skupić się na spółkach europejskich, które skorzystałyby na poprawie koniunktury. Warto także przyjrzeć się walorom firm zyskujących na osłabieniu euro, czyli głównie eksporterów.

Wiele zależy jednak od tego, jak zaznacza dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej Pioneer Pekao Investment Management, jak szybko gospodarka europejska wejdzie w nowa fazę ożywienia po ostatnich działaniach Europejskiego Banku Centralnego (program stymulacyjny TLTRO, z ang. Targeted Longer-Term Refinancing Operation, czyli operacja długoterminowego refinansowania banków z przeznaczeniem na kredyty). Wprawdzie przetarg z ubiegłego czwartku można uznać za bardziej udany niż wrześniowy, bo banki zgłosiły się po prawie 130 mld euro (poprzednio 82,6 mld euro), a chętnych banków było 306 wobec 255 przed kwartałem, jednak ekonomiści spodziewali się, że EBC przydzieli 150 mld euro. Na aż taką kwotę chętnych nie było.

Dotychczas działania EBC polegały przede wszystkim na uspokajaniu czy wzmocnieniu zaufania inwestorów – zauważa Szulec. – Patrząc na działania, które są zapowiadane, możemy mieć do czynienia chociażby ze zdecydowanym zwiększeniem akcji kredytowej banków, której dotychczas brakowało. To jest coś, co bardzo szybko pojawiło się na rynku amerykańskim, po działaniach amerykańskiego Fedu. Jak widać, EBC zajęło więcej niż pięć lat, żeby dojść do tego samego punktu.

Kolejne transze TLTRO szykowane są na marzec, czerwiec, wrzesień i grudzień przyszłego roku, a następnie na marzec i czerwiec 2016 r. Rynki coraz wyraźniej oczekują też od banku centralnego zapowiedzi skupu obligacji. Zdaniem Piotra Szuleca działania te wpłyną na rynki uspokajająco i normalizująco.

– Patrząc na poszczególne rynki europejskie, wydaje nam się, że warto cały czas stawiać na głównego konia pociągowego gospodarki europejskiej, którym jest gospodarka Niemiec. Sądzimy, że także ona dołek ma już za sobą. W przyszłym roku rynek powinien być spokojny – podsumowuje Piotr Szulec.

E-święta, czyli z telefonem na zakupy

35% internautów deklaruje, że do zakupów w sieci wykorzystuje telefon, 19% – tablet, wynika z raportu „E-commerce w Polsce 2014” opublikowanego przez Gemius. To tak naprawdę od 3,2 do 4,9 miliona płacących e-klientów, mogących wydawać nawet kilka milionów złotych rocznie. Tym bardziej dziwi fakt, że niewiele polskich sklepów internetowych dba o tę kategorię klientów. A przecież okres przed świętami i czas poświątecznych wyprzedaży to momenty, w których konsumenci wydają najwięcej.

Smartfon i tablet to coraz popularniejsze narzędzia e-zakupowe wykorzystywane przez polskich internautów, szczególnie tych dobrze oceniających swoją sytuację materialną. I rzeczywiście, zgodnie z raportem Gemius „E-commerce w Polsce 2014” co dwudziesty respondent wydaje tą drogą więcej, niż przy zakupach robionych przez komputer. Na wyniki te może wpływać fakt, że połowę zakupów mobilnych generują posiadacze urządzeń firmy Apple, postrzegani jako bardziej majętni i pozytywnie nastawieni do nowatorskich rozwiązań.

Formularze problematyczne dla 66% e-klientów

Zobaczmy, na co skarżą się uczestnicy e-handlu kupujący przez urządzenia mobilne? Dla 66% przebadanych przez Gemius problemem są przede wszystkim kłopotliwe procedury towarzyszące wypełnianiu formularzy w czasie składania zamówienia. Dużym utrudnieniem są także niewygodne sposoby dokonywania płatności (np. zwykłym przelewem), problemy z dokonywaniem płatności (odpowiednio 27 i 26%), a także skomplikowanie całego procesu, na które zwróciło uwagę 45% kupujących.

Rynek już reaguje na te potrzeby, np. wybrani operatorzy płatności online wprowadzają wygodne formularze płatności działające na wszystkich urządzeniach, a pierwsze banki upraszczają procesy korzystania z bankowości przez telefon. Jednak to wciąż wyjątki.

Płatności mobilne można (i trzeba) usprawnić!

Zapewnienie wygodnej formy płatności to większa szansa na pozyskanie płacącego e-klienta. Aby o to zadbać, na początek warto zastąpić kłopotliwe dla posiadaczy urządzeń mobilnych przelewy bankowe na rzecz systemów płatności internetowych lub płatności online. Takich rozwiązań jest kilka, np. mPay, SkyCash, Płacę z IKO, PeoPay, Masterpass, V.me. Każdy z nich umożliwia dokonanie płatności za pomocą specjalnej aplikacji. Co więcej – systemy te pozwalają płacić również w zwykłych sklepach, nie tylko internetowych, a nawet „przelewać” pieniądze z jednego telefonu na drugi.

W uproszeniu procesów e-płatności pomoże także interfejs API udostępniany przez operatora płatności. – Taki system pozwala maksymalnie skrócić proces płatności, kierując klienta ze sklepu czy aplikacji bezpośrednio do strony banku. Płynnie i omijając kłopotliwe formularze, przy których klienci niecierpliwią się najbardziej – mówi Bernadetta Madej, dyrektor działu handlowego z Dotpay.

Dlaczego banki i sklepy zapominają o mobilnych klientach?

Na pewno zapewnienie wszystkich wymienionych wyżej narzędzi w ramach jednej umowy z operatorem płatności internetowych to większa szansa na pozyskanie i utrzymanie lojalnego e-klienta. Mimo tego dobrze przemyślanych i zachęcających do zakupów online stron mobilnych jest niewiele. Także banki prawie w ogóle nie zwracają uwagi na klientów robiących płatności online. Świadczy o tym chociażby proces wykonywania przelewu przez telefon, który jest trudny i czasochłonny (wymaga m.in. skopiowania i wklejenia danych ze strony sklepu do strony banku). Co więcej, ze stron niektórych banków praktycznie nie da się korzystać przez telefon. Z jednej strony pojawiają się błędy w interfejsie (brak responsywności, za małe przyciski, brak możliwości powiększenia strony), z drugiej – nieprzemyślany proces płatności (konieczność wpisywania hasła maskowanego, automatyczne wylogowanie po przejściu z przeglądarki do skrzynki sms w celu odczytania wiadomości z hasłem).

Również właściciele sklepów internetowych zapominają o uproszczeniu procesu płatności. Nawet jeśli zdecydują się wprowadzić płatności internetowe, komplikują przebieg transakcji dodając kolejne ekrany –  wyboru banku czy kilkukrotnego podawania tych samych danych. W dodatku każdy ekran wygląda inaczej, bo pochodzi od innego podmiotu – sklepu, operatora płatności internetowych, banku. Nawet jeśli wszystko technicznie działa, internauta trafia do zbyt wielu miejsc zniechęcających do finalnego dokonania płatności.

Jak radzi Bernadetta Madej, proces ten zdecydowanie da się uprościć zapamiętując wybrany przez klienta bank i sposób płatności lub odpowiednio dobierając kolejność operacji. – Tylko 15% sklepów korzysta z narzędzi do robienia testów A/B, które pozwalają sprawdzić co przeszkadza klientom w dokonaniu płatności. To niewiele, ale w końcu płatności mobilne to nowy rynek, którego wszyscy powinni się uczyć poprzez badania i testy, a nie intuicję – podsumowuje ekspertka.

10 milionów polskich e-klientów

W ostatnich latach ruch z urządzeń mobilnych rósł w tempie 150% rocznie. Oznacza to, że w przyszłym roku świąteczne zakupy przez smartfon czy tablet może zrobić jeszcze więcej Polaków. Taki wzrost wydaje się niewiarygodny? Nic z tych rzeczy! Wcale nie jesteśmy światowym wyjątkiem – w Wielkiej Brytanii, Danii i innych krajach europejskich 1/3 zakupów online robionych jest przez urządzenie mobilne, a w USA to ponad 50%. Z pewnością warto więc zainteresować się płatnościami mobilnymi w sklepach internetowych, bo w przyszłym roku liczba Polaków, którzy będą kupować przez urządzenia mobilne może przekroczyć 10 milionów osób. Takiej grupy nie można zignorować!

Świadomi finansowo chcą odwróconego kredytu hipotecznego

0

15 grudnia w życie wchodzi ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym. Potencjalny rynek jest ogromny, bo emerytury są stosunkowo niskie, a świadczeniobiorcy zwykle posiadają nieruchomości na własność. Z badań Bankier.pl wynika, że aż 11% naszych użytkowników byłaby skłonna oddać swoje mieszkanie w zamian za wyższą emeryturę.

Ponad 60% naszych użytkowników posiada nieruchomość na własność, z tego 70% posiada lokal o wartości wyższej niż 200 tys. zł. Aż 11% badanych byłaby skłonna oddać posiadaną nieruchomość w zamian za wyższą emeryturę. Do tego blisko co piąty pytany uznał, że taką ofertę bezpośrednio powinien wprowadzić Zakład Ubezpieczeń Społecznych.

– Przy nieruchomości wartej 200 tys. zł średnia renta hipoteczna w ramach tzw. odwróconego kredytu powinna wynosić ok. 1,5 tys. zł miesięcznie (10 lat wypłat). Na razie, pomimo ustawy, żaden bank nie przygotował oferty odwróconego kredytu. Banki nie są zainteresowane sprzedażą tego produktu ze względu na duże koszty manipulacyjne oraz ewentualną konieczność zbycia mało atrakcyjnej nieruchomości. Do tego dochodzą komplikacje związane z prawem spadkowym. Rodzina może się długo kłócić o nieruchomość lub mogą pojawić roszczenia pominiętych spadkobierców – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Renta niższa od oczekiwanej

To wszystko sprawia, że potencjalna renta byłaby niższa od oczekiwanej, a to zmniejsza atrakcyjność tego produktu dla samych banków. Powszechnie panuje opinia, że odwrócony kredyt hipoteczny to szansa dla mniej zamożnych emerytów – z analizy Bankier.pl wynika, że jest to produkt stworzony bardziej dla bogatych seniorów, którzy posiadają więcej niż jedną nieruchomość – przy czym tę drugą często cechuje niższa płynność, np. dom na wsi.

Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym umożliwia bankom wprowadzenie do swojej oferty produktu kredytu w modelu tzw. odwróconej hipoteki. Bank w teorii dokonywałby wyceny nieruchomości, a następnie wypłacał klientowi – z założenia osobie starszej w wieku emerytalnym – ustaloną sumę (całość lub w formie renty), dla której zabezpieczeniem byłaby nieruchomość. Kredyt nie byłby wypłacany do końca życia, tylko przez określony czas np. 10 lat.

– Odwrócony kredyt hipoteczny miał być szansą dla milionów emerytów. Gdyby jednak taki produkt był rzeczywiście potrzebny, to banki miałyby go w swojej ofercie już dawno i to bez konieczności wprowadzania specjalnej ustawy. Najprawdopodobniej odwrócony kredyt podzieli los leasingu konsumenckiego wprowadzonego w 2011 roku – w teorii będzie istnieć, ale w praktyce nikt nie będzie z tego korzystać – komentuje Łukasz Piechowiak.

Własny biznes sposobem na bezrobocie

Prawie co trzeci młody Polak nie ma pracy. Podejmowanie własnych inicjatyw biznesowych stało się popularną metodą na wychodzenie z bezrobocia.

Istnieje szereg różnych instrumentów, które pomagają młodym założyć działalność gospodarczą. Jednym z nich jest uruchomiony przez Bank Gospodarstwa Krajowego program „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”. Umożliwia on zaciągnięcie bardzo nisko oprocentowanego kredytu na rozpoczęcie pierwszej działalności gospodarczej. Pomocne są również liczne instytucje i programy, dzięki którym łatwiej o zdobycie własnego finansowania, pozyskanie inwestorów czy dopracowanie swoich pomysłów biznesowych. Mowa między innymi o Fundacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw, akademickich inkubatorach przedsiębiorczości oraz programie Youth Business Poland. Warto również korzystać z – zapewnianych przez organizacje mentoringowe – konsultacji z doświadczonymi przedsiębiorcami. Podpowiedzą nam oni, na co należy zwrócić szczególną uwagę przy zakładaniu swojego pierwszego biznesu.

Polacy są pozytywnie nastawieni do przedsiębiorczości. Badania pokazują, że każdego roku wzrasta liczba osób, które chcą założyć własną działalność gospodarczą. „Grunt to przemyślany pomysł biznesowy, dobra analiza konkurencji i potrzeb klientów. Jeżeli stworzymy produkt i usługę, na które jest zapotrzebowanie, a których konkurencja nie dostarcza, to jest szansa, że nasza firma odniesie sukces” – mówi serwisowi infoWire.pl Justyna Politańska z Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.

Niestety, nadal istnieje wiele ograniczeń administracyjno-prawnych, które utrudniają życie polskim przedsiębiorcom. Narzekają oni na skomplikowany system fiskalny, mnogość podatków, wysokie koszty pracy i wszechobecną biurokrację. Właśnie dlatego tak ważną rolę odgrywają organizacje działające na rzecz aktywizacji gospodarczej, które pomagają młodym Polakom na starcie.

Za niska stawka dla pielęgniarek i położnych

Kwota określona przez Narodowy Fundusz Zdrowia (stawka kapitacyjna) jaką pielęgniarka i położna otrzymują na leczenie pacjenta jest zdecydowanie za niska i nie uwzględnia godnych warunków pracy – uważa Konfederacja Lewiatan.

Lewiatan z niepokojem obserwuje rozwiązania proponowane w zakresie podstawowej opieki zdrowotnej. Chodzi o przygotowany projekt zarządzenia Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia zmieniający zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów o udzielanie świadczeń w rodzaju: podstawowa opieka zdrowotna.

Stawka kapitacyjna dla pielęgniarek i położnych jest najniższą spośród stawek zaproponowanych dla wszystkich świadczeniodawców. W praktyce, przyjmując stawkę kapitacyjną w proponowanej wysokości, uwzględniając ponadto usługi świadczone na rzecz osób nieubezpieczonych, efektywna jej wysokość może spaść nawet o 20 proc. Tymczasem, wzrosły znacząco koszty utrzymania praktyki, w tym koszty stałe takie jak paliwo czy koszty ubezpieczeń społecznych.

– Stawka kapitacyjna dla pielęgniarki i położnej powinna być wyższa o 20 proc. od dotychczasowej. Konieczne jest również jej wyrównanie za nieubezpieczonych – mówi dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Stawki kapitacyjne w podstawowej opiece zdrowotnej są zróżnicowane ze względu na grupy wiekowe, z uwzględnieniem wskaźnika demograficznego. Na przykład, lekarz podstawowej opieki zdrowotnej otrzymuje roczną stawkę kapitacyjną na jednego pacjenta zapisanego do tego lekarza. Lekarz musi z niej pokryć również koszty zleconych przez siebie badań.

Konfederacja Lewiatan

Kosztowny projekt prawa farmaceutycznego

Rozwiązania proponowane w poselskim projekcie nowelizacji Prawa farmaceutycznego zbyt daleko ingerują w sferę wolności gospodarczej narzucając podmiotom obowiązki w odniesieniu do wszystkich leków, również tych do których państwo nie dopłaca w ramach systemu refundacji, a w stosunku do których brak jakiegokolwiek ryzyka dotyczącego dostępności dla pacjentów. Są również bardzo kosztowne dla budżetu państwa – uważają Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego i Konfederacja Lewiatan.

Krajowi producenci dostrzegają problemy związane z dystrybucją leków i trudnościami w dostępie pacjentów do niektórych z nich, w szczególności refundowanych. Sytuacja taka nie dotyczy jednak tych produktów leczniczych dla których dostępne są na rynku odpowiedniki. Konkurencja między producentami pozostaje bowiem najlepszym sposobem regulacji rynku, w tym również gwarantem dostępności produktów leczniczych dla pacjentów. W zakresie produktów refundowanych, które nie posiadają odpowiedników z pewnością konieczne jest doprecyzowanie niektórych przepisów. Proces ten jednak powinien być połączony z rewizją polityki Ministra Zdrowia w zakresie stosowania przepisów ustawy refundacyjnej.

Poselski projekt ustawy w założeniu rozwiązywać miał problem tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji. Tymczasem nakłada on na producentów, wyłącznie krajowych obowiązki informacyjne, które nie są uzasadnione i zbędne dla uregulowania kwestii związanych z wywozem niektórych leków z Polski.

Analiza poselskiego projektu ustawy Prawo farmaceutyczne wskazuje, że jest to regulacja stworzona w pośpiechu, nieprzemyślana, dodatkowo pojawiająca się w czasie, w którym jednoznaczna jej ocena ze względu na trwające prace nad nowelizacją Prawa farmaceutycznego w związku z implementacją tzw. Dyrektywy podróbkowej jest utrudniona, ponieważ nie jest znany ostateczny kształt i brzmienie przepisów, które oba te projekty nowelizują.

Projekt rodzi ogromne koszty dla budżetu państwa związane z tworzeniem systemu przekazywania informacji, wymaga zwiększenia zatrudnienia w GIF, podwyższa nieuzasadnione koszty po stronie wszystkich uczestników obrotu produktami leczniczymi.

Jakie jest uzasadnienie nakładania na przedsiębiorców dodatkowych obowiązków informacyjnych w odniesieniu do leków nierefundowanych, również tych dostępnych bez recepty trudno odgadnąć, tym bardziej, że dotychczas nie odnotowano braku ich dostępności ze względu na silną konkurencję i obecność na rynku wielu odpowiedników.

Jednocześnie projekt wprowadza wyłącznie regulacje nakładające na uczestników obrotu kolejne obowiązki, generujące koszty i sankcje za ich niewkonywanie, które dublują się z już istniejącymi w stosunku do części z nich (leków refundowanych) na podstawie odrębnych regulacji (ustawa refundacyjna).

Projekt jest również niedopracowany legislacyjnie. Widoczne jest aż nadto wyraźnie, że jest kompilacją różnych rozwiązań. Niestety, od strony redakcyjnej nie usystematyzowanych. Osiągniecie celu polegającego na kontroli wywozu niektórych leków z Polski nie wymaga budowania kosztownego systemu informacji od producentów w odniesieniu do wszystkich leków i to w obszarze zwalnianych serii, jak i sprzedaży.

Całość problemu można uregulować w sposób wyczerpujący, przenosząc chociażby obowiązek przedstawienia odpowiedniej informacji przez podmiot, który produkty z rynku polskiego zamierza wywieźć. Innym rozwiązaniem byłoby monitorowanie wyłącznie tych leków i nakładanie obowiązku informacyjnego w stosunku do takich produktów, których braki mogą faktycznie wystąpić. Tu oczywiście konieczne byłoby określenie kryteriów (np. obowiązek może dotyczyć leków które nie posiadają odpowiedników).

Konfederacja Lewiatan

Trwają prace nad nową ustawą o działalności gospodarczej

0

Harmedy – decyzja UOKiK

0

Dzwonili do osób starszych. Przedstawiali się jako rehabilitanci i proponowali bezpłatne zabiegi w ramach programu NFZ. W rzeczywistości byli to przedstawiciele handlowi spółki Harmedy oferujący sprzęt paramedyczny. Prezes UOKiK nakazał zaniechanie stosowania tych praktyk i nałożył kary w wysokości ponad 145 tys. zł

Spółka Harmedy z Porażyna (woj. wielkopolskie) sprzedaje konsumentom sprzęt paramedyczny np. poduszki i maty masujące. Transakcje zawierane są poza lokalem przedsiębiorcy zwykle w miejscu zamieszkania klientów. Urząd wszczął postępowanie przeciwko spółce w lipcu tego roku. Impulsem do działań UOKiK były m.in. skargi zgłaszane przez konsumentów. Dotyczyły one wprowadzania w błąd przez przedstawicieli handlowych spółki.

W wyniku postępowania Urząd ustalił m.in. że, akwizytorzy spółki Harmedy dzwonili do konsumentów informując ich o zakwalifikowaniu do rehabilitacji dofinansowywanej przez Unię Europejską lub prowadzonej w ramach programu Narodowego Funduszu Zdrowia. Następnie umawiali się na przeprowadzenie bezpłatnych zabiegów w miejscu zamieszkania klienta. Podczas umówionej wizyty agenci handlowi nie ujawniali, że prowadzą sprzedaż oferowanych towarów. Pozostawiając  towary w miejscu zamieszkania konsumentów, zapowiadali kolejną wizytę i prosili np. o podpis potwierdzający ich obecność. Konsumenci nie zdawali sobie sprawy, że zawierają umowę zakupu sprzętu paramedycznego. Poprosił o dowód i moją żonę Barbarę o podpis […]. Stwierdził, że chodzi o jego obecność. Nie było mowy o sprzedaży sprzętutak wizytę handlowca opisywała jedna z osób, które poskarżyły się do UOKiK.

Urząd zakwestionował praktyki spółki Harmedy ponieważ każdy przedsiębiorca składający ofertę handlową ma obowiązek poinformować konsumenta o zamiarze zawarcia umowy. Wprowadzanie w błąd a nawet niedoinformowanie potencjalnych klientów jest uznawane za niezgodną z prawem nieuczciwą praktykę rynkową.

Zastrzeżenia UOKiK wzbudziły też praktyki, które mogły utrudniać konsumentom odstąpienie od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorcy. Zgodnie z prawem każdy konsument może zrezygnować z zakupu sprzętu nabytego od akwizytora. Warunkiem jest złożenie (np. poprzez nadanie na poczcie) pisemnego oświadczenia o odstąpieniu od umowy w ciągu 10 dni od dnia zawarcia umowy. Tymczasem przedstawiciele handlowi Harmedy zapewniali klientów, że oświadczenie o rezygnacji z zakupionego produktu można złożyć telefonicznie. W takim wypadku towar miał być odebrany osobiście przez pracownika spółki. Jednak przedsiębiorca umyślnie nie dotrzymywał terminów odbioru towaru. Następnie, po zakończeniu okresu, w którym możliwe było odstąpienie od umowy, konsument był informowany, że rezygnacja z transakcji jest niemożliwa ze względu na brak złożenia pisemnego oświadczenia.

Prezes UOKiK nakazał spółce zaniechanie stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów i nałożył kary pieniężne w łącznej wysokości  145.571 zł. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorca odwołał się do sądu.

Pomoc dla konsumentów

Konsument, którego interes został naruszony przez stosowanie nieuczciwej praktyki rynkowej, ma prawo żądać od przedsiębiorcy m.in. usunięcia skutków tej praktyki a także naprawienia szkody. Wszystkich konsumentów, którzy mają problem z przedsiębiorcami oferującymi produkty i usługi na pokazach zachęcamy do skorzystania z porad  na stronie UOKiK oraz do pobrania wydanego przez Urząd poradnika. Każdy konsument może też liczyć na bezpłatną pomoc prawną: rzeczników konsumentów w swoim miejscu zamieszkania, Federacji Konsumentów, Stowarzyszenia Konsumentów Polskich. Porady udzielane są pod też darmowym numerem: 800 007 707. Skargi można zgłaszać także do Wojewódzkich Inspektoratów Inspekcji Handlowej.

Forum Nowych Państw Członkowskich UE w Ministerstwie Finansów

Wybrane kwestie polityki makroekonomicznej i finansowej na drodze do przyjęcia euro to temat Forum Nowych Państw Członkowskich Unii Europejskiej (NPCz), zorganizowanego 12 grudnia 2014 r. w Warszawie przez Ministerstwo Finansów oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW).

W Forum wzięli udział członkowie kierowniczego szczebla resortów finansów oraz banków centralnych Bułgarii, Chorwacji, Czech, Rumunii, Węgier oraz Polski, a także przedstawiciele MFW, Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego. Polskę reprezentowali podsekretarz stanu w MF Artur Radziwiłł, radca generalny, główny ekonomista Ministerstwa Finansów Ludwik Kotecki oraz członek zarządu Narodowego Banku Polskiego Andrzej Raczko.

Uczestnicy spotkania dyskutowali o przystąpieniu NPCz do unii bankowej przed przyjęciem euro, przedstawiając argumenty za i przeciw, wpływ na swobodę manewru w polityce makroekonomicznej oraz wpływ na kompetencje nadzorcze w odniesieniu do banków macierzystych w strefie euro. Poruszono też kwestię harmonogramu przystępowania do unii bankowej.

Rozpatrywano również przyjęcie euro przez nowe państwa członkowskie UE pod kątem wpływu kryzysu na bilans kosztów i korzyści, reform niezbędnych do maksymalizacji korzyści po przyjęciu wspólnej waluty oraz konwergencji realnej (czyli zdolności gospodarek słabiej rozwiniętych do szybszego wzrostu gospodarczego, w efekcie którego z czasem zanika początkowa różnica w poziomie PKB na mieszkańca w stosunku do krajów bogatszych). Kolejną kwestią były możliwości zastąpienia autonomicznej polityki pieniężnej i kursowej innymi środkami, a także wpływ na swobodę manewru w polityce makroekonomicznej i reprezentacji NPCz w instytucjach strefy euro. Tematem Forum były ponadto ramy fiskalne UE oraz reformy systemów emerytalnych (adekwatność miejsca drugiego filara systemu emerytalnego w ramach fiskalnych UE i ocena drugiego filara przez inwestorów, polityka wspierania trzeciego filara, elastyczność ram fiskalnych UE na innych obszarach, np. inwestycji infrastrukturalnych).

Forumowicze rozmawiali również na temat dyrektywy jednolitego rynku i dyrektywy usługowej. Chodzi m.in. o wykorzystanie przez NPCz nieograniczonego dostępu do jednolitego rynku UE, rolę reform strukturalnych we wspieraniu eksportu na rynki UE oraz dywersyfikację geograficznej struktury eksportu, a także wpływ dyrektywy usługowej na eksport usług przez NPCz i perspektywy dalszej liberalizacji przepływu usług.

MARS Real Estate w przyszłym roku zakończy przebudowę otoczenia giełdy i rozpocznie dużą inwestycję w gdyńskiej stoczni

0

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku bardzo zmieni się otoczenie warszawskiej giełdy. W czerwcu zostanie otwarty przylegający do niej nowoczesny biurowiec. Budynek starej giełdy przejdzie zaś gruntowną modernizację. Inwestor MARS Fundusz Inwestycyjny Zamknięty zapowiada też budowę kompleksu budynków na terenie gdyńskiej stoczni.

Warszawskie Centrum Bankowo-Finansowe przy skrzyżowaniu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich to jeden z najlepszych adresów Warszawy. Zbudowany w połowie ubiegłego stulecia, jako siedziba władającej PRL-em partii komunistycznej, w latach 90. został zamieniony w symbol odradzającego się kapitalizmu. Budynek, który jako pierwszy mieścił Giełdę Papierów Wartościowych, jest jednak wyeksploatowany i przestarzały.

– Budynek tak naprawdę od początku swojego istnienia, więc od kilkudziesięciu, blisko 60 lat nigdy nie został poddany tak gruntownej modernizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Lewandowski, dyrektor zarządzający Aktywów Nieruchomościowych w MS Towarzystwie Funduszy Inwestycyjnych. – Chcemy go całkowicie zmodernizować, odświeżyć także dziedziniec, oczywiście przy zachowaniu wymogów konserwatora zabytków. Chcemy po prostu dostosować jego standard techniczny, standard tej powierzchni do standardu lokalizacji, która nawet w najbardziej obiektywnych czy subiektywnych miarach jest najlepszą w Warszawie.

Przebudowa otoczenia polskiej giełdy to jeden z największych projektów deweloperskich grupy MARS Real Estate należącej do MS TFI.

Realizujemy obecnie cztery projekty deweloperskie, których wartość to mniej więcej 300 mln zł – informuje Tomasz Lewandowski. – Naszym flagowym projektem jest wspomniany Nowy Świat 2.0, czyli ultranowoczesny budynek biurowy zlokalizowany przy samej ulicy Nowy Świat, niedaleko Centrum Bankowo-Finansowego. Budynek, który nawiązuje stylistycznie i architektonicznie do budynku Centrum Bankowo-Finansowego, choć ta stylistyka ma bardzo współczesny wymiar i została przemyślana przez architekta Andrzeja Chołdzyńskiego w sposób zupełnie fenomenalny.

Wśród realizowanych obecnie przez spółki wchodzące w skład MARS Real Estate inwestycji są dwa budynki mieszkaniowe. Stacja Kazimierz realizowana w formule joint venture z Polnordem oraz Miasto Wola realizowane z firmą Dantex. Jest też wśród nich biurowy budynek EQlibrium na warszawskiej Woli. Wszystkie projekty realizowane są przez spółkę Grupa Waryński.

Lokalizacja, w której my chcemy zaoferować ten budynek, jest bardziej kojarzona z miejscem dla projektów mieszkaniowych – podkreśla dyrektor zarządzający Aktywów Nieruchomościowych w MS TFI. – W związku z tym liczymy na to, że skuszą się na niego klienci, którym będzie zależeć na większej ekspozycji, a nie tak bardzo na zagęszczeniu otoczenia stricte biznesowego.

Spółki należące do Funduszu Inwestycyjnego MARS działają głównie na rynku warszawskim. W przyszłym roku fundusz zamierza jednak rozpocząć inwestycję nad morzem. Na ponadośmiohektarowej działce nad samą wodą zamierza zbudować Gdynia Waterfront, kompleks o całkowitej powierzchni 174 tys. mkw.

– Projekt posadowiony na dawnych terenach Stoczni Remontowej „Nauta” w Gdyni – opowiada Tomasz Lewandowski z MS TFI. – Zakłada on budowę olbrzymiego centrum wielofunkcyjnego uwzględniającego komponent mieszkaniowy, hotelowy, biurowy oraz rekreacyjny. Dopiero niedawno, kilka tygodni temu, uzyskaliśmy miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego tej inwestycji. To pozwala przystąpić do tworzenia koncepcji i opracowania projektów, które ostatecznie dostaną pozwolenia na budowę i ich faktyczną realizację w przyszłości.

Pranie pieniędzy pozostawia „cyfrowe” odciski palców. Odpowiednie procedury pozwalają wyśledzić przestępców

Pranie pieniędzy jest jednym z najczęściej wymienianych nadużyć, których obawiają się firmy zarówno w Polsce, jak i w innych krajach. Strach przed tym zjawiskiem jest nawet większy niż jego rzeczywista skala. Takie zagrożenie powinno zostać uwzględnione w polityce bezpieczeństwa firmy – radzą eksperci. Informatyka śledcza umożliwia odnalezienie i zabezpieczenie „cyfrowych” odcisków palców.

Trzeba uwzględnić to zagrożenie w polityce bezpieczeństwa firmy, co jest ostatnio bardzo rzadko robione. Trzeba zweryfikować odpowiednie procedury bezpieczeństwa, które zwracają uwagę na wszystkie odbiegające od normy działania. Kolejnym krokiem jest wdrożenie procedur sprawdzających, czy mamy do czynienia z incydentem, czy jest to jakaś anomalia, która też czasem zdarza się w biznesie – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Odor, główny specjalista w polskim oddziale Kroll Ontrack, firmy zajmującej się informatyką śledczą i odzyskiwaniem danych.

Odsetek firm, które zostały narażone na oszustwa związane z praniem pieniędzy, wzrósł w ubiegłym roku o 2 proc. Z danych Kroll Ontrack wynika, że przedsiębiorcy obawiają się tego zjawiska. Znalazło się ono wśród sześciu najczęściej wymienianych typów nadużyć (obok korupcji, naruszenia regulacji, sprzeniewierzenia funduszy, kradzieży własności intelektualnej i zmowy rynkowej) jako realne zagrożenie. Zjawiskom tym sprzyja między innymi złożoność infrastruktury IT w firmach, duża rotacja pracowników, a także wchodzenie na nowe rynki o podwyższonym stopniu ryzyka.

Kiedy mimo wdrożonych procedur i środków zapobiegawczych dojdzie do przestępstwa, kluczowe dla firmy jest zebranie i zabezpieczenie materiału dowodowego tak, by nie stracił on swojej wartości dowodowej.

Najważniejsza jest kwestia danych opisujących dane, bo przecież samą zawartość plików można zmienić. Analiza informacji towarzyszących tym plikom może zwrócić uwagę na pewne istotne elementy – dodaje Paweł Odor. –Odpowiednio zebrane materiały muszą być doprowadzone do odpowiedniej postaci, dzięki której łatwo będzie można je analizować i wyciągać wnioski dotyczące tego, gdzie, co i jak miało miejsce, czy doszło do incydentu, jakie osoby były zaangażowane w przeprowadzenie incydentu. Z tym oczywiście również można wystąpić na drogę sądową po odpowiednim przygotowaniu raportu.

Odor zwraca również uwagę na to, że rośnie znaczenie „cyfrowych” odcisków palców dotyczących zjawiska prania pieniędzy.

Żyjemy w cyfrowym świecie, stąd też istnieją usługi e-discovery, dzięki którym możliwe jest przeszukanie i przeanalizowanie ogromnej liczby dokumentów elektronicznych pod kątem potencjalnych dowodów – mówi Paweł Odor.

W ramach dochodzeń dotyczących prania pieniędzy informatycy śledczy w pierwszej kolejności starają się uzyskać pełen obraz zasobów IT i używanych aplikacji. Analizują m.in. systemy bankowości i rachunkowości używane podczas operacji, sposób, w jaki dokonano przelewów i w jaki obsługiwano konta, czy procedury autoryzacyjne. Analizowane są również narzędzia komunikacyjne, takie jak e-maile, telefony komórkowe czy Skype.

Z raportu wynika, że w ubiegłym roku w Polsce było ponad 210 postępowań przygotowawczych, 65 aktów oskarżenia, 37 wyroków, 129 osób skazanych i 15,25 mld zł podejrzanego pochodzenia. Natomiast liczba zawiadomień o podejrzanych działalnościach i transakcjach zarejestrowanych w systemie informatycznym Generalnego Inspektora Informacji Finansowej wyniosła 3 265 i w stosunku do roku 2012 wzrosła o 30 proc., a w stosunku do roku 2010 – o ponad 60 proc.

Za 80 proc. polis na życie płacą sami ubezpieczeni. W innych krajach regionu częściej ich koszty pokrywają pracodawcy

0

Na polskim rynku ubezpieczeń na życie za zdecydowaną większość grupowych polis płacą sami ubezpieczeni. Polisy opłacane przez pracodawców to zaledwie jedna piąta rynku. Takie proporcje wyróżniają Polskę na tle innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Również fakt, że na rynku jest znacznie większa różnorodność świadczeń i rodzajów zdarzeń, które można ubezpieczyć, odróżnia polski rynek ubezpieczeń grupowych.

Polski rynek to rynek dobrowolny. Około 80 proc. programów stanowią ubezpieczenia finansowane z kieszeni pracowników – zauważa Wojciech Rowicki, dyrektor zespołu sprzedaży ubezpieczeń grupowych w MetLife. –To zdecydowanie wyróżnia polski rynek spośród innych krajów Europy Centralnej: Węgier, Czech, Słowacji, Rumunii czy krajów bałtyckich. Tam przeważają programy sponsorowane, w ramach których to pracodawca funduje składkę.

W Polsce tego typu ubezpieczenia sponsorowane stanowią zdecydowaną mniejszość.

Przewagą polskiego rynku jest za to mnogość dostępnych świadczeń w tej grupie ubezpieczeń oraz rodzajów zdarzeń, które mogą być objęte polisą.

Mamy pakiety dla małżonków, pakiety obejmujące ryzyka ubezpieczeniowe, jak śmierć rodzica, teścia czy urodzenie dziecka – wskazuje Wojciech Rowicki. – Niedawno na Węgrzech po zmianie systemu zabezpieczeń socjalnych wprowadzono ubezpieczenie obejmujące urodzenie dziecka i to była rzecz niespotykana.

Jak wskazuje ekspert, rynek ten może rozwijać się w stronę ubezpieczeń sponsorowanych przez pracodawców. Mogą na to wskazywać wyniki badań przeprowadzonych niedawno przez MetLife. Pracodawcy zdają sobie sprawę z tego, że odpowiednia propozycja pozapłacowych benefitów pracowniczych jest skutecznym narzędziem budowania lojalności zatrudnionych. Większość pracowników (61 proc.) przyznała, że byłaby zainteresowana dodatkowym świadczeniem, jakim jest ubezpieczenie na życie. Odsetek zainteresowanych rośnie do 85 proc., jeśli pracodawca przejąłby całość lub część kosztów składki.

Najważniejsze dla pracodawców jest to, żeby budować lojalność swoich pracowników i oczywiście poszerzyć pakiet świadczeń pracowniczych. Pracownikom zaś chodzi o korzystną, szeroką ofertę i atrakcyjne warunki cenowe – to decydowało o tym, kiedy i jak przystępują do ubezpieczenia grupowego – mówi Rowicki o wynikach innego badania, przeprowadzonego wspólnie z ICAN Institute, na temat oczekiwań, co do ubezpieczeń pracowniczych.

Jak podkreśla, programy oparte na jednym wariancie przestały być atrakcyjne. Obie strony poszukują elastycznej oferty, której zakres i sumę świadczeń można dostosować do potrzeb pracodawcy i pracowników.

Chcielibyśmy widzieć więcej programów sponsorowanych, gdzie suma ubezpieczenia na życie wynosiłaby co najmniej dwukrotność rocznych zarobków pracownika, tak żeby w przypadku jego zgonu rodzina otrzymała świadczenie w odpowiedniej wysokości. Teraz średnia suma na życie w ubezpieczeniu grupowym to około 60 tys. złotych. Taka suma ubezpieczenia stanowi odpowiednik dwuletnich zarobków w wysokości 2,5 tys. złotych brutto miesięcznie. To znacznie mniej niż średnia krajowa – mówi dyrektor zespołu sprzedaży ubezpieczeń grupowych.

Według Polskiej Izby Ubezpieczeń składka przypisana brutto z tytułu bezpośrednich polis na życie wyniosła w ubiegłym roku ponad 13,1 mld zł – o jedną trzecią mniej niż w 2012 roku (powodem było ograniczenie sprzedaży polisolokat). Grupowe polisy stanowią ponad połowę tego segmentu rynku ubezpieczeń.

Spółki obrotu energią pod coraz większą presją cenową. Energa czeka z inwestycjami w OZE na nową ustawę

0

Ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych powinny w przyszłym roku nieco zmaleć. Spółki obrotu energią są pod coraz większą presją konkurencyjną, a w segmencie dystrybucji na obniżenie opłat nalega regulator. Ze względu na niskie marże ze sprzedaży energii elektrycznej dostawcy szukają możliwości łączenia jej z innymi produktami. 

Presja konkurencyjna będzie rosła, co będzie się przejawiało obniżaniem marży w poszczególnych częściach rynku energii elektrycznej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Bieliński, prezes zarządu Energi. ‒ W segmencie dystrybucji nie ma wątpliwości, że będzie silna presja ze strony regulatora. Musimy temu przeciwdziałać, łącząc sprzedaż energii elektrycznej z innymi produktami, które sprawią, że będziemy atrakcyjnym dostawcą energii dla naszych klientów.

Bieliński ocenia, że w wyniku tej presji ceny energii elektrycznej w przyszłym roku dla grupy taryfowej G, czyli dla gospodarstw domowych, będą niższe. To dla Energii i innych dostawców oznacza coraz niższe marże. Zapewnienie rentowności będzie coraz większym wyzwaniem, a rozwiązaniem może być właśnie cross-selling energii i innych produktów.

Mimo spadku cen energii elektrycznej nie oznacza to, że rachunki dla odbiorców indywidualnych na pewno zmaleją. Bieliński przypomina, że w skład ostatecznej ceny wchodzi także opłata za dystrybucję, która różni się w poszczególnych częściach kraju.

Prezes Energi, która dostarcza elektryczność na Pomorzu i w Polsce Centralnej, dodaje, że w naszym kraju brakuje jeszcze presji na jakość dystrybucji ze strony urzędu regulacyjnego, ale coraz bardziej zwracają na to uwagę na to klienci.

Wydaje się, że tego oczekują nasi klienci, czyli przyjęcia standardów jakościowych z Europy Zachodniej – ocenia Bieliński. ‒ To wymaga inwestycji, czasu, pomysłowości, konsekwencji i bardzo dobrego zarządzania siecią, ale może ten tryb bezosobowy jest zły, bo tak naprawdę tego wymagają i będą wymagać od nas klienci.

Bieliński dodaje, że Energa czeka na uchwalenie ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE), która wyjaśni, czy nowe inwestycje w tego typu źródła będą podejmowane.

Do momentu wejścia w życie ustawy o OZE będziemy prowadzili te projekty, które mamy w tej chwili mocno rozwinięte i co do których mamy w zasadzie pewność, że je ukończymy przed wejściem w życie ustawy. Natomiast po tym, jak już ustawa się pojawi, podejmiemy decyzje w sprawie kolejnych – zapowiada Bieliński.

W jego ocenie duże znaczenie w tym obszarze może mieć nieco niedoceniane obecnie fotowoltaika. Bieliński spodziewa się także znacznego przyrostu mocy z energetyki wiatrowej. Z kolei rozwój energii z biogazu i biomasy w dużej mierze będzie uzależniony od przepisów, które znajdą się w nowej ustawie. Energa nie będzie jednak podejmować dużych decyzji inwestycyjnych przed uchwaleniem tej ustawy – podkreśla Bieliński. Zapewnia, że spółka mimo tego pozostaje w kontakcie z inwestorami.