J.K. Bielecki: W tym roku PKB powyżej 3 proc., w przyszłym wyniesie co najmniej 2,5 proc.

CEO Magazyn Polska

Ten rok zakończymy z dobrym wynikiem, ponad trzyprocentowym – ocenia Jan Krzysztof Bielecki. Perspektywy na przyszły też są pozytywne, mimo niewielkiego wzrostu gospodarczego w europejskich gospodarkach. Optymizm budzą między innymi dobre informacje z krajowego rynku nieruchomości, pewien niepokój – zbliżające się wybory.

Kończący się rok okazuje się lepszy, niż się spodziewaliśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, były premier, ustępujący szef Rady Gospodarczej przy premierze RP. – W polskiej gospodarce zdarzają się takie niesamowite sytuacje, że kiedy nadchodzi jeden miesiąc, drugi, trzeci, gdy wszystko idzie w dół i wydaje się, że tym razem może być niedobrze i niebezpiecznie, to nagle gospodarka odbija i wraca nieco niezbędnego optymizmu. Konsumenci zaczynają wydawać więcej pieniędzy i powracamy na dosyć dobre poziomy. Myślę, że przyszły rok także zaczniemy dobrą liczbą. Z trójką na czele.

W listopadowej prognozie Komisja Europejska stwierdziła, że w przyszłym roku wzrost gospodarczy Polski wyniesie 2,8 proc., a w 2016 roku ­– 3,3 proc. Ekonomiści Narodowego Banku Polskiego przewidują, że w przyszłym roku polska gospodarka wzrośnie o 3 proc. Natomiast rząd w projekcie ustawy budżetowej prognozuje, że produkt krajowy brutto w przyszłym roku zwiększy się o 3,4 proc. Według KE negatywnie na sytuację gospodarczą Polski wpływać będzie otoczenie: wciąż słaba aktywność Niemiec oraz konflikt na Wschodzie. Zdaniem byłego premiera krajowa gospodarka notuje zwykle wyniki co najmniej o 1,5 proc. wyższe niż niemiecka. Zatem wzrost na poziomie 2,5 proc. stanowić będzie dla niej dolną granicę wzrostu w przyszłym roku.

Do tego dochodzi trochę dobrych wiadomości, choćby z rynku nieruchomości, które wskazują, że przy niskich cenach pieniądza konsumenci zaczynają kupować mieszkania – wskazuje Jan Krzysztof Bielecki. – W stosunku do boomu sprzed ośmiu lat tym razem wzrost sprzedaży jest mniejszy, kilkuprocentowy, ale nie jest związany ze wzrostem cen nieruchomości. One są w miarę stabilne, a klienci wykazują coraz większe zainteresowanie. Na pewno w przyszłym roku pieniądz będzie równie tani, jak obecnie, bo nie będzie przecież praktycznie inflacji w Polsce. To daje podstawy, by sądzić, że 2015 rok także zły nie będzie.

Jak podkreśla, na pewno w przyszłym roku Polska dalej będzie się rozwijać w otoczeniu niskich stóp procentowych. Europejski Bank Centralny zabrał się za luzowanie polityki, a nie jej zacieśnianie, więc podwyżki stóp raczej nie będzie. Tymczasem w strefie euro stopa depozytowa już jest poniżej zera (od czerwca, a od września wynosi -0,2 proc.), a główna stopa to zaledwie 0,05 proc.

Zobaczymy, co w takim razie zrobi Rada Polityki Pieniężnej, bo w sytuacji bardzo niskiej inflacji, właściwie jej braku, niezłego wzrostu gospodarczego i prognozowanej poprawy optymizmu konsumentów spodziewano się jeszcze pewnego cięcia stóp – mówi Jan Krzysztof Bielecki.

Jego zdaniem pewien niepokój wywołują czekające nas w przyszłym roku wybory: najpierw wiosną prezydenckie, a później jesienią parlamentarne.

Zbliżające się wybory, a w zasadzie igrzyska wyborcze, to jedna wielka niewiadoma. Ruszają na początku roku, kiedy zostaną ogłoszone wybory prezydenckie i będzie podana data. Potem w maju rozstrzygnie się pierwsza elekcja i praktycznie przejdziemy od razu do kampanii i następnych wyborów, co dla rynku międzynarodowego może być dodatkowym elementem niepokoju ­– ocenia Bielecki.

Bank Millennium rozwija ofertę dla przedsiębiorstw. Chce zwiększać swój udział w finansowaniu polskiej gospodarki

CEO Magazyn Polska

Klasyczne kredyty korporacyjne, finansowanie w formie leasingu oraz faktoringu – to produkty dla firm, które w przyszłym roku chce rozwijać Bank Millennium. Władze banku zapowiadają, że będą starać się zwiększać swój udział w finansowaniu gospodarki. W segmencie detalicznym wyzwaniem jest oferta dla oszczędzających – szczególnie w środowisku niskich stóp procentowych.

– W przyszłym roku będziemy kontynuować rozwój i sprzedaż produktów, które wprowadziliśmy w tym roku. Dla przykładu flagowy produkt rachunku bieżącego w bankowości detalicznej, obudowany grupą produktów oszczędnościowych oraz kartami płatniczymi – Konto 360° notuje bardzo dobre wyniki sprzedażowe i zamierzamy w dalszym ciągu dbać o jego rozwój mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Kulesza, dyrektor Departamentu Relacji Inwestorskich Banku Millennium.

W okresie od maja do października bank otworzył 100 tysięcy takich kont osobistych na preferencyjnych warunkach. W segmencie detalicznym ważny produktem będzie również pożyczka gotówkowa, która w środowisku niskich stóp procentowych – zgodnie z oczekiwaniami banku – powinna notować zadowalające wyniki sprzedażowe.

– Do trzeciej grupy zaliczamy produkty inwestycyjne lub oszczędnościowo-inwestycyjne, które pozwalają klientom znaleźć pewne alternatywy w środowisku niskich stóp procentowych – tłumaczy Kulesza.

Według ostatnich przestawionych danych finansowych na koniec III kwartału 2014 r. Bank Millennium zarządzał depozytami klientów detalicznych w  wysokości 29,44 mld zł (wzrost o 8,6 proc. rok do roku), produktami inwestycyjnymi o wartości 6,71 mld zł (wzrost o 5,5 proc. rok do roku) oraz oferował kredyty konsumpcyjne dla gospodarstw domowych w wysokości 4,35 mld zł (wzrost o 21,8 proc. rok do roku). Natomiast wartość kredytów hipotecznych lekko zmalała do 26,73 mld zł (-1,7 proc. rok do roku).

– Kontynuujemy wysiłki, aby mieć większą rolę w finansowaniu polskiej gospodarki. W banku dobrze rozwija się finansowanie w formie leasingu, faktoringu oraz klasyczne kredyty korporacyjne. Sądzimy, że popyt w 2015 r. na takie produkty może wzrosnąć, a my chcemy wyjść temu naprzeciw – podsumowuje Artur Kulesza. – Równie istotne jest zarządzanie gotówką i środkami bieżącymi przedsiębiorstw.

Zaangażowanie banku w sektorze przedsiębiorstw (zarówno MSP, jak i dużych podmiotów) na dzień 30 września br. w segmencie depozytów to 17,99 mld zł (spadek o 0,7 proc rok do roku). Wśród kredytów dla firm zobowiązania leasingowe wyniosły 3,95 mld zł (wzrost o 20 proc. rok do roku), natomiast pozostałe typy kredytów osiągnęły wartość 8,8 mld zł (wzrost o 12 proc. rok do roku).

– Mieliśmy okres w banku, kiedy niemalże unikaliśmy zaangażowania w duże firmy. W obecnej strategii banku, którą realizujemy od dwóch lat, nie wykluczamy dużych przedsiębiorstw, na co pozwala nasza sytuacja kapitałowa. Do nowych klientów podchodzimy tu jednak wybiórczo – mówi Artur Kulesza.

Zdaniem dyrektora Departamentu Relacji Inwestorskich Banku Millennium, celem banku jest nie tylko czyste finansowanie dużych podmiotów, lecz także kompleksowa obsługa klientów, poprzez budowanie długotrwałych relacji.

– Patrząc historycznie, zawsze bardziej aktywni byliśmy w sektorze małych i średnich firm. W dalszym ciągu naszym głównym rdzeniem rozwoju bankowości dla MSP pozostają nie duże, lecz małe i średnie przedsiębiorstwa. W przyszłym roku liczymy na jeszcze szybszy niż obecnie wzrost akcji kredytowej w tym segmencie klientów – prognozuje Kulesza.

Bez konsolidacji część firmy z branży budowlanej po 2020 r. zbankrutuje

CEO Magazyn Polska

Sektor budowlany musi rozpocząć konsolidację, bo inaczej firmy po wyczerpaniu środków unijnych po 2020 r. wpadną w duże problemy – ocenia dyrektor generalny koncernu budowlanego Mota-Engil na region Europy Środkowej. Spółka sama przeszła taki proces i dzięki temu przetrwała kryzys na rodzimym rynku w Portugalii.

Firmy muszą przygotować się na przyszłość, która nastąpi po roku 2020. To wprawdzie za 6 lat, ale jeśli firmy dziś nie poświęcą temu uwagi, będziemy mieć duży problem. Rynek się skurczy, a w rezultacie firmy będą albo bankrutować, albo znacząco tracić. Zachodzi więc potrzeba, aby rynek się skonsolidował, by firmy dokonywały fuzji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Manuel Mota, dyrektor generalny Mota-Engil Central Europe.

Mota zwraca uwagę na podobieństwo rynku w Polsce do rynku w Portugalii sprzed kilkunastu lat. Ten zachodnioeuropejski kraj przed rozszerzeniem UE w 2004 r. był jednym z większych odbiorców środków wspólnotowych. Wiele firm budowlanych nie przygotowało się jednak na zmianę sposobu finansowania. Polska musi się liczyć z tym, że po zakończeniu unijnej perspektywy budżetowej 2014-2020 również w naszym kraju zmniejszy się dopływ unijnych funduszy.

Rozwiązaniem dla sektora budowlanego jest konsolidacja. Mota przypomina, że dzięki połączeniu z firmą Engil jego koncern już w 1997 r. wszedł na rynki wschodnioeuropejskie, a także do Ameryki Łacińskiej i Afryki. Od tego czasu wartość firmy wzrosła niemal trzydziestokrotnie (ze 100 mln euro do 2,6 mld euro), a zatrudnienie wynosi już 28 tysięcy.

Konsolidację rozpoczęliśmy wcześnie, w czasie, kiedy nie było jeszcze wyraźnej potrzeby. Portugalski rynek miał wówczas potencjał na kolejne co najmniej 12 lat. Ale ten proces był kluczowy. Podobnie będzie w Polsce. Biorąc pod uwagę terytorium i liczbę ludności, mogą tu powstać firmy, które będą mogły konkurować z koncernami budowlanymi w Europie i na świecie. To proces, który gospodarka i rząd muszą promować – podkreśla Mota.

Mota ocenia, że dzięki konsolidacji polskie firmy zyskają szansę na ekspansję i dywersyfikację działalności. Dodaje, że jeśli w naszym kraju powstaną duże, rywalizujące z europejskimi konkurentami koncerny, to będą one mogły realizować projekty drogowe, kolejowe, energetyczne, kubaturowe i wodne.

Dyrektor generalny środkowoeuropejskiej części portugalskiego koncernu zauważa równocześnie, że perspektywy do 2020 r. są dla rynku bardzo dobre. Inwestycji będzie przybywało, ale problemem pozostaje współpraca pomiędzy firmami budowlanymi a zamawiającymi. Mota podkreśla, że musi ona się poprawić, by nie powtórzyły się problemy z realizacją inwestycji, takie jak w poprzedniej perspektywie UE.

Raport o Pendolino w Polsce

W niedzielę pasażerowie będą w końcu mogli pojechać pociągami Pendolino. Dziewięć z 20 kupionych składów pojedzie na trasach Gdańsk – Warszawa, Gdańsk – Wrocław, Gdańsk – Kraków i Gdańsk – Katowice. Reszta na razie albo nie jest jeszcze gotowa do jazdy, albo nie ma jej w kraju, albo czeka w rezerwie. Money.pl zapytał ekspertów o największe wady i opłacalność tej wartej 2,7 mld złotych inwestycji. Z wyliczeń portalu wynika, że PKP Intercity ma średnie obłożenie na zaledwie dwa z 34 kursów Pendolino dziennie.

Mimo że składów jest niewiele, nawet w dniu premiery Pendolino, może być problem z ich zapełnieniem. Zwłaszcza, że dane o biletach sprzedanych z wyprzedzeniem (do czego zachęcała usilnie Intercity) nie napawają optymizmem i są bardzo mgliste. – Cztery razy dziennie pytamy o to kolejarzy. Obecnie jest to około 26 tysięcy sprzedanych sztuk. Nie wiemy natomiast, które pociągi ani które trasy cieszą się zainteresowaniem. Nie znamy też dat, na które dokonane zostały rezerwacje – mówi portalowi Money.pl Jakub Madrjas, redaktor portalu rynek-kolejowy.pl.

Daty są bardzo ważne, bo rezerwacji można dokonać z 30-dniowym wyprzedzeniem. Biuro prasowe przewoźnika, zapewne niezwykle zajęte przed startem swojego sztandarowego projektu, nie miało na razie czasu poinformować nas, ile konkretnie biletów Intercity sprzedało na najbliższą niedzielę. Być może jest to większość z tych 26 tysięcy, a być może nie. – Myślę, że gdyby obłożenie było duże, to spółka by się tym pochwaliła – ocenia Jakub Madrjas.

Jeśli przyjrzeć się statystyce, wynik Intercity nie wygląda dobrze. Jak pisze Money.pl, od niedzieli po polskich torach będzie jeździło dziewięć składów Pendolino, które dziennie obsłużą w sumie niecałe 40 połączeń. Każdy pociąg może na swój pokład zabrać 400 pasażerów. – Kiedy te 26 tysięcy zarezerwowanych dotychczas biletów podzieli się przez pojemność jednego pociągu, wyjdzie nam, że Intercity zapełniło dotychczas składy, które obsłużą 65 relacji – podsumowuje Jakub Majewski z Fundacji ProKolej. Tymczasem od niedzieli codziennie na polskich torach realizowane będą 34 połączenia z wykorzystaniem Pendolino. To znaczy, że na razie średnio tylko dwa spośród 34 połączeń dziennie będą w pełni obłożone, a pozostałe składy pozostaną puste.

Ekspert dodaje, że takie szacunki mają uzasadnienie o tyle, że samo PKP Intercity zachęcają pasażerów do kupowania biletów z wyprzedzeniem i chce, by była to podstawowa forma rezerwacji miejsc. Dlatego też kolejarze w ogóle nie wprowadzili możliwości kupienia biletu już na pokładzie Pendolino.

Jeśli w pociągu podejdziemy do konduktora i poprosimy o bilet za 150 złotych, to dostaniemy do tego 650 złotych mandatu – przestrzega Jakub Madrjas. – Jestem pewien, że znajdą się pasażerowie, którzy nie będą o tym wiedzieli i konieczność wysupłania z kieszeni 800 złotych mocno ich zaskoczy – ironizuje.

System sprzedaży biletów to dziś jedna z dwóch głównych bolączek projektu pod nazwą Pendolino. – Kiedy trzy lata temu rozstrzygnięty został przetarg na te pociągi, idea kupowania biletów była zupełnie inna. Inny był też skład spółki i kto inny o tym decydował – wyjaśnia w Money.pl Madrjas.

Planowany był rozbudowany program lojalnościowy i dużo zachęt dla pasażerów. A teraz Intercity robi bardzo dużo, by do swojej oferty zniechęcić. Zamiast elastycznego cennika, wprowadzono cztery czy pięć sztywnych stawek zmienianych raz dziennie. A taki naprawdę dynamiczny cennik  oznacza, że jeśli przewoźnik wie, że na dane połączenie nie ma chętnych, to opuszcza cenę tak bardzo, by się oni znaleźli. Jeśli więc najtańszy bilet to 49 złotych i ani złotówki mniej, to ta oferta przegrywa choćby z Polskim Busem.

Ile kosztują bilety na Pendolino (w zł)
źródło: PKP Intercity
Cena najniższa Cena średnia Cena maksymalna
WARSZAWA – KRAKÓW
49 129,2 150
WARSZAWA – KATOWICE
49 129,2 150
WARSZAWA – WROCŁAW
59 131,1 150
WARSZAWA – TRÓJMIASTO
49 128,8 150
KRAKÓW – TRÓJMIASTO
98 171,6 189
KATOWICE – TRÓJMIASTO
98 171,6 189

Z tym, że system sprzedaży jest nierozsądny, zgadza się Jakub Majewski. – Dzisiaj Intercity mówi: kup bilet z trzytygodniowym wyprzedzeniem, to zapłacisz mniej. Jednak pociąg to nie samolot, żeby planować podróż na zapas. Jest całkiem odwrotnie: to najbardziej masowa forma transportu i jej charakterystyczną cechą jest uniwersalność. Spóźniłem się na pociąg? To nic, pojadę następnym za godzinę. Zagadałem się z kimś? Zaczekam na kolejny. A cały ten system rezerwacyjny brzmi trochę tak, jakby nakazać ludziom zaklepywać miejsca w tramwajach. To absurd.

Ekspert twierdzi, że spółka PKP Intercity popełniła błąd w tym, jak promuje Pendolino i zrobiła z niego produkt premium, podczas gdy nie taka jest jego rola. Docelowo bowiem po trasach z Warszawy do Gdańska, Wrocławia, Krakowa i Katowic pociągi mają jeździć co godzinę. Każdy skład może zabrać na pokład 400 pasażerów, a to oznacza, że aby zapełnić wszystkie maszyny na wszystkich trasach, potrzeba dziesiątek tysięcy ludzi.

Drugi, obok systemu sprzedaży biletów, zasadniczy problem związany z Pendolino, to prędkość, z jaką te pociągi będą się poruszać po polskich torach. Będzie to bowiem maksymalnie zaledwie 160 km/h (z jednym wyjątkiem na 80-kilometrowm odcinku trasy z Katowic do Warszawy, gdzie składy momentami rozpędzą się do 200 km/h). To dokładnie tyle samo, ile mogą jechać też inne składy. Na przykład, jak podaje Money.pl, pociąg Express InterCity Panorama trasę Wrocław-Warszawa będzie od 14 grudnia pokonywał w 3 godziny i 44 minuty – o minutę szybciej niż Pendolino!

Do niedawna osiągnięcie takich czasów na tym odcinku było niemożliwe, ale ponieważ właśnie zakończył się lub kończy się szereg remontów na polskich torach, pociągi przyspieszą. Jak widać, dotyczy to nie tylko najbardziej prestiżowych maszyn Intercity. 160 km/h to prędkość, którą spokojnie jest w stanie osiągnąć część standardowych lokomotyw i wagonów jeżdżących po polskich torach i należących do Intercity. Przyspieszenie jest więc faktem, ale to nie efekt Pendolino. – W tym rozkładzie nie będzie praktycznie żadnych efektów czasowych związanych z wprowadzeniem na tory pociągów Alstomu – potwierdza Jakub Madrjas.

Efekt ich wprowadzenia będzie za to inny. Z rozkładu jazdy zostanie wycofanych bądź przeniesionych na mniej atrakcyjne godziny część tańszych pociągów – zarówno należących do Intercity (działających pod markami TLK i EIC), jak i do spółki Przewozy Regionalne (InterRegio). Na przykład od 14 grudnia zniknie poranne połączenie z Krakowa do Warszawy obsługiwane przez pociąg Matejko, za przejazd którym trzeba zapłacić (kupując bilet od ręki w kasie, bez wcześniejszej rezerwacji) około 50 zł. Do wyboru podróżnym zostanie albo pociąg EIC (cena za przejazd przy kupowaniu od ręki – około 120 zł), albo Pendolino (za 150 zł).

Ile kosztują ekspresy na Zachodzie, a ile Pendolino w Polsce
porównanie cen biletów na trasach o podobnej długości w dniu 20 grudnia 2014 r.
  1. Wrocław – Warszawa – 120 złotych
  2. Londyn – Leeds – 509 złotych (96,8 funta)
  3. Berlin – Brema – 371  złotych (89 euro)
  4. Paryż – Luksemburg – 421 złotych (101 euro)

źródło: Money.pl na podstawie cenników przewoźników

 

Obecne inwestycje Intercity to największy program modernizacyjny spółki od czasu jej wyodrębnienia z PKP w 2001 roku. Oprócz 20 Pendolino i potrzebnego zaplecza, na które firma wyda 665 mln euro (około 2,7 mld złotych), dochodzi zakup i serwisowanie 20 pociągów PESA za 1,3 mld złotych i 20 pociągów Newagu za 1,6 mld złotych. 40 polskich składów ma zostać oddanych do użytku w przyszłym roku. – Do tego dochodzi 218 zmodernizowanych wagonów na linii Przemyśl-Szczecin, 45 nowych wagonów, program modernizacji czy zakupu lokomotyw – mówił portalowi Money.pl w lipcu tego roku Paweł Hordyński, ówczesny członek spółki odpowiedzialny za jej finanse.

PESY, Newagi i Pendolino dają w sumie 60 nowych pociągów w taborze spółki. Będą one stanowiły około 25 procent wszystkich składów należących do przewoźnika. Wyjazd Pendolino na tory ma być punktem zwrotnym w dziejach Intercity, które dzięki temu chce wyjść na prostą i zacząć przynosić zyski. Ubiegły rok zakończyło bowiem ze stratą około 100 milionów złotych, a w tym roku może być podobnie. Od 2015 roku, kiedy zarówno Pendolino, jak i PESY i Newagi zadomowią się na naszych torach, ma już być tylko lepiej. Jeśli uda się utrzymać rentowność przez przynajmniej rok-półtora, będzie można zacząć myśleć o prywatyzacji spółki. Kiedy jednak firma będzie rentowna, nie wiadomo.

Prywatyzacja PKP Intercity wymaga przede wszystkim odpowiedniego przygotowania przewoźnika do tego procesu. Zanim zdecydujemy się na giełdowy debiut, chcemy zbudować solidną wartość spółki. Wprowadzenie na tory składów Express InterCity Premium (czyli Pendolino właśnie – przyp. red.) oraz modernizacja taboru kolejowego to elementy, które mają nam pomóc w realizacji tego celu – zdradził Money.pl Jacek Leonkiewicz, dyrektor zarządzający ds. prywatyzacji w PKP SA, od której będzie zależała decyzja o wprowadzeniu Intercity na parkiet.

Raport o kosztach zakazu uboju rytualnego

Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego rozpatrywali w środę wniosek Związku Gmin Żydowskich, które zarzucały, że polski rząd zakazując uboju rytualnego narusza konstytucyjną wolność praktykowania religii. I z interpretacją mniejszości religijnej zgodzili się w całości. Ich decyzja ma jednak skutki dla całej branży mięsnej w Polsce, która dotąd na zakazie traciła – jak wylicza portal Money.pl – miliard złotych rocznie.

W uzasadnieniu wyroku sędziowie podkreślili, że w dyskusjach o ochronie zwierząt często pomija się metody uboju z ogłuszeniem, które również niosą ze sobą cierpienie, ból i niepokój zwierzęcia. Trybunał uznał, że skoro w społeczeństwie polskim niemal powszechnie akceptowany jest ubój dla pożywienia, to całkowite zakazanie jednej z jego metod, nie jest konieczne. Ani do ochrony moralności, ani dla ograniczenia cierpienia zwierząt.

Sędziowie nie byli jednak  jednomyślni. Czterech z nich zgłosiło zdania odrębne. Podkreślali, że orzeczenie jest zdecydowanie szersze niż zakres wniosku i pozwoli na masowy eksport mięsa z uboju.

Tak jak dwa lata temu, w każdym wypadku (niezależnie od liczby poddawanych ubojowi zwierząt) dokonanie uboju rytualnego będzie wymagało przestrzegania licznych i szczegółowych wymagań prawa polskiego i unijnego oraz wymogów przewidzianych przez normy religijne. Ale dla polskiego mięsa eksport to kwestia życia i śmierci. Prawie 80 procent krajowej produkcji trafia na zagraniczne stoły, a spożycie Polaków jest niewielkie. Zjadamy rocznie zaledwie dwa kilogramy mięsa wołowego, gdy średnia unijna wynosi 15 kilogramów.

Według byłego ministra rolnictwa Stanisława Kalemby szacunkowa wartość sprzedaży mięsa z uboju rytualnego wynosiła rocznie od około 1,2 do 1,5 miliarda złotych. Kalemba jest przekonany, że branża związana z produkcją takiego mięsa tworzyła miejsca pracy dla ponad 4 tysięcy osób. W Polsce w 2011 roku ubojem rytualnym zajmowało się 15 rzeźni bydła oraz 12 drobiu.

Rok później, według szacunków prezesa Związku Polskie Mięso, zaangażowanych w taką produkcję było już prawie 80 firm. Dlaczego? Polskie mięso koszerne było nie tylko tanie w Europie, ale spełniało również szereg rygorystycznych wymogów sanitarnych oraz religijnych.

Zarząd związku oceniał w 2012 roku, że ten sektor rynku wart jest około 650 milionów dolarów i rozrasta się nieustannie z roku na rok w tempie przekraczającym 20 procent. Potwierdzają to dane Ministerstwa Rolnictwa za okres poprzedzający wprowadzenie zakazu. Wtedy właśnie znacząco zwiększył się eksport mięsa do krajów pozaeuropejskich, między innymi do Egiptu (o 84 procent), Iraku (o 77 procent), Libii (o 67 procent), Tunezji (o 53 procent), Zjednoczonych Emiratów Arabskich (o 48 procent) oraz Arabii Saudyjskiej (o 41 procent).

CEO Magazyn Polska
W 2013 roku polscy rolnicy wyeksportowali żywność i produkty rolne o wartości 20,4 mld euro
źródło: Money.pl na podstawie danych Agencji Rynku Rolnego

 

Hodowcy i przetwórcy odczuli pierwsze skutki zakazu już po 1 stycznia 2013 roku, kiedy zaczął obowiązywać. Ceny skupu bydła szybko spadły o około 10 procent, co znacznie obniżyło dochody rolników. Zakłady przetwórcze również spotkały przykre konsekwencje zakazu. Chociaż, jak przypomina Money.pl, produkcja wołowiny wzrosła o kilkanaście procent w ciągu ostatnich dwóch lat, to wpływy z eksportu nie poszły w górę. Zakłady zdecydowały, że zamiast do Turcji lub krajów arabskich, więcej mięsa trafi na rynek unijny. I chociaż wagowo sprzedawały więcej, to zarobki stały w miejscu.

Jak to możliwe? Eksperci z branży wyjaśniają, że to bardzo proste. Przed wprowadzeniem zakazu polskie zakłady same dzieliły byka na droższe części i sprzedawały go za granicą. Zakaz uboju wszystko zmienił. Producenci przyparci do muru, by zmniejszać nadmiar produkcji, zdecydowali się na sprzedaż tańszych części, bo tylko na takie były dostępne kontrakty. Całą wartość dodaną produkcji inkasowali przetwórcy z Niemiec czy Holandii, którzy rozbierali wołowinę z Polski na części. I zarabiali.

Ile dokładnie straciła polska gospodarka? Portal Money.pl zapytał o to Ministerstwo Rolnictwa, którego przedstawiciele – najpierw minister Kalemba, później minister Sawicki – wyraźnie opowiadali się za utrzymaniem uboju rytualnego. Resort nie potrafił jednak udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, jest zdania, że dokładne szacunki są praktycznie niemożliwe. – Zakaz uboju rytualnego wyhamował wzrost perspektywicznego sektora branży mięsnej. Ile straciliśmy? Trudno dziś wyrokować, ale przez półtora roku branża mięsna mogłaby być zdecydowanie bardziej rozwinięta – tłumaczy w Money.pl Szmulewicz.

O ocenę możliwych strat poprosiliśmy również w Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, jednak nikt nie podjął się szacowania. Tylko Związek Mięsa Polskiego kilka miesięcy temu wstępnie wyliczył, ile mogli stracić rolnicy. I nie są to małe kwoty – prawie 80 firm i 5 tysięcy pracowników sektora rocznie straciło prawie 1,5 miliarda złotych.

 Hodowcy i przetwórcy stracili nie tylko na niższej produkcji. Problemem były często rozpoczęte inwestycje, które nie miały szans na szybką amortyzację. W efekcie część ograniczyła produkcję, część zatrudnienie. Są jednak przedsiębiorstwa, które znalazły inny sposób. Po prostu wywożą bydło poza granice kraju, gdzie ubój rytualny jest legalny, na przykład do bliskich Czech.

Wiktor Szmulewicz z KRiR jest przekonany, że to proceder popularny wśród polskich przetwórców mięsa. – Często nawet to mięso dalej było sprzedawane jako polski produkt w Izraelu lub innych krajach arabskich. Dlaczego? Ponieważ przez lata promocji wyrobiliśmy sobie markę. Na dodatek w tych krajach wciąż uważa się, że polskie bydło jest bardzo dobrze hodowane – tłumaczy w rozmowie z Money.pl.

Kto nas zastąpił? Produkcja mięsa halal i koszernego na potrzeby krajów arabskich i Izraela szybko przeniosła się do innych krajów, skąd regularne dostawy wołowiny, czy drobiu, nie są zagrożone przez nagłe zmiany prawa lub decyzje polityczne. Już teraz wiadomo, że polską częścią eksportu zainteresowane były przedsiębiorstwa z Czech, Francji, Niemiec, Łotwy czy Węgier. Na statut regionalnej potęgi, według zapewnień premiera kraju, liczyła również też Bośnia i Hercegowina.

Janusz Rodziewicz, prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy Rzeczypospolitej Polskiej jest zdania, że powrót do stanu sprzed zakazu i odbudowanie pozycji polskiego mięsa na świecie są możliwe, ale będzie to proces bardzo czasochłonny. To z kolei pociągnie za sobą spore wydatki finansowe. – Branża będzie potrzebowała przynajmniej roku, by na nowo zaistnieć na europejskim i światowym rynku mięsa koszernego – tłumaczy w Money.pl ekspert.

Dla przetwórców, którzy posiadają już doświadczenie w uboju rytualnym, ponowne przestawienie się na ten system, nie jest wielkim problemem – mówi z kolei Szmulewicz. – Kontakty biznesowe i nowe kontrakty znajdą się w momencie, gdy wrócą możliwości produkcji i regularnej sprzedaży.

Data 1 stycznia 2015 roku jest dla polskich hodowców ważna. Właśnie z początkiem nowego roku Turcja, czyli jeden z największych importerów wołowiny, znosi wszystkie cła i szeroko otwiera rynek. To dla polskiej branży mięsnej idealna okazja, by odbudować pozycję. W tym samym dniu na Litwie zacznie obowiązywać prawo do swobodnego uboju rytualnego. Nie jest tajemnicą, że część eksporterów już zakontraktowało tiry ze zwierzętami. Możliwy eksport do krajów arabskich to nie tylko zyski dla branży, ale i również zmniejszenie cierpień zwierząt, które w tirach spędzą długie godziny.

Korzyści ekonomiczne nie przekonują jednak samych Polaków. Aż 65 procent badanych jest przeciwnych, by prawo zezwalało na ubój zwierząt bez ich ogłuszania – wynika z raportu CBOS. Z kolei 21 procent badanych opowiada się za jego legalizacją, a 14 procent nie ma w tej sprawie zdania.

Nowe przepisy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów

0

W założeniach do ustawy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów, największy sprzeciw przedsiębiorców budzi wprowadzenie regulacji, pozwalającej na obciążenie kosztami procesu – niezależnie od wyniku sprawy – strony, która w sposób nieusprawiedliwiony odmówiła poddania się mediacji lub innej pozasądowej metodzie rozwiązania sporu.

Na stronach Rządowego Centrum Legislacji opublikowana została nowa wersja założeń do ustawy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów. Konfederacja Lewiatan w przeważającej mierze pozytywnie ocenia projekt przygotowany przez Ministerstwo Gospodarki we współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości.

– Zmiany mają na celu skłonienie stron do korzystania z mediacji w każdej sytuacji, w której istnieje obiektywna możliwość alternatywnego – wobec drogi sądowej – rozwiązania sporu. Jednak niektóre z nich budzą obawy, czy upowszechnianie metod mediacji nie będzie odbywać się kosztem interesów podmiotów, dochodzących roszczeń w sprawach o bardzo złożonym stanie prawnym, bądź wobec przeciwników zdeterminowanych do wykorzystania mediacji jako środka odwlekania rozstrzygnięcia sporu – mówi Bartosz Wyżykowski, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Niestety, uwagi przedsiębiorców – jak się wydaje – głównych beneficjentów projektowanej ustawy, uwzględnione zostały w znikomym stopniu. Największy sprzeciw przedsiębiorców budzi pomysł odejścia od zasady loser pays i wprowadzenia regulacji, pozwalającej na obciążenie kosztami procesu – niezależnie od wyniku sprawy – strony, która w sposób nieusprawiedliwiony odmówiła poddania się mediacji lub innej pozasądowej metodzie rozwiązania sporu.

– Istnieje ryzyko, że przepis ten wykorzystywany będzie do celowego przewlekania postępowań. W praktyce, może się okazać, że strony w celu uniknięcia sankcji, będą się godzić na wszczęcie mediacji, z góry wiedząc, lub zakładając, że nie zakończy się ona powodzeniem. Niepotrzebnie wydłuży to postępowania tam, gdzie szansa na zawarcie ugody była znikoma. Warto więc położyć nacisk na zachęcanie i przekonywane do mediacji. Środki o charakterze przymusowym raczej nie przyczynią się do jej popularyzacji i skuteczności – dodaje Bartosz Wyżykowski.

Konfederacja Lewiatan

Konieczne zmiany w ustawie o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych

W ustawie o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych należy wprowadzić podział na świadczenia przyznawane bez konieczności wnikliwego, uciążliwego różnicowania ich wysokości, które jest uzależnione od sytuacji rodzinnej i osobistej pracownika, ale przy utrzymaniu nadal ich charakteru socjalnego (np. karnety do klubu fitness) oraz na świadczenia otrzymywane w zależności od sytuacji życiowej, rodzinnej pracownika (np. pożyczki mieszkaniowe). Wtedy ZUS nie będzie mógł kwestionować, tak jak to robi obecnie, ich socjalnego charakteru, gdy są przyznawane w jednakowej wysokości – uważa Konfederacja Lewiatan.

Udzielanie z funduszu pomocy materialnej – rzeczowej lub finansowej, a także zwrotnej lub bezzwrotnej na cele mieszkaniowe lub inne, powodujące potrzebę poniesienia dodatkowych wydatków pieniężnych oraz ich wysokość powinno uzależniać się od sytuacji życiowej, rodzinnej lub materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu. Natomiast pozostałe formy działalności socjalnej, jak rekreacja, sport, kultura, nie wymagałyby wnikliwej oceny pracodawcy pod kątem badania sytuacji osobistej czy rodzinnej pracownika.

Celem ustawy o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych jest określenie zasad tworzenia przez pracodawców funduszu i gospodarowania jego środkami, który jest przeznaczony na finansowanie działalności socjalnej organizowanej na rzecz osób uprawnionych, dofinansowanie zakładowych obiektów socjalnych oraz tworzenie zakładowych żłobków, klubów dziecięcych, przedszkoli oraz innych form wychowania przedszkolnego.
Osobami uprawnionymi do korzystania z funduszu są pracownicy i ich rodziny, emeryci i renciści, byli pracownicy i ich rodziny oraz inne osoby, którym pracodawca przyznał prawo korzystania ze świadczeń socjalnych. Przyznawanie ulgowych usług i świadczeń oraz wysokość dopłat z Funduszu jest uzależnione od sytuacji życiowej, rodzinnej i materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu.

Zasady i warunki korzystania z usług i świadczeń finansowanych z funduszu oraz zasady przeznaczania środków na poszczególne cele i rodzaje działalności socjalnej określa pracodawca w regulaminie ustalanym z zakładową organizacją związkową bądź pracownikiem wybranym przez załogę do reprezentowania jej interesów, jeśli nie ma organizacji związkowej.

W ostatnim czasie nasiliły się kontrole prowadzone przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w zakresie stosowania przepisów ustawy, w szczególności sposobu przyznawania pracownikom świadczeń z funduszu.

W wyniku tych kontroli odmawia się przyznanym przez pracodawcę świadczeniom charakteru socjalnego. Powodem przyjmowania przez ZUS takiego stanowiska jest zarzut kierowany do pracodawców, że nie uzależniają przyznawania ulgowych usług i świadczeń oraz wysokości dopłat z funduszu od sytuacji życiowej, rodzinnej i materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu. W rezultacie zakwestionowane świadczenia podlegają wliczeniu do podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne.

Konfederacja Lewiatan

Nowa dyrektywa przeciw unikaniu opodatkowania i oszustwom podatkowym

Rada ds. Gospodarczych i Finansowych (ECOFIN) przyjęła 9 grudnia 2014 r. dyrektywę ws. automatycznej wymiany informacji w zakresie podatków. Ma ona uniemożliwić podatnikom ukrywanie kapitału za granicą lub aktywów, od których należny jest podatek oraz poprawić skuteczność poboru podatków. To ważny krok w walce z unikaniem opodatkowania. Prace w tym zakresie toczyły się równolegle do działań na forum G20 i OECD dotyczących globalnego standardu automatycznej wymiany informacji. W posiedzeniu Rady w Brukseli uczestniczył minister finansów Mateusz Szczurek.

Ministrowie zatwierdzili również zmiany w dyrektywie dot. opodatkowania spółek dominujących i zależnych w zakresie ogólnej klauzuli służącej zapobieganiu unikaniu opodatkowania. Klauzula zostanie wprowadzona w wersji de minimis, czyli jako minimalny poziom regulacji. Państwa będą mogły utrzymać swoje regulacje w zakresie unikania opodatkowania, oszustw podatkowych i nadużyć, pod warunkiem że będą one przynajmniej tak samo restrykcyjne. Wprowadzenie ww. klauzuli ułatwi państwom członkowskim walkę z agresywnym planowaniem podatkowym przez grupy przedsiębiorstw oraz zapewni bardziej sprawiedliwe opodatkowanie w zakresie opodatkowania działalności gospodarczej w UE.

Dyskutowano także o zwiększeniu możliwości inwestycyjnych w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego w UE, m.in. w oparciu o wyniki prac Grupy Zadaniowej, powołanej przez Europejski Bank Inwestycyjny i Komisję Europejską (KE) z udziałem wszystkich państw członkowskich. Ministrowie zapoznali się z Planem Inwestycyjnym dla Europy, przedstawionym przez przewodniczącego KE pod koniec listopada br. W oparciu o wyniki tej dyskusji przewodniczące pracom Rady Unii Europejskiej Włochy przygotują list do przewodniczącego Rady Europejskiej w ramach przygotowania do spotkania szefów państw i rządów, które odbędzie się w dniach 18 – 19 grudnia br.

Rada osiągnęła także porozumienie polityczne w zakresie rozporządzenia określającego zasady wnoszenia przez państwa składek do jednolitego funduszu w ramach jednolitego mechanizmu restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji instytucji kredytowych i niektórych firm inwestycyjnych. Ww. mechanizm ustanowiono dla zapewnienia odpowiedniego i skutecznego rozwiązywania problemów z bankami będącymi w złej kondycji finansowej, przy ograniczeniu wsparcia ze środków publicznych. Pełną działalność operacyjną osiągnie on od stycznia 2016 r.

Przedstawiono ponadto stan prac nad projektem dyrektywy w zakresie podatku od transakcji finansowych, które prowadzone są w gronie 11 państw członkowskich UE. Dla Polski, która nie jest członkiem tej grupy, ważne jest, by przyjęte rozwiązania uwzględniały interesy pozostałych państw, które nie planują wprowadzenia tego podatku i nie przynosiły dla nich negatywnych skutków.

Rada zapoznała się także z informacją KE dotyczącą przyjętych ostatnio dokumentów w ramach zarządzania gospodarczego w UE: roczną analizą wzrostu gospodarczego, mechanizmem ostrzegania oraz wynikami przeglądu aktów prawnych w zakresie nadzoru nad politykami fiskalnymi, jak też procedurami nadmiernych nierównowag makroekonomicznych i postępowania wobec krajów strefy euro doświadczających problemów finansowych oraz koordynacji polityk gospodarczych. Ministrowie rozmawiali o realizowanym obecnie śródokresowym przeglądzie Strategii Europa 2020, przyjętej w 2010 r. Dotyczy ona realizacji przez UE celów w obszarze zatrudnienia, innowacji, edukacji, włączenia społecznego oraz zmian klimatu i energii.

Prezes Europejskiego Trybunału Obrachunkowego przedstawił raport dotyczący zrealizowania budżetu UE za rok 2013 r. Jest to standardowy element procedury budżetowej. Publikacja raportu rozpoczyna procedurę przyznawania absolutorium KE z wykonania budżetu rocznego UE, tj. wydania decyzji, na mocy której Parlament Europejski, po otrzymaniu rekomendacji Rady Unii Europejskiej, akceptuje roczny sposób zarządzania przez KE budżetem UE. Po zakończeniu prac na szczeblu roboczym Rada Unii Europejskiej przyjmie rekomendację w lutym 2015 r.

Reforma subwencji wyrównawczej dla samorządów lokalnych: wnioski dla Polski

Dobrze zaprojektowany system współdzielenia dochodów i odpowiedzialności pomiędzy budżetem państwa a samorządem oraz pomiędzy samymi jednostkami samorządu terytorialnego (transferów wyrównawczych) ma kluczowe znaczenie dla zapewnienia wszystkim obywatelom Polski równego dostępu do wysokiej jakości usług publicznych niezależnie od miejsca zamieszkania. Reformując obecny system transferów wyrównawczych, Polska chce skorzystać z doświadczeń innych krajów w dziedzinie finansowania samorządów.

Omówienie tych problemów było głównym celem warsztatów, zorganizowanych wspólnie przez Bank Światowy i Ministerstwo Finansów 11 grudnia 2014 r. w Warszawie. Dyskusja z udziałem przedstawicieli stowarzyszeń samorządów lokalnych, jednostek samorządu terytorialnego, organizacji badawczo-analitycznych, badaczy, ekspertów Banku Światowego i ekspertów międzynarodowych dotyczyła w pierwszym rzędzie kluczowych zagadnień, jakie należy wziąć pod uwagę dla potrzeb reformy obecnego systemu polskiego, prezentując również istotne wnioski płynące z doświadczeń międzynarodowych.

Nie istnieje jeden idealny system transferów wyrównawczych, ponieważ każdy kraj musi uwzględnić specyficzne dla niego uwarunkowania techniczne i polityczne. Analiza doświadczeń innych krajów może jednak pomóc w rozważaniu takich pytań jak np. co powinno być podstawą dla transferów wyrównawczych (dochody,  wydatki, potrzeby itp.) i jak wdrożyć opracowane w tym zakresie rozwiązanie? Rozwiązania i praktyki stosowane w Danii, Szwajcarii, Niemczech i Kanadzie mogą być pomocne jeśli chodzi o informacje wykorzystywane w procesie zmian, jednak ostatecznie wypracowany model będzie najpewniej specyficznie polski.

Polska musi znaleźć własną ścieżkę przygotowania i wdrożenia tej reformy. Zdajemy sobie sprawę, że nie istnieje jeden model „najlepszych praktyk”, choć z pewnością istnieją światowe praktyki dobre i lepsze, które będą podstawą do dalszych prac Ministerstwa Finansów – powiedział minister finansów Mateusz Szczurek.

Usprawnianie przepływu wiedzy jest centralnym elementem programu Banku Światowego dla Polski. W przypadku kraju-klienta tak wysoko rozwiniętego jak Polska, dzielenie się wiedzą odbywa się na zasadach partnerskich i działa w obie strony.

Polska ma wiele znaczących doświadczeń, którymi może się podzielić z krajami ościennymi, gotowa jest też do dzielenia się z innymi swoimi pomysłami na reformy.  Reformy decentralizacyjne, przeprowadzone w Polsce w latach dziewięćdziesiątych są skarbnicą wiedzy dla innych krajów. Równocześnie Polska może nadal uczyć się nowych rzeczy, tak, by udoskonalać obecnie stosowany model – powiedziała dyrektor krajowy Banku Światowego na Polskę i kraje bałtyckie Mamta Murthi.

M. Czachor (Erste Securities): W 2015 roku spółki handlowe mogą liczyć na niewielką poprawę wyników. W górę mogą iść kursy akcji mniejszych podmiotów

CEO Magazyn Polska

Spółki z sektora handlowego w zimową stagnację wpędza dobra pogoda i deflacja. W 2015 r. przewiduje się stabilizację zysków w sektorze oraz ich poprawę w przypadku wybranych podmiotów. Eksperci wskazują na potencjał wyższych stóp zwrotu w takich spółkach, jak Vistula, Gino Rossi, Monnari, ze względu na cały czas duże pole do poprawy wyników. Na możliwe negatywne zachowanie kursów akcji może jednak mieć wpływ sytuacja na światowych rynkach kapitałowych.

 W IV kwartale 2014 r. widzimy brak wzrostów w sektorze handlowym, szczególnie w handlu odzieżą i obuwiem. Do najważniejszych przyczyn należy zaliczyć ciepłą pogodę, którą wpływa na spadek sprzedaży i w związku z tym generuje presję na spadające marże. Poza tym wysokie ceny zapasów mogą powodować w styczniu i lutym mocne wyprzedaże ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska.

Zdaniem eksperta, w podsektorze handlu żywnością również daje się zauważyć brak wzrostów spółek takich jak Eurocash. Tutaj powody leżą po stronie presji deflacyjnej w gospodarce, powodującej spadki cen towarów żywnościowych, która dodatkowo jest nasilona wprowadzeniem od początku sierpnia ze strony Rosji embarga na polską żywność.

Według ostatnich danych GUS inflacja w październiku 2014 r. wyniosła -0,6 proc. i był to już czwarty miesiąc spadku cen rok do roku. Na taki odczyt znaczący wpływ wywarł spadek cen żywności (-2,4 proc.) oraz odzieży i obuwia (-4,6 proc.).

W 2015 r. w branży detalicznej spodziewam się co najwyżej lekkiej poprawy wyników netto i to tylko w przypadku niektórych spółek – przewiduje Czachor. – Mówiąc o absolutnej stopie zwrotu, nadchodzący rok będzie zróżnicowanym okresem dla poszczególnych firm. Wyższej stopy zwrotu spodziewamy się w przypadku mniejszych spółek, takich jak Vistula, Gino Rossi czy Monnari. Cały czas są one zdecydowanie tańsze niż odpowiadające im podmioty z Europy Zachodniej.

Ekspert Erste Securities przyczyny bardziej korzystnych perspektyw dla tych spółek upatruje w dużym potencjale poprawy wyników i prognozuje, że ich kursy powinny w 2015 r. zachowywać się lepiej niż w przypadku dużych spółek, takich jak LPP, CCC bądź Eurocash.

Nadrzędną kwestią, która wpływa na sektor handlowy, jest zachowanie się kursów walutowych. Od połowy 2014 r. obserwujemy tendencję do osłabiania się polskiej waluty, szczególnie do dolara amerykańskiego. To wpływa na poziom marż spółek z branży detalicznej – tłumaczy Marek Czachor.

Jak dodaje, prawdopodobnie w I połowie 2015 r. marże te będą niższe niż obecnie. Kwestią otwartą pozostaje skala gorszych wyników zależnych od hedgingu walutowego, czyli transakcji zabezpieczających kursy walutowe, w których spółki dokonują transakcji.

Przedstawiciel domu maklerskiego zaznacza, że zachowanie kursów giełdowych spółek handlowych zależy także od ogólnej koniunktury na rynkach kapitałowych. W przypadku spadków na światowych parkietach ucierpią także spółki z GPW. Jak podkreśla Marek Czachor, wszystko zależy od skali potencjalnej korekty.

Giełdy w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej w 2014 r. zachowywały się zdecydowanie lepiej niż GPW, w związku z tym możliwa jest na tych rynkach korekta w nadchodzącym roku – mówi Czachor. – Jeżeli będzie głęboka, to – nie oszukujmy się – polska giełda także ucierpi i wtedy nasze spółki, które nie są drogie, będą jeszcze tańsze.

W planach IndygoTech Minerals nowa emisja akcji i ekspansja zagraniczna

0

CEO Magazyn Polska

Na 5 stycznia grupa IndygoTech Minerals zwołała Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, które ma podjąć uchwałę o emisji akcji do wartości dającej połowę udziałów w spółce. Spółki grupy pozyskują środki z UE, jednak potrzebują dodatkowych na ekspansję zagraniczną.

Planowana prywatna emisja ma objąć maksymalnie 44,3 mln akcji serii I z wyłączeniem prawa poboru. Wartość nominalna nowych walorów to 0,05 zł, a ich cena emisyjna to 0,8 zł. Przy wyrażeniu zgody przez akcjonariuszy oraz uplasowaniu wszystkich akcji na rynku, ich udział w podwyższonym kapitale wyniesie 50 proc.

Prezes IndygoTech Minerals Dariusz Janus wskazuje na niejednoznaczną sytuację rynkową sektora energetycznego. Według niego obecnie trudniej jest pozyskać środki na emisję akcji, choć istnieje wiele podmiotów, które dobrze sobie radzą w zdobywaniu środków poprzez emisje obligacji.

– W tym roku nasza firma zrobiła dwie emisje, z których jesteśmy bardzo zadowoleni. W ciągu najbliższych 13 miesięcy realizujemy dwie inwestycje, na które nakłady wynoszą kilkadziesiąt milionów złotych. Większość z tych środków pozyskujemy z UE oraz od naszych akcjonariuszy – tłumaczy Janus.

Grupa przymierza się w przyszłym roku do ekspansji na rynki zagraniczne. Światowy rynek tylko proppantów ceramicznych, przypominających piasek i wykorzystywanych do stabilizacji otworów, przez które przepływa gaz i ropa, był w 2010 r. warty 1,21 mld dolarów, a przewiduje się, że w 2020 r. jego wartość wzrośnie do 5,23 mld dolarów.

– Nasze potencjalne docelowe rynki znajdują się w wielu miejscach na świecie, przede wszystkim w obszarze EMEA, czyli w Europie Północnej, na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce – mówi prezes IndygoTech Minerals.

Zdaniem Dariusza Janusa najistotniejszymi rynkami w branży są Wielka Brytania, Norwegia – rejon Morza Północnego, a także Rumunia, Ukraina i Arabia Saudyjska, która w sektorze ceramicznych proppantów jest rynkiem kluczowym.

– Są to tradycyjne rynki dla nasze branży. Jeszcze nie jesteśmy na nich obecni, ale będziemy starać się na nie wejść – przekonuje prezes przemysłowego holdingu.

W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 r. Grupa Kapitałowa IndygoTech Minerals osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 10,80 mln zł przy 0,65 mln zł w analogicznym okresie w roku poprzednim. W raporcie za III kw. firma zmniejszyła stratę netto do -3,36 mln zł z -4,29 mln zł, które odnotowała po dziewięciu pierwszych miesięcy 2013 r. Na uwagę zwraca poprawa wyniku na działalności operacyjnej z -1,73 mln zł do 4,74 mln zł.

– Rok temu opublikowaliśmy strategię na kilka najbliższych lat, na pierwszy rok i kolejne. Możemy uznać, że zrealizowaliśmy wszystkie cele planowane na 2014 rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Janus, prezes zarządu IndygoTech Minerals, przemysłowego holdingu zaawansowanych technologii ceramicznych. – W roku 2014 r. rozpoczęliśmy inwestycje w dwóch istotnych dla nas projektach – Industry i Baltic Ceramics. Inwestycje przebiegają zgodnie z planem i harmonogramem, bez opóźnień czasowych, co sprawia, że jesteśmy zadowoleni z ich dotychczasowego przebiegu.

Industry Technologies zajmuje się produkcją korpusów izolacyjnych wysokich napięć, a Baltic Ceramics wytwarza proppanty ceramiczne, czyli materiał niezbędny w wydobywaniu złóż konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, w tym ropy i gazu łupkowego. Trzecim filarem spółki jest LZMO produkujące izostatyczne systemy kominowe, montowane głównie w domach jednorodzinnych.

– Dla grupy IndygoTech Minerals to był bardzo dobry rok. Rozpoczęliśmy dwa znaczące projekty i realizujemy je zgodnie z planem. Pozyskaliśmy środki unijne na łączną kwotę prawie 50 mln zł. Natomiast nie jesteśmy zadowoleni z kursu akcji spółki, który po okresie bardzo dużego wzrostu z poziomu kilkudziesięciu groszy dotarł do ponad 2 zł, a w tej chwili znajduje się poniżej 1 zł – mówi Janus.

Akcje firmy w ciągu 12 miesięcy spadły o około 60 proc. i w chwili obecnej wahają się w granicach 0,8-0,9 zł, wykazując trend spadkowy. Przy 44,3 mln wyemitowanych akcji kapitalizacja IndygoTech Minerals wynosi 35-40 mln zł.

– Nie potrafimy przewidzieć przyszłego kursu akcji. Mamy jasne spojrzenie na sytuację fundamentalną naszych spółek, w tym IndygoTech Minerals, ale uważamy, że każdy inwestor powinien we własnym zakresie ocenić spółkę, biorąc pod uwagę swój horyzont inwestycyjny i apetyt na ryzyko związane z zaangażowaniem w akcje firmy – przekonuje prezes przemysłowego holdingu.

Kampania przeciwko pijanym kierowcom buduje rynek urządzeń blokujących. Spółka Noidss spodziewa się wzrostu zamówień m.in. na alkolocki

Technologiczna spółka Noidss, producent urządzeń wspomagających rozwiązywanie problemów społecznych, spodziewa się wzrostu zamówień na alkolocki, czyli urządzenia blokujące działanie aut uruchamianych przez osoby nietrzeźwe. Jak tłumaczy Sebastian Szajter, prezes przedsiębiorstwa, popyt intensyfikuje kampania medialna przeciwko pijanym kierowcom.

Nasz najważniejszy produkt, czyli alkolock ilteQ System, odpowiada na potrzeby rynku – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Sebastian Szajter, prezes zarządu spółki technologicznej Noidss. – Jest to urządzenie blokujące nietrzeźwych kierowców. To obecnie priorytet w naszym portfolio: produkt najstarszy stażem, który został wdrożony na początku 2012 roku, ale także najbardziej skomplikowany i wymagający dużych nakładów pracy i czasu.

Krytyczne, szeroko komentowane przez media zdarzenia z bieżącego roku, takie jak katastrofa w Kamieniu Pomorskim, w której nietrzeźwy kierowca zabił pięć osób dorosłych i dziecko, spowodowały diametralną, jak twierdzi Szajter, zmianę podejścia do tego rodzaju urządzeń zabezpieczających.

Prawdą jest, że od pewnego czasu, odkąd istnieje nasz alkolock, wychwytywaliśmy wszelkie statystyki mówiące o tym, o jakiej skali zagrożenia mówimy w przypadku poruszających się po drogach osób nietrzeźwych – zapewnia Sebastian Szajter. – Najwyraźniej media i społeczeństwo musiało, niestety, zetknąć się ze zdarzeniem tragicznym, jakim była kumulacja ofiar wypadku spowodowanego przez pijanego kierowcę. Efektem jest dialog społeczno-medialny, który – mam nadzieję – wpłynie pozytywnie na zmianę zachowań na polskich drogach nie tylko dzięki alkolockom, lecz także dzięki zmianie podejścia i mentalności.

Alkolock ilteQ System, jak informuje prezes spółki Noidss, jest urządzeniem w całości produkowanym w Polsce.

W gruncie rzeczy każdy z naszych produktów wdrażamy na podstawie analizy finansowej i analizy przydatności, która jest dla nas przygotowywana. Aczkolwiek wydźwięk społeczny jest również obecny przy każdym z naszych produktów. I przy tym będziemy chcieli pozostać – wskazuje Szajter.

Obecnie spółka Noidss w swoim portfolio ma pięć gotowych produktów, w sprzedaży są cztery. Wszystkie to rozwiązania dla określonej grupy społecznej, jak chociażby aplikacja dla osób z dysfunkcją wzroku (4naviS) czy system Noicall wspierający działania dyspozytorów numeru 112, 911, straży pożarnej oraz policji.

W ciągu najbliższego roku mamy w planach wdrożenie kolejnych trzech produktów – zapowiada Szajter. – Są one na różnych etapach wdrożenia, projektowania, prototypowania i testowania.

Na razie – jak podkreśla – przedsiębiorstwo jest niezależne i samodzielnie radzi sobie finansowo, inwestując środki prywatne. Ale w dalszej perspektywie prezes Szajter nie wyklucza sprzedaży akcji w ofercie publicznej i wejścia spółki na giełdę.

KIG: Nawet 2,5 mld zł zysku do budżetu państwa za aukcję częstotliwości LTE. Sprzedaż przyspieszy inwestycje operatorów i zwiększy dostępność e-usług

CEO Magazyn Polska

Za pięć lat szybki bezprzewodowy internet powinien być dostępny w całej Polsce. Rozstrzygnięcie trwającej aukcji na częstotliwości LTE nie tylko przyniesie zyski dla budżetu, lecz także przyspieszy inwestycje operatorów i tym samym zwiększy dostępność e-usług. To warunek szybkiego rozwoju gospodarczego kraju – oceniają eksperci Krajowej Izby Gospodarczej.  

Z raportu KIG wynika, że ponad 60 proc. dzieci rozpoczynających dziś edukację będzie pracowało w zawodach jeszcze nieistniejących, a już w przyszłym roku 90 proc. miejsc pracy będzie wymagało podstawowych umiejętności cyfrowych.

Umożliwienie Polakom powszechnego dostępu do sieci zaczyna być więc sprawą fundamentalną. Dlatego wśród warunków, jakie muszą spełnić uczestnicy aukcji na nowe częstotliwości LTE, jest dostarczenie tych usług praktycznie na terenie całego kraju.

LTE różni się tym, że ma lepszą propagację, w związku z czym może łatwiej docierać do obszarów, które są mniej zurbanizowane i dzisiaj wykluczone cyfrowo, czyli głównie na tereny wiejskie i do małych miasteczek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Technologia ta będzie pomocna w realizacji Europejskiej Agendy Cyfrowej, która zobowiązuje Polskę jako kraj do upowszechnienia szerokopasmowego internetu.

W Europejskiej Agendzie Cyfrowej jednym z celów strategicznych jest zapewnienie powszechnego dostępu do internetu o prędkości co najmniej 30 Mb/s do końca 2020 roku. Połowa gospodarstw domowych ma do tego czasu mieć dostęp do przynajmniej 100 Mb/s. Tego jak na razie nie da się osiągnąć bez LTE.

Myślę, że w tej chwili w Polsce nie ma alternatywy – ocenia prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – W przyszłości pewnie się pojawi, bo cały czas są prowadzone prace w tym kierunku. Będzie to technologia jeszcze bardziej wydajna, oferująca większe możliwości przepływu.

Zgodnie z prognozami rynek połączeń głosowych w Europie w pięć lat rozrośnie się o ok. 22 proc., podczas gdy rynek mobilnego dostępu do danych zwiększy się o prawie 800 proc.

Dziś w sektorze teleinformatycznym powstaje 5 proc. PKB państw Unii Europejskiej. Według Komisji Europejskiej zrealizowanie Agendy Cyfrowej przyczyni się do zwiększenia innowacyjności przedsiębiorstw, wzrostu gospodarczego oraz poprawy życia codziennego obywateli.

Mamy bardzo ambitne plany cyfryzacji administracji i biznesu w Polsce, zapewnienia dostępu do źródeł kultury poprzez internet – mówi Andrzej Arendarski. – Oczywiście to wszystko nie byłoby możliwe bez platformy technologicznej. Na ten czas taką platformę stwarza LTE. Bez LTE w tej chwili nie bardzo sobie wyobrażam realizacji tej agendy w Polsce.

W trwającym przetargu UKE zobowiązuje zwycięzców do pokrycia zasięgiem sieci prawie 90 proc. gmin, w szczególności tych ze słabym dostępem do internetu. I to szybko. Zwycięzcy będą mieli 24 miesiące na dotarcie do co najmniej 83 proc. gmin, o liczbie mieszkańców poniżej 30 tys.

Po rozdzieleniu częstotliwości powinniśmy spodziewać się, że inwestorzy szybko przystąpią do procesu inwestycyjnego – podkreśla Andrzej Arendarski. – W przybliżeniu będzie to połowa przyszłego roku, w przyszłym roku już będziemy mieli pierwsze owoce tego przetargu.

Cena wywoławcza jednego bloku w częstotliwości 800 MHz została określona przez UKE na poziomie 250 mln zł (za blok 2600 MHz będzie to 25 mln zł). Cena wywoławcza wszystkich pakietów to 1,5 mld zł, ale jak podkreślono w raporcie KIG, biorąc pod uwagę kwoty uzyskiwane w poprzednim postępowaniu, można oczekiwać wpływów o 1 mld większych.

Przetarg na drukarki i urządzenia wielofunkcyjne dla ZUS-u bez zmowy cenowej

0

Nie było zmowy cenowej w przetargu na ok. 3,3 tys. sztuk drukarek i urządzeń wielofunkcyjnych dla ZUS-u – orzekł Sąd Okręgowy w Warszawie. Sąd odrzucił skargę jednego z oferentów i zezwolił urzędowi na podpisanie umowy. ZUS zaplanował 51 mln zł na realizację tego zamówienia publicznego.

Wyrok z dnia 10 grudnia to tak naprawdę tylko potwierdzenie tego, co orzekła Krajowa Izba Odwoławcza 4 września. Zmowy cenowej nie było – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Michał Czeredys, prezes zarządu firmy Arcus.

W przetargu na 1179 drukarek i 2141 urządzeń wielofunkcyjnych wystartowało łącznie dziewięciu oferentów. Najtańszą ofertę złożył właśnie Arcus (36 mln zł), najdroższa była oferta za prawie 80 mln zł – o 30 mln zł więcej, niż zarezerwował ZUS. Rozstrzygnięcie postępowania zaskarżyła jednak spółka Galaxy Systemy Informatyczne, której oferta była prawie o 10 mln zł droższa od najkorzystniejszej.

Według przedstawicieli tej firmy mogło dojść do zmowy cenowej. Najtańszą ofertę złożył Arcus, który jest dystrybutorem sprzętu japońskiej firmy Kyocera w Polsce, drugie miejsce zajęła spółka Teneo Systems (ze sprzętem Kyocera), trzecie – przedsiębiorstwo DIR z Kalisza. Czwarta pod względem opłacalności oferta (Decsoft) zawierała sprzęt wspomnianego japońskiego producenta, a piąta, złożona przez Galaxy zawierała (z jednym wyjątkiem) te same modele urządzeń (wyprodukowane przez koncerny HP, Xerox, Samsung), co oferta firmy DIR (miejsce trzecie). Podejrzenie zmowy cenowej powstało jednak dlatego, że według firmy Galaxy Teneo i Decsoft mogą kupić sprzęt Kyocery jedynie w Arcusie.

Jednak najpierw KIO, a teraz Sąd Okręgowy uznali, że nie doszło do zmowy cenowej.

Wszystkie firmy, które chciały wziąć udział w przetargu i zaoferować sprzęt Kyocery, mogły zwrócić się do nas o przedstawienie równie atrakcyjnej oferty, jak w przypadku firm, które się na to zdecydowały. Ogłoszone przez ZUS postępowanie nie wykluczało także możliwości oferowania sprzętu kupowanego poza granicami Polski. Najistotniejsze jest jednak to, że nie sama wartość zakupu urządzeń, lecz wartość usług serwisowych i materiałów eksploatacyjnych przez okres aż 45 miesięcy stanowiły o tym, że przetarg opiewał aż na 51 mln zł. Wartość samego sprzętu nie mogła być większa niż 30 proc. złożonej oferty. Można zatem śmiało powiedzieć, że przetarg dotyczył raczej usługi serwisowej świadczonej na dostarczonych urządzeniach, a nie dostawy urządzeń – dodaje Czeredys.

O przetargu zrobiło się głośno, gdy 3 grudnia agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali 14 osób z ZUS-u i firm informatycznych. Zostały im postawione zarzuty związane ze zmową finansową. Czeredys podkreśla jednak, że akcja CBA w żaden sposób nie zakłóciła pracy Arcusa.

Wszyscy zatrzymani w celu złożenia wyjaśnień pracownicy wrócili niezwłocznie do swojej pracy. W firmie zadziałały wszystkie procedury, które ustanawialiśmy na wypadek jakichkolwiek kryzysowych okoliczności – podkreśla prezes spółki. ‒ Realizowaliśmy kontrakty oraz pozyskiwaliśmy kolejne. Dzięki naszym oddziałom w największych miastach w Polsce, a także sieci ponad czterdziestu autoryzowanych i wiarygodnych partnerów handlowych oraz serwisowych obsługujemy kilkadziesiąt tysięcy urządzeń w całej Polsce pracujących u kilku tysięcy naszych klientów. Zaistniała sytuacja nie miała żadnego wpływu na realizację kontraktów, spadek poczucia bezpieczeństwa i zadowolenie naszych klientów, które były, są i będą priorytetem naszej działalności.

Mimo że Arcus zaproponował cenę o ponad 4 mln zł niższą niż kolejna firma, to spółka nie jest już stroną postępowania. KIO wykluczyła ofertę Arcusa ze względu na rażąco niską cenę. Przedstawiciel spółki komentował, że cena nie była zaniżona, ale ponieważ uzasadnienie tego przed sądem wymagałoby przedstawienia dowodów stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa, spółka podjęła decyzję o ich nieupublicznianiu, kierując się dobrem akcjonariuszy i klientów.

ZUS musi teraz rozstrzygnąć, czy powiązania pomiędzy Teneo Systems a Decsoftem (prezes Teneo wchodzi w skład rady nadzorczej Decsoftu) nie stanowią naruszenia uczciwej konkurencji. Potem możliwe będzie ostateczne rozstrzygnięcie przetargu.

Trwają badania potencjalnych lokalizacji pierwszej elektrowni atomowej. PGE EJ 1: poparcie dla budowy w gminach to 60-80 proc.

W Żarnowcu i Choczewie – dwóch lokalizacjach wybranych przez PGE EJ 1 pod budowę elektrowni jądrowej – trwają badania m.in. pod kątem środowiskowym i bezpieczeństwa. Spółka zapewnia, że w obu gminach inwestycję popiera ponad 60 proc. mieszkańców. PGE EJ 1 podpisała już umowę z doradcą technicznym, który pomoże m.in. w wyborze technologii. Przetarg na inwestora powinien się odbyć w przyszłym roku. 

Obecnie prowadzimy prace w kilku głównych obszarach – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Cichosz, prezes zarządu spółki PGE EJ 1. – Pierwszy dotyczy wyboru lokalizacji budowy przyszłej elektrowni jądrowej. Prace są prowadzone na terenie lokalizacji Żarnowiec i Choczewo. Obejmują one przygotowania do uzyskania decyzji zarówno środowiskowej, jak i lokalizacyjnej. W praktyce oznacza to przeprowadzenie inwentaryzacji środowiskowej, monitoringu sejsmicznego oraz meteorologicznego.

Wskazanie konkretnej lokalizacji na tym etapie jest jeszcze niemożliwe.

Musimy przeprowadzić komplet badań, żeby potwierdzić, że zarówno jedna, jak i druga jest akceptowalna z punktu widzenia kwestii środowiskowych i kwestii bezpieczeństwa, czyli charakterystyki lokalizacji – informuje Jacek Cichosz.

Jak przekonuje, bardzo ważnym elementem w tym procesie jest dialog z lokalną społecznością i uzyskanie poparcia dla realizacji inwestycji.

Dzięki m.in. prowadzonym przez nas działaniom edukacyjnym poparcie sukcesywnie rośnie i obecnie jest na wysokim poziomie – zauważa Cichosz. – Waha się od 60 proc. dla gminy Choczewo do nawet 80 proc. w przypadku gminy Gniewino [badania TNS Polska na zlecenie PGE EJ 1 prowadzone są w gminach województwa pomorskiego – red.].

Listopadowe badania CBOS przeprowadzone w całym kraju wskazują, że budowę elektrowni atomowej w Polsce popiera 40 proc. społeczeństwa, a co drugi pytany jest jej przeciwny.

W przestrzeni publicznej krąży dużo mitów dotyczących energetyki jądrowej – wyjaśnia Jacek Cichosz. – Naszym zadaniem jest dotarcie z informacją na temat szans i niebezpieczeństw. Chcemy pokazać, jakie są dzisiaj istotne zagrożenia, które są poruszane między innymi w ankietach, takie jak kwestia pracy elektrowni jądrowej, jej wpływu na otoczenie czy wystąpienia awarii.

Spółka rozmawia również z mieszkańcami na temat wpływu elektrowni na otoczenie, czyli turystykę, infrastrukturę i rozwój gminy. Jak wynika z badań TNS Polska, Pomorzanie nie obawiają się, że elektrownia będzie negatywnie oddziaływać na turystykę. Takiego zdania jest trzy czwarte ankietowanych. Ponad 50 proc. badanych z całej Polski zapewnia, że nie zrezygnuje z wypoczywania nad Bałtykiem po wybudowaniu elektrowni, a niektórzy spodziewają się nawet zwiększonego zainteresowania miejscem.

Równolegle z pracami w pomorskich lokalizacjach toczą się analizy związane z przygotowaniem do wyboru technologii i inwestora.

– Niedawno podpisaliśmy umowę z inżynierem kontraktu, doradcą technicznym, który będzie nas wspierał między innymi w procesie wyboru technologii. Sam przetarg planujemy w przyszłym roku. Natomiast do czasu jego uruchomienia musimy przeprowadzić jeszcze szereg prac przygotowawczych. Część dotyczy rozpoczęcia współpracy z doradcą technicznym, część – procedur formalnych. Musimy uzyskać zgody zarówno na poziomie korporacyjnym, jak i Komisji Europejskiej – wskazuje prezes PGE EJ 1.

Spółka analizuje też modele finansowania inwestycji, szukając takiego, który zapewniłby jej ekonomiczną przewidywalność. Pod uwagę brane są różne rozwiązania, również takie, z których korzystają inne państwa rozwijające energetykę jądrową, m.in. Wielka Brytania. Cichosz podkreśla jednak, że proste przeniesienie danego modelu nie będzie możliwe.

Przygotowując analizy, będziemy musieli wziąć pod uwagę docelowy kierunek polityki energetycznej, miks paliwowy, istniejące rozwiązania, takie jak kontrakty na moce – wskazuje Jacek Cichosz. – W tym kontekście model brytyjski może być jednym z rozwiązań. Ale obecnie przedmiotem naszych prac jest szczegółowa analiza tego, jaki model powinien być dla nas docelowym.

Brytyjskie kontrakty różnicowe są jednym z mechanizmów tamtejszej reformy rynku energii elektrycznej. Londyn chce zagwarantować inwestorowi 35-letni kontrakt, w ramach którego państwo dopłaci koncernowi do ustalonej ceny 92,50 funta za megawatogodzinę. Jeśli rynkowa cena energii wzrośnie powyżej tego poziomu, inwestor odda nadwyżkę do budżetu.

Polacy coraz chętniej płacą kartami. Pod względem liczby terminali gonimy kraje zachodniej Europy

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z kart płatniczych. W I półroczu liczba transakcji finalizowanych w ten sposób wzrosła w naszym kraju o 22 proc. Sieć akceptacji wciąż jest mniejsza niż w innych krajach Europy Zachodniej, ale systematycznie rośnie. Siłą napędową są zmieniająca się technologia, nowe produkty oferowane przez dostawców terminali oraz zmiany regulacyjne.

Polski rynek kart płatniczych na pewno będzie się rozwijał, szczególnie że jest pewna luka pomiędzy Polską a krajami zachodnimi, które są bardziej rozwinięte. Ta luka ma szansę w przeciągu kilku lat zostać zniwelowana – ocenia Rafał Szczechura, dyrektor marketingu na Europę Środkowo-Wschodnią w SIX Payment Services.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w I połowie roku liczba transakcji dokonywanych za pomocą kart płatniczych wzrosła o jedną piątą w porównaniu z I półroczem 2013 roku.

Rośniemy zdecydowanie szybciej niż rynki na Zachodzie. Taki dynamiczny rozwój rynku trwa od kilkunastu lat. 22-proc. wzrost w przeciągu roku pokazuje, że faktycznie następuje dynamiczny przyrost transakcji. Zresztą, jeżeli chodzi o liczbę terminali, to też odnotowujemy w ostatnich latach zdecydowany wzrost rok do roku – mówi Rafał Szczechura.

W Polsce działa ponad 350 tys. terminali płatniczych. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców to dwa razy mniej niż w krajach strefy euro. Również eksperci oceniają, że na rynku jest miejsce na dwa razy tyle urządzeń. Dlatego firmy z branży liczą na dynamiczny rozwój sieci, również dzięki obniżce prowizji za płatności kartami. Przez ostatnie lata opłaty interchange w Polsce były na jednym z najwyższych poziomów w UE, ale w drodze ustawy w lipcu zostały obniżone do 0,5 proc. Trwają prace nad ich dalszym obniżaniem.

Jeżeli klienci ze względu na wygodę chcą płacić kartami, to akceptant musi rozpatrywać tę kwestię bardzo poważnie, ponieważ utrata 20 proc. czy 30 proc. transakcji jest zdecydowanym uszczerbkiem w jego portfelu. Co więcej, w Polsce bardzo popularną metodą płatności są płatności zbliżeniowe. Cała transakcja potrafi trwać kilka sekund, więc jest to zdecydowanie najszybsza forma płatności obecna na polskim rynku, a to również stymuluje te wzrosty – podkreśla Szczechura.

Jak podkreśla, wzrosty stymulują również nowe produkty i usługi, które pojawiają się na terminalach. Chodzi np. o terminale zintegrowane z kasami, które eliminują pomyłki kasjerskie, czy zintegrowane z raportowaniem.

Na akceptację kart płatniczych decyduje się coraz więcej podmiotów.

Korzyści to przede wszystkim krótszy czas obsługi podróżnego przez kasjerkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Donata Nowakowska, rzeczniczka Kolei Mazowieckich, które w listopadzie podpisały umowę z SIX Payment Services na obsługę transakcji bezgotówkowych. – Nam jako spółce odchodzą wszelkiego rodzaju koszty związane z transportem gotówki. Natomiast dla podróżnego to duże ułatwienie.

Dzięki umowie Kolei Mazowieckich z SIX Payment Services pasażerowie będą mogli płacić za bilety kartą nie tylko w kasie, lecz także w biletomatach. Jak wyjaśnia Szczechura, w stacjonarnych punktach kasowych terminale są zintegrowane z systemem kasowym Kolei Mazowieckich.

Ta integracja odgrywa istotną rolę, ponieważ po pierwsze czas całego procesu jest o wiele krótszy niż przy rozwiązaniu niezintegrowanym, a poza tym eliminujemy ewentualne pomyłki kasjerskie, ponieważ dane są automatycznie transferowane z systemu kasowego Kolei do terminala i na terminalu następuje akceptacja przez posiadacza karty. Drugim elementem są transakcje kartowe w biletomatach – wyjaśnia przedstawiciel SIX Payment Services.

W obu tych rozwiązaniach jest możliwość płatności zbliżeniowej, która jest znacznie szybsza i nie wymaga akceptacji PIN-em. Jak wyjaśnia Nowakowska, z płatności kartą już korzysta wielu pasażerów. Dlatego spółka KM planuje kolejne udogodnienia w płatnościach.

W planach mamy również prowadzenie sprzedaży biletów przez internet oraz wprowadzenie nowego nośnika, jakim będzie Karta Mazowiecka. A oprócz tego planujemy również wprowadzić rozwiązanie pozwalające na to, by nasi podróżni za bilet zakupiony w pociągu również mogli zapłacić kartą – mówi rzeczniczka Kolei Mazowieckich.

Rafał Szczechura podkreśla, że w tym roku SIX Payment Services pozyskał do współpracy wiele innych podmiotów, np. Koleje Wielkopolskie czy sieć sklepów Apart. Coraz istotniejszym segmentem działalności firmy staje się e-commerce – w tym zakresie współpracuje m.in. z Leroy Merlin i Itaką.

Szczególnie sklepów widać, że następuje pewna zmiana w kierunku sprzedaży wielokanałowej. Jeden sklep czy sieć sklepów korzystają nie tylko z punktów stacjonarnych, lecz także sprzedają w internecie, przez telefon i realizują dostawy na przykład do domu. Właśnie takie rozwiązania oferuje SIX Payment Services, czyli terminale stacjonarne zintegrowane z kasami fiskalnymi, z drugiej strony terminale przenośne, małe i poręczne, a dodatkowo rozwiązania internetowe dla sklepów internetowych oraz call center – podkreśla dyrektor z SIX Payment Services.

SIX w Polsce posiada sieć ok. 32 tys. urządzeń do akceptacji kart, co stanowi prawie 10 proc. rynku.

M. Lisiecki: W Polsce brakuje młodych liderów i debaty o faktycznych problemach przedsiębiorców

CEO Magazyn Polska

W Polsce potrzebna jest debata na temat problemów przedsiębiorców – to wniosek uczestników spotkania CEO Round Table Mixer. Jej pomysłodawca Michał M. Lisiecki podkreśla, że zamiast zajmować się populistycznymi zagadnieniami politycznymi należałoby zastanowić się nad tym, jak skłonić do powrotu 2,5 mln Polaków, którzy wyemigrowali. Dużą barierą jest brak młodych liderów i brak woli zmiany systemu.

Problemów jest bardzo dużo, wszyscy o nich mówimy, ale do debaty publicznej przedostają się bardzo miałkie rzeczy. Przedostają się delegacje, wyjazdy, rozliczenia – to są przecież tematy nieistotne, chociaż popularne i dobrze się sprzedające – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał M. Lisiecki, właściciel spółki PMPG Polskie Media, wydawca tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy”, a także inicjator spotkania CEO Round Table Mixer. ‒ Istotnych tematów jest masa. To jest trochę myślenie o tym, jak, będąc akcjonariuszami Polski, sprawić, żeby Polska stała się Kalifornią Europy, żeby biznesy tutaj się rozwijały, kwitły, a miejsca pracy były atrakcyjne.

Spotkanie CEO Round Table Mixer miało na celu wywołanie dyskusji o Polsce 25 lat po Okrągłym Stole. Do udziału zostało zaproszonych wielu młodych liderów, ludzi polityki, biznesu, mediów. To właśnie brak możliwości działania przez młode pokolenie został przez uczestników oceniony jako jeden z problemów w naszym kraju.

Jak podkreśla Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista, finansista i syn Leopolda Tyrmanda, Polska po pierwszych 15 latach gwałtownych przemian i szybkiego rozwoju popadła w samozadowolenie ,a to doprowadziło do braku dalszych zmian i stagnacji.

Główną przyczyną jest wiek ludzi z tego układu – większość z nich to ludzie, którzy dorastali, uprawiając politykę jako praktykę biznesową, zwykle skorumpowaną. Zmiana tej sytuacji może być kwestią kolejnej dekady, jeśli tylko młodzi ludzie, którym nie podoba się ta sytuacja, będą potrafili uruchomić tę samą mentalność, która pomagała Solidarności w walce z komunizmem w latach 80. – apeluje Tyrmand.

Tyrmand dodaje, że również w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza doszło do korporatyzacji klasy politycznej. W tej dojrzałej demokracji trend ten będzie już trudno odwrócić, jednak w Polsce, z uwagi na wciąż niedługie doświadczenie z ustrojem reprezentatywnym, wciąż jest szansa na zmianę. Wymaga to jednak odwagi i wystąpienia przeciwko zastanym zwyczajom.

Według syna polskiego pisarza Polacy boją się konsekwencji krytykowania państwa polskiego. Tyrmand dodaje, że jako mieszkaniec Stanów Zjednoczonych i osoba spoza Polski może wypowiadać się bezkompromisowo i liczy na wywołanie debaty.

Poprzez to forum i mój własny model postępowania chcę zainspirować ludzi do tego, by wstali i powiedzieli: dosyć tego. Dość nacjonalizacji emerytur, dość drukowania pieniędzy przez Belkę, dość tego, co się stało z wyborami – wylicza Tyrmand. – To budzi obrzydzenie. 

Lisiecki dodaje, że debata publiczna powinna koncentrować się na tym, by odpowiedzieć na podstawowe pytanie dotyczące tego, jak ściągnąć do Polski z powrotem 2,5 miliona emigrantów. Zachęcenie ich do powrotu, m.in. dzięki atrakcyjnym miejscom pracy, może też skłonić ich do zainwestowania w ojczyźnie zgromadzonego na emigracji kapitału.

Mówimy o tym, jak sprawić, żeby John Kowalski czy Peter Nowak z powrotem stali się Janem Kowalskim i Piotrem Nowakiem, żeby chcieli wrócić do Polski, do swojego miasta, by tu zakładać biznes i przywozić wiedzę, którą zdobyli. O tym chcemy rozmawiać. O tym jak nasza Polska będzie wyglądała za 25 lat – tłumaczy Lisiecki.

Coraz więcej sieci handlowych zainteresowanych sprzedażą online. To zachęca klientów do e-zakupów

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż internetowa żywności rośnie o kilkadziesiąt procent rocznie. Wciąż jednak ten kanał stanowi niewielki odsetek w ogólnej sprzedaży. Rynki zachodniej Europy pokazują, że potencjał tego segmentu jest znacznie większy. Dlatego coraz więcej sieci handlowych zapowiada ekspansję w internecie.

W przypadku sprzedaży internetowej produktów spożywczych w stosunku do 2013 r. notujemy bardzo duży wzrost obrotów w wysokości kilkudziesięciu procent – mówi Grzegorz Bielecki, wiceprezes zarządu Frisco.pl, internetowego supermarketu z produktami żywnościowymi.

Coraz większa popularność sklepów online to jedna z przyczyn trudnej sytuacji największych sieci handlowych. Klienci coraz częściej rezygnują z wizyt w dużych hipermarketach na rzecz mniejszych sklepów typu convenience, bliżej domu. Wciąż jednak Polacy rzadko kupują żywność przez internet.

W Polsce sprzedaż internetowa żywności to nie więcej niż 1 proc. w kanale FMCG. W Wielkiej Brytanii czy Francji udział ten stanowi 5-7 proc., co pokazuje, że w Polsce cały czas istnieje wiele szans rozwoju rynku – przekonuje wiceprezes Frisco.pl.

Według badań agencji PMR Research w 2013 r. polski rynek żywnościowego e-commerce wart był 450 mln. Eksperci wskazują, że w ciągu kilku lat może on osiągnąć wartość nawet 2 mld zł.

W tym segmencie działa zaledwie kilku liczących się graczy, którzy są dostępni w skali ogólnopolskiej. Widzimy jednak duże zainteresowanie nowych podmiotów, w tym ważnych sieci handlowych – twierdzi Grzegorz Bielecki. – Konkurencja na pewno będzie coraz większa, ale to tylko lepiej dla e-zakupów, ponieważ rośnie w ten sposób ich popularność.

Już teraz sprzedaż internetową oferują m.in. Alma24, Piotr i Paweł, Auchan oraz Tesco. Coraz więcej mówi się o uruchomieniu zakupów online przez popularne sieci dyskontowe. Jak podkreśla Bielecki, wejście dużych, ogólnopolskich graczy nie spowodowało problemów u mniejszych.

Rynek e-delikatesów znajduje się jeszcze w fazie początkowej, gdzie jest miejsce na nowe podmioty. Nie spodziewam się konsolidacji. Ta jest ewentualnie możliwa, kiedy rynek będzie dojrzały lub pojawią się na nim zdecydowani liderzy, którzy poprzez konsolidacje będą mogli zwiększyć swój udział w rynku – mówi Bielecki.

Inwestorzy wracają na turecki rynek. Kondycja tamtejszej gospodarki sprzyja hossie

CEO Magazyn Polska

Turcja ponownie przyciąga uwagę inwestorów. Po dramatycznych spadkach w zeszłym roku na tamtejszą giełdę powróciły dynamiczne wzrosty. Sytuacja gospodarcza i otoczenie międzynarodowe Turcji pozwalają mieć nadzieję, że będą one kontynuowane.

W latach 2012-2013 turecka giełda pozwalała dobrze zarobić. Jej główny indeks, ISE100, w rok zyskał ok. 70 proc. Tureckie firmy świetnie radziły sobie dzięki eksportowi do Unii Europejskiej.

Zwiększona produkcja prowadziła do zwiększonej konsumpcji i przy niskich, sztucznie utrzymywanych stopach procentowych gospodarka turecka rosła jak na drożdżach mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. To oczywiście skończyło się w zeszłym roku, kiedy skokowo trzeba było podwyższyć stopę procentową, żeby obronić kurs liry. Mimo to gospodarka ma dość dobre perspektywy, biorąc pod uwagę jej położenie.

Drastyczna podwyżka nastąpiła pod koniec stycznia 2014 r., gdy Bank Centralny Republiki Turcji podniósł główną stopę procentową z 4,5 proc. do 10 proc. Obecnie wynosi ona 8,25 proc.

W kwietniu 2013 roku rozpoczęła się w Turcji dramatyczna wyprzedaż akcji i w ciągu miesiąca indeksy straciły ponad 20 proc. W tym roku jednak na tureckim parkiecie znowu widać wzrosty. Od stycznia do listopada ISE100 zyskał 40 proc.

Nawet jeżeli Turcja mogłaby odczuć spadek popytu ze strony Unii Europejskiej, to ma potężnych sąsiadów ze strony Iranu i Iraku. Teraz jest tam niespokojnie ze względu na Syrię, ale to są gospodarki, które potrzebują dóbr i płacą za nie albo ropą, albo złotem, czyli twarda walutą ocenia Aleksander Jawień. Więc jeżeli motor wzrostu oparty na Unii Europejskiej zaczyna nieco słabnąć, to Turcja może się bardzo łatwo zintensyfikować handel ze swoimi wschodnimi sąsiadami.

Gospodarka Turcji bardzo zyskuje na tegorocznych spadkach cen ropy. Kraj ten niemal wyłącznie importuje ten surowiec, co sprawia, że płacąc mniej, tamtejsze firmy więcej zarabiają.

To powoduje, że spada inflacja, niższe są koszty energii i transportu, a co za tym idzie, również wszystkich dóbr i produktów konsumpcyjnych podkreśla prezes Investment Fund Managers. – To bardzo pobudza gospodarkę turecką. Liczymy na to, że niedługo w Turcji spadną stopy procentowe, co również będzie dużym elementem stymulacyjnym. Jeżeli ceny ropy się utrzymają lub będą niższe, można oczekiwać tylko dobrych wiadomości.

Jak podkreśla, dziś w Turcji warto inwestować w sektor dóbr konsumpcyjnych i transport. To branże, które mogą najbardziej skorzystać na niskich cenach energii. Dodatkowo Turcja jest największym producentem cementu w Europie, a ten przemysł jest energochłonny, więc przy niskich cenach surowców jego zyskowność rośnie. Hamująca inflacja i lepsze otoczenie makroekonomiczne spowodują też, że w Turcji jako pierwsze poprawę odczują banki.

Sektor bankowy jako pierwszy korzysta z polepszających się realiów gospodarczych i jest zawsze takim papierkiem lakmusowym zwraca uwagę Jawień. – Inwestorzy bardzo lubią inwestycje w banki, szczególnie te, które są innowacyjne, głównie prywatne, bo one najwcześniej reagują na pierwsze sygnały poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

informacje o zachowaniach i trendach zakupowych mobile

Criteo, firma technologiczna zajmująca się marketingiem efektywnościowym, opublikowała dokument Q4 2014 State of Mobile Commerce Report, dostarczając branży e-commerce kluczowe informacje o zachowaniach i trendach zakupowych mobile.  Urządzenia mobilne odpowiadają obecnie globalnie za ponad 30 proc. wszystkich transakcji e-commerce i za ponad 27 proc. transakcji internetowych w Stanach Zjednoczonych. Z raportu wyłania się obraz świata, w którym mobile zaczyna wyprzedzać inne, tradycyjne formy zakupów.

„Rynek nie miał dotychczas wystarczających danych na temat handlu w mobile, przez co wielu marketerów nie doceniało możliwości tego kanału” mówi Jonathan Wolf, Chief Product Officer w Criteo.  „Raport State of Mobile Commerce rozjaśnia sytuację na rynku globalnym i w Stanach Zjednoczonych, dzięki wykorzystaniu zasobów danych, pochodzących z miliardów transakcji. Raport pokazuje, że urządzenia mobilne wiążą się obecnie z zakupami a nie tylko wyszukiwaniem ofert. Firmy działające w e-commerce mają ogromną szansę na zwiększanie sprzedaży w mobile, przede wszystkim w branży sprzedaży detalicznej i travel. Oczekujemy, że wraz ze wzrostem wykorzystywania urządzeń mobilnych i lepszej optymalizacji stron mobilnych pod kątem konwersji, sprzedaż w mobile gwałtownie poszybuje w górę i błyskawicznie osiągnie poziom 50 proc. wszystkich transakcji”.

Informacje zawarte w raporcie oparte są na przeprowadzonej przez Criteo analizie danych indywidualnych transakcji przeprowadzonych u ponad 3 tys. reklamodawców na całym świecie. Kluczowe wnioski:

  • Mobile to teraz także kupowanie, nie tylko wyszukiwanie produktów: wskaźniki konwersji są wysokie we wszystkich kategoriach detalicznych, na wszystkich urządzeniach mobilnych.
  • Smartfony generują więcej transakcji, niż tablety. Jeśli chodzi o urządzenia mobilne, 53 proc. zakupów detalicznych i 66 proc. transakcji w branży travel dokonywanych jest właśnie za pomocą smartfona.
  • Tak, za pomocą telefonu kupisz nawet designerską torebkę: przeciętna wartość zamówienia z urządzenia mobilnego jest prawie tak samo wysoka, jak w wypadku komputerów stacjonarnych.
  • 25 proc. największych  amerykańskich sprzedawców detalicznych generuje ponad 40 proc. transakcji internetowych dzięki urządzeniom mobilnym, podczas gdy wskaźnik ten dla całego rynku w Stanach Zjednoczonych wynosi 27 proc.  W najniższym kwartylu wartość ta wynosi jedynie 5 do 10 proc. Oddaje to czterokrotną różnicę w udziałach transakcji mobilnych, pokazując, że sprzedawcy, którzy nie uwzględniają mobile w swojej strategii, tracą potencjał sprzedażowy.
  • Nie tylko Apple. Telefony z androidem generują ponad jedną trzecią wszystkich transakcji przeprowadzonych za pomoca smartfona. Urządzenia z Androidem odpowiadają za odpowiednio 39 i 44 proc. amerykańskich transakcji detalicznych i w branży travel . Co więcej, w wielu krajach – np. w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii, Brazylii czy Korei Południowej – udział Androida w transakcjach mobilnych jest wyższy niż iPhone’ów.
  • Wartość zamówień mobilnych sięga już tych, dokonywanych z komputerów stacjonarnych w Stanach Zjednoczonych, szczególnie w branżach takich jak: moda, dobra luksusowe, sprzęt sportowy, zdrowie i uroda oraz produkty codziennego użytku.

„Konsumenci mogą teraz dokonywać zakupów za pomocą urządzeń mobilnych wygodniej niż kiedykolwiek, przez co coraz bardziej kluczowe dla reklamodawców jest dotarcie do klientów na wszystkich posiadanych przez nich urządzeniach”dodaje Jonathan Wolf. „Jeśli działasz w e-commerce i nie skupiasz się na umożliwieniu klientom zakupów w mobile, za kilka lat możesz w ogóle wypaść z rynku”.

Pełen raport Q4 2014 State Of Mobile Commerce znaleźć można pod adresem: http://www.criteo.com/resources/mobile-commerce/

Rosja stała się okazją inwestycyjną

Perspektywy gospodarcze dla Rosji są fatalne. Za sprawą zachodnich sankcji, odpływu kapitału i silnego spadku cen ropy ojczyzna Tołstoja najprawdopodobniej doświadczy bolesnej recesji. Dzięki temu rosyjskie aktywa zrobiły się na tyle tanie, że warto rozważyć ich zakup – wynika z analizy przeprowadzonej przez portal Bankier.pl.

Z obliczeń portalu Bankier.pl wynika, że od początku roku indeks RTS – mierzący ceny akcji na giełdzie Rosji w dolarach – spadł o 40% i 9. grudnia znalazł się na najniższym poziomie (846,83 pkt.) od lipca 2009 roku. RTS jest  typowym „spadającym nożem” – czyli szybko taniejącym i niechcianym aktywem, cieszącym się skrajnie negatywnym sentymentem inwestycyjnym.

– Łapanie tego typu instrumentów w skrajnym przypadku grozi utratą palców, czyli zainwestowanego kapitału – przestrzega Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl. -Inwestycje w Rosji należy traktować jak ruletkę. Postawić do 5% kapitału i pogodzić się z możliwością jego utraty. Jeśli jednak Rosja nie upadnie, a świat nadal będzie potrzebował ropy i gazu, to za jakiś czas rosyjskie akcje mogą być warte dwukrotnie więcej niż obecnie – dodaje Kolany.

Obłożony zachodnimi sankcjami i osłabiony przeceną ropy naftowej rynek rosyjski prezentuje okazyjne wręcz wyceny. Jak obliczył Bankier.pl, moskiewska giełda wyceniana jest bowiem na niespełna 7-krotność zysków notowanych nań spółek. To najniższe wartości wśród wszystkich znaczących giełd akcji. Dla porównania, na rynku amerykańskim spółki wyceniane są na 20-krotność zysków, na niemieckim 17-krotność, a na japońskim na 16-krotność zysków.

Jednak aby trend w wykonaniu rosyjskich aktywów uległ odwróceniu, potrzebne są: wzrost cen ropy lub zniesienie sankcji. Czynniki te mogą (ale nie muszą) pojawić się już w przyszłym roku, co pozwalałoby oczekiwać końca bessy na moskiewskiej giełdzie w okolicach wiosny 2015 roku.

Obcokrajowcy ze Wschodu chętnie zatrudniani w Polsce. Rośnie zapotrzebowanie na pracowników IT i nowych technologii

Polski rynek pracy cały czas pozostaje atrakcyjnym dla cudzoziemców spoza Unii Europejskiej. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się wśród osób zza wschodniej granicy. Tylko w przypadku obywateli Ukrainy polskie urzędy pracy notują kilkudziesięcioprocentowy wzrost oświadczeń przedsiębiorców o chęci zatrudnienia takich pracowników. Równie dynamicznie wzrasta zainteresowanie specjalistami o wysokich kwalifikacjach z sektora IT, teleinformatyki i nowych technologii.

Widzimy w Polsce wyraźny wzrost zapotrzebowania na pracowników spoza Unii Europejskiej – ocenia Andrzej Korkus, dyrektor zarządzający w agencji zatrudnienia EastWestLink. – Prym wiodą pracownicy z Ukrainy. W I półroczu 2014 r. liczba oświadczeń zarejestrowanych przez polskich pracodawców wzrosła o 30 proc. rok do roku, co pokazuje siłę trwającego trendu.

W większości przypadków pracownik spoza UE chcący podjąć pracę w Polsce musi uzyskać pozwolenie na pracę. Obywatele pięciu państw: Rosji, Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i Gruzji nie muszą go uzyskiwać – rolę pełni specjalne oświadczenie zgłaszane przez polskiego przedsiębiorcę do urzędu pracy o zapotrzebowaniu na pracownika z ww. państw. W 2013 roku w Powiatowych Urzędach Pracy zarejestrowano ponad 235 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. W pierwszej połowie roku było ich blisko 191 tys., z czego ponad 182 tysiące z nich stanowili obywatele Ukrainy. Wewnętrzne dane EWL wskazują na blisko 50-procentowy wzrost zatrudnienia cudzoziemców w porównaniu z tym samym okresem 2013 roku.

Najwyższy poziom zapotrzebowania na pracę cudzoziemców ciągle wykazuje branża rolna i budowlana. Liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy w sektorze ICT to 1119 zarejestrowanych wniosków w pierwszym półroczu, dla porównania w tym samym okresie 2013 roku oświadczeń w tej branży było ponad sześć razy mniej (182).  W przypadku działalności profesjonalno-naukowej zanotowano 70-procentowy wzrost (1258 oświadczeń).

Niewielki przyrost obserwujemy w branży produkcyjnej i usługowej. Natomiast w obszarze rynku pracy dla specjalistów z branży wysokich technologii możemy mówić nawet o kilkukrotnym wzroście zainteresowania ze strony polskich pracodawców – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Biznes ekspert EastWestLink.

Jak wyjaśnia Korkus, chodzi głównie o pracowników technicznych, czyli przedstawicieli łatwo transferowalnych zawodów, którzy w największym stopniu emigrowali z Polski do krajów Europy Zachodniej. A polski rynek pracy dla takich osób ciągle jest nienasycony. Według badania GUS 45 proc. dużych firm ma problemy ze znalezieniem odpowiedniego pracownika z zakresu IT. Komisja Europejska w raporcie „E-skills for job in Europe” wskazuje na to, że na rynku pracy UE wciąż brakuje 275 tys. osób o umiejętnościach teleinformatycznych i cyfrowych.

Sądzę, że liczba przyjezdnych w nadchodzących latach w Polsce będzie zdecydowanie rosła. Nasz rynek pracy staje się w coraz większym stopniu atrakcyjny dla obcokrajowców – mówi dyrektor zarządzający agencji EWL.

Jak dodaje Korkus, uzyskanie pozwolenia na pracę dla pracownika z Europy Wschodniej jest możliwe w przeciągu kilku dni, co w porównaniu z pozostałymi państwami Unii Europejskiej stawia polską politykę imigracyjną na wysokim poziomie.

Polski rynek pracy już teraz jawi się jako globalny. Wielu pracowników migruje z Polski ku krajom zachodnim, ale widzimy też trend odwrotny. Jedną z przyczyn są rosnące wynagrodzenia – twierdzi Andrzej Korkus.

Do zwiększenia liczby emigrantów z Ukrainy przyczynił się w głównej mierze konflikt z Rosją. Po pierwsze, wywołał on poważne problemy w ukraińskiej gospodarce, przez co Ukraińcy zmuszeni są szukać pracy za granicą. Po drugie, Rosja – do tej pory główny rynek pracy dla pracowników sezonowych – przestała być dla nich dostępna, a jej miejsce zajęła po części Polska.

Wysokie zapotrzebowanie na pracę oraz rosnąca liczba rejestrowanych oświadczeń przełożyły się na wzrost liczby zezwoleń na prace wydawanych  cudzoziemcom przez urzędy wojewódzkie. W I półroczu wydano 21,3 tys. pozwoleń na pracę.

Newsy Polacy przed świętami posiłkują się pożyczkami. Tylko połowa czyta dokładnie całą umowę przed podpisaniem

Z chwilówki skorzystał przynajmniej raz co dziesiąty Polak – wynika z badania Fundacji Kronenberga. To coraz popularniejszy sposób na dodatkowy zastrzyk pieniędzy ze względu na szybkość i minimum formalności. Niestety, mniej niż połowa pożyczkobiorców przeczytała całą umowę przed jej podpisaniem.

Konsumenci w szale zakupów przedświątecznych uświadamiają sobie konieczność nagłego posiadania gotówki, aby spełnić marzenia i oczekiwania innych. Z naszych badań wynika, że jesteśmy zaskakiwani takimi świętami, jak Boże Narodzenie i nagłą potrzebą dokonania zakupów. Wtedy część z nas musi posiłkować się kredytami bądź szybkimi pożyczkami – mówi agencji Newseria Norbert Konarzewski, dyrektor programowy Fundacji Kronenberga przy City Handlowy.

Z badań Fundacji wynika, że 40 proc. Polaków oszczędza, ale tylko 10 proc. robi to regularnie. Nic więc dziwnego, że w okresie zwiększonych wydatków posiłkują się pożyczkami w bankach, instytucjach pozabankowych lub u rodziny.

16 proc. ankietowanych przyznało, że w kryzysowej sytuacji skorzystałoby z chwilówki, czyli szybkiej pożyczki w firmie pożyczkowej. W grupie osób, które już korzystały z tej formy kredytu, 60 proc. zadeklarowało, że zrobiłoby to ponownie.

Jak podkreśla Konarzewski, Polacy mają niewielką świadomość i wiedzę finansową oraz nie porównują ofert. Wybierają propozycje, które pozwalają im jak najszybciej uzyskać pieniądze, nie zwracając uwagi na wysokość finalnego zobowiązania.

Badania Fundacji Kronenberga pokazują, że co dziesiąty Polak korzystał z usług firm pożyczkowych, nie mając do końca świadomości, ile taki kredyt kosztuje – mówi Norbert Konarzewski. – Z kolei zaledwie 50 proc. badanych powiedziało, że czyta umowy ze zrozumieniem.

Badani, którzy już korzystali z chwilówek, częściej przyznają, że tylko pobieżnie przeglądają umowę lub w ogóle jej nie czytają, bo ufają przedstawicielowi danej firmy. Eksperci przestrzegają, że tego typu postawa może skutkować poważnymi problemami pożyczkobiorców, bo nie potrafią oni dokładnie ocenić możliwości spłacenia zobowiązań.

Konsekwencje nieprzemyślanych decyzji mogą okazać się dotkliwe. Łatwo możemy wpaść w pułapkę kredytową i nagle nie móc spłacać zobowiązań – przestrzega Norbert Konarzewski.

Fundacja Kronenberga podpowiada, że istotna jest trwała zmiana postaw: przede wszystkim regularne oszczędzanie i planowanie wydatków długoterminowo, w perspektywie całego roku, nawet kilku lat, a nie najbliższego miesiąca.

Zachęcamy do zastanowienia się, do rozłożenia w czasie i zaplanowania większych wydatków, np. związanych z organizacją świąt czy wyjazdem na wakacje. Odkładanie nawet niewielkich kwot, ale systematycznie, np. przez pół roku, pozwoli nam uniknąć konieczności pożyczania pieniędzy od instytucji finansowej – mówi Konarzewski.

Radzi, by decyzje finansowe skonsultować z najbliższymi lub ekspertami. Pomocne mogą okazać się strony poradnikowe w internecie oraz blogi prowadzone przez osoby kompetentne w zakresie finansów osobistych. Tego typu treści w prosty i przejrzysty sposób opisują produkty finansowe i jasno pokazują, ile realnie mogą kosztować konkretne produkty czy usługi z segmentu domowych finansów.

Fundacja Kronenberga została założona w 1996 r. w 125 rocznicę powstania Banku Handlowego w Warszawie. Obecnie działa przy Banku Citi Handlowy i realizuje ogólnokrajowe i lokalne programy wspierające społeczną odpowiedzialność biznesu.

Coraz więcej firm staje się ofiarami cyberataków. Gospodarka światowa może tracić na tym ponad pół biliona dolarów

Straty powstałe na skutek cyberataków mogą być ogromne zarówno pod względem finansowym, jak i utraconych danych. Jak wynika z badań PwC, w ostatnim roku koszty ponoszone przez firmy w związku z działaniami cyberprzestępców wzrosły o jedną trzecią. W globalnej skali gospodarka traci od 375 mld do 575 mld dolarów.

Liczba ataków co roku rośnie, podobnie jak i skala strat. W ostatnim roku liczba cyberataków notowanych przez firmy ankietowane przez PwC wzrosła o blisko połowę, czyli do ponad 117 tys. dziennie. W sumie uczestnicy światowego badania odnotowali ok. 42,8 mln naruszeń cyberbezpieczeństwa.

Atakowane są nie tylko komputery czy serwery, lecz także równie często na routery, smartfony i tablety. Podobnie jak i klasyczny komputer, także sprzęt mobilny posiada system operacyjny, do którego można włamać się za pośrednictwem sieci bezprzewodowej. Po dostaniu się do niej intruz ma możliwość wdarcia się na inne urządzenia w zasięgu użytkownika zhakowanego sprzętu. Sytuacja taka może mieć miejsce zarówno w firmie, jak i w domu.

Często spotyka się sytuację, że dane z zhakowanego telefonu komórkowego, smartfona czy tabletu są kopiowane na komputer firmowy w celu wykonania ich kopii zapasowej. Właściciel tego sprzętu nieświadomie wprowadza atakującego na swoje drugie, być może lepiej zabezpieczone urządzenie – tłumaczy Piotr Konieczny, szef zespołu bezpieczeństwa serwisu Niebezpiecznik.pl. – Portfolio ataków jest olbrzymie. Możemy mówić o atakach nie tylko na pojedyncze komputery, lecz także całe systemy, które każda licząca się firma musi utrzymywać, w tym także sprzęty znajdujące się w serwerowniach.

Jedną z metod włamania się jest przesyłanie wirusów w e-mailach. Szkodniki tego typu zamaskowane są jako nieszkodliwe załączniki, np. pliki PDF z fakturami. Każda firma otrzymuje tego typu dokumenty i taki „wektor ataku” jest bardzo często wykorzystywany przez włamywaczy – czekają tylko na to, aż pracownik otworzy załącznik, wówczas uaktywnia się wirus, który może nawet natychmiast zablokować dostęp do komputera, na którym został otwarty, a poprzez sieć firmową (VPN) przedostać do wszystkich podłączonych w niej urządzeń. Ponieważ szkodnik tego typu jest często wykonany z zamysłem ominięcia zabezpieczeń, przed tego rodzajami ataków nie da się ochronić systemami antywirusowymi czy też firewallem.

Podstawową rzeczą w zabezpieczeniu urządzeń firmowych jest aktualizacja oprogramowania – wyjaśnia Piotr Konieczny. – Musi być też ktoś czuwający nad tym cały czas i szybko reagujący na wszelkie incydenty i problemy, które pojawiają się na styku firmowej sieci z internetem. Badacze bezpieczeństwa publikują codziennie od kilku do kilkunastu biuletynów opisujących nowe typy ataków. Trzeba być z nimi na bieżąco, co pozwoli zweryfikować, czy firmowe urządzenia są w grupie ryzyka sprzętów podatnych na atak. To nam pokazuje, że bezpieczeństwo w IT to proces ciągły.

Jak wynika z badania PwC, prawie 50 proc. członków zarządów na świecie podziela obawy związane z cyberzagrożeniami. Jednocześnie nakłady przeznaczane na bezpieczeństwo zmalały o 4 proc. w porównaniu z 2013 rokiem.

W bieżącym roku na świecie odnotowano dużą liczbę incydentów, które dotyczyły nie tylko firm, lecz także zwykłych użytkowników. Za pomocą szkodnika Backoff cyberprzestępcy zdołali wedrzeć się do dziesiątków tysięcy terminali płatniczych w USA oraz setek sieci firmowych. Pozwoliło to na wykradzenie poufnych danych, jak numery kart kredytowych czy dane teleadresowe ich posiadaczy, a w przypadku firm – newralgicznych danych biznesowych.

W Polsce coraz częściej przestępcy podmieniają numery rachunków w firmowych systemach, aby przelewane pieniądze trafiały na kontrolowane przez nich konta zamiast do właściwych odbiorców. Tego typu kradzieże zdarzają się również przez ataki na routery. Konieczny podkreśla, że częstotliwość takich ataków wzrosła w ostatnich 2-3 latach.

Cyberprzestępcy zyskują kontrolę nad ruchem sieciowym – dodaje Piotr Konieczny. – Przykładowo osoba, która wpisuje adres www.nazwabanku.pl zostaje przekierowana na swoim routerze domowym na fałszywy serwer bankowy, podstawiony przez atakującego. Jeden z naszych czytelników został oszukany w ten właśnie sposób, na czym stracił w ostatnich miesiącach 16 tys. zł.

Od 1 stycznia firmom będzie łatwiej przekazywać dane do innych państw. Nie będzie konieczna zgoda GIODO

0

Przekazywanie danych do państw trzecich, również do tych niezapewniających na swoim terytorium takiego poziomu ochrony danych osobowych jak w Polsce, będzie możliwe bez zgody Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Taką zmianę zakładają przepisy, które wejdą w życie od stycznia 2015 roku. Przekazywanie danych w ramach jednej grupy międzynarodowej będzie odbywać się zgodnie z tzw. wiążącymi regułami korporacyjnymi.

Nie będziemy mieć już obowiązku w każdej sytuacji, kiedy ma dojść do przekazania danych osobowych poza Europejski Obszar Gospodarczy, uzyskiwania zgody Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO) – tłumaczy Iwona Kozieł, ekspertka ds. ochrony danych osobowych w kancelarii Lex Artist. – Dzisiaj jest to obowiązek, który spędza sen z powiek wielu przedsiębiorcom i spółkom.

Przez państwo trzecie rozumie się państwo nienależące do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Oznacza to, że przepływ danych w obrębie EOG jest traktowany tak samo, jak na terytorium Polski. Przekazywanie danych osobowych do państw trzecich, w szczególności takich, które nie zapewniają na swoim terytorium gwarancji ochrony danych osobowych, jakie obowiązują na terenie Polski, wiąże się z ryzykiem naruszenia praw i wolności osób, których te informacje dotyczą. Dlatego Ustawa z 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych zawiera szczególne wymogi dotyczące przekazywania danych osobowych do tej grupy państw.

Od nowego roku wystarczy zawarcie w umowie o współpracy z podmiotem działającym na terenie państwa spoza EOG zatwierdzonych przez Komisję Europejską standardowych klauzul umownych. Nowela zezwala na przekazywanie wtedy danych bez konieczności każdorazowego uzyskiwania zgody GIODO.

Jest to więc znaczne ułatwienie – ocenia Iwona Kozieł. – Do umów o współpracy będzie można dołączyć jedynie postanowienia standardowych klauzul umownych zatwierdzonych przez Komisję Europejską i w tym momencie bezpiecznie przekazać dane osobowe do państwa trzeciego.

Nowością, jak zauważa ekspertka ds. ochrony danych osobowych w kancelarii Lex Artist, są tzw. wiążące reguły korporacyjne, które będą obowiązywać w przypadku przekazywania informacji między spółkami w ramach jednej grupy działającej również w państwach poza EOG.

Te klauzule muszą być zatwierdzone przez Generalnego Inspektora, ale jeżeli raz zostaną uznane, to przy każdym następnym kontakcie biznesowym, w którym będzie dochodziło do przekazywania danych na teren państwa trzeciego, będzie można się na taką klauzulę powołać bez każdorazowej zgody GIODO. Innymi słowy: raz uzyskujemy zgodę na przekazywanie danych na podstawie klauzul umownych, a dalej już możemy działać w tym obszarze całkowicie bezpiecznie – wskazuje Iwona Kozieł.

Jak podkreśla, nowe zasady będą dotyczyć wszelkiego rodzaju danych, również tych wrażliwych.

Polacy coraz chętniej wyjeżdżają na narty za granicę. Najczęściej wybierają Włochy

Rośnie liczba Polaków wyjeżdżających na narty za granicę. Największą popularnością cieszą się Włochy, Austria, a ostatnio także Szwajcaria. Miłośnicy narciarstwa cenią alpejskie kurorty przede wszystkim za świetnie przygotowane stoki, rozbudowaną bazę hotelową i przystępne ceny.

Zimowy wypoczynek to dla Polaków przede wszystkim wyjazd na narty. Jeszcze do niedawna zdecydowana większość narciarzy wybierała polskie miejscowości, wśród których największą popularnością cieszyło się Zakopane. Teraz coraz więcej miłośników tego sportu nad rodzime stoki przedkłada zagraniczne kurorty. Według danych biura podróży Neckermann Polska w tym roku na narty za granicę wyjedzie 11 proc. więcej osób niż przed rokiem. Mają na to wpływ przede wszystkim stabilne ceny, które nie zmieniły się znacząco w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Nie bez znaczenia jest także spadek cen benzyny, ponieważ większość Polaków wybiera się na narty własnym samochodem.

Polacy, podobnie jak i turyści z innych krajów europejskich, najchętniej udają się na narty na alpejskie stoki, szczególnie do kurortów we Włoszech i w Austrii, gdzie infrastruktura i wspaniale przygotowane stoki pozwalają na uprawianie narciarstwa na każdym poziomie zaawansowania. Numerem jeden są Włochy, które dodatkowo wybieramy ze względu na słońce i wspaniałą atmosferę na stoku. Wśród najpopularniejszych miejscowości można wymienić Livigno, Val di Sole, ale też największą karuzelę narciarską w Europie – Sellaronda, pozwalającą na przejechanie na nartach w ciągu jednego dnia czterech najpiękniejszych dolin w Dolomitach – mówi Magda Plutecka-Dydoń, rzecznik prasowy Neckermann Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W Austrii największą popularnością cieszy się region salzburski z Zell am See-Kaprun na czele. Bardziej zaawansowani narciarze oraz Ci oczekujący atrakcji po zejściu ze stoku, wybierają ostatnio Ischgl czy region Sölden. Coraz więcej klientów wybiera również Szwajcarię, która wbrew stereotypom oferuje wiele korzystnych cenowo obiektów narciarskich. Natomiast osoby, które wyjeżdżają z dziećmi, lub zaczynają swoją przygodę z nartami zdecydowanie preferują bliższe rejony, takie jak Czechy lub Słowacja.

Urlop narciarski to z reguły kilka dni. Chcemy ten czas spędzić optymalnie, oczywiście aktywnie na stoku. Dlatego też klienci najczęściej i najchętniej wybierają hotele położone blisko stoków, z dobrym dostępem do szkółek narciarskich i wypożyczalni sprzętu. Jeśli myślimy o narciarskim budżecie, warto zwrócić uwagę na hotele ze skipassem w cenie. My w tym roku oferujemy możliwość rezerwacji skipassów już w biurze podróży po niższych cenach niż na miejscu – mówi Magda Plutecka-Dydoń.

Średni koszt wyjazdu na narty z biurem podróży to ok. 1650 zł od osoby. Przy wcześniej rezerwacji można zaoszczędzić ok. 30 proc. Polacy coraz chętniej korzystają z pośrednictwa biur podróży przy zimowych wyjazdach narciarskich. W ubiegłym roku w ten sposób podróżowało już 28 proc. narciarzy, czyli o 6 proc. więcej niż w poprzednim sezonie. Biura podróży zapewniają hotele z wyżywieniem, dostęp do wypożyczalni sprzętu, skipassy w atrakcyjnych cenach, a niektóre nawet gwarancję śniegu – klienci uzyskują prawo do zmiany rezerwacji, jeżeli w wybranym regionie na 7 dni przez przyjazdem nie będzie działało 75 proc. wyciągów.

Polskie miasta mają do wykorzystania miliardy złotych na sieci tramwajowe. Wyzwaniem nie tylko jakość taboru, lecz także oferta dla pasażera

W nowej perspektywie UE stawia na rozwój sieci tramwajowych w miastach. Polskie samorządy będą miały do wydania 13 mld zł na ten cel. Jak podkreśla Adrian Furgalski, są już plany na wydanie znacznej części tej kwoty. To m.in. modernizacja istniejących sieci, budowa nowych oraz zmiany w taborze. Największym wyzwaniem będzie jednak przygotowanie kompleksowej oferty dla pasażerów – z tym miasta mają wciąż duży problem.

Z ponad 80 mld euro, jakie Polska ma dostać w ramach polityki spójności z unijnego budżetu na lata 2014-20, część pieniędzy ma być przeznaczona na poprawę transportu publicznego.

Samorządy już dokonały bardzo dużych inwestycji w tramwaje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Prawie 40 proc. sieci tramwajowych zostało zmodernizowane, a 40 proc. taboru wymienione. Teraz stoją niejako pod przymusem Unii Europejskiej wydatkowania co najmniej 13 mld zł wyłącznie na tramwaje. Już w tej chwili są projekty i plany na około 11 mld.

Jak podkreśla, obejmują one m.in. zakup 600 nowych tramwajów, budowę ok. 100 km nowych linii – również nowych, zupełnie od zera, np. w Jaworznie na Śląsku, oraz modernizacja 200 km już istniejących linii.

W moim przekonaniu dwa miasta muszą nadrobić ostatni czas i to widać po projektach. To jest przede wszystkim Łódź i Górny Śląsk. Te dwa obszary odstają od takich miast, jak Warszawa, Kraków czy Poznań, które sporo zainwestowały. Jest wiele przygotowanych projektów, więc mam nadzieję, że za 5-7 lat nie będzie różnic między miastami, które dziś mają tramwaje, a tymi, które dopiero je zbudują – prognozuje ekspert z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

UE stawia na tramwaje, bo są bardziej ekologiczne, pojemne i sprawniej poruszają się po mieście niż autobusy. Wprawdzie ten rodzaj transportu jest dość kosztowny w budowie, ale relatywnie tani w eksploatacji.

W tej chwili Komisja sporo środków chce i każe przeznaczyć polskim miastom na inteligentne systemy transportowe, które będą tę komunikację uprzywilejowywać – podkreśla Adrian Furgalski. – To nie jest problem wybudować linię tramwajową. Efekt będzie jednak tylko wtedy, kiedy ten tramwaj nie utknie w korku razem z samochodami, kiedy będzie miał priorytet. W ten sposób osiągniemy zamierzony cel, a więc skłonimy ludzi do zamiany samochodu na tramwaj.

Dlatego wsparcie unijne dla nowych autobusów będzie znacznie słabsze. Jeżeli już to pieniądze znajdą się na pojazdy elektryczne.

– W większości polskich miast bardzo trudno jest wydzielić w centrach miast odrębne pasy dla autobusów, a tramwaj zazwyczaj ma wydzielone torowisko i może się przemieszczać bezkolizyjnie. Dlatego ten priorytet jest słuszny – podkreśla Furgalski.

Jak podkreśla ekspert, najważniejsza będzie jednak nie sama budowa infrastruktury i zakup taboru, lecz ich odpowiednie wykorzystanie w celu stworzenia kompleksowej oferty dla pasażerów.

Tramwaje muszą kursować w odpowiednich przedziałach czasu z odpowiednią częstotliwością, zwłaszcza w godzinach szczytu. Trzeba też zapewnić dobrą dostępność do przystanku tramwajowego czy autobusowego. Myślę, że największym wyzwaniem jest patrzenie na transport ludzi komunikacją zbiorową jako na jedną całość, a więc połączenie komunikacji wykonywanej autobusami i tramwajami z komunikacją kolejową. To w tej chwili szwankuje – mówi wiceprezes TOR.

Jako przykład podaje funkcjonujący w stolicy Wspólny Bilet Zarządu Transportu Miejskiego, Kolei Mazowieckich i Warszawskiej Kolei Dojazdowej oraz zakrojoną na znacznie szerszą skalę inicjatywę Pomorza.

Chodzi o stworzenie zarządu transportu już nie miejskiego, ale wojewódzkiego, który w ramach całego województwa pomorskiego – bo ono jako pierwsze zdecydowało się zacząć taką strukturę budować – będzie dogrywało komunikację publiczną w miastach z całym ruchem pociągów dowożących ludzi codziennie do pracy czy szkoły – mówi ekspert.

Polska motoryzacja musi walczyć o inwestorów i wspierać innowacyjność, aby się rozwijać i przetrwać na globalnym rynku

Trendy globalne a przyszłość polskiej branży motoryzacyjnej

Wydaje się, że światowa motoryzacja znajduje się obecnie na ścieżce zmian, spowodowanych dwoma czynnikami. Po pierwsze – globalizacją zasięgu produkcji i sprzedaży aut, która wymusza procesy konsolidacyjne i obniżanie kosztów, a po drugie – nowymi preferencjami konsumentów, przede wszystkim rosnącym popytem na innowacje. W tej sytuacji prawdopodobne wydaje się, że do 2020 r. obecny poziom koncentracji głównych grup producenckich będzie o połowę większy (5-6 grup), na rynkach wschodzących wzrośnie popyt na auta wyższych klas kosztem aut najtańszych, a na rynkach rozwiniętych będzie rósł popyt na auta zaawansowane technologicznie. Nie bez znaczenia pozostaje też rozwój samochodów z napędem elektrycznym – szacunki autorów raportu wskazują, że do 2020 r. „zielone auta” stanowić będą około 1/3 sprzedaży na rynkach rozwiniętych i około 1/5 sprzedaży w miastach krajów rozwijających się.

Udział Polski w światowej produkcji motoryzacyjnej (pod względem ilościowym) jest dziś znikomy (0,7 proc. w 2013 r.) i malał w ostatnich kilku latach – przede wszystkim z powodu spadku produkcji aut osobowych (w 2013 r. zaledwie 475 tys. sztuk, tj. o połowę mniej niż w 2008 r.).Jeśli nie uda się zwiększyć popytu na polską produkcję, Polska będzie dalej tracić udział w produkcji aut na rzecz innych krajów w regionie.

Jeśli chcemy, aby polski sektor motoryzacyjny rozwijał się w zrównoważony sposób, poprzez produkcję części do aut i akcesoriów, jak również samochodów, to należy podjąć walkę o inwestorów i wspierać nowoczesne inwestycje, mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. Niestety w ostatnich latach, inwestorzy z sektora motoryzacyjnego preferowali kraje inne niż Polska, pomimo m.in. dobrej oceny działających w naszym kraju specjalnych stref ekonomicznych, poprawy sieci transportowej i porównywalnych kosztów produkcji, w tym kosztów pracy. Możliwe, że brakującym bodźcem dla inwestycji zagranicznych w Polsce jest słaby popyt wewnętrzny na nowe auta z powodu nadmiernego importu używanych samochodów. Może to świadczyć o tym, że w Polsce instrumenty polityki fiskalnej nie są wykorzystywane równie efektywnie dla wspierania zakupów nowych i ograniczania importu starych aut, jak ma to miejsce w innych krajach.

Branża motoryzacyjna a PKB Polski

Produkcja i eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego są silnie powiązane z produkcją sektora auto-moto w krajach Unii Europejskiej. Według modelu opracowanego przez Deloitte widać silne zależności pomiędzy eksportem polskich części a dynamiką produkcji sektora motoryzacyjnego u głównych partnerów handlowych Polski, a także eksportem samochodów wyprodukowanych przez głównych partnerów handlowych Polski. W tym kontekście dynamikę produkcji przemysłu motoryzacyjnego można postrzegać jako wskaźnik koniunktury w Polsce i Unii Europejskiej.

– Według naszych wyliczeń, w wyniku jednorazowego wzrostu dynamiki PKB w Polsce o 1 pkt proc. i towarzyszącego mu wzrostu PKB w UE, dynamika produkcji sektora motoryzacyjnego w Polsce w tym samym roku rośnie o ok. 6,7 pkt. proc. Natomiast w długim okresie skumulowany wpływ zmian koniunktury wynosi ok. 3,3 pkt. proc., mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Obraz polskiego sektora motoryzacyjnego

Sektor motoryzacyjny, szeroko rozumiany jako produkcja pojazdów oraz handel i naprawy, stanowi 7,8 proc. polskiej gospodarki, z czego bezpośrednio przemysł motoryzacyjny to 4,4 pkt. proc., a kolejne 3,4 pkt. proc. to dostawcy – powiązani poprzez łańcuch zaopatrzeniowy i dochodowy. Motoryzacja daje pracę ok. 800 tys. osób (ok. 6 proc. ogółu pracujących) – to niemal dwukrotnie więcej niż np. w sektorze energetycznym (3,3 proc. ogółu zatrudnionych) i długookresowo widać, że tendencja jest wzrostowa – pomimo skutków globalnego kryzysu finansowego.

Średnie zarobki w sektorze motoryzacyjnym są dość zróżnicowane – w zależności od poszczególnych segmentów tej branży. Najwięcej zarabiają zatrudnieni w segmencie produkcji samochodów osobowych i silników (odpowiednio 7,3 i 7,7 tys. zł wobec 5,2 tys. zł w całym sektorze przedsiębiorstw). W branżach produkujących części i akcesoria zarobki są już niższe (3,7 tys. zł w przypadku wyposażenia elektrycznego i elektronicznego, 5,1 tys. zł – w przypadku pozostałych części). W działach handlowych najwięcej zarabiają handlujący pojazdami (5,2 tys. zł w przypadku samochodów osobowych, 6,5 tys. zł – dla pozostałych), relatywnie mniej – handlujący częściami samochodowymi (w handlu hurtowym: 4,8 tys. zł i 3,7 tys. zł w handlu detalicznym). W ostatnich kilku latach najszybciej rosły wynagrodzenia w branżach notujących najlepszą koniunkturę, tj. produkującej silniki, a także części i akcesoria oraz w handlu hurtowym częściami.

– Warto zauważyć, że w skali całej polskiej gospodarki udział kosztów pracy w wytworzonej wartości dodanej jest w Polsce niższy niż w krajach Unii Europejskiej, natomiast w branży motoryzacyjnej jest na poziomie bliższym średniej UE, mimo sporych różnic w poszczególnych segmentach, mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Tendencje w polskiej branży motoryzacyjnej

W Polsce produkuje się coraz mniej aut – produkcja samochodów osobowych stanowi niecałe 26 proc. całej produkcji sektora motoryzacyjnego. Z drugiej strony – coraz większą rolę odgrywa wytwarzanie części i akcesoriów, które stanowi już prawie 53 proc. produkcji sprzedanej. W handlu pojazdami dominuje sprzedaż samochodów osobowych i furgonetek (50 proc. zrealizowanej marży), ale ze stopniowo malejącym udziałem. Dynamicznie rośnie natomiast rola handlu częściami samochodowymi i akcesoriami (32 proc.).

Produkcja sektora motoryzacyjnego w ogromnej większości trafia na eksport – w ubiegłym roku było to aż 18,7 mld EUR, co stanowiło 12 proc. całego polskiego eksportu. Największymi „hitami” eksportowymi są części i akcesoria (76 proc. produkcji trafia na eksport) oraz samochody osobowe (89 proc.). Głównym odbiorcą polskiej branży motoryzacyjnej są kraje Unii Europejskiej – trafia tam blisko 80 proc. eksportu. Z grona państw UE największym odbiorcą pozostają Niemcy, choć udział eksportu na ten rynek spadł z 50 proc. jeszcze dekadę temu, do 29 proc. obecnie.

– Spadek polskiego eksportu na rynek niemiecki jest z powodzeniem rekompensowany przez wzrost eksportu do innych krajów, m.in. Wlk. Brytanii, Słowacji, Włoch, Szwecji czy Belgii. Jest on na tyle duży, że pozycja polskiej produkcji na rynkach Unii Europejskiej jest bardzo silna, a w wielu przypadkach wypiera import z innych krajów unijnych – głownie z Francji, a także z Chin i Turcji. Dotyczy to zwłaszcza rynku części i akcesoriów w Niemczech i we Włoszech, mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.

W ostatnich latach zaobserwować można było jednak wyhamowanie tempa eksportu samochodów osobowych, co spowodowane było kryzysem gospodarczym w roku 2009, po którym nastąpiła stagnacja. – Mimo, iż w ostatnich latach tempo eksportu samochodów osobowych wyhamowało, to Polska sprzedaje za granicę coraz droższe samochody – warte średnio prawie 10 tys. EU za sztukę, co świadczy o ich rosnącej jakości, dodaje prezes Tomaszewski.

Rezolucja PE uderzy w polskie rafinerie

Przyjęcie przez Parlament Europejski rezolucji Komisji ds. Środowiska dotyczącej metodyki wyliczania emisji gazów cieplarnianych w cyklu życia paliw silnikowych, doprowadzi do dyskryminacji ropy rosyjskiej, która jest głównym surowcem przerabianym w polskich rafineriach. Dlatego Konfederacja Lewiatan apeluje do europosłów o głosowanie przeciwko tej rezolucji.

W 2009 r. na dostawców paliw silnikowych nałożono obowiązek redukcji intensywności emisji gazów cieplarnianych w całym cyklu życia paliw o 6 proc. do 2020 roku w stosunku do poziomu z 2010 roku. Dostawcy paliwa zostali zobowiązani do sporządzania sprawozdań i wykazywania emisji gazów cieplarnianych związanych z dostarczanym przez nich paliwem. Metodykę obliczania intensywności emisji gazów cieplarnianych w całym cyklu życia paliw innych niż biopaliwa pozostawiono do opracowania Komisji Europejskiej w ramach procedury komitetowej.

– Po 4 latach dyskusji i w oparciu o liczne analizy, w październiku br., Dyrekcja Generalna ds. Działań w dziedzinie Klimatu KE przedstawiła kompromisowy projekt metodyki, której zasadniczym elementem było przyjęcie europejskiej średniej ważonej wartości emisyjności rop naftowych obliczonej w oparciu o aktualne dane o gatunkach i strukturze rop przerabianych w UE. Przedstawione rozwiązanie w wyważony sposób uwzględnia wymogi ochrony klimatu, utrzymania konkurencyjności europejskiego przemysłu rafineryjnego oraz racjonalności systemu sprawozdawczego – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Projekt Komisji Europejskiej został zaakceptowany przez Komitet Stałych Przedstawicieli państw członkowskich. Stanowisko Polski jest zgodne z postulatami Konfederacji Lewiatan, BUSINESSEUROPE oraz organizacji branżowych zgłaszanymi już w 2011 roku. Pod wpływem przedstawianych przez przemysł rafineryjny i kraje członkowskie argumentów, KE odstąpiła od opcji różnicowania benzyn i olejów napędowych w zależności od użytego do ich produkcji surowca, tj. przypisania arbitralnej wielkości emisji trzem klasom gatunków ropy naftowej: tzw. konwencjonalnej, asfaltów naturalnych (ropy z piasków roponośnych) i ropy łupkowej. Ta opcja była forsowana jako sposób na zahamowanie importu do Europy wyżej emisyjnej ropy z piasków bitumicznych. W 2013 roku import ten stanowił zaledwie 0,5 proc. całości sprowadzanej do UE ropy.

Niestety, Komisja ds. Środowiska PE przyjęła rezolucję odrzucającą kompromisowy projekt. Będzie ona poddana pod głosowanie plenarne Parlamentu Europejskiego na posiedzeniu 15-18 grudnia 2014 r.

Jeśli byłaby przyjęta, to cały proces sprawozdawania i weryfikacji emisji przez producentów bardzo się skomplikuje: dostawcy paliw będą musieli śledzić pochodzenie każdej baryłki przerobionej ropy. To co dodatkowo budzi poważne zaniepokojenie Lewiatana, to możliwość dywersyfikacji na kolejnym etapie także pochodzenia rop konwencjonalnych. Jeśli tak się stanie, to prowadzić może do dyskryminacji ropy rosyjskiej, która jest głównym surowcem przerabianym w rafineriach PKN Orlen i pozostałych polskich rafineriach. Ropa ta charakteryzuje się wskaźnikiem emisyjności CO2 wyższym od wskaźnika emisyjności ropy używanej przez rafinerie w EU15, ale, w wyniku historycznych zaszłości, polskie rafinerie są przystosowane technologicznie do przerobu jedynie tej ropy.

Konfederacja Lewiatan

 

Kampania informacyjna dla płatników

0

Od 1 stycznia 2015 r. wchodzą w życie nowe przepisy mające zastosowanie do dochodów uzyskanych od 1 stycznia 2014 r. Aby wiadomość o zmianach dotarła do wszystkich zainteresowanych, Ministerstwo Finansów rozpoczyna 10 grudnia kampanię informacyjną.

Wprowadzone zmiany nakładają na płatników i inne podmioty, które mają obowiązek sporządzania i przekazywania informacji o dochodach osób fizycznych nowy, wyłącznie elektroniczny sposób przesyłania do urzędów skarbowych deklaracji, informacji i rocznych obliczeń podatku za osoby fizyczne np. za pracowników. Formularze te powinny być przesyłane do urzędów skarbowych w formie dokumentu elektronicznego opatrzonego podpisem elektronicznym.

Obowiązująca od nowego roku nowelizacja ustawy nakłada nowe obowiązki m.in. według kryterium, czy płatnicy sporządzają i przekazują imienne informacje o wysokości dochodów podatników podatku dla więcej lub nie więcej niż pięciu podatników (osób fizycznych) i w zależności od tego, czy tych informacji w ich imieniu nie składa biuro rachunkowe.

Ministerstwo Finansów wychodząc naprzeciw potrzebom informacyjnym związanym ze zmianami rozpoczyna dzisiaj, tj. 10 grudnia br. akcję informacyjną dla płatników.

Jej elementem będą:

  • kampania radiowa – prowadzona w stacjach ogólnopolskich i lokalnych w dwóch odsłonach: od 10 do 19 grudnia 2014 r. oraz od 7 do 21 stycznia 2015 r.,
  • spotkania dla przedsiębiorców/płatników – organizowane w całym kraju przez administrację podatkową (izby i urzędy skarbowe),
  • zakładka Dla płatników na portalu podatkowym – ze szczegółami wprowadzanych zmian, możliwością testowania Uniwersalnej Bramki Dokumentów do składania deklaracji elektronicznych oraz wsparciem technicznym,
  • infolinia dla płatników – uruchomiona w ramach Krajowej Informacji Podatkowej.

Zachęcamy do korzystania ze wskazanych powyżej źródeł informacji przybliżających zmiany w składaniu wybranych formularzy.

Więcej informacji na www.portalpodatkowy.mf.gov.pl w zakładce Dla Płatników.

Rok 2015 będzie czasem intensywnych inwestycji w budowę farm wiatrowych. Wiele firm chce zdążyć z ich budową przed końcem przyszłego roku

CEO Magazyn Polska

Polska energetyka wiatrowa rozwija się dynamicznie. Co roku wytwarzana przez nią moc zwiększa się o co najmniej 0,5 GW. Wielu inwestorów chce zdążyć z budową farm wiatrowych przed wejściem w życie nowej ustawy o odnawialnych źródłach energii.

Do roku 2020 zgodnie ze strategią energetyczną Unii Europejskiej co najmniej 20 proc. wytwarzanego w Polsce prądu powinno pochodzić z odnawialnych źródeł energii: elektrowni wodnych, biogazowni, farm fotowoltaicznych oraz właśnie z generatorów wiatrowych. To oznacza, że OZE powinny produkować wedle różnych szacunków 7-10 GW mocy. Obecnie istniejące produkują ok. 4 GW. Jedną z nowych farm o mocy 90 MW buduje Alstom. Dla tego międzynarodowego koncernu to pierwsza tego typu inwestycja w naszym kraju, ale nie ostatnia.

Startujemy w następnych przetargach organizowanych przez polskie grupy oraz inwestorów prywatnych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mirosław Kowalik, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Alstom Power w Polsce. Liczymy na to, że będą następne projekty, czyli polska energetyka wiatrowa będzie dalej tak dynamicznie się rozwijała, instalując od 500 do 800 MW rocznie nowych mocy.

Alstom deklaruje, że chce wzmocnić swą pozycję w Polsce, chce walczyć o nowe kontrakty.

Energetyka wiatrowa obecnie chyba jest jednym z kół napędowych, bo wiele firm chce zrealizować swoje inwestycje przed końcem 2015 roku – ocenia Mirosław Kowalik. Wierzymy, że w następnych projektach będziemy znowu odgrywać istotną rolę i nasza technologia, która w wielu przypadkach jest stworzona do działania w takich warunkach wiatrowych, jakie mamy w Polsce, spełni oczekiwania naszych klientów.

Obecnie jest wiele przetargów, które są w trakcie finalizacji. Inwestorzy chcą zdążyć z postawieniem farm przed wejściem w życie nowej ustawy o OZE. W dokumencie zapisano bowiem, że od 2016 roku obowiązywać będą mniej korzystne warunki handlu zieloną energią. Dziś uzyskane dzięki jej produkcji certyfikaty można sprzedawać zyskownie na giełdzie. Elektrownie, które powstaną po wejściu w życie ustawy, będą musiały startować w przetargach na dostawy, w których wygra ten, kto zaoferuje najtańszy prąd. Ustawa znajduje się obecnie w sejmie, który prace nad dokumentem zamierza zakończyć do końca grudnia.

– Dla Alstomu rynek polski był, jest i będzie bardzo istotny podkreśla dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Alstom Power w Polsce. Gdy się patrzy na zmiany, jakie niesie nam otoczenie, na pewne formuły dotyczące polityki energetycznej i spełnienia wymagań klimatycznych, na nasz miks energetyczny, to widać, że powstają nowe możliwości dla Polski.

Gdyby nie zmieniły się bowiem przepisy, Polska musi wytwarzać coraz więcej energii powstającej z minimalnymi szkodami dla środowiska. Dla firm z branży najbliższych kilka lat stwarza ogromne możliwości zarobku.

Alstom patrzy z nadzieją na ten obszar rynku –  zaznacza dyr. Mirosław Kowalik z Alstom Power w Polsce. – Jesteśmy zainteresowani uczestnictwem w przetargach na energetykę wiatrową oraz myślmy również o przyszłości energetyki jądrowej. I podchodzimy do tego nie tyle z zaciekawieniem, ile z wielką uwagą ze względu na naszą pozycję w energetyce jądrowej w części konwencjonalnej.

Konferencja „Dyscyplina finansów publicznych w dziesięć lat po uchwaleniu ustawy – stan obecny i kierunki pożądanych zmian” w grudniu 2014 r.

Ministerstwo Finansów informuje, że 17 grudnia 2014 r. w budynku Ministerstwa Finansów odbędzie się konferencja pt. „Dyscyplina finansów publicznych w dziesięć lat po uchwaleniu ustawy – stan obecny i kierunki pożądanych zmian”.

Konferencja będzie okazją do wymiany doświadczeń i ma przyczynić się do efektywniejszego funkcjonowania systemu odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Organizatorem konferencji jest Ministerstwo Finansów. Wezmą w niej udział wyłącznie zaproszeni goście, to jest osoby związane z procesem dochodzenia odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Wśród zaproszonych gości są w szczególności: Prezes Najwyższej Izby Kontroli, Prezes Urzędu Zamówień Publicznych, Prezesi Regionalnych Izb Obrachunkowych, członkowie Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych, zastępcy Głównego Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych, rzecznicy dyscypliny finansów publicznych oraz inne osoby o uznanym dorobku naukowym lub zawodowym związanym z przedmiotem konferencji.

Konferencja „Skuteczny komitet audytu: wzmacnianie kontroli, zarządzanie ryzykiem i poprawa sprawozdawczości finansowej” w styczniu 2015 r.

16 stycznia 2015 r. w budynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie odbędzie się konferencja pt. „Skuteczny komitet audytu: wzmacnianie kontroli, zarządzanie ryzykiem i poprawa sprawozdawczości finansowej”, organizowana przez Komisję Nadzoru Audytowego we współpracy z Bankiem Światowym.

Celem konferencji jest wsparcie członków komitetów audytu w realizacji ich funkcji w sposób bardziej skuteczny oraz poprawa komunikacji i współpracy między komitetami audytu a biegłymi rewidentami, organami regulacyjnymi i interesariuszami.

Program konferencji stanowi rozwinięcie wydarzenia zorganizowanego przez Komisję Nadzoru Audytowego i Bank Światowy w dniu 10 stycznia 2013 r. pod nazwą „Komitet Audytu: Kluczowe ogniwo w sprawozdawczości finansowej i procesie rewizji finansowej”. Ówczesny program oferował spojrzenie z różnych perspektyw oraz wgląd w role i zakres odpowiedzialności komitetu audytu. Niniejszy program będzie koncentrował się bardziej na praktycznych aspektach pracy komitetu audytu, oferując informacje oraz narzędzia wspierające je w lepszej realizacji zadań oraz skuteczniejszym przyczynianiu się do wzrostu spółek giełdowych.

Adresatami konferencji są przede wszystkim członkowie komitetów audytu, członkowie rad nadzorczych, dyrektorzy finansowi oraz inni przedstawiciele wyższej kadry kierowniczej, którzy współpracują z komitetami audytu, inwestorzy, biegli rewidenci, prawnicy oraz przedstawiciele innych zawodów pełniący funkcje doradcze dla komitetów audytu.

W uroczystości otwarcia konferencji weźmie udział Pani Dorota Podedworna-Tarnowska, podsekretarz stanu w MF, przewodnicząca Komisji Nadzoru Audytowego. Jako prelegenci wystąpią także dwaj inni członkowie Komisji Nadzoru Audytowego, Pani Ewa Jakubczyk-Cały i Pan Piotr Kamiński.

NIK o realizacji Projektu Ochrony Przeciwpowodziowej

Projekt Ochrony Przeciwpowodziowej dla Odry okazał się zbyt trudny do zakończenia w pierwotnym terminie. Z uwagi na problemy związane z kluczowymi inwestycjami: Modernizacją Wrocławskiego Węzła Wodnego i budową Zbiornika Racibórz (które miały zostać oddane do użytku już w 2008 r. i w 2011 r.), w ocenie NIK, zagrożony jest nawet kolejny termin zakończenia Projektu – grudzień 2017. W konsekwencji powstałych opóźnień wykonane dotychczas prace ani nie chronią przed skutkami wezbrań podobnych do tych z lipca 1997 r., ani nie eliminują ryzyka skutków powodzi o skali takiej jak w 2010 r.

Najwyższa Izba Kontroli już po raz szósty zbadała realizację Projektu Ochrony Przeciwpowodziowej w dorzeczu rzeki Odry. Wyniki dotychczasowych kontroli wykazały w latach 2007-2012 niski poziom wykonania zadań założonych w Projekcie. NIK wskazywała m.in. na konieczność przyśpieszenia realizacji Projektu. W ocenie Izby zakończenie Projektu w terminie do dnia 31 maja 2014 r. było zagrożone. W związku z narastającymi opóźnieniami wskazywano także na zagrożenie utraty dofinansowania ze środków Unii Europejskiej.Stan realizacji zadań Projektu na koniec 2013 r. nie był zadowalający. Pomimo upływu niemal całego  czasu pierwotnie przewidzianego na realizację Projektu oraz zawarcia dziewięciu kontraktów na wykonanie i prowadzenie robót, poniesione dotychczas wydatki utrzymywały się na niskim poziomie i stanowiły niespełna ¼  planowanych całkowitych kosztów. Na przestrzeni 2013 r. nie zdołano nadrobić dotychczasowych, trzyletnich, opóźnień, związanych z realizacją dwóch kluczowych zadań: budową Zbiornika Racibórz oraz Modernizacją Wrocławskiego Węzła Wodnego.

Powstałe opóźnienia spowodowały konieczność przesunięcia daty zakończenia Projektu z maja 2014 r. na grudzień 2017 r. Niemniej jednak, w ocenie NIK, istnieje zagrożenie niedotrzymania również tej daty, głównie z uwagi na problemy związane z budową Zbiornika Racibórz.

Dotychczasowa zwłoka w realizacji Projektu dla Odry skutkuje wzrostem koszów jego wykonania: z kwoty 505 mln euro do kwoty 749,6 mln euro. Brakujące 244 mln euro będą musiały zostać pokryte ze środków budżetu państwa.

W badanym przez NIK okresie powstały kolejne opóźnienia mające realny wpływ na niezakończenie budowy Zbiornika Racibórz i części zadań Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego w terminach przewidzianych kontraktami.

Istotne zastrzeżenia kontrolerów dotyczyły działań Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gliwicach w zakresie budowy Zbiornika Racibórz. Kontrakt na roboty budowlane Zbiornika zawarto w I półroczu 2013 r. Mimo tego zaawansowanie prac na koniec 2013 r. wyniosło zaledwie 4 % i stan ten nie uległ zasadniczym zmianom do końca kwietnia 2014 r. Podczas sześciu i pół roku realizacji Projektu wydatki na prace budowlane Zbiornika Racibórz zamknęły się w kwocie 140 mln, przy czym była to głównie  zaliczka wypłacona wykonawcy na rzecz jego mobilizacji. Zarząd Gospodarki Wodnej w Gliwicach dopuścił do realizacji części robót budowalnych bez wymaganych projektów wykonawczych oraz szczegółowych programów zapewnienia jakości, co, zdaniem NIK, może mieć negatywny wpływ na trwałość i bezpieczeństwo inwestycji. W 2013 r. powstały kolejne opóźnienia zagrażające nowemu terminowi zakończenia tego zadania określonego w umowie z wykonawcą na 9 stycznia 2017 r. W ocenie NIK ryzyko  kolejnego przesunięcia daty zakończenia budowy Zbiornik Racibórz nawet poza rok 2017 jest bardzo realne.

W ramach Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego do końca 2013 r. zawarto osiem z dziesięciu wymaganych kontraktów na realizację robót budowlanych. Dotychczasowe, łączne wydatki wyniosły zaledwie 22% przewidywanych całkowitych kosztów. Opóźnienia w postępach robót budowlanych wystąpiły przy realizacji siedmiu z ośmiu zawartych kontraktów, przy czym największe z nich dotyczyły dwóch zadań realizowanych przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej we Wrocławiu, dotyczących modernizacji murów oporowych, kanałów i budowli hydrotechnicznych. Opóźnienia te były na tyle istotne, iż uniemożliwiają realizację tych zadań w uzgodnionych terminach. Z danych pozyskanych już po zakończeniu kontroli wynika, iż według stanu na koniec września 2014 r. przesunięte zostały terminy zakończenia wszystkich czterech kontraktów realizowanych przez Zarząd we Wrocławiu. Czas realizacji wydłużono od dwóch do siedmiu miesięcy.  Ponadto do końca 2013 r. na przebudowę kanału przeciwpowodziowego w dolinie Widawy (realizowanego w ramach Modernizacji) nie zawarto żadnego z dwóch kontraktów, ani nie uzyskano nawet stosownych pozwoleń na realizację, a tym samym nie rozpoczęto żadnych prac.W stosunku do pierwotnie planowanych terminów rozpoczęcia robót na rzece Widawie opóźnienia wyniosły już ponad 36 miesięcy.

Główną przyczyną dotychczasowych opóźnień były przedłużające się procedury administracyjne, opóźnienia w projektowaniu i przygotowywaniu dokumentacji, złe zarządzanie kontraktem ze strony wykonawców, długi okres mobilizacji, niskie zaangażowanie niektórych wykonawców robót w realizację inwestycji, a także nieprawidłowa organizacja robót oraz nieterminowe przedkładanie przez konsultantów wsparcia technicznego stosownych dokumentów.

NIK ostrzega, że dalsze nawarstwianie opóźnień powoduje ryzyko niezakończenia Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego do połowy grudnia 2015 r., co stwarza zagrożenie konieczności zwrotu do budżetu Unii Europejskiej środków w wysokości nawet 689,9 mln zł.

Opóźnienia w realizacji Projektu skutkują również wzrostem kosztów obsługi zaciągniętej pożyczki z Banku Światowego i kredytu z Banku Rozwoju Rady Europy oraz opłaty za gotowość środków.  Na koniec 2013 r. koszty obsługi wyniosły ponad 20 mln zł, przy czym sama opłata za gotowość do wypłaty środków z BŚ kosztowała blisko 2 mln euro.

NIK pozytywnie oceniła sposób wydatkowania w 2013 r. ponad 334 tys. zł przeznaczonych na realizację zadań Projektu. Wydatki poniesione zostały zgodnie z celami i zasadami realizacji, wynikającymi z wymagań przewidzianych procedurami Banku Światowego.

W terminie przewidzianym w kontrakcie zakończono „Modernizację obwałowania Blizanowice – Trestno” – zaledwie jedno z sześciu zadań realizowanego przez Dolnośląski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych.

KBJ notuje bardzo dobre wyniki finansowe i zapowiada inwestycje w rozwój usług, m.in. w chmurze obliczeniowej

0

CEO Magazyn Polska

Po ubiegłorocznym podwojeniu zysku notowana na parkiecie NewConnect spółka technologiczna KBJ zapowiada rekordowe wyniki finansowe za IV kwartał. Jak tłumaczy Artur Jedynak, prezes spółki, będą one wynikiem bogatego programu inwestycji, w tym poszerzenia działalności o własne usługi oferowane w modelu SaaS chmury obliczeniowej. Ujemne przepływy gotówkowe wynikają głównie z modelu finansowania prac, który oparty jest o kapitał własny przedsiębiorstwa.

W ostatnim kwartale obserwujemy duży wzrost wyników finansowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Artur Jedynak, prezes zarządu KBJ. – Jest on wynikiem dosyć intensywnego zwiększenia przychodów ze sprzedaży. To z kolei efekt ciągłego rozwoju firmy, pracy nad nowymi umowami, inwestycjami i pozyskiwanie nowych klientów. W br. dodatkowo mieliśmy bardzo dużo inwestycji w marketing, promocję i własne produkty. Staramy się utrzymać równowagę pomiędzy tym, co inwestujemy w firmę, a jakie pokazujemy wyniki. W ubiegłym roku mieliśmy świetne rezultaty rok do roku, zanotowaliśmy wzrost o 100 proc. W tym roku wyniki także będą w porządku.

W 2013 roku KBJ miał 10,33 mln zł przychodów, o 60 proc. więcej niż rok wcześniej i niemal 816 tys. zł zysku netto wobec 425 tys. rok wcześniej. W III kwartale 2014 roku przychody wyniosły 2,7 mln zł, a zysk netto 587 tys. zł (wzrost o ponad 160 proc. rok do roku).

Obecnie, jak informuje prezes spółki KBJ, ponad jedna trzecia przychodów (ok. 35 proc.), pochodzi z eksportu, czyli prac na rzecz klientów zagranicznych z przemysłu, usług, mediów, bankowości i sektora publicznego.

Praktycznie każda branża jest reprezentowana w naszym katalogu klientów – zauważa Artur Jedynak. – W ubiegłym roku pracowaliśmy dla klientów ze Szwecji, Szwajcarii, Włoch, ogólnie Europy Zachodniej. Dodatkowo pozyskaliśmy również bardzo ciekawego klienta z Rosji. Dla tych odbiorców pracujemy w obrębie systemu SAP [zintegrowany system informatyczny, który daje dostęp do danych we wszystkich obszarach działalności przedsiębiorstwa – red.] i nasze przychody dotyczą świadczenia usług. Wykonujemy tam głównie projekty wdrożeniowe, rozwijamy systemy i utrzymujemy. Nie planujemy za granicą sprzedaży naszych produktów czy szczególnych rozwiązań. Prowadzimy po prostą podstawową działalność operacyjną. Jedynie w przypadku klienta rosyjskiego realizujemy projekt wdrożeniowy.

W ciągu najbliższych kilku tygodni przedsiębiorstwo uruchomi, jak zapowiada Jedynak, własne rozwiązania w modelu SaaS (z ang. Software as a Service – oprogramowanie jako usługa) chmury obliczeniowej.

Pracujemy nad tymi rozwiązaniami od około dziewięciu miesięcy, obecnie jesteśmy na etapie zaawansowanych testów i od razu po ich zakończeniu będziemy uruchamiać je dla kilku tysięcy pracowników – precyzuje Jedynak. – Nie czekamy z tym rozwiązaniem. Mamy już pierwszą, dużą umowę. Będzie to dla nas klient referencyjny, ogromne pole do zdobywania doświadczeń i zaufania do systemu zarówno po stronie klienta, jak i naszej. Odbiorca nie będzie miał wyłączności na to rozwiązanie. Będziemy oferowali je także innym.

Ne wymierne efekty z tej inwestycji będzie jednak trzeba poczekać.

Zanim oprogramowanie w modelu chmury zacznie się zwracać, będą mijały kolejne kwartały – prognozuje prezes KBJ. – Dla klienta to małe, miesięczne płatności. Po drugiej stronie są to dokładnie te same pieniądze, więc nie otrzymujemy ogromnej puli środków za jednorazowe wdrożenie, tylko w niewielkich fragmentach. Zwrot zatem będzie następował stopniowo. Ale widzimy w tym ogromny potencjał i dalej będziemy inwestować w tego rodzaju rozwiązania. Mamy na uwadze organiczny rozwój firmy i wzrost skali działalności.

W przyszłym roku spółka spodziewa się także dobrych wyników finansowych.

Niedawno informowaliśmy o zawarciu dosyć dużego kontraktu dla klienta z sektora publicznego, kolejne są na bardzo zaawansowanym etapie sprzedaży – podsumowuje Artur Jedynak.

Wspomniany kontrakt to zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości dla konsorcjum Infovide-Matrix i KBJ na łączną kwotę brutto ponad 14 mln zł. Dotyczy on wsparcia Zintegrowanego Systemu Rachunkowości i Kadr w sądach.

Po pierwszych trzech kwartałach narastająco spółka miała 389 tys. zł zysku przy przychodach na poziomie nieco ponad 6 mln zł, z czego 2,6 mln zł uzyskała w trzecim kwartale.

Zgodnie z prognozą w całym 2014 roku przychody przedsiębiorstwa mają wynieść 9,4 mln zł, a zysk netto – 800 tys. zł. Aby to osiągnąć, w ostatnim kwartale roku sprzedaż powinna sięgnąć 3,3 mln zł, a wynik netto – ponad 400 tys. zł.

Koniec roku bez rewolucji na rynku walutowym. Złoty może się wzmocnić, ale lekko

CEO Magazyn Polska

Na rynku walutowym rewolucji w tym roku już nie będzie. Analitycy oczekują wprawdzie niewielkich zmian, ale dostrzec je będą mogli raczej ekonomiści niż konsumenci. Frank i euro mogą potanieć o 2-3 grosze.

Koniec roku jest ważnym momentem na rynkach finansowych, zwłaszcza na rynku walutowym. W tym czasie są bowiem zamykane pozycje, które były otwierane na cały kończący się rok. W praktyce obecnie przynieść to może umocnienie polskiej waluty.

– Złoty jest od presją na to, żeby być lekko kupowanym mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy z DMK. – Nasza giełda też zaczyna odżywać na fali tego, co się dzieje na całym świecie, dlatego perspektywy na najbliższe dwa tygodnie są raczej lekko pozytywne i spodziewałbym się tutaj nieco umocnienia krajowej waluty, która mogłaby przyspieszyć, gdyby na giełdach dynamika wzrostu była większa, niż teraz zakładamy. Można zatem powiedzieć, że perspektywy do końca roku są raczej optymistyczne.

Na międzynarodowych rynkach walutowych widać tendencję do wzmacniania dolara i osłabiania euro. Amerykańska gospodarka ma coraz lepsze perspektywy, a Zarząd Rezerwy Federalnej sugeruje odchodzenie od polityki łatwego pieniądza. W strefie euro – przeciwnie. Europejski Bank Centralny zaczyna pobudzać wciąż słabą gospodarkę i analitycy oczekują rychłych obniżek stóp procentowych.

Największa presja na umocnienie złotego wystąpi prawdopodobnie na euro-złotym, ze względu na kurs euro do dolara zapowiada Andrzej Stefaniak. W perspektywie dwóch, trzech tygodni możemy obserwować zejście złotego o kilka groszy. Myślę, że poziom 4,12-4,13 to jest teraz taki punkt odniesienia i on może być testowany na koniec tego roku.

Referendum w sprawie rezerw złota w Szwajcarii wzbudzało może pewien niepokój wśród zadłużonych w frankach, ale jego wynik nie był specjalnym zaskoczeniem dla rynków walutowych. Zgodnie z oczekiwaniami Szwajcarzy odrzucili pomysł, by ich bank centralny zwiększył zakupy złota i odtworzył jego zapasy.

Dlatego prawdopodobnie frank będzie się zachowywał tak jak euro, czyli jeżeli euro będzie lekko traciło na wartości, to frank także będzie tracił na wartości w stosunku do innych walut prognozuje dealer walutowy z DMK. Prawdopodobnie w stosunku do złotego będą się znosić dwie siły, czyli słaby frank i lekko mocniejszy złoty i można się spodziewać spadku pary frank do złotego w okolicach 3,45 lub troszeczkę niżej na koniec roku.

Do końca roku na walutowym rynku powinien więc panować względny spokój. Grudniowe posiedzenia polskiej Rady Polityki Pieniężnej oraz Europejskiego Banku Centralnego nie przyniosły większych zmian, a na planowanym 17 grudnia posiedzeniu amerykański Fed, jak się oczekuje, zasygnalizuje co najwyżej to, czego wszyscy spodziewają się od dawna, że rozważa podwyżkę stóp procentowych w USA.

Najważniejsze wydarzenia w tym miesiącu już miały miejsce podkreśla Andrzej Stefaniak z DMK. Dlatego już żadne wydarzenie i żadne dane makroekonomiczne raczej nie będą miały wpływu na rynek, będzie się on pozycjonował na koniec roku, a większego ruchu możemy się prawdopodobnie spodziewać na początku kolejnego roku i miesiąca.

W przyszłym roku GPW chce wprowadzić kontrakty terminowe na energię

CEO Magazyn Polska

Na warszawskiej giełdzie już w przyszłym roku mogą się pojawić kontrakty terminowe na gaz i energię elektryczną. Operatorom i spółkom energetycznym nowe instrumenty umożliwią zawieranie transakcji zabezpieczających.

– Grupa Kapitałowa Giełdy Papierów Wartościowych pracuje w tej chwili nad wprowadzeniem pochodnych instrumentów finansowych opartych na cenach gazu i energii elektrycznej zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Tamborski, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Mam nadzieję, że ten segment rynku będziemy w stanie uruchomić w przyszłym roku. W tym momencie liczymy na to, że pojawią się na rynku nowi inwestorzy finansowi zainteresowani nabywaniem tego typu instrumentów.

Prezes warszawskiej giełdy spodziewa się, że w transakcjach na nowych kontraktach poza spółkami z branży energetycznej będą uczestniczyć zarówno inwestorzy finansowi, jak i indywidualni. Ma to być rynek profesjonalny, ale dostępny dla wszystkich zainteresowanych.

Potencjał wynika ze skali naszego rynku podkreśla Paweł Tamborski. – Myślę, że to jest taki punkt startowy i dobry prognostyk dla – mam nadzieję – skokowego przyrostu płynności na tym rynku. Wydaje mi się, że nasz potencjał daje nam gwarancję tego, że ten rynek spotka się z zainteresowaniem inwestorów i uczestników.

Spółki energetyczne odgrywają dużą rolę na GPW. Kapitalizacja notowanych gigantów to: 50 mld zł czeskiego CEZ-u, 38 mld zł PGE, 10 mld zł Energi, 9,5 mld zł Tauronu, a 8 mld zł Enei. To niemal 1/8 całego warszawskiego parkietu.

– To oznacza, że sektor energetyczny jest bardzo ważny dla giełdy – mówi jej prezes. – W skład WIG-energia wchodzi 9 spółek, z czego cztery duże notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie są istotnym elementem naszego rynku. Rynek kapitałowy jest bardzo ważny dla sektora energetycznego jako element możliwości finansowania planów rozwojowych i modernizacji zarówno po stronie equity, jak długu. Myślę, że tutaj to przenikanie się jest bardzo wyraźne.

Dzięki giełdzie spółki energetyczne pozyskują inwestorów, finansowanie rozwoju często w drodze plasowania obligacji.

– Rynek publiczny wymaga pewnych zachowań, wprowadzenia zasad ładu korporacyjnego, transparentności i przejrzystości – ocenia prezes Paweł Tamborski. – Myślę, że w długim terminie to się przekłada również na niższy koszt finansowania i na poprawę wyników finansowych tych spółek.

W Limie dobiega końca szczyt klimatyczny. Prof. Jerzy Buzek: UE jako samotny biegacz nie rozwiąże globalnych problemów klimatu

Globalne cele ograniczania emisji dwutlenku węgla powinny być bardziej ambitne, na wzór europejskich, ale powinny uwzględniać różnice miedzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się – uważa były przewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Jerzy Buzek. Dobiegający końca szczyt w Limie ma na celu przygotowanie zarysu globalnego porozumienia, które zastąpi protokół z Kioto.

Podczas październikowego unijnego szczytu klimatycznego Polska i inne kraje, które dopiero gonią Zachód, uzyskały sporo przywilejów: wydłużenie bezpłatnych pozwoleń na emisję czy dofinansowanie przebudowy energetyki.

Pamiętajmy, że pakiet klimatyczny może osiągnąć sukces tylko wtedy, kiedy będzie zróżnicowane stanowisko wobec każdego kraju europejskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Jerzy Buzek, były polski premier i były przewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Łatwiej jest te wysokie cele realizować Francji, Szwecji czy Danii, a znacznie trudniej Polsce. W Europie to się już widzi i to się docenia. I o to dzisiaj chodzi na świecie.

W Limie od początku grudnia obraduje globalny szczyt klimatyczny, który ma zdecydować, jak państwa świata zamierzają walczyć z nadmierną emisją gazów cieplarnianych do atmosfery. Konferencja COP20 w Peru ma za zadanie przygotować ogólny zarys globalnego porozumienia, które zostanie podpisane za rok w Paryżu. Umowa ta zastąpi funkcjonujący od 1997 roku Protokół z Kioto.

Musimy w skali świata inaczej potraktować tych, którzy się rozwijają, na przykład Chiny czy Indie, a inaczej tych, którzy są już rozwinięci, jak Stany Zjednoczone, Australia czy Kanada – podkreśla prof. Buzek. – Jeżeli takie zasady zastosujemy w skali globalnej, to jestem przekonany, że uda nam się w Limie dokonać następnego kroku do przodu, a za rok w Paryżu podpisać globalne porozumienie, które uwzględni różnicę pomiędzy krajami, ale da szansę na obronę klimatu.

Podczas kończącego się 12 grudnia szczytu w Limie może powstać rodzaj mapy drogowej – plan, zgodnie z którym państwa świata powinny zadeklarować, kto i w jakim zakresie ograniczy emisję gazów cieplarnianych.

Jeżeli będziemy dyskutowali o tym, w jaki sposób pomóc krajom słabszym gospodarczo, żeby one także spełniły ambitny program, to wtedy nam się to uda – ocenia były premier. – Z taką mapą drogową, punkt po punkcie, będziemy mogli przez 11-12 miesięcy rozwiązać wszystkie sprawy i podpisać w Paryżu globalne porozumienie. Gdyby się to nie udało, to niewątpliwie Unia Europejska musi wrócić do swoich propozycji i być może zejść z tego wysokiego pułapu ambicji klimatycznych.

W październiku Unia Europejska narzuciła sobie bardzo wyśrubowany program ekologiczny. Założono w nim, że do roku 2030 emisja CO2 w państwach wspólnoty będzie o 40 proc. niższa niż w roku 1990. Teraz chodzi o to, by reszta świata również – w miarę możliwości – podjęła równie ambitne zobowiązania.

Na pewno nie powinniśmy być jedynym obszarem, który tak mocno chroni klimat i obniża emisję, bo wtedy nie będziemy liderem, tylko samotnym biegaczem – uważa prof. Jerzy Buzek. – Lider to jest ktoś, za kim podążają inni, a jeżeli my mamy bardzo ambitny program, a inni są daleko w tyle, to już nie jesteśmy liderami, tylko samotnymi biegaczami. Jako samotny biegacz nie rozwiążemy problemów klimatycznych na Ziemi.

Szansa na kilka tysięcy miejsc pracy w przemyśle lotniczym. Dolina Lotnicza kusi inwestorów

CEO Magazyn Polska

Polska ma szansę na stworzenie tysięcy miejsc pracy w przemyśle lotniczym. Wszystko dzięki dużym przetargom, które mogą przyciągnąć nowych inwestorów. Duże możliwości daje zainteresowanie się Polską europejskiego koncernu Airbus. Dzięki nowym inwestycjom nasz kraj może wskoczyć do pierwszej dziesiątki światowych potęg lotniczych.

Są to śmigłowce, ale również trzeba pamiętać o całym systemie antyrakietowym i obronie powietrznej. Wiąże się to z olbrzymimi pieniądzmi, które Polska wyda na rzecz firm zachodnich. W związku z tym firmy zachodnie muszą zrobić większy krok, niż taki, że ktoś chce stworzyć 200 miejsc pracy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Darecki, prezes Stowarzyszenia Grupy Przedsiębiorców Przemysłu Lotniczego „Dolina Lotnicza”. ‒ Mamy za duży tort do podziału i zbyt atrakcyjny, żeby sprzedać się za 200 miejsc pracy. To muszą być tysiące miejsc pracy.

Darecki podkreśla, że cały czas na Podkarpacie, gdzie swoje siedzibę ma Dolina Lotnicza, napływają nowi inwestorzy z zagranicy. To w większości małe i średnie firmy, ale nie brakuje także dużych inwestycji korporacyjnych. W klastrze zrzeszone są polskie przedsiębiorstwa i oddziały należące m.in. do United Technology Corporation, MTU Aero Engines, Goodricha oraz Safrana. W Polscy powstają części wykorzystywane w wielu popularnych samolotach pasażerskich na świecie, m.in. Airbusach A320 (m.in. części silników oraz dodatkowych jednostek mocy APU) oraz Boeingach 747 (części silników).

Dużą szansą na dalszy rozwój sektora są przetargi prowadzone w związku z modernizacją polskich sił zbrojnych. Darecki ocenia, że m.in. dzięki nim w Polsce zakłady może uruchomić Airbus. Europejski koncern jest już właścicielem zakładów PZL Warszawa-Okęcie.

Airbus na pewno przyjdzie. Jeżeli polski rząd rozegra to dobrze, to powinno powstać 2-3 tys. miejsc pracy – wyjaśnia Darecki.

Według niego Polska raczej nie stanie się taką potęgą lotniczą, jak Stany Zjednoczone, Francja czy Wielka Brytania, jednak ma szansę na znaczny rozwój w tym przemyśle. Darecki ocenia, że za kilka lat możemy zrównać się chociażby z Hiszpanią, która należy do współudziałowców Airbus Group. Powinno to pozwolić na znalezienie się w czołowej światowej dziesiątce w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat.

Nie ma dnia, żeby nie było nowych inwestorów, którzy przyjeżdżają na Podkarpacie, dlatego będą nowe firmy, będą powstawać nowe fabryki i to duże, korporacyjne. Co ciekawe, małe i średnie firmy lotnicze z Europy Zachodniej chcą przenieść swoje siedziby i swoje miejsca pracy do Polski, dlatego że w Polsce po pierwsze jest wyższy etos pracy, po drugie ustawodawstwo paradoksalnie okazuje się być bardziej korzystne dla przedsiębiorców. We Francji, Włoszech czy w innych krajach jest tak sztywne ustawodawstwo w zakresie prawa pracy, że przedsiębiorcy po prostu nie chcą tam więcej inwestować ‒  podkreśla prezes Doliny Lotniczej.

Darecki ocenia, że Polska musi też coraz bardziej stawiać nie tylko na produkcję, lecz także na tworzenie własnych konstrukcji i prace badawczo-rozwojowe.

Musimy nie tylko produkować, lecz także konstruować, musimy być bardziej twórczy – podkreśla Darecki. ‒ Ostatnie 12 lat spędziliśmy bardzo pracowicie, rozwijając przemysł. Ale to nie jest przemysł rozwijany tylko po to, by zwiększyć liczbę zatrudnionych, lecz także po to, by prowadzić bardziej skomplikowane procesy, w tej chwili najważniejsze są prace badawcze i rozwojowe.

Szybki kredyt na Święta? Jak uniknąć spirali zadłużenia

Święta zbliżają się wielkimi krokami, a wraz z nimi zakupowy szał. Wigilia, prezenty, to spore wyzwanie dla portfeli części polskich rodzin. Wiele osób zaciągnie świąteczne pożyczki. Dlatego radzimy jak sfinansować święta i nie wpaść w kłopoty z długami.

Boże Narodzenie to zawsze okres większych wydatków. Według firmy doradczej Deloitte na tegoroczne Święta Polacy zamierzają wydać o 13 proc. więcej niż w 2013 roku. Na wigilijną kolację, prezenty czy podróż do rodziny statystyczna rodzina przeznaczy 1160 złotych.

Do tego w grudniu sklepy kuszą świątecznymi promocjami. Wiele osób decyduje się na wzięcie pożyczki lub zaciągnięcie kredytu konsumpcyjnego. Taka szybka świąteczna decyzja kredytowa wielu osobom przypomina o minionej wigilii jeszcze przez wiele miesięcy.

Jak zatem wziąć pożyczkę w święta nie wpadając przy okazji w spiralę zadłużenia? Eksperci firmy windykacyjnej Kredyt Inkaso podpowiadają:

Kupując na raty zawsze zapłacisz więcej

Wzięcie kredytu zawsze kosztuje. Nie inaczej jest z zakupami na raty. I choć cena produktu w Święta może faktycznie być okazyjna, to cena kredytu już najczęściej taka nie będzie. Kupując na raty zapłacimy znacznie więcej niż wskazuje promocyjna cena na wystawie. Bo kredyt zawsze jest obciążony kosztami.

Dlatego przed podjęciem decyzji o zakupie na raty sprawdźmy zawsze dokładnie warunki na jakich przyjdzie nam spłacać w przyszłości pożyczkę. Nagle może okazać się, że nowy telewizor plazmowy dla rodziny, który miał kosztować np. 3 tys. złotych kupiony na kredyt będzie tak naprawdę kosztował 4 tys., a kolejka dla dziecka okaże się w rzeczywistości droższa o 500 złotych. Świąteczna promocja na kredyt przestaje z reguły być okazją, bo trzeba pokryć koszty kredytu.

Ile kosztuje kredyt

Jeśli nie chcemy przepłacić za świąteczne promocje, zawsze przed podpisaniem umowy sprawdźmy dokładnie wszystkie koszty kredytu. To właśnie na nich zarabiają banki i inne instytucje finansowe.

Zwracajmy szczególną uwagę na oferty rat nieoprocentowanych. Mogą okazać się tylko pozorną okazją. Często takie kredyty są obciążone np. obowiązkowym ubezpieczeniem. Zdarza się, że koszty takiego ubezpieczenia wynoszą nawet 40 proc. wartości kredytu. Jeśli nie wiemy dokładnie na co zwrócić uwagę sprawdzając cenę kredytu, poprośmy sprzedawcę, żeby wszystko dokładnie wyjaśnił. Mamy prawo do jasnej odpowiedzi. Spytajmy, ile dokładnie trzeba będzie oddać kredytodawcy. Zapytajmy czy jeśli raty są nieoprocentowane, to faktycznie biorąc 1 tys. złotych kredytu za rok zapłacisz tę samą kwotę? Warto przy okazji spytać o tzw. RRSO, czyli całkowity, rzeczywisty, roczny koszt kredytu. Wtedy będziemy mieli jasność, ile wydajemy np. na prezenty, które kupimy za pożyczkę.

Sprawdź różne oferty

Na rynku nie brakuje kredytodawców. Wybór jest naprawdę duży. Spokojnie możesz porównać proponowane dostępne oferty i wybrać tę najbardziej korzystną. Nie decyduj się na pierwszą, na którą trafisz. Poszukaj takiej, która najbardziej pasuje do twoich potrzeb i możliwości finansowych. Szukaj zaufanych instytucji, omijaj te o nieznanej marce i podejrzanej reputacji. Warto zwrócić też uwagę, czy pożyczka jest bardzo łatwo dostępna. Ta, choć kusząca, z reguły jest niestety także droga. A to dlatego, że pożyczkodawca wysokimi kosztami kompensuje sobie wysokie ryzyko niespłacania kredytu przez innych pożyczkobiorców.

Ile pożyczyć, by nie wpaść w tarapaty przy spłacaniu?

– Jak bardzo by nie kusiło świętowanie na raty, pamiętajmy by upewnić się, że będziemy w stanie spłacić świąteczne długi – ostrzegają specjaliści z Kredyt Inkaso. Sprawdź domowy budżet. Podsumuj zarobki i obecne obciążenia kredytowe. Na koniec uwzględnij raty planowanej pożyczki świątecznej. Jeśli w tym rachunku przychodów i wydatków łączne raty pożyczek przekraczają 50 proc. dochodów, lepiej na razie zrezygnować z kolejnego kredytu. Przekroczenie tego progu może prowadzić do pętli zadłużenia i ostatecznie bankructwa. Taka sytuacja dotyczy blisko 20 proc. osób, które mają na swoich kontach pożyczone pieniądze. Oczywiście im niższe dochody tym ostrożniejszym trzeba być rozważając zaciąganie pożyczek.

Gdy zaciągniesz pożyczkę i nie radzisz sobie ze spłatą

Zdarza się, że zaciągniemy pożyczkę i z różnych względów nie dajemy sobie rady z jej spłatą. – W takiej sytuacji najgorszym wyjściem jest unikanie kontaktu z wierzycielem i udawanie, że jakoś to będzie – podkreślają eksperci z firmy windykacyjnej Kredyt Inkaso. Dlatego powiadom wierzyciela o zaistniałym problemie. Firmie windykacyjnej zależy na odzyskaniu wierzytelności, więc będzie starała się pomóc w ułożeniu twojego planu wyjścia z długu. Pamiętaj, że możecie porozumieć się w sprawie wstrzymania odsetek, obniżenia raty albo nawet negocjować umorzenie części długu.

Czy na pewno musisz pożyczać na święta?

Polacy lubią świętować na bogato. Wiele osób nie waha się spłacać świątecznych wydatków przez długie miesiące. A może lepiej skromniej, ale na plusie? Święta to okres, w którym handlowcy kuszą zewsząd reklamami i promocjami. Często konsumenci dają się niestety skusić agresywnemu marketingowi, i to mimo braku wystarczających środków. Windykatorzy Kredyt Inkaso w trakcie swojej pracy zauważyli zależność – pożyczając przesadzamy z wydatkami, które spokojnie mogą poczekać. Telewizor, nowe AGD, to nie są produkty pierwszej potrzeby.

Może warto więc dwa razy zastanowić się przed zaciągnięciem pożyczki, czy naprawdę jest nam ona teraz potrzebna? Może dojdziemy do wniosku, że lepiej świętować skromniej, a w Nowy Rok wejść bez długów?