W Polsce jest miejsce na nowe hotele. Mimo że średnia frekwencja w obiektach to ok. 40 proc.

Polska jest na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej pod względem liczby łóżek w hotelach w stosunku do liczby mieszkańców. To stwarza potencjał do rozbudowy bazy noclegowej. Z drugiej strony średnie zapełnienie to mniej niż 50 proc., co oznacza, że nie w pełni wykorzystujemy potencjał już istniejących obiektów. Nowe hotele mogą powstawać w dużych miastach i najciekawszych turystycznie miejscach.

–  Jeśli ustawiamy Polskę w szeregu krajów UE pod względem wskaźnika liczby łóżek na 10 tys. mieszkańców, to znajdziemy się na ostatnim miejscu z liczbą około 40-50 łóżek. Na pozór mamy więc jeszcze dużo miejsca do budowy nowych hoteli – mówi agencji Newseria Biznes Ireneusz Węgłowski, prezes Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego.

To jednak dotyczy tylko wybranych segmentów oraz wybranych lokalizacji. Zdaniem Węgłowskiego większa baza hotelowa jest potrzebna w największych miastach, np. w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu, oraz w miejscowościach atrakcyjnych turystycznie. W tych lokalizacjach już dziś występuje większa niż średnia krajowa frekwencja w hotelach. Mają one również duży potencjał, by generować większy ruch turystyczny. Jak podkreśla prezes IGHP, w skali kraju zapełnienie hoteli nie jest najwyższe. Średnia frekwencja notowana w Polsce w skali całej branży wynosi około 40-43 proc., czyli wykorzystywane jest mniej niż pół istniejącego potencjału.

– W hotelach sieciowych wskaźnik ten jest nieco wyższy, tak samo w miastach, ale w skali całego kraju to około 40 proc.– dodaje Węgłowski.

Jak informował niedawno Orbis, w okresie od stycznia do września br. hotele tej sieci zanotowały średnią frekwencję na poziomie 61,5 proc. Był to wynik o 1,7 pkt proc. lepszy niż w tym samym okresie w 2013 roku.

Zdaniem prezesa IGHP w wielu miejscowościach frekwencja spada w weekendy. Dotyczy to np. obiektów, które specjalizują się w obsłudze ruchu biznesowego. Liczba rezerwacji w hotelach rośnie latem, kiedy najwięcej Polaków udaje się na wakacje.

– Hotele miejskie, które obsługują ruch biznesowy, również mają niższą frekwencję. Z drugiej strony wszystkie okresy zarówno świąteczne, jak i weekendowe w sposób naturalny ją obniżają – mówi Ireneusz Węgłowski.

Z danych GUS wynika, że w połowie 2013 roku w Polsce działało 2 107 hoteli – o 4,6 proc. więcej niż w 2012 roku (2 014). W tym czasie najwięcej przybyło hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych. Natomiast z tegorocznego raportu „Rynek Hotelarski w Polsce” (wydanie specjalne miesięcznika „Świat Hoteli”) wynika, że na koniec I połowy br. funkcjonowało w kraju 2 458 skategoryzowanych hoteli, w których do dyspozycji gości było ponad 117 tysięcy pokoi oraz ponad 233,5 tys. miejsc noclegowych.

Największy udział w bazie hotelowej (liczony liczbą miejsc noclegowych) mają hotele trzygwiazdkowe (42,7 proc.), a najmniejszy – te w najwyższym standardzie (5,7 proc.). Węgłowski podkreśla, że w dużych miastach przeważają hotele trzygwiazdkowe i wyższe, które też notują najwyższe frekwencje.

Dolny segment, czyli hotele klasy ekonomicznej – w przypadku Orbisu to hotele Ibis, w innych sieciach np. Campanile, również notują wysokie frekwencje. To najczęściej łączy się z konkretnym powodem przyjazdu, takim jak imprezy sportowe czy duże wydarzenia kulturalne. Tam, gdzie jest aktywność miasta w organizowaniu tego typu imprez, frekwencje będą wyższe – podsumowuje Węgłowski. – Poza dużymi ośrodkami, czy to gospodarczymi, czy akademickimi, znajdują się zwykle hotele o charakterze pobytowym lub SPA – tu kategorie są bardziej zróżnicowane, ale to też jest górny segment.

W tym samym raporcie wskazano, że w ubiegłym roku największe zaangażowanie inwestorów odnotowano w segmencie hoteli czterogwiazdkowych (ok. 60 proc. inwestorów).

Wydatki na marketing w sieci rosną najszybciej. Reklamodawcy coraz bardziej wymagający

Rynek reklamy internetowej rośnie w Polsce bardzo szybko. Biorąc pod uwagę również wzrost segmentu mobilnego może to być nawet 50 proc. rocznie. Budżety, jakie firmy inwestują w reklamę online, rosną kosztem mediów tradycyjnych, głównie prasy. Marketerzy jednak coraz częściej oczekują mierzalnych efektów kampanii w sieci.

Dom mediowy ZenithOptimedia Group ocenia, że łączna wartość wydatków reklamowych netto na koniec roku przekroczy 6,5 mld zł. Oznacza to ich wzrost o 1,8 proc.

Rynek reklamy internetowej rośnie dziś około 20 proc. rok do roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu SARE, firmy organizującej kampanie marketingowe w sieci. – Nasza branża rośnie bardziej dynamicznie, ponieważ wchodzimy też w usługi na urządzenia mobilne. Tutaj rośniemy około 70 proc. rok do roku, a cała branża o ok. 50 proc.

ZenithOptimedia Group ocenia ostrożniej – wydatki na reklamę w internecie mogą w tym roku wzrosnąć o 12,2 proc. Najszybciej rozwijają się treści wideo. Eksperci doceniają również potencjał kanału mobilnego – dziś 12 proc. ruchu na polskich stronach internetowych generowane jest przez urządzenia mobilne, co znajduje odzwierciedlenie w wydatkach reklamodawców.

Dynamiczne wzrosty w tym segmencie negatywnie odczuwają inne media. Z raportu wynika, że spadną wydatki na reklamę w prasie: o 14,9 proc. w magazynach, zaś o 16,1 proc w gazetach codziennych. Na reklamę telewizyjną firmy wydadzą tylko o 2,1 proc. więcej niż w zeszłym roku.

Coraz większa część budżetów na reklamę przeznaczana jest na kampanie internetowe, kosztem reklamy w telewizji czy prasie – potwierdza Tomasz Pruszczyński. – Jednocześnie naszymi klientami są zarówno działy marketingu, jak i działy sprzedaży – związane jest to z użytecznością naszych narzędzi do bezpośredniego wsparcia sprzedaży.

Jak podkreśla, rosnące nakłady na kampanie w sieci powodują, że marketerzy coraz większą wagę przywiązują do ich wymiernych efektów, do tzw. twardych danych.

Na dzisiejszym rynku coraz większe znaczenie ma wymierność prowadzonych działań. Marketerzy liczą na to, że pieniądze wydane na marketing, szybko przełożą się na realne zyski. Oczekują, że będziemy im dostarczali narzędzi, które te dane pokażą. W porównaniu z latami poprzednimi dzisiaj marketerzy coraz bardziej skłaniają się ku wymiernym liczbom, a nie ku ładnym obrazkom – mówi prezes SARE.

Firmy z branży jednoznacznie wskazują, że dziś kluczowe dla skuteczności reklamy online jest trafienie do odpowiedniej grupy odbiorców. Reklamodawcy oczekują narzędzi inteligentnie śledzących internautów, które pomogą precyzyjnie wskazać potencjalnego odbiorcę produktów czy usług danej firmy.

Dzięki dostarczanym przez nas informacjom nasi klienci mogą być bliżej swojego konsumenta, a tym samym mogą mu sprzedać więcej – podkreśla Pruszczyński.

Orbis rośnie w siłę. Podpisał już umowę o przejęciu hoteli Accoru, przymierza się też do kolejnej inwestycji w Gdańsku

0

CEO Magazyn Polska

Orbis zamierza rozwijać swoją sieć hoteli od Bałtyku po Adriatyk i Morze Czarne. W Polsce chce mieć m.in. kolejny hotel w Gdańsku.  W Europie Centralnej i na Bałkanach zamierza inwestować szczególnie w tych krajach, w których baza hotelowa dopiero się rozwija.

7 stycznia Orbis sfinalizuje umowę ze swym francuskim właścicielem Accorem, od którego za ponad 142 mln euro kupuje 38 hoteli, 8 hotelowych projektów oraz przejmuje licencję na prowadzenie marek Accoru w 16 krajach Europy Środkowej.

– Oprócz tego inwestujemy w kraju mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ireneusz Węgłowski, wiceprezes zarządu Orbisu. Nie dość, że modernizujemy swoje hotele, to rozpoczęliśmy inwestycję budowy hotelu 200-pokojowego klasy Mercure w Krakowie. Przyglądamy się również innym lokalizacjom, między innymi w Gdańsku.

Za niemal 19 mln zł Orbis kupił w Krakowie niespełna 2 tys. mkw. gruntu, na którym powstać ma czterogwiazdkowy hotel. Jego otwarcie zaplanowano na 2016 rok, a koszt inwestycji spółka szacuje na 100 mln zł. Obok inwestycji w budowę oraz zakupów gotowych hoteli spółka chce poszerzać swą sieć franczyzową.

Sądzę że kilkanaście hoteli, licząc w najbliższych kilkunastu miesiącach, będziemy dodawali do grupy, do sieci hoteli Orbisu – podkreśla Ireneusz Węgłowski. One będą pracowały głównie w sieci albo Ibis Styles albo Mercure, bo to dwie główne marki, które rozwijamy na terenie Polski. Dodatkowo trzeba powiedzieć, że jesteśmy obecni z naszymi deweloperami w takich państwach, jak Litwa, Łotwa czy Estonia.

Po sfinalizowaniu umowy z Accorem Orbis chce rozpocząć ekspansję aż po Bułgarię, Macedonię i Chorwację.

Idziemy na południe zapowiada wiceprezes Orbisu. – To jest bardzo duży obszar do zagospodarowania. 7 stycznia, kiedy podpiszemy końcowa umowę i przejmiemy całe to terytorium, będziemy musieli uruchomić naszych deweloperów, którzy będą szukali odpowiednich miejsc lokalizacji hoteli.

Umowa z Accorem oznacza, że w sieci Orbisu znajdą się kolejne hotele położone głównie w dużych miastach, ponad 75 proc. z nich zlokalizowanych jest w stolicach poszczególnych państw.

To nas bardzo cieszy, bo one bardzo poprawiają wskaźnik ryzyka w tej transakcji ocenia wiceprezes Węgłowski. Ponadto we wszystkich tych krajach jest pewien potencjał rozwoju sieci w drodze podpisywania umów franczyzowych. Tu już niekoniecznie będziemy celowali w miasta stołeczne.

Polska, kraje bałtyckie oraz Czechy albo Węgry to są rynki ustabilizowane, na których jest dużo hoteli. Orbisowi bardziej niż na pozyskiwaniu nowych obiektów zależy na tym, by zwiększyć efektywność działania już zarządzanych hoteli. Czyli stawia głównie na restrukturyzację ich działalności, by zwiększyć efektywność tych obiektów.

Inne rynki, jak chociażby kilka krajów, w których jeszcze nie ma hoteli Accoru, z markami accorowskimi, to jest pole do popisu w sferze rozwoju sieci deklaruje przedstawiciel Orbisu. Będziemy szukali tam możliwości zdobywania bądź nowych hoteli, nowo budowanych, bądź tych, które już są, ale nie mają jeszcze marki międzynarodowej. Będziemy starali się skłonić właścicieli i operatorów do podpisania umowy franczyzowej.

Polskie projekty w świetle prac Grupy Zadaniowej EBI i KE ds. identyfikacji potrzeb inwestycyjnych w UE

Grupa Zadaniowa (Task Force) pod przewodnictwem Europejskiego Banku Inwestycyjnego i Komisji Europejskiej wypracowała i opublikowała dziś listę projektów, które mogłyby być sfinansowane w ramach Planu Inwestycyjnego KE, tzw. planu Junckera. To efekt niespełna dwumiesięcznych prac, z aktywną rolą Polski, która przyczyniła się zarówno do powołania Grupy Zadaniowej, jak i wypracowania jej raportu. Wśród prawie 2000 projektów inwestycyjnych zgłoszonych przez państwa członkowskie o łącznej wartości 1,3 bln euro w ciągu najbliższych 3 lat mogą być zrealizowane projekty o wartości 500 mld euro. Wśród tych projektów znajduje się ponad 250 projektów zidentyfikowanych przez Polskę, o łącznej wartości ponad 130 mld euro. Promocja inwestycji pobudzających wzrost gospodarczy w Europie to jeden z polskich priorytetów.

W związku z brakiem poprawy sytuacji gospodarczej w strefie euro i UE, pomimo pewnych oznak ożywienia na początku 2014 r., w UE toczy się dyskusja o sposobach pobudzenia wzrostu gospodarczego. Podczas wrześniowego, nieformalnego posiedzenia ministrów finansów w Mediolanie podkreślone zostało kluczowe znaczenie inwestycji dla tworzenia podstaw ożywienia gospodarczego w Europie. Szczególnym priorytetem dla  ministrów finansów było poszukiwanie rozwiązań na rzecz pobudzenia inwestycji publicznych i prywatnych dla wsparcia wciąż słabego wzrostu gospodarczego w UE.

Po spotkaniu w Mediolanie, z inicjatywy prezydencji włoskiej pod auspicjami EBI i KE utworzona została Grupa Zadaniowa (Task Force), której celem była pilna identyfikacja potrzeb inwestycyjnych w Europie. W pracach grupy uczestniczyły wszystkie państwa członkowskie. Głównym zadaniem grupy było przygotowanie listy projektów inwestycyjnych, których realizacja mogłaby przyczynić się do zwiększenia wzrostu gospodarczego w UE oraz analiza barier utrudniających ich wdrożenie. Projekty zgłoszone przez państwa członkowskie i Komisję Europejską, po usunięciu barier blokujących ich wprowadzenie, mogłyby zostać zrealizowane w ciągu najbliższych kilku lat. Projekty te musiały spełniać kryteria określone przez Grupę Zadaniową – m.in. musiały być uzasadnione ekonomicznie, przyczyniać się do poprawy funkcjonowania jednolitego rynku oraz tworzyć podstawy do trwałego wzrostu gospodarczego w Europie.

Z uwagi na ryzyko przedłużonej stagnacji w Europie oraz powiązania naszej gospodarki z rynkami unijnymi promocja inwestycji pobudzających wzrost gospodarczy w Europie jest jednym z polskich priorytetów. Polska jest jednym z animatorów dyskusji toczącej się na forum Rady ECOFIN o potrzebach pobudzenia wzrostu gospodarczego w UE. Braliśmy  również aktywny udział w pracach Grupy Zadaniowej i w przygotowaniach raportu końcowego grupy.

Polska zidentyfikowała ponad 250 projektów o łącznej wartości ponad 130 mld euro, które spełniały kryteria określone przez Grupę Zadaniową. Największą grupę naszych propozycji stanowiły projekty w sektorze transportowym (63,9 mld euro), energetycznym (33,5 mld euro), infrastrukturze społecznej (16 mld euro) oraz z obszaru zasobów naturalnych i środowiska (13,3 mld euro). Wartość polskich projektów zgłoszonych w obszarze gospodarki cyfrowej i ICT wyniosła ok. 6 mld euro.

Dodatkowo Komisja Europejska, przygotowała własną listę propozycji, na której umieściła ok. 120 projektów już wcześniej zgłoszonych przez Polskę, o łącznej wartości ok. 60 mld euro. Zdecydowaną większość na tej liście stanowią projekty w sektorze transportowym (ponad 48 mld euro). Na liście znalazły się również projekty z sektora energetycznego, obszaru infrastruktury społecznej, opieki zdrowotnej i edukacji.

Przygotowanie listy projektów pomogło w oszacowaniu potrzeb inwestycyjnych w Europie oraz identyfikacji projektów, które mogłyby zostać pobudzić wzrost gospodarczy w UE. W związku z krótkim czasem, jaki Grupa Zadaniowa miała na opracowanie tej listy, ma ona głównie charakter ilustracyjny. Faktyczna liczba projektów inwestycyjnych możliwych do realizacji jest znacznie większa. Dlatego też lista ta będzie otwarta na nowe projekty. Po weryfikacji będzie ona stanowić istotny wkład do zasobu projektów (project pipeline) tworzonego przez Komisję Europejską w ramach Planu Inwestycyjnego dla Europy. Utworzenie zasobu o znaczeniu europejskim da prywatnym inwestorom rzetelne i przejrzyste informacje o potencjalnych przedsięwzięciach inwestycyjnych i umożliwi ukierunkowanie dostępnego kapitału na ich realne potrzeby inwestycyjne.

Porozumienie w sprawie budżetu UE

9 grudnia br. Rada UE osiągnęła robocze porozumienie ws. zmiany budżetu na rok 2014 oraz budżetu na rok 2015. Potwierdza ono wynik wczorajszych negocjacji z Parlamentem Europejskim w tej sprawie oraz umożliwia zakończenie trwających od czerwca trudnych negocjacji budżetowych. Przyszłotygodniowe potwierdzenie porozumienia przez PE ostatecznie zakończy procedurę budżetową. Dzięki niemu Polska osiągnęła zwiększenie budżetu UE w bieżącym roku o 3,5 mld euro, co zmniejszy zaległości płatnicze Komisji, w tym wobec polskich podmiotów. Budżet na rok 2015 zapewni Polsce wzrost środków na działania realizowane w ramach polityki spójności z poprzedniego okresu programowania oraz na wdrażanie programów z nowej perspektywy.

Porozumienie przewiduje:

  • Dodatkowe środki w budżecie UE na rok 2014 w kwocie ok. 3,5 mld euro, które przyczynią się do stabilizacji sytuacji płatności budżetowych. Większość środków zostanie przeznaczona dla mniej rozwiniętych regionów UE w ramach polityki spójności (2,4 mld euro), co jest istotne z punktu widzenia Polski. Ponadto przewidziano dodatkowe środki na pomoc Ukrainie (250 mln euro) oraz na najpilniejsze wydatki w innych politykach unijnych.
  • Uchwalenie budżetu na rok 2015 w wysokości 141,2 mld euro w płatnościach oraz 145,3 mld euro w zobowiązaniach. Przewiduje on m.in. istotne dla Polski środki niezbędne zarówno na refundacje i finalizację wydatków z polityki spójności z poprzedniego okresu programowania 2007-13, jak i na zaliczki oraz rozpoczęcie wdrażania nowych programów z perspektywy 2014-2020.

Komisja Europejska opublikowała 11 czerwca br. projekt budżetu UE na rok 2015. Pod koniec maja opublikowano projekt budżetu korygującego nr 3 na rok 2014, zwiększający środki na płatności o ponad 4,7 mld euro, w tym ponad 4 mld euro w ramach tzw. contingency margin. Równocześnie w okresie kwiecień – październik br. Komisja Europejska ogłosiła sześć dodatkowych budżetów korygujących na rok 2014.

W dniach 28 października – 17 listopada trwała procedura pojednawcza Rady UE i Parlamentu Europejskiego, w trakcie której równocześnie negocjowano wszystkie korekty budżetu UE na rok 2014 oraz projekt budżetu na rok 2015. Po niepowodzeniu negocjacji 17 listopada wygasł 21-dniowy termin przewidziany w traktacie na osiągnięcie porozumienia w zakresie budżetu UE 2015.

W związku z tym 28 listopada Komisja przedstawiła drugi projekt budżetu UE na przyszły rok. Po negocjacjach między Radą UE i Parlamentem Europejskim, na trilogu (trójstronne rozmowy Komisji Europejskiej, Rady UE i Parlamentu Europejskiego) 8 grudnia osiągnięto powyższe porozumienie (dla pakietu budżetowego na lata 2014-2015). Przedstawiciele państw członkowskich zaakceptowali je na posiedzeniu Komitetu Stałych Przedstawicieli (COREPER) 9 grudnia w godzinach porannych.

Samochody osobowe – potwierdzenie zapłaty akcyzy dostępne online

Od 9 grudnia br. możliwe będzie uzyskanie bezpośrednio z portalu systemów Służby Celnej elektronicznego potwierdzenia zapłaty akcyzy od samochodu osobowego nabytego wewnątrzwspólnotowo. Dokument taki, po wydrukowaniu, stanowić będzie  podstawę do rejestracji pojazdu zgodnie z przepisami o ruchu drogowym bez konieczności wizyty w urzędzie celnym.

Na stronie internetowej www.e-clo.pl w zakładce „Potwierdzenie zapłaty” będzie można w prosty sposób wygenerować plik potwierdzenia w formacie PDF, a następnie – w zależności od potrzeby – plik ten można pobrać lub dodatkowo wydrukować. Wystarczy jedynie wpisać numer VIN pojazdu lub numer Urzędowego Potwierdzenia Odbioru (tzw. UPO) otrzymany dla złożonej elektronicznie deklaracji AKC-U.

Wydrukowane potwierdzenie stanowić będzie podstawę do zarejestrowania samochodu osobowego, zgodnie z przepisami o ruchu drogowym, wyczerpując tym samym wymogi w zakresie akcyzy. Warunkiem skorzystania z nowej usługi jest dokonanie zapłaty podatku akcyzowego w pełnej kwocie wynikającej z deklaracji AKC-U.

Wprowadzone rozwiązanie daje podatnikowi możliwość ograniczenia do minimum wizyt w urzędzie celnym. Niezbędne do celów rejestracyjnych potwierdzenie zapłaty akcyzy będzie można wydrukować bezpośrednio ze strony internetowej.

Podatnicy, którzy złożą deklarację w formie elektronicznej będą mogli dopełnić wszelkich formalności związanych ze złożeniem deklaracji, dokonaniem przelewu oraz pobraniem potwierdzenia zapłaty akcyzy bez konieczności „wychodzenia z domu”.

Dotychczas potwierdzenie zapłaty akcyzy można było otrzymać wyłącznie w formie papierowej w urzędzie celnym. Po wprowadzeniu zmian nadal możliwy będzie osobisty odbiór tego dokumentu w urzędzie.

Uruchomienie usługi związane jest ze zmianą rozporządzenia Ministra Finansów w sprawie wzoru dokumentu potwierdzającego zapłatę akcyzy na terytorium kraju od samochodu osobowego nabytego wewnątrzwspólnotowo lub braku obowiązku zapłaty tej akcyzy (Dz. U. poz. 1676) oraz uruchomienie nowej funkcjonalności w systemie informatycznym Służby Celnej „Zefir”.

NIK sprawdziła NFZ

NFZ nie doprowadził do poprawy dostępności świadczeń zdrowotnych. W wielu poradniach i oddziałach średni czas oczekiwania pacjenta na świadczenie uległ wydłużeniu. Poprawę dostępności świadczeń utrudniało nierównomierne rozmieszczenie szpitali, przychodni i sprzętu, problemy z szacowaniem ceny świadczeń oraz pozyskaniem wykwalifikowanych kadr medycznych.

Wydawanie pieniędzy publicznych przez NFZ odbywało się bez ustalonych ogólnopolskich priorytetów zdrowotnych. Nieskuteczne okazały się działania zmierzające do zmniejszenia czasu oczekiwania pacjentów na hospitalizacje w odniesieniu do schorzeń możliwych do diagnozowania i leczenia również w warunkach ambulatoryjnych.

Podobnie, jak w latach poprzednich, utrzymywały się znaczne dysproporcje, pomiędzy poszczególnymi oddziałami wojewódzkimi NFZ w dostępie do świadczeń zdrowotnych, mierzone zarówno liczbą zakontraktowanych świadczeń przypadających na 10 tys. osób ubezpieczonych, jak i czasem oczekiwania na ich udzielenie.

Na pogorszenie dostępu do świadczeń zdrowotnych wskazują rosnące w Polsce kolejki do lekarzy.

W ambulatoryjnej opiece specjalistycznej (przypadki stabilne):

  • – w poradniach okulistycznych średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł[1] z 32 do 40 dni (o 25%);
  • –  w poradniach kardiologicznych średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 69 do 79 dni (o 14,5%);
  • – w poradniach neurologicznych średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 27 dni do 30 (o 11,1%);
  • – w poradniach chirurgii urazowo-ortopedycznej średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 25 dni do 29 (o 16%);
  • – w pracowniach tomografii komputerowej średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 25 dni do 43 (o 72%).

W leczeniu szpitalnym natomiast (przypadki stabilne) m.in.:

  • – w oddziałach chirurgii urazowo-ortopedycznej średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 77 dni do 95 (o 23,4%);
  • – w oddziałach chirurgii ogólnej średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 24 dni do 29 (o  20,8%);
  • – w oddziałach chirurgii jednego dnia średni rzeczywisty czas oczekiwania wyniósł 15 dni i był dłuższy średnio o 3 dni w porównaniu do roku poprzedniego;

Porównanie łącznej liczby osób oczekujących oraz średniego rzeczywistego czasu oczekiwania w poszczególnych województwach 

W niektórych oddziałach wojewódzkich NFZ w 2013 r. nie zakontraktowano wszystkich świadczeń, przewidzianych w planach, głównie z uwagi na braki wymaganego personelu medycznego. I tak np.:

  • w woj. dolnośląskim nie oferowano pacjentom m.in. badań echokardiograficznych płodu, świadczeń w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej czy w zakresie rehabilitacji wzroku. Wynikało to z braku placówek zainteresowanych udzielaniem tych świadczeń;
  • w woj. świętokrzyskim nie udzielano świadczeń w zakresie endokrynologii (w powiatach kazimierskim, włoszczowskim i jędrzejowskim). Świadczenia w zakresie rehabilitacji pulmonologicznej w warunkach stacjonarnych realizował – jako jedyny świadczeniodawca Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. Św. Rafała w Czerwonej Górze – jednak w marcu 2013 r., z powodu braku kadry lekarskiej, Szpital rozwiązał umowę z NFZ;
  • w woj. zachodniopomorskim, w rejonie Koszalina, nie zapewniono dostępu do doraźnej pomocy stomatologicznej. Na terenie całego województwa z powodu braku świadczeniodawców nie zakontraktowano natomiast świadczeń w zakresie rehabilitacji pulmonologicznej oraz wzroku;
  • nie zapewniono również dostępu do świadczeń w okulistyce (hospitalizacja planowa) w województwach świętokrzyskim i opolskim.

Problem braku lekarzy określonych specjalności staje się coraz poważniejszy i zaczyna stanowić istotne ryzyko dla pacjentów, ograniczając im dostęp do świadczeń  zdrowotnych. Kształcenie i przygotowanie kadr medycznych będzie przedmiotem kontroli NIK w 2015 roku.

Najwyższa Izba Kontroli ponownie zwraca uwagę, że niedoszacowanie cen świadczeń kontraktowanych przez NFZ w stosunku do rzeczywistych kosztów ich udzielania, skutkuje najczęściej brakiem zainteresowania takim kontraktem ze strony placówek medycznych, co w konsekwencji prowadzi do ograniczania dostępu pacjentów do pewnego rodzaju świadczeń.

Z drugiej strony przeszacowanie ceny i liczby niektórych świadczeń skutkuje ich nadmiernym  udzielaniem, nawet wbrew potrzebom medycznym, co prowadzi do nieefektywnego wydatkowania publicznych pieniędzy.

Fundusz nie opracował – zgodnie z wewnętrznymi procedurami – ogólnokrajowych priorytetów zdrowotnych. Określenie priorytetów jest zdaniem NIK konieczne m.in. ze względu na zmiany demograficzne, które w najbliższych latach spowodują wzrost kosztów leczenia.

NIK zwraca uwagę, że w ciągu najbliższych kilku lat zmniejszanie kolejek do lekarzy może być utrudnione z uwagi na wzrost kosztów leczenia osób starszych, tj. powyżej 65 roku życia. O ile ich udział w kosztach świadczeń ogółem w latach 2009-2013 wzrósł o blisko 3%, to w latach 2014-2018 wzrost ten, według szacunków Funduszu, może przekroczyć 5%. Trzeba pamiętać, że zmiany chorobowe u osób starszych związane są często z wykorzystaniem kosztownych procedur medycznych, np. onkologicznych lub kardiologicznych. Może to spowodować dalsze wydłużanie czasu oczekiwania na udzielenie świadczeń lub ograniczenia we wprowadzaniu nowoczesnych technologii medycznych. Tym bardziej zasadne jest skoncentrowanie wydatków Funduszu na priorytetowych problemach zdrowotnych mieszkańców.

Lewiatan chce zmian w przepisach o podróżach służbowych

0

Pracownikowi wykonującemu na polecenie pracodawcy zadanie służbowe poza miejscowością, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałym miejscem pracy, a także w dodatkowym miejscu pracy powinny przysługiwać należności na pokrycie kosztów związanych z podróżą służbową – uważa Konfederacja Lewiatan.

W projekcie nowelizacji Kodeksu pracy w sprawie podróży służbowych, który przygotowała Konfederacja Lewiatan, znalazł się również zapis, że w przypadkach wykonywania pracy w dodatkowym miejscu pracy, układ zbiorowy pracy, regulamin wynagradzania lub umowa o pracę mogą odmiennie określić zakres świadczeń przysługujących pracownikowi z tytułu podróży służbowej, przy czym świadczenia te nie mogą być wyższe.

Autorzy projektu podkreślają, że jeżeli w umowie o pracę określono więcej niż jedno miejsce pracy, strony mogą wskazać główne oraz dodatkowe miejsca pracy. W przypadkach uzasadnionych rodzajem pracy strony mogą określić w umowie o pracę dopuszczalność wyznaczania przez pracodawcę dodatkowych miejsc pracy, które nie zostały sprecyzowane w umowie o pracę.

– Obecne przepisy Kodeksu pracy dotyczące miejsca pracy oraz podróży służbowej nie odpowiadają potrzebom gospodarczym i organizacyjnym. Poza stosunkami pracy, w których pracownik wykonuje pracę w określonym miejscu i jedynie sporadycznie podróżuje poza to miejsce, występuje wiele sytuacji, gdy natura danego rodzaju pracy wymaga od pracowników zmiany miejsca pracy, co kilka tygodni lub miesięcy. Jest to charakterystyczne m.in. dla pracowników zatrudnionych na budowach – mówi dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka prawa pracy Konfederacji Lewiatan.

Kodeks pracy nie zawiera regulacji, które pozwalałyby zapewnić tym pracownikom świadczenia uwzględniające konieczność wykonywania pracy w sytuacjach zbliżonych do podróży służbowej, a nawet bardziej od niej uciążliwych. W przypadku pracowników wykonujących pracę w różnych miejscach pojawia się problem pokrycia kosztów przejazdu i zakwaterowania, a także zwiększonych kosztów utrzymania.

Obecne rozwiązania budzą też wątpliwości z punktu widzenia konstytucyjnej zasady równości wobec prawa. Ustawodawca zapewnił ochronę w postaci uprawnienia do świadczeń z tytułu podroży służbowych jednej grupie zawodowej – kierowcom. W odniesieniu do innych grup pracowników również może istnieć (m.in. ze względu na charakter pracy czy zwiększone wydatki pracownika) uzasadnienie dla podobnego rozwiązania. W rezultacie obecne zróżnicowanie nie opiera się na obiektywnych kryteriach, które mogą być uznane za uzasadnione w demokratycznym państwie prawnym.

Jednocześnie należy się liczyć z sytuacją pracodawców, którzy nie w każdym przypadku będą mieli możliwość realizacji świadczeń w pełnym zakresie. Dlatego proponowane przez Konfederację Lewiatan rozwiązanie ma charakter fakultatywny. Świadczenia są uzależnione od zastosowanej konstrukcji miejsca pracy, a także mogą być wyłączone lub ograniczone w układzie zbiorowym, regulaminie wynagradzania lub w umowie o pracę.

Objęcie pracowników ochroną wymaga stworzenia nowych regulacji w zakresie miejsca pracy. Proponowana konstrukcja dodatkowego miejsca pracy jest niezbędna, aby wyodrębnić sytuacje zbliżone pod pewnymi względami do typowej podróży służbowej.

Obecne regulacje nie tylko nie odpowiadają potrzebom pracodawców, ale również skłaniają do poszukiwania mechanizmów, które nie zostały wyraźnie przewidziane przez ustawodawcę, a które mogą zagrażać interesom pracowników, nie pozwalając przy tym na realizację świadczeń, które stanowiłyby odpowiednik świadczeń z tytułu podróży służbowej (co byłoby uzasadnione charakterem wykonywanej pracy). Dlatego w przypadku wykonywania pracy w różnych miejscach uzasadnione jest stworzenie możliwości przyznania pracownikom świadczeń analogicznych, jak w przypadku podróży służbowych Świadczenia te powinny być traktowane tak samo pod względem podatkowym, jak i opłacania składek na ubezpieczenia społeczne.

Konfederacja Lewiatan

Technologiczna spółka Noidss po inwestycjach za kilka milionów złotych zapowiada ekspansję zagraniczną i rozważa wejście na giełdę

0

CEO Magazyn Polska

Po zainwestowaniu kilku milionów złotych spółka technologiczna Noidss, specjalizująca się w rozwiązaniach odpowiadających na problemy społeczne, zapowiada rekrutację specjalistów. Firma chce wejść na rynek czeski i słowacki a w dalszej kolejności na pozostałe rynki europejskie. Jak informuje Sebastian Szajter, prezes zarządu, w 2016 roku spółka będzie mieć własne laboratorium badawcze. Na razie rozwija się ze środków własnych, ale zarząd rozważy także debiut na giełdzie.

– Naszą misją jest wdrażanie rozwiązań, które są społecznie potrzebne i zabezpieczają życie wielu obywateli – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sebastian Szajter, prezes zarządu spółki technologicznej Noidss. – Zainwestowaliśmy kilka milionów złotych, żeby zdobyć odpowiednie technologie. Obecnie mamy w ofercie cztery produkty, których sprzedaż dopiero ruszyła. W całym portfolio mamy pięć gotowych produktów i w ciągu najbliższego roku planujemy wdrożenie kolejnych trzech. Dosyć szczegółowe analizy biznesowe informują o tym, że nasza strategia ma sens. W związku z tym poszerzamy kadrę i ruszamy na podbój nie tylko kraju, lecz także rynków globalnych.

Spółka ma obecnie pięć aplikacji: blokadę alkoholową, aplikację łączącą z najbliższym operatorem numerów alarmowych (także za granicą), aplikację dla niewidomych, kartotekę medyczną oraz program umożliwiający pozostawienie wpisu dla potomnych. Jak deklaruje Sebastian Szajter, trzy z nich spółka już jest gotowa zaoferować na rynkach zagranicznych.

W pierwszej kolejności przedsiębiorstwo będzie chciało wejść na rynki najbliższe Polsce, a więc do Czech i na Słowację.

Tam pojawiają się już odbiorcy naszych urządzeń – wskazuje Sebastian Szajter. – Ale docelowo naszym globalnym rynkiem ma być cała Unia Europejska. To obszar, na którym obecnie możemy oferować trzy produkty. Potrzebujemy trochę czasu, żeby przyzwyczaić społeczeństwo do naszych rozwiązań. Liczymy na to, że szybko zdobędą one zaufanie i osiągniemy sukces.

Do tej pory, jak podkreśla szef spółki Noidss, przedsiębiorstwo jest niezależne i samodzielnie radzi sobie finansowo, inwestując środki prywatne.

Widzimy jednak tak duży potencjał w naszych produktach, dostrzegają go także nasi przyszli partnerzy, że nie wykluczamy wejścia na giełdę – mówi Sebastian Szajter. – W ten sposób moglibyśmy postawić kropkę nad i w kwestii naszej wiarygodności i stabilności przyszłych produktów oraz całego portfolio.

W przyszłym roku, jak prognozuje Szajter, określone zostaną kluczowe produkty, na których działalność firmy powinna się koncentrować w przyszłości.

Będzie to dla nas przełomowy rok – zapowiada prezes spółki Noidss. – Wszystko wskazuje na to, że będziemy promować nasz system zabezpieczenia osób nietrzeźwych, czyli alkolock ilteQ System. Zbliżające się dwanaście miesięcy przyniesie odpowiedź, który z innych produktów ma szansę na dobrą sprzedaż w Unii Europejskiej.

Szef spółki technologicznej nie ukrywa, że firma poniekąd działa jak instytucja charytatywna. Pojawiają się w związku z tym produkty, które nie zawsze dają jej duże budżety.

 Są to bardzo fajne rozwiązania dla jakiejś grupy społecznej, jak chociażby aplikacja dla niewidomych czy system Noicall wspierający działania dyspozytorów numeru 112, 911, straży pożarnej, policji – przekonuje Sebastian Szajter. – To małe produkty, które w masie mogą dać dobry wynik finansowy. Ale to jedna strona medalu. Drugą jest to, że chcemy proponować rozwiązania, które ludziom naprawdę pomagają.

Prace nad własnym laboratorium badawczym spółki, jak przypomina prezes Szajter, są zaawansowane.

Nie będę ukrywał, że naszą misją i celem od samego początku było stworzenie własnego laboratorium, tworzącego na zapotrzebowanie rynku ciekawe produkty, które znajdą zastosowanie – wyjaśnia prezes Sebastian Szajter. – Aktualnie jesteśmy na etapie wdrożenia ISO 9001 i ISO 17025. Powoli to następuje, jeszcze się nie uśmiecham, bo nie zostało to w 100 proc. wdrożone, ale furtka została już otwarta. Mam nadzieję, że w 2016 roku będziemy mogli powiedzieć: tak, udało się, laboratorium funkcjonuje i przygotowuje nowe rozwiązania.

Spółce sprzyjać będzie nowa perspektywa unijna, której priorytetem ma być wspieranie nowych technologii i innowacyjnych rozwiązań. Według tegorocznego badania firmy KPMG w ciągu ostatnich trzech lat prace nad innowacjami podjęło 78 proc. średnich i dużych przedsiębiorstw działających w Polsce. Niewiele mniej (71 proc.) wprowadziło je w życie.

Komentarz indeksowy BossaFX 10 grudnia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 10 grudnia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Agencja Rozwoju Przemysłu z nową ofertą wsparcia dla firm

0

CEO Magazyn Polska

Agencja Rozwoju Przemysłu zmienia filozofię wspierania przedsiębiorczości. Chce pomóc sektorowi małych i średnich firm w realizacji przedsięwzięć innowacyjnych, wspierając transfer technologii oraz oferując inwestycje kapitałowe w tzw. drugą rundę finansowania (od 5 do 15 mln złotych). Jak podkreślają eksperci, profil proponowanych instrumentów jest komplementarny wobec wsparcia oferowanego dziś przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

ARP może się świetnie wpisać w te polskie instytucje, które wspierają rozwój przedsiębiorczości i innowacyjności w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Jerzy Kwieciński, wiceprezes zarządu Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości, firmy doradczej wspierającej polskich przedsiębiorców. – NCBiR daje pieniądze na przeprowadzenie badań naukowych, opracowanie prototypu. PARP może przekazać wsparcie instytucjom otoczenia biznesu, takim jak fundusze zalążkowe, oraz samym firmom na inwestycje. Ale firmy potrzebują również kapitału, żeby zrealizować swój projekt. I właśnie ten kapitał może być im przekazany przez ARP.

Eksperci podkreślają, że jest wiele możliwości współpracy między poszczególnymi instytucjami, które wspierają innowacyjność, dzięki czemu możliwy jest efekt synergii oferowanych instrumentów. Narzędzia ARP Venture, które służą fazie wdrożeń i rozwoju, uzupełnią ofertę NCBiR finansowania prac badawczo-rozwojowych. Będą też kontynuacją wsparcia udzielonego przez PARP w obszarze seed capital, czyli start-upom i inkubatorom przedsiębiorczości.

W oparciu o nową strategię ARP będzie mogła realizować nowe zadanie wspierania polskich firm, które dokonały pewnych odkryć, opracowały nowe technologie i teraz potrzebują pieniędzy na rozwój. Potrzebują większego kapitału, żeby spiąć projekt finansowy, żeby on mógł znaleźć się na rynku krajowym czy nawet rynkach międzynarodowych – podkreśla Kwieciński.

Dziś taki kapitał firmy mogą pozyskać np. przez instytucje wysokiego ryzyka, czyli fundusze venture capital.

– Takie fundusze wchodzą do Polski, ale my również powinniśmy budować swój polski potencjał. ARP ma pieniądze i może to zrobić – przekonuje Jerzy Kwieciński.

Nowe instrumenty wsparcia dla firm to efekt nowej strategii przyjętej przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Obok dotychczasowych filarów działalności, czyli restrukturyzacji i inwestycji, pojawił się nowy – innowacja. Do 2020 r. ARP planuje przeznaczyć na innowacyjność 1,3 mld zł, na restrukturyzację trafi 1,8 mld zł, a na inwestycje – 160 mln zł.

Do tej pory Agencja Rozwoju Przemysłu była głównie znana z pomagania firmom, instytucjom, które znajdowały się w poważnych problemach finansowych – mówi wiceprezes Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości. – Teraz nowa strategia będzie stawiała na innowacyjność. To nie oznacza, że ARP nie będzie pomagała tym firmom, które wpadają w tarapaty, ale teraz będzie im mogła pomagać nie tylko przez restrukturyzację, lecz także przez prowadzenie innowacji.

Bank Millennium: Banki będą chętnie udzielać kredytów. Depozyty pozostaną głównym instrumentem oszczędzania

CEO Magazyn Polska

Bank Millennium prognozuje rozwój akcji kredytowej i to zarówno wśród firm, jak i klientów indywidualnych. Jednych i drugich powinny zachęcić stabilny rozwój gospodarczy i niskie stopy procentowe, które ograniczają koszty kredytu. Niższe oprocentowanie nie odstrasza klientów od depozytów, które rosną nawet szybciej niż kredyty.

Efekt rekordowo niskich stóp procentowych nie jest odczuwalny od razu, ale my się go jednak spodziewamy – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Artur Kulesza, dyrektor Departamentu Relacji Inwestorskich w Banku Millennium. – Pobudzenie popytu na kredyty jest celem polityki pieniężnej Narodowego Banku Polskiego.

W porównaniu z innymi krajami akcja kredytowa w Polsce nie wygląda źle. Według Narodowego Banku Polskiego należności banków od sektora niefinansowego (głównie przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe) po październiku br. wyniosły łącznie 887,9 mld zł i w ciągu roku wzrosły o około 5 proc.

Wiele krajów zazdrości nam tak pozytywnej dynamiki, choć my przyzwyczailiśmy się do dwucyfrowych wzrostów – wskazuje Kulesza. – Spodziewamy się jednak rocznego wzrostu kredytów, szczególnie ze strony przedsiębiorstw. One na pewno powinny odczuć skutki polityki NBP i generować popyt na kredyt, również inwestycyjny, co będzie się wiązać również ze spodziewaną poprawą sytuacji gospodarczej.

W stabilnym otoczeniu gospodarczym firmy chętnie rozpoczynają nowe inwestycje, na które potrzebują finansowania z zewnątrz. Według prognoz Banku Millennium Polska powinna uniknąć zagrożeń, jakie pojawiają się lub są prognozowane w gospodarkach europejskich.

Także wśród gospodarstw domowych powinien pojawić się większy popyt na kredyty.

Obniżka stopy kredytu lombardowego wpływa na znaczną część kredytów konsumenckich, więc gospodarstwa natychmiast odczują mniejszy koszt finansowania, co powinno niektóre z nich zachęcić – tłumaczy Kulesza. – Ale również banki będą miały możliwość udzielania większej kwoty takich kredytów. Zdolność kredytowa wielu gospodarstw rośnie w oczach banków. Spadają bowiem koszty z nim związane. Powinno to spowodować wzrost akcji kredytowej.

Jak wynika z danych NBP, w III kwartale banki nieznacznie złagodziły kryteria kredytowe dla przedsiębiorstw, z wyjątkiem kredytów długoterminowych dla małych i średnich firm. W prognozach na IV kwartał bankowcy spodziewali się istotnego złagodzenia kryteriów dla MŚP i wzrostu popytu, w szczególności na kredyty długoterminowe. Podobne prognozy dotyczyły rynku kredytów konsumpcyjnych.

Niskie oprocentowanie, które może zachęcać do zadłużania się, nie sprzyja z kolei oszczędzającym w bankach. Popularne w Polsce depozyty dają zarobić ok. 2 proc. w skali rocznej. Mimo obniżek oprocentowania depozytów jednak przybywa. Po październiku br. zobowiązania banków wobec sektora niefinansowego wyniosły 821 mld 556 mln zł i były o 8,3 proc. wyższe niż w tym samym momencie ubiegłego roku.

W tym roku depozyty rosną szybciej niż kredyty, więc nawet jeżeli stopa wzrostu depozytów trochę spowolni, to w dalszym ciągu nie widzę żadnych zagrożeń, że zabraknie nam środków na finansowanie tej spodziewanej rosnącej akcji kredytowej. Sytuacja płynnościowa sektora bankowego poprawiła się ostatnio, choć w zasadzie ona zawsze była dobra – mówi Artur Kulesza.

Mimo popularności depozytów banki rozwijają ofertę alternatywnych form inwestowania oszczędności.

Millennium ma już bardzo szeroką gamę różnych produktów związanych z funduszami kapitałowymi i ubezpieczeniami czy produkty strukturyzowane oparte o różne indeksy, nie tylko oprocentowane stałą stopą – zachwala Kulesza. – Szczególnie dla klientów zamożniejszych mamy większą gamę produktów.

Inter Cars wzrósł za granicą o blisko 25 proc. To dwa razy szybciej niż w Polsce

0

CEO Magazyn Polska

Inter Cars będzie miał w tym roku zagraniczne przychody o jedną czwartą wyższe niż w ubiegłym roku. Na 12 rynkach zewnętrznych, głównie w Europie Środkowo-Wschodniej, dystrybutor części zamiennych do aut rozwija się dwukrotnie szybciej niż w Polsce, chociaż przychody z działalności prowadzonej w kraju wolumenowo wciąż są wyższe.

W każdym z krajów, w których jesteśmy, chcemy osiągnąć pozycję lidera – zapowiada Robert Kierzek, prezes zarządu Inter Cars. – Perspektywy są dobre. Międzynarodowy biznes spółki rozwija się zdecydowanie szybciej niż działalność w Polsce.

Polska pozostaje podstawowym rynkiem zbytu dla firm w Grupie Kapitałowej Inter Cars – pochodzi z niego ponad dwie trzecie przychodów grupy. W okresie od stycznia do października sprzedaż grupy w Polsce wyniosła ponad 2 mld zł, a za granicą – blisko 1 mld zł.

W Polsce także planujemy dalszy rozwój, chociaż w tym przypadku mamy do czynienia z biznesem już mocno dojrzałym – wyjaśnia Kierzek. – Dążymy do tego, żeby operacje zagraniczne w niedalekiej przyszłości dały nam co najmniej taki wolumen obrotu, jaki mamy w kraju. Jesteśmy obecni na dwunastu rynkach. Są to głównie kraje Europy Środkowo-Wschodniej, potocznie nazywane demoludami. Naszym planem jest ugruntowanie pozycji tam, gdzie już jesteśmy.

Firma prowadzi działalność także we Włoszech. Obecność na tym rynku jest związana z przejęciem w 2007 roku przedsiębiorstwa JC Auto.

Jak wynika z raportu Inter Cars za III kwartał, na wszystkich rynkach zagranicznych przychody wzrosły. Rynki regionu mają duży potencjał rozwoju, a co więcej wykazują wyższą rentowność dla branży. Największą dynamiką sprzedaży w tym roku wykazują się Łotwa (176 proc.), Węgry (88 proc.) i Bułgaria (87 proc.), najsłabiej wypada Słowacja (3,1 proc.).

Dynamika w Polsce jest wciąż zadowalająca. W I kwartale była ona bardzo wysoka, ale nieco zafałszowana słabym rokiem 2013, dalsze miesiące nie były już tak dobre, jednak po 10 miesiącach wciąż jest to ponad 10 proc. Natomiast za granicą jest zdecydowanie lepiej – blisko 25 proc. wzrostu, czyli dynamika jest bardzo dobra – mówi prezes Inter Cars.

W okresie od stycznia do października sprzedaż Inter Cars w Polsce wzrosła o 11 proc., a za granicą – nawet o 24,7 proc.

Polska jest europejskim zagłębiem zarówno produkcji, jak i dystrybucji części zamiennych oraz akcesoriów do samochodów. W ubiegłym roku wartość produkcji sprzedanej wszystkich firm tej branży wyniosła ok. 60 mld zł, z czego połowa trafiła na eksport. Inter Cars to największy dystrybutor tego rodzaju produktów w Europie Środkowej i Wschodniej. W samym trzecim kwartale br. przychody spółki wyniosły blisko miliard złotych (997 mln zł), zysk netto – 56,2 mln zł.

Zmiany w umowach-zleceniach

Obecnie to jedna z najpopularniejszych form zatrudnienia. Dzięki sposobie jej oskładkowania pracodawca oszczędza, a zleceniobiorca więcej zarabia. Od 1 stycznia 2016 r. odprowadzanie składek ulegnie zmianie.

Zgodnie z rządowym projektem składki ZUS odprowadzane będą od wszystkich umów-zleceń do wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę. Oskładkowanie będzie więc większe niż dotychczas. Według rządu przyniesie to podniesienie przyszłych emerytur. Jednocześnie doprowadzi jednak do spadku obecnych dochodów zleceniobiorców.

Celem przygotowanych zmian jest stopniowa eliminacja umów-zleceń. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej (MPiPS) uważa, że doprowadzi to do stabilizacji zatrudnienia oraz wzrostu liczby umów bezterminowych. „Modyfikacje spowodują wzrost kosztów zatrudnienia, a to zniechęci pracodawców do korzystania z umów-zleceń. Skutkami mogą być także wzrost bezrobocia, rozszerzenie szarej strefy oraz wzrost cen” – mówi serwisowi infoWire.pl Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

MPiPS szacuje, że zmiana w oskładkowaniu umów-zleceń zwiększy roczne wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych o 350 mln zł. Podobne rozwiązania przewiduje się w odniesieniu do umów o dzieło.

Zaostrzenie kar dla nietrzeźwych kierowców może nie przynieść spodziewanych rezultatów

0

Proponowane zmiany w ustawie przewidują zaostrzenie kar dla kierowców prowadzących po alkoholu. Zdaniem specjalistów dalsze zwiększanie rygoru karnego może nie być wystarczające, potrzebne są również działania edukacyjne i prewencyjne. Producenci blokad alkoholowych przekonują, że w krajach, które zdecydowały się na wprowadzenie obowiązku ich montowania, statystyki dotyczące wypadków z udziałem nietrzeźwych się poprawiają.

Proponowane zmiany powinny ograniczyć to zjawisko i należy je oceniać pozytywnie. Bardzo dobrze, że coś zaczyna się robić w tym kierunku. Natomiast wydaje się, że zbyt duży nacisk jest położony wyłącznie na karanie kierowców, podwyższenia kar, tak naprawdę zmierza to w kierunku restrykcyjnym. To może znaleźć poklask w społeczeństwie, ale wydaje się, że te działania mogą być nieskuteczne – uważa Michał Kubisa, dyrektor działu ilteQ System z firmy NOIDSS, zajmującej się samochodowymi systemami antyalkoholowymi.

Ustawodawca proponuje m.in. zmianę kwalifikacji z wykroczenia na przestępstwo za prowadzenie samochodu bez uprawnień, wprowadzenie obowiązkowej nawiązki na rzecz poszkodowanych w wypadku, którego sprawcą była osoba nietrzeźwa (min. 5 tys. zł), ustanowienie obowiązku przejścia kursu reedukacyjnego dla osób starających się o zwrot zatrzymanego prawa jazdy oraz wydłużenie okresu zatrzymania uprawnień za jazdę w stanie nietrzeźwości na okres od 3 do 15 lat dla osób łamiących prawo po raz pierwszy. Recydywistom dokumenty odbierane byłyby dożywotnio.

Jak podkreśla Kubisa, dotkliwsze sankcje nie rozwiążą problemu.

Naszym zdaniem lepsze efekty przyniesie wprowadzenie szeroko zakrojonej prewencji, między innymi obowiązkowe wyposażenie pojazdów transportu publicznego w blokady alkoholowe, a także organizowanie akcji edukacyjnych – zapewnia Marcin Kubisa.

Wyjaśnia, że przykład krajów unijnych, w których odnotowuje się najmniejszą liczbę wypadków drogowych – m.in. w Szwecji i Finlandii – pokazuje, że stosowanie blokad może być skuteczne. W Finlandii obowiązkowe jest ich montowanie w pojazdach transportu publicznego wożących dzieci. We Francji wszystkie autobusy mają zostać wyposażone w takie systemy do końca przyszłego roku.

W toku prac nad ustawą w Polsce pojawił się pomysł wprowadzenia powszechnego obowiązku wyposażenia samochodów w blokady alkoholowe. Proponowane zmiany przewidują, że taki obowiązek będą miały osoby starające się o zwrot prawa jazdy zatrzymanego za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Przewiduje się, że tacy kierowcy będą mogli warunkowo odzyskać uprawnienia w połowie orzeczonego okresu, jeśli zdecydują się wyposażyć swój pojazd w urządzenie typu alkolock. Obliguje ono kierowcę do poddania się badaniu na trzeźwość przed każdym uruchomieniem pojazdu.

Niepokoi jednak stopniowe osłabianie proponowanych zmian. Początkowo rozważane było wprowadzenie obowiązku montażu takich urządzeń we wszystkich pojazdach o masie całkowitej powyżej 3,5 tony, jednak ostatnio proponowane zmiany w przepisach nie potwierdzają już tego zamiaru – mówi ekspert.

W Polsce stan po spożyciu alkoholu stwierdza się w przypadku, gdy kierowca ma między 0,2 a 0,49 promila we krwi. Jest to traktowane jako wykroczenie, za które grozi od 5 do 30 dni aresztu, grzywna (od 50 zł wzwyż) lub zakaz prowadzenia auta do 3 lat. W przypadku osób prowadzących w stanie nietrzeźwości, czyli u których stężenie alkoholu we krwi przekracza 0,5 promila, jest to już przestępstwo, za które grozi pozbawienie wolności do dwóch lat, grzywna nie niższa niż 100 zł oraz zakaz prowadzenia auta od roku do 10 lat. Jeszcze poważniejsze konsekwencje grożą za spowodowanie pod wpływem alkoholu wypadku drogowego (do 5 lat więzienia i zakaz prowadzenia do 10 lat). Najsurowiej karani są nietrzeźwi sprawcy wypadków, w których były ofiary śmiertelne lub w których ktoś doznał poważnego uszczerbku na zdrowiu.

Obowiązująca dziś ustawa okazuje się po prostu nieskuteczna. Widać to po wszelkich danych, które do nas napływają. Praktycznie nie ma tygodnia, żeby nie były kolejne informacje o nieskuteczności tych działań. One ograniczają pewnie to zjawisko w jakimś stopniu, natomiast jego skala ciągle narasta na naszych drogach – mówi Kubisa.

W ubiegłym roku w wypadkach drogowych zginęło ponad 3,3 tys. osób. W wielu z nich sprawcą był nietrzeźwy kierowca – w całym roku zatrzymano ich ok. 160 tys. W tym roku w okresie od stycznia do października liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 2,5 tys.

Na rynku dóbr luksusowych najszybciej rośnie segment samochodów luksusowych i premium

5,6 mld zł – tyle w tym roku jest wart segment samochodów luksusowych i marek premium. To największy i najszybciej rosnący segment na rynku dóbr luksusowych. Duża w tym zasługa preferencyjnych warunków odliczenia VAT w I kwartale roku. Polacy coraz częściej kupują również ekskluzywną odzież i dodatki.

Wartość polskiego rynku dóbr luksusowych w Polsce wzrosła w ciągu roku o 15 proc. – do 12,6 mld zł.

Według raportu KPMG najbardziej dynamicznie rozwijającym się segmentem jest segment samochodów luksusowych i kategorii premium. To za pewne również za sprawę możliwości odliczenia VAT-u na początku roku, niemniej cała gama samochodów luksusowych zarówno niemieckich, włoskich, jak i brytyjskich znalazła uznanie u nabywców. Ten segment stanowi największą wartość w całym rynku dóbr luksusowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Marczak partner KPMG w Polsce.

Wartość tego segmentu to 5,6 mld zł. Kolejny w rankingu KPMG był segment luksusowej odzieży i dodatków – 2,1 mld zł. Zdaniem Marczaka to coraz większa dostępność w Polsce luksusowych marek powoduje szybki rozwój tej kategorii.

Trzecia kategoria rynku to usługi hotelowe i spa. Rośnie liczba hoteli ekskluzywnych w Polsce, hoteli pięciogwiazdkowych, hoteli butikowych i po zaspokojeniu podstawowych potrzeb majętnych Polaków, czyli po zakupie domu, samochodu i wykształceniu dzieci, Polacy coraz bardziej doceniają jakość spędzania czasu, wygodę, komfort, ekskluzywność, emocje związane z bytowaniem w tego typu obiektach – mówi Andrzej Marczak.

Jego zdaniem segment ten – dziś wart 1,3 mld zł – będzie obok biżuterii i zegarków najszybciej rosnącą kategorią na rynku dóbr luksusowych.

Eksperci wskazują, że cały rynek czeka wyhamowanie tempa wzrostu – według szacunków KPMG w przyszłym roku będzie on wart tyle samo, co w tym, a w 2017 roku wzrośnie do 14 mld zł (czyli o 11 proc. porównując do tego roku).

Z roku na rok rośnie też liczba najbogatszych. W 2008 roku ludzi zamożnych, których dochód miesięczny przekracza brutto 7 tys. zł., było w Polsce 574 tys., w tym roku liczba wzrosła do 878 tys., a jak prognozuje KPMG w 2016 roku ich liczba może przekroczyć milion.

Widać, że wejście Polski do Unii Europejskiej, rozwój ekonomiczny naszego kraju, wejście dużych inwestorów zagranicznych i kumulacja majątku spowodowały, że jesteśmy zamożniejsi – mówi partner w KPMG w Polsce. – Wartość majątku dochodów netto tej grupy osób w Polsce to jest prawie 140 mld złotych. Jeżeli utrzymalibyśmy takie tempo rozwoju, to w 2016 roku takich osób majętnych w Polsce będzie już ponad 1 mln, a wartość majątku zgromadzonego rok później przekroczy 200 mld złotych.

Polakom, choć są coraz zamożniejsi, nadal daleko do bogactwa obywateli państw zachodnich. Mimo że nasza majętność rośnie w przyzwoitym tempie 4,6 proc. rocznie, osiągnięcie poziomu ich zamożności zajmie nam 43 lata. Milionerów, czyli ludzi, których inwestycyjny majątek przekracza 1 mln dolarów, mamy w Polsce 47 tys.

Wydaje się, że to jest już dosyć duża liczba, jednak porównując do krajów Europy Zachodniej, gdzie majątek był budowany przez dziesięciolecia czy setki lat, jesteśmy nadal ubogim krajem – podkreśla Andrzej Marczak. – Dla porównania, osób mających co najmniej 1 mln dolarów w aktywach płynnych we Francji jest 2 mln 440 tys. W Czechach, które są nieporównywalnie mniejsze niż Polska, jest ponad 32 tys. takich osób, co oznacza, że jednak mamy jeszcze dużo do nadrobienia.

70 proc. Polaków deklaruje, że ich meble wymagają wymiany. Branża meblowa w rozkwicie

Ponad dwie trzecie Polaków deklaruje, że ich meble wymagają wymiany, a 59 proc. w najbliższym czasie zamierza kupić tego rodzaju artykuł wynika z badania TNS Polska na zlecenie sieci Agata Meble. To dobry prognostyk dla branży meblowej, która na polskim rynku bardzo dobrze sobie radzi. Coraz większą renomę zdobywa też za granicą.

Branża mebla w Polsce jest w bardzo dobrej kondycji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Leżoń, dyrektor handlowy sieci Agata Meble. – Krajowi klienci najchętniej wybierają meble wypoczynkowe do salonu czy pokoju dziennego. Chętnie kupujemy dzisiaj także komody, szafki RTV, witryny oraz regały. Jeżeli chodzi o meble tapicerowane, to najczęściej wybieraną grupą produktów stają się narożniki.

Jak wynika z badania TNS Polska, ponad połowa ankietowanych (53 proc.) deklaruje potrzebę wymiany mebli wypoczynkowych, z czego 41 proc. wskazuje na artykuły do salonu. Preferowanym stylem Polaków jest nowoczesny (38 proc.), który charakteryzuje się oszczędnymi kształtami i prostymi bryłami. Wśród kolorów dominują różne odcienie brązu (39 proc.) oraz beż, ecru i kremowy.

W wyborach konsumenckich Polacy stają się coraz bardziej odważni – komentuje Piotr Leżoń. – Zmiana kolorystyki z ciemnej na jasną mówi, że klienci szybciej się decydują, łatwiej i więcej ryzykując. Chcą, żeby ich wnętrza były ciekawsze, bardziej atrakcyjne, a nie ciemne i smutne, jak do tej pory. Dlatego dobrze sprzedają się meble białe, kremowe, w różnych odcieniach dębu, z połyskiem, ale też matowe.

Jak szacuje specjalizująca się w analizach rynku mebli firma B+R Studio, wartość eksportu tego rodzaju produktów w 2014 r. wyniesie 7,3 mld euro wobec 6,9 mld euro w ubiegłym roku. Krajowe przedsiębiorstwa więcej sprzedadzą do krajów spoza Unii Europejskiej, w tym m.in. Stanów Zjednoczonych. Głównym odbiorcą zagranicznym pozostaną jednak Niemcy.

Dużo polskich artykułów kupuje przede wszystkim rynek niemiecki i austriacki. Wielu krajowych producentów zarówno dużych, jak i małych wytwarza niemal wyłącznie na te rynki – potwierdza Leżoń. – Cenią nas za korzystny stosunek jakości do ceny. Dzisiaj polskie meble są bardzo dobrej jakości i jednocześnie niedrogie.

Korzystne dla branży jest także to, że w ostatnich latach kryteria wyborów konsumenckich tego rodzaju produktów w Polsce i Niemczech stały się bardzo podobne.

Na jednym i drugim rynku meble muszą dziś być ładne i dobrze wykonane – informuje Leżoń. – Kolorystyka, która do niedawna była trudna do zaakceptowania jednocześnie przez klienta niemieckiego i polskiego, dzisiaj już może być taka sama. Dzięki temu obecnie premiery poszczególnych produktów odbywają się na obu rynkach w tym samym czasie, bo producenci nie muszą już brać pod uwagę lokalnej specyfiki.

Branża meblarska w Polsce to ok. 24 tys. podmiotów, wśród których liczebnie dominują mikrofirmy. Na rynku funkcjonuje około setki dużych, zatrudniających powyżej 250 osób, przedsiębiorstw, 350 firm średniej wielkości (od 50 do 250 pracowników) i ok. 1500 małych (od 10 do 50 osób). Cały sektor wytwarza ok. 2 proc. polskiego PKB i ma znaczący udział w sprzedaży zagranicznej.

Polska ma niewielką szansę, by w wydobyciu gazu łupkowego powielić model amerykański

W 2013 r. Stany Zjednoczone produkowały dziennie 7,5 mln baryłek ropy, o 2,5 mln więcej niż kilka lat wcześniej. Stało się to na skutek energetycznej rewolucji, która dokonała się w tym kraju po odkryciu i eksploatacji dużych złóż gazu łupkowego. Czy inne kraje, w tym Polska, mogą podążyć tą samą drogą i odnieść równie spektakularny sukces? Jak twierdzi Gregory Zuckerman, autor książki „Frakersi. O gazie i ropie łupkowej” wydanej w Polsce przez wydawnictwo Kurhaus Publishing we współpracy z firmą doradczą Deloitte, będzie to niezwykle trudne. Wśród barier wymienia on brak doświadczenia zespołów wiertniczych, odpowiedniej infrastruktury, różnice prawne i kulturowe.

Frakowanie to potoczna nazwa szczelinowania hydraulicznego – technologii, która pozwala na wydobycie gazu łupkowego. Tytułowi frakersi to amerykańscy inwestorzy i pionierzy, którzy jako pierwsi poszukiwali gazu z łupków. Amerykański dziennikarz ekonomiczny i biznesowy Gregory Zuckerman opisuje w swojej książce historię sukcesu, m.in.: Georga Mitchella, Harolda Hamma, Aubreya McClendona, Toma Warda czy Marka Papy. Zdaniem autora to właśnie ich upór pozwolił USA osiągnąć tak niebywały sukces w tym obszarze i być dziś na dobrej drodze do samowystarczalności energetycznej. „George Mitchell, Harold Hamm, Mark Papa oraz inni nieugięci poszukiwacze gazu i łupków uparcie dążyli do celu, ponieważ wiedzieli, że jeśli uda im się stworzyć skuteczne sposoby sięgnięcia do łupków, zdobędą zarówno sławę, jak i wielkie bogactwo” – uważa Gregory Zuckerman. Każdy z opisywanych przez niego bohaterów nie reprezentował wielkich koncernów, a raczej średnie i małe firmy, które były zdeterminowane, aby eksploatować złoża gazu łupkowego. Czy ten model powtórzy się również w Polsce? „Skała łupkowa skruszona została przez płotki amerykańskiego sektora naftowego. Funkcjonują ich tam setki, a nawet tysiące. Giganci naftowi Ameryki i świata, długo nie wierzyli w łupki i dołączyli do biznesu, dopiero gdy ryzyko niepowodzenia znacząco zmalało. W Polsce mamy zaledwie trzy duże firmy paliwowo-naftowe, a żądnych sukcesu małych i średnich przedsiębiorstw w tej branży niestety brak” – wyjaśnia Tomasz Konik, Partner, Lider Zespołu Energii i Zasobów Naturalnych w Deloitte.

 

Lektura książki uzmysławia, jak wielką rolę w rewolucji łupkowej odgrywają innowacyjność techniczna oraz pieniądze. Zasoby tkwiące w łupkach byłyby nadal niedostępne, gdyby nie kapitał płynący, m.in. z amerykańskiej giełdy, szczególnie przed kryzysem w 2008 roku. Poza tym firmy w USA wydają nieporównywalnie większe kwoty na badania i rozwój, co pozwoliło im na udoskonalenie technologii łupkowej. „Znaczące obciążenie kredytem to dla wielu tamtejszych firm zupełnie normalny stan. Europejskie, w tym polskie, podejście do długu jest zupełnie inne. Nasze gospodarki są dużo bardziej zachowawcze, a decydenci znacznie ostrożniejsi niż amerykańscy. Skłonność do podejmowania ryzyka okazała się jedną z najistotniejszych przesłanek amerykańskiej rewolucji łupkowej” – uważa Tomasz Konik.

Innym krajom brak także głównego elementu, który pozwolił Stanom Zjednoczonym na rewolucję energetyczną, tj. kultury przedsiębiorczości i zewnętrznych zachęt do podejmowania prób. „Patrząc na amerykańskie doświadczenia, to co zrobiono do tej pory w Polsce nie wystarczyłoby na jakikolwiek sukces w USA. Dziś nie można powiedzieć, że polskie złoża gazu łupkowego zostały rzetelnie zbadane a ich potencjał wykorzystany. Polska jest co najwyżej na początku tej drogi” – mówi Michał Wróblewski, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego, członek Zespołu Energii i Zasobów Naturalnych w Deloitte.

To co różni USA i Europę to również system prawny. Ten amerykański zakłada, że właściciel ziemi jest jednocześnie właścicielem tego, co znajduje się pod powierzchnią i może zbywać do tego prawo. To spowodowało, że w Stanach Zjednoczonych wiercenia odbywały się szybciej niż w krajach, w których prawa górnicze są kontrolowane przez rządy.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki autor „Frakersów” wątpi, aby inne kraje, w których występują złoża gazu łupkowego, powtórzyły amerykański sukces. Mówi w tym kontekście także o Polsce. Wczesne szacunki wskazywały, że znajduje się u nas około pięć bilionów metrów sześciennych rezerw łupkowych. „W 2010 r. wielcy gracze, tacy jak ExxonMobil, ConocoPhillips, Marathon Oil i inni, popędzili do Polski, by kupować działki, a polski rząd wspierał badania i rozdawał koncesje na poszukiwania rozciągające się na powierzchni jednej trzeciej kraju. Nadzieje były ogromne, ale powietrze z tej polskiej bańki szybko uszło. Na początku 2012 r. szacunki dotyczące rezerw łupkowych kraju zostały drastycznie zmniejszone wobec wstępnych danych. Poza tym najbogatsze pokłady polskich formacji łupkowych znajdują się głęboko, bo ponad 4800 metrów pod ziemią co wiąże się z większymi kosztami wydobycia. Okazało się również, że łupki zawierają dużo silikonu, więc wydobycie z nich surowca jest trudniejsze” – pisze Gregory Zuckerman. Na niekorzyść Europy przemawia również brak doświadczonych zespołów wiertniczych oraz ograniczona sieć rurociągów i innej infrastruktury. O tym, jak niewiele się dzieje w tym obszarze, świadczy fakt, że w 2013 r. istniało w Europie około 70 działających platform w porównaniu z 1700 w USA.

Korzyści i koszty rewolucji łupkowej w USA

W 2006 r. nie brakowało głosów, że USA grozi kryzys energetyczny. Jednak już siedem lat później Stany Zjednoczone produkowały dziennie 7,5 miliona baryłek ropy (w 2005 r. było to 5 milionów). Nowe możliwości produkcji energii mogą zaowocować do 2020 r. ponad dwoma milionami nowych miejsc pracy. Rewolucja łupkowa przełoży się także na jeden punkt procentowy wzrostu gospodarczego w ciągu następnych 10 do 15 lat, a deficyt handlowy całego kraju może spaść o 85 proc. do 2015 r. Jednak rewolucja łupkowa nie obyła się bez ofiar. Jedną z nich stało się środowisko naturalne. „Szczelinowanie spowodowało mniej szkód niż twierdzą jego najbardziej zaciekli przeciwnicy, lecz więcej, niż przyznają zwolennicy. I być może upłyną całe lata, zanim w pełni znane staną się wszystkie konsekwencje wiercenia i szczelinowania”– argumentuje autor „Frakersów”. Pomimo wielkiego sukcesu w kontekście makroekonomii USA tamtejsza branża wydobywcza ma na swoim koncie także porażki i szereg bankructw.„Główny problem to uzależnienie rentowności od cen surowców. W pewnym sensie to „wina” samych frakersów, którzy znajdując tyle gazu, zwiększyli tak jego podaż, że ceny musiały spaść” – mówi Michał Wróblewski.

Ceny paliw. Przed świętami będzie jeszcze taniej

Paliwa w Polsce są najtańsze od początku 2011 roku, a ceny spadają w bardzo szybkim tempie. Podczas ostatniego szczytu wyjazdowego Polaków, na Wszystkich Świętych i dwa długie weekendy, trzeba było dobrze szukać, by znaleźć dziewięćdziesiątkę piątkę tańszą niż pięć złotych. W ciągu 30 dni jej średnia cena – jak pisze portal Money.pl – spadła już o 28 groszy i nadal będzie tanieć.

Dzisiaj, według danych e-petrol, bogatszą w oktany benzynę Pb 98 średnio możemy kupić za 5,20, Pb 95 za 4,92, ropę za 4,86, a za gaz zapłacimy 2,57, czyli więcej o dwa grosze niż przed miesiącem. Oznacza to spadek ceny najpopularniejszej benzyny o 28 groszy i oleju napędowego o 25 i to w ciągu trzydziestu dni – wylicza portal Money.pl.

Warto jednak pamiętać, że w zależności od regionu kraju i koncernu można zauważyć duże różnice między cenami maksymalnymi i minimalnymi danych paliw. – Na początku grudnia obserwowaliśmy stacje gdzie pojawiały się już ceny w okolicach 4,65 za Pb 95, a na drugim biegunie są te proponujące to samo paliwo o 50 groszy drożej czyli za 5,15 – zauważa w Money.pl Grzegorz Maziak, kierownik zespołu analiz e-petrol.pl.

Jedynie tankujący gaz nie poprawiają sobie nastroju odwiedzając stacje i porównując ceny, bo tu cyfry na wyświetlaczach zatrzymały się na stabilnym poziomie okolic 2,55 – 2,60 zł.

W ostatnich tygodniach Rosja, przeżywająca poważne problemy gospodarcze, w związku ze spadającymi cenami ropy, zabiegała u 12 krajów zrzeszonych w Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) o zmniejszenie wydobycia, co spowodowałoby by wzrost cen na światowych rynkach. Organizacja pozostała jednak odporna na dyplomatyczne gry Rosjan i w ostatnich dniach listopada zdecydowała się zachować wydobycie na obecnym poziomie, nie dającym nadziei na zatrzymanie trendu. Tym samym jedna z przesłanek, która mogłaby spowodować, że pod koniec roku na stacjach zrobi się trochę drożej zniknęła z horyzontu.

W ciągu ostatnich pięciu miesięcy ceny ropy spadły o ponad 30 procent i osiągnęły najniższy poziom od czterech lat. Przełamana została kolejna psychologiczna granica 70 dolarów za baryłkę, czyli około 159 litrów. Warto zauważyć, że przed miesiącem było to jeszcze 86 dolarów. Teraz wygląda to bardzo podobnie tyle, że cyfry zamieniły się miejscami i jest to już 68 i ciągle spada. – Decyzja OPEC już częściowo była uwzględniona w notowaniach, ale wszystko wskazuje na to, że będziemy obserwować dalszy spadek ceny tego surowca – przewiduje w Money.pl Urszula Cieślak, analityk rynku paliw z BM Reflex.
Cena ropy oczywiście w prosty sposób nie przekłada się na rachunki za tankowanie. Gdyby tak było, płacilibyśmy mniej o jedną trzecią. Trzeba jednak pamiętać, że blisko połowa ceny na stacjach to VAT i obciążenia podatkowe, dopiero druga połowa to ropa, proces jej obróbki i niezwykle ważna w tym ujęciu para walutowa. Drożejący dolar w znacznym stopniu może osłabić efekt tańszej ropy i odwrotnie, stały kurs spowoduje, że cena za baryłkę znajdzie swoje pełniejsze odzwierciedlenie w ostatecznym koszcie tego co w dystrybutorze.- – ocenia w rozmowie z Money.pl Zdzisław Pisiński z Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Zgadza się z nim Grzegorz Maziak- Nie ma przesłanek wskazujących na osłabianie się złotego, tak jak miało to miejsce choćby w ostatnich kilku miesiącach. Nie spodziewam się dużo droższego dolara, a zatem i na ceny paliw pod koniec roku nie będzie to miało wpływu – przewiduje.- Z dostępnych nam analiz wynika, że dolar będzie wprawdzie umacniał się wobec euro ale już nie tak mocno do złotego. Zatem ten czynnik nie zahamuje spadków cen, a z całą pewnością nie wpłynie też na podwyżki – ocenia w rozmowie z Money.pl Zdzisław Pisiński z Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Skoro nie będzie drożej to jak bardzo tanio może być jeszcze przed świętami? W ocenie ekspertów, z którymi rozmawiali dziennikarze portalu Money.pl, każdego dnia i tygodnia ceny powinny spadać, więc napełnianie zbiorników pod korek nie ma większego sensu. Czas ciągle będzie sprzymierzeńcem kierowców, przynajmniej na razie. – Do końca roku nie wyobrażam sobie żadnych podwyżek. Średnio przed świętami za najpopularniejszą dziewięćdziesiątkę piątkę płacić będziemy 4,73-78, w tych też okolicach znajdzie się olej napędowy, który przestanie też być tańszym paliwem – ostrożnie prognozuje Urszula Cieślak. – Minimalnie przed gwiazdką na najbardziej konkurujących cenowo stacjach zobaczyć będziemy mogli 4,55 zł, a z cała pewnością nie będzie już cen powyżej 5 złotych.

Dużo ostrożniejszy jest ekspert Polskiej Izby Paliw Płynnych, który nie chce prognozować minimalnej ceny na stacjach za około dwa tygodnie. W jego ocenie nadal możemy jednak spodziewać się tańszego tankowania. – Jak na razie wszystko nurkuje w dół w szybkim tempie, ale nie chcę wyrokować. Jeżeli jednak nic się nie wydarzy na rynkach co mogło by odwrócić obecny trend, to rzeczywiście ceny nadal będą spadać – uważa Zdzisław Pisiński.

Najbardziej optymistyczny jest analityk e-petrol, który zapowiada nawet przełamanie psychologicznej granicy czterech złotych i pięćdziesięciu groszy. – Przed świętami 4,50 za Pb 95 jest jak najbardziej możliwe, o ile oczywiście zostaniemy przy obecnym tempie przecen. Możliwe też, że pierwsze próby poniżej poziomu 4,50 zł pojawią się na stacjach należących do hipermarketów – prognozuje Grzegorz Maziak. Jak przekonują eksperci rzeczywiście szczególnie wśród hipermarketowych operatorów należy spodziewać się najbardziej agresywnej walki cenowej. Niską ceną paliwa, przełamującą kolejne bariery zachęcać nas mogą do świątecznych zakupów.

Student pracuje, bo potrzebuje praktyki i pieniędzy

71% studentów podejmuje pracę w czasie studiów, gdyż potrzebuje środków finansowych na utrzymanie i naukę, a jedna na trzy osoby studiujące z uwagi na chęć zdobycia doświadczenia zawodowego – tak wynika z wewnętrznego badania przeprowadzonego przez Exact Systems, firmę specjalizującą się w kontroli jakości części samochodowych. Przedstawiciele firmy podkreślają, że motoryzacja jest coraz atrakcyjniejszym rynkiem pracy dla studentów.

Studia kosztują, polscy studenci wiedzą o tym, ale nie liczą już tylko na pomoc finansową ze strony swoich rodziców. Z badania przeprowadzonego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości „Przyszłe kadry polskiej gospodarki” wynika, że czterech na dziesięciu studentów pracuje w czasie roku akademickiego.[1] – Studenci stanowią 75% wszystkich współpracujących z nami kontrolerów. Branża motoryzacyjna, w której głównie działamy, jest dla nich atrakcyjna nie tylko ze wzglądu na zarobki, ale i możliwość pracy przy innowacyjnych produktach z perspektywą stałego podnoszenia kwalifikacji w międzynarodowym środowisku – komentuje Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. – Warto także podkreślić, że zalety te dostrzegają nie tylko studenci zaoczni, którzy z reguły częściej podejmują pracę podczas studiów. Coraz więcej współpracujemy ze studentami dziennymi – dodaje Paweł Gos.

Dzienny z elastycznymi godzinami pracy

Co trzeci zatrudniony w Exact Systems student (35%) łączy pracę ze studiami w trybie dziennym. Motywacją dla 71% z nich jest perspektywa zdobycia doświadczenia zawodowego, 11% akcentuje możliwość rozwoju osobistego w firmie, 9% zwraca uwagę na szansę poznania osób z branży. W przypadku pracujących studentów zaocznych na zdobycie doświadczenia wskazuje 58% zbadanych, a tylko 8% łączy pracę na studiach z rozwojem zawodowym. Bardzo istotna jest specyfika całej branży motoryzacyjnej, która daje możliwość regulowania czasu pracy tak, aby dostosować się do możliwości studentów. – Elastyczne godziny pracy pozwalające pogodzić zajęcia na uczelni z zatrudnieniem są ogromną zaletą dla ponad połowy (56%) wszystkich przebadanych przez nas studentów. Studenci dzienni doceniają ten aspekt jeszcze bardziej – 71% z nich wskazało tę odpowiedź jako czynnik decydujący o podjęciu pracy – podkreśla Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Prawie co piąty zapytany (17%) ceni pracę w młodym zespole i dobrą atmosferę w firmie.

Żaka motywuje premia, karnet i awans

Niezależnie od długości pracy i planów na przyszłość, studenci zwracają uwagę na możliwość awansu i podwyżki. Czynnikami, które motywują ponad połowę zapytanych studentów do pracy, są przejrzysty system premiowania (58% wskazań) oraz dodatkowe świadczenia socjalne jak np. karnety do kina czy na basen (53% wskazań). Na najniższym stopniu podium znalazła się możliwość awansu (48%). – Wyniki naszej wewnętrznej ankiety potwierdzają, że praca w zakładzie motoryzacyjnym bardzo często stanowi pierwszy szczebel drabiny w karierze zawodowej studenta. Zaczynając od kontrolera jakości części samochodowych, student uzyskuje pierwszą możliwość aktywizacji zawodowej i zdobycia konkretnych umiejętności, jak również szansę zaprezentowania własnej osoby potencjalnemu pracodawcy – mówi Jacek Opala. – Warto także podkreślić, że studenci bardzo chętnie korzystają z dodatkowych szkoleń, czego przykładem jest prowadzona przez nas Szkoła Jakości, w której w ciągu pół roku wzięło udział dwieście osób – dodaje Opala.

Przedstawiciele Exact Systems zwracają uwagę na ważną w kontekście studentów rozbieżność kształcenia z oczekiwaniami pracodawców. – Osoby młode po studiach bardzo często nie posiadają wymaganych umiejętności praktycznych, gdyż w czasie nauki mieli okazję nabyć jedynie wiedzę teoretyczną. Stąd doświadczenie, które przynosi ze sobą świeżo upieczony absolwent, jest bardzo dobrze postrzegane przez pracodawców – podkreśla Paweł Gos. – Zaprezentowane dane są ciekawe również z jeszcze jednego bardzo ważnego powodu: branża motoryzacyjna jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się gałęzi w Polsce. A trendy i zachowania na tym rynku pracy mogą mieć istotne przełożenie na całą grupę osób studiujących i poszukujących zatrudnienia w najbliższych miesiącach – podsumowuje Paweł Gos z Exact Systems.

[1] Przyszłe kadry polskiej gospodarki, PARP, http://www.parp.gov.pl/files/74/81/713/20014.pdf

Drgania warszawskich cen

W mieszkaniówce mamy przyspieszenie. Rośnie liczba rozpoczynanych budów i wydawanych pozwoleń. Warszawa to największy plac budowy w Polsce. Najwięcej nowych mieszkań powstaje na Woli,  Mokotowie, Białołęce, Pradze Południe i w Wilanowie.   

Mieszkań w ofercie deweloperów przybywa, a mimo to na obniżki cen nie ma co liczyć. Nowe lokale rozchodzą się na pniu, bo u dewelopera kupimy dużo taniej niż z drugiej ręki.

Ceny lekko w górę

Jak wynika z ostatnio przeprowadzonej wśród deweloperów sondy, większość firm nie planuje zmieniać cen w najbliższym czasie. Tylko w niektórych projektach mieszkania lekko drożeją, nie są to jednak duże zmiany. W najpopularniejszych inwestycjach, które wzbudzają duże zainteresowanie kupujących stawki nieznacznie idą w górę.

Z kolei w przypadku niektórych projektów niewielki wzrost cen idzie w parze z postępem prac budowlanych. Czasem na początku budowy lub jeszcze przed jej rozpoczęciem deweloperzy oferują ceny niższe o kilka procent, by później je podnieść. Choć większość inwestorów twierdzi, że zainteresowanie mieszkaniami jest tak duże, że nie muszą obniżać cen nawet na początku realizacji inwestycji.

Kilku procent obniżki ceny można również czasem oczekiwać po ukończeniu budowy, kiedy w oddanym osiedlu  zostają ostatnie wolne mieszkania.

Co piąte w Warszawie gotowe

Obecnie co piąty, oferowany przez deweloperów w Warszawie lokal jest już gotowy. Emmerson oblicza, że na koniec września na warszawskim rynku było w sprzedaży ok. 14,9 tys. nowych mieszkań. Oferta rośnie, a mimo to liczba oddanych lokali w całej dostępnej puli jest mniejsza niż przed rokiem. Prym wiodą mieszkania w budowie.

Jak podaje portal nieruchomości Dompress.pl, najwięcej warszawskich, nowych mieszkań wycenionych jest na 7-8 tys. zł za metr. Najtańsze oferty deweloperskie znajdziemy w Wesołej i na Białołęce. O ile w tej pierwszej dzielnicy oferta jest skromniutka, to Białołęka plasuje się w czołówce, jeśli chodzi o wielkość podaży nowych mieszkań w Warszawie.

Konkurencja jest tam silna i czasem można trafić na promocje. Obniżkę cen wprowadziła np. ostatnio firma Barc Warszawa, budująca w Białołęce osiedle Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli. – Wyselekcjonowaliśmy część mieszkań, które trafiły do oferty specjalnej. Wybrane lokale, które wcześniej kosztowały 5780 zł/mkw., można teraz kupić w cenie 5500 zł/mkw. – podaje Wojciech Stisz reprezentujący firmę. Wojciech Stisz zwraca uwagę, że w inwestycji oferowane są mieszkania w wyższym standardzie,  a mieszkanie dwupokojowe można nabyć już za 203 tys. zł.

W odległych rejonach Białołęki mieszkania wycenione są nawet poniżej 5 tys. zł za metr, co praktycznie nie zdarza się w innych rejonach Warszawy. Bywa, że znaczne różnice cen występują nawet w obrębie tej samej dzielnicy. Mowa tu o tych częściach miasta, w których znajduje się metro. Więcej za nowe mieszkanie trzeba będzie zapłacić, jeśli wybierzemy inwestycję usytuowaną w pobliżu kolejki podziemnej. Lokale znajdujące się w budynkach stojących niedaleko stacji metra są nawet o kilkanaście procent droższe od tych usytuowanych dalej od podziemnej kolejki.

Góra-dół , północ-południe Pragi

Dobrym przykładem tego, jak metro wpływa na ceny mieszkań jest Praga Północ. Badacze rynku zauważają, że cena nowych lokali, które weszły do sprzedaży w tej dzielnicy w III kwartale 2014 roku jest o ok. 2 tysiące za metr wyższa od stawek obowiązujących wcześniej. Na terenie dzielnicy rosną droższe inwestycje, bo druga linia metra dochodzi teraz do Dworca Wileńskiego. Obecnie w najnowszych, pólnocno-praskich inwestycjach ceny mieszkań są  porównywalne do tych, które deweloperzy dyktują w projektach realizowanych na Ochocie i Żoliborzu.

Średnie ceny nowych mieszkań podskoczyły też trochę w Wilanowie i Ursynowie, ale jest też dobra wiadomość. Dotyczy Pragi Południe. Wprowadzenie do oferty inwestycji ze znacznie niższymi cenami niż dotychczasowe doprowadziło do obniżenia średniej ceny nowych mieszkań w tej dzielnicy.

Autor: Barc Warszawa SA.

AmRest będzie otwierać 90 restauracji rocznie. EBITDA ma rosnąć o ponad 20 proc. rocznie

0

CEO Magazyn Polska

90 nowych restauracji zamierza rocznie otwierać na całym świecie spółka AmRest. Szuka też ciekawych firm z branży, które mogłaby przejąć. Na kolejne lata zapowiada dynamiczny, kilkunastoprocentowy rozwój.

– Nie wykluczam przejęć, ale raczej nie szukamy niczego dużego, bo chcemy się skupić na tym, co mamy mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Mroczyński, dyrektor ds. strategii AmRest. – Drobniejsze akwizycje w poszczególnych dywizjach nie są jednak wykluczone. Najbardziej atrakcyjne dla nas podmioty to głównie istniejący franczyzobiorcy marek, na których my się znamy świetnie. Tam, gdzie możemy zrobić różnicę, dodać wartość, ewentualnie również nowe marki, ale nasz apetyt nie jest zbyt duży na tę chwilę.

AmRest prowadzi lokale takich marek, jak Burger King, Pizza Hut, KFC oraz Starbucks. Obecnie ma ponad 780 restauracji i fast foodów w 12 krajach. Z tego niemal połowę, bo aż 314, w Polsce. W tym roku po trzech kwartałach przychody ze sprzedaży spółki przekraczały 2,1 mld zł i były o 183 mln zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej przekraczał w tym czasie 44,5 mln zł, co oznacza, że zmniejszył się w porównaniu z ubiegłym rokiem o prawie 5 mln zł. Na tym tle jednak naprawdę dobrze wygląda sam III kwartał, gdy spółka zanotowała wzrost przychodów o 9,9 proc., do 765 mln. Jej zysk netto był cztery razy wyższy niż w III kwartale 2013 r. i wyniósł 31,6 mln zł.

Po tych trzech kwartałach widać, że to jest dla nas bardzo dobry rok, zresztą po bardzo trudnym 2013 roku ocenia Wojciech Mroczyński. Wszystko wskazuje na to, że końcówka też będzie bardzo dobra, dlatego wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni.

W przyszłym roku wyniki AmRestu mają się nadal poprawiać. Spółka zapowiada w najbliższych latach dynamiczny rozwój sieci lokali na całym świecie i zdecydowaną poprawę wyników.

– To jest na pewno kontynuacja wzrostu kilkunastoprocentowego i spodziewamy się, że EBITDA w najbliższych 3 latach będzie rosnąć w jeszcze szybszym tempie niż sprzedaż mówi dyrektor ds. strategii AmRest. – Ok. 20 proc., a nawet ponad, takie są nasze aspiracje. Będziemy kontynuować te trendy, które dotąd obserwowaliśmy przez ostatnie 2-3 lata, czyli 90 otwarć rocznie z rozłożeniem akcentów głównie na Europę Środkową i Wschodnią, Hiszpanię, Rosję i Chiny.

W najbliższych latach AmRest bardzo liczy na dwa nowe dla spółki rynki: francuski i właśnie chiński. W Państwie Środka spółka rozwija własną markę Blue Frog i na razie osiąga 15 mln dolarów sprzedaży. Liczy jednak na więcej.

 To jest taki trochę przyczajony tygrys i będzie na pewno coraz bardziej ważył na wynikach całego AmRestu – podkreśla Wojciech Mroczyński.  Do tego dochodzi Francja, gdzie mamy markę La Tagliatella, która jest liderem w Hiszpanii. A ponieważ rynek francuski jest bardzo zbliżony do hiszpańskiego jeżeli chodzi o przyzwyczajenia naszych gości i bliskość geograficzną, to myślę, że na tych dwóch rynkach będziemy się skupiać, jeżeli chodzi o rozwój.

Największym rynkiem AmRestu pozostaje jednak Polska. Tu spółka istnieje najdłużej, tu zbudowała zespół ludzi oraz system wspierania restauracji od logistyki po marketing.

To przekłada się na świetne marże, a wszystko dzięki temu, że marki są bardzo rozpoznawalne – zaznacza przedstawiciel AmRestu. Mamy bardzo dużą siłę przetargową, jeżeli chodzi o właścicieli centrów handlowych, lokalizacji, i to procentuje tym, że to dywizja Europy Środkowo-Wschodniej jest właśnie tą, która dostarczy najwięcej sprzedaży i najwięcej gotówki dla całego AmRestu.

Będzie przybywać w Polsce magazynów. W III kwartale wynajmowano je szybciej niż budowano

Polski rynek powierzchni magazynowej ma ogromny potencjał. Dostępna powierzchnia to ponad 8 mln mkw., w sąsiednich Niemczech jest jednak 10 razy większa. Natomiast Czesi wyprzedzają nas pod względem liczby metrów kwadratowych na mieszkańca. Duży jest także popyt – w III kwartale w Polsce wynajęto więcej powierzchni, niż wybudowano.

Tylko w tym roku powstały w Polsce nowe magazyny o łącznej powierzchni przekraczającej 700 tys. mkw., z tego w samym III kwartale 400 tys. mkw. – wynika z raportu Colliers International. W tym samym czasie najemców znalazło 500 tys. mkw. powierzchni magazynowej.

Perspektywy dla nowych inwestycji są pozytywnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Dobrzycki, partner zarządzający odpowiedzialny za Europę w Panattoni Europe, jednym z największych inwestorów na tym rynku. –Rynek jest konkurencyjny, aczkolwiek bardzo rozwojowy. Ta baza, która w tej chwili przekracza 8 mln mkw. w porównaniu z 80 mln mkw., które są w Niemczech, napawa optymizmem. Biorąc to pod uwagę, można spokojnie powiedzieć, że przed nami bardzo długi okres fundamentalnego rozwoju. W Niemczech także w dalszym ciągu budujemy, więc widać, że możliwości rozwoju są praktycznie nieograniczone.

O potencjale rynku świadczy również to, że Polska jest największym rynkiem w regionie, chociaż pod względem liczby metrów kwadratowych na mieszkańca wyprzedzają nas Czesi.

Na polskim rynku powierzchni magazynowych najważniejsze są tereny wokół pięciu kluczowych miast: Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Poznania i konurbacji śląskiej.

W tych lokalizacjach jest najwięcej powierzchni, najwięcej się dzieje i to one są kluczowe dla rynku – ocenia Robert Dobrzycki. – Poza tym mamy dwie lokalizacje, Gdańsk i Kraków, które rosną, choć są mniejsze niż pozostałe. Trzeci segment to pozostałe miejsca w Polsce, strefy ekonomiczne bądź mniejsze miejscowości na wschodzie Polski.

Jak podkreśla, konkurencyjność rynku jest różna w poszczególnych sektorach. Najbardziej konkurencyjny jest rynek w najważniejszych pięciu lokalizacjach. Wpływa na to dostępność gruntów i koszty budowy.

Jeżeli chodzi o bazę i procent, to te mniejsze rynki rozwijają się szybciej. Aczkolwiek wolumenowo więcej jest biznesów na tych podstawowych rynkach – mówi przedstawiciel Panattoni Europe.

Na wybór konkretnej lokalizacji dla powierzchni magazynowej w Polsce wpływa wiele czynników. Jednym z nich jest rozbudowana infrastruktura komunikacyjną, kolejnym – wielkość samego rynku, czyli pobliskiej aglomeracji miejskiej. Wpływ ma również bliskość zagranicznych rynków.

Większość naszego rynku to nieruchomości w kluczowych lokalizacjach, pod standardowego klienta logistycznego, który lokalizuje się przy autostradach, lotniskach i dużych ośrodkach miejskich – podkreśla Dobrzycki. – Oczywiście zdarzają się klienci, którzy wymagają specyficznego podejścia. Klienci produkcyjni często chcą lokalizować się poza dużymi ośrodkami, w strefach ekonomicznych, bo koszty pracy i granty rządowe bądź unijne mają dla nich istotne znaczenie.

Popyt na magazyny występuje w wielu branżach gospodarki, jednak najwięcej potrzebuje ich dynamicznie rozwijający się sektor e-commerce oraz przemysł samochodowy.

Polski rynek jest atrakcyjny przez samą wielkość oraz ze względu na położenie geograficzne, koszt pracy i elastyczność kodeksu pracy w porównaniu z innymi krajami w regionie – uważa Robert Dobrzycki. – Mimo że narzekamy na to, że system prawny i podatkowy jest nieprzejrzysty, on i tak na tle krajów regionu jest przejrzysty. Dużym plusem jest też dostępność nieruchomości, klarowność planningu, czyli planów zagospodarowania, oraz bliskość rynków zachodnich.

Dynamiczny rozwój polskiego rynku powierzchni magazynowej jest dowodem na dobrą kondycję gospodarki.

W percepcji klientów ten rynek został wciągnięty do grupy krajów podstawowych w Europie, gdzie ryzyko prowadzenia działalności jest rozpoznawane jako niskie. To też pomaga klientom czuć się komfortowo w naszym kraj – zwraca uwagę Robert Dobrzycki.

SARE zapowiada na przyszły rok lepsze wyniki niż w 2014. Planuje podwoić zyski

0

CEO Magazyn Polska

SARE, notowana na NewConnect spółka specjalizująca się w e-mail marketingu, zamierza w przyszłym roku z nawiązką podwoić swoje tegoroczne wyniki. Nie wyklucza też nowej emisji, gdy pod koniec 2015 r. przeniesie się na główny parkiet warszawskiej giełdy.

Wyniki, jakie Grupa SARE dotąd osiągnęła w 2014 roku, już wyglądają imponująco. Spółka po trzech kwartałach ma przychody sięgające 18 mln zł, czyli o prawie 80 proc. wyższe niż przed rokiem. Jej zysk netto wzrósł o 135 proc., do niemal 1,4 mln zł.

Zeszły i obecny rok to czas inwestycji w działania badawczo-rozwojowe. Dążymy do stworzenia skutecznych narzędzi, które monetyzujemy, oferując je naszym klientom – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu SARE. – Jednocześnie zwiększamy udziały w nowych spółkach, m.in. właśnie teraz kupiliśmy udziały w spółce Emagenio, która buduje sklepy internetowe w technologii Magento. Zwiększamy też naszą ekspansję zagraniczną.

Swe usługi SARE świadczy m.in. w branży finansowej, obsługując większość dużych banków w Polsce. Działa też w branży odzieżowej i motoryzacyjnej. Mocna jest też na rynku B2C, wspierając sprzedaż do klienta końcowego (konsumenta).

Budujemy naszą pozycję na rynkach międzynarodowych – informuje Tomasz Pruszczyński. – Jest to możliwe dzięki doskonałym referencjom. Na przykład w branży kosmetycznej, gdzie klienci, zadowoleni z naszych usług w Polsce, zaczynają korzystać z naszych systemów na innych rynkach. Widzą skuteczność naszych rozwiązań w skali globalnej, bo mogą porównać różne rynki zbytu i efektywność naszych narzędzi w różnych środowiskach konsumenckich.

Do niedawna rynki zagraniczne stanowiły marginalną część działalności spółki, dając jej 2-3 proc. przychodu. Obecnie jest to już 10 proc. Spółka zmienia więc strategię zagranicznej ekspansji. Dotychczas wkraczała na rynek wraz z polskim klientem i rosła z nim, obecnie chce samodzielnie rozwijać zagraniczną działalność.

W przyszłym roku planujemy ekspansję o wiele bardziej zorganizowaną w postaci czy to oddziałów fizycznych w poszczególnych państwach, czy budowania franczyzy i wsparcia sprzedaży przez podmioty lokalne – zapowiada prezes SARE.

W 2015 roku SARE zamierza przygotować się do przeniesienia z NewConnect na główny parkiet warszawskiej giełdy, co ma nastąpić pod koniec przyszłego roku. W tym celu musi jeszcze poprawić swoją kapitalizację, co w ocenie władz firmy, przy jej dynamice wzrostu, nie powinno stanowić problemu.

Rozwijamy się zarówno organicznie, jak i poprzez inwestycje kapitałowe, dlatego uważam, że dynamika wzrostu zysku może być jeszcze większa. Zarówno w przyszłym roku, jak i w następnych latach – ocenia Tomasz Pruszczyński. – Można powiedzieć, że teraz zbudowaliśmy bazę pod dalszy wzrost. Choć już teraz SARE jest – według mnie – wyjątkową spółką na NewConnect, każdego roku zwiększamy naszą dochodowość. Inwestorzy powinni być zadowoleni.

W planach, dzięki wejściu na główny rynek GPW, SARE ma pozyskanie kapitału na rozwój firm, które już ma w portfelu. Pieniądze pozyskane w przyszłości z kolejnych emisji mają być przeznaczone na rozwój grupy, sfinansowanie przejęć następnych spółek.

To jest naturalny rozwój. Po to weszliśmy na NewConnect, żeby urosnąć szybko, ustabilizować biznes, pokazać inwestorom, że jesteśmy partnerem godnym zaufania – podkreśla prezes. – To już udowodniliśmy. Efektem jest rosnąca kapitalizacja. Do tego chcemy nadal poprawiać wyniki. Planujemy do końca przyszłego roku być gotowi do wejścia na tak zwaną dużą giełdę, czyli na GPW. Patrząc na nasze wyniki i dynamikę ich wzrostu, myślę, że spokojnie osiągniemy ten cel.

Szkody wywołane cyberatakami w UE szacowane są na 290 mld euro. Polskie spółki słabo się przed nimi zabezpieczają

Skala szkód spowodowanych przez hakerów rośnie. Szacuje się, że wynoszą one w UE 290 mld euro, a cyberataki prowadzone są na coraz większą skalę. W Polsce świadomość zagrożeń nie jest wystarczająca. Firmy i internauci są narażeni na kradzież nie tylko danych osobowych i finansowych, lecz także pieniędzy.

Polskie spółki nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakim są ataków, a także z ich rozmiaru i z możliwości wycieku informacji poufnych, technologii czy danych istotnych i wrażliwych dla rozwoju firmy. Wartość szkód spowodowanych przez cyberataki w UE to 290 mld euro – mówi agencji Newseria Biznes Anna Katarzyna Nietyksza, prezes zarządu firmy doradczej EFICOM.

Brak odpowiedniego oprogramowania, brak ostrożności, a czasem wręcz lekceważenie zagrożeń narażają firmy na utratę danych osobowych i finansowych.

Podczas różnych transakcji elektronicznych hakerzy mogą ukraść pieniądze z konta firmy i to w bardzo łatwy sposób. Wyciekają więc dane dotyczące planów firmy czy dane wrażliwe dotyczące technologii. Kradzione są też dane z niezabezpieczanych telefonów komórkowych i komputerów – wylicza Anna Katarzyna Nietyksza.

To właśnie urządzenia mobilne stają się gratką dla hakerów. Na świecie w użyciu jest już ponad 6 mld urządzeń mobilnych. Ich użytkownicy często zapominają o odpowiednim ich zabezpieczeniu – znacznie rzadziej kupują oprogramowanie antywłamaniowe niż dla komputerów stacjonarnych lub laptopów. W ten sposób cyberprzestępcy mają łatwy dostęp do danych gromadzonych w smartfonie lub tablecie. Dodatkowo, jeśli dane urządzenie podłączane jest do służbowego komputera, hakerzy zyskują również dostęp do tych lepiej chronionych sprzętów czy całego systemu firmy.

Polska ma świetną i doświadczoną kadrę informatyczną, ale myślę, że firmy jeszcze nie bardzo nadążają za trendem gospodarki zarządzanej danymi, szczególnie te mniejsze albo firmy energetyczne. De facto żyjemy w gospodarce zarządzanej danymi, 80 proc. danych jest przestrzenne, korzystamy z chmury obliczeniowej, często nie zdając sobie z tego sprawy – mówi Nietyksza.

Według prezes EFICOM SA niski poziom świadomości dotyczy zarówno spółek, także tych giełdowych, jak i administracji. Wszystkie te instytucje powinny przede wszystkim szkolić pracowników i zarządy w zakresie cyberbezpieczeństwa i odpowiedzialności, jaka się z nim wiąże.

We wzmacnianiu świadomości i bezpieczeństwa cyfrowego polskich firm mogą pomóc środki z Unii Europejskiej.

Tych pieniędzy wystarczy, by sfinansować zakup rozwiązań i urządzeń, a nawet ich stworzenie. Pierwszym krokiem, aby ustalić ile dana firma potrzebuje środków, jest audyt cyberbezpieczeństwa i sprawdzenie, co tak naprawdę dzieje się w przedsiębiorstwie. A dopiero potem wyposażenie firmy we właściwe rozwiązania – podsumowuje Nietyksza.

Światowy dzień konkurencji

0

Za sześć tygodni wchodzi w życie nowelizacja prawa antymonopolowego. Wzmocniony zostanie polski system walki ze zmowami przedsiębiorców i  nadużywaniem pozycji  dominującej, a także usprawnione zostaną procedury kontroli koncentracji. Dziś, w Światowy Dzień Ochrony Konkurencji, UOKiK przypomina o najważniejszych zmianach w przepisach

Światowy Dzień Konkurencji organizowany jest 5 grudnia  (od 2010 roku) przez pozarządową organizację Consumer Unity & Trust Society (CUTS International) oraz Konferencję Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD).

Polskie prawo antymonopolowe istnieje od 1990. Od tego czasu przeszło szereg zmian. Najnowsze wejdą w życie 18 stycznia 2015 r, wraz z nowelizacją ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Jej celem jest skuteczniejsze wykrywanie praktyk ograniczających konkurencję, a tym samym zwiększenie ochrony konsumentów.

Ważną zmianą będzie wprowadzenie możliwości nałożenia kary finansowej na osoby zarządzające przedsiębiorstwem za umyślny udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję. Maksymalnie będzie mogła wynieść równowartość dwóch milionów zł. Ustawa zawiera  zamknięty katalog naruszeń prawa, tak aby wiadomo było, jakie praktyki zagrożone są karą finansową. Wprowadzenie osobistej odpowiedzialności ma za zadanie zniechęcić menedżerów i prezesów do zawierania nielegalnych porozumień. Może być również bodźcem do wprowadzenia systemów compliance, czyli przyjmowania i stosowania kodeksów, zasad i procedur jakimi powinni kierować się pracownicy i zarządzający, tak aby przestrzegać prawa. Skuteczny compliance powinien pełnić dwie funkcje. Po pierwsze zapobiegać łamaniu prawa antymonopolowego, a po drugie  zminimalizować negatywne skutki dla spółki i menedżerów – jeżeli mimo wszystko dojdzie do złamania przepisów.

Zmiany dotyczyły będą również programu łagodzenia kar leniency. Wprowadzone rozwiązanie, tzw. leniency plus umożliwi przedsiębiorcy, który złoży wniosek jako drugi lub kolejny, uzyskanie dodatkowego obniżenia kary o 30 proc., jeśli poinformuje Urząd o innej zmowie, której również był uczestnikiem. W tej drugiej sprawie będzie miał status pierwszego wnioskodawcy i uniknie w niej kary finansowej.

Nowym narzędziem UOKiK będą środki zaradcze (ang. remedies). W decyzji kończącej postępowanie UOKiK będzie miał możliwość wskazania przedsiębiorcy, jakie działania ma podjąć w celu usunięcia skutków naruszenia lub zaprzestania niedozwolonej praktyki. W pierwszej kolejności będą to mogły być tzw. środki behawioralne, np. udzielenie licencji własności intelektualnej na niedyskryminujących warunkach, czy zmiana umowy. Jeżeli okażą się one nieskuteczne lub będą mniej korzystne dla przedsiębiorcy, Urząd będzie miał możliwość zastosowania tzw. środków strukturalnych. Jednym z nich może być nakaz rozdzielenia prowadzenia przez przedsiębiorcę działalności na szczeblu detalicznym od hurtowej, w celu zapewnienia innym detalistom jednolitych warunków na danym rynku.

Ponadto w skuteczniejszej walce z niedozwolonymi porozumieniami pomóc może wydłużenie okresu przedawnienia praktyk ograniczających konkurencję z roku do pięciu  lat. Pozwoli to na wykrycie większej ilości zmów szkodliwych dla gospodarki oraz konsumentów. Może również działać prewencyjnie – zniechęcać do niedozwolonych działań.

Usprawniona zostanie również kontrola koncentracji. Wprowadzona zostanie dwuetapowa procedura analizowania wniosków w sprawie fuzji i przejęć – proste koncentracje rozpatrywane będą w ciągu miesiąca, natomiast bardziej złożone przez dodatkowe cztery miesiące.

Ponadto przedsiębiorca jeszcze w toku trwającego postępowania z zakresu  kontroli koncentracji pozna przewidywany kierunek rozstrzygnięcia, w tym zastrzeżenia Urzędu. Będzie mógł odnieść się do nich, a nawet zmodyfikować zakres fuzji lub przejęcia, tak aby uniknąć decyzji zakazującej transakcji.

Wszystkie zmiany, które wprowadza nowelizacja można znaleźć w załączniku pod komunikatem prasowym.

 

Sprzedaż poza lokalem przedsiębiorcy – nieuczciwe praktyki

0

Nawet 300 zł dodatkowych kosztów za każdą domową wizytę osoby przypominającej o opóźnieniach w spłacie należności – takie procedury windykacyjne stosowała poznańska spółka sprzedająca produkty paramedyczne. To jeden przykładów niezgodnych z prawem praktyk przedsiębiorców zajmujących się handlem na pokazach i akwizycją. Prezes UOKiK wydał trzy decyzje

Jeżeli konsument dokonuje zakupu poza stałymi punktami sprzedaży detalicznej – zwykle od akwizytora lub podczas prezentacji (np. w hotelach, szkołach), zawiera umowę poza lokalem przedsiębiorcy. W takiej sytuacji nabywca ulega często presji sprzedawcy, a ponadto ma ograniczone możliwości porównania proponowanej mu oferty z innymi dostępnymi na rynku. Dlatego konsumenci, którzy kupują od akwizytorów i na pokazach, są szczególnie chronieni m.in. poprzez prawo do odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni od jej zawarcia. Ponadto UOKiK stale nadzoruje przedsiębiorców oferujących swoje towary i usługi poza lokalem. Ostatnim rezultatem tych działań są decyzje dotyczące poznańskiej spółki Nuovo, która oferuje konsumentom wyroby rehabilitacyjne i zdrowotne, Zakładu Usługowo-Handlowego Gazpron z Konina, który zajmuje się sprzedażą i montażem kuchenek gazowych oraz czujników gazu i Sobex Gaz (wcześniej Domex Gaz) z Okonka (woj. wielkopolskie) zajmującego się sprzedażą i montażem czujników gazu.

Bezprawne procedury windykacyjne

Spółka Nuovo zastrzegała we wzorcach umownych prawo do obciążania klientów kosztami w wysokości do 300 zł za każdą domową wizytę osoby przypominającej o opóźnieniach w spłacie należności, nie precyzując przy tym częstotliwości tych wizyt. Zastrzeżenia UOKiK dotyczyły braku określenia procedur naliczania opłat windykacyjnych. W rezultacie konsument nie wiedział, jakimi kosztami może zostać obciążony za nieterminową spłatę zobowiązań.

Ograniczanie prawa do odstąpienia od umowy

Spółka Nuovo zastrzegała możliwość pobierania opłaty w wysokości 400 zł za odstąpienie przez konsumenta od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorcy. Podobne praktyki stosował Sobex Gaz, który konsumentów odstępujących od umowy obciążał wynagrodzeniem za usługę i korzystanie z rzeczy w wysokości 100 zł.  Tymczasem zgodnie z prawem konsument ma prawo odstąpić od takiej umowy w ciągu 10 dni bez ponoszenia z tego tytułu jakichkolwiek dodatkowych kosztów.

Zniechęcanie do złożenia reklamacji

Zakład Usługowo-Handlowy Gazpron m.in. zastrzegał we wzorcu umownym, że w przypadku nieuzasadnionego wezwania serwisanta klient zobowiązany jest pokryć koszty dojazdu i roboczej godziny serwisanta w wysokości 90 zł. Praktyka ta naruszała interesy klientów spółki, ponieważ w obawie przed poniesieniem kosztów mogli oni rezygnować z przysługującego im prawa składania reklamacji na wadliwie działający produkt. Tymczasem zgodnie z prawem, koszty związane z reklamacjami składanymi przez konsumentów (np. dojazd serwisanta) ponosi przedsiębiorca.

Wyłączanie odpowiedzialności za opóźnienia

Sobex Gaz zastrzegł we wzorcu umownym m.in, że ma prawo do wykonania usługi w terminie późniejszym niż ustalony, dłuższym nawet o 21 dni. Takie postanowienie wzorca jest niedozwolone, ponieważ przewiduje możliwość jednostronnej zmiany terminu wykonania umowy przez przedsiębiorcę, bez wskazania ważnej przyczyny. W ramach dodatkowego okresu przedsiębiorca może bowiem swobodnie decydować o tym, kiedy faktycznie wykona swoje zobowiązanie i nie będzie to traktowane jako nienależyte wykonanie umowy. Zgodnie z prawem, jeżeli z powodu nienależytego wykonania umowy z winy przedsiębiorcy konsument poniesie straty, ma prawo domagać się odszkodowania.

Działania UOKiK

Prezes UOKiK nakazał spółce Nuovo zaniechanie stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów i nałożył kary w łącznej wysokości 21 536 zł. Decyzja jest prawomocna, przedsiębiorca nie skorzystał z prawa do odwołania do sądu.

Za stosowanie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów Prezes UOKiK nałożył na Gazpron karę w wysokości 1 011 zł. Przedsiębiorca, jeszcze przed zakończeniem postępowania UOKiK zaprzestał stosowania niedozwolonych praktyk, co wpłynęło na obniżenie wysokości sankcji finansowej. Decyzja nie jest prawomocna. Przedsiębiorca odwołał się do sądu.

Za stosowanie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów Prezes UOKiK nałożył na Sobex Gaz kary pieniężne w łącznej wysokości 4 440 zł. W trakcie postępowania UOKiK przedsiębiorca zaniechał stosowania niektórych z kwestionowanych praktyk. Decyzja jest prawomocna, przedsiębiorca nie skorzystał z prawa odwołania się do sądu.

NIK o wykorzystaniu 1% przez OPP

Organizacje pożytku publicznego (OPP) są jednym z filarów wspierających obywatelską aktywność na rzecz dobra społecznego. Coraz więcej podatników przekazuje im środki z 1 proc. odpisu z podatku dochodowego. Dlatego zdaniem NIK należy bardziej precyzyjnie niż dotąd określić zasady dokumentowania i rozliczania się przez OPP z przekazanych przez podatników środków. Główną przeszkodą w zapewnieniu pełnej transparentności jest brak prawnego obowiązku wyodrębniania przez OPP w ewidencji finansowo-księgowej zarówno przychodów z odpisu, jak i ponoszonych z tych środków kosztów administracyjnych.

NIK wskazuje na konieczność ujednolicenia i uregulowania przepisów, dotyczących funkcjonowania OPP. Niespójne przepisy sprawiają kłopot z odczytywaniem i interpretowaniem danych ze sprawozdań finansowych organizacji pożytku publicznego. Z jednej bowiem strony OPP muszą – zgodnie z nałożonym przez ministra obowiązkiem – określać w sprawozdaniach cel, na jaki wydały środki pochodzące z 1 proc. odpisów, z drugiej zaś OPP nie mają prawnego obowiązku gromadzenia danych niezbędnych do sporządzenia rzetelnego sprawozdania. W konsekwencji blisko 30 proc. OPP nie uwzględnia w ogóle tych danych w sprawozdaniach,  część organizacji podaje zaś wyłącznie dane szacunkowe.  Zdaniem NIK sytuacja ta wymaga uregulowania tym bardziej, że coraz więcej Polaków przekazuje swój 1% na rzecz organizacji pożytku publicznego. W 2005 r. zrobiło to zaledwie 0,3 % podatników, tymczasem w roku 2011 było to już 38 % (ponad 10 mln), a w 2014 roku 45 % (12 mln) podatników.

Wciąż nie została też ustanowiona prawem reguła dotycząca wydatkowania środków pochodzących z odpisu 1 proc. na koszty administracyjne. OPP – poza finansowaniem zadań statutowych – muszą mieć pieniądze na pokrycie kosztów administracyjnych, np. na wypłatę wynagrodzeń pracowników, remonty czy działania promocyjne. NIK zwraca uwagę, że chcąc pozyskać jeszcze większe niż do tej pory zaufanie obywateli, w interesie OPP byłoby jednoznaczne zapisanie, jaką część napływających środków i z jakiego źródła organizacje mogą wydawać na koszty administracyjne. Dzięki takiej regulacji, można byłoby jednocześnie zapewnić spokojne funkcjonowanie organizacji oraz  transparentność rozliczeń.

NIK odnotowuje, że część z OPP – mimo braku obowiązku prawnego – z własnej inicjatywy dokonała wyodrębnienia przychodów i kosztów administracyjnych z odpisu w swojej ewidencji finansowo-księgowej. Takie działania na rzecz transparentności NIK wskazuje jako dobre praktyki godne upowszechnienia.

Minister ds. społecznych nadzorował organizacje pożytku publicznego w badanym okresie na tyle, na ile pozwalały mu na to określone prawem narzędzia. Minister zlecał wojewodom i urzędom kontroli skarbowej prowadzenie kontroli w OPP, przygotował Koncepcję zmian w ustawie o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie w zakresie podniesienia standardu OPP (2012 r.), a także projekt Dobrych praktyk organizacji pożytku publicznego (2013 r.).

Przygotowana Koncepcja zmian zakładała m.in. wprowadzenie limitu kosztów administracyjnych dla organizacji i obowiązek ich wyodrębniania w ewidencji księgowej, a także zakaz przeznaczania środków z odpisu na reklamę oraz inwestowania ich na rynku finansowym. Jednak w wyniku opinii Rady Działalności Pożytku Publicznego, kwestionującej potrzebę wprowadzenia proponowanych zmian, minister żadnej z nich nie uwzględnił w projekcie nowelizacji ustawy.

Przeprowadzone przez NIK w ministerstwie badanie 50 sprawozdań merytorycznych OPP za lata 2011-2012 wykazało, że System sprawozdań OPP, który miał ułatwić organizacjom składanie i publikowanie sprawozdań, nie umożliwiał weryfikacji wprowadzanych danych ani korygowania sprawozdań już opublikowanych. Problem stanowiły także nieprecyzyjne instrukcje we wzorze sprawozdania. Wzór ten budził wątpliwości OPP, jednak minister nie robił nic, by go zmienić. W konsekwencji dane przekazane opinii publicznej zawierały wiele błędów.

Kontrole przeprowadzone przez MPiPS wykazały, że część OPP nie przedkładała ministrowi ds. społecznych sprawozdań merytorycznych i finansowych. Organizacje,  które – mimo wezwania – sprawozdań nie składały, minister konsekwentnie wykreślał z rejestru OPP. W ten sposób w latach 2011-2013 status OPP utraciło odpowiednio 44, 371 i 338 organizacji. NIK zwraca jednak uwagę, że minister nie dysponuje wystarczająco szeroka skalą możliwych działań. W zasadzie w każdej sytuacji jedyną sankcją jest pozbawienie danej organizacji statusu OPP. W przypadku, gdy skala stwierdzonych nieprawidłowości jest niewielka – wydaje się to karą nadmiernie rygorystyczną.

Zdaniem NIK, aby ministerstwo mogło sprawować skuteczny nadzór nad środkami otrzymywanymi z „jednego procenta” powinny być one odrębnie ewidencjonowane. Poza wprowadzeniem prawnego obowiązku wyodrębniania środków z odpisu w ewidencji finansowo-księgowej, zdaniem NIK należy także ustanowić ustawowe reguły dysponowania tymi środkami, w odniesieniu do finansowania z nich kosztów administracyjnych.

NIK zwraca też uwagę, że ustawodawca zobowiązał publiczne radio i telewizję do nieodpłatnego rozpowszechniania, we współpracy z OPP, audycji popularyzujących m.in. ideę przekazywania konkretnym organizacjom pożytku publicznego 1 proc. podatku PIT. Z kontroli wynika, że OPP, poza jednostkowymi przypadkami, z tej możliwości nie korzystały.

W świetle ustaleń z kontroli w ocenie NIK zasadne jest wprowadzenie zmian w prawie umożliwiających m.in.:

  • zobowiązanie OPP z rocznym przychodem przekraczającym np. 100 tys. zł do wyodrębniania przychodów z 1% oraz kosztów administracyjnych. Takie rozwiązanie stworzyłoby warunki dla transparentnego rozliczania środków i rzetelnego sporządzania sprawozdań, także w kontekście realizacji woli obywatela odnośnie szczegółowego celu odpisu;
  • określenie jasnych i przejrzystych zasad dysponowania przez OPP środkami z odpisu 1%;
  • ujednolicenie wzoru sprawozdania z działalności OPP, tak, aby zmniejszyć ryzyko zamieszczania w sprawozdaniach nierzetelnych danych;
  • przyjęcie szerszego katalogu sankcji, nakładanych za nieprawidłowości, który wykluczy konieczność wykreślanie organizacji z listy OPP w wyniku drobnych nieprawidłowości (Minister już zapowiedział zaproponowanie takiego rozwiązania w kolejnej nowelizacji ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie).

Eficom planuje kolejne akwizycje. Spółka chce być branżowym liderem w Europie Centralnej

0

CEO Magazyn Polska

Grupa Eficom-Sinersio będzie się powiększać. Po zakupie specjalizującej się w technologii cloud computing spółki Sinersio Eficom planuje kolejną inwestycję. Chce kupić firmę zajmującą się cyberbezpieczeństwem. Celem notowanej na NewConnect spółki jest stworzenie grupy, która stanie się branżowym liderem w Europie Środkowej.

– Po zakupie spółki specjalizującej się w technologii cloud computing planujemy również zakup spółki oferującej rozwiązania związane z cyberbezpieczeństwem deklaruje prezes Eficom. Będziemy mieli dość zdywersyfikowany rodzaj działalności, ale jednocześnie idący w kierunku gospodarki cyfrowej. To znaczy z jednej strony chcemy proponować i dostarczać rozwiązania cyberbezpiecznej chmury obliczeniowej i data center. A z drugiej strony będziemy wspierać nas samych i naszych klientów funduszami unijnymi.

Eficom chce być integratorem usług cloud computing na Europę Centralną i rozwinąć ten dopiero rosnący w Polsce technologicznie i rynkowo obszar, który w Europie jest wart już ponad 43 mld euro.

– Na szczęście zaczyna się w pewnym sensie manna urodzaju w naszej podstawowej działalności, którą były do tej pory fundusze unijne mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Anna Katarzyna Nietyksza, prezes zarządu Eficom. – Tu mamy już 12-letnie doświadczenie i sądzę, że będzie to też okazja do tego, żeby to doświadczenie przekształcić w konkretne pieniądze.

Notowany na NewConnect Eficom specjalizuje się w doradztwie dla firm poszukujących kapitału. Spółka liczy na to, że najbliższe lata pozwolą jej rozwinąć działalność. W I półroczu, jeszcze przed połączeniem ze spółką Sinersio, Eficom miał 385 tys. zł przychodów ze sprzedaży, aż o 77 proc. mniej niż w ubiegłym roku. Strata netto spółki sięgnęła w tym czasie 253 tys. zł i była o połowę mniejsza niż w I półroczu 2013 roku. Firma stawia teraz na nowe technologie. Chce oferować cyberbezpieczne rozwiązania, czyli takie usługi, jak chmura obliczeniowa. Planuje rozwój i docelowo stworzenie dużego, silnego podmiotu na skalę Europy Centralnej.

W praktyce stajemy się już dostawcą chmury obliczeniowej i rozwiązań rozmaitego typu: od infrastruktury IT, którą już udostępniamy na żądanie, po platformy typu e-commerce, które też już posiadamy, ale będą też rozmaite inne platformy IT udostępniane poprzez platformy software. Czyli te, na których różni dostawcy będą mogli ulokować swój software,a my będziemy go sprzedawać docelowym klientom podkreśla Anna Katarzyna Nietyksza.

Jedną z metod prowadzących do osiągnięcia celu, czyli stworzenia dużej środkowoeuropejskiej firmy dostarczającej klientom nowoczesne rozwiązania informatyczne, jest edukacja rynku.

Z drugiej strony Eficom pracuje nad reorganizacją grupy, sprzedażą zbędnych aktywów i kupnem nowych.

– Na pewno w naszej strategii nie stawiamy już na rozwój organiczny ocenia prezes spółki. – Nie na budowanie powolne, lecz na kupowanie, może nie chcę powiedzieć przejmowanie, bo tego nikt nie lubi, ale kupowanie kolejnych podmiotów, dołączanie do grupy kapitałowej, tworzenie silnej grupy kapitałowej w obszarze właśnie IT i cyber security. Pozbywanie się – pewnie tak, na przykład takiej spółki, jak Green Assets Inwestycje.

Green Assets Inwestycje, jak wynika z ostatniego opublikowanego raportu Eficom, w II kwartale nie wygenerowała żadnych przychodów ze sprzedaży.

Resort środowiska: nowela ustawy o GMO dotyczy prac badawczych i nie zezwala na uprawy takich roślin czy wprowadzanie ich do środowiska

CEO Magazyn Polska

Celem nowelizacji ustawy o organizmach genetycznie zmodyfikowanych są kwestie związane z ich zastosowaniem do badań naukowych. Resort środowiska zapewnia, że nowe prawo nie zawiera żadnych regulacji, które zmieniłyby stanowisko rządu dotyczące utrzymania wolnego od GMO środowiska Polski.

Przyjęta pod koniec listopada przez Sejm ustawa zmieniająca ustawę o organizmach genetycznie zmodyfikowanych ma de facto jeden cel, czyli wprowadzenie do polskiego porządku prawnego dyrektywy Unii Europejskiej regulującej kwestie związane z mikroorganizmami genetycznie modyfikowanymi, a w szczególności z ich zamkniętym użyciem – uspokaja w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Otawski, wiceminister środowiska.

Nowelizacja ustawy z 22 czerwca 2001 roku o organizmach genetycznie zmodyfikowanych wdraża do polskiego porządku prawnego dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/41/WE regulującą zamknięte (do celów naukowych i badawczych) użycie mikroorganizmów genetycznie zmodyfikowanych. W październiku Europejski Trybunał Sprawiedliwości ukarał Polskę za niewdrożenie odpowiednich przepisów dotyczących GMO. Stąd – jak wyjaśnia wiceminister – konieczność szybkiego opracowania i wdrożenia nowych przepisów.

Z punktu widzenia obywateli czy bezpieczeństwa środowiska, jak przekonuje ekspert, nowe prawo nic nie zmienia. Nie ma tam bowiem regulacji, które zmieniałyby stanowisko rządu dotyczące tego, że Polska ma pozostać obszarem wolnym od GMO.

To regulacje mówiące jak, kto i na jakich zasadach może wykonywać badania dotyczące mikroorganizmów w taki sposób, aby można było prowadzić ich modyfikację genetyczną, co związane jest przede wszystkim z badaniami w celach medycznych i farmaceutycznych – tłumaczy Otawski. – Nowelizacja reguluje też tę sferę dotyczącą mikroorganizmów i ich zamkniętego użycia, w warunkach braku kontaktu ze środowiskiem zewnętrznym oraz ludźmi, którzy nie są uprawnieni do prowadzenia takich badań.

Ustawa określa także dodatkowe zabezpieczenia, których do tej pory w polskim prawie nie było, związane z badaniami nad organizmami i mikroorganizmami genetycznie zmodyfikowanymi.

Wprowadzamy tzw. kategorię zakładów inżynierii genetycznej i obowiązek uzyskania zezwolenia na prowadzenie tego typu obiektów – mówi Piotr Otawski. – Nowe prawo wskazuje parametry i warunki, jakie trzeba spełnić, aby móc prowadzić zakład inżynierii genetycznej. Tym samym większej kontroli poddana będzie sfera prowadzenia badań nad mikroorganizmami genetycznie zmodyfikowanymi, co zwiększy bezpieczeństwo środowiska i społeczeństwa.

Jak podkreśla wiceminister, te regulacje są istotne dla postępu prac w medycynie, farmacji czy nad wykorzystaniem i produkcją substancji chemicznych. Dla przeciętnego Polaka skutki nowych przepisów nie będą jednak bezpośrednio odczuwalne.

Nie są to działania, które wprost mają wpływ na społeczeństwo czy środowisko naturalne. W żaden sposób nie umożliwiają wprowadzenia organizmów genetycznie zmodyfikowanych do otoczenia, a tym bardziej – upraw w Polsce roślin genetycznie zmodyfikowanych – precyzuje Otawski.

Jak napisano w uzasadnieniu do projektu, nowe przepisy nie mają zastosowania w produkcji żywności, produktów leczniczych, pasz itp. zawierających, składających się lub wytworzonych z organizmów genetycznie zmodyfikowanych. Nie będą też stosowane do magazynowania, hodowania, transportu, niszczenia, usuwania lub wykorzystywania mikroorganizmów, które zostały wprowadzone do obrotu na podstawie decyzji Komisji Europejskiej albo decyzji państwa członkowskiego Unii Europejskiej.

Sytuacja w Rosji zaczyna być podbramkowa. Kraj jest poza zainteresowaniem poważnych inwestorów

CEO Magazyn Polska

Zagraniczny kapitał ucieka z Rosji, ryzyko bankructwa tego kraju rośnie, a perspektywy na kolejne lata są pesymistyczne. Już w przyszłym roku tamtejsza gospodarka prawdopodobnie pogrąży się w recesji.

Tylko w III kwartale z rosyjskiego rynku inwestorzy zabrali 13 mld dolarów, a w tym roku w sumie 85 mld. Rosyjskie rezerwy walutowe, jeszcze niedawno gigantyczne, topnieją w szybkim tempie. W 2013 roku Moskwa miała zapasy waluty przekraczające 522 mld dolarów, później jednak rozpoczął się konflikt z Ukrainą i rezerwy walutowe zaczęły topnieć.

Co prawda mówi się o tym, że Rosja nadal ma 370 mld dolarów w rezerwach walutowych, ale tylko mniej niż 200 mld jest w tak zwanych bardzo płynnych aktywach do natychmiastowej sprzedaży podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. To mniej niż zobowiązania państwa rosyjskiego i firm rosyjskich, które muszą spłacić w ciągu następnych dwóch lat. Można zatem powiedzieć, że sytuacja zaczyna się robić podbramkowa.

Rosja czerpie 70 proc. swoich dochodów ze sprzedaży surowców, głównie ropy i gazu. Stany Zjednoczone zwiększyły sprzedaż ropy, przyczyniając się do obniżki jej cen na rynku ze 110 dolarów za baryłkę (cena sprzed wojny) do ok. 67 dolarów według najnowszych notowań. To jednak nie koniec. W przyszłym roku USA zapowiada zwiększenie eksportu ropy, a za dwa lata – rozpoczęcie eksportu gazu, który teraz jest zakazany.

To spowoduje podwyżkę cen gazu w Stanach Zjednoczonych, co oczywiście ucieszy branżę, i pewnie znaczną obniżkę cen gazu w Europie. To nie jest dobra wiadomość dla Rosji, jej stabilności finansowej i możliwości czerpania dochodów z ropy naftowej i gazu.

Skutek jest taki, że Rosja pogrąża się w kryzysie gospodarczym, a jej waluta dramatycznie tanieje. Przed rokiem za dolara trzeba było zapłacić niecałe 33 ruble, a dziś aż o 20 rubli więcej. Rosyjskie firmy zostały przez sankcje praktycznie odcięte od kapitału. Tymczasem w 2015 roku tamtejsze przedsiębiorstwa zadłużone na otwartych rynkach finansowych na kwotę ponad 500 mld dolarów muszą spłacić ponad 130 mld dolarów.

Ostatnio Morgan Stanley obniżył prognozę dla gospodarki z -0,5 proc. w 2015 roku do -1,7 proc. dynamiki PKB – zwraca uwagę prezes Investment Fund Managers. To są kiepskie informacje, dlatego trudno mi na podstawie tych negatywnych przepływów kapitału wyobrazić sobie, że ktoś chciałby rzeczywiście inwestować krótkoterminowo w Rosji. Wynika to z gigantycznego ryzyka geopolitycznego, a przede wszystkim ze zmniejszającej się stabilności finansów rosyjskich.

Może to oznaczać, że na nowe inwestycje Rosja nie ma co liczyć. Jej papiery skarbowe to coraz bardziej ryzykowne aktywa, a jak podkreśla prezes Investment Fund Managers, kraj ten pozostaje poza zainteresowaniem rozsądnych inwestorów.

– Po pierwsze, inwestorzy wyceniają dziś ryzyko bankructwa Rosji na 20 proc. przypomina Aleksander Jawień. –  Jak dla kraju, który jeszcze niedawno cieszył się estymą inwestorów, jest to dość dużo. Po drugie, agencje ratingowe pewnie już niedługo będą obniżały inwestycyjny rating Rosji, co jest ewidentnie kolejnym sygnałem braku zaufania do tego kraju.

Za cztery lata zaczną pracę nowe bloki Elektrowni Opole. Ruszył największy projekt infrastrukturalny

CEO Magazyn Polska

Dwa bloki w Opolu, każdy o mocy 900 MW, będą gotowe w 2018 i 2019 roku. Budowa elektrowni jest największym projektem infrastrukturalnym III RP – kosztować będzie ponad 11 mld zł. Jej realizacja musi odbywać się w ramach przepisów o zamówieniach publicznych, choć jak podkreśla Mirosław Kowalik z Alstom Power w Polsce, ustawa daje pole do kształtowania szczegółowych rozwiązań. Do tego jednak konieczny jest dialog między partnerami na każdym etapie procedury. Łatwiej ma być również dzięki zmianom w prawie.

Realizacja projektu budowy dwóch bloków w Elektrowni Opole jest bardzo ważna dla naszej organizacji w Polsce i grupy Alstom ze względu na skalę inwestycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Mirosław Kowalik, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Alstom Power w Polsce. – To są ogromne pieniądze, które zostaną zainwestowane w infrastrukturę energetyczną, dając zatrudnienie polskim firmom.

Budowana elektrownia będzie jedną z najnowocześniejszych na świecie. Choć jej paliwem pozostanie węgiel kamienny, emisja CO2 do atmosfery ma być zredukowana o ok. 25 proc na jednostkę wyprodukowanej energii. Sprawność netto nowych bloków ma być wyższa o 25 proc w stosunku do obecnej średniej w polskiej energetyce.

3 listopada wykonawcy wmurowali kamień węgielny pod opolską inwestycję. Jej zakończenie oczekiwane jest na 2019 rok. Jeden z bloków ma ruszyć w lipcu 2018 r., drugi – w lutym 2019 r. Każdy z nich będzie miał moc 900 MW.

Każdy taki projekt infrastrukturalny, a szczególnie w energetyce, wymaga wysokiej mobilizacji wszystkich uczestników procesu inwestycyjnego, w szczególności wykonawców – podkreśla Kowalik. – Pierwsze  etapy: projektowanie, przygotowanie placu budowy i wejście na budowę realizowane są zgodnie z planem. Jesteśmy w stałym kontakcie z naszymi partnerami, konsorcjum i klientem. Wierzymy, że ten projekt będzie zakończony sukcesem.

Inwestorem wartej 11,56 mld zł budowy jest Polska Grupa Energetyczna, a wykonawcą konsorcjum Rafako, Polimeksu-Mostostalu, Mostostalu Warszawa, przy współudziale Alstom Power.

Nowa część elektrowni Opole to największy projekt infrastrukturalny, jaki realizowany jest w Polsce od ćwierćwiecza, i największa obecnie inwestycja w Europie. Jak podkreśla Kowalik, realizacja tego typu przedsięwzięć jest o tyle trudna, że musi odbywać się w ramach obowiązującego Prawa zamówień publicznych.

Zmiany dokonane ostatnio w ustawie o zamówieniach publicznych, np. ograniczenie stosowania wyłącznie kryterium ceny czy powoływania się przez wykonawców na zasoby podmiotów trzecich, idą w dobrym kierunku – mówi Mirosław Kowalik.

Wyjaśnia, że ustawa narzuca pewne rozwiązania i ramy działania, ale jednocześnie pozostawia pole do kształtowania szczegółowych rozwiązań, w zależności od charakteru inwestycji. Kluczowe dla realizacji tak dużych projektów są dialog i współpraca między partnerami na każdym etapie procedury. Zdaniem Kowalika dla firm uczestniczących w przetargu oprócz spełnienia wymagań ustawy ważna jest możliwość wypracowania zrównoważonej formuły realizacji inwestycji, zapewniając jej optymalizację ekonomiczną i techniczną, co nie ograniczy konkurencji i zapewni czytelne kryteria oceny ofert.

Ustawa o zamówieniach publicznych nie definiuje tego, w jaki sposób są rozłożone akcenty w umowie szczegółowej, która jest przedmiotem ostatecznej specyfikacji zamówienia – zaznacza dyrektor z Alstom Power w Polsce. – Szczegółowe wymagania kształtowane są podczas całego postępowania przetargowego i powinny być przedmiotem uzgodnień stron, szczególnie dla tak technologicznie zaawansowanych inwestycji, z jakimi mamy do czynienia w energetyce. 

Eksperci wskazują, że jednym z problemów zamówień publicznych jest kryterium najniższej ceny, które może czasem odbijać się na jakości projektu. Jak podkreśla Kowalik, w sektorze energetycznym inwestorzy – poza ceną – muszą kierować się jeszcze innymi kryteriami, w tym wyborem najlepszej dostępnej technologii.

Investment Fund Managers: mimo tanich rosyjskich aktywów, inwestowanie w tym kraju jest ryzykowne

CEO Magazyn Polska

Zagraniczny kapitał ucieka z Rosji, ryzyko bankructwa tego kraju rośnie, a perspektywy na kolejne lata są pesymistyczne. Już w przyszłym roku tamtejsza gospodarka prawdopodobnie pogrąży się w recesji.

Tylko w III kwartale z rosyjskiego rynku inwestorzy zabrali 13 mld dolarów, a w tym roku w sumie 85 mld. Rosyjskie rezerwy walutowe, jeszcze niedawno gigantyczne, topnieją w szybkim tempie. W 2013 roku Moskwa miała zapasy waluty, które przekraczały 522 mld dolarów. Później jednak rozpoczął się konflikt z Ukrainą i rezerwy walutowe zaczęły topnieć.

Co prawda mówi się, że Rosja nadal ma 370 mld dolarów w rezerwach walutowych, ale tylko mniej niż 200 mld jest w tak zwanych bardzo płynnych aktywach do natychmiastowej sprzedaży podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. To mniej niż zobowiązania państwa rosyjskiego i firm rosyjskich, które muszą oni spłacić w ciągu następnych dwóch lat. Można zatem powiedzieć, że sytuacja zaczyna się robić podbramkowa.

Rosja czerpie 70 proc. swoich dochodów ze sprzedaży surowców, głównie ropy i gazu. Po wybuchu konfliktu z Ukrainą Stany Zjednoczone zwiększyły sprzedaż ropy, obniżając jej cenę na rynku ze 110 dolarów za baryłkę (cena sprzed wojny) do ok. 67 dolarów według najnowszych notowań. To jednak nie koniec. W przyszłym roku USA zapowiada zwiększenie eksportu ropy, a za dwa lata – rozpoczęcie eksportu gazu, który teraz jest zakazany.

To spowoduje podwyżkę cen gazu w Stanach Zjednoczonych mówi Aleksander Jawień. Co oczywiście ucieszy tę branżę, natomiast spowoduje pewnie znaczną obniżkę cen gazu w Europie, a to z kolei będzie niekoniecznie dobra wiadomość dla Rosji, bo zaburzy jej stabilność finansową i możliwości czerpania dochodów z ropy naftowej i gazu.

Skutek jest taki, że Rosja pogrąża się w kryzysie gospodarczym, a jej waluta dramatycznie tanieje. Przed rokiem za dolara trzeba było zapłacić niecałe 33 ruble, a dziś aż o 20 rubli więcej. Rosyjskie firmy zostały przez sankcje praktycznie odcięte od kapitału. Tymczasem w 2015 roku tamtejsze przedsiębiorstwa zadłużone na otwartych rynkach finansowych na kwotę ponad 500 mld dolarów muszą spłacić ponad 130 mld dolarów.

Ostatnio Morgan Stanley obniżył prognozę dla gospodarki z -0,5 proc. w 2015 roku do -1,7 proc. dynamiki PKB – zwraca uwagę prezes Investment Fund Managers. To są kiepskie informacje, dlatego trudno mi na podstawie tych negatywnych przypływów kapitału wyobrazić, że ktoś chciałby rzeczywiście inwestować krótkoterminowo w Rosji. Wynika to z gigantycznego ryzyka geopolitycznego, a przede wszystkim ze zmniejszającej się stabilności finansów rosyjskich.

To oznacza, że na inwestycje Rosja nie ma co liczyć. Jej papiery skarbowe to coraz bardziej ryzykowne aktywa, a jak podkreśla prezes Investment Fund Managers, kraj ten pozostaje poza zainteresowaniem rozsądnych inwestorów.

– Po pierwsze, inwestorzy dzisiaj wyceniają ryzyko bankructwa Rosji na 20 proc. przypomina Aleksander Jawień. – To dla kraju, który jeszcze niedawno cieszył się estymą inwestorów, dość duże ryzyko. Po drugie, agencje ratingowe pewnie już niedługo będą obniżały inwestycyjny rating Rosji, co jest ewidentnie kolejnym sygnałem braku zaufania do tego kraju.

KPMG: Polacy zainwestują w tym roku 433 mld zł. Najbogatsi kupują głównie nieruchomości, ci nieco mniej zasobni – akcje

CEO Magazyn Polska

57 proc. zamożnych Polaków inwestuje swoje pieniądze. Wśród najbogatszych czyni to aż 83 proc. Z najnowszego raportu firmy KPMG wynika, że tylko w tym roku polskie gospodarstwa domowe zainwestują 433 mld zł.

Najbogatsi, których miesięczny dochód brutto przekracza 20 tys. zł miesięcznie, najchętniej inwestują w nieruchomości. Bezpośrednio kupuje je wcelach inwestycyjnych 51 proc. tej grupy. Drugą najchętniej wybieraną przez te osoby inwestycją są akcje (25 proc.), a na trzecim miejscu – inwestycje w start-upy (15 proc.). Z grupy osób bardzo zamożnych, z dochodami miesięcznymi rzędu kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie, inwestuje 78 proc. Z tego połowa w nieruchomości, a 29 proc. w akcje. Natomiast spośród osób o dochodach między 7 a 10 tys. zł miesięcznie 36 proc. kupuje akcje, zaś o jeden pkt proc. mniej – nieruchomości.

Wynika stąd jasno, że im więcej zamożnych Polaków, tym wyższe i liczniejsze stają się inwestycje.

W 2008 roku ludzi zamożnych i bogatych, których dochód miesięczny przekraczał brutto 7 tys. zł, było w Polsce 574 tys. W 2014 roku ich liczba osiągnęła 878 tys., a jak prognozuje kancelaria KPMG, w 2016 roku ich liczba może sięgnąć 1,04 mln.

– Widać, że wejście Polski do Unii Europejskiej, rozwój ekonomiczny naszego kraju, pojawienie się dużych inwestorów zagranicznych i kumulacja majątku spowodowały, że jesteśmy zamożniejsi mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Marczak, partner KPMG w Polsce. – Wartość majątku dochodów netto tej grupy osób w Polsce to prawie 140 mld zł. Jeżeli utrzymalibyśmy takie tempo rozwoju, to w 2016 roku takich osób majętnych w Polsce będzie już ponad 1 mln, a wartość majątku zgromadzonego rok później przekroczy 200 mld zł.

Polakom, choć są coraz zamożniejsi, nadal daleko do bogactwa obywateli państw zachodnich. Mimo że nasza majętność rośnie w przyzwoitym tempie 4,6 proc. rocznie, osiągnięcie poziomu zamożności statystycznego Europejczyka zajmie nam 43 lata. Milionerów, czyli ludzi, których inwestycyjny majątek przekracza 1 mln dol., jest w Polsce 47 tys.

Wydaje się, że to jest już dosyć duża grupa, jednak porównując do krajów Europy Zachodniej, gdzie ten majątek był budowany przez dziesiątki czy nawet setki lat, nadal jesteśmy ubogim krajem – podkreśla Andrzej Marczak. Dla porównania, osób kwalifikowanych, mających co najmniej 1 mln dol. w aktywach płynnych we Francji jest 2 mln 440 tys. W Czechach, które są nieporównywalnie mniejsze niż Polska, jest ich ponad 32 tys. Oznacza to, że mamy jeszcze dużo do nadrobienia, ale powoli gonimy Zachód. Polacy się bogacą. Pamiętajmy jednak, że to jesteśmy na początku drogi, a ta bogata przyszłość dopiero przed nami.

Wraz ze wzrostem polskiej zamożności rozwija się też rynek luksusowych towarów. Według raportu KPMG najbardziej dynamicznie rozwija się segment samochodów luksusowych i z kategorii premium.

Cała gama samochodów luksusowych niemieckich, włoskich czy też brytyjskich znalazła uznanie u nabywców zwraca uwagę partner KPMG w Polsce. Ten segment jest najbardziej dynamicznie rozwijającym się i stanowi największą wartość w całym rynku dóbr luksusowych, bo 5,6 mld zł.

Kolejną luksusową kategorią, która bardzo dobrze się rozwija i na którą Polacy sporo wydają jest  kategoria odzieży i dodatków. O ile na kupno bardzo drogiego samochodu mogą sobie pozwolić tylko ludzie naprawdę zamożni, na tego typu zakupy decydują się także mniej zasobni w gotówkę Polacy.

Niewątpliwie każdy z nas może sobie pozwolić na ekskluzywną apaszkę, krawat, torebkę, pasek czy jakąś odzież. Czyli ta powszechność powoduje, że ten segment bardzo dobrze się rozwija ocenia Andrzej Marczak z KPMG. Trzecia kategoria rynku to są usługi hotelowe i spa. Rośnie liczba hoteli ekskluzywnych w Polsce, hoteli pięciogwiazdkowych, hoteli butikowych i po zaspokojeniu, powiedziałbym, podstawowych potrzeb majętnych Polaków, czyli po posiadani domu, samochodu, wykształcenia dzieci, Polacy coraz bardziej doceniają jakość spędzania czasu, wygodę, komfort, ekskluzywność.

Zmiany w opodatkowaniu użytku aut służbowych

0

1 stycznia 2015 r. ma wejść w życie ustawa określająca wysokość opodatkowanego przychodu za korzystanie z samochodów firmowych do celów prywatnych. Kwota uzależniona będzie od pojemności silnika i liczby dni, w których pracownik używał pojazdu.

„Właściwie każdy przychód jest opodatkowany, więc korzystanie z auta służbowego do celów prywatnych również […]. Do tej pory nie było jasnej wykładni, jak należy rozliczać te podatki” – mówi serwisowi infoWire.pl Marek Siudaj z Tax Care. Od nowego roku ma się to zmienić. Wysokość przychodu, od którego pracodawca musi rozliczyć podatek, warunkowana będzie przez pojemność silnika. Jeśli auto firmowe ma silnik o pojemności 1600 cm3 lub mniej, pracownikowi zostanie policzony miesięczny przychód w wysokości maksymalnie 250 zł. W przypadku, gdy pojemność silnika będzie większa, przychód ten wyniesie co najwyżej 400 zł.

Dokładna kwota zależeć będzie od liczby dni, w których auto służbowe było wykorzystywane do celów prywatnych. Jeśli będzie to dzień w miesiącu, przychód wyniesie 1/30 ustalonej sumy, jeśli 2 dni – 2/30 itd. Jest to rozwiązanie korzystne, ponieważ wyraźnie określono, jak należy się rozliczać, a wprowadzone stawki są niższe niż te, które do tej pory naliczały urzędy skarbowe – uważa ekspert.

Wydaje się jednak, że największy problem nie został rozwiązany – ciągle brakuje definicji, czym jest użytek samochodu firmowego do celów prywatnych. Interpretacji jest wiele. Zdaniem niektórych izb skarbowych nawet dojazd autem służbowym do miejsca pracy należy traktować jako przychód i obciążać podatkiem – informuje rozmówca. Kwestia jest zawiła i powinna zostać jak najszybciej rozstrzygnięta.

Warszawscy taksówkarze muszą ponownie zdawać egzaminy

Zawód taksówkarza nie należy do najłatwiejszych i wiąże się z wieloma problemami oraz wymogami, które kierowca musi spełnić. Modele biznesowe różnych korporacji ulegają zmianom, aby dostosowywać się do rygorystycznego prawa, jednak niektóre zapisy w prawie nie tylko utrudniają pracę taksówkarzom, ale też narażają klientów na straty finansowe. 

Każdy taksówkarz, który wykonuje zawód na własną rękę lub zrzeszony jest w korporacji zdaje sobie sprawę, że nie jest to łatwa praca. Nienormowane godziny, zarobki uzależnione od liczby kursów oraz niebezpieczne sytuacje są dla tej grupy zawodowej codziennością. Trzeba także pamiętać o obowiązkowych opłatach ZUSu i podatku, a część wypłaty przekazywana jest jako prowizja do korporacji. Do tego dochodzą koszty amortyzacji samochodu, serwisu oraz opłat za paliwo. Po wszystkich kalkulacjach, taksówkarz osiągając obrót ok. 8 000 zł może zarobić od ok. 1 700 zł do 2 400 zł, jednak nawet ta kwota nie jest pewna. Wystarczy bowiem drobna kolizja i nie mając narzędzia pracy, kierowca po prostu nie zarabia.

Ponieważ średnia cena za 1 km w polskich taksówkach to ponad 2 zł, a u naszych zachodnich sąsiadów ponad 3 euro, trudno się dziwić, że standard rodzimych usług taxi ciągle pozostawia wiele do życzenia. Kierowcy ciągle korzystają ze starszych aut, a średni wiek taksówki na krajowych drogach to 12 lat. W Polsce wciąż dominującym modelem jest współpraca taksówkarza z korporacją. Na rynku pojawiają się już jednak nowoczesne rozwiązania, które jednocześnie są przyjazne klientowi, ale dają też stabilizację kierowcy. Taksówkarz jest bowiem zatrudniany do świadczenia usług i otrzymuje stałe wynagrodzenie. Jedną z nielicznych firm w Polsce, która praktykuje ten model biznesowy jest EcoCar.

W korporacji kierowca ponosi comiesięczne opłaty, bez względu na to czy ma zlecenia czy nie. W EcoCar, to my płacimy wynagrodzenie za godziny pracy, zatem kierowca zarabia bez względu na okoliczności. Oczywiście bardzo się staramy, aby zleceń było jak najwięcej, a kierowca zawsze miał przysłowiowy „święty spokój” i nie musiał martwić się o koszty obsługi samochodu, takimi jak paliwo, serwis czy leasing. Jego zadaniem jest natomiast świadczenie usług na najwyższym poziomie. W momencie kiedy kierowca uszkodzi samochód również nie musi przerywać pracy, gdyż otrzyma od nas samochód zastępczy – mówi Aneta Ogrodniczek, Prezes firmy EcoCar.

To co jest standardem w Europie, w Polsce stanowi swego rodzaju novum i nie zanosi się na szybką zmianę takiego stanu rzeczy. Z całą pewnością nie pomoże w tym uchwała Rady Warszawy, według której kierowca jeżdżący samochodem służbowym wraz z końcem roku traci prawo do wykonywania zawodu. Nie liczy się ważna licencja czy dwudziestoletni staż pracy. Poszkodowanych zmianą przepisów kierowców jest w Warszawie ok. 3 tysięcy. Taksówkarze posiadający własny pojazd są natomiast dla urzędu całkowicie w porządku.

Przy okazji Ustawy deregulacyjnej zawód taksówkarza został uwolniony. Miało to polegać na likwidacji barier formalnych, czyli szkoleń i egzaminów państwowych. Ustawodawca postanowił jednocześnie, że w dużych miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, Rada Miasta ma prawo podjąć inną decyzję i może egzaminy utrzymać. Stało się tak w Warszawie, Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu.

Nagle okazało się, że w Warszawie jest problem z interpretacją zapisów Ustawy. Kto ma zdawać egzaminy? Na przestrzeni wielu lat kierowcy zdobywali swoje uprawnienia nie tylko na podstawie zdanego egzaminu, ale również tzw. praktyki zawodowej. Dotyczy to około 30% wszystkich kierowców w stolicy. W listopadzie Rada Miasta zadecydowała, że wszyscy kierowcy posiadający licencje na podstawie praktyki zawodowej muszą zdać egzaminy, również kierowcy posiadający licencje od ponad 15 lat. Ryzyko pojawienia się na ulicach Warszawy 3 tysięcy strajkujących kierowców spowodowało, że przy okazji uchwały o zmianie oznakowania taxi władze postanowili błąd skorygować, aczkolwiek nadal nie dla wszystkich. W tejże Uchwale małym druczkiem zapisano, że kierowcy wykonujący zawód osobiście takiego egzaminu zdawać nie muszą. A co z tymi, którzy wykonują usługi na rzecz innego przedsiębiorcy? Ci kierowcy traktowani będą gorzej, ponieważ nie jeżdżą swoim samochodem, tylko samochodem firmy, dla której pracują.

Ta sytuacja dotyczy około 40 naszych kierowców. Część z nich wysyłamy na szkolenia, ale nie wiemy czy zdążymy przeszkolić wszystkich do końca roku. Urzędników nie obchodzi co się stanie z tymi ludźmi. Czy stracą pracę? A może urząd ufunduje im samochody? Według nas ta ustawa jest kuriozalna i stanowi ewenement w skali kraju. Wśród naszych pracowników czuć wielkie rozżalenie i trudno się temu dziwić – komentuje Aneta Ogrodniczek, Prezes firmy EcoCar.

 

Mam licencję ważną do 2053 roku i ponad 30-letni staż pracy jako taksówkarz. Dzięki wspaniałomyślności naszych urzędników mam ponownie przechodzić tygodniowy kurs i zdawać egzamin, oczywiście płatnie? To tak jakby komuś z wyższym wykształceniem kazać ponownie zdawać maturę. Ta uchwała jest dla nas dyskryminująca i nie mogę się z nią pogodzić – mówi Bogdan Molski, taksówkarz EcoCar.

 

Wraz z kłodami rzucanymi pod nogi przez Radę Warszawy, w siłę rośnie rynek nielicencjonowanego transportu osób. Przewoźnicy jeżdżą często bez oznaczeń ani żadnego nadzoru, łamią przepisy oraz naciągają pasażerów na wyższe stawki, nie płacąc przy tym podatków.  Z drugiej strony pojawia się w Polsce kolejna firma, której usługi są zakazane w wielu krajach. Zatrudnia ludzi bez uprawnień do wykonywania usług przewozu, które w Polsce mogą być świadczone tylko na podstawie licencji taxi. Warto, żeby zamiast bezsensownymi przepisami, władze zajęły się powyższymi problemami, które naprawdę stwarzają zagrożenie, zarówno dla przewoźników, jak i klientów.

Na kamienicach do remontu można zarabiać. Inwestycje w nieruchomości dla drobnych udziałowców

CEO Magazyn Polska

Inwestycja w nieruchomości w dłuższej perspektywie na ogół jest opłacalna, wymaga jednak nakładu sporych środków. Drobni inwestorzy mają zwykle problem ze znalezieniem tam oferty dla siebie. Swoje miejsce na tym rynku dostrzegło Mzuri CFI1, które chce w imieniu drobnych inwestorów kupować kamienice do remontu, odnawiać je i zarabiać na tworzonych tam mieszkaniach.

Mzuri CFI1 ma za zadanie kupić kamienicę, która będzie w nie najlepszym stanie, odrestaurować ją tak, jak to już zresztą robiliśmy wcześniej jako Mzuri Investments, i sprzedać nowe mieszkania mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri CFI1. Mzuri CFI2, CFI3, CFI5 mogą mieć inne modele. Być może coś zbudujemy, być może kupimy kamienicę i będziemy wynajmować ją i dzielić się czynszem ze wspólnikami. Mamy plany tworzenia różnych modeli biznesowych.

W Polsce wynajmowanie mieszkań nie jest tak popularne, jak na Zachodzie Europy. Tam ludzie nie chcą kupować nieruchomości na własność, zakładając, że co jakiś czas będą się przeprowadzać, np. w związku ze zmianą pracy. W Polsce przeciwnie, własna nieruchomość jest wyznacznikiem pozycji, a oferty pracy często są odrzucane, bo wymagają przeprowadzki. To się jednak zaczyna zmieniać i rynek wynajmu rośnie. Firmy, które umożliwiają inwestowanie na tym rynku, jednak dopiero powstają.

W Polsce tych wzorców za bardzo nie ma – potwierdza Artur Kaźmierczak. Jest jeden czy dwóch konkurentów, którzy działają w trochę podobnym modelu, natomiast próg wejścia jest dziesięcio-, albo piętnastokrotnie wyższy. My chcemy, żeby to był rzeczywisty crowdfunding. Chcemy otworzyć się na młodych ludzi i pomóc im postawić pierwszy krok w drodze do budowania wolności finansowej, ich emerytury za 30-40 lat.

Obecnie szacuje się, że w Polsce brakuje ok. 800 tys. mieszkań. Mzuri CFI1 zamierza poszukiwać nieruchomości w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców. Najlepiej w atrakcyjnym położeniu i w kiepskim stanie. Po ich wyremontowaniu poszczególne mieszkania w kamienicy mają być sprzedawane po konkurencyjnych cenach.

– Chcemy zebrać stosunkowo niewielki kapitał od stosunkowo dużych grup osób, których nie stać na inną formę inwestowania w nieruchomości zaznacza prezes Mzuri CFI1. – Zainteresowani inwestowaniem będą wspólnikami w naszej spółce, ale staraliśmy się w taki sposób ustrukturyzować tę spółkę, żeby maksymalnie przypominała model funduszu inwestycyjnego. Nie chcemy angażować nadmiernie tych osób w zarządzanie spółką, natomiast oczywiście będą mogły sprawować nadzór nad działaniem firmy, na przykład poprzez radę nadzorczą.

Nabór do pierwszej inwestycji potrwa do końca 2014 roku. Jeden inwestor nie może objąć w spółce udziałów większych niż 80 tys. zł. Jednocześnie jej udziałowcem można zostać wpłacając już 10 tys. zł. Szef Mzuri podkreśla, że ma to na celu umożliwienie objęcia udziałów maksymalnie szerokiej grupie inwestorów.

Jak na nieruchomości nie jest to kwotą zbyt dużą uważa prezes Artur Kaźmierczak. – Chcemy umożliwić zainwestowanie na przykład studentom, nauczycielom czy emerytom, którzy mają oszczędności na tym poziomie. I zebrawszy 100, może 150 osób, może 70 chcemy zrobić ich wspólnikami Mzuri CFI1 i podzielić się z nimi zyskiem z tego przedsięwzięcia biznesowego.

W tym roku plony kukurydzy o 1 mln ton niższe niż przed rokiem

To nie był najlepszy rok dla producentów kukurydzy. Zbiory są o 1 mln ton niższe niż w 2013 roku. Szczególnie słabe były w Wielkopolsce i województwie kujawsko-pomorskim, ale ze względu na niską podaż ceny kukurydzy były tam najwyższe. Polski Związek Producentów Kukurydzy ocenia, że mimo słabszego roku rolnicy nie będą rezygnować z tych upraw.

W ubiegłym roku rolnicy zebrali 4,5 mln ton ziarna. Krajowe zapotrzebowanie na kukurydzę to ok. 3 mln ton, więc nadwyżka trafiła na eksport. Polskie ziarno przetransportowano m.in. do Afryki Północnej i na Półwysep Iberyjski. W tym roku zbiory będą o około 1 mln ton niższe.

Tam, gdzie warunki były sprzyjające, zostanie nadwyżka dla rolników Tam, gdzie nie było warunków, gdzie była susza, plony są relatywnie niskie, dlatego być może trzeba będzie do produkcji dołożyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Roman Warzecha, członek rady Polskiego Związku Producentów Kukurydzy.

Trudne warunki upraw w tym roku wystąpiły w części Wielkopolski i województwa kujawsko-pomorskiego. W pozostałych regionach zbiory były w miarę wysokie.

Mieliśmy niskie ceny w porównaniu z rokiem ubiegłym na kukurydzę, zarówno tą suchą, jak i mokrą, bo przedmiotem skupu jest też kukurydza mokra, bezpośrednio z pól rolników, która jest suszona przez firmy skupujące – firmy, które produkują drób czy innego rodzaju mięso – mówi Warzecha.

W tym roku łączna powierzchnia upraw w Polsce to nieco ponad 1 mln hektarów: z tego nieco mniej niż 500 tys. to zasiewy na kiszonkę, a ponad 600 tys. to kukurydza na ziarno.

Trzeci rok z rzędu mamy ponad milion hektarów kukurydzy. I jest to bardzo dobry trend, bo kukurydza jest rośliną bardzo wydajną. Nie widzimy zagrożeń dla utrzymania tej powierzchni, bo rolnicy są przywiązani do produkcji kukurydzy. Jest to jedna z głównych roślin, poza pszenicą i rzepakiem, która dostarcza gospodarstwom środków finansowych – mówi członek rady PZPK.

Jego zdaniem perspektywy zarówno dla producentów ziarna, jak i producentów kukurydzy na kiszonkę, która jest podstawą paszy, są dobre i nie powinni oni rezygnować z upraw.

Być może właśnie uprawa kukurydzy na kiszonkę z całych roślin wzrośnie, dlatego że trzeba będzie odtworzyć zapasy kiszonki, której w tym roku w niektórych rejonach było za mało – podkreśla dr Roman Warzecha.

Roczne spożycie kukurydzy cukrowej w Polsce wynosi niespełna 0,5 kg na mieszkańca, zaś w Stanach Zjednoczonych – ponad 20 razy więcej.

Polacy lojalni wobec pracodawców. Ale co czwartego do zmiany firmy przekonałyby atrakcyjne benefity pracownicze

67 proc. zatrudnionych Polaków chce się zachowywać lojalnie wobec swojego pracodawcy, ale tylko co czwarty jest zadowolony ze swojego miejsca pracy – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy ubezpieczeniowej MetLife. Rozbudowany, odpowiednio dopasowany i niestandardowy program pozapłacowych świadczeń pracowniczych ma duży wpływ na satysfakcję z wykonywanego zajęcia.

W tym roku po raz pierwszy mieliśmy możliwość przeprowadzenia w Polsce badania Studium Trendów w Świadczeniach Pracowniczych [ang. Employee Benefits Trends Study, w skrócie EBTS – red.] – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Lasota, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Grupowych MetLife. –Bardzo nas zainteresowało to, że jedynie 21 proc. pracowników zadeklarowało zwrócenie uwagi na benefity pracownicze podczas ewentualnej zmiany miejsca zatrudnienia. Tam, gdzie prowadzimy tego typu badania cyklicznie, wskaźnik ten zaczyna się od 50 proc. Pogłębiliśmy więc analizę i znamy przyczynę.

Zdaniem Roberta Lasoty rozbieżność bierze się stąd, że benefity pracownicze w firmach w Polsce są bardzo standardowe.

Pracownik w większości zakładów pracy ma możliwość wejścia w posiadanie podobnych, by nie powiedzieć takich samych, świadczeń pozapłacowych – wskazuje Lasota. – Z drugiej strony widzimy też, że komunikacja benefitów po stronie pracodawcy jest bardzo znikoma, co oznacza, że zatrudnieni mają niewielką świadomość budowania i rozbudowy tego rodzaju świadczeń.

Jak wynika z EBTS, 67 proc. zatrudnionych Polaków chce się zachowywać lojalnie wobec swojego pracodawcy, ale tylko co czwarty zadowolony jest ze swojego miejsca pracy. Jednocześnie zaledwie co trzeci uważa, że firma, w której pracuje, jest doskonałym miejscem do pracy, a jedna czwarta stwierdziła, że otrzymuje odpowiednie do zakresu obowiązków wynagrodzenie.

Najlepszym sposobem, żeby zatrzymać wartościowych pracowników w firmie, według EBTS, jest podniesienie pensji. Takiego zdania jest znacząca większość (82 proc.) osób rozważających zmianę pracodawcy. Skłonić ich może również odpowiednio dostosowany do wymagań pracowników, elastyczny system benefitów pracowniczych.

Skuteczne jest budowanie elastycznych programów, które trafiają do wszystkich grup – zauważa Robert Lasota. – Z EBTS jednoznacznie zawsze wynika, że bardzo istotne są świadczenia, które pracodawca współfinansuje lub wręcz pokrywa w całości.

Rezultaty badania wskazują, że 85 proc. respondentów chciałoby mieć ubezpieczenie na życie, gdyby koszty z nim związane były ponoszone wspólnie z pracodawcą. W takim układzie finansowania 76 proc. byłoby skłonne wykupić dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne i opiekę medyczną. W przypadku planów emerytalnych i inwestycyjnych ilość wskazań wyniosła 63 proc, a dodatkowych ubezpieczeń na wypadek inwalidztwa – 25 proc.

Wiele zależy od grupy wiekowej – precyzuje dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Grupowych MetLife. – Młodzi pracownicy, którzy dopiero wchodzą w życie zawodowe i zaczynają budować rodzinę, są bardziej zainteresowani elementami ochronnymi dla siebie czy najbliższych. W przypadku osób w wieku około 40 lat, które wiedzą już, jak będzie wyglądała ich emerytura, zaczynają dochodzić elementy związane z budowaniem zaplecza finansowego. Pracownicy w wieku około 50 lat zaczynają doceniać świadczenia dotyczące zdrowia, jego ochrony bądź wsparcia, kiedy coś się z nim dzieje.

Badanie „Studium Trendów w Świadczeniach Pracowniczych” (EBTS) zostało przeprowadzone w Polsce na zlecenie firmy ubezpieczeniowej MetLife między styczniem i marcem br. przez firmę ORC International. Wzięło w nim udział 300 pracodawców zatrudniających przynajmniej 10 osób oraz 300 pełnoetatowych pracowników w wieku od 18 do 70 lat.

UPC wprowadza nową bibliotekę ponad tysiąca filmów i seriali na żądanie. Chce trafić do widzów, którzy wcześniej pobierali seriale z internetu

0

Polscy dostawcy VoD, czyli wideo na żądanie, przygotowują się do zapowiadanego na 2015 r. debiutu w Polsce platformy Netflix, amerykańskiego giganta, który ma już ponad 30 mln klientów. UPC Polska wprowadziło właśnie usługę My Prime Filmy i Seriale. Użytkownicy zyskują dostęp do bazy ponad tysiąca popularnych produkcji. Mogą obejrzeć je również na tabletach czy smartfonach, które stają się coraz popularniejszym narzędziem konsumpcji mediów.

Klienci chcą mieć możliwość obejrzenia filmów i seriali, które nie są pokazywane akurat na antenie w którejś ze stacji, chcą mieć możliwość ich obejrzenia właśnie wtedy, kiedy mają na to czas. Jesteśmy coraz bardziej zajęci i taka możliwość staje się bardzo ważna – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Esz, członek zarządu i dyrektor marketingu UPC Polska.

UPC Polska wprowadziło na rynek ofertę My Prime Filmy i Seriale – klienci telewizji cyfrowej operatora zyskują dostęp do ponad 1000 pozycji filmowych i serialowych, dostępnych na życzenie i bez limitu. Jak podkreśla Esz, to pierwsza taka oferta legalnych seriali na rynku dostarczona przez operatora kablowego.

W ofercie UPC znajdą się produkcje dostarczone przez takich dystrybutorów, jak ABC Studios on Demand, SPI oraz Sony Pictures Television (AXN Now).

Nowa usługa to przede wszystkim seriale, w naszej ofercie będzie ich ponad 800. Mamy takie hity, jak „Lost: Zagubieni” czy „House of Cards”, to dwie najbardziej znane pozycje. W przyszłym roku chcemy wprowadzić także „Breaking Bad” – po raz pierwszy ten serial oficjalnie pojawi się u nas w kraju – wymienia Esz.

UPC nie ukrywa, że liczy także na przyciągnięcie klientów, którzy do tej pory oglądali ulubione seriale, ściągając je z internetu lub na nielegalnych serwisach.

Badania pokazują, że wielu naszych klientów wraca do ulubionych seriali. Możliwość obejrzenia ich w gwarantowanej wysokiej jakości, w sposób legalny i na telewizorze lub innych urządzeniach, jest dla nich bardzo ważna, mimo że wcześniej je ściągali czy oglądali za pośrednictwem różnych portali – uważa przedstawiciel UPC Polska.

Oferta jest dostępna dla klientów także poprzez mobilną aplikację Horizon GO.

Liczba tabletów i smartfonów oraz sposób konsumpcji mediów za ich pośrednictwem jest już prawie na takim samym poziomie, jak na rynkach zachodnich. Dlatego chcemy, żeby klient miał wybór i szanse obejrzenia ulubionego serialu na dowolnym urządzeniu – przekonuje Grzegorz Esz.

Mimo rosnącej popularności urządzeń mobilnych telewizor wciąż pozostaje głównym odbiornikiem kanałów telewizyjnych oraz filmów i seriali.

– Patrząc na badania z innych rynków, np. w Wielkiej Brytanii, nie wierzę w to, że telewizory znikną całkowicie z naszego życia i naszych mieszkań – uważa Esz.

Docelowo oprócz seriali w ramach usługi My Prime Filmy i Seriale będzie można znaleźć 450 programów dla dzieci oraz 150 filmów fabularnych. UPC liczy na to, że usługa, do której dostęp od stycznia będzie kosztował 20 zł miesięcznie, zainteresuje 20-30 proc. obecnych klientów sieci.