Komentarz dzienny, 24 października 2013

Dzień pod znakiem europejskich indeksów PMI. Nastawienie większości analityków do dzisiejszej serii publikacji jest dość ostrożne (marginalne wzrosty), co należy uznać za zrozumiałe w świetle rozczarowujących odczytów z poprzedniego miesiąca. Drugi z rzędu spadek przeczyłby dość silnie typowemu optymizmowi dotyczącemu krótkoterminowych perspektyw strefy euro. W Stanach Zjednoczonych zaś kalendarz pod znakiem cotygodniowych danych z rynku pracy (z trzeciego tygodnia budżetowych walk) i wrześniowej informacji na temat sprzedaży nowych domów (tu mogą dać o sobie znać efekty wzrostu rynkowych stóp proc., pomimo dość zachowawczego konsensusu). 

KGHM planuje poszukiwania surowców na północy kraju. Stara się o koncesje przy Zatoce Puckiej i w Lubuskiem

0

CEO Magazyn Polska

Sól potasowo-magnezowa, ruda miedzi oraz sól kamienna – KGHM chce poszukiwać złóż tych surowców w okolicach Zatoki Puckiej. W ubiegłym miesiącu spółka złożyła wniosek o koncesje na tym obszarze do Ministerstwa Środowiska. Spółka stara się również o kolejne dwie koncesje poszukiwawczo-rozpoznawcze ze złożami rud miedzi i srebra w Lubuskiem. Prezes KGHM podkreśla, że dla górniczej spółki kluczowe jest zabezpieczenie perspektyw eksploatacji na wiele kolejnych lat.

KGHM Polska Miedź we wrześniu złożyła do Ministerstwa Środowiska wniosek o nowe koncesje na poszukiwanie i rozpoznanie złóż soli potasowo-magnezowych w okolicach Zatoki Puckiej.

 – Nasz wniosek jest oparty o trzy surowce. Są to sole potasowo-magnezowe, sól kamienna i miedź  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Herbert Wirth, prezes zarządu KGHM Polska Miedź. – Ten wniosek w najbliższym czasie powinien być rozpatrzony  w Ministerstwie Środowiska jako organie koncesyjnym.

Spółka stara się o przyznanie także dwóch innych koncesji – na poszukiwanie i rozpoznanie złóż rud miedzi.

 – Cały czas poszukujemy złóż w obrębie monokliny przedsudeckiej. Z tego obszaru mamy jeszcze dwa nierozpatrzone przez organ koncesyjny  wnioski, na Kulów-Luboszyce i Bytom Odrzański. Trzeci wniosek dotyczący obszaru „Konrad”, leżącego w Niecce Bolesławieckiej, gdzie do lat 90-tych była prowadzona eksploatacja, jest w trakcie rozpatrywania przez organ koncesyjny. Na obszarze Niecki Grodzieckiej możemy uzyskać dodatkowo minimum 100 mln ton rudy o zawartości miedzi przekraczającej 1.5 proc., która znamienicie poszerzy wolumen zasobowy spółki – tłumaczy Herbert Wirth.

Duże możliwości wydobywcze starego zagłębia miedziowego w Niecce Bolesławieckiej potwierdzają realizowane obecnie badania, które spółka prowadzi w rejonie Wartowic i Warty Bolesławieckiej, na złożu Niecka Grodziecka. Wynika z nich, że parametry dokumentowanego złoża są zbliżone do parametrów obecnie eksploatowanego na obszarze Lubin-Małomice. Oznacza to, że średnia zawartość miedzi w tonie rudy wynosi ok. 1,5 proc., a zawartość srebra 50 gramów. Herbert Wirth podkreśla, że poszerzanie bazy wydobywczej jest kluczowe dla przyszłego rozwoju firmy. 

 – Firma górnicza musi sobie stworzyć potencjał wzrostowy. Jeden z tych potencjałów jest oparty na bazie zasobowej. Zabezpieczenie sobie perspektywy ciągłej eksploatacji górniczej udokumentowanych zasobów rudy jest jednym  z fundamentów rozwoju firmy górniczej i wzrostu jej wartości – mówi prezes KGHM.

Od stycznia 2014 roku KGHM rozpocznie wydobycie w oparciu o nowe koncesje górnicze. W sierpniu i wrześniu br. resort środowiska wydał koncesje na kolejne 50 lat na eksploatację złóż na obszarze Zagłębia Miedziowego. Te obowiązujące dziś wygasają z końcem roku. Starania o ich przedłużenie spółka rozpoczęła już w 2010 roku, zdając sobie sprawę z tego, że proces ten będzie wymagał przygotowania wielu opracowań, dotyczących m.in. ochrony powierzchni, szkód górniczych, zabytków, terenów Natura 2000 czy projektów zagospodarowania złoża.

 – Dzięki temu, że dostaliśmy koncesje, stworzono formalne warunki  do wzrostu i stabilnego funkcjonowania KGHM. Do tego poza bazą zasobową potrzebna jest naprawdę nowoczesna technologia górnicza, żeby jeszcze można było prowadzić eksploatację taniej – przekonuje Wirth.

Jeszcze w tym kwartale KGHM zamierza przedłożyć do zatwierdzenia Okręgowemu Urzędowi Górniczemu we Wrocławiu nowe plany ruchu kopalń, które uwzględnią warunki wynikające z uzyskanych koncesji górniczych. Miedziowej spółce chodzi o to, aby od nowego roku prowadzić działalność w oparciu o nowe koncesje, jak i nowe plany ruchu kopalń.

Strona rządowa ma nadzieję na dialog w Komisji Trójstronnej. Związkowcy zapowiedzieli, że nie przyjdą na jej obrady

0

CEO Magazyn Polska

Kryzys, który pojawił się w pracach Komisji Trójstronnej powoli łagodnieje – mówi Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej. Dodaje, że strona rządowa gotowa jest do negocjacji, których celem byłoby wypracowanie nowej formuły dialogu społecznego. Innego zdania są związki zawodowe, które zadeklarowały parę dni temu, że nie wezmą udziału w dzisiejszym posiedzeniu Komisji.

Związkowcy zawiesili swój udział w pracach Komisji Trójstronnej w czerwcu. Mówią, że wrócą do rozmów, jeśli zmieni się formuła współpracy między nimi, rządem a pracodawcami. Wiceszef resortu pracy ma jednak nadzieję, że impas uda się wkrótce przełamać. Dodaje, że dostrzega dobrą wolę każdej ze stron.

 – Wszystkie strony przystąpiły do merytorycznych działań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Męcina. – Rząd odniósł się do propozycji związkowych, które były trudne, ale zarysował też niektóre elementy, o których można rozmawiać. Strona rządowa deklarował to już minister Władysław Kosiniak-Kamysz  jest otwarta, żeby rozmawiać także o przyszłości i nowych mechanizmach dialogu społecznego.

Wiceminister dodaje, że najważniejsze dzisiaj jest odbudowanie zaufania między stronami i tworzenie przestrzeni do porozumienia. Szansą są m.in. toczące się niezależnie od rządu rozmowy między związkowcami a stroną pracodawców. Obie strony zgłaszają jednak swoje propozycje mechanizmów dialogu społecznego.

 – W większości krajów europejskich nie funkcjonują komisje trójstronne na zasadach, na których funkcjonują w Polsce. Są to rady społeczno-gospodarcze, poszerzone o organizacje pozarządowe – mówi wiceminister pracy i polityki społecznej. – Priorytety związków zawodowych idą w kierunku większej decyzyjności komisji trójstronnej, z kolei pracodawcy, mówiąc o model dialogu, zwracają uwagę na to, że kwestie gospodarcze powinny być ważne.

Rząd, jak zapewnia Męcina, jest otwarty na propozycje i gotowy do dyskusji na ten temat. Wiceszef resortu pracy przypomina, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat zasady funkcjonowania Komisji trójstronnej się już zmieniały. Dziś te mechanizmy regulowane są ustawą.

 – To nie jest tak, że tych mechanizmów Polska nie ma, aczkolwiek można powiedzieć, że tak naprawdę źródło problemu tkwi w pewnych szczegółach, w pewnym kompromisie, który musi się pojawić – dodaje Męcina.

Problem jednak w tym, że związki zawodowe warunkują swój powrót do stołu spełnieniem postulatów, wniesionych podczas akcji protestacyjnej z września. Domagają się m.in. dymisji ministra pracy, odejścia od elastycznego czasu pracy, wyższej płacy minimalnej i wycofania się z podwyższonego wieku emerytalnego.

Rozwija się polski przemysł kosmiczny. Dziś podpisanych zostanie 8 kontraktów

CEO Magazyn Polska

Polska chce mocniej zaangażować się w przemysł kosmiczny poprzez rozwój współpracy międzynarodowej w ramach członkostwa w Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Rozstrzygnięto już pierwszy konkurs dla polskich podmiotów na rozwój zaawansowanych technologii kosmicznych i ich zastosowania w gospodarce. Dziś podpisanych zostanie pierwszych osiem kontraktów.

Kontrakty dotyczyć będą realizacji projektów zaawansowanych technologii kosmicznych i ich zastosowania w gospodarce. Stronami umów będzie siedmiu autorów najlepszych projektów, zgłoszonych do konkursu finansowanego z polskiej składki do Europejskiej Agencji Kosmicznej.

 – W tym konkursie wnioski zgłoszone przez polskie firmy zostały w większości pozytywnie zaopiniowane. Ponad połowa, to jest 35 wniosków, zostało przyjętych. Tyle też kontraktów zostanie podpisanych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grażyna Henclewska, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki.

W ramach członkostwa Polski ESA ogłosiła wiosną tego roku pierwszy konkurs adresowany wyłącznie do polskich przedsiębiorstw i instytutów. Złożyły one łącznie 73 projekty, spośród których do wdrożenia zakwalifikowało się 35. Kolejne kontrakty będą zawierane sukcesywnie zawierane w najbliższych tygodniach.

 – Wartość tych wniosków przekracza 6 mln euro. Kwota dofinansowania pojedynczego waha się w zależności od zaawansowanego poziomu tych rozwiązań, które są proponowane od 50 do 900 tys. euro – wyjaśnia podsekretarz stanu.

Wszystkie zakwalifikowane projekty mają na celu rozwój i wdrożenie zaawansowanych technologii w dziedzinie m.in. informatyki, mechaniki, robotyki, nowych materiałów, aplikacji satelitarnych oraz specjalistycznych analiz i studiów wykonalności.

Grażyna Henclewska ocenia, że członkostwo w ESA, a co za tym idzie udział polskich przedsiębiorców i naukowców w projektach finansowanych przez agencję, zwiększy ich zaangażowanie w prace nad przełomowymi technologiami.

 – Obecnie zadeklarowaliśmy udział w dziewięciu projektach ESA, ale ESA realizuje znacznie szerszy katalog programów. W długiej perspektywie chcemy odgrywać znaczącą rolę w agencji, poszerzać swoją działalność i zaangażowanie w jej program. Chcemy również rozwinąć kompetencje i możliwości do budowy własnego satelity – wyjaśnia Henclewska.

Działania te służą temu, by w przyszłości uczestniczyć w największych projektach kosmicznych. Członkostwo w ESA przynosi również znaczące korzyści polskiej nauce.

 – Będąc członkiem Europejskiej Agencji Kosmicznej, corocznie wnosimy składkę obowiązkową i deklarujemy również tzw. opcjonalną. Natomiast korzyści zyskują przedsiębiorcy, naukowcy, studenci, młodzież, uczniowie, nauczyciele, uczelnie. Przedsiębiorcy i naukowcy już dzisiaj mogą korzystać z infrastruktury ESA. Z laboratoriów, z centrów testowych, z know-how, stając się pełnoprawnym członkiem jesteśmy również współwłaścicielem tej infrastruktury i bezpłatnie możemy z tego korzystać. Studenci, uczniowie mogą korzystać ze staży, z praktyk, z warsztatów, również i studenci, i uczelnie – z programów edukacyjnych – wymienia Grażyna Henclewska.

Podsekretarz stanu ocenia bardzo pozytywnie polski potencjał technologiczny oraz wiedzę i doświadczenie polskich naukowców.

 – Ponad 75 instrumentów, w których jest polska myśl, jest w przestrzeni kosmicznej. Także mamy już doświadczenie w tym sektorze, który się składa i z uczelni, instytucji naukowych, ale też i z firm. To daje nam podstawę do tego, żeby sądzić, że będziemy w stanie rozwinąć go z korzyścią dla gospodarki – dodaje.

Polska jest członkiem ESA od roku. Pierwsze pięć lat naszego członkostwa w Europejskiej Agencji Kosmicznej (do końca 2017 r.) gwarantuje polskim podmiotom objęcie ich specjalnym programem wsparcia, by mogły dostosować swoje możliwości do udziału w programach i projektach ESA.

Grażyna Henclewska zapowiada, że analogiczny konkurs na zaawansowane projekty technologiczne zostanie ogłoszony już w pierwszym kwartale przyszłego roku. Jednocześnie przypomina, że na platformie EMITS prowadzone są otwarte konkursy międzynarodowe przez cały rok, do których mogą aplikować polskie podmioty. Rejestracja w bazie EMITS, której dokonało już 135 polskich firm, jest niezbędnym warunkiem do udziału w konkursach ogłaszanych przez ESA.

Ekspansja sieci handlowej Spar w Polsce. Średnio co tydzień otwiera się kolejny sklep

0

CEO Magazyn Polska

Sieć sklepów Spar Polska w ciągu ostatnich trzech lat urosła do 140. Do końca tego roku otwartych będzie 10 kolejnych. Docelowo sieć ma mieć 300 placówek handlowych. Spar Polska chce inwestować w swoich sklepach w koncepcję żywności na wynos i oferować posiłki na miejscu. Taki koncept sprawdził się już na zachodzie Europy. 

  Będziemy bardzo mocno inwestowali w naszych sklepach w koncept „food-to-go”, czyli w koncept żywności na wynos, ale również do konsumpcji na miejscu. Chcemy uruchamiać też koncepcję kawową, kopiując to, co się dzieje na Zachodzie. Uważam, że w perspektywie kilku lat polski rynek stanie się taki sam jak rynek zachodni – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Bystroń, prezes Spar Polska.

Spar Polska koncentruje się na otwieraniu kilku rodzajów placówek handlowych o różnej powierzchni handlowej i bazuje na franczyzie. Połowa sklepów powstaje od podstaw, drugą połowę firma pozyskuje z już istniejących. Do końca przyszłego roku sieć chce liczyć ok. 200 placówek.

 – Mamy format Spar Express do 200 mkw., Spar Market do 1 tys. mkw., Eurospar powyżej 1 tys. mkw., i jeszcze nieobecny dzisiaj w Polsce format InterSpar, czyli hipermarkety. Chcemy otwierać około 50 sklepów rocznie, a docelowo 300 sklepów w Polsce w lokalizacjach, w których są potrzebne zarówno klientom, jak i franczyzobiorcom – mówi prezes Spar Polska podczas konferencji „Handel tradycyjny dziś i jutro. Jak skutecznie sprzedawać” organizowanej przez wydawcę miesięcznika „Handel”.

Dziś Spar ma około 140 sklepów własnych i franczyzowych. Sieć rozwija się głównie na południowym wschodzie kraju. Powstał już jednak pierwszy sklep na Pomorzu, w Wejherowie, a do końca tego roku zostanie otworzony kolejny – w Rumii.

Spar Polska rozpoczął działalność w 1996 r. Jednak rozwój sieci liczony jest od 2010 roku, kiedy nastąpiło połączenie z grupą kapitałową Bać-Pol. Obecny etap szybkiego powiększania sieci sklepów poprzedziła restrukturyzacja firmy.

 – Na początku 2010 r. mieliśmy tylko 60 sklepów – mówi Wojciech Bystroń. – Etap niezbędnych cięć trwał w naszej firmie praktycznie rok. Ze względu na brak możliwości spełniania wymagań musieliśmy zamknąć, wykluczyć z sieci około 50 placówek. Był to dla nas bardzo bolesny proces, ale niestety bardzo potrzebny, żeby ta sieć mogła osiągnąć standard, który rokuje jej przyszłość – wyjaśnia prezes.

Po restrukturyzacji sieć inwestuje głównie w rozwój franczyzy.

Spar dysponuje około 12 tys. sklepów zlokalizowanymi w 36 krajach na czterech kontynentach. Firma powstała w Holandii w 1932 roku. Opiekunem marki Spar Polska jest Spar International, którego biuro mieści się w Amsterdamie.

Średnie wyniki polskich spółek giełdowych w III kwartale. Na większe zyski będzie trzeba poczekać do przyszłego roku

CEO Magazyn Polska

Trzeci kwartał dla polskich spółek giełdowych nie był znacząco lepszy niż drugi podkreślają analitycy giełdowi. W najlepszej sytuacji będą spółki, które już wcześniej osiągnęły dobre rezultaty.

 – Wyniki za trzeci kwartał będą neutralne. Nie spodziewamy się tutaj jakichś super efektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Osiecki, prezes Altus TFI. – Spodziewamy się wzrostu gospodarczego w Polsce i zakładamy, że to się przełoży na wyniki spółek w przyszłym roku. Jednak zapewne ze wzrostu nie skorzystają wszystkie spółki. Te dobre dadzą sobie radę, a słabsze już niekoniecznie.

 – Prawdopodobnie wyniki polskich firm za trzeci kwartał będą trochę lepsze niż za drugi, jednak niekoniecznie przełoży się to na wyniki poszczególnych spółek – mówi Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. – Wyniki spółek, które miały słabe wyniki w pierwszym półroczu nie poprawią się znacząco, gdyż mamy do czynienia dopiero z początkiem ożywienia gospodarczego.

Dobre wyniki niekoniecznie odnotuje także sektor bankowy.

 – Oczekujemy, że niektóre banki będą nadal miały bardzo dobre wyniki, natomiast u części z nich będą one relatywnie słabsze niż w drugim kwartale – mówi Buczek.

Pozytywnym zaskoczeniem mogą okazać się natomiast wyniki spółek z rynku dystrybutorów farmaceutyków, dystrybutorów IT czy spółek z sektora detalicznego, takie jak LPP czy CCC.

 – Na drugim biegunie cały czas znajdują się niektóre spółki z sektora budowlanego – mówi prezes Quercus TFI. – Trzeci kwartał był nieudany także dla spółek z branży surowcowej i okołosurowcowej. Można się więc spodziewać, że takie spółki jak KGHM i JSW raczej będą miały słabsze wyniki niż w zeszłym roku.

Zdaniem Buczka nie najgorsze w porównaniu z prognozami wyniki mogą pokazać spółki energetyczne.

 – Z polskimi spółkami energetycznymi jest taka sytuacja, że analitycy co roku mają dla nich bardzo ostrożne, konserwatywne prognozy, a później tym firmom udaje się z reguły osiągać nieco lepsze rezultaty – mówi Sebastian Buczek. – Zakładamy, że tym razem będzie podobnie. Z kolei w 2014 wyniki spółek z branży energetycznej raczej będą miały tendencje do pogarszania się. Chociaż poczekajmy, bo może okazać się, że rynek znowu jest zbyt pesymistycznie nastawiony.

Związek Firm Pożyczkowych: koszty pożyczek mogą wzrosnąć, jeśli resort finansów restrykcyjnie ureguluje rynek

CEO Magazyn Polska

Odgórne wprowadzenie zbyt restrykcyjnych przepisów może hamować rozwój firm pożyczkowych, a dla klientów oznaczać dodatkowe koszty – uważa Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych. Jego zdaniem, państwo przygotowując regulację branży powinno przede wszystkim postawić na dialog z nią. W przeciwnym razie odgórne wprowadzenie zbyt restrykcyjnych przepisów może zaszkodzić zarówno samym firmom, jak i ich klientom.

 – Państwo ma bardzo istotną rolę w zapewnianiu bezpieczeństwa klientom, natomiast równie istotne jest, żeby odbywało się to na zasadach dialogu z branżą, tak żeby po prostu tej branży nie przeregulować. Najlepszym rozwiązaniem byłaby pewnego rodzaju samoregulacja branży – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych.

Jego zdaniem nadmierna regulacja branży może zahamować jej rozwój, co z kolei uderzy w klientów firm pożyczkowych.

 – Znamy przykłady, kiedy zbyt daleko idące regulacje tworzyły bariery biznesowe. Nie chcemy tworzyć nowych barier. Dla konsumentów to są zawsze dodatkowe koszty, które są na niego przerzucane, dlatego chcielibyśmy po prostu prosić decydentów o dialog i o dyskusję nad tym, jak ten rynek uregulować w sposób mądry i skuteczny – mówi Ryba.

Niektóre z pomysłów na uregulowanie rynku, które dotychczas się pojawiły, branża ocenia pozytywnie. Ministerstwo Finansów chce m.in. stworzyć rejestr firm pożyczkowych i poddać je nadzorowi KNF. Proponuje też podwyższenie kar za prowadzenie działalności bankowej bez zezwolenia i zastanawia się nad wprowadzeniem maksymalnego limitu kosztu kredytu.

 – Tam jest wiele bardzo dobrych propozycji i my nie mówimy „nie”. Firmy się nie bronią przed regulacjami – zapewnia prezes ZFP.

Tłumaczy przy tym, że firmy reprezentowane przez ZFP myślą o długofalowej obecności na rynku, stąd poparcie dla niektórych proponowanych regulacji.

 – Chociażby powstanie rejestru firm pożyczkowych, czyli listy, na której instytucje byłyby przedstawione w sposób publiczny, jawnie, gdzie każdy klient mógłby sprawdzić, czy firma, u której bierze pożyczkę jest znana państwu, czy też nie – dodaje Ryba. – Być może dobrym pomysłem jest rozwinięcie uprawnień kontrolnych KNF, szczególnie w stosunku do tych podmiotów, które – jak podejrzewa Komisja – łamią prawo. Mam na myśli listę tzw. parabanków, czyli instytucji podejrzewanych o prowadzenie działalności bankowej bez licencji.

Podkreśla przy tym, że tylko nieliczne instytucje na polskim rynku działają niezgodnie z prawem, prowadząc parabankową działalność.

 – Od legalnie działających firm pożyczkowych różnią się zasadniczym aspektem, źródłem kapitału. Firmy pożyczkowe udzielają pożyczek z własnych pieniędzy. Same ponoszą ryzyko tego, że klient pieniędzy nie odda. Firmy parabankowe, które są na czarnej liście KNF, zbierają pieniądze z rynku, czyli od innych klientów, obciążając je ryzykiem. W związku z tym powodują ogromne ryzyko, zarówno dla klientów, jak i dla stabilności całego systemu finansowego. Podważają zaufanie klientów do systemu finansowego, również bankowości – wyjaśnia. – Naszym zdaniem Komisja powinna zostać wyposażona w dodatkowe narzędzia, które pomogą walczyć z tym groźnym procederem.

Związek Firm Pożyczkowych powstał w lipcu tego roku z inicjatywy sześciu firm, które reprezentują ponad połowę rynku pożyczek online. Jego rolą jest budowanie standardów w branży i prowadzenie działań prokonsumeckich. Ma on również reprezentować interesy firm pożyczkowych w debacie publicznej, w tym w pracach nad zmianami w prawie.

Polski rynek płatności elektronicznych i mobilnych rośnie o 10-15 proc., a PayPal dwukrotnie szybciej

0

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej decydują się na płatności za pomocą platform elektronicznych i mobilnych. Cały rynek rośnie o 10-15 proc. rocznie, ale PayPal notuje ponad dwukrotnie szybszy rozwój. Dlatego ta międzynarodowa platforma zapowiada dalszy rozwój płatności mobilnych oraz współpracę z nowymi sprzedawcami. 

 – Mamy coraz więcej użytkowników naszych usług. Rośnie również liczba handlowców, którzy akceptują PayPal jako sposób płatności. Żeby temu sprostać w takim kraju, jak Polska, dodajemy nowe funkcjonalności do portfela PayPal – przelew bankowy, nowe karty jak Maestro. Mamy partnerstwo z Alior Bankiem w celu rozwijania nowych, innowacyjnych usług. Planujemy także rozwijać nowe usługi w obszarze płatności mobilnych, aby umożliwić płacenie za codzienne zakupy w nowy sposób – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Damien Perillat, dyrektor zarządzający PayPala w Europie Środkowo-Wschodniej.

PayPal na całym świecie przetworzy w tym roku płatności mobilne o wartości ok. 20 mld dolarów. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej zarejestrowane są trzy miliony aktywnych kont w systemie, a ze spółką współpracuje 50 tys. sprzedawców.

Perillat podkreśla jednak, że to dopiero początek rozwoju PayPala w regionie i Polsce. Jak wynika z badań IPSOS-u przeprowadzonych dla PayPala, potencjał wzrostu segmentu transakcji elektronicznych i mobilnych jest bardzo duży. Już teraz 70 proc. polskich konsumentów kupuje towary w internecie. W 2013 r. ich wartość znacznie wzrośnie – najbardziej w sektorze jedzenia i napojów (o 29 proc. w porównaniu do 2012 r.). 

 – Coraz więcej sprzedawców szuka nowych rozwiązań dla swoich klientów i patrzy na partnerów takich jak my, by rozwinąć się w obszarze płatności – mówi Perillat. – W PayPal nie ma kosztów stałych. Jeśli akurat nie sprzedajesz za pośrednictwem PayPala, to nie musisz nic płacić, nie ma miesięcznych opłat. To bardzo przejrzyste dla sprzedawców. Sprzedawcy, którzy do nas przychodzą, chcą przede wszystkim zwiększyć liczbę transakcji. Możesz mieć setki osób rozpoczynających transakcję, ale liczy się to, ilu z nich faktycznie dokończy płatność. Oferujemy bardzo dobre rozwiązanie do maksymalizacji skuteczności sprzedaży.

Perillat podkreśla, że wielu sprzedawców decyduje się na udostępnienie płatności za pośrednictwem PayPala z uwagi bezpieczeństwo oraz wygodę. Zaznacza, że platforma działa tak samo, jak tradycyjny portfel – umożliwia zebranie w jednym miejscu różnych środków płatności, np. kart oraz rachunków bankowych. Ich dane są przechowywane przez PayPala w technologii chmury, a użytkownik dokonując transakcji nie musi za każdym razem wpisywać danych karty lub rachunku. 

 – Mamy kilkaset tysięcy polskich użytkowników korzystających z PayPala każdego miesiąca. Na polskim rynku widzimy też tysiące stron internetowych, które umożliwiają płatność za naszym pośrednictwem. Jeśli spojrzymy na 100 największych witryn w Polsce, około jedna trzecia z nich umożliwia płatność PayPalem – podkreśla Perillat.

Dodatkowym ułatwieniem jest dostępna od niedawna dla polskich użytkowników aplikacja mobilna PayPala. Informacje o środkach płatniczych nie są zapisywane na telefonie, co dodatkowo zwiększa poziom bezpieczeństwa. 

Uniwersytet Jagielloński gruntownie modernizuje swój kampus medyczny. To pierwszy projekt partnerstwa publiczno-prywatnego na polskiej uczelni

0

CEO Magazyn Polska

Collegium Medicum, czyli kampus medyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, zostanie gruntownie odnowiony. Będzie to możliwe dzięki współpracy uczelni z partnerem prywatnym – spółką Neoświat. Jak wyjaśnia prof. Piotr Laidler, prorektor UJ ds. Collegium Medicum, plan inwestycyjny jest szerszy. Zakłada m.in. modernizację szpitala dziecięcego, wydziału farmacji, biblioteki medycznej oraz akademików.

Renowacja Collegium Medicum to pierwszy w Polsce projekt uczelni publicznej realizowany w formule partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP). Zgodnie z nim partner prywatny spółka Neoświat będzie odpowiedzialny za projekt wraz z całkowitą przebudową kompleksu Collegium Medicum.

Plan modernizacji zakłada m.in. przebudowę, remont, wyposażenie i utrzymanie przez 25 lat trzech akademików na Prokocimiu, w których zamieszka ponad tysiąc studentów. Wynajem odnowionych pokoi w niskich jak dotychczas cenach stanowić ma również zachętę do studiowania w kampusie medycznym. Po zakończeniu tej inwestycji partner prywatny będzie mógł zarządzać nią przez najbliższych kilkadziesiąt (40-50) lat, pobierając za to wynagrodzenie od uczelni.

Ponadto uczelnia zaplanowała rozbudowę infrastruktury sportowo-rekreacyjnej (powstaną m.in. parking, boiska, ścieżki zdrowa i punkty gastronomiczne) oraz modernizację specjalistycznej infrastruktury medycznej.

 Mamy uniwersytecki szpital dziecięcy z 550 łóżkami, który za 200 milinów złotych jest aktualnie modernizowany. Dodatkowo wydział farmacji, biblioteka medyczna, której część będzie dostosowywana do nowoczesnych metod kształcenia medycyny mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Piotr Laidler, prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. Collegium Medicum.

Ujawnia również, że uczelnia rozpoczyna obecnie dialog konkurencyjny z pięcioma konsorcjami – w sprawie wartej 1,2 mld złotych budowy nowej siedziby szpitala uniwersyteckiego. Ma być on nowoczesną specjalistyczną placówką medyczną, wyposażoną w 925 łóżek wieloprofilowych.

  To w całości stanowić będzie kompleks, zwany kampusem medycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum – wyjaśnia prorektor. Jeśli wszystko uda się, jeśli ta inwestycja się powiedzie, to ja liczę, że około roku 2018-2019, miejmy nadzieję, że będziemy mogli powiedzieć: skończmy na chwilę remontowanie czy budować, a, zacznijmy z tego korzystać.

Na medycynie niżu nie ma

Prorektor podkreśla przy tym, że Collegium Medicum w przeciwieństwie do innych wydziałów i uczelni, do tej pory nie odczuło skutków niżu demograficznego. W strukturach kampusu mieści się bowiem bardzo wiele kierunków studiów, które cieszą się niesłabnącą popularnością.

 Collegium Medicum, to jest wydział lekarski z oddziałem stomatologii, czyli dentystyka i medycyna, to jest farmacja, która w ostatnich latach bardzo dobrze się rozwijała z oddziałami analityki medycznej i tzw. wydział nauk o zdrowiu – tj. wydział, w którym kształci się pielęgniarki i położne, radiografów, fizjoterapeutów – wymienia prof. Laidler. Na razie demografia nam nie doskwiera i miejmy nadzieję, że zawsze będzie potrzeba kształcenia lekarzy – podkreśla prorektor.

Rynek telekomunikacyjny w lepszej formie. Potwierdzają to wyniki finansowe TP SA

0

CEO Magazyn Polska

Sytuacja na rynku telekomunikacyjnym stabilizuje się. Wskazują na to wyniki lidera, czyli Telekomunikacji Polskiej. Lepsze przychody spółki mogą oznaczać wyższą dywidendę. Pozycja TP SA pozostaje niezagrożona, bo jako jedyny operator jest w stanie dostarczyć klientom wszystkie usługi stacjonarne i mobilne, a łącząc je w pakiety jest w stanie ograniczyć odpływ starych klientów i zachęcić nowych. Pomaga w tym także wprowadzenie usługi tanich rozmów komórkowych.

 – Sytuacja na rynku telekomunikacyjnym poprawia się. Nie możemy jeszcze stwierdzić, że jest to rynek, który będzie się charakteryzował istotnym wzrostem w najbliższych kwartałach, ale przynajmniej normalizacją cen, jak również działań marketingowych wszystkich operatorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Sawala-Uryasz, analityk z UniCredit CAIB.

Na tym rynku nadspodziewanie dobrze poradziła sobie Grupa Telekomunikacji Polskiej. Liczba klientów telefonii komórkowej Orange wyniosła na koniec trzeciego kwartału 15,13 mln w porównaniu z 14,95 mln w drugim kwartale. Na koniec września TP SA miała 7,05 mln klientów abonamentowych i 8,07 mln klientów pre-paid. Jak podkreśla Sawala-Uryasz, jest to przede wszystkim zasługą dobrej polityki produktowej spółki, szczególnie dwóch ofert.

 – Jedna z nich buduje lojalność wśród istniejącej bazy klientów, jest to oferta Orange Open, która zdołała przyciągnąć sporą liczbę nowych klientów, i druga, skierowana do klienta bardziej wrażliwego cenowo, czyli oferta NJU. To również oferta nowa, zaistniała na rynku zaledwie pięć miesięcy temu, a widać, że przyciąga nowych klientów, co pozwala podnieść ich liczbę w segmencie mobilnym  wyjaśnia analityk.

Jak podkreśla, TP SA wciąż wygrywa konkurencję tym, że jako jedyny operator na rynku może zaoferować wszystkie rodzaje usług: telefon i internet w wersjach stacjonarnych i mobilnych oraz telewizję.

 – Wydaje się, że to jest silny punkt TP SA. 22 miliony osób dają grupie istotną przewagę konkurencyjną. Z tego na pewno nie zrezygnują – mówi Sawala-Uryasz.

Taka oferta sprawiła, że przychody Telekomunikacji przestały spadać. Największy polski operator miał w trzecim kwartale skonsolidowany zysk netto 239 milionów złotych, mniej niż w tym samym czasie w 2012 roku o 22 proc. Przychody spadły o 7,9 proc. czyli o 256 mln zł. Na wyniki wpłynęły obniżki stawek za zakańczanie połączeń głosowych w sieciach komórkowytch (MTR). Po wyłączeniu tego czynnika przychody spadły o 2,5 proc. w ujęciu rocznym. Spółka podwyższyła w raporcie prognozę przepływów pieniężnych na cały rok do minimum 1 mld zł, wcześniej mówiła o conajmniej 800 mln zł.

 – Spółka chce wygenerować około 76 groszy na akcję w wolnych przepływach gotówkowych. Dla porównania w zeszłym roku wypłaciła dywidendę rzędu 50 groszy, więc daje to istotny bufor bezpieczeństwa dla dywidendy, którą spółka mogłaby wypłacić z wyniku roku 2013, albo może to również implikować potencjalne wzrosty dywidendy w przyszłym roku – przewiduje ekspert.

Nowy mBank najbardziej przełomową innowacją na świecie

mBank uznany za najlepszy bank on-line i mobilny – „Digital and Mobile Excellence”.

PwC ocenia polskie drogi.

W latach 2007-13, nie tylko długość dróg szybkiego ruchu w Polsce wzrosła ponad 2,5-krotnie, ale również ich jakość znacznie się poprawiła. Kluczowe zadania infrastrukturalne realizowane w tym czasie przez Polskę przyniosły konkretne korzyści gospodarcze. Dzięki szybszemu transportowi Polacy oszczędzają bowiem ok. 6 mld złotych rocznie, co stanowi ok. 0,3 proc. naszego PKB.

Firma doradcza PwC na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) przeanalizowała system polskiej infrastruktury drogowej i jej rozwój w latach 2007-13. Rezultat został zawarty w najnowszym raporcie pt. „Budowa dróg w Polsce. Fakty i mity, doświadczenia i perspektywy”.

W latach 2007-13 udało się pozyskać na rozwój polskiej infrastruktury drogowej gigantyczny zastrzyk funduszy europejskich o wartości przekraczającej 10 mld euro. Realizacja wymagała wdrożenia zmian systemowych i zbudowania sprawnego mechanizmu zarówno na szczeblu państwowym, jak i w otoczeniu rynkowym. Przed GDDKiA postawiono trzy główne zadania:

znaczące poprawienie stanu krajowej infrastruktury drogowej poprzez nowe inwestycje;
efektywne wykorzystanie pozyskanych środków unijnych, a w tym zadbanie o minimalizację kosztów, odpowiednią gwarancję i wysoką jakość dróg;
zwiększenie konkurencyjności na rynku usług budowlanych.
Z raportu PwC wynika, że GDDKiA zrealizowała powyższe zadania. Otwarto rynek, zwiększając jego konkurencyjność, a śrubując wymagania i dyscyplinę zarządczą wybudowano 1500 km nowych autostrad w cenach europejskich. Refundacja środków przez UE potwierdza ich poprawne wydatkowanie, a wypełnianie rygorystycznych europejskich standardów oznacza wysoką jakość dróg i ich bezpieczeństwo.

Jakie są fakty?
W ramach rozwoju krajowej infrastruktury drogowej, w latach 2007-13 przybyło w Polsce 1500 km nowych autostrad i dróg ekspresowych, co stanowi wzrost w stosunku do 2007 roku o ponad 150%, czyli ponad 2,5-krotnie. W latach 2007-2012 pod względem dynamiki rozwoju sieci autostradowej Polska, ze 106-procentowym przyrostem liczby kilometrów autostrad, była liderem wśród krajów europejskich. Sieć dróg ekspresowych wzrosła natomiast w tym okresie o ponad 230%.

Ponadto, jak wynika z raportu PwC, obecnie w naszym kraju blisko 75% dróg ekspresowych i autostrad powstaje na czas, czyli w terminach ustalonych w umowach z wykonawcami. Pozostałe 25% projektów realizowana jest z opóźnieniem, sięgającym średnio nieco ponad 10 tygodni. Warto podkreślić, że w Niemczech średnie spóźnienie inwestycji drogowych wynosi aż 7 miesięcy, natomiast w Grecji – ponad rok. Jak wskazuje raport Europejskiego Trybunału Obrachunkowego (ETO), średnie opóźnienie w budowie dróg szybkiego ruchu w całej UE wynosi 15 miesięcy.

Jeśli chodzi o skuteczność wykorzystania środków pozyskanych z UE, to GDDKiA do tej pory uzyskała już 77% refundacji i prawie 100% certyfikacji, co stanowi potwierdzenie, że przyznane dofinansowanie zostało wykorzystane w pełni poprawnie. Długość gwarancji inwestycji (poprzednio wynoszącą 1-2 lata) GDDKiA zdołała wydłużyć do 5 lat.

Raport wykazał również, że jakość budowanych w Polsce autostrad i dróg ekspresowych sukcesywnie się podnosi. Kosztem 100 mln zł GDDKiA uruchomiła Laboratoryjny System Kontroli Jakości, którego specjaliści na bieżąco sprawdzają jakość budowanych odcinków dróg. Aktualnie już 85% analizowanych próbek spełnia wymogi w zakresie jakości (wzrost o prawie 12% w porównaniu z 2010 rokiem).

Z kolei, jeśli chodzi o koszt realizacji inwestycji, to spadł on średnio do 9,6 mln euro za kilometr, czyli prawie do poziomu średniej europejskiej, wynoszącej 9,4 mln euro (wg ostatniego raportu ETO). Od 2008 roku koszt budowy 1 kilometra autostrady zmniejszył się o 36%, a 1 kilometra drogi ekspresowej – o 31%.

Co do wymogu stworzenia przez GDDKiA warunków do prowadzenia realnej konkurencji na rynku warto wskazać zmiany, które w tym zakresie zaszły. Dzięki wprowadzonemu planowi uwolnienia rynku, liczba firm, z którymi GDDKiA zawarła umowy na realizację inwestycji, wzrosła w omawianym okresie pięciokrotnie, a startujących w przetargach – niemal dwukrotnie.

Uruchamiając model nowej strategii w zakresie organizacji przetargów publicznych, Generalna Dyrekcja opowiada się za zwiększeniem liczby przetargów na realizację krótszych (10-15 kilometrowych) odcinków. Umożliwi to obecnym wykonawcom poprawienie logistyki i warunków przygotowania inwestycji, a firmom o mniejszym zapleczu kapitałowym i organizacyjnym da szansę zaistnienia na rynku.

Nowe drogi pozwoliły kierowcom na znaczne skrócenie czasu przejazdu na wielu kluczowych połączeniach między centralnymi miastami. Dzięki zrealizowanym pracom w latach 2007 – 2012 czas przejazdu np. między Gdańskiem a Toruniem skrócił się o 40 minut; pomiędzy Warszawą a Łodzią – o 30 minut, a przejazd z Krakowa do Tarnowa trwa o 20 minut krócej. Co warte odnotowania, na krótszych przejazdach pomiędzy różnymi miejscowościami zyskuje cała polska gospodarka.

„Oddanie do użytku wszystkich odcinków autostrad i dróg ekspresowych wybudowanych w okresie 2007-13 generuje dodatkowe wpływy rzędu 6 mld zł rocznie, co stanowi ok. 0,3% rocznego PKB Polski.” – stwierdził prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

Eksperci PwC zwracają również uwagę na poprawę bezpieczeństwa, do której przyczyniły się usprawnienia infrastruktury drogowej w latach 2007-2013. Liczba wypadków spadła w tym okresie o ok. 25%, a liczba ofiar śmiertelnych na drogach krajowych zmniejszyła się o 37%.

Opłaty za użytkowanie wieczyste nie mogą być aktualizowane częściej niż raz na trzy lata

Koniec roku to czas, w którym osoby fizyczne i przedsiębiorcy, będący użytkownikami wieczystymi mogą otrzymać oświadczenie o aktualizacji opłaty rocznej za użytkowanie wieczyste, która będzie ich obowiązywać od stycznia następnego roku. Jeżeli wysokość tejże opłaty wydaje im się nieuzasadniona, mają prawo ją zakwestionować w postępowaniu przed samorządowym kolegium odwoławczym, a w ostateczności zwrócić się do sądu. Zdaniem ekspertów z kancelarii prawniczej Deloitte Legal, ze względu na wątpliwości, co do wykładni przepisów prawa, a także ze względu na skomplikowaną procedurę związaną z kwestionowaniem podwyższenia opłaty rocznej, należy dobrze i starannie się do takiego postępowania przygotować. W przeciwnym razie może się okazać, że odwołanie jest nieskuteczne, a użytkownik będzie musiał uiścić podwyższoną opłatę.

Użytkowanie wieczyste polega na oddaniu nieruchomości gruntowej, będącej własnością Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego, osobie fizycznej lub prawnej na czas określony tj. 99 lat (w wyjątkowych sytuacjach może to być krócej, ale nie mniej niż 40 lat). Dotyczy to głównie gruntów położonych w granicach administracyjnych miast. Przez cały okres użytkowania obowiązek uiszczania opłaty rocznej spoczywa na użytkowniku. Jej aktualizacja dokonywana jest zazwyczaj pod koniec roku. Dla wielu użytkowników wieczystych proces ten może oznaczać podniesienie dotychczasowej wysokości tejże opłaty.

„Zgodnie z obecnym brzmieniem Ustawy o gospodarce nieruchomościami wysokość opłaty rocznej z tytułu użytkowania wieczystego nieruchomości gruntowej podlega aktualizacji nie częściej niż raz na trzy lata i to tylko, jeżeli wartość tej nieruchomości ulegnie zmianie. W przypadku otrzymania od właściwego organu pisemnego oświadczenia o wypowiedzeniu dotychczasowej opłaty rocznej za użytkowanie wieczyste oraz oferty przyjęcia jej nowej wysokości, warto zastanowić się, czy ta aktualizacja jest na pewno uzasadniona i prawnie skuteczna” – wyjaśnia Konstanty Dobiejewski, Radca Prawny, Managing Associate w kancelarii Deloitte Legal.

Wysokość opłaty rocznej jest uzależniona od wartości nieruchomości gruntowej, a także celu, na jaki została przeznaczona (w zależności od celu, na jaki nieruchomość została przeznaczona, stawki wynoszą od 0,3 do 3 proc. ceny gruntu). Jedynie rzeczoznawca majątkowy może ustalić ile w danym momencie grunt jest wart. W tym celu sporządzany jest tzw. operat szacunkowy. Jeżeli właściciel danej nieruchomości zdecyduje się na podniesienie opłaty, jest wówczas zobowiązany do końca roku wysłać użytkownikowi wieczystemu wypowiedzenie poprzedniej opłaty oraz zaproponować nową.

Jakie prawa przysługują użytkownikom, którzy jednak nie zgadzają się z wysokością zaproponowanej opłaty rocznej? „Jeżeli wysokość opłaty jest dla nas akceptowalna, nie musimy nic robić i zaczyna ona obowiązywać od 1 stycznia nowego roku. Jeżeli jednak uznamy, że nowe naliczenie opłaty jest niesłuszne, mamy 30 dni na odwołanie się od wypowiedzenia. Czasu nie ma zbyt dużo. Należy przede wszystkim dokładnie zapoznać się z otrzymanym pismem oraz operatem szacunkowym, który, jak wynika z naszej praktyki, często zawiera błędy merytoryczne bądź formalne” – mówi Justyna Olszowy, Associate w kancelarii Deloitte Legal. Odwołanie należy składać do samorządowego kolegium odwoławczego, właściwego dla danej nieruchomości. Po jego orzeczeniu, zarówno jej właściciel, jak i użytkownik wieczysty mogą odwołać się do sądu. Jak zaznaczają jednak eksperci Deloitte Legal, użytkownik wieczysty musi liczyć się z poniesieniem kosztów postępowania przed sądem, bo to on jest zawsze traktowany jako powód.

„Należy też pamiętać, że sąd, jako pozew potraktuje dokumenty, które przygotowaliśmy do samorządowego kolegium odwoławczego. Warto więc je należycie przygotować, aby sąd nie odrzucił naszego odwołania z powodu np. błędów formalnych” – zaznacza Konstanty Dobiejewski.

Przy sporządzaniu odpowiedniego wniosku użytkownik wieczysty powinien zwrócić szczególną uwagę także na wkład finansowy zainwestowany przez siebie w infrastrukturę na użytkowanym gruncie. Niektóre z poniesionych nakładów powinny być zaliczone na poczet różnicy między opłatą dotychczasową a zaktualizowaną.

W ramach toczącego się postępowania przed samorządowym kolegium odwoławczym lub przed sądem strony mogą również zawrzeć ugodę, na mocy której ustalona zostanie nowa wysokość opłaty rocznej. Jeżeli taka ugoda zostanie zawarta, nie można od niej się później odwoływać.

Fundusze private equity zainteresowane firmami średniej wielkości i liderami rynku

Prawie 45 proc. przedstawicieli funduszy private equity z Europy Środkowej ocenia, że w najbliższym półroczu warunki ekonomiczne będą lepsze niż dotychczas. Jeszcze wiosną twierdziło tak jedynie 10 proc. osób. O tym, że sytuacja ekonomiczna znacząco się poprawia, świadczy też fakt, że już prawie 60 proc. respondentów, zamierza skupić się na inwestowaniu w nowe przedsięwzięcia. Jak wynika z najnowszej edycji badania „Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, w kręgu zainteresowania reprezentantów tego sektora będą przede wszystkim liderzy rynkowi oraz firmy średniej wielkości.

Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami private equity doskonale odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tak było również i tym razem. Obecna edycja pokazuje, że przedstawiciele tego sektora wyraźnie zaczęli odczuwać poprawę sytuacji gospodarczej. Dowodem tego jest wskaźnik optymizmu, który wynosi obecnie 127. To najlepszy wynik od dwóch lat. Jeszcze pół roku wcześniej wskazywał on 101. Po raz pierwszy od czterech lat badanie wykazuje poprawę nastrojów w ciągu dwóch następujących po sobie półroczy. „Jest to z pewnością bardzo pozytywna wiadomość, choć inwestorom nadal daleko do optymizmu widocznego w latach przed kryzysem. Warto zauważyć, że na wzrost indeksu istotny wpływ ma oczekiwana poprawa warunków gospodarczych, a także dostępność finansowania dłużnego” – tłumaczy Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Odczucie poprawiającej się koniunktury odzwierciedla również badanie. Aż 43 proc. ankietowanych oczekuje, że warunki gospodarcze w ciągu najbliższych sześciu miesięcy poprawią się. W porównaniu z poprzednią falą znacznie zmniejszył się odsetek tych, którzy uważają, że warunki się pogorszą. W tej chwili jest to jedynie 2 proc., w porównaniu z 21 proc. na wiosnę i 59 proc. pesymistów rok temu. Jest to najniższy wskaźnik od ponad 6 lat.

Co więcej, o 9 pp. wzrosła grupa tych przedstawicieli funduszy PE, którzy prognozują, że więcej kupią niż sprzedadzą. Na tym samym poziomie 34 proc. pozostał odsetek osób spodziewających się, że w ich inwestycyjnym portfelu poziomy sprzedaży i kupna będą się równoważyć. Warto zaznaczyć, że niemal podwoiła się (32 proc.) liczba tych, którzy przewidują, że ich aktywność na rynku wzrośnie. Nadal 66 proc. spodziewa się, że pozostanie ona na niezmienionym poziomie. Aż 76 proc. (pół roku wcześniej 65 proc.) prognozuje, że rozmiar transakcji na rynku private equity pozostanie bez zmian, a o 3 pp. (do 11 proc.) skurczyła się grupa tych, których zdaniem skala ta się zmniejszy. Inwestorzy czują się stabilnie także jeżeli chodzi o możliwość finansowania swoich przedsięwzięć. Zaledwie 4 proc. z nich uważa, że zmniejsza się dostępność kredytów. To najniższy poziom od 2,5 roku. Aż 45 proc. ankietowanych chce w najbliższym półroczu skupić się na podnoszeniu przychodów przy jednoczesnym cięciu kosztów.

Badanie pokazało wyraźnie, że po kilku kwartałach stagnacji przyszedł czas na ożywienie. Na nowe inwestycje gotowych jest aż 59 proc. respondentów, podczas gdy pół roku wcześniej taką wolę wyrażało jedynie 35 proc. z nich. O 21 pp. do 34 proc. zmalał zaś odsetek tych, którzy zamierzają się skupić na zarządzaniu swoim obecnym portfolio. „Ten pozytywny trend wskazuje na zrównoważony poziom optymizmu, co z kolei wpływa na przedstawicieli funduszy private equity gotowych na nowo podejmować ryzyko inwestycyjne” – wyjaśnia Mark Jung.

Jakie firmy będą cieszyć się zainteresowaniem funduszy private equity? Zdaniem 47 proc. ankietowanych będą to liderzy rynku. Taki sam procent odpowiedzi zebrały przedsiębiorstwa średniej wielkości. Zainteresowaniem jedynie 6 proc. respondentów będą się cieszyć start-upy, ale warto zaznaczyć, że ostatni raz przedstawiciele PE wspominali o nich na wiosnę 2012 roku. To, co będzie decydowało o przewadze PE nad konkurentami w osiąganiu sukcesów transakcyjnych, to według badanych jest oferowana cena i warunki (18 proc.), możliwość zapewnienia wartości dodanej już po samej transakcji (15 proc.) oraz szybkość i elastyczność (14 proc.). Coraz mniejsze znaczenie ma to, czy fundusz posiada swoją siedzibę w kraju, w którym zamierza przeprowadzić transakcję.

Kolejna dobra wiadomość związana jest z pozyskiwaniem środków przez fundusze private equity z Europy Środkowej. Trzem podmiotom (3TS Capital Partners, Abris Capital Partners i Enterprise Investors) udało się zebrać łącznie prawie 1 mld euro na prowadzenie dalszych inwestycji w regionie i to prawdopodobnie one będą najaktywniejsze w ciągu kilku następnych miesięcy. Największą transakcją na tym rynku w ciągu ostatniego pół roku było przejęcie przez fundusz Penta Investment (wraz z największym polskim hurtowym dystrybutorem leków – Neuca) za 103 mln euro aktywów holdingu Mediq i ACP Pharma. W Polsce jedną z ciekawszych transakcji było nabycie przez Mid Europa Partners większościowych udziałów w spółce Polskie Koleje Górskie.

„Optymizm w prognozach gospodarczych wpływa na oczekiwania zarządzających PE, co do spółek portfelowych. Ponad 80 proc. respondentów przewiduje, że będą się one koncentrowały na wzroście przychodów. Tylko 9 proc. oczekuje od spółek portfelowych wyłącznie cięcia kosztów, ponieważ większość z nich proces restrukturyzacji ma już za sobą. Również w związku z tym ponad połowa respondentów planuje poświęcić większość swojego czasu nowym inwestycjom w przeciwieństwie do przeważającej koncentracji na zarządzaniu portfelem widocznej w dwóch poprzednich badaniach” – podsumowuje Agnieszka Zielińska, Wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

iPhone 5s i iPhone 5c w piątek, 25 października, trafiają do sprzedaży we Włoszech, Rosji, Hiszpanii i ponad 25 krajach

Od piątku, 25 października, iPhone 5s i iPhone 5c bedą dostępne we Włoszech, Rosji, Hiszpanii i ponad 25 innych krajach, w kilkunastu kolejnych krajach, w tym w Indiach i Meksyku, od piątku, 1 listopada.

iPhone 5s to nowe wcielenie najlepiej działającego smartfona na świecie. W wyjątkowo smukłej i lekkiej konstrukcji kryje wspaniałe nowe funkcje i rozwiązania, takie jak zaprojektowany przez Apple 64-bitowy procesor A7, nowa 8-megapikselowa kamera iSight z lampą błyskową True Tone, a także innowacyjny czytnik linii papilarnych Touch ID, dzięki któremu telefon można łatwo i bezpiecznie odblokować jednym dotknięciem palca. iPhone 5c intryguje nowym, atrakcyjnym dizajnem i zbudowany jest na fundamencie funkcji i rozwiązań już teraz budzących entuzjazm użytkowników, takich jak piękny 4-calowy wyświetlacz Retina, superszybki procesor A6 i 8-megapikselowa kamera iSight — a przy tym oferuje znakomitą wydajność baterii.¹ Oba nowe modele, iPhone 5s i iPhone 5c, obsługują więcej pasm LTE² niż jakikolwiek inny smartfon na świecie i mają zupełnie nowe kamery FaceTime HD.

iPhone 5s i iPhone 5c działają pod kontrolą systemu iOS 7 — najbardziej znacząco ulepszonej wersji iOS od czasów pierwszego iPhone’a. iOS 7 olśniewa nowym interfejsem użytkownika — z elegancką paletą kolorów, wyodrębnionymi warstwami funkcjonalnymi i subtelnymi efektami ruchu, które ożywiają interakcje z użytkownikiem. iOS 7 zawiera setki nowych funkcji, w tym Centrum sterowania, Centrum powiadomień, udoskonaloną wielozadaniowość, AirDrop, udoskonaloną aplikację Zdjęcia, Safari, Siri, a także całkowitą nowość — iTunes Radio, czyli bezpłatne radio internetowe nadające muzykę, jakiej użytkownik najchętniej słucha w iTunes.3

iPhone 5s oferowany jest w kolorach złotym, srebrnym i gwiezdnej szarości, w wersjach o pojemności 16 GB, 32 GB i 64 GB. iPhone 5c dostępny jest w kolorach niebieskim, zielonym, różowym, żółtym i białym, w wersjach o pojemności 16 GB i 32 GB. Etui dla iPhone’a 5s dostępne są w kolorach beżowym, czarnym, niebieskim, brązowym, żółtym i (RED). Etui dla iPhone’a 5c oferowane są w kolorach niebieskim, zielonym, różowym, żółtym, czarnym i białym. Dostępny jest także model iPhone 4s 8 GB.

iPhone 5s i iPhone 5c będą dostępne od piątku, 25 października, w Austrii, Belgii, Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Danii, Estonii, Finlandii, we Francuskich Indiach Zachodnich, w Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Korei Południowej, Liechtensteinie, na Litwie, w Luksemburgu, na Łotwie, w Makau, na Malcie, w Norwegii, Nowej Zelandii, Polsce, Portugalii, Rosji, Rumunii, na Słowacji, w Słowenii, Szwajcarii, Szwecji, Tajlandii, Tajwanie, na Węgrzech, we Włoszech, na Wyspie Reunion. Natomiast od piątku, 1 listopada, iPhone 5s i iPhone 5c będą dostępne w Albanii, Armenii, Czarnogórze, na Guam, w Gwatemali, Indiach, Kolumbii, Macedonii, Malezji, Meksyku, Mołdawii, Salwadorze, Turcji, zaś od niedzieli, 3 listopada — w Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. iPhone 5s i iPhone 5c są obecnie dostępne w USA, Australii, Chinach, Francji, Hongkongu, Japonii, Kanadzie, Niemczech, Portoryko, Singapurze i Wielkiej Brytanii.

¹ Wydajność baterii zależy od ustawień urządzenia, sposobu użytkowania i innych czynników. Rzeczywiste wyniki mogą odbiegać od podanych.
² Technologia LTE jest dostępna u wybranych operatorów. Szybkość działania zależy od charakterystyki sieci. Szczegółowych informacji udzielają operatorzy.
³ Usługa iTunes Radio jest dostępna wraz z systemem iOS 7 w Stanach Zjednoczonych.

Apple tworzy komputery Mac, najlepsze komputery osobiste na świecie, system operacyjny OS X, pakiety iLife, iWork oraz oprogramowanie do zastosowań profesjonalnych. Apple jest również pionierem w rewolucji multimediów cyfrowych za sprawą iPoda i iTunes. Firma zrewolucjonizowała rynek telefonów komórkowych, wprowadzając rewolucyjny telefon iPhone oraz uruchamiając App Store. Zaprezentowany przez firmę iPad definiuje przyszłość mediów mobilnych i elektroniki użytkowej.

Asseco Poland podpisało kontrakt z ZUS na utrzymanie i rozwój KSI

0

Asseco Poland podpisało z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych umowę dotyczącą wsparcia eksploatacji i utrzymania Kompleksowego Systemu Informatycznego. Kontrakt o wartości 595,8 mln zł brutto będzie realizowany w okresie 4 lat.

Zgodnie z umową Asseco świadczyć będzie usługi związane z utrzymaniem aplikacji oraz narzędzi wspomagających zarządzanie IT. ZUS będzie korzystał także ze wsparcia procesów zarządzania IT i zarządzania architekturą korporacyjną ZUS. Asseco pełnić będzie również rolę integratora systemu KSI.

Ponadto umowa obejmuje świadczenie usług serwisowych, w tym obsługę incydentów i usuwanie nieprawidłowości działania Kompleksowego Systemu Informatycznego oraz usług wynikających z rozwoju KSI ZUS, które realizowane będą na podstawie odrębnych zleceń.

Andrew Highcock nowym prezesem zarządu Kompanii Piwowarskiej

Andrew Highcock został powołany na stanowisko prezesa zarządu Kompanii Piwowarskiej, lidera polskiego rynku piwa. W roli szefa polskiej spółki grupy SABMiller zastąpi on odchodzącego na emeryturę Roba Pridaya.

Andrew Highcock obecnie jest prezesem Ursus Breweries w Rumunii. Rozpoczął pracę w grupie SABMiller w listopadzie 2009 roku jako dyrektor generalny browarów Pivovary Topvar na Słowacji, gdzie po jego kierownictwem firma osiągnęła znaczne wzrosty za sprawą innowacji oraz zarządzania przychodami. Dokładnie dwa lata później objął stanowisko Prezesa Ursus Breweries, gdzie skutecznie przeprowadził zwrot w strategii firmy, odnawiając portfel marek i budując silne relacje z klientami.

Nowy prezes zarządu Kompanii Piwowarskiej rozpoczął karierę zawodową w 1985 roku w grupie Beecham, zajmując rozmaite stanowiska krajowe i międzynarodowe w sprzedaży i marketingu. Następnie pełnił funkcje zarządcze w sprzedaży, marketingu i ogólnym zarządzaniu w Diageo w Wielkiej Brytanii, Europie Środkowej oraz we Francji, gdzie stworzył nowe strategie dotarcia do rynku i zwiększył sprzedaż marek globalnych. W latach 2003-2009 Andrew Highcock był dyrektorem generalnym w firmie Maxxium, odpowiedzialnym za Europę Południową i Kanadę. Rozwinął wówczas aktywność biznesową premium i kierował integracją biznesu w Hiszpanii na dużą skalę.

Dotychczasowy prezes zarządu KP, Rob Priday, który ma za sobą trwającą 31 lat karierę w grupie SABMiller, odchodzi na emeryturę. Stanowisko prezesa KP objął w październiku 2011 roku.

Komentarz dzienny, 23 października 2013

Sprzedaż detaliczna we wrześniu przyspieszyła do 3,9% r/r z 3,4% w poprzednim miesiącu (konsensus rynkowy – 4,6%, nasza prognoza – 5,5%). Mniejsza skala przyspieszenia, pomimo korzystnej liczby dni roboczych, to wynik bardzo słabej sprzedaży żywności (najgorsza miesięczna dynamika odkąd GUS publikuje sprzedaż w ujęciu PKD2007), notabene na liczbę dni roboczych zupełnie niewrażliwej. Po wyłączeniu żywności i paliw sprzedaż wzrosła o 7,4% r/r zaś w ujęciu realnym aż o 8,9%. Trend
wzrostowy jest jak najbardziej utrzymany.

PGNiG intensyfikuje poszukiwania gazu łupkowego na Lubelszczyźnie

CEO Magazyn Polska

Za kilka dni na Lubelszczyźnie PGNiG rozpocznie wiercenie o nazwie Kościaszyn w poszukiwaniu gazu łupkowego. W perspektywie co najmniej trzech lat będzie można stwierdzić, jakie są zasoby tego surowca i czy ich wydobycie jest ekonomicznie opłacalne.

 – Przygotowania do wykonania tego odwiertu znajdują się końcowej fazie, za kilka dni odbędzie się tzw. kolaudacja, czyli rozpoczęcie fizycznego wiercenia. Będzie je prowadziła polska spółka wiertnicza Exalo Drilling [wiertniczo-serwisowa spółka PGNiG – red.], która została wyłoniona w postępowaniu przetargowym – informuje Przemysław Krogulec, doradca zarządu ds. poszukiwania gazu łupkowego w  Polskim Górnictwie Naftowym i Gazownictwie.

Na terenie Lubelszczyzny jest to już czwarty odwiert PGNiG w poszukiwaniu gazu z łupków: pierwszy odwiert to Markowola, drugi Lubycza Królewska, trzeci to otwór Wojcieszków, który jest obecnie wykonywany i czwarty to właśnie Kościaszyn 1, który zacznie się za kilka dni.

Będzie to pionowy otwór badawczy, którego zadaniem będzie dostarczenie informacji potrzebnych do przeprowadzenia dalszych prac poszukiwawczych.

 – Zostanie z niego pobrane kilkaset metrów rdzenia – materiału skalnego z głębokich warstw skalnych – i te pobrane skały będziemy badać pod względem geochemicznym, geomechanicznym, mineralogicznym. Rezultaty tych badań pozwolą nam następnie na projektowanie dalszych badań, czyli na przykład szczelinowania, które występuje w końcowej części poszukiwań gazu z łupków – tłumaczy Przemysław Krogulec.

Dodaje, że podczas poszukiwania gazu z łupków prace rozpoczynają się od badań sejsmicznych 2D, po czym wykonywany jest otwór pionowy badawczy, z którego pobierane jest nawet kilkaset metrów rdzenia skalnego. Następnie jest on badany w laboratoriach przez kilka miesięcy. Rezultaty tych badań są analizowane przez firmowych specjalistów, którzy na podstawie wyników, projektują uszczegóławiające badania sejsmiczne 3D. Przeprowadza się je na stosunkowo niewielkim obszarze wokół otworu.

 – Następnie rezultaty, zarówno tych badań wykonanych na rdzeniu, jak i pomiary wykonane w czasie wiercenia pionowego otworu i przeprowadzone już badania sejsmiczne 3D, dają podstawy do projektowania bądź zaniechania dalszych działań. W przypadku gazu z łupków jest to rozpoczęcie wykonywania otworów poziomych, a następnie przeprowadzenie w tych otworach poziomych zabiegów szczelinowania hydraulicznego. Ten proces trwa około trzech lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Krogulec.

P. Woźniak: nowe prawo dotyczące składowania CO2 jednym z bardziej restrykcyjnych w UE

Nowo przyjęte polskie regulacje dotyczące składowania dwutlenku węgla są jednymi z najbardziej restrykcyjnych w Unii Europejskiej. Odpowiedzialny za nie Główny Geolog Kraju zapewnia, że taka operacja będzie bezpieczna dla środowiska. W rzeczywistości najprawdopodobniej niewielu przedsiębiorców zdecyduje się na stosowanie technologii CCS ze względy na wysokie koszty i surowe przepisy.

 – Mamy chyba najbardziej restrykcyjną ustawę o przechowywaniu i składowaniu dwutlenku węgla pod ziemią. Wskazujemy praktycznie tylko jedną strukturę geologiczną, w której pozwalamy na składowanie, ale tylko jeśli spełnione są dwa główne warunki: jest to projekt demonstracyjny i wymieniony w jednej decyzji KE – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Woźniak, Główny Geolog Kraju i wiceminister środowiska.

W ubiegłym tygodniu ustawę o podziemnym składowaniu CO2 (czyli nowelizacją Prawa geologicznego i górniczego, wdrażającą unijną dyrektywę CCS) podpisał prezydent Bronisław Komorowski. Jak podkreśla wiceminister, trwają prace nad 23 rozporządzeniami, niezbędnymi do wdrożenia przepisów ustawy. Dwa z nich już są prawie gotowe, pozostałe powinny być w ciągu kolejnych dwóch miesięcy.

Zgodnie z przepisami, na miejsce składowania gazu został wyznaczony Bałtyk. Tu, jak zapewnia Główny Geolog Kraju, techniczne warunki składowania mają być bezpieczne. Żeby skorzystać z technologii CCS, trzeba będzie uzyskać koncesje od ministra środowiska.

 – To będzie działalność wyłącznie na wniosek przedsiębiorcy, który, by móc ją prowadzić, oprócz spełnienia standardowych warunków koncesyjnych, musi złożyć cały szereg zabezpieczeń, w tym finansowe. Musi zobowiązać się do dwudziestoletniego monitorowania składowiska na własny koszt, a następnie przekazania monitoringu do specjalnie powołanej jednostki administracyjnej, Krajowego Administratora Podziemnych Składowisk Dwutlenku Węgla. Następnie KAPS, również na koszt przedsiębiorcy, przez następne 50 lat będzie monitorować to składowisko. A później te zadania zostaną przejęte w pełni przez państwo – informuje Piotr Woźniak.

Wiceminister środowiska podkreśla, że koszty takiej operacji będą wysokie i niewielu przedsiębiorców będzie w stanie je ponieść.

 – Koszt prowadzenia takich działalności jest niesłychanie wysoki. To powoduje, że przedsiębiorca musi być mocną firmą z bardzo pewnymi fundamentami finansowania. W innym przypadku koncesja nie zostanie wydana – mówi wiceminister.

Przypomina, że kilka lat temu KE stworzyła listę kilkunastu projektów demonstracyjnych z całej Europy, którym przyznała wsparcie. Wśród nich znalazły się trzy z Polski: zgłoszony przez PGE Elektrownia Bełchatów (a następnie kontynuowany przez PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna), Zakłady Azotowe Kędzierzyn i Vattenfall.

 – Vattenfall wycofał się bardzo szybko z tej listy, a ZAK niewiele później. Natomiast Bełchatów wycofał się na początku tego roku, ze względu na koszty, poziom skomplikowania tego projektu i poziom dofinansowania, który był niewystarczający, wręcz symboliczny w stosunku do skali projektów i potrzeb – tłumaczy Piotr Woźniak.

Na własny koszt instalację CCS testuje Tauron we współpracy z Instytutem Chemicznej Przeróbki Węgla. Wybudowanie instalacji pilotażowej pochłonęło 8,8 mln zł.

Zdaniem wielu ekspertów i przedstawicieli elektrowni, technologia CCS jest zbyt droga, a co więcej obniża rentowność elektrowni. Opłacałoby się ją stosować, gdyby za uprawnienia do emisji dwutlenku węgla w europejskim systemie handlu emisjami (ETS) trzeba było płacić ponad 65 euro. Dziś ich cena oscyluje wokół 5 euro za tonę (czyli jedno uprawnienie).

Technologia CCS (Carbon Capture and Storage) oznacza wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla ze spalin. Ma pomóc w realizacji polityki środowiskowej UE, zakładającej m.in. minimalizację emisji CO2 do atmosfery.

Chojna-Duch: inwestycje publiczne popchną w górę PKB w 2014 r.

Nowe inwestycje ożywią w przyszłym roku tempo rozwoju gospodarczego Polski prognozuje prof. Elżbieta Chojna-Duch z Rady Polityki Pieniężnej. Pomóc mają między innymi pieniądze z funduszy UE z nowej perspektywy. Gospodarkę wspierać będzie również rosnący eksport.

 – Eksport jest ciągle na wysokim poziomie – to  główny filar, który wzmacnia nasz PKB – mówi członkini Rady Polityki Pieniężnej. – Natomiast liczymy na to, że w przyszłym roku inne czynniki ujawnią się i będą miały przełożenie na wzrost gospodarczy, a mianowicie popyt, zwłaszcza popyt inwestycyjny, zarówno prywatny, jak i ze strony organów publicznych. Liczymy na uruchomienie w drugiej połowie 2014 roku stopniowo funduszy europejskich.

Zgodnie z prognozami rządu, wzrost PKB w przyszłym roku wyniesie 2,5 proc. Ostatnie prognozy Banku Merrill Lynch to 2,4 proc. – bank podniósł je z 2,2 proc. W uzasadnieniu napisano, że – obok innych czynników – gospodarkę ruszy uruchomienie środków unijnych z kolejnej perspektywy budżetowej, a co za tym idzie wzrost nakładów na inwestycje publiczne. Identycznie podwyższył prognozę Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a bank HSBC przewiduje nawet wzrost na poziomie 2,6 proc. (poprzednia prognoza to 2,3 proc.).

 – Wydaje się, że wzrost gospodarczy może być na nieco wyższym poziomie niż ten oczekiwany, 2,5 proc. – prognozuje Elżbieta Chojna-Duch w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Kto za Zytę Gilowską?

Poza danymi makroekonomicznymi rynek czeka też na wybór nowego członka Rady Polityki Pienieżnej, na miejsce prof. Zyty Gilowskiej.

Prezydent ma na powołanie nowej osoby w RPP trzy miesiące.

  Jest wielu dobrych, mądrych kandydatów, mających wiedzę z zakresu polityki pieniężnej i duże doświadczenie. Wybór jest szeroki – ocenia Chojna-Duch.

Zgodnie z prawem do czasu wyboru nowego członka Rada może pracować z zmniejszonym składzie, bo w ustawie o RPP napisano, że Rada podejmuje decyzje większością głosów w obecności co najmniej 5 członków, w tym przewodniczącego. Takie sytuacje miały juz w historii miejsce.

Nowy członek zasiądzie w radzie na pełną, sześcioletnią kadencję.

 – Jest już interpretacja, która mówi, że jest to indywidualna pełna kadencja członka, czyli kandydat będzie mianowany na 6 lat. Ta Rada, która w tej chwili działa, rozpoczęła swoje funkcjonowanie w różnych terminach. Część rady powołuje kandydatów Sejm, Senat i Prezydent, a te wybory dokonywały się w różnych okresach – wyjaśnia Elżbieta Chojna-Duch.

Polska jedynym krajem w UE z zakazem reklamy aptek. Sprawa może trafić do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości

CEO Magazyn Polska

Ustawa refundacyjna przyniosła odwrotny skutek niż zamierzony, przede wszystkim dla pacjentów – uważa Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. Ani nie wzrosła dostępność leków, ani nie spadły ceny, a po liczbie zamykanych aptek i zwalnianych aptekarzy widać, że wprowadzony dwa lata temu zakaz reklamy aptek ma negatywne konsekwencje również dla nich. – Polska jest jedynym krajem UE, gdzie taki zakaz obowiązuje – podkreśla Katarzyna Sabiłło z fundacji Lege Pharmaciae.

 – Zakaz reklamy przedsiębiorców jest pogwałceniem jednej ze swobód gospodarczych, jaką jest możliwość reklamowania się przedsiębiorcy. Apteka, chociaż działa w społecznie odpowiedzialnym biznesie, gdzie obowiązuje misja społeczna, jest przedsiębiorstwem, a reklama jest jedną ze swobód przedsiębiorcy. W związku z tym w żadnym kraju unijnym nie znajdziemy zapisu, który mówiłby o zakazie reklamy przedsiębiorcy – mówi Katarzyna Sabiłło agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Eksperci podkreślają, że zapis, na którym miały skorzystać obie strony, zarówno pacjenci, jak i aptekarze, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Ceny leków nie spadły i nie zwiększyła się ich dostępność.

 – Aptekarze też nie wzmocnili swojej pozycji ekonomicznej, bo po ilości zamykanych aptek i zwalnianych pracowników widać, że ustawa ma jednoznacznie negatywne konsekwencje również i dla nich – mówi Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha.

Obowiązująca od początku 2012 roku ustawa refundacyjna doprowadziła do zwolnienia 15 tys. osób pracujących w przemyśle farmaceutycznym – wynika z raportu firmy IMS Health. Z tej liczby 8 tys. osób zwolniły apteki.

Zdaniem prezes Fundacji Lege Pharmaciae, farmaceuci w obawie przed wysokimi karami zaprzestali również prowadzenia akcji propacjenckich czy profilaktycznych. To m.in. zahamowało rozwój tzw. opieki farmaceutycznej, która jest standardem we wszystkich europejskich krajach.

 – Aptekarze boją się cokolwiek robić, jeżeli chodzi o działania propacjenckie, ponieważ zakazreklamy aptek jest tak ogólny, że każde z podjętych działań informacyjnych może być uznane za naruszające tenże zakaz, a naruszenie jest obłożone karą finansową, dosyć dotkliwą, bo jest to nawet 50 tys. zł – mówi Sabiłło.

 – Pacjenci zostali odcięci od informacji o funkcjonowaniu aptek, o dostępności leków, od programów, które dają możliwości nabywania taniej leków, od programów terapeutycznych. Taki zakaz powoduje, że apteka nie ma prawa do wywieszania informacji o tym, że można płacić kartą, czy też że od tej do tej godziny można np. przebadać ciśnienie – mówi Sadowski.

Według ekspertów, zakaz reklamy aptek jest niekonstytucyjny, bo godzi w prawa pacjentów.

 – Są dwie drogi. Jedna to jest polski Trybunał Konstytucyjny lub Europejski Trybunał Sprawiedliwości, który bez wątpienia wskaże, że polski rząd naruszył podstawowe prawa obywateli. A druga droga to są najbliższe wybory. Rządzący dzisiaj powinni się zastanowić, czy chcą obniżenia swoich szans wyborczych w wyniku działania w takim kształcie ustawy – dodaje Andrzej Sadowski.

Szef Rothschilda w Polsce: ostatni kwartał dobry dla banków

CEO Magazyn Polska

Zbliża się czas publikacji wyników finansowych największych polskich banków. III kwartał był dla bankowości dobry, szczególnie na tle trudnego roku 2013. Receptą na problemy wynikające ze spowolnienia gospodarczego i niskich stóp procentowych była redukcja kosztów i poszukiwanie nowych źródeł przychodów. To m.in. przychody z rozwinięcia bankowości internetowej, pośrednictwa ubezpieczeniowego czy marż z kredytów konsumpcyjnych.

 – Można przypuszczać, że III kwartał był dobrym kwartałem, szczególnie na tle bardzo trudnego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Chwedoruk zarządzający warszawskim biurem Rothschild.

Dwie największe trudności, czyli spowolniony rozwój gospodarczy oraz niskie stopy procentowe, spowodowały spadek przychodów, ale banki w mniej więcej tym samym tempie redukowały koszty.

 – Dzięki temu większość banków utrzymała rentowność na poziomie z poprzedniego roku. Ponadto banki bardziej dynamiczne, innowacyjne znalazły sobie nowe pola przychodów i rentowności, np. kredyt konsumpcyjny, przychody z pośrednictwa ubezpieczeniowego, tzw. bancassurance, czy z innych obszarów, jak bankowość internetowa – mówi Chwedoruk.

Obniżka interchange to kilkadziesiąt milionów strat

Problematyczna dla banków jest również kwestia obniżenia opłaty interchange, czyli od transakcji kartami płatniczymi. Zgodnie z nowelizacją ustawy o usługach płatniczych z  30 sierpnia 2013 r. wysokość pobieranej przez banki opłaty spadnie do 0,5 proc. całej kwoty transakcji. Obecnie w Polsce prowizja należy do najwyższych w Europie i wynosi ok. 1,2 – 1,3 proc. Ustawa wejdzie w życie 1 stycznia 2014 r., a na dostosowanie się do niej banki będą mieć maksimum pół roku.

 – Może to skutkować zmniejszeniem przychodów o 50-70 mln dla dużych i 10-20 mln dla małych banków – zauważa Jacek Chwedoruk. – Dla banku, który ma ok. 1-1,5 mld zł zysku, nie jest to tak bardzo widoczne, ale w połączeniu z innymi negatywnymi czynnikami wymagają one zastąpienia innymi przychodami.

Kolejną trudnością dla polskich banków jest niska jakość ich aktywów. Kredyty udzielane mniejszym firmom są często bardzo zyskowne, jednak osłabienie koniunktury sprawia, że niewielkie przedsiębiorstwa mają niekiedy trudności z regularną spłatą należności. W Polsce jedynie 75 proc. faktur jest płaconych na czas, a trudności z płynnością firm dotykają  również banków.

 – Procent nieregularnie spłacanych kredytów w Polsce jest stosunkowo wysoki  8 proc., a więc znacznie wyżej niż w wielu innych krajach – mówi zarządzający warszawskim biurem Rothschild. – W krajach europejskich, nawet tych pogrążonych w recesji,  jest to z reguły między 3-5 proc. Stabilizacja aktywów jest więc niezbędna – dodaje.

Zdaniem Jacka Chwedoruka, osiągnięcie rentowności systemu bankowego na poziomie 10-11 proc. byłoby powodem do zadowolenia.

Koniec z wyłącznym kryterium ceny. Nowe unijne przepisy poprawią jakość zamówień publicznych w infrastrukturze

CEO Magazyn Polska

Koniec z wyłącznym kryterium ceny. Nowe unijne przepisy poprawią jakość zamówień publicznych w infrastrukturze. Jest to potrzebne szczególnie w Polsce, gdzie przetargi i przygotowywane inwestycje pozostawiają wiele do życzenia.

Nowe unijne przepisy wpłyną na poprawę jakości zamówień publicznych udzielanych w infrastrukturze. W Polsce zaczną obowiązywać prawdopodobnie w 2016 r. Kryterium najniższej ceny zostanie zastąpione wyborem oferty najbardziej konkurencyjnej ekonomicznie, czyli ważna będzie także jakość.

 – W nowej dyrektywie, która prawdopodobnie wejdzie do prawa polskiego na początku roku 2016, zostały uwzględnione nowe drogi zamawiania – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan van der Putten, sekretarz generalny Europejskiej Federacji Stowarzyszeń Doradztwa Technicznego (EFCA).

Van der Putten podkreśla, że w Polsce problemem jest przede wszystkim zły sposób przygotowania projektów infrastrukturalnych. Zbyt rzadko już na początku inwestycji korzysta się ze studium wykonalności.

 – Tu powinna zajść zmiana. Również w tym, jak wybierani są konsultanci czy kontrahenci projektu. W tym momencie głównym kryterium doboru jest cena, a to nie jest najlepsze podejście, ponieważ podążając tylko za tym kryterium możemy obniżyć jakość danego projektu. Dlatego jakość musi iść w parze z ceną, a obecnie jakość jest obniżana z powodu kosztów – przekonuje van der Putten.

Dodaje, że duże zmiany zajdą w wyniku nowelizacji prawa zamówień publicznych. Parlament i Urząd Zamówień Publicznych pracują nad kilkunastoma projektami. Do 2016 r. w życie powinny wejść też zmiany europejskich przepisów o zamówieniach publicznych. Komisja Europejska chce przede wszystkim zwiększyć wykorzystanie e-zamówień, które mogą dawać od 5 do 20 proc. oszczędności. Procedury mają zostać uproszczone z korzyścią dla małych i średnich przedsiębiorstw.

EFCA to organizacja reprezentująca w Europie Międzynarodową Federację Inżynierów Konsultantów (FIDIC). Zrzesza członków z 24 państw, w tym polskie Stowarzyszenie Inżynierów Doradców i Rzeczoznawców. Zajmuje się reprezentacją i doradztwem na poziomie europejskim, współpracując z organami UE.

BIK: Kredyty w mniejszych miejscowościach lepiej spłacane

0

CEO Magazyn Polska

Mieszkańcy miejscowości do 25 tys. osób są najbardziej zdyscyplinowani w spłacaniu kredytów konsumpcyjnych do 100 tys. zł – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Udział kredytów przeterminowanych (do 90 dni) w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców wynosi średnio 24 proc., natomiast w miejscowościach do 25 tys. mieszkańców udział ten wynosi średnio 20 proc.

 – Biuro Informacji Kredytowej pierwszy raz dokonało analizy rynków kredytowych w podziale na poszczególne miejscowości i gminy. Wynika z nich, że w miejscowościach do 25 tys. mieszkańców udzielana jest prawie połowa kredytów konsumpcyjnych (45 proc. w ujęciu ilościowym). Jakość tych kredytów jest relatywnie lepsza niż w średnich i dużych miastach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Cholewa, prezes zarządu Biura Informacji Kredytowej.

Mieszkańcy małych miejscowości lepiej radzą sobie ze spłacaniem kredytów konsumpcyjnych niż ci z dużych miast. Według stanu z 30 czerwca br. łączna wartość takich kredytów konsumpcyjnych w miejscowościach do 25 tys. mieszkańców wyniosła 35,4 mld zł.

 – Jeżeli banki są bliżej klienta, jak np. banki spółdzielcze, które w mniejszych miejscowościach są bardzo aktywne, to mają one jeszcze lepszą jakość kredytów niż średnia w mniejszych miejscowościach. Znajomość rynku lokalnego jest więc kluczowa do zarządzania relacją z klientem i do zarządzania ryzykiem – stwierdza Mariusz Cholewa.

Badanie BIK dotyczyło kredytów konsumpcyjnych do 100 tys. zł i wskazało dużą dynamikę i zróżnicowanie kredytów konsumpcyjnych w małych miejscowościach.

 – Dynamika nowej sprzedaży w mniejszych miejscowościach jest niższa niż w dużych miastach. Jednak są gminy, w których obserwuje się zarówno wzrosty o 50 proc., jak i takie, gdzie sprzedaje się o połowę mniej kredytów niż rok wcześniej – podkreśla Mariusz Cholewa.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w pierwszym półroczu w miejscowościach do 25 tys. mieszkańców zaciągnięto 4,8 mln kredytów konsumpcyjnych. Od lipca 2012 r. do czerwca 2013 r.  kredytobiorcy w tych miastach podpisali 2,4 mln umów kredytowych na łączną kwotę 19,9 mld zł.

Polacy coraz chętniej kupują ubezpieczenia w bankach

CEO Magazyn Polska

Systematycznie rośnie zainteresowanie Polaków bankowością ubezpieczeniową, czyli zakupem polis ubezpieczeniowych z wykorzystaniem kanałów bankowych. Ponad połowa wszystkich ubezpieczeń na życie zawieranych jest w ten sposób. Rozwojowi tego kanału sprzyjają zmiany prawne, jakie dokonały się w ostatnich latach. 

– W przypadku ubezpieczeń majątkowych to jest ok. 10 proc. To pokazuje, jak ważnym kanałem dystrybucji jest kanał bankowy i ten model współpracy banków i ubezpieczycieli, określany jako bancassurance – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Łuczyński, członek zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Do tej pory powstały trzy rekomendacje, wyznaczające standardy dobrych praktyk w kilku różnych obszarach: w obszarze produktów ochronnych dodawanych m.in. do kredytów i rachunków bankowych czy w obszarze ubezpieczeń finansowych stosowanych przy kredytach hipotecznych.

Trzecia rekomendacja weszła w życie w zeszłym roku. Dotyczyła produktów inwestycyjnych sprzedawanych przez banki. Uregulowała sposób ich dystrybucji, obowiązki informacyjne ubezpieczycieli, a także określiła prawa ubezpieczonych w przypadku, gdy taki produkt jest sprzedawany w ramach modelu bancassurance, kiedy to bank jest ubezpieczającym.

 – Obecnie naszym największym projektem jest rekomendacja, dotycząca dobrych praktyk informacyjnych w przypadku ubezpieczeń z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym – mówi członek zarządu PIU.  – Dyskusja na ten temat toczy się od dwóch lat, m.in. przez kryzys i spadek zyskowności funduszy inwestycyjnych. Klienci obserwują, że takie produkty często wiążą się z ryzykiem i w krótkim okresie osiągane wyniki mogą podlegać gwałtownym wahaniom. Wielu z nich zaczęło pytać np. o kwestię kosztów czy ryzyka związanego z tymi produktami.

W odpowiedzi Polska Izba Ubezpieczeń, w sierpniu tego roku uchwaliła kolejną rekomendację.

 – Ta rekomendacja przewiduje, że już w ciągu najbliższych 12 miesięcy większość firm ubezpieczeniowych w Polsce będzie dodawała do każdego produktu z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, do każdego ubezpieczenia z funduszem inwestycyjnym specjalną kartę produktu, zapewniającą pełną informację dla klienta – mówi Marcin Łuczyński.

Karta będzie miała charakter krótkiego dokumentu. Na pięciu stronach znajdą się czytelna lista wystandaryzowanych opłat, podstawowe informacje o produkcie, świadczeniach, wysokości składek, horyzoncie czasowym takiego produktu oraz o możliwości rezygnacji i odstąpienia od umowy.

 – Co najważniejsze, będzie zawierała symulację wyniku finansowego w takim ubezpieczeniu w trzech scenariuszach: standardowym, o podwyższonej rentowności i obniżonej rentowności – mówi Łuczyński.

Polska Izba Ubezpieczeń przewiduje, że do rekomendacji przystąpi większość zakładów ubezpieczeniowych. Większość też brała udział w wypracowaniu nowych regulacji prawnych. Proces dostosowywania produktów, wewnętrznych procedur w poszczególnych firmach trwać będzie od kilku do kilkunastu miesięcy. Pierwszych rezultatów należy oczekiwać w połowie przyszłego roku.

 – Uzgodniliśmy już z Komisją Nadzoru Finansowego, że w maju przyszłego roku, po okresie dostosowawczym, zostanie ogłoszona lista firm, które w pełni dostosowały się do zasad tej rekomendacji, czyli stosują dobre praktyki informacyjne w obszarze ubezpieczeń z UFK – mówi przedstawiciel PIU.

Powstałe rekomendacje PIU były odpowiedzią na raport Rzecznika Ubezpieczonych, opublikowany w 2007 roku, „Podstawowe problemy bancassurance w Polsce”. Raport poruszał m.in. kwestie naruszania interesów konsumentów, którzy zdecydowali się skorzystać z bancassurance i mówił o konieczności uregulowania rynku.

Komisja Nadzoru Finansowego zamierza do końca tego roku przedstawić do konsultacji swój projekt rekomendacji w zakresie bancassurance.

Podróżowanie z przyczepą kempingową popularniejsze, ale wciąż drogie i uciążliwe dla większości turystów

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej osób będzie w najbliższych latach decydowało się na podróż samochodem kempingowym lub z przyczepą kempingową. Jednak w Europie ten sposób podróżowania nie stanie się dominującym z uwagi na wysokie koszty i utrudnienia związane z dużym natężeniem ruchu. Szansa na rozwój jest jedynie w Skandynawii, Australii czy Ameryce Północnej.

 – Przy ogromnej ilości samochodów przemieszczających się po autostradach, szosach i drogach w Europie to może być nie zawsze przyjemne. Po pierwsze tłok, po drugie poruszamy się trochę wolniej, a więc powodujemy niezadowolenie innych kierowców. Ustawienie takiego pojazdu na parkingu w mieście może sprawiać duży kłopot, bo jest po prostu za ciasno, a to jest duży samochód – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr Zdzisław Preisner, ekspert Katedry Turystyki i Rekreacji Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Podróżowanie z przyczepą lub samochodem kempingowym jest szczególnie popularne wśród Skandynawów, Holendrów, Niemców oraz Brytyjczyków. Preisner podkreśla, że to wygodny sposób, bo nie trzeba szukać noclegu i ponosić kosztów z tym związanych. Jednak ceny paliwa oraz zatrzymania przyczepy na polu kempingowym powodują, że cały koszt wyjazdu nie będzie dużo niższy od tradycyjnej podróży. Do tego zwykle trzeba wynająć samochód lub przyczepę, bo bardzo niewielu Polaków ma własne.

Preisner zauważa, że chociaż w większości krajów taki sposób podróżowania jest dość trudny, są regiony, gdzie przyczepy i samochody kempingowe spisują się doskonale.

 – Doskonale to się sprawdza w Australii, Nowej Zelandii, w USA, Kanadzie. To wielkie tereny, nie tak gęsto zaludnione i tam podróżowanie tego typu samochodem to naprawdę ogromna przyjemność. To rodzaj wyprawy, jesteśmy zdani na siebie: mamy pojazd, posiłki przygotowujemy sami i to jest też zaleta, bo to są koszty odpowiadające zakupom żywności w supermarkecie. To daje świetne możliwości, pozwala na własne decyzje, gdzie się udajemy, gdzie spędzamy czas po całodziennej podróży – podkreśla Preisner.

W Europie najlepsza do takich podróży jest Skandynawia. Wynika to przede wszystkim z rzadkiej zabudowy oraz prawa, które umożliwia postój i zatrzymanie się na noc, także poza wyznaczonymi kempingami. Na przykład w Norwegii można bez ograniczeń i za darmo nocować w przyczepach i samochodach kempingowych, o ile tylko w promieniu 150 metrów nie znajduje się żadna zamieszkała posesja.

Preisner podkreśla, że nawet na krótki postój zaparkowanie samochodu kempingowego w dużych miastach może być problemem ze względu na sporą liczbę samochodów w sezonie turystycznym. Parkowanie takiego auta na noc jest w miastach zabronione. Utrudniałoby to życie mieszkańcom, ale ponadto mogłyby się pojawić problemy z zachowaniem czystości.

Wybierając taki sposób podróży należy mieć też na uwadze względy bezpieczeństwa. Preisner odradza kempingowanie np. w Afryce.

 – Taka forma podróży dla Polaków to przyszłość. Z powodów ekonomicznych wiele osób będzie decydowało się na to, aby posiadać  taki własny domek na kółkach i móc decydować o miejscu podróży i czasie. Nie stanie się to powszechnością w Polsce w najbliższych latach – podsumowuje Preisner.

Dwa napędy rozwoju KGHM

0

KGHM prowadzi prace rozpoznawcze w najbardziej perspektywicznych obszarach w Polsce i na świecie. Firma rozwija swój potencjał poprzez prace poszukiwawczo- rozpoznawcze, programy modernizacyjne oraz akwizycje. O perspektywach rozwoju spółki rozmawiali wczoraj w Warszawie goście spotkania zorganizowanego przez KGHM w siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Tytuł „The Best of the Best” utrzymany

0

KGHM utrzymał tytuł „The Best of the Best” dla najlepszego przedsiębiorstwa, które trzy razy zdobyło I nagrodę główną w konkursie „The Best Annual Report”.

Rekordowa lampka

0

Jeszcze godzinę przed startem Lubin nawiedziła ogromna ulewa, ale już na starcie XXVIII Biegu o Lampkę Górniczą przestało padać i… zaświeciło słońce. To idealna pogoda do biegania.

Raport Roczny Grupy BRE Banku – Best of the Best

Na piątkowej (18.10) gali rozdania nagród VIII edycji konkursu The Best Annual Report 2012, BRE otrzymał aż 2 statuetki – za pierwsze miejsce w kategorii raport roczny on-line oraz prestiżowe wyróżnienie dla najlepszego raportu rocznego 2012 roku – The Best of the Best.

Komentarz dzienny, 22 października 2013

W przeciwieństwie do poprzednich, ostatnia półroczna rewizja rachunków narodowych (obejmująca lata 2012 i 2013) nie przyniosła żadnych zmian w odniesieniu do wzrostu PKB. Tym niemniej, choć ścieżka PKB pozostaje bez zmian, pewne przesunięcia, jak często miało to miejsce w przeszłości, odnotowano w strukturze wzrostu gospodarczego.

W Polsce nawet o 4 mln mniej aut niż podają oficjalne dane

Po polskich drogach może jeździć nawet o ponad 4 miliony samochodów mniej niż wynika z oficjalnych danych. Statystyki są błędne, bo uwzględniają niewyrejestrowane stare auta. Z tego powodu ich średnia wieku jest nawet o cztery lata niższa niż wynika z danych.

 – Oficjalne dane statystyczne są błędne. Ponad 4 miliony samochodów, które nie istnieją, są zawarte w statystykach. To powoduje, że średni wiek samochodu w Polsce jest zawyżony według oficjalnych danych i wynosi aż piętnaście lat. Jednocześnie liczba samochodów w przeliczeniu na mieszkańca oficjalnie wydaje się, że jest taka jak w krajach Unii Europejskiej, a jest to absolutnie nieprawdą – podkreśla Alfred Franke ze Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych i ekspert Motofocus.

Oficjalne dane opublikowane przez GUS na podstawie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców wskazują, że w Polsce na koniec 2012 r. było niemal 19 mln samochodów osobowych. Oznacza to, że na tysiąc mieszkańców przypadało 486 aut – o dwa więcej niż wynosi unijna średnia.

Franke zauważa jednak, że błędy w tych danych widać gołym okiem. Wskazuje, że zgodnie z danymi, w Polsce co czwarty samochód na drodze powinien mieć starą, czarną tablicę rejestracyjną. Inne dane wskazują, że w Polsce jest dwa razy więcej syren niż toyot yaris. Dodatkowo, jeśli średni wiek samochodów wynosiłby 15 lat, po ulicach powinno jeździć znacznie więcej pojazdów mających powyżej 30 lat, czyli uznawanych za zabytki.

 – Badania robione na zlecenie GUS, i nie tylko, wykazują, że średni wiek samochodu w Polsce to jest 11 lat, a liczba samochodów jest około 4 mln niższa niż oficjalnie. To powoduje, że politycy, decydenci, podejmując decyzję na podstawie oficjalnych danych statystycznych, podejmują błędne decyzje – przekonuje Franke w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Przyznaje, że obecny sposób prowadzenia statystyk jest trudny do zmiany. Wielu kierowców po wyrejestrowaniu samochodu nie zgłasza tego do urzędu komunikacyjnego. Propozycję wprowadzenia kar za takie zaniechanie odrzuciły w ubiegłym roku resorty transportu i finansów.

W opinii Alfreda Frankego pomóc mogłaby weryfikacja oficjalnych statystyk poprzez porównanie ich z bazą o ubezpieczeniach OC. Liczba pojazdów z obowiązkowym ubezpieczeniem jest znacznie niższa od oficjalnej liczby aut. Franke podkreśla, że duża liczba pojazdów bez ubezpieczenia jest podejrzana i należałoby ją zweryfikować.

 – Być może nałożenie oficjalnych baz statystycznych i baz ubezpieczycieli w jakiś sposób rozwiązałoby ten problem, ale myślę, że specjaliści od tego typu tematów są w stanie znaleźć jeszcze lepsze rozwiązania – ocenia Franke. – Nie można na podstawie tych błędnych danych, podejmować decyzji rzutujących np. na wprowadzenie podatków dla właścicieli starszych samochodów, nie możemy karać kogoś za to, że nie stać go na kupienie nowego samochodu.

W latach 2014-2020 prawie 9 mld euro na badania, rozwój i współpracę nauki z biznesem

CEO Magazyn Polska

Blisko 9 mld euro takie fundusze będą do wydania w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, który ma zastąpić w nowej perspektywie Innowacyjną Gospodarkę. Resort rozwoju regionalnego zapewnia, że pieniądze „będą szły za przedsiębiorcą”, ale efektem musi być ostateczne wdrożenie innowacji w gospodarce.

 – Musimy być zgodni z tym, na co Komisja Europejska pozwala nam wydawać pieniądze, a wiemy, że trzeba będzie wydawać je w sposób efektywny i na wybrane obszary tematyczne. Jednym z kluczowych obszarów tematycznych jest obszar badań, rozwoju, innowacji i nowych technologii. W związku z tym program Inteligentny Rozwój będzie temu dedykowany – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Wendel, wiceminister rozwoju regionalnego.

Program Inteligentny Rozwój ruszy wraz z nową perspektywą budżetową UE w przyszłym roku i potrwa do 2020 r. Z szacunków MRR wynika, że do rozdysponowania będzie 8,8 mld euro, w tym 7,6 mld euro z środków unijnych. Reszta funduszy będzie pochodzić ze źródeł krajowych. Niemal połowa środków ma zostać przeznaczona na wsparcie prac badawczo-rozwojowych oraz współpracy naukowo-przemysłowej.

 – Przede wszystkim chcemy się skoncentrować na powiązaniu gospodarki z nauką, czyli chcemy obsłużyć cały proces związany z komercjalizacją efektów prac badawczo-rozwojowych bezpośrednio w praktyce gospodarczej. Pieniądze będą szły za przedsiębiorcą. Projekty mogą być realizowane w konsorcjach przedsiębiorców dużych z małymi, przedsiębiorców z obszarem nauki, ale za każdym razem na końcu musi być efekt w postaci wdrożenia w gospodarce – podkreśla Wendel.

Po ponad 20 proc. środków ma zostać przeznaczonych na wsparcie innowacji w przedsiębiorstwach oraz zwiększenie potencjału naukowo-badawczego. Według zapowiedzi MRR głównymi odbiorcami wsparcia będą przedsiębiorcy, w szczególności z segmentu małych i średnich firm, jednostki naukowe, a także konsorcja i klastry zrzeszające odbiorców.

Inteligentny Rozwój zastąpi funkcjonujący do tej pory Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka. Wendel podkreśla, że założenia tych programów są inne, więc nie należy mówić o kontynuacji. Niektóre elementy Innowacyjnej Gospodarki zostaną jednak zachowane.

 – Te, które były związane już dzisiaj z wdrażaniem innowacji poprzez wstępny etap prac badawczo-rozwojowych, wtedy, kiedy środki publiczne powinny wspomóc przedsiębiorców w ponoszeniu ryzyka, ponieważ ten pierwszy etap jest dosyć mocno ryzykowny – precyzuje wiceminister.

Dodaje, że na dalszych etapach wdrażania innowacji wsparcie będzie udzielane raczej w formie zwrotnej niż jako dotacje. MRR chce również nadal współpracować z organizacjami zajmującymi się wspieraniem innowacyjności, takimi jak fundusze venture capital lub Anioły Biznesu.

Wsparcie ma być ukierunkowane również na ekspansję międzynarodową. Iwona Wendel zapowiada, że duże środki zostaną przeznaczone dla najważniejszych dla gospodarki klastrów, by ułatwić im rozszerzenie działalności poza Polskę.

 – Chcemy się skupić na internacjonalizacji klastrów kluczowych dla gospodarki w taki sposób, żeby osiągać przewagi na rynku europejskim i światowym. Chcemy także jeszcze wspomóc naukę polską, w taki sposób, żeby stała się konkurencyjna w europejskiej przestrzeni badawczej, czyli żeby mogła skuteczniej sięgać po środki europejskie, np. w programie Horyzont 2020 i realizować wspólne projekty badawcze z naukowcami z Europy i ze świata – mówi wiceminister.

TVP sprzeda budynek w centrum Warszawy i rozbuduje ośrodek przy Woronicza

0

Telewizja Polska sprzeda jeden z dwóch warszawskich ośrodków znajdujący się przy placu Powstańców Warszawy. W głównej siedzibie TVP przy ul. Woronicza powstanie za to nowy budynek ze studiami, newsroomem oraz biurami. To ma umożliwić sprzedaż kolejnych małych budynków, a nawet położonego na działce TVP boiska piłkarskiego.

 – Podjęliśmy decyzję o tym, żeby opuścić budynki na placu Powstańców Warszawy, bo podział telewizji w Warszawie na dwa odrębne ośrodki generuje różne dodatkowe koszty. W dodatku budynek na placu Powstańców jest niefunkcjonalny. Nie da się go już przy pomocy drobnych remontów usprawnić, żeby spełniał nowoczesne kryteria. Musimy wybudować nowy budynek na Woronicza – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Juliusz Braun, prezes zarządu TVP SA.

W budynku przy pl. Powstańców Warszawy znajdują się dziś przede wszystkim siedziby TVP Info oraz Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Działka przy ul. Woronicza jest znacznie większa i to tam TVP chce przenieść całą warszawską siedzibę. W przyszłym roku spółka chce sfinalizować projekty i zdobyć niezbędne pozwolenia, a także wyburzyć stary 11-piętrowy biurowiec. Rozbiórkę tego budynku nakazał nadzór budowlany.

Braun przekonuje, że w nowym budynku, który ma zostać zbudowany nowocześnie, funkcjonalnie i tanio, znajdzie się miejsce na studia newsowe, newsroom oraz pomieszczenia dla administracji. Dodaje, że zostanie on wybudowany zgodnie z wzorcami m.in. z Pragi i Lizbony, czyli w jak najprostszy sposób, ale równocześnie z zapewnieniem niezbędnej funkcjonalności wnętrz.

 – Nie dlatego, żeby administracji było więcej, tylko dlatego, że dzięki temu będziemy mogli zrezygnować z bardzo wielu budynków, niektóre można uznać za baraki, które na całej wielkiej działce przy Woronicza są. Będziemy mogli wtedy pozbyć się znacznej części tej działki – tłumaczy Braun. – Tam jest nawet boisko piłkarskie, ale w tej chwili nie ma się go jak pozbyć, bo ono jest w samym środku działki.

Braun nie chce jeszcze podawać kwoty inwestycji.

W ciągu ostatnich czterech lat budżet TVP zmalał o ponad 500 mln zł, czyli o prawie 30 proc. Nadawca sprzedaje nieruchomości w całym kraju, w tym niewykorzystywane budynki, który nie tylko nie przynoszą zysków, ale wręcz generują straty.

Pieniądze na rozbudowę siedziby przy Woronicza mają pochodzić m.in. ze sprzedaży budynku przy pl. Powstańców Warszawy. TVP planuje rozpisać w taki przetarg, by po sfinalizowaniu transakcji i otrzymaniu zapłaty móc jeszcze przez jakiś czas korzystać z budynku.

Chcemy to zrobić w ten sposób, żeby ogłosić przetarg, wybrać kupującego, z pewnym odroczeniem przekazania budynku, żeby pieniądze już można było przeznaczać na inwestycje – wyjaśnia Braun.

Przewiduje, że w przyszłym roku nie uda się jeszcze rozpocząć prac budowlanych na działce przy ul. Woronicza. Problemem jest m.in. skomplikowana technologia budowy 11-piętrowego budynku przeznaczonego do rozbiórki, co generuje dodatkowe koszty przy wyburzaniu.

Resort finansów chce wzrostu akcyzy od alkoholi wysokoprocentowych. Ich sprzedaż może spaść o jedną czwartą

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Finansów zapowiedziało podwyżkę akcyzy od napojów spirytusowych o 15 procent. Według resortu finansów ma to dać 780 milionów złotych dodatkowych wpływów do budżetu. Według branży na zmianach budżet jednak tyle nie zyska. Podwyżka akcyzy zamiast wzrostu dochodów może spowodować ich spadek o 150 milionów złotych, bo sprzedaż spadnie nawet o jedną czwartą.

  Planowane dodatkowe 780 mln złotych to są wpływy wirtualne, na papierze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Wiwała, prezes zarządu Polskiego Przemysłu Spirytusowego.

Potwierdzają to dwie niezależne od siebie ekspertyzy. Zarówno ta przedstawiona przez Instytut Sobieskiego, jak i Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, wskazują na prawdopodobny spadek dochodów budżetowych w przypadku tak wysokiej podwyżki akcyzy na wyroby spirytusowe.

 – Trudno jest jednoznacznie przewidzieć, jak zachowają się konsumenci, ale mamy zewnętrzne prognozy, które wskazują, że dość prawdopodobne jest, że 15 proc. podwyżki akcyzy spowoduje około 10-proc., a nawet większy spadek sprzedaży – mówi Leszek Wiwała.

Z prognozy Instytutu Sobieskiego wynika, że w najbardziej optymistycznym przypadku spadek rynku wyniesie 7 procent. Tylko ten wariant zapewni budżetowi państwa wzrost wpływów z akcyzy, ale na poziomie niespełna dwóch trzecich tego, co zakłada minister finansów. W pesymistycznym scenariuszu spadek sprzedaży wyniesie 25 procent, a dochodów – o niemal miliard złotych.

 – Biorąc pod uwagę najbardziej realny scenariusz, to jest utrata 150 mln złotych. My mamy nadzieje, że tego nie będzie – liczy Leszek Wiwała.

Jeśli dojdzie do podwyżki akcyzy, polski konsument zapłaci wyższy podatek niż obywatele krajów sąsiednich. W Europie wyższe stawki realne (przy uwzględnieniu siły nabywczej) obowiązują jedynie w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Finlandii, Szwecji i Grecji.

 – W rezultacie zwiększy się dopływ do Polski pochodzącego z legalnych i nielegalnych źródeł alkoholu wysokoprocentowego. Za to stracą nasi producenci, nasi eksporterzy, a nawet nasi sprzedawcy, czyli detaliści – podkreśla dr Marian Szołucha z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie.

Eksperci powołują się na przykład Litwy, gdzie akcyzę podwyższono w 2009 roku.

  Skończyło się to ponad 30-proc. skurczeniem całego rynku oraz 20-proc. stratą wpływów z tego tytułu do budżetu państwa. Bardzo byśmy nie chcieli, żeby powtórzyła się sytuacja z tego roku, kiedy minister finansów w połowie  roku informuje nas, że bardzo się pomylił, że deficyt budżetowy będzie znacznie wyższy niż się spodziewał – mówi Szołucha.

Dlatego przedstawiciele branży mówią: podwyżka – tak, ale na wszystkie napoje alkoholowe.

 – 5 proc. podwyżki na wszystkie napoje alkoholowe daje gwarancje znacznie wyższych wpływów, bo nie zaburzy to rynku, i w mniejszym stopniu obciąży konsumentów. Zmniejszy się też ryzyko rozwoju szarej strefy, zwłaszcza, że w przypadku lżejszych napojów alkoholowych nie ma konkurencji w postaci nielegalnego alkoholu – proponuje Leszek Wiwała.

Według GUS w 2012 roku statystyczny Polak wypił 8 litrów napojów spirytusowych, 7 litrów wina i 99 litrów piwa.

Z powodu unijnego prawa zamykają się kolejne elektrociepłownie

CEO Magazyn Polska

Zaostrzenie stanowiska unijnych urzędników może sprawić, że rozwój tańszej, ekologicznej technologii produkcji prądu i ciepła, może zostać zahamowany. System wsparcia dla nowoczesnych i bardziej wydajnych elektrociepłowni obowiązywał do końca minionego roku, a dziś firmy wstrzymują inwestycje i wyłączają bloki.  

Na początku października Jerzy Kurella, p.o. prezesa PGNiG zapowiedział, że wstrzyma kolejne inwestycje związane z kogeneracją (czyli produkcją ciepła i energii w jednym procesie technologicznym tzw. skojarzeniu), jeśli nie będzie wsparcia na poziomie rządowym. Obecny system wsparcia oparty na żółtych i czerwonych certyfikatach został ustalony na okres pięciu lat od 2007 r. do końca 2012 r. Ostateczny termin ich rozliczenia minął 31 marca br. Resort gospodarki chce przedłużenia wsparcia dla tej technologii do 31 marca 2015 r. na dotychczasowych zasadach.

 – Polski projekt ustawy przedłużający system wsparcia na lata 2013-2015 jest w trakcie notyfikacji w Komisji Europejskiej. KE stara się przeanalizować nasz projekt pod kątem możliwości udzielenia pomocy publicznej dla tego rodzaju wsparcia. Przypomnę, że wiele lat temu, kiedy wchodził on w życie w Polsce, nie był notyfikowany. Teraz dostrzegamy pewne zaostrzenie stanowiska Komisji i pytania przesłane ostatnio do Polski zmierzają właśnie do ustalenia, czy to jest system pomocy publicznej – Jacek Szymczak,  prezes Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Ekspert obawia się, że decyzja KE w tej sprawie nie zapadnie w tym roku, w związku z czym nie będzie możliwości skierowania ustawy do parlamentu polskiego. W jego ocenie negatywna ocena KE w tym zakresie nie byłaby uzasadniona, ponieważ zgodnie z unijnym prawem, polski system świadectw nie angażuje środków państwowych, zatem nie jest pomocą publiczną.

 – Jeśli jednak stanowisko KE będzie negatywne, projekt ustawy przedłużający system wsparcia prawdopodobnie albo będzie musiał przejść indywidualną notyfikację, albo będzie musiał być zmieniony – obawia się Jacek Szymczak.

Duże elektrociepłownie, np. powyżej 100 MW, mają szanse na zachowanie rentowności, gorsza sytuacja jest w przypadku tych mniejszych.

– Nie są realizowane inwestycje w małe i średnie źródła skojarzone. Znam przykłady kilku instalacji, które zostały wyłączone, gdy system przestał funkcjonować. Szczęśliwie w tej sytuacji dla bezpieczeństwa energetycznego powrócono do tzw. kotłów klasycznych, WR-ów, gdzie wytwarzane jest tylko ciepło. Ale ze szkodą dla środowiska, dla klientów, dla pieniędzy, które już zostały zainwestowane. Nie będzie można mówić o znacznym impulsie inwestycyjnym, jeśli system wsparcia kogeneracji nie zostanie wprowadzony w miarę szybko – zwraca uwagę Jacek Szymczak.

Podkreśla, że nie można liczyć na masowy rozwój tej technologii bez funkcjonowania systemu wsparcia. A kogeneracja jest najbardziej efektywna w przypadku wytwarzania ciepła systemowego. Jej efektywność energetyczna jest nawet o 30 proc. wyższa, niż w przypadku oddzielnego wytwarzania energii elektrycznej w innych technologiach, jak elektrownie kondensacyjne czy ciepło w kotłowni. W konsekwencji oznacza to mniejsze zużycie paliwa oraz ograniczenie emisji dwutlenku węgla. Stąd też kogeneracja jest promowana przez Unię Europejską.

 – Inwestorzy będą wyczekiwać na rozwiązania prawne i będą musieli uwierzyć, że nie zmienią się w perspektywie, w jakiej liczą na zwrot z zainwestowanego kapitału. Czyli wprowadzone rozwiązanie prawne i jego stabilność są dzisiaj kluczowe z punktu widzenia zwiększenia możliwości inwestycyjnych  – podkreśla Jacek Szymczak.

InPost rozwija sieć paczkomatów poza Polską, ale zarabia na razie tylko w kraju

InPost zapowiada rozwój sieci paczkomatów poza granicami Polski. Jeszcze w tym roku spółka zainstaluje 200 urządzeń do samodzielnego odbioru paczek w Rumunii. Do końca roku InPost wejdzie także do jednego z krajów skandynawskich. Polska jest jednak na razie jedynym rynkiem, na którym spółka zarabia.

 – W tej chwili jedynie w Polsce mamy dojrzały projekt, który generuje rosnące, dodatnie przepływy pieniężne. Czechy i Słowacja są kolejne w takim zaawansowaniu i pewnie za pół roku będą już generować zyski. Bardzo mocno rośniemy w Rosji, zwiększamy liczbę maszyn, natomiast 220 maszyn, które mamy w Rosji, to zbyt mało, żeby osiągnąć odpowiednie momentum – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Brzoska, prezes zarządu Integer.pl, właściciela InPost.

Brzoska ocenia, że właśnie Rosja, a także Ukraina, są najbardziej perspektywicznymi rynkami w Europie Środkowo-Wschodniej. Liczy, że podobnie dynamiczny rozwój będzie możliwy w Rumunii. Do końca tego roku spółka chce zainstalować tam 200 paczkomatów, a docelowo chce zwiększyć ich liczbę do co najmniej 500.

Największych zysków spółka oczekuje jednak nie w Europie Środkowo-Wschodniej, ale na zachodnich, konkurencyjnych rynkach – we Francji, Włoszech, Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Dlatego InPost planuje ekspansję w wielu krajach. Jak podkreśla Brzoska, w grę wchodzi kilkanaście rynków.

 – Najbardziej zaawansowane pod kątem rozwoju są Szwajcaria, Francja, Hiszpania, Portugalia. Ciekawie wygląda sytuacja w Turcji, gdzie trzech potencjalnych partnerów logistycznych chce wspólnie z nami rozwijać ten projekt. Rynek turecki również rośnie bardzo szybko. Ukraina, Rosja – tam już jesteśmy, ale zwiększamy liczbę urządzeń – wylicza Brzoska.

Dodaje, że spółka jest zainteresowana również Skandynawią. Jeszcze w tym roku w jednym z krajów skandynawskich ma się pojawić co najmniej 100 paczkomatów, a docelowo w przyszłym roku InPost chce być obecny w całej Skandynawii.

 – Cztery kraje skandynawskie to w tej chwili bardzo dojrzały rynek e-commerce’owy, z użytkownikami, którzy są przyzwyczajeni do tego, żeby odbierać paczki bezpośrednio z punktów, a nie czekać na kuriera. Więc tam nawet nie trzeba edukować użytkowników, wystarczy rozlokować w najlepszych miejscach nasze urządzenia – przekonuje Brzoska.

Dodaje, że końcówka roku to zwieńczenie wielomiesięcznej pracy nad ustawieniem nowych paczkomatów. Brzoska zauważa, że łatwo jest znaleźć drogie lub słabe lokalizacje, ale nawiązanie współpracy korzystnej dla obydwu stron jest znacznie trudniejsze. Przykładem dobrej umowy sieciowej jest partnerstwo InPostu z Carrefourem we Włoszech. Dzięki takim umowom do końca tego roku spółka chce zainstalować kilkaset urządzeń.

Instalacja nowych urządzeń jest niezwykle ważna dla poprawy rentowności nowych rynków, na które wchodzi InPost. Dopiero przy odpowiedniej ich liczbie możliwe jest pozyskanie klientów i wygenerowanie zysków.

 – W Polsce, kiedy mieliśmy 150 maszyn, rozwiązanie paczkomatowe właściwie było bardzo rzadko obecne w sklepach internetowych. W tej chwili kończymy plan rozlokowania 1100 maszyn. To automatycznie powoduje, że każdy sprzedawca, który chce zaoferować klientom najlepsze rozwiązanie, nie może sobie pozwolić na to, żeby w koszyku dostaw nie było paczkomatów. I to też powoduje, że nasycenie sieci jest większe, przez co – oczywiście – odbija się to na rentowności – tłumaczy Brzoska.

Rynek reklamy wideo w internecie rośnie bardzo szybko. Portale zabierają reklamodawców telewizji

CEO Magazyn Polska

Rynek reklam emitowanych przed materiałami wideo w internecie rośnie o 40-50 proc. rocznie. Portale internetowe rozszerzają ofertę wideo na żądanie, a to oznacza problemy dla telewizji, która traci reklamodawców. Dzięki reklamom portale mogą oferować treści za darmo.

 – W tej chwili mogę powiedzieć, że jesteśmy wyprzedani prawie w 100 proc. Właściwie zastanawiamy się nad poszerzeniem naszej oferty wideo i pracujemy nad tym ze względu na to, że jest na to popyt. W tej chwili właściwie sprzedalibyśmy każdą ilość, gdybyśmy nią dysponowali – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Tomasiak, prezes zarządu Wirtualnej Polski. – Ten rynek będzie rósł i on rzeczywiście w tym roku rośnie bardzo dynamicznie.

Zgodnie z danymi IAB AdEx w tym roku rynek reklamy wideo w internecie wzrośnie o ok. 50 proc. ZenithOptimedia szacuje ten wzrost na nieco niższym poziomie 40 proc. Takie wielkości oznaczają poważne problemy dla telewizji, która traci reklamodawców, a tym samym ma mniejsze przychody z reklam.

Jak podkreśla Grzegorz Tomasiak, portale nie mogą podnieść cen powyżej poziomu opłat w telewizji. Choć nie chce podawać dokładnych przychodów Wirtualnej Polski z tego rodzaju reklamy, podkreśla, że wyniki są zgodne z przewidywaniami i z tendencjami rynkowymi.

 – To jest dla nas najważniejsze, że załapaliśmy się w odpowiednim momencie i korzystamy na tym wzroście rynku, trzymamy  nasz udział w tym rynku, bo rośniemy zgodnie z rynkiem – podkreśla Tomasiak.

Dodaje, że zmiany na rynku reklamy wideo nie pozostają bez wpływu na jej treść.

 – Wideo w sieci rządzi się swoimi prawami. To nie jest do końca telewizja. Tutaj internauta ma dosyć szybką możliwość utraty atencji czy zmiany tego, co chce oglądać, czytać. W związku z tym trzeba bardzo umiejętnie podawać te treści i podawać je w taki sposób, żeby też internautów nie zniechęcić – zaznacza prezes Wirtualnej Polski.

Przyznaje, że wielu internautów reklamy mogą irytować. Są one jednak niezbędne do tego, by portale mogły nadal udostępniać treść za darmo, co jest dużym wyzwaniem ekonomicznym.

Tomasiak przewiduje dalszy rozwój rynku wideo na żądanie kosztem linearnej telewizji, w której widz jest związany ramówką. Ten trend w jego ocenie przełoży się na dalszy rozwój przychodów z reklamy, a dużą ich część zgarną portale internetowe.

Równocześnie prezes Wirtualnej Polski przekonuje, że to właśnie filmy na żądanie oraz treści lokalne, a nie duże premiery, będą głównym źródłem przychodu dla nadawców.

 – Wiadomo, że dla nas sprawdza się kontent lokalny i że tutaj rozmawiamy z twórcami lokalnymi na temat takich modeli, które dają nam możliwość zarobienia, ale też jak gdyby odpowiedniego wynagrodzenia właścicielom praw. Ja raczej nie wierzę w możliwość zarabiania na premierach filmów ze studiów hollywoodzkich w modelu odpłatnym – mówi Tomasiak.

W jego opinii koncentracja na premierach jest błędem przemysłu filmowego oraz fonograficznego. Przekonuje, że wobec wyzwań stawianych przez piractwo internetowe należy zmienić model działania tej branży, a nie bronić starych metod.

 – To niestety się odbije negatywnie na tym przemyśle w dłuższej perspektywie, jeśli w dalszym ciągu będą mieli takie podejście – przewiduje Tomasiak.

Dobra koniunktura dla producentów warzyw i trzody chlewnej. W gorszej sytuacji producenci zbóż

CEO Magazyn Polska

Długa zima i upalne lato przysporzyły problemów rolnikom. Jednak zdaniem ekspertów nie wszyscy mają powody do narzekań – poprawiła się sytuacja hodowców trzody chlewnej i producentów warzyw. W dobrej sytuacji są przede wszystkim właściciele dużych gospodarstw, którzy umieją wykorzystać efekt skali. Wiele też zależy od specjalizacji danego gospodarstwa. 

 – Nie najgorzej ostatni sezon będą wspominać producenci mleka, szczególnie jeżeli mówimy o ostatnich tygodniach, gdyż ceny mleka wzrastają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – Zwiększa się także opłacalność produkcji warzyw, których ceny w ostatnich latach były wyjątkowo niskie. Teraz się to zmieniło, choćby z przyczyn pogodowych.

Na Rynku Hurtowym w podwarszawskich Broniszach podstawowe warzywa podrożały w porównaniu z ubiegłym rokiem. Mniej płaci się tylko za pomidory (ok. 20 proc.) i pory. Najbardziej zdrożały ziemniaki i cebula (2,5 razy), choć tu problemem jest fakt, że zbiory będą niższe – odpowiednio o 40 proc. i 5 proc.

W tym roku na niskie ceny skupu narzekają producenci zbóż. Choć w ostatnich tygodniach odnotowano lekki wzrost cen, to i tak są znacząco niższe niż w ubiegłym roku. Żyto konsumpcyjne w pierwszych tygodniach października skupowano po 507 zł za tonę, czyli było 28 proc. tańsze. Kukurydza jest tańsza o 23 proc., a jęczmień paszowy o 17 proc. w porównaniu do sytuacji sprzed roku.

Dzięki niższym cenom zbóż, a co za tym idzie również pasz, zwiększa się opłacalność produkcji zwierzęcej, cieszy to szczególnie producentów wieprzowiny i drobiu.

Zdaniem dyrektora IERiGŻ, ostatni sezon można określić jako przeciętny. Dotyczy to także owoców, pomimo że np. zbiory truskawek obniżyły się w stosunku do ostatnich lat.

 – Ten sezon można określić jako bardzo trudny produkcyjnie, z uwagi na bardzo długą zimę i późniejsze perturbacje pogodowe. Jednocześnie dawał on w większości dziedzin poczucie pewnej stabilizacji ekonomicznej – twierdzi prof. Kowalski. – Niewyraźnie, ale jednak poprawiają się nożyce cen. A więc ceny płacone w skupie rolnikom rosną nieco szybciej niż ceny płacone za środki produkcji.