Dla Polaków coraz mniej ważna wysokość pensji. Liczy się stabilność firmy i perspektywy zatrudnienia

Kryzys gospodarczy zmienił priorytety polskich pracowników. Od wysokiej pensji, która jeszcze dwa lata temu była najważniejszym kryterium wyboru pracy, dziś pracownicy bardziej cenią stabilną sytuację firmy. Kolejne kryterium to bezpieczeństwo zatrudnienia. Wysokość wynagrodzenia Polscy pracownicy, którzy wzięli udział w badaniu Randstad Award 2013 wymienili dopiero na piątym miejscu.

– Polacy w tej niepewnej sytuacji gospodarczej, z którą mają do czynienia, przede wszystkim cenią sobie profesjonalnych pracodawców, aspekty związane z bezpieczeństwem zatrudnienia, a dopiero potem zaczyna być dla nich ważne wynagrodzenie i jego wysokość – mówi Kajetan Słonina, dyrektor zarządzający Europy Wschodniej Randstad Polska.

Stabilną sytuację finansową pracodawcy i bezpieczeństwo zatrudnienia jako najważniejsze czynniki wskazało odpowiednio 72 i 70 proc. ankietowanych w badaniu Randstad Award 2013. Na wysokie zarobki wskazało 49 proc.

W przypadku, gdy ankietowani mogli wybrać tylko jeden czynnik 37 proc. wybrało stabilną sytuację finansowa, a tylko co dziewiąta osoba – wysokie wynagrodzenie (11 proc.).

– Widać, że pracownicy patrzą nie tylko na pieniądze, choć oczywiście to zależy również od tego, kto odpowiada. Dla ludzi z niższym wykształceniem to wynagrodzenie pojawia się trochę wyżej w odpowiedziach, ale jeśli uśrednimy odpowiedzi, a badaniem objęto 7 tysięcy osób i to była reprezentatywna grupa, to wynagrodzenie jest na dalszych pozycjach. To jest naprawdę istotna zmiana w porównaniu do poprzednich badań – mówi Kajetan Słonina.

Pieniądze to nie wszystko

Coraz bardziej istotne dla pracowników są również pozaekonomiczne aspekty pracy. Wśród pięciu najważniejszych czynników przy wyborze pracodawcy wyżej niż zarobki znalazły się również przyjazna atmosfera i interesująca praca (odpowiednio dla 54 i 50 proc.).

Przyjazna atmosfera pracy dla ankietowanych oznacza szacunek dla współpracowników (62 proc.), docenienie zaangażowania (58 proc.), współpracę w zespole (53 proc.) oraz otwartość i szczerość w komunikacji (50 proc.).

Ciekawa praca, która była wymieniania na czwartej pozycji, jest kojarzona z możliwością wykorzystania posiadanych umiejętności (55 proc.), docenianiem indywidualnych pomysłów (45 proc.) i okazją do zdobywania nowych umiejętności (43 proc.).

– Zmierzyliśmy też, dlaczego pracownicy odchodzą od danego pracodawcy. I tu na pierwszym miejscu pojawia się niesatysfakcjonujące wynagrodzenie, na kolejnym – zła atmosfera w pracy i brak możliwości rozwoju w danej firmie – mówi Kajetan Słonina.

Wśród najatrakcyjniejszych branż Polacy od 3 lat wymieniają te same: motoryzacyjną, branża energetyczna i elektrotechniczna. Za najlepszych pracodawców badani pracownicy uznali firmy KGHM Polska Miedź, Toyota Motor Manufacturing Polska i Volkswagen Poznań.

Carrefour otworzy w tym roku 250 nowych sklepów. Nie planuje natomiast rozwoju sprzedaży internetowej

Carrefour planuje otworzyć w tym roku 250 nowych sklepów. Mają to być w większości placówki franczyzowe. W efekcie ma nastąpić wzrost zatrudnienia, choć nie bezpośrednio w spółce. Firma nie planuje natomiast w najbliższym czasie rozwoju sprzedaży internetowej.

– Carrefour codziennie otwiera jeden lub nawet więcej sklepów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jean Anthoine, prezes Carrefour Polska. – W zeszłym roku otworzyliśmy ich 170. Z całą pewnością jest to element, który przyczynia się do tworzenia nowych miejsc pracy.

Większość nowych placówek to sklepy franczyzowe – Carrefour Express, które rozwijane są w dwóch formatach. Sklepy z zielonym logo o powierzchni 100 do 500 m2 są zlokalizowane w małych i większych miejscowościach. Z kolei sklepy Carrefour Express Convenience to placówki samoobsługowe, zlokalizowane w wielkich miastach. Oprócz typowych usług zapewniają także możliwość doładowania telefonów czy skorzystania z ksero.

Są one zarządzane przez przedsiębiorców, którzy otrzymują prawo działania pod szyldem Carrefoura. W Polsce powstało już 300 takich placówek, a planowanych jest uruchomienie kolejnych 200. Wzrost zatrudnienia w nich nie wiąże się więc bezpośrednio ze wzrostem zatrudnienia w firmie Carrefour.

Nie oznacza to jednak, że firma nie udziela pomocy franczyzobiorcom. Przeciwnie – Carrefour pomaga w wyborze odpowiedniej lokalizacji, zapewnia pomoc w rozplanowaniu sklepu, przekazanie strojów dla pracowników czy know-how na każdym etapie prowadzenia działalności.

– Carrefour ze swojej strony przyczynia się do rozwoju tych sklepów i przedsiębiorstw przez szkolenia, tworząc szkółki, w których nasi partnerzy handlowi mogą nabywać pewne umiejętności i je rozwijać – mówi Jean Anthoine. – Nasz model biznesowy, który w ten sposób propagujemy, jest bardzo udany. Potwierdziła to nagroda Hermesa, jaką Carrefour otrzymał w 2012 r. za koncept franczyzowy – dodaje.

Firma nie planuje w najbliższym czasie rozwoju sprzedaży internetowej. Jak podkreśla prezes, jest to bardzo perspektywiczny, ale jednocześnie bardzo trudny rynek.

– Trzeba ostrożnie wchodzić na ten rynek, robić to w sposób cierpliwy. Zamiast wyważać otwarte drzwi i wymyślać od zera biznes internetowy bardzo korzystne, naszym zdaniem, byłoby gdybyśmy mieli możliwość przejęcia działalności, która już istnieje i na tej bazie budować swoją działalność. Niemniej myśląc o tym, nie spieszymy się. Nie jest to w tej chwili w naszych bezpośrednich planach – twierdzi prezes Carrefour Polska.

Sieć Carrefour powstała we Francji w 1957 r. Działa w 31 państwach na 4 kontynentach. Na rynku polskim firma istnieje od 1997 r. Oprócz 300 sklepów franczyzowych posiada też 500 super- i hipermarketów, a także 40 centrów handlowych.

Komentarz indeksowy BossaFX 25 marca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 25 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Sprzedaż detaliczna spadła w lutym o 0,8 proc

Sprzedaż detaliczna spadła w lutym o 0,8 proc. w skali roku wobec wzrostu o 3,1 proc. w styczniu. – Pozytywne efekty statystyczne z ubiegłego miesiąca poszły w niepamięć, podobnie jak przesłanki pozytywnego wpływu opóźnionych wypłat dla rolników w tym roku – ocenia Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. W lutym – podobnie jak w 2009 roku, kiedy identyczny był także rozkład dni roboczych (-1 r/r, -2 m/m) – jedynie dwie kategorie sprzedaży zanotowały wzrost m/m (żywność jedynie o 0,2 proc. oraz najbardziej zmienna kategoria pozostałe). – Opublikowane równolegle badania koniunktury konsumenckiej GUS wskazują, że po korekcie w lutym marzec ponownie przyniósł pogorszenie sentymentu i gorsze oceny przyszłej sytuacji finansowej, które historycznie są dobrym prognostykiem konsumpcji prywatnej – dodaje ekonommista.

Duży wpływ miał znaczny spadek paliw (-5,2 proc. m/m) – obniżył dynamikę sprzedaży detalicznej o 1,4pp.; pozostałej sprzedaży w sklepach niewyspecjalizowanych (-4,6 proc. m/m) oraz samochodów (-2,6 proc. m/m) – ze względu na skalę bazy (i generalnie skalę ruchów pomiędzy styczniem a lutym) z poprzedniego roku właśnie ta kategoria była najtrudniejsza do prognozowania. – W tym miejscu widzimy konieczność zwrócenia uwagi czytelników na jeden istotny fakt. Spadek cen paliw był nie tylko fenomenem nominalnym, ale także realnym. Oznacza to, że w tym przypadku ta kategoria odzwierciedla cykliczne własności gospodarki – a więc słaby popyt – a nie tylko efekty cenowe. Ma to oczywiście duże znaczenie dla mimo wszystko negatywnej interpretacji całego agregatu – wyjaśnia Marcin Mazurek, starszy analityk BRE Banku.

Wspomniany układ kategorii powoduje, że sprzedaż bazowa po wyłączeniu różnych kombinacji kategorii: żywność, paliwa i samochody nieznacznie wzrosła w lutym – w granicach 0,3-1,0 proc. w skali roku. W ujęciu realnym sprzedaż bazowa po wyłączeniu żywności i paliw wzrosła o 0,8 proc. rok do roku. Spadek sprzedaży realnej wynikał zatem głównie z zachowania kategorii paliw (-5,7 proc. r/r) oraz żywności (-0,8 proc. r/r).

– Opublikowane dane – zarówno sprzedaż, jak i dane o optymizmie konsumentów – wskazują wyraźnie, że znaczące przyspieszenie konsumpcji w I kwartale nie zmaterializuje się, a presja na wzrost oszczędności jest silna, co widać po zmianach depozytów – mówi Ernest Pytlarczyk. – Tym samym dynamika PKB w I kwartale 2013 roku będzie znacząco niższa niż ta odnotowana pod koniec ubiegłego roku – nasze bieżące szacunki wskazują, że co najmniej o połowę – dodaje. Oznacza to, że luka popytowa w polskiej gospodarce powiększa się, zaś ostre spadki inflacji de facto zacieśniają politykę pieniężną (rosnące realne stopy procentowe). – Postawmy sprawę jasno – w takich okolicznościach Rada Polityki Pieniężnej może sobie spokojnie pozwolić na obniżki stóp procentowych. Jeśli dodamy do tego fakt, że cykliczna konieczność odbudowy stopy oszczędności czyni poziom realnej stopy procentowej nieistotnym dla skłonności do oszczędzania, może to przekonać RPP do dalszego dostosowania polityki pieniężnej, nawet przed lipcową projekcją inflacji i PKB – dodaje główny ekonomista BRE.

Z rynkowego punktu widzenia publikacja nie wywołała większych skutków ani na rynku stopy procentowej (2 punktowy range na rentownościach), ani na rynku walutowym.

Rady Nadzorcze polskich spółek profesjonalizują się

Rośnie świadomość akcjonariuszy, którzy wybierają członków rad nadzorczych. Zmienia się także ich skład, większość stanowią osoby z praktycznym doświadczeniem biznesowym, posiadające wyższe wykształcenie. Kluczowym wyzwaniem jest kontynuowanie budowy profesjonalnej kadry członków rad nadzorczych, jak i stworzenie adekwatnego modelu ich wynagradzania, powiązanego z odpowiedzialnością i oczekiwanym poziomem zaangażowania. Obecnie, połowa członków rad nadzorczych spółek spoza głównych indeksów, pobiera za swoją pracę poniżej 1,600 zł miesięcznie – to główne wyniki raportu „Rady Nadzorcze 2013. Skuteczność rad nadzorczych w spółkach notowanych na GPW” przygotowanego przez firmę doradczą PwC oraz firmę executive search Amrop.

Wyniki badania pokazują, że kluczowymi czynnikami decydującymi o skuteczności działania rad nadzorczych z perspektywy ich członków jest zróżnicowany skład, przewodniczący posiadający cechy dobrego przywódcy i organizatora, dobrze działające komitety w radzie, dobra komunikacja z zarządem i wynikające z niej wzajemne zaufanie, oraz konkurencyjne i motywujące wynagrodzenie członków rad.

Jednym z ważniejszych czynników warunkujących skuteczność działania rad nadzorczych jest posiadanie przez jej członków różnorodnych doświadczeń i kompetencji oraz praktyki biznesowej. Zdecydowana większość członków to mężczyźni (86%), z polskim paszportem (89%), powyżej 40 roku życia (77%), zasiadający w jednej radzie nadzorczej (90%) i posiadający wyższe wykształcenie. Wśród nich 36% to ekonomiści, a następnie inżynierowie i prawnicy – obie grupy po 15%. Otwartość na różnorodne poglądy, punkty widzenia i doświadczenia prowadzi do lepszej skuteczności tego organu. Nadal jednak, w radach nadzorczych spółek giełdowych udział kobiet wynosi niespełna 14%. Kobiety są także relatywnie rzadziej niż mężczyźni wybierane na przewodniczące tych organów.

Z badania PwC i Amrop wynika, że członek rady powinien charakteryzować się niezależnością poglądów i osądów, oraz odwagą cywilną. Bardzo istotna jest rola przewodniczącego rady nadzorczej, którego głównym zadaniem jest stworzenie właściwego stylu działania sprzyjającego zaangażowaniu wszystkich członków rady oraz budowanie konstruktywnych relacji między nimi a zarządem.

Wynagrodzenia członków rad nadzorczych spółek giełdowych są bardzo zróżnicowane. „Najwięcej zarabiają oczywiście przewodniczący rad nadzorczych spółek zaliczanych do WIG20, których przeciętne wynagrodzenie przekracza 150 tys. złotych, nieco mniej zarabiają przewodniczący rad spółek zaliczonych do WIG40 i WIG80. Przeciętnie osoba zasiadająca w radzie nadzorczej spółki należącej do WIG20 może oczekiwać płacy średnio o 151% wyższej niż analogiczna osoba w radzie w grupie „Pozostałych spółek” (czyli mniejszych niż WIG80). Niezależnie od innych czynników, sprawowanie funkcji przewodniczącego rady nadzorczej podnosi płacę (w porównaniu do zwykłego członka) o 51%, a stanowisko wiceprzewodniczącego o 28%. Wynagrodzenie z tytułu pełnienia funkcji członka rady nadzorczej jest bardzo ważne i należy analizować je biorąc pod uwagę szerszy kontekst odpowiedzialności i oczekiwanego poziomu zaangażowania” – mówi Tomasz Magda, Partner Zarządzający Amrop.

Polskie spółki nie wypracowały jeszcze optymalnego modelu powiązania wynagrodzenia z ryzykiem, skalą zaangażowania, odpowiedzialności i skalą działalności firm. Tylko niektórzy członkostwo w radzie traktują przede wszystkim jako wyzwanie i szansę na zdobycie dodatkowej wiedzy i doświadczenia. Dla większości profesjonalistów aspekt finansowy jest istotny, dlatego konkurencyjne i motywujące wynagrodzenie jest kluczowym czynnikiem warunkującym zaangażowanie członków rady i jej efektywność.

„Szczególnie w ostatnich latach znacznie mniejszej stabilności gospodarczej, pojawiających się nowych ryzyk (bankructw całych sektorów czy też krajów), ale też nowych szans, wzrasta oczekiwanie większego zaangażowania rady nadzorczej w dyskusje z zarządem na temat apetytu spółki na ryzyko. Wzrasta też oczekiwanie, że zgodnie z ustawowym obowiązkiem rada nadzorcza poprzez swój komitet audytu będzie monitorować efektywność systemów zarządzania ryzykiem i kontroli wewnętrznej w spółce. Dlatego też rośnie znaczenie komitetów audytu. Ich obecność w radach nadzorczych jest coraz bardziej doceniana. Istnieją one już w 41% spółek (w 39% w 2011) notowanych na GPW, a ich obecność w spółkach należących do WIG20 jest wręcz normą – tylko jedna ze spółek w tej grupie nie ma utworzonego w radzie komitetu audytu. Dzięki powołaniu tych organów rada może mieć większą kontrolę i wiedzę o najważniejszych obszarach funkcjonowania spółki, zaś analizę tych obszarów powierzyć osobom z najlepszymi kompetencjami w danym zakresie ze swojego grona ” – podkreśla Krzysztof Szułdrzyński, Partner firmy doradczej PwC.

Dobrze skonstruowana rada nadzorcza procentuje wiarygodnością wyborów zarządu, lepszym monitorowaniem systemów ryzyka, większym bezpieczeństwem spółki w długim okresie oraz zyskiem dla akcjonariuszy. Aby poprawić skuteczność tych organów, spółki powinny budować profesjonalną kadrę członków rad nadzorczych, zapewnić im właściwe narzędzia do realizacji działań oraz wprowadzić regularną ocenę ich funkcjonowania.

Cyberataki typu APT nowym frontem wojny

Ataki typu APT (ang. Advanced Persistent Threats) są złożonymi, długotrwałymi i wielostopniowymi działaniami kierowanymi przeciwko konkretnym osobom, organizacjom lub firmom. Najczęściej są one prowadzone przez atakujących, którzy miesiącami zbierają informacje o pracownikach danej organizacji, aby dopiero po jakimś czasie przystąpić do planowanego ataku. Wykorzystywane przez nich programy i narzędzia są tworzone i użytkowane w sposób minimalizujący szansę wykrycia niepożądanej aktywności przez atakowaną organizację. Dlatego też mogą bez żadnych przeszkód wykradać informacje tygodniami, a nawet miesiącami.

Przykłady ostatnich skutecznych ataków na firmy z Korei Południowej, Czech oraz polskie agendy rządowe pokazują, że cyberataki są nowym frontem nieustannej wojny państwa, organizacji przestępczych oraz firm komercyjnych.

Ataki typu APT różnią się od tych spotykanych dotychczas (gwałtownych i szybkich „rajdów” na organizacje) trudnością w wykryciu oraz szerokim zasięgiem. „Zaskoczenie i uraz przychodzą później, gdy wykradzione poufne dane i tajne informacje krążą już po rynku. Dopiero wtedy rozpoczynają się rozpaczliwe poszukiwania źródła ich wycieku. Ataki APT można porównać do szpiegostwa, które tym razem przeniosło się do wirtualnej rzeczywistości. Jak na razie obecnie wykorzystywane mechanizmy bezpieczeństwa nie stanowią dla APT skutecznej bariery” – wyjaśnia Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Kto może paść ofiarą tych cyberataków w modelu APT?
Właściwie każda spółka lub organizacja, która funkcjonuje w bardzo konkurencyjnym środowisku, ale na szczególnym celowniku są firmy oferujące nowoczesną technologię, zajmujące się badaniami i rozwojem oraz obracające poufnymi danymi. Ofiarą APT padają także firmy energetyczne czy koncerny samochodowe, a także instytucje istotne z perspektywy bezpieczeństwa lub obronności kraju. Najczęściej wykorzystywanym i najprostszym sposobem rozpoczęcia tego rodzaju ataków jest użycie poczty e-mail czy kont na portalach społecznościowych. „Przestępcy tworzą fałszywe profile całych zespołów z firmy, którą mają zamiar zaatakować i podszywają się pod jej pracowników. Skrupulatnie budują wirtualne tożsamości uwiarygadniając scenariusze, które następnie wykorzystują do pozyskania zaufania personelu lub współpracowników atakowanej organizacji. Gdy taka luka zostanie stworzona, dochodzi często do wielokrotnej kradzieży danych” – tłumaczy Cezary Piekarski, Starszy Menedżer Działu Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Autorzy raportu Deloitte porównują nową generację cyberprzestępców do działalności tradycyjnych grup przestępczych. Sprawcy ataków elektronicznych są bardzo trudni do zidentyfikowania, co utrudnia skuteczne ściganie tego typu przestępstw. Poza tym w interesie niektórych państw nie leży efektywne ściganie cybeprzestępstw, bo te same grupy bardzo często wykonują na zlecenie rządów pracę wywiadowczą. Powtarzające się oskarżenia o szpiegostwo elektroniczne pod adresem jednego z azjatyckich państw są emanacją nasilających się konfliktów w sieci Internet. Cyberataki typu APT stały się bardzo wygodnym oraz skutecznym narzędziem infiltracji obcych systemów obrony czy kradzieży tajemnic militarnych, przede wszystkim z racji na stosunkową łatwość przeprowadzenia (w porównaniu do tradycyjnych metod szpiegowskich) oraz niskie ryzyko ujawnienia faktycznego źródła oraz beneficjenta ataku.

Cyberszpiegostwo będzie się rozwijać, a ataki APT staną się coraz częstsze i coraz bardziej skuteczne m.in. także dlatego, że zarządy firm są w stanie przeznaczyć tylko minimum środków finansowych na ograniczenie potencjalnych zagrożeń. Tymczasem, jak udowadnia raport Deloitte, to właśnie członkowie zarządów i menedżerowie wyższego szczebla bardzo często padają ofiarą cyberataków. Tak było w przypadku jednego z koncernów samochodowych, w którym trzech wysoko postawionych menedżerów było źródłem wycieku poufnych informacji. Dlatego też, jak przekonują eksperci Deloitte, kierownictwo powinno być ogniwem częściej i dokładniej sprawdzanym niż reszta zespołu. Jest ono bowiem naturalną ofiarą ataku z racji szerokiego dostępu do danych, które mogą stać się przedmiotem kradzieży.

Co jeszcze można zrobić, aby uchronić swoją firmę przed atakami APT?
Kluczowym czynnikiem jest dokładna ocena potencjalnego ryzyka, polegająca m.in. na identyfikacji informacji, które mogą zostać wykradzione. Niezbędny jest również przegląd struktury organizacyjnej zespołów zajmujących się ochroną informacji i być może jej przebudowa. „Konieczne jest wdrożenie odpowiednich środków ochrony, ale także wypracowanie takiej kultury biznesu, która pozwoli na przeciwdziałanie potencjalnym atakom. Organizacje powinny dzielić się między sobą doświadczeniami z konfrontacji z cyberprzestępczością, być na bieżąco z nowinkami technologicznymi i nieustannie szukać potencjalnych luk w swoim systemie, pamiętając jednocześnie, że narzędziem w rękach przestępców może być każde urządzenie posiadające adres IP” – podsumowuje Jakub Bojanowski.

Kulczyk Oil Ventures notuje kolejne rekordowe wzrosty

Kulczyk Oil Ventures kończy rok z rekordowo wysokimi przychodami ze sprzedaży i kolejnymi znaczącymi wzrostami wydobycia. W 2012 r. ukraińskie aktywa KOV wygenerowały prawie 100 mln USD przychodu brutto, co oznacza ponad dwuipółkrotny wzrost w stosunku do 2011 r. Spółka wypracowała również rekordowo wysoki cash-flow, który dzisiaj jest już w stanie pokryć wszystkie koszty działalności Kulczyk Oil Ventures.

Doskonałe wyniki potwierdzone przez niezależnych ekspertów

Dzisiaj KOV jest dojrzałą spółką poszukiwawczo-wydobywczą – po raz pierwszy audytor zrezygnował z zastrzeżenia dotyczącego ciągłości działania, co oznacza, że jego zdaniem KOV osiągnęła trwałą zdolność do generowania przychodów i pozyskiwania kapitału wystarczających na pokrycie wszystkich kosztów prac poszukiwania oraz wydobycia ropy i gazu;

Według oceny EBOR, KUB-Gas jest modelowym przykładem prowadzenia inwestycji.

Konsekwentny wzrost przychodów ze sprzedaży

ponad 2,5-krotny wzrost przychodów ze sprzedaży ropy i gazu (netto dla KOV 56,1 mln USD 2012 vs. 19,8 mln USD w 2011); czwarty kwartał 2011 r. był 11. z rzędu kwartałem wzrostu przychodów ze sprzedaży ropy i gazu (wzrost o 91 proc. IV kw. 2012 vs. IV kw. 2011).

Rekordowy cash-flow

  • ponad 32-krotny wzrost wartości przepływów pieniężnych (38,7 mln USD w 2012 r. vs 1,2 mln USD w 2011 r.);
  • cash-flow generowany na Ukrainie jest w stanie pokryć wszystkie koszty działalności Kulczyk Oil Ventures;
  • wzrost zysku operacyjnego (netback) do 8,06 USD w 2012 vs. 6,23 USD w 2011 za tysiąc stóp sześc. gazu.

KOV dwuipółkrotnie zwiększa produkcję

średnie wydobycie gazu netto dla KOV osiągnęło ponad 450 tys. m sześc. gazu dziennie (vs. ok. 170 tys. m sześc. w 2011 r.); znaczący wzrost produkcji to efekt sukcesów poszukiwawczych i know-how zespołu technicznego KOV – w 2012 r. Spółka podłączyła do produkcji 6 nowych odwiertów i z sukcesem zakończyła operacje wdrażania nowych technologii wydobywczych.

Perspektywy na 2013

Do końca roku KOV wykona sześć nowych odwiertów na terenie swoich ukraińskich koncesji. Dodatkowo planuje pogłębić lub zmodernizować sześć kolejnych studni i zbudować sieci przesyłowe niezbędne do uruchomienia produkcji. Zarząd KOV zapowiada, że dzięki tym projektom Spółka zakończy 2013 rok z produkcją wyższą niż 2012 r.

Plany dotyczące Brunei obejmują wykonanie dwóch odwiertów przewidzianych w programie wierceń na 2013 r. Prace nad pierwszym z nich, „Uskokiem Lukut-1” rozpoczną się na początku kwietnia.

„To był rok doskonałych osiągnięć KOV, zarówno pod kątem działań operacyjnych, jak i wyników finansowych. Od momentu przejęcia przez KOV udziałów w KUB-Gasie, w każdym kolejnym kwartale notowaliśmy znaczący wzrost przychodów, które od czerwca 2010 r. wzrosły już ponad 80-krotnie. W tym czasie, dzienna produkcja gazu została zwiększona prawie cztery razy. Tak dobre wyniki są efektem ambitnych programów inwestycyjnych, sukcesów poszukiwawczych i nowych odwiertów oraz bardzo dobrych cen surowców. Z optymizmem patrzymy więc na najbliższe miesiące, chcemy utrzymać równie intensywne tempo prac i rozwoju produkcji. Naszym celem jest budowanie trwałej wartości dla akcjonariuszy KOV” – powiedział Tim Elliott, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny KOV.

Produkcja

W 2012 r. średnie dzienne wydobycie, netto dla KOV, wzrosło do 451,2 tys. m sześc., co oznacza wzrost rok do roku o 151 proc. 95 proc. produkcji stanowił gaz ziemny, którego średnie dzienne wydobycie, netto dla Spółki, wynosiło ponad 427,6 tys. m sześc. ( w porównaniu do średnio 169,9 tys. m sześc. dziennie w 2011 r.). W samym tylko IV kw. 2012 r. dzienna produkcja netto dla KOV wzrosła o 96 proc. do 498,4 tys. m sześc. (w porównaniu do 254,8 tys. m sześc. dziennie w IV kw. 2011 r.).

Ostrzeżenie dotyczące stwierdzeń:

Informacja o produkcji jest z reguły podawana w jednostkach takich jak baryłki ekwiwalentu ropy naftowej („boe” lub „Mboe” lub „MMboe”) lub też w jednostkach ekwiwalentu gazu („Mcfe” lub „MMcfe” lub „Bcfe”). Jednakże określenia BOE lub Mcfe mogą być mylące, w szczególności gdy używane są w oderwaniu od kontekstu. Współczynnik konwersji na boe, gdzie 6 Mcf = 1 baryłka, lub na Mcfe, gdzie 1 baryłka = 6 Mcf, wynika z metody zakładającej równoważność energetyczną w odniesieniu do danych z pomiarów uzyskanych na końcówce palnika, co nie odnosi się do wartości występujących na głowicy.

Inteligentne zarządzanie kartami SIM – nowe technologie Wind Mobile

W obliczu rosnącej konkurencji na rynku, operatorzy mobilni są pod coraz większą presją dotyczącą optymalizacji efektywności. Z pomocą przychodzą nowe produkty Wind Mobile.

Sprzedając karty SIM operatorzy muszą przypisać do karty SIM numer abonenta. Numery abonenta są cennym zasobem, który operator pozyskuje od regulatora. Dodatkowo przypisanie numeru abonenta powoduje wykorzystanie kosztownych zasobów licencyjnych w licznych systemach pracujących w sercu sieci. W efekcie karty SIM leżące na półkach w kioskach stanowią dla operatorów balast finansowy.

W odpowiedzi na to wyzwanie spółka Wind Mobile opracowała technologię pozwalającą na przypisywanie numerów telefonu do karty SIM dopiero po aktywacji karty. Ponadto dzięki nowej technologii aktywując kartę SIM abonent może skorzystać z dodatkowych usług – np. wybrać numer telefonu, który mu odpowiada.

Drugim wyzwaniem, z którym borykają się operatorzy mobilni są nieużywane karty SIM użytkowników systemu prepaid. Jeżeli użytkownik nie korzysta z karty w okresie, w którym operator jest zobowiązany utrzymywać jego numer, wewnętrzne zasoby licencyjne operatora są zużywane, a karta SIM nie przynosi dochodów. Jest bardzo duża ilość tego typu „uśpionych” kart. I w tym przypadku z pomocą operatorowi przychodzi nowa technologia Wind Mobile pozwalająca na „zahibernowanie” nieaktywnej karty SIM, co powoduje zwolnienie zasobów licencyjnych po stronie operatora. Następnie po ponownej aktywacji karty przez abonenta odbywa się „odhibernowanie” karty w sposób niezauważalny dla użytkownika.

„Nasze nowe technologie związane z inteligentnym zarządzaniem kartami SIM zapewniają duże oszczędności dla operatora. Technologie te wymagają bardzo głębokiej wiedzy odnośnie funkcjonowania serca sieci mobilnych, a dzięki unikalnym doświadczeniom, Wind Mobile jest w stanie te kompetencje dostarczyć. Rozmowy z pierwszymi klientami odnośnie wykorzystania naszych nowych technologii wyglądają bardzo optymistycznie. Liczymy, że nasze nowe produkty do inteligentnego zarządzania kartami SIM będą również atrakcyjne dla klientów zagranicznych.” – mówi Igor Bokun, prezes zarządu Wind Mobile

Polski rynek trudny dla branży farmaceutycznej. Firmy postawią na ekspansję zagraniczną

Trudna sytuacja na polskim rynku farmaceutycznym, rekordowo niskie marże i ceny leków, sprawiają, że Pelion, który zajmuje się zaopatrywaniem aptek i szpitali w leki, przygotowuje się do ekspansji zagranicznej. Obecny jest już na Litwie, gdzie – podobnie jak w Polsce – zalicza się do liderów dystrybucji farmaceutycznej. Teraz przyszedł czas na inne kraje UE.

– Nie mamy tutaj priorytetów. Będziemy się starali odszukać najlepsze lokalizacje na kolejną naszą inwestycję – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jacek Szwajcowski, prezes Pelion. – Dzięki temu, że Polska jest w Unii Europejskiej będzie nam dużo prościej.

1 stycznia br. po raz drugi obniżono marżę na leki refundowane w obrocie hurtowym. Teraz wynosi 6 proc., podczas gdy próg rentowności sprzedaży leków refundowanych to 6,6 proc. A na przyszły rok zaplanowana jest jeszcze jedna obniżka marży. Jak przekonują władze spółki, przy tak niskiej rentowności wykluczone są nowe inwestycje i tworzenie nowych miejsc pracy.

Ubiegły rok był dla spółki wyjątkowo trudny.

– Sprzedaż udało nam się utrzymać, co jest pewnym osiągnięciem, ale na pewno nie daje satysfakcji, dlatego że utrzymanie wyników, a nie ich podwyższenie satysfakcji nam nie daje – podkreśla prezes Pelion.

Ubiegły rok, w oczach zarządu spółki był wyjątkowo trudny. Zysk netto spadł o 30 proc., a rentowność netto nie sięga nawet 1 proc.

Negatywnie na rezultaty wpłynął segment sprzedaży detalicznej, na którym od stycznia 2012 roku zaczęły obowiązywać nowe przepisy dotyczące m.in. cen leków refundowanych.

– Niezwykle dużo straciliśmy w tym segmencie, działamy w tej chwili na marżach, które nie pozwalają nam funkcjonować – przyznaje prezes, dodając jednocześnie, że nie wpływa to pozytywnie również na sytuację klientów. – Marże, które zostały ustalone, są niezwykle niskie w porównaniu z innymi krajami europejskimi. W efekcie tego rola farmaceuty będzie się coraz bardziej sprowadzała do roli sprzedawcy, który musi po prostu szybko sprzedawać leki.

Pelion, czyli dawana Polska Grupa Farmaceutyczna jest jedną z największych w Polsce grup kapitałowych na rynku ochrony zdrowia. Zaopatruje w leki, zarówno apteki otwarte, jak i szpitale. Na rynku obecna jest od 23 lat, systematycznie umacniając swoją pozycję. Od 15 lat spółka notowana jest na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, dzięki czemu ugruntowała swoją pozycję, dziesięciokrotnie zwiększając sprzedaż.

Fuzja, która zmieni rynek. Kredyt Bank i BZ WBK w rękach Santandera

– Pojawienie się Santandera może za chwilę zmienić reguły gry na rynku – uważa Wojciech Sobieraj, prezes Alior Bank, oceniając fuzje należących do hiszpańskiej grupy banków BZ WBK oraz Kredyt Banku i powstanie jednego, dużego podmiotu, który stanie się trzecim bankiem w Polsce. Jednocześnie szef Aliora podkreśla, że nie obawia się konkurencji i widzi szanse na dalszy rozwój banku, którym kieruje.

Na połączenie BZ WBK i Kredyt Banku, podległych Banco Santander, w grudniu ubiegłego roku zgodziła się Komisja Nadzoru Finansowego. Zgodnie z planem fuzja powinna zakończyć się w 2014 roku, ale już jesienią tego roku banki zaczną działać pod jedną marką. Nowy bank zostanie trzecim graczem na krajowym rynku.

– To jest jeden z najlepszych na świecie banków detalicznych, którego jeszcze w Polsce nie było – mówi Agencji Informacyjnej Newseria szef Alior Banku, Wojciech Sobieraj. – Przychodzą do nas ludzie, którzy na całym świecie udowadniają na prawo i lewo, jak się robi porządną bankowość detaliczną.

W ocenie Sobieraja można założyć, że pojawienie się tak silnego gracza zmieni oblicze polskiego rynku, jego strukturę, jak również panujące na nim reguły. Nie oznacza to jednak, że konkurenci, w tym Alior Bank, są bez jakichkolwiek szans w walce o klienta.

– Alior jest bankiem, który będzie się wciąż rozwijał i wzrastał – mówi Sobieraj, dodając, że instytucja, którą kieruje dostrzega, dostosowuje się, a często sama kreuje zmiany, jakie zachodzą na rynku. Zmiany, które – w jego opinii – będą nadal postępować.

– Przede wszystkim ludzie przestaną chodzić do oddziałów, bo i po co – mówi. – Na razie oddziały są dominującym kanałem dystrybucji i kontaktu z klientem, a będą coraz mniejszym.

Jego zdaniem banki odchodzić także będą od obsługi call center. Tradycyjne kanały dostępu i formy promocji zostaną wyparte przez dużo szybsze i nowocześniejsze.

– Banki muszą się generalnie zmieniać tak, jak się zmienia wszystko, co związane z rewolucją technologiczną i socjalną – ocenia Sobieraj.

Alior Bank jest liderem sektora pod względem liczby pozyskiwanych klientów. W ubiegłym roku zwiększył swój portfel o kolejne 0,5 mln osób. Z jego usług w 2012 roku skorzystało łącznie około 1,49 mln klientów.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 marca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 marca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W kwietniu Skarb Państwa przeznaczy ponad 900 milionów na podwyżki dla nauczycieli akademickich

Pracownicy uczelni wyższych – zgodnie z obietnicą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego – otrzymają podwyżki. Resort najpóźniej na początku kwietnia przekaże uczelniom informacje o wysokości dotacji na ten cel. Największe uniwersytety mogą dostać nawet kilkadziesiąt milionów złotych.

– W tej chwili przygotowujemy już indywidualne decyzje dla wszystkich uczelni o wysokości dodatkowych środków, które mają być skierowane w formie dotacji celowej na podwyżki dla nauczycieli akademickich – zapewnia prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Wiem, że Uniwersytet Warszawski uzyska dodatkowo blisko 40 mln zł przeznaczonych tylko na podwyżki, Uniwersytet Jagielloński – blisko 30 mln zł. To są już znaczne środki.

W tegorocznym budżecie na ten cel przeznaczono 900 mln zł. Informacje o wysokości dotacji, jak zapewnia minister nauki, będą znane być może jeszcze w marcu, a najpóźniej na samym początku kwietnia.

– O tym, w jaki sposób pieniądze zostaną dalej rozdysponowane, będą decydować przede wszystkim władze uczelni, senat, porozumienia ze związkami zawodowymi – mówi prof. Barbara Kudrycka Agencji Informacyjnej Newseria.

Oznacza to, że nie da się z góry przewidzieć, o ile wzrosną pensje konkretnych nauczycieli akademickich. Ministerstwo zakłada jednak, że podwyżki dla osób pracujących na podstawowym etacie będą wynosić co najmniej 9 proc. Program dotacji celowych będzie kontynuowany w 2014 i 2015 r. Docelowo pensje mają wzrosnąć o ok. 30 proc.

Obowiązujące od stycznia nowe przepisy dotyczące leasingu szansą na dynamiczny wzrost rynku

Umowy leasingu nie muszą być już problemem dla firm, które szukają oszczędności. Dzięki zmianom wprowadzonym od stycznia przez tzw. trzecią ustawę deregulacyjną, można „wyswobodzić” się z leasingu w razie np. kłopotów z terminowym opłacaniem rat. Leasing staje się teraz bardziej elastyczny, co może przyczynić się do wzrostu zainteresowania tą usługą także wśród przedsiębiorców, którzy dotychczas obawiali się takiej formy finansowania ze względu na stałe zobowiązanie finansowe. Nowe przepisy rozwiewają również wątpliwości prawne dotyczące sposobu wyliczania wartości początkowej przedmiotu w tzw. releasingu.

Ustawodawca umożliwił przeniesienie na wniosek korzystającego umowy leasingu na inny podmiot, który może ją kontynuować na takich samych zasadach jak poprzednik. Zasadniczym celem zmian, było zwiększenie elastyczności leasingu przede wszystkim z punktu widzenia przedsiębiorcy. – Jeśli z jakiś powodów regularne płacenie rat leasingowych staje się niemożliwe, dzięki nowym przepisom korzystający może przedstawić nowego klienta, który będzie kontynuował umowę – mówi Jacek Rakowski, Dyrektor Pionu Prawnego BRE Leasing. Do tej pory przepisy nie regulowały wprost tej kwestii cesji leasingu, co oznaczało, że urzędy skarbowe stały na stanowisku, że nowy podmiot musiał podpisać w takim przypadku zupełnie nową umowę, w innym przypadku leasingobiorca narażał się na cały szereg problemów podatkowych.

Jak przekonuje Jacek Rakowski wejście w życie zmian to bardzo dobra wiadomość dla tych firm, które chciałyby skorzystać z leasingu, mają jednak obawy, czy będą w stanie wywiązać się z umowy obowiązującej przez szereg kolejnych lat. – Jest to szczególnie istotne teraz, w warunkach spowolnienia gospodarczego, gdy wśród większej ilości firm mogą występować problemy z terminową obsługą zobowiązań – dodaje. – w takich przypadkach firma leasingowa będzie mogła nawet pomóc przedsiębiorcy w znalezieniu nowego podmiotu korzystającego – zapewnia.

Nowy przepis nie musi być jednak wcale wykorzystywany wyłącznie przez klientów przeżywających kłopoty finansowe. Z cesji może skorzystać również klient, który z dowolnej przyczyny chce zmienić przedmiot leasingu, np. podpisać umowę na nowszy model samochodu, czy bardziej nowoczesną maszynę czy też wyposażenie firmy.

Druga istotna zmiana dotyczy tzw. releasingu, czyli oddania przedmiotu leasingu w ponowne użytkowanie. Do niedawna, w myśl przepisów podatkowych, za wartość początkową przedmiotu leasingu uznawano koszt jego nabycia lub wytworzenia. Jak zaznacza Jacek Rakowski z BRE Leasing, kwestia ta od lat budziła wątpliwości firm leasingowych i ich klientów. – komentuje Jacek Rakowski.

Obecnie, wartość początkowa jest tożsama z wartością rynkową aktualną w danym momencie, co umożliwia leasingowanie przedmiotów o niższej wartości. Obowiązujące wcześniej przepisy powodowały, że ponowny leasing używanego samochodu był zupełnie nieopłacalny, dlatego większość firm nie była zainteresowana takim rozwiązaniem. W ocenie Jacka Rakowskiego rynek leasingu np. samochodów używanych może się istotnie zwiększyć.

Jeronimo Martins, właściciel sieci Biedronka otwiera sklepy w Kolumbii

Jeronimo Martins, właściciel sieci Biedronka, otworzył już pięć sklepów oraz pierwsze centrum dystrybucyjne w Kolumbii. To trzeci rynek, po Portugalii i Polsce, na którym spółka będzie prowadziła działalność. Jako pierwsi zakupy w sieci Ara mogli zrobić mieszkańcy miasta Pereira. Koncern chce wspierać współpracę polskich i kolumbijskich producentów m.in. poprzez wzajemne dostawy towarów.

– Jesteśmy na początku naszej inwestycji. Otwieramy dopiero pierwsze sklepy. Musimy się nauczyć tego rynku, zrozumieć go i dostosować nasze działanie do jego potrzeb – mówi Pedro Pereira da Silva, country manager Jeronimo Martins w Portugalii.

Pierwszy sklep został otwarty 13 marca, a w ciągu dwóch pierwszych dni działalności w Kolumbii sieć uruchomiła cztery kolejne punkty. Do końca 2013 r. Jeronimo Martins chce mieć 40 funkcjonujących sklepów Ara. Na inwestycje w tym roku spółka zaplanowała 100 mln euro.

Wejście do Kolumbii to dla Jeronimo Martins powrót do Ameryki Południowej po ponad dziesięciu latach. W 1997 spółka weszła na rynek brazylijski, ale po kilku latach zdecydowała o wycofaniu z tego kraju. Za Kolumbią przemawiają m.in. duży potencjał lokalnej gospodarki i dobre zaplecze logistyczne.

Najważniejszym rynkiem dla Jeronimo Martins pozostaje jednak Polska. Biedronka generuje ponad połowę zysków spółki. Dzięki rozszerzeniu działalności Jeronimo Martins zyskać mogą także polscy producenci i klienci sieci w Polsce. Spółka chce bowiem wspierać współpracę dostawców z obydwu krajów.

– Ułatwiamy obecnie kontakty na linii polscy producenci – kolumbijscy producenci. Oni prowadzą w tej chwili rozmowy. Niektórzy z nich współpracowali już ze sobą w Dubaju i w innych miejscach na świecie. To dobry sposób wymiany doświadczeń, robienie czegoś innego i wyjątkowego – mówi Pedro Pereira da Silva.

Niewykluczone, że dzięki temu w polskich Biedronkach pojawią się kolumbijskie produkty, a w sklepach Ara – polskie.

Producenci części samochodowych tracą rynek przez kradzieże oraz szarą strefę

Kradzieże części samochodowych i naprawy w szarej strefie osłabiają autoryzowane serwisy i firmy produkujące części. Branża ma problemy, bo wielu Polaków naprawiając samochód nie zastanawia się nad pochodzeniem części. Zmiany w prawie mogłyby pomóc uregulować sytuację.

– Gdybyśmy przy naprawach ubezpieczeniowych korzystali tylko i wyłącznie ze znanych źródeł dostaw i każda naprawa czy zakup każdej części musiałby być potwierdzony fakturą VAT-owską, to wtedy nie mielibyśmy takich problemów, a przynajmniej tę szarą strefę byśmy w jakiś sposób ograniczyli – uważa Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar.

W tej chwili poważnym problemem wciąż są kradzieże. Najpopularniejszym obiektem przestępstwa są te auta, na które jest największe zapotrzebowanie na rynku części zamiennych. Ponadto do Polski sprowadzanych jest wiele samochodów z zagranicy. Nie są one nawet rejestrowane, a części z nich szybko trafiają do szarej strefy.

– Myślę, że problemów nie unikniemy i dopóki rynek motoryzacyjny nie zostanie uzdrowiony, to wszyscy będziemy notowali problem – dodaje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Drzewiecki. – Branża produkująca części notuje mniejsze wzrosty, a być może niektóre firmy – nawet spadki.

Obecnie prawo nie zachęca do napraw z wykorzystaniem części z legalnych źródeł. Ubezpieczyciele wypłacają bowiem odszkodowania „do ręki”, a poszkodowani w wypadkach szukają najtańszych warsztatów.

– Bardzo często zdarza się tak, że szukamy najtańszego warsztatu i nie do końca zastanawiamy się, skąd pochodzą części do napraw – zauważa Drzewiecki i apeluje o szybką zmianę przepisów.

Wyniki Grupy LW BOGDANKA S.A. po 2012 roku

Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla BOGDANKA, której jednostką dominującą jest Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. – najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, wypracowała w 2012 roku przychody w wysokości ponad 1,8 mld zł, czyli o 41% wyższe niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Skonsolidowany zysk operacyjny był wyższy od osiągniętego rok wcześniej o prawie 34,5% i wyniósł 357,3 mln zł, a zysk netto Grupy sięgnął 289,8 mln zł, co oznacza wzrost o blisko 31%.

Bartosz Drabikowski wiceprezes PKO BP: spowolnienie wpływa na plany rozwoju banku

Spowolnienie gospodarcze i zmiany w regulacjach sektora bankowego – dynamiczne otoczenie rynkowe może wymusić zmiany w modelu biznesowym banku – twierdzi Bartosz Drabikowski, wiceprezes PKO BP. To może oznaczać, że bank zdecyduje się na inne rozłożenie akcentów m.in. w polityce kredytowej czy ofercie produktowej.

Zdaniem wiceprezesa największego polskiego banku trudno jest dzisiaj formułować długofalową strategię. Mamy bowiem do czynienia z wyraźnym spowolnieniem gospodarczym, które znajduje swoje odzwierciedlenie w sektorze bankowym.

– Myślę, że w tej chwili właśnie obserwujemy dołek, ten najniższy moment w cyklu spowolnienia – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Bartosz Drabikowski. – W kolejnych kwartałach jest szansa na nieco wyższy wzrost gospodarczy, a wraz z nim na polepszenie dynamiki rynku kredytowego w stosunku do tej, którą obserwowaliśmy w 2012 roku oraz polepszenie wyników sektora bankowego.

Z drugiej strony, zmieniają się również regulacje rynkowe. Komisja Nadzoru Finansowego przygotowała zmiany w rekomendacji T i S. Liberalizacja ich zapisów zapewne w dalszej perspektywie nie pozostanie bez wpływu na rozwój sektora.

– Każda zmiana, zwłaszcza zmniejszająca obciążenia czy reżim regulacyjny powinna w jakimś czasie przekładać się pozytywnie na warunki funkcjonowania sektora – mówi wiceprezes PKO BP.

Te dwa czynniki mogą wpłynąć na potrzebę redefinicji modelu biznesowego banku.

– Może to oznaczać, że będziemy musieli nieco inaczej rozłożyć akcenty, jeśli chodzi o rozwój banku, o poszczególne segmenty rynku kredytowego. Myślę, że będzie trzeba również bardzo mocno odpowiedzieć, jak chcemy rozwijać relacje z klientami, jak doskonalić ofertę produktową, ale też pochylić się nad sytuacją w sektorze bankowym i spojrzeć na mniejsze instytucje, które mogą nie być w stanie dostarczyć odpowiednich stóp zwrotu, chociażby zwrotu z kapitału swoim akcjonariuszom, przez co mogą podlegać konsolidacji – mówi Bartosz Drabikowski.

Jego zdaniem potrzebne jest wielotorowe działanie, nie tylko na przetrwanie trudnej sytuacji na rynku, ale też w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego. Dlatego bank będzie koncentrować się zarówno na przedsiębiorcach, jak i na klientach indywidualnych.

– Przedsiębiorcy, zwłaszcza mali i średni są bardzo ważni, bo to oni tworzą połowę naszej gospodarki i blisko 70 proc. miejsc pracy. Ten sektor jest kluczowy dla gospodarki, dla poziomu bezrobocia – podkreśla Bartosz Drabikowski. – Natomiast o sile polskiej gospodarki decydują również konsumenci. Do tej pory silna, stabilna konsumpcja w ostatnim czasie jest nieco słabsza. Gdyby ona była przynajmniej stabilna, a miejmy nadzieję, że w kolejnych kwartałach będzie mogłą nieco silniej rosnąć, to byłby bardzo pozytywny czynnik wspierający wzrost gospodarczy w kraju.

Internet rzadko wykorzystywany jako narzędzie do pozyskiwania zagranicznych kontrahentów

Program Internetowa Rewolucja ma zachęcić małe i średnie firmy do otwarcia się na rynki zagraniczne przy pomocy internetu. Organizatorzy projektu, czyli m.in. Ministerstwo Gospodarki, PKPP Lewiatan i firma Google chcą pokazać polskim przedsiębiorcom, że eksport nie wiąże się z dużymi kosztami i trudnościami. Tym bardziej, że główne narzędzie, czyli internet, jest już powszechnie dostępne.

Artur Waliszewski
Artur Waliszewski, dyrektor polskiego oddziału Google’a

Celem projektu Internetowa Rewolucja jest skłonienie przedsiębiorców, szczególnie małe i średnie firmy, do wykorzystywania internetu w promocji swoich towarów i usług zagranicą. W ostatnich tygodniach jego twórcy udostępnili nowe narzędzia skierowane do eksporterów

– Proponujemy firmom możliwość zarejestrowania swojej witryny internetowej w europejskiej domenie .eu bez żadnych opłat. Oferujemy im możliwość tłumaczenia tego, co robią na 26 języków. Oprócz tego dajemy także wsparcie ekspertów – wymienia dyrektor Google Polska Artur Waliszewski.

Jego zdaniem wśród przedsiębiorców istnieje przekonanie, że próba wyjścia na zagraniczne rynki wiąże się z wysokimi nakładami finansowymi. I to hamuje firmy przed rozwijaniem eksportu.

– Z internetem można to robić sprawniej, taniej i szybciej – wyjaśnia Artur Waliszewski w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Wierzymy też w naturalny rozwój firmy, że wcześniej czy później każdy będzie chciał poszukać swojej szansy również na rynkach zagranicznych.

Przykłady pokazują, że nie potrzeba na to dużych pieniędzy, a szansę na powodzenie takiego projektu ma każdy. Dyrektor Google wskazuje na przykład małej firmy, założonej przez grupę przyjaciół, sprzedającej średniowieczne stroje własnej produkcji. Dzięki internetowi sprzedaje je ona do różnych, nawet bardzo odległych krajów świata.

– Widać było, że nie zrobili tego dużymi nakładami, zrobili po prostu fajną stronę internetową, zadbali o to, żeby w różnych kręgach, w których się o tych tematach dyskutuje, było o nich słychać – mówi dyrektor Google Polska. – I teraz sprzedają wykonywane przez siebie średniowieczne stroje i miecze do Europy, Ameryki, Kanady czy Australii.

Wciąż niewiele mało firm z sektora MŚP wykorzystuje internet jako narzędzie eksportu. 37 proc. polskich przedsiębiorców uważa, że internet „zdecydowanie nie daje” im dostępu do klientów z innych rynków. Pod względem zamówień z zagranicy, które są realizowane przez sieć, Polska jest na jednym z ostatnich miejsc w UE – wyprzedza tylko Rumunię oraz Bułgarię.

10 lat po inwazji na Irak: skorzystały głównie państwa azjatyckie i Turcja. Polska w Iraku nieobecna

800 tysięcy ofiar wśród Irakijczyków, 4,5 tysiąca zabitych Amerykanów, wojna domowa w Iraku i wyniszczenie kraju – to bilans amerykańskiego ataku na Irak, do którego doszło dokładnie 10 lat temu, 20 marca 2003 roku. Inwazja kosztowała USA ponad bilion dolarów. Amerykanie ponieśli też koszty wizerunkowe – uzasadniali inwazję niebezpieczeństwem użycia przez reżim Saddama Husajna broni masowego rażenia, na co wskazywały błędne dane wywiadowcze. Irak 10 lat po ataku to kraj, który dopiero zaczyna się odbudowywać. I choć gospodarczo powinien sobie poradzić, to politycznie znalazł się w punkcie wyjścia.

Wojska amerykańskie zakończyły swoją misję pod koniec sierpnia 2010 roku, ale Irak to wciąż niestabilne politycznie państwo. Dziś celem ataków są rządzący krajem przedstawiciele większości szyickiej. Tylko we wtorek w serii zamachów terrorystycznych w Bagdadzie zginęło ponad 50 osób, a ponad 170 zostało rannych. Ze względów bezpieczeństwa rząd podjął decyzję o odłożeniu o kilka miesięcy zaplanowanych na 20 kwietnia wyborów regionalnych w dwóch prowincjach zdominowanych przez sunnitów.

Wyniszczony konfliktami kraj potrzebuje odbudowy. Perspektywy gospodarcze na przyszłość są bardzo dobre. Jak podkreśla Patrycja Sasnal z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, w ciągu następnych czterech lat gospodarka Iraku ma się rozwijać w tempie średnio 9 proc. rocznie. Pieniądze rząd w Bagdadzie chce zdobyć dzięki wydobyciu ropy naftowej. Docelowo z irackich pól naftowych ma być wydobywanych 13 mln baryłek ropy dziennie, czyli ponad 4 razy więcej niż obecnie.

– Infrastruktura wydobycia i eksportu ropy ma się znacznie polepszyć. Międzynarodowe firmy naftowe stoją w kolejce po kontrakty w Iraku. Nie wszystkie, bo Exxon Mobil chce się teraz wycofać ze swojego pola naftowego. Tam są Chińczycy, są Europejczycy, Brytyjczycy, jest BP, Shell, Lukoil, jest chińska narodowa firma naftowa. Więc na pewno to wydobycie będzie rosnąć, bo potrzeba pieniędzy – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Patrycja Sasnal, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Irackie władze i firmy jako biznesowych partnerów coraz częściej wybierają jednak przedsiebiorców spoza Europy czy USA.

– Widać, że optyka iracka kieruje się w stronę Azji, a niekoniecznie w kierunku Zachodu i USA. Co ciekawe, jeśli chodzi o eksport iracki, to drugie i trzecie państwo-odbiorca to Chiny i Indie, jeśli chodzi o import to również dominują Chiny. Można zapytać, czy geopolitycznie ta operacja opłacała się USA, bo teraz rząd Al-Malikiego jest bliskim sojusznikiem Iranu, a to państwo, które powoduje największy ból głowy u Amerykanów – mówi analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Polskim firmom, mimo pomocy dla amerykańskich wojsk i udziału polskiego kontyngentu w Iraku w latach 2003-2008, nie udało się tam zawrzeć ciekawych kontraktów. Przykłady pokazują, że zyskały za to państwa, które nie chciały dopuścić do wojny.

– Francja znacznie skorzystała na tej wojnie, a była przeciwna atakowi na Irak. Przypadek Turcji też jest interesujący, bo Turcja nie zezwoliła Amerykanom na użycie swoich baz w trakcie inwazji, a teraz z irackim Kurdystanem ma bardzo silne związki, właściwie kontrolują tamtejszą gospodarkę, co z kolei powoduje napięcia między Turcją a centralną władzą Iraku – dodaje Patrycja Sasnal.

Resort pracy przeznaczy 3,3 mld złotych na walkę z bezrobociem

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przeznaczy w tym roku blisko 3,3 mld złotych dla powiatowych urzędów pracy na aktywizację bezrobotnych. Ze wsparcia będą mogli skorzystać w dużej mierze młodzi ludzie, którym resort pracy pomaga rozpocząć karierę zawodową poprzez program „Młodzi na rynku pracy”. W ciągu kilku miesięcy ubiegłego roku skorzystało z niego 3 tysiące osób przed 30. rokiem życia. Ale urzędy pracy będą się skupiać również na wparciu dla bezrobotnych rodziców i osób 50+.

Program „Młodzi na rynku pracy” ruszył w połowie ubiegłego roku. Do końca grudnia skorzystało z niego jedynie 3 tys. osób do 30. roku życia. Ministerstwo przeznaczyło na ten cel w ubiegłym roku niecałe 40 mln zł.

– Korzystać z niego mogą osoby do 30. roku życia, które się zarejestrowały jako osoby bezrobotne. Ten program daje wiele szans rozwoju osobistego. Wyposaża beneficjenta w różnego rodzaju bony, które mają ułatwić zdobycie pracy i być aktywnym na rynku zawodowym – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Elżbieta Seredyn, podsekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej.

Projekt będzie realizowany przez powiatowe urzędy pracy jeszcze w tym i przyszłym roku.

– Wszystkie wnioski, które zostaną wypracowane mają posłużyć do stanowienia prawa w tym zakresie – podkreśla Elżbieta Seredyn.

Program będzie finansowany ze środków, które trafiają do urzędów pracy z Funduszu Pracy i rezerwy celowej ministra. Kto dokładnie i ile środków dostanie – nie wiadomo, bo to zależy od liczby osób uczestniczących w programie.

W tym roku na aktywną walkę z bezrobociem do powiatów trafi blisko 3,3 mld zł.

– Minister planuje te pieniądze przeznaczyć między innymi na aktywizacje młodej grupy społeczeństwa – wyjaśnia Elżbieta Seredyn. – Kluczowe są właśnie środki finansowe, które Minister Pracy i Polityki Społecznej skrupulatnie wydaje i dzieli, w szczególności na te grupy społeczne, które najbardziej potrzebują jego wsparcia.

Urzędy pracy w tym roku skupią się również na bezrobotnych rodzicach małych dzieci oraz osobach powyżej 50. roku życia.

Polska firma jako pierwsza na świecie zamienia twarde dyski w ciecz

Polska firma jako pierwsza na świecie stosuje innowacyjną technologię niszczenia nośników danych poprzez zamianę ich w płyn. To pewniejsza metoda niż obecnie stosowane, która gwarantuje, że zapisanych tam danych nie da się odzyskać, więc nie wpadną one w niepowołane ręce. Technologię opatentowała firma BOSSG Data Security.

– W Polsce, tak jak na świecie, stosuje się niszczenie mechaniczne, ewentualnie polem magnetycznym. Już od dawna wiadomo, że nie są to stuprocentowo skuteczne metody niszczenia danych, jednak wiele osób i instytucji wciąż o tym nie wie – mówi Paweł Markowski, prezes zarządu BOSSG Data Security.

Jak podkreśla Markowski, pewność dają tylko dwie metody – chemiczna lub termiczna. BOSSG oferuję tę pierwszą. Produktem końcowym jest jedynie ekologiczna ciecz. Według Markowskiego, gwarantuje to całkowite wymazanie danych.

Według niego wiele firm z zaskoczeniem reaguje na informację, że inne metody niszczenia nośników danych nie są tak bezpieczne.

– Przede wszystkim firmy niemieckie, z którymi rozmawiamy są zaskoczone, się dowiadują o możliwościach odzyskiwania danych. To jest problem, bo do tej pory wielu z nich było spokojnych o swoje dane, bo ktoś tam jakoś to niszczył – tak do tego podchodzili – mówi Markowski.

Jednak tak zniszczone dane można łatwo i tanio odzyskać. Już w 2004 roku było możliwe odzyskanie danych z ułamka milimetra kwadratowego nośnika. Jak podkreśla prezes BOSSG, w tej chwili nie ma technologii, która umożliwiałaby odzyskanie danych z nośnika zniszczonego w sposób chemiczny. Co ważne, zniszczenie dysku następuje na oczach klienta w mobilnym laboratorium. Firma oferuje pełen nadzór nad procedurą, wraz z podglądem. Zdaniem Markowskiego, to właśnie możliwość kontroli jest przewagą firmy. Huty, które niszczą dyski termicznie, nie gwarantują bowiem całkowitej szczelności.

– Oferujemy kilkanaście kamer w tym samochodzie, które monitorują zarówno środowisko wewnętrzne, jak i zewnętrzne plus dostosowujemy się do procedur klienta. Jeżeli to są informacje niejawne, możemy dokładać następne kamery, i jest możliwe wyprowadzenie sygnału z samochodu do centrum nadzorczego zewnętrznego, które jeszcze nadzoruje bezpośrednio naszą pracę – dodaje Rafał Iwaniec, wiceprezes BOSGG Data Security.

Na razie firma dysponuje tylko jednym mobilnym laboratorium, ale planowane są kolejne samochody tego typu.

– W tej chwili właśnie wykonaliśmy usługę, które obejmowała zniszenie naszym mobilnym narzędziem utylizacji danych ponad 4 tysięcy dysków. I okazało się, że to jest za mało. Mamy już koncepcję, co do kolejnych samochodów, tak żeby zróżnicować samochód do wielkości usługi, np. dla 10 dysków i dla 10 tys. dysków – mówi Markowski.

Rozwój firmy będzie postępował wraz ze wzrostem rynku. Coraz więcej przedsiębiorstw jest zainteresowanych taką technologią niszczenia danych.

– Potencjał jest ogromny. Co roku na świecie jest sprzedawanych prawie 400 milionów samych dysków twardych. Ogólnie nośników elektronicznych jest sprzedawanych prawie miliard – podkreśla prezes BSOGG Data Security.

BOSSG na razie do swojej działalności dokłada, głównie ze względu na olbrzymie koszty technologii. Markowski nie chce prognozować, kiedy spółka może zacząć zarabiać. Na razie celem jest wyjście na zero. Dodaje, że choć chce mierzyć siły na zamiary, w planach ma wejście do Niemiec i na inne rynki w Europie, a potem także do Stanów Zjednoczonych.

Głównym klientem firmy są przedsiębiorstwa i instytucje państwowe. Przedstawiciele BOSSG liczą również na kontrakty ze służbami. Spółka jest w trakcie pozyskiwania odpowiedniego certyfikatu od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, by móc starać się o takie kontrakty. Na swoim koncie ma zlecenia dla administracji – m.in. z Najwyższej Izby Kontroli, Ministerstwem Rozwoju Regionalnego czy sądów.

– Mamy nadzieję, że w tym roku, w niedługiej perspektywie uzyskamy ten certyfikat i dzięki temu otworzą nam się drzwi do zleceń na obszar wojskowy, informacji niejawnych, gdzie rzeczywiście waga informacji, wiedza i świadomość o jej wadze jest znacznie większa niż powszechnie – mówi Markowski.

Czy Polska może stać się drugim Cyprem?

Trwa zamieszanie wokół pomocy finansowej dla Cypru i związanego z nim opodatkowania depozytów. W świecie finansów to bez wątpienia wydarzenie roku. Zgodnie z zapowiedziami, od każdego depozytu o wartości większej niż 100 tys. euro państwo potrąci pewien procent, który zostanie przeznaczony na ratowanie systemu bankowego. Bankier.pl uruchomił specjalną relację na żywo, w której monitoruje sytuację na rynkach w związku z wydarzeniami na Cyprze.

Po nocnych konsultacjach Eurogrupa zgodziła się złagodzić warunki stawiane przed Cyprem. Wydaje się, że zachowane zostaną oszczędności przeciętnych obywateli. Więcej stracą najbogatsi, w tym rosyjscy oligarchowie przechowujący pieniądze na Cyprze. Banki na wyspie pozostaną zamknięte do czwartku.

– Zabór depozytów w stylu cypryjskim teoretycznie może przytrafić się wszędzie na świecie. Każdy rząd ma do tego odpowiednie narzędzia. Tyle, że takie posunięcie to swoista broń atomowa, której państwo użyje tylko w ostateczności. Polskę od takiej konieczności dzielą lata świetlne oraz bufor w postaci 270 mld złotych zgromadzonych przez OFE – przekonuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Sytuacja na Cyprze powinna zmusić nas do reform

Zabezpieczeniem przed kryzysem są reformy, które uelastycznią naszą gospodarkę, co pozwoli jej szybciej reagować na zmiany warunków. Na tym polu kluczowe jest zadbanie, aby zadłużenie kraju wreszcie przestało rosnąć, gdyż przerośnięty dług może zniszczyć to, co osiągnęliśmy w ostatnich latach.

Nic nie wskazuje dziś na możliwość wybuchu w Polsce kryzysu podobnego do cypryjskiego. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy odporni na wszelkie kryzysowe wichry. Polski rząd powinien uczyć się na błędach, które pokazują, jakie rozwiązania są skuteczne, a jakie jedynie konserwują źródła trudności.

– Uniknięcie kryzysu zapewni nam dyscyplina na polu budżetowym oraz na płaszczyźnie polityki pieniężnej. Rozdęty dług publiczny połączony z niechęcią do reform to proszenie się o problemy. Także rekordowo niskie stopy procentowe są niebezpieczne, gdyż tworzą krótkotrwałą iluzję ożywienia. Odurzenie tanim kredytem było widoczne we wszystkich krajach, które obecnie balansują na krawędzi – przekonuje Piotr Lonczak, analityk Bankier.pl.

Polskie górnictwo węgla kamiennego coraz mniej konkurencyjne na światowych rynkach

Rosnące koszty i niepewność popytu to największe bolączki światowego górnictwa, na które wskazuje coroczny globalny raport firmy doradczej Deloitte „Tracking the trends 2013”. Podobne problemy ma również polskie górnictwo węgla kamiennego. Rodzime kopalnie ze względu na wysokie koszty wydobycia są coraz mniej konkurencyjne. Zapasy polskiego węgla wynoszą już 9 mln ton i problemy z ich sprzedażą narastają. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte koszty produkcji części krajowych spółek wydobywczych osiągnęły poziom, który może być poważnym zagrożeniem dla ich rentowności.

Podstawowym problemem branży wydobywczej na całym świecie (już drugi rok z rzędu) są rosnące koszty. Co gorsza, tendencja ta może się jeszcze pogłębić w najbliższym czasie ze względu na żądania podwyżkowe pracowników oraz rosnące koszty wynikające z regulacji. Autorzy raportu Deloitte podkreślają również, że spowolnienie gospodarcze w Chinach w połączeniu z rosnącą rozbieżnością między oficjalnymi prognozami globalnego popytu a rzeczywistym zapotrzebowaniem niekorzystnie wpływają na ceny surowców i w konsekwencji na decyzje inwestycyjne.

Problem ten nie ominął również polskiego górnictwa „Należy pamiętać, że przez ostatnie lata wzrostowi kosztów produkcji węgla kamiennego towarzyszył ciągły wzrost cen sprzedaży, co pozwalało na zachowanie rentowności przez polskie spółki wydobywcze. Obecnie wydaje się jednak, że presja ze strony importu będzie istotnie ograniczać możliwość dalszego kompensowania rosnących kosztów produkcji w cenach sprzedaży węgla”– wyjaśnia Marek Chlebus, Dyrektor w Dziale Konsultingu, Deloitte.

Poza tym polskiemu górnictwu nie służą także uwarunkowania geologiczne i wynikające z nich wysokie koszty wydobycia. Biorąc pod uwagę jednostkowy koszt produkcji polskich kopalń, który obecnie kształtuje się na poziomie ok. 300 zł za tonę (ok. 100 dolarów), oraz prognozy analityków Banku Światowego na najbliższe lata mówiące o cenie sprzedaży węgla energetycznego na rynkach zagranicznych w granicach 90 – 100 dolarów za tonę, to przy obecnych kosztach produkcji możemy spodziewać się zagrożenia dla rentowności części polskich spółek wydobywczych. Dla porównania, koszt produkcji węgla przez producentów z Azji i Ameryki Południowej wynosi ok. 40 – 60 dolarów za tonę, a producentów rosyjskich poniżej 80 dolarów. Zdaniem ekspertów Deloitte, krajowe górnictwo w niedalekiej przyszłości musi się zmierzyć z presją obniżenia kosztów wydobycia, wzrostu efektywności produkcji oraz koniecznością dostosowania swoich planów operacyjnych do mniejszego popytu wynikającego ze spowolnienia gospodarczego. „Jeśli spółki wydobywcze nie podejmą konkretnych działań mających na celu ograniczenie kosztów produkcji, takich jak racjonalizacja wydatków, uzmiennienie kosztów czy wdrożenie dojrzałych mechanizmów weryfikacji i kontroli zobowiązań i wydatków, mogą trwale utracić konkurencyjność na światowych rynkach” – dodaje Marek Chlebus.

Podobnie jak spółki wydobywcze w innych częściach świata, także polskie borykają się z niemożnością dostosowania produkcji do popytu. Wysoki poziom kosztów stałych krajowego górnictwa ogranicza możliwość elastycznego reagowania na zmiany wielkości popytu. W konsekwencji mamy rosnące zapasy węgla, które w górnictwie wynoszą obecnie ok. 9 mln ton, a wliczając w to zapasy energetyki – łącznie ok. 14 mln ton. „Rosnące zapasy są realnym problemem dla górnictwa. Próba pozbycia się ich na krajowym rynku, o ile w ogóle wykonalna, musiałaby prawdopodobnie odbyć się istotnie poniżej dotychczasowych cen rynkowych, co w konsekwencji, spowodowałoby spory spadek marż spółek wydobywczych, nawet poniżej progu ich rentowności” – tłumaczy Tomasz Konik, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Te stojące przed branżą wydobywczą zadania dotyczą także jej polskiej części. „Polskie górnictwo musi w sposób ciągły dostosowywać się do zmieniających się warunków. Z jednej strony najważniejszym elementem pozostaje utrzymanie jego konkurencyjności, szczególnie w obliczu rosnącej presji ze strony węgla pochodzącego z importu. Z drugiej strony drastycznie wzrastają oczekiwania związane z wpływem górnictwa na całe otoczenie. W dzisiejszych czasach ekologia oraz strategia społecznej odpowiedzialności muszą być wbudowane w podstawowy schemat funkcjonowania przedsiębiorstwa wydobywczego” – podsumowuje Artur Maziarka, Partner w Dziale Audytu, Deloitte.

Dzieła sztuki nie poddają się kryzysowi – rynek sztuki kusi inwestorów

Dzieła sztuki wzbogacają życie, ale mogą to zrobić również w czysto materialnym sensie. Prace artystów mogą stać się bardzo dochodową inwestycją.

O większości rzeczy, które nas otaczają, trudno powiedzieć, że są niepowtarzalne. Sprzęt elektroniczny z logo nadgryzionego owocu, odzież wykonana na Dalekim Wschodzie czy meble ze szwedzkiego salonu. W dzisiejszym świecie niepowtarzalność najłatwiej znaleźć w sztuce. I nie dość, że daje nam ona szansę obcowania z czymś wyjątkowym, to jeszcze często pozwala na wyjątkowe zyski.

Ile można zarobić na sztuce?

Trafiona inwestycja w dzieło sztuki może przemienić się w fortunę. Znane wszystkim dzieło Edvarda Muncha „Krzyk” w ubiegłym roku zostało sprzedane za 119,9 mln dolarów. Gdyby jego twórca wiedział, jak niebotyczne ceny osiągnie w przyszłości jego obraz, pewnie złapałby się za głowę, jak namalowana przez niego postać. Dzieł sztuki, których ceny idą w miliony dolarów, nie brakuje. Z punktu widzenia inwestora liczy się jednak to, jakiego zysku można się spodziewać. Podpowiedź dają nam wyniki funduszy inwestycyjnych. A te wyglądają bardzo obiecująco. Fine Art Fund czy The Collectors Fund mogą się pochwalić średnią roczną stopą zwrotu wynoszącą ok. 25 proc.

Tak jak zachowanie warszawskiej giełdy papierów wartościowych poznamy, śledząc ruchy indeksu WIG czy WIG20, tak w przypadku rynku sztuki możemy się przyjrzeć indeksowi Mei Moses All Art. Pokazuje on, że lokując pieniądze w dzieła sztuki po sześciu latach, bo to odpowiednia perspektywa w przypadku takich inwestycji, można było zarobić 111,81 proc. I nie jest to jednorazowy przypadek. To wyliczenie wykonaliśmy na podstawie danych za ostatnie 60 lat.

Tylko sztuka cię nie oszuka

Takie hasło znalazło się na obrazie Pawła Jarodzkiego, i trzeba przyznać, że ma ono również finansowy wymiar. Inwestycje w sztukę okazują się bowiem bezpieczniejsze od innych sposobów lokowania pieniędzy. To dlatego, że nie zależą one aż tak mocno od tego, co się dzieje w globalnej gospodarce, a więc nie zachowują się tak samo, jak akcje, waluty czy kruszce.

Wystarczy spojrzeć na kilka wydarzeń z ostatnich lat. Kiedy w 2008 roku bankrutował bank Lehman Brothers, a na rynkach finansowych rozpoczęła się panika, miała miejsce rekordowa aukcja prac jednego artysty. W Londynie, w domu aukcyjnym Sotheby’s sprzedano prace Damiena Hirsta za 198 mln dolarów. W 2011 roku, kiedy kryzys szalał na świecie, domy aukcyjne miały najlepszy rok w historii – 11,57 mld dolarów przychodu. A gdy w ubiegłym roku z powodu nadmiernego zadłużenia niektórych państw członkowskich ważyła się przyszłość Unii Europejskiej, miała miejsce wspomniana już wcześniej sprzedaż „Krzyku” Muncha.

Dzieła sztuki nie poddają się kryzysowi, ich ceny nie lecą na łeb, na szyję, tylko trzymają swoją wartość. Można więc stwierdzić, że są bezpieczną lokatą kapitału. Szczególnie, że jeśli ktoś trzyma już część swoich oszczędności w akcjach czy nieruchomościach, to warto dla bezpieczeństwa postawić również na innego konia. To podstawowa zasada inwestowania znana jako dywersyfikacja.

Cudze chwalicie…

W przypadku kupowania dzieł sztuki obowiązuje zasada, która działa również na rynkach finansowych. Coś czym interesują się już wszyscy może i przyniesie zyski, ale będą one raczej przeciętne. Duży zarobek, to zdolność wyszukiwania inwestycyjnych okazji. Na rynku sztuki jest podobnie: przełomowe prace wychodzące poza przyjęte kanony za kilka lat mogą być warte miliony, a dzieła młodych, dobrze się zapowiadających artystów mogą za jakiś czas kosztować wielokrotnie więcej.

Idąc tym tropem, można się na przykład zainteresować pracami młodych polskich twórców. Wcale nie trzeba mieć milionów dolarów na koncie i jeździć na aukcje do Londynu czy Nowego Jorku. Ewentualnie po to, żeby za parę lat sprzedać dzieło polskiego artysty, który zdobędzie światowy rozgłos. Świetnym przykładem może być Jakub Julian Ziółkowski, którego prace w 2004 roku można było jeszcze kupić za kilkaset złotych. A już w 2011 roku, kiedy stał się sławny i wypłynął na międzynarodowe wody, jego obraz „Szpieg” został sprzedany za 21 250 dolarów. Oprócz niego światową karierę zrobili też Wilhelm Sasnal, Piotr Uklański czy Alina Szapocznikow, która jesienią miała wystawę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku.

Cała sztuka, to znaleźć tych z młodych polskich artystów, którzy powtórzą ich sukces. Jeśli mamy odpowiednią wiedzę, to możemy zająć się takimi inwestycjami na własną rękę. W innym razie możemy skorzystać z pomocy profesjonalistów, którzy doradzą na co warto wydać pieniądze. A potem pozostaje już tylko kibicować artyście, którego dzieło kupiliśmy i trzymać kciuki, żeby zrobił oszałamiającą karierę.

W 2012 roku w polskich sądach złożono 4 091 wniosków o upadłość

Jak wynika z danych pozyskanych z Ministerstwa Sprawiedliwości, w 2012 roku w polskich sądach złożono 4 091 wniosków o upadłość, z czego blisko 22 proc. postępowań zakończyło się ogłoszeniem upadłości. Liczba wniosków wzrosła w stosunku do roku 2011 o 16 proc., natomiast ogłoszonych upadłości było w 2012 r. więcej o 18 proc. Od 1 stycznia 2013 roku sądy ogłosiły już ponad 170 postanowień o upadłości polskich przedsiębiorstw, co wskazuje na utrzymujący się trend wzrostowy.

Bezwzględne liczby upadłości nie są w Polsce duże*, zatem analiza wniosków o upadłość pozwala nam spojrzeć na problem niewypłacalności znacznie szerzej. Każdy z ponad czterech tysięcy złożonych wniosków (z których blisko 900 zakończyło się bankructwem) oznaczał problemy dla dostawców niewypłacalnej firmy. Jeśli do tego dołączymy niezliczoną liczbę przypadków opóźnień płatności, widzimy, że płynność tysięcy polskich firm była i jest zagrożona – mówi Jarosław Jaworski, prezes Coface.

W ostatnim roku to utrata płynności była główną przyczyną bankructw. Rosnąca liczba wniosków o upadłość i ogłoszonych upadłości potwierdza, że problemy z płynnością dotyczą coraz większej liczby polskich firm. Utrzymujące się realne zagrożenie dla płynności coraz częściej jednak skłania polskich przedsiębiorców do zwiększenia kontroli odbiorców i lepszego zabezpieczania należności.

Spośród 4091 złożonych w 2012 r. wniosków o upadłość 730 zakończyło się ogłoszeniem upadłości w celu likwidacji majątku dłużnika, natomiast w 162 przypadkach orzeczono upadłość z możliwością zawarcia układu. Pozostałe blisko 3200 wniosków zostało załatwionych przez sądy w inny sposób. Wniosek o upadłość może złożyć zarówno sam dłużnik w sytuacji swojej niewypłacalności, jak i wierzyciel, wobec którego dłużnik nie reguluje zobowiązań. Prawo upadłościowe precyzyjnie określa przypadki, kiedy może to nastąpić i jakie formalności powinny zostać dopełnione. Sytuacje, kiedy sąd nie orzeka upadłości przedsiębiorstwa spowodowane są różnymi przyczynami, od braków formalnych, przez brak majątku, aż po oddalenie wniosku złożonego w złej wierze.

Największa liczba 1221 wniosków została przez sądy oddalona, ze względu na fakt, że:

– majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarczał na zaspokojenie kosztów postępowania (art. 13 prawa upadłościowego i naprawczego) lub

– opóźnienie w wykonaniu zobowiązań nie przekraczało trzech miesięcy, a suma niewykonanych zobowiązań nie przekraczała 10% wartości bilansowej przedsiębiorstwa dłużnika (art. 12).

Drugą pod względem liczby przypadków grupę stanowiły sytuacje, w których sąd decydował o prawomocnym zwrocie wniosku w związku ze złożeniem go w sposób nie odpowiadający wymogom ustawy (np. nienależycie opłacony lub złożony z brakującymi danymi).

Ponad 500 razy sądy decydowały o umorzeniu postępowania w sytuacjach gdy np. składający sam wycofał wniosek o upadłość lub wszyscy wierzyciele żądali umorzenie sprawy lub gdy majątek dłużnika (po wyłączeniu wszystkich zabezpieczeń) nie wystarczał na pokrycie roszczeń.

* Upadłości i wnioski o upadłość – barometr stanu gospodarki, który należy monitorować

Jak powiedziano na wstępie bezwzględne liczby ogłoszonych przez sądy upadłości nie są w Polsce duże, ponieważ dane przedstawiają jedynie firmy, wobec których zostało przeprowadzone oficjalne postępowanie upadłościowe, nie uwzględniają natomiast przedsiębiorców, którzy zakończyli aktywność gospodarczą poprzez likwidację lub zawieszenie działalności, a tych jest znacznie więcej.

Liczba upadłości jest jednak ważnym wskaźnikiem sytuacji gospodarczej. Coface monitoruje bankructwa od kilkunastu lat i statystyki potwierdzają, że wskaźnik liczby upadłości doskonale obrazuje okresy koniunktury i dekoniunktury (z zachowaniem kilkumiesięcznego przesunięcia w czasie, wynikającego z okresu trwania postępowań sądowych). Dla przedsiębiorców jeszcze bardziej wartościowym pozostaje jednak bieżące monitorowanie sytuacji odbiorcy, dzięki czemu możliwe jest wychwycenie informacji o złożeniu lub wycofaniu wniosku o upadłość.

W zdecydowanej większości przypadków złożenie wniosku o upadłość sygnalizuje poważne problemy dłużnika z zachowaniem płynności i powinno być sygnałem dla kontrahentów do podjęcia natychmiastowych kroków zabezpieczających należności i zrewidowania planów dalszej współpracy.

Samozatrudniony nie będzie musiał płacić podatków za inne firmy

Odpowiedzialność solidarna nabywcy za podatek, którego nie zapłacił sprzedający, ma nie dotknąć małych przedsiębiorców. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł przerzucenia ściągania należności podatkowych na firmy to wyraźny sygnał, że państwo nie radzi sobie w tym zakresie.

Projekt zmiany ustawy o podatku od towarów i usług oraz Ordynacji podatkowej zakłada, że przedsiębiorca, który kupuje wybrane towary – stal, paliwo lub złoto – mógłby być pociągnięty do odpowiedzialności solidarnej za nieuregulowany podatek sprzedawcy wynikający z transakcji zakupu.

Co oznacza odpowiedzialność solidarna

Odpowiedzialnośc solidarna w omawianym przypadku oznacza, że fiskus może domagać się zapłacenia całej należności podatkowej lub jej części zarówno od sprzedawcy, jak też i nabywcy łącznie lub osobno. Jeżeli podatek zostanie uregulowany przez jedną ze stron, np. nabywcę, wtedy druga strona, czyli sprzedawca, jest z niego zwolniona, gdyż zobowiązanie wygasa. Jak to może wyglądać? Załóżmy, że firma A kupiła od firmy B pręty stalowe na kwotę brutto 100 000 zł. Na uregulowaną z tego tytułu fakturę przypada 18.699 zł VAT (o kwotę tę firma A ma prawo zmniejszyć swój VAT, czyli dokonać odliczenia).

Firma B nie zapłaciła jednak tej kwoty VAT fiskusowi. W takim przypadku organ podatkowy mógłby starać się odzyskać pieniądze nie tylko od firmy B, ale także ściągnąć należność z firmy A (jeżeli stwierdzi, że firma A miała uzasadnienie, by przypuszczać, że podatek może nie być uregulowany). W takiej sytuacji firma A wystąpiłaby de facto w roli ostatecznego konsumenta (konstrukcja VAT zakłada, że podatek ten ma obciążać faktycznie ostatecznego nabywcę).

W chwili obecnej projekt zakłada, że odpowiedzialność byłaby możliwa wtedy, gdy w momencie dostawy nabywca wiedział lub miał uzasadnione podstawy do tego, aby przypuszczać, że podatek (lub jego część) przypadający na dostawę tych towarów nie został lub nie zostanie wpłacony. Za uzasadnione podstawy projekt uznaje okoliczności towarzyszące dostawie lub szczególne warunki, na jakich została ona dokonana, w szczególności jeżeli cena za dostarczane towary była niższa od wartości rynkowej – z wyjątkiem sytuacji, w której podatnik dokonujący zakupu wykaże, że nie wiązały się one z niewpłaceniem podatku, przypadającego na dostawę tych towarów, na jakimkolwiek etapie ich obrotu.

Tankujesz na stacji – nie wybieraj najtańszej

W obecnym brzmieniu projektowane regulacje dopuszczałyby zatem także sytuację, w której każdy przedsiębiorca, który tankuje firmowe auto na stacji benzynowej oferującej ceny niższe niż konkurencja, mógłby zostać pociągnięty do zapłacenia podatku od tej transkacji, jeżeli stacja nie wywiązywałaby się ze swoich zobowiązań podatkowych. Byłoby to kuriozalne chociażby dlatego, że wiele firmowych samochodów to auta osobowe, w związku z czym użytkujący je przedsiębiorcy nie mają nawet prawa do odliczenia VAT. Taka sytuacja byłaby poza tym bardzo kosztowana – wiązałaby się z zaangażowaniem wielu urzędników, którzy musieliby przeprowadzić postępowanie i wydać decyzję o odpowiedzialności solidarnej, w której trzeba byłoby wskazać, jaka część podatku nieuregulowanego za dany okres rozliczeniowy przypada akurat na poszczególną transakcję.

Z zapewnień rzeczniczki Ministerstwa Finansów Wiesławy Dróżdż wynika jednak, że regulacje mają być poprawione, a odpowiedzialność ma dotyczyć przede wszystkim podmiotów zajmujących się profesjonalnym obrotem wymienionymi towarami.

Większe zagrożenie niż ochrona

Szykowane regulacje w założeniach mają na celu ochronę uczciwych przedsiębiorców z trzech branż: związanej z obrotem wyrobami stalowymi, paliwami i złotem. W obecnym brzemieniu stanowią one jednak bardziej zagrożenie niż szansę na ochornę. Po pierwsze, w dobie gospodarki wolnorynkowej cena jest jednym z istotnych czynników konkurencyjności firm i przedsiębiorcy niejednokrotnie podejmują działania, które pozwolą im zaoferować produkty po niższych cenach niż konkurencja. Jednocześnie niezrozumiałe jest, w jaki sposób dokonujący zakupu przedsiębiorca miałby wykazać, że nie wiązało się to z niewpłaceniem podatku „przypadającego na dostawę tych towarów, na jakimkolwiek etapie ich obrotu.” Nie ma bowiem obecnie możliwości, aby sprawdzić prawidłowość rozliczeń innej firmy z fiskusem.

Pilnujcie się sami

Chociaż wprowadzenie odpowiedzialności solidarnej nie budzi wątpliwości co do zgodności z Konstytucją RP czy dyrektywą unijną dotyczącą VAT-u, to wskazuje na pewnego rodzaju bezsilność organów państowych w walce z oszustami – z wykrywaniem przestępstw, ich ściganiem, a także egzekucją zaniżonych wartości podatku. Taka odpowiedzialność jest coraz częściej wykorzystywana także w innych państwach. Jak podaje rzecznik Ministerstwa Finansów, na odpowiedzialność solidarną zdecydowały się także: Belgia, Bułgaria, Hiszpania, Wielka Brytania, Luksemburg, Portugalia, Rumunia, Słowenia oraz Czechy i Słowacja. Jeżeli więc tak wiele państw przerzuca odpowiedzialność za ściąganie podatków na przedsiębiorców, choć właściwie należy to do ich kompetencji, powstaje pytanie, czy sama konstrukcja tego podatku jest właściwa lub czy organy ścigania nadążają za pomysłowością nieuczciwych podatników.

Katarzyna Rola-Stężycka, Tax Care

Czy z tej chmury spadnie deszcz? Rośnie popularność Cloud Computing

Dziesiątki zdjęć, setki plików z muzyką, gigabajty filmów, dokumenty z pracy – taka jest mniej więcej zawartość komputera przeciętnego Polaka. Najnowsze badanie F-Secure i TNS OBOP pokazuje, że boimy się utraty naszych plików, ale niewiele robimy w kierunku ich zabezpieczenia. Tę sytuację może jednak zmienić rosnąca popularność najnowszego trendu w światowej informatyce – serwisów opartych na technologii chmury.

Szacuje się, że wartość światowego rynku cloud computing przekracza już dziś kwotę 100 mld dolarów i rośnie on w tempie 30-40 proc. Wartość polskiego rynku cloud computingu szacuje się na ok. 200 mln zł.

Ponad 90 procent polskich internautów twierdzi, że bezpieczeństwo ich danych jest dla nich bardzo ważne, ale zaledwie 20 proc. przechowuje swoje pliki w bezpiecznej internetowej chmurze – głoszą wyniki badania przygotowanego przez F-Secure, fińskiego producenta antywirusów, oraz ośrodek badania TNS OBOP. Do tego tylko około 30 proc. internautów przyznaje się do robienia kopii zapasowych. – To niewiele. Jeżeli w tym samym badaniu chęć korzystania z produktów do bezpiecznego backupu deklaruje ok. 60 procent respondentów, jasno widać, że za tymi deklaracjami nie idą praktyczne działania – komentuje Michał Iwan, dyrektor zarządzający F-Secure Polska. – Z drugiej strony oznacza to, że mamy w Polsce duży potencjał rozwoju dla chmury – dodaje.

Facebook też jest chmurą

Do czego Polakom najczęściej służy sieć? Użytkownicy w wieku 18-24 lat najbardziej lubią oglądać filmy na YouTube, trzydziestolatkowie chętnie robią zakupy w sklepach internetowych, dla wszyscy z ochotą korzystają także z poczty elektronicznej. Podstawowym zajęciem we wszystkich grupach wiekowych jest komunikacja – głównie przez sieci społecznościowe. Tutaj liderem jest nadal NK.pl, czyli dawna Nasza Klasa – korzysta z niej 75 proc. ankietowanych. Facebookowi wciąż sporo brakuje do takiego wyniku – do posiadania konta w tym serwisie przyznaje się mniej niż jedna trzecia respondentów.

Nie wszyscy internauci wiedzą, że sieci społecznościowe to również wielkie chmury danych, ale w tym przypadku o ich
bezpieczeństwie decyduje sam użytkownik. – Jeżeli raz już umieścimy coś w Internecie, jest bardzo ciężko to z niego usunąć. Jeżeli do tego nie ustawimy odpowiedniego poziomu zabezpieczeń, nasze zdjęcia i informacje o nas będą dostępne nie tylko w wyszukiwarkach, ale też dla marketerów chcących zasypać nas reklamami, czy dla cyberprzestępców, którzy mogą wykorzystać je do przeróżnych niecnych celów – przestrzega Michał Iwan.

Science-fiction tuż za progiem

Chmura może znacznie ułatwić nam życie. – Może to pomysł niczym z filmu science-fiction, ale wyobraźmy sobie chmurową bazę danych jakiejś unikalnej cechy każdego człowieka, np. tęczówki oka czy odcisku palca, która będzie powiązana z kontem bankowym. Dzięki połączeniom punktów usługowych czy sklepów z taką globalną bazą danych, moglibyśmy bezpiecznie i łatwo płacić np. za zakupy w galerii handlowej, bez konieczności noszenia przy sobie gotówki czy nawet karty kredytowej – mówi Ewa Zborowska, starszy analityk IT z IDC Polska. – To najlepszy przykład, że technologii chmurowej nie należy się obawiać – dodaje.

Rozwiązania chmurowe z dziedziny sci-fi wchodzą jednak powoli w życie. W zeszłym roku w Rosji testowano bankomaty, które mogą udzielać klientom pożyczek. Na podstawie analizy paszportu, odcisków palców, twarzy oraz modulacji głosu maszyna sprawdza, czy klient nie ma innych zobowiązań i nie udziela kłamliwych odpowiedzi na istotne pytania. – W zasadzie jest to bankomat z zamontowanym wykrywaczem kłamstw, co nie dziwi, jeżeli firma produkująca tę technologię współpracuje z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa – podaje przykład Michał Iwan.
Technologia chmury stwarza także nowe możliwości biznesowe, między innymi dla artystów, którzy mogą wystawiać na sprzedaż swoje dzieła w publicznej chmurze i nie muszą dzielić się zyskiem z takimi pośrednikami jak np. wytwórnie płytowe. Jeden z amerykańskich komików wystawił na sprzedaż za pięć dolarów nagranie jednego ze swoich występów podczas tournee. Kupiło go 250 tys. fanów, artysta zarobił milion dolarów. Opłacił trasę, sporo zostało w jego kieszeni, a stać go było jeszcze na przeznaczenie 25 proc. sumy na cele charytatywne.

Jak działa chmura?

Co można konkretnie rozumieć pod pojęciem chmury? Najprościej mówiąc, chmura to potężny wirtualny magazyn na wszelakiego rodzaju informacje, do którego mamy dostęp 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Użytkownik może tam umieścić swoje pliki – szybko, łatwo i – co najważniejsze – bezpiecznie. Z kolei firmy mogą nie tylko przechowywać dane w chmurze, ale też umieszczać w niej ważne procesy.

Chmurowy dysk przydaje się szczególnie osobom chcącym mieć łatwy dostęp do swoich plików z różnych miejsc, a takich w Polsce jest coraz więcej – wystarczy spojrzeć na wyniki omawianego badania F-Secure i TNS OBOP. Interesujący jest zwłaszcza odsetek użytkowników mobilnego Internetu. Ogółem używa go 28 proc. ankietowanych, najwięcej w grupie wiekowej 30-39 lat – aż 34 proc. Ponad jedna trzecia (39 proc.) wybrała Internet dostarczany przez operatorów komórkowych jak Play, Plus czy Orange. Popularyzacji chmury sprzyja również detronizacja komputera biurkowego przez laptopy i netbooki – używa ich o 5 proc. więcej internautów. Mniej więcej 30 proc. korzysta z internetu za pośrednictwem smartfonów lub zwykłych telefonów komórkowych.

Z wirtualnego magazynu można korzystać dosłownie w każdym miejscu z dostępem do Internetu, a w większości z nich można też odtwarzać pliki multimedialne z poziomu przeglądarki. Jeżeli więc mamy mobilny Internet, możemy np. obejrzeć sobie film na tablecie podczas podróży pociągiem, nie marnując transferu na ściąganie go na dysk.

Ustawa o odnawialnych źródłach energii wciąż nie trafiła do Sejmu

Ceny zielonych certyfikatów są tak niskie, że przedsiębiorcom nie opłaca się inwestowanie w odnawialne źródła energii. Dlatego wiceminister gospodarki Jerzy Witold Pietrewicz zapowiedział wdrożenie rozwiązań stabilizujących ten rynek. Jego poprzednik przypomina, że gotowe rozwiązania już są zapisane – w projekcie ustawy o odnawialnych źródłach energii. Prace nad nią ostatnio spowolniły mimo, że minister gospodarki zapowiadał ich przesłanie do Sejmu przed końcem marca.

– Bardzo dużo dopłacamy do energii odnawialnej, do pozyskiwanych biokomponentów przywożonych z zagranicy. To jest dramat dla Polski i dla polskiego systemu energetycznego. Stąd raptowny spadek cen zielonych certyfikatów. A ustawa o odnawialnych źródłach energii [OZE] doskonale rozwiązuje te problemy. Gdyby dziś była ta ustawa, to nie mielibyśmy problemu z cenami zielonych certyfikatów – uważa Mieczysław Kasprzak, były wiceminister gospodarki odpowiedzialny za OZE.

Polskie Towarzystwo Gospodarcze Bioenergii „Polbio” alarmowało w ubiegłym tygodniu, że w wyniku akumulacji certyfikatów na rynku, cena jaką trzeba za nie zapłacić spadła do 30 proc. ich wartości. Od niemal roku te prawa majątkowe taniały tak mocno, że przedsiębiorcom zajmującym się sprzedażą energii elektrycznej odbiorcom końcowym nie opłacało się inwestować w zielone technologie. Mogą bowiem kupić świadectwa pochodzenia energii elektrycznej wytworzonej w odnawialnych źródłach energii po ok. 135 zł/MWh, czyli taniej niż zapłaciliby za pozyskanie własnych certyfikatów (muszą określoną ich liczbę uzyskać i przedstawić do umorzenia Prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki lub uiścić opłatę zastępczą, która wynosi ok. 280 zł/MWh).

Zdaniem Mieczysława Kasprzaka, tym tendencjom zapobiegłaby ustawa o OZE, za którą jeszcze do początku lutego był odpowiedzialny jako wiceminister gospodarki. W projektowanym dokumencie zaproponowano zmiany w funkcjonowaniu modelu wspierania energii ze źródeł odnawialnych, czyli tzw. zielonych certyfikatów. Miałyby one zagwarantować zrównoważony i bardziej racjonalny rozwój OZE.

– Dziwię się, że minister finansów i inni spowolnili dzisiaj te działania. Technologie związane z OZE tanieją z roku na rok. Kto szybciej w nie zainwestuje, ten będzie dłużej zbierał owoce z tych inwestycji – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mieczysław Kasprzak. – Szkoda, że ustawa, która już została wynegocjowana, nie może być uchwalona, bo widzę, że nastąpiło bardzo duże spowolnienie od listopada.

Zdaniem Mieczysława Kasprzaka do uzgodnienia zostało jeszcze „tylko kilka rzeczy” i projekt ustawy mógłby wreszcie trafić do parlamentu.

– To jest dobra ustawa, która stwarza szanse rozwoju energetyki odnawialnej. A do 2020 roku mamy mieć 15,5 proc. energii z tych źródeł – przypomina. – Jeżeli będziemy zwlekać z jej wprowadzeniem, to inni nas zostawią daleko w ogonie. Poza tym przyjdzie nam płacić duże kary, bo UE nam tego nie podaruje.

Nad Polską wisi groźba sankcji za brak regulacji dotyczących odnawialnych źródeł energii. Komisja Europejska nie złożyła jeszcze wniosku do Trybunału, ale rozpoczęła procedurę. Termin na uchwalenie tych przepisów Polska miała do 5 grudnia 2010 roku.

Szef resortu gospodarki Janusz Piechociński zapewniał, że projekt ustawy o OZE (będący częścią pakietu energetycznego, w którego skład wchodzą także Prawo energetyczne i Prawo gazowe) z końcem pierwszego kwartału zostanie przekazany do Sejmu.

Cena ropy za wysoka, według ekonomistów spadnie do 100 USD za baryłkę

Obecne poziomy cen ropy naftowej na światowych rynkach są nieco za wysokie, ale bliskie równowadze popytu i podaży – uważa Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions. Według jego prognoz do końca roku podnosząca się po kryzysie światowa gospodarka obniży te ceny do pożądanego poziomu ok. 100 dolarów za baryłkę. W dalszej perspektywie na obniżki cen będzie miało wpływ zwiększone wydobycie surowca, m.in. w Iraku i w Stanach Zjednoczonych.

Baryłka ropy Brent w poniedziałek kosztowała ok. 108 dolarów.

– Ceny ropy w miarę odpowiadają popytowi, powiedziałbym nawet, że są trochę za wysokie – tłumaczy Maciej Bitner w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Cały czas jeszcze gospodarka światowa nie jest tak silna, żeby sobie poradzić z wysoką ceną ropy na poziomie 130 dolarów za baryłkę. Myślę, że cena będzie zmierzać bardziej w stronę 100 dolarów za baryłkę. Patrząc na rynek terminowy, to prognozowana cena za rok, dwa, trzy, to jest właśnie bliższa tej granicy. To jest bliższe cenie równowagi.

Spodziewane spadki cen ropy wynikają z prognozowanego wzrostu wydobycia, jaki najprawdopodobniej będzie miał miejsce w najbliższych latach. Wzrost ten zostanie odnotowany szczególnie w Iraku i USA. W Ameryce Północnej przyczyni się do tego coraz większe wydobycie ropy łupkowej – tzw. lepkiej ropy, którą wydobywa się podobnie jak gaz łupkowy – a więc przede wszystkim przez odwierty.

– Produkcja amerykańska bardzo dynamicznie rośnie i tak będzie jeszcze w kolejnych latach. Prognozuje się, ze USA przewyższą pod tym względem Arabię Saudyjską – mówi Bitner.

Jak zauważa analityk Wealth Solutions, rynek pod względem popytowym jest dość sztywny. To oznacza, że zmiany podaży będą odczuwalne w poziomach cen.

– Ten rynek jest bardzo ściśle dopasowany, popyt i podaż się równoważą. Więc jeżeli popyt do podaży nie jest dopasowany, to znacząco musi się zmienić cena – mówi Bitner.

Proponowana przez niego cena równowagi uwzględnia przede wszystkim koszty wydobycia. I to te najwyższe.

– Arabia Saudyjska ma dość niskie koszty wydobycia. Nawet przy 30 dolarach za baryłkę opłacało by się to robić, bo tam ropa właściwie sama wypływa z ziemi, nie trzeba jej wyciągać spod dna oceanu, przy tych wszystkich ryzykach uświadomionych przy okazji katastrofy w Zatoce Meksykańskiej czy też wyciskać z łupków kanadyjskich. Bo wtedy to już są koszty na poziomie 80-90 dolarów za baryłkę – mówi główny ekonomista Wealth Solutions.

Obniżenie ceny byłoby możliwe przez wyłączenie z rynku najdroższych producentów, ale to – jak tłumaczy ekspert – byłoby możliwe tylko przy znaczącym spadku popytu na ropę, co jest bardzo mało prawdopodobne.

– Póki popyt się utrzymuje na takim poziomie, że jest potrzeba wydobywania ropy z dna oceanów, to cenę ropy wyznacza koszt tych najdroższych producentów, a nie tych najtańszych – tłumaczy Maciej Bitner.

Różnica między „odwróconą hipoteką” a „dożywotnią rentą hipoteczną”. Odwrócona hipoteka wciąż bez nadzoru

Wciąż nie ma ustawy regulującej zasady odwróconej hipoteki. Zdaniem samej branży jest ona potrzebna, głównie po to, by zniknęły nieuczciwe firmy, których działania odstraszają emerytów od podpisywania tego rodzaju umów.

Na polskim rynku funkcjonują firmy, które reklamując się hasłem „odwrócona hipoteka” w zasadzie oferują „dożywotnią rentę hipoteczną”. jaka jest różnica między tymi produktami?

W ramach dożywotniej renty hipotecznej w zamian za przekazanie instytucji finansowej (bankowi, funduszowi) nieruchomości, jej właściciel otrzymuje dożywotnią rentę oraz prawo dożywotniego użytkowania lokalu. Sam lokal od momentu podpisania umowy przechodzi jednak na własność instytucji finansującej. Po śmierci właściciela spadkobiercy nie mają możliwości go odzyskać.

W przypadku odwróconej hipoteki właściciel dostaje pieniądze, ale nieruchomość nie przechodzi na własność instytucji finansowej. Jest zabezpieczeniem udzielanego kredytu. Po śmierci właściciela spadkobiercy mogą nieruchomość odzyskać, jeśli spłacą
„kredyt”.

Teraz instytucje finansowe zawierają z emerytami umowy oparte na konstrukcji umowy dożywocia lub renty odpłatnej, uregulowanej w Kodeksie cywilnym. Nie ma jednak przepisów mówiących, co konkretnie powinno się znaleźć w takiej umowie. Nie są też uregulowane wymogi dla podmiotów, które takie produkty oferują. Zdarza się więc, że takie firmy wykorzystują zaufanie i brak znajomości przepisów u osób starszych, co odbija się na wizerunku całej branży.

– Oferta renty dożywotniej jest na rynku oferowana przez największe firmy. Z drugiej strony emeryci są ostrzegani, żeby nie korzystali z tej formy usług dlatego, że lada chwila wejdzie w życie ustawa. A rzeczywistość jest taka, że ta ustawa przez długi jeszcze czas nie wejdzie w życie. Nie wiadomo, kiedy to się stanie, bo brakuje woli politycznej i ustalenia deadline’u dla ministerstw na jej uchwalenie. Od dwóch lat słyszymy, że trwają prace, i że lada chwila ta ustawa wejdzie w życie. Śmiem twierdzić, że przez kolejne lata będziemy słyszeli to samo – podkreśla Dariusz Brzeski, przewodniczący Rady Nadzorczej Funduszu Hipotecznego Familia, który oferuje obecnie renty dożywotnie.

Zdaniem Dariusza Brzeskiego konieczne jest także dodatkowe uregulowanie zasad oferowania obecnych produktów.

– Jest bardzo zła prasa dla tej instytucji, która w sposób nieuprawniony zaczęła dominować przy ocenie tej branży. Jestem za tym, żeby wyeliminować z rynku ten margines, który może się okazać nieuczciwy. Pewnie znaleźlibyśmy nieuczciwego piekarza, ale to nie znaczy, żeby przestrzegać ludzi przed kupowaniem chleba. Podobnie jest i w tej branży. Natomiast muszą być wprowadzone dla dobra klientów pewne minimalne wymogi przy zawieraniu umów – uważa Dariusz Brzeski.

Przedstawiciel Funduszu hipotecznego Familia podkreśla jednak, że także w obecnych przepisach jest możliwe bezpieczne korzystanie z dożywotniej renty przez emerytów, którzy mają nieruchomość i chcą w niej mieszkać do śmierci. Dużą rolę przy takich umowach odgrywają notariusze i to do nich emeryci powinni się zwracać z ewentualnymi wątpliwościami przed podpisaniem umowy.

– Jest ważne, aby emeryci byli informowani, jakie zapisy powinny znaleźć się w umowie z firmą, aby ten produkt był bezpieczny. Na tym rynku działa wiele firm. Nie mogę wykluczyć, że niektóre firmy mogą oferować zbyt małe zabezpieczenia w swoich umowach. Jednak to są zawsze umowy notarialne. Dlatego dużo zależy od notariusza, czy właściwie dopilnuje, aby te właściwe zabezpieczenia się znalazły. Notariusz ma taki obowiązek – twierdzi Brzeski.

Istnieją dwa modele hipoteki odwróconej – jeden polega na tym, że prawa własności lokalu są przekazywane instytucji finansowej, a ta wypłaca właścicielowi dożywotnią rentę i pozwala mieszkać w tym lokalu do śmierci. Ten model jest obecnie oferowany w Polsce na podstawie przepisów Kodeksu cywilnego.

Drugi system to odwrócony kredyt hipoteczny. Według tego rozwiązania bank udziela kredytu pod zastaw nieruchomości i wypłaca comiesięczne świadczenie przez określony czas lub jednorazowo. Własność mieszkania nie przechodzi od razu po śmierci kredytobiorcy na bank. Dopiero gdyby spadkobiercy właściciela nie spłacili długu (wypłaconej kwoty wraz z odsetkami) w ciągu np. 12 miesięcy, bank może przejąć mieszkanie.

Pod koniec stycznia br. prof. Irena Lipowicz, Rzecznik Praw Obywatelskich, w piśmie skierowanym do wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego zwróciła się z prośbą o poinformowanie co do stanu prac nad powstaniem ustawy o odwróconej hipotece. W swoim piśmie wskazała na pilną konieczność jej uchwalenia celem ochrony osób zainteresowanych przed nadużyciami. RPO podkreśliła, że należałoby uregulować także kwestię obowiązkowego doradztwa prawnego przez okres np. 2 lat od wejścia w życie ustawy, aby zapobiec utracie mieszkania na skutek wykorzystania niewiedzy potencjalnego klienta. Chodzi o to, że obecnie zawierane na rynku umowy zawierają klauzulę poufności, zgodnie z którą umów tych nie można pokazywać osobom trzecim. W ocenie Rzecznika ustawa powinna regulować także kwestię nakładania na potencjalnego klienta obowiązku ponoszenia kosztów remontu nieruchomości, będącej przedmiotem umowy hipoteki odwróconej.

Fundusze private equity skłonne zainwestować setki milionów euro

Fundusze private equity, inwestujące w spółki nienotowane na giełdzie, zamierzają dokonać masowej ekspansji na rynek polski – wynika z najnowszego raportu kancelarii Baker&McKenzie. Największe zainteresowanie wzbudzają takie branże jak ochrona zdrowia, projekty infrastrukturalne, sieci handlowe i technologie. Przykładem zainteresowania funduszy inwestycyjnych polskim rynkiem jest ich inwestycja w paczkomaty firmy InPost, a także w sieć handlową Żabka.

– Myślę że najbardziej atrakcyjne projekty są w czterech branżach: ochrona zdrowia, infrastruktura, sieci handlowe oraz technologie i innowacje, które od wielu lat są bardzo atrakcyjnym tematem – mówi mecenas Tomasz Krzyżowski, partner kancelarii Baker & McKenzie.

Jednym z najbardziej innowacyjnych projektów, w które zaangażowane są fundusze private equity jest projekt budowy sieci europejskich paczkomatów.

– To jest inwestycja funduszu private equity w przedsiębiorstwo easyPack razem ze spółką Integer, In Post. Polega to na budowaniu paczkomatów i stworzeniu paneuropejskiej platformy paczkomatów – mówi Krzyżowski.

Z kolei przykładem inwestycji funduszy w branży handlowej jest sieć sklepów Żabka.

– Jest ona już w rękach trzeciego funduszu private equity, dalej bardzo się rozwija, integruje rynek, rozgląda się za innymi mniejszymi sieciami – mówi Krzyżowski. – Żabki są wszędzie, rozwijają się dobrze, pozwalają polskim przedsiębiorcom zaistnieć i z sukcesem prowadzić tego typu sklepy. Takich przykładów można podać bardzo dużo.

Szczególnym zainteresowaniem funduszy na całym świecie cieszy się ochrona zdrowia. Choć sektor ten mierzy się z wieloma wyzwaniami, to jest on innowacyjny, a przy tym względnie stabilny. W Polsce branża ta będzie rozwijać się coraz bardziej, co powinno przyciągnąć fundusze.

– To są docelowo szpitale, ale przede wszystkim przychodnie zdrowotne, diagnostyka, również produkcja instrumentów medycznych. To jest bardzo atrakcyjny rynek i on cały czas w Polsce nie jest do końca rozwinięty – wyjaśnia Krzyżowski. – Wiadomo, że ze środków państwowych tego się nie da zrobić, a ponieważ to jest dość stabilny rynek, który nie jest bezpośrednio narażony na dekoniunkturę, to zawsze będzie on interesujący dla funduszy.

W Polsce fundusze private equity inwestują setki milionów euro, choć w niektórych przypadkach rozważane były nawet większe kwoty. Tego typu fundusze są kołem zamachowym gospodarek wielu krajów. Największym zainteresowaniem cieszą się rynki rozwijające się, np. Brazylia. Jednak również Europa jest miejscem, w które fundusze chcą inwestować. Według Tomasza Krzyżowskiego, Polska jest dla nich atrakcyjnym miejscem m.in. ze względu na spodziewany napływ środków unijnych, które, po pierwsze, będą napędzać inwestycje i rozwój gospodarki, a po drugie, będą wymagały wkładu własnego, który mogą zapewnić właśnie fundusze private equity.

Jak podkreśla ekspert, na polskim rynku jest już obecnych wiele funduszy private equity i są one bardzo aktywne. Nie oznacza to jednak braku zainteresowania ze strony nowych firm.

– Interesuje ich bardzo projekty infrastrukturalne, budowa dróg, budowa i zarządzanie lotniskami, dworcami, oczyszczalniami ścieków, spalarniami śmieci – wymienia Krzyżowski. – Przewiduję, że liczba inwestycji funduszy private equity zdecydowanie się jeszcze w Polsce zwiększy.

Dzisiaj cypryjski parlament ma zdecydować o wprowadzeniu podatku od depozytów bankowych

Cypryjskie banki pozostaną zamknięte do czwartku. Władze szykują się na demonstracje niezadowolonych Cypryjczyków. Według prawników, gdyby działania cypryjskich władz oceniać według polskich norm prawnych, to okazałoby się, że łamią kilka konstytucyjnych zasad. Ale może to być po prostu mniejsze zło, które uchroni kraj przed bankructwem.

Działania te były podyktowane chęcią uratowania pogrążonej w kryzysie gospodarki i uzyskania pomocy międzynarodowej. Przedstawiciele Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego zdecydowali w weekend, że po wprowadzeniu opłaty od depozytów udzielą Cyprowi pomocy w kwocie 10 mld euro.

Jak podkreśla Renata Dłuska, partner w kancelarii MDDP, oceniając proponowane zmiany przez pryzmat polskiego prawa, widać, że Cypr łamie co najmniej trzy podstawowe zasady. Wprowadzają podatek bez uwzględnienia vacatio legis, który w dodatku działa wstecz, gdyż obejmuje kwoty zebrane wcześniej. Ponadto podważona zostaje zasada uszanowania zaufania obywateli do państwa.

– Myślę, że wydarzenie to trzeba oceniać w szerszym kontekście – wyjaśnia Renata Dłuska w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Wiemy, jaka jest sytuacja gospodarcza i ekonomiczna Cypru, więc jest pytanie, czy to działanie nie jest mniejszym złem niż gdyby cały system bankowy Cypru i samo państwo upadło.

Władze Cypru chcą obciążyć jednorazową opłatą depozyty Cypryjczyków i obywateli innych państw mających konta w cypryjskich bankach. Dla depozytów poniżej 100 tys. euro ma ona wynieść 6,5 proc., a powyżej – 9,9 proc. Cypryjczycy zaczęli więc masowo wypłacać pieniądze z banków. Gotówka w bankomatach szybko się skończyła, uniemożliwiono też przelewy internetowe. System bankowy jest nadal zablokowany, a cypryjskie banki mają zostać otwarte dopiero w czwartek.

– To nie jest takie proste do oceny – mówi doradca podatkowy z MDDP. – Jeśli system bankowy jest w tak opłakanym stanie, to co z tego, że mam miliony w banku, jeśli nie będę miała do nich dostępu. Jest pytanie, czy wolę stracić 10 proc. z miliona, czy wszystko. Bo nawet nie wystarczy bankowy fundusz gwarancyjny na wypłacenie tych kwot, do których są uprawnieni depozytariusze.

Cypr był miejscem, w którym wielu biznesmenów umieszczało swoje centra inwestycyjne. Zachęcało ich do tego niskie opodatkowanie i zawarte przez Cypr traktaty międzynarodowe o unikaniu podwójnego opodatkowania.

– Cypr miał i ma doskonałą sieć traktatów o unikaniu podwójnego opodatkowania, więc dawało to dużą elastyczność w kształtowaniu swojego biznesu – wyjaśnia Renata Dłuska. – Ważna była przede wszystkim możliwość niepłacenia podatku od zysku ze sprzedaży aktywów, czyli sprzedając udziały czy akcje w spółce podatku się nie płaciło – do tej pory. Natomiast są pomysły, żeby takie zyski opodatkować i to byłaby rzeczywiście duża zmiana.

Zmiany podatkowe na Cyprze mogą spowodować odpływ zagranicznego kapitału.

– Podatkowi mają podlegać wszystkie depozyty złożone w bankach cypryjskich, czyli jeśli polski inwestor założył spółkę cypryjską i ona ulokowała swoje środki w banku cypryjskim, to te środki będą objęte nowym podatkiem – mówi Renata Dłuska. – Natomiast, jeśli te środki były ulokowane na koncie np. w banku szwajcarskim, to ten podatek już nie sięgnie tam ulokowanych pieniędzy.

Polscy przedsiębiorcy nie traktowali Cypru jako miejsca lokowania oszczędności, lecz raczej jako centrum inwestycyjne, korzystne z powodów organizacyjno-podatkowych. Znacznie częściej oszczędności na Cyprze lokowali Rosjanie. Wartość ich oszczędności szacuje się na 20 mld dolarów i to ich w dużym stopniu boleśnie dotkną te zmiany.

Gospodarka cypryjska opierała się na turystyce i właśnie obsłudze przedsiębiorstw, które lokowały w tym kraju swoje spółki holdingowe. Jednorazowa opłata, a także planowane zaostrzenie przepisów podatkowych może zmienić ten stan rzeczy.

– Myślę, że zaostrzanie w tej chwili reguł podatkowych będzie miało wpływ gospodarczy na tych wszystkich ludzi, którzy pracują w sektorze księgowo- podatkowo-prawnym – tłumaczy ekspertka. – W momencie, kiedy ten kraj przestanie być atrakcyjny dla inwestorów, ci ludzie nie będą mieli co robić.

Grupa Kapitałowa Cyfrowy Polsat prezentuje wyniki finansowe za 2012 rok

Grupa Cyfrowy Polsat odnotowała w IV kw. 2012 r. 4-procentowy wzrost przychodów, który zawdzięcza przede wszystkim organicznemu rozwojowi segmentu usług świadczonych klientom indywidualnym. Efektywne zarządzanie bazą kosztową zaowocowało 4-procentowym spadkiem kosztów bez amortyzacji. W efekcie Grupa odnotowała wzrost wyniku EBITDA o 25% do 247 mln zł i wzrost marży EBITDA o 5,5 p.p. do 32,9%. Zysk netto w IV kw. 2012 r. wzrósł o 59% do 122 mln, na co pozytywny wpływ miały niższe koszty obsługi długu, m.in. dzięki wcześniejszej spłacie części zadłużenia w wysokości 200 mln zł oraz wycena obligacji Senior Notes denominowanych w euro.

– To był kolejny bardzo udany dla nas rok. Rozwijaliśmy się zarówno organicznie, jak i poprzez strategiczne akwizycje, prowadząc liczne projekty pozwalające nam na konsekwentną realizację strategii rozwoju Grupy. Wszystkie działania, w tym rozszerzenie naszej działalności w segmencie usług online, skutecznie umocniły Cyfrowy Polsat na pozycji lidera multimedialnej rozrywki w Polsce. W 2012 roku, dwa razy szybciej niż zapowiadaliśmy, osiągnęliśmy także oczekiwane synergie pomiędzy platformą Cyfrowy Polsat a Telewizją Polsat – mówi Dominik Libicki, Prezes Zarządu, Cyfrowy Polsat S.A.

– W zeszłym roku warunki makroekonomiczne oraz rynkowe nie sprzyjały prowadzonej przez nas działalności. Tym bardziej cieszą nasze wysokie wyniki, w tym roczny wynik EBITDA przekraczający 1 mld zł i wyraźny wzrost zyskowności obu segmentów biznesowych. Tak dobre wyniki finansowe i wysokie przepływy pieniężne, które gwarantują regularną spłatę, a nawet wcześniejszą przedpłatę zadłużenia Grupy, dają nam komfort i optymistyczną wizję przyszłego rozwoju – komentuje Tomasz Szeląg, Członek Zarządu ds. Finansowych, Cyfrowy Polsat S.A.

– Kapitałem platformy Cyfrowy Polsat jest stabilna baza abonentów płatnej telewizji, w oparciu o którą, oferując nowe usługi, możemy budować dodatkową wartość dla naszej Grupy. Bardzo nas również cieszy dynamicznie rosnąca baza klientów usługi dostępu do Internetu, stanowiąca dla nas źródło dalszego wzrostu przychodów – podkreśla Dominik Libicki.

Organiczny wzrost przychodów segmentu usług świadczonych klientom indywidualnym wynika przede wszystkim ze stabilnego wzrostu ARPU, osiąganego dzięki rosnącej liczbie klientów wyższych pakietów telewizyjnych oraz usługom dodatkowym (Multiroom, PPV), a także z intensywnego rozwoju bazy klientów usług dostępu do Internetu. Przy efektywnym zarządzaniu kosztami, Cyfrowy Polsat wypracował 36-procentowy wzrost wyniku EBITDA rok do roku. Dzięki skutecznym programom utrzymaniowym i dbałości o wysoki poziom satysfakcji klientów spółka obniżyła poziom wskaźnika odpływu abonentów do 8,6% w 2012 roku.

– W segmencie nadawania i produkcji telewizyjnej skutecznie realizowaliśmy strategię utrzymania 20-21-procentowego udziału w oglądalności, a jednocześnie nasze kanały telewizyjne zwiększyły udział w „torcie reklamowym”. Dzięki dobrze skomponowanej ramówce oraz optymalnym, adekwatnym do warunków rynkowych, inwestycjom w treści programowe, osiągnęliśmy w IV kwartale wzrost marży EBITDA o ponad 6 punktów procentowych – mówi Maciej Stec, Członek Zarządu, Telewizja Polsat Sp. z o.o.

Kontynuując przyjętą strategię maksymalizacji marży EBITDA poprzez efektywne zarządzanie ramówką, Grupa Telewizji Polsat osiągnęła w IV kw. rok do roku 15-procentowy wzrost wyniku EBITDA do 117 mln zł. Marża EBITDA w IV kw. wyniosła 37,7%.

Zarówno w IV kwartale, jak i w całym 2012 r. wyraźny wpływ na wyniki oglądalności kanałów Grupy Telewizji Polsat miało rozszerzanie zasięgu naziemnej telewizji cyfrowej i tym samym postępująca fragmentaryzacja rynku. Udział w oglądalności naszych kanałów tematycznych wzrósł w IV kw. rok do roku o 22% do 5,3%, natomiast udział w oglądalności kanału głównego spadł o 8,5% do 15,6%. W całym 2012 r. udział w oglądalności kanałów tematycznych wzrósł o 11% do 4,8%, a kanału głównego spadł o 4,5% do 15,7%, uzyskując najwyższy poziom na rynku. Na wyniki roczne istotny wpływ miały również transmisje ważnych wydarzeń sportowych (EURO 2012 oraz Igrzysk Olimpijskich) w kanałach telewizji publicznej.

Zarówno w IV kwartale, jak i w całym 2012 r. przychody Telewizji Polsat z reklamy telewizyjnej zanotowały znacząco lepszą dynamikę niż rynek: -3,8% do -5,9% oraz -3% do -5,6% odpowiednio w IV kw. i w 2012 r. Przełożyło się to na wzrost udziału Telewizji Polsat w rynku reklamy w IV kw. do 23,4%, a w całym 2012 r. do 23,2%.

Statystyczny wzrost płac i stagnacja zatrudnienia

Dynamika roczna płac wzrosła w lutym do 4,0 proc. w skali roku z 0,4 proc. zanotowanych w styczniu. – Taki skok na dynamice płac nie powinien jednak dziwić. Nawet negatywny efekt liczby dni roboczych został bowiem „przykryty” efektami niskiej bazy w górnictwie i energetyce z poprzedniego roku. Należy pamiętać również, że w 2012 powszechne było przesuwanie wypłat premii z lutego na styczeń ze względu na podwyżkę składki zdrowotnej po stronie pracodawcy, co właśnie wygenerowało niską bazę dla lutowego rocznego wskaźnika wzrostu płac – ocenia Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

W kolejnych miesiącach ze względu na ciągle niską aktywność ekonomiczną nie można oczekiwać przyspieszenia dynamiki wynagrodzeń. – Szacujemy, że dynamika ta zbliżona będzie do 2 proc., na co złoży się również kontynuacja polityki monitoringu kosztów po stronie przedsiębiorstw – dodaje Ernest Pytlarczyk.

W lutym zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło o 8 tys. osób i jego dynamika w ujęciu rocznym zatrzymała się na poziomie -0,8 proc. r/r (dokładnie na poziomie z poprzedniego miesiąca); konsensus rynkowy opiewał na -0,9 proc. r/r. W porównaniu do 2009 roku skala spadku w lutym jest zdecydowanie niższa. – Dalecy jednak jesteśmy od wyrokowania, że na rynku pracy sytuacja powoli się odwraca. Niemniej należy uczciwie przyznać, że dynamika spadków powoli się stabilizuje – może to oznaczać, że widzimy echa dokonanych wcześniej zwolnień grupowych i gros spadków zatrudnienia z nimi związanych mamy już za sobą. Aby wykrzesać widoczne przyspieszenie tempa wzrostu zatrudnienia tempo wzrostu PKB musiałoby znacząco przyspieszyć, a na to – szczególnie w pierwszej połowie roku – nie zanosi się – wyjaśnia Marcin Mazurek, starszy analityk BRE Banku.

Oznacza to, że w najbliższych miesiącach roczna dynamika zatrudnienia będzie oscylować wokół -1 proc. (w ujęciu miesięcznym ujemne dynamiki będą dominować w pierwszej połowie roku). Najnowsza dana w żaden sposób nie wpływa na scenariusz BRE dla konsumpcji (konieczność odbudowy stopy oszczędności, niemal stagnacja tempa wzrostu konsumpcji w pierwszej połowie roku), gdyż zmiany na rynku pracy nadal pozostają negatywne.

Dzisiejsze dane bez większego wpływu na rynek (zatrzymały tendencję spadku stóp rynkowych). Zauważyć należy, że inwestorzy masowo zaczęli się zakładać co do kontynuacji obniżek stóp w Polsce. Trzeba przyznać, że zakłady takie wspierają ostatnie komentarze RPP (uchylono już zamknięte na konferencji drzwi do dalszych obniżek wskazując wprost na pauzę, a nie koniec cyklu). Agresywne obniżki stóp wspierać ciągle może również fakt utrzymującej się niskiej aktywności ekonomicznej i kontynuacji spadków inflacji. Polska nie jest tu osamotniona – w strefie euro pojawiają się nawet oczekiwania deflacji. – Poziom polskiej stopy bazowej wyznaczany przez regułę Taylora to obecnie grubo poniżej 3 proc., a jedyne co szachuje oczekiwania na agresywne obniżki stóp to podzielona i często niespójna komunikacyjnie RPP – podkreśla główny ekonomista BRE Banku.

UOKiK sprawdzi czy wyższe stawki za połączenia do sieci Play są legalne

Czy stosowanie wyższych stawek za połączenia do sieci Play przez trzech największych operatorów sieci komórkowej, właścicieli marek Orange, Plus i T-Mobile stanowi praktykę ograniczającą konkurencję? Wyjaśni to postępowanie wszczęte dziś przez Prezes UOKiK

Postępowanie dotyczące praktyk operatorów telefonii komórkowej zostało wszczęte po sygnałach od Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz zawiadomieniu spółki P4 – operatora sieci Play. Dotyczyły one różnicowania stawek za połączenia do tej sieci przez trzech największych operatorów telefonii komórkowej: Polkomtel (właściciela m.in. marki Plus), Polską Telefonię Cyfrową (m.in. T-Mobile i Heyah) oraz Polską Telefonię Komórkową Centertel (m.in. Orange). Cena za minutę połączenia z sieci ww. operatorów do sieci Play jest nawet o kilkadziesiąt groszy większa niż za połączenia pomiędzy sieciami trzech ww. operatorów (przykładowo w jednej z taryf koszt połączenia do Play wynosił 75 groszy, a do pozostałych operatorów – 29 groszy).

W trakcie postępowania wyjaśniającego Urząd przeanalizował zarówno taryfy dla klientów indywidualnych jak i ponoszone przez przedsiębiorców koszty hurtowe – rozpoczęcia połączenia we własnej sieci oraz zakończenia połączenia w sieci docelowej. Analiza Urzędu wykazała, że koszty faktycznie ponoszone przez operatorów mogą nie uzasadniać tak dużego różnicowania stawek do sieci Play. Efektem takich działań może być ograniczenie rozwoju konkurencji na rynku telefonii komórkowej, m.in. utrudnianie działalności operatorów innych niż trzech największych.

Dziś Urząd wszczął postępowanie antymonopolowe przeciwko Polkomtelowi, Polskiej Telefonii Cyfrowej oraz Polskiej Telefonii Komórkowej Centertel. – Sprawdzimy czy działania spółek stanowią praktykę ograniczającą konkurencję, poprzez nadużywanie kolektywnej pozycji dominującej – wyjaśnia Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel, Prezes UOKiK.

Postępowanie będzie prowadzone również w oparciu o przepisy unijne. Urząd przeanalizuje, czy praktyka przedsiębiorców mogła mieć wpływ na handel pomiędzy państwami członkowskimi Unii Europejskiej, np. poprzez utrudnianie operatorom telekomunikacyjnym wejścia na polski rynek.

Jeśli stawiane zarzuty potwierdzą się, przedsiębiorcom grozi sankcja finansowa. Maksymalnie może ona wynieść 10 proc. ich przychodu w roku poprzedzającym wydanie decyzji.

Czy 2013 to rok rewolucji mobilnej na polskim rynku?

Jeszcze do niedawna dotarcie do mobilnego konsumenta było domeną tylko nielicznych firm, a większość marketerów traktowało tę dziedzinę jako pole do eksperymentowania, a nie źródło biznesu. Marketerom pracy nie ułatwiała też tajemnica, jaką owiany był mobilny konsument. Nikt nie wiedział, z jakich aplikacji korzystał, do czego wykorzystywał mobilny internet, czy używał geolokalizacji albo płatności przez telefon, do czego służył mu telefon, gdy nie był podłączony do sieci. Wszystkie dostępne informacje zbierane były w sposób deklaratywny, a w przypadku tak skomplikowanego gadżetu jak smartfon trudno w stu procentach polegać na ludzkiej pamięci.

Wyniki badania TNS Mobile Life z roku 2012 dowodzą, że ekran domowy, czyli główny ekran telefonu komórkowego staje się jednym z najcenniejszych typów powierzchni reklamowej w bitwie o serca i umysły konsumentów oraz w walce o udział w ich wydatkach. Stawka jest wysoka, jeżeli wziąć pod uwagę potencjał technologii mobilnych do osłabienia pozycji tradycyjnych źródeł siły marek i detalistów oraz do tworzenia przewagi konkurencyjnej dla marek, które potrafią odpowiednio skorzystać z tych technologii. Zbudowanie oferty, która może zapewnić stałą obecność marki w urządzeniach mobilnych konsumentów staje się priorytetem dla dyrektorów ds. marketingu (CMO).Osiągnięcie tego celu wymaga wdrożenia zintegrowanych działań, realizowanych przekrojowo na przestrzeni całego przedsiębiorstwa, oraz nowego postrzegania technologii mobilnych, jako zasadniczego obszaru działalności, a nie wyłącznie jako kolejnego, dodatkowego kanału marketingowego.

Rynek żywności ekologicznej według SPZZ (Stowarzyszenia Producentów Zdrowej Żywności)

Rocznie sprzedaż ekologicznych produktów zwiększa się o ponad 20 proc. Do 2015 roku rynek będzie wart 700 mln zł, wobec obecnych 450 mln zł. Świadomość Polaków dotycząca zdrowej żywności jest jeszcze stosunkowo niska. Z badań przeprowadzonych przez OBOP na zlecenie Organic Farma Zdrowia wynika, że tyko 4 proc. Polaków wie, czym jest żywność ekologiczna.

Rynek żywności ekologicznej to dynamicznie rozwijający się obszar zielonej gospodarki. Ilość produktów i producentów jest jeszcze stosunkowo skromna, ponieważ koszty produkcji żywności ekologicznej są znacznie wyższe niż tej konwencjonalnej i w konsekwencji jest ona droższa.

Żywność wytwarzana jest metodami naturalnymi w czystym i bezpiecznym środowisku, bez nawozów sztucznych i syntetycznych środków ochrony roślin, antybiotyków, hormonów wzrostu i genetycznie modyfikowanych organizmów. Są to zasadnicze różnice pomiędzy gospodarstwami ekologicznymi i tradycyjnymi.

Przez ostatnie lata dynamicznie rosła grupa rolników, producentów żywności ekologicznej, których jest już ponad 20 tysięcy. Zwiększał się też areał takich upraw, który wynosi dziś 0,5 mln ha.

W produkcji ekologicznej hoduje się zazwyczaj rodzime gatunki zwierząt oraz stosuje się najwyższej jakości pasze. Ponadto zwierzęta hodowane są w ekologicznych i zdrowych warunkach. Rynek produktów zdrowej żywności w Polsce znajduje się w początkowym stadium rozwoju, jednak produkty z ekologicznych gospodarstw cieszą się dużą ciągle rosnącą popularnością. Jest to związane ze słusznym przekonaniem, że żywność z produkcji przemysłowej jest mniej smaczna i może zagrażać zdrowiu i życiu.

Bardzo ważnym elementem rolnictwa ekologicznego jest ustanowiony system kontroli i certyfikacji. W Polsce producenci zdrowej, ekologicznej żywności zrzeszeni są m.in. w Stowarzyszeniu Producentów Zdrowej Żywności. Certyfikat nadawany wyrobom pochodzącym z gospodarstw przyjaznych środowisku i których cały cykl produkcyjny był bezpieczny dla środowiska, beż użycia nawozów mineralnych, z ekonomicznym wykorzystaniem zasobów naturalnych. Producenci, przetwórcy oraz handlowcy chcący oznaczać tym znakiem swoje wyroby muszą uzyskać certyfikat nadany przez uprawnioną jednostkę i jednocześnie będący członkami SPZZ.

Mieszkania dla Młodych najwcześniej w 2014 roku – zbyt wczesna promocja programu hamuje rynek nieruchomości

Oczekiwanie na rządowy program „Mieszkanie dla Młodych” hamuje rynek nieruchomości. Wiele osób może zdecydować się na odłożenie inwestycji, tymczasem nie wiadomo, kiedy i w jakim kształcie program ruszy. Polska Izba Nieruchomości zwraca jednak uwagę, że ten rok jest bardzo dobry na kupowanie nowych mieszkań, bo ceny są niskie, a dostępność mieszkań – duża.

Kupujący nowe mieszkania mają z czego wybierać, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym, bo deweloperzy w ostatnich latach oddali dużo nowych mieszkań w dobrym standardzie. Taka sytuacja prędko się nie powtórzy.

– To jest ostatni rok, kiedy można będzie wziąć kredyt na 100 proc., bo to już nie jest kwestia czy, tylko w jakim tempie zostanie wprowadzony obowiązkowy wkład własny. Prawdopodobnie zacznie się od 5, a skończy na 20 proc. za 3-4 lata – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Kania, prezes Polskiej Izby Nieruchomości.

Jak podkreśla, nie ma mowy o spowolnieniu i kryzysie na rynku nieruchomości w związku ze spadkiem liczby udzielanych kredytów. Co trzeci Polak i tak decyduje się na kupno za gotówkę, a dla pozostałych nadal dostępne są pożyczki. Prezes Izby zauważa jednak, że zupełnie inaczej jest na rynku deweloperskim.

– Deweloperzy muszą wyprzedać to, co mają. Proces budowlany jest kilkuletni, więc zanim zaczną budować od przyszłego roku po tym, jak pozbędą się tego nawisu i odzyskają gotówkę, która jest w tej chwili zainwestowana w nieruchomościach, to upłyną co najmniej dwa lata, żeby te oferty mogły wejść na rynek – mówi Mariusz Kania. – Już są bardzo twarde dane potwierdzające wyraźny spadek liczby rozpoczętych nowych inwestycji.

Według niego nie należy wiązać nadmiernych nadziei z rządowym programem „Mieszkanie dla młodych”, które zastąpi zakończoną w grudniu 2012 roku „Rodzinę na swoim”. Kania podkreśla, że nowy program obecnie na rynek wpływa jedynie negatywnie, skłaniając młodych Polaków do odłożenia inwestycji we własne mieszkanie.Wciąż jednak nie wiadomo, czy i kiedy rządowy plan uda się zrealizować.

Program „Mieszkanie dla młodych” znajduje się obecnie na etapie konsultacji społecznych. Wprowadzająca go ustawa ma zostać uchwalona w tym roku. Jednak eksperci wątpią, by udało się od przyszłego roku ruszyć z programem.

– Ten system jest na razie bardzo drogi i zbiegnie się jeszcze z kosztami ponoszonymi przez państwo z tytułu poprzedniego, czyli „Rodziny na swoim” – mówi prezes Polskiej Izby Nieruchomości.

Zgodnie ze wstępnymi założeniami program „Mieszkanie dla Młodych” ma być dostępny dla małżeństw i osób samotnych do 35. roku życia. Dopłaty będą obowiązywać jedynie na rynku pierwotnym dla mieszkań o powierzchni do 75 metrów kwadratowych. Te założenia mogą jednak ulec zmianie w trakcie prac legislacyjnych.

Czas postawić na nauczanie zawodu – edukację z praktykami zawodowymi

Dualny system kształcenia, polegający na łączeniu edukacji z praktykami zawodowymi, daje korzystne rezultaty na rynku pracy. Dzięki niemu młodzi ludzie szybciej zdobywają konkretne kwalifikacje zawodowe. Zdaniem Jerzego Bartnika, prezesa Związku Rzemiosła Polskiego, wzrost popularności takiego systemu może zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki. System dopłat do praktyk zawodowych pochłania z Funduszu Pracy 600 mln zł rocznie.

– System dualny daje olbrzymią szansę ludziom na to, aby znaleźli się na rynku pracy – mówi Jerzy Bartnik Agencji Informacyjnej Newseria. – Dotychczas ten system wprowadził na rynek pracy bardzo wiele osób, które podjęły taką decyzję u początku swojej kariery zawodowej. Niesie on w sobie możliwość zdobycia w procesie pracy pewnych kwalifikacji zawodowych, których dowodem jest dyplom czeladniczy czy ewentualnie w dalszej drodze mistrzowski.

Jak podkreśla prezes Związku Rzemiosła Polskiego, dyplom ten stanowi swego rodzaju drogowskaz dla młodych ludzi, gdyż mówi im w jakim zawodzie mogą szukać swojego miejsca.

– My pilnujemy tego, aby wraz z rozwojem techniki, technologii i cywilizacji osoby uprawiające zawody rzemieślnicze nie były pozbawione szans rozwoju osobistego – mówi Bartnik. – To jest droga, którą zmierzamy.

Tego rodzaju system kształcenia wdrażany jest w coraz większej ilości krajów. W ostatnim czasie wdrożyły go albo powróciły do niego Hiszpania i Szwecja. W Polsce i Niemczech istnieje on stale. Zdaniem Bartnika przyczynia się to do zmniejszenia bezrobocia w tym kraju.

– Mamy widoczne efekty – mówi prezes. – Szczególnie w gospodarce niemieckiej. Jeżeli w grupie wiekowej 18-24 lata oni mają około 8 proc. bezrobotnych, to znaczy, że osoby, które zakończyły w tym systemie pierwszy stopień swojej edukacji znajdują się bez problemu na rynku pracy.

Zdaniem prezesa Związku Rzemiosła Polskiego, dobre wyniki niemieckiej gospodarki są spowodowane nie tylko wyposażeniem technicznym tego kraju, ale także dobrymi kwalifikacjami niemieckich pracowników. W Polsce mimo obowiązywania systemu dualnego bezrobocie wśród osób w wieku 18-24 lata jest jednak większe.

– W przedziale wiekowym 18-24 mamy około 20 proc. bezrobotnych mimo dualnego systemu, ale dzisiaj uczy się w nim w rzemiośle około 83 tys. ludzi, a jest to 85 proc. wszystkich, którzy się w tym systemie uczą w Polsce – mówi Jerzy Bartnik. – Jeszcze w 2000 roku to było około 200 tys. ludzi, ale mamy niż demograficzny, mamy bogatą ofertę innych segmentów – dodaje.

Zdaniem Bartnika problemem jest pochopne wybieranie uczelni, które nie dają później dobrych perspektyw zawodowych. Mimo to w Polsce samo wyższe wykształcenie nadal daje prestiż.

– Upowszechnienie systemu kształcenia dualnego wymaga promocji, ale wymaga też pewnej zmiany mentalnej – twierdzi Jerzy Bartnik. – W naszym kraju wartość ma ten, który ukończył wyższą uczelnię i to się w środowisku, wśród znajomych roznosi. To jest to, co człowieka kształtuje w hierarchii wartości społecznej. Ale za chwilę przychodzi ocknięcie i ten dobrze wykształcony, pozostający bez pracy stacza się na niższe poziomy, bo jest drugi wyznacznik, czyli praca i efekt tej pracy, czyli zarobek.

Mimo niżu demograficznego i bogatej konkurencyjnej oferty edukacyjnej system dualny stopniowo zyskuje popularność. Kluczowe są tu odpowiednio wysokie zarobki w tej grupie.

– Jeżeli zarobki osób w tej grupie będą większe, to społeczeństwo samo dokona wyboru – przekonuje prezes Związku Rzemiosła Polskiego. – Zresztą już dzisiaj obserwuję, że coraz więcej osób przychodzi do nauki zawodu. To wymaga czasu. Paradoksalnie każdy kryzys przybliża nas do tego, żebyśmy zrozumieli, że praca ma swoją wartość, a praca kwalifikowana jest wysoko płatna.

Jerzy Bartnik krytykuje reformę szkolnictwa, która polegała m.in. na wprowadzeniu liceum profilowanego.

– My wtedy ostrzegaliśmy, że z liceum ambitni ludzie wyjdą ewentualnie z dyplomem, ale bez umiejętności zawodowej – mówi Bartnik. – Rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej okrutna, bo ani matury ani zawodu i 4 lata straconego czasu. Na to sobie żaden kraj nie może pozwolić, nawet najbogatsze społeczeństwa tą drogą nie chodzą.

Jego zdaniem najlepszą drogą reformowania edukacji jest kształcenie praktyczne, w kierunku zdobycia konkretnych kwalifikacji zawodowych.

– Nie ma innej drogi jak współpraca z pracodawcą i spełnianie jego oczekiwań, aby młody człowiek mógł się znaleźć w jego zakładzie – przekonuje prezes Związku Rzemiosła Polskiego. – To wymaga pracy, ale w te stronę zmierzamy. Dzisiaj mamy to potwierdzone poprzez kierunek nadany przez UE i to w 2011 i grudniu 2012, i przykłady wielu krajów UE. Co ciekawe, Chiny zauważyły, że mają barierę rozwoju przez wzgląd na to, że wyczerpały się proste zasoby zwykłej pracy, którą każdy może wykonywać, a potrzeba podnieść jakość produkcji, konkurencyjność poprzez wzrost kwalifikacji osób wykonujących określone zadania.

Osobną kwestią jest kwestia finansowania takiego systemu. Aktualnie warunki nie pozwalają polskim przedsiębiorcom, w przeciwieństwie do niektórych przedsiębiorców francuskich, na dobrowolne dotowanie tego systemu. System kształcenia dualnego jest więc wspierany jedynie ze środków z Funduszu Pracy.

– To nie są małe pieniądze, bo to w skali kraju jest około 600 mln złotych do systemu w części praktyk zawodowych, ale tym niemniej tak jak we Francji i w innych krajach, ten system trzeba na pewnym etapie bardzo wspierać – mówi Jerzy Bartnik. – Francja dzisiaj jest bardzo mądra, ponieważ na prawie 20 lat zaprzestała realizacji tego systemu i okazało się jak wielkie braki na rynku się pojawiły. Nie przypadkiem jest polski hydraulik we Francji jako symbol osoby, która wyjechała z kraju przygotowującego do zawodu do kraju, który oczekuje na rynku fachowca – dodaje.

Rafał Garszczyński i Krzysztof Busz dołączyli do zespołu ABC DATA

Rafał Garszczyński pokieruje komunikacją całej grupy ABC Data, a Krzysztof Busz stanie na czele jej marketingowej spółki. Przyjście nowych osób ma dać impuls do dalszego rozwoju firmy.

„ABC Data znajduje się w okresie dynamicznego rozwoju, który stawia przed nami nowe wyzwania zarówno w obszarze komunikacji jak i marketingu. Panowie Rafał Garszczyński i Krzysztof Busz mają ogromne doświadczenie w branży IT. Znają też doskonale specyfikę spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych. Bardzo liczymy, że ich umiejętności pomogą nam wprowadzić naszą grupę na jeszcze wyższy poziom” – powiedział Norbert Biedrzycki, Prezes ABC Data S.A..

Przed nowymi menedżerami spółka postawiła ważne wyzwania. Rafał Garszczyński pokieruje komunikacją zewnętrzną i wewnętrzną w Grupie. Będzie odpowiedzialny za strategię spółki m.in. w zakresie kontaktów z mediami branżowymi, finansowymi oraz inwestorami giełdowymi. Ma on być również odpowiedzialny za modernizację procesów komunikacyjnych wewnątrz ABC Data.

Krzysztof Busz od marca br. pełni funkcję Prezesa ABC Data Marketing. Do jego obowiązków będzie należało budowanie strategii rozwoju firmy, podnoszenie standardów obsługi oraz rozbudowa portfolio klientów. Do zadań nowego Prezes ABC Data Marketing należeć będzie kreowanie wizerunku i rozpoznawalności znaków towarowych spółki ABC Data oraz koordynowanie całości działań marketingowych Grupy.

„Jestem przekonany, że ogromne doświadczenie z zakresu zarządzania, znajomości rynku oraz olbrzymia energia jaką posiadają Rafał i Krzysztof przyczynią się do wzrostu naszych kompetencji wewnątrz i na zewnątrz spółki”– dodaje Norbert Biedrzycki, Prezes ABC Data S.A..

Rafał Garszczyński przez ostatnią dekadę związany był z giełdową spółką Comp, gdzie pełnił funkcję Dyrektora ds. Organizacji, Marketingu i Relacji Inwestorskich. Był również w tym czasie członkiem Rady Nadzorczej i Zarządu giełdowej Spółki Novitus S.A.W latach 2001 – 2003 utworzył i prowadził polskie przedstawicielstwo Epson Deutschland GmbH, za co był nominowany do tytułu Postaci Roku na rynku IT przez czytelników CRN Polska.

Wcześniej był związany z takimi firmami jak Dell, Philips i HP. Jest absolwentem Instytutu Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego.

Rafał Garszczyński osiąga sukcesy również poza branżą IT. Jest cenionym krytykiem muzycznym i autorem popularnego bloga „Subiektywny Dziennik Muzyczny” poświęconego jazzowi. Prowadzi również swój autorski program radiowy w Radio JAZZ.FM.

Krzysztof Busz przez ostatnie pięć lat był Dyrektorem Biura Marketingu w Sygnity S.A., gdzie odpowiadał między innymi za: marketing biznesowy i produktowy, komunikację oraz obszar analiz i badań marketingowych. Kierował projektami z zakresu zarządzania i budowania świadomości marki (był m.in. twórcą brandu Sygnity). Od lat związany z branżą IT w obszarze marketingu i sprzedaży. Doświadczenie zawodowe zdobywał między innymi w ComputerLand S.A., ELBA CSB SA, Kompass Poland Ltd.

Jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, studiów podyplomowych w Szkole Głównej Handlowej oraz Szkoły Strategii Marki przy SAR.