Holistyczne podejście do leczenia pomaga dłużej cieszyć się zdrowiem

Ponad 90 proc. przedwczesnych zgonów następuje w wyniku choroby cywilizacyjnej lub przewlekłej1. Tymczasem rozwojowi 80 proc. z nich można zapobiec2 – wystarczy tylko prawidłowo dbać o swoje zdrowie. Jak to zrobić, wykorzystując profilaktyczne znaczenie codziennych nawyków, wytłumaczy lekarz medycyny stylu życia.

Otyłość, nadciśnienie, problemy ze snem czy nałóg papierosowy – odpowiadają za rozwój większości chorób cywilizacyjnych, jak również obniżają jakość życia każdego z nas, także w kontekście naszych relacji społecznych. Zmiana stylu życia wymaga długofalowych działań, w tym procesie wspierać nas może lekarz medycyny stylu życia.

Konsultacje u lekarza medycyny stylu życia łączy poradę medyczną z ze zmianą codziennych nawyków oraz stylu życia. Lekarz prowadzi pacjenta przez cały proces budowania odpowiednich nawyków np. żywieniowych, zaplanuje harmonogram badań profilaktycznych, ustali cele i na bieżąco będzie monitorować stan jego zdrowia – mówi dr n.med. Patryk Poniewierza, Dyrektor Działu Medycznego Medicover, promotor medycyny stylu życia.

Medycyna stylu życia to stosunkowo młoda specjalność medycyny konwencjonalnej, która zamiast farmakoterapii, wykorzystuje terapeutyczne możliwości zmiany codziennych nawyków, jako profilaktykę i metodę leczenia chorób cywilizacyjnych, takich jak np. cukrzyca typu 2, otyłość, choroby sercowo-naczyniowe.

Do lekarza medycyny stylu życia możemy się zgłosić, gdy mamy zbyt wysokie ciśnienie lub cholesterol albo nie wiemy, jak rzucić palenie. Specjalność ta obejmuje sześć głównych obszarów, którymi są: zdrowa i zbilansowana dieta, regularna aktywność fizyczna, zdrowy sen, zarządzanie stresem, unikanie używek oraz relacje społeczne. Prawidłowe zachowania we wszystkich tych obszarach są kluczem do dłuższego życia w zdrowiu, jak również szczęścia osobistego.

Problemy ze snem, stres, a także brak regularnej aktywności fizycznej to tylko niektóre z czynników, które mają istotny wpływ zarówno na to, w jaki sposób postrzegamy sami siebie, jaki i nasze libido. Życie w zdrowiu i większa odporność to bezpośrednie korzyści związane ze stosowaniem się do zasad medycyny stylu życia. Wśród pośrednich warto wymienić m.in. fakt, że pacjenci uczą się na nowo „lubić” siebie samych, zmienia się sposób, w jaki siebie postrzegają, co sprzyja nawiązywaniu kontaktów społecznych – wylicza dr n.med. Patryk Poniewierza.

Porada u lekarza tej specjalności jest rekomendowana w ramach profilaktyki wszystkim osobom dorosłym, które chciałyby poprawić stan swojego zdrowia lub zachować dobrą formę. Szczególnie zaleca się ją pacjentom zmagającym się z przewlekłymi chorobami cywilizacyjnymi, takimi jak nadwaga, otyłość, cukrzyca czy nadciśnienie, w przypadku których istotnym elementem terapii jest wprowadzenie do codziennej rutyny odpowiednich nawyków prozdrowotnych.

Medycyna stylu życia pojawiła się w Medicover w grudniu 2022 r. i opiera się na ścisłej partnerskiej współpracy na linii lekarz-pacjent.
W trakcie pierwszej konsultacji, lekarz nie tylko przeprowadza pełen wywiad medyczny i wykonuje kompleksowe pomiary ciała, ale też edukuje pacjenta, pełniąc rolę przewodnika, powiernika, trenera i motywatora. Jednocześnie koordynuje przebieg całego procesu – nie tylko kontroluje postępy, ale też zapewnia kompleksową opiekę nad pacjentem.

Żyjemy w dużym pędzie i zostaje nam mało czasu na zastanowienie się, co możemy zrobić, aby poprawić swoje zdrowie. Często jesteśmy świadomi konieczności wprowadzenia zmian w stylu życia, ale dokonanie tego bywa dużym wyzwaniem. Lekarz medycyny stylu życia jest wsparciem dla pacjenta we wprowadzeniu nowych nawyków tak, aby były realne do zrealizowania i płynnie wpisały się w dotychczasową rutynę pacjenta. Przykładem jest dobranie odpowiedniej dawki i rodzaju aktywności fizycznej, czyli zalecenie sportu jako formy skutecznej profilaktyki. Chcemy pomóc pacjentowi zrozumieć, w jaki sposób styl życia wpływa na jego zdrowie – dodaje dr n.med. Patryk Poniewierza.

Na rynku IPO wciąż dominuje niepewność

Globalne spowolnienie gospodarcze, kontynuacja cyklu zaciskania polityki monetarnej oraz dynamiczna sytuacja geopolityczna wciąż negatywnie oddziałują na sytuację na rynku debiutów giełdowych. Wyniki najnowszej edycji raportu EY Global IPO Trends wskazują, że w okresie od kwietnia do czerwca 2023 roku na świecie zanotowano 310 transakcji, z których wpływy wyniosły 39 miliardów dolarów. Oznacza to odpowiednio spadki – rok do roku – o 3% i 5%. Analizując dane regionalne można jednak dostrzec pierwsze pozytywne sygnały – w rejonie Azji-Pacyfiku wartość transakcji wzrosła o 12%. Sektor technologiczny awansował na pozycję lidera w obszarze wartości, a w kategorii wolumenów przewodził sektor przemysłowy.

Najnowsza edycja raportu EY Global IPO Trends wskazuje na wciąż dominującą niepewność i poczucie wyczekiwania na rynku debiutów giełdowych (Initial Public Offering – IPO). W ujęciu ogólnoświatowym w okresie od kwietnia do czerwca 2023 roku liczba transakcji spadła – rok do roku – o 3% (z 321 do 310), a wpływy z nich o 5% (z 40,9 do 39 mld dolarów). Sytuacja ma jeszcze bardziej pesymistyczny wydźwięk, gdy pod uwagę wzięte zostanie całe półrocze. Pomiędzy styczniem a czerwcem 2023 r. liczba debiutów giełdowych zanotowała regres o 5% (z 647 do 615), jednak ich wartość była niższa aż o 36% (z 95,6 do 60,9 mld dolarów).

Każdy kolejny miesiąc gospodarczej niepewności wydłuża kolejkę firm, które pomimo pełnej gotowości nie zdecydowały się na rozpoczęcie procedury wejścia na giełdę. Wpływają na to ciągle wysokie stopy procentowe oraz generalnie niezadowalające wyniki osiągane przez organizacje, które w ostatnich miesiącach zdecydowały się na IPO. Chociaż na światowych rynkach zaczynają się pojawiać pierwsze pozytywne sygnały, a drugi kwartał roku był lepszy od pierwszego, nie należy się spodziewać znaczącej zmiany obecnego trendu w kolejnych miesiącach – mówi Anna Zaremba, Partnerka EY Polska, CFO Consulting, odpowiedzialna za rynek IPO.

Zielone wskaźniki w Azji-Pacyfiku oraz Amerykach

Sytuacja w obu Amerykach jest pełna sprzeczności. Z jednej strony liczba debiutów giełdowych zmniejszyła się w drugim kwartale – rok do roku – o 17% (z 41 do 34). Z drugiej strony ich wartość wzrosła o 151% (z 2,5 do 6,3 mld dolarów). Jest to jednak efektem tylko jednej transakcji – związanej z wyodrębnieniem części biznesowej jednego z przedsiębiorstw (ang. spin-off IPO). W Stanach Zjednoczonych obserwowana ostatnio poprawa nastrojów może zwiastować większą aktywność na rynku IPO na przełomie 2023 i 2024 roku. Jednocześnie niedawny kryzys na rynku bankowym może wydłużyć ten proces ponad horyzont czasowy przewidywany jeszcze na początku roku.

W okresie od kwietnia do czerwca 7 z 10 największych światowych IPO odbyło się w regionie Azji-Pacyfiku. W efekcie pomimo delikatnego spadku wolumenów (ze 194 do 190), odnotowano wzrost wartości o 12% (z 23,4 do 26,3 mld dolarów). W całym 2023 roku ten obszar geograficzny odpowiadał za około 60% globalnych IPO – zarówno w obszarze liczby transakcji, jak i przychodów.

Na tle innych części świata obszar EMEIA (Europa, Bliski Wschód, Afryka) prezentuje mało optymistyczny obraz. O ile w przypadku wolumenów, w drugim kwartale roku można zaobserwować stabilizację (86 – bez zmian r/r), to ich wartość zanotowała regres aż o 57% (z 15 do 6,4 mld dolarów). Patrząc na sam Stary Kontynent – w ujęciu półrocznym – percepcja może ulec poprawie. Chociaż liczba IPO spadła o 38% (ze 96 do 60) to przychód wzrósł o 8% (z 4,5 do 4,8 mld dolarów).

W przypadku Giełdy Papierów Wartościowych na debiut w drugim kwartale 2023 roku zdecydowały się 3 przedsiębiorstwa. Były to jednak wyłącznie spółki, które przeszły na główny parkiet z NewConnect i nie są uwzględnione w metodologii przyjętej w raporcie EY.

Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, gdy pojedyncza transakcja definiuje rynek debiutów giełdowych na przestrzeni całego kwartału. Jednocześnie jedno przeprowadzone z sukcesem IPO może być początkiem efektu kuli śnieżnej. Utrzymanie dobrych wycen po wejściu na giełdę przez firmy, które postanowiły spróbować otrzymać premię za odwagę będzie stanowiło sygnał dla innych przedsiębiorstw, że najwyższy czas wyjść z bloków startowych – dodaje Justyna Rawicka, Starsza Menadżerka w Dziale CFO Consulting, EY Polska.

Energetyka traci na atrakcyjności

Obserwowany w ostatnich miesiącach wzrost dyskusji dotyczących rozwoju sztucznej inteligencji znalazł swoje odzwierciedlenie również na rynku IPO. W drugim kwartale 2023 r. spółki z sektora technologicznego przesunęły się z trzeciego na pierwsze miejsce w obszarze wartości transakcji, odpowiadając za 25% globalnych wyników. W obszarze wolumenów na czele uplasował się sektor przemysłowy (22%).

Spadek cen nośników energetycznych przełożył się na sytuację firm z tej gałęzi gospodarki. W pierwszym kwartale odpowiadały one za 27% globalnej wartości IPO, w drugim ten odsetek spadł do 5%. Jednocześnie w obu kwartałach zaobserwowano niemal identyczny procentowy udział wolumenów (6% w 1 kw. i 5% w kw.).

Już wiemy, że obecny rok będzie stał pod znakiem oczekiwania na poprawę sytuacji ekonomicznej. Sygnały o zakończeniu procesu zacieśniania polityki monetarnej mogą pod koniec 2023 r. przełożyć się na zwiększoną gotowość do podjęcia przez przedsiębiorstwa decyzji o debiucie giełdowym. Część firm może jednak spróbować wcześniej przełamać obecny impas, bazując przede wszystkim na sytuacji w ich sektorze gospodarki. Dotyczy to zwłaszcza obszaru nowych technologii i szeroko zakrojonej dyskusji o rozwoju sztucznej inteligencji. Należy jednak pamiętać, że inwestorzy o wiele bardziej niż wcześniej zwracają uwagę na stabilność i przewidywalność biznesu – podsumowuje Magdalena Warpas, Partnerka w Zespole Doradztwa Strategicznego i Transakcji, EY Polska.

Dekarbonizacja sektora ICT

Więcej emisji niż widać na pierwszy rzut oka: Nawet nie biorąc pod uwagę boomu na kryptowaluty, globalny sektor ICT emituje tyle samo gazów cieplarnianych, co sektor lotniczy – wynika z analiz Allianz Trade. Sektor technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT) napędza wzrost gospodarczy, umożliwia transformację cyfrową, wspiera innowacje oraz promuje globalną współpracę i łączność. Korzyści te wiążą się jednak z kosztami: udział ICT w globalnej emisji gazów cieplarnianych wahał się od 1,8 do 2,8% w 2020 roku. W scenariuszu biznesowym, zakładającym, że intensywność emisji zużywanej energii elektrycznej pozostanie niezmieniona, sektor ICT będzie odpowiedzialny za 830 MT emisji CO2 do 2030 roku. I to przed uwzględnieniem boomu na kryptowaluty, takie jak Bitcoin i Ethereum, które zużywają do 240 terawatogodzin energii elektrycznej rocznie, czyli więcej niż roczne zużycie energii elektrycznej w Australii.

Dobrą wiadomością jest to, że perspektywy dekarbonizacji są lepsze w sektorze ICT. Jego ślad węglowy w dużej mierze zależy od koszyka energii elektrycznej, więc emisje prawdopodobnie będą stale spadać wraz ze wzrostem udziału odnawialnej energii elektrycznej i poprawą efektywności energetycznej urządzeń. Wielu operatorów telefonii komórkowej i przedstawicieli innych branż ICT wyznaczyło również cele w zakresie neutralności węglowej i zerowej emisji netto, które są zgodne ze ścieżką dekarbonizacji o 1,5°C, co również przyczyni się do utrzymania zużycia energii elektrycznej i emisji dwutlenku węgla pod kontrolą.[1] Pozostałe emisje można obniżyć poprzez optymalizację cyklu życia produktu, tj. ocenę doboru materiałów, wyboru projektu, produkcji i transportu.

Dekarbonizacja kryptowalut powinna być priorytetem, ale blockchain może również odegrać kluczową rolę w działaniach na rzecz klimatu. Wydobywanie bitcoinów odciąga energię elektryczną od innych priorytetów, takich jak elektryfikacja budynków, transportu i produkcji. Co więcej, nawet jeśli przejście na odnawialne źródła energii może potencjalnie zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych, nie można tego zrobić wystarczająco szybko, jeśli zapotrzebowanie na energię będzie nadal rosło, co może spowolnić wycofywanie elektrowni zasilanych paliwami kopalnymi. Niektóre kraje, takie jak Chiny, podjęły drastyczne środki i zakazały Bitcoina, ale wydaje się, że to tylko zepchnęło górników do podziemia: Chiny nadal są drugim co do wielkości wydobywcą Bitcoinów na świecie po Stanach Zjednoczonych. [2],[3] Mniej drastyczne środki mogą również sprzyjać redukcji emisji poprzez postęp technologiczny. Jednocześnie blockchain może być wykorzystywany do budowania zaufania i ambicji w negocjacjach klimatycznych poprzez zapewnienie interoperacyjnej i otwartej infrastruktury cyfrowej, która może umożliwić przejrzysty pomiar, raportowanie i śledzenie ustalonych na poziomie krajowym wkładów (NDC[4] ). Co więcej, ze względu na swoją przejrzystość i dostępność, blockchain może również pomóc w stworzeniu ram dla godnego zaufania i skalowalnego dobrowolnego rynku uprawnień do emisji dwutlenku węgla (VCM).

W opinii Allianz Trade decydenci będą musieli stymulować zmiany w zachowaniach konsumentów, aby jeszcze bardziej obniżyć emisyjność sektora ICT. Większość emisji pochodzi z urządzeń użytkowników i jest mało prawdopodobne, aby zachowania konsumentów zmieniły się drastycznie w kierunku korzystania z mniejszej liczby urządzeń w przyszłości. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Oznacza to, że zmiany te musiałyby zostać narzucone odgórnie poprzez regulacje lub zachęty.

Więcej emisji niż widać na pierwszy rzut oka

Nawet nie biorąc pod uwagę boomu na kryptowaluty i sztuczną inteligencję, globalny sektor ICT jest odpowiedzialny za tyle samo emisji gazów cieplarnianych, co lotnictwo. Branża technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT) odnotowała ogromny wzrost w ostatnich dziesięcioleciach, napędzany trendami takimi jak Internet rzeczy (IoT), wydobywanie kryptowalut, przetwarzanie w chmurze i ogólnie rosnąca zależność od Internetu i urządzeń elektronicznych. Wzrost ten wzbudził jednak obawy dotyczące wpływu na środowisko, a w szczególności śladu węglowego. Obecne szacunki wskazują, że udział ICT w globalnej emisji gazów cieplarnianych (GHG) wahał się od 1,8% do 2,8% w 2020 r. ,[5] równoważny udziałowi sektora lotniczego.

Wykres 1 przedstawia prognozy Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU) dotyczące emisji sektora w scenariuszu „biznes-jak-zwykle” (BAU), a także scenariusz zgodny z ograniczeniem globalnego ocieplenia do 1,5°C, z których oba zostały rozszerzone na potrzeby niniejszego raportu.[6] W scenariuszu BAU, przy założeniu, że intensywność emisji zużywanej energii elektrycznej pozostanie niezmieniona, sektor ICT będzie odpowiedzialny za 830 MT emisji CO2 do 2030 roku.

Przedstawione tu dane obejmują emisje pochodzące od użytkowników, tj. emisje z zakresu 3, co wyjaśnia duże wartości. Ślad węglowy sektora ICT obejmuje dwa komponenty – emisje ucieleśnione i emisje operacyjne. Emisje ucieleśnione[7] obejmują emisje pochodzące z produkcji i instalacji sprzętu i urządzeń. Emisje operacyjne wynikają z fazy użytkowania tych sieci i urządzeń, głównie w oparciu o poziom zużycia energii elektrycznej i związane z tym emisje z globalnego koszyka energii elektrycznej w tym okresie. Emisje ucieleśnione stanowią około 30% całkowitego śladu węglowego, podczas gdy emisje operacyjne stanowią większość – około 70% całkowitych emisji. [8]

Wykres 1: Globalne trajektorie emisji gazów cieplarnianych w sektorze ICT dla scenariusza 1,5˚CGlobalne trajektorie emisji gazów cieplarnianych w sektorze ICT

Źródła: ITU-T, Malmodin. J (2020), Freitag et.al (2021), Allianz Research. Uwaga: Ponieważ prognozy ITU dotyczące scenariusza 1,5˚C są przedstawiane jako zalecenie, branże ICT nie są zobowiązane do przestrzegania tego dobrowolnego standardu, a realistyczna trajektoria będzie znajdować się między scenariuszem BAU a scenariuszem 1,5˚C.

Ta niepokojąca trajektoria nie uwzględnia boomu na kryptowaluty i sztuczną inteligencję, które przyczyniają się do znacznego śladu węglowego. Bitcoin, na przykład, spopularyzował mechanizm proof-of-work (PoW)[9] do walidacji transakcji w łańcuchu bloków, a wiele innych firm poszło w jego ślady. Mechanizm ten okazał się jednak jak dotąd pożeraczem energii ze względu na wysokie zapotrzebowanie na moc obliczeniową. Bitcoin i Ether zużywają tyle energii elektrycznej, co Holandia lub Austria (wykres 2). Wyższe ceny energii elektrycznej pozwalająw opinii Allianz Trade jedynie energooszczędnym komputerom nowej generacji pozostać konkurencyjnymi w miarę upływu czasu, ponieważ w przeciwnym razie koszty produkcji każdego Bitcoina mogłyby okazać się zbyt wysokie. Dążąc do wyższych marż zysku, górnicy kryptowalut mają tendencję do zakładania swoich operacji w krajach o niższych cenach energii elektrycznej, zwykle w gospodarkach rozwijających się (wykres 3), które mają zwykle wyższy udział paliw kopalnych w swoim koszyku energetycznym. W rezultacie wydobycie kryptowalut w znacznym stopniu przyczynia się do emisji (wykres 4).

Wykres 2 : Łączne roczne zużycie energii elektrycznej przez Bitcoin i Ethereum w porównaniu z niektórymi państwami członkowskimi UEŁączne roczne zużycie energii elektrycznej przez Bitcoin i Ethereum w porównaniu z niektórymi państwami członkowskimi UE

Źródło : EBC[10] , Eurostat, Cambridge Centre for Alternate Finance[11] , Allianz Research

Wykres 3 : Rozwój globalnego hashrate Bitcoin[12] (średnie miesięczne)Rozwój globalnego hashrate Bitcoin[12] (średnie miesięczne)

Źródło : NASDAQ[13] , Cambridge Centre for Alternate Finance, Allianz Research

Wykres 4: Zużycie energii elektrycznej przez Bitcoin (rocznie)Zużycie energii elektrycznej przez Bitcoin

Źródło: Cambridge Centre for Alternate Finance, Allianz Research

Na koniec kwietnia 2023 r. globalny hashrate bitcoinów, który reprezentuje ilość aktywności wydobywczej, był dwukrotnie wyższy niż w styczniu 2022 r. Jeśli trend ten utrzyma się bez kontroli, zapotrzebowanie na energię, a co za tym idzie wszelkie związane z nim emisje, mogą okazać się śmiertelne dla celów klimatycznych.

Ostrzegawcza opowieść o głodzie energii Bitcoina sugeruje, że inne wschodzące i zyskujące na popularności technologie powinny zostać zbadane pod kątem ich wpływu na środowisko. Kilku badaczy z Google, UC Berkeley i Meta, między innymi, badało emisje związane z obciążeniami związanymi z uczeniem maszynowym (szkolenie modeli AI jest jednym z takich obciążeń). Skupiając się na emisjach związanych z energią operacyjną, stwierdzono, że faza szkolenia AI jest wysoce energochłonna, a co za tym idzie – emisyjna. W badaniach porównano zużycie energii przez różne modele, z których jednym jest trzeci Generative Pre-trained Transformers (GPT-3) firmy OpenAI, który odnotował najwyższe zużycie energii i emisje w całej grupie. W fazie treningowej zmierzone zużycie energii wyniosło 1287 MWh, a powiązane emisje operacyjne (zależne od lokalizacji ze względu na koszyk energetyczny) obliczono na 552,1 tCO2e. [14]

Emisje operacyjne (z badań i rozwoju sztucznej inteligencji i chipów) są zlokalizowane głównie w Stanach Zjednoczonych, biorąc pod uwagę ich wysoką wydajność badań nad sztuczną inteligencją i chipami sztucznej inteligencji. Ale emisje ucieleśnione (z produkcji chipów) można znaleźć gdzie indziej. Na przykład NVIDIA staje się liderem w opracowywaniu chipów sztucznej inteligencji, ale nadal polega na Taiwan Semiconductor Manufacturing Co Ltd do produkcji chipów, co oznacza, że należy również wziąć pod uwagę koszyk energetyczny zakładu produkcyjnego i emisje z transportu.

Jak obniżyć emisyjność sektora ICT?

Dobrą wiadomością jest to, że perspektywy dekarbonizacji są lepsze w sektorze ICT. Jego ślad węglowy w dużej mierze zależy od koszyka energii elektrycznej, więc emisje prawdopodobnie będą stale spadać wraz ze wzrostem udziału odnawialnej energii elektrycznej i poprawą efektywności energetycznej urządzeń. Wielu operatorów telefonii komórkowej i przedstawicieli innych branż ICT wyznaczyło również cele w zakresie neutralności węglowej i zerowej emisji netto, które są zgodne ze ścieżką dekarbonizacji o 1,5°C, co również przyczyni się do utrzymania zużycia energii elektrycznej i emisji dwutlenku węgla pod kontrolą.[15] Pozostałe emisje można obniżyć poprzez optymalizację cyklu życia produktu, tj. ocenę doboru materiałów, wyborów projektowych, produkcji i transportu.

Osiągnięcie zerowego poziomu emisji netto w sektorze ICT zajmie jednak krajom rozwijającym się więcej czasu. Kraje rozwijające się znalazłyby się na odległym końcu osi czasu dla ścieżki dekarbonizacji, ze względu na wyzwania związane z ekologizacją szybko rozwijającego się sektora energii elektrycznej. Prawdopodobnie nawet po roku 2050, z opóźnionym przejściem na zerową emisję netto. Dla kontrastu, na przykład sektor ICT w Europie mógłby osiągnąć ten sam cel stosunkowo wcześniej, będąc ambitnym prekursorem przejścia na zerową emisję netto.[16]

Dekarbonizacja kryptowalut jest priorytetem. Wydobywanie bitcoinów odciąga energię elektryczną od innych priorytetów, takich jak elektryfikacja budynków, transportu i produkcji. Co więcej, nawet jeśli przejście na odnawialne źródła energii może potencjalnie obniżyć emisję gazów cieplarnianych, nie można tego zrobić wystarczająco szybko, jeśli zapotrzebowanie na energię będzie nadal rosło, co może spowolnić wycofywanie elektrowni na paliwa kopalne. Rządy zwracają na to uwagę: Wezwania do działania w Europie pochodzą od szwedzkiej instytucji finansowej i EBC, ponieważ roczne emisje z wydobywania kryptowalut mogą zagrozić ukierunkowanym oszczędnościom emisji gazów cieplarnianych dla wielu krajów strefy euro.[17],[18]   Posłowie do parlamentu zwrócili się do Komisji Europejskiej o przedstawienie wniosku ustawodawczego w celu uwzględnienia wszelkich działań związanych z wydobywaniem kryptowalut, które w znacznym stopniu przyczyniają się do zmian klimatu, w unijnej systematyce zrównoważonych działań do stycznia 2025 r.[19]

Jednocześnie, aby powstrzymać wydobycie kryptowalut przed przenoszeniem się do lokalizacji o niższych cenach energii elektrycznej i zmniejszyć zapotrzebowanie na energię, niektóre kraje wydały całkowite zakazy. Na przykład Chiny wydały zakaz wszystkich transakcji kryptograficznych i wydobycia w 2021 roku. Skuteczność tego zakazu jest jednak dyskusyjna, ponieważ po prostu zepchnął on górników do podziemia: Chiny nadal są drugim co do wielkości wydobywcą Bitcoinów na świecie po Stanach Zjednoczonych. [20],[21] Mniej drastyczne środki mogą również sprzyjać redukcji emisji poprzez postęp technologiczny. Ethereum dało taki przykład, przechodząc na inny mechanizm konsensusu zwany proof-of-stake (PoS)[22] w 2022 roku. Połączenie sieci głównej Ethereum z oddzielnym blockchainem PoS o nazwie Beacon Chain zmniejszyło zapotrzebowanie Ethereum na energię o 99,95%[23] .

Blockchain ma do odegrania pewną rolę w dekarbonizacji i działaniach na rzecz klimatu.[24] Może on pomóc w budowaniu zaufania i ambicji w negocjacjach klimatycznych, zapewniając interoperacyjną i otwartą infrastrukturę cyfrową, która może umożliwić przejrzysty pomiar, raportowanie i śledzenie ustalonych na poziomie krajowym wkładów. Co więcej, biorąc pod uwagę jego przejrzystość i dostępność, blockchain może również pomóc w zbudowaniu ram dla godnego zaufania i skalowalnego dobrowolnego rynku emisji dwutlenku węgla (VCM) w celu handlu jednostkami emisji dwutlenku węgla. Uczestnicy mogą poruszać się po rejestrach emisji dwutlenku węgla na blockchainach, zapewniając globalną koordynację cen i podaży. Cyfrowe narzędzia pomiaru, raportowania i weryfikacji, takie jak inteligentne liczniki i czujniki, mogłyby również pomóc nabywcom w ocenie skuteczności wysiłków na rzecz pochłaniania dwutlenku węgla. Takie rynki sprzyjałyby usprawnionemu odkrywaniu i zakupowi jednostek emisji dwutlenku węgla, zmniejszając zależność od pośredników, co z kolei obniżyłoby koszty transakcji, zapewniając, że większa część finansów faktycznie trafi do twórców projektów. Cyfryzacja kredytów węglowych poprawiłaby dostępność do konwencjonalnych rynków finansowania emisji dwutlenku węgla. Zezwalając na ułamkową własność kredytów, osoby fizyczne i mniejsze organizacje również mogą w nich uczestniczyć. Tokenizacja sprawia również, że kredyty o wysokiej wartości, takie jak kredyty na usuwanie dwutlenku węgla oparte na technologii, są dostępne dla małych nabywców. Szerszy dostęp do kompensacji emisji dwutlenku węgla sprzyjałby działaniom na rzecz klimatu.

Podobnie, sztuczna inteligencja mogłaby pomóc w zmniejszeniu globalnych emisji gazów cieplarnianych o około 1,5-4,0% do 2030 r. dzięki wzrostowi produktywności i wydajności. Największy bezwzględny potencjał redukcji emisji (lub do -2,2% w ujęciu względnym) zostałby zrealizowany w sektorze energetycznym dzięki ulepszeniom, takim jak lepiej zaplanowana infrastruktura sieciowa. Następny w kolejności jest sektor transportu, z obiecującym potencjałem redukcji emisji do -1,7% dzięki inteligentnej nawigacji i technologiom zautomatyzowanej jazdy. Sektory rolnictwa i gospodarki wodnej odniosłyby korzyści z punktu widzenia ochrony środowiska, ponieważ wykorzystanie sztucznej inteligencji w zastosowaniach rolniczych pomogłoby zmniejszyć emisje, jednocześnie zwiększając bezpieczeństwo żywnościowe i wodne dzięki zoptymalizowanej alokacji i wykorzystaniu zasobów.[25],[26]

Jeśli wyniki badań nad sztuczną inteligencją i robotyką zostaną wykorzystane jako miernik rozwoju sztucznej inteligencji, Stany Zjednoczone, Chiny i Wielka Brytania znajdą się na szczycie (rysunek 5). Jeśli weźmie się pod uwagę wyłącznie publikacje na temat sztucznej inteligencji, Chiny i USA przodują w badaniach, a za nimi plasują się Indie, zakładając, że trendy z ostatnich porównywalnych szacunków pozostaną aktualne do dziś[27],[28] .

Wykres 5 Trendy w wynikach badań nad sztuczną inteligencją i robotykąTrendy w wynikach badań nad sztuczną inteligencją i robotyką

Źródło: Nature[29] , Allianz Research

Uwaga: Dane odnoszą się wyłącznie do artykułów opublikowanych w 82 wysokiej jakości czasopismach naukowych. Wykres przedstawia całkowitą liczbę artykułów na temat sztucznej inteligencji i robotyki opublikowanych w tych czasopismach na całym świecie, podczas gdy udział autorów/instytucji wnoszących wkład odzwierciedla 5 krajów wiodących w badaniach nad tymi tematami.

Sztuczna inteligencja już poprawiła wydajność w europejskim sektorze przemysłowym, a Niemcy przodują pod względem liczby firm, które przyjęły sztuczną inteligencję w swojej działalności (rysunek 5). Zaowocowało to zwiększeniem ilości i jakości produkcji, przy zmniejszonym zapotrzebowaniu na energię i surowce, a także przekłada się na zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych i odpadów przemysłowych. Sztuczna inteligencja pomaga również osiągnąć lepszą synergię popytu i podaży energii.

Wykres 6: Przedsiębiorstwa w państwach członkowskich UE korzystające z co najmniej jednej technologii AI w 2021 r., liczby w kolumnach odnoszą się do liczby przedsiębiorstw w tysiącach

Źródło: Eurostat, Allianz Research. Uwaga: Mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniające mniej niż 10 pracowników) są wyłączone z tej reprezentacji danych.

Decydenci będą musieli stymulować zmiany w zachowaniach konsumentów, aby jeszcze bardziej obniżyć emisyjność sektora ICT. Większość emisji pochodzi z urządzeń użytkowników i jest mało prawdopodobne, aby zachowania konsumentów zmieniły się drastycznie w kierunku korzystania z mniejszej liczby urządzeń w przyszłości. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Oznacza to, że zmiany te musiałyby zostać narzucone odgórnie poprzez regulacje lub zachęty.

[1] GSM Association (2022). Mobile Net Zero: Stan branży w zakresie działań na rzecz klimatu 2022

[2] Biały Dom (2022). Wpływ kryptoaktywów na klimat i energię w Stanach Zjednoczonych

[3] Forkast (2022). Chiny zakazały wydobywania Bitcoinów i stały się drugim na świecie górnikiem Bitcoinów

[4] NDC to termin określający politykę klimatyczną i zobowiązania krajów do redukcji emisji w ramach negocjacji klimatycznych ONZ.

[5] Freitag, C., Berners-Lee, M., Widdicks, K., Knowles, B., Blair, G. S., & Friday, A. (2021). Rzeczywisty klimat i transformacyjny wpływ ICT: Krytyka szacunków, trendów i regulacji. Patterns, 2(9), 100340.

[6] ITU zapewnia dane do 2030 r., począwszy od roku bazowego 2015. Aby nakreślić całościowy obraz rozwoju emisji, dane historyczne dotyczące całkowitych emisji sektorowych pochodziły z okresowo przeprowadzanych badań wykorzystujących podobne metodologie, które zostały przeskalowane do poziomu podsektora w oparciu o założenie, że proporcjonalny wkład w całkowite emisje pozostaje stały w czasie, przy użyciu Malmodin, J. (2020) (The ICT Sector’s Carbon Footprint. Prezentacja na konferencji techUK w London Tech Week na temat „dekarbonizacji danych”). Dane dla lat od 2030 r. zostały wygenerowane przy użyciu ekstrapolacji liniowej, przy założeniu, że cały sektor osiągnie cele zerowe netto najpóźniej do 2050 roku.

[7] Kilku badaczy argumentuje, że emisje ucieleśnione powinny również uwzględniać emisje handlowe, ponieważ globalizacja ułatwiła import sprzętu ICT lub outsourcing produkcji, umożliwiając tym samym uchylanie się od odpowiedzialności za emisje.

[8] Freitag, C., Berners-Lee, M., Widdicks, K., Knowles, B., Blair, G. S., & Friday, A. (2021). Rzeczywisty klimat i transformacyjny wpływ ICT: Krytyka szacunków, trendów i regulacji. Patterns, 2(9), 100340.

[9] Proof-of-work (PoW) to mechanizm konsensusu, który nagradza członków sieci za wykorzystanie mocy obliczeniowej do rozwiązania złożonej zagadki matematycznej. Służy on do walidacji transakcji i otwierania nowych bloków.

[10] EBC (2022). Wydobywanie środowiska – czy ryzyko klimatyczne jest wyceniane w kryptoaktywach?

[11] Cambridge Centre for Alternative Finance (2022). Indeks zużycia energii elektrycznej Bitcoin

[12] Hash rate odnosi się do ilości mocy obliczeniowej wymaganej przez sieć blockchain

[13] Nasdaq Data Link (2023). Bitcoin Hash Rate

[14] Patterson, D; et al. (2021). Emisje dwutlenku węgla i duże sieci neuronowe

[15] GSM Association (2022). Mobile Net Zero: Stan branży w zakresie działań na rzecz klimatu 2022

[16] Komisja Europejska (2022). Cele UE w zakresie energii odnawialnej

[17] EBC (2022). Wydobywanie środowiska – czy ryzyko klimatyczne jest wyceniane w kryptoaktywach?

[18] Szwedzki Urząd Nadzoru Finansowego (2021). Kryptoaktywa stanowią zagrożenie dla transformacji klimatycznej – energochłonne wydobycie powinno zostać zakazane

[19] Parlament Europejski (2022). Kryptowaluty w UE: nowe przepisy zwiększające korzyści i ograniczające zagrożenia

[20] Biały Dom (2022). Wpływ kryptoaktywów na klimat i energię w Stanach Zjednoczonych

[21] Forkast (2022). Chiny zakazały wydobywania Bitcoinów i stały się drugim na świecie górnikiem Bitcoinów

[22] Proof-of-stake (PoS) został opracowany jako alternatywa dla oryginalnego mechanizmu konsensusu proof-of-work. Jest on mniej wymagający obliczeniowo, a w konsekwencji mniej energochłonny.

[23] Ethereum (2023). Wydatek energetyczny Ethereum

[24] Światowe Forum Ekonomiczne (2023). Blockchain dla skalowania działań na rzecz klimatu

[25] Microsoft i PwC (2019). Jak sztuczna inteligencja może zapewnić zrównoważoną przyszłość

[26] IEA (2017). Cyfryzacja i energia

Handel, gastronomia i przemysł najwięcej zalegają zarządcom nieruchomości

Zapewnienie bezpieczeństwa eksploatacyjnego i energetycznego użytkownikom obiektów komercyjnych to nie jedyne zadanie zarządców nieruchomości. Równie ważne jest też gospodarowanie finansami nieruchomości, a konkretnie obsługa należności. Z tym ostatnim niestety zarządcy mają problem. Niesolidni najemcy są im winni 73 mln zł – najwięcej z branż: handlowej, gastronomicznej i przemysłowej. Nie ułatwia to zarządcom spłaty przeterminowanych zobowiązań finansowych, które, według Krajowego Rejestru Długów, dziś wynoszą ponad 131,7 mln zł.

Łączne zadłużenie firm z branży zarządzania nieruchomościami wynosi 131,7 mln zł. Zmaga się z nim 2320 przedsiębiorstw, głównie spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, które stanowią 67 proc. dłużników. Mają też większość, bo 104 mln zł łącznego zadłużenia. Podczas gdy długi jednoosobowych działalności gospodarczych z tego sektora wynoszą 27,7 mln zł. Statystyczny dług jednej zadłużonej firmy to 56,7 tys. zł.

Pod względem lokalizacji największe zadłużenie notują firmy z województwa mazowieckiego. Dług zarządców przekracza tam 49,4 mln zł. W znacznej części odpowiedzialna jest za to firma-rekordzistka z Warszawy zadłużona na 20,5 mln zł wobec spółki Skarbu Państwa i firmy windykacyjnej. Ponad 22,7 mln zł wynoszą długi zarządców z województwa łódzkiego, a blisko 17,1 mln zł – śląskiego.

Rosnące koszty przytłaczają zarządców

W gronie największych wierzycieli firm zajmujących się obsługą nieruchomości komercyjnych znajdują się przede wszystkim instytucje finansowe (banki, firmy windykacyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe). Zarządcy są im winni 72,1 mln zł. Dalej na liście wierzycieli jest administracja publiczna (15,5 mln zł), tuż za nią firmy budowlane (12,4 mln zł) oraz dostawcy energii elektrycznej (6,2 mln zł).

Oprócz rosnących rat kredytów i kosztów ubezpieczenia nieruchomości, najwięcej problemów, zwłaszcza w ostatnim czasie, przysporzyło zarządcom zapewnienie gospodarki energetycznej w budynkach, w związku z gwałtownie rosnącymi cenami prądu. Mimo że na początku 2023 roku rząd wdrożył program 5 miliardów złotych pomocy dla przedsiębiorstw, które odczuły skutki wysokich cen gazu i energii wywołanych pandemią oraz wojną na Ukrainie, to jednak większość zarządców miała podpisane długoterminowe umowy, więc nie mogła skorzystać z tej pomocy. Do tego doszedł wzrost kosztów utrzymania nieruchomości, jak również wzrost kosztów zatrudnienia, bo przecież takie firmy muszą zatrudniać wykwalifikowany personel. Nie zawsze temu wszystkiemu towarzyszy równie dynamiczny wzrost przychodów za zarządzanie nieruchomościami. Stąd niestety prosta droga do zadłużenia – wyjaśnia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Choć resort rozwoju przygotował w tym roku kolejne transze pomocy na drogi prąd i gaz dla przedsiębiorców, to raczej mało prawdopodobne, że skorzystają z nich właśnie zarządcy. Już dziś firmy z tego rynku obawiają się, że w przyszłym roku wiele z nich będzie zmuszonych zamknąć działalność.

Brak konsekwencji przyczyną zadłużenia

Ale pamiętajmy, że zarządcy plasują się pomiędzy właścicielami nieruchomości, którzy oczekują określonych zwrotów z inwestycji, a najemcami, którzy dość mocno ucierpieli w pandemii i którzy kolejnych podwyżek czynszów, indeksacji umów czy rosnących opłat eksploatacyjnych mogą po prostu nie udźwignąć. Stąd pośrednio za długi zarządców odpowiadają właśnie jej klienci, którzy wstrzymują należności lub płacą z dużym opóźnieniem. To oczywiście utrudnia terminowe regulowanie własnych zobowiązań.

Według danych Krajowego Rejestru Długów nierzetelni płatnicy są winni zarządcom 73 mln zł, czyli ponad połowę całego zadłużenia branży. Największymi dłużnikami zarządców są firmy handlowe, które zalegają 19,1 mln zł (lwia część tej kwoty – 13,3 mln zł – przypada na najemców detalicznych). 11,3 mln zł zarządcy muszą odzyskać od firm z branży HoReCa (w tym przede wszystkim od restauracji – 7,6 mln zł). Niewiele mniej, bo 8,9 mln zł są im winni różni producenci. Ale branża ma też dłużników w sektorze edukacji, prywatnej służby zdrowia czy instytucji kulturalnych.

Można doszukiwać się wielu przyczyn zadłużenia, ale jednym z głównych problemów zarządców jest też brak konsekwencji w egzekwowaniu należności. Wynika to z faktu, że rzadko kiedy wpisują oni dłużników do biur informacji gospodarczej. W niewielkim stopniu pobierają również raporty na temat potencjalnych najemców, aby sprawdzić, czy dany klient terminowo spłaca swoje zobowiązania. Tymczasem takie raporty są ważnym elementem przewagi biznesowej. Dzięki nim, już na etapie zawierania umowy najmu, można na przykład zażądać dodatkowych gwarancji czy zabezpieczeń przyszłych płatności. Niewielu zarządców jak na razie korzysta z tych możliwości – mówi Katarzyna Mikołajczyk, ekspert rynku zarządzania nieruchomościami w Krajowym Rejestrze Długów.

Warto dodać, że takie raporty są pomocne, nawet wtedy, gdy potencjalny najemca nie jest notowany w rejestrze dłużników. Mogą bowiem znacznie zminimalizować ryzyko biznesowe i pomóc zarządcy w podjęciu decyzji o ewentualnej współpracy, za sprawą analizy wiarygodności płatniczej. Niezwykle przydatnym rozwiązaniem chroniącym płynność finansową zarządcy jest też usługa monitoringu, dzięki której można na bieżąco otrzymywać informacje o tym, czy sytuacja płatnicza ich najemcy nie pogarsza się.

Dynamiczny wzrost zainteresowania kredytami mieszkaniowymi w czerwcu 2023 r.

O 26,5% wzrosła wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe w czerwcu 2023 r. – informuje BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM). Wartość Indeksu oznacza, że w czerwcu 2023 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 26,5% w porównaniu do czerwca 2022 r.

W czerwcu 2023 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 22,01 tys. potencjalnych kredytobiorców w porównaniu do 19,51 tys. rok wcześniej – jest to wzrost o 12,8%. W porównaniu do maja 2023 r. liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy jednak spadła o 1,6%.

Średnia wartość wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w czerwcu br. wyniosła 382,06 tys. zł i była wyższa o 12,1% w relacji do wartości z czerwca 2022 r. W porównaniu do maja 2023 r. była wyższa o 0,7%.

– Czerwcowy odczyt BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wystrzelił i pokazuje, że w czerwcu br. złożono wnioski kredytowe na wartość o 26,5% wyższą niż przed rokiem. Interpretując tę informację trzeba jednak pamiętać, że od maja 2021 r. aż do sierpnia 2022 r., gdy odnotowaliśmy najniższy odczyt wartości Indeksu i był on w silnym trendzie spadkowym, tworzy on obecnie oraz aż do sierpnia br. niską bazę dla porównań z 2022 r. Właśnie efekt statystyczny niskiej bazy z czerwca 2022 r. częściowo odpowiada za tak wysoki czerwcowy odczyt BIK Indeksu – PKM. I jak pisałem przed miesiącem, kolejny po maju dodatni odczyt Indeksu jest symptomem trwałej poprawy sentymentu do kredytów mieszkaniowych – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk Grupy BIK i dodaje, że nadal warto śledzić zachowanie dwóch składowych Indeksu, tj. liczbę osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy oraz średnią kwotę wnioskowanego kredytu.

– W mojej opinii, wskaźnikiem najlepiej pokazującym bieżącą sytuację popytu na kredyty mieszkaniowe jest w obecnej sytuacji rynkowej liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy. W tym aspekcie czerwiec br. przyniósł ponownie liczbę wnioskodawców na poziomie ponad 22 tys. Oprócz wzrostu zdolności kredytowej, do której przyczynił się nie tylko spadek bufora, ale również wzrost wynagrodzeń (ich realna wartość jest coraz mniej ujemna), dojdzie jeszcze jeden powód wzrostu zainteresowania kredytami mieszkaniowymi. Jest nim uruchomiony z początkiem lipca br. rządowy program Pierwsze Mieszkanie. Z jednej strony oczekiwanie na jego rozpoczęcie wstrzymywało decyzje o zaciągnięciu kredytu przez potencjalnych beneficjentów. Z drugiej zaś strony, może przyspieszyć decyzje o zaciągnięciu rynkowego kredytu przez te osoby, które z programu nie będą mogły skorzystać z przyczyn formalnych. Obawiają się oni według mnie dwóch rzeczy: problemów z przeprocesowaniem przez banki ich wniosków w momencie startu programu (możliwość wydłużenia okresu rozpatrywania wniosków) oraz wzrostu cen nieruchomości i to zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym, w związku z pojawieniem się dodatkowego bodźca popytowego wygenerowanego przez kredyty z dopłatą.

– Reasumując można już mówić, że lato mamy nie tylko za oknem, ale również na rynku kredytów mieszkaniowych. Słońce w czerwcu przygrzało do 26,5%, a na lipiec i sierpień można prognozować wręcz upały – prognozuje główny analityk Grupy BIK.

Blisko 80 proc. Polaków nie widzi spadku inflacji

Jak wynika z najnowszego badania, realnego spadku inflacji nie widzi lub nie odczuwa blisko 80% Polaków. Głównie są to seniorzy, ale też osoby w wieku średnim. Najczęściej nie zauważają tego respondenci zarabiający od 7 do prawie 9 tys. zł netto miesięcznie. Tylko nieco ponad 15% rodaków jest przeciwnego zdania. I przeważnie są to osoby w wieku 35-44 lat, co miesiąc uzyskujące od tysiąca do prawie 3 tys. zł na rękę. Komentujący sondaż eksperci mówią, że wyniki są dość niepokojące. Wyjaśniają też, że Polakom brakuje wiedzy nt. wskaźnika inflacji. I dodają, że w roku wyborczym będzie on jeszcze dodatkowo wykorzystywany do walki politycznej, co nie będzie sprzyjało obiektywności.

Niewidzialnie malejąca inflacja

Aż 76,9% Polaków nie zauważa lub nie odczuwa spadku inflacji. Do tego 43,2% z nich jest o tym przekonanych, a 33,7% raczej tak uważa. Tak wynika z badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla dziennika „Rzeczpospolita” na reprezentatywnej, ponad tysięcznej próbie dorosłych Polaków.

– GUS podaje, że poziom inflacji spada kolejny miesiąc z rzędu. Spora część społeczeństwa liczy więc na obniżki cen w sklepach, ale na zakupach nadal zderza się z drożyzną. Należałoby szeroko, publicznie wyjaśnić, że obecnie mamy do czynienia ze spadkiem dynamiki wzrostu cen, a to nie oznacza ich zmniejszenia. Tylko ceny wolnej rosną – komentuje wyniki sondażu dr Krzysztof Łuczak, ekspert rynku retailowego i główny ekonomista z Grupy BLIX.

Jak podkreśla Marcin Luziński z Santander Bank Polska, obliczenie wskaźnika CPI to bardzo skomplikowana procedura, wymagająca zebrania dużej ilości cen produktów i usług z tysięcy sklepów w całym kraju oraz profesjonalnej analizy. Przeciętny Polak nie jest w stanie zapamiętać tak wielu cen i jeszcze porównać ich z poziomem sprzed roku. To przekracza możliwości poznawcze człowieka. Z tego powodu opinie na temat inflacji często powstają w oparciu o ostatnie zmiany cen pojedynczych produktów w sklepach. W dodatku tak wiele osób myli spadek inflacji z obniżkami. Ekspert przypomina też, że CPI to pewna średnia. Natomiast każdy konsument kupuje trochę inne produkty, ma więc de facto swoją własną inflację, która może się różnić od oficjalnego wskaźnika. Podobnie wyjaśnia tę sytuację dr Łuczak.

– Przysłowiowy Kowalski co miesiąc wkłada do swojego koszyka np. duże ilości karmy dla kota i warzywa, a Nowak tego nie robi, bo nie ma takiego pupila i nie odżywia się zbyt zdrowo. Ich koszyki inflacyjne mocno się różnią, bo te dwie ww. kategorie w ostatnich miesiącach mocno zdrożały. Odczucia takich osób będą więc zupełnie inne, choć w zasadzie będą polegały na stanie faktycznym. Natomiast gdyby dzisiaj zapytać Polaków o to, na jakim poziomie odczuwają inflację, w dużej części mogliby wskazać poziom zbliżony do 30% lub nawet nieco wyższy – komentuje dr Łuczak.

Wyraźny spadek siły nabywczej

Z kolei Anna Senderowicz, ekspertka z Departamentu Analiz Ekonomicznych Banku PKO BP, informuje, że ceny paliw, opału oraz niektórych art. spożywczych, np. cukru czy tłuszczów, w czerwcu br. spadły w porównaniu z majem. Jednak w większości są znacznie droższe niż przed rokiem. Wydatki na żywność są o niemal 20% wyższe niż rok wcześniej. – To wszystko sprawia, że realna siła nabywcza dochodów wciąż się obniża, gdyż wynagrodzenia rosną wolniej niż ceny towarów i usług. Większość Polaków odczuwa więc pogorszenie swojej sytuacji i nie widzi żadnego spadku – zaznacza Senderowicz.

Z badania również wynika, że spadku inflacji nie zauważają i nie odczuwają głównie osoby w wieku 75-80 lat oraz 45-54 lat. Przeważnie mają one wykształcenie średnie bądź wyższe. Zazwyczaj deklarują dochody na poziomie 7000-8999 zł netto miesięcznie lub nie chcą ich ujawniać. Najczęściej zamieszkują miasta liczące od 200 do 499 tys. zł lub od 50 do 99 tys. mieszkańców.

– Spadku inflacji nie zauważają seniorzy, gdyż żyje im się trudniej niż w minionych latach. Więcej kosztuje ich utrzymanie mieszkania i mają wyższe codzienne wydatki. Ponadto rosnące ceny leków, które nie znajdują się na liście darmowych farmaceutyków, budzą ich niepokój. Coraz wyższe rachunki w aptekach powodują, że seniorzy muszą bardziej kontrolować inne wydatki. Z kolei osoby z wynagrodzeniem przekraczającym średnią krajową prawdopodobnie nie zwracają uwagi na wolno obniżającą się inflację, gdyż nie muszą rezygnować z zakupu określonych towarów, w większym stopniu akceptują też wyższe ceny – wyjaśnia ekspertka z Banku PKO BP.

Tylko co siódmy odczuwa spadek

Łącznie tylko 15,1% badanych zauważa lub bezpośrednio odczuwa spadek inflacji. I wśród tych osób 9,2% raczej tak sądzi, a 5,9% jest o tym przekonanych. Badani, którzy dostrzegają malejącą inflację, przeważnie są w wieku 35-44 lat lub 55-64 lat. Zazwyczaj mają wykształcenie zasadnicze zawodowe bądź podstawowe. Miesięcznie zarabiają zwykle 1000-2999 zł netto. Głównie zamieszkują wsie lub miejscowości liczące do 5 tys. mieszkańców bądź mające od 5 do 19 tys. ludności.

– Inflacja konsumenta spada już od kilku miesięcy. Jeśli więc tylko 15% respondentów twierdzi, że to zauważa, należy uznać taki wynik za bardzo zły. Świadczy on o tym, że respondenci nie rozumieją, czym jest wskaźnik inflacji. Jakkolwiek GUS-owska miara niekoniecznie musi oddawać zmiany cen dla każdego respondenta, bo każdy kupuje nieco inne towary, to jednak średnia interpretacja w społeczeństwie powinna się z grubsza pokrywać z faktycznymi danymi – przekonuje Marcin Luziński.

Badani, którzy zauważają lub odczuwają, że inflacja spada, przeważnie są w wieku 35-44 lat lub 55-64 lat. Zazwyczaj mają wykształcenie zasadnicze zawodowe bądź podstawowe. Miesięcznie zarabiają zwykle 1000-2999 zł netto. Głównie zamieszkują wsie lub miejscowości liczące do 5 tys. mieszkańców bądź mające od 5 do 19 tys. ludności. – Osoby zarabiające mniej niż średnio w gospodarce żyją na co dzień z ołówkiem w ręku. Starają się dokładnie kontrolować niezbędne wydatki, dlatego prędzej zauważają zmiany cen w sklepach – wyjaśnia Anna Senderowicz.

Do tego należy dodać, że 8% ankietowanych nie potrafi stwierdzić, czy zauważa bądź odczuwa spadek inflacji. Przeważnie są to osoby w wieku 18-24 lat, z podstawowym lub gimnazjalnym wykształceniem, które wolą nie ujawniać poziomu swoich dochodów. Zazwyczaj są to mieszkańcy wsi lub miejscowości liczących do 5 tys. ludności.

Polacy szybko nie zmienią zdania

– W mojej ocenie, inflacja musiałaby spaść do jednocyfrowej wartości, żeby Polacy ją zauważyli. Przede wszystkim żywność powinna w sklepach sporo potanieć, bo w dużej mierze właśnie jej ceny budują przekonanie o drożyźnie. Wówczas przybyłoby osób, które mogłyby zauważyć spadek wysokiej inflacji, choć i to nie jest takie pewne. Pamiętajmy, że ten stan trwa już dłuższy czas i trudno mentalnie się od niego odzwyczaić. Społeczeństwo potrzebuje minimum roku, żeby zacząć zauważać znaczącą różnicę – uważa ekspert z Grupy BLIX..

Zdaniem eksperta z Santander Bank Polska, na pewno Polacy lepiej interpretowaliby trendy w gospodarce, gdyby czerpali swoją wiedzę na takie tematy z wiarygodnych i obiektywnych źródeł. Natomiast teraz jesteśmy w okresie kampanii wyborczej, więc inflacja na pewno będzie wykorzystywana w walce politycznej, co z pewnością nie będzie służyło obiektywności.

– Obniżenie konsumpcji, ostrożne planowanie zakupów, szukanie promocji i rezygnacja z niektórych wydatków lub przekładanie ich na lepszy czas sprawia, że producenci, sprzedawcy i usługodawcy ograniczają podwyżki cen produktów i towarów. Spadek inflacji przy dobrej sytuacji na rynku pracy i zwiększeniu wynagrodzeń wraz z podwyżką płacy minimalnej może sprawić, że więcej osób zauważy poprawę sytuacji dochodowej w gospodarstwie domowym – podsumowuje ekspertka z Banku PKO BP.

Instagram followers – dlaczego duża liczba obserwujących Twój profil jest ważna

Instagram jest jednym z najpopularniejszych portali social media na świecie. Przyciąga ponad miliard użytkowników. Dla wielu z nich jest nie tylko miejscem do dzielenia się swoimi zdjęciami i relacjami, ale również ważnym narzędziem marketingowym. To między innymi dlatego duża liczba obserwujących ma tak ogromne znaczenie. W tym artykule wyjaśnimy, dlaczego posiadanie wielu followersów jest ważne i jak można zwiększyć ich liczbę.

Czym są Instagram followers?

Instagram followers to osoby, które subskrybują Twój profil na Instagramie i otrzymują powiadomienia dotyczące Twoich postów. Innymi słowy, są to użytkownicy, którzy wyrazili zainteresowanie Twoim kontem i postanowili śledzić Twoje działania w mediach społecznościowych, a konkretnie na Instagramie. Ostatecznie followersi to po prostu użytkownicy obserwujący Twoje konto.

Liczba followersów odzwierciedla zasięg i popularność Twojego profilu na Instagramie. Im więcej obserwujących, tym większa szansa na dotarcie do większej liczby wszystkich użytkowników Instagrama i zbudowanie większego audytorium. Czy coś jeszcze?

Jakie znaczenie ma duża ilość obserwujących Twoje konto na Instagramie?

Posiadanie dużej ilości obserwujących na Instagramie przynosi wiele korzyści zarówno dla osób prywatnych, jak i dla firm. Oto kilka powodów, dla których warto zadbać o to, aby Twój profil miał dużą liczbę followersów:

  • wiarygodność i zaufanie — potencjalni obserwujący i klienci często skupiają się na liczbie followersów jako wskaźniku popularności i jakości treści;
  • zasięg i widoczność — im większa liczba obserwujących, tym większa szansa na dotarcie do większej liczby osób, bo algorytmy Instagrama chętniej promują profile z dużą liczbą followersów;
  • możliwości biznesowe — dla firm i influencerów większa liczba followersów oznacza większe możliwości współpracy. Firmy często szukają profili z dużą liczbą obserwujących, aby promować swoje produkty lub usługi.

Kto powinien zadbać o dużą ilość Instagram Followers?

Praktycznie każdy, kto posiada konto na Instagramie, chce, aby jego posty docierały do dużej grupy osób z regionu, a może i całego świata. Według oficjalnych danych ten portal posiada przeszło miliard użytkowników, zatem szanse na zdobycie popularności są ogromne. Ma to duże znaczenie dla:

  • firm i marek, które mogą wykorzystywać je jako kanał dotarcia do potencjalnych klientów;
  • influencerów, którzy dzięki dużej liczby obserwujących mogą zdobywać ciekawe propozycje współpracy;
  • twórców i artystów, którzy mogą wykorzystywać Instagram do zdobywania swoich fanów;
  • osób prywatnych, którzy dzięki Instagramowi mają szansę chwalić się i rozwijać swoje hobby.

Jak zdobywać obserwujących na Instagramie?

Istnieje co najmniej kilka sposobów na to, aby zwiększyć liczbę obserwujących nasze konto na Instagramie. Oto co możesz w tym celu zrobić:

  1. Zadbaj o regularne publikowanie wysokiej jakości treści, która jest interesująca i angażująca dla Twojej docelowej grupy odbiorców. Pamiętaj o stosowaniu odpowiednich hashtagów, które pomogą w dotarciu do szerszej publiczności.
  2. Bądź aktywny na Instagramie, komentuj i lajkuj posty innych użytkowników, nawiązuj relacje i angażuj się w społeczność. To pomoże Ci zbudować więź z innymi użytkownikami i przyciągnąć ich uwagę do Twojego konta.
  3. Współpracuj z influencerami, którzy mają duże audytorium na Instagramie, może pomóc w dotarciu do nowych obserwujących. Wymień się nawzajem promocją lub poproś influencera o współpracę.

Czy to już wszystko? Zdecydowanie nie, zwłaszcza jeśli zależy Ci na czasie i szybkim zdobyciu popularności. Wówczas możesz skorzystać z możliwości zakupu insta followers.

Kupowanie followersów — czy to legalne?

Kupowanie obserwujących na Instagramie jest praktyką, która jest kontrowersyjna i niesie ze sobą pewne ryzyko, ale jest legalne. Mimo że istnieją sklepy oferujące sprzedaż konkretnych ilości Instagram followers, należy zachować dużą ostrożność przed ich zakupem i dobrze zrozumieć konsekwencje takiego działania.

Wiele platform społecznościowych, w tym Instagram, podejmuje działania w celu usuwania fałszywych kont, tymczasem łatwo natknąć się na sklepy, które oferują zakup Instagram followers nieznanego pochodzenia. Może to prowadzić do utraty wiarygodności i zaufania użytkowników. Nie oznacza to jednak, że warto całkowiecie odpuścić sobie możliwość szybkiego zdobycia wielu obserwujących i zrezygnować z ich zakupu.

Po co kupować Instagram followers?

Kupowanie Instagram followers wiąże się z pewnym ryzykiem, ale zwiększanie obserwujących Instagram przynosi realne korzyści dla Twojego konta. Należą do nich:

  • zwiększanie popularności poprzez zwiększanie zasięgów,
  • docieranie do większej liczby użytkowników,
  • zdobywanie większej liczby potencjalnych klientów,
  • zwiększanie zysków z działalności na Instagramie.

Możliwość kupowania obserwujących Instagram to dobry sposób na to, by szybko zrealizować powyższe cele. Trzeba jednak być ostrożnym. Jeśli zdecydujesz się na zakup followersów na Instagramie, warto skorzystać z oferty zaufanego źródła, które oferuje tylko prawdziwe konta, aktywnych użytkowników. Jednym z takich dostawców jest sklep like24.pl.

Kup Instagram followers

Jeżeli zależy Ci na zwiększeniu liczby obserwujących swoje konto na Instagramie, kup followers Instagram. Przez kupno Instagram followers można szybciej zyskać zaangażowanych użytkowników, co z kolei prowadzi do zdobycia zaufania i przyciągnie nowych klientów. Przyjrzyj się ofercie like24.pl i dowiedz się więcej o tym, jak kupić Instagram followers.

Czerwiec w restauracjach Sfinksa ze wzrostem sprzedaży

Restauracje sieci Sfinks Polska odnotowały w czerwcu 2023 r. przychody gastronomiczne w wysokości 15,73 mln zł, co oznacza wzrost o 8,1% r/r. To obroty wypracowane przez 73 restauracje pod szyldami SPHINX, Chłopskie Jadło, Lepione Pieczone by Chłopskie Jadło oraz The Burgers. Oznacza to, że wzrost przychodów wypracowała sieć mniejsza o 11% – dane za czerwiec 2022 obejmują bowiem przychody 82 lokali. W ujęciu narastającym wzrost przychodów restauracji wyniósł 15,5% r/r i w efekcie sprzedaż gastronomiczna za okres od stycznia do końca czerwca 2023 r. wyniosła 89,84 mln zł.

Przychody porównywalnej sieci lokali (L2L), czyli działające na koniec raportowanego miesiąca, jak i na koniec analogicznego miesiąca poprzedniego roku wzrosły w czerwcu 2023 r. o 15,3% r/r do 15,71 mln zł. Narastająco wzrost wyniósł 21,3% r/r, dzięki czemu obroty porównywalnej sieci w okresie styczeń-czerwiec 2023 wyniosły 89,03 mln zł.

Nasze restauracje kolejny miesiąc z rzędu zwiększyły obroty w stosunku do danych za poprzedni rok, mimo że w czerwcu w sieci pracowało na nie 9 lokali mniej niż rok temu. Warto mieć też na uwadze, że ubiegłoroczna baza w II kwartale, do której się teraz porównujemy, jest wyższa niż ta dla I kwartału z uwagi na postępujące ożywienie w ciągu roku oraz nasze działania prosprzedażowe, które coraz intensywniej prowadziliśmy po pandemii. Jesteśmy zadowoleni z wyników lokali, które pokazują, że mimo niełatwej sytuacji na rynku, mającej wpływ na decyzje konsumenckie, restauracje skutecznie walczą o gości. Optymizmem napawają zwłaszcza dane dotyczące sieci porównywalnej, która w I półroczu zwiększyła obroty o ponad jedną piątą. W kolejnych miesiącach do przychodów sieci będą „dokładały się” nowe restauracje, w tym  wracająca na dawne miejsce restauracja SPHINX na wrocławskim rynku, która rusza w  lipcu. Nowych otwarć sukcesywnie będzie przybywało w ciągu II półrocza. Będziemy też zachęcać gości do wizyt w naszych restauracjach nowymi propozycjami i ofertami specjalnymi, w tym w naszym programie lojalnościowym Aperitif, który ma duży wpływ na poziom sprzedaży i wykorzystanie potencjału restauracji – komentuje Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

Sfinks planuje odbudowę sieci do poziomu sprzed pandemii. Jeszcze w tym roku zamierza otworzyć ok. 10 nowych restauracji, w tym w silnych lokalizacjach, jak wrocławski rynek.

Raportowana przez Sfinks Polska sprzedaż gastronomiczna obejmuje przychody ze sprzedaży netto osiągane przez lokale własne i franczyzowe, działające w ramach sieci zarządzanych przez spółkę, które są objęte bieżącym monitoringiem sprzedaży w ramach systemów informatycznych Sfinksa. Nie obejmuje ona sprzedaży realizowanej przez sieć Piwiarnia. Jednocześnie spółka zwraca uwagę, że sprzedaż gastronomiczna nie jest tożsama z przychodami ze sprzedaży osiąganymi przez Sfinks Polska. Na te składają się przychody ze sprzedaży gastronomicznej wypracowywanej przez restauracje własne oraz przychody z opłat franczyzowych naliczane od sprzedaży gastronomicznej realizowanej przez restauracje franczyzowe. W tym drugim przypadku przychody ze sprzedaży gastronomicznej stanowią przychód franczyzobiorców.

Wyczekiwana decyzja RPP. Czy będzie zmiana komunikacji?

Zbliża się kolejna decyzja RPP, jednak tym razem oczekiwania wobec niej są znacznie większe. Choć w tym przypadku nie przewiduje się żadnych istotnych zmian, nawet minimalne korekty w komunikacji mogą zwiastować znaczące nadchodzące decyzje. RPP znajduje się przed „wakacyjną przerwą”, gdyż w sierpniu decyzja o stopach nie będzie podejmowana, ale już we wrześniu może dojść do ważnych zmian w komunikacji, które będą zapowiadać ruchy na początku IV kwartału. Czy RPP ma podstawy do obniżek jeszcze w tym roku?

Rynkowe oczekiwania wskazują jasno na utrzymanie stóp procentowych podczas decyzji, która będzie ogłoszona 6 lipca. Sam komunikat raczej nie pokaże dużych zmian, dlatego ponownie uwaga będzie skupiona na konferencji prasowej prof. Glapińskiego. Szef NBP z pewnością zwróci uwagę na wyraźnie spadającą inflację, która wyniosła 11,5% za czerwiec, ale jednocześnie podkreśli, że oprócz samego spadku do jednocyfrowego poziomu, RPP musi mieć pewność o stałym trendzie spadkowym inflacji do celu. Bez tego, nie będzie można rozpocząć dyskusji na temat obniżek stóp procentowych. Patrząc na ekstremalnie wysokie poziomy cen gazu w sierpniu zeszłego roku, które przekraczały 300 EUR/MWh, w tym roku jest szansa, że przynajmniej inflacja PPI doświadczy potężnego spadku, nawet na poziomy negatywne, co również powinno przełożyć się na mocny spadek inflacji CPI. Bloomberg wskazuje, że inflacja CPI za wrzesień spadnie poniżej 9%, co sugerowałoby, że w sierpniu możemy mieć już inflacje jednocyfrową, a ta będzie podstawą do rozważenia obniżek stóp procentowych.

Spadek inflacji do poziomu jednocyfrowego w sierpniu może zasugerować potencjalny ruch stóp procentowych już w październiku! Przede wszystkim warto zauważyć, że baza inflacyjna za październik na ten rok jest najwyższa – w zeszłym roku to właśnie w październiku doświadczyliśmy lokalnego szczytu inflacyjnego. Właśnie dlatego jest szansa, że w październiku pojawi się pierwsza obniżka stóp procentowych po czym poznamy najniższy odczyt inflacji, który może uzasadnić taką decyzję.

Oczywiście obóz w RPP jest podzielony. Z jednej strony mamy prof. Glapińskiego, który mówił o jednocyfrowej inflacji i pewności co do trendu. Do tego dr. Masłowską i dr hab. Dąbrowskiego, którzy wskazywali na możliwość obniżki w tym roku. Z drugiej strony prof. Tyrowicz i Kotecki, choć ten drugi zaczyna zmieniać swoje nastawienie na utrzymanie stóp z chęci na dalsze podwyżki. Na ten moment Bloomberg wskazuje, że oczekuje obniżek na koniec roku.

Czy będzie podstawa do takiego ruchu? Stopy procentowe utrzymywane są na niezmienionym poziomie przez niemal cały rok, dlatego można uznać, że transmisja polityki monetarnej na gospodarkę trwa. Z drugiej strony, jeśli RPP zdecyduje się na obniżki stóp, a inflacja spada na razie zgodnie z projekcjami, może opóźnić osiągnięcie celu przed czym ostrzega Bloomberg. W piątek, 7 lipca, podczas konferencji prasowej mogą pojawić się kolejne przesłanki dotyczące tego, że obniżka stóp jest możliwa w tym roku. Jednak niekoniecznie jest to uzasadnione przez inflację, która nawet na koniec tego roku pozostanie ekstremalnie wysoka. Warto pamiętać o tym, że zmiana komunikacji na bardziej gołębią może zatrzymać trwającą od października szarżę polskiego złotego.

Autor: Michał Stajniak, CFA, wicedyrektor Działu Analiz XTB

Sądom grożą zatory. Prawnicy alarmują, że liczba etatów w sprawach upadłościowych zbyt wolno rośnie

Na koniec pierwszego kwartału br. w 30 sądach rejonowych, zajmujących się sprawami upadłościowymi, orzekało ponad 220 sędziów, czyli tylu co na koniec zeszłego roku. Ogólna liczba orzekających w ww. sprawach zwiększyła się po 2018 roku, ale w niektórych miastach zmalała. Jak zaznaczają eksperci, spraw upadłościowych i restrukturyzacyjnych jest bardzo dużo, a od szybkiego ich procesowania zależy bezpieczeństwo i pewność obrotu gospodarczego. Zwiększenie liczby sędziów oraz urzędników administracji mogłoby przyspieszyć orzekanie, ale ustawodawca ma jeszcze kilka innych sposobów na to, by usprawnić całą procedurę. Jednak prawnicy nie wierzą w to, żeby w tym roku coś się zmieniło w tej kwestii.

Na koniec pierwszego kwartału br. w 30 sądach rejonowych, zajmujących się sprawami upadłościowymi orzekało ponad 220 sędziów, czyli tylu co na koniec zeszłego roku. Ogólna liczba orzekających w ww. sprawach zwiększyła się po 2018 roku, ale w niektórych miastach zmalała. Jak zaznaczają eksperci, spraw upadłościowych i restrukturyzacyjnych jest bardzo dużo, a od szybkiego ich procesowania zależy bezpieczeństwo i pewność obrotu gospodarczego. Zwiększenie liczby sędziów oraz urzędników administracji mogłoby przyspieszyć orzekanie, ale ustawodawca ma jeszcze kilka innych sposobów na to, by usprawnić całą procedurę. Jednak prawnicy nie wierzą w to, żeby w tym roku coś się zmieniło w tej kwestii.

Zmiany w latach 2018-2023

Jak wynika z danych, uzyskanych z trzydziestu sądów rejonowych, które zajmują się sprawami upadłościowymi, na koniec pierwszego kwartału br. orzekało w tych kwestiach ponad 220 sędziów. Najwięcej nie było ich wcale w Warszawie, lecz w Krakowie. W stolicy w I kwartale br. orzekało w sprawach upadłościowych 8 sędziów, w Krakowie było ich aż 22. Liczba sędziów upadłościowych w Krakowie zwiększała się sukcesywnie w okresie, którego dotyczy analiza, czyli od końca 2018 roku. Orzekało wtedy 11 sędziów, a na koniec 2020 roku ich liczba wzrosła do 13. W 2021 roku było ich 17, rok później – 21. W omawianym okresie w Warszawie z kolei liczba sędziów uległa zmniejszeniu. Na koniec 2018 r. było ich 14, a przez 2 kolejne lata – po 9. W 2021 r. liczba sędziów wzrosła do 10, ale w kolejnym roku spadła do 8. Patrząc na dane z poszczególnych sądów rejonowych, widać, że zazwyczaj jest w nich po kilku sędziów zajmujących się sprawami upadłościowymi. Tylko w nielicznych przypadkach jest ich więcej.

A jak zsumowane liczby wyglądają na przestrzeni ostatnich kilku lat? Na koniec 2018 r. w sądach, które zostały poddane analizie, orzekało ponad 170 sędziów. W kolejnym roku liczba ta wzrosła do blisko 180, a w 2020 – do przeszło 190. W 2021 r. orzekało blisko 210 sędziów upadłościowych. Na koniec 2022 roku i zakończenie pierwszego kwartału br. było ich ponad 220. Zdaniem Norberta Frosztęgi, adwokata, doradcy restrukturyzacyjnego z Kancelarii Zimmerman Sierakowski i Partnerzy, ta wartość jest zdecydowanie niewystarczająca. – Wystarczy zestawić to z liczbą ogłoszonych w 2022 r. upadłości. W przypadku przedsiębiorców było ich ok. 350, a dodatkowo mieliśmy przecież ogłoszonych ok. 15 tys. upadłości konsumenckich. Łatwo zatem policzyć, ile rocznie nowych spraw przypada na jednego sędziego. Ostatecznie cierpią na tym przede wszystkim wierzyciele, bowiem im dłużej trwa postępowanie, tym większe generuje koszty – zauważa mec. Frosztęga. Zgadza się z nim prof. Rafał Adamus związany z Uniwersytetem Opolskim, specjalista prawa cywilnego.

– Liczba sędziów jest dramatycznie mała. Na szczególną uwagę zasługuje okoliczność, że w wydziałach upadłościowo-restrukturyzacyjnych z jednej strony jest bardzo dużo prostych, powtarzalnych spraw, ale z drugiej – zdarzają się sprawy niebywale trudne, o charakterze koncepcyjnym, nierzadko opiewające na duże, wielomilionowe kwoty, do których przygotowywane są profesorskie opinie prawne – stwierdza prof. Adamus.

I jak dodaje ekspert z Uniwersytetu Opolskiego, trudno przecenić wagę trafnego rozstrzygnięcia w takich sprawach. Należy zaznaczyć, że praca sędziego w wydziale upadłościowo-restrukturyzacyjnym jest wyjątkowo skomplikowana, gdyż wymaga nie tylko znajomości prawa gospodarczego, ale również wyczucia realiów biznesowych. Osoba, która nie zna otoczenia gospodarczego, świeżo po aplikacji sądowej, nie zawsze musi się dobrze sprawdzić w takim wydziale.

Mała liczba spowalnia rozstrzygnięcia

Do sprawy odniósł się też Adrian Parol, doradca restrukturyzacyjny z wieloletnim stażem. Jego zdaniem, stosunkowo niewielka liczba sędziów świadczy o braku zrozumienia znaczenia, jakie mają wydziały upadłościowe dla bezpieczeństwa obrotu i jego ochrony. Ekspert podkreśla też, że sędziowie nie tylko zajmują się sprawami upadłościowymi, ale też restrukturyzacyjnymi.

– Spraw restrukturyzacyjnych jest bardzo dużo. Tematy te angażują też sędziów nie tylko przy zatwierdzeniu układów, ale również na dalszym etapie, kiedy są one wykonywane. I w mojej ocenie, nie wpływa to na ogłoszenie upadłości, gdyż sam ten proces został uproszczony. Sędziowie zostali zwolnieni na tym etapie z badania tzw. moralności płatniczej upadłego, a więc tego, czy przyczynił się – i na ile – do swojej trudnej sytuacji finansowej. Przepisy przerzuciły częściowo ten obowiązek na syndyka – mówi Adrian Parol.

Z kolei Norbert Frosztęga jest zdania, że zbyt mała liczba sędziów zajmujących się sprawami upadłościowymi i restrukturyzacyjnymi jest podstawowym czynnikiem, który spowalnia tempo orzekania. Uważa on, że taki stan rzeczy wypacza efektywność tych postępowań, gdzie od syndyków, nadzorców czy zarządców wymaga się podejmowania czynności w bardzo krótkich terminach, zaś oczekiwanie na decyzje sędziego trwa miesiącami. Jednak ekspert zastrzega od razu, że nie należy tutaj mieć pretensji do sędziów, bo jak oczekiwać od nich sprawnego działania, skoro mają tak wiele spraw, tym bardziej że te upadłościowe należą do szczególnie trudnych.

– Obecnie na ogłoszenie upadłości czeka się ok. 4 miesiące. To zdecydowanie za długo, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z jeszcze funkcjonującym przedsiębiorstwem. Nierzadko długi czas oczekiwania na ogłoszenie upadłości powoduje, że firma jest już tak sparaliżowana, iż nie ma szans na jej efektywną sprzedaż – dodaje ekspert z Kancelarii Zimmerman Sierakowski i Partnerzy.

Nie ma co liczyć na poprawę

Prof. Rafał Adamus widzi w niewystarczającej liczbie sędziów zły prognostyk na przyszłość, tym bardziej że podejrzewa on, iż liczba wniosków upadłościowych w odniesieniu do konsumentów nadal będzie rosła. Samo tylko zwiększanie liczby etatów nie jest, jego zdaniem, wystarczającym rozwiązaniem.

– Potrzeba innych rozwiązań systemowych i w ogóle zmiany filozofii. W wielu sytuacjach należałoby zredukować kompetencje sądu do przypadków, w których np. dłużnik, wierzyciele czy osoby trzecie sprzeciwiają się jakiemuś przewidzianemu w ustawie następstwu zdarzeń, dziejącemu się w określonych terminach jedno po drugim. Innymi słowy, procedury powinny być zautomatyzowane, nawet przejęte przez sztuczną inteligencję, a ingerencja sądu powinna następować tylko, gdy uczestnik postępowania sygnalizuje swój sprzeciw co do jego przebiegu. Na przykładzie restrukturyzacji można wskazać, że sprawdziła się restrukturyzacja pozasądowa, w której sąd jedynie zatwierdza układ zawarty pomiędzy dłużnikiem a większością wierzycieli – uważa profesor z Uniwersytetu Opolskiego.

Doradca restrukturyzacyjny Adrian Parol widzi zasadność zwiększenia obsady urzędników sądowych, którzy wspierają sędziów w zakresie ich czynności urzędowych, jednak – w związku z trudną sytuacją finansów publicznych – zwiększenie takiego zatrudnienia wydaje się mało prawdopodobne i to wynika z kilku różnych przyczyn. Natomiast adwokat Forsztęga sugeruje z kolei, że warto powrócić do tematu przeniesienia upadłości przedsiębiorców innych niż mikro na szczebel sądów okręgowych, jak również nad stworzeniem – na wzór sądu warszawskiego – odrębnego wydziału dla upadłości konsumenckich.

– Realnie patrząc, nie ma na to szans w tym roku, zwłaszcza że o problemie paraliżu sądów upadłościowych mówi się w środowisku prawniczym od dawna, ale w zasadzie nic się w tym temacie nie robi. Światełkiem w tunelu jest niedawno podjęta w tym kierunku inicjatywa Sekcji Prawa Upadłościowego i Restrukturyzacyjnego Instytutu Allerhanda, gdzie grupa ekspertów mocno promuje sensowną koncepcję reformy sądów upadłościowych – mówi ekspert z Kancelarii Zimmerman Sierakowski i Partnerzy.

Jak podsumowuje doradca restrukturyzacyjny Adrian Parol, sądy na pewno wnioskują do resortu sprawiedliwości o zwiększenie etatów, lecz należy pamiętać o sytuacji finansów publicznych, która raczej nie jest dobra. Rzutuje to na możliwości zwiększenia obsady kadrowej sądów. Dlatego też ekspert uważa, że poziom obecnego zatrudnienia w tej kwestii będzie się utrzymywał na zbliżonym poziomie właśnie z powodu braku środków finansowych. I tak naprawdę nic się w tej kwestii nie zmieni, poza tym oczywiście w sądach będą jeszcze większe zatory niż są obecnie.

Business Centre Club prezentuje diagnozę i rekomendacje dla polskiej gospodarki

Eksperci Business Centre Club, największej organizacji zrzeszającej indywidualnych przedsiębiorców, opracowali raport – „BCC dla polskiej gospodarki: diagnoza i rekomendacje”, który zawiera wskazówki dla partii politycznych oraz przyszłego rządu, istotne z punktu widzenia poprawy sytuacji przedsiębiorców oraz krajowej gospodarki. Rekomendacje przedstawiono 5. lipca, podczas debaty przedwyborczej,   w siedzibie BCC na Placu Trzech Krzyży w Warszawie.   

W debacie przedwyborczej uczestniczyli eksperci Business Centre Club i Federacji  Przedsiębiorców Polskich oraz przedstawiciele największych ugrupowań politycznych.

Podczas spotkania poruszono najważniejsze i najbardziej aktualne tematy związane z krajową gospodarką, takie jak: makroekonomia i inflacja, legislacja, zmiany na rynku pracy, a także problemami systemu ubezpieczeń społecznych, konkurencyjności polskich przedsiębiorstw, współpracy Polski z Unią Europejską, energetyka oraz systemu podatkowego. W raporcie  „BCC dla polskiej gospodarki: diagnoza i rekomendacje” zaproponowano rozwiązania dotyczące tych najważniejszych obszarów, bezpośrednio wpływających na kondycję polskiej przedsiębiorczości.

– Pilnie potrzebne jest zapewnienie elementarnej stabilności i przewidywalności w gospodarce, jak również zmniejszenie opresyjności prawa względem przedsiębiorców. Nasz raport przedstawia rekomendacje programowe dla przyszłego rządu, istotne z punktu widzenia poprawy sytuacji biznesu i całej gospodarki. – mówił Jacek Goliszewski, prezes Business Centre Club.

Przedsiębiorcy i pracodawcy prywatni tworzą w Polsce 12.8 mln miejsc pracy. To istotna „siła wyborcza”. Co zawierają poszczególne programach wyborcze głównych partii politycznych? Czy rozwiązania programowe są zbieżne z postulatami przedsiębiorców? Na te pytania próbowali odpowiedzieć uczestnicy spotkania: Andrzej Grzyb (PSL), Paulina Hennig-Kloska (PL2050). Izabela Leszczyna (KO), Dariusz Wieczorek (Nowa Lewica), Artur Soboń (PiS) oraz eksperci BCC – prezes Jacek Goliszewski, prezes Związku Pracodawców BCC – Łukasz Bernatowicz i Marek Kowalski  – przewodniczący FPP.

Należy jak najszybciej powrócić do prawdziwego dialogu społecznego i przywrócić rolę Rady Dialogu Społecznego jako miejsca dyskusji o przepisach mających wpływ na życie społeczno-gospodarcze kraju. Wreszcie, niezbędne jest wsłuchanie się w głos biznesu          i traktowanie go poważ – apeluje Łukasz Bernatowicz, prezes Związku Pracodawców Business Centre Club.

Link do raportu: BCC DLA Link do raportu

Link do debaty

Diagnoza powstała dzięki  współpracy ekspertów: Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty BCC, ministra finansów think tanku Gospodarczy Gabinet Cieni (GGC), Ryszarda Kalisza, ministra ds. wymiaru sprawiedliwości BCC, Łukasza Bernatowicza, prezesa Związku Pracodawców BCC, Marka Zielińskiego, eksperta ds. kontroli skarbowej i prawa podatkowego, Wojciecha Nagela, ministra ds. ubezpieczeń społecznych GGC, Jacka Goliszewskiego, prezesa BCC, wiceprzewodniczącego GGC, Michała Borowskiego, ministra ds. podatków GGC, Joanny Torbe, ekspertki ds. rynku pracy, Grażyny Majcher-Magdziak, minister skarbu i prywatyzacji GGC, Macieja Stańczuka, przewodniczącego komisji transformacji energetycznej GGC, Ryszarda Pazdana, ministra środowiska GGC oraz Anny Janczewskej, minister ds. zdrowia GGC, Jarosława Mulewicza, członka i współzałożyciela BCC, Marcina Tumanowa, eksperta ds. funduszy unijnych, Jarosława Grzywińskiego, eksperta ds. rynków kapitałowych, Krzysztofa Kopcia, eksperta ds. przemysłu farmaceutycznego, Mieczysława Grodzkiego, ministra ds. spółdzielczości GGC   i Janusza Steinhoffa, przewodniczącego GGC.

Ile zapłacą pracodawcy za podwyżkę płacy minimalnej?

Wraz z nadchodzącymi podwyżkami płacy minimalnej zwiększą się także wydatki pracodawców związane m.in. ze składkami na ZUS. W lipcu 2024 roku koszt pracownika ponoszony przez pracodawcę będzie o ponad 800 zł wyższy od tego w lipcu 2023 roku. Jak wylicza ekspert inFakt, pięcioro pracowników w 2024 będzie kosztowało pracodawcę tyle, co sześcioro zatrudnionych w 2023 roku.

Płaca minimalna w 2024 r., podobnie jak w tym roku, wzrośnie dwa razy. Od stycznia wyniesie 4242 zł i będzie to rekordowy wzrost. W związku z tym za okres od stycznia do czerwca 2024 pracownik otrzyma przelew na kwotę 3221,98 zł. Koszt pracodawcy wyniesie wtedy 5110,76 zł. Od lipca 2024 minimalne wynagrodzenie wzrośnie do 4300 zł, co oznacza, że pracownik otrzyma 3261,53 zł, a pracodawca poniesie koszt w wysokości 5180,64 zł.

Pracownicy niejednokrotnie nie mają świadomości, że pracodawca ponosi jeszcze jakiekolwiek wydatki związane z ich pensją. Jak widać, blisko 2 tys. zł to dodatkowe koszty pracownika, które ponoszą pracodawcy, oprócz wypłacania wynagrodzenia. Jest to znaczne obciążenie, które dalej będzie przekładać się na wzrost cen – tłumaczy Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt. Jak widać w wyliczeniach, pracownik przykładowo za styczeń otrzyma przelew na kwotę 3,2 tys. zł, ale pracodawca musi „wydać” na jego pensję ponad 5 tys. zł.

Mniej pracowników, koszty te same

Wzrost płacy minimalnej od stycznia 2024 roku oznacza dla pracodawców zwiększenie wydatków na jednego pracownika aż o 773,32 zł. Na tej zmianie pracownik zyska 438,12 zł. Z wyliczeń eksperta inFakt wynika, że dziś sześcioro pracowników generuje koszt 25,2 tys. zł, a od stycznia 2024 roku te same sześć osób to wydatek rzędu 30,6 tys. Zmiany płacy minimalnej spowodują, że w 2024 roku pięcioro pracowników będzie pracodawcę kosztować tyle samo, co sześć osób w 2023 roku.

Era e-CMR nadchodzi: co przyniesie cyfryzacja listów przewozowych?

Bieżąca kontrola przesyłek, oszczędność czasu i bezpieczeństwo danych to kilka z wielu zalet, jakie daje e-CMR, czyli elektroniczny list przewozowy. Na upowszechnienie systemu na skalę europejską musimy poczekać do 2024 roku, ale już teraz warto poznać jego mocne strony.

Elektroniczne listy przewozowe umożliwiają śledzenie i monitorowanie przesyłek w czasie rzeczywistym. Dzięki temu, strony zaangażowane w proces transportu zyskują dostęp do aktualnych informacji o lokalizacji, statusie i stanie towarów, poprawiając widoczność i umożliwiając lepsze zarządzanie łańcuchem dostaw. System elektroniczny to też oszczędność czasu i ułatwienie we wprowadzaniu danych. To z kolei obniża koszty – elektroniczny CMR eliminuje potrzebę drukowania, przechowywania i transportu dokumentów papierowych. Zmniejsza to wydatki związane z papierem, tuszem, opłatami pocztowymi i fizyczną przestrzenią magazynową.

Korzystanie z elektronicznych listów przewozowych zmniejsza też ryzyko pojawienia się nieścisłości w dokumentach, o które nietrudno w przypadku ręcznego wprowadzania danych. Systemy e-CMR pomagają minimalizować błędy dzięki automatyzacji procesów przechwytywania i walidacji danych.

Z perspektywy przewoźników, wprowadzenie e-CMR może przyczynić się do likwidacji kar umownych z tytułu niedostarczenia w terminie dokumentów przewozowych – komentuje Maurycy Kieruj, prawnik w TC Kancelarii Prawnej – Takie zapisy znajdują się obecnie w większości zleceń przewozowych i są potencjalnie łatwym argumentem dla nadawców do umniejszenia frachtu przewoźnika. Elektroniczny obieg dokumentów powinien wyeliminować te praktyki, bo pozwala dostarczyć je do odbiorcy tuż po wypełnieniu.

Europejski system e-CMR coraz bliżej

Choć wiele europejskich krajów przyjęło protokół do Konwencji CMR, umożliwiający stosowanie e-CMR, nadal nie mamy jednolitej, unijnej platformy do takich działań. Tę rolę docelowo przejmie platforma e-FTI, jednak prace nad jej powstaniem mają się zakończyć dopiero w 2024 roku.  Do tego czasu przewoźnicy są zdani na rozwiązania komercyjne, które już się pojawiają. W Polsce bazą do stworzenia go mógłby być system do monitorowania obrotu odpadami, który pozwala dokumentować i śledzić ich transport drogą elektroniczną.

Jak prawidłowo wypełnić CMR?

Niezależnie od tego, jaką formę – cyfrową lub papierową – będzie mieć list przewozowy, przygotowanie tego dokumentu w prawidłowy sposób może być wyzwaniem. Tworząc go, warto pamiętać o kwestiach takich jak:

  • Dokładne wprowadzanie danych – w liście przewozowym muszą znaleźć się wszystkie koniecznie informacje. Mowa o szczegółach dotyczących nadawcy, odbiorcy, rodzaju towarów, ilości, opakowania oraz wszelkich specjalnych instrukcji lub wymagań.
  • Podpisy: w listach papierowych problemem są nieczytelne podpisy lub ich brak. Niektóre systemy e-CMR wymagają użycia podpisów cyfrowych w celu uwierzytelnienia dokumentu. Warunkiem zapewnienia ważności i prawnej akceptacji e-CMR jest rozumienie i przestrzeganie określonych wymogów dotyczących podpisów cyfrowych.
  • Zgodność z przepisami – różne kraje mogą mieć specyficzne przepisy i wymagania dotyczące korzystania z e-CMR. Dopiero ujednolicenie procesów na poziomie europejskim pozwoli na użytkowanie usługi bez obawy o odmienną interpretację np. organów kontrolnych w innym kraju.

Pułapki listów przewozowych

Błędne wypełnienie dokumentu CMR pociąga za sobą szereg problemów. Nieprawidłowe lub niekompletne informacje w CMR mogą prowadzić do sporów prawnych, zwłaszcza jeśli wpływają na prawa i obowiązki zaangażowanych stron. Błędy w dokumentach przewozowych mają również wpływ  na zakłócenia w operacjach logistycznych, takie jak opóźnienia w transporcie, nieprawidłowa dostawa towarów lub trudności w rozwiązywaniu reklamacji przewozowych. To z kolei naraża przewoźnika na koszty z tytułu kar umownych czy grzywny, którą nałożyć mogą też organy kontrolne, jeśli wykryją nieprawidłowości w dokumentacji.

Maurycy Kieruj z TC Kancelarii Prawnej przypuszcza, że wprowadzenie elektronicznych listów przewozowych powinno rozwiązać przynajmniej część z tych problemów:

Takie dokumenty z założenia będą chociażby bardziej czytelne, mniej podatne na uszkodzenie, zaginięcie czy podrobienie. Powinny też przyczynić się do optymalizacji procesów obiegu całości dokumentacji przewozowej.

Obcokrajowcy mieszkający w Polsce zabrali głos w sprawie imigracji

Tylko co trzeci obcokrajowiec z Azji, Afryki czy Ameryki Płd. mieszkający i pracujący w Polsce chce zostać u nas na stałe (27 proc.), wynika z badania Grupy Progres. Bez względu na planowaną długość pobytu większość imigrantów z odległych kierunków (68 proc.) ma zamiar sprowadzić nad Wisłę swoich bliskich. Uważają bowiem, że nasz kraj jest dobrym miejscem do życia, w którym czują się bezpiecznie. Chcieliby jednak, by procedury trwały krócej niż obecnie.

  • Mimo że osiedlenie się w Polsce nie jest proste, to – jak wynika z badania Grupy Progres – 27 proc. imigrantów z odległych kierunków pracujących w Polsce ma zamiar zostać u nas na zawsze. 39 proc. badanych chce spędzić nad Wisłą 5 lat lub więcej.
  • Co więcej, 68 proc. nie zamierza być u nas w pojedynkę – chce sprowadzić do Polski swoją rodzinę.
  • Do podjęcia kroku o międzykontynentalnej przeprowadzce zmotywowały ich m.in. wynagrodzenia, które w ich kraju nie zawsze pozwalały utrzymać się na godnym poziomie – dotyczy to 45 proc. ankietowanych.
  • Co trzeci cudzoziemiec z Azji, Afryki czy Ameryki Płd. (30 proc.) przyjechał tu, bo w Polsce mieszkają i pracują jego przyjaciele mający pozytywne zdanie o życiu nad Wisłą.
  • Przede wszystkim jednak czują się w Polsce bezpiecznie. Tylko 9 proc. badanych wskazało strach przed nietolerancją naszych rodaków jako największy minus życia w Polsce. Przeszkadza im także brak bliskich (33 proc.) i problemy w znalezieniu dobrej pracy bez znajomości języka polskiego (29 proc.). Sporym problemem i zarazem dużym wyzwaniem są też procedury związane z rozliczeniami podatkowymi oraz dot. legalizacji pobytu i pracy. Według imigrantów trwają one zbyt długo.

Mimo że referendum ws. relokacji uchodźców budzi duże emocje wśród naszych rodaków, to wielu z nich do tej pory nie miało świadomości, jak duża jest ogólna liczba imigrantów w Polsce. Skala przyjazdów, która rosła przez wiele lat udowadnia, że nie mamy dużych powodów do obaw przed osiedlaniem się cudzoziemców w Polsce, również tych ze statusem uchodźcy. Pod warunkiem, że przejdą oni sprawnie przez wszelkie procedury pozwalające dokładnie zweryfikować powód przyjazdu nad Wisłę oraz określające ich plany pobytowe i potencjał kadrowy.

Pół wieku imigracji

Według danych GUS przez ponad pół wieku (1966-2021) na pobyt stały w Polsce zameldowało się w sumie 337 012 imigrantów. Najczęściej pochodzili oni z Europy (254 048 osób), Ameryki Pł. i Płd. (54 171 os.) oraz Azji (18 152 os.), rzadziej z Afryki (5 597 os.) i Oceanii (5 044). Mimo że osiedlenie się w Polsce na stałe nie jest proste, to – jak wynika z badania Grupy Progres – 27 proc. imigrantów z odległych kierunków pracujących w Polsce ma zamiar zostać u nas na zawsze. 39 proc. badanych chce spędzić nad Wisłą 5 lat lub więcej, 21 proc. planuje pobyt trwający od 3 do 5 lat, a 13 proc. od 1 roku do 2 lat. Co więcej, 68 proc. nie zamierza być u nas w pojedynkę – chce sprowadzić do Polski swoją rodzinę, 32 proc. nie ma takich planów. Każdy z imigrantów zarobkowych z innych kontynentów niż Europa często ma nie tylko jasno sprecyzowane plany pobytowe, ale też – pod wieloma względami – wyrobioną opinię o naszym kraju.

Przede wszystkim czują się tu bezpiecznie. Tylko 9 proc. badanych wskazało strach przed nietolerancją naszych rodaków jako największy minus życia w Polsce. Przeszkadza im także brak bliskich (33 proc.) i problemy w znalezieniu dobrej pracy bez znajomości języka polskiego (29 proc.).  Sporym problemem i zarazem dużym wyzwaniem są też procedury związane z rozliczeniami podatkowymi oraz dot. legalizacji pobytu i pracy. Według imigrantów trwają one zbyt długo.

Jeżeli dana osoba nie mieszka jeszcze w Polsce, a dopiero planuje przyjechać nad Wisłę w celach zarobkowych, to czas oczekiwania na odpowiednie zezwolenia legalizujące zatrudnienie wynosi kilka miesięcy i jest uzależniony od wielu procedur, przez które musi przejść każdy obcokrajowiec i np. zatrudniająca go agencja – mówi Natalia Myskova, dyrektor ds. rekrutacji międzynarodowej w Grupie Progres.Szacunkowo, w przypadku krajów Ameryki Płd., Afryki czy Filipin, wszystko trwa ok. 3-4 miesięcy. Trochę dłużej, bo ok.5-6 miesięcy, jeśli chodzi o Indie, Nepal, Bangladesz, Turkmenistan, Kazachstan czy Uzbekistan – dodaje Natalia Myskova.

Według badanych, którzy te formalności mają już za sobą, czas oczekiwania na odpowiednie zezwolenia powinien trwać: od 4 do 12 tygodni (64 proc. badanych). Mniejsza grupa wskazała przedział 3 – 6 miesięcy (17 proc.). 19 proc. pytanych twierdzi, że znając realia życia w Polsce, byłoby skłonnych czekać na zezwolenia więcej niż 6 miesięcy.

MSZ zamierzał pilnie wprowadzić rozporządzeniem outsourcing wizowy, według którego podmioty z ponad 20 krajów przyjmowałyby wnioski o wizę i przekazywały je do polskiego ministerstwa. Taki proces stałby się możliwy w Arabii Saudyjskiej, Armenii, Azerbejdżanie, Republice Białorusi, Republice Filipin, Gruzji, Indiach, Indonezji, Iranie, Katarze, Kazachstanie, Kuwejcie, Mołdawii, Nigerii, Pakistanie, Tajlandii, Turcji, Ukrainie, Uzbekistanie, Wietnamie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jednak pojawiają się sygnały, że rządzący wycofają się z tego pomysłu.

Nie tylko Polska

Obecnie żadne zmiany przepisów nie są jeszcze pewne, ale bez ich wprowadzenia tj. przemyślanego programu przyspieszenia procedur, krajowi pracodawcy za jakiś czas nie będą mieli komu delegować pracy. W tym momencie skala problemu nie jest jeszcze krytyczna, bo nawet mimo długiej drogi urzędowej, chętnych do objęcia etatu w Polsce nie brakuje. Tylko w 2022 r. krajowi urzędnicy wydali w sumie 466 722 decyzji w sprawie udzielenia zezwolenia na pracę. Tę pozytywną otrzymało 365 490 wnioskodawców, 5 102 usłyszało odmowy, 16 376 to umorzenia, a 79 754 przypadków dot. uchyleń. Na mocy wydanych decyzji pracę w naszym kraju mogłaby rozpocząć grupa osób dorównująca liczebnością populacji Szczecina. Biorąc pod uwagę potrzeby kadrowe, to i tak nadal zbyt mało obcokrajowców zaczyna zarabiać w Polsce. Tylko na koniec IV kwartału liczba nieobsadzonych miejsc pracy wynosiła 115.7 tys., a nowoutworzonych etatów było o 32,3 tys. więcej niż zlikwidowanych.

Czekające miejsca w firmach często zajmują imigranci, którzy etat w swoim kraju zamieniają na stanowiska w polskich przedsiębiorstwach. Aż 92 proc. badanych cudzoziemców, którzy po przejściu niezbędnych procedur podjęli etat w Polsce, przed przyjazdem nad Wisłę miało już doświadczenie zawodowe. Do podjęcia kroku o międzykontynentalnej przeprowadzce zmotywowały ich m.in. wynagrodzenia, które w ich kraju nie zawsze pozwalały utrzymać się na godnym poziomie. Dotyczy to 45 proc. ankietowanych – dla nich ważnym argumentem przesądzającym o imigracji były właśnie wyższe pensje i niższe koszty życia w naszym kraju w porównaniu z tymi, które musieliby pokryć z wypłaty w swojej ojczyźnie. Liczyły się również opinie i doświadczenia znajomych. Co trzeci cudzoziemiec z Azji, Afryki czy Ameryki Płd. (30 proc.) przyjechał tu, bo w Polsce mieszkają i pracują jego przyjaciele mający pozytywne zdanie o życiu nad Wisłą.

Mimo takich opinii i rosnącej popularności Polski wśród obcokrajowców z odległych kierunków, wielu z nich przyznaje, że w razie potrzeby wyjedzie do innego kraju. Na liście najbardziej atrakcyjnych państw do zarabiania pieniędzy (oprócz Polski) znalazły się: Niemcy (31 proc.), Kanada (19 proc.), Szwajcaria (15 proc.), Wielka Brytania (14 proc.), Francja (12 proc.), USA (12 proc.), Włochy (11 proc.) i Holandia (9 proc.).

Interfejs – czy podlega ochronie prawnej jako część programu komputerowego?

Interfejs to pojęcie używane w informatyce, które odnosi się do sposobu, w jaki użytkownicy komunikują się z systemem komputerowym lub urządzeniem elektronicznym. W istocie stanowi on punkt styku między człowiekiem a maszyną, umożliwiając użytkownikowi wprowadzanie poleceń i otrzymywanie informacji w sposób zrozumiały i intuicyjny.

Interfejsy mogą przybrać różne formy, w zależności od rodzaju urządzenia i jego przeznaczenia.

Najpopularniejsze rodzaje interfejsów to przede wszystkim interfejsy użytkownika, które obejmują elementy, które widzi użytkownik i za pomocą których może korzystać z programu komputerowego. Może to być na przykład interfejs graficzny, który wykorzystuje takie elementy, jak przyciski, pola tekstowe, menu, czy okna dialogowe, lub interfejs wiersza poleceń, który umożliwia wprowadzanie komend za pomocą tekstu. Natomiast interfejs programistyczny aplikacji (API) stanowi zestaw reguł i protokołów, które z kolei programistom umożliwiają korzystanie z funkcji i usług udostępnianych przez daną aplikację lub system. API definiuje sposób, w jaki programy mogą komunikować się miedzy sobą i wykorzystywać funkcje udostępniane przez oprogramowanie. Interfejs sieciowy z kolei to punkt styku między urządzeniem lub systemem a siecią komputerową.

Czy zatem taki graficzny interfejs użytkownika programu komputerowego stanowi formę wyrażenia tego programu podlagającą ochronie przyznanej przez prawo autorskie programom komputerowym. Jak zakwalifikować prawnie bardziej przyjazne użytkownikowi korzystanie z programu, przykładowo za pomocą ikon lub symboli?

Co do zasady każda forma wyrażenia programu komputerowego musi być chroniona od chwili, gdy jej odtworzenie prowadziłoby do odtworzenia samego programu, pozwalając w ten sposób komputerowi na wypełnienie jego funkcji. Zgodnie z motywami dziesiątym i jedenastym dyrektywy 91/250 interfejsy są częściami programu komputerowego umożliwiającymi wzajemne połączenie i interakcję wszystkich elementów oprogramowania i sprzętu komputerowego z innym oprogramowaniem i sprzętem, jak również z użytkownikami, tak aby stały się one w pełni funkcjonalne. W szczególności graficzny interfejs użytkownika jest interfejsem interakcji, pozwalającym na komunikację pomiędzy programem komputerowym a użytkownikiem. W związku z tym graficzny interfejs użytkownika nie pozwala na powielanie tego programu komputerowego, lecz stanowi po prostu element tego programu, za pomocą którego użytkownicy wykorzystują właściwości omawianego programu.

TSUE orzekł, iż graficzny interfejs użytkownika nie stanowi formy wyrażenia programu komputerowego w rozumieniu art. 1 ust. 2 dyrektywy 91/250 w sprawie ochrony prawnej programów komputerowych i nie może korzystać z ochrony przyznanej w prawie autorskim programom komputerowym na podstawie tej dyrektywy.

Podkreślił przy tym, że taki interfejs może podlegać ochronie przewidzianej w prawie autorskim ochrony jako utwór, zgodnie z dyrektywą 2001/29 w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym, jeżeli stanowi wyraz twórczości intelektualnej swego autora i zostanie uznany za utwór. Zadaniem sądu krajowego jest zatem ustalenie, czy tak jest, biorąc pod uwagę w szczególności swoisty układ bądź konfigurację wszystkich elementów składowych będących częścią graficznego interfejsu użytkownika, w celu ustalenia tych, które spełniają kryterium oryginalności. W tym zakresie kryterium to nie będzie spełnione przez elementy składowe graficznego interfejsu użytkownika cechujące się wyłącznie ich funkcją techniczną.

Autor: r. pr. Anna Zabielska, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Decyzja w sprawie stóp procentowych już jutro

Już najprawdopodobniej w tym tygodniu dowiemy się, czy należy się spodziewać obniżki stóp procentowych przed wyborami. Na rynkach spokój w trakcie Dnia Niepodległości w USA, a Australia wstrzymuje podwyżki stóp procentowych.

Posiedzenie RPP

Dzisiaj rozpoczyna się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Jest to o tyle niestandardowa sytuacja, że to jedyne (z wyjątkiem czerwcowego) posiedzenie decyzyjne, które nie trwa od wtorku. W czerwcu przeszkodą było Boże Ciało, święto obchodzone w czwartek, które nie pozwoliłoby po środowej decyzji następnego dnia zrobić konferencji prasowej. Niezależnie od terminu nie zanosi się na szczególnie pasjonujące posiedzenie. Ważniejsza jednak wydaje się konferencja prasowa, która w związku z przesunięciem terminu posiedzenia planowana jest na piątek, a nie standardowo na czwartek. Trzeba pamiętać, że sierpniowe posiedzenie jest niedecyzyjne. Zatem jeżeli RPP będzie chciało sugerować jakieś zmiany stóp we wrześniu, by miały one wpływ przed wyborami, musiałaby to zrobić już w piątek.

Święto Niepodległości i nudy

O ile w USA podczas Święta Niepodległości nie wieje nudą, o tyle na rynkach w tym czasie, delikatnie mówiąc, niewiele się dzieje. Pokazuje nam to dobitnie, jak ważni są inwestorzy z USA. Inne państwa nawet dostosowują swoje kalendarze danych makroekonomicznych do tego. To właśnie dlatego wczoraj tak niewiele się działo. Mniejszą płynność na rynku próbował wykorzystać polski złoty, który atakował poziomy 4,42 na złotym, ale szybko się od nich odbił. Mniejsza ilość inwestorów powoduje, że często da się przesunąć kurs mocniej danego dnia. Powrót dużych graczy na rynki często jednak kończy takie spekulacyjne ruchy.

Australia nie podniosła stóp procentowych

W Australii jesteśmy świadkami wstrzymania cyklu podwyżek stóp procentowych. Cyklu dość imponującego, bo w 12 podwyżkach stóp procentowych (8 po 0,25% i 4 po 0,5%) stopy wzrosły z 0,1% na 4,1%, osiągając najwyższy poziom od 2012 roku. Z drugiej strony patrzymy na nie teraz jak na bardzo wysokie, a przed kryzysem z 2008 roku nigdy nie były tak nisko jak obecnie. Jak widać, jest to tylko kwestia perspektywy. Najprawdopodobniej brak podwyżek wynika ze spadku tempa wzrostu cen. Ostatni kwartał był pierwszym, kiedy ten spadek spowolnił. Zarówno jeżeli chodzi o inflację konsumencką, jak i bazową. W rezultacie wygląda na to, że Królewski Bank Australii wchodzi w tryb oczekiwania, licząc, że dość już zrobił i teraz problem rozwiąże się sam. Dolar australijski początkowo po decyzji tracił, ale bardzo szybko wrócił na swoje poprzednie poziomy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na publikację indeksów PMI dla Usług oraz:

14:00 – Rumunia – decyzja NBR ws. stóp procentowych,
16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Vivid Games zawarła umowę na produkcję gry z BoomBit S.A.

Zgodnie z ogłoszoną w kwietniu 2023 Strategią działalności na nadchodzące lata, Vivid Games skupia się na zawieraniu partnerstw strategicznych i tworzeniu gier mobilnych. Umowa z BoomBit S.A. doskonale wpisuje się w te założenia. Korzystając z doświadczenia zebranego w ciągu wielu lat pracy nad Real Boxing, Vivid Games stworzy casualową grę bokserską, której promocją i skalowaniem z wykorzystaniem UA (płatnego pozyskiwania użytkowników), zajmie się BoomBit. Umowa daje obu stronom szansę na efekt synergii i może być początkiem współpracy na kolejnych polach.

Umowa z Boombit jest dla Spółki istotna z kilku powodów. Po pierwsze stanowi istotny dowód skutecznej realizacji strategii działalności, po drugie pozwala na dalszą ekspansję kluczowej marki Studia, a po trzecie może stanowić początek szerzej zakrojonej współpracy z BoomBit, która z bydgoską Spółką ma sporo wspólnego.

Easy Boxing będzie casualową produkcją, trafi do innej grupy odbiorców niż Real Boxing 2 czy planowana na kolejny rok kolejna odsłona – Real Boxing 3. Nie ma więc obaw o wzajemną kanibalizację. Nie znaczy to jednak, że tytuł pozbawiony będzie sportowych emocji. Zapewniam, że gra, którą wypuścimy wzbudzi emocje i da zarówno nam jak i BoomBit kolejną szansę na sukces – podkreśla Łukasz Kamiński, który będzie odpowiadał za zespół produkcyjny Easy Boxing po stronie Vivid Games.

– Praca nad Easy Boxing jest połączeniem wiedzy i doświadczenia, które nasz zespół projektowy zdobył pracując nad serią Real Boxing oraz skutecznego podejścia do płatnej akwizycji użytkowników i możliwości skalowania posiadanych przez BoomBit. Dodatkowo, zgodnie z tym co deklarowałem podczas prezentacji strategii poszerzamy uniwersum marki Real Boxing, a casualowy Easy Boxing to pierwszy krok. Cieszy mnie też synergia wiedzy, doświadczenia i możliwości pomiędzy zespołami Vivid Games i Boombit. Obie firmy zjadły zęby na grach mobilnych, ale nadal możemy się od siebie dużo nauczyć. Chciałbym, by nasza kooperacja nie zakończyła się na jednym kontrakcie – dodaje CEO Vivid Games, Piotr Gamracy.

Co dzieje się na regionalnych rynkach powierzchni biurowych? Podsumowanie H1 2023

Całkowite istniejące zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu głównych rynkach regionalnych (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Lublin,  Szczecin) wyniosły na koniec czerwca 6,91 mln m kw. Niezmiennie największymi rynkami biurowymi w Polsce (po Warszawie) pozostawały Kraków (1,73 mln m kw.), Wrocław (1,46 mln m kw.) oraz Trójmiasto (1,11 mln m kw.) – pokazują dane REDD, największej i najnowocześniejszej bazy danych o rynku nieruchomości biznesowych w tej części Europy.

W pierwszej połowie roku największym powodzeniem wśród najemców, poza Warszawą, cieszył się rynek wrocławski, gdzie odnotowaliśmy transakcje na 106,9 tys. m kw. biur. Dobre sześć miesięcy miał też Kraków, w którym łączna powierzchnia transakcji wyniosła 61,5 tys. m kw. Jednak  rynki regionalne zamknęły półrocze z wynikiem o 12,8 proc. niższym w porównaniu do roku ubiegłego – mówi Krzysztof Foks, Head Of Research, REDD,  finne.pl.

W okresie od stycznia do czerwca 2023 r. na rynkach regionalnych do użytkowania oddano 12 inwestycji o łącznej powierzchni biurowej wynoszącej 148 tys. m kw. Największymi inwestycjami ukończonymi w tym okresie były:

  • Nowy Rynek – Budynek E w Poznaniu (27,3 tys. m kw.),
  • Ocean Office Park B (24,4 tys m kw.),
  • Centrum Południe – Budynek 3 we Wrocławiu (20,5 tys. m kw.)

W czerwcu 2023 r. współczynnik pustostanów oszacowany dla głównych rynków regionalnych kształtował się na poziomie 15,3 proc., co daje łącznie 1,05 mln m kw. powierzchni biurowej dostępnej do wynajęcia od zaraz. Najwyższy współczynnik powierzchni niewynajętej odnotowano w Łodzi (19,4 proc.), zaś najniższy w Trójmieście (11,1 proc.).

W czerwcu 2023 r. popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe na rynkach regionalnych osiągnął 56 tys. m kw. Łącznie od początku roku popyt na biura poza Warszawą wyniósł 365 tys. m kw.

Jak nie ma Amerykanów to wieje nudą

Podczas gdy Amerykanie świętują, na innych rynkach zaczyna wiać nudą. Tak jest i tym razem. W Europie w krótkim terminie dominują spadki a DAX ma problem z ponownym atakiem historycznych szczytów. Z układu świec na wykresie coraz mocniej wynika, że szykuje nam się większa korekta. Ropa naftowa rośnie po nowych doniesieniach z Arabii Saudyjskiej, jednak na wykresie wciąż jesteśmy „zamknięci” w wąskiej konsolidacji. Rynek walutowy także nie wykazuje większej zmienności. Na parze EURUSD jest ona coraz mniejsza. Dzisiejsze PMI nie powinny wnieść przełomu, bo to dane finalne, które z reguły nie przynoszą większych zaskoczeń. Rynek teraz czeka na jutrzejszy ISM dla usług oraz piątkowe NFP.

W godzinach nocnych dowiedzieliśmy się nieco więcej o kondycji gospodarki Chin. W czerwcu tempo wzrostu gospodarczego w Państwie Środka uległo dalszemu osłabieniu. Dzisiejszy wskaźnik PMI dla usług S&P Global/Caixin spadł w czerwcu do 53,9 z 57,1 pkt. w maju, zgodnie z tendencją spadkową obserwowaną w oficjalnym wskaźniku PMI dla sektora nieprodukcyjnego. Sugeruje to, że popyt konsumpcyjny wzrósł w bardziej umiarkowanym tempie, ponieważ stłumiony popyt zanika po ponownym otwarciu gospodarki po lockdownie.

Dodatkowo wskaźnik PMI dla przemysłu Caixin z początku tego tygodnia wyniósł w czerwcu 50,5 pkt., powyżej neutralnego poziomu 50, ale spadł z 50,9 w maju. Był to lepszy wynik niż oficjalny wskaźnik PMI dla przemysłu, który w czerwcu wyniósł 49,0 i był poniżej granicznej bariery trzeci miesiąc z rzędu. Niemniej jednak Caixin PMI sugeruje, że sektor produkcyjny traci impet.

Rynek w tym momencie czeka na jutrzejsze dane na temat raportu ISM dla usług Stanów Zjednoczonych. Kulminacją będzie jednak odczyt NFP w pierwszy piątek miesiąca. Główny wskaźnik ISM wg oczekiwań ma wzrosnąć z 50,3 pkt. do 51 pkt.. Dużą uwagę rynek poświęci subindeksowi zatrudnienia oraz cen płaconych. One pokażą co dzieje się na rynku pracy oraz w tendencjach inflacyjnych. Po NFP oczekuje się gorszego wyniku w okolicach 225 tys. nowych miejsc pracy. Maj zaskoczył solidnym wynikiem. Jeśli czwartkowo-piątkowe dane pokażą słabość na całej linii, będzie to kolejna cegiełka do tego, żeby obniżyć rynkowe oczekiwania na kontynuację restrykcyjnej polityki Fed. W takim scenariuszu dolar ma szanse się osłabić co wówczas skutkowałoby ponownym wyjściem EURUSD nad poziom 1,09 i podążanie w kierunku 1,11, gdzie wypada horyzontalny opór wyznaczony przez kwietniowo-majowe maksima.

Łukasz Zembik, Oanda TMS Brokers

Kolejne obostrzenia kontroli podatkowej

Przedstawiona przez Ministerstwo Finansów nowelizacja ustawy o Ordynacji podatkowej zawiera niewiele zmian upraszczających, większość proponowanych regulacji zwiększa zakres odpowiedzialności podatników, zmniejsza ich prawa i wzmacnia organy skarbowe.

Zgodnie z uzasadnieniem Ministerstwa Finansów celem nowelizacji miało być: „uproszczenie procedur podatkowych, zwiększenie efektywności działania organów podatkowych, poprawa relacji między podatnikami i organami podatkowymi oraz doprecyzowanie przepisów, których stosowanie budzi wątpliwości”. Tymczasem, jak podkreśla Przewodniczący Komisji Podatkowej BCC Adam Mariański – Projekt Ministerstwa Finansów – to kolejne zwiększenie uprawnień organów skarbowych kosztem prawa podatników. Nowelizacja zawiera mało istotne uproszczenia, a w rzeczywistości prowadzi do zwiększenia represyjności aparatu skarbowego. Z tych względów projekt powinien natychmiast być wycofany z dalszego procedowania.

Zdaniem eksperta BCC – warto zwrócić szczególną uwagę na dwie proponowane zmiany dotyczące przedawnienia oraz sposobu prowadzenia procedur kontrolnych. W zakresie przedawnienia projekt nie rozwiązuje problemu represyjności organów skarbowych, spowodowanej głównie ich własnym niedbalstwem.

Do wielu lat organy skarbowe, w sytuacji gdy prowadzą niedbale postępowanie kontrolne lub podatkowe i zbliża się termin przedawnienia zobowiązania podatkowego, wszczynają postępowanie karno-skarbowe, celem zawieszenia biegu terminu przedawnienia. Uchwała  7 sędziów NSA z 24 maja 2021r. (sygn. akt I FPS 1/21), wskazywała na możliwość badania przez sądy administracyjne – czy postępowanie karne nie zostało wszczęte instrumentalnie, właśnie w celu zawieszenia terminu przedawnienia.

Organy skarbowe „dostosowały” się do nowej rzeczywistości i wszczynają postępowania    do 6 miesięcy przed upływem terminu przedawnienia, przesłuchują świadków i gromadzą dowody, nawet w sytuacji gdy w postępowaniu podatkowym brak takiej aktywności organów skarbowych. Ma to wykazać brak pozorności tego postępowania karnego.         Przedstawiony projekt nie uchyla powyższych regulacji, a tym samym legitymizuje niedopuszczalną w państwie prawa praktykę organów skarbowych. Co więcej, wprowadza nową przesłankę zawieszenia biegu terminu przedawnienia. W przypadku wszczęcia kontroli celno-skarbowej termin ten ulega automatycznie zawieszeniu do dnia jej zakończenia, czyli pozwala prowadzić postępowanie przez wiele lat. – To już jest przykład na to, komu służy przedłożony projekt, co jest oczywiście sprzeczne z przedłożonym uzasadnieniem – podkreśla Adam Mariański, ekspert BCC.

Drugim zagadnieniem, na które według eksperta BCC warto zwrócić uwagę, jest zmiana procedur kontrolnych. Co do zasady, kontrole będą prowadziły wyłącznie urzędy celno-skarbowe, a urzędy skarbowe nie będą mogły prowadzić kontroli podatkowych.

– Tak można tylko twierdzić na podstawie uzasadnienia projektu. W rzeczywistości projekt sankcjonuje nielegalne praktyki prowadzenia przez urzędy skarbowe kontroli w ramach czynności sprawdzających. Tymczasem czynności te służą wyłącznie sprawdzeniu poprawnej formalności dokumentów oraz rozliczeń podatkowych, a nie gromadzeniu dowodów. – zauważa ekspert BCC. W założeniach projektu organy podatkowe nie tylko będą mogły podejmować dotychczasowe czynności zgodnie z prawem, ale zostanie znacząco rozszerzony zakres gromadzonych dowodów (np. przesłuchanie świadków). Należy pamiętać, że czynności sprawdzające to tryb uproszczony, który nie zapewnia należytej ochrony praw podatnika. Urzędnik skarbowy będzie miał nieograniczony dostęp do informacji prywatnych podatnika, będzie mógł żądać odpowiedzi na każde wezwanie, bez konieczności wszczynania postępowania kontrolnego lub podatkowego. Jednocześnie czas prowadzenia takich czynności, w przeciwieństwie do kontroli podatkowej, jest nieograniczony w czasie.

– Tym samym nowa forma kontrolowania podatników zostanie wyjęta spod jakichkolwiek ograniczeń (np. z ustawy Prawo przedsiębiorców) i będzie pozwalała na dowolne prowadzenie czynności kontrolnych w stosunku do podatnika. Widać, że każdy projekt napisany przez urzędników, jest tworzony dla ich potrzeb, a nie dla ochrony podatników przed represyjnym systemem skarbowym. – podsumowuje Adam Mariański, ekspert BCC .

Zdaniem Adama Mariańskiego należy wycofać projekt z dalszego procedowania i warto wrócić do projektu, przygotowanego wiele lat temu, przez komisję pod kierunkiem prof. Lenarda Etela.

Inflacja we wrześniu może spaść poniżej 10 proc.

W ostatnich miesiącach, inflacja w Polsce szybko spadała: z poziomu 18,4 proc. w lutym do 11,5 proc. w czerwcu. Gdyby taki trend się utrzymał, to już w sierpniu inflacja spadłaby poniżej 10 proc. Jest to jednak mało prawdopodobne i na jednocyfrową inflacją poczekamy najwcześniej do września. Mamy obecnie najwyższą inflację i najniższe bezrobocie w Unii Europejskiej.

W zeszłym roku, inflacja w lipcu i sierpniu rosła zdecydowanie wolniej niż w pozostałych miesiącach. Ceny w lipcu poszły w górę o 0,5 proc. m/m i 0,8 proc. w sierpniu, podczas gdy w okresach od marca do czerwca oraz od września do października, ich wzrost był zawsze wyższy niż 1,5 proc. Ten efekt bazy spowoduje, że w wakacje inflacja nie będzie już spadać tak szybko jak w ostatnich miesiącach. Na jej spadek do wartości jednocyfrowej poczekamy co najmniej do września, a w bardziej pesymistycznym scenariuszu – nastąpi to w październiku.

Spadającej inflacji może zagrozić (choć jak się wydaje, nie zatrzyma spadku) zwiększony poziom wydatków budżetowych związanych ze zbliżającymi się wyborami. Wyścig do Sejmu jest bardzo wyrównany, a to będzie budzić pokusę, by rozstrzygnąć go składając coraz dalej idące obietnice socjalne. Przykład propozycji zmian programu 500 Plus na 800 Plus pokazuje, że także termin wprowadzenia zmian może być elementem kampanii, a opozycja może także skłaniać rząd do realizacji swoich obietnic jeszcze przed wyborami.

Samo podniesienie świadczenia ma taki sam efekt, jak dokonanie jednej obniżki stóp procentowych o 0,25 pp. Istnieje także możliwość, że przed wyborami dojdzie do pierwszej standardowej obniżki stóp procentowych, co także utrudni walkę z inflacją.

Mimo spadków, Polska ma obecnie najwyższą inflację w Unii Europejskiej. W krajach, gdzie inflacja była wcześniej wyższa, np. na Łotwie, spadła jeszcze bardziej dramatycznie. I wydaje się, że ta stan może się utrzymywać w najbliższych miesiącach. Polska ma obecnie najwyższą inflację w UE, a jednocześnie najniższe bezrobocie, co wydaje się idealnym miksem do dokonania podwyżki stóp procentowych. Jednak RPP zakończyła serię podwyżek jeszcze w zeszłym roku i obecnie – bardziej ze względów politycznych niż ekonomicznych – prawdopodobna jest raczej obniżka stóp.

Wraz ze spadająca inflacją, zmniejszają się dotyczące jej obawy inwestorów. Badanie Puls Inwestora Indywidualnego eToro obejmujące ostatni kwartał, odsetek inwestorów uważających inflację za największe ryzyko zewnętrzne spadł z 27 proc. do zaledwie 7 proc. Jednocześnie mocno wzrosła, z 8 proc. do 36 proc., liczba inwestorów obawiających się o stan polskiej gospodarki. To efekt obaw dotyczących możliwej recesji oraz możliwych skutków finansowych kampanii wyborczej, również widocznych w badaniu.

Inflacja spada nie tylko w Polsce, ale także w USA i strefie Euro. W USA inflacja spadła z poziomu 6,6 proc. w styczniu do 4 proc. w maju. W strefie Euro z 8,6 proc. w styczniu do 5,5 proc. w czerwcu.  Zarówno w USA, jak i w strefie Euro, spodziewamy się pod koniec lipca, po jeszcze jednej podwyżce stóp o 0,25 p.p., co powinno wesprzeć dalszy spadek inflacji.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Organ uznał przedsiębiorcę za oszusta m.in. dlatego, że rozmawiał z przedstawicielem zagranicznej firmy po polsku

W przypadku stwierdzenia dopuszczenia się oszustwa podatkowego chociażby przez jedną z firm, organy skarbowe biorą pod lupę wszystkich jej kontrahentów uczestniczących w łańcuchu dostaw. W przypadku braku oczywistych dowodów na ich świadomy udział w nielegalnym procederze, organy chętnie wysuwają zarzut braku dochowania należytej staranności przy doborze kontrahenta. Czasem zarzuty te są tak absurdalne, jak rozmowa z przedstawicielem zagranicznej firmy po polsku.

Oskarżenie o udział w karuzeli VAT

W sprawie jednej ze spółek z o.o. chodziło o usługi wykonane przez nią na rzecz cypryjskich i brytyjskich kontrahentów w 2016 roku. Organy skarbowe stwierdziły, że obie zagraniczne firmy dopuściły się nieprawidłowości w swoich rozliczeniach VAT, poprzez udział w oszustwie podatkowym. Naczelnik urzędu skarbowego wszczął więc wobec spółki kontrolę podatkową w zakresie jej rozliczeń w VAT, którą w maju 2021 r. przekształcił w postępowanie podatkowe. Bieg 5-letniego terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego przerwało wszczęcie postępowania karnego skarbowego w ostatnim roku biegu tego terminu. Naczelnik ustalił przedsiębiorcy zobowiązanie w podatku od towarów i usług stwierdzając, że do wykazanych przez nią na fakturach sprzedaży usług nigdy nie doszło.

Miejsce świadczenia usług

Organ zarzucił polskiej firmie, że nie zweryfikowała brytyjskiego i cypryjskiego odbiorcy jej usług transportowych. W przypadku usług świadczonych na rzecz kontrahenta z innego państwa członkowskiego UE transakcja taka nie podlega opodatkowaniu VAT w Polsce. Obowiązek uregulowania tego podatku spoczywa na odbiorcy usługi w miejscu jej świadczenia. A zgodnie z art. 28b ustawy o VAT, miejscem świadczenia usług jest siedziba usługobiorcy, lub stałe miejsce prowadzonej przez niego działalności gospodarczej, a w przypadku ich braku – miejsce stałego zamieszkania lub zwykłe miejsce pobytu.

Rozmowy po polsku z zagranicznymi kontrahentami

Organy podatkowe uznały, że w sprawie spółki nie może znaleźć zastosowania art. 28b, bowiem nie dochowała ona należytej staranności przy weryfikacji swoich zagranicznych kontrahentów. Przedsiębiorca nigdy nie był w ich biurach ani przedstawicielstwach, ani nie posiada żadnej wiedzy na temat ich siedziby i osób zarządzających tymi podmiotami. W opinii dyrektora izby administracji skarbowej, do dochowania wymogów należytej staranności przy doborze kontrahenta nie wystarczy jedynie sprawdzenie go w unijnym rejestrze VAT.

Poza tym, zdaniem organów za świadomym uczestnictwem spółki w oszustwie podatkowym przemawia fakt, że kontaktowała się ona z przedstawicielami zagranicznych kontrahentów telefonicznie i mailowo po polsku, a kontrahenci, mimo że zagraniczni, uruchomili rachunki bankowe w Polsce. Zatem spółka w ramach dokonanej przez siebie dostawy nie była uprawniona do zastosowania odwrotnego obciążenia na fakturze, przez co zawyżyła wartość dokonanych dostaw poza granice UE, jednocześnie zaniżając swoje zobowiązanie w VAT o 23%.

Przedsiębiorcy to nie organy ścigania

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku, do którego skargę wniósł przedsiębiorca, uznał wywód organów za całkowicie nieuzasadniony, niezrozumiały i nietrafiony. Przywołał wyroki m.in. NSA z 27 stycznia 2022 r., sygn. akt I FSK 2312/21, i z 1 marca 2022 r., sygn. akt I FSK 647/18, w których wskazano, że ogromna większość przedsiębiorców nie ma możliwości organizacyjnych, ani narzędzi prawnych, które umożliwiłyby im sprawdzenie podanego przez kontrahenta adresu firmy, czy jest on zgodny z miejscem faktycznego sprawowania jej zarządu. Gdański sąd zadał organom pytanie, jakich zatem działań należy wymagać od dostawcy usługi, aby móc stwierdzić, że pozostawał on w dobrej wierze co do posiadania przez kontrahenta siedziby we wskazanym kraju.

Rozsądne działania weryfikacyjne

Sąd odwołał się w tym zakresie do art. 18 unijnego rozporządzenia wykonawczego w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej, który w lit. b ustanawia, że wystarczającym do tego jest, aby dostawca usługi dokonał w rozsądnym zakresie sprawdzenia prawdziwości informacji przedstawionych przez usługobiorcę, za pomocą zwykłych, handlowych środków bezpieczeństwa. Użyte określenia sprawdzenia „w rozsądnym zakresie” i przy użyciu „zwykłych handlowych środków bezpieczeństwa” sugerują, że do dochowania należytej staranności przy weryfikacji istnienia danego podmiotu w danym kraju i pod wskazanym przez niego adresem nie jest wymagane podjęcie żadnych nadzwyczajnych działań oprócz tych, które zwykle wykonuje się przy weryfikacji kontrahenta.

Spółka dokonała sprawdzenia zagranicznych odbiorców jej usług w prowadzonym przez Komisję Europejską systemie wymiany informacji o podatku od towarów i usług VIES (VAT Information Exchange System). Korzystający z niego przedsiębiorca ma prawo pozostawać w zaufaniu co do prawdziwości ujawnionych tam danych.

E-mail i telefon to w XXI wieku standardowe środki komunikacji

Sąd nie podzielił stanowiska organów podatkowych również w zakresie pozostałych zarzutów. W dobie bowiem rozwoju technologii szybkiego porozumiewania się na odległość, nawiązywanie współpracy z innymi przedsiębiorcami za pomocą elektronicznych środków komunikacji nie jest niczym nienaturalnym. Zwłaszcza z firmami z zagranicy. Takie zachowanie przedsiębiorcy pozwala mu na ograniczenie kosztów takich transakcji i dzięki temu na zyskanie wyższej rentowności przedsięwzięcia. Służy temu właśnie komunikowanie się za pomocą poczty elektronicznej i telefonu.

Przedstawiciel kontrahenta rozmawiał po polsku, bo prowadził interesy w Polsce

Brak również uzasadnienia dla zarzutu, że o oszustwie przedsiębiorcy miałby przemawiać fakt, że rozmawiał on z przedstawicielami brytyjskich i cypryjskich firm w języku polskim, skoro kontrahenci ci prowadzili swoje interesy na terytorium RP. Wzbudzać podejrzeń nie powinno również posiadanie przez tych kontrahentów rachunków w polskich bankach. Przeciwnie, fakt posiadania takich kont rozliczeniowych w kraju, w którym prowadzi się interesy, zwiększa wręcz wiarygodność takiego partnera biznesowego. Uruchamiając takie rachunki, przedsiębiorcy ci również musieli wykazać przed bankiem adres swojej zagranicznej siedziby.

Podsumowanie

Wyrok gdańskiego sądu dostarcza kilku wniosków. Po pierwsze, przedsiębiorca nie jest organem skarbowym i nie posiada jego narzędzi i środków do wielowarstwowej, szeroko zakrojonej weryfikacji klienta. Zresztą, unijne przepisy od niego tego nie wymagają. Weryfikacji służą urzędowe rejestry, jeśli system VIES zawiera nieprawdziwe informacje, to stanowi to problem administracji skarbowej i urzędników, którzy go prowadzą. Po wtóre stawianie wymogu weryfikacji kontrahenta w miejscu, w którym znajduje się jego zagraniczna siedziba jako warunku uznania, że podatnik działał z należytą starannością jest nie do pogodzenia z realiami współczesnego obrotu gospodarczego. Podsumowując, każdy przedsiębiorca, któremu organ zarzucił niedochowanie należytej staranności przy weryfikacji swojego kontrahenta, ma prawo odwołać się od takiego rozstrzygnięcia i je zaskarżyć. Zwłaszcza w obliczu tak abstrakcyjnej argumentacji, jakiej użył fiskus w omawianej sprawie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, partner zarządzający Kancelarią Prawną Skarbiec specjalizującą się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Polska może stać się celem ataków cybernetycznych przed wyborami. System wyborczy na celowniku

  • Rosyjskie cyberataki nękają kraj od zeszłego roku, a domniemani agenci Kremla byli wielokrotnie zatrzymywani przez polskie służby bezpieczeństwa. Czy zbliżające się wybory parlamentarne przynoszą nowe zagrożenie? Na to pytanie starają się odpowiedzieć eksperci CPR.
  • Powiązana z Rosją grupa haktywistów – NoName057(16), która działa od marca 2022 r. – atakuje ukraińskie i proukraińskie organizacje, przedsiębiorstwa i rządy, a cele zmieniają się w zależności od rozwoju sytuacji geopolitycznej. W ostatnich miesiącach grupa skupiła się na różnych krajach Unii Europejskiej, które publicznie poparły Ukrainę, w tym między innymi na Polsce
  • Polska jest głównym celem grup haktywistycznych powiązanych z Rosją, a NoName057(16) w ciągu ostatniego roku była najbardziej aktywną z nich. Oceniamy jako wysoce prawdopodobne, że wzorce i ataki, które miały miejsce podczas czeskich wyborów prezydenckich na początku 2023 r., powtórzą się również w Polsce – mówi ekspert bezpieczeństwa cybernetycznego.

Wraz z coraz częstszym wykorzystaniem cyfrowych technologii w wyborach na całym świecie, rośnie zagrożenie cyberatakami na infrastrukturę wyborczą. Rosyjskie cyberataki nękają kraj od zeszłego roku, a domniemani agenci Kremla byli wielokrotnie zatrzymywani przez polskie służby bezpieczeństwa. Czy zbliżające się wybory parlamentarne przynoszą nowe zagrożenie?

Organy zarządzające wyborami, partie polityczne i inne zainteresowane strony są często słabo przygotowane na ataki cybernetyczne i reagowania na nie. Brak reakcji na zagrożenia dla cyberbezpieczeństwa może stanowić krytyczne zagrożenie dla uczciwości wyborczej – ostrzega w komentarzu Międzynarodowa Fundacja Systemów Wyborczych (IFES).

– Biorąc pod uwagę doświadczenia ostatnich 2 lat i obserwacje działań grup haktywistycznych powiązanych z Rosją, należy brać poważnie pod uwagę możliwość ataku na Polskę przed lub podczas wyborów parlamentarnych w tym roku – Wojciech Głażewski, dyrektor Check Point Software w Polsce. Szczególnie narażone mogą być instytucje publiczne: internetowe strony rządowe, portale partii politycznych, a także mediów relacjonujących kampanie partii. – Od wielu miesięcy jesteśmy świadkami celowego ingerowania prorosyjskich grup w działania instytucji zaufania publicznego w naszym regionie – alarmuje Głażewski.

Polska jest głównym celem grup haktywistycznych powiązanych z Rosją, a NoName057(16) w ciągu ostatniego roku była najbardziej aktywną z nich. Oceniamy jako wysoce prawdopodobne, że wzorce i ataki, które miały miejsce podczas czeskich wyborów prezydenckich na początku 2023 r., powtórzą się również w Polsce. Grupa ta przeprowadza ataki DDoS na strony internetowe kandydatów (o antyrosyjskiej agendzie). W wyborach prezydenckich w Czechach, NoName starała się również uniemożliwić partiom publiczne przedstawiać raporty finansowe kampanii, zgodnie z wymogami prawo – mówi Sergey Shykevich, ekspert Check Point Software

Cyberataki na instytucje publiczne – w tym te związane z infrastrukturą wyborczą – zdarzają się coraz częściej na całym świecie. Taro Kono, japoński minister cyfryzacji, w wywiadzie dla dziennika Financial Times przestrzegł, że różnego rodzaju „złośliwe” działania z wykorzystaniem inteligentnych algorytmów to wyzwanie dla najbliższych wyborów parlamentarnych, m.in. w Japonii i Wlk. Brytanii, a także prezydenckich – w USA. W marcu 2023 roku Estonia stała się celem ataków cybernetycznych w trakcie wyborów parlamentarnych. Gert Auväärt, który kieruje Narodowym Centrum Bezpieczeństwa Cybernetycznego w Estonii (NCSC-EE), powiedział, że jego zespół był na „podwyższonym poziomie świadomości przez dwa tygodnie” podczas kampanii i że próby wejścia do systemu wyborczego zakończyły się niepowodzeniem.

Kraje CEE na celowniku rosyjskich hakerów

Pod koniec 2022 roku, cyberataki uderzyły w parlamenty w Polsce i na Słowacji, niszcząc system głosowania. „Atak był wielokierunkowy, w tym z wnętrza Federacji Rosyjskiej” – napisano w oświadczeniu Senatu RP. Marszałek polskiego Senatu Tomasz Grodzki powiedział, że może to mieć związek z głosowaniem w Senacie, w którym uznano rosyjski rząd za „reżim terrorystyczny”.

Tymczasem wiceprzewodniczący słowackiego parlamentu Gabor Grendel potwierdził, że „cała sieć komputerowa Parlamentu została sparaliżowana”.  Ale zagrożenia płyną nie tylko z Rosji. Check Point Research (CPR) śledziło ostatnio aktywność chińskiego ugrupowania cyberprzestępczego, którego celem były podmioty zajmujące się polityką zagraniczną i wewnętrzną, a także ambasady w Europie.

Eksperci wskazują na zmieniający się trend i wzrost zainteresowania chińskich grup cyberprzestępczych podmiotami w Europie. I tak chińskie grupy celowały ostatnio większość krajów Europy Wschodniej, takie jak Czechy, Słowacja i Węgry, a celem kampanii było zdobycie poufnych informacji na temat polityki zagranicznej tych państw. Niewykluczone, że w najbliższych tygodniach na liście znajdzie się Polska, jako kraj prowadzący aktywne działania polityczne.

Eksperci Check Point Research wyrażają obawy o zainteresowanie Polską w przeddzień wyborów parlamentarnych – Powiązana z Rosją grupa haktywistów – NoName057(16), która działa od marca 2022 r. – atakuje ukraińskie i proukraińskie organizacje, przedsiębiorstwa i rządy, a cele zmieniają się w zależności od rozwoju sytuacji geopolitycznej. W ostatnich miesiącach grupa skupiła się na różnych krajach Unii Europejskiej, które publicznie poparły Ukrainę, w tym między innymi na Polsce, Litwie, Łotwie, Słowacji, Norwegii, Finlandii, Niemczech, Hiszpanii i Danii – podkreślają w swoim raporcie.

W styczniu br. grupa rozpoczęła przeprowadzanie ataków DDoS na strony internetowe związane z wyborami prezydenckimi w Czechach, dwa dni przed planowanym pójściem wyborców do urn. Teraz może zaatakować polskie instytucje publiczne – ostrzegają eksperci. W Polsce aktywne są – oprócz Killent, NoName, również APT 28/29.

Check Point Research zwraca uwagę na wyraźną zmianę w strategii grup haktywistycznych. Początkowo ich ataki były mniejsze – w październiku 2022 r., grupa Killnet (powiązana z Rosją) próbowała zaatakować amerykańskie cele przed wyborami, w listopadzie grupa The People’s Cyber ​​Army zaatakowała witrynę internetową Amerykańskiej Partii Demokratycznej. Większość z tych ataków nie spowodowała żadnych zakłóceń w dostępności witryn instytucji rządowych lub wyborczych. Tymczasem w styczniu 2023 roku doszło do paraliżu wyborów w Czechach.

Od strony operacyjnej, NoName057(16) działa głównie za pośrednictwem kanałów telegramowych. Ma rosyjskojęzyczny kanał z prawie 20 000 członków, kanał w języku angielskim oraz grupę wolontariuszy zwanych Projektami DDoSia, którzy działają w ich imieniu. Projekt DDoSia obejmuje tylko 1427 członków, ale jest bardzo aktywny i przeprowadza dużą liczbę ataków miesięcznie. Ma cztery podkanały, z których jeden jest przeznaczony do wybierania celów ataków DDoS*. Działania są motywowane, ponieważ NoName057(16) oferuje nagrody pieniężne dla podgrup, które zgłaszają się na ochotnika, począwszy od 20 000 rubli (290 USD) do 80 000 rubli (około 1150 USD).

I choć wielu specjalistów wskazuje na źródła ataków, związane z Rosja, urzędnicy rządowi tego kraju wielokrotnie zaprzeczali udziałowi w jakimkolwiek działaniach związanych z włamaniami cybernetycznymi lub przeciekami, mającymi na celu dezinformacje społeczeństwa danego kraju.

Jak ujawniło w raporcie Stanford’s Internet Observatory: „Rosjanie udoskonalają obecnie techniki dezinformacji na całym świecie – głównie po to, by kształtować dyskurs publiczny na tematy o znaczeniu geostrategicznym dla Rosji, takie jak trwająca wojna domowa w Syrii”. GRU stworzyło wiele fałszywych podmiotów, takich jak Inside Syria Media Center, nieistniejący think tank, który z powodzeniem forsował narracje popierające Asada i antyzachodnie, a ludzie powiązani z Internet Research Agency najwyraźniej stali za stroną internetową o nazwie Peace Data, która wykorzystywała prawdziwych amerykańskich dziennikarzy i pisarzy, aby atakować lewicowych Amerykanów.

Uwaga na fake news i podrobione domeny

Jak podkreślają eksperci, bardzo popularnym sposobem ataku jest budowanie licznych, nieprawdziwych domen, imitujących strony partii politycznych lub organizacji politycznych, które zawierają nieprawdziwe informacje (fake-news). Oded Vanunu, szef działu badań nad podatnościami produktów w firmie Check Point Software już w 2020 roku podczas wyborów w USA apelował, aby wyborcy dokładnie sprawdzali zasoby i strony związane z wyborami, które odwiedzają online, aby upewnić się, że są one autentyczne i godne zaufania oraz aby uniknąć ryzyka wyłudzenia danych osobowych.

Obawy potwierdza FBI i ostrzega: Sfałszowane domeny i konta e-mail są wykorzystywane przez zagraniczne podmioty i cyberprzestępców i można je łatwo pomylić z legalnymi witrynami internetowymi lub wiadomościami e-mail. Przeciwnicy mogą wykorzystywać fałszywe domeny i konta e-mail do rozpowszechniania fałszywych informacji; gromadzić ważne nazwy użytkownika, hasła i adresy e-mail; zbierać dane osobowe; i rozprzestrzeniania złośliwego oprogramowania, co prowadzi do dalszych kompromisów i potencjalnych strat finansowych.  

Grupy przestępcze, zarówno zagraniczne, jak i krajowe, wykorzystują technologię, aby zwiększyć zasięg ataków. Mimo, że ataki cybernetyczne stają się coraz częstsze, procesy wyborcze w coraz większym stopniu zależą od rodzajów technologii wykorzystywanych w tych atakach. Wybory w coraz większym stopniu zależą od technologii, takich jak cyfrowe listy wyborców i wyniki wyborów, biometryczna rejestracja wyborców i elektroniczne maszyny do głosowania. Społeczeństwo jest ogólnie świadome, że ataki te są prawdopodobne, a wielu wątpi – często nie bez powodu – czy ich kraje są przygotowane do skutecznie im przeciwdziałać.

Marketing dla restauracji – jakie są skuteczne strategie promocji lokalu?

Właściwe działania marketingowe pomagają budować rozpoznawalność lokalu gastronomicznego, zwiększyć liczbę dokonywanych zamówień oraz przyciągać klientów. Umiejętnie prowadzony marketing dla restauracji odgrywa kluczową rolę w jej istnieniu i rozwoju. Jakie zatem kroki w tym obszarze należy podjąć, by lokal odniósł sukces na rynku? O tym w artykule.

Na co zwrócić uwagę promując lokal gastronomiczny?

Opracowanie skutecznej strategii promocyjnej lokalu to jeden z fundamentalnych punktów działań marketingowych. Pozwala wyróżnić się spośród konkurencji, zbudować lojalną bazę klientów i pozyskać nowych gości. Jakie czynności warto podjąć?

Opracuj biznesplan

Przygotowując biznesplan dla naszego lokalu, warto uwzględnić w nim ważne punkty takie jak np.:

  • wizja i misja restauracji,
  • analiza rynku oraz konkurencji,
  • określenie budżetu.

W takim dokumencie trzeba również zawrzeć szczegółową rozpiskę działań w zakresie promocji i reklamy dla restauracji. Pamiętajmy, że budowanie relacji z klientami np. poprzez stosowanie programu lojalnościowego także powinno zajmować ważne miejsce w naszym biznesplanie.

Zaznacz obecność restauracji w social mediach

Nasz lokalu powinien być zauważalny na platformach mediów społecznościowych takich jak: Facebook czy Instagram. Warto opracować harmonogram publikowania treści oraz regularnie udostępniać zdjęcia potraw, informacje o wydarzeniach specjalnych lub promocjach. Można również wchodzić w interakcje z klientami np. poprzez odpowiadanie na komentarze i zachęcanie do dyskusji.

Zadbaj o profesjonalną stronę internetową

Witryna online to niezwykle ważny element marketingu dla restauracji. Warto zainwestować w profesjonalną stronę internetową, która będzie łatwa w nawigacji. Musi też zawierać aktualne informacje takie jak: menu, dane kontaktowe lokalu i godziny otwarcia.

Trzeba również pamiętać o dostosowaniu jej do urządzeń mobilnych np. telefonów komórkowych i tabletów. Witrynę online możemy przygotować samodzielnie lub zlecić jej wykonanie profesjonalistom. Restaumatic zapewnia nowoczesną i responsywną stronę WWW dla restauracji z systemem zamówień online oraz gwarantuje pełne wsparcie w jej obsłudze.

Podsumowanie

Działania marketingowe dla lokalu gastronomicznego to złożony proces, który wymaga ciągłego zaangażowania i reakcji na zmieniające się trendy w branży. Powinniśmy zadbać o obecność restauracji  w  mediach społecznościowych, o relacje z klientami czy świetnie opracowywany biznesplan. Liczy się przemyślana taktyka, cierpliwość i kreatywność.

Likwidacja użytkowania wieczystego 2023 r.

Użytkowanie wieczyste jest instytucją prawną wprowadzoną do polskiego systemu prawnego w 1961 roku. Polega ono na oddaniu w użytkowanie nieruchomości gruntowej będącej własnością Skarbu Państwa lub jednostek samorządu terytorialnego (województwa, powiatu bądź gminy) na czas określony co do zasady 99 lat (ewentualnie krócej nie mniej niż 40 lat). Użytkownik wieczysty ma prawo do używania nieruchomości, w tym budowania na niej, natomiast nie posiada prawa do własności nieruchomości.

W chwili obecnej trwają kolejne prace dotyczące wyeliminowania z obrotu prawnego instytucji użytkowania wieczystego, które jest swoistym reliktem PRL-u. Największa dotychczasowa próba likwidacji użytkowania wieczystego z polskiego sytemu prawnego miała miejsce w 2019 r., kiedy ustalono, że z mocy prawa na własność przekształcone zostały grunty przeznaczone na cele mieszkaniowe.

Zgodnie z uzasadnieniem do obecnego rządowego projektu zmiany ustawy o gospodarce nieruchomościami podstawą nowelizacji jest zdynamizowanie procesu eliminacji użytkowania wieczystego na gruntach, które zabudowano i zagospodarowano na określone cele, co w dalszej perspektywie, zdaniem projektodawcy, ma zaktywizować procesy inwestycyjne na tych nieruchomościach. Nowelizacja ma umożliwić firmom, osobom fizycznym i spółdzielniom mieszkaniowym uzyskanie na własność gruntów na cele inne niż mieszkaniowe tzw. komercyjnych gruntów.

W dniu 23 czerwca 2023 r. Senat podjął uchwałę w przedmiocie terminu zgłoszenia prawa do żądania przez przedsiębiorcę użytkownika wieczystego nieruchomości gruntowej do zawarcia umowy sprzedaży nieruchomości gruntowej. Poprawka senacka zmieniła termin z 12 miesięcy na 36 miesięcy. Poprawka ta podyktowana jest uwzględnieniem pomocy de minimis mając na uwadze termin do realizacji przez przedsiębiorcę prawa do żądania zawarcia umowy sprzedaży nieruchomości gruntowej.

Z prawem żądania przekształcenia wystąpić może użytkownik wieczysty gruntu zabudowanego, który zrealizował cel użytkowania wieczystego powstałego przed 1 stycznia 1998 r., będzie mógł wystąpić z żądaniem sprzedaży. W takim wypadku organ będzie zobowiązany do zawarcia umowy. Termin złożenia takiego wniosku będzie wynosił rok od wejścia ustawy w życie.

Co istotne organy publiczne nie będą już mogły odmówić sprzedaży gruntu na rzecz użytkownika, w tym przedsiębiorcy, który złoży wniosek w terminie roku od wejścia w życie ustawy. Powyższe nie dotyczy gruntów niezabudowanych bądź zajmowanych przez rodzinne ogrody działkowe. Do tych gruntów do zakupu wymagana będzie zgoda samorządu lub starosty i wojewody pod warunkiem, że umowa będzie obowiązywała minimum 10 lat.

Natomiast przewidywana nowelizacja wyłącza całkowicie możliwość przekształcenia następujących gruntów:
a) Skarbu Państwa powierzone Krajowemu Ośrodkowi Wsparcia Rolnictwa, Agencji Mienia Wojskowego, Lasom Państwowym,
b) parkom narodowym, Wodom Polskim,
c) a także grunty na terenie portów i przystani morskich.

Są to grunty istotne z punktu widzenia gospodarki narodowej, niezbędne jest więc zapewnienie Skarbowi Państwa nadzoru nad sposobem ich wykorzystywania. Nie będzie również możliwe zawarcie umowy sprzedaży gruntu, wobec którego toczy się postępowanie o rozwiązanie umowy użytkowania wieczystego.

Przewidywana nowelizacja dotyczy następującego katalogu podmiotów:

a) przedsiębiorców (spółki prawa handlowego, osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą),
b) osoby fizyczne np. właścicieli garaży,
c) spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe (infrastruktura osiedlowa, pawilony handlowe),
d) mieszkańcy osiedli – chodzi np. parkingi, drogi wewnętrzne, place zabaw.

Nowelizacja ustawy o gospodarce nieruchomościami wprowadza zasadę uwłaszczenia na wniosek w przeciwieństwie do uwłaszczenia z mocy prawa, które dotyczyło nowelizacji na gruntach mieszkaniowych. Mówiąc wprost decyzja ma być dobrowolna. Ustawa wprowadza nowy, rynkowy model odpłatności za grunt sprzedawany użytkownikowi wieczystemu. Zasady odpłatności przedstawiają się w sposób następujący:

a) cena wykupu przy jednorazowej wpłacie to 20-krotność dotychczasowej opłaty rocznej za użytkowanie wieczyste;
b) cena za grunt docelowo to równowartość 6 proc., 20 proc., 40 proc., 60 proc. lub więcej wartości rynkowej gruntu;
c) możliwość płatności w ratach przez maksimum 10 lat – wtedy cena to 25-krotność dotychczasowej opłaty rocznej;
d) bonifikata dla grup szczególnie wrażliwych społecznie np. osób niepełnosprawnych i ich opiekunów;
e) samorządy będą mogły przyjąć te same zasady odpłatności lub określić je samodzielnie;
f) dla przedsiębiorców preferencje w ramach limitu pomocy de minimis.

Nowe przepisy mają wejść w życie po 30 dniach od ich ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Autor: r. pr. Szymon Szabat, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Branża pożyczkowa z dwucyfrowymi wzrostami za 2022 rok

Rynek instytucji pożyczkowych, po raz pierwszy od dwóch lat, zakończył poprzedni rok na plusie. Branża udzieliła w 2022 roku około 3,59 mln pożyczek na łączną kwotę 13,79 mld złotych. W porównaniu do 2021 r. oznacza to 22 proc. wzrost w ujęciu liczbowym i 36 proc. wzrost w ujęciu wartościowym – wynika z raportu Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego podsumowującego sytuację w sektorze.

Pomimo niestabilnego otoczenia geopolitycznego i makroekonomicznego w zeszłym roku, instytucje pożyczkowe, po raz pierwszy od przedpandemicznego 2019 r., odnotowały dodatnie wyniki sprzedaży. Według danych CRIF sektor w 2022 r. udzielił finansowania na kwotę 13,79 mld złotych, co stanowi wzrost o 35,8 proc. w porównaniu do 2021 r. oraz 19,9 proc. wzrost w relacji do 2019 roku. Wzrosła także liczba przyznanych pożyczek, która w zeszłym roku wyniosła około 3,59 mln sztuk, a więc o 21,8 proc. więcej niż w 2021 r. oraz o 10,7 proc. więcej w stosunku do 2019 roku.Kluczowe dane sprzedażowe_grafika

Odczuwalna odwilż na rynku to z jednej strony efekt sytuacji gospodarczej, w tym wysokiej inflacji, która zmuszała konsumentów do poszukiwania dodatkowych form finansowania potrzeb ich gospodarstwa domowego. A z drugiej strony, powrót do regulacji przedcovidowych i możliwość prowadzenia działalności pożyczkowej w oparciu o limit kosztów pozaodsetkowych z ustawy o kredycie konsumenckim. Wcześniej, przez 15 miesięcy, maksymalna wysokość kosztów pozaodsetkowych była obniżona o ponad 60 proc., co spowodowało w tym czasie zapaść akcji kredytowej i wycofywanie się z rynku profesjonalnych pożyczkodawców, gdyż to właśnie ten komponent, poza odsetkami, stanowi dla firm pożyczkowych podstawową formę osiągania przychodów z prowadzonej działalności.

Branża pożyczkowa w fazie głębokich zmian

Osiągnięty poziom sprzedaży w 2022 r., mimo dwucyfrowych wzrostów, nie przekłada się na optymistyczne nastroje w branży. Jak komentuje dr Anna Mlostoń-Olszewska, prezeska Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego: „Oceniając wyniki sektora za poprzedni rok należy wziąć pod uwagę po pierwsze niską bazę porównawczą z pierwszej połowy 2021 r., kiedy to na rynek pożyczkowy wpływ miały pandemiczne ograniczenia kosztów pozaodsetkowych, a po drugie skumulowany poziom inflacji, który, według szacunków ekspertów, w latach 2020-2022 wyniósł nawet 30 procent. Z tej perspektywy skala odbicia jest niska. Liczba aktywnych firm pożyczkowych nadal jest niższa niż przed pandemią”.

Zeszły rok przyniósł branży pożyczkowej duże zmiany regulacyjne. Toczące się prace legislacyjne nad ustawą antylichwiarską, która finalnie została przyjęta 6 października, nie pozwoliły sektorowi skupić się wyłącznie na odbudowywaniu biznesu po trudnych dwóch latach, gdy rynek był pod kreską, a wymusiły kolejne przemodelowanie prowadzonej działalności. Na mocy ustawy branża działa w środowisku nowego limitu kosztów pozaodsetkowych jeszcze bardziej zaostrzonego niż w czasach pandemii. Wprowadzono również nowe zasady oceny zdolności kredytowej klientów, które znacznie podwyższają koszty prowadzonej działalności. Od przyszłego roku branża znajdzie się pod nadzorem KNF, co także rodzi szereg nowych obowiązków administracyjnych i operacyjnych oraz wiąże się z dodatkowymi kosztami dla instytucji pożyczkowych. Efekty regulacji nie wpłynęły jednak na wyniki branży za 2022 r., gdyż te będą uwidaczniać się dopiero w kolejnych miesiącach. Skutki ostatnich zmian prawnych będzie można najprawdopodobniej zauważyć dopiero w danych za 2024 rok, gdy wszystkie przepisy ustawy zaczną obowiązywać. Niemniej już w pierwszych danych za ten rok można zauważyć obniżoną podaż pożyczek, będącą następstwem wycofywania się z rynku kolejnych podmiotów.

Siła nabywcza pożyczki niższa niż trzy lata temu

Niezmiennie domeną sektora instytucji pożyczkowych są pożyczki niskokwotowe. Spośród wszystkich udzielonych kredytów w zeszłym roku aż 50 proc. to pożyczki na kwotę do 2 tys. złotych. Kolejne 20 proc. to kredyty w przedziale kwotowym od 2 do 4 tys. złotych. Pożyczki o wartości powyżej 4 tys. zł stanowiły w poprzednim roku 29,1 proc. wszystkich udzielonych kredytów.

Średnia wartość pojedynczej pożyczki wyniosła w 2022 roku 3835 złotych, co stanowi wzrost o 11,5 proc. w relacji rok do roku oraz 8,4 proc. wzrost w porównaniu do 2019 roku. Wysoki poziom inflacji sprawia jednak, że realna siła nabywcza pożyczonych środków jest zdecydowania niższa niż miało to miejsce w 2021 roku, a tym bardziej w 2019 roku.

Z oferty instytucji pożyczkowych najczęściej korzystają osoby w wieku 30-40 lat., stanowiąc 30 proc. klientów sektora. Równie chętnie po pożyczki pozabankowe sięgają osoby młode, do 30. roku życia. Z kolei seniorzy stanowili w zeszłym roku jedynie 5,7 proc. wszystkich klientów wnioskujących o finansowanie.

Praca komornika – fakty i mity o egzekucji długów

Dla komornika liczy się odzyskanie długu za wszelką cenę. Komornik może stanąć na naszej drodze za brak opłacania mandatu na czas. Egzekucja komornicza polega na zajęciu nieruchomości dłużnika. Komornik i windykator to w sumie jedna osoba. Niestety, te i wiele innych mitów na temat komorników nadal funkcjonuje w naszym społeczeństwie. Są szczególnie szkodliwe, bo uderzają w osoby zadłużone i przeszkadzają im w szybkim wyjściu z kłopotów finansowych. Brak wiedzy na temat działań komorników powoduje, że wiele osób unika z nimi kontaktu, wpędzając się w jeszcze większe kłopoty. Warto wiedzieć, że moment, który sprawą naszego długu zainteresował się sąd i do akcji wkroczył komornik, nie jest sytuacją bez wyjścia. Zapraszamy do przeczytania kolejnego materiału Intrum z cyklu „Ogarniam finanse”, w którym obalamy popularne mity dotyczące pracy komornika i wyjaśniamy, czym ta profesja różni się od działalności firm windykacyjnych.

Jaki jest komornik, każdy widzi, ale czy na pewno?

Komornik jest funkcjonariuszem publicznym. Działa na terenie określonego sądu rejonowego, przy którym jest powołany. Jego praca – zakres obowiązków i czynności są określone przez prawo – ustawę o komornikach sądowych i ustawę o kosztach komorniczych. Komornik musi również działać zgodnie z przepisami Kodeksu Postępowania Cywilnego. Warto również wiedzieć, że przy wykonywaniu swojej pracy komornik jest niezawisły i podlega tylko wspomnianym ustawom, orzeczeniom sądowym oraz prezesowi sądu rejonowego, przy którym działa.

Te fakty obalają jeden z powszechnych mitów mówiących o tym, jakoby komornik działał z własnej woli i kierował się osobistymi pobudkami typu chęć zarobku na osobach znajdujących się w kłopotach finansowych. Oprócz tego, że działania komornika jest regulowane przez prawo, to oczywiście taki funkcjonariusz publiczny musi posiadać odpowiednie wykształcenie. Posiadanie tytułu magistra prawa nie jest wystarczające do sprawowania zawodu komornika sądowego. Oprócz wykształcenia, taka osoba musi posiadać polskie obywatelstwo, zdolność do czynności prawnych oraz nienaganną reputację. Kandydat na komornika nie może być skazany za żadne przestępstwo i musi mieć ukończone 26 lat. Konieczne jest także ukończenie aplikacji komorniczej trwającej 1,5 roku, trzyletni staż oraz co najmniej dwuletnie doświadczenie jako asesor komorniczy. Kluczowe znaczenie ma również zdanie pisemnego egzaminu, który jest obowiązkowy od 2013 roku.

Oczywiście, poza wiedzą teoretyczną oraz praktyczną musimy mieć kompetencje miękkie takie jak umiejętność prowadzenia rozmów ze stronami postępowania czy pracy pod presją czasu. Dlatego to nie zawód dla ludzi o słabych nerwach czy też nieposiadających empatii do drugiego człowieka. W pracy spotykamy się z różnymi negatywnymi emocjami ludzi, jak i również agresją, z którą musimy sobie w mniejszy lub większy sposób radzić. Pamiętać należy, iż komornik to też człowiek – mówi Piotr Wodziński, komornik sądowy.

Praca i obowiązki komornika

Działanie komornika jest związane z windykacją sądową, prawną, która jest uruchamiana zazwyczaj wtedy, gdy wierzyciel nie mógł odzyskiwać swoich pieniędzy w sposób polubowny. Windykacja sądowa zaczyna się od uzyskania tytułu wykonawczego (nakazu zapłaty lub wyroku sądu), które będą podstawą do wszczęcia postępowania egzekucyjnego. Uzyskanie tytułu jest konieczne do tego, by sprawą mógł zająć się komornik. Wniosek o wszczęcie egzekucji składa wierzyciel (lub firma windykacyjna działająca w swoim imieniu) i wtedy do sprawy zostaje wyznaczony komornik działający przy odpowiednim sądzie rejonowym.

Do egzekucji komorniczej dochodzi wtedy, gdy osoba zadłużona przez dłuższy czas uchyla się obowiązku spłaty zadłużenia i kontaktu z wierzycielem w ogóle. Nierzadko mija nawet od kilku do kilkunastu miesięcy zanim zostaje ona uruchamiana. Istnieje również kilka warunków formalnych, które muszą zostać spełnione, aby doszło do egzekucji komorniczej. Dlatego zdecydowanie należy obalić mit mówiący o tym, że komornicy dopuszczają się nierzetelnej, tzn. działalności niezgodnej z prawem – komentuje Anna Hyżyk, ekspert Intrum.

Pierwszym krokiem egzekucji komorniczej (oczywiście po postanowieniu sądu) jest dostarczenie osobie zadłużonej zawiadomienia o wszczęciu postępowania egzekucyjnego. Następnie komornik dokonuje ustalenia majątku dłużnika i opracowuje plan odzyskania należności. Komornik ma również obowiązek wezwać osobę zadłużoną do przedstawienia wykazu swojego majątku. Ma to na celu ułatwienie procesu egzekucji komorniczej. Dłużnik jest zobowiązany do przedstawienia prawdziwych informacji pod rygorem konsekwencji przewidzianych przez prawo. Jeśli istnieje podejrzenie, że osoba zadłużona zataiła część majątku podlegającego egzekucji, komornik może również zastosować wezwanie do złożenia dalszych wyjaśnień. Komornik jest również odpowiedzialny za sporządzenie protokołu stanu faktycznego oraz spisów inwentarza przed rozpoczęciem postępowania sądowego.

Zajęcie komornicze jest kolejnym etapem działania komornika.

Celem egzekucji komorniczej jest odzyskanie należności i zaspokojenie roszczeń wierzyciela, bądź wierzycieli, jednak nie może prowadzić do sytuacji, w której osoba zadłużona pozostaje bez środków do życia. Kolejny mit, który należy obalić: komornik może dowolnie zajmować majątek osoby zadłużonej. To nieprawda. Każde podjęte przez niego działanie także jest ściśle regulowane przez prawo, również To, z jakich składników majątku komornik może „ściągnąć” dług i jaką część środków pieniężnych czy mienia może zająć, jest ściśle określone przez przepisy prawa.

Wiele osób zadłużonych, gdy słyszy komornik, boi się utraty mieszkania, majątku osobistego. Egzekucja komornicza nie wygląda tak w praktyce. Komornik najpierw będzie chciał pokryć zaległą należność z środków pieniężnych zgromadzonych na koncie osoby zadłużonej. Warto wiedzieć, że składniki majątku, z których może nastąpić egzekucja komornicza to:

  • Wynagrodzenie – to zazwyczaj od niego zaczyna się egzekucja komornicza, jednak komornik musi respektować tzw.kwotę wolną od zajęcia komorniczego. Na koncie osoby zadłużonej zatrudnionej na umowę o pracę musi zostawić równowartość najniższej płacy minimalnej obowiązującej w danym roku podatkowym[1].  ALE UWAGA! Ta zasada nie obowiązuje tzw. alimenciarzy. W ich przypadku komornik może zająć 60% wynagrodzenia, niezależnie od tego, ile zarabiają. Komornik ma prawo do zajęcia całego dochodu z umowy zlecenia i umowy o dzieło, chyba że zostanie wykazane, że jest to jego jedyne źródło utrzymania, wtedy stosuje się zasady dotyczące umów o pracę. Warto podkreślić, że egzekucja z wynagrodzenia obejmuje odliczenie składek na ubezpieczenia społeczne, podatku dochodowego od osób fizycznych oraz ewentualnych wpłat do pracowniczego planu kapitałowego[2].
  • Emerytura i inne świadczenia z ZUS – w tym przypadku warto wiedzieć o pewnym rozróżnieniu: gdy chodzi o dług względem placówek zdrowotnych – zakładów pielęgnacyjno-opiekuńczych, domów pomocy społecznej lub zakładów opiekuńczo-leczniczych, urzędnik ma prawo zająć 50% miesięcznej emerytury. Jeśli to dług alimentacyjny, zajęciu podlega 60% emerytury, a przy każdym innym długu: to 25% kwoty emerytury. Ale co ważne, w przypadku emerytury komornik także musi zostawić do dyspozycji minimalną kwotę określoną przez prawo – kwotę wolną od zajęcia komorniczego, czyli równowartość najniższej emerytury[3]W przypadku rent obowiązują takie same warunki, jeśli chodzi o rodzaj długu i odpowiadający mu procent zajęcia świadczenia.
  • Konta bankowe– komornik ma prawo zająć środki na wszystkich rachunkach należących do osoby zadłużonej, nie tylko na tym, na pracodawca wpłaca wynagrodzenie. Komornik ma także prawo do zajęcia kont firmowych (z wyłączeniem spółek).
  • Ruchomości – komornik zajmuje majątek ruchomy i jest ona sprzedawany jest na licytacji komorniczej. Pieniądze ze sprzedaży są przeznaczana na pokrycie roszczeń wierzycieli.
  • Nieruchomości – wedle obowiązującego prawa komornik może zająć mieszkanie, dom. Najpierw zostaje oszacowana wartość nieruchomości. Następnie dokonywany jest stosowny wpis do księgi wieczystej, a nieruchomość podlega licytacji komorniczej.

Komornik nie ma prawa zabrać sprzętów, które są niezbędne do codziennego funkcjonowania, nauki oraz zarabiania pieniędzy. Spod zajęcia egzekucyjnego wyłączone są też m.in. rzeczy osobiste[4], sprzęt rehabilitacyjny. Egzekucji komorniczej nie podlegają też niektóre świadczenia, takie jak: świadczenia alimentacyjne, wychowawcze,
w tym „500 Plus”, świadczenia rodzinne i z pomocy społecznej, dodatki rodzinne, pielęgnacyjne, porodowe i dla sierot zupełnych, zasiłki dla opiekunów
– wylicza Anna Hyżyk, ekspert Intrum.

[1] Od 1 lipca 2023 r. kwota wzrosła do 3600 zł brutto.

[2] W przypadku rent i emerytur odlicza się składkę na ubezpieczenie zdrowotne oraz zaliczki i inne należności z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych.

[3] Od 1 marca 2023 r. to kwota wynosząca 1588,44 zł brutto.

[4] Takie jak np. ubrania, które nie mają ponadprzeciętnej wartości rynkowej.

System monitorowania energii – oszczędności dla gospodarstw domowych w obliczu rosnących rachunków

Czy rachunki za domową energię będą jeszcze wyższe? Wiele na to wskazuje. Winne nie są tylko rosnące koszty zakupu, ale także większa konsumpcja. Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że gospodarstwa domowe UE w 2021 r. zużyły aż o 6 proc. więcej energii niż rok wcześniej. Rosnące koszty prądu sprawiają, że użytkownicy szukają oszczędności. Konkretne rozwiązania mogą być owocem pracy inżynierów z Krakowa.

W dobie kryzysu energetycznego Eurostat wziął pod lupę gospodarstwa domowe. Okazało się, że w 2021 r. odpowiadały one za 27 proc. końcowego zużycia energii w UE. Polska jest poniżej tej średniej. Użytkownicy prywatni nad Wisłą konsumują ok. 22 proc. całego wolumenu sprzedanej energii. Jak wynika z danych, w porównaniu z 2020 r. zużycie energii w gospodarstwach domowych UE wzrosło o 5,5 proc. do łącznej wartości prawie 11 mln teradżuli (dla porównania światowe zużycie energii to około 580 mln teradżuli)

Nie jest niespodzianką, że największy apetyt na energię wykazują instalacje wykorzystywane do ogrzewania domów (64,4 proc. końcowego zużycia energii w sektorze mieszkaniowym), a następnie do podgrzewania wody (14,5 proc.). Ciepło kosztuje, i to niemało. A prognozy mówią jasno: zapotrzebowanie na prąd będzie tylko rosło. Chociażby poprzez rosnącą popularność domowych ładowarek samochodowych.

Zmieniają się potrzeby użytkowników indywidualnych. Częściej pracujemy w domu, mamy coraz więcej sprzętu. Trudno będzie w sposób optymalny zarządzać taką małą elektrownią i dziesiątkami odbiorników. Skoro i produkujemy, i konsumujemy energię, to chcielibyśmy wiedzieć czy lepiej teraz oddać ją do sieci, czy może od razu wykorzystać podłączając samochód elektryczny. Trzeba też wziąć pod uwagę potencjalne przeciążenia, możliwe przekroczenie mocy umownej, różne taryfy i mniejsze koszty energii w zależności od pory dnia – mówi Radosław Dudzik, odpowiedzialny za rozwój cyfrowych rozwiązań w biznesie Elektryfikacji ABB w Polsce.

Polacy okiełznali energię

Najlepiej, żeby to wszystko brał pod uwagę za nas system. ABB przedstawiła swój nowy produkt z rodziny System pro M compact® InSite – sprzedawany globalnie, ale mający polskie korzenie… Po podłączeniu do systemu, użytkownik otrzymuje dostęp do danych w czasie rzeczywistym – ile wynosi zużycie energii na poszczególnych odbiornikach, czy występują przepięcia, jaka jest temperatura otoczenia lub jakość napięcia. Dostajemy zalecenia dotyczące konserwacji zapobiegawczej, możliwość kalkulacji kosztów, automatyzacji pewnych działań oraz nadawania priorytetów dla poszczególnych obciążeń (ładowarka w garażu czy może kuchenne AGD). Działanie poszczególnych funkcji można zaprogramować tak, aby szybko reagowały na określone zdarzenia lub przekroczenia progów. Takie rozwiązanie daje realne oszczędności – szczególnie w przypadku, gdy od dostawcy energii otrzymujemy fakturę z jedną daną z licznika energii, a do tej pory nie wiedzieliśmy co konkretnie za to zużycie odpowiada ani w jakiej skali.

System rozwijany jest przez inżynierów i naukowców z Technologicznego Centrum Korporacyjnego (CTC) ABB w Krakowie. – Pierwotnie rozwiązanie przeznaczone było dla odbiorców przemysłowych i zakładów użyteczności publicznej. Wprowadziliśmy jednak pewną modułowość, aby również odbiorca indywidualny mógł go w prosty sposób dostosować i skonfigurować według własnych potrzeb. Postawiliśmy na łatwość użytkowania, intuicyjność i przede wszystkim wielopoziomową integrację. System można bowiem połączyć nawet z urządzeniami automatyki domowej. Takie kompleksowe podejście do dystrybucji energii sprawia, że nasz dom staje się rzeczywiście inteligentny i ta „inteligencja” nie sprowadza się do sterowania temperaturą – mówi Mirosław Bistroń, szef zespołu badawczego z CTC w Krakowie.

InSite to rodzina produktów, które ABB sprzedaje na całym świecie, ale które swój początek miały w Polsce. Pomysł na skalowalny system monitorowania obwodów elektrycznych (CMS) zrodził się ponad 10 lat temu w krakowskim centrum badawczym. Polski zespół odpowiadał za projekt elektroniki i rozwój oprogramowania. Początkowo ofertę skierowano do operatorów elektrowni słonecznych, ale z czasem kolejne modele i kolejne funkcjonalności pozwoliły poszerzyć bazę odbiorców o firmy przemysłowe czy centra obliczeniowe. Najnowszy produkt z serii, wykorzystujący nową platformę hardware i software, dostosowany również do odbiorcy indywidulanego, to efekt współpracy zespołów ABB w Polsce, Szwajcarii i we Włoszech.

Oczywiście system wciąż oferuje szereg funkcji dla dużych odbiorców przemysłowych, np. zdalny monitoring dla trudno dostępnych instalacji, jak turbiny wiatrowe, czy też możliwość integracji z systemem zarządzania energią. Jednak fakt, że najnowszy model uwzględnia potrzeby gospodarstwa domowego, to znak czasów. W dobie rosnących kosztów energii (oraz liczby odbiorników), integracji OZE i powszechności inteligentnych sieci, odbiorca indywidualny również powinien korzystać z dobrodziejstw technologii spod znaku Przemysłu 4.0.

WIG-20 traci, mWIG-40 najwyżej od lutego 2022, umocnienie złotego

Na giełdach Azji i Oceanii brak było dziś dominującej tendencji, chociaż zwracało uwagę odbicie się japońskiego Nikkei 225 od jego 23-letniego maksimum ustanowionego ponad 2 tygodnie temu (-0,98 proc.). Wakacyjny nastrój panował na giełdach europejskich (DAX +0,09 proc., CAC 40 +0,1 proc. ok. godz. 10:15).

WIG-20 tracił ok. godz. 10:15 o 0,48 proc. sWIG-80 atakował poziom swoich szczytów z września-listopada 2021. mWIG-40 osiągnął dziś najwyższy poziom od lutego 2022. Nadal swe nowe cykliczne maksima osiągały dziś WIG-Banki i WIG-Nieruchomości. Wśród składników WIG-u 20 swe nowe cykliczne maksima osiągnęły ceny akcji spółek Kęty, Alior Bank i PKO BP. Nowe przynajmniej rocznej maksima ustanowiły dziś ceny akcji spółek Develia i Dom Development (składniki mWIG-u 40) oraz Vercom, Atal, AB PL i Wawel (składowe sWIG-u 80).

Rentowność amerykańskich 10-letnnich obligacji skarbowych utrzymywała się w okolicach swe najwyższego od marca poziomu. Rentowność 10-latek polskiego rządu, która wczoraj próbowała atakować poziomy swoich minimów z maja i lutego br. lekko rosła.
Niewiele się działo na rynku walutowym (EUR/USD -0,08 proc., USD/JPY -0,12 proc. ok. godz. 10:00).

Polski złoty minimalnie się umacniał (EUR/PLN -0,14 proc., USD/PLN –0,07 proc. ok, godz. 10:00).

Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara wrócił poniżej poziomu 31000 USD (-0,36 proc. ok, godz. 10:00).

Po wczorajszym spadku lekki rosły dziś rano ceny kontraktów na ropę naftową (WTI +0,93 proc., Brent +0,88 proc. ok godz. 9:45). Kurs kontraktów na gaz ziemny na NYMEX-ie spadał o 0,66 proc. Trzeci dzień z rzędu próbowały drożeć metale szlachetne (złoto +0,29 proc., srebro +0,09 proc., platyna +1,12 proc., pallad +1,96 proc.). Gorzej szło miedzi, która ok. godz. 9:50 taniała na COMEX-ie o 0,22 proc.

Autor: Wojciech Białek, OANDA TMS Brokers

FPP: Nowelizacja ustawy refundacyjnej nadal wymaga zmian

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) alarmuje, że projekt ustawy refundacyjnej w kształcie przyjętym przez Radę Ministrów zawiera zapisy, które mogą pogorszyć dostęp do innowacyjnych terapii. FPP liczy na konstruktywny dialog na forum Sejmu i wypracowanie zmian, które nie zaszkodzą pacjentom. W projekcie zastosowano kilka krytycznych rozwiązań mogących spowodować, że polski system refundacyjny stanie się nieprzewidywalny – ze szkodą dla polskich pacjentów. FPP wierzy, że na forum Sejmowej Komisji Zdrowia istnieje przestrzeń do dialogu i wypracowania rozwiązań, które nie pogorszą dostępności do leków innowacyjnych dla polskich pacjentów.

5 lipca po dwóch latach od skierowanie projektu tak zwanej dużej nowelizacji ustawy refundacyjnej do konsultacji społecznych, odbędzie się pierwsze czytanie projektu na forum sejmowej komisji zdrowia.

Procedowany projekt nowelizacji zawiera m.in. rozwiązanie, które umożliwia jednostronną zmianę opisu programu lekowego przez Ministra Zdrowia. Zgodnie z obecnie obowiązującymi przepisami, Minister Zdrowia do zmiany opisu programu lekowego (np. zmiany kryteriów refundacji leku lub refundacji nowej cząsteczki) potrzebował zgody wszystkich firm, których produkty ujęte były w danym programie lekowym. Takie rozwiązanie należy uznać za nieoptymalne – jednak proponowany nowy zapis tylko pozornie rozwiązuje tę sytuację. Zgodnie z projektem nowelizacji Minister będzie miał możliwość jednostronnej ingerencji w przedmiot negocjacji i uzgodnionych wcześniej warunków refundacji, w tym instrumentów dzielonego ryzyka, bez potrzeby uzgadniania tych zmian w podmiotami odpowiedzialnymi. Tym samym warunki refundacji osiągane podczas negocjacji z Komisją Ekonomiczną czy Ministrem Zdrowia będą mogły zostać zmienione nawet następnego dnia przez Ministerstwo Zdrowia np. przez zmianę wielkości populacji pacjentów, dodanie lub ograniczenie zakresu refundacji leków itp. Zaburzy to równowagę stron postępowania refundacyjnego i zmniejszy wzajemne zaufanie, a także będzie mogło ograniczyć dostęp do leków i istotnie pogorszyć warunki refundacji dla polskich pacjentów. FPP, w trakcie majowych negocjacji z Ministerstwem Zdrowia, proponowała kompromisowe rozwiązanie – zgodnie z którym wszystkie zmiany w programie lekowym powinny być dokonywane przez Ministra Zdrowia pod warunkiem, że nie wpływają istotnie, np. zmniejszając lub zwiększając populację leczonych pacjentów, na warunki uzgodnień między stronami (Ministerstwem i firmą farmaceutyczną). Niestety propozycja ta nie znalazła odzwierciedlenia w projekcie – mówi Arkadiusz Pączka, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

Federacja Przedsiębiorców Polskich zwraca także uwagę, że wyłączenie z tajemnicy refundacyjnej informacji o efektywnej cenie leków w przypadku zawarcia umów bilateralnych przez Polskę ingeruję w zasadę tajemnicy przedsiębiorstwa. Brak doprecyzowania zapisów w tym zakresie ograniczy lub uniemożliwi oferowanie rozwiązań cenowych, które wychodzą na przeciwko oczekiwaniom Ministerstwa Zdrowia i uwzględniają polskie uwarunkowania. Należy pamiętać, że sukces refundacyjny ostatnich lat to efekt współpracy strony publicznej z komercyjnymi partnerami i poszukiwania jak najatrakcyjniejszych rozwiązań. Trudno zrozumieć, dlaczego Ministerstwo Zdrowia chce wprowadzić rozwiązania, które mogą wpłynąć na wzrost ceny leków.

Istotnym zapisem zawartym w projekcie ustawy refundacyjnej, który jest nieprecyzyjny, niezrozumiały i budzi powszechny sprzeciw wszystkich uczestników rynku jest obowiązek zapewnienia równej dostępności do leku zagrożonego brakiem dostępności do 10 wskazanych przez Ministra hurtowni farmaceutycznych, niezależnie od tego jaka jest przyczyna zagrożenia. Trudno będzie zapewnić tę dostępność w sytuacji gdy np. podmiot odpowiedzialny nie ma żadnych relacji handlowych z hurtownią, a dana hurtownia danego leku nigdy nie dystrybuowała. Także w przypadku leków o ograniczonej dostępności w których jest mała populacja pacjentów leczonych, rozdrabnianie jej do aż 10 hurtowni zupełnie mija się z celem i utrudni poszukiwanie leku przez apteki dla pacjentów. Wreszcie, wpisanie leku do wykazu leków zagrożonych brakiem dostępności jest przecież dokonywane z urzędu i ogłaszane przez Ministra Zdrowia. Proponowany przepis wymaga od przedsiębiorcy zawarcia umów dostawy z 10 hurtowniami w ciągu jednego dnia po publikacji wykazu – skoro obowiązek powstaje wobec leku do wykazu wpisanego.

Druga inwestycja Better Energy w Polsce o mocy 74 MW przyłączona do sieci

Farma fotowoltaiczna Better Energy – Helenowo, o mocy zainstalowanej 74 MW, została przyłączona do sieci. Położona w Kleczewie w województwie wielkopolskim inwestycja jest drugą farmą fotowoltaiczną spółki o mocy 74 MW w Polsce, po uruchomionej niedawno elektrowni słonecznej w Nidzicy. Jej otwarcie znacząco wzmacnia pozycję Better Energy na krajowym rynku OZE.

– Czysta energia przyśpieszy polski wzrost gospodarczy, będzie odpowiadać za nowe miejsca pracy, poprawi jakość życia ludzi, przyczyni się do ograniczenia zmian klimatycznych i ochrony środowiska. Chcemy pokazywać innym, jak kształtować naszą przyszłość w budowie systemu energetycznego dającego korzyści dla całego społeczeństwa. Dlatego aktywnie rozbudowujemy nasz portfel farm fotowoltaicznych i szukamy nowych partnerów oraz możliwości rozwoju. Są nimi, na przykład, ładowarki do aut elektrycznych, czy magazyny energii – powiedział Łukasz Witkowski, dyrektor ds. rozwoju Better Energy w Polsce.

Lider polskiego rynku OZE

Portfel elektrowni słonecznych Better Energy przyłączonych do sieci w naszym kraju obejmuje obecnie cztery inwestycje – Polanów, Postomino, Nidzica, Helenowo – o łącznej mocy zainstalowanej 208 MW. Kolejne projekty znajdują się w budowie, przy czym całkowity portfel projektów na etapie rozwoju przekroczył 1000 MW. Jeszcze w tym roku Better Energy spodziewa się zakończenia dodatkowych wielkoskalowych inwestycji w farmy fotowoltaiczne, dla których uzyskała wsparcie finansowe od największych duńskich oraz europejskich inwestorów instytucjonalnych.

Dialog społeczny i wsparcie bioróżnorodności

Projekty Better Energy realizowane są z poszanowaniem przyrody i zdania lokalnych społeczności. Przykładowo, na części obszaru działek, na których zlokalizowane są farmy fotowoltaiczne Polanów i Postomino, postawiono na rozwiązania wspierające bioróżnorodność, takie jak zagajniki, czy oczka wodne. Równie ważnym filarem działalność spółki jest dialog i zrozumienie potrzeb lokalnych społeczności, a także zwiększanie korzyści z inwestycji poprzez dodatkowe inicjatywy w ujęciu całego regionu.

Farma fotowoltaiczna Helenowo zapewni czystą energię elektryczną wystarczającą do zasilenia około 37 tys. polskich gospodarstw domowych rocznie. Łącznie farmy fotowoltaiczne Better Energy w Polsce wytwarzają obecnie energię elektryczna potrzebną do zasilenia 104 tys. gospodarstw domowych w skali roku.

Grupa Klepsydra pozyskała 6,75 mln zł z emisji akcji

Grupa Klepsydra, wiodący podmiot świadczący kompleksowe usługi funeralne w Polsce i pierwsza spółka z tego segmentu notowana na GPW, pozyskała w wyniku emisji akcji serii F kwotę w wysokości 6,75 mln zł, która zostanie przeznaczona na sfinansowanie pierwszych przejęć firm pogrzebowych oraz zasilenie Spółki w środki obrotowe.

Oferta akcji serii F, która objęła 2.250.000 akcji, była skierowana do wybranych inwestorów a zainteresowanie inwestorów objęciem akcji w tej emisji znacząco przewyższyło jej wielkość.

Pozyskane środki przyczynią się do realizacji strategii Spółki, w ramach której, dzięki konsolidacji rynku funeralnego w Polsce, Grupa Klepsydra zamierza zdobyć pozycję lidera tego rynku. Grupa przewiduje, że dzięki planowanym przejęciom w okresie najbliższych 5 lat zbuduje silną grupę kapitałową posiadającą około 20 podmiotów działających na istotnych rynkach lokalnych w Polsce i posiadającą do 10% udziału w tym bardzo rozdrobnionym rynku. Pierwszą przejętą spółką w ramach realizacji strategii jest Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych Sp. z o. o. z siedzibą w Krakowie, którego Grupa jest obecnie większościowym udziałowcem.

„Jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni tak dużym zainteresowaniem naszą ofertą akcji. Inwestorzy docenili nie tylko obecną silną pozycję Grupy Klepsydra, ale też naszą strategię oraz plany jej realizacji. Rynek usług funeralnych w Polsce jest stabilny, dlatego chcąc dynamicznie rozwijać się zdecydowaliśmy się na konsolidację tego rynku. Działamy na nim od wielu lat, bardzo dobrze orientujemy się w jego specyfice, współtworzymy najlepsze standardy jego działania. Dlatego jestem przekonany, że nie zawiedziemy inwestorów, z którymi w przyszłości zamierzamy dzielić się naszym sukcesem w postaci dywidendy” – powiedział Marek Cichewicz, prezes zarządu spółki holdingowej Grupa Klepsydra S.A.

FedEx Express i Pointpack SA łączą siły

FedEx Express, spółka zależna FedEx Corp. (NYSE: FDX) i największa na świecie firma zajmująca się transportem ekspresowym, oraz Pointpack SA, operator rozwiązań IT i usług serwisowych dla branży handlowej i kurierskiej, rozszerzyły współpracę o kolejne punkty odbioru w Polsce. Przesyłki FedEx Express można teraz odbierać w wybranych punktach sieci: Delikatesy Centrum, ABC, Groszek, Duży Ben oraz Shell.

Polski e-commerce wciąż rośnie i szacuje się, że do 2027 roku jego wartość osiągnie 187 mld zł. Z uwagi na fakt, że klienci coraz częściej oczekują pełnej kontroli i przejrzystości procesu dostawy, równolegle rośnie popyt na dopasowane rozwiązania w zakresie dostaw. Szczególnie wzrasta zainteresowanie elastycznymi opcjami, które pozwalają klientom odbierać paczki w dogodnym dla nich czasie i miejscu. Wychodząc naprzeciw tym potrzebom, FedEx poszerza swoją ofertę opcji doręczeń, w tym możliwość odbioru przesyłek w dogodnych lokalizacjach, takich jak sklepy detaliczne i stacje benzynowe.

Pointpack SA, który wykorzystuje swoją technologię do łączenia sieci detalicznych i firm kurierskich zapewniając jedno zintegrowane doświadczenie e-commerce, odpowiada za stronę techniczną współpracy z FedEx. Opracowana przez firmę technologia umożliwia sieciom detalicznym i punktom sprzedaży łączenie systemów kasjerskich, kas fiskalnych i terminali płatniczych z systemem wykorzystywanym przez firmy kurierskie do realizacji dostaw towarów do klientów.

Handel elektroniczny pozostanie istotnym czynnikiem wzrostu na polskim rynku przesyłek, a FedEx rozumie znaczenie wygody i niezawodności dla tego segmentu. Dzięki rozbudowanej sieci punktów odbioru możemy teraz zaoferować naszym klientom jeszcze więcej możliwości wygodnej dostawypowiedział Mariusz Mik, VP Ground Operations Eastern Europe, FedEx Express.

 Konsekwentnie rozwijamy usługi i nowe funkcjonalności w segmencie punktów odbiorów w całej Polsce, zwiększając możliwości biznesowe naszych partnerów, mając jednocześnie na uwadze wygodę i preferencje współczesnych konsumentów. Współpraca z FedEx jest odpowiedzią na rosnącą popularność usług kurierskich wśród klientów indywidualnych i biznesowychmówi Jacek Dąbrowski, Kierownik ds. Projektów i Rozwoju Usług Kurierskich Pointpack SA. Niezmiennie ważna pozostaje dla nas interoperacyjność, która jest kluczowa dla sieci detalicznej, chcącej osiągnąć wyższą efektywność i przyciągnąć dużą grupę klientów. Klient przywiązany do swojego sklepu, zyskuje większą pewność, że znajdzie go na liście punktów odbioru w sklepach internetowych czy platformach sprzedażowych – dodał.

Tomasz Cudzich nowym dyrektorem w Zarządzie Esri Polska

Esri Polska ma nowego Dyrektora Pionu Usług i Wdrożeń GIS. Został nim Tomasz Cudzich, który obejmując to stanowisko jednocześnie dołączył do Zarządu firmy. Tomasz pokieruje ponad sześćdziesięcioosobowym zespołem, dbając o realizację planów rozwoju i o usprawnienie prac na rzecz klientów firmy.

Tomasz Cudzich ma bogate, ponad siedemnastoletnie doświadczenie w branży IT, które zdobywał w różnych rolach podczas realizacji projektów informatycznych dla biznesu. Do kwietnia br. był Dyrektorem warszawskiego oddziału Iteo Sp. z o.o. oraz Kierownikiem Działu Zarządzania Projektami i Analiz Biznesowych. Wcześniej zaś, jako Kierownik Zespołu Rozwoju Oprogramowania, pracował w firmie ITMAGINATION.

Stale rosnąca wartość rozwiązań technologicznych, które wykorzystują geolokalizację sprawia, że do swojego nowego stanowiska podchodzę ze sporą dozą ekscytacji – przyznaje Tomasz Cudzich, Dyrektor Pionu Usług i Wdrożeń GIS, Członek Zarządu, Esri Polska.Ważne jest dla mnie poczucie istotności tego, co robię, a inteligencja lokalizacyjna otwiera dziś drzwi do rozwiązań, o jakich jeszcze do niedawna mogliśmy tylko pomarzyć: od pojazdów autonomicznych i bezobsługowych dronów, przez cyfrowe bliźniaki firm czy całych miast, aż po metawersum. Bez niej trudne do wyobrażenia sobie jest także osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju. Wszystko to sprawia, że realizując zadania związane z moim nowym stanowiskiem znajdę się w technologicznym centrum wydarzeń, mogąc dołożyć swoją cegiełkę w budowie cyfrowej rzeczywistości.

W Esri Polska Tomasz Cudzich zaangażuje się we wszystkie obszary działalności zespołu, którym będzie kierował, a więc w obszar analiz, projektowania architektury, realizacji projektów, rozwoju aplikacji, szkoleń i wdrożeń.

Jest mi bardzo miło powitać na pokładzie Esri Polska tak doświadczonego menedżera – mówi Agnieszka Nosal, Dyrektor Generalna firmy Esri Polska. – Wierzę, że wzmocni naszą organizację zarówno swoją wiedzą, jak i świeżym spojrzeniem na wyzwania, pomagając w realizacji planów rozwoju, które wytyczyliśmy dla naszej organizacji.

Tomasza Cudzicha w nowej roli bliżej będzie można poznać już w październiku podczas dwudniowego Kongresu GIS 2023. Wydarzenie, które odbędzie się w dniach 25-26.10, to świetna okazja do wymiany doświadczeń dotyczących kierunków rozwoju biznesu, i inspiracji, jak budować przewagę konkurencyjną w oparciu o przestrzenne analizy danych, o czym Tomasz z pewnością z chęcią opowie.

Gdzie zmierzają gospodarki?

Indeksy koniunktury jasno pokazują, że ludzie boją się nadchodzącego spowolnienia gospodarczego. Jest to coś, o czym w sumie mówiło się od początku cyklu podwyżek stóp procentowych i ten czarny scenariusz zaczyna się spełniać.

Indeksy koniunktury zniechęcają

Wczorajsze odczyty indeksów koniunktury znów zawiodły oczekiwania analityków. Szczególnie wyraźnie widać to w przypadku Polski. Indeks PMI dla przemysłu wynosi zaledwie 45,1 pkt. Jest to nie tylko aż 1,6 pkt poniżej oczekiwań, ale również kontynuacja spadków. Optymiści zwracają uwagę, że w sierpniu zeszłego roku poziom wynosił ponad 4 pkt mniej, ale nie brzmi to jak pocieszenie. Wskaźnik PMI pokazuje nam optymizm wśród managerów odpowiedzialnych za zamówienia. Wartość poniżej 50 pkt pokazuje przewagę odpowiedzi negatywnych nad pozytywnymi. Jest to uważane za ważny wskaźnik, gdyż jego ujemne wartości są trochę samospełniającą się przepowiednią. Jeżeli ankietowani spodziewają się gorszej koniunktury, to będą kupować mniej i trochę sami się do niej przyczynią.

Koniunktura w Europie

O ile poziom indeksu PMI w Polsce może budzić niepokój, to w strefie euro powinniśmy mówić już o strachu. 43,4 pkt to piąty spadek miesięczny z rzędu. Jest to też najniższy poziom od covidowych dołków, kiedy siłą rzeczy wskaźnik ten przyjmował bardzo niskie rezultaty. Wyjątkowo mocno ciążą dane największej gospodarki unijnej. Niemcy ledwo przekraczają 40 pkt i ciągną w dół cały indeks. Problem w tym, że Włochy i Francja, pomimo tego, że poziomy mają o kilka punktów wyższe, również mają bardzo nieciekawą tendencję. Z tego marazmu niespodziewanie wyłamała się Szwajcaria. Wynik 44,9 pkt to teoretycznie nie jest korzystny poziom, ale analitycy spodziewali się 42,5 pkt, co byłoby znacznie gorszym rezultatem.

Inflacja w Szwajcarii

Jak już wspominamy Szwajcarię, warto skomentować wczorajszy odczyt wzrostu cen. Rosną one o 1,7%. Mowa o ujęciu rocznym. Jest to poziom, który jeszcze niedawno niektóre kraje uzyskiwały w ujęciu miesięcznym. Jak widać, udało się zdusić wzrost cen, ale nie odbyło się to bez konsekwencji. Stopy procentowe musiały zostać podniesione o 2,5%. Obecnie jest to jeden z niewielu krajów, które mogą się pochwalić stopami procentowymi przekraczającymi inflację. Co prawda o 0,05%, ale zawsze. Można zatem oczekiwać, że polityka monetarna będzie dużo łagodniejsza. To z kolei powinno działać na niekorzyść franka szwajcarskiego, co z kolei z pewnością nie martwi kredytobiorców frankowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Sprzedaż grupy VRG rośnie w pierwszej połowie roku

Sprzedaż VRG S.A. osiągnęła w czerwcu 2023 wartość 102,6 mln zł, o 8,3 proc. mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Narastająco w sześciu pierwszych miesiącach br. sprzedaż VRG wyniosła 602,4 mln zł (o 2,9 proc. więcej r/r).

Segment jubilerski VRG zanotował w czerwcu 10-procentowy wzrost, osiągając przychody o wartości 52,8 mln zł. Segment odzieżowy Grupy osiągnął sprzedaż równą 49,7 mln zł, o 22,1 proc. mniej niż w roku ubiegłym. Kanały online odpowiadały w czerwcu za 9,8 proc. sprzedaży (w porównaniu z 13,4 proc. rok wcześniej).

–  Wyraźnie obserwujemy w Grupie to, jak klienci reagują na obecną sytuację makroekonomiczną. Dobre wyniki sprzedażowe wypracowują nasze marki osadzone w segmencie dóbr luksusowych: W.KRUK w jubilerce oraz Deni Cler w segmencie odzieżowym. Istotnym wsparciem dla sprzedaży W.KRUK były dodatkowo  rodzinne uroczystości, charakterystyczne dla czerwca – śluby, zaręczyny, chrzciny itd. – mówi Janusz Płocica, prezes zarządu Grupy VRG. – Jednocześnie odczuwamy ograniczenie ruchu w sklepach stacjonarnych i w konsekwencji odnotowaliśmy mniejszy popyt na ofertę naszych marek „środka”. Stąd słabszy rok do roku wynik segmentu odzieżowego. Liczymy, że sytuacja zmieni się po wakacjach, wraz z poprawą otoczenia ekonomicznego.

Grupie udało się poprawić marżę na sprzedaży. Marża Grupy wyniosła w czerwcu 56,6 proc. w porównaniu do 55,2 proc. w analogicznym okresie rok wcześniej. Po sześciu miesiącach br. marża Grupy wyniosła 54,2 proc. (0,1 p.p. więcej r/r).

W czerwcu 2023 roku marki grupy VRG operowały na 51,6 tys m2 powierzchni handlowej (o 0,8 proc. mniejszej niż rok wcześniej).

Dedolaryzacja rezerw walutowych? Nie tak szybko…

  • Niedawne wysiłki niektórych krajów rynków wschodzących zmierzające do dywersyfikacji swoich rezerw walutowych z dala od dolara amerykańskiego wywołały pytania o początek końca dominacji USD. Jednak dynamika wpływająca na rolę dolara amerykańskiego jako waluty rezerwowej jest znacznie bardziej skomplikowana, niż sugerują oficjalne statystyki, a jakikolwiek istotny spadek roli dolara amerykańskiego w światowych finansach potrwa znacznie dłużej, niż sugerowałyby obecne nagłówki gazet na temat dedolaryzacji.
  • Wykorzystanie dolara amerykańskiego przez sektor prywatny w handlu i inwestycjach, a nie wybór alokacji portfela przez banki centralne, wpłynie na status waluty. Rola USD w transakcjach sektora prywatnego pozostała praktycznie niezmieniona, z niewielkimi korektami wynikającymi z obrotów walutowych, emisji obligacji przez przedsiębiorstwa niefinansowe oraz płatności SWIFT. Ponadto rezerwy są głównie inwestowane w bezpieczne i płynne aktywa, ale świat inwestycji innych niż dolar amerykański pozostaje zbyt mały i rozdrobniony, aby wchłonąć popyt na rezerwy, zwłaszcza w tych krajach wschodzących, które najbardziej krytycznie podchodzą do uzależnienia od dolara amerykańskiego.
  • W dłuższej perspektywie rozpoczynająca się fragmentacja światowego handlu i bardziej zdywersyfikowany popyt na ropę – jeśli będą trwałe – z pewnością w opinii Allianz Trade wzmocnią argumenty przemawiające za alternatywnymi walutami USD. Państwa Zatoki Perskiej, które odgrywają kluczową rolę we wspieraniu USD (np. poprzez ceny ropy i duże rezerwy USD w celu utrzymania kursu), coraz częściej zwracają się ku Chinom ze względu na zmiany strukturalne na rynku ropy. Podobnie spowalniająca globalizacja, napędzana wydarzeniami takimi jak pandemia Covid-19 i wojna na Ukrainie, skłoniła między innymi niektóre kraje do używania walut innych niż USD w handlu dwustronnym, co zmniejszy udział USD w sumie rezerw na całym świecie – ale jakakolwiek znacząca zmiana zajmie dużo czasu.

Niedawne wysiłki niektórych krajów rynków wschodzących zmierzające do dywersyfikacji swoich rezerw walutowych z dala od dolara amerykańskiego wywołały pytania o początek końca dominacji USD. Jednak dynamika zmniejszania się udziału USD w światowych rezerwach walutowych jest znacznie bardziej skomplikowana, niż sugerują to oficjalne statystyki (Rysunek 1).[1] Kluczowymi czynnikami często pomijanymi podczas omawiania oficjalnych rezerw walutowych jest[2] to, że (1) jakakolwiek trwała zmiana ostatecznie odzwierciedla strukturę walutową handlu (a nie wybór polityczny ad hoc, taki jak strategiczne pozycjonowanie chińskiego renminbi jako waluty handlowej) oraz (2 ) wybór waluty w dużym stopniu zależy od dostępności płynnych instrumentów na efektywnych rynkach (w połączeniu z pewnością prawa i skutecznym zarządzaniem). Oba czynniki prawdopodobnie będą na razie wspierać status dolara amerykańskiego jako głównej waluty rezerwowej na świecie. Jednak rosnący udział walut alternatywnych w światowym handlu i pogłębianie się rynków kapitałowych rynków wschodzących z czasem osłabi dominujący status dolara amerykańskiego, nie powodując zmiany reżimu.

Po pierwsze dostępność płynnych aktywów finansowych silnie wpływa na skład rezerw walutowych. Dolar amerykański dominuje ze względu na głębokość i płynność jego rynku papierów wartościowych (w jaki sposób utrzymywana jest większość rezerw walutowych), podczas gdy inni rywale, tacy jak chiński juan (CNY), stoją przed wyzwaniami, takimi jak ograniczona płynność i dostępność. Dodatkowo, rozdrobniony rynek euro (EUR) oraz duży udział japońskich instytucji finansowych w rynku jena japońskiego (JPY) zmniejszają ich szanse. Jeśli chodzi o hipotetyczną walutę BRICS, wielu patrzy na to, jak działają ECU lub SDR, ale czasami pomija się rolę, jaką USD odegrał lub nadal odgrywa w ich funkcjonowaniu (Rysunek 2).[3]

Rysunek 1: Dekompozycja światowych oficjalnych rezerw walutowych (w podziale na waluty)Dekompozycja światowych oficjalnych rezerw walutowych

[EURnoECU = EUR nie ECU; USDnoECU = USD nie ECU]

Źródła: MFW, Refinitiv, Allianz Research. Uwagi: 1/ EUR przed wprowadzeniem euro stanowi sumę marek niemieckich, franków francuskich i guldenów holenderskich (oraz ECU, jeśli dotyczy); 2/ ECU zostały wyemitowane w zamian za koszyk USD i złota; w rezultacie w swoich corocznych raportach z lat 80. i 90. XX w.MFW przedstawia udział ECU na dwa sposoby: (i) uwzględniając je jako indywidualną walutę rezerwową lub (ii) sumując wartość ECU wyemitowanych w stosunku do USD w ramach rezerwy USD oraz z wyłączeniem części wyemitowanej za złoto z całości rezerw walutowych. Ponieważ w latach 90. XX w. raporty wydawały się preferować tę drugą walutę, udział ECU jest pokazany jako linia ciągła, podczas gdy my przedstawiliśmy tę pierwszą (biorąc ECU jako oddzielną walutę rezerwową) za pomocą linii nieciągłych.

Rysunek 2: Emisja obligacji skarbowych (po lewej) i obligacji przedsiębiorstw niefinansowych (po prawej) w podziale na waluty (w mld USD)

Źródła: Bloomberg, Allianz Research. Uwagi: 1/ Łączymy wszystkie emisje wszystkich szczebli rządowych, agencji i podmiotów ponadnarodowych; 2/ Uwzględniono wszystkie emisje, nie tylko te, które zostały wyemitowane przez kraj, do którego waluty się odnosimy.

Rysunek 3: Łączne straty zwrotu z obligacji skarbowych w wybranych krajach (od listopada 2022 r.)Łączne straty zwrotu z obligacji skarbowych

[Bond total return losses in LC = Straty całkowitego zwrotu z obligacji w walucie lokalnej; LC losses vs USD = Straty waluty lokalnej w porównaniu z USD; Total losses = Całkowite straty]

Źródła: Refinitiv, Allianz Research

Od zeszłego roku efekt netto aprecjacji USD na strukturę rezerw walutowych nie był znaczący. Argumentowano, że silniejszy dolar zawyża swój realny udział w światowych rezerwach walutowych, ponieważ nominalny udział dolara wzrósłby bez zmian w alokacji. To jednak nie wszystko: silna aprecjacja USD w ubiegłym roku była spowodowana wyższymi stopami procentowymi, co przełożyło się również na niższą wycenę papierów wartościowych denominowanych w USD (Rysunek 3). W rzeczywistości banki centralne kilku krajów, w tym Bank Japonii (drugi co do wielkości posiadacz rezerw walutowych), sprzedawały papiery wartościowe denominowane w USD, aby złagodzić presję na deprecjację swoich walut, co zmniejszyło udział USD w ich rezerwach (i również ich wycenę ze względu na niższą wycenę papierów wartościowych denominowanych w USD). Kilka dużych rynków wschodzących ze znacznymi rezerwami walutowymi również sprzedało amerykańskie obligacje skarbowe w odpowiedzi na presję deprecjacyjną.[4]

Rysunek 4: Obroty walutowe w podziale na waluty (%)

Obroty walutowe w podziale na waluty

[Other = Inne]

Źródła: BIS, Allianz Research. Uwaga: ponieważ każda transakcja obejmuje dwie waluty, ogólny wynik sumuje się do 200%, ale udziały należy odczytywać indywidualnie: tj. USD był zaangażowany w 88% wszystkich transakcji walutowych w 2022 r.

Tym, co ostatecznie zadecyduje o roli USD jako waluty rezerwowej, nie jest wybór alokacji portfela przez banki centralne, ale raczej wykorzystanie waluty przez sektor prywatny w handlu i inwestycjach. W ostatnich dziesięcioleciach pozycja USD w transakcjach sektora prywatnego zmieniła się tylko nieznacznie na podstawie obrotów walutowych (Rysunek 4), emisji obligacji przez przedsiębiorstwa niefinansowe oraz płatności SWIFT (Rysunki 5 i 6).[5] I chociaż firmy, które chciały działać w Azji, zostały „zmuszone” do udziału w lokalnych rynkach walutowych, waluty te jeszcze nie wywarły znaczącego wpływu na USD, jeśli chodzi o pozyskiwanie pieniędzy na międzynarodowych rynkach kapitałowych.

Jednak w krótkim okresie, w opinii Allianz Trade, silniejszy dolar osłabiłby jego rolę jako waluty rezerwowej. Jeśli dostęp do USD stanie się droższy, kredytobiorcy będą szukać alternatyw. Ponieważ rezerwy USD maleją w wielu gospodarkach wschodzących, stają się one bardziej selektywne w korzystaniu z niego i próbują polegać na finansowaniu w lokalnej walucie (np. próby „liraizacji”[6]). Doprowadzona do skrajności sytuacja ta byłaby równoznaczna z prawdziwym sprawdzianem prawa Greshama[7] w erze pieniądza fiducjarnego.

W dłuższej perspektywie rozpoczynająca się fragmentacja światowego handlu i bardziej zdywersyfikowany popyt na ropę – jeśli będą trwałe – z pewnością wzmocnią argumenty przemawiające za alternatywnymi walutami USD, ale jakakolwiek znacząca zmiana zajmie dużo czasu. Zmiana strukturalna na rynku ropy naftowej spowodowana rewolucją łupkową (która pozwoliła Stanom Zjednoczonym uzyskać niezależność energetyczną) może paradoksalnie zaszkodzić roli USD jako globalnej waluty rezerwowej, ponieważ eksporterzy ropy naftowej, którzy odgrywają kluczową rolę w statusie dolara amerykańskiego (ceny ropy naftowej, duży udział rezerw USD), musieliby przeorientować się na inne kraje i ich waluty. Ponadto pandemia Covid-19 i wojna na Ukrainie doprowadziły do ponownego przemyślenia globalizacji zarówno przez gospodarki rozwinięte (poprzez tworzenie bardziej odpornych łańcuchów dostaw), jak i gospodarki wschodzące (poprzez kwestionowanie dominacji USA nad globalnym systemem finansowym). Oba wydarzenia doprowadziły do początkowego trendu na rynku towarowym: niektóre rynki wschodzące zdecydowały się na wykorzystanie alternatywnych walut innych niż USD (zazwyczaj CNY). Jednak przejście na alternatywy zajmie dużo czasu ze względu na znaczne przeszkody[8], zwłaszcza jeśli chodzi o przyciąganie inwestycji zagranicznych, które wymagają stabilnej waluty.[9]

Rysunek 5: Udział transakcji SWIFT denominowanych w CNY (poza Chinami, Hongkongiem i Makao, w podziale na kraje)Udział transakcji SWIFT denominowanych w CNY

[Russia = Rosja; Singapore = Singapur; US = USA; France = Francja; UK = Zjednoczone Królestwo; Taiwan = Tajwan]

Źródła: Swift RMB Tracker, Allianz Research. Uwaga: Rosja regularnie nie była uwzględniana w trackerze, ponieważ obejmuje tylko pierwszą piętnastkę, ale w grudniu 2018 r. udział Rosji wynosił poniżej 1% w porównaniu z 10% obecnie.

Rysunek 6: Udział waluty w światowym finansowaniu handlu na podstawie transakcji SWIFTRysunek 6: Udział waluty w światowym finansowaniu handlu na podstawie transakcji SWIFT

Źródła: Swift RMB Tracker, Allianz Research. Uwaga: Chiny opracowały własny system płatności międzybankowych – CIPS – i ostatnio zachęcały do jego stosowania.

[1] Pod koniec ubiegłego roku udział dolara amerykańskiego w światowych rezerwach walutowych spadł do najniższego poziomu od dwóch dekad (58%).

[2] https://www.allianz.com/en/economic_research/publications/specials_fmo/financial-globalization.html

[3] Poniższy link zawiera porównanie tego, jak oba działały, i fundamentalną rolę, jaką USD odegrał w ich tworzeniu.

[4] Ponadto skoncentrowana alokacja rezerw walutowych w kilku krajach znacząco wpływa na zagregowane udziały. Chiny, mimo że są największym posiadaczem rezerw walutowych, nie mogą (z definicji) posiadać rezerw denominowanych w CNY. Ponadto kraje z dużymi rezerwami walutowymi, takie jak Chiny i Szwajcaria, mają udział USD w swoich rezerwach poniżej średniej, co sugeruje nierówną alokację USD i, w mniejszym stopniu, CNY wśród krajów o mniejszych rezerwach.

[5] Udział CNY w globalnych płatnościach od 2016 r. zmienił się zaledwie o 0,5 punktu procentowego, w przeciwieństwie do tego, co wydarzyło się w finansowaniu handlu.

[6] Więcej informacji na ten temat można znaleźć tu Fragmentacja rynków wschodzących (AZ Research).

[7] Prawo Greshama mówi, że kiedy w obiegu są dwie waluty, ta najcenniejsza zostanie zachowana, a najmniej wartościowa wykorzystana w handlu, przy czym ta ostatnia ostatecznie zastąpi pierwszą.

[8] Zobacz nasz raport Globalizacja finansowa: przejście do spolaryzowanego systemu?

[9] Wiele rynków wschodzących, zwłaszcza w Afryce, doświadczyło już, że chińska alternatywa nie jest panaceum (np. Chiny nakładają hamulce na pożyczki w Afryce | Financial Times (ft.com)).

Najlepszy czerwiec w historii TIM SA. II kwartał 2023 r. zbliżony do zeszłorocznego

Ze wstępnych szacunków wynika, że w czerwcu 2023 r. miesięczne przychody TIM SA ze sprzedaży netto towarów i usług związanych bezpośrednio ze sprzedażą towarów wyniosły ponad 121,4 mln zł (+4,7% rdr.). Szacowane przychody ze sprzedaży w I półroczu 2023 r. osiągnęły poziom ponad 705 mln zł (-4,6% rdr.), zaś w II kwartale 2023 r. były zbliżone do zanotowanych w analogicznym okresie 2022 r. (345,8 mln zł, -1,8% rdr.).

Przychody ze sprzedaży online realizowanej samodzielnie przez klientów osiągnęły w czerwcu 2023 r. ponad 77,9 mln zł (+2,2% rdr.), w I półroczu 2023 r. – 472,7 mln zł (-7,7% rdr.), zaś w II kwartale 2023 r. – 225,8 mln zł (-4% rdr.).

– Za nami najlepszy czerwiec w historii i drugi najlepszy sprzedażowo miesiąc w tym roku. Sprzedaż na dzień roboczy była bardzo wysoka i generalnie osiągnięte liczby przekroczyły nasze bieżące oczekiwania – mówi Krzysztof Folta, prezes Zarządu TIM SA. – W tych trudnych warunkach rynkowych, w których działamy, wyniki pierwszego półrocza oceniamy pozytywnie. Natomiast porównując je do pierwszego półrocza 2022 roku, musimy pamiętać, że ciąży jeszcze cień wysokiej bazy pierwszego kwartału ubiegłego roku i zawirowań na rynku bezpośrednio po rozpoczęciu agresji Rosji na Ukrainę. Jeśli wziąć pod uwagę wyłącznie drugi kwartał bieżącego roku, od analogicznego okresu ubiegłego roku dzieli go tylko 6,3 miliona złotych przychodów netto ze sprzedaży, a więc niewiele więcej od przychodów z jednego dnia roboczego w czerwcu 2023 roku. Choć sytuacja na rynku nam nie pomaga, to dostrzegamy potencjały i aktywnie je wykorzystujemy – podkreśla Krzysztof Folta.

Ewolucja branży dóbr i usług konsumpcyjnych: Trendy, zmiany kwalifikacji i nowe miejsca pracy

Automatyzacja handlu, rozwój robotyki oraz nacisk na ESG – to najważniejsze trendy branży dóbr i usług konsumpcyjnych. Czy czeka nas rewolucja rynku pracy?

Branża dóbr i usług konsumpcyjnych nieustannie ewoluuje, by zapewnić konsumentom możliwie wysoką jakość usług, ich personalizację, ale też dostępność produktów. Naturalnie przekłada się to także na rynek pracy i oczekiwania firm wobec zatrudnionych w tym obszarze osób. Jak bowiem pokazują dane, rośnie potrzeba podnoszenia lub zmiany kwalifikacji talentów, by pomóc im w objęciu nowych stanowisk wynikających z postępujących innowacji. O siedmiu najważniejszych globalnych trendach branży dóbr i usług konsumpcyjnych oraz ich wpływie na miejsca pracy w raporcie ManpowerGroup „Consumer Goods World of Work”.

Raport autorstwa ManpowerGroup „Consumer Goods World of Work” prezentuje siedem najważniejszych globalnych trendów obszaru dóbr i usług konsumpcyjnych oraz to, jak wpłyną one na rynek pracy. Zaprezentowane w publikacji dane pokazują, że zarówno pracowników jak i firmy czekają niemałe zmiany. W najbliższym czasie organizacje nie tylko postawią na jeszcze większą automatyzację działań, wykorzystanie sztucznej inteligencji, ale także na nowo zdefiniują obsługę klienta czy oczekiwania wobec swoich zespołów.

Automatyzacja procesów i przemysł 4.0 w pełnym rozkwicie

Jednym z trendów sektora dóbr i usług konsumpcyjnych jest automatyzacja znacznej części procesów. Liderzy branży umożliwiają już realizowanie zakupów w sklepach autonomicznych, których technologia wykorzystuje połączenie zaawansowanych czujników, kamer oraz opcji płatności mobilnych (źródło: Crunchbase). Kolejnym istotnym z perspektywy trendów branżowych obszarem jest e-commerce, który będzie rósł w kategoriach zdominowany przez handel stacjonarny. Dane McKinsey mówią o tym, że napędzany zmieniającymi się oczekiwaniami konsumentów, rosnącą konkurencją i postępem technologicznym, może stanowić od 18 do 30 procent sprzedaży artykułów spożywczych na wielu rozwiniętych rynkach do 2030 roku. W konsekwencji tego część pracowników handlu detalicznego zostanie przeniesiona na stanowiska związane z realizacją zamówień, logistyką czy obsługą klienta. Ważnym elementem tych działań jest zatem zmiana lub podniesienie kwalifikacji, co pomoże talentom na dostosowanie do nowych modeli biznesowych. Producenci natomiast dążą do maksymalizacji produktywności poprzez połączenie działań związanych z automatyzacją. Jak podaje Statista, globalny rynek automatyki przemysłowej, który obejmuje zwiększone wykorzystanie sztucznej inteligencji i robotyki, będzie rósł w stałym tempie 9%, by osiągnąć wartość 265 miliardów dolarów w 2025 roku. Działania te sprawią, że w organizacjach stopniowo malał będzie popyt na osoby niskich kwalifikacjach, wzrośnie natomiast zapotrzebowanie na wykwalifikowane talenty techniczne.

Jak podkreśla Marta Szymańska, menedżer rekrutacji stałej i ekspert rynku pracy w Manpower, mówiąc o rekrutacjach do sektora dóbr i usług konsumpcyjnych należy pamiętać o popycie na kandydatów zajmujących się rozwojem technologicznym oraz optymalizacją procesów. – Automatyzacja handlu detalicznego jest trendem obecnym na rynku światowym od kilku lat. W Polsce również możemy robić zakupy w sklepach autonomicznych, które wykorzystują rozwiązania oparte na kamerach, komputerową wizję i uczenie maszynowe. W naszej opinii, zautomatyzowane sklepy autonomiczne przejmą część zapotrzebowania na kasjerów i obsługę handlu detalicznego jednak jest to perspektywa długoterminowa. Dotychczasowe eksperymenty zarówno z naszego rodzimego jak i światowego rynku pokazują, że społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe na w pełni zautomatyzowaną obsługę, a technologia nie jest na tyle rozwinięta, aby ją zapewnić. Niemniej jednak możemy spodziewać się rosnącego trendu zminimalizowania liczby prostych stanowisk na rzecz automatyzacji w perspektywie czasu. Warto jednak podkreślić, że pracodawcy inwestują w szereg szkoleń doszkalających, które podnoszą umiejętności pracowników. Jest to działanie niezbędne, aby przeciwdziałać deficytowi kandydatów o oczekiwanych kompetencjach technicznych – dodaje ekspertka.

Doświadczenia użytkownika na najwyższym poziomie

Użytkownicy e-commerce oczekują intuicyjnego interfejsu platformy sprzedażowej, spersonalizowanych usług, a także dopasowanych do ich potrzeb ofert. Wyliczenia Qualtrics pokazują, że już teraz cyfrowe doświadczenia niespełniające oczekiwań konsumentów kosztują firmy nawet do 4,7 biliona dolarów rocznie. Dlatego między innymi tak ważne jest, by organizacje miały w swoich zespołach odpowiednich specjalistów IT lub partnerów zewnętrznych zapewniających wsparcie przy nieustannym ulepszaniu systemów, które przełożą się na coraz bardziej pozytywne doświadczenia użytkowników.

Polska branża dóbr i usług konsumpcyjnych rośnie w siłę

O rozwoju i apetycie firm na zatrudnianie pracowników tego obszaru w Polsce mówi także raport Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia. Dane wskazują na to, że w III kwartale 2023 roku 37% pracodawców sektora dóbr i usług konsumpcyjnych znad Wisły deklaruje chęć powiększania zespołów, 19% z nich liczy się z koniecznością redukcji etatów, a 43% organizacji przewiduje żadnych zmian w strukturach. Prognoza netto zatrudnienia dla tej branży, będąca odzwierciedleniem nastrojów rekrutacyjnych firm na czas od lipca do końca września to +16%.

– Plany rekrutacyjne firm sektora dóbr i usług konsumpcyjnych są zdecydowanie bardziej optymistyczne niż w pierwszej połowie roku, zatem możemy spodziewać się większego zapotrzebowania na pracowników. Ten wzrost będzie widoczny przede wszystkim wśród dużych przedsiębiorców, którzy będą poszukiwali pracowników zarówno średniego jak i wysokiego szczebla, głównie osób o profilu sprzedażowym. W przypadku tych stanowisk niezwykle istotne będą kompetencje miękkie, takie jak umiejętność budowania długotrwałych relacji poprzez empatyczną postawę oraz systematycznego planowania pracy. Widzimy również zwiększone zapotrzebowanie na specjalistów ds. zakupów, u których pracodawcy przede wszystkim poszukują umiejętności optymalizacji kosztów i negocjacji. Ponadto wzrost sił sprzedażowych będzie generował dodatkowe zapotrzebowanie na kandydatów wspierających proces sprzedaży między innymi obsługę księgowo-administracyjną, analizę danych czy wsparcie marketingowe – mówi Marta Szymańska.

Zrównoważony rozwój najwyżej na liście priorytetów liderów branży

Według Deloitte, 97% liderów branży dóbr i usług konsumpcyjnych mówi o tym, że zrównoważony rozwój organizacji jest dla nich priorytetem (w porównaniu do 58% deklaracji wszystkich innych firm). Dodatkowo modeli biznesowych „as-a-service” wykorzystujących oprogramowanie jako usługę zwiększy wartość ponownego wykorzystania zasobów. Działania te sprawiają, że wzrasta zapotrzebowanie na „zielone miejsca pracy”, a także kandydatów specjalizujących się w obszarach takich jak konserwacja pojazdów elektrycznych, zielona energia, logistyka zwrotów, ale też renowacja produktów w celu przygotowania ich dla kolejnego użytkownika.

– Zdecydowanie zauważamy rosnącą potrzebę tworzenia zielonych miejsc pracy wśród naszych klientów, a także pozyskania kandydatów z odpowiednią wiedzą lub chęcią rozwoju w tym obszarze. Obserwujemy ten trend zarówno wśród dużych jak i małych organizacji, dla których idea ESG jest istotnym elementem polityki, a także ważnym aspektem w dalszym zrównoważonym rozwoju – podsumowuje ekspertka Manpower.

Blisko 35 proc. Polaków gotowych jest wydać więcej na nieruchomość wybudowaną z ekomateriałów

Niemal 35% ankietowanych jest skłonnych zapłacić więcej za mieszkanie lub dom, gdyby do jego budowy wykorzystano materiały ekologiczne, w tym surowce wtórne. Tylko nieznacznie mniej osób jest przeciwnego zdania. Widać zatem, że Polacy wciąż są w tym zakresie mocno podzieleni. Tymczasem osoby z pierwszej grupy wskazują, o ile więcej środków mogłyby wydać. I tak 29% z nich podaje przedział 5-10%, a 24% badanych – 10-15%. Według ekspertów, powstaje coraz więcej budynków spełniających wymagania zrównoważonego rozwoju. Ale to nadal stanowi margines rynku nieruchomości w Polsce, choć nie jest wykluczone, że to się zmieni. Duże koszty gazu i prądu zachęcają inwestorów do rozglądania się za alternatywnymi rozwiązaniami, bo teraz klient przy zakupie mocniej zwraca uwagę na przyszłe koszty eksploatacyjne.

Ekologia jednak nadal dzieli Polaków

Jak wynika z najnowszego badania przeprowadzonego na próbie 1030 dorosłych Polaków, 34,9% respondentów jest skłonnych zapłacić więcej za mieszkanie lub dom, gdyby do budowy tego obiektu wykorzystano materiały ekologiczne, w tym surowce wtórne. 34,2% z ponad tysiąca ankietowanych zajmuje przeciwne stanowisko. Z kolei 21,6% uczestników sondażu nie potrafi się w tej kwestii określić.

– Myślę, że ten podział wynika zarówno z braku dobrych przykładów, jak i z panującego w Polsce stereotypu, jakoby budownictwo ekologiczne było niższej jakości. Natomiast z ekologicznymi materiałami budowlanymi jest tak, jak ze zdrową żywnością. Są droższe od tych najpopularniejszych, których standardy środowiskowe w takim stopniu nie dotyczą. Tylko korzyści wynikające ze spożywania najwyższej jakości produktów spożywczych przedzierają się do świadomości Polaków, co widać po tłumach na targach żywności ekologicznej. Materiały budowlane i rozwiązania idące w duchu zrównoważonej architektury jeszcze nie osiągnęły takiego poziomu – komentuje dr Bartosz Dendura, wykładowca akademicki i współautor badania z Pracowni Architektonicznej Studio4SPACE.

Jak zaznacza Mateusz Stachewicz z Polskiego Związku Firm Deweloperskich (PZFD), jesteśmy w trudnym okresie dla mieszkalnictwa. Podkreśla to choćby Stowarzyszenie Build Europe, zrzeszające organizacje europejskie z kilkunastu krajów Europy. Ekspert z PZFD zauważa, że niemal wszystkie państwa mierzą się ze skutkami inflacji, niskiej zdolności kredytowej nabywców, galopującymi cenami materiałów budowlanych i można też jeszcze odczuć skutki pandemii. Powoduje to, że klienci baczniej przyglądają się temu, co składa się na cenę ich mieszkania. A inwestowanie w zrównoważony rozwój zawsze generuje jakiś dodatkowy koszt.

– Ponadto z naszego badania wynika, że przeszło 21% Polaków nie wie, czy chce rozwiązań ekologicznych w swoim domu. Myślę, że to efekt braku edukacji i niewielkiej świadomości, która jednak z każdym rokiem będzie rosła. Być może nie nastąpią spektakularne wzrosty, ale jestem przekonany, że sytuacja się poprawi. Pojawi się też coraz więcej dobrych przykładów budownictwa ekologicznego. Sądzę, że duży wpływ na decyzje będą miały też rosnące ceny materiałów budowlanych. To może spowodować, że przyszli inwestorzy przychylniej spojrzą na materiały ekologiczne – przekonuje dr Dendura.

Z kolei Mateusz Stachewicz podkreśla, że zrównoważone nieruchomości to nie tylko ekologiczne materiały budowlane. To również m.in. rozwiązania monitorujące wykorzystanie energii w budynkach, pozwalające ograniczyć ślad węglowy, pompy ciepła, efektywne metody zarządzania budynkiem czy też wiele innych istotnych kwestii. Zdaniem eksperta z PZFD, należy mieć pewność, że skłonność do dopłat do zrównoważonych inwestycji będzie rosła wraz ze zwiększającą się świadomością ekologiczną społeczeństwa.

Idą zmiany, ale wciąż zbyt wolno

Respondenci, którzy są skłonni ponieść większe koszty, informują, o ile więcej mogą wydać. I tak 29% badanych wybrało przedział 5-10%. Z kolei 24% ankietowanych wskazało 10-15%, a 21,7% zadeklarowało 15-20%. Natomiast 11,7% uczestników sondażu zaznaczyło do 5%, a 5,9% osób zdecydowałby się na 20-30%.

– Pułap między 10% a 20% większego budżetu pozwala, by budynek osiągnął bardzo przyzwoite parametry. Czasem proste decyzje znacząco wpływają na środowisko. Zakup domu czy mieszkania to decyzja na lata, a niekiedy na całe życie. W takim kontekście zwiększenie wydatków nawet o 20% może mieć zupełnie inne znaczenie. Być może łatwiej jest nam się pogodzić z wyższym kosztem początkowym, bo wiemy, że będzie nam służył przez długie lata – analizuje współautor badania.

W opinii Mateusza Stachewicza, deweloperzy, niezależnie od wyników badań, z każdym rokiem budują coraz więcej budynków, które spełniają wymagania zrównoważonego rozwoju. Preferencje nabywców, mimo że jest jeszcze spore pole do ich rozwinięcia, przesuwają się w kierunku ekologii wraz ze wzrostem ogólnej świadomości społecznej w tym obszarze. Od deweloperów będzie się także wymagać więcej choćby w związku z unijnymi wymogami.

– Jeśli wejdziemy na strony najpopularniejszych producentów domów drewnianych, z bardzo małym prawdopodobieństwem znajdziemy tam dobre przykłady współczesnej architektury. Mam wrażenie, że jeszcze nikt nie połączył kropek. Dominują domy à la dworkowe oraz domki z prerii z gankiem, dachem dwuspadowym i szerokimi okapami. To nie jest architektura, która przekona szerokie grono ludzi. Świadczą o tym liczby wskazujące, jak mały odsetek budynków w Polsce powstaje w innej technologii niż tradycyjna, a więc murowana – stwierdza dr Bartosz Dendura.

Zrównoważony sektor nieruchomości dopiero się kształtuje, o czym przekonuje Mateusz Stachewicz. Ekspert PZFD dodaje, że możemy obserwować ujednolicanie, choćby w kontekście unijnej Taksonomii – standardów i operowania wspólnym aparatem pojęciowym. Potrzebne są też nowe rozwiązania technologiczne i otwartość legislatora na ich stosowanie, przez elastyczność w przyjmowanych aktach. Deweloperzy nie powinni walczyć z transformacjami, a raczej przygotować się na nie i być uczestnikami dyskusji o kształcie bardziej zrównoważonej gospodarki, co już dziś w dużej mierze się dzieje.

– Budownictwo w oparciu o materiały ekologiczne, łatwo przetwarzalne i te pochodzące z odzysku nadal stanowi margines rynku nieruchomości w Polsce. Myślę, że inwestorzy boją się tych rozwiązań. Wolą iść utartymi szlakami, które są tańsze w budowie i raczej gwarantują im szybką sprzedaż bez zbędnych pytań. Jednak mam nadzieję, że niebawem pojawi się presja ze strony klientów, a także urzędów, by rozwiązania chroniące nasze środowisko pojawiały się w ich realizacjach. Być może zeszła zima da silniejszy impuls do zmian. Okazało się bowiem, że to, jak budynek jest zaizolowany i czym ogrzewany, ma już znaczenie. Duże koszty gazu i prądu zachęcają inwestorów do rozglądania się za alternatywami – podsumowuje ekspert z Pracowni Architektonicznej Studio4SPACE.