PIU: pandemia skłania do zakupu prywatnych ubezpieczeń

COVID-19 uświadomił Polakom, jak ważny jest szybki dostęp do wysokiej jakości usług medycznych oraz lekarzy specjalistów. Z badania przeprowadzonego na zlecenie Polskiej Izby Ubezpieczeń[1] wynika, że co piąta ankietowana osoba, mająca prywatne ubezpieczenie zdrowotne, kupiła je lub przedłużyła w wyniku pandemii. Dodatkowo 40 proc. respondentów nieposiadających prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego rozważało jego zakup. Ponad połowa ze względu na sytuację epidemiczną.

Pandemia bez wątpienia spowodowała wzrost zainteresowania prywatną opieką medyczną. Pokazują to nie tylko wyniki naszego badania, ale także dane ubezpieczycieli, z których wynika, że Polaków posiadających prywatne polisy zdrowotne ciągle przybywa. Ponadto osobom, które kupiły takie ubezpieczenia oraz firmom oferującym je w ramach benefitów pracowniczych, zależy na utrzymaniu ochrony ubezpieczeniowej – komentuje Dorota M. Fal, doradca zarządu PIU.

Polacy gotowi dopłacać do prywatnej opieki medycznej

Ponad 80 proc. uczestników badania PIU zadeklarowało gotowość ponoszenia dodatkowych miesięcznych opłat za opiekę medyczną, poza składkami płaconymi na NFZ. Ponad połowa tych osób uważa, że największą zaletą prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych jest szybki dostęp do specjalistów. Ważna jest dla nich również możliwość skorzystania z najnowszych technologii, do których dostęp w systemie publicznym jest trudny (29 proc.), a także krótki termin oczekiwania na zabieg czy operację (24 proc.) oraz tomografię, rezonans magnetyczny i inne badania diagnostyczne (24 proc.).

Dodatkowo 70 proc. respondentów stwierdziło, że mogłoby opłacać dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne, gdyby możliwe było odliczenie tej kwoty od podatku.

Zaciągnęliśmy dług zdrowotny

Publiczna opieka zdrowotna od dłuższego czasu boryka się z problemami kadrowymi i finansowymi, a pandemia znacząco pogorszyła sytuację. System jest obecnie przeciążony. Dodatkowo, w ubiegłym roku zaobserwowaliśmy wyraźne pogorszenie stanu zdrowia Polaków, spowodowane zaciąganiem tzw. długu zdrowotnego. Mnóstwo osób odłożyło na później badania profilaktyczne i diagnostyczne, a nawet leczenie. W efekcie pacjenci trafiają do placówek medycznych, gdy choroba jest już w zaawansowanym stadium, co zmniejsza szanse na powrót do zdrowia. Pomocne byłyby więc rozwiązania, które ułatwiłyby finansowanie dodatkowych polis zdrowotnych i tworzenie prywatnych ubezpieczeń, zapewniających szybki dostęp przede wszystkim do profilaktyki oraz ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Jednym z nich może być możliwość odliczenia od podatku kwoty przeznaczanej na prywatną opiekę medyczną – dodaje Dorota M. Fal.

Wizyta u specjalisty – najlepiej prywatnie

Prywatne ubezpieczenia zdrowotne sprawdzają się w profilaktyce oraz szybkiej diagnostyce i mają coraz większy udział w finansowaniu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

Osoby, które wzięły udział w badaniu PIU, zadeklarowały, że w ubiegłym roku z prywatnej opieki medycznej korzystały przede wszystkim w przypadku zabiegów stomatologicznych (są to głównie wydatki z własnej kieszeni, a nie z pakietu medycznego), wizyt u lekarza specjalisty, badań USG lub RTG oraz rehabilitacji. Z danych ubezpieczycieli wynika, że rośnie zainteresowanie konsultacjami z internistami i pediatrami w ramach pakietów medycznych. W najbliższej przyszłości PIU przewiduje więc dalszy wzrost popularności prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych.

[1] Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-12 października 2020 r. przez agencję SW RESEARCH na grupie 2000 aktywnych zawodowo Polaków w wieku 25-60 lat, którzy posiadają ubezpieczenie w NFZ.

Nawet 58% prób przywracania kopii zapasowych kończy się niepowodzeniem! Nowy raport Veeam

Jak wynika z raportu firmy Veeam na temat ochrony danych w 2021 roku, pandemia COVID-19 spowodowała znaczny spadek wydatków firm na transformację cyfrową. 40% globalnych przedsiębiorstw uważa niepewność ekonomiczną za największą barierę transformacji cyfrowej w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a jedna trzecia spowolniła lub wstrzymała w ubiegłym roku takie przedsięwzięcia

Jak wynika z raportu firmy Veeam na temat ochrony danych w 2021 roku (Veeam Data Protection Report 2021), problemy z ochroną danych utrudniają transformację cyfrową przedsiębiorstwom na całym świecie. Tworzenie kopii zapasowych kończy się niepowodzeniem w 58% przypadków, co oznacza, że dane pozostają bez ochrony. Zdaniem 40% ankietowanych dyrektorów wyższego szczebla w ciągu najbliższego roku największymi przeszkodami dla transformacji cyfrowej będą niepewność i spowolnienie gospodarcze na skutek pandemii COVID-19. Niewystarczająca ochrona danych oraz problemy z ciągłością biznesową utrudnią firmom także przekształcenia. Raport został opracowany na podstawie badania przeprowadzonego przez firmę Veeam® Software ― lidera w dziedzinie rozwiązań do tworzenia kopii zapasowych i dostawcę rozwiązania Cloud Data Management™.

Ponad 3000 osób, które podejmują decyzje dotyczące technologii informatycznych w globalnych przedsiębiorstwach, wypowiedziało się na temat swojego podejścia do ochrony danych i zarządzania nimi. Było to największe tego rodzaju badanie przeprowadzone w celu sprawdzenia, jak przedsiębiorstwa przygotowują się do nowych wyzwań, takich jak zmiany popytu i przerwy w świadczeniu usług, następstwa globalnych zdarzeń (np. pandemii COVID-19) oraz realizacja ambitnych celów w zakresie modernizacji informatycznej i transformacji cyfrowej.

„W ciągu minionych 12 miesięcy dyrektorzy przedsiębiorstw z całego świata musieli zmierzyć się z wieloma wyzwaniami dotyczącymi ochrony danych w bardzo zróżnicowanych środowiskach operacyjnych” ― powiedział Danny Allan, dyrektor ds. technicznych i wiceprezes ds. strategii produktu w firmie Veeam. „Aby utrzymać się na rynku w dobie pandemii, firmy przyspieszają inicjatywy w dziedzinie transformacji cyfrowej o kilka miesięcy, a nawet lat. Przeszkodę stanowią przestarzałe technologie informatyczne i funkcje ochrony danych. Nie bez znaczenia jest również fakt, że rozwiązywanie najpilniejszych problemów związanych z pandemią COVID-19 wymaga inwestowania dużych nakładów czasu i pieniędzy. Dopóki te bariery nie zostaną usunięte, trudno będzie mówić o efektywnej transformacji cyfrowej”.

Działania niezbędne w celu zapewnienia ochrony danych

Respondenci stwierdzili, że stosowane przez nich funkcje ochrony danych nie nadążają za wymaganiami transformacji cyfrowej. Zagrażają ciągłości biznesowej i mogą mieć poważne konsekwencje zarówno dla reputacji, jak i działalności przedsiębiorstwa. Choć tworzenie kopii zapasowych jest ważnym elementem nowoczesnych systemów ochrony danych, to 14% wszystkich danych nie jest w ogóle kopiowane, a ich odtwarzanie nie udaje się w 58% przypadków. Dane przedsiębiorstw pozostają więc niezabezpieczone, a po atakach cybernetycznych nie można ich odtworzyć. Ponadto często zdarzają się nieoczekiwane przestoje. W ciągu minionych 12 miesięcy doświadczyło ich 95% przedsiębiorstw, a co czwarty serwer miał co najmniej jeden taki przestój. Przestoje i utrata danych wpływają na wyniki finansowe przedsiębiorstw. Zdaniem ponad połowy dyrektorów narażają one firmę na utratę zaufania klientów, pracowników i akcjonariuszy.

„Niepowodzenie procesu tworzenia kopii zapasowych i odtwarzania danych ma dwie główne przyczyny. Pierwszą z nich jest błąd lub przekroczenie limitu czasu podczas tworzenia kopii zapasowych, drugą ― niezapewnienie określonego w umowie poziomu usług podczas odtwarzania danych” ― powiedział Danny Allan. „Krótko mówiąc, jeśli nie uda się utworzyć kopii zapasowej, dane pozostaną bez ochrony, co stanowi duży problem dla firmy, ponieważ skutki utraty danych i nieplanowanych przestojów mogą mieć szeroki zakres – od niezadowolenia klientów po spadek cen akcji. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że zagrożenia cyfrowe rozwijają się w tempie wykładniczym. W rezultacie powstaje luka między możliwościami ochrony danych a potrzebami przedsiębiorstw w zakresie transformacji cyfrowej. Usunięcie tej luki jest bardzo ważne w chwili, gdy firmy odczuwają presję na szybsze wdrażanie technologii chmurowych w celu obsługi klientów w gospodarce cyfrowej”.

Wpływ pandemii COVID-19 na strategie informatyczne

Dyrektorzy wyższego szczebla zdają sobie sprawę, że wdrożenie modelu opartego przede wszystkim na chmurze jest koniecznością. W związku z pandemią COVID-19 muszą przyspieszyć transformację cyfrową i zmienić sposób świadczenia usług informatycznych. Wiele przedsiębiorstw już to zrobiło. 91% respondentów rozszerzyło usługi w chmurze w ciągu pierwszych miesięcy pandemii, podczas gdy większość wciąż kontynuuje ten proces, a 60% zamierza dodać więcej usług chmurowych do swojej strategii informatycznej. Choć firmy wiedzą, że w ciągu najbliższego roku muszą przyspieszyć transformację cyfrową, 40% respondentów przyznaje, iż niepewność gospodarcza może im w tym przeszkodzić.

Niezawodność jako podstawa transformacji cyfrowej

Podczas gdy coraz więcej przedsiębiorstw szybko wdraża nowoczesne usługi informatyczne, brak odpowiednich funkcji i zasobów w zakresie ochrony danych może zahamować, a nawet uniemożliwić transformację cyfrową. Dyrektorzy wyższego szczebla już o tym wiedzą. 30% przyznaje, że transformacja cyfrowa w ich firmach zwolniła lub zatrzymała się w ciągu minionych 12 miesięcy. Przyczyny są różne: zbyt duża koncentracja działu informatycznego na bieżącej obsłudze systemów podczas pandemii (53%), zależność od starszych systemów informatycznych (51%) czy brak odpowiednio wykwalifikowanych informatyków potrafiących wdrażać nowe technologie (49%). W ciągu najbliższego roku liderzy działów informatycznych będą chcieli usunąć takie bariery poprzez znalezienie skutecznych zabezpieczeń, a prawie jedna trzecia zamierza przenieść ochronę danych do chmury.

„Jedną z ważnych zmian, jakie zaobserwowaliśmy podczas minionego roku, jest coraz głębszy podział na przedsiębiorstwa planujące transformację cyfrową oraz takie, które są do niej gorzej przygotowane. Te pierwsze radzą sobie znacznie lepiej” ― stwierdza Allan. „Pierwszym krokiem do transformacji cyfrowej jest osiągnięcie cyfrowej odporności. Przedsiębiorstwa na całym świecie chcą szybko modernizować swoje systemy ochrony danych w oparciu o chmurę. Do 2023 roku 77% firm będzie korzystać z systemów kopii zapasowych opartych przede wszystkim na chmurze. Zwiększy to niezawodność tworzenia kopii zapasowych, usprawni zarządzanie kosztami i zwolni zasoby informatyczne, dzięki czemu przedsiębiorstwa będą mogły lepiej skupić się na projektach transformacji cyfrowej i osiągać sukcesy w nowej gospodarce”.

Oto inne ważne spostrzeżenia z raportu firmy Veeam na temat ochrony danych w 2021 roku:

  • Hybrydowe systemy informatyczne obejmujące środowiska fizyczne, wirtualne i chmurowe. W ciągu najbliższych dwóch lat większość przedsiębiorstw będzie stopniowo, lecz ciągle zmniejszać liczbę serwerów fizycznych, utrzymywać i wzmacniać zwirtualizowaną infrastrukturę oraz wdrażać strategie stawiające na pierwszym miejscu chmurę. W rezultacie do 2023 roku połowa obciążeń produkcyjnych zostanie przeniesiona do chmury, co zmusi firmy do zmiany strategii ochrony danych pod kątem nowych środowisk produkcyjnych.
  • Coraz więcej kopii zapasowych tworzonych w chmurze. Proces tworzenia kopii zapasowych przenosi się z systemów lokalnych do chmur zarządzanych przez dostawców usług (o ile w 2020 roku na chmurę przypadało 29% kopii zapasowych, to w 2023 przewiduje się 46%).
  • Większe znaczenie niezawodności. Zdaniem 31% respondentów zwiększenie niezawodności jest najważniejszym czynnikiem, który skłania globalne przedsiębiorstwa do zmiany głównego rozwiązania do tworzenia kopii zapasowych.
  • Większy zwrot z inwestycji. 22% respondentów twierdzi, że najważniejszym czynnikiem skłaniającym firmy do zmiany rozwiązania jest jego opłacalność, w tym większy zwrot z inwestycji i niższy całkowity koszt posiadania.
  • Luka dotycząca dostępności. 80% przedsiębiorstw uważa, że nie może odzyskiwać aplikacji tak szybko, jak tego potrzebuje.
  • Luka dotycząca ochrony. 76% respondentów twierdzi, że częstotliwość tworzenia kopii zapasowych jest zbyt mała w odniesieniu do ilości danych, na utratę której mogą sobie oni pozwolić w przypadku przestoju.
  • Nowoczesna ochrona danych. 46% przedsiębiorstw na całym świecie zamierza nawiązać współpracę z dostawcą usług tworzenia kopii zapasowych (ang. Backup as a Service ― BaaS) do 2023 roku, a 51% chce w tym samym czasie wdrożyć usługę odtwarzania danych po awarii (ang. Disaster Recovery as a Service ― DRaaS).
  • Pandemia COVID-19 wywarła ogromny wpływ na cyfrową transformację – ponad połowa (53%) przedsiębiorstw z Europy Wschodniej przyspiesza swoje inicjatywy w tym zakresie. Wskaźnik ten jest nieznacznie niższy od średniej globalnej (54%).
  • Prawie jedna trzecia (32%) przedsiębiorstw z Europy Wschodniej stwierdziła, że pod wpływem pandemii ich inicjatywy w zakresie cyfrowej transformacji zostały spowolnione lub wstrzymane. Spowodowało to zwiększenie „cyfrowej przepaści” pomiędzy firmami, które miały plan w zakresie cyfrowej transformacji (i przyspieszyły jego realizację) a firmami, które były gorzej przygotowane (i w związku z tym ich transformacja spowolniła).
  • Ponad jedna trzecia (38%) wszystkich kopii zapasowych może nie nadawać się do odtwarzania – przedsiębiorstwa z Europy Wschodniej stwierdziły, że zadania dotyczące wykonywania tych kopii zawierały błędy lub nie kończyły się w wyznaczonym czasie. W przypadku 42% operacji odtworzenia nie spełniono wymagań umów SLA. W ujęciu globalnym ponad połowa (58%) wszystkich operacji odtwarzania kopii zapasowych skończyła się niepowodzeniem i dane nie będą mogły zostać odtworzone, gdy będą potrzebne.
  • Przeważająca większość (96%) przedsiębiorstw z Europy Wschodniej ma do czynienia z niespodziewanymi przestojami. W ciągu ostatnich 12 miesięcy w prawie jedna czwartej z nich (22%) wystąpiły przestoje na ponad jednej czwartej ich serwerów.
  • Dwie trzecie (68%) przedsiębiorstw z Europy Wschodniej ma do czynienia z „luką w zakresie ochrony”, czyli różnicą pomiędzy częstotliwością, z jaką tworzone są kopie zapasowe danych, a ilością danych, na których utratę firma może sobie pozwolić w razie awarii. Wskaźnik ten jest niższy od średniej globalnej (76%).

Informacje o raporcie

Veeam zlecił niezależnej firmie VansonBourne, która zajmuje się badaniami rynkowymi, przeprowadzenie badań ilościowych dotyczących technologii ochrony danych, a w szczególności ich wdrażania i postrzegania oraz związanych z nimi trendów rynkowych w przedsiębiorstwach na całym świecie. Badanie objęło 3000 osób, które podejmują decyzje w sprawie technologii informatycznych, w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 1000 pracowników z 28 krajów. Zostało przeprowadzone metodą ilościową zapewniającą bezstronność wyników.

Polityka Energetyczna Polski 2040 okiem polskich dostawców technologii

2 lutego 2021 r. Rada Ministrów przyjęła uchwałę dotyczącą strategii transformacji polskiej energetyki do 2040 roku. Opiera się ona na trzech filarach: sprawiedliwej transformacji, budowie równoległego, zeroemisyjnego systemu energetycznego oraz dobrej jakości powietrza. Realizacja tych trzech wytycznych będzie wymagała od polskiego rządu potężnych inwestycji w OZE oraz elektrownie atomowe. Prognozowane nakłady sięgają ok. 1,6 bln zł. To jednak nie wszystko. Wg strategii, już do 2028 r. aż 80 proc. gospodarstw domowych ma mieć w swojej dyspozycji nowoczesne liczniki zdalnego odczytu, wzmocniona ma zostać pozycja prosumentów, a usługi agregacji energii również będą rozwijane i upowszechniane. Te postulaty także wymagają zmian w infrastrukturze, przede wszystkim w zakresie urządzeń odczytu, jak i zaawansowanych układów pomiarowych.

PEP 2040 – główne wyzwania

Do realizacji założeń nowej Polityki Energetycznej Polski zostało niespełna 20 lat. W tym czasie rządy będą zobowiązane do podjęcia intensywnych działań mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego kraju przy zachowaniu konkurencyjności gospodarki, jak również zwiększenia efektywności energetycznej przy zmniejszeniu oddziaływania sektora na środowisko naturalne. Według PEP 2040, transformacja energetyczna będzie wymagała zaangażowania wielu podmiotów i poniesienia znacznych nakładów inwestycyjnych, których skala w latach 2021–2040 może sięgnąć nawet ok. 1,6 bln zł. Jest to, jak na polskie warunki, kwota niewyobrażalnie wysoka.

– Energia elektryczna dla gospodarki i konsumentów jest dobrem o znaczeniu strategicznym. Zużycie prądu jest w Polsce coraz większe, a restrykcje emisyjne wymagają natychmiastowych działań. Znalezienie zatem środków na realizację PEP 2040 powinno być priorytetem – mówi Paweł Pisarczyk, prezes zarządu Atende Industries z Grupy Atende.

Podstawą systemu energetycznego w przyszłości będzie rozproszona energetyka obywatelska. W sejmie obecnie procedowany jest rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy – Prawo energetyczne oraz niektórych innych ustaw, który m.in. spowoduje dostosowania polskiego prawa do przepisów obowiązujących w UE, jeśli chodzi o sprawne funkcjonowanie systemu inteligentnego opomiarowania w sektorze elektroenergetycznym stanowiącym klucz do wdrożenia energetyki prosumenckiej.

Cele określone w Polskiej Polityce Energetycznej 2040 istotnie są bardzo ambitne. By zostały w pełni zrealizowane, powinniśmy zacząć nad nimi pracować już … wczoraj. Pierwszym i wcale nie najmniej skomplikowanym etapem prac musi być kwestia regulacji i rozporządzeń prawnych. To jest fundament, na podstawie którego można kontynuować proces realizacji strategii – mówi Paweł Pisarczyk.

Do wypełnienia postulatów dotyczących wzmocnienia udziałów prosumentów wymagane są inteligentne liczniki. Z szacunkowych danych operatorów sieci dystrybucyjnych wynika, że obecnie inteligentne liczniki zainstalowane są u ok. 1,9 mln odbiorców końcowych. Docelowa, łączna liczba odbiorców końcowych szacowana jest na ok. 16,3 mln. Do wymiany pozostało więc ok. 14,4 mln tych liczników.

– Z satysfakcją przyjęliśmy nowe akcenty w polityce klimatycznej Rządu RP. Cieszy nas  rosnący udział OZE w krajowym miksie energetycznym, postępująca cyfryzacja sektora energetycznego, nowe regulacje związane ze smart meteringiem i  poprawą efektywności energetycznej. Apator jest gotowy pod względem produktowym i operacyjnym na roll’out liczników inteligentnych w Polsce – zapewnia Artur Bratkowski, Dyrektor ds. Aparatury i Systemów Pomiarowych Apator S.A.

– Trzeba jednak wyraźne powiedzieć, że wymiana urządzeń na tak dużą skalę będzie dla OSD ogromnym wyzwaniem i przedsięwzięciem logistycznym. Kluczowe będą rozporządzenia do ustawy – Prawo energetyczne, które określą m.in. wymagania dotyczące liczników i systemów odczytowych. Konieczne jest też sprecyzowanie ważnych kwestii związanych np. z cyberbezpieczeństwem. Pamiętajmy, że liczniki smart będą pracowały w sieci energetycznej – wrażliwej dla bezpieczeństwa kraju. Dostawcy tego typu urządzeń powinni być gruntownie zweryfikowani a bezpieczeństwo dostarczanych przez nich urządzeń i systemów potwierdzone rzetelnymi audytami. Zamawiający powinni brać pod uwagę także wsparcie na miejscu zespołów inżynierskich i serwisowych dostawcy. Uważam, że to solidne argumenty, aby spółki energetyczne zwróciły swoją uwagę ku podmiotom krajowym i europejskim.

Stworzyliśmy nie tylko urządzenia, ale także układy pomiarowe, które swoją funkcjonalnością przypominają współczesne komputery. Prawie milion polskich gospodarstw domowych posiada już liczniki odczytywane przez oferowany przez nas system redGrid – ale to wciąż kropla w morzu potrzeb. Mamy także oprogramowanie besmart.energy, służące do zarzadzania lokalnymi społecznościami, w których prosumenci wytwarzają energię – dodaje Paweł Pisarczyk.

Dane podstawą transformacji polskiego sektora energetyki

Do efektywnego zarządzania poborem mocy przez tzw. klastry energii potrzebne są dane, które dostarczane są w czasie rzeczywistym. Zgodnie z PEP 2040, Krajowy System Elektroenergetyczny zobowiązany jest zapewnić pełne bezpieczeństwo energetyczne. Oznacza to konieczność utrzymania stabilności dostaw energii nie tylko poprzez rozbudowę i modernizację infrastruktury OSP (systemy przesyłowe) i OSD (systemy dystrybucyjne) czy zapewnienie pokrycia zapotrzebowania na moc poprzez budowę m.in. kolejnych źródeł energii odnawialnej. Konieczne jest przede wszystkim sprawne zarządzanie siecią elektroenergetyczną w czasie rzeczywistym, aby szybko reagować na awarie czy zachwiania pracy systemu.

– PEP2040 zakłada, że OSD będą inwestować w OZE oraz wspierać aktywnych obiorców i bilansowanie lokalne. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że niedostarczenie konsumentom w czasie rzeczywistym lub zbliżonym do rzeczywistego informacji o ich zużyciu energii praktycznie uniemożliwia im aktywny udział w rynku energii elektrycznej i w procesie transformacji energetyki. Dlatego konsumenci muszą być wyposażeni w systemy inteligentnego opomiarowania i mieć dostęp do umów z cenami dynamicznymi energii elektrycznej – tylko wówczas będziemy mogli faktycznie czerpać korzyści z bezpośredniego uczestnictwa w tym rynku – mówi Artur Bratkowski.

– Jeżeli chcemy rzeczywiście się zmieniać, działania musimy oprzeć o wiarygodne dane – tworzyć energetykę opartą o bardzo konkretne liczby dotyczące bieżącej podaży i popytu. To jest trudny proces, który wymaga czegoś znacznie więcej niż tylko wymiany liczników na nowocześniejsze, dlatego że energetyka powinna czerpać dane z urządzeń pomiarowych wszelkiego typu, nie tylko z liczników. Urządzenia powinny przekazywać dane do chmury, a te można wykorzystać na wiele sposobów. Możliwe stanie się m.in. zbilansowanie energii, a także opracowanie predykcji, które pozwolą przewidzieć uszkodzenia i awarie infrastruktury. Pozwoli to na bieżąco reagować i utrzymać optymalny stan sieci elektroenergetycznej. Dane są najważniejszym elementem tej skomplikowanej układanki – dodaje Paweł Pisarczyk.

Przemysł 4.0 i Internet Rzeczy głównymi filarami zmian i wzmocnienia konkurencyjności polskich przedsiębiorstw

Transformacja energetyczna wiąże się z budową nowych gałęzi przemysłu współuczestniczących w przekształceniach sektora energii.

– Mamy gigantyczne kompetencje potrzebne do budowy przemysłu 4.0. Polacy są uważani za jednych z najlepszych programistów na świecie. Mamy bardzo zdolnych młodych ludzi, którzy nie mają kompleksów i chcą zmieniać świat. Wygrywają olimpiady informatyczne. Rola informatyki w przemyśle 4.0 jest kluczowa. Atende od wielu lat rozwija platformy do gromadzenia dużych zbiorów danych z urządzeń skupionych w ekosystemie Internetu rzeczy, które bazują na naszej autorskiej bazie danych NoSQL o nazwie TStorage – mówi Paweł Pisarczyk.

Atende Industries to spółka, która aktywnie uczestniczy w procesie cyfrowej transformacji wielu sektorów przemysłu, w szczególności nowoczesnej energetyki. Tworzy oprogramowanie dla sieci Smart Grid (AMI), platformy dla energetyki rozproszonej, systemy do analizy otoczenia robotów współpracujących oraz platformy do przetwarzania danych z urządzeń Internetu rzeczy. Produkty oferowane przez Atende Industries bazują na autorskiej i rozwijanej od wielu lat technologii oraz na doświadczeniach związanych z wdrażaniem największego systemu inteligentnego opomiarowania w Polsce.

Jednym z głównych kierunków działalności spółki jest rozwój wyspecjalizowanych platform chmurowych dla Przemysłu 4.0. Głównymi produktami firmy są: redGrid (system klasy MDM i HES) do zarządzania inteligentnymi licznikami energii w nowoczesnych sieciach energetycznych Smart Grid, wdrożony m.in w Energa-Operator oraz besmart.energy – platforma chmurowa dla energetyki rozproszonej, pozwalająca na funkcjonowanie spółdzielni energetycznych i mikrosieci. Firma rozwija także platformę besmart.vision służącą do sterowania robotami współpracującymi (cobotami) bazującą na inteligentnej analizie otoczenia oraz besmart.dev – platformę do gromadzenia i przetwarzania danych z urządzeń Internetu Rzeczy.

Atende Industries we współpracy z Apator S.A. tworzy rozwiązania dla sektora elektroenergetycznego. Obecnie spółki, wraz ze spółką Phoenix Systems z Grupy Atende, pracują nad innowacyjnym licznikiem, którego funkcje są bardzo rozbudowane. Urządzenie działa podobnie do konwencjonalnego komputera, na którym można uruchamiać aplikacje pozwalające komunikować się z oświetleniem lub inwerterami i dają informacje w czasie rzeczywistym.

– Liderzy rynkowi muszą podążać za transformacją rynku, a nawet antycypować trendy i wyprzedzać oczekiwania klientów sektora utilities. Apator każdego roku wdraża na rynek innowacyjne rozwiązania pomiarowe np. nowe generacje liczników z zastosowaniem nowoczesnych technologii komunikacyjnych będące optymalnym rozwiązaniem dla sieci energetycznych z rosnącym udziałem rozproszonych odnawialnych źródeł energii. Nasz licznik OTUS, stosowany dziś m.in. w instalacjach prosumenckich, zapewnia szerokie parametry pomiarów oraz różnorodność w zakresie sposobu komunikacji  – mówi Artur Bratkowski. – Warto przy tym wspomnieć, że Apator wypracowuje rozwiązania zarówno w ramach własnych biur R&D, ale także w oparciu o partnerstwa technologiczne, czego przykładem jest współpraca z zespołami z Grupy Atende. Pracujemy obecnie wspólnie nad nowymi rozwiązaniami, które wniosą nową jakość w zakresie skuteczności pomiarów, ale także otworzą drzwi dla rozwoju zupełnie nowych usług w oparciu o dane pomiarowe.

– Rynek dostrzega korzyści z zastosowania takiego licznika dlatego, że można zainstalować na nim aplikacje, które będą „rozmawiały” z urządzeniami bez udziału operatora. Współpraca z Apatorem jest przykładem klasycznej synergii. Dzięki takiemu aliansowi jesteśmy w stanie zrobić naprawdę inteligentne urządzenie. To jest rewolucja, którą można porównać wejściem na rynek smartfonów – podsumowuje Paweł Pisarczyk.

Euro powyżej 4,60. Dolar w odwrocie

Prognozy braku podnoszenia stóp procentowych w najbliższym czasie w USA spowodowały, że inwestorzy wyprzedali wczoraj dolara. Tym samym amerykańska waluta ponownie znajduje się w okolicach 1,20 dolara za 1 euro.

FOMC osłabia dolara

Na wczorajszym posiedzeniu FOMC (Federalnego Komitetu ds. Otwartego Rynku) poznaliśmy prognozy członków amerykańskiego odpowiednika naszej RPP na stopy procentowe w przyszłości. Okazuje się, że pomimo rosnącej inflacji prognozy wskazują na przejściowy charakter tego wzrostu. W rezultacie członkowie tego gremium nie oczekują w najbliższych kwartałach możliwości podwyżek stóp procentowych. Dotychczasowy scenariusz przewidywał taką możliwość. Inwestorzy zresztą w ramach tego scenariusza podkupywali dolara, widząc okazję do zysku, gdy stopy procentowe wzrosną, a amerykańska waluta się umocni. W rezultacie po publikacji tych oczekiwań doszło do wyraźnej przeceny dolara względem głównych walut.

Rynek nieruchomości w USA

Wydawać się może dziwnym, że dane z rynku nieruchomości są takie istotne. Poprzedni kryzys z 2008 roku jest jednak silnie powiązany z tym rynkiem. Dlatego też analitycy bacznie obserwują, co dzieje się w nieruchomościach. W lutym zarówno liczba rozpoczętych budów domów, jak i uzyskanych pozwoleń na budowę wypadły poniżej oczekiwań. Spowolnienie na tym rynku jest zatem zawsze pewnym ostrzeżeniem. Z drugiej strony należy też brać pod uwagę, że pandemia spowodowała wyraźny rozwój tej branży. Lockdown spowodował, że ci, których było na to stać, podjęli działania, by zwiększyć metraż, na którym mieszka. Dobrym dowodem na skalę wzrostów jest to, że w 2019 roku był tylko jeden miesiąc lepszy od lutego 2021. Nieosiągnięcie oczekiwanych poziomów jest raczej sugestią, że tempo wzrostu spada niż, że mamy realny problem.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Dzisiaj od rana poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej nad Wisłą. Rośnie ona o 2,7% w ujęciu rocznym, co biorąc pod uwagę pandemiczny rok, nie jest złym rezultatem. Widząc jednak poprzednie dane, analitycy spodziewali się wyniku o 1,2% wyższego. Rezultatem tych danych była przecena złotego. Polska waluta od rana traci już dwa grosze względem euro, które dotarło już do poziomu 4,62 zł.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

W 2020 r. utrzymanie mieszkania podrożało aż o 7%

Wielu Polaków skarży się na ubiegłoroczną inflację i wzrost cen widoczny w ostatnich tygodniach. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, o ile utrzymanie mieszkania podrożało przez rok. Wnioski z analizy nie są zbyt optymistyczne.

Szybki wzrost cen od dawna jest powodem narzekań naszych rodaków. W ostatnim czasie to zjawisko dotyczyło również kosztów mieszkaniowych (m.in. ze względu na podwyżki cen prądu i opłat za wywóz odpadów). Niestety można spodziewać się, że to nie koniec podwyżek. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, o ile według oficjalnych danych utrzymanie mieszkania lub domu podrożało w minionym roku.

Główny Urząd Statystyczny niedawno potwierdził, że ubiegłoroczny wzrost cen w całej gospodarce wyniósł 3,4%. Na tym tle negatywnie wyróżniają się nośniki energii stanowiące ważny koszt utrzymania mieszkań. W przypadku wspomnianych nośników (gaz, prąd, opał, ciepło sieciowe), odnotowano bowiem wzrost cen wynoszący aż 4,9% (dane za okres I – XII 2020 r. względem I – XII 2019 r.).

Warto dodać, że w minionym roku mocno podrożała też żywność (o 4,7%), a ogólny poziom inflacji obniżył spadek cen paliw do prywatnych środków transportu (-10,4%). Od pewnego czasu dysponujemy już dokładniejszymi danymi na temat inflacji. Wskazują one, że w 2020 r. zmiany kosztów związanych z utrzymaniem mieszkania były następujące:Koszty użytkowania mieszkania rdr

Oprócz drastycznego wzrostu opłat „śmieciowych”, uwagę zwracają również bardzo duże podwyżki dotyczące cen prądu. Niestety będą one zwiększały koszty użytkowania lokali i domów również w 2021 r.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Aż 84% Polaków obawia się, że kolejna fala pandemii pogorszy ich sytuację finansową

  • W Barometrze Związku Przedsiębiorstw Finansowych większość respondentów przyznała, że wraz z kolejną falą pandemii rośnie ich niepokój o budżet domowy.
  • Polacy obawiają się m.in. utraty pracy, dotyczy to przede wszystkim gospodarstw o najniższych dochodach, a także mieszkańców małych miasteczek.
  • Z danych ZPF wynika, że póki co większość Polaków spłaca zobowiązania finansowe w terminie, ale problemy z bieżącym regulowaniem należności zgłasza już ¼ Polaków.

Pandemia koronawirusa nie odpuszcza i choć coraz częściej pojawiają się optymistyczne informacje, m.in. związane z Narodowym Programem Szczepień, dającym nadzieję na szybszy powrót do normalności, to Polacy nadal odczuwają niepokój o przyszłość, zwłaszcza tę finansową. Jak wynika z Barometru ZPF, obawy te są znacznie większe niż przy poprzednich sytuacjach kryzysowych, m.in. w czasie globalnego kryzysu finansowego w 2008 r.

Coraz bardziej obawiamy się skutków finansowych pandemii

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby Związku Przedsiębiorstw Finansowych, respondentom zadano pytanie o to, czy obawiają się wpływu kolejnej fali pandemii na ich budżet domowy. Aż 84% badanych odpowiedziało twierdząco, z czego 30% przyznało, że bardzo się tego obawia, gdyż może to poważnie pogorszyć ich sytuację finansową.

Co ważne, w badaniu jedynie 5% respondentów nie miało zdania na ten temat, nie będąc w stanie określić skutków tych wydarzeń dla ich finansów. W poprzednich edycjach Barometru odsetek ten wahał się od 23% do 58%. Oznacza to, że skutki pandemii bezpośrednio lub pośrednio odczuła już większość społeczeństwa. Zdecydowana większość zdaje sobie również sprawę z tego, że przedłużająca się pandemia i związany z tym lockdown może pogorszyć ich sytuację finansową – mówi Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych, organizacji, która prowadzi kampanię Windykacja – jasna sprawa!

57% pracowników niepokoi się o źródło zarobku

Kolejne doniesienia o planowanych, masowych zwolnieniach negatywnie wpływają na nastroje pracowników. Z danych ZPF wynika, że spośród osób aktywnych zawodowo, ponad połowa obawia się utraty źródła zarobku. Najczęściej, bo aż w 82%, taki niepokój wyrażają przedstawiciele gospodarstw o najniższych dochodach. Respondenci, których głównym źródłem dochodu jest działalność gospodarcza, w 61% boją się likwidacji swojej działalności zarobkowej. Bezpośrednie obawy utraty pracy najczęściej zgłaszane są przez mieszkańców małych miasteczek.

Pamiętajmy, że przejściowe problemy finansowe mogą przytrafić się każdemu, a jak wynika z naszych badań, w trakcie pandemii ryzyko jest szczególnie wysokie. Podstawową zasadą w tego typu sytuacjach jest, aby nie załamywać się i nie zarzucać sobie niezaradności. W wielu przypadkach utrata pracy jest po prostu wynikiem redukcji etatów, czyli czynnika od nas niezależnego. Po drugie, koniecznie informujmy instytucje finansowe, banki czy firmy windykacyjne, o swoich problemach finansowych. W tego typu sytuacjach taka sygnalizacja może pozwolić na wypracowanie dobrego dla konsumenta rozwiązania problemu – tłumaczy Marcin Czugan.

Jak poradzić sobie z przejściowymi problemami finansowymi?

Utrata pracy jest sytuacją bardzo stresującą, nie tylko dla osób, które spłacają różnego rodzaju kredyty. Z danych ZPF wynika bowiem, że najwięcej problemów, w trudnej sytuacji finansowej, sprawiają Polakom opłaty za czynsz czy media. I choć większość osób, pomimo pandemii, spłaca zobowiązania w terminie, to jednak 25% przyznaje, że ma kłopoty z regulowaniem należności.

– Jeśli mamy kredyt w instytucji finansowej, porozmawiajmy z doradcą o możliwych opcjach, np. wakacjach kredytowych. Jeśli spłacamy zadłużenie wynikające z niezapłaconych rachunków za telefon czy prąd, powiadommy naszego dostawcę lub firmę windykacyjną – ta zaproponuje nowy harmonogram spłat i ustali wysokość możliwej do zapłaty raty. Eksperci z firm windykacyjnych analizują sytuację na rynku pracy i rozumieją, że problemy finansowe nie zawsze biorą się z zaniedbań, często są wynikiem nieszczęśliwych okoliczności czy – jak w obecnych czasach – kryzysu. Nie unikajmy więc kontaktu, dialog i współpraca zawsze przynoszą korzyści – dodaje Marcin Czugan z ZPF.

Kluczowe trendy technologiczne, które będą kształtować naszą rzeczywistość w ciągu najbliższych trzech lat

  • Raport Accenture Technology Vision 2021 wskazuje kluczowe trendy technologiczne, które będą kształtować naszą rzeczywistość w ciągu najbliższych trzech lat.
  • Badanie Accenture pokazuje, że dzięki cyfrowym fundamentom umożliwiającym szybką adaptację i wdrażanie innowacji, liderzy zwiększają przychody 5 razy szybciej niż firmy pozostające w tyle, w porównaniu do zaledwie dwukrotnej różnicy w latach 2015-2018.
  • 92% ankietowanych stwierdziło, że w tym roku ich organizacje skoncentrują się na szybkim wprowadzaniu i wykorzystaniu innowacji w praktyce; znacząco wzrosną inwestycje w cyfrowe bliźniaki. Innowacje technologiczne nie będą zarezerwowane tylko dla działów IT, obecnie każdy pracownik firmy może zainicjować technologiczną rewolucję.

Najnowsza odsłona raportu Technology Vision 2021 zatytułowana „Leaders Wanted: Masters of Change at a Moment of Truth” omawia, w jaki sposób wiodące przedsiębiorstwa wprowadzają cyfrową transformację. Działania, które w przeszłości zajmowały dekady, teraz wdrażane są w ciągu roku lub dwóch. Wiele firm podejmuje wysiłki, by na nowo zdefiniować swój sposób działania i dostosować się do realiów w czasie trwania pandemii COVID-19 wykorzystując przy tym innowacje technologiczne.

– Globalna pandemia spowodowała gigantyczne przyspieszenie procesów cyfryzacji. Wiele organizacji zaczęło wykorzystywać technologię w wyjątkowy sposób, aby utrzymać swoje firmy i społeczności na rynku. Robiły to w tempie, które wcześniej wydawało im się niemożliwe – powiedział Jacek Borek, dyrektor zarządzający Accenture Technology w Polsce. – Mamy teraz okazję, która zdarza się raz na pokolenie, aby wykorzystać moment kryzysu, jako katalizator zmian, które dzięki technologii na nowo zdefiniują przyszłość biznesu – dodaje ekspert.

Na potrzeby raportu Technology Vision, Accenture przeprowadziło rozmowy z ponad 6200 liderami biznesowymi i technologicznymi. 92% z nich stwierdziło, że w tym roku ich organizacje koncentrują się na szybkim wprowadzaniu i wykorzystaniu innowacji w praktyce. 91% kadry zarządzającej zgadza się, że zdobycie udziałów w rynku w przyszłości będzie wymagało od ich organizacji zdefiniowania na nowo rynku, na którym operują.

Wśród najistotniejszych czynników mających zapewnić organizacjom sukces, ankietowani wskazują trzy elementy. Po pierwsze, bycie liderem wymaga wdrażania pionierskich rozwiązań technologicznych. Era szybkich naśladowców dobiega końca. Liderami będą ci, którzy postawią technologię na pierwszym miejscu swojej strategii biznesowej. Po drugie, liderzy nie będą czekać na ustabilizowanie sytuacji i wówczas dostosowywać się do nowych realiów. Samodzielnie je stworzą, wykorzystując odmienne sposoby myślenia i modele operacyjne. Wreszcie, liderzy przyjmą na siebie szerszą odpowiedzialność, zaangażują się społecznie, świadomie projektując i stosując technologię w celu wywierania pozytywnego wpływu na środowisko, wykraczającego daleko poza przedsiębiorstwo, aby stworzyć bardziej zrównoważony i sprzyjający włączeniu społecznemu świat.

Raport Technology Vision identyfikuje pięć kluczowych trendów, które będą kształtować biznes w ciągu najbliższych trzech lat:

  • Stack Strategically: Architecting a Better Future (Strategiczne wykorzystanie stosów technologicznych: budowanie lepszej przyszłości) – Zmiany i nagły napływ nowych technologii, które były odpowiedzią firm na pandemię COVID-19, zapoczątkowały nową erę w biznesie – taką, w której architektura ma większe znaczenie niż kiedykolwiek wcześniej, a konkurencja w branży jest walką między stosami technologii. Zbudowanie i dysponowanie najbardziej konkurencyjnym stosem technologii oznacza zmianę myślenia o technologii. Strategie biznesowe i technologiczne staną się nierozłączne. 89% kadry zarządzającej uważa, że zdolność ich organizacji do generowania wartości biznesowej będzie w coraz większym stopniu uzależniona od ograniczeń i możliwości architektury technologicznej.
  • Mirrored World: The Power of Massive, Intelligent, Digital Twins (Świat w cyfrowym odbiciu: potencjał funkcjonujących na szeroką skalę, inteligentnych cyfrowych bliźniaków) – Cyfrowe bliźniaki to reprezentacje lub symulacje rzeczywistych podmiotów lub systemów. Liderzy budują inteligentne, cyfrowe bliźniaki, aby stworzyć żywe modele fabryk, łańcuchów dostaw, cykli życia produktów itp. Połączenie danych i analityki w celu odwzorowania świata fizycznego w przestrzeni cyfrowej stworzy nowe możliwości działania, współpracy i innowacji. 65% ankietowanych przedstawicieli najwyższej kadry zarządzającej przewiduje, że inwestycje ich organizacji w inteligentne bliźniaki cyfrowe wzrosną w ciągu najbliższych trzech lat.
  • I, Technologist: The Democratization of Technology (Ja, technolog: demokratyzacja technologii) – Potężne możliwości technologiczne są teraz dostępne dla ludzi z różnych działów firmy, co pozwala nawet szeregowym pracownikom mieć swój wkład w kształtowanie strategii innowacyjnych przedsiębiorstw. Takie podejście pozwala ludziom na optymalizację ich pracy lub samodzielne rozwiązywanie problemów. To szansa dla każdej firmy, aby uczynić swoich pracowników kluczowym elementem ich wysiłków związanych z transformacją cyfrową. Aby jednak dokonać tego z powodzeniem, liderzy będą musieli wdrażać innowacje w każdej jednostce biznesowej, dać pracownikom dostęp do nowych narzędzi, ale także uczyć pracowników myślenia o technologii. 88% kadry zarządzającej uważa, że demokratyzacja technologii staje się kluczowa dla ich zdolności do inicjowania innowacji w całej organizacji.
  • Anywhere, Everywhere: Bring Your Own Environment (Zawsze i wszędzie: stwórz miejsce pracy w dowolnym miejscu) – Największa zmiana kadrowa, jaka kiedykolwiek miała miejsce, zmusiła firmy do rozszerzenia granic przedsiębiorstwa. Po pandemii nikt już nie wróci do stylu pracy, jaki istniał wcześniej. Zarówno organizacje, jak i pracownicy wkraczają w nową rzeczywistość, taką, w której praca może być wykonywana z dowolnego miejsca na świecie. W przeszłości firmy pozwalały pracownikom przynosić do biura własne laptopy lub smartfony. Pracodawcy musieli ustalić nowe zasady i znaleźć rozwiązania technologiczne, zapewniając elastyczność, a jednocześnie zmniejszając ryzyko związane z pojawieniem się urządzeń, nad którymi nie mieli pełnej kontroli. Dało to pracownikom szansę na lepsze doświadczenia zawodowe, a firmom pozwoliło poczynić oszczędności. Teraz skala tego zjawiska się zwiększa: pracownicy tworzą własne miejsca pracy. 81% kadry zarządzającej zgadza się, że wiodące organizacje w ich branży zaczną przechodzić od podejścia „przynieś własne urządzenie” do podejścia „stwórz własne środowisko”.
  • From Me to We: A Multiparty System’s Path Through Chaos (Przejście od ja do my: wspólna systemowa ścieżka w chaosie) – Systemy wielostronne dzielą dane między osobami i organizacjami w sposób, który zwiększa wydajność, buduje nowe modele biznesowe i generowania przychodów. Obejmują one blockchain, rozproszony rejestr, rozproszoną bazę danych, tokenizację oraz wiele innych technologii i możliwości. 90% ankietowanych przedstawicieli najwyższej kadry zarządzającej twierdzi, że systemy skupiające wielu interesariuszy umożliwią ich ekosystemom budowę bardziej odpornych i elastycznych fundamentów oraz stworzenie nowej wartości z partnerami ich organizacji.

Nadawanie priorytetowego znaczenia innowacjom technologicznym w odpowiedzi na szybko zmieniający się świat jeszcze nigdy nie było tak ważne. Weźmy na przykład branżę gastronomiczną: 60% restauracji, które w lipcu znalazły się na liście działalności „tymczasowo zamkniętych” w serwisie Yelp, do września definitywnie zakończyło swoją działalność. W całym tym chaosie Starbucks wyłonił się jako lider, wykorzystując technologię do rozszerzenia kanałów obsługi klienta i sprzedaży detalicznej. Do sierpnia ubiegłego roku aplikację Starbucksa pobrały 3 miliony nowych użytkowników na świecie, a zamówienia mobilne i możliwość odbioru w drive-thru odpowiadały za 90 proc. sprzedaży. W związku z rosnącym popytem firma wdrożyła zintegrowany system zarządzania zamówieniami, który łączy zamówienia z aplikacji, Uber Eats i od klientów drive-thru w jeden system dla baristów. Starbucks wprowadził też nowy ekspres do kawy z czujnikami, które śledzą ilość nalewanej kawy i przewidują konieczność serwisu. To znakomita ilustracja tego, że technologia jest kluczowym czynnikiem umożliwiającym firmie sprawne, elastyczne i skuteczne reagowanie na zmiany – mówi Jacek Borek, dyrektor zarządzający  Accenture Technology w Polsce.

 

Od 21 lat Accenture systematycznie analizuje sytuację w przedsiębiorstwach w celu określenia nowych trendów technologicznych, które mają największy potencjał, aby zmienić oblicze firm i branż. Pełny raport dostępny jest na stronie: Accenture Technology Vision 2021.

O metodologii

Proces badawczy na potrzeby raportu obejmował m.in. pozyskanie opinii zewnętrznej rady doradczej Technology Vision – grupy składającej się z ponad 20 doświadczonych osób z sektora publicznego i prywatnego, środowisk akademickich, firm typu venture capital i przedsiębiorstw. Ponadto zespół Technology Vision przeprowadził wywiady z ekspertami technologicznymi, a także z blisko 100 liderami biznesowymi Accenture. Równolegle, Accenture Research przeprowadziło globalną ankietę internetową wśród 6241 przedstawicieli kadry kierowniczej działów biznesowych i informatycznych, aby uzyskać informacje na temat wdrażania nowych technologii. Ankieta pomogła określić kluczowe kwestie i priorytety w zakresie wdrażania technologii i inwestycji. Respondentami byli członkowie kadry kierowniczej wyższego szczebla oraz dyrektorzy w firmach z 31 krajów i 14 branż.

E-grocery i żywność rzemieślnicza na topie

E-commerce znajduje się na ścieżce dynamicznego rozwoju, a na pierwszy plan w dobie pandemii wysuwa się segment zakupów spożywczych z dostawą do domu. Kupowanie przed ekranem komputera lub smartfona skłania do czytania etykiet produktów i sprawdzania pochodzenia towarów – wynika z raportu o e-grocery, przygotowanego przez platformę crowdfundingu inwestycyjnego, Crowdway.pl.

Handel internetowy w Polsce rósł w latach 2016-2019 o średnio 18% rocznie. Jak wynika z raportu PMR, wraz z pandemią COVID-19 rynek e-commerce przyspieszył, a jego wartość zwiększyła się w 2020 roku o 25,6% – do 76,8 mln zł.[1]

Gdy penetracja Internetu w Polsce sięga już 85%, w badaniu Gemius blisko trzy czwarte internautów zadeklarowało, że skorzystało przynajmniej raz z dobrodziejstw zakupów on-line.[2] Jako najważniejsze zalety zakupów w sieci wymieniają przede wszystkim dostępność 24/7 i brak konieczności udawania się do sklepu stacjonarnego. Warto zaznaczyć, że dane zebrano w marcu 2020, czyli na samym początku lockdownu, który wkrótce sprawił, że „przeniesienie się do on-line” zaczęło stawać się tak dla konsumentów, jak i przedsiębiorców koniecznością.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Everli pod koniec 2020 roku, do zalet zakupów on-line najczęściej wymienianych przez internatów: dołączyło bezpieczeństwo w postaci bezdotykowej formy dostawy i bezgotówkowej płatności.[3]

Analitycy PwC oceniają, że wśród kategorii produktowych w e-handlu najszybciej będzie rosła sprzedaż produktów pierwszej potrzeby: spożywczych oraz z kategorii zdrowie i uroda.[4] Rzeczywiście, pandemiczny rok 2020 przyniósł gwałtowny wzrost e-grocery. W połowie roku 2020 przychody ze sprzedaży żywności były o 181% wyższe niż w 2019 roku.[5]

Pandemia zachęciła do zakupów spożywczych w sieci, ale to nie jedyna zmiana w trendach e-commerce. Jak wynika z badania „Nawyki żywieniowe Polaków w czasie izolacji społecznej podczas epidemii koronawirusa”, w czasie izolacji społecznej spowodowanej pandemią konsumenci zaczęli zwracać większą uwagę na jakość posiłku.[6]

Najnowsze trendy na rynku e-grocery stwarzają obiecujące perspektywy rozwoju dla producentów rzemieślniczej, ekologicznej żywności, a także oferujących ją e-sklepów, które do tej pory funkcjonowały w niszy.

Działająca od 2017 roku internetowa platforma z żywnością rzemieślniczą, Poranapola.pl w obciążonym pandemią roku 2020 zrealizowała około 10 tysięcy zamówień i dostarczyła ponad 165 tysięcy produktów do domów konsumentów w całej Polsce. Obroty na platformie wzrosły w ubiegłym roku 6-krotnie.

Choć pandemia była katalizatorem zmian w naszej firmie, tak jak i na całym rynku e-grocery, uważam, że raz rozpędzone koło napędowe będzie się toczyć dalej, w dużo szybszym tempie niż w poprzednich latach – powiedział Adrian Piwko, założyciel i prezes Pora na Pola SA.

[1] Raport PMR eHandel internetowy w Polsce 2020. Analiza i prognoza rozwoju rynku e-commerce na lata 2020-2025, 2020

[2] Raport „E-Commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska”, 03.2020

[3] Polacy przekonali się do zakupów spożywczych on-line. Podsumowanie 2020 roku na rynku e-commerce, https://nowymarketing.pl/a/30563,polacy-przekonali-sie-do-zakupow-spozywczych-on-line-podsumowanie-2020-roku-na-rynku-e-commerce

[4] Rynek e-commerce w Polsce będzie rósł w tempie 12 proc. rocznie, https://www.propertynews.pl/centra-handlowe/rynek-e-commerce-w-polsce-bedzie-rosl-w-tempie-12-proc-rocznie,89170.html

[5] https://biznes.wprost.pl/technologie/internet/10417094/jak-rynek-e-commerce-zareagowal-na-pandemie.html,

[6] Upfield, Nawyki żywieniowe Polaków w czasie izolacji społecznej podczas epidemii koronawirusa 2020.

Giggersi gorzej traktowani przez pracodawców?

Gig economy, czyli model pracy oparty na współpracy projektowej i kontraktowej, w ostatnim czasie zyskuje coraz większą popularność, zwłaszcza wśród osób wkraczających na rynek pracy. Jak wynika z badania ADP, według etatowych pracowników duża część pracodawców wciąż jednak dyskryminuje giggersów. Tylko 39 proc. z nich uważa, że pracownicy kontraktowi są traktowani przez firmę tak samo jak oni.

Na kondycję psychiczną, poziom zadowolenia z pracy, ale także efektywność wykonywanych zadań wpływają nie tylko relacje pomiędzy samymi współpracownikami, ale także jakość kontaktów z przełożonymi. Firma ADP w badaniu „Workforce View 2020” sprawdziła ,czy to na jakich warunkach i na jaki czas są zatrudnieni pracownicy, wpływa na kształtowanie relacji. Wśród badanych znaleźli się zarówno pracownicy etatowi, jak i giggersi, czyli osoby zatrudnione czasowo na podstawie umów cywilnoprawnych lub kontraktowych.

Pracodawcy nie doceniają pracowników kontraktowych

Jak wynika z badania „Workforce View 2020”, pracownicy kontraktowi mogą czuć się dyskryminowani. Są traktowani gorzej, a pracodawcy nie oferują im możliwości rozwoju i nie włączają ich do społeczności firmy. Taki pogląd widać w opiniach pracowników etatowych, spośród których jedynie 39 proc. uważa, że giggersi są doceniani tak samo jak oni. Niewielu pracowników kontraktowych może liczyć na szansę rozwoju, tylko 26 proc. badanych etatowców wskazuje, że giggersi mają dostęp do takich samych szkoleń. Ponadto mogą czuć się wykluczeni – tylko co piąty ankietowany twierdzi, że pracownicy kontraktowi są włączani do aktywnego życia firmy (23 proc.), są zapraszani na firmowe imprezy (21 proc.) czy dostają firmowe gadżety (16 proc.).

Jak pokazują badania pracodawcy wciąż zachowują duży dystans do pracowników kontraktowych. Zdecydowana większość z nich wykazuje przejawy nie do końca równego traktowania i nie oferuje im takich samych warunków czy benefitów jak pracownikom zatrudnionym na stałe. W związku z tym giggersi mogą gorzej postrzegać swoje miejsce
w społeczności pracowniczej, a także wykazywać brak motywacji do pracy czy utożsamiania się z misją i wartościami firmy
– mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Gig economy – kto czerpie korzyści?

Co ciekawe zarówno pracodawcy, jak i pracownicy widzą korzyści płynące z cywilnoprawnych form zatrudnienia. To znak czasów, ponieważ młode pokolenie wchodzące aktywnie na rynek pracy, nie szuka przede wszystkim stabilizacji, którą gwarantuje etat. Ponadto na rynku pracy stale pojawiają się nowe zawody, wykonywane w dużej części w formie freelancingu. Gig economy jest również wyjątkowo wygodne i korzystne dla tych, którzy podejmują pracę dorywczą lub dodatkową. Ponad połowa wszystkich badanych uważa, że na tego typu formie zatrudnienia korzystają obie strony (zarówno pracodawca, jak i pracownik). Natomiast co trzeci z respondentów uważa, że zdecydowanie większą korzyść z gig economy osiągają pracodawcy.

Płatności ratalne dla firm. Rynkowe news’y

Integracja sklepu z systemem płatności to jeden z punktów, który z całą pewnością pozytywnie wpływa na sprzedaż. Co roku, coraz więcej konsumentów decyduje się nie tylko na szybkie czy odroczone płatności, ale również kredyty ratalne. Udostępnianie preferowanych metod płatności klientom, nie tylko pozytywnie wpłynie na wizerunek firmy w związku z polityką prokonsumencką, ale też zminimalizuje ilość porzucanych koszyków. Gwarancja bezpieczeństwa transakcji powinna być niemal obowiązkowym punktem każdego przedsiębiorstwa.

Gdzie raty?

W dobie tak szerokiej cyfryzacji i przenoszenia usług do sieci systemy ratalne mogą być zintegrowane tak naprawdę wszędzie. Partnerzy ratalni tacy, jak LoanByLink – proste raty oferują multikanałowe rozwiązania. Oznacza to, że w ramach jednego wdrożenia otrzymujemy do wyboru kilka opcji dla naszego klienta. Najlepiej obrazuje to przykład: sprzedaje zarówno usługi jak i dobra materialne, mam sklep internetowy, stacjonarny, a dodatkowo udostępniam produkty na aukcjach w mediach społecznościowych. Wielokanałowość polega na tym, że jedna wtyczka ratalna pozwala wygenerować kilka możliwości tj. uproszczone finansowanie w sklepach stacjonarnych (podajemy tylko pesel i korzystamy z usługi iDenfy, dane zaczytują się automatycznie, decyzja wydawana w 4 minuty) bez problemu integrujemy wtyczkę z e-sklepem, a dla sprzedaży aukcyjnej korzystamy z generatora linku ratalnego (decydujemy, co chcemy sprzedać na raty, wrzucamy do koszyka, wpisujemy cenę oraz czas sprzedaży i wysyłamy link zainteresowanej osobie). Podsumowując system ratalny na chwilę obecną możemy zintegrować w prawie każdej działalności w różnych kanałach: sklepy stacjonarne, e-commerce, strony www bez funkcji sklepu i social selling. Wybór należy do przedsiębiorcy, które formy i moduły chce swoim klientom udostępnić.

Po co raty?

A po co zintegrowane systemy szybkich płatności? Oczywiście od przedsiębiorcy zależy czy do swojej oferty chce wprowadzić finansowanie ratalne, ale warto brać pod uwagę nie tylko opinie obecnych i przyszłych klientów, ilość porzucanych koszyków, ale też rynkowe trendy. Konsumenci chętniej wracają do miejsc, które kompleksowo podchodzą do obsługi. Bardzo często dla przedsiębiorców integracja nie wiąże się z kosztami tak jak w przypadku LoanByLink, który nie pobiera opłat za aktywację i wdrożenie, a zakupy dokonane na raty dostępne są w jednym panelu. Dla przedsiębiorcy są to dosyć wymierne korzyści.

Rynkowe News’y

Ostatnimi czasy oprócz odroczonych płatności na topie jest m.in. moduł LoanByLink oferujący wielokanałową integrację. Jak można przeczytać na stronie partnera integracji wtyczki można dokonać w sklepach stacjonarnych i on-line, z każdą stroną internetową oraz sprzedawać w mediach społecznościowych za pomocą generatora linku ratalnego. Proces finansowania niezależnie od wybranego modułu przebiega sprawnie i bezpiecznie z uwzględnieniem wszelkich wytycznych weryfikacji KYC.

Autor: Grzegorz Mizera, wiceprezes polskiego fintech’u Provema.

Podatek a ślad węglowy. Czy unijne przepisy są w stanie zahamować emisję CO2?

Unia Europejska coraz pewniej mówi o wprowadzeniu specjalnego podatku, który docelowo ma ograniczyć emisję dwutlenku węgla. Już teraz parlamentarzyści Wspólnoty dali zielone światło dla kolejnych przepisów, jednak co kryje się pod hasłem “CBAM” i przede wszystkim — jaki wpływ może mieć na europejski (świadomy) biznes?

Klimatyczne podatki w praktyce

O projekcie CBAM, czyli Carbon Border Adjustment Mechanism, mówiło się już od początku roku, kiedy to 5 lutego Komisja ds. Środowiska, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności Parlamentu Europejskiego (ITRE) przyjęła rezolucję w sprawie granicznego podatku węglowego. Zgadza się, nowe rozwiązanie Unii nakładałoby na towary importowane do państw Wspólnoty rodzaj klimatycznego cła, ale pod pewnym warunkiem. Z dodatkową opłatą spotkałyby się spółki działające lub regularnie handlujące w państwach, które nie prowadzą restrykcyjnej polityki klimatycznej. Kolejnym adresatem CBAM są towary, których produkcja przyczynia się do dużej emisji dwutlenku węgla. Jak wyjaśniają przedstawiciele unijnej legislatury, opłata ma wyrównywać koszty emisji ponoszone przez producentów w różnych regionach świata.

Wcześniej projektem zajmowała się Komisja Europejska, która w październiku 2020 roku przeprowadziła konsultacje publiczne. Szczegółowe zapisy mają zostać przedstawione w czerwcu, jednak w międzyczasie swoje uwagi może zaproponować Międzynarodowa Organizacja Handlu (WTO). Na ten moment wiadomo, że wysokość daniny miałaby zależeć od stopnia emisyjności produkcji danego towaru i różnicy pomiędzy ceną uprawnienia do emisji w UE a ewentualnym kosztem emisji ponoszonym w kraju eksportera.

Gdzie “uciekną” wysokoemisyjni?

W tym miejscu podnoszą się głosy, iż szczególnie europejski przemysł może ucierpieć na nadchodzących zmianach podatkowych. Głównym zarzutem w stronę CBAM jest potencjalny scenariusz, w którym producenci towarów wysokoemisyjnych “przeprowadzą się” do państw o mniej restrykcyjnej polityce klimatycznej. W praktyce takich krajów na świecie jest coraz mniej, a to kolejny sygnał dla europejskiego biznesu, że kwestie zmian klimatycznych coraz wyraźniej wpływają na filozofię funkcjonowania przedsiębiorstw. Już przy okazji Szczytu Klimatycznego w Paryżu z 2016 roku, wyraźnie proekologiczną drogę obrało Maroko, Gambia, a nawet Indie czy Kostaryka. Również Chiny starają się coraz bardziej zaciskać węglowego pasa i regulować stan własnej emisji. W ogonie starań o neutralność klimatyczną znalazła się Rosja, Arabia Saudyjska oraz Turcja, choć w tych regionach odstraszają starcia z fiskusem oraz niestabilna sytuacja wewnętrzna.

Jeśli jednak te argumenty nie przemawiają do potencjalnych “uciekinierów” nad rozwiązaniem pracują już europarlamentarzyści. Według deputowanych, aby uniknąć sytuacji, w której koncerny przeniosą swoją produkcję poza Wspólnotę, CBAM musi być częścią szerszej strategii przemysłowej Unii. Tym samym, dodatkowa opłata powinna obejmować cały import towarów objętych europejskim systemem handlu emisjami (EU ETS). Głos ze Strasburga rozbrzmiał dokładnie w środę, 10 marca, kiedy to Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie granicznego podatku od emisji CO2.

Liczby w Parlamencie

Za projektem podatku zagłosowało 444 europarlamentarzystów, 70 było przeciw, a 181 wstrzymało się od głosu. CBAM poparli również deputowani z Polski (niezależnie od przynależności do danej frakcji w PE). Jeśli efekty prac brukselskich urzędników będą trzymać się harmonogramu, w 2023 roku podatek oficjalnie wejdzie do unijnej legislatury. W gmachu Parlamentu pojawiły się nie tylko wyniki głosowania, ale i szczegółowe wskaźniki, z którymi obecnie mierzy się Unia w kwestii klimatu — a te nie należą do najbardziej optymistycznych.

Tylko na przykładzie transportu węgla z australijskiego Newcastle do portów w Amsterdamie, Rotterdamie i Antwerpii (tzw. trasa ARA) wykazano, że roczna emisja dwutlenku węgla do atmosfery wyniosła 4,2 mld kilogramów, a więc 4,2 tony. Mówimy tu o przewozie 17 mln ton węgla kokosowego, czyli na tonę przypada około 250 kg uwalnianego CO2. Czy te wskaźniki przyspieszą prace nad projektem?

Całkiem możliwe, ponieważ wzmożony ruch za Atlantykiem w stronę źródeł odnawialnych i coraz większa dominacja Chin w segmencie fotowoltaiki wymusza na Unii intensyfikację starań o wsparcie lokalnego rynku OZE — a ten sporo zyska w świetle potencjalnych zmian podatkowych, ponieważ szacowany zastrzyk środków z CBAM to od 5 do 14 mld euro.

Autor: Piotr Ostaszewski — członek Zarządu Respect Energy S.A.

DO OK SA prognozuje rekordowe jednostkowe przychody netto ze sprzedaży w marcu br.

DO OK SA, notowana na NewConnect spółka, specjalizująca się w konsultingu IT i dostarczaniu kompleksowych usług programistycznych, nawiązała współpracę z zagranicznymi firmami w zakresie dostarczania usług software developmentu. Podpisane umowy stanowią istotną część jednostkowych przychodów netto ze sprzedaży spółki, które z dużym prawdopodobieństwem w marcu 2021 roku przekroczą 1 mln zł, co oznacza wzrost o ponad 40 proc. w relacji do analogicznego miesiąca ubiegłego roku. DO OK jest również w procesie zmiany modelu biznesowego autorskiej platformy IoT Cloud DoConnect, z usługi (Platform as a Service, PaaS) do oprogramowania do analizy danych (Big Data Analytics as a Service, BDaaS). Produkt ma stanowić jeden z głównych filarów biznesu spółki.

– Prognozowane jednostkowe przychody netto ze sprzedaży w DO OK SA z dużym prawdopodobieństwem, po raz pierwszy w historii przekroczą 1 mln złotych w ujęciu miesięcznym, co oznacza, że mogą być o około 40 proc. wyższe w relacji zarówno do marca ubiegłego roku, a także do lutego bieżącego roku. W istotnym stopniu jest to związane z rozpoczęciem prac oraz realizacją umów z naszymi nowymi klientami z Wielkiej Brytanii, Holandii, USA, a także z krajów nordyckich – Finlandii i Norwegii, gdzie koncentruje się główny rynek naszej sprzedaży. Zakładamy, że znajdzie to również swoje odzwierciedlenie w wynikach finansowych za pierwszy kwartał 2021 roku – mówi Dmitrij Żatuchin, prezes i założyciel DO OK SA.

We wszystkich pozyskanych kontraktach DO OK jest dostawcą profesjonalnego oprogramowania, dedykowanego potrzebom nowych usługobiorców, wśród których w przypadku trzech na pięć podmiotów, z którymi nawiązało współpracę, zakłada dosprzedaż swoich usług w dłuższej perspektywie.

Jednocześnie, jednym z głównych filarów działalności spółki jest rozwój autorskiej platformy IoT Cloud DoConnect, która ma przyczynić się do szybkiej transformacji firm produkujących osprzęt urządzeń niepodłączonych do chmury i tym samym umożliwić zdalną obsługę. DO OK jest w procesie zmiany modelu biznesowego platformy DoConnect, celem jej rozwoju z usługi (PaaS) w stronę oprogramowania do analizy danych (BDaaS). W budowaniu kanałów dotarcia do nowych klientów spółkę wspiera Microsoft Polska.

– DoConnect to produkt, w którym widzimy bardzo duży potencjał. Rozwojem platformy są zainteresowani inwestorzy zewnętrzni, z którymi aktualnie prowadzimy rozmowy – podsumowuje Dmitrij Żatuchin.

Jednostkowe przychody netto ze sprzedaży, opublikowane przez spółkę mają charakter szacunkowy. Ostateczna wartość jednostkowych i skonsolidowanych przychodów netto ze sprzedaży DO OK SA oraz Grupy Kapitałowej DO OK SA, zostanie opublikowana w sprawozdaniu za I kwartał 2021 r.

Nowe „M” w stolicy poniżej 7 tys. za metr? Ekspert: Znalezienie graniczy z cudem

Luty 2021 r. był dla warszawskich deweloperów okresem żniw. Za to kupujący nie mają powodu do radości, bo skurczyła się oferta mieszkań. Ubyło zwłaszcza takich z ceną 8-10 tys. zł za m kw., a więc niższą od średniej, która w stolicy przekracza 10,7 tys. zł za metr.

W lutym warszawscy deweloperzy wprowadzili do sprzedaży 654 mieszkania, w tym kolejne pule w rozpoczętych wcześniej inwestycjach. Wśród wprowadzonych na rynek są zarówno mieszkania w segmencie premium, jak i popularnym. Np. luksusowe apartamenty w cenie 38 tys. zł za m kw. zaoferowała firma Ghelamco w inwestycji Flisac Apartamenty Powiśle na rogu ulic Tamka i Wybrzeże Kościuszkowskie. Są to obecnie najdroższe mieszkania na warszawskim rynku pierwotnym. Z kolei w inwestycji firmy Napollo Miasteczko Brzeziny przy ulicy Hemara na Białołęce na chętnych czekają lokale z ceną poniżej 8 tys. zł za m kw.

– Niestety, graniczy obecnie z cudem znalezienie nowobudowanych mieszkań, których cena metra kwadratowego nie przekracza 7 tys. zł – komentuje ekspert GetHome.pl Marek Wielgo.Wykres1

Co gorsza, tych tańszych lokali trafiło w lutym na warszawski rynek zdecydowanie mniej niż zostało w tym okresie sprzedanych. Podobnie było z mieszkaniami w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw. Z danych portalu RynekPierwotny.pl wynika, że to właśnie one sprzedawały się najlepiej. W całym miesiącu znalazło nabywców w sumie aż 2059 mieszkań!

Oczywiście ta liczba może nie oddawać w pełni rzeczywistości. Np. część ofert zniknęła, bo mieszkania zostały na jakiś czas zarezerwowane. Wielu kupujących nie zawrze umowy deweloperskiej nie upewniwszy się, czy dostanie kredyt – zauważa Marek Wielgo.

Z drugiej strony, część deweloperów może utrzymywać w ofercie sprzedane mieszkania. Po co? Żeby stwarzać pozory dużego wyboru.  – Gdy zadzwonimy do biura sprzedaży możemy usłyszeć, że interesujące nas mieszkanie zostało właśnie sprzedane, ale firma ma dla nas równie ciekawą propozycję w innej inwestycji – mówi ekspert GetHome.pl.

Nie zmienia to faktu, że w ostatnich miesiącach oferta nowych mieszkań w Warszawie bardzo mocno się skurczyła. Na początku 2020 r. deweloperzy oferowali ich ponad 12 tys., zaś pod koniec lutego 2021 r. – ok. 9,6 tys. Ten spadek to głównie efekt pandemii COVID-19 i związane z nią obawy przed załamaniem się popytu.

– Deweloperzy nauczyli się już tak dawkować podaż, żeby w razie kryzysu nie zostać z tysiącami pustostanów. Ponadto w takim przypadku raczej spowolnią tempo sprzedaży niż radykalnie obniżą ceny mieszkań, a w efekcie swoje marże – komentuje Marek Wielgo.Wykres2

Ekspert GetHome.pl nie wyklucza, że w kolejnych miesiącach deweloperzy wprowadzą na rynek większą pulę mieszkań, mimo iż początek roku przyniósł mało budujące dane dotyczące liczby rozpoczynanych mieszkań – GUS odnotował ich w styczniu w Warszawie tylko 1154, czyli aż o ponad jedną czwartą mniej niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Z drugiej strony deweloperzy odnotują też najpewniej fakt, że – mimo pandemii COVID-19 – od kilku miesięcy Polacy coraz chętnie sięgają po kredyty mieszkaniowe. Biuro Informacji Kredytowej (BIK) podało, że w lutym banku udzieliły ok. 19,8 tys. kredytów mieszkaniowych, czyli minimalnie więcej niż przed rokiem. Ponadto aż o blisko jedną dziesiątą więcej było złożonych wniosków kredytowych, co prawdopodobnie zaowocuje wzrostem liczby udzielonych kredytów w marcu i kwietniu.

wykres 3Czy może to oznaczać wzrost cen? Niekoniecznie. W analizach wykorzystujących ich średnią trzeba uwzględnić zmieniającą się strukturę cenową mieszkań. Np. jeśli deweloperzy zaczną wprowadzać do sprzedaży dużo mieszkań z segmentu popularnego, a niewiele luksusowych, to ta średnia może spaść. W Warszawie średnia cena ofertowa na koniec lutego wynosiła ok. 10,7 tys. zł za m kw. Niewielkim pocieszeniem dla kupujących może być jednak fakt, że ponad połowa oferowanych lokali ma niższą cenę. Bez problemu znajdziemy takie za 7-8 tys. zł za m kw. Gdzie?

Wykres 4Trzeba ich szukać głównie na obrzeżach Warszawy, czyli w takich dzielnicach jak Białołęka, Rembertów, Ursus, Wawer i Wesoła. Dla porównania, średnia cena sprzedawanych przez deweloperów mieszkań w Śródmieściu wynosi niemal 23,5 tys. zł za m kw. Na mieszkania z ceną poniżej średniej raczej nie ma co liczyć na Woli, Ochocie czy Żoliborzu.Wykres5

Mamy też i dobrą wiadomość dla potencjalnych nabywców. Najwięcej wprowadzonych na rynek mieszkań w lutym to lokale dwu- i trzypokojowe, na które jest największy popyt. W ofercie deweloperskiej jest ich wciąż najwięcej.Wykres 6

Więcej o sytuacji na rynkach mieszkaniowych największych miast w lutym 2021 r. w raporcie: Ceny mieszkań luty 2021

ATAL z 167 mln zł zysku netto w 2020 roku

ATAL, ogólnopolski deweloper, w 2020 roku – po rekordowym wydaniu 3 002 lokali  – wypracował aż 1 167 mln zł skonsolidowanych przychodów, co stanowi 62% proc. wzrost względem roku 2019. Skonsolidowany zysk netto przypisanym akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł zaś 167 mln zł – wzrost o 48 proc. rdr. ATAL osiągnął w tym okresie 113 mln zł zysku netto. W 2020 roku marża brutto ze sprzedaży wyniosła 20,3 proc, a marża netto 14,3 proc.

Rok 2020 ze względu na nadzwyczajne okoliczności, w jakich przyszło nam funkcjonować, był szczególnie trudny i nieprzewidywalny. Na tle innych sektorów branża nieruchomości, zwłaszcza rynek mieszkaniowy, radziła sobie nadzwyczaj dobrze. Kondycja, w jakiej ATAL S.A. wszedł w okres pandemii, ułatwiła nam podejmowanie zdecydowanych i racjonalnych decyzji oraz szybkie przystosowanie mechanizmów działania do nowych warunków. To sprawiło, że pod wieloma względami 2020 rok był dla ATAL bardzo dobry.

2020 rok zamknęliśmy z bardzo satysfakcjonującymi wynikami i doskonałą kondycją finansową, co potwierdza, że firmy zarządzane z myślą o długofalowej perspektywie i wyróżniające się sprawną organizacją nawet w obliczu nadzwyczajnych okoliczności są w stanie działać bez istotnych zakłóceń. Co więcej, oparty na dywersyfikacji geograficznej model biznesowy zdecydowanie sprawdza się nawet w trudnych okolicznościach. Naturalnie wysoki popyt i dobra pozycja nieruchomości na rynku inwestycyjnym roztacza przed pierwotnym rynkiem mieszkaniowym potencjał dalszego wzrostu. To, pomimo obecnych ograniczeń w sferze zdrowia i gospodarki, pozwala nam z optymizmem spoglądać w przyszłość. – mówi Zbigniew Juroszek, prezes zarządu  ATAL S.A.  

ATAL w 2020 roku przekazał klientom 3 002 lokale mieszkaniowe i usługowe. To rekordowy wynik w historii spółki i jednocześnie wzrost o 70 proc. w stosunku do poziomu wydań wypracowanego w 2019 roku (1 769). Najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (685), Łodzi (598), Krakowie (479) oraz we Wrocławiu (438).

W 2020 roku ATAL zakontraktował 2 896 lokali. To wynik zgodny z założeniami dewelopera, które uwzględniły korektę związaną z nadzwyczajną pandemiczną sytuacją. W samym tylko czwartym kwartale minionego roku nabywców znalazły 824 lokale.

W minionym roku zgodnie z harmonogramem realizowaliśmy przedsięwzięcia inwestycyjne. W 2020 roku ATAL wprowadził do sprzedaży w sumie 13 projektów z blisko 2500 lokalami – w Trójmieście Przystań Letnica etap II i III, ATAL Bosmańska oraz Śląska 12, w Krakowie kolejne etapy ATAL Aleja Pokoju (IIIB), Apartamenty Przybyszewskiego (IV) oraz ATAL Residence Zabłocie (V), w Warszawie Bartycka 49 Apartamenty, w Łodzi Nowe Miasto Polesie II i Apartamenty Drewnowska IV, we Wrocławiu Nowe Miasto Jagodno etap III oraz ATAL City Square.

ATAL w ubiegłym roku zorganizował największą w historii spółki emisję obligacji, dzięki której pozyskał łącznie 200 mln zł – z czego 50 mln zł pochodziło z zapisów złożonych na papiery w dodatkowej rundzie po tym, jak popyt na obligacje istotnie przekroczył pierwotnie zakładane 150 mln zł. Środki zostały przeznaczone na dalszą rozbudowę oferty oraz zakup nowych gruntów.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

Jak sprzedawać lepiej i więcej? Quality Assurance w e-commerce

E-commerce to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów w Polsce. Każdego roku pojawiają się na rynku kolejne firmy oferujące swoje produkty online. Jak wyróżnić wśród tak dużej konkurencji? Jak sprzedawać lepiej i więcej? Odpowiedzią na te pytania jest jakość. Sprawdź, dlaczego warto wprowadzić Quality Assurance w e-commerce!

Quality Assurance, czyli usługa zapewnienia jakości

Jeżeli chcesz poprawić wyniki swojego sklepu internetowego, odpowiedzią na Twoje potrzeby może być kompleksowa usługa zapewnienia jakości. Dzięki niej zlokalizujesz błędy, zagrożenia, a także otrzymasz rekomendacje zmian architektury Twojej strony. Efektem działań specjalistów QA jest bezpieczny, sprawny i skuteczny produkt. Jeżeli właśnie w ten sposób definiujesz swój cel, ten artykuł podpowie Ci, jakie działania warto podjąć. Większa sprzedaż to marzenie każdego przedsiębiorcy, które wbrew pozorom można spełnić w prosty sposób. Jaki? Quality Assurance pomoże Ci poprawić wyniki Twojej firmy. Należy jednak zaznaczyć, że nie dzieje się to z dnia na dzień.

Proces zapewnienia jakości zaczyna się u podstaw. Powinien być wprowadzony już na etapie projektowania rozwiązań. Czy tak się dzieje? Najczęściej nie, ponieważ firmy sięgają po to rozwiązanie dopiero w momencie poważnego błędu, który uniemożliwia dokonywanie zakupów. Jeżeli taki przedsiębiorca zdecydowałby się wcześniej na skorzystanie z usługi Quality Assurance, istnieje duża szansa na to, że uniknąłby błędu. Usługa zapewnienia jakości to proces, na który składa się analiza działalności i procesów w firmie, zdefiniowanie celów i ryzyka, lokalizowanie błędów, opracowanie nowego modelu działania, rekomendacje, a następnie wdrożenie nowych rozwiązań.

Jaką rolę ma QA w branży e-commerce?

Specjalista ds. jakości pomoże Ci przetestować rozwiązanie, z którego korzystają Twoi klienci. W zależności od potrzeb może pojawić się konieczność wprowadzenia kilku rodzajów testów. Jeżeli prowadzisz sklep internetowy, musisz zadbać o to, aby był funkcjonalny i intuicyjny zarówno na urządzeniach stacjonarnych, jak i online. W tym celu należy wykonać zazwyczaj testy: funkcjonalne, użyteczności, wydajnościowe. Nie można zapomnieć również o zweryfikowaniu funkcjonalności na urządzeniach mobilnych. Aby to zrobić, należy przetestować oprogramowanie mobilne. Jeżeli zdecydujesz się na outsourcing specjalistów QA, zyskasz przede wszystkim indywidualne, nieszablonowe podejście, które przełoży się bezpośrednio na jakość Twojego sklepu internetowego.

Jakość jest jednym z głównych czynników, który wpływa na decyzję klienta o wyborze określonego sklepu internetowego. Jeżeli dostarczysz klientowi niesprawną stronę z widocznymi błędami, jak ma zaufać Ci później jako sprzedawcy? Specjaliści QA pomogą Ci w dostarczeniu klientowi produktu, który dokładnie spełni jego wszystkie potrzeby i oczekiwania. Szczegółowa analiza poprzedzająca wdrożenie oraz przeprowadzone testowanie pomogą Ci stworzyć lepszy produkt dopasowany do potencjalnego klienta.

Outsourcing specjalistów QA

Outsourcing specjalistów QA to jedno z najlepszych rozwiązań, które proponuje branża IT dla rozwijających się sklepów online. Dzięki temu nie musisz inwestować w budowanie dodatkowego zespołu i zaplecza IT w swojej firmie. Możesz liczyć na wsparcie firmy zewnętrznej zarówno podczas procesu QA, jak i po zakończeniu wdrożenia. Pomoc zespołu specjalistów przyda się między innymi podczas wprowadzania nowej funkcjonalności do sklepu internetowego – na przykład określonej metody płatności. Jeżeli zdecydujesz się na outsourcing testerów w Testspring, zyskasz wiedzę i doświadczenie nie tylko konkretnego specjalisty, ale również całego zespołu. Nie wynajmujesz specjalisty QA. Otrzymujesz wsparcie całej firmy.

Testspring to firma, która skupia się na konsultingu, odchodząc od modelu body leasingowego. Dzięki takiemu podejściu zyskujesz coś więcej niż wiedzę jednego specjalisty. Zespół specjalistów podpowie Ci, jak skupić się na jakości i co zrobić, by poprawić Twój produkt. Konsulting IT w Testspringu to przede wszystkim wyznaczanie celów biznesowych, a następnie ich realizacja w oparciu o zasady QA.

QA, czyli odpowiedź na potrzeby Twoje i klientów

Quality Assurance to usługa, która pomoże Ci stworzyć produkt na miarę potrzeb i oczekiwań Twojego klienta. Rekomendowane usprawnienia pomogą dostosować sklep internetowy w taki sposób, by użytkownik mógł kupować szybko i łatwo. Jakość wzmocni wizerunek Twojej firmy, a specjaliści QA pomogą w realizacji celów biznesowych.

Fed wspiera gospodarkę oraz rynki finansowe

To był dobry dzień dla rynku akcji, surowców oraz walut zaliczanych do ryzykownych. Zgodnie z oczekiwaniami Fed okazał się stosunkowo obojętny na ostatni wzrost rentowności obligacji w USA. Prezes Powell generalnie wypowiadał się w sposób optymistyczny co do perspektyw gospodarczych Stanów Zjednoczonych. Instytucja nie zmieniła stóp procentowych oraz podniosła swoje prognozy PKB na ten rok o 2,3 proc. do poziomu 6,5 proc.

Tak jak oczekiwaliśmy, zmienność na rynkach pojawiła się dopiero w okolicach godz. 19:00, kiedy podano decyzję Fed odnośnie poziomu kosztu pieniądza (0-0,25 proc.). Gołębi bank centralny przyczynił się do osłabienia dolara amerykańskiego, spadku rentowności na rynku długu oraz dał paliwo do wzrostu indeksów giełdowych na całym świecie. Rezerwa Federalna podała przede wszystkim lepsze perspektywy wzrostu gospodarczego. To co było głównym ryzykiem dla rynku akcyjnego, czyli zmiana mediany na wykresie „kropkowym” wskazująca, że pierwsza podwyżka stóp możliwa byłaby w 2023 roku, nie zmaterializowało się. Co prawda siedmiu członków oczekuje podwyżki do tego czasu (na grudniowym posiedzeniu za normalizacją stóp opowiadało się 5 osób), ale nadal większość jest za utrzymaniem ultra-luźnej polityki. Prawdopodobnie Fed nie chce popełnić błędu z przeszłości. Dodatkowo zostały podniesione projekcje ścieżki inflacyjnej. Wskaźnik PCE w tym roku ma wynieść 2,5 proc., w kolejnych latach odpowiednio 2,0 proc i 2,1 proc. Fed uznał, że przejściowy wzrost inflacji nie przemawia za podwyżką stóp. Podczas konferencji prasowej prezes Rezerwy Federalnej, wyraźnie zaznaczył, że wykresu projekcji poszczególnych członków FOMC rynek nie powinien postrzegać jako prognoz Fed-u ani jako zobowiązania instytucji do podwyżki na stopach. Powell również zdementował jakiekolwiek spekulacje dotyczące oczekiwań zmniejszania skali QE.

Fed wspiera gospodarkę oraz rynki finansowe
Wykres projekcji poszczególnych członków FOMC, mediana nie uległa zmianie, źródło: Bloomberg.

Po godzinie 19:00 główna para walutowa urosła z poziomu 1,1907 do 1,1985 jednak dziś o poranku EUR/USD oddaje pola i po części redukuje wczorajsze rajd. Tym samym to właśnie poziom 1,1985/1,1990 jest w tym momencie kluczowym, technicznym oporem dla kursu pary walutowej. W przypadku rynku metali szlachetnych mieliśmy szansę zaobserwować przełamanie istotnych barier dla cen. Złoto urosło ponad 1737 USD/oz (choć dziś cena zawraca), pallad natomiast opuścił średnioterminową konsolidację i aktualnie za jedną uncję trzeba zapłacić 2582 dolary. W przypadku indeksów giełdowych kontrakt na DAX przełamał opór na poziomie 14 590 pkt i wyznaczył nowe ATH. Nowe maksima wyznaczył również Dow Jones (okolice 33050 pkt.) oraz SP500 (3982 pkt.). Rozczarowały wzrosty na technologicznym NASDAQ100, który co prawda urósł, ale notowania nie zdołały sforsować oporu na 13 320 pkt. W przypadku ropy naftowej zmienność była symboliczna. Wydarzenia w USA miały marginalny wpływ na ten rynek.

Polska giełda dziś otwiera się luką wzrostową (+0,53 proc.). Złoty na wczorajszą decyzję Fed-u zareagował umocnieniem. EUR/PLN spadł do 4,5875, jednak dziś spadki są niewałowane. Dziś z kraju poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej oraz cen produkcji (10:00), jednak PLN powinien będzie głównie pod wpływem globalnych nastrojów.

Łukasz Zembik
Kierownik dep. Analiz w TMS Brokers

Wodór i OZE – energetyka przyszłości

Przyszłości energetyki nie da się całkowicie przewidzieć. Wiemy, że opierać się ona będzie o zeroemisyjne i niskoemisyjne źródła energii. Jak jednak będzie wyglądała produkcja i dystrybucja prądu? Co posłuży nam za magazyn energii, produkowanej przez OZE? Eksperci zgadzają się, że najpewniej będzie to wodór. Jednak technologia jego elektrolizy jest na razie na poziomie, który nie pozwala na całkowite rozpowszechnienie tej formy gromadzenia paliwa. Możliwe jednak, że coraz bardziej dostępna technologia fotowoltaiki i turbin wiatrowych – w połączeniu z nową, lepszą technologią pozyskiwania wodoru – całkowicie zmieni wygląd sieci energetycznych.

– Odnawialne źródła energii w połączeniu z wodorem mogą posłużyć do decentralizacji energetyki. Możliwe, że skończy się era wielkich koncernów paliwowo-energetycznych. Koncerny zajmą się usługami, a produkcja energii i jej magazynowanie będzie przebiegać w sposób bardziej rozproszony. Już w tej chwili mamy coraz więcej prosumentów – produkujących energię z OZE. Tak może wyglądać nasza przyszłość – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj, starsza analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Spółki Skarbu Państwa, które w tym momencie mają większościowe udziały w sektorze energetyki, powinny ten scenariusz wziąć po uwagę. Zastanowić się nad swoją przyszłościową rolą w świecie, w którym energetyka będzie wyglądać zupełnie inaczej. Być może dzięki rozwojowi nauki i badań naukowcy odkryją nowe sposoby rozdzielania cząsteczki wody na wodór i tlen, jeszcze mniej energochłonne – które całkowicie przewrócą obecne myślenie o rozwoju gospodarki wodorowej. Niemniej jednak wielu ekspertów uważa, że przyszłość w 100% należy do wodoru – podkreśla Maj.

Sprzedaż kredytów w Polsce (luty 2021 r.)

W lutym 2021 r., w porównaniu do lutego 2020 r., w ujęciu liczbowym banki i SKOK-i udzieliły mniej dwóch rodzajów kredytów: o 23,7% mniej limitów na kartach kredytowych oraz o 20,8% mniej kredytów gotówkowych. Banki przyznały więcej kredytów ratalnych (+2,5%) oraz kredytów mieszkaniowych (+0,4%). W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały mniejszą wartość limitów kartowych (-27,9%) oraz kredytów gotówkowych (-15,7%). Dodatnia dynamika dotyczyła w lutym br. kredytów ratalnych – wzrost o 10,9% oraz kredytów mieszkaniowych – wzrost o +6,7%.

W pierwszych dwóch miesiącach 2021 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 399,7 tys. kredytów gotówkowych (-27,4%) na kwotę 8,67 mld zł (-21,0%) oraz 543,9 tys. kredytów ratalnych (+0,1%) na kwotę 2,42 mld zł (+5,9%). Kredytów mieszkaniowych zaciągnięto 36,4 tys. (-5,6%) na kwotę 11,08 mld zł (+0,6%).

Analizując dane zawarte w Newsletterze i wyciągając na ich podstawie wnioski, BIK bierze pod uwagę dwa aspekty.

Po pierwsze, uwzględnia specyfikę produktów kredytowych: kredyty konsumpcyjne (ratalne i gotówkowe) oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank (zazwyczaj złożenie wniosku i udzielenie kredytu czy przyznanie limitu zamykają się w jednym miesiącu). Zatem w przypadku tych produktów, lutowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w większości przypadków w lutym 2021 r. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy od złożenia wniosku, w związku z tym sprzedaż kredytów mieszkaniowych w lutym 2021 r. jest efektem wniosków składanych w grudniu 2020 r. i styczniu 2021 r.

Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów mogą w pełni zmaterializować się w odczytach Indeksów Jakości, dopiero po trzech miesiącach od zaprzestania spłaty, co wynika z ich konstrukcji, ponieważ Indeksy obejmują jedynie opóźnienia powyżej 90 dni.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W lutym 2021 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych, dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Widzimy już to zjawisko od początku pandemii. Jednak w lutym, podobnie jak w styczniu br., najwyższy spadek w ujęciu liczbowym oraz wartościowym dotyczył kredytów niskokwotowych tj. do 1 tys. zł: odpowiednio (-51,2%) oraz (-48,6%). Najniższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziałów wysokokwotowych: 30-50 tys. zł oraz powyżej 50 tys. zł. Tak więc im wyższa kwota kredytu gotówkowego, tym niższa dynamika spadku. Taka sytuacja może świadczyć o dużej ostrożności banków w udzielaniu niskokwotowych kredytów, służących m.in. pokryciu luki w bieżącym budżecie domowym. W przypadku kredytów gotówkowych mamy więc dalszy ciąg zapaści akcji kredytowej – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Hossa w kredytach ratalnych

W przypadku kredytów ratalnych możemy mówić nawet o mini hossie. W lutym 2021 r. w ujęciu liczbowym banki udzieliły ich o 2,5% więcej w porównaniu z lutym 2020 r., czyli ostatnim przedpandemicznym miesiącem. Jeszcze większy optymizm budzi analiza akcji kredytowej w ujęciu wartościowym – tu mamy dynamikę na poziomie (+10,9%).

– Dodatnie lutowe odczyty dotyczące liczby kredytów ratalnych to przede wszystkim efekt kredytów udzielonych z dwóch ostatnich przedziałów kwotowych, to jest 3-5 tys. zł. (+7,3%) oraz powyżej 5 tys. (+20,2%). Niskokwotowe kredyty ratalne odnotowały ujemne dynamiki. Jest to typowe zjawisko w dobie pandemii.

– Porównując sytuację w kredytach gotówkowych i ratalnych widzimy odmienne tendencje. Można wręcz mówić o dualizmie zachowania akcji kredytowej w przypadku kredytów celowych (taką samą sytuację, jak w przypadku kredytów ratalnych, obserwujemy w przypadku kredytów mieszkaniowych) i niecelowych (kredyty gotówkowe i karty kredytowe).

– Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim to, że kredyty ratalne dla udzielającego banku są dużo bezpieczniejsze od kredytów gotówkowych, co ma swoje odzwierciedlenie w poziomie szkodowości – druga po kredytach mieszkaniowych najniższa szkodowość, która w okresie pandemii jeszcze istotnie się obniżyła. Trzeba również pamiętać, że inne jest ekonomiczne przeznaczenie tych kredytów – kredyty ratalne w przeciwieństwie do gotówkowych nie służą uzupełnianiu luki w bieżącym budżecie domowym, wiążą się raczej z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, prof. sprzętu RTV/AGD, elektroniki, do których pomimo pandemii był stosunkowo prosty dostęp, prof. poprzez e-commerce czy otwarte w lutym sklepy stacjonarne. Część gospodarstw domowych z wyższymi dochodami mogła również skorzystać z bardzo atrakcyjnej oferty, często przy zerowym poziomie RRSO. W normalnych warunkach mogłyby one pewnie nabyć te rzeczy za gotówkę, ale obecnie wolą kumulować środki jako swoistą poduszkę bezpieczeństwa ekonomicznego – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Średnia wartość udzielonego w lutym 2021 r. kredytu gotówkowego to 22 172 zł – wzrost o 6,4% w stosunku do lutego 2020 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 546 zł i jest ona wyższa niż w lutym rok temu o 8,2%.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych (gotówkowych i ratalnych) w oparciu o odpowiednie Indeksy Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na bardzo niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – lutowy odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 1,22%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się natomiast kredyty gotówkowe. Lutowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 4,51%.

Pomimo wcześniejszych obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych z uwagi na pandemię, lutowy odczyt potwierdza pozytywne zjawisko związane z poprawą jakości wyrażoną spadkami odczytów Indeksu Jakości w okresie 12 miesięcy. Tak wyraźna poprawa Indeksu Jakości jest najprawdopodobniej efektem odroczeń spłat rat kredytowych w ramach moratoriów kredytowych udzielanych klientom przez banki i jedynie niewielkim wzrostem liczby kredytów opóźnionych pow. 90 dni po zakończeniu moratoriów.

– W porównaniu do lutego 2020 r. wartość Indeksu Jakości kredytów gotówkowych polepszyła się (spadła) o 1,43 pkt proc., najwięcej ze wszystkich produktów kredytowych. Wiąże się to bezpośrednio z faktem, że z wakacji kredytowych w największym stopniu skorzystali właśnie posiadacze kredytu gotówkowego (zawieszenie spłat zastosowano dla ponad 8% wszystkich kredytów gotówkowych). Niestety w porównaniu do odczytu ze stycznia 2021 r. mamy już pogorszenie odczytu, o 0,28 p.p. Niewątpliwie główny wpływ miało na to zakończenie przez większą część kredytobiorców wakacji kredytowych, które w dużej części amortyzowały w pierwszym okresie pandemii ewentualny brak możliwości spłaty kredytu. W mojej opinii i tak wzrost szkodowości po zakończonych moratoriach jest dużo niższy od oczekiwanego. W przypadku kredytów gotówkowych 7 miesięcy po zakończeniu moratoriów poziom szkodowości tych kredytów wynosi 3,3%. Natomiast w lutym 2021 r. poprawiła się w porównaniu do stycznia 2021 jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu polepszyła się (spadła) o 0,06, i był to jedyny produkt kredytowy dla którego był kontynuowany pozytywny trend z poprzednich miesięcy. Również w aspekcie szkodowości mamy więc odmienną sytuację w kredytach gotówkowych i ratalnych – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W lutym br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości (+6,7%), jak i liczby udzielonych kredytów (+0,4%) w porównaniu z lutym 2020 r. W okresie styczeń – luty 2021 r., już ponad połowa (51,7%) wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, w dwóch pierwszych miesiącach 2021 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których w tym okresie 2021 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2020 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 9,0%, a w wartościowym o 11,9%. We wszystkich niższych przedziałach kwotowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowano ujemne dynamiki akcji kredytowej.

– Wyniki lutowej akcji kredytowej w zakresie kredytów mieszkaniowych są odzwierciedleniem popytu z okresu grudnia 2020 r. oraz stycznia 2021 r. Odbudowę popytu na kredyt mieszkaniowy sygnalizowały już zarówno grudniowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe (+6,4%), jak i odczyt styczniowy (+18,1%). Trzeba jednak zawsze pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców (popytem), chcących nabyć nieruchomość za kredyt, lecz i banków udzielających kredyt (podaż). Banki po pierwszym szoku wywołanym pandemią przystąpiły do luzowania wymagań, m.in. w zakresie wkładu własnego. Co ciekawe banki nie zwiększyły wymagań odnośnie do scoringu. Średni score dla kredytobiorców mieszkaniowych w ujęciu sprzedażowym (akcji kredytowej) pozostaje stabilny przez ostatnie 3 półrocza (75 pkt).

– Dla akcji kredytowej ważna będzie więc postawa banków w kolejnych miesiącach, które w warunkach rosnącej niepewności wywołanej trzecią falą pandemii, mogą ponownie zdecydować się na zaostrzenie polityki kredytowej, co znów będzie skutkować ograniczoną dostępnością kredytu. Mniej obawiam się negatywnej reakcji ze strony popytu. Lutowy odczyt BIK Indeksu – Popytu na kredyty Mieszkaniowe wyniósł (+17,1%), a w poprzednim tygodniu tj. 08-14.03 w ujęciu r/r wzrosła liczba wniosków o kredyty mieszkaniowe o (+31,8%) – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w lutym 2021 r. wyniósł 0,55%. W ostatnich 12 miesiącach (od lutego 2020 r. do lutego 2021 r.) jakość portfela polepszyła się, o czym świadczy spadek Indeksu o (-0,17). Pandemia nie wpłynęła więc negatywnie na jakość portfela kredytów mieszkaniowych. W dużej mierze jest to efekt wakacji kredytowych.

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw – szczególnie w początkach pandemii, obecnie nadal nie odnotowujemy dużego spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. Co prawda jakość w lutym 2021 r. pogorszyła się w porównaniu do stycznia 2021 r., wzrost Indeksu był jednak niewielki: o 0,02 p.p. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3-miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów, należy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Po 7 miesiącach od zakończenia moratoriów (najdłuższy obecnie możliwy okres obserwacji) poziom szkodowości objętych nimi kredytów mieszkaniowych wynosi 0,7% w przypadku kredytów walutowych i 0,3% dla kredytów złotowych. Tak więc nie materializuje się na ten moment negatywny scenariusz – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W lutym 2021 r. banki wydały 60,2 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 371 mln zł.

– W lutym 2021 r. widać dalszą kontynuację negatywnego trendu dynamiki rocznej obserwowanego w całym ubiegłym roku, w ujęciu liczbowym wynosi ona (-23,7%), a w wartościowym (-27,9%). Negatywne zjawisko dotyczy ponownie wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych (wartość Indeksu Jakości w lutym wyniosła 3,26%), stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność tego produktu kredytowego – mówi prof. Rogowski z BIK.

Praca zdalna przyczyniła się do lawinowego wzrostu popularności freelancerów. Firmy szukają nowych kompetencji i oszczędności kosztów

Mniejsze koszty zatrudnienia to kluczowy argument, który skłania polskie firmy do korzystania z usług wolnych strzelców. Współpraca z freelancerami to także sposób na uzupełnienie zespołu o osoby posiadające kompetencje, których brakuje w firmie. – Dzięki pandemii koronawirusa firmy przekonały się, że konserwatywny model zatrudnienia oparty na pracy w biurze odszedł do lamusa. Rok 2021 ma szansę stać się rokiem freelancingu – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com.

Trudno precyzyjnie określić, ile przedsiębiorstw korzysta z usług freelancerów, bo w zasadzie większość, jak nie wszystkie firmy na jakimś etapie rozwoju zatrudniają wolnych strzelców. Niewiele organizacji  posiada wszelkie potrzebne kompetencje, np. w zakresie tłumaczeń z języków obcych, pisania tekstów czy szukania jakichś danych. Na podstawie szacunków z rynków zagranicznych można przyjąć, że ok. 60 proc. firm korzysta od czasu do czasu z usług freelancerów, 57 proc. deklaruje, że zrobi to w najbliższym czasie – uściśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Głośny.

Jak wynika z badań  prowadzonych przez serwis, 67 proc. przedsiębiorstw działających za granicą korzysta z usług freelancerów. Główny powód to chęć wprowadzenia nowych umiejętności lub przyspieszenia realizacji projektów (42 proc.). Jedna trzecia (35 proc.) stwierdziła, że powodem korzystania z usług wolnych strzelców były korzyści finansowe. 28 proc. respondentów zatrudnia freelancerów w odpowiedzi na pandemię, aby zaistnieć w internecie i zwiększyć sprzedaż.

Na pierwszej pozycji listy korzyści dla pracodawców w Polsce są oszczędności finansowe. Freelancerzy współpracujący z polskimi przedsiębiorcami rozliczają się zarówno poprzez umowy cywilnoprawne, jak i rachunki oraz faktury VAT. Nie generują kosztów, które ponoszą firmy zatrudniające pracowników na etacie. Jak oceniają eksperci Useme.com, współpraca z freelancerem to właśnie szansa dla przedsiębiorstw na uzupełnienie zespołu bez konieczności tworzenia nowych etatów i ponoszenia kosztów pracodawcy w niepewnym okresie pandemii.

– Zatrudnienie freelancera jest związane ze sporą dawką elastyczności. Nie trzeba poświęcać czasu na wdrażanie nowej osoby w zespole w procesy istniejące w firmie, bo ona ma już konkretne profesjonalne umiejętności. Zawsze istnieje ryzyko zatrudnienia osoby, która nie jest tak kompetentna, jak by się wydawało na początku, albo obawa o wyciek danych, które są wrażliwe dla firmy. Ale to ryzyko jest takie samo jak w przypadku zatrudnienia osoby na etacie – podkreśla prezes zarządu Useme.com, platformy pracy zdalnej dla freelancerów.

Jak przyznaje, jeszcze dwa lata temu nawet serwis Useme.com nie używał sformułowania „freelancer”, bo miało ono negatywne konotacje. Kojarzyło się z osobą, której ciężko dotrzymać terminu, i z niższą jakością pracy. Jego zdaniem freelancerzy dbają o swój wizerunek i zależy im na dobrej opinii, bo pracują dla wielu klientów i wciąż poszukują nowych. Raz utracona reputacja może procentować przez kolejne lata i skutkować utratą kolejnych klientów.

– Od pewnego czasu już nie boimy się używać tego terminu i firmy też przestają się bać korzystać z usług freelancerów. Przekonały się, że wolni strzelcy oferują bardzo często wyższą jakość usług i szereg kompetencji, których brakuje etatowym pracownikom firmy – wyjaśnia Przemysław Głośny. – Firmy przyzwyczaiły się, że większość pracowników pracuje zdalnie, bo w dobie koronawirusa jest to standard. Przekonały się, że nie jest to zagrożeniem dla ich procesów biznesowych. 

Badania prowadzone przez Useme.com pokazały, że 2/3 przedsiębiorstw współpracuje z wolnymi strzelcami właśnie ze względu na chęć wprowadzenia do firmy nowych kompetencji. Freelancerzy, aby zachować konkurencyjność na rynku, szybciej reagują na nowe trendy i zmieniające się oczekiwania rynku. Są spore szanse na to, że to, czego etatowy pracownik jeszcze nie wie, wolny strzelec ma już całkiem dobrze opanowane. Kolejną zaletą może być czas pracy freelancerów, bo ich dnia pracy nie regulują zapisy w umowie. Może więc na przykład pracować wieczorami.

W Polsce rynek pracy dla freelancerów wciąż raczkuje. Na rynkach europejskich odsetek wszystkich osób zatrudnionych na zasadzie freelancingu to ok. 10–15 proc. I traktujemy to bardzo szeroko. Do tej grupy zaliczają się także np. hydraulicy, a nie tylko osoby wykonujące usługi dla biznesu. W Polsce udział procentowy freelancerów wśród zatrudnionych wynosi ok. 3–5 proc. To oznacza, że jesteśmy dopiero na początku drogi – zauważa prezes Useme.com.

Uzdrowiska walczą o finansowanie rehabilitacji ozdrowieńców. To mogłoby podreperować finanse sanatoriów

Przez sześć i pół z 12 miesięcy funkcjonowania w covidowej rzeczywistości branża sanatoryjno-uzdrowiskowa nie mogła działać. Po licznych apelach do premiera i ministra zdrowia mogła wreszcie ruszyć 11 marca. Jednak już parę dni później ogłoszono objęcie bardziej restrykcyjnymi obostrzeniami terenu całej Polski, co może powstrzymać kuracjuszy przed wyjazdami. Unia Uzdrowisk Polskich proponuje, by w sanatoriach prowadzono rehabilitację osób, które przechorowały COVID-19. Potrzebne są jednak przepisy, które umożliwią refundację pobytu przez NFZ czy ZUS.

Wprowadzenie rehabilitacji pocovidowej byłoby jednym z kluczowych tematów, które pozwoliłyby na odbudowanie się uzdrowisk i wykorzystanie ich potencjału – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wacław Furmanek, wiceprezes zarządu Unii Uzdrowisk Polskich, prezes zarządu Uzdrowiska Wysowa. – Uzdrowiska mają stosowną kadrę, bazę zabiegową, czyli wyposażenie, są też w miejscach, które sprzyjają takiej rehabilitacji. Przykładowo nasze uzdrowisko Wysowa-Zdrój to miejsce, które leży na uboczu, z dala od zgiełku dużych miast, otoczone górami, lasami i ma czyste powietrze, co jest bardzo ważne w tym przypadku.

Od początku pandemii w Polsce zachorowało już niemal 2 mln osób, a jest to statystyka, która nie uwzględnia przechodzących COVID-19 bezobjawowo. Z tej liczby zmarło niespełna 50 tys. osób. Nawet ozdrowieńcy lekko lub bezobjawowo przechodzący infekcję mogą się zmagać ze skutkami choroby, nie wspominając o hospitalizowanych czy leżących pod respiratorem, którzy po leczeniu muszą na nowo odbudować mięśnie. Wyleczonym dokuczają problemy z koncentracją, pamięcią, oddychaniem czy przewlekłe zmęczenie. Pobyt w sanatorium mógłby pomóc zwalczyć te objawy, jednak na razie możliwe są jedynie pobyty komercyjne, a to wydatek rzędu 2–3 tys. zł.

– Głównie chodziłoby o rehabilitację pulmonologiczną, narządu ruchu czy też kardiologiczną. My prowadzimy je od szeregu lat. Tutaj płatnikiem mógłby być NFZ czy ZUS. Aktualnie taka rehabilitacja pocovidowa prowadzona jest w Głuchołazach, natomiast cieszę się, że są zapewnienia co do tego, że to jest pilotaż, który ma być rozszerzony – mówi Wacław Furmanek. – Ważną rzeczą jest, żeby tę rehabilitację wdrożyć stosunkowo szybko po przebytej chorobie, więc nie może to być tylko w jednym miejscu, przez co kolejka byłaby na miesiące lub lata. Chodzi o to, żeby to było zdecentralizowane, ośrodki rozproszone, żeby pacjenci mieli łatwy dostęp do rehabilitacji i leczenia. Nasze doświadczenie i potencjał są gwarantami skuteczności tego leczenia.

Refundacja rehabilitacji ozdrowieńców umożliwiłaby powrót do pełnej sprawności osobom wyleczonym, co zwiększyłoby wydajność ich pracy, ale także pozwoliłaby na napływ pacjentów, z którego skorzystałyby sanatoria i lokalne społeczności. W Polsce działa ponad 40 miejscowości uzdrowiskowych, a dla wielu z nich kuracjusze są najważniejszym źródłem dochodu. Nie chodzi tylko o samo sanatorium, ale też całą infrastrukturę, z której przyjezdni korzystali: restauracje i małą gastronomię, punkty usługowe czy kulturę i rekreację. Według Unii Uzdrowisk Polskich gminy straciły od 70 proc. do 90 proc. wpływów z tytułu samej opłaty uzdrowiskowej.

– Temat rehabilitacji pocovidowej przewija się właściwie od grudnia ubiegłego roku. Jako Unia Uzdrowisk Polskich bierzemy udział w tych pracach jako organ, cieszymy się, że jest zrozumienie dla potrzeby wprowadzenia takiej rehabilitacji dla pacjentów, ale jest to też szansa na zagospodarowanie potencjału, który mają uzdrowiska – podkreśla prezes UUP. – Ministerstwo Zdrowia potrzebuje kilku tygodni na sformalizowanie tego. Natomiast od sformalizowania do wdrożenia jeszcze trochę zejdzie. Myślę więc, że jeszcze chwilę musimy poczekać, ale to nie jest kwestia moim zdaniem trzech miesięcy, ale może miesiąca czy dwóch. W każdym razie to nie są kwartały czy lata.

Branża wiązała wielkie nadzieje z uruchomieniem finansowanego przez UE Funduszu Odbudowy. W Krajowym Planie Odbudowy zaprezentowanym przez rząd do konsultacji, które zakończą się na początku kwietnia, padła propozycja programu modernizacji pt. „Polskie uzdrowiska ku przyszłości”.

– Konieczne jest zwiększenie potencjału medycznego w zakresie niwelowania skutków i powikłań po przebytej chorobie COVID-19 w świetle prognozowanego wzrostu zapotrzebowania na usługi medyczne z zakresu rehabilitacji. Uzdrowiska mogą też pełnić funkcję długofalowego zabezpieczenia miejsc pobytu dla osób, które z różnych powodów należy odizolować w związku z powstałą sytuacją kryzysową. Nastąpi to m.in. poprzez rozwój oferty usług lecznictwa stacjonarnego oraz rehabilitacji pacjentów po przebytej chorobie COVID-19. Zadania realizowane w ramach projektu mają prowadzić do poprawy jakości i dostępności do usług zdrowotnych i bazować na walorach naturalnych, które warunkują posiadanie statusu uzdrowiska lub obszaru ochrony uzdrowiskowej – napisano w projekcie KPO.

Branża nie jest jednak zadowolona z zaproponowanych kwot dofinansowania, które miały być czterokrotnie wyższe.

Pomoc w ramach środków odbudowy to kolejny temat, który jest w fazie uzgodnień. Na pewno jest konieczne, żeby uzdrowiska znalazły się w takich programach i mogły aktywnie skorzystać z tych środków, bo ich potrzebują – argumentuje Wacław Furmanek. – My zamiast pomocy wolelibyśmy mieć możliwość prowadzenia naszej działalności. Każdy szuka takiej możliwości, żeby móc utrzymać miejsca pracy. Powiedzmy sobie szczerze, zespoły specjalistów niejednokrotnie były budowane przez lata, a jeżeli nie ma pracy, to ciężko tę działalność utrzymać.

Kraków pracuje nad kolejnym wsparciem dla przedsiębiorców. Niektóre branże mimo kryzysu zwiększają zatrudnienie

Prawie 70 mln zł w ubiegłym roku trafiło z budżetu Krakowa na wsparcie przedsiębiorców. W ramach programu Pauza mogą oni liczyć m.in. na obniżki czynszów w wynajmowanych od miasta lokalach. Na decyzję rady miasta o zawieszeniu opłat za koncesje wciąż czekają. Kraków tworzy także serwisy mapowe, które łączą lokalnych przedsiębiorców i konsumentów. Od 15 marca działa internetowa mapa firm, których działalność związana jest z produktami i usługami wielkanocnymi. Lokalny biznes, również ten nastawiony na turystów, nadal potrzebuje wsparcia z uwagi na utratę dochodów w czasie pandemii. Tym bardziej że od 20 marca Małopolskie – podobnie jak pozostałe województwa – ponownie zostanie objęte lockdownem.

– Z uwagi na trudną sytuację przedsiębiorców – szczególnie tych z branży gastronomicznej, turystycznej oraz związanych z handlem obwoźnym – miasto udostępniło szeroki wachlarz wsparcia, obejmujący m.in. zniżki w czynszu najmu lokali wykorzystywanych na prowadzenie działalności gospodarczej. Zarząd Budynków Komunalnych przygotował specjalne zasady udzielania tej pomocy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Wysocka, dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji Urzędu Miasta Krakowa.

W przypadku zakazu działalności przedsiębiorcy mogą korzystać z ograniczenia kosztów związanych z najmem do poziomu kosztów eksploatacyjnych. Ci przedsiębiorcy, którzy mogą prowadzić działalność, ale borykają się ze spadkiem obrotów lub przychodów (o nie mniej niż 25 proc. w porównaniu z sytuacją sprzed roku lub dwóch lat), mogą otrzymać zniżkę w czynszu na poziomie 50 albo 75 proc. kosztów związanych z najmem. Do grudnia ub.r. do miasta wpłynęło prawie 2,5 tys. wniosków o pomoc od najemców lokali użytkowych, a łączna wartość udzielonej w tym czasie pomocy w ramach tego instrumentu wyniosła prawie 8,8 mln zł.

Obniżki czynszów to jeden z punktów programu wsparcia dla lokalnych przedsiębiorców Pauza. Objęto nim przede wszystkim branżę gastronomiczną, dorożkarstwo, handel obwoźny, działalność artystyczną i reklamową. Miasto zaproponowało m.in. zmiany umów lub obniżki czynszu dzierżawnego w odniesieniu do dzierżawców targowisk miejskich czy obniżenie stawek opłat za ogródki gastronomiczne.

Jeżeli chodzi o koncesje, to jest w tym momencie procedowana uchwała w Radzie Miasta Krakowa, zobaczymy, jakie będą dalsze kroki – mówi Katarzyna Wysocka. – Wsparcie, które zostało udzielone przedsiębiorcom w okresie od marca do grudnia 2020 roku, jest szacowane na poziomie około 70 mln zł. Dotyczy ono różnych podmiotów, w tym także przedsiębiorców. Jeżeli chodzi o dalsze wsparcie, to stawiamy na działania o charakterze reaktywacyjnym.

Temu mają służyć serwisy mapowe, takie jak Jestem Aktywny, który zbiera informacje o lokalnych producentach, usługodawcach, rzemieślnikach działających mimo pandemii. Powstała także mapa krakowskiej gastronomii o działających w okolicy lokalach.

– Każdy może tam sprawdzić, które firmy działają w okresie pandemii, i skorzystać z oferty. Uruchomiliśmy także mapę dla przedsiębiorców oferujących usługi związane właśnie z nadchodzącymi świętami Wielkiej Nocy – informuje dyrektor w Urzędzie Miasta Krakowa.

Jak zaznacza Katarzyna Wysocka, pandemia koronawirusa nie przekreśla realizacji miejskich inwestycji, które są bardzo istotnym elementem kształtowania gospodarki. To przy ich realizacji pracę mogą znaleźć lokalne firmy.

– Nie zawiesiliśmy inwestycji miejskich, które są w toku, a ponadto realizujemy nowe. Budżet miasta i wieloletnia prognoza finansowa obejmują kilkaset zadań inwestycyjnych, głównie na poziomie zadań programowych, czyli takich, które zmierzają do polepszenia jakości życia mieszkańców – podkreśla dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji w UMK.

Wśród najważniejszych inwestycji zaplanowanych na 2021 rok są: linia tramwajowa na Górkę Narodową, przebudowa al. 29 Listopada, Centrum Muzyki na Grzegórzkach, prace koncepcyjne związane z budową metra oraz wydatki na szpitale miejskie i zieleń.

Pracujemy nad krakowskim programem wspierania biznesu i innowacji. Prace są realizowane wspólnie przez Centrum Wspierania Inwestorów i Innowacyjnej Gospodarki, Centrum Wspierania Przedsiębiorczości, Punkt Obsługi Przedsiębiorcy, a także nowo powstały Referat ds. Współpracy z Krakowskim Ośrodkiem Naukowo-Akademickim. Chcemy właśnie w tym złotym trójkącie – nauka, biznes, samorząd – stworzyć warunki, zachęty, programy wsparcia, programy reaktywacji, które pozwolą zwalczyć negatywne skutki pandemii – mówi Katarzyna Wysocka.

Jak podkreśla, pandemia nie wpłynęła na mniejsze zainteresowanie inwestorów Krakowem. Widać to chociażby po rozwoju sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

– Wiele firm z Europy Zachodniej, ale także z Azji bądź z kierunków bliższych, czyli Białorusi czy Ukrainy, decyduje się na to, żeby właśnie w Krakowie ulokować swoje przedsięwzięcia. W zeszłym roku sektor nowoczesnych usług dla biznesu pod względem zatrudnienia urósł o 10 proc. To pokazuje, że branża trzyma się mocno. Dopasowała się bardzo dobrze do nowych wymagań związanych z pandemią, a Kraków utrzymał pozycję jednego z głównych polskich miast w tym sektorze – zaznacza dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji w UMK.

Dane ABSL wskazują, że zatrudnienie w nowoczesnych usługach dla biznesu jest w Krakowie najwyższe w Polsce i wynosi ponad 77,7 tys. osób (dane z 2020 roku). Firmy z tego sektora odpowiadały za 90 tys. mkw. wynajętej powierzchni biurowej w I połowie ubiegłego roku. Kraków – podobnie jak po poprzednim kryzysie z 2008 roku – może być największym beneficjentem trendu polegającego na napływie centrów usług wspólnych do regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

W Polsce działa 11 robotów chirurgicznych. W szpitalach potrzeba ich prawie cztery razy więcej

– W tej chwili w Polsce mamy już około tuzina robotów chirurgicznych. Co prawda powinniśmy mieć średnio jedno takie urządzenie na milion pacjentów, żeby zbliżyć się do krajów takich jak Niemcy czy Włochy, ale postęp jest niesamowity – mówi dr hab. Zbigniew Nawrat, pomysłodawca i konstruktor pierwszego w Europie robota do operacji serca Robin Heart. Operacje wykonywane przy pomocy robotów chirurgicznych są krótsze i bezpieczniejsze, wymagają mniej personelu, a pacjent traci mniej krwi i jest w mniejszym stopniu narażony na powikłania. W Polsce barierą wciąż pozostaje brak finansowania ze środków NFZ dla procedur wykonywanych przy wsparciu robotów.

Według prognoz firm PMR i Upper Finance rynek robotyki chirurgicznej w Polsce jest wart ok. 166 mln zł i w ciągu pięciu lat wzrośnie do prawie 570 mln zł, co oznacza średnioroczny wzrost o 28 proc. Wartość ta obejmuje zarówno zakup i serwis robotów, narzędzia, jednorazowe materiały potrzebne do wykonania procedur, jak i wartość samych świadczeń medycznych wykonywanych przy wsparciu robotyki – wynika z raportu „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2029. Prognozy rozwoju na lata 2020–2025”.

– W robotyce medycznej wypadamy coraz lepiej i – szczerze mówiąc – najdziwniejsze jest to, że w ogóle bez pomocy państwa i rządu. Od kilkunastu lat trwają starania, żeby NFZ płacił za operacje wykonywane robotami chirurgicznymi, które na świecie są już standardem. Takich operacji na świecie wykonuje się już ponad 1 mln rocznie, z czego połowa to zabiegi ginekologiczne, operacje prostaty etc., przywracające ludzi do aktywności życiowej i zawodowej, z lepszym skutkiem i większą efektywnością – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii oraz pomysłodawca i konstruktor pierwszego w Europie robota do operacji na sercu Robin Heart, a także prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Robotyki Medycznej.

Najbardziej rozpowszechnionym robotem chirurgicznym jest da Vinci – robot amerykańskiej produkcji, wykorzystywany przede wszystkim w urologii i ginekologii, choć lista jego zastosowań jest dłuższa (może być wykorzystywany w ok. 170 typach zabiegów). W ubiegłym roku na całym świecie było zainstalowanych 5,7 tys. takich urządzeń, które przeprowadziły ponad 7,2 mln operacji. Najwięcej jest ich w Stanach Zjednoczonych, gdzie jeden robot da Vinci przypadał na prawie 100 tys. pacjentów. W Europie jeden przypada na 749 tys. osób, natomiast w Polsce – na 3,4 mln. W porównaniu do raportu PMR i Upper Finance z połowy 2019 roku to i tak ogromny postęp – rok wcześniej było to bowiem 6,4 mln Polaków.

– W tej chwili w całej Polsce mamy już około tuzina robotów. Co prawda powinniśmy mieć średnio jedno takie urządzenie na ok. 1 mln pacjentów, żeby zbliżyć się do krajów takich jak Niemcy czy Włochy, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych, bo tam jest ich bardzo wiele ze względów komercyjnych. To są roboty kupione przez prywatne firmy i działają dzięki ludziom, którzy sami płacą za swoje operacje. Natomiast w Polsce postęp też jest niesamowity. Gratuluję szpitalom, które dojrzały szansę, kupiły takie roboty i wychodzą na tym zyskownie – mówi profesor Instytutu Protez Serca FRK.

Pierwsze takie urządzenie pojawiło się na polskim rynku dekadę temu, w 2019 roku było ich już osiem, a przy ich pomocy przeprowadzono rekordową liczę 900 operacji. Do czerwca 2020 roku jeszcze trzy szpitale zakupiły roboty da Vinci, a liczba operacji – mimo początkowego spowolnienia z powodu pandemii – w całym roku wzrosła (szacunki mówiły o prawie 1,5 tys.). W tym roku liczba przeprowadzonych operacji może wzrosnąć już do 3,1 tys., a w 2022 roku – do 5,4 tys. Eksperci Upper Finance, PMR i Synektik – wyłącznego dystrybutora systemów da Vinci w Polsce – oceniają, że w kraju o wielkości Polski powinno być ok. 40–50 robotów.

– Dziś jesteśmy już tak dobrzy jak Czesi. W ubiegłym roku po raz pierwszy wykonaliśmy w Polsce tyle samo operacji co oni. Mamy mniej więcej tyle samo robotów chirurgicznych, ale wciąż niestety jednej firmy – mówi dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat.

Eksperci podkreślają, że największe szanse na dogonienie popularności da Vinci w ciągu najbliższych pięciu lat ma system Medtronic, który ma być gotowy w tym roku. Również Polacy mogą się pochwalić osiągnięciami w rozwoju robotyki medycznej. Ponad 20 lat temu podjęto w Polsce działania na rzecz stworzenia robota kardiochirurgicznego o nazwie Robin Heart. Jedną z jego wersji, stworzoną w Instytucie Protez Serca w Zabrzu, jest Robin Heart mc2 – trójramienny robot zastępujący przy stole operacyjnym trzy osoby, w tym dwóch chirurgów. Do tej pory nie udało się jednak wdrożyć do produkcji żadnego z nich.

– Na cały projekt Robin Hearta, który trwa 20 lat, nie dostaliśmy nawet połowy tego, ile dzisiaj kosztuje jeden robot komercyjny. Proszę zobaczyć, jaką straciliśmy szansę, żeby w ogóle zaistnieć na tym rynku. Nowa dziedzina nauki i techniki powstała w Polsce za mniejszy koszt niż jedno urządzenie – mówi ekspert.

Dynamika rynku robotyki chirurgicznej byłaby jeszcze większa, gdyby wprowadzono program finansowania tych procedur przez NFZ. Mimo zapowiedzi zmian ze strony Ministerstwa Zdrowia i pozytywnej oceny Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydanej już prawie cztery lata temu nie ma w Polsce możliwości refundacji takich zabiegów. Dlatego szpitale, które chcą otrzymać zwrot części kosztów, muszą wykonywać je w formule prywatnej albo starać się o specjalne granty. Eksperci spodziewają się jednak, że jest to decyzja nieunikniona ze względu na korzyści, jakie przynosi robotyka w medycynie. Prognoza Upper Finance i PMR zakłada, że publiczne finansowanie wejdzie w życie od 2023 roku. Ocenia także, że średnia cena za zabieg w latach 2020–2022 spadnie z 45 do 40 tys. zł, a do 2025 roku do 36 tys. zł.

– Kilka kolejnych firm zaczyna produkować swoje roboty dla chirurgii. Są już roboty do rehabilitacji, diagnostyki, roboty dla neurochirurgii i onkologii. One właściwie są już niezbędne. W niektórych obszarach roboty są już tak „zadomowione”, że nie wyobrażamy sobie, żeby mógł je zastąpić człowiek czy jakaś inna metoda – mówi profesor Instytutu Protez Serca FRK.

Operacje wykonywane z pomocą robotów chirurgicznych są krótsze, zapewniają większe bezpieczeństwo, a pacjent traci mniej krwi i jest w mniejszym stopniu narażony na powikłania. Takie zabiegi wymagają też mniej personelu, więc w przyszłości roboty mogą się okazać rozwiązaniem problemu, jakim jest niedobór kadr medycznych i malejąca liczba chirurgów.

Polski start-up opracował pierwszy na świecie system płatności za pomocą skanu tęczówki. Okiem będzie można zapłacić m.in. za komunikację miejską

PayEye opracowało pierwszy na świecie system płatności oparty na biometrii tęczówki oka. Wystarczy jedno spojrzenie, by zapłacić szybko, wygodnie i przede wszystkim bezpiecznie. Tęczówka ma ponad 250 indywidualnych cech i nawet u bliźniaków jednojajowych jest zupełnie różna. Technologia pobiera cyfrowo zeskanowany obraz tęczówki, który jest następnie konwertowany na specjalny kod w celu autoryzacji płatności. W systemie nie jest przechowywany skan tęczówki, a jedynie kod. Skany tęczówki mogą mieć jednak znacznie szersze zastosowania, m.in. na lotniskach.

– Już teraz nie ma problemu, że zapomnieliśmy portfela z gotówką z domu, zgubiliśmy kartę albo rozładował nam się telefon i nie mamy czym zapłacić. Możemy w tej sytuacji płacić okiem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Stefan Augustyn, rzecznik prasowy PayEye.

Biometria coraz mocniej wkracza do świata płatności. Niedawno Visa uruchomiła pilotażowy program nowej karty biometrycznej z dwoma interfejsami (z obsługą chipów i zbliżeniowo) we współpracy z Mountain America Credit Union i Bank of Cyprus. Karta przetestuje użycie rozpoznawania odcisków palców jako alternatywę dla kodu PIN lub podpisu w celu uwierzytelnienia posiadacza karty podczas transakcji. Pilotaż jest zarządzany za pośrednictwem programu Visa Ready for Biometrics. Z kolei transakcje zakończone za pomocą 3D Secure obejmują uwierzytelnianie biometryczne, takie jak rozpoznawanie głosu, skan twarzy lub skan linii papilarnych.

Polski start-up poszedł jednak o krok dalej i stworzył pierwszy na świecie system płatności oparty na biometrii tęczówki oka. Wystarczy założyć konto na stronie PayEye i udać się do jednego z punktów, w którym skanowana jest tęczówka.

– Wygląd tęczówki oka jest przekształcany na specjalny PayEye kod i już pierwszą płatność dokonujemy tym kodem. Spoglądamy w urządzenie, ono nas identyfikuje po wyglądzie naszej tęczówki oka, weryfikuje to z kodem, który został tylko indywidualnie nam przypisany, i w ten sposób dokonuje się płatność – tłumaczy Stefan Augustyn.

Samo urządzenie iPOS, za pomocą którego skanowana jest tęczówka, niewiele się różni od zwykłych terminali. Przy płatności należy jedynie spojrzeć w dwa punkty, a system zweryfikuje kupującego. PayEye działa pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i ma status Małej Instytucji Płatniczej.

Płatności biometryczne są znacznie bezpieczniejsze od tych tradycyjnych, które wymagają np. podania PIN-u. Dlatego można już płacić skanem linii papilarnych czy za pomocą skanu twarzy. Jak jednak przekonuje ekspert, to właśnie biometria oparta na skanie tęczówki jest najbezpieczniejsza.

– Tęczówka ma ponad 250 indywidualnych cech. Nawet prawe oko od lewego się różni, także u bliźniaków jednojajowych te tęczówki są bardzo różne, więc tu mamy bardzo wysoki faktor bezpieczeństwa. Z tego też powodu widzimy, że to rozwiązanie może być upowszechnione w wielu miejscach przy wykorzystaniu naszej technologii – przekonuje rzecznik prasowy PayEye.

Co istotne, firma przechowuje w swoich systemach wyłącznie generowany przez skan tęczówki kod. Ten zaś nie odzwierciedla w żaden sposób wyglądu tęczówki.

– Ani zdjęciem, ani wydrukiem oka, ani jakąkolwiek inną technologią, pokazaniem filmiku nie da się przeprowadzić tej płatności. Nasze urządzenie bada też przy okazji żywotność oka i dopiero na tej podstawie podejmuje decyzję, że właśnie płatności dokonuje ta konkretna osoba i jest do tego uprawniona – wskazuje Stefan Augustyn.

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości wsparła PayEye dotacją w wysokości ponad 460 tys. zł. Na razie skanem tęczówki można płacić w 120 punktach we Wrocławiu. Firma chce jednak jeszcze w tym roku wejść do innych polskich miast, a następnie na rynki zagraniczne.

– Ostatnio dołączyło do tego grona wrocławskie MPK. Pilotażowo jedno urządzenie zostało zainstalowane w Biurze Obsługi Podróżnych przy ul. Prusa. Tam właśnie okiem, jednym spojrzeniem możemy zapłacić za bilety okresowe, doładować kartę Urbancard, którą później się posługujemy w pojazdach komunikacji miejskiej, a także, choć oczywiście tego nie rekomendujemy, można nawet zapłacić jednym spojrzeniem za mandat – mówi ekspert. – Widzimy zainteresowanie technologią praktycznie z całego świata. Jeszcze nikt na świecie takiego projektu nie zrealizował  do komercyjnych płatności, do tego, co jest absolutnie dostępne dla zwykłego Kowalskiego.

Technologia biometryczna oparta na skanie tęczówki może mieć jednak znacznie więcej zastosowań niż tylko w płatnościach. Może również zrewolucjonizować weryfikację i bezpieczeństwo.

– Jeżeli mamy dostęp do jakichś pomieszczeń i chcielibyśmy mieć stuprocentową pewność, że nikt się nie wymienił kartą, którą można przybliżyć i otworzyć drzwi, to tęczówka oka idealnie się nada. Jest to też superrozwiązanie np. do wyznaczenia jakichś stref dostępowych albo identyfikacji osób na lotnisku czy imprezach masowych – wymienia Stefan Augustyn.

Ilość wody na Marsie może być równa połowie Oceanu Atlantyckiego. Według naukowców jest uwięziona w minerałach

Co najmniej 30 proc. wody, która niegdyś istniała na Marsie, może być uwięzione w minerałach i skorupie planety. Naukowcy odkryli, że ok. 4 mld lat temu było na nim tyle wody, ile pozwoliłoby pokryć całą planetę oceanem o głębokości od 100 do 1500 metrów. To objętość połowy Oceanu Atlantyckiego. Wcześniej naukowcy sądzili, że po utracie przez Czerwoną Planetę ochronnego pola magnetycznego promieniowanie słoneczne i wiatr słoneczny pozbawiły ją znacznej części powietrza i wody. Nowych dowodów na istnienie wody na Marsie może dostarczyć łazik Perseverance.

Kilka miliardów lat temu Czerwona Planeta była znacznie bardziej niebieska. Według dowodów wciąż znajdujących się na powierzchni woda na Marsie tworzyła baseny, jeziora i głębokie oceany. Jeszcze 4 mld lat temu wody było tyle, że mogłaby pokryć całą powierzchnię planety oceanem o głębokości nawet 1500 metrów. To objętość w przybliżeniu odpowiadająca połowie Oceanu Atlantyckiego. Obecnie powierzchnia Czerwonej Planety jest sucha.

Najnowsze badania naukowców z Politechniki Kalifornijskiej i Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA wskazują jednak, że woda wciąż na Marsie istnieje. Została tylko uwięziona w minerałach i skorupie planety. Wcześniej naukowcy sądzili, że po utracie przez Czerwoną Planetę ochronnego pola magnetycznego promieniowanie słoneczne i wiatr słoneczny pozbawiły ją znacznej części powietrza i wody, która wyparowała do kosmosu.

– Ucieczka atmosferyczna nie wyjaśnia w pełni ilości wody, która według naszych danych kiedyś istniała na Marsie – podkreśla doktorantka Politechniki Kalifornijskiej Eva Scheller, która opublikowała swoje badania w prestiżowym czasopiśmie „Science”.

Naukowcy zbadali zakładaną ilość wody na Marsie w czasie we wszystkich formach (para, ciecz i lód) oraz skład chemiczny obecnej atmosfery i skorupy planety na podstawie analizy meteorytów. Wykorzystali także dane dostarczone przez łaziki i orbitery marsjańskie, zwracając przy tym szczególną uwagę na stosunek deuteru do wodoru. Zdecydowana większość atomów wodoru ma tylko jeden proton w jądrze atomowym, ok. 0,02 proc. występuje w postaci deuteru, który w jądrze ma proton i neutron. Lżejszy wodór szybciej ucieka w kosmos niż jego cięższy odpowiednik.

Porównując poziomy lżejszych atomów wodoru i cięższych atomów deuteru w próbkach marsjańskich, naukowcy mogą oszacować, ile zwykłego wodoru mogła utracić Czerwona Planeta w czasie. Ponieważ każda cząsteczka wody składa się z dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu, szacunki utraty wodoru na Marsie odzwierciedlają zatem, ile wody zniknęło, gdy promieniowanie słoneczne rozbiło ją na Czerwonej Planecie na cząsteczki wodoru i tlenu.

– Cała ta woda została dość wcześnie odseparowana i potem nigdy nie wypłynęła – wskazuje Eva Scheller.

W ramach nowych badań naukowcy odkryli, że reakcje chemiczne mogły doprowadzić do tego, że 30–99 proc. wody pozostało na planecie. Reszta trafiła do kosmosu, co może wyjaśnić stosunek wodoru do deuteru obserwowany na Marsie.

– Ucieczka z atmosfery wyraźnie odegrała rolę w zmniejszeniu zasobów wody na Marsie, jednak odkrycia misji marsjańskich z ostatniej dekady wskazują na fakt, że istniał tam ogromny rezerwuar starożytnych uwodnionych minerałów, których formowanie z pewnością zmniejszyło dostępność wody z biegiem czasu – tłumaczy Bethany Ehlmann, profesor planetologii i zastępca dyrektora Instytutu Badań Kosmicznych im. Kecka.

Kiedy woda wchodzi w interakcję ze skałą, chemiczne wietrzenie tworzy gliny i minerały, które zawierają wodę jako część ich struktury. Taki proces zachodzi na Ziemi, ale i na Marsie. Ponieważ Ziemia jest aktywna tektonicznie, tworzy się nowa skorupa na granicach płyt, zwracając wodę i inne cząsteczki z powrotem do atmosfery. Mars jest w większości nieaktywny tektonicznie, więc jeśli powierzchnia wyschnie, to już na stałe.

Naukowcy czekają teraz na wyniki, które przekaże łazik Perseverance należący do NASA. Wylądował na Marsie w lutym i może pomóc doprecyzować szacunki, ile wody faktycznie zostało na Czerwonej Planecie.

– Badania, które opierały się na danych z meteorytów, teleskopów, obserwacji satelitarnych i próbek analizowanych przez łaziki na Marsie, pokazują, jak ważne jest badanie Czerwonej Planety na wiele różnych sposobów – mówi Eva Scheller.

Silny dolar

Złoty traci na swej sile. W ciągu miesiąca dolar zdrożał o prawie 20 groszy. Wzrost jego kursu wobec polskiej waluty przekroczył 4,5 proc.

Dolar jest bardzo mocny na rynku walutowym, potwierdzenie znajdujemy na parze EUR/USD, gdzie doszło do spadku poniżej poziomu 1,20.

– Mocny dolar to efekt wysokich oczekiwań inflacyjnych, a z tym związane są nadzieje inwestorów na wyższe stopy procentowe w USA, bo sposobem na zwalczanie inflacji są wyższe stopy procentowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

Amerykański bank centralny zapewnia jednak, że nie będzie w bliskim czasie podwyżek stóp procentowych. Pod tym względem podobne są też zapewnienia prezesa NBP.

– W normalnych czasach, gdyby nie było pandemii, przy takiej inflacji mielibyśmy podwyżki stóp procentowych, a to, że takich podwyżek nie należy się spodziewać nie jest dobrą informacją dla złotego, który teraz jest dość słaby – komentuje ekspert XTB.

Niestandardowe działania NBP, polegające na skupie aktywów też mają być kontynuowane przez dłuższy czas. Nie ma to jednak tak dużego wpływu na siłę polskiej waluty, a porównaniu do skutków działań Fed i EBC.

– W tym roku złoty powinien być mocniejszy, a dolar znacznie słabszy, powinniśmy zobaczyć poziom 3,50 – 3,60 zł za dolara – dodaje M.Stajniak. – Jednak, gdyby doszło do rozwoju pandemii, wówczas za dolara zapłacimy nawet 4 zł, jednak nie traktuję, że taki scenariusz jest bazowy.

Hotelarzom kurczą się rezerwy gotówki. Co czeka rynek hotelowy?

Polacy chętniej niż wiosną ubiegłego roku wracają do hoteli w miejscowościach wypoczynkowych. Na gości nadal czekają hotele biznesowe.

Jak wynika z analiz JLL, w momencie ogłoszenia ponownego odmrożenia gospodarki zaplanowanego na 12 lutego, do hoteli zaczęło napływać dużo więcej zapytań o nowe rezerwacje niż po otwarciu obiektów hotelowych w maju. Właściciele hoteli w miejscowościach turystycznych liczą na udaną wiosnę i lato, z kolei hotele miejskie czekają na powrót klienta korporacyjnego i zagranicznych gości.

Przez większość 2020 roku polskie hotele funkcjonowały albo na ograniczonych zasadach albo nie funkcjonowały wcale, a z końcem grudnia zostały całkowicie zamknięte na prawie siedem tygodni. Tym samym w Polsce wprowadzono najsurowsze ograniczenia działalności obiektów hotelowych w całej Europie – byliśmy jedynym krajem, w którym nie można było realizować nawet podróży służbowych.

Moment ponownego otwarcia hoteli w lutym sprawił, że w sam weekend walentynkowy w panowało w nich prawdziwe oblężenie. Dotyczyło to przede wszystkim miejscowości wypoczynkowych, ale też niektórych miast. Tygodnie po 14 lutego to powrót do stanu, który obserwowaliśmy już podczas wakacji. W hotelach miejskich bardzo trudno o gościa, natomiast hotele w miejscowościach turystycznych nie mają problemu z obłożeniem. Popyt turystyczny w Polsce ponownie okazuje się dużo bardziej odporny na pandemię, komentuje Agata Janda, Dyrektor ds. Doradztwa Hotelowego, JLL.

Wiele hoteli turystycznych sprzedaje wszystkie możliwe pokoje, czyli 50% ogólnego stanu przy obecnie obowiązujących obostrzeniach. Już teraz spływają tam również rezerwacje na Święta Wielkanocne, majówkę oraz wakacje, pojawiają się też rezerwacje na kwiecień, ponieważ goście chcą skorzystać z niższej ceny.

Zmęczenie lockdownem spowodowało, że Polacy planują wyjazdy „last minute”, do miejscowości, do których można dojechać samochodem. Jednocześnie przestaliśmy dokonywać rezerwacji podróży w oparciu o złożone kryteria wyboru. Teraz jedynym kryterium jest po prostu chęć zmiany scenerii. Chcemy być gdziekolwiek, oby to nie było nasze własne mieszkanie, dodaje Agata Janda.

Hotele miejskie czekają na gości

Hotele zlokalizowane w największych polskich aglomeracjach znajdują się w najtrudniejszej sytuacji, ponieważ opierają się głównie na gościach biznesowych, a tych od wielu miesięcy brakuje. Z szeregiem wyzwań mierzą się również te miasta, które mocno polegają na gościach międzynarodowych. Przykładem jest Kraków, najchętniej odwiedzana przez międzynarodowych turystów destynacja w Polsce.

Niestety prognozy Credit Suisse studzą nastroje wśród właścicieli hoteli miejskich – w 2021 roku możemy spodziewać się spadku liczby międzynarodowych podróżnych służbowych o około 65% w stosunku do roku 2019. Niektóre podmioty aktywne na rynku szeroko rozumianych podróży przewidują, że pandemia na trwale zredukuje popyt podróży służbowych nawet o 25-50%.

Jednak kurczący się rynek podróży służbowych nie musi oznaczać proporcjonalnych spadków dla branży hotelowej. Warto zwrócić uwagę na to, że przed pandemią wiele podróży biznesowych było realizowanych w obrębie jednego dnia, bez noclegu. To właśnie one w największym stopniu będą zastąpione przez telekonferencje. Wyjazdy, które wymagały pobytów w hotelach, czyli wyjazdy kilkudniowe, trudniej będzie zastąpić przez wideospotkania i jest wysoce prawdopodobne, że będą one wydłużać się w porównaniu do sytuacji sprzed pandemii, tak aby zminimalizować liczbę podróży, tłumaczy Agata Janda.

Paradoksalnie zatem, zmiana trendu w liczbie odbywanych podróży służbowych może wygenerować więcej rezerwacji w hotelach.

Bardzo trudna sytuacja wielu polskich hotelarzy

Aktualnie jednak, pomimo ponownego otwarcia hoteli, sytuacja wielu polskich hotelarzy jest bardzo trudna. Tylko około 25% wszystkich hoteli w Polsce to obiekty zlokalizowane w miejscowościach typowo turystycznych, czyli tam, gdzie o gości hotelowych dzisiaj najłatwiej. Reszta tego typu nieruchomości już prawie od roku funkcjonuje w rzeczywistości minimalnych przychodów i skrajnej niepewności rynkowej.

Od maja właściciele hoteli wykorzystywali rezerwy gotówki, przesuwali fundusze remontowe na bieżące operacje, korzystali z dostępnych narzędzi pomocowych z państwa i z sektora bankowego, w tym moratoriów na spłaty kredytów. Ale przy zerowym przychodzie trudno z pakietów pomocowych pokryć chociażby koszty stałe. Nawet przy zamkniętym hotelu, te tylko w około 16% są pokryte przez szeroko rozumianą pomoc państwa, wskazuje Agata Janda.

Dodatkowo, koszty restrukturyzacji zadłużenia wzrastają, a banki mało przychylnie podchodzą do udzielania kredytów dla branży. Trudną sytuację właścicieli hoteli w Polsce potęguje też fakt, że w większości są to indywidualni przedsiębiorcy, a nie instytucjonalny kapitał, który jest obecny na bardziej dojrzałych rynkach hotelowych Europy. Prywatnym właścicielom szybciej kurczą rezerwy gotówki i mocniej dotyka ich niepewność panująca na rynku.

Ten negatywny sentyment powoli zaczyna przekładać się na decyzje właścicieli odnośnie sprzedaży hoteli. Póki co, widzimy przede wszystkim zmianę na poziomie mentalnym. Przedsiębiorcy, którzy przed pandemią nie rozważali sprzedaży swoich obiektów w ogóle, zaczynają teraz tę opcję brać pod uwagę. Na razie nie ma jednak po stronie właścicieli dużej elastyczności na poziomie ceny, a właśnie elastyczności poszukują inwestorzy zainteresowani obecnie rynkiem hotelowym, tłumaczy Agata Janda.

Sektorem hotelowym interesują się inwestorzy oportunistyczni

Okresy dużej niepewności rynkowej generują wzmożone zainteresowanie kapitału oportunistycznego, który akceptuje zakupy na wyższym poziomie ryzyka, czyli po odpowiednio niższej cenie i przy wyższych stopach kapitalizacji. Celuje on zatem głównie w nieruchomości znajdujące się albo w trudnej sytuacji finansowej lub prawnej. Inną grupą funduszy są te, poszukujące obiektów z potencjałem do zmiany funkcji, zwłaszcza w ramach szeroko rozumianego sektora living, a także rebrandingu, czy modernizacji, co przełoży się na podniesienie jego wartości i pozwoli sprzedać dany produkt w wyższej cenie, tłumaczy Jakub Kleban, Dyrektor w Dziale Wycen Nieruchomości, JLL.

Na razie jednak rynek nie wygenerował znaczących transakcji hotelowych, które byłyby pokłosiem pandemii, chociaż JLL obserwuje coraz więcej zakulisowych rozmów w sprawie potencjalnych sprzedaży. Warto jednak podkreślić, że na początku lutego tego roku została sfinalizowana sprzedaż Hotelu Regent (były Hyatt) przy ulicy Belwederskiej w Warszawie. Syndyk przejął masę upadłości już w 2018 roku, ale dopiero w kwietniu ubiegłego roku zostały przedstawione warunki przetargu i aukcji. Hotel został kupiony przez PHN Property Management, spółkę zależną PHN i PHH za kwotę 130,5 mln PLN.

Pandemia przyspiesza zmiany

Pojawienie się COVID-19 wzmocniło globalne trendy hotelowe – począwszy od zmian dotyczących aranżacji części wspólnych i pokoju, a kończąc na coraz bardziej rozbudowanych rozwiązaniach technologicznych. Wiele grup hotelowych zgłasza chęć rozbudowywania marek hotelowych o pokoje z aneksami kuchennymi, bo od kilku lat takie właśnie pokoje coraz chętniej wybierają goście, a pandemia tylko przyśpieszyła ten trend. Grupa Accor z kolei wprowadza cyfrowy klucz do otwierania pokoi, czy uruchamiania windy, który będzie dostępny w formie aplikacji na telefon.

Mocnym impulsem do zmian było też wejście na giełdę Airbnb. Sukces spółki, której kapitalizacja obecnie przekracza kapitalizację Marriotta, Hiltona i Hyatta razem wziętych, pokazuje, że podróżni szukają lokalnych i autentycznych doświadczeń i w oparciu o to kryterium dokonują rezerwacji pokoi, wskazuje Agata Janda.

Hotele będą dostosowane do nowych wymagań podróżujących, ponieważ na skutek pandemii granica pomiędzy podróżowaniem, pracą i życiem zaczęła się zacierać. Hotele powoli będą stawać się „one stop shop”, czyli miejscem gdzie wszystkie te elementy będzie można ze sobą połączyć.

Już teraz globalnie obserwujemy, że sale konferencyjne i lobby hotelowe są konwertowane i adaptowane pod przestrzenie coworkingowe, które szturmem wchodzą też do biur, a nawet centrów handlowych. Podobnych zmian z czasem możemy spodziewać się również w polskich hotelach. Wcześniej wspomniana elastyczność i umiejętność dostosowywania się do zmieniających się nastrojów konsumentów to warunek odbicia się rynków hotelowych na całym świecie, podsumowuje Agata Janda.

Pandemia przyspieszyła transformację cyfrową w ponad połowie polskich firm

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez EY Polska, transformacja cyfrowa przyspieszyła w czasie pandemii w ponad połowie firm, a 27% badanych przedsiębiorstw przyznaje wręcz, że zostało zmotywowanych do działania w tym obszarze wyłącznie przez pandemię. W 8% firm transformacja cyfrowa na skutek pandemii spowolniła, a w 1% firm proces z tego powodu się zatrzymał. W około jednej trzeciej badanych firm (32%) pandemia nie miała żadnego wpływu na transformację cyfrową.

– Firmy, które w ostatnim roku szybko zareagowały na sytuację związaną pandemią i przeprowadziły transformację, nie tylko zdobyły nowych klientów i zwiększyły przychody, ale znacząco poszerzyły skalę działalności, zyskując przewagę konkurencyjną. Przedsiębiorstwa zostały zmuszone do natychmiastowego działania za sprawą lockdownów i przeniesienia w dużej mierze pracy z biur do domów. Okazało się, że narzędzia i rozwiązania, których implementacja rozplanowana była na lata, musiały zostać zastosowane niemalże z dnia na dzień. Oczywiście ci, którym się to udało i którzy mogli sobie na to pozwolić dziś mogą mówić o sukcesie. Ci, którzy z różnych powodów nie weszli na ścieżkę transformacyjną w ostatnich kilkunastu miesiącach będą jednak musieli nadrobić stracony czas i dystans dzielący ich do bardziej ucyfrowionej konkurencji. Dziś już bowiem wiemy, że powrotu do dawnej normalności raczej nie będzie – mówi Michał Kopyt, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego, Lider Doradztwa Technologicznego w EY.

Niezależnie od zaawansowania procesów transformacji cyfrowej, znakomita większość ankietowanych (aż 91%) dostrzega potencjał z nią związany. Upatrują w niej przede wszystkim szans na zwiększenie efektywności (77%), traktują ją jako odpowiedź na potrzeby klientów (61%) i sposób na redukcję kosztów (60%). Dla 53% transformacja cyfrowa to z kolei możliwość rozwoju. Jeden na pięciu ankietowanych uznaje, że to szansa na nadrobienie zaległości.

Rys.1. Czym, z punktu widzenia firm, jest transformacja cyfrowatransformacja cyfrowa

Co ciekawe, dla 27% badanych transformacja cyfrowa to przede wszystkim jednak inwestycja w technologię, nieznacznie mniejszy odsetek (25%) deklaruje, że to proces przemian w firmie, wykraczający poza rozwiązania technologiczne. W sumie ponad połowa badanych (55%) twierdzi, że transformacja cyfrowa jest częścią strategii, ale 36% wprowadza ją w odpowiedzi na bieżące problemy. W 5% firm narzucana jest przez czynniki niezależne od firmy, a 4% wprowadza ją, gdy na rynku pojawią się ciekawe rozwiązania.

– Blisko 80% badanych firm nadaje transformacji cyfrowej wysoki lub średni priorytet, ale wyniki naszego badania pokazują jak w soczewce, że podejście do transformacji cyfrowej w polskich firmach jest spolaryzowane i w każdym przedsiębiorstwie może oznaczać zupełnie co innego. Duża grupa firm uważa, że to jedynie inwestycja w technologię, ale są też tacy, którzy deklarują, że jest ona dla nich całościowym i wielopłaszczyznowym etapem zmian w firmie. Niezależnie od tego, w której są grupie, niemal wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że generuje ona dla firmy potencjał, choć zdają sobie sprawę z tego, że do jej przeprowadzenia konieczna będzie zmiana dotychczasowego sposobu myślenia – dodaje Michał Kopyt.

Zapytani o to, jakie rozwiązania w związku z transformacją cyfrową wdrożono, respondenci najczęściej wskazywali na zakup sprzętu lub infrastruktury, co potwierdza tylko, że polskie spółki rozumieją digitalizację głównie jako automatyzację, a bardziej zaawansowane rozwiązania związane z procesem transformacji cyfrowej nie są zbyt popularne. Wdrożenie bazy danych, narzędzi z zakresu cyberbezpieczeństwa czy przeniesienie procesów do chmury to kolejne najczęściej podejmowane inicjatywy. Zdecydowanie najmniejszą popularnością cieszą się narzędzia analityczne dla Big Data i systemy przewidujące, a także rozwiązania z zakresu marketing automation.

Rys.2. Rozwiązania wdrożone w ramach transformacji cyfrowej i planowane w ciągu najbliższych 12-18 miesięcyRozwiązania wdrożone w ramach transformacji cyfrowej

W kolejnych miesiącach firmy nadal chcą skupiać się przede wszystkim na zakupie sprzętu, mniej będą się natomiast koncentrować na wdrażaniu bazy danych. Część firm – 17% nie zamierza w najbliższym roku bądź półtora wdrażać żadnego nowego rozwiązania w ramach transformacji cyfrowej.

– Myślenie o zakupie sprzętu i infrastruktury jako podstawowym działaniu w procesie transformacji cyfrowej dotyczy zarówno działań dotychczasowych, obecnych, jak i przyszłych. I nie jest to postawa nieuzasadniona. Najczęściej bowiem cały proces wymaga zakupu konkretnych narzędzi, urządzeń i rozwiązań. Nie można jednak na tym poprzestać, bo będzie to jedynie oznaczało unowocześnienie zasobów a nie całościową transformację przedsiębiorstwa. Pojedyncze procesy – nawet jeśli będą wykorzystywały zaawansowane technologie i rozwiązania, będą nieefektywne, jeśli zmiany nie dotkną wszystkich aspektów działalności firmy. Może się to okazać pułapką, bo transformacja cyfrowa to ciągły proces udoskonalania przedsiębiorstwa a nie jedynie punktowe i jednorazowe działania – mówi Michał Kopyt.

Jeśli już firmy decydują się na przeprowadzenie cyfrowej transformacji, najbardziej dynamiczną przemianę przechodzą działy księgowości, sprzedaży i obsługi klienta – obszary charakteryzujące się najniższym poziomem automatyzacji, z drugiej – generującej rozwój biznesu. Zaskakujące w tym zestawieniu jest postrzeganie procesów administracyjnych jako najmniej istotnych z punktu widzenia kolejności obszarów, w których wdrażane są rozwiązania transformacji cyfrowej.

Rys.3. Działy lub procesy w firmie priorytetowe pod względem wdrażania transformacji cyfrowejprocesy w firmie priorytetowe pod względem wdrażania transformacji cyfrowej

Tylko 13% respondentów nie zidentyfikowało żadnych barier przy wprowadzaniu rozwiązań w zakresie transformacji cyfrowej. Ponad jedna trzecia respondentów wskazała, że jedną z głównych są zbyt wysokie jej koszty. Ponad jedna czwarta firm musi stawić czoła obawom pracowników przed zmianą, jedna na cztery firmy mierzy się z brakiem kompetencji lub zasobów. Wciąż dla wielu firm problemem w tej kwestii pozostaje brak odpowiedniej strategii, kultury organizacyjnej nastawionej na wdrażanie innowacji, brak lidera gotowego do przeprowadzenia zmian (14%) a nawet obawy zarządu przed zmianą.

Rys.4. Bariery transformacji cyfrowej

Bariery transformacji cyfrowej– Pandemia która z jednej strony była siłą napędową transformacji może ją hamować ze względu na barierę kosztową. W sytuacji niepewności co do możliwości i perspektyw dalszej działalności, przedsiębiorcy obawiają się podejmowania decyzji pociągających za sobą koszty. Wciąż też, jak wynika z badania ogromne znaczenie przy wdrażaniu tego typu procesów odgrywa czynnik ludzki – i to zarówno dotyczący braku odpowiednich kwalifikacji, czy niechęci pracowników do zmian, jak również samych zarządzających firmami, którzy również nie zawsze są do zmian przekonani – mówi Michał Kopyt.

O badaniu
Badanie „Transformacja cyfrowa firm 2020” zostało zrealizowane metodą CATI i CAWI, pod koniec października 2020 r. przez CubeResearch, na próbie 989 respondentów. Połowa objętych badaniem respondentów zajmuje pozycję kierownika bądź szefa działu najczęściej: IT, Finansów, HR i sprzedaży. 24% pełni stanowisko członka zarządu, bądź dyrektora, a jedna piąta jest właścicielem bądź współwłaścicielem badanej firmy. Tylko 6% respondentów pracuje na niższym stanowisku.

W badaniu wzięli udział przedstawiciele różnych branż. Zgodnie z założeniami czterem z nich przyjrzeliśmy się ze szczególną uwagą. Są to: produkcja, finanse, retail oraz logistyka.

Większość badanych firm posiada przeszło 10-letnie doświadczenia na rynku. Jedynie nieco mniej niż jedna piąta prowadzi działalność krócej niż dekadę, podczas gdy 15% jest na rynku od mniej niż 5 lat.

Również pod względem przychodów, badane firmy są dość różnorodne. Najwięcej, bo 36% z nich generuje rocznie od 50 do 150 mln PLN zysku. Przychody około jednej czwartej firm wynoszą od 150 do 300 mln PLN, a ponad jednej piątej do 50 mln PLN. Najmniejsza grupa firm, ale aż 18% generuje roczne przychody przekraczające 300 mln PLN.

Uczestnicy sondażu zostali również zapytani o procent budżetu jaki przeznaczają rocznie na transformację cyfrową. Ponad połowa respondentów zadeklarowała, że ich firma przeznacza na ten cel do 3% przychodu, a około jednej czwartej, iż 4–5% z zysku. Mniej, bo poniżej jednej dziesiątej ankietowanych, przekazuje 6 – 10% przychodu, a powyżej 10% przychodu 8% badanych.

Korekta na rynku kryptowalut. Euro znów powyżej 4,60

Amerykańska waluta pokazała wczoraj niespodziewanie siłę i to wbrew danym makroekonomicznym, które wskazywały na nadchodzące problemy w gospodarce Stanów Zjednoczonych.

Euro znów powyżej 4,60

Inwestorzy nie patrzą ostatnio przychylnie na polską walutę. Dzisiaj poznaliśmy dane na temat przeciętnych wynagrodzeń i zatrudnienia. To, że w ciągu roku pandemicznego zatrudnienie zmalało, nikogo nie dziwi. Wynik -1,7% jest jednak znacznie lepszy od pierwotnych oczekiwań analityków. Co ciekawe, pomimo przejścia z rynku pracy pracownika na rynek pracy pracodawcy w wielu branżach płace w dalszym ciągu rosną. W ciągu roku był to wzrost o 4,5% średnio. Wiadomo, że średnia ma swoje wady, ale pokazuje pewną korzystną tendencję. Pomimo tych danych jesteśmy jednak świadkami odwrotu od złotego.

Słabsze dane nie przeszkodziły dolarowi

Wczorajsze dane z USA nie spełniły oczekiwań analityków. Gorzej wypadła zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa. Nie może zatem dziwić dość ściśle powiązane z produkcją przemysłową wykorzystanie mocy produkcyjnych, które również idzie w dół. Spadki w skali roku wynoszą dla sprzedaży i produkcji odpowiednio 3% i 2,2%, ale sygnalizują, że gospodarka może się ustabilizować na trochę niższym poziomie konsumpcji. Co ciekawe, wczoraj pomimo tych danych dolar znów zyskiwał na wartości względem euro, oddalając się od psychologicznej bariery 1,20 dolara za 1 euro.

Korekta na rynku kryptowalut

Ostatnie tygodnie pokazują wyjątkowo dużą nawet jak na rynek kryptowalut zmienność. Bitcoin, który w weekend przebijał 60 000 dolarów w ciągu raptem kilkunastu godzin, został przeceniony o 10%. Jest to prawdopodobnie efekt realizacji zysków przez któregoś z dużych inwestorów. Patrząc jednak, w jaki sposób zachowuje się ten rynek i ile dużych instytucji finansowych dotychczas bardzo negatywnie nastawionych do tematu kryptowalut otwiera działy przeznaczone do obsługi tego rynku, można się spodziewać jeszcze wielu takich ruchów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polska sieć autostrad nadal ma problemy z gęstością. Budujemy, ale drogo i powoli

W latach 2015-2020 GDDiK oddała do użytku jedynie 156 km autostrad, z czego ani jednego kilometra w latach 2015, 2017 i 2018. Koszt budowy wzrósł natomiast między 2019 i 2020 rokiem aż o 34,3 %.

W swoim podsumowaniu roku 2020 Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad informuje, że wykonano więcej założeń, niż przewidywał pierwotny plan. Planowano udostępnienie do ruchu 12 zadań o łącznej długości 116,8 km, a mimo trudności związanych z pandemią udało się zrealizować niemal 140 km inwestycji drogowych. Jednak wynik ten, jak i sieć autostrad w Polsce niekoniecznie napawa optymizmem, dlatego eksperci rankomat.pl przeanalizowali dane dotyczące budowy autostrad i porównali je z resztą Europy.

156 km autostrad oddanych w latach 2015-2020

Obecnie kierowcy zgodnie z danymi Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad na terenie naszego kraju mają do dyspozycji 4269 km dróg szybkiego ruchu, w tym 1 712 km autostrad. Co ciekawe w latach 2015-2020 zbudowano jedynie 156 km autostrad. Według danych przedstawionych w artykułach udostępnianych przez GDDKiA w latach 2015, 2017, 2018 nie oddano to użytku ani jednego kilometra autostrad. Natomiast w ubiegłym roku 2020 zostało oddane jedynie 14,6 km autostrad. Natomiast w roku 2021 GDDKiA planuje udostępnić kierowcom 39,6 km autostrad (z czego 15,9 to kapitalny remont odcinka oddanego do użytku w 1989). Warto jednak pamiętać, że sieć autostradowa w Polsce znajduje się na finiszu, a z planowanej długości 2100 km do użytku oddanych zostało 1712 km.Kilometry-autostrad-oddanych-do-uzytku-w-latach-2015-2020

Długość autostrad w wybranych krajach Europy – Polska wciąż poza czołówką

Niska liczba oddanych do użytku autostrad może być związana z faktem, że planowana ich sieć znajduje się w naszym kraju na ukończeniu. Musimy jednak pamiętać, że biorąc pod uwagę terytorium i liczbę ludności, to nasz kraj wciąż nie znajduje się w europejskiej czołówce. Nawet w niewielkiej Holandii sieć autostrad jest dłuższa o ponad 1000 km. Należy jednak wziąć pod uwagę, że autostrady w krajach zachodnich, budowane były w latach mniejszej dbałości o środowisko naturalne i związanych z tym niższych kosztów.Długość-autostrad-w-wybranych-krajach-Europy-2020

Gęstość sieci autostradowej pozostawia wiele do życzenia

W Polsce na 1km2 powierzchni naszego kraju przypada jedynie 0,005 km autostrady, zaś w podobnych obszarowo Włoszech ten wskaźnik jest dwukrotnie wyższy i wynosi 0,010km/km2. Duże zagęszczenie sieci autostradowej, nie jest jednak domeną tylko krajów spoza dawnego bloku wschodniego, bardziej rozbudowaną niż Polska sieć autostrad posiadają również Czesi (0,016km/km2) oraz Węgrzy (0,014km/km2). Polsce wciąż daleko do Francji (0,018km/km2) czy Niemiec (0,036km/km2). Natomiast taka gęstość sieci autostrad jak u Holendrów (0,066km/km2) czy Luksemburczyków (0,057km/km2) wydaje się być poza naszym zasięgiem.Gęstość-autostrad-w-europie

Właściwie utrzymana i odpowiednio gęsta sieć autostrad ma wpływ nie tylko na szybkość i płynność ruchu samochodowego, ale także na poprawę bezpieczeństwa kierowców i pasażerów. Jest to również istotna informacja brana pod uwagę przez towarzystwa ubezpieczeniowe, podczas oceny ryzyka ubezpieczenia samochodu. Dobra jakość dróg przekłada się bowiem na mniejsze ryzyko potencjalnego wypadku i konieczność wypłaty odszkodowania przez ubezpieczyciela – komentuje Bartosz Benduch, ekspert ds. ubezpieczeń komunikacyjnych rankomat.pl.

Rośnie średni koszt budowy kilometra autostrady

Uwagę zwracają również duże wahania w kosztach budowy autostrad w ostatnich latach, przy uwzględnieniu wszystkich kosztów. Średni koszt budowy kilometra autostrady przestawiony przez GDDKiA na rok 2020 wyniósł 47,8 mln zł i stanowił 134,3% uśrednionych kosztów budowy dla roku 2019, zaś w roku 2018 koszt budowy kilometra autostrady wyniósł 42,4 mln. Oczywiście w wyliczeniach należy uwzględnić, że na ostateczną cenę kilometra autostrady ma wpływ szereg czynników, a w kolejnych latach buduje się drogi w różnym terenie (teren zurbanizowany wymaga większych nakładów na odszkodowania), o nieporównywalnym stopniu trudności i z różną liczbą węzłów komunikacyjnych.sredni-koszt-budowy-kilometra-autostrady

Koszt budowy kilometra drogi ekspresowej o 12 mln zł wyższy niż kilometra autostrady

Warto mieć również na uwadze, że w komunikacie GDDKiA określa się średnie ceny budowy kilometra autostrady i drogi ekspresowej jako „porównywalne”. Natomiast całkowity koszt realizacji kilometra drogi ekspresowej w 2020 roku był o 12 mln zł wyższy niż kilometra autostrady. Koszt średni dla kilometra drogi ekspresowej w 2018 roku wynosił 47,3 mln zł i w  2019 roku wzrósł do 59,9 mln zł, a w 2020 roku spadł średnio o 100 tys. złotych i wyniósł 59,8 mln.

Sieć autostradowa w Polsce jest stale rozbudowywana, ale wciąż daleko nam do europejskich liderów. Średni koszt budowy kilometra autostrady rośnie, rosną również wymagania środowiskowe. Należy jednak zaznaczyć, że inwestycje autostradowe w naszym kraju znajdują się na finiszu, a z zakładanej długości 2100 km do użytku oddanych zostało 1712 km. Pytanie, czy to wystarczająca liczba kilometrów autostrad?

Odwiedzalność centrów handlowych w drugim tygodniu marca

  • Średnia odwiedzalność centrów handlowych od poniedziałku do soboty w drugim tygodniu marca ukształtowała się na poziomie o 24 proc. niższym (76 proc.) od wyniku z analogicznego okresu w 2019 roku, kiedy handel nie był ograniczony lockdownem. Taki poziom odwiedzalności utrzymuje się w okresach otwarcia centrów handlowych pomiędzy kolejnymi lockdownami.
  • Kumulacja popytu klientów i wzrosty odwiedzalności w obiektach handlowych następują w wyniku decyzji rządu o zamknięciach i otwarciach obiektów handlowych, co przyczynia się do gwałtownego zainteresowania zakupami i niepotrzebnej wzmożonej aktywności klientów w krótkim czasie.
  • Dane przedstawione przez Polską Radę Centrów Handlowych pokazują, że ruch w centrach handlowych przed wprowadzeniem obostrzeń w kolejnych województwach był ustabilizowany i utrzymywał się na poziomie umożliwiającym zachowanie wszelkich parametrów bezpieczeństwa zarówno przez klientów, jak i pracowników.
  • Obiekty handlowe funkcjonują z zachowaniem najwyższych standardów sanitarnych, są dostosowane do krajowych zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii oraz wytycznych międzynarodowych np. WHO.

Upłynął rok od potwierdzenia pierwszego w Polsce przypadku zakażenia koronawirusem. W analogicznym okresie ubiegłego roku ogłoszono stan pandemii i niewiele później wprowadzono w Polsce pierwszy lockdown ograniczający m.in. funkcjonowanie centrów handlowych. Dlatego też przygotowane przez Polską Radę Centrów Handlowych dane dotyczące odwiedzalności galerii handlowych w okresie od 8 do 14 marca bieżącego roku zestawiane są z liczbą wizyt klientów z analogicznego tygodnia w 2019 roku, kiedy obiekty handlowe działały bez zakłóceń.

Średnia odwiedzalność centrów handlowych od poniedziałku do soboty w drugim tygodniu marca ukształtowała się na poziomie 76 proc., czyli o 24 proc. niższym od wyniku z analogicznego okresu w 2019 roku.

Jak pokazują dane z ostatnich tygodni ustabilizowany ruch w galeriach handlowych pozwala na kontrolowanie liczby przebywających w nich osób, zapewnienie koniecznego dystansu oraz przestrzeganie obowiązujących zasad bezpieczeństwa sanitarnego.

Wyniki z poszczególnych dni drugiego tygodnia marca br. osiągały od 69 proc. do 85 proc. odwiedzalności odnotowanej w analogicznym okresie 2019 roku. Najmniejszy ruch zaobserwowano w największych galeriach o powierzchni powyżej 60 tys. mkw. GLA – w dni handlowe utrzymywał się on na poziomie 70 proc. odwiedzalności z 2019 roku. Wyraźnie niższy średni tygodniowy footfall odnotowano w regionach Północnym – niecałe 62 proc. i Wschodnim – 65 proc. wyników z analogicznego okresu sprzed rozpoczęcia pandemii.

ZPP: Po dwóch miesiącach widzimy, że podatek cukrowy uderza w konsumentów i firmy, generując niewielkie wpływy finansowe

Robiąc zakupy na początku nowego roku, część konsumentów mogła być zaskoczona. Ceny ich ulubionych napojów okazały się nawet o kilkadziesiąt procent wyższe, niż jeszcze w grudniu. To rezultat wejścia w życie podatku cukrowego, który – wbrew swojej nazwie – obejmuje nie tylko napoje słodzone cukrem, lecz również te zawierające niskokaloryczne substancje słodzące, a także kofeinę i taurynę. Po pierwszych dwóch miesiącach obowiązywania podatku widzimy jak na dłoni, że tracą konsumenci i firmy z branży napojowej, zaś budżet państwa zyskuje znacznie mniej, niż przewidywali projektodawcy. Każe to zadać poważne pytania o rzetelność przygotowanych w toku procesu legislacyjnego analiz skutków wprowadzanej regulacji.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców konsekwentnie opowiadał się przeciwko wprowadzaniu podatku cukrowego. W toku procesu legislacyjnego wskazywaliśmy, że wszelkiego rodzaju podatki sektorowe jedynie komplikują system i doprowadzają do zaburzeń na rynku. Co więcej, w przypadku tego konkretnego obciążenia, projektodawca powoływał się również na argumenty odnoszące się do polityki zdrowotnej, które wydawały nam się całkowicie nieprzekonujące. Nie wierzymy, by opodatkowanie określonej kategorii produktów miało stanowić adekwatną odpowiedź na wyzwania związane z rosnącym problemem otyłości w społeczeństwie. Zwłaszcza, że podatkiem cukrowym objęte są również niskokaloryczne substancje słodzące, co naturalnie zmniejsza skłonność producentów do reformulacji (zmiany składów w celu obniżenia kaloryczności produktów) i poddaje w wątpliwość „prozdrowotny” cel nowego obciążenia.

Marzec 2020 roku przyniósł epidemię koronawirusa w Polsce i daleko idące zmiany w życiu gospodarczym. Część firm została dotknięta głębokimi restrykcjami związanymi z ograniczeniami w prowadzeniu działalności, w niektórych branżach pojawiło się zagrożenie przerwania łańcuchów dostaw, inni mierzyli się z organicznym spadkiem popytu wywołanym zagrożeniem epidemicznym. Dzisiaj wiemy, że rok 2020 był pierwszym od kilkudziesięciu lat rokiem recesji w polskiej gospodarce. Przedsiębiorcy do tej pory mierzą się z reperkusjami trwającej epidemii, a niektórzy z nich (również istotny z punktu widzenia branży napojowej sektor horeca) w dalszym ciągu funkcjonują w szczątkowym zakresie. Przez cały rok 2020 i pierwsze miesiące roku 2021 podkreślaliśmy konsekwentnie – epidemia jest najgorszym czasem na wprowadzanie nowych podatków, firmy i tak mierzą się z wieloma trudnościami i rząd nie powinien dokładać im obciążeń. Niestety, mimo naszych apeli zdecydowano się uchwalić szereg nowych podatków, w tym podatek cukrowy – posługując się zresztą budzącą poważne wątpliwości formułą nowelizowania jeszcze nieuchwalonego aktu prawnego.

Po pierwszych dwóch pełnych miesiącach obowiązywania podatku cukrowego jesteśmy w stanie zidentyfikować pierwsze jego skutki. Najbardziej oczywistym z nich jest wzrost cen, czyli zwiększenie obciążeń konsumentów, w tym trudnym dla wielu gospodarstw domowych czasie. Skala podwyżek zaskoczyła znaczną część klientów sklepów, jednak w znacznej mierze odpowiada ona konstrukcji podatku. Składa się on bowiem z kilku składników, obciąża szereg substancji (nie tylko cukier) i sumuje się do maksymalnej kwoty 1,20 zł w przeliczeniu na litr napoju.

Rosnące ceny doprowadziły w oczywisty sposób do spadku wartości sprzedaży napojów o nawet kilkanaście procent. Takie proste obniżenie popytu na napoje słodzone cukrem i słodzikami w żaden sposób nie przekłada się na wiarygodne wskaźniki związane z walką z problemem otyłości, czy poprawą zdrowia Polaków. W tej chwili straty producentów oznaczają namacalnie jedynie zmniejszone inwestycje i realną groźbę redukcji zatrudnienia, zwłaszcza w warunkach utrzymującej się pandemii. Dodatkowo, nie wiadomo czy nie nastąpiło zjawisko substytucji produktów lepszej jakości, produktami tańszymi, lecz również gorszymi jakościowo.

Co więcej, z uwagi na brak precyzji i wieloznaczność przepisów, pojawiło się wiele wątpliwości dotyczących szczegółowych aspektów objęcia napojów nowym podatkiem. Firmy poniosły wobec tego dodatkowe koszty związane ze zlecaniem analiz prawnych. Najgorszą okolicznością jest jednak fakt, że instytucje publiczne „przerzucają się” odpowiedzialnością za udzielenie jakkolwiek wiążących wyjaśnień (formalnie podatek cukrowy, mimo swojego fiskalnego charakteru i konstrukcji, jest „opłatą cukrową”, z której wpływy zasilają w znacznej części Narodowy Fundusz Zdrowia).

Drenaż kieszeni konsumentów i realne problemy przedsiębiorców branży napojowej i ich pracowników nie przyniosły jednak istotnych wpływów. Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, w styczniu wpływy z tytułu podatku cukrowego sięgnęły 76 mln zł. Przyjmując utrzymanie tej dynamiki wpływów przez pozostałe miesiące, wpływy w ciągu całego 2021 roku ledwo przekroczą 900 mln zł. Jest to kwota znacznie niższa, niż pierwotnie zakładane przez projektodawcę 2 mld zł, które miały zasilić NFZ (a w rzeczywistości prawdopodobnie budżet państwa, z którego do Funduszu trafiałyby odpowiednio niższe subwencje). Realne wpływy niższe o ponad 50% od zakładanych każą zadać pytania o rzetelność i prawidłowość prognoz towarzyszących projektowi ustawy ws. podatku cukrowego. Skoro skutki makroekonomiczne w postaci zasilenia sektora finansów publicznych zostały w tak dużym stopniu przeszacowane, powstają oczywiste wątpliwości dot. rzetelności analiz sugerujących jakikolwiek „prozdrowotny” wpływ podatku.

Reasumując, ZPP w dalszym ciągu opowiada się przeciwko podatkom sektorowym i wprowadzaniu nowych obciążeń w czasie epidemii, konsekwentnie będąc również przeciwko podatkowi cukrowemu. Po pierwszych dwóch miesiącach widzimy, że podatek uderza w konsumentów i firmy, przynosząc marginalne (zwłaszcza w skali wydatków związanych z przeciwdziałaniem COVID-19) wpływy. Podtrzymujemy nasz apel o wprowadzenie co najmniej dwunastomiesięcznego moratorium na wszelkie nowe obciążenia.

Coraz więcej powierzchni biurowej do podnajmu. W lutym na rynek trafiło 30,609 mkw.

Analitycy REDD, największej bazy danych o rynku biurowym w Polsce informują, że w ciągu pierwszych dwóch tygodni marca w Polsce na rynku nieruchomości biurowych przybyło prawie 8 tys. mkw. powierzchni dostępnej do podnajmu, a tylko w lutym było to ponad 30 tys. mkw.

Dane REDD pokazują, że w ciągu pierwszych dwóch tygodni marca na rynku nieruchomości biurowych przybyło w całej Polsce 7,892 mkw. powierzchni dostępnej do podnajmu. Zakładając obecne tempo wzrostu podaży, do końca marca możemy oczekiwać przyrostu powierzchni biurowych dostępnych do podnajmu o ok. 15 tys. mkw.  – wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Dla porównania w lutym 2021 przyrost podaży powierzchni dostępnej do podnajęcia wyniósł 30,609 mkw.  REDD1

–  Analizując rynki regionalne pod względem wolnych powierzchni biurowych dostępnych do podnajmu możemy stwierdzić, że obecnie w Warszawie znajduje się 122,631 mkw. powierzchni. W Krakowie na podnajemców czeka 35,918 mkw.,  a we Wrocławiu obecnie istnieje możliwość podnajęcia ok. 35,112 mkw. powierzchni biurowej – wylicza Piotr Smagała z REDD. REDD2

Czynsz za 1 mkw. powierzchni do podnajmu średnio 12,80 EUR

Według danych REDD średnia stawka czynszu dla nowoczesnych powierzchni biurowych do podnajmu na głównych rynkach Polski wynosi 12,80 EUR/mkw.

Warszawa niezmiennie utrzymuje pozycję lidera polskiego rynku pod względem wysokości czynszu za nowoczesne lokale biurowe znajdujące się w podnajmie. Średnio w stolicy za 1 mkw. powierzchni biurowej podnajemcy powinni zapłacić 14,94 EUR.

Na drugim miejscu plasuje się Gdynia, cena za metr podnajętej powierzchni biurowej ukształtowała się tam na poziomie 13,96 EUR. Z kolei w Krakowie 1 mkw. w podnajmie wyceniany jest na 13,52 EUR. REDD3

Najemca związany terminową umową najmu nie może rozwiązać jej bez konsekwencji, przed upływem wskazanego w umowie terminu. To problem szczególnie obecnie kiedy wiele firm musi albo szukać oszczędności, albo nie potrzebuje już tak dużej przestrzeni. W takiej sytuacji firma może zdecydować się na podnajem swojej powierzchni, po wyrażeniu zgody przez wynajmującego – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Oświadczenie Polskiej Rady Centrów Handlowych w związku z ogłoszeniem kolejnych ograniczeń w funkcjonowaniu handlu

Polska Rada Centrów Handlowych od wielu tygodni podkreśla, że centra handlowe cały czas funkcjonowały i funkcjonują w  najwyższym reżimie sanitarnym. Także przedstawiciele rządu podczas konferencji prasowej w dn. 28 stycznia potwierdzili, że obiekty handlowe nie sprzyjają transmisji wirusa. Klienci odwiedzają je w pojedynkę, przebywają w nich krócej i w określonym celu. Planują zakupy odpowiedzialnie, co oznacza, że bezpieczeństwo i troska o najbliższych stały się najważniejsze. Galerie handlowe w czasie pandemii pełnią funkcję zaspokajania najważniejszych potrzeb zakupowych, nie przyciągają klientów z powodów rozrywkowych, ani nie są miejscem  spędzania wolnego czasu.

Zgromadzone przez PRCH dane nt. wizyt klientów w centrach handlowych jednoznacznie wskazują, że w czasie pandemii odwiedzalność utrzymuje się na poziomie niższym od 20 do 40 proc. w porównaniu do podobnego okresu w latach bez obostrzeń epidemicznych, co pozwala na swobodne zachowanie zasad bezpieczeństwa, w tym w szczególności zachowania dystansu społecznego.

Nasze dane potwierdzają, że decyzje rządu o częściowym zamykaniu i otwieraniu obiektów handlowych wywołują nagłe, niepotrzebne przyrosty odwiedzalności. Stabilne, nieograniczone działanie, przy jednoczesnym respektowaniu obowiązujących zasad bezpieczeństwa, umożliwia zaplanowanie zakupów pozwalających na realizację najpilniejszych potrzeb w bezpiecznych warunkach.

Niezrozumiałe jest także nierówne traktowanie podmiotów zajmujących się handlem – te same sklepy działające poza centrami handlowymi mogą prowadzić nieograniczoną działalność, a te w centrach już nie. Trudno znaleźć uzasadnienie ze względów epidemicznych, zakupy odbywają się zawsze w sklepach, a nie poza nimi.

Każde kolejne ograniczenia działalności obiektów handlowych, pogłębiają i tak już dramatyczne straty branży. Dziś już nie pytamy, czy będą redukcje zatrudnienia i bankructwa, tylko kiedy. Według szacunków Polskiej Rady Centrów Handlowych w wyniku pandemii i trzech ogólnopolskich lockdownów branża centrów handlowych odnotowała lukę w obrotach w wysokości ponad 33 mld zł, kolejne obostrzenia regionalne to utrata obrotów rzędu około 2 mld zł. Ogólnokrajowy lockdown to kolejne miliardy utraconych obrotów, a co za tym idzie ogromnych strat poszczególnych przedsiębiorstw.

Właściciele i zarządcy obiektów handlowych ponieśli ogromne koszty związane z ustawowym zawieszeniem czynszów (art. 15 ze), które jest niezgodne z Konstytucją RP, polskim porządkiem prawnym i umowami międzynarodowymi oraz pomocą dla najemców w postaci obniżek czynszów w łącznej kwocie ok. 5 mld zł, co stanowi  45 proc. ich rocznych przychodów.

Żałujemy, że rząd wprowadza kolejne restrykcje nie analizując dostępnych danych i powoduje gwałtowne zainteresowanie zakupami, co będzie widoczne szczególnie teraz przed okresem świątecznym, jednocześnie odbierając przedsiębiorstwom możliwość minimalnego generowania obrotów i ratowania miejsc pracy.

Kolejna emisja obligacji PKN ORLEN

N ORLEN dywersyfikuje źródła finansowania, pozyskując środki w ramach emisji obligacji zrównoważonego rozwoju. Jeszcze w marcu Koncern wyemituje obligacje o łącznej wartości 1 mld zł, z 10-letnim okresem wykupu oraz stałym kuponem na poziomie 2,875% w skali roku, z możliwością jego zwiększenia o 0,1% lub 0,2% w zależności od poziomu ratingu ESG, nadawanego przez agencję MSCI ESG Research (UK) Limited. Będzie to już druga emisja obligacji zrównoważonego rozwoju zrealizowana przez PKN ORLEN, która wprowadza do portfela zobowiązań dłużnych stabilny instrument o długim terminie zapadalności, poprawiając tym samym bezpieczeństwo finansowe całej Grupy ORLEN.

– Jako lider transformacji energetycznej w Polsce, zamierzamy zrealizować wiele ambitnych projektów, które wpłyną na ograniczenie emisji CO2 i rozwój odnawialnych źródeł energii. Zgodnie z naszą strategią, ich przeprowadzenie w znaczącym stopniu będzie oparte o zrównoważone finansowanie. Jesteśmy doświadczonym graczem na rynku kapitałowym i umiejętnie odczytujemy potrzeby jego uczestników. Stąd decyzja o kolejnej, drugiej już emisji obligacji opartych o rating ESG, na które jest duże zapotrzebowanie. W ten sposób nie tylko przybliżamy się do realizacji strategicznych celów, ale też umacniamy zaufanie wśród inwestorów, jako wiarygodnego i odpowiedzialnego partnera – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Środki z emisji przeznaczone zostaną na cele ogólnokorporacyjne, w tym realizację celu ESG, jakim jest utrzymanie lub poprawa ratingu ESG. Nabywcami obligacji są inwestorzy, którzy upatrują wartości w aktywach stałokuponowych o długim terminie wykupu. Największy udział w emisji przypadł ubezpieczycielom i funduszom inwestycyjnym. Koordynatorem i agentem emisji jest Bank Pekao S.A.

Pierwsza emisja obligacji PKN ORLEN opartych o rating ESG z grudnia 2020 r. spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów – łączna wartość zapisów w procesie budowy księgi popytu wyniosła 2,2 mld zł, czyli ponad 2 razy więcej niż łączna wartość nominalna obligacji. Koncern uzyskał bardzo korzystne warunki finansowania – najniższe oprocentowanie w historii spółki i jednocześnie najniższą marżę od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Pierwsza emisja otrzymała rating kredytowy na poziomie BBB- przyznany przez agencję ratingową Fitch Ratings.

PKN ORLEN konsekwentnie dąży do neutralności emisyjnej, efektywności energetycznej i wysokich standardów bezpieczeństwa. Rosnące kompetencje koncernu w obszarze ESG odzwierciedla poprawa oceny ratingowej agencji Sustainaltytics z 2020 r. PKN ORLEN uplasował się na piątej pozycji spośród 86 firm z segmentu Oil & Gas Refining and Marketing (kategoria Refiners & Pipelines). Jednocześnie koncern awansował do kategorii ocen „Medium Risk” (w 2019 r. znajdował się w kategorii „High Risk”), dla której istnieje średnie ryzyko wystąpienia negatywnych skutków finansowych ze względu na czynnik ESG).

Zrównoważony rozwój i odpowiedzialny biznes to kluczowe elementy strategii neutralności emisyjnej spółki do 2050 r. W ramach jej realizacji, na początku września br. PKN ORLEN zadeklarował do 2030 r. redukcję emisji CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Zgodnie z założeniami, inwestycje realizowane w ramach strategii neutralności emisyjnej będą współfinasowane m.in. poprzez obligacje zrównoważonego rozwoju i zielone obligacje emitowane przez PKN ORLEN na europejskim rynku kapitałowym.

Branża narciarska i snowboardowa: bez szans na pomoc od rządu?

Producenci, dystrybutorzy i sprzedawcy specjalistycznego sprzętu narciarskiego oraz snowboardowego czekają na pomoc od państwa. Ich PKD 47.64.Z czyli sprzedaż detaliczna sprzętu sportowego prowadzona w wyspecjalizowanych sklepach czy 32.30.Z – produkcja sprzętu sportowego, snowboardowego, outdoorowego znajdują się nadal poza tzw. tarczami z pomocą dla przedsiębiorców, a – zdaniem należących do Komitetu przedsiębiorców – powinna ona zależeć wyłącznie od spadku obrotów. Takie rozwiązania obowiązują w innych krajach Unii Europejskiej. – Jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, a właśnie rozpoczął się nowy lock down w 4 województwach i sezon narciarski dobiega końca – informują przedsiębiorcy.

Przedsiębiorcy z Komitetu Narty Snowboard Outdoor (KNSO) są konsekwentni. Regularnie wysyłają do prezesa PFR i ministerstwa rozwoju propozycje rozmowy. Miała by ona zaowocować włączeniem PKD należących do Komitetu firm na listę pomocową znajdującą się w tzw. tarczach.

– Po długim okresie milczenia, otrzymaliśmy w końcu z ministerstwa rozwoju odpowiedź, że PKD sprzedawców odzieży jest w tzw. tarczy. Tyle tylko, że chodzi o „zwykłą” odzież. Ta specjalistyczna – dla narciarzy i snowboarderów – cały czas jest poza zasięgiem jakiejkolwiek pomocy ze strony władzy czy PFR – mówi Arkadiusz Walus z Komitetu Narty Snowboard Outdoor.

Interpelację w sprawie pomocy dla branży narciarskiej i snowboardowej złożyło też dwoje małopolskich posłów. Odpowiedź, jaką otrzymali z resortu rozwoju, łudząco przypomina tę, którą kilka dni wcześniej resort udzielił Komitetowi. Niektóre akapity wyglądają niemal jak przekopiowane z jednej korespondencji do drugiej.

– Za nami stracony sezon. Pierwszy w ponad 30 letniej historii naszej branży. Przez 2/3 tego czasu stoki pozostawały zamknięte, a centra handlowe, w których działają sklepy ze specjalistyczną odzieżą i sprzętem narciarskim też przez kilka miesięcy miały zakaz działalności. Dziś wrócił on w 4 województwach, co z pewnością jeszcze bardziej utrudnia nam i tak mocno storpedowane funkcjonowanie – zauważa Arkadiusz Walus i wskazuje, że dziś wiele firm z reprezentowanej przez niego branży balansuje na krawędzi upadku.

– Domagamy się rządowej pomocy – tak samo, jak mają inne poszkodowane przez wywołany pandemią kryzys branże. Głównym kryterium powinien być spadek obrotów, a doświadcza go przecież cała nasza branża – deklaruje Arkadiusz Walus. Zwraca uwagę, że

główne PKD 47.64.Z branży czyli sprzedaż detaliczna sprzętu sportowego prowadzona w wyspecjalizowanych sklepach i 32.30.Z – produkcja sprzętu sportowego znajdują się nadal poza tarczami: zarówno „zimową” 2.0, jak i 6.0, czy 8.0.

Arkadiusz Walus tłumaczy też, że odcięcie od pomocy dotyczy także wypożyczalni specjalistycznego sprzętu narciarskiego i snowboardowego, pomimo tego, że ich PKD znalazł się w Tarczy 2.0. Wszystko za sprawą warunków przyznania im tej pomocy, które de facto im ją uniemożliwiły. Chodziło o:

  • ilość osób zatrudnionych na 31 września – wypożyczalnie działają sezonowo i zatrudniają pracowników zwykle od listopada do marca włącznie.
  • spadek obrotów o 30% w Q4 2020 w stosunku do 2019 – stoki działały w grudniu, więc ciężko było wykazać stratę w tym okresie.

– Z rządowych i PFRowskiej tarcz korzystać mogą dziś tylko przedsiębiorcy, których PKD znalazły się na listach wsparcia. To właśnie ich numery decydują o przyznaniu im pomocy. Wszystkie inne  – w tym należące do branży narciarsko snowboardową – pozostają bez niej. Można się spodziewać, że wiele firm sektora upadnie, a wkrótce w ich miejsce wejdą zagraniczne, o większym potencjale, które dzięki pomocy swoich rządów, przetrwają do kolejnego sezonu – przewiduje Arkadiusz Walus i podtrzymuje gotowość do udziału w konsultacjach z rządem i PFR w sprawie skierowania do branży koniecznej pomocy, zwłaszcza, że szanse na jakiekolwiek odrobienie strat są dziś nawet ujemne, gdyż sezon na zimowe sporty kończy się zwykle mniej więcej w połowie marca.

Według szacunków Komitetu branża Narty Snowboard Outdoor, obejmuje:
– Producentów i dystrybutorów sprzętu sportowego
– Sieci handlowe
– Ponad 1000 specjalistycznych sklepów narciarskich, snowboardowych i outdoorowych
–  Ponad 1000 wypożyczalni nart

Zatrudnia w Polsce ponad 50 tysięcy osób oraz generuje obrót ponad 5 miliardów złotych rocznie w samych miesiącach zimowych. Tylko w miesiącu listopadzie 2020, firmy z branży zanotowały spadki obrotów rzędu 50-80% w stosunku listopada roku 2019.

Przedsiębiorca bez prawa do obrony w starciu z UOKiK

Nowe regulacje zawarte w projekcie nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów osłabią prawo przedsiębiorcy do obrony w trakcie postępowania przed UOKiK lub wręcz, w niektórych przypadkach, pozbawią go tej obrony – ostrzega Konfederacja Lewiatan.

UOKiK proceduje projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów (dokładnie: projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów oraz niektórych innych ustaw UC69). Jego głównym zadaniem jest transpozycja prawa unijnego tj. dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1 z 11 grudnia 2018 r. mająca na celu nadanie organom ochrony konkurencji państw członkowskich uprawnień w celu skuteczniejszego egzekwowania prawa i zapewnienia należytego funkcjonowania rynku wewnętrznego.

– Nowe przepisy budzą wiele zastrzeżeń. Źródłem wątpliwości są te zagadnienia, których nie ma w dyrektywie, a które znalazły się w projekcie nowelizacji ,,przy okazji”, ale też i te, które choć występują w dyrektywie, to proponuje się ich niewłaściwą i nieefektywną transpozycję. Można wskazać szereg propozycji, które w praktyce osłabiałyby prawo do obrony przedsiębiorcy w trakcie postępowania przed UOKiK lub wręcz, w niektórych przypadkach, pozbawiałby go tej obrony – mówi mec. Adrian Zwoliński, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Przykładowo, co prawda wprowadza się zasadę, że jeśli w trakcie przeszukania urzędnik natrafi na materiały, które według przeszukiwanego są korespondencją z adwokatem lub radcą prawnym, to pozostawi je na miejscu. Ale w tym samym artykule wprowadza się wyjątek – ,,przeszukujący może zapoznać się pobieżnie z pismem lub dokumentem, w sposób pozwalający na ustalenie autora, adresata, tytułu oraz przedmiotu pisma lub dokumentu oraz daty jego sporządzenia”. Czyli przeszukujący urzędnik z jednej strony nie ma dostępu do materiału objętego tajemnicą adwokacką, ale z drugiej strony, może się z nim ,,pobieżnie zapoznać”. To grozi całkowitą i pozbawioną kontroli uznaniowością, a w efekcie iluzoryczną ochroną praw przeszukiwanego.

– W projekcie znajdują się też regulacje, które np.: ograniczałyby dostęp do informacji oraz prawa świadka, czy wprowadzałyby niejasne zasady przerwania biegu terminu przedawnienia. Całościowo prowadzi on do osłabienia prawa przedsiębiorcy do obrony i należy ocenić go, choć nie tylko z tego powodu, negatywnie – dodaje Adrian Zwoliński.

PwC CEO Survey: Prezesi firm w Polsce najbardziej ostrożni w ocenie wzrostu globalnej gospodarki

53% prezesów firm w Polsce, którzy wzięli udział w 24. badaniu PwC CEO Survey, jest przekonanych, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy będziemy świadkami wzrostu globalnej gospodarki. Prezesi firm na świecie i w regionie Europy Środkowo-Wschodniej są większymi optymistami – takiego zdania jest odpowiednio 76% i 64%. Jako największe ryzyka biznesowe zarządzający firmami w Polsce wskazują jednak na nadmierne regulacje, liczne zmiany podatkowe i później na pandemię. W porównaniu do średniej światowej wyróżnia nas znacznie niższa niż na świecie chęć przeznaczenia wydatków na zrównoważony rozwój i inicjatywy ESG oraz transformację cyfrową.

Pomimo globalnej recesji rekordowa liczba prezesów na świecie uważa, że nastąpi odbicie w gospodarce. Takiego zdania jest 76% respondentów badania PwC CEO Survey na świecie i 63% w Europie Środkowo-Wschodniej. W Polsce grupa “optymistów” jest najmniejsza spośród wszystkich badanych państw i wynosi 53%.

Jednocześnie zdecydowana większość liderów biznesu spodziewa się wzrostu przychodów swoich biznesów. Pewnych takiego scenariusza w perspektywie 12 miesięcy jest 76% polskich prezesów, a w perspektywie 3 lat aż 86% badanych (na świecie odpowiednio 85% i 88%).

Warto przypomnieć, że w poprzednim badaniu, które było przeprowadzone na jesieni 2019 r., mieliśmy do czynienia z rekordowym pesymizmem jeśli chodzi o ocenę perspektyw globalnej gospodarki. Wówczas 53% liderów biznesu na świecie spodziewało się spowolnienia gospodarczego, ale w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej ta grupa respondentów wyniosła 43% i była najmniejsza spośród wszystkich badanych regionów. Dziś optymizm wśród polskich menedżerów jest znacznie ostrożniejszy niż u kolegów na świecie, cieszy natomiast fakt, że pewność co do wzrostu przychodów firm jest na bardzo wysokim poziomie. – Adam Krasoń, prezes PwC w Polsce

Oczekiwanie na wzrost, ale z licznymi ryzykami na horyzoncie

Wśród kluczowych ryzyk wymienianych przez prezesów firm na świecie pierwsze 3 miejsca zajmują: cyberzagrożenia (85% odpowiedzi), niepewny wzrost gospodarczy (83%) oraz pandemia i inne kryzysy zdrowotne (81%). W Polsce na pierwszym miejscu znalazła się niepewność co do regulacji podatkowych (90% odpowiedzi po zsumowaniu “jestem tym bardzo zaniepokojony” i “jestem tym w pewnym stopniu zaniepokojony”). Na kolejnych pozycjach respondenci wymienili niepewny wzrost gospodarczy (88%) i później dopiero pandemię (86%).

W pierwszej 15 największych zagrożeń wskazywanych przez polskich menedżerów nie znalazły się ani ryzyka związane z dostępnością pracowników z kluczowymi umiejętnościami, ani dezinformacją wywołaną falą fake newsów. Nadal jednak znaczna część prezesów wyraża zaniepokojenie tymi zjawiskami – 61% w odniesieniu do kluczowych umiejętności i 63% do dezinformacji (po zsumowaniu odpowiedzi “bardzo zaniepokojony” i “w pewnym stopniu zaniepokojony”). Wśród prezesów firm na świecie te ryzyka było wymieniane częściej – odpowiednio 72% i 70%.

Na świecie w ciągu ostatniego roku widzimy znaczne przyspieszenie inicjatyw związanych z ładem środowiskowym, społecznym i korporacyjnym. Pojęcie ESG (od angielskiego Environmental, Social, and Corporate Governance) odnosi się do trzech głównych czynników pomiaru trwałości i wpływu społecznego inwestycji w spółkę lub biznes. Martwić może jednak fakt, że polskie spółki wydają się nie traktować tych kwestii z wystarczającą powagą. – Piotr Rówiński, partner w PwC, lider zespołu ds. zarządzania ryzykiem

35% prezesów z Polski przyznaje, że powinni robić więcej w kwestii mierzenia i raportowania wpływu na środowisko (globalnie jest to odpowiednio 39% i 43%). Mimo to, zaledwie 22% liderów biznesu w Polsce deklaruje, że zmiany klimatu i szkody środowiskowe znalazły się w ich strategii zarządzania ryzykiem (40% globalnie).

Mam nadzieję, że w 2021 r. spółki poświęcą znacznie więcej uwagi, środków i zaangażowania w kwestie ESG, aby utrzymać swoją konkurencyjność i atrakcyjność w oczach klientów, partnerów biznesowych, inwestorów i instytucji finansowych. – Piotr Rówiński, partner w PwC, lider zespołu ds. zarządzania ryzykiem.

W co zamierzają inwestować prezesi w czasie post-covid

W najbliższych 12 miesiącach firmy zamierzają skupić się na szukaniu efektywności operacyjnej – takiej odpowiedzi udzieliło 69% polskich respondentów (77% na świecie). Pozostałe priorytety to wzmacnianie wzrostu organicznego (59% badanych w Polsce, 73% na świecie) oraz opracowanie nowego produktu i/lub usługi (odpowiednio 51% i 56%). Dodatkowo 31% CEOs z Polski deklaruje, że rozważa w najbliższym roku fuzje i przejęcia; na świecie taki ruch deklaruje 38% badanych.

Z kolei w najbliższych 3 latach aż 83% prezesów na świecie planuje zwiększyć swoje wydatki na transformację cyfrową, 76% na inicjatywy wzmacniające efektywność kosztową, a 72% na cyberbezpieczeństwo i ochronę danych. W Polsce to efektywność kosztowa będzie priorytetem dla zarządzających przy zwiększaniu inwestycji – takiej odpowiedzi udzieliło 82% badanych. Na drugim miejscu znalazła się transformacja cyfrowa (73% – o 10 pkt proc. niżej niż w przypadku globalnych wskazań), a dalej cyberbezpieczeństwo i ochrona danych oraz programy wzmacniające wzrost organiczny (po 57% odpowiedzi).

W porównaniu do swoich kolegów na świecie i w regionie polscy respondenci dużo mniejsze inwestycje planują w: zrównoważony wzrost i inicjatywy ESG (25% różnicy względem globalnej średniej), przywództwo i rozwój talentów (18% różnicy), cyberbezpieczeństwo (15%) oraz transformację cyfrową (10%).

Ochrona miejsc pracy w trakcie pandemii COVID-19

W czasie pandemii ochrona miejsc pracy stała się jednym z priorytetów dla rządów państw i liderów biznesów. Z odpowiedzi uzyskanych od polskich respondentów badania wynika, że 43% przedsiębiorstw nie zmieniło poziomu zatrudnienia w ostatnich 12 miesiącach.

Co więcej, 22% firm przyznaje, że zwiększyła liczbę pracowników. Jednocześnie, 35% badanych deklaruje, że w ciągu ostatniego roku liczba zatrudnionych została zmniejszona.

Perspektywa kolejnych miesięcy i lat wygląda bardzo obiecująco. 43% firm z Polski zamierza zwiększyć zatrudnienie w tym roku, a w ciągu 3 lat takie plany deklaruje aż 78% badanych. Tylko 10% firm w Polsce (w porównaniu do 21% na świecie i 18% w regionie) spodziewa się spadku liczby zatrudnionych w swoich organizacjach w tym roku.

O raporcie PwC CEO Survey

PwC przeprowadziło badanie wśród 5050 prezesów firm w 100 krajach w styczniu i lutym 2021 r. W tej grupie było 163 respondentów z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym 49 prezesów z Polski. Nie wszystkie liczby na wykresach sumują się do 100% w wyniku zaokrąglania wartości procentowych i decyzji, by w niektórych przypadkach nie pokazywać odpowiedzi „inne”, „żadne z powyższych” i „nie wiem”.

Rzecznik MŚP w piśmie do Wicepremiera Jarosława Gowina proponuje własne rozwiązania w zakresie umorzenia składek na ubezpieczenia społeczne

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zawnioskował do Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii o wprowadzenie zmian w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych.

  1. Dokonanie zmian w ustawie z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych w zakresie należności z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne ubezpieczonych będących równocześnie płatnikami składek na te ubezpieczenia mogą być umarzane w przypadkach uzasadnionych względami społecznymi lub gospodarczymi oraz ważnym interesem zobowiązanego, pomimo braku ich całkowitej nieściągalności, a nie tak jak obecnie praktycznie tylko ważnym interesem zobowiązanego.
  2. Skrócenie z „co najmniej trzech lat” do „co najmniej jednego roku” okresu, w którym przedsiębiorca podjął działalność gospodarczą w danym sektorze, ustalanym na dzień przed datą złożenia wniosku o udzielenie pomocy. Chodzi o objęcie szerszej liczny przedsiębiorców, czyli takich, u których wskutek trwającej epidemii COVID-19 wystąpiły problemy z płynnością finansową lub/oraz ponoszą one istotne szkody.
  3. Doprecyzowanie lub rezygnację z warunku wskazanego w Projekcie art. 1 pkt 1 (zmieniającego brzmienie art. 2 ust. 1 pkt 3 nowelizowanej ustawy), dotyczącego wykonywania działalności gospodarczej na rynku, na którym występuje lub może występować długookresowa strukturalna nadprodukcja. W ocenie Rzecznika brak jest określonych kryteriów, które przesądzałyby o występowaniu, możliwości występowania, bądź braku występowania długookresowej strukturalnej nadprodukcji.

Szerzej w poprzednim komunikacie https://rzecznikmsp.gov.pl/21-03-przedsiebiorcy-coraz-czesciej-wnioskuja-o-umorzenie-skladek/

Rzecznik MŚP działając na podstawie art. 9 ust. 1 pkt 1 ustawy o Rzeczniku, zawnioskował w piśmie z dnia 12 marca 2021 r do Wiceprezesa Rady Ministrów, Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii Jarosława Gowina o wprowadzenie zmian w ustawie z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych[1], wnosząc w projekcie ustawy o zmianie ustawy o udzielaniu pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców (dalej: Projekt) propozycję treści art. 3 Projektu w brzmieniu:

  • Należności z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne ubezpieczonych będących równocześnie płatnikami składek na te ubezpieczenia mogą być umarzane w przypadkach uzasadnionych względami społecznymi lub gospodarczymi oraz ważnym interesem zobowiązanego, pomimo braku ich całkowitej nieściągalności (zmiana treści przepisu art. 28 ust. 3a ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych);
  • Minister właściwy do spraw zabezpieczenia społecznego określi, w drodze rozporządzenia, przypadki umarzania, z uwzględnieniem przesłanek uzasadniających umorzenie, o których mowa w ust. 3a. (zmiana treści przepisu art. 28 ust. 3b ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych).

Powyższa zmiana jest podyktowana, w szczególności, trwającą od marca 2020 r. epidemią koronawirusa na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, skutkiem, której sytuacja finansowa przedsiębiorców w wielu branżach uległa pogorszeniu, wielu spośród nich zostało zmuszonych do zawieszenia działalności gospodarczej lub jej istotnego ograniczenia – nakazami administracyjnymi. Do Rzecznika docierają informacje, że chociaż wzrosła (w stosunku do 2019 roku) liczba wniosków o umorzenie należności z tytułu składek, z którymi przedsiębiorcy zwrócili się do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, zmalała liczba pozytywnych decyzji wydanych w tym zakresie. ZUS wyjaśnia m.in., że w przypadku zaistnienia przesłanki ważnego interesu osoby zobowiązanej może umarzać należności na ubezpieczenia społeczne ubezpieczonym (płatnikom tych składek), o ile zobowiązany spełni warunki umorzenia określone w § 3 ust. 1 pkt 1-3 rozporządzenia Ministra Gospodarki Pracy i Polityki Społecznej z dnia 31 lipca 2003 r. w sprawie szczegółowych zasad umarzania należności z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne[2].

W sytuacji trwającego stanu epidemii COVID-19, każdy przedsiębiorca, który złoży wniosek o umorzenie należności z tytułu składek i wykaże dostępnymi mu środkami dowodowymi (lub Zakład ustali z urzędu), że sporne należności powstały na skutek trwającej od marca 2020 r. klęski pandemii oraz, że zdarzenie to ma wpływ na możliwość płacenia należności z tytułu składek, winien zostać rozpatrzony pozytywnie, jako spełniający przesłankę ważnego interesu zobowiązanego – komentuje Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Rzecznik MŚP zgłosił również uwagi do opublikowanego na stronie Rządowego Centrum Legislacji Projektu. Zawnioskował o rozważenie zmiany w art. 1 pkt 1 Projektu zmieniającego brzmienie art. 2 ust. 1 pkt 1 nowelizowanej ustawy, tj. skrócenie okresu „co najmniej trzech lat” do „co najmniej jednego roku”. W ocenie Rzecznika przedmiotowa zmiana może być istotna dla przedsiębiorstw z sektora MŚP borykających się z niewystarczającą płynnością finansową lub/oraz ponoszących istotne szkody wskutek trwającej epidemii COVID-19. Ze względu na wyjątkowy charakter tej epidemii szkód takich nie można było przewidzieć, a są one znaczące i w związku z tym stawiają przedsiębiorstwa w sytuacji znacząco odmiennej od warunków rynkowych, w których podmioty te zazwyczaj prowadzą działalność. (pkt 8, Komunikat Komisji z dnia 20 marca 2020 r. – Tymczasowe ramy środków pomocy państwa w celu wsparcia gospodarki w kontekście trwającej epidemii COVID-19)[3].

Jednocześnie Rzecznik MŚP zarekomendował doprecyzowanie lub rezygnację z warunku wskazanego w Projekcie art. 1 pkt 1 (zmieniającego brzmienie art. 2 ust. 1 pkt 3 nowelizowanej ustawy), dotyczącego wykonywania działalności gospodarczej na rynku, na którym występuje lub może występować długookresowa strukturalna nadprodukcja. W ocenie Rzecznika brak jest określonych kryteriów, które przesądzałyby o występowaniu, możliwości występowania, bądź braku występowania długookresowej strukturalnej nadprodukcji. Zatem warunek ten jest bardzo ocenny i niezwykle trudno jest stwierdzić występowanie, bądź niewystępowanie tej przesłanki, która miałaby, wszakże przesądzić o możliwości uzyskania (bądź nie) pomocy przez przedsiębiorcę.

[1] Dz. U. z 2021 r. poz. 423; dalej: „ustawa o systemie ubezpieczeń społecznych”

[2] Dz. U. z 2003 r. Nr 141, poz. 1365; dalej: „rozporządzenie”

[3] Dz. UE 2020/C 91 I/01; dalej: „Komunikat Komisji”

Instytut Genetyki Człowieka PAN: już w 90 proc. próbek z Wielkopolski jest wariant brytyjski

Laboratorium Diagnostyki COVID19 Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu w ostatnich dniach przeanalizowało pozytywne próbki z rutynowej diagnostyki zakażeń SARS-CoV-2 pod względem występowania wariantu brytyjskiego. Stwierdzono, że prawie 90 proc. badanych osób pozytywnych pod względem obecności wirusa było zakażonych właśnie brytyjskim wariantem koronawirusa, który charakteryzuje się zdecydowanie wyższą zakaźnością.

Niebezpieczny wyspiarz

Wariant brytyjski koronawirusa – B.1.1.7 po raz pierwszy zidentyfikowany został w Wielkiej Brytanii we wrześniu 2020 r. Wystąpienie tego wariantu wirusa odnotowano już w ponad 100 krajach na całym świecie, a jego rozprzestrzenianie się nadal postępuje. W przebiegu zakażenia wariantem B.1.1.7 ryzyko infekcji osób młodszych  jest znacznie podwyższone.

  • W ciągu ostatnich dni w Laboratorium Diagnostyki COVID-19 Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu stwierdziliśmy obecność brytyjskiej odmiany koronawirusa w prawie 90 proc. przypadków zakażeń. Ta odmiana to klon starego wirusa, który różni się od niego pod względem sekwencji. Cechuje go podwyższona śmiertelność i nasilone objawy kliniczne, w tym bóle mięśni, stawów i ciężki kaszel. Są dni, w których wszystkie pozytywne próbki zawierają właśnie ten wariant wirusa. – wyjaśnia prof. Andrzej Pławski, kierownik Laboratorium Diagnostyki COVID-19 w Instytucie Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu.

Wynik w ciągu kilku godzin

Wirus brytyjski szybciej się rozprzestrzenia, stąd jego pojawienie musiało doprowadzić do sytuacji, w której jego odsetek wśród osób zakażonych staje się wyższy. Skuteczna i szybka diagnostyka jest dziś jeszcze bardziej kluczowa niż kiedykolwiek wcześniej.

  • Badamy pacjentów ze Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu i kilku mniejszych, gdzie testy wykonywane są przed przyjęciem na planowe świadczenia medyczne oraz osoby prywatne, które wybierają się w podróż zagraniczną. Wynik naszego testu wydajemy już w ciągu kilku godzin, stąd duże zainteresowanie działaniem naszego laboratorium. O naszych nowych ustaleniach powiadomiłem już konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie mikrobiologii, to także kluczowa informacja dla służb sanitarnych i rządu. – podkreśla profesor.

Sukces ewolucyjny wirusa

Wariant brytyjski dzięki większej zakaźności szybko uzyskał przewagę i zaczął wypierać inne typy koronawirusa na świecie, również w Polsce.

  • Wszystkie organizmy żywe są poddawane naturalnej selekcji. To samo dotyczy wirusów, mimo że trudno je zaliczyć do świata ożywionego. Im patogenny gatunek jest bardziej zaraźliwy, tym szybciej się rozprzestrzenia i odnosi większy sukces ewolucyjny, ponieważ taki gatunek zyskuje zdolność do zasiedlenia nowych grup żywicieli, w tym przypadku osób młodszych. Mutacja brytyjska, podobnie jak ta południowoafrykańska, powodują najwięcej trwałych zmian w układzie oddechowym.  Zmienność wirusa powoduje że powstają nowe warianty, których zakaźność będzie rosła ponieważ właśnie takie linie osiągają sukces ewolucyjny i te właściwości wirusa powinny być brane pod uwagę przy planowaniu strategii walki z pandemią

PIU: wyniki ubezpieczeń należności handlowych 2020 r.

Rok 2020 był przykładem tego, jak ubezpieczenia kredytu kupieckiego mogą stabilizować gospodarkę w okresach niepewności. Suma ubezpieczonych obrotów firm przekroczyła po raz kolejny 500 mld zł i była o ponad 40 mld zł wyższa niż rok wcześniej. Ubezpieczyciele nie zmniejszyli zaangażowania we wsparcie przedsiębiorców, pomimo pandemii i związanych z nią ograniczeń.

Mimo załamania na rynkach finansowych w marcu 2020 r., zakłady ubezpieczeń zwiększyły nieznacznie limity kredytowe, przyznawane ubezpieczonym przedsiębiorstwom. O 8 proc. zwiększyła się także wartość ubezpieczonych obrotów.

Ryzyko gospodarcze wciąż jest realne

– Przekroczone zostały wartości notowane w ubiegłych latach, charakteryzujących się dobrą koniunkturą. Przedsiębiorcy w czasach niepewności docenili rolę ubezpieczeń kredytu kupieckiego. Polisy pozwoliły im utrzymywać dotychczasowe i zdobywać nowe kontrakty, dzięki czemu mogli bezpiecznie zbywać swoje towary i usługi. Trzeba pamiętać też o tym, że kłopoty nie skończyły się wraz z ubiegłym rokiem. W wielu krajach, w tym w Polsce, utrzymywane są lub przywracane ograniczenia aktywności obywateli i przedsiębiorstw. Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądać sytuacja płatnicza na poszczególnych rynkach w kolejnych miesiącach czy nawet tygodniach – mówi Rafał Mańkowski, ekspert Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Ubezpieczenia należności handlowych, dane w mln PLN 2019 2020 Dynamika 2020/2019
Ekspozycja krajowa (na 31 grudnia) 105 358 106 111 101%
Ekspozycja eksportowa (na 31 grudnia) 59 510 62 567 105%
Ekspozycja łączna (na 31 grudnia) 164 868 168 678 102%
Ubezpieczone obroty krajowe 415 283 448 646 108%
Ubezpieczone obroty eksportowe 118 182 126 261 107%
Ubezpieczone obroty łącznie 533 465 574 907 108%
Składka przypisana brutto 722 761 105%
Odszkodowania i świadczenia wypłacone brutto 337 381 113%


Ekspozycja
– jest to ryzyko finansowe, jakie ponoszą zakłady ubezpieczeń. Innymi słowy jest to suma limitów kredytowych przyznanych przez ubezpieczycieli dla wszystkich przedsiębiorstw korzystających z ubezpieczeń należności handlowych

Ubezpieczone obroty – łączna wartość obrotów, które były objęte ochroną ubezpieczeniową w danym okresie

Zakłady ubezpieczeń prowadziły zrównoważoną i stabilną politykę zarządzania ryzykiem. W ciągu całego roku nie występowały znaczące odchylenia w łącznej wysokości dostępnych limitów kredytowych w porównaniu z latami ubiegłymi.

Jak działa ubezpieczenie należności handlowych?

Standardem wśród przedsiębiorców jest sprzedaż produktów i usług z odroczonym terminem płatności, czyli stosowanie kredytu kupieckiego. Ubezpieczenie należności handlowych zapewnia firmom ochronę finansową w przypadku strat wynikających z opóźnień w płatnościach bądź nawet bankructwa kontrahenta. Co więcej, dzięki know-how ubezpieczyciela, przedsiębiorstwo otrzymuje profesjonalny i stały dostęp do monitoringów informujących o aktualnej kondycji finansowej kontrahenta.