Przedstawicielka WHO w Polsce: Szczepionka Johnson & Johnson może się okazać przełomem w walce z COVID-19. Jednak wirus jest inteligentny, musimy pozostać czujni i gotowi

Od grudnia 2020 roku opracowywanych jest ponad 200 kandydatów na szczepionki przeciwko SARS-CoV-2. Szczepionka Johnson & Johnson, która niedawno została dopuszczona do obrotu, może stanowić przełom w walce z koronawirusem. Wystarczy podanie tylko jednej dawki, a sam preparat może być przechowywany w temperaturze, jaka panuje w zwykłej lodówce. W przyszłości będzie jednak więcej epidemii koronawirusa. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy wirusów, a niektóre z tych patogenów nieuchronnie przedostaną się przez barierę gatunkową i spowodują nowe pandemie. Dlatego kluczowe jest opracowanie szczepionki przeciwko pankoronawirusowi.

– Preparat firmy Johnson & Johnson będzie prawdopodobnie przełomowy, ponieważ znacznie łatwiej jest szczepić pacjentów jedną dawką. Nie trzeba umawiać kolejnej wizyty, upewniać się, że pacjent przyjdzie ponownie, zapewniać dostępności preparatu na pierwszą i drugą dawkę. Im prostsze procedury, tym łatwiej można realizować program – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Niedawno do obrotu została dopuszczona szczepionka Johnson & Johnson. Zdaniem wielu ekspertów może się okazać przełomowa w walce z koronawirusem. Chociaż ma niższy ogólny wskaźnik skuteczności w Stanach Zjednoczonych (72 proc. przy nawet 95 proc. innych szczepionek), to badania firm były przeprowadzane w różnych miejscach, w różnym czasie. Niższa wartość niż w przypadku już wcześniej dopuszczonych preparatów wiąże się prawdopodobnie z występowaniem mutacji koronawirusa, które podczas badań prowadzonych latem ubiegłego roku nie odgrywały jeszcze tak znaczącej roli.

Badania wykazały też, że nowa szczepionka chroni przed brazylijskim i południowoafrykańskim wariantem koronawirusa. Co istotne, w przeciwieństwie do pozostałych preparatów wystarczy jedna dawka zamiast dwóch, łatwiej też jest ją przechowywać.

– Preparat ten nie ma tak restrykcyjnych wymagań dotyczących temperatury przechowywania. Odchodzi więc sprawa posiadania dużej lodówki, a więc mniejsze są także nakłady. W rzeczywistości będziemy mieli jednak do czynienia z połączeniem różnych szczepionek i koniecznością dalszego stosowania znanych nam już środków, takich jak maski czy dezynfekcja dłoni. Sama szczepionka nie rozwiąże całego problemu niezależnie od tego, czy potrzebna będzie jedna, czy dwie dawki  – wskazuje dr Paloma Cuchi. – Dopiero połączenie wszystkich środków bezpieczeństwa pozwoli nam osiągnąć przełom w walce z COVID-19.

Każdy podtyp koronawirusa może wielokrotnie mutować, tym samym skuteczność szczepionek może być z biegiem czasu i pojawianiem się kolejnych mutacji mniej skuteczna.

– Koronawirusów nie powinniśmy traktować odrębnie. Jest rodzina koronawirusów i wyróżniamy w jej ramach podtypy. To samo dotyczy grypy. W miarę zachorowań wirus grypy zmienia się w niewielkim stopniu. Należy pamiętać, że jest system, w ramach którego kraje obserwują różne szczepy tej samej rodziny, czyli podtypy koronawirusa. Bardzo ważne jest więc alarmowanie i monitorowanie sytuacji – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

W przyszłości epidemii koronawirusa może być więcej. Nietoperze i inne ssaki są bogate w szczepy i gatunki tej licznej rodziny wirusów. Niektóre z tych patogenów mogą przeskoczyć barierę gatunkową. Dlatego obecnie naukowcy zaczynają opracowywać prototypy szczepionki przeciwko pankoronawirusowi, czyli przeciwko wszystkim koronawirusom. Pierwsze wyniki eksperymentów na zwierzętach są obiecujące.

Po pierwszej identyfikacji koronawirusów w latach 60. XX wieku nie stały się one priorytetem dla twórców szczepionek. Wydawało się, że powodują jedynie łagodne przeziębienia. Jednak w 2002 roku pojawił się nowy koronawirus, SARS-CoV, powodujący śmiertelne zapalenie płuc, zwane zespołem ostrego układu oddechowego. Niebezpieczeństwo koronawirusów stało się jeszcze wyraźniejsze w 2012 roku, kiedy drugi gatunek pochodzący od nietoperzy spowodował kolejną śmiertelną chorobę układu oddechowego, MERS. Naukowcy rozpoczęli prace nad szczepionkami, jednak niektórzy badacze zastanawiali się, czy stworzenie nowej szczepionki dla każdego nowego koronawirusa jest faktycznie najlepszym rozwiązaniem.

W 2019 roku pojawił się SARS-CoV-2, który choć ma znacznie niższy wskaźnik śmiertelności niż jego poprzednicy, to szybciej przenosi się z człowieka na człowieka. Wszystko wskazuje na to, że tylko szczepionka przeciwko pankoronawirusowi może pomóc w walce z kolejnymi pandemiami. Obecnie jednak, w przypadku COVID-19, szczepionki okazują się niemal całkowicie skuteczne, niezależnie od wariantów i mutacji koronawirusa. To zaś daje nadzieję, że wkrótce pandemia zacznie wygasać.

– Istotne, że mamy system, który zapewnia bieżącą obserwację sytuacji, aby społeczność międzynarodowa mogła wdrażać konieczne działania. Kolejną dobrą informacją jest to, że w wielu z dostępnych szczepionek możliwe jest dostosowanie cząsteczek neutralizujących, aby szczepionka działała na nowe szczepy koronawirusa. Mogą pojawiać się zmiany, wirus jest inteligentny i zmienia się z czasem, musimy więc pozostać czujni i gotowi – podkreśla dr Paloma Cuchi.

Handel internetowy łagodzi skutki lockdownów

W lutym sprzedaż detaliczna spadła w horyzoncie roku o 3,1%, natomiast w horyzoncie miesiąca wzrosła o 3,5%. Luty jest piątym miesiącem z rzędu kiedy sprzedaż spada, co niewątpliwie wynika z sekwencji lockdownów – podał dzisiaj GUS.

Nie ma wątpliwości, że dane za marzec będą słabe, chociaż zapaść, jaką widzieliśmy między marcem a majem 2020 r., tworzy bardzo niski punkt odniesienia – dlatego dynamika roczna w marcu powinna być dodatnia.

Z komunikatu GUS trudno wyciągnąć spójną narrację, co wynika z charakterystyki wydarzeń 2020 roku. Chomikowanie dóbr pierwszej potrzeby sprzed roku znajduje odzwierciedlenie w rocznej dynamice na minusie – stąd dynamika farmaceutyków i kosmetyków (-13,5% r/r) oraz żywności (-5,2% r/r). W przypadku żywności warto zauważyć efekt wynikający z obecności podatku handlowego i opłaty cukrowej – spadki sprzedaży są widoczne także w horyzoncie miesięcznym (-3,7% m/m w wartościach stałych, -3,2% w bieżących).

Na fali wznoszącej są wciąż meble i sprzęt RTV-AGD (9% r/r, 3,7% m/m), na których produkty popyt nie wygasa w miarę jak nasze domy muszą w coraz większym stopniu pełnić funkcje miejsca pracy i nauki. Podobnie, w lutym wyższa była sprzedaż aut i ich części (1% r/r, 6,1% m/m), co należy przypisać realizacji indywidualnej mobilności. W przypadku tej branży szczególnie problematyczne są opóźnienia w dostawach surowców. Na minusie paliwa (-14,2% r/r, -1,5 m/m), a ich ceny wracają do przedpandemicznych poziomów. Fatalna sytuacja tekstyliów czyni je wrażliwymi na nawet niewielką poprawę (12,9% r/r, 72,8% m/m) – wahania danych miesięcznych pozwalają niemal w ciemno wskazać, kiedy sklepy odzieżowe w galeriach handlowych są zamknięte.

Niezmiennie ciekawe wnioski płyną z analizy e-commerce. Po raz kolejny potwierdza się, że dla wielu konsumentów jest to naturalny kanał handlu, gdy fizyczne możliwości nabywania są ograniczone – stąd wahania udziału zakupów przez internet odzieży (44% w styczniu, 23,8% w lutym), mebli (odpowiednio 19,3% oraz 15,9%) czy książek i dóbr w sklepach wyspecjalizowanych (34,1% oraz 22,8%). Dobra pierwszej potrzeby, takie jak żywność czy farmaceutyki i kosmetyki wahają się w znacznie mniejszym stopniu (dla pierwszych 0,8%, dla drugich ok. 6%). W tym kontekście warto zauważyć, że e-commerce ma znaczny wkład do ograniczania wpływu lockdownów na skalę spadków PKB oraz na poprawę jakości życia konsumentów.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Zarząd ATAL rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości 3,03 zł na akcje

Zarząd ATAL S.A., ogólnopolskiego dewelopera, podjął decyzję o rekomendacji dotyczącej przeznaczenia 117,3 mln zł, z wypracowanego zysku na dywidendę. Akcjonariusze otrzymają 3,03 zł dywidendy na jedną akcję. Pozostałą część wypracowanego zysku – 28,4 mln zł – Zarząd rekomenduje przeznaczyć na kapitał zapasowy.

W tym roku Zarząd ATAL S.A. rekomenduje Zwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 80 proc. osiągniętego zysku. Akcjonariusze otrzymają 3,03 zł na jedną akcję, co oznacza przeznaczenie łącznie na dywidendę 117,3 mln zł. Pozostałą część wypracowanego zysku w kwocie blisko 28,4 mln zł Zarząd planuje przeznaczyć na kapitał zapasowy.

2020 rok zakończyliśmy z bardzo dobrymi wynikami i doskonałą kondycją finansową. Zgodnie z zapowiedziami chcemy się dzielić zyskiem z akcjonariuszami, co od początku naszej giełdowej historii było jednym z istotnych elementów naszej strategii. Podtrzymujemy też politykę dywidendy – mówi Zbigniew Juroszek, prezes zarządu ATAL S.A.

Spółka w 2020 roku wygenerowała bardzo dobre wyniki finansowe. Po rekordowym wydaniu 3 002 lokali ATAL wypracował aż 1 167 mln zł skonsolidowanych przychodów, co stanowi 62% proc. wzrost względem roku 2019. Skonsolidowany zysk netto przypisanym akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł zaś 167 mln zł – wzrost o 48 proc. rdr. W tym samym okresie ATAL osiągnął 113 mln zł zysku netto. W 2020 roku marża brutto ze sprzedaży wyniosła 20,3 proc, a marża netto 14,3 proc.

ATAL jest spółką dywidendową. W ubiegłym roku spółka jednorazowo zmieniła politykę dywidendy, a wypracowany a wynik został przekazany na kapitał zapasowy. W poprzednich latach deweloper systematycznie wypłacał akcjonariuszom dywidendę: w 2017 roku 1,68 zł na akcję, co łącznie dało kwotę 65 mln zł, w 2018 roku 3,54 zł na akcję, czyli ok. 137 mln zł a w 2019 roku spółka wypłaciła akcjonariuszom rekordowe 182 mln zł, czyli 4,70 zł na akcję.

ATAL w ubiegłym roku zorganizował największą w historii spółki emisję obligacji, dzięki której pozyskał łącznie 200 mln zł – z czego 50 mln zł pochodziło z zapisów złożonych na papiery w dodatkowej rundzie po tym, jak popyt na obligacje istotnie przekroczył pierwotnie zakładane 150 mln zł. Środki zostały przeznaczone na dalszą rozbudowę oferty oraz zakup nowych gruntów.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

Polska gospodarka na razie odporna

W tym tygodniu opublikowano kilka ważnych danych makroekonomicznych dotyczących polskiej gospodarki. Choć w większości okazały się być nieco poniżej oczekiwań rynkowych, to ogólny ich wydźwięk miał charakter stosunkowo pozytywny. Według tych danych, w lutym nastąpił wzrost produkcji przemysłowej o 2,4% r/r (przy uwzględnieniu korekty sezonowej nawet o 4,5%), a płace wzrosły o 4,5% r/r. Jedynie zatrudnienie, zgodnie z oczekiwaniami, spadło o 1,7%. Takich wskaźników może pozazdrościć Polsce większość Europy.

Warto również wspomnieć o wzroście inflacji, która według wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrosła w lutym o 2,4% r/r. W najbliższych miesiącach można oczekiwać, że coroczny negatywny wpływ pierwszego kwartału na rynek pracy powinien być mniejszy, a zatem sytuacja na nim może się nieznacznie poprawić. Według prognoz tempo wzrostu inflacji powinno nieznacznie przyspieszyć. Pozostaje jednak pytanie, w jakim stopniu pogarszająca się sytuacja pandemiczna odbije się na produkcji przemysłowej. Jednak mimo wszystko nie należy się też spodziewać poważnych problemów w tym sektorze.

Relatywnie dobre dane z polskiej gospodarki nie pomogły jednak w umocnieniu złotego. W tym tygodniu polska waluta osłabiła się i osiągnęła w piątek rano poziom 4,62 PLN/EUR. Eurodolar lekko spadł i na koniec tygodnia do poziomu 1,193 USD / EUR. W kontekście kursu dolara, spodziewano się, że w tym tygodniu wpłynąć na niego mogą zmiany w polityce pieniężnej FED, do których jednak ostatecznie nie doszło.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Trzecia fala pandemii ma już bardzo silny wpływ na rynki finansowe

Nadchodząca wielkimi krokami trzecia fala pandemii ma już bardzo silny wpływ na rynki. W dół idą nie tylko waluty krajów rozwijających się, ale przede wszystkim ropa naftowa.

Korekta na rynku ropy

Podczas wczorajszej sesji ropa notowana na giełdzie w Londynie staniała z 68 dolarów za baryłkę do poniżej 62 dolarów w najgorszym momencie. Co spowodowało ponad 10% przecenę? Na rynku pojawiły się informacje o spodziewanej dużej nadwyżce produkcji nad popytem. Trzecia fala covidu staje się faktem w wielu krajach, lockdowny są coraz powszechniejsze, a pomimo szczepień koniec pandemii wciąż się oddala. W rezultacie ropa będąca surowcem mocno powiązanym z koniunkturą gospodarczą była wczoraj wyraźnie w odwrocie. Dzisiaj mamy co prawda korektę, ale po tak silnym ruchu można się było tego spodziewać. Należy również pamiętać, że od początku roku ropa drożała około 20 dolarów za baryłkę, tego typu korekta nie powinna być zatem niczym nadzwyczajnym.

Funt znów mocny

Wczorajsze posiedzenie Banku Anglii nie przyniosło zmian stóp procentowych. Zgodnie z oczekiwaniami wszyscy członkowie dziewięcioosobowego gremium decyzyjnego głosowali za pozostawieniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Patrząc na reakcję rynków walutowych, inwestorzy mieli jednak gdzieś z tyłu głowy nadzieję na dalszą obniżkę lub chociaż zapowiedź obniżki stóp procentowych. To jednak się nie pojawiło, w związku z czym funt zyskiwał na wartości po publikacji. Po raz kolejny ustanawia najwyższe poziomy od czasu opuszczenia Unii Europejskiej.

Złoty w odwrocie

Tak jak ropa źle znosi informacje o nawrocie zakażeń koronawirusem, tak również polski złoty nie przyjmuje ich obojętnie. Polska waluta przekroczyła wyraźnie 4,60 zł i nie wiadomo, gdzie kończy się ten ruch. Dzisiaj nie pomaga z kolei słabszy od oczekiwań odczyt sprzedaży detalicznej. Na niekorzyść złotego oprócz pandemii i danych makro działa też stanowisko RPP i gotowość NBP do interwencji na rynku walutowym w celu osłabianie złotego. Ruch ten jest korzystny dla rozwoju gospodarczego, jednakże nigdy nie jest tak, że ta sama zmiana jest dobra dla wszystkich. Słaby złoty to problemy kredytobiorców walutowych oraz importerów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Dynamika sprzedaży detalicznej w lutym 2021 roku

Dziś GUS opublikował dane dotyczące dynamiki sprzedaży detalicznej w lutym 2021 roku. Poniżej zamieszczamy komentarz Magdaleny Szlezyngier, Menedżer ds. Klientów Strategicznych z DNB Bank Polska.

Luty to ostatni miesiąc, kiedy wyniki sprzedaży detalicznej są porównywane z wysoką bazą sprzed wybuchu pandemii koronowirusa. Dlatego nie dziwi, że po słabym styczniu jest to kolejny miesiąc, kiedy utrzymuje się spadek konsumpcji z dynamiką na poziomie 3,1 proc. w ujęciu rocznym. Warto jednak podkreślić, że zniesienie restrykcji administracyjnych, które obowiązywały w styczniu oraz efekt „odroczonego popytu” znalazły swoje odzwierciedlenie w najnowszych danych o konsumpcji przekładając się na dodatnią dynamikę w ujęciu miesięcznym. Opublikowany w dniu dzisiejszym przez GUS odczyt za miesiąc luty wskazuje na jej spadek o 3,1 proc. w ujęciu rocznym oraz 3,5 proc. wzrost w stosunku do stycznia 2020. W obliczu nowych restrykcji wprowadzanych w marcu br. oraz ryzyka wprowadzenia ograniczeń w przemieszczaniu się w okresie Wielkanocy należy się spodziewać, że luty będzie miesiącem z najlepszy odczytem jaki zobaczymy w I kwartale br.

Największy wzrost sprzedaży dotyczył kategorii odzież i obuwie. Dynamika w ujęciu rocznym w tej kategorii wyniosła aż 12,9 proc. Ograniczenia w funkcjonowaniu galerii handlowych w grudniu i styczniu, odraczanie zakupów przez ten okres, jak również liczne wyprzedaże przyciągnęły konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży. Powrót klientów, szczególnie do sklepów z odzieżą, spowodował, że udział e-handlu w całej sprzedaży detalicznej w lutym tego roku wyniósł 8,6 proc., podczas gdy w styczniu było to 9,8 proc. a w grudniu 9,1 proc. Prognozujemy jednak, iż kolejne miesiące przyniosą dalszy rozwój e-handlu jako efekt zachęt dla konsumentów w obszarze jakości dostawy, rozwoju sieci paczkomatów, punktów odbioru oraz skrócenia terminów dostaw. Największe spadki na poziomie 14,8 proc. odnotowała kategoria sprzedaży paliw jako konsekwencja ograniczania mobilności i braku ferii zimowych oraz farmaceutki i kosmetyki – 13,5 proc. jako efekt chwilowego optymizmu związanego z brakiem restrykcji, spadkiem zachorowań oraz rozpoczętą akcją szczepień.

Pomimo braku restrykcji administracyjnych oraz działania galerii handlowych przez okres pełnego miesiąca sprzedaż detaliczna w lutym nie wraca do poziomów odnotowywanych przed wybuchem epidemii koronowirusa. Niestety nowa rzeczywistość i efekt pandemii zmieniły na dobre zwyczaje finansowe polskich konsumentów. Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że odwiedzalność klientów w galeriach handlowych w lutym 2021 roku była o blisko 21 proc. niższa niż przed rokiem, a w marcu nawet o 30 proc. Odczyty sprzedaży detalicznej za dwa pierwsze miesiące 2021 roku wskazują, iż cały I kwartał będzie obarczony dużą niepewnością konsumentów co do rozwoju sytuacji pandemicznej, co przełoży się na niską mobilność społeczną oraz dalsze ograniczanie wydatków. Konsumenci przeszli na tryb zdalny w obawie przed wybuchem trzeciej fali zachorowań oraz oczekując na namacalne efekty akcji szczepień. Miejmy nadzieję, że tylko pierwszy kwartał, a nie cały rok, pozostanie pod znakiem wychodzenia konsumentów z kryzysu koronowirusa.

Pandemia wpłynęła na rynek alkoholi. Sklepy ograniczyły liczbę promocji. Spadek jest dwucyfrowy

Podczas pandemii sieci handlowe ograniczyły promowanie alkoholu. W ciągu roku ogólny spadek wyniósł ponad 11%. W dyskontach ubyło przeszło 23% promocji, w hipermarketach – prawie 23%, a w hurtowniach – ok. 16%. Z kolei największy wzrost wykazały sieci convenience – o blisko 21%. Na plusie były też supermarkety – 4,5%. Za nimi znalazły się sieci cash & carry – ponad 1%. Biorąc pod uwagę poszczególne trunki, największy spadek promocji, przekraczający 44%, odnotował cydr. Na minusie były także wina – przeszło 21%, likiery i kremy – prawie 16%, a także alkohole mocne – ok. 13%. Tylko piwo poszło do góry – o niespełna 2%.

Z analizy wynika, że w czasie pandemii sieci handlowe zmniejszyły liczbę promocji alkoholu. Spadek w relacji rocznej wyniósł 11,2%. Zdaniem Michała Majszczyka z Hiper-Com Poland, mógł on wynikać z promowania innych kategorii produktowych, których sprzedaż została bardziej zagrożona przez pandemię. Alkohol, szczególnie wysokoprocentowy, jest produktem, który się nie psuje. Sklepy nie muszą zatem promować tego artykułu, aby szybciej się go pozbyć.

– Retailerzy bardziej skoncentrowali się na promowaniu towarów pierwszej potrzeby, a alkohol do nich nie należy. Spadek był jednak nieduży. Można więc wnioskować, że po zakończeniu pandemii wyniki wrócą do normy. Pierwsze tego przejawy będzie można zauważyć przed tegoroczną majówką, o ile sytuacja epidemiologiczna w kraju nie pogorszy się – przewiduje Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail.

Patrząc na poszczególne formaty, widać, że największy spadek zaliczyły dyskonty – o 23,2%. Za nimi były hipermarkety z wynikiem 22,8%, a także hurtownie – 16,3%. Jak informuje ekspert z Hiper-Com Poland, ogólna liczba rabatów w sieciach dyskontowych wzrosła, ale zaczęły one pokazywać szerszą ofertę. Inne kategorie mogły być więc mocniej promowane kosztem alkoholu. Klientów częściej przyciągały do sklepów tzw. zdrowe produkty.

– Pandemia sprawiła, że w sieciach detalicznych zmieniły się priorytety działania w walce o klienta. Promocje alkoholu znalazły się poza nimi. W sklepach dyskontowych bardzo wyraźne było to, że głównym celem stało się zaspokojenie bezpieczeństwa sanitarnego i zdrowotnego przebywających tam osób. Do tego doszła optymalizacja oferty asortymentowej i logistyki. Przy tym istotne okazało się też zapewnienie wygody zakupów. I na tych kwestiach dyskonty skoncentrowały swoje działania promocyjne – komentuje dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Z kolei więcej promocji alkoholi wprowadziły sieci convenience – o 20,9%, supermarkety – o 4,5%, a także sieci typu cash & carry – o 1,1%. W opinii Michała Majszczyka, sklepy typu convenience pełnią często taką samą funkcję jak monopolowe. Zatem alkohol jest jednym z najchętniej kupowanych tam produktów. Sieci starały się dodatkowo podnieść sprzedaż, często promując alkohole z wyższej półki w celu zachęcenia szerszego grona klientów.

– Sieci convenience mają inną strategię działania niż sklepy dyskontowe czy hipermarkety. Oferują produkty, które konsumenci kupują w sytuacji nagłego braku lub pod wpływem impulsu. Wydłużony czas pracy tego typu sklepów sprzyja rozwijaniu promocji na alkohol. Z kolei hurtownie typu cash & carry próbują intensyfikować sprzedaż mocnych trunków do punktów handlu detalicznego wobec czasowego wyłączenia restauracji i hoteli – tłumaczy dr Kłosiewicz-Górecka.

Ponadto z analizy wynika, że najwięcej promocji w sklepach stracił cydr – 44,3%. Potem w zestawieniu są wina – 21,3%. Następne likiery i kremy – 15,9%, a po nich – alkohole mocne – 13,1%. Tylko piwo było na plusie, czyli zyskało 1,6% promocji. Jak wyjaśnia Bartłomiej Domański z Hiper-Com Poland, piwo w stosunku do cydru jest produktem uprzywilejowanym pod względem reklamy. Cydr, pomimo ogromnego potencjału w naszym kraju, wciąż z nim przegrywa, ponieważ jest objęty zakazem reklamowania.

– Piwo jest wciąż dominującym alkoholem w naszych sklepach i jednym z najczęściej promowanych, co ma swój wpływ na jego spożycie i zakup. Zapotrzebowanie na ten artykuł zawsze utrzymuje się na dość wysokim poziomie. Zatem liczba promocji piwa na tle innych trunków nie powinna zbytnio dziwić – podsumowuje Karol Kamiński.

Dane pochodzą z raportu międzynarodowej agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Centrum Analiz Grupy AdRetail. Porównano ponad 255 tys. akcji promocyjnych, w tym cen oferowanych od 1.03.2020 roku do 28.02.2021 roku, a także w analogicznym okresie lat 2019-2020. Pod uwagę wzięto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience, cash&carry oraz hurtownie.

Medicover inwestuje w sieć centrów medycznych Dom Lekarski w Szczecinie

Medicover pozyskał w wyniku akwizycji znaną sieć centrów medycznych Dom Lekarski w Szczecinie. Istotą działalności Domu Lekarskiego jest zapewnienie pacjentom szerokiego dostępu do wysoko wykwalifikowanego personelu medycznego w nowoczesnych i komfortowo wyposażonych ośrodkach ambulatoryjnych oraz szpitalnych.

Centrum Medyczne Dom Lekarski powstało w 2001 r. w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na wysokiej jakości usługi zdrowotne. Obecnie prowadzi 5 ośrodków w Szczecinie, w których odbywają się konsultacje specjalistyczne: Przychodnia Turzyn, Outlet Park, Piastów Office Center z oddziałem szpitalnym i nowoczesną salą operacyjną, Przychodnia Rydla oraz Oddział Szpitalny Gombrowicza, będący niezależnym centrum zabiegowym.

Misją Domu Lekarskiego jest świadczenie w sposób innowacyjny i kompleksowy najwyższej jakości usług medycznych, zarówno z zakresu porad medycznych, diagnostyki, leczenia operacyjnego, jak i rehabilitacji w rozumieniu całkowitego powrotu pacjentów do zdrowia i pełnej sprawności.

Fundamentem działalności Domu Lekarskiego jest przeprowadzanie wysokospecjalistycznych zabiegów (z zakresu 40 specjalizacji) z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć medycyny oraz nowoczesnego sprzętu. Większość oferowanych zabiegów to procedury jednego dnia. Kluczowymi specjalizacjami pozostają: okulistyka, ortopedia i ginekologia. Kadra medyczna skupia ponad 150 lekarzy.
Obecnie 85 proc. przychodów pochodzi z prywatnych usług medycznych, natomiast 15 proc. ze współpracy w ramach NFZ. Spółka Dom Lekarski notowana jest na giełdzie NewConnect od 2011 r.

Ośrodek Dom Lekarski posiada Certyfikat ISO 9001:2008 nadany przez Germanischer Lloyd Industrial Services Polska Sp. z o.o. oraz certyfikat Polskiego Stowarzyszenia Turystyki Medycznej. Sieć placówek należy także do HOPE – Europejskiej Federacji Szpitali.

Jedną z kluczowych dróg rozwoju w naszej firmie są także inwestycje w znane i renomowane podmioty medyczne, zarówno obejmujące opiekę ambulatoryjną, jak i szpitalną. W ostatnim czasie w wyniku akwizycji pozyskaliśmy szczeciński Dom Lekarski. Nasze know-how i przywiązanie do najwyższych standardów medycznych pozwoli nam stymulować rozwój centrów medycznych i poprawiać jakość życia pacjentów z województwa zachodniopomorskiego, a także pacjentów zagranicznych – komentuje Marcin Łukasiewicz, Dyrektor Zarządzający ds. Usług Szpitalnych w Medicover.

Od początku istnienia Domu Lekarskiego naszą ambicją było podnoszenie standardu sektora medycznego w regionie. Inwestycja Medicover pozwala nam wierzyć w dalszy, pomyślny rozwój naszych centrów i jest przez nas odczytywana jako wyraz uznania do kapitału, który zgromadziliśmy przez ostatnie 20 lat – dodaje Dariusz Piotrowski, jeden z założycieli Domu Lekarskiego S.A.

Na mocy przedwstępnej warunkowej umowy sprzedaży akcji z dnia 2 lutego 2021 r. Medicover staje się właścicielem pakietu kontrolnego (73%) Dom Lekarski S.A.

Akwizycja Domu Lekarskiego pozwoli na umocnienie pozycji inwestora w województwie zachodniopomorskim i wzmocni zasięg sieci szpitali, placówek ambulatoryjnych i specjalistycznych oraz laboratoriów, które Medicover rozwija w całej Polsce. Wszystkie pięć placówek, których dotyczy transakcja, będzie kontynuować działalność pod marką „Dom Lekarski”. Oferta medyczna tych ośrodków nie wlicza się do świadczeń gwarantowanych w ramach pakietów medycznych Medicover.

Polacy coraz więcej inwestują za granicą. A to nie koniec hossy

Minął rok od wybuchu pandemii oraz jednej z największych i najszybszych wyprzedaży na giełdach w historii. Po krótkoterminowym załamaniu rynków przyszła kontynuacja hossy, a inwestorzy mieli przez ten czas szansę skorzystania z wielu okazji inwestycyjnych i uzyskania wysokich stóp zwrotu niemal na wszystkich światowych giełdach. W styczniu Polacy wydali 2,4 mld zł na akcje spoza GPW. Szczególne zainteresowanie dotyczy spółek biotechnologicznych i tzw. covidowych.

Pandemia sprzyja inwestowaniu. Do trzymania pieniędzy na lokatach bankowych nie zachęcają niskie stopy procentowe. Na rynku akcyjnym zaś trwa długoterminowy trend wzrostowy. Indeksy ustanawiają co chwila nowe, historyczne maksima. Według opublikowanych 16 marca 2021 danych NBP o bilansie płatniczym Polski w styczniu 2021 r. polscy rezydenci zainwestowali w udziałowe papiery wartościowe za granicą 2,4 mld zł. To duży wzrost, zwłaszcza, że w czerwcu na akcje spoza GPW wydali prawie 2 mld zł i to był największy miesięczny przyrost od ponad czterech lat.

– Dywersyfikacja portfeli inwestorów indywidualnych o akcje spółek zagranicznych to naturalny trend, zwłaszcza w bezprecedensowych okolicznościach paniki i kryzysu. Ogólnopolskie Badanie Inwestorów Indywidualnych 2020 wskazuje, że inwestowaniem interesują się coraz młodsze osoby, które poświęcają temu zajęciu coraz więcej czasu (dane porównywane r/r). Ten trend więc nie dziwi, bo można go zaobserwować nie tylko w Polsce, ale na wszystkich rynkach rozwiniętych. Widzimy to też  w TMS Brokers, dlatego ciągle rozszerzamy ofertę, np. o bardzo popularne spółki amerykańskie (tj. Novavax) oraz o kolejne CFD na akcje, a m.in. rodzime giełdowe gwiazdy – Mercator i Huuuge Games – mówi Łukasz Zembik, kierownik departamentu analiz w TMS Brokers.

Wzrost wartości inwestycji zbiegła się w czasie ze wzrostem zainteresowania inwestowaniem.

– Zmienność i niepewna sytuacja zachęciła do inwestowania, szczególnie mobilnego. I jest to trend globalny. Jak podaje raport Adjust – w 2020 aktywność w aplikacjach inwestycyjnych, które pozwalają użytkownikom bezpośrednio handlować akcjami z ich telefonu, kwitnie – widać 88% wzrost średniej liczby dziennych sesji od stycznia do czerwca 2020 r. Widać to szczególnie po rosnącej liczbie użytkowników naszej autorskiej aplikacji do mobilnego tradingu TMS Brokers – mówi Piotr Kardasz, dyrektor departamentu marketingu i kierownik ds. rozwoju produktu mobile w TMS Brokers.

 

Wzrost wartości inwestycji
Źródło: Adjust + Appatopia „The Mobile Finance Report 2020. A Global Benchmark of Banking, Payment and Investment Apps”

Pandemia Covid-19 spowodowała zwiększenie globalnego popytu na szczepionki oraz środki ochrony tj. maseczki, rękawiczki, co dało możliwość przyspieszonego wzrostu spółek biotechnologicznych (tj. Pfizer, AstraZeneca, BioNTech, czy Novavax) oraz producentów rękawic medycznych tj. Mercator Medical.  Duże zapotrzebowanie i nadzieje na opanowanie pandemii wywindowały ceny akcji tych spółek. Na GPW np. zyskiwały tzw. spółki covidowe, ale ich potencjał stoi pod znakiem zapytania – nie wszystkie bowiem będą w stanie spełnić oczekiwania inwestorów względem cen akcji.

Interesujący jest dalszy los najjaśniejszej gwiazdy covidowej hossy – spółki Mercator Medical.  Wycena giełdowa spółki wzrosła w 2020 roku ponad 40-krotnie.

2021 rok może być również bardzo udany dla największego beneficjenta pandemii, biorąc pod uwagę prognozowany całoroczny zysk netto w wysokości 1,1 mld zł (wzrost o 14 proc. rok do roku), co przy planowanej wypłacie dywidendy powinno przekładać się na premię w wycenie w perspektywie kolejnych kilku kwartałów. Zwłaszcza, że przed spółką perspektywa wejścia do WIG20 po sesji 19 marca.

Które więc spółki mogą zarobić na kryzysie?

– Postęp szczepień wpłynie na zmniejszenie popytu na jednorazowe środki ochrony produkowane przez spółkę, więc spodziewamy się  trendu spadkowego średnich cen, co może ciążyć na wycenie spółki w nadchodzących miesiącach. Widzimy duże zainteresowanie kontraktami na akcje Mercatora w sentymencie aplikacji TMS, dlatego przestrzegamy, że inwestorzy powinni brać pod uwagę prawdopodobny spadek kwartalnych wyników finansowych Mercatora od II kwartału br. Warto jednak zaznaczyć, że spółka zapowiedziała inwestycje w obszarze produkcji i dystrybucji oraz przeznaczenie ok. 35% skonsolidowanego zysku netto na wypłatę albo skup akcji własnych – wskazuje Łukasz Zembik, kierownik departamentu analiz w TMS Brokers.

Sytuacja na rynkach przez następne miesiące będzie zależała od przebiegu pandemii, tempa odmrażania gospodarek oraz polityki banków centralnych.

Zachowanie inwestorów zależne będzie od decydentów oraz spływających komunikatów, a te – po podaniu przez Fed decyzji odnośnie poziomu kosztu pieniądza (0-0,25 proc.) – wywołało ożywienie zmienności. Instytucja nie zmieniła stóp procentowych oraz podniosła swoje prognozy PKB na ten rok o 2,3 proc. do poziomu 6,5 proc.

– Z jednej strony Fed stara się odebrać uczestnikom rynku argumenty za sprzedażą obligacji pod oczekiwania normalizacji polityki monetarnej. Z drugiej, jest przestrzeń do wyceny wyższych rentowności na oczekiwaniach szybszego wzrostu inflacji. Niezależnie co mówią prognozy Fed, rynek stara się mieć swoje własne zdanie – ocenia Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers i dodaje: „rynek staje się trudniejszy niż zwykle, a handel jest zdany na chimeryczność rynku długu, który tak jak wczoraj, może obserwować ruch zrodzony z niczego. W dalekim tle pozostają dane makro i analiza bieżących wydarzeń”.

Czy to więc koniec hossy?

– Na bessę jeszcze nie pora, a gdy przyjdzie za 2-3 lata wcale nie musi być spektakularna. Patrząc na przyspieszenie szczepień zbliżamy się do momentu, w którym nastawienie Fedu i innych banków centralnych będzie musiało ulec zmianie i przejść z trybu rozdawnictwa na tryb spłaty długów. Rynek akcji oczywiście wyprzedzi ten moment, a inwestorzy najpewniej zechcą go wykorzystać. To więc nie koniec wzmożonego zainteresowania rynkami. Być może czeka nas przełom i odejście w jakimś stopniu od spółek technologicznych w stronę fundamentalnie niedowartościowanych spółek value – ocenia Zembik i dodaje: „interesujące są spółki biotechnologiczne. Po początkowym boomie i ogromie zapotrzebowania nastąpiło „przesianie” firm, które nie sprostały wyzwaniom i nie spełniły oczekiwań inwestorów. Warto przyjrzeć się np. notowaniom J&J, czy Novavax”. – Akcje Novavax urosły już w tym roku o ponad 100 proc. Od 12 miesięcy wycena powiększyła się aż o przeszło 2270 proc. Zwyżki są imponujące. Ciężko będzie jednak utrzymać podobną dynamikę wzrostów, co nie oznacza, że nie warto zainteresować się papierami tej spółki. Pamiętajmy również o silnej konkurencji na rynku (Pfizer czy Moderna). Od strony technicznej notowania cen Novavax po lutowej korekcie, budują kolejny impuls wzrostowy. Dołek lokalnych spadków wypadł w okolicach szczytu z 2020 roku. To solidne, techniczne wsparcie dla ceny – ocenia Zembik.

Warto podkreślić, że w ostatnim czasie Novavax pokazała wyniki 3 fazy badań szczepionki na COVID-19. W badaniach klinicznych lek wykazał wysoką skuteczność. Należy podkreślić, że Novavax zbudował rozległą sieć produkcyjną. Na początku marca polski Mabion zawarł umowę z amerykańskim przedsiębiorstwem, która dotyczy transferu technologii oraz prób technicznych dotyczących produkcji antygenu.

Póki trwa pandemia – można więc zachęcać do przyglądania się spółkom, które dzięki niej zyskały.

GUS o detalu i e-handlu w lutym – eksperci komentują

Udział sprzedaży przez internet w sprzedaży detalicznej spadł w lutym do 8,6% z 9,8% w styczniu – podał GUS.

Poniżej komentarze eksperckie do tych danych autorstwa Unity Group oraz PayPo:

  1. Unity Group (specjalizuje się w cyfrowej transformacji handlu (tzw. commerce transformation) )

– Lutowy spadek udziału e-commerce w obrotach handlu detalicznego to konsekwencja otwarcia sklepów w galeriach handlowych z początkiem miesiąca. Nie zmienia to faktu, że mamy za sobą kolejny okres potwierdzający bardzo dobrą kondycję polskiego e-handlu, a widoczny wzrostowy trend w ujęciu rocznym to znak, że w wyniku pandemii doszło do przełomu w zwyczajach zakupowych Polaków. E-handel waży dziś w całym handlu detalicznym znacznie więcej niż przed rokiem (wg GUS w lutym 2020 r. udział e-commerce wyniósł 5,6% wobec 8,6% teraz), mimo to wiele wskazuje na to, że najlepsze lata sprzedaż internetowa ma wciąż przed sobą. Dziś już nie nikt nie pyta o to, czy będziemy obserwować kontynuację wzrostowego trendu tego sektora, dyskusja dotyczy raczej dynamiki tego wzrostu. Ponieważ kolejne relacje z frontu walki z koronawirusem przynoszą nowe zwroty akcji, w tym w gospodarce, Unity Group zakłada dwa skrajne scenariusze rozwoju sytuacji. Pierwszy, optymistyczny, to dość szybki powrót do normalności przedcovidowej po marcowo‑kwietniowym lockdownie, czyli m.in. stałe otwarcie galerii handlowych. W takim przypadku przyjmujemy, że tempo rozwoju e-commerce ustabilizuje się na poziomie ok. 10 proc. w tym roku. Jeśli natomiast obostrzenia nie zostaną poluzowane lub wręcz dojdzie do ich zaostrzenia, będzie to dla rynku sygnał, że mamy do czynienia ze stanem docelowym, przynajmniej w średnim horyzoncie. Wtedy należy spodziewać się wzrostów w przedziale 20-25 proc. Biorąc pod uwagę wprowadzenie ogólnopolskich obostrzeń 17 marca, i to, jak drastycznie rozlewa się pandemia w ramach trzeciej fali, bardziej prawdopodobny na teraz wydaje się być scenariusz drugi. To jednak analiza dotycząca tylko sprzedaży detalicznej w modelu B2C.

W przypadku firm sprzedających w kanale B2B wciąż jest wiele niewiadomych, co do ich strategicznych planów w obszarze cyfryzacji. Wyniki przeprowadzonego przez nas niedawno badania pokazują wyraźnie – aż 54 proc. badanych firm nie posiada strategii transformacji cyfrowej. Ta liczba może dziwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w dobie pandemii przekonaliśmy się dobitnie, jak bardzo niezbędne są narzędzia cyfrowej komunikacji – zarówno dla konsumentów, jak i partnerów czy pracowników. Zakupy online oraz praca zdalna zmieniły niemal każdą branżę. Tymczasem, mimo pandemicznych doświadczeń, aż 37% respondentów nie planuje inwestycji w e-commerce oraz BI, co może odbić się negatywnie na tych biznesach, bowiem dla wielu przedsiębiorców będzie to warunek konieczny do spełnienia dla dalszego funkcjonowania firmy i możliwości konkurowania. To ostatni moment na inwestycje w kompetencje cyfrowe, aby nadążyć za rynkiem i przygotować się na walkę, która teraz stanie się jeszcze bardziej zacięta.

Zrozumienie tego, jak dalece transformacja cyfrowa i wykorzystanie danych mogą zmienić biznes, to klucz to sukcesu w świecie jutra, które z pewnością będzie wirtualne. Z przeprowadzonego przez Unity Group badania wynika, że nie wszyscy, a nawet nie większość przedsiębiorców jest na to jutro gotowa. – powiedział Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group.

  1. PayPo (fintech, dostawca płatności odroczonych do finansowania zakupów w internecie)

– Udział e-handlu w sprzedaży detalicznej spadł w lutym do 8,6%, ale i tak jest to poziom znacznie wyższy niż przed rokiem, kiedy na koniec lutego wynosił 5,6%. Dane GUS potwierdzają zatem, że e-commerce nadal jest w długoterminowym trendzie wzrostowym, a Polacy na stałe przenieśli dużą część zakupów do internetu. Otwarcie 1 lutego sklepów w galeriach handlowych tylko lekko skorygowało tę tendencję. Zatem siła e-commerce nie jest już tylko kwestią strachu przed potencjalnym zakażeniem, to bardziej świadomość i zbudowane na pandemicznych doświadczeniach przekonanie, że coraz więcej niezbędnych rzeczy można już kupić online. Widzimy to w przypadku naszych płatności odroczonych, których używa się do zakupów już nie tylko w przypadku asortymentu fashion czy RTV/AGD, ale coraz częściej również innych kategorii produktowych, jak cateringi dietetyczne i artykuły spożywcze. Dodatkowo, wg naszych danych odroczone płatności to forma płacenia za zakupy online, do której nasi klienci chętnie wracają. Wniosek? Doszliśmy do etapu rozwoju tego rynku, że testowanie nowości technologicznych w czasie pandemii zostało zastąpione regularnym używaniem i rekomendowaniem innym użytkownikom, a to oznacza przestawienie się na nowe, wygodne i bezpieczne płatności już na stałe. Powyższe czynniki dały imponujący efekt – transakcji z użyciem odroczonych płatności było w lutym w przeliczeniu na jeden dzień jeszcze więcej niż w bardzo udanym pod tym względem styczniu, wbrew raportowanemu przez GUS wyraźnemu spadkowi wartości sprzedaży internetowej w lutym w odniesieniu do poprzedniego miesiąca. W sumie było ich też ponad czterokrotnie więcej niż w lutym przed rokiem. Coraz więcej dostępnych prognoz mówi, że w tym roku e-commerce w Polsce urośnie o ponad 20 proc. Ten wzrost w naturalny sposób będzie też dotyczyć rynku odroczonych płatności. Tym bardziej, że ciągła niepewność wynikająca ze zmiany obostrzeń, które od 20 marca do 9 kwietnia przybiorą formę narodowego lockdownu, coraz bardziej popycha ludzi w stronę bezpiecznych i wygodnych zakupów, a takie są właśnie zakupy online z wykorzystaniem tej innowacyjnej formy płatności – powiedział Piotr Szymczak, Dyrektor Operacyjny PayPo, spółki będącej liderem rynku odroczonych płatności w Polsce, z której płatności skorzystało już blisko 400 tys. osób, realizując ponad 3 mln transakcji w 2020 r.

Wyniki finansowe Grupy Agora w 2020 r.

W 2020 r. Grupa Agora mierzyła się z poważnymi skutkami wybuchu pandemii COVID-19, mocno odczuwanymi zwłaszcza przez jej biznesy reklamowe i kinowy. W obliczu pandemii zarząd Agory zdecydował o wdrożeniu planu kryzysowego, obejmującego szereg działań zabezpieczających długoterminową płynność finansową firmy i oszczędności kosztowe, a także rezygnację z biznesów pozbawionych w obecnej sytuacji szans na rozwój. Z drugiej strony jeszcze bardziej przyspieszyły konsekwetnie realizowane od kilku lat procesy cyfryzacyjne w Grupie – w efekcie m.in. wzrosły liczba subskrypcji i poziom przychodów cyfrowych „Gazety Wyborczej” i TOK FM, a także wpływy cyfrowe Wydawnictwa Agora. Ostatecznie Grupa Agora zakończyła 2020 r. z zyskiem na poziomie EBITDA.

– Pandemia praktycznie na rok zamknęła kina – największe źródło wpływów Agory. Boleśnie uderzyła w biznesy reklamowe, szczególnie w reklamę zewnętrzną. W efekcie nasze przychody spadły o ponad 400 mln zł. W odpowiedzi podjęliśmy zdecydowane działania oszczędnościowe, zawiesiliśmy większość planów inwestycyjnych i natychmiast zamknęliśmy te projekty, które miały ograniczone szanse na szybką odbudowę po pandemii. Dzięki redukcji kosztów operacyjnych Grupy o prawie 280 mln zł zamknęliśmy rok pozytywnym wynikiem EBITDA i bardzo bezpiecznym poziomem płynności – mówi Bartosz Hojka, prezes zarządu Agory. – Cyfrowa transformacja jest od lat priorytetem Agory. Ubiegły rok wykorzystaliśmy do przyspieszenia tego procesu, czego efekty widać m.in. w wynikach „Gazety Wyborczej”, segmentu Internet oraz Wydawnictwa Agora. W 2021 r. będziemy dalej inwestować w technologię i rozwój cyfrowej sprzedaży, pracując jednocześnie nad przywróceniem pełnej mocy AMS i odbudową Heliosa.

W 2020 r. całkowite przychody Grupy Agora wyniosły 836,5 mln zł i były niższe o 33,1% niż w 2019 r. O takim poziomie wpływów zdecydował przede wszystkim wybuch pandemii COVID-19 i jej skutki odczuwane przez Grupę Agora od wiosny ub.r. – zwłaszcza w obszarze działalności reklamowej i kinowej. Najistotniejszy spadek wpływów odnotował największy biznes Agory – sieć kin Helios, która ze względu na administracyjne zamknięcie obiektów przez cały 2. kwartał 2020 r. oraz większą część 4. kwartału nie generowała przychodów, a w 3. kwartale mierzyła się z ograniczoną ofertą repertuarową oraz limitami sprzedaży miejsc dostępnych w każdej sali kinowej. Warto jednak zwrócić uwagę na wzrost cyfrowych wpływów Grupy – zarówno ze sprzedaży dostępów do treści premium, jak i reklam digital OOH i online. Takie efekty zapewniło mocne postawienie na cyfryzację już przed kilkoma laty, a w czasie pandemii – intensyfikacja działań, dodatkowa promocja oferty cyfrowej, zwłaszcza w ramach Agory, a także inwestycje w podniesienie efektywności reklamowej.

Przychody Grupy Agora ze sprzedaży usług reklamowych wyniosły w 2020 r. 452,2 mln zł i zmniejszyły się o 22,0%. Ich spadek nastąpił we wszystkich segmentach operacyjnych poza Internetem. W największym stopniu zmniejszenie wpływów reklamowych odczuł segment Reklama Zewnętrzna, w którym były one niższe o 38,8%, głównie w efekcie obostrzeń pandemicznych skutkujących ograniczeniem liczby osób w przestrzeni publicznej. Wzrost wpływów reklamowych segmentu Internet zapewniły wyższe przychody spółki Yieldbird i Gazeta.pl.

Wpływy ze sprzedaży biletów do kin oraz ze sprzedaży barowej w sieci Helios, która przez dużą część roku – 168 dni pozostawała zamknięta, znacząco się zmniejszyły. Rynkowo w całym ub.r. liczba biletów do kin sprzedanych w Polsce wyniosła prawie 17,1 mln i zmniejszyła się o 71,9%*.

Wartość przychodów Grupy ze sprzedaży wydawnictw wyniosła w 2020 r. 133,8 mln zł – to spadek o 3,9% w porównaniu z 2019 r. Zdecydowało o tym przede wszystkim ograniczenie sieci sprzedaży zarówno wydawnictw książkowych, jak i prasowych, przyczyniające się do niższych wpływów ze sprzedaży publikacji w stacjonarnych punktach. Wyższe były natomiast wpływy ze sprzedaży subskrypcji treści Wyborcza.pl. Na koniec grudnia 2020 r. liczba prenumerat cyfrowych „Gazety Wyborczej” sięgnęła blisko 260 tys., co oznacza wzrost o 19,2% w stosunku do grudnia 2019 r. Udział wszystkich przychodów cyfrowych dziennika sięgnął już około 36,0% – to efekt konsekwentnych inwestycji w cyfryzację flagowego tytułu prasowego Agory, która prowadzona jest już od ponad 7 lat. Zwiększenie o ponad 60,0% cyfrowych wpływów ze sprzedaży swoich publikacji osiągnęło też Wydawnictwo Agora, coraz mocniej zaznaczające swoją obecność w e-księgarniach.
Jednocześnie w ub.r. Agora odnotowała też niższe przychody w pozostałych kategoriach.

Dzięki szybkim działaniom oszczędnościowym i licznym inicjatywom wewnętrznym podjętym przez zarząd w obliczu pandemii Grupa Agora ograniczyła w 2020 r. koszty operacyjne o blisko 280 mln zł – do 948,2 mln zł. Były one niższe we wszystkich segmentach Grupy, a ich największy spadek nastąpił w obszarach Film i Książka, Prasa, Radio oraz Reklama Zewnętrzna.

Istotny wpływ na poziom wydatków operacyjnych Agory w ub.r. miały projekty oszczędnościowe, jak np. renegocjowanie wysokości czynszów z właścicielami galerii handlowych współpracującymi z kinami i restauracjami oraz rezygnacja z wielu projektów marketingowych w Grupie. Część obniżek kosztów wynikała też z przepisów prawa (zawieszenie odpłatności za czynsze kin i restauracji w galeriach handlowych) lub z wpływu pandemii COVID-19 na wybrane formy działalności (m.in. koszty związane z realizacją kampanii reklamowych).

Tuż po wybuchu pandemii zarząd Agory zdecydował też o rezygnacji z biznesów lub ograniczeniu skali przedsięwzięć, którym nowa sytuacja zabrała szanse rozwoju. W związku z tymi działaniami Agora zanotowała jednorazowo dodatkowe koszty i dokonała niezbędnych odpisów aktualizujących wartość aktywów. Odpisy zostały też odnotowane w grupie AMS S.A., Helios S.A. oraz w Agorze. Jednocześnie na poziom kosztów pozytywnie wpłynął zysk ze sprzedaży nieruchomości oraz części przedsiębiorstwa Plan D. Łącznie koszt tych wszystkich zdarzeń obciążył wyniki Grupy Agora kwotą 28,7 mln zł w 2020 r.

Dzięki obniżeniu wydatków, dyscyplinie kosztowej i konsekwentnym inwestycjom w cyfryzację biznesów Grupa Agora osiągnęła w 2020 r. zysk na poziomie EBITDA w wysokości 89,2 mln zł. Strata na poziomie EBIT stanowiła 111,7 mln zł, a strata netto 130,2 mln zł**.

Na podstawie dostępnych danych rynkowych zarząd Agory szacuje, że wartość polskiego rynku reklamy w 2021 r. zwiększy się w porównaniu z 2020 r., choć 1. kwartał br. przyniesie jeszcze spadek wydatków reklamowych. Wzrosty wartości rynku reklamy powinny być natomiast widoczne od 2. kwartału 2021 r. Jedynym segmentem, w którym wartość wydatków reklamowych skurczy się w 2021 r., będzie prasa wydawana w formie tradycyjnej, zaś pozostałe rozpoczną odbudowę swojej wartości.

Biorąc pod uwagę tempo odradzania się rynku reklamy oraz niepewność odnośnie terminu powrotu do działalności poszczególnych branż gospodarki, w szczególności kin, zarząd spółki szacuje, że w całym 2021 r. przychody Grupy Agora mogą być nieznacznie wyższe niż w 2020 r., a odnotowana przez nią strata operacyjna będzie niższa niż w 2020 r.

Źródło danych: skonsolidowane sprawozdanie finansowe wg MSSF, 4. kw. 2020 r.

Przypisy:

* Dane dotyczące frekwencji w kinach sieci Helios raportowane są zgodnie z okresami kalendarzowymi, zaś dane dotyczące frekwencji rynkowej – zgodnie z Boxoffice.pl. W tym drugim ujęciu sprzedaż biletów do kin raportowana jest w okresach, które nie są tożsame z kalendarzowym miesiącem, kwartałem czy rokiem. Liczba sprzedanych biletów w danym okresie mierzona jest począwszy od pierwszego piątku danego miesiąca, kwartału czy roku do pierwszego czwartku przypadającego w następnym miesiącu, kwartale czy roku raportowym.

Dane dotyczące sprzedaży biletów są szacunkami grupy Helios sporządzanymi częściowo w oparciu o dane Boxoffice.pl na podstawie danych przekazywanych od dystrybutorów kopii filmowych oraz w czwartym kwartale 2019 r. przez sieci kinowe ze względu na fakt, iż jeden z dystrybutorów zaprzestał podawania danych.

** W ujęciu bez MSSF 16 w 2020 r. Grupa odnotowała zysk na poziomie EBITDA w wysokości 38,2 mln zł, a strata na poziomie EBIT wyniosła 93,1 mln zł. Jednocześnie strata netto Grupy w ujęciu bez MSSF 16 wyniosła 73,4 mln zł.

Dolar odrobił straty. Złoty pod presją sprzedaży

Dolar odrobił straty spowodowane gołębią decyzją Fed. Rynki akcji są pod presją, gdyż rentowności obligacji nie przerywają marszu w górę. Nerwowość przenika na rynek ropy naftowej, podsycając przecenę. Coraz trudniej znaleźć miejsca, gdzie inwestorzy bronią długookresowych strategii przed presją krótkoterminowych zawirowań. Strategia reflacyjna natrafia na kolejne przeszkody.

Wczoraj silny skok rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA do 1,75 proc. nie był czymś, czego się spodziewano w reakcji na środowy przekaz FOMC. Fed był gołębi, zakładając brak podwyżki stóp procentowych do 2023 r., pomimo podbicia inflacji nieznacznie powyżej celu 2 proc. i kontynuowanego spadku bezrobocia. Jakkolwiek wstępna reakcja dolara była negatywna, tak interpretację dalej mąci rynek długu, który wywiera presję na inne klasy aktywów. Z jednej strony Fed stara się odebrać uczestnikom rynku argumenty za sprzedażą obligacji pod oczekiwania normalizacji polityki monetarnej. Z drugiej, jest przestrzeń do wyceny wyższych rentowności na oczekiwaniach szybszego wzrostu inflacji. Niezależnie co mówią prognozy Fed. Rynek stara się mieć swoje własne zdanie odnośnie kierunku dla rentowności i bez sprecyzowanej interwencji Fed czuje, że nic go nie powstrzyma.

Rynek staje się trudniejszy niż zwykle, a handel jest zdany na chimeryczność rynku długu, który tak jak wczoraj, może obserwować ruch zrodzony z niczego. W dalekim tle pozostają dane makro i analiza bieżących wydarzeń. Jeśli już, to informacje rynkowe są segregowane pod kątem, czy jest w nich pierwiastek negatywny i jeśli tak, na ile może to podsycać awersję do ryzyka. I tak na przykład decyzja Europejskiej Agencji Leków o uznaniu szczepionki AstraZeneca za „bezpieczną i skuteczną” prawdopodobnie nie wywoła rajdu ulgi w Europie, podczas gdy większa uwaga zostanie przyznana rozszerzeniu obostrzeń we Francji, nawet jeśli ponowny wzrost zakażeń był przewidywany. To nie jest moment całkowitego odwrotu od trendu i w dłuższej perspektywie strategia reflacyjna będzie kontynuowana. Szczepienia postępują a gospodarka globalna odbija. Na razie jednak trzeba respektować szaleństwo rynku długu z wszystkimi konsekwencjami dla walut, akcji i surowców.

Złoty wpisuje się w schemat i razem z innymi walutami jest pod presją sprzedaży. Wczoraj EUR/PLN na chwilę wyszedł ponad 4,6250 i znalazł się najwyżej od października. Tematy lokalne są na drugim planie, choć przedłużenie niepewności w sprawie kredytów frankowych (przełożenie rozprawy SN z 25 marca na 13 kwietnia) oraz trzecia fala zachorowań nie budują pozytywnego tła, by przerywać wyprzedaż. Mimo to przede wszystkim liczyć się będzie, jakie nastroje rynkowe będą dyktować rentowności obligacji USA.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Co ciąży złotemu?

Na liczbę szczepień w różnych krajach inwestorzy patrzą, jak na nowy wskaźnik wyprzedzający koniunktury, to przyczynia się do słabości polskiej waluty.

Kurs złotego wobec euro mamy na takim poziomie jak w marcu przed rokiem, w szczycie rynkowej paniki wywołanej pandemią.

Wtedy bardzo drogi był dolar, za który musieliśmy płacić 4,30 zł, obecnie jest to ok. 50 gr mniej, natomiast euro kosztowało 4,63 zł. W marcu 2021 r. kurs euro też przekroczył 4,60 zł.

– Sytuacja może wydawać się tym bardziej zaskakująca, że na giełdach panuje euforia, co zwykle sprzyja walutom rynków wschodzących – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – To że złoty się osłabia, zamiast wzmacniać się, to efekt polityki pieniężnej banków centralnych.

Inwestorzy interesują się walutami rynków wschodzących, gdy takie inwestycje dają im szanse na zadawalające stopy zwrotu. Jednak w sytuacji, gdy rynkowe stopy procentowe w Polsce są niższe niż w USA, trudno oczekiwać, że inwestorzy będą kupować złotego, co wzmocni kurs polskiej waluty.

W ostatnich tygodniach inwestorzy coraz bardziej patrzą na tempo szczepień, z tego właśnie powodu bardzo dobrze radził sobie brytyjski funt. Z dużych gospodarek tempro szczepień jest najwyższe właśnie w Wielkiej Brytanii. W UE jest gorzej, natomiast Stany Zjednoczone znajdują się pomiędzy Wielką Brytanią a Unią, to wpłynęło na wzmocnienie dolara wobec euro. Natomiast Polska radzi sobie słabo. W ocenie „The Economist”, który w swych porównaniach posługuje się liczbą nadmiarowych zgonów odniesioną do liczby ludności danego kraju, wśród 69 państw objętych zestawieniem Polska znalazła się na 11 miejscu na świecie i na trzecim w UE (gorzej wypada tylko Bułgaria i Litwa).

Inwestorzy przyglądają się jakie jest tempo szczepień, aby w ten sposób ocenić jak szybko dojdzie do otwierania się gospodarek w konkretnych krajach i gdzie można obawiać się poszerzenie zakresu lockdownów.

– Jest więc dość dużo tych czynników, które ciążą złotemu – komentuje ekspert XTB. – Złoty może jeszcze bardzo stracić, gdyby doszło do załamania giełdowych euforii. Natomiast na szczepienia inwestorzy patrzą, jak na nowy wskaźnik koniunktury.

Technologia zmienia oblicze sądów. W Sądzie Arbitrażowym przy KIG odbyła się rozprawa z wykorzystaniem nowoczesnych narzędzi do komunikacji elektronicznej

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej stawia na nowe technologie i udowadnia, że praca w reżimie sanitarnym, konieczność przestrzegania licznych obostrzeń czy ograniczenia w przemieszczaniu to nie są bariery nie do pokonania. W tym największym w kraju sądzie polubownym odbyła się właśnie wideorozprawa, której uczestnicy łączyli się z Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Czech oraz kilku miast Polski. W sumie przesłuchano 19 świadków i 10 zespołów biegłych. Zorganizowano konferencje biegłych, w których brali udział także tłumacze z języka angielskiego i hiszpańskiego. Całość w sumie trwała 16 dni i 8 godzin.

Rozprawa była dużym przedsięwzięciem logistycznym, nie tylko ze względu na liczbę uczestników i rozlokowanie ich w różnych miejscach Europy. Było to także poważne przedsięwzięcie technologiczne. Na potrzeby posiedzenia powstała wirtualna sala rozpraw, cyfrowe pokoje dla stron sporu i zespołów biegłych (tzw. break rooms) oraz poczekalnie dla świadków (tzw. waiting rooms). Uczestnicy rozprawy udostępniali w jej trakcie prezentacje i opinie za pomocą funkcji share screen.

– W arbitrażu międzynarodowym rozprawy online są dziś standardem. W czasie pandemii wszystkie duże instytucje arbitrażowe, jak np. ICC w Paryżu, promują właśnie taki sposób prowadzenia postępowań. Jeśli chodzi o Polskę, nasz sąd jest na tym polu prekursorem. W okresie pandemii włożyliśmy wiele pracy w to, by działać nieprzerwanie i ułatwić klientom przeniesienie się do wirtualnej rzeczywistości. Inwestujemy w narzędzia, które czynią postępowania arbitrażowe jeszcze bardziej wygodnymi, szybkimi i – co w aktualnej sytuacji szczególnie istotne – bezpiecznymi; narzędzia, dla których kolejne ograniczenia dotyczące przemieszczania się pomiędzy poszczególnymi krajami nie stanowią bariery mówi Agnieszka  Durlik, dyrektor generalna Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

Wideorozprawa odbywała się w trybie hybrydowym – w siedzibie SA KIG obecny był tylko zespół orzekający. Pozostali uczestnicy postępowania łączyli się zdalnie. Średnio w każdym posiedzeniu uczestniczyły 24 osoby, w tym obecni podczas przesłuchania świadków oraz biegłych mężowie zaufania po każdej ze stron sporu, oraz managerowie dokumentowi.

 

Posiedzenia zwoływano w dwóch tygodniowych sesjach trwających w sumie 13 dni oraz w trzech dodatkowych terminach – ok. 80 godzin. W sumie arbitrzy wydali orzeczenie po ok. 16 dniach i 8 godzinach.

– Czas gra na niekorzyść przedsiębiorców, zwłaszcza w okresie, gdy firma nie prosperuje lub jej działalność ze względu na szalejącą pandemię jest mocno ograniczona. Dlatego szybkość postępowania i przewidywalny z góry czas wydania rozstrzygnięcia to z punktu widzenia przedsiębiorców czynniki bardzo istotne. Przedsiębiorcy z branż bezpośrednio dotkniętych kolejnymi restrykcjami doceniają także doświadczenie w sporach oraz szeroki wachlarz arbitrów orzekających w naszym sądzie. A rosnąca popularność arbitrażu to przecież szansa na „odciążenie” mocno przeciążonych sądów powszechnych w rozstrzyganiu spraw gospodarczych – podkreśla Agnieszka Durlik.

Przed posiedzeniem Sąd Arbitrażowy przy KIG przeprowadził kilka połączeń testowych z uczestnikami, łączącymi się z Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Czech oraz kilku miast Polski. Przygotowano także plan awaryjny dla tych uczestników, którzy mieliby problemy techniczne – mogli oni skorzystać ze specjalnie wydzielonych w siedzibie SA KIG pomieszczeń oraz znajdującego się w nich sprzętu. Pomieszczenia te przystosowano zgodnie z aktualnie obowiązującymi zaleceniami Głównego Inspektora Sanitarnego i Ministerstwa Zdrowia.

W trakcie całej rozprawy uczestnicy postępowania mogli korzystać ze wsparcia technicznego specjalistów IT, których wyznaczyły strony sporu. A w razie wystąpienia awarii, zaplanowano możliwość połączenia telefonicznego oraz mailowego z sekretarzem postępowania.

Wideorozprawa odbywała się przed SA KIG w terminie listopad 2020 r. – luty 2021 r.

Passus z ponad 2-krotnie większą EBITDA w 2020 r.

Passus, notowany na NewConnect producent i integrator specjalistycznych rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa oraz wydajności sieci i aplikacji, podsumowuje 2020 r. W minionym roku spółka osiągnęła historycznie najlepsze wyniki. Przychody wyniosły rekordowe 42,9 mln zł, podobnie jak EBITDA, która osiągnęła wartość 5,6 mln zł. Bardzo dobre rezultaty zostały wypracowane przy zysku netto na poziomie blisko 2 mln zł, który wzrósł rdr. o 151 proc. W 2020 r. Passus intensywnie rozwijał produkty własne oraz prowadził działania nakierowane na ekspansję zagraniczną.

Jesteśmy zadowoleni z wyników osiągniętych w 2020 r. Mimo trwającej pandemii były to dla nas rekordowy rok. W tym czasie intensywnie pracowaliśmy nad wysokomarżowymi produktami własnymi pod marką Sycope oraz podejmowaliśmy działania związane z ekspansją zagraniczną. Te dwa obszary są dla nas kluczowe w dalszym rozwoju i budowaniu wartości naszej Spółki. Dodatkowo, co warte podkreślenia, część kontraktów podpisanych w ubiegłym roku ma charakter długofalowy, stąd ich wpływ na wynik finansowy będzie widoczny dopiero w kolejnych okresach. W przypadku Passus S.A. mówimy tu o niebagatelnej kwocie przekraczającej 18 mln zł przychodów. – komentuje Tadeusz Dudek, prezes zarządu Passus.

W 2020 r. Passus podpisał łącznie umowy na kwotę 31,1 mln zł. Była to: umowa podwykonawcza, polegająca na dostarczeniu, wdrożeniu oraz utrzymaniu autorskiego rozwiązania oraz umowa z podmiotem należącym do Skarbu Państwa, zakładająca m.in. dostawę zintegrowanego oprogramowania do zarządzania komputerami i urządzeniami przenośnymi, a także kolejna umowa z podmiotem należącym do Skarbu Państwa dotycząca kompleksowej ochrony przed oprogramowaniem typu malware.

W minionym roku Passus stawiał kolejne kroki na drodze do ekspansji zagranicznej. Powołana została dedykowana spółka Sycope Limited z siedzibą w Dublinie, w której Passus objął 100 proc. udziałów. Odpowiadać będzie ona za sprzedaż autorskich rozwiązań Spółki na rynkach zagranicznych.

Ważnym krokiem na drodze ekspansji zagranicznej była podpisana na początku br. umowa dystrybucyjną z Nuvias Deutschland, który posiada sieć ponad 5 000 partnerów handlowych w 20 krajach regionu EMEA. Dzięki umowie produkty Passus będą mogły być sprzedawane na rynku Europy, Bliskiego Wschodu oraz Afryki. – dodaje Tadeusz Dudek.

Passus w 2020 r. z sukcesem zakończył finansowane ze środków z UE prace badawczo-rozwojowe nad systemem StressTester, który umożliwia automatyczne prowadzenie testów wydajności aplikacji w oparciu o rzeczywisty ruch sieciowy. W październiku zeszłego roku Spółka podpisała kolejną umowę o dofinansowanie dotyczącą projektu „System czasu rzeczywistego do inteligentnej klasyfikacji treści internetowych w języku polskim na potrzeby ochrony rodzicielskiej, przeciwdziałania cyberslakingowi i ochrony sieci korporacyjnych”. Wartość nowego dofinansowania wynosi ponad 4 mln zł.

Stale rozwijajmy produkty własne. We wrześniu zaprezentowaliśmy nową wersję Systemu Sycope. Wykorzystuje ona m.in. nowy, powstały na bazie rozwiązania Ambience, silnik do filtrowania i analizy danych który w istotny sposób przyspiesza pracę Systemu.  Z kolei w listopadzie miała miejsce premiera kolejnej wersji Systemu Sycope wzbogacona, m.in. o zaawansowany moduł XND służący do dynamicznego wykrywania i mitygacji ataków DDoS. – kończy Tadeusz Dudek.

Na bazie bardzo dobrych wyników Spółki w minionym roku, zarząd Passus rekomenduje wypłatę dywidendy za 2020 r. w wysokości 134,1 tys. zł, tj. 0,07 zł na jedną akcję. Jako dzień dywidendy rekomendowany jest dzień 8 lipca 2021 r., a dzień 15 lipca 2021 r., jako termin wypłaty dywidendy.

JR HOLDING ASI S.A. zainwestuje w LaserTec S.A. i wprowadzi spółkę na giełdę

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., zawarła list intencyjny ze spółką LaserTec S.A. w sprawie nawiązania potencjalnej współpracy dotyczącej rozwoju tego podmiotu. JR HOLDING ASI S.A. planuje zainwestować środki w tą spółkę oraz wspierać ją w upublicznieniu na rynku akcji NewConnect lub rynku regulowanym GPW.

Zgodnie z podpisanym przez JR HOLDING ASI S.A. oraz LaserTec S.A. listem intencyjnym spółki rozpoczęły negocjacje dotyczące nawiązania potencjalnej współpracy w zakresie rozwoju LaserTec S.A. Obejmują one m.in. współpracę Stron mającą na celu doprowadzenie do wejścia LaserTec S.A. lub podmiotu wchodzącego w skład jego grupy kapitałowej do zorganizowanego obrotu na rynku regulowanym lub w alternatywnym systemie obrotu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. Jedną z możliwości upublicznienia jest połączenie LaserTec S.A. z publiczną spółką akcyjną w ramach realizacji transakcji odwrotnego połączenia. JR HOLDING ASI S.A. udzieli również tej spółce finansowania przeznaczonego na jej dalszy rozwój. Spółki planują podpisać umowę o współpracy do dnia 31 maja 2021 r. JR HOLDING ASI S.A. podpisał również przedwstępną umowę objęcia 980 akcji zwykłych LaserTec S.A. w nowej emisji za łączną kwotę blisko 3 mln zł. Zarząd Spółki bardzo dobrze ocenia perspektywy rozwoju LaserTec S.A. i liczy na osiągnięcie efektów synergii poprzez współpracę z innymi podmiotami z portfela działającymi w branży OZE.

„Zaangażowanie kapitałowe w LaserTec S.A. oraz wspieranie tej spółki w upublicznieniu wpisuje się w naszą strategię rozwoju. Podmiot ten posiada bardzo wysokie kompetencje w zakresie własnych rozwiązań magazynów energii, które są oferowane dla gospodarstw domowych, przemysłu oraz farm fotowoltaicznych. Jestem przekonany, że LaserTec S.A. będzie w mógł kooperować z naszymi spółkami portfelowymi z branży OZE i rozwijać w ten sposób swój biznes. Kolejnym etapem będzie upublicznienie spółki na rynku NewConnect lub rynku regulowanym GPW.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.

LaserTec S.A. to jedna z wiodących firm na rynku europejskim w obszarze technologii laserowych dla przemysłu. Spółka specjalizuje się w doborze parametrów procesowych, opracowywaniu technologii, projektowaniu oraz wykonywaniu zrobotyzowanych systemów laserowych. LaserTec S.A. oferuje usługi laserowego: hartowania, napawania, spawania, cięcia 3D oraz spawania hybrydowego. LaserTec S.A. w swojej ofercie posiada własne rozwiązania magazynów energii dla gospodarstw domowych, przemysłu oraz farm fotowoltaicznych. Ponadto Spółka opracowuje i produkuje baterie trakcyjne w technologii litowo-jonowej do pojazdów elektrycznych oraz urządzeń przemysłowych.

Jak poprawić jakość snu? Wygodne łóżko i inne sposoby

Dobry sen to podstawa zadowolenia z życia — nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Gdy budzimy się wyspani, mamy zdecydowanie więcej chęci do działania, czujemy się pełni energii i zadowoleni. By zapewnić sobie komfortowy wypoczynek, warto zadbać o to, jak śpimy — i na czym śpimy.

 Jak poprawić jakość snu? Podstawowe zasady

Na jakość naszego snu wpływa nie tylko rodzaj łóżka, wyposażenie sypialni i jakość materaca — ale również nasze nawyki i przyzwyczajenia. Dbając o odpowiednią higienę snu, gwarantujemy sobie wyższą jakość wypoczynku, redukcję stresu i łatwiejsze zasypianie. Na co warto zwrócić uwagę?

  • Łóżko to miejsce wypoczynku — i najlepiej byłoby, by nasz mózg z tym właśnie je kojarzył. Jeśli w łóżku pracujemy, oglądamy filmy i jemy posiłki, przestajemy podświadomie utożsamiać je z miejscem służącym spaniu. Skutek? Problemy z zasypianiem.
  • Jedzenie przed snem — ciężkostrawne posiłki, spożyte tuż przed spaniem, przyczynią się do tego, że obudzimy się w kiepskiej formie.
  • Komputer i telefon — światło płynące z ich ekranów pobudza nas i nie wpływa dobrze na jakość snu. Warto zrezygnować z korzystania z tych urządzeń na godzinę przed spaniem, a w zamian za to zdecydować się na książkę.
  • Kofeina przed snem — to zdecydowanie zły pomysł! Pobudzi nas i sprawi, że zaśnięcie stanie się problematyczne.
  • Odpowiednia temperatura powietrza — nasz organizm nie lubi spania w zbyt gorących pomieszczeniach, te zbyt zimne będą z kolei dość niekomfortowe. Optymalna temperatura w sypialni mieści się w zakresie 18-22 stopnie Celsjusza.    

Wiele innych, przydatnych wskazówek na temat jakości snu ma na swojej stronie internetowej SENPO – producent łóżek.

Jak się wysypiać — wybór odpowiedniego materaca

Łóżko zapewniające komfort to podstawa. Jakie wybrać, by nocny wypoczynek przynosi nam najwięcej korzyści? Warto przede wszystkim przyjrzeć się jakości materaca.

Dobrze dobrany materac zapewnia naszemu ciału odpowiednie podparcie podczas snu. Chroni przed bólem kręgosłupa i sztywnością karku, gwarantuje wygodę i efektywną regenerację organizmu. Odpowiedni materac, wbrew pozorom, nie powinien być zbyt miękki — wtedy nie będzie zapewniał odpowiedniego podparcia kręgosłupa. Zbyt twardy materac to z kolei prosta droga do odczuwania sztywności mięśni, ucisku i bólu. Jak dobrać odpowiedni dla siebie? W prosty sposób: położyć się na nim. Warto, podczas kupowania, poleżeć kilka minut na wybranym materacu: jeśli odczujemy jakikolwiek dyskomfort, to jasny znak, że dany model nie sprawdzi się w naszym przypadku.

W przypadku materaca ważna jest nie tylko jego twardość, ale również rodzaj materiałów, z których został wykonany. Najlepiej sprawdzą się naturalne składniki: zapewniają odpowiednią cyrkulację powietrza, umożliwiają skórze oddychanie i nie powodują nadmiernego pocenia. Materace z naturalnym wypełnieniem doskonale regulują ciepłotę ciała: nie sprawią, że podczas snu będzie nam się robiło zbyt gorąco.

Zanim odwiedzimy sklep z łóżkami, powinniśmy przemyśleć to, jaka wielkość łóżka będzie nam potrzebna. Zależy to od naszego wzrostu — idealne łóżko powinno być o około 15 cm dłuższe. Znaczenie ma też budowa ciała: jeśli na łóżku będą spały dwie osoby, obie muszą być wzięte pod uwagę. Na szerszym łóżku parom śpi się wygodniej: partner, który z braku odpowiednio  dużej przestrzeni dla siebie zakłóca drugiej osobie sen, to powszechny problem.

Sypialnia, w której dobrze się śpi: o co warto zadbać?

 Na jakość snu wpływa w dużym stopniu to, w jaki sposób urządzimy sypialnię:

  • Otoczenie sprzyjające wyciszeniu — przytulne, bez jaskrawych kolorów
  • Styl wykończenia — pasujący do naszych upodobań estetycznych
  • Odpowiednie oświetlenie — łagodne, rozproszone światło lampki nocnej sprzyja relaksowi
  • Zasłony lub rolety — by w pomieszczeniu w nocy mogła panować całkowita ciemność

Sen zajmuje nam codziennie kilka, a nawet kilkanaście godzin. Jego jakość wpływa na całe nasze życie: może zmieniać nasz nastrój, efektywność w pracy i motywację do działania. Chcąc cieszyć się doskonałym nocnym wypoczynkiem, warto zadbać o dobre łóżko: szeroki ich wybór oferuje polski producent SENPO.  

Breloczki na zamówienie — doskonały sposób na reklamę

Większość obecnych na rynku firm regularnie wręcza swoim klientom i współpracownikom różnorodne gadżety reklamowe. Drobne, przydatne upominki, które znajdują zastosowanie w codziennym życiu, a także stale przypominają o naszej firmie — to świetny sposób na reklamę. Jednym z chętniej wybieranych gadżetów są breloki: dlaczego warto zwrócić na nie uwagę?

Dlaczego reklamowe gadżety są skuteczne?

Drobne gadżety — takie jak breloczki na zamówienie — kosztują niewiele i są stosunkowo łatwo dostępne. Korzyści, jakie mogą wynikać z ich zastosowania w strategii marketingowej, są jednak bardzo duże. Dlaczego?

Wszystko opiera się o kwestie psychologiczne. Gdy coś dostajemy — kojarzymy osobę, firmę lub organizację, która nas obdarowała, pozytywnie. Nawet wtedy, gdy prezent jest niewielkim drobiazgiem. Dodatkowo, pojawia się u nas wtedy chęć odwdzięczenia się — co przekonuje do skorzystania z usług danej firmy lub kupna jej produktów.

Breloki reklamowe dla firm regularnie przypominają klientom o istnieniu przedsiębiorstwa: korzystając z breloka, codziennie patrzymy na logo lub reklamę, co podświadomie będzie zachęcało nas do wyboru tej właśnie firmy.

Breloki reklamowe — dlaczego warto?

Breloki reklamujące firmę doskonale sprawdzają się w swej roli. Dlaczego tak jest? Te niepozorne przedmioty powodują bowiem, że:

  • Klient zauważa, że firma o niego dba — widzi, że ktoś o nim pomyślał i włożył wysiłek, czas i pieniądze w przygotowanie takich upominków
  • Firma pokazuje, że klienci są ważni — buduje swój wizerunek jako przedsiębiorstwo, dla którego zarabianie pieniędzy nie jest jedynym priorytetem
  • Firma nawiązuje kontakt z klientem — skraca dystans pomiędzy pracownikiem, a osobą korzystającą z usług przedsiębiorstwa
  • Klienci lepiej zapamiętują fakt korzystania z usług właśnie tej firmy — w ich pamięci zapisuje się moment otrzymania upominku, a za każdym razem, gdy patrzą na breloczek, przypominają sobie o firmie po raz kolejny.

Czym charakteryzują się dobre breloki na zamówienie?

Dobrze wykonane breloczki reklamowe to gadżety, w które zdecydowanie warto zainwestować. Aby faktycznie zwracały one uwagę klienta, muszą jednak wyróżniać się na tle konkurencji, zwracać na siebie uwagę i przyciągać wzrok oryginalnością.

Najlepsze breloki reklamowe to te, które są unikatowe — mogą, na przykład, posiadać nietypowy kształt, wyjątkowe kombinacje barw lub pełnić dodatkowe funkcje. Ogromną popularnością cieszą się breloczki z funkcją latarki lub otwieracza do piwa: taki drobiazg może okazać się bardzo przydatny w codziennych sytuacjach! Klienci z pewnością docenią firmę, która podarowała im coś tak przydatnego.

Dobrym sposobem na reklamę może być również brelok z nadrukiem — dobrze zaprojektowanym, przemyślanym i pasującym do kształtu breloka i profilu działalności firmy. Ważne jest, by widoczne było na nim logo przedsiębiorstwa — by klient nie zapomniał, skąd pochodzi jego breloczek.

Na co warto zwrócić uwagę, wybierając breloki reklamowe?

Decydując się na zakup breloczków na zamówienie, mamy do wyboru ogromną ilość możliwości. Różnorodność dostępnych breloków może sprawiać, że podjęcie decyzji stanie się dość trudne. O czym warto pamiętać?

  • Przemyślany pomysł — warto zastanowić się wcześniej, jaki projekt nam odpowiada, i przeglądając oferty, mieć już w głowie pewną koncepcję — przynajmniej w zarysie.
  • Kształt breloka — jest nie tylko kwestią estetyczną, ale również praktyczną. Warto mieć na uwadze fakt, że trójwymiarowe, skomplikowane kształty produkuje się dłużej, a ich cena może być wyższa.
  • Kolor — może przyciągać uwagę jaskrawością lub być stonowany: zależnie od tego, jaki efekt chcemy osiągnąć.
  • Technika wykonania — aby brelok wyglądał dobrze, musi być odpowiednio dobrana — w zależności od naszego projektu.

Breloki reklamowe to świetny i prosty sposób na promocję firmy. Taka reklama może przynieść wiele korzyści i sprawić, że klienci zapamiętają nasze usługi na długo. Decydując się na ich zakup, warto skorzystać z usług profesjonalistów, którzy pomogą nam w stworzeniu idealnego projektu.

Jaka jest przyszłość polskiej szkoły i nauczania zdalnego?

Polski Instytut Ekonomiczny przygotował rekomendacje dla oświaty dotyczące najbliższej przyszłości nauczania w Polsce. To, w jaki sposób powinno się ją planować, zależy jednak najbardziej od rozwoju epidemii koronawirusa. Dlatego rekomendacje zakładają trzy scenariusze, według których powinna przebiegać dalsza praca polskich szkół. Pierwszy z nich dotyczy sytuacji, w których warunki pandemiczne zaostrzą się i uczniowie będą zmuszeni do pozostania w domach na dłuższy czas. Drugi zakłada, że zwiększone zachorowania będą nadchodzić w falach, co umożliwi naukę hybrydową. Trzeci daje nadzieję na powrót do sal szkolnych na stałe – nie zapominając jednak o potrzebie rozwijania systemu cyfrowej nauki.

– Jeżeli spełni się pierwszy scenariusz – pandemia się przedłuży i ograniczenia szkolne będą trwały dłużej – należy przygotować warunki do nauczania zdalnego. Musimy wyposażyć szkoły i nauczycieli w odpowiedni sprzęt, a także zapewnić do niego dostęp wszystkim uczniom – powiedział serwisowi eNewsroom Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej w PIE. – Takich działań wymagać będzie również nauczanie hybrydowe. Jeżeli sytuacja pandemiczna pozwoli na to, by uczyć okresowo zdalnie, a okresowo w murach szkolnych – będzie wymagało to integracji dwóch trybów nauki. W przypadku realizacji tego scenariusza trzeba tak przygotować program, żeby treści, które łatwiej jest przekazać uczniom zdalnie, były do tego dostosowane. Tylko takie, które wymagają spotkania “na żywo”, powinny być nauczane w klasach. Trzeci scenariusz również nie oznacza, że będziemy mogli zapomnieć o nauczaniu zdalnym. Jeśli nauka będzie mogła wrócić do sal szkolnych, należy część doświadczeń pandemicznych zachować i wykorzystać je w przyszłości. Umiejętności, których brakuje uczniom do pracy zdalnej, z pewnością będą im potrzebne w przyszłości do pracy i  funkcjonowania w społeczeństwie. Dlatego trzeba te doświadczenia zachować, opisać i wykorzystać w przyszłości – wskazuje Święcicki.

Patriotyzm konsumencki Polaków może być kołem ratunkowym dla gospodarki. Ponad połowa jest skłonna zapłacić więcej za krajowe produkty

Pandemia sprawiła, że co piąty Polak częściej niż dotychczas decydował się na zakup żywności wyprodukowanej w kraju – wynika z badań ARC Rynek i Opinia. Deloitte wskazuje natomiast, że 53 proc. z nas w czasie pandemii jest gotowych zapłacić więcej za produkty lokalne, nawet jeżeli w ofercie sklepu były też tańsze, zagraniczne alternatywy. Krajowi konsumenci w coraz większym stopniu zwracają uwagę na to, czy kupując dany produkt, wspierają rodzimą gospodarkę. To może stanowić dla niej ważny impuls w walce z obecnym kryzysem gospodarczym. Nie zawsze konsumenci wiedzą jednak, które marki są rzeczywiście oparte na polskim kapitale, a które należą do zagranicznych koncernów.

– Polacy wskazują, że pochodzenie produktu bywa dla nich również ważne, podobnie jak jego cena, jakość i funkcjonalność. Natomiast wyniki badań, pokazujące, jak często Polacy uwzględniają czynnik polskości w swoich wyborach konsumenckich, są bardzo zróżnicowane i wahają się od 5 do 50 proc. Zresztą dzisiaj za sprawą globalizacji i internacjonalizacji gospodarki nie zawsze łatwo jest odróżnić produkt polski od zagranicznego. Dlatego patriotyzm konsumencki często polega dziś na preferowaniu konkretnych przedsiębiorstw, marek narodowych i regionalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Daniel Puciato, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Cena i jakość wciąż pozostają dla Polaków kluczowym kryterium podczas codziennych zakupów, ale z roku na rok coraz więcej konsumentów zwraca też uwagę na pochodzenie produktów, które wkładają do koszyka. Jak pokazało grudniowe badanie ARC Rynek i Opinia dla SGH, 59 proc. z nas chętniej wybiera produkty krajowe niż pochodzące z importu. To podobny odsetek jak w Czechach czy w Niemczech, gdzie patriotyzm konsumencki zadeklarowało odpowiednio 58 i 57 proc. badanych. Z kolei znacznie większy odsetek charakteryzuje Włochów. Prawie trzy czwarte badanych woli produkty krajowe niż importowane.

– Najwyższy poziom patriotyzmu gospodarczego panuje w krajach najwyżej rozwiniętych gospodarczo. Dla przeciętnego Niemca, Francuza, Japończyka czy mieszkańca Skandynawii jest rzeczą oczywistą, że należy kupować produkty krajowe. Konsumentów wspiera w tym również polityka gospodarcza realizowana w tych krajach i różne narzędzia ukierunkowane na rozwój patriotyzmu gospodarczego. To np. tworzenie instytucji, które mają wspierać krajowe przedsiębiorstwa, czy warunki przetargów publicznych, które preferują firmy krajowe, głównie lokalne. Jednak przede wszystkim jest to edukacja konsumencka, która w tych krajach zaczyna się już od przedszkola – wskazuje dr hab. Daniel Puciato.

Badania pokazują, że patriotyzm konsumencki wśród Polaków wzmocniła pandemia COVID-19. W badaniu ARC Rynek i Opinia dla SGGW 39 proc. przyznało, że w obliczu rozprzestrzeniania się koronawirusa zwiększyło zakupy żywności, a co piąty Polak częściej niż dotychczas decydował się na zakup żywności wyprodukowanej w Polsce. Z kolei według lipcowego raportu Open Research („Patriotyzm konsumencki Polaków 2020”) pochodzeniem kupowanych produktów interesowało się aż 91 proc. polskich konsumentów, a 96 proc. zaczęło częściej sprawdzać, skąd pochodzi produkt, który wkładają do koszyka. Ten czynnik ma duże znaczenie zwłaszcza w kategorii spożywczej i w grupie młodszych konsumentów, w wieku 20–30 lat.

Deloitte zwraca z kolei uwagę, że w czasie pandemii ponad połowa (53 proc.) Polaków była gotowa kupić produkty lokalne, nawet jeżeli w ofercie sklepu znalazły się tańsze, lecz zagraniczne alternatywy. Według analityków ten trend będzie nabierać znaczenia, a konsumenci będą zwracać coraz większą uwagę na to, aby ścieżka, którą przebył produkt, zanim trafił na sklepową półkę, była jak najkrótsza („Global State of the Consumer Tracker”).

– Patriotyzm gospodarczy ma bardzo ważny wpływ na rozwój gospodarki. W przypadku zakupu dóbr importowanych znaczna część środków finansowych wycieka za granicę w postaci zysków, podatków czy opłat licencyjnych. W kraju zostaje tylko część, np. pensje dla pracowników, którzy sprzedają produkty, albo takie podatki, których nie można uniknąć. Natomiast w przypadku zakupu dóbr krajowych całość środków zostaje w polskiej gospodarce i napędza jej rozwój. Przedsiębiorcy mogą dzięki temu zwiększać zatrudnienie, podnosić płace i inwestować w swoje firmy, co sprawia, że stają się bardziej konkurencyjne na międzynarodowych rynkach – podkreśla profesor wrocławskiej WSB.

Z analiz firmy doradczo-audytorskiej Grant Thornton wynika, że w przypadku produktów i usług spełniających dwa kryteria „polskości” – czyli wytwarzanych w kraju i przez firmy z rodzimym kapitałem – w Polsce pozostaje aż 79 gr na każdy wydany 1 zł. Natomiast dla produktów w pełni zagranicznych (wytwarzanych za granicą, przez firmę zagraniczną) z 1 zł pozostaje w Polsce tylko 25 gr.

Polacy nie zawsze jednak wiedzą, które marki są rzeczywiście oparte na polskim kapitale, a które należą do zagranicznych koncernów. Eksperci przypominają również, że kod kreskowy, którego pierwsze trzy cyfry tworzą liczbę 590, niekoniecznie musi oznaczać, że towar został wyprodukowany w Polsce. Ten prefiks oznacza tylko to, że firma została zarejestrowana w naszym kraju.

– Trzeba też wyraźnie odróżnić kosmopolityzm i nacjonalizm od patriotyzmu gospodarczego. Kosmopolitą gospodarczym jest osoba, która – wychodząc z błędnego założenia, że kapitał nie ma narodowości – preferuje z zasady dobra i usługi zagraniczne albo nie zwraca uwagi na ich pochodzenie. Nacjonalista gospodarczy będzie z kolei wybierał produkt tylko dlatego, że jest polski, nie zwracając uwagi na jego jakość czy cenę. W ten sposób będzie przyczyniał się również do poprawy sytuacji ekonomicznej przedsiębiorstw nieefektywnych, które nie generują wartości dodanej i nie przyczyniają się do rozwoju gospodarki narodowej. Natomiast patriota gospodarczy to taka osoba, która preferuje krajowe dobra czy usługi, ale tylko wówczas, gdy są one konkurencyjne w stosunku do produktów zagranicznych – zauważa dr hab. Daniel Puciato.

Jak podkreśla, dla wielu Polaków patriotyzm gospodarczy oznacza nie tylko nabywanie polskich produktów, lecz także płacenie podatków w Polsce, zakładanie własnych firm czy wsparcie biznesu dla instytucji kultury, sportu i edukacji oraz współpracę krajowych przedsiębiorstw na rzecz wzrostu konkurencyjności na międzynarodowych rynkach.

– Sektor małych i średnich przedsiębiorstw generuje niemal połowę polskiego PKB i bardzo ważne jest, żeby polskie firmy miały coraz większy udział w globalnym łańcuchu wartości. Zresztą zakładanie własnych firm jest też jednym z aktywnych sposobów walki z bezrobociem, co jest szczególnie ważne w sytuacji kryzysowej, jaką mamy obecnie. Patriotyzm gospodarczy – a więc wzrost popytu na krajowe produkty – też może być jedną ze skutecznych dróg wychodzenia z tego kryzysu – stwierdza profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Amerykańskie sankcje nie zatrzymały budowy Nord Stream 2. Większymi problemami mogą się okazać certyfikacja gazociągu i oddanie go do użytku

Po ponad rocznej przerwie spowodowanej nałożeniem amerykańskich sankcji budowa Nord Stream 2 została wznowiona i jest realizowana przez Rosjan własnym sumptem. – Na tę chwilę trwające spory i obowiązujące sankcje ze strony USA nie są wystarczające, żeby ją zatrzymać – mówi ekspert ds. rynków energetycznych Mateusz Kubiak. Jak wskazuje, większym problemem niż dokończenie układania rur na dnie Bałtyku może się okazać kwestia certyfikacji nowego gazociągu, która warunkuje oddanie go do użytku, oraz zgodność Nord Stream 2 z unijnymi regulacjami i znowelizowaną dyrektywą gazową.

– Europejskie koncerny, które są zaangażowane finansowo w Nord Stream 2, czyli pięć dużych spółek, które w formie bardzo korzystnie oprocentowanych kredytów zapewniły połowę wyjściowego finansowania dla tego projektu, teraz zdecydowały się przerwać to finansowanie. One co prawda przelały już większość środków, ale ostatnie transze zostały wstrzymane – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kubiak, ekspert ds. rynków energetycznych w Esperis Consulting.

Na początku marca o wstrzymaniu finansowania dla Nord Stream 2 poinformował niemiecki koncern Uniper, którego wkład w inwestycję miał sięgać ok. 700 mln euro. Wcześniej o podjęciu podobnej decyzji poinformowały także OMV, Shell i Wintershall.

– Nie wydaje się jednak, żeby Nord Stream 2 miało zostać bez pieniędzy. Ten projekt jest traktowany absolutnie priorytetowo przez stronę rosyjską i to ona wypełnia wszelkie luki, jakie pojawiają się w budżecie. Opóźnienia i konieczność obejścia amerykańskich sankcji generują dodatkowe koszty, ale nie wpływają na przyszłość Nord Stream 2. Ten projekt będzie dalej realizowany na tyle, na ile będzie to tylko możliwe – podkreśla ekspert.

Po ponad rocznej przerwie, spowodowanej nałożeniem amerykańskich sankcji, budowa Nord Stream 2 została wznowiona w lutym. W tej chwili jest realizowana przez rosyjską barkę Fortuna tylko na jednej z dwóch nitek gazociągu (linia B). Do ułożenia został jeszcze odcinek o długości ok. 150 km, ale Rosjanie muszą kończyć inwestycję własnymi siłami, ponieważ – pod wpływem nacisków i sankcji ze strony USA – nie mają możliwości współpracy z zagranicznymi wykonawcami i spółkami inżynieryjnymi. To sprawia, że budowa posuwa się w wolniejszym tempie.

– To ma się jednak zmienić, bo drugi rosyjski statek Akademik Czerski przechodzi ostatnie próby morskie i wszystko wskazuje na to, że na przestrzeni kolejnych tygodni ma dołączyć do budowy Nord Stream 2 i pracować na drugiej, również niedokończonej nitce gazociągu. O ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to pozwalałoby Rosjanom dokończyć budowę w okolicach wakacji tego roku. Oczywiście mowa o samym ułożeniu rurociągu na dnie Morza Bałtyckiego, nie uwzględniając koniecznej certyfikacji tej infrastruktury i oddania jej do użytku – mówi Mateusz Kubiak.

Duńska Agencja Energii (DEA) poinformowała niedawno, że układarka Akademik Czerski ma dołączyć do budowy Nord Stream 2 pod koniec marca (na linii A). Zgodnie z harmonogramem budowa dwóch nitek gazociągu w wyłącznej strefie ekonomicznej Danii ma potrwać do końca III kwartału br., a więc magistrala powinna być gotowa pod koniec września.

Dwunitkowy rurociąg Nord Stream 2, o łącznej przepustowości 55 mld m3 rocznie, ma transportować rosyjski gaz do Niemiec przez Morze Bałtyckie, przebiegając przez terytorialne lub wyłączne strefy ekonomiczne Finlandii, Szwecji i Danii. Rosja jest zdeterminowana, żeby zakończyć inwestycję wartą ponad 10 mld euro. Sprzeciwiają się jej z kolei Stany Zjednoczone, których sankcje międzynarodowe wstrzymały budowę na ponad rok, oraz Polska, Ukraina, Łotwa i Litwa, według których inwestycja ma charakter polityczny i zagrozi bezpieczeństwu energetycznemu całej Europy.

Co istotne, oficjalnie wciąż nie wiadomo, jak do budowy Nord Stream 2 odniesie się nowa administracja prezydenta USA Joe Bidena, choć – według przytaczanej przez media analizy brukselskiej wywiadowni gospodarczej Eurointelligence – Amerykanie mieli skapitulować w sprawie kolejnych sankcji.

Ekspert Esperis Consulting ocenia, że spory wokół kontrowersyjnego projektu raczej nie zatrzymają inwestycji, podobnie jak nie zrobiły tego dotychczasowe sankcje. Nawet jeśli Rosjanom uda się dokończyć budowę gazociągu, problematyczna wciąż pozostaje kwestia jego certyfikacji i dopuszczenia do użytku.

– Trzeba pamiętać o dwóch obszarach, w których przyszłość Nord Stream 2 pozostaje niepewna. Pierwsza to kwestia certyfikacji gazociągu i oddania go do użytku, zatwierdzenia jego zgodności z projektem technicznym. Takie usługi obecnie podpadają pod amerykańskie sankcje, więc dziś nie wiemy, czy ani jak Rosjanie mieliby spróbować sami sobie zapewnić te certyfikacje. To pozostaje pod dużym znakiem zapytania – tłumaczy Mateusz Kubiak.

Druga wątpliwa i wciąż nierozstrzygnięta kwestia to zgodność Nord Stream 2 z unijnymi regulacjami i znowelizowaną dyrektywą gazową. Zgodnie z nią część przepustowości gazociągu musi zostać udostępniona podmiotom trzecim z terenu UE, a rosyjski koncern energetyczny Gazprom nie będzie mógł m.in. sam zarządzać gazociągiem, który jednocześnie zaopatruje w surowiec.

– W świetle obowiązujących przepisów Nord Stream 2 będzie musiał spełniać wymogi dotyczące dostępu trzecich stron do przepustowości gazociągu, przejrzystego sposobu kształtowania taryf czy rozdziału własnościowego między właścicielem gazociągu i właścicielem gazu, który jest nim przesyłany – mówi Mateusz Kubiak. – Potrzeba kompromisu, który pozwoliłby wyjść z tej patowej sytuacji, ale ja jestem sceptyczny. Wydaje się, że trudno będzie o porozumienie, które satysfakcjonowałoby zarówno polityków, jak i spółki, a także przeciwników inwestycji.

Samorządy przeciwne planom centralizacji szpitali. Podważają konstytucyjność dotychczasowych propozycji

Projekt ustawy o centralizacji szpitali ma być gotowy do końca maja, ale wciąż nie wiadomo, jak ma ona wyglądać. – Ostatnio pojawił się pomysł, że rząd przejmie 51 proc. udziałów w szpitalach samorządowych – informuje wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska. Samorządy są przeciwne takim zmianom i mają wątpliwości co do ich konstytucyjności. W ostatnich latach zainwestowały w swoje placówki miliardy złotych, a wciąż nie wiedzą, co stanie się z ich majątkiem, czy zostaną im przyznane odszkodowania ani czy – w obliczu planowanego przejęcia szpitali przez rząd – powinny kontynuować prowadzone w nich inwestycje.

 Z ostatniego posiedzenia Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego dowiedzieliśmy się, że być może rząd przejmie 51 proc. udziałów w naszych szpitalach. Innymi słowy infrastruktura ma zostać u nas, w samorządach, my będziemy za nią odpowiadać, łożyć na nią pieniądze, ale nie będziemy mieli żadnego wpływu na to, jak szpital będzie wyglądał, jak będzie kształtowany zarząd. To jest nieprawdopodobne. Wszystko to na razie odbywa się na zasadzie badania, sprawdzania, testowania i przygotowywania podwalin pod ustawę, która będzie konsultowana w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Renata Kaznowska, wiceprezydent m.st. Warszawy, odpowiedzialna m.in. za obszar miejskiej polityki zdrowotnej.

Minister zdrowia Adam Niedzielski powołał 23 grudnia ub.r. zespół roboczy, który ma wypracować rozwiązania legislacyjne dotyczące planowanej restrukturyzacji szpitali. Ma ona objąć m.in. przekształcenia właścicielskie, konsolidację sektora szpitalnictwa i przeprofilowanie szpitali, a także utworzenie podmiotu odpowiedzialnego za centralny nadzór nad placówkami. Na tej podstawie powstanie projekt ustawy, który ma być gotowy do końca maja tego roku.

– Ten zespół ma przygotować bardzo wiele założeń. To nie tylko centralizacja, ale i wypracowanie modelu czegoś, co my nazywamy po prostu nacjonalizacją szpitali. Dla samorządów to nie jest reforma, ale absolutna rewolucja, o bardzo poważnych skutkach – mówi Renata Kaznowska.

Z dotychczasowych informacji wynika, że Ministerstwo Zdrowia rozważa kilka wariantów centralizacji, w tym m.in. przekazanie całości szpitali pod nadzór MZ i model mieszany, w którym szpitale powiatowe przeszłyby pod nadzór marszałków województw. Te plany w oficjalnym stanowisku skrytykowała już m.in. Polska Federacja Szpitali, która zwróciła uwagę, że dyskusja o restrukturyzacji szpitalnictwa toczy się w samym środku pandemii, przy rosnącej liczbie zakażeń, zgonów i hospitalizacji.

Wiceprezydent Warszawy zauważa też, że nieco ponad dwa miesiące, które zostały na przygotowanie projektu ustawy o restrukturyzacji szpitali, to bardzo krótki czas, zważywszy na skalę zmian szykowanych przez rząd. Tym bardziej że zespół roboczy nie wypracował jeszcze żadnych konkretów.

– Uczestniczę we wszystkich spotkaniach organizowanych w ramach konsultacji z ministrem Sławomirem Gadomskim, odpowiedzialnym za przygotowanie podwalin pod nową ustawę. Na tych spotkaniach pojawiają się wciąż nowe pomysły, propozycje, a jednocześnie nie dostajemy odpowiedzi na konkretne, merytoryczne pytania, które zadajemy. Warszawa ma 10 szpitali, z których pięć działa w formule SPZOZ [samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej – red.], a pięć to spółki prawa handlowego. Czy te szpitale przechodzą na własność rządu? Jeżeli tak, to co z ich majątkiem? Jeżeli rząd przejmuje nasze szpitale, to co ze środkami, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat w nie zainwestowaliśmy? Nasze szpitale są wyremontowane, mają znakomitą aparaturę i chcemy wiedzieć, co się stanie z tym majątkiem – podkreśla wiceprezydent stolicy.

Warszawa zarządza 10 szpitalami, które mają sprzęt i aparaturę o wartości 380 mln zł. Ponad 70 proc. tej kwoty zostało sfinansowane z budżetu stolicy, a w ostatnich kilku latach wydatki majątkowe na ten cel sięgnęły 1,6 mld zł (m.in. rozbudowy, modernizacje, doposażenie w sprzęt i aparaturę medyczną oraz budowa Szpitala Południowego). Miejskie placówki zostały też w większości wyremontowane i doinwestowane, mają wysoki standard oddziałów, a w najbliższych latach zaplanowano kolejne 426,5 mln zł na dokapitalizowanie i kontynuację inwestycji w miejskich szpitalach (np. 173 mln zł na rozbudowę i wyposażenie Szpitala Bielańskiego i 190 mln zł na modernizację SOR w Szpitalu Czerniakowskim i na Solcu). Miasto nie wie, czy w obliczu planowanego przejęcia szpitali przez rząd powinno kontynuować te inwestycje. W kropce są też inne samorządy.

– Warszawa właśnie oddała do użytkowania Szpital Południowy za 400 mln zł. Co z tymi pieniędzmi? Czy rząd nam je zwróci? W tej chwili wylewamy też trzeci poziom bardzo dużego bloku w Szpitalu Bielańskim za prawie 200 mln zł. Nie wiemy, jak to będzie rozliczone i czy mamy dzisiaj zaprzestać tej inwestycji i wyprowadzić wykonawcę z budowy? Na żadne z tych pytań w zasadzie nie dostaliśmy odpowiedzi, a na kolejnych spotkaniach pojawiają się wciąż nowe pomysły – podkreśla Renata Kaznowska.

Samorządy podkreślają, że należące do nich placówki są lepiej zarządzane, a ich zadłużenie jest minimalne w stosunku do rządowych. Podczas konferencji prasowej w połowie stycznia członek zarządu województwa mazowieckiego (nadzoruje 26 placówek medycznych na Mazowszu, w które zainwestowano dotąd ponad 2,9 mld zł) Elżbieta Lanc podkreśliła, że – w obliczu niedofinansowania przez NFZ – placówki już dawno znalazłyby się w zapaści, gdyby nie wsparcie finansowe samorządów. Jak oceniała, centralizacja szpitali to powrót do PRL i zarządzania wszystkim bezpośrednio z Warszawy. Podobnego zdania jest Związek Powiatów Polskich, który wskazuje, że zadłużenie szpitali powiatowych to tylko ok. 20 proc. całkowitego zadłużenia szpitali w Polsce, szacowanego w III kwartale ub.r. na 15,2 mld zł. Z kolei cała infrastruktura i sprzęt zakupione przez nie w ciągu ostatnich 20 lat zostały sfinansowane z funduszy europejskich albo samorządowych, a więc de facto pieniędzy mieszkańców. Związek wyraził zdecydowany sprzeciw dla projektowanych zmian i ocenił, że przypominają one powrót do czasów socjalizmu. Samorządy mają też wątpliwości co do konstytucyjności pomysłów rządu.

– Cały czas słyszymy i jesteśmy uspokajani, że to są przymiarki, próby, że trwają konsultacje i one mają tylko częściowo formalny charakter, ponieważ te właściwe odbędą się już przy okazji konsultowania ustawy. W ramach Związku Miast Polskich i Unii Metropolii Polskich rozważamy kwestie konstytucyjności tych propozycji Ministerstwa Zdrowia. Wszystko zależy od tego, jaką formułę prawną finalnie będzie mieć ta centralizacja. Natomiast dzisiaj skłaniamy się ku tezie, że mamy do czynienia z działaniami o charakterze niekonstytucyjnym – mówi wiceprezydent Warszawy.

Zaburzenia snu jednym z głównych problemów medycznych. Pandemia dodatkowo wzmogła te problemy

Od początku pandemii COVID-19 70 proc. ludzi doświadczyło minimum jednego nowego problemu związanego ze snem, przy czym 60 proc. wprost wskazuje, że jest ona główną przyczyną uniemożliwiającą im wysypianie się – wynika z ogólnoświatowego badania firmy Philips. COVID-19 wpłynął także na sen Polaków, z których ponad połowa ma problemy z zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy – co z kolei pokazuje badanie przeprowadzane dla Human Power. Eksperci podkreślają, że problemów ze snem nie należy bagatelizować, bo mogą one prowadzić do poważniejszych schorzeń. W dobie koronawirusa i utrudnionego dostępu do lekarzy pomocne dla pacjentów okazują się nowe technologie i telemedycyna.

Wpływ koronawirusa na poziom stresu i problemy ze snem pokazuje raport Philipsa „W poszukiwaniu rozwiązań: jak COVID-19 wpłynął na jakość snu”, który powstał z okazji przypadającego na 19 marca Światowego Dnia Snu.

– Z ogólnoświatowego badania, które przeprowadziliśmy w 13 krajach, wynika, że 70 proc. osób ma, wywołane przez stres, problemy ze snem. Pandemia dodatkowo spotęgowała ten stres, a to on powoduje, że śpimy znacznie gorzej, nie wysypiamy się albo nie możemy zasnąć. Stresujemy się z powodów finansowych, zdrowotnych i związanych z pracą. Bardzo często, kiedy nie możemy zasnąć, korzystając z telefonu, czytamy wiadomości, które w czasie pandemii też dotyczą raczej stresujących tematów. Korzystanie z telefonu w łóżku potęguje problemy ze snem i pogarsza jego jakość – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Grzybowski, prezes Philips Polska.

Po blisko roku trwania pandemii COVID-19 stres jest dominującą emocją towarzyszącą Polakom. Sondaż przeprowadzony pod koniec ubiegłego roku dla Human Power na grupie blisko 1,4 tys. Polaków pokazał, że 68 proc. odczuwa większy stres, a prawie 40 proc. czuje się psychicznie gorzej niż na początku pandemii. Blisko połowa Polaków podkreśla, że ma problemy z jakością snu – z zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy. Niepokojące jest to, że aż 74 proc. Polaków sięga po alkohol albo środki uspokajające, żeby poradzić sobie z tymi problemami.

– Zaburzenia snu to w ostatnim czasie bardzo często spotykany problem. Mamy dwie główne grupy pacjentów cierpiących na to zaburzenie. Do pierwszej należą osoby, które z racji izolacji i specyficznych warunków, zmian rytmu okołodobowego czy też zaburzeń depresyjnych związanych z pandemią cierpią na bezsenność, brak snu i częste wybudzenia, co znacząco przekłada się na jakość ich funkcjonowania. Druga grupa to pacjenci, którzy chorowali na koronawirusa i tutaj często mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, czyli z nadmierną sennością – mówi dr n. med. Paweł Nastałek z Kliniki Pulmonologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. – Zaburzenia snu i czuwania zdecydowanie w tej chwili zyskały na znaczeniu i są jednym z wiodących problemów medycznych.

Jak podkreśla, jeszcze przed pandemią COVID-19 problemy ze snem były dość powszechnym problemem. Wynika to m.in. z szybkiego stylu życia i braku właściwej higieny snu. W coraz większym stopniu winna jest też elektronika, czyli np. korzystanie w łóżku z tabletu bądź telefonu komórkowego.

– O zaburzeniach snu możemy mówić wtedy, kiedy nie śpimy komfortowo, wybudzamy się w nocy i to ma przełożenie na nasze funkcjonowanie w ciągu dnia. Jeśli czujemy się senni i zmęczeni, to znaczy, że faktycznie może dziać się coś złego. Oczywiście nieprzespana noc czy gorszy sen przez jeden–dwa dni raczej nie odbiją się znacząco na naszym zdrowiu i nie jest to jeszcze powód do tego, żeby zgłaszać się do lekarza. Natomiast jeżeli trwa to bardziej długofalowo i odbija się na komforcie naszego funkcjonowania, wtedy warto poszukać pomocy – mówi dr n. med. Paweł Nastałek.

Jak wynika z badań firmy Philips, część osób borykających się z problemami ze snem próbowała pomóc sobie np. za pomocą kojącej muzyki, czytania czy medytacji. Co trzecia szukała w internecie informacji o metodach leczenia poprawiających jakość snu. Ponad połowa wyraziła też chęć zwrócenia się po pomoc do lekarza specjalizującego się w zaburzeniach snu za pośrednictwem usług telemedycznych – online lub telefonicznie.

– Jesteśmy zdecydowanie bardziej skłonni korzystać z nowych technologii, żeby poprawić naszą jakość snu. Pandemia przyspieszyła proces odchodzenia od tradycyjnych wizyt u lekarzy, znacznie częściej diagnozujemy i leczymy się w domu. W przeprowadzonym przez Philips badaniu respondenci deklarowali również, że aktywnie szukają informacji na temat swoich problemów ze snem i tego, jak sobie z nimi radzić, gdzie mogą się udać po poradę i kto może im pomóc – mówi Michał Grzybowski.

Konsekwencji długotrwałych zaburzeń snu nie należy bagatelizować. Poza rozdrażnieniem, zmęczeniem i problemami z koncentracją mogą one prowadzić do ogólnego spadku odporności organizmu i poważniejszych schorzeń. Widać to m.in. na przykładzie bezdechu sennego, który jest jednym z najpoważniejszych zaburzeń związanych ze snem, a nieleczony może wywoływać np. nadciśnienie czy zaburzenia rytmu serca.

– Bezdech senny jest niebezpieczny, ponieważ pogłębia choroby współistniejące takie jak cukrzyca czy choroby układu krążenia, ale prowadzi też m.in. do senności i spadku koncentracji. Pacjenci skarżą się na zmęczenie, niewyspanie, niedotlenienie. Część wypadków samochodowych jest związana z zasypianiem za kierownicą, a to może być właśnie objaw nieleczonego, obturacyjnego bezdechu sennego – wyjaśnia prezes Philips Polska.

Szacuje się, że na bezdech senny choruje nawet kilkanaście procent społeczeństwa, często nawet o tym nie wiedząc. Do głównych czynników ryzyka należą nadwaga i otyłość oraz nadciśnienie tętnicze, a do lekarza pierwszego kontaktu powinny się zgłosić zwłaszcza te osoby z grupy ryzyka, które czują się permanentnie senne albo mają problem z chrapaniem w nocy. Sygnałem ostrzegawczym mogą być też częste i długie drzemki w ciągu dnia.

– Ze wspomnianego wcześniej raportu Philipsa wynika, że prawie 1/3 osób podejrzewa obturacyjny bezdech senny u siebie bądź u bliskiej osoby ze swojej rodziny. Dlatego ważna jest świadomość tego problemu i kontakt z lekarzem. Obecnie nie trzeba już udawać się do szpitala, żeby przeprowadzać diagnostykę, można to zrobić w domu – podkreśla Michał Grzybowski.

Opracowano elastyczne opony z tytanu niewymagające napełniania powietrzem. Mają także pamięć kształtu i się nie zużywają

Start-up The SMART Tire Company we współpracy z naukowcami NASA opracowuje opony ze stopu innowacyjnego materiału z pamięcią kształtu. Opona rowerowa nie wymaga napełniania powietrzem. Ma być miękka jak guma, ale jednocześnie zachowuje odporność i trwałość charakterystyczną dla tytanu. Dzięki temu, że praktycznie się nie zużywa, może też być przyjazna dla środowiska. Kosmiczna technologia, pierwotnie wykorzystana w łazikach marsjańskich, może zrewolucjonizować transport. Dzięki niej będzie można znacznie obniżyć masę rowerów. Docelowo opona ma znaleźć zastosowanie również w rowerach i skuterach elektrycznych.

– METL to bardzo fajnie wyglądające kosmiczne opony, które się nie przebijają – podkreśla Earl Cole, dyrektor generalny The SMART Tire Company.

Amerykański start-up wraz z agencją kosmiczną NASA opracował zupełnie nowy typ opon. Opona METL ma być wykonana z materiału o nazwie NiTinol+. To metalowy stop z tytanu i niklu, który może być poddawany odkształceniom na poziomie nawet do 10 proc. bez ryzyka trwałych odkształceń. W przypadku innych materiałów o podobnej charakterystyce, takich jak kompozyty czy stal sprężynowa, maksymalne odkształcenia mogą sięgać zaledwie 0,3–0,5 proc. W efekcie opona stworzona przez amerykański start-up i agencję kosmiczną NASA łączy w sobie elastyczność gumy i odporność tytanu.

– Stopy z pamięcią kształtu są niezwykle obiecujące dla całego przemysłu opon naziemnych. A to tylko wierzchołek góry lodowej – wskazuje dr Santo Padula, inżynier materiałoznawstwa w NASA.

Pierwotnie tego typu opony stosowane były w łazikach marsjańskich. Oznacza to, że są w stanie pracować w ekstremalnych warunkach, zarówno termicznych, jak i związanych z ukształtowaniem terenu. Podstawowym przeznaczeniem opony METL mają być rowery poruszające się zarówno po szosach asfaltowych, jak i żwirze czy szutrze. Docelowo mają też trafiać do skuterów elektrycznych. Co ważne, opony te praktycznie się nie zużywają, co oznacza, że w trakcie eksploatacji pojazdu nie zajdzie potrzeba ich wymiany.

– Unikatowe połączenie zaawansowanych materiałów z przyjazną dla środowiska konstrukcją nowej generacji tworzy rewolucyjny produkt – twierdzi Earl Cole, założyciel The SMART Tire Company.

Start-up na razie nie podaje informacji na temat dostępności ani ceny opon METL. Wiadomo natomiast, że opracowano już prototypy urządzeń, co może wskazywać na dość szybki debiut rynkowy.

Według Reports and Data światowy rynek opon rowerowych do 2026 roku osiągnie wartość 8,6 mld dol.

Sztuczna inteligencja pomoże opracować szczepionki na nowe mutacje koronawirusa. Przy przygotowywaniu obecnych naukowcy radzili sobie bez jej pomocy

Sztuczna inteligencja najprawdopodobniej nie była do tej pory wykorzystana do opracowania szczepionek przeciw SARS-CoV-2. Dopiero niedawno naukowcy opracowali pierwszy algorytm, który umożliwia wskazanie kandydatów na substancje aktywne dla szczepionek na nowe mutacje koronawirusa. Zamiast kilku miesięcy SI potrafi to zrobić nawet w ciągu kilku sekund. Dzięki niej możliwe jest znacznie szybsze wprowadzenie do badań klinicznych nowych leków. W Japonii do tej fazy badań trafił już lek opracowany dzięki wsparciu SI w zaledwie rok.

– Sztuczna inteligencja może zdecydowanie pomóc szybciej opracowywać leki. Są już pierwsze próby i zapewne będzie to kontynuowane. Algorytmy sztucznej inteligencji powodują znacząco szybsze przeszukiwanie przestrzeni możliwych rozwiązań – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Jacek Błażewicz, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, dyrektor Instytutu Informatyki Politechniki Poznańskiej.

Standardowo opracowanie i wdrożenie nowego leku trwa około 15 lat. W pierwszym, trwającym około pięciu lat etapie naukowcy typują i badają pod kątem przydatności wszystkie substancje chemiczne, które mogą posłużyć jako składnik aktywny. Następnie przeprowadzana jest analiza chemiczna, biologiczna, a wreszcie lek trafia do badań na zwierzętach, badań przedklinicznych i klinicznych. Zwieńczeniem procesu jest decyzja o dopuszczeniu nowego leku do użytku. Sztuczna inteligencja może się okazać pomocna zwłaszcza w pierwszym etapie tego procesu.

– Naukowcom udało się już ten pierwszy etap z wykorzystaniem sztucznej inteligencji skrócić pięciokrotnie, czyli z pięciu lat do roku. Czyli cały proces zamiast 15 lat zajmie być może 10 lat. Proces opracowania leku standardowo kosztuje ok. 3–4 mld dol. Czy dzięki sztucznej inteligencji ten koszt się zmniejszy? Pewnie nie. Prawdopodobnie ci naukowcy zażądają więcej, bo muszą mieć lepsze algorytmy i sprzęt, ponieważ nie na każdym komputerze uruchomimy taki algorytm – wskazuje ekspert.

Lek wynaleziony przez sztuczną inteligencję ma znaleźć zastosowanie w leczeniu zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Preparat został stworzony przez brytyjski start-up Exscientia i japońską firmę farmaceutyczną Sumitomo Dainippon Pharma. Cząsteczka, nazwana DSP-1181, została stworzona przy użyciu algorytmów, które przesiewają potencjalne związki chemiczne, porównując je z ogromną bazą danych parametrów leczniczych. Lek trafił w Japonii do badań klinicznych. Firma już pracuje nad potencjalnymi lekami do leczenia raka i chorób układu krążenia i ma nadzieję, że do końca roku będzie gotowa kolejna cząsteczka skierowana do badań klinicznych.

Tak spektakularne skrócenie procesu wstępnej selekcji substancji czynnych może być niezwykle pomocne w walce z koronawirusem. Naukowcy, wykorzystując superkomputer IBM Summit i posiłkując się symulacją bioinformatyczną, w mniej niż dwa dni wytypowali substancje chemiczne, które mogą pomóc zwalczyć chorobę wywołaną tym patogenem. Okazuje się jednak, że uczenie maszynowe najprawdopodobniej nie miało wpływu na nadzwyczajne skrócenie ścieżki wdrożenia szczepionek przeciw COVID-19.

– To był bardzo krótki okres, obejmujący ponad pół roku. Nie dałoby się tak szybko napisać algorytmów i ich uruchomić. Dało się stworzyć te szczepionki tak szybko, bo były już próby przy poprzednim ataku SARS na społeczeństwo. Koncerny podjęły się budowy szczepionki, ale nie udało im się jej wtedy sprzedać, bo SARS nie był aż tak złośliwy. Teraz pojawił się COVID, a to jest ten sam typ wirusa, czyli koronawirus – tłumaczy prof. dr hab. inż. Jacek Błażewicz.

Dopiero w lutym 2021 roku powstały pierwsze algorytmy sztucznej inteligencji, które pozwolą wynaleźć szczepionkę na COVID-19 w ciągu sekund. Zespół z Uniwersytetu Południowej Kalifornii stworzył silnik bazujący na SI, który pozwoli drastycznie przyspieszyć wskazywanie kandydatów na substancje aktywne dla szczepionek na pojawiające się nowe mutacje koronawirusa.

Według analityków z Mordor Intelligence wartość rynku sztucznej inteligencji w medycynie była wyceniana w 2020 roku na 4,5 mld dol. Do 2026 roku ma to być prawie 35 mld dol.

Wiceprezes Google Dan Decasper nowym szefem warszawskiego centrum inżynieryjnego Google Cloud

  • Nowym szefem warszawskiego centrum inżynieryjnego Google Cloud został Dan Decasper, który objął również stanowisko wiceprezesa Google. Jednocześnie do zespołu zarządzającego pracą biura dołączyli Joanna Obstój, jako dyrektorka ds. inżynierii UI oraz Marcin Mierzejewski, jako dyrektor ds. inżynierii w dziale Cloud Networking. 
  • Warszawskie biuro jest największym centrum rozwoju technologii chmurowych Google w Europie i odpowiada za rozwój narzędzi, z których korzystają globalni klienci usług Google Cloud (jak Spotify, Snapchat czy Twitter) oraz które umożliwiają działanie produktów własnych Google (w tym Wyszukiwarki, YouTube, poczty Gmail i Zdjęć Google).
  • W ramach trwających inwestycji Google w Polsce firma zapowiada dynamiczny wzrost zatrudnienia w centrum inżynierskim w Warszawie. W poniedziałek ogłosiła też utworzenie zespołu ds. wdrażania technologii w biurze we Wrocławiu. To część przygotowań firmy do otwarcia polskiego regionu Google Cloud, czyli lokalnej infrastruktury obliczeniowej – będzie to jedyna tego typu inwestycja, którą firma uruchomi w tym roku w Europie. 

Dan Decasper ma ponad 20-letnie doświadczenie w sektorze IT. Przez ostatnią dekadę był wiceprezesem amerykańskiej giełdowej spółki technologicznej Pure Storage, która opracowuje sprzęt i oprogramowanie do przechowywania danych all-flash. W tym czasie był odpowiedzialny m.in. za założenie i rozwój centrum R&D firmy w Pradze. Wcześniej Decasper był współzałożycielem Cirtas Systems – startupu będącego pionierem w dziedzinie cloud gateway, a także kierował zespołami inżynierskimi w Citrix Systems. Ukończył studia magisterskie i posiada tytuł doktora nauk informatycznych Swiss Federal Institute of Technology (ETH) w Zurychu. Jest właścicielem 18 patentów.

Zdecydowałem się dołączyć do Google, bo jestem niezwykle podekscytowany możliwością pracy z tak świetnym zespołem w Warszawie, z którym wspólnie będziemy rozwijać największe centrum inżynierskie Google Cloud w Europie. Rozbudowa warszawskiego biura to dla nas priorytet, bo już teraz powstaje tu wiele z naszych najważniejszych produktów i technologii, z których korzystają najwięksi światowi klienci Google Cloud – powiedział wiceprezes Google Dan Decasper.

Do zespołu zarządzającego centrum technologii chmurowych Google w Warszawie dołącza także Joanna Obstój, która obejmie stanowisko dyrektorki ds. inżynierii. Będzie liderką działu tworzącego interfejs użytkownika (UI) wiodących produktów Google Cloud takich jak Google Kubernetes Engine i platforma Anthos. Ma wieloletnie doświadczenie w sektorze finansowym – przez ostatnie 14 lat pracowała w Goldman Sachs, gdzie kierowała zespołami Global Markets Engineering w Warszawie oraz była założycielką programu Warsaw Women’s Network. Ukończyła informatykę na Politechnice Śląskiej.

Bardzo się cieszę, że dołączam do zespołu inżynierskiego Google Cloud w Warszawie w momencie, w którym Polska coraz bardziej stawia na technologie chmurowe, a nadchodzące otwarcie nowego regionu Google Cloud zaoferuje polskim firmom szansę na przyspieszony rozwój ze wsparciem naszych najlepszych technologii i ekspertów – skomentowała Joanna Obstój. – Decydując się na dołączenie do Google ważne było dla mnie też, że zespół warszawskiego biura rozbudowuje się w oparciu o unikalne kompetencje, różnorodność i inkluzywność. To ogromna szansa dla inżynierów i inżynierek na pracę z najlepszymi, w najbardziej dynamicznie rozwijającym się segmencie IT i jednocześnie tworzenie najlepszego zespołu ekspertów w tej dziedzinie w Europie – dodała Obstój.

Jednocześnie dyrektorem w warszawskim biurze inżynieryjnym Google został także Marcin Mierzejewski, odpowiedzialny za obszar Cloud Networking. Marcin Mierzejewski będzie zarządzał zespołem zajmującym się budową globalnych usług i technologii sieciowych Google Cloud Platform, skoncentrowanych na skalowaniu, bezpieczeństwie i kompleksowym monitorowaniu sieci. Poprzednio był dyrektorem oraz szefem krakowskiego biura inżynieryjnego amerykańskiej firmy OpenX. Doświadczenie zawodowe zdobywał też w Fujitsu i Motoroli. Jest absolwentem automatyki i robotyki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Warszawskie centrum inżynieryjne rozwijające technologie Google Cloud to część flagowej inwestycji firmy w Polsce. Kilkusetosobowy zespół inżynierski w Warszawie pracuje nad usługami i produktami, z których korzystają nie tylko polscy partnerzy firmy, ale też globalni klienci usług chmurowych Google, tacy jak Spotify, Snapchat czy Twitter. Technologie te wspierają też działania własnych produktów Google (np. Wyszukiwarka, YouTube, Gmail, Zdjęcia Google itp.). Już dziś Warszawa jest największym centrum inżynieryjnym Google Cloud w Europie. To też jedno z najlepszych miejsc pracy dla inżynierów i inżynierek, którzy chcą pracować przy niezwykle dynamicznie rosnącym sektorze chmury obliczeniowej – według BCG rynek cloud computingu w Polsce będzie rósł aż o 15-20% rocznie, a do dalszego wzrostu z pewnością przyczyni się także otwarcie regionu Google Cloud, który firma zapowiedziała na kwiecień.

Cyfryzacja w hiper tempie

Czas zerwać z przeszłością, stare nie wróci. Zrozumiał to biznes, który w 2021 będzie cyfryzować się na potęgę, wynika z raportu TEKsystems. Firmy zainwestują w zbieranie i przetwarzanie informacji oraz w analitykę. Cel, wygrać z kryzysem i konkurencją.

Amerykańska firma specjalizująca się w rozwiązaniach IT dla biznesu, TEKsystems, w marcu opublikowała raport State of Digital Transformation 2021. W badaniu udział wzięli przedstawiciele kadry managerskiej wyższego szczebla z 400 organizacji rozproszonych po całym świecie, po to, by dokładnie zrozumieć czym tak naprawdę będzie digitalizacja w 2021.

2021 to rok hiperdigitalizacji

Okazuje się, że budżety opracowane z myślą o cyfrowej transformacji zostaną spożytkowane głównie na: rozwiązania chmurowe (50% ankietowanych), zbiory danych i ich analitykę (45%) oraz technologie mobilnego internetu (44%).

Co ciekawe, wyniki raportu jasno pokazują, że firmy, które już od dawna cyfryzują swoje struktury (tzw. cyfrowi liderzy), są na tyle zadowoleni z efektu tych inwestycji, że przeznaczą jeszcze więcej środków na digitalizację. Aż 55% cyfrowych liderów zapowiada, że zwiększy budżety na cyfrowe innowacje w 2021.

Takie inwestycje mają przełożyć się na bardzo konkretne efekty. Czego spodziewają się przedsiębiorcy? Najwięcej, bo aż 4 na 10 firm (40%) liczy, że zdobędzie kompetencje, pozwalające na analizowanie danych i budowę własnego business intelligence. Niewiele mniej, bo aż 36% respondentów sądzi, że ich firmy będą dzięki temu w stanie korzystać z dobrodziejstw analityki predyktywnej. – Wykorzystując big data i algorytmy sztucznej inteligencji, firmy są w stanie np. “przewidzieć” ścieżkę zakupową klienta, rozpoznać jego preferencje i na tej podstawie komunikować się z nim poprzez kampanie online – mówi Piotr Prajsnar, CEO firmy Cloud Technologies, specjalizującej się w monetyzacji danych. Ekspert dodaje, że: – To zaledwie jeden z przykładów. Na podstawie danych behawioralnych firmy mogą tworzyć nowe produkty, zmodyfikować układ i wygląd własnej witryny czy modyfikować strategię działania.

Tylko rok czy cała dekada?

Twórcy raportu State of Digital Transformation 2021 zwracają uwagę, że wykorzystanie Big Data, analityki, cloud computingu i mediów społecznościowych nie jest już wyłącznie domeną przedsiębiorstw, które stanowią creme della creme świata biznesu. Poniekąd jest to naturalna kolej rzeczy, a trochę efekt pandemii. Bo nawet najbardziej tradycyjne sektory gospodarki zaczęły korzystać z możliwości oferowanych przez cyfryzację nie tylko po to, by zapobiec wewnętrznym skutkom kryzysu, ale także po to, by budować przewagę konkurencyjną. – Badanie przeprowadzone przez The Boston Consulting Group wykazało, że przedsiębiorstwa, które przodują w wykorzystywaniu big data, generują o 12% większe przychody niż te, które z nich nie korzystają – odnotowuje Prajsnar.

Cyfryzacja zmienia także sposób, w jaki firmy konkurują ze sobą. Z jednej strony znacznie obniżyła ona koszty wejścia na rynek w wielu sektorach, ale tym samym zwiększyła konkurencję.

Ucyfrowiony biznes jest owocem dojrzałej gospodarki – mówi prezes Cloud Technologies i dodaje: – Wpływ technologii cyfrowej można zaobserwować w coraz większej liczbie sektorów, w tym w handlu, produkcji, rolnictwie, energetyce czy ochronie zdrowia. Chociaż prawdą jest, że technologia cyfrowa nie ma wpływu na podstawową istotę tych branż, przyjęcie nowych technologii stało się niezbędne w czasie pandemii do sprawnego ich funkcjonowania w trakcie lockdownu, zwiększania ich wydajności i konkurencyjności.

Krótko mówiąc, nowe technologie cyfrowe radykalnie przekształcają środowisko, w którym działają przedsiębiorstwa, wpływając również na różne etapy ich produkcji oraz na ich wzajemne relacje i konkurencję. Biorąc pod uwagę to wyzwanie, nie ma innego wyjścia: firmy muszą opracować strategię transformacji cyfrowej, aby zapewnić sobie przetrwanie i przyszły rozwój.

MLP Group osiągnęło w 2020 r. ponad 170 mln zł zysku netto

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za 2020 r. W tym okresie Grupa osiągnęła zysk netto w wysokości 170,4 mln zł (+32% r./r.). Wartość kapitałów własnych (aktywów netto) wzrosła w minionym roku o 29% do poziomu 1,21 mld zł, a wartość nieruchomości inwestycyjnych brutto zwiększyła się także o 29% do 2,33 mld zł.

MLP Group w minionym roku prowadziło dynamiczny rozwój na wszystkich obsługiwanych rynkach. Strategicznym celem Grupy pozostawała ekspansja w Polsce oraz na rynku niemieckim, a także rozwój w Austrii oraz Rumunii.  Coraz większą popularnością cieszyły się obiekty typu City Logistics (niewielkie moduły oferujące nowoczesną powierzchnię magazynową wraz z reprezentacyjnym biurem o wysokim standardzie wykończenia) oraz obiekty typu big-box.

– Miniony rok był dla nas udany pomimo trwającej pandemii koronawirusa. Motorem napędowym była realizacja projektów uruchomionych jeszcze przed pandemią. Cały rynek rozwijał się w podobnym tempie jak w poprzednim roku. W efekcie również nasze wyniki finansowe okazały się bardzo dobre. Coraz większy wpływ ma nasza działalność prowadzona na rynku europejskim, a w szczególności na rynku niemieckim. W minionym roku aktywnie kupowaliśmy też grunty pod kolejne projekty. Poszerzyliśmy w ten sposób naszą ofertę o rynek austriacki, gdzie rozpoczęliśmy realizację nowego parku logistycznego w Wiedniu. Uruchomiliśmy też kolejne projekty w Niemczech. W Polsce także aktywnie inwestowaliśmy rozpoczynając nowe przedsięwzięcia we Wrocławiu, Łodzi i Wielkopolsce oraz realizując kolejne etapy rozbudowy aktualnie posiadanych parków logistycznych” – powiedział Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

Grupa Kapitałowa MLP Group utrzymuje dobrą kondycję finansową. W minionym roku zwiększyła o 29% wartość aktywów netto (NAV) do poziomu 1,21 mld zł. Wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła również o 29% do 2,33 mld zł. W minionym roku Grupa wypracowała 170,4 mln zł zysku netto, czyli o 32% więcej niż w poprzednim roku. Z kolei skonsolidowane przychody wyniosły 190,7 mln zł i były o 36% wyższe niż rok wcześniej. Uwzględniając jedynie przychody uzyskane z czynszów z najmu, które są głównym źródłem przychodów z działalności podstawowej, w 2020 roku Grupa osiągnęła 23,9% wzrost w odniesieniu do analogicznego okresu poprzedniego roku.

MLP Group w 2020 r. realizowało oraz miało w przygotowaniu projekty o łącznej powierzchni ponad 241 tys. m2. W efekcie na koniec minionego roku Grupa dysponowała ponad 715 tys. m2 gotowej powierzchni magazynowej. Uwzględniając również projekty w trakcie budowy i w przygotowaniu oferowała łącznie blisko 860 tys. m2 nowoczesnych powierzchni. Grupa utrzymywała jednocześnie bank ziemi w ramach którego docelowa powierzchnia do zabudowy sięga blisko 1,29 mln m2. Dodatkowo Grupa posiada szereg umów rezerwacyjnych na zakup nowych gruntów pod planowane parki logistyczne w Polsce (m.in. Stryków, Pruszków, Poznań), w Niemczech (m.in. Gelsenkirchen, Kolonia, Frankfurt nad Menem, Lipsk) i w Austrii.

Pomimo pandemii rynek magazynowy w Polsce odnotował w 2020 roku rekordowy wynik, co po raz kolejny potwierdziło jego siłę. Według danych rynkowych w minionym roku całkowita podaż nowoczesnych powierzchni magazynowych w Polsce osiągnęła poziom 20,7 mln m2. W tym czasie na rynek dostarczone zostało łącznie 2 mln m2 nowej powierzchni magazynowej. Na koniec tego okresu w trakcie budowy pozostawało około 1,9 mln m2.

– Na bieżący rok patrzymy z umiarkowanym optymizmem. Rynek magazynowy będzie rósł raczej w tempie jednocyfrowym. Będzie to solidny wzrost, ale daleki od huraoptymizmu. Wszystko będzie zależne od sytuacji ekonomicznej na świecie oraz od tego jak szybko globalna ekonomia wróci na ścieżkę wzrostową. Oczekujemy, że głównymi czynnikami wpływającymi na rozwój rynku powierzchni magazynowych będzie sektor e-commerce oraz popyt generowany przez klientów przenoszących produkcję z krajów azjatyckich do Europy. Dodatkowym istotnym czynnikiem wpływającym na popyt jest zwiększanie przez najemców zapasów z obawy na przerwanie łańcuchów dostaw, co w konsekwencji powoduje większe zapotrzebowanie na powierzchnię magazynową. Koncentrujemy się również na wdrażaniu ekologicznych rozwiązań w naszych parkach logistycznych i inwestycjach w odnawialne źródła energii. Jednym z naszych priorytetowych celów jest montaż paneli fotowoltaicznych na wszystkich posiadanych i budowanych obiektach. Chcemy, aby MLP Group stało się firmą zrównoważoną energetycznie pod względem emisji CO2  do 2023 roku – dodał Radosław T. Krochta.

Zgodnie ze strategią „build & hold” MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu i samodzielnie nimi zarządza. Wszystkie projekty realizowane przez Grupę wyróżnia również bardzo atrakcyjna lokalizacja parków logistycznych, stosowanie rozwiązania typu built-to-suit oraz wsparcie najemcy w trakcie trwania umowy najmu.

Silna Polska to Polska walecznych przedsiębiorców, którzy mają prawo liczyć na adekwatną pomoc ze strony rządu

Spełnił się czarny sen przedsiębiorców – od 20 marca wracamy do obostrzeń „czerwonej strefy”, co oznacza zamknięte hotele, ograniczoną działalność galerii handlowych czy ograniczenie funkcjonowania instytucji kultury oraz sportowych. Dzieci klas I-III wracają na naukę zdalną, a zamknięta od października gastronomia i branża fitness zamknięta pozostaje. Minister Zdrowia Adam Niedzielski przekonuje, że to ostatni dzwonek, by ratować Polaków przed zwyżkami trzeciej fali koronawirusa. Lockdown ma potrwać od 20 marca do 9 kwietnia.

– Tydzień temu mówiliśmy o „pełzającym lockdownie” i okazało się, że kreślone przez ekspertów scenariusze, że niebawem restrykcjami objęta będzie cała Polska się spełniły – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Nie kwestionujemy powagi  pandemii i związanej z nią konieczności obostrzeń w celu jej zahamowania, ale nie mamy również wątpliwości, że sytuacja przedsiębiorców pogarsza się z każdym tygodniem. Chcemy podkreślić, że nam nie chodzi o krytykę działań rządu ale jesteśmy przede wszystkim głosem zrozpaczonych przedsiębiorców, którzy  będąc dotąd płatnikami do budżetu, teraz stoją w obliczu  osobistych tragedii .Bez  realnego wsparcia rządu opartego nie na kryterium kodu PKD ale na kryterium  procentowego spadku obrotów,   przedsiębiorcy  nie wrócą  do swoich działalności.

„Obecnie obserwujemy prawdziwy rollercoaster: zamykamy, otwieramy, ograniczamy, luzujemy. Przedsiębiorcy czują, że panuje gigantyczny chaos”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie stoi na stanowisku, że w obecnej sytuacji lockdown jest rozwiązaniem, którego efektem będzie pogorszenie się sytuacji wielu branż. W najpoważniejszej sytuacji jest gastronomia, hotelarstwo, turystyka, handel, usługi oraz transport. Trzy tygodniowy lockdown obejmujący Święta Wielkanocne to potężny cios dla branż i sektorów gospodarki, które od miesięcy są dławione przez kolejne ograniczenia. Z naszych obserwacji wynika, że sytuacja robi się bardzo poważna, a jej efektem może być nawet kolejna fala bankructw i upadłości.

– Zdajemy sobie sprawę, że sytuacja epidemiczna jest bardzo trudna w całej Europie i musimy kolejny raz stawić czoła koronawirusowi. Jestem jednak przekonana i takie docierają do mnie sygnały od przedsiębiorców zrzeszonych w Izbie, że lockdown jako „recepta na koronawirusa” się po prostu nie sprawdza. W ostatnich miesiącach nie odbywały się spędy, gastronomia działa w sposób ograniczony, a hotele działały w reżimie sanitarnym. Mimo to trzecia fala przyszła. Może więc emisja wirusa nie jest zależna od tego czy gospodarka jest zamykana? – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Obecnie obserwujemy prawdziwy rollercoaster: zamykamy, otwieramy, ograniczamy, luzujemy. Przedsiębiorcy czują, że panuje gigantyczny chaos, który odciska piętno na ich działalności. Hotele miesiąc temu się otwierały, teraz się zamykają. Czy ktoś myśli o tym, jakie to gigantyczne straty? Jestem przekonana, że można wypracować rozwiązania kompromisowe – mówi dalej Hanna Mojsiuk.

„Oczekujemy pakietu rozwiązań wspierających poszkodowane branże”

Północna Izba Gospodarcza pyta także o wsparcie dla zamykanych branż: – Trzecia fala, trzeci lockdown i ani słowa o trzeciej fali wsparcia dla przedsiębiorców, którym zabiera się możliwość ratowania swoich firm i funkcjonowania. Oczekujemy jako przedsiębiorcy, że Rząd w trybie pilnym przedstawi program wsparcia branż objętych lockdownem. Wypowiadamy się w imieniu pracodawców i pracowników, którzy kolejny raz stają w obliczu dramatycznej sytuacji ograniczającej ich działalność. Oczekujemy pakietu rozwiązań wspierających poszkodowane branże i kolejny raz apelujemy: wsparcie powinno być kwalifikowane przez spadek przychodów, a nie kody PKD – mówi Prezes Hanna Mojsiuk.

– Z dużym niepokojem patrzymy na sytuację zachodniopomorskich kurortów. Hotele czynne są od miesiąca, a już się zamykają. Dla hotelarzy Wielkanoc mogłaby być szansą na częściowe odrobienie strat ze świąt i ferii zimowych. Widzimy znów, że nie jest to możliwe. Majówka coraz bliżej, a nadzieje, że koronawirusa uda się szybko pokonać coraz mniejsze – dodaje dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Eksperci Izby: Lockdown nie jest lekarstwem na koronawirusa

W opinii ekspertów współpracujących z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie obecna sytuacja będzie miała poważne konsekwencje dla wielu branż oraz dla całej gospodarki.

– Lockdown okaże się szczególnie bolesny dla tych branż, które już wcześniej zostały przez pandemię poważnie okaleczone. Tym razem do strat wywołanych brakiem aktywności od wielu miesięcy trzeba doliczyć ekstraordynaryjne koszty – straty związane z niedawnym uruchomieniem działalności, np. w hotelach, czy  ośrodkach sportowych, basenach itp., które po krótkim okresie funkcjonowania, znowu zmuszone są zawiesić działalność. Spora część firm z branż najsilniej dotkniętych skutkami kryzysu pandemicznego nie przetrwa kolejnych zakłóceń i lockdownów. Przed nami jeszcze wiele perturbacji gospodarczych, w tym również fale bankructw i upadłości. Cóż, takie są konsekwencje kryzysu w ekonomii – komentuje prof. Aneta Zelek, rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu.

– Ostatnie miesiące pokazują, że lockdown nie jest lekarstwem na koronawirusa, a rządzący za wszelką cenę chcą nas nim wyleczyć. Wiadomość o lockdownie doprowadziła wielu przedsiębiorców wręcz do reakcji histerycznych. Proszę sobie wyobrazić, że prowadzicie Państwo hotel, który otworzył się na miesiąc i znowu musi się zamknąć. Przedsiębiorcy doprowadzani są do desperacji i niestety coraz trudniej patrzeć im w przyszłość z optymizmem. Miejmy nadzieję, że po Wielkanocy nastąpi gospodarcza odwilż – mówi doradca gospodarczy Katarzyna Michalska.

Abolicja czynszowa wymaga nowelizacji

Zapisy dotyczące zwolnienia najemców z opłat za wynajem powierzchni w centrach handlowych przestają mieć rację bytu, zwłaszcza w świetle zapowiedzianego na 20 marca czwartego już ogólnopolskiego lockdownu. Przedstawiciele sektora ponownie apelują o symetryczne rozłożenie zobowiązań finansowych, tak jak miało to miejsce np. w Czechach i Niemczech.

Najemcy centrów handlowych, którzy skorzystali z abolicji czynszowej podczas każdego z trzech ogólnopolskich lockdownów, w efekcie wydłużyli umowy najmu o ponad 20 miesięcy. To, co początkowo miało służyć interesom firm mających swoje sklepy w galeriach handlowych, długofalowo może działać na ich niekorzyść. W niezwykle trudnej sytuacji od początku trwania pandemii są natomiast właściciele centrów, którzy do tej pory nie zostali objęci żadnym programem pomocowym ze strony państwa.

Umowy najmu bez daty ważności

Abolicja czynszowa jest bezprecedensowy narzędziem, którego trudno szukać na innych rynkach handlowych w Europie. Wprowadzenie zwolnień z opłat, bo mówimy nie tylko o czynszu, ale również o kosztach dodatkowych, w tym opłacie eksploatacyjnej, spotkało się początkowo z pozytywną reakcją najemców. Uzyskanie pomocy od właścicieli zostało uproszczone do minimum i często otwierało drogę do dalszych negocjacji, tłumaczy Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Właściciele zostali jednak w ten sposób zupełnie pozbawieni przychodów, a należy podkreślić, że w ciągu trzech dotychczasowych, ogólnopolskich lockdownów ich działalność nie była całkowicie zawieszona, a umowy z podwykonawcami pozostawały w mocy. Koszty utrzymania danego obiektu spadały więc nieznacznie.

Warto też pamiętać, że abolicja nie jest jedynym zapisem tarczy kryzysowej, a skorzystanie z tej opcji oznacza automatyczne przedłużenie umowy najmu o sześć miesięcy plus długość trwania danego lockdownu. W efekcie, umowy najmu firm, korzystających do tej pory ze wsparcia państwa, zostały przedłużone do tej pory o przeszło 20 miesięcy. I tu trzeba zadać sobie pytanie, w jaki sposób te wydłużone w czasie kontrakty będą się miały do realiów rynkowych i faktycznych potrzeb najemców i wynajmujących po wygaśnięciu pandemii, dodaje Anna Wysocka.

Właściciele centrów handlowych z burtą

Bardzo wielu uczestników rynku, i to nie tylko handlowego, ale również finansowego, uważa, że wprowadzenie abolicji czynszowej było zbyt daleko posuniętą ingerencją w relację najemca-właściciel. To narzędzie było i jest jednostronne, i zupełnie nie bierze pod uwagę coraz trudniejszej sytuacji właścicieli centrów.

Jest to o tyle rozczarowujące, że w innych europejskich krajach, na przykład w Czechach, czy w Niemczech, zobowiązania finansowe były w miarę symetrycznie rozłożone pomiędzy najemców, właścicieli i rząd tłumaczy Anna Wysocka.

To dowodzi, że firmy posiadające w swoich portfelach centra handlowe w Polsce, powinny być objęte konkretną pomocą ze strony państwa, między innymi nacelowaną w spłatę należności kredytowych.

Niektóre banki, czy instytucje finansujące oferowały wsparcie w postaci odroczenia terminów płatności podczas pierwszego lockdownu, jednak i one nie funkcjonują w próżni, zatem nie mogą na dłuższą metę zapewniać właścicielom systemowych rozwiązań wspierających ich podczas pandemii. To rola instytucji państwowych, podkreśla Anna Wysocka.

Zapisy dotyczące abolicji nie przystają do realiów rynkowych

Jako że abolicja jest narzędziem, które nadal funkcjonuje i jest wykorzystywane podczas każdego kolejnego lockdownu, właściciele centrów handlowych mogą spodziewać się następnych przerw w otrzymywaniu należności w świetle zamknięcia centrów handlowych w województwie warmińsko-mazurskim, pomorskim, mazowieckim i lubuskim oraz w momencie zamrożenia działalności centrów handlowych w całym kraju, które zapowiedziano na 20 marca.

I tu pojawia się pytanie, jaka była intencja ustawodawcy, jeśli chodzi o długość trwania obecnych zapisów i czy faktycznie będą one długofalowo opłacać się najemcom. Abolicja czynszowa wraz z rozwojem pandemii wydaje się nie być logicznie uzasadniona i wymaga nowelizacji dostosowanej do obecnej i przyszłej sytuacji, mówi Anna Wysocka.

Natomiast konieczność zapewnienia wsparcia finansowego dla właścicieli galerii leży również w interesie inwestorów, którzy muszą mieć możliwość obsłużenia kredytów, ale też firm ochroniarskich, sprzątających, etc., które już teraz spotykają się z presją na obniżenie cen swoich usług. Bez stałego przychodu są natomiast na przykład firmy eventowe, ogromne straty notują też firmy marketingowe.

W miarę przedłużania się pandemii możemy spodziewać się więc bankructw ze strony zarówno właścicieli galerii handlowych, jak i firm z sektorów współpracujących z centrami, sieć powiązań jest ogromna i nie ogranicza się jedynie do wynajmujących i najemców, a to oznacza znacząco również niższe wpływu do budżetu państwa. Koszt obowiązującej od blisko roku abolicji czynszowej będzie gigantyczny, podsumowuje Anna Wysocka.

Trzeci lockdown przyniesie kolejny pogrom wśród pracowników turystyki, hotelarstwa i handlu

– Zamykamy otwieramy, zwalniamy, zatrudniamy. Chaos jaki towarzyszy wprowadzaniu kolejnych obostrzeń jest trudny do opisania. Przedsiębiorcy czują się jakby siedzieli na karuzeli w której nic od nich tak naprawdę nie zależy. Sytuacja wielu firm jest dramatyczna, docierają do nas sygnały o zwolnieniach w hotelach, o obniżonych wynagrodzeniach i o zmianach warunków umów. Jestem przekonana, że decyzja o zamknięciu hoteli doprowadzi do tego, że wiele z nich może upaść. Czas Wielkanocy dla wielu był rozpoczęciem sezonu wiosennego – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Wiele osób zostało przeniesionych z całych etatów na połówki. Właściciele hoteli mówią, że to „na przeczekanie”

   Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom zgłaszają się pracownicy, którzy przyznają, że sytuacja na rynku pracy w  kurortach turystycznych jest bardzo trudna. Wiele osób straciło pracę, inni mają obniżone wynagrodzenia, a zwiększoną ilość obowiązków: – Przed decyzją o trzecim lockdownie hotele były czynne przez pięć tygodni. Mogły przyjąć 50% gości. Z naszych informacji wynika, że w niewielkiej ilości hoteli było tak wysokie obłożenie. Brak gości to brak pracy dla pracowników. Zgłoszeń o zwolnieniach w hotelach, pensjonatach, ośrodkach odnowy biologicznej jest bardzo dużo. Zwykle uzasadnieniem jest oczywiście pandemia. Co ważne, wielu pracowników jest zwalnianych, ale pracodawcy jednocześnie zapraszają ich do współpracy kiedy pandemia minie. Wiele osób zostało przeniesionych z całych etatów na połówki. Właściciele hoteli mówią, że to „na przeczekanie” – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

– Decyzja o trzecim lockdownie to bardzo silny cios zadany turystyce, hotelarstwu i gastronomii. Przedsiębiorcom oraz pracownikom tych branż. Oczywiste jest, że fala bankructw i zwolnień jest nie do zatrzymania. Nie ma się co oszukiwać, wiele firm liczyło, że od Wielkanocy rozpocznie się luzowanie obostrzeń. Kolejny lockdown zwiastuje, że koronawirus będzie trzymać nas w gospodarczym klinczu jeszcze długo. Przypominam, że turystyka i hotelarstwo to najbardziej zadłużone branże. Im dłużej nie funkcjonują, tym większe generują straty i tym mniejsza szansa, że przetrwają czas pandemii – dodaje Prezes Marczulewska.

Opustoszałe nadmorskie kurorty. Puste hotele, puste promenady…

W wielu kurortach restauracje pozostają zamknięte. Wiele hoteli nie zdecydowało się na powrót od 12 lutego ze względu na zbyt dużą niepewność czy sytuacja pandemiczna będzie na tyle dobra, by móc funkcjonować w trybie niezakłóconym do wiosny. Jak mówi Prezes Małgorzata Marczulewska dla wielu hoteli działanie przy 50% obłożeniu to przepis na generowanie potężnych strat finansowych, bo należy utrzymać zatrudnienie i obsługę przy małej szansie na jakiekolwiek zyski. Sytuacje gospodarczą kurortów nadmorskich komplikuje również brak turystów z Niemiec i Skandynawii.

– Byłam w miniony weekend w Świnoujściu. Obłożenie w hotelu to zaledwie kilkanaście procent, mała liczba pracowników, restauracje zamknięte. Promenada niemal pusta. Tak nie wygląda tętniący życiem kurort. Miałam okazje rozmawiać z pracownikami, którzy przyznali, że zarobki są wiele mniejsze, bo na czas pandemii je zmniejszono. Wiele osób przyznaje także, że podziękowano części pracowników. W trudnej sytuacji są np. pracownicy z Ukrainy, którzy dotychczas byli wzmocnieniem kadry nadmorskiej. Teraz te osoby zostały bez pracy, więc wyjechały – mówi Prezes Marczulewsa. – Zamknięcie hoteli i dalsze utrzymanie zamknięcia gastronomii pogłębi kryzys, który i tak jest największy w historii. To prawdziwy dramat dla pracowników – dodaje.

Prawie 15 tys. Ukraińców mniej na polskich budowach. Ceny produkcji wzrosły o 2,4%

2,4% – o tyle w lutym 2021 roku wzrosły ceny produkcji budowlano-montażowej w porównaniu do analogicznego okresu z 2020 roku – wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest mniejsza liczba pracowników zagranicznych na polskich budowach, głównie Ukraińców. Zdaniem ekspertów Personnel Service, niższa liczba wydanych pozwoleń na pracę dla wschodnich sąsiadów mogła dołożyć swoją „cegiełkę” do wyzwań, z jakimi mierzy się branża nieruchomości.

Zgodnie z najnowszymi danymi GUS, koszty produkcji budowlano-montażowej wzrosły o 2,4% w porównaniu rok do roku. Choć przedstawiciele branży nieruchomości podkreślają, że taki stan rzeczy wynika m.in. z rosnących cen surowców, wyraźnym problemem jest też niedostateczna liczba pracowników. Spowodowany pandemią odpływ kadry z Ukrainy był odczuwalny dla deweloperów. Zgodnie z danymi Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, w minionym roku wydano blisko 11% mniej pozwoleń na pracę dla Ukraińców.

Jeszcze w 2019 roku wydano blisko 330 tys. takich pozwoleń, z czego aż jedną czwartą stanowiły osoby zatrudnione w budownictwie. Rok później zezwoleń wydano łącznie 295 tys., na co wpływ miała pandemia. I choć proporcje zatrudnionych w poszczególnych sektorach rynku nadal były podobne, przełożyło się to na spadek nowych pracowników w „budowlance” o ok. 15 tys. Ukraińców. To cios dla branży, zwłaszcza, że prace były realizowane w podobnym tempie jak wcześniej – zauważa Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Co czwarty Ukrainiec w 2020 pracował w budownictwie

Z danych Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii wynika, że Ukraińcy przyjeżdżający do Polski znajdują zatrudnienie w różnych branżach, ale przede wszystkim w budownictwie. Z 295 tys. Ukraińców, którzy otrzymali pozwolenie na pracę w Polsce w 2020 roku, na budowach pracował co czwarty (73 tys.). Jedyne branże, które mogły liczyć na podobną reprezentację obywateli Ukrainy to: przetwórstwo przemysłowe (66 tys.), działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca (66 tys.) oraz transport i gospodarka magazynowa (54 tys.).

Wielu Ukraińców przyjeżdża do Polski skuszonych lepszymi zarobkami niż w ich ojczyźnie. Nastawiają się oni często na krótki, kilkumiesięczny wyjazd, dlatego celują w prace, które pozwalają nieźle zarobić, nawet poniżej swoich kwalifikacji. Z naszego badania Barometr Polskiego Rynku Pracy 2020 wynika, że aż 76% obywateli Ukrainy w Polsce wykonuje pracę fizyczną. Szczególną popularnością cieszy się branża budowlana. Spadek w ogólnej liczbie pracowników z Ukrainy z pewnością jest odczuwalny przez polskich deweloperów, bo przekłada się m.in. na możliwe opóźnienia w realizowanych inwestycjach z uwagi na brak fachowców – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Szybkie wyroki sądowe dla firm? To może zwiększyć polski eksport. KUKE promuje polski e-arbitraż

Trwająca pandemia gwałtowanie zwiększyła zainteresowanie „Ultima Ratio” Pierwszym Elektronicznym Sądem Polubownym przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP.  Na świecie działa już ponad 100 takich arbitraży online. To znakomite rozwiązanie w razie sporów np. o płatności dla polskich firm eksportujących między innymi produkty spożywcze, budowlane, elektrotechniczne, motoryzacyjne czy odzież. Według szacunków Ultima Ratio, ilość zapisów arbitrażowych w obrocie gospodarczym wzrosła dziesięciokrotnie, a średni czas trwania procesu online wyniósł 19 dni.  Z usług polskiego arbitrażu online zaczyna korzystać coraz więcej firm polskich, ale także zagranicznych, między innymi międzynarodowa firma Debtus, który dostrzegła potencjał e-arbitrażu w przypadku windykacji należności zagranicznych.

Debtus to firma działająca na międzynarodowym rynku usług obsługi wierzytelności od 2003 roku. Jest członkiem i współwłaścicielem globalnej sieci firm windykacyjnych oraz kancelarii prawnych TCM Group International, która działa w 150 krajach. Przedstawiciele Debtus podkreślają, że dostrzegają wielki potencjał e-arbitrażu w przypadku windykacji należności zagranicznych i zapowiadają zaangażowanie w promocję tego rozwiązania.

– Chcemy w ten sposób wspierać polskich eksporterów, którzy mają problemy z odzyskaniem należności poza granicami naszego kraju. Ultima Ratio to skuteczna – szybsza i znacznie bardziej wygodna – alternatywa dla sądów powszechnych, w szczególności, gdy chodzi o rozstrzyganie spraw między dwoma firmami z różnych krajów. Sądy polubowne, również te elektroniczne, są w większości państw traktowane na równi z tymi państwowymi, a zgodnie z międzynarodowym prawem wyroki wydane przed sądem arbitrażowym np. w Polsce muszą być respektowane za granicą. To sprawia, że o wiele bardziej opłacalne jest dla nas pozwanie dłużnika do polskiego e-sądu, takiego jak Ultima Ratio, niż powszechnego sądu za granicą – mówi Hubert Czapiński z Debtus.

– Upowszechnienie arbitrażu online może być dla wielu przedsiębiorców argumentem za podjęciem działalności eksportowej, co w konsekwencji będzie sprzyjało rozwojowi polskiej gospodarki. Z naszych doświadczeń wynika, że dla powodzenia w handlu najskuteczniejsze biznesowo jest jednoczesne stosowanie różnych metod dbania o zapłatę za dostarczony towar czy usługę – od ubezpieczania należności po szybki i efektywny kosztowo proces odzyskiwania wierzytelności. Korzystać z e-arbitrażu mogą i małe i większe firmy, a jego najszersze zastosowanie widzimy w odniesieniu do rynków unijnych, gdzie koszty obsługi prawnej mogą być bardzo wysokie – mówi Amelia Bień, dyrektor departamentu windykacji KUKE

– W dobie pandemii zainteresowanie e-arbitrażem gwałtowanie rośnie. Na świecie działa już ponad 100 takich sądów jak Ultima Ratio. Ich główna zaleta to szybkość w rozstrzyganiu spraw. W notarialnym e-arbitrażu trwa to średnio 19 dni. To także wyraźne oszczędności – według naszych szacunków nawet 70% w porównaniu do tradycyjnego sądownictwa. Zalety te są szczególnie widoczne w przypadku spraw z natury rzeczy narażonych na przewlekłość – a więc roszczeń od kontrahentów zagranicznych. Dlatego wraz z partnerami z branży windykacyjnej i ubezpieczeniowej pracujemy nad ofertą stanowiącą połączenie e-arbitrażu i produktów ubezpieczeniowych. Oferta będzie kierowana również do mikro i małych przedsiębiorców, dla których brak płatności nawet jednej faktury zza granicy może oznaczać poważne problemy z płynnością. Zgodnie z konwencją nowojorską, wyrok wydany przez polski arbitraż jest uznawany w państwach, które podpisały ten dokument. W konsekwencji można go oddać do komornika bez potrzeby wnoszenia przed zagranicznym sądem pozwu o zapłatę – komentuje Krzysztof Stańko, COO Causa Finita S.A., współtwórca „Ultima Ratio” Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP.

Ailleron rozszerza współpracę z mBank

Ailleron rozwija alians z mBankiem. W Czechach i na Słowacji już blisko 15 proc. wszystkich interakcji klientów z bankiem odbywa się z wykorzystaniem technologii LiveBank, autorskiego rozwiązania opracowanego przez Ailleron.

Klienci mBanku w Czechach i w Słowacji od ponad dwóch miesięcy mogą korzystać z wirtualnego oddziału bankowości, jakim jest czat zbudowany w oparciu o LiveBank. W Polsce co trzeci klient kontaktuje się z mBankiem za pośrednictwem czatu. Co miesiąc z tego kanału korzysta ponad 51 tys. klientów czołowego polskiego banku.

– Bardzo cieszymy się, że nasza współpraca z mBank rozwija się i wspólnie uruchamiamy LiveBank na nowych rynkach. To wdrożenie potwierdza wysoką jakość produktów dostarczanych przez Ailleron, które są odpowiedzią na rosnące oczekiwania rynku. Czechy i Słowacja powiększają grono kilkudziesięciu krajów, w których LiveBank aktywnie wspiera zdalne interakcje klientów z bankami – mówi Piotr Skrabski,  General Manager LiveBank.

Całość projektu podzielona jest na dwa etapy, z czego pierwszy obejmuje wdrożenie LiveBank w bankowości internetowej dla klientów zalogowanych, którzy jednocześnie mogą wykonywać operacje na swoim koncie i czatować z doradcą banku. Ta faza projektu została wdrożona w listopadzie 2020.

Drugim etapem będzie integracja rozwiązania LiveBank na platformie bankowości mobilnej, tak by klienci mBanku w Czechach i w Słowacji mogli swobodnie czatować z bankiem przez mobilną aplikację.

– Rozwiązanie czatowe, które wdrażamy razem z Ailleron w naszych oddziałach zagranicznych w Czechach i w Słowacji to odpowiedź na nieustanny wzrost popularności kanałów mobilnych banku. Wsparcie klienta w kanałach zdalnych za pomocą czatu jest dla nas szczególnie istotne, ponieważ w okresie panującej pandemii Covid-19 to właśnie te kanały stają się głównym punktem kontaktu klienta z bankiem. Chcemy, aby nasz czat był nie tylko miejscem wymiany informacji klienta z bankiem, ale również miejscem, gdzie będziemy oferować naszym klientom możliwość realizacji szerokiego zakresu dyspozycji, dotychczas dostępnych wyłącznie w tradycyjnych kanałach. Pierwsze reakcje naszych klientów są bardzo pozytywne i pokazują nam, że to był dobry kierunek rozwoju – mówi Dawid Chruśliński, Manager projektu, ekspert ds. Strategii i Rozwoju Contact Center mBanku w Czechach i Słowacji

LiveBank to sztandarowe rozwiązanie Ailleron. Produkt jest zaawansowanym technologicznie systemem wirtualnej bankowości. Przenosi 95% oferty banku do kanałów zdalnych, zachowując przy tym możliwość bezpośredniej interakcji klient – bank. Platforma zapewnia wiele udogodnień, m.in. bezpieczną bankowość w kanałach wideo, audio, chat, kolaborację, wymianę plików, podpisywanie dokumentów, biometrię głosową czy zdalny onboarding nowych klientów. Platforma została doceniona i nagrodzona m.in. na konferencjach Finovate w Nowym Jorku i Londynie.

Produkcja przemysłowa z wysokim zapotrzebowaniem na pracowników mimo pandemii

Produkcja przemysłowa to sektor, w którym przedsiębiorcy pomimo pandemii chcą znacznie powiększać swoje zespoły w drugim kwartale bieżącego roku. Co szósty pracodawca w tym czasie będzie poszukiwał nowych pracowników, a co dwunasty myśli o redukcji etatów. Plany zatrudnienia firm z sektora produkcji przemysłowej są najbardziej optymistyczne od wybuchu pandemii, co więcej – prognoza netto zatrudnienia +11% dla tej branży utrzymuje się na tym poziomie już drugi kwartał z rzędu.

Z deklaracji przedsiębiorców sektora produkcji przemysłowej wynika, że w okresie kwiecień – czerwiec 2021 roku planują oni dość aktywnie pozyskiwać nowych pracowników. Według najnowszego Barometru ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, 16% przedsiębiorstw planuje powiększać swoje zespoły, 3% myśli o redukcji etatów, 76% nie przewiduje zmian personalnych a 5% nie wie, co przyniosą najbliższe trzy miesiące. Prognoza netto zatrudnienia (różnica pomiędzy odsetkiem firm prognozujących wzrost a odsetkiem planującym spadek zatrudnienia) przewidywana dla branży produkcji przemysłowej na drugi kwartał wynosi +11%.

– Planowane wzrosty w zatrudnieniu związane są przede wszystkim z odbudowywaniem mocy produkcyjnych po dużych spadkach, zanotowanych w drugim i trzecim kwartale 2020 roku. To również efekt powrotu do projektów rozwojowych, takich jak rozbudowy hal i parków maszynowych, które zostały wstrzymane na początku pandemii z powodu dużej niepewności dotyczącej zwrotów z inwestycji. Obecnie firmy wracają do tych planów, ponieważ pomimo trudnej i zmiennej sytuacji związanej z pandemią wielu pracodawców wdrożyło wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa i jest w stanie względnie płynnie prowadzić swoją działalność – komentuje Kamil Sadowniczyk, Dyrektor Linii Biznesowej Manpower Enterprise. – W niemal każdym przedsiębiorstwie, zaraz po wybuchu pandemii, budowane i wdrażane były plany awaryjne na wypadek wystąpienia zakażeń wśród pracowników. Oczywiście te plany zakładały między innymi konieczność angażowania dodatkowych zasobów, niemniej w skali naszego kraju nie ma aż tak zauważalnego, długoterminowego i trwałego wzrostu absencji chorobowej, dlatego też w mojej ocenie tylko mała część planów rekrutacyjnych firm dotyczy właśnie uzupełniania braków kadrowych wywołanych pandemią – dodaje ekspert Manpower.

Warto zauważyć, że prognoza netto zatrudnienia wynosząca +11% jest najlepszym wynikiem dla produkcji przemysłowej od momentu wybuchu pandemii. Co ważne, wskaźnik utrzymuje się na tym poziomie już drugi kwartał z rzędu, a w stosunku do analogicznego miesiąca ubiegłego roku wzrósł aż o 7 punktów procentowych. Te dane pozwalają mieć nadzieję, że – mimo dynamicznych zmian na rynku pracy spowodowanych zagrożeniem zdrowotnym – zapotrzebowanie na pracowników w produkcji i przemyśle będzie stosunkowo stabilne.

– W rozmowach z firmami zauważamy pozytywne nastroje, ale obarczone są one bardzo dużą dozą niepewności. Krótkoterminowe prognozy produkcyjne wskazują delikatny optymizm, lecz planowanie średnio lub długoterminowe jest niezwykle trudne, a w przypadku niektórych branż wręcz niemożliwe. Duża dynamika na rynku była notowana już przed pandemią, jednak pozwalała ona opracowywać względnie stabilne prognozy w perspektywie trzymiesięcznej oraz prognozy długoterminowe, które co prawda były zmienne, ale w granicach możliwych do zarządzenia. To, z czym wiele firm boryka się obecnie, to przewidywalny horyzont czterech tygodni i duży znak zapytania w kolejnych miesiącach, zależny od rozwoju pandemii, kondycji łańcucha dostaw czy też powtarzających się wyzwań z dostępnością i transportem półproduktów, wytwarzanych często na innym kontynencie. Warto także zwrócić uwagę, że tak zwana sezonowość w tym roku jest całkowicie inna niż w latach poprzednich. Do tej pory pierwsza połowa roku najczęściej charakteryzowała się niższą dynamiką wzrostu zatrudnienia niż druga, jednak w drugim kwartale 2021 roku mamy do czynienia z bezprecedensowym poziomem zapotrzebowania na pracowników dla tej części roku, o czym świadczy wzrost prognozy netto zatrudnienia o siedem punktów procentowych w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Nie należy się jednak spodziewać, że ten trend będzie kontynuowany w kolejnych kwartałach. Co więcej, trudne do przewidzenia jest, czy druga połowa 2021 roku przyniesie jeszcze większą dynamikę, która odzwierciedlałaby standardową, roczną sezonowość. To obecnie jedno z największych zmartwień wielu przedsiębiorców w Polsce. Perspektywa precyzyjnych prognoz produkcyjnych skróciła się do czterech lub maksymalnie sześciu tygodni. Próba planowania poziomu produkcji i związanego z nią zatrudnienia jest aktualnie obarczona dużą dozą niepewności – tłumaczy Kamil Sadowniczyk.

Plany dotyczące umiarkowanego rozbudowywania zespołów pracodawcy z sektora produkcji przemysłowej deklarują praktycznie przez cały czas trwania zagrożenia epidemiologicznego. Wyjątkiem był trzeci kwartał 2020 roku, kiedy to przedsiębiorcy przewidywali redukcje etatów, a prognoza osiągnęła poziom -7%. W ostatnich trzech miesiącach 2020 roku plany dotyczące zatrudnienia w przemyśle były już znacznie bardziej optymistyczne. Nie da się jednak nie zauważyć, że w porównaniu z ubiegłymi latami, wolnymi od pandemii koronawirusa, pracodawcy są zdecydowanie mniej skorzy do powiększania swoich zespołów. Prognozy netto zatrudnienia w roku 2018 i 2019 osiągały bardzo wysoki poziom – od +15% do nawet +27%. Przy takich wskaźnikach obecne +11% wydaje się mniej spektakularne, jednak nadal daje pracownikom możliwość dość szybkiego znalezienia nowego zatrudnienia.

– Warto zaznaczyć, że pomimo trudnej sytuacji na początku pandemii i wielu redukcji etatów przeprowadzonych w tym czasie, bezrobocie w Polsce powróciło do poziomu sprzed pandemii. A według najnowszych danych Eurostatu jest nawet najniższe wśród rynków Unii Europejskiej. Potwierdza to niezmiennie obserwowaną na polskim rynku konkurencję o kandydatów, czego dowodem są również rosnące ponownie statystyki dotyczące zatrudnienia obcokrajowców. Do najpopularniejszych profili kandydatów poszukiwanych obecnie w sektorze produkcji przemysłowej należą zarówno stanowiska podstawowe, bezpośrednio produkcyjne, jak i wymagające wyższych kwalifikacji. Największe trudności w pozyskaniu talentów odczuwają pracodawcy poszukujących inżynierów, techników i specjalistów związanych z szerokorozumianą automatyzacją. Do grona stanowisk deficytowych należy zaliczyć również operatorów maszyn i operatorów wózków widłowych. Wynika to przede wszystkim z rosnących planów produkcyjnych wymagających zatrudnienia personelu bezpośrednio produkcyjnego, ale również z wdrażanych w firmach innowacji oraz automatyzacji procesów, wymagających kompetencji specjalistycznych. Jednocześnie dalszy rozwój inwestycji w Polsce powoduje konieczność budowania kluczowych zespołów inżynieryjnych czy też zespołów R&D, na ulokowanie których w naszym kraju decyduje się część międzynarodowych korporacji z branży przemysłowej – mówi ekspert i podkreśla, że obecnie na rynku funkcjonuje wiele rozwiązań wspierających pozyskanie talentów do organizacji. To, które z nich zostaną zastosowane przez dane przedsiębiorstwo zależy od skali firmy, specyfiki procesu produkcyjnego, strategii rozwoju czy możliwości finansowych.

– Wiele firm korzysta ze współpracy z uczelniami, prowadzą aktywne kampanie employer brandingowe czy programy stażowe, przygotowujące do stałego zatrudnienia. Na znaczeniu zyskuje również upskilling, który z jednej strony stanowi odpowiedź na niedobory talentów, a z drugiej pomaga w rozwoju umiejętności w organizacji i uzupełnia luki kompetencyjne na rynku, wynikające ze zmieniających się realiów branży przemysłowej. Pracodawcy inwestujący w pracowników oraz ich kompetencje zapewniają kadrom możliwości rozwoju i zwiększają swoje szanse na utrzymanie zespołów pomimo dużej konkurencji na rynku – podsumowuje Kamil Sadowniczyk.

Polska z prognozą netto zatrudnienia wynoszącą +11% plasuje się mniej więcej pośrodku rankingu krajów EMEA – na równi z Norwegią i Węgrami. Najwyższe zapotrzebowanie na pracowników z branży produkcji przemysłowej w drugim kwartale 2021 roku deklarują przedsiębiorcy w Turcji – prognoza netto zatrudnienia osiągnęła tam poziom +24%. Dość intensywne powiększanie zespołów planują też pracodawcy z Rumunii (+17%), Francji (+15%) oraz Czech (+14%). Z kolei największe redukcje zatrudnienia przewidują Wielka Brytania, Republika Południowej Afryki i Słowacja – z prognozą zatrudnienia -5%.

75% specjalistów IT na całym świecie przyznaje, że pandemia spowodowała większą złożoność technologii niż kiedykolwiek wcześniej

Jednocześnie 96% osób odpowiedzialnych za IT uważa, że zdolność monitorowania wszystkich obszarów technicznych w ramach infrastruktury i bezpośredniego powiązania zdobytych informacji z wynikami biznesowymi jest obecnie niezbędna.

Firma AppDynamics, będąca częścią Cisco, opublikowała najnowszą edycję globalnego badania Agents of Transformation. Główne wnioski dotyczą wpływu gwałtownego przyspieszenia cyfrowej transformacji na biznes, w odpowiedzi na pandemię COVID-19. Wyniki raportu ujawniają dramatyczny wzrost złożoności systemów IT spowodowany potrzebą pilnego wdrażania innowacji, która może szybko doprowadzić do niekontrolowanego „rozlania się” technologii w organizacjach. Badania potwierdzają również dużą potrzebę dokładnego obserwowania wszystkich systemów, z uwzględnieniem kontekstu biznesowego. Pomoże to specjalistom IT przebić się przez „szum” danych i dostrzec to, co jest najważniejsze z perspektywy ich organizacji.

W 2020 r. wiele firm zostało zmuszonych przestawić swój model działania na „digital-first” po to, aby przetrwać zawirowania i zminimalizować wpływ pandemii na kondycję ich biznesu. Często, to właśnie specjaliści IT stali na czele zmiany w organizacjach. Według raportu Agents of Transformation 2021: The Rise of Full Stack Observability, okres ten przyspieszył trzykrotnie projekty z zakresu cyfrowej transformacji, przyczyniając się do jeszcze większego obciążenia osób odpowiedzialnych za IT. 89% z nich przyznało, że czują się pod ogromną presją w pracy, a dodatkowo 84% stwierdziło, że mają problemy z rozdzieleniem życia prywatnego od zawodowego.

Nowe badanie przeprowadzone przez Cisco AppDynamics wskazuje, że szybka transformacja cyfrowa spowodowała ogromną złożoność pracy w działach IT. Zapytani o kluczowe czynniki wpływające na ich charakter pracy, specjaliści IT wymieniają:

  • Nowy zestaw priorytetów i wyzwań (80% odpowiedzi).
  • Rozproszenie technologii oraz mozaikę starszych systemów i rozwiązań chmurowych (78%).
  • Przyspieszenie w kierunku chmury (77%).
  • Mnogość działających niezależnie rozwiązań monitorujących (74%).

Wzrost złożoności procesów i systemów IT znacząco zwiększył również ilość generowanych danych, począwszy od aplikacji, poprzez infrastrukturę, aż po sieć i zabezpieczenia:

  • 85% specjalistów IT twierdzi, że szybkie uzyskanie istotnych informacji, w zalewie stale rosnącej ilości danych, w celu zidentyfikowania pierwotnych przyczyn problemów z wydajnością będzie stanowić poważne wyzwanie w nadchodzącym roku.
  • 75% ankietowanych stwierdziło, że już teraz ma trudności z zarządzaniem przytłaczającą ilością danych.

Dlatego też coraz częściej specjaliści IT poszukują ujednoliconego rozwiązania, które umożliwi lepszą widoczność całego środowiska IT w czasie rzeczywistym:

  • 95% specjalistów IT, którzy wzięli udział w badaniu twierdzi, że widoczność całego środowiska IT jest niezwykle istotna.
  • 96% wskazuje na negatywne konsekwencje braku widoczności i wglądu w cały stos technologiczny.

Podczas gdy większość osób odpowiedzialnych za technologię przyznaje, że zdolność do monitorowania środowiska IT jest ważna, aż 92% twierdzi, że umiejętność powiązania wydajności technologii z czynnikami biznesowymi, takimi jak doświadczenie klienta, transakcje sprzedaży czy przychody, będzie kluczowa w ciągu najbliższego roku. Ponadto, prawie trzy czwarte (73%) respondentów obawia się, że brak zdolności powiązania wydajności IT z wydajnością biznesową będzie miała negatywny wpływ na ich działalność w 2021 roku. Z kolei 96% przyznaje, że umiejętne połączenie wglądu w całe środowisko w czasie rzeczywistym z wynikami biznesowymi będzie niezbędna do zapewnienia najwyższej klasy doświadczeń cyfrowych i przyspieszenia cyfrowej transformacji.

Standardowe podejście do monitoringu całej infrastruktury informatycznej wiąże się z potrzebą analizy ogromnych ilości danych telemetrycznych. Specjaliści IT zdają sobie sprawę, że muszą przede wszystkim obserwować to, co ma znaczenie, stosując filtr „biznesowy”, dzięki czemu mogą szybko zlokalizować najbardziej istotne informacje i na ich podstawie podjąć odpowiednie działania.

Z raportu Cisco AppDynamics wynika również, że specjaliści odpowiedzialni za IT są w pełni świadomi, że mierzenie wydajności systemów IT musi być osadzone w odpowiednim kontekście danych biznesowych i w czasie rzeczywistym. Mimo to, dwie trzecie z nich (66%) nie dysponuje potrzebnymi zasobami i wsparciem w tej materii. Z kolei 96% wskazuje na co najmniej jedną barierę, którą ich organizacja musi pokonać, by przyjąć to nowe podejście.

Metodologia badań

Aby lepiej zrozumieć wyzwania przed jakimi stoją specjaliści IT w 2021 roku oraz ocenić celowość i konieczność ciągłego monitorowania całej infrastruktury w kontekście biznesowym, Cisco AppDynamics przeprowadziło kompleksowe globalne badanie, w którym wzięli udział zarówno specjaliści na poziomie zarządu i CIO, jak również przedstawiciele kierownictwa IT wyższego i średniego szczebla.

Wyniki badania opracowano na podstawie wywiadów z 1050 specjalistami IT w organizacjach o obrotach co najmniej 500 milionów USD. Wywiady przeprowadzono w 11 krajach: Australii, Kanadzie, Francji, Niemczech, Indiach, Japonii, Rosji, Singapurze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Respondenci pochodzą z różnych branż, w tym IT, usług finansowych, handlu detalicznego, sektora publicznego, produkcji i motoryzacji oraz mediów i komunikacji. Wszystkie badania zostały przeprowadzone przez Insight Avenue w grudniu 2020 r. i styczniu 2021 r.

W 70 proc. firm spożywczych koszty są dużo wyższe niż rok temu

Zgodnie z badaniem przeprowadzonym przez Food Research Institute wśród menedżerów z branży przetwórstwa żywności, na przestrzeni minionych 12 miesięcy aż 9 na 10 firm spożywczych odnotowało wzrost kosztów. W 7 na 10 przedsiębiorstw wzrost ten był wyraźny lub bardzo wyraźny. Oceny dotyczące przychodów i opłacalności produkcji, jak również spływające dane makroekonomiczne, poprawiają jednak nastroje w branży.

W ramach pracy nad swoim Indeksem nastrojów branży spożywczej Food Research Institute poprosił menedżerów m.in. o ocenę zmian kosztów, przychodów oraz opłacalności produkcji w ich przedsiębiorstwach w porównaniu z lutym 2020 r. Koszty wzrosły: „nieznacznie” w 10 proc. firm, „wyraźnie” w 48 proc. firm oraz „bardzo wyraźnie” w 22 proc. W 10 proc. się nie zmieniły. Nie było przedsiębiorstw, w których koszty by spadły.

Skąd wzrost kosztów w minionym roku

Jak podkreśla Dariusz Chołost, General Manager Food Research Institute, rosnących kosztów firm spożywczych trzeba upatrywać w co najmniej kilku źródłach. – Najważniejszą przyczyną był ogólny wzrost kosztów produkcji, który dotyczył całego przemysłu. Drugą istotną sprawą były wydatki na zachowanie ścisłego reżimu sanitarnego w sytuacji pandemii, co w branży przetwórstwa żywności musiało być i jest kluczowym wymogiem dla produkcji – mówi Dariusz Chołost. Badanie opinii do lutowego Indeksu FRI było prowadzone dopiero po miesiącu funkcjonowania podatku cukrowego oraz wyższej płacy minimalnej i stawki godzinowej płacy minimalnej, stąd wpływ tych czynników będzie widoczny lepiej w kolejnej fali badania.Food Research Institute koszty

Przychody też rosły

Z badania FRI wynika, że na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy rosły także przychody firm spożywczych. Aż 36 proc. zapytanych menedżerów wskazało na wzrost przychodów w ujęciu rok do roku. W 43 proc. firm przychody były porównywalne. Na niższe przychody wskazało jedynie 21 proc. zapytanych menedżerów. Opłacalność produkcji była niższa niż rok temu w 30 proc. firm a poprawiła się w 37 proc. firm. W 33 proc. firm pozostała na mniej więcej tym samym poziomie.

Ocenom menedżerów towarzyszą dobre informacje z rynku. Z danych GUS wynika, że wzrost wyniku finansowego ze sprzedaży w branży produkcji żywności i napojów w okresie I-IIIQ 2020 r. w relacji do tego samego okresu rok wcześniej sięgnął 14 proc.[1]. Z kolei wstępne dane za 2020 r. pokazują rekordowy wynik eksportu na poziomie 34 mld zł.

To wszystko sprawia, że nastroje w branży są coraz lepsze. – Indeks FRI, odzwierciedlający nastawienie menedżerów, wzrósł między listopadem 2020 r. a lutym b.r. o 3 pkt., do wartości 56,2 pkt.  To drugi kwartał, gdy Indeks rośnie. Ostrożnego optymizmu jest w branży coraz więcej – podsumowuje Dariusz Chołost.

Co z kosztami w tym roku

Ekspert Food Research Institute wskazuje, że również w tym roku branża będzie musiała sobie radzić z rosnącymi kosztami. Coraz droższe są surowce do produkcji żywności. Sporo kosztów, szczególności w branży mięsnej, nadal będzie wynikać z konieczności dostosowania produkcji do wymogów środowiskowych. Na branżę napojów mocno wpłynie podatek cukrowy. – Najlepiej z presją kosztową dają sobie radę producenci, którzy sprzedają dużo za granicę. Przykładem jest branża mleczarska, gdzie można mówić o względnej stabilizacji kosztów oraz stosunkowo dużych szansach na utrzymanie wysokich marż – mówi Dariusz Chołost.

——

Indeks FRI (Indeks Food Research Institute, wcześniej Indeks IBŻ) to liczony co kwartał wskaźnik, pokazujący nastroje w sektorze przetwórstwa rolno-spożywczego. Badanie z lutego 2021 r. zostało przeprowadzone metodą wywiadu telefonicznego i on-line, wspomaganego komputerowo (CATI/CAWI) na grupie 206 menedżerów firm z branży. Indeks FRI jest liczony jako średnia arytmetyczna ze wskaźników składowych, gdzie udział każdego składnika jest równy udziałowi danej podgrupy, dla której został policzony. Indeks FRI powyżej 50 pkt. oznacza poprawę nastrojów w porównaniu z poprzednim miesiącem, poniżej 50 pkt. – pogorszenie nastrojów. 50 pkt. oznacza brak zmiany.

[1] Opracowanie własne na podstawie danych GUS:
https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/przemysl/naklady-i-wyniki-przemyslu-1-3-kwartal-2019-roku,4,36.html

https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/przemysl/naklady-i-wyniki-przemyslu-i-iii-kwartal-2020-roku,4,40.html

Najem instytucjonalny na celowniku inwestorów

Do najbardziej dojrzałych rynków najmu instytucjonalnego w Europie należą Niemcy, Szwajcaria, Holandia i kraje nordyckie. W Polsce sektor PRS jest jeszcze we wczesnej fazie rozwoju, jednak coraz więcej inwestorów wyraża chęć stworzenia nad Wisłą portfeli liczących tysiące mieszkań na wynajem. Jak będzie rozwijał się polski rynek najmu instytucjonalnego – prognozują eksperci Cushman & Wakefield.

W Danii na sektor najmu instytucjonalnego przypada prawie 50% rocznego wolumenu transakcji na rynku nieruchomości. Tymczasem udział sektora mieszkań na wynajem w całym rynku inwestycyjnym w naszym regionie wynosi obecnie niecałe 5%, z tendencją wzrostu do 10% w najbliższych latach.

W Polsce mieszkania na wynajem stanowią szacunkowo ok. 15% całkowitych zasobów mieszkaniowych (2,3 mln z 14,8 mln mieszkań). Większość jest w rękach prywatnych lub gmin. Liczba mieszkań planowanych lub będących w budowie z przeznaczeniem na wynajem szacowana jest na 35 tys., z czego ok. 10-15% zostanie oddanych do użytku na przestrzeni najbliższych 12-18 miesięcy. Na rozwój sektora PRS wpływają zmiany demograficzne, ekonomiczne i społeczne – w Polsce są one jeszcze przed nami. Większość deweloperów mieszkaniowych dopiero zaczyna rozważać realizację inwestycji w sektorze najmu instytucjonalnego, do czego zachęcają ich bardzo dobre wyniki sprzedaży mieszkań w poprzednich latach, które utrzymują się pomimo pandemii.

Pomimo zawirowań związanych z COVID-19 ceny mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym w Warszawie i największych miastach regionalnych nie spadły. Jest to spowodowane przede wszystkim przez nadal stosunkowo wysoki popyt. Duża część zamożnych inwestorów indywidualnych inwestujących w obligacje skarbowe lub posiadających lokaty bankowe, które obecnie nie przynoszą praktycznie żadnych odsetek, stara się chronić wartość posiadanego kapitału i dlatego kupuje mieszkania za gotówkę – mówi Mira Kantor–Pikus Partner, odpowiedzialna w Dziale Rynków Kapitałowych Cushman & Wakefield za finansowanie kapitałowe, dłużne i inwestycje alternatywne.

Polska ma jeden z najniższych wskaźników pokoi na osobę w Unii Europejskiej, który wynosi 1,1 w porównaniu ze średnią unijną na poziomie 1,6. Również wskaźnik dostępności mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców stanowi 80% średniej unijnej. Szacuje się, że w stosunku do potrzeb w Polsce nadal brakuje ok. 2 milionów mieszkań. Ponadto w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej Polacy mają większą zdolność nabywania mieszkań, a trendy migracyjne wzmacniają popyt dzięki rosnącej imigracji netto.

Wszyscy inwestorzy szukają okazji inwestycyjnych i porównują stosunek zysków do ryzyka związanego z daną inwestycją. W Polsce interesująco przedstawia się dynamika popytu i podaży. To także duży rynek, który oferuje wiele możliwości inwestowania i ma nadal silne fundamenty ekonomiczne – komentuje Jeff Alson Partner na Europę Środkową, Grupa Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield.

Wyzwaniem dla sektora PRS w Polsce może być brak wiarygodnych i doświadczonych operatorów, koszty zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym, niewielka liczba badań rynkowych, a także niezdecydowanie inwestorów instytucjonalnych, między innymi z Niemiec. Eksperci Cushman & Wakefield przewidują, że ta wczesna faza rozwoju polskiego sektora PRS w Polsce potrwa około 12 miesięcy, a proces osiągania dojrzałości z pewnością nieco dłużej.

Inwestorzy i uczestnicy rynku działają obecnie bardziej elastycznie. Dzięki dostępności profesjonalnej wiedzy można szybko się dostosować. To prawda, że nie ma wielu doświadczonych operatorów wysokiej klasy, ale to się zmienia. Za trzy lata Polska będzie znacznie bardziej dojrzałym rynkiem z rosnącym udziałem tej klasy aktywów w wolumenie transakcji – mówi Jeff Alson.

Według ekspertów w najbliższych trzech-pięciu latach sektor PRS będzie się rozwijał w ramach zakupów bezpośrednich i większych przedsięwzięć typu joint venture. Poziom cen będzie uzależniony od sukcesu pierwszych transakcji, rynku mieszkań kupowanych na własność, kosztów operacyjnych i zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym.

Większość zagranicznych inwestorów będzie uwzględniała koszt zabezpieczenia przed tym ryzykiem, co może wpłynąć na obniżenie zysków netto. Z drugiej strony zakładając finansowanie dłużne inwestycji w oparciu o kredyt w złotych na poziomie 55-60%, inwestor musi zabezpieczyć tylko wolną gotówkę, co z kolei skompensowałoby część strat – mówi Mira Kantor – Pikus.

Warto zauważyć, że jak dotąd żaden fundusz inwestycyjny nie sfinalizował transakcji dotyczącej w pełni skomercjalizowanego czy wynajętego obiektu lub portfela budynków z mieszkaniami przeznaczonymi na wynajem instytucjonalny.

Kto będzie inwestował w sektor PRS w Polsce? Mieszkaniami na wynajem interesują się inwestorzy reprezentujący kapitał zagraniczny. Początkowo będzie to prawdopodobnie przede wszystkim kapitał europejski. Niezależnie od pandemii niektórzy deweloperzy rozważają możliwości dywersyfikacji strategii wyjścia z inwestycji, a popyt inwestycyjny będzie się utrzymywał zważywszy na niski koszt kapitału oraz niewielkie ryzyko inwestycji mieszkaniowych.

Sektor PRS znajduje się w kręgu zainteresowań wszystkich najważniejszych międzynarodowych firm zarządzających funduszami inwestycyjnymi współpracujących z funduszami emerytalnymi, towarzystw ubezpieczeniowych oraz funduszy państwowych pochodzących z Europy i USA, a nawet niektórych funduszy z regionu Azji i Pacyfiku. Nie wiemy jednak, ile z nich faktycznie zainwestuje w Polsce w ramach alokowania kapitału w Europie – mówi Jeff Alson.

PIU: pandemia skłania do zakupu prywatnych ubezpieczeń

COVID-19 uświadomił Polakom, jak ważny jest szybki dostęp do wysokiej jakości usług medycznych oraz lekarzy specjalistów. Z badania przeprowadzonego na zlecenie Polskiej Izby Ubezpieczeń[1] wynika, że co piąta ankietowana osoba, mająca prywatne ubezpieczenie zdrowotne, kupiła je lub przedłużyła w wyniku pandemii. Dodatkowo 40 proc. respondentów nieposiadających prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego rozważało jego zakup. Ponad połowa ze względu na sytuację epidemiczną.

Pandemia bez wątpienia spowodowała wzrost zainteresowania prywatną opieką medyczną. Pokazują to nie tylko wyniki naszego badania, ale także dane ubezpieczycieli, z których wynika, że Polaków posiadających prywatne polisy zdrowotne ciągle przybywa. Ponadto osobom, które kupiły takie ubezpieczenia oraz firmom oferującym je w ramach benefitów pracowniczych, zależy na utrzymaniu ochrony ubezpieczeniowej – komentuje Dorota M. Fal, doradca zarządu PIU.

Polacy gotowi dopłacać do prywatnej opieki medycznej

Ponad 80 proc. uczestników badania PIU zadeklarowało gotowość ponoszenia dodatkowych miesięcznych opłat za opiekę medyczną, poza składkami płaconymi na NFZ. Ponad połowa tych osób uważa, że największą zaletą prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych jest szybki dostęp do specjalistów. Ważna jest dla nich również możliwość skorzystania z najnowszych technologii, do których dostęp w systemie publicznym jest trudny (29 proc.), a także krótki termin oczekiwania na zabieg czy operację (24 proc.) oraz tomografię, rezonans magnetyczny i inne badania diagnostyczne (24 proc.).

Dodatkowo 70 proc. respondentów stwierdziło, że mogłoby opłacać dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne, gdyby możliwe było odliczenie tej kwoty od podatku.

Zaciągnęliśmy dług zdrowotny

Publiczna opieka zdrowotna od dłuższego czasu boryka się z problemami kadrowymi i finansowymi, a pandemia znacząco pogorszyła sytuację. System jest obecnie przeciążony. Dodatkowo, w ubiegłym roku zaobserwowaliśmy wyraźne pogorszenie stanu zdrowia Polaków, spowodowane zaciąganiem tzw. długu zdrowotnego. Mnóstwo osób odłożyło na później badania profilaktyczne i diagnostyczne, a nawet leczenie. W efekcie pacjenci trafiają do placówek medycznych, gdy choroba jest już w zaawansowanym stadium, co zmniejsza szanse na powrót do zdrowia. Pomocne byłyby więc rozwiązania, które ułatwiłyby finansowanie dodatkowych polis zdrowotnych i tworzenie prywatnych ubezpieczeń, zapewniających szybki dostęp przede wszystkim do profilaktyki oraz ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Jednym z nich może być możliwość odliczenia od podatku kwoty przeznaczanej na prywatną opiekę medyczną – dodaje Dorota M. Fal.

Wizyta u specjalisty – najlepiej prywatnie

Prywatne ubezpieczenia zdrowotne sprawdzają się w profilaktyce oraz szybkiej diagnostyce i mają coraz większy udział w finansowaniu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

Osoby, które wzięły udział w badaniu PIU, zadeklarowały, że w ubiegłym roku z prywatnej opieki medycznej korzystały przede wszystkim w przypadku zabiegów stomatologicznych (są to głównie wydatki z własnej kieszeni, a nie z pakietu medycznego), wizyt u lekarza specjalisty, badań USG lub RTG oraz rehabilitacji. Z danych ubezpieczycieli wynika, że rośnie zainteresowanie konsultacjami z internistami i pediatrami w ramach pakietów medycznych. W najbliższej przyszłości PIU przewiduje więc dalszy wzrost popularności prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych.

[1] Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-12 października 2020 r. przez agencję SW RESEARCH na grupie 2000 aktywnych zawodowo Polaków w wieku 25-60 lat, którzy posiadają ubezpieczenie w NFZ.