Magazynowy Zachód nie taki dziki

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej na obszarze Polski Zachodniej, po oddaniu do użytku 73,3 tys. mkw. w 2020 r., wyniosła pod koniec grudnia 693 tys. mkw. Większość inwestycji to projekty typu BTS. Zauważalny jest jednak wzrost udziału parków magazynowych typu multi-tenant z powierzchnią oferowaną na wynajem.

Obszar Polski Zachodniej to najmłodszy wśród rynków magazynowych w Polsce. Obejmuje dość rozległy obszar, na który składają się miasta położone wzdłuż zachodniej granicy Polski, w większości w województwie lubuskim, ale także częściowo w województwie dolnośląskim, a dokładnie w podregionie legnicko-głogowskim. Do głównych ośrodków zalicza się Legnica, Zielona Góra i Gorzów Wielkopolski. Żaden z tych rynków jednak nie dominuje wyraźnie pod względem zasobów nowoczesnej powierzchni magazynowej. W 2020 r. odpowiadały kolejno za 18%, 16% i 7% całkowitej podaży.

– Potencjał Polski Zachodniej jest coraz częściej zauważany przez największych deweloperów, którzy doceniają jej strategiczne położenie względem zachodnich rynków. Dzięki rozwiniętej sieci dróg, bliskości dworców towarowych oraz lotnisk we Wrocławiu i Zielonej Górze tereny te zapewniają sprawną komunikację nie tylko z pozostałymi regionami Polski, ale również z krajami Europy Zachodniej. Firmy mogą liczyć również na duże zaplecze potencjalnych pracowników. Możemy spodziewać się, że zainteresowanie inwestycjami w magazyny w Polsce Zachodniej będzie systematycznie rosnąć – prognozuje Agnieszka Bogucka, analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers.

BTS głównym wyborem inwestorów

– Rynek nowoczesnych powierzchni magazynowych w Polsce Zachodniej rozwija się od 2012 r. i przez kolejne lata opierał się w zasadzie wyłącznie na magazynach typu BTS, wznoszonych na potrzeby konkretnych najemców, takich jak m.in. Faurecia Automotive, Syncreon Logistic, Ideal Automotive, BMW czy H&M. Od 2018 r. obserwujemy rozwój rynku powierzchni oferowanych na wynajem w projektach typu multi-tenant – w minionym roku wszystkie oddane do użytku obiekty magazynowe w Regionie Zachodnim należały do tego typu inwestycji –  mówi Maciej Chmielewski, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers.

Najwyższą aktywnością w regionie wykazała się firma Panattoni, która w ubiegłym roku dostarczyła na rynek 70% nowo oddanej powierzchni magazynowej w ramach pierwszych hal parków Panattoni Park Legnica I (26,2 tys. mkw.) i Panattoni Park Gorzów Wielkopolski (18,8 tys. mkw.) oraz kolejnego etapu Panattoni Park Zielona Góra (6,8 tys. mkw.). Czwartym nowym projektem był natomiast Hillwood Słubice (21,5 tys. mkw.).

– Wraz z powstawaniem nowych parków logistycznych równolegle rosną zasoby magazynów typu BTS – w III kw. 2021 r. do użytku ma zostać oddany projekt dla firmy Amazon o powierzchni 203,4 tys. mkw. To już dziesiąta tego typu inwestycja światowego giganta branży e-commerce w Polsce. Łącznie w budowie w Regionie Zachodnim znajduje się obecnie 226 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej – dodaje Agnieszka Bogucka.

Wskaźnik pustostanów bliski zeru

W 2020 r. wolumen popytu w Polsce Zachodniej osiągnął poziom 265,3 tys. mkw., głównie dzięki transakcji BTS na 200,4 tys. mkw. pomiędzy deweloperem Panattoni i koncernem Amazon, która stanowiła 76% popytu. Na pozostałe 24% wynajętej powierzchni magazynowej złożyły się w większości nowe umowy. Do dużych transakcji zalicza się również podpisanie umowy na obiekt typu BTO w Sulechowie firmy Panattoni o powierzchni 61 tys. mkw., nie jest ona jednak uwzględniania w statystykach zbiorczych.

– Specyfika rynku magazynowego Polski Zachodniej oparta na obiektach typu BTS oraz w ostatnich latach również na parkach logistycznych, w których powierzchnia w większości jest wynajęta jeszcze przed oddaniem projektów do użytku, sprawiła, że aż do końca I poł. 2020 r. współczynnik pustostanów kształtował się na poziomie 0%. Dopiero na koniec III kw. poziom wskaźnika wzrósł do 4,2% ze względu na ukończenie w tym okresie inwestycji niezabezpieczonych wcześniej umowami najmu. Współczynnik ten jednak już pod koniec roku wrócił do niskiego poziomu i wyniósł zaledwie 1,6%. Możemy zatem mówić o stabilnym wysokim popycie na magazyny w Regionie Polski Zachodniej – mówi Agnieszka Bogucka.

Coface: Analiza skutków zmienności cen ropy naftowej na Bliskim Wschodzie i w Afryce

  • Po spadku poniżej 15 USD w połowie kwietnia średnie ceny ropy Brent powróciły do średniego poziomu 41,7 USD w skali 2020 r. (dla porównania: 64,3 USD w 2019 r.). Oczekuje się, że w 2021 r. średni poziom wyniesie 60 USD.
  • Wyższą zależność od ropy naftowej pod względem udziału w PKB posiadają kraje takie jak Oman, Iran, Angola, Kongo i Gwinea Równikowa.
  • Bliski Wschód skupia niemal połowę potwierdzonych światowych zasobów ropy naftowej oraz 65 proc. potwierdzonych zasobów OPEC. Pomimo wdrażania programów dywersyfikacyjnych większość krajów bliskowschodnich pozostaje zależna od ropy naftowej pod względem eksportu, przychodów budżetowych i PKB. Pomimo odbicia się cen w 2021 r. saldo rachunków publicznych tych krajów będzie nadal ujemne, a jednocześnie wzrośnie ich wskaźnik relacji długu publicznego do PKB.
  • W rejonie Zatoki Perskiej przychody z węglowodorów stanowią od 50 do 80 proc. całkowitych wpływów budżetowych i od 20 do 90 proc. całkowitego eksportu. Poziom uzależnienia produkcji krajowej od sektora węglowodorowego utrzymuje się w przedziale od 20 do 50 proc.
  • Znaczenie Afryki w światowej branży naftowo-gazowej, pomimo wyróżniającej się pozycji kilku krajów, jest niewielkie. Kontynent ten posiada odpowiednio 7,2 proc. i 7,5 proc. znanych światowych rezerw ropy naftowej i gazu oraz generuje 8,9 proc. i 6 proc. ich produkcji, 10,2 proc. i 9,1 proc. ich eksportu oraz 4,2 proc. i 3,8 proc. ich zużycia.
  • Na eksport przeznacza się 75 proc. wyprodukowanej ropy naftowej, a wszystkie kraje afrykańskie z wyjątkiem czterech (Algierii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Konga i Nigru) są importerami netto produktów ropopochodnych.
  • Choć ropę naftową i gaz wytwarza się w dwudziestu państwach afrykańskich, to za ponad 80 proc. kontynentalnej produkcji odpowiada pięć z nich: Algieria, Angola, Nigeria, Egipt i Libia (w tym ostatnim przypadku dotyczy to normalnych czasów, ponieważ na większą część 2020 r. wstrzymano zarówno produkcję, jak i eksport).
  • Zróżnicowanie pod względem wzrostu pomiędzy rokiem 2019 a rokiem 2020 będzie znaczne w tych krajach, gdzie ropa naftowa i gaz odgrywają kluczową rolę w gospodarce, czyli w Algierii (95 proc. eksportu, 52 proc. wpływów do budżetu, 25 proc. PKB), Czadzie (odpowiednio 59 proc., 30 proc. i 13 proc.), Kongu (80 proc., 63 proc. i 61 proc.) i Nigerii (90 proc., 55 proc. i 8 proc.).
  • Wiele przedsięwzięć inwestycyjnych w sektorze węglowodorów odłożono na później, realizacja innych się opóźnia. Na ogół jednak nie kwestionuje się ich zasadności, szczególnie jeśli chodzi o gaz, który uważa się za najbliższy energetyce odnawialnej.
  • W przypadku niektórych krajów energia odnawialna stanowi istotne źródło dywersyfikacji (Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska), podobnie jak turystyka, finanse, transport i budownictwo (Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie), rolnictwo, leśnictwo oraz inne gałęzie przemysłu wydobywczego (Kamerun, Czad, Kongo, Gabon).
  • Zagraniczni inwestorzy – czy to z branży tradycyjnych lub odnawialnych źródeł energii, czy to spoza niej – będą wrażliwi na jakość otoczenia biznesowego, które w wielu krajach jest problematyczne.

Wyścig po grunty inwestycyjne. Pod jakie projekty poszukują gruntów inwestorzy?

Przede wszystkim poszukiwane są grunty pod projekty magazynowe, produkcyjne i mieszkaniowe. Szczególnie optymistycznym sygnałem jest rosnąca ilość zapytań, jakie otrzymujemy od inwestorów produkcyjnych FDI, którzy chcą relokować do Polski produkcję czy działalność dystrybucyjną. W minionym roku mogliśmy obserwować już także pakietowe transakcje dotyczące nabywania gruntów inwestycyjnych.

Ze względu na rozkwit logistyki i sektora magazynowego dużym powodzeniem cieszą się działki położone na obrzeżach dużych miast. Szczególnie lokalizacje w pobliżu Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Trójmiasta, czy Poznania, oferujące dobry dostęp do największych szklaków komunikacyjnych. Daje się również zauważyć zainteresowanie gruntami usytuowanymi w mniejszych ośrodkach miejskich, co wynika z konieczności rozbudowy logistyki dla szybko wzrastającego sektora e-commerce.

Deweloperzy mieszkaniowi potrzebują ziemi pod tradycyjne inwestycje skierowane do klientów indywidualnych, ale także pod projekty dla coraz bardziej aktywnych w Polsce inwestorów z segmentu PRS. Obserwujemy również stabilne zainteresowanie gruntami w najlepszych, centralnych lokalizacjach ze strony sektora biurowego. Należy jednak zaznaczyć, że inwestorzy odchodzą od projektów spekulacyjnych w miejscach oddalonych od centrów miast. Nie zmieniła się natomiast otwartość na realizację inwestycji w obrębie centralnych obszarów miejskich. Niektóre projekty biurowe przeprojektowywane są na mieszkaniowe, a w przygotowywanych kompleksach multifunkcyjnych planowana jest budowa większej ilości mieszkań.

Pandemia wpłynęła na zmianę strategii wielu inwestorów. Niektórzy deweloperzy częściowo odsprzedają posiadane grunty, chcąc skupić się tylko na projektach z sektora, który stanowi podstawę ich działalności. I tak, na przykład firmy budujące mieszkania, które przed pandemią planowały realizację biurowe czy hotelowe odchodzą od tych zamierzeń. Stąd m.in. w atrakcyjnych punktach Wrocławia, czy Gdańska pojawiły się interesujące parcele pod projekty biurowe.

Na uwagę zasługuje również coraz silniejsze zainteresowanie naszym rynkiem ze strony inwestorów, którzy dotąd nie lokowali kapitału w Polsce. Pokazują to choćby ogłoszone niedawno decyzje szwedzkiego operatora Heimstaden, czy amerykańskiej firmy Nuveen oraz zapowiedź cyklu kolejnych transakcji w nadchodzących miesiącach.

Nie sposób nie zauważyć, że zdecydowanie dłużej trwa obecnie proces decyzyjny. Inwestorzy są bardziej ostrożni. Analizy techniczne i komercyjne przed zakupem gruntów przeprowadzane są w jeszcze bardziej drobiazgowy sposób niż wcześniej.

Ze względu na rosnące trudności z uzyskiwaniem finansowania bankowego firmy poszukują też alternatywnych form zabezpieczania gruntów, jak na przykład JV. Na początku tego roku mieliśmy m.in. okazję przeprowadzić proces doradczy przy tworzeniu JV dla projektu o wartości ponad 140 mln zł. Był to już trzeci tego typu projekt, w którym uczestniczyliśmy w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Pokazuje to również, że uczestnicy rynku coraz chętniej otwierają się na bardziej nieszablonowe rozwiązania.

Jak kształtują się ceny?

W poprzednich latach notowany był regularny wzrost cen gruntów pod inwestycje we wszystkich segmentach. Aktualnie stawki utrzymują się na poziomie sprzed roku. Jestem jednak przekonany, że długofalowo ceny najciekawszych gruntów inwestycyjnych nadal będą rosły. Spadająca rentowność alternatywnych źródeł alokacji kapitału zachęca bowiem do inwestowania w nieruchomości. Poza tym, atrakcyjnych działek jest mało, wiec ich ceny pozostaną wysokie, a w niektórych lokalizacjach wkrótce znów zobaczymy ich wzrost.

Z najwyższymi stawkami wywoławczymi dotyczącymi gruntów pod magazyny mamy do czynienia w aglomeracji warszawskiej, będącej największym centrum logistycznym w kraju. W obrębie Warszawy ziemia kosztuje od 450 zł/mkw. do 650 zł/mkw. Działki usytuowane przy głównych drogach, które znajdują się kilkanaście do około 30 km od miasta są wyceniane już o połowę niżej.

Kolejną lokalizacją, w której koszt zakupu ziemi pod magazyny jest największy to Kraków. W stolicy Małopolski ceny zaczynają się od 400 zł/mkw. W aglomeracji wrocławskiej, gdzie obserwujemy aktualnie największy skok zainteresowania inwestycjami w segmencie logistycznym, stawki są nieco niższe niż w Krakowie. Ceny kształtują się od 200 zł/mkw. Za najatrakcyjniejsze tereny pod logistykę ostatniej mili trzeba jednak zapłacić około 300 zł/mkw. W pobliżu Poznania grunty pod magazyny w porównaniu z Wrocławiem są dwukrotnie tańsze.

Gorącym towarem wciąż są działki pod inwestycje mieszkaniowe w dobrze skomunikowanych obszarach największych miast. I tu znów najwyższymi cenami charakteryzuje się Warszawa. Wśród ostatnich transakcji mamy na przykład sprzedaż działek na warszawskim Mokotowie, gdzie kupujący płacili za metr od 14 tys. zł nawet do przeszło 16 tys. zł. W ciągu ostatniego roku, pomimo pandemii, w najciekawszych dzielnicach Krakowa i Warszawy ziemia nadal drożała.

W zewnętrznych dzielnicach Warszawy ceny są niższe, pokaźnych rozmiarów parcele na obszarach mniej zurbanizowanych sprzedawane są w cenie 2 tys. zł – 3 tys. zł/mkw.

Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz

Gastronomia i fitness na dnie, branża noclegowa sobie radzi

  • W lutym liczba faktur wystawionych przez firmy MSP była znacznie mniejsza niż w grudniu – o 15,6% i nieco większa – o 2,3% niż w styczniu.
  • Na niewielki wzrost w lutym wpłynęło poluzowanie obostrzeń i otwarcie m.in. hoteli – w tej branży odnotowano wzrost liczby faktur w stosunku do stycznia, a nawet grudnia.
  • Niestety wiele branż jest na dnie – restauracje i inne stałe placówki gastronomiczne w lutym wystawiły o 37% mniej faktur niż w styczniu, a pozaszkolne formy edukacji sportowej oraz zajęć sportowych i rekreacyjnych o 51% mniej. Buntu restauratorów i branży fitness zatem nie było.

Dane pochodzą z serwisu faktura.pl. To jedna z największych w Polsce platform do wystawiania faktur. Działa od 20 lat, a konto służące do wystawiania faktur ma na niej ponad 50 tys. małych firm. Porównano liczbę faktur wystawionych w lutym w stosunku do stycznia 2021 i grudnia 2020. Dane są uporządkowane branżowo wg kodów PKD.

W lutym nieco lepiej niż w styczniu, ale gorzej niż w grudniu

Porównując łączną liczbę faktur wystawionych na platformie faktura.pl w lutym z wartościami z grudnia widać wyraźne spadki – aż o ponad 15%. Ostatni miesiąc ubiegłego roku, wraz z odmrożeniem sklepów w galeriach handlowych, przyniósł duże ożywienie w biznesie. Firmy działały, produkowały i sprzedawały, a swoje działania fakturowały i na nich zarabiały. Pierwsze miesiące tego roku są pod tym względem wyraźnie gorsze. W lutym widać jednak niewielką poprawę: wzrost liczby faktur – o 2,3%. Luty był wprawdzie o 3 dni krótszy od stycznia, jednak poluzowanie części obostrzeń pobudziło niektóre branże biznesu i zaowocowało wzrostem łącznej liczby faktur.

Przede wszystkim chodzi o ożywienie w obiektach noclegowych turystycznych i miejscach krótkotrwałego zakwaterowania. W lutym firmy z tych branż wystawiły o 42% więcej faktur niż w styczniu i o 37% więcej niż w grudniu. Od 12 lutego ruszyły m.in. stoki narciarskie co wygenerowało zapotrzebowanie na miejsca noclegowe. Hotele warunkowo mogły wznowić działalność i to widać w liczbie wystawianych faktur.

Otwarte stoki i możliwość jazdy na nartach wyraźnie pobudziła do życia branżę hotelarską. To bardzo ważne, bo hotelarze i wynajmujący kwatery to ludzie, którzy w roku Covidu ucierpieli bardzo mocno. Teraz nieco odrabiają, a korzystają też na tym dostawcy usług do hoteli – producenci żywności, pralnie, serwisy sprzątające, a przede wszystkim zatrudnieni tam ludzie, którzy też często działają jako jednoosobowe firmy – mówi Grzegorz Grodek z faktura.pl

Przez lockdown gastronomia głoduje

Wpływ zamrożenia gospodarki na kondycję biznesu dobrze widać nie tylko na przykładzie hoteli – im umożliwiono działanie, co od razu przełożyło się na większą liczbę wystawianych faktur. Podobnie, ale niestety odwrotnie jest w przypadku gastronomii – brak złagodzenia restrykcji, a szczególnie podtrzymanie zakazu spożywania posiłków na miejscu, coraz bardziej pogrąża tę branżę. W lutym przedsiębiorcy działający na kodzie PKD restauracje i inne stałe placówki gastronomiczne wystawili o 37% mniej faktur niż w grudniu (a podobną liczbę co w styczniu). Z pewnością wpływ na to miały także świąteczne cateringi.

Te dane potwierdzają problemy restauracji, branża w 2021 roku jest w coraz gorszym stanie. Brak możliwości jedzenia w lokalu jest bardzo dotkliwy. Skala buntu polegającego na otwieraniu lokali pomimo obostrzeń była dosyć widoczna, ale jak wynika z danych fakturowych, jednak symboliczna w swojej skali.

Buntu nie było też w siłowniach i obiektach fitness

Przedsiębiorcy z tej branży (pozaszkolne formy edukacji sportowej oraz zajęć sportowych i rekreacyjnych) w lutym wystawili o 42% mniej faktur niż w styczniu i aż o połowę mniej niż w grudniu. Fitness i rekreacja sportowa są w coraz gorszej formie, a kolejni przedsiębiorcy zawieszają lub likwidują działalność.

W lutym znacznie mniej faktur wystawili też przedsiębiorcy działający w branży reklamowej – o 33% niej niż w grudniu.

Biznes ma się źle, więc oszczędza. Przedsiębiorcy starają się zachować przede wszystkim zatrudnienie, park maszynowy czy nieruchomości. W pierwszej kolejności obcięciu podlegają wydatki reklamowe. Można powiedzieć, że to najniższy koszt jaki przedsiębiorcy mogą ponieść, z drugiej strony ucierpi na tym tysiące ludzi obsługujących do tej pory potrzeby reklamowe biznesu – Marek Sikorski z Finea.

Oszczędności biznesu widać także w innych branżach. Coraz więcej firm obcina wydatki, co w dłuższej perspektywie będzie bardzo niekorzystne dla całej gospodarki.

Jakie branże były na plusie?

Cały czas stać nas na budowlane prace wykończeniowe.

Branża, w której w lutym widać wyraźne ożywienie to wykonywanie pozostałych robót budowlanych wykończeniowych. Działający w niej przedsiębiorcy w lutym wystawili o 36% więcej faktur niż w styczniu i o 22% więcej niż grudniu. To kontynuacja trendu z poprzedniego roku – ludzie uziemieni w domach robią remonty i naprawy. Zatrudniają do tego także fachowców. Branża wykończeniowa dobrze się czuje w Covidzie. Dane pokazują, że w tym roku to się nie zmieni, a Polacy ciągle maja spore środki do wydania na wykańczanie mieszkań i remonty.

Na plusie w lutym była też działalność rachunkowo-księgowa; doradztwo podatkowe – tu wystawiono o 13% więcej faktur niż w styczniu i o 43% więcej niż w grudniu.

– Zapewne w części wpłynął na to czas rocznych rozliczeń podatkowych. Możliwa jest też inna przyczyna: wiele firm i całych branż jest w trudnej sytuacji, brakuje im środków na bieżące funkcjonowanie. Szukają pomocy u doradców finansowych, sprawdzają, jak odsunąć w czasie płatności, skąd wziąć gotówkę na przetrwanie. Podobną sytuację widzimy w naszej działalności faktoringowej – trafia do nas coraz więcej firm szukających finansowania. Biznes odrzucony przez banki, w niektórych przypadkach, może u nas znaleźć środki na przeżycie. Faktoring w roku covidowym, był jedynym rosnącym i dosyć dostępnym narzędziem finansowania firm. W 2021 roku to się nie zmieniło – Marek Sikorski Dyrektor Sprzedaży Finea.

Nowy Ład? Nowe podatki i dodatkowe daniny, rosnąca inflacja, zamknięte biznesy

System podatkowy w Polsce od lat spędza przedsiębiorcom sen z powiek. Głównie ze względu na nieprzewidywalność danin, które co roku są powiększane i dodawane. Ten rok nie jest wyjątkiem – czekają nas dodatkowe podatki w różnych sferach życia pracownika i przedsiębiorcy – mimo tego, że poobijana po pandemii gospodarka z trudem je udźwignie. Niestety, nie można dokładnie obliczyć, jak bardzo zwiększył się realny koszt danin przekazywanych przez obywateli do skarbu państwa. Dzieje się tak, ponieważ wiele z nich nie jest wprost nazywana podatkami. Mówi się o nich półgębkiem, nadaje inne nazwy i ukrywa przed opinią publiczną. A jednak bardzo realnie wpływają one na zarobki Polaków i ich dobrobyt. Dobrym sposobem na uzmysłowienie sobie, jak ilość danin i składek się zmienia, jest obliczenie stosunku tych wszystkich opłat do Produktu Krajowego Brutto. Przez długie lata stosunek ten oscylował w okolicach 39%. Przy sumowaniu wszystkich danin, łącznie z opłatami ZUSowskimi. Obserwujemy, że w niektórych, bardziej rozwiniętych krajach zachodnich, to jest raczej poziom 45%. Teraz nagle okazuje się, że zaczynamy krok za krokiem iść w ich stronę. To prędzej czy później osłabi pulę, jaką w kieszeni mają konsumenci – czyli wartość nabywczą pieniądza.

– Gdy ktoś pyta mnie o to, czym są parapodatki, odpowiadam: popatrz, co się dzieje z kosztem wody, energii, wywozu śmieci. A teraz doszła do tego opłata cukrowa i dodatkowa porcja akcyzy. To są różne inne opłaty, o których się mało mówi. To jest naprawdę bardzo poważny problem dla naszej gospodarki, trudny do wymierzenia w cenach – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Do tego mamy w tej chwili 2021 rok – który jest skrajnie niedobry, żeby wprowadzać nowe podatki. Jesteśmy bardzo mocno poobijani tym, co się działo w poprzednim roku. Wiele branż wciąż czeka na to, by klienci wreszcie zaczęli wydawać u nich pieniądze. Ze zwiększonymi daninami tych pieniędzy będzie dużo mniej. Rząd podnosi podatki – a potem się dziwi, że przedsiębiorcy nie chcą inwestować. Inwestowanie, zwłaszcza w sektorze prywatnym, łączy się z ryzykiem. Jeśli nie mamy głębokiego przekonania, że przez długi czas otoczenie ekonomiczne, prawne i podatkowe nie zmieni się diametralnie – to nie podejmujemy tego ryzyka. To dotyczy też obywateli. Mało kto ma w taki czas odwagę na to, żeby zdecydować się na inwestowanie pieniędzy. Już niedługo problem pojawi się na poziomie gospodarstw domowych – które będą się zastanawiać, czy kupić nieruchomość, czy zainwestować swoje pieniądze. To znacząco wpłynie na Polską gospodarkę – podkreśla Soroczyński.

Sztuczna inteligencja pomoże biurowcom. REDD kończy kluczową fazę badań nad projektem Space AI

REDD Real Estate Digital Data (REDD) jeszcze w tym półroczu zaprezentuje narzędzie Space AI dla właścicieli biurowców, które pomoże zredukować negatywne efekty pandemii COVID-19, która uderzyła w rynek. REDD to polski startup proptech, który zbudował największą bazę danych o nieruchomościach biurowych w Polsce. Platforma od ponad dwóch lat rewolucjonizuje rynek nieruchomości komercyjnych.

Algorytmy Space AI już w fazie testów zapewniają dokładność prognoz na poziomie 89 proc., a co za tym idzie, pokazują przyszły popyt na biura w Polsce.

Od ponad roku pracujemy nad narzędziem opartym na sztucznej inteligencji, które pozwoli właścicielom biurowców na skuteczne prognozowanie wynajmu. Space AI pokaże, ile czasu potrzebują biura w konkretnym budynku na wynajęcie oraz które elementy poprawić, aby te biura wynajęły się szybciej. To będzie rewolucja na rynku. Naszym celem jest dwukrotne skrócenie okresu, w którym biura stoją puste – mówi Tomasz Ogrodzki, twórca REDD.

Dziś, jak wynika z REDD Index*, biura stoją puste w Polsce przez 296 dni.

Puste biura to gigantyczna strata

Dane REDD pokazują, że w 2020 roku wiele biur opustoszało. Wskaźniki mówią, że na koniec 2020 roku bez najemcy pozostawało prawie 1,8 mln mkw. w budynkach oddanych, a w obiektach budowanych kolejnych 740 tys. mkw. było już komercjalizowanych.

Pustostany biurowe generują ogromne straty dla właścicieli nieruchomości, które przy obecnym poziomie wolnych powierzchni mogą sięgać nawet 1 mld zł rocznie – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Sztuczna inteligencja i big data to strategiczne paliwo rynku nieruchomości komercyjnych. Jako największy dostawca danych, który zgromadził w ciągu ostatnich dwóch lat ponad 10 milionów danych i monitoruje 2000 budynków biurowych mamy realny wpływ na kształt tego rynku  – dodaje Tomasz Ogrodzki, współzałożyciel REDD.

Za system Space AI obok Tomasza Ogrodzkiego, który od ponad 10 lat realizuje projekty technologiczne dla nieruchomości, odpowiada również Piotr Smagała. W 2014 zakładał startup „Talkin’ Things”. Jest laureatem konkursu „Impuls dla biznesu” dla najbardziej innowacyjnych startupów.

Twórcy deklarują, że projekt jest w ostatniej fazie, w której model sztucznej inteligencji jest optymalizowany pod kątem nowych danych, które na bieżąco napływają do baz danych REDD.

REDD współpracuje z GUS

Platforma REDD z początkiem lutego podpisała także porozumienie z Głównym Urzędem Statystycznym (GUS). W ramach pilotażowego projektu REDD dostarczać będzie do GUS dane analityczne pozwalające prowadzić eksperymentalne badania statystyczne, których celem jest monitorowanie zmian zachodzących na rynku nieruchomości biurowym w Polsce.

Polacy nagrabili sobie u ubezpieczycieli. Nawet co 10 szkoda z OC może trafiać pod lupę detektywów

Szacuje się, że już nawet co 10 szkoda z OC trafia w ręce detektywów. Jednak wielu ubezpieczycieli nie chce w ogóle tego komentować. Z kolei z danych PIU wynika, że tylko w 2019 roku było niemal 12 tys. prób wyłudzeń na łączną kwotę blisko 272 mln zł. Branża podkreśla, że proceder stale rośnie, więc musi się bronić. Eksperci, komentując to, twierdzą, że w praktyce detektywi nie tyle szukają wielkich przestępstw, co błędów, żeby odmówić wypłaty odszkodowania. Świadczy o tym fakt, że później sporo osób wygrywa spory w sądach. Do tego specjaliści twierdzą, że liczba ww. prób nie jest zbyt duża w stosunku do ilości zdarzeń na polskich drogach.

Detektyw na pomoc

W przestrzeni publicznej mówi się, że towarzystwa ubezpieczeniowe coraz częściej korzystają z usług detektywów podczas likwidacji szkód komunikacyjnych. Większość ubezpieczycieli nie chce wypowiadać się na ten temat. Jednak szacuje się, że nawet co 10 przypadek w kwestii OC jest kierowany do takiego rozpoznania, o czym informuje Maciej Kamiński, ekspert rynku ubezpieczeniowego, prezes zarządu HELPER CPP. I dodaje, że dotyczy to też pozornie niewielkich szkód. W praktyce często wyszukiwane są błędy w celu niewypłacenia odszkodowań. Dzięki temu ubezpieczyciele oszczędzają duże kwoty. Z doświadczenia eksperta wynika, że nie wszystkie odmowy są zasadne, o czym świadczą wygrywane przez poszkodowanych sprawy w sądach. Co warto podkreślić, tylko 10% z nich kieruje pozwy, więc ubezpieczycielom zwyczajnie opłaca się odmawiać.

– Korzystanie z usług detektywa jest praktyką powszechną i niestety niezbędną w sytuacji, gdy proceder wyłudzeń na rynku rośnie. Chcąc ustrzec się przed wypłacaniem liczonych rocznie w milionach złotych kwot nienależnych odszkodowań, ubezpieczyciele w wielu przypadkach po prostu nie mają innego wyjścia – komentuje Aneta Rządkowska, dyrektor Departamentu ds. Świadczeń i Odszkodowań w Pocztowym Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych.

W 2019 roku było 11 737 prób wyłudzeń ubezpieczeń komunikacyjnych na łączną kwotę 271,8 mln zł, co podkreśla Marcin Tarczyński, rzecznik prasowy Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU). Z kolei statystyki za rok wcześniejszy to odpowiednio 8 548 prób i 155,8 mln zł. Jak stwierdza ekspert, poziom wykrywania wyłudzeń ubezpieczeniowych w Polsce rośnie z roku na rok. Towarzystwa są do tego dobrze przygotowane, a pozytywne efekty daje stała współpraca z policją i prokuraturą. Jednak zdaniem prezesa Kamińskiego, liczba potwierdzonych prób wyłudzeń jest dosyć nikła w stosunku do tego, ile faktycznie zdarzeń komunikacyjnych występuje każdego roku na polskich drogach.

– Należy zdecydowanie podkreślić wzrostową tendencję przestępstw ubezpieczeniowych. Powszechną praktyką wśród TU jest korzystanie z usług wykwalifikowanych podmiotów, które pomagają w przeciwdziałaniu temu problemowi. Częstotliwość takiego wsparcia zależna jest od czujności i doświadczenia osób operacyjnych zajmujących się procesem likwidacji szkód. Próby wyłudzeń odszkodowań są coraz bardziej wyrafinowane, stąd często powołuje się odpowiednio wyspecjalizowane jednostki mające na celu współpracę z organami ścigania – informuje Anna Szyszka, menadżer Zespołu Likwidacji Szkód Reklamacji i Regresów w Credit Agricole Towarzystwo Ubezpieczeń S.A.

Analiza zdarzenia

Działania detektywów w postępowaniu odszkodowawczym są legalną praktyką, o czym informuje adwokat Marta Piątkowska. Ubezpieczyciele mogą w toku prowadzonych likwidacji szkód korzystać z usług podmiotów zewnętrznych oraz własnych specjalistów. Natomiast zakres czynności będących ww.  kwestiami reguluje art. 2 Ustawy o usługach detektywistycznych. To m.in. sprawdzanie wiarygodności informacji dotyczących szkód zgłaszanych zakładom ubezpieczeniowym.

– Przy szkodach komunikacyjnych najczęściej mamy do czynienia ze zgłoszeniem zdarzenia, które w rzeczywistości nie miało miejsca, albo z nieprawdziwym opisem okoliczności. Do wykrycia takiego rodzaju wyłudzeń wystarczy opinia doświadczonego likwidatora szkód lub ewentualnie eksperta, który jest w stanie ocenić, czy stan pojazdu zgadza się z informacjami podanymi przez osobę zgłaszającą szkodę – zaznacza rzecznik prasowy PIU.

Jak podkreśla Katarzyna Niegowska-Redo, dyrektor Biura Promocji i Organizacji Sprzedaży w Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych TUW, prowadzone są działania zmierzające do ograniczenia skali przestępczości ubezpieczeniowej. Wyspecjalizowana kadra ubezpieczyciela systematycznie podnosi swoje kwalifikacje zawodowe, żeby prawidłowo weryfikować próby wyłudzenia nienależnego odszkodowania. Dopuszcza się także możliwość skorzystania z usług profesjonalnych podmiotów, które prowadzą działalność polegającą na ustalaniu okoliczności zdarzenia, ale jedynie w sytuacji, gdy zaistnieje uzasadnione podejrzenie usiłowania lub faktycznego popełnienia przestępstwa ubezpieczeniowego.

– W przypadku szkód podwyższonego ryzyka, usługi likwidatora nie zawsze wystarczają. Dlatego w pierwszej kolejności TU zleca dodatkowe czynności rzeczoznawcy mobilnemu. Są to z reguły dodatkowe oględziny pojazdu poszkodowanego i sprawcy, miejsca kolizji czy wizja lokalna z udziałem uczestników zdarzenia. Gdy jednak te działania nie są wystarczające, ubezpieczyciele korzystają z usług profesjonalnych firm detektywistycznych – podkreśla Aneta Rządkowska.

Jak stwierdza prezes Kamiński, powodami skorzystania z usług detektywa mogą być takie kwestie, jak m.in. wysokość szkody, wartość auta czy nietypowa marka. Nieufność może też wzbudzić specyficzne miejsce zdarzenia czy uczestnictwo w nim kilku pojazdów. Istotne są też takie czynniki, jak szkodowość kierowcy i danego pojazdu, a także podejrzenie ukrycia szkód z poprzedniego zdarzenia. Ekspert dodaje, że ostatnio zdarzają się również sytuacje, kiedy przedsiębiorcy chcą zrezygnować z leasingu lub kredytu, powodując celowo pewne zdarzenia, bo w dobie pandemii mają problemy z bieżącym regulowaniem zobowiązań. Do tego detektywi badają głównie sprawy dot. OC, gdyż odszkodowania z ich tytułu są wyższe niż w przypadku AC. Ale zdarzają się też wyjątki.

Warto rozmawiać

– Obowiązek udzielania informacji detektywom spoczywa na osobach uczestniczących w zdarzeniu komunikacyjnym. Mówi o tym art. 16 Ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Na tej właśnie podstawie TU korzystają w trakcie likwidacji szkody z usług detektywistycznych – mówi mec. Piątkowska.

Natomiast Maciej Kamiński zwraca uwagę na to, że detektyw powinien jednoznacznie poinformować poszkodowanego i sprawcę, kim jest. Musi też powiedzieć, że działa z ramienia towarzystwa i chce potwierdzić okoliczności zdarzenia. Jednak w praktyce różnie to bywa, bo czasem się zdarza, że detektyw działa nieoficjalnie. Szuka różnych śladów, rozmawia z ludźmi, nie mówiąc, kim właściwie jest. Natomiast to są złe praktyki, bo wszystko powinno być jawne. Niestety w Polsce nieważne jest to, jak został zdobyty dowód, który potem jest przedstawiany w sprawie przed sadem.

– Należy również dodać, że brak współdziałania poszkodowanego z TU w procesie likwidacji szkody może powodować negatywne dla niego konsekwencje. Wynikają one z art. 17 Ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych. Jeśli naruszenie nastąpiło przez sprawcę, ubezpieczyciel może jedynie żądać zwrotu części wypłaconego odszkodowania. Gdy niedopełnienie obowiązków nastąpiło za sprawą poszkodowanego, wówczas towarzystwo może ograniczyć wysokość wypłaconych środków i żądać zwrotu części odszkodowania – dodaje adwokat Piątkowska.

Droższe składki

Z kolei Marcin Tarczyński przypomina, że środki wypłacane poszkodowanym pochodzą ze składek płaconych przez wszystkich ubezpieczonych. Każdy, kto próbuje wyłudzić odszkodowanie, działa na szkodę ogólną osób płacących składki. Jak przekonuje rzecznik Polskiej Izby Ubezpieczeń, im większe jest przyzwolenie na tego typu zachowania, tym niestety droższe są ubezpieczenia.

– Faktem jest, że na rynku coraz częściej pojawiają się grupy wyspecjalizowane w wyłudzeniu odszkodowań komunikacyjnych. Firmy ubezpieczeniowe korzystają więc z usług detektywów, żeby bronić własnego interesu. Co więcej, tym działaniem dbają również o uczciwych ubezpieczonych. Jeśli jednak chodzi o składki, to one rosną nie tylko z powodu niesłusznych odszkodowań, jak twierdzą firmy ubezpieczeniowe. Na podwyżki wpływa też ilość roszczeń przy jednym zdarzeniu drogowym, a ich przybyło w ostatnich latach – wyjaśnia prezes HELPER CPP.

Warto również przypomnieć, że kiedyś wypłata świadczenia zamykała się w samym odszkodowaniu za uszkodzone auto. Obecnie przy jednym zdarzeniu drogowym pojawia się nawet kilka roszczeń. Dotyczą one holowania, parkingu, pojazdu zastępczego, doznanych urazów ciała, śmierci, a także szkód rzeczowych, które uległy uszkodzeniu podczas zdarzenia. Dlatego firmy ubezpieczeniowe często muszą balansować na granicy, żeby wyjść na swoje. W ocenie ekspertów, z tego powodu rola detektywa w kolejnych latach z pewnością będzie rosła.

Polacy największymi zwolennikami powrotu do biur – wynika z badania Skanska

Około 86 proc. polskich pracowników pojawia się dziś z różną częstotliwością w biurze mimo pandemii, z czego ponad połowa robi to codziennie. Tylko 15 proc. badanych uważa pracę zdalną za bardziej efektywną – mimo, że większość ma dostęp do oddzielnego pokoju w miejscu zamieszkania. Co ciekawe, to właśnie Polacy wyróżniają się w tym względzie najwyższym wynikiem w porównaniu do innych przebadanych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Dotyczy to również bezpieczeństwa w biurach – ponad 70 proc. z nich uważa biura za bezpieczne. To tylko niektóre z wniosków, jakie płyną z badania przeprowadzonego na zlecenie spółki biurowej Skanska.Do you feel safe in the office Nowadays, more people work in the office than during the first wave of the lockdown The biggest advantages of working in the office WELL Health-Safety Rating

Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie Skanska w czterech krajach Europy Środkowo-Wschodniej – w Polsce, Czechach, Rumunii oraz na Węgrzech. Jego głównym celem była analiza obecnej sytuacji na rynku pracy w kontekście trwającej już od roku pandemii koronawirusa. Odpowiedzi pokazują, jakie jest nastawienie pracowników do nowych modeli pracy po 12 miesiącach obostrzeń związanych z pandemiczną rzeczywistością.

Polacy najliczniejszą grupą pracującą w biurach

Wśród pracowników biurowych w CEE obserwowane jest znużenie pracą z domu. – Odsetek osób, który w pierwszej fali lockdownu pracował tylko z domu i pozostał w takim modelu pracy, istotnie spadł. Do biura codziennie chodzi co drugi pracownik biurowy i jest to wzrost o 26 proc. w porównaniu do okresu marzec–maj 2020 – komentuje Małgorzata Głos, partner w firmie analityczno-badawczej Zymetria odpowiedzialnej za badanie.

W przypadku Polski, pomimo restrykcji i utrudnień, ponad połowa polskich pracowników codziennie uczęszcza do biura. Jest to 32 proc. więcej niż w okresie pierwszego lockdownu w Polsce w ubiegłym roku. 86 proc. polskich respondentów pojawia się w biurze z różną częstotliwością, zależnie od obranego modelu pracy w swojej firmie. Blisko 20 proc. respondentów w Polsce wskazało ograniczenia związane z pracą zdalną jako jeden z największych problemów w trakcie pandemii koronawirusa – jest to najwyższy wynik wśród przebadanych krajów. W przypadku modelu hybrydowego, to właśnie Polacy najchętniej będą pracować w biurze. Respondenci przyznali, że chcieliby spędzać tam około 2/3 czasu pracy w ciągu tygodnia. Średnia dla regionu CEE to połowa czasu w biurze, a połowa w trybie pracy zdalnej.

Połowa polskich pracowników niezadowolona z pracy z domu

Wyróżniający się pozytywny stosunek do pracy w biurze wśród polskich pracowników nie idzie w parze z gorszymi warunkami do pracy z domu. Ponad 60 proc. zadeklarowało posiadanie specjalnie wydzielonej przestrzeni do pracy w miejscu zamieszkania. Jednocześnie, niespełna połowa (46 proc.) przyznała, że jest mniej efektywna w pracy zdalnej niż pracując w biurze. Jest to największa grupa wśród pracowników we wszystkich przebadanych krajach (średnia dla regionu CEE – 39 proc.).

Przez ostatnich dwanaście miesięcy Polacy mieli okazję doświadczyć wszystkich zalet i wad pracy z domu. Okazuje się, że biuro wydaje się być dla wielu z nas cennym elementem codzienności, a dom nie jest go w stanie w pełni zastąpić. Prawie połowa przebadanych respondentów z Polski uważa, że praca z domu nie jest efektywna, a zaledwie 15 proc. wskazuje, że praca zdalna wiąże się z większą efektywnościąkomentuje Arkadiusz Rudzki, wiceprezes ds. sprzedaży i najmu w spółce biurowej Skanska na region CEE.

Praca zdalna i work-life balance

Respondenci we wszystkich krajach byli zgodni, że największym wyzwaniem są trudności z oddzieleniem czasu pracy od czasu wolnego. W związku ze złamanym rytuałem wychodzenia z biura na koniec dnia, pracownicy mają problem z przystosowaniem się do nowych warunków i odpoczynku w czasach pandemii. Średnio 45 proc. badanych wskazało ten problem jako najbardziej dokuczliwy.

Po raz kolejny widzimy niezastąpioną rolę biura – dotyczy to również kwestii ogólnej jakości życia codziennego. Wielu respondentów podkreślało też przede wszystkim ograniczenia w relacjach z innymi, szczególnie mające znaczenie w przypadku pracy zespołowej. Biura są miejscem, gdzie pracodawcy mogą wykorzystywać w pełni potencjał ich pracowników. Nie obejdzie się tutaj bez integracji, możliwości bezpośredniego spotkania czy też wzmacniania kultury wewnątrz firmy. Jest to głęboko zakorzenione w każdej organizacji, nie tylko w Polsce. Musimy się dostosowywać do nowej rzeczywistości, ale pewne preferencje i potrzeby się nie zmienią – mówi Arkadiusz Rudzki. 

Bezpieczeństwo w biurach ciągle obecne

Mimo trwającej pandemii, biura w oczach polskich pracowników w dalszym ciągu uchodzą za bezpieczne. Ponad 70 proc. respondentów z Polski wyraziło takie zdanie, co przy średniej dla regionu na poziomie 66 proc. i wynikach w poszczególnych krajach, jest najwyższym rezultatem w Europie Środkowo-Wschodniej. Dodatkowo, 61 proc. zadeklarowało jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa w przypadku biur, którym przyznano certyfikaty, np. WELL Health-Safety Rating – Wynik ten bardzo nas cieszy, ponieważ 8 naszych projektów w regionie CEE zdobyło wspomniany certyfikat. WELL Health-Safety Rating został tak zaprojektowany, aby wyróżnić budynki, w których skutecznie wprowadzono nowe, istotne standardy poparte badaniami naukowymi, zapewniające poczucie bezpieczeństwa oraz możliwość powrotu do miejsca pracy swoim pracownikom i najemcom – dodaje Arkadiusz Rudzki.

O badaniu:

Badanie przeprowadziła firma analityczno-badawcza Zymetria na zlecenie spółki biurowej Skanska w Europie Środkowo-Wschodniej. W ramach ilościowego badania online metodą CAWI, zebrano odpowiedzi od 1200 pracowników biurowych w dużych ośrodkach miejskich w czterech krajach – Polsce, Rumunii, Czechach i na Węgrzech.

¾ uczniów ma zaległości w nauce – raport „Jak oceniamy naukę zdalną po roku pandemii?”

Mija rok od ogłoszenia pandemii COVID-19 oraz wprowadzenia nowej rzeczywistości opartej na ograniczeniach i restrykcjach, szczególnie w edukacji. Jak wynika z najnowszego badania ClickMeeting, za całkowitą nauką zdalną opowiada się mniejszość, natomiast model hybrydowy, łączący naukę wirtualną z tradycyjną, to dla 38 proc. badanych najbardziej skuteczne rozwiązanie – również po ustąpieniu pandemii. Obecny system nauki zdalnej, mimo że w ciągu minionego pół roku  liczba osób oceniających go pozytywnie wzrosła dwukrotnie, według 71 proc. ankietowanych powoduje zaległości w nauce. Zdaniem 32 proc. respondentów skutkuje on również większym obciążeniem zadaniami domowymi.

Jedną z najbardziej radykalnych zmian było błyskawiczne przeniesienie nauki do trybu online od 16 marca zeszłego roku. Od tej pory dla uczniów, studentów i nauczycieli zaczął się okres niepewności – szkoły i uczelnie otwierały się i zamykały, do ostatniej chwili nie było wiadomo, w jaki sposób mają się odbywać egzaminy czy w jakim trybie będzie funkcjonowała edukacja w nowym roku szkolnym i akademickim. We wrześniu 2020 r. ClickMeeting, polska firma dostarczająca rozwiązania webinarowe, opublikowała badanie sprawdzające, jak Polacy oceniają nowe realia nauki online. Teraz nadszedł czas na porównanie wyników z obecną sytuacją i analizę nastrojów w kontekście nauki zdalnej równo 12 miesięcy po zamknięciu szkół i uczelni.ClickMeeting_rok_nauki_zdalnej_przygotowanie_placowek_edukacyjnych ClickMeeting_rok_nauki_zdalnej_zaleglosci_w_nauce

Obecnie nauka funkcjonuje w trybie nadzwyczajnym, który w domyśle ma się kiedyś zakończyć. Ta sytuacja jest wymagająca dla wszystkich jej uczestników – uczniów, studentów, rodziców i nauczycieli. Jednak pandemia trwa cały czas i nie sposób przewidzieć, kiedy powrót do normalności będzie w pełni możliwy. Rozwiązanie łączące tryb zdalny i stacjonarny jest wygodne i optymalne, być może pozostanie z nami już na zawsze – komentuje Dominika Paciorkowska, Dyrektor Zarządzająca ClickMeeting.

Szkoły i uczelnie nadal są nieprzygotowane do nauki zdalnej, ale jest lepiej

Z najnowszego badania ClickMeeting „Jak oceniamy naukę zdalną po roku pandemii?” wynika, że w ciągu ostatniego półrocza dwukrotnie wzrosła liczba osób pozytywnie oceniających przygotowanie placówek edukacyjnych do nauki zdalnej, jednak nadal nie ma ich wiele – tylko 23 proc. Niemal 77 proc. ankietowanych uważa, że placówki edukacyjne, mimo funkcjonowania od roku w formie zdalnej, nadal nie są do tego przygotowane. We wrześniu było to 86 proc., można więc mówić o pewnej poprawie nastrojów.

Większe obciążenie pracą i zaległości w nauce

Według ankietowanych przez ClickMeeting nauka zdalna często wiąże się z nadmiarem pracy. Aż 32 proc. respondentów twierdzi, że obecnie dostaje więcej prac domowych niż przed pandemią. Zdaniem tylko 15 proc. nauka zdalna wiąże się z mniejszą liczbą prac domowych. Najwyraźniej jednak nie przekłada się to na efekty – 71 proc. ankietowanych uważa, że wskutek nauki zdalnej uczniowie i studenci mają zaległości i nie nadążają za programem nauczania. Przeciwnego zdania było tylko 18 proc. respondentów, a dla 11 proc. był to temat trudny do rozstrzygnięcia.

Egzaminy i testy online postrzegane pozytywnie

Nauka to nie tylko lekcje, wykłady i zadania domowe, ale również konieczność zdawania egzaminów, sprawdzianów i testów. Ponad połowa ankietowanych – 56 proc. –  uważa, że sprawdzanie wiedzy w formie zdalnej jest dla nich komfortowe. To niewielki wzrost w porównaniu do września, kiedy tę odpowiedź wskazało 52 proc. osób. Jednak nadal aż 30 proc. ma problem ze zdawaniem egzaminów online.

Nauka hybrydowa rozwiązaniem na przyszłość?

Tylko dla niecałych 7 proc. ankietowanych nauka zdalna wypada najlepiej. Zdaniem 53 proc. respondentów najlepiej sprawdza się nauka stacjonarna, a zdaniem 38 proc. – hybrydowa, łącząca formę stacjonarną i zdalną. To zmiana na korzyść tradycyjnego modelu – we wrześniu tyle samo osób opowiadało się za formą stacjonarną i hybrydową – po 44 proc. Jednocześnie 56 proc. ankietowanych opowiada się za wyborem nauki w formie hybrydowej również po ustąpieniu pandemii. Tylko 17 proc. ankietowanych uważa, że nauka zdalna powinna zostać utrzymana.

Wiele osób korzysta z platformy ClickMeeting w celach edukacyjnych, dlatego zdecydowaliśmy się na udostępnienie szeregu funkcji, które to ułatwiają  – dodaje Dominika Paciorkowska, Dyrektor Zarządzająca ClickMeeting – Na naszej stronie udostępniamy również porady dla prowadzących, jak sprawnie i dobrze prowadzić zajęcia online. Cieszy nas, że ocena jakości edukacji zdalnej w ciągu ostatnich miesięcy uległa poprawie, bo to oznacza, że nieustające działania na rzecz rozwoju naszej platformy i wsparcia jej użytkowników przynoszą efekty.

Prawie trzy czwarte podmiotów aktywnych na rynku nieruchomości uważa, że polski rynek będzie oferował więcej możliwości inwestycyjnych

Na początku 2021 r. zaledwie co czwarty uczestnik sektora nieruchomości komercyjnych spodziewał się pogorszenia warunków gospodarczych w Europie Środkowej. To zdecydowana poprawa w porównaniu z drugim kwartałem minionego roku, gdy twierdziło tak 93 proc. z nich. Jednakże, jak wynika z trzeciej edycji badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte „Real Estate Confidence Survey for Central Europe”, deweloperzy i inwestorzy wciąż dostosowują swoje strategie do nowych warunków.

Badanie „Real Estate Confidence Survey for Central Europe” przeprowadzono już po raz trzeci wśród członków zarządów, menadżerów i specjalistów działających w branży nieruchomości przede wszystkim w Polsce, Czechach, na Węgrzech i w Rumunii, a także na terenie całej Europy Środkowej. Wcześniejsze edycje odbyły się w 2019 oraz w 2020 roku, gdy ze względu na szybko zmieniające się okoliczności spowodowane wybuchem pandemii, zostało ono podzielone na dwie tury – w styczniu (I kwartał) i kwietniu (II kwartał).

Poprawa nastrojów na rynku

Z wcześniejszych edycji badania wynika, że respondenci przewidywali utrzymanie stabilnego rozwoju środkowoeuropejskiego rynku nieruchomości. Pierwszy kwartał minionego roku zmienił zasadniczo to nastawienie i w kwietniu 2020 r. aż 93 proc. respondentów spodziewało się pogorszenia warunków gospodarczych w regionie.

Początek tego roku przyniósł kolejne odwrócenie panującego trendu. Tylko 24 proc. odpowiedzi było zdecydowanie pesymistycznych, co jest wynikiem podobnym do uzyskanego w 2019 r. Z kolei 37 proc. badanych uważało, że klimat gospodarczy pozostanie stabilny, natomiast 39 proc. – co stanowi największy udział we wszystkich edycjach raportu – miało wobec gospodarki pozytywne oczekiwania.

Porównując odpowiedzi respondentów z Polski i Czech na tle odpowiedzi wszystkich uczestników badania z Europy Środkowej, można zauważyć, że nastroje panujące w Polsce są nieznacznie mniej optymistyczne w porównaniu z resztą regionu CE, a w szczególności z Czechami. 45 proc. podmiotów działających w Czechach i 36 proc. firm aktywnych na rynku nieruchomości w Polsce pozytywnie ocenia klimat gospodarczy w krajach, w których działają. Trendy dla tych krajów są zbieżne z tymi zanotowanymi dla całego regionu Europy Środkowej – mówi Dominik Stojek, partner associate, lider zespołu doradztwa nieruchomościowego Deloitte w Polsce.

Okazje do inwestowania

Najnowsze badanie Deloitte pokazuje, że sytuacja na rynku nieruchomości jest oceniana znacznie bardziej optymistycznie niż w czasie drugiej edycji badania, przeprowadzonego w minionym roku. Ankieta wykazała rekordowy odsetek odpowiedzi o pozytywnych oczekiwaniach w zakresie aktywności rynkowej (46 proc.) i wolumenu transakcji (48 proc.) w całym regionie Europy Środkowej. Tylko co piąty respondent przewiduje spadek ogólnej aktywności rynkowej i jest to wskazanie zbliżone do tego sprzed pandemii, kiedy taką odpowiedź wybrało prawie 20 proc. pytanych.

Na początku 2021 r. oczekiwania dotyczące wzrostu dostępności nowych produktów inwestycyjnych w regionie CE nadal były silne. Tak prognozuje 58 proc. badanych i jest to wzrost o 5 p.p. w porównaniu z drugim kwartałem 2020 r. – Większość praktyków rynkowych spodziewa się wzrostu dostępności produktów inwestycyjnych, a takie oczekiwania są szczególnie powszechne wśród profesjonalistów działających w Polsce. Aż 72 proc. respondentów uważa, że nasz rynek będzie oferował większą liczbę produktów inwestycyjnych, a jedynie 12 proc. jest przeciwnego zdania – mówi Maciej Krasoń, partner w dziale audit & assurance, lider sektora nieruchomości i budownictwa w Europie Środkowej, Deloitte.

W porównaniu z poprzednimi edycjami badania, rośnie zainteresowanie branżą logistyczną i mieszkaniową, w tym mieszkań na wynajem. Sektory te zostały wskazane przez uczestników ankiety jako najbardziej odporne na negatywne skutki pandemii. 30% deweloperów zamierza skupić się na sektorze logistycznym i łącznie aż 35 proc. na sektorze mieszkaniowym. W przypadku inwestorów to odpowiednio 25 proc. dla sektora logistycznego i 38 proc. wskazań sektora mieszkaniowego. Dodatkowo, ankietowani spodziewają się największej konkurencji o nowe projekty inwestycyjne w 2021 r. właśnie na rynku nieruchomości logistycznych. Oczekiwania co do wzrostu konkurencji w tym sektorze są między innymi napędzane rosnącą rolą e-commerce.

– Widzimy coraz większe zainteresowanie funduszy aktywami logistycznymi. Rynek się rozrasta, dostarczane są wysoko specjalistyczne produkty, za czym idzie kompresja yieldów. Prognozujemy, że w 2021 r. stopy kapitalizacji dla produktów magazynowych osiągną poziom poniżej 6 proc., a dla aktywów najwyższej klasy nawet poniżej 5 proc. Sytuacja wygląda optymistycznie, choć mierzymy się z pewnymi utrudnieniami, jak choćby coraz wyższe koszty realizacyjne projektów, droższa ziemia, opóźnienia w wydawaniu pozwoleń i decyzji administracyjnych. Największym wyzwaniem będzie jednak sprostanie popytowi generowanemu przez inwestorów. W 2020 r. transakcje aktywów magazynowych stanowiły niemal połowę całego wolumenu rynkowego, a w tym roku mogą ten ubiegłoroczny rekord pobić. Jesteśmy na to przygotowani, mamy zabezpieczone grunty i szykujemy kolejne nowe projekty – mówi Tomasz Lubowiecki, założyciel i prezes 7R S.A.

Nastroje w pierwszych miesiącach po wybuchu pandemii nie były jednak tak optymistyczne. W kwietniu 2020 r. 88 proc. respondentów spodziewało się spadku aktywności rynkowej w nadchodzących miesiącach, a 75 proc. z nich uważało, że ogólna wartość transakcji spadnie. Dla rynku polskiego te wartości wynosiły odpowiednio 81 i 79 proc., a dla czeskiego 80 i 60 proc.

Wciąż jest jeszcze za wcześnie, żeby podsumowywać wpływ pandemii na polski segment nieruchomości komercyjnych, niemniej w ostatnim roku osiągnął on trzeci najlepszy wynik wolumenów inwestycyjnych w historii. W skali globalnej nie wszystkie lokalizacje SSC/BPO poradziły sobie równie dobrze w czasie pandemii, co może skutkować przenoszeniem kolejnych operacji do Polski. Przestrzenie biurowe cały czas są bardzo potrzebne i dlatego ten rynek nadal będzie się rozwijać. Przedłużający się tryb pracy zdalnej mocno doskwiera coraz większej liczbie pracowników, którzy skarżą się między innymi na brak interakcji i swobodnej komunikacji w zespołach, co z kolei negatywnie wpływa na współpracę między działami w firmach. Z naszych obserwacji wynika, że większość ludzi chce w końcu wrócić do swoich biur – mówi Łukasz Duczkowski, head of investments, Globalworth Poland.

Deweloperzy, inwestorzy i doradcy

Tegoroczne badanie Deloitte wykazało, że prawie 45 proc. deweloperów, 72 proc. inwestorów i 81 proc. doradców wprowadziło zmiany w swoich strategiach na 2020 rok.

Wybuch pandemii spowodował również zmianę poglądów deweloperów na temat największych wyzwań, przed którymi stoją. Przed kryzysem ich największą bolączką było pozyskanie gruntów pod zabudowę, rosnące koszty materiałów i robót budowlanych oraz dostępność i koszty siły roboczej. Jednak od drugiego kwartału minionego roku głównym zagadnieniem wskazanym przez nich w ankiecie jest komercjalizacja.

Prawie połowa inwestorów ankietowanych w tym roku uważa, że w nadchodzących miesiącach rentowność ich aktywności ustabilizuje się, a tylko jeden na pięciu przewiduje jej pogorszenie. Jedna trzecia prognozuje natomiast poprawę. Opinie te są zbliżone do tych wyrażonych przed wybuchem pandemii, ale wyraźnie różnią się od wskazań z drugiego kwartału minionego roku, gdy 56 proc. badanych wypowiadało się negatywnie, o stabilizacji wspominało 31 proc., a o pozytywach – tylko 13 proc.

Sektor nieruchomości komercyjnych zdaje się powracać na ścieżkę wzrostową, jednakże prognozy różnią się w odniesieniu do poszczególnych segmentów rynku. W świetle odpowiedzi respondentów wyłania się obraz bardzo zróżnicowanego rynku z logistyką i mieszkaniówką na czele i pesymistycznymi perspektywami dla branży hotelowej i handlowej. Dodatkowo, pandemia może przyśpieszyć rozwój rynku mieszkań na wynajem, gdyż 25 proc. inwestorów i 15 proc. deweloperów wskazuje, iż w roku 2021 zamierza się skupić na tym sektorze, a co piąty inwestor spodziewa się największej konkurencji właśnie w tym segmencie rynku – podsumowuje Dominik Stojek.

O badaniu

Trzecia edycja badania Deloitte “Real Estate Confidence Survey for Central Europe” została przeprowadzona w styczniu i lutym 2021 r. Wzięli w niej udział członkowie zarządów, menadżerowie i specjaliści z zakresu rynku nieruchomości operujący przede wszystkim w Polsce, Czechach, na Węgrzech i w Rumunii, a także na terenie całej Europy Środkowej.

Mikrofirmy przekazują do finansowania coraz wyższe faktury

W minionym roku zmniejszyła się liczba finansowanych faktur dla mikrofirm, ale aż o 25% wzrosła wartość średniej faktury, jaką mikrofirmy przekazują do finansowania faktorowi. Skróceniu uległy również odroczone terminy, na jakie wystawiane są faktury trafiające do finansowania – z 45 do 40 dni.

Faktoring to jedna z nielicznych branż, która obroniła się przed negatywnymi skutkami COVID-19. O nie najgorszym minionym roku w tej branży informował w lutym Polski Związek Faktorów. Według danych PZF, obroty sektora faktoringowego w 2020 r. wzrosły o 3%. O kilkuprocentowym wzroście finansowań w porównaniu do roku 2019 może też mówić firma NFG, która specjalizuje się w finansowaniu online faktur dla mikroprzedsiębiorstw. Z jej analizy wynika, że w ubiegłym roku mikrofirmy wyraźnie zmieniły strategię na pozyskanie finansowania z wystawionych faktur.

Coraz większa wartość finansowanych faktur

I choć ubiegły rok zapowiadał się obiecująco w mikrofaktoringu internetowym, gdyż pierwszy kwartał 2020 r. przyniósł znaczący wzrost finansowań, to już w drugim kwartale, na skutek pandemii, aktywność faktoringowa mikrofirm wyraźnie wyhamowała. W drugiej połowie roku nastąpiła odbudowa portfela klienckiego w NFG, skutkując na koniec 2020 roku kilkuprocentowym wzrostem liczby klientów i sfinansowanych faktur. Zwiększone zainteresowanie usługą faktoringu przejawiali głównie mikroprzedsiębiorcy z branży budowlanej i transportowej.

Niedawne badanie NFG i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej „Płynność finansowa MŚP w pandemii” pokazało, że ponad 1/3 firm wystawia miesięcznie mniej faktur niż przed pandemią. Skutkiem tego jest więc mniejsza liczba faktur, które trafią do finansowania. Choć liczba finansowanych faktur się zmniejszyła, to aż o 25% wzrosła wartość średniej faktury, jaką mikrofirmy przekazują do finansowania faktorowi: z 5 526 zł w styczniu 2020 r. do 6 908 zł w styczniu 2021 r.

Powody takiej zmiany mogą być dwa:

Pierwszy to podniesienie cen usług i towarów w mikrofirmach na skutek pandemii. Wiele firm już w drugim kwartale wprowadziło tzw. opłatę covidową, która miała rekompensować przedsiębiorcom dodatkowe koszty poniesione na ochronę zdrowia pracowników oraz klientów. Naturalną konsekwencją wzrostu cen, było więc przekazywanie do faktoringu droższych faktur. Drugi powód to świadome finansowanie wyłącznie wysokich wartościowo faktur, w celu pozyskania od faktora szybkiej gotówki na bieżące rachunki i zobowiązania wobec kontrahentów. Pamiętajmy bowiem, że żadne inne narzędzie finansowe tak szybko i skutecznie nie zabezpiecza płynności finansowej firm i nie chroni ich wypłacalności, jak właśnie faktoring – tłumaczy Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Mikrofirmy przekazują do finansowania coraz wyższe faktury

Gdzie trafiają pieniądze od faktora

Z danych NFG wynika, że co trzecia mikrofirma w pandemii przeznacza środki z finansowanych faktur na bieżące rachunki (czynsz, telefon, prąd, gaz, woda etc.), a co siódma na zobowiązania wobec kontrahentów. Znacznie rzadziej, bo zaledwie co 11. mikrofirma, pozyskane od faktora pieniądze przeznacza na inwestycje.Gdzie trafiają pieniądze od faktora

Mikrofirmy nie chcą czekać na płatności

W NFG zaobserwowano również, że w ubiegłym roku skróceniu uległy odroczone terminy, na jakie wystawiane są faktury przekazywane potem do finansowania – średnio z 45 do ok. 40 dni. To ewidentnie wyróżnia mikroprzedsiębiorstwa na tle firm małych i średnich.

 

Jak pokazuje nasze niedawne badanie, ponad połowa przedsiębiorców w kryzysie wystawia faktury z dłuższymi niż zazwyczaj terminami płatności, bo proszą ich o to kontrahenci. Tak się dzieje najczęściej w firmach średnich i małych (odpowiednio 69,3 proc. i 61,8 proc.). Rzadziej natomiast w mikrofirmach (41,3 proc.). Te ostatnie nie są skore do wydłużania terminów płatności swoim kontrahentom i widać to również w naszych statystykach. Termin płatności na fakturach przekazywanych do faktoringu skrócił się średnio z 45 do 40 dni. Nie ma wątpliwości, że w pandemii mikrofirmy nie chcą czekać na płatności – wyjaśnia Dariusz Szkaradek.

Pełne badanie firmy faktoringowej NFG i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej „Płynność finansowa MŚP w pandemii” dostępne na stronie: https://krd.pl/Centrum-prasowe/Raporty/2021/Plynnosc-finansowa-MSP-w-pandemii

Na pozycjonowanie SEO wydajemy nawet 7 000 zł miesięcznie

Jak wynika z badań Senuto[1], 94% ankietowanych firm i przedsiębiorców traktuje działania SEO jako rozwiązanie na realne zwiększenie zysków. Dla niemal 90% badanych to ruch pochodzący z wyszukiwarki ma kluczowe znaczenie. Za tym idą decyzje finansowe: według analizy wydatków na optymalizację pozycjonowania, połowa badanych przedsiębiorców wydaje 1 – 7 tys. zł miesięcznie na działania SEO. W przypadku 50% ankietowanych inwestycja w SEO nie zwróciła się, a 1/4 twierdzi, że osiągnęła zaledwie minimalny zarobek. Gdzie zatem leży problem i co można zrobić lepiej?Infografika_Jak klienci oceniają współpracę z agencjami SEO_1 Infografika_Jak klienci oceniają współpracę z agencjami SEO_2

Nikt inny niż firmy i przedsiębiorcy nie wiedzą lepiej, jak ważne jest skuteczne pozycjonowanie swoich usługi i produktów w sieci. Widać to szczególnie w ostatnim roku, kiedy digitalizacja przyspieszyła każdy etap funkcjonowania firm. Jednak znalezienie najlepszej agencji SEO okazuje się być bardziej karkołomnym zadaniem, niż można zakładać. Dużą rolę odgrywają wymagania klientów. Wśród najważniejszych czynników, które są decydujące przed podjęciem współpracy najczęściej wymieniane są pozytywne rekomendacje zaprzyjaźnionych firm z podobnego segmentu tematycznego, możliwość bieżącej weryfikacji działań, mierzalna weryfikacja wyników agencji oraz stosunek cena vs jakość – koszty usługi muszą być adekwatne do wyników.

Algorytm pomoże wybrać „match”

Mimo precyzyjnych oczekiwań, niestety, wiele z inwestycji w SEO zostało zmarnowanych. To między innymi stąd biorą się negatywne opinie o optymalizacji w wyszukiwarkach. Problem ten  zauważyła firma Senuto i wprowadziła SEO Match – innowacyjne i obiektywne narzędzie, stworzone z myślą o przedsiębiorcach i firmach zainteresowanych optymalizacją pozycjonowania. Jak to działa? „Stworzyliśmy niezależny algorytm i w oparciu o dane big data analizujemy efekty SEO w projektach prowadzonych przez agencje. Model jest prosty: łączymy tych, którzy potrzebują rzetelnych efektów SEO i agencje, które im to dostarczą. Niezależna ocena, poparta udokumentowanymi zdarzeniami, gwarantuje bezstronność wyników w SEO Match” – mówi Marcin Kordowski, wieloletni ekspert SEO, stojący na czele projektu SEO Match.

Algorytm bierze pod uwagę m.in. doświadczenie agencji na rynku oraz jej skuteczność w działaniach SEO. Jeśli agencja nie spełnia odpowiednio wysokich standardów, nie dostanie się do grona agencji oferowanych w ramach SEO Match. „Ostatnie miesiące znacząco zwiększyły presję na mierzalność działań i ich opłacalność. Dlatego zadbaliśmy o to, by do grona agencji oferujących usługi optymalizacji pozycjonowania mogły dołączyć tylko te, które przynoszą opłacalne dla przedsiębiorców rezultaty” – dodaje Marcin Kordowski.

Obietnica udanej współpracy?

Nowy projekt Senuto bazuje na danych w aplikacji firmy, która obejmuje miliony domen i słów kluczowych w ponad 400 kategoriach tematycznych. Pozwala to dostarczyć informacji na temat widoczności organicznej stron w wynikach wyszukiwania Google, co jest jednym z mierników skuteczności działań SEO. Na podstawie analizy widoczności serwisów o podobnej tematyce, bezstronny algorytm podpowiada te agencje, których projekty w danej kategorii mają najwięcej fraz w TOP 10 wyników wyszukiwania. Dzięki dostępowi do metryk skuteczności klient otrzymuje wiążącą rekomendację, która znacząco zwiększa prawdopodobieństwo udanej współpracy z optymalnie zarekomendowaną agencją SEO.

Tinder dla branży SEO

Według raportu Senuto aż 82,2% spośród 135 dotychczasowych klientów agencji SEO chciałoby skorzystać z narzędzia, które umożliwia niezależną weryfikację skuteczności agencji SEO jeszcze przed podjęciem decyzji o współpracy. Za przydatnością narzędzia przemawia również brak kosztów i czasochłonnych nakładów pracy po stronie klienta. W odpowiedzi na formularz na stronie SEO Match, przedsiębiorca lub firma otrzymuję listę agencji wyselekcjonowanych pod względem wcześniejszej współpracy oraz jej skuteczności w ramach zdefiniowanego celu i zakresu.

„Wykorzystaliśmy inteligentny i bezstronny algorytm, aby pomóc klientom w znalezieniu dopasowanej agencji SEO. Taki Tinder dla branży SEO. Klient wysyła zapytanie dotyczące wykonania usług SEO. Podaje swój budżet oraz typ serwisu i branżę. Dzięki temu unikamy sytuacji, w której agencja SEO podejmuje się projektu, gdy tak naprawdę nie zna specyfiki biznesu klienta i naraża go na zbędne koszty i zmarnowany czas– podkreśla Marcin Kordowski z Senuto.

Optymalizacja obecności w sieci

Wdrożenie narzędzia SEO Match daje nadzieję na polepszenie jakości współpracy w przestrzeni, która stała się kosztowną codziennością strategii biznesowych przedsiębiorców. Środki przeznaczane na SEO to zakres na poziomie nawet kilku tysięcy złotych miesięcznie. Weryfikacja agencji przed podjęciem współpracy, wgląd w metryki skuteczności, udowodnione – a nie domniemane – dowody na wcześniejsze zlecenia w danym obszarze tematycznym, co najmniej 2-letnia obecność na rynku, znajomość branży, zwiększają szanse skuteczną współpracę.

[1]                 1. Badanie Senuto zostało przeprowadzone na grupie 135 klientów różnych polskich agencji SEO, dotyczące ostatnich 5 lat
(2015 – 2020).

Adam Bodnar: Szczepionki na COVID-19 mogą produkować polskie firmy. Byłoby to możliwe dzięki dobrowolnemu udzieleniu licencji lub zastosowaniu licencji przymusowej

Według rządowych zapowiedzi do końca II kwartału do Polski ma dotrzeć w sumie ok. 15 mln dawek szczepionki na COVID-19. Dotychczasowa praktyka pokazuje jednak, że deklaracje producentów wciąż się zmieniają, a koncerny farmaceutyczne spowalniają produkcję albo ogłaszają zmniejszenie dostaw. Jedną z opcji rozwiązania tego problemu ma być produkcja szczepionek przez polskie firmy na podstawie tzw. licencji przymusowej. Skoro zostały stworzone tego typu instytucje prawne jak ograniczanie ochrony patentowej i licencje przymusowe ze względu na ważny interes publiczny, to moim zdaniem nie ma lepszej okazji do tego, aby je stosować – ocenia Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

– Kilka miesięcy temu państwa na poziomie globalnym porozumiały się odnośnie do powszechnej dostępności szczepionek dla całego świata. Te porozumienia chyba nie do końca są realizowane i jednak kiedy przyszło co do czego, zaczął dominować tzw. nacjonalizm szczepionkowy. To znaczy każde państwo zaczęło zagarniać dla siebie jak najwięcej z tego dostępnego tortu, tak aby ochronić swoich własnych wyborców i własne społeczeństwo przed konsekwencjami koronawirusa. Tyle że to jest działanie krótkowzroczne. Za chwilę może przypłynąć do nas kolejna mutacja wirusa z Republiki Południowej Afryki czy jakiejkolwiek innej części świata, która spowoduje, że znowu wrócimy do początku i będą potrzebne kolejne szczepienia, kolejne odkrycia. Dlatego im szybciej zaszczepimy cały świat, tym większa szansa na to, że kiedyś wyjdziemy z tej pandemii, ale oczywiście to będzie proces, który zajmie pewnie jeszcze ładnych kilka lat – mówi Adam Bodnar.

Od 27 grudnia ub.r., kiedy w Polsce wystartowały masowe szczepienia na COVID-19, do 14 marca w sumie zaszczepionych zostało już ponad 4,5 mln osób. Jednak tylko 1,6 mln Polaków otrzymało dotąd pełne, dwie dawki szczepionki wynika z danych Ministerstwa Zdrowia.

Harmonogram szczepień uzależniony jest od wielkości dostaw. Docelowo do Polski ma trafić ok. 100 mln dawek szczepionek na COVID-19 w ramach wypracowanego przez Komisję Europejską wspólnego mechanizmu zakupów. W pierwszej puli zamówienia rząd zakontraktował 62 mln dawek od pięciu producentów (AstraZeneca, CureVac, Johnson & Johnson, Moderna oraz Pfizer/ BioNTech), potem zawarł kolejne umowy na nowe dostawy. Jednak jak dotąd do Polski dostarczono raptem niecałe 5,4 mln dawek. Tymczasem ponad 5 tys. działających w kraju punktów szczepień jest w stanie szczepić nawet 3,5–4 mln osób miesięcznie. W sytuacji, gdyby nie występowały problemy z dostępnością i dostawami szczepionek, do końca marca w Polsce można by zaszczepić ok. 11 mln osób – wynika z rządowych informacji.

W teorii do końca II kwartału br. do Polski ma dotrzeć w sumie ok. 15 mln dawek szczepionki na COVID-19 od różnych producentów (z których 2,5 mln to jednodawkowe szczepionki firmy Johnson & Johnson). Jednak dotychczasowa praktyka pokazuje, że formalne deklaracje producentów wciąż się zmieniają, a firmy spowalniają produkcję albo ogłaszają zmniejszenie dostaw. W piątek, 12 marca rząd poinformował o kolejnej takiej zmianie: AstraZeneca zadeklarowała, że do końca III kwartału dostarczy do Polski o ponad 550 tys. mniej dawek szczepionki, niż pierwotnie planowano.

Chaos szczepionkowy ma miejsce nie tylko w Polsce. Wszystkie kraje Unii Europejskiej zmagają się ze zbyt dużym zapotrzebowaniem na szczepionki w porównaniu do ich obecnej dostępności. Jedną z opcji rozwiązania tego problemu jest rozpoczęcie produkcji krajowych szczepionek na podstawie patentów globalnych firm, do czego coraz częściej wzywają naukowcy, NGO-sy i politycy.

Istnieje możliwość, że polskie zakłady produkcyjne zaczną produkować szczepionki na COVID-19. To może się stać w wyniku dobrowolnego udzielenia licencji bądź zastosowania tzw. licencji przymusowej. Prawo krajowe i europejskie stwarza takie możliwości, choć jest to dość skomplikowane. Jednak nie znaczy, że o tym nie myślimy, bo musimy zatroszczyć się o to, żeby jak najszybciej zaszczepić jak największą część populacji – mówi Rzecznik Praw Obywatelskich.

Zgodnie z prawem własności przemysłowej Urząd Patentowy RP może zezwolić na korzystanie z opatentowanego wynalazku innego podmiotu (to właśnie tzw. licencja przymusowa), jeśli jest to konieczne dla zapobieżenia zagrożenia bezpieczeństwa państwa, w szczególności w dziedzinie obronności, porządku publicznego, ochrony życia i zdrowia oraz ochrony środowiska naturalnego.

Skoro zostały stworzone tego typu instytucje prawne jak ograniczanie ochrony patentowej i licencje przymusowe ze względu na ważny interes publiczny, to moim zdaniem nie ma lepszej okazji do tego, aby je stosować – mówi Adam Bodnar. – Zdaję sobie sprawę z tego, że koncerny farmaceutyczne nie będą tym zainteresowane, ale od tego jest opinia publiczna, organizacje społeczne i świat nauki, żeby naciskać na UE i rządy poszczególnych państw, domagając się wzięcia pod uwagę różnych aspektów związanych z ograniczaniem ochrony patentowej albo przynajmniej dążenia do tego, żeby koncerny farmaceutyczne dobrowolnie udzielały licencji na produkcję tych szczepionek.

Na początku lutego klub Lewicy uruchomił już internetową petycję do premiera Mateusza Morawieckiego, żeby podjął kroki prawne w celu uzyskania tzw. licencji przymusowej na produkcję szczepionki mRNA-1273 firmy Moderna. Autorzy petycji zaapelowali do szefa rządu, aby zwrócił się w tym celu do Urzędu Patentowego RP i wyłonił krajowego producenta, który będzie w stanie uruchomić taką produkcję.

Udzielenie licencji przymusowej oznacza prawo do produkowania tej szczepionki przez inne zakłady produkcyjne. To trochę jak z lekami generycznymi: jest udostępniony wzór, inne podmioty mogą produkować te leki i nie muszą ponosić w związku z tym dodatkowych kosztów – mówi Rzecznik Praw Obywatelskich.

Jak podkreśla, nie oznacza to jednak, że koncerny farmaceutyczne w ogóle na tym nie zarobią. Udzielenie tzw. licencji przymusowej wiąże się też bowiem z uiszczeniem odpowiednich opłat licencyjnych na rzecz producentów.

Natomiast w tym kontekście trzeba zwrócić uwagę na jedną rzecz. Oczywiście koncerny farmaceutyczne stworzyły te szczepionki, ale częstokroć wiązało się to z przeznaczeniem ogromnych środków publicznych na ten cel. Kolejne państwa deklarowały, że będą wpłacać 100, 200 czy 300 mln euro bądź dolarów, żeby tylko jak najszybciej wyprodukować szczepionkę. Skoro były takie inwestycje ze strony sektora publicznego na rzecz konkretnych koncernów farmaceutycznych, to można oczekiwać, że te koncerny, które zarabiają na tym potężne pieniądze, teraz odpłacą ten dług – mówi Adam Bodnar.

Rzecznik Praw Obywatelskich zauważa też, że w przeszłości naukowcy i koncerny farmaceutyczne przekazywały już nieodpłatnie – w ramach dobrowolnej licencji – patenty na leki i szczepionki przeciwdziałające poważnym, globalnym chorobom.

W latach 50.–60., kiedy walczyliśmy z poważnymi chorobami takimi jak polio, to właśnie odpowiedzialność naukowców spowodowała, że ludzkość mogła zlikwidować ten problem. Wydaje się, że taka debata czeka nas też w kontekście szczepionek na COVID-19 – mówi. – Kłopot polega na tym, że licencje przymusowe mogą nie wystarczyć, żeby zapewnić dostęp do szczepionek. Nie wystarczy tylko ograniczyć ochrony patentowej, trzeba też mieć know-how i badania kliniczne, które pozwolą produkować te szczepionki w sposób odpowiedzialny. Dlatego wydaje się, że albo dojdzie do zmiany prawa w zakresie licencji przymusowych, które obejmą też szereg innych aspektów, albo koncerny farmaceutyczne zgodzą się na dobrowolne umowy, na podstawie których inne firmy i państwa też będą miały dostęp do szczepionek.

Kumulacja środków unijnych w przyszłym roku pobudzi e-administrację. To może być dobry czas dla firm z branży GovTech

Do niedawna istniało jeszcze ryzyko, że pierwsze pieniądze z nowej unijnej siedmiolatki 2021–2027 trafią na rynek GovTech dopiero za trzy lata. To drastycznie zmniejszyłoby wysokość finansowania i wiele przedsiębiorstw postawiłoby na skraju bankructwa. – W tej chwili nie mamy takiego zagrożenia. Poprzednia perspektywa została przedłużona w realizacji aż do roku 2023, a nowa weszła w życie bardzo szybko. Z najnowszych informacji wynika, że pierwsze środki będą wydatkowane już w 2022 roku – mówi członek zarządu Sputnik Software, Sławomir Hemerling-Kowalczyk. To oznacza, że branżę GovTech czekają lata prosperity wywołanej dostępnością w tym samym czasie środków zarówno ze starej, jak i nowej perspektywy finansowej UE.

– Fundusze UE są głównym motorem napędzającym źródła finansowania na rynku GovTech. W dużo większym stopniu ma to miejsce w samorządach niż na rynku centralnym. Część projektów w ogóle by nie zaistniała, gdyby nie finansowanie zewnętrzne. Dlatego tak ważne są perspektywy unijne i to, żeby pieniądze szybko do nas spływały. Ostatnia siedmiolatka przyniosła firmom bardzo duży zastrzyk finansowy, ale teraz – w okresie przejściowym między perspektywami – wiele firm z niepokojem przyglądało się, czy te pieniądze będą. Na pewno ta niewiadoma mogła niektórych przyprawić o ból głowy związany z ryzykiem upadłości – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Hemerling-Kowalczyk, prezes GIAP, członek zarządu Sputnik Software.

W tej chwili kończy się wydatkowanie środków z budżetu UE na lata 2014–2020. Do niedawna istniało jeszcze ryzyko, że pierwsze postępowania z kolejnej siedmiolatki zostaną rozstrzygnięte nie wcześniej niż w roku 2023, a pieniądze z tego tytułu trafią do firm dopiero za trzy lata. To drastycznie zmniejszyłoby wysokość finansowania na rynku GovTech i wiele przedsiębiorstw postawiłoby na skraju bankructwa.

– W tej chwili nie mamy takiego zagrożenia. Poprzednia perspektywa została przedłużona w realizacji aż do roku 2023, a nowa weszła w życie bardzo szybko – dużo szybciej niż poprzednia, co jest akurat zasługą tego, że mamy ciągłość władzy. Z najnowszych informacji wynika, że jeszcze w tym roku zostaną ogłoszone pierwsze nabory, a środki będą wydatkowane już w 2022 roku. Będziemy więc mieli komfortową sytuację dla rynku GovTech, na którym w tym samym roku będą dostępne środki zarówno ze starej, jak i nowej perspektywy. Wygląda na to, że żadnego zagrożenia nie ma, a popyt na usługi technologiczne ze strony administracji publicznej będzie stabilnie rósł – mówi prezes GIAP.

Jak wskazuje, w ramach nowej siedmiolatki fundusze na Regionalny Program Operacyjny (RPO) zostały już rozdzielone – prawie dwa lata szybciej niż w poprzedniej perspektywie, a w najlepszej sytuacji znalazło się województwo śląskie. Oprócz ponad 2 mld euro z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego otrzymało też ponad 2 mld euro z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji związanego z przechodzeniem na niskoemisyjną gospodarkę.

Dla branży GovTech szansą może być też Fundusz Odbudowy europejskiej gospodarki po koronakryzysie, z którego Polska ma otrzymać w sumie ponad 58 mld euro (23,1 mld euro w bezzwrotnych dotacjach i 34,2 mld euro w pożyczkach). Według analityków Credit Agricole Bank Polska SA około 15 proc. kwoty dotacji, czyli ponad 23 mld zł, trafi do Polski w 2021 roku. Tylko część tej kwoty przypadnie samorządom i zostanie wydana na cyfryzację, ale transformacja cyfrowa jest jednym z filarów całego Funduszu Odbudowy.

 Wiemy, że mamy gwarantowane 18 mld na rok 2022, ale w tej chwili nie jesteśmy w stanie stwierdzić, na co te pieniądze zostaną przeznaczone. Oczywiście głównym filarem jest innowacyjność, więc można domniemać, że te środki na odbudowę znajdą się też na rynku IT – tłumaczy członek zarządu Sputnik Software.

Na przestrzeni ostatnich miesięcy technologia pozwoliła wielu instytucjom i firmom przetrwać kryzys wywołany COVID-19. Sektor technologiczny doświadczył z kolei chwilowych zawirowań w II kwartale ub.r., ale szybko wrócił do zwykłego tempa wzrostu, skutecznie przenosząc swoją działalność do sieci. Mimo to na rynku wciąż panuje duża ostrożność.

Radziłbym bardzo uważać na koszty i nie wydawać zbyt dużo, ponieważ pieniądze z nowej perspektywy finansowej UE przyjdą do nas dopiero za rok. Odbywają się przetargi centralne, ogłaszane są zamówienia, ale firmy nie są zbyt skore, żeby w nich startować. Ewidentnie wynika to z ostrożności – obawiają się ryzyka związanego z podjęciem się takiego projektu albo są na tyle pochłonięte realizacją bieżących przedsięwzięć, że nie chcą ryzykować kolejnych – mówi Sławomir Hemerling-Kowalczyk.

Jednym z powodów tej ostrożności są koszty związane z przyciągnięciem i utrzymaniem w firmie najlepszych specjalistów. Jak wskazuje ekspert, rywalizacja o kadry IT z dużymi korporacjami i ciągły wzrost kosztów pracowniczych to wyzwanie dla wielu firm z branży GovTech.

– GovTech jest rynkiem, który przynosi nieco mniejsze zyski niż rynek prywatny. Natomiast na każdym z nich firmy muszą pozyskać pracownika. Rynkowi GovTech trudno jest konkurować stawkami dla programistów z dużymi, zagranicznymi korporacjami, dla których 20 do nawet 40 tys. zł miesięcznie nie stanowi problemu. Małe i średnie lokalne firmy stoją więc przed dużym problemem szybujących stawek. Rynek pracownika w sektorze IT może okazać się bardzo dotkliwy dla branży GovTech – zwraca uwagę członek zarządu Sputnik Software.

GovTech to nowoczesne rozwiązania informatyczne i technologiczne przeznaczone dla administracji publicznej. Według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego trzy lata temu globalna wartość tego rynku przekraczała 400 mld dol.

W czasie pandemii 80 proc. firm zwiększyło swoje zaangażowanie w akcje społeczne. Najczęściej pomoc dotyczyła szpitali i służb medycznych

W 2020 roku więcej firm zdecydowało się nieść pomoc innym, szczególnie w walce z pandemią koronawirusa. Akcje pomocowe były skierowane głównie do służb medycznych, sanitarnych oraz grup społecznych poszkodowanych przez COVID-19. Większość firm łączy pomoc finansową z bezpośrednimi działaniami, np. zakupem sprzętu medycznego. Z opublikowanego właśnie raportu wynika, że wzmożone akcje CSR-owe przekładają się także na wymierne korzyści biznesowe. – Wspólne zaangażowanie w pomoc to szansa na nowe partnerstwa między firmami i współpracę biznesową – mówi autor i pomysłodawca badania, Tomasz Smorgowicz ze Studia 102, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku​.

Jak pokazał raport „100 firm, organizacji oraz inicjatyw, które podjęły działania społeczne w odpowiedzi na pandemię COVID-19 w 2020 roku”, najczęściej wspieraną przez biznes grupą były służby medyczne (80 proc. pomocy kierowane było m.in. do szpitali), konsumenci (65 proc.), pracownicy firm (24 proc.), inni przedsiębiorcy (22 proc.) oraz szkolnictwo (16 proc.).

 Rok 2020 był wyjątkowy pod tym względem. Obserwowaliśmy wiele nowych inicjatyw, a najczęściej były one powodowane pandemią COVID-19. Ponad 80 proc. z firm, które ujęliśmy w raporcie, w stosunku do roku ubiegłego podniosło swoją efektywność i zrobiło więcej niż jedną dodatkową akcje społeczną związaną z pandemią, a 75 proc. zrealizowało więcej niż jedną taką akcję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes autor i pomysłodawca badania – Tomasz Smorgowicz ze Studia 102, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Z badania wynika, że firmy zwykle przekazują darowizny, ale większość łączy pomoc finansową z bezpośrednimi działaniami: zakupem sprzętu medycznego (53 proc.), transferem technologii (39 proc.), darmowymi posiłkami dla personelu medycznego (30 proc.) czy zakupem sprzętu komputerowego dla uczniów (13 proc.).

– Akcje społeczne przybierały bardzo różną formę. Dominowały działania skierowane do tych grup, które wspierają społeczeństwo w walce z pandemią, ale aż 53 proc. tych akcji, które zaobserwowaliśmy podczas badania, to była pomoc osobom poszkodowanym w wyniku pandemii, czyli społeczeństwu – uściśla ekspert WSB.

Jak podkreśla, firmy bardzo skrupulatnie i roztropnie podchodziły do organizacji akcji pomocowych, bardzo często koncentrowały się na swoim bliskim otoczeniu, czyli na podmiotach, z którymi współpracują.

– Wnioski z raportu są bardzo optymistyczne. Akcji społecznych jest zdecydowanie więcej niż w ubiegłych latach, a firmy są zainteresowane budowaniem właściwych, dobrych i mądrych relacji społecznych ze społeczeństwem i innymi firmami, co przekłada się bardzo często na nowe partnerstwa. Ponad 50 proc. akcji społecznych wiązało się z zawiązaniem partnerstwa. Można założyć, że część z nich pozostanie i przerodzi się w trwałe relacje biznesowo-społeczne – wskazuje Tomasz Smorgowicz.

Firmy zmieniają też postrzeganie społecznej odpowiedzialności biznesu. Do tej pory wielu przedsiębiorców uważało budowanie relacji społecznych pomiędzy biznesem a otoczeniem za potrzebne, jednak bez gwarancji opłacalności takich działań.

– Ubiegły rok pokazał jasno, że firmy, które mają dobrze określone i zbudowane relacje społeczne, są stabilniejsze, bezpieczniejsze, a ich pracownicy zdecydowanie bardziej angażują się w rozwój firmy, szczególnie w sytuacjach zagrożenia gospodarczego – podkreśla ekspert ze Studia 102. – Pandemia COVID-19 pokazała, jak bardzo zaniedbaliśmy te relacje i jak dzisiaj musimy wyciągnąć z tego wnioski, bo sytuacje, które nastąpiły w ostatnim roku, będą się powtarzać. Nawet jeśli to nie będą zagrożenia chorobotwórcze, pojawią się inne sytuacje, które mogą zaburzyć gospodarcze status quo.

Jak wskazuje Tomasz Smorgowicz, z ideą społecznej odpowiedzialności biznesu mierzymy się w Polsce mniej więcej od końca lat 90. XX wieku. Wówczas duże korporacje otwierały w Polsce swoje agendy czy spółki córki i chętnie komunikowały zaangażowanie społeczne.

– Najczęściej było to – jak określa to literatura – pudrowanie nosa, czyli ukrywanie de facto swojej prawdziwej działalności pod tym, co komunikowano jako działalność społeczną. Dzisiaj jest zdecydowanie inaczej ze względu na rozwój świadomości społecznej. Konsumenci oczekują od firm zdecydowanie więcej – podkreśla ekspert, badający zagadnienia CSR i zrównoważonego rozwoju od ponad dekady.

Dlatego CSR przestał być tylko elementem marketingu i komunikacji społecznej, a zaczął wpływać również na podejmowanie kluczowych decyzji biznesowych tak, by miały pozytywny wpływ na społeczeństwo, pracowników, ich rodziny czy środowisko.

 Rok 2020 i cała sytuacja pandemiczna stanie się impulsem do zrewidowania i zbudowania na nowo relacji pomiędzy konsumentami i społeczeństwem a przedsiębiorstwami. Pamiętajmy, że jedni bez drugich nie funkcjonują – podsumowuje Tomasz Smorgowicz.

Sieć Biedronka po raz kolejny nagrodzi pisarza i ilustratora książki dla dzieci. Na zwycięzców czeka po 100 tys. zł i debiut wydawniczy

– Piórko to konkurs literacki adresowany do tych, którzy lubią pisać, ale z tego zajęcia nie zrobili jeszcze sposobu na życie. Nagradzamy debiutantów, a oprócz gratyfikacji finansowej efektem tego projektu jest wydanie zwycięskiej książki i jej dystrybucja w sieci Biedronka – wyjaśnia Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka i jeden z jurorów konkursu. W tym roku odbywa się już jego siódma edycja, a książki dla dzieci nagrodzone w sześciu poprzednich sprzedały się w ponad 320 tys. egzemplarzy. W tym roku wszystkie doczekają się wznowienia.

– Jesteśmy przekonani, że warto wspierać czytelnictwo, bo mądre książki i wartościowe opowieści o życiu wzbogacają dzieci o coś bardzo wartościowego, pewien bagaż, z którym idą dalej w świat. Z tego przekonania zrodził się pomysł, aby wspierać talenty literackie i graficzne, które dzięki konkursowi Piórko oraz promocji książki w ponad 3 tys. sklepów sieci Biedronka w całej Polsce mają szansę na swój pierwszy literacki sukces. Po sześciu edycjach konkursu wiemy, że w wielu przypadkach to jest dopiero początek ich dalszej kariery – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Mierzwa.

Jak podkreśla, z roku na rok coraz więcej osób kupuje książki nagrodzone w konkursie Piórko. Sprzedają się bardzo dobrze we wszystkich sklepach sieci Biedronka, zarówno w mniejszych miejscowościach, jak i w największych polskich miastach.

– Wiemy, że jest bardzo duże grono klientów, którzy czekają na kolejną nagrodzoną pozycję i nowy debiut w naszej ofercie. Porównując sprzedaż zwycięskich książek w kolejnych latach, widzimy, że jest coraz większa. Przy okazji kolejnych konkursów wznawiamy również wcześniejsze publikacje konkursowe, bo wiemy, że te książki mają wielu fanów i sporo osób poszukuje ich w sklepach – dodaje dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Pierwsza edycja konkursu odbyła się w 2015 roku, a projekt od początku cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem debiutujących twórców oraz małych czytelników. Łącznie w pięciu edycjach zgłoszonych zostało blisko 22 tys. prac tekstowych i graficznych. Na liście nagrodzonych pozycji są: „Szary domek”, „Córka bajarza”, „Nieustraszony Strach na Wróble”, „Mały Saj i wielka przygoda”, „O królewiczu, który się odważył” i ubiegłoroczny debiut – „O Malwinie i tajemnicy Dziadka piwnicy”. Wszystkie pozycje sprzedały się w sumie w ponad 320 tys. egzemplarzy.

–  Zwycięstwo w zeszłorocznej edycji konkursu Piórko było dla mnie bardzo dużym wyróżnieniem. Zważywszy, że w jury zasiadały postacie nieprzypadkowe, tym większa radość w sercu – mówi Agnieszka Syczyło, autorka „O Malwinie i tajemnicy Dziadka piwnicy”.

Laureatka nie ukrywa, że jej aktywność zawodowa jest zupełnie niezwiązana z pisaniem i jej twórczość to działalność amatorska i hobbystyczna, a do dziś trafiała głównie do szuflady.

– Nawet po informacji o tym, że moje opowiadanie zwyciężyło, nie sądziłam, że może to być jakiś przełom w mojej twórczości. Moment, w którym uwierzyłam w swój sukces, przyszedł znacznie później. Tak na dobrą sprawę wtedy, kiedy rzeczywiście fizycznie mogłam wziąć książkę do ręki i spłynął na mnie ten splendor, odrobina chwały, której w takim momencie doświadcza autor. To było bardzo miłe przeżycie. Jest to w pewien sposób budujące i zachęcające do tego, żeby coś z tym pisaniem dalej zrobić. Mam nadzieję, że dla mnie to nie jest jeszcze koniec kariery pisarskiej – podkreśla Agnieszka Syczyło.

Ubiegłoroczny harmonogram konkursu Piórko został nieco zakłócony przez pandemię. Przesunęły się terminy składania prac, rozstrzygnięcia i informacji o wygranej.

– Do mnie ta informacja dotarła w kwietniu, a był to miesiąc moich urodzin, więc tym większa była moja radość z takiego prezentu. Na oficjalne ogłoszenie musiałam poczekać do czerwca, a na publikację do listopada. Mam nadzieję, że w tym roku pandemia już nikomu nie pokrzyżuje planów – dodaje laureatka.

Konkurs Piórko skierowany jest do debiutujących pisarzy i ilustratorów, których zadaniem jest stworzenie książki dla dzieci w wieku 4–10 lat. Zgłoszenia w tegorocznej edycji przyjmowane są do 22 marca, a 30 września książka ma być dostępna w sprzedaży. Zgłoszone prace oceni profesjonalne jury, w skład którego wchodzą pisarze, dziennikarze i osoby związane z literaturą dziecięcą.

– Do 22 marca włącznie każdy zapalony literat, który chciałby zmierzyć się w konkursie i chciałby wysłać swoją propozycję tekstu książki dla dzieci, może to zrobić na stronie piorko.biedronka.pl – wskazuje Arkadiusz Mierzwa.

Laureaci konkursu Piórko – autor książki i ilustrator – otrzymają po 100 tys. zł. To jedna z najwyższych nagród finansowych w konkursach literackich organizowanych w Polsce.

Blockchain może zrewolucjonizować sporządzanie testamentów. Za nowymi technologiami musi jednak podążyć prawo

Testament sporządza zaledwie 8 proc. Polaków. Wykorzystanie nowych technologii mogłoby ten odsetek znacząco zwiększyć. Część stanów  w USA wprowadziła już możliwość tworzenia, podpisywania i przechowywania testamentu online. Technologia blockchain pozwala stworzyć praktycznie niemożliwy do zhakowania łańcuch. – Tak długo, jak podpis elektroniczny jest ważny, niezależnie od technologii, w którym został sporządzony, można nim podpisać również testament – wskazuje radca prawny Aldona Leszczyńska.

– Stajemy się społeczeństwem cyfrowym. Pandemia spowodowała, że ten proces przybrał na sile. Dlatego jedną z istotniejszych zmian w prawie byłoby umożliwienie sporządzenia testamentu w wersji komputerowej, podpisanego własnoręcznie. W tej chwili, żeby testament był ważny, musi być napisany w całości odręcznie i odręcznie podpisany – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aldona Leszczyńska, radca prawny i wspólnik w Kancelarii GWW.

Prawo spadkowe w Polsce od lat praktycznie się nie zmienia. Testament musi być własnoręcznie sporządzony przez spadkodawcę, żaden element nie może zostać przygotowany za pośrednictwem osoby trzeciej, za pomocą komputera czy maszyny do pisania. Podobnie jest w większości krajów europejskich.

Nowa technologia, która coraz szerzej wkracza w większość dziedzin życia, skutecznie rewolucjonizuje także prawo i administrację. Choćby w Polsce możliwe jest podpisywanie dokumentów cyfrowo, za pomocą profilu zaufanego. Prawo spadkowe pozostaje jednak oporne na zmiany. W efekcie testamenty przygotowuje zaledwie 8 proc. Polaków po 45. roku życia (badanie Kantar Polska), przeważnie u notariusza. Jednocześnie jednak 31 proc. zwraca uwagę na wysokie koszty sporządzenia takiego dokumentu.

– Gdyby była taka możliwość, by testament mógł być napisany maszynowo czy komputerowo i podpisany odręcznie, liczba osób sporządzających testament pewnie by się zwiększyła – twierdzi wspólnik w Kancelarii GWW. – Nowe technologie mogą i są wykorzystywane w sporządzaniu testamentów w wielu państwach na świecie, głównie w państwach anglosaskich, w niektórych stanach Stanów Zjednoczonych. W Europie jest to jednak rzadkość.

W USA sądy pozwalają już np. na zdalnie składane pod przysięgą oświadczenia czy e-zeznania w wirtualnych salach sądowych. Część stanów wprowadziła też elektroniczne testamenty, m.in. Nevada czy Indiana. Użytkownik tworzy testament online i przekazuje go notariuszowi online, który następnie prowadzi czat wideo z użytkownikiem. Notariusz zadaje użytkownikowi kilka pytań, poświadcza notarialnie dokumenty i odsyła. Testament można następnie przechowywać online.

Choć dla części osób e-testamenty są mniej bezpieczne od tych tradycyjnych, to np. technologia blockchain sprawia, że są praktycznie nie do podważenia. Osoba, która chce sporządzić testament, powinna wyznaczyć osobistego pełnomocnika (depozytariusza kluczowego). Po tym, jak opiekun klucza formalnie zaakceptuje swoją rolę w sieci, zakodowany testament można przesłać do łańcucha bloków. Notariusz i świadkowie mogą potwierdzić w sieci, za pomocą klucza kryptograficznego, że spadkodawca chciał, aby ten dokument działał jako testament, a cała transakcja zostaje zarejestrowana w bloku ze znacznikiem czasu.

– Tak długo, jak podpis elektroniczny jest ważny, w jakiejkolwiek technologii byłby sporządzony, to można nim podpisać również testament, który powinien być ważny. Jest to na pewno novum, to się zmienia w wielu państwach i jest dopuszczalne, natomiast w Europie na razie jest to pomysł raczkujący – zauważa Aldona Leszczyńska.

Sztuczna inteligencja i robotyka zmieniają edukację. Ich rola zwiększyła się zwłaszcza w dobie pandemii

Robotyka coraz szerzej wkracza do edukacji. Roboty uczą już języków obcych, wykorzystują kodowanie dotykowe, zwiększają koncentrację uczniów, wspomagają nauczanie inżynierii i matematyki, pomagają też najmłodszym z autyzmem. Przykładów maszyn, które pomagają nauczycielom, jest jednak znacznie więcej, a ich rolę podkreśliła pandemia. – Tam, gdzie zajęcia odbywają się online, czyli w środowisku domowym, połączenie sztucznej inteligencji i robotyki może dawać dzieciom dodatkowe wsparcie – ocenia Paweł Zarzycki, prezes SmartLife Systems.

– Robotyka w edukacji dopiero zaczyna się rozwijać, ale widać, że ten trend jest bardzo obiecujący, a sytuacja z pandemią pokazała, że faktycznie może mieć to sens. Jest to jeden z driverów, który powoduje, że nowoczesne technologie, sztuczna inteligencja, robotyka w szczególności, rozwijają się, a użytkownicy końcowi coraz bardziej doceniają jej zastosowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Zarzycki, prezes SmartLife Systems. – W świecie naukowym już od kilku lat prowadzone są badania nad możliwościami i korzyściami, jakie te technologie robotyczne oferują, w szczególności w edukacji, również w edukacji dzieci w wieku przedszkolnym.

World Economic Forum wskazuje, że 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodzie, który obecnie jeszcze nie istnieje. To sprawia, że edukacja musi przejść metamorfozę, by przygotować najmłodszych do zmieniającego się rynku pracy. Nauczyciele nie zawsze potrafią i mają narzędzia, by wprowadzić dzieci w nowe technologie. Ich rolę coraz częściej przejmują roboty.

Dla przykładu Cubelets to małe bloki robotów, które wykorzystują kodowanie dotykowe, wspierają współpracę, umiejętności komunikacyjne, pracę zespołową, myślenie komputerowe i krytyczne czy kodowanie. Roboty Pepper i NAO z kolei zwiększają koncentrację uczniów, sprzyjają kreatywności, poprawiają motywację, umiejętności analityczne, wspierają rozwój społeczny i emocjonalny.

– Żyjemy w tzw. świecie VUCA (Volatility – zmienność, Uncertainty – niepewność, Complexity – złożoność i Ambiguity – niejednoznaczność – przyp. red.) ogólnych warunków i sytuacji, który się bardzo szybko zmienia, i rozwój technologii będzie miał duży wpływ np. na strukturę zatrudnienia w niedalekiej przyszłości, a jednocześnie zmiany demograficzne powodują, że dostęp do edukacji nie jest niestety równy. Wiele dzieci jest w pewien sposób zaniedbanych edukacyjnie, rośnie grupa tych, które mają szereg różnych problemów rozwojowych. Tam technologia może wspierać proces edukacyjny – przekonuje Paweł Zarzycki.

Pandemia unaoczniła, że sztuczna inteligencja i robotyka mają olbrzymie znaczenie w edukacji. Kiedy nauczanie przeniosło się do sieci, niejednokrotnie okazywało się, że nauczycielom brakuje odpowiednich narzędzi do takiej formy nauki.

– Wiele ośrodków, zarówno prywatnych, jak i badawczych, pracuje nad zastosowaniem tych technologii, z jednej strony w sposób hybrydowy, czyli w szkole, w klasie, tam, gdzie roboty mogą być dodatkowym pomocnikiem, bardziej kolegą niż nauczycielem. Ale z drugiej strony wszędzie tam, gdzie zajęcia odbywają się online, czyli w środowisku domowym, połączenie sztucznej inteligencji i robotyki może dawać dzieciom dodatkowe wsparcie – ocenia ekspert.

Na znaczeniu w edukacji zyskuje sztuczna inteligencja. Pomaga się dowiedzieć, co uczeń robi, a czego nie, budując spersonalizowany harmonogram nauki z uwzględnieniem luk w wiedzy. W ten sposób SI dostosowuje program do specyficznych potrzeb uczniów, zwiększając ich efektywność.

– Proste, zwykłe urządzenie nie będzie w stanie efektywnie wspierać procesu edukacyjnego, dlatego wykorzystanie sztucznej inteligencji pomaga np. w zbudowaniu spersonalizowanych robotów, które potrafią dopasowywać swój sposób interakcji do postępów danego dziecka, do jego stanu emocjonalnego, do jego bieżących problemów, wyzwań czy rozwijania talentów. Zastosowanie sztucznej inteligencji w tych narzędziach robotycznych ma duże znaczenie – podkreśla prezes SmartLife Robotics.

Coraz większa ekspozycja na „inteligentną” technologię rodzi pytania dotyczące sposobów, w jakie dzieci ją rozumieją i jak mogą się z nią uczyć. Dlatego powstają platformy, na których dzieci uczestniczą w kreatywnych zajęciach programistycznych, uczą się, jak tworzyć gry, programować roboty i trenować własne modele sztucznej inteligencji.

– Na MIT prowadzony jest taki projekt Cognimates, który pokazuje bardzo małym dzieciom w wieku przedszkolnym, jak działa sztuczna inteligencja, jak się z nią obchodzić, buduje zaufanie do inteligentnych rozwiązań. Dzieci w wieku przedszkolnym są w stanie samodzielnie zbudować w ciągu kilku tygodni działające rozwiązanie wykorzystujące sztuczną inteligencję, np. rozpoznawanie obrazów, rozpoznawanie twarzy czy mowy – wskazuje ekspert.

Jak ocenia, inteligentne roboty i platformy nie zastąpią nauczycieli, na pewno jednak w coraz większym stopniu będą wspomagać ich pracę. Już teraz w szkołach wykorzystywane są roboty, które na podstawie lekcji prowadzonych przez nauczyciela pomagają lepiej przyswoić wiedzę. Z kolei humanoidalny robot Kaspar wspiera dzieci cierpiące na autyzm lub mające problemy z komunikacją. Działa jako mediator społeczny, ucząc dzieci komunikowania się i interakcji z innymi ludźmi. Kaspar jest również w stanie samodzielnie reagować na dotyk, pomagając dzieciom z autyzmem uczyć się akceptowanych społecznie interakcji dotykowych.

 Obserwujemy ogromny skok cywilizacyjny, jeśli chodzi o dostępne technologie, jak druk 3D, moc obliczeniowa, przetwarzanie w chmurze, algorytmy sztucznej inteligencji. To powoduje, że dzisiaj niewielkie, małe firmy wszędzie na świecie pracują nad takimi rozwiązaniami i w ciągu dosłownie kilku miesięcy są w stanie proponować nowe rozwiązania, wdrażać je i komercjalizować – wskazuje Paweł Zarzycki.

Co powie Powell?

Środowe posiedzenie FOMC będzie kluczowym punktem dla rynku walutowego w tym tygodniu. Inwestorzy czekają na ocenę Fedu dotyczącą zarówno sytuacji na rynku obligacji, jak i stanu amerykańskiej gospodarki. Od wyniku posiedzenia zależą dalsze nastroje na rynku i perspektywy wyceny dolara amerykańskiego.

Decydenci Fedu stoją w obliczu rosnących rentowności obligacji skarbowych i danych w znacznej mierze lepszych od oczekiwań. Spodziewamy się, że przewodniczący FOMC (pol. Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku) Jerome Powell o krótkoterminowych perspektywach będzie wypowiadać się z optymizmem. Mimo to uważamy, że w dużej mierze utrzyma niedawną retorykę, dystansując się od założeń rynku o szybszym niż spodziewane zacieśnieniu polityki monetarnej. Naszym zdaniem Powell będzie miał prawdopodobnie trudne zadanie, starając się wyrazić optymizm i jednocześnie przekonać rynki, że Fed zignoruje krótkoterminowy wzrost inflacji i w przewidywalnej przyszłości utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Poniżej pokrótce przedstawiamy, jakie trzy tematy naszym zdaniem będą najważniejsze w kontekście najbliższego posiedzenia FOMC i jak może ono wpłynąć na rynek walutowy.

Wypowiedzi Powella na temat wyprzedaży na rynku obligacji

W przeciwieństwie do członków EBC Powell przyjął spokojne stanowisko wobec gwałtownej wyprzedaży na globalnych rynkach obligacji w bieżącym roku, kiedy to rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych przekroczyła poziom 1,6%, znajdując się najwyżej od ponad roku (Wykres 1). Powell na początku miesiąca wyraził pogląd, że wyprzedaż ta nie była chaotyczna, jednocześnie zaznaczył jednak, że „jeśli warunki ulegną istotnej zmianie, komitet jest przygotowany do użycia narzędzi, które mają wesprzeć osiągnięcie wyznaczonych celów”.

Wykres 1: Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA (marzec ‘20 – marzec ‘21)Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Nie uważamy, że Powell będzie próbował wykorzystać swoją retorykę do obniżenia rentowności obligacji w tym tygodniu, w przeciwieństwie do prezes EBC Christine Lagarde. Sądzimy, że prezes Fedu zamiast tego prawdopodobnie użyje języka, który zarówno złagodzi oczekiwania inflacyjne, jak i uspokoi zakłady inwestorów oczekujących wyższych stóp procentowych i rychłego wycofania się Fedu ze skupu aktywów. Bez wątpienia powtórzy, że Fed pozostaje w trybie oczekiwania, wskazując jednocześnie na znaczny zastój w gospodarce i zaznaczając, że wszelkie wzrosty inflacji będą przejściowe. Spodziewamy się, że ponownie stwierdzi, że przed Fedem długa droga, by osiągnąć cel, którym jest pełne zatrudnienie i inflacja utrzymująca się na średnim poziomie 2%.

Nowe prognozy PKB i inflacji

Uczestnicy rynku będą w środę przyglądać się uważnie również publikacji zrewidowanych prognoz FOMC dotyczących wzrostu gospodarczego i inflacji. W minionych tygodniach dane makroekonomiczne dotyczące amerykańskiej gospodarki w większości pozytywnie zaskakiwały. Złagodzenie restrykcji i imponujący postęp szczepień w USA spowodowały, że inwestorzy zaczęli oczekiwać wyższego wzrostu w nadchodzących miesiącach. Zatwierdzony niedawno przez prezydenta Bidena pakiet stymulacyjny w wysokości 1,9 bln dolarów, który obejmuje bezpośrednie wypłaty 1400 dolarów amerykańskim obywatelom, również będzie wspierać aktywność gospodarczą i może spowodować znaczący wzrost zatrudnienia przed końcem roku. Dlatego spodziewamy się dość istotnej korekty w górę prognozy wzrostu gospodarczego w 2021 roku z 4,2%, przewidywanych w grudniu, i korekty w dół prognozy bezrobocia.

Ogólny pogląd dotyczący inflacji zakłada, że bardzo możliwe, że przekroczy ona 2-procentowy cel Fedu w najbliższych miesiącach, więc rewizja prognozy na 2021 rok jest w tym tygodniu prawdopodobna. Inflacja bazowa w USA w lutym zaskoczyła nieco in minus, notując najniższy od ośmiu miesięcy poziom 1,3% w ujęciu rocznym. Oczekuje się jednak, że ten spadkowy trend odwróci się w kwietniu, po roku od restrykcyjnych lockdownów, które zamroziły gospodarkę i zahamowały aktywność konsumencką. Dużym zmartwieniem dla inwestorów nie będzie to, czy inflacja przekroczy cel Fedu, ale na jak długo. Według naszych przewidywań zarówno prognozy Fedu, jak i towarzyszące im komunikaty będą podkreślać, że prawdopodobnie będzie to przejściowe i spowodowane, przynajmniej częściowo, jednorazowym wzrostem cen energii.

Uważamy, że Fed nie będzie zaniepokojony wzrostem inflacji powyżej założonego celu 2% w tym roku, jeśli uzna go za przejściowy. Warto pamiętać, że preferowana przez Rezerwę Federalną miara inflacji, indeks PCE, od października 2018 roku każdego miesiąca pokazuje dynamikę niższą niż 2% (Wykres 2). Oznacza to, że inflacja musiałaby utrzymywać się powyżej celu 2% przez długi czas, by indeks ten osiągnął średnio ponad 2%.

Wykres 2: Inflacja PCE w USA (2014 – 2021)Inflacja PCE w USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Zrewidowane prognozy stóp procentowych

Równolegle do projekcji makroekonomicznych FOMC opublikuje na posiedzeniu także kwartalne prognozy stóp procentowych (swój „dot plot”). Na grudniowym zebraniu tylko jeden z siedemnastu członków Fedu spodziewał się ich podwyżki w 2022 roku, a pięciu – do końca 2023 roku (Wykres 3).

Wykres 3: „Dot plot” FOMC (grudzień 2020)Dot plot

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Chociaż uważamy za mało prawdopodobne, by mediana prognoz wskazywała na pierwszą podwyżkę w 2023 roku, spodziewamy się przynajmniej, że kilku dodatkowych członków Fed będzie przewidywać wyższe stopy w ciągu najbliższych trzech lat. Zmiana mediany na pokazującą podwyżki przed 2024 rokiem byłaby bardziej zgodna z wyceną rynku, który spodziewa się jednej pełnej podwyżki w pierwszym kwartale 2023 roku. Stałoby to jednak w opozycji do niedawnej narracji przewodniczącego Powella, który deklarował, że stopy pozostaną niezmienione w przewidywalnej przyszłości.

Jak może zareagować rynek?

W ujęciu ogólnym uważamy, że Fed będzie starał się nie wprowadzać zamieszania na posiedzeniu w tym tygodniu i pozostawi wszelkie znaczące zmiany w zakresie komunikacji z rynkiem dotyczącej przyszłych działań na lato. Kluczowe będzie raczej to, czy Powell zdoła przekonać inwestorów, że bank centralny zignoruje tymczasowe wzrosty inflacji. Jeśli to się uda, rentowności obligacji prawdopodobnie spadną, a dolar doświadczy deprecjacji. Jednocześnie zbiór komunikatów wskazujących na całkowity brak troski o wyższe rentowności długoterminowych skarbowych papierów dłużnych prawdopodobnie prowadziłby do kolejnej wyprzedaży obligacji. Historycznie można by oczekiwać, że drugi scenariusz byłby pozytywny dla dolara. Nie jest dla nas jednak zupełnie jasne, czy otwarcie inflacjonistyczna postawa Rezerwy Federalnej powinna być optymistyczna dla amerykańskiej waluty.

Posiedzenie FOMC i jego konsekwencje będą miały znaczenie nie tylko dla dolara, ale też dla szerokiego rynku, w tym dla złotego. Uspokojenie sytuacji na amerykańskim rynku obligacji i słabszy dolar powinny korzystnie oddziaływać na złotego. Z drugiej strony alternatywny scenariusz, w którym na rynek wraca niepokój, mógłby wywrzeć dodatkową presję na polską walutę.

Decyzje i nowe projekcje Fedu poznamy o 19:00 w środę; konferencja prasowa Powella rozpocznie się o 19:30.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Ponad połowa społeczeństwa chce się zaszczepić. Największe zaufanie budzi preparat Pfizera

Prawie 52% Polaków chce się zaszczepić przeciw COVID-19. Wśród chętnych przeważają seniorzy po 60. roku życia, mieszkańcy dużych miast oraz osoby z wyższym wykształceniem. Natomiast największy opór wykazują rodacy w wieku 30-39 lat, zamieszkali na wsiach, a także posiadający podstawowe i gimnazjalne wykształcenie. Ankietowani, gdyby mieli wybór, najchętniej przyjęliby preparat Pfizera – 29,5%. W dalszej kolejności wskazują Johnson & Johnson – przeszło 11%, firmę Moderna – prawie 9%, jak również AstraZeneca – ponad 3%. Dla nieco ponad 15% nie ma znaczenia, który byłby to środek. Z kolei 29% nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania.szczepienie polaków

Badanie zrealizowane w ostatni weekend przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, wykazało, że 51,6% Polaków chce przyjąć szczepionkę przeciw COVID-19. Natomiast 30,5% ankietowanych nie ma takiego zamiaru. 14,3% respondentów jest niezdecydowanych.

– Fakt, że 30,5% Polaków nie chce się zaszczepić, może oznaczać, że np. wiele z tych osób już przechorowało koronawirusa i czuje się bezpiecznie. Jednak na pewno nie dotyczy to wszystkich. Skala niechęci do jednej z największych zdobyczy medycyny jest dla mnie przerażająca – wyznaje dr Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. S. Żeromskiego SPZOZ w Krakowie.

Chęć zaczepienia deklarują przede wszystkim osoby powyżej 60. roku życia. Następni w kolejności są Polacy mający 40-49 lat, a za nimi – rodacy w wieku 50-59 lat. Największe zainteresowanie szczepieniami występuje w miastach liczących ponad 500 tys. ludności. Potem są ośrodki, w których mieszka od 100 tys. do 200 tys. osób. Wśród chętnych przeważają ludzie z wyższym i ze średnim wykształceniem.

– Głównie chcą się szczepić najstarsze osoby, które czują się najbardziej zagrożone. I nie ma w tym nic dziwnego. Jednak ta tendencja się zmienia, bo coraz częściej młodzi ludzie ciężko przechodzą zakażenie. Najwięcej zwolenników jest wśród najlepiej wykształconych Polaków, mieszkających w dużych miastach. Oni często obawiają się, że przez chorobę mogliby stracić nie tylko zdrowie, ale też pracę – mówi Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH.

Z badania również wynika, że nie chcą się zaszczepić głównie Polacy w wieku 30-39 lat, mieszkańcy wsi i miast liczących od 200 tys. do 500 tys. ludności. Przeważnie są to ludzie z wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym.

– Trzeba przyznać, że mieszkańcy wsi i małych miast żyją zdecydowanie wolniej niż osoby zamieszkałe w dużych aglomeracjach. Nawet gdy chorują, to z reguły pod względem psychicznym przechodzą to łagodniej od swoich rówieśników z wielkich miast – zwraca uwagę ekspert z UCE RESEARCH.

Gdyby była możliwość wyboru, najwięcej chętnych przyjęłoby szczepionkę koncernu Pfizer – 29,5%. Następnie badani wskazują preparat Johnson & Johnson – 11,3%, a potem – firmy Moderna – 8,8%. Dopiero dalej w zestawieniu jest AstraZeneca – 3,4%, a także Sputnik V – 1,9%. Środek chińskiej produkcji chciałby przyjąć tylko 1% ankietowanych. Dla 15,1% zainteresowanych szczepionką nie ma żadnego znaczenia, która by to była. 29,1% jest jeszcze niezdecydowanych.

– Największa popularność preparatu Pfizera może wynikać z tego, że od początku był rekomendowany dla wszystkich grup wiekowych. Z kolei szczepionka AstraZeneca, która również jest dobra, była niezręcznie wprowadzana na rynek. Nie zalecano jej seniorom z uwagi na nieukończone wówczas badania kliniczne – wyjaśnia dr Friediger.

Szczepionka Pfizera jest najpopularniejsza wśród seniorów, mieszkańców miast liczących od 200 tys. do 500 tys. ludności i osób z wyższym wykształceniem. Johnson & Johnson również budzi największe zaufanie w gronie najstarszych Polaków, ale także pośród ludzi zamieszkałych w największych miastach i posiadających zasadnicze wykształcenie. Z kolei preparat firmy Moderna cieszy się szczególnym zainteresowaniem w grupie wiekowej 20-29 lat, w ośrodkach miejskich liczących od 100 tys. do 200 tys. mieszkańców i wśród osób z wyższym wykształceniem. Natomiast AstraZeneca jest najczęściej wskazywana przez ludzi w wieku 18-29 lat, żyjących w niewielkich miejscowościach i mających zasadnicze lub najniższe wykształcenie.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 12-14.03.2021 r. przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej. Wzięło w nim udział 1001 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Euro znów dąży do 4,60 zł

Spokój na rynkach wbrew pozorom nie przysłużył się polskiemu złotemu. Inwestorzy wciąż nie są pewni, czy Polska nie będzie dążyć do sztucznego osłabiania waluty, a to nie służy inwestowaniu w złotego.

Złoty znów w odwrocie

Po ostatnim dotarciu kursu EURPLN do poziomu 4,60 mieliśmy wyraźną 3 groszową korektę. Od tego czasu w ciągu tygodnia widzieliśmy powolny ruch w górę i znów jesteśmy świadkami nieśmiałego ataku na okolice 4,60 zł za jedno euro. Ostatnie wypowiedzi prezesa NBP, mówiące o gotowości banku do kolejnych interwencji na rynku, odstraszyły inwestorów chętnych do gry na umocnienie polskiej waluty. Dlatego do momentu aż nie pojawi się jakiś wyraźny sygnał, np. w postaci dobrych danych makroekonomicznych powinniśmy przyzwyczaić się do słabszego złotego.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj poznaliśmy wyraźnie lepszy od oczekiwań indeks instytutu ZEW. Dobre dane z głównej gospodarki strefy euro pomagają wspólnej walucie iść w górę. W rezultacie od publikacji widzimy odbicie euro względem głównych walut w tym dolara, gdzie ostatnimi dniami po przebiciu w dół poziomu 1,20 dolara za jedno euro zmienność wyraźnie spadła. Jedyną istotną walutą, która zyskuje do euro dzisiaj, jest frank, który odrabia straty po ostatniej wyraźnej przecenie.

Rumunia nie zmienia stóp procentowych

Na wczorajszym posiedzeniu Narodowego Banku Rumunii nie doszło do zmiany stóp procentowych. W rezultacie pozostały one na poziomie 1,25%. Gdyby nie Chorwacja byłby to najwyższy poziom obserwowany obecnie w całej Unii Europejskiej. Patrząc na lekki spadek rumuńskiej waluty, inwestorzy trochę liczyli na zapowiedzi podwyżek stóp procentowych. Powodem tych oczekiwań jest rosnąca inflacja. Która po dołku na poziomie 2,1% pod koniec 2020 roku znów przekroczyła 3%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
14:15 – USA – wykorzystanie mocy produkcyjnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Klienci e-sklepów narzekają na słabą obsługę

Jak stracić klienta i zrazić do siebie ludzi? To proste – fatalną jakością obsługi. Jak wynika z badania GlobalWebIndex, aż 3 na 5 osób podczas zakupów w sieci, najbardziej obawia się kiepskiej jakości serwisu. Niepewność budzi także słaba reputacja marki. Łaska klienta na pstrym koniu jeździ. Czy można go ujarzmić?

W hollywoodzkim hicie pt. “Jak stracić chłopaka w 10 dni” Benjamin Barry, grany przez Matthew McConaughey, robi wszystko, żeby zatrzymać przy sobie partnerkę, mimo że jej kapryśny charakter niejednokrotnie wyprowadza go z równowagi. Ta analogia doskonale pasuje do relacji między właścicielami sklepów online, a ich klientami. Dla jasności, to ci drudzy mają humorki.

Igranie z ogniem

Mimo że w ubiegłym roku całkowita światowa sprzedaż detaliczna spadła o 3% (do 23,84 bln USD), to e-commerce ma się świetnie. Jeżeli globalny handel jest tortem, to kawałek o nazwie “sprzedaż online” wart jest 4,28 bln USD. W czasie, gdy cała branża notowała ujemne wyniki, retail e-commerce mógł poszczycić się wzrostem na poziomie 27,6%.

Gigantyczny wzrost zainteresowania zakupami online, wynikający z trwania pandemii i cyklicznych lockdownów, spowodował że firmy zaczęły przykładać większą wagę do ścieżki zakupowej klienta. Studiowanie preferencji internauty i umiejętność wykorzystania danych do angażowania jego uwagi, stały się kluczowymi elementami budowy odnoszącego sukcesy sklepu internetowego – zauważa Bartosz Ferenc, współzałożyciel CENTEO, narzędzia do automatyzacji sprzedaży w porównywarce Ceneo.pl i jednocześnie agencji oferującej usługi marketingowe na tej platformie

Kolejną próbą odpowiedzi na pytanie: jak nie stracić klienta w sieci, jest najnowszy raport Connecting the Dots, autorstwa GlobalWebIndex. Jego twórcy podjęli próbę wskazania czynników, które niepokoją klienta w momencie, gdy planuje zrobić zakupy w sieci. O opinię poproszono 8 tys. respondentów z Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Indii, Chin, Stanów Zjednoczonych i Brazylii.

Pierwszy wniosek, jaki powinien trafić do notatnika przedsiębiorcy, brzmi: nic nie potrafi zniechęcić klientów do finalizacji zakupów skuteczniej niż słabej jakości obsługa. Aż 60% ankietowanych wskazało właśnie na ten aspekt. Na drugim miejscu znalazła się reputacja miejsca, w którym potencjalnie chcemy dokonać zakupu. Niewiele niższy wynik – na poziomie 50% – potwierdza, że zła passa medialna lub historie krążące na forach internetowych, mogą realnie zaszkodzić firmie.

Reputację buduje się latami, a stracić ją można niemal natychmiast. Jak podaje serwis Newvoicemedia, wystarczy zaledwie jedno negatywne doświadczenie, by ponad połowa klientów już nigdy nie podjęła współpracy z firmą, która zawodzi swojego klienta. Natomiast to tylko jeden z elementów układanki. Z działaniem firmy jest jak z łańcuchem, który jest równie mocny, co jego najsłabsze ogniwo. Dlatego chcąc osiągnąć sukces, nie możemy zaniedbać żadnego z aspektów funkcjonowania przedsiębiorstwa, a biznes musi rozwijać się organicznie – uważa Bartosz Ferenc, do którego należą również takie marki, jak jedna z największych agencji Google ads w Polsce Sembot.com czy największy w branży sklep internetowy MDC.pl.

Grupa pościgowa

Na kolejnych miejscach rankingu, opracowanego przez GlobalWebIndex, znalazły się: słabe wyniki w zakresie ochrony środowiska (39%), warunki pracy poniżej obowiązujących standardów (31%), niewystarczająca różnorodność dostawców i produktów (24%), ignorowanie kwestii społecznych i politycznych (15%), brak zróżnicowania w zakresie zatrudnionych pracowników (14%) i niewystarczająca  różnorodność wśród kadry kierowniczej wyższego szczebla (11%).

Ze zrealizowanych badań jasno wynika, że dziś – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – klienci oczekują od organizacji odpowiedzialnego podejścia do kwestii, które są dla nich istotne. Biznes przestał być bytem pozbawionym osobowości. Managerowie A.D. 2021 muszą bacznie śledzić to, co dzieje się w społeczeństwie i respektować wartości swoich klientów, a wręcz wychodzić im naprzeciw. Dzięki analityce i wielkim zbiorom danych, biznes może nareszcie podejmować takie decyzje na podstawie informacji i liczb, niemal chłodnej statystyki, a nie kierując się wyłącznie intuicją – uważa współtwórca CENTEO.pl.

Badania IDC pokazują, że organizacje, które w swoich działaniach kierowały się empatią, szybko dostosowały się do wyzwań, jakie przyniosła pandemia. Co więcej, eksperci firmy konsultingowej przewidują, że ta cecha będzie miała jeszcze większe znaczenie w okresie po COVID-19.

Jak twierdzi Lawrence Cheok, senior research manager z firmy konsultingowej IDC, w szczytowym momencie kryzysu organizacje, które wykazały się empatią wobec klienta, szybko się przystosowały. W sytuacji powrotu do normalności te najbardziej empatyczne będą mogły rozwijać się szybciej niż konkurencja głucha na potrzeby klienta. Dlatego przedsiębiorstwa muszą pozostać głęboko zintegrowane z otoczeniem, rozumieć swoją sytuację i nadal działać w sposób, który buduje zaufanie. To ważny drogowskaz dla biznesu, który w czasie postcovidowych zawirowań, niczym saper, nie może pozwolić sobie na popełnienie błędu.

Podobnego zdania jest Piotr Chwidziewicz, Head of Growth w Symetrii, agencji odpowiadającej za organizację UXalliance Design Leaders Masterclass – programu o międzynarodowej renomie i kadrze trenerów, dedykowany liderom zespołów UX.

Przytoczone wyniki badań nie są zaskoczeniem. Klienci, przyzwyczajeni do wysokiego poziomu doświadczeń w kontakcie z usługą, oczekują tego samego od każdego oferenta, niezależnie od branży czy punktu styku klienta z marką. Pojawia się pytanie, jak osiągnąć i utrzymać wysoki poziom UX? Wystarczy przyjrzeć się firmom, które odniosły sukces. Dostrzegamy coraz częściej, że uzyskanie prawdziwej biznesowej wartości dzięki działaniom UX jest możliwe, gdy utalentowani specjaliści mają wsparcie zmotywowanych i silnych liderów obszaru designu. Lider kompetencji design to przede wszystkim osoba, której zależy. Zależy na tym, by klient rzeczywiście był w centrum zainteresowania firmy, która dzięki temu osiągnie dobre efekty biznesowe a jednocześnie będzie świetnym miejscem do pracy – uważa Chwidziewicz.

Billennium otwiera biuro we Frankfurcie

Billennium, polska spółka dostarczająca rozwiązania oraz usługi IT dla biznesu, 1 marca otworzyła biuro we Frankfurcie nad Menem. Za rozwój nowego oddziału odpowiada Nina Nourafrouz, managerka z międzynarodowym doświadczeniem w dostarczaniu i wdrażaniu kompleksowych rozwiązań programistycznych.

Głównym celem powstania Billennium GmbH jest wzmocnienie pozycji firmy w regionie DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria, Liechtenstein). Billennium od wielu lat dostarcza swoje usługi i rozwiązania organizacjom działającym na tych rynkach, a otwarcie nowego oddziału zwiększy lokalne zaangażowanie firmy w przeprowadzanie klientów przez proces cyfrowej transformacji i wsparcie ich bieżących potrzeb IT. Jest to kontynuacja strategii międzynarodowego rozwoju spółki, która do tej pory posiadała swoje oddziały zagraniczne w Malezji, Indiach i Stanach Zjednoczonych.

Rozwój Billennium GmbH został powierzony Ninie Nourafrouz, która w nowo powstałym oddziale objęła stanowisko Chief Operating Officera regionu DACH. Jej działania będą wspierane przez Emilię Dryżałowską, Senior Operations Managera, odpowiadającą za ekspansję Billennium na rynkach międzynarodowych.

Od jakiegoś czasu możemy zaobserwować rosnące i pilne potrzeby w zakresie IT firm z regionu DACH, zarówno w bieżącej działalności, jak i przeprowadzenia przez proces cyfrowej transformacji czy wejścia do chmury obliczeniowej. Dla organizacji z tych rynków Billennium jest bardzo wartościowym i wiarygodnym partnerem, z dobrymi referencjami i atrakcyjną ofertą. To przede wszystkim szeroki zakres usług naszych dwudziestu trzech Centrów Kompetencyjnych, potrafiących spełnić niemal wszystkie współczesne potrzeby biznesowe w obszarze IT. Posiadamy także duże doświadczenie w prowadzeniu projektów ponad granicami. Model follow-the-sun, w którym działamy dzięki rozproszonym zespołom specjalistów, pozwala nam na bardzo elastyczne podejście do projektów realizowanych w każdym miejscu na świecie. Za rozwój nowego biura odpowiada Nina Nourafrouz, managerka z międzynarodowym doświadczeniem, doskonałą znajomością branży i regionu DACH. Jestem pewien, że dzięki połączeniu silnych stron Billennium z doświadczeniem oraz kompetencjami Niny, odniesiemy sukces na kolejnym rynku – powiedział Michał Halagiera, Chief Growth Officer w Billennium.

Vixa Games S.A. zapowiada kilka premier przed debiutem na NewConnect

Vixa Games, producent i wydawca gier wideo, specjalizujący się w casualowych rozgrywkach z segmentu indie premium, w 2021 roku wprowadzi do sprzedaży kilka projektów ze swojego portfolio. Studio udostępni Love Colors na Nintendo Switch i PC, Dino Galaxy Tennis na komputery stacjonarne oraz konsole Nintendo Switch, Play Station 4, Xbox One oraz The Crackpet Show. Ten ostatni początkowo będzie dostępny w wersji demo na PC. Pełny projekt trafi na platformę Steam do końca br., a następnie na japońską konsolę. Jednym z najważniejszych celów spółki jest debiut na rynku NewConnect, który planowany jest na początku 2022 roku.

– Intensyfikujemy działania skoncentrowane wokół premier naszych projektów. Do połowy br. planujemy udostępnić graczom Love Colors i Dino Galaxy Tennis w wersjach na Nintendo Switch i PC. Ponadto nie wykluczamy udostępnienia Dino Galaxy Tennis na PlayStation 4 i Xbox One. W czerwcu, podczas Festiwalu Gier Steam pokażemy demo The Crackpet Show. Premierę finalnego projektu gry przewidujemy do końca roku. Model biznesowy naszej spółki zakłada wieloplatformowość naszych tytułów, aby mogła w nie zagrać jak największa liczba graczy.  – informuje Juliusz Mićko, prezes zarządu Vixa Games.

Dino Galaxy Tennis to rozgrywka, która łączy sportową rywalizację z zabawą.  Podczas meczu tenisa gracz wcieli się w rolę dinozaura, którego celem będzie wygranie galaktycznego turnieju. – Dino Galaxy Tennis to casualowagra przeznaczona do tzw. lokalnego trybu wieloosobowego. Osią gry są galaktyczne zawody tenisowe rozgrywane na planetach, z których każda posiada elementy zmieniające rozgrywkę. Gracze wcielają się rolę dinozaurów ze specjalnymi umiejętnościami astro-tenisowymi. W grze dostępne są tryby współpracy dla maksymalnie 4 osób. Gra zawiera również pełny tryb fabularny dla jednego gracza oraz różne tryby wyzwań pobocznych. – dodaje Juliusz Mićko.

Love Colors, z portfolio produkcyjnego Vixa Games, obecnie jest dostępny w wersji na iOS i Android, to dotychczas jeden z najpopularniejszych tytułów Spółki. Kooperacyjna gra, w której użytkownik maluje obrazy, już niebawem zadebiutuje także na japońskiej konsoli, a następnie w wersji na PC.

Ostatnia tegoroczna propozycja Studia – The Crackpet Show – to kreskówkowa gra z gatunku roguelite oferująca rozgrywkę opartą na współpracy pomiędzy graczami. – W grze wcielamy się w zwierzęcych uczestników postapokaliptycznego turnieju, transmitowanego w mediach w formie show. Gracze będą musieli stawić czoła niezliczonym hordom wrogów i eksplorując podziemia, zdobyć popularność i sławę wśród widzów. Celem rozgrywki jest zostanie gwiazdą telewizji, a jest to możliwe tylko poprzez pokonanie przeciwników we wszystkich sezonach show. – dodaje prezes Vixa Games.

W poprzednich latach Studio produkowało i wydawało gry na urządzenia mobilne. Od 2020 roku Spółka specjalizuje się w tworzeniu średniobudżetowych gier indie premium. Model produkcyjny opiera się na tworzeniu co najmniej dwóch tytułów jednocześnie, a okres prac nad każdym pojedynczym tytułem szacowany jest na ok. 12 miesięcy. Budżet produkcyjny jednej nie przekracza 1,5 mln zł.

Najpopularniejszym dotychczas wydanym tytułem Studia jest Jumping Joe & Friends (łącznie około 150 tys. sprzedanych kopii na Nintendo Switch).

W 2022 roku Spółka chce zadebiutować na rynku NewConnect. W tym celu, w lutym br., Vixa Games została zarejestrowana w formie spółki akcyjnej. – Giełda stanowi dla nas naturalną przestrzeń dla pozyskania środków na rozwój oraz zwiększenie wiarygodności naszej spółki wśród inwestorów oraz partnerów krajowych i zagranicznych. Mamy ambitne plany i jasno sprecyzowane cele, jesteśmy gotowi by stać się spółką publiczną. Liczymy, że debiut nastąpi w perspektywie roku. – komentuje Juliusz Mićko.

Ukraińcy zarabiają w Polsce trzy razy więcej niż w ojczyźnie

Polska, mimo pandemii, pozostaje atrakcyjnym kierunkiem emigracji zarobkowej dla pracowników ze wschodu, głównie z Ukrainy. Czynnikiem decydującym są względy ekonomiczne, bo o ile ceny żywności w Polsce i na Ukrainie są zbliżone to zarobki dzieli przepaść. Obecnie płaca minimalna na Ukrainie jest o 70% niższa niż w Polsce.

Pandemia nie zniechęciła obywateli państw wschodnich do pracy w Polsce. Według danych ZUS na koniec 2020 roku w Polsce było ubezpieczonych niemal o 55 tys. cudzoziemców więcej niż przed pandemią. Trzech na czterech cudzoziemców pracujących w Polsce pochodzi z Ukrainy, a kolejną największą grupę pracowników z zagranicy stanowią Białorusini (6,9%). Według raportu agencji pracy OTTO Work Force Central Europe dla 71% badanych główną motywacją do podjęcia pracy w Polsce są wyższe zarobki. Na kolejnej pozycji plasują się lepsza sytuacja gospodarcza w Polsce (32%) oraz brak pracy na Ukrainie (31%).

Koszyk zakupowy w Polsce i państwach wschodnich

Zarobki na Ukrainie, czy w innych państwach wschodnich, są wciąż niewspółmierne do kosztów życia, dlatego ich obywatele tak chętnie pracują w Polsce. Obecnie płaca minimalna na Ukrainie wynosi około 618 zł netto, podczas gdy w Polsce minimum jakie musi otrzymać pracownik to 2062 zł netto, czyli ponad 3 razy więcej. Z kolei porównanie koszyków zakupowych w Polsce i w krajach wschodnich, opracowane przez OTTO Work Force Central Europe, pokazuje, że koszty utrzymania pozostają na zbliżonym poziomie. W porównywanych koszykach zakupowych znalazły się podstawowe artykuły spożywcze w takich samych ilościach: chleb biały, mleko w kartonie, masło, jajka, ser żółty, schab, cukier, mąka pszenna biała, ryż biały, makaron, ziemniaki, jabłka. Zestawienie pokazuje, że za zakupy podstawowych produktów spożywczych, według uśrednionych cen największych supermarketów w danym kraju, trzeba zapłacić tyle samo na Ukrainie co w Polsce. Oznacza to, że aby zrobić takie same zakupy na Ukrainie trzeba pracować niemal dwa dni, a w Polsce pół dnia. Podobnie sytuacja wygląda na Białorusi i w Mołdawii, tam także widać dużą dysproporcję między poziomem wynagrodzenia a kosztami życia.

“Wybuch pandemii i pogorszenie sytuacji gospodarczej w wielu państwach sprawiły, że zainteresowanie cudzoziemców ze wschodu pracą w Polsce wzrosło w ostatnim czasie. Największą grupę pracowników tymczasowych stanowią niezmiennie obywatele Ukrainy, ale mamy także wielu pracowników z Białorusi i Mołdawii. Główną motywacją do przyjazdu do Polski jest oczywiście czynnik ekonomiczny. Zarobki na Ukrainie są wciąż niewspółmierne do kosztów życia, a bezrobocie na Ukrainie kształtuje się już na poziomie 9,5%” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.koszyk zakupowy – opracowanie OTTO Work Force Central Europe

Ponad 50 proc. wzrostu zysku netto Grupy R22 w 2020 r.

Notowana na GPW grupa technologiczna R22 wypracowała rekordowe wyniki finansowe. W samym IV kwartale 2020 r. przychody wyniosły 70,9 mln zł (+48 proc. r/r), znormalizowana EBITDA 18,4 mln zł (+36 proc. r/r), a skorygowany zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 5,7 mln zł (+56 proc. r/r). Dynamiczny wzrost wyników R22 to z efekt rozwoju organicznego związanego m.in. z rosnącym rynkiem e-commerce oraz cyfryzacją życia gospodarczego, jak również pierwszej zagranicznej akwizycji w segmencie CPaaS.

W całym 2020 r. kalendarzowym Grupa osiągnęła 222,7 mln zł przychodów (+31 proc. r/r), skorygowana EBITDA wyniosła 61,6 mln zł (+26 proc. r/r), a skorygowany zysk netto 22,1 mln zł (+61 proc. r/r). W związku z udanym wdrożeniem marki cyber_Folks, spółka zdecydowała o zaprzestaniu promowania marek Linuxpl.com i Hekko.pl oraz częściowym odpisaniu ich wartości. Utworzenie odpisu zmniejszyło wynik operacyjny IV kwartału 2020 r. o 2,1 mln zł, a zysk netto o 1,7 mln zł.

– Miniony rok bardzo dobrze pokazał, że rozwój Grupy R22 jest napędzany zarówno przez działania organiczne, jak i akwizycje. Konsekwentne prace optymalizacyjne i rozwojowe w obszarze dotychczasowej działalności oraz skuteczna realizacja przejęć przyczyniły się do wypracowania rekordowych wyników. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.

W segmencie CPaaS Grupa osiągnęła 43,4 mln zł przychodów, czyli aż o 90 proc. więcej niż rok wcześniej. Znormalizowany wynik EBITDA wyniósł 8,9 mln zł i był o 50 proc. wyższy r/r. Od IV kwartału Grupa konsoliduje wyniki przejętej we wrześniu czeskiej spółki ProfiSMS, która w minionym kwartale osiągnęła 12,5 mln zł przychodów i 2,2 mln zł zysku EBITDA.

– Podwojenie przychodów w segmencie CPaaS to mniej więcej po równo efekt działań organicznych oraz akwizycji ProfiSMS. To pierwsza międzynarodowa akwizycja przeprowadzona przez Vercom. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, ze to był dobry krok, dlatego nie wykluczamy realizacji kolejnych przejęć. Chcemy też zwiększyć rentowność czeskiej spółki, głównie dzięki dodatkowej sprzedaży wyżej marżowych usług jak mail czy push. – komentuje Jakub Dwernicki.

W segmencie hostingu Grupa osiągnęła 22,8 mln zł przychodów, czyli o 6 proc. więcej niż rok wcześniej. Znormalizowany wynik EBITDA wyniósł 7,9 mln zł i był o 16 proc. wyższy r/r. W 2020 r. Grupa wprowadziła na rynek markę cyber_Folks, pod którą jest już ponad 100 tys. klientów. Dotychczas rebranding dotyczył marek Linuxpl.com oraz Hekko, w 2021 r. planowane jest dołączenie kolejnych marek.

– Wychodzimy poza schemat firmy hostingowej, w kierunku dostarczania dodatkowej wartości dla klienta. To podejście pokazaliśmy wprowadzając markę cyber_Folks na rynek. W tym roku będziemy ją dalej rozwijać, zastępując nią kolejne starsze marki. Pierwsze efekty tych działań widać w bardzo dobrych wynikach osiągniętych w całości dzięki działaniom na dotychczasowej grupie klientów oraz organicznego pozyskania nowych klientów. W perspektywie najbliższych kwartałów chcemy utrzymać podobne tempo wzrostu organicznego, nie wykluczamy też akwizycji. – dodaje Dwernicki.

Marka cyber_Folks została wprowadzona na bazie działalności prowadzonej pod znakami towarowymi Linuxpl.com (od kwietnia 2020 r.) oraz Hekko.pl (od października 2020 r.). Konsekwencją decyzji o ograniczeniu dalszego promowania tych marek jest utworzenie częściowego odpisu wartości znaków towarowych Linuxpl.com oraz Hekko.pl. Utworzenie odpisu zmniejszy zysk operacyjny Grupy R22 o 2,1 mln zł oraz zysk netto o niecałe 1,7 mln zł. Odpis nie ma wpływu na wynik EBITDA i z uwagi na charakter niegotówkowy nie ma wpływy na przepływy pieniężne.

Jesteśmy spółką technologiczną, a nasza działalność jest mocno związana z rynkiem e-commerce. Wspieramy przedsiębiorców w obecności w internecie oraz cyfryzacji i automatyzacji procesów biznesowych, w szczególności związanych z kontaktem z klientem. Sprzyjają nam trendy rynkowe i zmiana przyzwyczajań konsumentów. Co ważne, to przyśpieszenie widocznych od lat trendów. Chcemy dalej je skutecznie wykorzystywać i rozwijać się korzystając z obu sił napędowych. – puentuje Jakub Dwernicki.

(tys. zł) 12M 2019 12M 2020 Zmiana Q4 2019 Q4 2020 Zmiana
01.01.2019-31.12.2019 01.01.2020-31.12.2020 01.09.2019-31.12.2019 01.09.2020-31.12.2020
Przychody ze sprzedaży 169 530 222 724 31% 47 752 70 863 48%
EBIT 31 642 40 993 30% 8 770 10 841 24%
Skorygowana EBITDA1) 48 625 61 357 26% 13 643 18 160 33%
Koszty transakcyjne 1 505 1 027 -32% 531 734 38%
Zysk netto przypadający na akcjonariuszy jedn. dom. 13 763 20 469 49% 3 626 3 997 10%
Odpis z tyt. utraty wartości znaków towarowych z uwzględnieniem tarczy podatkowej 0 1 673 0 1 673
Skorygowany zysk nett dla akcjonariuszy jedn. dom.2) 13 763 22 142 61% 3 626 5 670 56%
  • Skorygowana EBITDA nie uwzględnia kosztów transakcyjnych.
  • Skorygowany zysk netto nie uwzględnia odpisu z tytułu utraty wartości znaków towarowych, z uwzględnieniem tarczy podatkowej.

Walka ze smogiem za pomocą kija i marchewki. W Polsce konieczne jest jedno i drugie!

Od 1 lipca 2021 r. rozpocznie się rejestracja źródeł ogrzewania w Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków (CEEB). Kto nie poinformuje, czym ogrzewa swój dom lub mieszkanie, zapłaci grzywnę. Ale przewidziana jest też i nagroda – dofinansowanie termomodernizacji.

Każdy właściciel budynku lub jego zarządca powinien zapamiętać tę datę – 1 lipca 2021 r. Od tego dnia zacznie obowiązywać nakaz składania deklaracji „o użytkowanych źródłach ciepła i spalania paliw”.

Pełniąca obowiązki głównego inspektora nadzoru budowlanego Dorota Cabańska poinformowała 15 marca 2021 r. na konferencji prasowej, że do 30 czerwca zostanie w tym celu uruchomiona Centralna Ewidencja Emisyjności Budynków. Będą w niej gromadzone informacje na temat ogrzewania wszystkich budynków w Polsce. Jest ich ok. 5 mln.Czy ogrzewamy domy

 

Utworzenie Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków jest dobrym pomysłem. Przede wszystkim, rząd i samorządy będą wiedziały, jaki jest stan techniczny budynków oraz czym są one ogrzewane. Dzięki temu łatwiej będzie przygotować odpowiednie programy wsparcia termomodernizacji. Przypomnę, że w ramach programu Czyste Powietrze rząd chce przeznaczyć na ten cel ponad 100 mld zł.

Do CEEB ma być wpisywanych dużo więcej informacji, np. to, z jakich programów wsparcia korzystał właściciel danego budynku. Chodzi o to, żeby uniknąć wielokrotnego dofinansowania tych samych przedsięwzięć. Np. na wymianę kotła grzewczego lub okien właściciel budynku może obecnie dostać pieniądze w ramach różnych programów pomocowych, bo udzielające takiego wsparcia instytucje nie są w stanie tego zweryfikować.

Ponadto z CEEB będzie się można dowiedzieć, czy właściciel domu lub mieszkania korzysta z dodatku mieszkaniowego, dodatku energetycznego albo zasiłku na ogrzewanie. Przekonujące jest wyjaśnienie rządu, że tego typu dane umożliwią identyfikację budynków zamieszkiwanych przez potencjalne osoby ubogie energetycznie. Ubóstwo energetyczne oznacza, że taka osoba stoi przed dylematem: ciepły kaloryfer czy jedzenie lub leki. Według Instytutu Badań Strukturalnych, skala ubóstwa energetycznego w naszym kraju jest ogromna. Dotyka ono najczęściej właścicieli domów jednorodzinnych w małych miejscowościach. Mogą oni liczyć, że ich rachunki za ogrzewanie radykalnie spadną, bo państwo i gmina sfinansują niemal w całości termomodernizację domu i wymianę tzw. kopciucha na nowoczesny kocioł grzewczy.  Rząd słusznie zwraca uwagę, że smog i zanieczyszczenie powietrza są ściśle związane ze zjawiskiem ubóstwa energetycznego.Struktura zużycia energii

Deklarację „o użytkowanych źródłach ciepła i spalania paliw” będzie można złożyć w urzędzie gminy w formie papierowej lub wypełniając elektroniczny formularz w Internecie. Właściciele i zarządcy już istniejących domów i mieszkań dostali rok na dopełnienie tej formalności. Ci, którzy zaczną ogrzewać nowo wybudowane albo zmienią sposób ogrzewania, na złożenie deklaracji będą mieli 14 dni. Nie warto lekceważyć tego obowiązku, bo grozi za to grzywna w wysokości do 500 zł. W razie odmowy przyjęcia mandatu sprawa trafi do sądu, a wówczas grzywna może być nawet dziesięciokrotnie wyższa.

Co ważne, grzywna za przekroczenie terminu nie będzie nakładana z automatu. W ustawie wprowadzono możliwość zastosowania tzw. czynnego żalu. Chodzi o to, że kara upiecze się temu, kto zdąży złożyć deklaracje, zanim wójt, burmistrz lub prezydent miasta „poweźmie wiadomość o popełnieniu wykroczenia”. W praktyce można się więc spodziewać, że urzędnicy „przypomną” o obowiązku złożenia deklaracji, zanim wystawią mandat.

Takie sankcje wydają się konieczne. W przeciwnym razie najprawdopodobniej nie wszyscy właściciele domów ogrzewanych tzw. kopciuchami, zechcieliby to ujawnić. Niestety, palenie śmieci, w tym różnego rodzaju tworzyw sztucznych, jest w naszym kraju popularnym sposobem „domowej utylizacji”. Może o tym świadczyć przykład podkrakowskiej gminy Wielka Wieś. Jej wójt Krzysztof Wołos opowiadał, że w 2019 r. gmina postanowiła zinwentaryzować wszystkie budynki właśnie pod kątem ogrzewania. Stosowną ankietę zgodziło się wypełnić dobrowolnie aż 90% właścicieli budynków. Pozostali odmawiali tłumacząc to m.in. brakiem podstawy prawnej.

Tym, którzy kontestują tego rodzaju rozwiązaniu przypomnę dramatyczne statystyki pokazujące skutki zanieczyszczenia powietrza w naszym kraju. Jak ocenia Europejska Agencja Środowiska w Polsce z powodu smogu umiera rocznie ok. 46 tys. osób. Mniej więcej tyle samo ofiar pochłonęła do tej pory pandemia COVID-19.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Pobrexitowy spór i drażliwy temat szczepionek

Niezdecydowanie przebija się z handlu na rynkach finansowych w oczekiwaniu na serię ważnych wydarzeń. Kolejna zielona sesja na Wall Street wczoraj wlewa optymizm w inwestorów, ale na boku uwagę przyciąga pobrexitowy spór i wątpliwości wokół jednego rodzaju szczepionki w Europie.

Od strony stricte rynkowych czynników mamy posuchę, co przynosi błądzenie cen aktywów. Giełdy realizacją umiarkowane wzrosty w oparciu o optymizm dotyczący ożywienia globalnego, ale pisząc to nie wiadomo który już raz sam przyznaję, że jest to uniwersalna wymówka, by kupować akcje, jeśli nie ma innego katalizatora. Cofnięcie rentowności 10-latek USA do 1,59 proc. także można uznać za argument za nieuciekaniem od ryzykownych aktywów. Ale na FX zmiany są bardziej szumem niż czymkolwiek więcej. Wystarczy powiedzieć, że w przestrzeni G10 nietypową parą najbardziej zyskujących są dolar nowozelandzki i frank szwajcarski. Inwestorzy niewątpliwe nie angażują się w poważniejsze decyzje inwestycyjne, czekając na impulsy z kluczowych wydarzeń tego tygodnia – posiedzenie FOMC w środę, ale też Norges Bank i Bank Anglii w czwartek oraz Bank Japonii w piątek.

Zmora brexitu przypomina o sobie, co na rynku pozbawionym kierunku jest pretekstem dobrym, jak każdy inny, by wywierać lekką presję na funta. UE rozpoczyna postępowanie prawne przeciwko Wielkiej Brytanii w związku z „naruszeniem umowy brexitu” po tym, jak Londyn oświadczył, że od 1 kwietnia tymczasowo odstąpi od wymagania dodatkowych dokumentów celnych przy przesyłaniu żywności między Wielką Brytanią a Irlandią Północną. Biorąc pod uwagę, że Irlandia Północna otrzymała specjalne traktowanie w ramach brexitu dla zachowania spójności wyspy Irlandii, Morze Irlandzkie jest z punktu handlowego granicą między Wielką Brytanią a UE. Jakkolwiek postepowanie prawne brzmi niepokojąco, Komisja Europejska wciąż wyciąga rękę dla polubownych rozmów, więc nie wdziałbym w sporze istotnego czynnika ryzyka dla funta. A bynajmniej nie takiego, który przesłoniłby główny czynnik wspierający GBP w ostatnim czasie, tj. wysokie tempo szczepień przeciw COVID-19, dużo większe niż w UE.

A temat szczepionek staje się drażliwy na kontynencie wraz z rosnącą liczbą państw (już 15), które wstrzymują wykorzystanie szczepionki AstraZeneca po doniesieniach o przypadkach zakrzepicy żył mózgowych u pacjentów. Brak jest jednoznacznych dowodów, że istnieje związek między szczepionką i schorzeniem, a Światowa Organizacja Zdrowia twierdzi, że nie ma powodu, by wstrzymywać szczepienia. Intersujące, że rządy w Europie decydują się na działania prewencyjne, podczas gdy np. Australia nie widzi zagrożenia. Niewykluczone, że polityka wkrada się w proces szczepień, a wątpliwości wokół szczepionki AZ są idealną wymówką dla rozczarowującego tempa szczepień na kontynencie. Europejska Agencja Leków ma w czwartek wydać opinię i prawdopodobnie nie zabroni użycia szczepionki AZ, co powinno zakończyć ten mini-kryzys. Przynajmniej euro nie odczuwa szczególnej presji z tego tytułu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Optymalizacja kosztów i generowanie dodatkowych źródeł dochodu jednym z powodów wyboru technologii cloud

Liderzy rynkowi zgodnie twierdzą, że chmura publiczna jest rozwiązaniem, które stało się standardem, a wdrożenie tej technologii w przedsiębiorstwie zmienia sposób jego funkcjonowania w wielu obszarach. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte i ICAN Institute „Chmura publiczna w Polsce” przygotowanym przy wsparciu merytorycznym Google Cloud, migrację do chmury w polskich firmach najczęściej inicjują dyrektorzy IT. Z kolei najbardziej sceptyczni są prezesi (31 proc.) i dyrektorzy finansowi (15 proc.). Eksperci wskazują jednak, że to właśnie CFO mogą być jednymi z największych beneficjentów wdrożenia tej technologii. Ponad połowa badanych zadeklarowała, że korzystanie z chmury może przynieść oszczędności na poziomie 5-15 proc.

Z raportu wynika, że zarządy firm zdają sobie sprawę z korzyści płynących z chmury, natomiast ich wiedza w tym obszarze jest dość powierzchowna. Od decyzji dotyczącej wdrożenia powstrzymują ich różne bariery, nie zawsze mające pokrycie w rzeczywistości. CIO (dyrektorzy działów IT), którzy nie korzystają z chmury publicznej wskazali, że najczęstsze przeszkody w implementacji to niższe bezpieczeństwo (43 proc.), trudności w integracji systemów i danych (38 proc.), a także złożoność architektury w chmurze (37 proc.).

Warto zaznaczyć, że 32 proc. ankietowanych obawia się wzrostu kosztów w trakcie wdrożenia – efektu tzw. bańki migracyjnej. Obserwacja rynku oraz doświadczenia projektowe pozwalają nam jednak stwierdzić, że dobrze przygotowane i prawidłowo przeprowadzone procesy implementacji tej technologii gwarantują relatywnie szybki zwrot z inwestycji, a dzięki wdrożeniu chmury firma może się dalej rozwijać. Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu wynika, że z pomocą technologii cloud przedsiębiorstwom udało się usprawnić wiele procesów, co przyczyniło się także do zwiększenia ich przychodów  – mówi Marcin Knieć, dyrektor w zespole Cloud Engineering, Deloitte.

Szereg korzyści

Z raportu wynika, że w opinii szefów IT najbardziej sceptyczny względem wdrożenia chmury jest prezes (31 proc.), a w nieco mniejszym stopniu dyrektor finansowy (15 proc.) i operacyjny (7 proc.) Badanych zapytano również, co skłoniło ich do inwestycji w chmurę. 54 proc. CIO wskazało, że przekonało ich zwiększenie skalowalności i dostępności do mocy obliczeniowych. Ponad połowa zdecydowała się na wdrożenie, zachęcona optymalizacją kosztów oraz swobodnym zarządzaniem dostępem do aplikacji i mocy obliczeniowych w chmurze. Jak zaznaczają eksperci Deloitte, na początku drogi firmy oczekują optymalizacji kosztowej, jednak aspekt finansowy istotnie traci na ważności przy kolejnych wdrożeniach.

Aż 82 proc. badanych wskazuje, że przyjęcie rozwiązania wpłynęło na wzrost innowacyjności ich firmy. Wśród korzyści migracji do chmur podawano najczęściej skalowalność i elastyczność infrastruktury (68 proc.), a także uproszczenie zarządzania tym obszarem (50 proc.). Prawie połowa wskazała na oszczędność kosztów.

Prawie połowa dyrektorów finansowych, którzy wzięli udział w webinarach Deloitte poświęconych technologiom chmurowym stwierdziła, że chmura będzie miała kluczowe znaczenie dla wydajności ich organizacji finansowych w ciągu dwóch najbliższych lat. Niewątpliwą zaletą wykorzystania chmury z perspektywy CFO jest uniknięcie jednorazowych, znacznych inwestycji i rozłożenie wydatków na dłuższy okres w formie opłaty subskrypcyjnej. 14 proc. ankietowanych jako zaletę korzystania z tej technologii podało również zmianę modelu kosztów z CAPEX, czyli wydatków kapitałowych na OPEX – wydatki operacyjne – mówi Paweł Spławski, partner, lider programu CFO w Deloitte.

Eksperci Deloitte zwracają uwagę, że w tym przypadku należy wziąć pod uwagę rodzaj podpisywanej umowy. Niektóre typy usług chmurowych mogą być sklasyfikowane jako usługi leasingu i w rezultacie prowadzić do ich ujęcia w bilansie podobnie do CAPEX.

Nie wszystkie dane już w chmurze

Z raportu Deloitte wynika, że ponad połowa firm rozwija chmurę publiczną głównie we własnym zakresie, z niewielkim wsparciem zewnętrznego dostawcy. Co trzecia firma potrzebowała wyraźnie większej

pomocy, a tylko 15 proc. poradziło sobie z tym procesem całkowicie samodzielnie.

Warto oprzeć się na doświadczeniach i współpracy z zewnętrznymi partnerami już na wczesnych etapach. Sukces, także finansowy, wdrożenia technologii chmurowych zależy głównie od prawidłowo przeprowadzonych procesów zarządzania zmianą w obszarze organizacyjnym oraz ludzkim, a także prawidłowej identyfikacji obszarów prawnych i podatkowych, o które należy zadbać już na etapie negocjowania umów. Jeśli w chmurze mają być przetwarzane dane osobowe, w szczególności dane klientów instytucji finansowych, proces wdrożenia może stanowić jeszcze większe wyzwanie ze względu na wymogi regulacyjne dotyczące ochrony konsumenta i jego danych osobowych, a także wymogi z zakresu cyberbezpieczeństwamówi Mateusz Ordyk, radca prawny, partner w kancelarii Deloitte Legal.

Zdecydowana większość firm (73 proc.), które już korzystają z chmury publicznej, przechowuje w niej tylko jedną piątą swoich danych. Tylko nieliczne (2 proc.) przeniosły do niej ponad połowę, a były to najczęściej rozwiązania biurowe (54 proc.), środowiska zapasowe do systemów IT, kopie zapasowe i archiwizacja danych (48 proc.)

W najbliższych trzech latach aż 59 proc. dużych firm zamierza przenieść do chmury systemy finansowo-księgowe. Oznacza to, że dyrektorzy finansowi staną się bezpośrednimi beneficjentami takiej migracji. Wraz z wdrożeniem nowego systemu w chmurze, usprawnieniu i automatyzacji mogą ulec procesy podatkowe w organizacji, co w efekcie pozwoli znacząco usprawnić działanie pionu finansowo-księgowego oraz ograniczyć ryzyko wystąpienia błędów w obszarze rozliczeń podatkowych. Daje to większy komfort Członkom Zarządów i CFO, na których ciąży ryzyko odpowiedzialności osobistej za nieprawidłowości w  obszarze podatkowym – mówi Anna Rączkowska, Dyrektor w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Tylko co trzecia firma (33 proc.) nie była w stanie określić wielkości oczekiwanych oszczędności z migracji do chmury publicznej. Połowa (56 proc.) zakładała oszczędności na poziomie 5–15 proc., przy czym zdecydowana większość (89 proc.) ten cel zrealizowała. Należy jednak zwrócić uwagę, że oszczędności płynące z chmury uzyskane w pierwszym okresie wdrożeń to dopiero początek spodziewanych korzyści finansowych. W kolejnych, bardziej dojrzałych etapach wykorzystania cloud computing, oprócz dalszych optymalizacji kosztowych należy zakładać wzrost przychodów oraz zysków płynący z nowych źródeł przychodów czy dalszych optymalizacji procesów biznesowych w organizacji.

Aż 77 proc. badanych stwierdziło, że skutek wdrożenia chmury przekroczył ich oczekiwania, a co dziesiąty (10 proc.), że przekroczyło je w sposób znaczny. Niemal wszyscy są zadowoleni z efektów optymalizacji kosztów (92 proc.), skalowalności struktury (92 proc.), zwiększenia bezpieczeństwa (87 proc.), standaryzacji infrastruktury (91 proc.) i zwiększenia szybkości działania IT (95 proc.).

Jak zadbać o najważniejsze potrzeby pracowników?

Według popularnej teorii z obszaru motywacji chętnie podejmujemy się aktywności, które pozwalają nam zaspokoić  trzy fundamentalne potrzeby. Mówiąca o tym teoria autodeterminacji jest powszechnie wykorzystywana, m.in.: przy projektowaniu gier komputerowych, promowaniu prozdrowotnych zachowań czy też budowaniu angażujących programów edukacyjnych. Badaczki z Uniwersytetu SWPS i Uniwersytetu Gdańskiego na przykładzie jednej z polskich firm pokazały, jak korzystając z założeń teorii autodeterminacji można wzmacniać poczucie sensu pracy pracowników i jednocześnie nieść korzyść lokalnym społecznościom.

Autonomia, kompetencja i relacje – to elementy, które są niezbędne do odczuwania wewnętrznej motywacji[1]. W kontekście zawodowym autonomia oznacza, że pracownik zamiast czuć się jedynie trybikiem w organizacyjnej maszynerii, ma wpływ na sposób wykonywanej przez siebie pracy i swobodnie wyraża własne zdanie. Zaspakajanie potrzeby kompetencji wiąże się z posiadaniem odpowiednich zasobów do wykonywania powierzonych zadań, a także z możliwością rozwoju i nabywania nowych umiejętności. Potrzeba relacji może natomiast zostać zaopiekowana, gdy pracownik czuje, że w pracy jest częścią większej całości i otaczają go życzliwe i pomocne osoby. Poszukując pozytywnych praktyk organizacyjnych, badaczki odkryły, że wolontariat pracowniczy może być dobrym narzędziem do wzmacniania poczucia sensu wśród pracowników, o ile zaprojektuje się go tak, że pozwala spełniać te trzy fundamentalne potrzeby. Psycholożki swoje wnioski zaprezentowały na podstawie studium przypadku jednej z polskich firm produkcyjnych, analizując filmy employer brandingowe oraz prowadząc wywiady z pracownikami różnych szczebli organizacyjnych tj. pracownikami fizycznymi, biurowymi oraz managerami.

Co daje wolontariat?

W badanej organizacji pracownicy byli odpowiedzialni za opracowanie zasad funkcjonowania wolontariatu, który wspiera lokalną społeczność i środowisko. Każdy z pracowników ma możliwość zgłosić swój pomysł na konkretne działania pomocowe. Przykładem realizowanych akcji jest np.: odnawianie mieszkania potrzebującej rodzinie, organizowanie korepetycji dla dzieci mających trudności w nauce czy dbanie o tereny zielone i sadzenie drzew. Pracownicy mogą organizować i wybierać działania, które są spójne z ich wartościami i mocnymi stronami, co łączy się z poczuciem wpływu i zaspokajaniem potrzeby autonomii. Opisując działania wolontaryjne, pracownicy często podkreślali, że mogą wykorzystywać posiadane przez siebie umiejętności i doceniać dotychczasowe doświadczenia np. umiejętność przeprowadzenia remontu oraz rozwijać nowe kompetencje, np. organizować eventy. Dzięki temu, że udzielana pomoc wiąże się z konkretną aktywnością i możliwością obserwowania efektów swoich działań, pracownicy wzmacniają swoje poczucie sprawstwa. Jest to ważny i skuteczny aspekt wolontariatu pracowniczego, odróżniający go od popularnych akcji polegających na zbiórce pieniędzy. W analizowanym przypadku potrzeba relacji jest wzmacniana przez pracowników dzięki możliwości bezpośredniego kontaktu z odbiorcami pomocy, ale też wspólnemu, drużynowemu działaniu. Osoby biorące udział w wywiadach często podkreślały, że doceniają możliwość wspólnego celebrowania sukcesów w pomaganiu, ale też udzielania sobie wsparcia w sytuacjach trudnych. Wspólne pomaganie budowało tożsamość zespołową – dla pracowników ważne było to, że jako pracownicy są w stanie razem realizować znaczące cele.

Choć wolontariat pracowniczy może być przykładem działań CSR-owych, w ramach których firmy budują swój pozytywny wizerunek na zewnątrz, przeprowadzone badanie pokazało pozytywne skutki takiej aktywności dla samych pracowników. W innym projekcie badawczym Malwina Puchalska-Kamińska wraz z dr Agnieszką Czerw i dr Martą Roczniewską wykazały, że budowanie poczucia sensu pracy wiąże się przekonaniem pracowników, że moja praca jest dobra dla mnie (pozwala mi się rozwijać i wykorzystywać moje zasoby), ale też przynosi korzyść „czemuś większemu” np. społeczności lokalnej czy środowisku naturalnemu. Badaczki podkreślają, że dobrze zaprojektowany wolontariat pracowniczy może służyć zarówno szczytnym celom, ale też korzystnie oddziaływać na motywację i poczucie sensu pracy pracowników.

***

Opisywana analiza przypadku została opublikowana w trybie open access w BMC Research Notes.

Link do publikacji:

https://bmcresnotes.biomedcentral.com/articles/10.1186/s13104-020-05432-4

[1] Teoria autodeterminacji, Deci i Ryan.

Krajowy Plan Odbudowy musi być konsultowany z samorządami i przedsiębiorcami

W ostatnich dniach wiele dyskutuje się o tym, jaki kształt powinien przybrać Krajowy Plan Odbudowy oraz jakie priorytety powinny zostać obrane, by spełnić oczekiwania przedsiębiorców. Celem planu odbudowy jest poprawa sytuacji gospodarczej po wyniszczającym czasie pandemii koronawirusa. Jak mówią eksperci obecne założenia należy oceniać pozytywnie, ale nadal brakuje konkretów, które pozwolą na stwierdzenie, że Krajowy Plan Odbudowy będzie sprawiedliwie sprzyjać przedsiębiorcom.

Przedsiębiorcy potrzebują konkretniejszych informacji

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie jest zainteresowana aktywnym uczestniczeniem we wszelkich pracach oraz konsultacjach związanych z Krajowym Planem Odbudowy. Wiele wskazuje na to, że do Polski jeszcze w 2021 roku może trafić ogromna pula środków europejskich, które mają być przeznaczone na niwelowanie gospodarczych skutków wyniszczającego czasu pandemii koronawirusa. Przedstawione przez Premiera Mateusza Morawieckiego założenia zakładają oparcie Krajowego Planu Odbudowy na pięciu filarach: poprawa konkurencyjności gospodarki, cyfryzacja, mobilna i inteligentna Polska, sprawny sektor zdrowia oraz zmiany w zakresie klimatu. Jak mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk filary nie budzą kontrowersji. Brakuje jednak wciąż konkretów, które pozwolą przedsiębiorcom na odnalezienie się w zarysie całej strategii na wychodzenie z covidowego kryzysu.

– Podzielam obawy samorządowców i znacznej części przedsiębiorców, że Krajowy Plan Odbudowy ubrany został w bardzo zgrabne ogólniki, bez przedstawienia konkretnych informacji jak wyglądać będzie dystrybucja środków finansowych pomiędzy filary czy tego, kto konkretnie będzie mógł skorzystać z pieniędzy, które trafią do Polski. Jesteśmy świadomi, że nie wszystkie pieniądze trafią do przedsiębiorców w formie pożyczek czy dotacji, ale pojawiają się już pytania od przedsiębiorców: czy my w ogóle zakwalifikujemy się do pomocy czy będzie ona wpompowana do budżetu Państwa? – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk. – Unia Metropolii Polskich przygotowała komunikat w którym apeluje o to, by głos samorządowców był bardziej wysłuchiwany w procesie tworzenia Krajowego Planu Odbudowy. Przedsiębiorcy również zgłaszają akces do dyskusji o tym planie. Nie będzie dobrego planu odbudowy bez głosu i wiedzy przedsiębiorców oraz samorządowców – dodaje Hanna Mojsiuk.

  Samorząd to krwioobieg państwa. Pozbawiony sprawności doprowadzi do zawału

Jak mówi dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny to samorząd ma wpływ na nasze życie i decyduje o tym co dla nas najistotniejsze. Dlatego dziwi i zdumiewa traktowanie samorządu jako beneficjenta drugiej kategorii.

– Samorząd terytorialny jako organ w dużej mierze niezależny, samorządny i posiadający rozległe kompetencje jest często niewygodny, bo pozostaje poza kontrolą władz centralnych. Ale to samorząd reprezentując swoich mieszkańców, wie najlepiej co w danej gminie jest ważne i istotne. Jakie inwestycje i wsparcie jest potrzebne i najbardziej skuteczne. Jakie działania wpiszą się w strategię rozwoju i pozwolą być bardziej nowoczesnym, innowacyjnym i przyjaznym do życia miejscem. Samorząd to krwioobieg państwa. Pozbawiony sprawności doprowadzi do zawału – dodaje Dyrektor Wolny.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie zamierza aktywnie uczestniczyć w kreowaniu Krajowego Planu Odbudowy. Mamy nadzieje, że głos naszych przedsiębiorców będzie wysłuchiwany.

Globalny długoterminowy koszt wpływu pandemii na młodych to 44 biliony USD

Edukacja, rynek pracy i zdrowie psychiczne to trzy obszary, które w przypadku młodego pokolenia najsilniej odczują wpływ COVID-19. Krótkoterminowy koszt w skali całego świata to 1,7 biliona USD. Składają się na niego koszty walki z problemami psychicznymi (407 miliardów USD) i bezrobociem wśród młodych (1,3 biliona USD). Długoterminowe koszty wpływu pandemii na edukację i rynek pracy będą znacznie wyższe – szacowane są na 44 biliony USD. W kontekście zmniejszonego z powodu pandemii zwrotu z inwestycji w edukację, spodziewany jest spadek wynagrodzeń o 6,2 proc., który obejmie cały okres zatrudnienia młodego pokolenia, czyli ok. 45 lat. Z kolei długoterminowe oddziaływanie na rynek pracy to niższe przez 15 lat pensje młodych pracowników o 4 proc. względem „normalnych” czasów. To wnioski płynące z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Corona generation. Growing up in a pandemic”.

Koszty pandemii COVID-19 dla młodego pokolenia zostały przedstawione w podziale na
3 obszary: edukację, zdrowie oraz rynek pracy. Jak pokazała analiza, w krótkim okresie koszty wyniosą 1,7 biliona USD, a złożą się na to koszty ochrony zdrowia psychicznego oraz skutki wzrostu bezrobocia wśród młodych. Wśród szacowanych na 44 biliony USD kosztów długoterminowych najważniejszym elementem jest wynikający z ograniczenia dostępu do edukacji i obliczany na 21 bilionów USD spadek przyszłych dochodów mierzony na przestrzeni 45-letniej kariery zawodowej młodych pracowników. Drugą istotną składową są obliczane na 15,5 biliona USD koszty wzrostu trwałego bezrobocia, a także szacowane na 5,7 biliona USD koszty wynikające ze spadku wynagrodzeń młodych pracowników
w nadchodzącym 15-leciu.długoterminowy koszt wpływu pandemii na młodych

Strata edukacyjna sprawi, że postpandemiczny rynek pracy będzie mniej przyjazny

Strata edukacyjna spowodowana pandemią ma źródło przede wszystkim w takich czynnikach jak czasowe lub permanentne zamknięcie szkół, zdalne nauczanie będące
w świetle badań mniej skuteczną formą przekazywania wiedzy niż tradycyjne lekcje,
a także pogłębienie różnic edukacyjnych między gorzej sytuowanymi grupami społecznymi a tymi bardziej uprzywilejowanymi. Zależnie od kontekstu kulturowego,
w wybranych krajach i regionach większej straty edukacyjnej mogą doświadczyć młode kobiety.

Młodzi pracownicy zostali w szczególny sposób dotknięci skutkami koronakryzysu.
W 2020 r. ogólny wzrost bezrobocia na świecie wyniósł 3,7 proc., ale wśród młodych było to aż 8,7 proc. Wśród osób najbardziej narażonych w czasie kryzysu COVID-19 znajduje się 1,6 miliarda pracowników gospodarki nieformalnej. Stanowią oni połowę światowej siły roboczej i pracują w sektorach, w których odnotowano znaczną utratę miejsc pracy
i których przychody znacząco spadły. W 2020 r. całkowite koszty finansowe pandemii dla młodych ludzi sięgnęły 1,3 biliona USD, co odpowiada 1,5 proc. światowego PKB.

Szacuje się, że dzisiejsi przedstawiciele młodego pokolenia będą w przyszłości zarabiać
o ponad 6 proc. mniej w związku z reperkusjami pandemii. Szczególnie dotkliwej straty doświadczą osoby pracujące w gospodarkach o wysokich dochodach, gdzie utrata wartości bieżącej netto w zarobkach każdego roku wyniesie 750 USD. W przypadku gospodarek o średnich dochodach kwota ta wyniesie rocznie 420-510 USD, zaś w krajach o niskich dochodach 400 USD. Jeśli zsumujemy stratę w postaci niższych przyszłych płac młodych ludzi, to otrzymamy kwotę 465,8 mld USD w skali roku, co stanowi ponad 0,5% światowego PKB, zaś biorąc pod uwagę cały cykl życia zawodowego (45 lat), COVID-19 spowoduje, że młodzi ludzie będą zarabiać prawie 21 bilionów dolarów mniej. Co ciekawe, największej straty doświadczą absolwenci uczelni wyższych, w przypadku mężczyzn sięgnie ona 56 tys. USD, zaś w przypadku kobiet 43 tys. USD.

Kosztowne pogorszenie kondycji psychicznej

Oprócz pogorszenia sytuacji życiowej konkretnych jednostek oraz kosztów społecznych
z tego wynikających, spadek dobrostanu psychicznego niesie za sobą wymierne koszty ekonomiczne. Całkowity roczny wzrost kosztów spowodowanych rosnącymi problemami w sferze zdrowia psychicznego związanymi z COVID-19 wynosi 0,49% globalnego PKB, co przekłada się na kwotę 407 miliardów USD. Z tego 185,5 miliardów USD to bezpośrednie dodatkowe wydatki w sektorze opieki zdrowotnej, 79,6 mld USD stanowią koszty ponoszone na wzmocnienie programów zabezpieczenia społecznego, zaś dalsze 141,9 mld USD to koszty pośrednie będące skutkiem niższego zatrudnienia oraz spadku produktywności.

Na pogorszenie kondycji psychicznej młodego pokolenia wpływają głównie osłabienie ich szans na rynku pracy, spadek perspektyw stabilnego zatrudnienia, skutki izolacji społecznej i stres wynikający z potencjalnych skutków zarażenia koronawirusem. Gorszy start na rynku pracy tworzy z kolei ryzyka społeczne w postaci spadku liczby zawieranych małżeństw, wzrostu liczby rozwodów, obniżonej dzietności, sprzyja także wzrostowi patologii społecznych, na czele z przestępczością czy alkoholizmem. Ponadto, możemy zaobserwować kilka innych problemów związanych z systemem opieki zdrowotnej. Należą do nich przede wszystkim dostęp do specjalistów (psychiatrów, psychologów
i terapeutów), liczba opuszczonych hospitalizacji pacjentów chorych psychicznie oraz negatywny wpływ COVID-19 na jakość terapii osób z zaburzeniami psychicznymi. Koszty COVID-19 w obszarze zdrowia psychicznego wahają się w zależności od regionu i wynoszą 0,53% PKB na Bliskim Wschodzie i w Afryce, 0,52% PKB w Azji Wschodniej i Pacyfiku, 0,49% PKB w Europie i Azji Środkowej, 0,44% PKB w Ameryka Północna, 0,41% PKB w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach oraz 0,38% PKB w Azji Południowej.

Jak złagodzić skutki koronakryzysu dla młodych?

Chociaż całkowite zniwelowanie kosztów pandemii COVID-19 i jej wpływu na sytuację młodych ludzi będzie niemożliwe, to jednak można wskazać szereg działań, których wdrożenie pozwoli złagodzić negatywne skutki koronakryzysu. Po pierwsze, kluczowe będzie podniesienie nakładów na edukację oraz towarzyszący im program wyrównywania strat w wiedzy, umiejętnościach i kwalifikacjach młodego pokolenia. Jest to warunek konieczny przyszłej konkurencyjności młodych ludzi na rynku pracy. Ponadto, ważne jest zwiększenie strumienia środków przeznaczanych na zdrowie psychiczne. Lawinowy wzrost problemów psychicznych wynikających z sytuacji pandemicznej wśród młodych ludzi pokazał, że aby uniknąć efektu straconego pokolenia niezbędne jest wzmocnienie nie tylko tych segmentów ochrony zdrowia, które zajmują się bezpośrednio pacjentami zakażonymi COVID-19, ale także tych oferujących wsparcie w zakresie zdrowia psychicznego.

Niezbędna jest dalsza antycykliczna polityka gospodarcza w postaci stymulacji fiskalnej nakierowanej na zmniejszenie poziomu bezrobocia wśród młodych ludzi. W tym pakiecie powinny znaleźć się takie działania jak dofinansowanie wynagrodzeń, wydłużone bezpośrednie wsparcie dla przedsiębiorstw oraz aktywne polityki rynku pracy wspierające kształtowanie takich umiejętności, na jakie aktualnie jest zapotrzebowanie. To pozwoli uniknąć negatywnych efektów długotrwałego bezrobocia zarówno dla całej gospodarki,
w postaci osłabienia przyszłego odbicia, jak i szoku dla młodego pokolenia wchodzącego w życie społeczne i zawodowe. Rządy powinny skupić się na tworzeniu podwalin pod przyszłą odporność gospodarki na różnego rodzaju szoki
– mówi Krzysztof Kutwa, analityk zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego, autor raportu.

Kobieta na rynku pracy – jak zmienił się rynek pracy dla kobiet od momentu pojawienia się pandemii

HR, handel, obsługa klienta, marketing i część stanowisk w IT – to tutaj w ciągu minionego roku kobiety najczęściej znajdowały zatrudnienie. Najtrudniej było im natomiast znaleźć pracę w obszarach szczególnie dotkniętych przez pandemię, czyli w branży lotniczej czy gastronomii.

O tym, jak zmienił się rynek pracy dla kobiet od momentu pojawienia się pandemii i związanych z nią ograniczeń, mówi wspólna analiza szkoły programowania online Kodilla.com i międzynarodowej agencji zatrudnienia Randstad. Grupę badawczą stanowiło 10 tys. pań, a zestawienie objęło okres od marca 2020 do lutego 2021, a także analogiczny przedział rok wcześniej (marzec 2019 – luty 2020), gdy jeszcze nikt nawet nie wyobrażał sobie tego, co nastąpi w najbliższej przyszłości. Jak mówi Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy Randstad Polska, analiza przyniosła nowe spojrzenie na cały rynek pracy pokazując, w których branżach kobiety częściej niż przed pandemią zdobywały zatrudnienie.

Gdzie kobiety najchętniej szukają pracy?

Z badań Randstad i Kodilla.com wynika, że w okresie od marca 2020 do lutego 2021, na stanowiska w branży HR aplikowało aż 89% kobiet więcej niż jeszcze rok wcześniej.  – To sektor, który i tak jest mocno sfeminizowany, jednak to nie obecność kobiet jest tu najciekawsza, lecz aktywność tej branży w pandemicznej rzeczywistości. Większe zapotrzebowanie na rekruterów oznacza bowiem więcej procesów rekrutacyjnych, co optymistycznie świadczy o kierunku, w którym zmierza polski rynek pracy – tłumaczy Mateusz Żydek.

Poza tym, oprócz sektora HR, panie częściej niż w przed pandemią decydowały się na zatrudnienie przede wszystkim w handlu (szczególnie na stanowiskach zdalnych związanych z e-commerce), a także w sprzedaży (z możliwością pracy online) i marketingu, głównie digitalowym.

To kolejne potwierdzenie ogromnej roli, jaką nowe technologie odegrały w naszym życiu w ciągu ostatniego roku. Najmniejsze szkody pandemia wyrządziła bowiem w sektorach mocno scyfryzowanych. Widać to na przykładzie branży IT, która jako jedna z niewielu – mimo pandemii – notowała wzrosty – mówi Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com, przywołując najnowszy raport Gartnera, zgodnie z którym światowe wydatki na ten sektor mają w 2021 roku wynieść 3,2 biliona dolarów, czyli o 6% więcej niż w roku ubiegłym.

Jak dodaje Magdalena Rogóż, 2020 rok przyniósł także wzrost zainteresowania pań branżą IT – liczba aplikacji na oferty, szczególnie na IT managerki oraz specjalistki DevOps, wzrosła kilkukrotnie w stosunku do analogicznego okresu w 2019, a odsetek kobiet uczestniczących w kursach programowania – zwiększył się o 10%.

Zwykle kobiety stanowią ok. 30% naszych kursantów. Tymczasem od momentu luzowania obostrzeń COVID-owych i odmrażania wielu procesów rekrutacyjnych, systematycznie rośnie, obecnie klarując się na poziomie ponad 40% – tłumaczy Magdalena Rogóż.

Z badania Randstad wynika ponadto, że od marca 2020 roku kobiety większą uwagę zaczęły kierować w stronę obszarów związanych z rynkiem badań medycznych i medycyny. Spadły natomiast aplikacje w sektorach, które zostały szczególnie dotknięte przez pandemię (branża lotnicza, gastronomia), ale także w obszarze finansów, poza controllingiem (kontrola budżetowa firm), gdzie kobiety nadal chętnie aplikowały.

TOP 10 najczęściej wybieranych stanowisk pracy przez kobiety

(źródło: Randstad, 03.2020-02.2021)

  1. HR (specjalista)
  2. HR (asystent)
  3. Sprzedaż (asystent)
  4. Marketing (specjalista)
  5. Handel (manager)
  6. IT (inżynier DevOps)
  7. Handel (asystent)
  8. Finanse (kontroler)
  9. Kadry i płace (specjalista)
  10. IT (manager)

Polki ostrożne w wyborze nowego zawodu

Dziś niemal trzy czwarte pracujących w biznesie Polek obawia się o dalszy rozwój kariery zawodowej, a ponad połowa ankietowanych ma wątpliwości odnośnie kontynuowania rozwoju zawodowego u obecnego pracodawcy, jak wynika z najnowszego raportu Deloitte „Wpływ pandemii na perspektywy rozwoju zawodowego kobiet w biznesie”. Problemem jest tradycyjne obciążenie kobiet pracą na dwóch etatach: służbowym i prywatnym, co pandemia jeszcze bardziej zaostrzyła.

Tę tendencję widać m.in. na przykładzie pań zapisujących się na szkolenia z programowania. Jak mówi Magdalena Rogóż z Kodilla.com dziś to głównie specjalistki, które wcześniej zajmowały stanowiska managerskie, pracowały w marketingu lub jako graficzki. W kontekście marzeń o karierze w IT są jednak znacznie ostrożniejsze niż mężczyźni i zanim ostatecznie podejmą decyzję o przekwalifikowaniu, dobrze się do tego przygotowują.

Panowie są skłonni znacznie szybciej zmienić zawód, z kolei panie szukają możliwości na tyle elastycznych, aby nie musiały porzucać dotychczasowego trybu życia. Część z nich, zapisując się na nasze szkolenia, jest na urlopach macierzyńskich. Nie chcą wracać do obecnej pracy, ale nie chcą się też zwalniać, nie mając niczego pewnego w zamian. Wykorzystują czas, który mają na naukę nowych umiejętności, czyli w tym przypadku programowania – tłumaczy Magdalena Rogóż.

Pandemia szansą na lepszą pracę?

Jak wynika z raportu Deloitte, aż 78% badanych Polek pracuje w biurze rzadziej niż kiedyś. Przy czym 42% pracowało stacjonarnie przed pandemią przez minimum jeden dzień w tygodniu, a po jej wybuchu przeszło w pełni na pracę z domu. Dziś zdalnie na cały etat pracuje 43% ankietowanych, gdy wcześniej było to zaledwie 4%.

Według Klaudii Jarych – Konsultantki Zmiany Zawodowej i współtwórczyni portalu Dookoła Pracy, to ogromna szansa dla osób, które od dawna zastanawiają się nad tym, by coś zmienić w swoim zawodowym życiu.

Pandemia nie tylko nie jest przeszkodą na tej drodze, ale wręcz może być bodźcem do redefiniowania swojego pomysłu na siebie i bardziej świadomych wyborów. Dzięki temu, że większość firm pracuje teraz zdalnie, pojawiło się też więcej możliwości na znalezienie zatrudnienia poza miejscem stałego zamieszkania. To czas na wsłuchanie się w nasze wartości, uświadomienie sobie swoich przewag konkurencyjnych, jak i stworzenie planu uzupełnienia luk w kompetencjach – przekonuje Klaudia Jarych, która prowadzi konsultacje i szkolenia dla osób myślących o przebranżowieniu.

Jak dodaje, sama została niedawno znaleziona przez headhuntera, który proponował jej nową posadę, mimo że wcale jej nie szukała i podobnie jak inne panie podchodzi do takich propozycji bardzo ostrożnie.

Dlaczego kobiety bardziej analizują decyzje o zawodowych zmianach? Często jest to spowodowane względami rodzinnymi, ale też tym, że kobiety na rynku pracy nie zawsze w pełni w siebie wierzą. Zamiast jednak skupiać się na słabszych stronach, powinnyśmy świadomie pracować nad tymi mocnymi. W takich branżach jak IT wciąż jest mniej kobiet niż mężczyzn, ale gdy już tam trafiamy, to jesteśmy świetnie przygotowane i doskonale wiemy, jak ma wyglądać nasza kariera – mówi Klaudia Jarych.

Co zatem robić, gdy nasza sytuacja zawodowa się pogorszyła, nasza branża znalazła się w trudniejszej sytuacji? Czy czekać na poprawę, czy szukać nowej drogi?

Przede wszystkim postawić na siebie i dać sobie szansę na rozwój głęboko ukrytego w nas potencjału. Świat zbyt szybko pędzi do przodu, by stać w miejscu i nie zastanawiać się nad swoją przeszłością. Ostateczną decyzję o zmianie należy podjąć jednak rozważnie i w pełni świadomie – podsumowuje ekspertka.

Oprac. Kodilla.com

Skutki likwidacji działalności gospodarczej w świetle przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych

Likwidacja działalności gospodarczej z perspektywy podatkowej wiąże się z wieloma konsekwencjami wynikającymi z przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Podatnicy mają obowiązek prawidłowego rozliczenia się z fiskusem, uwzględniając spis z natury, konieczność przygotowania wykazu majątku, złożenia odpowiednich deklaracji podatkowych czy uwzględnienia w rozliczeniach podatkowych kwot przeterminowanych zobowiązań i należności.

Wykaz składników majątku

Podatnicy dokonujący likwidacji działalności gospodarczej powinni zgodnie z art. 24 ust. 3 ustawy o PIT sporządzić wykaz składników majątku na dzień likwidacji. Obligatoryjnymi elementami takiego wykazu są: liczba porządkowa, nazwa składnia, data nabycia, kwota wydatków a nabycie, w tym zaliczona do kosztów podatkowych, wartość początkowa, metoda amortyzacji oraz suma odpisów amortyzacyjnych na dzień likwidacji.

Głównym celem przygotowanego wykazu jest ustalenie dochodu ze sprzedaży składników majątku po dokonanej likwidacji, ponieważ zgodnie z art. 14 ust. 2 pkt 17 lit. A ustawy o PIT przychodami z działalności gospodarczej są także przychody wynikające ze zbycia pozostałej części majątku po likwidacji. Należy jednak zaznaczyć, że na podatniku spoczywa jedynie obowiązek przygotowania takiego spisu, co nie łączy się z obowiązkiem jego wyceny.

Skutki sprzedaży majątku trwałego uwzględnia się w PIT-36 lub PIT-36L za rok podatkowy, w którym one wystąpiły. Warto tu więc podkreślić, że w przypadku otrzymania składników majątku w związku z likwidacją działalności, przychód z działalności powstaje dopiero w momencie odpłatnego zbycia tych składników, jeżeli upłynęło mniej niż 6 lat, a zbycie następuje w ramach działalności gospodarczej (interpretacja Dyrektora KIS z dnia 31 lipca 2020 r., sygn. akt 0113-KDIPT2-3.4011.393.2020.2.SJ).

Spis z natury

Co do zasady spis z natury należy sporządzić także na datę likwidacji działalności gospodarczej. Spis z natury dotyczy towarów handlowych, materiałów (surowców), półwyrobów, produkcji w toku, a także wyrobów gotowych czy braków oraz odpadów. W terminie 7 dni od sporządzenia spisu z natury związanego z likwidacją działalności przedsiębiorca powinien o nim zawiadomić właściwy urząd skarbowy.

Sposób wyceny składników objętych spisem z natury różni się w zależności od kategorii składnika. Składniki objęte spisem powinny zostać wycenione w terminie 14 dni od zakończenia spisu. Zasadniczo towary i materiały będą wyceniane według cen zakupu/nabycia albo według cen rynkowych z daty sporządzenia spisu; półwyroby, wyroby gotowe, a także braki powinny być wyceniane według kosztów wytworzenia; w przypadku odpadów użytkowych ich wartość określa się w drodze oszacowania, biorąc pod uwagę przydatność do dalszego użytkowania.

Spis z natury powinien stanowić ostatni wpis w podatkowej księdze przychodów i rozchodów. Ponadto winien być wzięty pod uwagę przy ustalaniu dochodu z działalności gospodarczej, tj. powinien być uwzględniony przy kalkulacji podatku dochodowego. Podatnik nie ma obowiązku informowania urzędu skarbowego o sporządzonym spisie.

Zatory płatnicze

Od 1 stycznia 2020 r. obowiązują przepisy tzw. ulgi na złe długi w podatkach dochodowych. W myśl tych regulacji po upływie 90 dni od terminu zapłaty wierzyciel ma prawo, a dłużnik obowiązek dokonania korekty podstawy opodatkowania. Jeżeli prawo/obowiązek powstaje po likwidacji działalności gospodarczej podatnika PIT, to zmniejszenia/zwiększenia podstawy opodatkowania dokonuje się za rok podatkowy, w którym nastąpiła likwidacja działalności. Przykładowo więc, jeżeli podatnik w kwietniu wykonał usługę za 10 000 zł netto, dla której termin zapłaty upłynął 30 kwietnia 2020 r. i w 2020 r. nie otrzymał zapłaty za tę usługę, a w dniu 11 listopada 2020 r. zakończył działalność, to w rozliczeniu za 2020 r. wykaże zmniejszenie podstawy opodatkowania o kwotę 10 000 zł. Jeżeli jednak środki te odzyska np. w kolejnym roku, to zobowiązany będzie do dokonania korekty wstecznej uprzednio złożonego zeznania podatkowego za 2020 r., tj. rok, w którym dokonano likwidacji działalności gospodarczej.

Z kolei w przypadku podatnika, który będzie likwidowany i posiada nieuregulowane zobowiązania, będzie on zobowiązany do odpowiedniego podwyższenia podstawy opodatkowania i uwzględnienia podatku od niezapłaconych zobowiązań w rozliczeniu podatkowym, w którym dokonuje likwidacji. Analogicznie jak powyżej, w przypadku spłaty zobowiązania np. na skutek skutecznego postępowania egzekucyjnego podatnik będzie mógł dokonać wstecznej korekty zeznania podatkowego.

Obowiązek archiwizacji dokumentacji

Obowiązek archiwizacji dokumentacji przez przedawnienia nie wynika bezpośrednio z przepisów ustawy o PIT, lecz z Ordynacji podatkowej. Niemniej dotyczy on nie tylko faktur, ale także innych dokumentów rozliczeniowych oraz potwierdzających poniesione koszty. Obowiązek archiwizacji kończy się po upływie 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiła likwidacja działalności gospodarczej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Krajowy Plan Odbudowy omija targi

– W Krajowym Planie Odbudowy całkowicie pomija się promocję naszej gospodarki. Brakuje choćby jednej złotówki na wsparcie branży targowej, tak mocno związanej zawsze z pomocą dla polskiego biznesu w działaniach proeksportowych! – uważają przedstawiciele branży targowej. Ich zdaniem, nadmienia się obecną przewagę importu nad eksportem zarówno usług, jak i produktów i konieczność zmiany proporcji w tym względzie i próżno tu szukać choćby jednego słowa na temat podjęcia konkretnych działań w tej materii.

  • Szumne deklaracje o największych od drugiej wojny światowej środkach skierowanych do naszej gospodarki na odbudowę możliwości produkcyjnych oraz usługowych okazują się być jedynie pustymi frazesami.
  • W rzeczywistości ignorują one pomoc dla firm bądź – w najlepszym wypadku – ograniczają ją do poziomu zbliżającego się do zera.
  • Targi jako jedno z głównych narzędzi wsparcia gospodarki potrzebują dziś pomocy sektorowej, tym bardziej, że ich ponowny start cały czas stoi pod znakiem zapytania ze względu na sprzeczne scenariusze sytuacji epidemicznej.

Krajowy Plan Odbudowy (KPO) dysponuje ogromnymi środkami na po pandemiczną aktywizacje polskiej gospodarki. Od samego początku budzi on nadzieję rodzimych przedsiębiorców – tych przede wszystkim, którzy od roku muszą wstrzymywać się ze swoją działalnością. Dotyczy to branży targowej, która w ciągu ostatnich 30 lat miała ogromny wkład w promocje każdej gałęzi naszej ekonomii. Im więcej jednak szczegółów o Planie wiadomo, tym więcej zastrzeżeń. Dziś główne pytania dotyczą tego, czy branża targowa – wraz z całą infrastrukturą tzw. przemysłu spotkań – liczyć może w ogóle na jakiekolwiek wsparcie z Planu.

– Autorzy projektu Planu skreślają w nim od razu, i to w sposób bezwzględny, wszelkie dziedziny gospodarki, które wymagają kontaktów bezpośrednich pomiędzy dostawcami i odbiorcami produktów i usług – zauważa Paweł Montewka z Komitetu Obrony Branży Targowej i wskazuje, że taka strategia określona w KPO to brak możliwości skorzystania ze środków UE dla wszystkich firm z branż gastronomicznej oraz spotkań, eventów, konferencji i targów. – Chodzi więc o dziesiątki, a może nawet setki, tysięcy firm działających w usługach. Wiele z nich na przestrzeni ostatnich 30 lat wypracowało sobie znaczącą pozycję na świecie, stając się swego rodzaju symbolem rozwoju polskiej gospodarki na świecie. Przedsiębiorstwa targowe – np. projektujące i budujące przestrzenie wystawiennicze na najważniejszych branżowych imprezach – najwyraźniej muszą poradzić sobie same, co i tak robią niemal od początku pandemii – konstatuje Paweł Montewka i dodaje, że podobnie jest z innymi podmiotami, z którymi takie podmioty współpracują – np. z dostawcami elementów meblarskich czy metaloplastycznych czy innych usług koniecznych dla funkcjonowania targów.

Analiza projektu Planu nastraja go raczej pesymistycznie. – Na faktyczną realizację celu strategicznego – odbudowę potencjału rozwojowego gospodarki przewidziano zaledwie skromne środki. Duże zaś – przeznaczone są m.in. na stopniowe odchodzenie od paliw stałych na rzecz OZE, przy czym bez wyboru tańszego wariantu tworzenia dużej ilości mikro elektrowni słonecznych, lecz postawiono od razu na mega farmy wiatrowe w specjalnej strefie ekonomicznej Bałtyku. Rozwiązanie tyle kontrowersyjne, co chyba najdroższe z możliwych. Spore kwoty zostały przeznaczone dla instytutów badawczych oraz dla dużych przedsiębiorstw – najczęściej wielkich spółek skarbu Państwa, które i tak dysponują bardzo korzystnymi możliwościami finansowymi, a teraz dodatkowo będą mogły z tych środków zmodernizować swój potencjał produkcyjno – wytwórczy, a także wydać je na poprawę pracy administracji publicznej – obawia się Paweł Montewka. Reprezentujący Komitet Obrony Branży Targowej Krzysztof Szofer przypomina z kolei, że doraźnie wprowadzane u nas tzw. tarcze pomocowe, jako główny wyznacznik, kto może stać się ich beneficjentem, ustanowiły określone numery PKD. – Wszystkie dotychczasowe rządowe edycje programów wsparcia, z żelazną wręcz konsekwencją, pomijają prawie 90 procent firm pracujących dla targów. Powodem jest właśnie ich „zły” PKD. Dzieje się tak, pomimo apeli i wyjaśnień branży znajdującej się dziś na skraju upadku. 73.11.Z, bo o nim mowa, to właśnie ten numer, który cały czas jest poza listą zakwalifikowanych do pomocy przedsiębiorstw – zwraca uwagę Krzysztof Szofer, odwołując się do wsparcia, z jakiego korzystają przedsiębiorcy w innych krajach UE.

– We Francji, a zwłaszcza – w bliższych nam Niemczech przyznanie pomocy zależy wyłącznie od spadku przychodów w firmach. Dodatkowo – na początku tego roku rząd w Berlinie przeznaczył aż 642 milionów euro sektorowego wsparcia dla wszystkich gospodarczych podmiotów, które pracują dla branżowych imprez targowych. Dzięki temu mają one sporą szansę dotrwać do lepszych czasów, aby od razu zabrać się za szybką odbudowę tego segmentu odpowiedzialnego za promocję gospodarki – opisuje Krzysztof Szofer. Tłumaczy, że u nas zaś, adresatami Programu Odbudowy mają być między innymi przedsiębiorcy i przedsiębiorstwa, które otrzymają środki na dywersyfikację profilu działalności i odbudowę inwestycji, zarówno w sektorach najbardziej dotkniętych skutkami pandemii (np. turystyka, kultura, gastronomia i handel) oraz nowe inwestycje na rozbudowę potencjału innowacji, elektromobliności, wdrożenia zielonych technologii i produktów oraz rozwoju aplikacji i usług w zakresie cyfryzacji. – Ale jak to wygląda w rzeczywistości, widać dopiero po alokacji środków – mówi i przedstawia wyniki bardziej szczegółowej analizy.

– Autorzy projektu przeznaczają kwotę 4,133 mld EUR na odporność i konkurencyjność gospodarki, 4,262 mld EUR na system ochrony zdrowia, 3.034 mld EUR na transformację cyfrową, aż 6,1 mld EUR na zieloną transformację dotyczącą transportu i mobilności oraz 6,4  mld EUR na zieloną energię. Jak widać, taki podział środków ewidentnie przeznacza na działania bezpośrednie w obszar gospodarki kwotę około 17,3% ze środków bezzwrotnych na gospodarkę – wylicza, uważając, że taka proporcja podziału środków z pewnością byłaby dobra w czasach normalnej prosperity gospodarczej. W dobie kryzysu spowodowanego COVID 19 jest zaś kompletnym absurdem. – Kwota około 16 mld PLN na pomoc dla firm dotkniętych w sposób szczególny epidemią – zamrożonych często przez okres bliski półtora roku – to mniej niż przeznaczono na jedną tylko tarczę – PFR 2.0. Pieniądze te miałby zostać przeznaczone na inwestowanie firm w przebranżowienie oraz stwarzanie tzw. drugich filarów produkcji oraz świadczenia usług. To bardzo mała suma, jak na potrzeby gospodarcze naszych firm – wskazuje Krzysztof Szofer i przygląda się, jak została kwota 4,133 mld EUR podzielona. – Wyznaczono szereg celów pośrednich, i tak celem o sygnaturze A1.1.1 jest wspieranie inwestycji w przedsiębiorstwach – na ten cel wyasygnowano – uwaga aż 300 mln EUR !!! – wskazuje, opisując pozostałe cele komponentu. – Na przykład inwestycje w skrócenie łańcucha dostaw rolno- spożywczych – 500 mln EUR /,a zatem inwestycja bardzo ważna, bo chyba wszyscy doświadczamy, jak często dostawy do sklepów spożywczych są nieregularne i jak mocno odczuwamy braki na półkach/, wsparcie zielonych rozwiązań w przedsiębiorstwach obniżających emisję gospodarki – 400 mln EUR /, co w czasach, kiedy firmy stoją na krawędzi bankructwa, postawi je na nogi, poprawiając z pewnością poziom emisji szkodliwych substancji/ czy też przygotowanie terenów inwestycyjnych – kwota 350 mln EUR  /skoro nie mamy pieniędzy na bieżące funkcjonowanie, na pewno zainteresujemy się terenami inwestycyjnymi/ – komentuje.

Jego zdaniem swoiste kuriozum w dobie kryzysu to przeznaczenie na mobilność bezzałogową kwoty 164 mln EUR. I tak, jak zauważa, kwota prawie 4 mld EUR kurczy się do faktycznej kwoty około 300 mln EUR.

Kolejne ciekawe, wskazane przez niego, elementy programu odbudowy to:

  1. Kwota 3,201 mld EUR na poprawę efektywności energetycznej budynków mieszkalnych – czy to dziś na pewno idealne narzędzie pomocy do podniesienia się ze stanu kryzysu gospodarki?,
  2. Wsparcie rozwoju nowoczesnego uczenia się – 543 mln EUR – adresatem pomocy jest MEN
  3. Ważny gospodarczo program opieki nad dziećmi do lat 3 – 381 mln EUR z docelową pomocą dla 9000 osób
  4. Program przeznaczony dla ministerstw oraz administracji publicznej zwiększający cyberbezpieczeństwo 443 mln EUR,
  5. E-usługi wspomagające działanie administracji publicznej z kwotą 457 mln EUR,
  6. I może nieco mniej dyskusyjny, ale bardzo kosztowny – program rozwoju technologii wodorowych i paliw alternatywnych z kwotą 797 mln EUR

Bez komentarza pozostawia inwestycje w ochronę zdrowia oraz zieloną energię, która oparta została o farmy wiatrowe posadowione na Bałtyku.

Projekt Krajowego Programu Odbudowy i Zwiększania Odporności KPO to dokument przedstawiony do konsultacji jako odpowiedź rządu RP na europejski instrument RRF – Recovery and Resilience Facility. – Zgodnie z nazwą oraz momentem, w którym powstaje ten program, przeznaczony jest on na odbudowę gospodarki po epidemii COVID 19 oraz na zwiększenie odporności gospodarki na pojawiające się zjawiska kryzysowe – mówi Paweł Montewka z Komitetu Obrony Branży Targowej. Wymienia, na co pójść mają te środki.

W ramach tego programu przewidziano dla Polski kwotę 58,1 mld EUR, które rozdzielono na środki bezzwrotne 23,9 mld EUR oraz zwrotne na poziomie 34,2 mld EUR. Zgodnie z sześcioma rekomendowanymi przez UE filarami, środki powinny być dystrybułowane na:

1.zieloną transformację,

2.transformację cyfrową,

3.inteligentny i trwały wzrost sprzyjający włączeniu społecznemu,

4.spójność społeczną terytorialną,

5.opiekę zdrowotną oraz odporność gospodarczą, społeczną i instytucjonalną,

6.politykę na rzecz następnego pokolenia – taką jak edukacja i rozwijanie umiejętności.

– Już na pierwszy rzut oka widać, że takie priorytety to zupełnie co innego niż główny cel, jaki miał przyświecać powstaniu programu, czyli niwelowanie gospodarczych i społecznych skutków epidemii COVID 19 – zauważa Paweł Montewka i tłumaczy:

– Jak widać, na faktyczną realizację celu strategicznego – odbudowę potencjału rozwojowego gospodarki przewidziano środki bardzo skromne, a może wręcz symboliczne. Duże środki przeznaczone są na stopniowe odchodzenie od paliw stałych na rzecz OZE, ale nie wybrano tutaj tańszego wariantu tworzenia dużej ilości mikro elektrowni słonecznych, tylko postawiono na farmy wiatrowe w specjalnej strefie ekonomicznej Bałtyku. Rozwiązanie tyle kontrowersyjne, co chyba najdroższe z możliwych. Spore kwoty zostały przeznaczone dla instytutów badawczych oraz dla dużych przedsiębiorstw – najczęściej dużych spółek skarbu Państwa, które będą mogły z tych środków zmodernizować swój potencjał produkcyjno – wytwórczy, a także na poprawę pracy administracji publicznej – opisuje możliwe przeznaczenie środków z Planu Paweł Montewka i pyta:

– Co z tego, że będziemy dysponować ocieplonym i ogrzanym przez OZE mieszkaniem, jeśli nie będziemy mieli pracy, a co za tym idzie, środków do życia? Program KPO dotyczy wsparcia wybranych branż, na których władza, zdaniem autorów, mogłaby zarobić pieniądze lub zbić kapitał polityczny. Nie jest to jednak w ogóle program odbudowy najbardziej poszkodowanych przez COVID 19 przedsiębiorstw. Całkowity brak w nim np. branży, która od ponad roku pozostaje zamknięta i pozostanie w tym stanie przez jeszcze co najmniej pół roku – branży spotkań z takimi wiodącymi segmentami jak np. targi – zwraca uwagę.

Jego zdaniem, projekt KPO przedstawiony do konsultacji to dokument posiadający jedną bardzo ważną wadę – ma źle wykonaną alokację środków. – Największe nakłady należy przeznaczyć na odbudowę naszego potencjału gospodarczego, na wsparcie przedsiębiorstw w zakresie poszukiwania nowych dróg rozwoju – przebranżowienie oraz na intensywną promocję w miarę dobrze funkcjonujących firm, które mimo pandemicznej sytuacji, gotowe są na nawiązanie kontaktów handlowych z partnerami w Europie i na świecie. W tym właśnie zakresie rola targów jest nieoceniona – podsumowuje Paweł Montewka.

W Polsce działa około 4 i pół tysiąca firm pracujących dla targów. Wiele z nich to także podwykonawcy dla zagranicznych organizatorów targów – np. z Niemiec. Na imprezy targowe w Polsce – głównie w Poznaniu, Kielcach, Gdańsku czy Krakowie, przyjeżdżały dziesiątki tysięcy gości także zza granicy. Brali udział m.in. w targach Budma czy Amberif. Choć w ciągu ostatniego roku swoją działalność zakończyły specjalizujące się w organizacji branżowych imprez podmioty Expo Silesia czy Expo Mazury, znaczna większość firm tego sektora wciąż chce wznowienia stałej aktywności. Z przeprowadzonych przez Międzynarodowe Targi Poznańskie badań wynika, że prawie 90% przedsiębiorstw oczekuje z niecierpliwością możliwości powrotu do tradycyjnych targów. Obecne straty branży targowej sięgają 2 miliardów złotych i stale się powiększają.

Ile gier komputerowych może kupić statystyczny Polak?

Statystyczny Polak za swoje wynagrodzenie może teoretycznie zakupić 142 gry na platformie Steam. To blisko dwa razy więcej niż 15 lat temu, ale też prawie pięć razy mniej niż obecnie może nabyć statystyczny Islandczyk – wyjaśniają eksperci z wydawnictwa gier komputerowych, All in! Games.

Ceny gier na przestrzeni lat nie zmieniły się znacząco. Zmieniało się natomiast wynagrodzenie oraz kursy walut, czyli czynniki, które wpływają na to jak kształtuje się „indeks gier video” (nawiązując do indeksu Big Maka lub Coca-Coli).

– Polska wypada w tym rankingu kiepsko, ponieważ zajmuje ostatnie miejsce wśród europejskich krajów należących do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), której dane dot. wynagrodzeń brutto, do 2019 roku, zostały wykorzystane do obliczeń. W ustaleniu wartości indeksu wzięliśmy również pod uwagę średnią cenę gry na Steam według spysteam.com, a także kurs dolara i euro z ostatniego dnia roku w latach 2004-2019 – tłumaczy Chris Bain senior strategy advisor z notowanego na GPW wydawnictwa gier komputerowych, All in! Games.

Kto liderem?

Najbliżej Polski w tym zestawieniu jest Litwa i Łotwa, gdzie kupimy odpowiednio o 6 i 22 gry więcej miesięcznie. Te bałtyckie kraje, uwzględniając też Estonię, plasują się przed biało-czerwonymi również w rankingu tempa wzrostu, choć tym razem zajmujemy w nim jedną z czołowych pozycji, bo czwartą. Wobec 2004 roku statystyczny Polak może kupić dwukrotnie więcej gier (dokładnie o 104%), a w prowadzącej w tym zestawieniu Łotwie obywatel może poszerzyć swoją kolekcję aż o 257% więcej gier niż 15 lat wcześniej. Jedynym krajem, w którym odnotowano ujemny wynik (-7%) jest Grecja, gdzie za wynagrodzenie z 2019 można było pozyskać 180 tytułów (wobec 195 w 2004).

Najwięcej gier za miesięczną pensję kupią obywatele USA (601), Szwajcarii (608), Luksemburga (673) oraz Islandii (695).

– Są to wartości teoretyczne, gdyż do obliczeń przyjęto wynagrodzenie brutto, które jest obniżane w zależności od stawek podatkowych obowiązujących w poszczególnych krajach – tłumaczy Chris Bain.

Gry nie drożeją

Średnie nominalne ceny gier utrzymują się na podobnym poziomie od 15 lat, pomimo znaczących wzrostów kosztów produkcji. Wynika to m.in. przyzwyczajeń rynku i faktu, że ceny największych tytułów praktycznie się nie zmieniły i wynoszą 60 dolarów. Co prawda wydawanych jest ich więcej niż w 2004 roku, ale też rośnie liczba tańszych gier, produkcji mniejszych studiów.

W związku z ogólnym wzrostem wynagrodzeń gracze mogą sobie pozwolić na większe zakupy, choć np. w przypadku Polski ten wzrost mógłby być jeszcze większy, gdyby nie silny dolar w ostatnich kilku latach, gdy utrzymywał się on na poziomie powyżej 3,75zł. W 2004 roku był warty 3,1zł i w późniejszym okresie nie przekraczał granicy 3zł.

– Co ciekawe, realna wartość złotówki, uwzględniająca inflację spadła wobec 2004 roku o blisko 34%.Oznacza to, że w 2019 za tę samą nominalną kwotę można było kupić ok. 1.34 mniej produktów. W przypadku gier komputerowych ta tendencja jest odwrotna. Za mniejszą kwotą możemy zapewnić sobie jeszcze więcej rozrywki – podsumowuje ekspert z All in! Games.

Upadłość Spółki bez majątku

Coraz więcej spółek kapitałowych (z ograniczoną odpowiedzialnością i spółek akcyjnych) nie reguluje swoich zobowiązań przez okres dłuższy niż 3 miesiące. O ile niewypłacalność powstała faktycznie z powodu COVID-19, można skorzystać z moratorium na składanie wniosków upadłościowych. Jeśli jednak niewypłacalność powstała z innego powodu, spółka powinna złożyć wniosek o upadłość. A co w sytuacji, gdy spółka nie ma majątku umożliwiającego przeprowadzenie procedury upadłościowej? Wyjaśniają to eksperci firmy doradczej Lege Advisors.

Sąd oddali wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania lub wystarcza jedynie na zaspokojenie tych kosztów”. Ten zapis w prawie upadłościowym wynika z faktu, iż postępowanie upadłościowe jest egzekucją generalną, czyli prowadzoną w interesie wierzycieli, nie dłużnika. Tak więc, jeżeli nie ma szans na zaspokojenie w choćby minimalnym stopniu roszczeń wierzycieli, prowadzenie takiego postępowania nie ma praktycznego sensu.

– Z naszych doświadczeń wynika, że szacunkowa wartość nieobciążonego majątku jakim powinna dysponować spółka, składając wniosek o upadłość, to minimum kilkadziesiąt tysięcy złotych. W przeciwnym wypadku jest duże prawdopodobieństwo, że sąd oddali wniosek z uwagi na niewystarczający majątek.tłumaczy Norbert Banaszek, ekspert z firmy doradczej Lege Advisors. Warto również zaznaczyć, iż w wielu sytuacjach koszty postępowania i inne zobowiązania, które będą musiały być pokryte z masy upadłości, np. wynagrodzenia pracowników zatrudnionych w momencie ogłoszenia upadłości, mogą być znacznie wyższe i sięgać setek tysięcy a nawet milionów złotych. dodaje.

Czy warto zatem składać wniosek o upadłość, ponosić koszty opłaty sądowej i koszty zaliczki, skoro i tak wniosek zostanie oddalony?

Po dokładnej analizie przepisów okazuje się, że w pewnych sytuacjach nie jest to działanie pozbawione sensu. I jest opłacalne dla organu reprezentującego spółkę. Zgodnie z art. 21 Prawa upadłościowego, dłużnik jest obowiązany nie później niż w terminie 30 dni od dnia, w którym wystąpiła podstawa do ogłoszenia upadłości, zgłosić w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości. Zgodnie z art. 11 ust. 1 Prawa upadłościowego dłużnik jest niewypłacalny, jeżeli utracił zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych. Zgodnie z ust. 2 i 3 powyższego przepisu uważa się, że dłużnik utracił zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych, jeżeli opóźnienie w wykonaniu tych zobowiązań przekracza 3 miesiące lub zobowiązania pieniężne spółki przekraczają wartość jej majątku – stan ten powinien utrzymywać się przez okres przekraczający dwadzieścia cztery miesiące.

Gdy sytuacja finansowa spółki pogarsza się od dłuższego czasu, oddalenie wniosku o upadłość z powodu niewystarczającego majątku, może być uznane za niezłożenie wniosku na czas ze wszystkimi konsekwencjami. Czasami jednak firma może znaleźć się w stanie niewypłacalności na skutek incydentalnego, niezależnego od niej zdarzenia. Wtedy złożenie wniosku, oczywiście z zachowaniem terminu, byłoby uzasadnione. Należy więc podkreślić, że do uniknięcia odpowiedzialności zarządu najważniejsze jest złożenie wniosku w ustawowym terminie. Badając odpowiedzialność zarządu, sąd każdorazowo powinien ustalić właściwy termin na złożenie wniosku, uwzględniając sytuację indywidualną spółki.

Poważnym argumentem jest także odpowiedzialność zarządu spółek z ograniczoną odpowiedzialnością wynikająca z Kodeksu Spółek Handlowych. Według jego zapisów, gdy egzekucja przeciwko spółce okaże się bezskuteczna, członkowie zarządu odpowiadają solidarnie za jej zobowiązania. Członek zarządu może jednak uwolnić się od odpowiedzialności, jeżeli wykaże, że we właściwym czasie zgłoszono wniosek o ogłoszenie upadłości lub w tym samym czasie wydano postanowienie o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego albo o zatwierdzeniu układu.”mówi Szymon Mojzesowicz, ekspert z firmy doradczej Lege Advisors.

W przypadku spółek osobowych istnieje solidarna odpowiedzialność wspólników za zobowiązania spółki. A więc w przypadku, gdy egzekucja z majątku firmy okaże się bezskuteczna, wierzyciel może prowadzić egzekucję z majątku dłużnika. Kwestia upadłości osób fizycznych prowadzących działalność, jak również spółek osobowych, stanowi odrębne zagadnienie z uwagi na nieograniczoną odpowiedzialność majątkową dłużnika.

Jakie są sankcje za niezłożenie wniosku o upadłość spółki we właściwym terminie?

„Kto, będąc członkiem zarządu spółki albo likwidatorem, nie zgłasza wniosek o upadłość spółki Poznań handlowej, pomimo powstania warunków uzasadniających według przepisów upadłość spółki, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku” (art. 586 KSH). Wobec osoby uprawnionej do reprezentacji spółki, uchylającej się od obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości, sąd dodatkowo może nałożyć zakaz prowadzenia działalności gospodarczej.

Podsumowując, należy składać wniosek o ogłoszenie upadłości, kiedy jeszcze spółka dysponuje majątkiem na przeprowadzenie postępowania. Samo złożenie wniosku, który zostaje przez sąd oddalony z uwagi na brak majątku, nie zapewnia ochrony przed odpowiedzialnością karną i cywilną, co potwierdza orzecznictwo sądów.wyjaśnia Norbert Banaszek z firmy doradczej Lege Advisors.

Najbliższa edycja DIMAQ Voice Online już 30 marca

Zapraszamy na kolejne bezpłatne, wirtualne spotkanie dla entuzjastów digital marketingu. Marcowa edycja DIMAQ Voice, który emitowany jest na platformie streamingowej, odbędzie się 30.03, w godzinach 15:00 – 16:35.

Podczas najbliższego spotkania DIMAQ VOICE wysłuchamy trzech prelekcji. Wystąpią: Agnieszka Zwolan, Content Marketing Specialist w Rocket Jobs i Just Join IT; Piotr Mrzygłód, Interim Manager, Architekt Marketingu; Maciej Fronczak, Programmatic Media Partner w IT/ES & PT RTB House.

Prelekcja I, godz. 15:05:

„Wykorzystywanie fun contentu w komunikacji marki – case study Rocket Jobs”

Agnieszka Zwolan, Rocket Jobs i Just Join IT

Powszechnie wiadomo, że śmiech to zdrowie. Nawet ten przez łzy nieraz przynosi ukojenie, a wręcz bywa jedyną drogą na błyskotliwe komentowanie szarej codzienności. Jednak… czy żartobliwy styl można wykorzystać do zwiększenia konwersji? A można, jak najbardziej!

Podczas prelekcji dowiesz się:

– jaką rolę gra znajomości branży i grupy odbiorców oraz jak ważne jest, by trafiać z odpowiednim komunikatem,

– memy a marketing – jak zwiększyć konwersje za pomocą fun contentu,

– kto robi to dobrze i dlaczego jest to Rocket Jobs 🙂

Prelekcja II, godz. 15:35:

„Opowiadanie marki w modelu bajki, czyli zapomnij o podróży bohatera Campbella!”

Piotr Mrzygłód, Interim Manager, Architekt Marketingu

Co ma wspólnego bajka z Twoją marką? Wszystko! Jeśli jej nie opowiesz w ciekawy sposób nie zostanie zapamiętana i powtarzana. Różne są modele opowiadania – niektóre z nich są szczególnie przydatne w marketingu. W trakcie prelekcji poznasz konkretne modele opowiadania marki wraz z Case Studies.

Prelekcja III, godz. 16:05:

„Programmatic Video – szansa na wzrost w 2021?”

Maciej Fronczak, Programmatic Media Partner w IT/ES & PT RTB House

Ostatni rok był pełen niespodzianek i nieoczekiwanych zwrotów akcji, jak zachowa się Programmatic Video w 2021? Czy będzie on dźwignią nowych zmian, które pozwolą na utrzymanie wzrostu rynku digital w Europie?

Podczas prelekcji dowiesz się:

– jakie zmiany na rynku programmatic zaszły w 2020 roku,

– jaki był wzrost rynku programmatic,

– jakie są rodzaje reklamy Video,

– jakie są trendy video w 2021 roku, a jaka jest przyszłość reklamy video, czyli co dalej?

Akredytacja DIMAQ

Posiadacze certyfikatów DIMAQ za udział w wydarzeniu otrzymują od 5 do 7 punktów recertyfikacyjnych. Szczegóły punktacji dla Uczestnika i Prelegenta znajdują się stronie: https://dimaq.pl/dimaq-voice-online/

Link do bezpłatnej rejestracji jest TU.

Bądź na bieżąco z DIMAQ Voice! Dołącz do wydarzenia na Facebooku.

Zostań prelegentem DV Online!

Nieustannie przyjmujemy zgłoszenia od osób, które chcą spróbować swoich sił jako prelegent/ka podczas DV Online. Jeśli masz ciekawy temat, którym chciałbyś/abyś podzielić się z naszą widownią nie zwlekaj, wyślij zgłoszenie wypełniając krótki formularz.

Co możesz zyskać będąc prelegentem DIMAQ Voice?

  • Jeśli jesteś posiadaczem certyfikatu DIMAQ, możesz zdobyć nawet 40 pkt recertyfikacyjnych (25 gwarantowane, dodatkowo do 15 pkt w zależności od ocen publiczności)
  • Wzmocnisz swój ekspercki wizerunek
  • Zaprezentujesz ciekawe rozwiązania/case’y swojej firmy

Aby zostać prelegentem DIMAQ Voice nie musisz posiadać certyfikatu DIMAQ. Jeśli Twoja prezentacja będzie oryginalna i spełni określone wymagania merytoryczne, na pewno odezwiemy się w celu omówienia szczegółów i zaplanowania dogodnego terminu wystąpienia.

Materiał eksperta – Giganci i debiutanci ramię w ramię na podbój… kosmosu

Podbój kosmosu nie jest już wyłącznie domeną Rosjan, Amerykanów, czy samego Elona Muska. Coraz więcej spółek interesuje się tzw. space-industry, której wstępna wycena pobudza wyobraźnię zarówno dużych graczy, jak i całkowicie raczkujących start-upów. Czy tylko kwestie finansowe przemawiają do portfeli początkujących przedsiębiorców? Niekoniecznie.

Kosmos z kosmiczną wyceną

Jak podaje redakcja BBC, wartość globalnego sektora kosmicznego (i gałęzi powiązanych) szacowana jest na 380 mld dolarów, spośród których 60 proc. stanowią inwestycje przedsiębiorstw komercyjnych. Według szacunków jednego z największych banków inwestycyjnych na świecie — Morgan Stanley & Co. — branża jest wyjątkowo dynamiczna, ponieważ do roku 2040 ma osiągnąć poziom co najmniej 1 bln dolarów. Większym optymizmem dzielą się analitycy Bank of America, którzy uważają, że tylko w ciągu dekady globalna wartość sektora ulegnie potrojeniu, łapiąc pułap 1,4 bln dolarów. W tym momencie pojawia się jednak pytanie — czy na tak odważne szacunki wpłynie pandemia?

— Podczas gdy COVID-19 doprowadził do opóźnień w niektórych programach publicznych i prywatnych, nie wydaje się, aby epidemia miała negatywny wpływ na ogólne inwestycje. Może to w dużej mierze wynikać z faktu, iż większość wydatków w kosmosie to wydatki typu business-to-business/government (B2B/G), które zazwyczaj wracają do normy szybciej niż wydatki typu business-to-consumer (B2C) — wyjaśniał w ubiegłorocznej notatce do inwestorów Ron Epstein, analityk z Bank of America.

Branża dla majętnych? Duża szansa dla start-upów

Pomimo obiecujących wycen, sektor kosmiczny nie serwuje ambitnym start-upom prostego debiutu. Wysoka bariera wejścia powoduje, że według Scotta Campbella z Deloitte Ventures za 75 proc. udziałów odpowiada wyłącznie 7 spółek. Nadzieją na obniżenie kosztów jest jednak ewolucja technologii operacyjnej. M.in. dzięki młodym przedsiębiorstwom obecnie branża coraz bardziej interesuje się tzw. nano satelitami, których waga wynosi do 50 kg, a koszt wysłania na orbitę waha się od 100 tys. dolarów do 1 mln. Dla porównania, tradycyjne satelity ważą od 2 do 6 ton (a więc gabarytami przypominają pełnowymiarowy autobus) i koszt “transportu” tego typu obiektu na orbitę geostacjonarną wynosi od 0,5 mln do aż 3 mld dolarów.

Co za tym idzie, młode spółki coraz chętniej wchodzą we współpracę z dużymi graczami, aby popyt i podaż na eksploatację orbity systematycznie obniżał koszty operacyjne. Duża część spółek technologicznych chce mieć “własną” satelitę, która zapewniałaby niezależny sygnał, jednak dynamiczne zainteresowanie samodzielną emisją sygnałów pobudza również spółki specjalizujące się w zarządzaniu danymi. To również nisza, którą są w stanie zagospodarować ambitne start-upy.

Do 2011 roku branża kosmiczna była raczej domeną sektora rządowego. Układ sił zmieniły deklaracje Baracka Obamy, który zachęcił prywatnych przedsiębiorców do inwestowania w technologie satelitarne. Na samym przykładzie Wielkiej Brytanii można wskazać, że młode biznesy zareagowały na odzew strony amerykańskiej. Według BBC, 10 lat temu tylko w UK działały 234 spółki zajmujące się branżą kosmiczną. W 2018 roku z kolei — aż 948.

Mniejsze spółki w gotowości

Przedstawiciele brytyjskiego VC Seraphim Capital szacują, że obecnie na orbicie znajduje się mniej niż 9 tys. satelit. Licząc od 2016 roku, za 10 proc. wszystkich obiektów odpowiadało 5 firm: OneWeb, SpaceX, Planet, Spire oraz Amazon. Nie oznacza to jednak, że mniejsze spółki pozostają w tyle. W perspektywie najbliższych 4 lat aż 200 start-upów i dojrzałych przedsiębiorstw ze skromniejszym kapitałem, aniżeli globalne koncerny planują wysłać na orbitę około 25 tys. satelit. Jeśli pierwotne założenia spółek znajdą odzwierciedlenie w faktycznej realizacji, to właśnie start-upy, które wejdą na rynek, mogą zmienić zasady gry nie tylko w branży kosmicznej.

Powód? Przede wszystkim zastosowanie nano satelit. System kosmiczny oparty na mniejszych obiektach jest w stanie zrewolucjonizować technologię chmury, a także przesyłu danych. Sam Microsoft wraz z SpaceX chce zainwestować w rozwój modułów, które nie tylko byłyby buforem dla przesyłu informacji, ale również platformą do informowania o pogodzie, co jest w stanie zmodernizować systemy dla sektora rolniczego. W tych kategoriach mogą odnaleźć się właśnie mniejsze spółki i start-upy, które zajęłyby się wizją gigantów na płaszczyźnie realizacji projektów.

Z polskiej perspektywy podbój kosmosu może wydawać się nieco abstrakcyjny, jednak cała otoczka branży jest jak najbardziej dostępna dla krajowych przedsiębiorców. Jeśli nadwiślańskie start-upy uważnie prześledzą poczynania dużych koncernów, mogą trafić na pewną prawidłowość. Microsoft łączący siły ze SpaceX, Richard Branson zapowiada nowy projekt Virgin Orbit — wszystkie te spółki potrzebują odpowiedniej infrastruktury i przede wszystkim — podwykonawców.

Analiza danych satelitarnych, budowa nano satelit, koordynacja transportu sprzętu do baz serwisowych i kosmodromów. Te i wiele innych nisz nadal nie jest zagospodarowanych. W tym właśnie miejscu pojawia się przestrzeń dla ambitnych start-upów.

Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

EBC i NBP zaniepokojone wzrostem rentowności obligacji

Wydarzeniem minionego tygodnia było posiedzenie EBC na którym podjęto decyzję o przyśpieszeniu zakupów z programu PEPP w drugim kwartale w związku z dynamicznie rosnącymi rentownościami obligacji. ECB chce przeciwdziałać nadmiernemu wzrostowi rentowności, żeby utrzymać wysoką efektywność luźnej polityki monetarnej prowadzonej przez bank centralny. Tego samego dnia NBP wydał komunikat, że przygląda się sytuacji na rynkach finansowych i jest gotów modyfikować swój program skupu aktywów jeśli zajdzie taka potrzeba. Widać, że NBP również zaczyna się niepokoić wzrostem rentowności polskiego długu.

Wydarzeniem bieżącego tygodnia będzie posiedzenie FED, które odbędzie się w środę. Inwestorzy z uwagą będą śledzić komentarze amerykańskich bankierów centralnych dotyczące ich spojrzenia na ostatnie dynamiczne wzrosty rentowności obligacji skarbowych. Ponadto spłynie szereg danych z polskiej gospodarki: w środę poznamy dane o wynagrodzeniach oraz zatrudnieniu, w czwartek dane o produkcji przemysłowej, a w piątek sprzedaż detaliczna i produkcja budowlano-montażowa.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.