Zielona era budownictwa. Coraz więcej elementów ekologicznych w nowych budynkach

Niespełna 90% osób poszukujących mieszkania ocenia aspekty ekologiczne jako atrakcyjne. To główny powód zmian, jakie zachodzą w podejściu do budownictwa mieszkaniowego. Do Polski coraz mocniej przenikają standardy wypracowane za granicą. Przykładami są nowe inwestycje we Wrocławiu.

Działania propagujące ochronę środowiska podejmowane są często przez różne organizacje i instytucje, a coraz częściej także przez firmy. Co piąta działająca w Polsce zapowiedziała, że w 2021 roku na każde 10 realizowanych projektów przypadnie co najmniej 6 ekologicznych. Jeszcze w 2018 roku taki poziom był uzyskiwany mniej więcej dwa razy rzadziej*.

Wśród tych firm są deweloperzy. Na polskim rynku deweloperskim już jakiś czas temu dokonał się zwrot w stronę ekologii. Budynki mieszkalne stają się coraz bardziej energooszczędne i pasywne, a ich otoczenie zielone. Wyposażenie nowych inwestycji w zielone dachy i ściany, stacje ładowania pojazdów elektrycznych lub windy odzyskujące energię to już niemal standard.

Trendy wyznaczają mieszkańcy

Zwrot w kierunku zielonego budownictwa napędzają czynniki społeczne, a najbardziej poprawa zdrowia i samopoczucia mieszkańców, zachęcenie do prowadzenia biznesu w sposób zrównoważony oraz wzrost wydajności pracowników*. Przedstawiciele World Green Building Council podkreślają, że na całym świecie uważa się, że ekologiczne budownictwo ma bardzo korzystny wpływ nie tylko na środowisko, ale także na zwiększoną produktywność i zadowolenie pracowników. – To samo można powiedzieć o mieszkańcach, dla których liczy się już nie tylko lokalizacja, metraż i układ pomieszczeń. Dużą wartością dodaną są dla nich elementy ekologiczne i nowe technologie w budynkach, jak również w samych mieszkaniach – mówi Sebastian Bieńkowski, dyrektor ds. projektów w firmie deweloperskiej Eiffage Immobilier Polska.

Te słowa potwierdzają liczby. 8 na 10 osób bierze pod uwagę aspekty ekologiczne i technologiczne przy wyborze inwestycji. 88% ocenia rozwiązania ekologiczne jako bardzo atrakcyjne lub raczej atrakcyjne**. To właśnie zmieniające się preferencje mieszkańców skłaniają deweloperów do zielonego budownictwa. – Chcemy jak najlepiej spełniać ich wymagania i oczekiwania, stąd do nowych projektów w Polsce wprowadzamy elementy, których potrzebują. Poza tym doskonale rozumiemy wagę ekologii, a także wpływ budownictwa na środowisko – mówi Sebastian Bieńkowski.

Atmo i HB1820

Przykładem są dwie nowe inwestycje mieszkaniowe Eiffage Immobilier Polska we Wrocławiu: Atmo na Kępie Mieszczańskiej i HB1820 na Przedmieściu Oławskim. Aspekty ekologiczne Atmo to zielone patio z ławkami i nastrojowym oświetleniem, stojaki na rowery i stacje ładowania pojazdów elektrycznych w parkingu podziemnym. Ważna jest także lokalizacja tuż przy planowanym parku miejskim. Z kolei elementy powiązane z ekologią w HB1820 to wertykalna zielona ściana elewacji frontowej, ogródki, które notabene nie występują często w centrum miasta, oraz panoramiczne okna. – Rośliny są ozdobą, ale ich tak samo ważną funkcją jest pochłanianie dwutlenku węgla. Natomiast panoramiczne okna wpływają na mniejsze zużycie energii elektrycznej do oświetlania wnętrz – wyjaśnia Sebastian Bieńkowski. Co więcej, w części mieszkań w HB1820 zaplanowano wyposażenie w system typu inteligentny dom, który m.in. pozwala efektywnie sterować zużyciem energii elektrycznej.

W Atmo, której budowa ruszy niebawem przy ul. Dmowskiego, zaprojektowano 113 mieszkań z ogródkami, balkonami lub tarasami – w tym ergonomiczne studia, przestronne mieszkania rodzinne i 5-pokojowe apartamenty. Charakterystycznym elementem tej inwestycji będzie ceglana część zabytkowego budynku po stajni, która zostanie przyłączona do nowej zabudowy. Z kolei w inwestycji HB1820, której budowa trwa przy ul. Haukego-Bosaka 18 i 20, zaprojektowano 96 apartamentów o powierzchni od 27 do 100 mkw. W tym przypadku wyróżniającym się atrybutem, ze względu na lokalizację w centrum miasta, jest kilkanaście prywatnych ogródków i tarasów.

Francuskie inspiracje

Ukierunkowanie na zielone projekty w Polsce nie jest tak mocne, jak w najlepszych pod tym względem Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie aż 66% firm deklaruje, że projekty zielone będą stanowiły większość wszystkich realizowanych, Australii i Norwegii – po 64%, a nawet Wietnamie – 24%. Powodem głównym takiej różnicy jest niska świadomość społeczna*. – Jednakże w ostatnich latach podniosła się ona na tyle, żeby deweloperzy mogli wypracować i wprowadzić na stałe dobre praktyki. Polacy przekonują się, że można budować w sposób odpowiedzialny i zgodny z ekologią – zaznacza Tymon Nowosielski, prezes zarządu Eiffage Immobilier Polska. – Warto zauważyć, że duża część trendów przychodzi do Polski z innych krajów za sprawą polskich oddziałów międzynarodowych firm budowlanych. Tak jest w naszym przypadku. Czerpiemy inspiracje z zagranicy i wykorzystujemy doświadczenie większej firmy, z którą jesteśmy powiązani – dodaje Tymon Nowosielski.

Eiffage Immobilier Polska jest częścią grupy Eiffage, dla której zrównoważone budownictwo oznacza systematyczne, codzienne działania. Dowodem na to są prestiżowe ekologiczne certyfikaty, które otrzymują kolejne realizacje. Przykłady inwestycji wykonanych w duchu ekologii i zgodnie z zasadami zrównoważonego budownictwa we Francji i Belgii to: Hypérion – drewniana wieża mieszkalna w centrum Bordeaux, ekologiczne dzielnice położone w miejscowości Châtenay-Malabry pod Paryżem oraz w Marsylii – LaVallée i Smartseille, a także prefabrykowany, wykonany z drewna i słomy, nowy pawilon szkolny – Collège Notre Dame du Bon Secours – w belgijskiej miejscowości Binche.

Eiffage znajduje się wśród dziesięciu największych europejskich grup budowlanych i operatorów koncesji. Do jej najbardziej uznanych realizacji należą: szklana piramida Luwru, najwyższy w Europie wiadukt drogowy w Millau oraz charakterystyczne żagle Opery w Sydney.

* Źródło danych: „World Green Building Trends 2018”, Dodge Data & Analytics.

** Źródło danych: „Badania preferencji i satysfakcji z zakupu mieszkania na rynku pierwotnym”, Kantar.

Hipoteka odwrócona w Niemczech. Co słychać u naszych sąsiadów?

Z najnowszego raportu Ernst & Young (EY) oraz European Pensions and Property Asset Release Group (EPPARG), dotyczącego rynku hipoteki odwróconej na świecie oraz perspektyw rozwoju tej branży, wynika, że rynek niemiecki – w porównaniu chociażby z rynkiem brytyjskim lub amerykańskim – wciąż jest we wczesnym stadium rozwoju. W Niemczech, podobnie jak w Polsce, oferowana jest renta dożywotnia czyli hipoteka odwrócona w modelu sprzedażowym. U niemieckich sąsiadów nie funkcjonują jednak odgórne normy etyczne dla całej branży, chociażby takie jak polskie Zasady Dobrych Praktyk ustanowione w ramach Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Hipoteka odwrócona nie jest też uregulowana odgórnymi przepisami. Mimo to Friedrich Thiele, dyrektor generalny Deutsche Leibrenten Grundbesitz AG i członek zarządu EPPARG twierdzi, że potencjał niemieckiego rynku jest porównywalny do prymusów tej branży.

W raporcie pt. „Global Equity Release Roundtable 2020” przygotowanym przez EY i EPPARG zebrano dane z Australii, Kanady, Niemiec, Włoch, Irlandii, Holandii, Nowej Zelandii, Norwegii, Polski, Hiszpanii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Do najbardziej rozwiniętych rynków na świecie należą przede wszystkim Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Australia. Do rynków wysoce rozwiniętych należy zaliczyć też m.in. Kanadę, Norwegię, Szwecję i Holandię.Hipoteka odwrócona w Niemczech. Co słychać u naszych sąsiadów

– Niemiecki rynek rent dożywotnich jest wciąż na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Oznacza to między innymi, że usługodawcy, którzy działają na nim od dłuższego czasu, nadal muszą prowadzić bardzo intensywne działania promocyjne i edukacyjne na rzecz całego rynku. Odwrócony kredyt hipoteczny, bardzo popularny w krajach anglosaskich nie jest oferowany w Niemczech, dlatego musimy najpierw wykształcić świadomość korzyści płynących z renty za nieruchomość – mówi Friedrich Thiele, dyrektor generalny Deutsche Leibrenten Grundbesitz AG i członek zarządu EPPAR. Według najnowszego raportu EY wartość niemieckiego rynku to obecnie mniej niż 0,5 mld dolarów, a liczba profesjonalnych podmiotów oferujących tę usługę w Niemczech jest mniejsza niż 5. [1]

Wartość polskiego rynku jest w tej chwili identyczna, ale mimo to potencjał rozwoju w Niemczech jest znacznie większy niż w kraju nad Wisłą. Przewiduje się, że za 10 lat roczny wolumen przekroczy w Niemczech 2 mld dolarów, co oznacza, że Niemcy będą sprzedawać (tylko w ciągu jednego roku) renty dożywotnie o takiej wartości. Według Friedricha Thiele w Niemczech istnieje bardzo duży potencjał rynkowy, w zakresie sprawiedliwego, bezpiecznego, przejrzystego i przekonującego produktu finansowania dla seniorów opartego na dożywotniej rencie z nieruchomości. Ten potencjał jest w pełni porównywalny z potencjałem w krajach anglosaskich, gdzie rynek jest już rozwinięty.

Brak odgórnych norm etycznych

W Niemczech nie ma odgórnych norm etycznych opracowanych pod kątem rynku hipoteki odwróconej. – Nasi sąsiedzi nie wypracowali dotychczas dokumentu podobnego chociażby do polskich Zasad Dorych Praktyk opracowanych w ramach Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Aby tamtejszy rynek mógł rozwijać się w najbliższych latach, jest to konieczne – podkreśla Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. Niemcy zdają sobie doskonale z tego sprawę. Friedrich Thiele, dyrektor generalny Deutsche Leibrenten Grundbesitz AG mówi: – Aby zapewnić długoterminowy sukces rynkowy, konieczne jest, aby wszyscy gracze stosowali jednolite standardy rynkowe. W szczególności należy jasno określić proces doradztwa i zapewnić jego najwyższych poziom. Należy również zadbać o prawidłową dokumentację, a także przejrzystą prezentację produktu ze wszystkimi kosztami i ryzykiem dla klientem wynikającymi z zawarcia umowy renty dożywotniej. Długoterminowy produkt musi być uczciwy, bezpieczny i zorientowany na klienta, a w każdym razie powinien ekonomicznie zabezpieczać ryzyko długowieczności seniorów. Produkty finansowe dla seniorów, w przypadku których mamy do czynienia z szeregami ryzyk, między innymi z ryzykiem zmiany cen na rynku nieruchomościami i ryzykiem długowieczności, powinny podlegać przepisom rządowym. Takie regulacje powinny zapobiec ryzyku niewłaściwej sprzedaży kosztem seniorów.

Pandemiczne zmiany

Jak niemiecki rynek zmienił się podczas pandemii? Od marca 2020 roku pandemia COVID-19 stała się głównym wyzwaniem dla wszystkich usługodawców. Wszyscy przedstawiciele regionalni, pośrednicy i eksperci musieli całkowicie zaprzestać działalności w pierwszej fazie zamknięcia gospodarki. Organizowanie wydarzeń, spotkań dla klientów nie było możliwe przez miesiące. Wszyscy usługodawcy musieli sprostać specjalnym, zwiększonym zasadom utrzymania higieny, które jednak zostały dobrze przyjęte przez klientów. Klienci zainteresowani hipoteką odwróconą, z racji swojego wieku, z wahaniem akceptowali przejście z konsultingu, spotkań osobistych na rozwiązania cyfrowe z uwagi na to, że wielu z nich nie jest otwartych na nowe technologie. Jednak indywidualne podejście i ułatwienia, jakie zostały wprowadzone, również w zakresie konsultacji za pośrednictwem cyfrowanych kanałów, doprowadziły do trwałej poprawy jakości oferowanych usług.

– Szczególnym wyzwaniem było notarialne poświadczenie transakcji na rynku nieruchomości, co jest wymogiem prawnym w Niemczech. Umowa renty dożywotniej z nieruchomości nie może zostać zawarta drogą elektroniczną, na odległość. Jednak również tutaj niemieccy notariusze opracowali ogólne zasady higieny, które zostały pozytywnie przyjęte przez klientów. Notariusze są uznawani za istotny element całego systemu obrotu gospodarczego, dlatego w czasie pandemii zezwolono im na oferowanie swoich usług bez ograniczeń, ale z zachowaniem najwyższych standardów ochrony sanitarnej – mówi Friedrich Thiele.

***

Cały wywiad z Friedrichem Thiele ukazał się na stronie EPPARG. Link źródłowy:

Friedrich Thiele: The market for real estate pensions in Germany has the potential to double on an annual basis

[1] Raport „Global Equity Release Roundtable 2020”, przygotowany przez EY i EPPARG, opublikowany 28.01.2021.
Link: http://epparg.org/news/global-equity-release-market-forecast-to-more-than-treble-by-2031/

Polski podatnik odzyska VAT za niezapłacone faktury? Zapadł ważny wyrok TSUE

Tak zwana „ulga na złe długi” to nazwa instrumentu, który pozwala na odzyskanie podatku VAT odprowadzonego za fakturę, która nie została opłacona lub zbyta przez kontrahenta w ciągu 90 dni. Niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zakwestionował niektóre przepisy polskiej Ustawy o VAT w tej materii jako niezgodne z dyrektywą UE ws. VAT.

Polska Ustawa o VAT pozwala skorzystać z ulgi na złe długi pod warunkiem, że kontrahent zalegający z płatnością wciąż jest czynnym podatnikiem VAT. Oznacza to, że na dzień przed złożeniem przez swojego wierzyciela wniosku o ulgę na złe długi, nie jest on w stanie upadłości lub likwidacji.

To właśnie te przepisy zostały podważone wyrokiem TSUE. Na pewno są one niekorzystne dla podatnika. W ich efekcie wiele firm musiało opłacać podatek VAT od niezrealizowanej faktury w sytuacji, kiedy nie było w stanie wyegzekwować swoich należności. To krzywdzące dla przedsiębiorcy, który nie uzyskał zapłaty za zrealizowaną usługę lub sprzedany towar.

Wyrok TSUE otwiera więc wszystkim podatnikom w Polsce możliwość otrzymania zwrotu środków z podatku VAT. Pomimo tego, że krajowe regulacje nadal obowiązują, to polscy podatnicy na podstawie wyroku Trybunału mogą występować z wnioskiem do organów podatkowych o zwrot podatku VAT z tytułu niezapłaconych faktur. Odzyskane środki z VAT, gdy kontrahent jest w stanie upadłości czy likwidacji, mogą być niejednokrotnie znaczące i dać firmom potrzebny zastrzyk gotówki, zwłaszcza w obecnych trudnych czasach.

Do uregulowania w analogicznych sytuacjach pozostaje jeszcze sprawa podatku dochodowego. Nie ma co prawda żadnej dyrektywy unijnej, która by go dotyczyła, natomiast moim zdaniem powinno to zostać rozwiązane podobnie. Przedsiębiorca, który nie otrzymał zapłaty za fakturę, nie powinien opłacać od niej podatku dochodowego. Miejmy nadzieję, że ustawodawca pójdzie w tym kierunku i jeżeli zostanie zmieniona ustawa VAT, to te niekorzystne warunki zostaną zniesione również dla PIT oraz CIT.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Pandemia różnicuje sytuację na rynku gruntów inwestycyjnych

COVID-19 ostudził aktywność deweloperów biurowych, jednocześnie zaostrzając konkurencję na rynku gruntów mieszkaniowych. Magazyny cieszą się tak dużym zainteresowaniem inwestorów, że można mówić o kurczącej się podaży terenów pod projekty tego typu.

JLL analizuje trendy na rynku gruntów inwestycyjnych pod projekty biurowe, mieszkaniowe, handlowe, logistyczno-przemysłowe oraz hotelowe w Polsce.

Rynek nieruchomości zareagował na pandemię spokojniej niż wskazywały na to początkowe analizy. Należy jednocześnie zauważyć, że ubiegły rok silnie zróżnicował sytuację w poszczególnych segmentach rynku. Mieliśmy do czynienia z całym spektrum zjawisk – od rosnącego popytu i cen gruntów mieszkaniowych i magazynowych, poprzez oznaki niepewności i wyhamowania na rynku gruntów biurowych, aż po trudną sytuację sektora hotelowego i gruntów pod obiekty handlowe, komentuje Tomasz Lewandowski, Dyrektor Działu Gruntów i Inwestycji Średniego Formatu, JLL.

Rynek biurowy – pandemia ostudziła nastroje inwestorów
Jedną z pierwszych reakcji na pojawienie się COVID-19 było wstrzymanie planów ekspansji inwestorów zagranicznych. Większość rozpoczętych odpowiednio wcześniej transakcji sprzedaży biurowych gruntów, które znajdowały się w tym okresie na zaawansowanym etapie, była kontynuowana. Jednak trwające postępowania ofertowe były niejednokrotnie weryfikowane, a nawet czasowo zawieszane,

wskazuje Tomasz Lewandowski.

Druga fala pandemii wzmocniła takie trendy jak spadek popytu, wzrost ofert podnajmu oraz zmianę struktury najmu (spadek liczby nowo zawieranych umów na rzecz przedłużania obecnych).
Ostrożna postawa inwestorów przełożyła się na niższe zainteresowanie gruntami pod zabudowę biurową. Skutkowało to mniejszą konkurencją w toczących się procesach oraz prowadziło do praktyki negocjacji ceny sprzedaży przy użyciu argumentu zwiększonego ryzyka. Korekta ceny w ofertach zakupu składanych przez deweloperów w IV kw. wahała się w granicach od 15% do nawet ponad 30%, dodaje Tomasz Lewandowski

Pandemia zweryfikowała prognozy wzrostu cen. W przypadku Warszawy, największą szansę na utrzymanie wartości pomimo COVID-19 miały grunty na obrzeżach i w ścisłym centrum miasta, gdzie średnie wartości niezmiennie oscylują w okolicach między 3000 a 4500 PLN /mkw. powierzchni użytkowej.

W najbliższych latach możemy spodziewać się mniejszej liczby transakcji zakupu gruntów biurowych. Zainteresowani zakupami będą głównie gracze o ugruntowanej pozycji, którzy nie potrzebują finansowania zewnętrznego i chcą wykorzystać spodziewaną w 2023 roku w Warszawie i niektórych miastach regionalnych lukę podażową. Utrzyma się popyt na starsze nieruchomości biurowe wymagające przebudowy lub dające potencjał do zmiany funkcji. Jednocześnie, ceny gruntów w najlepszych lokalizacjach pozostaną na zbliżonym poziomie, podsumowuje Tomasz Lewandowski

Rynek mieszkaniowy – grunty na wagę złota

Spadek sprzedaży mieszkań, który nastąpił w drugim kwartale 2020 roku nie miał przełożenia na zmniejszenie zainteresowania zakupami gruntów. Większość transakcji sprzedaży była realizowana bez zakłóceń, a ich nabywcy nadal oferowali ceny zbliżone do poziomu z 2019, a nawet wyższe. Silne odbicie w zakresie wyników sprzedaży mieszkań w drugiej połowie roku, wspierało decyzje deweloperów o rozpoczynaniu kolejnych projektów mieszkaniowych, a puste banki ziemi skłaniały do dokonywania zakupu gruntów, wskazuje Joanna Kieszczyńska, Dyrektor w Dziale Gruntów i Inwestycji Średniego Formatu

Ceny transakcyjne w relacji do PUM w Warszawie kształtowały się w okolicach 2000 PLN i wzwyż w lokalizacjach typowych dla inwestycji ze średniego segmentu jakościowego, po ceny przewyższające 5000 PLN w najbardziej prestiżowych dzielnicach, takich jak Powiśle, ścisłe Śródmieście czy górny Mokotów. W największych miastach regionalnych średnie ceny transakcyjne w relacji do PUM były notowane na poziomie 700 – 2000 PLN.

Utrzymujący się deficyt terenów inwestycyjnych zwiększy zaangażowanie deweloperów w coraz trudniejsze projekty, m.in. zakup gruntów poprzemysłowych wymagających remediacji. Niska podaż oraz rosnące ceny gruntów, w szczególności odczuwalne w przypadku sześciu największych rynków będą też sprzyjać ekspansji deweloperów w nowych lokalizacjach. Spodziewamy się też dalszego wzrostu cen gruntów mieszkaniowych oraz ostrej rywalizacji między deweloperami w prywatnych procesach zakupowych i miejskich przetargach. Na wzrost zainteresowania gruntami będzie miał też wpływ coraz bardziej dynamiczny rozwój rynku najmu instytucjonalnego, podsumowuje Joanna Kieszczyńska

Rynek handlowy – mniejsze miasta wchodzą do gry

Pandemia COVID-19 bardzo mocno wpłynęła na rynek handlowy, praktycznie ograniczając aktywność inwestycyjną w tym sektorze do parków handlowych, centrów zakupów codziennych („convenience centres”), wolno stojących sklepów spożywczych, marketów budowlanych i dekoracyjnych (z ang. DIY) oraz projektów do przebudowy lub wręcz zmiany funkcji.

Pandemia i obostrzenia nie wpłynęły jednak na zainteresowanie deweloperów gruntami pod parki handlowe oraz centra convenience, które w 2020 roku rozwijały się bardzo dynamicznie. Aktywność inwestorów w zakresie poszukiwania gruntów koncentrowała się natomiast na mniejszych miejscowościach, w których brakuje nowoczesnych przestrzeni handlowych lub takich, gdzie ich aktualna podaż nie zaspokaja wszystkich potrzeb konsumentów. Kolejne miesiące powinny przynieść kontynuację obu tych trendów, wskazuje Tomasz Lewandowski

Średnie ceny niezabudowanych gruntów pod parki handlowe w Polsce kształtowały się w przedziale 150 – 500 PLN/mkw., z tendencją wzrostową w przypadku terenów na obrzeżach lub w granicach największych miast regionalnych, aż po ceny oscylujące wokół i powyżej 1000 PLN/mkw. gruntu w granicach Warszawy.

Rynek hotelowy – większe zainteresowanie miejscowościami wypoczynkowymi
Po otwarciu hoteli w maju, popyt wewnętrzny utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie, lecz ograniczony był prawie wyłącznie do najpopularniejszych miejscowości turystycznych. W tym samym czasie hotele miejskie z trudem generowały biznes. W rezultacie zainteresowanie gruntami pod nowe projekty hotelowe dotyczyło niemal wyłącznie terenów w miejscowościach wypoczynkowych. Uwagę inwestorów przykuwały szczególnie działki nad morzem, w pierwszej linii brzegowej.

Zakładamy, że w 2021 roku zapytania w zakresie niezabudowanych gruntów o przeznaczeniu hotelowym będą dotyczyły głównie lokalizacji wypoczynkowych i rekreacyjnych wzdłuż linii brzegowej lub w okolicach wyciągów narciarskich. Spodziewamy się też, że w większości będą pochodziły one od inwestorów o ugruntowanej obecności na polskim rynku, tłumaczy Joanna Kieszczyńska

Rynek magazynowy – rosną ceny za metr kwadratowy

Zainteresowanie gruntami magazynowymi było w ubiegłym roku napędzane m.in. przez dynamiczny rozwój e-commerce, który bezpośrednio przekłada się na zwiększony popyt na powierzchnie i tereny przemysłowo-logistyczne. Z drugiej strony, na rynku można było zaobserwować wzrost ostrożności deweloperów i znaczący spadek udziału inwestycji budowanych spekulacyjnie. Mają na to wpływ m.in. wydłużające się procesy decyzyjne co do zakupu działek poprzez pogłębienie analiz techniczno-komercyjnych oraz trudności w przeprowadzaniu niezbędnych dla inwestycji procedur administracyjnych, zwraca uwagę Tomasz Olszewski, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo – Przemysłowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL

Dynamiczny rozwój sektora logistycznego w ostatnich latach i duże zapotrzebowanie na tereny inwestycyjne miały bezpośredni wpływ na wzrost cen transakcyjnych gruntów w najpopularniejszych lokalizacjach. Trend ten umocnił się w trakcie pandemii COVID-19. Najdroższym rynkiem pozostaje Warszawa z cenami na poziomie aż do 700-800 PLN/mkw. W obrębie przedmieść Warszawy, im dalej od granic miasta, tym ceny gruntów maleją aż do poziomu 100-120 PLN/mkw. Regiony Górnego Śląska, Wrocławia i Poznania jako równie atrakcyjne lokalizacje utrzymują ceny na poziomie 150-300 PLN/mkw.

Postępujący rozwój sektora logistyki, w tym w szczególności rynku e-commerce, będzie nadal generować rosnący popyt przy coraz bardziej ograniczonej podaży gruntów w najatrakcyjniejszych lokalizacjach, co utrzyma wzrost i tak już wysokich cen transakcyjnych. Jednocześnie inwestorzy będą rozważać lokalizacje coraz dalej od głównych rynków. Wzrośnie również zainteresowanie terenami typu „brownfield”, szczególnie w dużych miastach, co spowodowane jest w dużej mierze rozwojem logistyki ostatniej mili i niedoborem działek miejskich typu „greenfield” w kluczowych lokalizacjach. Należy także zwrócić uwagę na wzrost popytu na tereny możliwe do przeznaczenia pod centra przetwarzania danych, co może mieć bezpośredni wpływ na wzrost cen terenów przemysłowych, szczególnie w rejonie Warszawy i okolic, podsumowuje Tomasz Olszewski

Zwrot podatku może pomóc wielu Polakom wyjść z długów

  • 1300 zł – tyle wynosi średnia wartość zadłużenia obsługiwanego przez firmy windykacyjne z ZPF na zlecenie operatorów telekomunikacyjnych.
  • To tyle, ile wyniosła średnia kwota zwrotu podatku dochodowego od osób fizycznych w roku ubiegłym np. w woj. mazowieckim i małopolskim[1].
  • Dodatkowy zastrzyk gotówki warto przeznaczyć na spłatę choć części zadłużenia – nawet jednorazowa wpłata ułatwia negocjacje warunków spłaty długu u wierzyciela.

Do 30 kwietnia Polacy mają obowiązek złożyć w Urzędach Skarbowych roczne zeznania podatkowe. Spora część podatników nie zwleka z rozliczeniem PIT. Im wcześniej rozliczymy się z fiskusem, tym szybciej zwrot podatku trafi na nasze konta. I choć dodatkowe pieniądze wolelibyśmy pewnie przeznaczyć na przyjemności, typu wyjazd na wakacje czy zakup nowego sprzętu, to eksperci przekonują, że w pierwszej kolejności warto pomyśleć o uporządkowaniu swojej sytuacji finansowej i spłacie ewentualnych zadłużeń.

Dodatkowa suma pieniędzy, zwłaszcza w czasach pandemii, gdy sporo osób utraciło źródło dochodu lub ich wynagrodzenie zostało zmniejszone, może stanowić realną pomoc. Szczególnie, gdy przez nietrafione decyzje czy też nieszczęśliwe zrządzenie losu popadliśmy w długi. Każdą tego typu szansę, gdy otrzymujemy niespodziewany zastrzyk gotówki, warto wykorzystać do uporządkowania swojej sytuacji finansowej– mówi Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych, organizacji, która prowadzi kampanię Windykacja? Jasna sprawa!

Przeznaczając zwrot podatku na spłatę zadłużenia, szybciej się od niego uwolnimy

Może się okazać, że po spłacie zadłużenia zostaną nam jeszcze wolne środki do rozdysponowania, ponieważ kwoty ze zwrotów podatków bywają czasami naprawdę duże. Widać to choćby na przykładzie danych z Małopolski oraz Mazowsza. Z informacji udostępnionych przez Izbę Administracji Skarbowej w Krakowie wynika, że w ubiegłym roku urzędy skarbowe woj. małopolskiego zrealizowały z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych[2] 1 129 515 zwrotów na łączną kwotę 1 467 654 006 zł, co daje średnio 1300 zł na podatnika. Podobną kwotę, bo 1306 zł, otrzymali podatnicy z woj. mazowieckiego.

Jeśli porównamy to z danymi Związku Przedsiębiorstw Finansowych, okaże się, że kwota ta odpowiada mniej więcej średniemu zadłużeniu obsługiwanemu przez firmy windykacyjne z ZPF na zlecenie operatorów telekomunikacyjnych. Jeżeli zatem mamy zadłużenie wynikające np. z niezapłaconych rachunków za telefon, to przeznaczając zwrot podatku na jego spłatę, możemy uwolnić się od długu.

Jeśli dług jest większy, pomoże nawet częściowa spłata

Firmom windykacyjnym zależy na porozumieniu z osobami zadłużonymi, dlatego dopasowują warunki spłaty długu do ich indywidualnych możliwości. Jeśli uregulowanie należności nie jest możliwe dzięki wpłacie jednorazowej, to rozkładają ją na dogodne raty. Bardzo ważna jest jednak chęć współpracy i kontakt z firmą windykacyjną.

Na pewno taka jednorazowa, wyższa wpłata pomoże nam szybciej spłacić zadłużenie i wyjść na finansową prostą. Zawsze okazanie woli do współpracy jest dobrze odbierane przez firmę windykacyjną i otwiera nam pole do negocjacji warunków spłaty zadłużenia – dodaje Marcin Czugan.

[1] Dane Izby Administracji Skarbowej w Warszawie oraz Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.

[2] W tym podatku dochodowego pobieranego w wysokości 19% od dochodów z pozarolniczej działalności gospodarczej i zryczałtowanego podatku dochodowego od przychodów ewidencjonowanych.

Przełomowy dla biznesu rok 2021 – Accenture Fjord Trends 2021

  • Coroczny raport Accenture „Fjord Trends 2021” wskazuje 7 najważniejszych trendów, które będą kształtować społeczeństwo i otoczenie biznesowe, a tym samym krajobraz technologiczny.
  • Zdaniem ekspertów, kryzys wywołany pandemią COVID-19 przyniesie innowacje na niespotykaną dotąd skalę, redefiniując relacje między biznesem a konsumentami i przewartościowując sposób, w jaki przedsiębiorstwa myślą o rozwoju.
  • Czas zmian będzie dla firm wielkim wyzwaniem, a działania strategiczne oraz operacyjne będą musiały szybko adaptować się do niestabilnego otoczenia biznesowego, żeby firmy mogły przetrwać i rozwijać się.

Ubiegły rok pokazał nam, że technologia może być potężnym narzędziem wspomagającym ludzką pomysłowość i innowacje. Przełomowe wydarzenia, których byliśmy świadkami, zmieniły nasze społeczeństwo, a co za tym idzie nasze potrzeby i oczekiwania względem produktów i usług. Celem raportu Fjord Trends 2021 jest przedstawienie aktualnego globalnego krajobrazu technologicznego.

– Raport Fjord Trends przedstawia, w jakich obszarach mogą rozwijać się technologie. Nie chodzi tu o wskazanie kolejnej po AI czy chmurze obliczeniowej technologii sensu stricte. Chodzi o identyfikację problemów i wyzwań, które technologia może rozwiązać. To będzie miało wpływ na biznes. Firmy, które uważnie przyglądają się temu co się dzieje na świecie i zdecydowały się wykorzystać technologię do usprawnienia działalności, bądź zmian w takich obszarach działalności biznesowej jak komunikacja i marketing, R&D, działalność operacyjna i administracyjna czy nawet HR, mogą zyskać wielką przewagę konkurencyjną w tych niestabilnych czasach – komentuje Agnieszka Kubera – Managing Director, Accenture Products.

Wśród trendów, które najmocniej wpływają na społeczeństwo i biznes możemy wymienić:

  1. Zbiorowe przeniesienie: w 2020 r. zmieniło się wszystko. Mechanizm zbiorowego przeniesienia zmusił nas do poszukiwania nowych form i miejsc, w których wypełniamy obowiązki i spędzamy czas wolny. Dla wielu z nas zmienił się sposób pracy, robienia zakupów, nauki, prowadzenia życia towarzyskiego, wykonywania obowiązków rodzicielskich czy dbania o zdrowie. Marki muszą poszukać sposobów na zaoferowanie klientom nowych doświadczeń i wchodzenie z nimi w interakcje.
  2. Domowi wynalazcy: Innowacje są czasem silnie powiązane z technologią, ale w coraz większym stopniu także napędzane talentem ludzi do wymyślania nowych sposobów radzenia sobie z różnymi wyzwaniami. Technologia odgrywa w tym procesie kluczową rolę, ale w mniejszym stopniu dostarcza gotowych rozwiązań, a coraz częściej pełni rolę czynnika wyzwalającego ludzką pomysłowość.

– Innowacyjność to m.in. zdolność wymyślania nowych sposobów na rozwiązywanie napotykanych problemów czy tricków ułatwiających życie, czyli zyskujących na popularności tzw. „life hacków”. Weźmy na przykład osobę pracującą zdalnie z domu, która używa deski do prasowania jako stojącego biurka, czy rodzica, który zamienił się w nauczyciela. Technologia odgrywa nową rolę – czynnika uwalniającego ludzką pomysłowość, dzięki czemu ludzie są w stanie pokazać swoje prawdziwie kreatywne oblicze. Twórcy internetowi, dziennikarze, politycy, czy trenerzy osobiści starają się znaleźć nowe zastosowania mediów społecznościowych i wciąż testują nowe platformy, do przekazywania ważnych informacji i dotarcia do swoich odbiorców. Każdy chce lepszych rozwiązań, ale era, w której od marki oczekiwano stworzenia gotowego rozwiązania, zmienia się w taką, w której marki tworzą warunki dla osobistych innowacji – mówi Krzysztof Ślęczka – Head of Digital Commerce for Retail and FMCG, Accenture.

  1. Esencja zespołów: dla wielu osób praca w domu stała się niejako mieszkaniem w biurze, co silnie rzutuje na wzajemne relacje pomiędzy pracodawcą i pracownikiem oraz wiele powiązanych z tym kwestii. Do kogo należy ostatnie słowo na temat tego, jak ludzie są ubrani podczas służbowych wideokonferencji przeprowadzanych w swoich domach? Przyszłość nie będzie wyglądać jednakowo dla wszystkich zatrudnionych. Możliwe jest, że sytuacja pracowników będzie wyglądać inaczej w każdej organizacji. Zmiany dotkną czterech głównych obszarów, w których pracodawcy mają możliwości (i obowiązki) wprowadzania innowacji: technologia, kultura, rozwój talentów i kontrola. Na razie to, jak będzie wyglądać praca w przyszłości jest niejasne – wkraczamy w przestrzeń domysłów i prognoz.
  2. Potrzeba interakcji: większość  ludzi, żeby być na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie, spędza o wiele więcej czasu przed ekranem. Ukazało to pewną szablonowość wzornictwa technologii cyfrowej. Organizacje muszą na nowo przemyśleć design, treści, odbiorców i interakcje między nimi, aby wprowadzić więcej emocji, radości i nieoczekiwanych zwrotów akcji do doświadczeń cyfrowych.
  3. Płynna infrastruktura: sposoby i miejsca, w których kupujemy towary i usługi, znacząco się zmieniły w 2020 r. Organizacje muszą ponownie przemyśleć swoje zasoby fizyczne i skoncentrować się na zapewnieniu maksymalnie atrakcyjnych doświadczeń klientom na etapie bezpośrednio poprzedzającym zakup. Ludzie oczekują natychmiastowej satysfakcji i porównywalnego zadowolenia z dostawy, jakie towarzyszyło im podczas zakupu dokonanego w sklepie. Organizacje mogą (i powinny) budować zwinność i odporność swoich łańcuchów dostaw, aby zyskać możliwość szybkiego dostosowywania się do zmian.
  4. Nowy wymiar empatii: ludzie przykładają dużą wagę do wartości wyznawanych przez marki oraz sposobu, w jaki je komunikują. Pandemia rzuciła światło na wiele źle funkcjonujących systemów na całym świecie, m.in. dyskryminację oraz dostęp do opieki zdrowotnej. W rezultacie firmy muszą ciężko pracować nad zarządzaniem swoją komunikacją, nadając priorytet tematom, które mają dla nich największe znaczenie i budując swoje działania wokół nich.
  5. Stare i nowe rytuały: świętowanie narodzin, ślubów czy nawet wspólne spędzanie świąt miało znaczący wpływ na dobre samopoczucie społeczności. Firmy mają możliwość pomagania ludziom w poszukiwaniu nowych znaczeń w życiu poprzez stworzenie nowych rytuałów, które przyniosą im radość i dobre samopoczucie. Punktem wyjścia jest zrozumienie pustki po utraconym rytuale i zaproponowanie czegoś, co mogłoby ją zastąpić.

Każdego roku Accenture Interactive przygotowuje listę trendów w obszarze biznesu, technologii i designu na nadchodzący rok na podstawie sugestii zgłaszanych przez naszą globalną sieć projektantów obejmującą 2000 talentów z ponad 40 agencji kreatywnych na całym świecie. Trendy Fjord na rok 2021 koncentrują się na kwestii zaspokajania ludzkich potrzeb przez nich samych, organizacje i marki. Cały raport znajduje się na stronie: https://accntu.re/3qiirA7

78 proc. średnich i dużych firm w Polsce stawia na cyfryzację

Instytut Humanites prezentuje wyniki badania „BARIERY i TRENDY. Transformacja technologiczna firm w Polsce z uwzględnieniem perspektywy człowieka/ pracownika/konsumenta.”

Cyfryzacja stała się wymogiem współczesnego świata dla 91 proc. rodzimych menedżerów. Potwierdzają to wdrażane na rynku strategie i projekty z zakresu wykorzystania chmury obliczeniowej. Aż 78 proc. organizacji z sektora średnich i dużych przedsiębiorstw jest w trakcie transformacji cyfrowej, a 36 proc. z nich jest na zaawansowanym etapie zmian. Są to przede wszystkim duże przedsiębiorstwa, zatrudniające powyżej 250 pracowników, w tym również Spółki Skarbu Państwa.

„Wdrażanie nowych technologii i wykorzystanie chmury obliczeniowej nie jest już tylko dźwignią rozwoju, ale staje się warunkiem przetrwania firm i utrzymania konkurencyjności. Rewolucja cyfrowa bardzo przyspieszyła w ostatnich latach, a pandemia dodatkowo przyspieszyła transformację. Warto, aby polskie firmy przezwyciężały istniejące bariery i budowały kulturę organizacji otwartą na zmiany i innowacje. Infrastruktura i aplikacje chmury obliczeniowej, narzędzia analizy danych i automatyzacji wsparte AI, czy rozwój sprzedaży e-commerce tworzą zupełnie nowe możliwości wzrostu i poprawy efektywności zarówno dla dużych, jak i małych przedsiębiorstw” – mówi Paweł Borys, Prezes Zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju.

Raport „Bariery i Trendy. Transformacja technologiczna firm w Polsce z uwzględnieniem perspektywy człowieka/pracownika/konsumenta”[1] dowodzi, że:

Aż 93 proc. kierowników, 88 proc. pracowników firm oraz 67 proc. Polaków 15+ przyznaje, że pandemia przyspieszyła cyfrową transformację.

Najbardziej zaawansowane są duże przedsiębiorstwa zatrudniające ponad 250 pracowników, w tym Spółki Skarbu Państwa, gdzie blisko 60 proc. firm deklaruje, że już na co dzień wykorzystuje nowe technologie lub jest na zaawansowanym etapie, w stosunku do firm średnich, gdzie takiej odpowiedzi udzieliło 46 proc.

Spośród ankietowanych, 98 proc. osób ze szczebla kierowniczego wskazuje, że dzięki cyfryzacji wiele procesów dzieje się automatycznie, a dokumenty i procesy są bardziej dostępne.

Zarówno menedżerowie, jak i pracownicy liniowi przyznali, że dzięki digitalizacji wzrosła efektywność pracy – odpowiednio 86 proc. i 82 proc. wskazań. Chociaż jedynie 12 proc. respondentów twierdzi, że wykorzystuje już nowe technologie na co dzień.
Mimo że 80 proc. uczestników badania zwraca uwagę na wysokie koszty finansowe transformacji w pierwszej fazie, to 82 proc. menedżerów podkreśla optymalizację kosztów jako główną, widoczną korzyść cyfryzacji.

Księgowość, HR i logistyka to obszary, w których w całości lub częściowo procesy są obsługiwane przez technologię cyfrową w ponad 80 proc. Najniższy poziom zastosowania nowych technologii jest w obszarach produkcyjnych – 39 proc.

Mimo że 56 proc. Polaków uznaje cyfrowe technologie za szansę dla ludzkości, to podobna część polskiego społeczeństwa (58 proc.) ma obawy, że prywatne dane są wykorzystywane do wpływu na ich decyzje, a 63 proc. wskazuje na możliwy negatywny wpływ nowych technologii na zdrowie fizyczne i psychiczne ludzi.

„Chmura obliczeniowa nie jest tylko narzędziem informatycznym. Może nawet więcej: przede wszystkim nie jest narzędziem – jest nowym sposobem patrzenia na możliwości biznesowe. Może to zabrzmieć górnolotnie, jednak zaryzykuję: chmura obliczeniowa stała się filozofią działania firm i instytucji w cyfrowym świecie. Nie świecie przyszłości, ale teraźniejszości. Dobrym sygnałem dla Polski jest “cyfryzacyjny” trend wśród polskich firm, co pokazuje raport. Przekształcenie trendu w trwały fundament działania wymaga rozwoju kompetencji i rozumienia „filozofii chmury” nie tylko wśród informatyków, bo ci już to rozumieją, ale także wśród szeroko rozumianych działów biznesowych firm. Naszym – ludzi z IT – zadaniem musi być pokazanie korzyści z użycia chmury obliczeniowej nie-informatykom. Róbmy to językiem strategicznych i biznesowych korzyści – mówi Dariusz Śliwowski, Wiceprezes Zarządu Operatora Chmury Krajowej.

Większość przedstawicieli kierownictwa polskich firm uznało, że ich firmy są na podobnym poziomie digitalizacji w porównaniu do innych organizacji (65 proc.). Liczba ta rośnie w grupie firm dużych, powyżej 250 pracowników, gdzie odsetek ten sięgnął niemal ¾ ankietowanych. Co ciekawe, niemal ¼ menedżerów ze Spółek Skarbu Państwa przyznaje, że wyprzedza inne firmy w Polsce w kwestii cyfryzacji.

„Badania potwierdzają, że transformacja cyfrowa nie jest liniowym procesem, który ma ściśle określony początek i koniec. To zjawisko wielowymiarowe, które obejmuje wiele obszarów działania firmy i wszystkich pracowników. Nie polega tylko na zastąpieniu poszczególnych elementów analogowych narzędziami cyfrowymi, ale na ich wzajemnym zintegrowaniu. Często wymaga całkowitego przebudowania procesów wewnątrz organizacji lub wręcz wymyślenia, zdefiniowania ich od nowa. To proces nieustannego rozwoju i zmian dostosowawczych” – mówi Zofia Dzik, Prezes Zarządu Instytutu Humanites.78 proc średnich i dużych firm w Polsce stawia na cyfryzację

78 proc średnich i dużych firm w Polsce stawia na cyfryzację 2

Według deklaracji menedżerów najbardziej scyfryzowane obszary działalności firmy to księgowość i HR, w których działania odpowiednio w 96 proc. i 91 proc. częściowo lub w całości opierają się o technologie cyfrowe. W mniejszym zakresie digitalizacja dotknęła obszar IT, w którym zdecydowana większość (72 proc.) procesów odbywa się jedynie częściowo w oparciu o technologię, a tylko w 19 proc. całkowicie polega na cyfrowych narzędziach. Kolejna jest logistyka (w 68 proc. częściowo; w 13 proc. całkowicie) i kontakty między pracownikami (w 71 proc. częściowo; w 9 proc. całkowicie). W najmniejszym stopniu scyfryzowana jest produkcja (w 37 proc. częściowo; w 2 proc. całkowicie) oraz kontakty z klientem (w 56 proc. częściowo; w 1 proc. całkowicie).

Optymalizacja, efektywność, dostosowanie

Optymalizacja

Z perspektywy przedstawicieli szczebla kierowniczego transformacja cyfrowa jest bezsprzecznie ze wszech miar korzystna. Wśród jej kluczowych przewag respondenci wskazują optymalizację kosztów, zwiększenie efektywności procesów, dostosowanie do oczekiwań klientów. W przypadku firm średniej wielkości, respondenci wskazali również na zwiększenie komfortu pracy pracowników oraz ich rozwój. Z punktu widzenia dużych firm cyfryzacja pozwala nadążać za rynkiem i ma wpływ na zwiększenie sprzedaży. Przedstawiciele Spółek Skarbu Państwa zwrócili także uwagę na poprawę jakości oferowanych usług.

W związku z tym, że cyfryzacja stała się wymogiem współczesnego klienta, te firmy, które nie wchodzą na ścieżkę transformacji w tym zakresie stają się mniej konkurencyjne i tracą swoją pozycję na rynku. W opinii uczestników badania, cyfryzacja to szansa budowania przewagi konkurencyjnej poprzez obniżanie kosztów i cen, dostarczanie coraz bardziej nowoczesnych rozwiązań, coraz lepsze wpisywanie się w potrzeby klienta, oraz zapewnianie coraz lepszej jego obsługi.

Efekty jakie przyniosła transformacja cyfrowa firm są w większości przypadków zgodne z oczekiwaniami, a nawet je przewyższyły. Warto jednak podkreślić, że zdecydowanie pozytywną ewaluację efektów transformacji cyfrowej widzimy jedynie w co piątej z badanych firm. Najbardziej zauważalnym rezultatem transformacji jest zwiększenie komfortu pracy pracowników, poprawa efektywności procesów i bezpieczeństwa zespołu. Respondenci wskazywali również na dostosowanie do zmieniających się potrzeb, ale także optymalizacja kosztów i nadążanie za rynkiem.

Przełamać niechęć do zmian

„Opinie na temat transformacji cyfrowej są w większości pozytywne i zgodne. W badaniu zdecydowanie wyróżnia się kwestia ogromnej potrzeby budowania kompetencji cyfrowych na rynku, aby otworzyć organizacje na zmiany. Ponad połowa ankietowanych pracowników zwracała uwagę na zbyt małą liczbę szkoleń w tym obszarze. W ramach ogłoszonego w maju 2020 kompleksowego planu inwestycyjnego o wartości 1 miliarda dolarów na rozwój Polskiej Doliny Cyfrowej, Microsoft zobowiązał się między innymi do przeszkolenia 150 tys. pracowników, Partnerów i studentów. Inwestycja ta wspomoże rodzime i regionalne projekty transformacyjne oraz zasili naszą gospodarkę o najlepszych specjalistów z wykorzystania chmury obliczeniowej” – mówi Paweł Jakubik, Członek Zarządu w polskim oddziale Microsoft.

Dla niemal 2/3 badanych, zwłaszcza kierownictwa firm, na początku transformacji cyfrowej problemem była niechęć do zmiany dobrze znanych i sprawdzonych procesów. Dla 56 proc. respondentów nowy system wydawał się znacznie bardziej skomplikowany niż dotychczasowe rozwiązania. Obawa o niewystarczające kompetencje, uniemożliwiające sprostanie nowym zadaniom towarzyszyła przede wszystkim przedstawicielom szczebla kierowniczego firm średniej wielkości. Dla osób zarządzających dużymi firmami i Spółkami Skarbu Państwa duży problem stanowiła nadmierna kontrola zadań. Na ryzyko utraty pracy w związku z automatyzacją procesów wskazało 40 proc. ankietowanych w spółkach. Natomiast w ogólnopolskim badaniu na to ryzyko wskazało już 59 proc. Polaków.

Obawy pracowników na początku transformacji cyfrowej – infografika

Aż 80 proc. uczestników badania wskazało, że największym wyzwaniem związanym z transformacją cyfrową w jej pierwszej fazie są wysokie koszty finansowe i nakłady czasowe. Wśród początkowych problemów zwracają oni również uwagę na konieczność synchronizacji zmian w różnych obszarach organizacji oraz brak czasu i potrzebę dostosowania do nowych regulacji prawnych i przemodelowania dotychczasowych procesów. Nie zaobserwowano istotnych różnic w postrzeganiu barier pomiędzy różnymi typami spółek. Jedynie w większym stopniu niż średnia na wyzwania regulacyjne zwrócili uwagę respondenci ze Spółek Skarbu Państwa (72 proc. vs. średnia 50 proc.), podkreślili oni również wagę opinii związków zawodowych 42 proc. przy średniej z badania na poziomie 22 proc.

Obawy pracowników na początku transformacji cyfrowej

Większość problemów traci na znaczeniu wraz z postępem transformacji. Wyjątkiem są koszty i konieczność szkolenia pracowników – wyzwania równie istotne dla firm, które są na początku transformacji, jak i tych, które są już na zaawansowanych etapie tego procesu.
infografika

[1] Badanie „BARIERY i TRENDY. Transformacja technologiczna firm w Polsce z uwzględnieniem perspektywy człowieka/pracownika/konsumenta”. Gfk na zlecenie Instytutu Humanites, luty 2021 r. Partnerami projektu są Microsoft, PFR, Blue Media, Platforma Przemysłu Przyszłości, GfK, Chmura Krajowa. W badaniu wzięli udział członkowie zarządu oraz osoby odpowiedzialne za przeprowadzanie transformacji cyfrowej w organizacji/ firmie oraz pracownicy. Badanie było realizowane wśród średnich i dużych firm z następujących sektorów: finanse, bankowość, przemysł wydobywczy, e-commerce, firmy spożywcze, kosmetyczne, logistyczne oraz w Spółkach Skarbu Państwa. W badaniu wzięło udział 400 osób w podziale na kadrę kierowniczą i pracowników. Badanie obejmowało także ogólnopolskie badanie opinii publicznej dotyczącej transformacji i jej skutków na reprezentatywnej próbie Polaków 15+, N=1000.

Przygotuj organizację na nowy standard ISO 45003

Międzynarodowy standard zdrowia i bezpieczeństwa psychologicznego w miejscu pracy (ISO 45003) ma zostać opublikowany już w 2021 roku. Zagrożenia psychospołeczne zyskają więc należne miejsce w regulacjach, mając realny wpływ na pracowników, a przez to i na funkcjonowanie organizacji.

Warto już teraz zainteresować się tematem pod kątem własnej firmy i jej zespołu.

Dlaczego wprowadza się normę uzupełniającą do standardu ISO 45001?

System Zarządzania Bezpieczeństwem Pracy ISO 45001:2018 podkreśla, że organizacja jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo pracowników i innych osób, na które mogą mieć wpływ jej działania. Odpowiedzialność ta obejmuje promowanie i ochronę ich zdrowia fizycznego, a także psychicznego.

– Nowa norma pojawi się w celu eliminowania oraz minimalizowania ryzyka związanego z zagrożeniami psychospołecznymi – podkreśla Joanna Jędrzejak, audytor i trener w EcoMS Consulting, zaangażowana w projekty dotyczące dostosowania systemu zarządzania bezpieczeństwem do wymagań normy ISO 45001:2018.

Zagrożenia psychospołeczne wynikają z niewłaściwego sposobu organizacji pracy, niekorzystnego otoczenia społecznego lub środowiska pracy czy nieodpowiednich warunków pracy. Niebezpieczeństwa tego typu przyczyniają się do utraty zdrowia i dobrego samopoczucia pracowników, a przez to oddziałują na funkcjonowanie całej organizacji.

W odniesieniu do pracowników mogą prowadzić do negatywnych skutków psychicznych, fizycznych i społecznych (np. choroby układu krążenia, zaburzenia snu, lęk, depresja czy wypalenia zawodowe).

W efekcie zmniejsza się zadowolenie z pracy, zaangażowanie oraz produktywność.

Konsekwencje dla organizacji będą jak najbardziej policzalne – coraz słabsze wyniki działalności,  zwiększone koszty wynikające z absencji chorobowej, rotacji pracowników oraz obniżona jakość produktów i usług. Zwiększy się również poziom ryzyka wystąpienia wypadków i urazów, a także ryzyko utraty reputacji organizacji.

Jak zapobiegać zagrożeniom psychospołecznym w pracy oraz jak nimi zarządzać?

– Organizacje są odpowiedzialne za identyfikację zagrożeń i minimalizowanie związanego z nimi ryzyka. Dzięki wykorzystaniu odpowiednich narzędzi możemy płynnie zarządzać ryzykiem psychospołecznym oraz skutecznie zapobiegać występowaniu zagrożeń z nim związanych – zauważa Joanna Jędrzejak z EcoMS Consulting.

Audyt zdrowia psychicznego (analiza luk)

Przed rozpoczęciem procesu zarządzania ryzkiem psychospołecznym wskazane jest wykonanie wstępnej analizy swojej organizacji pod kątem przyjętych praktyk wspierających zdrowie i bezpieczeństwo psychiczne pracowników. W oparciu o wyniki ankiety elektronicznej przeprowadzonej wśród wszystkich pracowników, możliwe jest podjęcie decyzji odnośnie zidentyfikowanych potrzeb.

Edukacja

Należy wziąć pod uwagę fakt, że większość pracowników ma ograniczoną wiedzę na temat zdrowia psychicznego, a duży procent postrzega „zdrowie psychiczne” jako synonim „choroby psychicznej”. Konsultacje z pracownikami posiadającymi ograniczony zasób wiedzy w tym zakresie mogą przynieść odwrotny skutek do zamierzonego. Dlatego poprzedzając identyfikację zagrożeń psychospołecznych i opracowanie mechanizmów kontroli ryzyka, tak ważne jest podnoszenie świadomości pracowników w zakresie zagrożeń psychospołecznych, aby mogli w sukcesywny sposób uczestniczyć w procesach zarządzania ryzykiem zgodnych z ISO 45003.

Mechanizmy kontroli

Norma ISO 45003 wskaże, żeby przy pomocy systemu zarządzania BHP zintegrowanego z procesami biznesowymi organizacji, ryzyka psychospołeczne były zarządzane w sposób spójny z innymi rodzajami ryzyk związanymi z bezpieczeństwem i higieną pracy. Można zatem stosować podobną metodologię aby radzić sobie z nimi w tak samo logiczny i konsekwentny sposób.

Kluczem pełne zaangażowanie

Współudział pracowników na każdym etapie procesu ma kluczowe znaczenie dla osiągnięcia zamierzonego efektu w zarządzaniu zagrożeniami psychospołecznymi.

Należy jednak pamiętać, że sukces zarządzania ryzykiem psychospołecznym (podobnie jak w innych standardach ISO) zależy od zaangażowania wszystkich szczebli i funkcji organizacji, zwłaszcza najwyższego kierownictwa. Na nich spoczywa duża odpowiedzialność za tworzenie kultury wspierającej pozytywne zdrowie psychiczne. System powinien obejmować rozwijanie ich kompetencji w zakresie odpowiedzialności za zdrowie psychiczne pracowników czy wspierania powrotu do pracy.

Branża budowlana w kryzysie klimatycznym

The World Economic Forum stawia kryzys klimatyczny na pierwszym miejscu listy wyzwań dla biznesu w 2021 roku i ogłasza „Net-Zero Challenge”. Najczęściej pojawiającym się hasłem działań proekologicznych na arenie międzynarodowej jest dekarbonizacja globalnych łańcuchów dostaw, z czego transport drogowy uznaje się za głównego winowajcę zanieczyszczenia środowiska. Tutaj też rozwijane są technologie związane z napędem pojazdów. Dlatego samochody elektryczne czy silniki wodorowe to tematy szeroko omawiane na szczeblach rządowych i komentowane w mediach. Tymczasem transport to nie jedyny sektor, który potrzebuje natychmiastowej zmiany. Branża budowlana odpowiada za 10 proc. światowej emisji gazów cieplarnianych. Co więcej od ponad pół wieku budujemy tak samo. Bill Gates miał rację, mówiąc, że to właśnie budownictwo będzie najtrudniejszym wyzwaniem w kryzysie klimatycznym. Czy samorządy i inwestorzy mają wybór?

Jak budować miasta w przyszłości?

Urbanizacja to jeden z megatrendów, który będzie miał największy wpływ na rynek nieruchomości w ciągu najbliższych 5-10 lat. Krajobraz branży budowlanej w czasach COVID-19 będzie kształtować dalszy wzrost populacji zamieszkującej tereny miejskie, która pomiędzy 2000 a 2018 rokiem zwiększyła się z 71 do 75 proc. Przewiduje się, że do 2030 roku osiągnie poziom 77,5 proc. Pandemia tylko przyspieszy to zjawisko, co przyczyni się do rozbudowy istniejących aglomeracji i kształtowania zupełnie nowych środowisk miejskich. Jakie wyzwanie stoi przed samorządami, urbanistami, architektami i inwestorami prywatnymi?

Obecnie biznes i samorządy mierzą się z dwoma kluczowymi wyzwaniami. Jest to kryzys klimatyczny oraz osłabienie gospodarek krajowych w wyniku pandemii. Obie sytuacje wymagają szczególnego reagowania ze strony rządów, ale też przedsiębiorców i sektora przemysłowo-produkcyjnego. Na poziomie ochrony środowiska mówimy przede wszystkim o wydajności. W branży budowlanej, choć nie tylko, określenie ‘efficiency’ staje się kluczem do strategii zrównoważonego rozwoju zarówno miast, jak i firm. Wydajność energetyczna samego procesu powstawania budynków jest tak samo ważna jak wdrożenie rozwiązań ekologicznych w gotowych obiektach. Dlatego budownictwo konwencjonalne, które do niedawna było traktowane jak etos i nie zmieniło się znacząco od ponad 50 lat, zaczyna dzielić się rynkiem nieruchomości z budownictwem modułowym. Technologia wolumetryczna pozwala tworzyć gotowe moduły i budynki w fabryce, co ogranicza oddziaływanie dwutlenku węgla na atmosferę w stosunku do tradycyjnych prac budowlanych. Ponadto nowoczesne moduły to oszczędność pieniędzy, a opłacalność inwestycji w erze pandemii to kolejny czynnik, który długo jeszcze będzie determinował światową gospodarkę, a tym samym decyzje samorządów i duże przedsięwzięcia inwestorów, wyjaśnia dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz, DMDmodular.

Czy zrównoważone budownictwo jest możliwe?

Konferencja “United Nations Climate Change” 2021 przyniosła obiecujące deklaracje przedstawicieli największych gospodarek. Unia Europejska wraz z Wielką Brytanią podtrzymują swój plan klimatyczny, by osiągnąć poziom zero-emisyjności do 2050 roku. Korea Południowa oraz Japonia dołączyły się do tych celów klimatycznych, a Chiny, które wydzielają obecnie najwięcej gazów cieplarnianych, chcą zredukować swój negatywny wpływ na środowisko nie później niż do 2060 roku. Natomiast Stany Zjednoczone wyliczyły, że 75 proc. gałęzi przemysłu i produkcji tego kraju może osiągnąć zeroemisyjność w ciągu najbliższych kilku lat.

Tymczasem jednym z największych wyzwań dla ambitnych planów tych rządów jest budownictwo. Dane potwierdzają zjawisko marnowania zasobów naturalnych i zanieczyszczenia środowiska przez tradycyjne procesy projektowo-budowlane.

  • Według raportu Transparency Market Research ilość odpadów budowlanych wytwarzanych każdego roku na całym świecie podwoi się do 2,2 miliarda ton do 2025 roku.
  • W XX wieku nastąpił 23-krotny wzrost zasobów naturalnych wykorzystywanych do budowy.
  • Na całym świecie istnieje ponad 800 miliardów ton „zapasów” zasobów naturalnych uwiązanych w powstałych konstrukcjach, z czego dwie trzecie w samych krajach uprzemysłowionych.
  • Budownictwo (czyt. tradycyjne) jest drugim, po produkcji żywności, sektorem gospodarki, który odpowiada za największą liczbę ton gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery. Na przykład sama produkcja cementu stanowi około 5 proc. światowej emisji dwutlenku węgla.
  • Brytyjscy naukowcy wyliczyli, że tamtejsza branża budowlana odpowiada za około 55 proc. wykorzystania zasobów naturalnych, a konstruowanie kolejnych obiektów generuje 50 proc. emisji CO2 do atmosfery. Natomiast budowa jednego domu to aż 11 ton odpadów budowlanych.

Naszym zadaniem jako alternatywnej inżynierii budowlanej jest rozwijanie i oferowanie klientom technologii modułowej 3D[1], którą cechuje bardzo niski ślad węglowy oraz wysoki wskaźnik recyklingu. Dla przykładu 85 proc. stali używanej do naszych produkcji pochodzi z odzysku surowców wtórnych, a 98 proc. odpadu typu karton gips oddajemy do ponownego przetworzenia na płyty gipsowe. Ponadto około 90 proc. całej produkcji budynków modułowych powstaje w pełni kontrolowanych warunkach fabrycznych. Dlatego w ciągu ostatnich dwóch lat zainteresowanie wśród inwestorów – samorządowych i prywatnych – wzrosło niemal o 100 proc. Budownictwo modułowe to alternatywne, mądre i innowacyjne uzupełnienie tradycyjnego sektora budowlanego, znacznie bardziej wydajne i rozsądne w gospodarowaniu zasobami naturalnymi, przekonuje prezes DMDmodular, Woźniak-Szpakiewicz.

Technologia to nie wszystko

DMDmodular szacuje, że w ciągu 2-3 lat sektor budownictwa modułowego w Polsce przekroczy 1 proc. wartości całego rynku budowlanego, czyli około 700 mln złotych. Jednak potencjał tego segmentu biznesowego jest znacznie większy. W Wielkiej Brytanii udział technologii modułowej w nieruchomościach komercyjnych i prywatnych stanowi aż 8%. Natomiast Stany Zjednoczone zbliżają się do 5%. Polska podąża za globalnym trendem, stając się wewnętrznym rynkiem dla technologii modułowej. Buduje silną pozycję wyspecjalizowanego producenta i eksportera wykorzystującego własną technologię. Dowodem są takie realizacje jak choćby najwyższy modułowy hotel na świecie, do realizacji którego została wybrana m.in. polska firma ze Skawiny pod Krakowem. To także potwierdzenie, że moduły z powodzeniem mogą tworzyć prestiżowe projekty architektoniczno-budowlane.

W 2015 roku Marriott wykorzystał konstrukcje modułowe w ponad 70 projektach w USA. Eric Jacobs, odpowiedzialny za strategię rozwoju sieci, przyznaje, że dzięki budownictwu modułowemu skrócili czas budowy swoich obiektów o pół roku, czyli zamiast 18-24 miesięcy mogli otworzyć hotel w mniej niż rok. Po tę technologię sięgają również inwestorzy działający w segmencie akademików, co-livingu czy sektorze mieszkalnym jedno- i wielorodzinnym. Wszędzie tam, gdzie liczą się czas, jakość, ekologia i rozsądne koszty budownictwo modułowe zaczyna być coraz bardziej atrakcyjnym wyborem.

Czy po COVID będziemy budować uważniej?

W 2019 roku odnotowano najwyższy od czasów drugiej wojny światowej poziom emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Podczas pandemii związanej z COVID-19 nastąpił spadek wydzielania dwutlenku węgla o około 5-10% w stosunku do roku poprzedniego. Jednak, aby wejść na drogę długoterminowej polityki ograniczania emisji CO2, takie spadki powinny następować każdego roku, a nie wyłącznie w momencie zamykania gospodarek krajowych. Dlatego sektory przemysłowe i produkcyjne najbardziej odpowiedzialne za zanieczyszczenie środowiska muszą teraz otworzyć się na rozwiązania i innowacje, które uzdrowią światową ekonomię, ale ze szczególnym uwzględnieniem ekologii.

Recykling materiałów i odpowiedzialność producentów za generowane odpady budowlane to jedno, ale branża jest gotowa na nowe rozwiązania, które dotychczas pozostawały w tle. Dojrzałe rynki – głównie holenderski i brytyjski – świadomie korzystają z innowacji i elastyczności technologii wolumetrycznej. Australia, Stany Zjednoczone i Chiny również idą w tym kierunku. W Polsce wciąż konieczne jest edukowanie i inspirowanie architektów, projektantów oraz inwestorów, a także władz samorządowych do podejmowania śmiałych decyzji w duchu ekologii. Rynek modułowy to konstruowanie nawet najbardziej skomplikowanych obiektów w sposób bardziej zrównoważony na każdym etapie. Musimy zacząć budować w Polsce wydajniej, a 2021 rok będzie przełomowy dla naszej branży, ocenia Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Sygnalista w firmie – nowe obowiązki pracodawców już od tego roku

Do 17 grudnia 2021 r. do polskiego porządku prawnego powinna zostać implementowana Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony osób zgłaszających naruszenia prawa Unii[1]. Jej celem jest ustanowienie standardu ochrony prawnej dla osób, które przekazują informację o nieprawidłowościach zauważonych w firmie.

Dyrektywa określa minimalne zasady ochrony sygnalistów, pozostawiając swobodę przyjęcia przepisów korzystniejszych dla osób dokonujących zgłoszenia niż przewidują to przepisy Dyrektywy. Nie wiadomo zatem jeszcze dokładnie, jak będzie kształtować się ta kwestia w prawie polskim i z jakimi obowiązkami będą musieli liczyć się pracodawcy, gdyż ustawodawca krajowy może je rozszerzyć względem tych, które wynikają z Dyrektywy. Już teraz jednak trzeba liczyć się z tym, że pracodawcy zatrudniający powyżej 50 pracowników będą musieli zmierzyć się z wdrożeniem w swoich firmach systemu zgłaszania nieprawidłowości.

Ochrona sygnalistów – wyzwanie 2021 r.

Założeniem Dyrektywy jest, by w przedsiębiorstwach istniały skuteczne kanały informowania o naruszeniach prawa, z których będą mogły bezpiecznie korzystać osoby dostrzegające nieprawidłowości (sygnaliści). Osoby te muszą zostać następnie poinformowane o sposobie załatwienia sprawy.  Będą mogły również liczyć na szeroką ochronę przed negatywnymi konsekwencjami zgłoszenia naruszeń. W szczególności sygnalistów nie powinny dotknąć żadne działania odwetowe, jak np. zwolnienie z pracy, degradacja, przymusowy urlop bezpłatny, zmiana miejsca pracy, obniżenie wynagrodzenia, zmiana godzin pracy, wstrzymanie szkoleń, negatywna ocena wyników lub o pracy, zastosowanie środka dyscyplinarnego – lista takich działań jest długa i ma charakter otwarty.

Ochroną przewidzianą w Dyrektywie objęci są zgłaszający naruszenie pracownicy, ale nie tylko. Dotyczy to także osób, które mogą uzyskać informacje o naruszeniu w kontekście związanym z pracą  – w tym np. zatrudnieni na podstawie umowy cywilnoprawnej, samozatrudnieni, wspólnicy, stażyści, wykonawcy, podwykonawcy, dostawcy, byli pracownicy, osoby w trakcie rekrutacji. Zakres podmiotowy jest więc bardzo szeroki.

Nie każdy rodzaj naruszenia podlega przepisom Dyrektywy. Ustala ona minimalne normy ochrony osób zgłaszających naruszenia aktów prawnych z zakresu konkretnych dziedzin, w tym m.in. zamówień publicznych, ochrony środowiska, zdrowia publicznego, czy ochrony konsumentów, a także naruszenia mogące mieć wpływ na interesy finansowe Unii, bądź naruszenia dotyczące rynku wewnętrznego, w tym zasad konkurencji, pomocy państwa, podatku od osób prawnych. Choć wydaje się, że zakres naruszeń, które Dyrektywa wymienia jest niezbyt obszerny, to trzeba pamiętać, że może on zostać rozszerzony przez przepisy krajowe.

Najważniejsze obowiązki pracodawców

Założenia Dyrektywy przekładają się oczywiście na obowiązki dla pracodawców. Muszą się oni liczyć  przede wszystkim z:

  • koniecznością utworzenia wewnętrznego kanału zgłoszeń,
  • opracowaniem procedur, przy wykorzystaniu których sygnaliści będą mieli możliwość dokonywania zgłoszeń naruszeń,
  • wyznaczeniem osoby lub jednostki organizacyjną odpowiedzialnej za przyjmowanie i zgłoszeń i przeprowadzanie działań następczych,
  • prowadzeniem rejestru zgłoszeń,
  • zapewnieniem ochrony sygnalistom.

Bez wątpienia pracodawców nie ucieszą nowe obowiązki, kolejne na długiej liście wymogów, które muszą być spełnione, by ich organizacja działała zgodnie z literą prawa. Jednocześnie dla wielu podmiotów sama koncepcja sygnalisty może być niezrozumiała. Może on kojarzyć się ze skarżypytą, czy kapusiem, który szuka dziury w całym i donosi na kolegów lub przełożonych. Jest to jednak negatywny stereotyp, nie odpowiadający rzeczywistej roli sygnalisty.

Korzyści dla pracodawców

Dzięki systemowi zgłaszania naruszeń pracodawca może odnieść wymierne korzyści.

  • Wychwycenie nieprawidłowości w działaniu organizacji na wczesnym etapie umożliwia szybkie wprowadzenie działań naprawczych.
  • Bez wątpienia lepiej jest dla organizacji, gdy naruszenie zostanie wykryte wewnątrz, niż gdy wyjdzie na jaw w wyniku działania organów państwa – zapewnia to czas na zbadanie sprawy, usunięcie naruszenia, wdrożenie działań zapobiegających na przyszłość, a często pozwala uniknąć negatywnych konsekwencji w postaci sankcji czy innego rodzaju odpowiedzialności (karnej, cywilnej, czy administracyjnej).
  • W wielu przypadkach wykrycie naruszenia w ogóle nie jest możliwe bez informacji od pracownika, jeśli więc nie będzie on przekonany, że może bezpiecznie zgłosić problem pracodawcy, nieprawidłowość może się utrzymywać, narażając pracodawcę na poważne ryzyka.
  • System zgłaszania naruszeń może działać odstraszająco na potencjalnych naruszycieli, którzy licząc się z ryzykiem ujawnienia przez sygnalistę powstrzymają się od działań niezgodnych z prawem.
  • Dobrze zorganizowany system zgłaszania naruszeń będzie wzmacniać zaufanie pracowników do pracodawcy, budować ich lojalność i wspierać uczciwość, z drugiej zaś strony może eliminować osoby, które poprzez działania niezgodne z prawem powodują szkody dla pracodawcy.

Jeśli pracodawcy uda się zbudować taką kulturę korporacyjną, w której fakt sygnalizowania naruszeń będzie spotykał się z pozytywnym i przychylnym odbiorem, może odkryć, że ten kanał komunikacji ze strony pracowników pozwala mu zaoszczędzić sobie kosztów i strat wizerunkowych, które poniósłby gdyby pracownik nie zwrócił uwagi na problem.

Nie tylko procedury – trzeba stworzyć klimat do zgłaszania naruszeń

Warto poświęcić czas na przekonanie pracowników, że pożądane jest zgłaszanie przez nich dostrzeżonych nieprawidłowości, że takie zgłoszenie nie pociągnie dla nich negatywnych konsekwencji, a pracodawca potraktuje je poważnie i przekaże pracownikowi informację o sposobie rozwiązania problemu. Jednocześnie jednak, by uniknąć zgłoszeń w spawach błahych, nieistotnych, lub będących jedynie przejawem złośliwości wobec współpracownika, należy też zapewnić jednoznaczny przekaz jakie rodzaje spraw powinny podlegać zgłoszeniu.
Wdrożenie systemu zgłoszeń nieprawidłowości nie może więc polegać jedynie na opracowaniu rozwiązań technicznych i stworzeniu procedur. Kluczowe będzie budowanie w pracownikach przekonania, że sygnalizowanie nieprawidłowości nie jest „donoszeniem”, lecz służy tworzeniu działającego zgodnie z prawem i zasadami uczciwości miejsca pracy. Pracownik musi wiedzieć, jakie naruszenia powinien zgłaszać, musi też być też pewien, że zgłaszając nieprawidłowość może liczyć na anonimowość i nie poniesie negatywnych konsekwencji. Ważne jest też, by zespół dedykowany do przyjmowania i obsługi zgłoszeń wiedział, że żadne zgłoszenie nie może pozostać bez odpowiedzi, tak by zgłaszający wiedzieli, że ich sygnały są traktowane poważnie. Warto zacząć więc budować w pracownikach speak-up culture (z ang. kultura mówienia), by system zgłaszania naruszeń choć wdrożony zgodnie z przepisami nie pozostawał jednak martwy.

Anna Gąsecka, adwokat, Certyfikowany Approved Compliance Officer (ACO). Zajmuje się obsługą korporacyjną firm z różnych branż, w tym telekomunikacyjnej, farmaceutycznej, dystrybucyjnej i usługowej, dbając o zgodność z prawem funkcjonowania biznesu klientów.

[1] Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1937 z dnia 23 października 2019 r.

Google Play ponownie z niebezpiecznymi aplikacjami. Clast82 instalował trojana bankowego na urządzaniach ofiar

10 aplikacji dostępnych w sklepie Google Play zostało zainfekowanych programem zaprojektowanym do dostarczania złośliwych aplikacji mobilnych. Nazywany przez badaczy firmy Check Point „Clast82”, ominął zabezpieczenia Sklepu Play, instalując szkodliwe oprogramowanie drugiego etapu, które dawało hakerowi dostęp do kont finansowych ofiar, a także zapewniało kontrolę nad ich telefonami komórkowymi.

Check Point Research (CPR) zidentyfikowali nowy dropper (złośliwy program przeznaczony do dostarczania innego złośliwego oprogramowania na telefon ofiary) rozprzestrzeniający się w Sklepie Google Play. Clast82 instaluje na urządzeniach ofiar szkodliwe oprogramowanie drugiego etapu, które zapewnia hakerowi inwazyjny dostęp do kont finansowych ofiar, a także pełną kontrolę nad ich telefonami komórkowymi. Eksperci Check Pointa wykryli szkodnika w 10 aplikacjach użytkowych, takich jak nagrywanie ekranu czy VPN.

Clast82 ma za cel instalowanie trojana bankowego AlienBot, który atakuje aplikacje finansowe omijając ich kody uwierzytelniania dwuetapowego. Jednocześnie Clast 82 wyposażony został w trojana zdalnego dostępu zdolnego do kontrolowania urządzeń za pomocą usługi TeamViewer.

Opracowany przez hakera program wykorzystuje szereg technik, pozwalających uniknąć wykrycia przez Google Play Protect. Używa m.in. Firebase (należącego do Google) jako platformy do komunikacji C&C oraz wykorzystuje GitHub jako zewnętrzną platformę hostingową do pobierania docelowego ładunku.

Hakerzy użyli do ataków legalnych i znanych aplikacji typu open-source, takich jak Cake VPN, Pacific VPN, BeatPlayer, QR/Barcode Scanner MAX, Music Player czy QRecorder.

Check Point Research zgłosił swoje ustalenia Google’owi 28 stycznia, natomiast 9 lutego Google oficjalnie potwierdził, że wszystkie aplikacje Clast82 zostały usunięte ze Sklepu Google Play.

 Hakerowi stojącemu za Clast82 udało się ominąć zabezpieczenia Google Play za pomocą kreatywnej, ale niepokojącej metodologii. Dzięki prostej manipulacji łatwo dostępnymi zasobami stron trzecich – takimi jak konto GitHub lub FireBase – haker był w stanie wykorzystać łatwo dostępne zasoby, aby ominąć zabezpieczenia Sklepu Google Play. Ofiary myślały, że pobierają nieszkodliwą aplikację użytkową z oficjalnego sklepu Androida, ale tak naprawdę otrzymywali niebezpiecznego trojana, który miał za cel atakowanie ich kont finansowych. – mówi Avrian Hazum, menedżer działu badań mobilnych w Check Point.

Zdaniem ekspertów zdolność droppera do pozostania niewykrytym pokazuje, jak ważne jest wykorzystywanie rozwiązań zabezpieczających urządzenia mobilne. Okazuje się, że nie wystarczy jedynie skanować aplikację w okresie testowym, ponieważ cyberoszuści mogą zmieniać zachowanie aplikacji za pomocą łatwo dostępnych narzędzi innych firm.

Dzień korekt na rynku. Kryptowaluty znów w górę

Po wielu dniach słabości zarówno euro względem dolara, jak i złotego względem euro dzisiaj mamy dzień oddechu. Kolejne dni pokażą, czy będziemy dalej wracać w stronę poprzednich poziomów, czy to tylko krótka anomalia.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane z niemieckiej gospodarki. Eksport idzie w górę o 1,4% wobec oczekiwań spadku o 1,2%. Z kolei import spada o 4,7%, podczas gdy oczekiwano spadku o zaledwie 0,5%. Rynki przyjęły te dane jako dobrą informację. Dlaczego inwestorzy preferują niespodziankę w danych o eksporcie, a ignorują większe odchylenie w imporcie? Gospodarka, która przestawia się na konsumpcję wewnętrzną, a przy okazji więcej eksportuje, ma zdrowy sektor produkcyjny. Import nie jest tak korzystny. Nadwyżka handlowa naszego zachodniego sąsiada przebiła nawet górkę sprzed pandemii. Nie może zatem dziwić, że inwestorzy wykorzystali te dane do odbicia na dolarze. Dzisiaj pierwszy raz od ponad tygodnia jesteśmy świadkami drożejącego euro względem dolara.

Euro nie przekroczyło 4,60 zł

Odbicie widzimy nie tylko na parze EURUSD, ale również na polskim złotym. Po wielu dniach słabości podsycanej dodatkowo przez prezesa NBP informacjami o interwencjach walutowych mamy dzisiaj korektę. Polski złoty jest w specyficznej sytuacji. Z danych makroekonomicznych wynika, że rodzima waluta mogłaby być znacznie silniejsza. Z drugiej strony determinacja NBP do jej osłabiania jest zadziwiająca. Widać to chociażby po nagłym wzroście rezerw walutowych, które się znikąd nie wzięły.

Kryptowaluty znów w górę

Bitcoin zapomniał już o gwałtownej przecenie, kiedy to w ciągu kilku dni spadł z 57 000 dolarów poniżej 45 000 dolarów. Dzisiaj znów pnie się w górę, osiągając 55 000 dolarów. Należy zwrócić uwagę, że dzieje się to przy znacznie silniejszym dolarze niż na ostatnich szczytach bitcoina, zatem ceny najpopularniejszej kryptowaluty wyrażone w innych walutach mogą być jeszcze bardziej atrakcyjne. Analitycy wskazują, że za wzrostami na bitcoinie stoi napływ dużych firm finansowych. Chcą one podłączyć się do pociągu, zanim po raz kolejny odjedzie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Profesjonalny personal branding, czyli jak mądrze zbudować markę osobistą?

Silna marka osobista to nie tylko duży zasięg w serwisach społecznościowych, lajki czy sława w wybranych kręgach. Jest to przede wszystkim zespół wartości oraz cech stojących za konkretną osobą i będących swego rodzaju obietnicą wysokiej jakości. W jaki sposób mądrze budować wizerunek?

Czym jest personal branding?

Personal branding to strategia budowania własnej marki poprzez odpowiednie zarządzanie swoim wizerunkiem. Nie obawiaj się, że pojęcie to dotyczy jedynie osób na wyższych szczeblach, polityków, sportowców czy celebrytów. Może z niego korzystać każdy, kto dba o swoją karierę, np. freelancerzy próbujący wybić się na rynku, studenci lub poszukujący zatrudnienia. Silna marka osobista pozwala rozwijać karierę i zwiększać rozpoznawalność w branży.

Jak budować markę osobistą?

Nigdy wcześniej zaistnienie w szerszej świadomości społeczeństwa nie było tak proste, jak dzisiaj. Dzięki powszechnemu dostępowi do internetu wystarczy niewiele, by praktycznie z dnia na dzień zaistnieć w sieci. Skuteczne budowanie wizerunku to jednak coś więcej niż tylko założenie kanału w mediach społecznościowych i publikowanie postów. Aby mądrze zarządzać marką osobistą, należy działać według przemyślanego, starannie opracowanego planu.

Przede wszystkim ważne jest sprecyzowanie grupy docelowej. Określ, jakim językiem posługują się Twoi docelowi odbiorcy, za pośrednictwem jakich mediów się komunikują, skąd czerpią informacje czy też jakie mają zainteresowania. Wiedza ta pozwoli Ci lepiej dostosować formę przekazu do odbiorcy.

Kolejny krok to stworzenie przemyślanej strategii działania, aby Twój image był spójny, niezależnie od kanału komunikacji, którego używasz. Postaw na autentyczność. Znajdź coś, co Cię wyróżnia na tle konkurencji, uczyń z tego swój znak rozpoznawczy i komunikuj to światu.

Pamiętaj, że personal branding to działania długofalowe, w których liczy się konsekwencja. Jeśli chcesz zbudować wizerunek eksperta w swojej dziedzinie, potrzebujesz czasu, aby zdobyć zaufanie odbiorców i zaprezentować im swoje umiejętności oraz wiedzę.

Personal branding z profesjonalistami

Działania związane z budowaniem marki osobistej możesz prowadzić samodzielnie lub powierzyć ich realizację ekspertom. Doświadczona, wyspecjalizowana w tym zakresie agencja PR może w Twoim imieniu prowadzić komunikację i dbać o Twoją obecność w mediach. Specjaliści dysponują wiedzą i narzędziami, które pomogą Ci w kreowaniu wizerunku. Agencja PR przeprowadzi audyt Twojej marki osobistej oraz Twojej głównej konkurencji, pomoże w zdefiniowaniu grup docelowych oraz stworzeniu kluczowych przekazów. Kompetentni eksperci wesprą Cię w opracowywaniu komunikatów i właściwym dotarciu do odbiorców. Pomogą, gdy będziesz potrzebować doradztwa wizerunkowego i strategicznego.

Możesz również zdecydować się na wsparcie jedynie w początkowym okresie budowania marki osobistej. Agencja PR przygotuje dla Ciebie strategię personal brandingową oraz przeszkoli w zakresie kluczowych obszarów, np. właściwej komunikacji z odbiorcami.

Mądre budowanie osobistej marki to inwestycja, która przyniesie Ci korzyści na wielu polach. Dzięki niej zyskasz wyższy kredyt zaufania w oczach klientów i kontrahentów oraz rozszerzysz sieć kontaktów biznesowych.

Jak kuchnia skandynawska wpływa na nastrój?

Wnętrza w stylu skandynawskim cieszą się ogromną popularnością na całym świecie. Moda na aranżacje inspirowane Skandynawią pojawiła się kilka lat temu, jednak sam charakterystyczny skandynawski design narodził się w latach 50. XX wieku i wciąż jest numerem jeden wśród mieszkańców tamtego regionu.

Co takiego ma w sobie styl skandynawski?

Przez mniej więcej połowę roku kalendarzowego mieszkańcy Skandynawii cierpią z powodu małej ilości światła słonecznego, dlatego dbają, by ich mieszkania były możliwie, jak najbardziej przytulne i jasne. Wszystkie meble znajdujące się w pomieszczeniach powinny być jasne bądź w kolorze naturalnego drewna, by dodawać wnętrzu więcej ciepła, gdy za oknami ciemno i ponuro. Wybierając meble Skandynawowie kierują się przede wszystkim funkcjonalnością i prostotą – powinny tworzyć wygodną, estetyczną przestrzeń, ale raczej być tłem dla kilku wyrazistych akcentów. Takim mocny dodatkiem mogą na przykład być lampy.

Kuchnia skandynawska – serce każdego domu

Kuchnia w stylu skandynawskim kojarzy się z prostotą, czystością i jasnymi kolorami. Nie można jednak przy tym rezygnować z funkcjonalności. Jeśli pomieszczenie, w którym chcemy urządzić kuchnię jest wyjątkowo małe lub ma nietypowy kształt, warto postawić na kuchnie na zamówienie. W Meble Prato mają Państwo pewność, że projekt zostanie stworzony i dopasowany specjalnie do naszego wnętrza. Dzięki takim personalizowanym projektom jak https://www.mebleprato.pl/kuchnie-na-wymiar/ unikniemy wielu przykrych niespodzianek, jakie czekałyby nas przy montażu standardowego kompletu mebli. Kuchnie za zamówienie to też rozwiązanie dla wszystkich, którzy mają swoją własną wizję aranżacji i potrzebują firmy, która wcieli ją w życie.

Jasna kuchnia poprawia humor

Przy wyborze projektu często kierujemy się tylko praktycznymi względami, dlatego w naszym kraju kuchnie są ciemne i smutne, ale za to funkcjonalne. Warto wiedzieć, że jasna kuchnia nie musi być od razu bardzo niepraktyczna – wszystko zależy od materiałów, z jakich zostanie wykonana. Warto zdawać sobie sprawę, że kolory, jakimi się otaczamy mają wpływ na nasz nastrój. Styl skandynawski to neutralne, jasne barwy oraz drewniane elementy, dzięki którym wnętrze staje się bardziej przytulne. Kolor biały kojarzy się z czystością, łagodzi emocje i przynosi spokój i poczucie bezpieczeństwa. Białe meble w kuchni rozjaśnią wnętrze i sprawią, że wyda się optycznie większe.  Biała kuchnia z naturalnymi drewnianymi elementami i ciepłym światłem sprawi, że nawet w bardzo pochmurny dzień poczujemy się lepiej.

Styl skandynawskim jest uniwersalny

Wnętrze utrzymane w jasnych barwach nie tylko wpływa na nasz pozytywny nastrój, ale jest też świetną bazą do tworzenia oryginalnych aranżacji. Kolor biały świetnie łączy się z wyrazistymi kolorami, jak czerwień, czerń czy granat. Pasuje też to koloru żółtego, błękitu czy nawet fuksji. Styl skandynawski może stanowić całą aranżację lub być jedynie punktem wyjścia – wszystko zależy od naszej fantazji. Jeśli jednak kuchnia lub inne pomieszczenie w naszym domu ma być przytulne i funkcjonalne, warto postawić na sprawdzone rozwiązania – proste  białe meble z naturalnymi drewnianymi elementami. Klasyczne rozwiązania nigdy nie wyjdą z mody – warto to wziąć pod uwagę projektując wystrój naszej kuchni. Dzięki projektom kuchni na wymiar możemy spełnić nasze najskrytsze marzenia o aranżacji, zachowując jednocześnie jej pełną funkcjonalność. Dobry projektant weźmie pod uwagę każdy najmniejszy szczegół wnętrza, tak by meble na wymiar idealnie pasowały do pomieszczenia, a kuchnia wciąż była praktyczna i estetyczna.

Polski e-handel może wzrosnąć w tym roku nawet o 25 proc. Wejście nowych graczy na rynek może rozpocząć wyścig zbrojeń w zakresie IT

Wartość polskiego e-commerce sięga 100 mld zł, co odpowiada za ok. 10 proc. handlu detalicznego. Pandemia okazała się znaczącym katalizatorem wzrostu. Od marca do końca 2020 roku powstało ok. 11 tys. nowych e-sklepów. W zależności od rozwoju pandemii w Polsce w tym roku wzrost handlu internetowego może wynieść od 10 proc., przy pełnej dostępności galerii handlowych, do nawet 25 proc., jeśli spotka nas kolejny lockdown – szacują eksperci Unity Group. Duże znaczenie dla rynku będzie mieć wejście Amazona oraz możliwa ekspansja chińskich platform. To powinno przyspieszyć rozwój nowych narzędzi cyfrowych w sprzedaży, m.in. rozwiązań mobilnych.

– Obroty detaliczne w handlu internetowym w 2020 roku wyniosły około 100 mld zł i przekroczyły 10 proc. obrotów ogółem w handlu detalicznym. W 2021 roku spodziewamy się dalszego wzrostu tego udziału – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Rudno-Rudziński, partner zarządzający w Unity Group.

Wartość polskiego rynku e-commerce wzrosła w 2020 roku znacznie szybciej, niż prognozowano. Izba Gospodarki Elektronicznej podaje, że od marca do końca ub.r. powstało ok. 11 tys. nowych e-sklepów. Z raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020″ wynika, że o 15 pkt proc.  wzrósł odsetek kupujących w sieci. Obecnie już 72 proc. polskich internautów to e-klienci. Z danych NBP wynika zaś, że w ciągu trzech kwartałów 2020 roku przeprowadzono w internecie 104,7 mln transakcji, a wartość transakcji z użyciem kart płatniczych sięgnęła 13,9 mld zł (wzrost o 3,7 mld r/r). Także ten rok zapowiada się rekordowo, dużo jednak zależy od sytuacji pandemicznej.

 Są dwa skrajne scenariusze. Jeśli bardzo szybko wrócimy do normalności przedcovidowej, m.in. jeśli na stałe otworzą się galerie, wtedy należy spodziewać się wzrostu e-commerce rok do roku rzędu 10 proc. Natomiast jeśli obostrzenia pozostaną na obecnym poziomie lub zostaną pogłębione, co rynek potraktuje jako stan docelowy, wtedy należałoby spodziewać się wzrostów bardziej rzędu 20–25 proc. – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński.

Raport e-Izby pokazuje także, że pandemia zmieniła zwyczaje zakupowe konsumentów. Wzrosła wartość internetowych koszyków zakupowych. Co czwarty internauta kupuje w sieci więcej niż pięć razy w miesiącu, a co trzeci – między dwa a pięć razy. Wzrosła skłonność do robienia w sieci dużych zakupów. Nawet 78 proc. kupujących w sieci konsumentów deklaruje, że wartość ich koszyka zakupowego jest taka sama lub wyższa niż offline. Najczęściej kupujemy w internecie produkty modowe, elektronikę i produkty urodowe, zyskały też produkty spożywcze.

 Game changerem na rynku będzie nasza gotowość jako klientów do kupowania nowych towarów – zaznacza partner zarządzający w Unity Group. – Wchodzenie nowych technologii, które pozwalają nam na wirtualne przymierzanie, czy systemów rekomendacyjnych powoduje, że ta granica się przesuwa i coraz częściej sprzedają się rzeczy, które dawniej były uznawane za niestandardowe dla kanałów elektronicznych. Przykładowo na rynku chińskim już nawet domy sprzedaje się online.

Duży wpływ na polski rynek e-commerce może mieć wejście Amazona, który w ubiegłym tygodniu zaprezentował stronę w polskiej wersji językowej. Eksperci oceniają, że ten krok może ożywić krajowy rynek z korzyścią dla odbiorców, ale również dla sprzedawców. Tym bardziej że krok amerykańskiego giganta może też zachęcić do ekspansji w Polsce również innych graczy, np. z Azji.

– Dużo się mówi o tym, że Chiny razem ze swoją gospodarką mają bardzo aktywne plany dotyczące całości świata i przeszły z fazy przyjacielskiego rozwoju do form bardziej agresywnych – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński. – Zobaczymy, jak zareagują obecni na rynku gracze. Mogą przyjąć bardzo różne strategie, albo typowo obronne, obrony marży, skupienia się na rozwoju tam, gdzie mają już klientów i odbudowaniu zysku utraconego przez COVID, albo podejmą rękawicę i przeciwstawią się strategii, której możemy spodziewać się od Amazona, czyli typowego blitzscalingu, czyli skalowania organizacji bez patrzenia na rentowność.

Nowe marketplace’y mogą także przyspieszyć wyścig zbrojeń w zakresie rozwiązań IT. W ubiegłym roku w tym zakresie widoczne były na rynku duże zmiany. Wśród podmiotów działających w segmencie B2B jako główne powody wprowadzania nowych rozwiązań najwięcej firm wymieniało podniesienie efektywności działania firmy (51 proc.) oraz zmiany zachowań konsumentów na rynku (48 proc.). Z kolei na pandemię wskazało 26 proc. badanych (raport Unity Group „Polski rynek B2B vs. Cyfrowy Megatrend. Sytuacja branży post COVID-19”).

– W 2020 roku wiele firm przeszło do internetu, co było dla nich nowością, ale też odbiło się na marżowości obrotu. To element, który na pewno wywoła dalszy efekt zbrojeń w zakresie IT. Lepsze rozwiązania mobilne wpłyną na obniżenie kosztu pozyskania klienta i rentowność na koszyku. Na pewno obszary data science czy business intelligence mogą nam pomóc w zwiększaniu marżowości czy wartości koszyka, ale też zadowolenia klientów, o których walka w sieci będzie teraz coraz bardziej zacięta – wymienia partner zarządzający w Unity Group.

W tym roku firmy postawią także na dostosowanie rozwiązań do najbardziej aktywnych w e-sklepach pokoleń, czyli Igreków i Zetek. To właśnie preferencje młodych klientów wpłyną na sposób sprzedaży, m.in. na rozwój rozwiązań mobilnych..

– Z drugiej strony sprzedawcy bardzo dużą pracę wykonują po stronie tego, czego jako klienci nie widzimy, czyli przebudowując centra logistyczne, integrując wszystkie kanały sprzedażowe i pozostałe systemy tak, aby czas dostawy i jakość była dla nas coraz wyższa – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński.

Polacy coraz chętniej uczestniczą w zrzutkach internetowych. Rynek finansowania społecznościowego w tym roku podwoi swoją wartość do 2 mld zł

– Polacy najchętniej angażują się w zbiórki, które mocno wpływają na ich emocje, stąd ogromną popularnością cieszą się projekty charytatywne. W tym roku ten segment rynku urośnie do wartości 1,572 mld zł – prognozuje Tomasz Chołast, członek zarządu Zrzutka.pl. W czasie pandemii spore zainteresowanie budziły akcje organizowane na rzecz medyków, osób starszych i przedsiębiorców, np. restauratorów, którzy są na skraju bankructwa. Według prognoz Zrzutka.pl cały rynek finansowania społecznościowego wzrośnie w tym roku do ponad 2 mld zł. Serwis uruchomi pierwszą na świecie kartę wpłatniczą do takich zrzutek.

Finansowanie społecznościowe bardzo się popularyzuje na całym świecie, również w Polsce. Ludzie przyzwyczaili się do tej formy wsparcia, a płatności online stają się coraz bardziej popularne. Poza tym z powodu pandemii dużo czasu spędzamy w domach i mieliśmy okazję poznać różne formy wsparcia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Chołast.

Polacy coraz chętniej organizują i finansują zbiórki w sieci na każdy cel, od charytatywnych, poprzez biznesowe, naukowe, społeczne, a skończywszy na indywidualnych, np. na realizację wyjątkowego hobby. Według szacunków serwisu Zrzutka.pl w ubiegłym roku wartość rynku crowdfundingu przekroczyła 1 mld zł. W tym roku ta kwota może się podwoić. Stuprocentowy wzrost odnotują dwa subrynki: zbiórki charytatywne, które w tym roku urosną do wartości 1,572 mld zł, oraz rynek cyklicznych zbiórek, choć jego wartość jest dużo niższa i wyniesie 50 mln zł. Z kolei rynek finansowania społecznościowego udziałowego wzrośnie o 50 proc., do blisko 138 mln zł.

W Polsce najbardziej popularną i najszybciej rosnącą kategorią jest forma finansowania społecznościowego oparta na darowiznach, kiedy wpłacający otrzymują zwrotnie pewną nagrodę. I to jest wyjątkowe w skali świata. Dynamicznie rośnie również rynek equity crowdfunding, gdzie projekt wspiera się w zamian za udziały – wyjaśnia członek zarządu Zrzutka.pl.

Serwis Zrzutka.pl. zakończył ubiegły rok z bardzo dobrym wynikiem. Liczba wpłat na platformie wzrosła o 89 proc. w porównaniu z 2019 rokiem i wyniosła prawie 2,7 mln. Wartość transakcji była na poziomie 192 mln zł, przy dynamice 102 proc. w stosunku do 2019 roku. Średnio wpłata dokonana w serwisie wynosiła niecałe 70 zł, ale w ekstremalnych przypadkach sięgały nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

– Pozytywny wpływ na aktywność Polaków na portalach crowdfundingowych miała pandemia koronawirusa. Podczas pierwszego lockdownu Polacy bardzo mocno zaangażowali się w pomoc medykom i seniorom, a podczas drugiej kwarantanny powstało wiele projektów wspierających osoby w potrzebie, np. przedsiębiorców – dodaje Tomasz Chołast.

Jak podkreśla, nowością na rynku finansowania społecznościowego jest powstawanie platform dedykowanych konkretnym branżom, np. wrocławska platforma, która debiutowała w styczniu, osiągnęła wynik wsparcia dla jednej gry planszowej na poziomie 5 mln dol. i od początku była dostępna globalnie.

– Spodziewamy się, że platform dedykowanych konkretnym dziedzinom lub branżom będzie coraz więcej. Poza tym coraz bardziej popularne stają się formy zrzutek cyklicznych, czyli takich, w których np. radia, muzycy lub twórcy wspierani są stałą opłatą. Dlatego stworzyliśmy nowy produkt wykorzystywany w sytuacjach, kiedy darczyńcy nie dysponują gotówką. Wprowadzamy na rynek kartę wpłatniczą, poprzez którą będzie można przyjmować wpłaty bez posiadania terminala płatniczego – zapowiada członek zarządu Zrzutka.pl.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy nastąpi komercyjny debiut tej globalnej innowacji, czyli pierwszej na świecie karty wpłatniczej. Pod koniec 2020 roku wystartowały internetowe skarbonki, które z dużym sukcesem były wykorzystywane podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

W 2021 roku uruchomimy także wersję międzynarodową naszej platformy. Jej start został przesunięty na ten rok, gdyż sprawy prawno-licencyjne wydłużyły się i przekroczyły zakładane przez nas terminy. Zakładamy, że wartość transakcji na Zrzutka.pl w tym roku wzrośnie o 108 proc i przekroczy kwotę 400 mln zł, a liczba transakcji wyniesie 5 mln, przy dynamice na poziomie 85 proc. – podsumowuje Tomasz Chołast.

Polska europejskim liderem w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. Ruszające wiosną badania przesiewowe noworodków są kolejnym przełomem w walce z tą chorobą

– Wdrażamy badania przesiewowe w kierunku SMA. Liczymy na to, że tylko w tym roku uda się nam przebadać 140 tys. dzieci, ale to jest pierwszy krok – mówi Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia. Badania noworodków w kierunku SMA ruszą wiosną na Mazowszu, a do końca przyszłego roku mają objąć wszystkie województwa. Polska jest trzecim krajem w Europie z tak szerokim programem przesiewowym. Przesiew jest kolejnym – po udostępnieniu leczenia w ramach programu lekowego – przełomem w walce z tą ciężką chorobą genetyczną. Od momentu jego wdrożenia noworodki błyskawicznie otrzymają nusinersen, zanim jeszcze wystąpią objawy. Badania kliniczne NURTURE z tym lekiem wykazują, że podany przedobjawowo pozwala dzieciom z SMA na rozwój podobny do ich zdrowych rówieśników.

 Decyzja o włączeniu badań przesiewowych pod kątem SMA do grona już 29 dotychczas obowiązujących badań przesiewowych w zakresie chorób występujących u dzieci to jest kwestia przynajmniej ostatniego roku, jeżeli nie dłużej. Jako jedni z pierwszych w Europie wprowadziliśmy terapię lekiem Spinraza, który niweluje możliwe następstwa rozwoju choroby i powstrzymuje jej bieg. To był pierwszy krok. Drugim krokiem było właśnie badanie przesiewowe pod kątem SMA, które można leczyć pod warunkiem wczesnego zdiagnozowania. Przed wystąpieniem pierwszych objawów mamy dużo większe szanse na wyleczenie. Dlatego tak ważna jest konsekwencja w walce z tą chorobą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Rdzeniowy zanik mięśni to ciężka i rzadka choroba o podłożu genetycznym, która m.in. uniemożliwia samodzielne poruszanie się i powoduje osłabienie mięśni odpowiadających za oddychanie czy przełykanie, prowadząc do ciężkiej niepełnosprawności i przedwczesnej śmierci. W Polsce jest łącznie około tysiąca pacjentów z SMA w różnym wieku. W ponad 90 proc. przypadków objawy tej choroby pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Każdego roku w Polsce rodzi się ok. 40–50 dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni, w tym ok. 30–40 z najcięższą postacią.

– Mamy już potwierdzoną informację z Ministerstwa Zdrowia, że program badań przesiewowych zostanie sfinansowany – mówi Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA. – Dzięki temu będziemy ratować rocznie ok. 50 niemowląt, które urodzą się z rdzeniowym zanikiem mięśni. Leczenie tej choroby przedobjawowo, czyli jeszcze zanim niemowlęta wykażą jakiekolwiek objawy SMA, jest najbardziej skuteczne, więc stwarza dużą szansę, że te dzieci będą rozwijać się prawidłowo.

Nieleczony rdzeniowy zanik mięśni jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia. Jednak dzieci, u których został wcześnie zdiagnozowany, mogą zostać szybko włączone do leczenia i rozwijać się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy.

– W tej chwili badania genetyczne są podstawową metodą diagnostyki rdzeniowego zaniku mięśni. Są absolutnie kluczowe dla postawienia diagnozy. Takie badanie wykonuje się z DNA wyizolowanego z krwi obwodowej, czyli od dziecka pobiera się krew, z której następnie izoluje się materiał do badań genetycznych i poddaje go dalszym procedurom. Dzięki temu tuż po urodzeniu wiemy, czy dana osoba może rozwinąć objawy rdzeniowego zaniku mięśni, czy nie – wyjaśnia dr n. med. Maria Jędrzejowska z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. M. Mossakowskiego PAN. – Liczymy na to, że badania przesiewowe ruszą już wiosną, być może od marca, kwietnia.

Jak informuje rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia, najprawdopodobniej już w tym roku w kierunku SMA zostanie przebadanych około 140 tys. noworodków.

 To tak naprawdę pierwszy krok, bo w przyszłym roku liczymy już na przebadanie ok. 200 tys. dzieci – mówi Wojciech Andrusiewicz. – W najbliższych dniach podpisujemy umowę z Instytutem Matki i Dziecka w Warszawie, pod którego kierunkiem będą w Polsce prowadzone badania przesiewowe w kierunku SMA. Z racji tego, że ta placówka zlokalizowana jest na Mazowszu, zaczynamy właśnie od tego województwa. Potem chcemy przynajmniej co jeden–dwa miesiące włączać kolejne, tak aby docelowo badaniami przesiewowymi objąć już cały kraj.

Co istotne, jeszcze kilka lat temu nie istniała żadna metoda przyczynowego leczenia SMA. Po postawieniu diagnozy lekarze mogli zalecać chorym wyłącznie leczenie objawowe i rehabilitację. Zmieniło się to pięć lat temu wraz z pojawieniem się nusinersenu – pierwszej skutecznej terapii w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. W 2019 roku została ona objęta refundacją również w Polsce w ramach programu lekowego. Resort zdrowia zdecydował, że leczeniem zostaną objęci wszyscy chorzy bez względu na wiek czy stopień zaawansowania choroby. Tempo wdrażania tej terapii jest tak szybkie, że Polska staje się europejskim liderem w leczeniu SMA – jest jedynym krajem, który włączył do leczenia nusinersenem tak dużą liczbę chorych w tak krótkim czasie. Obecnie trwają prace nad opracowywaniem danych płynących z rzeczywistych doświadczeń klinicznych (RWE) polskich ekspertów po dwuletnim okresie leczenia chorych.

Pierwsze wyniki analiz statystycznych wskazują, że w programie mamy nie tylko zahamowanie postępu choroby, czyli spełnienie tego kryterium minimum, ale również poprawę. Średnio ta poprawa wynosi około 4 punktów dla dzieci ocenianych w skali dostosowanej dla niemowląt i młodszych dzieci. Te 4 punkty są przy pierwszej ocenie skuteczności, a każda kolejna ocena przynosi większą poprawę. Pacjenci mogą więc mieć nadzieję na coraz większą poprawę w miarę postępu leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

– Najnowsze wyniki badania NURTURE potwierdzają wcześniejsze obserwacje, z których wynika, że terapię lekiem nusinersen należy rozpoczynać, zanim u pacjentów pojawią się pierwsze objawy choroby. Dzięki temu dzieci otrzymują szansę na rozwinięcie zdrowego fenotypu. Na zależność tę wskazuje biorąca udział w badaniu grupa 25 dzieci, które zostały zdiagnozowane i poddane leczeniu w pierwszych sześciu tygodniach życia, zanim wystąpiły u nich objawy. Po trwającej pięć lat nieprzerwanej terapii 100 proc. z nich pozostaje przy życiu. Leczone dzieci czują się bardzo dobrze, wszystkie oddychają samodzielnie i siedzą bez pomocy, a 88 proc. z nich także samodzielnie chodzi – wyjaśnia cytowana w komunikacie prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologii Dziecięcej, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

W tej chwili program lekowy „Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni” jest realizowany w 29 ośrodkach w Polsce (w 13 dedykowanych osobom dorosłych i 16 pediatrycznych). W ramach programu leczonych jest w tej chwili 687 pacjentów, a kolejnych 58 jest do niego zakwalifikowanych. Oznacza to, że w Polsce leczeniem objętych jest ponad 70 proc. wszystkich chorych na SMA.

 Nie oznacza to jednak, że pozostałych 300 pacjentów nie otrzymuje żadnego leczenia. Mamy również w Polsce grupę pacjentów objętych badaniami klinicznymi innych, nowych leków, w związku z czym znakomita większość pacjentów w Polsce jest w tej chwili objęta dostępem do terapii – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

Fundacja SMA wskazuje, że nusinersen zapoczątkował przełom w leczeniu pacjentów cierpiących na tę chorobę. Kolejnym przełomom jest wprowadzenie badań przesiewowych, które stanowią uzupełnienie właściwej ścieżki leczenia dającej szanse na pokonanie SMA.

Kryzys zaczął wpływać na ceny nieruchomości. Wciąż jednak wiele przemawia za coraz wyższymi stawkami

Według danych Narodowego Banku Polskiego w IV kwartale ub.r. średnie ceny 1 mkw. mieszkania w siedmiu największych miastach zmniejszyły się o 0,81 proc., do 8325 zł, a na pięciu z tych rynków były niższe niż w poprzednim kwartale. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w I kwartale 2017 roku. I choć rynkowi komentatorzy poczuli się zaskoczeni, zdaniem ekonomisty Ignacego Morawskiego jest za wcześnie na ogłaszanie rynku kupującego. Większość oczekuje jednak dalszego wzrostu cen, ale na rynku pojawia się szereg zagrożeń z tym związanych.

IV kwartał roku 2020 to był okres bardzo intensywnych restrykcji przeciwepidemicznych, kiedy generalnie liczba transakcji mogła być mniejsza, więc ja bym nie wysuwał daleko idących wniosków – mówi agencji Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData, główny ekonomista „Pulsu Biznesu”. – Natomiast rzeczywiście fakt, że ceny lekko się obniżyły, jest intrygujący. Kiedy wybuchła epidemia, to powszechne prognozy mówiły o spadkach bądź stabilizacji ceny nieruchomości po wielu latach wzrostu. Tymczasem one przez wiosnę, lato i jesień rosły i to była pewna niespodzianka. Ale w końcu późną jesienią i zimą ceny lekko się obniżyły. Wydaje mi się więc, że była to opóźniona reakcja na kryzys gospodarczy.

Jeśli się uważnie przyjrzeć zmianom cen, to na ich spadek miała wpływ Warszawa, gdzie są one najwyższe, a w IV kwartale zmniejszyły się o 2,2 proc. Dla pozostałych sześciu miast z tej grupy – Gdańska, Gdyni, Krakowa, Wrocławia, Łodzi i Poznania – średnia wzrosła, co prawda niewiele, bo o 19 zł. W tej grupie za wzrost odpowiada głównie stolica Dolnego Śląska, w której nastąpiła wyjątkowo wysoka zwyżka – o 9,2 proc. W Krakowie ceny podniosły się o 18 złotych, czyli 0,22 proc., w Gdańsku spadły, ale ruch był jeszcze mniejszy i wyniósł zaledwie -0,09 proc., w Poznaniu spadły o 0,9 proc., w Gdyni o 1,1 proc., a w Łodzi o 1,6 proc. Zmiany były więc w większości niewielkie i trudno ocenić, w którą stronę podążą w kolejnych miesiącach. Ponadto w 10 kolejnych miastach, tylko nieco mniejszych (Białystok, Bydgoszcz, Katowice, Kielce, Lublin, Olsztyn, Opole, Rzeszów, Szczecin i Zielona Góra), ceny wzrastały.

 Ceny mieszkań jest niezmiernie trudno przewidywać. Generalne oczekiwanie na rynku jest takie, że będą rosły dalej. Po pierwsze z tego względu, że mamy szybki wzrost gospodarczy i relatywnie wysoki wzrost płac. Po drugie ze względu na fakt, że mamy bardzo niskie stopy procentowe, szczególnie realne, i wiele osób kupuje mieszkania jako formę lokaty kapitału – tłumaczy Ignacy Morawski. – Jednocześnie w ostatnim czasie zaczęto coraz więcej mówić o podwyżkach stóp procentowych. Wątpię, czy do nich dojdzie już w przyszłym roku, ale może to nastąpić szybciej, niż wydawało się jeszcze kilka miesięcy temu. Co więcej, epidemia trwa dłużej, niż się spodziewaliśmy, i to też w jakiś sposób może ograniczać sentyment na rynku nieruchomości.

W sumie ekspert zauważa jednak przewagę czynników wzrostowych. W ujęciu rocznym ceny transakcyjne mieszkań na rynkach wtórnych wzrosły we wszystkich miastach, przy czym w Warszawie o 2,7 proc., w pozostałych sześciu największych miastach – o 5,4 proc., a w 10 kolejnych poszły w górę aż o 10,1 proc. Z kolei indeks hedoniczny cen (uwzględniający różnice w parametrach mieszkań, takich jak ich wielkość, liczba pokoi, otwarta lub wydzielona kuchnia, stan, okolica, balkon, położenie według stron świata itp.) wskazuje na spadek cen rok do roku tylko w Opolu, zaś na najmocniejszy wzrost w Poznaniu, Katowicach i Lublinie.

Ceny ofertowe i transakcyjne zawsze się różnią, dlatego że inne jest oczekiwanie sprzedającego, a inne kupującego. Jeżeli cena transakcyjna jest dużo niższa od ceny ofertowej, to znaczy, że rynek zaczyna się odwracać na niekorzyść sprzedających. Ale na razie z danych za jeden kwartał nie wysnuwałbym takich wniosków – ocenia dyrektor SpotData.

Jak podkreśla, zagrożeniem dla rynku może być sytuacja, kiedy popyt na nieruchomości rośnie tylko dlatego, że wszyscy oczekują dalszych podwyżek cen.

Niebezpiecznie robi się wtedy, kiedy ceny rosną nie dlatego, że klienci są w lepszej sytuacji finansowej i mogą sobie pozwolić na kupno droższego mieszkania, ale kiedy klienci kupują mieszkania tylko dlatego, że one mają być jeszcze droższe. Rok temu były głosy, że pojawia się takie ryzyko. Wydaje mi się, że teraz, po lekkiej stabilizacji cen w IV kwartale, takich głosów jest mniej. Ale jeżeli stopy procentowe będą bardzo niskie przez bardzo długi czas, to taka sytuacja może powrócić – mówi ekonomista. – To jest coś, co instytucje publiczne takie jak Narodowy Bank Polski, Ministerstwo Finansów, Komisja Nadzoru Finansowego powinny stale monitorować i monitorują.

Gigantyczny Teleskop Magellana otworzy nową erę kosmicznych odkryć. Tworzone właśnie do niego lustra to cud współczesnej nauki [DEPESZA]

Gigantyczny Teleskop Magellana wykona dziesięciokrotnie wyraźniejsze fotografie Wszechświata niż Kosmiczny Teleskop Hubblea. Zintegruje siedem zwierciadeł głównych o szerokości 8,4 m w pojedynczą powierzchnię zbierającą światło o średnicy 24,5 m – trzykrotnie szerszej niż jakikolwiek obecnie działający teleskop optyczny. Obecnie na Uniwersytecie Arizony produkowane jest już szóste lustro. GMT zrewolucjonizuje nasze obecne rozumienie Wszechświata. – Teleskop zajrzy dalej w głąb Wszechświata i uchwyci więcej szczegółów niż jakikolwiek wcześniejszy teleskop optyczny – podkreśla Daniel Stolte z Uniwersytetu Arizony.

Naziemny Gigantyczny Teleskop Magellana (GMT) zapewni dziesięciokrotnie wyraźniejsze zdjęcia Wszechświata niż słynny Kosmiczny Teleskop Hubble’a. GMT będzie również wykorzystywać siedem największych obecnie segmentów luster.

– Najważniejszą częścią teleskopu jest jego zwierciadło zbierające światło – wskazuje James Fanson, kierownik projektu Gigantycznego Teleskopu Magellana. – Im większe lustro, tym głębiej możemy zajrzeć i tym więcej szczegółów Wszechświata możemy zaobserwować.

Światło z krawędzi Wszechświata najpierw odbije się od siedmiu zwierciadeł głównych, następnie ponownie od siedmiu mniejszych zwierciadeł wtórnych, a na koniec przejdzie przez środkowe zwierciadło główne do zaawansowanych kamer. Tam zmierzone zostanie światło, aby określić, jak daleko znajdują się obiekty i z czego są zrobione. Pierwsze lustro zostało ukończone w 2005 roku, obecnie trwają prace nad już szóstym segmentem. Budowa Gigantycznego Teleskopu Magellana postępuje, tym samym jesteśmy bliżej nowych odkryć w kosmosie. Siła widzenia teleskopu jest 10 razy większa niż słynnego Kosmicznego Teleskopu Hubble’a i cztery razy większa niż Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba.

– Unikatowa konstrukcja zwierciadła głównego Gigantycznego Teleskopu Magellana składa się z siedmiu największych zwierciadeł na świecie. Odlanie szóstego lustra to duży krok w kierunku ukończenia całej inwestycji. Po uruchomieniu Gigantyczny Teleskop Magellana będzie generował obrazy 10 razy wyraźniejsze niż Kosmiczny Teleskop Hubble’a. Odkrycia, których dokonają te lustra, zmienią nasze rozumienie Wszechświata – przekonuje James Fanson.

Lustra główne zbudowane przez laboratorium UA Mirror Lab są cudem nowoczesnej inżynierii i produkcji szkła. Każdy segment jest zakrzywiony do bardzo precyzyjnego kształtu i wypolerowany do długości fali światła – około jednej milionowej cala. Chociaż lustra GMT będą reprezentować znacznie większy układ niż jakikolwiek teleskop, całkowita waga szkła jest znacznie mniejsza, niż można by się spodziewać. Osiąga się to za pomocą formy o strukturze plastra miodu, w której gotowe szkło jest w większości wydrążone.

Siedem pojedynczych segmentów zwierciadeł, ułożonych w układ przypominający kwiatki, połączy się, tworząc powierzchnię zwierciadła głównego o średnicy 25 m. Ze względu na duży rozmiar i głęboką krzywiznę zwierciadła głównego wymagało to wprowadzenia innowacyjnych rozwiązań do polerowania i pomiaru powierzchni.

Odlewanie spinowe to pierwszy etap czteroletniego procesu tworzenia każdego lustra. Pozostałe etapy są przeprowadzane w innych częściach laboratorium lustrzanego, dzięki czemu można wyprodukować do czterech segmentów luster w tym samym czasie.

– Odlewanie spinowe jest niezaprzeczalnie najbardziej spektakularną częścią procesu produkcyjnego –  wskazuje Buddy Martin, naukowiec z laboratorium Richard F. Caris Mirror Lab na Uniwersytecie Arizony. – To proces polerowania i ciągłego mierzenia zamienia ten niesamowity kawałek szkła w lustro.

Lustro będzie polerowane przez dwa lata, zanim osiągnie optyczną dokładność powierzchni mniejszą niż jedna tysięczna szerokości ludzkiego włosa lub pięć razy mniejszą niż pojedyncza cząstka koronawirusa.

– Do czasu zakończenia polerowania uzyskamy dokładność lustra powyżej 25 nm. Tak gładka musi być powierzchnia, aby uzyskać możliwie najostrzejsze obrazy z teleskopu – podkreśla Buddy Martin.

Pod koniec lat 20. XXI wieku gigantyczne lustra zostaną przetransportowane na chilijską pustynię Atakama do Obserwatorium Las Campanas, znajdującego się ponad 2500 m nad poziomem morza. To jedno z najlepszych miejsc astronomicznych na planecie, z czystym niebem, niskim zanieczyszczeniem i stabilnym przepływem powietrza, dzięki czemu obrazy są wyjątkowo ostre. Dodatkowo położenie na południowej półkuli daje dostęp do centrum Drogi Mlecznej. Nowy teleskop zwiększy szanse na znalezienie śladów życia w kosmosie.

– Teleskop zajrzy dalej w głąb Wszechświata i uchwyci więcej szczegółów niż jakikolwiek wcześniejszy teleskop optyczny – podkreśla Daniel Stolte z zespołu komunikacji Uniwersytetu Arizony.

W ciągu najbliższych lat Polska będzie potrzebować 200 tys. specjalistów od sztucznej inteligencji. Mimo postępującej automatyzacji pracy na rynku nie zabraknie

Branża sztucznej inteligencji rośnie w szybkim tempie, a korzyści z automatyzacji wielu procesów i podnoszenia kompetencji cyfrowych będą odczuwalne dla całej gospodarki. – Zapotrzebowanie na specjalistów z branży SI w Polsce w ciągu pięciu lat szacuje się na ok. 200 tys. osób. A warto przypomnieć, że cały sektor ICT w Polsce zatrudnia 500 tys. osób – mówi Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska. Rząd przyjął „Politykę rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce” i chce zwiększyć wartość polskich technologii oraz budować w Polsce świadome społeczeństwo, które skorzysta na rewolucji technologicznej.

– Wdrażanie sztucznej inteligencji przyniesie szereg korzyści. Oczywiście jest to też wyzwanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. – Prognozuje się, że do 2025 roku wartość branży sztucznej inteligencji na świecie wyniesie 200 mld dol., podczas gdy ledwie trzy lata temu było to 16 mld dol. Ten wzrost jest więc bardzo dynamiczny.

Sztuczna inteligencja jest obszarem, który dotyka niemal każdego elementu funkcjonowania państwa i gospodarki. Jak podaje KPRM w „Polityce rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”, do 2030 roku SI pozwoli zautomatyzować ok. 49 proc. czasu pracy w Polsce, generując jednocześnie lepiej płatne miejsca pracy w kluczowych sektorach.

– Sztuczna inteligencja przyczyni się do tego, że połowa naszego czasu pracy zostanie zautomatyzowana, ale od razu uspokajam, że według Gartnera na 100 miejsc pracy, które zostaną zautomatyzowane, powstanie 130 nowych. Pracy więc nie zabraknie – przekonuje Justyna Orłowska. – W ciągu najbliższych pięciu lat zapotrzebowanie na specjalistów od sztucznej inteligencji w Polsce szacuje się na 200 tys. osób. Podczas gdy cały cyfrowy sektor, tzw. ICT, w Polsce to 500 tys. pracowników.

Punktem wyjścia do realizacji polityki rozwoju SI ma być określenie zachowań, zasad i regulacji, które warunkują powstanie dobrego i bezpiecznego ekosystemu. Wraz z biznesem, ekspertami i organizacjami społecznymi opracowano już ponad 200 konkretnych działań odnoszących się do najróżniejszych aspektów rozwoju sztucznej inteligencji – od zmian regulacyjnych po wsparcie finansowe. Będą one regularnie uzupełniane i aktualizowane w wyniku dalszych rozmów z partnerami biznesowymi i społecznymi.

Rządowy dokument określa działania i cele dla Polski w zakresie SI w perspektywie krótkoterminowej (do 2023 roku), średnioterminowej (do 2027 roku) i długoterminowej (po 2027 roku). Zostały one podzielone na sześć obszarów: społeczeństwo, innowacyjne firmy, nauka, edukacja, współpraca międzynarodowa oraz sektor publiczny.

– Mamy różne obszary, które wyszczególniliśmy w dokumencie, i zapraszamy uczestników już istniejących programów, projektów do współpracy, aby ukierunkować działania i uzyskać efekt synergii. To jest nasze kluczowe, pierwsze zadanie. Okazuje się, że ani biznes, ani administracja, ani środowisko naukowe nie obawiają się tego, co przyniesie sztuczna inteligencja, i zgłaszają się do nas ze swoimi projektami. Mamy już specjalnie powołany zespół, który będzie koordynował i wspierał realizację tej polityki – wskazuje dyrektor programu GovTech Polska.

Co roku każde z ministerstw będzie przedstawiać szczegółowe plany działań wdrażania SI w swoim obszarze. Będą one regularnie poddawane ocenie ekspertów, powstaną również specjalne zespoły doradzające instytucjom publicznym, które określą, jak najskuteczniej wdrażać tę technologię. W najbliższym czasie planowana jest seria otwartych spotkań strony rządowej z przedstawicielami biznesu, ekspertami i społeczeństwem, aby wspólnie pracować nad szczegółami rozwiązań w zakresie SI.

RPP nie pomaga złotemu

Początek dnia przynosi spadki rentowności obligacji skarbowych i poprawę nastrojów względem spółek technologicznych, choć to drugie wymagało ingerencji chińskich władz. Zmienność pozostaje podwyższona z nakierowaniem na kapitulację z niektórych pozycji.

Ostatnie spadki EUR/USD były silne i choć dzisiejsze notowania zaczynają się od odbicia, kupujący nie powinni odwoływać stanu alarmowego. Skok rentowności obligacji skarbowych USA był potężnym ciosem dla EUR/USD, gdyż korespondujący wzrost oprocentowania obligacji w strefie euro (w szczególności niemieckich Bundów) był dwukrotnie mniejszy, stąd premia na korzyść USD była silniejsza. Jednak ważnym elementem wyprzedaży EUR/USD był kontrast w stanowisku Fed i EBC do zmian na rynku długu. W ubiegłym tygodniu prezes Fed Powell zawiódł inwestorów, nie uznając ostatniego wzrostu oprocentowania jako niebezpiecznego dla gospodarki. Z kolei komentarze od członków EBC wskazywały na większe zaniepokojenie wzrostem rentowności i ich szkodliwością dla obudowy ożywienia. Gołębie wypowiedzi pośrednio stały za zahamowanie wzrostu stóp rynkowych w Eurolandzie, gdyż rynek zaczął spekulować, do czego zdolny jest posunąć się bank centralny w celu kontroli krzywej dochodowości. Perspektywa posiedzenia EBC w najbliższy czwartek podsycała gołębie nastawienie wobec EUR i nasilała kapitulację z długich pozycji w EUR/USD. Od prezes Lagarde możemy usłyszeć wyrazy niezadowolenia z niepożądanego zacieśniania warunków kredytowych i podkreślenie gotowości do odzyskania kontroli. Rynek może to odebrać jako zapowiedź zwiększenia miesięcznego tempa skupu obligacji w ramach PEPP. Część tych oczekiwań jest już w cenach, więc same słowa Lagarde raczej nie pogrążą bardziej EUR, ale bez zmiany nastawienia wobec dolara (i stabilizacji obligacji w USA), nie łatwo będzie o szybkie odbicie EUR/USD. Możliwe, że rynek powstrzyma się od wyraźnych zmian kierunku, przechodząc w stan wyczekiwania na kolejne ważne wydarzenie – posiedzenie FOMC 16-17 marca.

Kontynuacja umacniania się dolara wysyłała negatywne wibracje na rynki wschodzące, co skutkowało wzrostem EUR/PLN powyżej 4,60. Złotemu nie pomaga też stałe przypominanie przez członków Rady Polityki Pieniężnej, że o podwyżkach stóp procentowych za tej kadencji Rady można zapomnieć. W piątek podkreślał to prezes NBP Adam Glapiński, a wczoraj wtórowali mu Eryk Łon i Eugeniusz Gatnar. Osobiście nie sądzę, aby którykolwiek z uczestników rynku poważnie zakładał scenariusz podwyżek, nawet jeśli w ostatnich dniach na rynku stopy procentowej doszło zmian sugerujących dyskontowanie zacieśniania polityki (stawki FRA sugerowały wzrost 3-mies. Wiboru ponad 1 proc. w przyszłym roku z 0,21 proc. obecnie). Jednak przy huśtawce rentowności USA, inne rynki stały się przewrażliwione na spekulacje o przyszłości polityki monetarnej. Mimo to złoty nie powinien znaleźć się pod presją z powodu gołębich komentarzy z RPP, gdyż wcześniej nie dyskontował wyższych szans na podwyżkę. Nie można zabrać czegoś, czego się wcześniej nie dało. Ale nieugiętość RPP oznacza też, że w najbliższym czasie złoty będzie w ograniczonym stopniu reagował na jastrzębie sygnały płynące z danych, np. wyższe odczyty inflacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dolar gwałtownie w górę

Po raz kolejny mamy sytuację, gdzie dobre dane z jednej strony oceanu zbiegają się w czasie ze złymi danymi z drugiej strony. W wyniku takiego zestawienia jesteśmy świadkami gwałtownego umocnienia się dolara względem euro.

Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy

W piątek poznaliśmy dobre dane zza oceanu. Bezrobocie spadło do 6,2% wbrew oczekiwaniom pozostania na niezmienionym poziomie. Głównym powodem zmiany była niespodziewanie duża liczba utworzonych nowych miejsc pracy. W sektorze prywatnym było to imponujące 465 tysięcy. Dla porównania to ponad 5 razy tyle, co miesiąc wcześniej. Warto jednak zwrócić uwagę, że spada średnia długość tygodnia pracy, co sugeruje, że więcej osób przechodzi na niepełne etaty. Z drugiej strony zgodnie z oczekiwaniami w górę idzie płaca godzinowa. Dobre dane spowodowały kolejny impuls umacniający dolara względem euro. W rezultacie euro taniało, umacniając zejście poniżej poziomu dolara i dwudziestu centów.

Odbicie w Chinach

W niedzielę poznaliśmy dane na temat handlu zagranicznego w Państwie Środka. Oczekiwania były imponujące. Import miał wzrosnąć o 15%, a eksport o 37,5%. Jak pokazały odczyty, oczekiwania wcale nie były przesadzone. W rezultacie wzrosty wyniosły odpowiednio 22,2% i 60,6%. Wiadomo, jest to odbicie po słabszych danych z pandemii, ale największy spadek wyniósł w przypadku eksportu raptem 17% i to był jedyny dwucyfrowy odczyt spadkowy. W wyniku tych danych mamy rekordową nadwyżkę handlową w Chinach.

Kolejne słabe dane z Niemiec

Po słabszych zamówieniach w niemieckim przemyśle dzisiaj poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej. Znając poprzedni odczyt, oczekiwania wyraźnie spadły, ale rynek dalej nie był gotowy na 2,5% spadku w ujęciu miesięcznym. Słabsze dane dołożyły się do obecnego trendu transferu środków za ocean. Nie może zatem dziwić, że od rana euro traci względem dolara i za jedno euro należy płacić już mniej niż dolara i dziewiętnaście centów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Więcej pytań niż odpowiedzi

Na starcie nowego tygodnia rentowności obligacji skarbowych pozostają wysoko, akcje spółek technologicznych są pod presją, a dolar notuje skromne wzrosty. Raport z rynku pracy USA dostarczył więcej pytań niż odpowiedzi, a reakcja na niego wprowadziła jeszcze większe zamieszanie.

W lutym wzrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA był dużo silniejszy od oczekiwań (379 tys., prog. 200 tys.) z pozytywną rewizją odczytu styczniowego (do 166 tys. z 49 tys.). Dane świadczą o dużo lepszej sytuacji na rynku pracy i dobrze rokują dla tempa ożywienia gospodarczego. To wspaniała wiadomość dla rynku akcji i innych ryzykownych aktywów… lub nie, jeśli przyjmiemy, że szybszy wzrost to wyższa inflacja, którą będzie musiał ujarzmić Fed poprzez zacieśnianie polityki pieniężnej. Inwestorzy nie potrafili się w piątek zdecydować, która interpretacja jest bardziej słuszna, biorąc pod uwagę, że odczyt NFP przyniósł szybki skok rentowności, spadek futures na S&P500 i rajd USD, ale ruchy zostały później odwrócone. W tym momencie drugorzędne jest, która interpretacja jest właściwa. W ostatnich dniach inwestorzy byli gotowi przebierać w informacjach wedle własnego uznania, nie raz z dnia na dzień przecząc samym sobie. To oznaka rynku, który zdaje sobie sprawę, że zapędził się za daleko, ale nie bardzo widać drogę do uporządkowanego odwrotu. Za prostsze wyjście uznaje się dalszą sprzedaż obligacji i ucieczkę od ryzyka w USD (pominę tutaj rynek akcji, gdzie zamęt wskoczył na wyższy poziom). Ale jeśli wszyscy już wskoczyli do pociągu „rentowności i USD w górę”, to nie ma już komu dalej pchać wagonów. Co się stanie, gdy pasażerowie zorientują się, że pociąg przestał jechać?

Piątkowa reakcja na raport z rynku pracy ukazała, że w tym niezdecydowaniu zmienność będzie towarzyszyć handlowi na każdym kroku z możliwymi wahaniami w obu kierunkach. Zagrożenie dla zbudowanych w ostatnim czasie pozycji jest umocnienie się przekonania, że rentowności zawędrowały za wysoko (a zatem i umocnienie USD jest przesadne). Z drugiej strony tydzień przynosi odczyt CPI z USA (środa), gdzie analiza będzie skupiona na określeniu, ile jest prawdy w opinii Fed, że wzrost inflacji opiera się na zjawiskach przejściowych, a na ile zawiązuje się trwalszy trend. Tego samego dnia odbędzie się aukcja sprzedaży 10-letnich obligacji USA i słaby popyt podsyci spekulacje, że rynek czeka na dalszy spadek cen (wzrost rentowności). Fed wchodzi w okres zakazu wystąpień publicznych przed posiedzeniem FOMC 16-17 marca, więc nie ma co liczyć na próby okiełznania rynku długu.

W tym tygodniu nie ma zaplanowanych żadnych istotnych danych z polskiej gospodarki, więc złoty pozostanie zdany na sygnały z rynków zewnętrznych, choć wizja podwyższonej zmienności nigdy nie jest czymś, co przynosi szybkie umocnienie PLN. W piątek wideokonferencja prezes NBP Glapińskiego nie wywołała reakcji złotego, choć padło kilka interesujących wypowiedzi. Prezes stwierdził, że prawdopodobieństwo podwyżki w obecnej kadencji RPP wynosi 0 proc., a „rynek nie ma racji” wyceniając wzrost stóp. Zdaniem Glapińskiego przyspieszenie inflacji wynika z czynników niebędących w gestii polityki pieniężnej, toteż nie powinno mieć wpływu na kształt polityki. Dodał natomiast, że istnieje natomiast scenariusz obniżki, gdyby pandemia nadal doskwierała gospodarce. NBP pozostaje gołębi, a prezes chciał ostudzić rynkowe oczekiwania dotyczące podwyżki powstałe po rewizji w górę projekcji inflacji NBP. To, że polski rynek stopy procentowej dołącza się do karuzeli obecnej na rynkach bazowych, jednak w żaden sposób nie wspiera to złotego, jest dowodem na zagubienie inwestorów w gąszczu sprzecznych sygnałów. W przedziale 4,55-4,60 za eurozłoty jest relatywnie tani i choć słabość waluty nie jest do utrzymania w dłuższym horyzoncie, to wpierw warunkiem koniecznym jest uspokojenie nastrojów na rynkach zewnętrznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sytuacja na rynku paliw – czy jest szansa na niższe ceny?

Na coraz większej liczbie stacji benzynowych w całym kraju ceny paliw przekraczają już 5 zł za litr. Tak wysokie ceny nie były widziane od dawna. Jaka jest tego przyczyna? Pytanie jest tym bardziej uzasadnione, że cały czas obowiązują obostrzenia i duża część zatrudnionych swoje obowiązki zawodowe wykonuje w domu, bez konieczności przemieszczania się.

Autor komentarza: Zbigniew Łapiński, dyrektor ds. zaopatrzenia logistyki i klientów kluczowych, członek zarządu Anwim S.A.

Od listopada ubiegłego roku, kiedy cena ropy naftowej za baryłkę kształtowała się na poziomie 40 dolarów, ropa podrożała o ponad 60 proc. Tak duży wzrost spowodowany jest przede wszystkim poprawą nastrojów graczy rynkowych, która jest związana z nadzieją na skuteczną walkę z pandemią COVID-19 (przede wszystkim wprowadzeniem na szeroką skalę szczepień na całym świecie). Inwestorzy, a także konsumenci liczą na ożywienie gospodarcze i powrót do normalnego funkcjonowania. To z kolei przyciąga na rynki surowcowe kapitał, również spekulacyjny. To jeszcze bardziej podbija cenę, a słaby złoty dodatkowo potęguje całe zjawisko. Poza tym, odpowiedzią największych producentów ropy zrzeszonych w organizacji OPEC na spadek konsumpcji w roku 2020 było ograniczenie wydobycia ropy o 10 mln baryłek. W poprzednim tygodniu najwięksi eksporterzy ropy na świecie uzgodnili utrzymanie aktualnych limitów wydobycia. Wzrost cen ropy naftowej przełożył się na hurtowe ceny paliw, a w konsekwencji na cenę detaliczną, która dzisiaj jest najwyższa od blisko roku – podobnie z resztą jak cena ropy.

Analizując ceny kontraktów terminowych na ropę naftową z realizacją w kolejnych miesiącach, należy zauważyć, że rynek wycenia przyszłość tego surowca taniej niż obecnie. Przykładowo, kontrakty na ropę naftową z dostawą za rok wyceniane są ok. 5 dolarów niżej.

Uważam, że obecne ceny ropy naftowej, które oscylują wokół 65-70 dolarów za baryłkę oraz ceny paliw gotowych, osiągnęły maksymalny poziom w perspektywie najbliższych kilku miesięcy. W najbliższych tygodniach moim zdaniem będziemy obserwować stabilizację cen, ewentualnie ich obniżkę. Nie spodziewam się, aby trzecia fala pandemii w naszym kraju miała większy wpływ na ceny paliw.

Przy okazji rozważań na temat cen paliw warto zastanowić się, co realnie wpływa na kwotę, jaką płacimy przy kasie na stacji. W przypadku benzyny i oleju napędowego ponad połowę ceny stanowią podatki i opłaty narzucone przez administrację państwową. Mam tu na myśli VAT, akcyzę, opłatę paliwową oraz opłatę emisyjną. Bez tych opłat kierowcy płaciliby ok. 2,30-2,50 zł za litr. Marża detaliczna, z której pokrywa się koszty stałe stacji oraz stanowi zysk dla właściciela, to zaledwie ok. 2 proc. ceny, jaką płacimy na stacji.

Co krajowi przedsiębiorcy wiedzą o restrukturyzacji? Pandemia może być ważną lekcją dla polskiego biznesu

W dobie koronawirusa polscy przedsiębiorcy muszą mierzyć się z całą gamą przepisów i choć niektóre z nich zmotywowały właścicieli firm do zawalczenia o dalszy los swoich działalności, w środowisku prawniczym ponownie wrócił wątek upraszczania zapisów ustaw oraz postępowań. Hasłem ostatniego kwartału była m.in. “restrukturyzacja”, o której jak się okazuje, krajowy biznes wie sporo, bo chętnie stosuje instrumenty szybkiego reagowania.

Covidowe prawodawstwo (z potencjałem)

Nie jest tajemnicą, że najistotniejszą cezurą czasową dla przedsiębiorców był marzec 2020 roku, kiedy to wprowadzono w życie zapisy tzw. pierwszej ustawy covidowej. Postępujący rozwój zakażeń był dla polskiego biznesu nie tylko ciosem w postaci powszechnego lockdownu, ale również chaosu legislacyjnego, czego najlepszym dowodem są obliczenia ekspertów z Open Eyes Economy Summit. Tylko w II kwartale 2020 roku uchwalono 339 stron specustawy, której zapisy w teorii miały chronić m.in. przedsiębiorstwa i miejsca pracy. Ponadto, sam dokument doczekał się 188 rozporządzeń, a więc kolejnych 420 stron przepisów. W III kwartale z kolei w krajowym prawodawstwie pojawiło się 999 stron aktów wyjaśniających.

Wśród masowej produkcji kolejnych przepisów, pozytywnie wyróżnia się “Uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu” (UPOZU), którego działanie regulowała jedna z ustaw w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Jest to jeden z najlepszych przykładów realnego zainteresowania polskich przedsiębiorców mechanizmami restrukturyzacyjnymi, ponieważ w ciągu ostatnich lat postępowania układowe nie notowały szczególnych wzrostów eksploatacji. Stagnację zakończył ruch w III kwartale 2020 roku, a więc momencie, kiedy to Ministerstwo Zdrowia biło na alarm w obliczu kolejnych zachorowań i obostrzeń, a UPOZU było już instrumentem do wykorzystania w sferze praktycznej.

Rosnąca świadomość przedsiębiorców

Aby w pełni zrozumieć zwrot ku restrukturyzacji w modelu postępowań układowych, należy przybliżyć wcześniej wspomnianą stagnację przed drugą połową ubiegłego roku. Według raportu MGW CCG „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w 2020 roku – Analiza i interpretacja postępowań restrukturyzacyjnych” od początku 2018 do połowy 2020 roku liczba kwartalnie otwieranych postępowań cały czas utrzymywała się w przedziale między 100 a 130. Sytuacja uległa zmianie dopiero w III kwartale 2020 roku, gdy odnotowano wzrost do 215 postępowań. Tendencja umocniła się z kolei w IV kwartale, kiedy otwarto ich aż 305.

Jak wyglądała sytuacja samego UPOZU? Spośród 742 postępowań restrukturyzacyjnych otwartych w 2020 roku, “Uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu” stanowiły aż 52 proc., a więc 386 postępowań. Co ciekawe, analitycy z MGW odnotowali stosunkowo niewielki udział firm obecnych na rynku krócej  niż 5 lat w ogólnej liczbie podmiotów otwierających postępowania restrukturyzacyjne. Stanowią one zaledwie 14 proc. ogółu, z kolei dominującą, 30-proc. grupą są przedsiębiorstwa działające więcej niż 5, ale mniej niż 10 lat. W pozostałych zaś grupach również skłonność do otwierania postępowania układowego rośnie wraz z wiekiem podmiotu. Wniosek?

Debiutanci gotowi na współczesne wyzwania

Młode spółki mają mniejsze zobowiązania, a ze względu na rosnącą świadomość nie tylko dotyczącą krajowego prawodawstwa, ale i trendu digitalizacji oraz kultury start-upowej – otwierane przedsiębiorstwa są coraz lepiej przystosowane do zmian w otoczeniu rynkowym i technologicznym. Nie bez wpływu jest również wykształcenie miejscowych przedsiębiorców. Według raportu Polskiej Rady Biznesu z roku 2018, w kraju 40 proc. osób prowadzących własną działalność gospodarczą może się pochwalić dyplomem uczelni wyższej. Średnia unijna z kolei to 39 proc., więc jesteśmy lekko ponad kreską.

Pod tym względem lepiej jest tylko na Litwie, Cyprze, w Estonii oraz Niemczech. Według autorów opracowania, wykształcenie wyższe polskich przedsiębiorców znajduje odzwierciedlenie w stosowanych modelach biznesowych, a także znajomości finansów czy otwartości na nowe technologie. Szczególnie w dobie covidu cyfryzacja przedsiębiorstw, a także racjonalne prowadzenie postępowań restrukturyzacyjnych było domeną podmiotów zarządzanych przez świadomą wyzwań współczesności zgraną kadrę.

Przestrzeń do poprawy

Pomimo iż rośnie świadomość i wiedza przedsiębiorców co do sposobu postępowania w razie niewypłacalności, to wydaje się, że istnieje jeszcze duża przestrzeń do lepszego wykorzystywania przepisów prawa insolwencyjnego. W Polsce odnotowaliśmy bowiem w roku 2020 największą w historii liczbę niewypłacalności (sumę otwartych postępowań restrukturyzacyjnych i upadłościowych w ramach przedsiębiorstw). Było ich 1 329, co w perspektywie ostatnich 10 lat jest wartością większą o ponad 30 proc. Współczynnik niewypłacalności w Polsce sięgnął tym samym poziomu 0,04 proc. Jest on obliczany jako stosunek ilości niewypłacalności do ilości zarejestrowanych przedsiębiorstw. W krajach Europy Zachodniej, posiadającej duże większe doświadczenia w rozwiązywaniu problemu niewypłacalności, wskaźniki te są na dużo wyższym poziomie. Przykładem tu może być rynek niemiecki, gdzie wskaźnik niewypłacalności wynosi 0,64 proc.

Mając na uwadze kondycję polskiej gospodarki w porównaniu do gospodarki niemieckiej, nie istnieje inne, rzeczowe wytłumaczenie tak dużych różnic w tych wskaźnikach, jak tylko brak wystarczającej wiedzy po stronie przedsiębiorców, co do sposobów instytucjonalnego radzenia sobie z problemem niewypłacalności. Dlatego też trzeba systematycznie zwiększać zakres informacji przekazywanych polskim przedsiębiorcom, dając im tym samym możliwość lepszego wykorzystania dostępnych narzędzi prawnych w rozwiązywaniu problemów finansowych firm.

Biorąc pod uwagę tylko dynamikę otwierania postępowań o zatwierdzenie układu, można domniemywać, że krajowi przedsiębiorcy coraz częściej śledzą zmiany przepisów, a także chętnie je stosują w praktyce. Jest to bardzo dobry sygnał szczególnie dla młodych spółek, które z jednej strony wchodzą na rynek z całkowicie innym podejściem, aniżeli starsi konkurencji, lecz z drugiej — mają unikalną możliwość obserwacji ruchów bardziej doświadczonych podmiotów w obliczu zagrożenia epidemiologicznego i zamrożenia gospodarki.

Autor: Mariusz Grajda — Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

FPP: Rok pandemii – straty polskiej gospodarki przekroczyły 185 mld zł. Największe problemy ma sektor usługowy

W ciągu pierwszego roku pandemii i towarzyszących jej lockdownów Polska gospodarka straciła ponad 185 mld zł – tak wynika z licznika strat spowodowanych przez COVID-19, prowadzonego od kwietnia 2020 r. przez Federację Przedsiębiorców Polskich. Powyższa kwota odpowiada szacunkowej wartości PKB, który nie został wytworzony na skutek rozprzestrzeniania się koronawirusa. Największe straty ponosi sektor usługowy, który dotknięty jest najdłuższymi obostrzeniami. Natomiast przemysł, budownictwo, transport czy usługi IT nie ucierpiały znacząco na skutek 2. fali pandemii – a nawet, pomimo jej narastania, notują poprawę wyników finansowych.

W okresie najgłębszego lockdownu w ubiegłym roku polska gospodarka traciła nawet 1,2 mld zł dziennie. Jest to jednak wyraźnie lepszy wynik niż wstępnie szacowana strata na poziomie ponad 2 mld zł dziennie. Wraz z nadejściem późnej wiosny i lata, działalność przedsiębiorstw zaczęła być stopniowo odmrażana – co pozwoliło gospodarce złapać oddech. Jesienią sytuacja epidemiczna zaczęła się ponownie pogarszać, co doprowadziło do powrotu obostrzeń.

„Charakterystyczne dla obecnej fazy pandemii jest znacznie większe zróżnicowanie jej wpływu na działalność poszczególnych branż. Wiele sektorów – nie dotkniętych bezpośrednio ograniczeniami w prowadzeniu działalności – przystosowało się na tyle do funkcjonowania w nowych warunkach, że mimo wysokiej liczby zachorowań i surowych zasad sanitarnych trudna sytuacja epidemiczna nie znajduje silnego przełożenia na poziom ich obrotów. Przemysł, budownictwo, transport czy usługi IT nie ucierpiały znacząco na skutek 2. fali pandemii, a nawet – pomimo jej narastania – notują poprawę wyników finansowych. Z drugiej jednak strony branże dotknięte bezpośrednio skutkami pandemii oraz ograniczeniami w prowadzeniu działalności gospodarczej znajdują się w coraz bardziej dramatycznej sytuacji. Żadne działania dostosowawcze nie mogą pomóc, kiedy na mocy przepisów rozporządzeń ich działalność pozostaje zamknięta. Poważnym problemem jest fakt, iż ograniczenia wprowadzone w reakcji na 2. falę koronawirusa utrzymują się znacznie dłużej niż wiosną 2020 r. – co prowadzi do wyczerpywania się rezerw płynnościowych w długotrwale zamkniętych przedsiębiorstwach. W konsekwencji, obecny okres charakteryzuje wyraźny podział na dwie grupy firm – tych, które funkcjonują we względnie niezakłócony sposób, a nawet rozwijają się pomimo pandemii oraz tych, które pogrążają się w coraz większych problemach z powodu przedłużających się lockdownów. W obecnych warunkach straty polskiej gospodarki można szacować na 450 mln zł dziennie” – wyjaśnia Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, wiceprezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Największe straty zostały poniesione na początku pandemii, w czasie ubiegłorocznego wiosennego lockdownu, bowiem wówczas poważny spadek poziomu aktywności ekonomicznej dotknął większości sektorów gospodarki. Wynikało to z szeregu czynników – bardzo daleko idącego ograniczenia mobilności i ścisłego dystansowania społecznego, poważnych zaburzeń globalnych łańcuchów logistycznych, nieefektywności wynikającej z nagłej reorganizacji działalności przedsiębiorstw i trybu wykonywania pracy, a także gwałtownego wzrostu absencji związanych z efektem paniki – jaki pojawił się na początku 1. fali epidemii. Przełożyło się to na nagłe ograniczenie aktywności nie tylko w usługach związanych z bezpośrednią obsługą konsumentów, lecz również w przemyśle, transporcie, handlu czy nawet finansach.Rok pandemii – straty polskiej gospodarki przekroczyły 185 mld

Są nowe rekomendacje UZP na zamówienia publiczne komputerów

Urząd Zamówień Publicznych wydał nowe rekomendacje dotyczące zamówień na zestawy komputerowe. – To jest bardzo potrzebny i długo wyczekiwany przez branżę cyfrową dokument, ponieważ jego poprzednia wersja pochodziła sprzed 9 lat. Przez ten czas nastąpił duży postęp technologiczny, więc zalecenia odnośnie zamówień nie przystawały do dzisiejszych wymagań rynkowych – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. Związek w ramach grupy roboczej przy UZP pracował nad rekomendacjami.

Jak zauważa Kanownik, branża cyfrowa i nowoczesnych technologii jest jedną z najszybciej rozwijających się branż na polskim rynku. Jednak za postępem technologicznym często nie nadąża prawo. A bez regulacji, które by nadążały za rozwojem rynku, trudno jest funkcjonować.

Dlatego nowe rekomendacje Urzędu Zamówień Publicznych dotyczące zamówień na zestawy komputerowe to ważny dokument, który wychodzi naprzeciw oczekiwań branży nowoczesnych technologii – zaznacza Michał Kanownik.

UZP: rekomendacje to praktyczne wskazówki

Jak podkreśla UZP, nowe wytyczne są stricte techniczne i zwierają praktyczne wskazówki dla zamawiających dotyczące formułowania zapisów w dokumentacji zamówienia na dostawę zestawów komputerowych. „Uwypuklając aspekty techniczne nie chcieliśmy, aby dokument koncentrował się na kwestiach proceduralnych dotyczących udzielania zamówień, nie stanowią one bowiem dla Zamawiających tak dużego wyzwania, jak zagadnienia techniczne” – wyjaśnia UZP.

Nowe rekomendacje mają dawać jednak zamawiającym swobodę w wyborze sprzętu. „Mając świadomość, iż część zamówień będzie odpowiadała na niestandardowe potrzeby różnych Zamawiających, staraliśmy się w tych sytuacjach pokazać spectrum możliwości, nie koncentrując się na jednym rozwiązaniu” – zaznacza UZP.

Dokument z rekomendacjami został zaakceptowany przez Komitet Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji, a Centralne Biuro Antykorupcyjne nie zgłosiło do niego uwag.

Jakie są nowe wytyczne?

Podstawową zasadą opisu przedmiotu zamówienia na dostawę urządzeń komputerowych – według nowych wytycznych – powinno być specyfikowanie właściwości użytkowych urządzeń, a nie ich szczegółowych parametrów konstrukcyjnych. Jak argumentuje UZP, potrzeby zamawiającego są wyznaczone nie rozwiązaniami technicznymi zawartymi w zamawianym sprzęcie, lecz atrybutami określającymi przydatność urządzenia komputerowego do realizacji zadań, czyli poprzez właściwości użytkowe tego urządzenia. Te zaś wyznaczone są przede wszystkim:

  • wydajnością urządzenia komputerowego popartą przeprowadzonym testem;
  • ergonomią pracy;
  • zgodnością urządzenia komputerowego z oprogramowaniem wykorzystywanym przez

zamawiającego;

  • cyklem życia produktu, w tym okresem dostępności podzespołów do napraw;
  • jakością procesu wytwarzania, decydującą o trwałości i niezawodności sprzętu na

podstawie odpowiednich norm;

  • warunkami gwarancji świadczonej przez producenta.

Ebury: Wyższe rentowności obligacji ponownie wspierają dolara

Silna wyprzedaż na amerykańskim rynku obligacji skarbowych przyspieszyła w zeszłym tygodniu. Wspierały ją pozytywne wieści z gospodarki, które niezmiennie sugerują szybką poprawę sytuacji. Rosnące rentowności obligacji wspierają dolara i negatywnie wpływają na waluty rynków wschodzących. Równolegle Senat USA zatwierdził ogromny pakiet stymulacyjny prezydenta Bidena.

Krótki koniec krzywej dochodowości pozostaje zakotwiczony przez wyraźną obietnicę Fedu, który ma ignorować presję inflacyjną i utrzymywać stopy procentowe na zerowym poziomie. Zeszłotygodniowa wyprzedaż obligacji o dłuższych terminach wykupu jednak odbiła się na rynku walutowym. Dolar doświadczył umocnienia w parze z większością walut G10, efekty zmian odczuły jednak szczególnie waluty rynków wschodzących. Podczas gdy waluty krajów leżących nad Oceanem Spokojnym radziły sobie dobrze, kotwiczone przez stabilność juana chińskiego, większość pozostałych głównych walut emerging markets doświadczyła w zeszłym tygodniu wyprzedaży rzędu 1–3%.

Spodziewamy się, że również w tym tygodniu najważniejszym czynnikiem kształtującym zachowanie rynków finansowych na całym świecie będą zmiany na amerykańskim rynku stóp procentowych. Czwartkowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego będzie bardzo interesujące pod kątem oceny reakcji instytucjonalnej banku centralnego na (jak dotąd niewielki) wzrost kosztów zadłużenia publicznego w strefie euro. Dane o inflacji w USA, które zostaną opublikowane w środę, mogą zaszkodzić płochliwym rynkom obligacji, jeśli ponownie zaskoczą in plus.

PLN

Polski złoty doświadczył najpoważniejszej wyprzedaży od końcówki grudnia (kiedy następowały interwencje NBP osłabiające krajową walutę), kończąc tydzień spadkiem o blisko 1,5% w parze z euro. Gdyby wspomnianego okresu interwencji nie uwzględniać, co byłoby zasadne, uznalibyśmy ten tydzień za najgorszy dla złotego od października ub.r.

Słabość tę można powiązać z kilkoma kwestiami, z których w naszej ocenie istotne są dwie. Po pierwsze, z pogarszającą się sytuacją epidemiczną w kraju, gdzie 7-dniowa średnia krocząca nowych zakażeń znalazła się na poziomie notowanym na początku grudnia, a wzrost ten nie wykazuje oznak hamowania. Po drugie, ze wzrostem rentowności amerykańskich obligacji, który nastąpił zwłaszcza w drugiej części tygodnia. Ponowny ich wystrzał na długim końcu wzbudził niepokój wśród inwestorów i odbił się szerokim echem na rynkach finansowych, uderzając szczególnie w waluty emerging markets.

Warto też wspomnieć o zeszłotygodniowych sygnałach z NBP. Rynkowe oczekiwania względem zacieśnienia polityki pieniężnej w Polsce początkowo wzrosły, wspierane m.in. przez bardziej optymistyczną niż listopadowa projekcję PKB i inflacji Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP, której kluczowy punkt poznaliśmy przy okazji środowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej. W piątek owe oczekiwania skutecznie stłumił jednak prezes Glapiński i obecnie rynek szacuje, że szanse na podniesienie stóp o 25 pb. w perspektywie roku to zaledwie nieco ponad 50%.

EUR

Wszyscy wyczekują obecnie marcowego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego, z którego informacje poznamy w czwartek. Uwaga powinna nadal skupiać się głównie na rozczarowujących danych gospodarczych, raczej powolnym tempie szczepień w Europie i wyprzedaży europejskich obligacji skarbowych, podążających za amerykańskimi.

Nie spodziewamy się żadnych zmian w polityce EBC, sygnały z dwóch obszarów w kontekście posiedzenia będą jednak kluczowe. Po pierwsze, istotny będzie zakres nieuchronnej rewizji w dół projekcji ekonomicznych na rok 2021. Po drugie, możliwość wykorzystania narzędzi polityki pieniężnej uruchomionych w trakcie pandemii w celu zatrzymania niepożądanych wzrostów rynkowych stóp procentowych. To ostatnie mogłoby zaszkodzić euro, w krótkim okresie nie można wykluczyć też dalszych spadków w relacji do głównych walut.

USD

Lutowy raport z amerykańskiego rynku pracy dostarczył najnowszych danych potwierdzających, że ożywienie gospodarcze w USA nabiera tempa po tym, jak jesienią spowolniło przez obostrzenia. Ożywienie w hotelarstwie i rekreacji sprawiło, że zmiana zatrudnienia netto była dwukrotnie większa niż oczekiwano i wyniosła niemal 400 tys. Bezrobocie spadło, podczas gdy współczynnik aktywności zawodowej pozostał na tym samym poziomie.

Przyjęcie w weekend ogromnego pakietu stymulacyjnego Joe Bidena przez Senat zapowiada znaczny zastrzyk gotówki dla amerykańskich rodzin, które skorzystają na bezpośrednich transferach, dodatkowym wsparciu na dzieci, nie mówiąc o wyższych zasiłkach dla bezrobotnych i różnych innych transferach do stanów i poszczególnych obszarów lokalnych. Ta fala pieniędzy wpłynie na gospodarkę, gdzie odżywa popyt, który jednocześnie mierzy się z coraz wyraźniejszymi wąskimi gardłami po stronie podaży. Uważamy, że wyprzedaż obligacji skarbowych może być kontynuowana, jednak trudny do przewidzenia jest krótkoterminowy wpływ na dolara amerykańskiego dodatkowych wydatków bez równoważących ich dochodów podatkowych.

GBP

W obliczu umocnienia dolara funt wciąż radzi sobie lepiej niż większość pozostałych walut. Jedne z najwyższych na świecie wskaźniki wyszczepialności w Wielkiej Brytanii zapewniają kluczowe wsparcie dla waluty, a różnica w tym zakresie między Zjednoczonym Królestwem a strefą euro się nie zmniejsza. Co najmniej jedną dawkę szczepionki otrzymało na Wyspach ok. 40% dorosłych, a Wielka Brytania zaczęła łagodzić obostrzenia – od dziś powróciły zajęcia w szkołach. Relatywny sukces w szczepieniach powinien wspierać brytyjską walutę w relacji do euro.

Dane o PKB Wielkiej Brytanii w styczniu, które poznamy w piątek, prawdopodobnie pokażą ujemną dynamikę ze względu na trzeci narodowy lockdown. Spodziewamy się jednak, że rynek walutowy nie będzie przywiązywać wagi do tych wstecznych wiadomości i nadal będzie skupiać się na obecnych wydarzeniach. Większość ostatnich publikacji makroekonomicznych z Wielkiej Brytanii była w znacznej mierze ignorowana przez rynki, które koncentrują się na średnioterminowych perspektywach Zjednoczonego Królestwa.

CHF

Miniony tydzień przyniósł kontynuację wyprzedaży franka szwajcarskiego. Para EUR/CHF zakończyła go tuż poniżej poziomu 1,11, a frank był najgorzej radzącą sobie walutą G10.  Co ciekawe, wygląda na to, że rosnące rentowności na długim końcu krzywej dochodowości w USA wpływają na nisko rentowną walutę safe haven w podobnie negatywny sposób jak na waluty rynków wschodzących.

Sytuacja epidemiczna w Szwajcarii w minionym tygodniu nie uległa większym zmianom, zaś dane makroekonomiczne były mieszane. Za najbardziej zaskakujące można prawdopodobnie uznać dane o inflacji, która zaskoczyła in minus. Nieco kontrastuje to z sygnałami cenowymi, które płyną ze świata. Zamiast wykazania mniejszego spadku, inflacja utrzymała się w lutym na poziomie -0,5%, jak w poprzednim miesiącu.

W nadchodzących tygodniach nadal będziemy skupiać się na zmianach globalnego sentymentu i sytuacji amerykańskiego rynku obligacji, biorąc pod uwagę, że w ostatnim czasie mają one największy wpływ na zachowanie franka szwajcarskiego, a obawy dotyczące sytuacji pandemicznej zdają się zmniejszać.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Czym charakteryzują się meble kolonialne?

Meble kolonialne to perfekcyjny miks stylów — europejskiej klasyki i dalekowschodniego orientu. Przyciągające uwagę wyjątkową estetyką, trwałe i funkcjonalne zachwycą entuzjastów szlachetnego stylu. Co charakteryzuje meble kolonialne? Podpowiadamy.

Styl kolonialny jest obecnie jednym z najchętniej wybieranych stylów aranżacyjnych. Po kolonialne aranżacje sięgają nie tylko entuzjaści zamorskich podróży, ale także zwolennicy szlachetnego piękna oraz ponadczasowych rozwiązań, odpornych na sezonowe trendy.

Nic dziwnego. Dzięki starannie dobranym oryginalnym meblom i dodatkom kolonialne wnętrza zachwycają unikalnością i najlepszym stylem.

Kolonialne meble — czym się charakteryzują?

Jednym z nieodzownych elementów stylu kolonialnego są… kolonialne meble — stoły i stoliki kawowe, witryny, szafki, biurka i komody. Czym się charakteryzują? Większość kolonialnych mebli wykonano z egzotycznych gatunków drewna (zazwyczaj z palisandru, mango lub akacji). Dzięki użyciu takiego materiału są nie tylko bardzo trwałe (egzotyczny drewno jest zdecydowanie twardsze od rodzimych gatunków), ale także pełne uroku. Oryginalne usłojenie, słoneczne refleksy, piękne naturalne barwy — to właśnie dzięki nim meble kolonialne wyglądają tak oryginalnie.

Jakie meble kolonialne wybrać?

Ogromna popularność mebli kolonialnych sprawiła, że ofert dostępnych na rynku modeli jest bardzo szeroka. Jak wybrać te, które w pełni spełnią oczekiwania użytkowników?meble kolonialne

  1. Postaw na oryginalność

Chcesz urządzić wnętrze w stylu kolonialnym? Wybierz meble robione ręcznie przez wykwalifikowanych rzemieślników i przywożone do Polski statkami. Możesz być pewien, że takie akcesoria wprowadza do Twojego mieszkania prawdziwego ducha orientu, stając się jego niekwestionowanymi gwiazdami. Choć meble produkowane w Polsce będą równie funkcjonalne i praktyczne, na tle hinduskich oryginałów wizualnie stracą.

2. Dostosuj rodzaj mebli do aranżacji wnętrza

Pod pojęciem mebli kolonialnych kryją się klasyczne modele o prostych formach i geometrycznych kształtach, minimalistyczne elementy z dodatkiem szkła i metalu i meble inspirowane stylem kolonialnym. Zależy Ci na tym, aby wykreować w salonie przytulny ciepły klimat? Wybierz te wykonane z jasnego drewna mango. Chcesz urządzić industrialny loft? Sięgnij po minimalistyczne elementy z przewagę metalu. Kuchnia w stylu rustykalny? Kolonialne postarzane modele okażą się strzałem w 10!

3. Dobierz meble do wielkości wnętrza

Urządzasz niewielkie wnętrze?? Zrezygnuj z masywnych ciemnobrązowych mebli z palisandru, ich kolor i forma mogą przytłoczyć niewielką przestrzeń. Zamiast nich wybierz meble o geometrycznych kształtach wykonane z drewna akacji.

Komoda, witryna i stół z palisandru świetnie sprawdzą się za to w przestronnym salonie, pełnym światła i antyków.

Źródło: https://www.indianmeble.pl/

Pożyczka dla zadłużonych szansą na spełnienie marzeń

Pożyczki czy kredyty nierzadko ratują nas z opresji, gdy potrzebujemy sporej ilości pieniędzy, a nie mamy tak wysokich oszczędności. Niestety, aby dostać kredyt w banku należy spełnić cały szereg kryteriów. Jeśli w którymś momencie powinęła nam się noga i zostaliśmy z długami, o kredycie możemy jedynie pomarzyć. Na szczęście jest pewien ratunek.

Pożyczka, a kredyt- różnice

Kredyt jest usługą, z której korzystamy za pośrednictwem banku. To właśnie bank, po dokładnym sprawdzeniu naszej sytuacji finansowej i historii kredytowej, pożycza nam jakąś sumę pieniędzy na jakiś konkretny okres czasu. Jeżeli sytuacja finansowa i historia kredytową są w porządku, kredyt zostanie udzielony. Jeżeli jednak pojawiają się długi, jedyne, na co możemy liczyć to pożyczka.

Pożyczka także jest pożyczeniem jakiejś kwoty pieniędzy na jakiś czas, z tym, że nie jest ona udzielana przez bank, a przez instytucję finansową. Każda taka instytucja ma swoje własne kryteria przyznawania pożyczki, wiele firm deklaruje, że wystarczy tylko dowód osobisty. Jeśli chcesz dostać kredyt, musisz uzbroić się w cierpliwość, bo przed złożeniem ostatecznego wniosku, musisz dostarczyć do banku mnóstwo różnych dokumentów, oświadczeń o Twoich dochodach, zobowiązaniach itp. W przypadku pożyczki formalności jest o wiele mniej, a i kryteria przyznawania takiej pożyczki są o wiele łagodniejsze.

Pożyczka dla zadłużonych- czy to możliwe?

Okazuje się, że tak. Rozwiązaniem jest tutaj pożyczka długoterminowa, która może zostać zaciągnięta przez osobę zadłużoną. Charakterystyczne dla tego rodzaju pożyczki jest to, że spłaty poszczególnych rat są rozłożone na długi okres czasu. Dzięki temu, osoba zadłużona ma szansę na wyjście z długów i odciążenie finansowe.

Jeżeli długi są naprawdę duże, rozwiązaniem może okazać się pożyczka dla bardzo zadłużonych online. O taką pożyczkę mogą wnioskować także osoby bezrobotne, co nie byłoby możliwe w przypadku kredytu udzielanego przez bank.

Pożyczka dla zadłużonych w Eurocent

Oferta pożyczki dla zadłużonych w Eurocent jest niezwykle przyjazna i korzystna dla wszystkich zadłużonych. Raty nie są wysokie, czas spłaty jest maksymalnie długi, a samą pożyczkę łatwo jest dostać. Zaciągając ją, należy wziąć pod uwagę koszty, jakie będzie ona generować. To, co oddajesz nie jest równe z tym, co pożyczasz. Do sumy pożyczki musisz dołożyć wysokość prowizji i oprocentowanie. Nie ulega jednak wątpliwości, że zaciągniecie pożyczki dla zadłużonych jest często ostatnią deską ratunku i szansą na spełnienie marzeń kogoś, komu nie zawsze się wiodło. Więcej informacji: https://eurocent.pl/pozyczki-dla-zadluzonych.

Jak sprawdzić dom/mieszkanie przed kupnem? – profesjonalne działanie krok po kroku

Kupując dom bądź mieszkanie z rynku wtórnego, musimy mieć stałą świadomość, że mimo wizualnej atrakcyjności, nie wszystko może odpowiadać stanowi rzeczywistemu. Dlatego też tak istotne jest kompleksowe sprawdzenie domu lub mieszkania przed dokonaniem formalności. Dzięki takiemu działaniu unikniemy w przyszłości niejednej nieprzyjemności.

Zakup mieszkania lub domu jest zapewne wielkim przeżyciem, realizacją marzeń o znalezieniu miejsca dla siebie oraz swoich bliskich. Właśnie dlatego powinniśmy podejść do zadania z pełną odpowiedzialnością i uwagą, aby poczyniona inwestycja była prawdziwie udana. Jak sprawdzić dom/mieszkanie przed kupnem? Dowiedz się już teraz…

Co sprawdzić przed kupnem domu?

Zadając sobie pytanie, co sprawdzić przed kupnem domu, pierwszym, co przychodzi nam do głowy, jest jego stan techniczny. I w istocie, ocena domu przed kupnem pozwoli nam poznać jego kondycję, wszelkie wady i usterki (bardzo często maskowane – celowo bądź nie). Kluczowe okaże się badanie termowizyjne, które może wskazać ewentualne zawilgocenia, zacieki czy też ogniska korozji biologicznej.

Stan prawny nieruchomości

Zarówno w przypadku sprawdzania domu, jak i mieszkania przed kupnem, musimy zgłębić ich aktualny stan prawny. Tego typu działanie pozwoli nam dowiedzieć się, czy na nieruchomości nie ciążą jakiekolwiek zadłużenia lub też czy osoby trzecie nie roszczą do niej pretensji. Sprawdzenie stanu prawnego domu i mieszkania przed kupnem najlepiej przeprowadzić za pomocą księgi wieczystej.

Co sprawdzić przed zakupem mieszkania?

W przypadku mieszkania, czynności weryfikacyjne powinny być bardziej rozbudowane. Tak więc, co sprawdzić przed zakupem mieszkania? Otóż, oprócz samego lokalu (co odbywa się podobnie jak przy zakupie domu), cały budynek, w którym przyjdzie nam żyć.

Profesjonalna pomoc

Co jednak istotne, żeby sprawdzenie mieszkania przed zakupem odbyło się w pełni skutecznie, warto skierować się po pomoc do specjalisty. Posiadając wiedzę oraz doświadczenie, przeprowadzi on kompleksowy audyt, wskazując nam wszelkie nieprawidłowości, które mogą zaważyć na finalnej decyzji, ale równie dobrze być wyjściem do negocjacji ceny z dotychczasowym właścicielem. Tego typu współpracę z profesjonalistą możemy podjąć również w przypadku kupna domu – bo zawsze warto mieć kontrolę nad wydarzeniami.

Ponad 83 proc. pracowników Biedronki to kobiety. Zajmują prawie 3/4 stanowisk kierowniczych

Sytuacja zawodowa kobiet w biznesie sukcesywnie się poprawia. Po części przyczyniają się do tego same firmy i pracodawcy, którzy wprowadzają politykę równości płci i różnorodności zespołów. W Biedronce kobiety stanowią ogółem ponad 83 proc. wszystkich pracowników, zajmując przy tym prawie 74 proc. stanowisk kierowniczych. – Biedronka jest kobietą, ale potrzebujemy mężczyzn w zespołach, bo uzupełniamy się nawzajem – mówi dr inż. Justyna Szymani, dyrektor Działu Jakości i Kontroli Marki Własnej w sieci Biedronka. Kobiety na kierowniczych stanowiskach w sieci handlowej podkreślają, że największym wyzwaniem jest dla nich łączenie obowiązków zawodowych i rodzinnych. To programy wspierające ten aspekt cieszą się w firmie dużą popularnością.

– Jednym z największych wyzwań dla kobiet jest pogodzenie wszystkich życiowych ról: pracownika, żony, mamy, córki, siostry, członka lokalnej społeczności itd. I rzeczywiście nadanie priorytetów tym rolom, a następnie wypełnianie tej odpowiedzialności na co dzień wymaga wysiłku i dyscypliny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Justyna Szymani.

Jak wynika z marcowego raportu Deloitte’a, COVID-19 i związane z nim restrykcje dodatkowo nasiliły tradycyjne obciążenie kobiet pracą na dwóch etatach: służbowym i prywatnym. Aż 67 proc. pracujących Polek zajmuje się jednocześnie osobami bliskimi, wykonując co najmniej 75 proc. związanych z tym obowiązków. 68 proc. z nich ma więcej obowiązków domowych, a ponad połowa ocenia, że ma więcej ogólnych powinności związanych z opieką nad dziećmi (54 proc.) oraz pomocą w zdalnej nauce (53 proc.). W efekcie aż 65 proc. pracujących Polek zadeklarowało, że nie jest w stanie zrównoważyć pracy z życiem osobistym, a 74 proc. z nich obawia się o dalszy rozwój swojej kariery zawodowej.

– Bardzo trudno jest połączyć ambicje zawodowe z opieką nad dziećmi. Jeżeli mamy pomoc ze strony bliskich, którzy doskonale to rozumieją, to korzystajmy z niej i nie czujmy się winne – podkreśla Magdalena Sidwa, dyrektor operacyjna regionu Koszalin w sieci Biedronka.

Jak wynika z badania Pracuj.pl przeprowadzonego z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, 61 proc. Polek ocenia, że ich sytuacja na rynku pracy jest dziś lepsza niż jeszcze 10 lat temu. Choć nadal ok. 40-proc. grupa kobiet i mężczyzn dostrzega nierówności w swoich miejscach pracy, to jednak większość, czyli 60 proc., uważa, że bez względu na płeć są tak samo traktowani przez przełożonych i mają takie same szanse na awanse czy podwyżki.

– Gdy analizuję moją dotychczasową karierę, nikt nie dał mi nigdy do zrozumienia, że jestem gorsza, ponieważ jestem kobietą – mówi Magdalena Sidwa.

Jak wynika z raportów Grant Thornton, Polska jest jednym z krajów, które najmocniej promują kobiety na kierowniczych stanowiskach. W 2019 roku 38 proc. kadry kierowniczej stanowiły panie, podczas gdy średnia dla UE wynosiła 30 proc.

– Coraz więcej kobiet zajmuje eksponowane funkcje i są wspaniałymi przykładami. Moim zdaniem to pomaga aktywizować inne kobiety, szczególnie w tych miejscach, gdzie rynek pracy jest trudniejszy – mówi Magdalena Koralewska, rzecznik klienta sieci Biedronka.

Do poprawy sytuacji kobiet na rynku pracy w coraz większym stopniu przyczyniają się same firmy, które uwzględniają politykę równości płci czy różnorodności zespołów, dostrzegając korzyści, jakie się z tym wiążą.

– Kobiety lepiej radzą sobie w zarządzaniu przez wartości. W coraz bardziej dynamicznym, nieprzewidywalnym środowisku, przy utrudnionej komunikacji, pracy zdalnej, ale też w sytuacji, kiedy procedury nie nadążają za galopującą rzeczywistością, zarządzanie przez wartości sprawdza się najbardziej, a kobiety są w tym dobre – ocenia dr inż. Justyna Szymani.

– Cechy kobiet, które pomagają w pracy z klientem, to przede wszystkim empatia i umiejętność czytania emocji. Kobiety w kontakcie z klientem są zdecydowanie bardziej łagodne, co szczególnie pomaga w trudnych sytuacjach. Z moich obserwacji wynika, że mężczyźni bywają bardziej zadaniowo ukierunkowani, co czasami powoduje pewne konfrontacyjne sytuacje – mówi Magdalena Koralewska.

To, czego pracującym kobietom często brakuje, to wiara we własne możliwości i kompetencje. Mężczyznom zdecydowanie łatwiej mówić o własnych sukcesach w miejscu pracy.

 Inne najczęstsze błędy, które popełniają kobiety w karierze zawodowej, to przede wszystkim udawanie kogoś, kim się nie jest. Kobiety nie zawsze są sobą w biznesie i próbują naśladować cechy tylko męskie. Poza tym z natury kobiecej płynie potrzeba zaspokojenia oczekiwań wszystkich wokół i wówczas nie ma przestrzeni dla nas samych – podkreśla Magdalena Sidwa. – W ostatniej edycji rankingu Mastercard Index of Women Entrepreneurs okazało się, że Polki są najbardziej przedsiębiorczymi kobietami w Unii Europejskiej i piątymi na świecie. Nie bójmy się wyzwań, droga do awansu i kariery stoi przed nami otworem.

– Musimy być sobą, jesteśmy różne od mężczyzn i to jest okej. To jest wartością, bo umożliwia synergię. Biedronka jest kobietą, natomiast potrzebujemy też mężczyzn w zespołach. Bądźmy sobą i uzupełniajmy się nawzajem – mówi dr inż. Justyna Szymani.

W Biedronce kobiety stanowią ponad 83 proc. wszystkich pracowników, zajmując przy tym prawie 74 proc. stanowisk kierowniczych, takich jak menedżer, koordynator czy kierownik sklepu. Biedronka stawia mocny akcent przede wszystkim na wspieranie rodzin z dziećmi, co jest szczególnie ważne z punktu widzenia pracujących kobiet. Jednak równy dostęp mają do nich zarówno panie, jak i panowie. Formą wsparcia dla rodziców jest ok. 20 pozapłacowych benefitów, takich jak wyprawki noworodkowe i szkolne dla dzieci rozpoczynających naukę w podstawówce, paczki świąteczne i na Dzień Dziecka, turnusy rehabilitacyjne i wyjazdy wakacyjne dla dzieci, a także wspierające domowy budżet, cykliczne zasilenia przedpłaconych kart, które pracownicy mogą wykorzystać w Biedronce i Hebe. Dodatkowym benefitem jest też możliwość skorzystania z pakietu badań profilaktycznych w programie Razem Zadbajmy o Zdrowie. Jest on organizowany corocznie, a kobiety mogą w ramach programu poddać się badaniu ginekologicznemu i cytologii, USG piersi, mammografii czy badaniom tarczycy.

Wielu Polaków przeniosło swoją aktywność fizyczną do domów. Treningi online pomagają radzić sobie ze stresem i dolegliwościami kręgosłupa

Badanie MultiSport Index 2020 wskazało, że dla 41 proc. aktywnych fizycznie Polaków sport jest najlepszym lekiem na stres wywołany pandemią, a dla 79 proc. – metodą na lepsze samopoczucie i większą efektywność pracy. To m.in. dlatego wiele osób w związku z przedłużającym się rządowym zakazem działania siłowni i klubów fitness szuka innych możliwości ruchu, takich jak treningi online. W ostatnich miesiącach dynamicznie wzrosło zarówno zainteresowanie takimi zajęciami, jak i dostępna oferta treningowa dla ćwiczących w różnym wieku i z różnymi potrzebami. Branża ocenia, że to rozwiązanie zostanie z nami również po ustaniu pandemii jako naturalne uzupełnienie aktywności realizowanych w obiektach sportowych.

– W czasie pandemii, gdy zmagamy się z jeszcze większą niż wcześniej ilością stresorów, ruch jest nam bardzo potrzebny. Aktywność fizyczna jest jednym ze sposobów, który pomaga w radzeniu sobie ze stresem i lękiem – mówi agencji Newseria Biznes psycholożka i psychoterapeutka Anna Kossowska.

Jak podkreśla, sport może być ważnym elementem psychoterapii, bo pomaga radzić sobie z lękiem, zdenerwowaniem czy obniżonym nastrojem. W badaniu MultiSport Index 2020 aż 41 proc. osób aktywnych fizycznie przyznało, że sport stał się dla nich sposobem na łagodzenie stresu związanego z pandemią.

 Jeszcze przed pandemią mieliśmy badania, które pokazywały, że trzeba zlecać pacjentom ruch w ramach terapii. W tym momencie niestety mamy pewne ograniczenia, również związane z tym, że siłownie i kluby fitness są zamknięte, co dla niektórych osób jest dużym problemem. Natomiast zachęcam je do wybierania różnych innych form aktywności fizycznej, to mogą być również ćwiczenia online – podkreśla Anna Kossowska.

Badanie MultiSport Index 2020 wskazało, że przed pandemią 65 proc. Polaków podejmowało aktywność fizyczną przynajmniej raz w miesiącu. Wiosenny lockdown zmusił jednak blisko połowę z nich do ograniczenia ruchu. Wpływ na to miało również zamknięcie siłowni, klubów fitness i innych obiektów sportowych. Ze względu na przedłużające się obostrzenia właściciele takich obiektów wprowadzili możliwość trenowania online – czy to na zajęciach grupowych, czy też indywidualnych. Chociaż ćwiczeniami w domu, przed ekranem trudno zastąpić trening w klubie fitness na profesjonalnym sprzęcie i pod bezpośrednim nadzorem trenera, rozwiązanie to zaczęło się cieszyć dużą popularnością. Przykładowo zainteresowanie platformą treningową Yes2Move.com, która powstała krótko po ogłoszeniu lockdownu w Polsce, wzrosło blisko pięciokrotnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Czas, w którym obiekty sportowe były zamknięte, wpłynął na szybszy rozwój oferty treningów online. Badania Deloitte’a pokazują, że 50 proc. osób, które przed zamknięciem obiektów sportowych ćwiczyło w klubach fitness, w czasie pandemii zetknęło się w jakiś sposób z treningami online – to jest bardzo duża skala. To najlepiej świadczy o tym, że Polacy chcą dbać o swoje zdrowie również w warunkach domowych i zwracają uwagę na poprawę zdrowia psychicznego i fizycznego dzięki regularnej aktywności – mówi Tomasz Groń, dyrektor zarządzający Benefit Systems Oddział Fitness.

Eksperci podkreślają, że wiele osób dzięki zajęciom online może rozpocząć przygodę z aktywnością fizyczną.

– Zajęcia fitness online mogą być bardzo dobrym rozwiązaniem, ponieważ można pozwolić sobie na różne eksperymenty. Uczestnicy mniej się stresują, wiedząc, że ćwiczą w zaciszu domowym. Mogą uczestniczyć w różnych zajęciach i znaleźć taką formę ruchu, która będzie im najbardziej odpowiadać – wskazuje Anna Kossowska. – Z mojej perspektywy jako psychologa to jest niesamowicie ważne, bo czasem są osoby, które nie są przekonane do tej aktywności fizycznej, nigdy tego nie robiły, mogą sobie pozwolić na eksperymenty i swobodę.

Polacy coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, że sport to ważny element profilaktyki zdrowotnej. Dlatego trzy na cztery osoby aktywne fizycznie nie zamierzają z niego rezygnować, bez względu na rozwój pandemii. Włączając w rozkład dnia trochę ruchu, Polacy radzą sobie również z dolegliwościami bólowymi kręgosłupa. Pojawiają się one coraz częściej m.in. przez siedzący tryb życia, pracę w nieergonomicznych warunkach na home office, czyli np. brak odpowiedniego krzesła czy biurka. Potwierdzają to preferencje użytkowników platformy Yes2Move.com, gdzie największą popularnością cieszą się ćwiczenia na zdrowy kręgosłup, wzmacniające mięśnie grzbietu i kształtujące sylwetkę.

– Niezaprzeczalną korzyścią z platform online jest to, że usługa może być dopasowana do potrzeb szerokiego grona klientów, którzy chcą z tego narzędzia korzystać – wyjaśnia Tomasz Groń. – Na platformie dostępne są treningi nastawione na realizację rozmaitych celów, na różnych poziomach trudności – zajęcia zarówno dla początkujących, jak i dla zaawansowanych, szukających trochę większych wyzwań. Może to być trening zwiększający ruchomość stawów, poprawiający kondycję czy zwykły trening, który umożliwia zrzucenie kilku zbędnych kilogramów.

Na platformie Yes2Move.com są także zajęcia dla seniorów i różnego typu aktywności dla całych rodzin. Mogą z niej również korzystać dzieci, które w ten sposób mogą nadrobić stracone godziny WF-u, ale też np. dodatkowo poćwiczyć z trenerem język angielski. Platforma oferuje dziś ponad 800 różnych zajęć. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy jej funkcjonowania użytkownicy wykonali ponad 150 tys. treningów online.

Cotygodniowy grafik budowany jest według potrzeb użytkowników i najchętniej wybieranych przez nich form aktywności: od zdrowego kręgosłupa po wzmacnianie oraz zajęcia budujące i poprawiające sylwetkę – wymienia Natalia Litwiniuk, instruktorka fitness i trenerka Yes2Move.

Statystyki platformy wskazują, że Polacy najchętniej trenują w środku tygodnia, najczęściej przed pracą lub po jej zakończeniu. Najpopularniejszą godziną do ćwiczeń jest 19:00.

Przedstawiciele Benefit Systems oceniają, że tak duża popularność rozwiązań online świadczy o tym, że ta forma nie zniknie wraz z końcem pandemii.

– Czas pandemii pokazał, że Polacy poszukują rozwiązań online’owych, natomiast nigdy nie zastąpią one normalnego treningu w klubie fitness. Staną się najprawdopodobniej elementem dopełniającym zakres treningów. Wynika to z prostego powodu: w domu nie mamy infrastruktury i sprzętu, nie mamy też możliwości skonsultowania się z trenerem, który doradza i zwraca uwagę na prawidłowość wykonywanych ćwiczeń – mówi Tomasz Groń.

Pandemia mocniej uderzyła w kobiety. Częściej tracą pracę, dochody i bardziej obawiają się o swoją sytuację zawodową

Kobiety częściej niż mężczyźni są narażone na utratę zatrudnienia i bardziej obawiają się o swoją przyszłość na rynku pracy. Częściej dotykają je też obniżki wynagrodzeń. W czasie pandemii dla kobiet dużym problemem okazało się też łączenie pracy zawodowej z obowiązkami domowymi, ponieważ to na nie w dużej mierze spadły zadania związane ze wsparciem dzieci w nauce, opieką nad dziećmi przedszkolnymi czy organizacją życia rodzinnego. Średnio co czwartej kobiecie uniemożliwiło to poświęcenie czasu na pracę zawodową – wynika z raportu PARP.

Z badania Pracuj.pl przeprowadzonego z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet wynika, że sytuacja zawodowa kobiet w Polsce jest dziś lepsza niż 10 lat temu. Takiego zdania jest 61 proc. badanych, ale wciąż kobiety częściej niż mężczyźni uważają, że mają gorsze szanse na karierę. Na to postrzeganie sytuacji wpływ może mieć również pandemia.

– Pandemia zdecydowanie wpłynie na sytuację kobiet na rynku pracy. Na pełne dane trzeba jeszcze poczekać, ale już dzisiaj widać kierunek tych zmian. Grudniowy raport PARP-u potwierdza, że skutki pandemii koronawirusa są niestety bardziej odczuwalne dla kobiet niż mężczyzn. Pierwszą przyczyną jest to, że kobiety częściej pracują w sektorach takich jak turystyka, branża beauty, gastronomia czy eventy, które najbardziej ucierpiały w wyniku środków ograniczających działanie przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Małgorzata Kluska-Nowicka, wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Badanie Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofound) przytaczane w grudniowej edycji raportu PARP („Rynek pracy, edukacja, kompetencje”) wskazuje, że w tych sektorach kobiety stanowią 61 proc. pracowników. Eksperci zwracają także uwagę na to, że młode kobiety były bardziej narażone na utratę pracy w czasie pandemii (11 proc. vs. 9 proc. młodych mężczyzn). To też oznacza większe ryzyko stałego wykluczenia z rynku pracy. Wśród osób, które pracowały przed wybuchem pandemii, a następnie straciły pracę, 4 proc. kobiet stało się nieaktywnych zawodowo (vs. 1 proc. mężczyzn).

– Ponadto część firm dokonała redukcji wynagrodzeń i tutaj znowu kobiety są dużo bardziej stratne niż mężczyźni – podkreśla dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Z raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy wynika, że w każdym z europejskich krajów, w którym odnotowano spadek wynagrodzeń w drugim kwartale 2020 roku (w porównaniu do pierwszego kwartału 2020 roku), to kobiety zostały dotknięte większymi cięciami. Średnio spadek pensji u pań wyniósł 8,1 proc., podczas gdy u mężczyzn – 5,4 proc. W Polsce te dane wynosiły odpowiednio 6,2 proc. oraz 3,8 proc.

W czasie pandemii dla kobiet dużym problemem jest też łączenie pracy zawodowej z obowiązkami domowymi. Według raportu PARP koncentracja aktywności w domu i obowiązki wobec rodziny uniemożliwiły większej liczbie kobiet (24 proc.) niż mężczyzn (13 proc.) poświęcenie czasu na pracę.

– Z raportu Fundacji Sukces Pisany Szminką wynika, że po 12 marca, kiedy zamknięto szkoły, wiele kobiet musiało wziąć zasiłek opiekuńczy na dzieci do ósmego roku życia albo po prostu urlop. Prawie co 10. ankietowana kobieta z tej grupy przyznała, że pracodawcy oczekiwali od niej wykonywania pracy nawet wtedy, kiedy ten urlop był wykorzystywany. Co więcej, prawie jedna trzecia kobiet deklaruje, że pracuje więcej niż wcześniej, a do tego dochodzą jeszcze obowiązki domowe i rodzinne, które w pandemii nabierają zupełnie innego znaczenia – mówi wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Potwierdzają to też dane zebrane chociażby w środowisku naukowym. Okazuje się, że kobiety-naukowcy publikują o wiele mniej artykułów niż przed pandemią, bo skupiły się na organizowaniu swojego życia rodzinnego.

Styczniowa, 42. edycja badania Randstad „Monitor Rynku Pracy” pokazuje, że kobiety gorzej oceniają również swoje możliwości na rynku pracy w popandemicznych realiach. 84 proc. mężczyzn jest przekonanych, że bez trudu znalazłoby nową pracę w ciągu sześciu miesięcy, podczas gdy wśród kobiet ten odsetek wynosi 71 proc. Według ekspertów jest to m.in. efekt zamknięcia szkół. W wielu wypadkach to właśnie na kobiety spadły obowiązki związane ze wsparciem dzieci w nauce czy opieką nad dziećmi przedszkolnymi, co nie tylko zwiększyło ich obciążenie, ale też pogorszyło ocenę własnych możliwości jako pracownika. Badanie Randstad pokazuje też, że kobiety nie tylko gorzej widzą swoje możliwości na rynku pracy, lecz także bardziej obawiają się jej utraty.

Ekspertka poznańskiej WSB zauważa, że łączenie ról zawodowych z rodzinnymi i wychowywaniem dzieci było problemem jeszcze przed pandemią COVID-19, która dodatkowo go uwypukliła.

– Aż 64 proc. kobiet (ale też 45 proc. mężczyzn) deklarowało, że wyzwaniem było dla nich pogodzenie pracy z wychowywaniem dzieci. Odsetek pracujących rodziców, którzy tak deklarowali, rósł z roku na rok. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni podkreślali, że obowiązki zawodowe utrudniają pełne uczestnictwo w życiu dziecka i znacznie ograniczają czas spędzany z rodziną. Wskazywali też np. na sytuacje związane z chorobą dziecka, które powodują, że trzeba szukać możliwości sprawowania opieki. Często mówili również o sytuacjach związanych z utrudnieniami po stronie pracodawców: nieelastycznymi godzinami pracy, nadgodzinami czy wyjazdami służbowymi. Te nowe modele pracy, które przyjmą się w następstwie pandemii, mogą być skutecznym remedium na te trudności, choć na ocenę jeszcze za wcześnie – mówi dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Ekspertka zauważa też, że nowe problemy związane z pandemią nałożyły się na stare, związane chociażby z nierównościami w zarobkach kobiet i mężczyzn. Według Eurostatu w skali całej UE w 2019 roku kobiety zarabiały średnio o 14,1 proc. mniej niż mężczyźni. W Polsce luka płacowa jest niższa od unijnej średniej, choć i tak – jak pokazuje ubiegłoroczny raport Sedlak & Sedlak – mężczyźni z wyższym wykształceniem nadal zarabiają średnio o ponad 1,7 tys. zł więcej niż kobiety o tych samych kwalifikacjach.

– Przed pandemią sytuacja w Polsce się poprawiła, z luką płacową na poziomie 9 proc. wypadamy całkiem nieźle. Większa różnica w zarobkach między płciami występuje w Estonii, gdzie wynosi prawie 23 proc., duża jest także u naszych sąsiadów – w Czechach i Niemczech, gdzie wynosi ponad 20 proc. – mówi wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Trzeba jednak pamiętać, że w głównych statystykach europejskich bierze się pod uwagę tylko niektóre sektory gospodarki, co może wpływać na obraz luki płacowej. Gdyby wziąć pod uwagę wszystkie branże, różnica w średnich płacach kobiet i mężczyzn byłaby zdecydowanie wyższa. Tylko 20 proc. kobiet pracuje w sektorach takich jak nauka, technologia czy inżynieria, uznawanych za lepiej płatne. Kobiety spędzają też mniej godzin w płatnej pracy niż mężczyźni, natomiast częściej wykonują nieodpłatne prace związane z obowiązkami domowymi czy wychowywaniem dzieci.

Grudniowy raport PARP wskazuje, że nierówności na rynku pracy znajdują odzwierciedlenie m.in. w zawodach, które wykonują kobiety. Są one nadreprezentowane na niskopłatnych stanowiskach, takich jak asystentka opieki, sprzątaczka czy sprzedawca detaliczny. W Polsce kobiety stanowią 58 proc. osób zarabiających płacę minimalną i 62 proc. pracowników zarabiających znacznie poniżej minimum.

 Obok wcześniejszych wyzwań – takich jak regulacje wspierające aktywność zawodową kobiet, zmniejszanie luki płacowej czy wprowadzanie polityki różnorodności w firmach – doszedł nowy obszar związany z pandemią. Coraz częściej słyszy się, że praca zdalna zagości na rynku w szerszym wymiarze. Jej zasady wymagają uregulowania ze strony państwa. Na wyrównywanie szans na pewno pozytywnie wpłynęłyby też – podobnie jak w Islandii – darmowa i ogólnie dostępna opieka dzienna dla dzieci oraz równe urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie. To zwolnienie kobiet z nierówno podzielonego obowiązku opieki pozwoliłoby im rozwijać swoje życie zawodowe i zajmować wyższe stanowiska – ocenia dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

W czasie pandemii Polacy chętniej sięgają po książki. Więcej i częściej czytają dzieci niż dorośli

Ubiegły rok dla czytelnictwa i rynku książki – po wiosennym załamaniu z powodu zamkniętych księgarń i bibliotek – okazał się jednak korzystny. Zgodnie z badaniem IMAS International co trzeci Polak zaczął częściej czytać książki, e-booki lub słuchać audiobooków. Szczególnie dobrze radzi sobie literatura dziecięca. – Dzieci czytają sporo, nawet jeśli nie ma w domu książek. Promowanie wśród nich czytania jest wdzięczną czynnością – mówi pisarz Michał Rusinek. Prowadzona przez niego Fundacja Wisławy Szymborskiej jest partnerem konkursu Literacka Podróż Hestii, który ma promować klasyczne formy w literaturze dla dzieci. Dziś większą popularnością wśród młodych czytelników cieszą się bowiem książki popularnonaukowe.

– Czytelnictwo w Polsce to dość bolesny temat. Dane publikowane co roku przez Bibliotekę Narodową są dość smutne, zwłaszcza kiedy porównamy je z danymi na przykład z Czech, gdzie czytelnictwo jest na bardzo wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Rusinek, prezes zarządu Fundacji Wisławy Szymborskiej.

Zgodnie z wciąż najnowszymi danymi BN za 2019 rok można nieco optymistyczniej spojrzeć na czytelnictwo w Polsce. Odnotowano bowiem trwałe zatrzymanie spadku czytelnictwa, który utrzymywał się niemal nieprzerwanie od 2004 roku, gdy zanotowano rekordowy, 58-proc. poziom czytelnictwa. W 2019 roku 39 proc. Polaków przeczytało co najmniej jedną książkę (vs. 37 proc. w 2018 roku), natomiast od trzech lat bez zmian pozostaje procent Polaków czytających siedem lub więcej książek rocznie (9 proc.).

W ubiegłym roku to pandemia miała największy wpływ na rynek książki. Podczas pierwszych dni wiosennego lockdownu sprzedaż zamarła. W marcowej ankiecie przeprowadzonej przez Polską Izbę Książki ponad 70 proc. księgarń deklarowało, że po 13 marca odczuło dramatyczny spadek sprzedaży w porównaniu do okresu poprzedzającego wprowadzenie stanu epidemii w Polsce. Dodatkowym utrudnieniem dla czytelników było zamknięcie bibliotek. Kolejne tygodnie przyniosły jednak ożywienie w czytelnictwie, szczególnie w księgarniach internetowych, gdzie kupowano więcej nie tylko książek papierowych, lecz także e-booków i audiobooków.

– Jesienią zeszłego roku pojawiło się bardzo dużo nowości. Wydawcy przestawili się na promowanie książek w internecie i my, czytelnicy, też się do tego przyzwyczailiśmy. Miejmy nadzieję, że ten pandemiczny rok wykaże wzrost czytelnictwa – podkreśla Michał Rusinek.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez IMAS International dla KRD na temat kondycji rynku książek, w czasie pandemii co trzeci Polak (35 proc.) sięga po nie częściej. Ponad 17 proc. twierdzi także, że więcej ich kupuje. Największym zainteresowaniem cieszą się kryminały, thrillery i horrory (36 proc.). Po książki historyczne, romanse i literaturę obyczajową sięga co piąty czytelnik. Bardzo dobrze w okresie pandemii radzą sobie również książki dla dzieci i młodzieży.

– Rodzice skazani na siedzenie w domu z dziećmi poszukiwali dla nich jakichś rozrywek, a naturalną rozrywką jest czytanie książek. Wielu z nich przypomniało sobie, że może w ten sposób spędzać z dziećmi czas. Wydawcy zgłaszają, że właśnie sprzedaż książek dla dzieci utrzymała się na podobnym poziomie jak przed pandemią albo nawet wzrosła – wskazuje prezes zarządu Fundacji Wisławy Szymborskiej. – Nie wiem, na czym to polega, ale my, Polacy, jako dorośli przestajemy czytać książki. Jako dzieci czytamy sporo, nawet jeśli książek nie ma w domu, bo nauczyciele czytają z dziećmi książki w szkole czy świetlicy.

Z najnowszych danych prezentowanych przez rynek-ksiazki.pl wynika, że najpopularniejszą pozycją w salonach Empik w okresie 15–28 lutego 2021 roku była książka Marty Galewskiej-Kustry „Pucio w mieście. Zabawy językowe dla młodszych i starszych dzieci”. Ósme miejsce zajęły z kolei „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)” Justyny Bednarek. Do rankingu (28. pozycja) trafiła także książka dla dzieci „Wszystkie kolory świata”, która jest zbiorem 20 różnorodnych utworów będących efektem współpracy czołowych polskich autorów i ilustratorów książki dziecięcej, m.in. Justyny Bednarek, Grzegorza Kasdepke czy Michała Rusinka.

– W świecie pełnym dezinformacji istnieje zakątek, w którym królują piękno i prawda. To literatura dziecięca. Otaczajmy ją szczególną troską – mówi cytowany w komunikacie prasowym Piotr Maria Śliwicki, prezes Grupy ERGO Hestia.

– Najczęściej czytane przez dzieci są książki non fiction, czyli książki popularnonaukowe, które nie należą do beletrystyki – dodaje Michał Rusinek. – Popularne są też książki, które ja bardzo cenię, tzw. picture booki, w których ilustracje pełnią równie ważną rolę co tekst. I pojawia się nowy gatunek, któremu bardzo kibicuję, mianowicie powieść graficzna. I to jest beletrystyka, trochę poważniejszy picture book, który nawiązuje do poetyki komiksu.

Jak wyjaśnia, duża popularność książek popularnonaukowych sprawia, że trochę mniejszą wagę przykłada się do czytania beletrystyki i literatury pięknej. Promocja klasycznych form – powieści i opowiadań – w literaturze dla dzieci to właśnie cel nowego konkursu Literacka Podróż Hestii, który organizuje Fundacja Artystyczna Podróż Hestii przy współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej i pod mecenatem ERGO Hestia.

– Literatura dziecięca potrafi wpłynąć na całą gamę zainteresowań i ukształtować system wartości współczesnego młodego czytelnika. ERGO Hestia szeroko otwiera ścieżki dla obydwu stron tej aktywnej wymiany. W Literacką Podróż Hestii wyruszają bowiem nie tylko twórcy, ale też ich wymagający odbiorca – dzieci i młodzież. Nie da się odbyć tej podróży osobno lub w czyimś imieniu, tym bardziej że przecież czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła – podkreśla Piotr Maria Śliwicki.

– Jury będzie wybierać najlepszą książkę roku w ramach klasycznych gatunków beletrystycznych, ale też będzie promować zarówno książkę laureatów, jak i osób nominowanych – tłumaczy prezes zarządu Fundacji Wisławy Szymborskiej. – W pierwszym etapie konkursu na przełomie czerwca i lipca ogłosimy pięcioro nominowanych do nagrody i będziemy ich już promować, będziemy się starali, żeby byli zapraszani na letnie literackie festiwale. Natomiast w listopadzie ogłosimy nazwisko laureata lub laureatki, a właściwie tytuł zwycięskiej książki.

Do pierwszej edycji konkursu mogą się zgłaszać wydawnictwa i autorzy powieści i opowiadań dla młodego czytelnika (w wieku 10–15 lat). Muszą to być książki pisane w języku polskim i wydane w Polsce w ubiegłym roku. Czas na zgłoszenia mija 15 kwietnia br. Zwycięzca otrzyma nagrodę w wysokości 50 tys. zł.

– Mamy nadzieję, że nagrodzone książki w tym konkursie, który przewidziany jest jako konkurs wieloletni, ułożą się za jakiś czas w biblioteczkę tzw. evergreenów, czyli książek, po które zawsze będzie można sięgnąć. Będzie to taka biblioteka współczesnej klasyki dziecięcej i młodzieżowej – mówi Michał Rusinek, jeden z pomysłodawców konkursu.

Polacy opracowali grę VR sterowaną za pomocą mózgu. Znajdzie zastosowanie m.in. w szkoleniach żołnierzy i e-sporcie

Technologia VR, która do tej pory częściej kojarzona była z rozrywką, znajduje coraz większe uznanie w biznesie, przemyśle, nauce i medycynie. Połączenie grywalizacji z możliwością badania ludzkich odruchów pozwoli na nowy wymiar analizy danych o ciele człowieka. Tworzona przez Polaków gra z wykorzystaniem elementów wirtualnej rzeczywistości może być wykorzystana m.in. w szkoleniach pracowników, ponieważ pozwala na trening w niemal każdych warunkach i z niemal każdymi narzędziami. Sprawdzi się np. w szkoleniach kontrolerów ruchu lotniczego, żołnierzy jednostek specjalnych, ale też w neuromarketingu czy e-sporcie.

– Gra w wirtualnej rzeczywistości, którą stworzyliśmy w połączeniu z naszym urządzeniem do badania aktywności mózgu, bazuje na reakcjach użytkownika, które wykonuje w ramach gry, i daje mu informację zwrotną o tym, w jakiej kondycji akurat jest jego mózg. Możemy w skrócie powiedzieć, że jest to gra sterowana mózgiem. Na podstawie tego, czy użytkownik się skupia, czy gdzieś to jego skupienie ucieka, pewne rzeczy dzieją się w grze lub się nie dzieją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Broniatowski, dyrektor operacyjny CortiVision. – W tej chwili gra ma dwa warianty. Jeden z nich ma bardziej klimat bajkowo-fantasy, drugi bardziej klimat stricte naukowy, w którym np. możemy poruszać rękami, chociaż nimi nie ruszamy.

Dzięki specjalnemu oprogramowaniu z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości można dziś łatwo nauczyć się kontrolować mózg i niemalże jak na siłowni dobierać odpowiednie ćwiczenia, żeby np. umieć się skoncentrować na zawołanie czy wydłużyć czas uwagi. Tworzona przez Polaków gra z wykorzystaniem elementów VR może być wykorzystana m.in. w szkoleniach pracowników, ponieważ pozwala na trening w niemal każdych warunkach i z niemal każdymi narzędziami.

– W wirtualnej rzeczywistości możemy stworzyć w zasadzie dowolny scenariusz. Naukowo określa się to w pełni kontrolowanym środowiskiem testowym, w którym możemy dobrać odpowiednie bodźce treningowe. Czyli przykładowo, kiedy idziemy na siłownię, możemy wybrać odpowiednie obciążenie czy sprzęty do naszych ćwiczeń. Wirtualna rzeczywistość daje nam tę dowolność różnych sprzętów, które wpływają na nasze postrzeganie rzeczywistości i dają nam informację zwrotną o tym, że np. w danym momencie się skupiamy. To – wydawałoby się – oczywista rzecz, a jednak, jeśli się nad tym zastanowimy, to nie do końca wiemy, kiedy się akurat skupiamy – wskazuje Wojciech Broniatowski.

Badanie ludzkich odruchów podczas interakcji z odpowiednimi impulsami, nawet podczas gry czy szkolenia, może dać więcej informacji niż wywiad medyczny. Technologia wykorzystana przez firmę CortiVision to oprócz wirtualnej rzeczywistości także spektroskopia bliskiej podczerwieni. To jedna z trzech technologii obrazowania mózgu, oprócz EEG i rezonansu magnetycznego, która pozwala zbadać ludzki mózg.

– Bliska podczerwień, czyli tzw. NIRS, bazuje na malutkich diodach, które przepuszczają światło podczerwone przez naszą głowę. Co ciekawe, dla tego światła nasza głowa jest przezroczysta. To światło, które się odbija, jest następnie wychwytywane przez malutkie detektory, a informacje o tym są przetwarzane i umożliwiają rozgrywkę w wirtualnej rzeczywistości – tłumaczy dyrektor operacyjny CortiVision.

Choć wydaje się, że spektroskopia bliskiej podczerwieni bardziej kojarzy się z medycyną, to rozwiązanie stworzone przez CortiVision może być zastosowane w innych obszarach. Technologia VR jest stosowana m.in. w szkoleniach bankowych. Dla przykładu w 2020 roku Santander Bank Polska zapowiedział przeszkolenie w ten sposób 5 tys. pracowników.

– Ta technologia ma znacznie więcej zastosowań niż tylko rozważania naukowe. Powodując różne scenariusze w wirtualnej rzeczywistości możemy stworzyć grę nakierowaną na redukcję stresu wśród pracowników, czy np. na naukę lepszej kontroli emocjonalnej. Możemy sobie np. wyobrazić pracownika korporacji, który zmierzając do pracodawcy miał jakieś nieprzyjemne zdarzenie na drodze, wchodzi do pracy cały roztrzęsiony i potrzebuje czegoś, co pozwoli mu się uspokoić i skupić na pracy, żeby był w niej efektywny, a nie popełniał niepotrzebne błędy. Wierzymy, że możemy stworzyć system, który faktycznie z czasem, w miarę systematycznego używania będzie mógł poprawić zdolności tej osoby do przywracania siebie do uważności – wskazuje ekspert.

Wirtualna rzeczywistość szturmem wdarła się do gamingu. Firmy takie jak Sony, Valve, Oculus, HTC i inne sprzedały już ponad 10 mln zestawów VR. Tylko w 2020 roku, także dzięki pandemii, konsumenci na całym świecie zamówili ponad 5,5 mln takich urządzeń. Rynek konsumencki to jednak tylko jeden z obszarów rozwoju wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości. Jedną z kluczowych i ważnych dla świata branż jest ochrona zdrowia, w tym badania ludzkiego mózgu. Według Verified Market Research z 2 mld dol. w 2019 roku wartość rynku VR w służbie zdrowia ma wzrosnąć do 2027 roku do blisko 34 mld dol.

– Naszą technologię możemy zastosować zarówno na rynku HR-owym, jak i np. wszędzie tam, gdzie zdolność uważności i funkcje poznawcze są szczególnie ważne. Możemy więc powiedzieć o zawodach publicznych, które bazują na uważności, jak np. kontrolerzy ruchu lotniczego czy specjalne jednostki wojskowe. Ale możemy też pomyśleć o zastosowaniach neuromarketingowych, e-sportu, gdzie np. refleks i świadomość własnej koncentracji są bardzo ważne. A medycyna jest szczególnym obszarem. Choć my się na nim nie koncentrujemy, możliwe jest wykorzystanie technologii do celów rehabilitacyjnych – wskazuje Wojciech Broniatowski.

Obecnie CortiVision oferuje sprzęt do kontrolowania mózgu jednostkom badawczym. W drugiej połowie tego roku firma zamierza dostarczyć kompletne rozwiązanie wzbogacone o wirtualną rzeczywistość.

Spin-off Uniwersytetu Warszawskiego uruchamia platformę e-learningową. Chce, by za zajęcia przygotowujące do egzaminów płaciły samorządy

70 proc. dzieci uczących się online nie przyswaja wiedzy na takim samym poziomie jak na zajęciach stacjonarnych. Potrzebne są dodatkowe rozwiązania, które pozwolą lepiej przygotować się uczniom m.in. do egzaminów. W tym celu spin-off Uniwersytetu Warszawskiego uruchomił platformę e-learningową, za pomocą której uczniowie mogą uzyskać dostęp do pakietu kursów przedmiotowych, przygotowujących do egzaminów ósmoklasisty i maturalnego. Wykorzystana w niej technologia pozwala korzystać z niej nawet na bardzo słabym technicznie sprzęcie. Dzięki temu twórcy chcą rozwiązać problem wykluczenia cyfrowego niektórych uczniów. Za korepetycje przygotowujące do egzaminów ósmoklasisty czy maturalnego mogą zapłacić samorządy. W Nowym Dworze Mazowieckim, Legionowie i Otwocku takie zajęcia są już darmowe.

– Lecturus Junior powstał po to, żeby wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu, jakie pandemia koronawirusa spowodowała wśród uczniów, przede wszystkim tych, którzy w klasach ósmych i w klasach maturalnych muszą się zmierzyć z egzaminem. Zaprosiliśmy do współpracy Superbelfrów RP, którzy na naszej platformie prowadzą zajęcia przygotowujące do egzaminów ósmej klasy, czyli język polski, matematyka i język angielski. Te same przedmioty są w puli egzaminów maturalnych, plus jeszcze biologia i fizyka – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Włodzimierz Izban, prezes zarządu Lecturusa.

Zajęcia w ramach platformy Lecturus, należącej do spółki spin-off Uniwersytetu Warszawskiego, są stworzone zgodnie z obowiązującą podstawą programową. W pakiecie zajęć znajduje się ponad 130 lekcji dla maturzystów i 70 dla ósmoklasistów. Płatność za nie odbywa się poprzez platformę e-bilet. Prowadzący mają z uczestnikami kontakt za pomocą kamer, a podłoże technologiczne platformy  dostarcza Cisco.

– Dostęp do zajęć jest zarówno przez telefony, smartfony, jak i tablety, komputery, internet i przeglądarkę. Dostęp do naszej platformy, do zajęć na Lecturus Junior, jest niezależny od technologii, od platformy technologicznej i od sprzętu, który akurat jest w posiadaniu uczniów po drugiej stronie. Bariera technologiczna wejścia jest bardzo niska, ponieważ rozwiązanie działa na bardzo słabych konfiguracjach sprzętowych. Również uczniowie ze słabszymi sprzętami mogą brać udział w zajęciach, co pozwala też przeciwdziałać wykluczeniu – wyjaśnia Przemysław Zieliński, wiceprezes zarządu ds. technologicznych w Lecturusie.

Choć przedsięwzięcie ma charakter komercyjny, to niektórzy uczniowie korzystają z niego nieodpłatnie, ponieważ za ich przygotowanie płacą samorządy. W takiej sytuacji są uczniowie z Nowego Dworu Mazowieckiego, Legionowa i Otwocka.

– Zapobiega to wykluczeniu tych dzieci, ponieważ wiele rodziców potraciło pracę. Wykluczenie spowoduje to, że nie wszystkie dzieci będą miały możliwość odbycia korepetycji. Chcemy, żeby ten dostęp był w miarę ułatwiony i jednocześnie dać tym dzieciom możliwość jak najlepszego przygotowania się w tych trudnych czasach do egzaminów – dodaje Włodzimierz Izban.

Z danych Banku Światowego wynika, że 70 proc. dzieci uczących się online nie przyswaja wiedzy na takim poziomie, na jakim mogłyby, gdyby zajęcia miały formę stacjonarną. Rozwiązanie opracowane na Uniwersytecie Warszawskim nie jest skierowane jednak wyłącznie do tych uczniów, którzy mają problemy z nauką. Docelowo będzie też mogło być wykorzystane przez uczniów najzdolniejszych dzięki zaangażowaniu inaczej sprofilowanej kadry prowadzących zajęcia.

– Zamierzamy stworzyć Lecturusa Premium, gdzie po drugiej stronie nie będą Superbelfrzy, tylko profesorowie uniwersyteccy, którzy będą udzielać porad czy korepetycji maturzystom przygotowującym się do studiów czy licealistom biorącym udział w olimpiadach przedmiotowych. To, co robimy w tej chwili, to jest pilotaż, ale jest zainteresowanie, więc on się sprawdza. Przede wszystkim jest zainteresowanie tych osób, które mają w najbliższej perspektywie egzaminy ósmej klasy i matury – wskazuje prezes zarządu Lecturusa.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 8.03 – 12.03.2021

Rosnące rentowności obligacji w USA pozostają powodem rozterek dla rynku akcji i walutowego, a brak stanowczej reakcji Fed skutkuje redukcją pozycji w aktywach ryzykownych. Proces poszukiwania poziomu równowagi może być bolesny, nawet jeśli polityka monetarna w dalszym ciągu pozostaje akomodacyjna. W międzyczasie każde oznaki wyższej inflacji będą odbierane jako argument za szybszą normalizacją polityki pieniężnej.

Wydarzenia tygodnia: CPI z USA, EBC, PKB z Wielkiej Brytanii, BoC, rynek pracy z Kanady, indeksy nastrojów US/EU/AU/NZ

USA

Rajd dochodowości obligacji skarbowych, oznaki odbudowy ożywienia i oczekiwania przyspieszenia inflacji będą skutkować podwyższonym zainteresowaniem raportem CPI z USA za luty (śr). Analiza będzie skupiona na określeniu, ile jest prawdy w opinii Fed, że wzrost inflacji opiera się na zjawiskach przejściowych, a na ile zawiązuje się trwalszy trend. Otwieranie gospodarki powinno podnieść ceny przywracanych usług, ale spadać będą ceny dóbr. Ceny energii będą zaburzone przez przerwy w dostawach prądu w Teksasie i przerzucanie horrendalnych cen hurtowych na odbiorcę końcowego, co stanowi ryzyko pozytywnego zaskoczenia w całkowitym wyniku CPI. Inne dane, jak indeks optymizmu małych firm (wt) i indeks zaufania konsumentów (pt), raczej nie zmienią oczekiwań dotyczących perspektyw wzrostu. Fed wchodzi w okres zakazu wystąpień publicznych przed posiedzeniem FOMC 16-17 marca, więc nie ma co liczyć na próby okiełznania rynku długu.

Strefa euro

Wyższe rentowności obligacji skarbowych zapewne będą głównym tematem na posiedzeniu EBC (czw). Parametry polityki pieniężnej nie powinny ulec zmianie, ale można liczyć na zmiany w komunikacie oraz szersze omówienie nastawienia na konferencji prasowej. EBC prawdopodobnie wyrazi zaniepokojenie wzrostem rentowności i gotowość do ustabilizowania rynku, co może być odebrane jako zapowiedź zwiększenia miesięcznego tempa skupu obligacji w ramach PEPP. Biorąc pod uwagę, że gospodarka strefy euro wciąż boryka się z COVID-19, EBC musi dbać o utrzymanie luźnych warunków monetarnych, jednocześnie zgrabnie zbagatelizować wzrost inflacji (który nie implikuje zacieśniania monetarnego). Z perspektywy EUR zmiany w QE nie są istotne i póki EBC nie zamierza zmieniać poziomu stóp procentowych, ryzyko negatywnej presji na EUR jest ograniczone.

Wielka Brytania

Dane z Wielkiej Brytanii, szczególnie te za styczeń, jak produkcja przemysłowa i bilans handlowy (pt), stanowią jeden wielki bałagan w obliczu przywrócenia lockdownu i rozpoczęcia pobrexitowej rzeczywistości. Jest oczywistym, że PKB w styczniu skurczył się, pytanie tylko, o ile (prog. -5 proc. m/m). Niezależnie, co pokażą dane, rynek prawdopodobnie zignoruje sygnały, biorąc pod uwagę, że na pierwszym planie pozostaje wycena postępującego programu szczepień (GBP+) i wpływ na FX rosnących rentowności (GBP-).

Polska

W przyszłym tygodniu nie zaplanowano żadnych istotnych danych z polskiej gospodarki, więc złoty pozostanie zdany na sygnały z rynków zewnętrznych. W przedziale 4,55-4,60 za euro złoty jest relatywnie tani, a słabość waluty nie jest do utrzymania w dłuższym horyzoncie, ale póki na rynkach zewnętrznych nie widać gorączki zakupowej, okazyjna cena niewiele znaczy.

Australia i Nowa Zelandia

Na Antypodach przez kalendarz przewiną się indeksy zaufania biznesu (wt). Wskaźniki z Australii powinny wypaść mocno na fali zadowolenia z przyspieszenia ożywienia. W Nowej Zelandii na nastrojach może ciążyć wprowadzenie nowych restrykcji w rejonie Auckland, ale nie powinno to mieć trwałego wpływu. Z perspektywy AUD i NZD dane będą na drugim planie z większym wpływem zawirowań na rynku obligacji USA i presją na redukcję pozycji w ryzykownych aktywach.

Kanada

W Kanadzie BoC powinien utrzymać stopę procentową bez zmian (śr). Przeciwepidemiczne restrykcje i powolne tempo szczepień są hamulcowymi gospodarki, co przemawia za utrzymaniem gołębiego przekazu przez bank centralny. Jednocześnie dzięki QE w wysokości 4 bln CAD/tydz. BoC zgarnął już z rynku 35 proc. dostępnych obligacji skarbowych, więc nad bakiem wisi decyzja o ograniczeniu skupu. Sugestie takiego posunięcia mogą dać przejściowy impuls do wzrostu CAD. Tydzień przynosi też raport z rynku pracy (pt). W styczniu obcięcie stanowisk na niepełny etat (przedłużenie restrykcji) przyniosło silny spadek zatrudnienia (-213 tys.), ale w lutym powinniśmy widzieć odbicie wraz z poluzowaniem obostrzeń.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zbliża się czas, gdy banki będą musiały przewalutować kredyty we frankach

Problem kredytów frankowych, który dotyka wielu Polaków, staje się coraz gorszy dla samych banków. Wiemy już, że strategia czekania na samoistne rozwiązanie się sytuacji – jaką przyjęło wiele banków – zawiodła. Coraz częstsze orzeczenia sądów na rzecz kredytobiorców oraz wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej sprawiają, że nieuniknione staje się rozwiązanie, które łączy się ze stratą dla banków. To one będą musiały przewalutować kredyt we frankach i dogadać się z klientem, na jakiej zasadzie będzie spłacał swoje zadłużenie w złotówkach. W tej chwili nie wiadomo, czy przewalutowanie obejmie wszystkich frankowiczów, czy tylko część klientów. Ale banki liczą się z tym, że będą musiały te kredyty zmieniać na niekorzystnych dla siebie warunkach. A klienci będą się o swoje prawa upominać – wspierani zarówno przez nadzór finansowy, jak i sądy.

– Banki zaczynają faktycznie zastanawiać się, czy będą zmuszone do dosyć szybkiego przewalutowania kredytów walutowych na złotowe. Czy będą to musiały zrobić w jednym momencie, czy będzie czas, żeby tę walutę kupić. Zależeć to będzie od zawirowań na rynku. Jeśli banki będą musiały takiego przewalutowania dokonać dosyć szybko, potrzebują zgromadzić środki walutowe. Jeśli jednak uda się to rozciągnąć w czasie, będzie to dosyć łagodne i płynne – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Drugim tematem jest to, że przewalutowanie może wymagać transakcji, w wyniku której bank będzie musiał odnotować stratę. W przypadku części banków te straty mogą być dosyć poważne. To będą kwoty na poziomie rocznego, dwu czy trzyletniego zysku banków. Trzeba też pamiętać, że banki na tych kredytach odniosły spore zyski i najprawdopodobniej nie zostawiły ich jako dodatkowych środków kapitałowych – tylko ucieszyły udziałowców, wypłacając im dywidendę. Teraz więc będą musiały obniżyć wartość swoich udziałów. Więc ta operacja niesie za sobą sporo kłopotów dla banków. Trzeba jednak pamiętać, że przez długi czas pozostawiały one ten problem nierozwiązany. To przeczekiwanie powoduje teraz, że problem będzie musiał zostać rozwiązany jednym gwałtownym cięciem. I to będzie bolało – zapowiada Soroczyński.

NBP: polityka pieniężna bez zmian, ale z nową prognozą

Mijający tydzień nie obfitował w kluczowe statystyki makroekonomiczne. Rynki finansowe skoncentrowały się więc na posiedzeniach banków centralnych i przemówieniach ich członków. Narodowy Bank Polski, zgodnie z oczekiwaniami, nie zmienił głównej stopy procentowej i tym samym pozostała ona na poziomie 0,1%. Jednocześnie podniósł prognozowany wzrost PKB na 2021 r., z 2,7% do 4%. Pokazuje to, że bank centralny zareagował na relatywnie pozytywny rozwój polskiej gospodarki. Jednocześnie, na posiedzeniu NBP ogłosił też nieprzyjemną dla polskich konsumentów wiadomość o spodziewanej inflacji w 2021 r. na poziomie 3,2%, znacznie powyżej celu inflacyjnego (2,5%).

Swoje przemówienie w tym tygodniu wygłosili również przedstawiciele Europejskiego Banku Centralnego, wskazując, co będzie przedmiotem dyskusji na posiedzeniu w przyszłym tygodniu. Oprócz kryzysu związanego z koronawirusem w debacie poruszany był również wzrost rentowności obligacji w krajach strefy euro. Zdaniem członków EBC nie nastąpiło radykalne pogorszenie warunków finansowych, wobec tego nie jest planowane dalsze luzowanie polityki pieniężnej w celu obniżenia rentowności. Z drugiej strony, wiceprezes banku Luis de Guindos zwrócił uwagę na dużą elastyczność w potencjalnym reagowaniu na wahania rynkowe. Nie można całkowicie wykluczyć więc takiego scenariusza w przyszłości.

W tym tygodniu złoty osłabił się. Jednak za tym spadkiem stoi raczej wzrost awersji do ryzyka na rynkach niż konkretna przyczyna makroekonomiczna. Polska waluta osłabiła się tym samym wobec euro do 4,57 PLN/EUR. Eurodolar natomiast spadł do 1,193 USD/EUR.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA