EdTech Preply z 35 mln dolarów dofinansowania

Preply, spółka działająca w branży EdTech, zdobyła dodatkowe 35 mln USD finansowania. To kwota wyższa od całkowitej kwoty finansowania platformy od roku 2013. W rundzie inwestycyjnej w roli anioła biznesu uczestniczyli m.in. Przemysław Gacek, współzałożyciel Grupy Pracuj, Niklas Ostberg – dyrektor generalny Delivery Hero oraz Arthur Kosten, współzałożyciel Booking.com.

40 000 nauczycieli i setki tysięcy uczniów

Preply to platforma do uczenia się online łącząca ponad 40 000 nauczycieli uczących 50 języków z setkami tysięcy uczniów w 180 krajach na całym świecie. Dzięki algorytmowi pozwalającemu dopasować korepetytora do ucznia polecani korepetytorzy tworzą plany lekcji dopasowane do indywidualnych potrzeb ucznia oraz do jego budżetu, harmonogramu oraz obecnego poziomu wiedzy. Codziennie kilkadziesiąt tysięcy uczniów uczy się u nauczycieli 160 narodowości.

Preply został założony w 2013 r. przez ukraiński zespół, w którego skład wchodzili: Kirill Bigai, Serge Lukyanov and Dmytro Voloshyn. W swoich biurach w Kijowie oraz Barcelonie spółka zatrudnia 250 pracowników 36 narodowości.

Czterokrotny wzrost liczby uczniów i korepetytorów

Runda inwestycyjna została poprowadzona wspólnie przez Owl Ventures oraz Full In Partners, przy udziale poprzednich inwestorów Point Nine Capital, Hoxton Ventures, jak również EduCapital, All Iron, Diligent Capital oraz Evli Growth Partners. W rundzie inwestycyjnej uczestniczyły również anioły biznesu: Niklas Ostberg – współzałożyciel i dyrektor generalny Delivery Hero, Arthur Kosten – współzałożyciel Booking.com, Przemyslaw Gacek – współzałożyciel Grupy Pracuj, oraz David Helgason – współzałożyciel Unity Technologies.

Obecny rok jest wyjątkowy dla Preply, biorąc pod uwagę czterokrotny wzrost liczby aktywnych uczniów i korepetytorów, wartości handlowej brutto oraz całkowitych przychodów. Ten ogromny wzrost można przypisać w części tendencji związanej z przejściem na systemy e-learningowe, która była widoczna jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19, a przyspieszyła w związku z lockdownem wprowadzanym po wybuchu pandemii. Ponadto te nadzwyczajne zyski korelują ze sposobem łączenia przez Preply podejścia kierowanego przez człowieka z autorskim programem nauczania obejmującym całość nauczania z elementami sztucznej inteligencji. Technologia ta znacznie wydłużyła czas, jaki każdy uczeń spędza na platformie, co skutkowało zwiększeniem liczby zakupionych lekcji przez jednego ucznia o 16%.

Jeden z największych rynków w Europie

Polska jest jednym z największych rynków Preply w Europie z dużym potencjałem jeżeli chodzi o naukę języków obcych ogółem, a w szczególności naukę języka angielskiego. 70% uczniów w Polsce uczy się języka angielskiego, na kolejnych miejscach plasuje się język hiszpański, niemiecki i francuski. W Polsce popularnym przedmiotem jest również język polski – ten popyt na naukę języka polskiego generują pracownicy relokowani do Polski, osoby powracające do kraju oraz studenci z innych państw studiujący w Polsce. Oprócz wskazanych powyżej popularnych języków mamy także uczniów, którzy uczą się takich języków jak tagalog, kataloński, a nawet łacina. Polscy uczniowie korzystają z platformy w szczególności w celu udoskonalania swoich umiejętności zawodowych (45%), umiejętności w zakresie konwersacji (25%) oraz przygotowania się do przeniesienia za granicę (12%).

Dodatkowo język polski jako przedmiot nauczania znajduje się na liście 15 najpopularniejszych języków w Preply, a 70% polskich nauczycieli to osoby, które urodziły się w Polsce. Obecnie na platformie Preply uczą się uczniowie z ponad 50 krajów, a do największych krajów pod względem popytu należy Białoruś, Wielka Brytania, Ukraina oraz Stany Zjednoczone.

Rozwój spółki dzięki finansowaniu

Dyrektor generalny Preply Kirill Bigai powiedział: „Wynik tej rundy inwestycyjnej to wyjątkowe osiągnięcie dla całego zespołu, ukoronowanie wspaniałej przygody ostatnich lat. Dzięki nowemu finansowaniu będziemy mogli zająć się wieloma strategicznymi priorytetami, ponieważ mamy w planach podwojenie liczby naszych zasobów ludzkich we wszystkich oddziałach i lokalizacjach. Zapewnimy uczniom i korepetytorom więcej wartości poprzez udoskonalenie systemów wsparcia i wzmocnienie doświadczeń w zakresie sal wykładowych i programu zajęć, które okazały się już wartościowym doświadczeniem”.

Kirill Bigai dodaje: „Mamy także wielkie plany związane ze wzmocnieniem naszej działalności w sektorze B2B – oczekujemy, że w kolejnych latach znacznie większa cześć naszych przychodów będzie pochodziła z tej działalności. W ramach utrzymania pozycji lidera w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej będziemy dywersyfikować nasze środki medialne i marketingowe w celu zbudowania marki rozpoznawalnej na całym świecie. Osobiście najbardziej cieszy mnie perspektywa wejścia na nowe, obiecujące rynki w celu urzeczywistnienia naszej misji, jaką jest kształtowanie przyszłości efektywnego uczenia się”.

Ross Darwin, dyrektor naczelny Owl Ventures, informuje: „Jako spółka, której działalność skupia się na skalowaniu firm zajmujących się przemieniającym nauczaniem z wielkim optymizmem patrzymy na rynek nauki języków obcych online, którego wartość do roku 2024 jest szacowana na poziomie ponad 21 miliardów USD. Z wielką przyjemnością inwestujemy w Preply i jesteśmy przekonani, że uda się im zdobyć istotną część tego rynku”.

Jak powiedziała Jessica Davis – współzałożycielka i dyrektor zarządzająca Full In Partners: „Wielkie wrażenie zrobił na nas zupełnie inny i wysoce skalowany model uczenia się języków wykorzystywany przez Preply. Od dziesięciu lat inwestujemy w branżę edtech oraz przedsiębiorstwa działające na tym rynku, a Preply naprawdę wyróżnia się silnym przywództwem, dużym tempem rozwoju oraz możliwościami wynikającymi z rynku greenfield”.

Wicepremier Gliński: Igrzyska europejskie to szansa dla Polski w wielu wymiarach. Mogą być pierwszym krokiem w kierunku organizacji igrzysk olimpijskich

0

We wstępnym programie III Igrzysk Europejskich w 2023 roku jest już 26 dyscyplin sportowych. Ich pełna lista będzie znana po zakończeniu rozmów ze wszystkimi europejskimi federacjami, które mają potrwać do końca kwietnia. Przedstawiciele rządu wskazują, że impreza ma być bodźcem dla  rozwoju gospodarczego tych regionów, które wezmą udział w organizacji imprezy. Skorzystają zwłaszcza takie sektory jak np. turystyka, która najdotkliwiej ucierpiała w wyniku pandemii. To m.in. dlatego obok Krakowa i Małopolski w organizację igrzysk chce włączyć się też Śląsk, którego atutem jest rozwinięta infrastruktura sportowa dla lekkoatletyki.

 Igrzyska europejskie są dla Polski szansą w wielu wymiarach. Rzadko organizujemy tak duże imprezy sportowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury, dziedzictwa narodowego i sportu. – Współczesny sport jest bardzo ważnym elementem kultury i miejscem wymiany doświadczeń, przepływów międzykulturowych. Jednak znaczenie tej imprezy może być znacznie większe niż tylko sportowe, bo również wizerunkowe, promocyjne i dlatego warto je wspierać.

Igrzyska europejskie to sztandarowa, największa multidyscyplinarna impreza sportowa w Europie. Odbywa się co cztery lata, z udziałem 50 reprezentacji krajów europejskich. W czerwcu 2019 roku na posiedzeniu zgromadzenia Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich (EOC) zapadła jednogłośna decyzja o powierzeniu organizacji III Igrzysk Europejskich 2023 Krakowowi i Małopolsce.

8 marca w Centrum Olimpijskim PKOl odbyło się spotkanie dotyczące najważniejszych kwestii związanych z organizacją imprezy. Uczestniczyli w nim m.in. prezes Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich Niels Nygaard, prezes PKOl Andrzej Kraśnicki oraz wicepremierzy Jacek Sasin i prof. Piotr Gliński, którzy podtrzymali pełne rządowe poparcie dla organizacji tego wydarzenia.

– Polski rząd jest gotowy poprzeć tę ideę. Jesteśmy bardzo zainteresowani tym, żeby igrzyska europejskie odbyły się w Polsce. Mamy nadzieję, że to będzie Małopolska, Kraków i Śląsk. Organizatorami są województwa i samorządy lokalne, ale oczywiste jest, że my także ze szczebla rządowego będziemy wspierać to przedsięwzięcie w wymiarze organizacyjnym i finansowym – deklaruje prof. Piotr Gliński.

Jak ocenia, Kraków i Małopolska pod względem infrastruktury sportowej są już dobrze przygotowane do organizacji III Igrzysk Europejskich, które odbędą się w 2023 roku. Gotowość do współorganizowania tej imprezy wyraziło także województwo śląskie, a jego marszałek Jakub Chełstowski przekazał już do PKOl i EOC list intencyjny w tej sprawie.

– Śląsk nieprzypadkowo wspiera tę ideę, ponieważ ma wspaniałą infrastrukturę dla lekkoatletyki, przede wszystkim Narodowy Stadion Lekkoatletyczny w Chorzowie, a bardzo chcielibyśmy, żeby to była jedna z dyscyplin na igrzyskach – wskazuje minister kultury, dziedzictwa narodowego i sportu. – To jest rzecz bardzo istotna, że nakłady rządu nie będą astronomiczne, jeśli w oparciu o istniejącą infrastrukturę i niewielkie inwestycje będziemy w stanie sprawnie przeprowadzić tę imprezę.

 Tworzy się już komitet organizacyjny w Krakowie. Pokieruje nim marszałek województwa małopolskiego. Dobiegają końca rozmowy dotyczące dyscyplin sportowych. Na podstawie ich wyniku  będziemy określać konkretne miejsca. Dzisiaj rozpatrujemy Kraków, Małopolskę i Śląsk. Chcemy, aby igrzyska były na najwyższym poziomie, ale i na racjonalnych zasadach. Dzisiaj na pewno musimy ograniczyć koszty i stworzyć warunki, aby to wydarzenie promowało Polskę z najlepszej strony. Czas, w którym realizujemy to przedsięwzięcie, jest niezwykle trudny – dodaje prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki.

III Igrzyska Europejskie 2023 mają być nie tylko świętem sportu, lecz także mogą stanowić bodziec dla rozwoju gospodarczego regionów, które wezmą udział w organizacji imprezy. Skorzystają na niej zwłaszcza takie sektory jak turystyka, która jest jedną z branż najbardziej poszkodowanych w wyniku pandemii.

– Tego typu duża międzynarodowa impreza zawsze ma walor promocyjny. Polska zbliży się do innych krajów, do obiegu międzynarodowego w obszarze sportu i kultury, bo chcielibyśmy, żeby kultura też była włączona w te igrzyska – wskazuje prof. Piotr Gliński.

– Poprzednie edycje igrzysk, które odbyły się w Baku oraz Mińsku, bardzo różniły się od tych, które mają się odbyć w Polsce. Było mniej dyscyplin sportowych, ale to był też bardzo dobry początek – przekonuje Niels Nygaard, pełniący obowiązki prezesa Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich.

Dzisiaj jesteśmy na etapie wyboru sportów, a po dokonaniu tego wyboru stworzymy polskim sportowcom warunki do przygotowań na najwyższym poziomie. Dyscypliny wyłonione w ramach igrzysk europejskich otrzymają specjalne możliwości i specjalne środki – zapowiada Andrzej Kraśnicki.

Jak dotąd we wstępnym programie igrzysk znalazło się 26 dyscyplin sportowych, a ich pełna lista będzie znana po zakończeniu rozmów ze wszystkimi europejskimi federacjami. EOC podpisał już umowy z 13 z nich, a w tej chwili toczą się intensywne rozmowy m.in. z Europejskim Stowarzyszeniem Lekkiej Atletyki.

 Chcemy, żeby te rozmowy zostały zakończone do końca kwietnia – wskazuje Andrzej Kraśnicki.

Stowarzyszenie Europejskich Komitetów Olimpijskich prowadzi także rozmowy z federacjami dotyczące tego, aby wszystkie dyscypliny sportowe ujęte w programie III IE w 2023 roku umożliwiały kwalifikację do igrzysk olimpijskich, które odbędą się w Paryżu rok później.

– Igrzyska Europejskie 2023 są bardzo ważne dla światowego sportu. Europa jest najsilniejszym kontynentem pod względem wyników sportowych, więc igrzyska te będą miały istotny wpływ również na resztę świata – podkreśla Niels Nygaard. – Udział Polski w sporcie jest niezwykły, obserwujemy ogromne zainteresowanie, ludzie kochają sport, a wrażenia z licznych dużych imprez sportowych organizowanych w tym kraju są bardzo pozytywne. Dlatego igrzyska w 2023 roku będą wspaniałym wydarzeniem.

Uzdrowiska wznawiają działalność po pół roku przestoju. Pobyty możliwe tylko po zaszczepieniu albo z negatywnym testem na COVID-19

Od 11 marca działalność będą mogły wznowić sanatoria i uzdrowiska. NFZ i same placówki zapewniają, że pacjenci odbywający leczenie mogą czuć się bezpiecznie, ponieważ wdrożone zostały restrykcyjne normy sanitarne, personel w dużej mierze został już zaszczepiony, a wszyscy kuracjusze muszą być zaszczepieni lub mieć negatywny wynik testu na obecność SARS-CoV-2. Możliwość wznowienia działalności to oddech dla sanatoriów, z których gros boryka się w tej chwili z problemami w utrzymaniu płynności finansowej i miejsc pracy.

 Uzdrowiska będą mogły wznowić działalność od 11 marca i w tej chwili się do tego przygotowujemy, czekaliśmy na to bardzo długo. Trzeba przypomnieć, że uzdrowiska zostały zamknięte dwa razy: pierwszy raz w marcu ubiegłego roku i ten przestój trwał do czerwca. Następnie funkcjonowały w reżimie sanitarnym i radziły sobie bardzo dobrze, bo zakażeń było stosunkowo niewiele. Potem, w związku z kolejną falą koronawirusa, od listopada znowu zostały zamknięte aż do teraz – mówi agencji Newseria Biznes Wacław Furmanek, wiceprezes Unii Uzdrowisk Polskich, prezes zarządu Uzdrowiska Wysowa.

W ramach kolejnego etapu luzowania obostrzeń i zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów z 11 lutego br. od tego czwartku uzdrowiska w całej Polsce będą mogły wznowić działalność. Pacjenci, którzy czekają na leczenie uzdrowiskowe, będą mogli rozpocząć je na podstawie skierowania potwierdzonego przez oddział wojewódzki NFZ.

– Na starcie tych skierowań jest bardzo dużo, natomiast pozostaje kwestia tego, ile tych osób ostatecznie dojedzie z różnych przyczyn. Jesteśmy nauczeni doświadczeniem z poprzednich przestojów, że te niedojazdy sięgały nawet 50 proc. To może być problem. W danym momencie może np. dojść do kolizji terminów szczepień i przyjazdu do nas. Różne perturbacje mogą się zdarzyć, więc liczymy się w pierwszym turnusie z dużymi niedojazdami, natomiast jesteśmy na to gotowi – deklaruje Wacław Furmanek.

Narodowy Fundusz Zdrowia informuje, że na leczenie do sanatorium będzie można udać się tylko po odbyciu szczepienia przeciwko COVID-19 albo po otrzymaniu negatywnego wyniku testu diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2. Bezpłatny test, finansowany przez NFZ, będzie można wykonać nie wcześniej niż cztery dni przed terminem rozpoczęcia leczenia uzdrowiskowego, we wskazanych punktach pobrań drive-thru. Informacja o terminie i miejscu wykonania testu będzie wysłana pacjentowi SMS-em, przez system eKolejka. Z kolei o wyniku testu poinformuje go telefonicznie uzdrowisko, do którego został skierowany i – jeśli wynik okaże się negatywny – potwierdzi rozpoczęcie leczenia. Jak informuje wiceprezes Unii Uzdrowisk Polskich, placówki kończą przygotowania do wznowienia działalności i przyjęcia pierwszych pacjentów.

– Te przygotowania polegały na tym, że usprawniamy procedury dotyczące reżimu sanitarnego, które stosowaliśmy już wcześniej. Na lepsze zmieniło się też to, że nasz personel w dużej mierze jest już zaszczepiony, ponieważ znaleźliśmy się w grupie zero – mówi. – Pacjenci i kuracjusze przyjeżdżający do uzdrowisk byli badani już wcześniej. Poprzednio testy były wykonywane na sześć dni przed przyjazdem, w tej chwili będą to cztery dni. Trzeba też zwrócić uwagę, że grupą osób przyjeżdżających do uzdrowisk są zazwyczaj pacjenci w wieku 50, 60+. Oczywiście teraz szczepienia trochę spowolniły, natomiast grupa 60+ jest już szczepiona. Będziemy więc mieć pacjentów, którzy są albo zaszczepieni, albo przebadani. Do tego dochodzą też ozdrowieńcy.

W ubiegłym roku uzdrowiska były zamknięte w sumie przez pięć miesięcy, z całkowitym zakazem prowadzenia działalności. To dotkliwie odbiło się na ich kondycji finansowej. Gros placówek boryka się w tej chwili z problemami w utrzymaniu płynności i miejsc pracy.

– W sektorze lecznictwa i świadczeń gwarantowanych jesteśmy jedynymi, których dotknął całkowity zakaz działalności. Skutki tego są bardzo duże dla firm, bo ciężko przetrwać przy braku przychodów. Część z uzdrowisk korzystała z różnych instrumentów wsparcia, natomiast część z nich nie mogła sięgnąć chociażby po te ostatnie, przy których decydujący był kod PKD. Wynika to z faktu, że uzdrowiska czasami prowadzą też inny rodzaj działalności i miały wpisany w REGON inny kod, co z automatu uniemożliwiło im uzyskanie pomocy – wyjaśnia wiceprezes UUP.

Jak podkreśla, ciężka sytuacja sanatoriów przekłada się też na gminy uzdrowiskowe. Takie placówki często są największymi pracodawcami w gminie, wokół których kręci się cała infrastruktura i przedsiębiorczość, związana np. z zapewnieniem usług dodatkowych.

 Uzdrowiska potrzebują wsparcia i przychylności ze strony władz samorządowych. Jeżeli doszłoby do zamknięcia ich działalności, to ciężko będzie odbudować to, co niejednokrotnie było budowane przez dziesięciolecia. Zasadne byłoby też utworzenie jakiejś tarczy branżowej adresowanej do uzdrowisk z uwagi na specyficzną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Część uzdrowisk jest w sytuacji może nie tragicznej, ale podbramkowej – mówi Wacław Furmanek. – Do tego dochodzą również inne problemy, np. odpływ kadry. Kiedy sytuacja jest niepewna, to osoby, które mają możliwość, szukały pracy gdzie indziej, bo inne sektory gospodarki nie zostały całkowicie zamknięte, również sektory lecznictwa.

75 proc. programistów spodziewa się w tym roku podwyżki. Na największe liczą początkujący w branży

Pandemia koronawirusa zachwiała rynkiem pracy w branży IT, ale na krótko. Jesienią ubiegłego roku sytuacja powróciła do dawnego układu – pracodawcy znów konkurują o pracowników, a ci poszukują firm, które będą o nich dbać i zaoferują odpowiednie wynagrodzenie. W ubiegłym roku ponad połowa programistów otrzymała podwyżkę, w tym roku spodziewa się jej trzech na czterech pracowników IT – wynika z badania przeprowadzonego przez Bulldogjob. Skutkiem pandemii jest większa popularność pracy wyłącznie zdalnej, a w efekcie trudności z nabyciem doświadczenia przez świeżo upieczonych deweloperów.

Ogólnie temat pandemii w IT był dość ciekawy. Na początku widzieliśmy spory niepokój wśród firm i pracowników IT. Wiele polskich software house’ów miało problemy z tym, żeby utrzymać swoich pracowników i był naprawdę spory ruch na rynku pracy. Jednak sytuacja w ciągu roku się stabilizowała. Firmy zaczęły się przystosowywać do tego, jak faktycznie wygląda sytuacja. I w zasadzie od września–października widzieliśmy, że na rynku robi się spokojnie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Kukołowicz, dyrektor technologiczny Bulldogjob.

Zawirowania na rynku wywołane pandemią były dla wielu pracodawców niepokojące, co skutkowało u niektórych kilkumiesięcznym wstrzymaniem decyzji finansowych. Szybki powrót do normalności oznacza jednak, że nie była to kwestia pogorszenia sytuacji finansowej, ale tylko efekt niepewności.

55 proc. ankietowanych stwierdziło, że otrzymało w ubiegłym roku podwyżkę, więc nie jest to zły wynik. Dodatkowo patrzą z optymizmem w przyszłość, bo w tym roku już 75 proc. pracowników spodziewa się podwyżek – mówi Adam Kukołowicz.

Największego wzrostu płac oczekują osoby na stanowiskach juniora, mający mniej niż dwa lata doświadczenia – o 30 proc. Mid (od dwóch do czterech lat doświadczenia) oczekuje średnio 20-proc. podwyżki, a senior (ponad cztery lata) – 16-proc. 45 proc. pracodawców udziela podwyżek z własnej inicjatywy, jednak tylko 26 proc. z nich robi to według z góry ustalonego programu podwyżek, co pokazuje, że w obszarze zarządzania potencjałem ludzkim jest jeszcze sporo do zrobienia.

Bulldogjob zbadał także zarobki programistów w zależności od ich doświadczenia oraz formy zatrudnienia.

W tym roku przebadaliśmy ponad 7 tys. specjalistów IT i pytaliśmy ich o wynagrodzenia netto w ramach zatrudnienia na umowę o pracę albo kwotę netto na fakturze własnej działalności gospodarczej. W tym pierwszym przypadku junior zarabia ponad 4 tys. zł, mid – ponad 6 tys. zł, a senior blisko 10 tys. zł na rękę – wymienia CTO Bulldogjob.

W przypadku współpracy B2B sytuacja wygląda trochę inaczej: junior zarabia ponad 6 tys. zł, mid nieco ponad 11 tys. zł, a senior już ponad 18 tys. zł.

Nawet po odliczeniu ZUS-u i podatku dochodowego, szczególnie dla seniorów i midów, jest to najbardziej opłacalna forma współpracy, bo w ramach B2B specjalista senior w IT zarobi prawie 4 tys. więcej niż jego kolega, który pracuje na umowę o pracę – dodaje Adam Kukołowicz.

Minusem pracy w formule B2B jest jednak brak płatnego urlopu. Wprawdzie coraz więcej firm oferuje go swoim współpracownikom, wciąż jednak 46 proc. nie może na niego liczyć. Bardziej dotkliwie odczuwają to początkujący programiści. Przy wyższych stanowiskach różnica zarobków jest jednak na tyle znacząca, że bezpłatny urlop nie wpływa wyjątkowo niekorzystnie na finanse pracownika. Z raportu przygotowanego przez Bulldogjob wynika, że pomimo iż pracodawcy IT chętniej niż w innych branżach zatrudniają pracowników na umowę B2B, to jednak wciąż dominującą formą zatrudnienia w IT jest umowa o pracę.

Wysokość zarobków w IT jest również uzależniona od miasta, w którym mieści się firma pracodawcy. Specjaliści zatrudnieni w Warszawie są w czołówce najlepiej zarabiających, a w porównaniu do ubiegłorocznych danych pensje wzrosły średnio o około 1470 zł netto. Wśród dużych polskich miast Rzeszów jest ośrodkiem, w którym specjaliści IT zarabiają najmniej, ale i tam nastąpił wzrost wynagrodzeń – średnio o 1270 zł netto.

W ubiegłym roku zwiększyła się liczba ofert pracy zdalnej, a coraz więcej firm zatrudnia w sposób w pełni zdalny, bezkontaktowo. Jest to potrzeba naszych czasów, ale też wygląda na to, że to jest trend, który się utrzyma – mówi ekspert.

Niewątpliwie IT jest branżą, która najszybciej i najbardziej bezboleśnie przeszła na tryb pracy zdalnej. Stało się to również możliwe w firmach zajmujących się bezpieczeństwem państwowym czy finansowym. 73 proc. specjalistów IT pracuje wyłącznie zdalnie, a tylko 7,6 proc. respondentów badania zadeklarowało, że wyłącznie stacjonarnie. 43 proc. ankietowanych przyznało, że preferuje model hybrydowy. Tylko 2,2 proc. respondentów chciałoby po pandemii pracować w biurze. Optymalnym wymiarem pracy zdalnej dla specjalistów są dwa–trzy dni w tygodniu.

– Na skutek pandemii trudniej mają osoby, które dopiero rozpoczynają zdobywanie doświadczenia w IT. Zwykle im trzeba poświęcić więcej uwagi, bardziej je nadzorować, a wiele firm stwierdziło, że na to nie ma już przestrzeni. Odsetek juniorów, którzy wypełnili ankiety w naszym badaniu, był mniejszy niż w zeszłym roku – zauważa Adam Kukołowicz.

Dominującą grupą są osoby na stanowisku mid, co może oznaczać, że w niedługim czasie na rynku przeważać będą seniorzy i midowie.

Polska nie jest jeszcze gotowa na auta elektryczne. Wciąż brakuje systemowych rozwiązań, a styczność z elektrykami Polacy mają głównie dzięki car-sharingowi

Prawie co piąty Polak miał już okazję przynajmniej raz przejechać się samochodem elektrycznym – wynika z danych PSPA. To zasługa przede wszystkim car-sharingu. Współdzielone elektryki, które dla szerokiego grona Polaków stanowią pierwszy punkt styku z takimi pojazdami, nie pozwalają jednak na osiągnięcie rentowności biznesu. Z czterech takich usług dostępnych na polskim rynku, które były oparte wyłącznie na samochodach elektrycznych, trzy zakończyły już działalność. – Wprowadziliśmy auta elektryczne, żeby nasi klienci mogli je wypróbować. Natomiast są one zbyt kosztowne i wciąż nieekonomiczne – mówi Maciej Panek, prezes PANEK CarSharing. Jak ocenia, w Polsce nadal brakuje systemowych, instytucjonalnych rozwiązań, które zapewniłyby realne wsparcie dla rozwoju elektromobilności.

– Każdy może dzisiaj kupić sobie samochód elektryczny i go testować, bo ładowarki przecież są. Może jeszcze nie w takiej liczbie, w jakiej byśmy sobie tego życzyli, ale ogólnie jest to już możliwe. Mamy też wstępnie ustalone benefity dla aut elektrycznych, które zachęcają do tego, ażeby nimi jeździć, czyli buspasy albo darmowe parkingi w centrach miast. Z drugiej strony Polska nie do końca jest jeszcze gotowa na elektryki, bo przecież w dalszym ciągu procedowane jest ustawodawstwo w sprawie dopłat do aut elektrycznych, nie ma też specjalnych warunków dla nich. Brakuje szczególnie pomocy dla firm, które chętnie kupowałyby takie auta – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Panek.

Elektryki nadal stanowią tylko niewielki odsetek wszystkich samochodów na polskich drogach, ale z roku na rok sukcesywnie ich przybywa. Jak pokazuje uruchomiony przez PZPM i PSPA „Licznik elektromobilności”, do końca stycznia br. w Polsce było zarejestrowanych łącznie 19 671 samochodów osobowych z napędem elektrycznym (z których 52 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne typu BEV, a resztę – hybrydy plug-in). Tylko w styczniu przybyło ich 796 sztuk, o 35 proc. więcej niż w analogicznym miesiącu rok wcześniej. Wraz ze wzrostem liczby elektryków rozwija się też infrastruktura ładowania – pod koniec stycznia w Polsce funkcjonowało 1395 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (70 punktów więcej niż w grudniu).

Z raportu „Barometr nowej mobilności 2020/21” PSPA wynika też, że już prawie co piąty Polak (18,2 proc.) miał okazję przynajmniej raz jechać samochodem elektrycznym, podczas gdy w 2017 roku ten odsetek wynosił zaledwie 6 proc. Głównym miejscem, w którym Polacy mają szansę zetknąć się z pojazdami elektrycznymi, jest car-sharing.

– Rozwój aut elektrycznych w Polsce może być stymulowany przez car-sharing, co zresztą widać na przykładzie innych krajów. Klienci mogą przejechać się samochodem elektrycznym, przetestować go, załadować. Dzięki temu przestaną się bać tej nowości – mówi prezes PANEK CarSharing. – Zakup samochodów elektrycznych mógłby napędzić większą dostępność aut klasy economy w przystępnych cenach. Gdyby takie auta były jeszcze dodatkowo dotowane przez rząd, to też z pewnością napędziłoby zakupy.

W styczniowym „Liczniku elektromobilności” eksperci PSPA i PZPM wskazują, że obecnie część potencjalnych nabywców samochodów elektrycznych wstrzymuje się z decyzją o zakupie w oczekiwaniu na zapowiadaną kontynuację dopłat ze środków NFOŚiGW. Z kolei kilkukrotnie gorszy wynik w zakresie rejestracji samochodów bateryjnych i hybryd plug-in w Polsce w porównaniu z Europą to efekt m.in. braku systemu wsparcia zakupu pojazdów elektrycznych dla firm (w Polsce nabywcy instytucjonalni odpowiadają za ok. 3/4 nowych rejestracji takich aut). Prezes firmy PANEK ocenia, że bez rządowego wsparcia kupno i opieranie działalności car-sharingowej na samochodach elektrycznych jest obecnie jeszcze zbyt drogie.

– Jedna z firm car-sharingowych, która posiadała elektryczne samochody, już nie istnieje, a druga właśnie kończy działalność. My też mamy we flocie ok. 30 elektryków i wiemy, jak dużo one kosztują. Wprowadziliśmy je dlatego, żeby być ekologiczną firmą, dołożyć coś na rzecz społeczeństwa ekologicznego i żeby nasi klienci mogli wypróbować te auta – mówi Maciej Panek. – Natomiast obecnie są one zbyt kosztowne. Do tego dochodzi jeszcze obsługa techniczna tych samochodów i częste ładowanie, co powoduje, że na ten moment są wciąż nieekonomiczne.

– Samochody elektryczne są w tej chwili droższe zarówno w zakupie, jak i w utrzymaniu, przez co próg osiągnięcia rentowności dla flot złożonych z takich aut jest znacznie wyższy niż w przypadku samochodów spalinowych – dodaje Leszek Leśniak, dyrektor wykonawczy w firmie PANEK CarSharing.

Z czterech firm oferujących usługi car-sharingowe, których działalność była oparta wyłącznie na samochodach elektrycznych, trzy zakończyły już działalność. Na początku lutego InnogyGO! (operator floty samochodów elektrycznych na wynajem) ogłosiło, że w marcu zniknie z warszawskich ulic.

– Na razie nie ma co oczekiwać, że samochody elektryczne wyprą spalinowe, głównie ze względu na wciąż zbyt małą ich elastyczność. Elektryki są w tej chwili wykorzystywane przede wszystkim w trybie miejskim. Zarówno ich zasięgi, jak i infrastruktura ładowania, szczególnie poza dużymi miastami, nie pozwalają jeszcze za bardzo na korzystanie z nich na dłuższych trasach. Minie jeszcze trochę czasu, około dwóch–trzech lat, zanim faktycznie elektryki zawojują w Polsce rynek wynajmu – mówi Leszek Leśniak.

Zachęty dla rozwoju miejskiego car-sharingu i szeroki zakres udogodnień dla takich usług (np. w postaci zwolnienia z opłat za parkowanie i udostępnienia buspasów) były początkowo przewidziane w nowelizowanej właśnie ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Pierwsza wersja projektu zakładała, że w ramach tymczasowego wsparcia dla rozwiązań pomostowych przywilejami będą objęte wszystkie auta współdzielone – zarówno z napędem elektrycznym, jak i spalinowym. Jednak po fazie konsultacji społecznych i protestach samorządów takie zapisy zostały usunięte z projektu. Nową wersję 18 lutego br. Ministerstwo Klimatu i Środowiska przekazało do rozpatrzenia przez Komitet do Spraw Europejskich.

Polski start-up chce leczyć zwierzęta towarzyszące lekami na bazie komórek macierzystych. Opracował technologię pozwalającą na szybszą produkcję i łatwiejszy dostęp do terapii

Według badania National Pet Owners Survey, przeprowadzonego przez American Pet Products Association, tylko w USA 85 mln rodzin posiada zwierzę domowe. Wraz ze wzrostem liczby ich właścicieli rośnie również zapotrzebowanie na wysokiej jakości usługi weterynaryjne. Na znaczeniu zyskują zwłaszcza leki biologiczne. Polski start-up pozyskał już około 17 mln zł finansowania na rozwój leków dla zwierząt towarzyszących, których substancją czynną są mezenchymalne komórki macierzyste pochodzące z tkanki tłuszczowej.  

– Rynek leków biologicznych dla zwierząt jest stosunkowo młody. W 2017 roku największa firma weterynaryjna na świecie zarejestrowała pierwszy lek biologiczny bazujący na przeciwciele monoklonalnym stosowanym w leczeniu atopowego zapalenia skóry u psów. Z kolei w 2019 roku belgijska spółka zarejestrowała pierwszy produkt leczniczy oparty na komórkach macierzystych, stosowany w leczeniu kulawizny wywołanej stanem zapalnym u koni – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Bzdzion, prezes firmy Bioceltix.

Rynek weterynaryjnych leków biologicznych jest w fazie wzrostu – dopiero w 2017 roku został zarejestrowany w Europejskiej Agencji Leków (EMA) pierwszy lek wykorzystujący przeciwciała monoklonalne. Zapotrzebowanie jest jednak coraz większe, zwłaszcza że rynek weterynaryjny podąża tymi samymi trendami, które dominują na rynku farmaceutycznym. Do 2023 roku światowy rynek weterynaryjnych leków biologicznych podwoi się (ze 194,4 mld w 2014 roku do ponad 400 mld dol.). Dla porównania szacuje się, że rynek leków chemicznych wzrośnie z 848,1 mld dol. do ok. 1,2 bln. dol. w tym samym okresie.

– Obecnie na rynku są dostępne dwa produkty oparte na lekach biologicznych na bazie komórek macierzystych. Oba są skoncentrowane w leczeniu chorób zapalnych u koni. Natomiast dla psów i kotów takiego produktu na rynku jeszcze nie ma – zaznacza Łukasz Bzdzion.

Polski start-up Bioceltix pozyskał łącznie już około 17 mln zł finansowania na rozwój leków dla zwierząt towarzyszących, opartych na komórkach macierzystych. Zapotrzebowanie na tego typu leki jest ogromne, zwłaszcza że – podobnie jak w przypadku ludzi – przyspiesza epidemiologia chorób cywilizacyjnych. W wielu przypadkach to schorzenia autoimmunologiczne, które przy wykorzystaniu immunomodulujących właściwości MSC można skutecznie leczyć. Obecnie Bioceltix pracuje nad trzema lekami, które wykorzystują tę technologię.

– Pierwszy produkt na bazie komórek macierzystych stosowany jest w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. Będzie on podawany w iniekcji dostawowej. To nasz najbardziej rozwinięty kandydat na lek. Równolegle rozwijamy produkt również oparty na komórkach macierzystych, który znajdzie zastosowanie w leczeniu atopowego zapalenia skóry. Z tymi dwoma produktami wchodzimy jednocześnie w fazę bezpieczeństwa, natomiast rozdzielenie procesów nastąpi w kwestii przeprowadzenia terenowych badań klinicznych, których celem jest potwierdzenie skuteczności kandydata na lek. Trzecim produktem, na którym się koncentrujemy, jest lek dedykowany leczeniu kulawizny u koni wywołanej zapaleniem stawów. Tutaj prace również są już na wysokim stopniu zaawansowania – wskazuje prezes Bioceltix.

Technologia polskiego start-upu może zrewolucjonizować rynek leków biologicznych w weterynarii. Pozwala ona na seryjną produkcję leku na bazie komórek macierzystych, dzięki czemu leki będą dostępne od ręki i gotowe do podania pacjentowi bezpośrednio po rozmrożeniu. To sprawi, że leki będą znacznie łatwiej dostępne.

– W niedługim czasie planujemy debiut na rynku NewConnect, chcemy przyspieszyć prace związane z rozwojem naszych produktów leczniczych, pozyskując pieniądze z giełdy. One pozwolą nam przede wszystkim kontynuować prace związane z fazą bezpieczeństwa, ruszyć z terenowym badaniem klinicznym dla produktu dedykowanego w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów. Oczywiście jednocześnie rozmawiamy z dużymi partnerami branżowymi, realizując nasz model biznesowy, który zakłada m.in. podpisanie umowy partneringowej, licencyjnej czy dystrybucyjnej – podkreśla Łukasz Bzdzion.

Dzięki blockchainowi przedsiębiorcy mogą podpisywać nawet kilkanaście razy więcej umów miesięcznie. Technologia staje się już standardem w nowoczesnym biznesie

Pandemia zmusiła przedsiębiorców do przyspieszenia cyfryzacji dotychczasowych procesów. Bez wdrożenia innowacyjnych rozwiązań dla wielu firm podpisanie zwykłej umowy w czasie koronawirusa było utrudnione lub wręcz niemożliwe. Tymczasem dzięki zastosowaniu m.in. technologii blockchain przedsiębiorcy mogą korzystać zarówno z elektronicznego podpisu, jak również zarządzać całym cyklem obiegu dokumentów. Od momentu wytworzenia dokumentu aż do rozliczania wszystkich zdarzeń w jego obrębie. Nad takimi rozwiązaniami pracują m.in. Polacy.

Jeszcze przed pandemią eksperci firmy IBM prognozowali, że wydatki na blockchain przekroczą do 2023 roku 16 mld dol. Jednak w ciągu ostatniego roku COVID-19 zrewolucjonizował globalną gospodarkę, nieco ograniczył budżety technologiczne, ale jednocześnie wymusił stosowanie konkretnych technologii. Jedną z nich jest blockchain. Przedsiębiorcy zauważyli luki w swoich łańcuchach dostaw, dostrzegli też słabość własnej infrastruktury koniecznej do realizacji podstawowych zadań.

W sierpniu 2020 roku dane IDC wskazywały, że wydatki na technologie związane z blockchainem wyniosą w 2020 roku 4,1 mld dol. To oznaczało wzrost o ponad 50 proc. w porównaniu z rokiem 2019. Duża część wydatków miała zostać pochłonięta przede wszystkim przez bankowość. Jednak najszybszy wzrost miał mieć miejsce w obszarze usług profesjonalnych, w tym rozwiązań dla firm czy administracji rządowych.

– Technologia blockchain dopiero zaczyna się rozwijać, znajdując zastosowanie w komercyjnych domenach poza kryptowalutami. Widzimy wykorzystanie tej technologii do zastosowania międzykorporacyjnego, do śledzenia łańcucha dostaw czy do redefiniowania rynku finansów. Ta technologia będzie rozwijana bardzo dynamicznie i znajdzie zastosowanie prawie we wszystkich dziedzinach naszego życia. My zaczynamy tę rewolucję od dokumentów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Żelazko, dyrektor techniczny DoxyChain.

DoxyChain to platforma, która za pomocą technologii blockchain pozwala w sposób w pełni automatyczny zarządzać procesem obiegu dokumentów i ich cyfryzacją. Czy to podpisanie zwykłej umowy kupna-sprzedaży samochodu, czy też bardzo zaawansowany proces zamówienia publicznego. Jednak nie jest to jedynie platforma do składania podpisu elektronicznego. Można dzięki niej zarządzać całym cyklem życia tego dokumentu.

– Klient po odpowiedniej weryfikacji dwupoziomowej, a niekiedy nawet trzypoziomowej za sprawą wideoweryfikacji ma możliwość wybrania tzw. work flow, czyli cyklu życia dokumentu. Może wybrać, czy to jest dokument, który ma być tylko odłożony w formie trwałego nośnika, czy taki, na którym mają zostać złożone podpisy, a może dokument, który po jakimś czasie ma po prostu wygasnąć na tej platformie. Jak wybierze taką ścieżkę cyklu życia dokumentu, zaprasza potem osoby do podpisu lub do zapoznania się z nim. Można zdefiniować różne role takich osób, które pracują na dokumencie, a wszystkie działania – bez względu na to, czy jest to tylko przeczytanie, czy podpisanie –  są odnotowane na blockchainie – tłumaczy Gabriel Dymowski, współzałożyciel i prezes firmy.

Główną zaletą rozwiązania ma być bezpieczeństwo dokumentów i transakcji wykonywanych za pomocą platformy. Dzięki technologii blockchain cały proces biznesowy, w tym np. zapis umowy, pozostaje niezmienny.

– Opisujemy proces biznesowy i zapewniamy, że nic się nie wydarzy, nic się nie zmieni, poza tym schematem, który określamy – zaznacza Piotr Żelazko.

Proces uwierzytelnienia użytkownika na platformie jest przeprowadzony w dokładnie taki sam sposób, jak stosują to dostawcy podpisów kwalifikowanych. Firma stosuje też najnowsze standardy kryptograficzne. Poza pełnym bezpieczeństwem firmy korzystające z platformy mogą oszczędzić czas, wyeliminować dokumentację papierową i w pełni przenieść się na cyfrowy obieg dokumentów.

– Na bazie naszych doświadczeń i współpracy z naszymi klientami widzimy, że klienci mogą podpisywać nawet od kilku do kilkunastu razy więcej umów miesięcznie. Tym bardziej sytuacja z pandemią przyspieszyła ten progres, ponieważ to nie stało się czymś dodatkowym, czymś, w czym firmy mogą mieć jakiś wyróżnik, natomiast po prostu stało się to dzisiaj standardem w nowoczesnym biznesie – podsumowuje Gabriel Dymowski.

Czy uda się zablokować budowę NordStream 2?

Ku końcowi zbliża się realizacja projektu NordStream 2 – czyli drugiej rury gazociągu łączącego Rosję z Niemcami. Od początku ten projekt, tak samo jak jego pierwsza część, wzbudzał wiele kontrowersji w sojuszu państw europejskich. Wyłącza on bowiem z łańcucha dostaw gazu kraje Środkowej Europy – między innymi Polskę – i przynosi im duże straty gospodarcze. Rury na dnie Bałtyku sprawiają, że gaz z Rosji płynie bezpośrednio do Niemiec, zapewniając im tańszy dostęp do tego paliwa. To wyróżnia Niemcy jako partnera Rosji w Unii Europejskiej i ma wpływ na równowagę geopolityczną regionu. W całej układance swoje miejsce zajmują także Amerykanie.

Amerykanie mają tutaj interes po prostu biznesowy, ale też geopolityczny. Z jednej strony są eksporterem gazu z rurociągu NordStream i NordStream 2 – ale z drugiej strony muszą balansować w regionie Europy Środkowej wpływy rosyjskie, a także chińskie – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Do ukończenia projektu NordStream 2 nie zostało dużo czasu. Administracja USA próbuje w ostatniej chwili przeciwdziałać mu sankcjami – jednak wszystko wskazuje na to, że projekt zostanie ukończony. To nauczka dla tych, którzy wierzyli, że można podyktować Niemcom i Rosji warunki. Historia projektu NordStream 2 pokazuje, że jeżeli Niemcy i Rosjanie się na coś uprą, to niestety potrafią to przeforsować – komentuje Roszkowski.

Salony samochodowe dalej tracą przez pandemię. Liczba klientów na ponad 40% minusie

Jak wynika z badania firmy technologicznej Proxi.cloud i platformy UCE RESEARCH, o niemal połowę spadła zarówno liczba klientów, jak i wizyt w salonach samochodowych. Widać też, że w nieznacznym stopniu wzrósł udział odwiedzin w punktach marek standardowych. Jednocześnie zanotowano spadek w obiektach marek luksusowych. Raport też pokazuje, że klienci bywali w tych miejscach przede wszystkim w piątki, poniedziałki oraz czwartki. Dane pochodzą z obserwacji ruchu w styczniu br. i zostały porównane z wynikami z okresu 2020 roku.

Z badania ruchu, przeprowadzonego w ponad 1,2 tys. salonów samochodowych, wychodzi, że o 43,9% zmniejszyła się liczba klientów w styczniu 2021 roku w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Natomiast analizując dane dotyczące liczby wizyt, widzimy nieznacznie większy spadek – o 45,5%.

– Mniejszy ruch w salonach absolutnie mnie nie dziwi. Jedną z ważnych przyczyn tego spadku jest to, że z obawy przed pandemią przestali przychodzić ludzie, którzy wyłącznie oglądali pojazdy. Niektórzy byli zdecydowani na zakup, ale raczej brali pod uwagę samochód używany z prywatnego importu. Często kupujący mieli wybraną markę, ale również odwiedzali salony konkurencji. Dziś znajdują więcej informacji w Internecie i przychodzą do jednego miejsca. Jeśli auto spełnia ich oczekiwania, to już nie szukają dalej – komentuje Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Jak zaznacza Mateusz Chołuj z Proxi.cloud, spadek prawdopodobnie wynika z niepewnej przyszłości spowodowanej pandemią. Wiele osób straciło pracę, a inne nie były pewne dalszego zatrudnienia. Zdaniem eksperta, nie jest też wykluczone, że Polacy zaczęli większą wagę przywiązywać do oszczędności. Tym samym odłożyli w czasie większe inwestycje, np. zakup nowego auta. Ponadto wiele salonów wprowadziło usługę kupna samochodu online, z której prawdopodobnie część klientów skorzystała.

– Dziś można obejrzeć konkretny samochód bez przychodzenia do salonu. Sprzedawca zamiast spotykać się z klientem, uruchamia transmisję np. na WhatsAppie. Pokazuje online m.in. kierownicę, bagażnik czy światła. Wszystko przybliża lub oddala, zgodnie z życzeniem zainteresowanej osoby. To rozwiązanie jest stosowane przez wielu dealerów – dodaje prezes PZPM.

Z badania wynika też, że ostatnio średnia liczba wizyt przypadająca na jednego klienta wyniosła 1,41, natomiast wcześniej – 1,45. Jak stwierdza Mateusz Chołuj, częstotliwość wizyt nie zmieniła się znacząco. To pokazuje, że osoby, które odwiedziły te miejsca, robiły to praktycznie tak samo często jak rok wcześniej.

– Z pewnością będzie mniej ludzi w salonach. O ile dalej zmniejszy się ich liczba, w tym momencie trudno to określić. Ten spadek na pewno będzie większy od dotyczącego sprzedaży, który w przypadku samochodów osobowych w 2020 roku wyniósł około 20%. Mam nadzieję, że wszystko powróci do poziomów sprzed pandemii. Ale raczej nie stanie się to za rok, a nawet za 2 lata – zaznacza Faryś.

Wybory klientów nie zmieniły się znacząco, co podkreśla Weronika Piekarska z Proxi.cloud. I dodaje, że udział marek premium w wizytach w salonach samochodowych w styczniu 2021 roku wyniósł 11%. To o 3,4 p.p. mniej w porównaniu z początkiem ubiegłego roku. Z kolei w tym samym czasie widzimy taki wzrost w przypadku marek standardowych – z 85,5% do 88,9%.

– Gdyby wyniki te zmieniły się o 20-30%, to można byłoby postawić tezę dot. odwiedzania salonów marek premium i popularnych. Jednak trudno o to, bo różnica jest relatywnie niewielka. Warto tu dodać, że z jednej strony w ostatnich latach te pierwsze poszerzyły swój obszar klientów docelowych. Z drugiej zaś brandy popularne starają się dostarczyć jak najlepszy produkt, o jak najwyższej jakości. O ile jeszcze 30-40 lat temu było kilka marek luksusowych na rynku, a ich pojazdy wyróżniały się ceną, jakością produktu, wyposażeniem czy obsługą, to dziś coraz więcej firm aspiruje właśnie do tej grupy – stwierdza prezes Faryś.

Patrząc na poszczególne dni tygodnia, widać, że wizyty w salonach samochodowych są stosunkowo równomiernie rozłożone. Jak informuje Marcin Kowalczyk, analityk z UCE RESEARCH, w styczniu br. te miejsca były odwiedzane przede wszystkim w piątki, poniedziałki oraz czwartki. W każdy z tych dni miało miejsce ok. 18% wizyt. Rok wcześniej największą popularnością cieszyły się poniedziałki – ok. 18%, a także soboty – ok. 17,3%. Analizując dane rok do roku, widać, że piątki zyskały o ok. 3 p.p. w kwestii wizyt, a soboty straciły ok. 3 p.p.

– Warto zwrócić uwagę na porę wizyt. Widać wyraźnie wpływ godzin dla seniora. Wprawdzie to rozwiązanie nie dotyczyło salonów samochodowych, ale konsumenci prawdopodobnie planowali tak swoje wyjścia do wszystkich placówek handlowych, aby nie byli z nich odsyłani – dodaje Weronika Piekarska.

Prezes PZPM podkreśla również, że producenci pracują nad zmianą sposobu dystrybucji. Niedawno jedna z firm ogłosiła, że będzie sprzedawała niektóre pojazdy tylko w Internecie. Inna marka zaproponowała w jednym z krajów nową koncepcję sprzedaży. Dealerzy nie kupują już aut za własne środki, a bardziej pełnią rolę agentów. Wszyscy mają zagwarantowaną taką samą prowizję. W każdym salonie samochód kosztuje tyle samo.

Analiza powstała w oparciu o dane zarejestrowane za pośrednictwem tzw. geofencingów w styczniu 2021 roku i w analogicznym czasie roku poprzedniego. Została przeprowadzona przez firmę technologiczną Proxi.cloud i platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH. Obserwacji poddano blisko 40 tys. konsumentów w wieku od 18 do 65 lat, którzy odnotowali prawie 60 tys. wizyt. Badanie zrealizowano na próbie przeszło 1,2 tys. salonów samochodowych w całej Polsce. W sumie sprawdzono 25 marek standardowych i 11 premium.

Czy warto inwestować w spółki gamingowe w 2021 roku?

Rok 2021 zapowiada się dobrze dla spółek gamingowych. Zaczął się od debiutu giełdowego spółki Huuuge Games, która weszła na rynek w połowie stycznia. Oprócz tego liczymy na kolejne gry już działających na giełdzie spółek. Branża gamingowa ma to do siebie, że wartości akcji zależne są od wypuszczania nowych gier oraz poziomu ich sukcesu. W tym roku parę spółek może zaskoczyć nas dobrymi premierami i, co za tym idzie, opłacalnymi możliwościami inwestycyjnymi.

– Liczę na to, że spółka 11 bit Studios zacznie mówić mocniej o swoich projektach. Aktualnie ocena spółki – która może się pochwalić takimi sukcesami, jak gry “Frostpunk” czy “This War of Mine” – nie jest bardzo wysoka. W przypadku sukcesów kolejnych projektów jest tutaj duży potencjał do zarobienia – powiedział serwisowi eNewsroom Arkadiusz Bebel, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Spółka Ten Square Games pozyskała bardzo dużo graczy na skutek koronawirusa. Powinno mieć to długookresowy wpływ na wycenę, a firma dodatkowo rozwija kolejny tytuł – co niewątpliwie zmniejszy ryzyko inwestycyjne. Część mniejszych spółek też jest bardzo wysoko oceniania – a napływ inwestorów indywidualnych sprawił, że ten sektor zyskuje na wartości i ceny akcji idą w górę. To może zniechęcać do zakupu. Jednak nawet jeśli cena wydaje nam się teraz wysoka, to po ponownym wzroście kursu może się okazać, że nie była taka zła. Myślę, że to będzie kolejny dobry rok dla gamingu. Wyceny na rynku są jednak na tyle wysokie, że warto dość selektywnie podchodzić do inwestycji w akcje. CD Projekt jest wspaniałą spółką – ale jeśli ktoś kupił jej akcje powyżej 400 złotych, mógł się rozczarować. Trzeba ostrożnie podchodzić do inwestowania w tym sektorze. Ale ktoś, kto ma dobre pomysły i dobrze wybierze spółki, może liczyć na zarobek – podsumowuje Bebel.

Przedsiębiorcy w lockdownowym klinczu. Eksperci: Wiosenna odwilż gospodarcza lub kolejna fala bankructw

W marcu 2021 obchodzimy pierwszy rok z pandemią koronawirusa w Polsce. Kraje Europy bardzo różnie radzą sobie z tym, jak przebiega u nich koronawirus. Niektóre pogłębiają się w kryzysie i recesji, inne wspierają mocno przedsiębiorczość wytapiając swoje odkładane latami oszczędności. Strategia Polski to oszczędne wspieranie przedsiębiorców i wprowadzanie obostrzeń, które mocno ograniczają gospodarkę, ale nie powodują jej całkowitego wyłączenia. – Czy to jest dobra strategia? To oceni historia. Nastroje przedsiębiorców nie są najlepsze, ale z drugiej strony statystyki dotyczące bezrobocia czy przemysłu pokazują, że Polska póki co z pandemii wychodzi obronną ręką. Oczywiście obecnie optymizm byłby zdecydowanie przedwczesny, ale namawiamy naszych przedsiębiorców raczej do optymistycznego patrzenia w przyszłość niż do defetyzmu – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

Luzowanie obostrzeń gospodarczych po Wielkanocy? „To daje przedsiębiorcom horyzont działania”

Ten rok zmienił wszystko – nie mają co do tego wątpliwości ani przedsiębiorcy, ani pracownicy, ani  analitycy biznesu i gospodarki. Praca zdalna, dywersyfikacja, zarządzanie kryzysowe, konieczność oszczędzania lub nawet podejmowania działań restrukturyzacyjnych. Nie da się ukryć, że przedsiębiorcy musieli przez ostatnie miesiące mocno starać się, by ich działalność była możliwie efektywna. Jak można podsumować w gospodarce pierwszy rok koronawirusowych obostrzeń?

– Przedsiębiorcy bardzo źle znoszą lockdowny. Polacy mają wielkie umiłowanie do wolności, także w sferze gospodarczej. Wszelkie ograniczenia ich dławią, zabierają im kreatywność oraz odbierają energię do działania. Przedsiębiorcy w lockdownowym uścisku czują się tłamszeni i widzimy tendencje do buntu, szczególnie w branżach, które zamknięte są od wielu miesięcy – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska. – Sytuacja najpoważniejsza jest w takich branżach jak zamknięte od ponad 140 dni fitness, gastronomia czy branża kreatywno-eventowa. Widzimy delikatne odbicie w przypadku hoteli, ale straty z jesieni i zimy są tak wielkie, że nie zaryzykowałbym stwierdzenia czy ta branża bez problemu odbuduje się w kolejnych miesiącach – mówi Filip Kiżuk.

Sytuacja gospodarcza jest uzależniona obecnie od tego ile potrwają jeszcze obostrzenia: – Mamy pierwsze dni marca, a Rząd zapowiedział, że luzowanie obostrzeń będzie mieć miejsce po Wielkanocy. To jeszcze miesiąc więc bardzo długo, ale należy powiedzieć, że przedsiębiorcy bardzo czekali na horyzont w którym otwarcie gospodarki może nastąpić. Jeżeli to się stanie po Wielkanocy to wiele osób będzie mieć jeszcze szanse na funkcjonowanie. Jeżeli odwilż nie nastąpi na wiosnę to nadziei nie będzie – dodaje Katarzyna Michalska.

„Koronawirus wielu przedsiębiorców postawił pod ścianą”

Jak mówią przedstawiciele Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska ostatni rok w pandemii dla doradców był czasem bardzo pracowitym. Nie brakowało sukcesów, ale i poważnych dylematów. – Udało nam się doprowadzić do skutku wiele optymalizacji czy upadłości konsumenckich. Firmy, którym pomagaliśmy walczą o swoje miejsce na rynku i starają się trwać nadal. Bez gruntownych zmian w funkcjonowaniu nie byłoby szans, by funkcjonowały dalej – mówi Katarzyna Michalska. – Nie brakowało trudnych momentów. Proszę mi wierzyć, że kiedy bankrutuje wielopokoleniowa firma lub upada restauracja na której założenie poszły całe oszczędności życia lub wielki kredyt to są to dramatyczne momenty. Uważam, że prawdziwy renesans będą przeżywać porady psychologiczne dla przedsiębiorców. Pandemia wiele silnych osób postawiła pod ścianą. Nikt nie był gotowy, że to potrwa aż tyle – dodaje Katarzyna Michalska.

– Należy myśleć „tu i teraz”, ale i wybiegać w plany w czas, gdy koronawirusa już nie będzie. Wielu przedsiębiorców pyta nas w co inwestować, gdzie szukać dla siebie miejsca na tym mocno przemeblowanym rynku. Myślę jednak, że wszyscy chcielibyśmy, by nie obchodzić więcej „rocznic z koronawirusem” – dodaje Filip Kiżuk.

Brak porozumienia, ale praca wre. Ministerstwo chce uregulować przepisy na home-office

Intensywna praca zdalna towarzyszy nam od prawie roku i choć nie jest to model całkowicie nowy — krajowa legislatura nadal nie uregulowała wszystkich kwestii związanych z home-office. Po nieco burzliwych konsultacjach społecznych, projekt nowelizacji Kodeksu Pracy wrócił do resortu. Co będzie dalej?

“Zdalna” zamiast “tele-”

Dyskusja o nowelizacji Kodeksu Pracy przyspieszyła wraz z tzw. ustawą covidową z marca 2020 roku. Wtedy też oficjalnie określono zasady delegowania na home-office pracowników ze względu na zagrożenie epidemiologiczne (oraz “w okresie do 3 miesięcy po stanie zagrożenia lub epidemii”). Tyle i aż tyle. Dla polskiego etatowca był to początek nadziei na pewne odświeżenie przepisów dotyczących pracy na odległość, ponieważ do tej pory krajowe prawodawstwo dopuszczało wyłącznie tzw. telepracę, którą określa rozdział IIb KP.

Pierwsza nowelizacja dotycząca definicji “telepracownika” weszła w życie 1 grudnia 2020 roku, jednak już wcześniej ustawa określała bardzo istotne z perspektywy zatrudnionego kwestie formalne. Dla przykładu Kodeks zakazywał dyskryminacji pracowników zdalnych względem ich kolegów i koleżanek w biurze. W art. 6715. § 1. czytamy:

“Telepracownik nie może być traktowany mniej korzystnie w zakresie nawiązania i rozwiązania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania oraz dostępu do szkolenia w celu podnoszenia kwalifikacji zawodowych niż inni pracownicy zatrudnieni przy takiej samej lub podobnej pracy, uwzględniając odrębności związane z warunkami wykonywania pracy w formie telepracy.”

Brzmi rozsądnie? Ten, jak i inne przepisy Kodeksu Pracy dawały zatrudnionym względne poczucie bezpieczeństwa. Projekt poszerzony m.in. o kwestie sanitarne i epidemiologiczne Ministerstwo Pracy, Rozwoju i Technologii przedstawiło Radzie Dialogu Społecznego rok temu i dopiero teraz RDS stwierdziło, że… nie ma porozumienia co do definicji pracy zdalnej. Dlaczego akurat ten fragment wywołał najwięcej kontrowersji? “Praca zdalna” bowiem ma zastąpić określenie “Telepraca”. Powtórzę się — tyle i aż tyle.

Spór?

Według informacji przekazanych przez ministerstwo, rozmowy Zespołu Problemowego ds. prawa pracy RDS, organizacji pracodawców i związków zawodowych toczyły się przez około pół roku. Największym novum (pomijając kwestię nazewnictwa) ma być uszczegółowienie miejsca wykonywania pracy na odległość. Resort chciał, aby praca zdalna mogła być wykonywana całkowicie lub częściowo w miejscu zamieszkania pracownika, albo w innym miejscu ustalonym wspólnie przez pracownika i pracodawcę.

W procesie ustalania miejsca pracy zdalnej brałby udział pracownik, pracodawca i zakładowe związki zawodowe. Co, jeśli w danej firmie nie funkcjonują tego typu organizacje? W tej sytuacji pałeczkę przejmuje pracodawca, ustalając kwestię wykonywania pracy zdalnej w regulaminie. Delegacja na home-office mogłaby również mieć miejsce z inicjatywy samego pracodawcy lub po uprzedniej zgodzie — z inicjatywy pracownika. O wątpliwościach Zespołu RDS względem tego modelu poinformowali przedstawiciele resortu:

“Partnerzy w Zespole nie uzgodnili wszystkich problematycznych kwestii związanych z tą regulacją. Najwięcej rozbieżności wywołały kwestie: definicji pracy zdalnej (w zakresie swobody wyboru miejsca świadczenia pracy zdalnej przez pracownika, możliwości świadczenia pracy w całości jako pracy zdalnej) oraz zwrotu kosztów wykonywania przez pracownika pracy zdalnej przez pracodawcę.”

Obecnie nad projektem pracują urzędnicy z Ministerstwa Pracy, Rozwoju i Technologii. Kiedy możemy się spodziewać konkretnych zapisów? Tego jeszcze nikt nie wie, ale jeśli zarówno przedstawiciele resortu, jak i Rady Dialogu Społecznego dojdą do porozumienia — pracownicy będą mogli liczyć na przepisy godne standardów XXI wieku (przynajmniej w kwestii home-office i uznania pracy zdalnej, jako pracy samej w sobie).

Czy należy spodziewać się jeszcze jakichś niespodzianek? W tej kategorii ustawodawca jest bardzo konkretny — przy okazji nowelizacji nie są planowane inne zmiany w Kodeksie Pracy, niezwiązane stricte z pracą zdalną.

Autorka: Milena Krasuska — Chief Operations Officer w Grupie Assay

Uwarunkowania sektorowe na rynku nieruchomości komercyjnych

Pandemia niczym wielomiesięczna partia szachowa, po wielu ruchach, w widoczny sposób wpłynęła na branżę nieruchomości komercyjnych. Jednym z posunięć była roszada w udziale poszczególnych sektorów w wolumenie transakcji inwestycyjnych. Ostatnie lata charakteryzowała silna pozycja sektora biurowego, który wyprzedził długoletniego lidera – sektor handlowy. Przejście wielu firm na tryb pracy zdanej i uzasadnione obawy odnośnie do niepewnej sytuacji ekonomicznej wpłynęły na bardziej ostrożne podejście inwestorów do sektora biurowego. Otworzyło to furtkę dla dynamicznie rozwijającego się w ostatnim czasie sektora magazynowego, który wskoczył na miejsce pierwsze w 2020 roku.

Jak szczegółowo wyglądała sytuacja w poszczególnych sektorach? Jak banki postrzegają możliwość finansowania poszczególnych sektorów rynku?

Sektor biurowy ustępuje nowemu liderowi

Całkowita wartość inwestycji w obszarze nieruchomości komercyjnych w Polsce na koniec 2020 roku wyniosła 5,3 mld EUR. Największy udział w wolumenie transakcji na poziomie 50% przypadł sektorowi magazynowemu. Sektor biurowy zakończył rok 2020 udziałem na poziomie 38%.

„Skutki panującej od roku pandemii i wprowadzanych w związku z nią zaleceń w przypadku sektora biurowego widoczne były z każdym kwartałem coraz wyraźniej. Sugestia pracy zdalnej w wielu firmach się sprawdziła, ale w wielu innych pojawiła się również potrzeba weryfikacji zajmowanej powierzchni. Najemcy, którym kończyły się umowy najmu dużo chętniej decydowali się na renegocjacje niż relokacje. Przyjęli bezpieczną postawę obserwacji rynku i przeczekania najtrudniejszego okresu. Najemcy, którzy nie mieli możliwości renegocjacji swoich umów, a stwierdzili, że taka ilość powierzchni na obecnym etapie nie jest im potrzebna, zdecydowali się na podnajem swojego biura,” – komentuje Magdalena Czempińska, Dyrektor w Dziale Badań Rynku w Knight Frank.

Ostrożnościowe podejście najemców potwierdzają również liczby. Udział umów renegocjowanych wyniósł na koniec 2020 roku 46%, podczas gdy w I połowie było to 30%.

 

Pomimo, że w poprzednich kwartałach oferta podnajmu była również szeroka (przekraczała 100 000 m2 w Warszawie), to dopiero w ostatnim kwartale 2020 roku odnotowano wyraźne wzrosty w wolumenie podpisanych umów. W IV kw. 2020 roku powierzchnia wynajęta w ramach podnajmu odpowiadała 6% całkowitego popytu podczas gdy średni kwartalny wynik z ostatnich dwóch lat nie przekraczał 1%.

„Długotrwały i skomplikowany proces inwestycyjny nie pozwalał deweloperom na elastyczną reakcję na warunki rynkowe, co w rezultacie skutkowało dużą aktywnością, rozpoczętą jeszcze przed pandemią. Już na obecnym etapie możemy stwierdzić, że ostrożnościowe podejście najemców do podpisywania nowych umów będzie miało w przyszłości wpływ na wzrost współczynnika pustostanów” – dodaje Magdalena Czempińska

Widoczną znacząco zmianą w strukturze popytu wskazującą na ograniczenie zainteresowania nową powierzchnią jest zauważalny spadek udziału umów pre-let przy wysokiej podaży w budowie, które w minionym półroczu wyniosły zaledwie 11% wolumenu popytu (średnia dla ostatnich pięciu półroczy to niemal 23%).

Zdaniem przedstawiciel sektora bankowego – Marka Kowalskiego, dyrektora Departamentu Finansowania Nieruchomości w Banku BNP Paribas – „biura są obecnie dużym wyzwaniem i wielką niewiadomą. Wiemy już, że będzie inaczej i czekamy, aż te trendy do końca się ukształtują. Obserwujemy jak one finalnie będą się przekładać na wysokość popytu i zainteresowanie najemców. Przyjmujemy ostrożną pozycję, ale jednocześnie nie wykluczamy możliwości finansowania nowych projektów biurowych. Niezwykle istotne będą też dla nas kwestie związane ze zrównoważonym rozwojem. Od wielu lat ogromną wagę przywiązujemy do działań na rzecz otoczenia, a naszymi inicjatywami, wiedzą, doświadczeniem i zaangażowaniem w liczne projekty środowiskowe oraz społeczne wspieramy realizację Celów Zrównoważonego Rozwoju. Wszelkiego typu „zielone projekty” wpisują się zatem w całościowe podejście naszego banku, który wspiera transformację gospodarki i ekologiczne zmiany z tym związane.”

Stacjonarny handel dotknięty pandemią

Pandemia Covid-19, a w konsekwencji zamknięcie lub ograniczenie działalności centrów handlowych zweryfikowało kondycję zarówno centrów handlowych, jak i najemców.

Inwestorzy przekierowali swoją uwagę na mniejsze obiekty handlowe, które lepiej poradziły sobie z konsekwencjami pandemii niż tradycyjne centra handlowe. Z uwagi na niższą wartość nabywanych aktywów, w 2020 roku inwestorzy ulokowali w sektorze handlowym około 700 mln EUR.

„Skutki wprowadzonych przez rząd obostrzeń, zamknięcie większości sklepów w centrach handlowych i ograniczenie możliwości przemieszczania się w pierwszej fazie pandemii, z wyjątkiem zakupu produktów pierwszej potrzeby, w widoczny sposób wpłynęły negatywnie na rynek handlowy. Wskaźniki odwiedzalności i obroty centrów handlowych spadły do bardzo niskich poziomów. Footfall w centrach handlowych w całym 2020 roku spadł o ok. 30% w porównaniu z 2019 rokiem. Chociaż na początku maja centra handlowe ponownie otwarto, a wskaźniki rosły z tygodnia na tydzień, to jednak wciąż wiele z nich nie powróciło do swoich wartości przed pandemią. Kolejne zamknięcie sklepów w listopadzie nie wpłynęło pozytywnie na dalsze wyniki, a problemy najemców, zwłaszcza tych mniejszych, mogą spowodować wzrost współczynnika pustostanów,” – wyjaśnia Magdalena Czempińska.

Pozytywnym sygnałem w tej mało optymistycznej sytuacji jest przyśpieszenie rozwoju e-commerce. Ograniczenie w dostępie do sklepów stacjonarnych niejako wymusiło na konsumentach potrzebę dokonywania zakupów online. Część osób, która wcześniej unikała tej formy robienia zakupów, przekonała się do niej, a sklepy oferujące możliwość zakupów przez Internet, chociaż częściowo zrekompensowały straty. W konsekwencji, udział sprzedaży on-line w sprzedaży detalicznej w niektórych miesiącach sięgał 11-12% (w porównaniu z 5-6% osiąganymi przed pandemią).

Jak wyjaśnia Marek Kowalski z Banku BNP Paribas, który ma podobne spostrzeżenia – „borykające się z większym wyzwaniem i bardziej dotknięte przez pandemię obiekty wielkopowierzchniowe jeszcze przez dłuższy czas będą odczuwać skutki obostrzeń. W lepszej sytuacji są mniejsze formaty, np. obiekty typu convenience oraz parki handlowe. Do całego sektora banki podchodzą ostrożnie i raczej unikają angażowania się w nowe projekty, a jeśli już taka decyzja jest podejmowana, to dotyczy to raczej wspomnianych mniejszych formatów handlowych, a proponowane parametry są bardziej konserwatywne niż w czasach przed pandemią.”

Sektor hotelowy w kryzysie

Sektor hotelowy, obok sektora handlowego, jest jednym z najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Wprowadzony wiosną lockdown, ograniczenie liczby międzynarodowych połączeń lotniczych, zamknięcie granic dla nierezydentów, a ostatecznie zakaz prowadzenia działalności hotelowej, istotnie wpłynęły na wyniki rynku. Umożliwienie nocowania w przypadku podróży służbowych przy właściwie zerowym ruchu w ramach turystyki biznesowej, nie były w stanie pomóc zwłaszcza hotelom nastawionym na klientów z sektora MICE.

W wyniku pandemii Covid-19 oraz jej negatywnego wpływu na rynek turystyczny, odnotowano drastyczne spadki poziomu obłożenia pokoi w obiektach hotelowych w Polsce. W 2020 roku, na podstawie danych GUS w okresie od stycznia do listopada 2020 roku wyniósł średnio 29,6%, osiągając w kwietniu rekordowo niską dla polskiego rynku hotelowego wartość – zaledwie 7,2%. Warto zaznaczyć, że w ostatnich latach poziom obłożenia pokoi hotelowych w Polsce był stabilny i w latach 2016-2019 kształtował się średnio na poziomie 52,3%.

„Rezultatem działań mających na celu zapobieganie rozprzestrzenienia się pandemii był nieunikniony spadek obłożenia w hotelach, a konsekwencją tych wyników był sygnał dla części deweloperów o wstrzymaniu kilku budów. Ponowne otwarcie hoteli w maju, podobnie jak w przypadku sektora handlowego, sprawiło, że wielu graczy zaczęło myśleć optymistycznie o przyszłości, ale dzisiaj już wiemy, że ten optymizm okazał się przedwczesny, a rząd ograniczył działalność hoteli początkowo jedynie do podróży służbowych, a ostatecznie – całkowicie. Ponowne ich otwarcie w ostatnim czasie jest stale monitorowane ilością zakażeń w danym województwie, co w dalszym ciągu nie pomaga branży stanąć na nogi,” – wyjaśnia Magdalena Czempińska.

Sektor magazynowy nowym liderem

Sektor magazynowy jest jedynym sektorem nieruchomości komercyjnych, który nie tylko pozostał odporny na skutki pandemii, ale wręcz zanotował dynamiczny rozwój.

Rok 2020 to kontynuacja dynamicznego wzrostu sektora magazynowego w Polsce, na którym zasoby powierzchni na koniec grudnia przekroczyły 20,8 mln m2, oraz rosnącego popytu, który w 2020 roku, kolejny rok z rzędu osiągnął rekordowy wynik, przekraczając 5,2 mln m2 wynajętej powierzchni. Polski rynek magazynowy nadal przyciąga przede wszystkim firmy logistyczne, dystrybucyjne, produkcyjne, sieci handlowe oraz z branży e-commerce. W 2020 roku podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej wzrosła o ponad 2 mln m2, zwiększając całkowite zasoby polskiego rynku o 10% w ciągu roku.

„Warto zaznaczyć, że na tak dobrą kondycję sektor magazynowy pracował od kilku lat. Wiele czynników wpłynęło na rozwój tego sektora, m.in. atrakcyjne, centralne położenie Polski w regionie, nakłady na poprawę infrastruktury drogowej czy dostęp do dużej liczby pracowników. To zachęciło firmy dystrybucyjne i operatorów logistycznych do lokowania swojej działalności w magazynach budowanych w Polsce. Nie możemy zapominać o sieciach handlowych, które jeszcze kilka lat temu lokowały w naszym kraju swoje centra dystrybucyjne zaopatrujące sklepy stacjonarne, a w ostatnich kwartałach zaczęły zaopatrywać segment e-commerce, którego rozwój przyśpieszył zauważalnie po lockdownie wiosną ubiegłego roku. Nie obawiałabym się o sytuację sektora pomimo zaobserwowanego w ostatnich kwartałach ubiegłego roku wzrostu współczynnika pustostanów, który wynikał z dużej aktywności deweloperów zachęconych dobrą koniunkturą i ich jeszcze spekulacyjnymi inwestycjami,” – komentuje Magdalena Czempińska z Knight Frank.

Podobnie podejście do sektora magazynowego ma Marek Kowalski z Banku BNP Paribas– „Magazyny z tej całej sytuacji wychodzą wręcz wzmocnione. Ma na to wpływ kilka czynników. Po pierwsze dynamiczny rozwój e-commerce, a po drugie fakt, że coraz większe znaczenie zaczyna mieć dla niektórych klientów bezpieczeństwo dostaw, a nie tylko optymalizacja kosztów. Przekłada się to na konieczność magazynowania większej ilości strategicznych towarów i półproduktów, albo wręcz przenoszenie części produkcji do Europy. W naszym banku w przypadku logistyki finansujemy zarówno transakcje inwestycyjne, jak i fazę budowy.”

Zima pomogła sklepom odzieżowym i sportowym. Luty był dobrym miesiącem, obroty w końcu wzrosły

Ze śniegu i mrozu cieszyły się nie tylko dzieci. Powody do radości mają także właściciele sklepów z odzieżą oraz akcesoriami sportowymi. Obroty znacznie wzrosły po otwarciu wszystkich sklepów w galeriach handlowych i utrzymują się na wysokim poziomie.

Analitycy Santander Bank Polska przeanalizowali wydatki kartowe klientów banku w pierwszych tygodniach po otwarciu wszystkich sklepów działających w galeriach handlowych. Okazuje się, że w lutym największy wzrost liczby transakcji odnotowują sklepy z ubraniami, a także sklepy z akcesoriami i odzieżą sportową. Jak informują właściciele popularnych sieciówek, klienci zainteresowani byli głównie kolekcją zimową, ze względu na panującą aurę oraz odmrożenie sezonowych wyprzedaży towaru, który od ponad miesiąca zalegał na półkach zamkniętych sklepów[1]. Branża powoli zaczęła odrabiać straty. O ile poziom obrotów od stycznia do połowy lutego br. był o 30% niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego rok, to gdy porównamy 3 tygodnie lutego z lutym 2020 jest już ponad 29% wyższy. Z tygodnia na tydzień widać pozytywne skutki odmrożenia.

– Nasze dane, oparte na analizie transakcji kartami płatniczymi wskazują, że po otwarciu wszystkich sklepów w galeriach handlowych największe wzrosty liczby transakcji i obrotów odnotowują sklepy odzieżowe. Zaledwie dwa tygodnie pozwoliły im potroić obroty i wrócić do wolumenów sprzed pandemii, które utrzymywały się przez cały luty – mówi Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

Średniotygodniowa liczba transakcji kartami płatniczymi Santander Bank Polska w sklepach z odzieżą wzrosła na przestrzeni 2 tygodni[2] po pełnym otwarciu galerii handlowych niemal trzykrotnie – z ok. 220 tysięcy pod koniec stycznia do 600 tysięcy i oscylowała wokół tego poziomu przez cały luty. Właściciele sklepów z ubraniami mogą mieć powody do zadowolenia – średnia ta przekracza wyniki notowane w ubiegłym roku, w tym także te ze stycznia i lutego 2020 r., jeszcze sprzed ogłoszenia pierwszych obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa. Co ważne, średniotygodniowa wartość transakcji rosła proporcjonalnie do ich liczby – pod koniec stycznia wynosiła ona nieco ponad 20 mln zł, by w połowie lutego br. wyraźnie przebić już granicę 60 mln zł i dotąd nie spaść poniżej. Pierwsze dwa tygodnie lutego przyniosły nawet czterokrotny wzrost wartości transakcji kartami Santander Bank Polska w sklepach z akcesoriami i odzieżą sportową.

Wygląda na to, że jednak nie wszyscy zdecydowali się korzystać w plenerze z uroków zimy. Niezmiennie od ponad 2 lat rosną wydatki Polaków na płatną telewizję i subskrypcję popularnych serwisów streamingowych. Średnia liczba transakcji w tej kategorii wzrosła w pierwszych tygodniach lutego br. blisko o 50% i jest 6-krotnie wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Po raz pierwszy także średniotygodniowe wydatki kartami Santander Bank Polska w kategorii VOD przekroczyły pół miliona złotych.

– Tegoroczna, mroźna i śnieżna zima bez wątpienia pomogła sklepom z odzieżą i sprzętem sportowym. Polacy zaopatrywali się w ciepłe ubrania, a sanki czy tzw. jabłuszka stały się towarem deficytowym do tego stopnia, że w niektóre sklepy prowadziły zapisy. Na drugim biegunie są ci, którzy w czasie mrozów postanowili pozostać w domu i spędzić czas przed telewizorem. Choć wydatki na płatną telewizję i platformy streamingowe rosną sukcesywnie od lat, dla nich także pierwsze dwa tygodnie lutego br. były rekordowe – komentuje Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

[1] https://www.bankier.pl/wiadomosc/LPP-zadowolone-z-handlu-po-ponownym-otwarciu-galerii-sprzedaz-wzrosla-o-kilkadziesiat-proc-wywiad-8054720.html

[2] Dane za okres 25.01-14.02.2021.

Elektroniczny dokument nadania z poczty uprawnia eksportera do zastosowania zerowej stawki VAT

Spółka eksportowała towary poza granice Unii Europejskiej za pośrednictwem Poczty Polskiej. Jako że wygenerowane w jej systemie elektroniczne potwierdzenie nadania nie należy do wskazanego w ustawie o VAT katalogu dokumentów celnych potwierdzających wywóz towarów poza terytorium UE, choć w rzeczywistości wywóz ten potwierdza, spółka wystąpiła do organu skarbowego z zapytaniem, czy będzie on wystarczający do zachowania przez nią prawa do zastosowania zerowej stawki VAT w eksporcie.

Eksport towarów poza granice Unii

Polska spółka z o.o. prowadzi działalność gospodarczą w zakresie produkcji i sprzedaży produktów kolekcjonerskich wyłącznie na rzecz nieprowadzących działalności gospodarczej osób fizycznych, zamieszkujących poza terytorium Unii Europejskiej (m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii). Swoje produkty ogłasza i sprzedaje za pośrednictwem popularnych portali aukcyjnych. Przykładowa transakcja przebiega następująco: 1) klient, który odnajdzie produkt na portalu internetowym, składa za jego pośrednictwem zamówienie, 2) płaci za niego, 3) spółka/sprzedawca wystawia fakturę VAT ze stawką 0 proc. i przesyła towar za pośrednictwem systemu „Elektroniczny Nadawca” Poczty Polskiej w terminie miesiąca od dnia otrzymania zapłaty, 4) w raporcie generowanym przez ten elektroniczny system po miesiącu są widoczne statusy:

  1. a) „Doręczenie”;
  2. b) „Przesyłka dotarła do kraju przeznaczenia”;
  3. c) „Przesyłka wysłana z Polski”.

Jako że po wysłaniu przez Pocztę Polską przesyłki poza granice kraju dalsze jej doręczenie do klienta końcowego przejmują jej zagraniczni odpowiednicy, ww. komunikaty mogą się różnić, bo nie wszyscy z tych zagranicznych doręczycieli aktualizują status doręczenia paczki. Dlatego w przypadku statusów innych niż „Doręczenie”, a więc wskazanych w pkt b) lub c), spółka występuje do Poczty Polskiej z reklamacją, a Poczta odpowiada, potwierdzając doręczenie do adresata wraz z podaniem daty tego doręczenia, lub informuje o zaginięciu przesyłki.

Czy elektroniczny dokument z Poczty uprawnia do zerowej stawki VAT?

W świetle tak opisanego stanu faktycznego reprezentujący spółkę radca prawny Robert Nogacki z Kancelarii Prawnej Skarbiec wniósł do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o potwierdzenie, że wygenerowany w systemie „Elektroniczny Nadawca” Poczty Polskiej stanowi dokument, o którym mowa w art. 41 ust. 6 i 6a ustawy o podatku od towarów i usług, a więc uprawnia – po spełnieniu pozostałych wymogów – do zastosowania przez eksportera 0 proc. stawki VAT dla wywozu towaru poza granice UE?

Zgłoszenie wywozowe

Zgodnie z art. 41 ust. 6 stawkę podatku 0% stosuje się w eksporcie towarów pod warunkiem, że podatnik przed upływem terminu do złożenia deklaracji podatkowej za dany okres rozliczeniowy otrzymał dokument potwierdzający wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej. Natomiast ust. 6a precyzuje, że dokumentem tym jest w szczególności:

1) dokument w formie elektronicznej otrzymany z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych albo potwierdzony przez właściwy organ celny wydruk tego dokumentu;

2) dokument w formie elektronicznej pochodzący z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych, otrzymany poza tym systemem, jeżeli zapewniona jest jego autentyczność;

3) zgłoszenie wywozowe w formie papierowej złożone poza systemem teleinformatycznym służącym do obsługi zgłoszeń wywozowych albo jego kopia potwierdzona przez właściwy organ celny.

Dokument potwierdzający wywóz towarów poza UE

Pełnomocnik spółki zwrócił uwagę, że ww. regulacja art. 41 ust. 6 posługuje się sformułowaniem „w szczególności”, co oznacza, że wskazany katalog dokumentów nie jest katalogiem zamkniętym. Stąd też podatnicy mogą dokumentować wywóz towarów także innymi dowodami, byleby wynikało z nich, że eksportowany towar opuścił terytorium Unii. Jak wskazał w wyroku z 23 czerwca 2016 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi, dodanie do art. 41 ustawy o VAT ustępu 6a miało zakończyć spory podatników z organami podatkowymi w zakresie dokumentowania eksportu. Zatem nie tylko wygenerowany z systemu ECS dokument celny IE-599 czy też karta Jednolitego Dokumentu Administracyjnego (SAD) może być jedynym dokumentem potwierdzającym eksport poza UE, szczególnie że część państw doręczenia towaru może takiego dokumentu nie stosować.

Przesłanka faktycznego wywozu

Z kolei, jak stwierdził Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku z 28 marca 2019 r., przepisy krajowe nie mogą uzależniać prawa do zastosowania zwolnienia z VAT przewidzianego dla wywozu towarów poza UE od objęcia tych towarów procedurą celną w sytuacji, gdy bezsporne jest, że zostały spełnione przesłanki do objęcia zwolnieniem, w szczególności przesłanka faktycznego wywozu towaru (sprawa C-275/18, Milan Vinš przeciwko Odvolací finanční ředitelství).

Dodatkowo reprezentant spółki wskazał na treść rozstrzygnięcia WSA w Poznaniu, który podkreślił, że „Zgodnie z utrwalonym orzecznictwem zasada neutralności wymaga, aby odliczenie podatku VAT naliczonego przysługiwało, jeżeli zostały spełnione wymogi materialne, nawet wówczas, gdy niektóre wymogi formalne zostały pominięte przez podatników” (wyrok TSUE z 28 lipca 2016 r., sprawa C-332/15 oraz powołane tam orzecznictwo). Naczelny Sąd Administracyjny w uchwale z 11 października 2010 r. stwierdził, że dla ustalenia, iż należy zastosować właściwą dla eksportu stawkę VAT, wystarczy posiadanie przez podatnika takich dowodów, które łącznie potwierdzają dokonanie wywozu poza terytorium UE (sygn. akt I FPS 1/10).

Podsumowując, na podstawie przywołanej wyżej argumentacji i głosu orzecznictwa dokumenty wygenerowane z systemu „Elektroniczny Nadawca” Poczty Polskiej mogą stanowić dokument, o którym mowa w art. 41 ust. 6 i 6a ustawy o podatku od towarów i usług, uprawniający do zerowej stawki VAT w eksporcie towarów.

Organ przyznał spółce rację

Dyrektor KIS przyznał spółce rację, potwierdzając, że wskazany przez nią dokument elektroniczny wygenerowany przez Pocztę Polską będzie ją uprawniał do zastosowania stawki 0% VAT dla eksportu towaru:

„…mając na uwadze przywołane orzeczenia TSUE i NSA należy uznać, że po spełnieniu reszty przesłanek, Wnioskodawca będzie miał prawo do zastosowania stawki opodatkowania 0% przewidzianej dla eksportu towarów, które są wysyłane za pośrednictwem Poczty Polskiej do osób fizycznych zamieszkałych poza terytorium Unii Europejskiej, nieprowadzących działalności gospodarczej, w sytuacji, gdy Spółka posiada dokumenty pochodzące z Elektronicznego Systemu Nadawcy Poczty Polskiej, opatrzone statusem „doręczenie”, a w przypadku statusów: „Przesyłka dotarła do kraju przeznaczenia” lub „Przesyłka wysłana z Polski” pod warunkiem, że posiada odpowiedzi z Poczty Polskiej na zgłoszenie reklamacyjne potwierdzające doręczenie przesyłki do adresata wraz z podaniem daty doręczenia” (dokładny cytat z interpretacji indywidualnej z 11 stycznia 2021 r., sygn. akt 0111-KDIB3-3.4012.603.2020.1.MAZ).

Podsumowanie

To bardzo dobra, korzystna dla przedsiębiorców – eksporterów interpretacja fiskusa. Potwierdza bowiem ugruntowaną już linię orzecznictwa sądów administracyjnych i unijnego trybunału, że dla zachowania przez przedsiębiorcę prawa do zastosowania wobec dokonanego wywozu 0 proc. stawki VAT wystarczające jest wykazanie, iż do wywozu faktycznie doszło, bez względu na to, czy nastąpi to w oparciu o wskazane w ustawie dokumenty, czy nie. Między innymi zgodnie z przywołanym już wyrokiem TSUE w sprawie C-275/18:

„…brak poszanowania formalnego wymogu objęcia towarów przeznaczonych do wywozu procedurą wywozu nie może prowadzić do tego, że eksporter traci prawo do zwolnienia w eksporcie, o ile zostało wykazane faktyczne wyprowadzenie danych towarów z terytorium Unii”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polacy entuzjastami nowych technologii? Wyniki PAYBACK Opinion Poll

Niemal wszyscy ankietowani pozytywnie oceniają wpływ nowych technologii na codzienne życie – to jeden z wniosków płynących z najnowszego PAYBACK Opinion Poll. Czego jeszcze możemy dowiedzieć się z badania?

Naszych respondentów zapytaliśmy m.in. o korzystanie z aplikacji mobilnych, częstotliwość dokonywania płatności bezgotówkowych, a także o poczucie bezpieczeństwa w związku z rozwojem nowych technologii.

Polacy na tropie nowych technologii

Wyniki nie pozostawiają żadnych wątpliwości: aż 95% badanych uważa, że nowoczesne technologie ułatwiają życie i mają pozytywny wpływ na codzienne czynności. Ponadto 94% respondentów stwierdziło, że innowacje na tym polu są koniecznym warunkiem rozwoju gospodarki.

Polacy starają się trzymać rękę na pulsie najnowszych trendów. Na pytanie „Czy śledzi Pan/Pani nowinki technologiczne?” połowa respondentów (51%) przyznała, że co jakiś czas zdarza im się zgłębić wiedzę na ten temat. Obok nich istnieje spora grupa osób (42%), która stara się być na bieżąco z każdą nowością w tym temacie; innowacje częściej zajmują przy tym mężczyzn, niż kobiety (różnica 18%). Jedynie 7% ankietowanych w ogóle nie interesuje się tym, co dzieje się w świecie nowych technologii.Nowinki_tech

Aplikacje społecznościowe… i nie tylko

Które z technologii można uznać za najważniejsze? Do tego statusu bez wątpienia pretendują aplikacje mobilne, dostępne na smartfonach i tabletach. Pośród nich prym wiodą serwisy społecznościowe: na co dzień z tego typu aplikacji korzysta 61% ankietowanych. Na drugim miejscu znalazły się aplikacje finansowe, przede wszystkim bankowe (55%). Niemal tyle samo osób (50%) regularnie używa aplikacji zakupowych, takich jak np. PAYBACK.

– Nasze badanie potwierdziło, że Polacy polubili i są otwarci na nowe technologie – komentuje Katarzyna Grzywaczewska, Marketing Director w PAYBACK Polska. – Chętnie korzystamy z aplikacji mobilnych, w tym także zakupowych. Oszczędność czasu, wygoda, bonusy punktowe, zdobywane dzięki codziennym zakupom, a także przegląd najbardziej atrakcyjnych ofert w jednym miejscu – wszystko to sprawia, że aplikacje coraz częściej goszczą w naszych smartfonach.

Inne kategorie aplikacji są znacznie mniej popularne. 1/4 ankietowanych regularnie korzysta z nawigacji w smartfonie lub tablecie, a 15% respondentów używa ich do sprawdzania prognozy pogody. Niemal tyle samo osób trenuje z urządzeniem mobilnym w ręku: aplikacje sportowe i zdrowotne instaluje 14% badanych. 1 na 10 osób za pomocą dedykowanej ku temu aplikacji sprawdza także bieżące informacje, newsy i wydarzenia.

Aplikacje_mobilne

Polak bezgotówkowy

W opinii analityków rynku płatności bezgotówkowe to jeden z filarów cyfrowej rewolucji. Sprawdziliśmy zatem, jak do tej kwestii podchodzą nasi respondenci.

Uwagę zwraca rosnąca popularność transakcji bezgotówkowych. W trakcie zakupów stacjonarnych tylko 19% badanych preferuje tradycyjną gotówkę. Króluje karta płatnicza, którą najczęściej wybiera 61% badanych. Tytuł wicelidera otrzymały płatności poprzez aplikację mobilną, taką jak np. BLIK czy Google Pay (20%).Forma_platnosci

Korzyści, jakie Polacy widzą w mobilnych płatnościach to przede wszystkim wygoda, którą wskazało trzy czwarte ankietowanych, a także bardziej precyzyjna kontrola wydatków i bezpieczeństwo (po 8%).

Spośród osób, które nie korzystają z płatności mobilnych, większość podaje jako powód wybór innej formy zapłaty: karty płatniczej (61%) lub gotówki (17%). Ponadto 16% osób stwierdziło, że nie ufa transakcjom mobilnym na tyle, by korzystać z nich na co dzień.

Nowe technologie i zakupy: jak kupujemy, czego oczekujemy?

Statystyczny Polak posiada 2-3 urządzenia mobilne (57%), a kupno nowego sprzętu jest dla niego nie tylko koniecznością, lecz także miłym (43%) lub nawet ekscytującym (15%) doświadczeniem.nowe urządzenia

Najczęściej zmieniamy swój smartfon co 2 lub 3 lata (odpowiednio 33% i 30%) – ten okres jest zbieżny z najpopularniejszą długością umowy u operatorów telefonii komórkowej. 19% respondentów podchodzi do tematu praktycznie i wymienia swój smartfon wtedy, gdy urządzenie zaczyna szwankować.

Wybierając nowy telefon komórkowy, zwracamy uwagę przede wszystkim na parametry techniczne (68%) oraz cenę (48%). Dla 15% ankietowanych istotnym kryterium jest także system operacyjny, a dla 12% – łatwość obsługi. 11% badanych kieruje się przede wszystkim opinią innych użytkowników. Wygląd i estetyka produktu jest kluczowa przy wyborze nowego smartfona w przypadku co dziesiątego uczestnika badania.

Sprawdziliśmy też, o jakich nowinkach technologicznych marzą polscy konsumenci. 28% ankietowanych najchętniej przyjęłoby pod swój dach robota pomagającego w codziennych pracach domowych. 26% głosów zebrały odpowiedzi mówiące o bezobsługowych sklepach oraz autonomicznych pojazdach.

Mniejszą popularnością cieszyły się pomysły takie jak głosowanie w wyborach przez internet (18%), płatności biometryczne (16%) czy dostawa przesyłki dronem (14%). Co piąty Polak (19%) jest otwarty na implanty monitorujące stan zdrowia, ale tylko 3% poddałoby się zabiegowi przeprowadzonemu przez robota. Równie niewiele osób (4%) chciałoby zobaczyć na swoim talerzu mięso wyhodowane w laboratorium.Z_jakich_tech

Cyfrowa nieufność?

17% spośród wszystkich ankietowanych uznało jednak, że nie skorzystałoby z żadnej z powyższych nowinek. Pomimo entuzjazmu wobec nowoczesnych technologii, niektóre z odpowiedzi wskazywały na pewną nieufność, z jaką część z nas podchodzi do cyfrowej transformacji.

Chociaż większość ankietowanych (69%) uważa rozwój technologiczny za korzystny, niemal co czwarty respondent obawia się konsekwencji z nim związanych. Ponadto 59% respondentów jest zdania, że nowe technologie nie są w pełni bezpieczne.

63% Polaków zgadza się ze stwierdzeniem, że firmy projektują swoje produkty i usługi, mając na uwadze korzyści użytkowników. Na drugim biegunie (23%) znajdują się osoby uważające, że ich intencją jest wyłącznie chęć maksymalizacji własnych zysków.

Jesteśmy przy tym świadomi wartości danych, które udostępniamy podmiotom zewnętrznym. Aż 61% respondentów zwraca uwagę na ich bezpieczeństwo podczas instalacji nowego oprogramowania, a 34% badanych przyznaje, że robi to tylko czasami. 5% ankietowanych zupełnie nie przywiązuje do tego wagi.

Dalsze wzrosty rentowności obligacji skarbowych

Miniony tydzień przyniósł dalsze wzrosty rentowności obligacji skarbowych zarówno w Polsce, jak i na rynkach amerykańskich. Wzrost rentowności obligacji o stałym oprocentowaniu oznacza spadek ich ceny, co odbija się na wynikach funduszy inwestujących w obligacje stałokuponowe. Negatywny sentyment na rynku długu przełożył się na spadki na rynkach akcji oraz metali szlachetnych. Cena złota w pierwszym tygodniu marca spadła o kolejne 1,93% i jest blisko poziomu z czerwca 2020, a srebro zakończyło tydzień z niemal sześcioprocentową stratą. Za tymi spadkami podążały wyceny naszych funduszy metali szlachetnych. Blisko 20% przecena złota od zeszłorocznego szczytu i solidne fundamenty dają nadzieje na zbliżanie się do końca spadkowej korekty w trendzie, który nadal pozostaje wzrostowym.

Na koniec tygodnia amerykański senat przyjął pakiet fiskalny, którego planowana wartość wynosi 1,9 bln USD. Jako, że inwestorzy już od dłuższego czasu oczekiwali, że zostanie on przyjęty, ta informacja nie wpłynęła znacząco na rynki. W tym tygodniu prace nad pakietem będą nadal trwały i jest prawdopodobne, że finalizacja pakietu nastąpi w ciągu najbliższych kilku dni.

W środę 3 marca odbyło się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Nie przyniosło ono zaskoczeń i stopy procentowe zostały utrzymane, a ponadto podczas piątkowej konferencji prezesa NBP została przekazana informacja, że bazowym scenariuszem RPP jest utrzymanie stóp do końca obecnej kadencji RPP, mimo wzrostu oczekiwań inflacyjnych. Kontynuowany jest także program skupu obligacji Skarbu Państwa i obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa.

W tym tygodniu, w czwartek, odbędzie się posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Prawdopodobnie jego głównym tematem będzie sytuacja na rynku obligacji. Podczas konferencji prasowej Prezes EBC Christine Lagarde ma ogłosić nowe kwartalne prognozy banku centralnego.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Dlaczego meble w biurze są ważne

Trudno wyobrazić sobie pracę biurową bez mebli. I choć znajdą się tacy, którzy zakwestionują to stwierdzenie, należy uznać szereg korzyści płynących z ich obecności w przestrzeni biurowej. Jakie to korzyści i dlaczego meble w biurze są ważne?

Piękne biuro na Mokotowie jest Twoje. Co dalej?

Wyobraź sobie, że odebrałeś klucze do wymarzonego biura na Mokotowie, za oknem miła dla oczu zieleń, Twój biznes rozkwita, a wszystko idzie ku dobremu. Tak naprawdę to może być biuro w każdym innym miejscu na świecie. W każdym razie masz spore ambicje, by stworzyć miejsce z duszą, w którym Ty i Twoi pracownicy będziecie czuć się dobrze.

To słuszny trop. Aranżacja przestrzeni, w której Ty i Twoi podwładni będziecie spędzać ⅓ swojego czasu, to niezwykle ważny punkt uruchamiania własnego biznesu. I nie chodzi tylko o dobre samopoczucie czy wizerunek w oczach klientów. To również satysfakcja z wykonywanej pracy (która przekłada się przecież na efektywność), a także na zdrowie. Stąd też w szczególności powinieneś zatroszczyć się o dobór mebli. Najlepiej tych ergonomicznych!

Biurka i krzesła, czyli absolutna podstawa

Jeśli jest coś, co łączy największe biura w centrum z tymi małymi zlokalizowanymi przy granicy miasta, to są to właśnie meble. Bez nich trudno wyobrazić sobie efektywną pracę, jak również proste spotkania z kontrahentami. Na szczególną uwagę zasługują zwłaszcza biurka i krzesła. Zgodzisz się, że to absolutny biurowy must-have?

Krzesła powinny być wygodne. Pracownicy spędzają na nich po kilkadziesiąt godzin tygodniowo. Dyskomfort korzystania z nich nie powinien być odczuwalny. Ostatecznie przełoży się na skupienie na pracy i jej wydajności. Ponadto powinieneś zadbać o ergonomię. Krzesła powinny być regulowane tak, aby każdy mógł dostosować je do swoich indywidualnych potrzeb. Stabilne i dające się regulować siedzisko, a także regulacja wysokości siedziska oraz zagłówka to niezwykle użyteczne funkcjonalności, których nie powinno zabraknąć.

Ergonomia dotyczy także biurek. Osoba pracująca przy ergonomicznym biurku powinna móc wyregulować wysokość blatu według własnych preferencji. Wprawdzie niektóre biura zupełnie odchodzą od korzystania z biurek, jednak minie jeszcze wiele lat, nim staną się one zupełnie bezużyteczne.

Meble integrują pracowników

Okazuje się, że niektóre aranżacje biura bardziej sprzyjają integracji pracowników w porównaniu z innymi rozwiązaniami. Mowa tu o otwartych przestrzeniach i odejściu od nieco już skostniałego systemu przegród, kabin i indywidualizacji miejsca pracy. Otwarte przestrzenie, które nie przesłaniają pola widzenia, sprzyjają interakcjom. Pracownicy zyskują poczucie swobody i niezależności. Dzięki temu chętniej i sprawniej komunikują się między sobą.

Coraz częściej stosowanym rozwiązaniem m.in. w lokalach do wynajęcia na Woli jest wybór dużych stołów do sal konferencyjnych z większą liczbą krzeseł. To z kolei wyzwala poczucie równości. Dzięki temu pracownicy łatwiej komunikują się ze swoimi przełożonymi. W końcu wydają się być niejako na tym samym podłożu.

Meble, które powiększają przestrzeń

Tak się składa, że dzięki meblom możemy zyskać wrażenie przebywania w jeszcze większej przestrzeni. Dzieje się to za sprawą odpowiedniej aranżacji. W celu powiększenia otwartej przestrzeni warto ustawić większe meble przy ścianach. Zachowaj ścieżki do przemieszczania się. Ponadto pozostaw wolny dostęp do okna.

W optycznym powiększeniu przestrzeni biurowej pomoże także szkło, czego dobrym przykładem mogą być choćby szklane ściany. Warto też postawić na wielofunkcyjność poszczególnych mebli. Być może drewniana skrzynia okaże się sympatycznym stolikiem kawowym, a nieużywane biurko może stać się tymczasową półką. Warto w tym wszystkim zachować zdrowy minimalizm, a tym samym unikać niepotrzebnych elementów, które nic nie wnoszą do przestrzeni biura.

Czy duże podmioty na rynku rolno-spożywczym czeka rewolucja?

Minął termin na zgłaszanie uwag do projektu ustawy o przeciwdziałaniu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi. Uwagi można było zgłaszać w ramach procesu legislacyjnego i konsultacji publicznych. Odpowiedzialnym za treść projektu jest Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi, jednak proponowane rozwiązania w rzeczywistości są związane przede wszystkim z regulowaniem przepisów prawa konkurencji na rynku. Zawiłości projektu tłumaczy dr Joanna Uchańska, partner w kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Projekt ustawy ma na celu wdrożenie do krajowego porządku prawnego dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/633 z dnia 17 kwietnia 2019 r. w sprawie nieuczciwych praktyk handlowych w relacjach między przedsiębiorcami w łańcuchu dostaw produktów rolnych i spożywczych (Dz. Urz. UE L 111 z 25.04.2019, str. 59).

– W ramach projektu zajęto się zauważanym na wielu unijnych rynkach nadużywaniem przez duże podmioty pozycji i siły negocjacyjnej objawiającej się zwłaszcza narzucaniem jednostronnie niekorzystnych warunków współpracy mniejszym podmiotom. Chodzi o nieuczciwe praktyki godzące w pozycję rolników i przetwórców. Zaburzanie konkurencji na rynku ma negatywny wpływ na wiele innych sfer, w tym dobro końcowych odbiorców – konsumentów, a także samo rolnictwo – zaznacza dr Joanna Uchańska, partner w kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Zgodnie z treścią wspomnianej dyrektywy ustanawia się minimalny wykaz zakazanych nieuczciwych praktyk handlowych w stosunkach między nabywcami a dostawcami w łańcuchu dostaw produktów rolnych i spożywczych oraz określa minimalne zasady dotyczące egzekwowania tych zakazów. W zapisach pojawiły się także ustalenia dotyczące koordynacji między organami egzekwowania prawa.

– Co szalenie ważne, przepisy dyrektywy nie dotyczą wszystkich, a tylko niektórych nieuczciwych praktyk handlowych, które występują w związku ze sprzedażą produktów rolnych i spożywczych. Ustalono także różnorodne minimalne progi rocznego obrotu w zależności od tego, jaki jest roczny obrót nabywcy. Korzystnie w mojej ocenie wprowadzono proporcjonalne odniesienie między tymi grupami. Przy okazji trzeba pamiętać, że dla obliczania rocznych obrotów zastosowanie znajdą unijne pojęcia „przedsiębiorstwa samodzielnego”, „przedsiębiorstwa partnerskiego” i „przedsiębiorstwa powiązanego” – dodaje dr Uchańska.

We wspomnianym projekcie polskiej ustawy wyraźnie postawiono, w ślad za dyrektywą, na ochronę słabszych na rynku. Ma to przebiegać w ten sposób, że rozszerzono katalog nieuczciwych praktyk na rynku rolno-spożywczym (11 praktyk, które są bezwzględnie zakazane oraz 6 praktyk, które są dozwolone pod warunkiem, że zostały one wprost wymienione w umowie pomiędzy stronami (nabywcą i dostawcą produktów) i uznane przez obie strony za dozwolone). Jednocześnie uzupełniono także katalog produktów rolnych i spożywczych o pasze, zwierzęta żywe, nasiona i owoce oleiste będące przedmiotem produkcji rolników (dotąd nie każda kategoria produktu w nim się znajdowała).

– Szczególnym rozwiązaniem regulacji jest zakaz obniżania należności z tytułu dostarczenia produktów po ich przyjęciu. Nie ma co ukrywać, że taka praktyka była obecna na rynku – co wielokrotnie wykazywały organy. Z moich obserwacji wynika, że silniejsi na rynku mieli własne uzasadnienie stosowania takiego mechanizmu – organy nie były jednak tymi tłumaczeniami usatysfakcjonowane. Zapytana o to, co teraz, odpowiedziałabym, że trzeba przejrzeć swoje modele współpracy, a przede wszystkim umowy i to pilnie – dodaje dr Uchańska.

Wśród zakazanych praktyk będą także takie, które pozwalałyby nabywcy (silniejszemu na rynku) na jednostronną zmianę niektórych postanowień, jak np. częstotliwości, sposobu realizacji, miejsca, terminu lub wielkości dostarczanych produktów. Zresztą, takie praktyki nie były (są) jedynie obecne na polskim rynku i na każdym innym mogły prowadzić do negatywnych skutków, takich jak: wywieranie presji na zyski i marże, niewłaściwa alokacja zasobów, a nawet spowodować wyparcie z rynku podmiotów, które w przeciwnym razie byłyby rentowne i konkurencyjne.

– Dla prawidłowego funkcjonowania łańcucha dostaw żywności niezbędne jest zachowanie dobrych relacji między wszystkimi jego ogniwami, stąd takie rozszerzenie katalogu należy ocenić dobrze. Pamiętajmy, że stosowanie antykonkurencyjnych praktyk przez jednych „dużych” na rynku, negatywnie oddziaływało także na innych „dużych” postępujących uczciwie. Nie mam wątpliwości, że to bardzo ważny projekt, gdyż pozwoli uporządkować szereg praktyk na rynku, a także, miejmy nadzieję, pomoże skuteczniej napiętnować te negatywne. Wartym uwagi dla podmiotów, dla których praktyki mogą być źle ocenione, są dwa rozwiązania projektu ustawy: doszczegółowienie „znaczącej dysproporcji” oraz przychylność dla dobrowolnie poddających się karze – dodaje dr Uchańska.

Znacząca dysproporcja w potencjale ekonomicznym, w przypadku praktyk nieuczciwie wykorzystujących przewagę kontraktową, stosowanych przez nabywcę względem dostawcy i odwrotnie, jest bardzo istotnym elementem. W projekcie szczegółowo uregulowano zasady jej obliczania. Prezes UOKiK będzie mógł nałożyć na dostawcę albo nabywcę karę pieniężną w wysokości nie większej niż 3% obrotu osiągniętego w roku obrotowym poprzedzającym rok wszczęcia postępowania w sprawie nałożenia kary, jeżeli dostawca albo nabywca, choćby nieumyślnie, dopuścił się naruszenia. Obliczanie znaczącej dysproporcji zależeć będzie od obrotu z roku poprzedniego, osiąganego zarówno przez nabywcę, jak i dostawcę, a od obrotu znów zależeć będzie nakładana kara. Dodatkowo, ustawodawca przewidział „premię” dla tych podmiotów, które dobrowolnie poddadzą się karze pieniężnej. W przypadku wyrażenia zgody przez stronę do dobrowolnego poddana się karze, wysokość kary może być obniżona nie więcej niż o 50% w stosunku do kary, jaka zostałaby nałożona, gdyby strona nie poddała się dobrowolnie karze.

– Szczególnie dobrze oceniam ten ostatni mechanizm. Wpisuje się on całościowo w system, gdzie celem jest napiętnowanie złych zachowań i ich skuteczna oraz szybka eliminacja, postawienie na „skruchę” i „postanowienie poprawy”, nie zaś nakładanie wysokich kar, które poza zasileniem budżetu państwa, mogą negatywnie oddziaływać i prowadzić do kolejnej spirali negatywnego oddziaływania na rynek, gdyż kara ostatecznie uszczupli budżet ukaranego, a to uszczuplenie znów może trzeba będzie rekompensować– konkluduje dr Uchańska.

Nowe trendy e-commerce

Już 73% Polaków deklaruje, że robi zakupy w Internecie(1), dlatego wiele firm w minionym roku podjęło lub przyspieszyło decyzję o rozszerzeniu swojej działalności o kanał online. Zwiększenie konkurencji wśród sklepów internetowych zaostrzyło walkę o klienta i wymagało od sprzedających skupienia się na działaniach marketingowych, m.in. na analizie danych sprzedażowych, newsletterach oraz programach lojalnościowych. Wzrost zainteresowania tymi tematami w porównaniu do stycznia 2020 roku wyniósł 247 proc. w marcu, 486 proc. w kwietniu i 157 proc. pod koniec roku.

Klucz do sukcesu – analiza danych

Dzięki analizie danych o naszych klientach i ich zachowaniach zakupowych poznajemy ich zainteresowania i potrzeby – mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender – To z kolei pozwala na kierowanie do nich precyzyjnej, spersonalizowanej komunikacji, co przekłada się na lepszy user experience i zwiększenie sprzedaży. Możemy oferować im dokładnie to, czego chcą i potrzebują, w tych kanałach komunikacji, z których korzystają. Dzięki takim działaniom możemy zarówno pozyskać nowych klientów, jak i zwiększyć zainteresowanie i lojalność dotychczasowych. W ostatnich latach coraz więcej firm działa w Internecie, zwiększa się konkurencja. Uważna analiza danych i opieranie się na niej w swoich działaniach marketingowych to niezbędne działanie i klucz do sukcesu.   

Hasła „analiza danych” i „big data” jeszcze przed pandemią cieszyły się sporym zainteresowaniem wśród Internautów. W marcu 2020 zainteresowanie nimi wzrosło o 247 proc., ale w kolejnych miesiącach sukcesywnie spadało, do poziomu 165 proc. pod koniec roku.

Zniżka na newsletter

Jednym z bardziej skutecznych narzędzi marketingowych jest newsletter, który pozwala budować więź z klientem, pozostawać z nim w kontakcie, informować go o promocjach oraz przesyłać oferty dopasowane do jego zainteresowań i potrzeb. W zamian za zapisanie się do newslettera klienci często zyskują zniżki oraz dostęp do ekskluzywnych treści czy promocji. W marcu zainteresowanie Internautów hasłem „newsletter” wzrosło tylko o 128 proc. w stosunku do stycznia 2020, ale w kwietniu było to już 486 proc. Często wyszukiwano je w połączeniu ze słowami „zniżka”, „przecena”, „okazja” czy „rabat”, co może sugerować, że temat newsletterów cieszył się popularnością nie tylko wśród firm, ale również wśród konsumentów. Tym bardziej oznacza to, że warto zainteresować się tym narzędziem, by przyciągnąć uwagę obecnych oraz potencjalnych klientów.

Wzrosło też zainteresowanie Internautów programami lojalnościowymi, chociaż w tym wypadku nie odzwierciedlał on tak wyraźnie rozwoju sytuacji związanej z pandemią, a raczej z sezonami zakupowymi. Największy wzrost zainteresowania dał się zauważyć w lutym 2020 r., czyli w sezonie wyprzedaży – o 194 proc. w stosunku do stycznia. W kolejnych miesiącach zainteresowanie bardzo spadło, by mocno wzrosnąć w listopadzie, miesiącu Black Friday i Cyber Monday – o 157 proc. w stosunku do stycznia.

E-mail marketing jest nadal jednym z najtańszych i najbardziej efektywnych narzędzi wspierających sprzedaż, a jego popularność rośnie. Potwierdza to też zainteresowanie Internautów tą tematyką, które w czerwcu było prawie 5-krotnie wyższe, niż na początku roku.

Wirtualny portfel – Chcemy płacić szybciej i łatwiej

Analiza danych internetowych pozwala zauważyć ważny i popularny trend, jakim jest usprawnianie płatności internetowych. Zainteresowanie Internautów hasłami takimi jak „digital wallet” czy różnymi metodami płatności bezgotówkowych (takimi jak SkyCash, Blik, Apple i Google Pay, PayPal) już na początku roku 2020 było duże, i choć pandemia nie wpłynęła, jak w innych omawianych przypadkach, na jego gwałtowny wzrost, to rośnie ono systematycznie, osiągając pod koniec roku 2020 107 proc. w stosunku do stycznia.

Powoli rośnie również zainteresowanie płatnościami kryptowalutami – dodaje Krzysztof Jarecki, CEO z ExpertSender – Trudno orzec, czy ten trend utrzyma się w najbliższych latach, ale z pewnością warto o nim pamiętać i śledzić jego dalsze losy.

  • https://www.gemius.pl/wszystkie-artykuly-aktualnosci/e-commerce-w-polsce-2020.html

*Analizę przeprowadzono za okres styczeń-grudzień 2020 za pomocą narzędzia SentiOne służącego do monitorowania Internetu i automatyzacji obsługi klienta za pomocą chatbotów. SentiOne wykorzystując autorską technologię, zbiera dane z ponad 5 milionów źródeł, takich jak social media oraz blogi, strony www, portale informacyjne, czy strony z recenzjami.

Toyota opracowała kompaktowy moduł ogniw paliwowych dla producentów pojazdów na wodór

Toyota wprowadza na rynek nowe urządzenie, w którym zestaw ogniw paliwowych otrzymał formę uniwersalnego, kompaktowego modułu. Firma zamierza rozpocząć sprzedaż urządzenia wiosną lub latem 2021 roku. Nowy produkt jest przeznaczony dla producentów wodorowych pojazdów i urządzeń do wielu różnych zastosowań, takich jak ciężarówki, autobusy, pociągi, statki oraz generatory stacjonarne.moduł ogniw paliwowych dla producentów pojazdów na wodór (2)

W ostatnich latach w wielu krajach i regionach zostały przyjęte różnego rodzaju plany bądź strategie wodorowe, dlatego na rynku pojawiła się znaczna grupa nowych firm z tej branży. W wyniku tego rośnie zapotrzebowanie na wodór oraz na technologie ogniw paliwowych do różnych zastosowań.

Toyota, która wprowadziła na rynek dwie generacje samochodów z ogniwami paliwowymi, od lat zajmuje się popularyzacją wodoru. Obecnie marka wchodzi w nową rolę dostawcy zestawów ogniw paliwowych w łatwej w użyciu, modułowej formie. W ten sposób Toyota wzmocni swoją pozycję promotora produktów wykorzystujących ogniwa paliwowe dzięki współpracy z wieloma różnymi producentami. Celem tych działań jest redukcja emisji CO2, ograniczenie globalnego ocieplenia i przyczynienie się do osiągnięcia neutralności klimatycznej.

Do tej pory Toyota podejmowała wiele inicjatyw zmierzających do budowy gospodarki opartej na wodorze. W 2014 roku rozpoczęła sprzedaż bezemisyjnego sedana Mirai napędzanego ogniwami paliwowymi. W kolejnych latach wprowadziła na rynek wodorowy autobus SORA, zaczęła sprzedawać zestawy ogniw paliwowych innym producentom oraz udostępniła do darmowego wykorzystania patenty na technologie związane z pojazdami z ogniwami paliwowymi. Dzięki tym doświadczeniom Toyota zauważyła, że na rynku jest wiele firm szukających stabilnych dostawców zestawów ogniw paliwowych, które można łatwo zamontować w ich produktach.

W odpowiedzi na te oczekiwania, Toyota stworzyła wygodny w użyciu moduł z ogniwami paliwowymi, opracowanymi dla Mirai drugiej generacji, które są mniejsze i wydajniejsze od ogniw z pierwszej generacji wodorowej Toyoty. Moduł jest wyposażony w systemy dostarczania powietrza i wodoru, system chłodzenia i jednostkę sterującą mocą. Urządzenie jest dostępne w czterech wariantach – w układzie poziomym (Typ 1) lub pionowym (Typ 2) oraz o mocy 60 kW lub 80 kW.

 Dane techniczne modułu FC Toyoty*

  Typ 1 (pionowy) Typ 2 (poziomy)
Wygląd zewnętrzny  

moduł ogniw paliwowych dla producentów pojazdów na wodór (3)

 

moduł ogniw paliwowych dla producentów pojazdów na wodór (1)
Wymiary (długość x szerokość x wysokość) 890 × 630 × 690 mm 1 270 × 630 × 410 mm
Masa około 250 kg około 240 kg
Moc 60 lub 80 kW 60 lub 80 kW
Napięcie 400–750 V

*Tabela zawiera wartości docelowe, które mogą ulegać zmianie.

Szeroka gama produktów i łatwość instalacji

Nowy moduł FC powstał dzięki technologiom, które Toyota rozwija od wielu lat w ramach prac nad samochodami z ogniwami paliwowymi. Toyota oparła się także na wiedzy zdobytej w czasie kilku lat obecności Mirai na rynku i jego eksploatacji w wielu różnych strefach klimatycznych.

Moduły FC Toyoty są łatwe w montażu, a ich gama jest wystarczająco szeroka, aby odpowiedzieć na różne potrzeby producentów wodorowych pojazdów i urządzeń. Nowy moduł pozwala na pracę w szerokim zakresie napięć i może zostać bezpośrednio podłączony do istniejącej instalacji elektrycznej oraz współpracować z takimi urządzeniami jak silnik elektryczny, falownik, akumulator itp. Specjalnie opracowany konwerter typu Boost, wbudowany w moduł FC, upraszcza opracowanie i produkcję pojazdów i urządzeń, w których moduł Toyoty będzie wykorzystywany.

Cztery wersje modułu FC można ze sobą łączyć w zależności od potrzeb, elastycznie dostosowując ich konfigurację do mocy produktu, w którym będą montowane, i do ilości dostępnej przestrzeni. Modułowa forma urządzeń Toyoty eliminuje potrzebę tworzenia indywidualnych projektów instalacyjnych. Integruje również i zmniejsza liczbę złączy wejścia i wyjścia, za pomocą który moduł Toyoty będzie podłączany do zasilanego urządzenia, ułatwiając instalację.

Bezpieczeństwo, niezawodność i wsparcie techniczne

Aby zapewnić bezpieczeństwo w związku z wykorzystaniem wodoru oraz z wysokim napięciem, zastosowano wiele zabezpieczeń zaprojektowanych przez Toyotę podczas prac nad hybrydami i samochodami z ogniwami paliwowymi. Środki te mają na celu zabezpieczenie przed wyciekiem wodoru, a w mało prawdopodobnych sytuacjach, gdyby do takiego wycieku doszło, zapewnią jego natychmiastowe wykrycie i zatrzymanie.

Moduł został tak zaprojektowany, aby można go było stosować w wielu różnych środowiskach – zarówno w niskich, jak i wysokich temperaturach, a także na dużych wysokościach, gdzie powietrze jest rozrzedzone. Jest również odporny długotrwałe wibracje.

Producenci pojazdów i urządzeń zasilanych ogniwami paliwowymi, którzy skorzystają z oferty Toyoty, otrzymają pomoc doświadczonych inżynierów marki w zaprojektowaniu optymalnego układu modułów FC w pojazdach lub urządzeniach, które ogniwa paliwowe mają zasilać, z uwzględnieniem takich parametrów jak zużycie wodoru, czas użytkowania czy koszty eksploatacji.

Duża moc i wydajność modułu FC

W ogniwach paliwowych Toyoty wyeliminowano osobny system nawilżania dzięki wykorzystaniu zjawiska zawilgocenia przez wodę powstającą podczas wytwarzania energii w reakcji wodoru i tlenu. Dzięki temu nowy moduł osiągnął najwyższy na świecie poziom gęstości energii na jednostkę objętości.

Konserwacja nowego modułu wodorowego Toyoty jest prosta i nie wymaga częstych przeglądów, co przekłada się na obniżenie kosztów. Toyota zadbała o to, aby utrzymać na niskim poziomie całkowity koszt nowego modułu FC – od ceny zakupu i kosztów użytkowania, po koszty utylizacji.

Gdzie firmy będą szukać pracowników w II kwartale 2021 roku?

Ubiegły rok dla wielu Polaków był okresem dynamicznych zmian w zatrudnieniu, wynikających z pandemii COVID-19 i związanego z nią lockdownu. Czy obecnie pracownicy nadal powinni obawiać się zwolnień? Jakie są plany rekrutacyjne pracodawców w poszczególnych regionach kraju i sektorach rynku? Aktualne prognozy dotyczące rynku pracy prezentuje najnowszy „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” opublikowany dziś przez firmę ManpowerGroup.

Z opublikowanego dziś raportu ManpowerGroup wynika, że w miesiącach kwiecień – czerwiec redukcję etatów planuje tylko 3% przedsiębiorców. Przeważająca większość (83%) nie przewiduje zmian personalnych, natomiast 10% chce pozyskiwać nowych pracowników. Po uwzględnieniu korekty sezonowej*, prognoza zatrudnienia netto w Polsce w II kwartale 2021 roku wyniesie +6%. Wskaźnik ten w ujęciu kwartalnym zanotował wzrost o 1 punkt procentowy, natomiast w stosunku do okresu kwiecień – czerwiec w 2020 roku jest wyższy o 3 punkty procentowe.

Tendencja wzrostowa sugeruje, że – po niekorzystnym dla wielu biznesów roku 2020 – pracodawcy znów zaczynają spoglądać w przyszłość z umiarkowanym optymizmem i planują powiększanie swoich zespołów. To dobra wiadomość dla osób poszukujących pracy, ponieważ mogą one spodziewać się zwiększenia liczby ofert na rynku. Wzrost nie będzie jednak równomierny w całym kraju. Prognoza netto zatrudnienia prezentowana w podziale na regiony i sektory rynku wskazuje, gdzie – według deklaracji przedsiębiorców – powinno pojawić się najwięcej, a gdzie najmniej etatów.

– Widzimy pozytywny trend na rynku w postaci wzrostu prognoz zatrudnienia polskich pracodawców, zarówno w ujęciu kwartalnym jak i rocznym. Pozytywna zmiana, jaką obserwujemy w wynikach naszego badania to również rosnąca przewaga firm, które chcą zwiększać zatrudnienie, nad tymi, które planują redukcje etatów. Mamy też relatywnie niski odsetek przedsiębiorstw, które nie znają swoich planów personalnych na najbliższe trzy miesiące, co może potwierdzać, że wiele polskich organizacji nauczyło się funkcjonować w pandemii a skala niepewności i dynamiki zmian na rynku jest mniejsza niż wiosną i latem ubiegłego roku – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce.
Poszukiwanie talentów na południowym-zachodzie. Na południu – stagnacja

Zgodnie z danymi zawartymi w raporcie Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, w II kwartale 2021 roku zwiększenie zatrudnienia przewidują pracodawcy w 5 z 6 regionów Polski. Największe szanse na znalezienie nowej posady mają kandydaci na południowym-zachodzie. Prognoza netto zatrudnienia wynosi tam +10% i jest najwyższa w zestawieniu – pomimo tego, że w stosunku do ubiegłego kwartału spadła o 2 punkty procentowe.
Więcej ofert pracy na wiosnę

Dobre perspektywy zawodowe czekają również mieszkańców regionu wschodniego (+9%). Wynik jest zbliżony do tego z poprzedniego kwartału, co sugeruje, że sytuacja na lokalnym rynku pracy jest dość stabilna, a nowi pracownicy nieustannie poszukiwani. Na wzrost liczby ofert mogą liczyć także kandydaci z regionów północno-zachodniego (+6%) i północnego (+5%), gdzie pracodawcy deklarują umiarkowanie optymistyczne plany dotyczące powiększania zespołów. Warto zauważyć, że w tych regionach zanotowany został wzrost wskaźników w ujęciu kwartalnym, odpowiednio o 3 i 4 punkty procentowe.

Przedsiębiorcy z Polski centralnej są bardziej zachowawczy i nie przewidują otwarcia wielu procesów rekrutacyjnych w strukturach swoich firm. Prognoza netto zatrudnienia w tym regionie wynosi zaledwie +2% i utrzymuje się na podobnym poziomie już drugi kwartał z rzędu. W tym rejonie kandydaci powinni więc uzbroić się w cierpliwość i przygotować na dość długi proces poszukiwania pracy. Problemów ze znalezieniem nowej posady doświadczą również mieszkańcy regionu południowego (0%).

Jakich specjalistów poszukują pracodawcy?

Z „Barometru ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” wynika, że największe zapotrzebowanie na pracowników zgłaszają firmy z sektora Budownictwo (+13%). Choć optymizm, z jakim pracodawcy witali nowy rok zmalał – wskaźnik zanotował spadek o 3 punkty procentowe w ujęciu kwartalnym. Zespoły chcą powiększać także przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją przemysłową (+11%) oraz handlem detalicznym i hurtowym (+8%). Również specjaliści związani z sektorem finansów i usług dla biznesu mogą spodziewać się umiarkowanych szans na znalezienie nowej pracy (+3%).
Jakich specjalistów poszukują pracodawcy

– Patrząc na dane dla sektorów przeanalizowanych w ramach naszego badania widzimy k-kształtny trend. To znaczy, że niektóre branże rosną w trakcie pandemii i będą zatrudniać nowych pracowników, inne natomiast zostały mocno dotknięte przez ograniczenia administracyjne i zmuszone do zredukowania liczby pracowników. To właśnie ta pierwsza grupa, czyli sektor budownictwa, dla którego wiosna zawsze była okresem odmrożenia prac po zimie, produkcji przemysłowej oraz handlu, z e-commerce na czele i wysokie prognozy zatrudnienia tych pracodawców sprawiają, że wynik dla Polski jest umiarkowanie optymistyczny. Polska pozostaje też atrakcyjnym rynkiem dla inwestycji lokowanych w obszarze nowoczesnych usług dla biznesu a pracodawcy z tego sektora powiększali swoje zespoły także pomimo pandemii. Szacujemy, że ten trend utrzyma się w kolejnych kwartałach. Na drugim biegunie mamy natomiast obszary, które najbardziej dotkliwie odczuły skutki lockdownu i zmian nawyków konsumenckich, czyli przede wszystkim restauracje i hotele, turystykę, rozrywkę – dodaje Iwona Janas.

Z redukcją etatów muszą natomiast liczyć się pracownicy sektora Restauracje/Hotele (-2%), który wciąż jeszcze odczuwa skutki lockdownu wywołanego pandemią COVID-19. W porównaniu do poprzedniego kwartału jest to poprawa o 5 punktów procentowych, jednak utrzymujący się na ujemnym poziomie wskaźnik pokazuje, że właściciele hoteli oraz przedsiębiorcy oferujący usługi gastronomiczne nadal są niepewni jutra i przewidują konieczność zmniejszenia zatrudnienia.

Jak polski rynek pracy wypada na tle innych krajów EMEA?

Jeśli chodzi o prognozy dotyczące zatrudnienia w Polsce, deklaracje przedsiębiorców są stosunkowo optymistyczne. W regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) badaniem ManpowerGroup objętych zostało ponad 15 tys. pracodawców. Z uzyskanych danych wynika, że w miesiącach kwiecień – czerwiec najkorzystniejszą sytuację na rynku pracy przewidują przedsiębiorcy z Chorwacji (+12%) i Rumunii (+12%). Sprzyjającej koniunktury spodziewają się również pracodawcy w Szwecji – wzrostowa tendencja prognozy netto zatrudnienia utrzymuje się tam już trzeci kwartał z rzędu i właśnie osiągnęła poziom +8%. Identyczny wynik zaprezentowały Czechy.

Z kolei popularne do tej pory wśród Polaków kierunki wyjazdów za pracą, takie jak Wielka Brytania czy Niemcy, nie wydają się obecnie równie atrakcyjne jak przed pandemią. W Wielkiej Brytanii deklarowane zapotrzebowanie na pracowników spada już 4 kwartał z rzędu, a prognoza netto zatrudnienia osiągnęła wynik -5%. Mieszkańcy tego kraju muszą więc liczyć się ze znaczną redukcją etatów. W Niemczech prognoza netto zatrudnienia, choć dodatnia (+3%), notuje spadki we wszystkich 7 sektorach gospodarki zarówno w ujęciu kwartalnym, jak i rocznym. W sytuacji niesprzyjającej zmianom zawodowym będą Włosi (-2%), Hiszpanie (-1%) oraz Finowie (-2%). Ostrożni w rozbudowywaniu zespołów są również przedsiębiorcy ze Słowacji – tam już drugi kwartał z rzędu wskaźnik utrzymuje się na poziomie +3%.

Gdzie znaleźć więcej informacji?

Raport dla II kwartału 2021 r. został opracowany na podstawie indywidualnych wywiadów z 557 pracodawcami w Polsce. Wszystkim uczestnikom badania zadano pytanie: „Jakie są przewidywania dotyczące zmian w całkowitym zatrudnieniu firmy w Pani/Pana oddziale w ciągu trzech miesięcy, do końca czerwca 2021 r., w porównaniu do obecnego kwartału?”.

Dane przedstawione w niniejszym materiale to część większej całości, zebranej i przeanalizowanej w ramach badania Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia. Pełny raport, zawierający informacje o globalnych perspektywach zatrudnienia w podziale na poszczególne sektory gospodarki, jest bezpłatny i dostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl, w zakładce Raporty rynku pracy.

* W niniejszym raporcie stosowane jest pojęcie „prognoza netto zatrudnienia”. Parametr ten stanowi różnicę procentową pomiędzy liczbą pracodawców przewidujących wzrost całkowitego zatrudnienia a liczbą pracodawców spodziewających się spadku całkowitego zatrudnienia w swoim oddziale w najbliższym kwartale. Uzyskany wynik to właśnie prognoza netto zatrudnienia. Wszystkie komentarze są oparte na danych uwzględniających korektę sezonową; w przeciwnym wypadku nieuwzględnienie korekty będzie wyraźnie zaznaczone.

Rzecznik MŚP po raz kolejny sprzeciwia się podwyższeniu kary grzywny nakładanej na przedsiębiorców w formie mandatu za wykroczenia skarbowe

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zaopiniował rządowy projekt tzw. „ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym oraz niektórych innych ustaw”, gdzie zauważył, że po raz kolejny próbuje się nałożyć nowe obowiązki na przedsiębiorców, tym razem proponując regulację, która rozszerzy obszar uprawnień dla administracji w zakresie kwalifikacji rozmiaru czynu jako wykroczenie i decydowaniu o nałożeniu mandatu w wyższej kwocie, niż ma to miejsce w obecnie obowiązującym stanie prawnym.

Rzecznik MŚP przedstawił uwagi do opublikowanego na stronie Sejmu rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 860 dalej: „Projekt”). Projekt ustawy przewidywał w art. 4 pkt 3 zmianę treści art. 48 § 2 ustawy z dnia 10 września 1999 r. – Kodeks karny skarbowy [1]) w zakresie podwyższenia wysokości górnej granicy kary grzywny do pięciokrotnej w miejsce obecnie istniejącej podwójnej wysokości minimalnego wynagrodzenia.

Pismami z dnia 21 stycznia 2021 r. Rzecznik MŚP przekazał do Kancelarii Sejmu RP, jak również do Ministerstwa Finansów, że zmieniany przepis prawa przyznaje uprawnienia organom mandatowym w przedmiocie wymierzania mandatów bez konieczności występowania do sądu, co wywołuje bezpośredni skutek na sektor mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw w zakresie nakładania nowych obowiązków administracyjnych (art. 67 pkt 1 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców [2]).

– W naszej opinii zwróciliśmy także uwagę, że pomiędzy treścią Projektu, jego uzasadnieniem oraz dołączoną Oceną Skutków Regulacji istnieją niejasności, niedoprecyzowanie, a nawet istniejące rozbieżności, gdyż uzasadnienie zawiera nadinterpretację zmienianego przepisu, natomiast Ocena Skutków Regulacji nie dokonuje oceny zmienianej regulacji dotyczącej podwyższenia wysokości górnej granicy kary grzywny, gdyż w ogóle się do niej nie odnosi – powiedział dr. n. pr. Marek Woch, Dyrektor Generalny w Biurze Rzecznika MŚP.

Pismem z dnia 5 marca 2021 r. Rzecznik MŚP udzielając odpowiedzi Ministrowi Finansów zauważył, że problem błędnego zrozumienia art. 48 § 2 Kodeksu karnego skarbowego procedowanego w Projekcie i nieprzekonujących wyjaśnień Ministra Finansów co do zasadności projektowanej zmiany tego przepisu został dostrzeżony także przez innych, m.in. posłów biorących udział w posiedzeniach Komisji Finansów Publicznych (w dniach 11 lutego 2021 r. i 25 lutego 2021 r.).

Na etapie prac w Senacie RP nad ustawą, Rzecznik MŚP pismem z dnia 8 marca 2021 r. wystąpił do Marszałka Senatu z informacją o braku zmiany krytycznego stanowiska odnoszącego się do proponowanej zmiany treści art. 48 § 2 Kodeks karny skarbowy.

– Zmieniany przepis bardzo dotkliwie zwiększa wysokość grzywny, a to nie wszystko. Daje uprawnienia organom do wymierzania mandatów bez konieczności występowania do sądu. Finalnie oznacza to nałożenie kolejnych, dodatkowych obowiązków administracyjnych dla przedsiębiorców z sektora MŚP, których należy w tym momencie wspierać i ratować, a nie nakładać kolejne utrudnienia – powiedział Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.

[1] Dz.U. z 2020 r. poz. 19, 568, 695, 1106 i 2122, dalej: Kodeks karny skarbowy.
[2] t.j. Dz. U. z 2019 r. poz. 1292, dalej: Prawo przedsiębiorców.

ANALIZA: W pandemii sieci handlowe mocno oszczędzają na gazetkach. Tylko dyskonty są na plusie

Analiza ponad 16 tys. gazetek promocyjnych wykazała, że w ub.r. sieci handlowe wydały o 19,5% mniej takich publikacji niż w 2019 roku. Do tego skróciły liczbę ich stron o ok. 20% i o tyle samo zmniejszyły powierzchnię. W przypadku wszystkich parametrów największe spadki, przekraczające 80%, miały sklepy dziecięce. Dla porównania można wskazać, że cięcia w sieciach RTV-AGD i hipermarketach były przynajmniej o połowę mniejsze. Ze wszystkich analizowanych formatów wzrosty wykazały tylko dyskonty. Dodatkowo w kwestii ilości stron na plusie były też sklepy typu DiY.

Mniej gazetek

Jak pokazuje coroczne badanie „INDEKS PROMOCJI W HANDLU 2019/20” Grupy AdRetail, Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH, w ub.r. sieci wydały o 19,5% mniej gazetek promocyjnych w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku.

– Kluczowym czynnikiem zmniejszenia ilości gazetek była oczywiście pandemia. Znaczenie miało też częściowe zamknięcie placówek. Do tego należy też dodać odpływ klientów do sklepów internetowych, a także ograniczanie kosztów prowadzonej działalności przez sieci handlowe – komentuje Yves Frerot z Hiper-Com Poland.

Jak podkreśla dr Maria Andrzej Faliński, członek kapituły programu AdRetail Inspirio, w ub.r. sieci poczuły się zagrożone spadkiem popytu i perspektywą wprowadzenia aż dziesięciu nowych podatków oraz opłat. Co więcej, rosnąca płaca minimalna wymusiła oszczędzanie na innych pozycjach kosztowych. Zdaniem eksperta, handel zaczął się dławić, skoro wygasił tak mocno instrumenty promocyjne.

– W przypadku papierowych wydań trend spadkowy jest widoczny już co najmniej od kilku lat. W 2019 roku względem 2018 roku publikacji ubyło o 9,4%. W ub.r. spadek był już dwa razy większy. W mojej ocenie, główną tego przyczyną jest cyfryzacja handlu. Pandemia tylko przyspieszyła ten proces, który jest już nie do zatrzymania – uważa Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail.

Patrząc na poszczególne wyniki, można zauważyć, że największy spadek odnotowały sklepy z art. dla dzieci – aż o 82%. O połowę mniej wyniósł on w przypadku sieci RTV-ADG, czyli 41%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety z wynikiem 35%. Potem uplasowały się sklepy z art. z kategorii kultury i rozrywki – 26%, drogerie i apteki – 23%, cash & carry – 12%, supermarkety – 7%, a na końcu – hurtownie – 3%.

– Zamknięcie centrów handlowych w znaczącym stopniu ograniczyło dostęp do sklepów dziecięcych i elektronicznych. Ponadto klienci skoncentrowali się na zakupach koniecznych, a do nich nie zalicza się zabawek czy sprzętów RTV-AGD. Apteki z kolei w znaczącym stopniu padły ofiarą pandemii. Ludzie zaczęli bać się tam przebywać i dotykać gazetek. Skrócili swoje wizyty do minimum – mówi dr Faliński.

Z 11 analizowanych formatów przyrost zanotowały tylko dyskonty, tj. o 23%. W opinii Karola Kamińskiego, to pokazuje, jak skutecznie tego typu sieci spacyfikowały konkurencję w czasie pandemii, w tym specjalistyczne sklepy, np. dziecięce czy drogeryjne. Ekspert prognozuje, że pozostali gracze będą chcieli szybko odrobić straty i ruszyć do przodu. Ale nie podniosą w tym celu nakładów, lecz rozwiną e-gazetki.

– Dyskonty od początku pandemii przybrały rolę głównego dostawcy niezbędnych produktów. Pomogła im w tym duża ilość placówek i relatywnie łatwa dostępność tych sklepów dla konsumentów. Do tego zamknięcie części konkurencji było niezwykle sprzyjającą sytuacją sprzedażową, którą należało wykorzystać, m.in. oferując więcej promocji – tłumaczy Yves Frerot.

Stron też ubyło

Z analizy wynika, że w ub.r. sieci handlowe wydały o 20,1% mniej stron w swoich gazetkach w porównaniu z 2019 rokiem. Ekspert z Grupy AdRetail przypomina, że dwa lata temu spadek wyniósł zaledwie 3,5%. Różnica jest zatem 6-krotna. Dr Faliński twierdzi, że rok temu retailerzy zareagowali tak drastycznie na brak dostępu klientów do sklepów, obawy Polaków przed zarażeniem koronawirusem, a także przewidywany spadek dochodów. Nie chcieli inwestować przecież w puste obiekty.

– Można również założyć powiązanie ilości stron z ogólną liczbą gazetek. Te czynniki są ze sobą mocno złączone. Przy tak dużych ograniczeniach, jakie obserwowaliśmy w zeszłym roku, wzajemnie na siebie oddziałują – dodaje ekspert z Hiper-Com Poland.

Największy spadek zanotowano wśród sklepów dziecięcych – o 84%, a o połowę mniejszy – w przypadku hipermarketów – o 42%. Na trzecim miejscu znalazły się sieci RTV-AGD z wynikiem 45%. Dalej uplasowały się sklepy z art. kategorii kultury i rozrywki – 33%, drogerie i apteki – 28%, cash & carry – 9%, supermarkety – 6%, a także hurtownie – 4%.

– Sieci dobrze wyczuły intencje konsumentów, którzy w czasie pandemii ograniczyli zakupy do niezbędnych produktów, tj. żywności, art. do higieny osobistej i chemii gospodarczej. Drugie miejsce hipermarketów jest pochodną ich walki z dyskontami i szeroko pojętymi kłopotami tego formatu – zauważa Karol Kamiński.

Z kolei największy przyrost zanotowały dyskonty i DiY – po 11%. W tym wypadku 2 formaty z 11 analizowanych zwiększyły ilość stron w swoich gazetkach. Yves Frerot wyjaśnia, że sieci w tych kanałach sprzedaży mogły pozwolić sobie na dodatkowe promocje. Ekspert przypomina, że lockdown sprzyjał zwłaszcza sklepom typu DiY. Przebywający w domach konsumenci chętniej majsterkowali i nabywali potrzebne im do tego produkty. Sieci natychmiast na to odpowiedziały większą aktywnością.

– Patrząc na nieprzychylną politykę UOKiK-u wobec dyskontów, przewiduję, że zaostrzą one jeszcze swoją rywalizację. Będą też chciały zdobyć zapasy na ewentualne sankcje i utrudnienia. Ruszą do walki cenowej, jakiej dotychczas nie realizowały, bo przecież wcale nie były najtańsze. Zaczną importować szereg produktów, by uniknąć zarzutu o wykorzystywanie swojej przewagi. Ich towary będą silnie promowane, a gazetki mocno spuchną – prognozuje dr Faliński.

Znikająca powierzchnia

Ponadto analiza wykazała, że w 2020 roku sieci handlowe ogólnie zmniejszyły powierzchnię promocyjną w gazetkach o 19,8% w stosunku do roku poprzedniego. Jak stwierdza Karol Kamiński, to już raczej stały trend, powiązany przede wszystkim z ilością stron. W obu przypadkach spadki są na podobnym poziomie.

– Zmiana powierzchni ma nie tylko bezpośredni związek z ograniczeniem ilości gazetek i stron. Sieci raczej rezygnują z większych formatów typu A3, więc spadki w powyższych indeksach będą przekładały się na zawężanie powierzchni promocyjnej – zaznacza Yves Frerot.

Podobnie jak w przypadku ww. indeksów, największy spadek odnotowały sklepy dziecięce – o 82%. O połowę mniejszy miały sieci RTV-AGD – 41%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety – 35%. Dalej były sklepy z kulturą i rozrywką – 26%, drogerie i apteki – 23%, cash & carry – 14%, sieci typu convenience – 4%, supermarkety – 7%, a także hurtownie – 3%.

– Najbardziej widoczny spadek jest tam, gdzie ograniczono dostęp do fizycznych sklepów. Najlepszym tego przykładem są sieci RTV-AGD, które w znaczącym stopniu przeniosły promocje do Internetu. W ten sposób skompensowały nieskuteczność wydawania papierowych gazetek – zwraca uwagę dr Faliński.

Należy dodać, że dyskonty jako jedyne z 11 analizowanych formatów zanotowały przyrost w tej kategorii, tj. o 23%. Nie dziwi to Karola Kamińskiego, który mówi, że dyskonty tym sposobem chcą jeszcze lepiej walczyć z konkurencją. Potwierdza to też fakt, że w badanym okresie, oprócz ww. parametrów zwiększyły również liczbę samych promocji w gazetkach.

– Dalsze tendencje będą zależały od sytuacji epidemiologicznej w kraju. Po zniesieniu ograniczeń nagłe wzrosty mogą być widoczne w tych formatach, które odnotowały spadki, zarówno w związku ze zwiększeniem ilości produkcji, jak i ilości stron w gazetkach – podsumowuje Yves Frerot.

Raport został opracowany przez Centrum Analiz Grupy AdRetail, międzynarodową agencję badawczo-analityczną Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH. Materiał powstał na podstawie analizy ponad 16,4 tys. gazetek handlowych z całego 2019 i 2020 roku. Łącznie monitoringiem objęto blisko 295 tys. stron i 9 mln cm2 powierzchni promocyjnej. Pod uwagę wzięto publikacje ze wszystkich dostępnych na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash & carry, hurtowni, drogerii i aptek, sieci DIY, RTV-AGD, sklepów dziecięcych i z art. z kategorii kultury i rozrywki.

Bezpieczeństwo w ekosystemie druku – pięta achillesowa biznesu

Dbałość o poufność newralgicznych informacji przekazywanych w organizacji to bez dwóch zdań największy priorytet firmy. Przedsiębiorstwa z sektora MŚP są szczególnie narażone na negatywne konsekwencje nieodpowiednich zabezpieczeń druku – niestety wynika to z wielu czynników. Pandemia sprawiła, że większość naszego życia przeniosła się do online. Od czasu, gdy na świecie pojawił się COVID-19 digitalizacja gospodarki ruszyła z kopyta, a wraz z nią ze zdwojoną siłą podążają hakerzy. Z raportu firmy Fortinet wynika, że od marca ubiegłego roku ponad 60 procent przedsiębiorstw doświadczyło prób naruszenia bezpieczeństwa IT. Z kolei według ekspertów z Accenture liczba cyberataków była nawet cztery razy wyższa w czasie ubiegłorocznego lockdownu niż wcześniej.

Analitycy Canalys spodziewają się, że w 2021 r. firmy przeznaczą na wydatki cybersecurity nawet 10 procent więcej niż w ubiegłym roku. Zapewnienie odpowiedniego poziomu ochrony przed atakami hakerskimi i innymi naruszeniami w obszarze bezpieczeństwa to obecnie nie lada wyzwanie. Należy pamiętać, że trzeba mu stawić czoła całościowo – dbając przy tym o wszystkie ogniwa tworzące sieć organizacji, w tym drukarki, skanery i kopiarki. Muszą być one tak samo chronione, jak inne urządzenia IT. Jeśli zostaną przeoczone, istnieje duże ryzyko, że to właśnie one będą dla hakerów „łatwą furtką” dostępu do firmowych danych.

Z naszego raportu na temat cyfrowej transformacji wynika, że prawie 9 na 10 małych i średnich firm doświadczyło incydentu cyberbezpieczeństwa związanego z urządzeniem drukującym. Takie sytuacje najczęściej wynikały z zaniedbań i związane były z zostawieniem poufnych dokumentów bez nadzoru przy drukarce, nieodebraniem wydruków lub przechwyceniem wydrukowanych materiałów innych pracowników. Większość przedsiębiorstw powoli zaczyna wprowadzać działania, których celem jest zapewnienie odpowiedniego bezpieczeństwa procesom związanym z drukiem. Ograniczanie dostępu do niektórych urządzeń drukujących, wprowadzanie kart identyfikacyjnych czy nadawanie pracownikom kodów PIN to krok w bardzo dobrym kierunku. Jednak działania te nie rozwiążą sedna problemu.

Z zebranych przez nas danych wynika, że u podstaw bezpieczeństwa druku w przedsiębiorstwach z sektora MŚP leży między innymi brak osoby odpowiedzialnej za jego ochronę. W małych i średnich organizacjach zazwyczaj jeden, a w najlepszym wypadku kilku pracowników zajmuje się wszystkimi zagadnieniami związanymi z IT. Sytuacja „rozmytej” odpowiedzialności sprawia, że w praktyce rzadko kto zajmuje się czymś całościowo – od początku do końca, a to z kolei zwiększa podatność firm na zagrożenia ze strony hakerów.

Kolejny problem wpływający na bezpieczeństwo druku w małych i średnich firmach to kwestia braku odpowiedniej edukacji wszystkich pracowników. Często nie mają oni dostatecznej świadomości ryzyka związanego z brakiem odpowiedniego poziomu ochrony danych. Oczywiście, to w kompetencji specjalistów IT leży zapewnienie odpowiedniej ochrony urządzeniom, jednak wszyscy pracownicy odpowiadają za kontrolę przepływu danych. Warto pamiętać, że nawet najlepsze zabezpieczenia nie wygrają z brakiem rozwagi.

Specyfika sektora MŚP sprawia, że w takich firmach bardzo często nie ma możliwości wyznaczenia jednej osoby, która byłaby odpowiedzialna za bezpieczeństwo druku czy zorganizowania dedykowanego szkolenia na ten temat. Właśnie dlatego tak ważne w obecnych czasach – gdy hakerzy jedynie czekają na nasz błąd – staje się korzystanie z możliwości, jakie oferuje w tym obszarze rynek. Odpowiedni partner technologiczny nie tylko doradzi, wesprze, wyszkoli i będzie służył pomocą, ale również zapewni przy tym odpowiedni poziom ochrony urządzeniom oraz przetwarzanym danym.

Paweł Wośko, Pre Sales & Technical Service Manager w Brother

Pandemia – analiza wpływu na liczbę zwolnień lekarskich i „przekrętów”

4 marca 2021 roku minęło dokładnie 365 dni od zdiagnozowania w Polsce tzw. „pacjenta zero”. Ubiegły rok był bez wątpienia wyjątkowy pod wieloma względami, a globalna pandemia odcisnęła piętno m.in. na polskich przedsiębiorcach, którzy oprócz stawania w obliczu kolejnych lockdownów, nieustannie borykali się również z problemem zarządzania absencjami chorobowymi. Widać to doskonale w statystykach. Jak wylicza ZUS, tylko od 1 do 20 października 2020 roku wystawiono 1,8 mln zaświadczeń lekarskich – około 23,5 % więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Istotną część zwolnień chorobowych w ubiegłym roku stanowiły zwolnienia fikcyjne.

Kontrola pracowników przynosi efekty

O analizę wpływu pandemii na liczbę zwolnień lekarskich i „przekrętów” pokusiło się Conperio, największa w Polsce firma doradcza zajmująca się problematyką absencji chorobowej, obejmująca swoimi działaniami cały kraj. Z prowadzonych analiz i obserwacji wynika, że pandemia miała zaskakujący wpływ na profil oraz liczbę absencji chorobowych wśród pracowników w Polsce. Znaczący wzrost naruszeń zwolnień chorobowych został zaobserwowany wśród pracodawców, którzy przestali kontrolować pracowników w trakcie pandemii. Natomiast u tych, którzy kontynuowali kontrole, poziom absencji pozostał na poziomie sprzed marca 2020 roku.

– W firmach o rozluźnionej polityce adresowania zwolnień zauważyliśmy duży, kilkuprocentowy wzrost absencji – co ciekawe, znaczną część z nich nie stanowiły zwolnienia związane z COVID-19 ani z objawami tej choroby. W zakładach, które konsekwentnie realizowały zaimplementowane przez nas działania w zakresie kontrolowania absencji chorobowej, sytuacja przypominała tą sprzed roku. Wzrosty wskaźnika absencji były niskie lub niezauważalne – w okolicach 0,2–0,3% w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku – mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio.

Optymizmem nie napawają dane opublikowane przez ZUS, z których nie wynika, by kontrole wątpliwych zwolnień się nasiliły, a wręcz przeciwnie – ich liczba spadła. Jak podaje państwowa jednostka w I półroczu 2020 roku przeprowadzonych zostało 143,2 tys. kontroli osób posiadających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy (przy 42,9 tys. kontroli przeprowadzonych w II kwartale roku). W konsekwencji urzędnicy wydali 10,2 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych. Jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb.

Biznes na „L4”

Nietypowy w 2020 roku był również wzrost liczby naruszeń zwolnień chorobowych. Pracowników przebywających na ”L4” kontrolerzy z reguły zastawali na remontach, pracach wokół domostw lub po prostu urlopach. COVID-19 spowodował także wzrost naruszeń zwolnień lekarskich na tle zarobkowym – w trakcie pobytu podwładnych na „L4” jak grzyby po deszczu zaczęły rosnąć prywatne gabinety kosmetyczne, kwitł drobny handel oraz inne prace polegające na wykorzystaniu posiadanych przez zatrudnionego uprawnień lub umiejętności.

– Ułatwiony dostęp do zwolnień chorobowych i niepewność co do przyszłości w pewnym sensie zachęciły pracowników do realizacji pomysłów na własną działalność. Jest to oczywiście forma względnie bezpieczna dla pracownika – podczas pobytu na zwolnieniu otrzymuje on bowiem 80% swojego wynagrodzenia i ma opłacone wszystkie składki. Należy pamiętać, że jeżeli pracodawca ma podejrzenia, co do prawidłowości zwolnienia lekarskiego, ma prawo skontrolować pracownika – informuje Mikołaj Zając.

To od właściciela firmy zależą dalsze kroki podjęte w stosunku do pracownika, którego kontrolerzy nie zastaną pod adresem podanym w druku zwolnienia chorobowego lub który przyłapany zostanie na wykonywaniu innych czynności, niezgodnych ze zwolnieniem.

Cienie teleporad

Nie da się ukryć, że bardzo duża część zwolnień wystawionych poprzez rozmowę telefoniczną nie miała związku z żadną chorobą. Warto jednocześnie zauważyć, iż lekarze zostali postawieni w dość trudnej sytuacji – przekonywująco przedstawione w trakcie teleporad objawy oraz brak możliwości przebadania pacjenta uniemożliwiają skuteczne zweryfikowanie, czy faktycznie jest on chory. W związku z tym lekarze przyjęli raczej bezpieczną linię postępowania – lepiej wystawić zwolnienie, niż ryzykować dalszym zaostrzeniem objawów. Dane nie pozostawiają jednak złudzeń. W marcu 2020 roku na L4 poszły ponad trzy miliony Polaków. Tymczasem miesiąc wcześniej zwolnienie lekarskie z ZUS pobrało 1 700 000 osób.

Pogłębiające się problemy przedsiębiorstw

Pewna część zwolnień chorobowych w ubiegłym roku stanowiła niepisaną umowę między pracodawcą a pracownikami. Zmniejszona liczba zleceń i pogarszająca się sytuacja produkcyjna zachęcały pracowników do brania zwolnień chorobowych i odbierania gwarantowanego świadczenia z ZUS. Okazało się to jednak pozorną oszczędnością, która w dłuższym horyzoncie czasowym poskutkowała tym, iż w niektórych przedsiębiorstwach wskaźnik absencji wywindowany został na poziom kilkunastu procent. W momencie, kiedy sytuacja produkcyjna tych firm uległa poprawie, pozostał problem braku osób do pracy. Fałszywe zwolnienia lekarskie powodują także m.in. poważne utrudnienia po stronie organizacji pracy w przyszłości, związane m.in. z ustalaniem grafików urlopowych wśród pracowników. Dotykają też osoby rzetelnie podchodzące do obowiązków wynikających z umowy o pracę. Pracownicy ci są bowiem narażeni na pracę cięższą, dłuższą i pod wpływem wzmożonego stresu, co jest spowodowane przedłużającą się nieobecnością ich kolegów.

Badanie: 82% firm w czasie pandemii zwiększyło wydatki na zdrowie pracowników

Już 41% decydentów w firmach w Polsce uważa, że w przyszłości promocja aktywności fizycznej będzie kluczowym działaniem wspierającym zdrowie pracowników. Największą korzyścią z oferowania prozdrowotnych benefitów jest według zarządzających wzrost satysfakcji pracowników (56%). Zauważalny staje się również pozytywny wpływ tego typu świadczeń na efektywność organizacji (40%).

Z powodu pandemii ostatni rok  dla wielu firm był wyjątkowo trudnym sprawdzianem z dbałości o dobrostan pracowników, w tym wzięcia odpowiedzialności za ich zdrowie, kondycję fizyczną i psychiczną oraz zapewnienie odpowiednich warunków  pracy. Jak wynika z najnowszego raportu w ramach projektu  „Kapitał Zdrowia”, już co czwarty pracownik w kraju uważa, że świadczenia wspierające aktywność fizyczną pracowników będą dla niego kluczowe w przyszłości.

Benefity profilaktyczne – must have każdego pracodawcy

Na pierwszy plan wysuwa się profilaktyka – najwięcej, bo aż 44% pracowników deklaruje, że świadczenia pozapłacowe wspierające profilaktykę zdrowotną, do której zalicza się również regularnie uprawiana aktywność fizyczna, będą miały dla nich największe znaczenie w najbliższym czasie. Na drugim miejscu (43%) znalazły się benefity wspierające psychikę pracowników. Potrzeby mieszkańców Polski związane z kondycją psychiczną potwierdzają również najnowsze dane ZUS. W 2020 roku lekarze wystawili rekordowe ponad pół miliona zwolnień lekarskich z powodu ciężkiej reakcji na stres i zaburzeń adaptacyjnych, zaś epizody depresyjne były przyczyną ponad 5 mln dni absencji chorobowej wśród Polaków. Co więcej, ponad 7 mln osób w Polsce przy­znało niedawno, że obecne warunki pracy negatywnie wpływają na ich dobrostan psychiczny – co czwarta wskazała na zbyt dużą presję czasu lub nadmierne obciążenie ilością pracy.[1] Kolejne ponad 10 mln pracowników zwraca uwagę na ergonomię samego miejsca pracy, wskazując, że niewłaściwa pozycja ciała niekorzyst­nie wpływa na ich zdrowie fizyczne.[2]

Aktywność fizyczna wspiera zdrowie psychofizyczne oraz niweluje skutki home office

Z najnowszego badania MultiSport Index 2020 wynika, że regularnie podejmowany ruch zmniejsza negatywne skutki pracy zdalnej wśród ćwiczących pracowników aż 42 proc. wskazuje, że nie odczuwa żadnych negatywnych konsekwencji home office. W przypadku osób nieaktywnych fizycznie, taką deklarację składa jedynie 29 proc. (-13 p.p.).

–– Systematycznie i świadomie podejmowana aktywność fizyczna poprawia nie tylko kondycję i wytrzymałość organizmu, ale wzmacnia również odporność fizyczną i psychiczną. Regularne treningi mają także realny wpływ na jakość wykonywanych obowiązków służbowych – 79 proc. ćwiczących Polaków wskazuje, że sport poprawia ich samopoczucie i efektywność w pracy[3]. Wsparcie zdrowia pracowników oraz zwrot z tej inwestycji okazują się być łatwo mierzalne w przedsiębiorstwach. Z tego powodu w czasie pandemii coraz więcej przedstawicieli kadry zarządzającej zdecydowało się zwiększyć się firmowe wydatki na inwestycje w zdrowie pracowników – taką praktykę zadeklarowało w badaniu „Kapitał Zdrowie” już 82% z nich –– mówi dr Adam Waszkowski, Dyrektor ds. Analiz w Benefit Systems, ekspert Projektu Kapitał Zdrowia.

CEO widzą potencjał w promowaniu aktywności

Już 41% decydentów w polskich firmach uważa, że w przyszłości promocja aktywności fizycznej będzie kluczowym działaniem wspierającym zdrowie pracowników, podobnie jak budowanie ich odporności fizycznej (39%) oraz psychicznej (42%). Według osób zarządzających przedsiębiorstwami, to właśnie wzrost satysfakcji pracowników (56%) stanowi obecnie największą korzyść wynikającą z oferowania benefitów w ich przedsiębiorstwach. Kolejne miejsca zajmują korzyści wizerunkowe (44%), wzrost efektywności całej organizacji (40%) oraz poszczególnych zespołów (36%). Co dziesiąty decydent zapewniający benefity prozdrowotne, w tym wspierające aktywność fizyczną, np. karty sportowe, zauważa długofalową poprawę zdrowia pracowników (9%).

[1] Raport Kapitał Zdrowia (na podstawie danych GUS)

[2] Tamże

[3] Raport MultiSport Index 2020

Przeszłość a przyszłość, czyli co z frankiem w 2021 roku?

Najbliższe miesiące mogą się okazać wyjątkowo ciekawym okresem dla kondycji franka. Szwajcarska waluta przez globalnych inwestorów często uznawana jest za “bezpieczną przystań” lokowania kapitału, jednak z rodzimej perspektywy — stanowi przyczynek do dyskusji o niesławnych kredytach sprzed 17 lat. Stąd też tak duże zainteresowanie ruchami banku z Berna, które dla forexowych graczy może wieszczyć atrakcyjną okazję inwestorską, jednak dla innych — mocne uderzenie w domowy budżet.

Nieco historii

Rozpatrując problem franka w przyszłości, należy przez chwilę spojrzeć na przeszłość waluty, która jak się okazuje — nie jest wyłącznie domeną Szwajcarii. Identycznym nominałem posługują się również mieszkańcy Liechtensteinu, a więc jednej z najbardziej stabilnych gospodarek kontynentu. Także ten fakt daje do myślenia, mówiąc o wyjątkowej randze franka w skali międzynarodowej, choć historycznie wagę waluty napędzały inne państwa regionu. Istotną cezurą był rok 1850, kiedy to frank szwajcarski odpowiadał wartości 1,5 franka francuskiego (nomen omen to niejako Paryż zadecydował o ujednoliceniu helweckiego rynku monetarnego). W 1865 roku z kolei doszło do kolejnej reformy, już za sprawą Łacińskiej Unii Monetarnej.

Rządy Francji, Belgii, Włoch i właśnie Szwajcarii zdecydowały o stałej stawce krajowych walut, które miałyby odpowiadać wartości 1:1. Tak więc urzędowo frank szwajcarski miał bliźniaczą wartość względem, chociażby franka belgijskiego, a taki stan rzeczy utrzymywał się zarówno chwilę po I wojnie, jak i po roku 1927, czyli oficjalnym zakończeniu działalności Łacińskiej Unii Monetarnej. Co więcej, silna pozycja Berna nie osłabła aż do 1936 roku, kiedy doszło do odczuwalnej dewaluacji, jednak niecałą dekadę później kraj dołączył do tzw. systemu z Bretton Woods, który niejako uzależnił rolę wartości od dolara i złota (od 1949: 1 USD = 4,375 CHF, 1 CHF = 0,203125 g złota). Wszystko to jednak — do czasu.

Czarny frank nad Wisłą

Względnie stabilna sytuacja franka przeżywała swoje wzloty i upadki, a z polskiej perspektywy najciekawszym okresem był początek lat 2000. Pomimo dostępności kredytu we frankach od roku 1996, prawdziwy wysyp wniosków datuje się na lata 2004-2008. W okolicach naszego wejścia do struktur Unii Europejskiej równolegle frank zaczął notować spadki, które w pierwszym okresie masowego kredytowania się Polaków osiągnął poziom 3 zł. Wtedy też według wyliczeń Komisji Nadzoru Finansowego, wartość tego typu zobowiązań osiągnęła pułap 6,1 mld zł. Cztery lat później z kolei frank notował wartość na poziomie 2 zł, a więc nie zdziwił 10-krotny skok względem 2004 roku w kategorii kredytów (56 mld zł). Co było dalej?

Słowem: ściana. Dokładnie między rokiem 2007 a 2016 kurs franka szwajcarskiego wzrósł z 2,16 zł do 4,12 zł, czyli o 90,5 proc. Po relatywnie długim okresie spadków doszło do umacniania się franka, który punkt zapalny osiągnął dokładnie 15 stycznia 2015 roku (tzw. czarny czwartek). Wtedy też Szwajcarski Bank Narodowy przesądził o porzuceniu polityki obrony minimalnego kursu wymiany euro na franka, co oznaczało luki cenowe, minusowy bilans w portfelach inwestorów oraz… wyższe kredyty polskich frankowiczów o niemal połowę (rano frank kosztował 3,53 zł; w drugiej połowie dnia — nawet 5,20 zł). Był to początek wieloletniej kampanii franka, który regularnie notował kolejne awanse. Są jednak powody, aby uważać właśnie rok 2021 za czas przełomowy (lub na przełom zakrawający).

Przyszłość franka na naszych oczach

Dobrą passę franka może przerwać właśnie rok 2021. Przyjęło się, że barierą psychologiczną są 4 zł. W drugiej połowie stycznia br. rynek usłyszał o stawce 4,20 zł (19 stycznia dokładnie 4,2017 zł). Luty z kolei był nieco bardziej wyrozumiały, ponieważ na wykresach pojawiły się stawki rzędu 4,1242 zł (stan na 23 lutego). To dobre wiadomości dla frankowiczów, którzy pamiętają końcówkę ubiegłego sezonu. Pułap powyżej 4 zł utrzymuje się od połowy lutego 2020 roku i nic nie wskazywało na tendencję spadkową. Doszła również kwestia kryzysu pandemicznego, co wyraźnie odbiło się szczególnie na osobach fizycznych. Jeśli chodzi o frankowiczów, ucierpieli najbardziej kredytobiorcy z roku 2008, kiedy to frank kosztował mniej niż 2 zł.

Część ekonomistów uważa, że frank będzie notował kolejne spadki w okresie wiosennym, gdy m.in. polska gospodarka może doczekać się lepszej koniunktury. Szansę widać również pod koniec roku, gdy według wyliczeń Komisji Europejskiej, krajowy rynek będzie krok przed innymi państwami członkowskimi. Pamiętajmy jednak, że Narodowy Bank Szwajcarski w pewnym momencie nie pozwoli sobie na dalsze osłabianie własnej waluty, a więc należy podejść do sprawy racjonalnie — istnieje szansa, że frank spadnie poniżej 4 zł, jednak okresowo, a dopiero kolejny rok jest w stanie przynieść większe niespodzianki.

Wniosek? Najbliższe miesiące mogą być ciekawym wstępem do kolejnego rozdziału historii o franku szwajcarskim, jednak nie należy nastawiać się na rewolucję — ewentualnie na jej wstęp, choć i to nie jest przesądzone. Warto uważnie obserwować sytuację helweckiej waluty i porównywać dane historyczne. Jeśli polska gospodarka faktycznie wypłynie na kryzysie pandemicznym, mamy szansę na wyraźnie umocnienie.

Autor: Bartosz Tomczyk — przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintechu Provema.

Upadłość konsumencka – co będzie z mieszkaniem?

Coraz więcej osób interesuje się awaryjnym rozwiązaniem, jakim jest upadłość konsumencka. Wyjaśniamy w jaki sposób dotyczy ona nieruchomości mieszkaniowych.

Nagłe pogorszenie koniunktury gospodarczej prawdopodobnie skutkowało wzrostem liczby osób, które interesuje upadłość konsumencka. Pełen wpływ tej sytuacji na statystyki będzie widoczny za pewien czas. Aktualnie dostępne dane statystyczne wskazują natomiast, że liczba upadłości konsumenckich wyraźnie wzrosła w drugiej połowie minionego roku. Tylko w grudniu 2020 r. upadłość konsumencką ogłosiło niewiele mniej osób niż przez cały 2015 rok. Można oczekiwać, że w bieżącym roku padnie kolejny rekord dotyczący liczby nowych upadłości konsumenckich. Dlatego postanowiliśmy wyjaśnić, w jaki sposób upadłość konsumencka wiąże się z nieruchomościami mieszkaniowymi (lokalami i domami). Wiedza na ten temat może przydać się nie tylko osobom, które na skutek koronawirusa wpadły w finansowe kłopoty.

Nasz artykuł w dużym skrócie:

  • Wzrost liczby upadłości konsumenckich w 2020 r. wiązał się m.in. ze zmianą przepisów korzystną dla dłużników.
  • Nieruchomość mieszkaniowa lub gruntowa podlega likwidacji (sprzedaży) w celu pokrycia długów osoby objętej upadłością konsumencką.
  • Po sprzedaży domu lub lokalu mieszkalnego, dłużnik otrzyma kwotę pozwalającą mu na wynajęcie lokum w tej samej okolicy przez 1 rok – 2 lata.

Poniżej przedstawiamy więcej informacji o tym, dlaczego upadłość konsumencka jest coraz częstsza. Wyjaśniamy również, jakie zasady dotyczą nieruchomości w czasie trwania tej procedury.

Zmiany prawne z 2020 roku ułatwiły sytuację dłużników

Najpierw warto przytoczyć dane Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej (COIG), które dobrze pokazują, jak popularna ostatnio stała się upadłość konsumencka. Według COIG, liczba konsumentów, którzy ogłosili upadłość z roku na rok rosła następująco:

  • 2015 r. – 2112
  • 2016 r. – 4434
  • 2017 r. – 5535
  • 2018 r. – 6570
  • 2019 r. – 7944
  • 2020 r. – 13 084

Warto pamiętać, że zmiany obowiązujących przepisów wywarły spory wpływ na powyższe wyniki. Ze względu na restrykcyjne regulacje, przed 2015 rokiem upadłość konsumencka była zupełną rzadkością. Pierwsza zmiana liberalizująca zasady upadłości konsumenckiej miała miejsce na początku 2015 r. „Jednym z jej celów było umożliwienie ogłoszenia upadłości przez osoby posiadające tylko jednego wierzyciela i usunięcie kłopotliwych barier finansowych (m.in. dzięki możliwości tymczasowego sfinansowania kosztów postępowania przez Skarb Państwa)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W 2020 r. ustawodawca wprowadził kolejne zmiany prawne, które są bardziej kontrowersyjne. Nowe przepisy (obowiązujące od 24 marca 2020 r.) skutkują tym, że upadłość konsumencką może ogłosić również osoba, która doprowadziła do swojego bankructwa umyślnie lub na skutek rażącego niedbalstwa. „Taki dłużnik będzie jednak musiał dłużej regulować zobowiązania w ramach ewentualnego planu spłaty (przez 3 lata – 7 lat zamiast do 3 lat)” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nieruchomość odgrywa kluczową rolę podczas upadłości

Jeżeli natomiast chodzi o znaczenie nieruchomości podczas złożonej procedury, jaką jest upadłość konsumencka, to warto nadmienić, że już we wniosku upadłościowym dłużnik musi podać wykaz majątku (również nieruchomego) wraz z szacunkową wyceną. Po wydaniu przez sąd postanowienia o ogłoszeniu upadłości, syndyk będzie decydował co do sposobu likwidacji masy upadłościowej, w której skład zwykle wchodzą także nieruchomości. W zawiadomieniu dotyczącym sposobu likwidacji nieruchomości, syndyk informuje wierzycieli oraz sąd m.in. o minimalnej cenie sprzedaży domu, lokalu lub gruntu. „Na czynności syndyka można złożyć skargę na przykład wtedy, gdy wskazana przez niego minimalna cena sprzedaży nieruchomości wydaje się zbyt mała” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Po sprzedaży nieruchomości oraz innych składników majątku dłużnika, syndyk zwykle przedstawia sądowi projekt planu spłaty wierzycieli zakładającego częściowe umorzenie długów. Ustalenie planu spłaty będzie niemożliwe, jeśli dłużnik jest w ogóle niezdolny do regulowania zobowiązań (np. na skutek ciężkiej choroby). W takiej sytuacji może dojść nawet do całkowitego oddłużenia. Co do zasady, plan spłaty będzie niemożliwy także wtedy, gdy zadłużenie jest efektem celowego działania albo dłużnik skorzystał z upadłości konsumenckiej w ciągu ostatnich 10 lat. W tych dwóch ostatnich przypadkach, sąd kierując się względami humanitarnymi lub względami słuszności może jednak podjąć decyzję o:

  • ustaleniu planu spłaty wierzycieli przewidującego częściowe oddłużenie
  • umorzeniu zobowiązań upadłego dłużnika bez ustalenia planu spłaty wierzycieli
  • warunkowym umorzeniu długów bez ustalenia planu spłaty wierzycieli

Obecne przepisy przewidują także możliwość osiągnięcia porozumienia między dłużnikiem nieprowadzącym działalności gospodarczej oraz jego wierzycielami na drodze układu” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Dłużnik na pewno nie pozostanie bez dachu nad głową …

W ramach podsumowania, warto wspomnieć o ważnej kwestii, która wiąże się z potrzebami mieszkaniowymi dłużnika. Wiele osób, które interesuje upadłość konsumencka jako sposób wyjścia z kłopotów, niestety może obawiać się, że po sprzedaży nieruchomości przez syndyka stracą dach nad głową. Trzeba zatem nadmienić, że przepisy ustawy z dnia 28 lutego 2003 r. prawo upadłościowe (Dz.U. 2003 nr 60 poz. 535) przewidują wypłatę na rzecz dłużnika kwoty odpowiadającej przeciętnemu kosztowi wynajmu lokalu mieszkalnego w tej samej lub sąsiedniej miejscowości przez okres od 12 do 24 miesięcy. „Na taką wypłatę dokonywaną ze środków uzyskanych po sprzedaży domu lub lokalu mieszkalnego mogą liczyć dłużnicy, którzy w inny sposób nie dadzą rady zaspokoić potrzeb mieszkaniowych swoich i osób pozostających na ich utrzymaniu” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Poprawa nastrojów w handlu. Wskaźnik koniunktury wśród tradycyjnych detalistów wzrósł w lutym o 13,1 pkt.

Nastroje Handlu Tradycyjnego, cykliczne badanie realizowane przez Comp Platformę Usług, operatora systemu M/platform, wykazało wyraźną poprawę nastrojów wśród właścicieli i kierowników sklepów tradycyjnych. Wskaźnik NHT za luty br. wyniósł 33,0 pkt. i był wyższy od styczniowego aż o 13,1 pkt., nadal jednak pozostając po stronie negatywnej (poniżej 50 pkt.).

Wskaźnik NHT+1, obrazujący przewidywania na marzec br., wyniósł 51,6 pkt., co oznacza kolejny wzrost – w relacji do lutego o 15,1 pkt. W tym przypadku oceny pozytywne przeważają nad negatywnymi. Badanie zostało przeprowadzone na reprezentatywnej próbie 2000 sklepów detalicznych.

W kontekście ostatnich doniesień rynkowych, aktualne badanie należy ocenić pozytywnie. Według danych GUS konsumpcja prywatna w czwartym kwartale spadła o 3,2%, a inwestycje o 10,9%, natomiast w styczniu stopa bezrobocia wzrosła do 6,6%, a sprzedaż detaliczna w cenach bieżących spadła o 6%. Pomimo tego, w lutym odnotowaliśmy kilkunastoprocentowy wzrost wskaźników NHT oraz NHT+1. Przedstawiciele handlu tradycyjnego mniej krytycznie ocenili luty i z większym optymizmem patrzą w przyszłość, co miejmy nadzieję, jest zapowiedzią lepszej koniunktury w tym sektorze – powiedział Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platformy Usług.

Wzrost koniunktury w handlu w pierwszych dwóch miesiącach roku o 13,4 pkt. potwierdza badanie IRG SGH (Instytut Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej). Wynika z niego również, że przewidywania firm handlowych na pierwsze półrocze 2021 roku są optymistyczne. Trend wzrostowy jest także widoczny w opublikowanym przez Główny Urząd Statystyczny ogólnym klimacie koniunktury w handlu detalicznym, który w lutym był o 3,9% wyższy niż w styczniu.

Metodologia NHT: Wskaźniki mogą przyjmować wartość od 0 do 100. Wynik powyżej 50 świadczy o nastrojach optymistycznych, a poniżej o przewadze opinii negatywnych. Oba wskaźniki będą publikowane na początku każdego miesiąca.

Jak operatorzy logistyczni i przewoźnicy radzą sobie po brexicie?

Brexit wywołał wiele turbulencji w wymianie towarowej między Unią Europejską a UK oraz Irlandią. Nie wszyscy przewoźnicy oraz nadawcy i odbiorcy towarów byli świadomi formalności celnych, nie posiadali wiedzy, jak odprawiać towary i z jakimi kosztami się to wiąże. Nowe obowiązki mocno obciążyły przewoźników i wpłynęły na jakość pracy kierowców oraz osób odpowiedzialnych za prace administracyjne. Skalę wyzwań i nowych obowiązków jakie spotkały branżę TSL po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przybliża Robert GWIZDEK, Kierownik Transportów Drobnicowych, GEFCO Polska.

Branża transportowa reaguje na trudności

Po brexicie czasy rozładunku i załadunku uległy wyraźnemu wydłużeniu, a prognozy mówią o przyroście liczby odpraw o 400 milionów w 2021 roku. Proporcjonalnie do tego wzrostu przybędzie pracy i zwiększy się popyt na pracowników kwalifikowanych w obszarze celno-podatkowym. Sytuacji dodatkowo nie sprzyja pandemia i pilnowanie wymogu przedstawienia negatywnego wyniku testu na Covid-19, wykonanego 72 godziny przed przekroczeniem granicy po stronie Wielkiej Brytanii.

„Obecnie eksport towarów z Unii Europejskiej do Wielkiej Brytanii przebiega sprawniej niż w przeciwnym kierunku. W transportach FTL czas tranzytu jest podobny, ale warto założyć co najmniej dzień rezerwy. Z kolei w przypadku transportów drobnicowych do Wielkiej Brytanii doliczamy co najmniej dwa dni robocze. Z powodu konsolidacji towarów na jednym aucie od wielu dostawców, musimy mieć pewność, że wszystkie deklaracje po stronie brytyjskiej zostały złożone i pojazd nie zostanie zatrzymany w porcie” – mówi Robert Gwizdek z GEFCO Polska.

Eksport z Unii Europejskiej wydaje się łatwiejszy do kontroli. Dzięki deklaracjom pre lodge towar jest odprawiony przed wjazdem do Wielkiej Brytanii. Z kolei w przypadku eksportu do UE, nadawca musi wystawić deklarację eksportową i otworzyć dokument tranzytowy T. W Wielkiej Brytanii działa mało punktów dokonujących walidacji dokumentu T, stąd trzeba liczyć się z opóźnieniami. Rezerwy czasowe w transportach wynoszą od jednego do dwóch dni przy FTL i trzech do czterech dni przy drobnicy.

Metody optymalizacji przepływu towarów UE-UK

Robert Gwizdek podkreśla, że GEFCO w ramach eksportu do UK zdecydowało się wdrożyć system dodatkowej awizacji. Następnie firma wykorzystuje narzędzie, które konsoliduje informacje i jest współdzielone przez zespoły GEFCO w Belgii i Wielkiej Brytanii. „Załadunek i transport z ostatniego HUBu na terytorium Unii Europejskiej rozpoczynamy dopiero wtedy, gdy zespół z Wielkiej Brytanii przekaże dyspozycję w systemie. W ten sposób w GEFCO ograniczamy ryzyko przewozu niepowołanych przesyłek, które mogą wstrzymać cały ładunek, w tym również wiele towarów innych klientów” – wyjaśnia.

Z polskiego punktu widzenia, po brexicie wysyłający towary musi związać się z agencją celną, ponieważ dotychczasowe dostawy wewnątrzwspólnotowe są traktowane jako eksport. Po drugie musi przejrzeć warunki Incoterms z kontrahentami w Wielkiej Brytanii, a przy eksporcie dochodzi kwestia DDP i EXW, co wpływa na obowiązki odpraw. Eksporter musi również posiadać numer identyfikacyjny w systemie celnym krajów UE (EORI number) oraz zwrócić dużą uwagę na przejrzystość faktury na potrzeby celne.

Skutki Brexitu dla branży TSL

Specjalista GEFCO nie ma wątpliwości, że po dwóch miesiącach trudno ocenić wszystkie skutki brexitu jakie dotkną polskie firmy z branży TSL. Wzrosła ilość pracy administracyjnej, a pojazdy powyżej 7,5t muszą przejść rejestrację (KAP) jeszcze przed przybyciem do portu Dover, w przeciwnym razie nie przekroczą granicy Wielkiej Brytanii. Dodatkowo przewoźnicy mogą podjeżdżać tylko w wyznaczone miejsca w Wielkiej Brytanii w celu walidacji dokumentu tranzytowego „T”, co wydłuża czas pracy kierowcy oraz zwiększa eksploatację pojazdu.

Brexit wymaga od przewoźników i importerów stałego śledzenia przepisów. Zgodnie z ostatnimi decyzjami strony brytyjskiej, do końca 2021 przedłużono możliwość zgłaszania importu w UK w procedurze EIDR, która umożliwia złożenie pełnej deklaracji importowej w ciągu 6 miesięcy od przekroczenia granicy UE/UK. Z kolei od 2022 roku, czyli później od pierwotnych zapowiedzi, przy eksporcie z UE do UK będzie wymagane świadectwo fitosanitarne dla roślin i produktów pochodzenia roślinnego oraz zaawizowanie ich importu po stronie UK. Również od 1 stycznia 2022 roku w UK pojawi się obowiązek składania deklaracji bezpieczeństwa (ENS) przy imporcie towarów z Unii Europejskiej.

„Nowe formalności wydłużyły czas tranzytu, ograniczyły liczbę kursów międzynarodowych w ciągu miesiąca i zwiększyły koszty. Najbliższe miesiące pokażą, czy będziemy mieli do czynienia z rynkiem przewoźnika czy klienta. Wzrost stawek dla wielu klientów okaże się ciężki do zaakceptowania z punktu widzenia rentowności ich biznesu. Jeżeli transporty towarów staną się mało opłacalne, część firm rozważy zmianę rynku i swoją uwagę skoncentruje na rynkach państw Unii Europejskiej” – dodaje ekspert GEFCO Polska.

Jakie pespektywy dla branży TSL po brexicie?

Przyszłość według specjalisty GEFCO jest trudna do przewidzenia, ale na pewno przyniesie wzrost stawek eksportowych i importowych. Po brexicie przewoźnicy ponoszą większe koszty spowodowane koniecznością angażowania dodatkowych podjazdów i kompletowaniem dokumentów, co pochłania więcej czasu, niż wcześniej. Chcąc uniknąć ryzyka błędów formalnych, mogą decydować się na mniejszą konsolidację ładunków na jednym aucie. Być może nadawcy zwiększą wielkość pojedynczej dostawy, ponieważ formalności są takie same.

Bez względu na to, czy transport obejmuje jedną paletę czy całe auto, koszt odprawy i czynności celnych często jest taki sam. Rosną koszty transportu, a to może zachęcić odbiorców do szukania alternatywnych dostawców poza Wielką Brytanią. Warto również pamiętać o wpływie brexitu na handel z Irlandią. Ekspert GEFCO uważa, że w przyszłości możemy być świadkiem rozwoju połączeń promowych między Francją a Irlandią. W tym przypadku czas dostawy jest dłuższy o dobę, ale można ominąć procedury celne.

W 2021 roku leasing aut osobowych wzrośnie o 17 proc., ciężarówek o 17 proc., a maszyn o 12 proc. r/r

2021 rok będzie okresem szybkiej odbudowy branży leasingowej w Polsce. Główny ekonomista EFL Marcin Nieplowicz prognozuje wzrost na poziomie ok. 15 proc. rok do roku oparty na trzech filarach: samochodach osobowych, pojazdach ciężkich oraz maszynach. W pandemicznym 2020 roku rynek leasingu w Polsce zrealizował wariant łagodnego wyhamowania rozwoju i pokazał wysoką odporność na społeczno-gospodarcze zawirowania. Ubiegłoroczny spadek finansowania na poziomie 10 proc. jest trzy razy niższy niż w 2009 roku, kiedy Wielki Kryzys Finansowy doprowadził do skurczenia się branży o ponad 30 proc.

– W miarę jak będą postępować szczepienia, rząd będzie stopniowo znosić kolejne obostrzenia administracyjne. Przełoży się to na wyraźny wzrost aktywności gospodarczej, szczególnie w II połowie tego roku. W I kwartale 2021 dynamika PKB będzie jeszcze nieznacznie ujemna, ale od II kwartału powinniśmy już obserwować wyraźne ożywienie. Szacujemy, że wzrost gospodarczy w całym 2021 roku wyniesie ok. 4,2 proc., co pozwoli rynkowi leasingu urosnąć o ok. 15 proc. r/r – prognozuje ekonomista EFL.

Leasing odporny na koronawirusa

Po niemal 6 proc. spadku r/r odnotowanym w 2019 roku, ubiegły rok branża leasingowa w Polsce zakończyła na 10 proc. minusie – wynika z najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu. – To była przede wszystkim pochodna pierwszej od 28 lat recesji gospodarczej w Polsce oraz bardzo negatywnego przełożenia pandemii Covid-19 i restrykcji administracyjnych na decyzje inwestycyjne polskich przedsiębiorców. Zamknięcie gospodarki w II kwartale 2020 spowodowało spadek rynku leasingu aż o 34 proc. r/r. Tu jednak z pomocą ruszył rząd – mówi Marcin Nieplowicz, główny ekonomista EFL.

Szczególnie ważna była Tarcza Finansowa 1.0, dzięki której mikro, małe i średnie firmy otrzymały subwencje w kwocie 61 mld zł. To miało bezpośrednie przełożenie na rynek leasingu. Przedsiębiorcy wrócili do wstrzymywanych inwestycji, w rezultacie czego rynek leasingu już w III kwartale ubiegłego roku wzrósł o 3,7 proc. r/r. Druga fala pandemii oraz powrót do restrykcji administracyjnych nie zahamowały rozwoju rynku leasingu w ostatnim kwartale 2020, czego wyrazem była 4,8 proc. dynamika r/r. (dane ZPL). – Świadczy to o relatywnie dużej odporności polskiego rynku leasingu na trudne otoczenie ekonomiczne i jest bardzo dobrym prognostykiem na ten rok. Pamiętajmy, że ubiegłoroczne wyniki branży są nieporównywalnie lepsze niż te odnotowane w 2009 roku, kiedy Wielki Kryzys Finansowy doprowadził do spadku całego rynku leasingu o ponad 30 procent – podkreśla ekonomista EFL.

Trzy filary

Dynamika w 2021 roku będzie oparta na trzech filarach. Pierwszym z nich są pojazdy lekkie. Wraz z przewidywanym stopniowym polepszaniem sytuacji epidemicznej od II kwartału 2021, powinniśmy obserwować wyraźną poprawę nastrojów konsumenckich. Według EFL konsumpcja prywatna wzrośnie w tym roku o ok. 5 proc. r/r, co przełoży się na ok. 17 proc. wzrost finansowania pojazdów lekkich przez firmy leasingowe.

Drugim motorem będzie finansowanie pojazdów ciężkich. Sektor ten ucierpiał najbardziej w 2020 roku. Największa po II wojnie światowej recesja w strefie euro przełożyła się na załamanie wymiany handlowej, głęboki spadek przewozów, a w konsekwencji na bardzo istotne ograniczenie inwestycji przez firmy transportu drogowego. Wartość sfinansowanych pojazdów ciężkich przez firmy leasingowej obniżyła się w ubiegłym roku aż o 27 proc. r/r. EFL oczekuje, że w bieżącym roku sytuacja poprawi się i dynamika leasingu pojazdów ciężkich wyniesie ok. 17 proc. r/r. Kluczowe będzie wyraźne ożywienie strefy euro.

Trzecim ważnym obszarem rozwoju firm leasingowych będzie finansowanie maszyn, gdzie EFL prognozuje dynamikę na poziomie ok. 12 procent r/r. Finansowanie maszyn w leasingu jest mocno skorelowane z wynikami sektora przemysłowego. Utrzymanie ekspansji polskich firm w eksporcie, jak i wyraźne odbicie popytu konsumpcyjnego od II kwartału 2021, będą czynnikami, które pozwolą zwiększyć w tym roku produkcję przemysłową o ok. 8-10 proc. r/r. Należy jednak pamiętać, że w polskich firmach wciąż utrzymuje się dosyć niskie wykorzystanie parków maszynowych, co będzie ograniczało inwestycje w maszyny w perspektywie kilku najbliższych miesięcy. Na wyraźnym plusie powinny być w tym roku przede wszystkim maszyny finansowane pożyczką. To dlatego, że najbliższe trzy lata będą stały pod znakiem intensywnego wykorzystania funduszy unijnych dla rozwoju rolnictwa, co istotnie zwiększy wolumen maszyn rolniczych sfinansowanych pożyczką inwestycyjną przez firmy leasingowe.

Jeżeli interesuje Cię leasing na nową firmę lub już od jakiegoś czasu prowadzisz działalność, kliknij w link, a dowiesz się więcej.

Rok 2021 na rynku inwestycyjnym będzie należał do nieruchomości logistycznych, mieszkaniowych i medycznych

Bieżący rok na rynku inwestycyjnym w regionie EMEA upłynie pod znakiem transakcji w sektorze nieruchomości logistycznych, mieszkaniowych i medycznych oraz innych aktywów alternatywnych. Głównym czynnikiem będzie utrzymująca się niechęć do podejmowania ryzyka przez inwestorów, którzy do czasu zmniejszenia się wpływu pandemii na gospodarkę będą koncentrowali się na głównych rynkach, oferujących lepsze perspektywy długofalowego wzrostu. Wynika z najnowszego raportu poświęconego globalnemu rynkowi inwestycyjnemu, pt. „The Signal Report: Investor’s Quarterly Guide to 2021, opublikowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield.

Nieruchomości alternatywne pozostaną na topie, ponieważ zmiany strukturalne i skutki pandemii Covid-19 wpływają na sposób, w jaki ludzie mieszkają, pracują i spędzają wolny czas.

Niskie stopy procentowe, duża płynność i brak innych opcji będą napędzały popyt inwestycyjny, przyczyniając się do ożywienia.

Aktywność inwestycyjna w regionie EMEA może przyspieszyć w drugiej połowie 2021 roku, ale ekologia będzie zyskiwała na znaczeniu.

Nieruchomości alternatywne nadal górą

Cushman & Wakefield przewiduje, że nieruchomości logistyczne, mieszkaniowe i medyczne znacząco zyskają na zmianach stylu życia spowodowanych przez pandemię, a ewolucja sposobu, w jaki ludzie pracują, mieszkają i robią zakupy, nadal będzie rewolucjonizować dotychczasowy porządek. Dalszy duży wzrost inwestycji przewidywany jest w tym roku także w innych sektorach nieruchomości alternatywnych takich jak centra danych i magazyny samoobsługowe.

Wiele możliwości inwestycyjnych stwarza również zmiana funkcji istniejących nieruchomości, między innymi budowa obiektów wielofunkcyjnych i specyficznych dla poszczególnych sektorów, takich jak na potrzeby usług click & collect oraz logistyki miejskiej „ostatniego metra” i ewoluującej infrastruktury technicznej.

David Hutchings, autor raportu i dyrektor ds. strategii inwestycyjnych w dziale rynków kapitałowych w regionie EMEA, Cushman & Wakefield, powiedział: „Aktywność inwestycyjna na rynkach regionu EMEA jest ściśle uzależniona od szerszego ożywienia gospodarczego i łagodzenia obostrzeń związanych z pandemią Covid-19, co nadal wpływa na popyt wśród inwestorów i wyniki poszczególnych sektorów. Ożywienie światowej gospodarki zapoczątkują Azja i Ameryka Północna, ale tempo wzrostu w Europie również przyspieszy w drugiej połowie bieżącego roku. Niemniej jednak, ze względu na zmiany strukturalne zachodzące przede wszystkim w sposobie korzystania z biur i robienia zakupów, tytuł zwycięzcy pandemii w tym roku zachowają nieruchomości logistyczne i alternatywne, takie jak mieszkania na wynajem oraz obiekty z sektora opieki zdrowotnej i life sciences”.

Transformacja rynku biurowego i handlowego

Aktywność inwestycyjna w sektorze nieruchomości biurowych i handlowych może przyspieszyć w drugiej połowie 2021 roku, wraz ze wzrostem odsetka osób zaszczepionych i łagodzeniem obostrzeń związanych z pandemią Covid-19. Atrakcyjność aktywów w tych sektorach będzie kształtowana przez jakość lokalizacji i postrzeganie ich jako destynacji, co będzie miało wpływ na popyt ze strony najemców i ostatecznie na wysokość cen.

W 2021 roku wskaźnik niewynajętej powierzchni biurowej w regionie EMEA pozostanie na najniższym poziomie spośród wszystkich rynków, ale będzie nieznacznie i systematycznie wzrastał do blisko 10% w czwartym kwartale – głównie ze względu na długoterminowe umowy najmu i niewielką ilość powierzchni będącej w budowie. Stopy pustostanów w Ameryce Północnej, regionie Azji i Pacyfiku oraz Chinach mogą wzrosnąć w ostatnim kwartale roku do ok. 15-20%.

David Hutchings dodaje: „Nie należy pomijać nieruchomości biurowych i handlowych, zwłaszcza że pracownicy wracają do biur i sklepy niesprzedające artykułów pierwszej potrzeby będą się otwierały w drugim i trzecim kwartale. Pandemia niewątpliwie spowodowała, że jakość lokalizacji i szerzej rozumiany placemaking wysunęły się na pierwszy plan – czynniki te będą miały decydujące znaczenie przy zaspokajaniu popytu ze strony najemców. Zamiast analizować te sektory w oderwaniu od innych aspektów, inwestorzy mają szansę na osiągnięcie sukcesu decydując się na bardziej holistyczne podejście i przeanalizowanie możliwości realizacji inwestycji wielofunkcyjnych, dzięki czemu mogliby wykreować destynacje zgodnie z koncepcją sense of place”.

Wykres 1. Wskaźniki niewynajętej powierzchni biurowej na świecie

Wskaźniki niewynajętej powierzchni biurowej na świecie
Źródło: dział badań Cushman & Wakefield. Uwaga: *Bez Meksyku. **Bez Rosji i Turcji.

Wolniejsze tempo ożywienia na rynkach najmu w regionie EMEA

Inwestorzy rozpoczną ofensywę, jak tylko pozwolą im na to warunki, ale na ożywienie aktywności na rynkach najmu trzeba będzie zaczekać dłużej. Szanse na wzrost aktywności najemców w najbliższym czasie zmalały z powodu przywrócenia obostrzeń związanych z lockdownem pod koniec 2020 roku, strukturalnie wolniejszego tempa dostosowywania się rynku pracy i niskiego odsetka osób zaszczepionych (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Izraela). Dodatkowo, w 2021 roku prawdopodobnie zniknie 1,3 mln miejsc pracy w całym regionie. Z tego względu aktywność najemców może znacząco przyspieszyć dopiero w drugiej połowie bieżącego roku.

Niemniej jednak nawet wówczas ożywienie w Europie Zachodniej będzie następowało wolniej niż na innych rynkach świata. Analiza wpływu pandemii Covid-19 na poziomy realnego PKB pokazuje, że tempo wychodzenia z kryzysu krajów europejskich należy do najwolniejszych. Wśród 20 największych gospodarek świata, powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego potrwa najdłużej w Wielkiej Brytanii, Francji i Hiszpanii (od IV kw. 2022 r. w Wielkiej Brytanii do IV kw. 2023 r. w Hiszpanii). To znacznie dłużej niż w przypadku liderów rankingu, czyli Chin kontynentalnych, Tajwanu i Australii, których PKB przekroczyło poziom sprzed wybuchu pandemii w połowie 2020 roku.

Popyt inwestycyjny w Europie nadal koncentruje się na głównych rynkach, ale prognozowane szybkie odbicie gospodarcze w krajach takich jak Polska zachęci inwestorów do zwrócenia uwagi na inne kierunki i poszukiwania nowych możliwości inwestowania.

Wykres 2. Tempo ożywienia największych gospodarek świata

Tempo ożywienia największych gospodarek świata
Źródło: różne instytucje rządowe, Moody’s Analytics, dział badań Cushman & Wakefield

Globalna prognoza na rok 2021

Droga do ożywienia wygląda na nierówną, ale napędzać je będą inwestorzy, ponieważ niskie stopy procentowe, duża płynność i brak alternatywnych opcji inwestycyjnych wpływają na wzrost popytu. Widoczne są jednak różnice na poziomie regionalnym, gdyż warunki sprzyjają odbiciu w regionie Azji i Pacyfiku oraz Ameryce Północnej, natomiast w gorszej sytuacji znajdują się kraje Europy i Ameryki Łacińskiej oraz rynki wschodzące. Niemniej jednak wszystkie regiony mogą zakończyć rok 2021 z silnymi wzrostami.

David Hutchings, autor raportu i dyrektor ds. strategii inwestycyjnych w dziale rynków kapitałowych w regionie EMEA, Cushman & Wakefield, podsumowuje: „Podobnie jak w 2020 roku, globalne gospodarki oraz rynki najmu i kapitałowe będą zachowywały się zgodnie z rozwojem sytuacji pandemicznej, która wpływa na poszczególne regiony w zróżnicowany sposób. Chcąc podjąć najlepsze decyzje inwestycyjne, inwestorzy powinni patrzeć znacznie dalej niż tylko na obecny cykl krótkoterminowy. Na wyniki inwestycyjne będą wpływały zmiany strukturalne, głównie cyfrowa transformacja, a w przypadku graczy europejskich także kwestie związane z ekologią. Z naszej analizy wynika, że początki prawdziwego ożywienia na wszystkich rynkach zaczniemy obserwować w drugiej połowie 2021 roku. Niezaspokojony popyt i wyjątkowo liberalne otoczenie finansowe mogą przyczynić się do niezwykle szybkiego ożywienia gospodarczego w czwartym kwartale, czego efektem będzie bardzo duży wzrost dynamiki na rynku pod koniec roku”.

Fiskus ogranicza ulgę abolicyjną. Czy Polacy pracujący za granicą będą zmieniać rezydencję podatkową?

Polak pracował na statku pływającym pod banderą Malty, ale dla norweskiej firmy. Na podstawie umowy ws. unikania podwójnego opodatkowania, nie zamierzając osiągać przychodów w Polsce, wystąpił o ograniczenie poboru zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych za cały 2019 r. do kwoty 0 zł. Jednocześnie wniósł o stwierdzenie, że brak jest opodatkowania podatkiem dochodowym w Polsce dla jego przychodów osiąganych z tytułu pracy dla norweskiego armatora, co oznaczałoby również konieczność dokonania przez organ podatkowy zwrotu całości wpłaconych przez niego zaliczek na podatek. Jak zareagował fiskus?

Zgodnie z art. 22 § 2a Ordynacji podatkowej organ podatkowy na wniosek podatnika ogranicza pobór zaliczek na podatek, jeżeli podatnik uprawdopodobni, że zaliczki byłyby niewspółmiernie wysokie w stosunku do podatku należnego od dochodu lub zysku przewidywanego na dany rok podatkowy.

Polak pracujący dla norweskiej firmy na statku pływającym pod banderą Malty

Polski obywatel pracujący na pokładzie chemikaliowca pływającego pod banderą Malty, eksploatowanego przez przedsiębiorstwo norweskie, wystąpił do naczelnika urzędu skarbowego z wnioskiem o ograniczenie do 0 zł kwoty poboru zaliczek na PIT za cały 2019 r. W swoim wniosku wskazał, że nie zamierza osiągać przychodów na terytorium Polski, stąd w jego sytuacji zastosowanie znajdzie zawarta między RP a Królestwem Norwegii Konwencja z dnia 9 września 2009 r. w sprawie unikania podwójnego opodatkowania i zapobiegania uchylaniu się od opodatkowania w zakresie podatków od dochodu (dalej: Konwencja między RP a Norwegią lub po prostu Konwencja). Zgodnie z art. 14 ust. 3 tej Konwencji wynagrodzenie uzyskane w związku z wykonywaniem pracy najemnej na pokładzie statku morskiego eksploatowanego w transporcie międzynarodowym przez przedsiębiorstwo umawiającego się państwa może być opodatkowane w tym kraju. Pobierane więc zaliczki na PIT w obliczu faktu, że wnioskodawca skorzysta z tzw. ulgi abolicyjnej, o której mowa w art. 27g ustawy o PIT, będą niewspółmiernie wysokie, a i tak w przypadku ich opłacenia organ podatkowy będzie zobowiązany do ich zwrotu w całości.

Fiskus powziął wątpliwość, czy Polak aby na pewno pracuje dla norweskiej firmy

W październiku 2019 r. naczelnik odmówił uwzględnienia wniosku podatnika. Uznał, że po przejrzeniu stron internetowych, jak i zapoznaniu się z przedłożoną przez wnioskodawcę dokumentacją, m.in. dokumentami zatrudnienia, wydrukiem z norweskiego rejestru przedsiębiorców, kserokopią książeczki marynarskiej, nie sposób stwierdzić, czy pływający pod maltańską banderą statek, na którym podatnik świadczy pracę najemną, jest eksploatowany przez firmę norweską.

W grudniu 2019 r. odwołania polskiego marynarza nie uwzględnił dyrektor izby administracji skarbowej, potwierdzając za organem I instancji, że przedłożone dokumenty nie rozwiewają wątpliwości, jaka jurysdykcja prawna znajdzie w tej sprawie zastosowanie.

Organy podatkowe często popełniają błąd, skupiając się na banderze statku

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku, do którego skargę na ww. rozstrzygnięcia organów wniósł polski marynarz, zgodził się z organami podatkowymi, że warunkiem ograniczenia wysokości zaliczek na podatek jest łączne spełnienie przesłanek zawartych w treści art. 14 ust. 3 Konwencji między RP a Norwegią, poprzez wykonywanie pracy najemnej na pokładzie statku morskiego eksploatowanego w transporcie międzynarodowym przez przedsiębiorstwo norweskie.

Sąd powtórzył za dyrektorem izby administracji skarbowej, że organ ten zgodził się, iż w sytuacji marynarza ziściły się dwa z trzech powyższych warunków, tzn. marynarz wykonywał pracę na pokładzie statku morskiego, a statek ten był eksploatowany w transporcie międzynarodowym. Organ nie dopatrzył się ziszczenia trzeciego z warunków do zastosowania Konwencji między RP a Norwegią, czyli udowodnienia eksploatacji tego statku przez firmę norweską. W opinii sądu dla normy art. 14 ust. 3 ww. Konwencji nie ma natomiast znaczenia, jaką banderę podnosił statek. Odwołuje się bowiem ona do wykonywania pracy najemnej na pokładzie statku eksploatowanego w transporcie międzynarodowym przez firmę jednego z państw będących stroną Konwencji. Zatem w regulacji tej chodzi o państwo siedziby przedsiębiorstwa eksploatującego statek, a nie państwo przynależności tego statku. Sąd orzekł więc, że odmawiając wnioskodawcy ograniczenia poboru zaliczek na podatek dochodowy, organy podatkowe naruszają art. 22 § 2a Ordynacji podatkowej:

Podnoszona przez organ okoliczność, że statek podnosi banderę Malty, nie uzasadnia uznania, że w sprawie istnieją wątpliwości co do eksploatacji statku w transporcie międzynarodowym przez przedsiębiorstwo norweskie. Organy podatkowe w szeregu tego typu spraw przywiązują nadmierne znaczenie do kwestii bandery statku, a ta okoliczność pozostaje bez znaczenia […] Okoliczność podnoszenia przez statek bandery Malty nie może zatem stanowić podstawy do uznania, że skarżący nie uprawdopodobnił eksploatacji statku przez przedsiębiorstwo z faktycznym zarządem w Norwegii” (wyrok WSA w Gdańsku z 8 września 2020 r., sygn. akt I SA/Gd 242/20).

Zmiana rezydencji podatkowej remedium na drastyczne ograniczenie ulgi abolicyjnej

W wyroku z 8 września gdański sąd zwrócił uwagę, że organy podatkowe takich błędnych interpretacji na niekorzyść podatników dokonują „w szeregu tego typu spraw”. W obliczu ugruntowania takiej linii orzeczniczej sądów fiskus zareagował błyskawicznie, bowiem już 30 września 2020 r. rząd złożył w Sejmie projekt nowelizacji ustaw podatkowych (druk 642), na mocy której od 1 stycznia 2021 r. niemal całkowicie zlikwidował ulgę abolicyjną. Co prawda wszyscy podatnicy nadal mogą z niej korzystać, jednak odliczenie od podatku dochodowego w jej ramach nie będzie mogło przekroczyć kwoty 1360 zł. Do tego nowelizacja różnicuje sytuację podatników osiągających dochody za granicą w zależności od państwa, w którym pracują. Dlatego też z niektórymi krajami Polskę łączą umowy w sprawie unikania podwójnego opodatkowania, które dla realizacji tego celu przewidują stosowanie korzystniejszej dla podatnika metody wyłączenia z progresją. Zatem dla osób rozliczających się tą metodą, np. pracujących na Malcie czy Cyprze, likwidacja ulgi abolicyjnej nie będzie mieć znaczenia. Natomiast osiągający dochody w innych krajach, np. w Wielkiej Brytanii, będą musieli opodatkować je w Polsce i dopłacić należny według polskich przepisów podatek. Czy w sytuacji tak znacznego pogorszenia położenia części osób pracujących za granicą jedynym wyjściem byłaby całkowita zmiana rezydencji podatkowej?

W skierowanym do Marszałka Sejmu piśmie z 20 października 2020 r. opiniującym projekt zniesienia ulgi abolicyjnej, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych napisało:

Zaproponowane rozwiązanie podatkowe w zakresie likwidacji ulgi abolicyjnej nie wpłynie pozytywnie na uszczelnienie systemu podatkowego i uderzy w ogromną grupę pracownic i pracowników zarabiających poza granicami kraju. Ponad 2,5 mln Polaków, w tym grupy już dziś mierzące się z trudną sytuacją życiową jak marynarze i pracownicy morscy, zostanie postawionych przed koniecznością zamiany emigracji zarobkowej na emigrację stałą” (opinia OPZZ/PO/159/2020 do Rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw, druk nr 642).

Dla tych, którzy nie chcą być ofiarami „proponowanych rozwiązań podatkowych”, odpowiedź na zadane wyżej pytanie wydaje się oczywista. Tylko zmiana rezydencji podatkowej może uchronić zarabiających na życie za granicą przed coraz głębszym sięganiem do ich kieszeni przez polskiego fiskusa, co w praktyce oznacza po prostu ucieczkę przed coraz większym pobieranym przez niego haraczem. Zmiana rezydencji pozwoli płacić podatki tylko w kraju, w którym osiąga się dochody z własnej pracy bądź w państwie, które oferuje jeszcze korzystniejsze ich opodatkowanie. Czy istnieje inna opcja? Tak, jedna – rezygnacja z pracy…

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfrowa rzeczywistość, czyli jak skutecznie się podpisać

Potrzeba matką wynalazków, ale i szybszego wdrażania rozwiązań, których wprowadzenie wcześniej odkładaliśmy. Prawdziwości tego stwierdzenia dowiodły czasy pandemii, która zadziałała jak katalizator w przypadku cyfryzacji niektórych procesów w firmach. Przykłady? Elektroniczny obieg dokumentów i cyfrowe ich podpisywanie.

Pandemia okazała się prawdziwym wyzwaniem. Podczas lockdownu każdy, kto chciał utrzymać swój biznes, musiał przeanalizować sytuację i wprowadzić rozwiązania zdalne, zapewniające ciągłość procesów. Najczęściej mówiło się o wprowadzeniu pracy zdalnej i związanych z nią narzędziach: zaawansowanych komunikatorach, rozwiązaniach chmurowych, zdalnym zarządzaniu projektami. Jednak biznesowa rzeczywistość to również cała administracja, obieg dokumentów oraz konieczność ich podpisywania. To właśnie ten obszar funkcjonowania biznesu znacznie przyspieszył w czasie pandemii – szacuje się, że potrzeba szybkiej cyfryzacji tych procesów pozwoliła nam nadrobić w tym aspekcie cały rok.

Elektroniczny obieg dokumentów

Jak wynika z badania „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją”[1], ponad połowa respondentów (51%) w trakcie pandemii wprowadziła nowe rozwiązania cyfrowe, które pozwoliły na digitalizację obiegu dokumentów i cyfrowe podpisywanie umów.

Już w styczniu 2018 r. w życie weszły przepisy równoważące dokumentację akt pracowniczych w formie papierowej i elektronicznej. Od tego momentu wiele firm rozpoczęło wdrażanie rozwiązań to umożliwiających. Jednak dopiero w ostatnim roku proces ten znacznie przyspieszył, a siłą napędową stała się pandemia i tzw. nowa rzeczywistość.

Kiedy wprowadzaliśmy do naszej oferty narzędzie Q-Solutions e-dokumenty, podkreślaliśmy, że jest to rozwiązanie, które optymalizuje koszty archiwizacji, porządkuje akta i ułatwia dostęp do nich, pozwala na zachowanie jednolitej struktury tych akt i gwarantuje ich bezpieczeństwo, a jako ostatnią zaletę wymienialiśmy elastyczność tego rozwiązania i możliwość jego szybkiej adaptacji do zmieniających się przepisów. Nie przypuszczaliśmy wówczas, że właśnie ta cecha okaże się języczkiem u wagi w czasie pandemii – mówi Paweł Wysocki, Prezes Zarządu firmy Quercus, specjalizującej się we wdrażaniu rozwiązań SAP oraz autorskich narzędzi informatycznych w obszarze HR.

Szef Quercus przyznaje, że w przypadku wielu firm to właśnie cyfryzacja procesów pozwoliła na zachowanie ich płynności. Jednak, jego zdaniem, to etap początkowy, bo w dłuższej perspektywie narzędzia zapewniające bezpieczny obieg dokumentów kadrowych będą opierać się m.in. na sztucznej inteligencji i zaawansowanej analityce ogromnych wolumenów danych.

Podpis cyfrowy

Szybkie wdrożenie rozwiązań cyfrowych dla wielu przedsiębiorstw oznaczało w czasie pandemii „być albo nie być”, a w przypadku części z nich stało się nawet przewagą konkurencyjną. Możliwość zdalnej realizacji zleceń, a przede wszystkim podpisywania umów, okazała się synonimem stabilności i bezpieczeństwa kontrahenta. Nic zatem dziwnego, że bodaj najpopularniejszym obecnie w biznesie narzędziem cyfrowym jest podpis elektroniczny.

Przed pandemią przedsiębiorcy wykorzystywali podpis elektroniczny najczęściej przy okazji rocznych sprawozdań finansowych. Dziś używa się go o wiele częściej, bo tego wymaga sytuacja. Na przykład przetargi realizowane są obecnie drogą elektroniczną, za pośrednictwem specjalistycznych platform, w których składa się dokumenty sygnowane cyfrowo, za pomocą kwalifikowanego podpisu elektronicznego – podkreśla Paweł Wysocki, ekspert firmy Quercus.

Rodzaje podpisów elektronicznych

Podpis cyfrowy wykorzystywany jest zarówno w rzeczywistości biznesowej, jak i w administracji. Istnieją jednak cztery podstawowe rodzaje podpisu, stosowane w różnych sytuacjach i przez różnych użytkowników.

Profil Zaufany, czyli bezpłatna, cyfrowa usługa administracji, będąca środkiem identyfikacji elektronicznej, która umożliwia zdalną obsługę wielu spraw urzędowych (wysłanie rozliczenia PIT, złożenie wniosku o wydanie dowodu osobistego, kupno samochodu, narodziny potomka, złożenie wniosku o odpis aktu stanu cywilnego, itp.). To powszechna alternatywa dla płatnego podpisu kwalifikowanego.

W przypadku Profilu Zaufanego trzeba przejść skrócony lub wydłużony proces weryfikacyjny. Dłuższa ścieżka to droga klasyczna, która wymaga weryfikacji osobistej w urzędzie. Druga opcja to założenie profilu zaufanego przez internetowe konto bankowe – tożsamość weryfikowana jest przez bank.

Profil zaufany wykorzystywany jest przede wszystkim w celu sygnowania dokumentów urzędowych, w kontaktach z organami administracji publicznej (np. ePUAP, obywatel.gov.pl). Nie ma zastosowania w kontraktach biznesowych – wymienia Maciej Kabaciński, Dyrektor Pionu HR w Quercus Sp. z o.o.

Zwykły podpis elektroniczny można złożyć choćby za pośrednictwem e-maila – poprzez oświadczenie woli. Sprawdza się w przypadku dokumentów niewymagających podpisu kwalifikowanego, na przykład wniosku o urlop wypoczynkowy. W dodatku, co warto podkreślić, nawet taki podpis niesie ze sobą skutki prawne i może być dowodem w sądzie.

Zaawansowany podpis elektroniczny – wymaga wykorzystania specjalnych narzędzi, które pozwalają na ustalenie tożsamości podpisującego dokumenty. Bardzo często wykorzystywany jest np. do podpisywania dokumentów firmowych, umów pomiędzy firmami. Po podpisaniu dokumentu każda zmiana jest automatycznie odnotowywana przez system. Ta opcja wymaga dostępu do odpowiedniego narzędzia, jak np. SAP DocuSign, co może wiązać się z dodatkowymi kosztami, zazwyczaj po stronie zleceniodawcy.

Najbardziej zaawansowany jest elektroniczny podpis kwalifikowany – to opcja płatna, która pozwala na zawieranie w formie elektronicznej wszystkich typów umów wymagających formy pisemnej, w tym np.: umów o pracę, o zakazie konkurencji, potrącenie z wynagrodzenia, o przeniesieniu autorskich praw majątkowych, umów o odpowiedzialności materialnej za mienie powierzone.

Takie rozwiązanie może być zastosowane tylko wówczas, gdy pracodawca prowadzi dokumentację pracowniczą w formie elektronicznej (i tylko takiej). Jeśli nie może podpisać dokumentów w sposób certyfikowany, wymagany jest podpis odręczny. Taki dokument, w formie zdigitalizowanej, jest następnie włączany do e-akt. Jeżeli jednak pracodawca prowadzi i przechowuje akta osobowe w postaci papierowej, umieszczona w aktach umowa o pracę powinna zostać sporządzona na piśmie (a nie w postaci elektronicznej) i zawierać własnoręczne podpisy obu stron stosunku pracy – zaznacza Prezes Zarządu Quercus Sp. z o.o.

Kwalifikowany podpis elektroniczny jest równoważny odręcznemu (pozwala na weryfikację tożsamości podpisującego). Jest to rozwiązanie płatne (kilkaset złotych rocznie) i ograniczone czasowo (trzeba odnawiać subskrypcję). Kwalifikowany podpis elektroniczny jest oparty o kwalifikowany certyfikat i składany za pośrednictwem specjalnych kluczy (kart i czytników). Co ważne – podpisanie łączy się z automatycznym „zablokowaniem” dokumentu – każda późniejsza zmiana będzie od razu widoczna dla wszystkich stron. Taki podpis wydany w państwie członkowskim UE jest uznawany też w pozostałych krajach unijnych, sprawdza się więc w realizacji kontraktów międzynarodowych.

Wprowadzenie cyfrowych podpisów to bardzo wygodne rozwiązanie, skracające w wielu przypadkach czas obiegu dokumentów, zwłaszcza między różnymi jednostkami czy instytucjami. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w najbliższych latach narzędzia umożliwiające cyfrowe podpisywanie dokumentów będą się rozwijać. Jednak rozwojowi technologii powinny towarzyszyć adekwatne zmiany w przepisach.

Obecnie nie wszystkie dokumenty wewnętrzne w firmie wymagają podpisu pracownika. Przykładem mogą być wnioski o urlop wypoczynkowy. W przypadku dokumentacji firmowej, jak np. pism związanych ze zmianami w strukturze, umów – obowiązują rozwiązania przyjęte w Europie, które uznają zaawansowany podpis elektroniczny (złożony np. za pośrednictwem narzędzia SAP DocuSign) za wystarczający.

Jednak w przypadku dokumentacji pracowniczej polski ustawodawca wymaga podpisu kwalifikowanego od obu stron, co bardzo utrudnia i podraża przejście na w pełni elektroniczną teczkę osobową, a jednocześnie hamuje cały proces. Dlaczego? Gdy jedna ze stron nie ma możliwości podpisania dokumentu podpisem kwalifikowanym (a najczęściej będą to pracownicy), dokument ostatecznie musi być wydrukowany, podpisany przez pracownika, następnie zeskanowany, podpisany przez pracodawcę certyfikowanym podpisem kwalifikowanym lub kwalifikowaną pieczęcią elektroniczną pracodawcy i dopiero w tej postaci zamieszczony w firmowym archiwum elektronicznym – podsumowuje Maciej Kabaciński, Szef Pionu HR w firmie Quercus Sp. z o.o.

[1]https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/doradztwo-prawne/articles/Raport-TRUSTED-ECONOMY-w-nowej-rzeczywistosci.html

Cyfrowa transformacja najlepiej sprawdza się w modelu zintegrowanym

Biznes stoi przed ogromnym wyzwaniem. Już od wielu lat temat transformacji cyfrowej przedsiębiorstw jest jednym z najważniejszych aspektów omawianych przy okazji rozwoju, inwestycji i przyszłości firm. Pandemia koronawirusa, która dotknęła organizacje na całym świecie, zweryfikowała poziom i kierunek innowacyjności, przyspieszyła rozwój w wielu obszarach, ale inne wręcz wyhamowała. Czy czas pandemii jest dobrym momentem na podejmowanie inwestycji w nowoczesne technologie i transformację cyfrową?

Nie ulega wątpliwości, że ostatni rok niezbicie pokazał jak ważna dla sukcesu organizacji jest jej cyfrowa modernizacja, zwłaszcza, gdy dostępność i niezawodność usług IT może świadczyć o „być albo nie być” firmy. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw, które wcześniej wykazywało się sceptycznym podejściem do cyfryzacji, teraz deklaruje swoją otwartość na nowe rozwiązania i zwinne podejście do prowadzenia biznesu. Bo kiedy, jak nie teraz?

Jak wskazują badania IDC, w ciągu najbliższych dwóch lat około 65 proc. globalnego PKB będzie wynikało z cyfryzacji. Całkowita wartość inwestycji w transformację cyfrową w latach 2020 – 2023 może przekroczyć 6,8 bln USD. Nie oznacza to jednak, że wszystkie z podejmowanych inwestycji w stronę cyfryzacji, będą zakończone sukcesem – średnio ok. 26 proc. organizacji decydujących się na transformację cyfrową, osiągnie zwrot inwestycji.

Kiedy zamiast transformacji wkrada się chaos…

Jak twierdzi Joanna Lesińska, principal SIAM consultant w Capgemini – tak duży odsetek firm, którym nie zwróci się inwestycja w transformację cyfrową (74 proc.) jest pokłosiem dużego rozdrobnienia na rynku dostawców usług IT. Wiele organizacji decydujących się na cyfryzację, rozpoczyna współpracę z wieloma partnerami jednocześnie, gdzie każdy oferuje różne rozwiązania, tworzone w oparciu o różne platformy. W efekcie firma otrzymuje procesy, dane i zespoły eksperckie, które nie mogą ze sobą efektywnie współpracować, są niezintegrowane i trudne do usystematyzowania.

– Takie sytuacje zdarzają się niezwykle często, wówczas najlepszym rozwiązaniem, które proponujemy naszym klientom jest stworzenie modelu, który w ramach jednego, stabilnego narzędzia pomoże zintegrować wiele składowych i zapewni wsparcie wielu procesom – w jednym miejscu. W efekcie pracownicy otrzymują mierzalne wartości, jednocześnie zapewniając oszczędność czasu i pieniędzy. Takim narzędziem jest ServiceNow. Naszą rolą jest wsparcie klienta w przejściu z rozproszonego modelu do zintegrowanej platformy – mówi Joanna Lesińska.

Jednym z najważniejszych wyzwań, któremu należy sprostać podczas procesu transformacji cyfrowej, jest zachowanie ciągłości działań, przy jednoczesnym osiąganiu wymiernych celów biznesowych. Rozwiązaniem jest tutaj automatyzacja najbardziej podstawowych procesów, które pochłaniają pracownikom najwięcej czasu. Automatyzacja pozwala zachować wysoki standard wykonania zadania, często w znacznie krótszym czasie i niejednokrotnie ze znacznie wyższym poziomem zadowolenia klienta końcowego. We wprowadzeniu zautomatyzowania procesów, dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji, także pomaga ServiceNow.

Transformacja cyfrowa to wsparcie

W dobie pandemii ze względu na bezpieczeństwo pracowników oraz liczne obostrzenia i wytyczne sanitarne wiele firm wprowadziło pracę zdalną tam, gdzie tylko było to możliwe. Często praca w rozproszeniu budzi wiele wyzwań, problemów technicznych, z którymi pracownicy mogą sobie samodzielnie nie poradzić. Wsparcie działów IT jest niestety często znikome, dla wielu pracowników kontakt ze specjalistą IT rodzi poczucie niezrozumienia, niedostępności. Warto na tym etapie podkreślić, że transformacja cyfrowa to też między innymi wsparcie techniczne.

– Rozwiązanie, które implementujemy u naszych klientów opiera się także na stworzeniu wielu kanałów komunikacji, które umożliwiają łatwiejsze dotarcie do informacji lub zgłoszenie ewentualnego zapotrzebowania na pomoc. Co ważne, użytkownik ma do dyspozycji wiele przystępnych narzędzi, takich jak chatbot, baza wiedzy, czy też aplikacja mobilna, więc może wybrać najdogodniejszą dla siebie opcję. Czas reakcji zespołów IT po wprowadzeniu takich rozwiązań może skrócić się nawet o 75 proc. – wyjaśnia ekspertka Capgemini.

Tego typu rozwiązania także doskonale wspierają pracę w rozproszonych zespołach. Sprawna i wygodna wymiana informacjami podnosi komfort pracy pracowników i efektywność wykonywanych zadań. W organizacjach, które wdrożyły systemy takie jak ServiceNow, wyraźnie dostrzegalna jest ścisła i dobrze uzupełniająca się wzajemna współpraca.

Holistyczne podejście

W dobie globalnego kryzysu niezwykle ważnym jest, by wszelkie podejmowane decyzje i działania były maksymalnie efektywne, przemyślane i prowadziły wprost do sukcesu. Konieczne jest zatem holistyczne podejście, które obejmie całą organizację. Dostęp do szerokiego przekroju danych pozwoli na sprawne zarządzanie przedsiębiorstwem.

– Systemy, które wdrażamy pozwalają pracownikom sięgnąć po „twarde dane”, na podstawie których mogą oni podejmować najlepsze decyzje, zapobiegać kryzysom, automatyzować procesy. Możliwość przeglądania trendów i predykcji pozwala przewidywać ewentualne potrzeby lub wyzwania, które stoją przed organizacją. Takie działania umożliwiają wdrożenia najlepszych rozwiązań, zanim stanie się to koniecznością – dodaje Joanna Lesińska.

Pandemia sprawiła, że cyfryzacja biznesu przestała być luksusem, a stała się standardem, często warunkującym sukces organizacji. Niezależnie jednak od sytuacji epidemiologicznej, gospodarczej czy też lokalnej, warto rozważyć transformację cyfrową całości organizacji, w oparciu o zintegrowany model, który zapewni długotrwały sukces na wielu płaszczyznach.

Samochody firmowe kluczem do elektromobilności

Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez EY i Eurelectric, choć floty służbowe stanowią jedynie 20% europejskiego rynku samochodowego, odpowiadają za więcej niż 40% liczonego w kilometrach dystansu pokonywanego przez wszystkie samochody oraz za połowę emisji CO2 i gazów cieplarnianych generowanych przez transport drogowy. Dlatego to elektryfikacja flot samochodów służbowych będzie głównym motorem ograniczającym emisje CO2 i innych gazów cieplarnianych w Europie.

Sześć na dziesięć sprzedawanych w Europie samochodów przeznaczonych jest do użytku służbowego, a jeszcze w 2019 r. 96% rejestrowanych aut flotowych miało napęd spalinowy. Szacunki pokazują, że flota samochodów służbowych – zarówno elektrycznych, jak i z napędem spalinowym – wzrośnie o około 15% do 2030 roku i sięgnie nawet 73 milionów pojazdów. Jednak biorąc pod uwagę wyłącznie segment elektrycznych pojazdów flotowych, wzrost będzie wyższy bo 24-krotny, a liczba tego typu aut na drogach wzrośnie do 2030 roku nawet do 10,5 mln sztuk z 420 tys. obecnie.

Rys. Rodzaje samochodów w UE + Wlk. Brytanii w podziale na segmenty rynku, lata 2018-2030 (w mln sztuk)

Samochody firmowe kluczem do elektromobilności

– Rozpoczęcie elektryfikacji w sektorze motoryzacyjnym od floty aut wykorzystywanych przez firmy pozwoli szybciej ograniczać emisję szkodliwych substancji do atmosfery aniżeli dzieje się to w przypadku indywidualnych aut. Co więcej, działania w segmencie samochodów flotowych – które często pokonują określone, regularne i możliwe do przewidzenia bądź usystematyzowania trasy, mają stałe punkty docelowe i przystanki – pozwolą w pierwszym etapie łatwiej zarządzać niezbędną dla rozwoju tego rynku infrastrukturą punktów ładowania. Dodatkową zaletą takiego działania będzie możliwość wykorzystania wiedzy nabytej podczas tej transformacji i rozwiązań, które jej będą towarzyszyć, do szybszego rozwoju rynku wtórnego samochodów elektrycznych, a także popularyzacji samochodów elektrycznych na użytek indywidualny – mówi Michał Lesiuk, Partner EY, Lider Sektora Produkcja Przemysłowa i Mobilność.

Z rozmów, jakie zostały przeprowadzone z europejskimi menedżerami flot na potrzeby analizy EY i Eurelectric wynika, że elektryfikacja flot jest na razie traktowana eksperymentalnie. Dotyczy niewielkiej części pojazdów, które są testowane pod kątem użyteczności, kosztu utrzymania i satysfakcji kierowców. Zarządzający flotami chcą mieć pewność, że zasięg pojazdu, wygoda i możliwości jego ładowania zapewniają płynną jazdę i auta z napędem elektrycznym są dobrą alternatywą dla samochodów spalinowych. Jeśli oceny wypadną korzystnie – samochody elektryczne będą stopniowo wypierały z flot samochody z silnikami benzynowymi i Diesla.

Obecnie spośród wszystkich (indywidualnych i flotowych) 308 mln samochodów jeżdżących po europejskich drogach, tylko 3 mln to samochody elektryczne. Z analizy EY wynika, że do 2030 roku ta liczba wzrośnie do co najmniej 40 mln, co pociąga za sobą konsekwencje związane z inwestycją w infrastrukturę. Obecnie w Europie istnieje ok. 213 tys. publicznie dostępnych stacji do ładowania samochodów elektrycznych. To stan, który w tej chwili jest zadowalający, ale wraz z rozpowszechnieniem napędów elektrycznych, infrastruktura do ich ładowania będzie musiała zostać znacznie rozbudowana. Szacuje się, że w 2030 roku sieć stacji ładowania powinna liczyć ok. 3 milionów punktów. Będzie to wymagało inwestycji rzędu 20 mld EUR w infrastrukturę publiczną i kolejnych 60 mld EUR w infrastrukturę prywatną.

– Potrzebna będzie infrastruktura z optymalnie rozmieszczonymi i dostosowanymi do możliwości energetycznych punktami ładowania. Będzie to szczególnie istotne na obszarach wiejskich, gdzie odległości między stacjami ładowania będą znacznie większe. Szczegółowe modelowanie zachowań kierowców i lokalizacji punktów ładowania pomoże zidentyfikować obszary, w których mogą wystąpić wąskie gardła. Konieczne będzie stworzenie zarówno infrastruktury wolnego, jak i szybkiego ładowania. Wprawdzie zdecydowana większość ładowań odbywa się w domu lub w pracy, ale szybkie ładowarki będą musiały być publicznie dostępne w miastach i poza nimi – dodaje Michał Lesiuk.

Niemałą rolę w rozwoju elektromobilności będą odgrywały również zachęty finansowe i podatkowe. Obecnie 21 krajów europejskich oferuje premie dla nabywców pojazdów elektrycznych, choć ich wartości są różne.

– Projekty i plany dotyczące dekarbonizacji prowadzone są na różnych szczeblach. Zobowiązanie, by do 2030 roku zrezygnować w Europie z aut spalinowych niektóre kraje podejmują jeszcze bardziej odważnie i jak na przykład Norwegia – zamierzają wprowadzić ograniczenia nawet wcześniej. Wciąż wyzwaniem jest jednak wysoki koszt samochodów z napędem elektrycznym. Dlatego właśnie poszczególne kraje stosują zachęty, wspierające sprzedaż tego typu pojazdów. Na znaczne finansowe wsparcie mogą liczyć m.in. Francuzi, Włosi, Szwedzi, Portugalczycy czy Holendrzy. W Polsce w ubiegłym roku pilotażowo prowadzono programy Zielony Samochód, Koliber i e-Van, które realizowane były przez Narodowy Fundusz Środowiska i Gospodarki Wodnej i skierowane zarówno do osób fizycznych, jak i firm. Zakładały one jednak górny, stosunkowo niski limit ceny auta, który znacznie ograniczał możliwości zakupu. Nie znamy jeszcze planów na 2021 rok, ale z pewnością jest tu jeszcze przestrzeń do zbudowania atrakcyjnego ekosystemu zachęt do zakupów samochodów elektrycznych w naszym kraju – nie tylko dla osób indywidualnych, ale i dla firm – dodaje Michał Lesiuk.

O raporcie
Analiza przeprowadzona przez EY i Eurelectric oparta jest na rozmowach z wiodącymi przedstawicielami branży samochodowej, energetycznej, ropy naftowej i gazu ziemnego, producentami akumulatorów, firm zarządzających flotą samochodową, firm leasingowych i przedstawicieli stacji ładowania. Zestawia analizy i opinie identyfikując kluczowe obszary przynoszące wzrost wartości systemu elektromobilności i przedstawia szereg rozwiązań, które powinny zostać wdrożone, by go upowszechnić.

Sprzedaż i najem zwrotny nieruchomości

Wartość transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego (sale and leaseback) zawartych w Europie w 2020 roku wyniosła łącznie 8,4 mld euro i była o 8,5% wyższa od średniej pięcioletniej. Trend wzrostowy utrzyma się również w 2021 roku, podaje międzynarodowa firma doradcza Savills. Również w Polsce coraz więcej firm zainteresowanych jest tego rodzaju transakcjami – głównie w sektorze nieruchomości magazynowych i handlowych.

Z danych firmy Savills wynika, że ubiegłoroczny wolumen transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego był o 10% niższy niż w 2019 roku. Niemniej jednak już wcześniej widoczna była dość silna korelacja pomiędzy cenami nieruchomości a aktywnością w zakresie sprzedaży i najmu zwrotnego, która przekłada się na wzrost liczby transakcji zawieranych w tej formule, gdy stopy kapitalizacji ulegają kompresji. Według Savills, obecnie jest bardzo dobry czas na zawieranie transakcji sale and leaseback, ponieważ rosnące ceny nieruchomości zachęcają właścicieli zajmujących je na własne potrzeby do sprzedaży aktywów, a dodatkowo możliwości inwestowania na rynku są mocno ograniczone.

„Coraz silniejsza presja na zwiększenie płynności przez firmy w celu poprawy wyników finansowych lub dokonywania akwizycji obecnie i po zakończeniu pandemii Covid-19 przyczyni się w 2021 roku do wzrostu popularności transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego. Przewidujemy, że w drugim półroczu zostanie zawarta rekordowa liczba tego typu transakcji. Oferty sprzedaży spotkają się z dużym zainteresowaniem inwestorów dysponujących coraz większym kapitałem i poszukujących aktywów generujących przychody w dłuższej perspektywie, które zapewniałyby środki na pokrycie zobowiązań” – mówi Oli Fraser Looen, współdyrektor działu doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills.

Logistyka liderem

W ujęciu sektorowym logistyka nadal zyskuje na popularności dzięki ekspansji handlu elektronicznego.

„Silna konkurencja na rynku, w warunkach ograniczonej podaży produktów inwestycyjnych, spowodowała spadek stóp kapitalizacji w głównych lokalizacjach o ok. 312 pb do poziomu 3% na przestrzeni ostatnich 10 lat. Aby utrzymać udział w rynku, wiele firm z branży e-commerce musi zainwestować duże środki w zabezpieczenie strategicznej lokalizacji, rozwój strategii omnichannel czy też integrację procesów automatyzacji. Z tego względu transakcje sprzedaży i najmu zwrotnego są biznesowo uzasadnione w przypadku niektórych właścicieli nieruchomości logistycznych zajmujących je na własne potrzeby” – mówi Lydia Brissy, dyrektor w dziale badań rynków europejskich, Savills.

W efekcie wartość transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego na europejskim rynku nieruchomości logistycznych systematycznie rosła od końca 2013 roku i w ubiegłym roku osiągnęła rekordowy poziom 3,4 mld euro, tj. ok. 15% więcej niż w roku 2019. Jednocześnie wolumen transakcji inwestycyjnych na tym rynku wzrósł tylko o 4%, co potwierdza, że niewielka podaż hamuje aktywność inwestycyjną w tym sektorze.

Transakcje sprzedaży i najmu zwrotnego w sektorze nieruchomości handlowych dotyczyły głównie sieci supermarketów i hipermarketów, przy czym branża spożywcza okazała się odporna na wprowadzane w poszczególnych krajach obostrzenia związane z lockdownem. Ta odporność przyciągnęła uwagę inwestorów zainteresowanych utrzymaniem ekspozycji w sektorze handlowym, co spowodowało kompresję stóp kapitalizacji dla supermarketów. Średnie stopy kapitalizacji dla najlepszych supermarketów w Europie spadły o 14 pb w latach 2019-2020, podczas gdy dla najbardziej atrakcyjnych centrów handlowych wzrosły w tym czasie o 39 pb.

W sektorze nieruchomości biurowych, pomimo silnej kompresji stóp kapitalizacji obserwowanej od roku 2009 (średnio o 270 pb w największych miastach europejskich), wolumen transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego wzrósł tylko nieznacznie od 2013 roku. Niemniej jednak w ubiegłym roku wartość transakcji inwestycyjnych tego typu na rynku biurowym wyniosła 3,4 mld euro.

„Wprawdzie rola sektora biurowego została zrewidowana w ostatnich 12 miesiącach, jednak warunki najmu dla większości najemców biur nie uległy zmianie. Sprzedaż i najem zwrotny to jedna z opcji umożliwiających większą elastyczność, ale potencjalni inwestorzy będą zainteresowani oceną zarówno lokalizacji, jak i kondycji sektora danego najemcy oraz jego wiarygodności przed podjęciem decyzji o zakupie” – dodaje Lydia Brissy.

Po pierwsze lokalizacja

Pod względem liczby dużych transakcji tytuł lidera przypadł Francji, gdzie na szczególną uwagę zasługuje sprzedaż budowanego obecnie obiektu Harmony, w którym będzie się mieścić siedziba firmy Engie. Na drugim miejscu uplasowały się Niemcy, gdzie na wolumen transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego największy wpływ miała sprzedaż siedziby Hamburg Commercial Bank grupie Signa oraz sprzedaż budynku Random House, należącego do Bertelsmann, firmie inwestycyjnej Allianz Real Estate.

Wartość transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego w Holandii wzrosła niemal trzykrotnie w ubiegłym roku, głównie za sprawą zbywania wielu obiektów przez firmy logistyczne, w tym sprzedaży należącego do DSV magazynu o powierzchni 115 tys. m kw. firmie Savills IM. Niemniej jednak największą transakcją tego typu w ubiegłym roku było zbycie portfela supermarketów Jumbo.

W Wielkiej Brytanii aktywność na rynku transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego również napędzał przede wszystkim sektor logistyczny, ale aktywne pod tym względem były także sieci supermarketów, zwłaszcza Waitrose, oraz LondonMetric.

Trend dociera do Polski

„Na przestrzeni ostatnich dwóch lat zaobserwowaliśmy w Polsce wzrost świadomości właścicieli nieruchomości dotyczący możliwości sprzedaży i najmu zwrotnego. Dostrzegają oni korzyści wynikające z tego rozwiązania, które umożliwia im szybszą ekspansję w naszej wciąż dynamicznie rozwijającej się gospodarce. Również inwestorzy zainteresowani aktywami z umowami najmu typu net lease mogą szybko zrealizować tego typu transakcje, co jest szczególnie atrakcyjne dla firm, które w przeciwnym razie musiałyby uzyskać finansowanie zewnętrzne w często wolniej działających bankach. By właściciel nieruchomości mógł z sukcesem zrealizować transakcję sprzedaży i najmu zwrotnego musi móc pochwalić się dobrymi wynikami finansowymi, być później wiarygodnym najemcą oraz sam obiekt musi być atrakcyjny dla inwestora” – mówi Łukasz Fromiński, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego, Savills Polska.

„Pomimo presji spadkowej na stopy kapitalizacji we wszystkich regionach, Polska nadal zyskuje dzięki znacznej i atrakcyjnej różnicy w cenach w porównaniu z Europą Zachodnią. Z tego względu kupując obiekt w ramach transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego w Polsce można nabyć nieruchomość często z takimi samymi najemcami korporacyjnymi, jak w Europie Zachodniej, ale uzyskać znacznie lepsze stopy zwrotu” – dodaje John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska.

Po kapitał niekoniecznie do banku. Nadzieja na REIT-y

Konsekwentna realizacja planowanych inwestycji wymaga od firm poszukiwania teraz także alternatywnych dróg pozyskiwania kapitału.

W sytuacji, kiedy banki zaostrzyły warunki finansowania, a dla niektórych branż całkowicie wstrzymały kredytowanie realizacja nowych projektów stała się dla wielu firm wyzwaniem. Dla inwestorów posiadających własne nieruchomości sposobem na zdobycie kapitału może być ich sprzedaż i dzierżawa zwrotna. Transakcja w formule sale and leaseback umożliwia odmrożenie zablokowanych środków, pozyskanie funduszy taniej niż w banku, a przy tym możliwość dalszego korzystania z nieruchomości na zasadzie wynajmu.

Tego typu transakcje to przede wszystkim szansa na wykorzystanie doskonałej koniunktury rynkowej przez sektor magazynowy, który rozwija się aktualnie w bezprecedensowym tempie. Skalę zainteresowania nieruchomościami z tego segmentu w ostatnim czasie pokazują choćby statystyki rynku inwestycyjnego. W pierwszej połowie 2020 roku, jak wynika z danych Walter Herz, niemal połowa akwizycji w Polsce dotyczyła biurowców. A już w trzecim kwartale biura wyparła logistyka, która w tym okresie odpowiadała za 70 proc. całkowitego wolumenu transakcji.

Rozwój nowych inwestycji magazynowych jest jednak znacznie utrudniony w sytuacji, kiedy banki zakręcają kurek i selektywnie podchodzą do finansowania nieruchomości. Inwestorzy muszą dysponować dziś wkładem własnym na poziomie 35–40 proc., czy wykazać się przednajmem lub przedsprzedażą przekraczającą nawet 50 proc. Podczas, gdy wcześniej wystarczające było 20-30 proc. wkładu własnego.

Opcja dla rynku nieruchomości

– Dla sektora magazynowego i przemysłowego, które przeżywają teraz okres ekspansji transakcje sale and leaseback to znakomity sposób na uwolnienie środków na reinwestycje. Takie umowy przeważnie nie są szeroko komunikowane. Niemniej zainteresowanie tego typu projektami w różnych segmentach rynku nieruchomości w ostatnim czasie mocno wzrosło. Decydują się na nie firmy, które poszukują pozabankowych źródeł finansowania. Obecnie prowadzimy dwie tego typu transakcje dla klientów produkcyjnych z branży automotive. Ich zaletą jest czas, bo tego typu proces można przeprowadzić relatywnie szybko – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.

– Sale and leaseback to opcja, która w Polsce nie była dotąd często wykorzystywana w odróżnieniu na przykład od Stanów Zjednoczonych, gdzie jest rynkowym standardem. Ilość kapitału obecna na naszym rynku jest teraz znaczna. Takie transakcje budzą m.in. zainteresowanie funduszy inwestycyjnych, dla których nabycie nieruchomości połączone z jej wieloletnim wynajmem jest bardzo atrakcyjnym wyborem. Sukcesywnie wzrastające znaczenie naszego kraju jako rynku do lokowania kapitału powoduje natomiast, że przyciągamy nowych inwestorów. Wolumen transakcji inwestycyjnych wzrastał w ostatnich latach regularnie, by w 2019 roku osiągnąć rekordową wartość ponad 7 mld euro. I nawet niełatwy, ubiegły rok przyniósł niezły rezultat – 5,5 mld euro – dodaje Bartłomiej Zagrodnik.

Transakcje sale and leaseback wiążą się z wieloma korzyściami. Sprzedając nieruchomość firma pozbywa się obciążeń związanych z zarządzaniem obiektem i może skupić się na swoim core business. Optymalizuje się również baza kosztowa firmy, w przypadku sprzedaży nieruchomości kilkudziesięcioletni okres amortyzacji zastępuje jedna faktura czynszowa. Poza tym, firma nie tylko nie ma potrzeby przenoszenia biznesu do innej lokalizacji, ale także wciąż utrzymuje kontrolę nad wynajmowaną nieruchomością. A w efekcie transakcji poprawia wynik finansowy i zyskuje kapitał na inwestycje.

Rekordowa wartość transakcji w Europie i Azji

Analitycy Walter Herz zwracają uwagę, że liczba transakcji sale and leaseback rośnie w okresach, kiedy pogarsza się ogólna sytuacja ekonomiczna. W czasie kryzysu w 2008 roku ich wartość w Europie sięgnęła aż 13 mld euro. W ostatnich latach wolumen takich transakcji wzrastał. W 2019 roku w Europie i Azji osiągnął rekordową wartość sprzedaży. Aż 430 transakcji zrealizowanych w Europie przyniosło w 2019 roku sprzedaż o wartości 23,1 mld euro. Tym samym, pobity został rekord z 2018 roku, wynoszący 17 mld euro.

W minionym roku mogliśmy także obserwować kolejne, duże transakcje sale and leaseback. W maju 2020 roku kompleks magazynów w Wielkiej Brytanii przejęła Aviva Investors za 107 mln funtów od producenta odzieży Next, który następnie wydzierżawił nieruchomość. Investcorp wykupił z kolei siedzibę Coca-Coli w Belgii za 88 mln dolarów.

W Polsce również notowane były tego rodzaju transakcje. W czerwcu minionego roku spółka DSV, globalny dostawca usług transportowych i logistycznych zrealizowała transakcję w formule sale & leaseback z francuską firmą inwestycyjną Corum Asset Management, która dotyczyła nowego Międzynarodowego Centrum Usług Wspólnych DSV w Warszawie o powierzchni 20 tys. mkw.

Do większych transakcji przeprowadzonych w naszym kraju w ostatnim czasie należał także zakup za 81 mln euro przez Zeitgeist Asset Management dawnej, warszawskiej siedziby Urzędu Telekomunikacyjnego i Telegraficznego o powierzchni 49 mkw. od Orange. Inwestor zakupił również od Orange Pocztę Główną w Krakowie.

Ponadto, Towarzystwo Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta sfinalizowało sprzedaż budynku biurowego z najmem zwrotnym przy alejach Jerozolimskich w Warszawie. Austriacka firma inwestycyjna FLE w ramach transakcji portfelowej nabyła zaś w Polsce pięć samoobsługowych hurtowni Makro Cash & Carry od niemieckiej firmy Metro, która nadal prowadzi hurtownie.

Nadzieja na REIT-y

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce wesprzeć mogą także REIT-ty (real estate investment trust), których temat powrócił w ostatnim czasie. Prace nad nimi trwają od 2016 roku. Kolejna wersja założeń dotyczących finansowania inwestycji na rynku nieruchomości przez osoby fizyczne i instytucje w zamian za dywidendę, ma być gotowa jesienią tego roku. Spółki powołane do tego celu mają szansę w dużym stopniu przyczynić się do rozwoju kolejnych projektów komercyjnych finansowanych przez rozproszony kapitał.

Wprowadzenie podobnych regulacji w Czechach spowodowało zwiększenie udziału inwestorów czeskich z 1 proc. do 37 proc., wypierając fundusze zagraniczne. W Polsce rynek inwestycyjny dotyczący nieruchomości komercyjnych zdominowany jest wciąż przez inwestorów zagranicznych, którzy odpowiadają za około 95 proc. wartości transakcji.
Zanim jednak w naszym kraju przeprowadzona zostanie pierwsza transakcja za pośrednictwem REIT-ów minie jeszcze sporo czasu. Poza wprowadzeniem stosownej legislacji i utworzeniem samych spółek oraz zebraniem kapitału, trzeba przecież także przygotować sam proces transakcji, który również trwa wiele miesięcy. Mówimy więc o perspektywie nawet dwuletniej, kiedy będzie można ocenić skuteczność tego rozwiązania.

Shoper podsumowuje rekordowy rok – już 4 mld zł GMV

Shoper S.A., właściciel najpopularniejszej w Polsce platformy e-commerce do prowadzenia sklepu internetowego, osiągnął w 2020 r. przychody na poziomie 47 mln zł oraz 22 mln zł zysku EBITDA. Oznacza to wzrost o odpowiednio 69 proc. r/r oraz 104 proc. r/r. W minionym roku na platformie Shoper klienci wygenerowali obrót (GMV*) w wysokości 4,0 mld zł, co oznacza wzrost o 87 proc. r/r. 5 marca br. Spółka złożyła prospekt do Komisji Nadzoru Finansowego.

Spółka oferuje przedsiębiorcom kompleksowy ekosystem do funkcjonowania na rynku e-commerce. Jego podstawą jest platforma do tworzenia i prowadzenia sklepów internetowych, wokół której Spółka oferuje kolejne usługi pozwalające przedsiębiorcom zwiększyć wielkość i efektywność sprzedaży. Wśród usług dodatkowych można wymienić Shoper Kampanie (czyli prowadzenie kampanii reklamowych zorientowanych na pozyskanie zamówień do sklepu), Shoper Płatności (polegającą na obsłudze płatności w e-sklepie) oraz Shoper Przesyłki (czyli wsparcie sprzedawców w obszarze logistyki produktów). Dodatkowo, ekosystem Shoper jest otwarty na zewnętrznych deweloperów, którzy mogą udostępnić swoje aplikacje jako dodatki do Shoper.

– Dzisiaj Shoper to już ponad 20 tys. sklepów internetowych i pozycja lidera w zakresie platform SaaS dla e-commerce na perspektywicznym, polskim rynku. Nasz sukces to efekt kompleksowego podejścia do klienta i wspierania jego sprzedaży. Efekty tych działań widać zarówno w dynamicznie rosnących wynikach Spółki, jak i w szybko rosnących obrotach klientów na platformie (GMV). Nasz rozwój to nie tylko zdobywanie nowych użytkowników, ale również wspieranie ich w rozwoju i rośnięcie wraz z nimi – komentuje Marcin Kuśmierz, prezes Shoper S.A.

Historia firmy Shoper sięga jeszcze 2005 r. i początków rynku e-commerce w Polsce. W bieżącym roku podjęto decyzję o ujednoliceniu nazwy Spółki z platformą, zmieniając ją z dawnego Dreamcommerce na Shoper S.A. Na koniec 2020 r. Spółka posiadała ponad 20 tys. użytkowników korzystających z platformy w ramach oferty podstawowej oraz usług dodatkowych m.in. z obszaru marketingu, logistyki, płatności czy zapewnienia regulaminów dla sklepów internetowych. Obecnie Spółka zatrudnia blisko 150 osób i prowadzi działalność na rynku polskim.

– Mamy za sobą dynamiczny wzrost i jeszcze ambitniejsze plany na przyszłość. Skupiamy się na rozwoju biznesu, ale też rozważamy różne scenariusze rynkowe, w tym giełdowy debiut. Dlatego złożyliśmy prospekt do Komisji Nadzoru Finansowego – mówi Marcin Kuśmierz.

Istotnym czynnikiem wzrostu Spółki jest wysoka skalowalność modelu biznesowego, czego efektem jest istotna poprawa marżowości wraz ze wzrostem liczby użytkowników platformy Shoper i generowanych przez nich obrotów. Pomimo, że użytkownicy platformy Shoper nie płacą prowizji od sprzedaży, to wiele usług dodatkowych rozliczanych jest w modelu pay-as-you-grow, który jest skorelowany z wielkością generowanych obrotów (GMV) przez ich sklepy. W 2020 r. GMV wygenerowane przez sklepy na platformie Shoper wyniosło 4,0 mld zł. To ponad 3-krotnie więcej niż w 2018 r.

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się bardzo intensywnie, średnioroczny wzrost za ostatnie 4 lata przekracza poziom 20% i jest wyższy niż średnia notowana w Unii Europejskiej. Sukcesy firm działających na tym rynku można znaleźć zarówno w Polsce, jak i za granicą, czego dowodzą ostatnie rynkowe debiuty. Wysokie dynamiki wzrostu dla rynku e-commerce zgodnie z dostępnymi szacunkami, będą utrzymywać się w kolejnych latach.

– Branża e-commerce od kilku lat jest w dynamicznym ruchu wzrostowym, który dodatkowo przyspieszył w 2020 roku. Wzrost powinien być kontynuowany w kolejny latach, a patrząc na kraje Europy Zachodniej, na rynku jest jeszcze dużo miejsca dla nowych biznesów, rozszerzających lub tworzących swoją ofertę sprzedaży internetowej. Mamy ambicje jeszcze bardziej umocnić nasz status platformy pierwszego wyboru i pozycję wiodącego partnera dla tych podmiotów – dodaje Marcin Kuśmierz.

W roku 2020 Shoper uruchomił dla swoich Klientów nowoczesny panel administracyjny, wraz z jego mobilną wersją. Rozszerzył partnerstwo z InPost oraz wprowadził kolejne udogodnienie dla kupujących w sklepach internetowych użytkowników platformy Shoper w postaci odroczonych płatności. Zaimplementowano także dziesiątki usprawnień i utworzono ponad 35 nowych aplikacji rozszerzających możliwości sklepu.

– W Shoper zależy nam na wyjściu daleko poza rolę standardowego dostawcy rozwiązania do prowadzenia sklepu. Dlatego poza rozwojem oferty wspierającej sprzedaż użytkowników platformy Shoper, dużą uwagę przywiązujemy do ich obsługi. W samym 2020 r. odpowiedzieliśmy na ponad 147 tysięcy zgłoszeń mailowych, nasi konsultanci rozmawiali z klientami przeszło 180 tysięcy razy i przeprowadziliśmy dla nich 124 webinary edukacyjne – podkreśla Marcin Kuśmierz.