Ile utargujesz u dewelopera w 2021 roku?

Początek roku 2021 rozpoczął się optymistycznie na rynku nieruchomości, na co z pewnością wpłynęły dobre dane za rok poprzedni. Ostatecznie okazało się, że kryzys związany z COVID – 19 nie odbił się mocno na popycie na mieszkania. Ciągle utrzymuje się wysoka koniunktura.

Sprawdziliśmy, ile klienci zainteresowani nowym mieszkaniem są obecnie w stanie utargować z deweloperami i jakimi promocyjnymi ofertami kuszą wiosną 2021.

Zanim jednak do tego przejdziemy, kilka zdań trzeba poświęcić na opis sytuacji rynkowej. Jak już wspomnieliśmy – ostatecznie rynek nieruchomości właściwie nie ucierpiał z powodu pandemii. Mocny spadek sprzedaży i lekką korektę cen widać było tylko w drugim kwartale zeszłego roku, a więc w czasie tzw. lockdownu, kiedy obrót nieruchomościami był nieomal zastopowany przez kwarantannę, zamknięcie gospodarki itp. Później jednak sytuacja szybko wracała do normy i już latem 2020 roku nastąpiło odbicie. Dobra koniunktura utrzymała się do końca roku.

Aktualnie na wszystkich wiodących rynkach widoczne są zwyżki cenowe, stawki na koniec roku 2020 pozostawały wyraźnie wyższe, niż rok wcześniej.

Obecnie w Warszawie – (ceny transakcyjne na rynku pierwotnym w IV kw. 2020 – dane NBP) metr kwadratowy nowego mieszkania kosztuje średnio 10261 zł. Rok do roku przeciętne stawki wzrosły o 800 zł – z 9476 zł, co daje wzrost cen o ponad 8 procent.

W Krakowie średnio za m2 nowego mieszkania płaci się 8685 zł. Rok do roku mieszkania w stolicy Małopolski podrożały o nieco ponad 400 zł.

W Gdańsku zwyżka cen była znacznie większa. Średnie stawki za nowe mieszkania w ciągu roku poszły w górę z 8585 zł do 9401, co stanowi wzrost o ponad 9,5 proc.

We Wrocławiu na koniec 2019 roku za 1 mkw. nowego mieszkania płaciło się 7634 zł. Na koniec ubiegłego roku średnie stawki wynosiły 8233 zł. Daje to wzrost w ciągu 12 miesięcy na poziomie niecałych 8 procent.

W przypadku Poznania ceny poszły w górę nieznacznie – o niecałe 3 proc. Na koniec 2019 roku za 1 mkw. płaciło się w tym mieście 7397 zł. Na koniec 2020 było to 7611 zł.

Jeśli chodzi o Łódź – tu wzrost stawek był wyraźniejszy. Na koniec 2019 roku płaciło się za 1 mkw. średnio 6026 zł. Rok później było to 6624 zł, co daje nieomal 10 procentowy wzrost cen.

Jak więc widzimy – mimo pandemicznego roku 2020 mieszkania na wszystkich głównych rynkach drożały. Podane stawki to ceny transakcyjne, a więc te, które ostatecznie przekładały się na cenę na umowie. Czy koniunktura, z którą ciągle najwidoczniej mamy do czynienia, to dobry czas na negocjacje z deweloperem? Czy i ile można ugrać? Sprawdziliśmy – porównując ceny ofertowe i transakcyjne z ostatniego zakończonego kwartału, czyli z IV kw. 2020.ceny mieszkań

Jak widzimy, możliwość negocjacji cen i ugrania lepszych warunków u deweloperów wygląda różnie, w zależności od rynku. Z danych NBP wynika, że naprawdę sporo da się utargować w Krakowie. Tu różnica cen w ofertach i transakcjach wynosi średnio blisko 10000 na metrze kwadratowym. To oznacza, że realna, średnia cena 50 metrowego mieszkania w grodzie Kraka jest o 50 tys. zł niższa niż w ofertach deweloperskich. Różnica cen wynosi blisko 10 proc.

Kupujący w Warszawie i Gdańsku również mogą utargować niemało. Tak przynajmniej wynika z danych opublikowanych przez NBP. Na obu tych rynkach różnice między cenami ofertowymi a realnymi wynoszą średnio 500 zł/mkw., co przy zakupie 50 mkw. daje 25 tys. mniej od stawek podawanych na bilbordach i folderach reklamowych.

To by z kolei znaczyło, że w tych ośrodkach popyt nie jest jednak aż tak wysoki, jak mogłyby sobie życzyć firmy deweloperskie. Za to zrównoważony poziom cen obserwujemy w Łodzi i Poznaniu. Tu stawki z ofert i realne ceny transakcyjne nie różnią się mocno, co znaczy, że podaż i oczekiwania cenowe są dobrze dostosowane do rzeczywistego popytu.

Promocje deweloperskie w Warszawie wiosną 2021

Statystyki oparte na średnich cenowych są narzędziem niedoskonałym – uwzględniają zarówno budownictwo popularne, a więc tanie, a także to z najwyższej półki. Stąd dane o średnich cenach mogą nie oddawać realiów rynkowych z punktu widzenia tzw. zwykłego Kowalskiego. Dlatego sprawdziliśmy również – na podstawie ofert z RynekPierwotny.pl, ile rzeczywistego upustu są w stanie zaproponować deweloperzy.

Na rynku stołecznym wachlarz promocji, które oferują firmy deweloperskie, jest spory. Najczęściej w grę wchodzą upusty cenowe na wybrane mieszkania, wykończenie i projekt w korzystnej cenie, darmowe miejsca parkingowe.

Jaki rabat można uzyskać kupując nieruchomości w Warszawie? Dla przykładu – jeden z deweloperów na Bemowie (Metro Połczyńska) oferuje rabaty do 20 tys. zł. Na Żeraniu można uzyskać rabat w wysokości 15 tys. zł (Myśliborska 1). Na Rembertowie, inwestor projektu Park Leśny Rembertów proponuje dwa naziemne miejsca parkingowe za złotówkę. Z kolei na Białołęce (Twórcza Home) deweloper oferuje projekt i wykończenie w cenie 349 zł/mkw. Na Wilanowie (Tulip Wilanów) jedna z firm kusi klientów cenami mieszkań od 8900 zł/mkw. , a więc znacznie poniżej średniej dla całego miasta. Na Białołęce najtańsze 35 – metrowe kawalerki w inwestycji Miasto Moje kupimy za 280 tys. zł, a ceny 1 mkw. zaczynają się od 6800 zł. W Ursusie można natomiast znaleźć mieszkania w promocyjnych cenach od 7600 zł/mkw. (Ursus Centralny).

Jak widzimy – wybór promocji jest całkiem spory. Oczywiście, każdą taką ofertę należy dobrze przeanalizować – przede wszystkim upewnić się, czy naprawdę jest promocyjna, czy też oferuje upusty, które w efekcie dają ceny zbliżone do stawek za inne mieszkania w okolicy. Warto też dokładnie zapoznać się z warunkami promocji i skalkulować wartość bonusów – takich jak wykończenie, umeblowanie gratis itp.

Autor: Marcin Moneta, ekspert portalu GetHome.pl

Małe i średnie firmy chcą się szczepić, aby szybko wrócić do pracy

Główne wnioski z VII edycji badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP” dotyczące inwestycji i planów związanych z zatrudnieniem:

  • NOWOŚĆ:70 proc. przedsiębiorców zdecydowałoby się zaszczepić pracowników, gdyby była taka możliwość. Najwięcej – w branży handlowej. Wskazywali, że zdecydowaliby się na ten krok, ponieważ szczepienia zabezpieczą pracowników przed koronawirusem (71 proc.), a także zwiększą poczucie bezpieczeństwa w firmie (68 proc.).
  • Tylko 13 proc. przedsiębiorstw planuje inwestycje w najbliższych trzech miesiącach. Ale aż 79 proc. nie ma takich zamiarów.
  • Te, które chcą się rozwijać:

– kupią nowe maszyny i sprzęt – 62 proc.

– rozbudują systemy IT – 26 proc.

– kupią lub wydzierżawią nowe lokale – 13 proc.

– zamówią półprodukty i komponenty – 13 proc.

  • 77 proc MŚP nie planuje zatrudnienia nowych pracowników. Tylko 15 proc. jest gotowych zwiększyć stan załogi, przy czym „zdecydowanie tak” mówi jedynie niecałe 3 proc. przedsiębiorców.
  • Jeśli chodzi o model pracy, to wygląda, że MŚP wróciły do fabryk, biur i na place budów. Aż 64 proc. firm przyznaje, że w całości wykonuje swoje obowiązki na miejscu. Tylko nieco ponad 2 proc. mówi, że pracuje w pełni zdalnie.
  • 66 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać obecny model pracy po zakończeniu epidemii.

Pandemia powstrzymuje małe i średnie firmy przed inwestowaniem i zatrudnianiem nowych osób, a praca zdalna jest dla nich dużym wyzwaniem. 70 proc. przedsiębiorców chętnie zaszczepiłoby swoich pracowników, gdyby mieli taką możliwość – wynika z 7. edycji badania „KoronaBilans MŚP” Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

W najnowszej edycji cyklicznego badania KRD „KoronaBilans MŚP” przedsiębiorcy zostali zapytani, czy gdyby była taka możliwość, zaszczepiliby swoich pracowników. Aż 70 proc. odpowiedziało, że tak – najwięcej w branży handlowej. Wskazywali, że zdecydowaliby się na ten krok, ponieważ szczepienia zabezpieczą pracowników przed koronawirusem (71 proc.), a także zwiększą poczucie bezpieczeństwa w firmie (68 proc.). Prawie 22 proc. uważa, że szczepienia zorganizowane przez firmę byłyby szybko zrealizowane. Z kolei przedsiębiorcy, którzy nie zaszczepiliby swoich pracowników, a jest ich 10 proc., argumentują, że jest to indywidualna decyzja pracownika. Dla blisko 7 proc. koszty akcji byłyby zbyt wysokie. Natomiast aż 40 proc. obawia się brania na siebie odpowiedzialności za skutki uboczne szczepionki.KoronaBilans MŚP

Opór przed inwestowaniem

Bieżąca edycja „KoronaBilansu MŚP”, który od początku pandemii bada sytuację ekonomiczną małych i średnich firm, pokazuje, że nadal utrzymuje się duży opór przed inwestowaniem. Tylko 13 proc. przedsiębiorstw zamierza w najbliższych trzech miesiącach wydać pieniądze na rozwój. Ale aż 79 proc. nie ma takich planów. W poprzedniej fali badania było to odpowiednio 12 proc. i 80 proc.

Decyzja o inwestowaniu w obecnej rzeczywistości gospodarczej nie jest łatwa. Najnowsze dane GUS pokazują, że w czwartym kwartale ubiegłego roku spadek PKB sięgnął 2,8 procent rok do roku. To więcej niż w trzecim kwartale, gdy PKB zmniejszyło się o 1,5 procent. W całym 2020 roku PKB zmalał o ponad 130 mld zł, na co wpływ miało między innymi ograniczenie inwestycji aż o prawie 11 procent. Widać to także w naszym badaniu. Przedsiębiorstwa zamiast się rozwijać, wolą akumulować gotówkę, aby móc finansować bieżącą działalność. Ta wstrzemięźliwość, co zrozumiałe, jest podyktowana niepewnością panującą w gospodarce – ocenia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Technologie przed gruntem

Małe i średnie firmy, które zdecydowały się przeznaczyć pieniądze na inwestycje, przede wszystkim kupią nowe maszyny i sprzęt. Jest to 62 proc. wskazań – najwięcej od początku badania. Ta kategoria od początku cieszy się największą popularnością. Natomiast 26 proc. przedsiębiorców rozbuduje systemy IT, takie jak strony www, aplikacje, czy sklepy on-line (26 proc.), a co 10. ma w planach remont lub prace budowlane.

Jeśli chodzi o inwestycje w rozwiązania IT, to analizując wyniki wszystkich fal badania, widać, że „pospolite ruszenie” miało miejsce na początku epidemii koronawirusa, kiedy małe i średnie firmy gwałtowanie przenosiły działalność do Internetu. Wówczas zrobiła to prawie 1/3 z nich. Najnowszy sondaż pokazuje jednak, że przedsiębiorcy nadal wprowadzają rozwiązania informatyczne, które ułatwiają im funkcjonowanie na rynku.

Ponadto 13 proc. firm zamierza kupić lub wydzierżawić nowe lokale, a tyle samo – zamówić półprodukty i komponenty. Najmniejszym zainteresowaniem cieszy się obecnie zakup gruntów – tylko niecałe 8 proc.Główne wnioski z VII edycji badania Krajowego Rejestru Długów

– Większość firm na szczęście ma jeszcze pieniądze, bo wciąż zatrudniają pracowników i prosperują. Kłopotem są jednak inwestycje, z których przedsiębiorcy zrezygnowali w pierwszej kolejności w kryzysie. Jednak nie wszyscy. Okazuje się, że plany inwestycyjne rosną wraz z wielkością przedsiębiorstwa. O ile w przypadku mikrofirm zaledwie 6 proc. przedsiębiorstw myśli o inwestowaniu, o tyle w przypadku firm średnich takie plany ma już ponad sześć razy więcej podmiotów. Nie dziwi też fakt, że największą świadomość inwestycji obserwujemy w przedsiębiorstwach produkcyjnych, bo właśnie one w pandemii prosperują najlepiej – zauważa Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Zdaniem eksperta NFG, jeśli już przedsiębiorcy przeznaczają na coś większą ilość gotówki, to raczej na utrzymanie firmy niż działania prorozwojowe. Tymczasem nie tędy droga: bez inwestowania chociażby w nowoczesne technologie łatwo stracić konkurencyjność na rynku.

– Firmom, które mają wolne środki w budżecie, radziłbym przeznaczyć je na inwestycje, które gwarantują rozwój i konkurencyjność, a działalność operacyjną, bieżącą sfinansować na przykład faktoringiem, który chroni płynność finansową przedsiębiorstwa i zapewnia stabilność – dodaje Dariusz Szkaradek.

Rynek pracy w zastoju

Rynek pracy nie jest już chłonny. 77 proc MŚP nie planuje zatrudnienia nowych pracowników w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Tylko 15 proc. jest gotowych zwiększyć stan załogi, przy czym odpowiedzi „zdecydowanie tak” udzieliło jedynie niecałe 3 proc. przedsiębiorców. Jest to wynik najbliższy pierwszej fali badania, kiedy zadeklarowało tak zaledwie 2 proc. Obecnie co 9. firma nie podjęła jeszcze decyzji dotyczącej zatrudnienia.

W dużej mierze wynika to tego, że na rynku pracy dokonały się już roszady. Część osób, które w ubiegłym roku straciły pracę, znalazła nowe zatrudnienie, a część jeszcze szuka, bo nowych miejsc nie przybywa tak szybko jak przed pandemią. Sektor MŚP nasycił się pracownikami i stąd chwilowy zastój – wyjaśnia Adam Łącki.

Przedsiębiorstwa, które deklarują przyjęcia pracowników, zamierzają powiększyć załogę o ¼ dotychczasowego stanu (blisko 70 proc. wskazań). Z kolei 4,5 proc. zatrudni dodatkowe osoby w przedziale 26-50 proc. obecnego składu. Ale aż 1/4 nie jest w stanie podać, o ile zwiększy etaty.redukacja zatrudnienai

Zwolnienia planuje 11 proc. firm, co jest wynikiem najbliższym początku pandemii, kiedy wskazywał tak co 4. przedsiębiorca z sektora MŚP. W kolejnych edycjach odsetek ten utrzymywał się na poziomie kilku procent, ale w przedostatniej edycji sięgnął już 10 proc.

Praca zdalna dla wybranych

Jeśli chodzi o model pracy, to wygląda, że MŚP wróciły do fabryk, biur i na place budów. Aż 64 proc. firm przyznaje, że w całości wykonuje swoje obowiązki na miejscu. Tylko nieco ponad 2 proc. mówi, że pracuje w pełni zdalnie. Na dodatek 66 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać obecny model pracy po zakończeniu epidemii. Nikt nie deklaruje, że w najbliższych trzech miesiącach wprowadzi w 100 proc. model pracy zdalnej. Spośród firm, które jeszcze nie przestawiły się na home office, aż 54 proc. nie planuje tego zrobić w najbliższych trzech miesiącach.


VII edycja ogólnopolskiego Badania „KoronaBilans MŚP” została przeprowadzona przez IMAS International w lutym 2021 r. na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęła grupę 301 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CATI/CAWI.

GDDKiA: dobre perspektywy dla wykonawców inwestycji drogowych

Choć sezon budowlany oficjalnie rusza dopiero w przyszłym tygodniu, to tam, gdzie pozwalała na to technologia, prace były prowadzone nieprzerwanie. Inwestycje na drogach krajowych realizowane są zgodnie z harmonogramem, a polskich budów nie zatrzymała ani zima, ani trwająca epidemia COVID-19. Podczas spotkania z przedstawicielami firm wykonawczych, które odbyło się online 10 marca, podsumowaliśmy 2020 rok, przedstawiliśmy plany na kolejne lata oraz dyskutowaliśmy na temat zmian w zakresie realizacji inwestycji.

Roboty budowlane – intensywny rok 2020

W Polsce dostępnych dla kierowców jest 4269 km dróg szybkiego ruchu (1712 km autostrad i 2557 km dróg ekspresowych). Na etapie realizacji znajdują się 102 zadania z rządowego PBDK o łącznej długości 1313,1 km oraz 3 obwodnice z PB100 o łącznej długości 19,9 km. 25 zadań z PBDK (o długości 355,6 km) i 10 obwodnic, które zrealizowane zostaną w ramach PB100 (o długości 87,2 km), jest na etapie przetargu. Kolejne zadania o łącznej długości niemal 2900 km są obecnie w przygotowaniu.

Zeszły rok był dla nas czasem wytężonych działań. W 2020 r. w ramach PBDK i PB100 ogłosiliśmy przetargi na 48 odcinków nowych dróg o łącznej długości ok. 600,2 km. Podpisaliśmy też 35 umów na realizację o łącznej długości 450 km i wartości ponad 18 mld zł. Warto też wspomnieć, że wydatki inwestycyjne GDDKiA wzrosły z 10,95 mld zł w 2019 r. do 15,35 mld zł w 2020 r., co stanowiło istotny zastrzyk finansowy dla branży budowlanej oraz pozytywny impuls gospodarczy w trudnym czasie zmagań z epidemią COVID-19.

2020 rok to także szereg działań na istniejącej sieci dróg krajowych. Ogłosiliśmy 129 przetargów na roboty, podpisaliśmy 121 umów oraz zakończyliśmy 112 inwestycji.

2021 rok – podpisane umowy i ambitne plany

W bieżącym roku podpisaliśmy już sześć umów na realizację nowych zadań o łącznej długości ok. 87,9 km i wartości ponad 2,2 mld zł.

W planach na 2021 r. mamy ogłoszenie przetargów na realizację 347 km nowych dróg, w tym 26 odcinków o łącznej długości 313 km w ramach PBDK oraz 6 odcinków o łącznej długości 34 km w ramach PB100.

W zakresie zadań na istniejącej sieci planujemy 96 przetargów (do kwoty 100 mln zł) na przebudowy i rozbudowy dróg o długości ok. 255 km. Ich szacunkowa wartość to niemal 1,8 mld zł. W tym roku planujemy także zakończenie 76 robót (o wartości od 0,35 do ok. 120 mln zł) w zakresie m.in. rozbudowy i przebudowy dróg.

Priorytety inwestycyjne na 2021 rok

W 2021 r. planujemy oddać do ruchu niemal 400 km nowych dróg. W woj. podlaskim będą to cztery odcinki drogi ekspresowej S61 o łącznej długości 59 km. W woj. kujawsko-pomorskim oddanych zostanie niemal 10 km drogi ekspresowej S5, a w woj. śląskim podobnej długości odcinek S1. Ponad 13 km drogi ekspresowej S7 planowane jest do oddania w woj. małopolskim. Plany dla województwa lubelskiego to pięć odcinków drogi ekspresowej S19 oraz jeden odcinek S17, które mają łączną długość ok. 64 km.

W woj. łódzkim do końca roku planujemy oddać do ruchu ok. 40 km autostrady A1, a w woj. warmińsko-mazurskim ok. 77 km ekspresówek (trzy odcinki S7 i jeden ponad 20-kilometrowy odcinek S61). W woj. opolskim planujemy oddać dwa odcinki (S11 i GP46) o łącznej długości ok. 18 km, a w woj. podkarpackim dwa odcinki drogi ekspresowej S19 oraz dwa odcinki drogi klasy GP (główna ruchu przyspieszonego) – obwodnica Stalowej Woli i Niska w ciągu DK77 i obwodnica Łańcuta w ciągu DK94. Ich łączna długość to ok. 37 km. Trzy odcinki (dwa odcinki S3 i jeden GP26) oddane zostaną w woj. zachodniopomorskim, a jeden (S3 o długości 14 km) w woj. dolnośląskim. Plany dla Mazowsza zakładają oddanie do końca roku trzech odcinków nowych dróg (S7, S2, GP61) o łącznej długości 14 km.

2022 rok – planowane nowe przetargi

Warunkiem ogłoszenia przetargu na roboty budowlane jest otrzymanie rzetelnej i kompletnej dokumentacji. W 2022 roku planujemy odbiór dokumentacji dla 23 zadań w ramach PBDK o łącznej długości prawie 300 km oraz 8 zadań w ramach PB100 o łącznej długości niemal 60 km. Pozwoli nam to ogłosić przetargi na realizację tych inwestycji.

Program Bezpiecznej Infrastruktury Drogowej

Zadania realizowane przez GDDKiA to nie tylko PBDK i PB100. 23 lutego br. Rada Ministrów przyjęła Program Bezpiecznej Infrastruktury Drogowej na lata 2021 – 2024. Program dedykowany jest sieci dróg krajowych. Podejmowane w ramach programu działania będą ukierunkowane na zwiększenie ochrony uczestników ruchu oraz stworzenie bezpiecznej infrastruktury drogowej. Efektem będzie zmniejszenie liczby wypadków i ich ofiar. Na ten cel z Krajowego Funduszu Drogowego przeznaczone zostanie 2,5 mld zł.

Zaangażowanie wykonawców, składane oferty

Podczas spotkania przedstawiono listę 20 największych wykonawców realizujących działania na rzecz GDDKiA. Ich portfele zamówień mieszczą się w przedziale od 0,12 mld zł do 8,28 mld zł.

Wartość najtańszych składanych ofert w 2020 r. (39 przetargów) wahała się między 45,9 a 141,8 proc. szacunków GDDKiA (średnia wartość najtańszej oferty: 80,8 proc.). Średnia ze wszystkich ofert wahała się między 55,7 a 161,1 proc. szacunków GDDKiA (ogólna średnia to 95,7 proc.).

W dotychczasowych 20 przetargach w 2021 roku najtańsze oferty wahały się w przedziale między 53,4 a 99 proc. szacunków GDDKiA (średnia wartość najtańszej oferty: 70,9 proc.). Średnia ze wszystkich ofert wahała się między 59 a 126,8 proc. szacunków GDDKiA (ogólna średnia to 84,2 proc.).

GDDKiA

BitBay nawiązał współpracę ze szwajcarskim SEBA Bank

Największa giełda kryptowalut w Europie Środkowo-Wschodniej BitBay nawiązała współpracę ze szwajcarskim SEBA Bankiem, liderem smart-bankingu. Wyznaczanie potencjalnych obszarów partnerstwa między dwoma podmiotami staje się początkiem nowego standardu wydajności, bezpieczeństwa i elastyczności w zakresie wirtualnego finansowania przedsiębiorstw i tokenizacji aktywów.

Jak wynika z szacunków Cambridge Centre for Alternative Finance, obecnie na świecie ponad 100 mln ludzi posiada cyfrowe aktywa. W porównaniu do 2018 roku oznacza to wzrost o 189 proc[1]. Zdaniem ekspertów, kryptowaluty są przyszłością cyfrowych transakcji, a najbliższe lata upłyną pod znakiem dynamicznego rozwoju branży. Zagwarantowanie bezpieczeństwa operacji na kryptoaktywach jest dzisiaj niezbędnym działaniem. Dostrzegła to giełda kryptowalut z największą liczbą użytkowników w regionie CEE BitBay, która nabyła jednostki inwestycyjne od szwajcarskiego lidera innowacyjnej bankowości. SEBA Bank zapewnia elastyczny, bezpieczny i łatwy w użyciu pomost między aktywami cyfrowymi i tradycyjnymi. Bank ogłosił emisję akcji serii B posiadaczom jednostek inwestycyjnych jako tokeny bezpieczeństwa w łańcuchu blokowym, stając się pierwszym bankiem, który tokenizuje udziały kapitałowe.

Dzięki nowym przepisom DLT pojawiły się prawne regulacje dotyczące zabezpieczenia zarejestrowanych akcji, takich jak tokeny oferowane przez SEBA Bank. Aktywa są wydawane i przechowywane w ramach cyfrowego depozytu bankowego w środowisku regulowanym przez FINMA, dzięki czemu są w pełni zgodne ze szwajcarskim prawem prywatnym i korporacyjnym. Tokeny są oparte na protokole ERC20 i zaprojektowane w celu umożliwienia bezproblemowej łączności w zakresie handlu i płynności w uznanych na świecie cyfrowych systemach płatności.

BitBay to największa giełda cyfrowych walut w Europie Środkowo-Wschodniej i trzecia pod względem wielkości w Europie. Giełda zadebiutowała w 2014 roku i od tamtego czasu zgromadziła blisko milion użytkowników, realizując 125 transakcji na minutę.

Rozwój regulacji prawnych sprawia, że Szwajcaria staje się jednym z najbardziej przyjaznych krajów dla rozwoju kryptowalut, określanych mianem „krypto narodu”. Uchwalenie tzw. ustawy o blockchain (DLT) ma na celu zapewnienie Szwajcarii pozycji lidera w powstającej gospodarce cyfrowej, dzięki wykorzystywaniu i adaptacji istniejących przepisów do promocji  innowacji cyfrowych. Wejście wszystkich przepisów wspomnianej ustawy jest planowane na okres letni 2021 roku.

[1] „3rd Global Cryptoasset Benchmarking Study”, September 2020.  Cambridge U

Algorytm podpowie, jak sprzedać odpady poprodukcyjne szybko i korzystnie

Twórcy aplikacji WasteMaster, łączącej wytwarzających odpady z firmami je odbierającymi i przetwarzającymi, proponują nowy sposób na szybką utylizację dowolnej ilości odpadów. Algorytm Odpadowy umożliwia przedsiębiorcom błyskawiczne wyszukanie jednego z kilku tysięcy punktów skupu lub zbiórki w całej Polsce. To niedostępne dotąd w kraju rozwiązanie przyciągnęło już uwagę firm z zagranicy oraz funduszy inwestycyjnych.

W bazie danych Algorytmu Odpadowego znalazło się około 5 tysięcy firm z całej Polski, zajmujących się odbiorem i recyklingiem odpadów. Baza pokrywa niemal cały kraj – obecnie około 90% terytorium. Dzięki temu gdziekolwiek znajduje się nasz odpad, szybko uzyskamy informację, jak wygodnie go zagospodarować. Wystarczy wybrać w Algorytmie Odpadowym kategorię odpadu oraz kod pocztowy, pod którym się znajduje. Na tej podstawie nowa funkcja WasteMaster wskaże najbliższe punkty zajmujące się skupem lub zbiórką danego odpadu i poda odległość do każdego z nich w kilometrach – od najbliższego do najdalszego.

Kolejność lokalizacji prezentowanych przez Algorytm Odpadowy zachęca do utylizacji odpadów jak najbliżej miejsca ich postania. Twórcy WasteMaster podkreślają, że to element proekologicznego nastawienia spółki – im krótsza jest podróż odpadów, tym mniejsza emisja dwutlenku węgla i innych szkodliwych substancji podczas transportu.

Nowe rozwiązanie WasteMaster jest ogólnodostępne. Aby korzystać z Algorytmu Odpadowego, nie trzeba zakładać konta w aplikacji ani być wpisanym do BDO, czyli Bazy danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami. Za korzystanie z nowej funkcji WasteMaster nie są też pobierane opłaty. Z Algorytmu Odpadowego z łatwością skorzysta każdy użytkownik, w tym osoba prywatna. WasteMaster jest dostępny w wersji na smartfony i komputery.

Algorytm oszczędza czas

WasteMaster wprowadził nową usługę w odpowiedzi na sugestie napływające z rynku. Coraz więcej jego uczestników zwraca uwagę na to, jak potrzebny jest wzrost transparentności branży, aby gospodarowanie odpadami odbywało się płynnie. Zdaniem ekspertów z WasteMaster wypełnianie coraz bardziej restrykcyjnych norm, przede wszystkim unijnych, dotyczących przetwarzania odpadów będzie możliwe tylko wtedy, gdy ulegnie poprawie obieg informacji w obrębie branży oraz między wytwarzającymi odpady a odbierającymi je oraz recyklerami.

Obecnie wyszukiwanie punktów skupu lub zbiórki odpadów wymaga cierpliwych i często długich poszukiwań. Informacje o firmach są rozproszone, a dane podane na stronach internetowych zwykle niepełne, więc trzeba je potwierdzać telefonicznie lub mailowo albo udać się do punktu skupu bez pewności, czy zostaniemy obsłużeni.

Aby usprawnić gospodarowanie odpadami, eksperci WasteMaster przez kilka ostatnich miesięcy weryfikowali kilka tysięcy przedsiębiorstw pod kątem zainteresowania każdą z 400 szczegółowych kategorii odpadów dostępnych w aplikacji. Potwierdzili też szereg danych istotnych dla użytkowników: lokalizację punktów zbiórki i skupu, zaplecze transportowe oraz ofertę obsługi firm lub osób fizycznych.

Lista proponowanych przez Algorytm Odpadowy punktów automatycznie dopasowuje się do ostatniego parametru, a pozostałe możemy zmieniać w zależności od tego, czego szukamy. W wynikach wyszukiwania znajdziemy m.in. strony internetowe firm i telefony kontaktowe.

Nasza aplikacja jest skierowana do firm i osób chcących szybko pozbyć się odpadu na jak najlepszych warunkach. Oferujemy dwa rozwiązania, oba szybkie i wygodne, i to użytkownik wybiera, które bardziej mu odpowiada. Można wystawić ogłoszenie w WasteMaster i spokojnie poczekać na korzystne oferty od zainteresowanych danym odpadem przedsiębiorstw. Teraz można też bez wystawiania oferty samodzielnie skontaktować się z podmiotami, które zaproponuje Algorytm Odpadowy – tłumaczy Krzysztof Kowalski, lider projektu w zakresie gospodarki odpadami w WasteMaster.

Ułatwienie dla firm dużych i małych

Algorytm Odpadowy to wygodne rozwiązanie dla przedsiębiorców. Wystarczy, że wskażą ilość wytwarzanych odpadów i ich kategorię. Większe firmy, wytwarzające duże ilości odpadów poprodukcyjnych, będą miały możliwość wyszukania skupów przyjmujących odpady w hurcie. Znacznie ułatwi to utylizację m.in. odpadów poprodukcyjnych z tworzyw sztucznych czy w postaci złomu. Algorytm Odpadowy pomoże także hurtowniom i sklepom w pozbyciu się dużych ilości opakowań kartonowych. Z kolei mniejsze przedsiębiorstwa wyszukają punkty działające lokalnie, gdy zechcą zagospodarować np. zużyte oleje z restauracji.

Dzięki nowej funkcji WasteMaster można szybko nawiązać relacje handlowe z firmami z całej Polski. Również dla przedsiębiorstw z rynku odpadowego, odbierających i przetwarzających odpady, obecność w Algorytmie Odpadowym jest nieodpłatna.

Zebranie danych o branży odpadowej w ramach jednego narzędzia to także źródło wartościowych informacji o zróżnicowaniu rynku odpadowego w każdym województwie. Twórcy WasteMaster zwracają uwagę na to, że w zależności od lokalizacji wytwarzających odpady, różnią się możliwości zagospodarowania poszczególnych frakcji. Poprawa obiegu informacji o poszczególnych punktach pomoże firmom odpadowym w ich działalności.

Liczymy na to, że najaktywniejsze firmy zajmujące się skupem lub recyklingiem odpadów, działające dotąd tylko lokalnie, będą dzięki współpracy z nami szybko rozszerzać działalność. To kolejny element, który wnosimy na rzecz wzrostu ilości odpadów poddawanych recyklingowi. Podobny zamysł stoi za naszymi cyklicznymi raportami cenowymi, dotyczącymi poszczególnych frakcji odpadów. Zaprezentowaliśmy dotąd ceny odpadów z gastronomii, złomu kolorowego, złomu kablowego i katalizatorów – dodaje Krzysztof Kowalski.

Algorytm Odpadowy nie odsyła z kwitkiem

Algorytm Odpadowy proponuje do każdego wyszukiwania łącznie sześć przedsiębiorstw dobranych według zaznaczonych kryteriów. Jeśli mimo to nie uda nam się znaleźć satysfakcjonującej oferty, odpad można wystawić w aplikacji. Dzięki temu, zdaniem zespołu WasteMaster, żaden użytkownik nie pozostanie bez pomocy z niezagospodarowanym odpadem i nie porzuci go, zanieczyszczając środowisko.

– Wprowadzenie Algorytmu Odpadowego to nie jest nasze ostatnie słowo. Równolegle rozwijamy kolejne pomysły, więc użytkownicy WasteMaster mogą już niedługo spodziewać się nowości w aplikacji – zaznacza Krzysztof Kowalski.

Ponad 90% Polaków chce zrobić tegoroczne zakupy wielkanocne w sklepach stacjonarnych

Ponad 60% konsumentów planuje zrobić świąteczne zakupy na dwa tygodnie lub tydzień przed Wielkanocą. Z kolei 12% rodaków już teraz nabywa tego typu produkty. W zeszłym roku Polacy wykazywali dużo większy pośpiech. Z tegorocznego badania również wynika, że przeszło 90% ankietowanych zapowiada wizyty w stacjonarnych sklepach. Poprzednio było to niecałe 80%. Podobnie jak w ubiegłym roku, większość osób zaopatrzy się w dyskontach. Do tego widać, że mniej klientów odwiedzi hipermarkety i sklepy osiedlowe. Za to supermarkety, targowiska i bazary zyskają na znaczeniu.

Badanie „INTENCJE ZAKUPOWE POLAKÓW – Wielkanoc 2020 vs 2021”, zrealizowane przez UCE RESEARCH dla Grupy BLIX, wykazało, że w tym roku Polacy głównie planują zrobić okolicznościowe zakupy na dwa tygodnie i tydzień przed świętami. Tak zapowiedziało odpowiednio 33% (w 2020 roku – 22%) i 31% (w ubiegłym roku – 29%) konsumentów. Z kolei na kilka dni przed Wielkanocą zakupy zrobi 17% ankietowanych (poprzednio 20%). Tylko 12% badanych zadeklarowało, że już teraz dokonuje tego (rok temu – 15%). Dla 4% respondentów nie ma to znaczenia (wcześniej – 5%). Zaledwie 3% jeszcze nie wie, kiedy zrealizuje świąteczne zakupy (w 2020 roku – 10%).

– Konsumenci nauczyli się żyć w warunkach pandemii i nie działają już tak zapobiegliwie, jak w zeszłym roku. Poza tym ograniczenia sanitarne nie są tak dotkliwie szczelne. Do tego sklepy nauczyły się odpowiednio reagować na specjalne wyzwania. Dlatego tylko 12% Polaków wykazuje wyjątkowo duży pośpiech, choć to jeszcze może się zmienić – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia „Forum Dialogu Gospodarczego”.

W tym roku Polacy głównie chcą robić zakupy świąteczne w sklepach stacjonarnych. Zdecydowanie to deklaruje 60% ankietowanych, a raczej jest o tym przekonanych 33% (poprzednio 26% i 52%). W opinii Krzysztofa Zycha, głównego analityka UCE RESEARCH, finalnie sposób robienia zakupów będzie zależał od tego, jak ukształtuje się sytuacja epidemiologiczna w kraju przed samymi świętami. Eksperci medyczni zapowiadają duży wzrost zakażeń i to może jeszcze zmienić preferencje konsumentów.

– Wyniki badania idealnie pokazują, że zmalał udział świątecznych zakupów online w relacji rocznej, bo obawa przed fizycznym odwiedzaniem sklepów jest mniejsza niż rok temu. Widać też, że konsumenci przyzwyczaili się do sytuacji i mniej obawiają się kupowania produktów w sklepach stacjonarnych – mówi Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy BLIX.

Polacy, tak jak w zeszłym roku, w większości planują zrobić zakupy w dyskontach. Na drugiej pozycji są hipermarkety, a na trzeciej – supermarkety. Na czwartym miejscu są lokalne bazary i targowiska, a za nimi – sklepy osiedlowe. Ranking zamykają placówki typu convenience i cash & carry. Do tego widać, że w tym roku mniej osób odwiedzi hipermarkety i sklepy osiedlowe. W tych dwóch przypadkach różnice wynoszą 5% w relacji rocznej. Za to supermarkety oraz targowiska i bazary odwiedzi więcej osób niż rok temu – odpowiednio o 9% i 4%.

– Nie ma w tym żadnego zaskoczenia. Dyskonty od dłuższego czasu umacniają pozycję rynkową. Jednak na plus należy uznać, że targowiska i bazary będą częściej odwiedzane, bo w czasie pandemii ruch tam się zmniejszył. Sprzedawcy to odczuwają. W ogóle dobrze byłoby, gdyby Polacy częściej wspierali lokalny handel, bo on tego bardzo potrzebuje, szczególnie w obecnych czasach – stwierdza Krzysztof Zych.

Jak informuje Marcin Lenkiewicz, przeprowadzane w ciągu roku badania geolokalizacyjne pokazały, że coraz mniej konsumentów dokonuje zakupów w hipermarketach. Polski shopper w czasie pandemii chętnej wybiera mniejsze sklepy, znajdujące się blisko miejsca zamieszkania. Zdaniem eksperta z Grupy BLIX, z tego właśnie wynika lepsza pozycja na rynku supermarketów. Jest tam relatywnie mniej osób, dzięki czemu konsumenci mogą robić zakupy szybciej i czuć się bezpieczniej. Mniejsze formaty stają się też coraz bardziej konkurencyjne cenowo, co również nie pozostaje bez znaczenia.

Badanie metodą CAWI zostało przeprowadzone w dniach 26.02-01.03.2021 roku przez UCE RESEARCH dla Grupy BLIX na reprezentatywnej próbie 1118 dorosłych Polaków.

Frankowicze mogą być ofiarami nieuczciwych praktyk firm odszkodowawczych. UOKiK sprawdza, czy te podmioty naruszają interesy konsumentów

Wysoki kurs franka szwajcarskiego, przedłużające się postępowania sądowe i rozbieżności w orzecznictwie to tylko część wyzwań, z którymi muszą się mierzyć frankowicze.  – Na rynku usług prawnych działają podmioty, które podszywają się pod kancelarie adwokackie. Często zawierane z nimi umowy są krzywdzące dla konsumentów – mówi adwokat Bartosz Czupajło. UOKiK przygląda się działalności kancelarii odszkodowawczych, m.in. firmom oferującym pomoc frankowiczom, od blisko czterech lat i prowadzi postępowania wyjaśniające wobec kilku z nich.

Wśród firm, które oferują usługi prawne, obserwujemy swego rodzaju wyścig po klienta. Czasami konsumenci są wprowadzani w błąd przez podmioty, które podszywają się pod kancelarie adwokackie, aby nakłonić ich do podpisania umowy o współpracy. Skutki tych umów mogą być zaskakujące i niekorzystne – przestrzega w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Czupajło, adwokat z Kancelarii Adwokackiej Czupajło & Ciskowski, ekspert kampanii „Prawo bez strachu”.

Jak podkreśla, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi postępowania wyjaśniające wobec kilkunastu podmiotów, które zawierają tego typu umowy z klientami. Ich wynik nie jest jeszcze znany, ale na pewno warto mieć to na uwadze i przed nawiązaniem współpracy z firmami oferującymi pomoc prawną dobrze zapoznać się szczegółowo z umową.

UOKiK przygląda się ofercie kancelarii odszkodowawczych od drugiej połowy 2017 roku, kiedy część z nich zachęcała do współpracy osoby, które posiadały polisy z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, do ubiegania się o zwrot opłat likwidacyjnych. Po korzystnym dla frankowiczów wyroku TSUE w sprawie państwa Dziubaków kancelarie odszkodowawcze zaczęły oferować swoje usługi na znacznie większą skalę także konsumentom posiadającym kredyty hipoteczne we frankach. Zadaniem UOKiK-u jest sprawdzenie, czy umowy proponowane przez kancelarie nie zawierają klauzul niedozwolonych lub nie naruszają zbiorowych interesów konsumentów. Prezes urzędu wydał już pierwsze decyzje w tych sprawach, a w toku są kolejne postępowania.

Frankowicze mierzą się z wieloma problemami, nie tylko z tym, że ich sprawy sądowe są rozpoznawane bardzo długo. Przede wszystkim długość rozpoznawania ich spraw ma też wpływ na to, że cały czas związani są umowami kredytu, które pociągają za sobą obowiązek uiszczania rat kredytu wynikających z tych umów – dodaje adwokat z Kancelarii Adwokackiej Czupajło.

Frank szwajcarski kosztuje teraz ok. 4,10 zł. W ciągu ostatnich trzech lat podrożał o ponad 14 proc. Ostatnie zwyżki notował w marcu 2020 roku – ok. 4,30 zł. W 2008 roku jego kurs był dwukrotnie niższy. Wysoki kurs przekłada się na wysokość rat, które muszą płacić kredytobiorcy, choć część sądów uznaje, że umowy z bankami zawierają szereg klauzul niedozwolonych.

Do sądów trafia coraz więcej spraw frankowiczów. To zasługa korzystnego dla kredytobiorców wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE ws. państwa Dziubaków, wydanego jesienią 2019 roku. Eksperci wskazują, że większość procesów jest rozstrzygana na korzyść kredytobiorców. Sądy najczęściej orzekają nieważność umowy z bankiem. Wyroki jednak wciąż różnią się co do sposobu wzajemnych rozliczeń między stronami. Pozostaje też niewielki odsetek spraw, które rozstrzygane są na niekorzyść frankowiczów.

Zdaniem adwokata w kwestii kredytów frankowych możliwe są dwa warianty rozwiązań systemowych. Pierwszy kierunek to rozwiązania na poziomie legislacyjnym. Jako przykład można podać Węgry lub Chorwację, w których to parlament rozwiązał problem frankowiczów, dając im możliwość przewalutowania kredytów.

– Wydaje się jednak, że w Polsce rządzący wycofali się z tego rodzaju pomysłów, które były dość głośno formułowane jeszcze w 2015 roku. Ta koncepcja upadła i tutaj już nie poszukiwałbym nadziei na rozwiązanie tego problemu – zaznacza Bartosz Czupajło.

Innym rozwiązaniem systemowym jest zawieranie ugód z bankami na szeroką skalę. Wszystko wskazuje na to, że fali pozwów składanych przez frankowiczów nie da się już powstrzymać ani zagrozić im roszczeniami zwrotnymi, co przez długi czas próbowały robić banki.

– Z tym problemem trzeba się po prostu zmierzyć i zaproponować kredytobiorcom frankowym realne, rzetelne i uczciwe rozliczenie tych umów. Mam wątpliwości, czy ugody w tym kształcie, jaki zaproponował KNF, spełniają te kryteria – dodaje adwokat z Kancelarii Adwokackiej Czupajło & Ciskowski. – W praktyce jest niewiele przypadków, w których ugody są podpisywane, a wszelkie propozycje, z którymi miałem okazję się zapoznać, były mało korzystne dla klientów. Zwykle niosą one za sobą najczęściej korzyści na poziomie ok. 20 proc. tego, co można by osiągnąć, kierując sprawę do sądu.

Kwestią tzw. umów frankowych ma się wkrótce zająć Sąd Najwyższy. 25 marca w pełnym składzie SN ma wydać orzeczenie dotyczące m.in. możliwości żądania wynagrodzenia za korzystanie z kapitału oraz przedawnienia roszczeń banku w przypadku unieważnienia umowy. Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, podkreślił, że spodziewa się korzystnej dla konsumentów uchwały. Pozwoliłoby to ujednolicić orzecznictwo sądów powszechnych, ale też mogłoby skłonić banki do zaproponowania konkretnych rozwiązań.

– Przez wiele lat sektor bankowy nie wykazał w tym zakresie otwartej postawy. Propozycje ustawowego rozwiązania problemu kredytów walutowych zostały przez sektor bankowy odrzucone. Rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego może być ostatnim momentem dla banków na zaproponowanie rozwiązań wychodzących naprzeciw kredytobiorcom frankowym i przedstawienie realnej alternatywy względem ścieżki sądowej. (…) Liczę na odpowiedzialną postawę i rozsądek – zarówno ze strony banków, jak i organizacji je zrzeszających – podkreślił w komunikacie prasowym prezes UOKiK.

Coraz więcej firm przestawia się na zieloną energię i ograniczanie emisji CO2. To biznes będzie odgrywać decydującą rolę w walce ze zmianami klimatu

Kryzys klimatyczny i zrównoważony rozwój odgrywają coraz ważniejszą rolę w strategii dużych firm. Ze względu na skalę swojej działalności będą one mieć w nadchodzących latach decydującą rolę w przeciwdziałaniu zmianom klimatu i rozwiązywaniu związanych z tym globalnych problemów. – Te problemy, chociaż zajmują się nimi rządy i organizacje pozarządowe, nie zostaną rozwiązane bez udziału i innowacyjności przedsiębiorstw – podkreśla Robert Metzke z firmy Philips, która została niedawno jednym z pierwszych na świecie przedsiębiorstw z branży technologii medycznych w pełni neutralnych pod względem emisji CO2.

– Na przedsiębiorstwach spoczywa ogromna odpowiedzialność związana z realizacją globalnych celów środowiskowych. Klimat naszej planety jest pod presją, wykorzystujemy zasoby w tempie o wiele szybszym, niż mogą się one odnawiać. Występują olbrzymie nierówności społeczne, a połowa ludzkości nie ma dostępu do opieki zdrowotnej. Te problemy – chociaż zajmują się nimi rządy i organizacje pozarządowe – nie zostaną rozwiązane bez udziału i innowacyjności przedsiębiorstw – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Metzke, dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju w Philipsie. – Stojące przed nami wyzwania znacząco przerastają możliwości jakiejkolwiek organizacji działającej w pojedynkę. Niezależnie od tego, czy mówimy o rządach, czy o poszczególnych firmach.

Według danych Banku Światowego w ciągu ostatnich 50 lat globalny PKB wzrósł o 330 proc., a wolumen światowego handlu zwiększył się o ok. 960 proc. Jednocześnie liczba ludzi żyjących na Ziemi podwoiła się, emisja gazów cieplarnianych wzrosła o 94 proc., a ilość wykorzystywanej energii w przeliczeniu na osobę zwiększyła się o 44 proc. Zgodnie z prognozami ONZ, jeżeli światowa populacja wzrośnie do 9,6 mld ludzi w 2050 roku, ludzkość będzie już potrzebować zasobów naturalnych trzykrotnie przekraczających obecne zasoby planety.

Pogłębiającym się problemem jest też kryzys klimatyczny. Jak pokazał ostatni raport IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu), średnia globalna temperatura jest obecnie o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego i jeśli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie szybko zahamowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy bezpieczny próg 1,5°C już w 2040 roku, co grozi katastrofą klimatyczną na niespotykaną dotąd skalę.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu PwC i DNB Bank Polska („Kierunki 2020. Zielona odpowiedzialność biznesu”), za 70 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych od 1988 do 2015 roku odpowiada tylko 100 firm. Dlatego w nadchodzących latach to właśnie przedsiębiorstwa będą mieć do odegrania decydującą rolę w przeciwdziałaniu zmianom klimatu.

– Pierwszym krokiem, który mogą wykonać przedsiębiorstwa, jest spojrzenie w lustro i analiza własnej działalności, a także ustalenie obszarów, które wywierają istotny wpływ na środowisko i mogą naprawdę coś zmienić – wskazuje ekspert Philipsa. – Następnie zrównoważony rozwój powinien stać się częścią strategii innowacyjności przedsiębiorstwa. Aby osiągnąć realne rezultaty, ekologia nie może być tylko zajęciem sporadycznym. Musi być elementem codziennych działań każdego pracownika.

Jak wskazuje, to właśnie pracownicy powinni zostać włączeni w proces zmian i transformacji ekologicznej przedsiębiorstwa.

Trzeba wspierać pracowników, by pracowali nad tematami związanymi z ochroną środowiska i raportowali te czynności. Kluczowy jest też system motywacyjny. Gdy pracownicy rozumieją wpływ swoich działań na firmę i środowisko, a także otrzymają odpowiednie szkolenia, ich wkład będzie się zwiększał. Co więcej, pracownicy powinni być również nagradzani za swój wkład na koniec roku. Takich działań, które mogą i powinny podejmować firmy, jest bardzo wiele – mówi Robert Metzke.

Philips ogłosił właśnie, że udało mu się osiągnąć wszystkie cele założone na lata 2016–2020 w programie „Zdrowi ludzie, zrównoważona planeta”. Do jego kluczowych założeń należało osiągnięcie neutralności węglowej we wszystkich działaniach firmy i pozyskiwanie 100 proc. energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, ponad 70 proc. przychodów z przyjaznych środowisku produktów i usług oraz 90 proc. odpadów operacyjnych poddawanych recyklingowi. Tym samym Philips – jako jedna z pierwszych firm z branży technologii medycznych na świecie – stał się w pełni neutralny pod względem emisji CO2.

 W ramach naszej globalnej działalności osiągnęliśmy neutralność węglową we wszystkich krajach, w których jesteśmy obecni. Obejmuje to emisje z zakładów, lecz także biur, logistyki i przelotów naszych pracowników – wymienia  dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju w Philipsie. – Opublikowaliśmy ostatnio  nasz raport roczny, którego nieodłączną częścią jest sprawozdanie z naszego oddziaływania na środowisko i społeczeństwo. Podjęliśmy się realizacji szeregu kluczowych zadań – począwszy od zwiększenia dostępu do opieki zdrowotnej w aspekcie społecznym, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii ochrony środowiska, aż po gospodarkę o obiegu zamkniętym i działania na rzecz klimatu.

Na najbliższych pięć lat Philips podjął szereg kolejnych zobowiązań dotyczących dostępu do opieki zdrowotnej, gospodarki o obiegu zamkniętym i działań na rzecz klimatu.

– Do 2025 roku chcemy poprawić jakość życia 2 mld ludzi na świecie. W szczególności obejmuje to zwiększenie dostępu do opieki zdrowotnej w społecznościach, w których jest on szczególnie utrudniony. Żyje w nich 300 mln ludzi, więc jest to fundamentalny aspekt naszej strategii – podkreśla Robert Metzke.

Prof. UW Bogdan Góralczyk: Handel z Chinami to ogromne pole do działania dla polskich firm. Nadal nie rozumiemy jednak, jak dużo możemy zyskać

Chińska szczepionka na COVID-19 – o ile Polska zdecydowałaby się na jej zakup – mogłaby być częścią większej umowy, która szerzej otworzyłaby drzwi dla dwustronnej współpracy gospodarczej. Handel z Państwem Środka to ogromne pole dla krajowych firm i producentów, tym bardziej że tempo wzrostu tamtejszego PKB ma w 2021 roku wrócić do dynamiki sprzed pandemii i przekroczyć 6 proc. Jednak – jak ocenia politolog i dyplomata, dr hab. Bogdan Góralczyk – w Polsce wciąż brak pomysłu i woli politycznej do zacieśniania relacji z Chinami, na które dodatkowo rzutują nasze silne powiązania z USA.

– Polska rozważa zakup chińskich szczepionek. Jak wiadomo z mediów, to prezydent poruszył tę kwestię na wyraźne życzenie premiera. Mamy już przykład w Grupie Wyszehradzkiej, konkretnie na Węgrzech, gdzie zaszczepił się nią Viktor Orbán i zaczynają się szczepienia powszechne, mimo że nie ma atestów odpowiednich służb Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Bogdan Góralczyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, politolog i znawca Azji, były ambasador RP.

Pierwsza partia 550 tys. dawek szczepionki przeciw COVID-19 od chińskiego producenta Sinopharm trafiła w połowie lutego na Węgry, które jako pierwszy kraj w UE zatwierdziły ją do stosowania w nagłych wypadkach. Docelowo Węgry mają otrzymać ok. 5 mln dawek. Według deklaracji producenta szczepionka jest skuteczna w około 80 proc., choć dane dotyczące wyników trzeciej fazy badań klinicznych nie zostały opublikowane. Żadna z czterech szczepionek opracowanych w Chinach nie została też jeszcze dopuszczona do stosowania przez Europejską Agencję Leków.

Zakup chińskiej szczepionki – poza unijnym mechanizmem wspólnych zakupów – rozważa również Polska, a o szczegółach prezydent Andrzej Duda rozmawiał z przewodniczącym Xi Jinpingiem. Żadna decyzja w tej sprawie jednak na razie nie zapadła, a minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiedział, że rząd będzie chciał najpierw zweryfikować bezpieczeństwo i skuteczność preparatu. Szczepionki – o ile Polska zdecydowałaby się je kupić – mogłyby się stać częścią większej umowy, która szerzej otworzyłaby drzwi dla polskiego biznesu w Chinach. Zwłaszcza że w ostatnich latach Polska również znalazła się w kręgu zainteresowania Państwa Środka. W ubiegłym roku, w ujęciu krajowym, była dla niego trzecim najszybciej rozwijającym się partnerem handlowym.

– Szczepionki są ważne w kontekście aktualnym, ale chodzi o sprawy znacznie ważniejsze – podkreśla dr hab. Bogdan  Góralczyk. – Polska znajduje się na chińskim Jedwabnym Szlaku i to w samym jego centrum. To Chińczycy narysowali ten plan i wskazali gdzieś w okolicach Łodzi coś, co nazwaliśmy potem Centralnym Portem Komunikacyjnym. Widziałem te chińskie mapy i na nich z tego miejsca po całym kontynencie rozchodziły się drogi, autostrady, koleje etc. My nie mamy świadomości, że w długich chińskich dziejach jeszcze nie było takiego przypadku, żeby Polska leżała w interesie Chin. Teraz leży i warto by było to sobie uświadomić.

Jak zauważa, to właśnie w Warszawie blisko dekadę temu, w kwietniu 2012 roku, ówczesny premier Wen Jiabao ogłosił inną chińską strategię, zwaną 16+1 (przemianowaną na 17+1 po dołączeniu Grecji), która miała połączyć z Chinami – głównie gospodarczo – kraje Europy Środkowo-Wschodniej, państwa bałtyckie i Bałkany.

– Chińczycy narysowali te dwa Jedwabne Szlaki, które idą ku Europie, tymczasem nasza polityka wschodnia wciąż zamyka się gdzieś między Bugiem a Moskwą – podkreśla politolog. – Kiedy po 2008 roku główny nurt mediów zachodnich zaczął mówić, że Chiny rosną w siłę i stały się mocarstwem, nasze stosunki trochę drgnęły. Wtedy też prezydent Bronisław Komorowski pojechał do Chin i otrzymaliśmy status najwyższy z możliwych, czyli comprehensive strategic partnership, a więc rozwinięte partnerstwo strategiczne. Taki sam status ma na przykład Rosja, a wyższego już w stosunkach z Chinami mieć nie można.

Chiny już w tej chwili są dla Polski drugim po Niemczech największym partnerem handlowym, a  wartość towarów w miesięcznym ruchu kontenerowym szacowana jest na około 10 mld zł. Według danych KUKE przed wybuchem światowej pandemii Chiny miały ponad 12-proc. udział w polskim imporcie, wart przeszło 125 mld zł. Z kolei udział w eksporcie wynosił niewiele ponad 1 proc. i był wart 11,4 mld zł. Dlatego podczas ostatniego, zdalnego szczytu przywódców grupy 17+1, który po raz dziewiąty odbył się na początku lutego, prezydent Andrzej Duda podkreślił, że Polska widzi potrzebę szerszego otwarcia rynku chińskiego na jej towary i eksport z niej, w tym także produktów rolnych, oraz oczekuje podjęcia przez władze Chin możliwych działań w tym zakresie.

Zdaniem eksperta Polsce brakuje jednak woli politycznej, by dbać o rozwijanie współpracy gospodarczej z Chinami. Dodatkowo jednym z czynników rzutujących na dwustronne relacje są też powiązania ze Stanami Zjednoczonymi, które za czasów administracji Donalda Trumpa zapoczątkowały wojnę handlową z Państwem Środka.

– Za Donalda Trumpa wszystko się rozsypało, bo rozpoczęła się wojna handlowa, a potem wojna technologiczna o Huaweia i 5G. Zobaczymy, co z tym zrobi administracja Joe Bidena. Aczkolwiek jestem przekonany, że Chiny pozostaną największym wyzwaniem również dla nowej amerykańskiej administracji – mówi dr hab. Bogdan Góralczyk.

Przeciętnemu Polakowi handel z Chinami może się kojarzyć przede wszystkim z platformą AliExpress, ale w rzeczywistości jest to ogromne pole dla biznesu. Liczący blisko 1,4 mld mieszkańców kraj jest silnie agrarny, ale ma dynamicznie rosnącą klasę średnią, szacowaną na ok. 300 mln osób. Jak zauważa KUKE, kilkaset milionów Chińczyków stanowi grupę konsumentów o poziomie zamożności przynajmniej takim, na jakim są przeciętnie Polacy. To właśnie tam polscy producenci mogliby kierować swoje produkty. Z dynamiką wzrostu PKB wynoszącą jeszcze przed pandemią 6,1 proc. (dane za 2019 rok) Chiny stanowią ogromny rynek, o dużym potencjale wzrostu.

Choć w całym 2020 roku tamtejsza gospodarka urosła tylko o 2,3 proc., to już czwarty kwartał przyniósł wzrost na poziomie 6,5 proc. Cel wyznaczony na tegorocznej sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych w Pekinie zakłada, że w 2021 roku PKB urośnie już przynajmniej o 6 proc. W ramach wychodzenia gospodarki z koronakryzysu premier Li Keqiang zapowiedział na początku marca znaczne zwiększenie wydatków m.in. na badania i rozwój oraz zdrowie publiczne.

– Chiny już wyciągają wnioski z pandemii. Na trwającej sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, czyli tamtejszego parlamentu, postawiono na nowy model podwójnego obrotu. On zakłada, że najważniejszy jest rynek wewnętrzny, a reszta – czyli handel zagraniczny, który dotychczas był siłą napędową chińskiej gospodarki – stał się wtórny – mówi profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

Co trzeci Polak nie dba wystarczająco o oczy, a tylko co czwarty systematycznie chodzi do okulisty. Stan wzroku Polaków pogarsza praca i nauka zdalna

W wolnym czasie 44 proc. Polaków korzysta ze smartfona lub tabletu ponad cztery godziny dziennie, a co trzeci przeznacza ten czas na oglądanie telewizji. W połączeniu z pracą lub nauką zdalną stanowi to ogromne obciążenie dla wzroku. Co najmniej 30 proc. przyznaje, że nie dba wystarczająco o oczy. To wnioski z badania przeprowadzonego w grudniu 2020 roku na zlecenie firmy Ursapharm. Przekłada się to na kondycję naszego wzroku – co czwarty badany ocenia ją źle lub bardzo źle.

– Zgodnie z badaniami inicjowanymi przez markę Hylo-Dual oprócz wad wzroku i niewyraźnego widzenia aż 59 proc. ankietowanych deklaruje problemy z nadmiernym łzawieniem, a 52 proc. z zaczerwienieniem i przekrwieniem. Z kolei szczypanie i pieczenie oczu dokucza aż 49 proc. ankietowanych, a uczucie suchości zadeklarowało 33 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Michał Członkowski, dyrektor marketingu w firmie Ursapharm.

Mimo że Polacy mają świadomość, że nie dbają wystarczająco o swoje oczy (utrzymuje tak co trzeci ankietowany), to często nie korzystają z wizyt u lekarza, nie konsultują niepokojących objawów i tym samym nie stosują odpowiedniego leczenia. W ubiegłym roku 65 proc. Polaków nie było u okulisty.

Troska o oczy powinna sprowadzać się do dwóch obszarów. Po pierwsze, należy kontrolować wzrok u okulisty, a po drugie, dbać o wzrok w codziennym życiu, czyli prowadzić zdrowy styl życia z uwzględnieniem oczu – radzi dr n. med. Agnieszka Nowosielska, chirurg okulista. – Pandemia koronawirusa pogorszyła dostęp do wszystkich specjalistów, w tym okulistów. Badania prowadzone wśród pacjentów pokazały, że tylko 25 proc. osób kontroluje się systematycznie u okulisty. Dla porównania – cztery lata temu u okulisty było 30 proc. badanych osób. Z tego wynika, że większość społeczeństwa w ogóle nie korzysta z porad specjalisty.

Częściej do okulisty chodzą osoby, które mają wadę wzroku. Jednak wizyta polegająca na dobraniu okularów czy soczewek kontaktowych nie jest wizytą lekarską, jeśli dobraniu korekcji nie towarzyszą medyczne badanie okulistyczne lub badanie gałek ocznych. Z badania wynika również, że częściej badają się osoby młode, które pracują przed komputerem. Zapewne wynika to z faktu, że mają więcej dolegliwości związanych z wpatrywaniem się w ekran.

Podstawową funkcją układu wzroku jest zabezpieczenie widzenia, a należy o niego dbać, aby utrzymać prawidłową ostrość widzenia. Jeżeli nie badamy systematycznie narządu wzroku, nie dbamy o niego, nie stosujemy odpowiedniej higieny pracy wzrokowej, to w dłuższej perspektywie narażamy się na pogorszenie widzenia. Niektóre choroby można leczyć, można je cofnąć, natomiast istnieje szereg schorzeń, które nieleczone powodują utrwaloną utratę wzroku – przestrzega dr Agnieszka Nowosielska.

Niekorzystnie na nasze oczy wpływa zmiana stylu życia na bardziej domowy.  44 proc. Polaków deklaruje, że w czasie wolnym od pracy ponad cztery godziny dziennie korzysta ze smartfona lub tabletu, a co trzeci – z telewizji.

Osiem godzin pracy plus rozrywka dla oka to jest bardzo duże obciążenie – mówi Michał Członkowski.

Praca przed komputerem w warunkach domowych może być jeszcze bardziej obciążająca dla oczu niż w biurze ze względu na brak odpowiednich warunków. Niewiele osób stosuje się do tego, że ekran monitora powinien znajdować się w odległości ok. 50–70 cm od oczu i być pochylony pod kątem 10–20 stopni. Ważne jest również odpowiednio dobrane oświetlenie, które nie będzie przemęczać oczu. Praca przy komputerze powinna się odbywać przy włączonym świetle, aby zmniejszyć efekt kontrastu między bardzo jasnym światłem monitora a otoczeniem.

– Co ciekawe, osiem na dziesięć osób przy organizacji swojego stanowiska podczas pracy zwraca uwagę na oświetlenie. To jest pozytywna wiadomość – podkreśla dyrektor marketingu w Ursapharm.

Ważne jest także ustawienie monitora – najlepiej bokiem do okna – wietrzenie pomieszczenia i robienie krótkich regularnych przerw w pracy. Można na chwilę wyjrzeć przez okno, wodzić wzrokiem po pokoju lub zamknąć oczy i wykonywać koliste ruchy wzrokiem w wyobraźni. Takie ćwiczenia warto powtarzać co dwie godziny. Okuliści radzą też, by dbać o nawilżanie oczu, stosując krople. W ten sposób można zapobiec zespołowi suchego oka, który jest powodowany przez długotrwałe patrzenie w ekran. Z badania wynika, że sięga po nie 82 proc. ankietowanych.

Polski start-up opracował rozwiązanie monitorujące pobór energii w czasie rzeczywistym. Analizuje zużycie i produkcję przy wykorzystaniu sieci 5G

Zużycie energii systematycznie rośnie. Choć na rynku pojawiają się innowacyjne rozwiązania, które pomagają zwiększyć efektywność energetyczną budynków, jak izolacja nowej generacji czy odblaskowe materiały dachowe, brakuje rozwiązań do monitorowania i zarządzania poborem energii. Ten problem chce rozwiązać polski start-up. Friendly Innovation, przy wykorzystaniu sieci 5G, tworzy narzędzia do monitorowania i optymalizacji wykorzystania energii elektrycznej. EcoPlanet24 integruje odnawialne źródła energii, na bieżąco analizuje też rzeczywiste zużycie i produkcję energii.

– Dla większości konsumentów i producentów energii elektrycznej jedynym monitoringiem, który obecnie jest dostępny w masowym zastosowaniu, jest niestety rachunek za energię elektryczną. Rachunek ten zawiera informacje historyczne, nie pozwala nam powiedzieć, jak bieżące zachowanie wpływa na konsumowanie energii, na oszczędzanie czy na inne możliwości optymalizacji tego zużycia. Idealnym rozwiązaniem byłoby zastosowanie bieżącego monitorowania tego zużycia lub też produkcji energii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Cezary Wierzchołek, prezes Friendly Innovation.

Na rynku nie brakuje innowacji w zakresie efektywności energetycznej, które już pomagają właścicielom domów zaoszczędzić pieniądze. Za pomocą smartfona można monitorować i zarządzać inteligentnymi urządzeniami, np. przełączając je w tryb czuwania. Koszty ogrzewania i chłodzenia można obniżyć dzięki ekologicznej izolacji za pomocą materiałów piankowych pochodzących z recyklingu. Odblaskowe materiały dachowe pozwalają z kolei zmniejszyć koszty klimatyzacji. Zmienia się też technologia chłodnicza, np. nowoczesne lodówki chłodzą poprzez zmianę pola magnetycznego. Wciąż jednak brakuje rozwiązań, które pomagają na bieżąco zarządzać energią i monitorować jej zużycie.

Tę lukę chce wypełnić polski start-up Friendy Innovation.

– Do zarządzania energią potrzebne jest nam urządzenie, które z jednej strony daje nam informację, jakie jest zużycie czy jaki jest kierunek energii na wyjściu z naszego budynku, oraz drugą informację dotyczącą bieżącej produkcji energii, jeżeli ona w tym momencie zaistnieje. Jeżeli do tego dodamy urządzenia, które mogą być sterowane z poziomu naszego sprzętu za pomocą takiej informacji, mamy komplet do tego, żeby zoptymalizować zużycie energii bez ciągłego myślenia, w jaki sposób się to odbywa – tłumaczy Cezary Wierzchołek.

EcoPlanet24 połączone jest ze smartfonem, na który przesyłane są na bieżąco informacje o zużyciu. Użytkownik śledzi więc np., co generuje najwięcej energii i w jaki sposób można byłoby zmniejszyć zużycie.

– Dodatkowo użytkownik ma też informację, czy aktualnie produkuje energię w nadmiarze, czy jest jej deficyt. Czyli, jeżeli np. dołożyłby niektóre elementy do produkcji energii, zyskałby na tym, czy jeżeli np. zakupiłby urządzenie, które by konsumowało tę energię w momencie produkcji, również by na tym zyskał, np. ogrzał wodę czy włączył klimatyzację wcześniej – wskazuje prezes Friendly Innovation.

Start-up wykorzystuje najnowsze technologie oraz sieć 5G, która pozwala na większą przepustowość i przesyłanie dużej ilości danych w czasie rzeczywistym.

– Korzystny wpływ ma niezawodność działania tej technologii, będziemy mogli się nią wesprzeć. Jeżeli będzie to masowe użycie przez konsumentów, będzie większa ilość danych, wówczas będą potrzebne większe kanały przepustowości. Duży nacisk kładziemy na bezpieczeństwo tych danych, żeby po drodze nie trafiały do niepowołanych użytkowników. Odbiorcy będą bezpieczni – zapewnia Cezary Wierzchołek.

Rozwiązanie dedykowane jest przede wszystkim właścicielom domów jednorodzinnych, którzy korzystają z odnawialnych źródeł energii. W Polsce największą popularnością cieszą się panele fotowoltaiczne. Resort rozwoju podaje, że na koniec 2020 roku funkcjonowało ponad 457,4 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ok. 3006 MW, czyli o 196 proc. więcej niż jeszcze na koniec 2019 roku.

– Klienci indywidualni w tej chwili nie optymalizują energii, nawet ci, którzy posiadają produkcję energii, czyli farmy fotowoltaiczne, dopóki nie dostaną rachunku, nie wiedzą, ile tej energii produkują, w jaki sposób ją wykorzystują – wskazuje prezes Friendly Innovation. – Jeśli spojrzymy szerzej, mogą powstać lokalne grupy bilansujące, które będą bilansowały powiat czy gminę. Mając informację z takich urządzeń i sterując nimi, będą mieć wpływ na niektórych użytkowników, na całościowe bilansowanie danego obszaru.

Uczenie maszynowe pozwoli analizować DNA nawet 30 razy szybciej. Możliwe będzie badanie rzadkich komórek, np. rakowych, dotychczas niemożliwych do przebadania

Naukowcy z Nvidii oraz Wydziału Komórek Macierzystych i Biologii Regeneracyjnej Uniwersytetu Harvarda opracowali AtacWorks, narzędzie służące do odszumiania danych uzyskanych z sekwencjonowania DNA. Opiera się ono na współdziałaniu uczenia maszynowego i pracy procesorów graficznych GPU. Dzięki niemu analiza próbek może się odbywać nawet trzydziestokrotnie szybciej niż z użyciem tradycyjnych metod. Odkrycie może oznaczać przełom we wczesnym wykrywaniu raka i chorób genetycznych.

– Za pomocą AtacWorks jesteśmy w stanie przeprowadzić na pojedynczych komórkach eksperymenty, które zazwyczaj wymagałyby 10 razy większej liczby komórek – wskazuje Jason Buenrostro, adiunkt na Uniwersytecie Harvarda, twórca metody ATAC-seq i współautor artykułu w prestiżowym piśmie „Nature”.

Rozwiązanie opisane przez inżynierów Nvidii i naukowców Uniwersytetu Harvarda w „Nature” opiera się na technice ATAC-seq, służącej analizie DNA opartej na badaniu chromatyny w pojedynczych komórkach. Dzięki niej możliwe jest znajdowanie otwartych obszarów w genomie zdrowych i chorych komórek, co może stanowić punkt wyjścia np. w opracowywaniu nowych leków. Standardowo zastosowanie procedury ATAC-seq wymaga dostarczenia dziesiątek tysięcy komórek do przygotowania preparatu, z którego można wyizolować niezaszumiony sygnał. Jest to kłopotliwe w momencie, gdy badaniu trzeba poddać komórki rzadkie, takie jak komórki macierzyste.

Narzędzie AtacWorks pozwala na wykorzystanie w takim samym badaniu zaledwie kilkudziesięciu komórek.

– Odszumienie niskiej jakości danych z sekwencjonowania za pomocą głębokiego uczenia maszynowego wspieranego przez procesory graficzne GPU może mieć ogromny wpływ na naszą zdolność do badania zmian epigenetycznych związanych z rozwojem i chorobami komórek rzadkich – wskazuje Jason Buenrostro.

AtacWorks jest konwolucyjną siecią neuronową przeszkoloną na parach zestawów danych Atac-seq, z których jedne były dobrej jakości, a drugie zaszumione. Wykorzystanie do jej pracy procesorów graficznych NVIDIA Tensor Core umożliwiło przeprowadzenie w zaledwie pół godziny analizy, która normalnie zajęłaby 15 godzin. Co więcej, dostarczone do analizy dane zawierały pięćdziesięciokrotnie mniej odczytów.

– W przypadku bardzo rzadkich typów komórek nie jest możliwe badanie różnic w ich DNA przy użyciu istniejących metod – podkreśla Avantika Lal, badaczka z firmy NVIDIA, główna autorka artykułu w „Nature”. – AtacWorks może nie tylko pomóc obniżyć koszty gromadzenia danych o dostępności chromatyny, lecz także otworzyć nowe możliwości w odkrywaniu nowych leków i diagnostyce.

Dzięki temu rozwiązaniu będzie można identyfikować określone mutacje lub biomarkery, które zwiększają podatność ludzi na choroby, takie jak m.in. choroba Alzheimera, choroby serca czy nowotwory. Może też znacznie ułatwić opracowywanie nowych leków. Naukowcy zastosowali AtacWorks do analizy komórek macierzystych, wytwarzając rzadkie podtypy czerwonych i białych krwinek. Przy tradycyjnych metodach badań ich analiza byłaby niemożliwa.

Z raportu InsightAce Analytic wynika, że światowy rynek sztucznej inteligencji w genomice był w 2019 roku wyceniany na 142,5 mln dol. Do 2028 roku tempo wzrostu utrzyma się na średniorocznym poziomie równym 39 proc. aż do osiągnięcia wyceny na poziomie 2,76 mld dol.

Jakie wyzwania stawia przed Polską europejski Zielony Ład?

Po pandemii zostały uruchomione dodatkowe środki z funduszu odbudowy Unii Europejskiej, które trafią do wszystkich krajów członkowskich. Będą jednak pewne zasady dotyczące ich wydawania. Przede wszystkim mamy spożytkować je na inwestycje związane z rewolucją energetyczną – które z jednej strony zmniejszą nasze zapotrzebowanie na energię, a z drugiej strony zwiększą wydajność i efektywność procesów gospodarczych. Głównym tematem jest udoskonalenie technologii wytwarzania i magazynowania czystej, zeroemisyjnej energii. Dotyczy to przede wszystkim technologii wodorowej, która pozwoli nam na lepsze wykorzystanie i ustabilizowanie dostaw prądu pochodzącego z OZE. Dla Polski oznacza to także wyeliminowanie węgla z miksu energetycznego. Pamiętajmy także, że przeobrażenie energetyczne nie jest tylko kwestią zmiany naszych gospodarstw domowych. Przede wszystkim jest to kwestia zapewnienia energii w odpowiedniej ilości i w odpowiedniej cenie dla naszego przemysłu. Robimy się coraz bardziej przemysłowym krajem i będziemy potrzebowali większej ilości energii, niż w tej chwili. Zupełnie czym innym jest też korzystanie z prądu przy transporcie samochodowym, a być może również morskim. To wyzwania, które będą potrzebowały różnych rozwiązań technologicznych.

– Zielony Ład jest dla nas szczególnie trudnym wyzwaniem – bo nasz system energetyczny oparty jest o węgiel, który się w tej chwili na świecie bardzo nie podoba. W dotychczasowych negocjacjach zobowiązaliśmy się na pewną ścieżkę i musimy zrobić wszystko, żeby móc się w niej znaleźć – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Wielu mówi o tym, że przyszłość gospodarki leży w technologii wodorowej. Nie mamy jednak jasnego scenariusza, który na pewno zapewni nam wymarzoną, czystą i efektywną gospodarkę energetyczną. Nie ma jasnego pomysłu, co może odmienić świat. Pamiętam, jak w końcówce ubiegłego tysiąclecia mówiono nam, że w 2000 roku wszystko wyschnie. Będzie zbyt mało wody, wszyscy umrzemy z pragnienia i braku jedzenia. I jakoś udało się w tej agendzie ostatnich dwóch, trzech dekad znaleźć sposoby i pomysły pozwalające na to, że może być nas jeszcze więcej i wciąż mamy zapasy. Wody nie brakuje, rolnictwo się rozwija. Oczywiście pojawiają się kolejne bariery, przy których będziemy mieli kłopot, ale być może znowu nam się uda to w jakiś sposób przeskoczyć – oczekuje Soroczyński.

Co (u)gryzie e-commerce? 21 wskazówek dla e-commerce na 2021 rok

Na podstawie badania zrealizowanego wspólnie przez Mobile Institute i Izbę Gospodarki Elektronicznej na grupie ponad 2700 internautów. Partnerami Merytorycznymi projektu
są Przelewy24 i Adyen.

Jeśli Cię nie ma w e-commerce, to…

Rok 2020 pokazał, że jeśli nie ma Cię w e-commerce, to właściwie nie istniejesz, a jeśli nawet istniejesz, to na pewno gorzej Ci się wiedzie niż biznesom, które zdążyły się choć odrobinę zdigitalizować. Już w maju 2020 roku badania (m.in. „Omnicommerce. Kupuję wygodnie” oraz „E-commerce w Polsce”) wskazały, że prawie ¾ internautów przynajmniej raz kupiło coś w Internecie w ciągu ostatnich 6 miesięcy. Najnowsze dane – z badania „Co (u)gryzie e-commerce?” z lutego 2021 roku – mówią zaś już o 60% kupujących regularnie w sieci, przy czym 35% kupuje przynajmniej raz w tygodniu. 51% konsumentów deklaruje, że zwiększyli wydatki w Internecie lub zaczęli e-kupować ze względu na pandemię, a kolejne 19% zamierza zwiększyć wydatki w 2021 roku.

„Wyniki badania „Co (u)gryzie e-commerce?” pokazują wyraźnie, że polski handel elektroniczny stale rośnie w siłę. Coraz więcej internautów dokonuje regularnych zakupów online, zaś ponad połowa e-konsumentów deklaruje zwiększenie wydatków w Internecie. Niemniej wpływająca na popularność e-zakupów pandemia obnażyła problemy, z którymi
na co dzień borykają się sklepy internetowe. Według raportu jedynie 12% kupujących w sieci nie wyszczególniło problemów w żadnym z obszarów e-commerce. Sytuacja ta wykazuje, iż przed e-handlem stoi wiele wyzwań, aby zatrzymać e-klientów i dotrzeć do nowych, również w rzeczywistości post-covid. Jestem pewna, że polski e-commerce sprosta wyzwaniom i oczekiwaniom e-konsumenta, tak aby chętniej dokonywał zakupów na rodzinnych platformach, wiedząc, że kupuje produkty dobrej jakości oraz z odpowiednią certyfikacją unijną, na co nie może liczyć, kupując produkty na azjatyckich platformach
e-commerce” – Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

To bardzo pozytywne dane, nic więc dziwnego, że wszyscy patrzymy huraoptymistycznie na e-commerce. Wartość rynku sprzedaży online do konsumentów przekroczyła na koniec 2020 roku 100 mld zł. Jedynie czasem przemyka nam gdzieś z tyłu myśl, co będzie po pandemii – czy konsumenci pozostaną w Internecie, no i czy w tym Internecie pozostaną wierni obecnie kupowanym markom, czy raczej skorzystają z możliwości w zasadzie nieograniczonego wyboru, a jak tak, to jak ich powstrzymać. Czas prosperity to ten moment, kiedy powinniśmy zastanowić się nad aspektami działania e-commerce, bo okazuje się, że różnorodne problemy przy zakupach online zauważa aż 88% e-klientów. I wcale tak łatwo nie wybaczają.

“Jedną z niedogodności, na którą wskazują klienci jest brak wyboru preferowanych metod płatności, co, jak pokazują badania, może być przyczyną porzucania koszyków.
Dlatego właśnie wiodący na rynku operatorzy oferują szereg rozwiązań dostosowanych
do specyfiki danego biznesu, a przede wszystkim spełniających oczekiwania klientów.  Współczesnych konsumentów cechuje otwartość na nowości technologiczne, warto więc stale poszerzać wachlarz oferowanych rozwiązań płatniczych, pamiętając, że satysfakcja klienta przekłada się na konwersję sprzedażową sklepu” – Jacek Kinecki CCO Przelewy24

Testy odbiorowe e-commerce

Zacznijmy od tego, gdzie skierowali swoje kroki – a właściwie kliki – nowi klienci e-commerce, którzy wcześniej wydawali większość budżetu offline. Można by przypuszczać,
że do sklepów, gdzie zwykle kupowali, ale to nie jest do końca prawda. Zrobiło tak 21% internautów, za to 36% udało się do e-sklepów specjalistycznych, dedykowanych do zakupów w danej kategorii, np. sport, hobby, elektronika, a co 4. zaczął kupować na platformach, które Polacy cenią przede wszystkim za duży wybór i bezpieczeństwo zakupów. Nie wygląda to natomiast na zbyt lojalne zachowanie wobec marek znanych z offline’u. Dodatkowo, konsumenci zapytani, czy wyobrażają sobie zakupy wyłącznie w Internecie, mówią, że nie (80% wskazań wśród internautów i 67% wśród regularnie kupujących w Internecie). Owszem, jest sporo czynników, które by im to ułatwiły, jak lepszej jakości zdjęcia, utrzymywanie standardów opisów produktów czy rozwiązania typu esize.me, wizualizacja produktów modowych na modelce (najchętniej w postaci autentycznej klientki) lub mebli czy sprzętu AGD we wnętrzu i wideo produktowe, które wymieniają jednym tchem, ale nie oceniają e-sklepów pod kątem oferowania tych rozwiązań zbyt dobrze.

Co więcej, aż 49% uważa, że e-commerce nie poradził sobie z pandemią. W tym zakresie szczególnie doskwierają konsumentom długie terminy dostaw, mała dostępność produktów, wyższe ceny, np. na elektronikę oraz pozorne promocje, gdzie ceny są sztucznie zawyżane, żeby następnie np. przy okazji Black Friday, czy wyprzedaży sezonowych, znów je obniżyć. Konsumenci to dostrzegają i czują się oszukani.

Wyniki tegorocznego raportu „Co ugryzie e-commerce” wyraźnie wskazują, że klienci oczekują elastycznego, wygodnego, dopasowanego do ich potrzeb procesu zakupowego. 76% badanych przyznało, że gdy zetkną się z problemami w czasie zakupów w sklepie internetowym, są w stanie z nich zrezygnować. Okazuje się, że wystarczy jedna negatywna interakcja ze sklepem, aby klient skierował swoje kroki w inne miejsce. Zapewnienie wygodnej i elastycznej podróży klienta bez względu na kanał, preferowaną metodę płatności czy miejsce składania zamówień wydaje się kluczowym elementem w budowaniu solidnego fundamentu do rozwoju firmy i budowaniu odpowiedniego poziomu doświadczeń konsumentów” – Jakub Czerwiński, VP CEE, Adyen

Houston, we have a problem

Promocje to jednak tylko jeden z niewielu problematycznych obszarów w e-commerce.
17% internautów, a 1/3 e-kupujących przyznaje, że zdarzyło im się podczas zakupów w sieci coś, co zdenerwowało ich do tego stopnia, że przerwali zakup. Co ciekawe, ¾ spośród takich zdenerwowanych konsumentów, uważa, że zdarzyło się to podczas ostatnich zakupów lub zdarza im się non-stop. Co denerwuje konsumentów? Jedną z bolączek jest prezentacja produktów, w kontekście której problemy widzi 77% internautów. Przede wszystkim dotyczą wciąż złej jakości zdjęć, braku zdjęć 360 i wideo produktowego, niewystarczających opisów i braku opcji sprawdzenia dostępności produktów w sklepach stacjonarnych. Niewidoczna jest też często, zdaniem konsumentów, informacja o tym, że produkt będzie dostarczany zza granicy, np. Chin. Nie lepiej wypadły elementy usability e-sklepów, jak porównywanie ofert, wyszukiwanie i filtrowanie oraz niewygodne formularze zamówienia. Zdecydowanie wiele do życzenia, zdaniem badanych, pozostawia kontakt z e-sklepem, a właściwie jego brak. 57% internautów twierdzi, że ma problem z takim skomunikowaniem się ze sprzedawcą. Najmniej przyjazne pod tym względem e-sklepy działają według konsumentów w branży sport i hobby, spożywczej i związanej ze zdrowiem. Rozwiązanie tego problemu konsumenci upatrują w interaktywnych widgetach, które umożliwiłyby kontakt kontekstowy bezpośrednio z obsługą e-sklepu i pozostawienie feedbacku. Stosunkowo najlepiej badani ocenili aspekt płatności w e-sklepach, choć dużym błędem wciąż jest brak opcji płacenia BLIKiem oraz niezapamiętywanie preferowanej przez klienta formy płatności.

Tak duża skala niedostatków e-commerce powinna zostać zauważona, gdyż konsument napotykający wskazane problemy nie zawsze da marce dugą szansę, a dane wręcz pokazują, że 1/3 uda się od razu w inne miejsce zakupowe. 2/3 zawiedzionych e-klientów będzie próbowało nawiązać kontakt z e-sklepem i prosić o pomoc, informacje czy interwencję, ale w przypadku, gdy ponad połowa deklaruje, że nie mają ku temu możliwości, może to oznaczać porzucenie e-sklepu również przez tę grupę.

Zdaniem Katarzyny Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzającej w Mobile Institute: „Zapewnienie konsumentom wygodnego i kontekstowego kontaktu z e-sklepem, może się okazać czynnikiem, który zaważy o utrzymaniu obecnych klientów. 76% konsumentów chce i próbuje kontaktować się z e-sklepami w różnych tematach, m.in. po pomoc w dokończeniu procesu zakupowego czy dodatkowe informacje o produkcie. Konsumenci są też zdania, że powinni móc oceniać nie tylko dokonany zakup, ale też wygląd e-sklepu, proces zakupu, usability i generalnie wszystkie aspekty związane z zakupem. Tymczasem 42% badanych uważa, że e-sklepy nie są niestety zainteresowane ich opiniami, pomysłami i problemami. To musi się zmienić.”

Czy zmiana przepisów budowlanych wpłynie na ceny mieszkań

W jakim stopniu nowe przepisy dotyczące ochrony cieplnej budynków wpłyną na koszt realizacji inwestycji? Czy zmiana norm budowlanych przełoży się na wzrost cen mieszkań? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes Develii

Nowe przepisy prawa budowanego związane są m.in. ze zmniejszeniem zapotrzebowania budynków na energię nieodnawialną czy zastosowaniem w inwestycjach „cieplejszych” okien i wymagają od inwestorów spełnienia zaostrzonych warunków technicznych. Dodatkowe wymagania przełożą się na wzrost kosztów realizacji inwestycji, a co za tym idzie wzrost cen mieszkań w nowych projektach. Jednak należy mieć na uwadze, że energooszczędne budynki, w których wykorzystane są nowoczesne rozwiązania ekologiczne, np. panele fotowoltaiczne czy osiedla, na których zastosowano lampy solarne to docelowo niższe rachunki za prąd, czyli wymierne oszczędności dla mieszkańców.

Mateusz Bromboszcz, wiceprezes zarządu ds. Prawno-Administracyjnych w Atal

Nowe regulacje związane z oszczędnością energii i izolacją cieplną wiążą się z szeregiem wyzwań dla branży deweloperskiej m.in. niosą konieczność uwzględniania dodatkowych rozwiązań i źródeł zasilania. Wejście w życie nowych przepisów regulujących charakterystykę energetyczną budynków ma więc bezpośrednie przełożenie na wzrost kosztu prowadzenia inwestycji, co wynika z konieczności zastosowania dodatkowego wyposażenia technicznego i większego zapotrzebowania na materiały budowlane.

Trudno jeszcze prognozować, jakie dokładnie mogą to być wzrosty i czy przełoży się to na wyższe ceny mieszkań. Niemniej rosnące koszty prowadzenia inwestycji, wynikające m.in. z wyższych cen materiałów budowlanych i wykonawstwa, ciążą na branży budowlanej. Warto zaznaczyć jednak, że dotąd rosnące koszty inwestycji w naszym przypadku nie miały aż tak odczuwalnego, jak u konkurencji, przełożenia na ceny mieszkań. To zasługa naszego unikatowego modelu biznesowego, minimalizującego udział pośredników i bazującego m.in. na własnym generalnym wykonawstwie. Dzięki temu w znacznym stopniu kompensujemy rosnące koszty inwestycji i niezmiennie oferujemy mieszkania w atrakcyjnych cenach.

Sebastian Barandziak, prezes Dekpol Deweloper

Nowelizacja warunków technicznych dokonywana jest systematycznie co kilka lat ze względu na rozwój technologiczny zachodzący w branży budowlanej. Zmiany dotyczące podwyższenia energooszczędności budynków są jednocześnie znane z dużym wyprzedzeniem i deweloperzy na bieżąco się do nich dostosowują. Jest to długofalowy proces, który wpływa na zwiększenie kosztów inwestycji i stopniowy wzrost cen mieszkań. Wyższe wymagania obowiązujące od początku tego roku są już z reguły uwzględnione w realizowanych projektach. Powoli musimy już jednak przygotowywać się do kolejnych zmian, które doprowadzą do tego, że standardem będą m.in: systemy produkcji energii elektrycznej – instalacja fotowoltaiczna, systemy wentylacji z odzyskiem ciepła, pompy ciepła w układzie hybrydowym z układami ogrzewania konwencjonalnego, systemy ogrzewania niskotemperaturowego, tj. ogrzewanie podłogowe lub ścienne. Cena wytworzenia mieszkań może wzrosnąć, w zależności od standardu i wyposażenia oraz zastosowanych rozwiązań, od 200 – 300 zł netto do 600 zł netto/mkw. powierzchni mieszkania. Stawki uzależnione będą również od czynników zewnętrznych, m.in. ceny energii elektrycznej, paliw, podatki itp., a także podwyżki cen materiałów. To z pewnością przełoży się również na dalszy wzrost cen mieszkań.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Tego typu zmiany w przepisach są wprowadzane co jakiś czas i są odpowiedzią na postęp cywilizacyjny. Nie są to zbyt kosztotwórcze zmiany jeżeli deweloper stawia na jakość i dotrzymywanie norm. Nowe przepisy są często tylko potwierdzeniem tego co już jest stosowane w praktyce od dawna.

Dużo większym zagrożeniem są natomiast planowane zmiany w Ustawie Deweloperskiej, które znacząco podniosą koszt realizacji inwestycji deweloperskich, a co za tym idzie ceny mieszkań.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Każda zmiana w przepisach, niosąca za sobą dodatkowe obowiązki po stronie dewelopera w zakresie realizowanych inwestycji, z pewnością przełoży się na ceny mieszkań. Zwiększenie kosztów realizacji projektów spowoduje wzrost cen ofertowych.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Zmiany w prawie budowlanym na pewno wpłyną na koszt realizacji inwestycji. Przyjęty współczynnik przenikania ciepła dla okien i ścian jest bardzo restrykcyjny. Na tle innych, europejskich państw Polska zdecydowanie najwyżej zawiesiła poprzeczkę w tym aspekcie. Zmiany te przełożą się na zmianę cen mieszkań, co będzie widoczne w drugiej połowie roku. Szacowany wzrost to 2-3 proc. w porównaniu do obecnych cen.

Marcin Żurek, dyrektor działu inwestycji w Nickel Development

Nowe przepisy budowlane ponad wszelką wątpliwość wpłyną na zwiększenie kosztów realizacji inwestycji. Zdecydowane podniesienie parametrów cieplnych dla przegród budowlanych oraz wymóg wykorzystania w części energii pierwotnej wynikają z proekologicznej postawy Parlamentu Europejskiego, który znowelizował dyrektywę dotyczącą charakterystyki energetycznej budynków.

Nowobudowane lub modernizowane budynki w krajach członkowskich Unii Europejskiej powinny osiągnąć status zeroenergetycznych z bardzo wyraźnym kierunkiem minimalizowania energii pierwotnej. W praktyce oznacza to, że wszystkie pozwolenia na budowę uzyskane od 2021 roku będą musiały spełnić nowe warunki techniczne. Dla przykładu współczynniki przenikania ciepła jeszcze w 2017 roku wynosiły dla ścian zewnętrznych 0,23 W/m2K, a dzisiaj jest to 0,2 W/m2K. W przypadku stolarki okiennej było to 1,1 W/m2K, a dzisiaj jest to 0,9 W/m2K. Takie dane jasno wskazują, że musimy szukać nowych rozwiązań dla przegród zewnętrznych przez zastosowanie materiałów znacznie droższych od tradycyjnego styropianu. Mogą to być choćby poliuretany, fenole itp. To konieczne, aby utrzymać optymalne grubości przegród, biorąc pod uwagę, że świadomi deweloperzy szanują każdy metr kwadratowy powierzchni użytkowej mieszkalnej.

W przypadku energii pierwotnej dyrektywy również zaostrzyły parametry. W 2014 roku wskaźnik Ep wynosił 120kWh/(m2/rok), natomiast dzisiaj nie może on przekroczyć 70kWh/(m2/rok). W konsekwencji niezbędne będzie zastosowanie bardzo nowoczesnych kotłów, wyposażenie budynków w pompy ciepła, rekuperację, czy fotowoltaikę.

W konsekwencji koszt tych wszystkich innowacji, przy rosnących cenach materiałów i paliw, niestety będzie musiał ponieść klient. Budżety inwestycyjne świadomych i odpowiedzialnych deweloperów niestety nie mają już przestrzeni na kompensację tych kosztów.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Oferowane przez nas budynki już od dłuższego czasu spełniały obecne wymagania dotyczące ochrony cieplnej. A nawet proponowaliśmy i proponujemy więcej, na przykład system Smart House bez dodatkowych opłat. Ponadto mamy bardzo atrakcyjne opcje wykończenia: specjalnie uszczelnione okna, rolety, etc. Zakładamy zatem, że nowe przepisy nie wpłyną na ceny naszych mieszkań, ale znacznie większy wpływ mogą mieć na wzrost cen nieruchomości na rynku.

Jarosław Kozak, wiceprezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Zmiany w zakresie oporu cieplnego przegród budowlanych niewątpliwie przełożą się na wzrost kosztów realizacji inwestycji, zwłaszcza mieszkaniowych. Szacujemy, iż podniesienie parametrów dla otworów oraz ścian spowoduje wzrost kosztów realizacji o około 3-5 proc., co niechybnie spowoduje podniesienie cen sprzedaży mieszkań. Należy jednak pamiętać, że wyższe parametry oporu cieplnego przegród przekładają się na niższe zapotrzebowanie na energię cieplną, a tym samym na niższe koszty eksploatacji.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Zmiany w przepisach spowodowały wzrost kosztów inwestycji, a co za tym idzie wzrost cen mieszkań. Plusem nowych przepisów jest poprawa izolacyjności przegród budowalnych oraz ślusarki okienno-drzwiowej, a także sposobu wykorzystania energii do ogrzewania i wentylacji budynku.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Wielu ekspertów przewiduje, że wprowadzony od początku 2021 roku obowiązek podporządkowania się nowym restrykcyjnym normom dotyczącym efektywności energetycznej spowoduje, że inwestorzy będą musieli ponieść wyższe koszty budowy nawet o kilkanaście procent. To niewątpliwie wpłynie na wzrost cen mieszkań. Podwyżek wywołanych tą zmianą należy raczej spodziewać się w przyszłym roku, gdyż aktualnie są i będą kontynuowane inwestycje, które uzyskały pozwolenia na budowę wg starych przepisów. Niemniej jednak mieszkania nadal będą atrakcyjną inwestycją, nie tylko z powodu niskich stóp procentowych. Od wielu lat stosujemy w inwestycjach standardy promujące budownictwo energooszczędne i niskoemisyjne a zatem dostosowanie budynków do nowych norm nie będzie dla nas wyzwaniem.

Obecnie realizujemy projekt budowy domów drewnianych energooszczędnych i ekologicznych w cenie domów standardowych, które produkujemy w naszej fabryce i stawiamy w podmiejskim Osiedlu Villa Campina blisko Puszczy Kampinoskiej, a także oferujemy je klientom, którzy mają własne działki. Dzięki zastosowaniu ogrzewania podłogowego i pompy ciepła, cechują się one wyższą energooszczędnością niż standardowe. W przypadku domów budowanych w technologii szkieletowej nowe standardy nie przekładają się na ich cenę, a niskie koszty użytkowania niewątpliwie są dodatkowym atutem.

Autor: dompress.pl

Jak pandemia zmieniła rynek usług HR w 2020 roku

Główne wskaźniki dotyczące sytuacji na polskim rynku pracy wykazały się sporą odpornością na pandemię, niemniej jednak ubiegły rok przyniósł wiele zmian w zakresie tego, jak przedsiębiorcy podejmowali decyzje dotyczące zmian zatrudnienia. Sytuacja na rynku usług HR doskonale odzwierciedla te zmiany – wynika z raportu przygotowanego przez Polskie Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan.

Praca tymczasowa

Już pierwsze miesiące 2020 roku przyniosły znaczny spadek zatrudnienia pracowników tymczasowych. Branża zareagowała dużo szybciej niż oficjalne wprowadzenie stanu epidemii w Polsce. Wynikało to z faktu, iż duża część pracowników tymczasowych świadczy pracę na rzecz branży produkcyjnej, w dużym stopniu zależnej od zagranicznych, głównie chińskich poddostawców. Drugi kwartał przyniósł kolejne spadki.

Sytuację dodatkowo pogarszał fakt braku faktycznej możliwości objęcia pracowników tymczasowych rozwiązaniami pomocowymi z kolejnych tarcz. Dopiero w trzecim kwartale przyszło odbicie i gwałtowny wzrost zatrudnienia pracowników tymczasowych. Pracodawcy powoli wracali do normalnego funkcjonowania, nie mniej jednak wszelkie decyzje w zakresie zatrudnienia były podejmowanie znacznie ostrożniej, stąd większa otwartość na korzystanie z usług agencji pracy tymczasowej. Podobny trend obserwowaliśmy ponad dekadę temu, w trakcie globalnego kryzysu. Praca tymczasowa jest niezbędnym rozwiązaniem pozwalającym na stosunkowo szybki powrót do normalności. Z jednej strony zapewnia pracownikom możliwość świadczenia pracy w warunkach równego traktowania, z drugiej daje pracodawcom większą elastyczność działania i dostosowania się do zmieniających się warunków otoczenia.

Podsumowując, ubiegły rok zmniejszył liczbę pracowników tymczasowych o ok. 10%, co wydaje się nie najgorszym wynikiem biorąc pod uwagę ogromne spadki na początku roku. Szacujemy, że w całej Polsce liczba pracowników tymczasowych w 2020 roku wyniosła ok. 641 tys. osób.

„Należy pamiętać, iż spadek liczby pracowników tymczasowych towarzyszy nam już od kilku lat, czego główną przyczyną był rynek pracownika i duża łatwość w dostępie do stałych miejsc pracy. Co naturalne, dla dużej części społeczeństwa praca tymczasowa zawsze pozostaje opcją drugiego wyboru. Fakt ten przekłada się to na rosnącą liczbę obywateli państw trzecich, którzy świadczą pracę tymczasową w Polsce. Szybciej niż liczba pracowników tymczasowych spada liczba godzin przepracowana przez tych pracowników, co do tej pory było sygnałem potwierdzającym trend częstszego przechodzenia na bezpośrednie zatrudnienie. W 2020 roku ten spadek świadczy o czymś inny, odzwierciedla duży spadek zapotrzebowania na pracę tymczasową, który obserwowaliśmy w pierwszych dwóch kwartałach roku, wynikający z sytuacji epidemiologicznej w Polsce, jak i na rynkach zagranicznych” – komentuje Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR.

liczba pracowników tymczasowych 1Liczba godzin przepracowanych przez tych pracowników spadła aż o 21% (o tyle samo zmalał współczynnik FTE, czyli liczba przepracowanych godzin w przeliczeniu na pełne etaty). Średnio jeden pracownik tymczasowy przepracował w ubiegłym roku 50 dni, w porównaniu do 57 w roku ubiegłym.

wykres_2

Wśród firm członkowskich PFHR odsetek umów o pracę zawieranych z pracownikami tymczasowymi nadal jest bardzo wysoki, stanowi bowiem 89%. Dla porównania ten wskaźnik dla całego rynku jest dużo niższy – wynosi 44% (dane z Informacji o działalności agencji zatrudnienia 2019, MRPiPS 2020).

Wartość rynku pracy tymczasowej spadła w podobnym tempie co FTE, bo o 18%. Firmy członkowskie w zakresie pracy tymczasowej w 2020 roku wypracowały obroty na poziomie 2,8 mld PLN. Wartość całego polskiego rynku szacujemy na ok. 5 mld PLN.

Rekrutacje stałe

Duża część procesów rekrutacyjnych była zawieszona od momentu wybuchu pandemii. Dopiero w trzecim kwartale pracodawcy zaczęli oswajać się z panującą sytuacją i wtedy to zaczęto podejmować odkładane decyzje i wzrosła liczba rekrutacji. Nie uratowało to niestety całorocznego wyniku branży, która odnotowała blisko 19% spadek.
Firmy członkowskie PFHR w ubiegłym roku w ramach rekrutacji prowadzonych na rzecz polskich i zagranicznych pracodawców wygenerowały obroty na poziomie 156,2 mln PLN.

„Sytuacja na rynku rekrutacyjnym na początku 2020 roku wyglądała jeszcze normalnie, spadki odczuwaliśmy przez cały drugi kwartał roku. Najbardziej dotknęły one przemysł hotelarski, turystykę i sprzedaż detaliczną. Co ciekawe, w odróżnieniu od poprzedniego kryzysu, w pozostałych sektorach zmiany zachodzące w zatrudnieniu nie miały gwałtownego charakteru. Mamy sektory, gdzie popyt na pracowników wręcz wzrósł, odnosi się do centrów logistycznych i dystrybucyjnych, e-commerce czy branży IT. Ciekawym zjawiskiem jest zmiana postawy kandydatów. Podobnie jak dekadę temu, spora ich część traktuje udział w projektach rekrutacyjnych jako sposób na weryfikacje swoich szans na rynku pracy. Chcą się poczuć bezpiecznie. Niestety, przekłada się to często na rezygnację z procesów na finalnym etapie ich realizacji. Mimo obaw, które towarzyszyły rozpoczęciu tego roku, po upływie dwóch pierwszych miesięcy widzimy, iż zainteresowanie pracodawców poszukiwaniem nowych pracowników nie spada” – mówi Piotr Dziedzic, członek Zarządu PFHR.

Outsourcing

Rynek usług HR rozwija się bardzo dynamicznie. Początkowo agencje ograniczały swoją działalność do usługi rekrutacyjnej, potem biorąc coraz większą odpowiedzialność za pracowników zaczęły świadczyć usługi pracy tymczasowej, teraz agencje coraz częściej biorą na siebie odpowiedzialność za całe usługi czy procesy, wkraczając tym samym w świat outsourcingu.

„Ostatni rok był przełomowym dla usług outsourcingu. Pomimo pandemii i spowolnienia, zarówno w rekrutacji stałej, jak i tymczasowej, firmy zrzeszone w ramach PFHR odnotowały wzrost zapotrzebowania na outsourcing usług. Wynika to z faktu, że przedsiębiorcy w warunkach niepewności (czy to zamówień czy rynków zbytu) preferowali oddanie całej odpowiedzialności za daną usługę podmiotowi zewnętrznemu. Dodatkowo postępująca cyfryzacja i spopularyzowanie modelu pracy zdalnej otworzyło oczy wielu zagranicznym klientom na niewykorzystany potencjał zasobów z Europy Środkowej i Wschodniej. Ten trend jest szczególnie widoczny w sektorze IT gdzie przez covid łańcuchy dostaw i dostarczania usług IT z krajów azjatyckich zostały zakłócone. Tym samym, klienci europejscy coraz częściej poszukiwali rozwiązań Nearshoringowych, czyli dostawców usług w kraju o geograficznej i kulturowej bliskości” – mówi Michał Młynarczyk, członek zarządu Polskiego Forum HR

Polskie Forum HR, podążając za tymi zmianami, w ubiegłym roku rozpoczęło gromadzenie danych w zakresie świadczonych przez firmy członkowskich usług outsourcingowych. Ich wartość w ubiegłym roku wyniosła 902 mln PLN.
wykres_3

Delegowanie

Stosunkowo niewielki spadek obrotów nastąpił w ubiegłym roku również w zakresie delegowania pracowników. Wyniósł on 6%, firmy członkowskie osiągnęły obroty na poziomie 222 mln PLN. Utrudniony ruch tras granicznych z pewnością wpłynął na wyniki firm w tym zakresie.

Career management

Career management to grupa usług w zakresie podnoszenia i zmiany kompetencji. W tym kontekście najczęściej wymienia się outplacement, lecz career management to znacznie więcej. Firmy członkowskie od lat wspierają swoich klientów w odpowiednim zarządzaniu kompetencjami, aby w możliwie najlepszy sposób zabezpieczyć przyszłość zarówno pracowników, jak i firmy. Budowanie strategii zarządzania kompetencjami, mobilność kariery, tzw. redeployment, w kontekście niezmieniających się wyzwań rynku pracy, wśród których najważniejszym pozostaje deficyt kompetencji, nabiera na znaczeniu. Od 2020 roku Polskie Forum HR przygląda się bliżej również tym usługom. W ubiegłym roku ich wartość w gronie członków organizacji wyniosła 3,3 mln PLN.

Raport: RYNEK USŁUG HR W 2020 dostępny jest na stronie:
https://polskieforumhr.pl/wp-content/uploads/2021/03/RAPORT_-RYNEK_USLUG_HR_2020.pdf

Rynek pierwotny czy wtórny – na którym zawarto jest więcej transakcji?

W naszym kraju prawdopodobnie powszechne jest przekonanie, że mieszkaniowy rynek wtórny jest większy od rynku pierwotnego. Ale czy tak jest naprawdę? W jaki sposób liczba oferowanych na danym rynku mieszkań i domów przekłada się na liczbę zawieranych transakcji?

Oferty na obu rynkach policzyć jest stosunkowo łatwo. Np. w portalu RynekPierwotny.pl oferowanych jest do sprzedaży przeszło 60 tys. mieszkań i domów od firm deweloperskich. Z kolei w portalu GetHome.pl znajdziemy dodatkowo ok. 34 tys. ofert z rynku wtórnego. Co ważne, żadna się nie powtarza.

– Oczywiście w portalach ogłoszeniowych nie ma wszystkich ofert dotyczących mieszkań i domów na sprzedaż. Te dwie liczby powinny nam jednak uświadomić, jak bardzo zmienił się rynek mieszkaniowy w ostatnich latach – komentuje ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Według niego, dzieje się tak za sprawą firm deweloperskich, które budują coraz więcej mieszkań. Np. w 2020 r. deweloperzy oddali do użytku prawie 144 tys. mieszkań.  – Tylko w ciągu ostatniej dekady zwiększyli więc swoją produkcję o 142%! – mówi Marek Wielgo.

GetHome – Wykres 1

I dodaje, że znajduje to odzwierciedlenie w liczbie zawieranych transakcji. Na rynku pierwotnym mieszkania i domy zwykle kupowane są na etapie budowy. W takiej sytuacji deweloperzy zawierają ze swoimi klientami umowę deweloperską. Ponieważ odbywa się to w obecności notariusza, więc wiemy – na podstawie sprawozdań Ministerstwa Sprawiedliwości – że np. w 2020 r. zawarto ok. 104,3 tys. takich umów.

Z kolei na runku wtórnym akt notarialny przeniesienia własności zwykle jest poprzedzony przedwstępną umową sprzedaży. Ministerstwo podaje, że w ubiegłym roku zawarto ich nieco ponad 67,6 tys. Z tego wynika, że transakcji na rynku wtórnym może być nawet o ponad jedną trzecią mniej niż na pierwotnym.  – Oczywiście zakładamy, że w obu przypadkach wszystkie te transakcje zostały sfinalizowane – zastrzega ekspert GetHome.pl.GetHome – wykres 2

Dodajmy, że jeszcze w 2013 r. to na rynku wtórnym zawieranych było więcej transakcji mieszkaniowych. Wprawdzie w ostatnich latach ich liczba rosła, ale mniej dynamicznie niż na rynku pierwotnym. Dlaczego?

Na forach internetowych można znaleźć mnóstwo komentarzy i opinii na ten temat. Internauci najczęściej podkreślają, że na rynku wtórnym częściej oferowane są mieszkania na starszych osiedlach z dobrze rozwiniętą infrastrukturą i komunikacją. Mieszkańcy mają więc w zasięgu ręki m.in. sklepy, punkty usługowe, a także przedszkole, szkołę, aptekę czy ośrodek zdrowia. Ponadto na starych osiedlach przestrzenie między budynkami są zwykle dużo większe i zadrzewione. Internauci zwracają także uwagę, że kupując używane mieszkanie można uniknąć kłopotliwego sąsiedztwa.

Z drugiej strony w starych blokach dużo mniejsze są możliwości aranżacji wnętrz, a najczęściej nie ma takiej możliwości. W budynku często nie ma windy. Brakuje miejsc parkingowych, a zaparkowanie auta na ulicy coraz częściej graniczy z cudem.

Tego typu wad nie mają nowe mieszkania. Do tego ich ogromną zaletą jest możliwość indywidualnego rozliczania kosztów ogrzewania oraz wody i ścieków.

– Oczywiście internauci często krytykują deweloperów za zbyt zagęszczoną zabudowę nowych osiedli oraz brak zieleni. Tyle tylko, że o decyzji zakupowej decydują najczęściej ceny mieszkań i możliwości finansowe kupujących – zauważa Marek Wielgo.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w Warszawie, Krakowie i Gdańsku, czyli w miastach, w których deweloperzy budują najwięcej mieszkań, ich średnie ceny ofertowe są wyraźnie niższe niż kupowanych z drugiej ręki.GetHome – Wykres 3

Autor: portal GetHome.pl

Branża piekarnicza czeka na odbicie w HoReCa

  • Pandemia COVID-19 spowodowała, że w branży piekarniczej w zeszłym roku odnotowano spadek zamówień z hoteli i gastronomii. Wzrosła z kolei sprzedaż pieczywa w kanale handlu detalicznego.
  • Dane ze średnich i dużych firm wskazują, że handel detaliczny nie zrekompensował w całości spadku sprzedaży w innych kanałach. W 2020 roku produkcja pieczywa była o 9% niższa niż rok wcześniej.
  • Dla części firm dużą szansą pozostaje rosnący popyt zagraniczny na wyroby piekarskie, m.in. na pieczywo cukiernicze.

Pandemia COVID-19 wpłynęła na producentów pieczywa w zróżnicowany sposób. Z jednej strony segment produkcji pieczywa mrożonego odczuł spadek zamówień z branży hotelarsko-gastronomicznej. Oczywiście wpłynął na to fakt, że w ubiegłym roku przez prawie 5 miesięcy działalność branży HoReCa była silnie ograniczona. Z drugiej strony konsumenci znacznie więcej czasu spędzali w domach, co sprzyjało zakupom pieczywa w kanale handlu detalicznego. Jednak dane o produkcji ze średnich i dużych zakładów pokazują, że wzrost sprzedaży w handlu detalicznym tylko w części wyrównał niższe zamówienia z branży HoReCa. W całym ubiegłym roku produkcja pieczywa wyniosła 970 tys. ton i była niższa o 9% w relacji rocznej.

Pieczywo świeże, nie jest produktem, który można przechowywać długo w warunkach domowych. Dlatego producenci tego rodzaju asortymentu nie skorzystali w marcu ubiegłego roku, kiedy Polacy robili zapasy artykułów spożywczych w obawie o skutki lock-downu. Z kolei osłabienie sprzedaży detalicznej, które nastąpiło w kwietniu, negatywnie wpływało również na pieczywo, produkcja w tym miesiącu spadła 17% w porównaniu z marcem. Druga fala pandemii nie spowodowała tak głębokiego spadku, jak ta z marca i kwietnia, w listopadzie produkcja była niższa o 8% w porównaniu do października – wyjaśnia Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora spożywczego i FMCG w Santander Bank Polska.

Oczywiście są kategorie, które w czasie pandemii mogły radzić sobie lepiej, jak np. pieczywo paczkowane (tosty, hamburgery, hot-dogi). Jednak nie zmienia to jednoznacznej negatywnej oceny wpływu COVID-19 na segment produkcji pieczywa. Dodatkowo rok 2020 przyniósł branży wyzwanie w postaci wzrostu kosztu surowców. Z danych Ministerstwa Rolnictwa wynika, że średnia cena pszenicy konsumpcyjnej w ubiegłym roku wzrosła o 4% r/r, a mąki pszennej była na poziomie zbliżonym do roku 2019. Jednak w drugiej połowie ubiegłego roku odnotowano silny wzrost cen, który jest kontynuowany na początku 2021 roku. W styczniu oraz w lutym mąka pszenna piekarnicza była droższa średnio o 15% w relacji rocznej. W efekcie  średnia rentowność sprzedaży w sektorze obniżyła się. W okresie od stycznia do września 2020 roku wyniosła 9,5% wobec 10,2% rok wcześniej.

Polacy jedzą coraz mniej pieczywa

Produkcja pieczywa świeżego w ostatnich latach wykazuje lekką tendencję spadkową. Według danych GUS, łączna produkcja 2019 r. w porównaniu do 2010 roku zmniejszyła się o 12%. Cały czas najwięcej produkujemy pieczywa wytwarzanego z mieszanki mąki pszennej i żytniej. Choć jego udział systematycznie się obniża, nadal jest to 54% produkcji. Spadek produkcji pieczywa jest związany ze spadkiem spożycia. Z badania budżetów gospodarstw domowych, które realizował GUS wynika, że w 2019 roku spadło ono o 5% r/r. Trend spadkowy notowany jest od wielu lat, w porównaniu z rokiem 2010 spożycie było niższe aż o 36%. Jednocześnie więcej jemy pozostałych wyrobów piekarskich, konsumenci bardziej interesują się m.in. wyrobami cukierniczymi. W 2019 roku konsumpcja tego asortymentu była wyższa o 4% w relacji rocznej oraz o 51% w porównaniu do roku 2010.

W latach 2018-2019 na konsumpcję pieczywa niekorzystny wpływ mógł mieć szybki wzrost cen detalicznych. W tym okresie dynamika wzrostu cen pieczywa była znacznie wyższa niż całej kategorii „Żywność i napoje”. Podobnie było w roku 2020, ceny pieczywa wzrosły przeciętnie o 8,1% r/r, przy wzroście cen całej kategorii na poziomie 4,7%. Według szacunków firmy badawczej Euromonitor, w 2020 roku wartość detalicznego rynku pieczywa wyniosła 10 718 mln zł i była o 8% wyższa w relacji rocznej. Głównymi kanałami sprzedaży pieczywa są obecnie dyskonty (38% sprzedaży), na drugim miejscu znalazły się sklepy typu convenience (22% sprzedaży). Na trzecim zaś supermarkety (11%) a tuż za nimi hipermarkety (10%).

Eksport ciągle ważnym silnikiem napędowym branży

Polskie wyroby piekarskie są bardzo istotnym towarem eksportowym. W 2019 roku wartość sprzedaży zagranicznej tego asortymentu osiągnęła 1,8 mld euro i był wyższa o 11% r/r. Również w ubiegłym roku utrzymywał się trend wzrostowy, po jedenastu miesiącach 2020 roku wartość sprzedaży była wyższa o 4% r/r. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wartość eksportu wyrobów piekarskich zwiększyła się ponad trzykrotnie. Przychody z eksportu tej grupy towarowej stanowią około 16% łącznych przychodów ze sprzedaży w grupie przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 pracowników.

Sprzedaż wyrobów piekarniczych jest ważną częścią naszego eksportu, polska branża notuje regularne wzrosty i z każdym rokiem poprawia wynik. Co ciekawe, za prawie połowę wartości polskiego eksportu wyrobów piekarniczych odpowiada pieczywo cukiernicze. Jest to również jedna z najszybciej rozwijających się kategorii produktowych. W okresie od 2010 do 2019 roku wartość jego eksportu zwiększyła się o ponad 340% – wyjaśnia Grzegorz Rykaczewski, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.eksport piekarni

Wyroby piekarskie sprzedajemy głównie na rynek unijny. W 2019 roku 80% wartości sprzedaży zagranicznej zostało wygenerowane właśnie na tym rynku. Po uwzględnieniu Brexit-u udział wspólnoty

obniży się do 70%, ale nadal jest bardzo istotny. Spośród krajów spoza UE największymi odbiorcami są: Rosja, Arabia Saudyjska i Ukraina. Ogółem polskie wyroby piekarskie trafiły do 129 krajów na świecie.

Plan na przyszłość – podążanie za trendami i nowe kanały sprzedaży

Pandemia wprowadziła wiele zmian w preferencjach zakupowych klientów. Zdanie analityków Santander Bank Polska trudno ocenić, czy w przypadku branży piekarniczej będą one trwałe. Obecnie z wielu badań opinii społecznych płynie wniosek o wzroście znaczenia lokalności wśród konsumentów, to może sprzyjać rozwojowi mniejszych firm, operujących lokalnie.

Polski rynek działa pod presją przesuwania konsumpcji z pieczywa tradycyjnego w stronę pozostałych wyrobów piekarskich. Widać też wyraźnie, że rośnie zainteresowanie konsumentów pieczywem pełnoziarnistym lub z dodatkiem ziaren, produktami o obniżonej zawartości soli, bez cukru czy glutenu. Można się spodziewać, że firmy, które będą rozwijać swoje portfolio produktowe oraz śledzić zmieniające się trendy, w kolejnych latach zwiększą swój udział w rynku.

Pandemia jest za to wyzwaniem dla segmentu pieczywa, produkowanego na potrzeby branży HoReCa. Nawet w przypadku „odmrożenia” gospodarek powstaje obawa o kolejne lock-downy i trwałość popytu. Tu znaczenia nabiera możliwość elastycznego przesuwania sprzedaży między różnymi kanałami, np. do sklepów detalicznych. Powinna temu sprzyjać rosnąca liczba punktów, zarówno w handlu wielko jaki i małoformatowym, które dysponują urządzeniami do odpieku pieczywa.

Dlaczego warto korzystać z usługi Quality Assurance, czyli zapewnienia jakości?

QA pod tymi dwoma literami kryje się niezawodność, wysoka jakość i produkt dopasowany do potrzeb klienta końcowego. Quality Assurance to proces, który zaczyna się na długo przed wdrożeniem testów. Na czym polega i dlaczego warto go wdrożyć?

Quality Assurance – na czym polega zapewnianie jakości?

QA, czyli Quality Assurance, to usługa zapewnienia jakości, która kryje się za sukcesem niejednego produktu lub firmy. Jeżeli czujesz, że to, co tworzysz, mogłoby działać lepiej, QA pomoże Ci znaleźć odpowiedź na pytanie, jak to poprawić. Ta usługa obejmuje szereg działań, które pozwalają na podwyższenie jakości i osiągnięcie pożądanego efektu. Wymagają skrupulatnej analizy, zaplanowania, a następnie wdrożenia zgodnie z dokumentacją. Być może zadajesz sobie pytanie, do czego to wszystko dąży, czy nie da się stworzyć dobrego produktu bez wsparcia specjalistów QA. Oczywiście, istnieje taka możliwość, ale należy liczyć się w takim przypadku z wysokim ryzykiem biznesowym. Jeżeli nie musisz go podejmować, to dlaczego miałbyś to robić?

Wytworzenie i wypuszczenie niesprawdzonego produktu wiąże się z wysokim ryzykiem. W efekcie mogą pojawić się bugi, których naprawa będzie niosła za sobą jeszcze większe koszty. Dodatkowo produkt może nie spełniać oczekiwań klienta końcowego, co wpłynie negatywnie na wizerunek firmy. Koszt może być liczony nie tylko w jednostkach monetarnych, ale również wartościach niematerialnych. Jeżeli chcesz tego uniknąć, pomoże Ci w tym usługa Quality Assurance.

Jakie działania składają się na usługę Quality Assurance?

Quality Assurance ma na celu zapobieganie błędom, które mogą pojawić się w przyszłości. Specjaliści biorą na warsztat nie tylko sam produkt, ale również wprowadzane technologie, metody oraz procesy biznesowe. Do podstawowych działań należy weryfikacja, czy każdy z tych elementów jest prawidłowo zaprojektowany oraz implementowany. Dlatego też warto wprowadzać usługę Quality Assurance na samym początku procesu wytwarzania oprogramowania lub innego produktu. Jak wspomnieliśmy, działania specjalistów mają charakter prewencyjny, więc im wcześniej, tym lepiej. Pojawia się pytanie, czy warto wprowadzać usługę Quality Assurance, kiedy produkt został wdrożony, a klient zaczął z niego korzystać. Odpowiedź brzmi: tak, oczywiście.

W takim przypadku specjaliści pomogą w wykryciu obecnych już błędów, zarekomendują dalsze działania, a także zdefiniują potencjalne zagrożenia i bugi. Po wdrożeniu zaleceń zredukujesz określone ryzyka biznesowe, a także podniesiesz bezpieczeństwo i skuteczność procesu.

Quality Assurance a doskonalenie procesów

Jak wspomnieliśmy, Quality Assurance ma na celu doskonalenie procesów. Jeżeli zdecydujesz się na wdrożenie odpowiednich działań i rekomendacji specjalistów, zyskasz transparentne schematy komunikacji oraz postępowania pracowników w określonych sytuacjach. Dzięki temu unikniesz chaosu, a w razie problemów i wątpliwości możesz zawsze wrócić do procesu i znaleźć w nim odpowiedź, co należy zrobić w danym przypadku. Bez wątpienia Quality Assurance poprawia funkcjonowanie firmy, a nawet wpływa na optymalizację czasu pracy i zwiększa efektywność pracowników. Specjaliści QA zajmą się w ramach doskonalenia procesów metodami pozyskiwania wymagań, sposobami komunikacji, procesami wytwarzania oprogramowania, a także wdrożonymi technikami.

QA w zarządzaniu projektem

Zarządzanie projektami to działania, które mają na celu osiągnięcie najwyższej jakości, terminowości oraz pełnej satysfakcji klienta. Wewnątrz firmy skupiają się na optymalizacji czasu, kosztów oraz prawidłowym wykorzystaniu zasobów ludzkich. Jak widać, cele są niemal takie same jak w przypadku QA. Jeżeli połączysz te usługi i skupisz zarządzanie projektami wokół jakości, osiągniesz złoty środek, który pozwoli na poprawienie wyników firmy. Specjaliści QA opracują dla Ciebie plan wykorzystujący w pełni potencjał zasobów, jakimi dysponuje przedsiębiorstwo.

Wsparcie ekspertów QA w zarządzaniu projektami opiera się przede wszystkim na działaniach, które mają na celu zidentyfikowanie procesów oraz zdefiniowanie i udokumentowanie luk. Następnie przychodzi czas na ich uzupełnienie poprzez opracowanie nowych zasad działania oraz określenie priorytetów.

Outsourcing usługi QA

Outsourcing usługi QA daje Ci pewność, że korzystasz z pomocy osób doświadczonych, posiadających niezbędną wiedzę do tego, by procesy zyskały na jakości i skuteczności. Aby wprowadzić odpowiednie standardy jakości, należy wziąć pod uwagę kilka aspektów:

  • jak przeprowadzać testy,
  • co robisz i dlaczego,
  • skąd bierzesz specyfikację,
  • jak kontrolować cały proces.

Pomożemy Ci zweryfikować, czy wszystkie działania są realizowane zgodnie z harmonogramem, oczekiwaniami klienta i budżetem. Jedną z firm, która oferuje usługę QA, jest Testspring. W zakres jej działań wchodzą nie tylko wyżej wymienione zadania, ale również ulepszenie procesu developmentu. Opracuje dla Ciebie również metody i procedury. Dzięki temu możesz wytwarzać taniej lepiej i szybciej. Twoi pracownicy otrzymają wdrożenie w nowe procesy poprzez odpowiednie szkolenia. Jak widać, usługa QA to nie tylko testy, ale również szereg innych działań, które pomogą osiągnąć pożądaną jakość.

Janusz Palikot: Tenczyńska Okovita planuje crowdfunding, a Grupa Manufaktury Piwa Wódki i Wina IPO

Tenczyńska Okovita jeszcze w marcu br. ruszy z emisją crowdfundingową promowaną przez Crowdway. Jest to część zaplanowanego procesu upublicznienia Grupy Manufaktury Piwa Wódki i Wina, której Tenczyńska Okovita jest częścią. Debiut giełdowy jest przewidziany na III kwartał 2021 roku. W 2022 roku inwestorzy Tenczyńska Okovita SA uzyskają możliwość upłynnienia akcji przez konwersję do spółki matki.

W zbliżającej się zbiórce spółka planuje pozyskać ponad 4,4 mln zł. Środki od inwestorów społecznościowych zostaną przeznaczone na rozbudowę dotychczasowych mocy wytwórczych, uruchomienie produkcji oraz sprzedaży własnej marki whisky, jak i rozpoczęcie działalności eksportowej na rynkach azjatyckich.

Tenczyńska Okovita w ostatnim roku rozwinęła największy w historii polskiego rynku alkoholowego program zakupów whisky. Nie był on wcześniej planowany na etapie crowdfundingu, odniósł jednak ogromny sukces i zapewnił dodatkowe przychody. W związku z bardzo dobrymi wynikami, osiąganymi na początku 2021 roku, spółka wypłaci ok. 0,5 mln zł zaliczki na poczet dywidendy – będzie to pierwszy taki przypadek w historii polskiego crowdfundingu udziałowego.

Polska od kilku lat jest w trakcie rewolucji na rynku alkoholowym. Zaczęło się od piwa kraftowego, które jako pierwsze zaczęło cieszyć się coraz większą popularnością. Następnie przyszedł czas na alkohole wysokoprocentowe. Doświadczenie i zaangażowanie zespołu Tenczyńska Okovita sprawiło, że rzemieślnicze gorzałki z różnych zbóż i owoców podbiły gusta Polaków. Teraz zapraszamy nowych akcjonariuszy do kolejnego przedsięwzięcia – stworzenia nowej polskiej marki whisky – powiedział Janusz Palikot, prezes Manufaktury Piwa Wódki i Wina SA oraz Tenczyńska Okovita SA.

Warto dodać, że w tym roku nasi dotychczasowi inwestorzy otrzymają zaliczkę na poczet dywidendy. Wypłacimy ją jako pierwsza spółka w Polsce, która wsparła się finansowaniem z crowdfundingu udziałowego. Ponadto w tym roku planujemy IPO Grupy Manufaktury, której Tenczyńska Okovita jest ważnym ogniwem, co docelowo dostarczy naszym akcjonariuszom m.in. wartość w postaci płynności papierów wartościowych – dodał Janusz Palikot.

Cele emisji – wzrost produkcji, whisky i eksport

Spółka – za sprawą działań komunikacyjnych i wprowadzeniem na rynek wysokojakościowych rzemieślniczych wyrobów alkoholowych – notuje rosnącą liczbę zamówień. Maszyny zakupione ze środków pozyskanych z crowdfundingu z 2019 roku oraz z dodatkowej późniejszej emisji prywatnej jeszcze przed startem ich pracy były obłożone w pełni na cztery miesiące do przodu. W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie Tenczyńska Okovita postanowiła zwiększyć moce produkcyjne.

Ponadto spółka planuje także produkcję whisky, którą będzie sprzedawana pod własną marką (nie tylko produkując ją dla prywatnych właścicieli beczek) – wymaga to nakładów na rozwój produkcji, zakup kolejnych beczek i zagospodarowanie miejsca na magazynowanie przez minimum 3 lata, a docelowo o wiele dłużej.

Wraz z popularyzacją produktu whisky i jej tokenizacji pojawiła się szansa wprowadzenia projektu na rynek azjatycki, który wykazuje bardzo duże zapotrzebowanie na projekty inwestycyjne w alkohol starzony. Spółka planuje wejść na rynki Azji, które są jednym z najciekawszych rynków sprzedaży dla tego typu produktów. Whisky z Tenczynka – która powstanie w beczkach z profilem japońskim, a także polskim – będzie niebawem oferowana poza granicami Polski.

Beczki Palikota, Palikot Selekcja i tokenizacja whisky

Pod koniec 2019 roku spółka uruchomiła program “Beczki Palikota”, w którym inwestorzy mogą rezerwować beczki pełne rzemieślniczej okowity oraz destylatu, który po trzech latach staje się whisky. Ceny beczek zaczynają się już od 4000 zł. W ciągu roku zarezerwowano ich już prawie 300.

Zanim jeszcze whisky z Tenczynka będzie gotowa spółka wprowadzi na rynek ­– w ramach programu Palikot Selekcja – szkocką whisky słodową mieszaną (blended malt whisky), wybraną jako wzorzec, na którym oprze się smak Whisky Palikota.

Tenczyńska Okovita to prawdopodobnie pierwsza na świecie spółka, która tokenizuje whisky. Projekt wystartował 10 grudnia 2020 roku i do tej pory zakupy whisky w formie tokenów zrealizowało ponad 1100 osób, na kwotę niemal 1,5 mln złotych.

Perspektywy rynkowe

Kultura picia alkoholu znacząco zmieniła się podczas pandemii. Nie tylko piwa rzemieślnicze zyskały na popularności, ale także odnotowano wzrost sprzedaży alkoholi premium. Polacy są otwarci na nietypowe smaki i wysokiej jakości wyroby. Wynika to między innymi z rosnącej świadomości konsumentów. Ponadto widoczny jest trend, w którym coraz bardziej pożądane są marki personalne, pochodzące od aktorów czy przedsiębiorców, a nie produkty korporacyjne. To ta część branży rozwija się dziś najszybciej na całym świecie.

Rynek whisky odnotował w Polsce w trakcie pandemii największy wzrost (aż o 15% rok do roku). Społeczeństwo pije droższe i bardziej ekskluzywne trunki. Za sprawą stabilnej i pewnej lokacie kapitału whisky stało się pożądanym towarem także dla inwestorów. Rynek tego alkohol jest w trakcie dynamicznego wzrostu. Według prognoz International Wine & Spirit Research (IWSR) udział rynku whisky super premium w Polsce wzrośnie do ok. 4 proc. całego rynku whisky, co będzie średnią Europejską w 2025 roku.[1][2]

Na atrakcyjność inwestycyjną whisky wpływa stabilny rynek, wysoki popyt i stopy zwrotu z inwestycji. Analitycy podkreślają, że najmocniej ilościowo rosną takie kategorie, jak whisky (15%), wino (8%), rumy (30%) czy giny (26%).[3]

Zainteresowanie polskimi produktami szczególnie w trakcie pandemii jest mocno zauważalne. Swój wpływ na to zjawisko miały nie tylko kampanie promujące zakupy u polskich producentów, wsparcie krajowej gospodarki, ale także świadomy wybór konsumenta stawiającego na dobrą jakość. Istotnym zjawiskiem nasilonym przez pandemię jest wzrost patriotyzmu konsumenckiego, który skutkuje wyborem polskich marek.

Pod koniec 2019 roku Tenczyńska Okovita zebrała 4 180 000 zł w pierwszej zbiórce crowdfundingowej. Wówczas do Janusza Palikota dołączyło 1339 nowych wspólników. Środki z emisji zostały przeznaczone na powstanie tradycyjnej okowity, starzenie piw warzonych w Browarze Tenczynek i otwarcie taproomu. Cieszymy się z dynamicznego rozwoju biznesu, ale także zapowiedzianego upublicznienia, co pozwoli zrealizować zyski inwestorom – powiedział Marcel Rowiński, dyrektor operacyjny w Crowdway.

[1] https://www.portalspozywczy.pl/alkohole-uzywki/wiadomosci/william-grant-and-sons-rynek-whisky-luksusowych-w-polsce-potroi-swoja-wartosc-w-ciagu-5-6-lat,193774.html

[2] https://www.horecatrends.pl/trendy/119/whisky_premium_chetnie_spozywana_w_czasie_pandemii,7006.html

[3] https://www.portalspozywczy.pl/alkohole-uzywki/wiadomosci/william-grant-and-sons-rynek-whisky-luksusowych-w-polsce-potroi-swoja-wartosc-w-ciagu-5-6-lat,193774.html

3 na 4 firmy straciły głównego kontrahenta w czasie pandemii

Kryzys związany z COVID-19 dotknął niemal wszystkich. Nawet 80% firm mogło stracić swoich głównych kontrahentów. Polskę dotknęła recesja, a ponad 75% polskich przedsiębiorców uważa, że pandemia negatywnie wpływa na ich biznes. Rozwiązań muszą szukać nie tylko menedżerowie firm, ale też rządzący – choćby w ułatwieniach podatkowych, takich jak ulga IP BOX.

– W dobie szalejącej pandemii zakończenie współpracy z dużym klientem jest niemal codziennością. Wiele firm musiało nauczyć się jak działać na niepewnym rynku. Strata klienta to nie tylko ubytek dochodu, to też wiele ważnych decyzji do podjęcia np. dotyczących zwolnień czy szybkiego przebranżowienia się – mówi Marek Czyżewski, CEO PRAVNA.pl, jednego z największych polskich serwisów świadczących usługi prawne dla biznesu przez internet.

Amerykańska platforma Skynova, która na co dzień zajmuje się pomocą małym firmom w fakturowaniu online, sprawdziła jak ich klienci radzą sobie w dobie pandemii. Ponad 1000 przepytanych właścicieli firm oraz menedżerów wyższego szczebla rysuje obraz, który musi wzbudzać uczucie przynajmniej lekkiego zaniepokojenia.

Najwięksi klienci odchodzą – ludzie tracą pracę

Według raportu, ponad cztery na pięć badanych firm straciło swojego największego klienta w czasie trwania kryzysu wywołanego przez COVID-19, a to skutkowało utratą dochodu na poziomie 48%. Ponad 20% biznesmenów przyznało, że utracili od 60% do nawet 80% całkowitych przychodów z powodu rozstania się z największym kontrahentem. Według Skynovy lepiej poradziły sobie mikroprzedsiębiorstwa, które odnotowały najniższą stratę w całkowitych przychodach po utracie największego klienta (42%), podczas gdy średnie przedsiębiorstwa – zatrudniające od 50 do 249 pracowników – odnotowały największą stratę przychodów (51%). Głównym powodem zakończenia współpracy z kontrahentem była pandemia (50%) i straty finansowe poniesione przez te firmy (48%). Mniejszy wpływ miały zmiany celów i kierunków działania (36%) czy zmiany właścicielskie (31%).

Co ważne, praca badanych firm była oceniana zdecydowanie dobrze, bo zaledwie dla kilkunastu procent klientów brak dalszej współpracy wiązał się z niesatysfakcjonującym czasem pracy, słabą jakością czy brakiem oczekiwanych wyników. Ponadto przedsiębiorcy, którzy tracili swojego największego klienta zmuszeni byli do nagłego i zdecydowanego działania. Średnio pracę straciło 13 osób zatrudnionych w firmach badanych przez Skynovę.

Polska nie jest zieloną wyspą

Dane dotyczą głównie firm amerykańskich, ale w światowej gospodarce, która jest systemem naczyń połączonych, takie rezultaty muszą skłaniać do refleksji. Stan polskiej gospodarki – na tle choćby pozostałych krajów Unii Europejskiej – nie jest najgorszy, ale i tak Polskę trawi pierwsza od ponad 30 lat recesja. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego polskie PKB spadło do poziomu -2,8%. Niepokoić mogą też dane o bezrobociu, które na koniec 2020 roku wzrosło do 6,2% (wzrost o 1%).

Jedną z branż, która przez pandemię przechodzi nieco pewniej niż pozostałe, jest sektor IT. Nie oznacza to jednak tego, że firmy zajmujące się nowymi technologiami, nie musiały mierzyć się z problemami. Według Software Development Association Poland – organizacji zrzeszającej polskie firmy z sektora IT – aż 65% z nich odczuło negatywne skutki kryzysu związanego z COVID-19. Głównym czynnikiem wpływającym na nieco gorszą kondycję branży IT są kłopoty kontrahentów. Spowolnienie w wielu innych branżach bezpośrednio wpływa na sytuację firm IT, a te które współpracowały np. tylko z firmami turystycznymi musiały mierzyć się ze zwolnieniami. To dla sektora usług IT niespotykana do tej pory sytuacja. Przyszłość branży nowych technologii może być też zahamowana poprzez fakt wydawania ogromnych środków państwowych na walkę z pandemią. W rządowej kasie może po prostu zabraknąć środków na innowacje.

Czy polskie firmy mają plan B?

– Fakt, że w raporcie firmy Skynova aż 85% respondentów jest pewnych tego, że pomimo straty swojego największego klienta poradzi sobie w sytuacji kryzysu, napawa optymizmem. Dla połowy z nich utrata kontrahenta to tylko chwilowe niepowodzenie, a plan naprawczy, który posiada ponad 90% z nich, ma im pozwolić tak przebudować swój biznes, żeby znowu był konkurencyjny. Warto zastanowić się czy polskie firmy mają już przygotowane plany awaryjne, bo zdecydowanie jest to czas, żeby przejść do działania – podkreśla Prezes Zarządu, Marek Czyżewski z PRAVNA.pl

Respondenci badania przeprowadzonego przez Skynovę wskazywali na kilka rozwiązań, które poczynili, żeby ratować swoje firmy przed zapaścią. Dla partnerów przygotowywali promocyjne ceny, oferowali więcej pracy i negocjowano inne warunki umowy, tak aby były korzystniejsze dla klientów. Większość spotkań odbywało się online, ale co trzeci badany przyznał, że próbował przekonać swoich partnerów do kontynuowania współpracy podczas tradycyjnego spotkania.

Raport BCC wskazuje drogę rządowi

Raport platformy Skynova skupia się na działaniach, które musi wykonać sam przedsiębiorca, żeby przetrwać kryzys i wejść w kolejny rok z nowymi perspektywami na odbudowę swoich biznesów – z największymi klientami lub bez nich. Menedżerowie firm powinni skupić się na szukaniu nowych możliwości, dążyć do zmaksymalizowania satysfakcji klienta i podejmować natychmiastowe działania, które złagodzą straty największych klientów. Nie mogą też zapominać o wzmocnieniu obecności marketingowej.

Natomiast Business Center Club przepytał ponad stu właścicieli polskich firm. Wnioski z raportu „Pozaprawne bariery związane z zatrudnieniem w okresie COVID-19” są jednoznaczne. Trzech na czterech polskich przedsiębiorców stwierdziło, że pandemia miała negatywny wpływ na kondycję ich biznesów. Przypomnijmy, że ok. połowa polskiego PKB generowana jest przez małych i średnich przedsiębiorców.

Polscy biznesmeni zwracają uwagę nie tylko na chaos prawny, niezrozumiałe dla nich decyzje o zamykaniu kolejnych branż czy dziurawe „tarcze antykryzysowe”. W raporcie zaznaczono, że decyzję o zmniejszeniu zatrudnienia w ramach optymalizacji kosztów działań mogą zastopować też pozaprawne czynniki. Ponad 70% przedsiębiorców zauważa, że wypowiedzi polityków są nacechowane negatywnie wobec działań biznesu. Tworzy to niekorzystny klimat i podważa zaufanie do przedsiębiorców. Jednak już ponad 90% menedżerów uskarża się na przedłużający się czas wydawania decyzji urzędowych czy wyroków sądowych. Według przedsiębiorców w dobie pandemii każdy dzień zwłoki może spowodować niepowetowane straty – z likwidacją firmy włącznie.

Ulga IP BOX pomoże innowacyjnym przedsiębiorcom

Innym czynnikiem, który może pomóc przetrwać przedsiębiorcom jest ulga podatkowa zmniejszająca podatek dochodowy do 5%. – W Polsce firmy i przedsiębiorcy, którzy zajmują się nowymi technologiami, a za swój cel biorą badania i rozwój mogą skorzystać z jeszcze jednej opcji, która pomoże im przetrwać trudny pandemiczny czas. Ulga IP Box, wprowadzona do systemu podatkowego w 2019 roku, pozwala innowacyjnym podatnikom (np. programistom, wynalazcom) na opłacanie referencyjnej 5% stawki podatku CIT/PIT w odniesieniu do dochodów z kwalifikowanych praw własności intelektualnej – podkreśla ekspert PRAVNA.pl

Idea wprowadzenia specjalnej ulgi podatkowej wiązała się z chęcią zwiększenia innowacyjności polskiej gospodarki. Rząd Mateusza Morawieckiego chciał, żeby na badania i rozwój przypadało 2% polskiego PKB w 2020 roku. Dziś wiemy, że ten plan nie ma już szans powodzenia, bo w 2019 roku zaledwie 1,21% PKB było związane bezpośrednio z wydatkami na innowacyjność.

Z ulgi IP BOX mogą skorzystać te firmy, które prowadzą działalność innowacyjną. – Teoretycznie B+R jest to każda działalność, która rozwija stan wiedzy, wytwarza coś nowego, innowacyjnego. Jednak już tworzenie nowych programów czy ich funkcjonalności w oparciu o stare systemy i przy użyciu dostępnych już narzędzi może być uznane jako nieuzasadnione skorzystanie z ulgi IP BOX – zwraca uwagę Marek Czyżewski.

Według ordynacji podatkowej z takiej ulgi mogą też skorzystać m.in. wynalazcy, którzy zdobyli patent, a także firmy, które zarejestrowały produkt leczniczy czy naukowcy, którzy zarejestrowali nowe odmiany roślin lub ras zwierząt. Dochód dla którego stosuje się ulgę IP Box można uzyskać m.in. ze sprzedaży kwalifikowanego IP czy należności z tytułu umów licencyjnych. – Co do zasady podstawą opodatkowania preferencyjną stawką podatku dochodowego w wysokości 5% jest iloczyn dochodu z kwalifikowanego IP i wskaźnika nexus, który wylicza się ze wskazanego w ustawie wzoru – dodaje ekspert PRAVNA.pl.

Korekta cen ropy. Deflacja w Chinach

Po nagłym wystrzale w górę przyszła korekta cen ropy. Jak widać, na rynku wcale nie jest tak dobrze, jak dotychczas sądzono. Pytanie, jak sytuacja rozwinie się dalej, skoro spadają prognozy popytu na ropę.

Gospodarka strefy euro

Wczorajsze dane ze strefy euro okazały się lepsze od oczekiwań. Wzrost gospodarczy (a właściwie spadek) wyniósł 4,9% w skali roku. To mniej niż oczekiwane 5%, ale przede wszystkim mniej niż w początkach pandemii zakładali analitycy, mówiący o niemal 10% recesji. Dane te ze względu na swoja przewidywalność nie wprowadziły większego zamieszania na rynkach. Większość informacji cząstkowych była bowiem już znana. Potwierdzają one jednak, że początkowo wyraźnie przeszacowaliśmy negatywny wpływ lockdownu.

Korekta czarnego złota

Po niespodziewanym przekroczeniu ceny 70 dolarów za baryłkę ropy wg notowań w Londynie przyszedł czas na korektę. W ciągu raptem dwóch dni cena baryłki spadła od szczytów o 4 dolary. Powodem są między innymi gwałtownie rosnące zapasy surowca i paliw w USA. Sytuacja ta sugeruje, że na rynku wcale nie brakuje surowca. To właśnie zbyt mała produkcja względem potrzeb miała pchać ceny w górę. Wczoraj zapasy rosły o 12,8 mln baryłek, to nie tylko wynik wyższy od spodziewanego spadku, ale przede wszystkim jeden z najwyższych odczytów ostatnich pięciu lat.

Deflacja w Chinach

W Państwie Środka w ujęciu rocznym ceny wciąż spadają. W lutym ten spadek ogranicza się już, co prawda, do 0,2% wobec oczekiwanej deflacji 0,4%. Mówimy o cenach dla konsumentów. Ceny producentów rosną jednak o 1,7%, oznacza to spadek rentowności handlu, skoro koszty rosną a ceny w sklepach spadają. Pokazuje to, że wzrost, który mamy obecnie w Chinach, nie ma zbyt trwałych podstaw i nie da się go w ten sposób trwale podtrzymywać. Jest to zatem kolejny wątpliwy sygnał dla światowej gospodarki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Semantive wśród najszybciej rozwijających się firm w Europie wg FT

W tegorocznym zestawieniu najszybciej rozwijających się firm w Europie uwzględnionych zostało jedynie 31 przedsiębiorstw z Polski. Jedną z czołowych pozycji wśród rodzimych firm zajęło Semantive, specjalizujące się w Big Data i zaawansowanej analizie danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Jak zapowiada Maciej Migacz, CEO Semantive, jeszcze w tym roku spółka ma zaprezentować nowe innowacyjne rozwiązanie z zakresu bezpieczeństwa.  

Brytyjski dziennik ekonomiczny Financial Times opublikował wyniki piątej edycji rankingu najszybciej rozwijających się przedsiębiorstw w Europie. Wśród polskich przedstawicieli, którzy stanowili zaledwie 3% sklasyfikowanych przedsiębiorstw, znalazło się m.in. Semantive, specjalizujące się w analizach Big Data. Choć pod względem zatrudnienia jest to jedno z najmniejszych przedsiębiorstw, to skumulowany wzrost (CAGR) wynoszący ponad 130% (perspektywa trzyletnia) uplasował firmę na wysokim 124 miejscu w Europie i 4 pozycji w Polsce. Założona w 2012 roku spółka osiągnęła w 2019 roku blisko 2 miliony Euro przychodu, w porównaniu do 158 tys. Euro, jakie uzyskała trzy lata wcześniej.

Jest nam niezmiernie miło znaleźć się w gronie najszybciej rozwijających się firm Europy. Wysoka pozycja Semantive potwierdza naszą skuteczność i zapewnia dodatkową motywację dla dalszego rozwoju firmy. Jeszcze w tym roku zamierzamy zaprezentować innowacyjne rozwiązania w zupełnie nowych obszarach działania. – mówi Maciej Migacz, CEO i współtwórca Semantive.

W związku z dynamicznym rozwojem Semantive systematycznie powiększa zespoły odpowiedzialne za rozwój technologii w chmurze. Firma poszukuje m.in. Cloud Developerów programujących w Pythonie z doświadczeniem w architekturze Azure.

Obecność na elitarnej liście Financial Times to nie jedyny sukces Semantive w ostatnich latach. W 2019 roku warszawska firma uplasowała się na 14 miejscu rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe, będąc najwyżej notowanym polskim przedsiębiorstwem.

Firma świadczy swoje usługi m.in. dla firm z sektorów zdrowia, przemysłu, nieruchomości czy finansów. Jak zapowiadają przedstawiciele Semantive, w tym roku spółka przedstawi nowe rozwiązanie z zakresu bezpieczeństwa, opartego o infrastrukturę CCTV oraz sztuczną inteligencję.

W najbliższym roku polskie banki będą nadal dokonywać rezerw kredytowych z uwagi na pandemię

Największy problem ze spłatą kredytów mogą mieć klienci korporacyjni.

Odpisy na ryzyko kredytowe dokonane przez europejskie banki w ciągu dziewięciu miesięcy ubiegłego roku były ponad dwa razy większe niż w całym roku 2019. W Polsce, porównując rok do roku, poziom ten był nieco niższy i wynosił około 50 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdaniem ekspertów i przedstawicieli największych banków w Polsce, ryzyko kredytowe na skutek pandemii jest wciąż dużym problemem sektora bankowego. Jak wynika z dyskusji prowadzonej podczas konferencji „Zarządzanie ryzykiem i kapitałem w bankach” w ramach Europejskiego Kongresu Finansowego, której partnerem strategicznym była firma doradcza Deloitte, w najbliższym czasie należy spodziewać się wzmożonej sprzedaży portfeli kredytów przeterminowanych przez banki.

Banki dokonały najwięcej odpisów w pierwszym i drugim kwartale ubiegłego roku. Te dane dotyczą zarówno Polski, jak i całej Europy. W trzecim kwartale sytuacja ustabilizowała się na tyle, że liczba dokonywanych rezerw ze względu na ryzyko kredytowe wynosiła około 30 proc. poziomu z pierwszych trzech miesięcy 2020 roku, mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Polsce, Deloitte.

– Polskie banki w nieco mniejszym stopniu dokonywały odpisów ze względu na ryzyko kredytowe, niż największe banki w Europie. Uzasadnieniem takiego podejścia był lepszy od krajów Europy Zachodniej stan polskiej gospodarki – dodaje. Wyjątkiem był bank Pekao S.A, w którym wskaźnik wzrostu kosztu ryzyka wyniósł 2,2 r/r, w stosunku do średniej rynkowej wynoszącej ok. 1,5.

To, że najwięcej odpisów dokonano w pierwszym i drugim kwartale ubiegłego roku miało źródło przede wszystkim w niepewnej sytuacji gospodarczej.

Można powiedzieć, że były to rezerwy wynikające z analizy przewidywanych danych makroekonomicznych, aniżeli z rzeczywistych problemów klientów. Główne wskaźniki czyli spadek PKB i poziom bezrobocia, z jednej strony były wtedy pesymistyczne, a z drugiej bardzo różniły się od siebie. Trzeci kwartał pokazał, że obawy te były nieco na wyrost, ale żaden z banków nie zdecydował się na uwolnienie zawiązanych wcześniej rezerw, mówi Barbara Sobala, wiceprezes zarządu Banku Handlowego.

Ryzyko kredytowe po stronie biznesu

Zdaniem uczestników debaty, banki nie obawiają się problemów ze spłacaniem kredytów przez klientów indywidualnych, ale przede wszystkim przez klientów korporacyjnych, którzy przez ostatnie miesiące korzystali z pomocy rządowej, a także moratoriów kredytowych.

Dopiero, gdy ta pomoc się skończy, będzie można ocenić prawdziwą skalę problemów z regulowaniem spłaty kredytów przez polskie firmy. Są oczywiście branże, które są beneficjentami ostatnich miesięcy, jak chociażby e-commerce czy magazyny. Po drugiej stronie znajduje się inna część branży nieruchomości komercyjnych, na przykład hotele, galerie handlowe czy biura. I to one mogą mieć problem z uregulowaniem swoich należności kredytowych, szczególnie, gdy nie będą już objęte pomocą z Tarczy PFR, mówi Marek Lusztyn, wiceprezes zarządu mBanku SA.

Część z nich, na skutek braku przychodów i kurczących się oszczędności, może mieć problemy z płynnością finansową.

Dlatego należy dokładnie przeanalizować to, kto i jakiej pomocy potrzebuje. Nawet w obrębie jednego sektora, sytuacja potrafi się różnić. Dziś widzimy jednak, że to w handlu i usługach istnieje największe niebezpieczeństwo problemów ze spłatą kredytów, wyjaśnia Mariusz Cholewa, prezes zarządu Biura Informacji Kredytowej.

Nieco bardziej optymistycznie na przyszłość patrzy bank Pekao SA.

W ubiegłym roku zawiązaliśmy znaczące rezerwy na potencjalne straty związane z COVID-19. Zatem zabezpieczyliśmy bank przed ewentualnymi konsekwencjami pandemii. Zakładamy, że zakończony z sukcesem program szczepień zbiegnie się w czasie z luzowaniem obostrzeń. Przykład Chin pokazuje, że w takiej sytuacji firmy mogą liczyć na efekt odroczonego popytu, co powinno znacznie poprawić ich sytuację. Nie zmienia to jednak faktu, że w najbliższym czasie biznes wciąż będzie odczuwał skutki pandemii COVID-19, mówi Marcin Gadomski, wiceprezes zarządu Pekao SA.

Banki różnie oceniają ryzyko kredytowe

Międzynarodowe Standardy Sprawozdawczości Finansowej, a dokładnie MSSF9, nie wprowadziły jednolitego podejścia do odpisów bankowych. Banki używają więc różnych prognoz makroekonomicznych, co w naturalny sposób prowadzi do różniących się od siebie kosztów ryzyka w poszczególnych instytucjach. Uczestnicy panelu „Ryzyko pogorszenia jakości aktywów banków” wskazali że ujednolicenie parametrów makroekonomicznych, takich jak stopa bezrobocia czy PKB, stosowanych do szacowania poziomu odpisów, byłoby bardzo pomocne i pokazywałoby w znacznie bardziej klarowny sposób, jaka jest skala tego zjawiska. Równocześnie pozostawienie Bankom możliwości elastyczności w modelowaniu, pozwoli na uwzględnienie specyfiki portfela danej instytucji, a tym samym na lepsze odzwierciedlenie ryzyka w sprawozdaniu finansowym.

Raport Deoitte “2021 Banking and Capital Markets Outlook. Strengthening Resilience, Accelerating Transformation” przewiduje, że należy spodziewać się dodatkowo odpisów ze względu na ryzyko kredytowe związane z COVID-19 w przyszłości na poziomie tych, które zostały już utworzone w 2020 r., ale będą one rozłożone w czasie. Hipotezy te potwierdzają dane BIK, wskazujące na rosnącą ostrożność banków w udzielaniu kredytów i jednocześnie pierwsze pojawiające się większe wolumeny kredytów przeterminowanych. Przedstawiciele sektora bankowego również spodziewają się, że problemy firm, które nie przetrwają kryzysu spowodują, że banki będą zmuszone do tworzenia kolejnych odpisów. Mogą się one pojawić jeszcze w pierwszym kwartale przyszłego roku.

– Pytaniem pozostaje, czy ryzyko kredytowe, choć dobrze znane ekspertom od bankowości, dokładnie opisane i przeanalizowane, nie zagrozi stabilności sektora. Poziom kredytów NPL, sam w sobie nie będzie stanowił problemu, ale przy braku funkcjonującego rynku obrotu wierzytelnościami, banki będą musiały poprawić efektywność i wydolność własnych procesów. Może być to również droga do poprawy rentowności, choć na polskim rynku spodziewany się jednak, że będzie to impuls do odbudowy rynku obrotu przeterminowanymi wierzytelnościami, – mówi Przemysław Szczygielski.

Uczestnicy panelu byli zgodni, że przy rosnącym portfelu kredytów przeterminowanych, banki będą starać się odstępować jej podmiotom trzecim, specjalizującym się w odzyskiwaniu wierzytelności.

Healthnomic wprowadzi na polski rynek innowacyjną metodę leczenia obturacyjnego bezdechu sennego

Healthnomic S.A., firma z branży medtech, specjalizująca się w zdalnej diagnostyce oraz rozwoju autorskiej platformy telemedycznej, rozpoczyna kolejny etap wprowadzenia na rynek polski innowacyjnej metody EPAP (ang. Expiratory Positive Airway Pressure), która wykorzystywana jest w leczeniu obturacyjnego bezdechu sennego (OBS), a także w leczeniu chrapania prostego, nie powikłanego zaburzeniami oddychania. Spółka podpisała umowę z firmą Imperio Laboratories, która do końca II kwartału br. roku przygotuje prototyp autorskiego urządzenia Healthnomic do leczenia OBS, a także dokumentację techniczną. Po opracowaniu prototypu Spółka wybierze podmiot, który zajmie się produkcją seryjną urządzenia. Innowacyjne rozwiązanie typu EPAP autorstwa Healthnomic ma trafić na rynek na przełomie III oraz IV kwartału br. Spółka zamierza zadebiutować na rynku NewConnect w 2021 roku.

Urządzenie EPAP to coraz popularniejsza metoda leczenia pacjentów cierpiących na obturacyjny bezdech senny lub chrapanie proste. Są to niewielkie elementy w formie membran zakrywających nozdrza. W trakcie wdechu urządzenie pozwala na swobodny przepływ powietrza. Gdy następuje wydech przepływ powietrza zostaje ograniczony, tym samym powstaje podwyższone ciśnienie w górnych drogach oddechowych, które podobnie jak w przypadku urządzeń CPAP (ang. Continuous Positive Airway Pressure) nie pozwala na zapadanie się dróg oddechowych. Dzięki temu przepływ powietrza pozostaje zachowany, niwelowane są także dźwięki chrapania. Leczenie OBS przy użyciu urządzeń EPAP jest dobrze tolerowane przez pacjentów, oraz nie wymaga stosowania urządzeń zasilanych prądem ani bateriami. Badania naukowe potwierdzają skuteczność tego rozwiązania dla pacjentów z chrapaniem prostym oraz z bezdechem sennym każdego stopnia, szczególnie umiarkowanego i łagodnego.

– Intencją naszej spółki jest przeprowadzenie pacjenta przez pełen cykl diagnostyczno-terapeutyczny. Od podejrzenia choroby, przez jej wysokiej klasy diagnostykę oraz w razie stwierdzenia nieprawidłowości, do skutecznego leczenia i monitorowania jego efektywności. Obecnie oferujemy pacjentom oraz lekarzom rozwiązanie do diagnostyki OBS, natomiast zgodnie z naszą misją wprowadzamy również rozwiązania służące do leczenia bezdechu, a także innych chorób cywilizacyjnych. Chcemy oprócz standardowej metody CPAP, zaproponować autorskie rozwiązanie wykorzystujące innowacyjną metodę terapeutyczną EPAP. Aktualnie na polskim rynku nie ma tego typu rozwiązań, więc wszystko wskazuje na to, że już za kilka miesięcy jako pierwsi damy pacjentom oraz lekarzom możliwość leczenia OBS lub chrapania dzięki tej metodzie. Ponadto będzie się ono istotnie wyróżniać na tle konkurencyjnych rozwiązań dostępnych już zagranicą najnowocześniejszym modelem wykorzystanych materiałów i rozwiązań biofizycznych. Ruszają prace nad prototypem, a niebawem zamierzamy złożyć wniosek patentowy – komentuje Dariusz Głogowski, Prezes Zarządu Healthnomic S.A.

Plany rozwoju Healthnomic zakładają regularny rozwój oferty diagnostycznej oraz terapeutycznej w zakresie chorób cywilizacyjnych, przede wszystkim obturacyjnego bezdechu sennego (OBS), chorób układu krążenia oraz przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. Specjaliści Spółki oraz współpracujący lekarze wszystkich specjalności na co dzień dokonują diagnozy przy pomocy zdalnych urządzeń. Celem spółki jest obsługa procesu leczenia przy pomocy takich urządzenia jak CPAP, EPAP oraz innych innowacyjnych metod leczenia. Pełen proces będzie zarządzany zdalnie dzięki autorskiemu środowisku telemedycznemu OmniHealth, z którym kompatybilne będą zarówno urządzenia diagnostyczne jak i terapeutyczne. Pozwoli on na w pełni zdalne zarządzanie procesem badań oraz późniejszego leczenia.

– Nasze plany związane z rozwojem Healthnomic są bardzo ambitne. Intensywnie pracujemy nad rozwojem środowiska telemedycznego OmniHealth, aby poszerzać obszary diagnostyczno-terapeutyczne. Negocjujemy z dostawcami urządzeń CPAP, a także intensyfikujemy sprzedaż w ramach naszej obecnej oferty diagnostycznej. Stopniowo realizujemy założone cele m.in. dzięki środkom uzyskanym w ramach I rundy finansowania zakończonej w styczniu br. – dodaje Dariusz Głogowski.

W styczniu br. spółka zakończyła I rundę finansowania w ramach której pozyskała 2,5 mln zł z tytułu emisji akcji. Środki pozyskane w ramach oferty zostaną przeznaczone na m.in. na produkcję nowych urządzeń do diagnostyki bezdechu sennego, projekty badawczo-rozwojowe oraz ewentualne przejęcie podmiotu medycznego. Spółka zamierza zadebiutować na rynku NewConnect w 2021 roku.

Food Research Institute: w nastrojach polskiej branży spożywczej jest nieco słońca

W głosach przedstawicieli polskich firm zajmujących się przetwórstwem żywności słychać coraz więcej wiosennego optymizmu. Indeks FRI[1], który odzwierciedla nastroje menedżerów z branży, w lutym b.r. był na poziomie 56,2 pkt. – to o ponad 3 pkt. więcej niż w listopadzie 2020 r. i o ponad 5 pkt. więcej niż w lipcu 2020 r.

Indeks FRI jest publikowany przez firmę analityczną Food Research Institute od pięciu kwartałów. – Największy pesymizm w branży obserwowaliśmy w wakacje, kilka miesięcy po wybuchu pandemii. Od tego czasu nastroje stopniowo się poprawiają. Choć nie można tego jeszcze na 100% przesądzić, to wierzę, że kształtuje się trend wzrostowy dla Indeksu i że zaczęliśmy zmierzać w stronę wyniku sprzed szoku covidowego – mówi Dariusz Chołost, General Manager w Food Research Institute.Index FRI – nastroje menedżerów branży spożywczej

Do hurraoptymizmu jeszcze chwilkę

Dariusz Chołost podkreśla jednak, że droga do wskaźnika 67,4 pkt. ze stycznia minionego roku będzie raczej długa. Dziś tylko 29% zapytanych menedżerów przewiduje, że za 3 miesiące sytuacja ich firmy poprawi się w stosunku do obecnej. 51% uważa, że pozostanie ona bez zmian a 20% – że się pogorszy. W przypadku przewidywań sytuacji za 6 miesięcy oceny są podobne, choć respondentów spodziewających się pogorszenia sytuacji jest nieco więcej (22%). – Przedstawiciele sektora spożywczego są bardzo ostrożni w ocenach perspektyw na przyszłość, ale nie ma w tym nic dziwnego. Przez długie miesiące firmy były zmuszone szybko reagować na zupełnie zaskakujące okoliczności. Niektóre procesy zmian w modelach biznesowych, organizacji produkcji czy dystrybucji jeszcze się nie zamknęły i jeszcze chwilę potrwa, zanim okaże się na ile były efektywne. Przebieg pandemii nie powinien nas już zaskoczyć, ale całkowicie wykluczyć się tego nie da – podkreśla Dariusz Chołost. Bez względu na to, jeśli za 3 miesiące przewidywania menedżerów się sprawdzą, Indeks FRI za maj sięgnie 59,5 pkt., co oznaczałoby wzrost o 3,3 pkt w stosunku do lutego b.r.

Niezłe wyniki i nowe wyzwania

Dobre oczekiwania co do wartości majowego Indeksu FRI umacnia też fakt, że przetwórstwo rolno-spożywcze, pomijając pojedyncze kategorie, test z odporności na COVID-19 zdało dobrze. Jak mówi Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego w Santander Bank Polska, było to widać szczególnie w drugiej połowie minionego roku. Po pierwsze, produkcja sprzedana przemysłu, po spadku związanym z pierwszą falą pandemii, szybko wróciła do trendu wzrostowego. Po drugie, wpływ drugiej fali był już znacznie płytszy, patrząc z pespektywy całego przemysłu. Wyniki początku roku są obiecujące. W styczniu wartość produkcji sprzedanej artykułów spożywczych, po uwzględnieniu różnicy w liczbie dni roboczych, była wyższa o 6% w relacji rocznej. Cieszą również wyniki eksportu w 2020 r. Dane, pomimo trudnych pandemicznych warunków, wskazują na kolejny rekord i sięgnięcie 34 mld euro (+7% w ujęciu r/r).jak zmieni się sytuacja w Pani Pana firmie w perspektywie 3 miesięcy

Jak wskazuje Grzegorz Rykaczewski, w ostatnim roku pomogła bliskość i stabilność bazy surowcowej. Firmy przetwórcze miały stałe dostawy surowca i w tym zakresie nie było ryzyka przestojów produkcyjnych. Jednocześnie przedsiębiorstwa szybko nauczyły się wykorzystywać nowe doświadczenia, elastycznie podchodząc do strategii sprzedaży w różnych kanałach dystrybucji, zarówno w Polsce, jak i na rynkach zagranicznych. – Sytuacja pandemiczna nadal jest niepewna. Popyt z branży HoReCa pozostaje ograniczony, a kolejne fale pandemii odsuwają w czasie „odmrożenie” gospodarek w państwach UE. Z drugiej jednak strony wyniki branży wskazują, że przedsiębiorstwa coraz lepiej radzą sobie w warunkach COVID-u a program szczepień daje szanse na trwałą stabilizację sytuacji, być może już w drugiej połowie roku – podkreśla Grzegorz Rykaczewski. Przypomina on także, że konsumpcja żywności jest podstawową ludzką potrzebą a to pomagało, pomaga i będzie pomagać branży w czasie różnych turbulencji.Jak zmieni się sytuacja w Pani Pana firmie w perspektywie 6 miesięcy

* Wcześniejsza nazwa: Indeks IBŻ

Odwiedzalność centrów handlowych w pierwszym tygodniu marca

  • Średnia odwiedzalność w dni handlowe w pierwszym tygodniu marca (1–7.03) była niższa o prawie 25 proc. w porównaniu do tego samego okresu w 2020 r. i ukształtowała się na poziomie 76 proc.
  • PRCH Daily Footfall Index pokazuje, że zgodnie z przewidywaniami Polskiej Rady Centrów Handlowych średnia odwiedzalność galerii handlowych już czwarty tydzień z rzędu utrzymuje się na podobnym, stabilnym poziomie. Klienci na bieżąco realizują cele zakupowe, co pozwala uniknąć okresowego, niekontrolowanego zwiększenia ruchu w centrach handlowych.

Wyniki odwiedzalności przedstawione przez PRCH pokazują, że ruch w obiektach oscyluje wokół 80 proc. poziomów ubiegłorocznych. Średnie wyniki tygodniowe utrzymują się na zbliżonym poziomie 76-77 proc. Najwięcej wizyt odnotowują centra handlowe średniej wielkości o powierzchni od 20 do 40 tys. mkw. GLA, gdzie wskaźnik odwiedzalności był w zależności od dnia tygodnia wyższy od 5 do 10 pp. niż centrach największych powyżej 60 tys. mkw. GLA. Najaktywniej z oferty sklepów w obiektach handlowych korzystali kupujący w Regionie Południowym, mniejsze natężenie ruchu odnotowano w północnej części kraju. Średni tygodniowy footfall w Regionie Północnym był o ponad 30 proc. niższy w stosunku do ubiegłorocznego.

Dane z ostatnich tygodni pokazują powtarzalne i przewidywalne wyniki poziomu odwiedzalności, co znacząco ułatwia kontrolowanie liczby osób przebywających w obiektach handlowych i zapewnienie koniecznego dystansu. Stabilne funkcjonowanie centrów handlowych w warunkach zaostrzonego reżimu sanitarnego pozwala kupującym na systematyczną i bieżącą realizację potrzeb. Zmniejszony i ustabilizowany ruch w obiektach handlowych ułatwia klientom planowanie zakupów z wyprzedzeniem i sprzyja zachowywaniu społecznego dystansu. Wizyty w centrach handlowych stały się bardziej celowe, kupujący odwiedzają obiekty handlowe w określonym celu, starając się spędzić w sklepach jak najmniej czasu. Utrzymuje się trend wysokiej konwersji.

Centra handlowe są jednymi z najbezpieczniejszych miejsc w przestrzeni publicznej. Kontakt między klientami jest krótkotrwały, a obiekty handlowe funkcjonują z zachowaniem najwyższych standardów sanitarnych, są dostosowane do krajowych zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii oraz wytycznych międzynarodowych np. WHO. Galerie w trosce o bezpieczeństwo od miesięcy, nieprzerwanie przypominają kupującym o konieczności noszenia maseczek, dezynfekowania rąk i zachowywania bezpiecznego dystansu. O przestrzeganie zasad DDM dbają pracownicy sklepów i obsługa galerii handlowych.

GUS: W 2020 roku o ponad 8% zmniejszyła się liczba nowych biur

Większa liczba mieszkań, ale mniej powierzchni biurowych czy usługowych – to tylko niektóre wskaźniki z danych Głównego Urzędu Statystycznego w obszarze budownictwa za 2020 rok. Eksperci Angel Poland Group przeanalizowali, które z rynkowych trendów mogą ulec zmianie w kolejnych latach. Ich zdaniem, pandemia wskazuje na konieczność m.in. bardziej elastycznego podejścia ustawodawców do planowania przestrzennego.

W 2020 roku w porównaniu do 2019 roku zwiększyła się zarówno liczba samych mieszkań (o 6,7% do poziomu 221 tys.), jak i łączna wielkość ich powierzchni użytkowej (o 6,6% do poziomu 19,5 mln m2). Co ciekawe, przeciętna powierzchnia użytkowa wybudowanego mieszkania wyniosła 88,5 m2 i w porównaniu do roku 2019 zmniejszyła się, ale zaledwie o 0,1 m2. Średnia powierzchnia mieszkania w budynkach jednorodzinnych wyniosła 132,8 m2, natomiast w budynkach wielorodzinnych – 52,6 m2. Oznacza to zmniejszenie ich średniej powierzchni odpowiednio o 1 m2 i 0,5 m2. Eksperci Angel Poland Group podkreślają, że pandemia może ostudzić zapał inwestorów do budowania większych mieszkań, ale nie w każdym segmencie rynku.

Ostatnio zwiększył się popyt na kompaktowe mieszkania, czyli takie, gdzie jest więcej pokoi na mniejszej przestrzeni. To rozwiązanie zyskujące uznanie szczególnie w czasie pandemii, gdy część osób przestawiła się na pracę zdalną. Niezmiennie dużą popularnością cieszą się też kawalerki i mieszkania dwupokojowe, m.in. jako ochrona kapitału przy niskich stopach procentowych. Warto też pamiętać, że te kwestie zależą w dużej mierze od standardu i lokalizacji inwestycji. Największe mieszkania na sprzedaż lub wynajem powstają w segmencie premium, który rządzi się trochę innymi prawami. Średnia powierzchnia mieszkań w inwestycji premium to ponad 70 m2, gdzie widzimy znaczący wzrost zainteresowania dużymi apartamentami. Z kolei średnia powierzchnia mieszkania w tzw. segmencie popularnym oscyluje na poziomie 45 m2 – mówi Tomasz Karpiel, dyrektor operacyjny Angel Poland Group i ekspert ds. rynku nieruchomości.

Struktura rynku przełoży się na wzrost cen mieszkań?

Jak pokazują dane GUS, w 2020 roku 64,6% (63,3% w 2019 roku) wszystkich oddanych do użytku mieszkań pochodziło od deweloperów, a 33,5% od inwestorów indywidualnych. W porównaniu z rokiem poprzednim zwiększył się udział mieszkań przeznaczonych na sprzedaż lub wynajem (o 1,2 p.p.). Według ekspertów, mimo rosnącego udziału mieszkań deweloperskich, nie należy spodziewać się spadku ich cen.

Inwestorzy mają coraz większe problemy z dostępnością atrakcyjnych gruntów. Ponadto, nie wszystkie realizowane budynki mieszkalne trafią na sprzedaż, gdyż pojawili się na rynku nowi gracze. Ich celem jest kupowanie całych budynków, a następnie wynajmowanie mieszkań, a nie ich sprzedaż. To przełoży się na mniejszą liczbę dostępnych mieszkań do zakupu na rynku. Dodatkowo, także inne wyzwania deweloperów, czyli nowe, restrykcyjne normy techniczne, wydłużone procedury inwestycyjne oraz rosnące koszty materiałów budowlanych, będą prowadzić do prawdopodobnego wzrostu cen samych mieszkań, które mogą zdrożeć w 2021 roku nawet o 10% – zauważa Małgorzata Nowodworska, dyrektor sprzedaży i marketingu Angel Poland Group w Krakowie.

Budynki biurowe odejdą do lamusa?

W 2020 roku oddano do użytkowania 527 nowych budynków biurowych, co oznaczało spadek o 8,2% względem roku 2019. W omawianym okresie oddano też do eksploatacji 2652 nowe budynki handlowo-usługowe (spadek o 6,6% r./r.). Eksperci oceniają, że pandemia pokazała konieczność bardziej elastycznego podejścia do tworzenia planów miejscowych.

W czasach COVID-19 zapotrzebowanie na lokale biurowe czy usługowe zauważalnie spadło, co na pewno przełoży się na decyzje inwestorów o odłożeniu nowych inwestycji komercyjnych w czasie. Warto wspomnieć, że nawet już teraz deweloperzy mają większe trudności z wynajęciem części przestrzeni biurowych i handlowo-usługowych. Wydaje się zatem, że w konsekwencji pandemii ustawodawcy powinni bardziej elastycznie niż dotychczas podchodzić do tematu planowania przestrzennego i zapisów w planach miejscowych, by przeznaczenie terenów nie było z góry „sztywno” ustalone. Taki zabieg da możliwości bardziej płynnego dostosowania realizowanych inwestycji do aktualnych i przyszłych trendów rynkowych – podkreśla Natalia Sawicka, dyrektor sprzedaży i marketingu Angel Poland Group w Wrocławiu.

Niezależnie od przeznaczenia nowych mieszkań, zgodnie z danymi GUS, porównanie danych dla poszczególnych województw w ujęciu bezwzględnym wskazuje, że najwięcej nowych mieszkań wybudowano w mazowieckim (21,1% wartości krajowej), wielkopolskim (10,0%) i dolnośląskim (9,9%). Wskaźnik nasilenia budownictwa mieszkaniowego, wyrażony liczbą mieszkań oddanych do użytkowania w przeliczeniu na 1 tys. ludności2, wyniósł dla Polski 5,8. Największe wartości odnotowano w województwach: mazowieckim (8,6), pomorskim (8,1) oraz dolnośląskim (7,5); najmniejsze w: opolskim (2,7), świętokrzyskim (3,2) i śląskim (4,1).

Dochody budżetu państwa z akcyzy na piwo to 3,5 mld zł

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują w raporcie „Zasadność zróżnicowania stawek akcyzy dla alkoholi mocnych oraz piwa – Kontekst prawny, ekonomiczny i społeczny”, że akcyza od piwa stanowi stabilne i przewidywalne źródło dochodów dla budżetu państwa, przynoszące wpływy na poziomie ok. 3,5 mld zł rocznie. Nie ma powodów, by zmieniać ten system – co wiązałoby się z kosztami dostosowawczymi po stronie producentów i Krajowej Administracji Skarbowej. Mogłoby to zakłócić funkcjonowanie rynku i zaburzyć dotychczas stabilny strumień dochodów dla budżetu. Różnice w poziomie opodatkowania piwa i wyrobów spirytusowych nie są luką podatkową, lecz efektem świadomej i racjonalnej polityki podatkowej polskiego państwa. Co więcej, obecna stawka akcyzy na wyroby spirytusowe jest niemal taka sama jak 20 lat temu, podczas gdy stawka akcyzy od piwa jest aktualnie o 37% wyższa niż w 2001 roku.

Nie można zgodzić się z argumentami wskazującymi na możliwość uzyskania przez budżet państwa dodatkowych dochodów w kwocie 5 mld zł rocznie w wyniku zrównania poziomu opodatkowania wyrobów spirytusowych i piwa. Takie wyliczenia całkowicie pomijają fundamentalny aspekt podwyżek akcyzy, jakim jest elastyczność cenowa popytu. Jak wynika z założeń przyjętych przez Ministerstwo Finansów przy projektowaniu ubiegłorocznych zmian w stawkach akcyzy, w przypadku piwa jest ona najwyższa ze wszystkich rodzajów napojów alkoholowych – co oznacza, że podwyżka ceny piwa wywołuje silniejszy spadek sprzedaży niż np. podwyżka ceny wódki. Uwzględniając spadek legalnej sprzedaży, efekt fiskalny tak radykalnej podwyżki akcyzy stanowiłby ułamek obiecywanej przez autorów tej propozycji kwoty lub wręcz przyczyniłby się do zmniejszenia wpływów budżetowych.

„Nie znajdują poparcia w faktach pojawiające się w przestrzeni publicznej głosy nawołujące do zrównania poziomu opodatkowania wyrobów spirytusowych i piwa. Różnica w poziomie opodatkowania między piwem a wódką i pozostałymi wyrobami spirytusowymi wynika z powszechnie przyjętej w państwach rozwiniętych polityki zapobiegania negatywnym skutkom ryzykownej konsumpcji alkoholu. Zdecydowanie zawyżone są też szacunki skutków fiskalnych takiego rozwiązania. Dodatkowo należy zwrócić uwagę na aktualne trendy dotyczące spożycia alkoholu, czyli przede wszystkim wzrost konsumpcji napojów spirytusowych i spadek spożycia piwa zawierającego alkohol” – podkreśla Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, wiceprezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej CALPE.

Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) poddało bliższej analizie problematykę podatku akcyzowego od napojów alkoholowych w swoim najnowszym raporcie pt. „Zasadność zróżnicowania stawek akcyzy dla alkoholi mocnych oraz piwa – Kontekst prawny, ekonomiczny i społeczny”.

Forma opodatkowania i minimalne stawki akcyzy od wyrobów alkoholowych są zharmonizowane na poziomie Unii Europejskiej w oparciu o przepisy dwóch dyrektyw. W precyzyjny sposób określają one podstawę opodatkowania poszczególnych rodzajów napojów alkoholowych – dla wyrobów spirytusowych od objętości czystego alkoholu, dla wina od objętości wyrobu gotowego, a dla piwa od stopni Plato lub zawartości czystego alkoholu. Ta pierwsza forma opodatkowania jest stosowana głównie w kilkunastu krajach o rozwiniętej produkcji i bogatej tradycji piwowarskiej, w tym w Polsce. Akcyzę od alkoholu nalicza się w krajach o dominującym spożyciu alkoholi mocnych, tj. Skandynawia i państwa bałtyckie.

Napoje spirytusowe w Polsce są obłożone blisko 3-krotnie wyższą stawką akcyzy niż piwo. Relacja ta kształtuje się na średnim poziomie w porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej i odzwierciedla proporcje określone w Dyrektywach UE. W UE nie ma ani jednego kraju, w którym wyroby spirytusowe byłyby opodatkowywane tak samo lub niżej niż piwo – natomiast wiele jest przykładów krajów, w których ta proporcja jest znacznie większa, np. sąsiednie Czechy (3,6 do 1) i Niemcy (6,6 do 1), a także Belgia (6 do 1), Rumunia, Hiszpania (ok. 4 do 1) i inne.

Taka polityka prowadzona w całej Unii Europejskiej ma uzasadnienie przede wszystkim w wynikach badań wskazujących na to, że ryzykowne i szkodliwe dla zdrowia spożycie alkoholu wiąże się przede wszystkim z konsumpcją wyrobów spirytusowych. Jak wynika z badania CBOS przeprowadzonego w oparciu o metodykę Światowej Organizacji Zdrowia, blisko połowa regularnych konsumentów wódki w Polsce spożywa alkohol w sposób ryzykowny, podczas gdy w odniesieniu do konsumentów piwa ryzykowne spożycie występuje w niewiele ponad ¼ przypadków. Ponadto należy zwrócić uwagę na istotne różnice w kosztach produkcji i dostarczenia na rynek alkoholu w postaci napojów spirytusowych oraz piwa. Jak wynika z badania Europe Economics, produkcja alkoholu w piwie jest ok. 2,5 krotnie droższa niż w przypadku wódki – co oznacza, że teoretycznie równa akcyza uczyniłaby mocny alkohol relatywnie tańszy i bardziej dostępny dla konsumenta.

Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, jednoznacznie stanowi, że „akty prawne wpływające na strukturę cen napojów alkoholowych powinny służyć ograniczaniu spożycia tych napojów oraz zmianie struktury ich spożycia na rzecz napojów o niskiej zawartości procentowej alkoholu”.

Zwolniony z kary nie uchroni się przed przychodem

Faktyczne przysporzenie majątkowe o konkretnym wymiarze finansowym prowadzi zgodnie z ustawami o podatku dochodowym od osób fizycznych do powstania przychodu. Uwagę należy zwrócić na sytuację otrzymywania nieodpłatnych lub częściowo odpłatnych świadczeń, zwłaszcza patrząc przez pryzmat ekwiwalentności takich świadczeń, tak aby móc ustalić, czy rzeczywiście doszło do przysporzenia majątkowego tylko jednej strony. Umorzenie zobowiązania w postaci kar umownych czy odszkodowania prowadzić może do powstania przychodu, na co wskazuje bezpośrednio przepis ustawy. Niemniej zwolnienie z kary w zamian za dodatkowe świadczenia określone w ugodzie sądowej może okazać się problematyczne, co pokazuje przypadek interpretacji Dyrektora KIS z dnia 7 grudnia 2020 r.

Stan faktyczny

Omawiana sprawa dotyczyła podatnika, którego kontrahent zwolnił z konieczności zapłaty zastrzeżonych w umowie kar oraz odszkodowań z tytułu nienależytego wykonania umowy w kwocie ponad pół miliona złotych. Kontrahent oświadczył, że nie będzie dochodził spornych roszczeń, a podatnik, będący dłużnikiem, zaakceptował to oświadczenie. Powyższe oświadczenia zostały podsumowane ugodą sądową poprzez przyjęcie rozwiązania korzystnego dla obu stron, tj. wierzyciel zrzeka się dochodzenia kar i odszkodowań, dłużnik natomiast zrzeka się dochodzenia ewentualnych przyszłych roszczeń o zapłatę. Należy jednak podkreślić, że wartość spornych roszczeń (kar umownych i odszkodowania) wynikała z umowy i miała określoną wartość, podczas gdy oświadczenie o rezygnacji z ewentualnych roszczeń o zapłatę dotyczyło świadczeń nieokreślonych, przyszłych.

Stanowisko organu podatkowego

W oparciu o przedstawiony powyżej stan faktyczny podatnik zadał zasadnicze pytanie, czy w przypadku zwolnienia z konieczności uiszczenia kary oraz odszkodowania powstaje przychód podatkowy, a jeżeli tak, to w jakim okresie powinien zostać opodatkowany.

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w dniu 7 grudnia 2020 r. wydał interpretację indywidualną nr 0111-KDIB1-1.4010.405.2020.1.SG, w której stwierdził, że w takiej sytuacji przychód powstaje. Brak jest ustawowej definicji pojęcia „umorzenia zobowiązania”. W tym zakresie należy odwoływać się do językowej wykładni, zgodnie z którą umorzenie oznacza zmniejszenie lub zlikwidowanie zobowiązania poprzez zrzeczenie się przez wierzyciela lub spłatę stopniową długu. W efekcie zobowiązanie dłużnika w stosunku do wierzyciela znika.

Zgodnie z art. 12 ust. 1 pkt 3a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych przychodem są wartości umorzonych lub przedawnionych zobowiązań. W ocenie Dyrektora KIS nie ma znaczenia, co jest źródłem zobowiązania, liczy się natomiast intencja ustawodawcy, który chciał opodatkować wszelkiego rodzaju nieodpłatne świadczenia. W przypadku więc umorzenia zobowiązania dojdzie do powstania przysporzenia po stronie dłużnika, przez co jego majątek będzie powiększony. Zwolnienie z przyszłych ewentualnych roszczeń w ocenie organu podatkowego nie stanowiło ekwiwalentu do zwolnienia ze zobowiązań, które są co prawda sporne, ale ich wartość jest wyliczona i wynikają z postanowień umowy.

Reasumując, organ uznał, że po stronie dłużnika powstanie przychód podatkowy w związku z zawartą ugodą sądową w wysokości umorzonych zobowiązań wynikających z kar i odszkodowań. Przychód powinien być opodatkowany w dacie zawarcia ugody sądowej.

Komentarz

Analizując kwestię opisaną w powyższej interpretacji od strony przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz kodeksu cywilnego, należy uznać, że organ miał rację, wskazując, że w przypadku umorzenia zobowiązania dochodzi do powstania przychodu. Zobowiązanie do zapłaty odszkodowania w kwocie ponad pół miliona złotych zostało potwierdzone przez dłużnika, zatem nie sposób stwierdzić, że ono nie powstało. Zasadne wydaje się także stwierdzenie braku powstania zobowiązania w przypadku rezygnacji z przyszłych roszczeń o zapłatę, które są niepewne. W efekcie brak jest ekwiwalentności świadczeń i konieczne jest opodatkowanie przychodu. Jest to więc instytucja podobna do „zwolnienia z długu”, gdzie NSA stwierdził, że prowadzi ono do powstania przychodu po stronie dłużnika (wyrok NSA z dnia 28 listopada 2018 r., sygn. akt II FSK 3159/16).

Efektywnie więc podatnik, będący dłużnikiem, który wynegocjował rezygnację z dodatkowych kar i odszkodowań, będzie zobowiązany do rozliczenia podatku w przypadku rezygnacji wierzyciela z tych zobowiązań. Jest to niezależne od woli stron. Wystarczy sama rezygnacja z dochodzenia kwot wynikających z umowy. Oznacza to, że powinno się bardzo dokładnie analizować zapisy umów w zakresie kar umownych i odszkodowań, tak aby w przyszłości ograniczyć negatywne skutki podatkowe, ponieważ intencją stron może być zrealizowanie zlecenia i brak konieczności uiszczania kar umownych. Niemniej jeżeli wynikają one z umowy, a następnie jeden podmiot z nich rezygnuje, to dłużnik będzie zobowiązany do rozliczenia podatku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ćwierć miliona obywateli Ukrainy z zezwoleniami na pobyt

Osoby młode poniżej 40. roku życia, emigrujące w związku z pracą – to główne cechy charakteryzujące grupę obywateli Ukrainy osiedlających się w Polsce. Liczba osób posiadających ważne zezwolenia na pobyt przekroczyła 250 tys., wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Obywatele Ukrainy przebywają w Polsce głównie krótkoterminowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Coraz więcej z nich chce jednak pozostać w kraju na dłuższy okres. Świadczy o tym rosnąca liczba wniosków o wydanie zezwolenia na pobyt oraz grupa osób już posiadających takie dokumenty.

Około 80 proc. obywateli Ukrainy posiada zezwolenia na pobyt czasowy, które mogą obowiązywać przez maksymalnie 3 lata. W zdecydowanej większości są one wydawane w związku z podejmowaniem pracy – ok. 73 proc. spraw. Kolejnymi najczęstszymi celami pobytu w Polsce są kwestie rodzinne – ok. 12 proc. oraz edukacja – ok. 5 proc.

W związku z tym widoczna jest koncentracja obywateli Ukrainy w województwach z dużymi miastami. Najbardziej popularnymi regionami są województwa: mazowieckie – 52 tys. osób, małopolskie – 31 tys. oraz wielkopolskie – 29 tys.

Z nieco ponad 250 tys. obywateli Ukrainy posiadających ważne karty pobytu, ok. 61 proc. stanowią osoby w przedziale wiekowym 18 – 40 lat. Dzieci i młodzież poniżej 18. roku życia stanowią ok. 12 proc., a osoby powyżej 40 lat – ok. 27 proc.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Nie obejmują również zezwoleń na pobyt czasowy, których okres ważności został tymczasowo wydłużony ze względu na wprowadzenie stanu epidemii.

Koniec pandemii to kłopot dla e-commerce. Zaostrzy się walka o klienta. Wzrosną też wydatki na reklamę

Z całego zeszłorocznego wzrostu e-commerce tylko 30% może mieć trwałą wartość. Dopiero 3-4 kwartały po zakończeniu pandemii okaże się, kto w branży osiągnął długoterminowy sukces. Natomiast znaczna część graczy nie wytrzyma ostrej walki o klienta. Dlatego e-sklepy już teraz powinny zacząć opracowywać nowe strategie. Obecnie nawet połowę marży inwestuje się w podnoszenie sprzedaży. Do tego wydatki na reklamę i promocję mogą wzrosnąć o blisko 25%. Wiele podmiotów będzie musiało poważnie zredukować swoje plany sprzedażowe. Tak uważa Maciej Tygielski, wieloletni obserwator branży e-commerce, Dyrektor Generalny spółki Złote Wyprzedaże i Modern Commerce.

W branży coraz częściej mówi się, że e-commerce w czasie pandemii odnotował pozorny wzrost, bo sklepy musiały zmienić kanał dystrybucji z offline na online. Czy Pan się z tym zgadza?

Faktycznie po raz pierwszy w historii klienci wierni tradycyjnemu modelowi sprzedaży nie mogli realizować swoich potrzeb z powodu obostrzeń. Jak wynika z sondażu, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, w czasie pandemii 29% Polaków w dużej części zastąpiło zakupy stacjonarne internetowymi. Ponad 25% nieznacznie zmieniło w ten sposób nawyki, a więcej niż 3% całkowicie przeszło do e-commerce. Głównym powodem było bezpieczeństwo, a kolejnym był utrudniony dostęp do placówek. Niemniej ponad połowa osób zamierza do nich wrócić. A to już wyraźnie pokazuje, że wzrost był faktycznie wymuszony i w tym stanie jedynie będzie trwał do czasu zakończenia pandemii.

Jaka część zeszłorocznego wzrostu e-handlu może wykazać trwałość, niewynikającą z wyjątkowych okoliczności?

Szacuję, że może to być tylko 30%. Dopiero 3-4 kwartały po zniesieniu wszelkich ograniczeń w handlu i zaszczepieniu ponad połowy społeczeństwa będzie można rzetelnie ocenić, którzy retailerzy odnieśli trwałe sukcesy w e-commerce. Obecny rok raczej nie przyniesie jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Pewne jest to, że nowi uczestnicy rynku muszą się wiele nauczyć. Cześć sklepów nagle uruchomiła e-sprzedaż, licząc na jakikolwiek zysk w sytuacji zamknięcia tradycyjnego handlu. I ma naprawdę niewielkie doświadczenie w tym obszarze. Tak więc wychodzi na to, że poza wyjątkową sytuacją, jaka została stworzona przez pandemię, niezbyt wielka część e-handlu wykaże trwałość.

Czego branża może się teraz spodziewać?

Uderzeń będzie kilka. W mojej ocenie, branża powinna przygotować się na to, że ten rok będzie dosyć trudny w wielu aspektach. Po fali zeszłorocznych wzrostów akcjonariusze będą oczekiwali kolejnych. Jednak nie wszyscy uczestnicy rynku pozostaną aktywni w tym kanale. Podmioty, które zachłysnęły się zeszłorocznym boomem, mogą się rozczarować. Ten biznes wymaga obecnie dużej kreatywności i sprytu. E-sklepy już teraz powinny przygotowywać nowe strategie, aby zminimalizować ryzyko spowolnienia wzrostu sprzedaży.

Niektórzy nie wytrzymają ostrej walki o klientów w przestrzeni, w której promuje się coraz więcej sklepów internetowych. Wszystkie duże sieci handlowe, które niedawno dołączyły do tego ekosystemu, wydają znaczące środki na cyfrową reklamę. Przez to rosną stawki reklamowe i mniejsi gracze, którzy funkcjonują tylko w Internecie, ponoszą tego konsekwencje w postaci malejącej rentowności. Do tego może dojść kolejne zagrożenie, tj. zapowiadany podatek od przychodów z reklam, który przełoży się na wzrost cen. A to z kolei powiększy koszty bieżącego funkcjonowania.

Co więcej, rządzący dostrzegają wzrost e-commerce. A tam, gdzie pojawiają się duże pieniądze, prędzej czy później zostanie wprowadzony dedykowany podatek. To może oczywiście nastąpić dopiero za parę lat i na pewno nie zepsuje branży, ale z pewnością uszczupli jej zyski.

Z pozytywnych rzeczy można wskazać, że nastąpi istotny wzrost zatrudnienia specjalistów. Już dziś poszukiwani są analitycy, programiści baz danych, kreatorzy właściwej komunikacji na całej zróżnicowanej ścieżce zakupowej klienta czy managerowie, którzy potrafią skutecznie zarządzić dynamiczną zmianą w działaniach marketingowych. Niestety uważam też, że już wkrótce na rynku będzie brakowało tego typu profesjonalistów, co w krótkim terminie negatywnie odbije się na branży.

Do jakiego stopnia zaostrzyła się już walka o klienta?

Już dziś obserwujemy, że nawet 50% marży w e-commerce przeznacza się na pozyskanie sprzedaży. A to nie koniec. W tym roku, jak wyżej już zaznaczyłem, wydatki na reklamę i promocję mogą wzrosnąć. I to nawet o 25%. Dla sklepów istotne będzie także ich właściwe kontrolowanie i działanie głównie w modelu efektywnościowym. Również dynamika doboru narzędzi ma tu ogromne znaczenie. Na koniec chodzi o rzeczywiste przypisanie każdej wydanej złotówki do jej odpowiednika po stronie przychodu. To wymaga doskonałej analityki i odpowiednio opomiarowanych procesów zakupowych na stronie internetowej bądź w aplikacji danego sklepu.

Jak konkretnie powinny przygotować się e-sklepy do popandemicznej rzeczywistości?

Sporo z nich będzie musiało poważnie zredukować swoje plany sprzedaży, oczywiście uzasadniając to dokładną analizą prawdopodobieństwa kolejnych zagrożeń i obostrzeń. Istotne będzie usprawnianie logistyki i skracanie czasu dostawy. W wybranych miastach niektóre sklepy już teraz dostarczają towar w godzinę. Oczywiście na to mogą pozwolić sobie na razie tylko najwięksi gracze, ale ten kierunek jest już nieodwracalny.

Optymalnym wyborem powinno być też pełne opomiarowanie wszystkich zdarzeń na ścieżce zakupowej klienta, tj. od inspiracji do samej transakcji, ale również po jej dokonaniu. Konieczne jest solidne zaplecze technologiczne. Data science i integracja wszystkich danych w jednym miejscu to podstawa, potrzebna nie tylko do zrozumienia konsumenta, ale głównie do wypracowania właściwego silnika budowy spersonalizowanej i trwałej relacji z nabywcą.

Jak, Pana zdaniem, tradycyjny model sprzedaży dostosuje się do nowej sytuacji?

Będą otwierane nowe placówki stacjonarne, ale już nie w centrach handlowych, tylko w mniejszych skupiskach sklepów, funkcjonujących nieprzerwanie podczas największych restrykcji. Nastąpi też widoczny wzrost w obszarze parków handlowych, głównie z kategorii convenience. To miejsca, które ominęły w dużej mierze ograniczenia spowodowane pandemią. Z kolei galerie handlowe zostaną przekształcane w obiekty multirozrywkowe. Ten trend był widoczny już wcześniej, ale wkrótce przybierze na sile.

A w jaki sposób e-commerce może zatrzymać klientów pozyskanych w czasie pandemii? 

Marketerzy powinni zwrócić uwagę przede wszystkim na odpowiednią komunikację prowadzoną już po zakończeniu procesu zakupowego. Ich zadaniem powinno być opracowanie atrakcyjnej oferty, mającej na celu podtrzymanie kontaktu z klientem. Sklepy już teraz mogą przygotowywać promocje, zachęcające konsumentów do pozostania w e-commerce. To jest najlepszy moment na utrwalenie nowych zachowań klientów, niezależnie od tego czy były one spowodowane strachem i dbałością o bezpieczeństwo czy też zwyczajną ciekawością wobec możliwości, jakie dają zakupy przez Internet.

Jakie innowacje mogą w niedalekiej przyszłości zadecydować o sukcesie poszczególnych graczy na rynku e-commerce?

Obecnie obserwujemy trend, w którym głównie średnie co do wielkości sklepy internetowe próbują budować wewnętrznie niezbędne kompetencje z obszaru technologii, data science czy efektywnościowego modelu wykorzystania budżetu marketingowego. To kosztowny i niełatwy proces. Są oczywiście gotowe narzędzia na rynku, które wiele działań automatyzują, jednak trudno im przypisać spersonalizowane podejście do unikalnych problemów danego klienta, czyli sprzedawcy internetowego. Dlatego widzę duży potencjał w organizacjach, które na zlecenie konkretnego sklepu przejmą odpowiedzialność za wskazane wyżej obszary i będą świadczyć taką usługę w ramach outsourcingu.

Podsumowując, można powiedzieć, że przed nami arcyciekawy czas innowacyjnego myślenia, dynamicznych zmian i stałego kontestowania utrwalonych przez lata wzorców w procesie sprzedaży oraz komunikacji marketingowej.

InPost buduje fabrykę Paczkomatów

Fabryka Paczkomatów® InPostu powstanie w ramach nowo tworzonego parku City Logistics Kraków Airport, zajmie łącznie 7230 m2 i będzie wyposażona w panele fotowoltaiczne. Zostanie oddana do użytkowania już w czerwcu 2021 roku. W styczniu 2021 InPost z sukcesem zadebiutował na giełdzie EURONEXT Amsterdam.

Nowy zakład powstanie tuż przy węźle Balice II A4. Dzięki temu InPost zwiększy efektywność procesów produkcyjnych przy zagwarantowaniu dogodnej lokalizacji miejsca pracy dla załogi oraz zwiększy zatrudnienie. W City Logistics Kraków Airport – oprócz produkcji Paczkomatów®, włączając w to elektromontaż modułów z ekranami dotykowymi – rozbudowane zostanie centrum badawczo-rozwojowe wraz z dwoma laboratoriami i showroomem. Będą tam prowadzone prace rozwojowe, a także testy nowych rozwiązań.

„Rozbudowa naszej infrastruktury to nie tylko nowe lokalizacje Paczkomatów® – sieć powiększamy w tym roku w niespotykanym tempie 100 maszyn tygodniowo. Zapotrzebowanie na nowe urządzenia zarówno w Polsce, jak i w Europie powoduje, że – obok nowych sortowni i centrów logistycznych oraz inwestycji w IT – naszym priorytetem jest umocnienie pozycji jako czołowego innowatora i producenta Paczkomatów® w Europie. Dzięki temu znacznie zwiększymy nasze możliwości wdrażania kolejnych urządzeń, a także będziemy mogli szybko wprowadzać nowe, innowacyjne rozwiązania w naszych maszynach i jako pierwsi testować pomysły, których nikt jeszcze nie zastosował na rynku. Mamy opatentowane większość nowatorskich elementów zastosowanych w naszych Paczkomatach® co daje nam dodatkowe możliwości rozwoju. Teraz rozbudowujemy także centrum badawczo-rozwojowe wraz z laboratoriami, by opracowywać kolejne innowacje” – podkreśla Rafał Brzoska, prezes InPost.

To już kolejna współpraca Panattoni i InPost – dotychczas operator logistyczny wynajął łącznie ok. 250 000 m2, z czego ponad 9 000 m2 w innym krakowskim parku dedykowanym logistyce miejskiej – City Logistics Kraków I.

„Kolejny raz ogłaszamy inwestycję w Krakowie, która wpisuje się w ostatnią milę, a dodatkowo będzie zlokalizowana przy lotnisku. Dlatego warto podkreślić znaczenie parku, chociażby ze względu na niełatwy rynek serca Małopolski. Kraków charakteryzuje ograniczona podaż gruntów, skutkująca ich relatywnie wysokimi cenami, a drugie co do wielkości miasto w Polsce pod względem obszaru, jak i liczby mieszkańców powinno posiadać własne zaplecze magazynowe. Dlatego jestem przekonany, że City Logistics Kraków Airport pozwoli rozwinąć skrzydła wielu podmiotom. Stanie się tak między innymi ze względu na dostępną w ramach City Logistics Kraków Airport formułę Small Business Units. Moduły o minimalnej powierzchni 1200 m kw. będą dostępne już w lipcu 2021 roku”Robert Dobrzycki, CEO Panattoni.

Wyrok bez precedensu: warszawski sąd gospodarczy uznał kredyt indeksowany do CHF za instrument finansowy

Sąd Okręgowy w Warszawie ds. gospodarczych wyrokiem z dnia 21 grudnia 2020 roku (XXVI GC 586/20) uznał, że waloryzacja w kredycie indeksowanym do CHF to wbudowany w umowę kredytu swap walutowo-procentowy. Jego zastosowanie bez odpowiedniej informacji dla kredytobiorcy o tym produkcie i jego ryzykach prowadzi do nieważności umowy. Jest to pierwszy tego typu wyrok w Polsce. Rozpoznanie sprawy w pierwszej instancji zajęło jedynie 7 miesięcy.

Sprawa dotyczyła przedsiębiorcy, który zawarł w 2009 roku umowę kredytu waloryzowanego do CHF z mBankiem w celu zakupu nieruchomości służącej do pobocznych celów prowadzonej działalności gospodarczej. Wyrok nie jest prawomocny, jednak istotnie wzmacnia argumentację przedsiębiorców frankowych walczących w sądach gospodarczych, a także tych frankowiczów, którzy nie mogą się powołać na status konsumenta i zapisy abuzywne w umowach.

Jest to zdecydowanie jedno z najlepszych, a być może najlepsze uzasadnienie wyroku w sprawie frankowej jakie czytałam – gdyż dotyczy jądra problemu tzw. kredytów frankowych, czyli wbudowania w te umowy instrumentu finansowego. Sąd gospodarczy skupił się na aspektach finansowo-ekonomicznych i mechanice technicznej kredytu waloryzowanego do CHF, oceniając je przez pryzmat przepisów prawa finansowego – czego brakuje w sądach cywilnych rozpoznających sprawy konsumenckie. Te argumenty związane z naturą ekonomiczną waloryzacji podnosimy w sądach cywilnych od 2015 roku, ale dopiero teraz po sześciu latach walki zostały one podzielone przez sąd gospodarczy. Obecnie prowadzimy kilkadziesiąt tego typu spraw gospodarczych. Być może to właśnie sądy gospodarcze, które „czują” tematykę finansowo-ekonomiczną powinny zostać dodatkowo przekształcone w wydziały frankowe i przejąć część spraw frankowiczów-konsumentów – komentuje mec. Barbara Garlacz, która prowadziła tę sprawę.

Sąd w wyroku uznał, że:

  • Instytucja waloryzacji umownej z kodeksu cywilnego tylko w ograniczonym zakresie może mieć znaczenie dla prób wyjaśnienia istoty i charakteru tzw. kredytów frankowych, a przepis art. 358(1) § 2 k.c. dotyczący waloryzacji umownej nie jest wystarczający dla oceny całościowych skutków ekonomicznych umowy kredytu powiązanego z walutą CHF. Dlatego należy zbadać naturę indeksacji i zestawić ją z przepisami prawa finansowego tj. ustawą o obrocie instrumentami finansowymi.
  • Dekonstrukcja umowy kredytu waloryzowanego prowadzi do wniosku, że pomimo braku zawarcia odpowiednich postanowień dotyczących wprost swapa walutowo-procentowego (ang. Cross currency interest rate swap – CIRS) w umowie skutek finansowo-ekonomiczny umowy kredytu waloryzowanego jest analogiczny do udzielenia kredytu w złotówkach ze stawką WIBOR połączonego na etapie uruchomienia kredytu z transakcją CIRS, o amortyzowanym miesięcznie kapitale oraz do świadczenia długoterminowej usługi kantorowej, zaś poprzez CIRS dochodzi do zmiany stawki WIBOR na LIBOR.
  • Swap walutowo-procentowy pod postacią indeksacji odpowiada definicji instrumentu finansowego z ustawy o obrocie instrumentami finansowymi i dlatego bank przy oferowaniu tej umowy powinien wypełnić reżim informacyjny z dyrektyw MIFID, czego nie uczynił. Prowadzi to do sprzeczności umowy z zasadami uczciwego obrotu gospodarczego, tj. zasadami współżycia społecznego i w konsekwencji do nieważności umowy.
  • Sąd odniósł się do wyroku TSUE w sprawie Lantos C-312/14, w której TSUE uznał, że transakcje walutowe w ramach kredytu denominowanego nie stanowią instrumentu finansowego. Sąd warszawski uznał, że instrument finansowy, o którym mowa w ww. orzeczeniu TSUE nie dotyczył transakcji CIRS lecz innego instrumentu finansowego, a ponadto inny był stan faktyczny sprawy przed TSUE. Dlatego to orzeczenie TSUE w sprawie zawisłej przed sądem warszawskim nie było wiążące do oceny waloryzacji jako transakcji CIRS.
  • Sąd uznał umowę za nieważną – jako sprzeczną z zasadami współżycia społecznego – także z innych powodów. Chodzi o nadużycie przez bank pozycji kontraktowej wobec kredytobiorców przez brak rzetelnego poinformowania kredytobiorców o ryzyku walutowym, przez zabezpieczenie własnej pozycji walutowej i brak zaoferowania takiego zabezpieczenia kredytobiorcy, a także przez zastosowanie do waloryzacji i spłaty rat kredytów korzystnych dla banku i podyktowanych interesem banku odwrotnych rodzajów kursów do waloryzacji i spłaty kredytów. Bank nie zastosował kursów, które powinny obowiązywać z uwzględnieniem ekonomicznej natury waloryzacji i spłaty rat kredytu – co doprowadziło także do sprzeczności postanowień tej umowy z naturą ekonomiczną waloryzacji.

Sąd gospodarczy podzielił całość naszej finansowo-prawnej argumentacji w sprawach z udziałem kredytobiorców – przedsiębiorców frankowych. Sądy cywilne w większości omijają tematykę CIRS – niektóre dostrzegają pewne podobieństwo indeksacji do transakcji CIRS, niemniej temat ten w sprawach konsumenckich jest poboczny. Zapisy abuzywne prowadzą bowiem do tego samego skutku, czyli nieważności umowy. Jednak nieważność z abuzywności i nieważność np. z powodu zamieszczenia w umowie instrumentu finansowego inaczej przekłada się na liczenie terminów przedawnienia się roszczeń banku o zwrot kapitału. Szkoda, że pytanie o CIRS nie zostało zawarte w pytaniach do Sądu Najwyższego, którymi zajmie się Sąd Najwyższy 25 marca 2021, gdyż to jest jądro problemu prawnego kredytów indeksowanych do CHF. Takie zagadnienie zostało zawarte w skardze kasacyjnej skierowanej przez naszą kancelarię do SN w sprawie I CSK 324/20, którą Sąd Najwyższy przyjął do rozpoznania – dodaje mec. Barbara Garlacz.

Wtorek odwrotu nie końcem głowy zawrotów

Wtorek przyniósł powrót apetytu na ryzyko, co objawiło się przez korektę siły dolara, spadki rentowności i silne odbicie spółek technologicznych na Wall Street. Przewrażliwienie na punkcie rynku długu wciąż pozostaje motywem przewodnim, gdyż wczoraj katalizatorem zmian były solidne wyniki aukcji obligacji w USA. Ryzyk dla odbicia jednak nie brakuje w obliczu odczytu CPI i aukcji 10-letnich obligacji w USA.

Z wczorajszego entuzjazmu dziś już zostało niewiele, gdyż indeksy mają trudności z podążaniem za 4-procentowym skokiem Nasdaq100, a na FX USD odrabia straty. Wtorek zapisze się jako kolejny podtrzymujący mit o „Turnaround Tuesday”, a rajd ulgi zapewniły zdrowe statystyki aukcji 3-letnich obligacji USA za 58 mld USD. Duży popyt na papiery (przewyższający podaż w stosunku 2,69:1) złagodził obawy, że inwestorzy ograniczą zakupy czekając na dalszy wzrost rentowności. Dochodowość 10-latek USA cofnęła się do 1,55 proc. z 1,60 proc. na starcie tygodniu, ale nerwowość nie znika. Na środę zaplanowana jest kolejna aukcji, tym razem 10-letnich papierów, której wynik będzie ważniejszy od wczorajszej aukcji. Dodatkowo z USA napłyną dane o inflacji CPI, gdzie prognozy wskazują na przyspieszenie inflacji, co może obudzić spekulacje, że presja cenowa zmusi Fed do szybszej normalizacji polityki. Zatem przed dzisiejszym popołudniem ryzyka są dwustronne, gdyż zarówno CPI, jak i aukcja mogą przywrócić wzrost rentowności lub go całkowicie złamać, biorąc pod uwagę, jak bardzo urosły pozycje krótkie w obligacjach (spadek cen = wzrost rentowności). Kierunek dla USD, a zatem generalnie dla całego FX, jest od tego uzależniony. Podobnie nastroje na rynku akcji. Jakkolwiek imponujące było wczorajsze odbicie ryzykownych aktywów, jeszcze na kilka godzin wypadałoby się wstrzymać z odwołaniem stanu zagrożenia.
Marcowe posiedzenie Banku Kandy zapewne przebiega w lepszej atmosferze niż poprzednie w styczniu. Wówczas rosnąca liczba przypadku zachorowań i wizja kolejnego lockdownu zwiastowały spadek PKB w I kw. Ale aktywność gospodarcza okazała się silniejsza niż BoC oczekiwał, choć przeciwepidemiczne restrykcje i powolne tempo szczepień są hamulcowymi gospodarki. Mimo to bank powinien podwyższyć swoją ocenę perspektyw gospodarczych, ale faktyczna rewizja prognoz nastąpi dopiero w kwietniu. W nastawieniu BoC pozostanie jednak gołębi, podkreślając kruchość ożywienia, ale też mając na względzie niepodsycanie siły CAD, który już jest na wieloletnich szczytach. Dodatkowo rajd rentowności też jest zjawiskiem obecnym na kanadyjskim rynku długu, a amunicja BoC do przeciwdziałania temu powoli się wyczerpuje biorąc pod uwagę, że w ramach QE bank skupił już ponad 1/3 obligacji z rynku wtórnego. Z tego powodu wydaje się wątpliwe, aby dziś BoC sugerował szykowane zmiany w polityce (np. ograniczenie tempa skupu obligacji) i bez tego reakcja USD/CAD powinna być ograniczona.

Poprawa ogólnorynkowych nastrojów i osłabienie dolara przyniosło odbicie walut rynków wschodzących. Złoty po kilku dniach spadków odbija z EUR/PLN wracającym pod 4,58. Jednak przed nami ważne wydarzenia w USA, a i EUR/USD pozostający pod 1,19 nie jest dobrym znakiem dla powrotu popytu na waluty Europy Środkowo-Wschodniej. W zależności od rozwoju sytuacji zewnętrznej, w kolejnych godzinach możliwe są ruchy do 4,56, jak i 4,60.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Komentarz ZPP ws. sytuacji na rynku pracy

Polski rynek pracy na dzień dzisiejszy pozostaje relatywnie odporny na zawirowania w gospodarce realnej, których przyczyną jest światowa epidemia koronawirusa.

Jak pokazują dane Eurostatu Polska w styczniu 2021 roku osiągnęła najniższą stopę bezrobocia wśród krajów Unii Europejskiej. Bezrobocie według unijnej metodologii osiągnęło na początku tego roku wartość 3,1 proc. w Polsce, wobec stopy bezrobocia w całej UE na poziomie 7,3 proc. Tym samym wyprzedziliśmy Czechów, którzy do tej pory zajmowali pozycję lidera w zakresie najniższego bezrobocia. Zdając sobie sprawę, że dane publikowane przez Eurostat mogą zostać jeszcze zrewidowane, a według metodologii Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w styczniu 2021 r. wyniosła w Polsce 6,5 proc., można jednak wysnuć wnioski dotyczące sytuacji na Polskim rynku pracy. Miejsca pracy w polskiej gospodarce wydają się być na dzień dzisiejszy odporne na kryzys przez jaki przechodzi światowa gospodarka. Polski rynek pracy nie został dotknięty trwającą epidemią na poziomie makro.

Niemniej jednak należy mieć na uwadze, że występują problemy na rynkach pracy w sektorach zamkniętych. Osoby zatrudnione w branży turystycznej, gastronomicznej, transportowej, czy usług fitness odczuwają skutki zamknięcia, pozostając bez realnie wykonywanej pracy. Przedsiębiorcy zwlekają z redukcją etatów w oczekiwaniu na szybkie otwarcie sektorów pozostających w zamknięciu. Brak zniesienia sektorowych, jak i lokalnych lockdownów (a także ich dalsze wprowadzanie) skutkować będzie w dłuższej perspektywie uwidocznieniem się w statystykach zwolnionych pracowników z zamkniętych sektorów oraz regionów. Należy zatem wdrażać wszelkie instrumenty walki z epidemią, którymi nie są lockdowny działalności gospodarczej.

W dalszym ciągu należy mieć na uwadze, że na mapie Polski są powiaty które cechują się wysokim poziomem bezrobocia. Według danych GUS za grudzień 2020, w ponad stu polskich powiatach bezrobocie rejestrowane przekracza poziom 10 proc. Regionalne i branżowe lockdowny, dotykają szczególnie obszary oparte znacząco na turystyce (południowego oraz północnego pogranicza Kraju). W przypadku utraty pracy, szanse na znalezienie zatrudnienia w pochodnej branży lub na terenie danego regionu pozostają niewielkie. Zjawisko to może zwiększyć różnicę pomiędzy poziomem bezrobocia, a dalej płac pomiędzy regionami.

Problemem pozostaje także niższa aktywność zawodowa Polaków w prawie wszystkich kategoriach wiekowych w relacji do aktywności zawodowej w Unii Europejskiej.

W zakresie wynagrodzeń obserwujemy wzrosty nominalnego wynagrodzenia przeciętnego, jednak tempo wzrostów hamuje. Osłabieniu uległo szczególnie tempo wzrostu wynagrodzenia realnego. Wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w 2020 r. wyniosło 5167,47 zł i wzrosło o 5,1% w stosunku do 2019 r. Dynamika wzrostu była niższa niż w poprzednich latach, gdy wzrost wynagrodzeń w sięgał 7,3%. Realne (po uwzględnieniu inflacji) przeciętne wynagrodzenia w 2020 r. wobec 2019 r. wzrosły jedynie o 1,7%. Na osłabienie tempa wzrostu z pewnością wpływ miały zmniejszające się żądania płacowe pracowników w obliczu kryzysu gospodarczego i pozostawanie w zamknięciu kolejnych sektorów. Z drugiej strony, poziom opisanego wcześniej niskiego bezrobocia hipotetycznie powinien mieć większy wpływ na wzrost płacy realnej.

ZPP co pół roku przeprowadza badanie pn. Busometr, tj. Indeks Nastrojów Gospodarczych MSP, który jest wskaźnikiem pokazującym stopień optymizmu małych i średnich przedsiębiorców oraz ich planowane działania w perspektywie najbliższych dwóch kwartałów. O ile polscy przedsiębiorcy relatywnie pesymistycznie oceniają koniunkturę gospodarczą, a komponent inwestycje jest oceniany najniżej w dziesięcioletniej historii badania, tak stosunkowo optymistycznie polskie firmy patrzą na sytuację na rynku pracy. 16% z nich planuję podwyżki, a 14% zwiększenie zatrudnienia. Obecne postrzeganie rynku pracy porównywalne jest do sytuacji z lat 2015 – 2017.

Zmiana komponentu „Rynek pracy” w badaniu Busometr ZPP

Rynek pracy
Źródło: Busometr ZPP, badanie Maison & Partners na zlecenie ZPP, wyniki półroczne, 18.01.2021 r.

Przedsiębiorcy, jak i pracownicy pozostają w dalszym ciągu w niepewności. Do czynników mogących hamować wzrost wynagrodzeń, jak i utrzymanie niskiego bezrobocia należy przede wszystkim niepewność co do decyzji rządowych o charakterze administracyjnym jak i systemowym. Do tych zaliczyć należy wprowadzane bez przewidywalności sektorowe jak i regionalne lockdowny, podatki sektorowe, utrzymywanie wysokiego klina podatkowego pracy, dodatkowe rozwiązania mogące zwiększyć koszty podatkowe dla kodeksowych jak i cywilnych umów o świadczenie pracy, czy dalsze zwiększanie obowiązków administracyjnych wokół zatrudniania (m.in. wprowadzenie rejestru umów o dzieło lub przeregulowanie zapisów dot. pracy zdalnej). Wszystkie wymienione czynniki wpływać będą na ograniczanie chęci podejmowania ryzyka przez przedsiębiorców w postaci zwiększania zatrudnienia czy inwestycji. Działania skutkujące zwiększeniem kosztów zatrudnienia ograniczą także presję na wzrost wynagrodzeń poprzez zmniejszenie efektywności zatrudnienia w Polsce.

Dziś odczuwamy niski poziom bezrobocia. Przed nami znajdują się nadchodzące problemy demograficzne, które przechodzą już w problemy systemu emerytalnego. W kolejnych dekadach spowoduje to poważne problemy także na rynku pracy. W tym kontekście, ZPP po raz kolejny apeluje o wdrożenie rozsądnej polityki migracyjnej oraz wprowadzenie reform systemu emerytalnego. Konieczne są także zmiany systemu opodatkowania pracy. Rewizja polityk socjalnych oraz systemu emerytalnego powinna także być przeprowadzona w kontekście niskiej aktywności zawodowej w Polsce.

Systemy intralogistyczne bazując na robotyce mobilnej – czas na nowy wymiar zautomatyzowania magazynów

Pierwsze pojazdy typu AGV (Automated Guided Vehicles), które w sposób bezobsługowy transportowały gotowe wyroby lub komponenty produkcyjne w zakładach przemysłowych, powstały ponad pół wieku temu. W ciągu ostatnich kilku lat pojawił się także udoskonalony rodzaj wewnętrznego systemu logistycznego oparty o AMR (Autonomous Mobile Robots), czyli autonomiczne roboty mobilne. Metody takiego transportu stają się coraz to popularniejsze w fabrykach, magazynach i wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba zapewnienia powtarzalnych dostaw materiałów. Roboty AGV/AMR, stanowiąc część kompleksowego systemu intralogistycznego wspomagają procesy produkcyjne i logistyczne w kolejnych magazynach. Czym się wyróżniają? Sprawdźmy.

Roboty klasy AGV/ AMR przeznaczone do transportu standardowych palet EPAL/EUR oraz koszy logistycznych – zaprojektowano do autonomicznej pracy pod kontrolą systemu IntraFleet 4.0, zintegrowanego z systemem zarządzania dostawami. Takie rozwiązanie pozwala na równoczesne koordynowanie pracy wielu robotów AMR. Etisoft tworzy także nowego robota AMR w ramach projektu unijnego LOTIS (Low Temperature Intralogistics System), o unikatowych parametrach. Robot będzie mógł pracować w temperaturze poniżej -20°C występujących mroźniach, a dzięki zastosowaniu odpowiednich rozwiązań konstrukcyjnych nie będą mu straszne także silne zapylenie oraz duża wilgoć. 

Kompleksowy system intralogistyczny IntraFleet 4.0

Jakie korzyści biznesowe daje automatyzacja intralogistyki? Poprzez optymalizację procesów intralogistycznych pozwala na obniżenie kosztów oraz zwiększenie bezpieczeństwa transportu wewnętrznego. Etisoft, w ramach wdrożenia, integruje IntraFleet 4.0 z innymi systemami. – Dostosowujemy przy tym roboty do wymagań klienta oraz ograniczeń wynikających z istniejącej infrastruktury zakładu przemysłowego – np. modyfikując ich wymiary,  użyte podzespoły czy zastosowane systemy bezpieczeństwa oraz nawigacji. Aktualnie jest opracowywany system automatycznej wymiany akumulatorów w ramach projektu unijnego HEPIS (High Efficiency and Performance Intralogistics System). Pozwoli on nam na zwiększenie wydajności systemu przy jednoczesnym obniżeniu kosztów funkcjonowania rozwiązania – mówi dr inż. Wojciech Klein. – Zarówno roboty jak i oprogramowanie są zasługą innowacyjnej myśli inżynierskiej Etisoft. Dlatego nasze rozwiązania są elastyczne i odpowiadają na konkretne potrzeby klienta. – dodaje ekspert. Dzięki zastosowaniu wysokiej klasy certyfikowanych systemów bezpieczeństwa, rozwiązanie spełnia najwyższe wymagania w zakresie współpracy robotów z ludźmi. Wydajne i bezpieczne, a do tego efektywne i bardzo uniwersalne, systemy intralogistyczne bazujące na robotyce mobilnej przenoszą procesy produkcyjne i logistyczne w nową erę Przemysłu 4.0.

Systemy intralogistyczne bazujące na robotyce mobilnej w transporcie wewnętrznym

Dzięki robotą typu AGV/AMR, praca człowieka, polegająca na obsłudze transportu, zostaje zredukowania do minimum. Odciążając personel, zwiększa się efektywność logistyki wewnętrznej a ludzi można dedykować do realizacji innych, mniej uciążliwych zadań. System IntraFleet 4.0 zarządza transportem wewnętrznym i optymalizuje go – także w zakresie procesów zarzadzania energią. W zależności od celów biznesowych wyznacza, a następnie poddaje ciągłej analizie oraz aktualizacji ścieżkę krytyczną dla zadanego planu misji. Minimalizuje przy tym ryzyko kolizji i prognozuje zatory. Przyjazny interfejs aplikacji webowej sprawia, że jego obsługa jest bezproblemowa i łatwa do przyswojenia przez pracowników.

Symulacja procesów i profesjonalne wsparcie

Do projektowania systemów intralogistycznych wykorzystuje się wiedzę w obszarze zarządzania wspartą przez nowoczesne technologie. Systemy intralogistyczne dostarczane przed wdrożeniem są poddawane analizie w oparciu o symulację numeryczną w oprogramowaniu FlexSim. Dzięki temu procesy logistyczne projektowane są z uwzględnieniem planu produkcji oraz istniejących zakłóceń procesu, a zaprojektowany system można sprawdzić w warunkach wirtualnych przed jego rzeczywistym wdrożeniem. Bierze się też pod uwagę m.in. infrastrukturę hali produkcyjnej i magazynu, ruch pracowników oraz innych pojazdów a także aspekty bezpiecznego funkcjonowania systemu. Współpraca z firmą, która jest jednocześnie projektantem i producentem robotów oraz oprogramowania, ma wiele innych zalet. Pozwala m.in. w łatwy i szybki sposób wprowadzać niezbędne modyfikacje. Ponieważ Etisoft sam integruje swoje rozwiązania, posiada pełną kontrolę nad efektem końcowym. Klienci z kolei, mając tylko jeden punkt kontaktu, w razie potrzeby nie muszą szukać pomocy w kilku miejscach. W połączeniu z profesjonalnym Service Desk 24/7, mogą liczyć na wsparcie zawsze i wszędzie, kiedy tylko tego potrzebują.

Elastyczność, powierzchnie flex, model hybrydowy i podnajmy. Co przyniesie przyszłość na rynku biurowym?

Kluczowy wpływ na zdefiniowanie dalszego kierunku rozwoju rynku biurowego będzie miało tempo szczepień i rozwój pandemii. Nie sposób jednoznacznie określić, kiedy oraz w jakim wymiarze wrócimy do biur, jednak już dzisiaj obserwujemy ewolucję potrzeb najemców. Jakich biur będą poszukiwać najemcy? Oto cztery trendy na rynku biurowym według Cushman & Wakefield.

Trend 1: Elastyczność

Do czasu ustabilizowania sytuacji epidemicznej dominującą potrzebą uczestników rynku pozostanie elastyczność umożliwiająca szybkie reagowanie na przyszłe zmiany oraz dostosowanie działalności do nowo budowanych strategii – mówi Paulina Miasiak, Partner, Office Agency, Cushman & Wakefield. Według ekspertów elastyczność będzie dla większości najemców kluczowym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o najmie powierzchni. Ten trend będzie przejawiać się rosnącą presją na skrócenie okresu najmu, możliwością zrezygnowania z części powierzchni czy możliwością alokowania zachęt finansowych.

Trend 2: Powierzchnie Flex

Jednym z elementów, dających większą elastyczność najemcom w budynkach, mogą być powierzchnie typu flex, które właściciel może traktować jako bezpieczny bufor dla firm szukających możliwości ograniczenia kosztów najmu biura. Dużym zainteresowaniem firm będą cieszyć się powierzchnie oferowane jako produkt serwisowany, pozwalający zaspokoić krótkoterminowe potrzeby dotyczące zwiększenia zajmowanej przestrzeni.

Trend 3: Model hybrydowy

Praca zdalna w 100% w nowej rzeczywistości będzie rzadkością, natomiast coraz większym zainteresowaniem po wygaszeniu pandemii będzie cieszyć się praca w modelu hybrydowym, który łączy w różnym stopniu pracę w standardowym biurze z pracą w biurze elastycznym oraz pracę zdalną. Pojęcie środowiska pracy przestało być ograniczone do powierzchni biurowych – dla firm pracujących zdalnie środowisko pracy z konieczności przeniosło się do sieci oraz domów. Przedłużająca się konieczność pracy zdalnej w wielu organizacjach utrwala rozwiązanie tymczasowe jako docelowe. Jeszcze przed pandemią wiele organizacji rozpatrywało wariant pracy zdalnej 1-2 dni w tygodniu jako docelowe założenie elastycznego modelu pracy – Covid-19 jedynie przyśpieszył te zmiany i zwiększył ich zasięg – komentuje Paulina Misiak.

Trend 4: Podnajmy

W ostatnich 12 miesiącach jednym z częstszych sposobów szukania oszczędności przez najemców było oferowanie powierzchni w formie podnajmu. Pomimo rosnącej ilości powierzchni oferowanej w tej formule na rynku biurowym, popyt na nie jest relatywnie niski, a duża konkurencja w postaci biur elastycznych utrudnia pozyskanie najemców. W najbliższych miesiącach będziemy mogli obserwować ograniczenie liczby nowych ofert podnajmu na rynku oraz zdejmowanie z rynku ofert, które nie znalazły podnajemcy.

3 lipca to ostateczny termin pożegnania się z jednorazowymi opakowaniami z tworzyw sztucznych. W życie wchodzi dyrektywa plastikowa

Tworzywa sztuczne stanowią aż 80-85% odpadów w środowisku morskim krajów należących do Unii, z czego 50% to produkty plastikowe, wśród których przodują butelki, kapsle i pokrywki. Odpady w środowisku morskim uznaje się za problem globalny, dlatego Unia Europejska w ramach współpracy na forach międzynarodowych, działa na rzecz poprawy opisanej sytuacji, a kraje członkowskie, w tym Polska, do dnia 3 lipca 2021 roku muszą zastosować się do nowych ustaleń ws. obrotu jednorazowymi produktami z tworzyw sztucznych. Co to oznacza dla branży opakowań gastronomicznych?

„Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/904 ws. zmniejszenia wpływu niektórych produktów z tworzyw sztucznych na środowisko” sporządzona 5 czerwca 2019 roku to dokument, z którego pochodzą powyższe informacje, i to właśnie on nakłada na krajach członkowskich obowiązki w opisanym zakresie.

– Dla branży opakowań gastronomicznych oznacza to wymóg usunięcia z oferty określonych pojemników jednorazowych, które są przeznaczone głównie do przechowywania żywności i napojów, oraz produktów z tzw. oksydegradowalnych tworzyw sztucznych – mówi Karolina Śmietana, dyrektor sprzedaży w Tedmark. – One po prostu przestaną być dostępne u producentów, a stany magazynowe zaczną być wyprzedawane – dodaje. W dyrektywie czytamy między innymi o zakazie wprowadzania produktów z tworzywa sztucznego do obiegu pierwszy raz bądź dostarczania ich na rynek krajowy i krajów członkowskich w celach dystrybucji.

Koniec opakowań jednorazowych? Tak, ale nie wszystkich

Według Dyrektywy „produktem jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych” są te opakowania, które nie są zaprojektowane do wielokrotnego użytku – innymi słowy: nie są przeznaczone do powtórnego napełnienia lub użycia do tego samego celu, do którego były pierwotnie przeznaczone. – Wraz z wejściem w życie nowych ustaleń, wszystkie opakowania i pojemniki będą musiały mieć określone znaczenie, które wskazują na to, w jakim stopniu są wykonane z plastiku – mówi Przemysław Tytro, dyrektor generalny Tedmark. – Faktycznie, ze sporym działem produktowym będziemy musieli się pożegnać, jednak zostaną choćby pojemniki PET, a także ekologiczne zamienniki – dodaje. Dyrektywa wymierzona jest bowiem w pojemniki ze spienionego polistyrenu i materiałów innych niż polimer naturalny.

Jako pojemniki na żywność, które należy uznać za produkty jednorazowego użytku, w Dyrektywie wymienione są: „pojemniki na żywność typu fast food lub zawierające zimną lub podgrzaną żywność pudełka na posiłki, kanapki, wrapy i sałatki lub pojemniki na żywność świeżą lub przetworzoną, niewymagającą dalszej obróbki, taką jak owoce, warzywa lub desery”.

Pojemnikami, które nie wpisują się w ustalenia Dyrektywy to takie, które zawierają żywność suszoną lub zimną wymagającą dalszej obróbki, zawierające więcej niż jedną porcję żywności lub zawierające jedną porcję żywności sprzedawane w ilości większej niż jedna sztuka.

Jako pojemniki na napoje, które należy uznać za produkty jednorazowego użytku, w Dyrektywie wymienione są: „butelki na napoje lub wielomateriałowe opakowania na napoje stosowane do piwa, wina, wody, napojów orzeźwiających, soków i nektarów, napojów w proszku lub mleka”.

Kubki na napoje nie wchodzą w zakres ustaleń Dyrektywy, gdyż stanowią odrębną kategorię produktów jednorazowego użytku.

Ponadto Dyrektywa wymienia takie niechciane produkty jak sztućce, talerze, słomki i mieszadełka z tworzyw sztucznych.

Czy 3 lipca 2021 roku jest realnym terminem?

Jak dowiadujemy się z dokumentu, państwa członkowskie UE powinny ustanowić przepisy dotyczące sankcji za naruszenie przepisów krajowych, które zostaną na jej mocy przyjęte. Jak jednak wskazuje Polski Związek Przetwórców Tworzyw Sztucznych, choć w Polsce trwają prace nad przygotowaniem rozwiązań prawnych mających na celu realizację postanowień Dyrektywy, to trudno w tym momencie z całkowitą pewnością określić, czy 3 lipca 2021 będzie dokładnym terminem wprowadzenia rzeczonych przepisów w Polsce. – Niezależnie od tego, kiedy odpowiednie przepisy wejdą w życie, do zmian należy przygotowywać się jak najszybciej. Nie ma takiego scenariusza, który przewidywałby, że producenci nie będą musieli podjąć się tego działania prędzej czy później – komentuje Przemysław Tytro. – Hurtownicy są w lepszej sytuacji, bo nie ma w tym momencie przewidzianego terminu wyprzedania stanów magazynowych – dodaje.

W wakacje lokalna turystyka przeżyje boom. Większość Polaków spędzi urlop w kraju

Blisko połowa Polaków wybiera się w tym roku na wyjazd urlopowy. Głównie są to osoby w wieku 18-35 lat, z wyższym wykształceniem i zarabiające 6-7 tys. zł, z miast liczących 200-499 tys. ludności. Ponad jedna trzecia rodaków planujących tego typu aktywność zamierza udać się za granicę. Prawie dwa razy tyle chce zostać w Polsce. Zagraniczne wojaże najczęściej zapowiadają ankietowani o dochodach powyżej 9 tys. zł netto, z miast liczących 200-499 tys. mieszkańców. Z kolei krajowe kierunki wskazują przeważnie osoby z zarobkami do 3 tys. zł, z miejscowości mających 100-199 tys. ludności.

Jak wynika z najnowszego badania opinii społecznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, 48,3% Polaków planuje w tym roku wyjazd na urlop wypoczynkowy. Natomiast 29,8% nie ma tego w planach, a 21,9% obecnie jeszcze nie zna odpowiedzi na to pytanie.

– Wyjazdy deklarują osoby znużone ciągłym siedzeniem w domu, szczególnie te, które ostatnio odłożyły trochę pieniędzy. Warto podkreślić, że w tym niepewnym czasie oszczędności Polaków wzrosły o ok. 10%. Taki trend jest teraz obserwowany na całym świecie. To jest tzw. odłożony popyt. Z kolei ludzie, których sytuacja finansowa pogorszyła się, najchętniej zaczęliby wreszcie zarabiać, żeby móc w przyszłości wyjechać na urlop, ale raczej nie w tym roku – mówi Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych.

Z badania wynika, że więcej kobiet niż mężczyzn zamierza w tym roku podróżować. Różnica jest jednak niewielka. Wynosi zaledwie 4,5%. Wyjazdy planują głównie osoby w dwóch grupach wiekowych, tj. od 18 do 22 lat i od 23 do 35 lat – odpowiednio 55,3% i 54,3%. Natomiast najrzadziej deklarują to Polacy mający 56-80 lat – 35,2%. Z kolei patrząc na miesięczne dochody netto, widać, że najczęściej wyjazd urlopowy zapowiadają ankietowani zarabiający od 6 do blisko 7 tys. zł – 63,1%. Na drugim końcu zestawienia są badani osiągający mniej niż 1 tys. zł netto miesięcznie – 28,5%.

– Ewidentnie osiągany dochód jest głównym czynnikiem decydującym o wyjeździe na wakacje. Oczywiście są osoby, które zapożyczają się, żeby móc podróżować. Jednak obecnie ludzie patrzą nie tylko na to, ile mają pieniędzy na koncie w danym momencie. Coraz częściej biorą również pod uwagę, co może zdarzyć się w przyszłości – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Wyjazdy zapowiadają przede wszystkim osoby z miast liczących od 200 tys. do 499 tys. i co najmniej 500 tys. mieszkańców – odpowiednio 53,4% i 52%. Najrzadziej planują wycieczki Polacy zamieszkali na wsiach i w miejscowościach mających do 5 tys. ludności – 38,7%. Najwięcej deklaracji dot. podróży jest w woj. dolnośląskim i kujawsko-pomorskim – 60,8% i 53,3%.

– W największych aglomeracjach mieszkają zazwyczaj osoby osiągające wysokie dochody. I to może mieć wpływ na to, że właśnie one najczęściej deklarują wyjazdy urlopowe w tym roku. Jeśli chodzi o konkretne województwa, to znaczenie ma położenie geograficzne. I tak np. Polacy żyjący w dolnośląskim mogą częściej myśleć o wycieczkach do Europy Zachodniej w celu zmiany otoczenia – wyjaśnia Piotr Kuczyński.

Ponadto badanie wykazało, że w grupie Polaków planujących wyjazdy 31,7% osób wybiera się na urlop za granicą. Z kolei 61,8% respondentów zamierza wypoczywać w kraju. Tylko 6,5% ankietowanych jest niezdecydowanych.

– W przypadku celu podróży większe znaczenie mają kwestie epidemiczne niż finansowe. W czasie pandemii większość Polaków jednak bezpieczniej czuje się we własnym kraju, chociaż niemal na całym świecie ma dostęp do usług medycznych. Ludzie chcą przede wszystkim uniknąć niepotrzebnych problemów na lotniskach i przejściach granicznych w przypadku ewentualnych zakażeń – stwierdza Marek Zuber.

Zagraniczne podróże częściej zapowiadają mężczyźni niż kobiety. Różnica wynosi 6,3%. Dalsze wyjazdy wskazują głównie ankietowani mający od 18 do 22 lat – 42,9%, z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym – 55,5%, a także badani o dochodach powyżej 9 tys. zł netto – 60%. Najczęściej wyjazdy do innych krajów planują też Polacy z miast, w których żyje 200-499 tys. ludności – 38,1%. I co ciekawe, jedynie wśród mieszkańców województwa pomorskiego przeważają deklaracje o urlopie za granicą nad tymi dot. wypoczynku w Polsce – 53,5% vs 46,5%.

– Kluczowe znaczenie może mieć świadomość konsekwencji dalekiego wyjazdu w sytuacji ryzyka zakażeniem koronawirusem. Osoby młode i mniej wykształcone mogą nie brać tak bardzo pod uwagę ewentualnych zagrożeń, jak ludzie starsi i bardziej doświadczeni życiowo – uważa Marek Zuber.

Do tego można dodać, że urlop w kraju planują głównie osoby w wieku 56-80 lat – 79,6%, zarabiające od 1 do blisko 3 tys. zł – 73%, z miejscowości liczących 100-199 tys. mieszkańców – 64,2%. Najwięcej takich deklaracji jest w woj. opolskim – 88,8%.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w 2. i 3. tygodniu lutego 2021 roku, przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla sieci portali miejskich Twoje-Miasto.pl. Wzięło w nim udział 1026 Polaków w wieku 18-80 lat. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.