Jak staż pracy wpływa na wymiar urlopu

Przywilejem każdego pracownika zatrudnionego na podstawie umowy o pracę jest prawo do urlopu wypoczynkowego. Jego wymiar zależny jest od kilku czynników, m.in. od stażu pracy. Choć obliczanie stażu pracy może wydawać się nieskomplikowanym procesem, to podczas jego wyliczania mogą pojawić się pewne wątpliwości.

Od czego zależy wymiar urlopu poszczególnego pracownika?

Długość urlopu wypoczynkowego przysługującego danemu pracownikowi obliczana jest indywidualnie na podstawie przepisów Prawa Pracy i zależy m.in. od długości stażu pracy danej osoby. Punktem wyjścia przy ustalaniu wymiaru urlopu jest okres 10 lat. Osobom, których okres zatrudnienia jest krótszy niż 10 lat, przysługuje 20 dni urlopu, natomiast osobom z okresem zatrudnienia powyżej 10 lat należy się 26 dni. Liczba przysługujących pracownikowi dni urlopu może ulec zmianie na korzyść pracownika na podstawie wewnętrznych regulacji danego zakładu pracy.

Czy wymiar urlopu może zostać pomniejszony?

Wymiar urlopu wypoczynkowego może zostać proporcjonalnie obniżony w sytuacji, gdy nieobecność pracownika w czasie danego roku kalendarzowego wynosi co najmniej 1 miesiąc (liczony jako 30 dni kalendarzowych (Art. 1552)) oraz dotyczy:

  • bezpłatnego urlopu,
  • urlopu wychowawczego,
  • tymczasowego aresztowania,
  • odbywania kary pozbawienia wolności,
  • nieusprawiedliwionej obecności w pracy,
  • odbywania zasadniczej służby wojskowej bądź jej form zastępczych.

Szczególnym przypadkiem pomniejszenia wymiaru urlopu wypoczynkowego jest urlop wychowawczy. W tym przypadku zgodnie z przepisami z dnia 13 października 2013 roku proporcjonalne obniżenie urlopu jest możliwe wyłącznie w przypadku, gdy pracownik 1 stycznia danego roku pozostawał na urlopie wychowawczym, w wyniku czego nie nabył prawa do urlopu. Jeśli pracownik nabył prawo do urlopu wypoczynkowego (urlop wychowawczy przypada po 1 stycznia), a jego nieobecność związana z urlopem wychowawczym była rozpoczęta i zakończona w tym samym roku kalendarzowym, to pracodawca nie ma prawa pomniejszyć tego urlopu.

Co to jest staż pracy i co się do niego wlicza?

Staż pracy to suma okresów zatrudnienia. Ustalenie długości stażu pracy jest istotne nie tylko w przypadku ustalenia wymiaru urlopu, ale również podczas określania okresu wypowiedzenia, prawa do emerytury, odprawy, czy nagród jubileuszowych. Oprócz okresów zatrudnienia (bez względu na wymiar etatu lub tryb rozwiązania umowy) do stażu pracy zalicza się również okres służby wojskowej, okres urlopu wychowawczego. Na staż pracy wpływ ma również rodzaj ukończonej szkoły i wynosi odpowiednio:

  • 3 lata w przypadku zasadniczej szkoły zawodowej,
  • 4 lata w przypadku średniej szkoły ogólnokształcącej,
  • 5 lat w przypadku średniej szkoły zawodowej,
  • 6 lat w przypadku szkoły policealnej,
  • 8 lat w przypadku szkoły wyższej.

Wymiar urlopu obliczany jest na podstawie udokumentowanych okresów. W przypadku gdy okresy nauki i pracy nakładają się, do stażu wliczany jest korzystniejszy dla pracownika wariant. Do stażu pracy nie wliczamy natomiast okresów zatrudnienia na podstawie umów cywilnoprawnych oraz okresów prowadzenia działalności gospodarczej.

Anna Nieroda, Ekspert ds. kadr i płac w MDDP Outsourcing w Warszawie

ZPP krytycznie o zakazie hodowli zwierząt futerkowych

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców krytycznie ocenia plan ustawy o ochronie zwierząt w zakresie zakazu hodowli zwierząt futerkowych, zakazu uboju rytualnego oraz możliwości odbierania zwierząt przez organizacje społeczne oraz nadanie im prawa do wejścia na teren nieruchomości bez zgody lub pomimo sprzeciwu jej właściciela. Dział hodowli zwierząt futerkowych oraz uboju rytualnego w istocie niczym się nie różnią od innych działów przemysłowej produkcji zwierząt i ich likwidacja ma charakter wyłącznie ideologiczny. W nowym raporcie ZPP podaje także dane dot. hodowli zwierząt futerkowych w Polsce.

ZPP w swoim raporcie zaznacza, że dopuszczenie do gwałtownej likwidacji całej branży wiązałoby się z negatywnymi skutkami gospodarczymi, a przede wszystkim wpłynęłoby na zmniejszenie poczucia bezpieczeństwa prawnego przedsiębiorców w Polsce. Związek podkreśla, że wiele firm ma wieloletnie zobowiązania finansowe – dla nich uniemożliwienie prowadzenia biznesu może okazać się szczególnie dotkliwe.

– Zakaz hodowli zwierząt futerkowych oraz uboju rytualnego stanowi niebezpieczny precedens, który w dłuższym okresie może doprowadzić do uniemożliwienia hodowli zwierząt na cele spożywcze. Ani bowiem hodowla zwierząt futerkowych, ani ubój rytualny, nie różnią się „okrucieństwem” od analogicznych działów produkcji rolnej. Konsekwentna realizacja założeń stojących za procedowanym w tej chwili projektem ustawy doprowadziłaby w oczywisty sposób do zniszczenia polskiego sektora produkcji rolnej, wartego miliardy euro. Jedynym beneficjentem tego rozwiązania będą rynki zachodnie, deklaratywnie „prozwierzęce”, jednak w praktyce konsekwentnie wspierające własny interes gospodarczy – mówi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

– Fermy futrzarskie stanowią istotną część rolnictwa, również w państwach silnie kojarzonych z ochroną praw zwierząt. Mowa tutaj o państwach skandynawskich, a przede wszystkim Danii. Polska tymczasem jest drugim producentem skór zwierząt futerkowych w Europie. Zamknięcie tak prosperującej branży byłoby ewenementem. Rynek przejmą zagraniczni producenci. – stwierdza Piotr Palutkiewicz, z-ca Dyrektora Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

Zgodnie z najnowszymi danymi w Polsce działa 810 ferm hodujących zwierzęta futerkowe. Wg szacunków ZPP, pojedyncze duże gospodarstwo na koniec 2020 roku opłaci średnio podatki w wysokości 503,5 tys. zł (gdzie 90% tej kwoty stanowią podatki VAT, składki i PIT-y pracowników i właścicieli). Dla małej fermy wartość danin szacuje się na 100,3 tys. zł.

Istotnym odnotowania jest fakt, że w branży ulokowanym jest niemal w całości z polski kapitał. Aż 92 procent właścicieli ferm deklaruje, że nie korzysta i nigdy nie korzystała z zagranicznych źródeł finansowania. 95% produkcji futer przeznaczanych jest na eksport, co przynosi przychody w kwocie około 1,5 miliarda złotych rocznie – podaje Związek.

– Zamknięcie branży będzie się wiązało z wypłatą odszkodowań dla rolników. Bazując na kalkulacjach dotyczących kwot odszkodowań wypłacanych w Czechach, Holandii czy Norwegii, a także biorąc pod uwagę wielkość rynku w Polsce (810 aktywnych ferm, ponad 6,3 mln hodowanych zwierząt), można oszacować kwotę odszkodowań wynikających z wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych na ok. 2,7 mld zł. – ocenia Kamila Sotomska, Analityk Departamentu Prawa i Legislacji ZPP i dodaje – Gospodarka straci podwójnie – raz przez likwidację podmiotów gospodarczych i wszelkie wynikające z tego konsekwencje, po wtóre przez konieczność wypłaty odszkodowań z budżetu państwa.

– Jesteśmy tez całkowicie załamani sposobem procedowania tej ustawy. Nie ma żadnego interesu publicznego, żeby to robić po nocach, w 48 godzin, bez konsultacji, analiz, dyskusji. Po tym wydarzeniu ryzyko regulacyjne inwestycji radykalnie wzrośnie i będzie miało katastrofalny wpływ na i tak już niski poziom inwestycji – konkluduje Cezary Kaźmierczak.

Deflacja w Unii. FED bez zmian

Rezerwa Federalna postanowiła nie tylko nie zaskoczyć rynków, ale opublikować wskazówki na przyszłość mające nas tylko utwierdzić, że dużo się musi zmienić, by doszło do zmiany polityki. Wynagrodzenia w Polsce rosną powyżej oczekiwań.

FED niczym nie zaskakuje

Posiedzenie FED-u okazało się zgodne z oczekiwaniami. Rekordowo niskie stopy procentowe pozostają na niezmienionym poziomie 0-0,25% do końca 2023 roku. Pojawił się co prawda haczyk w postaci rosnącej inflacji, ale już teraz zapowiedziano, że docelowy jej poziom to 2%. Dodano również, że czasowo dopuszczalne jest przekroczenie tego poziomu, gdyż chodzi o średni poziom tego wskaźnika. Inwestorzy wyraźnie spodziewali się dodatkowych działań w ramach pobudzania gospodarki, które nie nastąpiły. W rezultacie byliśmy świadkami umacniania się dolara.

Wynagrodzenia w Polsce

Poznaliśmy dzisiaj dane GUS na temat rynku pracy. Zatrudnienie w ujęciu rocznym spada o 1,5%, co było zgodne z oczekiwaniami analityków. Wynagrodzenia rosną z kolei o 4,1%, czyli 0,1% powyżej oczekiwań. W rezultacie mamy w Polsce średnią pensję na poziomie 5337 zł brutto. Mowa o przedsiębiorstwach zatrudniających przynajmniej 10 pracowników. Dane te nie miały większego wpływu na złotego, gdyż były niemal równe oczekiwaniom analityków.

Deflacja w Unii

Średni poziom inflacji w Unii Europejskiej wyniósł właśnie wg. danych Eurostatu -0,2%. Oznacza to, że mamy do czynienia z deflacją. Patrząc na sytuację w poprzednim kryzysie trudno nie zauważyć pewnego podobieństwa. Europie relatywnie łatwo przyszło ustabilizowanie gospodarki, problem był natomiast z przywróceniem jej na ścieżkę wzrostu i wyrwaniem z marazmu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Tower Investments aktualizuje strategię i rozszerza działalność o produkcję spożywczą i delikatesy internetowe

Tower Investments, warszawska spółka notowana na GPW od 2017 roku, opublikowała aktualizację strategii na lata 2017-2022. Poza kontynuacją podstawowej działalności związanej z szeroko rozumianymi projektami developerskimi, Tower Investments rozszerza działalność o produkcję spożywczą i delikatesy internetowe.

Od 2017 roku grupa Tower Investments zakontraktowała ponad 40 projektów deweloperskich. Do końca 2022 roku planuje co najmniej kolejnych 30 projektów obejmujących markety spożywcze, obiekty usługowe, parki handlowe i projekty mieszkaniowe.

– Nadal będziemy skupiać się na naszej podstawowej działalności, ale zmiany rynkowe i pandemia COVID 19 sprawiły, że zdecydowaliśmy o jej rozszerzeniu pozostając jednak w obrębie szeroko rozumianego rynku spożywczego. Chcemy przez to zdywersyfikować źródła przychodów tak by nasz biznes był bardziej bezpieczny. Po blisko rocznych badaniach możliwości, zidentyfikowaliśmy dwa nowe obszary, w których możemy budować kompetencje. Jest to produkcja wyrobów cukierniczych wspierana bliską współpracą z braćmi Gessler oraz dostawa wysokiej jakości produktów spożywczych poprzez delikatesy internetowe Deli2.pl – zapowiada Bartosz Kazimierczuk, prezes Tower Investments.  

Pomysł z produkcją słodyczy związany jest z przejęciem w 2019 roku zakładu produkcyjnego w okolicach Torunia. Doświadczenia zespołu w branży spożywczej, analiza rynku pakowanych wyrobów cukierniczych oraz przejęcia zakładu produkcyjnego sprawiły, że podjęliśmy decyzję o stworzeniu nowej marki wspólnie z braćmi Gessler- tłumaczy Bartosz Kazimierczuk.  Projekt zakłada koncentrację na pakowanych wyrobach cukierniczych przeznaczonych do handlu detalicznego oraz mieszankach spożywczych. Zdolności produkcyjne zakładu wynoszą obecnie ponad 1000 ton ciast pakowanych oraz 2000 ton mieszanek spożywczych rocznie.

33 lata temu, z moim bratem, Piotrem Gesslerem, otworzyliśmy kawiarnię w Pałacu Błękitnym – „Gessler i Synowie”. Mentorem był nam Tata, Zbigniew Gessler, wybitny Cukiernik, Przewodniczący Związku Cukierników Polskich, Starszy Cechu, z ramienia Rzemiosła, Poseł na Sejm. Przez wszystkie te lata, obaj robiliśmy ciasta, przyjmowaliśmy gości w naszych cukierniach i restauracjach, zawsze kierując się zasadą, którą przekazał nam Ojciec – ‘Gość jest Święty!’. Każde ugotowane danie i każde upieczone ciasto ma być zrobione najlepiej jak potrafimy. Takie też zasady przekazujemy Manufakturze Gessler, która to według naszych (i naszego Taty) receptur rozpoczyna produkcję Ciast Regionalnych podkreśla Adam Gessler.

Delikatesy internetowe, które jeszcze w tym roku wystartują w Warszawie pod adresem Deli2.pl, będą rozwijane w największych polskich aglomeracjach i zaoferują najwyższej jakości produkty spożywcze. Po upadku takich sieci stacjonarnych jak Bomi czy Alma, a także w następstwie epidemii COVID-19, na rynku pojawiło się miejsce dla tego typu projektu. – Rosnące znaczenie e-commerce i e-grocery, doświadczenia z ostatnich miesięcy pandemii, zainspirowały nas do stworzenia nowatorskiego serwisu zakupowego dla wymagających klientów w największych aglomeracjach. Istniejące serwisy delivery oferują podstawowe produkty spożywcze. Brak jest oferty delikatesowej- podkreśla prezes Tower Investments.

W celu realizacji projektów zostały powołane dwie spółki w których Tower Investments objął większościowe udziały: Deli 2 S.A. oraz Manufaktura Gessler S.A.

USA chcą gospodarczego rozwodu z Chinami. Kto zyskuje a kto traci?

O amerykańsko-chińskim konflikcie handlowym ostatnio mówi się nieco mniej. Jednak nie oznacza to, że traci on na swojej intensywności. Jest wręcz przeciwnie. Wygląda na to, że wkrótce będziemy świadkami decydującej rozgrywki.

Stany Zjednoczone, jako największa gospodarka świata, z reguły kierują się w swojej polityce dość specyficzną logiką. Nie boją się wzrostu znaczenia i siły innych państw. Wręcz przeciwnie, uważają, że właśnie z silnymi i bogatymi partnerami robi się najlepsze interesy. Między innymi dlatego po drugiej wojnie światowej USA zainwestowały ogromne środki w plan Marshalla oraz inne formy pomocy dla Europy Zachodniej i Japonii. Dlatego też mają często nieproporcjonalnie duży udział w finansowaniu takich instytucji jak ONZ, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy. W Ameryce zawsze uważano, że należy wspierać ogólnoświatowy rozwój gospodarczy.

Ameryce wyrasta równorzędny partner

Jednak coraz więcej osób zadaje sobie pytanie, czy tę logikę można zastosować do współczesnych Chin. Czy potężne i bogate Chiny rzeczywiście są w interesie Stanów Zjednoczonych? Nie ma wątpliwości, że z Waszyngtonu inaczej patrzy się na Niemcy, Japonię, Wielką Brytanię czy Rosję a inaczej na Chiny. Na mapie świata po raz pierwszy pojawiło się państwo, którego Stany Zjednoczone mogą się obawiać.

W USA coraz bardziej powszechne staje się przekonanie, że obie gospodarki są ze sobą za bardzo powiązane. Za szczególnie niebezpieczny uważany jest chiński monopol na produkcję niezbędnych składników do popularnych lekarstw. Podobnie jest z produkcją części do artykułów elektronicznych. Hiperglobalizacja doprowadziła do tego, że Stany Zjednoczone straciły możliwość samodzielnej produkcji wielu niezbędnych artykułów. Istotnym powodem do obaw jest też chińskie podejście do demokracji i praw człowieka.

Kto zyskuje a kto traci

Według najczęściej przyjmowanej optyki, intensywne kontakty handlowe pomiędzy oboma krajami doprowadziły do tego, że amerykańskie miejsca pracy zostały wyeksportowane do Chin. Okazuje się jednak, że ten pogląd ma się nijak do rzeczywistości. Już od dłuższego czasu bezrobocie spada w Stanach Zjednoczonych a rośnie w Chinach. Nie jest więc prawdą, że wyłącznie Chiny odnoszą korzyści z dostępu do amerykańskiego rynku. Dla amerykańskich korporacji możliwość produkcji w Chinach oznacza radykalny spadek kosztów. Na przykład w przypadku produkcji iPhone’a zysk pozostający w Chinach jest około 10 krotnie niższy niż osiągany przez firmę Apple. Amerykańskie firmy po prostu robią świetny interes na produkcji w Chinach.

Inaczej mówiąc – Stany Zjednoczone i państwa Europy zachodniej konsumują owoce pracy chińskich pracowników. I w długiej perspektywie właśnie to jest dla Chin niekorzystne. Co prawda konsumpcja w Chinach dynamicznie rośnie ale PKB na mieszkańca tylko nieznacznie przekracza 10 000 $. Chiński wzrost, choć imponujący w procentach, jest cały czas znacznie niższy od amerykańskiego w wartościach bezwzględnych.

Znaczenie powiązań USA i Chin będzie spadać

Wygląda na to, że w dłuższej perspektywie obydwa kraje będą się potrzebowały coraz mniej. I będzie to rozwód nie z nienawiści a z rozsądku. USA obawiają się chińskiego wzrostu i chcą chronić własną gospodarkę a jednocześnie w interesie Chin jest konsumpcja owoców własnej pracy. Ponadto postęp technologiczny i automatyzacja produkcji już w najbliższych latach mogą doprowadzić do tego, że coraz bardziej będzie spadać znaczenie niewykwalifikowanej siły roboczej. Spadną koszty produkcji w USA i Europie Zachodniej i produkcja w Chinach przestanie być tak opłacalna.

Rozważając scenariusze konfliktu amerykańsko chińskiego nie można zapominać o tym, że istnieje jeszcze jeden gracz, który ma ambicję aby włączyć się do rozgrywki. Chodzi oczywiście o Indie, gdzie aktualnie koszty produkcji są znacznie niższe niż w Chinach. Indie jako państwo demokratyczne i szanujące prawa człowieka, mogą być znacznie bardziej pożądanym partnerem dla państw Zachodu.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący rady nadzorczej polskiego fintechu Provema

Rośnie popyt na zielone centra danych. Powód? Rosnące koszty energii i emisja CO2

181,91 mld USD – taką wartość ma osiągnąć rynek „zielonych” centrów danych do 2025 r. – wynika z analiz firmy Mordor Intelligence. Oznacza to wzrost r/r na poziomie 23,01% w ciągu 5 lat. Warto przypomnieć, że jeszcze w 2019 r. wartość rynku szacowano na 53,19 mld dolarów. 

Z roku na rok coraz więcej obiektów data center będzie zasilanych „zieloną” energią. To główny wniosek jaki wyłania się z raportu „Green Data Center Market – Growth, Trends and Forecast (2020 – 2025)” przygotowanego przez firmę analityczną Mordor Intelligence. Google zapowiedział, że do 2030 r. zamierza korzystać tylko z bezemisyjnych źródeł energii. Z kolei Microsoft testuje zasilanie centrum danych technologią wodorową i z powodzeniem realizuje od dwóch lat projekt Natick. Wnioski z eksperymentu mają być podstawą do tworzenia programów zrównoważonego rozwoju dla centrów danych.

Coraz więcej danych, coraz większa emisja

Zdaniem analityków głównym powodem szybkiego rozwoju centrów danych zasilanych energią odnawialną są regulacje. Wymuszają one na operatorach zmniejszenie zużycia prądu i redukcję śladu węglowego. Głosy na ten temat pojawiają się zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Unii Europejskiej. Strategia Komisji Europejskiej zakłada, że do 2030 r. centra danych powinny być neutralne emisyjnie. Choć nie ma jeszcze szczegółowych wytycznych, unijni urzędnicy zwracają uwagę, że sektor ICT odpowiada już dzisiaj za 5% do 9% światowego zużycia energii i ponad 2% całkowitej emisji CO2. W 2030 r. zużycie energii elektrycznej przez same tylko centra danych wzrośnie z obecnych 2% do aż 8%.

Przeniesienie wielu naszych aktywności do sfery online: pracy, edukacji, zdrowia czy zakupów sprawia, że liczba cyfrowych danych wrasta gigantycznie. Jeszcze zanim pandemia przyśpieszyła digitalizację i wdrażanie technologii 5G, Internetu Rzeczy czy chmury obliczeniowej, mówiono o tsunami danych. To bardzo sprzyja rozwojowi rynku centrów danych i jednocześnie zwiększa konsumpcję energii elektrycznej. Niektóre data center zużywają jej dzisiaj tyle, ile małe miasto. – zwraca uwagę Wojciech Stramski, CEO Beyond.pl, która zapowiedziała w sierpniu br. rozbudowę swojego kampusu data center w Poznaniu. Jego moc wzrośnie z 8MW do aż 42MW (megawat) i będzie on w całości zasilany energią ze źródeł odnawialnych.  – Podejmowanie działań ograniczających negatywny wpływ centrów danych na środowisko jest niezbędne. Co ważne i co mnie osobiście cieszy, coraz więcej klientów ma wpisaną redukcję CO2 do swoich korporacyjnych wartości i chętniej wybierają do współpracy partnerów działających zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Dotyczy to także hyperscalerów, którzy kolokują swoje serwery w centrach danych spełniających wymagania dotyczące niskiej emisji CO2 – dodaje Wojciech Stramski.

Rosnący popyt na energię elektryczną przez centra danych dobrze ilustrują dane firmy Mordor Intelligence. Szacuje się, że w samych tylko Stanach Zjednoczonych w 2013 r. zużyły one 91 mld kilowatogodzin energii elektrycznej emitując przy tym do atmosfery 97 mln ton CO2. W tym roku zużycie energii przez data center ma sięgnąć 139 mld kilowatogodzin, a emisja CO2 do atmosfery wynieść 147 mln ton. Te liczby cały czas rosną. Huawei szacuje, że popyt na usługi centrodanowe ma wzrosnąć do 2030 r. od 3 do nawet 10 razy.

Wysokie rachunki za prąd

Nie bez znaczenia dla rozwoju zielonych centrów danych są także rosnące koszty energii.
Z raportu „Green Data Center Market – Growth, Trends and Forecast (2020 – 2025)” wynika, że rachunki jakie płacą amerykańskie centra danych wzrosły z 9 mld dolarów w 2013 r. do 13,7 mld dolarów w tym roku. Również w Polsce należy liczyć się w kolejnych latach z rosnącymi cenami energii elektrycznej, które na tle UE wciąż należą do niskich. Dostawcy z sektora Data Center będą więc szukać zielonych rozwiązań, które ograniczą ich rachunki.

„Rozwiązania technologiczne, które pozwalają zmniejszyć zużycie energii są przy wdrożeniu droższe od standardowych, ale pozwalają uzyskać oszczędności w długofalowej perspektywie. Pamiętajmy o tym, że prąd wykorzystywany do zasilania i chłodzenia serwerów to jedna z najważniejszych pozycji na liście kosztów data center. W praktyce, im niższe jest zużycie prądu, tym niższe mogą być rachunki dla klienta końcowego  – zwraca uwagę Michał Grzybkowski, Executive VP Technology w Beyond.pl. – Już samo wykorzystanie energii cieplnej z serwerowni do ogrzewania budynku biurowego i technicznego czy chłodzenie adiabatyczne data center, które wykorzystujemy w naszym kampusie, daje namacalne korzyści, a to tylko część ze stosowanych obecnie rozwiązań” – dodaje Michał Grzybkowski.

Data Center 2 spółki Beyond.pl będąc zasilane „zieloną” energią jest uznane za jedno
z najbardziej efektywnych kosztowo obiektów w Polsce. Przy pełnym wykorzystaniu mocy Data Center osiąga poziom PUE poniżej 1.2, podczas gdy średnia rynkowa w Polsce wynosi
1.4-1.6.

Przykładem zagranicznym zielonego Data Center jest projekt zrealizowany w norweskiej kopalni Lefdal. Tamtejsze centrum przetwarzania danych zbudowano 150 metrów w głąb góry, w dawnej kopalni. Jest zasilane wyłącznie energią odnawialną generowaną lokalnie, ainfrastruktura energetyczna dostarcza czystą energię generowaną przez cztery hydroelektrownie lodowcowe i dwie farmy wiatrowe.

Polityka ograniczająca emisję gazów cieplarnianych i promująca zrównoważony rozwój będzie miała swoje reperkusje na rynku przetwarzania danych, szczególnie że wciąż niewielu dostawców wykorzystuje „zielone” technologie. Prognozy przewidują największy wzrost inwestycji w zielone centra danych w Azji i Australii, nieco mniejszy w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Niższe inwestycje są prognozowane w Afryce i Ameryce Południowej.

Co przyciąga Polaków do chmury?

Bezpieczeństwo danych to główny czynnik, który przyciąga polskich przedsiębiorców do chmury, tak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Aruba Cloud. Firmy zwracają uwagę nie tylko na certyfikaty, jakimi mogą pochwalić się dostawcy, ale także na to, gdzie znajdują się centra danych i czy podlegają one europejskiej legislacji. Okazuje się, że na przeszkodzie często stają wewnętrzne procedury wdrożone w firmach.

Przede wszystkim bezpieczeństwo

Już 33 proc. polskich średnich i dużych przedsiębiorców wykorzystuje cloud computing w swojej firmie. Tak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Aruba Cloud i Intel. Wybierając tę usługę, podstawowym czynnikiem branym pod uwagę są certyfikaty jakimi może pochwalić się dostawca chmury – tak deklaruje 37 proc. badanych. Równie istotna okazuje się cena, na tę kwestię również zwraca uwagę 37 proc. średnich i dużych firm. Na kolejnej pozycji, ze wskazaniem ze strony 14 proc. respondentów, znalazła się gwarancja nieprzerwanego świadczenia usługi. Takie wyniki zdaniem Marcina Zmaczyńskiego, CEE of Marketing w Aruba Cloud stawiają polski rynek w pozytywnym świetle. – Fakt, że wybór odpowiedniego dostawcy poprzedza dokładna analiza bezpieczeństwa i ograniczanie potencjalnego ryzyka, pokazuje, że stajemy się dojrzałym rynkiem, który rozumie, jak wiele zależy od tego, komu powierzymy nasze dane. Jednocześnie umacnia się przekonanie, środowisko chmurowe może pomóc zagwarantować cyfrowe bezpieczeństwo wewnątrz organizacji.

Liczy się lokalizacja

Prócz obawy o zapewnienie stałego dostępu do danych, równie istotne okazuje się zagwarantowanie, by nie miały do nich dostępu służby obcych państw, czy przestępcy zajmujący się szpiegostwem gospodarczym. Dlatego w świadomości respondentów dużą rolę odgrywa fizyczna lokalizacja centrum danych, które zajmuje się przetwarzaniem firmowych plików. Aż 59 proc. badanych uważa, że kraj pochodzenia dostawcy ma znaczenie przy wyborze usługi. Z kolei 44 proc. chce, aby data center podlegały unijnej legislacji. – Firmy rozumieją, że ich dane są tak bezpieczne, jak centrum danych, w którym są przechowywane. Dostawcy, którzy przykładali dużą wagę, by wykorzystywana przez nich infrastruktura spełniała najwyższe standardy bezpieczeństwa, budzą większe zaufanie – komentuje Marcin Zmaczyński. – Ponadto, jeśli autorytet dostawcy podparty jest wiarygodną legislacją, która uniemożliwia nieautoryzowany dostęp do danych, firmy są bardziej skłonne do migracji. Znaczenie lokalizacji pokazuje chociażby niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który stwierdził nieważność umowy o przepływie danych pomiędzy Unią, a USA. Według TSUE, amerykańskie przepisy nie zapewniają ochrony danych osobowych klientów spoza USA przed działaniami agencji bezpieczeństwa NSA.

Jednak do osiągnięcia poziomu implementacji technologii chmurowych, który byłby bliski 50 proc., jak ma to miejsce w krajach skandynawskich, konieczne jest pokonanie kilku istotnych przeszkód. Bezpieczeństwo to nie tylko główny argument za migracją, ale również źródło obaw. Nadal 41 proc. badanych uważa, że obawy o dane to główny czynnik zniechęcający do migracji. Znacznie mniej, bo 23 proc. wskazuje na potencjalne koszty związane z tym procesem. Badacze postanowili także zapytać respondentów, którzy nie zdecydowali się na wykorzystanie chmury w swojej firmie o powód takiej decyzji. Głównym czynnikiem (34 proc.) okazały się wewnętrzne procedury, które na to nie pozwalają. Niewiele mniej, bo 27 proc. wskazało na brak zaufania do tego typu rozwiązań. Z kolei 24 proc. stwierdziło, że rozwiązania chmurowe nie są potrzebne, by ich firmy skutecznie radziły sobie na rynku.

Jako dostawca usług chmurowych cieszymy się rosnącym zaufaniem firm do oferowanych przez nas rozwiązań – podsumowuje Marcin Zmaczyński. – Jednocześnie widzimy, że jeszcze dużo pracy przed nami, by przekonać klientów, że to właśnie chmura jest bezpiecznym, opłacalnym i najbardziej perspektywicznym kierunkiem w rozwoju infrastruktury IT, jaki może obrać firma.INFOGRAFIKA-Co przyciąga Polaków do chmury

O badaniu

Badanie zostało przeprowadzone w styczniu i lutym br. na próbie 654 średnich (ponad 50 pracowników) i dużych firm (powyżej 250 pracowników), mających siedzibę w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Ankietowanymi były osoby odpowiedzialne w przedsiębiorstwach za infrastrukturę IT. Badanie, na zlecenie Aruba Cloud i Intel, przeprowadziła pracownia badawcza ARC Rynek i Opinia.

Polscy producenci żywności mogą zwiększyć i obronić marżę. Wiele ścieżek, dwa kierunki

Sektor produkcji żywności to jeden z najważniejszych segmentów polskiej gospodarki oraz jeden z liderów rozwoju. Jednak za dynamiczną ekspansję firmy płaciły obniżaniem marż. Nasza pozycja na światowych rynkach jest dosyć silna. Czas więc powalczyć nie tylko o wolumeny, ale też o marże – piszą autorzy raportu „Czas na marże. Jak polscy producenci żywności mogą przejść od ekspansji wolumenowej do zwiększania efektywności” przygotowanego dla Santander Bank Polska przez SpotData.

Pandemia koronawirusa była dla producentów żywności dużym wstrząsem, nawet jeżeli branża ta nie była na pierwszym froncie uderzenia kryzysu. Eksport polskiej żywności w niektórych segmentach rynku, jak mięso, spadł gwałtownie, ale rynek jako całość nie zanotował dużych spadków. W kwietniu eksport żywności był zaledwie o 3,5 proc. niższy rok do roku, a w maju był już na plusie. Istnieje szansa, że cały rok zakończy się̨ wynikiem podobnym do 2019 roku, co jeszcze w kwietniu wydawało się̨ mało prawdopodobne.

Polska w światowej ekstraklasie

Mimo trwającej recesji czas już myśleć, co będzie działo się po niej. Najważniejsze trendy gospodarcze z minionych lat powinny zostać utrzymane. A to oznacza, że perspektywy dla ekspansji polskich producentów żywności na świecie są bardzo pozytywne.

Polska może w ciągu dekady wejść do pierwszej dziesiątki największych eksporterów żywności na świecie. Obecnie zajmuje 17. miejsce, ale dystans dzielący ją do miejsca 10. zmniejsza się w tempie ok. 3 pkt proc. rocznie. Jeszcze w momencie wejścia Polski do UE eksport żywności stanowił 22 proc. kraju z 10. miejsca (Belgii), obecnie jest to 68 proc.

– Jest to tym bardziej prawdopodobne, że nasz kraj posiada w tej dziedzinie istotne przewagi konkurencyjne – dobre warunki, solidne firmy, utarte szlaki handlowe, wciąż atrakcyjne koszty pracy. W wielu branżach Polska już jest w pierwszej dziesiątce światowych eksporterów – tak jest w produkcji mięsa i przetworów mięsnych, mleka i nabiału czy produktów mącznych – komentuje Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora spożywczego i FMCG Santander Bank Polska.

Awans w światowym systemie handlu żywnością̨ będzie wymagał zmian wśród polskich firm

Wyzwaniem dla Polski jest sprzedawanie towarów do krajów poza UE. Dotyczy to szczególnie żywności przetworzonej, w przypadku której handel na dalekie odległości jest generalnie większy niż w przypadku żywności nieprzetworzonej. W tej kategorii przeciętna odległość pokonywana przez eksportowane z Polski towary żywnościowe jest znacznie mniejsza niż̇ w przypadku Francji, Włoch, Niemiec czy Holandii.

Firmy będą musiały pokonać wiele barier, by awansować w łańcuchach dostaw. Bariery te można podzielić na dwie grupy – biznesowe i regulacyjne.

– Jako oddzielne wyzwanie, któremu w naszym raporcie poświęcamy najwięcej miejsca, traktujemy zdolność awansu na drabinie produkcji, czyli zwiększania marzż na sprzedawanych towarach. Do tego istnieją̨ dwie ścieżki, niekoniecznie się̨ wykluczające, choć inne – jest to albo ścieżka zwiększania stopnia przetworzenia produkowanych towarów, albo ścieżka zwiększania efektów skali poprzez automatyzację i efektywność – komentuje Ignacy Morawski, dyrektor SpotData.

Zostały one określone w raporcie jako ścieżka francuska oraz ścieżka niderlandzka.

W minionej dekadzie polskie firmy doświadczyły silnej presji na marże

– Polskie firmy produkujące żywność rozwijają̨ się̨ bardzo szybko, ale za rozwój płacą
cenę̨ w postaci obniżających się̨ marż. Niskie marże mogą̨ utrudniać́
dalszy rozwój, jeżeli czynią̨ firmę̨ zbyt wrażliwą na wahania kosztów lub uzależnioną
od jednego odbiorcy
– podkreśla Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Santander Bank Polska.

Od początku dekady wartość dodana generowana na każde euro sprzedaży obniżyła się̨ w Polsce o 1,2 proc. W tym samym czasie analogiczny wskaźnik dla Francji podniósł się̨ o 3,2 proc., dla Niemiec o 1,5 proc., dla Czech o 2,2 proc., dla Węgier o 1,6 proc. Spadek w Polsce jest zatem zjawiskiem wyróżniającym się̨ negatywnie na tle innych krajów europejskich.

Tabela 1. Czynniki zwiększające długookresową presję na marżę w sektorze produkcji żywności

1.     Rozwój łańcuchów dostaw

Duzi producenci z krajów rozwiniętych coraz większą część produkcji zlecają na zewnątrz, często w innych krajach. To daje szanse na rozwój dostawcom, ale też wywiera presję na ich marże.

 

2.     Konsolidacja handlu

Sektor handlowy przechodzi szybką transformację i konsolidację. Większa liczba dużych podmiotów w sektorze sprawia, że dostawy produktów są na gorszej pozycji negocjacyjnej.

 

3.     Rozwój marek własnych

Firmy handlowe coraz większą część sprzedaży realizują pod własnymi markami, dla których firmy produkcyjne są tylko podwykonawcami. To obniża marże producentów.

 

4.     zmiany preferencji

To czynnik mniej widoczny w Polsce a coraz częściej obserwowany w krajach rozwiniętych. Preferencje konsumentów szybko się zmieniają, częściej odwracają się oni od znanych, tradycyjnych marek.

Źródło: Czas na marże. Jak polscy producenci żywności mogą przejść od ekspansji wolumenowej do zwiększania efektywności

Wyniki raportu „Czas na marże”, ale też kwestie dot. nowych szans i zagrożeń związanych z pandemią oraz inne wyzwania branży zostaną omówione podczas bezpłatnego webinaru. Wydarzenie odbędzie się 23 września o godz. 14:00. Na wydarzenie można zapisać się na stronie: https://register.gotowebinar.com/register/4175050569386303758.

Wśród zaproszonych prelegentów znajdą się Maciej Kędzierski – CEO Hoogwegt Poland Sp. z o.o., Marcin Świąć – Prezes Zarządu SuperDrob S.A. oraz Ignacy Morawski – Dyrektor SpotData. Moderatorem dyskusji będzie Renata Dutkiewicz, Santander Bank Polska.

Pierwsze badanie polskich użytkowników Pinteresta

Pinterest coraz mocniej otwiera się na e-commerce w Polsce. Rośnie więc potrzeba poznania użytkowników tego medium. Jacy są polscy Pinnersi? Czy platforma ma potencjał sprzedażowy? Open Mobi przedstawia wnioski z przeprowadzonego niedawno badania.

Pinterest na przestrzeni lat z prostego narzędzia do dzielenia się pomysłami znalezionymi w internecie, zmienił się w globalną, wirtualną tablicę inspiracji. Po ponad dekadzie od debiutu z platformy korzysta 367 milionów użytkowników, którzy poszukują na niej ciekawych produktów oraz kreatywnych rozwiązań. Na polskim rynku medium dostępnie jest od 2013 r. i ma 3,7 mln aktywnych użytkowników.

Na Facebooku czy Instagramie użytkownicy dzielą się tym, co się wydarzyło w przeszłości lub dzieje aktualnie w ich życiu. Z klasycznych wyszukiwarek korzystają, gdy mają już gotowy pomysł i wiedzą, czego potrzebują. Na Pintereście skupieni są na przyszłości i planowaniu, są otwarci na nowe rzeczy i rozwiązania. Aż 97% wyszukiwań w tej aplikacji jest niebrandowanych, a więc bez wskazania konkretnej marki. Jednocześnie Pinnersi chętnie realizują pomysły znalezione właśnie tutaj – mówi Magdalena Pietruk, social content manager Open Mobi.

Jaki jest polski Pinners?

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez agencję Open Mobi, najliczniejszą grupę użytkowników w Polsce stanowią osoby w wieku 25-34 lata (47%). Zdecydowana większość Pinnersów to kobiety (86%). – Nie jest to zaskoczeniem, ponieważ właśnie panie uznawane są za głównych inicjatorów zmian i decydentów w wielu obszarach życia domowego. One też najczęściej finalnie dokonują zakupu[1] – zwraca uwagę Pietruk.

72% respondentów badania sprawdza aplikację Pinterest kilka razy dziennie, a aż 92% zagląda do niej przynajmniej raz w ciągu dnia. Prawie połowa Pinnersów w ciągu doby spędza na platformie godzinę, a 1/4 badanych nawet dłużej. 78% ankietowanych korzysta z tej wirtualnej wyszukiwarki przynajmniej 2 lata, a blisko 1/3 od ponad 3 lat.

Polscy Pinnersi szukają na platformie inspiracji prawie z każdej dziedziny życia, ale najbardziej lubią treści dotyczące mody, urody, wnętrz oraz kulinariów. 96% z nich deklaruje, że wcieliło w życie pomysł pochodzący z Pinteresta, a ponad połowa używa tej aplikacji do planowania wydarzeń. – Już teraz 90% naszych respondentów uznało treści pojawiające się w aplikacji za inspirujące do zakupów, a 57% kupiło produkt znaleziony w tym medium. A w Polsce Pinterest tak naprawdę dopiero otwiera się na e-commerce i działania reklamowe – zauważa Magdalena Pietruk.

Osoby korzystające z Pinteresta dbają o swoją kondycję fizyczną. 87% z nich uprawia sport, a 67% deklaruje, że jest aktywna fizycznie co najmniej 2 razy w tygodniu. Najchętniej jeżdżą na rowerze, uprawiają fitness oraz biegają. Zakupy najczęściej robią w sieciach sklepów H&M, Rossmann, IKEA, Biedronka i Castorama. Jeśli nie mają ochoty gotować, zamawiają jedzenie bezpośrednio z restauracji lub poprzez Pyszne.pl.

O badaniu

Badanie „Użytkownik Pinterest w Polsce” przeprowadzone zostało przez agencję Open Mobi między 12 a 29 maja 2020 roku metodą ankietową. Wzięło w nim udział 701 osób. W kwestionariuszu znalazło się 40 pytań dotyczących m.in. demografii, korzystania z aplikacji, szukanych Pinów, a także afiliacji z markami z kategorii uroda, moda, wystrój wnętrz, kulinaria, samochody oraz sport. Wykorzystano pytania jednokrotnego i wielokrotnego wyboru oraz dodatkowe pola na pogłębienie odpowiedzi. To pierwsze badanie polskiej społeczności użytkowników Pinteresta.

Link do raportu: https://www.openmobi.pl/public/raportpinterest/

[1] Mindshare Polska, „Zakupy w polskich domach – kto decyduje, a kto kupuje?”, 2019

Co piąta osoba wydaje ponad 500 zł miesięcznie na e-zakupy według najnowszego raportu „Zakupy online w Polsce 2020”

Według najnowszego raportu ExpertSender Zakupy online w Polsce 2020 Polacy chętnie robią zakupy w e-sklepach. W ciągu miesiąca, 31 proc. badanych stwierdziło, że wydaje od 101 do 300 zł, a 28 proc. że jest to około 301-500 zł. Najbardziej pożądanym udogodnieniem dla co piątego ankietowanego jest szybka i przewidywalna dostawa, natomiast największym utrudnieniem dla 15 proc. wyskakujące reklamy na stronach internetowych. Co ciekawe prawie co 10 osoba zadeklarowała, że nie porzuciła w ostatnim czasie koszyka.

W 2019 roku wartość polskiego e-commerce wyniosła 50 mld zł, a wzrost w bieżącym roku prognozowano na około 20%. Obserwujemy wzmożony ruch w sklepach internetowych, dlatego wartość e-commerce w tym roku może być znacznie większa, niż pierwotnie przewidywano. Klienci chętnie kupują w internecie, tylko 1% ankietowanych twierdzi, że robi to raz na rok. Zwiększone zainteresowanie e-handlem powoduje też zwiększoną konkurencję między sklepami internetowymi. Starają się one przyciągnąć nowych i zatrzymać istniejących klientów wszystkimi możliwymi sposobami. Pomocne w tym jest wykorzystywanie automatyzacji wielokanałowego marketingu — mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender.

Co piąta osoba wydaje ponad 500 zł miesięcznie na e-zakupy

W tym momencie 43 proc. badanych deklaruje, że kupuje online od minimum 8 lat, natomiast 22 proc., że jest to od 4 do 8 lat. Tylko 3 proc. osób robi zakupy online nie dłużej niż rok.

Co ważne na e-zakupy obecnie decydujemy się bardzo często. Na tę sytuację zapewne miała wpływ pandemia COVID-19 i wynikająca z tego kwarantanna społeczna. Tylko 8 proc. ankietowanych stwierdziło, że kupuje online raz na kwartał lub rzadziej. Podczas gdy, 59 proc. twierdzi, że robi minimum raz w miesiącu, a 33 proc. minimum raz w tygodniu.

Inną kwestią są wydatki na zakupy w Internecie. Według deklaracji 31 proc. osób najczęściej wydaje w ciągu miesiąca kwoty rzędu 101-300 zł, a dla 28 proc. to 301-500 zł. Warto też zauważyć, że ponad 500 zł miesięcznie i więcej wydaje aż 22 proc. osób.

64 proc. osób nie potrzebuje sklepu stacjonarnego

Na decyzje zakupowe e-klientów ma wpływ szereg udogodnień. Jeszcze niedawno jednym z ważniejszych z nich był punkt stacjonarny e-sklepu, w którym klient może obejrzeć produkt i/lub odebrać go osobiście. Dziś, aż 64 proc. ankietowanych twierdzi, że nie ma takiej potrzeby.

Z drugiej strony to na co kładzie się szczególny nacisk, jest szybka i przewidywalna dostawa. To najczęściej wskazywana kwestia, która ma pozytywny wpływ na wybór e-sklepu, za którą opowiedziała się co piąta ankietowana osoba. Kolejnymi udogodnieniami, które zachęcają Polaków do zakupów online i są: najniższa cena 16 proc., a także opinie o sklepie 14 proc. i dostępność wielu produktów 13 proc..

91 proc. osób porzuciło koszyki w tym miesiącu

Wśród czynników, które mają największy wpływ na decyzje zakupowe, są także utrudnienia, które skutecznie potrafią odwieźć klienta od zakupu. Na liście najczęściej wskazywanych trudności znalazły się kolejno: wyskakujące reklamy na stronie 15 proc., brak przewidywalnej lub darmowej dostawy 14 proc., reklamy nieinteresujących produktów 13 proc., powtarzające się reklamy 13 proc., skomplikowana strona internetowa 12 proc., brak ulubionych metod płatności 12 proc., utrudniony kontakt ze sprzedawcą/ obsługą klienta 10 proc. i reklamy już zakupionych produktów 11 proc. .

Trudności te, choć nie jedynie, często przekładają się na rezygnację z zakupu. Tak zwane porzucone koszyki, czyli sytuacje, kiedy klient dodaje do koszyka produkt lub usługę jednak nie decyduje się na zakup, a są dość częstym zjawiskiem i dużym wyzwaniem dla e-sprzedawców. Najlepiej obrazują to odpowiedzi ankietowanych, ponieważ aż 91 proc. z nich zadeklarowało, że porzuciło koszyki w ciągu ostatniego miesiąca, w tym 35 proc. osób deklaruje, że robi to dość często, a 18 proc. twierdzi, że zdarza się to bardzo często. To oznacza, że tylko 9 proc. nie zrobiło tego w ciągu ostatniego miesiąca.

Niechętnie kupujemy produkty wielkogabarytowe i kolekcjonerskie

Wśród wielu dostępnych kategorii produktów online i tu klienci mają swoje typy. Podczas gdy w jednych zakupy robione są często, w innych jest to sporadyczne. Respondenci zapytani o to, w których kategoriach nigdy nie zrobili e-zakupów najczęściej wskazywali: samochody i części samochodowe 10 proc. wskazań, materiały budowlane i wykończeniowe 9 proc. wskazań, a także artykuły dla kolekcjonerów 8 proc..

Natomiast najrzadziej zaznaczane były, a więc najchętniej kupowane, kategorie takie jak: książki, płyty i filmy (1 proc.), bilety do kina lub teatru (1,25 proc.), a także multimedia (2 proc.). Co ciekawe 3 proc. ankietowanych stwierdziło, że przynajmniej raz zrobiło zakupy w każdej z możliwych kategorii.

Pełna wersja raportu: https://expertsender.pl/download/zakupy-online-w-polsce-2020/

Paradoks Kota Schrödingera i wybory prezydenckie 2020

Uznanie za obywatela polskiego tuż przed wyborami, tym bardziej podczas stanu epidemii, powoduje powstanie sytuacji, która przypomina tak zwany paradoks Kota Schrödingera. Z jednej strony decyzją wojewody jest już w Polsce o jednego obywatela więcej, z drugiej – dopiero komisja wyborcza w praktyce ma zadecydować, czy ta osoba jest „prawdziwym” obywatelem i czy będzie mogła zrealizować przewidziane w Konstytucji prawo do głosowania.

Konstytucja RP gwarantuje każdemu obywatelowi Polski prawo do głosowania. Ale czy w praktyce cudzoziemiec, który został uznany za obywatela polskiego dwa tygodnie przed wyborami – przez co nie miał czasu ani wyrobić dowodu osobistego, ani zameldować się na pobyt stały na terytorium Polski – mimo wszystko będzie w stanie zrealizować swoje prawo do głosowania? Oto jest pytanie. Zobaczmy jak to wygląda w praktyce.

  1. Krok pierwszy – wpisanie Obywatela Schrödingera do rejestru wyborców.

Rejestr wyborców służy realizacji przez obywateli konstytucyjnie zagwarantowanego czynnego prawa wyborczego: potwierdza zarówno prawo wybierania, jak i prawo wybieralności. Na podstawie danych z rejestru wyborców sporządzane są spisy wyborców uprawnionych do udziału w wyborach. Wyborcy będący obywatelami polskimi, zameldowani na obszarze danej gminy na pobyt stały, są z urzędu wpisywani do rejestru wyborców. Z kolei wyborcy stale zamieszkali na obszarze gminy bez zameldowania na pobyt stały, w tym wyborcy nigdzie niezamieszkali (bezdomni), przebywający na stałe na obszarze danej gminy, wpisywani są do rejestru wyborców, jeżeli złożą w tej sprawie w urzędzie gminy pisemny wniosek. Wniosek powinien zawierać nazwisko, imię (imiona), imię ojca, datę urodzenia oraz numer ewidencyjny PESEL. Do wniosku dołącza się kserokopię ważnego dokumentu stwierdzającego tożsamość wnioskodawcy oraz pisemną deklarację, w której wnioskodawca podaje swoje obywatelstwo i adres stałego zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.

Decyzję o wpisaniu lub o odmowie wpisania do rejestru wyborców wydaje wójt, w terminie 5 dni od dnia wniesienia wniosku. Wójt przed wydaniem decyzji jest zobowiązany sprawdzić, czy osoba wnosząca wniosek o wpisanie do rejestru wyborców spełnia warunki stałego zamieszkania na obszarze danej gminy. Od decyzji w sprawie odmowy wpisania do rejestru wyborców przysługuje prawo wniesienia skargi do właściwego dla danego miejsca sądu rejonowego. Sąd rozpoznaje skargę w postępowaniu nieprocesowym, w terminie 3 dni od dnia jej doręczenia.

Wynik:

 decyzja wojewody o uznaniu za obywatela polskiego z klauzulą prawomocności, paszport innego kraju, wniosek, zaświadczenie o zameldowaniu na pobyt czasowy wraz z oświadczeniem o zameldowaniu zrobiły swoje – Obywatel Schrödingera skutecznie został wpisany do rejestru wyborców. Udało się!

  1. Krok drugiczy dla komisji wyborczej będzie problemem nieposiadanie polskiego dowodu osobistego? Czy Obywatel Schrödingera będzie mógł oddać swój głos stwierdzając swoją tożsamość na podstawie paszportu rosyjskiego?

Na podstawie art. 52 § 1 Kodeksu Wyborczego przed przystąpieniem do głosowania wyborca okazuje obwodowej komisji wyborczej ds. przeprowadzenia głosowania w obwodzie dokument umożliwiający stwierdzenie jego tożsamości.

Zgodnie z pkt 38 ppkt 1 uchwały nr 210/2019 Państwowej Komisji Wyborczej z dnia 2 września 2019 r. w sprawie wytycznych dla obwodowych komisji wyborczych dotyczących zadań i trybu przygotowania oraz przeprowadzenia głosowania w obwodach głosowania utworzonych w kraju w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych na dzień 13 października 2019 r. nie musi to być dowód osobisty; wystarczy każdy dokument z fotografią, pod warunkiem, że ustalenie tożsamości wyborcy na jego podstawie nie budzi wątpliwości; wyborca może zatem okazać komisji dowolny dokument ze zdjęciem (np. paszport, prawo jazdy, legitymacja studencka), w tym również dokument, który utracił ważność, pod warunkiem że ustalenie tożsamości na jego podstawie nie budzi wątpliwości.

Stanowisko to znajduje również potwierdzenie w orzeczeniu Sadu Najwyższego z dnia 6 listopada 2019 r. nr I NSW 130/19. Zgodnie z jego treścią, wyborca w celu weryfikacji tożsamości może okazać komisji dowolny dokument ze zdjęciem (np. paszport, prawo jazdy, legitymacja studencka), w tym również dokument, który utracił ważność, pod warunkiem że ustalenie tożsamości na jego podstawie nie budzi wątpliwości; taka weryfikacja odbywa się nie tylko na podstawie zamieszczonej w nim fotografii, ale również danych osobowych (imię, nazwisko, data urodzenia), porównywanych z informacjami zawartymi w wykazie wyborców.

W analogiczny sposób wypowiadał się także Sąd Najwyższy w swoim postanowieniu z dnia 24 czerwca 2019 r., I NSW 15/19, w którym stwierdził, że wyborca może okazać komisji dowolny dokument ze zdjęciem (np. paszport, prawo jazdy, legitymację), i to on decyduje jakim dokumentem się posłuży przed obwodową komisją wyborczą.

Nie ulega wątpliwości, że celem polskiego ustawodawcy było maksymalnie szerokie określenie kategorii dokumentu umożliwiającego stwierdzenie tożsamości wyborcy. Chodziło więc o objęcie nim każdego dokumentu ze zdjęciem zawierającego podstawowe dane osobowe (imię, nazwisko, datę urodzenia), pod warunkiem, że ustalenie tożsamości wyborcy na jego podstawie nie budzi wątpliwości. W związku z powyższym komisja wyborcza prawdopodobnie nie powinna mieć problemów ze stwierdzeniem tożsamości osoby na podstawie karty pobytu, uprawniającej m.in. do potwierdzenia tożsamości cudzoziemca podczas jego pobytu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub paszportu innego państwa. Ale woleliśmy potwierdzić to w praktyce.

Wynik:

w praktyce opisane powyżej zagadnienia zostały potwierdzone i osoba, która nie posiadała polskiego dowodu osobistego i okazała komisji wyborczej swój paszport obywatela Rosji zagłosowała realizując swoje prawo obywatela polskiego.

Artykuł został przygotowany przez:

Valerię Jeleńską, Prezesa Zarządu w JP Business Law Firm

Veronikę Chomicz, prawnika i koordynatora praktyki prawa rosyjskiego w JP Business Law Firm

Europejska branża tekstylna – w tym polska – bardziej wrażliwe na kryzys

Branża tekstylno-odzieżowa w Europie warta 205 mld EUR nie uniknęła szerokiego spadku gospodarczego, który wstrząsa światem od początku wybuchu pandemii Covid-19.

Bezprecedensowe zakłócenie działalności handlowej, produkcyjnej i sprzedaży detalicznej, wraz z następującym po nim znacznym kryzysem gospodarczym, w opinii analityków Euler Hermes spowoduje spadek w europejskiej branży tekstylnej i odzieżowej o 19% w roku 2020, przy jednoczesnym 9% spadku PKB w krajach strefy euro.

Przewidujemy, że w 2021 r. dojdzie do odbicia w obrotach o +15%, jednak powrócą one do poziomów sprzed kryzysu dopiero w 2023 r. i to zakładając postępującą poprawę globalnej sytuacji w zakresie sytuacji epidemicznej oraz zapewnienie wsparcia finansowego dla gospodarkiAurélien Duthoit, Doradca Sektorowy ds. Handlu Detalicznego, Technologii i Sprzętu Gospodarstwa Domowego w Euler Hermes.

Pomimo znacznego wsparcia w postaci różnorodnych programów utrzymywania miejsc pracy i wysokich poziomów finansowania do końca 2021 r. zatrudnienie w branży w UE zostanie zmniejszone o 8% (około 158.000 miejsc pracy) i zniknąć może 6% firm (około 13.000). Udział MŚP w obrotach ogółem branży tekstylnej jest dwukrotnie wyższy niż średnia w europejskim sektorze produkcyjnym, co czyni tę branżę bardziej wrażliwą na obecną sytuację.

Polski sektor tekstylny to około 25.000 firm zatrudniających 145.000 osób. Lokalne obroty w branży wzrosły o około 20% na przestrzeni minionych pięciu lat 2015-2019 dzięki zwiększonemu popytowi i eksportowi do Niemiec. Pomimo istotnych oznak powrotu do normy, w okresie od stycznia do maja sprzedaż polskiego sektora tekstylnego spadła aż o 15% w ujęciu rok-do-roku.

W opinii analityków Euler Hermes trzy czynniki pozwalają przyjąć, że branża ta w europejskiej perspektywie jest mimo wszystko znacznie bardziej odporna i konkurencyjna niż w roku 2009, przez co jest lepszym kandydatem do powrotu do normalności:

  • stabilizacja równowagi handlowej w zakresie tekstyliów i odzieży w Europie;
  • dynamiczny wzrost w segmentach, w których europejscy producenci są najbardziej konkurencyjni;
  • postęp w zakresie produktywności.

Wsparcie publiczne dla branży nie tylko pozwoliłoby na szybsze odbicie i zapewniło pomoc dla przedsiębiorców w powrocie na ścieżkę wzrostu sprzed kryzysu, ale również byłoby spójne z nawoływaniami do bardziej zielonej i cyfrowej gospodarki.

Bardziej zielona branża tekstylna w opinii ekspertów Euler Hermes kładłaby większy nacisk na jakość niż na ilość, co stanowiłoby 180-stopniowy zwrot z paradygmatu fast-fashion (szybka moda), który działa przeciwko interesom branży produkcyjnej w Europie. Rosnąca konsumpcja per capita w zakresie odzieży niesie za sobą pewien koszt: branża generuje w ujęciu globalnym 10% emisji gazów cieplarnianych ogółem. Przypadek Włoch, gdzie zgodne interesy konsumentów, sprzedawców detalicznych i producentów pozwoliły temu krajowi utrzymać upodobanie do odzieży droższej, ale o wyższej jakości i wykonanej lokalnie, stanowi przykład dla pozostałej części UE. Korzyści zastąpienia importu byłyby bardzo namacalne: 10% spadek we francuskim i niemieckim imporcie odzieży odpowiadałby 8% wzrostowi w obrotach europejskich producentów odzieży.

Na sektorowych przemianach w europejskiej branży tekstylnej może zyskać także polski rynek i rodzime firmy.

W minionej dekadzie znaczna część produkcji tekstylnej została przeniesiona z zachodu do naszego kraju, a następnie uległa dalszemu przesunięciu do krajów o jeszcze niższych kosztach produkcji, takich jak Ukraina czy nawet Litwa i Bułgaria. Tym niemniej część tej produkcji pozostała i jest to produkcja o wyższej wartości dodanej, w której liczy się jakość. Do tego dochodzą wąskie specjalizacje, takie jak szycie mundurów wszelkiego rodzaju, odzieży roboczej czy tapicerki samochodowej. Ponadto należy dodać produkcję materiałów obiciowych (dla przemysłu meblowego), która – choć może nie w skali włoskiej konkurencji – odnalazła swoją niszę w naszej dosyć dynamicznej branży meblarskiej. Dynamicznej oczywiście w czasach dobrej koniunktury – uważa Tomasz Starus, Członek Zarządu ds. Oceny Ryzyka w Euler Hermes

Strategia OMNICHANNEL kluczowa dla nieruchomości handlowych w „nowej normalności”

Jak wynika z nowego raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills “Impact of Covid-19 on European Retail”, powrót sektora handlowego w Europie do nowej normalności będzie upływał pod znakiem zintegrowanej strategii omnichannel.

Savills podaje, że pomimo niepewności spowodowanej przez pandemię Covid-19 sprzedaż detaliczna stopniowo rośnie (+0,7% rok do roku w lipcu), a niektóre kraje odnotowują poprawę wskaźnika zaufania konsumentów. Łączna wartość sprzedaży detalicznej w lipcu przekroczyła ubiegłoroczne poziomy między innymi w Norwegii (13,8%), Irlandii (9,1%), Holandii (6%), Francji (5,8%), Danii (5,6%) i Niemczech (3,5%).

Eri Mitsostergiou, dyrektor w dziale badań rynków europejskich, Savills, powiedziała: „Pomimo odczuwanych przez handel negatywnych skutków pandemii Covid-19, widać już pierwsze oznaki optymizmu związane ze stopniowym powrotem Europy do nowej normalności. Wskaźniki odwiedzalności rosną dzięki ponownemu otwarciu obiektów handlowych i rozrywkowych na całym kontynencie”.

W okresie lockdownu niezwykle dynamicznie rozwinął się e-commerce, który szybko stał się najbezpieczniejszym sposobem robienia zakupów i często jedynym kanałem umożliwiającym w tym czasie zakup innych produktów niż tylko artykułów pierwszej potrzeby.

CRR (Centre for Retail Research) szacuje, że pomimo nieznacznego spadku z rekordowego poziomu odnotowanego na początku lata wartość sprzedaży w kanale online w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Hiszpanii, Włoszech i Holandii wyniesie blisko 325 mld euro, co oznacza wzrost o 31% rok do roku i zwiększenie średniego udziału tego kanału w całkowitym handlu detalicznym do 16,2%. Według tych samych prognoz średni udział handlu elektronicznego w Europie Zachodniej wzrośnie do końca 2021 roku do 24,3%, czyli w ciągu jednego roku urośnie o tyle, o ile rósł w ciągu pięciu lat.

Marta Mikołajczyk-Pyrć, dyrektor zespołu nieruchomości handlowych w dziale zarządzania nieruchomościami Savills w Polsce: „Od dłuższego czasu obserwujemy rozwój sklepów internetowych, jako odpowiedź na wszechobecną digitalizację. Pandemia tylko wzmocniła ten trend. Najemcy obiektów handlowych coraz częściej wprowadzają nowoczesne technologie do swoich sklepów, by wyjść naprzeciw zmieniającym się preferencjom zakupowym klientów. Strategia omnichannel, czyli rozwój sprzedaży w obu kanałach, które wzajemnie się przenikają i wzmacniają, powinna być teraz kluczowa dla najemców”.

Eri Mitsostergiou dodaje: „Dużo się mówi o przyspieszeniu przez Covid-19 trendu polegającego na rosnącej popularności zakupów online, a ostatnie sześć miesięcy i prognozy dotyczące udziału handlu internetowego pokazują, że sieci handlowe powinny wziąć to pod uwagę, aby przetrwać. Musimy jednak także pamiętać o tym, gdzie konsumenci najczęściej robią zakupy. Wdrożenie strategii omnichannel będzie miało kluczowe znaczenie dla utrzymania klientów, zwłaszcza w krajach takich jak Hiszpania, Polska i Czechy, w których cyfryzacja rynku handlowego jest dopiero na początkowym etapie rozwoju”.

Co czwarty Polak myśli o zakupie aut elektrycznych, w firmach nie ma ich jeszcze w planach

Mikro, małe i średnie firmy podchodzą do ekoaut z większym dystansem niż indywidualni Polacy. Z raportu EFL „Zielona energia w MŚP. Pod lupą” wynika, że tylko 1 proc. flot firmowych to samochody hybrydowe, a napędy elektryczne jeszcze muszą poczekać na swoje „pięć minut”. Z kolei 7 proc. Polaków jeździ hybrydami, a 1 proc. elektrykami – podaje Barometr Nowej Mobilności 2019/2020 przygotowany przez PSPA. Patrząc na plany zakupowe, polskie firmy także nie spieszą się̨ z zakupem ekopojazdów. Tylko 6 proc. myśli o napędzie hybrydowym, podczas gdy wśród klientów indywidualnych ten odsetek wynosi 34 proc. Co więcej, 1 na 4 Polaków rozważa w przyszłości zakup pojazdu z napędem elektrycznym.

Z danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA) i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że na koniec czerwca 2020 roku po polskich drogach jeździło 12 271 aut elektrycznych. W pierwszym półroczu tego roku przybyło ich 3 275 sztuk, o 65 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Mimo pandemii COVID-19, liczba rejestracji samochodów elektrycznych w Polsce wzrosła, podczas gdy sprzedaż aut osobowych z tradycyjnymi napędami odnotowała dwucyfrowe spadki rok do roku. Daleko nam jednak do europejskich liderów. Jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA), tylko w 2019 roku w Niemczech zarejestrowano 63,5 tys. nowych pojazdów napędzanych bateriami, w Holandii – ponad 62 tys., a we Francji niemal 43 tys.

– Rozwój elektromobilności jest priorytetem praktycznie w każdym punkcie na mapie świata. Zmiany obserwowane w różnych gałęziach transportu skoncentrowane są przede wszystkim na rozszerzaniu mobilności ludzi, przy jednoczesnej poprawie efektywności, bezpieczeństwa oraz ekologii projektowanych rozwiązań. Jak widać ze zrealizowanych badań, zarówno indywidualni Polacy jak i firmy wykazują się coraz większą świadomością ekologiczną i ekonomiczną. Jednak w praktyce, MŚP ciągle jeżdżą pod prąd, podczas gdy większy krok w stronę ekomobilności wykonali Polacy. Najpewniej wynika to z faktu, że firmy z małymi flotami boją się eksperymentów z autami elektrycznymi, bo jest to narzędzie pracy, które nie może zawieść. Szefowie MŚP oczekują też większych dopłat i benefitów, bo ich decyzje zakupowe determinują pragmatyzm i rachunek ekonomiczny. Bardziej otwarte są podmioty z większymi flotami – widzą korzyści związane z oszczędnościami oraz wykorzystują̨ je w budowaniu wizerunku – komentuje Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Klient indywidualny bardziej świadomy niż przedsiębiorca?

Z badania EFL „Zielona energia w MŚP. Pod lupą” wynika, że firmy z segmentu MŚP najczęściej posiadają samochody z silnikiem benzynowym (68 proc.) i zasilane gazem LPG (62 proc.). Istotnie rzadziej są to auta z silnikiem diesla (30 proc.). Hybrydy i elektryki to rzadki widok. Wraz ze wzrostem firmy i floty rośnie zróżnicowanie wybieranych napędów oraz zainteresowanie ekopojazdami. 5 proc. małych firm posiada auta elektryczne, a 11 proc. średnich – hybrydowe.MŚP najczęściej posiadają samochody z silnikiem benzynowym

Jak podaje raport PSPA, Polacy częściej niż firmy jeżdżą dieslami (36 proc.), rzadziej autami z silnikami benzynowymi (45 proc.) i instalacją LPG (11 proc.). Jednak w większym stopniu niż MŚP interesują się ekomobilnością. 7 proc. jeździ hybrydami, a 1 proc. elektrykami.

Planując kolejne zakupy samochodowe firmy również rzadziej rozważają uzupełnienie swoich flot o ekopojazdy. Tylko 6 proc. rozważa hybrydę, a 0 proc. – elektryki. Nieco lepiej wygląda to wśród największych firm z sektora MŚP – 16 proc. średnich firm myśli o zakupie hybrydy, a 1 proc. – elektryka. Z większą ekoświadomością mamy do czynienia wśród klientów indywidualnych – co trzeci Polak zastanawia się nad zakupem samochodu z napędem hybrydowym, a co czwarty – z elektrycznym.

Przedsiębiorca bardziej oszczędny niż Kowalski

Na polskim rynku jest już dostępnych kilka modeli aut elektrycznych, jednak ich ceny są znacznie wyższe niż̇ ich odpowiedniki z tradycyjnymi napędami. Dla przykładu katalogowa cena jednego z modeli z segmentu B wynosi ok. 120 tys. PLN brutto, podczas gdy zbliżony model z silnikiem benzynowym wiąże się̨ z kosztem rzędu 70 tys. PLN brutto. Czyli model elektryczny jest droższy aż̇ o 75 proc.! Z badania EFL wynika, ze właściciele MŚP w Polsce oczekują̨ znacznie mniejszej różnicy cenowej. Najczęściej byliby w stanie zaakceptować́ cenę o 25-30 proc. wyższą za samochód elektryczny w porównaniu do tradycyjnego napędu (82 proc. odpowiedzi).

Wśród indywidualnych klientów, co trzeci byłby w stanie zapłacić cenę wyższą o 20 proc. w porównaniu do ceny auta z tradycyjnym napędem, od 21 do 40 proc. – 36 proc. respondentów, a od 41 do 60 proc. – 14 proc. Widać zatem, że Polacy są skłonni zapłacić nieco więcej za ekotechnologię niż przedsiębiorcy.

Czas to pieniądz

Zarządzającym mikro, małymi i średnimi firmami bardziej niż indywidualnym osobom zależy na czasie. Widać to przyglądając się ich podejściu do czasu ładowania. Minimalny akceptowany czas całkowitego ładowania baterii auta elektrycznego, w opinii MŚP, waha się̨ najczęściej w przedziale 30-49 minut (89 proc. odpowiedzi). Dla porównania, co czwarty Polak zaakceptowałby 30-minutowy czas ładowania, co trzeci – 1 godzinę i co czwarty – nawet 2 godziny.

W materiale dane pochodzą z raportów:

„Zielona energia w MŚP. Pod lupą”, raport EFL: https://media.efl.pl/reports/16870.

„Barometr Nowej Mobilności 2019/2020”, raport PSPA: https://pspa.com.pl/media/2020/08/barometr_nowej_mobilnosci_2019_raport_S.pdf

***

Raport „Zielona energia w MŚP. Pod lupą” jest dziesiątym opracowaniem z serii „Pod lupą” wydanym przez Europejski Fundusz Leasingowy S.A. w ramach autorskiego projektu „Europejski Fundusz Modernizacji Polskich Firm”. Pierwszy charakteryzował kondycję sektora MŚP w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był gospodarstwom rolnym („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty działalności transportowej („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Szósty raport przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016). Siódme wydanie dotyczyło pokolenia milenialsów („Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, 2017). Ósmy raport przedstawiał wielostronny obraz budownictwa („Budownictwo przyszłości. Pod lupą”, 2018). Natomiast, dziewiąte wydanie pokazywało, ile MŚP wiedzą o społecznej odpowiedzialności biznesu („CSR w MŚP. Pod lupą”, 2019).

Obecna edycja koncentruje się na obszarze ekologii, energii odnawialnej, elektromobilności i aktywności MŚP na tych polach. Raport, podobnie jak poprzednie edycje, opiera się na badaniach (ilościowym i jakościowym) zleconych przez EFL S.A. niezależnemu podmiotowi, rozbudowanych o szeroki kontekst problematyki związanej z ekologią.

Metodologia badania:

Badanie ilościowe zostało zrealizowane przez ICAN Institute na zlecenie EFL S.A. z właścicielami, współwłaścicielami i osobami odpowiedzialnymi za finanse w segmencie firm MŚP z całego kraju, z różnych branż. W sumie zrealizowano 500 wywiadów. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, 30 proc. mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, tyle samo średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie. W raporcie zastosowano wnioskowanie dla MŚP w Polsce (analiza wielkości firm, regionów Polski i całej populacji). Są to wyniki przeważone do struktury firm w Polsce według operatora regon. Przygotowane w ten sposób dane pozwalają analizować i opisywać na poziomie całej populacji firm w Polsce. Badanie wykonano metodą telefonicznych ankiet (CATI) od 11 do 29 maja 2020 roku.

Stanowisko MF w sprawie obowiązku podania numeru NIP przed płatnością w transakcjach do 450 zł w celu uzyskania faktury

Na skutek interwencji Rzecznika MŚP Minister Finansów wyjaśnia wątpliwości związane z obowiązkiem przedsiębiorców podania numeru NIP przed płatnością w transakcjach do 450 zł w celu uzyskania faktury.

Do Biura Rzecznika MŚP wpłynęły liczne wnioski przedsiębiorców, którzy wskazali na problemy związane z obowiązkiem umieszczania numeru NIP na paragonie fiskalnym w celu umożliwienia wystawienia faktury, wprowadzonym ustawą z dnia 4 lipca 2019 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. z 2019 r. poz. 1520). Przedsiębiorcy wskazali na trudności, jakie wiążą się ze stosowaniem nowych przepisów, w tym w szczególności na daleko idącą dotkliwość konsekwencji w wypadku popełnienia pomyłki przy podawaniu numeru NIP oraz na utrudnienia związane z prowadzeniem ewidencji elektronicznej w wypadku uznania paragonu z numerem NIP za tak zwaną fakturę uproszczoną. Mając na uwadze powyższe bariery i utrudnienia dla przedsiębiorców, pismem z dnia 5 czerwca 2020 r. Rzecznik MŚP skierował wystąpienie w tej sprawie do Ministra Finansów.

W odpowiedzi, Minister Finansów w piśmie z dnia 22 sierpnia 2020 r. wyjaśnił – po pierwsze, że w sytuacji, gdy kwota faktury nie przekracza 450 zł brutto (100 euro), to paragon z numerem NIP należy uznać za fakturę uproszczoną i nie wystawia się do niego dodatkowo „zwykłej” faktury. Jako kolejny numer nadany w ramach jednej lub więcej serii, który w sposób jednoznaczny identyfikuje fakturę, wymagany na potrzeby ewidencji, należy podać numer kolejny paragonu.

Ponadto resort finansów potwierdził możliwość wystawienia noty korygującej do faktury wystawionej do paragonu lub paragonu fiskalnego będącego fakturą uproszczoną – w wypadku popełnienia błędu w numerze NIP nabywcy. Minister doprecyzował również, że jako błąd w numerze NIP należy rozumieć oczywistą pomyłkę, na przykład brak jednej cyfry, przestawienie cyfr, bądź pomyłkę w jednej cyfrze. W wypadku popełnienia takiej pomyłki należy wystawić fakturę z takim samym błędnym numerem NIP, jaki znalazł się na paragonie i następnie do tej faktury powinna być wystawiona nota korygującą z prawidłowym numerem NIP. Minister zastrzegł jednak, że nie można wystawić noty korygującej w przypadku, gdy na paragonie fiskalnym nie umieszczono w ogóle numeru NIP lub podano kompletnie błędny numer NIP, np. 9999999999 lub NIP innego podatnika.

Na koniec Minister przypomniał o opublikowanym komunikacie w dniu 3 stycznia 2020 r. na swojej stronie internetowej:

https://www.gov.pl/web/finanse/nowe-zasady-wystawiania-faktur-do-paragonow pt. Nowe zasady wystawiania faktur do paragonów oraz poinformował o pracach nad przygotowaniem objaśnień podatkowych, których celem będzie przedstawienie zasad uznawania paragonów fiskalnych z numerem NIP do wartości 450 zł za fakturę uproszczoną oraz zasad ewidencjonowania faktur uproszczonych w nowym JPK_VAT (deklaracja + ewidencja).

W tych regionach Polski będzie potrzebnych najwięcej rąk do pracy

W ostatnim kwartale bieżącego roku najłatwiej o nową pracę będzie w południowo-zachodnim regionie kraju. To w takich województwach jak dolnośląskie i opolskie firmy będą poszukiwać najwięcej rąk do pracy. Chociaż prognozy rekrutacyjne pracodawców są tam najbardziej optymistyczne ze wszystkich 6 regionów Polski, to zapotrzebowanie na nowych pracowników będzie o połowę mniejsze niż rok temu. Umiarkowane szanse na znalezienie nowej pracy czekają na mieszkańców centralnego, północnego i południowego regionu, najmniejsze będę we wschodniej i północno-zachodniej części kraju.

Końcówka roku przyniesie lepsze niż w trzecim kwartale perspektywy zmiany pracy. Dobrą wiadomością dla pracowników lub osób planujących zmianę kariery jest informacja, że we wszystkich 6 przeanalizowanych przez ManpowerGroup regionach Polski przeważają firmy chcące od października do grudnia rekrutować nowych pracowników.

Największe zapotrzebowanie na zasoby kadrowe zgłaszają przedsiębiorstwa z południowo-zachodniej części kraju. Prognoza netto zatrudnienia (różnica między odsetkiem firm planujących powiększać zespoły, a tymi, które chcą je redukować) wynosi tam +7%. Mniejsze szanse czekają na poszukujących pracy w regionie centralnym, czyli w województwach łódzkim i mazowieckim (+6%), północnym – kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie (+6%) i południowym – małopolskie, śląskie (+6%) [1]. Najmniej nowych pracowników będą rekrutować przedsiębiorstwa zlokalizowane we wschodniej części kraju – lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie (+3%) oraz północno-zachodniej – wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie (+3%).

– Po dłuższym okresie negatywnego wpływu pandemii na zatrudnienie w wielu branżach, od początku września widzimy znaczące ożywienie. Po zakończonym sezonie urlopowym firmy mierzą się często z szybką potrzebą realizacji swoich zamówień, co łączy się z potrzebą pozyskania dodatkowych pracowników. Regiony, w których prognoza zatrudnienia jest najwyższa charakteryzują się dużym nasyceniem firm, a co za tym idzie większymi potrzebami personalnymi. Również teraz te województwa reagują dynamicznie i wykazują gotowość do uzupełnienia stanów osobowych. O wzroście pracowników mówią przedsiębiorstwa zlokalizowane na południu i południowym-zachodzie, gdzie wysoki udział mają firmy produkcyjne, logistyczne czy centra biznesowe – mówi Luiza Luranc, dyrektor sprzedaży w firmie rekrutacyjnej Manpower.

– Wzrosty zatrudnienia notowane są w intensywnie rozwijającej się w czasie pandemii branży e-commerce. Ożywienie widzimy również w produkcji, nawet w branży motoryzacyjnej skoncentrowanej w regionie południowym i południowo-zachodnim, która była jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem. Przedsiębiorstwa z tych obszarów poszukują najczęściej osób do prac prostych, ale jednocześnie na rynku nadal są dobre perspektywy zatrudnienia dla specjalistów. Nowych pracowników poszukują firmy działające w obszarze obsługi klienta oraz centra usług wspólnych. Tu szczególnie pożądane są osoby znające języki obce. Pandemia przyczyniła się do wzrostu popularności pracy zdalnej, którą cześć firm obiera jako docelową formę współpracy. Takie podejście otwiera szerokie, zupełnie nowe możliwości dla kandydatów, ponieważ miejsce zamieszkania przestaje być ograniczeniem. Dodatkowo zachęca do zatrudnienia pracowników z niepełnosprawnościami, dla których świadczenie pracy w biurze było sporym wyzwaniem – dodaje ekspertka Manpower.

W stosunku do okresu od lipca do września zapotrzebowanie na pracowników najbardziej wzrośnie w regionie centralnym, gdzie prognoza rekrutacyjna firm jest wyższa o 19 punktów procentowych. Więcej ofert pracy będzie też na północy i południu (wzrost o 16 pp.). Jedynym regionem, gdzie firmy będą poszukiwać mniejszej liczby pracowników jest wschód (spadek o 3 pp.).

W tych regionach Polski będzie potrzebnych najwięcej rąk do pracy
Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród ponad 38 000 pracodawców w 43 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla IV kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 31 lipca 2020 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. W badaniu dla trzeciego kwartału 2020 roku wzięło udział 436 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

[1] Podział regionów wg. Eurostatu

Grupa Kapitałowa PHN podsumowała pierwsze półrocze 2020 r.

W pierwszym półroczu 2020 r. skorygowana EBITDA Grupy Kapitałowej PHN wzrosła o ponad 30 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku i wyniosła 37,2 mln PLN. W tym czasie przychody z najmu wzrosły o 13 proc. do 92,8 mln PLN, a zysk z najmu do 51,2 mln PLN. W pierwszym półroczu Grupa Kapitałowa PHN osiągnęła zysk z działalności deweloperskiej, który wyniósł 14,1 mln PLN.

Pomimo zawirowań rynkowych spowodowanych epidemią koronawirusa Grupa PHN konsekwentnie realizowała cele biznesowe, kontynuując ambitne inwestycje w sektorze nieruchomości komercyjnych, mieszkaniowych oraz logistycznych. Grupa utrzymała dyscyplinę kosztową, niski poziom zadłużenia oraz zbilansowany portfel biznesowy.

W pierwszym półroczu z powodzeniem osiągaliśmy nasze cele biznesowe. Jesteśmy spółką przygotowaną na trudniejsze warunki ekonomiczne, co pozwala nam patrzeć w przyszłość z ostrożnym optymizmem – powiedział Marcin Mazurek, Prezes Zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości S.A.

Konsekwentnie dywersyfikujemy naszą działalność, rozszerzając ją o nowe segmenty jak budownictwo mieszkaniowe, czy też inwestycje w centra logistyczne. Jesteśmy przygotowani na ewentualne zmiany na rynku nieruchomości, a dzięki solidnym fundamentom kontynuujemy inwestycje – dodał Marcin Mazurek.

W pierwszych sześciu miesiącach Grupa Kapitałowa odnotowała stratę w wysokości 25,4 mln PLN wobec zysku w wysokości 27,5 mln PLN w tym samym okresie roku ubiegłego. W pierwszym półroczu br. spółka dokonała odpisów księgowych w wysokości 60 mln PLN. Celem strategicznym Grupy Kapitałowej PHN pozostaje zwiększanie wartości spółki i dalsza poprawa efektywności.

W pierwszym półroczu Grupa Kapitałowa PHN kontynuowała inwestycje w segmencie budownictwa biurowego. Mimo trudności wywołanych przez epidemię koronawirusa bez opóźnień prowadzone są prace na budowie flagowej inwestycji – kompleksu biurowo-handlowego SKYSAWA w centrum Warszawy. Nabierają także tempa prace przy rozpoczętej w kwietniu budowie kolejnego biurowca klasy A w Warszawie – INTRACO Prime. Ośmiokondygnacyjny budynek z trzypoziomowym parkingiem podziemnym dostarczy około 13 tys. mkw. powierzchni najmu. Do realizowanych przez PHN inwestycji w tym segmencie dołączy także kolejny budynek biurowy klasy A przy al. Prymasa Tysiąclecia.

W pierwszym półroczu tego roku Grupa PHN dynamicznie rozwijała również działalność w segmencie budownictwa mieszkaniowego. Spółka zakończyła sprzedaż mieszkań w kompleksie apartamentów Yacht Park w Gdyni oraz realizowała budowę kolejnego etapu osiedla VIS À VIS WOLA w Warszawie. Na zaawansowanym etapie przygotowania do rozpoczęcia budów są kolejne już projekty mieszkaniowe spółki, między innymi w Bydgoszczy i we Wrocławiu. We wrześniu br. została podpisana umowa ze spółką UNIBEP S.A. na realizację osiedla przy ul. Kusocińskiego w łódzkiej dzielnicy Polesie.

W segmencie budownictwa logistycznego Grupa PHN podpisała w lipcu br. umowę kupna pozostałych 50 proc. udziałów w dwóch spółkach realizujących inwestycję parku magazynowego Hillwood & PHN Pruszków w podwarszawskim Parzniewie. Po zamknięciu transakcji, PHN będzie posiadał 100 proc. udziałów w obu spółkach. Inwestycja Hillwood & PHN Pruszków obejmuje 4 budynki magazynowe o łącznej powierzchni ok. 50,6 tys. mkw.

Wraz z Polskim Holdingiem Hotelowym, Grupa PHN zawarła w czerwcu br. umowę dzierżawy warszawskiego hotelu Regent (dawniej Hyatt) z prawem pierwokupu. Wspólna oferta została wybrana w konkursie ofert przez syndyka masy upadłości.

Biotechnologiczny Bioceltix w drodze na New Connect

  • Bioceltix, jedna z wschodzących gwiazd polskiej biotechnologii, zadebiutuje na NC najpóźniej w pierwszym kwartale 2021 r.
  • Wrocławska spółka działa w sektorze medycyny weterynaryjnej, pracuje nad innowacyjnymi lekami biologicznymi stosowanymi w leczeniu powszechnie występujących schorzeń u zwierząt.
  • Według najnowszych danych światowy rynek leków dla zwierząt osiągnął wartość prawie 38 mld USD w 2019 r. Szacuje się, że w 2023 r. rynkowe słupki podskoczą do 61 mld USD (dane: Research and Market).

Wrocławska firma biotechnologiczna – Bioceltix – pracuje nad innowacyjnymi terapiami dla zwierząt. Spółka właśnie przeszła audyt Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego (GIF), na podstawie którego, po zakończeniu procedur urzędowych, zostanie zarejestrowana jako wytwórca weterynaryjnych leków biologicznych. Bioceltix stanie się tym samym jedną z zaledwie kilku na świecie certyfikowanych wytwórni farmaceutycznych, dostosowanych do produkcji leków biologicznych dla zwierząt, wykorzystujących jako substancję czynną komórki macierzyste. Mając takie przewagi technologiczne, Bioceltix przyspiesza rozwój i otwiera się na inwestorów.

Od powstania Bioceltix zebrał już kilka mln USD od inwestorów prywatnych oraz w ramach publicznych grantów. Akcjonariusze wierzą w naszą wizję jako jedna z pierwszych firm na świecie planujemy przejść pełną ścieżkę rejestracyjną w Europejskiej Agencji Leków dla weterynaryjnego produktu leczniczego, wykorzystującego jako substancję czynną komórki macierzyste. To prawdziwy przełom w weterynarii od lat oczekiwany przez rynek. Jesteśmy pierwszą spółką, która oprócz badań nad skutecznością komórek macierzystych, równolegle rozwinęła technologię ich wielkoskalowej hodowli – mówi dr Paweł Wielgus, jeden z inwestorów, założycieli Bioceltix, a także członek zarządu spółki.

Weterynaryjny przełom

Osiągnęliśmy kolejny kamień milowy. Za chwilę uzyskamy od GIF zezwolenie na wytwarzanie badanego weterynaryjnego produktu leczniczego. Otwiera nam to drogę do przeprowadzenia pierwszego badania klinicznego. Izolowana linia technologiczna do aseptycznej produkcji weterynaryjnych leków biologicznych w oparciu o komórki macierzyste, stworzona specjalnie dla nas, przeszła pomyślnie najważniejszy test i spełnia najsurowsze standardy wymagane przez regulatora rynku farmaceutycznego w produkcji leków biologicznych – mówi Łukasz Bzdzion, prezes Bioceltix.

Centrum badawczo-rozwojowe Bioceltix wyposażone jest wysokiej jakości sprzęt, spełniający wymagania Current Good Manufacturing Practice (cGMP). Zasady cGMP zapewniają nie tylko powtarzalną jakość i bezpieczeństwo produktów, ale również możliwość korzystania  z najnowocześniejszych technologii w trakcie wytwarzania leków biologicznych. Jest to także gwarancja optymalizacji kosztów eksploatacyjnych i inwestycyjnych w porównaniu z klasycznym pomieszczeniem typu „clean room”.

Dzięki cGMP Bioceltix zyskał dużą przewagę konkurencyjną. Staliśmy się w ten sposób samowystarczalni, a dodatkowo jesteśmy w stanie wypełnić lukę na rynku specjalistycznych usług. Z pewnością to dobra wiadomość dla naszych akcjonariuszy – mówi Paweł Wielgus.

Prezes spółki również podkreśla nowe możliwości Bioceltix w świadczeniu dedykowanych usług firmom farmaceutycznym. Na rynku brakuje firm typu Contract Development and Manufacturing Organization (CDMO), a te, które prowadzą działalność, pracują wyłącznie z produktami ludzkimi.

Nie ma natomiast firm CDMO specjalizujących się w rozwoju leków biologicznych dla zwierząt. Połączenie wiedzy, doświadczenia i odpowiedniej infrastruktury pozwala nam uruchomić kierunkową działalność usługową – dodaje Łukasz Bzdzion.

Rynek leków weterynaryjnych

Na rynku biologicznych „przejęć” weterynaryjnych wrze.

Niemiecka grupa farmaceutyczna Boehringer Ingelheim Animal Health jeden z liderów na rynku zdrowia zwierząt, ogłosił właśnie przejęcie belgijskiej spółki Global Stem Cell Technology, start-up’u technologicznego, który niedawno zarejestrował pierwszy na świecie weterynaryjny lek biologiczny na bazie komórek macierzystych, stosowany w leczeniu schorzeń stawów u koni. Z kolei Elanco Animal Health ogłosiło, że podpisało umowę na przejęcie Aratana Therapeutics, firmy skupiającej się na opracowywaniu i komercjalizacji innowacyjnych leków dla psów i kotów, przy czym wartość tej transakcji zbliżyła się do 250 mln USD – dodaje Paweł Wielgus.

Rynek leków weterynaryjnych od lat znajduje się w trendzie wzrostowym: w 2019 r. osiągnął prawie 38 mld USD, przy wzroście na poziomie 11,7% od 2015 r. (Research and Market). Do 2023 r. CAGR wzrośnie do poziomu 12,5% i prawie 61 mld USD. Rynek weterynaryjnych środków farmaceutycznych był największym segmentem rynku leków dla zwierząt, odpowiadając za 33,8 mld USD (88,8% całości) w 2019 r. Estymuje się, że rynek ten będzie najszybciej rozwijającym się segmentem w przyszłości, przy CAGR wynoszącym 12,7%. Leki biologiczne dla zwierząt towarzyszących stanowią zupełnie nowy segment rynku weterynaryjnego. Pierwszym lekiem biologicznym było przeciwciało monoklonalne na atopowe zapalenie skóry u psów. Obecnie sprzedaż dwóch flagowych produktów na atopowe zapalenie skóry u psów, w tym właśnie przeciwciała monoklonalnego, przez giganta weterynaryjnego Zoetis, przekracza pół miliarda USD rocznie. Na rynku dostępny jest również pierwszy lek z komórkami macierzystymi jako aktywnym składnikiem farmaceutycznym do leczenia kulawizny u koni.

Bioceltix – spółka biotechnologiczna z Wrocławia. Od 2016 r. rozwija innowacyjne terapie w weterynarii. Zespół Bioceltix pracuje nad lekami biologicznymi wykorzystując immunomodulujące właściwości mezenchymalnych komórek macierzystych. Opracowywane leki będą alternatywą dla objawowego leczenia farmakologicznego, opartego głównie o działanie przeciwbólowe i przeciwzapalne. Spółka dysponuje nowoczesnym zapleczem badawczo-produkcyjnym spełniającym standard farmaceutyczny GMP. Celem Bioceltix jest wprowadzenie na rynek nowych, skutecznych i co najważniejsze bezpiecznych weterynaryjnych leków biologicznych, które przejdą pełną ścieżkę rejestracyjną w Europejskiej Agencji Leków.

Na czym polega przewaga terapii biologicznych, rozwijanych przez zespół wrocławskich naukowców?

W przeciwieństwie do działających objawowo standardowych terapii opartych o klasyczne leki chemiczne, leki biologiczne imitują naturalnie zachodzące procesy w organizmie, przez co umożliwiają uzyskanie maksymalnego efektu terapeutycznego. Bioceltix pracuje nad tym, by docelowo innowacyjne terapie zastosować w leczeniu wielu powszechnie występujących schorzeń u zwierząt towarzyszących, np. zwyrodnienia stawów czy atopowego zapalenia skóry. Tylko w Europie żyje ponad 80 mln psów, a co piąty z nich cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, które są główną przyczyną przewlekłego bólu i znajdują się w pierwszej „10” najczęściej diagnozowanych chorób.

Rajd ryzyka przejściowo pozostaje bez paliwa

Reakcja rynków finansowych na przekaz Fed nie nastąpiła od razu, gdyż w komunikacie i na konferencji prezesa Powella nie pojawiło się nic zaskakującego. Ale to „nic” zdaje się być źródłem rozczarowania dla tych, którzy liczyli na zdecydowane sygnały gwarantujące bardziej gołębi Fed w przyszłości. Rajd ryzyka przejściowo pozostaje bez paliwa.

Przed posiedzeniem stawiałem pytanie, czy Fed może dodać do swojego przekazu coś więcej ponad to, co otrzymaliśmy od prezesa Powella podczas prezentacji wyników rewizji strategii w Jackson Hole? Odpowiedź brzmiała, że Powell może, ale nie musi. Dziś wiemy, że Fed zatrzymał się na tym, że nie musi się śpieszyć z konkretyzowaniem ścieżki polityki na kolejne miesiące i lata. W komunikacie znalazł się fragment, w którym stwierdza się, że Komitet będzie zmierzał do „ustanowienia inflacji umiarkowanie powyżej 2 procent przez pewien czas tak, aby inflacja wynosiła średnio 2 procent w czasie, a długoterminowe oczekiwania inflacyjne pozostały dobrze zakotwiczone na poziomie 2 procent.” Jednak zabrakło doprecyzowania, m.in. jak wysoką inflację i na jak długo Fed zamierza tolerować. Czy to będzie nie więcej jak 2,5 proc. przez rok, czy 3 proc., ale nie dłużej niż 6 miesięcy? Ilościowe uszczegółowienie polityki ma kluczowe znaczenie dla oczekiwań terminu normalizacji polityki. Fed pozostawia sobie elastyczność, jednak rynek zawsze obdarza bankierów centralnych ograniczonym zaufaniem. Dodając do tego brak konkretów w odniesieniu do przyszłości programu skupu aktywów („sprzyjają akomodacyjnym warunkom finansowym”) rodzi podejrzenia, że skłonność Fed do pogłębiania luzowania słabnie. Nie sądzę, aby tak było w rzeczywistości i Fed w dalszym ciągu pozostaje w gotowości, aby reagować na pogorszenie koniunktury (przez pandemię lub z innego powodu). Jednak nie będzie już działał wyprzedzająco, za to ponownie podkreślona była konieczność udziału polityki fiskalnej we wsparciu ożywienia. W rezultacie w krótkim terminie możemy liczyć na mniej impulsów ze strony Fed, za to rynki będą bardziej wrażliwe na informacje z Kongresu dotyczące fazy 4. pakietu fiskalnego. Biorąc pod uwagę przedwyborczą gorączkę jest bardziej realne, że partie dojdą do porozumienia, co może dać świeży impuls do wzrostu apetytu na ryzyko (i korespondującego z tym osłabienia USD). Ale w międzyczasie inwestorzy pozostają na rozdrożu, co zablokuje indeksy i crossy z USD w bocznej konsolidacji.

Bank Anglii ma świadomość ryzyk dla perspektyw gospodarczych płynących z trudnej sytuacji na rynku pracy (z końcem października wygasa program wsparcia zatrudnienia) oraz zamieszania wokół brexitu. Jednak ostatnie, lepsze od prognoz dane oferują pole manewru, by bank pozostawał przy oczekiwaniach pomyślnego rozwoju sytuacji gospodarczej i dziś najprawdopodobniej stopa procentowa pozostanie na 0,1 proc., a limit dla programu skupu obligacji dalej będzie wynosić 745 mld GBP. Ryzyka przeważają jednak po stronie gołębich sygnałów. Najbardziej prawdopodobnym (ale nie pewnym) jest złożenie przez członka MPC Saundersa wniosku o podwyższenie limitu programu skupu obligacji jako wyraz konieczności przedłużenia wsparcia monetarnego. Mniej bezpośrednie mogą być sygnały z komunikatu wskazujące na wzrost pesymizmu wokół sierpniowej projekcji makroekonomicznej, co już było sygnalizowane w wypowiedziach Saundersa, Haskela, Vlieghe i Tenreyro. Położenie silniejszego akcentu na gotowość BoE do dalszego wspierania ożywienia może być przygotowaniem rynków pod listopadową decyzję (cięcie o 10 pb lub rozszerzenie QE). Aktualnie rynek utrzymuje gołębie nastawienie wobec polityki BoE, choć dyskontuje tylko 2 pb obniżki w listopadzie, zatem jest przestrzeń do reakcji GBP na gołębie sygnały z banku centralnego. W kontekście obserwowanych w tym tygodniu wzrostów GBP/USD może to być pretekst do redukcji długich pozycji w kierunku 1,28.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kto obecnie ma szansę na lepszą pracę? Zestawienie top zawodów na czas pandemii

Pandemia mocno zmieniła rynek pracy. Obecnie na znaczeniu zyskują branże umożliwiające skuteczniejsze działania w kwestii narzucanych ograniczeń. Według rankingu firmy Antal, w czołówce najbardziej poszukiwanych zawodów znaleźli się przedstawiciele takich profesji jak m.in. specjalista ds. BHP i ekspert ds. e-commerce. Digital manager i business intelligence są również wysoko w zestawieniu. Ponadto eksperci przewidują, że informatyka i telekomunikacja zaczną coraz mocniej wkraczać do wszystkich dziedzin, co przełoży się na kolejne zmiany. Już teraz mamy do czynienia z przenikaniem się niektórych profesji. Zjawisko to zyska jeszcze na popularności, podobnie jak automatyzacja produkcji.  

Na rynku pracy zachodzą istotne zmiany spowodowane pandemią. Na czele zestawienia topowych zawodów 2020/2021, przygotowanym przez firmę Antal, jest specjalista ds. BHP. Wpływ na to ma fakt, że ludzie zwracają coraz większą uwagę na bezpieczeństwo pracy.

– Nasi eksperci przeanalizowali zgłaszane zapotrzebowanie przez pracodawców i na tej podstawie opracowali ranking obecnie najbardziej pożądanych zawodów na rynku pracy. Specjaliści w zaprezentowanych obszarach mogą liczyć na wyjątkowo atrakcyjne oferty pracy, zarówno pod względem zakresu obowiązków, jak i w wymiarze finansowym – informuje Agnieszka Wójcik, Market Research & Strategic Partnerships Manager w Antal.

Ekspert ds. e-commerce, digital manager, specjalista business intellligence oraz UX designer również są w czołówce. Big Data specialist, deweloper aplikacji, specjalista ds. infrastruktury, inżynier automatyk oraz analityk biznesowy zajmują kolejne miejsca w rankingu. Tymczasem Zbigniew Żurek, wiceprezes BCC, ekspert ds. rynku pracy i dialogu społecznego, zauważa rosnące zapotrzebowanie na personel w służbie i ochronie zdrowia. I dodaje, że braki były odczuwalne, zanim jeszcze do szpitali trafiły pierwsze osoby zarażone koronawirusem. Tu jednak trudno o radykalne zmiany.

– Będą powstawały nowe zawody. Już teraz mamy do czynienia z przenikaniem się profesji. To się dzieje m.in. w medycynie, a obecna sytuacja to tylko uwidacznia. Mutacje wirusów są przecież oceniane przez epidemiologów, którzy korzystają z fachowej wiedzy zespołów biologów, matematyków i informatyków. Moim zdaniem, będzie coraz większe zapotrzebowanie na pracowników łączących wiedzę z różnych dziedzin – komentuje Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Jak prognozuje Karolina Bucka, lider zespołu Antal IT, na rynku zwiększy się zapotrzebowanie na deweloperów aplikacji i specjalistów od Big Data. W przyszłości będą się rozwijały bardzo mocno aplikacje umożliwiające monitorowanie osób będących nosicielami wirusów. Do tego trzeba będzie przygotować odpowiednie systemy, w których dane z tego zakresu będą przechowywane.

– W przypadku maszyn czy robotów nie istnieje ryzyko zarażenia wirusem. Na pewno to będzie skłaniało niektórych przedsiębiorców do automatyzacji produkcji. Ale ją wprowadza się tylko wtedy, kiedy jest finansowo uzasadniona. Jeżeli produkuje się duże serie, jak w koncernach, to takie działanie ma sens. Jednak w Polsce przeważają małe firmy, w których wytwarzane są krótkie serie. W takich miejscach automatyzacja zazwyczaj nie przynosi spodziewanych korzyści, więc robi się ją częściowo i pozostawia też pewną grupę pracowników – podkreśla Jeremi Mordasewicz.

Z kolei Aleksandra Kurasiewicz, menedżer w zespole Antal Engineering & Operations, zwraca uwagę na zmiany związane z produkcją. One stworzą większe możliwości rozwoju kariery dla osób na stanowiskach inżyniera automatyka czy robotyka. Przedsiębiorstwa chcą uniknąć ruchów związanych z koniecznością natychmiastowej redukcji kosztów, która miała miejsce na samym początku pandemii. Ekspert zaznacza, że dodatkowo zauważalne jest duże zaangażowanie w walce z COVID-19 wśród firm farmaceutycznych. Na znaczeniu mogą więc zyskać profesje związane mikrobiologią czy biotechnologią.

– W dobie teleporad zarówno branża farmaceutyczna, jak i medyczna poszukuje rozwiązań na skuteczne i efektywne dotarcie do decydentów i liderów opinii. Mocno są też rozwijane działy marketingu, zwłaszcza w obszarze produktów bez recepty i szczególnie przed sezonem przeziębieniowym. Wzrasta również zapotrzebowanie na kandydatów posiadających doświadczenie w kampaniach ATL, kierowanych do pacjentów – podkreśla Marta Lebuda, lider zespołu Antal Pharma & Medical Devices.

Lockdown sprawił, że Polacy zmienili podejście do robienia zakupów. Spora część klientów ograniczyła wizyty w sklepach stacjonarnych, a coraz większe obroty notuje e-commerce. Jak zaznacza Zbigniew Żurek, to wymusiło pewne zmiany związane z dostarczaniem towarów, co z kolei wpłynęło na rozwój transportu, spedycji i logistyki.

– E-commerce ma coraz większy udział w całości handlu. Przy tym nie następuje to tak, że e-sklepy wypierają placówki tradycyjne, tylko mamy do czynienia z wielokanałową sprzedażą. To również pokazuje, że informatyka i telekomunikacja będą wkraczały do wszystkich dziedzin. Coraz więcej mówi się o potrzebie kształcenia ludzi pod kątem takich kwalifikacji – dodaje ekspert z Konfederacji Lewiatan.

Pandemia spowodowała, że znacznie wzrosła liczba osób pracujących zdalnie. Według Zbigniewa Żurka, to również przyczyni się do jeszcze większego zapotrzebowania na personel IT. Jednak firmy mogą mieć problem ze znalezieniem odpowiednich kandydatów, rynek jest drążony od lat. Z analizy firmy Antal wynika, że pracodawcy będą poszukiwać programistów IT. Już jest duże zapotrzebowanie w obszarze Frontend, zapewne wzrośnie też liczba ofert dla UX designerów, a także specjalistów ds. infrastruktury oraz helpdesk. Będzie potrzebnych też więcej ekspertów z obszarów AWS GCP i innych chmur.

– Bardzo mocno może się rozwinąć business intelligence. Firmy, które nie mają działów BI, często zatrudniają ekspertów z tego obszaru w działach finansowych. Pojawiają się tam role hybrydowe na styku finansów i IT. Widzimy wiele naborów na stanowiska analityków, kontrolerów biznesowych czy właśnie specjalistów business intelligence – mówi Michał Borkowski, menedżer Antal Finance & Accountancy.

Jak stwierdza Zbigniew Żurek, rynek pracy wchodzi w okres prawdy. Chociaż był lockdown, gospodarka nie załamała się całkowicie. Ale rozwiązania antykryzysowe pochłonęły sporo środków. A z wypowiedzi polityków wynika, że kolejnych tarcz już nie będzie. Ponadto wiele firm przeznaczyło swoje oszczędności na ratowanie miejsc pracy. Dziś rezerwy rządowe czy pracodawców są już znacznie skromniejsze. Ekspert BCC dostrzega też pozytywy obecnej sytuacji. Gospodarka może być zmuszona do restrukturyzacji i podniesienia innowacyjności. Potrzeba w tej chwili zmian, a one nie są możliwe bez ludzi.

Polski rynek e-commerce rozwija się najbardziej dynamicznie w Europie. Czy e-commerce rozpędzi branżę transportową?

Według najnowszego raportu „Rynek towarowy i logistyczny w Polsce – wzrost, trendy i prognozy na lata 2020-2025” CARG dla rodzimej branży TSL wyniesie około 4 proc.[1] Wiąże się to między innymi z budową nowej powierzchni magazynowej oraz rozwojem segmentu e-commerce. Wzrost handlu w Internecie stanowi motor napędowy przewozu towarów krajowych i transgranicznych. E-commerce jest wymieniany jako jeden z trendów mających wpływ na transport i logistykę w najbliższych latach. Co więcej wymusi na branży szybsze inwestycje w cyfryzację, gdyż zarządzanie danymi w modelu SaaS, monitorowanie pojazdów, a tym samym ładunków, w czasie rzeczywistym oraz systemy do planowania frachtów to obligo firm, które chcą pozostać konkurencyjne względem zachodnich operatorów logistyczno-transportowych.

Makrotrendy w sektorze TSL

Analiza „Transport drogowy w Europie”[2] wskazuje, że do 2024 roku ma on wzrosnąć o 31,47 mld dolarów[3], a napędzany będzie przez dynamicznie rozwijającą się branżę e-commerce, która ma mieć wpływ na przewozy ciężarówkami i busami, będące integralną częścią transportu intermodalnego.

Wymiana handlowa oparta na pracy przewoźników nie ulegnie rewolucji w najbliższym czasie, choć e-commerce będzie miał coraz większe przełożenie na rodzaj przewożonych ładunków, wzrost znaczenia frachtów drobnicowych oraz powstawanie hubów przeładunkowych. Jednak w głównej mierze odbije się na zwiększeniu powierzchni magazynowych usytuowanych w strategicznych lokalizacjach oraz konieczności dostosowania się do nowych reguł gry. Będą nimi coraz śmielej stosowane i pożądane przez zleceniodawców narzędzia digital. E-commerce wymusi na logistyce oraz firmach spedycyjno-transportowych inwestycje w nowe technologie, na czym finalnie zyskają obie strony – mówi Tomasz Czyż z Grupy Inelo, ekspert GBox.

Handel elektroniczny tylko przyspieszy innowacje w TSL, a firmy elastyczne i zwinnie reagujące na nowe warunki dobrze wykorzystają narzędzia cyfrowe w postpandemicznej rzeczywistości. Według specjalistów branży spedycji i logistyki, to cyfryzacja i automatyzacja procesów są głównymi siłami, które pomogą zachować lub zwiększyć dotychczasową rentowność przedsiębiorstw przewozowych oraz centrów logistycznych. E-commerce będzie te tendencje napędzać.

E-commerce a logistyka – czy ma przełożenie na transport?

Zakupy online w 2020 roku – tak duży wskaźnik wzrostu tego sektora w skali globalnej – nieodwracalnie zmieniły zachowania konsumentów na całym świecie. To powoduje, że rynek przewozów drogowych widzi konieczność dostosowania się do wymagań technologicznych coraz częściej stawianych przez kontraktorów. Chodzi głównie o transparentność realizowania zleceń oraz zarządzanie frachtami z dostępem do wszystkich danych wysyłanych przez pojazd, zleceniodawcę czy centrum dystrybucji. Uzupełnianie zapasów magazynowych czy przesyłki ekspresowe będą po pierwsze, sprzyjały rozwojowi przewozów drogowych, po drugie, kryterium wyboru podwykonawcy będzie nie tylko cena, a gwarancja jakości i terminowość wykonania usługi.

W momencie odmrażania gospodarek po „lockdownie” wiele firm transportowych postanowiło zainwestować w naczepy do podejmowania zleceń kurierskich. Jednym z warunków, by realizować frachty w branży kurierskiej jest dysponowanie naczepami o budowie stałej – tzw. boxy. Zamiast drzwi montowana jest roleta, co daje możliwość otwierania i zamykania bez konieczności odstawiania samochodu od rampy. Niektórzy przewoźnicy tak właśnie zareagowali na wzrost znaczenia e-commerce w ostatnim czasie i postanowili rozwijać firmę w tym kierunku, a w równocześnie stają w przetargach, szukając nowych zleceniodawców – wyjaśnia Tomasz Czyż z GBox.

Jest o co walczyć. Handel elektroniczny w Polsce osiągnął już 1,5 proc. udziału w rynku.[4] Na świecie od 2019 roku aż 13 proc. towarów było kupowanych przez Internet. Dla porównania w 2014 roku zakupy online stanowiły jedynie 6 proc.[5] Pandemia koronawirusa tylko przyspieszyła rozwój e-commerce, a tym samym nowych zachowań konsumenckich. Kupujemy więcej w Internecie, co widać również w zapotrzebowaniu na powierzchnie magazynowe. Jak wynika z badań branżowych, w Polsce najemcy e-commerce potrzebują do trzech razy więcej powierzchni niż tradycyjni sprzedawcy. Obecnie około 25 proc. wszystkich mkw. magazynów przeznaczonych jest na obsługę handlu elektronicznego,[6] a popyt na nieruchomości przemysłowe będzie dalej rósł. Stany magazynowe towarów trzeba uzupełniać, stąd więcej ciężarówek niż wcześniej wozi na przykład paczki od Amazon do centrów dystrybucji. Niektórzy przewoźnicy planują specjalizować się w tym segmencie.

E-commerce a zarządzanie operacjami transportowo-spedycyjnymi

Operatorzy logistyczni uważnie śledzą sytuację na rynku e-commerce. Oprócz oferowania dodatkowej powierzchni magazynowej, kluczowe są także elastyczność oraz dysponowanie narzędziami IT i takimi rozwiązaniami z zakresu nowoczesnych technologii, które zapewnią obsługę zleceń online, stały dostęp do danych w czasie rzeczywistym, efektywne zarządzenie pracą centrum dystrybucji. Dokładnie te same wymagania coraz częściej stawiane są firmom z branży transportowej. Spedytorzy, którzy pracują na systemach telematyki i TMS, przyznają, że stanowią one duże ułatwienie w realizowaniu operacji w transporcie drogowym oraz intermodalnym i taka właśnie obsługa frachtów, gdzie widoczny jest postęp zlecenia, a dane dostępne są w modelu SaaS, staje się standardem na zachodnich rynkach Europy. Zauważalny jest również większy zwrot w kierunku systemów ETA (Estimated Time of Arrival), czyli bardziej precyzyjnego planowania czas dojazdu ciężarówki na załadunek i rozładunek.

Cyfryzacja TSL oraz wzrost znaczenia e-commerce wymieniane są najczęściej w globalnych i europejskich raportach, analizujących dominujące trendy rozwoju tej branży. O ile digitalizacja stanowiła jedną z sił już od jakiegoś czasu, to polski e-commerce, który długo utrzymywał się w handlu detalicznym na poziomie nieprzekraczającym 5 proc., teraz rozwija się najbardziej dynamicznie na starym kontynencie. Rośnie o ponad 18 proc. rocznie.[7] – mówi ekspert GBox, Grupa Inelo. – Handel elektroniczny nie spowoduje od razu zmian w liczbie frachtów czy pokonywanych tonokilometrów przez ciężarówki w przewozach transgranicznych. W kraju faktycznie udział pojazdów typu tir w transportach kurierskich może być bardziej widoczny, ale zagranicą nadal będziemy wozić najwięcej towarów z sektora wydobywczego oraz komponentów dla automotive. Mimo to należy uważnie obserwować rynek i przyglądać się czynnikom, które go kształtują. E-commerce będzie jednym z ważniejszych motorów napędowych gospodarek w przyszłości, a tym samym może mieć przełożenie na transport drogowy, bo właśnie w tym systemie transportujemy najwięcej towarów. Pewne jest też, że e-commerce przyspieszy cyfryzację zarówno logistyki, jak i przewoźników i spedytorów – podsumowuje Tomasz Czyż.

[1] Compound Annual Growth Rate.

[2] Road Freight Transportation Market in Europe 2020-2024.

[3] Ponad 118 mld złotych, wg średniego kursu dolara we wrześniu 2020.

[4] Panel Gospodarstw Domowych. GfK Polonia. Dane z czerwca 2020 roku.

[5] Euromonitor International 2020.

[6] Rynek transportowy i logistyczny w Polsce – wzrost, prognozy, trendy w latach 2020-2024.

[7] Za Magazyn Menedżerów Transportu, wrzesień 2020. Dane GUS.

Były Prezes PKP doradza kolejom w Kazachstanie

Jakub Karnowski, Prezes PKP S.A. w latach 2012-2015 doradza kolejom w Kazachstanie z inicjatywy Banku Światowego.

Karnowski doradza w 3 obszarach: restrukturyzacji m.in. zatrudnienia, przewozów cargo oraz Partnerstwa Publiczno – Prywatnego dużych dworców.

„Zostałem poproszony o doradztwo dla kolei w Kazachstanie, bo nasze doświadczenia w PKP w latach 2012-2015 są przedstawiane jako wzorcowe („best practice”) na całym świecie. Wcześniej doradzałem m.in. kolejom w Arabii Saudyjskiej i Tajlandii” ­– komentuje Jakub Karnowski.

„W Polsce w 2012 roku mieliśmy 2100 dworców I przystanków kolejowych, z czego 600 było czynnych, a tylko 8 dochodowych” – dodaje były Prezes PKP. Jakub Karnowski na podstawie polskich doświadczeń pomaga m.in. w zapewnieniu rozwoju dworców poprzez połączenie działalności dworcowej i komercyjnej. Dworce są zlokalizowane w atrakcyjnych miejscach miasta i poprzez komercjalizację mogą rozwijać się np. jako centra handlowe, zarabiając w ten sposób na profesjonalną obsługę pasażerów.

Jakub Karnowski przeprowadził wielowymiarową restrukturyzację Grupy PKP (w tym m.in, debiut giełdowy PKP Cargo), w latach 2012-2015, uznawaną przez Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju za wzorcową. Karnowski jest wykładowcą na SGH i członkiem Rad Nadzorczych, m.in. Poczty Ukraińskiej.

Ciasno jak w puszce sardynek. Microliving zdominuje architekturę przyszłośc?

Klitka z pełną satysfakcją – tak mieszka się w Hongkongu, Singapurze czy Tajlandii, a niedługo być może i w Polsce. Microliving to trend w architekturze, do którego powstania przyczyniły się twarde warunki rynkowe i urbanistyczne. Zakłada on, że do szczęścia potrzebujemy coraz mniej własnej przestrzeni, a coraz więcej udogodnień i jakości.

Sytuacja na rynku mieszkaniowym wymaga od młodych ludzi decyzji: kosztowny wynajem czy zakup mieszkania i wieloletni kredyt? Kredyt, który podobno lepiej spaja związek niż sakramentalne śluby. Wiele osób przyjmuje taki stan rzeczy jak wyrok. Pozostali starają się znaleźć inne rozwiązania, bo zwyczajnie nie stać ich na standardowy pakiet. To m.in. z myślą o tej grupie grupie konsumentów coraz więcej deweloperów decyduje się na budowę mikroapartamentów – wykończonych w wysokim standardzie i usytuowanych w doborowych lokalizacjach. Takie apartamenty są atrakcyjne nie tylko dla konsumentów, lecz również dla inwestorów. Jak podaje Patrizia AG, niemiecka firma od 35 lat specjalizująca się w inwestycjach w nieruchomości, stopa zwrotu w przypadku takich mikroapartamentów wynosi co najmniej od 3,5 do 4,5 proc. rocznie.

Żeby lepiej zrozumieć boom na niewielkie, nowoczesne apartamenty, należy wziąć pod lupę koncepcję, która leży u jego podstaw, czyli tzw. microliving. To nic innego, jak sztuka redukowania do minimum rozmiarów własnego lokum, przy zachowaniu możliwie jak największej liczby funkcjonalności. To minimum jest zawsze kwestią subiektywną. Definicja nie przewiduje konkretnego metrażu; w Stanach może to być 45 m2/os., a w Japonii zaledwie kilka. Faktem jest, że microliving jako trend mieszkaniowy istnieje już od lat i prężnie rozwija się w globalnych metropoliach, gdzie nieruchomości w centrum (blisko miejsc pracy i ośrodka kultury) są horrendalnie drogie.

Samodzielność w wielkim mieście

Szukanie oszczędności to nie jedyna przyczyna popularności microlivingu. Stefan Breit z Instytutu Gottlieba Duttweilera (GDI), współautor raportu pt. “Microliving. Mieszkanie w miastach XXI wieku”, traktuje malutkie mieszkania jako zjawisko społeczne oraz wypadkową dwóch dużych trendów: indywidualizacji i zagęszczania.

Po pierwsze, we współczesnym świecie człowiek jest coraz mniej zdany na wsparcie wspólnoty. Staje się samowystarczalny, ufa we własne siły, potrafi sobie poradzić. Mieszka sam, bo… może. I nie musi to wynikać z egoizmu. Po drugie, postępująca urbanizacja, a więc proces zagęszczania ludności na obszarach miejskich, powoduje, że coraz mniej miejsca pozostaje do dyspozycji. Kto chce mieszkać samodzielnie, musi pogodzić się z tym, że to nie będzie wielki apartament – tłumaczy Marta Telenda, prezes zarządu Colivii, pierwszej w Polsce firmy zajmującej się colivingiem.

Okazuje się, że te rozmiary przestają być kwestią prestiżu. Swoje pieniądze coraz częściej wolimy wydawać na przyjemności, przygody, podróże. Małe lokum – coś, co kojarzyło się dotąd z koniecznością, kompromisem i wyrzeczeniem, zaczyna być postrzegane jako rzecz świadomego wyboru, atrakcyjnego i modnego sposobu na mieszkanie. W pewnym sensie microliving jest powrotem do (nie tak odległej) przeszłości, kiedy ludzie gnieździli się na małej powierzchni. W 1995 r. tylko 18% mieszkańców miast (na świecie) miało w swoim domu przynajmniej 20 m2 na osobę. Tyle tylko, że teraz nie jest to wcale wymuszone ani biedą, ani przez bezdusznych właścicieli nieruchomości, którzy wykorzystują najemców do maksimum, nie dbając o ich komfort.

Mniej znaczy więcej

Dzisiejsze mikroapartamenty są świetnie zaprojektowane i wykończone. Przykładem może być współczesne budownictwo modułowe. Wprawdzie może się ono źle kojarzyć – z kontenerami dla robotników albo blokowiskami-straszydłami z wielkiej płyty – ale pod względem wykonania i designu jest zupełnie nową jakością i kuszącą alternatywą dla drogich, grodzonych osiedli. Z prefabrykowanych segmentów buduje się już nie tylko pawilony biurowe, ale też szkoły, szpitale, hotele i właśnie mieszkania. Nie tylko poziom wykończenia, ale również efektywność energetyczna takich budynków bywa zaskakująco wysoka.

Wybór małego mieszkanka jest tak naprawdę wynikiem poważnej refleksji: z jak wielu rzeczy mogę zrezygnować, żeby wreszcie znaleźć się “na swoim”. Gdy człowiek musi rozwiązywać takie dylematy, okazuje się, że wiele potrzeb życiowych nie wymaga już tak dużej przestrzeni jak dawniej. W skrajnych przypadkach microliving redukuje dom do jednej funkcji: schronienia i własnego, bezpiecznego miejsca. Doskonale obrazują to biedne mieszkanka-trumny w najdroższym na świecie rynku mieszkaniowym Hongkongu, chociaż są one raczej wypaczeniem tej idei – swoistą patologią. O wiele lepiej oddają ją kondominia, które jak grzyby po deszczu pojawiają się w Azji Południowo-Wschodniej.

Własne cztery kąty w takim budynku to marzenie niejednego Taja czy Filipińczyka. Faktycznie mamy tu do czynienia z niewielkimi przestrzeniami życiowymi. Mieszkania typu studio mają często niewiele ponad 20 m2, a większe, jednopokojowe, po 35 m2. Rozmiarami przypominają więc pokoje w budżetowych hotelach – opowiada Marcel Płoszczyński, CEO agencji public relations Lightbe, który firmę prowadzi zdalnie, mieszkając w Tajlandii. – W Krainie Uśmiechu takie apartamenty często nie mają nawet okapu czy kuchenki. Tak jest w przypadku popularnych kondominiów Lumpini Place. Tajowie zaopatrują się w niewielkie, przenośne płyty indukcyjne, ale i tak najczęściej jedzą na mieście. Niewielki metraż deweloperzy nadrabiają nowoczesnym wykończeniem i przestrzeniami wspólnymi, takimi jak baseny, siłownie czy miejsca wydzielone do pracy, w których można podłączyć laptopa do prądu i bezpłatnego wi-fi. Dzięki temu w azjatyckich kondominiach żyje się naprawdę przyjemnie – dodaje Płoszczyński.

Przykładów microlivingu nie trzeba szukać w okolicach równika. Trend ten obecny jest również nad Wisłą. Wystarczy spojrzeć na oferty deweloperske w dużych polskich aglomeracjach. Powód? Ten sam, co w każdym innym kraju, gdzie microliving zdobywa popularność. – Wynika to z wysokich cen gruntów. Teoretycznie mamy coraz więcej, ale praktycznie… niekoniecznie – twierdzi Robert Kucharski, architekt z warszawskiego biura Kucharski Architekci, i wyjaśnia: – Tak jak kiedyś minimalną powierzchnią dla salonu było 20 m2 w mieszkaniach z wielkiej płyty, tak obecna średnia w nowym budownictwie to już 16 m2. Co ciekawe, pokolenie obecnych dziadków i babć nie musiało spłacać trzydziestoletnich kredytów. W dobie PRL słusznie narzekano na sytuację mieszkaniową, ale dziś, paradoksalnie, własne lokum jest jeszcze trudniej dostępne niż wtedy.

Odpowiedź na wielkomiejską samotność

Małe, samotne mieszkanie, choćby przytulnie i funkcjonalnie urządzone, kojarzy się z izolacją społeczną. Ludzie pozamykani w swoich pudełkach – czy do tego dąży społeczeństwo? Czy chcemy takiej alienacji? Wnioski nie są tak proste, bo paradoksalnie, wraz ze zwiększającą się popularnością samodzielnego zamieszkiwania, rośnie potrzeba wspólnoty.

Skąd to wiadomo? Wystarczy zauważyć, jak doskonale microliving krzyżuje się i uzupełnia z colivingiem. – Coliving jest zjawiskiem stosunkowo nowym, które można sprowadzać do prostej zasady: dzielenie przestrzeni wspólnych, takich jak salon, kuchnia czy ogródek – wyjaśnia Marta Telenda, prezes zarządu Colivii. – Jednocześnie każdy z lokatorów posiada własny pokój z łazienką i może w pełni cieszyć się prywatnością. Jest ona niezwykle istotna, lecz prawdziwą siłą colivingu są relacje z innymi członkami wspólnoty, które czynią go receptą na współczesną epidemię samotności – dodaje Telenda. Jej zdaniem wysoka jakość jest cechą wspólną micro- i colivingu; tak samo jak dbanie o solidne i piękne wykończenie, atrakcyjną lokalizację i zapewnienie wielu istotnych funkcjonalności.

Wykorzystać wspólny mianownik

Zarządcy nieruchomości, tacy jak Colivia, łączą ludzi o często podobnych wartościach, co sprzyja budowaniu więzi. Nie jest to jednak działanie odgórne – na coliving zazwyczaj decydują się single i milenialsi, którzy z sukcesem rozwijają się zawodowo, lecz poza karierą liczą się dla nich również relacje z innymi.

Analizując globalny rynek nieruchomości i trendy społeczne, jesteśmy przekonani, że coliving przyjmie się u nas doskonale – ocenia prezes zarządu Colivii. Jej firma posiada już trzy lokalizacje w Poznaniu, a niebawem planuje otwarcie kolejnych, m.in. w Warszawie, Wrocławiu i Trójmieście. – Młodzi Polacy mają wysokie oczekiwania co do jakości usług, obejmujących coraz to nowe dziedziny życia. Czemu nie dołączyć do tego doskonale wyposażonego mieszkania w świetnej lokalizacji, w którym można zamieszkać od tak, bez zbędnych formalności i obostrzeń wynikających z tradycyjnych umów najmu? Coliving to usługa, która bez dwóch zdań mieści się w kategorii user friendly i to jest jej największą siłą – kontynuuje Telenda.

W podobnym duchu wypowiada się Robert Kucharski. Jego zdaniem przedsięwzięcia biznesowe, które wpisują się w microliving, mają obecnie duże szanse powodzenia, jak chociażby tzw. “domy dostępne”, projektowane skromnie, z myślą o inwestorach z przeciętnymi zasobami. – Takie małe domy są odpowiedzią na wiele pytań oraz potrzeb, przede wszystkim mobilności. Co, kiedy dzieci wyrosną i wyprowadzą się? Jak będę mógł je wesprzeć mieszkaniowo? Gdzie sam zamieszkam? Jak mogę odciąć się od wielkiego miasta? Czy stać mnie na letni domek? – wylicza architekt.

Zwraca on również uwagę, że w Niemczech budownictwo socjalne przewiduje minimum 80 m2 na cztery osoby. Jak na polskie warunki jest to dużo. Mieszkania są ciasne i trudno się dziwić, że microliving nie jest jeszcze tak rozpowszechniony w naszym kraju. Wciąż może kojarzyć się ze złem koniecznym. Ale to prawdopodobnie zmieni się już niedługo.

Przyszłość jest mikro?

O potencjale tego rynku świadczy chociażby inwestycja luksemburskiego holdingu Corestate Capital, który zarządza inwestycjami w nieruchomości. Corestate zainwestował 73 mln euro w zakup swoich pierwszych mikronieruchomości w Polsce dla Bain Capital Credit. Ale to dopiero początek, bo partnerstwo inwestycyjne obu firm ukierunkowane na ten segment rynku (mieszkań studenckich i apartamentów usługowych) opiewa na 500 mln euro.

Czy globalne i długotrwałe trendy, takie jak microliving, zmienią architekturę naszych miast? A może będziemy jedynie adaptować to, co mamy do dyspozycji? To, jak daleko zajdą zmiany, zależy w dużej mierze od kontekstu kulturowego. – Decydujące znaczenie mogą mieć zmienne architektoniczne, które wpływają na to, jak postrzegamy duże zagęszczenie – zauważa architekt Monika Kucharska, która poświęciła akademikom pracę dyplomową. – Jesteśmy w stanie dzielić z innymi mniejszą przestrzeń, jeśli budynki i wnętrza są dobrze zaprojektowane: większe wydają się pomieszczenia prostokątne, preferujemy więcej otworów okiennych i drzwiowych oraz dobre oświetlenie, unikamy długich korytarzy i wysokich budynków o mniejszym poczuciu bezpieczeństwa i kontroli – podaje Kucharska, podsumowując wyniki badań psychologów społecznych.

Dobry system kaucyjny rozwiąże problemy recyklingu opakowań po napojach

Naszym głównym problemem, jako konsumentów, jest przede wszystkim produkcja zbyt dużej ilości śmieci. Problem ten widać bardzo dokładnie, kiedy kupujemy na przykład krem. Produkt jest zapakowany w szklany pojemniczek, przykryty kawałkiem folii aluminiowej, a następnie zakręcony plastikową zakrętką. Cały pojemnik włożony jest do tekturowego pudełka, które jeszcze dodatkowo zabezpieczone jest folią. Każdy z tych śmieci należy do innych frakcji – wymaga innego przetworzenia i odpowiedniego sortowania. To konsument musi coś z tym śmieciem zrobić i odpowiednio wprowadzić go do komunalnego systemu odpadów. Tymczasem odpowiedzialność powinna leżeć po stronie producenta. 

– W systemie recyklingu, odzysku i segregacji śmieci kluczowe jest wplecenie odpowiedzialności producenta za opakowania, które do tego systemu wprowadza – powiedziała serwisowi eNewsroom Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Producent musi brać pod uwagę już w momencie projektowania produktu, jakie opakowanie użyje – oraz z jakich środków i w jaki sposób te opakowania zostaną później przetworzone. Znakomitym przykładem Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP) jest dobrze funkcjonujący system kaucyjny. Pozwala on na pełne odzyskanie wszystkich opakowań po napojach, które są wprowadzone na rynek, ponowne ich przetworzenie i użycie w dalszym cyklu produkcji. Pojawienie się kaucji w systemie kaucyjnym nie finansuje tego systemu. Jest tylko pewnym elementem motywacyjnym. Cały ciężar finansowania systemu kaucyjnego jest przeniesiony na producentów – a celem kaucji jest zachęcenie konsumentów do tego, aby przejąć się losem opakowania i oddać je w odpowiednie miejsce. Kaucja jest wtedy konsumentowi zwracana. Z założenia system ten jest finansowo obojętny dla konsumenta. Powoduje natomiast powiązanie producenta z opakowaniami, które wprowadza na rynek. O to właśnie chodzi w Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta – tłumaczy Szczepańska.

Płatności odroczone będą zyskiwać na popularności. Taką możliwość oferują już e-sklepy, a wkrótce dołączy tradycyjny handel

Pandemia koronawirusa spowodowała znaczny wzrost obrotów w sklepach internetowych, a przy tym coraz większym zainteresowaniem cieszą się odroczone płatności. Model „kup teraz – zapłać później” to atrakcyjna oferta dla osób, które chcą np. skorzystać z promocji cenowej, ale chwilowo nie mają pieniędzy na sfinansowanie zakupu. – Odroczone płatności stymulują zakupy impulsywne, a w przyszłości będą wypierać zakupy z płatnością za pobraniem – przekonuje  Radosław Nawrocki, prezes PayPo, największej firmy oferującej takie rozwiązanie.

Mechanizm działania odroczonych płatności PayPo w sklepach internetowych jest prosty: klient wybiera towar, np. buty, ale zamiast płacić od razu, jako formę płatności wskazuje PayPo, sprawdza swoje dane, podaje numer PESEL, a za zakupy płaci po 30 dniach do PayPo. W międzyczasie buty może przymierzyć w domu, zastanowić się nad zakupem i dokonać zwrotu, jeśli jednak nie spełniają one oczekiwań. Wtedy płatność jest anulowana.

Zakupy z odroczoną płatnością są obecnie na fali wznoszącej dzięki pandemii i większej skłonności konsumentów do zakupów internetowych. Jednak w Polsce ich udział w płatnościach ogółem jest wciąż stosunkowo niewielki. W krajach europejskich, takich jak Szwecja czy Niemcy, stanowią one około 20 proc. transakcji w handlu, a w niektórych krajach nawet więcej. Jesteśmy dwa–trzy lata do tyłu w rozwoju tego produktu za krajami Zachodu. W Polsce wskaźnik ten wynosi 0,5 proc. płatności ogółem, a udział PayPo szacujemy na ok. 0,3 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Radosław Nawrocki, prezes zarządu i założyciel PayPo.

W raporcie „E-commerce w Polsce 2020” opublikowanym przez Izbę Gospodarki Elektronicznej na pytanie: z których form płatności korzystałeś kiedykolwiek podczas zakupów przez internet, płatność z odroczonym terminem wskazało 6 proc. internautów kupujących online.

Jak podkreśla prezes PayPo, płatności odroczone dopiero raczkują w Polsce, ale obserwacje w innych krajach pozwalają przypuszczać, że ten sposób zapłaty w sklepie będzie coraz chętniej wykorzystywany. Jego zdaniem w ciągu najbliższych trzech lat to rozwiązanie będzie stanowiło 10–15 proc. wszystkich płatności za zakupy w naszym kraju.

– Płatności odroczone będą wypierały zakupy z płatnością za pobraniem oferowane przez sklepy internetowe – przewiduje. – Konsumenci, którzy do tej pory wybierali przesyłki za pobraniem, aby mieć kilka dodatkowych dni na zapłatę, przejdą na ten mechanizm, aby uzyskać aż 30 dni na płatność.

Opcja odroczenia płatności przez PayPo jest dostępna w ponad tysiącu sklepów internetowych, ale firma planuje także współpracę z tradycyjnymi sieciami handlowymi.

Planowaliśmy uruchomienie odroczonych płatności w sklepach stacjonarnych na przełomie lutego i marca, ale przeszkodziła nam pandemia i zamknięcie sklepów. Na przełomie roku ruszymy z pilotażem w dwóch–trzech sieciach handlowych, które będą gotowe przetestować to rozwiązanie w swoich sklepach stacjonarnych – zapowiada Radosław Nawrocki.

Korzyści dla sklepów, zarówno online, jak i tych tradycyjnych, polegają na wzroście konwersji – klienci nie muszą już czekać z zakupami, więc podejmują decyzję szybciej. Rośnie również średnia wartość koszyka zakupowego, a klienci wracają, bo mogą liczyć na wygodne zakupy.

Coraz więcej sklepów, także stacjonarnych, umożliwia zwrot towaru. Konsumenci korzystają z tego, kiedy nie są pewni wyboru, np. chcą przymierzyć w innym świetle niż sklepowe, sprawdzić w domu, czy kupione buty pasują do konkretnej sukienki. Odroczona płatność daje jeszcze jedną korzyść – klienci nie muszą płacić za towar, zanim zdecydują, czy rzeczywiście chcą go kupić – wyjaśnia prezes PayPo.

W praktyce odroczone płatności polegają na krótkoterminowym kredytowaniu kupującego przez PayPo. Po wyborze produktu klient jest weryfikowany przez mechanizm w ciągu kilku sekund. Autorskie systemy scoringowe spółki oceniają, czy stać go na zakup, i udzielą finansowania bez konieczności podawania wielu danych, o które najczęściej proszą banki. W przyszłości PayPo zamierza zwiększać kwoty finansowania, ale z wykorzystaniem nowoczesnych metod badania zdolności kredytowej klienta.

– Nie obciążamy konsumenta zbyt dużą kwotą kredytu oraz analizujemy na bieżąco, czy jest on w stanie spłacić swoje zobowiązanie. Obecnie wskaźnik NPL, czyli non-performing loan, obrazujący skalę niespłaconych zobowiązań, wynosi w PayPo poniżej 1,5 proc. Zatem konsumenci spłacają 98,5 proc. transakcji, które finansujemy, a to oznacza, że nie zadłużamy konsumentów i udzielamy im kredytowania rozsądnie. Jednak w przyszłości utrzymanie tak niskiego poziomu NPL może być wyzwaniem – zaznacza Radosław Nawrocki.

Polska może stać się ofiarą amerykańsko-chińskiej wojny handlowej. Ucierpieć mogą na tym polskie fabryki

Obszar technologiczny skupiony wokół budowy sieci 5G to jeden z elementów trwającej wojny handlowej między USA a Chinami. – Polska może być jedną z ofiar prowadzonych działań przez oba mocarstwa ze względu na rządowe prace nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – alarmują eksperci. Zawarte w niej zapisy pozwalają na wykluczenie dostawcy infrastruktury sieciowej na podstawie kraju pochodzenia, a nie certyfikacji, jak to ma miejsce np. w Niemczech. Dowolność interpretacji tych przepisów w przyszłości może pozwolić na wykluczenie z polskiego rynku pojedynczych albo wszystkich chińskich dostawców.

Napięcia na linii Chiny–USA zaostrzają się od początku prezydentury Donalda Trumpa. Wojna handlowa między obydwoma krajami, która trwa od prawie dwóch lat, sprawiła, że dodatkowymi cłami objęto w sumie 3 proc. światowego handlu. Na początku tego roku było nimi objętych ponad 2/3 amerykańskiego importu z Chin i ponad 80 proc. chińskiego importu z USA. Sytuacji nie poprawiła umowa gospodarczo-handlowa, która weszła w życie w lutym br. i w zasadzie nie obniżyła protekcjonizmu gospodarczego w wymianie handlowej między obydwoma mocarstwami – pokazuje kwietniowy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego („Skutki amerykańsko-chińskiej wojny handlowej dla międzynarodowych łańcuchów dostaw”).

Stosunki pomiędzy USA i Chinami to jest wojna dwóch spojrzeń na państwo i świat, dwóch cywilizacji i dwóch obszarów technologicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Ślazyk, politolog, redaktor naczelny portalu Chiny24.com.

Napięte relacje między Państwem Środka i USA dodatkowo zaostrzyła pandemia SARS-CoV-2. Stany Zjednoczone poradziły sobie z nią gorzej niż inne wysoko rozwinięte państwa, w tym Chiny, których gospodarka po kryzysie z początku roku szybko wróciła do niemal pełnego potencjału. Pokłosiem konfliktu jest opublikowany w sierpniu przez amerykańską administrację, która od dłuższego czasu zarzuca chińskim firmom szpiegostwo i powiązania z rządem, program Clean Network. Ma on na celu całkowite wyeliminowanie chińskich producentów z rynku telekomunikacyjnego. Na celowniku rządu USA znalazły się m.in. TikTok, WeChat, aplikacja należąca do chińskiego giganta technologicznego Tencent, oraz Huawei, który rozwija technologie i rozwiązania z obszaru nowego standardu sieci komórkowych 5G.

Dyskusje dotyczące budowy nowej sieci i wymagań stawianych dostawcom technologii toczą się nie tylko w USA, lecz również w całej Europie, także w Polsce. Na początku września do konsultacji trafił rządowy projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Dokument będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego. Projekt nowelizacji zakłada, że oceny dostawców ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które weźmie pod uwagę m.in. takie kryteria jak prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych, praw obywatelskich i praw człowieka. To oznacza, że ze względów politycznych z tego procesu mogłyby zostać wykluczone podmioty chińskie.

– Gdyby ktokolwiek odpowiedzialny za te zabawy z ustawą dotyczącą cyberbezpieczeństwa poświęcił chociaż paręnaście minut na obserwację zmiany charakteru funkcjonowania dyplomacji chińskiej w ostatnich dwóch latach, uświadomiłby sobie, że Chiny przestały hołdować wielodziesięcioletniej albo nawet wielosetletniej tradycji przyjmowania wszystkiego z pokorą – mówi Leszek Ślazyk.

Producenci uznani za poważne zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa zostaną odcięci od kontraktów, a podmioty korzystające z ich usług bądź sprzętu będą musiały pozbyć się ich w ciągu pięciu lat. Zapisy nowelizacji ustawy o KSC wprost wskazują na możliwość wykluczenia z polskiego rynku m.in. firmy Huawei, która jest w tej chwili jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury 5G.

– Tego typu zapisy to brama do bardzo szerokiej interpretacji. W dalszej perspektywie może się okazać, że wszystko, co jest „made in China”, w jakikolwiek sposób zagraża potencjalnie cyberbezpieczeństwu. Na przykład śruba z tytanu, której trzeba użyć do przykręcenia jakiegoś urządzenia, też będzie niebezpieczna, bo pochodzi z państwa, które nie przestrzega praw człowieka – mówi redaktor naczelny portalu Chiny24.com.

Jak podkreśla, sąsiednie kraje zachowały zdrowy dystans do amerykańskiej kampanii wymierzonej w chińskie firmy technologiczne. Na początku sierpnia Czechy odmówiły podpisania z USA umowy o współpracy w obszarze 5G, a tamtejsi operatorzy telekomunikacyjni zachowali swobodę wyboru partnerów, z którymi będą budować infrastrukturę nowej generacji. Podobną drogą poszli Niemcy.

Niemcy, których gospodarka mocno zależy od Chin, ale i chińska gospodarka zależy od relacji z Niemcami, zachowały się zupełnie inaczej niż Polska. Będą sprawdzać cyberbezpieczeństwo infrastruktury 5G pod kątem certyfikacji, natomiast my będziemy zwracać uwagę m.in. na kwestie związane z nieprzestrzeganiem praw człowieka – mówi Leszek Ślazyk. – Nadchodzą czasy, kiedy technologie będą najważniejsze. Polska powinna robić wszystko, żeby ze wszystkich stron świata ściągać najlepsze i najnowocześniejsze technologie, które pozwolą nam się dalej rozwijać.

Politolog wskazuje, że działania wymierzone w chińskie firmy technologiczne mogą wprost odbić się na wartej ok. 136,5 mld zł rocznie wymianie handlowej z Państwem Środka. Według danych GUS w 2019 roku wartość eksportu polskich produktów do Chin wyniosła 11,4 mld zł, co przełożyło się na udział 1,1 proc. w całkowitym eksporcie Polski. Z kolei wartość importowanych produktów w tym okresie przekroczyła 125 mld zł i wyniosła 12,4 proc. udziału w imporcie Polski ogółem.

Z tego małego muszkietu zrobiło się wielkie działo. Jeżeli zostanie ono wytoczone, to chińska strona może pomyśleć: „OK, nie chcecie nas, my nie chcemy was” – mówi redaktor naczelny portalu Chiny24.com. – Polski import z Chin to wszystko, co kupujemy w sklepach: zabawki, odzież itd. W tym imporcie są też np. wszystkie podzespoły, które służą do montowania aut w naszym kraju. Jeżeli więc Chiny stwierdzą, że nie będą wysyłać niczego do nas, skoro my ich nie chcemy, to nagle może się okazać, że staną wszystkie fabryki, które montują cokolwiek w Polsce, bo nie mają zapasów magazynowych od nich. Polska może być potencjalną ofiarą tego amerykańsko-chińskiego konfliktu na własne życzenie.

Młodzi lekarze motorem napędowym wdrażania innowacji w medycynie. 2/3 wskazuje jednak na potrzebę szkoleń w zakresie nowych technologii

Cyfrowe dane medyczne to hasło odmieniane w służbie zdrowia przez wszystkie przypadki. Od ich odpowiedniego wykorzystania zależy zarówno skuteczność diagnozowania i leczenia pacjentów, jak również komfort pracy personelu medycznego. 43 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego potrafi wykorzystać cyfrowe dane medyczne pacjentów do podejmowania decyzji związanych z opieką nad nimi. Z drugiej strony aż 33 proc. przyznaje, że nie potrafi używać tego typu danych w odpowiedni sposób – wynika z badania Future Health Index 2020. Podobny odsetek czuje się przytłoczony ich ilością. – Potrzebne są szkolenia i wsparcie personelu pomocniczego – podkreślają sami zainteresowani. Ich podejście jest kluczowe dla transformacji cyfrowej medycyny, bo to oni w dużej mierze odpowiadają za wdrażanie nowych narzędzi i popularyzowanie ich wśród starszego pokolenia lekarzy.

– W czasach ewolucji, a nawet rewolucji cyfrowej w sektorze ochrony zdrowia, jest coraz więcej danych medycznych, z którymi trzeba się zapoznawać i które trzeba tworzyć. Faktycznie personel medyczny ma pewne problemy z nadążeniem nad tym. Pokazuje to też raport Future Health Index 2020, w którym aż 1/3 respondentów – przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego – odpowiedziała, że czuje się przytłoczona obecną ilością cyfrowych danych medycznych i nie zawsze potrafi z nich korzystać dla lepszej opieki nad pacjentem – mówi agencji Newseria Biznes Ligia Kornowska, dyrektor zarządzająca Polskiej Federacji Szpitali, przewodnicząca Młodych Menedżerów Medycyny.

Choć polski system opieki zdrowotnej nadal wymaga znacznego dofinansowania, jest obecnie rewolucjonizowany poprzez wdrażanie nowych technologii. Standardem stały się już e-recepty, trwają także prace nad ogólnokrajowym systemem pozwalającym na dostęp do cyfrowych danych medycznych. Te mogą stanowić niezwykle cenną wartość w zakresie poprawiania jakości usług, z drugiej strony są też oczywistym wyzwaniem dla służby medycznej.

– Większość danych w medycynie w dalszym ciągu mamy ze źródeł analogowych. To są dane, których akwizycja polega na wykonaniu zdjęcia analogowego czy różnego rodzaju oznaczeń lub przepisania wypisów, które przygotowujemy – wymienia dr n. med. Łukasz Kołtowski z Uniwersytetu Medycznego w Warszawie. – Raport Future Health Index 2020 pokazuje, że lekarze kompletnie nie mają na to czasu. Oczekiwane jest stosowanie tzw. asystentów, sekretarek medycznych, czyli osób, które wspomagają pracę lekarza, pomagają ucyfrowić dane medyczne i wprowadzić je do systemów.

Z przygotowanego na zlecenie firmy Philips raportu wynika, że 43 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce potrafi wykorzystać cyfrowe dane medyczne pacjentów do podejmowania decyzji związanych z opieką nad nimi. Z drugiej strony aż 1/3 przyznaje, że tego nie potrafi. Podobny odsetek czuje się przytłoczony ilością danych. Podkreślają, że potrzebują w tym zakresie większego wsparcia, chociażby personelu pomocniczego do wprowadzania danych czy do zarządzania nimi (odpowiednio 67 proc. i 57 proc.). Blisko 60 proc. młodych lekarzy wskazuje na potrzebę szkoleń w tym zakresie.

– Młodzi przedstawiciele personelu medycznego twierdzą, że niekompletne dane nadal stanowią problem – mówi Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. – Prawie 60 proc. ankietowanych twierdzi, że nowe technologie przyczynią się do obniżenia u nich poziomu stresu związanego z pracą.

Cyfrowe dane medyczne np. systemy EHR lub EDM, wskazywane są jako technologia, która będzie miała najkorzystniejszy wpływ na poziom opieki nad pacjentem w ciągu najbliższych pięciu lat. Jak wskazuje raport Future Health Index 2020, to niezbędna technologia, pozwalająca przedstawicielom młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce poczuć się pewnie podczas leczenia pacjentów na odległość.

– W obecnych okolicznościach możliwość kontaktowania się lekarzy i pacjentów na odległość stanowi kluczowy element bezpiecznego środowiska zarówno dla lekarzy, jak i dla samych pacjentów – podkreśla przedstawiciel Philips.

Od podejścia młodych przedstawicieli personelu medycznego zależy też to, w jakim tempie będą wdrażane innowacje w placówkach medycznych.

– Lekarze starszego pokolenia na pewno mniej wykorzystują technologie, ale przekonują się do nich. Często wymagają jednak wprowadzenia i to właśnie młode pokolenie ich w tym wspiera – proponuje, podpowiada i jednocześnie pomaga w implementacji systemów teleinformatycznych, systemów elektronicznej historii, komunikatorów czy wszelkiego rodzaju logistycznych rozwiązań, jak np. elektronicznych kalendarzy do zapisywania pacjentów czy organizowania spotkań online’owych – wymienia dr Łukasz Kołtowski.

Dzisiejsze młode pokolenie przedstawicieli służby zdrowia w ciągu najbliższych lat stanowić będzie większość globalnej kadry medycznej i to na jego barkach spocznie odpowiedzialność za kształt, formę i jakość usług medycznych. Wnioski płynące z tegorocznej edycji raportu Future Health Index 2020 potwierdzają, że młodzi pracownicy służby zdrowia to osoby, które wychowywały się i edukowały w rzeczywistości, w której świat jest globalną wioską, a korzystanie z technologii stanowi normę.

– Rola młodego pokolenia w kontekście ucyfrowienia medycyny, tak w Polsce, jak i na świecie, jest niedoceniana. To pokolenie jest motorem napędowym, które sprawia, że szybciej będziemy korzystali z dobrodziejstw nowych technologii – podkreśla dr Łukasz Kołtowski.

– Nowe technologie w medycynie przynoszą ogromne korzyści, szczególnie jeśli chodzi o jakość opieki nad pacjentem. Możemy przywołać sztuczną inteligencję w ochronie zdrowia, która jest porównywalna do wynalezienia penicyliny – podkreśla Ligia Kornowska. – Nowe technologie, które teraz się rozwijają, m.in. właśnie sztuczna inteligencja, będą wpływały na możliwość optymalizacji czasu personelu medycznego i skupienia się na pacjencie. To z kolei przełoży się na jakość opieki nad nim, szybszą diagnostykę, szybsze i lepsze leczenie.

1/5 respondentów badania Future Health Index 2020 wierzy, że sztuczna inteligencja w diagnostyce będzie jednym z najkorzystniejszych narzędzi usprawniających opiekę medyczną w ciągu najbliższych pięciu lat. SI w medycynie już teraz podnosi poziom jakości świadczeń, a jej wykładniczy wzrost zwiastuje rewolucję w ochronie zdrowia. Istotne jest odpowiednie przygotowanie personelu medycznego do pracy z nowoczesnymi narzędziami.

W Polsce przebadano już prawie 3 mln osób na obecność koronawirusa. Ujemny wynik nie zawsze oznacza brak choroby

Według danych Ministerstwa Zdrowia do tej pory w kierunku SARS-CoV-2 przebadano w Polsce już prawie 3 mln osób. Liczba zakażonych pacjentów to ponad 75 tys. Tylko w ciągu poprzedniej doby wykonano 21,9 tys. testów w kierunku koronawirusa. WHO podkreśla, że są one głównym narzędziem zapobiegającym szerzeniu się pandemii. W tej chwili można już komercyjnie, na własną rękę wykonać testy na COVID-19, które wcześniej były zarezerwowane tylko dla ośrodków opieki medycznej. Rodzaj testu i jego czułość są jednak uzależnione od czasu, który upłynął od kontaktu z patogenem i pobrania próbki do badania.

Medycyna dysponuje badaniami genetycznymi i serologicznymi, które służą do wykrywania wirusa SARS-CoV-2, czyli choroby COVID-19. Badania genetyczne polegają na wyszukiwaniu materiału genetycznego wirusa, najczęściej w wymazie z jamy nosowo-gardłowej, i potwierdzają one czynną infekcję. Z kolei badania serologiczne polegają na wyszukiwaniu specyficznych przeciwciał przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 w naszej krwi. Te badania uzupełniają diagnostykę genetyczną na dalszych etapach infekcji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes lek. med. Agata Strukow, dyrektor ds. marketingu medycznego w ALAB laboratoria.

Skuteczność testów na COVID-19 zależy od kilku czynników, z których podstawowym jest czas pobrania próbki do badania. Badania genetyczne, które służą wykryciu czynnej infekcji, są najbardziej czułe między 7. a 14. dniem od kontaktu z patogenem, ponieważ wtedy w nabłonku dróg oddechowych jest najwięcej wirusa i najłatwiej zrobić prawidłowy wymaz. Może się więc zdarzyć, że test ten został wykonany zbyt wcześnie, kiedy wirus jeszcze nie zdążył się rozprzestrzenić.

Natomiast po tym okresie, czyli po około 10 dniach od pojawienia się objawów bądź 14 dniach od kontaktu z patogenem, w naszym organizmie pojawiają się przeciwciała. Wcześniej ich nie ma, bo organizm zwyczajnie potrzebuje czasu, żeby je wytworzyć. Jest to tzw. okienko serologiczne, obecne w przypadku wszystkich chorób zakaźnych, nie tylko SARS-CoV-2. Zatem po tym dwutygodniowym okresie uzupełnieniem diagnostyki są badania serologiczne, które pokazują, czy mieliśmy kontakt z wirusem, czy nie – mówi lek. med. Agata Strukow.

Dlatego też nie zawsze ujemny wynik oznacza, że pacjent jest zdrowy. Zdarza się też, że i dodatni wynik może być zafałszowany.

Mówi się, że testy kasetkowe [testy przesiewowe – red.] są nieskuteczne, natomiast nie jest to prawda. Konstrukcja takiego testu polega na tym, że jest on nadczuły, czyli wykrywa więcej zachorowań, niż jest w rzeczywistości. Wynika to z faktu, że z założenia testy przesiewowe są wstępem do dalszej diagnostyki, więc żeby nie stracić żadnego chorego pacjenta, test wykrywa również te osoby, które na dzisiaj chore nie są, ale mają wynik dodatni. Tak jest w przypadku wielu innych testów przesiewowych, np. w kierunku wirusów HCV, bo taka jest konstrukcja tych testów. Dlatego trzeba sobie zdawać sprawę, do czego one mają służyć i w jakim celu mamy je wykorzystywać – mówi dyrektor ds. marketingu medycznego w ALAB laboratoria.

Testy genetyczne (testy real-time PCR, RT-PCR, rtPCR), które wykrywają czynną infekcję i są przeprowadzane na podstawie wymazu z nosogardzieli, to jedyna obecnie metoda potwierdzenia zakażenia SARS-CoV-2, którą rekomenduje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO).

– W przypadku badań genetycznych wymaz pobiera się najczęściej z nosogardła cienką i elastyczną wymazówką. Wkładamy ją przez nos do tylnej ściany gardła. To jest niekomfortowe dla pacjenta, ale im głębiej dostaniemy się do gardła, tym większą mamy pewność, że badanie będzie prawidłowo wykonane – mówi Agata Strukow.

Materiał do badania najczęściej jest pobierany w warunkach szpitalnych i na zlecenie lekarza, który podejrzewa u pacjenta zakażenie koronawirusem. Firmy realizujące badania proponują także pacjentom prywatnym taką usługę w stacjonarnych, objętych procedurami bezpieczeństwa punktach pobrań, gdzie są umawiani na konkretną godzinę. Z kolei firmy, gdy chcą przebadać pracowników, mają możliwość skorzystania z mobilnego punktu pobrań, tzw. wymazobusa. Alternatywą są punkty drive-thru.

Badania rtPCR są wykonywane tylko w laboratoriach akredytowanych przez Ministerstwo Zdrowia (w całej Polsce jest ich 185 – stan na 7 września br.), głównie na zlecenie stacji sanitarno-epidemiologicznych i szpitali, ale część placówek wykonuje je też komercyjnie.

Czas oczekiwania na takie badanie się mocno skrócił. Dzisiaj jest to mniej więcej 24–48 godzin – mówi ekspertka ALAB laboratoria. – W naszym laboratorium badania genetyczne są tylko w określonych, wytypowanych punktach pobrań, dla bezpieczeństwa zarówno pacjentów, jak i personelu, dlatego trzeba umówić się na konkretną godzinę. Koszt badania serologicznego to mniej więcej kilkadziesiąt złotych, natomiast badania genetycznego sięga 480 zł.

Próbka do badania serologicznego jest pobierana z krwi pacjenta. Jedną z najskuteczniejszych metod sprawdzenia, czy znajdują się w niej przeciwciała antySARS, jest tzw. metoda ELISA, która charakteryzuje się wysoką czułością.

Badanie serologiczne jest niekłopotliwe, ponieważ nie trzeba być na czczo. Także pora dnia nie ma znaczenia, bo stężenie przeciwciał we krwi utrzymuje się na stałym poziomie. Jeżeli je mamy, wynik i tak będzie dodatni. Udajemy się do punktu pobrań, nie trzeba umawiać się na specjalną godzinę – mówi Agata Strukow.

Polski start-up zrewolucjonizuje leczenie astmy. Inteligentna nakładka na inhalator pomoże przewidzieć zbliżający się atak duszności

Opracowana przez polskich studentów inteligentna nakładka na inhalator dla astmatyków diametralnie zmieni podejście do terapii astmy i POChP. Dzięki niej leczenie tych przewlekłych chorób stanie się dużo skuteczniejsze. Nakładka, w połączeniu z aplikacją mobilną i platformą dla lekarza, pomoże ustalić przyczyny wywołujące u konkretnego pacjenta zaostrzenia, dzięki czemu łatwiej będzie zapobiegać występowaniu ataków duszności. Urządzenie jest już dostępne na rynku.

– Staramy się scyfryzować całą terapię astmy i robimy to poprzez projektowanie urządzeń, które mogą być stosowane w monitorowaniu zaostrzeń. Każde użycie inhalatora jest z pomocą małej nakładki monitorowane, przesyłane do aplikacji, a później na serwer, skąd jest wysyłane do platformy dla lekarza. Może on zdalnie monitorować każdego pacjenta indywidualnie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jacek Mikosz, współzałożyciel FindAir.

Nakładka FindAir ONE zbiera najważniejsze informacje dotyczące historii i okoliczności użyć leku, a także wielkości zażywanych dawek. Dzięki temu lekarz może łatwiej zrozumieć, co u konkretnego pacjenta powoduje występowanie zaostrzeń, oraz określić, jak ich unikać. Połączona z nakładką aplikacja mobilna, na podstawie historii użyć inhalatora, może też wskazać, jakie czynniki zewnętrzne, takie jak smog lub pyląca trawa, mogą wpływać na pogorszenie samopoczucia. Urządzenie opracowane przez polski start-up jest innowacyjne w skali świata.

– Jesteśmy jedną z pierwszych firm, które wprowadzają formę terapii hybrydowej, gdzie pacjent zarówno przychodzi na wizytę do lekarza, jak i później w domu jest monitorowany i każde jego zaostrzenie jest widoczne w panelu lekarza. W zeszłym roku wypuściliśmy na rynek naszą nakładkę FindAir ONE i było to pierwsze w Europie komercyjnie dostępne urządzenie tego typu – przekonuje Jacek Mikosz.

Produkt może być stosowany przez pacjentów w celu samokontroli. Producent współpracuje też z lekarzami, którzy korzystają ze specjalnego panelu i proponują swoim pacjentom stosowanie tego urządzenia. Nakładka FindAir ONE została już zatwierdzona jako wyrób medyczny i otrzymała znak CE. Jest kompatybilna z najbardziej popularnymi w Europie inhalatorami, takimi jak m.in. Ventolin, Atrodil, Seretide, Serevent, Flixotide czy Budiair.

– Pracujemy nad szeregiem rozwiązań, które będą pasowały do różnego typu inhalatorów, i różnymi inhalatorami, które będą monitorowały każde użycie leku. Naszym zadaniem jest scyfryzować całą terapię astmy. Chcemy mieć całe portfolio urządzeń, które pozwoli na skuteczną terapię, czy będzie ona prowadzona w gabinecie u lekarza, czy też w domu pacjenta – zapowiada współzałożyciel FindAir.

Astma jest nieuleczalną chorobą zapalną dróg oddechowych. Towarzyszą jej częste napady duszności. Według szacunków WHO na całym świecie obecnie cierpi na nią 235 mln ludzi. Dane Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP (przewlekła obturacyjna choroba płuc) wskazują, że na astmę oskrzelową choruje ponad 4 mln Polaków. Z raportu The Insight Partners wynika, że rynek inteligentnych inhalatorów był w 2018 roku wyceniany na 1,1 mld dol. Do 2027 roku jego wartość wzrośnie niemal ośmiokrotnie.

Platforma e-zamówień publicznych przyspieszy i usprawni przeprowadzanie przetargów. Cyfrowe narzędzia pozwolą szybko analizować dostępne dane

W 2021 roku w życie wejdą nowe zapisy dotyczące zamówień publicznych, które przyspieszą i usprawnią przeprowadzanie przetargów. Nowe regulacje prawne zakładają stworzenie elektronicznej platformy do komunikacji biznesowej pomiędzy wykonawcami i zleceniodawcami. Dzięki zastosowaniu cyfrowych narzędzi do kontroli obiegu informacji zamówienia publiczne staną się bardziej transparentne, a dostęp do nich zyska szersze grono małych i średnich przedsiębiorców.

– Przygotowaliśmy projekt budowy ogólnopolskiej platformy e-zamówień, która umożliwi ogłaszanie przetargów z poszanowaniem reużywalności danych i ogłoszeń oraz umożliwi składanie ofert bez konieczności korzystania z różnych rozwiązań zewnętrznych. 1 stycznia chcemy oddać nowy Biuletyn Zamówień Publicznych, a 1 kwietnia moduł składania i otwarcia ofert, który zabezpieczy wykonawców i zamawiających na platformie. Pod koniec roku chcemy oddać moduł analityczny BI, gdzie będzie można dokonywać wszelkich możliwych analiz – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Hubert Nowak, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.

Pandemia koronawirusa odcisnęła piętno na sektorze zamówień publicznych. W pierwszych siedmiu miesiącach 2020 roku liczba przetargów spadła aż o 11 tys. w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Mimo to sytuacja epidemiczna w kraju pokazała, jak istotne dla gospodarki może okazać się wprowadzenie elektronicznych systemów kontroli i zarządzania przetargami. W czasie restrykcji pandemicznej zanotowano znaczący wzrost odwołań składanych drogą elektroniczną – w bieżącym roku stanowiły one aż 60 proc. wszystkich dokumentów tego typu. Dla porównania w 2019 roku przez internet złożono 49 proc. odwołań.

Wprowadzenie nowego Prawa zamówień publicznych, które za kilka miesięcy wejdzie w życie, może zdynamizować proces cyfryzacji tego sektora finansów publicznych i zachęcić do udziału w przetargach szersze grono odbiorców.

– Elektronizacja zamówień jest potrzebna po to, żeby uprościć i przyspieszyć dostęp do danych, żebyśmy w jednej chwili wiedzieli, gdzie są przetargi i co się z tym wiąże. To ułatwienie dla wykonawców, żeby nie musieli filtrować wielu baz danych, ułatwienie składania ofert poprzez reużywalność pewnych danych i uproszczenie w ich składaniu – tłumaczy ekspert.

Jednym z nadrzędnych celów wprowadzenia nowych regulacji jest zwiększenie udziału małych i średnich firm w procesie przetargowym. Platforma do elektronicznego składania wniosków ma zwiększyć liczbę ofert składanych na poszczególne projekty, a co za tym idzie, poprawić konkurencyjność konkursów.

Platforma została zaprojektowana w taki sposób, aby mogła obsłużyć do 35 tys. podmiotów zainteresowanych uczestnictwem w przetargach. Ponadto zintegrowane systemy analityczne umożliwią zautomatyzowanie części procesów, co z kolei przełoży się na przyspieszenie i usprawnienie procesu przetwarzania dokumentów.

– W skali całego kraju mamy 140 tys. zamówień rocznie, a zbieranie tak wielu informacji zajmuje dużo czasu. Dzięki tej bazie będziemy mogli uzyskać je bardzo szybko i śledzić proces zamówieniowy od zaplanowania aż po etap wykonania. Dziś wiemy, z kim zawarto umowę i na jaką kwotę, ale nie wiemy, na jaką kwotę została de facto wykonana, jaki był czas realizacji, czy zwiększył się jej zakres. Nowe Prawo zamówień publicznych powiązane z platformą e-zamówień przewiduje takie informacje – tłumaczy Hubert Nowak.

Projekt sfinansowano ze środków Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa, a łączny koszt jego realizacji wyniesie 34 mln zł.

Ursula Von der Leyen wygłosiła orędzie o stanie UE 2020. Wyznaczyła kurs i priorytety na nadchodzący rok

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wygłosiła dziś bardzo emocjonalne i proeuropejskie orędzie o stanie UE w Parlamencie Europejskim. W trwającym półtorej godziny przemówieniu omówiła przyszłość kluczowych unijnych polityk oraz przedstawiła nowe inicjatywy, których celem ma być wspólne wyjście z kryzysu. Przewodnicząca przekazała europosłom list intencyjny, w którym zawarte są wszystkie nowe propozycje KE na najbliższy rok.

Priorytety KE: Przyspieszenie ochrony klimatu, powołanie unii zdrowia, walka z kryzysem

Wśród najważniejszych postulatów wyróżnić można powołanie europejskiej unii zdrowia, nowe ambicje zwiększenia celów redukcji emisji CO2 do 2030r. do co najmniej 55%, zapowiedź przedstawienia propozycji prawnej w sprawie krajowych ram dotyczących płacy minimalnej oraz tworzenie „cyfrowej dekady Europy”.

Przemówienie Von der Leyen potwierdziło już wcześniejsze zapowiedzi Komisji odnośnie tego, na co będzie położony nacisk w Programie Odbudowy Next Generation EU: środowisko i zmiany klimatu, gospodarka cyfrowa oraz budowa Unii odpornej na kryzysy m. in. poprzez konsolidację rynku wewnętrznego oraz dywersyfikację łańcuchów dostaw, realizując tym samym cele krótko- (wyjście z recesji) i długookresowe (modernizacja gospodarki UE oraz wzrost globalnej konkurencyjności).

W świetle ostatnich analiz Konfederacji Lewiatan i Forum Energii („Impuls energii dla Polski”), już wykorzystanie najniżej wiszących owoców w zakresie transformacji energetycznej uruchomiłoby w Polsce ponad 580 mld zł inwestycji oraz stworzyło ok. 240 tys. nowych miejsc pracy w dekadzie 2020-2030. Dzięki środkom NGEU ten impuls może być jeszcze większy.

Należy położyć nacisk na ucyfrowienie całej gospodarki, co wymaga wsparcia infrastrukturalnego. Przewodnicząca Komisji wskazała na potrzebę zwiększenia dostępności konkurencyjnego cenowo i bardzo szybkiego internetu. Szerokopasmowy dostęp do sieci o bardzo wysokiej przepustowości jest naturalnym sprzymierzeńcem wzrostu kompetencji zawodowych, większej mobilności zawodowej, społecznej czy fizycznej i tworzy większy popyt na usługi cyfrowe (np. w obszarze mediów, e-zdrowia).

Bardzo cieszy biznes dostrzeżenie przez przewodniczącą Komisji istoty jednolitego rynku dla odnoszenia sukcesów przez europejskie firmy nie tylko w obrębie UE, ale także poza nią oraz dla dobrobytu pracowników m.in. dzięki swobodzie podejmowania zatrudnienia w dowolnym państwie członkowskim. Jednolity rynek, jak słusznie zauważyła Von der Leyen, pozwala firmom na korzystanie z efektu skali, co podnosi ich globalną konkurencyjność. Zapowiedziała w nadchodzącym roku poprawienie implementacji i egzekwowania już obowiązującej legislacji, ale także ograniczenie biurokracji i dalsze znoszenie barier na jednolitym rynku.

Jak zauważa K. Grafa, dyrektorka Biura Lewiatana w Brukseli: Pomimo, że co do zasady Konfederacja Lewiatan oraz BusinessEurope zgadzają się z tymi pięknie brzmiącymi słowami, to smuci nas fakt, że ten fragment przemówienia Von der Leyen jest jednym z najmniej konkretnych. Przewodnicząca von der Leyen nie wymieniła ani jednej kluczowej bariery, którą Komisja chciałaby wyeliminować w nadchodzącym roku i konkretnego kalendarza prac w tym zakresie, jak miało to miejsce gdy mówiła np. o przeglądzie obowiązującego prawa energetycznego i klimatycznego.

– Przyjęty w lipcu br. Pakiet Mobilności, który nakłada nieuzasadnione biurokratyczne bariery na firmy przewoźnicze w całej UE przeczy zapowiedziom znoszenia barier na jednolitym rynku. W związku z tym najbliższy rok pokaże, czy Komisja Europejska rzeczywiście pójdzie w kierunku prawdziwego wzmacniania jednolitego rynku, czy też są to dla niej tylko puste slogany, które powtórzy w tej samej formie za rok – podkreśla Adam Dorywalski, ekspert Konfederacji Lewiatan i TLP w Brukseli.

Najważniejsze postulaty orędzia o stanie UE

• Konferencja w sprawie przyszłości Europy powinna powołać fundamenty Europejskiej Unii Zdrowia, czyli poszerzyć kompetencje UE o sprawy związane ze zdrowiem publicznym.
• Powołanie nowej europejskiej agencji BARDA (Agency for Biomedical Advanced Research and Development), zajmującej się zaawansowanymi badaniami biomedycznymi i rozwojem. Jej celem będzie zwiększenie zdolności reagowania na zagrożenia transgraniczne.
• Przewodnicząca KE ogłosiła globalny szczyt zdrowia, który odbędzie się w 2021r. pod przewodnictwem Włoch.
• Przyznanie środków NextGenEU będzie związane z poszanowaniem praworządności.

Gospodarka

• Kluczowym narzędziem dla strategii wyjścia UE z kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa jest instrument NextGenEU w wysokości 750 mld euro. 20% tej kwoty ma pójść na sprawy cyfrowe, a 37% zostanie wykorzystane na projekty ekologiczne. 30% NextGenEU zostanie pozyskane za pośrednictwem zielonych obligacji.
• Silniejsza Unia Gospodarczo-Walutowa ma kluczowe znaczenie, szczególnie w przypadku unii bankowej i unii rynków kapitałowych.
• Konieczne jest wzmocnienie międzynarodowej roli euro.
• Przewodnicząca zobowiązała się do wzmocnienia rynku wewnętrznego, który jest kluczowy dla rozwoju przedsiębiorstw: zmniejszanie biurokracji i ochronę czterech swobód, w tym zapowiedź utworzenia nowej strategii dla Schengen.
• Aktualizacja europejskiej strategii przemysłowej i ram polityki konkurencji (pierwsza połowa 2021r.)
• Podatek cyfrowy: jeśli nie zostanie znalezione rozwiązanie w ramach OECD, wówczas UE przedstawi nową propozycję na początku przyszłego roku.

Klimat

• Zwiększenie z 40 do co najmniej 55% unijnych celów w zakresie redukcji emisji CO2 do 2030 r.
• Całe prawodawstwo UE dotyczące energii i klimatu zostanie poddane przeglądowi w świetle tego celu do lata 2021r.
• Przedstawiony zostanie także mechanizm granicznego podatku węglowego (Carbon Border Adjustment Mechanism).
• Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji to unijne narzędzie łagodzenia trudności społecznych związanych z zieloną transformacją naszych gospodarek.
• Zbudujemy milion punktów ładowania elektrycznego.
• UE będzie wspierać Europejskie Doliny Wodoru na obszarach wiejskich.
• Nasze budynki odpowiadają za 40% emisji, dlatego NextGenEU będzie silnie wspierać nowe technologie w sektorze budowlanym – propozycja budowy nowego „Europejskiego Bauhausu”.

Sprawy społeczne

• Instrument SURE działa i dzięki niemu wsparcie uzyskało około 40 milionów pracowników.
• Praca w UE musi być godna i godnie wynagradzana, dlatego UE przedstawia propozycję prawną dotyczącą krajowych ram w zakresie płacy minimalnej. Jednak Unia będzie respektować tradycję państw członkowskich w odniesieniu do płacy minimalnej.

Sprawy cyfrowe

• Kolejne lata muszą stać się cyfrową dekadą dla Europy. Zostanie na to przeznaczone 20% NextGenEU.
• UE ma zaległości w segmencie B2C, ale nie w zakresie dużych zbiorów danych przemysłowych (B2B). Jednak 80% europejskich danych przemysłowych nie jest gromadzonych, a przez to są one utracone.
• UE zbuduje europejską chmurę w oparciu o GAIA X.
• Sztuczna inteligencja otwiera przez nami nowe możliwości, nowy świat. Jednak potrzebujemy jasnych zasad, m. in. w zakresie ochrony danych osobistych. W przyszłym roku Komisja przedstawi nowe prawo dotyczące bezpiecznej tożsamości cyfrowej.
• Inwestycje w wysokości 8 mld euro w badania nad super komputerami „made in Europe”.
• KE chciałaby, aby przemysł UE opracował europejski super chip.

Sprawy międzynarodowe

• Silna obrona multilateralizmu, współpracy międzynarodowej i odrzucenie podejścia „Europa pierwsza”.
• Wezwanie do głosowania większością kwalifikowaną w zakresie polityki zagranicznej, przynajmniej w zakresie praw człowieka i sankcji.
• Propozycja prawna ustawy Magnickiego w sprawie nowych ram sankcji.
• Wyraźne odrzucenie i krytyka ostatnich działań Rosji związanych z otruciem A. Navalnego – von der Leyen podkreśliła, że nie jest to pojedyncze wydarzenie, ale model działania Rosji, z którym mieliśmy do czynienia wcześniej, m. in. w Gruzji, na Ukrainie, w Syrii. Przewodnicząca podkreśliła, że ten model się nie zmieni i „nie zmieni go żaden gazociąg”.
• UE będzie pracować nad nową agendą transatlantycką i nowymi stosunkami z Wielką Brytanią – UE potrzebuje „nowego początku ze starymi przyjaciółmi”. Von der Leyen równocześnie ostro skrytykowała brytyjską ustawę o rynku wewnętrznym.
• Propozycja zbudowania Sojuszu na rzecz sprawiedliwego globalnego porozumienia z podobnie myślącymi partnerami.
• „Chiny są partnerem negocjacyjnym, konkurentem gospodarczym i rywalem systemowym” – oczekujemy od Chin respektowania zasady wzajemności oraz sprawiedliwego dostępu dla naszych firm na ich rynku.
• Słowa wsparcia dla obywateli Białorusi.
• UE zadba o powszechną dostępność szczepionki nie tylko dla swoich obywateli, ale na całym świecie. Do tej pory pod jej przewodnictwem udało się uzyskać na ten cel 60 mld euro w ramach współpracy z 20 krajami.

Prawa człowieka

• Migracja: w przyszłym tygodniu Komisja przedstawi nowy pakt w sprawie migracji.
• KE przedstawi propozycję dotyczącą mowy nienawiści. W Europie nie ma miejsca dla dyskryminacji, rasizmu i antysemityzmu.

Nowi dyrektorzy zarządzający MVGM w Polsce

Virginie de Baere zostaje dyrektorem zarządzającym MVGM w Belgii. W jej roli w Polsce zastąpią ją Agnieszka Nowak i Łukasz Mazurczak.

MVGM kontynuuje strategię nakierowaną na zapewnienie najwyższej jakości usług w obszarze zarządzania nieruchomościami oraz stwarzanie optymalnych warunków do rozwoju kompetencji pracowników. Celem MVGM jest rozwój biznesu we wszystkich klasach aktywów. Obecnie firma koncentruje się na wdrażaniu usług zarządzania nieruchomościami mieszkaniowymi w każdym z krajów europejskich, w którym działa, w tym również w Polsce. Pozwoli to jeszcze lepiej reagować na potrzeby klientów, tym bardziej, że MVGM jest organizacją w pełni wyspecjalizowaną w zarządzaniu nieruchomościami, co stanowi jej ważną przewagę konkurencyjną.

Virginie de Baere, która aktualnie zajmuje stanowisko dyrektor zarządzającej MVGM w Polsce, po 20 latach pracy na polskim rynku, wraca do ojczystej Belgii, gdzie obejmie stanowisko dyrektora zarządzającego tamtejszego oddziału MVGM oraz skąd będzie odpowiedzialna za ekspansję MVGM na francuskim rynku. Za polski biznes będą odpowiedzialni Agnieszka Nowak oraz Łukasz Mazurczak, którzy będą łączyć nową funkcję z dotychczasowymi stanowiskami w polskich strukturach MVGM. Aktualnie kierują oni odpowiednio – zespołem ds. zarządzania obiektami handlowymi oraz nieruchomościami biurowymi i magazynowo-logistycznymi.

Dwóch dyrektorów zarządzających i wspólny cel – ekspansja w segmencie nieruchomości mieszkaniowych

Strategicznym celem dla co-liderów MVGM w Polsce, obok rozwoju biznesu i relacji z polskimi klientami, będzie przygotowanie firmy do ekspansji i rozwoju w segmencie nieruchomości mieszkaniowych. Firma będzie też koncentrować się na rozbudowie swojego polskiego zespołu, co jest związane z rozszerzeniem portfolio MVGM o ten typ procesów. MVGM to innowacyjna organizacja inwestująca w technologie zwiększające wydajność i dokładność usług. W związku z tym już wkrótce Polska otrzyma dostęp do dodatkowych narzędzi biznesowych, takich jak wirtualne dashboardy służące do wizualizacji danych nieruchomości, które będą stanowić dodatkową usługę dla klientów.

Decyzja o powrocie do Belgii nie była prosta. Z polskim rynkiem jestem związana od przeszło 20 lat. To tu przez całą swoją karierę zawodową rozwijałam najlepsze praktyki w obszarze zarządzania nieruchomościami komercyjnymi. Natomiast dzięki europejskiej prezencji MVGM, będę mogła kontynuować swoją karierę jako szef firmy w Belgii oraz osoba odpowiedzialna za rozwój biznesu we Francji. Polska to dojrzały rynek, a MVGM to mocny lider sektora nieruchomości w obszarze property management. Udało nam się tu zbudować wspaniały zespół, który ma bardzo dobre perspektywy i jest ważnym wsparciem dla klientów. Zostawiam polski biznes w najlepszych rękach. Serdecznie gratuluję Agnieszce i Łukaszowi, dziękuję za ich wkład w rozwój naszej firmy i życzę im powodzenia. Bardzo cieszę się na współpracę z zespołem MVGM w Belgii, która ma na celu kontynuowanie rozwoju wiodącej na rynku zarządzania nieruchomościami firmy, którą obecnie jesteśmy. – komentuje Virginie de Baere

Agnieszka Nowak posiada wieloletnie doświadczenie w branży nieruchomości komercyjnych. Karierę w tym obszarze rozpoczęła w 2006 roku od objęcia stanowiska dyrektora marketingu łódzkiej Manufaktury, pierwszego projektu mixed-use o takiej skali w Polsce. W 2012 roku przeniosła się do Rosji, do Galerii w Sankt Petersburgu zarządzanej przez JLL z ramienia Morgan Stanley, a następnie do Almaty w Kazachstanie, gdzie została dyrektorem zarządzającym centrum Esentai Mall, gdzie głównymi najemcami były takie marki jak Dior, Louis Vuitton, czy Prada. W 2016 roku wróciła do Polski, zajmując stanowisko dyrektora zarządzającego Galerii Północnej w Warszawie, gdzie była w pełni odpowiedzialna za otwarcie centrum i budowę zespołu. Agnieszka łączy rozległą, strategiczną wiedzę i doświadczenie marketingowe z praktyką zarządzania dużymi obiektami handlowymi. Od ubiegłego roku kieruje pracami działu zarządzania nieruchomościami handlowymi w MVGM w Polsce.

Łukasz Mazurczak to ekspert z 20-letnim doświadczeniem w sektorze nieruchomości komercyjnych. Przez wiele lat był związany z JLL, współpracując blisko z Virginie de Baere i Tomaszem Trzósło, a wcześniej z Cushman & Wakefield. Najpierw w JLL, a obecnie w MVGM kieruje działem zarządzania nieruchomościami biurowymi oraz magazynowymi, a także jest odpowiedzialny za jego rozwój w ślad za zwiększającym się systematycznie portfelem obsługiwanych obiektów, w tym prestiżowych wysokościowych budynków jak Warsaw Spire, Rondo 1, czy Gdański Business Center. Łukasz jest również specjalistą w opracowywaniu i wdrażaniu strategii usług premium PM dla nowoodawanych i istniejących nieruchomości, mających na celu utrzymanie wysokiego zadowolenia najemców i prolongaty umów najmu. Jego specjalizacja obejmuje również zakupy portfelowe (w tym mediów, serwisów budynkowych) oraz wdrażanie metod zarządzania jakością podwykonawców i procesów wewnętrznych.

Połączenie różnych specjalizacji tworzy przewagę

Biorąc pod uwagę nasze wysokie oczekiwania wobec polskiego rynku oraz strategię dalszego wzrostu w odniesieniu do aktywów biurowych, handlowych i magazynowo-logistycznych, a także naszą nową specjalizację w segmencie mieszkaniowym, zdecydowaliśmy o powołaniu dwóch osób na stanowisko dyrektorów zarządzających. Agnieszka i Łukasz stanowią zespół o unikalnych i wszechstronnych kompetencjach. Szczególnie w tych wymagających czasach, kiedy biznes nieruchomościowy musi sprawnie reagować i odpowiadać na zawirowania rynkowe, łączenie różnych specjalizacji, doświadczeń i perspektyw jest bardzo cenne. Serdecznie gratuluję obojgu awansu na to stanowisko. Chcielibyśmy również podziękować Heldze Cosyns, z którą aktualnie prowadzimy rozmowy o jej nowej roli w strukturach MVGM, za jej wysiłki i zaangażowanie w działalność MVGM w Belgii. Virginie dziękujemy za dotychczasowe działania na stanowisku dyrektor zarządzającej w Polsce, przyjęcie nowej roli i możliwość wykorzystania jej wiedzy i kompetencji na naszych rynkach w Europie. – komentuje Menno van der Horst, Członek Zarządu MVGM

Covid-19 zmienił sposób prowadzenia biznesu na świecie. Czy działania online na stałe wejdą do naszej rzeczywistości?

Pandemia Covid-19 sprawiła, że ruch w sieci wzrósł w tym czasie o 30%1, a zakupy online w marcu zrobiło aż 73% obywateli2. Z możliwości Internetu korzystano także w celach edukacyjnych. W marcu, na jednej z platform, odnotowano w Polsce wzrost liczby przeprowadzanych webinarów aż o 1156%.3 Wszystkie dane przemawiają za tym, że pandemia przyspieszyła cyfryzację usług, a z możliwości przestrzeni wirtualnych zaczęli korzystać nawet najwięksi internetowi sceptycy. Czy tych kilka miesięcy zmieniło nasze nawyki? Czy zakupy online, edukacja zdalna i spotkania video na stałe staną się częścią naszej rzeczywistości?

Skutki pandemii najbardziej odczuły małe i średnie firmy. Wyniki badania Salesforce Research Consumer i Salesforce Workforce Research pokazują, że 45% przedstawicieli sektora małych i średnich przedsiębiorstw deklarowało zmianę modelu biznesowego.4 Zwiększenie lub rozpoczęcie sprzedaży online na przełomie marca i kwietnia 2020 deklarował głównie sektor handlowy oraz usług biznesowych.5 Fakt, iż umiejętność poruszania się po przestrzeni online dla wielu przedsiębiorców decydowała o przetrwaniu, potwierdza akcja przeprowadzona przez Agencję Rozwoju Przemysłu, której celem było zachęcenie przedsiębiorców do przenoszenia biznesu do sieci. W ramach akcji wraz ze wsparciem Allegro, OLX i ARP, proponowano wiedzę i rozwiązania ułatwiające zrobienie tego kroku. mBank także przygotował narzędzia, które mają pomagać w prowadzeniu sklepów internetowych.

Edukacja online, czyli jak kursy pomogły przedsiębiorcom

Już od dawna na rynku widoczny był trend cyfryzacji procesów firmowych, a także przenoszenia usług do przestrzeni online. Zazwyczaj taka optymalizacja była elementem długoterminowej strategii firm. I choć zakupy przez Internet szybko zdobywały sobie zwolenników, tak dla wielu – szkolenie się za pośrednictwem platform internetowych, było nowością. Tworzenie projektów edukacyjnych dostępnych w sieci to dla wielu przedsiębiorców szansa na skalowanie biznesu.

Motywacji, by przenieść swój biznes do online jest wiele. Przedsiębiorcy szukają sposobu, by zdobyć niezależność i wolność finansową. Są przemęczeni i sfrustrowani codzienną pracą lub chcą zwiększyć swoją efektywność, czyli pracować mniej i zarabiać więcej. Dodatkowo są świadomi, że ich młodsi Klienci w wirtualnej przestrzeni czują się jak w domu. Przymus sięgnięcia po produkty online podczas pandemii sprawił, że wiele osób zrozumiało, że może się szkolić z każdego miejsca na ziemi, co więcej, część z nich odkryła, że posiada wiedzę, którą również może dzielić się z innymi za pomocą kursów. Uważam, że pandemia przekonała nieprzekonanych, że w XXI wieku posiadanie w swojej ofercie produktów online to już nie przywilej, a konieczność. – Magdalena Pawłowska, ekspertka kursów online, autorka książki pt. „Jedna kampania do wolności”, założycielka podcastu „Marketing MasterClass”.

Szczególnym zainteresowaniem podczas pandemii cieszyły się webinary. Firma ClickMeeting przeprowadziła badanie, z którego wynika, iż w Polsce w marcu wzrost liczby przeprowadzanych webinarów wyniósł aż 1156%. Chociaż jest to jedno z głównych narzędzi edukacji w Internecie, zaledwie 26% webinarów prowadzonych było przez szkoły i uniwersytety, pozostali uczestnicy to głównie branża szkoleń i kursów, marketingu czy IT. Według badania 80% ankietowanych pozostanie przy tej formie komunikacji online nawet, gdy pandemia ucichnie.6

Biznes online w praktyce

Pandemia w brutalny sposób uświadomiła przedsiębiorcom, że opieranie biznesu tylko na jednej, stacjonarnej nodze, to za mało. Okazało się, że nawet firmy, które z pozoru mogą funkcjonować tylko w formie bezpośredniego kontaktu z Klientem, mogą część swoich usług oferować w wersji cyfrowej.

Przeniesienie działań do sieci było naszą jedyną opcją, by utrzymać biznes. Sytuacja wymagała uruchomienia wyobraźni i otworzenia się na nowe rozwiązania. Nie mogliśmy działać stacjonarnie, tak jak do tej pory, więc zaczęliśmy udzielać lekcji przez Internet. Odkryliśmy nowe możliwości – poszerzyliśmy ofertę, zyskaliśmy nowych Klientów, a także mogliśmy działać niezależnie od lokalizacji. W czasie pandemii stworzyliśmy m.in. innowacyjny projekt, skierowany do nowej, niszowej grupy Klientów, który okazał się strzałem w dziesiątkę i cieszy się dużym zainteresowaniem. Wprowadziliśmy również rozwiązania, które w zależności od potrzeb umożliwią nam mieszanie zajęć online i stacjonarnych. Mogę więc zdecydowanie stwierdzić, że działania online zostaną z nami na stałe. – Emilia Nikoniuk, właścicielka centrum edukacyjno-szkoleniowego „Stacja Dobrego Czasu”.

Sprzedaż jest tam, gdzie są osoby gotowe zakupić dany produkt. W ostatnim czasie ze względów bezpieczeństwa częściej wybieraliśmy kontakty pośrednie, np. za pomocą komunikatorów, preferowaliśmy zakupy online zamiast osobistych wizyt w kawiarniach czy sklepach. Sprawdziliśmy funkcjonalność tych rozwiązań i w wielu przypadkach odkryliśmy ich zalety, takie jak m.in. oszczędność czasu. Wszystko wskazuje więc na to, że innowacje wprowadzone w czasie największego kryzysu ostatnich lat pozostaną z nami na stałe, nie tylko w biznesie, ale i w codziennym życiu.

1] https://filarybiznesu.pl/raport-pie-w-polsce-ruch-w-sieci-30-proc-powyzej-tego-sprzed-pandemii/a4184.
2] https://www.gemius.pl/wszystkie-artykuly-aktualnosci/e-commerce-w-polsce-2020.html
3] https://knowledge.clickmeeting.com/uploads/2020/06/cm-covid-2020-report_PL.pdf
4] https://ceo.com.pl/jak-covid-19-zmienia-rynek-i-biznes-raport-salesforce-i-deloitte-38625
5] https://www.pwc.pl/pl/pdf/polski-mikro-maly-sredni-biznes-w-obliczu-pandemii.pdf
6] https://knowledge.clickmeeting.com/uploads/2020/06/cm-covid-2020-report_PL.pdf

Medicofarma przejmie Grupę HRC i wejdzie na rynek NewConnect

Medicofarma SA, spółka zajmująca się rozwojem i produkcją farmaceutyków, podpisała uzupełnienie dokumentu Term Sheet z głównym akcjonariuszem notowanej na NewConnect spółki Grupa HRC. Medicofarma SA, razem ze swoją spółką zależną – Vitama SA, postanowiły wydzielić ze swoich biznesów prace badawczo-rozwojowe nad nowymi lekami oraz wyrobami medycznymi
i wnieść je do spółki notowanej na New Connect, jednocześnie przejmując jej pakiet kontrolny.
W efekcie część biotechnologiczna uzyskałaby status spółki publicznej.

Uważamy, że GPW jest naturalnym środowiskiem dla firm biotechnologicznych, czyli grona do którego bez wątpienia się zaliczamy. Wejście na New Connect będzie katalizatorem do dalszego rozwoju. Medicofarma SA jest producentem pierwszego polskiego testu molekularnego na koronowirusa, opracowanego przez naukowców z poznańskiego Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN. Obecnie na rynek trafiła już czwarta wersja rozwojowa tego testu i trwają prace nad kolejnymi
– mówi Cezary Kilczewski, Prezes Medicofarma SA.

Medicofarma SA i Vitama SA nabędzie od głównego udziałowca posiadane przez niego i jego spółkę zależną, łącznie 7.500.000 akcje serii A i C, stanowiące 88,23% kapitału Emitenta, dające prawo do 92,81% głosów na walnym zgromadzeniu akcje spółki Grupa HRC oraz przeniesie część majątku Medicofarama SA i Vitama SA zajmującej się biotechnologią w zamian za akcje serii D i E, które emitent wyemituje dla akcjonariuszy Medicofarma SA i Vitama SA.

W związku z ww. uzgodnieniami, na wznowionym Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu spółki Grupa HRC w dniu 30 września, planowane jest podjęcie uchwał:

  1. w sprawie podwyższenia kapitału poprzez emisję akcji z wyłączeniem prawa poboru, skierowaną do spółki Medicofarma SA i jej podmiotu zależnego, na warunkach wspomnianych wyżej;
  2. w sprawie wyrażenia zgody na zbycie dotychczasowego przedsiębiorstwa spółki;
  3. zmiany w składzie Rady Nadzorczej spółki polegające na odwołaniu dotychczasowych członków Rady Nadzorczej i powołaniu pięciu nowych członków wskazanych przez Medicofarma SA;
  4. zmiany statutu spółki, obejmujące podwyższenie kapitału zakładowego, zmianę PKD, zmianę firmy spółki na „Medicofarma Biotech Spółka Akcyjna”.

Zgodnie z zapisami uzupełnionej treści Term Sheet, intencją Stron jest dopuszczenie akcji serii D i E spółki, które zostaną wyemitowane w ramach realizacji niniejszego Term Sheetu, do obrotu na alternatywnym rynku obrotu NewConnect, prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. Dodatkowo strony uzgodniły, że na akcjach serii C, D i E zostanie ustanowiony lock-up w ilości 50% posiadanych przez strony akcji na okres jednego roku od dnia dopuszczenia tych akcji do obrotu na rynku New Connect.

Dotychczasowa działalność Grupy HRC uległaby wygaszeniu poprzez sprzedaż aktywów spółki, spłatą jej zobowiązań lub zbycie zorganizowanej części przedsiębiorstwa.

Medicofarma Biotech SA to nowa nazwa giełdowej Grupy HRC SA, która będzie zajmować się przede wszystkim pracami badawczo-rozwojowymi, które będą prowadzone w nowym laboratorium w Lublinie (gdzie Vitama SA rozpoczęła prace m.in. nad lekiem przeciwnowotworowym). Z uwagi na planowane wspólnie z poznańskim Instytutem Chemii Bioorganicznej PAN prace nad wieloma projektami biotechnologicznymi – drugie laboratorium zostanie otwarte wkrótce w Poznaniu. Do dyspozycji spółki będzie także laboratorium w nowoczesnym Zakładzie Farmaceutycznym Medicofarma SA w Radomiu. Vitama SA skoncentruje się na swoim dotychczasowym podstawowym biznesie – sprzedaży własnych leków i wyrobów medycznych, natomiast Medicofarma SA na produkcji kontraktowej leków, wyrobów medycznych i suplementów diety – dodaje Cezary Kilczewski.

Strony wzajemnie oświadczyły, iż od daty zawarcia Term Sheet, przez okres nie dłuższy niż do dnia 30 września 2020 r. nie podejmą żadnych rozmów, negocjacji ani nie poczynią żadnych uzgodnień z podmiotami trzecimi, które mogłyby być sprzeczne z intencjami, celem i założeniami opisanymi w dokumencie Term Sheet a dokonanie transakcji, objętej niniejszym Term Sheet, uzależnione jest od uzgodnienia treści satysfakcjonującej Strony dokumentacji prawnej oraz wyników badania prawnego, księgowego oraz finansowego spółki przeprowadzonego przez Medicofarma SA.

Zabraknie sprzętu do podania szczepionki przeciw COVID-19?

Obecnie cały świat oczekuje na szczepionkę przeciw COVID-19. Testy kliniczne nadal trwają, a gotowa szczepionka powinna być dostępna dla pacjentów na początku 2021 roku. Prawdopodobnie szczepionka przeciw COVID-19, jak większość innych nowych szczepionek, będzie dostępna w fiolkach, które zawierają proszek do przygotowania jednocześnie od kilku do kilkunastu dawek. Przed podaniem trzeba będzie go rozpuścić, a do wykonania immunizacji niezbędny będzie sprzęt do iniekcji w postaci igły, strzykawki, opatrunków oraz środków dezynfekujących. Eksperci podkreślają, że warto już dziś odpowiednio przemyśleć ten proces.

W Polsce, jak i na świecie, najbardziej znane są szczepionki w ampułkostrzykawkach, ponieważ w takiej formie podawane są np. te przeciw grypie. Jednak proces opracowywania stabilnej postaci płynnej i rejestracji nowej formuły leku może zająć od 18 do 36 miesięcy, a w zależności od wyników badań klinicznych, czas ten może być dłuższy[1]. Istnieje więc bardzo duże prawdopodobieństwo, że szczepionki przeciw COVID-19 zostaną udostępnione w formie proszku, w fiolkach ze specjalnego szkła borokrzemowego, które muszą spełniać szereg wymagań m.in. być zahartowane na niskie temperatury i być odporne podczas transportu. Taki proces produkcji pozwoli na szybszą dystrybucję, ale także zapewni dostępność większej liczby dawek szczepionki.

Do immunizacji w początkowym okresie dostępności szczepionek przeciw COVID-19 będzie wymagany sprzęt do iniekcji w postaci igieł i strzykawek, ale także środki do dezynfekcji oraz opatrunki. Podczas prowadzonych badań klinicznych, naukowcy aplikują ochotnikom dwie dawki szczepionki, w odpowiednich odstępach czasowych[2], więc gotowa szczepionka prawdopodobnie także będzie podawana w dwóch dawkach. Oznacza to zapotrzebowanie na podwójną liczbę wyrobów medycznych do iniekcji.

Według wytycznych Komisji Europejskiej państwa członkowskie powinny się zobowiązać do dostarczenia odpowiedniej liczby urządzeń do wykonywania masowych iniekcji[3]. Biorąc pod uwagę populację Unii Europejskiej, która wynosiła 446 mln w roku 2019, do wykonania szczepień byłoby potrzebne około 1 mld strzykawek i igieł. Niektóre kraje jak Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Kanada już zaczynają się zabezpieczać pod względem potrzebnego sprzętu do wykonywania masowych immunizacji, na czas gdy szczepionka przeciw COVID-19 będzie już gotowa. Kluczową kwestią jest, by każde z 27 państw członkowskich, w tym także Polska, zobowiązało się do zakupu i dostarczenia urządzeń niezbędnych do szczepień w postaci igieł i strzykawek, ale także opatrunków i środków dezynfekujących.

„Nie ma żadnych wątpliwości, iż nadchodzi trudny sezon wykonywania szczepień przeciw COVID-19, który będzie wymagał nie tylko odpowiedniego sprzętu do bezpiecznej i komfortowej immunizacji, lecz także stawia duże wyzwanie dla personelu medycznego, który będzie musiał te iniekcje w sposób bezpieczny dla siebie i pacjentów wykonać. Do Polski powinno trafić około 16 mln dawek szczepionki prawdopodobnie w opakowaniach wielodawkowych, co będzie wymagało minimum 32 mln odpowiednich igieł i strzykawek. Należy uniknąć sytuacji sprzed pół roku, gdy rozpoczęła się pandemia SARS-CoV-2 i problemów związanych z brakami sprzętu jednorazowego. Już dzisiaj powinniśmy pomyśleć o przygotowaniu się do masowych szczepień pod względem zaopatrzenia w niezbędny sprzęt” – komentuje dr hab. n. med. Ernest Kuchar, Prezes Polskiego Towarzystwa Wakcynologii.

Ministerstwo Zdrowia powołało zespół ds. zakupu szczepionki przeciw COVID-19, którego pierwsze posiedzenie odbyło się pod koniec sierpnia. Ustalono, że szczepienia będą zalecane osobom z grup najwyższego ryzyka powyżej 65 roku życia, pacjentom z chorobami współistniejącymi oraz pracownikom ochrony zdrowia. Dlatego rządy i instytucje, które są odpowiedzialne za dostarczenie szczepionek, muszą dokładnie przeanalizować komu podać szczepionkę w pierwszej kolejności, lecz także jak najlepiej zmaksymalizować wykorzystanie szczepionki, by zaszczepić jak najwięcej osób. Konieczna będzie współpraca z producentami wyrobów medycznych, którzy już teraz proaktywnie zwiększają możliwości produkcyjne. Przygotowanie do masowych szczepień w skali globalnej wymaga kompleksowego podejścia do ich planowania i współpracy pomiędzy producentami szczepionki, wyrobów medycznych i administracji.

[1] https://www.pharmtech.com/view/moving-vial-prefilled-syringe

[2] https://edition.cnn.com/2020/08/30/health/coronavirus-vaccine-two-doses/index.html

[3] https://www.europeanbiosafetynetwork.eu/covid-19-vaccination-programme/

Answear.com idzie na GPW

Właściciel Answear.com, czołowej platformy cyfrowej sprzedaży odzieży w Europie Środkowo-Wschodniej, złożył Prospekt Emisyjny do zatwierdzenia przez Komisję Nadzoru Finansowego. Spółka chce zadebiutować na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych. Debiut planowany jest na koniec 2020 r.

Answear.com to internetowa platforma sprzedażowa z markową odzieżą, obuwiem oraz akcesoriami, która działa od 2011 r. Spółka prowadzi obecnie działalność w 7 krajach Europy Środkowo-Wschodniej: Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria i Ukraina. Sprzedaż jest zdywersyfikowana geograficznie, a żaden z rynków nie stanowi więcej niż 30 proc. udziału w całkowitych przychodach Spółki.

– Już niedługo Answear.com dołączy do grona spółek publicznych. To naturalny krok związany z dynamicznym rozwojem biznesu, dużą już obecną skalą działalności i jeszcze większym apetytem na przyszłość. Złożyliśmy Prospekt Emisyjny do Komisji Nadzoru Finansowego, co oznacza, że jesteśmy coraz bliżej debiutu na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych. – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Wearco S.A. – spółka jest w trakcie zmiany nazwy na Answear.com S.A.

Sklep oferuje około 80 tys. produktów z ponad 350 światowych marek. Istotną częścią oferty są marki premium (np. Diesel, Guess Jeans, CK, Tommy Hilfiger, Valentino, DKNY). Produkty z niższej półki cenowej są oparte głównie o markę własną Answear LAB.

– Jesteśmy pierwszym graczem w segmencie elektronicznej sprzedaży odzieży i obuwia na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki temu osiągamy przewagę na polu rozpoznawalności marki oraz niższych kosztów marketingu. Nasi klienci doceniają nasz doskonały serwis w postaci szybkiej dostawy, łatwych zwrotów, oraz atrakcyjnego programu lojalnościowego. Jesteśmy również beneficjentami szybkiego wzrostu rynku e‑commerce – dodaje Krzysztof Bajołek.

Według ekspertów wartość handlu elektronicznego w Polsce może przekroczyć rekordowe 100 mld zł już w 2020 r. Jak szacuje Unity Group, w kolejnych latach do 2025 r. jego wartość będzie rosła co najmniej o 20 proc. rocznie. Natomiast rynek odzieży i obuwia w Polsce ma w 2020 r. osiągnąć wartości 40,3 mld zł, co oznacza wzrost r/r o 4,13 proc.*

– Answear.com dynamicznie rośnie zarówno pod względem liczby klientów, jak i sprzedaży. Już ubiegły rok był bardzo dobry – przychody ze sprzedaży spółki w 2019 roku wyniosły 311,2 mln zł, co oznacza wzrost o ok. 40,9 proc. r/r, a w tym roku obserwujemy dalszy, skokowy wzrost zainteresowania zakupami w sieci w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – mówi Krzysztof Bajołek.

Właścicielem platformy Answear.com jest Wearco S.A. Spółka jest w trakcie rejestracji zmiany nazwy na Answear.com S.A.

Prospekt po jego zatwierdzeniu przez Komisję Nadzoru Finansowego zostanie opublikowany na stronie internetowej Spółki https://answear.com/relacjeinwestorskie.

*Raport PMR – Clothing and footwear retail market in Poland 2019, (listopad 2019 r.)

Answear.comAnswear. com jest internetową platformą sprzedażową z odzieżą, obuwiem oraz akcesoriami, która działa od 2011 r.

Spółka prowadzi obecnie działalność w 7 krajach Europy Środkowo-Wschodniej: w Polsce, w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, Rumunii, Bułgarii i na Ukrainie. Sprzedaż jest zdywersyfikowana geograficznie, a żaden z rynków nie stanowi więcej niż 30 proc. udziału w całkowitych przychodach spółki.

Sklep oferuje około 80 tys. produktów z ponad 350 światowych marek. Istotną częścią oferty są marki premium (np. Diesel, Guess Jeans, CK, Tommy Hilfiger, Valentino, DKNY). Produkty z niższej półki cenowej są oparte głównie o markę własną Answear LAB.

Przychody ze sprzedaży spółki w 2019 roku wyniosły 311,2 mln zł, co oznaczało wzrost rdr o ok. 40,9 proc.

Optymistyczny Fed wesprze dolara, pesymistyczny ściągnie go na dno

W środę poznamy zaktualizowane projekcje ekonomiczne dla gospodarki USA, w których po raz pierwszy pojawią się przewidywania dla 2023 roku. Zachowanie dolara będzie zależeć od retoryki Fed i jego nastawienia do przyszłości. Co jeszcze mogą zrobić decydenci?

Od czasu ostatniego posiedzenia FOMC w lipcu, Rezerwa Federalna dokonała jednej z najbardziej znaczących zmian w swojej strategii polityki pieniężnej w ostatnich dekadach. Przemawiając podczas dorocznego sympozjum Jackson Hole, 27 sierpnia, przewodniczący FOMC, Jerome Powell ogłosił, że bank centralny będzie w bardziej elastyczny sposób podchodził do celu inflacyjnego. Bank będzie dążył do utrzymania średniego wzrostu cen na poziomie 2% aby nadrobić ostatni długi okres, kiedy inflacja w USA pozostawała poniżej celu inflacyjnego. Powyższa zmiana w polityce pieniężnej pozwala na położenie większego nacisku na wspieranie amerykańskiego rynku pracy, zwłaszcza osób o niskich dochodach. Gotowość Rezerwy Federalnej do akceptowania krótkoterminowych wzrostów inflacji sprawia, że poprzeczka, której przekroczenie uzasadniałoby podwyżki stóp procentowych w przyszłości, zawieszona jest wyżej. Jest to też wyraźny sygnał dla rynku, że ultra-niskie stopy procentowe zostaną z nami w przewidywalnej przyszłości.

Ponieważ tak znacząca zmiana została ogłoszona przed tegotygodniowym spotkaniem, nie spodziewamy się, że w środę czekają nas ogłoszenia o podobnym stopniu istotności. Nie oczekujemy znaczących zmian w kontekście komunikacji z rynkiem (forward guidance) biorąc pod uwagę niepewność, która wiąże się z pandemią i jej wpływem na gospodarkę USA. Fed prawdopodobnie nadal będzie podkreślał, że stopy procentowe pozostaną na rekordowo niskich poziomach w przewidywalnej przyszłości. W związku z tym, inwestorzy na rynku walutowym będą skupiać się na retoryce Fedu w kontekście ożywienia gospodarki USA i zaktualizowanych projekcjach ekonomicznych. Poniżej przedstawiamy kluczowe aspekty komunikacji banku centralnego, na które warto zwrócić uwagę w tym tygodniu.

Nowe projekcje makroekonomiczne

Fed w środę opublikuje zaktualizowane projekcje makroekonomiczne i dotyczące stóp procentowych. Co tyczy się pierwszego, sądzimy, że rewizja perspektyw w górę jest prawdopodobna. Podczas spotkania w czerwcu, bankierzy centralni ogłosili, że spodziewają się spadku PKB USA o 6,5% w tym roku, po czym w 2021 roku wzrostu rzędu 5%. Poprawa w globalnej gospodarce od tamtej pory następowała jednak z zasady szybciej niż oczekiwali u szczytu załamania.  Warto zaznaczyć, że wszystkie kluczowe wskaźniki: aktywność biznesowa, sprzedaż detaliczna i dane dot. zatrudnienia pokazały istotną poprawę po wycofaniu (w większości stanów) środków mających przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Oczekujemy, że ton komunikatu ze spotkania będzie nieco bardziej optymistyczny w porównaniu z lipcowym, jak też, że prezes Powell przyzna, że perspektywy w znacznym stopniu zależą od rozwoju sytuacji w kontekście pandemii.

Sądzimy, że Fed dokona ostrej rewizji w dół prognoz bezrobocia. Stopa bezrobocia w USA wynosząca 8,4% znajduje się poniżej poziomu jaki Fed jeszcze w czerwcu oczekiwał na koniec roku (9,3%). Jeśli nie dojdzie do kolejnego znaczącego zwiększenia koronawirusowych obostrzeń sądzimy, że stopa bezrobocia w najbliższych miesiącach powinna nadal kierować się w dół, wraz z tym jak firmy powrócą do bardziej standardowego poziomu wykorzystania mocy produkcyjnych.

Prawdopodobnie największym zainteresowaniem rynku walutowego będą cieszyć się oczekiwania decydentów FOMC dotyczące stóp procentowych („dot plot”). Sądzimy, że mediana prognoz na 2022 rok nie zmieni się i pozostanie w okolicy zera (Wykres 1). Po raz pierwszy, decydenci będą również prognozować sytuację w roku 2023. Sądzimy, że część członków będzie oczekiwać podwyżek, jednak uważamy, że adopcja średniego celu inflacyjnego przez Fed zapewni, że mediana prognoz na 2023 rok również pozostanie w przedziale 0-0,25%. Byłoby to zgodne z oczekiwaniami rynku, zgodnie z którymi stopy procentowe wzrosną dopiero w 2024 roku. Naszym zdaniem oczekiwania decydentów dotyczące poziomu stóp procentowych w 2023 roku będą najistotniejszym punktem dzisiejszej komunikacji.

Wykres 1: „Dot Plot” FOMC [czerwiec 2020]

Dot Plot FOMCŹródło: Refinitiv Datastream Data: 11/09/2020

Jakie instrumenty może jeszcze wykorzystać Fed?

Od początku pandemii, Rezerwa Federalna wykorzystała niemal wszystkie dostępne narzędzia w celu wsparcia gospodarki USA zmagającej się z pandemią i jej konsekwencjami. Tak jak wspominaliśmy w raporcie przed decyzją FOMC w lipcu, sądzimy, że pole manewru do podjęcia dalszych działań nadal istnieje. Na rynku pojawiły się spekulacje dotyczące wykorzystania zarówno ujemnych stóp w USA, jak i zastosowania kontroli krzywej rentowności (YCC), w ramach czego Fed kupowałby konkretną ilość aktywów w celu utrzymania rentowności obligacji poniżej określonego poziomu.

Ostatnie komentarze ze strony oficjeli sugerują jednak, że użycie tych instrumentów w najbliższym czasie jest mało prawdopodobne. „Minutki” ze spotkania w czerwcu niemal wykluczyły ujemne stopy procentowe, sugerując też, że „wiarygodna” komunikacja z rynkami i skup aktywów są wystarczające, ograniczając korzyści z wdrożenia YCC. Sądzimy, że retoryka te sugeruje, że wdrożenie kontroli krzywej rentowności jest mało prawdopodobne, a poprzeczka, po której przekroczeniu doszłoby do wdrożenia ujemnych stóp procentowych zawieszona jest jeszcze wyżej. Wprowadzenie ujemnych stóp procentowych wydaje się niemal niemożliwe, o ile nie dojdzie do silnego pogorszenia warunków gospodarczych, czego jednak nie oczekujemy.

Ogólnie rzecz biorąc, uważamy, że Fed będzie chciał przyjąć podejście wait-and-see czekając na więcej informacji o tym, jak rozprzestrzenianie się koronawirusa wpływa na gospodarkę USA. Sądzimy też, że prawdopodobnie poczeka na więcej informacji z Kongresu dotyczących wydłużenia programu dodatkowych świadczeń dla bezrobotnych przed tym, jak wprowadzi istotne zmiany w forward guidance. Co tyczy się reakcji rynku walutowego, jeśli Fed zasugeruje, że rozważa pomysł wprowadzenia kontroli krzywej rentowności i – co znacznie mniej prawdopodobne – ujemnych stóp procentowych, sądzimy, że inwestorzy zostaliby zupełnie zaskoczeni, co doprowadziłoby do agresywnej wyprzedaży amerykańskiej waluty. Z drugiej strony, bardziej optymistyczne od oczekiwanych projekcje makroekonomiczne i mediana projekcji wskazująca na oczekiwania, że stopy procentowe wzrosną w 2023 roku, wsparłyby amerykańską walutę.

Decyzje Fed poznamy w środę o 20:00, konferencja prasowa po spotkaniu odbędzie się o 20:30.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Stopy procentowe wciąż niskie

Rada Polityki Pieniężnej nie zaskoczyła nas niczym na swoim posiedzeniu. Kredyty dalej pozostają rekordowo tanie, a lokaty niemal nie wypłacają odsetek. Pakiet danych z USA pokazuje, że gospodarka szybko nie wraca do wyników sprzed pandemii.

Dane z USA

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z USA. Produkcja przemysłowa spada w ujęciu rocznym o 7,7%. Z jednej strony w kwietniu było to -16,5%, z drugiej miesiąc temu -7,4%. Pokazuje to, że gospodarka USA wcale nie wraca płynnie na stare tory. Z drugiej strony bardzo korzystnie wypadł indeks NY Empire State pokazujący, że optymizmu nie brakuje. W rezultacie wczoraj byliśmy świadkami umacniania się dolara względem euro. Efektem był kilkugroszowy wzrost ceny dolara, podczas gdy euro było w miarę stabilne.

Huragan podbija ceny ropy

Z powodu huraganu w USA istotnie spadła produkcja ropy. Rezultatem był gwałtowny spadek zapasów. Wczorajsze dane pokazały zamiast oczekiwanego wzrostu o 2 mln baryłek spadek o 9,5 mln baryłek. Rezultatem jest odbicie cen ropy naftowej. Czarne złoto w ciągu dwóch dni podskoczyło już z 39,5 dolara do 41,5 dolara w przypadku ropy notowanej w Londynie, co ciekawe amerykańska ropa wzrosła mniej, ale ruch był bardzo podobny.

RPP bez niespodzianki

Wczorajsze posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło żadnych zmian. Stopy procentowe pozostają na najniższych poziomach w historii. Jest to bardzo dobra wiadomość dla kredytobiorców, aczkolwiek trudno nazwać ją niespodzianką. W komentarzu do decyzji prezes NBP Adam Glapiński ocenił ten poziom jako właściwy i ewentualny wzrost uwarunkował od znalezienia się na stabilnej ścieżce wzrostu gospodarczego. Patrząc na zmiany PKB w tym roku możemy śmiało zakładać, że mamy kilka miesięcy spokoju, jak nie kilka kwartałów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jedna piąta restauracji Burger King w Polsce w rękach holdingu QSRP

20 restauracji należących do BK SEE Poland S.A. weszło w struktury grupy QSR Platform Holding. QSRP to nowo powstały międzynarodowy operator zarządzający już 1 000 restauracjami szybkiej obsługi w Europie.

Oficjalne informacja o powstaniu QSR Platform Holding SCA Group (QSRP), wspieranej przez Kharis Capital, ogłoszona została 15 września br. w Luksemburgu. Nowy gracz w sektorze QSR (quick service restaurants) dostarcza klientom doświadczeń kulinarnych za pośrednictwem ok. 1000 restauracji w 7 europejskich krajach: Austrii, Belgii, Francji, Luksemburgu, Niemczech, Polsce oraz Włoszech. W portfolio grupy znajdują się znane międzynarodowe marki: Burger King, wywodząca się z Belgii sieć restauracji z burgerami – Quick, serwujący produkty halal i oryginalne francuskie tacos – O’Tacos, specjalizujące się w owocach morza – NORDSEE oraz Go! Fish.

Nasz sukces polega na połączeniu różnorodnych koncepcji  żywieniowych, prezentujących odmienne kultury i produkty, przy jednoczesnym zachowaniu tożsamości indywidualnych marek. Wierzymy, że nasze podejście doprowadzi nas do zwiększonego udziału w rynku – podkreśla Alessandro Preda, Chief Executive Officer w QSR Platform Holding SCA.

QSRP obecnie generuje ok. 1 miliard euro sprzedaży w segmencie restauracji szybkiej obsługi, co stanowi fundament dla dalszego rozwoju, zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego.

– Wierzymy, że dzięki naszej znajomości branży wspieranej technologią cyfrową i różnorodnością naszych międzynarodowych zespołów, możemy zająć pozycję lidera w sektorze QSR – dodaje Alessandro Preda.

Spółka BK SEE Poland S.A. powstała pod koniec 2014 roku w celu wzmocnienia obecności marki w naszym kraju i przyspieszenia ekspansji prowadzonej do tej pory przez dwóch franczyzobiorców – AmRest i Autogrill. Spółka otworzyła w Polsce 20 restauracji zlokalizowanych głównie w dużych aglomeracjach lub przy węzłach autostradowych: Bielsko Biała (Galeria Sfera), Gdańsk (ul. Jana Pałubickiego 10 i Galeria Metropolia), Gdynia (Al. Zwycięstwa 179), Jaworzno (MOP Zastawie), Katowice (ul. Murckowska 26), Kraków (Al. Jana Pawła II 184, ul. Szewska 7 i ul. Pawia 5 – dworzec PKP), Lublin (ul. Krakowskie Przedmieście 20 i VIVO! Lublin), Łazy (al. Krakowska 215C), Poznań (ul. Lechicka 4 i ul. Hlonda 3), Ruda Śląska (al. Powstań Śląskich 43), Sieradz (MOP Dąbrowa Zachód), Warszawa (Modlińska 56 i al. Jerozolimskie 54 – dworzec PKP), Węgrzce (C.H. Atut), Wrocław (Aleja Bielany). Łącznie pod szyldem Burger King działa w Polsce 98 restauracji.

Sport, ogród i gotowanie – tak wykorzystujemy więcej wolnego czasu w pandemii

W czasie pandemii prawie 1/3 z nas zyskała więcej czasu wolnego. Najczęściej dodatkowe godziny poświęcaliśmy rodzinie oraz na odpoczynek i rozrywkę. 1 na 10 osób zainwestowała ten czas w rozwijanie umiejętności zawodowych. Już co trzeci Polak znalazł też nowe hobby i zainteresowania, najczęściej dostosowane do ograniczeń epidemii, jak np. gotowanie, uprawianie roślin, ogrodnictwo i sport. Chętniej inwestujemy także w nasze pasje. Podczas pandemii 22% z nas zwiększyło w tej sferze swoje wydatki – wykazało badanie przeprowadzone przez Krajowy Rejestr Długów.

Pandemia wpłynęła na ilość czasu wolnego – 31% z nas deklaruje, że ma go teraz więcej. Połowa zainwestowała go w rodzinę. Niemal równie chętnie wolne chwile przeznaczamy na relaks i odpoczynek (47%) oraz na szeroko pojętą rozrywkę – czytanie, oglądanie filmów i seriali (45%). Część osób wykorzystała je także na obowiązki domowe (44%), jednak zdecydowanie wolimy odpoczynek od pracy – tylko co 10 zapytany rozwinął się zawodowo.

Jedynie 4% ankietowanych wskazało, że nie skorzystało w żaden konkretny sposób z dodatkowego czasu. Różnicy w ilości wolnego czasu w okresie pandemii nie odczuło 62% zapytanych w badaniu KRD, ale tylko 7% deklaruje, że ma go mniej niż wcześniej.

Aktywni w pandemii…

Oprócz najprostszych form spędzania wolnych chwil, sporo Polaków znalazło czas na rozwijanie swojego hobby czy aktywności i to w nie zainwestowało dodatkowe godziny. Prawie 30% z nas w dobie pandemii więcej czasu poświęcało na swoje zainteresowania niż przed jej wybuchem. Zaledwie 6% badanych musiało go ograniczyć, a tylko 1,5% zupełnie ze swojego hobby zrezygnować.

Zdecydowanie więcej osób zamiast je porzucać znalazło nową pasję. Blisko co trzeci badany (31%) w czasie Covid-19 zainteresował się nowym hobby. Wśród najchętniej rozwijanych aktywności na pierwszym miejscu znalazły się: sport i ćwiczenia (35%), uprawianie roślin/ogrodnictwo (33%), gotowanie (32%). Popularne była także jazda na rowerze (30%), poświęcanie się lekturze książek (30%), czy oglądaniu filmów lub seriali (30%).

…także zakupowo

Polacy chcą być aktywni w czasie pandemii i szukają nowych zainteresowań. Za tym idą również wyższe wydatki na hobby. Blisko co piąty Polak (22%) zadeklarował, że przeznaczył więcej pieniędzy na swoją pasję czy dodatkową aktywność. To z pewnością pomogło wielu firmom oferującym materiały hobbystyczne w odrobieniu strat z czasu lockdown’u – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Większości z nas, pomimo niepewnej sytuacji gospodarczej kraju, udaje się utrzymać swoje wydatki na hobby bez zmian (70%). Tylko 8% musiało je ograniczyć. Wśród najczęściej wymienianych powodów znalazły się brak wystarczających funduszy (43%), ale i chęć oszczędzania (39%). Choć finanse grają pierwsze skrzypce, to nie bez znaczenia pozostaje także zbyt duże zagrożenie zarażeniem koronawirusem w czasie hobbystycznych aktywności (29% wskazań). – Dla wielu branż, w tym oferujących towary związane z czasem wolnym, plany wydatków Polaków to wielka niewiadoma. O ile teraz chętnych na rozwijanie swoich zainteresowań i związane z nimi zakupy jest więcej niż tych, którzy je ograniczają, to nie wiadomo jak długo taki stan się utrzyma – zaznacza prezes Krajowego Rejestru Długów.

Nie wszędzie wróciliśmy

Lęk, nowy reżim sanitarny i długi przestój w czasie lockdown’u zebrały jednak swoje żniwo. Skutecznie utrudniły funkcjonowanie wielu firm, które oferowały możliwość masowego uprawiania popularnych aktywności. Przykładem mogą być obiekty sportowe. Według danych Krajowego Rejestru Długów zadłużenie przedsiębiorstw zajmujących się działalnością sportową, rekreacyjną i rozrywkową urosło od lutego do września o 28%, sięgając 30,85 mln zł. Średnie zadłużenie w tej branży wynosi prawie 27 tys. zł.