Liczba nowo rejestrowanych pojazdów elektrycznych w państwach wysoko rozwiniętych wciąż rośnie. W Europie, Azji i Ameryce Północnej po drogach jeździ już ponad milion samochodów z napędem zeroemisyjnym. Przewiduje się, że w tym roku zostanie zarejestrowane ponad 3 miliony kolejnych. Ekologiczny trend w transporcie doprowadził do tego, że kolejne kraje wprowadzają zakaz rejestracji samochodów z napędem dieslowskim. Rządzący jednak liczą się z tym, że wymiana floty samochodowej w całym państwie to długi proces. Eliminacja napędu dieslowskiego przewidywana jest w różnych krajach na rok 2025, 2030 lub nawet 2040. Mimo rosnącej liczby rejestrowanych samochodów elektrycznych, większość pojazdów jeżdżących po naszych drogach to wciąż samochody konwencjonalne.
– W Polsce rejestruje się 500 tysięcy nowych samochodów w ciągu roku, ale liczba wszystkich zarejestrowanych samochodów wynosi blisko 20 milionów. W Norwegii, gdzie liczba samochodów elektrycznych przekracza w ostatnich miesiącach 60% wszystkich rejestracji, wciąż stanowią one zaledwie kilka procent wszystkich pojazdów – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur,dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Jednak proces trwa. Największe koncerny zapowiedziały wydatki na poziomie ponad 250 miliardów dolarów na rozwój elektromobilności. To przełoży się na ponad 200 modeli samochodów z napędem elektrycznym. Już niedługo samochody zeroemisyjne będą miały zasięgi 400-500 kilometrów i więcej, a ich ceny będą takie same, jak teraz ceny pojazdów spalinowych – przewiduje Mazur.
Lokale średniej wielkości systematycznie zyskują na popularności.
Londyn, Paryż i Warszawa to rynki oferujące największą powierzchnię przestrzeni współdzielonych. Napędzane w największym stopniu przez głównych globalnych graczy.
Europejski rynek coworkingowy nabiera kształtu – tak wynika z raportu działu badań BNP Paribas Real Estate, który przygotowany został na podstawie największych umów najmu w 2018 roku. Pozwalający na dużą elastyczność, możliwość dostosowania i dopasowania do potrzeb firm, coworking staje się coraz bardziej popularnym rozwiązaniem. Zaowocowało to wzrostem liczby umów najmu obejmujących przestrzenie współdzielone w głównych miastach europejskich. Miejsce pracy zostało zdefiniowane na nowo, w oparciu o społeczności lokalne i z myślą o nowych usługach i udogodnieniach. W efekcie, strategie na rynku nieruchomości muszą dostosować się do szerokiej gamy współczesnych możliwości.
Napędzane przez dużych globalnych graczy Londyn, Paryż i Warszawa dominują na europejskim rynku przestrzeni współdzielonych. W 2018 r. Londyn mógł pochwalić się 70 nowymi obiektami, głównie na terenie City i West Endu, uznanych dzielnicach biznesowych brytyjskiej stolicy. W Paryżu w 2018 r. zawarto 28 umów najmu na łączną powierzchnię 117 866 mkw. (+19% w porównaniu z 2017 r.), prawie wyłącznie w śródmieściu i skoncentrowanych na obszarze dzielnic biznesowych.
Na uwagę zasługuje wysoka pozycja rynku biur elastycznych w Warszawie. Grono operatorów elastycznych przestrzeni biurowych w Warszawie składa się zarówno z uznanych międzynarodowych graczy, jak i podmiotów lokalnych oraz marek własnych prowadzonych przez deweloperów biurowych. Po fali silnego popytu ze strony marek coworkingowych w 2017 roku, rynek warszawski nadal podlegał strukturyzacji w 2018 r. – zawarto umowy najmu na ok. 110 tys. mkw. elastycznych powierzchni biurowych. Większość konceptów coworkingowych można znaleźć w klastrach biurowych: Warszawskie CBD stanowiło 32% umów najmu w 2018 r. (w mkw.), Śródmieście 45%, zaś podstrefa Mokotów – Służewiec 9%. W Warszawie większość centrów coworkingowych powstało w budynkach klasy A. Oznacza to, że ta szybka ekspansja w wielu lokalizacjach idzie w parze z poprawą jakości dostępnych powierzchni.
Dynamicznie rozwijający się rynek europejski w 2018 r.
Powierzchnia przestrzeni coworkingowych w Europie i ich średnia wielkość wzrosła. Londyn pozostaje kluczową europejską lokalizacją, dzięki zwiększaniu podaży o ponad 180 000 mkw. nowej powierzchni coworkingowej (+13% w stosunku do 2017 r.). Spośród 18 analizowanych miast europejskich, Wiedeń, Mediolan, Kolonia i Dublin odnotowały szczególnie szybkie tempo rozwoju tego sektora. W Wiedniu i Mediolanie zanotowano rekordowe wyniki, odpowiednio 30 365 mkw. oraz 38 211 mkw. nowej powierzchni współdzielonej, co oznacza wzrost o 449% i 294% w porównaniu z 2017 rokiem. W 2018 r. w Kolonii zawarto sześć umów na łączną powierzchnię 29 200 mkw. (+161% w stosunku do 2017 r.). Wreszcie, 8 umów najmu o łącznej powierzchni 43 338 mkw. (+122% w porównaniu do 2017 r.) wzmocniło rynek dubliński, na którym średnia wielkość transakcji wyniosła 5 417 mkw.
Umowy najmu podpisane przez operatorów elastycznych powierzchni biurowych w Europie w 2018 r. (w tys. mkw.)
Powierzchnia biur elastycznych rośnie
W 2018 r. zaobserwować można było tendencję do wynajmu większych lokali, szczególnie w Wiedniu, gdzie średnia transakcja w odniesieniu do powierzchni lokali o wynosiła ok. 5 000 mkw. (+83% w stosunku do 2017 r.). Wynikało to w dużej mierze z pojawienia się
na rynku dużych globalnych graczy, którzy czują się komfortowo w przestronnych powierzchniach. W Amsterdamie transakcje w 2018 r. dotyczyły powierzchni wynoszącej średnio 3500 mkw. (+ 29% w porównaniu z 2017 r.). Tymczasem w Madrycie wielkość przeciętnego lokalu coworkingowego wyniosła 2701 mkw., co stanowi wzrost o 10% w stosunku do 2017 roku.
Richard Malle
Po gwałtownym wzroście liczby powierzchni współdzielonych w ostatnich latach, która skoczyła z około 1000 na całym świecie do ponad 18 000 obecnie, rynek powinien się ustabilizować lub nawet skonsolidować w niektórych miejscach. Biorąc pod uwagę fakt, że w 2018 r. jedna czwarta przestrzeni coworkingowych na całym świecie była jeszcze nieopłacalna, rynek musi się zastanowić i ewoluować w nadchodzących latach. O ile firmy wykorzystujące model współdzielenia powierzchni biurowych korzystają z oferowanej przez niego elastyczności, same marki coworkingowe podpisują umowy leasingowe bez klauzuli break option, przyznającej prawo do wypowiedzenia umowy najmu przed zakończeniem okresu, na jaki była zawarta. Jednocześnie muszą zapewnić rentowność swoich modeli w dłuższej perspektywie czasowej. Ponadto, niezależni gracze nieposiadający środków do mierzenia się z dużymi markami są niejako zmuszeni do pozycjonowania się w określonych segmentach. Jednakże trend w kierunku nowych form współpracy i coworkingu jest obecnie stałym elementem rynku usług. – Richard Malle, Global Head of Research, BNP Paribas Real Estate
Kierunek Londyn, Paryż i Warszawa
Londyn
Sektor przestrzeni współdzielonej i biur serwisowanych znacznie rozwinął się w ostatnich latach w centrum Londynu. W 2018 r. około 183 tys. mkw. (+13% w porównaniu z 2017 r.) zostało wynajęte operatorom biur coworkingowych i serwisowanych. W podziale na poszczególne rynki wewnątrz samego Londynu, dużym zainteresowaniem cieszyły się City (40% umów najmu obejmujących elastyczną powierzchnię biurową w mkw.. w 2018 r.), West End (28%) i Midtown (17%). Popyt generowany jest przez najemców poszukujących miejsc pracy, które oferują elastyczność w wynajmie przy jednoczesnej oszczędności kosztów. Biorąc pod uwagę fakt, iż do pewnego stopnia zarówno mniejsi, jak i więksi najemcy rozważają mniej tradycyjną powierzchnię, inwestorzy będą musieli zmienić sposób, w jaki ich budynki i powierzchnie są wprowadzane na rynek. Może to obejmować zmiany takie jak skrócenie okresu najmu, zwiększenie zachęt lub działanie jako usługodawca a nie dostawca powierzchni. Wynajmujący, którzy chcą podążać za tym trendem, obecnie postrzegają wynajem powierzchni operatorów biur serwisowanych w mniejszym stopniu jako „ostatnią deskę ratunku”, a w większym stopniu jako dodatkowe udogodnienie dla większych najemców już znajdujących się w budynku.
Paryż
We Francji sektor powierzchni coworkingowych początkowo zanotował spadek, lecz niedługo po tym okazał się być realnym wzmocnieniem dla rynku nieruchomości biurowych – w 2018 r. zawartych zostało 28 umów najmu o łącznym wolumenie ok. 118 tys. mkw. (+19% w stosunku do 2017 r.). Na rynku paryskim pojawiło się już wiele inwestycji ze strony firm krajowych i międzynarodowych. Niemniej jednak podaż pozostaje bardzo skoncentrowana. W szczególności paryskie CBD w 2018 r. reprezentowało ponad 53% podpisanych umów najmu na powierzchnie współdzielone, 40% poza CBD w Paryżu i 2,5% w dzielnicy biznesowej La Défense. Rynek coworkingowy w dalszym ciągu ewoluuje i staje się coraz bardziej profesjonalny. Firmy bazujące na zasadzie współdzielenia powierzchni wynajmują coraz większe lokale i wprowadzają strategie skierowane zarówno do samozatrudnionych, jak i do większych grup.
We wrześniu Bank Gospodarstwa Krajowego uruchomi pilotażowy program nisko oprocentowanych pożyczek na likwidację barier architektonicznych w budynkach pod kątem seniorów, rodziców z dziećmi i osób z niepełnosprawnościami. Skorzystać z nich będą mogły m.in. uczelnie i szkoły, biblioteki i spółdzielnie mieszkaniowe. Po spełnieniu określonych kryteriów mogą liczyć na umorzenie nawet 40 proc. wartości pożyczki. W tym roku BGK przeznaczy na nie 4 mln zł, w kolejnych latach środki na ten cel będą znacznie większe. – W Finlandii w ciągu 9 lat udało się wyremontować 45 tys. klatek schodowych, a Polska jest krajem o wiele większym, co pokazuje nasze potrzeby w tym zakresie – mówi Piotr Krasuski z Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.
– Program, który uruchamiamy, to element szerszego, rządowego programu Dostępność+, realizowanego od ubiegłego roku w horyzoncie czasowym do 2025 roku. Ma on na celu poprawę stanu infrastruktury w Polsce pod kątem zaspokajania coraz szerszych potrzeb osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, ale także innych osób w specyficznej sytuacji, np. kobiet w ciąży czy nawet osób, które podróżują z ciężkim bagażem i nie są w stanie wnieść go po stopniach albo zmieścić się z nim w wąskim przejściu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Krasuski, dyrektor departamentu Europejskiego Funduszu Społecznego w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.
Pilotażowy program nisko oprocentowanych pożyczek z Banku Gospodarstwa Krajowego ruszy we wrześniu. Na początku lipca BGK podpisał w tej sprawie umowę z dysponentem środków, czyli Ministerstwem Inwestycji i Rozwoju.
– Dwa miesiące wakacji chcielibyśmy przeznaczyć na dopracowanie szczegółów tego programu – mówi Paweł Chorąży, dyrektor zarządzający pionem funduszy europejskich w BGK. – Zwiększenie dostępności budynków i likwidacja barier architektonicznych doskonale wpisuje się w misję BGK wspierania rozwoju społecznego kraju. O wsparcie na likwidację barier architektonicznych będą mogły się ubiegać różnego rodzaju podmioty zarządzające obiektami użyteczności publicznej, a więc np. szkoły, biblioteki, jednostki samorządu terytorialnego, ich związki czy jednostki naukowe. Drugą grupą – nawet bardziej istotną z punktu widzenia realizacji tego programu – są zarządcy wielorodzinnych budynków mieszkaniowych, a więc spółdzielnie, wspólnoty mieszkaniowe czy osoby indywidualne, które są właścicielami tego typu budynków.
Inwestycje poprawiające dostępność architektoniczną, na które można będzie przeznaczyć nisko oprocentowaną pożyczkę z BGK, to na przykład windy w budynkach wielokondygnacyjnych, likwidacja zbędnych schodków albo montaż uchwytów i poręczy. Ułatwią poruszanie się tym osobom, które mają ograniczoną sprawność, problemy ze słuchem czy wzrokiem. Likwidacja barier architektonicznych pozwoli im zwiększyć samodzielność i szerzej uczestniczyć w życiu społecznym.
– Warunki, na jakich Bank Gospodarstwa Krajowego będzie prowadził program, są bardzo atrakcyjne. Nie pobieramy żadnych opłat ani prowizji z tytułu udzielenia pożyczki i kredytowania, a oprocentowanie wynosi zaledwie 0,15 proc. przez 20 lat, bo na taki okres jest udzielana pożyczka. Przewidziana jest również karencja w spłacie sięgająca 6 miesięcy – mówi Paweł Chorąży.
Nisko oprocentowane pożyczki kierowane do sektora publicznego oraz spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych będą podlegać częściowemu umorzeniu, jeżeli beneficjenci spełnią określone kryteria. Maksymalna wartość umorzenia może sięgnąć 40 proc.
– Kryteria umorzenia są trzy. Pierwsze to tzw. kryterium terytorialne, określane na podstawie liczby osób pobierających zasiłek pielęgnacyjny w danej gminie. Jeżeli ta liczba przekracza 80 osób na każde 1 tys. mieszkańców, można uzyskać 10 proc. umorzenia. Najbardziej istotnym jest kryterium społeczne, obejmujące osoby z niepełnosprawnościami, seniorów powyżej 60. roku życia i rodziców z małymi dziećmi do 6. roku życia. Te trzy grupy składają się na wartość całego umorzenia, które może sięgnąć aż 20 proc. Trzecie jest kryterium przeznaczenia, które obejmuje wielorodzinne budynki mieszkaniowe. Z tego tytułu można uzyskać kolejne 10 proc. umorzenia – mówi Paweł Chorąży.
Jak podkreśla, zainteresowane podmioty już teraz powinny się zająć szczegółami takimi jak dopracowanie kosztorysu inwestycji czy przygotowanie planu architektonicznego, ponieważ te dokumenty będą wymagane przez BGK wraz z wnioskiem o udzielenie pożyczki.
– Wsparcie pilotażowe chcemy uruchomić we wrześniu i wtedy przetestujemy warunki programu. Zobaczymy, czy środki i warunki, którymi dysponujemy, są tym, co rzeczywiście trafia w potrzeby ewentualnych odbiorców – mówi Piotr Krasuski.
Dyrektor w MIiR podkreśla, że uruchamiany właśnie program to element szerszych, rządowych działań wpisujących się w ten sam profil.
– Finansujemy już podobne działania skierowane do uczelni, żeby zwiększyć liczbę studentów z niepełnosprawnościami, którzy dzięki zniwelowaniu barier architektonicznych i edukacyjnych mogą podejmować i kontynuować naukę. Jesteśmy w trakcie opracowywania analogicznego programu szkolnego. Po wakacjach zostanie też uruchomiony podobny program dla placówek ochrony zdrowia. Chcemy nim objąć 150 przychodni i szpitali – mówi Piotr Krasuski.
W okresie pilotażu w 2019 roku budżet programu nisko oprocentowanych pożyczek BGK wyniesie 4 mln zł. Pieniądze pochodzą ze spłat pożyczek unijnych udzielanych w latach 2007–2013. W kolejnych latach środki na ten cel mają być jednak znacząco większe.
– Tylko ze zwrotów środków europejskich chcemy przeznaczyć ok. 120 mln zł w ciągu najbliższych 3 lat. Liczymy też na wsparcie z innych źródeł, np. z Funduszu Solidarnościowego. Potrzeby są olbrzymie, a my mamy świadomość, że dopiero zaczynamy. Podobne programy realizowane w innych państwach Unii Europejskiej mają charakter wieloletni. Dla przykładu, w Finlandii w ciągu 9 lat udało się wyposażyć i wyremontować 45 tys. klatek schodowych, a Polska jest krajem o wiele większym, co pokazuje nasze potrzeby w tym zakresie – mówi Piotr Krasuski.
Coraz większy nacisk na ekologię, automatyzacja pracy, prefabrykacja i eliminacja papierowej dokumentacji – to trendy, które zdaniem liderów branży zdominują budownictwo w nadchodzących latach – wynika z raportu „Budownictwo. Innowacje. Wizja liderów branży 2025”, zrealizowanego na zlecenie Autodesk. Większość badanych menadżerów firm jest zgodna – branża w kolejnych latach postawi na optymalizację i zwiększanie efektywności. Może się do nich przyczynić szersze wykorzystanie nowych technologii i innowacji, lecz w Polsce budownictwo jest raczej na etapie ich testowania – branża bacznie obserwuje rynkowych liderów i dopiero dojrzewa do wdrażania nowości.
– Mimo rosnącej produkcji budowlanej na rynku nie ma wielkiego optymizmu, a branża budowlana stoi przed wieloma wyzwaniami. Firmy wymieniają wśród nich m.in. rosnące koszty energii, wzrost kosztów pracy i słabą dostępność firm podwykonawczych. Na to nakłada się jeszcze skomplikowane otoczenie instytucjonalne oraz prawo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Nogaj, menadżer ds. rozwiązań Autodesk dla architektury i budownictwa.
Pomimo bardzo dobrej koniunktury w budownictwie sytuacja finansowa firm z tego sektora się pogarsza. Na koniec ubiegłego roku zadłużenie firm budowlanych wzrosło o 6 proc. do poziomu 4,75 mld zł, a problem z terminowym regulowaniem zobowiązań miało prawie 43 tys. przedsiębiorstw – wynika z raportu BIG InfoMonitor i Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Z drugiej strony branża mierzy się z aktualnymi wyzwaniami i musi wychodzić naprzeciw nowym wyzwaniom, związanymi z ekologią, rosnącym popytem na mieszkania czy zmianami preferencji inwestorów.
– Budownictwo musi odpowiadać na zmieniające się potrzeby społeczne. Możemy zaobserwować starzenie się społeczeństwa, inne przywiązanie się do własności, większą dbałość o ekologię. Te elementy będą mocno wpływać na branżę. Stąd też firmy budowlane będą zwracać dużą uwagę na zastosowanie nowych materiałów w budownictwie, inne podejście do projektowania i realizacji inwestycji, zastosowanie nowych technologii w zakresie automatyzacji i robotyzacji, zwiększone inwestycje w infrastrukturę teleinformatyczną przez wprowadzenie technologii do zarządzania obiegiem dokumentów, lepszej współpracy i komunikacji pomiędzy wszystkimi uczestnikami procesu inwestycyjnego – wylicza Przemysław Nogaj.
Raport „Budownictwo. Innowacje. Wizja liderów branży 2025”, zrealizowany na zlecenie Autodesk przez ASM – Centrum Badań i Analiz Rynku, powstał na podstawie wywiadów z dyrektorami i menadżerami największych firm budowlanych działających na polskim rynku. Liderzy branży oceniają, że najbliższe lata w budownictwie upłyną pod znakiem optymalizacji i stopniowego wdrażania nowych rozwiązań. Większość z nich jest już dostępna, a obecnie przyszedł czas na ich szersze zastosowanie.
– Szukając optymalizacji i efektywności, firmy zaczynają stosować nowe metodyki zarządzania procesem budowlanym. Szukają nowych rozwiązań związanych z automatyzacją i robotyzacją procesów w budownictwie ze względu na niską dostępność firm podwykonawczych – mówi Przemysław Nogaj.
Jak wskazuje raport, branża ma ogromny potencjał do zwiększenia efektywności w takich obszarach jak redukowanie odpadów budowlanych czy minimalizowanie zużycia energii związanego z produkcją i transportem materiałów budowlanych. Do wzrostu efektywności przyczyni się w najbliższych latach szersze zastosowanie innowacji i nowych technologii.
– Praca nad zwiększeniem wydajności musi obejmować wszystkie fazy realizacji inwestycji. Obszary, w których należy szukać szans na wyższą efektywność, to ograniczenie wykorzystania dokumentów papierowych, lepsza analiza danych do optymalizacji procesów, szersze zastosowanie BIM, nowe materiały w budownictwie, a także ściślejsza współpraca między poszczególnymi podmiotami działającymi na rynku – podkreśla Przemysław Nogaj.
Najbardziej otwarte na innowacje są dziś największe firmy budowlane. Pozostałe firmy są dziś raczej na etapie ich obserwowania i testowania, i dopiero dojrzewają do wdrażania nowości.
– Branża patrzy na liderów, obserwuje, jak te innowacje pomagają im w zwiększeniu efektywności, i zakłada, że dopiero w momencie, kiedy liderzy osiągną zakładane rezultaty, reszta rynku podąży za nimi – mówi Przemysław Nogaj.
– Nowe technologie bardzo wiele zmieniają w procesie przygotowywania i projektowania budynków. Jedyną taką zmianą widoczną dla użytkowników jest bardziej staranne podejście do ekologii. Kolejne lata nie przyniosą – moim zdaniem – rewolucji na tym polu, bo zmienia się bardzo wiele, ale dosyć powoli, małymi kroczkami – mówi Szymon Wojciechowski, architekt i partner w APA Wojciechowski.
Zdaniem liderów branży budowlanej, jednym z czynników, które zdominują ją w nadchodzących latach, będą aspekty związane z ekologią, takie jak podnoszenie efektywności energetycznej, poszukiwanie nowych materiałów budowlanych czy stosowanie alternatywnych źródeł energii.
Branża budowlana jest jedną z tych, które najmocniej odczuwają braki kadrowe związane z historycznie niskim bezrobociem. Z raportu Autodesk wynika, że odpowiedzią na ten problem będzie częściowa automatyzacja procesów budowlanych. Już teraz na polskich budowach zaczyna się stosować maszyny, które częściowo zastępują pracę ludzką. Ten kierunek z pewnością zostanie utrzymany, choć – jak zaznaczają eksperci – nigdy nie nastąpi całkowita eliminacja ludzkiej pracy w procesie realizacji inwestycji.
Kolejnym, zauważalnym trendem w branży jest coraz szersze wykorzystywanie modelowania informacji o obiekcie (BIM) w fazie projektowej. Pełne wykorzystanie BIM da firmom budowlanym olbrzymie pole do optymalizacji – od wyceny przez harmonogram, identyfikację kolizji, logistykę dostaw, całą realizację aż po eksploatację obiektu.
– Nasza dokumentacja BIM-owska nie jest jeszcze w pełni wykorzystana na budowie, ale wiodące firmy zaczynają się do tego zabierać. Na pewno przyjdzie czas eliminacji papieru. Jest wiele ograniczeń z tym związanych, głównie konserwatywne myślenie ludzi i kwestie prawne, bo dokumentację budowlaną w dalszym ciągu składamy w formie papierowej, błędy czy koszty dodatkowe wykazuje się na papierze, nie wiadomo, kto ma prawo zmieniać tę dokumentację BIM-owską, jak ją zamrażać. To są kwestie, które muszą jeszcze zostać rozwiązane. Natomiast BIM pomaga w projektowaniu, usprawnia i polepsza jakość dokumentacji. W pewnym momencie firmy budowlane się w tym zorientują i zaczną z tego szerzej korzystać – mówi Szymon Wojciechowski.
Z początkiem 2021 roku wejdzie w życie nowe Prawo zamówień publicznych, którego projekt w ubiegły wtorek został przyjęty przez rząd. Nowelizacja ma naprawić bolączki obecnego systemu, na który uskarża się wiele firm, m.in. skomplikowane procedury, faworyzowanie zamawiających kosztem wykonawców i niejasne orzecznictwo. Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Hubert Nowak podkreśla też, że nowe przepisy mają promować sektor MŚP i zostały pomyślane tak, żeby system zakupowy wspierał cele gospodarcze i rozwojowe państwa.
– Najważniejszą bolączką systemu zamówień publicznych jest dzisiaj brak powiązania systemu zakupowego ze strategią rozwoju państwa. Dlatego w nowym Prawie zamówień publicznych staramy się ten problem zaadresować – mówi agencji Newseria Biznes Hubert Nowak, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.
Obecnie obowiązująca ustawa od 2004 roku była nowelizowana już ponad czterdzieści razy. Dlatego potrzebny jest nowy, spójny system zamówień publicznych. Jak wskazywał resort, aktualny jest nieefektywny i zmaga się z wieloma bolączkami, m.in. skomplikowane i kosztowne procedury, niejasne orzecznictwo i brak równowagi sił między zamawiającymi a wykonawcami.
– Problemem jest zmniejszająca się konkurencyjność postępowań i brak równowagi między zamawiającymi a wykonawcami, co niewątpliwie miało wpływ na zmniejszający się udział poszczególnych firm, w tym również MŚP, w zamówieniach publicznych – ocenia Hubert Nowak. – Kolejnymi bolączkami, które zidentyfikowaliśmy, były kwestie związane z dużym formalizmem, rygoryzmem i dążeniem zamawiających do spełnienia tych rygorów i koncertowania się na 100 proc. ceny, zamiast dążenia do uzyskania najbardziej efektywnego zakupu.
Prezes UZP podkreśla, że zmiany w PZP będą dotyczyć wszystkich obszarów i wszystkich interesariuszy. Nowelizacja ma m.in. przyczynić się do zwiększenia liczby firm startujących w przetargach (głównie małych i średnich), wydawania publicznych pieniędzy w sposób bardziej efektywny oraz uwzględniający cele rozwojowe państwa, np. wzrost innowacyjności.
– Po pierwsze, skupiliśmy się na uproszczeniach proceduralnych, a więc na tym, żeby oddzielić procedurę dla zamówień dużych i małych. W przypadku dużych zamówień skupiliśmy się na wypełnieniu unijnych dyrektyw, które zobowiązują nas do pewnych rozwiązań. Natomiast poniżej progów unijnych, czyli tam, gdzie nie jesteśmy zobowiązani dyrektywami unijnymi, postanowiliśmy zaproponować prostsze i krótsze procedury, które zwiększają również elastyczność poprzez dopuszczenie trybów negocjacyjnych – mówi Hubert Nowak.
Nowe Prawo zamówień publicznych ma promować małe i średnie przedsiębiorstwa, które stanowią ponad 90 proc. polskiego rynku i odpowiadają za ok. 75 proc. polskiego PKB. W tej chwili sektor MŚP pozyskuje zaledwie 45 proc. zamówień o wartości powyżej progów unijnych (i to występując w roli zarówno bezpośrednich wykonawców lub konsorcjantów, jak i podwykonawców). Oznacza to, że udział MŚP w zamówieniach publicznych jest znacznie niższy niż ich znaczenie gospodarcze i potencjał rynkowy.
– Kolejne kwestie, którymi postanowiliśmy się zająć w nowym prawie, są związane ze środkami ochrony prawnej, a więc poprawą tego, co dziś leży w zakresie Krajowej Izby Odwoławczej, ze zwiększeniem dostępności środków ochrony prawnej, zapewnieniem dostępu do skarg na orzeczenia KIO oraz ujednoliceniem jej orzecznictwa – wymienia Hubert Nowak. – Drugi aspekt to problemy, które powstają w trakcie realizacji kontraktów. Zaproponowaliśmy nowe rozwiązanie, formuły mediacyjne, które w naszej ocenie będą sprzyjać temu, żeby te spory się nie ciągnęły i nie mnożyły kosztów, ale były rozwiązywane w miarę szybko i w sposób pozytywny dla obu partnerów.
Kolejną, ważną zmianą w nowym PZP będzie wyrównanie pozycji zamawiających i wykonawców, na których dotąd spadała większość ryzyka kontaktowego.
– Chcieliśmy wprowadzić większą symetrię. Zaproponowaliśmy takie rozwiązania, jak kwestie cen, procedur mediacyjnych, zwiększenia dostępności do środków ochrony prawnej, kwestie klauzul abuzywnych, płatności zaliczkowych i częściowych, obniżenie kwot związanych z wadiami czy zabezpieczeniem należytego wykonania umowy – podkreśla Hubert Nowak.
Zamówienia publiczne mają duże i – w odróżnieniu od innych wydatków z budżetu państwa – bezpośrednie przełożenie na polską gospodarkę.
– Liczymy, że dzięki tym rozwiązaniom będziemy otrzymywali dużo bardziej konkurencyjne zamówienia, wpłyniemy również na zwiększenie ich jakości i sprawimy, że ich cel zostanie osiągnięty – podkreśla Hubert Nowak.
Rynek zamówień publicznych w 2018 roku był wart w Polsce 202 mld zł. Co istotne, jego wartość rośnie – jeszcze w 2017 roku wynosiła ok. 163 mld zł, co oznacza, że roczny wzrost wyniósł ok. 25 proc.
– Niestety, udział rynku wykonawców w zamówieniach publicznych z roku na rok się zmniejsza. W 2018 roku mieliśmy średnio 2,19 oferty na postępowanie, w stosunku do roku poprzedniego jest to spadek o 0,2. Z przykrością obserwujemy już od kilku lat tendencję spadkową w tym zakresie – mówi prezes Urzędu Zamówień Publicznych.
9 lipca Rada Ministrów przyjęła projekt nowej ustawy Prawo zamówień publicznych, którego autorami są UZP i Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Teraz dokument trafi do Sejmu, a zgodnie z założeniami w życie wejdzie dopiero z początkiem 2021 roku.
– Uznaliśmy, że długie vacatio legis jest niezbędne wszystkim interesariuszom, żeby mogli się przygotować do nowych wyzwań – mówi Hubert Nowak.
Tylko w czerwcu port lotniczy we Wrocławiu obsłużył ponad 365 tys. pasażerów, a przez pierwsze półrocze – blisko 1,6 mln osób. O ile jeszcze kilka lat temu ruch na lotnisku w letnich miesiącach był niemal dwukrotnie większy niż zimą, o tyle obecnie dysproporcje nie są już tak duże. To wynik szerokiego wyboru ofert – coraz bogatszej oferty połączeń sieciowych i rozbudowanej siatki połączeń niskokosztowych. Rośnie też liczba pasażerów, którzy korzystają z lotów czarterowych przez cały rok.
– Jeszcze 5–7 lat temu porównanie ruchu pomiędzy najsłabszym miesiącem w roku, jakim klasycznie jest luty, a najlepszym, czyli lipcem lub sierpniem, to była przepaść. W lecie mieliśmy miesięczny ruch dwukrotnie większy niż w lutym. Teraz ze względu na coraz bogatsze oferowanie w miesiącach słabszego sezonu te dysproporcje się nieco zrównują, choć wciąż jest dysproporcja mniej więcej 60 proc. do 40 – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu.
Z danych lotniska wynika, że w czerwcu liczba pasażerów wrocławskiego portu przekroczyła 365,7 tys. Dla porównania, w najsłabszym lutym było to nieco ponad 221 tys. osób. Całe I półrocze 2019 roku zamknęło się rekordowym wynikiem 1,6 mln pasażerów, blisko 10 proc. większym niż w analogicznym okresie 2018 roku.
– W ostatnich dwóch latach sezon trwa praktycznie cały rok ze względu na bogatą ofertę lotów czarterowych, wakacyjnych, wypoczynkowych, jaką mamy w okresie zimowym. Touroperatorzy zapewniają wówczas loty na Zanzibar, do Emiratów Arabskich, Omanu. Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec oferty w przyszłych sezonach. Kraje europejskie, czyli południe Europy, szczególnie Turcja, Wyspy Kanaryjskie to także oferta całoroczna. Od kwietnia praktycznie dolecimy już do większości kurortów tureckich i części kurortów greckich – wymienia Dariusz Kuś.
Najwięcej, bo ok. 1 mln osób, przewiozły tanie linie lotnicze. Podróżnych przybywa na trasach na południe Europy, Wyspy Brytyjskie czy do krajów skandynawskich. Jak przekonuje prezes lotniska to w dużej mierze zmiana przyzwyczajeń biznesmenów, którzy częściej wybierają bezpośrednie połączenia tanich linii lotniczych. Przykładem mogą być połączenia z Londynem, gdzie nawet 20 proc. pasażerów stanowią biznesmeni.
– Przez długi czas było tak, że pasażerowie lotów biznesowych najczęściej wybierali przewoźników sieciowych, czyli LOT, Lufthansę, SAS, dolatując do hubu przesiadkowego i tam korzystając z kolejnego połączenia do miejsca docelowego. Dzisiaj ci pasażerowie bardzo chętnie korzystają również z połączeń niskokosztowych – zaznacza Dariusz Kuś.
Przewoźnicy sieciowi wciąż jednak notują wzrosty – w I półroczu 2019 roku o 18 proc. rdr. Największym zainteresowaniem cieszą się rejsy do największych hubów przesiadkowych, np. do Paryża, uruchomione przez linie Air France przed rokiem, czy uruchomione na początku maja przez KLM połączenie z Amsterdamem.
– Pozwala to na skonfigurowanie podróży po całym świecie, a z uwagi na nasilającą się konkurencję odbywa się to w coraz lepszych cenach – przekonuje prezes wrocławskiego lotniska.
W 2018 roku lotnisko obsłużyło ponad 3,3 mln pasażerów. Z oferty tanich linii na kierunkach międzynarodowych skorzystało najwięcej, bo ponad 2 mln pasażerów. Przewoźnicy sieciowi obsłużyli zaś o 22 proc. podróżnych więcej niż w 2017 roku.
Od początku roku systematycznie rośnie też liczba pasażerów, którzy skorzystali z oferty biur podróży – ruch czarterowy wzrósł o ok. 17 proc. Popularnością cieszą się kurorty na Riwierze Tureckiej i Egejskiej, greckie wyspy, Hiszpania, Bułgaria, Egipt, Madera, a od niedawna portugalski region Algarve.
– Najchętniej latamy na południe Europy, szczególnie w sezonie wakacyjnym, ale nie tylko. Drugi trend to loty do miast w Europie na 3–4-dniowe pobyty, tzw. city break – wymienia Dariusz Kuś.
3 godziny dziennie – tyle czasu blisko połowa użytkowników smartfonów i tabletów spędza na korzystaniu z ulubionego urządzenia, a co piąty poświęca na to 6 godzin w ciągu dnia – wynika z badania Selectivv Mobile House. Trend digital wellbeing ma na celu ograniczenie bezrefleksyjnego użytkowania urządzeń mobilnych i propagowanie zdrowej równowagi między życiem cyfrowym a realnym. Pierwszym krokiem w jego wdrażaniu jest minimalizacja powiadomień w smartfonie oraz wykasowanie aplikacji mediów społecznościowych z ekranu urządzenia.
Jak pokazują badania Selectivv Mobile House, 63 proc. użytkowników smartfonów i tabletów korzysta ze swojego urządzenia mobilnego co 30 minut. 49 proc. na przeglądaniu smartfona spędza 3 godziny dziennie, 22 proc. natomiast poświęca na to aż 6 godzin w ciągu dnia. Eksperci mówią o fonoholizmie, dotykającym przede wszystkim dzieci i młodzież, co potwierdzają badania przeprowadzone przez Fundację Dbam o Mój Z@sięg oraz Uniwersytet Gdański. Wynika z nich, że wśród uczniów między 12 a 18 rokiem życia ponad 86 proc. regularnie korzysta ze smartfonów. 56 proc. robi to z taką samą częstotliwością w dni powszednie i weekendy, a blisko 30 proc. nie wyobraża sobie natomiast codziennego funkcjonowania bez urządzenia mobilnego.
– Na świecie jest już ponad 5 mld użytkowników telefonów komórkowych, a ponad 3 mld osób użytkuje media społecznościowe na urządzeniach mobilnych. Dorasta pokolenie, które de facto nie zna życia offline, nie wie, co to znaczy nie mieć internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Bocheńska, odpowiedzialna za sprzedaż i marketing w firmie Mudita.
Zdaniem ekspertki po fazie zachłyśnięcia się możliwościami, jakie dają nowoczesne technologie, ludzkość przeszła do etapu refleksji nad konsekwencjami ich użytkowania. Coraz częściej dostrzegamy negatywny wpływ nadmiernego przywiązania do smartfonów na zdrowie człowieka w postaci problemów ze wzrokiem, bezsenności i bólów kręgosłupa. Efektem tej refleksji jest trend określany mianem digital wellbeing, definiowany jako świadoma relacja z technologią. Jego celem jest walka z uzależnieniem od urządzeń mobilnych i propagowanie równowagi między życiem cyfrowym a realnym.
– Nie chodzi o to, żeby negować technologię, my często podkreślamy jej pozytywne aspekty, ale jak w każdym bardzo dobrym rozwiązaniu są też te negatywne strony i stąd właśnie wywodzi się sam trend digital wellbeing – mówi Katarzyna Bocheńska.
Wprowadzanie zasad digital wellbeing należy zacząć od sprawdzenia, ile czasu dziennie spędzamy na korzystaniu z urządzeń mobilnych. Można to zrobić np. za pomocą aplikacji na telefon. Drugi krok to zastanowienie się, czy czas ten był produktywny, czy poświęcony na bezrefleksyjne przeglądanie mediów społecznościowych. Następny etap to już działanie na rzecz ograniczenia czasu korzystania ze smartfona bądź tabletu – zacząć można od zminimalizowania przychodzących powiadomień do absolutnego minimum. Dzięki temu będziemy sięgać po telefon tylko w sytuacjach, gdy potrzebujemy i jest to naprawdę niezbędne, a nie wymuszane niejako przez urządzenie.
– Usunęłam aplikacje mediów społecznościowych z telefonu. Nadal mam tam konto, ale sam fakt, że nie mam tych aplikacji, sprawia, że po prostu nie sięgam po telefon. Wcześniej samokontrola nie zawsze wystarczała i łapałam się na tym, że scrolluję nawet bez intencjonalnego działania – mówi Katarzyna Bocheńska.
Dobrym pomysłem jest także powrót do tradycyjnych budzików. Korzystanie z funkcji budzika, w którą wyposażone są wszystkie nowoczesne smartfony sprawia, że sięgamy po urządzenie jeszcze przed snem. Tymczasem liczne badania pokazują, że korzystanie z komputera, smartfona, tabletu lub telewizora minimum godzinę przed położeniem się do łóżka prowadzi do bezsenności. Barwa światła emitowanego przez ekrany tych urządzeń przypomina barwę światła słonecznego pobudzającego do działania, a nie skłaniającego do snu.
– Sen to jest bardzo ważny czas dla naszej regeneracji. Są już badania, które wykazują, że może być on zakłócony również przez promieniowanie elektromagnetyczne – mówi Katarzyna Bocheńska.
Ruch na rzecz świadomego korzystania z technologii ma wiele wymiarów. Jednym z nich jest nastawienie producentów urządzeń mobilnych na długofalowe zadowolenie użytkownika, a nie powiększanie zysków płynących z coraz nowszych technologii. Dotychczas celem producentów większości aplikacji, była przede wszystkim monetyzacja naszej uwagi.
– Model, który jest zbudowany na reklamach, czyli tak naprawdę płacimy swoim czasem, uwagą za bezpłatny dostęp do usług jest właśnie monetyzowany przez te firmy. Dlatego jest teraz trend na to, żeby zmienić trochę tę dynamikę i żebyśmy już nie musieli płacić własnym czasem za to, że mamy bezpłatny dostęp do technologii – mówi Katarzyna Bocheńska.
Taka właśnie idea przyświeca twórcom telefonu Mudita Pure, który nie odciąga naszej uwagi poprzez nadmiar powiadomień i aplikacji. Telefon z delikatną estetyką inspirowaną naturą, który w prostej formie zawiera jedynie niezbędne funkcje.
Intencją firmy Mudita jest stworzenie telefonu, który wpłynie na spokój umysłu i da użytkownikowi więcej czasu na cieszenie się życiem w realnym świecie.
Krajowy sektor kosmiczny rośnie w siłę. Na tym przyszłościowym rynku konkurują ze sobą zarówno rodzime firmy z sektora prywatnego, które wysyłają w przestrzeń kosmiczną nanosatelity własnej konstrukcji, jak i duże ośrodki naukowe zaangażowane w międzynarodowe misje kosmiczne. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii przyjęło projekt Polskiej Strategii Kosmicznej, który ma poprawić konkurencyjność polskich firm z tego sektora na rynku europejskim. Finansowanie dla innowacyjnych projektów kosmicznych zapewni powołana właśnie Szybka Ścieżka Kosmiczna.
– Polacy w tej chwili są na pierwszym etapie rozwoju technik satelitarnych. Powstają małe firmy, które, mam nadzieję, dołączą do naszych liderów. W przyszłości to małe satelity będą przejmowały zadania od tych dużych obiektów, a przy większej liczbie małych satelitów można uzyskać znacznie więcej informacji o otaczającym nas środowisku wokół Ziemi, ale również i o samej Ziemi przez wykonywanie obserwacji właśnie z orbity satelitarnej – mówi agencji Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Piotr Wolański z Instytutu Lotnictwa w Warszawie.
Dotychczas za realizację programów kosmicznych odpowiadały w Polsce duże ośrodki naukowe takie jak Centrum Badań Kosmicznych, które wysłało w przestrzeń satelity naukowe Lem i Heweliusz. Sytuacja na rynku ulega zmianie. Dziś na realizację podobnych projektów coraz częściej mogą pozwolić sobie zarówno mniejsze ośrodki naukowe, jak i firmy z sektora prywatnego. Tylko w lipcu tego roku na orbicie okołoziemskiej umieszczono satelitę doświadczalnego KRAKsat oraz satelitę obserwacyjnego Światowid.
Pierwszy z nich, autorstwa studentów Uniwersytetu Jagielońskiego i Akademii Górniczo Hutniczej, powstał z myślą o przetestowaniu nowego systemu nawigacji bazującego na układzie wypełnionym ferroluidem, czyli zawiesiną ferromagnetyczną działającą podobnie do klasycznego magnesu. Konstruktorzy KRAKsata liczą na to, że ich innowacyjny układ może posłużyć do skonstruowania koła zamachowego bazującego na płynnym magnesie, które sprawdzi się w roli układu sterowania pojazdami kosmicznymi w warunkach zerowej grawitacji.
Z kolei nanosatelita Światowid skonstruowany przez firmę SatRevolution to prototypowy model komercyjnego systemu obserwacji. Docelowo firma planuje wysłać na orbitę ponad tysiąc takich jednostek, które będą zdolne do wykonywania zdjęć satelitarnych na potrzeby monitorowania stanu wód gruntowych, zanieczyszczenia powietrza czy zmian pogody.
– Na razie cała aparatura budowana w Polsce była wykorzystywana do celów naukowych, czy to na naszych satelitach, na satelitach zbudowanych w innych krajach, czy próbnikach kosmicznych. Natomiast nie ma żadnego problemu, żeby tę technologię wykorzystać również do satelitów użytecznych, czyli takich satelitów obserwacyjnych czy nawet komunikacyjnych w przyszłości – twierdzi ekspert.
Potencjał branży kosmicznej dostrzegły także polskie władze, które uruchomiły kilka programów wsparcia dla tego innowacyjnego sektora gospodarki. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju powołało do życia program sektorowy Szybka Ścieżka Kosmiczna, w ramach którego przeznaczy 300 mln zł na wsparcie polskich projektów kosmicznych. Firmy zainteresowane udziałem w konkursie będą mogły składać wnioski o dofinansowanie od 2 września do 15 listopada tego roku.
Z kolei już w 2017 roku Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii ogłosiło Polską Strategię Kosmiczną, czyli długofalowy program wsparcia dla sektora kosmicznego na lata 2017–2030. Projekt powołano w celu zwiększenia konkurencyjności polskich projektów na arenie europejskiej. Głównym celem PSK będzie zwiększenie obrotów rodzimego sektora kosmicznego do poziomu co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów na rynku europejskim.
– Na razie to finansowanie jest jeszcze na stosunkowo niewielkim poziomie. Gdybyśmy chcieli porównać do finansowania NASA czy Europejskiej Agencji Kosmicznej, to są to stosunkowo niewielkie środki. Nasz wkład do Europejskiej Agencji Kosmicznej to jest około 30 mln euro rocznie. W Europie są rozwijane takie duże programy z funduszów Unii Europejskiej jak Copernicus i Galileo, w których na razie mamy bardzo niewielki udział, a powinniśmy szeroko włączyć się w rozwoju tych technik – mówi Piotr Wolański.
Projekt o przyszłościowym charakterze realizuje firma SpaceForest, która testuje modułowe rakiety wielokrotnego użytku. Ich suborbitalna rakieta SIR została wyposażona w hybrydowy silnik oraz automatyczny system sterowania, który umożliwi odzyskanie rakiety po umieszczeniu satelity na orbicie. Rozwijany jest również projekt teleskopu optycznego SkyLab zaprojektowanego z myślą o wykrywaniu kosmicznych śmieci. Laboratorium powstało na potrzeby Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika w Warszawie, które planuje mapować położenie odpadów krążących po orbicie i mogących stanowić zagrożenie dla satelitów.
– To właśnie za pomocą urządzeń wysłanych na orbitę rozwinęła się astronomia. Dostarczyła ona wiele przyrządów do bardzo dokładnego obserwowania kosmosu, nie tylko dalekiego, lecz także bliskiego – Księżyca, planet, Słońca. Astronomowie bardzo dużo korzystają właśnie z technologii kosmicznych, które są wynoszone przez satelity i próbniki za pomocą właśnie rakiet, które rozwijamy m.in. w Instytucie Lotnictwa – mówi ekspert.
Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku przemysłu kosmicznego w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.
Szacuje się, że przeciętny użytkownik internetu jest zarejestrowany w kilku usługach online. Musi więc wymyślić i zapamiętać kilka różnych loginów i haseł. Dzięki tożsamości cyfrowej tego obowiązku może już nie mieć. Wystarczą dane osobowe i informacje o samym urządzeniu, by móc automatycznie logować się do bankowości czy usług instytucji państwowych. Cyfrowa tożsamość pozwala też znacznie zmniejszyć skalę oszustw i cyberataków. O ile na Zachodzie jest wykorzystywana coraz częściej, o tyle Polska ma jeszcze sporo do nadrobienia. Przede wszystkim pod względem rozwiązań chmurowych, które umożliwiają taką identyfikację.
– Cyfrowa tożsamość pozwala wykrywać nadużycia przede wszystkim w szeregu instytucji, nie tylko finansowych, także w branży ubezpieczeniowej, e-commerce czy telekomunikacyjnej. Musimy odejść od myślenia, że możemy bazować tylko na danych, które banki, instytucje finansowe, ubezpieczyciele mają w swoich rejestrach. Ale musimy też patrzeć, kim dany użytkownik jest, czyli tak naprawdę cyfrowa tożsamość zaczyna się od urządzenia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Antczak z LexisNexis Risk Solutions.
Eksperci są zgodni, że tożsamość cyfrowa daje możliwość usunięcia nieefektywnych i czasochłonnych procesów ręcznych. Jednocześnie znacznie zmniejsza się skala oszustw. W dużej mierze zapewnienie cyfrowej tożsamości w internecie jest możliwe dzięki bankom. Według Statisty w 2017 roku 84 proc. brytyjskich konsumentów wierzyło, że metody uwierzytelniania banków internetowych są bezpieczne, podczas gdy badanie YouGov sugeruje, że 55 proc. aktywnie zaufało swoim bankom.
Aby stworzyć rozwiązania oparte na tożsamości cyfrowej, niezbędne jest gromadzenie danych, nie tylko osobowych, lecz także tych dotyczących urządzeń, za pomocą których logujemy się do systemów.
– Patrzymy, jakie są atrybuty tego urządzenia, skąd to urządzenie tak naprawdę próbuje się do nas zalogować, zarejestrować, z czym jest powiązane, jak ono wygląda w globalnej sieci urządzeń. Tak naprawdę cyfrowa tożsamość to kombinacja wielu czynników – wskazuje Jakub Antczak.
Oprócz wygody dla użytkowników cyfrowa tożsamość znacznie poprawia bezpieczeństwo. Raport o cyberprzestępczości opracowywany przez LexisNexis Risk Solutions wskazuje, że w 2018 roku analiza 17 mld transakcji wykazała 3 mld ataków botów. Doszło do 244 mln ataków zainicjowanych przez człowieka, w tym 103 mln ataków mobilnych. Dzięki cyfrowej tożsamości można zaś łatwo stwierdzić, skąd pochodzi dane urządzenie, gdzie jest zarejestrowane albo jak wiele atrybutów jest przywiązanych do danego urządzenia, np. kilkadziesiąt adresów mailowych.
– Cyfrowa tożsamość w naszej sieci jest szeroko udostępniona wszystkim klientom. Jesteśmy w stanie dostarczyć informacje np. do banku, że dane urządzenie jest skompromitowane, zostało zablokowane przez inną instytucję finansową. I to jest zasadnicza różnica, wychodzimy od warstwy urządzenia, od warstwy tożsamości, a nie tylko od danych statycznych, które dzisiaj są w bankach, w instytucjach finansowych – przekonuje ekspert.
Cyfrowa tożsamość jest przydatna nie tylko w bankowości. Także opieka zdrowotna czy komunikacja potrzebują rozwiązań do weryfikacji, które oceniają ryzyko transakcji. Agencje rządowe potrzebują nowoczesnych narzędzi, żeby znacznie zmniejszyć skalę oszustw. Do wdrożenia na szerszą skalę rozwiązań cyfrowej tożsamości konieczna jest jednak odpowiednia infrastruktura. Tymczasem raport Eurostatu na temat użycia w Unii wskazuje, że tylko 11 proc. polskich przedsiębiorców, którzy zatrudniają powyżej 10 pracowników, korzysta z usług chmurowych. W Unii średnia wynosi 46 proc.
– W Wielkiej Brytanii banki tworzą oddzielne konsorcja, wymieniają ze sobą dane już nie tylko w ramach wewnętrznej sieci. Dostarczają też takich informacji, jak dana tożsamość cyfrowa wygląda w danym sektorze, np. finansowym, ubezpieczeniowym, czy została oceniona pozytywnie, czy negatywnie. Banki ze sobą dużo bardziej współpracują – ocenia Jakub Antczak.
W Polsce kwestia automatycznego logowania do bankowości, na podstawie zweryfikowanego urządzenia, jest jeszcze przyszłością. Pojawiają się jednak pierwsze rozwiązania, które znacznie zwiększają bezpieczeństwo transakcji i opierają się na szerokiej wymianie danych. Banki PKO BP i ING Bank Śląski jako pierwsze udostępniły w Polsce usługę mojeID, która służy do potwierdzania tożsamości w internecie. Także pozostałe banki zapowiadają wdrożenie podobnej usługi, część jeszcze w tym roku.
– Dynamika wzrostu aplikacji mobilnych jest wysoka. 72 proc. użytkowników smartfonów w Polsce w zeszłym roku przynajmniej raz w miesiącu logowało się do aplikacji mobilnej. To oznacza, że będziemy przygotowani do cyfrowej tożsamości i będziemy dynamicznie nadrabiać tę stratę – wskazuje Jakub Antczak.
15% osób, które chcą pracować sezonowo, w wakacje wyjedzie za granicę (w tym 30% do Holandii, 28% do Niemiec, 17% do Wielkiej Brytanii, a 15% do Szwajcarii). 6 na 10 badanych odbiera telefon służbowy po pracy, a blisko połowa sprawdza pocztę elektroniczną – wynika z najnowszej edycji „Monitora Rynku Pracy”.
Duże zapotrzebowanie na pracę w Polsce przekłada się na deklaracje miejsca w którym pracownicy wyrażają chęć podjęcia zatrudnienia sezonowego. Zdecydowana większość planuje pracować tam, gdzie mieszka lub – co ciekawe – w miejscowości z której pochodzi. Nie widać dużego zainteresowania pracą za granicą, co niewątpliwie ma związek z coraz mniejszą opłacalnością tych wyjazdów. Wzrost wynagrodzeń w Polsce spowodował, że podjęcie pracy w kraju, po uwzględnieniu wszystkich koniecznych kosztów, może przynieść porównywalny, albo nawet większy dochód.
Wyniki badania pokazują jak bardzo życie zawodowe i prywatne dla wielu pracowników wzajemnie się przenikają. Wiele osób ma służbową skrzynkę zainstalowaną na prywatnym telefonie lub laptopie i właściwe prawie cały czas jest w stanie odpowiadać na maile czy telefony. Jednocześnie postęp technologiczny pozwala pracownikom w godzinach pracy zajmować się sprawami prywatnymi i wiele osób z tego korzysta – wysłanie przelewu, zarezerwowanie biletów na wieczorny spektakl czy sprawdzenie ocen dziecka w szkolnym systemie jest możliwe właściwie w każdym momencie doby.
Dla części pracowników bycie cały czas „on line” jest oczywiste, a czynności takie jak sprawdzanie poczty służbowej czy odbieranie telefonów przez niektórych mogą nie być postrzegane jako wykonywanie obowiązków służbowych.
Sezon wakacji to dla wielu osób możliwość zarobienia dodatkowych środków. Przedsiębiorstwa potrzebują nowych osób z powodu nieobecności urlopowych stałych pracowników lub zwiększonych zamówień (szczególnie w branży gastronomicznej, turystycznej, handlu detalicznym czy budownictwie). Jest to okazja nie tylko na dodatkowy zarobek, ale również na uzyskanie doświadczenia, które może być ważne przy poszukiwaniu stałej pracy.
Wiele początkujących firm popełnia błąd i lekceważy wagę ochrony prawnej swoich rozwiązań. Wg raportu EUIPO w samej UE straty z powodu podrabiania towarów wynoszą rocznie niemal 261 mld złotych[1]. Ale podróbki to nie jedyne zagrożenie. Działalności firm mogą zagrozić także pozwy ze strony konkurencji. FIBARO jest przygotowane na takie ryzyko.
Ochrona własności intelektualnej jest często spychana na dalszy plan. Jednak dzięki jej odpowiedniemu wykorzystaniu firmy zwiększają swoje szanse na uniknięcie konfliktów z potencjalną konkurencją, a przede wszystkim zabezpieczają się przed kradzieżą swoich unikalnych i gwarantujących sukces na rynku pomysłów. FIBARO, rozpoczynając działalność w 2010 roku, od początku realizowało strategie sprzedaży na całym świecie i kładło duży nacisk na odpowiednie zabezpieczenie swoich produktów. Obecnie rozwiązania firmy z Poznania chronione są przez ponad 100 patentów i zarejestrowanych znaków towarowych w UE, USA oraz Azji, a w szczególności w Chinach.
Dowodem na konieczność odpowiedniego zarządzania ochroną własności intelektualnej są niedawne działania Pinek IP LLC z siedzibą w Teksasie. Amerykańska firma zajmująca się zarządzaniem patentami oskarżyła FIBARO o naruszenie własności intelektualnej. Pinek złożyło pozew przeciwko FIBARO w związku z rzekomym naruszeniem patentu o nazwie „System i metoda odbioru sygnału do wyzwalania systemu aktywacji piroelektrycznej”. Jednakże FIBARO od lat dba o ochronę własności intelektualnej i przykłada szczególną wagę do tego, jakie rozwiązania oferuje na rynku. Przedstawiona dokumentacja i wsparcie specjalistycznej kancelarii McAndrews spowodowały, że Pinek 27 czerwca wycofało swoje roszczenia bez możliwości ponownego pozwu. Dzięki odpowiedniej dbałości i przygotowaniu firma uniknęła istotnego ryzyka dla dotychczasowej działalności.
Bartłomiej Arcichowski, Członek Zarządu FIBARO
– Przemyślana strategia ochrony własności intelektualnej jest często lekceważona przez początkujące firmy, a w szczególności start-upy. To jednak jeden z kluczowych elementów zabezpieczających know-how firmy – mówi Bartłomiej Arcichowski, Członek Zarządu FIBARO. – Jeżeli zaprezentujemy światu przełomowe rozwiązania bez jego ochrony oraz przeprowadzenia badań czystości patentowej, lata prac rozwojowych i doskonalenia produktów mogą zostać zaprzepaszczone. Dlatego w FIBARO przykładamy ogromną wagę do ochrony własności intelektualnej, szkolimy i wyczulamy naszą załogę, aby odpowiednio zabezpieczała to, nad czym wspólnie pracujemy – dodaje Bartłomiej Arcichowski.
Starania FIBARO zostały także dostrzeżone w drugiej edycji prestiżowego konkursu organizowanego przez Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO), agencję UE z siedzibą w Alicante. FIBARO Intercom został nominowany w kategorii „Przemysł” jako jeden z czterech wzorów przemysłowych, które dotarły do ścisłego finału konkursu w 2018 roku.
BNP Paribas Real Estate rozwijając swoją strategię dywersyfikacji branżowej stworzył nową linię usług: „Logistyka i doradztwo w zakresie zarządzania łańcuchem dostaw”. Te usługi stanowią kolejny krok w kierunku realizacji długoterminowych aspiracji BNP zmierzających do poszerzenia portfela usług w zakresie aktywów logistycznych, w odpowiedzi na rosnące zainteresowanie klientów tym sektorem.
Na czele nowego oddziału staną współzałożyciele Traker, Mike Haziza i Erwan Giraud wspierani przez zespół 10 konsultantów. Celem nowej linii usług jest zwiększenie konkurencyjności przedsiębiorców przemysłowych poprzez modernizację ich łańcucha dostaw. Od momentu powstania w 2008 r. Traker zrealizował ponad 200 projektów w całej Europie, których beneficjentami było około 100 klientów z różnych sektorów gospodarki (w tym przemysłu, handlu detalicznego, logistyki i usług).
Firma Traker posiada ugruntowaną reputację za sprawą świadczonych usług konsultingowych i znakomitych referencji. Podzielamy tę samą kulturę doskonałości strategicznej i operacyjnej, dzięki której będziemy wspierać sukces naszych klientów. Nasza oferta umożliwi dostarczanie globalnych rozwiązań, gwarantując jednocześnie pionowy transfer wiedzy na temat logistyki
Usługi doradztwa w zakresie łańcucha dostaw, jakie BNP Paribas Real Estate może zaoferować swoim inwestorom i klientom-najemcom, zapewnią szerokie wsparcie zintegrowanych i powiązanych usług w zakresie realizacji projektów logistycznych (wynajem lub zakup lokalu, transakcje pod klucz, inwestycje, wycena, zarządzanie nieruchomościami).
Jesteśmy niezwykle dumni, że możemy współpracować z BNP Paribas Real Estate. Współpracujemy z od kilku lat i podzielamy ten sam zapał w odniesieniu do zrównoważonych rozwiązań, a także kulturę opartą na doskonałości, pracy u podstaw i śmiałych projektach. Ta integracja pozwoli nam wzmocnić naszą gotowość do innowacji i tworzenia wartości dodanej dla łańcuchów dostaw naszych klientów, otwierając jednocześnie nowe możliwości rozwoju dla naszego zespołu – Erwan Giraud i Mike Haziz, TRAKER
BNP Paribas Real Estate nieustająco rozwija portfel usług wsparcia dla klientów z branży przemysłowej, logistycznej i handlu detalicznego w ramach europejskich systemów logistycznych. Jest to następstwem konsolidacji organizacyjnej zespołu transakcyjnego oraz powołania do zespołu Arthura Rodrigueza, byłego zastępcy dyrektora ds. głównych systemów przemysłowych i logistycznych w CBRE France, a także wprowadzenia systemu ogólnoeuropejskiej koordynacji z siedziby BNP Paribas Real Estate w Issy-les-Moulineaux we Francji.
Nie powrócą czasy sprzed ponad 3 lat, gdy przez wiele miesięcy ceny spadały. Inflacja w czerwcu wzrosła do 2,6 proc. i jest to przekroczenie celu inflacyjnego wyznaczonego przez NBP. Bardzo szybko rosną ceny żywności, w czerwcu był to skok o 5,7 proc. I jest to powód do obaw, którego jednak Rada Polityki Pieniężnej nie podziela.
– Spodziewamy się, że w kolejnych miesiącach inflacja będzie wzrastała – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce. – Pod koniec tego roku może sięgnąć nawet 3 proc. Wtedy będziemy mieli do czynienia z uwolnieniem cen energii dla przedsiębiorstw.
Z początkiem 2020 r. wzrosną ceny energii dla konsumentów, a inflację będzie dodatkowo pobudzał nadal solidny popyt konsumpcyjny.
– Po tej górce inflacyjnej na przełomie roku inflacja będzie już spadała, a w 2020 r. przewidujemy, że wyniesie 2,0 proc. – komentuje ekspert Coface.
16 lipca na GPW zadebiutowały certyfikaty strukturyzowane wyemitowane przez Raiffeisen Centrobank
Instrumentem bazowym dla nowych certyfikatów są akcje Jeronimo Martins
16 lipca tego roku w obrocie giełdowym znalazły się nowe certyfikaty strukturyzowane – dwie serie typu FAKTOR oraz jedna seria typu TRACKER – wyemitowane przez Raiffeisen Centrobank. Instrumentem bazowym dla nowej emisji certyfikatów są akcje Jeronimo Martins – właściciela największej sieci dyskontów w Polsce.
– GPW konsekwentnie rozszerza swoją ofertę produktową o kolejne instrumenty finansowe adresowane do inwestorów o zróżnicowanej skłonności do ryzyka. Dostęp do szerokiego wachlarza produktów pozwala inwestorom na dywersyfikację portfela, szczególnie w czasach słabszej koniunktury na rynkach finansowych. Cieszymy się, że Raiffeisen Centrobank wyemitował kolejne serie certyfikatów strukturyzowanych na naszym rynku. Atrakcyjny instrument bazowy, jakim są akcje Jeronimo Martins – właściciela największej sieci detalicznej w Polsce, daje ekspozycję na akcje spółki, która notowana jest na rynkach zagranicznych – mówi Izabela Olszewska, członek zarządu GPW.
Jeronimo Martins Polska jest właścicielem Biedronki, największej sieci detalicznej w Polsce, mającej ponad 2820 sklepów w ponad tysiącu miejscowościach. Sieć Biedronka, obecna na polskim rynku od ponad 20 lat, współpracuje z ponad pięciuset polskimi partnerami handlowymi.
Na GPW notowanych jest łącznie ponad 1200 produktów strukturyzowanych. Inwestorzy mają duży wybór zróżnicowanych instrumentów bazowych: akcji, koszyków akcji, indeksów czy produktów rolnych. Ponadto produkty strukturyzowane umożliwiają wybór instrumentu bazowego zgodnego z preferowanym poziomem ryzyka inwestycyjnego, a także możliwość zarabiania na wzrostach i spadkach cen instrumentów bazowych.
Jean-Bernard Mas objął stanowisko Senior Country Officera Credit Agricole w Polsce i I wiceprezesa banku Credit Agricole. Do zarządu banku dołączył także Richard Paret.
Jean Bernard Mas – Credit Agricole
Jean-Bernard Mas związany jest z Grupą CA od 30 lat, a z Polską w roli wiceprezesa banku Credit Agricole od 2015 roku. Ten niezwykle profesjonalny i skuteczny menadżer zarządzał m.in. pionem finansów; bankowością korporacyjną, która dynamicznie rozwija się z roku na rok i zwiększa swoje udziały w rynku; obszarem cyfryzacji i back office oraz IT. W 2017 roku nadzorował jedną z największych technologicznych i organizacyjnych zmian w historii banku. Wdrożony program uprościł architekturę IT oraz znacznie zwiększył liczbę realizowanych projektów w organizacji. Dzięki temu bank jest w stanie szybciej, lepiej odpowiadać na potrzeby klientów i konsekwentnie z tych możliwości korzysta.
W ostatnim czasie Credit Agricole do oferty wprowadził m.in nowe pakiety kont osobistych, innowacyjne metody płatności (BLIK, Apple oraz Google Pay), a także nowy Serwis internetowy CA24 eBank. Działania i wyniki Credit Agricole doceniły kapituły ogólnopolskich konkursów branżowych. Bank zajął m.in. pierwsze miejsce w kategorii małych i średnich banków komercyjnych w zestawieniu najlepszych banków Gazety Bankowej. Bankowość mobilna CA24 Mobile została uznana za najlepiej zabezpieczoną aplikację mobilną w konkursie Portfel Wprost, a wcześniej wyróżniona za logowanie biometryczne w rankingu Gazety Bankowej. Ostatnia nagroda nie jest jedyną w obszarze innowacji. Wcześniej bank otrzymał ją za telebota. Tytuł Innowatora Rynku Bankowego został też przyznany prezesowi zarządu banku. Credit Agricole zebrał również rekordową liczbę statuetek za działania reklamowe w najważniejszych konkursach w Polsce, m.in. Golden Arrow, Kreatura, Srebrna Pantera, MIXX Awards. Klienci także doceniają bank w badaniach satysfakcji i jakości obsługi. Credit Agricole należy do najchętniej polecanych banków, a jego infolinia już od 5 lat znajduje się w TOP 3 bankowych Contact Center w Polsce.
Objęcie przez Jean-Bernarda Masa, 1 lipca br., stanowiska I wiceprezesa Zarządu i Senior Country Officera nie wpływa na zmianę misji Credit Agricole, którego ambicją jest być najbardziej zorientowanym na ludzi bankiem i zapewnienie klientom najwyższego poziomu satysfakcji.
Olivier Constantin, który do końca czerwca pełnił funkcję Senior Country Officera, po czteroletniej misji w Polsce i znaczącym zaangażowaniu w rozwój wszystkich spółek Grupy w Polsce, rozpoczyna nowy etap kariery i będzie zarządzał jedną z kluczowych Kas Regionalnych we Francji.
Richard Paret – Credit Agricole
Do zarządu banku Credit Agricole, w roli wiceprezesa, 12 lipca wrócił Richard Paret. Będzie nadzorował bankowość korporacyjną i inwestycyjną, obszary back office oraz zarządzania zmianą i cyfryzacją. Richard Paret z bankowością i Grupą Crédit Agricole jest związany od 20 lat. Do banku w Polsce dołączył w 2014 r. jako dyrektor odpowiedzialny za obszar ryzyka. Dwa lata później, już w roli Wiceprezesa Zarządu, nadzorował dodatkowo sieć i wsparcie sprzedaży w bankowości detalicznej oraz SME, obszar consumer finance. Do 2018 roku wdrożył z sukcesem wiele strategicznych zmian w zarządzanych przez niego obszarach.
Nieco ponad 1,8 tys. cudzoziemców złożyło w Polsce wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w I połowie tego roku. Oznacza to spadek o ok. 12 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Warunki przyznania jednej z form ochrony międzynarodowej spełniało w sumie 140 osób. Decyzje negatywne otrzymało prawie 940 obcokrajowców, a 960 postępowań umorzono.
Około 64 proc. z 1,8 tys. wniosków o ochronę międzynarodową zostało złożonych po raz pierwszy. W pierwszej piątce krajów pochodzenia wnioskodawców znalazły się: Rosja – 1160 osób, Ukraina – 220 os., Tadżykistan – 52 os., Afganistan – 44 os. oraz Turcja – 41 os. Nieco ponad połowa wniosków została złożona na wschodniej granicy kraju, z czego najwięcej w placówce Straży Granicznej w Terespolu. Osoby niepełnoletnie stanowiły 43 proc. wnioskodawców.
Cudzoziemcowi udziela się ochrony międzynarodowej jeśli w jego kraju pochodzenia grozi mu prześladowanie lub rzeczywiste ryzyko utraty życia czy zdrowia. Każdy wniosek jest rozpatrywany indywidualnie przez Urząd do Spraw Cudzoziemców, który szczegółowo analizuje poszczególne sprawy w celu sprawdzenia czy danej osobie należy udzielić ochrony.
W I połowie roku warunki przyznania ochrony międzynarodowej spełniało 140 cudzoziemców. Byli to głównie obywatele Rosji (49 os.), Ukrainy (15 os.) i Tadżykistanu (15 os.). Decyzje negatywne otrzymało prawie 940 osób – najwięcej obywatele Rosji (534 osób), a 960 postępowań umorzono – również głównie wobec obywateli Rosji (727 osób). Sprawy są umarzane w sytuacji gdy cudzoziemiec opuścił Polskę, nie czekając na wydanie decyzji najczęściej udając się do państw Europy Zachodniej.
Podczas trwania procedury uchodźczej cudzoziemcy są objęci pomocą socjalną (m.in. zakwaterowanie, wyżywienie, opieka zdrowotna) zapewnianą przez Urząd do Spraw Cudzoziemców oraz działaniami edukacyjnymi (m.in. nauka języka polskiego, kursy informacyjne). Mają oni do wyboru pobyt w ośrodku lub samodzielne utrzymanie się poza ośrodkami przy pomocy finansowej otrzymywanej od UdSC. Według stanu na 30 czerwca z pomocy socjalnej Urzędu do Spraw Cudzoziemców korzystało 2960 osób.
1 lipca 2019 roku nastąpiła zmiana w przepisach dotyczących emisji obligacji. Głównym jej celem jest zwiększenie bezpieczeństwa inwestorów. Dla przedsiębiorców, którzy swoją działalność chcieliby w ten sposób sfinansować, oznacza to jednak szereg nowych utrudnień. Przede wszystkim znacząco wzrosną koszty, a proces wydłuży się i skomplikuje. Dla mniejszych spółek emisja obligacji może okazać się zupełnie nieopłacalna. Źródeł finansowania mogą one szukać w ofercie banków, ale nie każda firma spełni warunki uzyskania kredytu. W tej sytuacji, na atrakcyjności zyskuje propozycja instytucji pozabankowych oferujących finansowanie dłużne, którego pozyskanie jest prostsze i bardziej elastyczne.
Dla mniejszych spółek emisja obligacji, nawet przed zmianami, nie była procesem ani łatwym, ani tanim. Zgromadzenie wielu inwestorów wymaga zaangażowania wyspecjalizowanej firmy doradczej. Emisja generuje także koszty, które po części ponoszone są również w przypadku nieuplasowania jej w całości. Teraz proces emisyjny staje się jeszcze bardziej kosztowny i skomplikowany. Przede wszystkim wiąże się to z obowiązkową dematerializacją obligacji, koniecznością ich rejestracji w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych oraz nową instytucją agenta emisji. Dodatkowe koszty związane z wynagrodzeniem agenta oraz opłatą za rejestrację w KDPW sprawiają, że małe emisje mogą być całkowicie nieopłacalne. Po jakie instrumenty może więc sięgnąć mniejsza spółka, by finansować swoją działalność bez ponoszenia nadmiernych kosztów?
Kredyt bankowy – liczy się historia i niskie ryzyko
Niskooprocentowany kredyt wydaje się najbardziej naturalnym rozwiązaniem. Dla większości małych firm jego koszty są jednak zazwyczaj wyższe niż dla dużych przedsiębiorstw z długą historią biznesową. Wiele firm nawet nie stara się o jego udzielenie, wiedząc że nie spełni warunków, ze względu na krótki okres prowadzenia działalności, ryzykowną branżę lub brak wymaganych zabezpieczeń np. w postaci hipoteki. Dodatkowo, w przypadku finansowania na cele obrotowe, zdolność kredytowa jest ściśle uzależniona od dotychczasowych przychodów ze sprzedaży. Fakt, że mając do dyspozycji więcej gotówki, firma może zwielokrotnić sprzedaż, w niczym tu nie pomoże. Wygodnym rozwiązaniem tej sytuacji mogła być emisja obligacji, dzięki której finansowanie pozyskuje się bez pośrednictwa banku. Sposób ten był nie tylko bardziej elastyczny, ale też atrakcyjny z uwagi na odroczenie terminu całkowitej spłaty nawet o kilka lat. W tym okresie firma może w pełni korzystać z pozyskanych środków, a na bieżąco spłacać wierzycielom jedynie odsetki. Nowe zasady emisji obligacji sprawiają jednak, że teraz dla wielu mniejszych spółek taka forma finansowania może okazać się zbyt droga, a kredyt będzie nadal niedostępny.
Venture capital – liczy się innowacyjność
Dla firm, które często dopiero startują w biznesie i dla banków nie są atrakcyjne ze względu na wysokie ryzyko, rozwiązaniem może być pozyskanie inwestora finansowego. Wiąże się to jednak z szeregiem daleko idących konsekwencji, na co nie każdy przedsiębiorca jest gotowy. Inwestor obejmuje część udziałów w firmie, często kontroluje radę nadzorczą, a z założenia po kilku latach chce wyjść z inwestycji poprzez zbycie swoich udziałów. Takim inwestorem finansowym może być fundusz typu venture capital. – Finansowanie tego typu wiąże się z objęciem przez inwestora części udziałów w spółce, lecz zwykle jest to pakiet mniejszościowy, a osoby zarządzające mają pełną swobodę w działalności operacyjnej. Warunki współpracy ustalane są indywidualnie, z góry określony jest jej przewidywany horyzont czasowy oraz zasady sprawowania nadzoru. Fundusze venture capital oferują nie tylko kapitał na rozwój, ale również wsparcie merytoryczne. Inwestor pełni tu rolę partnera biznesowego, który dzieli się doświadczeniem i doradza w kwestiach strategicznych, finansowych czy prawnych – mówi Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym. W przypadku wielu funduszy warunkiem ubiegania się o tego rodzaju finansowanie jest, by prowadzona działalność miała charakter innowacyjny oraz potencjał do osiągania ponadprzeciętnych wzrostów. Z tego powodu rozwiązanie venture capital adresowane jest przede wszystkim do start-upów technologicznych.
Private debt – liczą się marże i perspektywy rozwoju
Rozwiązaniem pośrednim między długiem a pozyskaniem inwestora jest finansowanie dłużne typu private debt. Tutaj branża nie jest, aż tak istotna – firma może prowadzić tradycyjną działalność handlową lub produkcyjną. Najważniejsze jest, by biznes był stabilny, dobrze rokujący i operujący na wysokich marżach. Private debt daje spółce podobne korzyści jak pozyskanie inwestora finansowego, zakończenie współpracy jest jednak dużo łatwiejsze – następuje wraz ze spłatą zadłużenia. – Największymi zaletami tego typu finansowania jest elastyczność w kwestii warunków spłaty oraz zabezpieczeń. Private debt może być traktowane jako uzupełnienie finansowania bankowego, jak również jedyna forma finansowania ze źródeł zewnętrznych – dodaje Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Jest to rozwiązanie droższe niż kredyt bankowy. Jego koszt mieści się zwykle w przedziale 9-15 proc. w skali roku, jednak ze względu na zmiany na rynku obligacji korporacyjnych, atrakcyjność tej formy finansowania znacząco wzrasta. Dla sektora MŚP, którym zazwyczaj nie interesują się fundusze dysponujące wysokim kapitałem, oferta private debt jest dostępna dzięki małym funduszom, które próbują zagospodarować tę niszę.
Na rynku jest wiele popularnych rozwiązań, w ramach których spółka może pozyskać finansowanie na dalszy rozwój. W przypadku zakupu środków trwałych, stosunkowo prostym sposobem może okazać się leasing, z kolei przy długich okresach płatności – faktoring. Co jednak w sytuacji gdy pieniądze są potrzebne po to, aby rozwinąć skrzydła – zatrudnić dodatkowych pracowników, wyjść na nowe rynki? Emisja obligacji, po wprowadzonych zmianach, przestaje być prostym i atrakcyjnym rozwiązaniem, natomiast kredyt bankowy często nadal pozostaje trudno dostępny, bądź niewystarczający w stosunku do aktualnych potrzeb. Dla wielu firm atrakcyjna może okazać się propozycja instytucji pozabankowych, która wypełnia lukę w finansowaniu małych i średnich przedsiębiorstw, umożliwiając im pozyskanie środków na realizację planów rozwojowych.
Wczorajsza debata między kandydatami o fotel premiera Wielkiej Brytanii rozbudziła obawy inwestorów o rozwój sytuacji w związku z Brexitem. Dzisiejsze dane o nastrojach we wspólnym bloku walutowym z kolei wskazują na to, że pesymizm względem perspektyw gospodarczych strefy euro utrzymuje się.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,26-4,27. Para EUR/USD również zakończyła dzień na minusie.
Wczorajszy dzień nie przyniósł żadnych istotnych informacji ze wspólnego bloku walutowego. Dziś warto zwrócić uwagę na dane o nastrojach ekonomicznych. Lipcowe indeksy ZEW dla Niemiec, opisujące nastawienie ankietowanych ekspertów względem sytuacji bieżącej, jak i ich nastroje dotyczące przyszłości, pokazały zauważalny spadek w relacji do sytuacji sprzed miesiąca.
Oba indeksy rozczarowały, jednak z oczekiwaniami szczególnie mocno rozminął się ten pierwszy. Wbrew założeniom konsensusu ekonomistów nie odnotował on jedynie umiarkowanego spadku, tylko zszedł poniżej zera po raz pierwszy od czerwca 2010 roku. W tym kontekście nawet niższy od oczekiwanego spadek indeksu ZEW opisujący nastroje względem perspektyw strefy euro nie może budzić optymizmu – wskaźnik cały czas pozostaje głęboko ujemny.
Widoczny pesymizm – dostrzegalny nie tylko w indeksach ZEW, ale również ostatnich odczytach indeksów Ifo, czy danych PMI – nie jest dobrym sygnałem. Gorsze nastroje ankietowanych raczej nie pozostaną bez wpływu na ich decyzje, a to może oznaczać, że na poprawę sytuacji gospodarczej w strefie euro przyjdzie nam poczekać jeszcze dłużej.
GBP
Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,73-4,76. Brytyjska waluta wczoraj charakteryzowała się słabością również w relacji do głównych walut. Funt tracił w związku z negatywnym sentymentem związanym z Brexitem.
Dzisiejsze dane napływające z Wielkiej Brytanii były dość mieszane, jednak można uznać je za względnie pozytywnie. Wprawdzie rozczarowały trzymiesięczne dane o zatrudnieniu, dodatkowo w czerwcu wyraźnie wzrosła liczba wniosków o zasiłki dla bezrobotnych, niemniej kluczowe dane o płacach pokazały wyraźny wzrost. Dynamika wynagrodzeń przyspieszyła do 3,6% w ujęciu rocznym – najwyższego poziomu od 11 lat.
Wspomniana publikacja nie pomogła jednak brytyjskiej walucie. Po wczorajszej debacie pretendentów do objęcia stanowiska premiera Wielkiej Brytanii wyprzedaż funta nabrała rozpędu. Agresywna retoryka obu kandydatów i determinacja do wynegocjowania z UE „nowej umowy”, a nie poprawienia porozumienia wynegocjowanego przez May oraz szczególnie odrzucenie przez nich tzw. backstopu, na nowo rozbudziła obawy rynku związane z Brexitem.
USD
Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. Mimo słabości w parze z silniejszym złotym, amerykańska waluta wczoraj zyskiwała w relacji do głównych walut.
Poniedziałek nie obfitował w informacje z USA. Kalendarz sugeruje jednak, że ów deficyt z nawiązką nadrobimy dziś. W drugiej części dnia warto obserwować odczyty twardych danych o sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej w czerwcu. Oprócz tego wtorek będzie obfitował w przemówienia ze strony członków FOMC, wśród których szczególną uwagę przykuje wieczorne przemówienie prezesa Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:15 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
14:15 – przemawia Michelle Bowman z FOMC
14:30 – dane o sprzedaży detalicznej w USA w czerwcu
15:15 – dane o produkcji przemysłowej w USA w czerwcu
18:20 – przemawia Robert Kaplan z FOMC
19:00 – przemawia przewodniczący FOMC, Jerome Powell
Na finiszu są dwie ważne ustawy: przeciwdziałająca zatorom płatniczym oraz ułatwiająca życie założycielom start-upów. W decydującą fazę wkracza projekt zmieniający Prawo Zamówień Publicznych (PZP). Część przedsiębiorców z pewnością ucieszą nowe przepisy dotyczące produkcji energii ze źródeł odnawialnych, a także liberalizacja przepisów o obrocie ziemią rolną. Oto krótki przegląd zmian prawnych istotnych dla MŚP.
Walka z zatorami płatniczymi
Projekt Ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych w połowie maja został przyjęty przez rząd, a w pierwszych dniach lipca – przez sejm. Ustawa, przygotowana przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, ma wejść w życie 1 stycznia 2020 r.
Dla małych i średnich przedsiębiorstw kluczowe znaczenie będzie miało ustawowe skrócenie terminów zapłaty w transakcjach z dużymi firmami (tzw. transakcja asymetryczna) – do 60 dni. Z kolei dostawcy dla podmiotów publicznych (z wyłączeniem podmiotów leczniczych) uzyskają skrócenie terminów zapłaty do 30 dni. Największe przedsiębiorstwa zostaną zobowiązane do przekazywania Ministerstwu Przedsiębiorczości i Technologii raportów dotyczących stosowanych terminów płatności. W ten sposób powstanie publicznie dostępna lista firm, które swoich kontrahentów zmuszają do najdłuższego oczekiwania na należną zapłatę.
Ponadto na firmy, które najbardziej opóźniają regulowanie swoich zobowiązań, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów ma nakładać administracyjne kary pieniężne.
Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services
– Ustawa zwraca uwagę na ważne problemy, zwłaszcza transakcje asymetryczne. Wprowadza rozwiązania, które sprawdziły się w innych krajach, np. lista notorycznie spóźniających się płatników stanowi w Wielkiej Brytanii znakomity drogowskaz dla MŚP. Jednak, jak wynika z analiz Polskiego Związku Faktorów, działania zmierzające do odblokowania zatorów płatniczych byłyby skuteczniejsze, gdyby dodatkowo uwzględniały zniesienie zakazów cesji w umowach handlowych – mówi Jerzy Dąbrowski, prezes zarządu Bibby Financial Services i członek Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów. – W tej chwili nie wszyscy przedsiębiorcy mogą dysponować fakturami. Problem jest zwłaszcza widoczny w transakcjach z dużymi podmiotami i spółkami Skarbu Państwa. Jako Polski Związek Faktorów postulujemy odpowiednie zmiany w Kodeksie Cywilnym.
Warto wspomnieć, że projekt ustawy wprowadza też tzw. ulgę na złe długi w podatkach PIT i CIT, na wzór mechanizmu funkcjonującego w podatku VAT. Granicznym terminem jest 90 dni od upływu terminu określonego w umowie lub na fakturze. Po jego upływie dostawca będzie mógł pomniejszyć podstawę opodatkowania o kwotę, z którą zalega jego odbiorca. Jednocześnie dłużnik powinien podnieść podstawę opodatkowania o kwotę, której nie zapłacił.
Na pomoc start-upom, czyli prosta spółka akcyjna
Projekt ustawy wprowadzającej do Kodeksu Spółek Handlowych nowy typ spółki kapitałowej – prostą spółkę akcyjną (PSA) w połowie czerwca został uchwalony przez sejm. Prace są już na ostatniej prostej, ustawa powinna wejść w życie z początkiem marca 2020 r.
Obecnie założyciele firm jako formę prowadzenia działalności najczęściej wybierają spółkę z o.o. Powodem jest głównie poziom minimalnego kapitału oraz prostsze formalności. Wprowadzenie nowej formy prawnej postulowało środowisko start-upów. Prosta spółka akcyjna ma ułatwić samo zakładanie spółki i pozyskiwanie kapitału na rozwój. Ma też podnieść konkurencyjności polskich start-upów, które często stają do wyścigu z firmami działającymi na podstawie korzystniejszych przepisów w innych krajach.
Prosta spółka akcyjna tworzona jest dla start-upów, ale nie jest dla nich zarezerwowana. Może stać się również ciekawą alternatywą dla innych uczestników rynku.
Wśród głównych zalet PSA należy wymienić:
brak barier wejścia (1 zł kapitału na start),
szybką rejestrację elektroniczną,
uproszczenie i elektronizację procedur w spółce (w tym możliwość podejmowania uchwał za pomocą poczty elektronicznej albo w czasie wideokonferencji),
dużą swobodę i elastyczność w określaniu rodzajów akcji i zasad działania spółki,
możliwość przydziału akcji w zamian za prace i usługi),
uproszczony elektroniczny rejestr akcjonariuszy, również z wykorzystaniem technologii blockchain,
uproszczoną likwidację.
Tańszy prąd dla przedsiębiorstw
Również w czerwcu rząd przyjął Pakiet prosumencki, pozwalający małym i średnim przedsiębiorstwom produkować energię elektryczną na własne potrzeby, a nadwyżki – „magazynować” na później w sieci operatorów energetycznych. Podobne rozwiązanie z powodzeniem funkcjonuje w odniesieniu do gospodarstw domowych, stąd pomysł, aby rozszerzyć je również na MŚP. Projekt nowelizacji ustawy o OZE procedowany będzie teraz przez sejm.
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii ma nadzieję, że regulacje staną się silnym impulsem do rozwoju energetyki odnawialnej, a zwłaszcza wzrostu liczby mikroinstalacji fotowoltaicznych. W ubiegłym roku w Polsce powstało łącznie ok. 28, 36 tys. tego typu instalacji, ponad dwa razy więcej niż w 2017 roku. Na koniec marca tego roku w sumie mieliśmy już ponad 65 tys. mikroinstalacji OZE (wg danych MPiT).
W połączeniu z mechanizmami finansowania inwestycji fotowoltaicznych (m.in. gwarancje kredytowe z BGK) działania te mają na celu obniżenie kosztów energii dla firm.
Zamówienia publiczne będą odblokowane dla MŚP
W czerwcu wyjątkowo dużo się działo w obszarze prawa istotnego z punktu widzenia przedsiębiorców. Komitet Stały Rady Ministrów zaakceptował projekt nowego Prawa zamówień publicznych (PZP). Kolejnym krokiem będzie rozpatrzenie przez rząd. Jak wynika z danych Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, dotychczas obowiązujące PZP doprowadziło do pogorszenia konkurencyjności systemu. Jeszcze w 2017 roku do przetargu przystępowały średnio niespełna 2,5 firmy, w ubiegłym roku – już tylko 2,19. Stąd postulat zmian, które otworzą przetargi na małe i średnie przedsiębiorstwa, zwiększając tym samym liczbę startujących. Wsparciu MŚP służyć będą m.in. obowiązkowe, częściowe płatności i zaliczki w dłuższych umowach oraz wzmocnienie podziału zamówień na części. Nowe przepisy mają także wprowadzić konieczność wyboru rozwiązań najbardziej efektywnych w dłuższym okresie, a niekoniecznie – najtańszych. Dodatkowo wpisane zostanie zalecenie, aby postępowania w ramach PZP uwzględniały strategiczne cele państwa, m.in. wzrost innowacyjności – czyli większe szanse w przetargach będą miały firmy innowacyjne, inwestujące w nowe rozwiązania.
Kiedy przedsiębiorca może kupić ziemię rolną
26 czerwca 2019 weszła w życie Ustawa o zmianie ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego oraz niektórych innych ustaw. Nowelizacja zmniejszyła wcześniejsze restrykcje w obrocie ziemią rolną – osoby, które nie są rolnikami mogą kupić większy kawałek gruntów. Do tej pory przedsiębiorca lub osoba prywatna, niezwiązani z rolnictwem, mogli kupić 0,3 ha, teraz będą mogli nabyć areał do 1 ha ziemi rolnej. Nabyte grunty będzie można sprzedać po 5 latach, a nie po 10. Nabywcą nieruchomości przedsiębiorca stanie się również w toku postępowania egzekucyjnego i upadłościowego, w wyniku zniesienia współwłasności, podziału majątku wspólnego po ustaniu małżeństwa oraz działu spadku oraz w wyniku podziału, przekształcenia, bądź łączenia spółek prawa handlowego.
Jedną z podstawowych zasad prawa podatkowego, której celem jest poprawa pozycji podatników w autorytatywnych relacjach z fiskusem, jest zasada in dubio tributario. Zgodnie z jej treścią, jeśli w trakcie wykładni przepisów podatkowych pojawią się jakiekolwiek wątpliwości trudne do jednoznacznej interpretacji, należy odczytywać je zgodnie z interesem podatnika.
Organy podatkowe przez długi czas zdawały się lekceważyć istnienie tej zasady. Jednak kwietniowy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (sygn. akt III SA/Wa 1905/18) skutecznie im o niej przypomniał.
Jak interpretować podatek minimalny od budynków komercyjnych?
Art. 24b ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych nakłada obowiązek comiesięcznej zapłaty podatku minimalnego od budynków o charakterze komercyjnym. Przepis nie precyzuje jednak dostatecznie dobrze mechanizmu, który określa wysokość tego podatku. W tym miejscu powstaje więc furtka dla odbiegających od siebie interpretacji.
Przepis wskazuje, że punktem wyjścia dla obliczeń powinna być wartość budynku rozumiana jako suma początkowa środka trwałego dla celów amortyzacji. Według organów podatkowych chodzi o wartość początkową, pomijając pomniejszającą ją wysokość odpisów amortyzacyjnych.
Takie rozumienie przepisu 24b ustawy o CIT zakwestionował podatnik, który uznał, że podstawa dla obliczenia wysokości podatku minimalnego powinna być pomniejszona o wartość odpisów amortyzacyjnych. W ten sposób istotnie zmniejszyłaby się wysokość ostatecznej daniny, którą jest zobowiązany uiścić na rzecz urzędu skarbowego.
„Niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść podatnika”
WSA w Warszawie przychylił się do stanowiska podatnika, podnosząc, iż w spornej kwestii znajduje zastosowanie zasada, że niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść podatnika. W tym przypadku podstawa obliczania wysokości podatku minimalnego powinna maleć wraz z amortyzacją dla celów podatkowych.
Sąd niewątpliwie zwrócił się ku wykładni literalnej przepisu. Podniósł, że w przepisie 24b ustawy o CIT nie ma zapisu, który wskazywałby na konieczność uwzględnienia w wysokości podstawy obliczania podatku wartości odpisów amortyzacyjnych. Wręcz przeciwnie – skoro podatek ma być obliczany i uiszczany w cyklu comiesięcznym, tym bardziej sugeruje to możliwość odliczenia od podstawy obliczania podatku wartości odpisów amortyzacyjnych.
Jak ustawodawca radzi sobie z niejasnymi przepisami?
Pomimo tego, że omawiane orzeczenie zostało wydane w kwietniu 2019 r., sama sprawa dotyczy wykładni treści przepisu na dzień 1 stycznia 2018 r. Nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, która weszła w życie w tym roku, zmieniła treść spornego przepisu.
Jak się jednak okazuje, ustawodawca kompletnie nie radzi sobie z eliminowaniem niejasności z polskiego prawa podatkowego. Pomimo iż treść przepisu została zmieniona, kwestia tego, czy od podstawy obliczania podatku można odliczać wartość odpisów amortyzacyjnych, pozostała nierozstrzygnięta.
Z tego powodu usprawiedliwione wydają się przypuszczenia, że gdyby omawiane orzeczenie dotyczyło aktualnego brzmienia przepisu 24b ustawy o CIT, jego treść byłaby taka sama.
Czego mogą spodziewać się podatnicy?
Orzeczenie WSA w Warszawie dobitnie pokazuje, że wyrażona w art. 2a Ordynacji podatkowej zasada in dubio pro nie jest jedynie martwym przepisem, ale zasadą, która ma istotne znaczenie dla bezpieczeństwa podatników.
Orzeczenie wskazuje, że sądy są jeszcze gotowe stawać w obronie podatników oraz piętnować postawę organów podatkowych zmierzających do maksymalizacji efektywności swoich działań kosztem drugiej strony stosunku podatkowego. Sąd swoim orzeczeniem dowiódł, iż rozumie podstawowe zasady prawa podatkowego oraz pamięta, że nie są one jedynie zbiorem pustych reguł, ale istotnym elementem obowiązującego systemu prawnego.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W tej chwili cały świat (i wszystkie rynki) próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie: jak daleko zajdą obniżki stóp procentowych? Niemal wszyscy są już przekonani, że musi do tego dojść w USA, a jeśli tam, to EBC również będzie musiał zareagować. Dlatego wiele banków centralnych czeka na rozwój sytuacji u najważniejszych graczy, choć niektórzy, jak chociażby Rosja, zaczęli już powolny marsz w dół.
Mocny złoty
Poniedziałek był naprawdę dobrym dniem dla polskiej waluty. Europejska waluta staniała o 1 grosz do 4,26 zł, natomiast funt aż o 3 grosze do poziomu 4,73 zł. Kurs dolara i franka był bardziej stabilny. Głównym powodem tego stanu rzeczy było umacnianie się obydwu tych walut względem euro. Należy jednak dodać do tego równania jeszcze jedną zmienną. Gdyby złoty w tym czasie nie umacniał się do euro, to również traciłby względem innych głównych walut. W rezultacie frank prawdopodobnie przekroczyłby maksima z końca marca tego roku, osiągając najwyższy poziom od września 2018.
Co zrobi Japonia?
Miniony tydzień zakończył się umocnieniem jena względem dolara. Wczoraj w Japonii było święto z okazji Dnia Morza, więc ruch na rynkach był niewielki. Dzisiaj na otwarciu mocniejszy jen wyraźnie szkodził giełdzie, ale na walutach cały czas utrzymuje się względny spokój. W dalszym ciągu rynki nie znają odpowiedzi na jedno ważne pytanie – jak będzie się kształtowała dalsza polityka monetarna Banku Japonii. Jest to o tyle ciekawe zagadnienie, że BOJ w swojej strategii skupia się na utrzymaniu rentowności 10-letnich obligacji w okolicy 0%. Właśnie teraz pojawiają się wątpliwości co do stabilności tego stanowiska. Gdy Europa i USA zaczną liberalizować politykę monetarną, to czy nie wymuszą podobnego ruchu na swoim azjatyckim partnerze? Gdyby Japończycy nie zmieniali stóp, prawdopodobnie skutkowałoby to dalszym umacnianiem jena.
Czarne chmury nad rublem
Rosyjska waluta ostatnimi miesiącami znana jest głównie z podążania za cenami surowców energetycznych. Na horyzoncie pojawia się jednak kwestia obniżek stóp procentowych. Pierwszy ruch wykonano już w czerwcu, kiedy to główna stopa spadła z 7,75% na 7,5%. Teraz analitycy spodziewają się dalszych redukcji. Przypomnijmy, że poziom stóp w tym kraju wcale nie jest (w przeciwieństwie do wielu państw europejskich) na historycznych minimach. W 2011 roku ten sam wskaźnik był na poziomie 5%. Późniejsze działania, m.in. wobec Ukrainy, spowodowały jednak, że podnoszono go w celu obrony wartości rubla. Zdaniem specjalistów stopy w Rosji powinny spadać szybciej niż na Zachodzie. Jeżeli taki scenariusz okaże się prawdziwy, to istnieje duża szansa, że już niedługo będziemy oglądać rubla w okolicach 6 groszy.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
15:15 – USA – produkcja przemysłowa.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Dzięki uruchomieniu w Europie Xoom od teraz możliwe jest szybkie i bezpieczne przesyłanie pieniędzy m.in. z Wielkiej Brytanii czy Niemiec do Polski oraz ponad 130 innych rynków.
To dobra wiadomość dla ponad 21 milionów Polaków mieszkających za granicą, którzy mogą od teraz wykonać szybki przelew w euro czy funtach do Polski przez stronę Xoom lub używając aplikacji mobilnej[1].
Przesłane pieniądze mogą trafić bezpośrednio na konto bankowe, zostać wypłacone w gotówce w ponad 4600 placówkach Poczty Polskiej w kraju lub zostać dostarczone bezpośrednio do domu odbiorcy.
Od dzisiaj Xoom, czyli międzynarodowe przekazy pieniężne oferowane przez PayPal, są dostępne na 32 europejskich rynkach, w tym w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Francji. Dzięki temu Polonia w tych krajach może szybko wysłać pieniądze do rodziny czy przyjaciół, opłacić rachunki czy doładować kartę telefoniczną w Polsce lub na ponad 130 innych rynkach. Wejście Xoom do Europy to kolejny krok w realizacji misji PayPal, aby transfery pieniężne stały się wygodniejsze, bezpieczniejsze i bardziej przystępne cenowo.
Obecnie za granicą przebywa ponad 21 milionów Polaków[2], których większość wybrała kraje Unii Europejskiej, takie jak Wielka Brytania czy Niemcy[3]. Ponad 68 proc. Polaków wyjeżdzających za granicę przeprowadza się tam w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy[4].
Globalny rynek osobistych przekazów pieniężnych jest wyceniany na około 689 miliardów dolarów[5] – tylko w 2018 roku ok. 7,37 miliardów dolarów (28 miliardów złotych) trafiło do Polski, co jest odpowiednikiem 1,3 proc. polskiego PKB[6]. Tylko w Wielkiej Brytanii mieszka ponad 9,3 milionów imigrantów[7], w tym niemalże milion Polaków[8]. Wielu z nich wspiera finansowo rodzinę w ojczyźnie, pomagając w opłaceniu edukacji, leczenia czy regulowaniu bieżących rachunków. To ważny element funkcjonowania lokalnych gospodarek – jak pokazuje tegoroczny raport UNESCO poświęcony edukacji, międzynarodowe przekazy pieniężne umożliwiły zwiększenie wydatków na edukację w gospodarstwach domowych na całym świecie[9].
W przeszłości przesyłanie pieniędzy między krajami wiązało się z długim oczekiwaniem, jednak dzięki postępowi technologicznemu – w szczególności dzięki rosnącej popularności urządzeń mobilnych – dokonała się w tym zakresie prawdziwa rewolucja. Wprowadzenie Xoom na rynki europejskie oznacza, że najbliżsi w innych krajach – w tym w Polsce – mogą otrzymać pieniądze na konto bankowe lub w formie gotówki niemalże natychmiastowo[10]. Przelewy przez Xoom na konto bankowe prowadzone w polskich złotych (m.in. w Banku Pekao, PKO Banku Polskim czy Santander) są dostępne następnego dnia roboczego, a gotówkę można odebrać w ciągu paru minut w jednym z ponad 4 600 oddziałów Poczty Polskiej. Istnieje również możliwość dostarczenia pieniędzy bezpośrednio do domu odbiorcy. W przypadku Wielkiej Brytanii, można również wysłać pieniądze przez Xoom na polski numer telefonu.
– Przez ostatnie kilka lat nastąpiły ogromne zmiany w zakresie tego, w jaki sposób zarządzamy naszymi finansami. Minęły czasy, gdy wysłanie pieniędzy za granicę wiązało się z staniem w kolejkach – mówi Dan Schulman, Prezes i CEO PayPal. – Mimo tego, nawet w 2019 roku, przesłanie pieniędzy z krajów europejskich do najbliższych wciąż zajmuje zbyt wiele czasu. Wiemy, jak ważną rolę odgrywają te przekazy w życiu milionów ludzi, co oznacza, że ich szybkość oraz bezpieczeństwo są na wagę złota. Dzięki Xoom, dowolna osoba w autobusie w Londynie czy w pociągu w Berlinie może ze swojego smartfona wysłać pieniądze, które w ciągu paru minut będą dostępne w Białymstoku czy Zielonej Górze. To ważne zarówno w nagłych wypadkach, jak również w codziennych sytuacjach, takich jak opłata domowych rachunków[11].
Szybki, wygodny i bezpieczny sposób na wspieranie najbliższych w kraju
W ramach jednej transakcji, klienci Xoom mogą przesłać kwotę do wysokości ok. 42 000 złotych (8 900 funtów)[12]. Założenie konta w serwisie Xoom.com lub w aplikacji mobilnej dostępnej na iOS i Android jest bardzo proste, a użytkownicy PayPal mogą skorzystać z usługi poprzez swoje konto w systemie PayPal. Ponadto, ci ostatni mogą przesłać pieniądze znajdujące się na karcie kredytowej, debetowej, a także na koncie bankowym. Przebieg transakcji można łatwo śledzić dzięki SMS-om, e-mailom lub informacjom dostępnym w aplikacji oraz na stronie.
Xoom współpracuje z najważniejszymi bankami i partnerami, aby umożliwić szybsze i bezpieczniejsze przekazy pieniężne na kluczowe rynki takie jak Polska, Czechy czy Węgry, jak również inne państwa w Europie, Azji, Północnej i Południowej Ameryce oraz Afryce. Aby wysłać pieniądze za granicę z Xoom, wystarczy zarejestrować się na stronie Xoom.com lub w aplikacji mobilnej. Do logowania można również wykorzystać istniejące konto PayPal.
[4] Źródło: Migracje Zarobkowe Polaków IX – listopad 2018 by Work Service
[5] Źródło: World Bank press release: Record High Remittances Sent Globally in 2018
[6] Źródło: World Bank’s data on received personal remittances
[7] Źródło: Population of the United Kingdom by Country of Birth and Nationality: 2018, Office of National Statistics
[8] Źródło: Population of the United Kingdom by Country of Birth and Nationality: 2018, Office of National Statistics
[9] Źródło: Global Education Monitoring Report Summary, UNESCO
[10] Prędkość podlega zatwierdzeniu przez prawnie zastrzeżony system weryfikacji Xoom, oraz systemy partnerów wypłat, a także okres przetwarzania. Więcej szczegółowych informacji na temat szybkości różnych opcji wpłat w tych krajach można znaleźć poniżej
[11] Prędkość podlega zatwierdzeniu przez prawnie zastrzeżony system weryfikacji Xoom, systemy partnerów wypłaty oraz godziny przetwarzania
Najbardziej optymistycznie na gospodarkę patrzą firmy z branży informacji i komunikacji* oraz edukacji, opieki zdrowotnej i pomocy społecznej. Najmniej optymistycznie obecną koniunkturę oceniają przedsiębiorcy z branży finansów, ubezpieczeń i nieruchomości. Sektor przedsiębiorstw w Polsce nie jest jednorodny, MŚP borykają się z innymi problemami niż duże firmy – to główne wnioski płynące z cyklicznego badania PARP „Koniunktura i otoczenie biznesu”.
W kwietniowym badaniu PARP pytała polskich przedsiębiorców m.in. o to:
Jak, w porównaniu z marcem ubiegłego roku, oceniają obecną koniunkturę w polskiej gospodarce oraz w branżach, w których działają?
Jaka będzie ich zdaniem koniunktura za trzy miesiące?
Koniunktura dobra, ale było lepiej
Po rekordowo dobrze ocenianym roku 2018, bieżący rok przyniósł mniejszy optymizm w postrzeganiu obecnej i przyszłej koniunktury. Ponad jedna czwarta firm, które uczestniczyły w badaniu uznała, że koniunktura gospodarcza jest lepsza niż przed rokiem. Ponad 40 proc. badanych firm w tym roku uważa że nastąpiło pogorszenie koniunktury, przy czym ok. 30 proc. z nich oceniło je jako nieznaczne.
W podobnych proporcjach przedstawiają się wskaźniki dotyczące postrzegania przyszłej koniunktury. Około 20 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy zarówno w polskiej gospodarce, jak i branży, w której działają. Jeśli chodzi o pesymistów, jest ich mniej w odniesieniu do oceny przyszłości własnej branży (34 proc.) niż w ocenie dla ogólnej koniunktury w gospodarce (43 proc.).
Co ciekawe, oceny przedsiębiorców dotyczące postrzegania przez nich ogólnej koniunktury w polskiej gospodarce niemal pokrywają się z postrzeganiem koniunktury w branżach, w których działają – zaznacza Robert Zakrzewski, ekspert PARP.
Co wpływa na zmianę w postrzeganiu koniunktury?
Z przeprowadzonych analiz wynika, że głównymi czynnikami wpływającymi na ocenę obecnej sytuacji gospodarczej są ceny towarów i materiałów, popyt oraz dostępność finansowania. Przy ocenie przyszłej koniunktury kluczowymi problemami dla firm są rosnące koszty zatrudnienia, dostępność wykwalifikowanych pracowników oraz dostępność kredytów.
Bolączki znane od lat
Wzrost cen operacyjnych, pogorszenie terminowości regulowania płatności przez kontrahentów oraz mniejsza dostępność kredytów sprawiły, że 1/3 firm obawiała się utraty płynności finansowej. Był to najwyższy wskaźnik od 2015 r. Niemniej, obraz polskich przedsiębiorców nie jest jednorodny – groźba utraty płynności finansowej oraz problemy, przed którymi stają firmy są zróżnicowane: głównie ze względu na wielkość firmy. Duże podmioty radzą sobie stosunkowo dobrze, podczas, gdy trudności dotykają przede wszystkim firm mikro, małych i średnich. Z kolei te największe podmioty cierpią z powodu wysokich kosztów pracy oraz borykają się z brakiem wykwalifikowanych pracowników.
Odpowiedzią na wspomniane bolączki dotykające MŚP jest Ustawa o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych przygotowana przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Przepisy przyjęte przez Sejm 4 lipca br. mają wejść w życie od początku 2020 r.
Więcej informacji nt. badania** znajduje się w „Raporcie o stanie sektora MŚP w Polsce” – 22. edycji publikacji PARP o stanie sektora przedsiębiorstw.
—————
* Branża informacji i komunikacji obejmuje m.in. sektor ICT, działalność wydawniczą, produkcję filmów, nagrań wideo, programów tv, telekomunikację oraz działalność usługową w zakresie informacji.
** Badanie zostało przeprowadzone w ramach projektu badawczego PARP „Panel Polskich Przedsiębiorstw”, przy użyciu techniki CAWI (Computer-Assisted Web Interview) w kwietniu br. z udziałem 448 właścicieli i osób zarządzających firmami działającymi w Polsce.
W ubiegłym roku Polacy odbyli ponad 70 milionów podróży, z czego 80 proc. stanowiły wyjazdy na terenie kraju, a pozostałą część – wycieczki zagraniczne.[1] Ci, którzy spędzali wakacje w Polsce, najczęściej podróżowali własnym samochodem. Według raportu SW Research ten środek transportu wybrało blisko 70 proc. respondentów. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie podobnie. Jeżeli dodamy do tego zagranicznych turystów, którzy coraz liczniej przyjeżdżają na wypoczynek do Polski, zakazy i ograniczenia w ruchu związane z trwającymi remontami krajowych dróg i autostrad – na polskich trasach robi się tłoczno i niebezpiecznie. Kto na tym może stracić? Zawodowi kierowcy, którzy na co dzień pokonują setki kilometrów, by dostarczyć towar na czas. Z jakimi utrudnieniami mierzą się trakerzy w wakacje?
Lipiec i sierpień to zdecydowanie najbardziej intensywne miesiące urlopowe Polaków, a kierunek podróży to w dużej mierze nadmorskie kurorty, polskie góry lub Mazury. Przy wyborze zagranicznych wycieczek nadal często pojawiają się takie kraje jak Chorwacja, Bułgaria czy Włochy. Co łączy te kierunki? Środek transportu, ponieważ najczęściej Polacy decydują się na podróż własnym samochodem oraz trasa, przez którą nierzadko biegnie szlak tranzytowy. Skutek? Wzmożony ruch na drogach, zakorkowane przejazdy i strata cennego czasu, szczególnie odczuwalna dla branży transportowej.
Kamil Wolański
Okres letni a w szczególności lipiec i sierpień to intensywny, a zarazem stresujący czas dla polskiej branży transportowej. Na drogach pojawia się znacznie więcej aut, często na trasę wyjeżdżają osoby niedoświadczone w długich podróżach, które na co dzień rzadko lub w ogóle nie podróżują samochodem. Dodatkowym wyzwaniem są zagraniczni turyści, szczególnie ci z zachodnich krajów, którzy coraz chętniej na wczasy przyjeżdżają właśnie do Polski. Te z pozoru nieistotne kwestie mają ogromne znaczenie dla branży, która musi zmierzyć się z zastojami na głównych drogach tranzytowych, zadaniem dostarczenia ładunku na czas, a także intensyfikacją ruchu, a co za tym idzie większą ilością sytuacji potencjalnie niebezpiecznych z udziałem wakacyjnych, często niedoświadczonych kierowców– mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.
Remonty na wakacyjnych szlakach
Największy problem dotyczy tras prowadzących do kurortów wypoczynkowych nad polskim morzem. Chodzi m.in. o budowaną drogę ekspresową S6, czyli najważniejszą trasę Pomorza, łączącą miasta Polski Północnej od Szczecina po Gdańsk. Jednocześnie stanowi ona połączenie polskich portów morskich, a także trasę dojazdu do dróg obsługujących obszary turystyczne w tym rejonie. Nowy szlak ma być kluczową zmianą na mapie tego regionu, a czas przejazdu ze Szczecina powinien się skrócić o niemal godzinę. Trasa ta umożliwi wyprowadzenie ruchu tranzytowego z wielu miejscowości położonych blisko DK6, jednocześnie wpłynie na rozładowanie korków, szczególnie w okresie letnim. Zanim jednak to się stanie, polscy kierowcy muszą jeszcze podczas tych wakacji zmierzyć się
z utrudnieniami na drodze.
Autostrada A6 to jedna z najważniejszych krajowych dróg komunikacyjnych. Stanowi część korytarza transportowego, który łączy obwód kaliningradzki z Europą Zachodnią. Dla polskich przewoźników z północnej Polski to jedna z głównych dróg, umożliwiających przewóz towarów na Zachód, do Niemiec.W okresie letnim, w związku ze wzmożonym ruchem i odbywającym się remontami, trakerzy mają nie lada wyzwanie, aby podróżować tą trasą – wyjaśnia Wolański.
Podobne utrudnienia czekają na polskich kierowców na drodze ekspresowej nr 7, która dopiero za kilka lat ma się stać najdłuższą trasą szybkiego ruchu w Polsce czy na odcinkach autostrady A1 prowadzącej znad morza do kurortów wypoczynkowych w polskich górach. Polacy podróżują tamtędy do zagranicznych krajów, jak Chorwacja czy Bułgaria. Jeśli dodamy do tego trwające remonty na odcinku Tuszyn – Piotrków Trybunalski i obowiązującą nową organizację ruchu, przejazdy w tych rejonach mogą przysporzyć wiele problemów.
Korek na trasie a tachograf
Zatorów na drodze bardzo nie lubią polscy transportowcy. Utrudnienia w przewożeniu towarów na czas, nieterminowość i nierzadko kary z tym związane, nakładane na polskich przewoźników czy temat rejestrowania czasu jazdy i przestojów za pomocą tachografu to tylko nieliczne z problemów, z którymi muszą się mierzyć truckerzy, szczególnie w miesiącach letnich, kiedy tak zwane korki to codzienność. – Podczas okresów wakacyjnych standardową trasę 400 km, która przy prędkości 90 km/h zajmuje zwykle ok. 4,5 godziny, kierowca pokonuje często z 2-3 godzinnym opóźnieniem. Rozpoczyna się walka z czasem, aby z jednej strony dostarczyć towar w określonym terminie, a z drugiej strony nie przekroczyć czasu pracy, a także prawidłowo zaraportować przestój na drodze – mówi ekspert OCRK.
Wyścig z czasem
Często zastanawiamy się, dlaczego ciężarówki z załadunkiem decydują się wyprzedzać inne pojazdy ciężarowe. Jeśli weźmiemy pod uwagę 90 godzin pracy, jakie do swojej dyspozycji mają kierowcy w dwóch następujących po sobie tygodniach, a także różnicę w prędkości dwóch pojazdów na przykład 3-6 km/h, to okazuje się, że jeden z przewoźników może stracić na tej różnicy od 270 do 540 km – czyli od 3-6 godzin jazdy. Jedni mogą sobie pozwolić na taką stratę lub są po prostu zobligowani do poruszania się z prędkością 84 km/h, dla innych te kilka km może warunkować powrót do domu na czas lub nadrobienie okresu, kiedy stali w korkach.
W dzień na parkingu w nocy na drodze
Kolejnym utrudnieniem, z którym muszą zmierzyć się polscy przewoźnicy, są zakazy ruchu ciężarówek obowiązujące w okresie letnim w całej Europie. W Polsce, w każdy wakacyjny piątek, samochody o dopuszczalnej całkowitej masie przekraczającej 12 ton nie będą mogły poruszać się po drogach od godziny 18:00 do 22:00. W soboty zakaz ten dotyczyć będzie godzin od 8:00 do 14:00, natomiast w niedziele od 8:00 do 22:00. Należy również pamiętać o dniach ustawowo wolnych od pracy, jak np. zbliżający się 15 sierpnia. Zakaz ruchu ciężarówek obowiązuje wtedy w godzinach 8:00-22:00, natomiast w dniu poprzedzających święto – auta te nie mogą poruszać się w godzinach 18:00-22:00. Jeśli kierowcy nie dostosują się do określonych wymogów, przewoźnik może zapłacić łącznie nawet 3 500 zł kary.
Najbardziej problematyczne z punktu widzenia branży jest nie tylko ograniczenie w ruchu transportu, ale także zmęczenie kierowcy, który w ciągu dnia podczas największych upałów jest zmuszony do przebywania w kabinie samochodu, która nie zawsze wyposażona jest w sprawny system klimatyzacji. W takich okolicznościach kierowcy, zmęczeni ogromnymi upałami – wyruszają w nocną trasę. Być może warto zastanowić się nad korektą istniejących zakazów, tak aby zminimalizować również w tym obszarze niebezpieczeństwo dojścia do wypadku drogowego – sygnalizuje Kamil Wolański.
W Niemczech zakaz wakacyjny obowiązuje od 1 lipca do 31 sierpnia na niektórych autostradach i drogach federalnych. W tym okresie tirami nie można poruszać się w soboty w godzinach 7-20. Zakazy ruchu obejmują całą sieć dróg także we wszystkie niedziele oraz święta od północy do godziny 22:00. Ograniczenia dotyczą pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 7,5 tony, a także wszystkich samochodów z przyczepami, niezależnie od ciężaru. Zakazy ruchu we Francji, podobnie jak w Niemczech, dotyczą ciężarówek i zestawów pojazdów o DMC powyżej 7,5 tony. Podróżując przez tę republikę, należy liczyć się z tym, że regułą jest tam brak możliwości jazdy w soboty od godziny 22:00 i w przeddzień świąteczny – także od 22:00 do niedzieli lub święta do 22:00, choć też zdarzają się wyjątki. We Francji najbliższe ograniczenia w ruchu pojawią się 14 i 15 sierpnia.
Sezon urlopowy, sezon wypadkowy
Wakacyjna pogoda i wysokie temperatury często usypiają czujność kierowców i choć z punktu widzenia statystyk jest lepiej, bo w ciągu ostatnich lat liczba poważnych wypadków drogowych z udziałem ciężarówek zmalała prawie o połowę, to nadal problem ten jest widoczny. Szacuje się, że każdego roku na drogach UE dochodzi do ok. 26 000 zdarzeń drogowych, z czego w 15 proc. przypadków biorą w nich udział pojazdy ciężarowe.[2] W samej Polsce, według danych Komendy Głównej Policji – kierowcy tirów są sprawcami zaledwie 6,5 proc. wszystkich wypadków. Ponad połowa wypadków jest spowodowana przez kierowców samochodów osobowych.
Niewątpliwie okres letni to wyzwanie dla branży TSL, która musi być przygotowana na ewentualne utrudnienia w ruchu drogowym, zakazy i obostrzenia występujące nie tylko na polskich, ale i zagranicznych drogach. Remonty i przebudowy infrastruktury drogowej mają usprawnić poruszanie się po trasach i zlikwidować zatory w newralgicznych miejscach na mapie Polski.
Mazurska Manufaktura Alkoholi – produkująca wódki i nalewki kraftowe – zakończyła zbiórkę crowdfundingową na portalu Beesfund z ponad 1000 nowych akcjonariuszy na pokładzie. Nabyli oni akcje o łącznej wartości 2,54 mln zł, co plasuje firmę na 5. miejscu w zestawieniu największych emisji na platformach crowdfundingowych. Firma zrealizowała już część prac zaplanowanych w ramach budżetu emisyjnego, a jako kolejny cel wyznacza sobie rewitalizację zabytkowego browaru w Szczytnie.
Mazurska Manufaktura Alkoholi to rodzinna firma z siedzibą w zabytkowym, ponad stuletnim browarze w Szczytnie. Od 2001 roku działała tutaj spółka Tarpan Fabryka Likierów, która pod koniec 2016 roku została przejęta przez Jakuba Gromka. Przedsiębiorca dokonał trwającej dwa lata głębokiej restrukturyzacji firmy, która pozwoliła na zwiększenie możliwości produkcyjnych zakładu i rozszerzenie portfela produktowego. Tak narodziła się Mazurska Manufaktura Alkoholi, która specjalizuje się w produkcji alkoholi mocnych, w tym przede wszystkim wyrobów premium. W maju firma powiększyła swoje portfolio o mało popularne na polskim rynku kraftowe wyroby wysokoprocentowe, tworzone metodami rzemieślniczymi, z najwyższej jakości spirytusu pszeniczno-żytniego i wody z mazurskich źródeł, a także w oparciu o tradycyjne receptury. To właśnie w krafcie Spółka dostrzega szansę na podbicie serc konsumentów, a w przyszłości – na uzyskanie 1 proc. udziałów wartościowych w rynku napojów spirytusowych w dwóch kategoriach: wódka oraz likiery, nalewki i smakowe napoje spirytusowe.
Aby zrealizować założone cele firma rozpoczęła na początku kwietnia kampanię crowdfundingową, w ramach której na platformie Beesfund wyemitowała akcje o wartości 4 mln zł, każda po 29,75 zł. Dzięki zaangażowaniu 1010 nowych akcjonariuszy spółka pozyskała 2 538 924,5 zł. – Jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani finałową kwotą zbiórki. Ponad 2,5 mln zebranych środków daje nam 5. miejsce w zestawieniu największych emisji na platformach crowdfundignowych, po tak znanych markach jak PINTA czy Wisła Kraków – mówi Jakub Gromek, główny akcjonariusz i pomysłodawca Mazurskiej Manufaktury Alkoholi. – Jeszcze bardziej cieszy nas liczba pozyskanych akcjonariuszy, bo to właśnie na zaangażowanej w naszą markę społeczności zależało nam najbardziej. Jest nam bardzo miło, że wśród nowych współwłaścicieli naszej Manufaktury znalazła się m.in. pani Magda Gessler, a także, że czwórka z naszych nowych akcjonariuszy – uznanych ekspertów w swojej branży – dołączyła do Rady Nadzorczej – dodaje Jakub Gromek.
Jeszcze w czasie trwania zbiórki crowdfundingowej Mazurska Manufaktura zrealizowała część planów ujętych w budżecie emisyjnym. – W ramach doposażenia zakładu zamontowaliśmy już nową banderolownicę i zakupiliśmy tanki. Jeszcze w lipcu planujemy rozlew dwóch nalewek kraftowych, a także wprowadzenie na rynek legendarnego na Warmii i Mazurach piwa Jurand, którego wskrzeszenie jest swoistą niespodzianką dla naszych akcjonariuszy – mówi Jakub Gromek z Mazurskiej Manufaktury Alkoholi. Kolejnym celem firmy jest rewitalizacja wspomnianego browaru w Szczytnie, który jest ostatnim z istniejących browarów Warmińsko-Mazurskich. Spółka ma w planach przywrócenie browarowi dawnej świetności, a także jego rozbudowę o hotel ze strefą wellness & SPA.
Społeczność użytkowników Revolut w Polsce liczy ponad pół miliona osób, co miesiąc dołącza 50 tysięcy
Pół tysiąca pracowników Revolut z krakowskiego biura przeniosło się do nowej siedziby, firma podwoi zatrudnienie
Po udostępnieniu Apple Pay, funkcji Donations, zrzutek Group Vaults, firma zapowiada nowe premiery produktowe
Revolut, jeden z najszybciej rosnących europejskich fintechów, po 6 kwartałach od oficjalnego startu w Polsce ogłosił, że ma nad Wisłą ponad pół miliona użytkowników. Posiadacze kont i aplikacji Revolut w Polsce wykonali w czerwcu transakcje o wartości 1 miliarda złotych. By zapewnić właściwe wsparcie użytkownikom, firma inwestuje i zwiększa zatrudnienie. Pół tysiąca polskich pracowników fintechu przeniosło się właśnie do nowego krakowskiego biura, które jest dziś największym centrum usług Revolut na świecie.
Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce
“Błyskawiczny wzrost popularności Revolut w Polsce zawdzięczamy naszym użytkownikom i temu, że nas polecają. To im należą się podziękowania. Na początku zeszłego roku było nas 30 tysięcy. Dziś jest nas już pół miliona, ale to dopiero początek. Chcemy by usługi finansowe były tanie, bezpieczne i dostępne. By produkty, zarezerwowane tradycyjnie dla klientów VIP, stały się dostępne dla każdego“ – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.
Wakacje i zakupy w sieci
Z badań przeprowadzonych w maju wśród 2000 użytkowników Revolut w wieku 18-38 lat wynika, że korzystają z aplikacji przede wszystkim podczas wakacji (82%), do bezpiecznych zakupów online (69%), w trakcie wyjazdów służbowych (26%) i realizując przelewy do rodziny (16%). Revolut ułatwia też codzienne rozliczenia, jak dzielenie rachunku w restauracji (17%) i oszczędzanie na konkretne cele, z pomocą sejfów Vault (7%).
“Po sześciu kwartałach, udało nam się rozszerzyć dostęp do kategorii kart wielowalutowych w Polsce. Sprawiliśmy, że zakupy online stały się bezpieczne, dzięki kartom wirtualnym ze zmiennym numerem. Nasi użytkownicy lepiej kontrolują swoje wydatki i nie tracą czasu na proste rozliczenia, jak podział rachunku w restauracji. Teraz na cel weźmiemy kolejne usługi finansowe, mają do nich dostęp nieliczni, my otworzymy je dla wszystkich” – dodaje Karol Sadaj.
Innowacje dla każdego
Revolut udostępnił konsumentom w Polsce szereg nowych rozwiązań. Od początku roku można rezerwować przez aplikację saloniki lotniskowe. Firma poszerzyła liczbę subkont walutowych z 24 do 29. Doszły waluty popularnych wśród Polaków destynacji wakacyjnych, jak kuna Chorwacka i lew Bułgarski. Przydatną innowacją okazało się auto-przewalutowanie. Pozwala kupować 29 walut automatycznie, o ile kurs osiągnie oczekiwany przez nas poziom. Nowością, której pomysł wykiełkował z Polski, są wspólne sejfy Vault, pomocne do realizacji zrzutek na prezent i składkowych imprez. Nie sposób pominąć Apple Pay. Fintech udostępnił opcję płacenia telefonem tuż przed sezonem urlopowym. Najnowszą premierą Revolut jest funkcja Donations, która pozwala wspierać organizacje dobroczynne zaokrąglonymi końcówkami z codziennych płatności.
“Jesteśmy dumni. W ciągu zaledwie dwóch tygodni od uruchomienia funkcji Donations użytkownicy Revolut przekazali na cele dobroczynne 250 tysięcy złotych. Najwięcej datków przekazano organizacji Save the Children (45%). Hojniejsi od Polaków okazali się jedynie Irlandczycy i Rumuni. Mikro darowizny można włączyć i wyłączyć w każdej chwili. Wierzę, że Polacy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i funkcję Donations aktywują kolejne osoby” – mówi Karol Sadaj.
To dopiero początek
Revolut obchodzi w tym tygodniu czwarte urodziny (15 lipca). To rok, w którym startup wychodzi poza Europę i staje się marką globalną. W czerwcu fintech ogłosił udostępnienie usługi na kontynencie australijskim. Kolejnym krokiem będzie debiut w Azji i Ameryce. Zagraniczną ekspansję wspierają biura w Londynie (277 pracowników) i Krakowie (554 pracowników). Polski zespół Revolut zajął właśnie 3 piętra z zielonymi tarasami w nowym biurze w Krakowie. Fintech rozwija tu swoje największe centrum usług na świecie.
“Revolut stale zwiększa inwestycje i zatrudnienie w Polsce. Wygodna przestrzeń nowego biura w Krakowie ma sprzyjać komfortowi pracy, dynamicznemu rozwojowi zespołu i wzrostowi biznesu w Polsce i na świecie” – mówi Karol Sadaj.
W drugiej połowie roku Revolut weźmie na cel rynek usług inwestycyjnych i otworzy dostęp do bezprowizyjnego handlu akcjami. Produkt będzie tani, prosty i dostępny dla każdego. Fintech planuje rozwinąć ofertę dla firm i dopasować ją do potrzeb przedsiębiorców na lokalnych rynkach. Firma będzie kontynuować prace nad kartą dla dzieci i zaprosi do usługi Donations kolejne organizacje charytatywne.
W 2016 roku Parlament Europejski zobowiązał wszystkie kraje członkowskie UE do wdrożenia rozporządzenia o ochronie danych osobowych, w skrócie RODO. Co dzieje się, gdy informacje o dłużniku trafiają do publicznego rejestru długów? Czy osoba zadłużona może wnioskować – w imię ochrony prywatności – o usunięcie swoich danych? W jaki sposób wierzyciele powinni chronić dane osób zadłużonych?
Co w polskim prawie zmieniło rozporządzenie RODO? Przede wszystkim spowodowało konieczność nowelizacji ustawy o ochronie danych osobowych z 1997 roku, która została zastąpiona nową ustawą z dnia 10 maja 2018 roku. Rolę Generalnego Inspektora Danych Osobowych przejął Urząd Ochrony Danych Osobowych (w skrócie: UODO) na czele z Prezesem tegoż Urzędu (PUODO). Wszystkie polskie przedsiębiorstwa, także te, które świadczą usługi windykacyjne, musiały dostosować swoją politykę do przepisów RODO. Co to oznacza w praktyce? Oto trzy najczęściej spotykane przypadki, w których RODO i windykacja mają wspólny mianownik.
Przypadek 1:
Dane osobowe dłużnika w rejestrze długów
Często słyszy się, że osoby zadłużone nie wyraziły zgody na wpisanie ich do rejestru dłużników ze względu na ochronę danych osobowych i rozporządzenie RODO. Czy nowe przepisy „chronią” dłużników przed upublicznieniem ich danych w takich rejestrach?
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
– Gdyby faktycznie tak było, należałoby podważyć sens działania biur informacji gospodarczej. To podmioty, które – co do zasady – przetwarzają dane osób zadłużonych, by informować o niespłaconych zobowiązaniach. Ochrona danych osobowych nie będzie uznana za usprawiedliwienie dla unikania terminowego regulowania zobowiązań, mimo tego, iż RODO wprowadziło wiele zmian prawnych w dotychczasowych przepisach podnoszących poziom ochrony. Jedynie wywiązywanie się ze zobowiązań i płacenie swoich długów pozwoli uchronić dłużnika przed tym, by jego dane nie były upubliczniane w jednym z rejestrów – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, która wraz z firmami windykacyjnymi zrzeszonymi w jej strukturach prowadzi kampanię edukacyjną „Windykacja? Jasna Sprawa”.
Biura Informacji Gospodarczej (a jest ich w Polsce kilka) działają w oparciu o ustawę o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych. Na podstawie tych przepisów dłużnik ma prawo sprzeciwu dotyczącego przetwarzania jego danych. Między innymi wtedy, gdy są one niewłaściwe (np. jest błąd w nazwisku) lub podana kwota zadłużenia jest inna niż w rzeczywistości. Osoba zadłużona może wnioskować o usunięcie swoich danych z rejestru, ale musi to dobrze udokumentować (np. przedstawić dowody, że jej zadłużenie zostało uregulowane lub jej nie dotyczy). Czy Biura Informacji Gospodarczej, wzorem innych podmiotów przestrzegających rozporządzenia RODO, muszą informować wszystkich dłużników, że ich dane są przetwarzane i widnieją w bazach? Nie – same BIG-i nie mają takiego obowiązku, zwłaszcza, że niejednokrotnie posiadają wiele takich informacji. O zamiarze wpisu do rejestru musi jednak zawiadomić zadłużonego sam wierzyciel.
– Pamiętajmy, że wierzyciel musi poinformować zadłużoną osobę lub firmę o zamiarze wpisania jej do danego Biura Informacji Gospodarczej. Powinien wysłać mu listownie lub wręczyć osobiście wezwanie do zapłaty ze specjalnym zapisem o tym, że brak zapłaty może spowodować dopisanie informacji gospodarczej o zadłużeniu do rejestru prowadzonego przez konkretny BIG. Jeśli do kilku BIG-ów, to wtedy powinien wpisać w takiej klauzuli informacyjnej nazwy wszystkich, do których zostanie dopisana informacja o zadłużeniu. Dzięki temu zadłużony wie, że jego dane mogą, zgodnie z prawem, być przekazane do konkretnego BIG-u lub nawet do wszystkich działających BIG-ów – przypomina Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.
Przypadek 2:
Dane osobowe dłużnika na giełdzie wierzytelności
Zadłużenie, zarówno osoby prywatnej jak i firmy, można wystawić na tzw. giełdzie wierzytelności, czyli platformie umożliwiającej odsprzedanie go innemu wierzycielowi. Firma, która wystawia dług na sprzedaż publikuje wtedy nie tylko kwotę zadłużenia, podstawę roszczenia i cenę, za jaką chce je odsprzedać, ale również dane osobowe dłużnika. W przypadku osób fizycznych – imię, nazwisko, miasto zamieszkania i kod pocztowy. Czy robi to zgodnie z prawem?
– Wyniki kontroli UODO, czyli Urzędu Ochrony Danych Osobowych potwierdzają, że giełdy wierzytelności działają zgodnie z unijnym rozporządzeniem, a publikowanie danych osobowych dłużników na stronach internetowych takich giełd jest zgodne z prawem – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.
Warto też pamiętać, że za poprawność danych, które są publikowane w takim serwisie odpowiada przedsiębiorca, który je tam zamieszcza. Dłużnik może zakwestionować poprawność swoich danych. W takich przypadkach (aż do chwili wyjaśnienia sprawy) dane osobowe są ukrywane.
Przypadek 3:
Przetwarzanie danych osobowych w procesie windykacji
Warto pamiętać, że rozporządzenie RODO dotyczy również danych osobowych dłużników przetwarzanych w procesie windykacji przez wierzycieli (w tym firmy windykacyjne). Zgodnie z RODO, przesłanką do tego, by przetwarzać czyjeś dane osobowe są „prawnie uzasadnione interesy”. Jeżeli celem jest dochodzenie roszczenia (czyli odzyskanie długów) to wierzyciel może przetwarzać dane dłużnika – również wtedy, gdy nie uzyskał na to jego zgody. Gdy wierzyciel osiągnie swój cel (czyli odzyska dług) powinien zaprzestać przetwarzania danych osobowych i usunąć je. Powyższe zasady dotyczą również tych instytucji, które uzyskały prawo do danej wierzytelności w oparciu o umowę cesji.
– Firmy zarządzające wierzytelnościami powinny dokładać wszelkiej staranności w kwestii ochrony danych osobowych dłużników. To oczywiste i niezwykle ważne, by dane te nie były wykorzystywane do innych celów niż do tych, do których zostały one przekazane – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.
Zasady Dobrych Praktyk Windykacyjnych
Profesjonalne firmy windykacyjne zrzeszone w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych są zobowiązane do przestrzegania w codziennej pracy Zasad Dobrych Praktyk. To obszerny dokument, który określa m.in. w jaki sposób powinna wyglądać komunikacja z osobą zadłużoną (w tym korespondencja, rozmowy telefoniczne, czy wizyty przedstawiciela terenowego), jakie są praktyki zakazane i niedozwolone, jak chronić dane osobowe. Kluczowe jest zachowanie tajemnicy i pełna ochrona danych osobowych oraz niewykorzystywanie ich do celów innych niż do tych, do których zostały udostępnione.
Jeżeli zatem firma windykacyjna kontaktuje się z osobą zadłużoną i chce negocjować uregulowanie należności, dłużnik ma prawo wiedzieć skąd pozyskała jego dane i w jaki sposób je przetwarza. Dane osobowe powinny być objęte tajemnicą, a to oznacza, że firmie windykacyjnej nie wolno informować rodziny, sąsiadów, czy współpracowników, że osoba ma zadłużenie.
Warto pamiętać, że ochrona danych osobowych nie może być pretekstem do unikania swoich zobowiązań, a mimo zmian w prawie jedna rzecz pozostała niezmienna – uniknięcie wpisu do rejestru dłużników jest możliwe tylko wtedy, gdy opłaci się faktury oraz rachunki w terminie. Dobrze jednak znać swoje prawa dotyczące danych osobowych, także wtedy, gdy są one przetwarzane przez wierzycieli.
W FC Liverpool, który triumfował w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, analizą danych dotyczących gry zarówno całej drużyny, jak i poszczególnych zawodników zajmuje się 15 specjalistów. Mniejsze kluby, takie jak Piast Gliwice walczący o awans do najbardziej elitarnych rozgrywek klubowych na świecie, nie mogą sobie na to pozwolić. Dobrym rozwiązaniem może być dla nich skorzystanie z usług zewnętrznych firm analitycznych, takich jak SciSports, które w swojej pracy wykorzystują sztuczną inteligencję.
Piast Gliwice, zremisował w zeszłym tygodniu pierwszy, wyjazdowy mecz eliminacji Ligi Mistrzów z BATE Borysów. Mistrz Białorusi posiada większe doświadczenie w europejskich pucharach od mistrza Polski, dlatego przed rewanżem drużyna ze Śląska musi mieć się na baczności i dobrze przygotować do tego spotkania. Z pewnością sztab szkoleniowy będzie dokonywał wielu analiz stylu gry przeciwnika, ale również wewnętrznych, dotyczących zawodników Piasta.
Obecnie wyzwanie nie polega na zdobyciu dostępu do danych, gdyż jest ich bardzo dużo. Bez większego problemu można dotrzeć do nagrań z archiwalnych spotkań drużyny przeciwnej, których analiza mówi dużo o jej stylu gry. Wyzwanie stanowi właściwa selekcja tych informacji. Sztab szkoleniowy nie może otrzymać wszystkich informacji, gdyż nie byłby w stanie przyswoić ich w dość krótkim czasie i wyciągnąć właściwych wniosków. Tutaj pojawiają się systemy analityczne, które pozwalają zaprezentować informacje w przystępny, przejrzysty i zrozumiały sposób osobom, które na co dzień nie zajmują się analityką – mówi Łukasz Leszewski, Lider praktyki Data Management w SAS Polska.
19,6 TB danych na mecz
Zanim komputer będzie zdolny do prowadzenia analiz wspierających sztab szkoleniowy najpierw musi nauczyć się samej gry, tzn. jak odróżniać zawodników od innych obiektów, w tymi piłki, która też porusza się po boisku. Informacje, które analizuje maszyna pochodzą z 14 kamer rozmieszczonych wokół boiska. Podczas spotkania każda z nich generuje 1,4 TB danych, co daje 19,6 TB danych na mecz. Eksperci SciSports analizują 2000 meczów tygodniowo. Wszystkie zebrane informacje składają się na ogromną bazę danych. Niektóre z nich są wykorzystywane do długofalowych działań, opracowywania skutecznych strategii taktycznych i szkoleniowych. Inne są wykorzystywane jeszcze w trakcie trwania meczu. W tym przypadku niezbędne jest przeprowadzenie analiz w czasie rzeczywistym. Technologia edge computing pozwala na prowadzenie analiz z poziomu poszczególnej kamery, co znaczenie przyśpiesza cały proces. Dzięki chmurze obliczeniowej wyniki można odczytywać z dowolnego miejsca, co jest niezwykle przydatne w przypadku meczów wyjazdowych.
Football Manager w prawdziwym świecie
Inspiracją dla założycieli firmy SciSports, która obecnie prowadzi analizy dla takich klubów, jak: Feyenoord Rotterdam, FC Basel, Leeds United czy Ajax Amsterdam była popularna gra Football Manager, która umożliwia wcielenie się w rolę osoby zarządzającej klubem piłkarskim. Gracz odpowiada zarówno za ustalanie taktyki, jak i negocjacje kontraktów z zawodnikami czy kontakty z mediami. Gracz musi również monitorować w jakiej formie są piłkarze, dbać o morale, gdyż ich nastrój ma wpływ na grę na boisku. Kluczem do osiągnięcia sukcesu w Footbal Managerze jest m.in. właściwa polityka transferowa, a także szkolenie utalentowanych zawodników, których można następnie sprzedać z zyskiem do innego klubu. Football Manager zyskał miano gry kultowej, ponieważ niezwykle wiernie oddaje ona realia profesjonalnego futbolu. W rzeczywistości kluby piłkarskie prowadzą podobne działania, z tą różnicą, że stawką są ogromne pieniądze.
Komputer zdecydował o przyszłość gwiazdy Manchesteru United
Eksperci SAS i SciSports podkreślają, że za każdym projektem analitycznym w sporcie kryją się historie prawdziwych zawodników, a obliczenia dokonywane przez komputer mają niekiedy duży wpływ na ich losy. Przykład stanowi kariera holenderskiego napastnika Memphisa Depaya. Po udanym występie na Mistrzostwach Świata w Brazylii i zdobyciu tytułu króla strzelców holenderskiej Eredivisie w sezonie 2014/2015, w barwach PSV Eindhoven, przeszedł do Manchesteru United. Niestety w lidze angielskiej nie odnosił już tak spektakularnych sukcesów i po dwóch sezonach musiał szukać nowego klubu. Chcąc dokonać dobrego wyboru skorzystał z pomocy specjalistów SciSports. System analityczny pomógł mu zdecydować gdzie powinien się przenieść w oparciu o analizę celów zawodnika, a także jego stylu gry. Te informacje skorelowano z danymi dotyczącymi klubów, które złożyły ofertę na zakup Memphisa. Ostatecznie wybór padł na Olympique Lyon, gdzie Depay stał się kluczowym zawodnikiem drużyny, a jego kariera wróciła na właściwe tory.
Zmienność jest w fazie wakacyjnego zaniku, ale wtorkowa sesja przynosi kilka odczytów, które mają potencjał by wyrwać rynki z marazmu. Będą to dziś sprzedaż detaliczna z USA a wcześniej raport z rynku pracy Wielkiej Brytanii oraz indeks ZEW oddający nastroje w niemieckiej gospodarce.
Jeśli chodzi o dane z USA to uważamy, że istnieje większe pole do rozczarowań, zwłaszcza w przypadku kategorii bazowej sprzedaży detalicznej. Tu poprzeczka oczekiwań jest szczególnie wysoko postawiona. Fed nie bierze pod uwagę zaniechania luzowania pod wpływem pozytywnych sygnałów z gospodarki, dlatego rynek powinien wygaszać umocnienie dolara po dobrych odczytach. Podobnie może być z danymi z Wielkiej Brytanii. Rynek pracy jest mocno rozgrzany, a prawdziwymi problemami dla funta są pogłębiająca się brexitowa niepewność i gołębi zwrot w wykonaniu Banku Anglii. Spodziewamy się, że w szerszym horyzoncie funt będzie tracił na wartości względem euro.
Do wykrystalizowania się tej tendencji potrzebne będą dobre dane z Eurolandu, a tych ciągle nie widać. Podobnie widzimy zresztą perspektywy takich par jak EUR/CHF, czy nawet EUR/USD. W tym ostatnim przypadku nasze długoterminowe prognozy wzrostu notowań opieramy na założeniu, że Europejski Bank Centralny po cięciu stóp we wrześniu stanie pod ścianą i właściwie wyczerpie dostępne mu instrumentarium a Fed po cyklu podwyżek z ostatnich lat ma znaczną przestrzeń do redukcji kosztu pieniądza bez odwoływania się do niekonwencjonalnych narzędzi. Przed dzisiejszym odczytem ZEW nie jest zakładana poprawa koniunktury.
Sporo informacji trafia na rynek także z Antypodów. Inflacja w Nowej Zelandii odbiła zgodnie z oczekiwaniami, ale tendencja ta wynika z trendów w cenach paliw a nie intensyfikacji wzrostu presji ze strony kategorii bazowych. Nie uważamy, że RBNZ będzie zmuszony by w najbliższych miesiącach luzować politykę. Zupełnie inaczej postrzegamy perspektywy polityki RBA. W opublikowanych w nocy minutkach z lipcowego posiedzenia co prawda nie ma jednoznacznych sugestii, że luzowanie jest bliskie i nieodzowne (a tak było poprzednio), ale władze monetarne zachowują łagodne nastawienie. A tak się składa, że raport ten ujrzy światło dzienne w tym tygodniu. Notowania AUD/USD nie mogą wyjść nad opór 0,7040, co jest jednoznacznie negatywnym sygnałem. W obecnej sytuacji naszym zdaniem do zdyskontowania słabości australijskiej waluty, najbezpieczniejszym wehikułem są krótkie pozycje na AUD/CAD.
W ramach prac Rady Dialogu Społecznego toczyły się negocjacje w sprawie ustalenia wysokości płacy minimalnej na 2020 rok. Propozycja rządu zakładała podniesienie najniższego wynagrodzenia o 200 złotych brutto miesięcznie – z 2250 złotych obecnie do 2450 złotych. Federacja Przedsiębiorców Polskich w swoich propozycjach poszła nawet dalej niż strona rządowa. Zaproponowała wzrost do 2500 złotych brutto miesięcznie. To dobre rozwiązanie zarówno dla pracowników, jak i przedsiębiorców.
– Z rozmów z członkami naszej organizacji wynika, że według realiów rynkowych stawki oferowane obecnie pracownikom nie są niższe niż 2,5 tysiąca złotych miesięcznie – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – To normalne w dzisiejszych warunkach niskiego bezrobocia i niedoboru pracowników. Dla firm działających na rynku zamówień publicznych ważne jest, aby wysokość pensji minimalnej odpowiadała rzeczywistym relacjom na rynku pracy. To właśnie podwyżka najniższej płacy proponowana przez rząd może stanowić podstawę do waloryzacji wynagrodzenia wykonawców realizujących kontrakty. Dlatego w ocenie FPP podwyżka w kwocie 250 złotych byłaby neutralna dla większości przedsiębiorców. Jednocześnie stanowiłaby bardzo istotne wsparcie dla firm realizujących zamówienia publiczne. Należy zauważyć, że większa podwyżka spowodowałaby też wzrost wpływów do sektora finansów publicznych z tytułu wyższych wpłat składek na ubezpieczenie społeczne oraz zaliczek na podatek dochodowy. FPP proponuje, aby część tych dodatkowych przychodów przeznaczyć na obniżenie klina podatkowego dla najniżej zarabiających. Zwiększenie kosztów uzyskania przychodu dla pracowników mogłoby wynieść aż trzykrotność kwoty, z którą mamy do czynienia obecnie.To stanowiłoby duże wsparcie dla wielu Polaków – zwłaszcza tych z najniższym wynagrodzeniem. W ten sposób część płaconych przez nich danych wróciłoby do ich kieszeni. Przeciwdziałałoby to wzrostowi klina podatkowego w tej grupie pracowników – ocenił Kozłowski.
Wystąpienie przewodniczącego Rezerwy Federalnej poprawiło nastroje na rynkach akcji. Według analityków wystąpienie Jerome Powell w zasadzie przypieczętowało lipcową obniżkę stóp procentowych za oceanem, co dodatkowo osłabiło dolara. Inwestorzy szacują z ponad 80 procentową pewnością, że stopa funduszy federalnych zostanie obniżona o 25 pb w lipcu, a na niecałe 20 procent oceniane jest prawdopodobieństwo cięcia o 50 pb. Będzie to pierwsza obniżka kosztów kredytu w USA od ponad 10 lat. Posiedzenie Fed, na którym prawdopodobnie zostaną obniżone stopy procentowe jest zaplanowane na 30-31 lipca.
W Polsce, na koniec ubiegłego tygodnia GPW zanotowała umiarkowane osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości 0,19%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) straciły 0,95%, natomiast indeks małych i średnich spółek (sWIG80) zakończył tydzień wzrostami +0,42%.
Trzeci tydzień lipca (15-19.07.2019) przyniesie wiele danych z polskiego rynku. We wtorek (16.07.2019) poznamy dane o inflacji, w środę zostaną ujawnione dane dotyczące zmian na polskim rynku pracy (m. in. o zatrudnieniu oraz średnim wynagrodzeniu), w czwartek będziemy mieli szanse zapoznać się z danymi dotyczącymi produkcji przemysłowej. Z kolei w piątek opublikowane zostaną dane o sprzedaży detalicznej. Na rynkach globalnych oczy inwestorów będą skierowane na wtorkową publikację danych o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w USA.
Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.
Choć latem zazwyczaj ceny rosły wolniej niż zimą, zwłaszcza ceny żywności, w tym roku inflacja nie odpuszcza, a najmocniej drożeją właśnie podstawowe produkty spożywcze. Ekonomiści spodziewają się również wzrostu cen paliw ze względu na drożejącą ropę naftową oraz kolejnego impulsu inflacyjnego w postaci świadczeń socjalnych. W tej sytuacji nie jest wykluczone, że inflacja przekroczy wyznaczoną przez Narodowy Bank Polski górną granicę celu inflacyjnego, czyli 3,5 proc.
– Inflacja szybko rośnie, ale nadal nie jest wysoka. Rośnie przede wszystkim ze względu na wzrost popytu konsumpcyjnego. W koszyku, który jest brany pod uwagę do oszacowania wskaźnika cen detalicznych, największy wpływ mają wzrosty cen żywności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Artur Walasik z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. – Niepokojące jest to, że w praktyce zazwyczaj okresy letnie oznaczały raczej spadek inflacji, a nie jej wzrost. Jeżeli dołożymy do tego to, że w drugiej połowie roku napłyną kolejne środki związane z rozszerzeniem programu 500+, to presja inflacyjna może być jeszcze większa.
Według szybkiego szacunku inflacji Głównego Urzędu Statystycznego za czerwiec 2019 roku średnie ceny towarów i usług wzrosły o 2,6 proc. rok do roku. To najmocniej od listopada 2012 roku i także od tego czasu po raz pierwszy tempo wzrostu cen przekroczyło cel inflacyjny (2,5 proc.), choć pozostaje w dopuszczalnym paśmie wahań (+/-1 pkt proc.). Jednak według prognoz banku Santander na początku przyszłego roku ceny mogą rosnąć nawet w tempie 4 proc. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce siedem lat temu – w lipcu 2012 roku. Referencyjna stopa procentowa NBP wynosiła wtedy 4,75 proc. Obecnie (od ponad czterech lat) jest na poziomie 1,5 proc.
– Jest to rok wyborczy, mamy do czynienia z bardzo ekspansywną polityką fiskalną, czyli obniżaniem podatków i zwiększaniem wydatków. Jeżeli bank centralny będzie chciał podjąć pewne działania zapobiegające wzrostowi cen, to będzie się to wiązało z koniecznością podwyższenia stóp procentowych. Natomiast nie ma tych deklaracji, nie ma takiej woli po stronie rządu, czyli jest to polityka, która będzie miała wyraźnie skutek w postaci wzrostu cen – przewiduje Artur Walasik. – Są pewne czynniki niezależne od nas, które mają wpływ na wskaźnik cen detalicznych, chociażby ceny ropy naftowej. To jest sytuacja szczególna, bo inflacja rośnie, mimo że ceny paliw nie są odpowiedzialne za ten wzrost. Więc rzeczywiście obawy niektórych ekonomistów, że jest to pierwszy sygnał przed czekającą nas jeszcze wyższą inflacją mogą się spełnić.
Głównym czynnikiem podbijającym wzrost cen jest żywność i napoje bezalkoholowe, która to kategoria waży najwięcej w koszyku inflacyjnym obliczanym przez GUS, bo 24,89 proc. W maju podrożała ona o 5 proc. rok do roku, a ceny ogółem o ponad połowę mniej, bo o 2,4 proc. Co więcej, najmocniej drożeją podstawowe artykuły, takie jak mąka i pieczywo (odpowiednio o 9 proc. i 9,8 proc. rdr), wieprzowina (12,2 proc.) czy warzywa (22,6 proc.), a także cukier (19,9 proc.), z tym że ten ostatni wcześniej staniał o niemal jedną trzecią, po tym, jak Unia Europejska uwolniła rynek cukru jesienią 2017 roku. Co więcej, drożeją też surowce: pszenica w skupie podrożała w ujęciu rocznym o 17,5 proc., trzoda chlewna – o 31,1 proc.
Sytuacja musiała zaskoczyć także Narodowy Bank Polski, bo o ile w marcowym „Raporcie o inflacji” jego ekonomiści spodziewali się wzrostu cen żywności w tym roku o 2,2 proc., to w lipcowej edycji było to już 3,8 proc.
– Przewiduję, że w 2019 roku wzrost inflacji rok do roku nie będzie znacząco wyższy, niż odnotowujemy dzisiaj. Natomiast mając na uwadze prognozy w dłuższej perspektywie, możemy się spodziewać presji inflacyjnej. Jeżeli do tego dołożyłyby się zawirowania na Bliskim Wschodzie, których konsekwencją byłby wzrost cen ropy naftowej, to 4-proc. inflacja w przyszłym roku jest prawdopodobna – uważa ekonomista.
Tylko w ciągu ostatniego miesiąca ceny ropy naftowej wzrosły o 14 proc., a od początku roku podrożała ona o 33 proc. Tymczasem paliwa do prywatnych środków transportu podrożały od stycznia do maja tylko o 6,1 proc., a benzyny – tylko o 4,2 proc. Wzrost cen ropy naftowej to głównie efekt porozumienia państw OPEC i kilkunastu innych producentów ropy, w tym Rosji, w sprawie ograniczenia produkcji o 1,2 mln baryłek dziennie. Na początku lipca zostało ono przedłużone na kolejnych dziewięć miesięcy, a uczestniczące w nim państwa podpisały umowę o stałej współpracy.
– Na pewno zaskakujące jest to, że ceny paliw nie rosną tak szybko jak rosły w latach poprzednich, ale to jest raczej konsekwencja tego, co dzieje się poza Polską. Natomiast ceny ropy naftowej, a podążające za tym również ceny paliw, mogą być w jakiś sposób ograniczane przez rząd, bo tu możliwe jest wycofanie się z pewnych opłat, które są w cenie paliwa – tłumaczy Artur Walasik. – Jeżeli w dłuższej perspektywie będziemy mieli do czynienia z jakimiś politycznymi zawirowaniami, to te ceny przełożą się również na ceny dóbr konsumpcyjnych.
Gros polskich eksporterów koncentruje się na rynkach rozwiniętych, zwłaszcza unijnych. Te jednak wymagają bardzo wysokiej jakości i są już nasycone, trudno więc konkurować na nich inaczej niż ceną. Zdaniem Roberta Zduńczyka z Fundacji Ekonomicznej Polska–Afryka Wschodnia to właśnie wybrane kraje tego kontynentu będą w nadchodzących latach dawać szansę na wzrost i zwrot z inwestycji. Ta wymaga jednak cierpliwości, pracy i czasu.
– Skala inwestycji polskich przedsiębiorców w Afryce jest cały czas niewielka, natomiast widać pozytywną zmianę w dynamice – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Zduńczyk, założyciel i prezes Fundacji Ekonomicznej Polska–Afryka Wschodnia. – Kilka lat temu można było te inwestycje dosłownie liczyć na palcach jednej ręki, w tej chwili w sumie jest ich kilkadziesiąt w różnych branżach. Często przedsiębiorcy zaczynają np. od branży turystycznej, ale są również inwestycje w branży przetwórstwa przemysłowego, co jest z kolei bardzo istotne dla krajów afrykańskich.
Polska Agencja Inwestycji i Handlu od ubiegłego roku prowadzi w Afryce dziewięć zagranicznych biur handlowych: w Abidżanie (Wybrzeże Kości Słoniowej), Addis Abebie (Etiopia), Algierze (Algieria), Casablance (Maroko), Dakarze (Senegal), Johannesburgu (RPA), Kairze (Egipt), Lagos (Nigeria) i Nairobi (Kenia). Tylko w ubiegłym roku odnotowały one 700 zapytań polskich firm zainteresowanych eksportem i inwestycjami w Afryce. W połowie czerwca zakończył się też nabór wniosków na wsparcie ekspansji do Egiptu, Algierii i RPA w ramach Polskich Mostów Technologicznych. Jak mówią przedstawiciele PAIH, w tych krajach jest duże zapotrzebowanie na inwestycje z dziedzin przetwórstwa żywności, IT czy wyposażenia medycznego.
– Ktoś powiedział, że w Afryce można kamień rzucić i z niego drzewo wyrośnie. To oddaje to, co się dzieje na tym kontynencie. Twierdzę, że jest to kontynent XXI wieku z kilku powodów – tłumaczy Robert Zduńczyk. – Przede wszystkim przemawia za tym demografia. Jest to bardzo młody kontynent, za tym idzie ogromna energia ludzi, którzy tam mieszkają, często niezaspokojona, stąd różnego rodzaju problemy i presje, m.in. dotyczące migracji. Inwestowanie na miejscu jest bardzo istotne również ze społecznego punktu widzenia. Dzięki inwestycją ludzie, którzy tam mieszkają, mają możliwość godnego życia na miejscu.
Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego kilka afrykańskich krajów rozwijać się będzie w tym roku w imponującym tempie: Rwanda – 8,6 proc., Etiopia – 7,7 proc., Wybrzeże Kości Słoniowej – 7,4 proc., Senegal i Uganda – po 6,2 proc., Egipt – 5,5 proc. Pod względem demograficznym kontynent ten będzie się rozwijać równie szybko: o ile w 2015 roku na całym kontynencie było tylko sześć miast z liczbą mieszkańców przekraczającą 5 mln, o tyle w 2030 roku ich liczba wzrośnie do 17, przy czym 5 z nich będzie miało ponaddziesięciomilionową populację. Jak zauważa firma konsultingowa McKinsey, produkcja przemysłowa w Afryce wzrośnie z 500 mld dol. dwukrotnie w czasie najbliższej dekady.
– Obiecujące są wszystkie branże związane z rosnącą liczbą ludności, a więc przede wszystkim rolnictwo i przemysł przetwórstwa żywności – mówi prezes Fundacji Ekonomicznej Polska–Afryka Wschodnia. – Afryka to obecnie jeden wielki plac budowy, w związku z tym ważne są wszelkiego rodzaju przedsięwzięcia związane z rynkiem budownictwa czy rynkiem okołobudowlanym, jak materiały budowlane, osprzęt budowlany. Kiedyś nie było zapotrzebowania na tego typu produkty i usługi. Jeszcze 10 lat temu rusztowania były robione z drewna, z bambusa, w tej chwili na większości dużych budów widać już duże, profesjonalne rusztowania z rur metalowych czy aluminiowych. Na każdym kroku widać ten postęp.
Podkreśla jednak, że inwestycje na Czarnym Lądzie trzeba traktować długoterminowo i nastawiać się na trwałą współpracę. Zwłaszcza że nie brakuje konkurencji. Bardzo intensywnie zagospodarowują ten kontynent Chińczycy, którzy odpowiadają za 12 proc. produkcji. Jak wskazują dane, w Afryce działa 10 tys. chińskich firm, zatrudniających głównie Afrykanów, przy czym 85 proc. tych przedsiębiorstw to firmy prywatne.
– Na Afrykę nie można patrzeć przez pryzmat tego, jak szybko można zarobić. To jest błędne myślenie – zastrzega Robert Zduńczyk. – Tam trzeba po prostu współpracować z ludźmi tak, żeby oni również się rozwijali. To jest taka sama sytuacja, jaką mieliśmy w Polsce na początku lat 90., więc powinno nam być łatwiej zrozumieć potrzeby ludzi po tamtej stronie.
Rozwój e-sportu spowodował powstanie wielu profesji, które do tej pory nie istniały i nie ma jeszcze szkół ani studiów, które by takich pracowników przygotowywały – mówi Aleksander Szlachetko, dyrektor ESL Polska. Dlatego zadanie to przejmują pracodawcy z branży. Firmy potrzebują wielu nowych pracowników, ale na rynku brakuje kadr. Praca w e-sporcie może być atrakcyjną ścieżką kariery dla młodych, bo oznacza de facto współtworzenie tego sektora, możliwość łączenia hobby z pracą i częstego podróżowania.
– E-sport w znacznym stopniu zmienia rynek pracy. Zatrudniamy ponad setkę pracowników, a jesteśmy tylko jednym z wielu graczy na rynku e-sportowym. Co istotne, pracują u nas ludzie, którzy nie byli do tych zawodów bezpośrednio przygotowywani. W praktyce pozyskujemy z rynku specjalistów różnych dziedzin, np. telewizji, z zakresu projektowania czy programowania, którzy mają solidny warsztat, ale samego rynku e-sportowego, gamingu najczęściej uczą się u nas – mówi agencji Newseria Biznes Aleksander Szlachetko, dyrektor zarządzający ESL Polska.
W raporcie z lutego br. analitycy Newzoo prognozują, że w tym roku globalnie e-sport wygeneruje przychody w wysokości 1,1 mld dol., co będzie oznaczać prawie 27-proc. wzrost rok do roku. Ponad 80 proc. tej kwoty (897,2 mln dol.) będzie pochodzić z inwestycji marek (np. prawa medialne, reklama, umowy sponsorskie). Z kolei liczba widzów e-sportu sięgnie w tym roku już blisko 454 mln, w tym ponad 201 mln entuzjastów i 252,6 mln widzów okazjonalnych (wzrost o 15 proc. rok do roku). Profesjonalni gracze e-sportu z całego świata dziś niczym nie różnią się od najlepiej opłacanych gwiazd tradycyjnego sportu.
Polska jest jednym z większych e-sportowych rynków (ponad 1 086 zawodników i 2,8 mln fanów), obok Niemiec, Hiszpanii czy Szwecji. We wrześniu ubiegłego roku powstał oficjalnie Polski Związek Sportów Elektronicznych, który stawia sobie za cel m.in. promowanie e-sportu. Wirtualny sport jest jednym z najszybciej rosnących segmentów rynku rozrywki, co powoduje duże zapotrzebowanie na nowych pracowników.
– Mamy w tej chwili sporą potrzebę, żeby zatrudniać nowych specjalistów i musimy przyznać, że jest ich na rynku niedosyt – mówi Aleksander Szlachetko. – E-sport wytworzył sporo zawodów, które do tej pory nie istniały i nie ma jeszcze szkół, studiów, które by takich pracowników przygotowywały. W tej chwili to zadanie spoczywa w głównej mierze na barkach pracodawców.
Wyszkolenie pracowników jest problemem, bo elektroniczny sport to relatywnie nowa dziedzina, ale już pojawia się coraz więcej edukacyjnych inicjatyw, ukierunkowanych na tę branżę. Dla przykładu AWF Katowice uruchomiła podyplomowe studia na kierunku „zarządzanie e-sportem”, a sieć techników TEB Edukacja od września wprowadzi nowy, autorski program nauczania z zakresu e-sportu, przygotowany w porozumieniu z Esports Association.
– Klasy e-sportowe są bardzo fajnym pomysłem. One nie kształcą graczy, ale raczej przygotowują do pracy na rynku e-sportowym, dają podstawy wiedzy o tym, czym jest rynek gamingowy. Są klasy, które dodatkowo mają też zajęcia z projektowania i programowania. Nawet jeżeli ktoś w przyszłości nie chciałby pracować w e-sporcie, to są bardzo przydatne umiejętności, pożądane na rynku pracy – mówi Aleksander Szlachetko.
Jak podkreśla, praca w e-sporcie w dużej mierze wiąże się z organizacją turniejów i eventów, stąd poszukiwani są m.in. project i event managerowie, pracownicy z doświadczeniem w telewizji, którzy dodatkowo znają specyfikę branży e-sportowej, czy specjaliści z zakresu projektowania i programowania.
– Wszelakie specjalizacje od projektowania 2D, 3D, wideoedycji, specjalizacje telewizyjne – to jest w naszym wypadku 70 proc. kadry. To są osoby, które produkują i współtworzą te przedsięwzięcia. Trochę inaczej jest w przypadku firm stricte gamingowych – tam jest bardzo dużo zawodów związanych z projektowaniem i programowaniem – mówi Aleksander Szlachetko. – Ścieżka kariery jest dwustopniowa, bo z jednej strony trzeba się nauczyć podstaw danego rzemiosła, jak np. w przypadku operatorów, producentów, wideoedytorów. To są fachowcy, którzy rozwijają swoje specjalizacje w szkołach filmowych. Następnie bezwzględnie potrzebna jest ta wiedza na temat samego rynku e-sportu i gamingu.
Praca w branży e-sportowej to przyszłościowe zajęcie, bo sektor z każdym rokiem lawinowo zyskuje na popularności. Z drugiej strony to także szansa na połączenie pracy z hobby dla osób, które lubią gry komputerowe. Dodatkowym bonusem są częste podróże, których wymaga międzynarodowa specyfika tej branży.
– Poza wydarzeniami w Polsce, z których jesteśmy znani, realizujemy też przedsięwzięcia e-sportowe na całym świecie. Nasi pracownicy podróżują pomiędzy wszystkimi kontynentami. W ciągu ostatnich kilku miesięcy byli w Montrealu, São Paulo, Sydney, Nowym Jorku i Kolonii. Ta praca daje dużo dobrej energii i możliwość pracowania w bardzo nowoczesnym środowisku – mówi dyrektor zarządzający ESL Polska.
Wyłącznie opiece nad dzieckiem Polki chciałyby się poświęcić przez pierwsze trzy lata jego życia. Zdecydowana większość młodych mam już po rocznym urlopie macierzyńskim wraca jednak do pracy. Kierują się zarówno względami ekonomicznymi, jak i chęcią samorozwoju. Udanemu łączeniu życia zawodowego z rodzinnym sprzyjają benefity ze strony pracodawców, m.in. elastyczny czas pracy, możliwość wykonywania niektórych obowiązków zdalnie oraz punktualnego wychodzenia z biura.
Narodziny dziecka to duża zmiana w życiu każdej kobiety, zarówno prywatnym, jak i zawodowym. Dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pokazują, że polscy mężczyźni coraz mocniej angażują się w opiekę nad dziećmi – w 2017 roku urlop ojcowski wykorzystało aż 64 proc. panów, główny ciężar wychowania maluchów wciąż spada jednak na kobiety. W 2017 roku z prawa do urlopu na opiekę nad dziećmi skorzystało 519 tys. Polek i tylko nieco ponad 188 tys. Polaków. Po urodzeniu dziecka Polki dość szybko wracają do pracy. Jak pokazuje raport Pracuj.pl, panie decydują się najczęściej tylko na roczny urlop macierzyński, choć znaczna ich część wolałaby spędzić z maluchem więcej czasu.
– W Fundacji Świętego Mikołaja kiedyś zrobiliśmy badania, które pokazały, że wymarzonym czasem, jaki byśmy chciały spędzić w domu z dziećmi, są trzy lata. Wiele kobiet rezygnuje z obowiązków zawodowych na rzecz opieki nad dziećmi, bo tego chce i to jest naturalna potrzeba mam – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Paciorek, autorka książki „Mama w pracy”, wiceprezes zarządu Fundacji Świętego Mikołaja.
Jak pokazuje raport GUS „Kobiety i mężczyźni na rynku pracy 2018”, obowiązki rodzinne to druga, po emeryturze, przyczyna bierności zawodowej Polek. W grupie wiekowej 25–34 lata tę przyczynę wskazuje blisko 80 proc. pań. Decyzję o powrocie do pracy zawodowej Polki podejmują najczęściej ze względów ambicjonalnych lub ekonomicznych. 48 proc. osób przebadanych przez Pracuj.pl zadeklarowało, że kierowali się chęcią kontynuowania kariery zawodowej i samorozwoju, tyle samo stwierdziło, że budżet domowy wymagał, by oboje rodzice pracowali zawodowo.
– Wiele kobiet łączy pracę z wychowywaniem dzieci, bo do tego zmusza nas życie, a często chcemy pracować i się rozwijać. Ale też warto docenić mamy, które postanawiają nie pracować i zająć się domem, rodziną, wychowywaniem dzieci. To też bardzo ciężka praca, często niedoceniana – mówi Joanna Paciorek.
W przypadku młodych mam rozwój zawodowy jest możliwy, choć wymaga wiele wysiłku. Niezbędny jest partnerski podział obowiązków domowych między rodziców, tak aby ciężar opieki nad dzieckiem i domem nie spadał głównie na barki kobiet. Bardzo ważne jest wsparcie najbliższej rodziny, zwłaszcza babć i dziadków, którzy mogą odciążyć kobietę w opiece nad dzieckiem. Nie bez znaczenia są również benefity uzyskiwane od pracodawcy, m.in. elastyczny czas pracy, możliwość wcześniejszego wyjścia z biura oraz wykonywania części obowiązków zdalnie.
– Wydaje mi się, że taka życzliwość ze strony pracodawcy, umożliwienie powrotu do pracy na mniejszy wymiar etatu czy w ogóle umożliwienie powrotu jest kluczowe. Badania pokazują, że najważniejsze dla mam pracujących jest to, żeby mogły po prostu punktualnie wyjść z pracy – mówi Joanna Paciorek.
Po urodzeniu dziecka kobiety często wpadają w pułapkę dążenia do doskonałości. Chcą świetnie sprawdzać się w roli mam i pań domu, a jednocześnie osiągać doskonałe wyniki w miejscu pracy. Efektem bywa przemęczenie, życie w permanentnym stresie, utrata wiary we własne możliwości oraz ciągłe niezadowolenie z siebie. Eksperci podkreślają, że młode mamy powinny pozwalać sobie na niedoskonałość.
– Nie stawiajmy sobie zbyt wysokich wymagań bycia idealną w domu i w pracy. Cudownie jest, kiedy możemy się zatrzymać w pewnym momencie i dokonać wyboru, że nie musimy pracować przez jakiś czas – mówi Joanna Paciorek.
Komórki macierzyste z miazgi zęba to przyszłość stomatologii regeneracyjnej. Mogą być również wykorzystywane w onkologii, kardiologii, neurologii, a także ortopedii. Największa ich ilość znajduje się w mleczakach, można je jednak pozyskać także z zębów stałych osób dorosłych. Procedura pobierania jest znacznie mniej inwazyjna niż w przypadku komórek ze szpiku, a czas przechowywania wynosi 25 lat.
Komórki macierzyste to pierwotne i niewyspecjalizowane komórki, które odznaczają się ogromnymi zdolnościami do regeneracji i namnażania. Odgrywają one kluczową rolę w procesach autonaprawczych organizmu, przekształcają się bowiem w różnego rodzaju tkanki, które uległy uszkodzeniu. Dzięki zdolnościom do samoodnowy są z powodzeniem wykorzystywane kosmetologii oraz w medycynie, m.in. w terapii chorób krwi, zaburzeń układu odpornościowego, a nawet niektórych typów nowotworów. Komórki macierzyste występują głównie w szpiku kostnym i krwi pępowinowej, ich źródłem może być jednak także miazga zęba.
– Jest ich bardzo dużo w zębach mlecznych, dlatego w tej chwili jest tendencja, żeby nie tylko gromadzić komórki macierzyste z krwi pępowinowej, co już jest procedurą dosyć powszechną, lecz także z zębów mlecznych. Te zęby muszą być w miarę zdrowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Stachowicz, stomatolog z Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy Periodent w Warszawie.
Komórki macierzyste można pozyskać również z zębów stałych, np. ósemek usuwanych w trakcie leczenia ortodontycznego. Należy jednak pamiętać o tym, że ich ilość w miazdze zębowej maleje wraz z wiekiem, w zębach osoby dorosłej będzie ich więc znacznie mniej niż w mleczakach. Tak pozyskane komórki macierzyste można wykorzystywać w szerokiej gamie zabiegów stomatologicznych. Wielu badaczy widzi w nich ponadto przyszłość endodoncji regeneracyjnej. Innowacyjne badania z wykorzystaniem komórek macierzystych u dzieci po urazach zębowych pokazały, że możliwe jest pobranie tych komórek z miazgi zęba mlecznego, namnożenie ich w warunkach laboratoryjnych, a następnie użycie w celu regeneracji uszkodzonych zębów.
– Mogą one być wykorzystywane także m.in. w leczeniu chorób autoimmunologicznych, onkologii, wierzymy, że w przyszłości również w innych chorobach będą pomocne. Warto zabezpieczyć sobie czy swojemu dziecku taką możliwość, że ten potencjał naprawczy zmagazynujemy w jakimś banku – mówi Monika Stachowicz.
Procedura pobrania komórek macierzystych z miazgi zęba jest znacznie mniej inwazyjna niż ze szpiku kostnego. Pacjent otrzymuje z banku komórek macierzystych specjalny pojemnik, w którym stomatolog umieszcza usunięty ząb. Rodzice dziecka mogą przechować także ząb mleczny, który wypadł samoistnie, istnieje jednak ryzyko, że nie zrobią tego we właściwy sposób. Dlatego, gdy tylko mleczak zaczyna się ruszać, warto się wybrać do lekarza dentysty.
– Także wszystkie osoby dorosłe, które mają do usunięcia zdrowe zęby, czyli bez leczenia kanałowego czy próchnicy głębokiej, mogą taki ząb sobie przechować czy dać do laboratorium w banku, żeby sprawdzili, czy jest wystarczająca ilość komórek, które mogą być w przyszłości pomocne – mówi Monika Stachowicz.
W laboratorium, po odpowiednim opracowaniu i namnożeniu, komórki zamrażane są w ciekłym azocie w temperaturze -190 st. C. Na razie technologia pozwala na przechowywanie ich przez okres 25 lat, w przyszłości czas ten może jednak ulec wydłużeniu. W razie konieczności komórki są rozmrażane i wykorzystywane do zabiegu.
Seniorzy coraz lepiej radzą sobie z nowymi technologiami, choć w Polsce ich stopień informatyzacji wciąż jest niewystarczający. Tylko 28 proc. osób starszych regularnie korzysta z komputera, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych 85 proc. osób powyżej 65 roku życia ma telefony komórkowe. Rozwiązania z zakresu smart city mogą być dla osób starszych znacznym ułatwieniem w codziennym życiu. Potrzebne jest jednak dostosowanie komunikatów do potrzeb seniorów oraz szeroko zakrojona kampania informacyjna.
– Miasto przyjazne seniorom, jak mówi Światowa Organizacja Zdrowia, powinno spełniać bardzo wiele kryteriów, ale gdyby je pogrupować sprawnie, to są to tak naprawdę trzy obszary. Pierwszy – mieszkalnictwo i transport, taka codzienna mobilność. Drugi to obszar zdrowia i edukacji, czyli pogłębiania edukacji seniora i usprawnianie komunikacji w zakresie lecznictwa i opieki, także tej w domu. I trzeci obszar to jest obszar wykorzystania technologii w tym, żeby senior nie był wykluczony społecznie – wskazuje Grażyna Trzpiot z Katedry Demografii i Statystyki Ekonomicznej na Wydziale Informatyki i Komunikacji Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.
Według danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny rośnie stopień informatyzacji seniorów. Wciąż jest on jednak stosunkowo niewielki. W 2018 roku niemal 28 proc. osób w wieku 65–74 lat regularnie korzystało z komputera. Stanowi to wzrost o 7,8 pkt proc. w porównaniu do sytuacji z 2014 roku. Blisko 11 proc. seniorów korzystało w 2018 roku z internetowych usług komunikacyjnych, 19 proc. używało poczty elektronicznej, a 10 proc. było obecnych w mediach społecznościowych.
Inaczej sytuacja wygląda w Stanach Zjednoczonych. Według danych opublikowanych przez Pew Research Center 95 proc. Amerykanów ma telefon komórkowy. 75 proc. z tej grupy korzysta ze smartfonów. W gronie osób w wieku powyżej 65 lat 85 proc. korzysta z telefonów komórkowych, a połowa tej grupy to użytkownicy smartfonów.
Niezbędne są programy walki z wykluczeniem cyfrowym seniorów.
– Jest bardzo wiele programów pilotażowych, w których seniorzy mogą uczestniczyć, uczyć się nowych technologii, nowych rozwiązań. Musi do nich jednak wstępnie dotrzeć informacja, że tego rodzaju projekty są podejmowane. Dobrym przykładem jest program Erasmus+, który do tej pory był tylko dla studentów. Teraz otwiera się właśnie na grupy senioralne – mówi Grażyna Trzpiot.
Tech Savvy Seniors z kolei to program online zawierający szereg modułów obejmujących filmiki i instrukcje napisane w 11 językach. Dzięki nim osoby starsze mogą zdobyć podstawowe umiejętności związane z korzystaniem z komputera, internetu i smartfonów. Twórcy tego typu rozwiązań zakładają, że zainteresowani dorośli mają już podstawowy dostęp do internetu lub przynajmniej kogoś, kto pomoże im w początkowej konfiguracji i przejściu do trybu online. Dla tych, którzy nie mają tego rodzaju wsparcia, organizacje non-profit organizują programy szkoleń odbywających się w lokalnych bibliotekach.
Filarem budowania inteligentnego miasta przyjaznego seniorom ma być także obszar zdrowia i edukacji.
– Zaczęliśmy od tego, że rozdawaliśmy seniorom koperty zdrowia, a teraz rozdajemy opaski. Są to te same funkcje, ale już zapisane cyfrowo. Ci wszyscy chorzy, którzy muszą się komunikować ze względu na swój stan zdrowia, czyli przykładowo muszą wykonywać monitoring rozrusznika serca, już nie robią tego przez telefon, ale są do tego aplikacje cyfrowe, takie jak właśnie ta opaska – wskazuje ekspertka.
Amerykańskie miasta, takie jak Columbus w stanie Ohio i Pittsburgh należą do miast, które dla ułatwienia życia seniorom podjęły się modernizacji infrastruktury, takich jak naprawianie chodników i zwiększanie bezpieczeństwa skrzyżowań. Do działań podjętych w celu asymilacji osób starszych w przestrzeni inteligentnego miasta należy w nich także promowanie międzypokoleniowych działań, które stymulują wymianę wiedzy również w zakresie nowych technologii.
– Przyjeżdżając do dużego miasta, to inteligentne miasto powinno jak najbardziej ułatwić dostanie się do miejsca takiego jak Łazienki Królewskie. To najprostsze technologie, ale jednocześnie bardzo użyteczne. Brak przeszkód, czyli ograniczenie nawet tak prostej rzeczy jak schody. Jednocześnie ekrany np. dotykowe z większą czcionką w dostępnych miejscach, które informują seniora o różnych rzeczach – mówi Grażyna Trzpiot.
Powstają pierwsze systemy komunikacji kwantowej, które posłużą do skonstruowania komputerów nowej generacji. Upowszechnienie komunikacji i urządzeń kwantowych przyczyni się do powstania bezpiecznego internetu, przyspieszy proces analizy dużych zbiorów danych zgromadzonych w ramach big data, pozwoli opracować niezawodne szyfry oraz udoskonalić technologię uczenia maszynowego. Na rynku pojawiają się już pierwsze komercyjne produkty oparte na technologii kwantowej.
– W dziedzinie komunikacji kwantowej istnieją już produkty komercyjne przeznaczone do szyfrowania. Możemy więc w wybranych lokalizacjach montować urządzenia do komunikacji kwantowej, które są połączone i umożliwiają wymianę współdzielonego klucza oraz komunikację. Jest to bardzo przydatne w szyfrowaniu, gdyż pozwala nam wymieniać i uzyskiwać kopię danego klucza kryptograficznego w dwóch miejscach. To coś, co ma prawdziwe zastosowanie i potencjał komercyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Carlos Abellan z firmy Quside.
Potencjałem technologii kwantowych zainteresowała się m.in. Komisja Europejska, która w ramach programu Horizon 2020 powołała do życia inicjatywę European Quantum Technologies Flagship. W pierwszej fazie wdrożeniowej w jej ramach zostanie zrealizowanych 20 projektów, które uzyskają łączne wsparcie rzędu 132 mln euro. Budżet na kolejne lata będzie znacznie większy – na rozwój technologii kwantowych przeznaczono aż 1 mld euro. Członkowie Komisji liczą na to, że dzięki European Quantum Technologies Flagship kraje Unii Europejskiej staną się globalnym liderem na rynku rozwiązań kwantowych.
Na Uniwersytecie Padewskim we Włoszech przeprowadzono już pionierskie badania nad systemami satelitarnej komunikacji kwantowej. Naukowcom udało się przesłać informacje z rosyjskiego systemu nawigacji satelitarnej GLONASS do Centrum Kosmicznej Geodezji Włoskiej Agencji Kosmicznej. Eksperyment dowiódł, że istnieje możliwość przesyłania pojedynczych fotonów pomiędzy satelitą a stacją odbiorczą oddaloną o przeszło 20 tys. km przy wykorzystaniu metody kwantowej dystrybucji klucza. Technologia ta mogłaby doprowadzić do powstania satelitarnego internetu kwantowego i bezpiecznej wymiany informacji pomiędzy komputerami. Dane transmitowane metodą kwantową byłyby niemożliwe do rozszyfrowania.
– W przyszłości największą zmianą oraz wydarzeniem będzie wyjście z rynków specjalistycznych i niszowych do systemów, które charakteryzują się prawdziwym potencjałem wdrożeniowym i z których będzie mogło korzystać dużo więcej użytkowników. To pierwszy etap dystrybucji kluczy kwantowych, rozpoczynamy integrację tego typu rozwiązań. W przyszłości, gdy pojawią się już komputery kwantowe i symulatory wymagające wzajemnej komunikacji, taka technologia kwantowa umożliwi ich połączenie i komunikację – przewiduje ekspert.
Jednym z najważniejszych wynalazków w tej branży może się okazać prototypowy układ optyczny opracowany przez naukowców z amerykańskiego Narodowego Instytutu Standaryzacji i Technologii. Pozwoli on rozwiązać jeden z największych problemów, jaki napotykają na swojej drodze projektanci systemów kwantowych: metodę wymiany informacji pomiędzy urządzeniami przetwarzającymi i przechowującymi dane a światłowodami transportującymi informacje. Te pierwsze wykorzystują światło widzialne, drugie zaś – podczerwone, o wielokrotnie dłuższej fali. Do stworzenia efektywnego systemu optycznej wymiany danych wykorzystano zjawisko galerii szeptów. Wspomniany układ wykorzystuje światło laserowe, które wpadając w rezonator o kształcie pierścienia tworzy fotony światła widzialnego i podczerwonego. Upowszechnienie się tej technologii pozwoliłoby przyspieszyć stworzenie tanich, wysoce funkcjonalnych systemów komunikacji kwantowej.
Technologia kwantowa oznacza także przełom w kryptografii. Kwantowe generatory liczb losowych mogą posłużyć do stworzenia systemów szyfrowania, które byłyby niemożliwe do złamania. Usprawniłyby funkcjonowanie banków oraz urządzeń komunikujących się w ramach internetu rzeczy. Nad takim generatorem pracuje firma Quside, która ma patent na metodę generowania gigabitowej losowej liczby w ciągu jednej sekundy przy wykorzystaniu technologii kwantowej. Kolejnym krokiem firmy będzie miniaturyzacja układu optycznego, aby przystosować go do masowej produkcji i umożliwić wykorzystanie go w dowolnym urządzeniu.
– Kwantowe generowanie liczb losowych umożliwia wyciąganie losowych cyfr z procesów kwantowych. Jest to bardzo przydatne w kryptografii i szyfrowaniu, ale również znajduje zastosowanie w kasynach internetowych i symulacjach metodą Monte Carlo – mówi ekspert.
Programy rozwoju technologii kwantowych rozwijane są także przez polskie instytucje. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej w ramach programu Międzynarodowych Agend Badawczych powołała do życia Centrum Teorii Technologii Kwantowych przy Uniwersytecie Gdańskim. Zadaniem nowej jednostki będzie badanie rozwiązań z zakresu m.in. komputerów, symulacji, komunikacji kwantowej oraz idei internetu kwantowego.
– Pierwsze rozwiązania kwantowe pojawią się na rynku już wkrótce, w nadchodzących latach. Pewne urządzenia są już w drodze do klientów – twierdzi Carlos Abellan.
Według analityków z firmy ReportsnReports wartość globalnego rynku kwantowych systemów kryptograficznych w 2018 roku wyniosła 101 mln dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie do 506 mln dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 38 proc.
Na briefingu prasowym zorganizowanym w warszawskim Zebra Tower przedstawiciele trzech spółek z portfolio nowej RLTY Investments opowiedzieli o planach ekspansji na rynku gier wideo i planszowych. – Każda z naszych spółek ma ambitne plany giełdowe i w każdej jesteśmy przede wszystkim nastawieni na słuchanie graczy. Nie sztuką jest wydać morze pieniędzy na wysokobudżetową produkcję. Nam zależy na solidnych biznesowych fundamentach i mądrym reagowaniu na potrzeby rynku – powiedział współzałożyciel RLTY i członek rady nadzorczej Movie Games, Filip Szklarzewski.
Licznie zgromadzeni w warszawskim wieżowcu dziennikarze mieli w poniedziałek okazję porozmawiać z twórcami sukcesu Movie Games, którzy po zebraniu doświadczenia przy rozwijaniu i wprowadzaniu na rynek New Connect tej spółki, będą wykorzystywać swoje umiejętności również przy budowie innych projektów. W ten sposób powstała spółka inwestycyjna RLTY Investments, posiadająca w swoim portfolio nie tylko akcje Movie Games, ale również tworzącej gry wideo o tematyce społecznej Hydra Games, czy rozpoczynającej działalność w segmencie gier planszowych spółki Bored Games. – Zaprezentowane projekty stanowią naszą kluczową oś działania, jednak nie ograniczamy się do branży rozrywki i szeroko pojętego gamingu, w najbliższych miesiącach konsekwentnie prezentować będziemy nowe inwestycje, które znacząco zdywersyfikują nasze portfolio – zadeklarował Mateusz Wcześniak.
Budżet to nie tylko pieniądze
Przedstawiciele Movie Games, wydawcy między innymi takich tytułów jak horror erotyczno-okultystyczny „Lust for Darkness” czy niezwykle popularny „Plane Mechanic Simulator”, podkreślali, że kluczowym elementem ich strategii biznesowej jest dywersyfikacja i świadome skalowanie działań. – Nie będziemy postępować agresywnie, nie planujemy wydawać ogromnych pieniędzy na rozbudowaną grafikę bez uprzedniego zbadania rynku. Przede wszystkim nie chcemy przekonywać graczy do polubienia czegoś, co nam się podoba: to my mamy ich słuchać i wpisywać się w ich potrzeby. Nasze gry to często produkcje średniobudżetowe ‘’na papierze’’ jednak prawdą jest, że na budżet gry nie składają się jedynie środki finansowe, ale także, a w naszym mniemaniu nawet przede wszystkim czynnik ludzki i oryginalność pomysłu, których nie sposób przeliczyć na pieniądze – mówił Mateusz Wcześniak.
Strategia Movie Games opiera się na kilku filarach. Jednym z nich jest Kickstarter i prowadzone za jego pośrednictwem zbiórki crowdfundingowe. Dla Movie Games i pozostałych spółek z portfolio RLTY to przede wszystkim narzędzie służące badaniu uczuć graczy, a także świetna platforma do promocji tytułu. – Dzięki Kickstarterowi praktycznie eliminujemy ryzyko niepowodzenia produkcji w momencie trafienia gry do sprzedaży. Weryfikacja projektu na jego inicjalnym etapie przez obserwację reakcji i zainteresowania potencjalnych jej odbiorców pozwala określić, czy produkcja powinna być kontynuowana, doinwestowana czy może zawieszona. Dotychczas Kickstarter jest dla nas niezawodny, czego dowodzi chociażby sukces kampanii Lust for Darkness poparty późniejszymi znakomitymi wynikami finansowymi – podkreśla prezes Movie Games. Przedstawiciele spółki nie zamierzają jednak rezygnować z wysokiej jakości swoich produkcji. Wielkimi krokami zbliża się premiera horroru psychologicznego „The Beast Inside”, który wedle zapowiedzi przedstawicieli spółki ma być najbardziej złożoną grą, jaką kiedykolwiek wydali – Niedługo poinformujemy o dacie premiery. Na pewno warto czekać na tę grę – zdradził Mateusz Wcześniak.
Duży potencjał w planszówkach
Do niedawna gry planszowe wielu osobom kojarzyły się z czymś archaicznym, co miało być wyparte przez rozwijające się w olbrzymim tempie gry wideo. Te pogłoski, podobnie jak kilkadziesiąt lat wcześniej informacje o śmierci radia ze względu na pojawienie się telewizji, okazały się przesadzone. Największym atutem „gier bez prądu” jest element wspólnotowy, społeczny, a dodatkowo powracająca moda retro sprawia, iż „planszówki” mają się świetnie. Ten rynek w Polsce jednak nie jest jeszcze odpowiednio zagospodarowany. Z tą świadomością, i fundamentem w postaci kreatywnego myślenia i biznesowego doświadczenia – na rynek gier planszowych wkracza Bored Games, nowa spółka z portfolio RLTY.
– Rynek gier planszowych rośnie w coraz większym tempie. Jeszcze kilka lat temu to było 8 procent w skali roku, w 2018 wzrost przekroczył 30 procent. Bardzo się z tego cieszę, bo z grami w różnej formie jestem związany od 30 lat, a teraz mogę się oddać swojej pasji, czyli „planszówkom”. Mogę zdradzić, że nasza pierwsza produkcja, nad którą prace są już w zaawansowanej fazie to produkcja w konwencji horroru. Gracze wcielą się w milionerów, którzy sponsorują seryjnych morderców. Chcemy nie tylko bawić, ale też dać do myślenia: psychopaci to nie tylko ci, którzy mają krew na rękach i pianę na ustach. Tacy, którzy dla własnej rozrywki wykorzystują ludzi często mają dostęp do najgroźniejszej broni – pieniędzy – podkreślił prezes Bored Games Sebastian Srebro. Wspomniana przez niego gra będzie nosić tytuł „Horror Game Show” i w nadchodzących miesiącach można spodziewać się jej debiutu na Kickstarterze.
Przemyślenia po wyłączeniu komputera
Ekspansja RLTY Investments w sektorze rozrywki nie ogranicza się jednak do gier planszowych. Wciąż fundamentem są gry wideo i adresowanie nisz na rynku. Odpowiedzią na jedną z takich dostrzeżonych luk jest powstanie spółki Hydra Games, która ma tworzyć gry wideo o tematyce społecznej. – Będziemy poruszać trudne tematy. W prostej formie chcemy opowiedzieć ciekawą, poruszającą historię. Nasza pierwsza produkcja, ,,Bad Trip’’ przedstawiać będzie między innymi zgubne efekty używek. Gdybyśmy stworzyli grę z niezwykłą grafiką, która opowiadałaby o tej tematyce, mogłoby odwrócić to uwagę od faktycznego problemu poruszanego w grze. Jednak dzięki skupieniu sie na porywającej historii i postawieniu jej ponad zaawansowane rozwiązania graficzne, możemy poruszyć gracza. Na tym chcemy opierać swoją działalność. Gracz ma nie tylko myśleć jak przejść grę, ale przede wszystkim zabrać ze sobą to czego doświadczył jeszcze na długo po wyłączeniu komputera.. Nie chcę używać górnolotnych słów typu „misja”, ale zależy nam na tym, żeby otwierać ludziom oczy – podkreśliła prezes Hydra Games Dominika Szot.
Po co komu ta łazienka? – spytała babcia Wolańska w kultowej scenie filmu „Galimatias, czyli kogel-mogel II”. No jak to?Żeby ludzie myśleli, że Solska to byle kto, że nie stać nas na łazienkę – odpowiedziała babcia Solska. Czy dzisiaj łazienka nadal jest symbolem statusu społecznego? Czy aranżując jej wnętrze kierujemy się funkcjonalnością, estetyką, czy może ekologią?Na pytania te odpowiedź przynoszą wyniki najnowszego badania opinii społecznej, które pod koniec maja przeprowadziła Agencja Badań Rynku i Opinii SW Research.
Prysznic czy wanna? – oto jest pytanie
Decyzja o tym, czy w łazience stanie wanna, czy może zamontowany zostanie prysznic, to chyba jeden z pierwszych dylematów, przed którym stają osoby aranżujące tę przestrzeń. Wybór ten podyktowany może być ekonomią, ekologią, indywidualnymi upodobaniami, ale również powierzchnią, którą dysponujemy. Okazało się, że zwłaszcza to ostanie kryterium ma istotne znaczenie. 74 proc. respondentów zgodziło się ze stwierdzeniem, że prysznic jest dobrym rozwiązaniem w małych, a wanna w dużych łazienkach. Wyposażenie oraz wystrój łazienki powinien godzić również preferencje użytkowników, a te są różne. Jak wynika ze zrealizowanych badań, zdecydowanie większymi fanami prysznica są mężczyźni. (Za zamontowaniem natrysku opowiedziało się 61 proc. ankietowanych, za wanną jedynie 25 proc.). Kobiety zaś lubią kąpiel w wannie (46 proc.), ale doceniają również zalety związane z wzięciem prysznica (36 proc.).
Funkcjonalność przede wszystkim
Większość Polaków remontując łazienkę myśli o tym, by była ona funkcjonalna również
w przyszłości, czyli przystosowana do potrzeb osób starszych, dzieci czy też osób niepełnosprawnych. Udogodnieniami, na które w badaniu wskazywano najczęściej, są maty antypoślizgowe (78 proc.), poręcze i uchwyty (69 proc.) oraz podgrzewana podłoga (53 proc.). Jeśli w rodzinie są małe dzieci, wanna zdaje się być niezastąpiona. 57 proc. ankietowanych zwraca uwagę, że zdecydowanie lepiej kąpać dzieci w wannie, gdyż boją się one wody wpadającej do oczu. Kąpiel w wannie – jeśli do wody dodamy aromatyczne olejki lub sól kąpielową – może też mieć działanie relaksacyjne. Ponad połowa badanych dostrzega lecznicze zalety korzystania z prysznica. Przy bólach kręgosłupa, blisko 60% korzysta z dodatkowych funkcji deszczownicy. Jeżeli zaś chodzi o dodatkowe elementy wyposażenia łazienek, które zdaniem ankietowanych poprawią jej funkcjonalność najczęściej wymieniane były odświeżacz powietrza (56 proc.), chodniki łazienkowe (51 proc.) oraz kosz na śmieci (51 proc.).
Urządzamy łazienkę
Zdaniem ponad 70 proc. badanych, najważniejszymi elementami wyposażenia łazienek, poza WC kompaktem, jest lustro, umywalka i prysznic. Uważają oni, że w każdej łazience powinien znaleźć się również kaloryfer (67 proc.), kosz na pranie (65 proc.) i pralka (60 proc.). Co czwarty ankietowany chciałby posiadać w swojej łazience bidet. Wbudowana funkcja bidetu to cecha, na którą zwraca uwagę ponad 60 proc. badanych wybierających WC kompakt do swojej łazienki. Jednak najważniejszą cechą WC kompaktu, na którą zwracają uwagę ankietowani, jest możliwość pionowego montażu (81 proc.). Dla ponad połowy biorących udział w badaniu istotny jest również sposób spłukiwania z kołnierzem oraz podtynkowy mechanizm spłukujący. Dla 83 proc. respondentów ważne jest, aby system spłukiwania wody był oszczędny, posiadał zawór „STOP” lub system 3/6 litra.
Oprócz sprzętów typowo użytkowych, respondenci podczas badania często wskazywali elementy, które poprawiają wygląd łazienki. Dzięki nim wnętrze nabiera indywidualnego charakteru, a przebywanie w nim staje się przyjemniejsze. Zwracali oni uwagę na fakt, że są to dekoracyjne elementy wyposażenia, które można często zmieniać, podążając za obowiązującymi trendami. Co ciekawe, dla ponad połowy kobiet ważnym elementem wystroju łazienki są nastrojowe świeczki i kadzidełka. Zdanie to podziela jedynie 24 proc. mężczyzn. 40 proc. kobiet i 25 proc. mężczyzn chciałoby mieć w swojej łazience żywe rośliny doniczkowe.
Zdaniem ankietowanych najbardziej użytecznym sprzętem w łazience jest kaloryfer ścienny (tzw. żeberka), tak uważa 77 proc. badanych. Równie potrzebne są stojak na ręcznik (74 proc.) i podświetlane lustro 73 proc.. Za zupełnie zbędne w łazience uchodzą krzesła oraz radio – tak twierdzi ponad 40 proc. ankietowanych.
Inspiracje
Zdecydowana większość Polaków najczęściej inspiracje projektowe czerpie z Internetu (66 proc.). 53 proc. ankietowanych korzysta z katalogów oferowanych przez firmy z asortymentem łazienkowym, ponad połowa ogląda kanały telewizyjne poświęcone remontom i aranżacjom wnętrz, np. HGTV, a 45 proc. samodzielnie tworzy projekt kierując się własną wyobraźnią i intuicją.
Wyniki zrealizowanego przez nas badania ilustrują obecne trendy, związane z aranżacją łazienek. Okazuje się, że głównym kryterium, decydującym o wyposażeniu tego pomieszczenia jest funkcjonalność. Co istotne, badania pokazały, że przeprowadzając remont, czy też urządzając łazienkę, wybiegamy w przyszłość i staramy się, aby zastosowane rozwiązania użyteczne były również za kilka lat. Wydaje się, że takie pragmatyczne podejście podyktowane jest nie tylko ewentualnymi kosztami przearanżowania łazienki, ale również uciążliwością, która temu towarzyszy – podsumowuje wyniki badania Piotr Zimolzak, Dyrektor ds. Analiz w Agencji SW Research. Ale wyniki badania mogą być również doskonałą wskazówką dla przedstawicieli firm, działających w branżach związanych z wyposażeniem, aranżacją oraz projektowaniem łazienek. Podpowiadają one w jakim kierunku zmierzają upodobania Polaków, co w rezultacie przekłada się na to, jakich rozwiązań poszukują – dodaje Zimolzak.