Co wspólnego mają cybergangi i korporacje?

W opinii publicznej zapisał się obraz hakera, jako młodego chłopaka w bluzie z kapturem. Tymczasem zaplecze badawcze F5 Networks[1] wskazuje, że cybergangi to porządnie zorganizowane firmy, co więcej, prawdopodobnie najbardziej innowacyjne na świecie.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland
Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Lider zespołu, administrator sieci, data miner, specjalista ds. finansów – to przykłady stanowisk, bez których trudno sobie wyobrazić współczesne przedsiębiorstwo. Dokładnie tak samo zatrudniają i zarządzają swoim biznesem cybergangi. Przeciętny haker, jak przeciętny pracownik, jest jedynie trybikiem w korporacji, tyle że najprawdopodobniej nie ma ubezpieczenia. Różnicę widać w efektach pracy – przedsiębiorstwa budują wspólne dobro i płacą podatki, a cybergangi wręcz przeciwnie.

Cybergangi – nieuczciwa przewaga konkurencyjna nad twoją firmą

Ustrukturyzowane na kształt firm działających zgodnie z prawem – cybergangi czerpią ze współczesnych metodologii zarządzania i budują swoje struktury oraz procesy tak jak korporacje. Niektóre z tych organizacji podsiadają nawet własne call center, aby zapewnić możliwość kontaktu z ofiarami ataków ransomware. Mają sieci partnerskie, pośredników sprzedaży, handlowców, resercherów i rekruterów. Tak samo, jak poważnie traktujemy konkurencję rynkową i chronimy przed nią swoje tajemnice firmowe, najwyższy czas podobnie zacząć traktować hakerów. Świadomość siły stojącej za mafią cyfrową pomaga w niwelowaniu potencjalnych zaniedbań w ochronie przedsiębiorstw.

Kodować z „elitami”

Ze względu na to, że procesy działania są podobne jak w legalnych firmach – także procesy rekrutacji wydają się adeptom programowania wkraczającym na ścieżkę kryminalną bezpieczne i transparentne. Początkujący programiści mają, niestety, świetną szansę nauki i rozwijania własnych umiejętności zawodowych właśnie w cybergangach. Mogą tworzyć własne narzędzia lub rozwijać potencjał istniejących. Gdy zdobędą odpowiednią wiedzę i kompetencje – mogą stać się członkami wyrafinowanych grup używających skomplikowanych metod. Chęć przynależności do „elit” wyprzedzających w innowacjach cały świat oraz efektowne kariery byłych hakerów w legalnym środowisku, kuszą młodocianych lub zawiedzionych dotychczasową karierą programistów.

Warunki zatrudnienia, struktury

Warunki zatrudnienia oferowane wstępującym na ścieżkę przestępczą są bardzo nowoczesne – elastyczne godziny, home office, nielimitowany czas pracy.

Rynki zbytu – IoT na czele

Według IHS Markit do 2030 roku na świecie będzie 125 miliardów urządzeń IoT. Rozwiązania te powszechnieją w przedsiębiorstwach, a trzeba zaznaczyć, że są słabo zabezpieczone przed cyberatakami.

Grupy przestępcze, podobnie jak przedsiębiorstwa, sięgają najczęściej po te przychody, które najłatwiej osiągnąć, możliwie najniższym kosztem. Warto więc pamiętać, że dużo łatwiej im włamać się poprzez urządzenia IoT niż nakłonić człowieka do kliknięcia w pishingowy link.

Cybergangi dają pole do popisu najbardziej innowacyjnym rozwiązaniom technologicznym: dla utrzymania anonimowości swoich organizacji i zapewnienia sobie przychodu używają zróżnicowanych metod. Warto spojrzeć na nie świeżym okiem.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

[1] F5 Labs – odpowiedzialna za B&R w F5 Networks

Cyberprzestępcy atakują już 50 mln razy dziennie! Polska narażona na ataki z Chin

Aktywność hakerów rośnie, a codziennie na całym świecie dochodzi nawet do 50 mln ataków – wynika z analiz firmy Check Point. Polskę atakują hakerzy głównie za pośrednictwem chińskich IP, najczęściej w drugiej połowie tygodnia. Najbardziej zagrożonymi krajami Europy są Macedonia i Litwa.

Bośnia i Hercegowina, ze wskaźnikiem 31,3 była w kwietniu najbezpieczniejszym krajem w Europie. Na podium znalazły się również Dania (35,4) oraz Islandia (35,6). Z kolei na przeciwległym biegunie uplasowała się Macedonia (indeks zagrożeń 94) oraz Litwa (90,1), które jednocześnie znalazły się wśród siedmiu najbardziej zagrożonych krajów na świecie!

Polska zajęła 18 pozycję w europejskim zestawieniu, wyprzedzając m.in. Niemcy czy Rosję. Dane jednak mogą niepokoić… w porównaniu poprzedniego miesiąca, spadliśmy w Europie o trzy pozycje, natomiast wskaźnik zagrożeń dla naszego kraju wzrósł z 35,3 do 41,9!

Najczęstszymi zagrożeniami wciąż cryptominery

Z analiz Check Pointa wynika, że cryptominery (czyli nielegalne narzędzie wykorzystujące moce obliczeniowe komputerów do kopania kryptowalut) wciąż pozostają najczęściej wykorzystywanymi narzędziami wśród cyberprzestępców. Cryptoloot pozostaje najpopularniejszym z nich, choć jego udział na świecie spada i wynosi obecnie niecałe 5,5%. W Polsce natomiast utrzymuje się na niezmiennym poziomie – szkodnika wykryto w ponad 11% polskich sieci firmowych.

Światowym numerem dwa jest XMRig, cryptominer, który dzięki pracy bezpośrednio na urządzeniu końcowym, a nie na samej przeglądarce internetowej jest w stanie wykopywać kryptowalutę Monero bez potrzeby sesji aktywnej przeglądarki internetowej na komputerze ofiary. Podium z kolei zamyka JSEcoin, czyli cryptominer zarażający przeglądarki internetowe. W Polsce sytuacja wygląda zgoła odmiennie – na drugim miejscu uplasował się sLoad, czyli tzw. downloader, infekujący komputery m.in. trojanami bankowymi; a na trzecim, keylogger i infostealer, Hawkeye.

Jak podają eksperci, po dwóch latach na listę dziesięciu najpopularniejszych na świecie typów malware wrócił trojan bankowy Trickbot, który został wykorzystany w kampanii hakerskiej zbiegającej się z dniem podatkowym w USA.  Kampania spamowa wysyłała e-maile z załączonymi plikami Excel, które pobierały Trickbota na komputery ofiar. Po pobraniu Trickbot mógł rozprzestrzenić się i wykradać dane bankowe oraz poufne dokumenty podatkowe.

Dlaczego wszyscy przestaniemy używać języka polskiego w pracy?

Czy tego chcemy, czy nie, angielski staje się globalnym językiem biznesu. Coraz więcej korporacji transnarodowych przyjmuje angielski jako wspólny język korporacyjny. Głównym celem takiego działania jest ułatwienie komunikacji i wydajności w geograficznie zróżnicowanych oddziałach i przedsięwzięciach biznesowych.

Nie ma wątpliwości, że nieograniczona wielojęzyczność jest nieefektywna i może przeszkodzić w wystąpieniu ważnych interakcji czy osiągnięciu kluczowych celów. Konieczność ścisłej koordynacji zadań i współpracy z klientami oraz partnerami na całym świecie przyspiesza przejście na angielski jako oficjalny język biznesu, bez względu na pochodzenie firmy. Polskie przedsiębiorstwa, skalujące swój biznes za granicą, również prędzej czy później odejdą od komunikacji po polsku.

Angielski językiem biznesowym

Przyjęcie globalnej polityki językowej nie jest łatwe, a firmy niezmiennie natrafiają na drodze takich zmian mniejsze bądź większe problemy, wynikające z tzw. czynnika ludzkiego.

 Adaptowanie takiej strategii jest postrzegane jako radykalne wśród pracowników i zazwyczaj spotyka się z ich zdecydowanym oporem. Pracodawca podejmując decyzję o przyjęciu wspólnej polityki językowej, aby nie stracić najlepszych managerów, powinien zadbać o komfort tej zmiany dla swoich podwładnych np. poprzez benefitową formę nauki w modelu „na żądanie” – mówi Tomasz Jabłoński, członek zarządu, współtwórca Tutlo.

Trzy główne powody, prowadzące do przejścia na język angielski jako standard korporacyjny:

Presja konkurencji

Prowadząc własną firmę, musisz być w stanie komunikować się z klientami, dostawcami i innymi partnerami biznesowymi z innych zakątków świata. Masz wielkie szczęście, jeżeli jesteś w stanie komunikować się z nimi w języku ojczystym – ale nie powinieneś liczyć, że nigdy się to nie zmieni. Firmy, które nie opracowują strategii językowej, zasadniczo ograniczają swoje możliwości rozwoju na obcojęzycznych rynkach, co wyraźnie stawia ich w niekorzystnej sytuacji wobec konkurentów.

Globalizacja zadań i zasobów

Różnice językowe mogą powodować wąskie gardło, kiedy to pracownicy rozproszeni geograficznie muszą ze sobą współpracować, aby osiągnąć wspólne cele korporacyjne. Pracownik z Belgii może potrzebować informacji z oddziału w Bejrucie lub Meksyku. Bez wspólnej podstawy ucierpi komunikacja. Lepsze zrozumienie języka daje pracownikom więcej informacji z pierwszej ręki, co ma zasadnicze znaczenie dla dobrego podejmowania decyzji. Przykładowo, Nestlé, szwajcarski gigant z branży spożywczej dostrzegł znaczną poprawę wydajności w zakupach i wynajmie dzięki przyjęciu angielskiego jako standardu w firmie.

 Integracja fuzji i przejęć ponad granicami krajowymi

Negocjacje dotyczące fuzji lub przejęć spółek są i tak wystarczająco skomplikowane, nawet wtedy, gdy wszyscy mówią tym samym językiem. Ale kiedy tak się nie dzieje, niuanse są często przeoczane, nawet w prostych wymianach wiadomości e-mail. Ponadto międzynarodowe integracje w firmie pomiędzy pracownikami są bardzo trudne, dlatego też, gdy niemieckie Hoechst i francuskie Rhône-Poulenc połączyły się w 1998 r., by stworzyć Aventis, piątą co do wielkości światową firmę farmaceutyczną, nowa firma wybrała jako język operacyjny, nie francuski czy niemiecki, ale najpopularniejszy język angielski. W grę wchodzi także element brandingowy. W latach 90. XX wieku stosunkowo nieznany, średniej wielkości włoski producent urządzeń, Merloni, zaadaptował język angielski, aby wzmocnić swój międzynarodowy wizerunek na rynku, co dało mu znaczącą przewagę konkurencyjną w procesie nabywania kolejnych firm.

Sprzedaż auta z ukrytą wadą może wpędzić sprzedawcę w kłopoty. Niewiedza sporo kosztuje

Dochodzeniu roszczeń przez kupujących sprzyjają przepisy i kolejne wyroki w polskich sądach. Sędziowie coraz częściej orzekają, że odpowiedzialność sprzedającego jest niezależna od jego winy i wiedzy. Nie ma więc znaczenia, czy ktoś ukrył np. zbyt duże spalanie oleju bądź faktycznie nie miał pojęcia o tym problemie. Najczęściej wykrywane są wady silników i eksploatacyjne, ale na drogach nie brakuje aut powypadkowych czy z przekręconym licznikiem. Nabywcy mogą zażądać m.in. obniżenia ceny pojazdu lub odstąpić od umowy sprzedaży. Zarówno sprzedający, jak i kupujący są w stanie przygotować się do transakcji, aby zabezpieczyć się przed kłopotami.

Niewiedza jak podstęp

W zakresie winy sprzedającego, aktualne orzecznictwo dotyczące odpowiedzialności z tytułu rękojmi jest zero-jedynkowe, co podkreśla adwokat Paweł Wróblewski. Jeżeli więc pojazd jest wadliwy, to dotychczasowy właściciel odpowiada za ten stan. Według eksperta, bardzo ważne są wyroki, które potwierdziły, że odpowiedzialność sprzedającego jest obiektywna, czyli niezależna od winy i jego wiedzy. To niezwykle istotne, ponieważ bardzo często pozwani argumentują, że nie wiedzieli o danym problemie.

– Wada ukryta to taka, której nie dało się w sposób oczywisty zauważyć przy zakupie pojazdu. Może być fizyczna, kiedy np. samochód spala nadmierne ilości oleju, albo prawna. Dla przykładu, w tym drugim przypadku umowa sprzedaży może nie wskazywać cudzego prawa do auta. Nie ma żadnego znaczenia okoliczność, czy sprzedający coś zataił czy też nie. Niektóre osoby błędnie rozumieją wadę ukrytą jako tę, którą sprzedający ukrył przed kupującym. Wynika to m.in. z semantycznego brzmienia tego pojęcia – wyjaśnia radca prawny Andrzej Siwek, partner zarządzający w Kancelarii Siwek Gaczyński & Partners.

Przepisy umożliwiające dochodzenie roszczeń są obecne w naszym prawie od wielu lat, co zaznacza prawnik Oskar Możdżyń z Fundacji Autotesto. Sytuacja kupujących poprawiła się po 25 grudnia 2014 roku, kiedy w życie weszła Ustawa o prawach konsumenta. Wyroki związane ze sprzedażą wadliwych pojazdów to naprawdę nic wyjątkowego. Ekspert zaznacza, że współprowadził już kilkadziesiąt podobnych spraw, a kolejne 100 znajduje się w sądach. Łatwiej jest uzyskać pozytywne rozstrzygnięcie dot. tzw. wady nieeksploatacyjnej, jak np. powypadkowość czy fałszywy przebieg. Jednak nie brakuje też rozstrzygnięć związanych z silnikami, skrzyniami biegów itd.

Od transakcji do problemów

– Najczęściej wykrywane są wady silników i eksploatacyjne, następnie powypadkowość, a dopiero później fałszywy przebieg. Jest to dosyć ciekawe zjawisko, bo po naszych drogach jeździ ogrom pojazdów powypadkowych i z przekręconym licznikiem. Jednak ich właściciele nie zdają sobie z tego sprawy. Zaniżony przebieg stanowi nie tylko sprzeczność z zapewnieniami sprzedawcy. Oznacza też więcej wad eksploatacyjnych, które powstaną w trakcie użytkowania – tłumaczy prawnik z Fundacji Autotesto.

Jak wskazuje adwokat Paweł Wróblewski, jeśli występuje fizyczna wada, to kupującemu przysługuje szereg uprawnień. Ma prawo żądać obniżenia ceny, naprawienia pojazdu, usunięcia uszkodzonego elementu lub też odstąpić od umowy. Przy czym obniżenie ceny lub odstąpienie od umowy nie będą możliwe w sytuacji, kiedy usterka zostanie usunięta niezwłocznie i bez nadmiernych niedogodności.  Natomiast kupujący nie może odstąpić od umowy, jeżeli wada jest nieistotna, ale pojęcie to nie zostało zdefiniowane. Z pewnością wady zagrażające życiu lub zdrowiu użytkowników lub osób trzecich można zakwalifikować jako istotne. Ostatecznie sąd decyduje o tym, badający konkretny przypadek.

– Najczęściej przy nowych autach jest wybierane roszczenie wymiany. Wówczas kupujący korzystają z zapisów gwarancji lub rękojmi. Z kolei w przypadku pojazdów używanych dochodzi przeważnie do odstąpienia od umowy, bo nie daje się zamienić auta używanego na takie samo. Ewentualnie może nastąpić obniżenie ceny. To ostatnie rozwiązanie jest dla sprzedającego bardzo niekorzystne. Nie ma zwrotnie samochodu, a zysk ze sprzedaży ulega obniżeniu. Ponadto nie może tego żądania zastąpić odstąpieniem od umowy i zwrotem pieniędzy – informuje radca prawny Andrzej Siwek.

Z kolei adwokat Paweł Wróblewski zaznacza, że w ramach dodatkowych klauzul umownych można zmodyfikować uprawnienia z tytułu rękojmi, np. rozszerzyć, ograniczyć czy w ogóle je wyłączyć. Jednak takie ograniczenie będzie bezskuteczne, jeżeli sprzedawca zataił podstępnie wadę przed kupującym. Ekspert zaznacza, że zawsze bardzo ważne jest, aby dokładnie czytać treść umowy, którą się podpisuje.

Przepis na handel

– Sprzedawca może zabezpieczyć się przed ewentualnymi roszczeniami kupującego. Jeśli w umowie wyłączy rękojmię, to odpowiada tylko za wady, które podstępnie zataił. Jednak nie może tego zrobić przedsiębiorca zawierający transakcję z konsumentem. Ponadto, jeżeli właściciel poinformuje kupującego o istniejących defektach, to również nie odpowiada za nie. Sprzedawca może być względnie spokojny w zakresie tzw. wad eksploatacyjnych, tj. wynikających z normalnego zużycia pojazdu w danym wieku i przebiegu. Za nie również nie odpowiada – podkreśla Oskar Możdżyń.

W opinii radcy prawnego Andrzeja Siwka, kupujący zatem powinien wystrzegać się przede wszystkim rezygnacji z rękojmi. Jest nią np. popularny zapis w umowach o tym, że kupujący zapoznał się ze stanem samochodu, zna go i zrzeka się możliwości składania reklamacji z tytułu nabycia. A nawet taki sam zapis bez zrzeczenia się rękojmi oznacza, że nabywca kupuje auto w takim stanie, że wszelkie wady tego auta zna.

– Należy gromadzić wszelkie dowody na okoliczność stanu pojazdu w momencie kupna i potem. To np. ogłoszenie o sprzedaży, dokumenty z diagnostyki czy nagrania rozmów. Zawsze warto skonsultować umowę, a także wpisać do niej jak najwięcej informacji o stanie pojazdu, które ustaliliśmy ze sprzedawcą. Ewentualne działania po wykryciu wad trzeba skonsultować z prawnikiem. Czasem można popełnić błędy, bo przepisy nie są intuicyjne – stwierdza Oskar Możdżyń.

Kupujący musi dokładnie obejrzeć auto przy kupnie, co podkreśla Andrzej Siwek. Jeśli jest zarysowane, nie ma pełnego wyposażenia, np. brakuje koła zapasowego czy zapalniczki, to potem trudno dochodzić roszczenia. Ciężko bowiem udowodnić, że samemu się nie zarysowało pojazdu lub pozbawiło go poszczególnych elementów. O to trzeba zadbać w momencie zakupu. Natomiast wady ukryte, których nie można zauważyć przy zwykłym oglądzie auta można dochodzić z rękojmi, ale nie wolno jej wyłączyć.

– Jeśli sprzedający chce wyłączyć rękojmię z umowy, to mamy sygnał ostrzegawczy. Takiego typu ryzyko może być zrekompensowane, w moim przekonaniu, wyłącznie pewną okazją, chociażby cenową. Dotyczy to nie tylko samochodów. Często tak się dzieje podczas wyprzedaży różnych towarów w sklepach. Jeżeli więc sprzedawca forsuje wyłączenie/ograniczenie rękojmi i jednocześnie nie oferuje nic w zamian, żądając ceny rynkowej, to kupującemu powinna zapalić się przysłowiowa czerwona lampka. Być może powyższe jest spowodowane wiedzą sprzedającego, że w rzeczy sprzedanej zostaną niebawem ujawnione wady – podsumowuje adwokat Paweł Wróblewski.

Morski wiatr napędzi zieloną gospodarkę w Polsce

Morska energetyka wiatrowa ma być jednym z kluczowych kierunków modernizacji polskiego systemu energetycznego. Ministerstwo Energii zakłada, że do 2040 r. aż 10 GW będzie pochodziło właśnie z sektora offshore. Wydatki na rozwój polskiej energetyki wiatrowej na morzu mogą wynieść nawet 140 mld zł. W ocenie analityków Europejskiego Instytutu Miedzi kwota ta powinna być jednak znacznie wyższa. Dla pełnego wykorzystania potencjału offshore niezbędne są bowiem równoległe inwestycje w modernizację i rozbudowę sieci energetycznych, a także systemów magazynowania i zarządzania energią. 

Brakujące moce

Polska gospodarka rozwija się w coraz szybszym tempie, czego następstwem jest m.in. rosnące zapotrzebowanie na energię elektryczną. Jej zużycie w 2018 r. było wyższe o blisko 1,7% r/r. i osiągnęło historyczny poziom – niemal 171 TWh. Równocześnie krajowa produkcja energii elektrycznej spadła o blisko 0,3% w porównaniu do 2017 r. i wyniosła 165,3 TWh. W efekcie import netto energii elektrycznej do Polski również osiągnął najwyższy poziom w historii – 5,7 TWh. Jeżeli tendencja ta się utrzyma, zdaniem Europejskiego Instytutu Miedzi w perspektywie kilkunastu lat Polsce grozi poważny deficyt energetyczny, tym bardziej, że przestarzałe węglowe bloki energetyczne będą systematycznie wygaszane. Do 2035 r. poziom niedoboru mocy może wynieść nawet 13 GW.

Wiatr w żagle polskiej gospodarki

Rozwój sektora offshore mógłby w znacznej mierze rozwiązać problem deficytu mocy w krajowym systemie energetycznym. Tym bardziej, że realny potencjał morskich farm wiatrowych możliwych do zainstalowania w polskiej strefie ekonomicznej na Bałtyku wynosi 10 GW. Zgodnie z przewidywaniami pierwsze morskie elektrownie mogą zostać przyłączone do sieci w roku 2025. Do końca roku 2030 może zostać wybudowanych ok. 4 GW, a do roku 2035 – 8 GW.

Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w polskich warunkach ma również poważne uzasadnienie ekonomiczne. Offshore może dać mocny impuls dla wzrostu polskiego przemysłu stoczniowego i morskiego. Z wyliczeń ekspertów wynika, że jeśli uda się do 2030 roku zbudować na całym Bałtyku elektrownie wiatrowe o łącznej mocy 6 GW, to polski PKB zyska z tego tytułu 60 mld zł, a rynek wzbogaci się o dodatkowe 77 tys. nowych miejsc pracy. Dodatkowo, krajowe przedsiębiorstwa bezpośrednio lub pośrednio będą mogły ubiegać się o kontrakty na realizację fundamentów, wież, kabli, morskich stacji transformatorowych, usług budowlanych czy dostaw statków, stymulując tym samym dalszy wzrost gospodarczy, zarówno w rejonie nadbałtyckim, jak i całego kraju[1].

Zgodnie z zapowiedziami przedstawicieli resortu energetyki wydatki na rozwój pełnomorskich farm wiatrowych w Polsce do 2040 r. mogą wynieść nawet 140 mld zł. W ocenie analityków Europejskiego Instytutu Miedzi kwota ta powinna być jednak znacznie wyższa. Dla pełnego wykorzystania potencjału offshore niezbędne są bowiem równoległe inwestycje w modernizację i rozbudowę sieci energetycznych, a także systemów magazynowania i zarządzania energią.

Bez sieci ani rusz

Jak wskazują analitycy Europejskiego Instytutu Miedzi, bez sprawnych i wydajnych sieci energetycznych energia elektryczna nie dotrze do jej odbiorców, bez względu na to czy będzie pochodziła z morskich farm wiatrowych czy z innych źródeł odnawialnych. Intensywne inwestycje w modernizację oraz rozwój tego sektora wydają się więc nieuniknione, tym bardziej, że zgodnie z celami europejskiej polityki klimatycznej udział źródeł odnawialnych w zużyciu finalnym energii brutto do 2030 r. powinien wynieść co najmniej 32%.

W tym kontekście jednym z priorytetów w działaniach krajowych powinno być osiągnięcie poziomu tzw. okablowania sieci, porównywalnego do tego w państwach UE, tj. około 75% w sieciach średnich napięć (SN) i ok. 65% w przypadku sieci niskich napięć (nn). Ponadto dla zapewnienia odpowiedniego bezpieczeństwa energetycznego Polski, stopień odtworzenia infrastruktury dystrybucji powinien mieć bardziej intensywny charakter niż obecnie.

W tym kontekście warto również rozważyć utworzenie w rejonie Bałtyku transgranicznych inteligentnych sieci energetycznych, łączących morskie farmy wiatrowe z terenów Polski, Szwecji, Finlandii, Litwy, Łotwy, Estonii oraz Danii i Niemiec. W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi takie rozwiązanie w dłuższej perspektywie pozwoli zwiększyć efektywność produkcji i dystrybucji energii elektrycznej, a w efekcie ograniczyć koszty oraz stopień oddziaływania farm wiatrowych na innych użytkowników szlaków morskich, a także na środowisko naturalne. Korzyści są więc bezdyskusyjne. Dla ich osiągnięcia niezbędne są jednak współpraca oraz zaangażowanie w celu wypracowania i wdrożenia odpowiednich regulacji prawnych na szczeblu międzynarodowym, a w ślad za nimi inwestycji infrastrukturalnych.

Solidne zaplecze

Wśród obszarów kluczowych dla rozwoju morskiej energetyki wiatrowej należy również wskazać kwestie dotyczące magazynowania energii. Rozwiązania technologiczne tego typu dają wiele możliwości, ale stworzenie odpowiedniego systemu wymaga dużej rozwagi i solidnej analizy celowości stosowania poszczególnych technologii oraz kosztów. W polskich realiach z jednej strony należy budować obiekty o dużej zdolności magazynowania energii (typu elektrownie szczytowo-pompowe), a z drugiej strony być świadomym docelowej liczby obiektów o relatywnie niewielkiej zdolności do magazynowania energii typu baterie lub kondensatory. W polu widzenia trzeba mieć także kwestie związane zarówno z produkcją, jak i z utylizacją zasobników magazynowania energii oraz silnym oddziaływaniem tych procesów na środowisko. W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi niezbędne jest więc niezwłoczne opracowanie krajowego Programu Rozwoju Magazynów Energii na okres co najmniej 10-letni, tworząc dla niego zawczasu stosowną infrastrukturę prawną.

Bezpieczeństwo zasobów

Zdaniem Europejskiego Instytutu Miedzi dla zapewnienia stabilnego rozwoju morskiej energetyki wiatrowej w Polsce, a tym samym zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego kraju, poza inwestycjami infrastrukturalnymi, konieczne jest także zapewnienie sektorowi offshore stabilnego dostępu do niezbędnych zasobów, takich jak przewidywalne źródła finansowania oraz surowce i materiały.

W pierwszym kontekście rozwiązaniem mogłyby być tak zwane umowy zakupu energii elektrycznej (ang. Power Purchase Agreements, PPA), czyli długoterminowe kontrakty na zakup energii odnawialnej w uzgodnionych ilościach i po cenach odpowiadających potrzebom wytwórcy i konsumenta. Umowy te zapewniają obu stronom nie tylko przejrzyste i stabilne zasady bieżącej współpracy, ale także pozwalają im świadomie zarządzać podażą i popytem energii w dłuższej perspektywie, a tym samym dopasowywać tempo rozwoju sektora offshore do realnych potrzeb rynkowych.

Drugą istotną kwestią jest bezpieczeństwo dostępu do surowców, niezbędnych do wdrażania coraz bardziej efektywnych i przyjaznych dla środowiska technologii. Jednym z materiałów kluczowych w tym aspekcie jest miedź, której nasz kraj jest jednym z wiodących producentów. Właściwości miedzi, takie jak: wysoka przewodność elektryczna, trwałość czy przetwarzalność (100% zdolność do recyclingu), sprawiają, że jest niezbędna dla nowoczesnej energetyki, bazującej na odnawialnych źródłach energii. Miedź jest bowiem powszechnie wykorzystywana do produkcji wszystkich istotnych elementów infrastruktury energetycznej ‒ przewodów i kabli, wysokosprawnych urządzeń przemysłowych, silników elektrycznych i transformatorów, generatorów czy baterii i systemów magazynowania energii.

Szacuje się, że wykorzystując doskonałą przewodność elektryczną miedzi, w ciągu następnych 10-20 lat w Europie będzie można zmniejszyć emisję CO2 o ponad 100 milionów ton rocznie. Zakładając, że w długofalowej perspektywie dążymy do budowania zeroemisyjnej gospodarki – miedź powinna być jej ważnym elementem.

[1] Dane: Fundacja na rzecz Energetyki Zrównoważonej i Europejski Instytut Miedzi

Zwolnienie z VAT przy sprzedaży nieruchomości

W większości przypadków sprzedaż nieruchomości wykorzystywanych do prowadzenia działalności gospodarczej może korzystać ze zwolnienia z opodatkowania podatkiem od towarów i usług. Przepisy regulujące tę preferencję wielokrotnie były przedmiotem interpretacji organów podatkowych, sądów administracyjnych i komentarzy przedstawicieli doktryny prawa podatkowego, a mimo to do tej pory budzą sporo wątpliwości. Sprawę dodatkowo komplikuje bogate orzecznictwo TSUE, choć w ostatnich latach wykładnia Trybunału w tym zakresie coraz bardziej sprzyja podatnikom i jest to kluczowy argument w przypadku sporu przedsiębiorcy z fiskusem.

Zwolnienia przedmiotowe – warianty

Zwolnienia z zapłaty VAT przy dostawie nieruchomości zostały określone w art. 43 ust. 1 ustawy VAT. W pierwszej kolejności Ustawodawca odrębnie sklasyfikował podstawę zwolnienia dla podatników prowadzących działalność zwolnioną z VAT (ust. 1 pkt 2). Zgodnie z tym przepisem sprzedaż nieruchomości korzysta ze zwolnienia z VAT, o ile była wykorzystywana wyłącznie na cele działalności zwolnionej z VAT oraz przy jej nabyciu lub wytworzeniu podatnikowi nie przysługiwało prawo do odliczenia VAT, co jest typowe dla działalności zwolnionej.

Z kolei czynnym podatnikom VAT, którzy nie wykorzystują nieruchomości w działalności zwolnionej, może przysługiwać zwolnienie przedmiotowe z VAT na podstawie art. 43 ust. 1 pkt 10 albo pkt 10a ustawy VAT. Konstrukcja prawna obu zwolnień prowadzi do wniosku, że w pierwszej kolejności możliwość zwolnienia nieruchomości z VAT powinna być weryfikowana pod kątem spełnienia warunków z pkt 10. Dopiero gdy dana transakcja nie będzie spełniać określonych w nim przesłanek, podatnik powinien przeanalizować zasadność zastosowania zwolnienia na podstawie pkt 10a.

I tak zgodnie z treścią art. 43 ust. 1 pkt 10 ustawy VAT zwalnia się dostawę budynków, budowli lub ich części, jeśli nie wystąpiły następujące przesłanki:

  • dostawa jest dokonywana w ramach pierwszego zasiedlenia lub przed nim,
  • pomiędzy pierwszym zasiedleniem a dostawą budynku, budowli lub ich części upłynął okres krótszy niż 2 lata.

Zwolnienie sprzedaży nieruchomości na podstawie pkt 10a będzie natomiast możliwe pod warunkiem, że:

  • w stosunku do tych obiektów nie przysługiwało dokonującemu ich dostawy prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego,
  • dokonujący ich dostawy nie ponosił wydatków na ich ulepszenie, w stosunku do których miał prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego, a jeżeli ponosił takie wydatki, to były one niższe niż 30% wartości początkowej tych obiektów.

Jednocześnie należy zauważyć, że zgodnie z treścią art. 43 ust. 7a ustawy VAT dla zastosowania zwolnienia z pkt 10a nie stosuje się drugiego z ww. warunków (lit. b), jeżeli nieruchomości po ich ulepszeniu były wykorzystywane przez podatnika do czynności opodatkowanych przez okres co najmniej 5 lat.

Problematyczne pierwsze zasiedlenie

Z uwagi na zawiłość powyższych przepisów zastosowanie zwolnienia z VAT przy dostawie nieruchomości powinno być poprzedzone gruntowną analizą stanu faktycznego i prawnego. Szczególną uwagę należy poświęcić definicji „pierwszego zasiedlenia nieruchomości”, przez co ustawa VAT rozumie oddanie do użytkowania, w wykonaniu czynności podlegających opodatkowaniu, pierwszemu nabywcy lub użytkownikowi budynków, budowli lub ich części, po ich:

  • wybudowaniu lub
  • ulepszeniu, jeżeli wydatki poniesione na ulepszenie stanowiły co najmniej 30% wartości początkowej.

Powyższa konstrukcja przepisu warunkuje, aby „pierwsze zasiedlenie” nastąpiło w wykonaniu czynności podlegającej opodatkowaniu (jak np. najem, dzierżawa itp.). Do niedawna organy podatkowe stały na stanowisku, że użytkowanie nieruchomości na potrzeby prowadzenia własnej działalności nie spełnia definicji „pierwszego zasiedlenia” z ustawy VAT, co oznacza, że sprzedaż takiej nieruchomości będzie podlegała opodatkowaniu VAT. Niekorzystna dla polskich podatników definicja „pierwszego zasiedlenia” została dopiero zanegowana przez Trybunał Sprawiedliwości UE.

Interpretacyjne dylematy

Zgodnie z orzecznictwem TSUE warunek wystąpienia „pierwszego zasiedlenia” w ramach czynności podlegającej opodatkowaniu określony w ustawie VAT nie ma uzasadnienia i mija się z celem dyrektywy VAT. Za decydujący należy uznać wyrok TSUE (sygn. C-308/16) z 16 listopada 2017 r. w sprawie Kozuba Premium Selection sp. z o.o. Z konkluzji tego orzeczenia oraz szeregu wyroków krajowych sądów administracyjnych wynikało wprost, iż ograniczenie przewidziane w polskiej ustawie jest sprzeczne z postanowieniami dyrektywy, a pierwsze zasiedlenie należy rozumieć możliwie szeroko jako pierwsze zajęcie, używanie budynku.

Oznacza to, że użytkowanie m.in. w ramach prowadzonej działalności gospodarczej przez pierwszego nabywcę lub użytkownika budynków, budowli lub ich części po ich nabyciu lub wybudowaniu spełnia definicję pierwszego zasiedlenia, a jeśli od tego momentu upłynął okres co najmniej 2 lat, wówczas dostawa takiej nieruchomości będzie korzystała ze zwolnienia z VAT. Z kolei, jeśli podatnik zdecyduje się sprzedać daną nieruchomość przed upływem 2 lat od pierwszego zasiedlenia, wówczas może skorzystać ze zwolnienia, o którym mowa w ust. 10a, o ile zostaną spełnione określone w nim przesłanki.

W szczególnie skomplikowanych stanach faktycznych zaleca się jednak występowanie z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej w zakresie możliwości zastosowania zwolnienia z VAT przy sprzedaży nieruchomości. Urzędowa wykładnia przepisów w tym zakresie może bowiem znacznie zminimalizować ryzyko związane z zastosowaniem podatkowej preferencji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Koszty przewalutowań kulą u nogi polskich eksporterów

Według wstępnych danych GUS w 2018 r. wartość polskiego eksportu towarów wyniosła 940,4 mld zł i była wyższa o 6,5% rok do roku. Powoli zbliża się zatem do osiągnięcia wartości 1 biliona zł. Wyniki polskiej sprzedaży zagranicznej mogłyby być jednak jeszcze lepsze. Krajowi eksporterzy, szczególnie ci z sektora MŚP, tracą na kosztownych przewalutowaniach. W obliczu spowolnienia gospodarczego w Europie, oszczędności w tej sferze będą ważne dla utrzymania konkurencyjności polskiego eksportu, wskazują eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA.

Koszty przewalutowań oraz niepewność związana ze zmiennością i nieprzewidywalnością kursów walut wpływają na konkurencyjność polskich firm. Przedsiębiorcy muszą bowiem te czynniki uwzględnić w swojej ofercie. Inaczej ryzykują własną marżą. Bez odpowiednich narzędzi ograniczania ryzyka kursowego i aktywnego poszukiwania najlepszej oferty wymiany walut firmy tracą ułamek swojego zysku. W zależności od miejsca przewalutowania, różnice mogą być liczone w setkach czy nawet tysiącach złotych. W skali całego kraju to daje już realne straty – mówi Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

W poszukiwaniu oszczędności …

Mimo coraz mocniejszej specjalizacji Polski w eksporcie duża grupa krajowych firm wciąż niepotrzebnie ponosi znaczne koszty obsługi walutowej i transakcji zagranicznych w swoich bankach. W sektorze klientów indywidualnych lukę na rynku korzystnej wymiany walut wypełniły kantory internetowe. Jednak, mimo ogromnej skali działania, do dziś działają one na podstawie niezaktualizowanych do obecnych realiów przepisów. Przedsiębiorstwa obracają i wymieniają dużo większe kwoty niż użytkownicy indywidualni, więc kwestia bezpieczeństwa ich transakcji jest niezwykle istotna. Podmiotami, które oferują konkurencyjne do oferty bankowej kursy wymiany walut, a jednocześnie zapewniają poziom bezpieczeństwa równy bankom, są instytucje płatnicze. Podlegają one innym, bardziej restrykcyjnym przepisom niż kantory internetowe. Jednocześnie dzięki wąskim specjalizacjom, np. w obsłudze walutowej, mogą zaproponować bardzo atrakcyjne usługi. Ich obecność na rynku pozwala przedsiębiorcom korzystać z najlepszych kursów wymiany walut i płatności zagranicznych i to bez konieczności zmiany banku czy ponoszenia dodatkowych opłat. A różnice w kursie oferowanym przez instytucję płatniczą i bank mogą być spore. –  Przykładowo przy wymianie 10 tys. euro na złotówki przy pomocy instytucji płatniczej oszczędności kształtują się zwykle na poziomie 200-500 zł na jednej transakcji. Przy czym np. w AKCENCIE dodatkowo oferujemy firmom negocjowanie z nami kursu wymiany. To także coś, czego nie oferują ani e-kantory, ani banki – dodaje Radosław Jarema.

… i stabilności

Kolejną usługą, którą eksporterzy, jak i importerzy mogą znaleźć w ofercie instytucji płatniczych, są transakcje forward. Zamrażają one kurs wymiany dla kwoty z danego kontraktu firmy. W ustalonym w umowie terminie firma może przewalutować wskazaną kwotę po wiadomym z góry kursie. – Forward to ogromne ułatwienie w planowaniu i przygotowywaniu oferty. Dzięki temu rozwiązaniu firma nie musi uwzględniać w niej marginesu na możliwe wahania kursu, co często oznacza konieczność większego narzutu na cenie produktu. A trzeba pamiętać, że wiele kontraktów eksportowych jest realizowanych w perspektywie kilku miesięcy, kiedy to już kursy walut mogą znacznie się zmienić – zaznacza ekspert AKCENTY.

W gorszych czasach warto przyjrzeć się finansom

Oszczędności mogą być krajowym przedsiębiorstwom w najbliższym czasie potrzebne szczególnie ze względu na spowolnienie na ważnych rynkach unijnych, w tym gospodarki naszego największego partnera – Niemiec. Dużymi zagrożeniami pozostają także możliwość zaostrzenia wojny handlowej na linii Chiny – USA oraz wciąż utrzymująca się niepewność względem Brexitu i jego scenariusza. – Na ewentualne „gorsze czasy” warto się zawczasu przygotować. Analiza wydatków firmy to jeden ze sposobów na znalezienie możliwości do zaoszczędzenia. Może się okazać, że proste rozwiązania pozwolą na zachowanie marży czy utrzymanie konkurencyjności na rynku – dodaje Radosław Jarema z AKCENTY.

Joanna Kurowska wzmocni działalność operacyjną IHG w Europie Północnej

IHG® (InterContinental Hotels Group), jedna z wiodących firm hotelarskich na świecie, poinformowała dziś o mianowaniu Joanny Kurowskiej na stanowisko Director Operations Luxury & Managed w Europie Północnej [1].

Joanna Kurowska, Director Operations, Luxury & Managed, Northern Europe Copyright IHG
Joanna Kurowska, Director Operations, Luxury & Managed, Northern Europe Copyright IHG

Joanna Kurowska pokieruje podległym jej regionem z biura IHG we Frankfurcie. Będzie odpowiedzialna za systematyczny wzrost obrotów hoteli należących i zarządzanych przez IHG w Europie Północnej. Jej zadaniem na nowym stanowisku będzie współpraca z placówkami IHG w celu usprawnienia procesów biznesowych i zwiększenia efektywności pracy wszystkich zaangażowanych podmiotów. Będzie intensywnie podróżować po regionie i ściśle współpracować z hotelami, by optymalizować zyski, opracowywać strategie handlowe i zwiększać długoterminowe przychody firmy.

Nowe stanowisko Joanny Kurowskiej powstało w celu wypracowania przez IHG efektywnego modelu rynkowego dla Europy z myślą o zapewnieniu właściwych zasobów hotelom i ich właścicielom. Cel ten doprowadził do stworzenia w siedzibie IHG we Frankfurcie nowego zespołu pod kierownictwem Mario Maxeinera, Managing Directora, Northern Europe. Na nowo objętym stanowisku Joanna Kurowska będzie członkiem Leadership team w Europie Północnej, podlegając bezpośrednio Mario Maxeinerowi.

Joanna Kurowska urodziła się i wychowała w Warszawie. W IHG pracuje 8 lat. Na nowym stanowisku wykorzysta swoje doświadczenie w finansach i działaniach operacyjnych. Karierę w IHG rozpoczęła na stanowisku Director of Finance & Business Support w InterContinental Warszawa, które zajmowała trzy lata. Następnie pracowała na różnych stanowiskach związanych z finansami i sprawami operacyjnymi w europejskiej sieci IHG. Ostatnio pełniła funkcję Operations Finance Director dla rynków nieruchomości typu Luxury & Managed w Europie.

Mario Maxeiner, dyrektor zarządzający w Europie Północnej, mówi: „Joanna jest dobrze znana i ceniona w społeczności właścicieli i zarządzających hotelami, co czyni ją idealnym kandydatem na nowo utworzone stanowisko. Dzięki swojej rozległej wiedzy rynkowej i ogromnemu doświadczeniu w działaniach operacyjnych i finansowych jest doskonale przygotowana do optymalizacji wydajności w całym regionie i generowania długoterminowych przychodów dla IHG”.

Joanna Kurowska dodaje: „Objęcie tego stanowiska jest dla mnie zaszczytem, będę kierować regionem północnoeuropejskim w okresie jego dynamicznego wzrostu. Portfolio hoteli, którymi zarządzamy w regionie, jest mocne i planuję jak najszybciej rozpocząć ścisłą współpracę z właścicielami hoteli i ich zespołami, aby pomóc im zwiększać wydajność na każdym etapie działania.”.

Nominacja zbiega się z szybkim rozwojem biznesu IHG w Europie. Już od 10 lat podpisywana jest tu największa liczba nowych umów i otwierana największa liczba obiektów. Najistotniejsze możliwości rozwoju stwarza nowa, ekskluzywna marka vocoi nowa marka avid, szybko rozwijająca się, luksusowa butikowa marka Kimpton® Hotels & Restaurants oraz niedawno zakupiona, jedna z najbardziej luksusowych marek wellness, Six Senses Hotels Resorts Spas.

Rosną oczekiwania na obniżkę stóp procentowych przez FED

Minutes FOMC mogą pokazać czy Fed jest przekonany o braku potrzeb zmian stóp procentowych. Solidne dane z krajowego rynku pracy nie uchroniły złotego przed przeceną.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Przed rynkami rysuje się nowy rozdział amerykańsko-chińskiego konfliktu handlowego po tym jak USA zaatakowały Huawei, a Chińczycy szykują się do kontruderzenia w postaci możliwego nałożenia ceł na produkty Apple’a, oraz piętnowanie tych firm, które nie będą handlować z chińskim koncernem. Uderzenie w łańcuchy dostaw może być bardziej szkodliwe dla obydwu gospodarek, niż wojna celna, bowiem brak zamówień ze strony Chin oznacza brak sprzedaży w USA. Eskalacja sporu handlowego USA-Chiny i płynące z tego zagrożenia również dla gospodarek innych krajów azjatyckich (co pokazują dane dotyczące PKB Singapuru i Tajlandii, czy eksportu Korei) podtrzymują niepokój i powodują, że wciąż wyprzedawane są aktywa ryzykowne. W poniedziałek ucieczka inwestorów w kierunku postrzeganego za bezpieczną przystań dolara sprowadziła kurs EUR/USD do 1,114 jeszcze podczas sesji europejskiej. Choć w dużej mierze za przeceną euro stoi umacniający się dolar, wspólnej walucie ciąży też niepewność związana z zaplanowanymi na ten tydzień wyborami do Parlamentu Europejskiego. Obawy szczególnie dotyczą Włoch, gdzie silne poparcie zdobywają partie prawicowe. W przypadku ewentualnych wcześniejszych wyborów w tym trzecim pod względem wielkości kraju strefy euro przewagę mogą zdobyć partie, znacznie mniej chętne przestrzegające zasad unijnych.

Wysoka awersja do ryzyka uderza w waluty CEE. W poniedziałek EUR/PLN wyraźnie rósł, podchodząc pod 4,31. Notowania dolara dotarły do poziomu 3,86 PLN, osiągając dwuletnie maksimum. Przed przeceną nie ustrzegły złotego solidne dane z krajowego rynku pracy, choć potwierdziły, że sektor ten nadal pozostaje wsparciem dla konsumpcji. Zgodnie z publikacją GUS w kwietniu nastąpiło przyspieszenie wzrostu płac do 7,1% r/r wobec oczekiwanego o 6,5% r/r, co skutkuje powrotem dynamiki powyżej 7,0% po słabszym marcu. Bliskie oczekiwaniom okazały się dane o zatrudnieniu, choć roczna dynamika wyhamowała do 2,9% r/r.

Na rynku stopy procentowej wtorkowa sesja nie przyniosła większych zmian, co przy preferowaniu przez inwestorów bezpiecznych aktywów powoduje, że rentowności obligacji bazowych pozostają w pobliżu tegorocznych minimów. Decyzja amerykańskiego Departamentu Handlu o tymczasowym poluzowanie restrykcji nałożonych na Huawei tylko na krótko poprawiła sentyment inwestycyjny i nie prowadziła ostatecznie do zauważalnego ruchu na krzywych dochodowości. Również zmienność na polskim rynku dłużnym była ograniczona we wtorek, gdzie dane z rynku pracy miały niewielki wpływ na notowania przy wciąż przeważających trendach globalnych. Zgodnie z informacją Ministerstwa Finansów na czwartkowym przetargu zaoferowane zostaną obligacje serii OK0521, PS1024, WZ0525, WZ0528, DS1029 natomiast odkupowane będą PS0719, DS1019, WZ0120, PS0420. Szacujemy, że sprzedaż na tym przetargu może wynieść 5-6mld PLN.

W środę w centrum uwagi inwestorów znajdzie się minutes Fed-u, po którym oczekiwane będą stwierdzenia co do przekonania członków FOMC na temat stabilizacji stóp procentowych w USA w tym roku. Dzisiaj lokalnie rynki poznają też wyniki dla kwietniowej produkcji przemysłowej. Oczekiwane są równie solidne dane (prognoza PKO BP: 9,7% r/r wobec 5,6% miesiąc wcześniej i 8,1% szacowanych przez rynek, które jednak mogą niewiele pomóc złotemu (przy nadal wysokiej awersji do ryzyka jedynie ograniczać skalę osłabienia PLN).

Wykres dnia: Od czasu ostatniego posiedzenia Fed zauważalnie wzrosły oczekiwania na obniżkę stóp procentowych. Minutes FOMC mogą pokazać czy władze zamierzają utrzymać stabilną politykę monetarną.

zmiana stóp procentowych fed
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Drugie referendum w sprawie brexitu? Opozycja przeciwna

Brytyjska premier Theresa May przedstawiła nową propozycję ws. brexitu, uwzględniającą ponowne referendum w przypadku jej uchwalenia Theresa May przez parlament w przyszłym tygodniu (referendum ma dotyczyć jednak tego, „jak”, a nie „czy” wyjść z UE). Jedną z kluczowych modyfikacji wcześniejszej umowy jest unia celna („przejściowa” lub trwała). Pierwsze reakcje na propozycje brytyjskiej premier były chłodne, zarówno w Partii Pracy (J. Corbyn powiedział, że jego partia nie poprze nowej propozycji), jak i w szeregach konserwatystów (pojawiły się naciski na wycofanie ustawy i rezygnację Theresy May ze stanowiska premiera).

QubicGames przekroczył milion sprzedanych kopii swoich gier na Nintendo Switch

Geky Yaba Runner Anniversary Edition za darmo dla graczy, którzy posiadają co najmniej jedną, płatną grę od QubicGames.

Licznik, który został uruchomiony wraz z rozpoczęciem jubileuszowej akcji promocyjnej QubicGames, przekroczył właśnie 1 mln pobrań. Zgodnie z zapowiedziami oznacza to wyjątkową niespodziankę dla fanów wydawcy, którą będzie udostępnienie darmowej wersji Geki Yaba Runner osobom posiadających co najmniej jednen płatny tytuł z portfolio spółki.

Już 31 maja gracze posiadający co najmniej jeden tytuł wydany przez QubicGames na Nintendo Switch otrzymają całkowicie za darmo długo wyczekiwany, autorski tytuł spółki – Geki Yaba Runner. Jest to zapowiedziana wcześniej nagroda-niespodzianka związana z przekroczeniem 1 mln pobrań gier spółki na najnowszej konsoli Nintendo.

Jakub Pieczykolan, prezes zarządu QubicGames
Jakub Pieczykolan, prezes zarządu QubicGames

 Ponad milion sprzedanych kopii gier na Nintendo Switch utwierdza nas w przekonaniu, że skupienie się na roli wydawcy było trafną decyzją. Chcemy podziękować naszym fanom za udział w akcji promocyjnej i przekroczenie tej okrągłej liczby. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się udostępnić całkowicie za darmo każdemu posiadaczowi chociaż jednej gry od QubicGames nasz autorski tytuł, Geki Yaba Runner – mówi Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames.

Przypominamy, że w ramach 15-lecia firma przygotowała promocję 12 gier ze swojego portfolio na konsole Nintendo Switch. Gry są dostępne w obniżce sięgającej od 80 do 94%. Dodatkowo, gracze posiadający co najmniej jedną z gier wydawcy mają możliwość zakupienia nowych tytułów wydanych w ramach jubileuszu 50% taniej

Jesteśmy zadowoleni z dotychczasowych wyników jubileuszowej promocji. Akane i Blazing Beaks, dwie gry, które dotychczas miały premierę w jej ramach, osiągnęły dobre wyniki sprzedażowe i obserwujemy, że podobają się naszym użytkownikom – komentuje prezes QubicGames. – Przed nami trzy premiery, które powinny zostać bardzo dobrze przyjęte przez graczy. Mamy nadzieję, że dzięki jubileuszowi dotrzemy do zupełnie nowych odbiorców, jednocześnie dbając o naszych dotychczasowych fanów.

Dlaczego studenci powinni zainteresowac sie sztuczna inteligencja?

Postęp technologiczny zatacza coraz szersze kręgi, a sztuczna inteligencja wspiera dziś inżynierów w największych osiągnięciach ludzkości. Rynek wysokich technologi osiąga roczne wzrosty sięgające blisko 70 proc., co stwarza niepowtarzalną okazję dla potencjalnego pracownika na zatrudnienie rodem z kultury Sci-Fi.

Do niedawna sztuczna inteligencja kojarzyła się głównie z kinem i literaturą Science Fiction. I choć od wielu lat ta idea rozbudzała w nas wyobraźnię, do niedawna traktowaliśmy to zagadnienie jako futurystyczny motyw popkultury. Obecnie jest częścią naszej rzeczywistości.

Pojęcie sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence) po raz pierwszy pojawiło się w latach 50-tych ubiegłego wieku, jednak jej prawdziwy rozwój nastąpił dopiero w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Swoim zakresem obejmuje ono rozwiązania technologiczne doskonale naśladujące ludzkie myślenie i zachowanie. Dzięki ich zastosowaniu wiele urządzeń potrafi wyciągać wnioski, przewidywać, podejmować decyzje, a nawet uczyć się. To wszystko dzieje się w sposób autonomiczny i adaptacyjny, ku uciesze technologicznych freak’ów.

Szansa dla branży space

W technologie związane ze sztuczną inteligencją inwestują nie tylko największe koncerny z branży IT, ale również niewielkie start-upy. Jak twierdzą specjaliści zajmujący się wysokimi technologiami, rynek ten osiąga rekordowe roczne wzrosty sięgające blisko 70 proc. Szacują również, że wartość tego sektora w 2022 roku wyniesie ponad 16 mld dolarów. Jednak aby jego rozwój był faktycznie możliwy, dla zainteresowanych firm pozyskanie specjalistów z zakresu IT stanie się niezbędne. Już teraz możemy zaobserwować silny rynek kandydata i ogromne zapotrzebowanie na profesjonalistów, jeśli chodzi o tę branżę.

– Sztuczna inteligencja jest narzędziem pozwalającym lepiej zrozumieć skomplikowane procesy zachodzące w kosmosie. Należy ją jednak postrzegać w kategoriach niszowej  dziedziny, w której wciąż w dużej mierze brakuje specjalistów – mówi Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space, producenta satelitów i urządzeń telekomunikacyjnych dedykowanych branży kosmicznej. – Sektor space w ogóle jest mocno wymagający, jeśli chodzi o potencjalnych pracowników – oprócz  wiedzy z zakresu matematyki i fizyki,  niezbędna jest dobra znajomość  przed wszystkim branżowego języka angielskiego  – dodaje Rymaszewski.

Jak pokazują dane z analizy przeprowadzonej przez Komisję Europejską, niedobory kadrowe w sektorze IT będą się dramatycznie pogłębiać. W raporcie przewidziano, że do 2020 roku zabraknie w Europie około 825 tys. specjalistów od IT. Na polskim rynku informatycznym sytuacja nie przedstawia się lepiej.

– Problem braku specjalistów w branży IT już od kilku lat zauważalny jest w całej Unii Europejskiej. Sytuacja dotyczy także Polski. Mury Politechniki Wrocławskiej rocznie opuszcza prawie 2 tysiące absolwentów kierunków związanych z branżą informatyczną.  Nie mają oni żadnych problemów ze znalezieniem pracy – mówi Andrzej Charytoniuk z Działu Informacji i Promocji Politechniki Wrocławskiej. – Według badań naszego Biura Karier ponad 70% z nich pracuje w zawodzie już trzy miesiące od zakończenia nauki. Popyt na ich usługi jest tak duży, że spora część studentów zaczyna pracować już w trakcie nauki.

Dane GUS potwierdzają to stanowisko – absolwentów co roku jest blisko 400 tysięcy, z czego kierunki techniczne stanowią zaledwie 20%. Te liczby jasno wskazują, że trendem na najbliższe lata będą znaczące braki w kwestii profesjonalnych pracowników z branży IT. Takie uwarunkowanie sprawia, że studenci oraz absolwenci kierunków informatycznych mogą przebierać w ofertach.

– Już od kilku lat to właśnie kierunki związane z IT są najbardziej oblegane w czasie rekrutacji. O jedno miejsce na naszej uczelni stara się nawet 6 kandydatów. I ten trend stale rośnie. – uzupełnia Andrzej Charytoniuk z Działu Informacji i Promocji Politechniki Wrocławskiej

Marzenia stają się rzeczywistością

Wśród tych futurystycznych wizji znajduje się realizacja wielu ludzkich marzeń – od badania kolejnych galaktycznych przestrzeni, poprzez komercyjne podróże, aż po zamieszkiwanie na innych planetach. Jednak sny o podboju kosmosu to jedno – aby móc spełniać te fantazje, należy w pierwszej kolejności skupić się na technologii, która umożliwi dalszą eksplorację galaktyki. Sztuczna inteligencja z dużym prawdopodobieństwem jest odpowiedzią na wiele pytań natury technicznej, jeśli chodzi o postęp sektora kosmicznego.

– Sądzę, że wiele nierealnych z dzisiejszej perspektywy zamierzeń, w przyszłości, m.in. dzięki sztucznej inteligencji, pojawi się w zasięgu ludzkich możliwości – uważa Paweł Rymaszewski. – Choćby autonomiczne misje kosmiczne bez załogi ludzkiej. A co za tym idzie większe bezpieczeństwo i ograniczenie udziału człowieka w misjach kosmicznych do niezbędnego minimum.

Zdaniem naukowców lata 2040–2050 będą pierwszym w historii okresem, kiedy sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom lub nawet je przewyższy. Obecnie wszystkie czynności, które potrafi wykonać, są kreowane przez człowieka. Według naukowców również w najbliższej przyszłości będzie funkcjonowała podobnie. Różnica będzie polegać na tym, że sama określi kryteria działania i będzie w stanie zaproponować nieszablonowe rozwiązania  zadanych  problemów. Aktualne uwarunkowania rynkowe to atrakcyjny moment dla obecnych studentów i absolwentów kierunków technicznych, mają oni szansę  brać udział w procesie tworzenia kolejnych rozwiązań wspierających ewolucję sztucznej inteligencji. Dla rozwoju sektora kosmicznego wzrost zatrudnienia w branży związanej z AI może okazać się szczególnie wartościowy. Dzięki wiedzy specjalistów, stałe ulepszanie sztucznej inteligencji umożliwi nie tylko ograniczenie ryzyka dla ludzi przebywających w kosmosie, co z pewnością będzie bezcenne w sytuacjach kryzysowych. Przyczyni się to również do większego bezpieczeństwa misji kosmicznych.

Sztuczna inteligencja umożliwi także analizę dużej ilości danych oraz bardziej precyzyjne działania w przestrzeni międzyplanetarnej, które pozwolą na duże oszczędności przedsiębiorstwom działającym w branży space. Jednocześnie będzie możliwa optymalizacja wielkości i stopnia zaangażowania zespołów projektowych, które do tej pory odpowiadają za obsługę tych procesów.

Dla wielu sceptyków niebezpieczne może być pozostawienie sztucznej inteligencji zbyt dużej decyzyjności, co mogłoby to obrócić się przeciwko człowiekowi. Na razie jest to jednak wyłącznie emocjonujący wątek wielu filmów science fiction.

Czy wiesz, że…

Sztuczna inteligencja potrzebowała jedynie 4 godzin, aby opanować arcymistrzowską grę w szachy?

Art Games Studio pozyskało nowych inwestorów i 24 maja debiutuje na NewConnect

Spółka Art Games Studio zacieśnia współpracę z głównym akcjonariuszem Gaming Factory poprzez podpisanie ramowej umowy o współpracy. Dodatkowo w akcjonariacie Art Games Studio pojawili się inwestorzy instytucjonalni. Firma 24 maja zadebiutuje na NewConnect z wyceną na poziomie 10 mln złotych.

Art Games Studio skupia się na produkcji i dystrybucji nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone, niewielkie zespoły deweloperskie. Dzięki temu maleje ryzyko operacyjne przy optymalnej reakcji na niespodziewane zdarzenia losowe, występujące podczas produkcji.

Wynik netto spółki na koniec 2018 roku wyniósł 321 000 PLN. Firma dynamicznie się rozwija, tworząc nowe zespoły deweloperskie i budując solidny fundament na przyszłość w nowych obszarach gamedevu.

Podpisanie umowy o współpracy z Gaming Factory to kluczowy moment naszej działalności. Dzięki wsparciu finansowemu będziemy w stanie zwiększyć skalę działalności poprzez zwiększenie liczby i jakości naszych produkcji. Upublicznienie akcji wpłynie na rozpoznawalność marki Art Games Studio w branży i zwiększy naszą wiarygodność dla kontrahentów. Debiut na NewConnect odbędzie się przy wycenie 10 mln złotych i wierzę, że biorąc pod uwagę nasze wyniki i ciekawe produkcje w portfolio, czyni to nas atrakcyjnymi na tle rynku. Zainteresowanie ze strony inwestorów instytucjonalnych odbieram jako oznakę zaufania do spółki i potwierdzenie naszego potencjału – ocenia Jakub Bąk, CEO Art Games Studio.

Studio pracuje obecnie nad ośmioma projektami, których jest twórcą lub współtwórcą. Najbliższe premiery zaplanowano na przełomie drugiego i trzeciego kwartału 2019. Wśród nich są: Spyhack, Unlucky7 i The Worst Day Ever – wszystkie na komputery stacjonarne.

W czwartym kwartale firma planuje cztery premiery, w tym Faither  (na PC i konsolę Nintendo Switch, Toolboy (na Nintendo Switch) oraz When I Was Young (na PC). Art Games Studio aktualnie nie posiada gier mobilnych, przez co tak zwana afera Huawei nie powinna mieć wpływu na notowania spółki.

Art Games Studio S.A. została założona w lipcu 2017 r. W planach Spółki znajduje się znaczące zwiększenie skali działalności, rozwój zespołu i poszerzenie portfolia wydawniczego o kilka nowych tytułów, których wydawcą będzie notowane na NewConnect Ultimate Games. To pierwsza spółka z Grupy Gaming Factory, skupiającej się na inwestowaniu w polską branżę gier komputerowych, która zadebiutuje na giełdzie.

SAS prezentuje innowacje z zakresu uczenia maszynowego, rozpoznawania obrazów oraz przetwarzania języka naturalnego

Najnowsza wersja platformy analitycznej SAS pomaga firmom i specjalistom data science wykorzystać potencjał analityki, a także zautomatyzować część skomplikowanych zadań.

(22 maja 2019 r.) – SAS, lider zaawansowanej analityki, zaprezentował aktualizacje dotyczące SAS® Platform, które obejmują rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, w obszarach uczenia maszynowego, rozpoznawania obrazu, przetwarzania języka naturalnego i innych technologii.

Firma niedawno ogłosiła, że zainwestuje miliard dolarów w sztucznę inteligencję. Ponadto SAS planuje rozwój oprogramowania umożliwiającego rozpoznawanie obrazu, aby ułatwić organizacjom analizę danych wizualnych.

Wprowadzane przez nas innowacje, których przykłady można znaleźć w SAS Platform oraz innych rozwiązaniach SAS z zakresu sztucznej inteligencji, ułatwiają firmom, decydentom, a także specjalistom data science zmianę kierunku, w którym będą podążać ich organizacjemówi Jim Goodnight, Chief Executive Officer w SAS.

Najnowsza wersja SAS Platform pozwala na automatyzację złożonych zadań, niezbędnych do tworzenia modeli analitycznych najwyższej klasy. Czyszczenie i transformacja danych, wybór najlepszych zmiennych, tworzenie, porównywanie i wdrażanie modeli czy zmiana zadań, wszystkie te procesy zostały zautomatyzowane z wykorzystaniem najlepszych praktyk.

Operacjonalizacja analityki poprzez interpretację danych

SAS Platform automatycznie porównuje tysiące modeli analitycznych, aby wybrać ten, który będzie najbardziej pomocny w rozwiązaniu danego problemu biznesowego. Dzięki funkcji generowania języka naturalnego, wyniki analiz są prezentowane w przystępny sposób, co umożliwia ich łatwą interpretację i szybsze podejmowanie decyzji biznesowych niezależnie od wiedzy technologicznej użytkowników. Demokratyzacja analityki pozwala zarówno decydentom, jak i użytkownikom biznesowym wykorzystywać sztuczną inteligencję na równi ze specjalistami data science i ekspertami w dziedzinie analityki. Każdy użytkownik może zrozumieć, w jaki sposób wyniki zostały uzyskane.

W zbyt wielu firmach inicjatywy z zakresu sztucznej inteligencji są ciągle na etapie wstępnym. Organziacje nie posiadają wiedzy, aby wykonać krok dalej i zacząć wykorzystywać modele uczenia maszynowego do rozwoju biznesu. Tysiące wysoko wykwalifikowanych ekspertów SAS oraz specjalistów data scientist, pomaga klientom w budowaniu strategii, której celem jest zamiana danych w wiedzę. Prowadzone przez nas obszerne szkolenia umożliwiają budowanie umiejętności analitycznych w biznesie. Upraszaczamy naszą technologię, aby pomóc użytkownikom, niezależnie od poziomu ich zaawansowania technologicznego, wykorzystać potencjał sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego tłumaczy Oliver Schabenberger, Executive Vice President, Chief Operating Officer oraz Chief Technology Officer w SAS.

Analityka i sztuczna inteligencja dla każdego

Nowości w systemie SAS Platform, które ułatwią wykorzystanie sztucznej inteligencji:

  • Nowy poziom wglądu w dane – Osoby niebędące specjalistami z zakresu analityki otrzymują szczegółowy opis, w jaki sposób system uzyskał określone wyniki. SAS ułatwia użytkownikom biznesowym, specjalistom data science oraz ekspertom IT prace nad modelami i algorytmami analitycznymi. Wyższy poziom tej współpracy pozwala zbudować coraz większe zaufanie względem sztucznej inteligencji, co prowadzi do lepszej adaptacji rozwiazań AI oraz gwarantuje więcej korzyści biznesowych.

 

  • Zwiększona możliwość interpretacji i zrozumienia modeli sztucznej inteligencji – Dzięki funkcji przetwarzania na język naturalny w platformie SAS, użytkownicy mogą automatycznie generować wyniki analiz, które są zrozumiałe nawet dla laika. Przykładowo ułatwia to zrozumienie dlaczego dana transakcja została oznaczona jako potencjalne nadużycie lub czemu dana grupa klientów stanowi najlepszy target kampanii marketingowej.
  • Lepsze podejmowanie decyzji – SAS Platform gwarantuje płynną współpracę z innymi rozwiązaniami SAS, takimi jak SAS Intelligent Decisioning, co pozwala na automatyzację i zarządzanie procesem decyzyjnym w ramach przedsiębiorstwa.
  • Otwarty interfejs programowania aplikacji (ang. API) – Deweloperzy mogą zastosować otwarty interfejs programowania aplikacji, aby uzyskać dostęp do danych oraz tworzyć oprogramowanie sieciowe na zamówienie. Pomoże to użytkownikom technicznym i biznesowym wykorzystać potencjał uczenia maszynowego, przetwarzania języka naturalnego oraz innych rozwiązań SAS z zakresu sztucznej inteligencji. Cały proces przebiega w sposób zautomatyzowany, bez potrzeby posiadania przez użytkowników wiedzy dotyczącej kodowania czy statystyki.
  • Szerszy zakres informacji dostępny od ręki – Oprogramowanie, takie jak SAS Visual Investigator oraz nowe SAS Mobile Investigator zapewnia użytkownikom pracującym zdalnie dostęp do funkcjonalności operacyjnych oraz badawczych SAS® Viya®, uczenia maszynowego oraz innych technologii działających w oparciu o sztuczną inteligencję. Mogą oni uzyskać wgląd w informacje, takie jak dane wejściowe pochodzące z dokumentów tekstowych czy zdjęć, które są natychmiast uaktualniane w systemie z poziomu swoich urządzeń mobilnych. Dane czasu rzeczywistego mogą także zostać wykorzystane do aktualizacji modeli analitycznych i oceny ryzyka w oparciu o nowe informacje.

Skalowalna automatyzacja procesów decyzyjnych

W dzisiejszym dynamicznym, cyfrowym świecie biznes musi podejmować natychmiastowei i świadome decyzje. SAS Intelligent Decisioning łączy zarządzanie regułami biznesowymi, wykrywanie zdarzeń w czasie rzeczywistym, zarządzanie procesami decyzyjnymi oraz zaawansowaną analitykę.

SAS Intelligent Decisioning wspiera działania skierowane do klienta, takie jak spersonalizowany marketing oraz wybór kolejnych aktywności. Wpływa także na procesy, które bezpośrednio go dotyczą, w tym usługi kredytowe i zapobieganie nadużyciom.

Analityka w akcji

Wszystkie te innowacje stanowią część ogłoszonej niedawno miliardowej inwestycji SAS w rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji. Sprawi ona, że w ciągu najbliższych trzech lat firma znacząco rozwinie kluczowe obszary związane ze sztuczną inteligencją, uczeniem maszynowym, przetwarzaniem języka naturalnego oraz rozpoznawaniem obrazu. Umożliwi to stworzenie bardziej potężnych i zaawansowanych aplikacji analitycznych. SAS inwestuje także w programy edukacyjne, aby wyposażyć liderów biznesu i specjalistów data scientist w technologię i umiejętności potrzebne do efektywnego wykorzystania sztucznej inteligencji.

W sektorze bankowym, ochrony zdrowia i innych branżach, firmy mające wizję, niezależnie od ich rozmiaru, wykorzystują zaawansowaną analitykę oraz rozwiązania SAS napędzane przez sztuczną inteligencję, do rozwiązywania złożonych problemów. Dwa holenderskie szpitale, Amsterdam UMC i Uniwersyteckie Centrum Medyczne (UMC) w Utrechcie poprawiają jakość obsługi pacjentów dzięki funkcjom rozpoznawania obrazu oraz zaawansowanej analityce. Firmy z branży finansowej, takie jak Seacoast Bank szukają możliwości rozwoju biznesu i sposobów, aby stać się bardziej konkurencyjnymi w skali globalnej.

Skriware globalnym partnerem edukacyjnym Microsoftu

Amerykański gigant technologiczny podpisał umowę o partnerstwie ze Skriware. Warszawski startup, który popularyzuje nowe technologie w nauczaniu, dostanie od Microsoftu wsparcie w rozwijaniu i upowszechnianiu autorskich rozwiązań edukacyjnych.

Misją Skriware jest pomoc w kształceniu najbardziej pożądanych współcześnie kompetencji STEAM[1], kluczowych na przyszłym rynku pracy. Aby zrealizować ten cel, startup wypracował autorski program edukacyjny, który łączy nauki ścisłe, technologię i design. W nauczaniu dzieci i młodzieży ma pomóc autorski ekosystem Skriware, składający się z łatwych w obsłudze drukarek 3D, programowalnych robotów – Skribotów – oraz platformy e-learningowej.Skriware_1

Skriware wstąpił do grona partnerów Microsoft, którzy aktywnie działają na polu edukacji. Oprócz wspólnego tworzenia nowoczesnych rozwiązań w sektorze EdTech startup będzie mógł również liczyć na wsparcie techniczne i marketingowe giganta IT. W ramach współpracy promocyjnej Microsoft i Skriware będą wspólnie uczestniczyć w największych targach i wydarzeniach branżowych.Skriware_2

Microsoft dla Edukacji to wprowadzanie nowoczesnych metod wspomagania procesu edukacyjnego. Ta inicjatywa ma na celu dostarczenie narzędzi odpowiadających zaawansowaniem rozwojowi środowiska życia i pracy otaczającego uczniów i rodziców. W ramach programu promujemy kreatywności uczniów i pracy zespołowej oraz wyrównanie szans różnych grup uczniów poprzez standaryzację dostępu do nowoczesnych technologii. Wyzwania jakie stoją obecnie przed szkołą to przede wszystkim jak przekazywać wiedzę, by po pierwsze zaciekawić dzieci i młodzież, a po drugie sprawić, by ta wiedza dała podstawy do funkcjonowania w otaczającym nas świecie zawodowym. Edukacja bez zaangażowania technologii nie będzie w stanie przygotować uczniów do życia i pracy w realiach, które ich czekają po zakończeniu nauki – komentuje Katarzyna Węglińska Enterprise Channel Manager Microsoft Polska. Platforma Skriware dostarcza do szkół elementy, które są niezwykle istotne w tym procesie. Połączenie drukarki 3D, platformy e-learningowej oraz robotyki jest dla nas kompleksowym podejściem, które z przyjemnością chcemy promować wśród szkół w Polsce – dodaje Węglińska.

Networking z korzyścią dla edukatorów

Partnerstwo z Microsoft otwiera Skriware drzwi do współpracy z kolejnymi partnerami. Dzięki temu twórcy polskiego ekosystemu edukacyjnego będą mogli zweryfikować swoje założenia z zagranicznymi specjalistami od edukacji czy prognozami analityków na temat przyszłego rynku pracy. Pomoże to startupowi na bieżąco dostosowywać produkty do realnych potrzeb zarówno nauczycieli, jak i uczniów.

Dbając o jakość produktów i pozytywne doświadczenie użytkowników, Skriware umieścił swoje oprogramowanie w chmurze obliczeniowej Microsoft Azure — uznawanej za wiodącą tego typu usługę na świecie. W związku z tym startup otrzymał certyfikację od znanego koncernu. Zaimplementował też system automatycznego logowania Single Sign-on pomiędzy Office 365 i platformą Skriware Academy, co ułatwi użytkownikom produktu Microsoft korzystanie z zasobów edukacyjnych Skriware.

Zaproszenie do współpracy od tak doświadczonej firmy to dla nas wyróżnienie i obiecujący początek wspólnych działań na rzecz edukacji mówi Karol Górnowicz, prezes Skriware.

Technologia i przenikające się z nią inżyniera, matematyka czy sztuka kształtują nowe pokolenie, które w przyszłości będzie musiało sprostać wyzwaniom dynamicznie zmieniającego się rynku pracy. Integracja Skriware Academy z rozwiązaniami technologicznymi Microsoftu zwiększą dostępność tego kompleksowego modelu nauczania – dodaje.

Pierwszą imprezą, na której Skriware zaprezentował się wspólnie z nowym partnerem, były organizowane przez Microsoft w Warszawie EduDays, 16 maja 2019. Wydarzenie zgromadziło nauczycieli i decydentów edukacyjnych, będąc okazją do wymiany wiedzy na wysokim poziomie, poznania i przetestowania najnowszych rozwiązań technologicznych dedykowanych nauczaniu. Skriware zaprezentowało tam możliwości druku 3D i robotyki w przestrzeni edukacyjnej. Kolejne wspólne wystąpienie będzie miało miejsce na kongresie Microsoft Innovation Summit, 28 maja 2019.

Druk 3D przekracza kolejne granice

Skriware przełamuje bariery w korzystaniu z technologii oraz zachęca do rozwijania pasji, kreatywności i wiedzy technicznej. Ich flagowy produkt — kurs online „Kierunek: Mars” dostępny jest na rynku już od roku, w ramach pakietów edukacyjnych. Pozwala edukatorom wprowadzić dzieci w koncepcję edukacji STEAM przy pomocy pełnej przygód gry z motywem kosmicznym w tle.

Od premiery kursu „Kierunek: Mars”, startup podpisał też kontrakty dystrybucyjne w 7 nowych regionach, uruchamiając kanały sprzedaży w Europie, Azji, USA i na Bliskim Wschodzie. Angażował się również w inicjatywy społeczne, wspierające rozwój kompetencji cyfrowych i zastosowania nowoczesnych technologii we wszystkich obszarach życia.

[1] akronim od angielskich słów Science, Technology, Engineering, the Arts, Mathematics

EDP i ENGIE łączą siły z zamiarem stworzenia wiodącego globalnego gracza w sektorze morskiej energetyki wiatrowej

Antonio Mexia, CEO EDP i prezes EDPR, oraz Isabelle Kocher, CEO ENGIE, ogłosili 21.05.2019 podpisanie strategicznego protokołu ustaleń o stworzeniu przedsięwzięcia joint venture, w którym EDP i ENGIE miałyby odpowiednio po połowie udziałów. Działalność nowego podmiotu ma obejmować realizację projektów stacjonarnych i pływających farm wiatrowych. Powstające joint venture będzie jedynym podmiotem, za pośrednictwem którego EDP (poprzez swoją spółkę zależną EDP Renewables – EDPR) i ENGIE będą realizować inwestycje w projekty morskich farm wiatrowych na świecie. Tym samym wspomniane joint venture stanie się jednym z pięciu największych światowych graczy w tej branży, korzystając z doświadczenia i możliwości rozwoju obu spółek.

Zgodnie z protokołem ustaleń EDP i ENGIE połączą w przedsięwzięciu joint venture swoje portfele istniejących morskich farm wiatrowych oraz projektów w fazie realizacji. Joint venture ma wyjściowo posiadać łącznie 1,5 GW mocy zainstalowanej w projektach w fazie budowy i 4,0 GW mocy zainstalowanej w planowanych projektach. Do 2025 r. joint venture ma dysponować portfelem, w którego skład wchodzą projekty w fazie eksploatacji i w budowie o łącznej mocy zainstalowanej między 5 a 7 GW , oraz projekty na zaawansowanym etapie realizacji o łącznej mocy zainstalowanej między 5 a 10 GW3.

EDP i ENGIE uważają, że morska energetyka wiatrowa staje się kluczowym czynnikiem w światowej transformacji energetycznej, a co za tym idzie – następuje dynamiczny rozwój rynku i zaostrzenie konkurencji. Obie spółki twierdzą, że powołanie podmiotu o potencjale działania na dużą skalę, o globalnym zasięgu biznesowym i istotnych możliwościach zawierania umów sprzedaży energii, wspartego zaangażowanym zespołem, umożliwi szybszą rozbudowę portfela aktywów, a stabilne partnerstwo podniesie wydajność działalności gospodarczej.

Joint venture powstaje przede wszystkim z myślą o rynkach w Europie, Stanach Zjednoczonych i wybranych lokalizacjach w Azji – zgodnie z założeniem, że te obszary mają największy potencjał wzrostu. Model działalności nowego przedsięwzięcia opiera się na samofinansowaniu, a realizowane w jego ramach projekty będą spełniać kryteria inwestycyjne obu spółek.

EDPR i ENGIE zawiązują ambitny sojusz po udanej sześcioletniej współpracy obu podmiotów w charakterze partnerów konsorcjalnych przy realizacji projektów stabilnych farm wiatrowych w Dieppe Le Tréport i Yeu Noirmoutier we Francji oraz w Moray East i Moray West w Wielkiej Brytanii. EDPR i ENGIE współpracują również jako partnerzy przy realizacji dwóch projektów pływających morskich farm wiatrowych we Francji i w Portugalii, a także w trwającym obecnie we Francji przetargu na budowę morskiej farmy wiatrowej w okolicy Dunkierki.

Komentarz Isabelle Kocher, CEO ENGIE: „Z prawdziwą przyjemnością ogłaszamy zawarcie strategicznego sojuszu w obszarze morskiej energetyki wiatrowej z EDP, naszym partnerem od 2013 r. Sektor morskiej energetyki wiatrowej odnotuje znaczący wzrost do 2030 r. Dzięki nowo powstałej joint venture będziemy w stanie lepiej wykorzystać potencjał rynku, a jednocześnie zwiększyć konkurencyjność w jednym z naszych kluczowych obszarów wzrostu – energetyki odnawialnej. Porozumienie to jest również w pełni zgodne ze strategią przejścia ENGIE na działalność generującą zerowy poziom emisji dwutlenku węgla.”

Antonio Mexia, CEO EDP i prezes EDPR
Antonio Mexia, CEO EDP i prezes EDPR

Komentarz António Mexia, CEO EDP: „Porozumienie w sprawie współpracy w obszarze morskiej energetyki wiatrowej stanowi istotny krok naprzód w realizacji strategii EDP dotyczącej energetyki odnawialnej. Jesteśmy w pełni zaangażowani w działalność na rzecz transformacji energetycznej i budowy bardziej zrównoważonej przyszłości, zgodnie z ambitnymi celami zawartymi w naszym najnowszym dokumencie strategicznym. Jesteśmy przekonani, że to partnerstwo wzmocni naszą pozycję w sektorze energetyki odnawialnej i pozwoli nam szybciej realizować zamierzenia w obszarze morskich farm wiatrowych. Morska energetyka wiatrowa będzie stanowić jeden z kluczowych obszarów rozwoju w przyszłej dekadzie.”

Realizacja tego projektu zależy od wyników procesu zatwierdzenia planu na szczeblu socjalnym, korporacyjnym, prawnym, regulacyjnym i umownym. Grupa zamierza rozpocząć działalność joint venture przed końcem 2019 r.

Mieszkańcy polskich miast pokochali mikromobilność

W ciągu dwóch lat podwoiła się liczba dostępnych do wypożyczenia rowerów, a pierwsze miesiące 2019 roku zdominowali operatorzy hulajnóg elektrycznych.

Polska zajmuje 6 miejsce w Europie pod kątem liczby samochodów osobowych na 1000 mieszkańców – średnio to 571 pojazdów. Podczas, gdy w Warszawie na 1000 mieszkańców przypada 715 samochodów, to w stolicy Niemiec jest ich jedynie 333. Jak zauważają eksperci Deloitte w analizie „Shared mobility in Poland – overview” nasycony rynek samochodów prywatnych zaczyna topnieć. Rozwój technologii, troska o jakość powietrza, a także coraz większa dostępność rozwiązań takich jak rowery czy hulajnogi miejskie, sprawiają, że auta coraz częściej zostają w garażach.

Polskie miasta zaczynają nadrabiać straty w stosunku do innych europejskich metropolii – wzrost korzystania z alternatywnych, tańszych i bardziej ekologicznych metod transportu może istotnie spowolnić rosnące dotychczas zatłoczenie. Idąc za globalnym trendem mikromobilności, mieszkańcy metropolii coraz częściej sięgają po rozwiązania komunikacyjne, które umożliwiają pokonanie krótkich dystansów za pomocą lekkich pojazdów zasilanych prądem, takich jak rowery, hulajnogi, skutery czy małe samochody elektryczne.

Ekologicznie znaczy taniej

Jednym z czynników wpływających na zmniejszenie zależności Polaków od samochodów jest rozwój technologii, za którym idą postępy w takich rozwiązaniach jak GPS, płatności mobilne w aplikacjach, większa wydajność baterii czy rosnąca popularność smartfonów. Na poszukiwanie nowych sposobów transportu wpływa także rosnąca liczba mieszkańców miast, którzy stanowią 60 proc. populacji w Polsce.

– Postępująca urbanizacja i wzrost liczby mieszkańców dużych miast powodują coraz większe problemy związane z ruchem samochodowym. W polskich metropoliach jest najwięcej samochodów w stosunku do liczby mieszkańców. Co ciekawe, w Europie widać odwrotny trend – dostępność alternatywnych środków transportu powoduje zmniejszenie liczby pojazdów w miastach, np. w Berlinie jest około dwa razy mniej samochodów na tysiąc mieszkańców niż w Warszawie – mówi Rafał Nessel, Starszy Menedżer w zespole doradztwa technologicznego, Deloitte. – Widoczne w ciągu ostatnich paru lat przyspieszenie w obszarze nowych rozwiązań, w tym wynajmu samochodów na minuty i mikromobilności mogą w ciągu paru kolejnych lat doprowadzić do rewolucji w przemieszczaniu się w obszarach miejskich. Konieczne są jednak zmiany kulturowe i szersza akceptacja społeczna – dodaje.

Choć transport publiczny jest jednym z najbardziej efektywnych sposobów przewozu dużej liczby osób, wciąż wyzwaniem pozostaje tak zwany problem pierwszej i ostatniej mili, czyli dotarcie do najbliższego przystanku komunikacji miejskiej.
– Jest jeszcze jeden powód, dla którego coraz częściej decydujemy się na korzystanie z rozwiązań, które są przyjazne dla środowiska – troska o jakość powietrza w Polsce. Świadomość naszego społeczeństwa, dbałość o zdrowie i jakość życia sukcesywnie rośnie. Wśród młodego pokolenia widzimy zmianę w stylu życia, poruszania się, odrzucania konieczności posiadania, na rzecz współdzielenia. Dodatkowo biorąc pod uwagę wyzwania związane z jakością powietrza w mieście (na 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie 36 stanowią miasta w Polsce), włodarze także zaczynają widzieć konieczność działania, a transport, poza niska emisją i przemysłem, jest jednym z czynników zwiększających poziom w mieście. Jeśli ludzie nie mają wygodnego i taniego sposobu na dotarcie do autobusu lub pociągu, wsiądą do swojego samochodu i przyczynią się tym samym do pogorszenia jakości powietrza i korków, które są plagą wielu miast. Inaczej mówiąc, mikromobilność przyczynia się do rozwiązania najbardziej dokuczliwych wyzwań transportowych stojących przed obszarami miejskimi jak zatłoczenie, zła jakość powietrza i nierównomierny dostęp do transportu – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Niestety, w przypadku większości dostawców tego typu usług, rozszerzenie oferty na obszary podmiejskie, gdzie odległość jest zbyt duża, a ludzie zazwyczaj posiadają własne samochody, może okazać się nieopłacalna. Jak pokazują wyniki niedawno przeprowadzonego badania w amerykańskim Portland, 34 proc. mieszkańców stwierdziło, że w razie braku alternatywnego środka transportu, jak np. skutera czy hulajnogi, skorzystaliby z prywatnego samochodu lub z usługi przewoźnika lub taksówki. Odsetek ten był jeszcze wyższy wśród osób odwiedzających miasto.

Wyzwanie dla miast

Mikromobilność staje się dla wielu miast na świecie receptą na problem pierwszej i ostatniej mili, zatorów oraz emisji gazów. Ich pojawienie się w przestrzeni publicznej niesie jednak ze sobą również wyzwania dla włodarzy. Seattle, Los Angeles i Madryt, tymczasowo zakazały hulajnóg i zmusiły operatorów do usunięcia ich z ulic z obawy o bezpieczeństwo pieszych. Dyskusja ta rozpoczęła się również w Polsce. Zbyt długo samorządy priorytetowo traktowały samochody i ich kierowców, przez to w wielu miastach brakuje np. ścieżek rowerowych czy choćby dróg wystarczająco szerokich, by hulajnoga czy rower mogły bezpiecznie przejechać. We wspomnianym badaniu w Portland zaledwie 8 proc. użytkowników e-hulajnóg korzystało z chodnika, gdy mogli wybrać ścieżkę rowerową. Liczba ta wzrosła do 66 proc., gdy alternatywą była jazda drogą obok pojazdów ważących setki kilogramów i jadących nawet 100 km na godzinę. Wciąż brakuje badań, które pokazałyby poziom zagrożenia np. hulajnóg w porównaniu z innymi rodzajami transportu i w jaki sposób prędkość czy użycie lub brak kasku wpływają na poziom bezpieczeństwa. Nierozwiązanym problemem jest również kwestia sprzętów niewymagających stacji dokujących, które są umieszczane w przypadkowych miejscach.

Przepisy a rzeczywistość

Polskie prawo nie nadąża za szybkimi zmianami w obszarze mobilności. Nadal nie ma regulacji dotyczących hulajnóg elektrycznych, dlatego ich użytkownicy są traktowani jako piesi, którzy powinni korzystać z chodników. Racjonalne wydaje się, że hulajnogi powinny się poruszać po ścieżkach dla rowerów z uwagi na możliwość rozwinięcia dość znacznej prędkości. Przestarzałe przepisy tego jednak nie uwzględniają, co skutkuje tym, że jazda hulajnogą po drodze dla rowerów może zakończyć się mandatem. Jeszcze niedawno największy operator hulajnóg elektrycznych w Polsce zabraniał korzystania z dróg publicznych i chodników, teraz jednak to użytkownik jest odpowiedzialny za wybór „właściwej i bezpiecznej” drogi. – Regulacje dotyczące tego środka lokomocji są niezbędne. E-hulajnogi bez wątpienia są wygodne i szybkie, jednak niedoświadczony użytkownik może mieć więcej problemów niż radości z jazdy nimi, zwłaszcza, gdy nie zachowuje środków bezpieczeństwa, jadąc na przykład bez kasku. Z kolei rowery czy hulajnogi bez stacji dokujących, zostawiane na chodnikach tworzą tor przeszkód dla pieszych, w tym na przykład niewidomych czy rodziców z wózkami – mówi Mariusz Banaś, Adwokat, Senior Associate, Deloitte Legal.

Jest znacznie więcej wątków nieuregulowanych przepisami. Jednym z nich są przewozy osób zamawiane przez aplikację. Taksówkarze pracujący w korporacjach, od których do tej pory wymagało się, m.in. znajomości topografii miast czy rejestracji działalności gospodarczej, od lat domagają się ujednolicenia zasad świadczenia usług przewozu osób. Obecnie finalizowane są prace nad zmianą przepisów ustawy o transporcie drogowym, które zlikwidują szarą strefę poprzez wprowadzenie licencji dla pośredników w przewozie osób (tj. podmiotów takich jak Uber czy Bolt). Nowe przepisy zniosą ponadto możliwość wprowadzania przez gminy obowiązku zdania egzaminu z topografii, a kierowcom świadczącym przewóz osób pozwolą rozliczyć opłatę przy użyciu spełniającej wymogi aplikacji mobilnej, zamiast taksometru. Nowe przepisy miałyby wejść w życie od 1 stycznia 2020 r.

Tanio, ale zyskownie

Chociaż opłaty za wynajem są stosunkowo niskie, operatorzy systemów rowerów miejskich szybko zwiększają swoje przychody. Na przykład przychody lidera wśród samoobsługowych wypożyczalni w 2018 roku wzrosły rok do roku o 41 proc. Dzięki modelowi biznesowemu opartemu na partnerstwie handlowym i współpracy z gminami, przychody z opłat stanowią niewielki procent ogólnych przychodów firmy, a aż 70 proc. pochodzi z samorządów. Nextbike (44 miasta) i BikeU (7 miast) pozostają liderami branży wypożyczalni rowerów w Polsce, jednak po piętach zaczynają im deptać nowi uczestnicy rynku, tacy jak AcroBike (Warszawa), wprowadzający system rowerów publicznych niewymagający stacji dokujących. Dużą konkurencją są również dynamicznie rosnący usługodawcy oferujący elektryczne hulajnogi. Wiosną bieżącego roku ich liczba w Warszawie wzrosła trzykrotnie. W sumie w sześciu największych miastach dostęp do ponad 6,5 tysiąca hulajnóg oferuje już blisko dziesięciu operatorów.

– Ostatnie stulecie ukształtowało stabilną strukturę branż związanych z transportem – producenci samochodów, transport publiczny, korporacje taksówkowe. Jednak nowe modele biznesowe zacierają granice pomiędzy branżami, a o udział w tym rynku walczą także nowi gracze – firmy technologiczne, branża finansowa, start-up’y, a nawet przedsiębiorstwa energetyczne – mówi Rafał Nessel – Choć trudno przewidzieć, jakie rozwiązania zyskają popularność i jakie modele biznesowe odniosą sukces, to wiodący trend wydaje się już nie do odwrócenia. Odchodzimy od posiadania w kierunku współdzielenia, użytkowania i korzystania z różnorodnych usług transportowych w zależności od potrzeb – dodaje ekspert.

Dynamiczny rozwój mikromobilności otwiera nowe możliwości dla biznesu. – Szczególną aktywność widać w branżach motoryzacyjnej i energetycznej. Koncerny samochodowe stają się właścicielami sieci hulajnóg, a największe polskie firmy energetyczne inwestują w carsharing i popularyzację pojazdów elektrycznych, szukając nowych kierunków rozwoju – mówi Daniel Martyniuk, Partner, Lider doradztwa technologicznego w Deloitte. Pojawiają się również innowacyjne modele biznesowe – np. każdy może zainwestować w rozwój floty hulajnóg czy skuterów w ramach oferty społecznościowego użytkowania. Dynamicznie rośnie także rynek aplikacji integrujących wszystkie dostępne rozwiązania komunikacyjne, które pozwalają lokalizować najbliższe środki komunikacji i planować intermodalną trasę przejazdu.

Temat mobilności będzie szerzej omawiany przez ekspertów Deloitte podczas konferencji „Smart City Expo Poland” 11-12 czerwca w Łodzi.

VMware partnerem technologicznym Operatora Chmury Krajowej

  • Operator Chmury Krajowej dokonał wyboru kluczowego partnera technologicznego. Została nim firma VMware, globalny lider w obszarze chmury prywatnej i hybrydowej oraz cyfrowego środowiska pracy.
  • Stos technologiczny Operatora Chmury Krajowej będzie oparty w znacznej części o innowacyjne rozwiązania VMware, pozwalając na świadczenie usług na poziomie XaaS (wszystko jako usługa).
  • Technologię oraz usługi dostarczy Comtegra S.A., wieloletni partner technologiczny VMware w Polsce.
  • Korzystanie z usług Operatora Chmury Krajowej opartych na rozwiązaniach VMware pozwolą klientom OChK na uruchomienie usług z chmury w ciągu kilkudziesięciu minut, zamiast wielomiesięcznych procesów uruchamiania serwerowni fizycznych.

Operator Chmury Krajowej wybrał VMware jako kluczowego dostawcę elementów stosu technologicznego, w oparciu o który będzie świadczyć najbardziej zaawansowane usługi chmurowe na polskim rynku. Partnerem VMware, który dostarczy technologię oraz usługi jest Comtegra S.A.

Operator Chmury Krajowej Sp. z o.o. zdecydował się na wykorzystanie nowoczesnych narzędzi firmy VMware ze względu na wysoką elastyczność, która pozwoli każdej firmie przejść bez przeszkód przez proces cyfrowej transformacji. Wybrane rozwiązania chmurowe i wirtualizacyjne odciążają bowiem działy IT w zakresie działań operacyjnych, tak by mogły się one skupić na tworzeniu nowych rozwiązań dla klientów końcowych.

Na bazie zakupionych licencji możliwe jest świadczenie usług IaaS, PaaS, CaaS (infrastruktura jako usługa, platforma jako usługa, kontener jako usługa) a także zaoferowanie usług chmury hybrydowej. Klienci Operatora Chmury Krajowej będą mogli liczyć na wykorzystanie takich rozwiązań, jak:

  • zapasowe centrum danych
  • dodatkowa moc obliczeniowa
  • platforma dedykowana użytkowaniu aplikacji typu Cloud Native
  • wirtualne miejsca pracy
  • zarządzanie bezpieczeństwem urządzeń i danych na urządzeniach mobilnych.

Zakupiona od VMware kompletna architektura SDDC (Software-Defined Data Center): wirtualizacja mocy obliczeniowej, podsystemów dyskowych, mechanizmów bezpieczeństwa, automatyzacji i monitoringu środowisk chmurowych, wykorzystywana jest do budowy najnowocześniejszej chmury hybrydowej, która może obejmować środowiska prywatne (dedykowane na wyłączność jednej firmie) i publiczne (współdzielone przez wielu klientów).

Fundamentem oferty Chmury Krajowej, który udostępniony zostanie klientom, jest najnowsza wersja kompleksowej platformy do uruchamiania i zarządzania chmurą hybrydową – VMware Cloud Foundation. To kompleksowy zestaw usług, które pozwalają na szybkie uruchamianie programowo definiowanych serwerowni i środowisk multi-cloud wraz z działającymi na nich aplikacjami, w jednym, płynnym procesie (model Infrastructure as a Code). Proces taki, realizowany w oparciu o fizyczną infrastrukturę zazwyczaj trwa kilka miesięcy. Oparcie go o rozwiązania technologiczne OChK i VMware pozwoli na rozpoczęcie korzystania z danych usług IT nawet w ciągu kilkudziesięciu minut. Badania wykazały, że VMware Cloud Foundation gwarantuje nawet do 15 razy krótszy czas uruchomienia chmury dzięki eliminacji złożonych procesów związanych z projektowaniem, testowaniem, uruchamianiem i konfigurowaniem systemu oraz przydzielaniem zasobów.

Wdrażane w ramach współpracy z VMware są również produkty do budowy wirtualnego środowiska pracy (m.in. typu VDI). Wspierają one proces transformacji cyfrowej, co jest nie tylko wielką szansą dla przedsiębiorstw, ale też dla administracji publicznej. Rozwiązania typu VDI oznaczają optymalizację kosztów licencji na oprogramowanie wykorzystywane przez pracowników dzięki łatwemu profilowaniu, podniesienie satysfakcji użytkowników końcowych, obniżenie kosztów obsługi środowiska oraz znaczną redukcję kosztów infrastruktury.

Przygotowując się do uruchomienia usług Operatora Chmury Krajowej, bardzo starannie analizowaliśmy potrzeby naszych przyszłych klientów. Wybierając kluczową technologię kierowaliśmy się tym, by móc zaoferować firmom, które zdecydują się na współpracę z nami, różnorodne usługi. Z jednej strony dobrane tak by ułatwić optymalizację kosztów tym którzy już korzystają z rozwiązań chmurowych a z drugiej strony by ułatwić transformację tym, którzy wciąż korzystają z własnych zasobów IT. Nasze analizy wykazały, że oprogramowanie VMware pozwoli nam zrealizować te cele – powiedział podczas spotkania podsumowującego podpisanie kontraktu Michał Potoczek, Prezes Zarządu Operatora Chmury Krajowej. 

Cieszymy się, że teraz dzięki współpracy z OChK polskie przedsiębiorstwa będą mogły szybciej i skuteczniej wprowadzać cyfrowe innowacje, poprawiać bezpieczeństwo i efektywność, jednocześnie obniżając koszty działania. To możliwe, bo Operator Chmury Krajowej oferuje technologiczną rewolucję w oparciu o wizję „software-defined everything”. Jestem przekonany, że nasza współpraca będzie korzystna nie tylko dla nas i dla OChK, ale także dla dużej części polskiej gospodarki, która odważniej wkroczy w świat chmury obliczeniowej mówi Stanisław Bochnak, główny strateg ds. biznesowych w VMware Polska. Jest to o tyle ważne, że w obliczu rosnących potrzeb konsumentów i coraz silniejszej walki rynkowej, przedsiębiorstwa muszą inwestować w innowacje na tyle szybko, by zabezpieczyć swoje „dziś” i „jutro”. Napędem, który gwarantuje tę szybkość jest chmura obliczeniowa. A co ważne dla polskich przedsiębiorców – jest to polska chmura obliczeniowa – dodaje.

Za wdrożenie elementów stosu technologicznego VMware w centrach danych Operatora Chmury Krajowej odpowiedzialna będzie Comtegra S.A., wieloletni partner technologiczny VMware.

Nie jest to pierwszy projekt budowy chmury publicznej w portfolio naszej firmy. Braliśmy udział w budowie dziesiątek chmur prywatnych, zaś ostatnim sukcesem jest zakończony miesiąc temu projekt budowy kompleksowej usługi Disaster Recovery Center dla Ministerstwa Finansów. Projekt ten zakładał budowę i integrację systemów do przechowywania i przetwarzania danych na potrzeby usługi odtworzenia po katastrofie kluczowych systemów biznesowych resortu finansów – powiedział po podpisaniu Piotr Jelski, CEO, Comtegra S.A.

W ramach podpisanej umowy, Operator Chmury Krajowej, oprócz usług multi-cloud będzie też dostarczać swoim klientom rozwiązania VMware w modelu licencji wieczystych (Perpetual), pozwalających między innymi na wirtualizację pamięci masowych (vSAN, HCI), rozwiązań bezpieczeństwa (NSX) czy zarządzania centrami danych (vCenter). W przyszłości Operator Chmury Krajowej planuje poszerzenie portfela usług o kolejne innowacyjne na polskim rynku produkty VMware.

Autentyczność marki – najważniejszy trend w handlu, marketingu i komunikacji

Ekologia, orędownictwo, autentyczność – tak w kilku słowach można opisać elementy nowego modelu biznesowego nowoczesnych firm. W jaki sposób przedsiębiorstwa wychodzą naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów?

Jak wynika z raportu przygotowanego przez Cohn&Wolfe aż 91% konsumentów docenia markę za jej autentyczność. W czasach rosnącego poziomu świadomości społeczeństwa oraz popularyzacji nowych mediów, reputacja marki stała się kartą przetargową w dążeniu do bezkonkurencyjności na rynku. Dlaczego?

Bardzo duży wpływ na zmieniające się postawy marek ma pokolenie Y. To grupa społeczna charakteryzująca się wrodzoną „alergią” na wszelkie mało wiarygodne działania marketingowe przedsiębiorstw. Millenialsi nie są jedynie biernymi odbiorcami produktu, wręcz przeciwnie. Razem z firmą chcą współtworzyć taki asortyment, który w procesie produkcji, będzie uwzględniał szeroko pojęty interes społeczny, np. odpowiedzialność społeczną przedsiębiorstw czy poszanowanie dla środowiska naturalnegomówi Jacek Jaroszewski, specjalista ds. PR w agencji PA.

Lekcja ekologii

Dużą zasługę w nowym spojrzeniu na model biznesowy firm odgrywają ekolodzy. To właśnie oni konsekwentnie i skutecznie biją na alarm, namawiając jednocześnie producentów do wykorzystywania materiałów pochodzących z recyklingu. Minimalizowanie wpływu na środowisko staje się misją Starbucks. Popularna sieć podjęła się realizacji aż 3 projektów mających na celu poprawę warunków naszej planety. Pierwszym z nich jest wycofanie do 2020 roku plastikowych słomek, drugim zaś zachęcanie konsumentów, aby przychodzili do kawiarni z własnym kubkiem, a trzecim natomiast współpraca z Closed Loop Partners. Celem ich wspólnej inicjatywy jest stworzenie w pełni biodegradowalnego kubka, którego specyfikacja zostanie udostępniona wszystkim firmom w branży.

Lekcja orędownictwa

Pozytywna rekomendacja w mediach społecznościowych jest w dzisiejszych czasach bardziej wartościowa od wysokobudżetowych kampanii reklamowych. Jednak to zaangażowanie mikro i nano influencerów staje się nieocenione w procesie tworzenia i promocji produktów i usług. Dlaczego?

Stają się oni coraz większą i silniejszą grupą kształtującą trendy na rynku. Ich przewagę stanowią wiarygodne doświadczenia, dlatego marki znacznie chętniej niż wcześniej, uwzględniają ich udział w promocji produktów czy usług. O rzeczywistym
i wirusowym orędownictwie świadczy natomiast pozyskanie takiego influencera, który spontanicznie i z własnej woli podzieli się pozytywnymi komentarzami na temat marki
wyjaśnia Jacek Jaroszewski z PA.

Lekcja autentyczności

Autentyczność odgrywa istotną rolę w relacjach między marką a konsumentem oraz w szeroko pojętej komunikacji interpersonalnej. Biznesową transformację doskonale widać na przykładzie amerykańskiej sieci aptek CVS. Wprowadziła ona oznaczenia na zdjęciach umieszczonych na produktach mówiące o tym, czy wykorzystane do promocji grafiki zostały wyretuszowane, czy przedstawiają naturalną urodę modelek. Do podobnej inicjatywy włączyło kilka marek, a wśród nich są m.in. Neutrogena, Rimmel, L’Oréal czy Maybelline. To zupełnie odmienna niż dotychczas komunikacja marki, która wychodzi poza standardowy kanon piękna, do którego zdążyliśmy już przywyknąć w ciągu ostatnich lat.

Prospołeczne działania firm stają się bardziej widoczne niż kiedykolwiek wcześniej. Chcąc jednak osiągnąć sukces, firmy muszą tworzyć autentyczną i zgodną z rzeczywistością historię. W świecie zdominowanym przez media społecznościowe bardzo ważne jest, aby żyć w zgodzie z przekonaniami swoich odbiorców, bo to właśnie oni dyktują warunki w całym procesie humanizacji marki.

Automatyczna wycena nieruchomości, czyli za ile realnie można sprzedać lub kupić mieszkanie

Właściwa ocena wartości nieruchomości nie jest łatwym zadaniem. Osoby planujące sprzedaż lub zakup własnego domu lub mieszkania, często borykają się z tym problemem. Dane z polskiego rynku mówią, że co roku przed takim wyzwaniem staje około milion osób – właścicieli lub potencjalnych nabywców. Jak szybko i wiarygodnie wycenić lokal mieszkalny?  Czy automatyczna wycena nieruchomości może ułatwić to zadanie?

Planujesz sprzedać nieruchomość, ale nie wiesz jaka cena będzie tą właściwą? Rozważasz zakup domu lub mieszkania, ale nie wiesz czy zaproponowana Ci wartość to ta najbardziej odpowiednia? Na takie pytania odpowiedzi szuka wiele osób. Na ile wycenić nieruchomość, żeby z jednej strony nie zniechęcić potencjalnych kupujących zaporową stawką, a z drugiej nie sprzedać zbyt tanio? Za ile realnie warto kupić lokal, aby nie przepłacić?

Oficjalnie

Na rynku działają specjaliści – rzeczoznawcy majątkowi – zajmujący się profesjonalnie wycenami lokali mieszkalnych. Takie estymacje wartości nieruchomości, prezentowane są w formie operatów szacunkowych. Rzeczoznawcy posiadają niezbędną wiedzę i doświadczenie i  na podstawie różnorodnych parametrów nieruchomości szacują jej wartość rynkową. Ich wyliczenia opierają się na wielu składowych i wskaźnikach, m.in. na danych transakcyjnych podobnych nieruchomości z okolicy. Stąd ich wyceny są zazwyczaj najbardziej zbliżone do rzeczywistej wartości w danym okresie.

Operat szacunkowy to oficjalny i wiążący dokument, który wymagany jest przez sądy lub banki w procesie decyzji kredytowej. W ustawie z dnia 21 sierpnia 1997 r. o gospodarce nieruchomościami zapisane są szczegóły dotyczące tego, jak ten dokument ma wyglądać, jakie elementy musi zawierać i kto może go opracowywać – mówi Anton Bubiel, prezes zarządu platformy Rentier.io.

Niestety, operat szacunkowy nie jest tanią usługą. Sporadycznie zdarzają się także błędy popełniane przez rzeczoznawców. Dodatkowo, zawierają one elementy subiektywnego osądu ekspertów i zlecając przygotowanie wyceny kilku różnym rzeczoznawcom można otrzymać różne kwoty wartości nieruchomości. Zatem, jeżeli operat szacunkowy nie jest potrzebny dla banku lub sądu, to można skorzystać z alternatywy.

Z pomocą lub samodzielnie

Nieoficjalny szacunek wartości mieszkania lub domu mogą przeprowadzić także doświadczeni  pośrednicy nieruchomości. Znają oni bowiem bardzo dobrze lokalne rynki i posiadają informacje o sprzedawanych w okolicy nieruchomościach. Dlatego też są w stanie ocenić z duża dozą prawdopodobieństwa realną wartość lokalu. Wynagrodzenie za pracę związaną z taką oceną pokrywa właściciel nieruchomości zazwyczaj w postaci prowizji płaconej pośrednikowi po sprzedaży mieszkania.

Co jeżeli jednak właściciel lokalu nie chce skorzystać z płatnych usług rzeczoznawcy lub pośrednika? Czy jest w stanie sam właściwe ocenić realną wartość nieruchomości? Może samodzielnie przeszukać portale ogłoszeniowe i odnaleźć na własną rękę podobne domy lub mieszkania w okolicy. Zadanie to może być jednak zajmujące czasowo i bardzo pracochłonne. Co więcej, może się okazać, że aktualnie nikt nie sprzedaje podobnych nieruchomości w okolicy i ciężko będzie znaleźć dane porównawcze. Zatem, jeżeli właściciel mieszkania lub domu, nie chce tracić czasu na samodzielne poszukiwania i analizy, może skorzystać z rozwiązań technologicznych, które znacznie ułatwiają wycenę nieruchomości.

Na rynku są już dostępne narzędzia, które w oparciu o duże ilości danych, zarówno historycznych, jak i aktualnych, pozwalają w  prosty  i szybki sposób dokonać wyceny wartości posesji, lokali czy posiadłości. Wśród takich narzędzi są również automatyczne wyceniarki nieruchomości.

Jak działają automatyczne wyceny?

Algorytmy komputerowe wyszukują dane na temat cen nieruchomości o podobnych parametrach oraz na podstawie wprowadzonych przez użytkownika szczegółów i sprawdzają ceny ofertowe lub transakcyjne nieruchomości w określonej lokalizacji. Automatyczne modele wyceny bazują na autorskich algorytmach i nie stanowią operatu szacunkowego w rozumieniu przepisów, ani nie są wykonywane w oparciu o metodologię i techniki wynikające z przepisów lub innych regulacji prawnych odnoszących się do wycen nieruchomości. Natomiast przyspieszają i ułatwiają proces zbierania ofert podobnych nieruchomości z danej okolicy i wyciągania na tej podstawie wniosków przez właściciela lokalu mieszkalnego co do najbardziej realnej w danym okresie ceny transakcyjnej.

Oczywiście tego typu narzędzia nie biorą pod uwagę wiele czynników, które uwzględniane są przez rzeczoznawców, np. ewentualnych wad prawnych lokalu ani specyficznych niestandardowych parametrów. Nie zastąpią więc profesjonalnych wycen. Są natomiast dużo tańszym lub wręcz darmowym rozwiązaniem oraz szybszym niż usługa rzeczoznawcy sposobem na poznanie realnej wartości lokalu. Wśród płatnych narzędzi dostępnych na polskim rynku są wyceniarki Urban.One oraz Ceny.szybko.pl, a całkowicie bezpłatnie od kilku tygodniu możliwość automatycznej wyceny nieruchomości na podstawie danych ofertowych setek tysięcy nieruchomości oferuje platfroma Rentier.io.

Nasza platforma, bez potrzeby zakładania konta czy podawania maila, daje możliwość sprawdzenia w kilka sekund rezultatów automatycznej wyceny nieruchomości wraz z listą ofert podobnych nieruchomości w okolicy – mówi Anton Bubiel z Rentier.io. – Przedstawiane estymacje przygotowane są na podstawie cen ofertowych zbliżonych pod kątem lokalizacji, typu i wieku budynku, parametrów technicznych i standardu innych lokali mieszkalnych – dodaje Bubiel.

Korzystanie z automatycznej wyceny nieruchomości jest dobrym rozwiązaniem dla właścicieli, którzy rozważają sprzedaż nieruchomości i chcą lepiej poznać aktualną sytuację rynkową. Takie narzędzia mogą być również przydatna dla osób, które dopiero planują zakup mieszkania i chcą zorientować się co do cen interesujących ich nieruchomości lub ocenić czy oferta, którą rozważają jest atrakcyjna cenowo. Nie muszą przeglądać wielu portali przeszukując setki ogłoszeń, aby zorientować się w cenach w wybranej lokalizacji.

Serwisy rekrutacyjne informują, że widać wyraźny zastój w ogłoszeniach o pracę dla informatyków

Według danych szacunkowych, w Polsce brakuje ponad 50 tys. specjalistów z branży IT. Serwisy rekrutacyjne informują, że w ciągu roku liczba publikowanych ofert utrzymała się na podobnym poziomie lub nieznacznie spadła. Pracodawcy szukają głównie programistów, co ma związek z automatyzacją procesów w wielu dziedzinach. Szanse na zatrudnienie mają również kandydaci dopiero wchodzący na rynek, zwłaszcza znający Androida czy Angulara. Wolne stanowiska są do obsadzenia przede wszystkim w Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Poznaniu i we Wrocławiu. Jednak, zdaniem ekspertów, coraz większe znaczenie będzie mieć praca zdalna. Najczęściej zapotrzebowanie na personel zgłaszają duże i małe firmy, w tym startupy.

Znikające oferty

Branża IT rośnie, a jednocześnie odnotowuje ogromny niedobór kadr. Niezmiennie szacuje się, że brakuje ponad 50 tysięcy specjalistów, co podkreśla Anna Tomyślak, branch manager Hays w Poznaniu. Ekspert zaznacza, że ta liczba wydaje się nieprawdopodobna, ale wykwalifikowani kandydaci są poszukiwani nie tylko przez firmy technologiczne. Zapotrzebowanie zgłaszają pracodawcy z niemal każdej branży na rynku. Taka sytuacja to ogromna szansa dla profesjonalistów.

– Według danych Komisji Europejskiej, specjaliści ICT stanowią w Polsce 2,8% wszystkich pracowników. Liczba ofert dla nich jest stabilna, choć nieznacznie spadł jej udział w ogóle ogłoszeń publikowanych na Pracuj.pl. W I kwartale 2019 roku stanowiska dla tych kandydatów stanowiły 15,1% propozycji. Dokładnie tyle samo było w I kwartale 2018 roku. Z kolei z firm, których głównym profilem jest działalność z zakresu IT, w I kwartale br. pochodziło 10 166 ogłoszeń, czyli 6,7%. Rok wcześniej było 10 761 ofert, tj. 7,4% – wylicza Aleksandra Skwarska, senior PR & CSR Specialist w Grupie Pracuj.

Z kolei jak wskazuje Aleksandra Wesołowska z Praca.pl, w I kwartale 2018 roku pojawiło się blisko 8100 ogłoszeń o pracę z obszaru informatyki i programowania. Więcej ofert dotyczyło sprzedaży i pracy fizycznej. W pierwszych trzech miesiącach br. propozycji z branży IT było blisko 6500, jednak ten obszar spadł z trzeciego na piąte miejsce. Wyprzedziły go przemysł i produkcja oraz serwis, technika i montaż. Natomiast w serwisie InfoPraca.pl pojawiło się w I kwartale br. niemal 51 000 ofert pracy. 5600 z nich dotyczyło branży IT, o czym informuje Marek Jurkiewicz z tej giełdy pracy. W kwartale wcześniejszym było o blisko 3 tysiące mniej.

– W ubiegłym roku pojawiło się u nas 2861, a 2019 roku – 2357 ogłoszeń związanych z IT. To spadek o 18%, jeden z największych ze wszystkich kategorii w OLX Praca w ogóle. Jednak nie przyjmowałabym tego za pewnik dla całego sektora. Skala ogłoszeń o pracę w IT stanowi zbyt mały udział w naszym serwisie, by wnioskować, że to odzwierciedla sytuację na całym rynku. Ogólnie mamy 2% mniej ogłoszeń w I kwartale 2019 niż w tym samym okresie rok wcześniej – komentuje Paulina Rezmer, PR Specialist w Grupie OLX.

W serwisie GazetaPraca.pl pojawia się już coraz mniej ogłoszeń o pracę. Jak informuje Paweł Lewit,  dyrektor sprzedaży w GoldenLine, działalność Agory w tym obszarze skupia się w tej chwili na rozwoju tej platformy. W pierwszym kwartale 2019 roku było 599 ogłoszeń skierowanych do IT, co stanowiło 7% ogółu. Rok wcześniej pojawiło się ich 1897. Ekspert podkreśla, że spadek był charakterystyczny nie tylko dla tej branży, ale dla wszystkich ofert. Według Aleksandry Skwarskiej, duża rywalizacja o kadry IT sprawia, że firmy muszą działać kompleksowo. Ogłoszenia na portalach rekrutacyjnych stanowią tylko część rozbudowanej siatki działań HR skierowanych na utrzymanie obecnego zespołu i zatrudnianie nowych pracowników.

Dla kogo praca?

– Widzimy niesłabnące zapotrzebowanie firm na wykwalifikowanych specjalistów w określonych technologiach. Na uwagę szczególnie zasługują tu JavaScript, Java, Python, Angular, .NET, a także React. W tym przypadku określenie rynek pracownika jest w pełni zasadne, choć warto wyjaśnić, że obowiązuje szczególnie dla osób obdarzonych wysokimi kompetencjami. Najwięcej ofert pracodawcy opublikowali w kategorii IT – programowanie/analizy – mówi Marek Jurkiewicz.

Jak wskazuje Julita Iks z agencji rekrutacyjnej Experis, popyt na programistów wynika z automatyzacji procesów w wielu dziedzinach. Wpływa to na znaczne obniżenie kosztów pracy, dlatego firmy bardzo chętnie inwestują w takie rozwiązania. Zdaniem eksperta, jest to zauważalny trend, który w najbliższym czasie nie ulegnie zmianie.

– Automatyzacja coraz mocniej dotyczy branży przemysłowej i produkcyjnej. Poszukiwani są specjaliści w przemyśle 4.0 posiadający kombinację konkretnych i trudno dostępnych umiejętności IT, a także doświadczenie i wiedzę z zakresu funkcjonowania procesów produkcyjnych. W innych branżach, gdzie automatyzacja również odgrywa kluczową rolę, szybko rośnie popyt na specjalistów i programistów RPA, tj. robotyzacji procesów biznesowych. W tym przypadku wymagana jest znajomość technologii takich, jak BluePrism, UIPath, Automation Anywhere, Softomotive, WinAutomation lub VBA – wyjaśnia Anna Tomyślak.

Co ciekawe, Aleksandra Wesołowska dodaje, że w serwisie Praca.pl najczęściej poszukiwani są programiści Java i .NET. Jednak coraz częściej pojawiają się też ogłoszenia dla specjalistów od programowania aplikacji. Natomiast Marek Jurkiewicz zaznacza, że dla osób stawiających pierwsze kroki w branży IT szansą będzie znajomość Androida czy Angulara.

– Najwięcej ofert kierowanych jest do ekspertów w obszarze tworzenia oprogramowania i aplikacji. Będzie ich przybywać, ponieważ digitalizacja obejmie kolejne obszary życia. Najdynamiczniejszego wzrostu doświadcza segment oprogramowania, co widać w prowadzonych projektach rekrutacyjnych. Programiści Java, C, C++, PHP oraz Python są poszukiwani na szeroką skalę. Jest to rezultat cyfryzacji, ale także konieczności modernizowania infrastruktury IT, aby funkcjonowała w zgodzie z przepisami prawnymi. Ta specjalizacja to zdecydowanie szansa dla najmłodszych kandydatów – zaznacza branch manager Hays w Poznaniu.

Natomiast jak zauważa Sergiusz Diundyk, ekspert ds. nowych technologii oraz automatyzacji procesów w branży IT, słowa programista i deweloper są używane przez ogłoszeniodawców jako synonimy. Jego zdaniem, w polskich firmach informatycznych dopiero zaczyna się wdrażanie pełnych procesów wytwarzania bezawaryjnego oprogramowania. To prawdopodobnie spowoduje zwiększenie zapotrzebowania na architektów systemowych i testerów.

Duże ośrodki i zdalnie

– Pod względem liczby ofert pracy w IT prym wiodą Warszawa, Kraków i Wrocław, a więc Mazowsze, Małopolska i Dolny Śląsk. Najmniej ogłoszeń publikowanych jest w województwach: warmińsko-mazurskim, podkarpackim i świętokrzyskim. Sytuacja wyglądała podobnie w pierwszym kwartale 2018 roku – analizuje Aleksandra Wesołowska.

Ekspert z serwisu InfoPraca.pl dodaje jeszcze Trójmiasto i Poznań wśród ośrodków, w których pracodawcy zgłaszają największe zapotrzebowanie na informatyków. W OLX czołówkę w I kwartale br. stanowiły Warszawa, Kraków, Poznań i Wrocław. W dziesiątce znalazły się też Katowice, Łódź, Szczecin, Lublin, Olsztyn oraz Bydgoszcz.

– Duże aglomeracje miejskie są najbardziej atrakcyjne z punktu widzenia prowadzenia biznesu IT. Są to silne ośrodki, które dysponują wysoką liczbą absolwentów, nowoczesną powierzchnią biurową oraz wykwalifikowaną kadrą. Bardzo ważnym aspektem jest również siatka komunikacyjna, czyli dostęp do lotnisk czy autostrad. Jest to istotne zwłaszcza dla dużych, międzynarodowych korporacji – stwierdza Julita Iks.

W opinii Marka Jurkiewicza, prawdopodobnie 2019 rok będzie początkiem zmian związanych z miejscem wykonywania obowiązków zawodowych. Przewiduje się, że na znaczeniu zyska praca zdalna. Obecnie stanowi ona odpowiedź na potrzeby i oczekiwania młodych specjalistów.

– Projektanci, architekci systemowi, programiści, testerzy, menedżerowie projektów czy administratorzy serwerów mogą wykonywać swoje obowiązki właściwie z dowolnego miejsca. Firmom potrzebne jest jedynie wypracowanie albo zapożyczenie od np. amerykańskich kolegów, odpowiedniej kultury pracy zdalnej. Ale to jest raczej kwestia czasu, bo to przecież dzieje się na całym świecie – podkreśla Sergiusz Diundyk.

Tymczasem Aleksandra Wesołowska informuje, że w ciągu roku nie zmienił się profil pracodawców poszukujących informatyków. Zdecydowanie przeważają duże i małe firmy, w tym startupy. Średniej wielkości przedsiębiorstwa stanowią najmniejszy procent ogłoszeniodawców. Jak dodaje Paweł Lewit, w serwisie GoldenLine personel IT był najczęściej poszukiwany przez duże przedsiębiorstwa. Jednak w porównaniu z pierwszym kwartałem 2018 roku, w tej grupie zmalał udział agencji doradztwa personalnego.

– U małych pracodawców kadra informatyczna podlega dużej rotacji, bo często ich nie stać nawet na średnie rynkowe wynagrodzenie. To znaczy, że przychodzą tam początkujący informatycy, trochę się uczą i zaraz otrzymują atrakcyjniejsze oferty od większych graczy. Natomiast średniej wielkości firmy nie zatrudniają wielu specjalistów IT i mają bardziej stabilną sytuację kadrową – podsumowuje Sergiusz Diundyk.

Miasta w Polsce najbardziej atrakcyjne dla biznesu

Warszawa, Wrocław, Poznań, Łódź, Trójmiasto, Kraków, Szczecin, Lublin – to miasta poddane analizie w badaniu Antal – Business Environment Assesment Study. Rozwój inwestycyjny polskich aglomeracji w głównej mierze jest kształtowany przez potencjał zatrudnienia, infrastrukturę i dostępność powierzchni biurowych, a także rozwój lokalnego biznesu. Jak w zestawieniu wypadają poszczególne miasta?

Antal jako ekspert rynku pracy, Cushman & Wakefield i Vastint czuwające merytorycznie nad informacjami odnośnie infrastruktury i nieruchomości – opracowali drugą edycję cyklu raportów BEAS, które przedstawiają szeroką i kompleksową ocenę biznesową oraz są wzbogacone o twarde dane rynkowe dotyczące potencjału inwestycyjnego w ośmiu polskich miastach.

Raporty powstały w oparciu o subiektywną ocenę decydentów w firmach obecnych w Polsce, zajmujących stanowiska prezesów, członków zarządów oraz dyrektorów departamentów. W badaniu analizie poddano osiem czynników, które wpływają na atrakcyjność miast i zachęcają do inwestycji. Są to m.in.: infrastruktura, wskaźniki rynku pracy, potencjał edukacyjny, ocena lokalizacji jako miejsca do życia czy wsparcie administracji publicznej. Respondentów poproszono o ewaluację otoczenia biznesowego w miastach, w których funkcjonują w skali 1-10. Dodatkowo raport został wzbogacony o twarde dane z rynku (koszty życia, stawki nieruchomości biurowych, wynagrodzenia oferowane przez pracodawców), dostarczone m.in przez: Antal, Cushman & Wakefield, Vastint, ABSL, GUS, NBP.

– Otoczenie biznesowe firmy w wysokim stopniu wpływa na dynamikę rozwoju organizacji. Elementy takie jak infrastruktura czy potencjał powierzchni biurowej bezpośrednio przekładają się na wskaźniki efektywności finansowej. Równie ważny jest potencjał kapitału ludzkiego w regionie, wysoka konkurencyjność, dobrze rozwinięte środowisko biznesowe, a także innowacyjne rozwiązania i produkty. Wszystkie te czynniki tworzą zupełnie nową rzeczywistość inwestycyjną, którą przedstawiamy w 8 raportach potencjału inwestycyjnego polskich miast – podkreślił Artur Skiba, prezes Antal i wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.

Nieruchomości

Analizując wskaźnik atrakcyjności nieruchomości w poszczególnych miasta ocenie poddano: dojazd do biura komunikacją publiczną, jakość dostępnej powierzchni biurowej, dostępność przestrzeni biurowej, jakość usług dodatkowych znajdujących się w budynku lub w bezpośrednim sąsiedztwie, a także atrakcyjność cen powierzchni biurowej. W zależności od rodzaju inwestycji, warto wybrać miasto, które może pochwalić się najwyższym wskaźnikiem istotnej dla biznesu oceny. Dla jednych będzie to korzystna stawka, dla innych kreatywne wnętrza.

Liderzy w kategorii „Nieruchomości”:

  1. Lublin – 7,8 pkt. w 10-stopniowej skali
  2. Trójmiasto – 7,4 pkt. w 10-stopniowej skali
  3. Kraków – 7,2 pkt. w 10-stopniowej skali

– Lublin po raz kolejny potwierdził swoją silną pozycję wśród najbardziej atrakcyjnych, pod względem inwestycyjnym, miast w Polsce. Jest to niewątpliwie doskonały wybór dla firm poszukujących oszczędności z tytułu kosztów operacyjnych, które w Lublinie są o ok. 20%-30% niższe niż w Polsce Centralnej czy Zachodniej. Dla potencjalnych inwestorów ważne są jednak nie tylko względy finansowe, ale także otoczenie biznesowe, jakość budynków biurowych oraz dostępność do udogodnień poprawiających jakość życia mieszkańców – w Lublinie są one na najwyższym poziomie – powiedziała Agnieszka Gułaś, Negocjator w Dziale Powierzchni Biurowych, Cushman & Wakefield.

Istotną determinantą decyzji inwestycyjnych jest wypadkowa ceny i jakości danej nieruchomości biurowej. Stawki za wynajem przestrzeni w badanych miastach wahają się od 13,30 EUR za mkw. miesięcznie w Szczecinie, przez 14,75 EUR/m2/miesięcznie we Wrocławiu, po nawet 23,75 EUR w Warszawie.

– Prognozy dla rynku biurowego pozostają nadal wyjątkowo pozytywne. Wielkość podaży nowoczesnej przestrzeni biurowej w Warszawie i głównych miastach regionalnych szacowna na ok. 10 milionów m², plasuje Polskę na pozycji lidera w regionie CEE oraz w czołówce rankingu najdynamiczniej rozwijających się ryków w Europie. Warto zwrócić uwagę, że popyt na powierzchnie biurowe w wiodących miastach regionalnych jest obecnie na fali wznoszącej. Kluczowym najemcą są firmy sektora nowoczesnych usług dla biznesu. W ubiegłym roku branża BPO, SSC, IT i R&D odpowiadała za blisko 60% całego zarejestrowanego w ubiegłym roku popytu na lokalnych rynkach biurowych (poza Warszawą) oraz 30% w całej Polsce – wyjaśnił Radosław Kostka, Acquisition Manager, Vastint Poland.

Infrastruktura

Polska dynamicznie rozwija infrastrukturę zarówno transportową, drogową, kolejową, lotniczą jak i morską – co istotnie wpływa na wzrost zainteresowania potencjalnych inwestorów. Przykładowo ważnym atutem Trójmiasta, który szczególnie wyróżnia aglomerację w porównaniu do pozostałych ośrodków miejskich w kraju, jest bezpośrednia dostępność do największego w Polsce portu morskiego. W innych lokalizacjach siłą będzie infrastruktura komunikacyjna, np. w Warszawie. Warto zwrócić uwagę również na Łódź, która mimo tego, że nie mieści się w pierwszej trójce liderów w kategorii nieruchomości, jednocześnie posiada najwyższe noty dla transportu drogowego, rozumianego jako transfer międzymiastowy (8,6 pkt. w 10-stopniowej skali) oraz dla transportu kolejowego (7,9 pkt.).

Liderzy w kategorii „Infrastruktura”:

1.Warszawa i Trójmiasto – 7,4 pkt. w 10-stopniowej skali

  1. Kraków – 7,2 pkt. w 10-stopniowej skali
  2. Poznań – 7,1 pkt. w 10-stopniowej skali

Potencjał biznesowy

Dobre warunki do rozwoju biznesu to czynnik kluczowy zarówno dla lokalnych przedsiębiorców, jak i zewnętrznych inwestorów. Atrakcyjność Polski potwierdzają najnowsze dane Narodowego Banku Polskiego, który w 2018 roku odnotował 20% wzrost transakcji inwestycji zagranicznych względem roku 2017. Przewagą naszego kraju jest przede wszystkim wysoka jakość kadr, dostępność poddostawców, a co za tym idzie – rozwinięta infrastruktura biznesowa. Badany w raporcie wskaźnik potencjału biznesowego miast oznacza nasycenie rynku firmami konkurencyjnymi (gdzie 0 oznacza brak konkurencji, a 10 – praktycznie wszystkie firmy konkurencyjne są obecne w lokalizacji). Warto zaznaczyć, że tam, gdzie wskaźnik konkurencji jest nadal niski, tam inwestorzy mają większe możliwości ekspansji rynkowej.

Liderzy w kategorii „Potencjał biznesowy”:

  1. Wrocław – 7,8 pkt. w 10-stopniowej skali
  2. Warszawa – 7,6 pkt. w 10-stopniowej skali
  3. Kraków – 7,3 pkt. w 10-stopniowej skali

Siła kapitału ludzkiego

Na kondycję rynku pracy w danym regionie ma wpływ kilka czynników. Potencjalni inwestorzy zwracają uwagę na zaplecze edukacji wyższej – liczbę uczelni, jakość kształcenia – a także zaplecze edukacji zawodowej. Szczególnie istotnym wskaźnikiem jest liczba studentów na danym kierunku, którzy stanowią potencjał edukacyjny, rozumiany jako dostępność przyszłych pracowników. Przykładowo Wrocław może pochwalić się dużym zasobem inżynierów – 17, 6 tys.. W Poznaniu prym wiodą kierunki lingwistyczne – 25,2 tys. studentów. Z kolei najwięcej pracowników IT znajdziemy w Warszawie – ponad 16 tys. studentów.

Liderzy w kategorii „Potencjał edukacyjny, rozumiany jako dostępność przyszłych pracowników”:

  1. Kraków – 8,6 pkt. w 10-stopniowej skali
  2. Trójmiasto i Lublin – 7,9 w 10-stopniowej skali
  3. Warszawa i Wrocław – 7,8 w 10-stopniowej skali.

Potencjał zatrudnienia

Wskaźnik potencjału zatrudnienia pokazuje dostępność już wyszkolonej kadry w poszczególnych aglomeracjach. Jeżeli inwestycja zakłada potrzebę zaangażowania dużej liczby inżynierów lub lingwistów, warto wziąć pod uwagę ten czynnik. Jak wynika z raportu, liderem pod względem wyspecjalizowanej kadry jest Lublin. Wszystko dlatego, że lokalny rynek cechuje niską rotacją pracowników – rodowici lublinianie niechętnie migrują w poszukiwaniu pracy. Jednocześnie co 5. mieszkaniec miasta tylko raz w życiu zmienił pracodawcę, a co 3. pracuje w tym samym miejscu całe życie. Podczas gdy w Warszawie obserwujemy wyższy popyt talentów niż podaż, Lublin nadal cieszy się dostępnością wyspecjalizowanych kadr.

Liderzy w kategorii „Potencjał zatrudnienia”:

  1. Lublin – 7,4 pkt. w 10-stopniowej skali
  2. Warszawa – 7,2 pkt. w 10-stopniowej skali
  3. Kraków – 7,0 w 10-stopniowej skali

– Szczególną rolę w budowaniu infrastruktury biznesowej polskich miast odgrywa branża nowoczesnych usług dla biznesu, która jest jedną z najszybciej rozwijających się branży w Polsce. Dlatego lokalizacje, które mogą pochwalić się dużym nasyceniem specjalistami w dziedzinie finansów, z dodatkową znajomością języków czy specjalistów IT, są częściej dostrzegani przez inwestorów. Stąd Warszawa, Kraków i Wrocław, posiadające ogromne zaplecze najlepszych talentów, skupiają również niemal połowę działających w Polsce ośrodków obsługi biznesu, w których pracuje większość osób zatrudnionych w tym segmencie w naszym kraju – wyjaśniła Karolina Korzeniewska, Account Executive CEE, Antal.

Ocena lokalizacji jako miejsca do życia

Kapitał ludzki stanowi jeden z najważniejszych czynników wyboru lokalizacji inwestycyjnych. Dlatego coraz ważniejsze stają się potrzeby pracowników w kontekście kosztów życia, wygody i miejsca, w którym będą chcieli pozostać. Dziś oferta kulturalna czy oferta handlowa, stają się również czynnikami rozwoju biznesowego danej aglomeracji. Miasta organizują eco kampanie, walczą ze smogiem i konsekwentnie dążą do osiągnięcia poziomu światowych Smart Cities. Wyścig ten niezmiennie od kilku lat wygrywa Trójmiasto, które zdobywa równie wysokie pozycje w międzynarodowych rankingach wyprzedzając m.in. Lizbonę, Paryż i Rzym.

Badanie Antal Business Environment Assessment Study zostało prowadzone w latach 2017-2019 na próbie 588 decydentów w firmach obecnych w Polsce, zajmujących stanowiska prezesów, członków zarządów oraz dyrektorów departamentów. Badanie było prowadzone metodą CATI oraz CAWI. Raport został uzupełniony danymi Antal, Cushman & Wakefield ABSL, Forbes, CBRE oraz GUS, Lista 500 Polityka, BISNODE, Forbes, NBP, Investinpomerania.pl.

J. Kwieciński: Firmy mogą liczyć na większe wsparcie z następnego budżetu UE. Priorytetem będzie finansowanie prac badawczo-rozwojowych

J. Kwieciński: Firmy mogą liczyć na większe wsparcie z następnego budżetu UE. Priorytetem będzie finansowanie prac badawczo-rozwojowych 1

Wspieranie innowacyjności polskich firm poprzez finansowanie prac badawczo-rozwojowych jest priorytetem w polityce spójności w tej perspektywie finansowej – mówi minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński. W przyszłej perspektywie środków na ten cel ma być jeszcze więcej. Dzięki unijnym środkom Polska nadrabia dystans dzielący ją od najbogatszych gospodarek Europy. Za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego, który wdraża instrumenty finansowe z obecnej perspektywy unijnej, do polskich firm trafiają znaczące sumy z Unii Europejskiej, m.in. na rozwój innowacji. Wartość innowacyjnych projektów inwestycyjnych, które otrzymają dofinansowanie z BGK, to ponad 13 mld zł.

Obecność Polski w Unii Europejskiej dała nam turbodoładowanie. Zaczęliśmy się rozwijać znacznie szybciej w stosunku do UE. Szacujemy, że fundusze europejskie odpowiadają za 16–17 proc., czyli około 1/6 procesu konwergencji, wyrównywania dystansu wobec Unii Europejskiej. To pokazuje, że potrafiliśmy dobrze wykorzystać zarówno obecność Polski w Unii Europejskiej, jak i same fundusze europejskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.

Jak podkreśla, 30 lat temu w Polsce poziom PKB na mieszkańca wynosił 40 proc. unijnej średniej. 15 lat później, kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, było to prawie 50 proc., natomiast w tej chwili to 70 proc. unijnej średniej. Według rządowych prognoz na koniec obecnej dekady PKB w przeliczeniu na mieszkańca w Polsce ma już sięgać 75 proc. średniej UE.

Polska jest największym beneficjentem unijnych funduszy. Według danych KE w latach 2004–2020 na inwestycje w Polsce Unia przeznaczy w sumie 175 mld euro z funduszy strukturalnych i inwestycyjnych oraz 18,3 mld euro od 2014 roku z Planu Junckera.

Wspieranie innowacyjności polskich firm poprzez finansowanie prac badawczo-rozwojowych jest priorytetem w polityce spójności w tej perspektywie finansowej – mówi Jerzy Kwieciński. – Firmy małe i średnie mogą uzyskać wsparcie zarówno na same projekty badawczo-rozwojowe, jak i na komercjalizację wyników swoich badań. Zakładamy, że w kolejnej perspektywie finansowej UE tego wsparcia będzie więcej. Wynika to z podejścia Komisji Europejskiej, aby wzmacniać konkurencyjność europejskiej gospodarki właśnie poprzez innowacyjność, jak i krajowej polityki oraz Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, w której przestawienie naszej gospodarki na innowacje jest jednym z absolutnych priorytetów.

Zadania związane z wdrażaniem instrumentów finansowych z unijnej perspektywy finansowej na lata 2014–2020 realizuje Bank Gospodarstwa Krajowego. Wartość środków europejskich, które powierzono BGK w obecnej perspektywie finansowej, wzrosła o 153 proc. w stosunku do poprzedniego okresu finansowania. W perspektywie 2007–2013 było to 4,3 mld zł, obecnie jest to ponad 11 mld zł.

– Bank Gospodarstwa Krajowego jest aktywny w dystrybucji pomocy unijnej poprzez instrumenty finansowe, z których najpopularniejsze są pożyczki, poręczenia, reporęczenia czy wejścia kapitałowe. Pełnimy rolę tzw. menadżera funduszu funduszy, co oznacza, że otrzymujemy środki od samorządów wojewódzkich, które następnie, dzieląc na mniejsze kwoty, przekazujemy pośrednikom finansowym. Ci docierają do przedsiębiorców zlokalizowanych w całej Polsce – mówi Przemysław Cieszyński, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

W ubiegłym roku łączna wartość środków powierzonych BGK przez władze województw wyniosła ok. 5,6 mld zł. BGK dystrybuuje je z pomocą innych instytucji finansowych, w formie pożyczek kierowanych głównie do MŚP.

Z regionalnych programów operacyjnych, których wypłaty rozpoczęły się pod koniec 2017 roku, przekazaliśmy beneficjantom końcowym już ponad 1 mld zł przy udziale pośredników finansowych – mówi Przemysław Cieszyński. – Znakomita większość tych instrumentów trafia do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. Realizujemy Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, więc chcemy wspierać te segmenty gospodarki, gdzie dominuje polski kapitał. Powoli pomagamy w ten sposób budować krajowy kapitał, który będzie miał coraz większy udział w polskiej gospodarce.

Za pośrednictwem BGK do polskich firm trafiają znaczące sumy m.in. na rozwój innowacji. Wartość innowacyjnych projektów inwestycyjnych, które otrzymają dofinansowanie z BGK, to ponad 13 mld zł.

Sukcesywnie rozwijamy ofertę gwarancyjną dla sektora MŚP. Obecnie mamy cztery produkty – gwarancje dla sektora kreatywnego i kultury, gwarancje dla przedsiębiorców z sektora telekomunikacyjnego, gwarancje udzielane z programu COSME na warunkach rynkowych, które również finansują działalność bieżącą i inwestycyjną, oraz gwarancje Biznesmax na wsparcie innowacyjnych firm. To szeroka paleta, z której przedsiębiorcy mogą korzystać stosownie do swoich potrzeb – mówi Halina Wiśniewska, dyrektor departamentu gwarancji i poręczeń w BGK.

Gwarancja Biznesmax jest bezpłatnym zabezpieczeniem spłaty kredytu, udzielanym przez BGK tym przedsiębiorcom, którzy w bankach komercyjnych chcą zaciągnąć kredyt na finansowanie projektów rozwojowych i badawczych. Jest to instrument współfinansowany z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój (POIR). Jego celem jest zwiększenie potencjału innowacyjności w sektorze MŚP. Wartość całego projektu to prawie 1,3 mld zł, przy czym 185 mln zł to krajowy wkład prywatny, a reszta – środki europejskie.

Jak podkreśla Halina Wiśniewska, instrument ten jest dopiero od niedawna wprowadzany na rynek, ale do przedsiębiorców trafiło już 150 mln zł zabezpieczonych gwarancjami.

Przedsiębiorcy, którzy skorzystają z tej gwarancji, będą mogli otrzymać z BGK dopłatę do odsetek od kredytu. Dla przykładu, jeżeli klient skorzysta z gwarancji w kwocie 3 mln zł, to otrzyma z BGK wpływ gotówki na rachunek w kwocie około 560 tys. zł. Warunkiem jest jedynie to, żeby projekt, który jest sfinansowany kredytem z gwarancją Biznesmax, został zrealizowany – mówi Halina Wiśniewska.

Gwarancja Biznesmax pokrywa do 80 proc. wartości kredytu do maksymalnej kwoty 2,5 mln euro. Nie jest objęta prowizją, a maksymalny okres gwarancji wynosi 20 lat.

GDDKiA zlikwiduje przed wakacjami nieczynny punkt poboru opłat na A2. Bez dotkliwych strat dla kasy państwa

GDDKiA zlikwiduje przed wakacjami nieczynny punkt poboru opłat na A2. Bez dotkliwych strat dla kasy państwa 2

Jeszcze przed sezonem wakacyjnym zostanie zlikwidowany uciążliwy dla kierowców, nieczynny punkt poboru opłat na pruszkowskim węźle autostrady A2. Dzięki temu kierowcy będą mieć do dyspozycji po dwa pasy ruchu w każdym kierunku i nie będą zmuszeni zwalniać – zapowiada Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Wpływy z przejazdu samochodów do 3,5 tony nie będą na tym odcinku wpływać do kasy państwa, ale nie spowoduje to większych strat dla budżetu, bo i tak 70–80 proc. wpływów z systemu poboru do państwowej kasy opłat generują pojazdy ciężkie.

Obecnie pobór opłat realizuje Główny Inspektor Transportu Drogowego. Natomiast sama decyzja dotycząca poboru opłat jest po stronie rządowej. Pojawiła się informacja, że na trasie Warszawa – Łódź na autostradzie A2 opłaty od pojazdów lekkich nie będą pobierane, więc mogliśmy przystąpić do rozbiórki placu poboru opłat w Pruszkowie, gdzie były gotowe już tzw. wysepki oraz infrastruktura podziemna. Obecnie są likwidowane, żeby w wakacje można było już tamtędy przejechać płynnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Prace związane z likwidacją bramek do poboru opłat na pruszkowskim węźle A2 rozpoczęły się już w połowie marca. Wykonawca ma na to czas do końca czerwca, a po zakończeniu remontu kierowcy będą mieć do dyspozycji po dwa pasy w każdym kierunku, dzięki czemu ruch ma się odbywać bardziej płynnie.

Tam, gdzie będzie taka decyzja po stronie rządowej, będziemy wdrażać infrastrukturę związaną z poborem opłat. Tam, gdzie zapadnie decyzja odwrotna, tak jak w przypadku A2 Warszawa – Łódź, przystąpiliśmy bezzwłocznie do usuwania przygotowanego placu poboru opłat. W wakacje będziemy mogli już podróżować tym odcinkiem w standardzie autostradowym – mówi Jan Krynicki.

Rzecznik GDDKiA ocenia, że trudno oszacować, jakie straty dla budżetu państwa spowoduje wyłączenie tego odcinka autostrady A2 z manualnego poboru opłat.

– Zakładając, że wpływ z poboru opłat, nie licząc samych kosztów, to ok. 2 mld zł, z czego 20 proc. stanowią cztery odcinki poboru od pojazdów lekkich, wówczas możemy przyjąć, że każdy z odcinków generuje ok. 150–200 mln zł. Teoretycznie można więc założyć, że ta kwota nie będzie trafiać do kasy państwa. Z drugiej strony realizacja takiego placu poboru opłat w poprzek autostrady powoduje spowolnienie ruchu i określone straty dla gospodarki, tranzytu i każdego z podróżujących. Musimy się wtedy zatrzymać, opłacić, później przyspieszyć, co powoduje większe spalanie, większe zużycie, ale przede wszystkim powoduje spowolnienie ruchu i zatory, które generują konkretne straty dla całej gospodarki – wyjaśnia Jan Krynicki.

Rzecznik GDDKiA podkreśla, że i tak około 70–80 proc. wpływów do Krajowego Funduszu Drogowego z systemu poboru opłat generują pojazdy ciężkie.

Sieć elektronicznego poboru opłat od pojazdów ciężkich sięga już niemal 4 tys. km i jest rozwijana. Dzięki temu bez budowy dodatkowej infrastruktury w postaci tzw. bramek, czyli placów poboru opłat w poprzek autostrady, Generalny Inspektor Transportu Drogowego realizuje pobór opłat od pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony. W przypadku pojazdów lekkich poniżej 3,5 tony mówimy o opcjonalnym poborze elektronicznym bądź manualnym – mówi Jan Krynicki.

Od 3 listopada ubiegłego roku poborcą opłaty elektronicznej jest Główny Inspektor Transportu Drogowego, który przejął od GDDKiA zadania związane z poborem opłaty za przejazd po drogach, płatnych odcinkach autostrad oraz wprowadzaniem, eksploatowaniem i rozwijaniem elektronicznego systemu poboru opłat viaTOLL (zasady użytkowania systemu i uiszczania opłaty pozostały bez zmian).

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad jedynie utrzymuje te drogi – mówi Jan Krynicki.

Jednocześnie trwają prace nad nowym elektronicznym system poboru opłat od kierowców.

Pod Wrocławiem rozpoczął działalność zakład do przeglądu i naprawy silników samolotowych m.in. Lufthansy. Inwestycja warta jest 1 mld zł

Pod Wrocławiem rozpoczął działalność zakład do przeglądu i naprawy silników samolotowych m.in. Lufthansy. Inwestycja warta jest 1 mld zł 3

Powstający za miliard złotych zakład XEOS w Środzie Śląskiej, gdzie do przeglądu i naprawy trafiają najnowocześniejsze silniki wykorzystywane m.in. w samolotach Lufthansy, rozpoczął już działalność. Właśnie rusza drugi etap inwestycji – budowa specjalistycznej komory do testowania silników samolotowych. Taki element ma na wyposażeniu tylko kilka zakładów na świecie. Jednocześnie firma cały czas rekrutuje pracowników, których docelowo ma być ponad 600.

– Zakład rozpoczął działalność w kwietniu tego roku. Przyjęliśmy pod nasz dach pierwsze silniki – największe cywilne silniki lotnicze i rozpoczęliśmy ich serwis. Uroczyste otwarcie zaplanowane jest na wrzesień. Teraz jesteśmy w fazie pozyskiwania nowych pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Pietranik-Pacuła, Head of Communication XEOS.

Zakład serwisowania silników lotniczych XEOS w Środzie Śląskiej pod Wrocławiem to wspólne przedsięwzięcie Lufthansy Technik i GE Aviation. Do przeglądu i naprawy trafiają tu najnowocześniejsze silniki produkcji GE Aviation, wykorzystywane w samolotach Lufthansy i innych pasażerskich linii lotniczych.

W tym roku do serwisu trafi ponad 20 silników samolotowych, jednak docelowo będzie ich około 200 rocznie. Od 2021 roku mają tu trafiać także jedne z najnowocześniejszych na świecie silników lotniczych GE9X.

Rozpoczyna się drugi etap naszego projektu, czyli budowa komory testowej – mówi Marta Pietranik-Pacuła. – Na początku silnik jest czyszczony, diagnozowany i serwisowany zgodnie z wymogami jego właściciela, czyli linii lotniczej. Tuż przed wmontowaniem z powrotem do samolotu musi zostać przetestowany. W tej chwili niewiele zakładów na całym świecie ma taką możliwość. My zyskamy ją w 2021 roku.

Zakład cały czas jest w trakcie rekrutacji nowych pracowników. Aktualna kadra liczy ok. 300 osób, ale docelowo ta liczba ma wzrosnąć do 600.

– Zespół cały czas rośnie. Musimy przyjąć i wyszkolić drugie tyle pracowników. Silników też będzie coraz więcej. Pod koniec przyszłego roku trafi do nas kolejny silnik, i to taki, który jeszcze nie lata komercyjnie – mówi Marta Pietranik-Pacuła.

XEOS prowadzi rekrutację nowych kadr nie tylko w Polsce i Europie, lecz także na całym świecie. Jest to o tyle trudne, że pracownicy muszą mieć określone, specjalistyczne kompetencje zgodne wymogami prawa lotniczego.

– Pracownicy muszą mieć odpowiednie doświadczenie w pracy z silnikami lotniczymi. Tu chodzi o bezpieczeństwo pasażerów na całym świecie. Namawiamy ich do tego, żeby przeprowadzili się pod Wrocław i tutaj rozpoczęli swoją nową karierę, i udaje nam się to – mówi Marta Pietranik-Pacuła.

Jak podkreśla, w skład zespołu wchodzą w tej chwili pracownicy reprezentujący 10 różnych narodowości.

– Stanowcza większość to Polacy, którzy widzą swoją szansę również na tych podstawowych stanowiskach mechaników. Wyposażamy ich w kompetencje i szkolenia, które trwają nawet półtora roku. Dzięki temu później mogą myśleć o globalnej karierze w branży lotniczej – mówi Marta Pietranik-Pacuła.

Pracowników przyciągają też wysokie zarobki, które oferuje branża lotnicza. Dodatkowym plusem są szerokie możliwości rozwoju i kontakt z najnowszymi technologiami.

Prestiż naszych spółek matek, czyli Lufthansy Technik i GE Aviation, jest na pewno dużym wabikiem dla pracowników, którzy chcą tutaj rozpocząć karierę. Mają też możliwość uczestniczenia w tym projekcie od samego początku, budowania go od podstaw, wobec czego mają ogromną szansę na karierę, bo będą rosnąć razem z firmą – mówi Marta Pietranik-Pacuła.

Młodych kierowców gubi brawura i małe doświadczenie. Powodują najwięcej wypadków drogowych

Młodych kierowców gubi brawura i małe doświadczenie. Powodują najwięcej wypadków drogowych 4

Młodzi kierowcy w wieku 18–24 lata stanowią największą grupę zarówno sprawców, jak i ofiar wypadków drogowych. Tylko w Polsce w 2018 roku z 31,7 tys. wypadków ponad 5 tys. spowodowali właśnie młodzi kierowcy. Gubi ich szybka jazda i skłonność do brawury w połączeniu z brakiem doświadczenia oraz stosunkowo niewielkimi umiejętnościami. Niezbędną wiedzę mogą zdobyć na szkoleniach z zawodowymi kierowcami.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2018 roku w Polsce doszło do niemal 31,7 tys. wypadków drogowych. Ponad 16 proc. z nich (5,1 tys.) spowodowali kierowcy w wieku od 18 do 24 lat. Biorąc pod uwagę trzymilionową populację polskich kierowców w tym przedziale wiekowym daje to najwyższy wskaźnik – 17,5 wypadków na 10 tys. osób.

 Kierowca, który dopiero zrobił prawo jazdy, jest niedoświadczony i bardzo często nie wie, jak się zachować za kierownicą – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Czopik, kierowca rajdowy, instruktor doskonalenia techniki jazdy.

Problemem młodych kierowców jest niedostosowanie prędkości do warunków jazdy i wymuszanie pierwszeństwa. Choć znają teorię, nie wiedzą, jak zachowa się samochód w przypadku gwałtownego hamowania czy poślizgu.

 Największe zagrożenia na drodze nie zmieniły się w ciągu ostatnich lat. Zbyt duży odsetek kierowców jeździ zbyt szybko, szczególnie w miastach – mówi Tomasz Czopik. – Wymuszanie pierwszeństwa to jest rzecz, która w Polsce zbyt powoli dociera do kierowców. To jedno z najniebezpieczniejszych zdarzeń na drodze i bardzo często w Polsce niestety do tego dochodzi.

Zwykły kurs nauki jazdy daje jedynie podstawową wiedzę na temat prowadzenia auta, ale nie przygotowuje do trudnych sytuacji. Kierowcy, nawet jeśli zdają prawo jazdy, nie znają realiów zachowania się na drodze w trudnych warunkach. Te zaś mogą przybliżyć specjalne szkolenia, np. w szkole Ford Driving Skills for Life, przeznaczone dla osób w wieku 18–24 lata.

– Kiedy zdałam prawo jazdy, musiałam bardzo dużo jeszcze wyjeździć, zanim poczułam się pewnie za kierownicą. Słyszałam od mojego instruktora, że umiem jeździć, ale nieco zbyt pewnie, więc to jest tendencja młodych ludzi, że za bardzo przeceniają swoje umiejętności – ocenia Monika Taranda, uczestniczka kursu.

Kurs Ford Driving Skills for Life obejmuje m.in. naukę rozpoznawania zagrożeń na drodze, radzenia sobie w trudnych sytuacjach, uczy też, jak zachować koncentrację. Szkolenie składa się z teorii i przede wszystkim praktycznych ćwiczeń wykonywanych podczas jazdy samochodem. Dzieli się na cztery moduły.

– Jest handling, czyli łatwość w prowadzeniu samochodu – pokazujemy, co się dzieje z samochodem, kiedy wpada w poślizg, głównie nadsterowny, czyli kiedy wyprzedza nas tył samochodu – tłumaczy instruktor.

Sesja techniczna ma pokazać młodym kierowcom nowinki techniczne w samochodach, ale też przekazać podstawowe informacje o samym silniku czy systemach kontrolowania trakcji, bo tej wiedzy kierowcom często brakuje. Trzeci moduł to hamowanie przy różnych prędkościach, na różnych nawierzchniach.

 Brałem udział w dynamicznym hamowaniu, gdzie się rozpędzaliśmy i szybko hamowaliśmy. Warto wiedzieć, że kiedy ktoś nam wyjdzie na drogę, trzeba dynamicznie wcisnąć sprzęgło i hamulec, żeby nikomu nic się nie stało – mówi Jakub Konopczyński, uczestnik kursu.

Problemem kierowców, nie tylko młodych, jest korzystanie z telefonu podczas jazdy. Z europejskiego raportu bezpiecznej jazdy Vinci Autoroutes wynika, że co trzeci kierowca w Polsce pisze i czyta SMS-y czy e-maile, blisko połowa podczas jazdy rozmawia bez zestawu głośnomówiącego.

– W czwartym module rozpraszamy uwagę. To jest rzecz niebywale istotna w dobie scrollowania na telefonie, słuchania muzyki. Pokazujemy, jak niebezpieczne jest pisanie SMS-ów podczas jazdy, co się często zdarza w korku w mieście – wskazuje Tomasz Czopik.

– Zadanie polegało na tym, żebym prowadził samochód na pierwszym biegu, bez potrącania pachołków, jadąc slalomem i miałem podczas tego zadania napisać SMS – mówi Jakub Gruszczyński, uczestnik kursu. – To zadanie nauczyło mnie, że nie mogę używać telefonów podczas jazdy, muszę się skupiać na drodze i trzymać dwie ręce na kierownicy.

Od 2003 roku w zajęciach Ford Driving Skills for Life wzięło udział 38 tys. młodych kierowców z 16 krajów. W Polsce organizowane są po raz czwarty. Nowością jest kurs dotyczący rowerzystów „Podziel się drogą” i szkolenie dotyczące holenderskiej metody otwierania drzwi tak, aby nie wpadł na nie nadjeżdżający rowerzysta.

– Rowerzystów jest już 250 mln w Europie i dobrze wiemy, jak często dochodzi do kolizji z samochodami. Pokazujemy, jak ta wspólnota na drodze powinna wyglądać – podkreśla Tomasz Czopik.

Dotychczas w kursie Ford Driving Skills for Life w Polsce wzięło udział 2 tys. osób. W tym roku szkolenie odbyło się w Olsztynie i Poznaniu.

Sektor fintech potrzebuje inwestorów otwartych na większe ryzyko. W Polsce brakuje jednak dla nich zachęt

Sektor fintech potrzebuje inwestorów otwartych na większe ryzyko. W Polsce brakuje jednak dla nich zachęt 5

Start-upy działające na styku branży finansowej i technologicznej mogą być atrakcyjne z punktu widzenia inwestycyjnego. Jednak potrzeba tu większego zaangażowania inwestorów, którzy zdecydowaliby się wyłożyć środki na bardzo wczesnym etapie przedsięwzięcia przy dość dużym ryzyku. To z kolei spowodowałoby dalszy wysyp spółek z sektora fintech na polskich rynku. Brakuje jednak skutecznych zachęt, które zmotywowałyby takich inwestorów.

– Polski sektor fintech jest atrakcyjny z punktu widzenia inwestora. Na pewno pomogłaby mu bardziej większa ilość dostępnego kapitału, inwestującego na bardzo wczesnym etapie przy dużym ryzyku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Niesyto, współzałożyciel funduszu Kogito Ventures zasilanego Programem PFR Biznest, koinwestującego z grupami Aniołów Biznesu. – Myślę, że spowodowało to większy narybek takich projektów na rynku, a tym samym pomogłoby wszystkim funduszom w całym ciągu finansowania venture capital.

Inwestorów przyciągają start-upy, które od początku kierunkują swoją działalność na rynki międzynarodowe i pod to budują swoją strategię rozwoju. Kolejnym kluczowym elementem jest kompletny i kompetentny zespół.

– Najważniejszym elementem współpracy na linii inwestor – pomysłodawca jest wzajemne zaufanie do siebie. Myślę, że bez tego trudno zbudować długoterminową współpracę, a ona zwykle jest wieloletnia. Bez wzajemnego zrozumienia swoich celów i potrzeb, a także wyzwań, które stoją po obu stronach, trudno jest taki związek z sukcesem zbudować – podkreśla Wojciech Niesyto.

Kogito Ventures to jeden z funduszy wybrany do współinwestowania w start-upy finansowe, zasilany środkami z funduszu PFR Biznest i wspomagany pieniędzmi Aniołów Biznesu. Na każdą złotówkę zainwestowaną przez Kogito, drugie tyle dokładają Aniołowie. Każda ze stron oferuje po 30 mln zł. Pojedynczy projekt może liczyć na wsparcie wielkości od 500 tys. zł do 2 mln zł, a kwota ta może być maksymalnie zwiększona do 4 mln zł w kolejnych etapach inwestycyjnych. Co ważne, przy młodych projektach nie jest od nich wymagany wkład własny.

Program PFR Biznest zakłada inwestycje w pośredników finansowych w latach 2017–2020, natomiast ci mogą inwestować w spółki do 2023 roku. Państwowy fundusz łącznie dysponuje na ten cel kwotą 258 mln zł. Ten model działania ma zachęcić nie tylko start-upy do rozwijania działalności, lecz także Aniołów Biznesu do wsparcia młodych spółek. Poza pieniędzmi przedsiębiorcy otrzymują także dostęp do międzynarodowych kontaktów, wsparcie w zarządzaniu czy pomoc w przeprowadzaniu analiz finansowych.

Z danych EBAN (European Business Angels Network) wynika, że w 2018 roku łącznie fundusze niepubliczne typu venture capital zainwestowały ponad 20 mld euro, przekraczając tę barierę po raz pierwszy w historii, i to pomimo spadku liczby finansowanych projektów o jedną czwartą. Z tego inwestycje w start-upy wyniosły 3,3 mld euro wobec 1,7 mld euro w 2017 roku.

Inwestowanie anielskie rozwija się bardzo szybko, ale wciąż jest to dosyć skromne źródło. Wynika to po części z małej liczby skutecznych zachęt, np. podatkowych, do tego, żeby inwestować w projekty na bardzo wczesnym etapie. Ciekawe rozwiązania tego typu są np. na rynkach brytyjskim i niemieckim, gdzie inwestorzy inwestujący w projekty wysokiego ryzyka mogą sobie odpisywać to od podatku – tłumaczy Wojciech Niesyto.

Czwarta rewolucja przemysłowa wymusi zmianę podejścia do kształcenia inżynierów. Polskim specjalistom brakuje umiejętności miękkich

Czwarta rewolucja przemysłowa wymusi zmianę podejścia do kształcenia inżynierów. Polskim specjalistom brakuje umiejętności miękkich 6

Przemysł 4.0 nie pozbawi ludzi pracy, ale wymusi na nich dostosowanie się do nowych realiów i wymogów rynkowych. Według ekspertów polskim inżynierom brakuje przede wszystkim kompetencji miękkich, takich jak swobodna komunikacja. Tymczasem wbrew obawom czwarta rewolucja przemysłowa może się okazać czynnikiem chroniącym rynek pracy przed zmniejszeniem produkcji w fabrykach, spowodowanych depopulacją i niedoborem pracowników. Rynek Przemysłu 4.0 do 2025 roku ma zwiększyć swoją wartość ponadtrzykrotnie.

– Inżynier 4.0 to człowiek, który rozumie procesy i jest w stanie bardzo szybko się adaptować. To człowiek, który potrafi być innowacyjny, człowiek, który myśli szybko, który wdraża szybko, który jest chętny do uczenia się. Rozumie on nowoczesne procesy i zmieniający się świat czwartej rewolucji – podkreśla w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering.

Czwarta rewolucja przemysłowa wymusi przemodelowanie podejścia do pracy w fabrykach. Szereg czynności, dotychczas wykonywanych przez ludzi, będzie mogła przejąć i już przejmuje sztuczna inteligencja. Pracownicy fabryk będą więc musieli się wykazać umiejętnościami związanymi z obsługą i projektowaniem procesów wykonywanych przez maszyny.

– Polski inżynier jest świetnie wykształcony, kończy dobre politechniki, ale najczęściej brakuje mu miękkich umiejętności. To komunikacja, praca w zespole, sposób wzajemnej motywacji, współpracy w rozwiązywaniu problemów, widzenia procesu szeroko. Postawiłbym dzisiaj tezę, że brakuje nam najbardziej miękkich kompetencji i ten inżynier z czwartej rewolucji powinien takie kompetencje posiadać – dodaje Tomasz Szpikowski.

Choć Przemysł 4.0 wielu ludziom kojarzy się z zastępowaniem pracy człowieka pracą robotów i likwidacją miejsc pracy, to w rzeczywistości rewolucja może ochronić rynek pracy. Z uwagi na postępującą depopulację, Japonia zmaga się z problemem obsadzenia stanowisk, by zapewnić ciągłość produkcji w fabrykach. Według danych Narodowego Instytutu Badań nad Ludnością i Bezpieczeństwem Społeczeństwa liczba ludności może w Japonii spaść ze 127 mln, do poziomu poniżej 100 mln już do 2049 roku.

Musashi Seimitsu Corporation, spółka zależna Honda Motor Corporation, ogłosiła niedawno utworzenie konsorcjum Musashi AI, którego celem jest zgromadzenie najzdolniejszych umysłów technologicznych w dziedzinie sztucznej inteligencji, inżynierii oprogramowania, inżynierii sprzętu, matematyki i fizyki w celu promowania wizji Przemysłu 4.0, łączącego pracowników ludzkich i zaawansowaną robotykę ze sztuczną inteligencją. Potrzebę zmian dostrzega japoński rząd i wdraża inicjatywę „Society 5.0”, która ma przemodelować model gospodarczy do pełnego wdrożenia innowacji technologicznych czwartej rewolucji.

Kierunek zmian zachodzących w branży przemysłowej dostrzegany jest również w Polsce.

– Industry 4.0 w Polsce się rodzi, nie mamy na politechnikach jeszcze katedr związanych z Przemysłem 4.0, ale firmy już są świadome tego, że muszą się dynamicznie zmieniać i muszą zatrudniać fachowców, często z zagranicy, którzy zmienią te organizacje. Cały czas pracujemy nad tym, żeby kopiować to, co jest najlepsze z Europy Zachodniej czy ze Stanów Zjednoczonych i nie przegrać tego biegu o zwycięstwo w czwartej rewolucji – mówi prezes Bergman Engineering.

Według Verified Market Intelligence rynek przemysłu 4.0 do 2025 r. osiągnie wartość ponad 227 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu w najbliższych latach ma przekroczyć 14,5 proc.

Jeden współdzielony pojazd to nawet kilkanaście prywatnych aut mniej w centrum miasta. W Polsce trwa boom na carsharing, popularność zyskują też e-hulajnogi

Jeden współdzielony pojazd to nawet kilkanaście prywatnych aut mniej w centrum miasta. W Polsce trwa boom na carsharing, popularność zyskują też e-hulajnogi 7

Popularność systemów wynajmu pojazdów współdzielonych rośnie z każdym kolejnym miesiącem. Na popularności zyskują zarówno wypożyczalnie samochodów, jak i małych pojazdów elektrycznych takich jak rowery czy hulajnogi. Operatorzy tych usług wprowadzają rozwiązania, które mają rozwiązać problem dojazdu na odcinku pierwszej i ostatniej mili, zachęcając do porzucenia prywatnych aut na rzecz zintegrowanego systemu komunikacji publicznej.

– Popularność pojazdów na minuty rośnie z dnia na dzień. One się świetnie zaadoptowały w Polsce, która jest prekursorem, jeżeli chodzi o niektóre pola. Przykład – Innogy go! – 500 elektrycznych BMW, to naprawdę jest bardzo dobry wynik, jeżeli chodzi o świat i Europę. Ludzie coraz częściej korzystają, ale rzeczywiście wszystkie pojazdy na minuty muszą mieć pewną masę krytyczną i pokrycie, żebyśmy mogli łatwiej dojść do takiego auta. Według badań nie powinno to być dalej niż 5 minut piechotą – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Włodzimierz Łoziński, prezes Vooom.

W branżę carsharingu angażuje się coraz więcej wielkich korporacji. Polska Grupa Energetyczna postanowiła zainwestować 15 mln zł w wykupienie 51,47 proc. udziałów spółki 4Mobility, oferującej auta na wynajem w Warszawie i w Poznaniu. Dzięki temu będzie mogła znacząco przyczynić się do rozwoju całej branży. Planuje kilkukrotnie zwiększyć liczebność floty pojazdów i rozszerzyć swoje usługi na kolejne miasta, także te o mniejszym zaludnieniu. W ramach testów uruchomiono już usługę m.in. w Siedlcach, Lądku Zdroju oraz Krynicy Zdrój.

Dynamicznie rozwija się także rynek małych pojazdów na wynajem, który na bieżąco reaguje na zapotrzebowania użytkowników. Dobrym przykładem takich zmian są nowe zasady wypożyczania rowerów miejskich wprowadzone przez władze Poznania. W tym roku miasto zainwestowało w jednoślady z nadajnikami GPS, które można wypożyczyć w aplikacji i pozostawić w dowolnym miejscu, poza stacją dokującą, za niewielką dopłatą. Mają one usprawnić funkcjonowanie komunikacji publicznej i umożliwić mieszkańcom pozostawianie pojazdów jak najbliżej domu czy miejsca pracy, a co za tym idzie – zachęcić ich do pozostawienia samochodów w garażach.

W Poznaniu swój zakres działania rozszerzy także firma Blinkee, która była dotychczas odpowiedzialna za wypożyczanie mieszkańcom skuterów na minuty. Od maja portfolio firmy rozszerzyło się o elektrycznej hulajnogi na wynajem. Tego typu pojazdy zyskują na popularności niemal w całej Polsce. W zeszłym roku do kilku największych miast wprowadziła je firma Lime, a w ślad za nią poszły inne firmy. Na zrewolucjonizowanie systemu transportu publicznego liczy np. firma Quick, która planuje rozstawić w newralgicznych punktach przesiadkowych Gdańska aż 250 hulajnóg elektrycznych.

– Z takich pojazdów korzysta najczęściej pokolenie Y, czyli ci, którzy jeszcze nie zdążyli sobie kupić samochodu, a chcą bardzo aktywnie żyć w mieście. Oni wybierają różne środki transportu, dlatego właśnie powstał Vooom. Tylko w Warszawie są 4 sieci samochodów na minuty, a do tego jeszcze rowery, skutery itd. W związku z tym stwierdziliśmy, że najwygodniej dla tych użytkowników będzie, kiedy będą widzieli wszystkie pojazdy na jednej mapie, zamiast mieć 10 różnych aplikacji – wskazuje prezes Vooom.

Platforma Voom ma wyeliminować największą barierę na rynku współdzielonej mobilności, integrując wszystkie systemy wypożyczania pojazdów, które funkcjonują na danym obszarze. Takie oprogramowanie, jeśli zostanie scalone z systemem komunikacji miejskiej, może zachęcić mieszkańców do przesiadki z samochodów na tramwaje czy autobusy. Użytkownik będzie mógł zaplanować przejazd komunikacją miejską oraz pojazdami na minuty, dzięki czemu uda się rozwiązać problem dojazdu na dystansie pierwszej i ostatniej mili.

Za pośrednictwem Vooom już dziś można kompleksowo zaplanować podróż w 12 największych miastach w Polsce różnymi środkami transportu. Najbardziej zaawansowany system wdrożono w Warszawie, gdzie użytkownicy otrzymują do dyspozycji również funkcję śledzenia rzeczywistego położenia autobusów i tramwajów.

Z myślą o pasażerach planujących swoje podróże powstały także inne rozwiązania zachęcające do skorzystania z pojazdów współdzielonych, dostępne u konkretnych usługodawców. Użytkownicy blinkee.city mogą z piętnastominutowym wyprzedzeniem zarezerwować konkretny pojazd, aby mieć pewność, że będą mogli skorzystać ze skutera, zanim do niego dotrą. Podobny mechanizm wprowadził paryski start-up Moov’In.Paris, który pozwala rezerwować pojazdy Renault Zoe.

– Dane z Ameryki i metropolii europejskich są takie, że tam, gdzie ruszyły sieci pojazdów na minuty, szczególnie samochodów, to jeden taki samochód wypycha z centrum miasta od 5 do 15 samochodów prywatnych. One po prostu zostają w garażu, dzięki temu dbamy o środowisko. Współdzielone pojazdy w znakomity sposób poprawiają efektywność i dostępność do komunikacji miejskiej. Kręgosłupem poruszania się w mieście zawsze będzie transport miejski, ale żeby do niego dojechać, wykorzystywane są właśnie pojazdy na minuty. Młodzi ludzie zmieniają swój sposób podróży z dnia na dzień, mimo że codziennie podróżują w to samo miejsce, np. do pracy. Jeżeli świeci słońce, chcą pojechać hulajnogą, a jeżeli pada deszcz, to być może samochodem – zauważa Włodzimierz Łoziński.

Według firmy badawczej Reportlinker, wartość globalnego rynku transportu współdzielonego do 2023 roku wzrośnie do blisko 139 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie ponad 15 proc. w skali roku.

Koniec maja pod znakiem rynków finansowych i nieruchomości

28 i 29 maja w hotelu The Westin w Warszawie odbędą się doroczne konferencje – III edycja Premium Real Estate Summit oraz jubileuszowa X edycja Investment & Finance Forum. Pierwszy dzień konferencji uświetniony zostanie wieczorną galą rozdania biznesowych statuetek „Diamenty Inwestycji”.

re-invest_300x250Podczas „Premium Real Estate” wybitne grono czołowych firm i liderów z sektora nieruchomości, deweloperów, zarządców nieruchomości, inwestorów oraz instytucji finansowych pochyli się nad następującymi tematami: zrównoważony rozwój miast a inwestycje w nieruchomości, wykorzystanie innowacji dla ekologicznego budownictwa, nowy wymiar rynku hotelowego, sektor retail w obliczu zmian, najbardziej innowacyjne trendy na rynku real estate.

Z kolei „Investment&Finance Forum” skupi przedstawicieli sektora finansowego a także rynków inwestycyjnych, banków, funduszy PE, VC, inwestorów prywatnych, aniołów biznesu i przedsiębiorców. Podczas wydarzania w 4 panelach dyskusyjnych omówione zostaną rozwiązania chroniące branżę finansową przed cyberprzestępczością, jak również  źródła finansowania szybszego rozwoju firm oraz płatności w erze Digital Finance.

Oba wydarzenia połączy gala rozdaniaDiamentów Inwestycji, która odbędzie się 28 maja na zakończenie pierwszego dnia konferencji. W 10 kategoriach konkursowych, nagrodzone przez jury zostaną podmioty, które w sposób szczególny wyróżniły się swoimi działaniami w minionym roku.

Więcej informacji znajdą Państwo na stronie organizatora: http://www.executive-club.com.pl/

 

Dlaczego 5 proc. rabat nie kusi tak jak 20 proc. obniżka?

Z chęci zysku sprzedawcy i twórcy reklam często uciekają się do wyrafinowanych metod manipulacji. W związku z przypadającym 15 marca Światowym Dniem Konsumenta eksperci z Uniwersytetu SWPS mówią, jak ustrzec się przed nieuczciwą kontrolą naszych zachowań konsumenckich.

Jak podkreśla prof. Andrzej Falkowski, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS, za strategiami reklamowymi kryją się złożone metody manipulacji, z których klienci nie zdają sobie sprawy. Przez co często pozostają wobec nich bezbronni. Jeden z mechanizmów psychologicznych stosowanych w działaniach cenowych polega na wykorzystaniu prawa Webera1[1], które dotyczy określenia niedostrzegalnych progów cen czy rabatów.

„Polega ono na znalezieniu odpowiedniego marginesu różnic w postrzeganiu promocji przez kupującego. Chodzi o absolutne minimum, o które należy obniżyć cenę produktu, by konsument dostrzegł obniżkę jako znaczącą dla jego kieszeni. Zauważalny rabat nie może być mniejszy niż 20 proc. ceny produktu” – podkreśla prof. Falkowski.

Dodaje, że dostrzegalna wielkość rabatu dla konsumenta zależy nie tylko od reakcji zmysłów, ale również od sytuacji ekonomicznej i społecznej, w której funkcjonuje klient.

„Konsument, który ma mniej pieniędzy szybciej zauważy obniżkę, dlatego ludzie ubożsi na ogół silniej reagują na zmiany ceny. Z kolei osoby zamożne mają mniejszą wrażliwość na promocje. Dla bogatszego rabat musi być znacznie wyższy, by go dostrzegł” – zaznacza prof. Falkowski.

Innym rodzajem manipulacji, jest błąd podobieństwa opakowań. Często łączący się z naruszeniem znaku towarowego.

„Wielokrotnie zdarza się, że firma wchodząca na rynek z nowym produktem, tworzy jego opakowanie na wzór artykułu, który jest dobrze ustabilizowany na rynku i ma wysoką markę. Konsument może myśleć, że te produkty są takie same. I tak przez tę pomyłkę pieniądze ze sprzedaży trafiają na konto nieuczciwego przedsiębiorcy” – wyjaśnia ekspert.

Profesor Falkowski podkreśla, że poznanie przez konsumentów tego typu psychologicznych mechanizmów pozwala im dobrze rozumieć rynek, świadomie go kształtować i przede wszystkim uodpornić się na wpływ strategii marketingowych.

[1] prawo Webera nazywane stałą lub ułamkiem Webera. Wyraża relację pomiędzy fizyczną miarą bodźca a reakcją zmysłów np. wzroku, słuchu czy węchu. Można je przedstawić w postaci równania deltaB/B=K, gdzie B jest wielkością bodźca, natomiast deltaB jest przyrostem wielkości tego bodźca wystarczającym do stwierdzenia różnicy w spostrzeganej wielkości.

Opuszczone budowy i opóźnione inwestycje. Wszystko przez brak waloryzacji starych kontraktów

Wciąż napływają informacje o problemach na polskich placach budowy. Najbardziej dotykają one zagranicznych inwestorów, którzy nie mają doświadczenia na polskim rynku. Przez brak zaplecza technicznego i pracowniczego cierpi włoska firma Salini, która straciła w tym roku kolejne inwestycje. Mimo wizji kar, które najpewniej nałoży sąd, dla włoskiego inwestora bardziej opłacalne jest wycofanie się z realizacji umów. Wszystko przez brak waloryzacji kontraktów, zawartych w latach 2015 i 2016 – które stają się coraz bardziej nieopłacalne dla wykonawców. A takich inwestycji na polskich drogach jest bardzo dużo.

– Wszyscy mają problem ze starymi kontraktami. Rząd twardo powiedział, że nie będzie waloryzacji zbiorowej dla firm, które realizują umowy z zeszłych lat. To niestety wskazuje na to, że takich przykładów jak włoska firma Salini będzie coraz więcej – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.  – Dodatkowy problem jest taki, że od wyrzucenia firmy Salini minął rok, a wciąż nie ma ogłoszonego przetargu. To bardzo opóźni realizację inwestycji. Firmy przejmujące opuszczone place budowy muszą też zmierzyć się z ryzykiem, że będzie  brakować pieniędzy, by dopłacać do droższych kontraktów. A w kolejnych procedurach przetargowych ceny realizacji wzrosną – ostrzega Furgalski.

Eurowybory: kogo wybierze młodzież?

Młodzież jest jedną z najmniej aktywnych, ale jednocześnie najbardziej radykalnych w kwestii politycznych wyborów grup społecznych. Z kolei o kilka lat starsi dwudziestolatkowie mniej chętnie niż ich rodzice głosują na partie o ugruntowanej pozycji. Ostatnie wybory samorządowe pokazały, że przy urnie najrzadziej można spotkać osoby w przedziale wiekowym 18-29 lat. Jak przełamać polityczna apatię najmłodszych wyborców?

Frekwencja wyborcza w Polsce od 1989 roku nie przekroczyła nigdy 69%. Polacy głosują najchętniej w wyborach prezydenckich. Najniższą popularnością cieszą się te do Parlamentu Europejskiego. Bierze w nich udział średnio co czwarty uprawniony do głosowania. Niskie poczucie wpływu na politykę skutecznie zniechęca Polaków do uczestnictwa w życiu publicznym.

Do grup społecznych, które charakteryzują się niższą frekwencją zalicza się najmłodszych i najstarszych wyborców, osoby niezamożne, gorzej wykształcone i mniej zaangażowane religijnie. Przyczyną ich absencji jest brak politycznej reprezentacji i, co za tym idzie, słabe zagospodarowanie ich interesów w sferze publicznej.

Żeby młodzi głosowali

Aż 100 szkół bierze udział w projekcie „Młodzi głosują+”, który jest współrealizowany przez Uniwersytet SWPS i Centrum Edukacji Obywatelskiej. To jeden z elementów wieloletniego programu promującego społeczną aktywizację młodzieży i jej udział w wyborach: do Parlamentu Europejskiego i parlamentarnych w 2019 roku oraz prezydenckich w 2020 roku.

Żeby wyrobić wśród młodzieży nawyk głosowania, w setce szkół zgłoszonych do programu zostaną zorganizowane wybory, podczas których młodzi wskażą swoich kandydatów do Europarlamentu. Głosowanie zostanie przeprowadzone na takich samych zasadach jak wybory powszechne, włącznie z użyciem kart, z których 26 maja skorzystają wszyscy uprawnieni do oddania głosu Polacy. Ze względu na ciszę wyborczą, preferencje polityczne młodzieży zostaną ujawnione 27 maja.

Wiele badań pokazuje, że wczesna socjalizacja do życia politycznego – na łonie rodziny czy w szkole – sprawia, że młodzi ludzie częściej stają się aktywnymi obywatelami. Mają bowiem nie tylko wiedzę o procedurach wyborczych czy opcjach, spośród których mogą dokonywać wyboru. Angażując się w różnego rodzaju działania i projekty wyrabiają w sobie również przekonanie o tym, że ich obywatelskie działania rzeczywiście przynoszą skutek – komentuje Marta Żerkowska-Balas, socjolog, Uniwersytet SWPS, która bada m.in. partycypację wyborczą Polaków i modele demokracji.

Celem projektu „Młodzi głosują”, który wspólnie z Uniwersytetem SWPS realizuje Centrum Edukacji Obywatelskiej, jest zaktywizowanie społeczne młodzieży i pobudzenie jej do krytycznego myślenia. Badacze chcą zachęcić młodych ludzi do formułowania własnych stanowisk, opinii i poglądów politycznych w oparciu o merytoryczne argumenty i zrozumienie zależności pomiędzy uczestnictwem w wyborach a kondycją demokratycznego państwa.

Młodzież ze szkół, które zgłosiły się do programu, wzięła udział w serii szkoleń z zakresu zaangażowania obywatelskiego. Uczestnicy warsztatów dowiedzieli się, jak realizować lokalne kampanie profrekwencyjne. Umiejętności wcielili w życie, prowadząc działania zachęcające mieszkańców swoich miejscowości do udziału w wyborach europejskich. Jak podkreślają autorzy projektu, lokalne kampanie zostały zaprojektowane tak, żeby swoim działaniem objęły grupy charakteryzujące się niską frekwencją wyborczą: kobiety, najmłodszych i najstarszych wyborców, a także osoby niepełnosprawne.

Jednym z wielu narzędzi i materiałów interaktywnych, pozwalających młodym określić swoje preferencje polityczne, jest popularna aplikacja Latarnik Wyborczy (współtworzona przez naukowców Uniwersytetu SWPS), która pozwala wyborcom porównać swoje przekonania z programami partii politycznych.

7 cech charakteru i wartości, które sprzyjają osiąganiu szczęścia

W dzisiejszym konsumpcjonistycznym świecie sądzimy, że szczęście może nam przynieść „coś” lub „ktoś”. Traktujemy je jako jeden z naszych wielu życiowych celów i zapominamy, że w największej mierze to nie rzeczy zewnętrzne odpowiadają za jego poczucie, lecz my sami – nasze cechy charakteru i wartości. Tylko my jesteśmy panami własnego życia, a więc i własnego szczęścia.

Jak się okazuje, wzmacnianie naszego subiektywnego poczucia szczęścia można ćwiczyć i wzmacniać. Jak dostrzegać jasne strony otaczającej nas rzeczywistości? Jakie cechy i związane z nimi wartości budują w nas tendencję do odczuwania szczęścia? Czy szczęście jest dane raz na zawsze? Odpowiedzi szukamy razem z Maciejem Frasunkiewiczem – psychologiem z Uniwersytetu SWPS.

1. Miłość

Miłość jest jednym z najpiękniejszych, najsilniejszych doznań w naszym życiu. Zdolność do kochania, budowania bliskich relacji i cenienie bliskich nam ludzi, rodziny, przyjaciół, znajomych, budzi w nas troskę, która jest później wobec nas odwzajemniana. Pojęcie miłości możemy rozumieć w różny sposób. Jako związek romantyczny z drugą osobą czy opiekowanie się najbliższymi lub zwierzęciem. Możemy też jednak kochać samo życie. Kiedy doceniamy jego trud, jego wystarczalność, kochamy to, że po prostu jesteśmy i cieszymy się z tego, co mamy. Wtedy łatwiej nam odczuwać szczęście. Niestety bardzo często porównujemy się z innymi i stawiamy siebie niżej od nich, przez co tracimy tę miłość do siebie samych. Kochając, jesteśmy szczerzy, możemy wyrażać to myślimy i czujemy w sposób zgodny naszą z rzeczywistością, co toruje nam drogę do szczęścia. Chęć bycia blisko, dzielenie się swoimi emocjami, problemami, szukanie wsparcia, zadziała zbawiennie nasz dobrostan emocjonalny. Podobnie jak życzliwe dbanie o innych, wyświadczanie im przysług czy robienie dobrych uczynków. Warto być świadomym tego, że dobro wraca. To, że jesteśmy na co dzień serdeczni, pomocni, otwarci na innych, i że ludzie się nam później odwdzięczają i odwzajemniają, sprawia, że również sami też czujemy się lepiej.

2. Wdzięczność

Szczęście odczuwamy, gdy jesteśmy świadomi nie tych złych, lecz dobrych rzeczy, które nam się przydarzają i jesteśmy za nie wdzięczni. Warto też poświęcić czas, by wyrazić swoje podziękowania wobec osób, którym możemy wiele zawdzięczać.

Nawet jeśli w naszym życiu pojawiają się sytuacje trudne i nieprzyjemne, powinniśmy traktować je jako zadanie i mimo wszystko przyjąć postawę pozytywną, bo wnioski wyciągnięte z negatywnego doświadczenia w przyszłości mogą przyczynić się do naszego lepszego odczuwania szczęścia. Warto być wdzięcznym za to, co się niedobrego stało. Porażki nas uczą. Gdyby nie one, nie doszlibyśmy do miejsca, gdzie jesteśmy. Chodzi o to, by przeanalizować, co niedobrego się stało i jak można temu zapobiec w przyszłości. Trzeba uważać na swoje pragnienia, szczególnie jeśli chodzi o posiadanie danych dóbr. Aby nie przejęły one nad nami kontroli. Materialne podejście do życia jest niestety promowane dziś w mediach i nie warto się na nim wzorować. Cieszmy się tym, co mamy.

3. Nadzieja

Nasza nadzieja i optymizm sprawi, że będziemy oczekiwać, że przyszłość przyniesie to, co najlepsze. Przez pesymistyczną i zalęknioną postawę, to, co się dzieje wokół nas, będziemy interpretowali na swoją niekorzyść. W życiu każdy musi i będzie musiał stawić czoła wielu wyzwaniom i przeszkodom, warto więc budować optymistyczne nastawienie, wkładać wysiłek w to, by pielęgnować swoje potrzeby i osiągać cele. Nie warto mieć wszystkiego w pełni obmyślonego i realizować określony plan, plan również na dojście do pełni szczęścia. Jak wskanują naukowcy, to mrzonka. Wierzmy, że dobra przyszłość jest czymś, co możemy osiągnąć. Nie nastawiajmy się na to, że mamy przed sobą coś złego czy niewiadomą. Stawiajmy sobie wyzwania, róbmy nowe rzeczy, w myśl zasady: kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?

4. Ciekawość

Uważanie wielu rzeczy za interesujące, fascynujące, eksplorowanie i odkrywanie nowego, zaciekawienie tym, czego się doświadcza, bycie otwartym – to wszystko może utorować nam drogę do szczęścia. Warto się rozwijać, odkrywać świat, odkrywać siebie, a nie siedzieć w miejscu, bo stagnacja nie sprzyja szczęściu. Cel życia polega właśnie na poszukiwaniu. Zdobycie doświadczeń, nowych wspomnień i przeżyć tylko nas ubogaci, a także wiele nauczy na przyszłość.

5. Entuzjazm

Entuzjazm ma istotny wpływ na jakość naszego życia. Jak jednak patrzeć na przyszłość z pasją i zapałem, kiedy znów odnieśliśmy porażkę? Często niełatwo z niej się podnieść. I może nam się znowu coś nie udać. Zaakceptujmy to i bądźmy na to gotowi. Nie róbmy niczego na siłę, czasem warto się poddać i odpuścić, bo to może nam pomóc. Często entuzjazmu brakuje nam w pracy zawodowej. Za często się spinamy, walczymy o swój status w pracy, zarobki i gubimy siłę radości. Cieszmy się z tego, co robimy, bądźmy świadomi, dla kogo to robimy i dlaczego, a nie walczmy o to, by być jakąś osobą i zdobyć określoną rzecz. Takiemu nastawieniu będzie sprzyjać nasze poczucie humoru i radość, bycie zbyt poważnym nigdy nie sprawi, że staniemy się szczęśliwsi.

6. Mądrość

Rozsądek i otwartość umysłu pomoże nam wnikliwiej rozważać rzeczy i badać zagadnienia z wielu stron. To zaś sprawi, że będziemy podejmować mądrzejsze decyzje, bo będziemy zdolni zmienić swoje poglądy w obliczu dowodów. Również pasja do zdobywania wiedzy, poszerzanie horyzontów umysłowych i działania kreatywne skutecznie pomogą nam poczuć się szczęśliwszymi. Poza tym, że tworzymy jakieś dzieło, coś trwałego, z czego możemy się później cieszyć, z twórczością wiąże się odrzucenie porażki przed robieniem nowych rzeczy. Człowiek kreatywny odkrywa nowe, efektywne sposoby robienia danej rzeczy. Nowe rozwiązania i pobudzenie kreatywności można później wykorzystać w różnych dziedzinach życia.

7. Uważność

Skupienie się na sobie, własnych uczuciach, przeżyciach i wyciąganie z nich lekcji sprawi, że będziemy bardziej świadomie postrzegać siebie i swoje życie, a więc i własne poczucie szczęścia. Świadomość motywów swoich działań i pozwoli nam lepiej poczuć się „tu i teraz”. Trzeba być uważnym na swoje życie. W czasach sprzed cywilizacji każdy dzień był dla człowieka celebracją, a dziś wszystko robimy w biegu, ze smartfonem w ręku, podłączeni do sieci. Warto zwolnić.

Dzisiejsze „życie online” nas rozprasza. Szczególnie social media mają swoją ciemną stronę. W sieci kreujemy swoje „ja” wirtualne, czyli swoją wersję upiększoną, formę pośrednią między „ja” idealnym a „ja” realnym. Porównujemy się później z fałszywymi wizerunkami innych, w Internecie widzimy tylko „dobre życia” innych – pozbawione niepowodzeń, porażek, konfliktów, które są naturalną częścią życia każdego z nas. Prowadząc relacje online, mamy również pozorne wrażenie, że jesteśmy z ludźmi cały czas, co jest tak naprawdę złudzeniem. Cieszmy się więc z tego, co mamy, doceniajmy to, nie czujmy wewnętrznego przymusu. Wtedy możemy się poczuć wolni.

Ćwiczmy nasze szczęście. Okazuje się, że wymienione wyżej cechy z powodzeniem możemy w sobie wzmacniać i je ćwiczyć. Szczęście możemy rozwijać, to tylko kwestia podejścia i tego, jak myślimy o życiu i o sobie. Na każdym etapie życia możemy postrzegać daną rzecz, zdarzenie, relację w inny sposób, inaczej ją odczuwać, nawet jeśli w danym momencie nie do końca to do nas trafia. Może jeszcze to nie jest nasz czas.

Pamiętajmy, że nie musimy być szczęśliwi i nie dążmy do niego na siłę. Szczęście to coś, co przychodzi i odchodzi. Można mieć ogólne poczucie szczęścia, rozumiane jako zadowolenie ze swojego życia, ale cały czas szczęśliwi nigdy nie będziemy. Zresztą smutek też jest nam bardzo potrzebny – wtedy możemy docenić te momenty, w których byliśmy szczęśliwi.

Michał Kanownik dalej będzie kierować Cyfrową Polską

Dotychczasowy prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik będzie kierował organizacją przez kolejną dwuletnią kadencję. Taką decyzję podjęło jednogłośnie walne zgromadzenie Cyfrowej Polski.

­

Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski

Moim celem było i nadal będzie umacnianie Związku w roli silnego partnera reprezentującego interesy polskiej branży nowoczesnych technologii w relacjach z administracją publiczną oraz biznesem. To ważne zwłaszcza z punktu widzenia regulacji prawnych, które bezpośrednio bądź pośrednio wpływają na kondycję całego sektora cyfrowego – mówi Michał Kanownik. I dodaje: – Cieszę się, że moja dotychczasowa praca na rzecz Związku została doceniona. To dla mnie zaszczyt móc w dalszym ciągu kierować Cyfrową Polską.

Wśród spraw, które są priorytetowe dla branży nowoczesnych technologii Michał Kanownik wskazuje: dalsze uszczelnienie systemu podatkowego, implementację Dyrektywy dotyczącą prawa autorskiego, zwiększanie cyberbezpieczeństwa oraz świadomości urzędników, przedsiębiorców i konsumentów w użytkowaniu sprzętu elektronicznego, stosowanie kryteriów jakościowych i środowiskowych w przetargach publicznych, gospodarowanie elektrośmieciami oraz pogłębianie cyfryzacji polskiej gospodarki, w tym w szczególności cyfryzacji radia.

Michał Kanownik związany jest ze Związkiem Cyfrowa Polska od ponad 9 lat. Rozpoczynał pracę w organizacji jako specjalista ds. prawodawstwa i administracji. Od 2010 r. pełnił funkcję dyrektora Związku. W 2015 r. został wybrany na Prezesa, a w 2016 r. oraz ponownie w 2018 r. – na członka zarządu Digital Europe, organizacji reprezentującej europejską branżę cyfrową. Od lutego 2019 r. zasiada również w Radzie ds. Cyfryzacji działającej przy Ministerstwie Cyfryzacji. Zgodnie z decyzją członków Cyfrowej Polski w zarządzie organizacji nadal będą zasiadać Włodzimierz Ossowski z Action SA. oraz Jacek Łęgiewicz z Samsung Electronics Polska Sp. z o.o.

Są obawy o przyszłość branży transportu drogowego

Przedstawiciele polskiej branży transportowej nie mają wątpliwości, że czeka ich trudny czas. Dla wielu z nich to być albo nie być funkcjonowania ich biznesu. Jakie widzą wyzwania?

W najnowszym badaniu Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) aż połowa firm wskazała na brak wykwalifikowanej kadry pracowników. Na drugim miejscu znalazły się skomplikowane regulacje i przepisy w ustawodawstwie – rodzimym i zagranicznym. Na podium jest też pakiet mobilności, czyli temat, który od wielu miesięcy podgrzewa europejską scenę polityczną, a także polski rynek transportu drogowego.

Brak wykwalifikowanej kadry to z perspektywy ostatnich lat największe wyzwanie, z którym mierzy się polska branża transportowa. Jednym z głównych powodów deficytu kadrowego może być fakt, że to jedna z najbardziej starzejących się grup zawodowych w Europie. Kierowcy w polskich przedsiębiorstwach przewozowych w większości są w średnim wieku, a tylko 15 proc. z nich stanowią osoby mające 21-30 lat. Obecnie mamy do czynienia z brakiem nawet 100 tys. pracowników,
a wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach liczba wakatów może zwiększyć się nawet o 200 tys. W jaki sposób radzą sobie przewoźnicy? Coraz częściej rozwiązaniem staje się zatrudnienie pracownika ze Wschodu. Obecnie już 14 proc. kierowców to obcokrajowcy, głównie z Ukrainy –
mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Wykres opracowany na podstawie badania OCRK 2019 r.przyszłość transportu

Według danych GUS coraz więcej Polaków będzie opuszczać rynek pracy przy jednocześnie zmniejszającej się liczbie pracowników, którzy rozpoczynają swoją karierę zawodową. Ostrożne szacunki wskazują, że do 2050 roku liczebność drugiej grupy może być mniejsza nawet o 5 mln. Wśród nich znajdują się pracownicy transportu.

Zagubieni

Blisko 4 na 10 przedstawicieli branży transportowej, którzy wzięli udział w badaniu OCRK, wskazało jako jedno z głównych utrudnień w prowadzeniu firmy transportowej – zrozumienie i dostosowanie się do skomplikowanych i wciąż zmieniających się przepisów w polskim ustawodawstwie. We wrześniu ubiegłego roku weszła w życie nowelizacja ustawy dotyczącej transportu drogowego w Polsce. Następnie zaczęły obowiązywać jeszcze bardziej restrykcyjne zasady w zakresie zgłaszania towarów wrażliwych, czyli ustawa SENT. Natomiast od czerwca 2019 roku w każdym fabrycznie nowym pojeździe ciężarowym obligatoryjnie muszą działać tak zwane inteligentne tachografy. To tylko kilka przepisów, które w ostatnich miesiącach towarzyszyły transportowcom. Sen z powiek spędzają też europarlamentarzyści, którzy wykonali następny krok na ścieżce legislacyjnej prowadzącej do zatwierdzenia tak zwanego pakietu mobilności. Zatem czy jest się czego bać?

Coraz bardziej realne

W badaniu OCRK zapytaliśmy respondentów o nastroje i obawy względem kluczowych zmian z punktu widzenia przewoźników, jakie mają być wprowadzone za sprawą tzw. pakietu mobilności. Na pytanie, w jaki sposób nowe regulacje wpłyną na funkcjonowanie ich biznesu, aż 60 procent przedstawicieli firm transportowych odpowiedziało, że negatywnie lub zdecydowanie negatywnie. Biorąc pod uwagę ubiegłoroczne analizy prowadzone przez OCRK, można zauważyć, że świadomość realnego zagrożenia wejścia w życie restrykcyjnych zmian dotyczących zasad delegowania kierowców, czasu jazdy oraz przerw i odpoczynków, znacząco wzrasta.

Jeszcze rok temu nastroje przewoźników wydawały się bardziej optymistyczne i pozwalały wnioskować, że wielu z obecnych przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy z niekorzystnych zmian, jakie niesie za sobą przyjęcie przez PE pakietu mobilności. W tegorocznym badaniu nadal widoczny jest odsetek firm, które twierdzą, że ten temat ich nie dotyczy – 2 na 10 przewoźników jest tego zdania. Natomiast jednocześnie możemy dostrzec, że wzrasta liczba firm, które są świadome obostrzeń, związanych z pakietem mobilności, zgłaszają swoje obawy i z zainteresowaniem śledzą propozycje europosłów. To niezwykle istotne, ponieważ nie ma wątpliwości, że te zmiany wejdą w życie, w obecnym lub innym kształcie, a ich skutki z pewnością odcisną swoje piętno na polskim sektorze transportowym, dlatego przedsiębiorcy muszą być bardzo czujni – komentuje Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Co z tym kabotażem?

Tego samego zdania są przewoźnicy, którzy na co dzień wykonują wiele operacji kabotażowych. Wśród badanych odsetek ten wynosi 49 proc. – w tym przypadku blisko 6 na 10 uważa, że propozycje europosłów są niekorzystne dla funkcjonowania i rozwoju polskiej branży transportowej. Przypomnijmy, że możliwe jest ograniczenie kabotażu do trzech dni oraz wprowadzenie tzw. cooling period, czyli przerwy wynoszącej 60 godzin, zanim dalsze przewozy będą mogły być przeprowadzone w tym samym kraju, tym samym pojazdem. Warunkiem, który trzeba będzie spełnić, aby zlecać kolejne operacje kabotażowe, jest konieczność wykonania nowego przewozu międzynarodowego
z państwa członkowskiego, w którym przedsiębiorstwo ma siedzibę. Biorąc pod uwagę odsetek polskich przewoźników, którzy jeżdżą do Niemiec (52%) czy Francji (14%), takie restrykcje mogą wiązać się nawet z upadkiem firm, które specjalizują się w tego typu usługach.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Tak drastyczne ograniczenie wykonywania transportów kabotażowych nie ma nic wspólnego z obowiązującą w UE zasadą swobody przepływu towarów i usług i jest mocnym ciosem szczególnie dla polskich przedsiębiorców. Mówimy tutaj o 25-30 proc. przewozów międzynarodowych, jakie wykonują polscy kierowcy, oraz 40 proc wszystkich kabotaży w UE. Zagrożenie utraty znaczącego udziału w rynku jest ogromne, a co za tym idzie realna jest upadłość firm i likwidacja miejsc pracy w polskim TSL. Warto szukać sprawdzonych partnerów, którzy pomogą przetrwać w legislacyjnej dżungli – dodaje Kamil Wolański z OCRK.

Obaw jest więcej?

Wraz z zatwierdzeniem pakietu mobilności wśród polskich przewoźników rosną obawy
o dodatkowe obowiązki administracyjne (62 proc.), a także zwiększenie kosztów wynagrodzenia pracowników. Dla 48 proc. badanych to istotny problem, który w konsekwencji może prowadzić do tego, że wykonywanie usług na europejskim rynku dla polskich przedsiębiorców przestanie być opłacalne.

Z danych rynkowych wynika, że aż 95 proc. polskich firm to małe, rodzinne przedsiębiorstwa z taborem do 10 samochodów ciężarowych. Nowe procedury legislacyjne, niezrozumiałe i zawiłe, spowodują wzrost kosztów prowadzenia działalności, a tym samym upadek mniejszych biznesów. Dodatkowe zagrożenie to ceny frachtów, które już obecnie są niskie, a jeśli dodamy do tego długie terminy płatności, a także wysokie kary nakładane przez służby kontrolne krajów UE, do których najczęściej jeżdżą polscy kierowcy, prowadzenie działalności przez małe firmy okazuje się być nierentowne – mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Brexiting nie jest exiting

Wśród badanych, aż 70 proc. ocenia secesję Wielkiej Brytanii od Wspólnoty jako negatywną lub zdecydowanie negatywną. Blisko 30 proc. przedstawicieli sektora transportu drogowego przyznaje również, że planuje wycofać część taboru z krajów Zjednoczonego Królestwa, a 40 proc. aktywnie poszukuje zleceń w innych miejscach Europy.

Brexit to jedna z wielu bolączek międzynarodowego transportu drogowego. Dotychczasowe regulacje i uwarunkowania związane z handlem i przewozem towarów i osób, ustalone ponad 25 lat temu, obecnie zostały nieodwracalnie naruszone. Tylko umiejętność dostosowania się do zmieniającego się otoczenia biznesowego może sprawić, że przedstawiciele polskiej branży transportowej utrzymają się na niestabilnym rynku. Polscy przedsiębiorcy ponadto mogą i powinni jak najszybciej podjąć kroki w celu ograniczenia skutków zmian, których nie unikniemy, np. poprzez optymalizacje struktury wynagrodzenia pracowników, automatyzacje przy rejestrowaniu czasu pracy w różnych krajach czy też podejmowanie negocjacji z dotychczasowymi kontrahentami w związku ze wzrostem kosztów wymuszonych przez zmiany w przepisach w danych krajach UE. Wsparciem są eksperci od rozliczania czasu pracy kierowców zawodowych oraz zmian zachodzących w rodzimym i zagranicznym prawie transportowym Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Inwestorzy rynku nieruchomości komercyjnych nabierali sił do kolejnej fali akwizycji

Zaledwie 772 mln euro – tyle wyniosła łączna wartość transakcji zawartych w I kw. 2019 r. na krajowym rynku nieruchomości komercyjnych. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland podkreślają jednak, że kwota ta nie powinna niepokoić, gdyż na rynku widać wysokie zainteresowanie inwestorów nieruchomościami komercyjnymi w Polsce.

Zdaniem autorów raportu, pomimo stosunkowo niskiego wolumenu transakcyjnego zrealizowanego w I kw., cały 2019 r. może zamknąć się kwotą nieznacznie niższą niż rekordowy ubiegły rok. Wyraźnie widać, że prym będą wiodły aktywa biurowe i logistyczno – magazynowe. Natomiast nastawienie kapitału do nieruchomości handlowych jest bardzo ostrożne, stąd spodziewany wolumen transakcyjny w tym sektorze będzie zdecydowanie poniżej kwoty ubiegłorocznej.

Po rekordowym wolumenie inwestycyjnym osiągniętym w ubiegłym roku i bardzo pracowitej jego końcówce, w I kwartale 2019 inwestorzy nabierali sił. W ciągu trzech pierwszych miesięcy br. sfinalizowano umowy na kwotę ok. 722 milionów euro. Jest to rezultat zdecydowanie niższy niż w analogicznym okresie poprzedniego roku, co nie dziwi pamiętając, że styczeń 2018 zaczął się silnym akordem w postaci zamknięcia umowy obejmującej przejęcie portfela nieruchomości handlowych na nieodnotowaną wcześniej w Polsce kwotę 1 mld euro. Początek br. był jednak zdecydowanie lepszy niż kwartały otwierające lata 2015 – 2017. Biorąc pod uwagę liczbę transakcji, które obecnie są w trakcie negocjacji, możemy spodziewać się kolejnego intensywnego roku w sektorze inwestycyjnym na rynku nieruchomości komercyjnych.

W I kwartale 2019 r. największym zainteresowaniem inwestorów cieszył się segment aktywów biurowych, w którym zawarto transakcje na kwotę ok. 536 mln euro. Chociaż na rynek warszawski przypadło 60% z tej kwoty, to inwestorzy chętnie patrzą też na rynki regionalne takie jak Kraków, Gdańsk czy Katowice. Właśnie w Gdańsku została zawarta umowa opiewająca na najwyższą kwotę. Filipiński holding ISOC zakupił za kwotę 92 milionów euro budynek Argon usytuowany w kompleksie biurowym Alchemia. W Gdańsku właściciela zmieniły także dwa biurowce zlokalizowane w kompleksie Arkońska Business Park. Akwizycje w Krakowie opiewały na kwotę prawie 94 milionów euro i dotyczyły trzech budynków: biurowiec .big został przejęty przez Credit Suisse, Globalworth Poland RE poszerzył swój portfel o Rondo Business Park, a K1 został zakupiony przez FLE GmbH na rzecz swojego luksemburskiego funduszu. Właścicieli zmieniły też dwa budynki biurowe w Katowicach.

Wartość transakcji w sektorze biurowym na rynku warszawskim osiągnęła ok. 320 milionów euro. Otwarty w końcówce ubiegłego roku budynek Biura przy Bramie, będący częścią Browarów Warszawskich, został zakupiony przez GLL RE. Obiekt jest w całości zajęty przez WeWork, L’Oréal, Epam i Sony Interactive Entertainment Polska. Inne znaczące transakcje obejmują zakup biurowca Atrium International przez Strabag RE, Graffit na Mokotowie przez Zeus Capital Management czy biurowców Riverside i Grójecka 5 przez Cromwell European REIT. To właśnie ten ostatni nabywca przejął w tym samym portfelu wspomniane wcześniej dwa biurowce z kompleksu Arkońska Business Park.

Niski wolumen inwestycyjny w segmencie handlowym w pierwszych trzech miesiącach br. oraz niewielka liczba transakcji będących obecnie w toku wyraźnie wskazują, że również w Polsce można zaobserwować spadek zainteresowania tym sektorem. Chociaż rynek nowoczesnego handlu w Polsce ma solidne podstawy i jest w całkiem niezłej kondycji, inwestorzy zadają sobie wiele pytań o przyszłość obiektów tradycyjnego handlu, zwłaszcza w kontekście wzrostu wartości e-commerce i obejmowania zakazem handlu kolejnych niedziel. Umowy sfinalizowane w I kw. 2019 opiewały na kwotę zaledwie ok. 38 mln euro a przedmiotami transakcji były wyłącznie małe obiekty handlowe zlokalizowane na rynkach regionalnych. Zainteresowanie inwestorów segmentem małych centrów i parków handlowych o charakterze „centrów usług w sąsiedztwie” wyraźnie rośnie od kilku kwartałów i spodziewamy się kontynuacji tej tendencji.

Rosnącym zaufaniem inwestorów cieszą się natomiast nieruchomości magazynowo – logistyczne, do czego oczywiście przyczynia się świetna koniunktura w tym sektorze, napędzana szybkim rozwojem polskiej gospodarki. W ciągu trzech pierwszych miesięcy 2019 r. sfinalizowano transakcje na łączną kwotę ok. 58 milionów euro, co odpowiada ok. 8% całkowitego wolumenu inwestycyjnego zrealizowanego w tym okresie. Właściciela zmieniły np. 7R Park w Czechowicach – Dziedzicach, Hillwood w Warszawie i obiekt Panattoni w regionie Wrocławia. W perspektywie następnych kilku kwartałów sektor magazynowo – logistyczny ma najwyższy potencjał wzrostu udziału w portfelach nabywców. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się obiekty typu BTS, które często nabywane są jeszcze na etapie budowy projektu. W sektorze magazynowym spodziewana jest również najwyższa kompresja stóp kapitalizacji, zwłaszcza dla wyjątkowych aktywów z zapewnionymi długoterminowymi umowami najmu z operatorami z sektora e-commerce. W takich przypadkach stopy kapitalizacji mogą spaść znacząco poniżej 5.00%. Natomiast dla pozostałych wysokiej jakości powierzchni przemysłowych i logistycznych najniższe stopy kapitalizacji wynoszą ok. 6.25% – 6.50%.

Na koniec ubiegłego roku stopy kapitalizacji w segmencie handlowym spadły do poziomu ok. 4.25% i nie jest spodziewana ich dalsza kompresja, w dużej mierze ze względu na brak obecnie toczących się na rynku negocjacji dotyczących aktywów najwyższej klasy.

Piotr Krawczyński
Piotr Krawczyński

W porównaniu z dojrzałymi rynkami Europy Zachodniej, poziom stóp kapitalizacji w Polsce jest znacząco wyższy przy jednocześnie dobrej dostępności obiektów wysokiej klasy. Dzięki temu rynek w Polsce jest postrzegany przez inwestorów zagranicznych jako bardzo atrakcyjny. W bieżącym roku zapewne nie zostanie przekroczony ubiegłoroczny rekordowy wolumen transakcyjny sięgający ponad 7,2 mld euro. Jednak pozytywne nastroje inwestorów oraz wysoka liczba przejęć w trakcie negocjacji pozwalają patrzeć optymistycznie na spodziewany rezultat całego roku. Zwłaszcza w kontekście rosnącej fali napływu kapitału inwestycyjnego z rynków Azji Wschodniej (m.in. Singapur, Korea Południowa, Filipiny, Malezja), którego uwagę przykuwa dobra sytuacja gospodarcza Polski, prognozy stabilnego wzrostu i stosunkowo wysoki stopień płynności aktywów. – Piotr Krawczyński, Head of Capital Markets CEE, BNP Paribas Real Estate Poland

Sądy hamują zapędy fiskusa

Od 1 stycznia 2018 r. obowiązują nowe przepisy w zakresie możliwości zaliczenia do kosztów uzyskania przychodu nabycia usług niematerialnych od podmiotów powiązanych (art. 15e ustawy o CIT). Głównym celem fiskusa przy wprowadzeniu tych regulacji było ograniczenie sztucznego przerzucania kosztów pomiędzy podmiotami powiązanymi. W związku z tym wprowadzony został limit, którego wysokość uzależniona jest od wyników podatkowych spółki. Założeniem było, że firmy legitymujące się określonym poziomem zysku mogą w kosztach wykazać pewien poziom kosztów usług niematerialnych od podmiotów powiązanych wynikający ze skali ich działalności. Pozostałe koszty przekraczające limit traktowane są jako niepodatkowe.

Podejście fiskusa

Ponad roczna praktyka fiskusa wynikająca z interpretacji podatkowych pokazała, że pierwotny katalog usług niematerialnych od podmiotów powiązanych objętych limitem jest bardzo szeroki i właściwie organy podatkowe mogą kształtować go w dowolny sposób. Ustawa zawiera katalog otwarty usług niematerialnych podlegających limitowaniu – usługi doradcze, badania rynku, usługi reklamowe, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczenia o podobnym charakterze. Właśnie ta ostatnia część zdania jest „wykorzystywana” przez fiskusa w trakcie wydawania interpretacji podatkowych, aby objąć usługi limitem. Można zaobserwować, że w pierwszej kolejności dokonywana jest wykładnia językowa nazw usług stypizowanych w przepisie. Jeżeli nie przynosi ona spodziewanych efektów, to dokonywana jest w oparciu o definicje językowe wykładnia funkcjonalna i celowościowa. Przykładowo, jeżeli podatnik we wniosku nie wskaże konkretnie usługi doradczej czy zarządczej, tylko np. wsparcie procesu, wówczas organ podatkowy stara się wykazać, że wsparcie obejmuje także doradztwo i zarządzanie.

Takie spojrzenie organów podatkowych prowadzi do bardzo szerokiego podejścia do usług niematerialnych objętych limitem. Niemal w każdej czynności świadczonej na podstawie umowy czy zlecenia można dopatrzyć się elementów zarządczych czy doradczych, właściwie wszędzie występuje przetwarzanie danych. Pytanie tylko, czy taki miał być cel tych regulacji?

Stanowisko sądów

Powyższe pytanie zadają sobie podatnicy, dlatego sprawy trafiają do sądów administracyjnych. W konsekwencji zaczęły pojawiać się już pierwsze wyroki, w których sądy oceniają, czy restrykcyjne podejście fiskusa ma umocowanie w przepisach ustawy.

Podejście sądów jest różne w zależności od stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego. Niemniej można zaobserwować, że co do zasady sądy bardziej roztropnie podchodzą do kwalifikacji usług do limitu. Przykładowo Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie w wyroku z dnia 20 lutego 2019 r. (sygn. I SA/Kr 1398/18) uchylił zaskarżoną interpretację, stwierdzając, że nabywane usługi związane ze wsparciem sprzedaży nie podlegają limitowi wynikającemu z art. 15e ust. 1 ustawy o CIT. WSA zwrócił uwagę, że organ podatkowy zbyt pochopnie przeanalizował charakter świadczonych usług –„należy stwierdzić, że organ dokonując oceny zaprezentowanego przez stronę skarżącą stanu faktycznego/zdarzenia przyszłego, przyporządkowując usługi Oddziałów zagranicznych do usług doradczych, reklamowych, badania rynku oraz usług o podobnym charakterze świadczonych przez te podmioty na rzecz strony skarżącej, nie odniósł się do wszystkich aspektów sprawy podnoszonych we wniosku i nie przeanalizował wnikliwie stanu faktycznego”.

Z kolei WSA w Krakowie w wyroku z 14 listopada 2018 r. (sygn. I SA/Kr 1006/18) wskazał, że organy podatkowe w nieprawidłowy sposób starały się przypisać usługę pośrednictwa świadczoną przez agentów sprzedaży do kategorii świadczeń o podobnym charakterze, uznając, że usługa ta jest podobna do usługi reklamy.

Natomiast WSA w Poznaniu w wyroku z 13 marca 2019 r. (sygn. I SA/Po 991/18) wskazał na dwie kwestie. W pierwszej kolejności uznał, że samo użycie słowa „zarządzanie” w opisie usługi nie może determinować uznania usługi za objęte limitem – WSA wskazał, że zarządzanie sieciami to typowa usługa informatyczna. Drugi wniosek płynący z orzeczenia to korekta podejścia organów podatkowych w zakresie czynności komplementariusza. WSA uznał, że nie powinny być traktowane jako usługi zarządcze.

Ten sam sąd w wyroku z 6 lutego 2019 r. (sygn. I SA/Po 900/18) wskazał, iż koszty nabycia usługi organizacji zakupów od podmiotu powiązanego nie podlegają wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodów na podstawie art. 15e ust. 1 ustawy o CIT. Co należy podkreślić, WSA zakwestionował stanowisko organu podatkowego, iż przedmiotowe usługi da się porównać z usługami doradczymi, bowiem ze stanu faktycznego wynikało, iż żadne porady w ramach świadczonej usługi nie są udzielane.

Co robić…?

W związku z korzystnym dla podatników podejściem sądów administracyjnych w zakresie restrykcyjnego stanowiska fiskusa do usług limitowanych firmy powinny jeszcze raz przeanalizować nabywane usługi od podmiotów powiązanych. Warto zastanowić się, czy w przypadku pozytywnych przesłanek nie należy wystąpić z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej, powołując się na orzeczenia WSA. Z drugiej strony, jeżeli podatnik ostatnio otrzymał negatywną interpretację i nie minął jeszcze termin na wniesienie skargi, jest to dobry moment, żeby powalczyć w sądzie administracyjnym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kraje byłych republik radzieckich – nowy kierunek pozyskiwania pracowników?

Stale pogłębiający się deficyt kadrowy oraz emigracja pracowników z Ukrainy do innych krajów Europy Zachodniej zmusza polskich pracodawców do poszukiwania nowych źródeł zasobów pracowniczych. W rezultacie, coraz częściej mówi się o pozyskiwaniu pracowników z byłych republik radzieckich. Czy zatem siła robocza z Białorusi, Azerbejdżanu lub Kazachstanu to perspektywiczny kierunek dla polskiej gospodarki? Na to pytanie odpowiada Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work.

Wraz z postępującym rozwojem udogodnień dotyczących pracy oraz legalizacji pobytu w państwach ościennych takich jak Czechy, Słowacja i Niemcy, ilość imigrantów zarobkowych z Ukrainy w naszym kraju zaczęła maleć. W konsekwencji, polscy pracodawcy zaczęli szukać innych rozwiązań, zapewniających im w perspektywie płynne funkcjonowanie przedsiębiorstw bez względu na odpływ ukraińskiej fali migracyjnej. Skąd zatem możemy czerpać ludzi do pracy?

Prawie po sąsiedzku

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Jak mówi Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work, choć aktualnie najbardziej popularnymi kierunkami pozyskiwania pracowników – poza Ukrainą – są kraje Azji Wschodniej takie jak Nepal, Indie, Bangladesz czy w mniejszym stopniu Filipiny, Wietnam i Indonezja, równie ważnymi źródłami zasobów pracowniczych powoli stają się obszary byłych republik radzieckich – Białoruś, Mołdawia, Gruzja, Azerbejdżan oraz Armenia. „Oprócz państw wchodzących w skład partnerstwa wschodniego, do nowych kierunków imigracji zarobkowej należą także kraje z Azji Środkowej, czyli Turkmenistan, Uzbekistan lub Kazachstan. Co więcej, warto wspomnieć także o samej Rosji, ponieważ istnieje możliwość pozyskiwania stamtąd zasobów ludzkich, jednak jest ona o wiele trudniejsza ze względu na politykę migracyjną Federacji Rosyjskiej. Warto jednak pamiętać, że przy odpowiednim przygotowaniu jest to absolutnie możliwe”.

Atrybuty wyróżniające

Skąd pomysł, aby czerpać pracowników akurat z tych rejonów? „Oprócz faktu, iż procesy ekonomiczne zachodzące w tych krajach sprzyjają tego typu migracji, sam pomysł wynika głównie z ilości pozytywnych cech odróżniających pracowników z terytoriów postradzieckich od krajów dalekowschodnich. Przede wszystkim weźmy pod uwagę aspekt lingwistyczny: większość obywateli byłych republik radzieckich posługuje się językiem rosyjskim, co w znacznym stopniu ułatwia komunikację w firmach korzystających wcześniej z pracy ukraińskich imigrantów.” – mówi Mariusz Hoszowski.

Prócz kwestii komunikacji, bardzo istotne z punktu widzenia pracodawcy jest doświadczenie w pracy w przemyśle, którego w znacznym stopniu brakuje pracownikom z Dalekiego Wschodu. Jak wyjaśnia prezes firmy Smart Work, większość kadry pracowniczej pozyskiwanej z terenów dalekowschodnich nie ma styczności z przemysłem, co niesie za sobą oczywiste konsekwencje: „Ci ludzie nie są przyzwyczajeni do pracy zmianowej oraz nie potrafią dopasować się do kultury pracy wymaganej w polskich zakładach i fabrykach. Oprócz tego, wielu pracowników nie ma doświadczenia w posługiwaniu się podstawowymi narzędziami oraz umiejętności korzystania z infrastruktury technicznej czy bytowej, do której w swoich krajach często nie ma dostępu. Ważny jest nawet aspekt wyznaniowy, który potrafi mieć destrukcyjny wpływ na higienę pracy oraz jej ciągłość. W rezultacie, brak tych standardowych zachowań i przyzwyczajeń których oczekuje się w Polsce od pracowników, przeradza się w bariery wyjątkowo utrudniające nie tylko samą współpracę z danym personelem, ale również płynność prowadzonego biznesu.”

Przepustka do lepszego

Polscy pracodawcy częściej również stykają się z nastawieniem pracowników dalekowschodnich na  opiekę socjalną oraz idącą za tym mniejszą stabilność zatrudnienia: „Polska traktowana jest przez pracowników z Dalekiego Wschodu jako „drzwi do Europy”. Spotykamy się nagminnie z przypadkami nagłego porzucenia pracy i wyjazdu do innych krajów Unii Europejskiej, gdzie funkcjonuje diaspora z danego kraju – przykładem mogą być Nepalczycy w Portugalii. Większość tego typu problemów nie występuje wśród pracowników z państw postradzieckich. Przybywają oni do nas nie tylko by podjąć pracę, ale również aby na stałe funkcjonować w rzeczywistości naszego kraju. Jest to wartość nadrzędna, która w powiązaniu z komunikacją predestynuje tego typu kadry pracownicze bardziej niż pracowników z Dalekiego Wschodu do uzupełniania wakatów opuszczanych przez Ukraińców.” – ocenia Mariusz Hoszowski.

Remedium na odpływ?

Czy pracownicy z pozostałych republik postradzieckich całkowicie zastąpią kadry pozyskiwane do tej pory tylko z Ukrainy? Według prezesa firmy Smart Work w jakimś stopniu tak, ale na pewno nie w całości. „W moim przekonaniu przy obecnej organizacji polskich struktur konsularnych za granicą i krajowych procedurach zatrudniania, głównym czynnikiem utrudniającym zastąpienie pracowników z Ukrainy jest brak przepustowości. Widać to dokładnie w sytuacji, w której na pozwolenie na pracę będące podstawą do ubiegania się o wizę trzeba czekać powyżej 7 miesięcy, a oczekiwanie na spotkanie z konsulem trwa niekiedy jeszcze dłużej. Do tego dochodzi jeszcze wysokich procent odmów wizowych, przez co ostatecznie proces rekrutacji pracowników i ich adaptacji do miejsca pracy trwa nierzadko wiele miesięcy. W takiej sytuacji trzeba strategicznie kształtować strukturę zatrudnienia w zakładzie, na razie nie traktując zasobów z krajów postradzieckich jako zamienników, lecz jako uzupełnienie pracowników z Ukrainy. Oczywiście w miarę rozwoju przepustowości i ewentualnych nowych rozwiązań prawnych ułatwiających zatrudnianie cudzoziemców z państw trzecich, istnieje szansa na to, że Ukraińcy będą w większym stopniu zastępowalni. W tym momencie takie rozwiązanie jest jednak niemożliwe, gdyż przy ponad półtora milionowej rzeszy pracowników z Ukrainy, przepustowość struktur wynosi jedynie kilkanaście tysięcy rocznie.”

Kłopoty Deutsche Banku, na Ukrainie zmiany

Problemy niemieckiej gospodarki to nie tylko indeksy koniunktury. To również kondycja największego z tamtejszych banków. Zeszły rok udało mu się zamknąć zyskiem, ale inwestorzy wciąż patrzą nieprzychylnie na jego akcje.

Kolejny dołek na cenach Deutsche Banku

Problemy największej niemieckiej instytucji finansowej nie są nowym tematem dla rynków. Kolejnym impulsem do spadków okazała się negatywna rekomendacja UBS. Biorąc pod uwagę wyniki osiągane przez DB oraz ciągle pojawiające się nowe koszty, nie jest to niespodzianką. Niższa cena docelowa była spodziewana, pewnym zaskoczeniem okazała się rekomendacja “sprzedaj”, która nie jest częstym zjawiskiem dla banków. Zapowiadana niedoszła fuzja z Commerzbankiem wygląda na zamknięty temat. Zeszły rok był co prawda pierwszym od czterech lat zamkniętym zyskiem. Nie zmienia to faktu, że DB wciąż jest mocno zaangażowany na rynku instrumentów pochodnych i z tego powodu co jakiś czas generuje kolejne straty. Postępujące problemy niemieckiego czempiona mocno ciążą walucie euro. Gdyby doszło do bankructwa, na co na szczęście na razie się nie zanosi, prawdopodobnie bylibyśmy świadkami dużej przeceny zarówno euro, jak i złotego.

Na Ukrainie zmiany

Nowy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zaczyna swoje urzędowanie od zaostrzenia relacji z Rosją. Jedną z pierwszych decyzji była prośba skierowana do USA o nasilenie sankcji wobec wschodniego sąsiada. Nie zabrakło również dwóch ważnych deklaracji. Jedna dotyczyła wprowadzania reform, a druga kontynuowania walk w Donbasie. Rynki przyjęły te wiadomości optymistycznie, czego dowodem jest drożejąca ukraińska hrywna.

Rynek pracownika w Polsce

Kolejne dane GUS potwierdzają to, co obserwujemy w polskiej rzeczywistości od pewnego czasu. Coraz częściej to nie pracownik szuka pracy, ale raczej praca osób chętnych do jej podjęcia. Wynagrodzenia wzrosły w ciągu roku o 7,1%, a zatrudnienie o 2,9%. Analitycy spodziewali się wzrostu płac mniejszego o 0,5%, natomiast zatrudnienia większego o 0,1%. Warto nadmienić, że wolniej rosnące zatrudnienie nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że i tak mamy najniższe bezrobocie od czasu przemian z lat dziewięćdziesiątych. Wzrost wynagrodzeń pokazuje, że nie tylko więcej Polaków znajduje zajęcie, ale też jest ono coraz lepiej płatne.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl