Otyłość i nadwaga najpoważniejszymi problemami zdrowotnymi w Polsce

CEO Magazyn Polska

Trwają prace nad ustawą o zdrowiu publicznym, która ma określić priorytety służby zdrowia w Polsce. W badaniu prowadzonym przez Fundację My Pacjenci w ramach konsultacji społecznych ustawy wypowiedziało się ponad 1900 osób. Polacy wskazali, że jednym z największych wyzwań – oprócz poprawy dostępu do lekarzy specjalistów – jest walka z nadwagą i otyłością. Jako skuteczne narzędzia uznali edukacje i dofinansowanie porad dietetycznych. Trzy czwarte poparło opodatkowanie producentów niezdrowej żywności.

27 kwietnia br. zakończył się wyznaczony przez Ministerstwo Zdrowia okres konsultacji społecznych nad przygotowanym przez resort projektem ustawy o zdrowiu publicznym. Fundacja My Pacjenci, która zajmuje się projektem „Pacjenci Decydują”, współfinansowanym z Funduszy EOG w ramach programu Obywatele dla Demokracji, przeprowadziła badanie ankietowe, którego celem było określenie priorytetów w zakresie zdrowia publicznego.

To ważna regulacja w ochronie zdrowia, która wyjątkowo nie dotyczy leczenia osób chorych. Chodzi o podniesienie poziomu edukacji zdrowotnej i profilaktyki skierowanej do osób młodych, zdrowych, także dzieci, do wszystkich obywateli. Celem projektowanego prawa jest sprawienie, abyśmy wszyscy dłużej żyli w zdrowiu. Dlatego jest to ustawa niezwykle istotna ze społecznego punktu widzenia – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ewa Borek, prezes zarządu Fundacji My Pacjenci.

Jak wynika z ankiety najważniejsze kwestie dla zdrowia polskiego społeczeństwa to dostęp do lekarza specjalisty (54 proc. głosów), otyłość i nadwaga (38 proc.), choroby przewlekłe (37 proc.), możliwość wykonania badań diagnostycznych (37 proc.) oraz stres (26 proc.).

Priorytetem jest otyłość i nadwaga – to w tej chwili najpoważniejszych problem zdrowotny w Polsce – zauważa Ewa Borek. – Nasi respondenci, głównie osoby w wieku 25-40 lat, wskazują, że brakuje rzetelnej edukacji dotyczącej zasad zdrowego odżywiania, porad dietetycznych dla kobiet w ciąży i rodziców małych dzieci.

Aż 82 proc. ankietowanych widzi potrzebę finansowania przez NFZ porad dietetycznych dla kobiet w ciąży i małych dzieci. 73 proc. oczekuje lepszego wykorzystania istniejących rozwiązań systemowych, takich jak okresowe badania pracowników, do prowadzenia szeroko zakrojonej profilaktyki.

Jak podkreśla Ewa Borek, na kompleksowy program zwalczania otyłości i nadwagi jako problemu społecznego Ministerstwo Zdrowia zaproponowało jednak przeznaczenie kwoty w wysokości tylko 60 mln zł.

Aby dobrze i skutecznie zająć się tym problemem, potrzeba przynajmniej dziesięciokrotnie większej sumy zarówno na kompleksowe działania z zakresu edukacji, jak i opieki zdrowotnej oraz koordynowania działań w tym zakresie różnych partnerów – twierdzi Ewa Borek. – Nie sądzę także, aby dobrym pomysłem było zabieganie o środki na program w budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia. Tam tych pieniędzy już nie ma. Trzeba więc szukać innych form finansowania, takich jak np. opodatkowanie niezdrowej żywności, na co zresztą zwracają uwagę respondenci.

78 proc. z nich uznaje, że producenci niezdrowej żywności powinni odprowadzać dodatkowy podatek na fundusz walki z otyłością i nadwagą.

Jak podkreśla Borek, badania potwierdziły rosnącą świadomość Polaków na temat znaczenia profilaktyki zagrożeń cywilizacyjnych.

– Dlatego w ślad za wynikami przeprowadzonych konsultacji postulujemy o wprowadzenie zmiany w projekcie ustawy i włączenie w skład Rady ds. Zdrowia Publicznego przynajmniej dwóch przedstawicieli organizacji pozarządowych działających na rzecz zdrowia z prawem głosu – mówi Ewa Borek. – W sektorze zdrowia w zasadzie nie powinny powstawać już żadne nowe ciała decyzyjne działające bez ich udziału. Systemy ochrony zdrowotnej kształtowane przy współudziale pacjentów i obywateli są lepsze i skuteczniej zaspokajają potrzeby, co wiąże się wyższym poziomem zadowolenia społecznego i przekłada na wyniki polityków.

Jak wynika z badania Fundacji My Pacjenci, społeczeństwo staje się też coraz bardziej świadome i więcej wymaga od obywateli oraz podmiotów, których postępowanie lub działalność negatywnie wpływają na zdrowie publiczne. Według 54 proc. ankietowanych osoby narażające zdrowie (np. nadużywające alkoholu lub nałogowo palące papierosy) powinny płacić wyższą składkę zdrowotną.

Wstępne wnioski z naszych konsultacji społecznych przekazaliśmy do resortu zdrowia w wyznaczonym terminie, natomiast obecnie pracujemy nad kompleksowym raportem z konsultacji, który przedstawimy już w czerwcu – informuje Ewa Borek. – Mamy nadzieję, że wnioski i postulaty pacjentów i obywateli zostaną uwzględnione w pracach nad ustawą.

Młodzi z szansą na staże w agencjach PR w Londynie, Pradze i Bukareszcie

CEO Magazyn Polska

Opracowanie dobrej strategii komunikacyjnej jest warunkiem powodzenia kampanii w mediach. To kluczowe zadanie, a jednocześnie najtrudniejsze, tym bardziej dla osób dopiero rozpoczynających pracę w tej branży. Stworzenie strategii komunikacyjnej podejmującej ważny społecznie temat będzie zadaniem dla początkujących w branży, którzy chcieliby wziąć udział w konkursie „PRaktykuj za granicą” organizowanym przez IMM. Do wygrania jest staż w jednej z dużych agencji PR w Londynie, Pradze lub Bukareszcie.

Od początku kwietnia trwa 11. edycja konkursu „PRaktykuj za granicą” organizowanego przez Instytut Monitorowania Mediów – mówi Monika Tomsia, specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów. – Studenci mają za zadanie przygotować strategię komunikacji dla wybranej fundacji, która nas wspiera w tym roku, w jednym z trzech istotnych społecznie tematów – „Pomagamy ludziom”, „Pomagamy zwierzętom” lub „Promujemy kulturę”.

W tym roku studenci mogą stworzyć strategię komunikacyjną dla Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, fundacji Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt –Viva! lub dla działającego przy Galerii Zachęta Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Pierwszym etapem jest przygotowanie briefu dla wybranej fundacji (termin mija z końcem maja).

Jak podkreśla Tomsia, stworzenie takiej strategii nie jest prostym zadaniem, dlatego ci, którzy biorą udział w konkursie, mogą wesprzeć się na przygotowanym dla nich poradniku.

Strategia komunikacji jest podstawowym narzędziem, bez którego nie może powstać żadna kampania komunikacyjna. W ten sposób możemy określić sobie jasno cel, zweryfikować ewentualne problemy i poszukać dla nich rozwiązania. A przede wszystkim odpowiednio nakreślona strategia pozwoli osiągnąć optymalny efekt komunikacyjny dla fundacji i przyczyni się do rozpowszechnienia istotnego społecznie tematu – zaznacza specjalistka ds. PR.

Jedną z podstawowych zasad jest stworzenie solidnej bazy strategii komunikacji, czyli przeprowadzenie badań i analiz. W przypadku gdy wykorzystywane są już istniejące badania, istotna jest ich szczegółowa analiza i komentarz do nich.

Ponadto trzeba wiedzieć, o czym mowa, czyli dokładnie poznać problem, uwarunkowania, otoczenie, poznać realia firmy, sprawdzić, jakie dotychczas realizowała pomysły komunikacyjne, czy one się sprawdziły, być może wychwycić błędy, na pewno nie warto powielać istniejących już kampanii – wylicza ekspertka.

Przygotowana strategia powinna być możliwa do wykonania – trzeba więc poznać budżet, jakim dysponuje klient. Eksperci radzą, by skupić się raczej na jednym konkretnym pomyśle – spośród kilku wybrać ten najlepszy i dopracować go w najmniejszych szczegółach, ponieważ firmy oczekują zwykle konkretnych propozycji działań.

Przygotowana komunikacja powinna być dopasowana do potrzeb konkretnej organizacji. Nie można też zapominać do kogo ma być skierowana strategia – należy dobrać odpowiedni przekaz medialny, czy środki komunikacji.

Ekspertka wskazuje, że dobrze jest zejść z utartych ścieżek, nie powielać schematów, tylko zaufać własnej intuicji. Liczy się oryginalność, ale nie oznacza to szokowania językiem. Dla jurorów istotne jest zaangażowanie w temat, np. przeprowadzenie własnych badań.

Na początku lipca zostanie ogłoszona lista tych, którzy okazali się najlepsi w pierwszym etapie. W drugim trzeba będzie wykorzystać analizę zgromadzonych danych, ostatnim będzie przygotowanie prezentacji w języku angielskim. Dla zwycięzców może być to pierwszy krok w rozwoju kariery w dziedzinie public relations. W dotychczasowych dziesięciu edycjach konkursu wzięło udział blisko 1 tys. osób, z czego 30 zostało wysłanych na staż.

W tym roku studenci mają możliwość wygrania staży zagranicznych w agencji PR Fleishman-Hillard w Londynie, w agencji LEWIS PR w Pradze oraz w dziale komunikacji firmy MediaTrust w Bukareszcie – wskazuje Monika Tomsia.

Honorowy patronat nad konkursem objął Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Halo Granie – UOKiK przeciwko Orange Polska

0

Usługa Halo Granie zostanie po bezpłatnym okresie wyłączona abonentom posiadającym telefony na kartę, chyba że klient będzie chciał z niej korzystać odpłatnie – to jeden z obowiązków nałożonych na Orange Polska w decyzji Prezesa UOKiK. Dzięki temu praktyka zostanie szybko wyeliminowana

Postępowanie przeciwko Orange Polska – operatorowi telekomunikacyjnemu, zostało wszczęte w grudniu 2013 roku. Jedną z usług świadczonych przez spółkę jest Halo Granie – odtwarzanie utworów muzycznych podczas oczekiwania na połączenie. Wątpliwości Prezesa UOKiK wzbudziły informacje na pakietach startowych do telefonów na kartę. Spółka informowała: Ze starterem (X) zł dostajesz: (…) usługę Halo Granie z piosenką (X) w prezencie przez 30 dni (usługa aktywowana jest automatycznie po wykonaniu 1 połączenia). Zdaniem UOKiK, przeciętny konsument mógł pomyśleć, że usługa będzie automatycznie wyłączona po 30 dniach. Tymczasem, konsument, który samodzielnie nie zrezygnował z usługi – po upływie 30 dni musiał za nią płacić.

Przedsiębiorca zobowiązał się do zmiany regulaminu oraz treści smsów wysyłanych klientom. W efekcie praktyka zostanie szybko wyeliminowana. Usługa Halo Granie zostanie po bezpłatnym okresie wyłączona abonentom posiadającym telefony na kartę, chyba że klient będzie chciał z niej korzystać odpłatnie. Ponadto, abonenci zostaną poinformowani smsem o tym, że kończy się bezpłatny okres korzystania z Halo Granie i usługa zostanie wyłączona. Przedsiębiorca musi złożyć sprawozdanie o stopniu realizacji zobowiązań nałożonych decyzją Prezesa UOKiK.

Popołudniowy komentarz walutowy z 06.05.2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 06.05.2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz.pl

Międzynarodowe Dni Informacyjne dla sektora MŚP w obszarze przestrzeń kosmiczna, 7-9 czerwca 2015 r.

W dniach 7 – 9 czerwca 2015 r. Europejska Agencja Kosmiczna organizuje spotkania dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw na temat sektora kosmicznego (tzw. „Industry Space Days”). Odbędą się one w oddziale technicznym Agencji, tj. ESTEC w Noordwijk/Holandia.

Najważniejszym celem tego wydarzenia jest umożliwienie europejskim, innowacyjnym przedsiębiorstwom z sektora MŚP zaprezentowanie swojej działalności, zdobytych doświadczeń i kompetencji w zakresie rozwoju technologii kosmicznych, a także stworzenie im platformy do nawiązania kontaktów z potencjalnymi partnerami zainteresowanymi współpracą w sektorze kosmicznym, zarówno przy realizacji programów Europejskiej Agencji Kosmicznej, jak również Komisji Europejskiej w ramach programu Horyzont 2020.

Organizatorzy przewidują, że każde przedsiębiorstwo będzie miało specjalne małe stoisko, na którym będzie mogło prowadzić indywidualne rozmowy z potencjalnymi kontrahentami (w ubiegłym roku z takiej oferty skorzystały tylko wybrane podmioty, tzn. ok. stu).

Rejestracja oraz szczegółowe informacje dostępne są TUTAJ .

Program spotkania dostępny będzie w drugiej połowie maja br. Udział w tym wydarzeniu jest bezpłatny.
Ministerstwo Gospodarki (MG)

Maj br. będzie kolejnym z rzędu miesiącem rekordowo niskiego kosztu kredytu

Maj br. będzie kolejnym z rzędu miesiącem rekordowo niskiego kosztu kredytu. Dzięki obniżkom zapoczątkowanym w 2012 roku każdy, kto zadłużył się w rodzimej walucie oszczędza co miesiąc średnio 420 zł – wynika z szacunków Lion’s Bank. Wzrost rat spodziewany jest w przyszłym roku.

Zgodnie z oczekiwaniami ekonomistów Rada Polityki Pieniężnej utrzymała dziś stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Tym samym stopa referencyjna pozostała na poziomie najniższym w historii.

Warto przypomnieć, że przed serią obniżek stóp procentowych (zapoczątkowaną pod koniec 2012 roku) historycznym minimum była podstawowa stopa procentowa na poziomie 3,5%. Poziom ten pokonano jednak już w marcu 2013 roku, a od tego czasu kolejne 5 cięć sprowadziło najważniejszą stopę procentową do poziomu 1,5%. W sumie licząc od marca 2013 roku Rada podjęła już 25 decyzji, z których cieszyć mogą się kredytobiorcy – o obniżeniu lub przynajmniej utrzymaniu stóp procentowych na rekordowo niskim poziomie.

 

420 zł miesięcznie w budżecie każdego kredytobiorcy

Czym te decyzje skutkują? Każdy miesiąc, w którym podstawowa stopa procentowa utrzymywana jest na poziomie 1,5% (a nie 4,75% jak przed obniżkami) oznacza w sumie o około 523 mln zł niższy koszt obsługi kredytów dla osób, które, aby kupić mieszkanie, zaciągnęły dług w złotym – wynika z szacunków Lions Bank opartych o dane NBP i ZBP. Taka kwota co miesiąc zostaje do dyspozycji wszystkich zadłużonych rodzin. W przeciętnym budżecie zadłużonego gospodarstwa domowego oznacza to miesięczną oszczędność rzędu 420 zł, czyli ponad 5 tys. zł rocznie.

 

194 zł mniej za każde pożyczone 100 tysięcy

Jak to wygląda w przypadku pojedynczego kredytu? Przyjmijmy, że dług na zakup mieszkania w kwocie 300 tys. zł został zaciągnięty na 30 lat i doszło do tego przed rozpoczęciem przez RPP cyklu obniżek stóp procentowych (np. w sierpniu 2012 r.), kiedy przeciętna marża kredytowa wynosiła 1,5% (dziś jest to już około 1,8%). Wtedy rata modelowego kredytu wynosiła 1918 zł. Do połowy kwietnia br. oprocentowanie długu zmalało niemal o połowę (z około 6,6% do niespełna 3,5%), a wraz z nim rata modelowego kredytu zmalała do 1335 zł, a więc aż o 583 zł.

Bardziej uniwersalnym wskaźnikiem jest przeliczenie miesięcznej raty na 100 tys. zł pożyczonego kapitału. Taka informacja pozwala potencjalnemu kredytobiorcy łatwo obliczyć z jaką ratą powinien się liczyć zadłużając się na zakup mieszkania. Pożyczając 200 tysięcy musi bowiem taki wynik pomnożyć razy 2, a pożyczając 450 tysięcy zastosować mnożnik 4,5. Zadłużając się przed rozpoczęciem przez RPP cyklu obniżek stóp procentowych, trzeba było się liczyć z ratą na poziomie 639,3 zł na każde pożyczone 100 tys. zł na 30 lat. Dziś miesięczna rata takiego długu wynosi 445,2 zł na każde pożyczone 100 tys. zł.

Podwyżki stóp w 2016 roku

Prognozy na najbliższe miesiące sugerują, że nadzieja na dalsze spadki rat może okazać się płonna. Tak przynajmniej wynika z aktualnych notowań kontraktów terminowych na stopę procentową. Wynika z nich, że WIBOR 3M powinien kosmetycznie rosnąć w ciągu najbliższych 3 kwartałów, a za 15 miesięcy notowany może być na poziomie 1,95%. Przewidywania te są o tyle ważne, że składnikiem oprocentowania kredytu mieszkaniowego w Polsce bardzo często jest właśnie WIBOR 3M. W efekcie gdy jest on niższy, raty maleją i odwrotnie.

 

W jeszcze dłuższym horyzoncie czasowym (21-miesięcznym) kontrakty na WIBOR 3M notowane są na poziomie 2,22%, a więc wyżej niż dzisiejszy poziom WIBORu (1,65%). W takim horyzoncie możliwe są więc 2-3 podwyżki stóp procentowych po 25 punktów bazowych każda – tak przynajmniej rynek wycenia dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz.

 

Co warto podkreślić jeszcze miesiąc temu gracze rynkowi spodziewali się podwyżki stóp procentowych na przełomie 2016/17 r. Aktualne prognozy wyraźnie przybliżają moment zacieśnienia polityki monetarnej.

Bartosz Turek, Lion’s Bank

Popołudniowy komentarz walutowy z 04 05 2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz pl HD

W połowie minionego tygodnia doniesienia mówiące, że porozumienie między Atenami a europejskimi wierzycielami zostanie podpisane w niedziele. Niestety tak się nie stało. Negocjatorzy celują w najbliższą środę.

Rozmowy o przyszłości rynku mleka

Minister rolnictwa Marek Sawicki spotkał się dzisiaj z Romuladem Schaberem prezydentem Europejskiej Rady Mleka, któremu towarzyszył Leszek Hądzlik prezydent Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka.

Fot. Rozmowy ministra Marka Sawickiego z prezydentem Europejskiej Rady Mleka Romualdem SchaberemFot. Rozmowy ministra Marka Sawickiego z prezydentem Europejskiej Rady Mleka Romualdem Schaberem

Rozmowa dotyczyła przyszłości unijnego rynku mleka po zakończeniu limitowania produkcji. Strony wyraziły poglądy na temat ewentualnych scenariuszy jakie są obecnie możliwe na rynku, który po raz pierwszy od 30 lat może produkować tyle ile chce, bez groźby kar administracyjnych.

Wielu europejskich rolników czeka w najbliższym czasie przykry obowiązek zapłacenia opłat wyrównawczych za przekroczenie limitów w ostatnim roku kwotowym. Jednym z tematów rozmowy była więc również możliwość zagospodarowania tych pieniędzy tak, aby mogły one w aktywny sposób stabilizować rynek mleka w Unii Europejskiej.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi

Wyniki sprzedaży kredytów MdM w kwietniu

Prawie 36 mln zł wyniosła w kwietniu kwota dopłat uzyskanych przez kupujących beneficjentów programu Mieszkanie dla Młodych. Rynek z umiarkowanymi emocjami oczekuje zmian w programie, które mają głównie zwiększyć dostępność i kwotę dopłat dla rodzin wielodzietnych.

Od początku roku do BGK trafiły wnioski o dopłaty na łączną kwotę prawie 142 mln zł, z czego najwięcej, bo ok. 110 mln zł dotyczy pieniędzy, które mają zostać wypłacone jeszcze w tym roku. Łącznie z puli 715 mln zł przeznaczonych w ustawie na 2015 r. zarezerwowane zostało już 246 mln zł, czyli ponad jedna trzecia, a jednocześnie więcej niż zostało wykorzystanych w całym 2014 r.

Nie ma jednak obaw o to, że pieniędzy na 2015 rok zabraknie. Aby tak się stało, każdego miesiąca BGK musiałby podpisywać umowy kredytowe na kwotę 58,6 mln zł, podczas gdy w najlepszych miesiącach kwota zarezerwowana na dany rok jeszcze nigdy nie przekroczyła 40 mln zł. Dodatkowo w drugiej części roku coraz więcej będzie wniosków na wypłatę w kolejnych latach, bowiem dofinansowanie w ramach MdM jest wypłacane deweloperowi z ostatnią transzą płatności za mieszkanie. Zatem to od harmonogramu płatności zależy z jakiej puli zostaną wypłacone pieniądze. Niektóre składane dziś wnioski zostaną uruchomione dopiero w 2016 lub 2017 roku.

Ożywienie na rynku mieszkaniowym

Łagodna zima przyczyniła się do ożywienia na rynku. Widać to z jednej strony po wynikach MdM, a z drugiej w statystykach. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w pierwszym kwartale 2015 r. deweloperzy rozpoczęli budowę 16,4 tys. mieszkań, co jest wynikiem o 8 proc. lepszym od analogicznego okresu rok wcześniej. Firmy, widząc zainteresowanie programem MdM, starają się dopasować do popytu i rozpoczynają nowe inwestycje, które spełniają warunki zapisane w ustawie.

Kwietniowa aktualizacja limitów cenowych dla programu dopłat nie przyniosła znaczących zmian. Wskaźniki te mają decydujące znaczenie dla dostępności programu w danej lokalizacji, bo tylko na mieszkania w cenie poniżej limitu można otrzymać dopłatę. Problem polega na dużej rozbieżności tego, jak limity prezentują się z cenami mieszkań na rynku pierwotnym w poszczególnych miastach. W Gdańsku, Katowicach, Warszawie i Wrocławiu limit jest o 14-16 proc. niższy od cen na rynku, w Krakowie i Rzeszowie o 20-22 proc., a w Olsztynie przewyższa on realne ceny o 15 proc.

Dla kogo dopłaty MdM?

Limit cenowy nie jest jednak jedynym kryterium, jakie należy spełnić, by otrzymać rządową dopłatę. Nieruchomość powinna jeszcze spełniać warunek powierzchniowy (75 mkw. dla mieszkań i 100 mkw. dla domów – o 10 mkw. więcej w przypadku rodziców z co najmniej trójką dzieci), a przede wszystkim pochodzić z rynku pierwotnego. Ważne, by nieruchomość była kupowana na kredyt w złotych rozliczony na co najmniej 15 lat i w kwocie odpowiadającej co najmniej połowie ceny nabywanej nieruchomości. O dofinansowanie mogą ubiegać się zarówno single, jak i małżeństwa, z pomocy skorzystać można bez względu na to, czy wychowuje się dziecko. Program jest kierowany do osób, które nie były wcześniej właścicielami nieruchomości mieszkalnej i nie mają więcej niż 35 lat (w przypadku małżeństwa wystarczy, by ten ostatni warunek spełniało jedno z małżonków).

Będą zmiany w MdM

Tymczasem potencjalni klienci coraz bardziej myślą o nadchodzących w programie zmianach, które mają ułatwić dostęp do pieniędzy rodzinom wielodzietnym i zwiększyć kwoty dofinansowania dla nich. Klienci tacy nie będą musieli
spełniać warunku pierwszego mieszkania, dostaną też procentowo wyższe dopłaty. Przykładowo, rodzina z trójką dzieci kupująca w Warszawie 70-metrowe mieszkanie dziś może dostać prawie 45 tys. zł dofinansowania, a po zmianach ma to być niemal 118 tys. zł. Wejście w życie nowelizacji ustawy jest spodziewane na przełomie drugiego i trzeciego kwartału br.

Home Broker wyjaśnia: Skąd biorą się limity cenowe w Mieszkaniu dla Młodych?

Do wyznaczenia limitów wykorzystywane są wskaźniki przeliczeniowe kosztu odtworzenia 1 mkw. powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych w danej gminie, publikowane przez wojewodów. Do obliczeń brana jest średnia arytmetyczna z dwóch ostatnich odczytów wskaźnika (zmienia się on co pół roku). Limit cenowy w Mieszkaniu dla Młodych jest tą średnią powiększoną o 10 proc.

Wskaźniki są inne dla siedzib wojewodów i sejmików samorządowych i inne dla reszty województwa. Wyjątkiem są gminy sąsiadujące z miastami wojewódzkimi, gdzie pod uwagę brana jest średnia arytmetyczna z limitu dla stolicy województwa i reszty województwa. Z zastrzeżeniem jednak, że nie może to wskaźnik ten nie może być wyższy o więcej niż 20 procent od limitu w pozostałych gminach.

Marcin Krasoń

ARiMR przyjmuje wnioski o wypłatę rekompensat hodowcom trzody chlewnej z woj. podlaskiego

Rolnicy z województwa podlaskiego, którzy nie zdecydują się na wprowadzenie w swoich gospodarstwach „Programu bioasekracji” mogą od 29 kwietnia do 29 lipca 2015 r. składać w biurach powiatowych ARiMR wnioski o przyznanie rekompensat finansowych.„Program bioasekuarcji” powstał w celu zapobiegania rozprzestrzeniania się afrykańskiego pomoru świń. Będzie on wdrażany w latach 2015 – 2018, na podstawie rozporządzenia z 29 kwietnia 2015 r. Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Programem bioasekuracji objęci są rolnicy z województwa podlaskiego z następujących powiatów: sejneńskiego z gmin Giby i Sejny z miastem Sejny, augustowskiego z gmin Lipsk i Płaska, białostockiego z gmin Czarna Białostocka, Gródek, Supraśl, Wasilków i Michałowo oraz sokólskiego z gmin Dąbrowa Białostocka, Janów, Krynki, Kuźnica, Nowy Dwór, Sidra, Sokółka i Szudziałowo.

Rolnicy z tych terenów, którzy hodują trzodę chlewną, aby nie dopuścić do szerzenia się afrykańskiego pomoru świń (ASF), muszą dostosować swoje gospodarstwa do wymagań określonych w „Programie bioasekuracji”. Mają tego dokonać do 29 maja 2015 r. Jeżeli rolnicy uznają, że nie będą dostosowywać swoich gospodarstw w tym terminie do założeń programu, wówczas muszą złożyć do powiatowego lekarza weterynarii właściwego ze względu na miejsce prowadzenia działalności oświadczenie, że gospodarstwo nie spełni wymagań określonych w „Programie bioasekuracji”. W takim przypadku powiatowy lekarz weterynarii, po przeprowadzeniu kontroli w gospodarstwie, wyda decyzję nakazującą zabicie świń utrzymywanych w gospodarstwie lub poddanie ich ubojowi oraz zakazującą wprowadzania do gospodarstwa i utrzymywania w nim zwierząt z gatunków wrażliwych (sus scrofa) przez okres obowiązywania Programu, czyli do 31 grudnia 2018 r. Takiemu rolnikowi będą wówczas przysługiwały rekompensaty finansowe. Pierwszą z nich będzie odszkodowanie za zabite lub poddane ubojowi zwierzęta, które będzie wypłacane przez powiatowego lekarza weterynarii. Drugą formą pomocy dla takich rolników będą rekompensaty finansowe za nieutrzymywanie świń w gospodarstwie. Będą one wypłacane przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, na podstawie decyzji kierownika biura powiatowego ARiMR.

Wnioski o przyznanie rekompensat należy składać od 29 kwietnia 2015 r. do 29 lipca 2015 r. w biurach powiatowych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Do wniosku należy dołączyć:

  1. kopię decyzji nakazującej zabicie lub poddanie ubojowi świń utrzymywanych w gospodarstwie, wydanej przez powiatowego lekarza weterynarii;
  2. dokumenty potwierdzające jej wykonanie;
  3. kopię oświadczenia złożonego do powiatowego lekarza weterynarii, że gospodarstwo nie spełni wymagań określonych w programie.

Do wymagań programu bioasekuracji, poza obecnie obowiązującymi, należą również:

  1. w przypadku świń hodowanych w systemie otwartym zabezpieczenie gospodarstwa podwójnym ogrodzeniem, o wysokości co najmniej 1,5 m, wykonanym na podmurówce lub z wkopanym krawężnikiem;
  2. wdrożenie programu monitorowania i zwalczania gryzoni;
  3. przeprowadzanie w okresie od kwietnia do listopada każdego roku okresowych zabiegów dezynsekcji;
  4. prowadzenie rejestru środków transportu do przewozu świń, które wjeżdżają na teren gospodarstwa, oraz rejestru wejść osób do pomieszczeń, w których są utrzymywane świnie;
  5. zabezpieczenie budynków, w których są utrzymywane świnie, przed dostępem zwierząt domowych;
  6. utrzymywanie świń w gospodarstwach w zamkniętych pomieszczeniach, z wyjątkiem świń utrzymywanych w systemie otwartym;
  7. zapewnienie aby:
    1. – osoby mające kontakt ze świniami w gospodarstwie nie utrzymywały własnych świń poza tym gospodarstwem oraz nie zajmowały się dodatkowo obsługą świń w innych gospodarstwach;
    2. – do budynków, w których są utrzymywane świnie, nie wchodziły osoby postronne;
    3. – osoby przebywające w budynkach inwentarskich używały odzieży ochronnej oraz obuwia ochronnego.

Rolnicy z wymienionych wyżej terenów, którzy utrzymują trzodę chlewną i do 29 maja 2015 r. nie dostosują  swoich gospodarstw do omówionych powyżej wymagań bioasekuracji, i nie złożą w tym terminie do powiatowego lekarza weterynarii oświadczenia, że gospodarstwo nie spełni wymagań określonych w „Programie bioasekuracji”, narażą się na kłopoty. Przede wszystkim powiatowy lekarz weterynarii, po przeprowadzeniu kontroli w takim gospodarstwie i stwierdzeniu, że nie jest ono dostosowane do wymagań programu, wyda decyzję nakazującą zabicie lub poddanie ubojowi znajdujących się tam świń. Wprowadzi również zakaz sprowadzania do gospodarstwa i utrzymywania w nim zwierząt z gatunków wrażliwych (sus scrofa) do 31 grudnia 2018 r., czyli przez okres obowiązywania programu.Rolnik starci również finansowo, ponieważ będzie mu przysługiwało jednie odszkodowanie za zabite lub poddane ubojowi zwierzęta od powiatowego lekarza weterynarii. Nie otrzyma natomiast rekompensaty finansowej z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi

Noble Securities podtrzymuje rekomendację „KUPUJ” dla MCI Management

W najnowszym raporcie analitycznym eksperci Noble Securities podtrzymali swoją pozytywną rekomendację dla MCI Management wydaną w listopadzie 2013 r. Podnieśli natomiast cenę docelową do 20,26 zł (względem 13,56 zł z poprzedniej rekomendacji).

Analitycy Noble Securities podkreślają, że perspektywy na 2015 r. są dla spółki bardzo pozytywne. Po wydzieleniu Private Equity Managers ze struktur MCI, spółka stała się bardziej przejrzysta. Fundusze inwestycyjne, których MCI jest uczestnikiem, posiada w swoich portfelach ciekawe spółki niepubliczne, z których część może zostać upubliczniona w najbliższym czasie. Dodatkowo MCI nadal jest notowany na GPW z istotnym dyskontem wobec wartości księgowej i wyceny porównywalnych spółek.

IPO Wirtualnej Polski: 83 proc. redukcji w transzy detalicznej

W zakończonej pierwszej ofercie publicznej Wirtualna Polska Holding S.A. przydzieliła wszystkie 9.192.378 oferowanych akcji, z czego 3.339.744 to nowe papiery wartościowe, a 5.852.634 istniejące walory sprzedawane przez akcjonariusza, spółkę European Media Holding, której akcjonariuszami są m.in. fundusze Innova Capital i MCI Management.

Zgodnie z raportem bieżącym spółki dotyczącym podsumowania oferty, akcje zostały przydzielone 7.379 inwestorom indywidualnym oraz 347 inwestorom instytucjonalnym. W transzy detalicznej redukcja zapisów wyniosła 83,14 proc. Przy cenie sprzedaży akcji 32 zł wartość przeprowadzonej oferty publicznej wyniosła 294,2 mln zł.

Debiut na warszawskiej giełdzie odbędzie się w czwartek, 7maja.

Więcej informacji na stronie: www.inwestor.wp.pl

Wicepremier Piechociński: Indonezja jest dla Polski ważnym rynkiem eksportowym

Indonezja jest naszym stabilnym i przewidywalnym partnerem w Azji Południowo-Wschodniej. Szybki rozwój naszych gospodarek powinien przełożyć  się na dynamiczny wzrost obustronnej wymiany handlowej i inwestycji – powiedział wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński w trakcie spotkania, w którym wziął udział minister handlu Republiki Indonezji Rachmat Gobel. Rozmowy odbyły się 4 maja 2015 r. w Ministerstwie Gospodarki.

Wicepremier Piechociński przypomniał, że 16 i 17 kwietnia 2015 r. w Republice Indonezji przebywała delegacja polskiego rządu i biznesu, której przewodniczyła wiceminister gospodarki Grażyna Henclewska. – Wizyta odbyła się w ramach realizowanego przez MG programu promocji „Aktywizacja eksportu na wybranych rynkach”. Spotkała się z dużym zainteresowaniem przedsiębiorców z obu krajów, o czym świadczyła chociażby aktywność firm na forum biznesowym w Dżakarcie – ocenił wicepremier.

Szef resortu gospodarki podkreślił ponadto, że szczególne możliwości rozwoju dwustronnych kontaktów dostrzega w branży rolniczej, przetwórczej, spożywczej, a także w przemyśle maszynowym, transportowym i chemicznym.- Nasze firmy są również gotowe do współpracy w zakresie  nowoczesnych technologii wydobycia , a także badań geologicznych – powiedział. Dodał również, że do rozwoju współpracy z Indonezją powinno przyczynić się powołanie wspólnej komisji międzyrządowej. – Jesteśmy gotowi do uzgodnień w tym zakresie – stwierdził wicepremier. – Chcąc zwiększyć dostęp polskich firm do rynku indonezyjskiego, stawiamy również na częste spotkania przedsiębiorców naszych krajów, integrację środowisk naukowo-technologicznych i szeroką współpracę izb gospodarczych – powiedział.
Ministerstwo Gospodarki (MG)

Wicepremier Piechociński o współpracy gospodarczej między Polską a Finlandią

Nasze kraje łączy wspólne dobro – Morze Bałtyckie – o które powinni dbać wszyscy mieszkańcy regionu. Doceniamy tu wiodącą rolę Finlandii. Jesteśmy również zainteresowani dalszą współpracą gospodarczą – powiedział wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński podczas spotkania z ambasador Finlandii w Polsce Hanną Katariiną Lehtinen. Rozmowy odbyły się 5 maja 2015 r. w Warszawie.

Jak wyjaśnił wicepremier Piechociński Finlandia należy do ważnych partnerów gospodarczych Polski. – Wzajemne obroty w ubiegłym roku zbliżyły się do 3 mld euro. Osiągnęły również stan wzajemnej równowagi, po
latach znaczącego deficytu po stronie polskiej. Ostatni rok to okres dwucyfrowego wzrostu wzajemnego importu i eksportu, przekraczający 16 proc.
– dodał.

Szef resortu gospodarki podkreślił, że dobre wyniki wymiany handlowej przekładają się na atrakcyjność
inwestycyjną kraju. – Polska jest interesującym państwem dla inwestorów zagranicznych. Fińskie firmy dostrzegły
możliwości, jakie wynikają z lokowania inwestycji w Polsce. Do tej chwili w naszym kraju zarejestrowało się blisko 200 przedsiębiorstw z udziałem kapitału fińskiego –
powiedział.

Ministerstwo Gospodarki (MG)

Ekspansja paczkomatów InPost na rynku kanadyjskim

0

Bank Gospodarstwa Krajowego udzielił spółce InPost Canada kredytu w wysokości 36,7 mln USD na rozwój sieci paczkomatów w Kanadzie. Transakcja odbyła się w ramach rządowego programu wspierającego polskich eksporterów, a ubezpieczyła ją Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych S.A (KUKE).

Kredytobiorcą jest InPost Canada, spółka z Grupy Integer.pl – światowego lidera w branży zaawansowanych technologicznie maszyn do odbierania paczek. Celem kredytu jest finansowanie zagranicznej ekspansji Grupy Integer.pl na rynku kanadyjskim, w tym finansowanie zakupu paczkomatów od Integer.pl.

Na kwotę 36,7 mln USD składa się 9-letni kredyt w wysokości 31,7 mln USD, ubezpieczony przez KUKE S.A, który posłuży do zapłaty za paczkomaty oraz 3-letni kredyt w wysokości 5 mln USD służący finansowaniu rozruchu sieci w Kanadzie. Paczkomaty oraz rozwiązania IT zostaną wytworzone przez polskie podmioty, dzięki czemu środki z kredytu inwestycyjnego udzielonego spółce kanadyjskiej prawie w całości wrócą do kraju i zasilą rodzime spółki.

Grupa Integer.pl poinformowała również o pozyskaniu finansowania dla spółki easyPack – właściciela sieci paczkomatów InPost na rynkach międzynarodowych. Wraz z dwoma inwestorami kapitałowymi –
Franklin Templeton i Grupą PZU, Integer.pl zainwestuje 81,7 mln EUR w rozwój działalności easyPack.

–  Z przyjemnością ogłaszamy finalizację transakcji finansowania spółki easyPack, co przyczyni się do dalszej dynamicznej rozbudowy sieci Paczkomatów® InPost na świecie. Jestem przekonany, że dzięki pozyskanym środkom wejdziemy na kolejny poziom rozwoju jako globalnej platformy automatycznych dostaw. Nowi
akcjonariusze easyPacka to znane, wiarygodne instytucje finansowe, które tym samym pokazują swoją wiarę w realizowany przez nas ambitny, międzynarodowy projekt – powiedział Rafał Brzoska, prezes Grupy Integer.pl.

– Bank Gospodarstwa Krajowego zamierza być dla polskich przedsiębiorców bankiem pierwszego wyboru, który pozwoli na realizację ich ambitnych planów inwestycyjnych. Jesteśmy zadowoleni, że podpisaliśmy kontrakt o wartości 36,7 mln USD, który pomoże w realizacji tych planów – mówi Dariusz Kacprzyk, prezes zarządu BGK. –  Wspieranie eksportu i ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorców jest jednym z głównych zadań państwowego banku rozwoju, jakim jest BGK.  Dlatego – poza standardową ofertą
bankową – angażujemy się jako inwestor mniejszościowy w zagraniczne akwizycje polskich przedsiębiorstw za pośrednictwem dedykowanego funduszu. Zamierzamy również znacząco zwiększyć skalę naszej działalności zarówno w obszarze dłużnym jak i kapitałowym – mówi Kacprzyk.

ING Bank Śląski doceniony za nowoczesne rozwiązania płatnicze

ING Bank Śląski otrzymał nagrodę Visa Europe Best Award 2015 podczas konferencji Visa Future Event, która odbyła się w Amsterdamie w dniach 22-23 kwietnia br. Bank został doceniony za wdrożenie rozwiązań mobilnych w technologii zbliżeniowej NFC dla użytkowników smartfonów. ING Bank Śląski jako jedyny bank w Polsce oferuje klientom karty płatnicze, którymi można dokonać zbliżeniowych wypłat gotówki z bankomatów. Drugim nagrodzonym produktem został Elektroniczny Portfel ING V.me by Visa – wygodne i bezpieczne rozwiązanie umożliwiające dokonywanie płatności w internecie. Nagrody zostały przyznane przez uczestników konferencji, reprezentujących wiodące banki członkowskie, firmy dostarczające terminalne płatnicze oraz instytucje finansowe z całej Europy.

Od lat w ING Banku Śląskim staramy się oferować innowacyjne produkty i usługi. Wdrażając nowoczesne rozwiązania płatnicze, kierujemy się oczekiwaniami i potrzebami naszych klientów. Cieszymy się, że doceniono nasze działania w tym zakresie – powiedział Mateusz Poznański, Dyrektor Banku w Pionie Bankowości Detalicznej.

ING Bank Śląski został również nagrodzony w konkursie Contactless & Mobile Awards w kategorii Doświadczenie Klienta za wdrożenie nowoczesnych rozwiązań zbliżeniowych – elektronicznego portfela V.me, płatności mobilnych oraz bankomatów zbliżeniowych. Nagrody zostały wręczone podczas konferencji Contactless Intelligence, która się odbyła pod koniec kwietnia w Londynie. Zdaniem jury, ING Bank Śląski jest bankiem najbardziej zorientowanym na klienta, który udostępnia klientom intuicyjne i przyjazne użytkownikom płatności wdrażając rozwiązania zbliżeniowe w technologii NFC oraz bezpieczne płatności w internecie za pośrednictwem portfela elektronicznego V.me by Visa.

Źródło: ING Bank Śląski

Dynamiczny wzrost wynajmu długoterminowego aut w I kwartale 2015

Z opublikowanych przez PZWLP danych, czyli organizacji skupiającej największe i najważniejsze
w Polsce firmy wynajmujące i leasingujące auta wynika, że rynek wynajmu długoterminowego (CFM) urósł po I kwartale o 11,1% w skali roku. W okresie od stycznia do końca marca, a wiec tylko w pierwszych trzech miesiącach roku, dynamika wzrostu wyniosła 3,6% i była wyższa o 0,6 punktu procentowego w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W I kwartale 2015 roku w wynajmie długoterminowym znalazł się co piąty (20%) nowy zakupiony przez firmy samochód osobowy w Polsce oraz blisko co trzecie (30,8%) nowe leasingowane auto osobowe.

Większe, niż rok wcześniej tempo wzrostu łącznej liczby wynajmowanych długoterminowo samochodów, odnotowane w pierwszym kwartale 2015 roku, przy jednoczesnym blisko 5% spadku całkowitej sprzedaży nowych samochodów do firm w tym samym czasie potwierdza, że przedsiębiorcy w Polsce coraz częściej decydują się na usługi wynajmu długoterminowego, zastępując nimi inne formy finansowania floty.

Podczas, gdy z polskich salonów wyjechało w I kwartale 2015 roku prawie o 5% mniej samochodów  zakupionych łącznie przez przedsiębiorców, niż rok wcześniej, to jeśli chodzi o wynajem długoterminowy, obserwujemy zjawisko zupełnie odwrotne  – mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – Na spadek całkowitej sprzedaży nowych pojazdów do firm miał wpływ przede wszystkim tzw. efekt okienka derogacyjnego, który wystąpił w pierwszych trzech miesiącach zeszłego roku. Spowodował on wówczas jednorazowy dodatkowy popyt wśród przedsiębiorców na tzw. samochody „z kratką”. Ponad 23 tys. aut tego typu zostało nabyte przez firmy w zdecydowanej większości w zwykłym leasingu oraz na kredyt i za gotówkę. W efekcie,w I kwartale bieżącego roku sprzedaż aut do  firm w tych formach finansowania była niższa, co przełożyło się również na zmniejszenie łącznej liczby rejestracji nowych pojazdów na REGON. Zjawisko wzmożonych zakupów aut z kratką w przypadku wynajmu długoterminowego praktycznie nie wystąpiło. W związku z tym w I kwartale bieżącego roku branża ta odnotowała po raz kolejny bardzo wyraźny wzrost. Co więcej, tempo wzrostu łącznej liczby aut w wynajmie długoterminowym w pierwszych trzech miesiącach 2015 roku było nawet o 0,6% wyższe, niż rok wcześniej. Świadczy to z jednej strony o dużej odporności branży CFM na jednorazowe wahania koniunktury na rynku, a z drugiej o ciągle dynamicznie wzrastającej roli wynajmu długoterminowego w finansowaniu flot samochodów służbowych w polskich firmach. W perspektywie kilkunastu najbliższych lat polski rynek upodobni się do Europy Zachodniej, gdzie w wynajmie długoterminowym znajduje się 70-80% wszystkich leasingowanych aut, a także zdecydowana większość ogółu aut służbowych.

Zgodnie z danymi IBRM Samar w I kwartale 2015 roku całkowita sprzedaż nowych samochodów osobowych do firm w Polsce wyniosła 51 tys. aut (51.082), z czego na firmy leasingowe i CFM łącznie przypadło ponad 33 tys. pojazdów.  Z analiz PZWLP wynika, że branża wynajmu długoterminowego (CFM)  zakupiła w tym okresie ok. 10,2 tys. aut osobowych. Oznacza to, że wygenerowała 20% łącznej sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm w kraju oraz miała blisko 1/3 (30,8%)  udziału w nowych wyleasingowanych w tym okresie autach osobowych. Firmy skupione w Polskim Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów, reprezentujące ok. 80% całego rynku CFM w Polsce, zakupiły łącznie 8.006 samochodów osobowych na potrzeby oferowanych klientom usług wynajmu długoterminowego.

Polscy przedsiębiorcy stawiają na kompleksowe finansowanie i obsługę floty

Łączna flota samochodów w usługach wynajmu długoterminowego, należąca do firm skupionych
w Polskim Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów, wynosi po I kwartale 2015 r. prawie 130,5 tys. aut (130.409). Zdecydowana większość pojazdów, bo aż 74,7% (97.467 aut), znajduje się w usłudze Full Service Leasingu (FSL), inaczej zwanej leasingiem operacyjnym z pełną obsługą, gwarantującej przedsiębiorcom nie tylko zewnętrzne sfinansowanie floty, ale również kompleksową obsługę administracyjną i serwisową aut służbowych. W usłudze Leasingu z Serwisem, czyli leasingu operacyjnym z niepełną obsługą, zapewniającym poza finansowanej aut służbowych, także min. 2 dodatkowe usługi np. ubezpieczenie oraz zarządzanie wymianą i serwisem opon, znajdowało się 13,8% samochodów (17.997). Auta w Wyłącznym Zarządzaniu (Fleet Management), czyli w usłudze, w której przedsiębiorca finansuje swoje pojazdy samodzielnie i w dowolnej formie, firmie CFM powierzając jedynie opiekę administracyjną i serwisową nad własną flotą, stanowiły 11,5% całego parku samochodów (14.945 aut).

Pierwszą trójkę największych firm wynajmu długoterminowego (CFM) w Polsce, biorąc pod uwagę nie tylko członków PZWLP reprezentujących ok. 80% rynku, ale również niezrzeszoną, lecz wspólnie raportującą ze Związkiem firmę Masterlease, stanowią po I kwartale 2015 roku kolejno: LeasePlan Fleet Management Polska (24.303 samochody), Masterlease (22.153 pojazdy) oraz  Arval Service Lease Polska (16.701 aut).

Dominuje diesel, ale pojawiają się już silniki hybrydowe i elektryczne

Wśród ponad 130 tysięcy samochodów znajdujących się w usługach wynajmu długoterminowego firm skupionych w PZWLP, dominującym rodzajem napędu po I kwartale 2015 roku pozostaje silnik diesla, który występuje w przypadku 71,5%  aut (93.247). Pojazdy napędzane silnikami benzynowymi stanowią 28,3% (36.959) łącznego  parku pojazdów. Wśród wynajmowanych długoterminowo aut firm PZWLP zaczynają się już również pojawiać samochody z napędami ekologicznymi, które stanowią jednak wciąż marginalną część ogólnej floty. Silnik hybrydowy występuje w przypadku 189 samochodów, natomiast napęd w pełni elektryczny posiada 10 aut.

Najpopularniejszymi samochodami  w wynajmie długoterminowym we flotach firm należących do PZWLP na koniec marca 2015r. były: Skoda Octavia, Ford Focus, Skoda Fabia, Opel Astra i Volkswagen Golf.

Ponad 7 tysięcy samochodów firm Rent a Car w PZWLP

W lutym 2015r. do Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów przystąpiło 3 światowych liderów branży Rent a Car, firmy Budget, Hertz oraz Sixt. Dzięki temu PZWLP skupia obecnie 5 wypożyczalni samochodów, oferujących usługi wynajmu krótko (do 30 dni) i średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) pojazdów. Obok nowych członków, do organizacji należy również firma Avis, jeden z największych na świecie dostawców w branży Rent a Car oraz znana i duża na polskim rynku firma Express.

Po I kwartale 2015 roku łączna flota samochodów firm Rent a Car należących do PZWLP wynosi ponad 7 tys. aut (7.238).  Wypożyczalnie pojazdów skupione w organizacji zakupiły razem w pierwszych trzech miesiącach roku 863 nowe samochody osobowe.

Znaczenie PZWLP dla kondycji branży motoryzacyjnej coraz większe

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów obchodzi w tym roku jubileusz 10 lat swojej działalności. Do organizacji należy obecnie 19 firm wynajmujących i leasingujących samochody, w tym najważniejsze na polskim rynku firmy CFM, reprezentujące ok. 80% rynku oraz polskie oddziały najważniejszych na świecie wypożyczalni samochodów. Od momentu powołania do życia organizacji liczba jej członków uległa niemalże podwojeniu. PZWLP jest obecnie najważniejszą organizacją szeroko pojętego rynku flotowego, która ma znaczący wpływ na kształt i warunki funkcjonowania w Polsce branży wynajmu długoterminowego samochodów (CFM) oraz branży wynajmu krótko i średnioterminowego (Rent a Car). Poprzez swoich członków, PZWLP ma coraz większy wpływ na kondycję całego sektora motoryzacyjnego w Polsce. Biorąc pod uwagę wszystkie oferowane przez firmy należące do PZWLP usługi, a więc wynajem krótko, średnio i długoterminowy samochodów oraz także zwykły leasing pojazdów, członkowie organizacji zakupili łącznie w I kwartale ponad 14,5 tys. (14.593) nowych samochodów osobowych. Oznacza to, że skupione w PZWLP firmy wygenerowały w pierwszych trzech miesiącach roku 28,6% całkowitej sprzedaży nowych aut osobowych do firm w Polsce oraz niecałą połowę (44%) wszystkich nowych wyleasingowanych samochodów osobowych w tym okresie.

 

Bakalland do połowy roku wchłonie Delectę. Spółka chce się skoncentrować na wzroście organicznym, ale przygląda się także spółkom do przejęcia

CEO Magazyn Polska

Do końca czerwca nastąpi pełne prawne połączenie Bakallandu z przejętą rok temu Delectą. Szefowie spółki już dostrzegają zawiązany z fuzją wzrost sprzedaży i nie wykluczają kolejnych zakupów firm z branży.

Od 1 stycznia ruszyliśmy już jako jedna organizacja handlowa i jedna organizacja operacyjna,ciągle jednak są to dwie firmy pod względem prawnym mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Moczulski, prezes zarządu Bakallandu.– Ale 1 lipca lub 30 czerwca zostaną zintegrowane także pod względem prawnym. Operacyjnie jesteśmy jedną firmą, wszyscy wiedzą, co mają robić, wszystko zostało określone, ludzie pracują tak, jakby już byli w jednej organizacji.

Do końca zeszłego roku w spółce opracowany został teoretyczny model działania połączonych firm. Powstały też zespoły wdrożeniowe, których celem jest praktyczne przeprowadzenie fuzji. Przejęcie Delecty kosztowało Bakalland 100 mln zł, ale przez rynek zostało przyjęte z entuzjazmem. W maju 2014 roku, gdy ogłoszono fuzję, akcje spółki w ciągu dwóch sesji zyskały 50 proc. W lutym br. Bakalland został przez właścicieli wycofany z parkietu.

Jesteśmy w tej chwili w procesie integracji firm Bakalland i Delecta i mogło się wydawać z zewnątrz, że to jest wielkie zamieszanie, ale tak nie jest podkreśla Marek Moczulski.– Sytuacja jest bardzo dobra, sprzedajemy więcej niż w porównywalnym okresie zeszłego roku, co nas bardzo cieszy. Ogólnie zaliczamy ten okres do udanych.

Z ostatniego opublikowanego przez Bakalland przed wycofaniem akcji z giełdy sprawozdania finansowego wynika, że przychody firmy w roku obrotowym 2013/2014 przekraczały 214 mln zł. Prezes Bakallandu zwraca uwagę na to, że działalność obu spółek się uzupełnia, co pozwala zwiększać sprzedaż. Jak mówi, z dwóch średniej wielkości firm, które mogły działać dalej oddzielnie, powstaje duża organizacja w przemyśle spożywczym.

Będziemy mieć ponad 400 mln obrotów już w tej chwili, a to jest już poważna siła zarówno w handlu, jak i w zakupach. A z racji tego, że są to produkty komplementarne, bo wszystkie produkty używane są do pieczenia, bakalie też, oraz jako przekąska, to daje nieograniczone pole do cross-promocji. Czyli jesteśmy na bardzo dobrej drodze wzrostu.

Obecnie Bakalland zamierza skupić się na wzroście organicznym, ale jego prezes potwierdza, że spółka przygląda się kolejnym firmom, których kupno uzupełniłoby jej rynkową ofertę.

Akwizycji nie wykluczamy, ale pod warunkiem że będą to znów produkty komplementarne do naszych deklaruje Marek Moczulski z Bakallandu. – Jesteśmy teraz skoncentrowani na wzroście organicznym, ale absolutnie nie wykluczamy akwizycji.

Noble Securities podtrzymuje rekomendację KUPUJ dla MCI Management

W najnowszym raporcie analitycznym eksperci Noble Securities podtrzymali swoją pozytywną rekomendację dla MCI Management wydaną w listopadzie 2013 r. Podnieśli natomiast cenę docelową do 20,26 zł (względem 13,56 zł z poprzedniej rekomendacji).

Analitycy Noble Securities podkreślają, że perspektywy na 2015 r. są dla spółki bardzo pozytywne. Po wydzieleniu Private Equity Managers ze struktur MCI, spółka stała się bardziej przejrzysta. Fundusze inwestycyjne, których MCI jest uczestnikiem, posiada w swoich portfelach ciekawe spółki niepubliczne, z których część może zostać upubliczniona w najbliższym czasie. Dodatkowo MCI nadal jest notowany na GPW z istotnym dyskontem wobec wartości księgowej i wyceny porównywalnych spółek.

Niektóre gminy i miasta w Polsce rozwiązały już kwestię braku miejsc w szkołach

Z brakiem dostępności miejsc w przedszkolach i szkołach w Polsce, borykają się zarówno duże miasta, jak i małe gminy. Sytuacja jest przede wszystkim utrapieniem dla samych rodziców, ponieważ wiąże z dodatkowymi kosztami – np. koniecznością opłacenia czesnego w prywatnej placówce lub zatrudnienia opiekunki do młodszego dziecka. Rozwiązaniem, które pozwala na elastyczne dostosowanie infrastruktury szkolnej do aktualnych potrzeb jest, od wielu lat powszechnie stosowane na Zachodzie, budownictwo modułowe. Umożliwia ono dowolne powiększanie lub zmniejszanie powierzchni istniejących placówek szkolnych w zależności od liczby dzieci w danym regionie.

Brak miejsc w przedszkolach i szkołach

Jak wykazują badania Millward Brown, przeprowadzone na zlecenie firmy Touax[1], aż 36% gmin w Polsce boryka się z brakiem miejsc w przedszkolach. Problem ten dotyczy w szczególności Polski centralnej, południowej i północno-zachodniej – regionów o największej gęstości zaludnienia. Ponadto badanie wskazuje na spore kłopoty z planowaniem zapotrzebowania na poziomie społeczności lokalnej. Urzędnicy w aż 39% gmin nie wiedzą, czy w ciągu najbliższych 2 lat będą mieli problemy z zapewnieniem odpowiedniej liczby miejsc w przedszkolach. Jednocześnie, rozwiązanie problemu z dostępem do edukacji przedszkolnej jest dla blisko 90% z nich jednym z priorytetowych zadań. Do takiego stanu rzeczy z pewnością przyczyniają się m.in. rodzice, których presję odczuwa ponad 60% przebadanych urzędników.

Placówki modułowe w Polsce

Coraz częściej stosowanym rozwiązaniem, które pozwala na dostosowanie infrastruktury szkolnej do wyżu lub niżu demograficznego danej gminy czy miasta, jest budownictwo modułowe. W Polsce zdecydowały się na nie już m.in. władze Wrocławia. W ciągu kilku miesięcy oddano do użytku sześć przedszkoli modułowych, do których przyjęto 950 dzieci. Podobne obiekty powstały także w Poznaniu oraz Ząbkach.

Przedszkola modułowe to w pełni funkcjonalna przestrzeń, dostosowana do potrzeb najmłodszych. Wyposażenie przedszkoli zostało stworzone z myślą o bezpieczeństwie i komforcie dzieci. Co bardzo istotne, wnętrza są jasne i przestronne – mówi Krzysztof Kocowski, Dyrektor Dolnośląskiego Oddziału Fundacji Familijny Poznań, który prowadzi sieć przedszkoli modułowych.

Wykończenie pomieszczeń odpowiada oczekiwaniom szkoły określonym w szczegółowym opisie przedmiotu zamówienia. Kolorystyka oraz dodatkowe rozwiązania poprawiające estetykę i funkcjonalność były ustalane w trakcie montażu obiektu. Pomimo możliwości zawieszenia tablic na ścianach stosujemy tablice obrotowo-jezdne umożliwiające ich łatwe przemieszczanie co pozwala na wykorzystywanie ich zarówno podczas nauki jak i zabawy. Inwestycję uważam za zadawalającą zarówno pod względem ekonomicznym, jakościowym jak i czasowym – mówi Tomasz Łukawski, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3 im. Małego Powstańca w Ząbkach.

Mobilność i możliwość dowolnej zmiany powierzchni obiektu

Technologia ta łączy w sobie liczne zalety. Jedną z nich jest efektywność kosztowa, dzięki której inwestycję da się tak zaplanować, aby wybudować placówkę zgodnie z zaplanowanym budżetem. Rozwiązanie to pozwala jednocześnie skrócić czas realizacji do ok. 1,5-3 miesięcy. Dużą zaletą obiektów modułowych jest także ich mobilność oraz możliwość skalowania. Gdy przyjdzie więc wyż czy niż demograficzny, konstrukcja budynku pozwala zarówno zwiększyć, jak i zmniejszyć lub całkowicie zdemontować oraz przetransportować go w inne miejsce. W razie potrzeby, przy ekonomicznych a zarazem wydajnych modyfikacjach, można również zmienić jego przeznaczenie – podkreśla Jacek Staniszewski, Dyrektor Generalny Touax Sp z o. o.

Elastyczne i różnorodne formy finansowania

Co ważne – istnieje możliwość wielorakiego finansowania takiej inwestycji – zakup modułów, zakup z odkupem przez dostawcę czy leasing oraz najem. Gmina może więc wypożyczyć moduły, z których powstaną przedszkola, a po okresie ich użytkowania zwrócić je producentowi. Możliwości te pozwalają na optymalizację inwestycji, znacznie zmniejszając ryzyko niepowodzenia, ponieważ wcześniej – przed jej rozpoczęciem – można wykonać kalkulację jej opłacalności i wybrać najbardziej korzystne rozwiązanie.

Komfortowe wykończenie i bogate wyposażenie

W kwestii wykończenia takich placówek, standardem i funkcjonalnością nie odbiegają one od tradycyjnych budynków. Spełniają także najwyższe normy bezpieczeństwa i przepisy prawa budowlanego. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo przeciwpożarowe, izolację termiczną czy dostępność dla niepełnosprawnych obiekty modułowe również gwarantują najwyższe wymogi jakościowe. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby w placówkach wybudować nowoczesną kuchnię, która będzie zapewniała posiłki podopiecznym. Podobnie rzecz się ma z ogrzewaniem budynku. Nie ma najmniejszego problemu, by korzystać z centralnego systemu lub też wewnętrznej kotłowni. Obiekty można także wyposażyć w dowolne media, sieci IT oraz systemy naturalnej wentylacji i instalacji wodno-kanalizacyjnej. Jedyną różnicą pomiędzy przedszkolami modułowymi a murowanymi jest fakt, że zamiast wznosić ściany z cegieł czy pustaków i wylewać betonowe stropy, przywozi się gotowe elementy ciężarówką, które montowane są na miejscu. To pozwala skrócić budowę obiektów do kilku tygodni, które przy odpowiedniej konserwacji będą mogły służyć nawet 40 lat.

 

Prognozy KE: Polska redukuje deficyt

Z opublikowanych dzisiaj prognoz Komisji Europejskiej (KE) wynika, że deficyt nominalny w 2014 r. został zredukowany do 3,2% PKB, czyli poziomu bliskiego 3% PKB. Umożliwia to uwzględnienie, w ramach procedury nadmiernego deficytu, ponoszonych jeszcze w 2014 r. kosztów systemowej reformy emerytalnej i tym samym pozwala Polsce na oczekiwanie, że Komisja Europejska uzna, że Polska trwale zredukowała nadmierny deficyt. Co ważne prognozy KE na lata 2015-16, podobnie jak Ministerstwa Finansów, potwierdzają trwałość redukcji nadmiernego deficytu.

Najnowsza prognoza KE wskazuje, że sytuacja gospodarcza w Polsce w 2015 r. będzie nieco lepsza niż zakładano w zimowej edycji prognoz (realny wzrost PKB na poziomie 3,3% wobec 3,2% wzrostu oczekiwanego wcześniej), przy niezmienionej prognozie na 2016 r. (3,4%). KE zakłada, że głównym czynnikiem wzrostu gospodarczego w Polsce pozostanie popyt krajowy. W ocenie KE poprawa sytuacji na rynku pracy oraz niska inflacja przełożą się na dalszy wzrost realnych dochodów do dyspozycji brutto i tym samym na przyspieszenie dynamiki konsumpcji prywatnej. W trendzie wzrostowym utrzymać ma się również stopa inwestycji. KE prognozuje, że Polska utrzyma pozycję jednego z liderów wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej. Równocześnie KE podniosła szacunki dotyczące potencjalnego tempa wzrostu PKB w Polsce. Obecnie szacuje je na 3,3% w 2014 r. i w 2015 r., w porównaniu do odpowiednio 3,1% i 3,2% szacowanych w lutym br.

Za sprawą jednej z najwyższych w UE dynamiki wydajności pracy, Polska pozostanie w gronie najbardziej konkurencyjnych gospodarek unijnych, co znajdzie odzwierciedlenie m.in. w wysokiej dynamice eksportu (3 najlepszy wynik w UE).

Struktura wzrostu gospodarczego oczekiwana przez KE jest zbliżona do najnowszej prognozy Ministerstwa Finansów opublikowanej w kwietniowej aktualizacji Programu konwergencji (APK). Skala prognozowanego przez KE wzrostu, głównie w przyszłym roku, jest jednak dość konserwatywna na tle oczekiwań rynkowych. Zgodnie z wynikami kwietniowej ankiety Reutersa mediana prognoz analityków bankowych dla realnego tempa wzrostu PKB w 2015 r. to 3,4% (przedział 3,1-3,6%), a dla 2016 r. 3,6% (przedział 3,2-4,2%). Prognoza zawarta w APK zakłada realny wzrost PKB na poziomie 3,4% w 2015 r. i 3,8% w 2016 r.

KE oczekuje też nieco głębszej, w stosunku do przedstawionej przez Polskę w kwietniowej aktualizacji Programu konwergencji, deflacji w 2015 r. (0,4% wobec 0,2% w APK). W 2016 r. ceny wzrosną, choć zdaniem KE wolniej niż wskazywałaby na to prognoza APK (1,1% wobec 1,7% w APK). Mniejsza presja inflacyjna w Polsce w prognozach KE może wynikać z zakładanego nieco wolniejszego wzrostu popytu krajowego i utrzymywania się bardziej ujemnej luki produktowej w horyzoncie prognozy w stosunku do prognoz przedstawionych w APK.

Prognozy KE potwierdzają, że Polska redukuje deficyt. W ocenie KE tak znaczna redukcja deficytu w 2014 r., o 0,8 pkt. proc., wynikała m.in. ze zwiększonych, w wyniku poprawy koniunktury, dochodów podatkowych, jak i składek emerytalnych, będących efektem zmian w systemie emerytalnym. Prognoza KE na lata 2015-16 potwierdza trwałość redukcji nadmiernego deficytu, choć jest bardziej konserwatywna od prognoz MF. KE prognozuje, że deficyt zostanie obniżony do poziomu 2,8% PKB w 2015 r. i 2,6% PKB w 2016 r., podczas gdy prognoza zawarta w Programie konwergencji zakłada redukcję deficytu odpowiednio do 2,7% PKB i 2,3% PKB. Różnica wynika m.in. z faktu, iż KE w prognozie na 2016 r. (tzw. podejście braku zmian w polityce rządu, ang. no-policy-change scenario) nie uwzględnia efektów zastosowania stabilizującej reguły wydatkowej, mimo że od 2015 r. reguła jest wykorzystywana w procesie budżetowym w sposób wiążący.

Poprawie wyniku nominalnego towarzyszy również redukcja deficyt strukturalnego, który według szacunków KE poprawi się z 2,7% PKB w 2014 r. do 2,3% PKB w 2016 r. Prognozy te są spójne z prognozami zawartymi w kwietniowej aktualizacji Programu konwergencji, które przewidują, że w 2016 r. deficyt strukturalny zostanie zredukowany do 2,2% PKB w 2016 r., a w kolejnych latach Polska będzie kontynuować dążenie do średniookresowego celu budżetowego.

W przetargach publicznych firmy mają zatrudniać na etatach

W ramach znowelizowanej ustawy Prawo zamówień publicznych (Pzp) ustawodawca wskazał, iż w przypadku zamówienia na usługi lub roboty budowlane zamawiający może zobowiązać wykonawcę i jego podwykonawców do zatrudnienia pracowników na umowę o pracę w celu wykonania wskazanego kontraktu. Ważne jest jednak, by zasada ta była stosowana właściwie. Błędem jest używanie zapisu o zatrudnieniu na etacie jako kryterium, za które przyznawane są punkty na etapie oceny ofert złożonej przez wykonawców – uważa Konfederacja Lewiatan.

Uwzględnianie zapisów o zatrudnieniu pracowników na etacie dla realizacji danego zamówienia powinno polegać na postawieniu wymogu dotyczącego realizacji zamówienia, a nie kryteriów oceny ofert lub kryteriów kwalifikacji wykonawcy. Oznacza to, że zastosowanie punktacji za liczbę pracowników zatrudnionych na etacie w przedsiębiorstwie nie jest właściwym wykonaniem zapisów znowelizowanej ustawy ani nie spełnia intencji Ustawodawcy. W przypadku zastosowania zapisu art. 29 ust. 4 Pzp w przetargu publicznym oferty wykonawców, którzy nie wypełniają tego wymogu, będą podlegać odrzuceniu. Należy jednak pamiętać, że warunek zatrudnienia na umowę o pracę ma dotyczyć wyłącznie realizacji danego zamówienia – a nie całego przedsiębiorstwa wykonawcy.

– Zobligowanie zamawiającego, by uwzględnił w przetargu publicznym obowiązek zatrudniania przez wykonawcę pracowników – dedykowanych do wykonania wskazanego zamówienia – na umowę o pracę, to niewątpliwie przełom w dążeniu do profesjonalizacji bardzo istotnej części polskiego rynku. Racjonalne wykorzystywanie tej zasady niesie ze sobą same zalety – zwiększa poziom bezpieczeństwa pracowników, prowadzi do podwyższenia jakości przetargów publicznych, podczas których wyłaniana jest firma realizująca usługę oraz zapewnia dodatkowe wpływy do budżetu państwa. W związku z tym zamawiający – przy ustalaniu warunków przetargowych – są zobowiązani respektować intencję ustawodawcy i tym samym powinni kalkulować budżety tak, by zabezpieczały prawa zatrudnionych – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Niemniej istotną kwestią pozostaje uwzględnienie w SIWZ pełnej waloryzacji. Konieczne jest, by zamawiający uwzględniał w swoich kalkulacjach wynagrodzenia pracowników według stawek brutto (wraz z kosztami pracodawcy, tzw. duże brutto). Koszt wynagrodzenia obejmuje bowiem nie tylko kwotę wypłacaną pracownikowi, ale także odprowadzane podatki i składki na ubezpieczenia społeczne. Ma to szczególne znaczenie w zamówieniach, w których większość kosztów stanowią wynagrodzenia pracowników – czyli w branżach usługowych. Nie można bowiem dopuścić do sytuacji, gdy wzrost obciążeń fiskalnych obniży pensję, jaką pracownik otrzymuje do ręki. Zamawiający zawsze powinien wkalkulować w budżecie wynagrodzenia pracowników z uwzględnieniem podatków, składek na ubezpieczenia – także w tej części, którą obowiązkowo odprowadza pracownik.

Dzięki temu możliwe będzie odejście od patologii na rynku zamówień publicznych, gdzie instytucje państwowe wybierały oferty ze stawkami w granicach 5-7 zł za godzinę brutto – czyli nawet połowę niższymi niż minimalne krajowe wynagrodzenie.

Realizacja zamówień publicznych i tworzenie SIWZ powinno być zawsze prowadzone w poczuciu głębokiej odpowiedzialności za sytuację na rynku pracy. Dane Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej mówią same za siebie – stopa bezrobocia w Polsce nadal utrzymuje się na wysokim poziomie i w marcu 2015 roku wyniosła 11,7% .
W tym celu Rada Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan – na podstawie obszernej analizy funkcjonowania rynku po nowelizacji ustawy Pzp – opracowała katalog dobrych praktyk. Zestawienie, przekazane Urzędowi Zamówień Publicznych, ma na celu ułatwienie zamawiającym pełną i zgodną z intencją ustawodawcy realizację nowych zapisów prawnych. Dokument jest swoistym vademecum umożliwiającym właściwe konstruowanie przetargów, co tym samym zabezpiecza interes wszystkich uczestników rynku – zamawiającego, wykonawcy oraz pracowników. Katalog jest krokiem milowym w kierunku dalszej profesjonalizacji systemu zamówień publicznych. Uwzględnia on tak istotne aspekty jak: wdrażanie w procedurach przetargowych jasnych kryteriów jakościowych i odejście od dominującej roli kryterium ceny, wymaganie zatrudnienia pracowników na umowy o pracę do realizacji konkretnych zamówień publicznych oraz pełną waloryzację umów w toku na podstawie art. 142 ust. 5 znowelizowanej ustawy Pzp.
________________________________________
Więcej informacji na blogu: http://kowalski.blog.onet.pl/
Konfederacja Lewiatan

 

#Wybory2015: wzrost stawki dla producentów ropy i gazu ziemnego z Morza Północnego

Pięć lat temu koalicja konserwatystów z liberalnymi demokratami przejęła ster rządów w Zjednoczonym Królestwie. W dniu wyborów cena baryłki ropy z Morza Północnego wynosiła 80 USD, a produkcja ropy w Wielkiej Brytanii sięgała poziomu 1,5  mln baryłek dziennie.

Obawy o to, że osiągnięto maksymalne wydobycie ropy, w połączeniu z Arabską Wiosną na początku 2011 r. spowodowały, że przez pięć lat ceny były wysokie, ale stabilne, a średnia cena wynosiła wówczas 100 USD za baryłkę. Był to okres prosperity dla tych krajów roponośnych, które były w stanie odpowiedzieć na wzrost cen zwiększaniem produkcji. Natomiast w takich państwach, jak Wielka Brytania, w których produkcja spadała, inflacja cen w branży naftowej obniżyła rentowność producentów działających w rejonie brytyjskiego szelfu kontynentalnego.

Pięć lat później cena ropy Brent sięgnęła poziomu ok. 65 USD po spektakularnym załamaniu, które trwało od czerwca ubiegłego roku do stycznia tego roku. Od tego czasu ustanowiona została dolna granica cenowa, przynosząc ulgę krajom roponośnym, z których większość została zaskoczona gwałtownym spadkiem cen ropy.

Po upływie zaledwie pięciu lat brytyjska produkcja ropy spadła poniżej poziomu 1 mln baryłek dziennie, tj. do poziomów odnotowanych ostatnio w latach 70. XX w. Szelf kontynentalny w szybkim tempie dojrzewa, a w efekcie koszt wydobycia ropy na tym złożonym pod względem technicznym i problematycznym pod względem geologicznym obszarze stale wzrasta, co oznacza równoczesny wzrost ceny, od której takie wydobycie staje się opłacalne.

Według danych szacunkowych, cena ropy Brent musi obecnie wynosić powyżej 60 USD za baryłkę, aby eksploatacja większości złóż na Morzu Północnym była opłacalna. Niektórzy z najbardziej poszkodowanych operatorów prowadzących odwierty na przestrzeni setek kilometrów wzdłuż szkockiego wybrzeża potrzebują cen zbliżonych do poziomu nawet 86 USD za baryłkę.

Aby wspomóc brytyjski przemysł naftowy, zapewniający zatrudnienie ponad 400 000 pracownikom z całego Zjednoczonego Królestwa, minister George Osborne zapowiedział uwzględnienie w najnowszym budżecie przywilejów podatkowych dla spółek wydobywających ropę i gaz ziemny na Morzu Północnym. To sytuacja odwrotna do tej z 2011 r., kiedy w związku z rosnącymi cenami ropy spółki te objęto zaostrzonym reżimem podatkowym. Według szacunków rządu, wprowadzenie przywilejów podatkowych spowoduje wzrost produkcji o 15% do końca tej dekady.

Aby wydobyć do 3 mld baryłek na potrzeby udokumentowanych zasobów, brytyjski sektor wydobywczy musi zaczekać na powrót cen ropy w okolice 100 USD za baryłkę albo kontynuować korzystanie ze wsparcia dowolnego rządu.

Główne partie brytyjskie jednogłośnie popierają obniżenie podatków dla sektora wydobywczego w odpowiedzi na ostatnie załamanie cen, a nowy rząd bez względu na ugrupowanie może podjąć dalsze działania na rzecz zabezpieczenia przyszłości tego sektora, m.in. biorąc pod uwagę dostępność znacznych udokumentowanych zasobów

Rząd konserwatystów będzie musiał rozważyć dodatkowe działania wbrew własnej chęci, by kontynuować obniżanie deficytu.

Rząd laburzystów najprawdopodobniej wolałby zamiast tego wesprzeć sektor publiczny, jednak ostatnie sondaże wskazują, że Ed Milliband nie ma szans na zdobycie kluczy do domu pod numerem 10 na Downing Street bez poparcia Szkockiej Partii Narodowej (SNP). Ponieważ szkocka gospodarka jest zdominowana przez przemysł naftowy, a uzyskanie niepodległości w najbliższym czasie wydaje się niemożliwe, SNP będzie dążyć do pozyskania jak największego wsparcia ze strony Westminsteru.

Ole Hansen, Saxo Bank

saxo bank

MakoLab oczekuje utrzymania dwucyfrowej dynamiki wzrostu sprzedaży. Spółce pomaga światowy boom na rozwiązania z zakresu IT

0

CEO Magazyn Polska

Łódzka spółka MakoLab notowana na NewConnect osiągnęła w I kwartale w ujęciu rocznym o ponad 40 proc. wyższe przychody dzięki znacznej, bo przekraczającej 2/3 całkowitych sprzedaży, ekspozycji na rynki zagraniczne. Firmie sprzyja coraz większa popularność komunikacji firm z otoczeniem internetowym, szczególnie w zakresie rozwoju aplikacji mobilnych.

– Chcemy utrzymać to, co uzyskaliśmy w I kwartale, i dynamikę z ubiegłego roku, która wyniosła około 20-25 proc – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wojciech Zieliński, prezes zarządu MakoLab, spółki dostarczającej rozwiązania IT z zakresu Web Media i Business Solutions.

W minionym roku spółka osiągnęła przychody rzędu 17,2 mln zł (wzrost o prawie 28 proc. w ujęciu rocznym) oraz zysk netto na poziomie 2,41 mln zł (wobec 486 tys. zł w 2013 r.). W ostatnim dostępnym raporcie za IV kwartał 2014 roku (opublikowanym 18 lutego) spółka prognozowała sprzedaż w pierwszych trzech miesiącach tego roku na poziomie 4 mln zł, natomiast w kwietniu MakoLab szacował swoje przychody za trzy pierwsze miesiące roku na 4,89 mln zł. W analogicznym okresie 2013 roku wyniosły one 3,42 mln zł, co oznacza dynamikę blisko 43-proc. Szczegółowe wyniki za I kwartał 2015 roku spółka opublikuje 14 maja.

Wojciech Zieliński podkreśla, że dobre wyniki firmy wynikają przede wszystkim ze struktury sprzedaży, która jest nastawiona głównie na rynki zagraniczne. W 2014 roku 71,2 proc. usług i produktów spółka sprzedała poza Polską. Jednym z głównych klientów globalnych MakoLabu jest koncern Renault-Nissan. Polscy odbiorcy to m.in. Philips Lighting Poland, BRE Bank, grupa Apsys, grupa funduszy Arka, Ferax (marka Gatta). Zdaniem Zielińskiego drugim czynnikiem rozwoju spółki są jej rosnące kompetencje.

– W tej chwili w związku z ogromnym rozwojem internetu, różnego rodzaju urządzeń czy wchodzenia nowych aplikacji spektrum naszych usług jest bardzo szerokie – przekonuje Zieliński. – Pozycjonujemy się jako dostawcy oferujący kompleksowość usług, czyli dostarczamy klientowi pakiet usług, który jest związany z jego komunikacją z otoczeniem internetowym poprzez urządzenia mobilne, ogólnie rzecz biorąc poprzez cyfrowe kanały komunikacji.

Główne obszary działalności MakoLabu to produkty z zakresu serwisów WWW, systemów biznesowych, centrów danych, a także sprzedaży oprogramowania i sprzętu. Spółka oferuje także usługi konsultingu IT.

– Nasze marże nie zależą od rodzaju usług, ale od klienta i jego nastawienia na otrzymanie dobrej jakości usługi – zwraca uwagę prezes zarządu MakoLab. – Na razie przewidujemy wzrost organiczny, tak jak to zapowiadaliśmy w wielu komunikatach.

Spółka MakoLab jest na NewConnect od 21 grudnia 2007 roku. Notowania jej akcji w ciągu ostatniego roku wzrosły o około 100 proc. i oscylują wokół poziomów 2,90-3,10 zł.

FX 4 w tym tygodniu: liczby nie kłamią

Niniejszy artykuł omawia cztery główne tematy i ewentualne kierunki inwestycyjne w tym tygodniu, przy czym celem jest wybór transakcji, które nie są zbytnio skorelowane.

Amerykańskie niespodzianki

Nie jestem do końca przekonany co do ponownego zwrotu w dół w parze EUR/USD, ponieważ dane ze Stanów Zjednoczonych mogą zaskoczyć zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Co najmniej do opublikowanego w piątek (8 maja) raportu w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych (a może nawet i dłużej) nie dowiemy się, czy squeeze par z euro faktycznie się zakończył, ponieważ komunikat Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w tym tygodniu nie dostarczył inwestorom żadnych znaczących argumentów. Spodziewam się jednak, że akcja zakończy się w nadchodzącym tygodniu, jeżeli amerykańskie dane okażą się mocne, albo w ciągu kilku tygodni, jeżeli bieżący cykl danych spowoduje dalszy squeeze.

Podejście inwestycyjne: Inwestorzy mogą rozważyć zajęcie połowy strategicznych pozycji w opcjach sprzedaży zakładających spadek kursu pary EUR/USD po zakończeniu kwietniowego i majowego cyklu danych. Bierzemy pod uwagę opcje z terminem wygaśnięcia po pierwszym tygodniu czerwca, zarówno transakcje na samych opcjach sprzedaży po cenie 1,10 lub 1,09 (strategia outright), jak i na spreadach długich pozycji w opcjach sprzedaży po cenie 1,09/1,07 (kupno opcji z wyższą ceną wykonania, sprzedaż opcji z niższą ceną wykonania), które ograniczają ryzyko dotyczące premii, ale także potencjalny zysk. 

Spready długich pozycji w opcjach mogą jednak podlegać strukturyzacji, dlatego maksymalny zysk ponad trzykrotnie przekracza premię objętą ryzykiem. Z drugą połową niedźwiedzich inwestycji należy się wstrzymać do czasu uzyskania technicznego potwierdzenia trendu spadkowego (odwrócenia itp.). Inwestorzy spodziewający się negatywnych danych ze Stanów Zjednoczonych mogą wziąć pod uwagę opcje uwzględniające ruch do poziomu 1,1500 lub wyżej w perspektywie krótkoterminowej.

Ogólna deprecjacja NZD

W ubiegłym tygodniu byliśmy świadkami znaczącego złagodzenia stanowiska Reserve Bank of New Zealand, które może mieć stosunkowo długofalowe implikacje dla mocnego dotychczas NZD. Waluta nowozelandzka może pozostawać pod znaczną presją jeszcze przez wiele tygodni.

Podejście inwestycyjne: Inwestorzy mogą rozważyć krótkie pozycje w parze NZD/JPY lub opcje na tę parę po tym, jak BoJ zaskoczył wszystkich na posiedzeniu w tym tygodniu, nie podejmując żadnych działań ani nawet nie wpływając na zmianę powszechnych oczekiwań. Spodziewam się, że ostatecznie para ta dotrze najpierw w rejony poziomu 88,00, jednak później zejdzie do poziomu 85,00 lub niżej (w chwili, gdy to piszę, para NZD/JPY znajduje się na poziomie 90,50).

AUD traci w związku z posiedzeniem RBA (jednak w dłuższej perspektywie nadal skłaniam się ku aprecjacji w parze AUD/NZD!)

Rajd AUD szybko się rozwija, a inwestorzy czekają na posiedzenie Reserve Bank of Australia w najbliższy wtorek, podczas którego bank centralny najprawdopodobniej dokona cięcia stóp o 25 punktów bazowych do poziomu 2,00%. Decyzja ta została już w znacznej mierze uwzględniona w wycenach, jednak rynek z pewnością zareaguje na wytyczne, które mogą się okazać zaskakująco umiarkowane.

Podejście inwestycyjne: Sugeruję sprzedaż w parze AUD/CAD i spodziewam się, że para ta będzie strategicznie dążyć do nowych minimów poniżej obszaru 0,9400, po czym może nastąpić przełamanie i formacja głowy i ramion w przypadku przekroczenia tego poziomu. Sprzedaż w parze AUD/USD może być również korzystna, jeżeli USD ponownie podejmie walkę, a para AUD/USD znajdzie się poniżej poziomu 0,7850 na zamknięciu po posiedzeniu RBA. Z drugiej strony, para AUD/NZD może zejść w najbliższym czasie w rejony 1,0250/1,0300, a inwestorzy mogą wziąć pod uwagę kupno długoterminowych opcji kupna po cenie 1,0500, ponieważ para ta mogła ostatnio odnotować minimum cyklu.

Nadmierna aprecjacja w parze GBP/USD

Nie jestem pewien, czy inwestorzy rzucili się kupować funta szterlinga ze względu na wybory w Wielkiej Brytanii zaplanowane na 7 maja, czy po prostu chcą pokryć swoje krótkie pozycje, jednak ostatnia fala aprecjacji w parze GBP/USD zaczyna wykraczać poza obszar fundamentalnego wsparcia. Ponadto squeeze krótkich pozycji w euro mógł się jeszcze nie zakończyć i przed wyborami może nastąpić dodatkowy squeeze w górę w parze EUR/GBP.

Podejście inwestycyjne: Można rozważyć spready długich pozycji w opcjach sprzedaży na parę GBP/USD i/lub spready długich pozycji w opcjach kupna na parę EUR/GBP przy założeniu, że za dwa-trzy tygodnie para GBP/USD powróci w rejony w połowie przedziału z poziomu minimów z kwietnia, a para EUR/GBP osiągnie poziom 0,7400 lub wyższy (to ostatnie rozstrzygnięcie będzie bardziej prawdopodobne, o ile para EUR/USD znajdzie się w squeezie w górę, np. w związku ze słabym raportem w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych w przyszłym tygodniu).

John J Hardy, Saxo Bank

saxo bank

Banki centralne nie zadowoliły inwestorów

Zgodna z oczekiwaniami obniżka stóp przez EBC zamiast euforii przyniosła niedosyt i realizację zysków. Niespodziewane cięcie w Chinach nie zrobiło na rynkach wrażenia.

W czwartek nastroje dyktowały banki centralne. Bank Anglii, zgodnie z oczekiwaniami stóp nie zmienił i zwiększył o 50 mld funtów program skupu obligacji. Europejski Bank Centralny nie zaskoczył obniżką głównej stopy z 1 do 0,75 proc., ale dorzucenie do tego redukcji stopy depozytowej z 0,25 proc. do zera rozczarowało. Bykom nie pomogła niespodziewana obniżka stopy przez Ludowy Bank Chin z 6,31 do 6 proc.

Oczekiwania wobec EBC były wyśrubowane. Na obniżkę liczyli niemal wszyscy. Nic dziwnego, że gdy decyzje okazały się zgodne z oczekiwaniami, zamiast euforii, część inwestorów postanowiła zrealizować zyski. Indeksy rosły bowiem już od kilku dni.

Gra napędzana nadziejami na bardziej radykalne posunięcia EBC toczyła się na giełdach niemal do samego końca, czyli do chwili ogłoszenia decyzji. Do tego momentu indeksy na głównych parkietach europejskich szły w górę. Wskaźnik w Paryżu wzrósł w tym czasie o 0,6 proc., a DAX zyskał 1,1 proc. Gdy wszystko stało się jasne, wskaźniki gwałtownie zmieniły kierunek ruchu. DAX znalazł się 0,6 proc. poniżej środowego zamknięcia, a CAC40 zniżkował o 1,5 proc.

Radykalne pogorszenie nastrojów było widoczne na niemal wszystkich giełdach naszego regionu. Na plusie utrzymywały się jedynie indeksy w Tallinie i Warszawie. Szczególnie interesujący był przebieg notowań na Książęcej. Optymizm było widać już na początku notowań. Na otwarciu WIG20 zyskiwał co prawda jedynie 0,25 proc., ale byki bardzo szybko przystąpiły do zdecydowanego ataku. Już przed południem udało się im wywindować wskaźnik naszych największych spółek do 2302 punktów, czyli o 1,7 proc. powyżej środowego końcowego fixingu. To poziom najwyższy od 2 kwietnia. Nastąpiło długo oczekiwane wyraźne wybicie powyżej 2270-2280 punktów, z którym byki wiązały duże nadzieje. Późniejsze cofnięcie, pod wpływem pogarszającej się sytuacji na głównych giełdach kontynentu, ograniczyło optymistyczną wymowę tego osiągnięcia i zwiększyło obawy.

Paradoksalnie bykom nie pomogły dobre dane zza oceanu. Zmniejszają one bowiem szansę na rychłe uruchomienie kolejnej rundy dodruku pieniądza przez Fed. Według szacunków ADP liczba miejsc pracy zwiększyła się w czerwcu o 176 tys., czyli o 76 tys. więcej niż oczekiwano i o 40 tys. więcej niż w maju. Także liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych była sporo niższa niż się spodziewano i wyniosła 374 tys. Jedynie indeks aktywności w usługach rozczarował, zniżkując z 53,7 do 52,1 punktu. Reakcją na te dane był spadek indeksów na Wall Street o 0,6-0,8 proc. Z czasem sytuacja uległa niewielkiej poprawie.

Indeks naszych największych spółek zakończył dzień na poziomie 2287 punktów, zyskując  1,11 proc. WIG wzrósł o 0,93 proc., mWIG40 o 0,59 proc., a sWIG80 o 0,32 proc. Obroty wyniosły 827 mln zł.

Roman Przasnyski, Open Finance

Źródło: Open Finance

Niższe stopy mogą nie wystarczyć

Rynki są niemal pewne, że EBC obniży dziś stopy procentowe. To może pomóc bykom, ale nie musi wystarczyć Europie. Bez dodatkowych działań reakcja inwestorów może być dynamiczna, ale krótkotrwała.

Oczekiwania związane z dzisiejszą decyzją Europejskiego Banku Centralnego ustawiły poprzeczkę bardzo wysoko. Inwestorzy są przekonani, że stopy pójdą w dół, do 0,75 proc. Jeśli jednak niemal wszyscy są tego pewni, to reakcja rynków wcale nie musi być euforyczna i nie będzie trwała zbyt długo. Czekając na tę reakcję warto zdawać sobie sprawę, że skutki obniżki stóp będą prawdopodobnie bardziej odczuwalne na rynkach finansowych niż w realnej gospodarce, a sama decyzja ma charakter bardziej „propagandowy”. Do poprawy nastrojów wystarczy, ale wielkiej ulgi ani zadłużonym państwom, ani ich gospodarkom nie przyniesie. Stąd też „po cichu” rynki liczą na coś więcej niż tylko obniżka stóp. Jest jednak mało prawdopodobne, by Mario Draghi i jego drużyna użyli już dziś „bazooki” w postaci kolejnej rundy tanich pożyczek dla banków lub decyzji o skupie obligacji państw europejskich. Ale dziś rynkom wystarczyłaby sama zapowiedź możliwości podjęcia takich działań w przyszłości. W każdym razie jeśli „coś” jeszcze się pojawi, możemy być świadkami dużego ruchu na rynkach.

Mniejszy lub większy ruch może być także spowodowany publikacją licznych danych. Przed południem poznamy dynamikę zamówień w niemieckim przemyśle. Po kwietniowym spadku o 1,9 proc., oczekuje się, że w maju zamówienia zwiększyły się o 0,1 proc. Wczesnym popołudniem pojawią się informacje z amerykańskiego rynku pracy. ADP spodziewa się, że w czerwcu powstało 100 tys. miejsc pracy, co w porównaniu z majowym przyrostem o 133 tys. byłoby rozczarowujące. Oczekuje się także utrzymania na dość wysokim poziomie (około 385 tys.) liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Pod koniec dnia poznamy wskaźnik aktywności w amerykańskich usługach. Spodziewany jest jego niewielki spadek (z 53,7 do 53 punktów). Decydujące dla sytuacji na giełdach będą jednak piątkowe dane o liczbie miejsc pracy w sektorze pozarolniczym i stopie bezrobocia. To one „ustawią” oczekiwania inwestorów wobec Fed i nadzieje na kolejną rundę ilościowego luzowania polityki pieniężnej.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz na dziś, to spokój i niewielkie wahania do czasu ogłoszenia decyzji EBC i wzrost dynamiki zmian wartości indeksów po jej podaniu do wiadomości. Jeśli impuls będzie odpowiednio mocny i nie wystąpią inne czynniki, mogące go zneutralizować, byki będą mieć przewagę. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by EBC pozostał bezczynny wobec problemów z zadłużeniem i recesyjnych tendencji w gospodarce.

Przedsmak tego, co czeka nas dziś przed południem, mieliśmy już we wtorek. W Warszawie i na głównych parkietach europejskich zmiany wartości indeksów sięgały 0,1-0,4 proc. Kontrakty na amerykańskie i europejskie indeksy rano traciły po 0,2-0,4 proc., na giełdach azjatyckich przeważały niewielkie spadki. Wyjątkiem był Szanghaj, gdzie indeksy zniżkowały po 1-1,5 proc.

Roman Przasnyski, Open Finance

Źródło: Open Finance

Polski złoty odrabia straty

W poniedziałek uwagę inwestorów znad Wisły przyciągnęły dobre wiadomości napływające z tutejszego rynku pracy. Jak wynika z raportu opublikowanego przez GUS, w 2014 roku liczba osób aktywnych zawodowo w Polsce wzrosła o 300K, podczas gdy przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw przekroczyło poziom 4 200 PLN. Optymistycznie prezentują się także dane dotyczące polskiego PKB per capita, które w ubiegłym roku sięgnęło 70% krajów Unii Europejskiej. Zgodnie z założeniami rządowego „Wieloletniego Planu Finansowego Państwa”, utrzymanie obecnego tempa wzrostu sprawi, że do 2017 roku polskie PKB per capita w odniesieniu do 28 państw Unii Europejskiej powinno wzrosnąć do 76%. Pozytywne prognozy dla polskiej gospodarki sprzyjały podczas wczorajszej sesji umocnieniu wartości krajowej waluty – w efekcie, kurs EUR/PLN spadł w poniedziałek o 0.87%, sięgając poziomu 4.0241.

Dzisiejsza sesja rozpoczęła się od publikacji protokołu z ostatniego posiedzenia RBA. Rano poznaliśmy także informacje na temat dynamiki inflacji PPI w strefie euro. Popołudniu uwagę inwestorów przyciągną natomiast wiadomości o wysokości amerykańskiego indeksu ISM obrazującego kondycję tamtejszego sektora usługowego (prognoza 56.3 pkt).

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

Pierwsze półrocze na giełdach lepsze niż oczekiwano

Wbrew obawom i niesprzyjającym okolicznościom, pierwszych sześć miesięcy roku było dla większości giełd udanych. Straty zaliczyły tylko te parkiety, które na to zasłużyły. WIG znalazł się w doborowym towarzystwie.

Spora część ekspertów wyrażała sceptycyzm w kwestii giełdowej koniunktury w pierwszej połowie 2012 roku. Trudno się było temu dziwić. Rok 2011 nie należał do udanych, więc nastroje były kiepskie. Na horyzoncie nie brakowało zagrożeń. Co gorsza, większość z nich rzeczywiście się w pierwszych miesiącach roku ujawniła. Kolejny europejski szczyt ostatniej szansy w grudniu 2011 roku nieco uspokoił rynki, jednak zgodnie uznano, że nie przyniósł przełomu i nie zajął się problemami najbardziej istotnymi dla przezwyciężenia kryzysu. Kłopoty Grecji, Hiszpanii i Włoch nie zaskoczyły jedynie największych pesymistów. Wybory w Grecji dostarczyły podwójnej dawki emocji. Sprawdziły się przewidywania mówiące o pogorszeniu się sytuacji gospodarczej w strefie euro i potwierdziły obawy przed spowolnieniem chińskiej lokomotywy. Co więcej, zadyszka pojawiła się w bardzo dobrze radzącej sobie do niedawna gospodarce amerykańskiej.

Mimo to indeksy na większej części światowych parkietów poradziły sobie całkiem nieźle. Można wśród nich wyraźnie dostrzec trzy segmenty. Grono liderów wzrostów od kilkunastu miesięcy pozostaje niemal niezmienione. Prym wiodą mniejsze giełdy azjatyckie. Pakistan, Wietnam czy Tajlandia to kraje, których gospodarki charakteryzują się największą dynamiką rozwoju i najlepszymi perspektywami na przyszłość, nie tylko tę najbliższą. Kroku dorównuje im Turcja, rynek wciąż bardzo dobrze postrzegany przez globalnych inwestorów instytucjonalnych. Blisko czołówki plasują się także zwykle parkiety najmniejszych krajów naszego kontynentu, jak Estonia czy Islandia.

Spośród tradycyjnych azjatyckich tygrysów niezłą formę trzyma jedynie rosnący o 13 proc. wskaźnik giełdy w Bombaju. To także jedyny przedstawiciel grupy BRIC, który ma czym się pochwalić. Indeks giełdy brazylijskiej zniżkował o 4 proc., a moskiewski RTS spadł o 2 proc. Sytuacja na chińskim parkiecie była zróżnicowana. Shanghai Composite, indeks obejmujący szerokie grono firm, zyskał w pierwszym półroczu zaledwie 1 proc. Shanghai B-Share, grupujący akcje spółek dostępnych inwestorom zagranicznym, poszedł w górę o 9,5 proc. Jest on jednak bardziej zależny od nastrojów panujących na głównych giełdach światowych niż od koniunktury na chińskim rynku.

 

CEO Magazyn Polska

 

Wbrew licznym narzekaniom na słabość warszawskiej giełdy, nasze indeksy poradziły sobie całkiem dobrze, nie ustępując pola wiodącym parkietom światowym. WIG zyskał 8,5 proc., czyli tyle samo, co S&P500 i DAX, a WIG20 rosnąc o 6 proc. był odrobinę lepszy niż Dow Jones. Stawka średniaków była wyjątkowo wyrównana, choć jej skład można uznać za mocno zróżnicowany. Tak bliskie sąsiedztwo wskaźników z Irlandii, Singapuru, Meksyku, Polski oraz Niemiec i Stanów Zjednoczonych nie zdarza się zbyt często.

Nietrudno odgadnąć kto znalazł się w gronie największych przegranych ostatnich miesięcy, choć i tu można mówić o niespodziankach. Stawkę outsiderów otwiera Hiszpania, ze spadkiem sięgającym 17 proc. Ale na drugim miejscu znalazł się wskaźnik giełdy słowackiej. Zniżkując o 13 proc. wyprzedził tracące po 10 proc. Ateny i Lizbonę. W kontekście zawirowań na rynku długów, nieźle poradziła sobie giełda w Mediolanie, której indeks w pierwszym półroczu spadł jedynie o 4 proc.

Patrząc bliżej na nasze giełdowe podwórko, trudno mówić o większych niespodziankach. Branżowymi liderami były spółki chemiczne, których indeks zyskał niemal 40 proc. oraz surowcowe, ze zwyżką przekraczającą 25 proc. Wielkim przegranym była branża budowlana, której kłopoty ilustruje prawie 35-proc. spadek branżowego wskaźnika. Po około 6 proc. zniżkowały WIG Deweloperzy i WIG Energetyka. W tym ostatnim przypadku można mówić o pewnym zaskoczeniu. Może nim być także 12 proc. wzrost indeksu największych spółek. To jednak wynik przede wszystkim dynamicznej zwyżki z pierwszych dwóch miesięcy roku. Kolejne stały pod znakiem wyraźnej tendencji spadkowej, a skala ostatniego odreagowania nie napawa optymizmem na najbliższą przyszłość.

W pierwszych dniach drugiego półrocza sytuacja jest nieco podobna do tej, z jaką mieliśmy do czynienia na początku roku. Kolejny szczyt ostatniej szansy uspokoił rynki, ale nie stał się przełomem. Skoncentrował się na doraźnych działaniach, ledwie dotykając problemów systemowych. Z gospodarek europejskiej, chińskiej i amerykańskiej wciąż płyną niekorzystne sygnały. Inwestorzy mogą być jednak dobrej myśli. Największe zagrożenia rozprzestrzenienia się europejskiego kryzysu zadłużenia zostały odsunięte na dalszy plan. Zyskano nieco czasu na działania zmierzające do wsparcia wzrostu gospodarczego i usprawnienia funkcjonowania strefy euro. Ludowy Bank Chin już zaczął łagodzenie polityki pieniężnej. Podobnych posunięć oczekuje się od Europejskiego Banku Centralnego i amerykańskiej rezerwy federalnej. Nawet jeśli w najbliższych miesiącach nie pojawią się symptomy wskazujące na poprawę w globalnej gospodarce, to rynki mogą zacząć powoli dyskontować taki scenariusz. Punkt wyjścia jest więc lepszy niż pół roku temu, ale rozwaga i ostrożność w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych wciąż jest jak najbardziej wskazana.

Roman Przasnyski, Open Finance

Źródło: Open Finance

Rynek towarowego transportu kolejowego zmniejszył się w ubiegłym roku o blisko 2 procent

CEO Magazyn Polska

Zarówno przewozy towarowe, jak i masa ładunków zmniejszyły się w ubiegłym roku o blisko 2 proc. Jak zauważa Marek Staszek, prezes DB Schenker Rail Polska, wpływ na to miały między innymi prace modernizacyjne na liniach kolejowych i związany z tym spadek średniej prędkości przewozów. W br. przewoźnik spodziewa się podobnej sytuacji.

2014 rok nie był najłatwiejszym w przewozach towarowych w Polsce – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Staszek, prezes zarządu DB Schenker Rail Polska. – Był to kolejny rok, w którym odnotowano spadki na rynku. Zmniejszyła się zarówno ilość przewiezionej masy, jak i praca przewozowa wykonana przez wszystkich przewoźników.

Jak wynika z danych Urzędu Transportu Kolejowego (UTK), w ubiegłym roku koleją przewieziono niemal 229 mln ton ładunków wobec 233 mln ton rok wcześniej (spadek o około 1,9 proc.). Natomiast tzw. praca przewozowa wyniosła 50,1 mld tonokilometrów (tkm), wobec 50,9 mld tkm w 2013 roku (zmniejszyła się o 1,5 proc.). Zdanie analityków UTK wpływ na to miały m.in. słabsza kondycja branży górniczej, mierzącej się z niższymi cenami węgla na światowych rynkach, oraz prace modernizacyjne na liniach kolejowych, których skutkiem było obniżenie średniej prędkości pociągów towarowych.

Udostępniana w Polsce dla transportu towarowego sieć nadal jest w złym stanie – wskazuje prezes Staszek. – Przeciętne prędkości przewozowe są zdecydowanie niższe niż w Europie, nie przekraczają 25 km/h. To czyni kolej w Polsce niekonkurencyjną wobec przewoźników samochodowych. Choć nakłady na remonty i modernizację infrastruktury będą w najbliższym okresie rekordowo wysokie, to sam okres remontów będzie trudny dla przewoźników: pojawią się objazdy i utrudnienia w przewozach. To jeden z czynników, który bardzo utrudnia funkcjonowanie na rynku.

Transport kolejowy w nowej perspektywie unijnej ma być wsparty kwotą ponad pięciu miliardów euro. Według Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju środki te zostaną przeznaczone głównie na inwestycje liniowe, modernizację i wymianę taboru, rewitalizację dworców, budowę obiektów inżynieryjnych, a także poprawę bezpieczeństwa. Szczególny nacisk ma być położony na inwestycje w ramach TEN-T (Transeuropejska Sieć Transportowa, z ang. Trans-European Transport Networks) oraz modernizację linii dojazdowych. Remontowane być mają większe odcinki, w tym przede wszystkim szlaki towarowe.

– W ubiegłym roku wszystkim przewoźnikom najbardziej dokuczały spadki wywołane zawirowaniami w polskim górnictwie – uważa Marek Staszek. – My, jako część europejskiej sieci przewozowej, byliśmy bardziej odporni na te wahania, dlatego że w naszym portfelu już od kilku lat dominujące znaczenie mają przewozy transgraniczne materiałów skonteneryzowanych oraz z sektora automotive.

W br. branża kolejowa oczekuje kolejnych spadków w przewozach węgla. DB Schenker Rail Polska zamierza się przed nimi bronić, jak informuje prezes, poprzez budowę pozycji w segmentach, w których może korzystać z siły konkurencyjnej udziału w europejskiej sieci przewozowej.

Ubiegły rok dla DB Schenker Rail Polska nie był najgorszy – ocenia prezes zarządu tego przedsiębiorstwa. – Udało się nam utrzymać tendencję wzrostową wyników. Od kilku lat restrukturyzowaliśmy firmę, poszukiwaliśmy efektywności operacyjnej oraz dywersyfikowaliśmy portfel zamówień w taki sposób, aby trochę uniezależnić się od wahań na rynku węgla. Oczywiście wciąż odczuwamy zawirowania. Natomiast ze względu na zdywersyfikowany portfel jesteśmy bardziej odporni na nie niż inni przewoźnicy. W ciągu ostatnich trzech lat znacznie – o prawie 300 proc.  zwiększyliśmy nasz udział w rynku przewozów intermodalnych i dzisiaj mamy 20 proc.

W ciągu trzech pierwszych miesięcy 2015 roku transportem kolejowym przewieziono niespełna 50,5 mln ton ładunków, o niemal 6 proc. mniej niż w I kwartale 2014 roku. Praca przewozowa spadła natomiast o nieco ponad 1 proc. do 11,3 mld tkm.

Dzięki współpracy polscy producenci żywności mają większe szanse na zdobycie chińskiego rynku

CEO Magazyn Polska

Eksport polskiej żywności do Chin systematycznie rośnie. W ubiegłym roku wyniósł ok. 165 mln euro, w 2007 roku było to zaledwie 20 mln. Szybko rozwija się przede wszystkim eksport produktów mlecznych i drobiu. Wciąż jednak potencjał nie jest w pełni wykorzystywany – polskie firmy działają w zbyt dużym rozproszeniu, a to uniemożliwia skuteczne wejście na chiński rynek.  

Potencjał mierzony naszymi możliwościami eksportowymi produktów żywnościowych do Chin to kilka miliardów euro, a realizowany jest na poziomie 165-168 mln euro za ubiegły rok. Widać więc wyraźnie, że ten rynek jest ogromny, ale wciąż jeszcze niezdobyty i trudno dostępny – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Chiny powoli otwierają się na import żywności. Bogacąca się klasa średnia coraz chętniej kupuje produkty spożywcze wysokiej jakości. Przekłada się to na wyniki eksportu polskich produktów rolno-spożywczych. Jeszcze w 2007 roku jego wartość szacowano na 20 mln euro, w ubiegłym roku było to już prawie 170 mln euro.

Dużym zainteresowaniem cieszą się przede wszystkim przetwory mleczne. Ich udział w eksporcie żywności wzrósł z 17,7 do blisko 30 proc. w ubiegłym roku.

Dynamicznie rozwija się eksport mleczarski. Obecnie pozwolenie na sprzedaż ma 69 firm, kolejnych kilkanaście ubiega się o certyfikację na chiński rynek. Do Chin eksportuje też 10 zakładów drobiarskich, a kolejne są w gotowości – podkreśla Sawicki.

Perspektywy eksportu polskiej żywności są jednak znacznie większe. Niestety, polskie firmy są rozproszone, a w pojedynkę trudno im zaistnieć na chińskim rynku, przede wszystkim z powodu zbyt wysokich kosztów, dlatego by zwiększyć eksport, polscy eksporterzy powinni ściśle współpracować.

Najlepiej byłoby, żeby kilka dużych firm z danej branży rolnej wchodziło jednocześnie. Wtedy możliwości zaprezentowania, promowania i utrwalenia w świadomości chińskiego konsumenta naszego produktu byłyby zdecydowanie większe – tłumaczy minister rolnictwa.

Przez najbliższe dwa dni w Chinach trwają międzynarodowe targi SIAL, na których polscy producenci będą się aktywnie promować.

Resort rolnictwa prowadzi również negocjacje w sprawie wznowienia eksportu polskiej wieprzowiny. Ze względu na wykrycie przypadków afrykańskiego pomoru świń Chiny w lutym 2014 roku nałożyły embargo na wwóz mięsa, a jeszcze w 2013 roku były jednym z większych odbiorców polskiej wieprzowiny. Z danych ministerstwa rolnictwa wynika, że Polska sprzedała tam ok. 52 tys. ton tego mięsa o wartości ponad 67 mln euro. Embargo wpłynęło na znaczące zahamowanie tempa wzrostu polskiego eksportu żywności do Chin.

Mam nadzieję, że mój wyjazd do Chin pod koniec maja na spotkanie z ministrem ds. bezpieczeństwa żywności będzie udany i że po stronie chińskiej nastąpi uznanie tzw. regionalizacji, czyli sprzedaży żywności spoza terenów objętych afrykańskim pomorem świń. Zależy nam na tym, żeby otwierać te kierunki – podkreśla minister.

I. Morawski (BIZ Bank): Unia rynków kapitałowych pomoże firmom w uzyskaniu finansowania

CEO Magazyn Polska

Obecnie 80 proc. zewnętrznego finansowania europejskie małe i średnie przedsiębiorstwa uzyskują w bankach. W Stanach Zjednoczonych udział ten jest przeszło dwa razy niższy. Projektowana europejska unia rynków kapitałowych miałaby zmienić te proporcje i ułatwić mniejszym firmom finansowanie poprzez giełdę czy prywatne i publiczne emisje papierów wartościowych.

Chodzi o to, żeby przedsiębiorstwa mogły podejmować bardziej ryzykowne projekty inwestycyjne – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. – Natomiast na razie unia rynków kapitałowych jest projektem w zalążku. Nie do końca jeszcze ma zdefiniowane wszystkie problemy, którymi będzie się zajmowała.

Pod względem finansowania gospodarki przez rynki kapitałowe Europa jest daleko w tyle za Stanami Zjednoczonymi. Firmy średniej wielkości za oceanem korzystają z takiej możliwości pięć razy częściej niż takie same przedsiębiorstwa na Starym Kontynencie. Jak mówi Ignacy Morawski, biznes europejski w 80 proc. zaspokaja swoje potrzeby finansowych w bankach, a jedynie w 20 proc. – poprzez emisje. Rynek obligacji korporacyjnych w Stanach jest trzykrotnie większy od europejskiego. Za oceanem znacznie większą rolę odgrywają także fundusze private equity oraz tzw. crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe.

W Polsce mamy bardzo duży udział małych i średnich przedsiębiorstw w gospodarce – mówi Morawski. – Gdyby w długim okresie unia rynków kapitałowych rzeczywiście funkcjonowała dobrze i poprawiłby się dostęp do finansowania kapitałowego, to na pewno pomogłoby to polskim małym i średnim firmom zbierać kapitał i inwestować w bardziej ryzykowne projekty rozwojowe.

Z drugiej jednak strony, jak wskazuje Ignacy Morawski, mogłoby pojawić się niebezpieczeństwo marginalizacji krajowego rynku kapitałowego.

Jeżeli będziemy mieli jednolity rynek kapitałowy w Unii Europejskiej, wówczas zwiększać się będzie i tak już istotna rola dużych centrów finansowych:, czyli Londynu, Paryża i Frankfurtu – ocenia Morawski. – Małe centra regionalne, takie jak Warszawa, nie byłyby wtedy tak istotne, co oznacza, że polskie spółki zyskiwałyby kapitałowo za granicą, a krajowi oszczędzający więcej pieniędzy lokowaliby poza Polską. I to – moim zdaniem  jest pewne ryzyko dla naszego rynku kapitałowego.

Prace nad unią rynków kapitałowych zostały zaliczone do priorytetów Komisji Europejskiej. Kieruje nimi komisarz UE ds. stabilności finansowej Jonathan Hill. W tym roku spodziewane są pierwsze konkretne propozycje.

Na razie trwają konsultacje dotyczące tworzenia samego projektu unii, więc jesteśmy jeszcze bardzo daleko od wejścia tego pomysłu w życie – informuje Morawski. – Poza tym pomysł ten w znacznej mierze opiera się na usprawnieniu tego, co już jest, albo wprowadzeniu niedużych zmian do dzisiejszego sposobu funkcjonowania rynku. Wątpię, by była to jakaś wielka petarda polityczna, która znacząco zmieni obraz europejskiego rynku finansowego.

Konsultacje mają potrwać do 13 maja, w czerwcu Komisja Europejska powinna przedstawić wnioski z nich płynące, a w kolejnych miesiącach plan działań.

Brak pracowników może zatrzymać rozwój polskiego przemysłu kosmicznego

W Polsce rośnie zainteresowanie technologiami kosmicznymi, choć do krajów zachodnich, obecnych w kosmosie od kilkudziesięciu lat, dużo polskim firmom brakuje. Przedstawiciele branży podkreślają, że polski przemysł jest przygotowany do realizacji zaawansowanych technologicznie kontraktów. Wciąż brakuje jednak pracowników wykwalifikowanych w tej dziedzinie.

W Anglii, która nie ma najwyżej rozwiniętego przemysłu kosmicznego, zatrudnionych jest w nim ok. 40 tys. ludzi. W Polsce to najwyżej 400 osób, wliczając w to również osoby zajmujące się samym IT – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Brona, prezes zarządu Creotech Instruments, polskiej spółki działającej w branży kosmicznej.

Jak wskazuje ekspert, przed polskimi firmami jeszcze dużo pracy, mają jednak potencjał, by stworzyć konkurencyjny przemysł kosmiczny. Na przeszkodzie stoi zbyt mała liczba wykwalifikowanych pracowników. Z powodu słabo rozwiniętego przemysłu naukowcy pracowali dotychczas poza granicami kraju. Dlatego istotne jest wykształcenie odpowiedniej kadry.

Creotech zatrudnia ok. 50 inżynierów związanych z przemysłem kosmicznym. Wysyłamy ich za granicę, gdzie uczą się m.in. projektować czy montować układy satelitarne. W ubiegłym roku mieliśmy osiem audytów Europejskiej Agencji Kosmicznej, która podpowiadała, w jakim kierunku iść, żeby być konkurencyjnym na arenie globalnej – tłumaczy Brona.

W ciągu trzech kolejnych lat spółka chce jednak trzykrotnie zwiększyć zatrudnienie – do ponad 150 specjalistów. Tak szybki wzrost wymuszą duże, wieloletnie projekty integracji i montażu satelitów o wadze do 150 kg.

Zainteresowanie technologiami kosmicznymi jest w Polsce coraz większe. Stworzony w 2012 roku Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego skupia obecnie ponad 30 małych i dużych firm oraz ośrodków badawczych. Coraz więcej z nich bierze udział w międzynarodowych projektach w ramach Europejskiej Agencji Kosmicznej. Rozwój sektora ma wspierać również Polska Agencja Kosmiczna, instytucja, która zaczęła działać w lutym br. Jak podkreśla Brona, pod względem rozwoju przemysłu trudno będzie szybko dogonić kraje zachodniej Europy, które inwestują w tę dziedzinę od kilkudziesięciu lat, ale nie jest to niemożliwe.

Punktem odniesienia może być dla nas Hiszpania, której przemysł kosmiczny wystartował ok. 25 lat temu. Dziś działają tam już firmy integrujące, które dostarczają na rynek własne platformy satelitarne. Naszym celem jest przyspieszenie tego procesu, by w przeciągu 10 lat stać się pod tym względem krajem porównywalnym z Hiszpanią. Wydaje mi się, że jest to jak najbardziej osiągalne – przekonuje prezes Creotech Instruments.

Dodaje, że inwestycje w przemysł kosmiczny mogą spowodować szybszy rozwój innych technologii, np. medycznych czy teleinformatycznych. Creotech zamierza promować tworzone technologie.

Z jednej strony może się narodzić zupełnie nowy przemysł, który będzie realizował cele dla siebie, czyli będzie wysyłał obiekty w kosmos, badał kosmos lub Ziemię z kosmosu. Z drugiej strony będzie też stanowił wsparcie dla innych obszarów gospodarki, chociażby dla rolnictwa, np. obserwowanie lasów, kontrola pożarów. Mamy naprawdę duży obszar do zagospodarowania – podkreśla Grzegorz Brona.

Polscy kierowcy kupują najtańsze opony

CEO Magazyn Polska

Tylko 15 proc. opon kupowanych w Polsce pochodzi z segmentu premium, najtańsze stanowią prawie połowę rynku. W Europie Zachodniej proporcje są odwrotne. Jak przekonują eksperci, droga hamowania w przypadku najtańszych opon może być o 18 metrów dłuższa. By bezpiecznie jeździć, musimy również regularnie sprawdzać ciśnienie i stan bieżnika.

Prawie połowa opon sprzedawanych jako nowe to opony z segmentu najniższego, budżetowego, podczas gdy w Europie Zachodniej na rynek trafia ich tylko 15 proc. mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – U nas 15 proc. stanowi segment premium, na Zachodzie 50 proc. rynku.

Jak podkreśla, jest to jednak pozorna oszczędność.

– Dopłacenie do opon premium i tak jest tańsze niż koszt likwidacji każdej stłuczki. A różnice w długościach hamowania między tymi oponami są znaczne. Przykładowo w drodze hamowania między najlepszą i najgorszą kategorią jest różnica 18 metrów, to są cztery długości samochodu – dodaje Sarnecki.

Przekonuje, że zamiast oszczędzać na ogumieniu lepiej oszczędzać ogumienie. Kupując lepsze opony, a potem odpowiednio je użytkując, wydamy w sumie mniej.

– Sprawdźmy raz w miesiącu, jakie mamy ciśnienie, bo zaniżone ciśnienie powoduje, że opona dużo szybciej się zużywa. To jest może wbrew interesowi przemysłu oponiarskiego, bo im więcej kierowcy zużywaliby opony, tym częściej by je kupowali. Ale naszą misją jest dbanie o to, by kierowcy prawidłowo ich używali. Sprawdzanie ciśnienia to podstawowa rzecz, którą każdy – czy na stacji, czy kupując manometr – jest w stanie samodzielnie wykonać. Dzięki temu opony będą dłużej służyły  wyjaśnia ekspert.

Istotne jest również regularne sprawdzanie stanu opon. Wymagany prawem bieżnik to 1,6 mm, ale nie zapewnia on odpowiedniego bezpieczeństwa na drodze.

Poza tym jak już polski kierowca oponę kupi, to wykorzystuje ja do granic dopuszczanych przez prawo, co też oznacza dość wątpliwe oszczędności.

– Limitem, do którego warto się odnieść, jest 3-4 mm. Jeśli bieżnik jest mniejszy, to powinniśmy pomyśleć o wymianie kompletu opon. Radzenie sobie z jazdą w deszczu, po kałużach, z aquaplaningiem, czyli płynięciem samochodu na takiej poduszce wodnej, przy małym bieżniku jest tragiczne. Od tego naprawdę zależy nasze życie i zdrowie – zwraca uwagę Piotr Sarnecki.

Radzi, by przy wyborze nowych opon zwracać uwagę nie tylko na ich odpowiedni rozmiar, lecz także indeks nośności, indeks prędkości i homologację europejską. Etykiety energetyczne pozwalają już na pierwszy rzut oka porównać różne modele pod kątem efektywności paliwowej, hamowania na mokrej nawierzchni czy głośności zewnętrznej. Wybór warto skonsultować z fachowcem.

Firmy co roku tracą na cyberprzestępczości 500 mld dolarów

0

CEO Magazyn Polska

Aspekt finansowy jest główną motywacją atakujących w sieci. Im cenniejsze dane posiada dana firma czy instytucja, tym większe zagrożenia na nie czyhają, bo więcej da się na tych informacjach zarobić. Zarówno przedsiębiorstwa, jak i administracja coraz większą wagę przykładają do zabezpieczeń przed atakami. Prócz inwestycji w systemy i narzędzia IT najlepszą formą obrony jest poszerzanie świadomości zagrożeń.

Zagrożenie cyberwojną jest realne. Tak naprawdę toczy się ona cały czas, zarówno w gospodarce, jak i w polityce, pomiędzy krajami, które wzajemnie się szpiegują oraz próbują destabilizować pewne obszary działalności – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Szadkowski, prezes zarządu firmy informatycznej Soflab Technology.

Największym zagrożeniem są jednak „firmy”, które zajmują się wyłudzaniem pieniędzy i informacji oraz handlem nimi.

Na pewno jest to sektor biznesu, który się rozwija. To, czy informacje są wykorzystywane do działań terrorystycznych czy  przez różne struktury rządowe, różnie bywa. Natomiast głównym motywatorem mimo wszystko jednak są zawsze pieniądze – mówi Tomasz Szadkowski.

Jak w ubiegłym roku wyliczyli eksperci Kaspersky Lab, zyski osiągane przez cyberprzestępców mogą dwudziestokrotnie przekraczać koszty przeprowadzania ataków. W badaniu został porównany koszt narzędzi, które są najczęściej używane do ataku, z kwotą, jaką można ukraść z wykorzystaniem szkodliwego oprogramowania.

Rosnące zagrożenie dotyczy zarówno użytkowników indywidualnych, jak i przedsiębiorstw. Z obliczeń PwC wynika, że firmy na całym świecie mogą tracić rocznie nawet ponad 500 mld dolarów.

Świadomość rośnie i firmy coraz więcej wysiłku wkładają w to, żeby bronić się przed atakami cybernetycznymi oraz chronić dane własne i swoich klientów – chwali Tomasz Szadkowski. – Ale świat się rozwija i cały czas pojawiają się zarówno niestosowane wcześniej formy ataków, wyłudzeń, jak i nowe podatności. W związku z tym trzeba stosować kolejne sposoby zabezpieczania się przed takimi atakami.

Jak wynika z danych PwC, w 2014 r. polskie firmy wydały na cyberbezpieczeństwo średnio 5,5 proc. swojego budżetu. To dwa razy więcej niż rok wcześniej ‒ w 2013 r. było to 2,7 proc. Polska znalazła się tym samym powyżej światowej średniej, która wyniosła w 2014 r. 3,5 proc. Aż 90 proc. polskich przedsiębiorstw ponosi wydatki na zabezpieczenie dostępu, a 85 proc. na systemy wykrywania i zapobiegania włamaniom.

Firmy powinny przede wszystkim wiedzieć, że takie zagrożenia istnieją i że trzeba im przeciwdziałać, powinny wpleść w swoje procedury i działalność operacyjną zabezpieczenia przeciwko atakom cybernetycznym, również takie, które pozwalają zabezpieczyć dane firmy i zachować ciągłość jej operacji – wymienia ekspert.

Jak wynika z badania Kaspersky Lab i B2B International, w ubiegłym roku 21 proc. europejskich firm straciło istotne dane biznesowe z powodu wewnętrznych zagrożeń IT. Najczęściej – bo w 32 proc. przypadków – przyczyną utraty danych były luki w zabezpieczeniach oprogramowania. Niestety, co czwarty incydent był spowodowany przez przypadkowy wyciek danych, za którym stał personel.

Z raportu Cisco 2014 Midyear Security wynika, że jednym z głównych zagrożeń dla przedsiębiorstw w ubiegłym roku były ataki typu Man in The Browser (MIB). To rodzaj zaawansowanego oprogramowania, które kiedy dostanie się na urządzenie, modyfikuje wyświetlaną stronę i wysyła dane albo przekształca je w elementy ścieżki pomiędzy użytkownikiem a portalem. MIB najczęściej atakuje bankowe strony internetowe. Dla nieświadomej osoby, która korzysta z zainfekowanej stacji roboczej, strona, przez którą robi przelewy, wygląda identycznie, co aplikacja banku, ale w rzeczywistości nią nie jest.

Polskie banki na pewno duży nacisk kładą na to, żeby chronić pieniądze klientów oraz swoje aktywa i operacje – uważa Szadkowski. – Do tej pory celem wielu ataków były zarówno instytucje finansowe, jak i ich klienci. Próbowano wyłudzić dane do logowania oraz pieniądze.

Ciekawym obiektem cyberataków są też instytucje publiczne. Prócz wycieku danych lub utraty ważnych dla funkcjonowania państwa informacji w ich przypadku w grę wchodzi także wiarygodność.

Dlatego instytucje wkładają wiele wysiłku w to, żeby utrzymywać systemy i bronić się przed atakami – zauważa Szadkowski.

Młodzi polscy projektanci coraz częściej zainteresowani obecnością w centrach handlowych

0

CEO Magazyn Polska

Polscy niezależni projektanci chcą przez centra handlowe docierać do nowych grup klientów. Potrzebują jednak oferty dostosowanej do ich potrzeb, innej niż dla dużych marek sieciowych. Zarządcy centrów coraz częściej otwierają się na taką współpracę, bo dla nich to równie duża szansa na przyciągnięcie nowych klientów. Oferują młodym projektantom m.in. multibrandowe salony lub pop-up store’y, czyli tymczasowe sklepy.

Obecność młodych projektantów w centrach handlowych jest nowym zjawiskiem na rynku i obie strony tego biznesu dopiero badają możliwość współpracy na większą skalę. Faktem jest jednak to, że zarządcy centrów handlowych dostrzegają duży potencjał w obecności nowych polskich marek w swoich obiektach, co niewątpliwie niesie ze sobą powiew świeżości, urozmaica ofertę oraz pozwala budować związek z lokalną marką czy regionem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Knap, dyrektor operacyjny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Również młodzi projektanci stawiają na tradycyjny handel, bo to dla nich szansa na poszerzenie grona klientów i dotarcie do zupełnie nowych grup odbiorców. Potrzebują jednak od zarządców centrów handlowych innej oferty, dostosowanej do potrzeb i możliwości małego przedsiębiorstwa.

Dziś przed podjęciem rozmów z centrami handlowymi projektantów powstrzymuje przede wszystkim niejasność współpracy i jej bardzo restrykcyjne warunki, które są dostosowane do dużych graczy rynkowych – mówi Magda Korcz, co-founder HUSH Warsaw, organizacji wspierającej niezależnych polskich projektantów.

Zazwyczaj projektanci pierwsze kroki w biznesie stawiają w internecie, stopniowo poszerzając swoje portfolio produktów i klientów. Kiedy ich marka zaczyna zyskiwać popularność, myślą o wejściu w tradycyjny model handlu. Zdaniem Korcz już dziś na rynku jest kilkanaście marek, które sprawdziłyby się w takim otoczeniu i mogłyby na stałe zagościć w centrach handlowych.

Formatem, który jest w tej chwili najbardziej adekwatny do sytuacji młodych projektantów, są pop-up store’y, czyli sklepy tworzone na określony, zwykle krótki czas, pozwalające sprawdzić, jak dużym zainteresowaniem klientów cieszy się dana marka.

Główna idea pop-upu zakłada otwarcie na np. miesiąc sklepu, który z założenia nie musi być bardzo wymagający w kwestii aranżacji przestrzeni, co znacznie zmniejsza koszty wejścia do centrum handlowego i tym samym ryzyko podjęcia takiej działalności. Pop-up ma być czymś tymczasowym i budzić zainteresowanie – podkreśla Radosław Knap.

Popularność pop-upów w Polsce nie jest jeszcze duża, również w Europie ten koncept dopiero zaczyna zyskiwać uznanie. Tymczasowe sklepy pojawiają się m.in. w Londynie, Paryżu i Berlinie. Jak podkreśla Knap, widać je nie tylko w centrach handlowych, lecz także na ulicach. Takim inicjatywom sprzyjają również władze tych miast, które na krótki okres udostępniają niezagospodarowane tereny czy lokale. Polska Rada Centrów Handlowych stworzy możliwość dyskusji o współpracy między niezależnymi projektantami a deweloperami oraz przedstawicielami miast podczas czerwcowych targów branży nieruchomości handlowych ReDI.

Dla centrów handlowych otwarcie się na młodych projektantów również może być szansą na przyciągnięcie nowych grup klientów. Mimo że jest to bardziej ryzykowny model dla zarządcy – przez brak długoterminowych umów najmu – może być ciekawą ofertą. Zdaniem Anny Duchnowskiej, prezes polskiego oddziału Invesco Real Estate, kluczem do sukcesu jest odpowiednio dobrana liczba pop-upów do wielkości danego centrum.

Jako inwestor Placu Unii od wielu miesięcy testujemy koncept POP—UP STORY i widzimy, że odpowiednio zlokalizowany i dobrany pod względem wielkości i oferty daje bardzo dobre efekty i jest ciekawą propozycją dla naszych klientów. W naszych badaniach marketingowych bardzo często obecność formatów typu pop-up store podawana jest jako pozytywny przykład tego, jak Plac Unii trafia do swoich odbiorców – mówi Anna Duchnowska, prezes polskiego oddziału Invesco Real Estate.

Młode modowe marki często mają swoich lojalnych klientów. Jak podkreśla Magda Korcz, coraz więcej jest osób, które szukają czegoś innego, niż mają w ofercie sklepy sieciowe – chcą się wyróżnić i szukają własnego stylu.

W ten sposób projektant i młoda marka polska mają szansę przyprowadzić tych klientów do centrów handlowych – mówi Korcz. – Ich obecność jest bardzo korzystna z punktu widzenia PR-owego i marketingowego, istotna dla budowania nowej tożsamości danego miejsca.

Drugim formatem współpracy między projektantami a centrami handlowymi są sklepy multibrandowe, w których sprzedawanych jest wiele różnych marek. Zdaniem Radosława Knapa jest to alternatywa dla tych, którzy myślą o długotrwałej sprzedaży w centrach handlowych, ale nie są w stanie otworzyć samodzielnego sklepu.

Pop-up store oraz sklepy multibrandowe to dopiero początek. Na Zachodzie coraz popularniejsze stają się tzw. concept centre, czyli centra gromadzące sklepy z unikatową na rynku ofertą, często niszową. Zdaniem Anny Duchnowskiej w dłuższej perspektywie i na polskim rynku taki model może się przyjąć.

Bikini Berlin jest ciekawym przykładem doskonale przeprowadzonej rewitalizacji – z niezagospodarowanego terenu stworzono projekt oparty na concept store’ach, na hotelu z unikatowym wnętrzem i architekturą oraz bogatą ofertą gastronomiczną – mówi prezes polskiego oddziału Invesco Real Estate.

Zarówno projektanci, jak i klienci czekają na tego typu miejsca. Myślę, że gdyby w Warszawie pojawiło się takie centrum, jak Bikini Berlin, to sukces tego obiektu byłby gwarantowany – i po stronie zarządzającego tego typu biznesem, i po stronie samych projektantów – uważa Magda Korcz.

Obecność młodych projektantów w tradycyjnym handlu będzie jednym z czterech głównych tematów targów ReDI, które odbędą się w Warszawie w dniach 10-11 czerwca.

W I kwartale firmy finansowe wydały ponad 300 mln zł na reklamę

CEO Magazyn Polska

300,7 mln zł wydały firmy finansowe na reklamę w pierwszym kwartale. W stosunku do poprzednich trzech miesięcy wynik ten był gorszy o około 130 mln zł. Największy kawałek reklamowego tortu trafił do telewizji. Najczęściej promowane w mediach były szybkie pożyczki i kredyty gotówkowe.

Przeszło 300 mln zł w I kwartale przeznaczyły na płatną promocję w mediach firmy finansowe, w tym banki oraz przedsiębiorstwa udzielające pożyczek – informuje agencję Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów Instytutu Monitorowania Mediów. – To spadek w stosunku do ostatniego kwartału 2014 roku o blisko jedną trzecią. Ale zmniejszenie wydatków nie było zaskoczeniem, ponieważ IV kwartał jest zawsze okresem intensywnej promocji z uwagi na bożonarodzeniowe wydatki konsumenckie. Wielkanoc jest nieco mniej kosztowna.

Jak wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów, najwięcej, bo 18,9 mln zł, na reklamę w mediach wydał PKO Bank Polski. Na drugim miejscu znalazł się Eurobank (18,5 mln zł), a na trzecim – ING Bank Śląski. Czwartą pozycję zajęła firma Vivus, która udziela szybkich pożyczek.

Firmy pożyczkowe promowały się bardzo intensywnie i były nadal mocno widoczne w mediach: prasie, radiu i telewizji – zauważa Łukasz Jadaś. – Widać zresztą tendencję do promowania pożyczek i kredytów. Na reklamy tych dwóch produktów finansowych wszyscy reklamodawcy przeznaczali najwięcej środków. W obu przypadkach były to kwoty rzędu 60 mln zł.

Najchętniej reklamowanym produktem, jak wynika z danych IMM, były szybkie pożyczki gotówkowe (ok. 65,2 mln zł). Produkt ten utrzymał pozycję głównie dzięki Vivus Finance. Główni konkurenci tej firmy nieco zwolnili tempo. W rankingu wydatków Provident zajął dziewiątą pozycję, zaś SKOK – szesnastą.

Na drugim miejscu produktowym znalazły się kredyty gotówkowe z kwotą oscylującą wokół 63 mln zł. Mocne trzecie miejsce zajęły konta osobiste (ok. 50 mln zł). Ubezpieczyciele również nie spoczęli na laurach. Najbardziej aktywna była promocja firm Generali oraz Proama.

Największy kawałek reklamowego tortu tradycyjnie trafił do telewizji. Na emisję spotów banki i instytucje finansowe przeznaczyły około 240 mln zł. Najwięcej przeznaczono na reklamę w telewizji Polsat – łącznie 51,8 mln zł (według oficjalnych cenników, bez uwzględnienia rabatów). Drugi w zestawieniu TVN zarobił 34,4 mln zł.

Biorąc pod uwagę to, że reklama radiowa kosztowała firmy około 40 mln zł, a prasowa – 20 mln zł, łączne wydatki na spoty telewizyjne były wysokie – ocenia Łukasz Jadaś. – Spośród stacji radiowych liderem pierwszych trzech miesięcy było RMF FM, a wśród tytułów prasowych – dziennik „Rzeczpospolita”.

RMF FM w omawianym okresie zarobił na reklamach firm finansowych ok. 10,5 mln zł. Pozycję wicelidera zdobyło Radio Zet – z 4,4 mln zł. „Rzeczpospolita”, lider w segmencie prasowym, pozyskała natomiast ok. 1,8 mln zł.

Emirates chce rozwijać połączenie między Warszawą a Dubajem

0

CEO Magazyn Polska

W ciągu dwóch lat działalności w Polsce Emirates obsłużył w sumie 330 tysięcy pasażerów latających do i z Warszawy. Ponieważ zapotrzebowanie na bezpośrednie loty do Dubaju rośnie, przewoźnik chce rozwijać swoje flagowe połączenie. Trwają też prace nad unowocześnieniem floty – od grudnia na warszawskich trasach kursować będą boeingi 777-300ER.

Nie jesteśmy najtańsi – to mogę przyznać, jednak zdecydowanie walczymy o klienta jakością produktu, liczbą miejsc, do których może się dostać, komfortem podróży, komfortem przesiadki i tym wszystkim, co na pokładzie samolotu mamy do zaoferowania. Emirates jest linią, i to mówię z pełną odpowiedzialnością, która oferuje największą wartość na pokładzie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Maciej Pyrka, country manager Emirates w Polsce.

Przewoźnik z Dubaju rozpoczął loty do Warszawy w lutym 2013 r. Trasa ta jest obsługiwana codziennie, a wykorzystywane są różne modele samolotów szerokokadłubowych. Najmniejszym samolotem latającym z Polski do Dubaju jest airbus A330-200 z 237 fotelami na pokładzie. Emirates czasem wykorzystuje także boeingi 777-300, które mają aż 364 miejsca. Od grudnia br. ten model ma być już na stałe przypisany do warszawskiej trasy.

Jak podkreśla Pyrka, wszystkie wykorzystywane przez Emirates samoloty to maszyny szerokokadłubowe, czyli o dwóch przejściach wzdłuż kabiny. Oferują one pasażerom więcej miejsca, a tym samym większy komfort niż mniejsze samoloty.

Pyrka zaznacza, że Emirates jest też jedynym przewoźnikiem w Polsce oferującym z Warszawy klasę pierwszą, czyli najbardziej luksusowy standard podróży.

Wchodząc do samolotu Emirates, już na lotnisku warszawskim można skorzystać z wszystkich przywilejów, do których dostęp mają pasażerowie w przypadku innych linii lotniczych w innych portach europejskich – podkreśla Pyrka. – Oprócz tego mamy jeden z najlepszych na świecie systemów rozrywki pokładowej, który jest rokrocznie nagradzany światowymi nagrodami. Jesteśmy wielokrotnie nagradzani za najlepszy poziom obsługi i cateringu.

W najbardziej prestiżowym rankingu linii lotniczych Skytrax linie Emirates w 2014 r. zajęły czwarte miejsce na świecie, choć jeszcze rok wcześniej były liderem. Przewoźnik został jednak wyróżniony za najlepsze fotele w klasie pierwszej oraz najlepszy system rozrywki pokładowej. Linię doceniają również polscy pasażerowie – w plebiscycie „Najlepsza Linia Lotnicza 2014 r.” Emirates zdobyły drugie miejsce w swojej kategorii.

Pyrka dodaje, że przewagą konkurencyjną Emirates jest również duża polskojęzyczna załoga.

Kiedy leci pan z Warszawy do Dubaju na pewno spotka pan osobę, która mówi w języku polskim. Zatrudniamy już ponad 500 Polaków, którzy latają i obsługują w powietrzu pasażerów Emirates – mówi Pyrka.

Przekonuje, że konkurowanie m.in. z Qatar Airways, a także z innymi przewoźnikami, cały czas motywuje Emirates do rozwoju, i to na wszystkich rynkach. Ekspansję wymuszają m.in. plan zwiększenia floty. Emirates ma obecnie ponad 220 samolotów pasażerskich (wszystkie to modele szerokokadłubowe), ale oczekuje na dostawę jeszcze ponad 270, w tym kolejnych 80 dwupokładowych airbusów A380.

Jesteśmy w Polsce od dwóch lat i trzech miesięcy. Połączenie z Warszawy do Dubaju liniami Emirates jest niewątpliwie projektem, który kojarzy się z sukcesem – mówi Pyrka. – W DNA Emirates jest rozwój i na pewno to połączenie warszawskie będzie dotrzymywało kroku dynamice światowej.

Linia Emirates, jak wynika z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego, przewiozła w 2014 r. z i do Polski ponad 160 tys. pasażerów, co dało jej 0,7 proc. udziału w rynku.

Szukanie oszczędności w firmie nie musi oznaczać zwolnień

0

CEO Magazyn Polska

Nawet o kilkanaście procent firmy mogą zmniejszyć koszty dzięki optymalizacji zakupów. Duże korporacje wykorzystują swoją przewagę w rozmowach z dostawcami, z kolei szansą dla mniejszych przedsiębiorstw są coraz popularniejsze grupy zakupowe. Oszczędności są możliwe w każdej branży.

Oszczędności dzięki projektom zakupowym mogą sięgać nawet kilkunastu procent całej bazy zakupowej. Dużo większe oszczędności jesteśmy w stanie wygenerować w obszarze kosztów pośrednich, kosztów administracyjnych. Oszczędności w obszarze kosztów produkcyjnych, materiałów, komponentów to zwykle od 5 do 10 proc. – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Borowiecki, prezes firmy OptiBuy, doradzającej przy tego typu projektach.

Jak podkreśla Borowiecki, firmy szukające oszczędności nie muszą zawsze rozpoczynać od zwolnień. Koszty kupowanych produktów i usług są czasem wielokrotnie większą pozycją w zestawieniu kosztów, a możliwości oszczędności w tym obszarze są bardzo duże. Według niego pierwszym krokiem każdej firmy powinno być szczegółowe przejrzenie własnych wydatków oraz ocenienie, czy wszystkie są konieczne. Potem należy sprawdzić tryb kupowania usług i towarów, a także ich liczbę, tryb zakupów i wybierane towary. Ostatnim etapem jest analiza samego procesu zakupów.

W wielu przypadkach okazuje się, że firmy nie dość szczegółowo sprawdzają swoich kontrahentów i zawarte z nimi umowy – dodaje Borowiecki. Dlatego optymalizacja może okazać się szansą nie tylko na obniżenie kosztów, lecz także poprawę jakości.

Wielokrotnie podczas naszych projektów rezultat finalny jest taki, że koszty zostają obniżone, a jakość podwyższona. W relacjach biznesowych nie zawsze relacja między jakością a ceną jest jednoznaczna. Często klienci nie dbają o swoją bazę dostawców, nie analizują jej szczegółowo, i nie optymalizują, przez co dostawcy generują dodatkowe marże – tłumaczy Borowiecki. – Po projekcie optymalizacyjnym, nawet po znacznym zmniejszeniu marż, paradoksalnie klient może być traktowany poważniej przez swojego dostawcę, bo ten widzi, że klient rozmawia z nim bardziej konkretnie.

Ekspert podkreśla, że duże przedsiębiorstwa najczęściej są dobrze zorganizowane, więc możliwości optymalizacji nie wymagają rewolucyjnych zmian. Mimo to takie firmy muszą być gotowe na zmianę dostawcy lub niewielkie poprawki w procesie zakupowym. Im większa korporacja, tym łatwiej obniżyć koszty zakupów, bo takie firmy mają przewagę nad dostawcami.

Każdy ma szansę na optymalizację zakupów, natomiast większym przedsiębiorstwom jest łatwiej, ponieważ mają zbudowaną skalę zakupową. Dostawcy bardziej się z nimi liczą. Mniejsze firmy mogą się zrzeszać w konsorcja, grupy stałe lub ad hoc, po to, by zbudować większą masę – wyjaśnia Borowiecki.

Dzięki grupom zakupowym małe firmy mogą wspólnie kupować towary i usługi. Dotyczy to szczególnie takich zakupów, które nie dają przewagi konkurencyjnej, np. artykułów biurowych. Takie rozwiązanie jest już bardzo popularne na Zachodzie, na przykład we Francji czy w Niemczech, ale w Polsce dopiero raczkuje. Jak ocenia ekspert, stosunkowo niewielka popularność grup zakupowych w Polsce wynika przede wszystkim z ograniczonego zaufania pomiędzy firmami oraz braku zrozumienia korzyści płynących ze wspólnych zamówień. Do tego zarządy zdają sobie sprawę z tego, że mogą wciąż dużo zaoszczędzić poprzez poprawę wewnętrznych procesów w swoich firmach, dlatego nie odczuwają potrzeby wchodzenia we współpracę z innymi podmiotami.

Widziałem niejednokrotnie grupy zakupowe, które działały przy jednym przetargu, dwóch przetargach, gdzie wszyscy członkowie grupy generowali oszczędności, a kiedy kontrakt dobiegał końca, przy kolejnych edycjach przedłużania umów z dostawcami, część takiej grupy rezygnowała, bo wolała podpisać samodzielne kontrakty – ocenia Borowiecki. – Grupy na pewno będą się rozwijać, ale myślę, że to jeszcze potrwa kilka lat.

Dodaje, że polskie przedsiębiorstwa produkcyjne i handlowe mają większe doświadczenie w optymalizacji zakupów niż firmy usługowe, w tym finansowe. Dlatego to właśnie w sektorze usług oszczędności z wprowadzenia takiego procesu mogą być większe. Dużo do zrobienia mają w tym obszarze także firmy państwowe.

Często w przedsiębiorstwach państwowych osoby decyzyjne bardziej są zainteresowane przestrzeganiem norm prawnych, co oczywiście jest niezbędne, ale często cel oszczędnościowy ma niższy priorytet i w efekcie nie jest realizowany w takim stopniu, w jakim mógłby – zaznacza Borowiecki.