Na rynku odpadów za dużo biurokracji, a za mało konkurencji. W rezultacie ceny mogą wzrosnąć o 30 proc.

CEO Magazyn Polska

Polski rynek odpadów komunalnych jest zbiurokratyzowany i mało konkurencyjny wynika z raportu Instytutu Sobieskiego. Jeżeli nic się nie zmieni, to ceny, jakie Polacy płacą za wywóz śmieci, mogą wzrosnąć o kolejne 30 proc.

Na polskim rynku odpadów w 2013 roku wprowadzono rewolucyjna zmianę. Odpowiedzialność za odbiór odpadów i gospodarowanie nimi przejęły od właścicieli nieruchomości gminy. Na drodze przetargu wybierają one firmy, którym zlecają te zadania. W latach 2006-2013 koszty wywozu śmieci w Polsce podwoiły się, a w samym tylko 2013 roku wzrosły blisko o jedną trzecią. W wyniku przeprowadzonych przez gminy postępowań przetargowych wartość zawartych umów na odbiór i (lub) zagospodarowanie odpadów komunalnych sięgnęła ok. 3,3 mld zł. W 2014 roku – po kolejnych przetargach – wzrosła ona o 2 proc. Eksperci szacują, że w kolejnych latach wartość rynku wzrośnie do ok. 5 mld zł.

– Główny Urząd Statystyczny wskazuje, że w 2013 roku, czyli w roku przeprowadzenia reformy, ceny odbioru odpadów komunalnych wzrosły o około 30 proc., dokładnie 29,6 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Styś, ekspert w dziedzinie gospodarowania odpadami komunalnymi Instytutu Sobieskiego. – Prognozowane są dalsze wzrosty cen. Naukowcy ze Szkoły Głównej Handlowej opracowali raport, na który my się powołujemy, zakładając w nim, że ceny mogą wzrosnąć o kolejne 30 proc.

Ceny płacone za wywóz śmieci rosną szybko, ale nie idzie za tym wzrost jakości usług na tym rynku. Z jednej strony przyczyną są wyższe koszty utylizacji odpadów. Zgodnie z unijnymi przepisami Polska musi stosować bardziej ekologiczne i droższe metody ich przetwarzania. Z drugiej jednak strony za wzrost cen na tym rynku odpowiada rozrastająca się biurokracja oraz słaba konkurencja – mimo że na tym rynku działa dziś ok. 3,7 tys. firm i jest obecnych kilku międzynarodowych potentatów. W wyniku postępowań przetargowych przeprowadzonych przez gminy w 2013 r. zlecenie wykonywania tych usług otrzymało 673 podmiotów.

Według ekspertów Instytutu Sobieskiego w latach 2009-2013 liczba podmiotów na rynku wzrosła o ponad 17 proc., natomiast ceny – o ponad połowę. Oznacza to, że w systemie gospodarowania odpadami nie ma podstawowej rynkowej zależności konkurencji do ceny.

– Jeżeli nie uda się tego rynku, mówiąc językiem kolokwialnym, poluzować, wpuścić do niego więcej konkurencji, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że potencjalny Kowalski, właściciel nieruchomości, będzie płacił więcej i będzie otrzymywał porównywalnystandard. Ten standard się nie polepszy – przestrzega Tomasz Styś.

Rynek gospodarowania odpadami czekają w najbliższym czasie kolejne zmiany.

– Dwie najbardziej podstawowe rzeczy, na które warto zwrócić uwagę, to są nowelizacje dwóch ustaw konstytutywnych dla rynku gospodarowania odpadami: ustawy o utrzymaniu czystości, o porządku w gminach, która niesie ze sobą pewne zmiany i przede wszystkim ustawy o odpadach, która wprowadza na rynek nowego gracza, ponadregionalne instalacje do przetwarzania odpadów komunalnych w postaci spalarni – zwraca uwagę ekspert Instytutu Sobieskiego.

Nowe przepisy wprowadzają też m.in. maksymalne opłaty za wywóz śmieci oraz obowiązek segregacji odpadów. Ten ostatni zapis ma nas przygotować do kolejnego wyzwania, które stawia przed rynkiem Unia Europejska, czyli radykalnego ograniczenia ilości śmieci, jakie mogą trafić na wysypiska.

– Do 2030 roku rynek odpadów ma być tzw. rynkiem o obiegu zamkniętym – tłumaczy Tomasz Styś. – Czyli większość wytworzonych odpadów zarówno komunalnych, jak i opakowaniowych ma wracać na rynek. Obecnie na składowiska rocznie trafia około 7 mln ton odpadów. Jeżeli Komisja Europejska przeforsuje swoje plany do 2030 roku będziemy mogli składować jedynie 0,6 mln ton – jak na perspektywę 15 lat jest to zmiana rewolucyjna.

W latach 2014-2020 na projekty związane z priorytetami dotyczącymi szeroko rozumianego gospodarowania odpadami przeznaczono ok. 4,7 mld zł w ramach dofinansowania z funduszy UE.

List polecony wyślemy bez wychodzenia z domu. Nowe technologie wspierają tradycyjne usługi

Klienci Poczty Polskiej mogą już wysyłać listy polecone także z domu lub biura dzięki nowej usłudze dostępnej na platformie Envelo. Potwierdzenie nadania i odbioru klient otrzymuje w pliku PDF, podobnie jak w przypadku przelewów elektronicznych w bankach.

Nadana w ten sposób przesyłka zostanie automatycznie wydrukowana, zapakowana w kopertę i dostarczona adresatowi przez listonosza Poczty Polskiej.

Jeśli chcemy skorzystać z takiej usługi, to musimy być zarejestrowanym użytkownikiem platformy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Grzegorz Świdwiński, prezes spółki Poczta Polska Usługi Cyfrowe. – Wchodzimy na platformę, naciskamy przycisk ,,nowa przesyłka’’, komponujemy list, możemy do niego dodać także załączniki i wybieramy sposób jego dostarczenia, czy jest to list polecony, czy polecony ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru. Wciskamy „enter” i sprawa jest załatwiona.

Po nadaniu przesyłki nadejdzie powiadomienie w formacie PDF. Będzie ono podobne do tego, które klient otrzymuje po dokonaniu przelewu elektronicznego w banku. Odpowiednio przygotowany plik w formacie PDF jest wystarczającym potwierdzeniem, że list polecony został wysłany.

Użytkownik dostaje informację o czterech statusach – mówi Grzegorz Świdwiński. – Informujemy go o tym, że przyjęliśmy zlecenie do realizacji, że zostało wydrukowane, że zostało nadane do operatora pocztowego i że zostało odebrane, jeśli ktoś wybrał opcję potwierdzenia odbioru. W tym momencie prawo pocztowe mówi, że datą nadania jest data przekazania do operatora pocztowego. Natomiast my chcemy, żeby datą nadania była data naciśnięcia „enter”, i nad tym w tym momencie pracujemy.

Platforma Envelo działa od roku. Początkowo umożliwiała skorzystanie z trzech usług. Oprócz neolistu, czyli listu nadawanego przez internet, a doręczanego przez listonosza, były to: neokartka, czyli kartka pocztowa nadawana za pośrednictwem internetu, którą adresat otrzymuje w formie drukowanej, oraz neoznaczek, czyli znaczek do samodzielnego wydruku (w połowie listopada pojawiły się neoznaczki na listy polecone). W kwietniu uruchomione zostały usługi dla wystawców i odbiorców faktur, czyli Neofaktura i Neorachunki.

Wraz z uruchomieniem neolistu rejestrowanego wprowadzamy też inne zmiany na platformie Envelo – podkreśla Świdwiński. – Nowy design skrzynki, tzw. mailboksa, przygotowanie do pełnej integracji pomiędzy listami elektronicznymi i korespondencją papierową – wymienia.

Należąca do grupy kapitałowej Poczta Polska spółka Poczta Polska Usługi Cyfrowe łączy tradycyjne usługi pocztowe z nowoczesnymi kanałami komunikacji internetowej. Umożliwia wygodny dostęp do oferty Envelo za pomocą urządzeń mobilnych i stacjonarnych.

Uruchamiamy też tzw. Konto Zaufane i skrzynkę, która będzie w przyszłości służyła do nadawania listów elektronicznych poleconych – informuje prezes Świdwiński.

80 proc. pracodawców oferuje benefity. Dla pracowników najcenniejsze są szkolenia i prywatna opieka medyczna

CEO Magazyn Polska

Pieniądze nie są wystarczającym sposobem wynagradzania i motywowania pracowników – wynika z badania Benefit Systems oraz HRNews.pl. 66,7 proc. respondentów wśród pozapłacowych świadczeń na pierwszym miejscu wybrało kursy doszkalające oraz dodatkową opiekę medyczną. Zajęcia sportowe są ważne dla 44,4 proc. badanych.

Dzisiaj około 80 proc. przedsiębiorstw stosuje świadczenia pozapłacowe. Firmy szukają pomysłów na to, by na długo związać pracownika ze sobą, szczególnie takiego, w którym widzą wartość wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Grochowska, dyrektor ds. rozwoju produktów w Benefit Systems, spółce obecnej na rynku pozapłacowych świadczeń dla pracowników.

W jej ocenie pracodawcy coraz częściej dostrzegają konieczność motywowania nie tylko najwyższej kadry zarządzającej, lecz także szeregowych pracowników.

Teraz poszukiwanie powszechnych programów jest coraz częstsze. Pracodawcy podkreślają w trakcie rozmów o systemach wynagradzania pozapłacowego, że są one bardzo potrzebne mówi ekspertka.

Z badań wynika, że 15 proc. firm deklaruje zamiar rozwijania wachlarza świadczeń pozapłacowych, a zaledwie 1 proc. ma w planach redukcję tej oferty.

Wśród świadczeń pozapłacowych najbardziej popularna jest opieka medyczna oraz ubezpieczenia. Z takich form wynagradzania firmy korzysztają najczęściej, wiąże się to z tym, że pracownicy je doceniają mówi Grochowska.

Kobiety poszukują i doceniają świadczenia zapewniające im możliwości rozwoju. Coraz popularniejsza w tej grupie jest możliwość pracy w systemie home office. Mężczyźni z kolei deklarują większe zainteresowanie awansem oraz premiami finansowymi.

Firmy, które mają zróżnicowaną strukturę wiekową pracowników, poszukują nowych rozwiązań. Pokolenie baby boomers oczekuje raczej stabilizacji, czyli potrzebuje takich świadczeń, które pozwalają kojarzyć firmę z przyszłością i pewną stabilizacją. Z kolei pokolenie, które nazywamy pokoleniem X, Y, Z ma zupełnie inne potrzeby twierdzi Grochowska. – Im pracownicy są młodsi, tym potrzebują mniej stabilizacji. Raczej stawiają oni na swoje zainteresowania i aktywności.

Trzech na czterech pracowników nigdy nie zostało przez pracodawcę zapytanych o to, czego życzyliby sobie w ramach kafeteryjnego systemu wynagrodzeń. To błąd, bo przypadkowy benefit może nie spełnić swojej motywacyjnej funkcji.

Ekspertka podkreśla, że trudno też rozwijać system benefitów, kiedy baza płacowa w firmie jest niewystarczająca lub panuje zła atmosfera w pracy. Przedsiębiorstwa, które nie dbają o te dwa czynniki, niekoniecznie odniosą sukces w motywowaniu i zatrzymywaniu pracowników w firmie. 56,8 proc. badanych pracowników satysfakcjonuje poziom zarobków, ale prawie co trzeci badany uważa, że jego wynagrodzenie jest zbyt niskie.

Według raportu zaledwie co dziesiąty ankietowany wskazuje na regularność wynagrodzenia pozapłacowego w swojej firmie. Z kolei tylko w 56,4 proc. przypadków rodzaj i wysokość przyznanego dodatku zależy od pełnionego stanowiska i pozycji w firmie.

Polscy klienci private banking inwestują bardziej krótkoterminowo i ryzykownie niż Ci zachodnioeuropejscy

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce przybywa osób zamożnych. Jest ich już 880 tys., a do 2016 r. będzie ich ponad milion. To dla nich banki rozwijają specjalne usługi z zakresu private banking, premium banking i wealth management, czyli m.in. szyte na miarę doradztwo inwestycyjne, prestiżowe karty kredytowe czy usługi concierge. Nowym zjawiskiem jest rosnące zapotrzebowanie na pomoc związaną z sukcesją majątku.

Polski private banking w dalszym ciągu jest nieco inny niż ten zachodni. Jesteśmy społeczeństwem, które cały czas szuka zysku. Klientów private banking interesują przede wszystkim inwestycje i depozyty, może nawet w odwrotnej kolejności: depozyt i inwestycja, która ma wygenerować dodatkowy dochód wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Pałac, menadżer Zespołu Usług Doradczych Friedrich Wilhelm Raiffeisen, czyli bankowości prywatnej Raiffeisen Polbank.

Jak dodaje, cechą charakterystyczną Polaków jako inwestorów jest stosunkowo krótki horyzont inwestycyjny, zwłaszcza w porównaniu z krajami zachodnimi, gdzie fortuny były tworzone latami, przekazywane z pokolenia na pokolenie, a horyzont inwestycyjny sięgał tam kilkunastu lub kilkudziesięciu lat.

U nas oczekiwanie jest takie, że w ciągu roku, dwóch lub trzech lat pieniądze przyniosą wysoki zwrot, co oczywiście powoduje także, że polscy klienci są nieco bardziej otwarci na ryzyko tłumaczy Pałac.

Ekspert stwierdza, że w Polsce klienci private bankingu wciąż uważają, że bank nie jest im potrzebny do nabycia nieruchomości. Dokładnie odwrotnie niż na Zachodzie, gdzie wielu klientów inwestuje w produkty, będące pochodną rynku nieruchomości (m.in. fundusze, certyfikaty).

Według raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce. Edycja 2014” osoby bogate o dochodach przekraczających 20 tys. zł brutto, w 61 proc. są posiadaczami drogich nieruchomości (powyżej 17,03 tys. zł za mkw.) Co drugi z nich bezpośrednio nabywa takie obiekty w celach inwestycyjnych. Z kolei wartość całego rynku luksusowych nieruchomości w 2013 r. wynosiła 1,1 mld zł, a w 2017 r. według prognoz ma wzrosnąć do 1,35 mld zł.

Widzimy coraz większe zainteresowanie klientów usługami nie do końca bankowymi, ale jednocześnie usługami, w których bank może ich wesprzeć. Mam na przykład na myśli sukcesję majątku zaznacza ekspert z Raiffeisen Polbank. Jesteśmy w takiej sytuacji rynkowej, że pokolenie polskich milionerów, które rozpoczynało swoją karierę zawodową na początku przemian ustrojowych, w tej chwili dochodzi do wieku emerytalnego. Zastanawia się, co zrobić ze swoim majątkiem, jak go przekazać, jak go zabezpieczyć w przypadku, kiedy ich zabraknie.

Krzysztof Pałac tłumaczy, że bank wspiera takich klientów poprzez nawiązanie współpracy z wyspecjalizowanymi instytucjami, szczególnie kancelariami prawnymi.

Jako naród jesteśmy cały czas na dorobku, dysponujemy jednak nieco niższym kapitałem niż pozostała część Europy. Kryterium wejścia do usługi private banking w Polsce jest kwota ok. 1 mln złotych, podczas gdy w pozostałej części Europy i świata warunkiem jest posiadanie 1 mln dolarów bądź euro – mówi Pałac. – Dla klientów dysponujących niższymi środkami niż 1 mln zł jest usługa premium banking, gdzie standardy są być może nieco niższe, ale przedstawiona oferta jest zdecydowanie szersza niż w bankowości detalicznej.

Łagodniejsze kryterium dochodowe nad Wisłą wynika z mniejszej zamożności polskiego społeczeństwa.

Pieniądze lubią ciszę, a tym samym nie ma dokładnych statystyk, które pokazują trendy na rynku. Z dostępnych danych wynika, że w tej chwili osób definiowanych jako zamożne, czyli z dochodami powyżej 85 tys. zł rocznie, mamy w Polsce 880 tys. Ta liczba powinna się systematycznie zwiększać, o mniej więcej 6-7 proc. rocznie. W 2016 roku powinniśmy przekroczyć 1 mln prognozuje Krzysztof Pałac.

Jak jednak podkreśla, osoba zarabiająca 85 tys. zł rocznie brutto nie staje się automatycznie klientem private banking, chyba że wcześniej uzbierała wymaganą kwotę, zazwyczaj dorabiając się jej własną pracą.

Typowy klient polskiego private bankingu to przede wszystkim przedsiębiorca. Statystyki mówią, że jest to mieszkaniec dużego miasta, liczącego ponad 250 tys. osób, w wieku między od 40 do 60 lat, a jego majątek pochodzi z pracy zarobkowej podsumowuje przedstawiciel Raiffeisen Polbank.

Według danych KPMG, z usług bankowości prywatnej korzysta 20 proc. osób definiowanych jako zamożne (7,1-10 tys. zł dochody miesięczne brutto) oraz 46-47 proc. osób bardzo zamożnych i bogatych (powyżej 20 tys. zł dochodu). Na polskim rynku usługi z zakresu private banking i wealth management oferuje 12 banków.

Rośnie rynek internetowych rezerwacji hoteli. Małe i średnie przedsiębiorstwa coraz ważniejszym klientem

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba Polaków rezerwujących hotele przez internet. Rynek jest podzielony między trzech największych graczy, czyli: HRS, Booking.com i Trivago.pl. Wzrosty na całym rynku są dwucyfrowe, a dzięki rosnącej liczbie wyjazdów Polaków i odwrocie od tradycyjnych kanałów rezerwacyjnych, perspektywy są bardzo dobre.

2014 rok był z perspektywy naszego regionu bardzo dobrym rokiem pod względem liczby rezerwacji hotelowych dokonywanych za pośrednictwem internetu. Wbrew temu, co działo się w polityce i ekonomii u naszych sąsiadów, cała branża hotelowa może zakończyć 2014 rok na plusie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Dąbrowski, dyrektor generalny HRS w Polsce.

Firmy zajmujące się pośredniczeniem w rezerwacjach internetowych zanotowały wzrost liczby użytkowników. Wynika to nie tylko z ogólnej poprawy na rynku, lecz także z odwrotu od tradycyjnych kanałów sprzedaży.

Polacy – jak ocenia Dąbrowski – docenili elastyczność i szeroki wybór ofert zamieszczanych na platformach internetowych. Dlatego zarówno HRS, jak i większość jego konkurentów zanotowali w tym roku dwucyfrowe wzrosty liczby rezerwacji. Polska jest dla tych firm lepszym rynkiem niż inne kraje w Europie.

Średnia liczba wyjazdów w ciągu roku w Polsce cały czas w stabilny sposób rośnie – zwraca uwagę Dąbrowski i dodaje: ‒ Odnotowujemy bardzo silny trend migracji klientów, którzy wcześniej korzystali z tradycyjnych metod rezerwacji hotelowych w stronę internetu. Charakterystycznym dla 2014 roku trendem jest aktywizacja średnich i małych przedsiębiorstw. Wiele firm adresuje swoje oferty właśnie do tego segmentu rynku.

Z punktu widzenia firm zajmujących się internetowymi rezerwacjami hotelu atrakcyjne są małe i średnie przedsiębiorstwa z branż telekomunikacyjnej lub energetycznej. To zbyt małe firmy, by mogły same skutecznie negocjować ceny z hotelami. Dlatego pośrednictwo takich firm jak HRS jest dla nich bardzo korzystne.

Są zmuszone do zadeklarowania jakiegoś konkretnego potencjału noclegów w skali roku, żeby uzyskać atrakcyjne stawki. My konsolidujemy ich potencjał i negocjujemy w ich imieniu z naszymi partnerami hotelowymi, co stanowi oczywistą korzyść dla każdej ze stron zaangażowanych w ten proces – tłumaczy Dąbrowski. ‒ Stworzyliśmy grupę zakupową HRS, której główną misją jest danie średnim i małym przedsiębiorstwom dokładnie tej samej siły zakupowej, jaką dysponują duże korporacje.

Dąbrowski dodaje, że HRS koncentruje się również na działaniach zwiększających przejrzystość cen. Według niego często firmy reklamują przeceny w wysokości nawet 70 proc., podczas gdy w rzeczywistości zniżka wynosi jedynie 20-30 proc. Wynika to z tego, że firmy nie komunikują jednoznacznie ceny, od której naliczana jest zniżka.

To szczególnie istotny temat w kontekście naszej grupy zakupowej dla średnich i małych przedsiębiorstw, bo mamy tutaj do czynienia z klientem świetnie zorientowanym w temacie, który bardzo często dokonuje rezerwacji samodzielnie i doskonale zna wartość swoich rezerwacji hotelowych, więc trudno go czymś zaskoczyć – przekonuje Dąbrowski.

Wyjazd na narty powinien być ubezpieczony. Polisa może uchronić przed gigantycznymi wydatkami

Ferie za pasem i wielu Polaków już szykuje się do wyjazdów zimowych. Przed wejściem na stok warto jednak pomyśleć o ubezpieczeniu. Odpowiednia polisa może uchronić przed ogromnymi wydatkami. Koszty leczenia i transportu poszkodowanych w wypadkach sięgają niekiedy kilkudziesięciu tysięcy euro.

Polisa od następstw nieszczęśliwych wypadków może się przydać bez względu na planowaną aktywność sportową, miejsce wypoczynku  w Polsce czy za granicą, a także to, jak to będzie wyjazd  samotny czy rodzinny.

 Gwarantuje pomoc medyczną oraz odszkodowanie w sytuacji uszczerbku na zdrowiu podczas uprawiania sportów zimowych mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Morańska z Europ Assistance Polska. – Dobre polisy charakteryzują się również tym, że pomagają w procesie rehabilitacji, jeżeli dojdzie do bardzo poważnego wypadku. Dzięki temu ubezpieczyciel towarzyszy nam podczas całego okresu rekonwalescencji.

Dostępne ubezpieczenia turystycznego można rozszerzyć o amatorskie uprawianie sportów bądź uprawianie sportów ekstremalnych. Tylko z tak dobranym ubezpieczeniem można czuć się bezpiecznie na stoku. Tym bardziej że ewentualne koszty pomocy medycznej oraz leczenia przede wszystkim za granicą są dużo wyższe niż w Polsce. W Unii Europejskiej zwykłe koszty transportu medycznego sięgają niekiedy kilkudziesięciu tysięcy euro. Transport medyczny z użyciem helikoptera bądź transport samolotem medycznym może być wielokrotnie droższy.

 Niejednokrotnie wypadki bądź urazy na stoku wymagają transportu w pozycji leżącej, a taki transport powrotny do kraju jest dużo droższy niż w Polsce, jego organizacja również bywa bardzo czasochłonna i trudna, np. jeżeli do wypadku doszło w kraju, którego języka nie znamy. Polisa ubezpieczeniowa zdejmuje z nas ciężar organizacji takiej pomocy medycznej oraz przejmuje jej koszty  wyjaśnia Morańska.

Podkreśla, że dobra polisa to nie tylko wysoka suma ubezpieczenia, lecz także szereg dodatkowych świadczeń. Niektóre z nich obejmują nie tylko organizację pomocy medycznej, transportu czy leczenia, lecz także opiekę nad dziećmi bądź organizację transportu dzieci do Polski, ochronę sprzętu narciarskiego czy pomoc specjalisty w razie zdarzenia losowego w mieszkaniu podczas nieobecności ubezpieczonego (np. włamanie czy zalanie).

– Polisy dla narciarzy i snowboardzistów charakteryzują się tym, że mają zakres świadczeń dostosowany do potrzeb takich sportowców zaznacza Małgorzata Morańska. – Na przykład zwracają nam koszty zakupu karnetu bądź wypożyczenia sprzętu narciarskiego w sytuacji, gdy ze względu na złe warunki pogodowe stok narciarski będzie zamknięty.

Wyjeżdżając na narty, warto również zadbać o ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej na wypadek szkód wyrządzonych osobom bądź mieniu osób trzecich. Bez niego w razie spowodowania wypadku na stoku będziemy musieli pokryć koszty ewentualnych szkód z własnej kieszeni.

Kupując polisę, warto zapoznać się z jej ogólnymi warunkami ubezpieczenia. To one mówią jednoznacznie, kiedy możemy liczyć na pomoc ubezpieczyciela i jakie są wyłączenia.

Nowotwór pęcherza moczowego występuje prawie cztery razy częściej u palaczy niż u osób niepalących

CEO Magazyn Polska

151 tys. Europejczyków, w tym 6 tys. Polaków, co roku dowiaduje się o tym, że choruje na nowotwór pęcherza moczowego. Choroba najczęściej dotyka mężczyzn, a jej ryzyko wzrasta u palaczy i pracowników przemysłu chemicznego. Ten typ nowotworu jest często rozpoznawany zbyt późno, ponieważ jego objawy przypominają symptomy zapalenia cewki moczowej lub pęcherza moczowego. Pakiet onkologiczny, który wszedł w życie 1 stycznia, może usprawnić diagnostykę choroby.

Jak podaje czasopismo medyczne „European Journal of Cancer”, rak pęcherza moczowego jest piątym najczęściej występującym nowotworem w Europie. Co roku diagnozuje się go u ponad 151 tys. osób. Polskie statystyki są równie niepokojące.

– Nowotwór pęcherza moczowego rocznie wykrywa się u ponad 6 tys. osób. Jest to czwarty nowotwór w Polsce pod względem zgonów. W przeważającej części chorują na niego mężczyźni – mówi agencji informacyjnej Newseria Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Według Cancer Research UK, brytyjskiej organizacji zajmującej się badaniami nad rakiem, jedynie 28 proc. przypadków choroby dotyczy kobiet. Co ciekawe, aż 42 proc. wszystkich nowotworów pęcherza moczowego jest związane ze stylem życia, a nie genami. Przykładowo, ryzyko zachorowania na nowotwór pęcherza moczowego jest 3,8 razy wyższe u palaczy niż u osób, które nigdy nie paliły.

– Bardzo niewiele osób wie, że palenie wpływa nie tylko na nowotwór płuca, lecz także na nowotwór pęcherza moczowego. Oprócz palenia, ryzyko choroby podwyższa przebywanie w środowisku, gdzie jest bardzo dużo chemikaliów, czyli np. farby, oleje, paliwa. Trzecim czynnikiem są oczywiście uwarunkowania środowiskowe i genetyczne – wylicza Szymon Chrostowski.

Leczenie i rokowania zależą od tego, jak głęboko nowotwór wrósł w ścianę pęcherza.

– Jeśli guz jest jeszcze w obrębie pęcherza moczowego, to mamy sytuację w miarę dobrą. Problem pojawia się, kiedy choroba ze środka pęcherza wnika w jego ścianki, a często też wychodzi poza jego strukturę i nacieka na inne narządy – tłumaczy Chrostowski.

Niestety, rak pęcherza moczowego często jest diagnozowany zbyt późno, ponieważ jego objawy przypominają symptomy zapalenia cewki moczowej lub pęcherza moczowego, przez co lekarze często wdrażają leczenie farmakologiczne, nie zlecając pogłębionej diagnostyki.

– Te sprawy ma wyjaśnić pakiet onkologiczny, który obowiązuje od 1 stycznia. Najpierw trzeba będzie wyeliminować chorobę nowotworową, zlecając odpowiednią diagnostykę, a dopiero potem przechodzić do tych innych, mniej śmiercionośnych chorób, które również są związane z pęcherzem moczowym – dodaje rozmówca.

Onkolodzy apelują, by nie lekceważyć objawów, które mogą świadczyć o nowotworze pęcherza moczowego. Każdy pacjent, który zaobserwuje w moczu krew, powinien wykonać badanie ogólne moczu oraz USG jamy brzusznej z oceną pęcherza moczowego.

NIK o fermach zwierząt

Wielkoprzemysłowe fermy zwierząt są często bardzo uciążliwe dla osób mieszkających w ich sąsiedztwie i środowiska naturalnego. Tymczasem nadzór nad fermami wielkoprzemysłowymi jest dziurawy, bo wyznaczone do kontroli instytucje nie współpracują ze sobą tak, jak powinny: mają rozbieżne dane i nie wymieniają się informacjami. Wykorzystują to niektórzy właściciele ferm i, w zgodzie z prawem, dzielą „na papierze” duże fermy na mniejsze. Podlegają dzięki temu mniej rygorystycznym przepisom, co sprawia, że ich fermy są bardzo uciążliwe dla sąsiadów i środowiska.

W Polsce działają 864 wielkoprzemysłowe fermy zwierząt. Od roku 2010 r. ich liczba wzrosła o 112. Mają one ogromny wpływ na jakość i warunki życia ludzi mieszkających w ich sąsiedztwie, zwłaszcza najbliższym. Fermy wydzielają uciążliwe odory. Poza tym niewłaściwe magazynowanie, wylewanie i utylizowanie powstających w fermach ogromnych ilości nieczystości (np. gnojowicy, obornika) prowadzi do poważnych zagrożeń dla środowiska naturalnego i zdrowia człowieka (np. nadmierne nawożenie gleb odchodami zwierzęcymi zanieczyszcza wody gruntowe).

Omijanie prawa

W świetle obowiązującej ustawy Prawo ochrony środowiska, właściciele ferm wielkoprzemysłowych mogą bez trudu obchodzić przepisy dot. ochrony środowiska. Teoretycznie do prowadzenia fermy wielkoprzemysłowej potrzebne jest tzw. pozwolenie zintegrowane, nakładające na właścicieli wiele wymogów związanych z ochroną środowiska: takie fermy muszą np. przestrzegać warunków poboru wód i emisji hałasu, prawidłowo wykorzystywać energię, a także przestrzegać zasad wykorzystania wytwarzanych na fermie odchodów zwierzęcych jako nawozu naturalnego. Fermy wielkoprzemysłowe podlegają też systematycznej (raz w roku lub co dwa lata), planowej kontroli Wojewódzkiej Inspekcji Ochrony Środowiska. W praktyce szansę uniknięcia tych wszystkich wymogów daje podział fermy. Mniejsze fermy nie mają bowiem obowiązku posiadania pozwolenia zintegrowanego. W zależności od wielkości wymaga się od nich jedynie tzw. pozwoleń sektorowych, które są o wiele mniej rygorystyczne. W przypadku średnich ferm (do 1500 tuczników, 600 macior lub 40 tys. kur) istnieje tylko obowiązek zgłaszania prowadzonej działalności do Wojewódzkiej Inspekcji Ochrony Środowiska. Jeszcze mniejsze fermy (poniżej 429 tuczników, 171 macior lub 15 tys. kur) nie mają nawet tego obowiązku.

NIK zwraca uwagę, że część właścicieli ferm wielkoprzemysłowych wykorzystuje tę prawną furtkę i formalnie, w urzędowej dokumentacji dzieli swoje gospodarstwa na mniejsze, choć w rzeczywistości nie przeprowadza żadnych zmian. Powstałe w wyniku formalnego wyodrębnienia małe podmioty działają nadal w ramach jednego organizmu fermy wielkoprzemysłowej, tyle, że już bez konieczności występowania i przestrzegania zapisów pozwolenia zintegrowanego.

Często taki podział ferm polega jedynie na wydzierżawieniu lub użyczeniu kilku jej budynków innej osobie, np. komuś z rodziny. W 2012 r. właścicielka fermy drobiu w miejscowości T., uzyskała pozwolenie zintegrowane. W trakcie kontroli w lipcu 2013 r. przedstawiła umowę użyczenia zawartą między nią a jej córką, na mocy której dwa kurniki zostały podzielone. Dzięki temu pozwolenie zintegrowane wygaszono i fermę zwolniono od stosowania wielu wymogów, które musiała wcześniej spełniać.

W latach 2011-2013 kontrole tylko jednej wojewódzkiej inspekcji ochrony środowiska (w Warszawie) ujawniły podział 13 ferm drobiu i trzody chlewnej. W ten sposób powstało 31 mniejszych ferm, które nie musiały już posiadać pozwolenia zintegrowanego. Na przykład Gospodarstwo Rolne w S., prowadzące 3134 stanowiska dla tuczników, nie posiadało wymaganego pozwolenia zintegrowanego i nie spełniało wynikających z niego wymogów. Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska wszczął więc procedurę, wstrzymującą działalność fermy. Jednak już w trakcie postępowania został poinformowany, że ferma ta została podzielona na dwa odrębne podmioty, niepodlegające już przepisom zobowiązującym do uzyskania pozwolenia zintegrowanego. Inspektorowi Ochrony Środowiska pozostało jedynie umorzenie postępowania w sprawie zamknięcia fermy.

Izba wnioskowała o zmianę przepisów w tej sprawie już podczas poprzedniej kontroli wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej w 2006 r. Zgodnie z sugestią NIK planowano wprowadzenie przepisów zobowiązujących do posiadania pozwolenia zintegrowanego niezależnie od formalnie dokonanych podziałów ferm wielkoprzemysłowych w ramach nowelizacji ustawy Prawo ochrony środowiska. Jednak po konsultacjach społecznych planów zaniechano. Wyniki obecnej kontroli NIK potwierdziły, że proceder celowego podziału ferm wielkoprzemysłowych nadal istnieje.

Problem nieprzyjemnych zapachów nadal nieuregulowany

Wpływające do władz i inspekcji lokalnych, skargi na działalność ferm wielkoprzemysłowych dotyczą głównie wytwarzanego przez nie odoru i hałasu. Tymczasem ustalenia kontrolerów NIK wykazały, że wciąż nie wypracowano skutecznego sposobu przeciwdziałania uciążliwości zapachowej, pomimo tego, że Ministerstwo Środowiska pracowało nad odpowiednią ustawą pięć lat. Wielokrotnie zmieniano założenia projektu tej ustawy, prowadzono kolejne konsultacje międzyresortowe i społeczne, aż wreszcie, podjęto decyzję o zaniechaniu prac, ze względu na duży sprzeciw samorządowców i przedstawicieli poszczególnych branż gospodarki. Ministerstwo Środowiska oceniło, że obecnie nie ma możliwości przeprowadzenia z sukcesem procesu legislacyjnego projektu ustawy „odorowej” i sprawa uciążliwości zapachowej wróciła do uzgodnień międzyresortowych. Ministerstwo Środowiska we współpracy z właściwymi resortami (m.in. z ministerstwami rolnictwa i zdrowia) nie chce tworzyć nowej ustawy, tylko zmieniać obowiązujące przepisy tak, aby wyeliminować problem zapachów wydobywających się z ferm. NIK wnioskuje o przyspieszenie tych działań, ponieważ brak przepisów powoduje, że fermy mogą narażać na tego rodzaju uciążliwości okolicznych mieszkańców, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności.

NIK zwraca także uwagę, że Minister Środowiska nie wydał rozporządzenia w sprawie punktu odniesienia i wartości granicznych substancji zapachowych w powietrzu oraz metod oceny zapachu, choć upoważniała go do tego ustawa. Przedstawiciele Ministerstwa uważają, że wprowadzenie rozporządzenia skutkowałoby restrykcyjnym karaniem i groziło zamykaniem zakładów z powodu produkowanych przez nie zapachów, a i tak nie rozwiązałoby wszystkich problemów.

Największe wątpliwości budzi bowiem metodyka badania, która jako jedyne narzędzia pomiaru uciążliwości zapachowej, wykorzystuje ludzki węch, co zdaniem urzędników ministerstwa nie gwarantuje obiektywizmu przeprowadzanych badań.

Potrzebna lepsza kontrola ferm

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli żadna z inspekcji odpowiedzialnych za kontrolowanie ferm wielkoprzemysłowych (Inspekcja Weterynaryjna, Inspekcja Ochrony Środowiska i Państwowa Inspekcja Sanitarna) nie robiła tego właściwie. W zależności od uciążliwości dla ludzi i środowiska, fermy przyporządkowywane są do odpowiednich kategorii ryzyka i zgodnie z nimi powinny być kontrolowane co rok lub co dwa lata. Tymczasem np. Inspekcja Ochrony Środowiska w latach 2011-2013 nie skontrolowała wszystkich wielkoprzemysłowych ferm świń, zaliczanych do pierwszej, najbardziej rygorystycznej, kategorii ryzyka (np. w 2011 r. nie sprawdzono sześciu takich ferm).

Wątpliwości NIK budzi także częstotliwość kontroli wielkoprzemysłowych ferm drobiu. Teoretycznie zalicza się je do drugiej kategorii ryzyka, zatem powinny być kontrolowane co dwa lata. Jednak Główny Inspektorat Ochrony Środowiska dopuścił możliwość jeszcze rzadszych kontroli. Nie doprecyzował przy tej okazji jednak wymaganej częstotliwości kontroli, co oznacza, że obecnie panuje pełna dowolność w tym zakresie. Np. w latach 2011-2013 Inspekcja Ochrony Środowiska kontrolowała co roku tylko od 34 proc. do 42 proc. ferm drobiu.

Ferm zwierząt dostatecznie nie kontrolowała także Państwowa Inspekcja Sanitarna. Żadna ze sprawdzonych przez NIK ośmiu powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych nie miała w swojej ewidencji aktualnych danych o wszystkich fermach podlegających ich nadzorowi. Brak aktualnych danych, np. o liczbie ferm zwierząt – w ocenie NIK – uniemożliwiał nadzór nad panującymi tam warunkami higieny pracy.

Brak współpracy weterynarzy i inspekcji ochrony środowiska

NIK ujawniła także, że istotne rozbieżności w danych występowały także pomiędzy poszczególnymi inspekcjami. Ewidencja wielkoprzemysłowych ferm zwierząt wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska różniła się od ewidencji inspekcji weterynaryjnej. Na przykład liczba ferm świń objętych nadzorem Inspekcji Weterynaryjnej w 2013 r. wyniosła 180, podczas gdy Inspekcja Ochrony Środowiska, zgodnie ze swoimi danymi, nadzorowała w tym samym roku tylko 145 ferm świń. Jeszcze bardziej różniły się dane dotyczące ferm drobiu. W 2013 r. na liście Inspekcji Weterynaryjnej figurowały 954 fermy drobiu, a w Inspekcji Ochrony Środowiska tylko 686.

Efektów nie przynosiła także współpraca pomiędzy Inspekcją Weterynaryjną i Inspekcją Ochrony Środowiska, polegająca na wymianie informacji o liczbie i stanie wielkoprzemysłowych ferm świń, drobiu oraz zwierząt futerkowych. Zgodnie z założeniami inspekcje miały – na zasadzie wzajemności – powiadamiać się o wszelkich przypadkach nieprawidłowości na fermach. Tymczasem pomiędzy 2011 a 2013 r. tylko ośmiu wojewódzkich inspektorów ochrony środowiska przekazywało regularnie (co pół roku) wojewódzkim lekarzom weterynarii informacje o skontrolowanych fermach. Równie rzadko wojewódzcy lekarze weterynarii informowali o swoich kontrolach inspektorów ochrony środowiska.

NIK zleca kontrole

Na zlecenie Najwyższej Izby Kontroli Inspekcja Ochrony Środowiska, Inspekcja Weterynaryjna, Państwowa Inspekcja Sanitarna oraz Nadzór Budowlany przeprowadziły kontrole w fermach zwierząt na terenie województw: łódzkiego, kujawsko-pomorskiego, zachodnio-pomorskiego oraz pomorskiego. Kontrolami objęto wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej i drobiu oraz fermy zwierząt futerkowych.

Na 61 ferm (20 trzody chlewnej, 21 drobiu, 20 zwierząt futerkowych) skontrolowanych przez inspekcję weterynaryjną, w 22 stwierdzono nieprawidłowości. Dotyczyły one głównie braku należytej czystości budynków oraz niewłaściwego stanu sanitarno-higienicznego ich otoczenia oraz niewystarczającej liczby mat dezynfekcyjnych zabezpieczających wjazd do gospodarstwa. Wątpliwości inspektorów wzbudził także sposób przechowywania zwłok zwierząt, które w kilku przypadkach były składowane w źle oznakowanych kontenerach, niezabezpieczonych przed dostępem zwierząt.

W kilku przypadkach inspekcja weterynaryjna odnotowała także brak właściwej opieki nad zwierzętami. Trzymano je w szkodliwych warunkach – np. świnie nie miały zapewnionej odpowiedniej powierzchni, wystarczającego oświetlenia, nie usuwano im odchodów i resztek pasz. W fermach drobiu z kolei kury były stłoczone w klatkach, a w fermach zwierząt futerkowych zbyt mała powierzchnia klatek powodowała uszkodzenia i urazy ciała.

Inspekcja Ochrony Środowiska skontrolowała 62 fermy wielkoprzemysłowe – 18 z nich nie przestrzegało warunków pozwoleń zintegrowanych, m.in. nie monitorowano hałasu, nie wykonywano wcale lub niewłaściwie badano pobieraną wodę. Na jednej z ferm w województwie kujawsko-pomorskim wprowadzano ścieki sanitarne do lagun na gnojowicę, służącą jako nawóz. W trzech fermach świń w zachodniopomorskim niewłaściwie monitorowano wody podziemne w rejonie zagospodarowania odchodów. Natomiast w fermie świń w łódzkim niewłaściwe przechowywano odchody (w nieprawidłowo przykrytych zbiornikach w złym stanie technicznym).

Spośród 20 ferm zwierząt futerkowych poddanych kontroli, nieprawidłowości stwierdzono w 15 fermach. W pięciu przypadkach właściciele składowali obornik pod klatkami norek, co mogło spowodować przedostanie się do gruntu ścieków ze związkami azotu. W jednym przypadku ścieki z fermy wyprowadzano do ziemi.

Wnioski NIK skierowane do Ministra Środowiska dotyczyły:

  • opracowania projektu nowelizacji ustawy Prawo ochrony środowiska, wprowadzającej obowiązek posiadania pozwolenia zintegrowanego przez wszystkie fermy powiązane technologicznie i położone na terenie sąsiednich zakładów. Najwyższa Izba Kontroli za priorytetową uznaje zmianę prawa uniemożliwiającą obchodzenie przepisów ochrony środowiska przez formalne dzielenie wielkoprzemysłowych ferm zwierząt;
  • przyśpieszenia działań, we współpracy z właściwymi ministrami, które doprowadzą do przyjęcia takich uregulowań prawnych, które skutecznie doprowadzą do przeciwdziałania uciążliwości zapachowej.

Do Głównego Lekarza Weterynarii oraz Głównego Inspektora Ochrony Środowiska NIK wnioskowała o:

  • wprowadzenie lepszego nadzoru nad działalnością inspekcji, tak aby zapewnić pełną kontrolę nad fermami zwierząt;
  • poprawę współpracy pomiędzy inspekcjami w zakresie nadzoru nad fermami zwierząt.

NIK o odpadach medycznych

System utylizacji odpadów medycznych jest w Polsce nieszczelny. NIK zwraca uwagę, że zwykle niedoceniane i bagatelizowane procedury postępowania oraz rzetelna dokumentacja akurat w tym wypadku są zbyt ważne, by je zaniedbywać. Prowadzi to do kłopotów z monitorowaniem niebezpiecznych odpadów. Spore ryzyko stwarza też przewożenie odpadów na duże odległości: szpitale często wybierają spalarnię najtańszą a niekoniecznie najbliższą, kierując się ceną za usługę zamiast bezpieczeństwem obywateli i środowiska.

W Polsce średnio rocznie wytwarza się ok. 44 tys. ton odpadów medycznych (ok. 40 tys. podmiotów wytworzyło w latach 2011-2013 około 133 tys. ton odpadów medycznych). Aż 90 proc. z nich to odpady niebezpieczne, głównie zakaźne, dlatego bardzo istotne jest przestrzeganie wszelkich procedur bezpieczeństwa przy ich przechowywaniu, odbiorze, transporcie i utylizacji. Najwięcej odpadów medycznych – aż 1/5 – wytworzono łącznie w województwach śląskim i mazowieckim.

Segregacja

NIK w dziesięciu  z 12 skontrolowanych szpitali wykryła szereg błędów w postępowaniu z odpadami medycznymi. Poważne nieprawidłowości dotyczyły przede wszystkim segregacji.Odpadów nie sortowano lub mieszano ze sobą ich różne rodzaje, na workach i pojemnikach z odpadami brakowało kodów, które określałyby ich rodzaj, zdarzało się też, że worki były przepełnione, co w efekcie uniemożliwiało ich bezpiecznie zamknięcie.Ponadto odpady przechowywano w workach niewłaściwego koloru, często brakowało szczegółów pozwalających na identyfikację w nagłych wypadkach: nie podawano informacji o tym, kto je wytworzył ani daty zamknięcia.

W pięciu szpitalach nie dotrzymywano wymaganych warunków magazynowania odpadów medycznych (w tym dopuszczalnego czasu i wymaganej temperatury magazynowania).Pomieszczenia magazynowe nie były zabezpieczone przed dostępem osób nieupoważnionych, a także przed dostępem owadów, gryzoni i innych zwierząt, które mogą roznosić zarazki. Magazyny nie miały też wentylacji oraz brakowało w nich wydzielonych boksów na poszczególne rodzaje odpadów medycznych. W trzech szpitalach nie przestrzegano również warunków transportu wewnętrznego odpadów medycznych z miejsca ich powstania do miejsca składowania np. nie używano zamykanych wózków.

Zdaniem NIK wszystkie nieprawidłowości związane z sortowaniem i magazynowaniem odpadów medycznych zagrażały zdrowiu ludzi oraz środowisku. O najważniejszych Izba powiadomiła Głównego Inspektora  Ochrony Środowiska, a także wojewódzkich inspektorów ochrony środowiska w Warszawie i Rzeszowie.

Ewidencja

Szpitale są zobowiązane do prowadzenia ewidencji odpadów medycznych wytwarzanych i przekazywanych do utylizacji. Połowa skontrolowanych szpitali obowiązkową ewidencję odpadów prowadziła niezgodnie z obowiązującym katalogiem i listą odpadów niebezpiecznych. Co więcej, kontrolerzy wskazali niezgodności pomiędzy ilością odpadów zewidencjonowanych a ilością przekazanych do unieszkodliwienia – w sumie zaniżono ilość odpadów prawie o cztery tony.

Przykładowo w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Skierniewicach pracownicy świadomie zapisali w kartach ewidencji i kartach przekazania cztery tony odpadów o kodzie 18 01 03 (m.in. odpady, które zawierają żywe drobnoustroje chorobotwórcze lub ich toksyny) jako odpady o kodzie 18 01 04, które są mniej groźne (m.in. narzędzia do operacji bez przedmiotów ostrych, opatrunki, odzież jednorazowego użytku, rękawiczki, strzykawki bez igieł). Zrobili tak, ponieważ przekroczyli dopuszczalny limit odpadów o kodzie 18 01 03. Z kolei Szpital Bródnowski w Warszawie w ogóle nie prowadził ewidencji odpadów o kodzie 18 01 04 i przekazywał je do utylizacji jako odpady komunalne. Niezewidencjonowanych w ten sposób odpadów mogło być nawet 40 ton rocznie (tyle szpital planował wytworzyć).

W ocenie NIK nierzetelne prowadzenie ewidencji odpadów, może skutkować zawyżaniem masy odpadów przez firmy odbierające, a tym samym kosztów ich unieszkodliwiania, które ponoszą szpitale. Takie działanie w konsekwencji może sprzyjać korupcji. Z kolei przekazywanie niepełnych danych marszałkom województw uniemożliwia im rzetelne prowadzenie bazy danych, niezbędnych do nadzorowania przepływu odpadów, zwłaszcza zakaźnych i niebezpiecznych .

Najwyższa Izba Kontroli wykryła, że marszałkowie województw nie posiadali informacji dotyczących utylizacji prawie 7 tys. ton zakaźnych odpadów medycznych. Ogółem w latach 2011-2013 wytworzono w Polsce 120,8 tys. ton niebezpiecznych odpadów medycznych, a unieszkodliwiono 113,9 tys. ton. Oznacza to, że z systemu zniknęła ogromna masa groźnych dla życia ludzkiego odpadów. Nie wiadomo co się z nimi stało – czy  faktycznie zostały zniszczone, ale na skutek bałaganu nie można tego stwierdzić, czy też pozbyto się ich w inny sposób.

Zdecydowana większość kontrolowanych szpitali (10 z 12) nie występowała do firm, które utylizowały zakaźne odpady medyczne o wydanie dokumentu potwierdzającego unieszkodliwienie tych odpadów. Szpitale tłumaczyły się brakiem odpowiednich przepisów wykonawczych, określających wzór takiego potwierdzenia (Minister Środowiska wydał rozporządzenie 13 stycznia 2014 r., czyli dopiero po roku od wejścia w życie ustawy o odpadach) oraz interpretacją Ministerstwa Środowiska, która zwalniała je z tego obowiązku.

Jednak zdaniem NIK szpitale powinny dbać o to, by móc udowodnić, że przekazane przez nie odpady faktycznie zostały we właściwy sposób unieszkodliwione, zarówno dla własnego bezpieczeństwa, jak i dla bezpieczeństwa ludzi i środowiska. W ocenie NIK brak wzoru dokumentu nie wyklucza żądania od spalarni pisemnego potwierdzenia utylizacji tak nierzadko groźnych odpadów.

Utylizacja

Z roku na rok maleje w Polsce liczba spalarni odpadów medycznych. W 2011 r. było ich 54, dwa lata później – jedynie 42. Mniejsza konkurencja na rynku powoduje, że to spalarnie dyktują cenę za jaką odbierają odpady od szpitali. Stawki różniły się w zależności od czasu i regionu i wahały się w granicach od 1,22 zł/kg (Centrum Opieki Medycznej w Jarosławiu w 2011 r.) do 3,24 zł/kg (SPZOZ w Łapach).

Praktykę wożenia niebezpiecznych odpadów po całym kraju, w poszukiwaniu najtańszego odbiorcy miała ukrócić zasada bliskości, która wprowadziła zakaz unieszkodliwiania zakaźnych odpadów medycznych poza obszarem województwa, na którym zostały wytworzone. Jednak lokalizacja spalarni zakaźnych odpadów medycznych w Polsce nie zawsze gwarantuje możliwość unieszkodliwiania ich – zgodnie z przepisami – w tym województwie, w którym zostały wytworzone. Dlatego, w przypadku gdy istniejące spalarnie nie mają wolnych mocy przerobowych lub na terenie danego województwa spalarni po prostu nie ma, dopuszcza się transport odpadów do spalarni najbliżej położonej.

Jak jednak wynika z ustaleń NIK aż połowa kontrolowanych szpitali nie przestrzegała zasady bliskości i odpady medyczne transportowane były nieraz setki kilometrów, do innych województw. Z szacunkowych danych wynika, że w latach 2011-2013 pomiędzy województwami przewieziono aż 45 proc. wszystkich wytworzonych odpadów zakaźnych (ok. 55 tys. ton).  

Nie zawsze o ryzykownej operacji transportu zakaźnych odpadów medycznych rozstrzygają powody obiektywne, czasem decydowały o tym czynniki ekonomiczne i traktowanie ceny jako głównego kryterium wyboru spalarni.

W latach 2011-2013 nie było np. czynnej instalacji unieszkodliwiania odpadów medycznych w województwie lubelskim, na terenie którego wytworzono w tym czasie 7,3 tys. ton odpadów medycznych (w tym 6,3 tys. ton zakaźnych). Z kolei na Mazowszu wydajność jedynej czynnej instalacji umożliwia unieszkodliwienie tylko ok. 5 proc. zakaźnych odpadów medycznych z tego województwa.

Kontrolerzy wskazują jednak także na przypadek Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Włocławku, z którego odpady transportowane były do instalacji: w Ostrołęce (ok. 213 km od szpitala), w Tczewie (ok. 187 km od szpitala) lub Chojnicach (ok. 185 km od szpitala). Działo się tak, chociaż w Bydgoszczy (w odległości 93 i 97 km od szpitala) znajdowały się dwie instalacje do unieszkodliwiania odpadów medycznych, a najbliżej położona instalacja zlokalizowana była w Koninie – 85 km od szpitala. W tym wypadku niestosowanie przez szpital zasady bliskości podyktowane było wyłącznie względami ekonomicznymi.

Na zlecenie NIK Inspekcja Ochrony Środowiska skontrolowała 29 spalarni zakaźnych odpadów medycznych. Nieprawidłowości stwierdzono w 18 z nich:

  • w co trzeciej spalarni nie wykonywano wymaganych pomiarów emisji zanieczyszczeń powietrza lub wykonywano je z częstotliwością inną, niż określona w przepisach;
  • ponadto wyniki wykonanych pomiarów przekazywano wojewódzkim inspektorom ochrony środowiska i marszałkom województw nieterminowo;
  • pięć spalarni unieszkodliwiło odpady w większej ilości, niż wynikało z posiadanych zezwoleń;
  • w czterech spalarniach nieprawidłowo magazynowano zakaźne odpady medyczne;
  • również w czterech spalarniach nie prowadzono lub nierzetelnie prowadzono ewidencję odpadów.

Wnioski NIK

Mając na względzie bezpieczeństwo ludzi i środowiska NIK zwraca się do Ministra Środowiska o podjęcie skutecznych działań w celu poprawy stanu przestrzegania zasady bliskości przy postępowaniu z zakaźnymi odpadami medycznymi. W ocenie NIK przestrzeganie zasady bliskości powinno być warunkiem udzielania przez szpitale zamówienia publicznego na odbiór i unieszkodliwianie odpadów medycznych.

Z kolei Minister Zdrowia powinien bezzwłocznie uregulować kwestię dopuszczalnych sposobów unieszkodliwiania zakaźnych odpadów medycznych, tak, aby zgodnie z obowiązującą ustawą nowe rozporządzenie dopuszczało tylko i wyłącznie spalanie zakaźnych odpadów medycznych. NIK zwraca uwagę, że wciąż obowiązujące rozporządzenie dopuszcza – wbrew ustawie – także inne metody utylizacji. A jak wynika z informacji uzyskanych od marszałków na terenie województw zachodniopomorskiego, kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego, wciąż znajdowały się instalacje do unieszkodliwiania odpadów zakaźnych w inny sposób, niż poprzez  przekształcanie termiczne.

Siedem z dziesięciu szpitali, do których przekazano wnioski pokontrolne dot. m.in. transportu i magazynowania odpadów, częstotliwości wymiany pojemników i znakowania worków na odpady, wyeliminowało już nieprawidłowości. Pięć skontrolowanych szpitali zrealizowało wnioski dotyczące prawidłowego prowadzenia ewidencji odpadów i przekazywania rzetelnych danych o rodzajach i ilości odpadów marszałkom województw.

NIK będzie pomagać Trybunałowi Obrachunkowemu z Mołdawii

Jednym z priorytetów aktywności Izby jest pomoc organom kontroli z państw przygotowujących się do pełnej integracji z Unią Europejską. NIK wspiera już kontrolerów z Ukrainy i Gruzji. Teraz do grona wspieranych przez NIK krajów dołączy Mołdawia. Prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski zaprosił do złożenia wizyty w Polsce Serafima Urecheana, szefa mołdawskiego naczelnego organu kontroli (Curtea de Conturi). NIK chce zaproponować mołdawskim partnerom m.in. pomoc w przygotowaniu kontrolerów do prowadzenia kontroli wydatkowania środków unijnych. Zaproszenie zostało przekazane na ręce ambasadora Mołdawii w Polsce Iurie Bodruga.

Izba pomaga już w tworzeniu ukraińskiej administracji publicznej. Współpracuje przy opracowywaniu regulaminu ukraińskiej kancelarii prezesa rady ministrów, pomaga w przygotowaniu reform samorządowych, udziela konsultacji przy nowej ustawie o służbie cywilnej. NIK wdraża także program staży dla najlepszych absolwentów ukraińskiej Krajowej Akademii Administracji Publicznej. Prezes Krzysztof Kwiatkowski podpisał porozumienie z prezesem Izby Obrachunkowej Ukrainy Romanem Magutą jeszcze w maju 2014 roku, na mocy którego NIK organizuje szkolenia dla ukraińskich kontrolerów, zwłaszcza w zakresie dostosowywania się do procedur obowiązujących w UE. Dotyczyć one będą m.in. kontroli długu publicznego oraz audytu finansowego, zapobiegania i zwalczania korupcji, a także rozumienia roli najwyższych organów kontroli w tym zakresie.

Co jeszcze NIK robi dla Ukrainy? Współpracuje z Izbą Obrachunkową Ukrainy w zakresie metodologii kontroli, prowadzi wspólnie analizy, konferencje, seminaria, spotkania robocze, oraz przede wszystkim kontrole równoległe (m.in. zanieczyszczenia rzeki Bug, w której udział wzięli kontrolerzy z Polski, Ukrainy i Białorusi). Polska wsparła też Ukrainę w zorganizowaniu spotkania grupy zadaniowej ds. kontroli wykorzystania funduszy przeznaczonych na zapobieganie i likwidację katastrof i klęsk żywiołowych (polscy kontrolerzy są wybitnymi ekspertami w tym zakresie). NIK podpisała również porozumienie z ukraińską, pozarządową organizacją Centrum Informacji „Majdan Monitoring”, która chce demokratycznych reform w swym kraju – specjaliści z NIK będą uczyć Ukraińców jak skutecznie kontrolować władze publiczne.

Nie tylko Ukraina może liczyć na wsparcie NIK w projektach szkoleniowych i międzynarodowych, które pomogą administracji ukraińskiej w dostosowywaniu się do procedur obowiązujących w Unii Europejskiej. Najwyższa Izba Kontroli jest także pomocna dla Państwowego Urzędu Kontroli Gruzji. Przekazuje mu w ramach projektu współpracy bliźniaczej (twinningowej) doświadczenia potrzebne w dostosowywaniu się do struktur europejskich. Komisja Europejska wybrała Polskę i Niemcy do realizacji tego projektu. Jego celem jest instytucjonalne wzmocnienie Urzędu Kontroli Państwowej Gruzji. NIK dzieli się więc doświadczeniami m.in. z zakresu audytu finansowego i standardów kontroli obowiązujących w Unii Europejskiej. Projekt ma być realizowany przez najbliższe dwa lata.

Trwa dyskusja o potrzebie wzmożenia inwestycji w UE

Minister finansów Mateusz Szczurek, na zaproszenie przewodniczącego frakcji Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE) Guy’a Verhofstadta,  wziął udział w konferencji nt. pobudzenia gospodarki i inwestycji w Europie. Spotkanie odbyło się 6 stycznia br. w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

Minister odniósł się do Planu inwestycyjnego dla Europy, przedstawionego w listopadzie ubiegłego roku przez Komisję Europejską, który będzie przedmiotem unijnych prac legislacyjnych w pierwszej połowie 2015 r. Podkreślił, że propozycja KE jest dobrym punktem wyjścia dla dalszych prac, ale zaproponowany Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych (EFSI) w obecnej formie jest niedofinansowany. To może prowadzić do realizacji tylko niewielkiego zakresu, mało ryzykownych projektów, które najpewniej i tak uzyskałyby finansowanie z rynku, a co za tym idzie do wypierania inwestycji prywatnych, czyli osiągnięcia dokładnie odwrotnego efektu od zamierzonego.  – Niedofinansowanie EFSI jest problemem, który może zostać rozwiązany przez wpłaty kapitału przez państwa członkowskie. Aby umożliwić wszystkim państwom członkowskim udział w EFSI, ich wpłaty do Funduszu nie powinny zwiększać deficytów budżetowych zgodnie z regułami statystycznymi, na których straży stoi Eurostat, tak jak ma to miejsce w przypadku wpłat do Europejskiego Mechanizmu Stabilności – wyjaśnił Mateusz Szczurek. – Jest to zadanie dla Komisji, która wkrótce ma przedstawić wniosek legislacyjny ws. EFSI – dodał.Zdaniem ministra to dodatkowe zaangażowanie państw członkowskich w Fundusz ułatwi także odpowiednie zaprojektowanie struktury zarządzającej nim.

Minister Szczurek przedstawił również 3 warunki polskiej wpłaty do EFSI: Polska nie może być jedynym krajem, który wpłaca; wkład powinien być właściwie traktowany statystycznie, nie powinien być zaliczany do deficytu budżetowego; należy zapewnić odpowiednią rolę  w nadzorze strategicznym dla  krajów wpłacających do Funduszu.

Jak zaznaczył, obecna napięta sytuacja w strefie euro wymusza podjęcie pilnych działań w sprawie pobudzenia inwestycji w Europie. Utworzenie nowego funduszu powinno zostać wykorzystane także do rozważenia, czy EFSI nie mógłby/powinien stać się stałym, integralnym elementem Paktu Stabilności i Wzrostu, jako dodatkowy antycykliczny mechanizm inwestycyjny. Dzięki temu Pakt byłby łatwiejszy do przestrzegania i wyegzekwowania również w złych czasach.

Dotowanie deficytowych kopalń jest gospodarczym absurdem

Kopalnie generujące największe straty zostaną zamknięte przewiduje plan naprawczy dla stojącej na skraju bankructwa Kompanii Węglowej. Decyzja rządu o wygaszeniu trwale nierentownych kopalń i uzależnieniu wynagrodzeń w górnictwie od wyników spółek węglowych jest słuszna, choć podjęta zdecydowanie zbyt późno – uważa Konfederacja Lewiatan.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Doceniamy ciężką i niebezpieczną pracę górników, ale dotowanie trwale nierentownych kopalń jest gospodarczym absurdem i marnotrawstwem pieniędzy podatników.
Transferowanie zysków z kopalń zyskownych do trwale nierentownych ogranicza możliwości modernizacji tych pierwszych i skazuje całe polskie górnictwo węgla kamiennego na bankructwo. Związkowcy i politycy opowiadający się za utrzymaniem wszystkich – nawet przynoszących straty kopalń – powinni wskazać skąd zamierzają wziąć pieniądze na ich stałe dotowanie i kto za to ma płacić.

O ile wspieranie trwale nierentownych kopalń jest marnotrawstwem publicznych pieniędzy, o tyle przeznaczenie ponad 2 mld zł na wygaszenie kopalń, pomoc dla zwalnianych górników i wsparcie rozwoju przemysłu na Śląsku uznajemy za uzasadnione. Choć inne branże mogą pozazdrościć takiego wsparcia.

Górnicy powinni być wdzięczni polskim podatnikom, którzy po raz kolejny dofinansują branżę i zamiast blokować nieuchronne zamykanie kopalń, powinni włączyć się w modernizację śląskiej gospodarki.

Konfederacja Lewiatan

S. Ozga (DM PKO BP): W tym roku spółki energetyczne mogą przynieść mniejsze zyski niż w poprzednim

CEO Magazyn Polska

Spółki energetyczne są przygotowane na zwiększone wydatki na inwestycje w 2015 roku. Branża czeka na ustawę o OZE oraz strategię rozwoju polskiej energetyki do 2050 r. Mają one pojawić się jeszcze w I kwartale 2015 r. Natomiast inwestorzy po świetnym 2014 r. powinni uważniej wybierać spółki z sektora do swoich portfeli.

2014 rok okazał się bardzo dobry dla energetyki, mieliśmy wiele pozytywnych zjawisk, takich jak operacyjna rezerwa mocy, która w dużym stopniu przyczyniła się do wzrostu cen energii i poprawy wyników spółek. Równie pozytywnie inwestorzy odebrali ustalenia unijnego szczytu klimatycznego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Stanisław Ozga, analityk Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Zdaniem eksperta 2015 rok może okazać się nieco gorszy. Indeks sektora WIG-energia wzrósł w 2014 r. o ponad 22 proc., a w szczytowym momencie pod koniec października zyskiwał, porównując do początku roku, przeszło 37 proc. W związku z tym w nowym roku trudno będzie powtórzyć podobny scenariusz. Według Ozgi w 2015 roku zyski spółek energetycznych mogą być niższe, a sama sytuacja wśród poszczególnych firm będzie bardziej zróżnicowana.

Kurs akcji Energi w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrósł o ponad 43,5 proc., PGE – 14,3 proc., Tauronu – 13 proc., Enei – niecałe 12 proc., a czeskiego CEZ-u – 17,4 proc.

Spółki energetyczne zakładają w swoich budżetach wzrost inwestycji i zadłużenia. 2015 rok i kolejne lata będą na pewno okresami zwiększonych nakładów inwestycyjnych, co będzie skutkowało wzrostem zadłużenia. Natomiast same inwestycje, jak i ich finansowanie są przygotowywane od wielu lat – mówi Ozga.

Strategicznymi, a zarazem najdroższymi inwestycjami w ciągu najbliższych kilkunastu lat będą m.in. elektrownia Opole (koszt ok. 11,6 mld zł), elektrownia Kozienice II (koszt 6,4 mld zł) czy magazyny gazu w Husowie, Mogilnie, Kosakowie i Wierzchowicach (łączny koszt 4,4 mld zł). Poza tym cały czas trwają prace planistyczne dotyczące budowy elektrowni atomowej w Choczewie bądź Żarnowcu. Obecnie projekt jest na etapie badań środowiskowych i bezpieczeństwa.

Jednym z istotnych czynników, który wpłynie na sytuację sektora energetycznego, będzie ustawa o odnawialnych źródłach energii, której wejście w życie jest planowane na luty bądź marzec.

Oczekujemy, że ustawa o OZE powinna pojawić się na początku 2015 roku. Jej wpływ na spółki energetyczne będzie widoczny głównie poprzez mniejszą rentowność współspalania biomasy, czyli zmniejszenie wynagradzania współspalania z obecnie jednego do połowy zielonego certyfikatu certyfikatu – tłumaczy przedstawiciel Domu Maklerskiego PKO BP. – Zniknie również wsparcie w postaci zielonych certyfikatów dla elektrowni wodnych o mocy powyżej 5 MW. Takie obiekty stanowią zdecydowaną większość elektrowni wodnych w portfelu spółek energetycznych.

Najważniejszą zmianą jest wprowadzenie systemu aukcji, w ramach których odbywałyby się przetargi na energię z OZE. Wsparcie ze strony państwa dla wytwórcy obowiązywałoby przez 15 lat.

Dla sektora istotny może być także inny dokument, który prawdopodobnie ujrzymy w ciągu najbliższych kilku tygodni, czyli strategia rozwoju polskiej energetyki do roku 2050 dodaje Stanisław Ozga.

Projekt „Polityka energetyczna Polski do 2050 roku” przygotowany przez Ministerstwo Gospodarki zakłada, że w 2020 r. udział odnawialnych źródeł energii wzrośnie do 15 proc. Po kolejnych 10 latach odsetek energii pochodzącej z OZE ma być jeszcze wyższy. Eksperci szacują, że może to być nawet około 20 proc.

Dokument, który ukazał się w połowie 2014 roku, mówi także o malejącej roli węgla w kolejnych latach oraz istotnym rozwoju energetyki jądrowej.

Franklin Templeton: Już 15 proc. Polaków zainwestowało w fundusze globalne. To sposób na dywersyfikację portfela

CEO Magazyn Polska

Już 15 proc. Polaków zaangażowało się w inwestycje o charakterze globalnym. Zdaniem Michała Staszkiewicza z Franklin Templeton Investments to dobra propozycja dywersyfikacji inwestycji. W ciągu ostatnich pięciu lat fundusze akcji amerykańskich czy europejskich dały wyższe stopy zwrotu niż pozostałe, a tzw. luksemburskie dodatkowo były i są stosunkowo bezpieczne.

Od wielu lat zauważamy zwiększone zainteresowanie inwestycjami zagranicznymi ze strony Polaków – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Staszkiewicz, Regional Sales Head Franklin Templeton Investments. – W ostatnim raporcie firmy analitycznej Analizy Online, która regularnie publikuje aktywa polskich funduszy inwestycyjnych, widać wyraźnie trend, który został już zauważony przez inwestorów. Jak się okazuje, ok. 15 proc. aktywów jest obecnie zaangażowanych za granicą. Mam na myśli aktywa inwestowane poprzez zarówno krajowe fundusze inwestycyjne, jak i luksemburskie.

Szczególnie korzystny dla tego rodzaju instytucji był trzeci kwartał 2014 r. Jak wynika z raportu Analiz Online, funduszom oferowanym przez zagraniczne instytucje udało się bowiem utrzymać dwucyfrową dynamikę wzrostu aktywów. Od czerwca do września aktywa powiększyły się o 13,6 proc. do 6,68 mld zł. To najwyższy poziom w historii monitorowania tego segmentu rynku.

Fundusze zagraniczne dają przede wszystkim możliwość zainwestowania na rynkach globalnych – tłumaczy Michał Staszkiewicz. – Jest to doskonała okazja, żeby zaistnieć na świecie, który jest zupełnie inny niż ten otaczający nas lokalnie. Jak wiemy w horyzoncie ostatnich pięciu lat rynki rozwinięte, takie jak Stany Zjednoczone czy Europa, dały znacznie wyższe stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału niż polskie akcje.

W trzecim kwartale 2014 r. klienci najchętniej wpłacali środki do funduszy akcji azjatyckich oraz inwestujących globalnie.

Polscy inwestorzy znajdują coraz więcej możliwości do zarabiania pieniędzy – ocenia Michał Staszkiewicz. – Fundusze zagraniczne to naturalny element dywersyfikacji portfela, ponieważ inwestując globalnie, zawsze możemy znaleźć bardzo interesujące oferty, mówię tu zarówno o akcjach, jak i obligacjach. Uważam, że jest to także bardzo interesujące rozwiązanie dla inwestycji alternatywnych.

Zdaniem Staszkiewicza jest to również stosunkowo bezpieczna forma inwestowania.

Fundusze luksemburskie podlegają pod dyrektywę unijną UCITS, która wręcz wymaga od zarządzających zachowania bardzo wysokiej staranności podczas zarządzania inwestycjami [chodzi o Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/65/WE z 13 lipca 2009 roku w sprawie koordynacji przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych odnoszących się do przedsiębiorstw zbiorowego inwestowania w zbywalne papiery wartościowe – red.]. Prowadzone tam analizy i zarządzanie ryzykiem są na bardzo wysokim poziomie, co ma szczególne znaczenie, bo zapewnia wysokie bezpieczeństwo tych inwestycji.

P. Sieradzan (Everest TFI): W 2015 powinien wzrosnąć popyt na polskie obligacje. Niskie stopy NBP zmniejszą zainteresowanie bankowymi lokatami

CEO Magazyn Polska

Choć nie ma szans na powtórkę zysków z obligacji z 2014 r., nadchodzące miesiące mogą jeszcze ożywić ten rynek. Analitycy nie wykluczają kolejnej obniżki stóp procentowych NBP przez Radę Polityki Pieniężnej, co spowoduje dalszy odpływ środków z bankowych lokat. Pieniądze inwestorów mogą więc trafić na rynek papierów dłużnych.

W przypadku obligacji skarbowych kluczową rzeczą są dane makro i Rada Polityki Pieniężnej mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Sieradzan, prezes zarządu Everest TFI. Wygląda na to, że Rada Polityki Pieniężnej w końcu będzie musiała pójść tym torem, jakim pójdzie EBC, i zacząć obniżać stopy procentowe bardziej dynamicznie. Moim zdaniem nie nastąpi to jednak w bliskiej przyszłości.

Dane makroekonomiczne skłaniają do inwestycji w polskie obligacje. Wygląda na to, że PKB rośnie w przyzwoitym, ponad 3-proc. tempie, bezrobocie spada, a firmy radzą sobie zupełnie dobrze. Dowodzą tego choćby listopadowy i grudniowy odczyt indeksu PMI dla przemysłu, który pozostaje wyraźnie powyżej granicy 50 pkt, oddzielającej rozwój sektora od jego kurczenia się.

Zobaczymy, jak będą wyglądały kwestie dochodów i bilansu polskiego budżetu – podkreśla Piotr Sieradzan. Nie wydaje mi się, żeby to był rynek, który zapewni nam hossę, jest to jednak ciekawy segment. Pamiętajmy, że polskie obligacje skarbowe w porównaniu z obligacjami skarbowymi innych krajów o podobnym ryzyku wciąż oferują dość wysokie rentowności i dość duży zarobek.

Rynek polskich obligacji nie oferował dotychczas zbyt atrakcyjnych zysków. Przez lata na tle giełdy i lokat bankowych wypadał niezbyt imponująco. Dziś jednak ani banki, ani giełda nie wyglądają już tak atrakcyjnie jak kilka lat temu, a ubiegły rok pokazał, że na obligacjach można zarobić lepiej niż na akcjach mimo niższego ryzyka.

O ile dla polskiego inwestora, który przyzwyczaił się do tego i przyzwyczaił się chociażby do wojny na rynku depozytów bankowych, która jeszcze jakiś czas temu miała tutaj miejsce, te stopy zwrotu nie są bardzo wysokie, to dla inwestorów z Europy Zachodniej może się okazać, że w granicach ich bezpieczeństwa to jest jedna z lepszych inwestycji ocenia prezes zarządu Everest TFI.

Jeszcze lepiej wyglądają potencjalne zyski z operacji korporacyjnych. Tu jednak trzeba uważać, ponieważ sytuacja finansowa emitentów tych obligacji jest bardzo zróżnicowana.

– Od dłuższego czasu mówiło się, że ten rynek będzie się w Polsce dynamicznie rozwijał zwraca uwagę Piotr Sieradzan prezes Everest TFI. –Dynamiczny rozwój trwa od  kilku lat i prawdopodobnie najbliższe lata również będą bardzo ciekawe. Trzeba jednak uważać, komu pożyczamy pieniądze mówiąc wprost, dlatego że wciąż jeszcze emitenci, którzy oferują wysokie premie, to są Ci, którzy z reguły są w stosunkowo kiepskiej kondycji finansowej i te premie są uzasadnione ryzykiem podejmowanym przez kogoś, kto takie obligacje nabędzie.

Strajki i spadające ceny węgla zagrażają kondycji spółek wydobywczych. Inwestycje w kopalnie ryzykowne

CEO Magazyn Polska

Akcje spółek węglowych zostały już mocno przecenione, ale spółki te nadal obarczone są dużym ryzykiem. Wybuch strajków w kolejnych kopalniach wywołany rządowymi propozycjami zmian w Kompanii Węglowej może się okazać groźny dla branży, podobnie jak spadające na świecie ceny węgla.

Ogłoszony przez rząd program restrukturyzacji Kompanii Węglowej ma kosztować 2,3 mld zł. To koszt zamknięcia czterech kopalń i związanych z tym działań osłonowych dla pracowników. Z 11 tys. pracujących w tych zakładach osób większość znajdzie zatrudnienie w nowej spółce, która powstanie w miejsce KW, a ok. 3 tys. zostanie zwolnionych. Rząd proponuje im odprawy i programy osłonowe. Górnicze związki odrzucają propozycję i organizują strajki.

– Wciąż otwartym pytaniem pozostaje kondycja spółek wydobywczych. Mam tu na myśli przede wszystkim giełdowe JSW i Bogdankę, ale również firmy związane z tym sektorem, czyli np. Kopex i Famur. Nie wiadomo, jak ostatecznie przyjmie to strona społeczna, związki zawodowe, górnicy, w jakim stopniu ich potencjalne protesty i negocjacje wpłyną na ostateczny kształt tych wszystkich zmian. Potencjalne strajki, nawet jednodniowe, to są wielomilionowe straty dla tych spółek, co może się w dużym stopniu odbić na wynikach kwartalnych czy nawet rocznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

Bez restrukturyzacji straty Kompanii Węglowej w ciągu najbliższych pięciu lat sięgną co najmniej 10 mld zł. To wersja optymistyczna, bo jeżeli ceny węgla nadal będą spadały, straty mogą być nawet dwa razy większe. Strajki, jakie szykują górnicze związki, mogą się okazać zabójcze dla firmy, która i tak ma gigantyczne problemy, a do końca stycznia grozi jej utrata płynności finansowej.

Drugim argumentem i bardzo dużą niewiadomą przy inwestycjach w spółki węglowe jest również cena rynkowa węgla, która w bardzo dużym stopniu decyduje o stronie przychodów spółek wydobywczych – podkreśla Irzyński.

Kluczowa dla Europy cena węgla ARA, czyli stawki w zespole portów Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia, nieprzerwanie spada od sierpnia zeszłego roku. Od lata koszt tony surowca z ponad 80 dolarów spadł do nieco ponad 60 dolarów (w zależności od rodzaju kontraktu).

W rezultacie ceny polskich spółek węglowych także są dziś bardzo niskie. W ciągu ostatniego półrocza akcje Jastrzębskiej Spółki Węglowej spadły z prawie 50 zł do ok. 20 zł.

Patrząc na wyceny w długim terminie, chociażby na wartości aktywów pokrytych kapitałem własnym, możemy sądzić, że te spółki już są odpowiednio wycenione, wciąż jednak bardzo dużą niewiadomą są propozycje zmian, a poziom ryzyka z nimi związany nadal jest spory – przestrzega główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

Nowe zasady zatrudniania niepełnosprawnych. POPON: potrzebne są dalsze zmiany

Od stycznia rozszerzony został krąg osób niepełnosprawnych, za które pracodawca może otrzymać zwrot kosztów poniesionych w związku z ich zatrudnieniem. Złagodzone zostają też warunki uzyskania dofinansowania do wynagrodzeń niepełnosprawnych. Zdaniem prezesa POPON-u zmiany są jednak niewystarczające i niedostosowane do obecnej sytuacji na rynku. Dobrym rozwiązaniem może być zwiększenie zatrudnienia osób niepełnosprawnych w sferze budżetowej.

Przepisy, które weszły w życie od nowego roku, nie wpływają ani na pogorszenie, ani na poprawę sytuacji, gdyż jest to kolejne rozporządzenie unijne, które sankcjonuje obowiązujące przepisy. Mogły być znacznie gorsze, gdyby nie nacisk krajów członkowskich Unii – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Zając, prezes Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych. – To dobra wiadomość, gdyż na pewno nie spowoduje tak drastycznych perturbacji na rynku pracy, jakie mogłyby być w momencie, gdyby tego dofinansowania nie było.

Pierwotna wersja rozporządzenia unijnego przewidywała ograniczenie dopuszczalnej pomocy publicznej do 150 mln zł rocznie. Tymczasem na dofinansowanie wynagrodzeń Polski Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych potrzebuje ok. 3 mld zł rocznie.

Nowelizacja ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych przewiduje, że do kosztów poniesionych w związku z zatrudnieniem niepełnosprawnych można zaliczyć m.in. zakup urządzeń ułatwiających wykonywanie pracy czy przystosowanie pomieszczeń. Ponadto w przypadku zatrudnienia nowego pracownika niepełnosprawnego warunkiem uzyskania na niego dofinansowania jest wzrost netto zatrudnienia ogólnego w przedsiębiorstwie, a nie jak do końca 2014 r. wykazanie wzrostu zatrudnienia pracowników niepełnosprawnych.

Wszyscy mówią, że trzeba wspierać osoby niepełnosprawne. Kiedy jednak dochodzimy do konkretów, okazuje się, że nie ma pieniędzy, obcinana jest dotacja budżetowa i oszczędzamy na ogół, niestety, na tej najsłabszej grupie społecznej, czyli na osobach niepełnosprawnych. Trzeba pamiętać, że funkcje państwa w zakresie rehabilitacji zawodowej i zatrudniania osób niepełnosprawnych obecnie przejęły i cały czas sprawują przedsiębiorcy, którzy posiadają status zakładu pracy chronionej, teraz również przedsiębiorcy z otwartego rynku – podkreśla Zając.

Według Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych coraz więcej firm rezygnuje z udziału w państwowym systemie dofinansowania zatrudnienia takich osób. Powodem jest m.in. obniżenie wysokości dodatków, co nastąpiło w kwietniu. W rezultacie w 2014 roku około 100 firm zrezygnowało ze statusu zakładu pracy chronionej.

Przedsiębiorcy, którzy zatrudniają co najmniej 25 osób i nie osiągają wskaźnika zatrudnienia osób niepełnosprawnych na poziomie 6 proc., muszą co miesiąc płacić równowartość iloczynu 40,65 proc. przeciętnego wynagrodzenia i liczby pracowników brakujących do osiągnięcia wymaganego pułapu zatrudnienia.

Zdaniem prezesa POPON-u przyszłością mogłoby być zwiększenie zatrudnienia niepełnosprawnych w sferze budżetowej. Skorzystaliby na tym nie tylko niepełnosprawni, lecz także urzędy, które w ten sposób mogłyby ocieplić swój wizerunek. Zając podkreśla jednak, że aby zmienić sytuację osób niepełnosprawnych, konieczna byłaby całkowita zmiana regulacji i ustawy.

Powinniśmy przeformułować zasady dotyczące orzekania o niepełnosprawności, bo teraz rodzą wiele niejasności. Przepisów nie rozumieją zarówno ci, którzy dostają orzeczenie, jak i przedsiębiorcy, którzy muszą z tego orzeczenia korzystać przy zatrudnianiu osoby niepełnosprawnej. Wymagają one zmian, nowego spojrzenia na życie gospodarcze, osoby niepełnosprawne i niepełnosprawnych pracowników – podkreśla Jan Zając.

W 2014 r. wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych sięgnęła 3 mld euro. Rośnie znaczenie miast regionalnych

CEO Magazyn Polska

W minionym roku wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych zmniejszyła się do około 3 mld euro z 3,2 mld euro w 2013 roku. Spadek przede wszystkim wynika z tego, że wiele transakcji rozpoczętych w 2014 roku zostanie zamkniętych dopiero w pierwszych miesiącach tego roku. Na rynku pojawia się coraz więcej inwestorów, którzy poszukują atrakcyjnych powierzchni biurowych, handlowych czy magazynowych, coraz częściej poza Warszawą.

Sytuacja na rynku inwestycyjnym w Polsce jest bardzo dobra. Rynek staje się coraz bardziej płynny, a do Polski napływa coraz więcej inwestorów. Szukają różnego typu nieruchomości – nie tylko w Warszawie, lecz także w innych miastach regionalnych. Dużym zainteresowaniem, poza biurowcami, cieszą się centra handlowe oraz projekty magazynowe – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Monika Rajska-Wolińska, partner zarządzający w Polsce Colliers International.

Rekordowego poziomu ponad 3,2 mld euro z 2013 r. nie udało się pobić. Łączną wartość transakcji z 2014 r. Colliers szacuje na ok. 3 mld euro.

 W dużej mierze wynika to z tego, że znaczna część rozpoczętych w 2014 roku transakcji zostanie zamknięta dopiero w pierwszych miesiącach 2015 roku – przyznaje Rajska-Wolińska.

Na rynku jest mniej produktów inwestycyjnych, czyli mniej nieruchomości trafia na sprzedaż, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym.

To oznacza, że fundusze, które kupiły nieruchomości w Polsce w poprzednich latach, są zadowolone ze swoich aktywów. Natomiast popyt ze strony inwestorów na najlepsze nowe nieruchomości przewyższa podaż oferowaną przez deweloperów – wyjaśnia partner zarządzający w Polsce Colliers International.

Ceny nieruchomości komercyjnych rosną. W Warszawie są zdecydowanie wyższe niż w innych dużych miastach kraju.

Najlepsze budynki biurowe w Warszawie można sprzedać nawet za 5,5 tys. euro za mkw. W miastach regionalnych ceny są znacznie niższe: mówimy tu o przedziale od 2 do 2,5 tys. euro za mkw. – mówi.

Budynki magazynowe sprzedają się w cenie 500-750 euro za mkw. Nowoczesne budynki logistyczne z funkcją biurową w Warszawie osiągają ceny nawet 1 tys. euro za metr, a transakcje nabycia centrów handlowych zamykają się w granicach 2,5-4,5 tys. euro za mkw., w zależności od wielkości miasta.

W I połowie 2014 r. wartość transakcji wyniosła 1,4 mld euro, z czego nieco ponad połowa dotyczyła nieruchomości biurowych. Ich udział w rynku jednak spada, bo w I półroczu 2013 r. wynosił 58 proc. Rośnie za to znaczenie powierzchni magazynowych – w I połowie roku ich udział wzrósł z 15 proc. w 2013 r. do 22 proc. Jedna czwarta transakcji dotyczyła powierzchni handlowych.

Do najbardziej spektakularnych transakcji na rynku powierzchni biurowych można na pewno zaliczyć nabycie biurowców Rondo 1 oraz Metropolitan łącznie za ponad 500 mln euro przez Deutsche Wealth & Asset Management, nabycie przez Starwood Capital Group biurowców należących do Ghelamco (T-Mobile Office Park, Łopuszańska Business Park i Katowice Business Point) oraz nabycie biurowca Atrium 1 przez Deka Immobilien – wymienia Monika Rajska-Wolińska.

Coraz większą uwagę inwestorzy zwracają na rynki regionalne. Warto tu wymienić takie transakcje, jak sprzedaż Centrum Biurowego Lubicz w Krakowie, sprzedaż wrocławskiego biurowca Green Day czy wreszcie sprzedaż krakowskiego kompleksu biurowego Aquarius Business House.

Te wszystkie transakcje w miastach regionalnych to znakomity sygnał dla rynku, który pokazuje, że nabywcy są już skłonni do poważnych inwestycji w nieruchomości komercyjne, także te poza Warszawą – zaznacza Monika Rajska-Wolińska.

Colliers ocenia, że sytuacja gospodarczo-polityczna na Ukrainie nie wywarła negatywnego wpływu na branżę, bowiem Polska jest traktowana jako homogeniczna część Unii Europejskiej. Świadczy o tym zamknięcie znaczących transakcji w Polsce, co pokazuje, że inwestorzy nie obawiają się inwestycji nad Wisłą. W ubiegłym roku najbardziej aktywne na polskim rynku były fundusze WP Carey, Starwood, Griffin, Hillwood czy Blackstone. Jak podkreśla Rajska-Wolińska, widać również zainteresowanie funduszy z Kanady, Australii oraz Chin i Korei. Aktywni są również inwestorzy z Dalekiego Wschodu.

Rośnie popularność samochodów hybrydowych w Polsce. Toyota w 2014 r. sprzedała 2,5 tys. takich aut

CEO Magazyn Polska

Miniony rok Toyota zaliczy do udanych. W 2014 r. japoński producent sprzedał 30 626 aut, co oznacza wzrost o 31 proc. w stosunku do 2013 r. Najbliższe miesiące powinny być równie dobre – branży pomagają poprawiający się stan gospodarki i niskie stopy procentowe, które zniechęcają konsumentów do trzymania gotówki w bankach. Na popularności zyskują samochody hybrydowe. Toyota zanotowała wzrost sprzedaży takich aut o 65 proc.

2014 rok był wyjątkowo dobrym okresem dla Toyoty: osiągnęliśmy ponad 30-proc. wzrost sprzedaży Toyoty i ponad 100-proc. wzrost sprzedaży Lexusa. Wprowadziliśmy też kilka nowych modeli – mówi agencji Informacyjnej Newseria Biznes Jacek Pawlak, prezes zarządu Toyota Motor Poland.

Toyota w 2014 r. sprzedała w Polsce 30 626 sztuk samochodów (wzrost o 31 proc.) i tym samym uplasowała się na drugim miejscu po Skodzie  pod względem liczby sprzedanych aut (sprzedaż na poziomie 40 593 szt.). Udział marki w całym rynku to 9,4 proc., a model klasy C – Toyota Corolla – okazał się najpopularniejszym autem na rynku w wersji sedan (sprzedano 3 307 szt. modelu).

W 2014 r. najlepiej sprzedawały się modele Yaris i Auris. Oba modele mają też wersje z napędami hybrydowymi. To były nasze hity sprzedażowe. Najpopularniejszym modelem Lexusa był NX, czyli mały SUV, który wprowadziliśmy w połowie roku – dodaje Pawlak.

Jak tłumaczy, model NX równie często jest nabywany w Stanach Zjednoczonych, gdzie produkcję właściciele marki musieli zwiększyć dwukrotnie.

Bardzo cieszy nas szybko rosnąca sprzedaż aut hybrydowych. Udało nam się przekonać klientów do tego, że baterie w samochodach hybrydowych to nie jest problem, bo są objęte 10-letnią gwarancją. To nie są auta, które mogą się zepsuć. To są nasze najbardziej niezawodne samochody. Nie ma w nich wielu komponentów, które psują się w normalnych autach – tłumaczy Pawlak – Dodatkowo auta hybrydowe są już w tej chwili w niższych cenach niż samochody np. z silnikami wysokoprężnymi. Biorąc zatem pod uwagę oszczędności, które wynikają ze zużycia paliwa, można powiedzieć, że są to jedne z najtańszych aut na rynku.

Toyota na rynku polskim odnotowała 65-proc. wzrost sprzedaży samochodów z napędem hybrydowym. Firma oferuje cztery modele z takim napędem – Prius, Prius Plus, Yaris i Auris. Dwa ostatnie są motorem sprzedaży aut w tym segmencie. Yaris sprzedał się w 726 egzemplarzach, a Auris – w 1742.  W tym drugim modelu już co piąty klient wybiera napęd hybrydowy (20 proc. z łącznej sprzedaży 8 702 szt.).

Rynek w Polsce wciąż ma ogromny potencjał wzrostu. Mimo że cały czas rośnie, wciąż jest na bardzo niskim poziomie. Nie wynika to jednak z siły nabywczej Polaków, dlatego że w krajach o podobnej lub niższej sile nabywczej samochodów nowych sprzedaje się dużo więcej. Powód? W innych krajach ludzie większą uwagę przywiązują do tego, że nowe auta są bezpieczniejsze – podkreśla Pawlak.

Według niego w Polsce o bezpieczeństwie mówi się tylko w wąskim kontekście prędkości, a to zbyt mało, by mówić o bezpiecznym aucie.

Zupełnie inaczej w sytuacji awaryjnej zachowuje się samochód nowy, który jest wyposażony we wszystkie układy stabilizacyjne, ma nowe opony, nowe zawieszenie, amortyzatory, a zupełnie inaczej będzie się zachowywał samochód 15- czy 20-letni, a tych na polskich drogach jest najwięcej – przekonuje Pawlak.

Z danych PZPM wynika, że w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 327 tys. nowych aut osobowych – to o ok. 13 proc. więcej niż w 2013 r. Sytuacja gospodarcza powinna sprzyjać sprzedaży nowych samochodów w 2015 r. Niskie stopy procentowe będą zniechęcać konsumentów do trzymania pieniędzy w bankach w postaci depozytów i skłaniać do ich wydawania. Tańsze są również kredyty.

Konsumpcja rośnie, sprzedaje się coraz więcej mieszkań, więc liczymy na to, że także coraz więcej osób będzie kupować nowe auta – podsumowuje Jacek Pawlak.

Bezpieczeństwo IT priorytetem dla firm w 2015 r. Skala zagrożeń rośnie lawinowo

Skala ataków ze strony cyberprzestępców rośnie w szybkim tempie. W 2014 r. wiele firm było ofiarami włamań. Gospodarka globalna traci na tym nawet pół miliarda dolarów rocznie. Dlatego w tym roku bezpieczeństwo systemów IT będzie dla firm najważniejsze. Biznes skoncentruje się również na technologii chmury, mobilności oraz internecie rzeczy.

Z danych CERT Orange Polska wynika, że w okresie od stycznia do listopada br. liczba ataków odmowy dostępu typu DDoS powiększyła się o 40 proc., porównując do 2013 roku. Wzrósł też poziom skomplikowania i liczba zaawansowanych zagrożeń. CERT Orange zidentyfikowało ponad 100 tys. prób ataków tego typu, co pokazuje skalę problemu. W ostatnim półroczu cyberataki przybrały na sile. Dotyczyły one przede wszystkim dużych firm, instytucji finansowych, banków i spółek Skarbu Państwa.

Myślę, że jednym z głównych zmagań firm i szefów IT będzie to, aby odpowiednio zabezpieczyć systemy przed tymi atakami – mówi Leszek Hołda, prezes zarządu Integrated Solutions.

Jak wynika z badania PwC, w tym roku na bezpieczeństwo firmy przeznaczyły średnio 5,5 proc. nakładów na IT. Blisko połowa ankietowanych stwierdziła, że spodziewa się wzrostu wydatków na ten cel w kolejnym roku, a mniej niż 30 proc. zamierza utrzymać je na dotychczasowym poziomie.

Kolejnym filarem, wokół którego będą się rozwijać nowe technologie, jest mobilność.

Około 60 proc. sprzedawanych urządzeń to smartfony. Oczywiście z tym wiążą się duże ułatwienia i rozszerzenie funkcjonalności po stronie użytkownika końcowego, ale pojawia się również kwestia odpowiedniego zabezpieczenia danych na smartfonach. W związku z tym możemy spodziewać się dużej dynamiki wzrostu systemów mobile device management [oprogramowanie służące do zdalnego zarządzania urządzeniami przenośnymi pracowników – red.] – prognozuje Leszek Hołda.

Ekspert podkreśla, że w I półroczu 2014 roku spółka sprzedała tyle rozwiązań z tego segmentu, ile przez cały ubiegły rok. To pokazuje, że firmy coraz bardziej interesują się tego typu technologiami.

Trzeci ważny dla IT sektor to internet rzeczy, szczególnie technologia machine to machine, polegająca na komunikacji między maszynami. Według prognoz firmy Gartner do 2020 roku rynek internetu rzeczy będzie wart ok. 300 mld dolarów. Firma IDC prognozuje, że do tego czasu połączonych ze sobą będzie aż 30 mld urządzeń.

Te technologie będą znajdowały zastosowania w coraz to nowszych obszarach naszego życia codziennego, także w rozwiązaniach biznesowych – podsumowuje prezes IS.

Wszystko to sprawia, że firmy rozszerzają portfolio rozwiązania dla biznesu.

Idziemy w kierunku rozwiązań z chmury, które oznaczają szybką implementację i niską barierę kosztową wejścia. W chmurze są dostępne zarówno rozwiązania security, jak i mobile device management. To są podstawowe elementy, które spowodują że rozwiązania chmurowe będą coraz bardziej adaptowane przez dostawców – zapowiada prezes Integrated Solutions

Dane pokazują, że rozwiązania chmurowe dużo szybciej przyjmują się w Stanach Zjednoczonych niż w Europie. Można się jednak spodziewać, że Europa będzie zmuszona także osiągnąć poziom amerykański, co da impuls do rozwoju właśnie tego obszaru IT.

Ceny mleka nadal będą spadać. Odbicie możliwe dopiero w połowie roku

CEO Magazyn Polska

Duża produkcja mleka na krajowym, europejskim, a także światowym rynku spowoduje spadkowe tendencje cenowe w pierwszych miesiącach 2015 roku – przewiduje Bank BGŻ. Sytuacja w branży mleczarskiej może się zacząć poprawiać dopiero na przełomie trzeciego i czwartego kwartału.

Produkcja mleka w Polsce w 2014 roku wzrosła o blisko 2 proc. w porównaniu z 2013 rokiem i wyniosła 12,8 mln ton – wynika z prognoz Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Państwowego Instytutu Badawczego. Z kolei przewidywany przez GUS wzrost produkcji mleka w całej Unii Europejskiej wyniósł w ubiegłym roku 1,6 proc., a w 2015 roku zwiększy się o kolejne 1,5 proc. Natomiast według FAO produkcja mleka na świecie wzrosła o 2,4 proc. do 792 mln ton. Oznacza to nadprodukcję, która sprawia, że od początku 2014 roku ceny mleka w skupie ciągle spadają. Spadek ten od stycznia do października zeszłego roku wyniósł aż 20 proc. Obecnie za litr mleka w skupie producenci otrzymują nieco ponad 1,2 zł. Polscy wytwórcy dodatkowo zaczynają odczuwać negatywne skutki rosyjskiego embarga na produkty mleczne.

– W przypadku rynku mleka ok. 9-10 proc. wartości eksportu szło na rynek rosyjski, więc to znaczenie rynku rosyjskiego było dosyć duże – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Skrzypczyk, koordynator zespołu analiz sektora rolno-spożywczego w Banku BGŻ.

Obowiązujące od sierpnia 2014 roku rosyjskie embargo na polskie mleko i produkty mleczarskie uderzyło głównie w producentów serów, a to właśnie sery w poprzednich latach stanowiły ponad 70 proc. całego eksportu branży mleczarskiej do Rosji.

Ważnymi rynkami dla producentów serów są Unia Europejska, Rosja i USA. Oczywiście Stany Zjednoczone to dosyć obiecujący rynek, ale tam trudno zaistnieć, zwłaszcza konkurując z serami z Francji czy Holandii – wyjaśnia analityczka BGŻ.

W 2013 r. Polska wyeksportowała do Rosji produkty mleczne o wartości prawie 141,4 mln euro, co stanowiło 8,4 proc. wartości całkowitego polskiego eksportu produktów mlecznych. Po zamknięciu rynku rosyjskiego nowych odbiorców swoich produktów musieli poszukać także producenci mleka, masła, śmietany oraz jogurtów, serków i twarożków.

– Pojawiają się nowe rynki zbytu, więcej wysyłamy przede wszystkim do krajów Afryki Północnej, możliwy jest cały czas rozwój eksportu do Chin i Azji Południowo-Wschodniej – wyjaśnia Skrzypczyk.

Dodaje jednak, że rynek rosyjski trudno będzie zastąpić innymi rynkami.

Dla przetwórców pewnie ten rok, przynajmniej jego pierwsza połowa, może być nadal trudna – podsumowuje Skrzypczyk.

Po trzech kwartałach 2014 r. eksport produktów z grupy obejmującej przetwory ze zboża, mąki, mleka lub skrobi i pieczywa cukierniczego wyniósł ok. 1 mld euro i był o jedną piątą wyższy niż przed rokiem. Z kolei wśród produktów pochodzenia zwierzęcego eksport grupy obejmującej m.in. produkty mleczne, jaja ptasie i miód naturalny wzrósł o ponad 15 proc. (do 1,6 mld euro).

Na wzrost popytu na polskie produkty mleczarskie mogą przełożyć się optymistyczne prognozy wzrostu gospodarczego w krajach Afryki Północnej, takich jak Egipt. Tam, podobnie jak w Chinach, nabywców znajdą jednak przede wszystkim rodzimi producenci mleka w proszku. Polscy producenci będą musieli jednak zapłacić do unijnej kasy ponad 46 mln euro kary za przekroczenie ustalonych przez Unię Europejską kwot limitu produkcji mleka. Jak poinformowała Komisja Europejska, w ubiegłym roku rozliczeniowym, czyli od kwietnia 2013 roku do marca 2014 roku, Polska przekroczyła przyznane limity o 1,7 proc., czyli o 166 tys. ton. 1 kwietnia 2015 r. system kwotowania produkcji mleka przestanie obowiązywać. To jednak może spowodować dalszy wzrost produkcji mleka w UE.

70 proc. biletów na wydarzenia muzyczne, kulturalne i sportowe jest kupowanych online. Co piąty przez urządzenie mobilne

CEO Magazyn Polska

Bilety na koncerty czy mecze są kupowane głównie przez internet. W spółce Eventim – jednym z liderów tego rynku – już 70 proc. biletów jest nabywanych online, coraz częściej również przez urządzenia mobilne. To często jedyny sposób na zdobycie biletu na koncert popularnej gwiazdy czy zespołu. Nierzadko takie bilety rozchodzą się w ciągu kilku minut.

Już od kilku lat obserwujemy wyraźny wzrost w trendach sprzedaży. Przede wszystkim zyskuje na znaczeniu kanał online, co widać po liczbie sprzedanych w ten sposób biletów. W odniesieniu do 2010 roku, kiedy 37 proc. biletów sprzedawaliśmy przez internetowy kanał sprzedaży, w 2014 roku zaobserwowaliśmy sprzedaż na poziomie powyżej 70 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Drachal, szef operacji Eventimu.

Pozostałą część firma sprzedaje poprzez sieć partnerską salonów, m.in. Empik, Media Markt, Saturn i Media Expert.

Szef operacji Eventimu dodaje, że coraz więcej osób nabywa bilety poprzez urządzenia mobilne. W 2014 r. w taki sposób bilety kupiło 20 proc. klientów firmy.

W branży na popularności tracą bilety nabywane w tradycyjny sposób, czyli w kasach teatrów czy kasach biletowych przed halami koncertowymi. Drachal podkreśla, że na miejscu przed imprezą często nie ma już możliwości zakupu biletów, gdyż sprzedają się one dużo wcześniej, a klienci nie powinni czekać z ich nabyciem do dnia koncertu.

Mamy imprezy, na które tysiące biletów potrafi sprzedać się w ciągu kilku minut. Organizatorowi koncertu bardzo zależy na sprzedaży wszystkich miejsc na wydarzenie, bo każdy niesprzedany bilet jest dla niego podwójną stratą – po pierwsze z racji pustego miejsca, a po drugie dlatego że organizator włożył wysiłek i pieniądze w wypromowanie danego wydarzenia – wyjaśnia ekspert.

Drachal zaznacza, że cena biletu rzadko bywa decydującym kryterium jego nabycia. To wynika ze specyfiki branży, która dostarcza emocje i tym samym klienci nie zwracają aż tyle uwagi na cenę, lecz na możliwość uczestnictwa w danym wydarzeniu.

Najdroższe są bilety na występy supergwiazd. Z racji samej logistyki wydarzenia jego koszt musi być wyższy niż imprezy, która jest np. organizowana przez ligę sportową, finansowaną częściowo przez sponsorów czy państwo – mówi przedstawiciel spółki Eventim.

W jego ocenie bilety na wydarzenia sportowe najczęściej znajdują nabywców w regionie, gdzie impreza jest organizowana lub z którego wywodzą się drużyny. W przypadku wydarzeń ogólnopolskich 50 proc. widzów jest z regionu, natomiast druga połowa to reszta kraju i goście zagraniczni.

Klientem Eventimu jest przede wszystkim osoba, która ceni swój czas. Spotykamy ludzi starszych, którym bilety kupili wnuczkowie, spotykamy ludzi młodych i tych w średnim wieku. Cały czas większość naszych klientów stanowią mężczyźni – 53 proc. Prawie co trzecim kupującym jest mieszkaniec województwa mazowieckiego – tłumaczy ekspert.

W ofercie Eventimu dominują imprezy kulturalne, ale firma chce też bardziej zaangażować się w sprzedaż biletów na wydarzenia sportowe.

W Polsce rośnie zainteresowanie łodziami motorowymi. Nasze produkty trafiają jednak głównie na rynki zagraniczne

CEO Magazyn Polska

97 proc. z ponad tysiąca wyprodukowanych przez Admiral Boats łodzi motorowych trafia na eksport. Główni odbiorcy to Holendrzy, Szwedzi i Brytyjczycy. Choć sprzedaż na krajowym rynku jest niewielka, to zainteresowanie z roku na rok rośnie. Władze spółki spodziewają się dalszego wzrostu ze względu na rozbudowywaną infrastrukturę wodną.

Rozwijająca się infrastruktura w kraju spowoduje, że udział sprzedaży na rynek wewnętrzny będzie coraz bardziej rósł. Sprzedaliśmy parę łódek nad Zalew Zegrzyński, kilka łódek do kurortów morskich nad Bałtykiem. Cały czas widzimy bardzo duże zainteresowanie. Nasz zakład jest zlokalizowany przy głównej drodze, którą można skrócić dojazd na Hel, dlatego bardzo często w sezonie przyjeżdżają do nas ludzie i pytają, czy mogą kupić taką czy inną łódkę – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Bartoszewicz, prezes zarządu Admiral Boats.

Na eksport trafia blisko 97 proc. produkcji Admiral Boats. Liczba produkowanych rocznie łodzi to 1,1-1,5 tys. sztuk rocznie. Spółka eksportuje do 11 krajów, przede wszystkim na rynki Europy Zachodniej i Północnej – w zależności od rodzajów łodzi. W ofercie spółki znajdują się cztery linie produktowe i 60 modeli łodzi.

Admiral Line jest łodzią popularną przede wszystkim w Holandii, wykorzystywaną do pływania po kanałach. Spółka szacuje, że w kategorii łodzi do 5 m długości posiada ok. 30 proc. rynku.

Drugą grupą jest Fish Line, czyli łódki nieco większe, od 5,5 do 6,5 metra, dla wędkarzy. Wykorzystywane są głównie przez Norwegów, ale znajdują też nabywców w Anglii, Niemczech, Holandii i Szwecji. Bardzo dobrze przyjęła się łódka Tuna Open 560 – zaznacza prezes Admiral Boats.

Łodzie rekreacyjne (Classic Line) oraz sportowe (Ocean Master Line) najlepiej sprzedają się w krajach skandynawskich – Szwecji i Norwegii.

Zakończenie pierwszego etapu modernizacji zakładu w Tczewie pozwoli na większe możliwości produkcyjne, a w związku z tym na ekspansję na nowe rynki (m.in. do Francji, Chorwacji i krajów Bliskiego Wschodu).

Rok 2014 pod względem pogody był bardzo udany. To spowodowało spiętrzenie zamówień w krótkim czasie – w okresie wiosennym. Niestety, procesu produkcyjnego nie da się skrócić, więc części zamówień nie mogliśmy zrealizować – wyjaśnia Andrzej Bartoszewicz. – W marcu zobowiązaliśmy się też do dostarczenia dużej produkcji do Rosji. Ze względu na różne okoliczności – światowe i ekonomiczne – nie doszło to jednak do skutku.

Jak wynika z danych firmy, mimo dobrego sezonu w III kw. przychody netto ze sprzedaży spadły o ponad 10 proc. względem ubiegłego roku i wyniosły 9,5 mln zł. Powodem były wcześniejsze zakupy dużego odbiorcy z Holandii i zmiana zasad współpracy z odbiorcą z Niemiec. Problemem było również niezrealizowane zamówienie z Rosji, za to sukcesem był ponad 10-krotny wzrost obrotów ze Szwecją.

W tym roku podjęliśmy program reorganizacji naszego systemu sprzedaży. Podnieśliśmy ceny, co spowodowało, że spadła nieco chęć zakupowa potencjalnych klientów, jednak w ten sposób wyeliminowaliśmy z naszego portfolio produkty najmniej efektywne. Przeprowadziliśmy też dużą restrukturyzację kosztową, przez co marża bezpośrednia w tym roku była zdecydowanie wyższa – tłumaczy Bartoszewicz.

Wysoką rentowność spółka odnotowała zarówno w III kwartale, jak i w całym roku. Marża na sprzedaży w III kwartale wyniosła ponad 32 proc. Marże spółki rosną również w wyniku zwiększania sprzedaży lepiej wyposażonych łodzi.

Ośmiu na dziesięciu internautów jednocześnie ogląda TV i surfuje w sieci. Multiscreening szansą dla reklamodawców

CEO Magazyn Polska

Przeciętny Polak ogląda TV więcej niż cztery godziny dziennie. Na niegasnącą popularność telewizji wpływają internauci. Trzech na czterech z nich każdego dnia korzysta także z tego medium. Branża reklamowa widzi szansę na rozwój rynku właśnie w multiscreeningu, czyli jednoczesnemu konsumowaniu przez użytkownika zarówno przekazu telewizyjnego, jak i internetowego. 83 proc. użytkowników sieci to multiscreenerzy, a 70 proc. internautów ogląda materiały telewizyjne online.

– Cały czas króluje telewizja, a wieści o jej śmierci są przedwczesne. To właśnie na ten środek masowego przekazu reklamodawcy przeznaczają najwięcej, lokując tam aż 45 proc. budżetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Kawecki, prezes zarządu domu mediowego Mindshare Polska. – Co więcej, nie spada konsumpcja telewizji, a nawet obserwujemy lekki trend wzrostowy. Przeciętny Polak w grupie 4+ ogląda TV powyżej czterech godzin dziennie. 

Zdaniem Kaweckiego przyczyną może być rosnąca liczba nowych kanałów telewizyjnych, również tematycznych. Widz w mniejszym stopniu wiąże się z konkretną stacją telewizyjną, a bardziej podąża za dobrym, interesującym go przekazem.

Reklama wideo w internecie nie jest zagrożeniem dla telewizji i odwrotnie. To wynika ze zjawiska multiscreeningu, czyli jednoczesnego konsumowania przez użytkowników telewizji i treści wideo na urządzeniach przenośnych – mówi Kawecki.

Jak wynika z raportu „Multiscreening 2014” agencji IRCenter, w segmencie darmowej telewizji 2/3 badanych telewidzów wykorzystuje komputer jako drugi ekran, co drugi z nich wybiera telefon, a 26 proc. respondentów preferuje tablet. 37 proc. respondentów zdarzyło się oglądać telewizję na tablecie lub telefonie. 64 proc. osób w trakcie oglądania reklam telewizyjnych w ramach płatnych kanałów kablowych sięga po telefon. Co siedemnasty respondent deklaruje zakup poprzez telefon lub tablet produktów zauważonych w telewizji, co świadczy o potencjale multiscreeningu.

– Sądzimy, że ten trend będzie rosnąć. Domy mediowe są na to przygotowane, powstają nowe produkty i narzędzia, które umożliwiają serwowanie reklamy w telewizji i internecie w tym samym czasie. Co więcej, takie treści będą się różnić, czyli treść reklamy w telewizji to niejako zaproszenie do konsumowania poszerzonej treści reklamy w produktach wideo w internecie – podsumowuje Adrian Kawecki.

Z kolei dane Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska z lipca 2014 r. wskazują na to, że 74 proc. internautów codziennie lub prawie codziennie ogląda telewizję, a sześciu na dziesięciu z nich słucha stacji radiowych. Z drugiej strony w stosunku do danych z 2011 r. odsetek internautów regularnie korzystających z danego medium spadł najmniej w przypadku TV.

Ponadto IAB Polska wskazuje, że 16 proc. internautów korzysta z kilku ekranów cyfrowych wielokrotnie w ciągu dnia, codziennie wielu urządzeń jednocześnie używa co piąty badany.

Zmiany w ulgach na dzieci

0

Od 2015 r. obowiązują nowe zasady odliczania ulg na dzieci. Zmianie uległa wysokość limitów, jak również zasada odliczania ulgi przez osoby płacące podatki niższe od jej wysokości.

Wyższe limity obowiązują przy odliczaniu ulgi na trzecie dziecko (do tej pory była to kwota 1668 zł, po zmianach wynosi 2 tys. zł) oraz czwarte i każde kolejne (wzrost z 2224 zł na 2700 zł). W przypadku pierwszego i drugiego dziecka kwota odliczenia się nie zmieniła i wynosi 1112,04 zł.

„Ulgi prorodzinnej nie mogą odliczyć rodzice mający jedno dziecko, których dochody przekraczają 112 tys. zł rocznie. W przypadku osób samotnie wychowujących dziecko dochód ten nie może przekroczyć 56 tys.” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola. Kryterium to nie ma żadnego znaczenia w sytuacji, kiedy odliczamy ulgę za dwoje lub więcej dzieci.

Zmianie uległa też zasada odliczania ulgi przez osoby płacące podatki niższe od jej wysokości. Do tej pory ulga u takich podatników nie mogła być większą niż kwota podatku. Od 2015 r. osoby te będą miały zrekompensowaną brakującą kwotę w postaci dodatkowego zwrotu pieniędzy. Uzyskają go z urzędu skarbowego na podstawie zeznania podatkowego i załączonego do niego dokumentu.

Według Ministerstwa Finansów na zmianach skorzysta ponad milion rodzin. Ulga prorodzinna przysługuje na każde małoletnie dziecko. Skorzystać z niej mogą także rodzice pełnoletnich osób niepełnosprawnych oraz osób do 25. roku życia, które się uczą.

Rok 2015 będzie ważny dla europejskiej polityki klimatyczno-energetycznej

Po październikowej Radzie Europejskiej, na której przyjęto ramy polityki klimatyczno-energetycznej do 2030 roku, dyskusja o przyszłości polityki klimatycznej i energetycznej nabrała tempa. W 2015 r. będą podejmowane decyzje, których konsekwencje biznes będzie ponosił przez kolejne dekady – ocenia Konfederacja Lewiatan.

W tym roku podziewamy się propozycji dotyczących:
– narzędzi chroniących europejski przemysł przed ucieczką emisji tzw. carbon leakage,
– zasad funkcjonowania funduszu transformacji sektora energetyki oraz
– mechanizmu przydzielania darmowych uprawnień dla energetyki.

Wszystkie powyższe kwestie związane są z funkcjonowaniem systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS) w okresie 2020 -2030. Oznacza to, że system EU ETS pozostanie centralnym narzędziem polityki klimatycznej jeszcze przez długie lata.

Tryb prac budzi wiele wątpliwości

Zanim jednak mechanizmy działania handlu emisjami po 2020 roku zostaną przez Komisję przedstawione, ma zostać przyjęta decyzja dotycząca rezerwy zapewniającej stabilność na rynku EU ETS (tzw. MSR – Market Stability Reserve).

Propozycja KE dotycząca MSR ma na celu stworzenie mechanizmu, który zlikwiduje istniejącą nadwyżkę uprawnień na rynku i doprowadzi do równowagi między popytem a podażą. Skutkiem tego działania będzie wzrost cen uprawnień i stworzenie impulsu dla inwestycji niskoemisyjnych. Takie interwencje są zgodne z oczekiwaniami dużej części sektora energetycznego w Europie, jednak nie są popierane przez przemysł, który z jednej strony dostarcza technologii niskoemisyjnych, ale z drugiej jest bardzo wrażliwy na wzrost cen energii. Jeśli znane byłyby przemysłowi mechanizmy ochrony przed bezpośrednią oraz pośrednią ucieczką emisji, to z pewnością rozmowy na temat rezerwy MSR byłyby bardziej konstruktywne.

Komisja Europejska proponując taki tryb prac – najpierw rezerwa MSR, a potem strukturalna reforma EU ETS obejmująca narzędzia ochrony przed ucieczką emisji do 2030 roku – postawiła europejski przemysł pod ścianą, dobrze wiedząc, że kwestie związane z ochroną przemysłu są priorytetem.

Niestety taki tryb prac jest niekorzystny dla wszystkich, bo zamiast przeprowadzić gruntowną i całościową reformę EU ETS, skupiamy się na doraźnych działaniach naprawczych. W konsekwencji inwestorzy tracą wiarę, że system handlu emisjami jest narzędziem rynkowym nienarażonym na ciągłe interwencje ze strony Komisji. Dopiero co politycy zdecydowali o czasowym wyjęciu 900 mln uprawnień z rynku (tzw. Backloadingu), które mają wrócić do obiegu 2019 roku, a już w ramach debaty o MSR pojawiają się głosy, aby te uprawnienia w ogóle nie wróciły na rynek. To zmiana zasad w trakcie gry, żeby nie powiedzieć gra nie fair.

MSR w szczegółach

Projekt decyzji dotyczący rezerwy MSR jest obecnie przedmiotem prac Parlamentu Europejskiego. W połowie stycznia będzie przyjmowana opinia Komisji ITRE, a w połowie lutego 2015 roku opinia Komisji ENVI dotycząca rezerwy stabilizacyjnej. Dotychczasowe poprawki Parlamentu są bardzo zróżnicowane, ale widać silną grupę (S&D, ALDE oraz Greens) która będzie próbowała zaostrzyć propozycję Komisji Europejskiej poprzez wcześniejsze wprowadzenie rezerwy MSR w życie (w 2017 roku, zamiast 2021 roku), wchłonięcie uprawnień z backloadingu bezpośrednio do rezerwy MSR i zaostrzenie mechanizmu jej działania. Z drugiej strony coraz mocniej przebijają się propozycje, aby chronić przemysł przyznając mu darmowe uprawnienia z rezerwy MSR.

– Biorąc pod uwagę dotychczasowy sposób działania Komisji, zabezpieczenie darmowych przydziałów dla najbardziej efektywnych instalacji przemysłowych w horyzoncie do 2030 roku, jest bardzo zasadne. Uważamy, że najskuteczniejszym działaniem jest rezygnacja z międzysektorowego współczynnika korygującego tzw. C-factor i wykorzystanie uprawnień z rezerwy MSR na pokrycie dodatkowych przydziałów dla przemysłu. Taki mechanizm zapewni właściwą ochronę konkurencyjności przemysłu, a jednocześnie będzie stymulował do ograniczania oddziaływania na środowisko poprzez utrzymanie systemu benchmarków – mówi Agata Staniewska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Odnośnie poprawek zaostrzających mechanizmy działania MSR Lewiatan na stanowisku, że do właściwej oceny skutków poszczególnych wariantów MSR, konieczne są analizy i dane, które powinno przedstawić KOBIZE, prezentujące jak poszczególne propozycje wpłyną na ilość i cenę uprawnień na rynku. Są to kluczowe informacje, które pozwolą rzetelnie dokonać oceny skutków i podjąć korzystną dla Polski decyzję.

Konfederacja Lewiatan

W tym roku zatrudnienie będzie dalej rosło

W 2015 roku zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw może osiągnąć ok. 5 600 tys., natomiast stopa bezrobocia może po raz pierwszy od 5 lat spaść poniżej 10 proc. Początek roku prawdopodobnie będzie, jak zwykle okresem wzrostu bezrobocia i spadku zatrudnienia, jednak już w II kw. nastąpi wyraźna poprawa – uważa Konfederacja Lewiatan.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Rok 2014 skończył się relatywnie dobrą sytuacją na rynku pracy. Pod koniec roku zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw rosło coraz szybciej (niemal o 1 proc. co miesiąc), natomiast poziom bezrobocia dość długo nie wykazywał efektu sezonowego i nie wzrastał. Ponadto relatywnie duża była, zwłaszcza w porównaniu z podobnym okresem w latach poprzednich, liczba zgłaszanych do urzędów pracy ofert zatrudnienia. W przyszłym roku przy wzroście gospodarczym wyraźnie powyżej 3 proc. należy spodziewać się wzmocnienia tych pozytywnych tendencji.

Wzrostu zatrudnienia można się spodziewać w wielu branżach. Powody do optymizmu daje produkcja przemysłowa, gdzie prawdopodobnie wzrośnie zapotrzebowanie na operatorów i monterów maszyn oraz inżynierów. Rosnąć powinno także zatrudnienie w budownictwie, transporcie i logistyce, handlu, hotelarstwie i gastronomii. Szanse na znalezienie pracy będą mieli specjaliści, zwłaszcza przygotowani do pracy w środowisku międzynarodowym. Będzie to efekt dobrych warunków do rozwoju w Polsce międzynarodowych usług biznesowych. W dalszym ciągu na brak ofert pracy nie będą narzekać informatycy. Przybędzie także ofert pracy w opiece zdrowotnej.

Efektem pozytywnych tendencji na rynku pracy będzie rosnąca konkurencja pracodawców o pracowników spełniających ich oczekiwania. Osoby o wysokich kwalifikacjach i doświadczeniu zawodowym będą szczególnie cenione, co może przełożyć się na tendencję do konkurencji cenowej o pracowników. W związku z tym możliwe jest także przyspieszenie tempa wzrostu wynagrodzeń.

Konfederacja Lewiatan

 

Klienci firm pożyczkowych będą lepiej chronieni

Projekt ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym, przygotowany przez Ministerstwo Finansów, może pomóc w zwiększeniu poziomu ochrony klientów instytucji finansowych, a w szczególności konsumentów korzystających z usług firm pożyczkowych – uważa Konfederacja Lewiatan.

Pod koniec 2014 r. Ministerstwo Finansów opublikowało projekt ustawy o zmianie ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym, ustawy – prawo bankowe oraz niektórych innych ustaw. Projekt co do zasady należy ocenić pozytywnie.

Regulacja wprowadza m.in. ograniczenie możliwości pobierania nadmiernych opłat, prowizji i odsetek w umowach o kredyt konsumencki, co ma na celu przeciwdziałanie popadnięciu kredytobiorców w tzw. spiralę zadłużenia. Pozytywnie należy też ocenić propozycję rozszerzenia na wszystkie sektory rynku finansowego uprawnień Komisji Nadzoru Finansowego do prowadzenia postępowania wyjaśniającego wobec podmiotów, co do których zachodzi podejrzenie, że wykonują działalność nielegalnie, np. bez zezwolenia. Umożliwi to szybsze i skuteczniejsze wykrywanie zachowań niezgodnych z prawem. Jednocześnie należy zadbać o to, aby osoby, w stosunku do których takie postępowanie może być skierowane, miały zapewnione odpowiednie narzędzia obrony przed potencjalnym nadużyciem tych uprawnień.

– Warto natomiast wrócić do dyskusji nad pomysłem utworzenia odrębnego rejestru tzw. instytucji pożyczkowych, co zakładała pierwotna wersja projektu założeń przygotowana przez Ministerstwo Finansów. W założeniach tych proponowano bowiem reglamentację działalności polegającej na udzielaniu kredytów konsumenckich przez instytucje pożyczkowe. Zakładano, że prowadzenie takiej działalności byłoby działalnością regulowaną i wymagałoby uzyskania wpisu do odpowiedniego rejestru, po spełnieniu określonych w ustawie warunków. Z propozycji tej zrezygnowano, a tymczasem, jawny i powszechny dostęp do informacji o podmiotach legalnie działających w obszarze udzielania kredytów konsumenckich przyczyniłby się do transparentności i przejrzystości tego segmentu rynku, z korzyścią dla konsumentów – mówi Bartosz Wyżykowski, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan

100 dni rządu premier Ewy Kopacz

Wyższe ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych i dynamiczny rozwój programu wsparcia przedsiębiorców, a także przygotowania do nowej Ordynacji podatkowej i poważnych zmian w funkcjonowaniu administracji podatkowej to przykłady działań Ministerstwa Finansów zaprezentowane 7 stycznia 2015 r. podczas podsumowania 100 dni rządu premier Ewy Kopacz.

Na początku konferencji prasowej w Kancelarii Premiera 7 stycznia 2015 r.szefowa rządu wyraziła wyrazy solidarności z narodem francuskim w związku z zamachem terrorystycznym w Paryżu. Następnie premier Ewa Kopacz przedstawiła najważniejsze dokonania kierowanego przez siebie rządu w ciągu pierwszych miesięcy oraz plany na bliską przyszłość. W tym kontekście należy wymienić następujące najważniejsze działania, w które zaangażowany jest resort finansów:

Wprowadzenie wyższej ulgi podatkowej dla rodzin wielodzietnych

Od 1 stycznia 2015 r. o 20% wzrosła kwota ulgi na trzecie i każde kolejne dziecko, co oznacza, że roczna ulga na trzecie dziecko zwiększyła się z 1 668,12 zł do 2 000,04 zł, a na kolejne dzieci z 2 224,08 zł do 2 700 zł. Z tego rozwiązania będzie mogło skorzystać ponad milion rodzin, w których wychowuje się ok. dwa miliony dzieci. Ponad 97% rodzin – płatników PIT – będzie mogło wykorzystać tę ulgę w pełni. Rząd przyjął projekt ustawy dotyczącej wyższych ulg 30 września 2014 r.

Wprowadzenie szybszego zwrotu podatku dla rodzin wielodzietnych

W listopadzie 2014 r. Ministerstwo Finansów zdecydowało, że rodziny wielodzietne mogą otrzymać szybszy zwrot podatku dochodowego w 2015 r. Termin zwrotu został skrócony z trzech miesięcy do jednego.

Wprowadzenie zasady „złotówka za złotówkę”

Dziś, jeśli rodzice przekroczą próg dochodowy uprawniający ich do świadczeń socjalnych, tracą całą kwotę. Rząd proponuje prostą zasadę: „złotówka za złotówkę”. Oznacza to, że zamiast zabierać rodzicom całe świadczenie, będzie ono pomniejszone tylko o taką kwotę, o jaką przekroczyli próg. Zachęci to rodziców do podejmowania pracy, a także do wychodzenia z szarej strefy. – To bardzo ważne szczególnie dla tej części naszego społeczeństwa, która korzysta z pomocy społecznej. Tę ustawę wyjątkowo sobie cenię – powiedziała premier Ewa Kopacz o projekcie skierowanym do konsultacji społecznych 7 stycznia 2015 r. Rozwiązanie to wejdzie w życie od stycznia 2016 r.

Wsparcie dla przyzakładowych żłobków i przedszkoli

Powstaną nowe przyzakładowe żłobki i przedszkola, przez co łatwiej będzie łączyć życie zawodowe z życiem rodzinnym. W latach 2015-2020 zostanie przeznaczonych na ten cel ponad 2 mld zł (w ramach środków europejskich i specjalnego systemu ulg w podatku CIT). Projekt będzie finansowany częściowo w ramach regionalnych programów operacyjnych realizowanych przez samorządy województw. Natomiast uruchomienie wsparcia finansowego pochodzącego z systemu ulg w podatku CIT planowane jest w styczniu 2016 r. – Ministerstwo Finansów pracuje nad kwestią ulg w tym podatku dla przedsiębiorstw, które tworzyłyby żłobki przyzakładowe – poinformowała premier Kopacz.

Przyjęcie budżetu na rok 2015

W tym roku deficyt spadnie poniżej 3% PKB, tym samym Polska wyjdzie z procedury nadmiernego deficytu. Dużo niższym deficytem niż planowano (poniżej 30 mld zł zamiast 47,5 mld zł) zamyka się budżet państwa w 2014 roku.To efekt dobrej realizacji budżetu, ale także wynik racjonalnej i oszczędnej polityki wydatkowej. Projekt ustawy budżetowej został przyjęty przez rząd 24 września 2014 r.

Założenia do projektu nowej ordynacji podatkowej

Nowe przepisy podatkowe mają być jasne, precyzyjne i przyjazne dla uczciwych podatników. Nad nową ordynacją podatkową pracuje Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego. Jeszcze przed marcem, jak zapowiedziała premier Ewa Kopacz, komisja przedłoży Ministerstwu Finansów kierunkowe założenia do nowej ordynacji. Następnie projekt zostanie skierowany na Radę Ministrów i poddany konsultacjom społecznym.

Wydłużenie do 2016 r. gwarancji de minimis

Program de minimis został wydłużony do 2016 r. Od początku funkcjonowania programu (marzec 2013 r.) udzielono gwarancji na kwotę  15,8 mld dla 73 500 przedsiębiorców. Pozwoliło to na udzielenie kredytów w kwocie ok. 28 mld zł. Rozporządzenie ministra finansów z 3 grudnia 2014 r. dotyczące wydłużenia programu de minimis do końca 2016 r. weszło w życie 26 grudnia 2014 r.

Więcej środków dla przedsiębiorczości

19 grudnia 2014 r. Rada Nadzorcza BGK przyjęła plan finansowy, w którym założono wzrost wartości finansowania przedsiębiorstw o ponad 6 mld zł (z 19 mld w 2014 r. do 25 mld w 2015 r.). Podpisanie umów dotyczących finansowania inwestycji, m.in. w branży energetycznej czy chemicznej zaplanowano na I połowę 2015 r.

Ułatwienia dla podatników i zmiany w urzędach skarbowych

W 2015 r. dzięki nowym fukcjom systemu e-Podatki każdy będzie miał łatwy i bezpieczny dostęp do swojego konta podatnika. Podatnicy uzyskają taką samą, spójną informację niezależnie od tego, do którego urzędu skarbowego przyjdą z pytaniami. Zwiększona zostanie przepustowość infolinii podatkowej. Powstanie internetowa Baza Wiedzy Administracji Podatkowej. Podatnik będzie mógł załatwić swoje sprawy w dowolnym urzędzie. Pracownik urzędu skarbowego obsłuży obywateli także z zakresu działania innych instytucji, np. ZUS, Służby Celnej. Przez pierwsze 18 miesięcy prowadzenia działalności mikroprzedsiębiorcy będą mogli liczyć na pomoc asystenta podatnika. Wyspecjalizowane urzędy skarbowe skoncentrują się wyłącznie na obsłudze największych podmiotów budujących potencjał gospodarczy państwa.

Wprowadzenie korzystniejszych zasad waloryzacji rent i emerytur w 2015

W budżecie wygospodarowano środki na kwotową waloryzację emerytur i rent na poziomie min. 36 zł dla świadczeń poniżej 3333 zł, co nastąpi 1 marca 2015 r. Gdyby zastosować wyłącznie procentowy system waloryzacji, obowiązujący m.in. w 2014 r., najniższa emerytura wzrosłaby jedynie o ok. 9 zł. Z szacunków resortu pracy wynika, że wprowadzone zmiany sposobu waloryzacji w 2015 r. to koszt ok. 1,8 mld zł, a łącznie na waloryzację emerytur i rent trafi w tym roku ok. 3,7 mld zł. Projekt nowelizacji ustawy dotyczący waloryzacji został przyjęty przez rząd 30 września 2014 r.

Międzynarodowych inwestorów czeka niespokojny rok. Najlepszą inwestycją mogą się okazać akcje azjatyckie

CEO Magazyn Polska

W 2015 roku na zyski z inwestycji mogą liczyć ci, którzy aktywnie zarządzają swoim portfelem. Nie zanosi się bowiem na spokojny rok. Wiele wskazuje na to, że czarnym koniem mogą się okazać akcje spółek azjatyckich (z wyjątkiem chińskich).

– Kupno w styczniu i trzymanie do grudnia – taka strategia wcale nie musi wyjść nam na dobre mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Dekarz, zarządzający portfelami RDM Wealth Management. Zmienność będzie tak duża, że w tym przypadku będzie się trzeba po prostu wykazać dobrym zarządzaniem alokacją w odpowiednich momentach i z wyprzedzaniem pewnych minikryzysów, które mogą mieć miejsce w 2015 roku.

Już miniony rok dał inwestorom przedsmak tego, co czeka ich w obecnym. W styczniu nikt nie przewidywał wojny na Ukrainie, załamania gospodarki rosyjskiej i ropy po 50 dolarów za baryłkę. W 2015 roku podobnie znaczących i dramatycznych wydarzeń też nie powinno zabraknąć.

Końcówka 2014 roku to tak naprawdę obraz tego, co możemy widzieć w 2015 roku, czyli okres o dużo większej zmienności na rynkach finansowych ocenia Jacek Dekarz. – Takimi ogniskami zapalnymi, które widzieliśmy już w drugiej połowie roku 2014, mogą być potencjalny kryzys rosyjski czy rysowanie się scenariusza japonizacji strefy euro, czyli de facto wejście w długotrwałą deflację. Kolejnym ryzykiem, o którym też należy myśleć, jest „twarde lądowanie” w Chinach.

Ogólnie światowa gospodarka powinna się w tym roku rozwijać trochę szybciej niż w ubiegłym. Motorem tego wzrostu będą Stany Zjednoczone oraz Azja, jednak bez Chin, gdzie oznaki spowolnienia są coraz silniejsze. Według prognoz chiński PKB mógł w IV kwartale 2014 roku spowolnić do 7,2 proc. po 7,3 proc. w III kwartale (dane zostaną opublikowane 20 stycznia). Jeszcze w 2010 roku chińska gospodarka wzrosła o 10,4 proc. Skutkiem chińskiego spowolnienia będzie coraz mocniejszy dolar oraz mniejsza liczba transakcji handlowych na świecie.

Oczywiście, ofiarą tego padną głównie kraje surowcowe, czyli kraje, które eksportują surowce prognozuje zarządzający portfelami RDM Wealth Management.  Dolar będzie się umacniał, być może osiągniemy parytet do euro w 2015 roku. Inflacja będzie bardzo niska przez to, że właśnie m.in. surowce będą na niskim poziomie, a to będzie wykładnią niższego popytu z Chin i umacniającego się dolara.

Jak mówi Dekarz, 20 proc. spadku cen ropy naftowej to 0,5 proc. wzrostu światowego PKB i o 1 proc. niższa inflacja. Oczywiście te pozytywne skutki taniejących surowców odczują głównie te kraje, które muszą je kupować. W praktyce poprawią się wyniku tamtejszych firm i wzrośnie popyt na ich akcje.

Preferowanymi krajami, jeśli chodzi o akcje, będą te kraje, które są per saldo importerami surowców oraz te, które de facto są w stanie zyskać na wzroście w Stanach Zjednoczonych zapowiada Jacek Dekarz z RDM Wealth Management.  Oprócz akcji Stanów Zjednoczonych tak naprawdę tymi, które mogą być dużo silniejsze, a przynajmniej tymi, których zysk na akcje będzie dużo silniejszy niż na innych rynkach, będą akcje azjatyckie. Rynek azjatycki w ogóle korzysta ze wzrostu w Stanach Zjednoczonych, ponieważ tam głównie eksportowane są dobra konsumpcyjne.

Lokum Deweloper chce rozszerzyć działalność dzięki debiutowi na GPW. Spółka chce wejść na parkiet w tym roku

CEO Magazyn Polska

Wrocławska spółka Lokum Deweloper pomyślnie zadebiutowała na rynku obligacji Catalyst i przymierza się do nowych inwestycji. Firma zamierza wejść na rynek krakowski i warszawski. W planach ma też debiut na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Na Catalyst Lokum zadebiutowała w drugiej połowie grudnia, sprzedając inwestorom całą pulę obligacji wartą 30 mln zł. Jak podkreśla prezes spółki Bartosz Kuźniar, emisja cieszyła się sporym zainteresowaniem inwestorów, a pozyskane środki zostaną przeznaczone na inwestycje.

– W większym stopniu środki te przeznaczone zostaną na rozpoczęcie budów na gruntach, które już zakupiliśmy – zapowiada w rozmowie z Newserią Inwestor prezes Lokum Deweloper. – W części, oczywiście, pokryjemy też nimi koszty nowo kupowanych działek. 

Datę wykupu obligacji Lokum wyznaczono na 31 maja 2016. Ich oprocentowanie to 6-miesięczny WIBOR powiększony o marżę uzależnioną od wartości wskaźnika dźwigni finansowej spółki, która może wynosić rocznie od 3,8 do 4,8 proc. Inwestycje, które spółka chce sfinansować dzięki pieniądzom inwestorów, to głównie już zaplanowane dwie budowy.

– Te miejsca to dwie lokalizacje szczególnie dla nas istotne. Pierwsza jest zlokalizowana we Wrocławiu na Tarnogaju, obok już zrealizowanego przez nas osiedla, które cieszyło się ogromnym zainteresowaniem klientów i uzyskało tytuł „Osiedla 25-lecia” w plebiscycie „Gazety Wrocławskiej” – informuje Bartosz Kuźniar, prezes Lokum Deweloper. – To jest Wrocław, ulica Klimasa, tam rozpoczniemy inwestycję, pierwszy jej etap to 150 mieszkań. Kolejna inwestycja zlokalizowana jest w samym centrum Wrocławia, przy ulicy Tęczowej. Będzie to duża inwestycja, kilkuetapowa. Tam również pierwszy etap to około 150 mieszkań.

W 2013 roku Lokum Deweloper osiągnął przychody na poziomie 100,5 mln zł, a zysk netto spółki przekraczał 20 mln zł. Do połowy 2014 roku jej przychody sięgały 47 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej przekraczał 10 mln zł. Wśród planowanych na przyszły rok inwestycji prezes Lokum wymienia jeszcze dwa wrocławskie projekty.

– Obecnie realizujemy inwestycję przy ulicy Litomskiej, w szalenie atrakcyjnej lokalizacji ze względu na odległość do centrum (około kilometra) i bliskość obiektów rekreacyjnych (niedaleko do Odry) – podkreśla Bartosz Kuźniar. – Jednocześnie powstaje osiedle na Gądowie, w zachodniej części Wrocławia. To kolejne etapy inwestycji pod nazwa Lokum Da Vinci. W przyszłym roku przewidujemy także pozyskanie środków z emisji akcji, planujemy debiut na głównym parkiecie warszawskiej giełdy.

O parametrach tej emisji prezes jeszcze nie chce mówić, zaznaczając, że dopiero rozpoczęły się prace przygotowawcze, więc dopiero za pół roku będzie można porozmawiać o konkretach. Planuje, że ten debiut nastąpi w drugiej połowie 2015 roku.

– To oczywiście większa rozpoznawalność spółki, to na pewno jej rzetelna wycena, rynkowa wycena, to też środki, które możemy pozyskać, aby rozwijać kolejne rynki bez uszczerbku dla naszego rynku wrocławskiego i prowadzonych na nim działań – ocenia zalety wejścia na giełdę prezes Lokum Deweloper Bartosz Kuźniar.

Quercus TFI: Małe i średnie firmy budowlane oraz przemysłowe atrakcyjne dla inwestorów w 2015 r.

0

CEO Magazyn Polska

Małe i średnie spółki giełdowe mogą być w tym roku szczególnie atrakcyjne dla inwestorów. Ich wyceny są w tej chwili niższe, a szanse na wzrosty spore. Szczególnie obiecująco wyglądają branże budowlana i przemysłowa, bardziej ryzykowne wydają się banki i spółki importujące towary za dolary.

Najlepiej rokują spółki z szeroko rozumianego sektora budowlanego, choć cały czas można mieć wątpliwości, czy te sektory budowlany i okołobudowlany ruszą już w I połowie 2015 roku czy czasami nie będzie trzeba poczekać aż do drugiego półrocza – zastrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes zarządu Quercus TFI. – Grono spółek, które płacą dywidendy, a są obecnie przecenione, nisko wycenione, jest dość szerokie.

Jak podkreśla Buczek, małe i średnie spółki notowane na warszawskiej giełdzie są obecnie tańsze niż ich odpowiedniki na rynkach rozwiniętych. Dodaje, że taka sytuacja nie miała miejsca od rozpoczęcia działalności OFE na polskim rynku.

W całym 2014 roku indeks mWIG40, obejmujący 40 średnich spółek notowanych na GPW, zanotował wprawdzie wzrost o 4,7 proc., podczas gdy ogólnogiełdowy indeks WIG wzrósł o skromne 0,29 proc. Ale już indeks sWIG80, obejmujący małe spółki notowane w Warszawie, stracił w ciągu 2014 r. aż 15,3 proc.

Przy takich przecenach inwestorzy muszą wybrać odpowiednie branże. Poza budowlaną Buczek zwraca uwagę na przemysł.

Podobają nam się również spółki, które będą zyskiwać na taniejących surowcach, czyli głównie spółki przemysłowe, natomiast nie podobają nam się spółki, które importują w dolarze, ze względu na oczekiwane umocnienie amerykańskiej waluty. Nie podobają nam się też w pierwszych miesiącach 2015 roku banki, ze względu na oczekiwane słabe wyniki tego sektora w I kwartale 2015 roku – ocenia Buczek.

Dodaje, że dla sektora bankowego kolejne kwartały roku powinny być już lepsze. W całym roku wyniki banków powinny być według niego zbliżone do tych uzyskanych w 2014 roku. Dlatego Sebastian Buczek radzi zwracać uwagę na pojawiające się po drodze okazje do korzystnych inwestycji w tym sektorze.

Trwają prace nad regulacją rynku pożyczek. Branża i eksperci chcą stworzenia rejestru firm pożyczkowych

Rynek firm pożyczkowych czeka na ogłoszenie wyników konsultacji nowego projektu regulacji tej branży. Prace nad nowymi przepisami trwają już blisko dwa lata i zarówno przedstawiciele firm, jak i partnerzy społeczni, np. Konfederacja Lewiatan, apelują o ich przyspieszenie. Przekonują także do pomysłu utworzenia rejestru firm pożyczkowych, który znalazł się w pierwotnych założeniach resortu finansów.

– Taki rejestr mogłoby prowadzić Ministerstwo Gospodarki czy Komisja Nadzoru Finansowego, tutaj decyzja należy do ustawodawcy. Natomiast na pewno powinien być to organ publiczny i rejestr powinien być prowadzony na zasadach ustawowych i w sposób czytelny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes radca prawny Bartosz Wyżykowski z Departamentu Prawnego Konfederacji Lewiatan.

Jak podkreśla, proponowany początkowo przez Ministerstwo Finansów rejestr firm pożyczkowych pozwoliłby uporządkować sytuację na tym rynku i zwiększyłby ochronę konsumentów, którzy z usług tych firm korzystają. Taka potrzeba pojawiła się po sprawie Amber Gold, w której oszczędności życia straciło wielu klientów. Wtedy tylko firma wpisana do rejestru, byłaby instytucją pożyczkową, której można zaufać.

Konsumenci mieliby jasną informację na temat tego, które instytucje pożyczkowe prowadzą legalnie działalność w Polsce – zwraca uwagę Bartosz Wyżykowski. – Mogliby sprawdzić to w takim rejestrze, organy nadzoru również miałyby w jednym miejscu informację o tym rynku, a dzięki temu nadzór mógłby być skuteczniejszy i lepszy. Dla samych przedsiębiorców również mogłoby to być bardzo korzystne, dlatego że w tym projekcie wprowadza się nową definicję instytucji pożyczkowej.

Powołanie postulowanego przez przedsiębiorców rejestru firm pożyczkowych było pierwotnie zapisane w projekcie ustawy. Mimo że resort finansów postanowił go usunąć, jest szansa na to, że w wyniku prowadzonych konsultacji społecznych zapis uda się przywrócić. Pomysł taki popierają nie tylko partnerzy społeczni, lecz także same firmy pożyczkowe.

– Jako partnerzy społeczni mieliśmy możliwość przekazywania uwag – mówi radca prawny z Konfederacji Lewiatan. – Teraz czekamy na wyniki konsultacji społecznych, a więc na informację o tym, które z uwag zostały uwzględnione, a które nie. Być może odbędzie się konferencja uzgodnieniowa ws. tego projektu, natomiast fakt, że ten projekt został opublikowany to dobry znak, dlatego że daje szanse na to, że ta ważna dla konsumentów regulacja zostanie uchwalona jeszcze w tej kadencji Sejmu.

Prace nad nowymi przepisami trwają już blisko dwa lata.

Projektowana ustawa przewiduje, że firmy pożyczkowe muszą być spółkami akcyjnymi lub z ograniczoną odpowiedzialnością. By prowadzić tego typu działalność, trzeba mieć nie mniej niż 200 tys. zł kapitału własnego. Osoby zasiadające w zarządach takich spółek nie mogą być karane.

Za ewentualne oszustwa popełnione na tym rynku przewidziano kary więzienia do 10 lat i grzywny do 5 mln zł. Wprowadza też przepisy, które ograniczają maksymalne odsetki, maksymalne prowizje i maksymalne opłaty pobierane przez instytucje pożyczkowe.

Projekt zmierza do tego, żeby zwiększyć poziom ochrony konsumentów korzystających z usług tzw. instytucji finansowych pozabankowych – podkreśla Bartosz Wyżykowski. – Wprowadza się również zmiany, zwiększając kompetencje Komisji Nadzoru Finansowego, która nie tylko na rynku kapitałowym, lecz także na całym rynku finansowym miałaby prawo do tego, żeby badać, czy podmioty działające na tym rynku nie prowadzą na przykład nielegalnej działalności bankowej.

Pacjenci pomogą w zwiększeniu wczesnej wykrywalności raka. Włączą się w prace nad narodowym programem zwalczania nowotworów

CEO Magazyn Polska

Do prac nad nowym narodowym programem zwalczania chorób nowotworowych resort zdrowia zaprosił środowiska pacjenckie. Ich współpraca w tworzeniu strategii dla onkologii ma sprawić, że będzie ona znacznie efektywniejsza od obecnego programu, którego realizację NIK ocenił bardzo negatywnie.

Narodowy program zwalczania chorób nowotworowych w nowej odsłonie zacznie działać w 2016 roku. Podobnie jak ten obowiązujący do końca 2015 roku ma on na celu zmniejszenie liczby zachorowań na nowotwory oraz zwiększenie wskaźnika wykrywalności raka we wczesnych stadiach. Tym samym Polska powinna odbić się z jednego z ostatnich miejsc w europejskich statystykach. Dążenia te wesprą organizacje pacjentów, które zostały zaproszone do rady programowej w Ministerstwie Zdrowia. Jej zadaniem jest opracowanie założeń przyszłego programu.

Wniesiemy na pewno wiele uwag i wiele wkładu merytorycznego z odbioru własnego, czyli tego, jak dotychczasowy program był realizowany z naszej strony. W ramach Pacjenckiej Strategii dla Onkologii, którą opracowało Obywatelskie Porozumienie na rzecz Onkologii, przygotowaliśmy dziesięć punktów, które mogą być wytycznymi dla narodowego programu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Organizacji Pacjentów Onkologicznych i Fundacji „Wygrajmy Zdrowie”.

Współpraca przy realizacji profilaktyki, stworzenie centrum operacyjnego dla całego narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych oraz opracowywanie standardów i certyfikacja ośrodków leczenia nowotworów to trzy główne postulaty Koalicji. Jak zapewnia Szymon Chrostowski, ośrodki te mają największe doświadczenie w edukacji pacjentów i społeczeństwa, dlatego powinny mieć udział w koordynacji programu w różnych obszarach, m.in. profilaktyki czy zakupu sprzętu. Ten ostatni stanowi zresztą osobny problem i jest bolączką obecnego narodowego programu.

Obecnie w Polsce mamy tego sprzętu bardzo dużo. Jest to nieadekwatne do wysokości kontraktów, które posiadają szpitale, co powoduje, że ten sprzęt jest po prostu nieużywany, dlatego że nie wystarcza środków na funkcjonowanie tych aparatów, ale z racji tego, że jest ustawa, Ministerstwo Zdrowia jest zmuszane do kupowania takiego sprzętu jeszcze przez rok – przyznaje Chrostowski.

Ustawa nakazuje resortowi przeznaczać minimum 250 mln zł rocznie na realizację narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych, z czego przynajmniej 10 proc. na wczesne wykrywanie raka. Mimo że z budżetu idzie na ten cel nawet o 28 proc. więcej, profilaktyka jest w Polsce nieskuteczna. Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że na 21 mln imiennych zaproszeń na badania cytologiczne i mammograficzne wysłanych od 2009 roku przez Centralne i Wojewódzkie Ośrodki Koordynujące odpowiedziało jedynie 3,5 mln kobiet, czyli zaledwie 18 proc. Przesądza to o nieskuteczności całej akcji, mimo że sama wysyłka zaproszeń pochłonęła 30 mln zł. Żeby badania przesiewowe były skuteczne, musi się na nie zgłosić przynajmniej 3/4 populacji docelowej. Tak przynajmniej wskazują zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia i Komisji Europejskiej.

Mimo to badania przesiewowe są wciąż najskuteczniejszą metodą zapobiegania nowotworom i najlepszym sposobem ich wczesnego wykrywania. Dlatego kluczowe dla powodzenia przyszłego programu jest racjonalne wykorzystanie przeznaczonych na nie środków.

– Środki powinny zostać przesunięte przede wszystkim na profilaktykę, wczesne wykrywanie chorób nowotworowych, badania przesiewowe w różnych typach chorób, nie tylko w raku piersi, szyjki macicy czy jelita grubego, jak jest teraz, lecz także w kierunku innych nowotworów. To spowoduje, że wzrośnie wykrywalność na wczesnym etapie – zaznacza prezes Polskiej Koalicji Organizacji Pacjentów Onkologicznych.

Dodaje, że równie istotna jest edukacja, która – jego zdaniem – powinna być realizowana nie tylko przez struktury publiczne, takie jak obecne centralne i wojewódzkie ośrodki koordynujące, lecz także przez organizacje zrzeszające pacjentów oraz inne organizacje pozarządowe.

Będą zmiany w Komisji Trójstronnej. Rząd, pracodawcy i związkowcy przygotowują nową formułę współpracy

Strona rządowa, organizacje pracodawców i związki zawodowe pracują nad nową formułą dialogu społecznego, która zastąpiłaby lub usprawniłaby Komisję Trójstronną. Inicjatywa zakłada m.in. większą równość partnerów, rotacyjne kierownictwo w Komisji każdej ze stron dialogu czy zmianę prowadzących dialog w terenie z wojewodów na marszałków województw. Strony porozumiały się już co do większości dyskutowanych zagadnień. Pozostałe rozmowy mają być zakończone do końca stycznia.  

 W ramach dialogu dwustronnego między związkami a pracodawcami uzgodniliśmy około 80 proc. problemów, które uznaliśmy za istotne do stworzenia ram dialogu centralnego – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Projekt stanowi odświeżenie i poprawienie formuły Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, która od ponad roku de facto nie funkcjonuje, bowiem związki zawodowe zawiesiły udział w pracach tejże komisji.

Pozostało nam oczywiście 20 proc., które mamy zamiar rozwiązać lub też zostawić jako rozbieżności do końca stycznia, dlatego że musimy przedstawić nasz dorobek jeszcze trzeciemu partnerowi, czyli rządowi – podkreśla prezydent Pracodawców RP.

7 stycznia odbyło się spotkanie u prezydenta Bronisława Komorowskiego, w którym udział wzięli przedstawiciele Konfederacji Lewiatan, Business Centre Club, Pracodawców RP, Związku Rzemiosła Polskiego, NSZZ „Solidarność”, OPZZ oraz Forum Związków Zawodowych. Stronę rządową reprezentował minister resortu pracy Władysław Kosiniak-Kamysz.

Przede wszystkim uzgodniliśmy ramy, które pozwalają na równość wszystkich partnerów wobec siebie oraz większe możliwości prezentowania swoich opinii, m.in. poprzez inicjatywy ustawodawcze – wyjaśnia Malinowski. Chcemy wprowadzić zmianę, żeby ze strony quasi-rządowej głównymi rozgrywającymi w kwestii dialogu społecznego w terenie nie byli wojewodowie, lecz marszałkowie województw.

Kolejną zmianą byłyby nowe zasady sporządzania sprawozdań z prac Komisji Trójstronnej, tak by zwiększyć przejrzystości działań finansowanych z budżetu państwa.

Chcemy także wprowadzić rotacyjne kierownictwo. Każdy z partnerów będzie co pewien czas przejmował kierownictwo na rok jako przedstawiciel wszystkich stron, jednocześnie byłby odpowiedzialny za funkcjonowanie Komisji. Być może na wzór Brukseli będą to dwa lata, co wymaga jeszcze ustaleń ze stroną rządową – tłumaczy ekspert.

Jak dodaje, obecny na spotkaniu minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz zaproponował spotkanie z Ewą Kopacz już w przyszłym tygodniu, po to by poznać lepiej sytuację oraz ustalić pewien harmonogram prac.

Z kwestii administracyjnych zamierzeniem partnerów jest stworzenie samodzielnego, odrębnego biura, które zajmowałoby się przygotowywaniem potrzebnych opinii. Andrzej Malinowski podkreśla, że oprócz niewymiernych fundamentalnych zmian równie istotne jest zbudowanie technicznych warunków, które pozwolą na oszczędność czasu i sprawne prace Komisji.

Najważniejsze zmianą jest to, żeby nasze ustalenia były obowiązujące dla wszystkich trzech stron. Niestety, dotychczas spotykaliśmy się z sytuacjami, kiedy nawet przy ustaleniach trójstronnych przychodził na przykład pan minister Rostowski, minister finansów, który ze względu na dobro swojego urzędu, próbował nasze ustalenia podważyć. To się nie może powtórzyć w przyszłości – przestrzega.

Andrzej Malinowski wskazuje, że padła także propozycja zmiany nazwy Komisji Trójstronnej na Radę Dialogu Społecznego. Pracodawcy RP nie popierają zmiany. Według niego istotne jest stworzenie ram, której pozwolą Komisji Trójstronnej funkcjonować bez żadnych zakłóceń.

Widzimy, że dialog jest niezwykle potrzebny, bo jeśli chodzi o rozwój społeczno-gospodarczy Polski to mamy coraz więcej problemów wymagających porozumienia. Dlatego chcielibyśmy, aby ustawę o nowej formule dialogu społecznego prezydent podpisał jeszcze w czasie tej kadencji – podsumowuje Andrzej Malinowski.

Budżet dla Polskiej Agencji Kosmicznej może być znacznie mniejszy. Pierwsze krajowe programy finansowania technologii kosmicznych ruszą jeszcze w tym roku

W tym roku mogą ruszyć pierwsze krajowe programy dofinansowywania rozwoju technologii kosmicznych. Polska Agencja Kosmiczna, zgodnie z propozycją Sejmu, w pierwszym roku funkcjonowania miała otrzymać 30 mln zł. Senacka komisja proponuje jednak ograniczenie tego budżetu o 13 mln zł. Docelowo Agencja liczy jednak na nawet kilkukrotnie większe środki.

Sejm niedawno przyjął projekt ustawy, gdzie zadeklarowano, że powołana Polska Agencja Kosmiczna otrzyma budżet w wysokości 30 mln złotych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wojtkiewicz, dyrektor biura Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego. ‒ Jeżeli ta kwota pozostanie, to będzie to bardzo dobra wiadomość dla polskiego sektora kosmicznego, tym bardziej że tym budżetem będzie dysponowała bezpośrednio agencja i będzie mogła przez to realizować zadania i strategiczne cele polskiej polityki kosmicznej.

Senacka Komisja Budżetu i Finansów Publicznych oceniła jednak, że kwota 30 mln zł na pierwszy rok działalności jest zbyt wysoka. 13 mln zł z tej puli może powrócić do rezerwy ogólnej i częściowo trafić do Archiwów Państwowych i na program polsko-ukraińskiej współpracy młodzieży.

Jak podkreśla Wojtkiewicz, dzięki 30 mln zł (w początkowej wersji miało to być ok. 10 mln zł) PAK mogłaby w pełni zrealizować swoje zadania. Obejmują one m.in. koordynację polskiego sektora kosmicznego, uruchomienie biura z kadrą ekspertów oraz prowadzenie dialogu z Europejską Agencją Kosmiczną (ESA).

Przyjęcie budżetu umożliwi uruchomienie programów dofinansowania już w przyszłym roku. Wojtkiewicz podkreśla, że choć polscy przedsiębiorcy i naukowcy mogą rywalizować w przetargach ogłaszanych przez ESA, której Polska jest członkiem od ponad dwóch lat, to krajowe środki są równie ważne.

‒ Jako przedsiębiorcy mamy nadzieję, że w ramach tej puli agencja będzie mogła uruchomić pierwsze programy dotyczące rozwoju technologii w obszarze sektora kosmicznego w Polsce, które nie będą finansowane z kontraktów ESA albo Unii Europejskiej, lecz z projektów krajowych. Program krajowy będzie mógł odpowiadać na właściwe potrzeby polskiego sektora kosmicznego, czyli rozwoju technologii, od najniższego poziomu zaawansowania technologicznego – podkreśla Wojtkiewicz.

Podkreśla, że 30 mln zł to wystarczająca kwota jak na pierwszy rok działalności PAK. Wystarczy, by opracować strategię i uruchomić pierwsze programy finansowania. Dzięki temu agencja będzie mogła wybrać właściwy kierunek działania przed opracowanie narodowego programu kosmicznego. By go jednak wdrożyć, będą potrzebne znacznie większe środki.

Żeby uruchomić pierwszy narodowy program kosmiczny, z którego mogliby skorzystać przedsiębiorcy i instytuty badawcze, kwota powinna być znacznie większa – twierdzi Wojtkiewicz. ‒ Wydaje się, że optymalny byłby budżet kilkukrotnie większy, nie 30 mln zł, lecz trzy razy więcej. Ale wszystko zależy od strategii, która zostanie opracowana w agencji.

Wojtkiewicz dodaje, że wysokość budżetu PAK powinna też zależeć od liczby i wartości kontraktów zawartych przez polskich przedsiębiorców z ESA. Szacuje, że ok. 80 proc. polskiej składki członkowskiej (28,7 mln euro w 2014 r.) powinno trafić z powrotem do kraju w formie zawartych umów.

Ponieważ trzy czwarte składki członkowskiej do ESA to dobrowolna kontrybucja państw członkowskich, Polska może zwiększyć swój wkład. Wojtkiewicz przekonuje, że jeśli wpłacimy więcej do tej agencji, to proporcjonalnie więcej środków wróci do Polski.

Podkreśla, że posiadanie krajowej agencji kosmicznej nie jest w żadnej mierze sprzeczne z członkostwem w ESA.

To daje możliwość realizacji programów własnych, krajowych dla firm, przedsiębiorców i instytutów badawczych z danego kraju. Posiadanie własnej agencji z własnym budżetem daje nam taką możliwość, ponieważ nie musimy konsultować kierunków rozwoju tego sektora gospodarki na forum europejskim. Dzięki temu możemy wyznaczać własne cele, rozwijać własne technologie i realizować własne programy – przekonuje Wojtkiewicz.

Ocenia, że realizowane w kraju programy nie będą tak duże i kosztowne, jak efekty współpracy międzynarodowej w ramach ESA. Mimo to polski przemysł kosmiczny oraz naukowcy mogą skorzystać na mniejszych, prostszych, ale równie potrzebnych projektach, dzięki którym nabiorą doświadczenia i wykształcą kadry.

Senat ma czas na poprawki do ustawy budżetowej do 12 stycznia. Jeśli proces legislacyjny będzie przebiegał bez problemów, to już 20 stycznia ustawa może trafić do podpisu prezydenta.

Od 18 stycznia kary indywidualne dla przedsiębiorców za zmowy cenowe. UOKiK czeka na skruszonych

0

Od 18 stycznia będą obowiązywały kary dla osób fizycznych czy zarządzających przedsiębiorstwem za udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję. Przedsiębiorcy, którzy przed tym terminem dobrowolnie ujawnią swój udział w zmowie cenowej czy innym porozumieniu, mogą liczyć na niższe kary.

Apelujemy, żeby przedsiębiorcy, którzy biorą udział w zmowach, ujawniali się przed 18 stycznia, dlatego że pozwoli im to uniknąć kary indywidualnej – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Chmielowski z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – W ramach programu leniency [łagodzenia kar – red.] przedsiębiorca, który jako pierwszy ujawni takie porozumienie, może liczyć nawet na całkowite zwolnienie z kary. W przypadku kolejnych przedsiębiorców decydujących się na współpracę będzie stosowane zmniejszenie kary o 50 proc., a następni – o 30 i 20 proc.

18 stycznia wchodzi w życie nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, która obok istniejącej odpowiedzialności finansowej przedsiębiorców za porozumienia ograniczające konkurencję wprowadza odpowiedzialność osób zarządzających przedsiębiorstwem.

Głównym celem zmian jest zwiększenie skuteczności urzędu, czyli sprawniejsze wykrywanie niedozwolonych porozumień szkodzących konkurencji oraz szybsze ich eliminowanie – mówi Chmielowski.

Jego zdaniem osobista odpowiedzialność ma właśnie zapobiec temu, by osoby zarządzające świadomie decydowały się na naruszenie prawa. Może być również bodźcem dla przedsiębiorstw do wprowadzania systemu compliance, czyli reguł, którymi powinni kierować się pracownicy tak, aby nie naruszać prawa.

W przypadku przedsiębiorstwa wysokość kar się nie zmieni. Dalej będzie to do 10 proc. przychodów. Sam ten próg procentowy się nie zmieni. Natomiast zostaną wprowadzone kary indywidualne dla osób fizycznych czy zarządzających przedsiębiorstwem – wyjaśnia Maciej Chmielowski.

Dodaje, że kara indywidualna może wynieść nawet 2 mln zł.

W każdym przypadku będzie dokładnie analizowana i nakładana w zależności od możliwości finansowych oraz stopnia naruszenia przepisów – mówi Chmielowski.

Urząd liczy, że dzięki programowi leniency zwiększy się liczba wykrytych zmów cenowych i innych porozumień ograniczających konkurencję. Program łagodzenia kar z powodzeniem jest stosowany w innych państwach członkowskich UE.

Zostanie on zmodyfikowany w sposób korzystny dla przedsiębiorców. Wprowadzona zostanie tzw. instytucja leniency plus. Oznacza to, że przedsiębiorca, który jako kolejny zgłosi się do urzędu, będzie mógł ujawnić swój udział w innej zmowie cenowej i tym samym uzyskać dodatkowe 30 proc. obniżenia kary w tej pierwszej sprawie. Dodatkowo jeszcze mieć status pierwszego wnioskodawcy i całkowicie uniknąć kary finansowej w tej sprawie, którą ujawnił jako drugą – podsumowuje Chmielowski.

Niewielu Polaków odkłada dodatkowe pieniądze na emeryturę. Mimo że IKE i IKZE to sposób na inwestycje z ulgą podatkową

Polacy niechętnie odkładają dodatkowe pieniądze na emeryturę. Większość służących temu celowi kont w programach emerytalnych była w zeszłym roku nieaktywna. To oznacza, że nie wpłacano tam dodatkowych środków. I to mimo że zyski z tych inwestycji w przeciwieństwie do pozostałych produktów są do określonego limitu nieopodatkowane lub opodatkowane ryczałtowo. Jedynym minusem jest to, że na te zyski trzeba będzie poczekać.

Wprawdzie na podsumowanie zeszłego roku jest jeszcze za wcześnie, bo część wpłat nie jest dokonywana systematycznie i kumuluje się pod koniec roku, jednak nawet sumując wszystkie istniejące konta i zgromadzone tam środki, widać, że na gromadzenie dodatkowych pieniędzy na emeryturę zdecydowała się niewielka część pracujących Polaków.

W pierwszej połowie 2014 roku zasilanych kont IKE było zaledwie 25 proc. z 800 tys., natomiast w przypadku IKZE było to niespełna 10 proc. z 500 tys. mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Nowak, członek zarządu firmy konsultingowej Mercer.  To pokazuje, że fizycznie istniejących kont, na które ciągle wpłacamy środki, jest niewiele.

W sumie na ponad milionie indywidualnych kont emerytalnych oraz indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego Polacy zgromadzili dotąd niespełna 6 mld zł. To oznacza, że każdy odkładający zebrał średnio trochę ponad 4,5 tys. zł. Można więc powiedzieć, że ma środki na jednomiesięczną, przyzwoitą emeryturę.

Zdecydowanie powiedziałbym, może trochę naiwnie, że żeby pobudzić ten rynek, trzeba mówić o IKE i IKZE, bo moje doświadczenie jest takie, że to nie jest kwestia tego, że ludzie uznają zachęty fiskalne za niewystarczające, po prostu wielu z nas nie wie, że takie produkty funkcjonują – twierdzi Krzysztof Nowak.  Trzeba też powiedzieć, że limity wpłat na oba te produkty są niewielkie.

Oferowane w Polsce konta emerytalne pozwalają zaoszczędzić na podatku Belki. Od zarobionych dzięki IKE pieniędzy nie trzeba oddawać fiskusowi 19 proc., którym obciążone są inne zyski z inwestycji. Warunek jest taki, że wypłat nie można dokonać przed 60. rokiem życia lub 55. w przypadku posiadania praw do emerytury. W przypadku IKZE można też roczną kwotę inwestycji odpisać od podstawy opodatkowania. Niestety, to tylko odroczenie, bowiem 10-proc. podatek trzeba zapłacić z chwilą wypłaty środków. Nawet te ostrożne ulgi są jednak ograniczone limitami rocznych wpłat. W 2014 roku na IKE było to 11 238 zł, a na IKZE – 4 495 zł. W 2015 limity wzrosły odpowiednio do 11 877 zł i 4 750 zł.

Z tej perspektywy osoby najbardziej zamożne uznają, że w ten sposób nie zbudują swojego kapitału emerytalnego, a z drugiej strony osoby o niższych czy niewielkich dochodach powiedzą, że to jest wciąż za dużo dla nich – zauważa członek zarządu Mercer. Efekt jest taki, że jedni nie chcą inwestować, bo nie uznają tego za istotne, a drudzy nie mogą, bo uważają, że ich na to nie stać. Myślę, że obie grupy się mylą i trzeba namawiać wszystkich, żeby ci, co nie mają, starali się każdą złotówkę inwestować, bo lepszych produktów nie ma, a ci, którzy uznają, że są to małe limity, niech je wyczerpują do końca.

Przy zachęcaniu Polaków do emerytalnej oszczędności jest jednak większy problem niż słabe ulgi i niewielkie limity. Oba programy wydają się mało przejrzyste.

Ludzie nie tylko szukają efektywnych podatkowo produktów, lecz także próbują znaleźć produkty, do których będą mieli zaufanie, produkty transparentne, takie, które zrozumieją, i takie, które mogą dostarczyć im dochód. Tutaj w IKE i IKZE są pewne problemy podsumowuje Krzysztof Nowak.

Zapowiada się rok niewielkich wzrostów w branży motoryzacyjnej

Ponad 372 tysiące nowych samochodów osobowych i dostawczych zarejestrowali w ubiegłym roku Polacy. To ponad 12 proc. więcej niż w 2013 roku. W tym spodziewane są wzrosty nie tylko liczby nowych rejestracji, lecz także liczby produkowanych w Polsce aut. To za sprawą nowych inwestycji międzynarodowych koncernów. Przyrost będzie jednak niewielki.

‒ 2015 rok będzie się nadal charakteryzował wzrostami zarówno wolumenu produkcji aut w Polsce, jak i liczby rejestracji nowych samochodów, ale te wzrosty będą niewielkie. Według mnie powinniśmy zadbać o stymulację rządową i zachętę do tego, aby konsumenci udali się do salonów i zaczęli wymieniać stare samochody na nowe – apeluje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży Exact Systems, firmy zajmującej się kontrolą jakości w branży motoryzacyjnej.

Jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 372,6 tysięcy nowych samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 t, co było wynikiem o 12,2 proc. lepszym niż w 2013 roku. Do tak dobrego wyniku przyczyniła się m.in. możliwość pełnego odliczenia VAT przy zakupie tzw. aut z kratką.

Opala przypomina, że obecne w Polsce międzynarodowe koncerny już w ubiegłym roku podjęły wiele istotnych dla rynku decyzji. W marcu Volkswagen zdecydował o ulokowaniu produkcji modelu Crafter w nowym zakładzie we Wrześni, a w maju należąca do tego samego koncernu Škoda zdecydowała o przeniesieniu produkcji nowego generacji modelu Roomster do fabryki w Poznaniu. W październiku General Motors ogłosił, że popularny Opel Astra piątej generacji będzie produkowany w Gliwicach, podobnie jak sprzedawany w Stanach Zjednoczonych Buick Cascada. Produkcję rozszerza także Fiat w swoich zakładach w Tychach.

Te decyzje zwiększą wolumen produkcji samochodów w Polsce, ale Opala podkreśla, że na razie nie ma mowy o powrocie do wielkości produkcji sprzed kryzysu.

Wzrost produkcji w Polsce to szansa dla poddostawców i innych firm rodzimych. Opala zwraca jednak uwagę na to, że musimy zadbać o zapewnienie odpowiedniej kadry dla tych firm. Postuluje zacieśnienie współpracy między szkolnictwem a przemysłem motoryzacyjnym, opartej m.in. o klasy patronackie.

Powinniśmy dbać o odpowiednie kształcenie przyszłej kadry inżynierskiej i menadżerskiej – podkreśla Opala. ‒ Według mnie bardzo ciekawe rozwiązanie wprowadziły np. niemieckie szkoły. Powinniśmy rozpocząć kształcenie dualne, nawet przygotować klasy patronackie, w których to przedsiębiorcy czy wybrani do tego eksperci mieliby wpływ na finalny kształt programów edukacyjnych.

Równocześnie w Polsce należy dbać jednak o popyt na nowe samochody, by poza produkcją na eksport rozwijać także rynek wewnętrzny. Choć liczba rejestracji stopniowo rośnie (w okresie styczeń-listopad 2014 r. wzrosła rok do roku o ponad 12 proc.), to rynek mógłby się rozwinąć jeszcze bardziej dzięki systemowi rządowego wsparcia.

W latach kryzysu takie schematy wprowadziło wiele europejskich krajów. Największy działał w Niemczech, gdzie w 2009 r. właściciele samochodów starszych niż 9 lat mogli liczyć na nawet 2,5 tys. euro dopłaty do zakupu nowego pojazdu. W ciągu kilku miesięcy z programu wartego łącznie 5 mld euro skorzystały prawie 2 miliony Niemców. Podobne programy funkcjonowały również m.in. w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Chinach, Rumunii i na Słowacji.

IERiGŻ: polskie klastry w sektorach drobiarskim, mleczarskim i owoców jagodowych z szansą na silną pozycję w świecie

Klastry mogłyby w większym stopniu wspierać eksport produktów rolno-spożywczych. Przedstawiciele Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej podkreślają, że największe szanse stania się silnymi światowymi klastrami eksportującymi mają te w sektorach drobiarskim, mleczarskim oraz owoców jagodowych. Postulują o wsparcie publiczne dla tych obszarów, bo – jak zaznaczają – silne klastry eksportujące są siłą napędową gospodarek regionalnych.

W Polsce potencjał rozwojowy klastrów jest bardzo zróżnicowany regionalnie, choć te klastry mimo sukcesów eksportowych naszego sektora w porównaniu do klastrów w innych krajach rozwiniętych nie są najsilniejsze. Na podstawie przeprowadzonych analiz wydaje się, że klastry związane z sektorem drobiarskim, mleczarskim i owoców jagodowych powinny być w pierwszej kolejności przedmiotem wsparcia publicznego – uważa prof. Szczepan Figiel z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Eksport artykułów rolno-spożywczych po trzech kwartałach 2014 wzrósł o 5,2 proc. Trzy wymienione obszary mają w tym znaczący udział. Eksport mięsa drobiowego i przetworów drobiowych w ciągu ostatniej dekady wzrósł prawie czterokrotnie do 1,3 mld euro. Na eksport trafia prawie jedna trzecia produkcji, a ta w ostatnich siedmiu latach wzrosła o 50 proc. w przypadku mięsa i o 40 proc. w przypadku przetworów drobiowych. Drób stanowi ponad 6 proc. eksportu polskiego sektora rolno-spożywczego. Zainteresowanie eksportem w tym sektorze jest dużo większe niż np. wśród producentów wieprzowiny i wołowiny (44 proc. wobec 34 i 22 proc.).

Polska jest też siódmym producentem produktów mleczarskich w UE i czwartym producentem mleka krowiego z 8-proc. udziałem. Od 2004 wartość eksportu produktów mleczarskich wzrosła prawie dwukrotnie i stanowi ponad 8 proc. eksportu polskiego sektora rolno-żywnościowego. Z kolei produkcja owoców jagodowych sięga 500 tys. ton rocznie. Polska jest światowym liderem w produkcji malin i porzeczek. Eksport od 2004 roku wzrósł dwukrotnie i stanowi 2 proc. wartości eksportu polskiego sektora rolno-żywnościowego.

Jak podkreśla prof. Figiel, wsparcie klastrów eksportujących może sprzyjać wzrostowi polskiego eksportu. Mimo że polscy przedsiębiorcy z sektora rolno-spożywczego całkiem dobrze radzą sobie na tym polu, to właśnie klastry mogą służyć utrzymaniu lub wzmocnieniu przewag konkurencyjnych Polski w wymianie międzynarodowej.

Klaster to organizacja związana z konkretnym sektorem lub branżą, skupiająca przedsiębiorstwa na co dzień ze sobą konkurujące, ale w wybranej dziedzinie (na przykład eksporcie) prowadzące wspólne działania.

Zarówno naukowcy, jak i decydenci, animatorzy polityki gospodarczej, już od pewnego czasu interesują się nowymi rozwiązaniami mającymi na celu wsparcie konkurencyjnych struktur rynkowych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prof. Szczepan Figiel. – Próbujemy odpowiedzieć na pytanie, jaki jest potencjał rozwojowy klastrów w sektorze rolno-spożywczym, w szczególności w zakresie eksportu. Za granicą mają one bowiem zasadnicze znaczenie.

Jak podkreśla, bez silnych klastrów eksportujących praktycznie niemożliwe jest osiągnięcie wysokiego poziomu rozwoju ekonomicznego w regionie.

W wyniku mapowania na podstawie wskaźników ekonomicznych można stwierdzić, jak zauważa prof. Figiel, że w sektorze mleczarskim przodują klastry podlaskie, warmińsko-mazurskie oraz wielkopolskie. Branża owoców jagodowych to natomiast domena organizacji działających na terenie Mazowsza.

Tę listę można wydłużać, ale tak naprawdę jest to raptem kilka województw, cztery, może pięć, w których potencjał klastrowy wyraźnie jest silny – wskazuje prof. Figiel. – Przewagi ujawniają się w różny sposób i w zależności od tego, na podstawie jakich czynników ekonomicznych zostanie wykonane mapowanie.

Wsparcie instytucji otoczenia biznesu, do których należą klastry, jest jedynym z priorytetów nowej perspektywy unijnej 2014-2020. Pieniądze na ten cel mają pochodzić z programów Inteligentny Rozwój oraz Polska Wschodnia, a na rozwój klastrów o znaczeniu regionalnym – z 16 Regionalnych Programów Operacyjnych.