Inwestorzy od początku 2014 r. z rezerwą podchodzą do akcji banków. Druga połowa roku może być dla instytucji finansowych jeszcze większym wyzwaniem

CEO Magazyn Polska

Niechęć inwestorów do akcji banków, spowodowana jest tym, że gospodarka zdradza coraz więcej oznak spowolnienia. Lipcowy indeks PMI pokazał, że po raz pierwszy od roku pogarsza się koniunktura w polskim przemyśle. Rosną zatem szanse na to, że stopy procentowe jeszcze spadną, a to obniżyłoby wyniki odsetkowe banków. Instytucje finansowe mogą jednak ustabilizować swoje zyski, jeśli udzielą więcej kredytów, które poprawią wynik z tytułu opłat i prowizji.

Spodziewam się stabilizacji wyników banków. Mimo lepszych wyników gospodarczych zyski i rachunki wyników banków podlegają pewnym nowym napięciom, których nie było rok temu. Banki przyzwyczaiły się już do funkcjonowania w środowisku niskich stóp procentowych i w pewien naturalny sposób dostosowały się do niższych przychodów odsetkowych, głównie poprzez obniżanie kosztów. Niestety, pracy związanej z podwyższeniem przychodów nieodsetkowych czy prowizji w rachunkach jeszcze nie widać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Chwedoruk, prezes polskiego Rothschilda.

Wczoraj wyniki podał bank Pekao SA. Choć zysk netto okazał się wyższy od oczekiwań analityków, to jednak spadł w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Niższy był również wynik prowizyjny, choć też lekko przekroczył oczekiwania. Opublikowane dziś wyniki ING BSK były zgodne z oczekiwaniami analityków.

Utrzymujące się na rekordowo niskim poziomie stopy procentowe NBP (2,5 proc.) sprawiają, że marże odsetkowe banków pozostają niewielkie. W związku z tym w najbliższym czasie sektor bankowy będzie w dalszym ciągu starał się o poprawę wyników poprzez wzrost wolumenu udzielanych kredytów oraz sprzedaży usług. Te czynniki pozytywnie wpływały na wyniki banków w II kwartale.

– Na pozytywne wyniki banków w II kwartale wpływało przede wszystkim zwiększenie wolumenów, przynajmniej w takich grupach kredytów detalicznych, jak kredyty hipoteczne i kredyt konsumpcyjny. Natomiast cały czas w segmencie przedsiębiorstw nie widać dużej chęci do zwiększania ekspozycji kredytowej – uważa Chwedoruk.

Według prezesa Banku Millennium Joao Bras Jorge’a wzrostowi wolumenów udzielanych kredytów oraz przychodom z tytułu opłat i prowizji sprzyjała korzystna struktura wzrostu PKB. W 2013 r. polska gospodarka uniknęła recesji jedynie dzięki eksportowi netto (różnicy między eksportem a importem), tymczasem obecnie wkład eksportu netto we wzrost PKB w I kwartale 2014 r. wyniósł tylko 0,5 pkt proc. z 3,4 proc.

W porównaniu z poprzednimi kwartałami, w II kw. 2014 r. na wynik sektora bankowego negatywnie wpływały koszty z powodu wejścia w życie nowych regulacji. Chwedoruk wymienia tu m.in. obniżenie opłaty interchange, zmianę księgowania przychodów z prowizji związanych z ubezpieczeniami i wyższe opłaty na Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Wydaje się, że te dwa trendy, czyli napięcia kosztowe z jednej strony i zwiększenie wolumenów kredytu z drugiej, spowodują stabilizację wyniku netto i wyniku z działalności bankowej w okresie najbliższych kilku kwartałów. Chyba że nastąpi dalsza obniżka stóp procentowych, co oczywiście w sposób naturalny może zepchnąć wyniki banków trochę niżej – zaznacza prezes polskiego Rothschilda.

Najnowsze negatywne dane z polskiej gospodarki zwiększają prawdopodobieństwo, że RPP zdecyduje się na obniżenie kosztu pieniądza w gospodarce. Indeks PMI obrazujący stan koniunktury w polskim przemyśle obniżył się w czerwcu do 49,4 z 50,2 pkt w maju. Wartość poniżej 50 pkt oznacza, że ankietowane firmy wskazują na spadek aktywności gospodarczej. To kolejna negatywny sygnał z polskiej gospodarki po słabym wzroście sprzedaży detalicznej w czerwcu (+1,2 proc. r/r, prognozowano +3,8 proc.) oraz produkcji przemysłowej w tym samym miesiącu (+1,7 proc. r/r, prognozowano +4 proc.).

Pogarszające się otoczenie makroekonomiczne sprawia, że indeks WIG-Banki stracił ponad 13 proc., licząc  od szczytu z połowy lutego do końca lipca. Wcześniej był on w trendzie wzrostowym od końca 2011 r. do początku 2014 r. Ekonomiści prognozują, że jeśli RPP zdecyduje się na poluzowanie polityki pieniężnej, to nastąpi ono we wrześniu. Obok bieżących wskaźników, dla RPP kluczowa jest projekcja inflacji. Lipcowa publikacja prognozy zakłada, że wzrost cen zbliży się do celu inflacyjnego – osiągnie 2,3 proc. – dopiero pod koniec 2016 r. W tym roku inflacja wyniesie zaledwie 0,2 proc. w ujęciu rocznym, z kolei w przyszłym – 1,4 proc.

Choć niskie stopy procentowe (oraz ich stabilizacja w dłuższym okresie) są ulgą dla bardzo zadłużonych kredytobiorców, to banki – w ocenie Chwedoruka – nie uwzględniły jeszcze w swoich wynikach finansowych koniecznych rezerw na nieściągalne kredyty. To przede wszystkim efekt załamania w sektorze budowlanym, które rozpoczęło się w 2012 r. Jest jeszcze za wcześnie by oceniać, czy obserwowane obecnie negatywne tendencje w gospodarce wpłynęły na pogorszenie jakość portfeli kredytowych w bankach.

Są jeszcze przypadki w sektorze, nazwałbym go budowlano-infrastrukturalnym, które moim zdaniem nie w pełni zostały odzwierciedlone w bilansach i rachunkach wyników banków. Dla tych banków, które jeszcze nie dokonały odpowiednich rezerw, może to jednorazowo nastąpić w najbliższych kwartałach – ocenia Jacek Chwedoruk.

PKO BP: Podwyżka stóp nie wcześniej niż w III kw. 2015 r.

Rekordowo niskie stopy procentowe w Polsce na razie nie przekładają się na wzrost inflacji. W lecie wzrost cen praktycznie się zatrzymał, a w III kwartale część ekonomistów prognozuje spadek, czyli deflację. W ten sposób Polska upodabnia się do rozwiniętych gospodarek, którym grozi balansowanie na krawędzi deflacji przez dłuższy okres. Choć kredyt w Polsce będzie tańszy, to tylko dlatego, że potencjał gospodarki będzie coraz słabszy – uważa część ekonomistów.

Mamy w tej chwili najniższe stopy procentowe w naszej historii. Niewykluczone, że we wrześniu te stopy spadną dalej, niewykluczone, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się na obniżkę pomiędzy 25 a 50 punktów bazowych. Wydaje się, że wpływ takiego obniżenia na wzrost gospodarczy w przyszłym roku nie będzie duży, maksymalnie około 0,2 proc. PKB – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Borys, dyrektor ds. strategii i inwestycji PKO Banku Polskiego.

Niewielki wpływ cięcia stóp procentowych na wzrost PKB wynika stąd, że obecne koszty kredytu nie są istotną barierą inwestycyjną dla przedsiębiorstw, co potwierdzają badania koniunktury w firmach robione przez NBP. W tej sytuacji na poluzowaniu polityki pieniężnej skorzystałaby głównie ta część firm i konsumentów, która płaciłaby niższe odsetki z tytułu kredytów. Zdaniem części analityków NBP będzie jednak zmuszony podjąć taką decyzję ze względu na troskę o wiarygodność swojej polityki. Jej podstawowym celem jest utrzymanie inflacji jak najbliżej poziomu 2,5 proc., z maksymalnym dopuszczalnym pasmem wahań +/- 1 pkt proc.

Obecna Rada Polityki Pieniężnej urzęduje od stycznia 2010 r. i w ciągu 54 miesięcy (licząc do czerwca 2014 r.) inflacja znajdowała się w celu jedynie przez 16 miesięcy (29,6 proc. tego okresu). Cały okres od stycznia 2011 r. do września 2012 r. inflacja była powyżej 3,5 proc., z kolei od lutego 2013 r. wzrost cen stale nie przekraczał 1,5 proc. Czerwiec 2014 r. był więc 7. z kolei miesiącem o zbyt niskiej inflacji. W ujęciu rocznym wyniosła ona 0,3 proc.

Ze względu na cały czas niską inflację przynajmniej do półrocza przyszłego roku zakładamy, że nie będzie podwyżek stóp procentowych co najmniej do III kwartału 2015 roku. Później, jeżeli potwierdzą się te pozytywne trendy w gospodarce, czyli wzrost PKB będzie przekraczał wyraźnie 4 proc. i nastąpi stopniowy wzrost inflacji, możemy spodziewać się wzrostu stóp procentowych. Ale pewnie już w tej niewielkiej skali – uważa Borys.

Ekonomista PKO BP spodziewa się, że w najbliższy cykl podwyżek stóp procentowych nie przekroczy łącznie 1 pkt proc. Taki scenariusz – a więc niskiej długookresowej inflacji, niewielkiego wzrostu PKB oraz niskich stóp NBP – uprawdopodabnia obecna sytuacja na rynku obligacji. Rentowności 10-letnich  papierów skarbowych są blisko rekordowych minimów, a więc przedziału 3,1-3,2 proc. Podobnie wyglądają rynki obligacji w strefie euro, czemu sprzyja niski prognozowany wzrost gospodarczy, a w przypadku niektórych krajów – ryzyko deflacji.

Niski wzrost cen mierzony koszykiem dóbr konsumpcyjnych (CPI) dotyczy obecnie większości rozwiniętych gospodarek. Ma on miejsce w sytuacji bardzo luźnej polityki pieniężnej największych banków centralnych świata, co wywołuje szereg dyskusji wśród ekonomistów i analityków. Część z nich wskazuje, że jest tylko kwestią czasu, kiedy duża kreacja pieniądza rezerwowego (płynność sektora bankowego) przełoży się na wzrost cen mierzony CPI. Tym bardziej że niskie stopy procentowe oraz skup aktywów (luzowanie ilościowe) już teraz doprowadziły do inflacji na rynku aktywów (wzrost cen akcji, obligacji oraz nieruchomości w niektórych gospodarkach). Zwolennicy tej tezy argumentują również, że utrzymująca się przez dłuższy czas niska inflacja to skutek oddłużania, jakie ma miejsce w sektorze prywatnym.

Alternatywne wyjaśnienie zakłada, że na skutek zmian strukturalnych w rozwiniętych gospodarkach (np. starzenia się społeczeństw, wolniejszego tempa wzrostu produktywności) spada długookresowa presja inflacyjna, a zatem i rynkowe stopy procentowe. Ekonomiści PKO BP przeprowadzili kompleksowe badanie polityki pieniężnej dla 30 głównych gospodarek na świecie. Oszacowano w nim, jaki jest optymalny poziom stopy procentowej (czyli naturalnej stopy procentowej), który zapewnia gospodarce to, że się rozwija, a jednocześnie nie popada w różne nierównowagi. Przykładowo zbyt niskie stopy procentowe w stosunku do optimum mogą zwiększać deficyt rachunku obrotów bieżących, deficyt sektora finansów publicznych oraz stymulować nadmierny wzrost zadłużenia wśród firm i konsumentów. Według ekonomistów największego polskiego banku naturalna stopa procentowa obniża się i jest to tendencja ogólnoświatowa.

Jesteśmy zatem w dłuższej perspektywie w środowisku niższych stóp procentowych, i na świecie, i w Polsce. Nie należy zakładać, że nawet, jeżeli Rada Polityki Pieniężnej w Polsce będzie podwyższała stopy procentowe, to one nie wrócą do poziomu 5-6 proc., raczej w dłuższym okresie będziemy na poziomie 2-3, może maksymalnie około 4 proc. – twierdzi Paweł Borys.

W przypadku najbardziej rozwiniętych gospodarek naturalna stopa procentowa jest szacowana na poziomie 1-2 proc. To oznacza, że polityka największych banków centralnych świata (USA, Japonii czy EBC) nie jest optymalna z punktu widzenia tych gospodarek, gdyż tworzy wiele nierównowag, które w skrajnym przypadku mogą doprowadzić do sztucznego boomu na niektórych rynkach. Problem polega na tym, że nie wszystkie koszty i ryzyko są łatwe do identyfikacji, a część z nich pojawia się z opóźnieniem.

Te badania jednoznacznie pokazują, że stopy procentowe pozostają poniżej tych właśnie naturalnych poziomów. Stwarza to oczywiście ryzyko, że te nierównowagi będą narastały i jeżeli banki centralne nie wycofają się z tej polityki, to w dłuższej perspektywie będziemy mieli do czynienia z zawirowaniami na rynkach finansowych – ocenia dyrektor ds. strategii i inwestycji w PKO BP.

Bankructwo Argentyny nie będzie drugim Lehman Brothers. Kraj od 2001 r. jest praktycznie odcięty od rynków

CEO Magazyn Polska

Władze Argentyny poszukują chętnych na zakup obligacji, które kraj przestał spłacać. Od 30 lipca jest w stanie niewypłacalności, bo władze nie zgodziły się na wykonanie wyroku sądu i zwrócenie 1,5 mld USD funduszom, nazywanym w Buenos Aires „sępami”. To już 8. bankructwo kraju w ostatnich 200 latach, dlatego rynki finansowe pozostają spokojne.

Argentyna ma teoretycznie niewielki problem, bo to jest niecałe 1,5 mld dolarów, naprawdę niewiele. W tej chwili mają oni również niewiele rezerw  około 15 mld. Ale nie w tym rzecz. Jeżeli oni zaspokoją zgodnie z wyrokiem sądu tych, których się nazywa sępami, te fundusze, które skupowały dług za bezcen, kiedy Argentyna się wywróciła, będą miały przebitkę około kilkanaście razy. Jeżeli oni im to zapłacą, to wtedy rzucą się na nich ci, którzy zgodzili się na dobrowolną redukcje długu, pójdą do sądu, a to może już grozić zwielokrotnieniem tej sumy – ocenia w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Wyrok amerykańskiego sądu jest po myśli funduszy inwestycyjnych, posiadających 7 proc. z łącznej wartości wyemitowanych obligacji Argentyny, które w 2001 r. przestały być spłacane przez rząd w Buenos Aires. Kilkanaście lat temu 93 proc. wierzycieli Argentyny zgodziło się po negocjacjach na redukcję długu o 70 proc., czyli z każdego 1 USD wartości nominalnej otrzymali zaledwie 30 centów. Pozostałe 7 proc. wierzycieli nie chciało zaakceptować tak dużej straty i część z nich sprzedała obligacje funduszom hedgingowym, które kupiły je za bardzo niską cenę rynkową. Spadek ceny i wzrost rentowności odzwierciedlał wtedy niskie prawdopodobieństwo odzyskania zainwestowanych pieniędzy.

Ktoś, nie wiem za ile, za 100 mln dolarów, może za 150-200 mln, kupił obligacje warte 1,3 mld i tyle, wygrał proces, to się zdarza – komentuje Kuczyński.

Po wieloletniej batalii, sąd w USA uznał, że posiadacze obligacji mają prawo do otrzymania pełnej sumy, na jaką został zaciągnięty dług. Jednocześnie, by zagwarantować wykonanie wyroku, amerykański sąd zakazał obsługi pozostałych wierzycieli Argentyny, dopóki ta nie ureguluje zobowiązań wobec tych funduszy. W praktyce rząd w Buenos Aires stanął przed wyborem: spłacić w pełni część wierzycieli lub ogłosić niewypłacalność, wstrzymując wszelkie płatności, które – zgodnie z wyrokiem sądu – poszłyby na kontro funduszy. Jak dotąd Argentyna nie uregulowała płatności odsetkowych w wysokości 539 mln USD, wymagalnych 30 lipca, co oznacza formalnie niewypłacalność.

Dużo groźniejsze byłoby dla Argentyny, gdyby zapłaciła, bo wtedy ruszyłaby cała lawina pozwów, i tak zresztą może pójść. Sytuacja Argentyny jest niedobra, to nie ulega żadnej wątpliwości, jest wysoka inflacja, są problemy z zadłużeniem i rezerwami walutowymi. Ten kraj od wielu lat idzie w bardzo złym kierunku – ocenia główny analityk DI Xelion.

Z powodu zawieszenia obsługi długu agencja S&P obniżyła rating Argentyny do poziomu CCC-, czyli selektywnej niewypłacalności. Jest to najniższa ocena kredytowa ze wszystkich państw, dla których agencja S&P opracowuje ratingi. Agencja Fitch na razie utrzymuje rating CC, ma on jednak – podobnie jak w przypadku S&P – perspektywę negatywną. Prawdopodobieństwo bankructwa według wyceny CDS (credit-default swaps) – w tym wypadku rozumiane jako brak spłaty kolejnych wymagalnych obligacji – wzrosło do 18 proc. W przypadku sąsiedniej Brazylii jest to zaledwie 2,5 proc. – wynika z obliczeń analityków Deutsche Bank.

Przedstawiciele rządu Argentyny kontynuowali od początku tygodnia rozmowy z inwestorami w celu znalezienia chętnych do odkupienia obligacji, które kraj przestał spłacać. Porozumienie pozwoliłoby zakończyć stan niewypłacalności, który dodatkowo pogarsza już i tak trudną sytuację gospodarczą. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego prezydent Argentyny Cristina Fernández de Kirchner popełniła błąd, nie próbując rozwiązać problemu w sposób polubowny.

Pewno najlepiej byłoby się z nimi po cichu dogadać przed procesem. Ale w tej chwili mówienie o czymś takim nie ma najmniejszego sensu, mleko się rozlało – uważa Piotr Kuczyński.

W pierwszym kwartale br. trzecia największa gospodarka Ameryki Łacińskiej skurczyła się o 0,2 proc. rok do roku i 0,8 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału. To pierwszy spadek PKB od blisko dwóch lat. Według szacunków ekonomistów eksport zmalał o 6,4 proc. w ujęciu rocznym, a prywatna konsumpcja o 1,2 proc. Wzrosły za to wydatki rządowe o 3,4 proc., co jednak napędzało inflację i przez to prowadziło do dalszego osłabienia waluty. W pierwszym półroczu ceny mierzone indeksem CPI wzrosły o 15 proc. w porównaniu z pierwszymi 6 miesiącami 2013 r.

Problemy argentyńskiej gospodarki znajdują odzwierciedlenie w konsekwentnie słabnącym peso. W 2012 r. według oficjalnego kursu, za 1 USD płacono ok. 4,3 peso, obecnie jest to już ponad 8 peso. Według kursu czarnorynkowego waluta Argentyny jest jednak o wiele słabsza, bo w praktyce – według kursu oficjalnego – bardzo trudno jest dokonać transakcji międzynarodowych.

Niewypłacalność i pogarszająca się sytuacja gospodarcza Argentyny na razie nie wywołują większych niepokojów na rynkach finansowych. Kraj od 2001 r. pozostaje praktycznie poza światowym rynkiem finansowym, a polityka gospodarcza nie ułatwia jego ponownej integracji z rynkami.

Dla nas to nie ma najmniejszego znaczenia, to izolowany przypadek, inaczej niż Lehman Brothers, który coś mógłby rozpocząć, coś szerszego. To są dwie zupełnie odmienne sytuacje – uważa Kuczyński.

Podatek węglowodorowy w Senacie. Dodatkowe obciążenia mogą zniechęcić inwestorów do eksploatacji złóż

CEO Magazyn Polska

Ustawa o podatku węglowodorowym trafi pod obrady Senatu na rozpoczynającym się dziś posiedzeniu. Nowy system opodatkowania gazu ziemnego i ropy naftowej może zniechęcić inwestorów do eksploatacji złóż, szczególnie tych o niższej opłacalności, i zwiększyć koszty ponoszone przez firmy wydobywcze – ocenia Robert Zajdler z Instytutu Sobieskiego.

Biorąc pod uwagę wszystkie nieścisłości tej ustawy, może się faktycznie okazać, że jakaś część złóż, które są na granicy rentowności zakładanej przez przedsiębiorcę, po prostu nie będzie eksploatowana – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler z Instytutu Sobieskiego.

Zgodnie z propozycją ustawy firmy zajmujące się eksploatacją gazu i ropy, w tym ze źródeł niekonwencjonalnych (czyli łupkowych), będą dodatkowo opodatkowane. Pierwszym mechanizmem będzie podatek węglowodorowy w wysokości od 0 do 25 proc. zysków firmy (w zależności od wysokości zysków). Gaz i ropę obejmie też podatek od kopalin w wysokości 1,5 do 3 proc. wartości wydobycia, a także opłata eksploatacyjna. Łącznie stopa opodatkowania może sięgnąć 40 proc., choć według przedsiębiorców może się okazać, że obciążenia będą znacznie większe.

Zajdler zaznacza, że przedsiębiorcy zaczną płacić podatki dopiero od 2020 r. Już od 2016 r. będą musieli jednak składać odpowiednie sprawozdania. Według eksperta to jednak zbyt krótki czas na przygotowanie księgowe, administracyjne i informatyczne systemów.

Ustawa jest dość trudna w zastosowaniu, dlatego że wprowadza reżim podatkowy, którego nie było, który czerpie z różnych ustaw różne rozwiązania i miks tych rozwiązań jest dość trudny do wdrożenia dla przedsiębiorców. Z drugiej strony ustawa wprowadza dość krótki okres vacatio legis jak na takie rozwiązania – ocenia Zajdler. ‒ Pierwszy postulat – wydłużmy nieco ten okres.

Ustawa nie jest też precyzyjna pod względem tego, od jakiej podstawy firmy będą musiały płacić podatki. Twórcy prawa nie określili dokładnie, które koszty są kwalifikowane i można je odliczyć. To, jak podkreśla Zajdler, sprzeczne z praktyką branży. Dlatego firmy będą zmagały się z podwójnym ryzykiem. Część kosztów, które powinny być kwalifikowane, mogą nie zostać za takie uznane, co zwiększy wysokość odprowadzanych podatków. Zajdler podkreśla, że przedsiębiorcy będą mogli odliczać koszty kwalifikowane, ale w niektórych przypadkach będą musieli udowodnić urzędom skarbowym, że mieli do tego prawo. A to, jak ocenia ekspert, może być trudne ze względu na profiskalne podejście urzędników skarbowych.

Ryzykiem będzie podjęcie decyzji, czy dochodzić swoich racji, czy też uznać, że to zobowiązanie podatkowe będzie jednak trochę wyższe, niż początkowo było zakładane – podkreśla Zajdler.

Ustawa nie zachęca też do eksploatacji złóż marginalnych. To obszary, w których po pewnym czasie pozostają bardzo niewielkie zasoby ropy lub gazu. Choć dużym firmom często nie opłaca się już ich wtedy eksploatować, istnieją mniejsze przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w tego typu wydobyciu. Z punktu widzenia polityki państwa, zarówno energetycznej, jak i środowiskowej, maksymalizacja wydobycia powinna być wspierana. Tymczasem, jak podkreśla Zajdler, w propozycji ustawy zachęty do eksploatacji złóż marginalnych są zbyt słabe. Choć mogą one liczyć na zwolnienie z opodatkowania, to definicja tego typu obszarów została ustalona zbyt rygorystycznie.

Ta ustawa wprowadza pewne zwolnienie dla złóż marginalnych. Postawiony jednak dość nisko próg tego, co uznajemy za złoże marginalne, powoduje to, że niewiele złóż, z których eksploatowane są gaz czy ropa w niewielkich ilościach, będzie podlegało pod system podatkowy. W konsekwencji część przedsiębiorców po prostu nie będzie zainteresowana tym, żeby z takich złóż korzystać – przewiduje Zajdler.

MSP nie sprzeda akcji Grupy Azoty. Na liście spółek strategicznych jeszcze 21 innych podmiotów

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Skarbu Państwa nie sprzeda akcji Grupy Azoty. Zamierza również zachować władztwo w pozostałych 21 spółkach o strategicznym znaczeniu dla gospodarki państwa. Resort przedstawił wczoraj Radzie Ministrów listę takich podmiotów. Strategiczne spółki prowadzą łącznie inwestycje za ponad 100 mld zł i tworzą tysiące miejsc pracy.

Nie zamierzamy sprzedawać akcji tych spółek, by zachować w nich władztwo korporacyjne – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa. ‒ Lista podmiotów o strategicznym znaczeniu dla gospodarki państwa powstała, żeby jasno zakomunikować, że te aktywa będą nadzorowane w celu rozwoju gospodarczego Polski. To są spółki, które stanowią o bezpieczeństwie ekonomicznym i energetycznym państwa.

Na ogłoszonej wczoraj liście znalazły się łącznie 22 spółki. Pierwsza wersja dokumentu została zatwierdzona przez Kolegium MSP już w kwietniu, a 5 sierpnia zapoznał się z nią rząd. Poza Grupą Azoty na liście znalazły się zarówno spółki z branży energetycznej, zbrojeniowej, jak i instytucje finansowe, media oraz agendy publiczne. Jak podkreśla Karpiński ich znaczenie wynika nie tylko z kwestii polityki energetycznej i bezpieczeństwa państwa, lecz także jest związane z tworzonymi przez nie miejscami pracy i ich wpływem na gospodarkę. Jak przypomina szef resortu, Parlament Europejski przyjął 15 stycznia br. rezolucję o reindustrializacji, która zachęca do działań w kierunku odrodzenia przemysłu w całej UE.

Realizujemy potężne projekty inwestycyjne, reindustrializując naszą gospodarkę właśnie m.in. dzięki tym spółkom skarbu państwa. Obecnie prowadzą one inwestycje o wartości ponad 100 mld zł i stanowią o bezpieczeństwie energetycznym i ekonomicznym – mówi Karpiński. ‒ Wśród nich jest Polska Grupa Energetyczna, która odpowiada za największą inwestycję w historii polskiej energetyki o wartości prawie 11,5 mld zł, czyli za elektrownię w Opolu. W szczycie na placu budowy będą tam pracowały ponad 4 tys. osób, a dostawców i podwykonawców, głównie z Polski, będzie ponad pół tysiąca.

Karpiński dodaje, że dzięki tym inwestycjom polska gospodarka staje się bardziej innowacyjna i konkurencyjna. Zauważa, że Grupa Azoty, która znalazła się na tej liście, zatrudnia obecnie ponad 14 tys. osób, a dane statystyczne pokazują, że każde miejsce pracy stworzone w branży chemicznej powoduje powstanie kilku miejsc pracy w branżach powiązanych. Podobnie jest z Polską Grupą Zbrojeniową, która bezpośrednio daje pracę 14 tys. osób, a pośrednio nawet 50 tys.

Grupa Azoty została wpisana przez Ministerstwo Skarbu Państwa na listę spółek strategicznych, żeby jeszcze bardziej zwiększyć ochronę przed niechcianym rosyjskim inwestorem. Dwa lata temu rosyjski Acron próbował dokonać wrogiego przejęcia Azotów, czemu rząd zapobiegł poprzez połączenie spółki z Puławami, tworząc Grupę Azoty. Na początku czerwca, zgodnie z prawem, zależna od Acronu Norica Holding weszła w posiadanie ponad 20 proc. akcji, co wzbudziło obawy o ponowną próbę przejęcia.

Obecnie poza Grupą Azoty na liście spółek strategicznych znajdują się: Agencja Rozwoju Przemysłu, Bank Gospodarstwa Krajowego, Grupa LOTOS, KGHM Polska Miedź, PGE Polska Grupa Energetyczna, Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, Polska Grupa Zbrojeniowa, Polski Koncern Naftowy ORLEN, Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, Polskie Inwestycje Rozwojowe, Polskie Radio, Powszechna Kasa Oszczędności Bank Polski, Powszechny Zakład Ubezpieczeń, Przedsiębiorstwo Eksploatacji Rurociągów Naftowych PRZYJAŹŃ, Przedsiębiorstwo Przeładunku Paliw Płynnych „NAFTOPORT”, TAURON Polska Energia, Telewizja Polska, Totalizator Sportowy, Zarząd Morskich Portów Szczecin i Świnoujście, Zarząd Morskiego Portu Gdańsk, Zarząd Morskiego Portu Gdynia.

Negatywne skutki rosyjskiego embarga może zmniejszyć sprzedaż polskich owoców przez sieci handlowe

CEO Magazyn Polska

Eksport polskich owoców poprzez sieci handlowe i zwiększona sprzedaż na rynku krajowym mogą ograniczyć negatywne skutki embarga nałożonego przez Rosję. Zdaniem Andrzeja Falińskiego z POHiD w ten sposób można zagospodarować mniej więcej połowę tego, co trafia na rynek rosyjski. Sadownicy i rolnicy obawiają się jednak konsekwencji ograniczenia importu. Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej szacuje, że w ubiegłym roku wartość eksportu polskich jabłek, gruszek, śliwek, czereśni i wiśni do Rosji przekroczyła 1,2 mld zł.

Embargo uderzy przede wszystkim w producentów jabłek. Polska jest największych w Europie producentem tych owoców i największym na świecie dystrybutorem. Związek Sadowników RP szacuje, że w 2013 roku wyeksportowanych zostało ponad milion ton jabłek, z czego dwie trzecie trafiło właśnie do Rosji. Według wstępnych szacunków Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi straty, jakie poniosą polscy producenci, eksporterzy i dystrybutorzy jabłek w wyniku wstrzymania eksportu do Rosji, mogą sięgną nawet 1,2 mld zł.

– Wystąpi gwałtowny spadek cen, więc nie ma cudów – będzie zwiększony popyt i sieci handlowe oczywiście są zainteresowane tym, żeby ten popyt zagospodarować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Gdyby udałoby się zagospodarować na rynku krajowym połowę tego, co trafia do Rosji, to byłby bardzo dobry wynik i prawdopodobnie na coś takiego możemy liczyć.

Sieci handlowe mogą również przyczynić się do ograniczenia negatywnych skutków embarga poprzez zwiększenie eksportu do innych krajów. W taki sposób działa m.in. Biedronka, która wspiera eksport polskich produktów do kraju siedziby Jeronimo Martins, czyli do Portugalii, czy Tesco, m.in. do Wielkiej Brytanii. Sieć Biedronka, która mocno wspiera w kampaniach reklamowych polskie produkty, między innymi dzięki bliskiej współpracy z ponad 500 polskimi dostawcami, osiąga na rynku krajowym bardzo dobre wyniki finansowe. Według ostatnich danych w I półroczu br. Biedronka zanotowała wzrost sprzedaży o ponad 9 proc. do ponad 4 mld euro.

Polska jest jednym z głównych graczy w ramach sprzedaży zagranicznej przez sieci. Dzięki eksportowi sieciowemu nawet 100 tys. ton owoców, przede wszystkim jabłek, prawdopodobnie znajdzie swoje miejsce na rynku – ocenia dyrektor generalny POHiD.

Ekspert podkreśla, że choć system dystrybucji w Polsce jest nowoczesny, a sprzedaż wewnątrzsystemowa zróżnicowana, to trudno będzie tak duży eksport całkowicie ulokować na innych rynkach. Duża nadpodaż oznacza, że spadną ceny owoców, dlatego polskim sadownikom trudno będzie odrobić straty spowodowane przez wprowadzone sankcje. Działania sieci handlowych mogą jednak ograniczyć straty.

Co więcej, sieci handlowe coraz bardziej zwracają się ku kooperacyjnemu organizowaniu łańcuchów dostaw, więc np. firmy dyskontowe będą mogły przetestować te kooperacyjne rozwiązania, jak to funkcjonuje pod względem negocjacyjnym, logistycznym, finansowym, ofertowym i marketingowym. W Polsce prawie 20 proc. PKB to dystrybucja, dlatego skutki embarga będą zagospodarowane przez ten sektor – mówi Faliński.

Zwiększyć sprzedaż owoców na rodzimym rynku mogą też prowadzone akcje medialne.

Komunikowanie, szczególnie za pomocą marketingu emocjonalnego i tożsamościowego, będzie się utrzymywać. Firmy handlowe i przetwórcze nie pójdą w działalność polityczną, będzie się utrzymywał ton komunikowania – „Kupuję polskie produkty”, „Kupuj swoje”, „Dobre, bo polskie”. W sytuacji kryzysowej i bardzo korzystnej oferty zakupowej, z powodu niższych cen, jest to jak najbardziej zrozumiałe i potrzebne działanie – podsumowuje Andrzej Faliński.

Niestabilna sytuacja polityczna we wschodniej Europie spowodowała, że aby uniezależnić się od Rosji, Polska stara się dywersyfikować rynki eksportowe. Obecnie ministerstwo rolnictwa prowadzi rozmowy w sprawie pozyskania nowych krajów zbytu. Owoce mają trafić m.in. do Azji (przede wszystkim Chin), krajów arabskich, a także do Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Marek Sawicki, szef resortu rolnictwa, wysłał list do komisarzy Unii Europejskiej z prośbą o pilną konsultację w sprawie rosyjskiego embarga. Spotkanie zespołu eksperckiego resortu rolnictwa z Komisją Europejską ma się odbyć jeszcze w tym tygodniu. Zespół ekspercki będzie zabiegać o jak najszybsze i największe dopłaty dla polskich producentów. Resort rolnictwa zwrócił się także o powołanie zespołu międzyresortowego, którego celem będzie identyfikacja zagrożeń oraz wdrożenie rozwiązań mających na celu zagospodarowanie nadwyżek warzyw i owoców, które w wyniku nałożonego embarga, nie zostaną wyeksportowane do Rosji. Według wstępnych szacunków resortu straty dla polskiego sektora warzyw i owoców z tego tytułu mogą wnieść ok. 160 mln euro w skali tego roku.

Komentarz indeksowy BossaFX 6 sierpnia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 6 sierpnia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Instytut Jagielloński: Polski przemysł chemiczny potrzebuje dalszej konsolidacji. To umocniłoby jego pozycję na rynkach zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Grupa Azoty jedną ze spółek na liście podmiotów o strategicznym znaczeniu dla gospodarki. Takie rozwiązanie było postulowane w kontekście zwiększania udziałów rosyjskiego Acronu w polskiej branży chemicznej. Eksperci Instytutu Jagiellońskiego uważają, że dalsza konsolidacja polskich spółek chemicznych powinna dać im silniejszą pozycję na europejskim rynku, a także wzmocnić ich zabezpieczenie przed wrogim przejęciem.

Na początku czerwca br. Norica Holding, spółka zależna rosyjskiej grupy Acron, zwiększyła udziały w nadzorowanej przez państwo Grupie Azoty do 20 proc., zdobywając prawo do wprowadzenia przedstawiciela do rady nadzorczej. Fakt ten budzi zaniepokojenie, ponieważ już w 2012 r. Acron ogłosił wezwanie na akcje Zakładów Azotowych w Tarnowie, co analitycy ocenili jako próbę wrogiego przejęcia.

Sam fakt posiadania przez Acron ponad 20 proc. akcji Grupy Azoty w żaden sposób nie powinien być poczytywany za zagrożenie. Niebezpieczeństwo powstaje wtedy, gdy dana spółka nie jest zabezpieczona przez wrogim przejęciem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Jakóbik, ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Polski rząd przyznaje, że było ryzyko przejęcia Azotów przez Acron. Te próby zostały na szczęście zablokowane. Teraz musimy stworzyć odpowiednie zabezpieczenia, które nie pozwolą na powtórzenie się tej sytuacji.

Wobec zagrożenia przejęciem przez Rosjan chemicznej spółki Skarb Państwa zwiększył swój udział w niej, a następnie doprowadził do przejęcia Zakładów Azotowych Puławy przez Azoty Tarnów. W efekcie udało się pokrzyżować Rosjanom plany, a dzięki połączeniu powstała jedna z większych grup w branży chemicznej w Europie.

Obecnie państwo bezpośrednio i pośrednio poprzez zaprzyjaźnione firmy kontroluje ok. 50 proc. akcji Grupy Azoty. Eksperci jednak podkreślają, że zagrożenie ze strony Acronu nie powinno być lekceważone. Według Instytutu Jagiellońskiego najlepszym zabezpieczeniem byłaby dalsza konsolidacja polskiej branży chemicznej.

W skład Grupy Azoty można włączyć pozostałe regionalne spółki – przekonuje Jakóbik. – Chodzi o to, by jedna duża i silna spółka była w stanie sama bronić się przed agresją.

Jego zdaniem byłoby to korzystne również dla pozycji polskiej chemii na zagranicznych rynkach.

Dzięki temu grupa Azoty zdecydowanie zwiększy swoją siłę w kraju i Europie. To drugie jest bardzo ważne, gdyż rośnie nam konkurencja rosyjska i skandynawska. Konsolidacja sprawi, że Grupa Azoty będzie mogła poprawić swoją pozycję na rynku poprzez różnego rodzaju akwizycje – dodaje Jakóbik.

Pozycję Grupy na pewno wzmocni wpisanie jej na listę podmiotów strategicznych, której zaktualizowaną wersję wczoraj przedstawiło Ministerstwo Skarbu Państwa. Oznacza to, że państwo nie będzie pozbywać się akcji spółki.

Jak twierdzi Jakóbik, strategiczne znaczenie spółek chemicznych wiąże się m.in. z faktem, że są one jednym z największych konsumentów gazu.

Dzięki konsolidacji i odpowiedniej pomocy rządu Grupa Azoty może zostać czołową spółką w Europie – przekonuje rozmówca Newserii Biznes.

Lotnisko Chopina rozbudowuje infrastrukturę dla ruchu cargo. Jest nowa płyta, będzie terminal

CEO Magazyn Polska

Będzie nowy terminal cargo na warszawskim Lotnisku Chopina. Ma on umożliwić dalsze zwiększanie ilości przewożonych towarów, choć i bez tego wzrost w I półroczu wyniósł ponad 18 proc. W tym okresie lotnisko odnotowało gorsze niż w ubiegłym roku wyniki w ruchu pasażerskim. Nowi przewoźnicy jednak już niemal kompensują odejście Ryanaira, który powrócił do Modlina.

W pierwszym półroczu obsłużonych zostało 27 tys. ton cargo, czyli prawie 70 proc. całego ruchu towarowego obsługiwanego w Polsce. To jest ponad 18 proc. wzrostu w porównaniu z pierwszym półroczem 2013 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy Lotniska Chopina w Warszawie. ‒ Przygotowujemy się do budowy nowego terminala cargo i być może w przyszłym roku, może za dwa lata, taki terminal zostanie oddany do użytku. Będziemy przewozili jeszcze więcej towarów, w jeszcze lepszych warunkach.

Lotnicze przewozy towarowe to dla lotnisk ważne źródło dochodu, choć w Polsce ten sektor nie jest mocno rozwinięty. W 2013 r. w całym kraju przewieziono na pokładach samolotów ponad 62 tys. ton cargo – wynika z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Było to o 1,3 proc. więcej niż rok wcześniej, a ponad 77 proc. udziału miało stołeczne Lotnisko Chopina. Dane ULC są jednak niepełne, bo nie uwzględniają również odprawianego na lotniskach cargo RFS (transportowanego z Polski ciężarówkami). Razem z tym sektorem ilość frachtu lotniczego sięgnęła w 2013 r. 90 tys. ton.

Lotnisko Chopina już teraz rozbudowuje infrastrukturę cargo. Oddana została już nowa płyta postojowa przy terminalu frachtowym, na której zatrzymać mogą się trzy samoloty klasy F (np. Antonow An-124 Rusłan) lub sześć klasy C (np. Boeing 737).

Jednak o ile ruch towarowy wzrósł na Lotnisku Chopina o 18,4 proc., to pasażerski w pierwszym półroczu zmalał o 5 proc. Głównie z powodu przeniesienia lotów Ryanaira na lotnisko w Modlinie.

Ryanair był dla nas takim handicapem, dzięki temu udało się pobić rekord 10 mln pasażerów w ciągu roku. W tym roku tego rekordu pobić się nie da, bo Ryanair wrócił do Modlina, ale inne linie nadrabiają – przekonuje Przybylski. ‒ W czerwcu na Lotnisku Chopina obsłużono 1 073 tys. pasażerów i to jest prawie tyle samo, co w czerwcu 2013 roku. To jest jedynie spadek o 0,2 proc. W ciągu pierwszego półrocza obsłużyliśmy 4,82 mln pasażerów.

Podkreśla, że lotnisko prawdopodobnie nie przekroczy w tym roku granicy 10 mln podróżnych, choć dobre drugie półrocze może zmienić tę prognozę.

Wyniki ostatnich miesięcy i coraz mniejsze spadki w porównaniu z ubiegłym rokiem pokazują, że wzrost robiony przez inne linie daje podstawy do optymizmu. Być może druga połowa tego roku będzie lepsza niż druga połowa 2013 roku i być może uda nam się zbliżyć do granicy 10 mln – prognozuje Przybylski.

Dodaje, że choć w Warszawie działają dwa lotniska, nie można łącznie podsumowywać liczby odprawionych przez nich pasażerów. Choć Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze” (PPL), spółka zarządzająca Lotniskiem Chopina, ma na lotnisku w Modlinie 30,39 proc. udziałów, obydwa porty lotnicze działają niezależnie. Inaczej jest na przykład w Berlinie, gdzie obydwoma funkcjonującymi lotniskami zarządza jedna spółka, co umożliwia wspólne liczenie statystyk.

System emerytalny już niedługo przestanie się bilansować. Za dużo osób pracuje na umowach cywilnoprawnych

CEO Magazyn Polska

Przyszłe emerytury osób zatrudnionych na podstawie umów-zlecenie i o dzieło mogą być niższe niż minimalne, a to oznacza, że państwo będzie musiało do nich dopłacać. Ocenia się, że na tego typu umowach pracuje dziś ponad 1,5 mln Polaków, liczba ta jednak z roku na rok jest coraz wyższa. Eksperci ostrzegają, że nowy sposób obliczania świadczeń i duża liczba osób bez umów o pracę lub z niskimi zarobkami mogą oznaczać, że system emerytalny przestanie się bilansować.

Obecnie minimalna emerytura wynosi niecałe 850 zł brutto i otrzymują ją osoby, które przed przejściem na emeryturę nie pracowały lub pracowały bardzo krótko.

Ten problem stanie się znacznie poważniejszy, kiedy pojawią się tak zwane emerytury z nowego portfela, czyli kiedy na emeryturę przejdą osoby, które dzisiaj płacą składki w nowym systemie emerytalnym – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Tyrowicz, ekonomistka z Uniwersytetu Warszawskiego i ekspertka Narodowego Banku Polskiego.

Na nowych zasadach będą obliczane emerytury osób urodzonych po 1968 roku, a wysokość świadczenia będzie zależeć wyłącznie od zgromadzonych środków w ZUS-ie oraz dla osób, które zdecydowały się na przekazywanie części składek do OFE, także w II filarze. Łączne zgromadzone środki podzielone przez średnią długość trwania życia (prognozowaną przez GUS) dadzą emeryturę.

Ludzie, którzy zarabiali na umowach-zlecenia i ich dochody częściowo nie podlegały oskładkowaniu, prowadzący działalność gospodarczą, którzy płacą składkę minimalną ustaloną przez ZUS, albo osoby, które pracują głównie na umowie o dzieło, a nie na umowę o pracę, będą mieli względnie niewielkie oszczędności w ZUS-ie. Nawet jeśli przepracowali 25 lat lub więcej, ich emerytury będą prawdopodobnie poniżej przyszłego poziomu emerytury minimalnej – tłumaczy ekspertka.

Jak wynika z danych GUS, na umowach cywilnoprawnych zatrudnionych jest blisko 1,5 mln osób, liczba ta jednak z roku na rok jest coraz wyższa. Państwowa Inspekcja Pracy podaje, że w 2013 roku na takich umowach pracowało 13 proc. Polaków (dla porównania w 2008 r. tylko 9 proc.). Wśród osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę 12 proc. zarabia minimalne wynagrodzenie (1680 zł brutto). To oznacza, że duża część emerytur może być niższa od minimalnej, nawet mimo wydłużonego czasu pracy, i dokładać do nich będzie musiało państwo.

– Dopłacać będziemy z tego samego źródła, co zawsze, czyli z powszechnych podatków. Ten mechanizm automatycznie skutkuje tym, że to, co miało być zbilansowanym systemem emerytalnym, bo to przecież był konstruowany system zdefiniowanej składki, przestanie nim być. Trzeba będzie sfinansować emerytury osób, które nie uzbierały wystarczająco dużo środków w systemie emerytalnym powszechnym, czy to będzie ZUS czy OFE jest już wtórną kwestią – podkreśla Joanna Tyrowicz.

We wrześniu wzrosną ceny wynajmu mieszkań. Ostatnia szansa na tańsze lokale

CEO Magazyn Polska

Sierpień to ostatni miesiąc, by szukać tanich i atrakcyjnych ofert mieszkań do wynajęcia. Za kilka tygodni rynek zaczną szturmować studenci i znalezienie lokalu będzie znacznie trudniejsze. Wynajmując teraz, w skali roku można zaoszczędzić nawet równowartość miesięcznego czynszu. 

W tej chwili na rynku czekają oferty, które zostały zwolnione przez najemców pod koniec roku akademickiego, czyli w maju, czerwcu lub na początku lipca mówi agencji Newseria Biznes Marcin Drogomirecki, ekspert serwisu Domy.pl. – Często właściciele obniżają ceny, żeby szybciej znaleźć najemcę i ten, kto szuka mieszkania w środku wakacji, może liczyć na to, że przez rok będzie płacił czynsz średnio o kilka, kilkanaście procent niższy niż ci, którzy wynajmą mieszkanie za miesiąc.

Jak podkreśla, w ten sposób przez rok najmu można zaoszczędzić kwotę zbliżoną do miesięcznego czynszu.

We wrześniu poszukujących mieszkania czeka już znacznie trudniejsze zadanie. Popyt znacznie przewyższy podaż, a znalezienie atrakcyjnego lokalu w dobrej lokalizacji i niskiej cenie będzie wymagało refleksu i zdecydowania.

Jesienna gorączka na rynku najmu będzie się przejawiała tym, że na atrakcyjne ogłoszenie, które pojawi się na rynku, będzie bardzo wielu chętnych przestrzega Marcin Drogomirecki. – Do właściciela będzie mnóstwo telefonów, a pod drzwiami stać będzie kolejka umówionych chętnych. Co więcej, mieszkania naprawdę atrakcyjne, za dobrą cenę będą schodzić jak ciepłe bułeczki, natomiast te o niższym standardzie, w gorszych lokalizacjach oraz z wyższymi czynszami będą czekały na klientów.

Jesienny szczyt na rynku wynajmu mieszkań dotyczy głównie mieszkań małych i tanich. Znalezienie kawalerki już dziś jest bardzo trudne, a wkrótce z rynku zaczną znikać także nieco większe lokale.

– Kiedy na rynek ruszą studenci, największym zainteresowaniem będą cieszyć się mieszkania jedno- i dwupokojowe z uwagi na to, że wychodzą relatywnie najtaniej ocenia Drogomirecki. – Zarówno w jedynkach, jak i dwójkach mogą mieszkać dwie osoby, więc czynsz będzie się rozkładał i w ten sposób najem będzie tańszy. W tej chwili na rynku najwięcej jest ofert mieszkań dwupokojowych. Jest ich dwa, a nawet trzy razy więcej niż kawalerek. Z kolei najtańsze kawalerki już w tej chwili schodzą z rynku i trzeba przyznać, że w najbliższych tygodniach raczej nie będą się pojawiać nowe, atrakcyjne oferty.

O ile jednak studenci szukają mieszkań małych i tanich, coraz większą wagę przykładają do ich położenia i wyposażenia.

– Studenci szukają przede wszystkim mieszkań w dobrych lokalizacjach, w centrum miast oraz w pobliżu uczelni albo przynajmniej z bardzo dobrym dojazdem do uczelni. Oczekują też, aby miały dobry albo nawet bardzo dobry standard. Klienci życzą sobie, żeby w mieszkaniu była pralka, zmywarka czy telewizor podkreśla Marcin Drogomirecki, ekspert z serwisu nieruchomości domy.pl.

W przyszłym roku rewolucja w przychodniach. Dokumentacja medyczna będzie elektroniczna

CEO Magazyn Polska

Informatyzacja w przychodniach wciąż jest połowiczna. Choć e-recepty są wypełniane na komputerze, to muszą być drukowane. Rewolucją w systemie ochrony zdrowia będzie dopiero uruchomienie Projektu P1, który umożliwi m.in. przesyłanie recept prosto do aptek.

Elektroniczna dokumentacja jest bardziej przejrzysta, wszystko można w niej znaleźć. Ułatwia również szukanie danych z przeszłości. Niezwykle ważnym jej elementem jest pomoc w zakresie wystawiania recept. Mamy do czynienia z bardzo skomplikowanym systemem zapisywania leków na receptach, a także poszukiwania właściwych wskazań wynikających z charakterystyki produktu leczniczego i kwalifikacji określonego poziomu odpłatności. To wszystko będzie łatwiejsze w nowym systemie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konstanty Radziwiłł, sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej.

Przychodnia, w której pracuje Konstanty Radziwiłł, wprowadziła elektroniczną dokumentację medyczną już trzy lata temu. Początkowo personel medyczny na wszelki wypadek prowadził dokumentację medyczną także na papierze, jednak lekarze szybko przekonali się do zalet elektronicznego obiegu dokumentów – twierdzi sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej. W całym kraju z elektronicznej dokumentacji medycznej korzysta już blisko połowa placówek medycznych – szacuje Marcin Kędzierski, dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia.

W tej chwili komputer jest jedynym miejscem, w którym wpisuje się dane pacjentów. Jest to zmiana na lepsze. Na początku wprowadzenie systemu wiązało się z pewnym wysiłkiem, ale ocena lekarzy jest zdecydowanie pozytywna – uważa Radziwiłł.

Do zalet e-dokumentacji, w tym np. e-recept, nie trzeba przekonywać pacjentów. Dla większości z nich jest to ulga, bo nie muszą tracić czasu na ponowną wizytę z powodu nieczytelnej recepty lub błędu. Nie ma już także ryzyka zgubienia wyników badań, a więc konieczności ich powtarzania.

Nie ma żadnych problemów w razie potrzeby otrzymania kopii dokumentacji. Program umożliwia bezproblemowe dotarcie do danych, które są w historii choroby. Poza tym często to, co piszemy ręcznie, jest po prostu nieczytelne – przyznaje sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej.

Klienci zinformatyzowanych przychodni mogą też w łatwy i szybki sposób przygotować się do wizyty u lekarza, przeglądając swoją historię choroby wraz z wcześniejszą dokumentacją. Podobnie internista lub specjalista mniej czasu poświęca na wywiad z pacjentem, ponieważ ma łatwy dostęp do historii choroby. To zwiększa trafność stawianych diagnoz i umożliwia szybsze podjęcie leczenia.

Dzięki temu pacjent nie musi być już pośrednikiem, odpowiedzialnym za wymianę informacji między różnymi specjalistami. Z punktu widzenia przychodni koszty wdrażania informatycznych systemów są konieczną inwestycją. W przeciwnym wypadku pacjenci szybko przenieśliby się do konkurencyjnych placówek.

To jest kwestia jakości naszej pracy. Dzisiaj nie sposób uprawiać medycyny za pomocą wyłącznie relacji ustnej, własnych rąk i papieru. Te koszty po prostu trzeba ponieść, trudno na razie powiedzieć, czy one się zwracają. To jest pewien wymóg prowadzenia działalności, którą się zajmujemy – twierdzi sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej.

Skala korzyści z tytułu efektywniejszego wykorzystania czasu pracy lekarzy oraz poprawy zarządzania jest szczególnie widoczna w przypadku dużych placówek, takich jak szpitale. W przypadku całej publicznej służby zdrowia wielkość marnotrawionych środków jest szacowana nawet na 6 mld zł rocznie, czyli nawet 10 proc. rocznego budżetu NFZ. Rozwiązaniem tego problemu ma być Projekt P1, czyli państwowy system zbierania, udostępniania oraz przekazywania danych medycznych dotyczących pacjentów. Jego pełne wdrożenie wymaga jeszcze stworzenia przepływu informacji z innymi podmiotami, które współpracują ze służbą zdrowia, np. aptekami i ZUS. Według zapowiedzi Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia od 2015 r. wszyscy pacjenci w Polsce będą korzystać z elektronicznych recept i skierowań, a także będą mieć wgląd w historię choroby online.

–  Wprawdzie recepta, którą dzisiaj wystawiam w komputerze, musi być jeszcze drukowana. Ale to już krótka droga do tego, żeby tę receptę wysłać do repozytorium, z którego ona następnie mogła być ściągnięta przez aptekę, do której pójdzie pacjent. Podobna sytuacja dotyczy zwolnień lekarskich. Dzisiaj mamy skomplikowany zusowski druk ZLA, którego wypełnianie jest udręką dla lekarzy – podsumowuje Radziwiłł.

Kobiety bardziej niż mężczyźni są skłonne do przeprowadzki w poszukiwaniu lepszej pracy lub wyższego standardu życia

CEO Magazyn Polska

Kobiety znacznie chętniej niż mężczyźni zmieniają miejsce zamieszkania. Motywacją do przeprowadzki jest zazwyczaj poszukiwanie ciekawszej pracy lub lepszych warunków życia. Celem większości migrujących Polaków, niezależnie od płci, jest województwo mazowieckie, postrzegane jako centrum akademickie, biznesowe i kulturalne.

Z danych Packlink.pl, firmy zajmującej się przesyłkami kurierskimi, wynika, że 54 proc. Polaków migrujących wewnątrz kraju to kobiety. Miejsce urodzenia lub długotrwałego zamieszkania porzucają przede wszystkim osoby w wieku 25-29 lat. Stanowią one 20 proc. wszystkich migrujących. Drugą grupą, która łatwo podejmuje decyzję o przeprowadzce do innego miasta, są osoby w wieku 30-34 lata.

 Zdecydowanie największą grupą osób, które są skłonne do migracji, są osoby do 40. roku życia. To jest prawie połowa wszystkich osób. Głównymi powodami migracji młodych Polaków są przede wszystkim poszukiwanie atrakcyjniejszej pracy, ale też kwestie związane z jakością życia, czyli dostęp do kultury, rozrywki i lepszej służby zdrowia – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Filip Goździewicz, dyrektor zarządzający Packlink.pl.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego i firmy Packlink.pl wynika, że Polacy migrują przede wszystkim do dużych miast, które są ośrodkami akademickimi lub centrami biznesowymi i przemysłowymi. Młodych ludzi przyciągają przede wszystkim takie miasta, jak: Warszawa, Kraków, Poznań i Wrocław. Województwo mazowieckie cieszy się największą popularnością wśród migrujących – w 2013 roku przeprowadziło się tam ponad 23 tys. osób, w 2012 – 21 tys.

 Najczęstszym kierunkiem nadawania przesyłek jest województwo mazowieckie, następnie województwo dolnośląskie i wielkopolskie. Co ciekawe, te dane bardzo wyraźnie pokrywają się z danymi GUS o kierunkach migracji, gdzie województwo mazowieckie jest najczęstszym kierunkiem –mówi Filip Goździewicz.

Według Packlink.pl najczęstsze miejsca nadań to: województwo mazowieckie – 16 proc., Śląsk i Dolny Śląsk – 12 proc. oraz województwo wielkopolskie – 9 proc. Na Mazowsze najwięcej przesyłek przychodzi z Pomorza i Śląska. Jak twierdzi Goździewicz, może to wynikać stąd, że osoby, które przeprowadziły się do innego miasta, jeszcze przez jakiś czas korzystają z pomocy rodziny i ściągają z rodzinnego miasta swoje rzeczy.

 Po przeanalizowaniu większości przesyłek dochodzimy do wniosku, że rzeczywiście istnieje cały czas bliski związek osób migrujących z rodzinnym miejscem i często proszą swoje rodziny o przesyłanie ulubionych potraw, artykułów czy rzeczy, których nie mogą kupić w nowym miejscu –mówi Filip Goździewicz.

Ze spisu powszechnego z 2012 roku wynika, że tylko 53 proc. mieszkańców Warszawy urodziło się w tym mieście. W stolicy mieszka obecnie 1,7 mln ludzi.

Zbyt optymistyczne oczekiwania przedsiębiorców? W I połowie 2014 r. pogorszyła się sytuacja ogólna małych polskich firm

W minionym półroczu sytuacja ogólna małych polskich firm nieznacznie się pogorszyła, pomimo optymistycznych nastrojów pod koniec zeszłego roku. Przedsiębiorcy pozostają jednak optymistami i oczekują znacznie lepszego kolejnego półrocza. Takie wnioski płyną z badania Instytutu Badań i Analiz OSB oraz portalu Firmy.net, dotyczącego nastrojów gospodarczych wśród mikro- i małych firm w pierwszej połowie 2014 i prognoz na drugą połowę roku.

Zbyt optymistyczne oczekiwania przedsiębiorców nie spełniły się

Polscy przedsiębiorcy odczuli pewną poprawą sytuacji swoich firm w drugiej połowie 2013 roku, na co wskazywały wyniki badań z października zeszłego roku. Jednak przewidywana przez nich dalsza znacząca poprawa sytuacji w pierwszym półroczu 2014 roku niestety nie nastąpiła, co pokazuje obecne badanie. Pomimo, że sytuacja ogólna najliczniejszej grupy przedsiębiorstw nie zmieniła się w tym okresie (41,9 proc.), wśród pozostałych firm częściej nastąpiło jej pogorszenie (30,9 proc.) niż poprawa (27,3 proc.).

Najlepiej swoją sytuację oceniały firmy działające w sektorze usług oraz rolnictwa (w tym leśnictwo, łowiectwo i rybactwo). Natomiast w sektorach budownictwo, handel i przemysł, pomimo, że w najliczniejszej grupie przedsiębiorstw sytuacja nie zmieniła się, wśród pozostałych znacznie częściej nastąpiło jej pogorszenie niż poprawa.

Ceny i sprzedaż w kraju nadal w dół

W minionym półroczu ponad połowa przedsiębiorców utrzymała stały poziom cen (51,5 proc.), jednak wśród pozostałych znacznie częściej podejmowane były decyzje o ich obniżeniu (27,2 proc.) niż wzroście (18,3 proc.). Poziom cen częściej wzrastał niż spadał w następujących sektorach: rolnictwo, handel i przemysł. Z kolei firmy z sektora budownictwo i usługi częściej decydowały się na obniżanie cen.

Czynnikiem silnie powiązanym z poziomem cen jest poziom sprzedaży. Choć najliczniejsza grupa firm utrzymała sprzedaż na tym samym poziomie co wcześniej (42,8 proc.), to w pozostałej części częściej następował spadek popytu wśród konsumentów (33,9 proc.) niż wzrost (23,3 proc.).

Tendencją wzrostową poziomu sprzedaży charakteryzował się jedynie sektor rolnictwa. Pozostałe sektory gospodarki częściej odczuły spadki sprzedaży niż wzrosty, co najsilniej dotknęło sektor budownictwa.

Poziom sprzedaży na rynkach zagranicznych

W grupie wszystkich przedsiębiorstw, których przedstawiciele uczestniczyli w badaniu, 21,8 proc. z nich zadeklarowało, że prowadzi sprzedaż na rynkach zagranicznych. Ponad połowa z nich utrzymała tam swój poziom sprzedaży (61,2 proc.). Pozostała grupa zanotowała w takim samym stopniu wzrost co spadek poziomu sprzedaży (19,4 proc.).

Najwyższy wzrost sprzedaży za granicą osiągnęły firmy działające w rolnictwie. Z kolei największe trudności z utrzymaniem swojej pozycji za granicą miały firmy z sektora budowlanego.

Finanse, konkurencyjność i pozycja na rynku

Choć sytuacja finansowa prawie 41 proc. firm nie zmieniła się, to w grupie pozostałych firm znacznie częściej nastąpiło jej pogorszenie (39,2 proc.) niż poprawa (19,9 proc.). Recesja finansowa dotknęła niemal wszystkie sektory gospodarki za wyjątkiem rolnictwa. Najsilniej złą sytuację odczuły przedsiębiorstwa budowlane i handlowe.

Pomimo pogorszenia się ogólnej kondycji firm, ponad połowa przedsiębiorstw zadeklarowała, że utrzymała swoje miejsce wśród konkurencji (60,2 proc.) w minionym półroczu. W grupie pozostałych firm częściej ich pozycja konkurencyjna poprawiła się (27,2 proc.) niż pogorszyła (12,6 proc.).

Tendencja poprawy konkurencyjnej pozycji na rynku wystąpiła we wszystkich sektorach gospodarki. W sektorze rolnictwa tendencja poprawy jest najsilniejsza i wynika z poprawy sytuacji ogólnej, finansowej oraz ze wzrostu poziomu popytu i cen.

Poziom zatrudnienia

Przeważająca grupa przedsiębiorstw utrzymała stały poziom zatrudnienia (79,2 proc.). W grupie pozostałych firm, częściej malała liczba pracowników (11,1 proc.) niż następował jej wzrost (9,7 proc.).

Jedynie w sektorze usług tendencja przyjęła charakter wzrostu, gdzie przedsiębiorcy częściej zwiększali liczbę pracowników (8,7 proc.), niż ją ograniczali (7,4 proc.).

Optymistycznie w drugą połowę 2014 r.

Trudna sytuacja finansowa, spadający poziom popytu oraz poziom cen, charakteryzujący tendencje pierwszego półrocza 2014 roku, nie przeszkadzają przedsiębiorcom optymistycznie patrzeć w przyszłość. Wprawdzie blisko połowa przedstawicieli firm przewiduje, że sytuacja ogólna ich firm pozostanie w najbliższych 6 miesiącach bez zmian (46,2 proc.), jednak wśród pozostałych przedsiębiorców częściej oczekiwana jest jej poprawa (34,6 proc.) niż pogorszenie (19,2 proc.).

Poprawy ogólnej sytuacji oczekują firmy ze wszystkich sektorów gospodarki. Najsilniej oczekiwanie poprawy można zaobserwować wśród firm z sektora usług, przemysłu i handlu, czyli tych dziedzin działalności, które na ogół nie opierają się na sezonowości i cykliczności prac. Z kolei przedsiębiorcy z sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa oraz budownictwa, podlegający tym regułom, również oczekują poprawy sytuacji ogólnej, ale w nieco mniejszym stopniu.

Informacje o badaniu
Badanie nastrojów gospodarczych zostało przeprowadzone w czerwcu 2014 r. z zastosowaniem techniki CAWI przez Instytut Badań i Analiz OSB. W badaniu wzięło udział 1362 przedstawicieli małych firm (54,5 proc. firm jednoosobowych, 41 proc. mikro firm, zatrudniających od 1 do 9 pracowników, oraz 4,5 proc. małych firm, zatrudniających od 10 do 49 osób), które są zarejestrowane w wyszukiwarce firm Firmy.net. Wśród ankietowanych większość zajmuje się działalnością usługową (62,4 proc.), 11,8 proc. – budowlaną, 5,8 proc. – przemysłowo-produkcyjną, 19,10 proc. – handlową, a ok. 0,9 proc. działa w branży rolnej. Z uwagi na liczbę i strukturę respondentów wyniki badania mają charakter reprezentatywny.

W lipcu 2014 upadło 79 firm

Euler Hermes, spółka z Grupy Allianz, na podstawie oficjalnych danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego zbadała sytuację polskich firm w kontekście bankructw – w lipcu oficjalnie opublikowano informację o upadłości 79 firm wobec 98 takich ogłoszeń w lipcu 2013 roku.

Opublikowane w lipcu orzeczenia o upadłości dotyczyły firm mających zsumowany ostatni znany obrót na poziomie ok. 830 milionów złotych a zatrudniały one razem według ostatnich dostępnych danych ok. 2,8 tys. osób.
Dodatkowo – 15* wcześniej orzeczonych postępowań układowych zakończyło się niepowodzeniem, zamieniono je na upadłości likwidacyjne. (* nie są liczone do liczby głównej upadłości z danego miesiąca, gdyż pomimo innej formy upadłości dotyczą firm już uwzględnionych w statystyce upadłości).

– Paradoks numer 1 – pomimo wzrostu inwestycji, a spadku produkcji sprzedanej dóbr konsumenckich trwałego użytku w lipcu upadały firmy produkujące… wyroby inwestycyjne.
– Paradoks numer 2 – pomimo wzrostu inwestycji przedsiębiorstw upadają firmy usług na rzecz biznesu oraz firmy gastronomiczno-hotelarskie – na przekór boomowi w turystyce, także krajowej?
– Paradoks numer 3 – w tym roku nie rośnie liczba orzeczeń upadłości firm z branży spożywczej pomimo ograniczeń w eksporcie – w lipcu np. nie odnotowano żadnego bankructwa z branży mięsnej.
– Ujemny bilans postępowań układowych – więcej przypadków zmiany z układu na upadłość likwidacyjną, niż przypadków nowo rozpoczynanych postępowań naprawczych.
– Lipiec – poprawa w województwach Polski południowo-wschodniej i centralnej (zwłaszcza województwa małopolskie i łódzkie). Kres poprawy na Mazowszu i Dolnym Śląsku w przeciwieństwie do woj. śląskiego, gdzie upadłości było o połową mniej, niż przed rokiem.

Jak ocenia sytuację Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka: –- Dane z ostatnich dwóch miesięcy odnoszące się do produkcji przemysłowej i popytu konsumenckiego w Polsce były poniżej oczekiwań, tym niemniej liczba upadłości utrzymuje się na poziomie niższym niż w roku ubiegłym. W większości przypadków na utratę płynności nie wpływają bowiem tak krótkotrwałe, kilkutygodniowe zaledwie wahania koniunktury. Część ekonomistów jak i przedsiębiorców liczy na to, iż nie tylko w odniesieniu do polskiej, ale i europejskiej gospodarki dane o produkcji i konsumpcji to tylko wyhamowanie przed kolejną falą wzrostu gospodarczego… Co prawda rozwojowi gospodarczemu nie sprzyja kryzys polityczny na Ukrainie, Bliskim Wschodzie czy gospodarczy w Argentynie (i prawie także w Brazylii), ale nadzieję na wyraźniejszy wzrost w 4 kwartale daje dobra koniunktura gospodarcza w Stanach Zjednoczonych – co wpływa na nastroje konsumentów także w Europie, nie mającej obecnie specjalnego powodu do samozadowolenia ze swoich wyników gospodarczych. Dotyczy to także Polski, gdzie przy niskiej inflacji konsumenci z czasem zaczną korzystać z realnie wyższych w tej sytuacji zarobków. Efekt wzrostu w Polsce wydatków inwestycyjnych – publicznych jak i firm prywatnych w postaci rosnącego popytu na dobra i usługi wyraźniej zaowocuje zwiększonym popytem konsumenckim w roku przyszłym.

Ujemny bilans postępowań układowych

Czternaście z 79 opublikowanych w lipcu orzeczeń o upadłości miało formę układu z wierzycielami. Niestety, po raz pierwszy więcej było przypadków ich niepowodzeń, zmiany wcześniej rozpoczętych postępowań układowych na likwidacyjne – aż 15. Można więc powiedzieć, że koniunktura nie sprzyja w tej chwili postępowaniu naprawczemu – komentuje Maciej Harczuk, prezes zarządu spółki Euler Hermes Collections. – Każdy przypadek nieudanego postępowania układowego jest oczywiście inny, ale w wielu sytuacjach widzimy przede wszystkim, iż jest ono podejmowane zbyt późno, gdy jest już zbyt duża dysproporcja pomiędzy rosnącymi zobowiązaniami a malejącą zdolnością firmy do wypracowania zysków na poczet ich spłaty (m.in. z powodu utraty dostawców czy leasingowanych maszyn). W chwili obecnej postępowanie układowe jest częścią postępowania upadłościowego – niesie więc negatywne skojarzenia, odstrasza kontrahentów, dlatego podejmowane w ostatniej chwili. Brakuje też zróżnicowania procedur – dostosowania ich do sytuacji dłużnika. Trudno ocenić z góry, czy propozycja zmian w tym zakresie (nowe prawo restrukturyzacyjne) pomoże, ale na przykładzie lipca widać, iż sama nie najgorsza w końcu koniunktura gospodarcza nie wystarcza do pobudzenia trendu restrukturyzacji zadłużonych przedsiębiorstw.

Budownictwo – spadek liczby upadłości, również firm produkcyjnych i handlowych, chociaż…
Poprawa nie jest na pewno jednolita, a orzeczone upadłości zaskakiwać mogą, gdy pod uwagę weźmie się bieżące dane m.in. o produkcji sprzedanej poszczególnych sektorów przedsiębiorstw. Po raz pierwszy od dawna większa jest dynamika sprzedaży dóbr inwestycyjnych niż dóbr konsumenckich trwałego użytku (za GUS: trwałe dobra konsumenckie w czerwcu sprzedawały się od 3 do 8% gorzej niż w poprzednich miesiącach jak i przed rokiem, podczas gdy dobra inwestycyjnie – odwrotnie, ich produkcja sprzedana w obydwu przypadkach wykazywała ponad 4% dynamikę wzrostu). Trend widoczny był już w maju, a tymczasem orzeczenia o upadłości dotyczyły w lipcu firm produkujących właśnie dobra inwestycyjne, nie konsumenckie: konstrukcji metalowych, wyrobów tartacznych, maszyn, części etc.! W gronie tym znalazła się tylko jedna firma spożywcza (konserwowanie owoców i warzyw).

Mniejszy rozdźwięk był w przypadku firm handlowych – tutaj widać wyraźnie mniejszy popyt konsumencki na artykuły wyposażenia mieszkań (w tym największa opublikowana w lipcu upadłość – firma o obrocie ponad 300 mln złotych) i remontowe (farby, ceramika sanitarna etc.). Opublikowano również orzeczenia o upadłości dwóch hurtowników żywności

– nie handlowali oni jednak ani mięsem, ani owocami/warzywami. W ogóle statystyka upadłości nie potwierdza problemów producentów, przetwórców czy dystrybutorów tych dotkniętych embargiem sektorów spożywczych… W lipcu nie było publikacji o upadłości żadnego producenta wyrobów mięsnych a w tym roku jest ich generalnie mniej, niż w ubiegłym! Warto zauważyć – lipiec był kolejnym miesiącem, gdy w gronie bankructw z sektora dystrybucji pojawiają się firmy oferujące paliwa i smary.

– W budownictwie widać kolejne przypadki problemów deweloperów, co wraz z wcześniejszymi upadłościami (23 w ciągu I półrocza) pociąga za sobą problemy firm budownictwa mieszkaniowego. Ponownie w minionym miesiącu w statystyce upadłości pojawiły się firmy wykończeniowe (prace hydrauliczne, kanalizacyjne, elektryczne etc.) – zauważa Michał Modrzejewski, dyrektor analiz Branżowych w Euler Hermes. – Warto odnotować upadłość dwóch firm wyspecjalizowanych w budownictwie infrastrukturalnym (drogi i mosty oraz rurociągi i sieci przesyłowe) – miejmy nadzieję, iż są to jednostkowe przypadki i ich liczba nie będzie rosła wraz nową falą inwestycji infrastrukturalnych.

Usługi – liczba upadłości wciąż rośnie, było ich dwukrotnie więcej niż przed rokiem

Wzrost liczby upadłości w usługach ma miejsce zarówno w odniesieniu do firm świadczących je na rynku konsumenckim, jak i biznesowym. O ile w przypadku rynku konsumenckiego da się to zrozumieć, gdyż konsumenci generalnie ograniczają wydatki, to w przypadku firm obsługujących biznes ma się to nijak do rosnących wydatków inwestycyjnych firm. Tymczasem upadają firmy obsługujące księgowość, informatyczne, doradztwa podatkowego i finansowego (czyżby w końcu przepisy zostały uproszczone?). W tej grupie znalazły się w lipcu także np. dwie firmy oferujące pracowników czasowych (chociaż to pokrywa się ze wzrostem – wraz ze wzrostem zarobków świadczy o tworzeniu stałych etatów). Jeszcze bardziej zróżnicowana jest grupa firm, które upadły a obsługiwały klientów indywidualnych: fryzjerskie, zakłady zdrowotne, działalność edukacyjna (szkoła podstawowa!), rozrywkowa, siłownie… oraz jak co miesiąc: firmy hotelarsko-gastronomiczne, co jest kolejnym paradoksem, biorąc pod uwagę informacje o 30% wzroście sprzedaży wczasów (r/r) a także o dużym obłożeniu krajowych ośrodków i świetnym sezonie tzw. małej gastronomii.

Lipiec – zmiana w stosunku do poprzednich miesięcy. Lepiej niż przed rokiem było w Polsce południowo-wschodniej i centralnej (duża poprawa zwłaszcza w Małopolsce i w Łódzkiem), kres tendencji spadku liczby upadłości na Mazowszu i Dolnym Śląsku, natomiast pogorszenie w woj. kujawsko-pomorskim

O ile w ubiegłych miesiącach wyższą niż przed rokiem upadłości publikowano w odniesieniu do firm z południowo-wschodniej Polski, to w lipcu gremialnie poza województwem podkarpacki w tej części kraju było ich tam mniej, niż przed rokiem. Większa liczba upadłości była zaś w odniesieniu do firm działających na północy, w pasie od woj. zachodniopomorskiego, przez kujawsko-pomorskie po warmińsko-mazurskie. Różne przyczyny upadłości firm z tych województw: w kujawsko-pomorskim problemy dotknęły firm produkujących dobra inwestycyjne oraz w jednym przypadku – handlu detalicznego żywnością. W województwie zachodniopomorskim były to również firmy produkcyjne, ale o bardziej zróżnicowanym profilu (m.in. owoce i warzywa), prac wykończeniowych w budownictwie oraz związane z gastronomią i usługami noclegowymi. W województwie warmińsko-mazurskim upadła firma.. meblarska (co nie jest zaskoczeniem akurat w tym województwie), a poza tym – budowlana, dystrybutor chemii oraz dwie firmy usługowe. Warto zauważyć, iż pośród najsilniejszych gospodarczo województw liczba upadłości w porównaniu do tej sprzed roku przestała już spadać w województwie dolnośląskim i mazowieckim, poprawa utrzymywała się natomiast w woj. śląskim – tam upadłości było o połowę mniej niż w lipcu ubiegłego roku.

Wartość rynku soczewek kontaktowych w Polsce w 2013 to ponad 282 mln zł

Wartość rynku soczewek kontaktowych w Polsce w 2013 wyceniana była na ponad 282 mln zł. Prognozy przewidują dalszy wzrost wartości rynku.

Wzrasta także liczba podmiotów oferujących sprzedaż soczewek przez internet, które mogą oferować większy wybór produktów przy korzystniejszych cenach. Na polskim rynku możemy rozróżnić wiele rodzajów soczewek, gdzie udział soczewek silikonowo-hydrożelowych wśród wszystkich produktów to nieco ponad 60% – pozostałe 40% stanowią starsze soczewki hydrożelowe. Można zatem uznać, że większość użytkowników soczewek stawia na nowoczesne rozwiązania. Ma to również związek z tym, że w gabinetach specjalistów aplikuje się już głównie soczewki silikonowo-hydrożelowe. Z drugiej strony soczewki hydrożelowe wciąż mają wielu użytkowników zwłaszcza wśród osób, które soczewki noszą od wielu lat. Te soczewki są tańsze i jeśli dobrze się sprawdzają, to klienci nie widzą powodu do ich zmiany.

Z danych sprzedażowych firmy Bezokularow.pl wynika, że Polacy zdecydowanie najbardziej cenią sobie soczewki wielokrotnego użytku.

Ponad 80% naszej sprzedaży to soczewki wielokrotnego użytku, z czego aż 62% stanowią soczewki miesięczne. Tylko 18% soczewek sprzedanych przez nas w 2014 roku stanowiły soczewki jednodniowe – mówi Wojciech Kyciak z firmy Bezokularow.pl – Na rynku europejskim soczewki jednodniowe stanowią prawie 44% wartości rynku, możemy zatem spodziewać się, że ten trend przyjmie się również u nas i segment jednodniowych soczewek w kolejnych latach będzie w Polsce rósł jeszcze dynamiczniej. Na korzyść soczewek jednodniowych przemawia głownie to, że są bardziej higieniczne w użyciu i wygodniejsze, nie musimy używać do nich płynów czy pojemników do przechowywania – dodaje Wojciech Kyciak.

Również najwięksi producenci soczewek dostrzegają ogromny potencjał w segmencie soczewek jednodniowych i starają się do nich przekonać konsumentów. Ponadto dla osób z wadą wzroku i uczulonych na różnego rodzaju pyłki wskazane jest stosowanie jednodniowych soczewek, aby minimalizować ryzyko podrażnień oczu noszeniem dzień w dzień tych samych soczewek, na których osadzają się alergeny. Zakładanie co dzień nowych soczewek ogranicza do minimum kontakt z uczulającymi pyłkami.

Na polskim rynku zauważalny jest znaczący wzrost sprzedaży soczewek specjalistycznych tj. torycznych i progresywnych. Szacuje się, że udział osób mających astygmatyzm (zatem potrzebujących soczewek torycznych) w łącznym udziale osób, które potrzebują korekcji wzroku wynosi nawet 30%. Z kolei rynek soczewek progresywnych będzie dynamicznie rósł wraz ze wzrostem wieku przeciętnego użytkownika soczewek. Soczewki progresywne są bowiem przeznaczone dla osób, które mają zazwyczaj 40 i więcej lat. – mówi Wojciech Kyciak.

Dużą popularnością w ostatnim czasie cieszą się soczewki zmieniające kolor oczu. Użytkownicy kolorowych soczewek kontaktowych w Polsce najchętniej zmieniają kolor oczu na niebieski, następnie brązowy, zielony i szary.

Według prognoz ekspertów rynkowych w kolejnych latach polski rynek soczewek kontaktowych będzie systematyczne wzrastał. Przewidywana wartość całego rynku w 2014 roku to 304 mln zł. W kolejnych latach przewiduje się kolejne wzrosty do poziomu 348 mln zł w 2016 roku. Zmiany nastąpią również w strukturze sprzedaży, będzie to związane z większą świadomością i preferencjami klientów, którzy będą częściej wybierali soczewki jednodniowe – dodaje Wojciech Kyciak.

Skonsolidowany zysk netto Banku Pekao w drugim kwartale wzrósł o 8,0% kw/kw i wyniósł 685 mln złotych

Osiągniecie tego wyniku pozwoliło na zwrot na kapitale ROE 11,1%, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego poziomu współczynnika wypłacalności Core Tier 1 18,1%. Bank kontynuował wysokie tempo wzrostu wolumenów, znacznie powyżej średniej w sektorze, zarówno kredytowych +9,8% r/r , jak i depozytowych +8,7% r/r. Zysk operacyjny wzrósł o o 6,1% kw/kw dzięki znacznemu wzrostowi wolumenów oraz ścisłej kontroli kosztów.

Skonsolidowany zysk netto wzrósł o 8,0% kw/kw do poziomu 685 mln złotych. Wzrost zysku został osiągnięty dzięki znaczącej poprawie wyniku operacyjnego o 6,1% kw/kw do poziomu 990 mln złotych oraz zmniejszeniu kosztów ryzyka do poziomu 58 punktów bazowych.

Wzrost zysku operacyjnego był możliwy dzięki kontynuacji dynamicznego wzrostu wolumenów, co umożliwiło zwiększenie dochodów o 3,7% kw/kw oraz dyscyplinie kosztowej.

Dochody Banku wzrosły o 3,7% kw/kw do poziomu 1 855 mln złotych, odnotowując poprawę we wszystkich kategoriach. Wynik odsetkowy zwiększył się o 1,2% kw/kw do poziomu 1 164 mln złotych, dzięki zwiększeniu wolumenów oraz stabilizacji marży odsetkowej na poziomie 3,3%. Bank zanotował wzrost przychodów prowizyjnych, o 2,6% kw/kw do poziomu 526 mln złotych dzięki zwiększonej sprzedaży kredytów. Koszty operacyjne wyniosły 865 mln złotych, w porównaniu z 857 mln złotych w poprzednim kwartale.

Koszty ryzyka uległy dalszej poprawie osiągając poziom 58 punktów bazowych, a wskaźnik kredytów nieregularnych obniżył się do poziomu 7,0%.

Bank Pekao odnotował znaczący wzrost wolumenów kredytowych o 9,8% r/r do poziomu 115,4 miliarda złotych. Portfel złotowych kredytów hipotecznych i pożyczek gotówkowych wzrósł o 16,5% r/r osiągając poziom 39,4 miliarda złotych, co pozwoliło osiągnąć dwucyfrowy wzrost wartości całego portfela kredytów detalicznych (+10,9%) do poziomu 46,6 miliarda złotych. Portfel kredytów korporacyjnych wzrósł o 9,1% r/r do 68,8 miliarda złotych.

Baza depozytowa, wyłączając OFE, wzrosła o 8,7% r/r, depozyty detaliczne wzrosły o 8,0% r/r do 54,2 miliarda złotych, natomiast depozyty korporacyjne wzrosły o 9,3% r/r do poziomu 61,2 miliarda złotych.

Bank Pekao umocnił swoją pozycję na rynku zwiększając udziały rynkowe w ujęciu rocznym i kwartalnym zarówno w produktach kredytowych jak i depozytowych.

Bank kontynuował intensywne działania mające na celu pozyskiwanie nowych klientów – umożliwiło to pozyskanie 194 tysięcy nowych klientów w pierwszym półroczu 2014, wzrost o 18% r/r.

Bank Pekao wzmocnił swoją dotychczasową współpracę z siecią sklepów Biedronka, instalując 13 tysięcy terminali obsługujących płatności kartowe w 2,4 tysiąca sklepach tej sieci, na terenie całego kraju.

“To kolejny dobry kwartał, w którym zanotowaliśmy szybszy niż rynek wzrost wolumenów w tempie 1 miliarda złotych miesięcznie.” – powiedział Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao. „Ponadto umowa na wprowadzenie płatności kartowych w sieci sklepów Biedronka jest prawdziwym przełomem w rozwoju systemu płatniczego w Polsce, możliwym dzięki naszym dotychczasowym inwestycjom, zapewniającym trwałość rozwoju naszego biznesu.”

#TBT, czyli wspomnienia zamknięte w hashtagu

#TBT, czyli „throwback thursday” to obecnie jeden z najpopularniejszych hashtagów w mediach społecznościowych prowadzonych zwłaszcza za zachodnią granicą. Jego fenomen polega na wykorzystaniu sentymentu w relacjach z internautami. W jaki sposób? W każdy czwartek, użytkownicy portali takich jak Instagram czy Twitter publikują nostalgiczne, poruszające zdjęcia.

Moda na hashtag #TBT to doskonała okazja dla marek do pokazania prywatnej strony, do otwarcia się na publiczność i nawiązania z nią trwałej relacji bazującej na emocjach. Okazuje się, że stare fotografie z wakacji, odkurzone fotografie założycieli lub inne migawki z przeszłości są doskonałym sposobem do wzbudzenie pozytywnych skojarzeń związanych z marką i produktem. Ponad to, znak drogowy Internetu, popularnie nazwany hashtagiem, sprawia, iż opublikowana przez nas informacja nie ginie bez pamięci w gąszczu sieci, a jest możliwa do odszukania, przez każdego, kto jest potencjalnie zainteresowany tematem. Moda na poszczególne hashtagi sprzyja zatem szeroko zakrojonej promocji w Internecie.

Nie należy jednak zapominać, iż pomimo wzrostu popularności poszczególnych kanałów social media, w dalszym ciągu najwyższą aktywność wśród takowych portali przejawiają młodsi użytkownicy – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET – W przypadku profesjonalnych komunikatów, skierowanych zwłaszcza dla dojrzałej publiczności, warto zastanowić się nad roztropnym opisywaniem poszczególnych fotografii. Świadome i twórcze wykorzystanie pojedynczego hashtagu to jedyna droga do pozyskania szczerej sympatii, bazującej nie na chwilowej modzie panującej w Internecie, a zaufaniu do promowanej marki – dodaje.

Marketingowcy w dalszym ciągu próbują ustalić zatem najlepszy sposób do wdrożenia hashtagów do ich ogólnej strategii promocyjnej. Najważniejszym z nich jest spójność pomiędzy wszystkimi kanałami, ponieważ pojedynczy hashtag może połączyć wszystkie wiadomości marki. Ponadto, konsekwencja w przekazie pomoże maksymalizować zaangażowanie fanów oraz zasięg pojedynczych postów. Warto również pomyśleć nad wprowadzeniem unikalnego znaku, który będzie stanowić odzwierciedlenie marki. Nazwa takiego hashtagu powinna być krótka, prosta i chwytliwa. Ostatecznie, to użytkownicy mają z niego korzystać, a więc musi on łatwo zapadać w pamięć.

Osobną, aczkolwiek ważną kwestią jest promowanie własnych inicjatyw. Markowe hashtagi można śmiało łączyć z innymi cyfrowymi działaniami marketingowymi – komentuje Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET. Nie należy zapominać również o monitorowaniu rozmów prowadzonych wokół danych hashtagów. Pomoże to w ocenie skuteczności kampanii. Na koniec pozostaje kwestia umiaru. Ta pozostaje bez zmian. Pamiętajmy – co za dużo, to nie zdrowo.

PZU wzmacnia zarządzanie zespołem Biura Rynku Akcji TFI PZU

Piotr Bień, zarządzający portfelem akcyjnym największego otwartego funduszu emerytalnego w Polsce, pokieruje (od 1 X br.) zespołem Biura Rynku Akcji TFI PZU, największego pod względem aktywów towarzystwa funduszy inwestycyjnych w Polsce*.

– Wzmacniamy zespół zarządzający portfelami akcji. Dążenie do poprawy wyników inwestycyjnych portfeli akcyjnych przy rosnących mocno aktywach wymaga dużego doświadczenia w koordynacji pracy zespołowej. Przyjście Piotra będzie mocnym impulsem dla zespołu akcyjnego – komentuje Tomasz Stadnik, CIO i Wiceprezes Zarządu TFI PZU.

Piotr Bień, od maja 2010 r. kieruje zespołem zarządzającym portfelem akcji INF OFE. W funduszu tym, jako zarządzający i analityk, pracował od 2005 r. Wcześniej – w PKN Orlen. Absolwent Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, posiadacz dyplomu CFA.

TFI PZU SA jest głównym ośrodkiem PZU INWESTYCJE inwestycyjnego ramienia Grupy PZU. Zarządzając funduszami o aktywach blisko 24 mld PLN, TFI PZU jest największym pod względem aktywów TFI w Polsce*.

*wedle danych IZFiA na koniec czerwca 2014

Jest zgoda Komisji Europejskiej na uwolnienie internetu w 76 polskich gminach. Inwestycje mogą przyspieszyć

Komisja Europejska zaakceptowała projekt decyzji Urzędu Komunikacji Elektronicznej w sprawie deregulacji na rynku telekomunikacyjnym. Powinna ona zachęcić prywatne firmy do inwestowania w rozwój internetu szerokopasmowego na terenie 76 gmin objętych deregulacją. Do 2020 roku na rozbudowę infrastruktury dostępowej potrzebne będzie ok. 20 mld zł. To konieczne inwestycje, bo pod względem dostępu do sieci szerokopasmowej Polska jest na szarym końcu Europy.

Zatwierdzenie przez Komisję Europejską wniosku Urzędu Komunikacji Elektronicznej to długo wyczekiwana i bardzo dobra wiadomość dla rynku usług dostępowych i jego graczy – konsumentów i inwestorów. Decyzja potwierdza proaktywną rolę regulatora, czyli UKE, a także konsekwentną politykę Komisji Europejskiej, która zawsze dbała o to, by zapewnić równe warunki konkurencji poprzez działania regulacyjne, by stworzyć równe warunki dla wszystkich inwestorów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Blusz, wiceprezes demosEUROPA – Centrum Strategii Europejskiej.

Dotychczas obowiązująca regulacja miała zapobiegać dominującej pozycję TP SA (dziś Orange Polska), która miała 80 proc. udziału w rynku usług internetowych. Obecnie na terenie 76 gmin, których dotyczy deregulacja, nie przekracza on 30 proc., a w wielu miastach jest jeszcze niższy (np. w Warszawie niewiele ponad 23, a w Gdyni zaledwie 10 procent). Regulator doszedł więc do wniosku, że przepisy ingerujące w rynek przestały być potrzebne.

W komentarzu do opinii Komisja Europejska wskazała potrzebę doprecyzowania w finalnej decyzji kwestii związanych z różnicami w cenach detalicznych na poszczególnych obszarach Polski. Nawiązała też do konkurencji rynku hurtowego (fizycznego) dostępu do infrastruktury sieciowej na poziomie pętli abonenckiej LLU i zwróciła się o jak najszybsze dokonanie przeglądu w tym zakresie.

Wejście w życie decyzji deregulacyjnej powinno znacząco przyspieszyć nie tylko modernizację, lecz także rozbudowę sieci. Jak podkreśla ekspert demosEUROPA, przed Polską duże wyzwanie inwestycyjne, ponieważ obecnie tylko 70 proc. kraju ma dostęp do szybkiego internetu.

Zostatniego raportu KE wynika, że w Polsce usługi o najniższej przepływności, czyli 144 kb/s, wyglądają co prawda nie najgorzej. Większe jednak prędkości, np. na poziomie 30 Mb/s, pokrywają mniej niż połowę kraju, w Unii Europejskiej jest to blisko 70 proc. Najszybsze usługi, czyli 100 Mb/s, to zaledwie 1,3 proc. w całym kraju. Europejska Agenda Cyfrowa zakłada natomiast, że do 2020 roku ponad połowa Polaków będzie w zasięgu tych usług – mówi Blusz.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji ocenia, że do 2020 roku w Polsce będzie potrzebnych blisko 9 mln nowych łączy, a to oznacza wydatek rzędu 25 mld zł. Środki unijne i fundusze przewidziane w programie Polska Cyfrowa pozwolą na pokrycie około 20 proc. kosztów, pozostałą część, czyli ok. 20 mld zł będą musieli wyłożyć prywatni inwestorzy. Do tej pory ze względu na istniejące regulacje realizacja niektórych inwestycji nie była dla nich opłacalna.

Krzysztof Blusz ocenia, że zmobilizowanie inwestorów to trudne zadanie, ale możliwe do wykonania, a przyjęta deregulacja na pewno w tym pomoże. Jego zdaniem potrzebne są jednak kolejne zachęty, przede wszystkim dotyczące inwestowania w obszarach, gdzie ze względu np. na niewielkie transfery danych rentowność inwestycji nie jest wysoka.

– Jeżeli zostaną spełnione warunki ekonomiczne, także dzięki przyjaznym regulacjom, na pewno pojawią się inwestorzy. Istotna jest też kwestia możliwość operacyjnej realizacji takiej inwestycji – tu wielkie zadanie po stronie administracji państwowej, w związku z odbiurokratyzowaniem i  umożliwieniem lepszej koordynacji prowadzenia tych inwestycji – podkreśla Blusz.

Zdaniem ekspertów przyspieszenie cyfryzacji i ułatwienie dostępu do szybkiego internetu korzystnie wpłynie na gospodarkę: pojawią się nowe miejsca pracy, zwiększy się popyt i podaż na usługi oraz towary, zwiększy się też mobilność społeczeństwa. Według zapowiedzi władz nowej Komisji Europejskiej rozwój gospodarki cyfrowej będzie jednym z priorytetów Brukseli.

– Nowa KE będzie bardzo zachęcała do poszukiwania nowych źródeł wzrostu gospodarczego. Cyfryzacja gospodarki, dostęp do internetu, rozwój wspólnego rynku cyfrowego, to jeden z owoców, po który najłatwiej sięgnąć. Wiemy, co można i należy zrobić, ale nie wiemy jeszcze jak – podsumowuje ekspert demosEUROPA.

Są pierwsze próbki koncentratu z kopalni KGHM w Chile. Drugi etap budowy najwcześniej w 2019 r.

CEO Magazyn Polska

KGHM produkuje już pierwsze próbki koncentratu w Chile, choć oficjalne otwarcie kopalni Sierra Gorda nastąpi pod koniec września. Drugi etap projektu rozpocznie się zaraz po tym, jak obecnie przygotowana infrastruktura osiągnie maksimum swoich mocy produkcyjnych. Konieczne będzie też odpowiednie przygotowanie technologii. Finansowanie projektu ma pochodzić z zysków z pierwszego jego etapu. Prezes miedziowego giganta zapowiada, że według wstępnych założeń uda się to osiągnąć w 2019 r.

Od paru dni produkujemy pierwsze próbki koncentratu o jakości powyżej 25 proc. miedzi, a molibdenu jest ok. 1 proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Herbert Wirth, prezes KGHM Polska Miedź.

Uruchomiona w tym tygodniu kopalnia w Sierra Gorda będzie w 2015 roku produkować ok. 120 tys. ton miedzi, 50 mln funtów molibdenu i 60 tys. uncji złota rocznie. Stopniowo – po uruchomieniu pierwszej fazy projektu – będzie realizowany kolejny etap, który ma doprowadzić do średniorocznego wydobycia w ciągu planowanego ponad 20-letniego okresu eksploatacji kopalnie na poziomie 220 tys. ton miedzi, 25 mln funtów molibdenu i 64 tys. uncji złota.

– Druga faza projektu to przede wszystkim zwiększenie zdolności produkcyjnej samej kopalni, a co za tym idzie zwiększona ilość koparek i dobudowanie nowych modułów ZWR (Zakładu Wzbogacania Rudy) – wyjaśnia Herbert Wirth.

Nie oznacza to jednak natychmiastowego rozpoczęcia rozbudowy kopalni. Teraz przyszedł czas zwiększania mocy produkcyjnych zakładu przy już istniejącej infrastrukturze. Prezes Wirth podkreśla, że potrzebne jest zaprojektowanie bardzo szczegółowych rozwiązań.

– W pierwszej fazie uruchomiliśmy projekt pod studium wykonalności, ale z małym zaawansowaniem projektów technicznych. Chciałbym, żeby w drugiej fazie było inaczej. Więc jak będziemy przynajmniej mieli 50 proc. zaawansowania projektów technicznych, wtedy pokusimy się o decyzje ws. dalszej części – zapewnia Wirth.

Poza rozwinięciem technologii przed rozpoczęciem rozbudowy kopalni konieczne jest zapewnienie finansowania na drugi etap.

Założyliśmy, że projekt drugiej fazy będzie finansowany z dodatnich przypływów w pierwszej. To jest bardzo zależne z jednej strony od kosztów, a z drugiej strony od tego, jaka będzie cena miedzi i molibdenu – wyjaśnia Herbert Wirth.

Wstępnie założono, że kopalnia w Sierra Gorda osiągnie pełnię swoich mocy produkcyjnych w 2019 roku, ale prezes zastrzega, że to zależy od spełnienia wszystkich koniecznych do tego wymagań – maksymalizacji wydobycia przy obecnej infrastrukturze, rozwoju technologii i zapewnieniu finansowania, czyli dostępu do rynków zbytu i cen.

Na projekt Sierra Gorda składają się trzy jednostki – sama kopalnia, zakład wzbogacania rudy i ok. 140 km rurociąg, którym doprowadzana jest woda z oceanu. Pierwszy transport ma wyjechać z kopalni we wrześniu tego roku.

– Dzisiaj za wcześnie, by mówić o tym, z którego portu – mówi Wirth. – Obecnie mamy problemy w porcie Antofagasta [potrzebne są tam odpowiednie pozwolenia środowiskowe – red.], ale rozwiązujemy to doskonale poprzez inne porty, które dają możliwość przekazania czy wytransportowania tego koncentratu w świat. Połowa koncentratu trafi do hut japońskich.

Sierra Gorda jest spółką typu joint venture, należy w 55 proc. do Grupy KGHM, pozostałą cześć podzielono między spółki japońskiego właściciela – Sumitomo Metal Mining (31,5 proc.) oraz Sumitomo Corporation (13,5 proc.).

PZU przejmuje klientów dzięki bezpośredniej likwidacji szkód. Od kwietnia skorzystało z niej 10 tys. osób

CEO Magazyn Polska

Według prezesa PZU rynek dobrze przyjął bezpośrednią likwidację szkód i jest szansa, że przyciągnie ona klientów konkurencji. Od początku kwietnia skorzystało z niej 10 tys. klientów. Największy polski ubezpieczyciel nie planuje już przejęć na polskim rynku ubezpieczeniowym. Czeka obecnie na finalizację kupna Link4 oraz bałtyckich firm z branży.

Widzimy coraz większą liczbę klientów, którzy korzystają z opcji bezpośredniej likwidacji szkody. Już prawie 10 tys. szkód zostało w ten sposób zlikwidowanych. Klienci są bardzo zadowoleni i zobaczymy, czy zwiększy się liczba klientów, którzy zdecydują się do nas przejść ze względu na tę usługę – ocenia w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Andrzej Klesyk, prezes PZU.

Usługa powszechnej i bezpłatnej bezpośredniej likwidacji szkód jest dostępna w ofercie PZU od 4 kwietnia br. Dzięki niej poszkodowani w wypadkach klienci PZU nie muszą dochodzić swoich roszczeń u ubezpieczyciela sprawcy. Wszystkimi formalnościami oraz wypłatą pieniędzy lub pokryciem kosztów naprawy zajmuje się firma, u której klient wykupił polisę OC.

Liczba wypłaconych odszkodowań zwiększyła się, ponieważ z definicji likwidujemy więcej szkód. Coraz więcej naszych klientów, którzy mieli wypadek spowodowany przez kogoś innego, przychodzi do nas z prośbą o to, byśmy zlikwidowali szkodę – mówi Klesyk.

Od maja br. bezpośrednia likwidacja szkody znalazła się również w ofercie UNIQA TU. Zgodnie z porozumieniem zawartym w maju br. w ramach Polskiej Izby Ubezpieczeń model ten będzie wdrażany na całym rynku. Zanim to jednak nastąpi, PZU liczy, że usługa ta wzmocni przewagę spółki na polskim rynku.

PZU koncentruje się obecnie na dokończeniu transakcji, dzięki którym chce budować pozycję lidera w krajach bałtyckich. 21 lipca br. spółka uzyskała zgodę Banku Litwy na nabycie ubezpieczyciela Lietuvos Draudimas AB, z kolei kilka tygodni wcześniej udało się uzyskać wszystkie wymagane zgody do nabycia łotewskiej AAS Balta. Transakcje opiewają na kwotę ok. 180 mln euro za Lietuvos Draudimas AB, ok. 48 mln euro za AAS Balta i blisko 30 mln euro za estoński oddział Codan Forsikring A/S, gdzie proces przejęcia zakończy się najpóźniej.

Już jesteśmy numerem jeden na Litwie. Po zakończeniu transakcji będziemy mieli udział rynkowy w okolicach 40 proc. Na Łotwie będziemy mieli ponad 20-proc. i będziemy numerem jeden. A w Estonii po połączeniu będziemy w pierwszej dziesiątce, w okolicach miejsca piątego plus. Naszą ambicją jest to, żebyśmy byli numerem trzy w przeciągu kilku lat, a potem numerem jeden – mówi Andrzej Klesyk.

Według prezesa PZU dłuższy czas potrzebny na finalizację kupna Codan Forsikring A/S jest efektem komplikacji prawnych. Nie są one jednak zagrożeniem dla samej transakcji, gdyż są to jedynie kwestie proceduralne.

To jest oddział założony przez spółkę duńską w Estonii i tenże oddział jest nabywany z kolei przez nasz oddział, czyli przez naszą spółkę z Litwy. To jest bardzo skomplikowane z punktu widzenia proceduralnego, natomiast z punktu widzenia regulacyjnego jest to w miarę proste. Więc nie ma problemu, jeśli chodzi o zgody zarówno urzędu antymonopolowego łotewskiego, jak i estońskiego – twierdzi prezes PZU.

PZU nie planuje obecnie przejęć na rynku polskim, ale przygląda się rynkom w krajach na południe od Polski. Jedną z możliwości jest przejęcie słoweńskiego Triglava, który ma być prywatyzowany – mówił agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Dąbrowski, członek zarządu PZU. W przypadku Polski ubezpieczyciel nie wyklucza dalszej ekspansji na rynku ochrony zdrowia, po tym jak zakupił Orlen Medica.

W Polsce będzie bardzo trudno znaleźć akwizycję, na którą mógłby pozwolić UOKiK z prostego powodu – my już jesteśmy bardzo dużym podmiotem. Na zakup Link4 mamy nadzieję uzyskać w miarę szybko zgodę urzędu antymonopolowego z tego powodu, że PZU nie jest obecne w kanale bezpośrednim, więc nie zagraża w żaden sposób pozycji konkurencyjnej innych firm działających na rynku w Polsce – uważa Klesyk.

Pod koniec lipca PZU otrzymał zgodę KNF na spłatę pożyczki zawartej przez Link4, co jest jednym z warunków zawieszających w umowie sprzedaży akcji w spółce Link4 na rzecz polskiego ubezpieczyciela. Nabycie akcji Link4 będzie możliwe po spełnieniu pozostałych warunków zawieszających, czyli uzyskaniu zgody KNF na transakcję oraz zgody urzędu monopolowego Komisji Europejskiej lub UOKiK.

PZU nie planuje obecnie emisji obligacji w celu finansowania dalszego rozwoju, choć w przyszłości możliwa jest emisja długiem podporządkowanego.

Nie potrzebujemy kapitału, nie potrzebujemy płynności. Ostatnio wyemitowaliśmy 2 mld zł w euro długu senioralnego, a więc obligacji. Jeśli chodzi o dług podporządkowany, o którym kiedyś rozmawialiśmy, będzie to zależało od zgody regulatora. Gdybyśmy taką emisję zrobili, to być może wypłacimy część kapitału nadwyżkowego akcjonariuszom – mówi Andrzej Klesyk.

Rosną wydatki banków na reklamę. Ponad 440 mln zł w II kwartale

CEO Magazyn Polska

Blisko 440 mln zł wydały na reklamę w II kwartale instytucje finansowe w Polsce. To wprawdzie o 5 proc. mniej niż rok wcześniej, ale dwa razy więcej niż w trzech pierwszych miesiącach 2014 roku. Połowę tej kwoty na kampanie marketingowe przeznaczyło 10 banków, które są największymi reklamodawcami.

– Niezmiennie od początku roku liderem zestawienia przygotowywanego przez Instytut Monitorowania Mediów jest ING Bank Śląski, który na promocję w prasie, radiu i telewizji przeznacza najwięcej środków – podkreśla Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów. – W II kwartale było to 29 mln zł. Zaraz za nim znalazł się Bank Millennium z kwotą 25 mln zł, a na miejscu trzecim był Getin Holding z kwotą 24 mln zł. W pierwszej piątce znalazły się jeszcze PKO Bank Polski oraz Bank Zachodni WBK.

Przygotowując kampanie, część banków postawiła na znane twarze. Marek Kondrat namawiał do realizacji marzeń z ING BŚ, a Juliette Binoche kusi łatwym do uzyskania kredytem w Credit Agricole.

– W II kwartale dało się już zauważyć w reklamach trend wakacyjny  podkreśla Łukasz Jadaś w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – Banki zachęcały do spełniania marzeń, zaspokajania swoich konsumpcyjnych potrzeb, które w tym okresie były związane głównie z wakacjami i urlopami. Tutaj można by wymienić chociażby spoty telewizyjne, w których Kevin Spacey reklamuje Bank Zachodni WBK. Spot utrzymany w klimacie wakacyjnym, egzotyczne kraje, wysoka temperatura, rejs statkiem po morzu.

Kampanie promocyjne banki najchętniej prowadzą w telewizji. Jak wynika z danych admonit, aplikacji służącej do badania emisji i wydatków reklamowych w mediach, w II kwartale do nadawców trafiło w ten sposób prawie 200 mln zł. 11,5 mln zł zainkasowało radio. Podobna kwota trafiła też do gazet.

– Reklamodawcy najczęściej wybierali telewizję Polsat  podkreśla ekspert IMM. – To tam trafiało najwięcej środków od instytucji finansowych. Spośród stacji radiowych było to RMF FM. Interesująca sytuacja wystąpiła w czasopismach. Jak wynika z raportu Najbardziej opiniotwórcze media przygotowanego przez IMM, Wprost” był w czerwcu najczęściej cytowanym medium w Polsce. Przełożyło się to także na wyniki reklamowe i zainteresowanie reklamodawców.

W czerwcu wartość reklam z badanej branży finansowej na łamach tygodnika sięgnęła 2,3 mln zł, czyli była pięć razy większa niż w maju.

W kampaniach reklamowych bankowcy starają się namówić klientów do korzystania z konkretnych produktów finansowych. Oferują kredyty i pożyczki, ale przede wszystkim zabiegają o nowych klientów.

Najczęściej promowanym produktem były konta bankowe, konta osobiste. Przeznaczono na ten cel 90 mln zł. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się kredyty gotówkowe i pożyczki gotówkowe  mówi Łukasz Jadaś. – Na promocję tych dwóch produktów przeznaczono odpowiednio 78 mln i 74 mln zł. Ich pozycja na rynku reklamowym jest bardzo mocna.

Następną pozycję na liście największych reklamodawców branży finansowej zajęły firmy oferujące ubezpieczenia motoryzacyjne, m.in. PZU, Proama, Liberty Direct oraz Link4 i AXA. Kolejne były ubezpieczenia na życie.

Gospodarstwa rolne mają do dyspozycji najwyższe dochody, ale banki nie mają dla nich oferty

CEO Magazyn Polska

Gdy Polska wchodziła do UE, przeciętne gospodarstwo rolne miało po opłaceniu wszystkich kosztów życia jedynie 100 zł. Obecnie jest to 1,6 tys. zł – więcej niż ma do dyspozycji przeciętne gospodarstwo składające się z emerytów czy pracowników. Banki jednak – poza nielicznymi wyjątkami – wciąż nie wykorzystują tego potencjału, bo nie uwzględniają w swojej ofercie specyfiki rolnictwa. Tymczasem pracujący na roli chcą mieć dostęp nie tylko do kredytów, lecz także do specjalistycznych usług.

– Przeciętny dochód w gospodarce w 2013 roku wyniósł 3,6 tys. i po odjęciu kosztów było to ok. 1 tys. zł. W przypadku rolników indywidualnych dochód do dyspozycji po potrąceniu wydatków w gospodarstwie domowym plasuje się na poziomie 1,6 tys. zł i jest to najwyższy dochód wśród wszystkich grup: rolnicy, emeryci, renciści, osoby pracujące na własny rachunek, pracownicy w pracy najemnej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Matuszewski, prezes zarządu Professional Benchmark Consulting.

W Polsce jest blisko 4,5 mln osób prowadzących działalność rolniczą, z których 90-95 proc. to rolnicy indywidualni. Biorąc pod uwagę średni dochód do dyspozycji (1,6 tys. zł), jest to grupa społeczno-zawodowa, która dysponuje kwotą 7,2 mld zł miesięcznie. Mimo to banki komercyjne w niewielkim stopniu wykorzystują ten potencjał, zwłaszcza na rynku kredytów.

Wysokie dochody do dyspozycji u rolników to efekt relatywnie niskich wydatków na bieżące potrzeby gospodarstwa domowego. Przeciętny dochód rozporządzalny (czyli po potrąceniu podatków i składek na ubezpieczenia społeczne) wynosi 5 tys. zł, natomiast przeciętne wydatki to ok. 65 proc. tej kwoty. W przypadku pozostałych grup, takich jak emeryci, samozatrudnieni czy pracownicy, przeciętne koszty życia wynoszą od 85-90 proc. dochodu rozporządzalnego. To sprawia, że pozostająca różnica, czyli dochód do dyspozycji, jest największy wśród pracujących na roli.

Jeszcze w 2004 r. przeciętne gospodarstwo rolne nie miało szans na zaciągnięcie kredytu w banku komercyjnym, bo po odliczeniu wydatków zostawało mu zaledwie 100 zł. Po wejściu do UE rolnicy szybko się bogacili: przeciętny dochód rozporządzalny rósł w średnim tempie 9,6 proc. rocznie, z kolei dochód do dyspozycji zwiększał się corocznie o 35,8 proc.

– Dochody rolnika indywidualnego w ciągu 10 lat urosły ponad dwukrotnie, rosły blisko 10 proc. rocznie. W 2004 roku gospodarstwo rolne miało około 2,2 tys., teraz mamy 5 tys. zł. Jest to również grupa, w której najmocniej wzrosły dochody na gospodarstwo i dochody do dyspozycji – wskazuje Matuszewski.

Obecnie rolnicy indywidualni są obsługiwani przede wszystkim przez banki spółdzielcze, ale nadal jest to grupa zawodowa o niskim stopniu ubankowienia. Ten niewykorzystany potencjał coraz częściej przykuwa uwagę banków komercyjnych, działających na skalę ogólnopolską. Rolnicy są postrzegani jako perspektywiczni klienci zwłaszcza przez banki, które dysponują dużą siecią placówek poza dużymi miastami. Według Matuszewskiego zaledwie 3 lub 4 banki komercyjne mają ofertę dla rolników-przedsiębiorców, nie jest ona jednak kompletna.

Są to np. kredyty ze wsparciem ARMiR czy też innych instytucji, a jeśli chodzi przygotowane specjalnie dla rolników kredyty udzielane pod gospodarstwo domowe, czyli dostosowane do jego upraw, do tego, jak zbiera plony i jak wygląda spłata tego kredytu  tak naprawdę tylko jeden bank o zasięgu ogólnopolskim ma kompetencje, które pozwalają mu w miarę sprawnie obsługiwać tę grupę. Nie dysponuje jednak tak szeroką siecią placówek, żeby mógł to robić w sposób bardzo efektywny – uważa prezes Professional Benchmark Consulting.

Banki spółdzielcze, które zajmują silną pozycję w tym segmencie, rzadko korzystają ze sformalizowanych, opartych o modele matematyczne metod oceny zdolności kredytowej oraz oceny ryzyka kredytowego. Trudność w stworzeniu sformalizowanych metod oceny wynika też z cech rynków rolnych. Produkcja rolnicza cechuje się sezonowością, ponadto jest bardzo wrażliwa na zdarzenia losowe, jak np. ekstrema pogodowe czy epidemie. Innym źródłem ryzyka są wahania produkcji w sąsiednich krajach eksporterach oraz względnie łatwa możliwość stosowania barier handlowych, embarga (np. ze względu na zbyt niską jakość lub niespełnienie wymogów sanitarnych). To wszystko sprawia, że koniunktura lub dekoniunktura często dotyczy jedynie wybranych rynków, np. jabłek lub wołowiny. Z tego względu efektywna ocena zdolności kredytowej rolnika wymaga szczegółowej analizy np. jego profilu produkcji.

Oczywiście mamy miesiące, kiedy rolnik nic nie sprzeda, i mamy miesiące bardzo urodzajne, kiedy wszystkie plony są zbierane, rolnik zatrudnia dodatkowe osoby do pomocy i sprzedaje swoje plony. Tylko jeden bank wypracował sobie w ciągu ostatnich lat takie kompetencje, żeby to oceniać względnie sprawnie. Robi to w podziale na poszczególne rodzaje działalności rolnych, czyli sadownictwo, produkcja mięsa, ubój czy  produkcja jaj albo drobiu – uważa Piotr Matuszewski.

Dzięki rosnącym dochodom rolnicy zgłaszają coraz większy popyt na specjalistyczne usługi bankowe i finansowe związane np. z doradztwem inwestycyjnym czy  funduszami europejskimi. Według Matuszewskiego dla rolników szczególnie duże znaczenie ma także bliskość placówki danego banku, atrakcyjność produktów oraz fachowa obsługa, która rozumie specyfikę branży rolniczej.

Poza posiadaniem zwykłego konta osobistego czy karty debetowej rolnicy poszukują też kart kredytowych, limitów na rachunku, finansowania swoich nieruchomości, poszukują także kredytów na działalność rolną i zakup nowych maszyn. Tacy rolnicy oczekują od banku również doradztwa, czyli tego, że bank będzie mógł zaspokoić ich potrzeby, dodatkowo dostarczając informacji na temat aktualnych cen na giełdach rolnych – przekonuje prezes Professional Benchmark Consulting.

Związek Polskiego Leasingu: rosną inwestycje polskich firm w maszyny i urządzenia

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy wyleasingowały w I półroczu 2014 roku maszyny i urządzenia warte niemal 6,5 mld zł. To prawie o jedną czwartą więcej niż w tym samym okresie zeszłego roku. Na tak poważny wzrost inwestycji istotny wpływ ma wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych w firmach, odbicie w budownictwie i pozyskiwane środki unijne dla sektora rolniczego  ocenia Związek Polskiego Leasingu.

Wartość wszystkich zawartych w I połowie 2014 roku transakcji leasingowych przekroczyła 21 mld zł, co oznacza 30-proc. wzrost w porównaniu z tym samym okresem zeszłego roku. Tak dobrych wyników branża w Polsce nie miała nigdy w historii.

– Na bardzo dobrym poziomie był rynek maszyn i urządzeń przemysłowych, którego rozwój zawdzięczamy cały czas poprawiającej się koniunkturze w gospodarce, poprawiającemu się eksportowi i kontynuowanym inwestycjom. Mówimy tu o wzroście na poziomie 22-23 proc. rok do roku – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

Najlepsze wyniki w pierwszych miesiącach 2014 roku branża osiągnęła na rynku motoryzacyjnym. Ich powtórzenie nie jest jednak gwarantowane, bo na wzrost sprzedaży samochodów wpłynęło zmieniające się prawo, m.in. opóźnienie wprowadzenia nowych przepisów dotyczących tzw. aut z kratką. W rezultacie przez trzy miesiące samochody z homologacją ciężarową o masie poniżej 3,5 tony były objęte pełnym odliczeniem podatku VAT. Polscy przedsiębiorcy wyleasingowali 22 tys. takich aut.

Rósł również leasing samochodów ciężarowych. W I kwartale zwiększony popyt na transport towarów (dzięki odbiciu w gospodarce strefy euro) skłaniał przedsiębiorstwa transportowe do inwestycji. Firmy leasingowe w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku sfinansowały zakup pojazdów wart blisko 4,5 mld zł, co oznacza wzrost o jedna trzecią w porównaniu z pierwszym półroczem 2013 r.

– Nadal dobrą dynamikę zachowały pojazdy z segmentu premium – zaznacza Andrzej Sugajski. – Również dzięki zmianie przepisów podatkowych, które zniosły kwotowy limit odliczenia podatku VAT i tym samym samochody o wyższych nominałach zaczęły się ponownie cieszyć popularnością z uwagi na możliwość odliczenia VAT-u nielimitowanego kwotowo.

O ile samochody premium nadal sprzedają się w Polsce dobrze, to w przypadku wozów ciężarowych i aut z kratką sprzedaż jest teraz znacznie słabsza niż na początku roku. W rezultacie, jak ocenia Związek Polskiego Leasingu, cały 2014 rok nie będzie aż tak dobry, jak pokazuje pierwsze półrocze, a roczny wzrost nie przekroczy raczej 16 proc.

– Zakładamy, że mimo to cały rok zakończy się bardzo dobrym wynikiem ponad 40 mld zł. Dla przypomnienia w zeszłym roku wzrost wyniósł 13 proc., czyli był niższy niż w tym roku. 35 mld zł to wartość zawartych transakcji, a zatem cały czas można powiedzieć, że idziemy w dobrym kierunku i zakładamy, że w kolejnych latach będziemy się rozwijać na podobnym poziomie – podsumowuje Andrzej Sugajski.

Polskie budowy coraz bezpieczniejsze

CEO Magazyn Polska

Spada liczba wypadków śmiertelnych na budowach. Z jednej strony rośnie świadomość pracodawców, z drugiej z nieprawidłowościami walczy Państwowa Inspekcja Pracy. Przedstawiciele branży podkreślają, że zmniejszyć liczbę wypadków może jeszcze współpraca i wymiana doświadczeń między firmami. Ważna jest także zmiana mentalności zarówno pracodawców, jak i pracowników oraz wypracowanie odpowiednich standardów.

Branża budowlana jest najbardziej ryzykowną branżą w przemyśle, nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Wypadków śmiertelnych jest dużo więcej niż na przykład w górnictwie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Andrulewicz, prezes Skanska.

Choć w wypadkach na budowie wciąż ginie najwięcej osób, to liczba śmiertelnych wypadków z roku na rok jest coraz mniejsza. Jak wynika z danych GUS-u, w 2013 roku na budowach zginęło 70 pracowników, rok wcześniej było ich 82, a w 2008 roku – 122. W górnictwie, uważanym za najbardziej niebezpieczną gałąź przemysłu, zginęło kilkukrotnie mniej (w 2013 – 18 osób). Mimo poprawiających się statystyk PIP podkreśla, że w wielu firmach, zwłaszcza mniejszych, nie są przestrzegane standardy bezpieczeństwa.

W 2010 roku powstało Porozumienie dla Bezpieczeństwa w Budownictwie, w którym udział bierze ośmiu największych generalnych wykonawców w Polsce.

Razem staramy się zmieniać poziom bezpieczeństwa w branży budowlanej. Przyjęliśmy zasadę totalnej transparentności, wymieniamy się doświadczeniami i chcemy wypracować wspólne standardy. Współpracujemy ze wszystkimi partnerami biznesowymi, zależy nam na tym, aby nasi dostawcy i podwykonawcy spotykali się z takimi samymi standardami, niezależnie od tego, z którym z generalnych wykonawców współpracują – tłumaczy Andrulewicz.

Porozumienie powstało na wzór Grupy Generalnych Wykonawców w Wielkiej Brytanii. Na Wyspach udało się ograniczyć liczbę wypadków z ponad 100 do ok. 50 rocznie.

W Polsce na budowach ośmiu sygnatariuszy porozumienia w ubiegłym roku zginęło trzech pracowników, trzykrotnie mniej niż w 2011 roku. Firmy zamierzają przeprowadzić cykl szkoleń zakończonych wydanym certyfikatem, tylko osoby z takim dokumentem będą mogły być zatrudnione przez firmy działające w Porozumieniu. Ponadto sygnatariusze zobowiązali się do stawiania podwykonawcom takich samych wymagań dotyczących bezpieczeństwa i higieny pracy.

Jak podkreśla prezes Skanska, wspólne działania i wymiana wiedzy przyniosły konkretne efekty, wciąż jednak pozostaje dużo do zrobienia.

– Działania można podzielić na dwie części. Pierwsza to mentalność i kultura. Musi być założenie, że wszystko, co robimy, ma być bezpieczne. Staramy się to zmienić w branży budowlanej, zatrudniającej kilkaset tysięcy osób – mówi Andrulewicz. – Kolejny aspekt to kwestia pewnych standardów, zabezpieczeń indywidualnych, sposobu wykonywania prac, stosowanie odpowiednich zabezpieczeń przy pracy na wysokościach. To są konkretne rozwiązania techniczne – podkreśla prezes Skanska.

Generalni wykonawcy ponoszą odpowiedzialność za zdrowie i życie pracowników, a jak zaznacza Andrulewicz, to podstawowa motywacja, aby zwiększać bezpieczeństwo. Przekłada się to również na finanse – mniejsze bezpieczeństwo oznacza więcej wypadków, a to z kolei generuje wyższe koszty.

Jeśli mamy wszystko dobrze zaplanowane, przemyślane i zorganizowane, to wówczas pracujemy w bezpieczny sposób. Te projekty, które są bezpieczne, często mają też najlepsze wyniki finansowe – podsumowuje Andrulewicz.

Konsumenci mogą ocenić jakość kupowanego mięsa dzięki certyfikatom

CEO Magazyn Polska

W Polsce przybywa produktów mięsnych wytwarzanych w specjalnych systemach kontrolowania produkcji gwarantujących wysoką jakość. Dzięki nim konsument może w sposób łatwy i przejrzysty ocenić, czy kupowane przez niego produkty są wartościowe i nieszkodliwe dla zdrowia.

Normami objęte są wszystkie etapy produkcji – począwszy od hodowli, żywienia zwierząt i warunków ich chowu, poprzez ubój, rozbiór, przetwórstwo, transport, konfekcjonowanie i pakowanie, skończywszy na magazynowaniu i sprzedaży. Przed kupnem mięsa należy przeczytać etykietę na opakowaniu lub poprosić ekspedientkę o udzielenie informacji na temat składu produktu.

Powinniśmy zwracać uwagę na zawartość mięsa w produkcie oraz na użycie naturalnych przypraw – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Jolanta Ciechomska, koordynator ds. systemu QAFP. – Należy unikać wędlin, które zawierają glutaminian sodu bądź substancje wpływające na wydajność, takie jak karagen czy błonnik.

Jednym z najpopularniejszych systemów klasyfikujących jakość wyrobów mięsnych w Polsce jest System Gwarantowanej Jakości Żywności QAFP. Wyroby certyfikowane specjalnym znakiem są bezpieczne i mają wysoką jakość. Eksperci nadzorują cały łańcuch produkcyjny, oceniając, czy produkt spełnia wymogi systemu.

Certyfikat w sposób łatwy i czytelny da konsumentowi możliwość wyboru produktów najwyższej jakości. Przy wyborze wędlin powinniśmy przede wszystkim zwrócić uwagę na informację umieszczoną na etykiecie – tłumaczy Ciechomska.

Eksperci zachęcają do kupowania mięsa pakowanego. Opakowanie stanowi barierę ochronną przed zanieczyszczeniem i bakteriami chorobotwórczymi, pozwala również na zachowanie dłuższego okresu świeżości produktu. Ponadto na opakowaniu znajdują się wszystkie informacje na temat producenta, terminu przydatności do spożycia oraz jego składu.

Dzięki temu możemy odtworzyć proces przygotowania w całym łańcuchu produkcyjnym, a takiej informacji nie mamy o mięsie, które jest sprzedawane luzem w sklepie – dodaje Ciechomska.

Skup obligacji przez EBC obniży zyski polskich banków

CEO Magazyn Polska

Działania EBC zwiększają szanse na to, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się obniżyć stopy procentowe. To odbiłoby się negatywnie na zyskach większości banków w Polsce. Zyskać mogą za to banki z rynków wschodzących, takich jak Turcja, które pozyskują dużą część kapitału na zagranicznych rynkach. Inwestorzy muszą jednak wziąć pod uwagę ryzyko, jakie wiąże się z silnym uzależnieniem od zagranicznego finansowania  przekonuje Erste Securities Polska.

Jeśli luzowanie polityki pieniężnej przez EBC doprowadziłoby do wzmacniania się kursu złotego, to sądzę, że Narodowy Bank Polski rozważyłby obniżki stóp procentowych, a to wpłynęłoby negatywnie na polskie banki w krótkim terminie. W momencie, kiedy spadają stopy procentowe, polskie banki tracą marżę odsetkową – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Komaracka, dyrektor Departamentu Analiz Erste Securities Polska.

Choć EBC oficjalnie nie uruchomił jeszcze programu skupu aktywów z rynku (luzowanie ilościowe – QE), to według inwestorów jest to tylko kwestią czasu. W czerwcu prezes EBC Mario Draghi poinformował, że trwają prace nad wprowadzaniem tego programu. Wcześniej bank centralny z siedzibą we Frankfurcie wysyłał sygnały, że rozważa rozpoczęcie takiej operacji, co przyczyniło się do dużego spadku rentowności obligacji państw strefy euro. Choć EBC nie może skupować obligacji skarbowych bezpośrednio od państw, to może interweniować na rynku wtórnym. Wzorem amerykańskiego Fedu może skupować także inne papiery wartościowe, zabezpieczone aktywami.

Część ekonomistów oraz inwestorów spodziewa się, że niezależnie od wpływu niestandardowych działań EBC Rada Polityki Pieniężnej będzie zmuszona ściąć stopy procentowe, bo inflacja długo nie wzrośnie do celu inflacyjnego NBP (2,5 proc.). W czerwcu wzrost cen w Polsce nieznacznie przyspieszył do 0,3 proc. rok do roku.

W długim terminie to luzowanie, jeśli rzeczywiście będzie skuteczne, doprowadzi do wzrostu zysków polskich banków poprzez wzrost akcji kredytowej, natomiast w krótkim terminie przełoży się na spadek zysków ze względu na zawężanie się marży odsetkowej – uważa Komaracka.

Rynki finansowe już od dłuższego czasu przewidywały uruchomienie QE przez EBC, co znalazło odzwierciedlenie w bardzo dużym spadku rentowności obligacji państw strefy euro. Spadek kosztu pieniądza na międzynarodowych rynkach jest szczególnie istotny dla takich gospodarek jak Turcja, gdzie przyrost kredytu wynika z dużego napływu kapitału zagranicznego.

Zalecaliśmy akumulowanie głównie banków tureckich ze względu na to, że będą one poprawiały wyniki, jeśli do luzowania by doszło. Systemowo reprezentatywne polskie banki raczej te wyniki będą traciły. W związku z tym zalecaliśmy ich niedoważanie i koncentrowanie się na wybranych bankach, które mają specyficzne czynniki pozwalające im ten spadek stóp procentowych zrównoważyć – wyjaśnia dyrektor w Erste Securities Polska. – Spadające stopy procentowe wpływają negatywnie na polskie banki między innymi dlatego, że przychody z kredytów dostosowują się do niższych stóp bardzo szybko, natomiast koszty depozytów spadają z opóźnieniem. W tureckich bankach jest dokładnie odwrotnie – dodaje.

Spośród polskich banków pozytywne rekomendacje Erste Group otrzymały Alior Bank, Getin Noble Bank, ING Bank Śląski i BZ WBK.

W regionie również koncentrowaliśmy się na bankach, które mogą poprawić zyski ze względu na niższe koszty rezerw i banki, które są bardzo nisko wyceniane, jak austriacki Raiffeisen Bank International czy czeski Komerční, który z kolei oferuje bardzo przyzwoitą stopę dywidendy – mówi Magdalena Komaracka.

Tureckie banki są atrakcyjne także ze względu na duże perspektywy wzrostu akcji kredytowej, bo nasycenie rynku produktami bankowymi jest tam wciąż niewielkie. Analitycy Erste Group zwracają jednocześnie uwagę na szereg czynników ryzyka, jakie wiążą się z inwestowaniem w banki na rynkach wschodzących.

Biorąc pod uwagę ryzyko, ważny jest deficyt obrotów bieżących, jak dany kraj się finansuje. Jeśli mamy system bankowy, jak w Turcji, który bardzo polega na finansowaniu zewnętrznym, to jest on bardziej ryzykowny. Jakiekolwiek ruchy na świecie bezpośrednio przekładają się na koszty finansowania tamtejszych przedsiębiorstw – mówi Komaracka.

#JedzJabłka szturmem wzięło polskie media społecznościowe

Brytyjski The Guardian chyli czoła, widząc nagłą mobilizację naszych rodaków w odpowiedzi na nierzetelne zagranie Władimira Putina. Pozostaje jednak postawić sobie zasadnicze pytanie: czy naprawdę akcja ta w jakimkolwiek stopniu pomoże Polsce?

Piękny gest, galopujący patriotyzm, nowe oblicze solidarności. Po wprowadzeniu przez Rosję embargo na import polskich jabłek, nie trzeba było długo czekać na reakcję polskich internautów. W zaledwie parę godzin #JedzJabłka zostało użyte w postach na samym Facebooku parę tysięcy razy. Chęć zminimalizowania strat polskich sadowników została zauważona przez najbardziej poczytne zachodnie tytuły, z czego możemy być dumni. Pomijając jednak szczytne pobudki, dochodzimy już do mniej optymistycznych wniosków.

Media społecznościowe rządzą się swoimi prawami. Treści o charakterze propagandowym czy motywującym, potrafią obiec cały Internet w przeciągu paru godzin – zaangażowanie ze strony ludzi jest ogromne. Dane pokazują jednak, że nagłe narodziny gwiazdy sieci, skutkują jej cichą i rychłą śmiercią. Straty dla Polski na chwilę obecną są szacowane nawet na 500 mln euro w tym roku – wg szacunków Resortu Rolnictwa. Co za tym idzie – każdy Polak musiałby do końca 2014 roku zjeść ponad 30 kg jabłek, aby akcja faktycznie mogła zakończyć się sukcesem. Warto jednak jeszcze zaznaczyć, że do Rosji eksportujemy również śliwki, gruszki, czereśnie i wiśnie, zatem nie moglibyśmy się ograniczać tylko do jednego owocu.

Mieliśmy okazję zobaczyć już paręnaście „selfie” polityków i celebrytów, dumnie prezentujących swoje zaangażowanie w tę akcję. Jest zabawnie, jest patriotycznie, jest pięknie. Polacy zakopali na chwilę polityczne topory wojenne, aby przypomnieć sobie, że faktycznie istnieją sprawy poza wojną prawicowo-lewicową. Odkryliśmy owoc o mocy antagonistycznej do mitologicznego jabłka niezgody. Pokojowego Nobla za to raczej nie będzie, ale przy naszej walecznej naturze i tak odnieśliśmy oszałamiający sukces.

Problem polega na tym, że 49% jabłek na rosyjskim rynku to jabłka polskie. Biorąc choćby pod uwagę liczbę mieszkańców naszego państwa, dochodzimy do smutnego wniosku, że nie jesteśmy w stanie przejeść nadwyżki, powstałej po piątkowym wprowadzeniu rosyjskiego embargo. Inną kwestią jest fakt, że viral marketing jest stosunkowo łatwy do zainicjowania, ale trudno go kontrolować i najczęściej się wypala zbyt szybko, aby odnieść zamierzony efekt – komentuje Marek Kargul, New Business Manager GRUPA 365NET.

Od nowego roku polskie firmy nie będą mogły składać zeznania podatkowego „na papierze”. Zrobią to tylko przez Internet

Zgodnie z pomysłem Ministerstwa Finansów, od 2015 roku polskie firmy będą składać formularze PIT i CIT tylko drogą elektroniczną. Wyjątkiem mają być podmioty, które zatrudniają do pięciu pracowników – mówi serwisowi infoWire.pl Dariusz Marciasz, Wiceprezes Krajowej Izby Rozliczeniowej.

Dokument przesłany przez Internet będzie ważny, tylko gdy znajdzie się na nim e-podpis. Można go kupić w pięciu firmach certyfikowanych przez Ministerstwo Gospodarki. Jego koszt oscyluje w granicach 300 złotych i ważny jest przez dwa lata.

Podpis elektroniczny jest bezpieczny – zaznacza Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Departamentu Usług Certyfikacyjnych Krajowej Izby Rozliczeniowej. „[…] Dane przechowywane są na karcie kryptograficznej, którą posiada tylko właściciel podpisu. Zastosowane szyfry sprawiają, że jest on nie do podrobienia”.

Po ostatnim uporządkowaniu przepisów, od 1 lipca 2016 r. polskie podpisy elektroniczne są honorowane w całej Unii Europejskiej. E-podpis można wykorzystywać w bankowości elektronicznej, do wystawiania e-faktur oraz do zawierania umów. „[…] Dzięki niemu przez Internet złożymy wniosek o odpis z księgi wieczystej lub skorzystamy z krajowego rejestru sądowego” – zaznacza Dariusz Marciasz.

Obecnie 43% urzędów akceptuje dokumenty opatrzone e-podpisem. Będzie ich więcej. Rząd przeznaczył na informatyzację instytucji publicznych 4 miliardy złotych.

Dodatkowy 1000 zł do emerytury z ZUS/OFE?

Niedawno wybraliśmy pomiędzy OFE i ZUS-em. Decyzja ta w pewnym stopniu zaważy na naszej finansowej przyszłości, ale jak pokazują najnowsze wyliczenia, niezależnie od wybranego wariantu, przyszła emerytura może nie być satysfakcjonująca. Jak sprawić, by była wyższa?

Kluczem do sukcesu jest systematyczność i odkładanie części swoich dochodów na przyszłość już przy podejmowaniu pierwszej pracy. Niestety, dla dwudziestokilkulatka emerytura jest czymś bardzo odległym. Dopiero wraz z wiekiem, najczęściej około czterdziestki, beztroska przechodzi w refleksję, czy świadczenia wypłacane przez państwo będą wystarczające w późniejszych latach życia. Obawa ta nie jest bezpodstawna. Obecnie przeciętna emerytura w Polsce stanowi około 60% ostatnich zarobków pracownika, ale szacuje się, że w przyszłości może wynieść zaledwie 35-40% ostatniej wypłaty.

– Dzisiejszy czterdziestolatek, przy zarobkach rzędu 3000 zł miesięcznie na rękę, w wieku 67 lat może liczyć na ostatnie wynagrodzenie w wysokości 5200 zł, zakładając, że jego pensja będzie rosła rocznie w tempie 2% powyżej inflacji. W tej sytuacji jego emerytura z systemu obowiązkowego wyniesie nie więcej niż 2000 zł miesięcznie – wylicza Maciej Rogala, ekspert od systemów emerytalnych i właściciel serwisu Emerytariusz.pl.

Oszczędności czterdziestolatka

Załóżmy, że przykładowy czterdziestolatek, pan Piotr, będzie odkładał z każdej wypłaty 250 zł miesięcznie przez okres 27 lat. Po osiągnięciu wieku emerytalnego, tj. w wieku 67 lat chciałby otrzymać dodatek w wysokości 1000 zł miesięcznie, wypłacany przez okres 15 lat. Jak to osiągnąć?

Pan Piotr może pokusić się o ulokowanie środków na popularnej lokacie bankowej lub w funduszu pieniężnym, jednak oczekiwany zysk z takiej inwestycji kształtuje się na poziomie inflacji lub 1-2 punkty procentowe powyżej. To za mało. – Korzystając wyłączne z tej formy pomnażania kapitału w przyszłości otrzymamy dodatek w wysokości około 450-550 zł, czyli istotnie niższy od oczekiwanego – mówi Maciej Rogala.

Zysk 5% powyżej inflacji to minimum

Aby nasz bohater otrzymał miesięczny dodatek do emerytury w wysokości 1000 zł, musiałby pomnażać swoje oszczędności w tempie co najmniej 5% powyżej inflacji. Rezultat ten może osiągnąć inwestując np. w akcje spółek notowanych na giełdzie, kupując je samodzielnie lub za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. Jak jednak podkreśla Maciej Rogala, powierzenie środków towarzystwu funduszy inwestycyjnych (w skrócie TFI), jest rozwiązaniem o wiele wygodniejszym i bezpieczniejszym. – Dzięki ulokowaniu kapitału w funduszu inwestycyjnym już od pierwszej składki minimalizujemy nieuniknione w przypadku akcji ryzyko, jako że fundusz inwestuje w wiele różnych spółek – tłumaczy Maciej Rogala.
Waldemar Wołos, dyrektor ds. rozwoju nowych produktów Union Investment TFI dodaje natomiast, że decydując się na inwestycję w akcje powinniśmy być świadomi mechanizmu zmian cen akcji w czasie, co przygotuje nas na wahania wartości inwestycji i pozwoli konsekwentnie, bez ulegania emocjom realizować założony przez nas cel.

Efektywnie i bez podatku

Zdaniem eksperta Union Investment TFI podstawą efektywnego planu emerytalnego jest regularne odkładanie niewielkich kwot. Wynika z tzw. efekt procentu składanego, który ma miejsce m.in. przy lokowaniu w fundusze inwestycyjne. – Na nasz przyszły zysk pracuje nie tylko powierzony przez nas kapitał, ale również wypracowane w toku inwestycji odsetki. Efekt ten możemy porównać do kuli śnieżnej, która im dalej się toczy, tym większa się staje – wyjaśnia Waldemar Wołos.

– W przypadku inwestowania w akcje systematyczne wpłaty mają również zaletę, że prowadzą do uśredniania ceny, po której kupujemy papiery wartościowe bądź jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. Dzięki temu unikamy ryzyka wpłacenia większej sumy pieniędzy „na górce”, tuż przed tym, jak giełda wejdzie w fazę cyklicznej bessy, której następstwem jest okresowy spadek wartości naszej inwestycji – dodaje.

Specjaliści radzą również, by odkładając na emeryturę korzystać ze specjalnie stworzonych do tego celu rozwiązań – np. IKE (Indywidualnego Konta Emerytalnego). Konto tego typu daje dostęp do różnych instrumentów finansowych, ale co najważniejsze – oferuje ulgę podatkową, którą pozwala znacząco zwiększyć finalną wartość inwestycji.
W przypadku IKE osoba oszczędzająca, która osiągnie wiek emerytalny jest zwolniona z podatku od zysków kapitałowych (tzw. podatku Belki), który w przypadku każdego innego produktu finansowego – także lokaty bankowej – jest naliczany przy wypłacie środków.

Jak pokazują powyższe wyliczenia i wskazówki, nawet czterdziestolatek ma możliwości, by zabezpieczyć swoją emerytalną przyszłość. A że prognozowane świadczenia z systemu obowiązkowego nie wyglądają zbyt zachęcająco, z pewnością warto z tych możliwości skorzystać.

Kaczyński idzie po władzę PiS zdobywa w sondażach ponad 40 proc

Dzisiaj PiS zdobywa w sondażach ponad 40 proc. Nowi zwolennicy skądś przecież przychodzą. (…) Zapewne są ludzie, którzy nigdy nie zagłosują na PiS, ale wątpię, by było ich tak dużo, aby uniemożliwić tej partii rządzenie – czy to z koalicjantem, czy samodzielnie – ocenia prof. Zdzisław Krasnodębski. Z eurodeputowanym Prawa i Sprawiedliwości w najnowszym „Do Rzeczy” rozmawia Piotr Gursztyn.

To, że przedtem poparcie dla PiS długo utrzymywało się na poziomie 30 proc. i mniejszym, wynikało z ogólnej sytuacji w Polsce. (…) Obecny sondażowy sukces PiS nie polega jednak na tym, że przekaz się zmienił. Jest mniej więcej taki sam od bardzo długiego czasu. Zmienił się za to odbiór społeczny – mówi w rozmowie z „Do Rzeczy” prof. Krasnodębski. Jego zdaniem, wielu ludzi w Polsce zmieniło swoją ocenę rządów Donalda Tuska i sytuacji w Europie. Dzisiaj te same argumenty inaczej oddziałują niż wcześniej. Na przykład trudno bronić rządu Tuska przed zarzutami, które wcześniej były odrzucane jako „oszołomstwo”. Społeczeństwo zobaczyło konsekwencje różnych działań, doszły do tego afery, które nie zostały rozliczone – wyjaśnia eurodeputowany PiS. Podkreśla, że na prawicy nie powstało nic, co mogłoby PiS zagrozić. I teraz to, co zdawało się zupełną mrzonką, czyli to, że Jarosław Kaczyński ponownie zostanie premierem, wydaje się zupełnie realne. Przyznają to ludzie o bardzo różnych poglądach – podkreśla prof. Krasnodębski. Rozmowa o tym, czy PiS idzie po władzę – w najnowszym „Do Rzeczy”.

Na łamach tygodnika ostatnie wyniki sondaży komentuje też Bronisław Wildstein. PO zraziła do siebie rzesze społeczne i liczne środowiska. To do nich winien się zwrócić PiS, jeśli chce trwale przekształcić Polskę – podkreśla publicysta „Do Rzeczy”. I zaraz dodaje, że niestety, do dziś nie widać takich prób na większą skalę. A działania takie mogłyby istotnie zwiększyć poparcie dla partii Kaczyńskiego i pozytywnie zmienić jej wizerunek. Łączy się z tym także budowa intelektualno-społecznego zaplecza niezbędnego do funkcjonowania poważnej instytucji. I w tym przypadku ugrupowanie Kaczyńskiego pozostawia wiele do życzenia – pisze Wildstein. Jego zdaniem, co prawda na tle innych projektów politycznych III RP PiS wyróżnia się pozytywnie, a działania takie jak rokroczne kongresy „Polska – wielki projekt” oraz funkcjonowanie Instytutu Sobieskiego można uznać za zjawiska budzące nadzieję, ale to tylko zalążek budowy szerokiego zaplecza, które tworzy to, co w systemie demokratycznym określa się jako „partię bogatą”. Czy w Warszawie powtórzy się Budapeszt? Co musiałoby się wydarzyć w polskiej polityce? O tym w najnowszym „Do Rzeczy” pisze Bronisław Wildstein.

Przychody największych spółek budowlanych spadły w 2013 roku o 6,7 mld zł

Poprawiająca się sytuacja finansowa firm budowlanych wskazuje na pierwsze symptomy wychodzenia branży z kryzysu., z którym zmagała się w latach ubiegłych. Jednak sektor musi nadal zmagać się z problemami, którym stawiał czoła w ostatnich dwóch latach. Eksperci firmy doradczej Deloitte, autorzy raportu „Polskie spółki budowlane 2013 – kluczowi gracze, perspektywy rozwoju i dywersyfikacji” wskazują, że najistotniejsze dla rozwoju branży będzie między innymi efektywne kształtowanie warunków współpracy między wykonawcami, a inwestorami publicznymi, tak by najlepiej wykorzystać szansę związaną z nową perspektywą finansową 2014-2020. Według ekspertów Deloitte największych nakładów można spodziewać się w budownictwie drogowym, kolejowym, energetycznym i hydro-inżynieryjnym.

W 2013 roku łączne przychody 15 największych spółek budowlanych spadły o 6,7 mld zł, czyli 19,7 % w porównaniu do przychodów osiągniętych w 2012 roku. Jednak w odróżnieniu od roku poprzedniego, wyniki operacyjne oraz netto osiągane przez te spółki były na zdecydowanie lepszym poziomie. Dla 15 największych firm średnia wartość wyniku na sprzedaży wzrosła z poziomu straty wynoszącej 49 mln zł w 2012 roku do poziomu zysku w wysokości 68 mln zł rok później. Aż 11 z 15 największych spółek budowlanych osiągnęło zysk na sprzedaży.

„Na sytuację finansową spółek sektora budowlanego wpłynęło w 2013 roku kilka czynników. Po pierwsze, liczba przetargów dotyczących nowych kontraktów o podobnym charakterze, została w ubiegłym roku znacznie ograniczona w związku z dobiegającą końca perspektywą unijną. To istotnie wpłynęło na spadek przychodów z realizowanych prac. Natomiast wpływ na polepszenie wyników operacyjnych oraz wynikóww netto miały przede wszystkim dwa czynniki. Po pierwsze fakt, że większość negatywnych skutków dotyczących realizacji kontraktów infrastrukturalnych została odzwierciedlona w sprawozdaniach finansowych lat ubiegłych i nie miała znaczącego wpływu na wyniki osiągane przez spółki w roku 2013. Po drugie, selektywne, cechujące się dokładniejszą analizą ryzyka podejście spółek do wyboru kontraktów, umożliwiło realizację prac przy zachowaniu dodatnich marż” – wyjaśnia Maciej Krokosiński, Menedżer w Dziale Audytu Deloitte.

Poprawiająca się stopniowo sytuacja finansowa znalazła także odzwierciedlenie we wzroście kapitalizacji największych spółek budowlanych notowanych na warszawskim parkiecie. Wartość 9 spółek budowlanych z rankingu Deloitte 15 największych pod kątem uzyskiwanych przychodów, które są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, w porównaniu do poprzedniego roku wzrosła aż o 58 proc.

Przygotowany przed Deloitte ranking otwiera Grupa Budimex z przychodami sięgającymi 4,7 mld zł. Spółka odnotowała ich spadek o 22 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Na drugim miejscu pod tym względem uplasowała się szwedzka Skanska, z przychodami na poziomie 4,2 mld zł, co oznacza spadek o zaledwie 2 proc. W konsekwencji Skanska wyprzedziła austriacki Strabag, który osiągnął przychody na poziomie 3,2 mld zł (spadek aż o 28,9 proc.) Największy wartościowo wzrost przychodów zanotowały PORR (Polska) S.A. oraz Grupa Mirbud (odpowiednio 406 mln zł oraz 348 mln zł wzrostu przychodów). Natomiast największy wartościowy spadek przychodów w 2013 roku, w wysokości 1,75 mld zł zanotowała Grupa Polimex Mostostal.

Co mogłoby trwale poprawić sytuację branży budowlanej? „Kluczowymi czynnikami determinującymi rozwój tego sektora są wzrost gospodarczy, konieczność modernizacji przestarzałej infrastruktury, dostępność środków z budżetu UE, a także dostępność finansowania ze źródeł publicznych i prywatnych. Dodatkowo szansą dla rozwoju polskiego budownictwa jest rosnąca popularność inwestycji w formule partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP)” – mówi Jarosław Dąbrowski, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

„Należy jednak pamiętać o konieczności właściwego ukształtowania relacji pomiędzy wykonawcami a zamawiającym w tym w szczególności w zakresie podziału ryzyk związanych z realizacją kontraktów a także stosowanych kryteriów oceny ofert, na co często wskazują przedstawiciele największych spółek budowlanych działających w Polsce” – dodaje Patryk Darowski, Menedżer w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

W obecnej perspektywie finansowej na lata 2014-2020 Polska jest w czołówce pod względem wielkości środków przyznanych przez UE (łącznie w ramach perspektywy finansowej 2014-2020 mamy otrzymać 82,5 mld euro, w tym 27,4 mld euro do rozdysponowania centralnie na Program Operacyjny Infrastruktura i Środowisko). Szacuje się, że w ramach POIiŚ na infrastrukturę transportową przeznaczone zostanie 19,8 mld euro, z czego 12 mld na drogi oraz 7,4 mld na infrastrukturę kolejową. Dodatkowo, 31,2 mld euro jest przeznaczone na programy regionalne, które również mogą obejmować inwestycje infrastrukturalne.

„Nowa perspektywa finansowa UE, jest drugą z kolei perspektywą finansową, w której dla Polski przeznaczono tak duże środki finansowe. Jest to jeden z kluczowych czynników, który pozwala wierzyć, że przyszłość branży budowlanej w Polsce wygląda obiecująco. Zwłaszcza, że nadal niezbędne są nowe i kluczowe dla rozwoju polskiej gospodarki inwestycje. Trzeba także zakładać, że firmy wyciągnęły konstruktywne wnioski z doświadczeń związanych z realizacją projektów z poprzedniego budżetu unijnego” – podsumowuje Maciej Krasoń, Lider Grupy Real Estate & Construction w Polsce.

Równolegle z raportem Polskie spółki budowlane 2013 – kluczowi gracze, perspektywy rozwoju i dywersyfikacji Deloitte zaprezentował analizę europejskich spółek budowlanych. W tegorocznej jedenastej edycji raportu Deloitte pt. European Powers of Construction 2013 eksperci wskazują, że po pięciu latach regresu, w bieżącym roku 2014 w europejskiej branży budowlanej prawdopodobnie będzie można zaobserwować objawy umiarkowanego wzrostu. Największe kraje europejskie takie jak Niemcy, Francja oraz Wielka Brytania wykazują duże zapotrzebowanie na inwestycje ze względu na konieczność dostosowania infrastruktury do obecnych standardów jakości, efektywności oraz polityki zrównoważonego rozwoju. Choć w najbliższych latach europejskie grupy budowlane mogą oczekiwać pewnych zmian na lepsze na swoich rodzimych rynkach, rozwój biznesu poprzez poszerzenie zakresu działalności oraz ekspansję geograficzną nadal będzie mieć zasadnicze znaczenie strategiczne.

W porównaniu do roku 2012, całkowity wolumen sprzedaży europejskich potentatów budowlanych obniżył się w 2013 r. o 2,1%, do poziomu 328 mld EUR. Podobnie jak w roku 2012, na czele pięćdziesiątki największych potęg budowlanych według wielkości sprzedaży znalazł się francuski Vinci. Hiszpański ACS oraz francuski Bouygues, które znalazły się na miejscu drugim oraz trzecim również utrzymały swoje miejsca w porównaniu do poprzedniego roku (odpowiednio, drugie i trzecie). O stabilności pozycji największych europejskich spółek budowlanych niech świadczy fakt, iż pierwsza szóstka rankingu jest identyczna jak w roku poprzednim.

W aktualnym rankingu 50 największych europejskich spółek budowlanych ponownie znalazły się 2 spółki z Polski. 47 miejsce zajął Budimex S.A., który spadł o 7 pozycji względem zeszłorocznego rankingu. Ranking European Powers of Construction 2013 zamyka firma Polimex-Mostostal S.A., która nie zmieniła swojej pozycji w porównaniu do roku 2012.

Zgodnie z raportem European Powers of Construction w roku 2013 wartość inwestycji budowlanych w Polsce wyniosła 44 mld EUR i stanowiła 11,4% PKB, co plasuje Polskę na odpowiednio siódmym (wartościowo) oraz czwartym (procentowo) miejscu w Europie. Dla porównania, w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii wartość tychże inwestycji wyniosła odpowiednio 270 mld, 241 mld i 160 mld EUR. Oczekuje się, ze wartość realizowanych projektów inwestycyjnych w Polsce będzie wzrastać będzie wzrastać o 3,9% w 2014 roku oraz o 5,4% w roku 2015. Maciej Krasoń komentuje to zjawisko w następujący sposób: – Musimy zdać sobie sprawę, że polski rynek budowlany pomimo prognozowanego w kolejnych latach wzrostu jest nadal stosunkowo mały, jeśli chodzi o liczbę inwestycji, które mogłyby być atrakcyjne dla największych firm budowlanych. Jednak ciągle można wykorzystać szereg możliwości związanych z realizacją projektów z zakresu budownictwa infrastrukturalnego, energetycznego oraz związanego z inwestycjami w ochronę środowiska. Ponadto, poszerzenie zakresu usług z jednoczesnym dostarczaniem klientom kompleksowych rozwiązań w ramach złożonych projektów będzie mieć kluczowe znaczenie dla obecności i dynamicznego rozwoju największych europejskich podmiotów budowalnych na rynku polskim.

Magazyn wykończony pod klucz

W obiektach, w których nie stosuje się kluczy centralnych ustanowienie odpowiedniego systemu zarządzania kluczami indywidualnymi jest szczególnie ważne. Ponieważ inwestycja w zaawansowane narzędzia do kontroli dostępu nie należy do najniższych, część przedsiębiorców musi radzić sobie korzystając z tradycyjnych sposobów organizujących pracę w magazynie.

Klucz centralny pozwala na otwarcie wszystkich drzwi w systemie – dlatego znajduje się w posiadaniu wyłącznie zaufanej osoby, właściciela lub oddelegowanego zarządcy danego obiektu. To system często spotykany w wielkopowierzchniowych magazynach czy rozbudowanych zakładach przemysłowych. Dysponując jednym kluczem, wyznaczona osoba może otworzyć wiele par drzwi. Obok kluczy centralnych, w magazynach występuje wiele innych indywidualnych – uruchamiających maszyny, otwierających narzędziownie i drzwi pomieszczeń dostępnych dla wybranych czy wszystkich pracowników. Aby zapanować nad natłokiem kluczy, konieczny jest wybór odpowiedniego rozwiązania zapewniającego łatwy dostęp do tych elementów oraz chroniący przez ich zgubieniem.

KLUCZowy wybór rozwiązania

Najtańszym systemem przechowania kluczy jest wykorzystanie szafek specjalnie przeznaczonych do tego celu. Klucze chronione są w estetycznych obudowach wykonywanych z solidnych, stalowych elementów zapewniających odpowiedni poziom bezpieczeństwa. Takie szafki cieszą się popularnością w wielu przedsiębiorstwach, zarówno magazynach, zakładach przemysłowych, warsztatach samochodowych, jak i obiektach użyteczności publicznej, np. szpitalach, pływalniach i innych. Stanowią bezpieczną metodę przechowywania drobnych, wymagających stałego miejsca kluczy oraz wyznaczania granic dostępu do różnych pomieszczeń i obiektów. – Wykorzystanie prostego narzędzia, jakim jest szafka na klucze pozwala skutecznie uregulować podstawowe kwestie związane z dystrybucją i zabezpieczaniem wszystkich używanych kluczy – mówi Marcin Hankiewicz, ekspert sklepu Magazynuj.pl.

Aby gospodarka kluczami przebiegała prawidłowo, należy ustalić potrzeby i priorytety danego zakładu. Najprostszymi rozwiązaniami są pojedyncze szafki ze stałymi listwami wyposażonymi w haczyki – z metalowymi lub szklanymi drzwiczkami. Jeżeli klucze mają różne rozmiary, warto postawić na szafkę z ruchomymi listwami, które można swobodnie przesuwać. Jeżeli potrzeby są większe – można zdecydować się na podwójne szafki wyposażone w dodatkowy, wewnętrzny zamek. Dodatkowo w każdym magazynie obowiązkowo powinna znaleźć się szafka na klucz ewakuacyjny, często wyposażona w młoteczek ułatwiający zbicie szyby.

– Zwróćmy uwagę, że gabaryty szafek różnią się od siebie, dzięki czemu z rozwiązania skorzysta zarówno mała firma o niewielu zamykanych pomieszczeniach, jak i duże przedsiębiorstwo wykorzystujące dużą liczbę indywidualnych kluczy – dodaje Marcin Hankiewicz.

Prawidłowa gospodarka kluczami nie wymaga od przedsiębiorcy ponoszenia wysokich kosztów inwestycyjnych. Większą stratą, zarówno czasu, jak i pieniędzy, jest brak jakiegokolwiek planu przechowywania kluczy. A im więcej zatrudnionych osób, tym łatwiej o zgubienie tych drobnych, choć niezwykle ważnych elementów.

Źródło: www.magazynuj.pl

Korekta na światowych rynkach obligacji

Na rynkach obligacji doszło do oczekiwanej od jakiegoś czasu korekty. Sygnałem do jej rozpoczęcia był gwałtowny, globalny wzrost awersji do ryzyka i spadki, które przetoczyły się przez giełdy na całym świecie. W wyniku wyprzedaży aktywów wzrosły rentowności w większości krajów, w tym na rynkach bazowych (USA, Niemcy). Oprocentowanie amerykańskich, 10-letnich papierów skarbowych wynosi obecnie ok. 2,60%, a niemieckich bundów ok. 1,18-1,20%. W naszym regionie mocno ucierpiały szczególnie obligacje węgierskie.

Pod presją znalazły się również polskie papiery skarbowe, które na tle świata straciły relatywnie dużo. Rentowność 10-letnich obligacji wzrosła w minionym tygodniu z 3,20 do 3,50%. Skala przeceny pokazała, że wcześniejsze oczekiwania na obniżkę stóp procentowych, które w ostatnim czasie stanowiły paliwo do wzrostów, na chwilę obecną przestały się liczyć. Wskazują na to także notowania kontraktów FRA, które obrazują oczekiwania inwestorów co do wysokości stóp procentowych w przyszłości.

Czy obecną przecenę można traktować jako początek dłuższego trendu spadkowego czy raczej korektę długotrwałego ruchu wzrostowego? Tydzień to zbyt krótki okres, by prawidłowo zdiagnozować sytuację, jednak można oczekiwać, że dopóki na świecie będzie panował sentyment „risk off” (czyli sprzedawanie ryzykownych aktywów), dopóty obligacje – w tym polskie – mogą tracić.

Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji w Union Investment TFI

PGE EJ 1: Budowa elektrowni jądrowej na Pomorzu nie zaszkodzi turystyce

CEO Magazyn Polska

Mieszkańcy gmin położonych wokół Jeziora Żarnowieckiego martwią się, że stracą przychody z turystyki. Do końca 2014 r. ma zapaść decyzja o wyborze jednej z 3 rozważanych gmin. Inwestor – spółka PGE EJ 1 – uspokaja lokalne społeczności, że elektrownia jądrowa nie oznacza automatycznie spadku liczby turystów. Mają o tym świadczyć przykłady z innych państw, gdzie mieszkańcy zyskali na sąsiedztwie takiego zakładu. Sama elektrownia może być również atrakcją turystyczną.

– Mieszkańcy nadmorskich miejscowości pytają nas, czy rzeczywiście turyści zrezygnują z przyjazdów. Staramy się pokazywać przykłady z całego świata, gdzie elektrownie jądrowe i turystyka są w stanie funkcjonować obok siebie i nie niesie to ze sobą spadku liczby turystów. Wręcz przeciwnie, pojawiają się inne możliwości wzrostu liczby turystów: jest coś takiego jak turystyka jądrowa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Zając, główny specjalista ds. marketingu i PR w PGE EJ 1.

Obecnie rozpatrywane są trzy potencjalne lokalizacje elektrowni jądrowej: gmina Choczewo, Gniewino i Krokowa. Każda z nich jest położona niedaleko Jeziora Żarnowieckiego. W przeszłości rozważano jeszcze m.in. Gąski położone między Mielnem a Ustroniem Morskim. Według Joanny Zając poparcie mieszkańców tych gmin dla budowy elektrowni jest wysokie:

– W gminie Choczewo jest to powyżej 50 proc., w gminie Gniewino najwyższe, nawet blisko 80 proc.

Dla porównania poparcie wśród ogółu Polaków sięga 40-56 proc. – twierdzą autorzy „Programu polskiej energetyki jądrowej” z 2014 r. Ważnym wnioskiem wynikającym z badań opinii publicznej jest to, że poziom wiedzy dotyczący energii jądrowej, jej oddziaływania na środowisko naturalne itp. jest bardzo niski. Dlatego, zgodnie z zaleceniami Programu, PGE EJ 1 prowadzi kampanię edukacyjno-informacyjną  „Świadomie o atomie”. Ma ona także zmniejszyć ryzyko odpływu turystów z terenów, gdzie powstanie elektrownia.

– Jesteśmy obecni podczas wydarzeń istotnych z punktu widzenia lokalnej społeczności, angażujemy się w imprezy, jak choćby dni gminy, jesteśmy tam zawsze obecni z naszymi stoiskami edukacyjnymi. Dzięki temu, że takie wydarzenia odbywają się w czasie wakacji, mamy możliwość dotarcia także do turystów odwiedzających gminy lokalizacyjne – przekonuje Joanna Zając.

Nawet jeśli nastąpiłby pewien spadek liczby turystów w okolicznych gminach – np. preferujących bardziej naturalny krajobraz – to mieszkańcy tych terenów będą beneficjentami projektu.

– Przy realizacji takiej inwestycji pracuje kilka tysięcy osób, oni muszą gdzieś mieszkać, korzystać z usług. Także to świadczy o tym, że jednak taka inwestycja w regionie będzie opłacać się mieszkańcom – wyjaśnia Joanna Zając.

Przykładem mogą być gminy, w których są zlokalizowane wielkie zakłady przemysłowe lub kopalnie, jak np. gminy w rejonie Bełchatowa, Polkowic oraz Lubina. Wyróżniają się one znacznie wyższym średnim wynagrodzeniem w porównaniu do okolicznych gmin oraz ogólnopolskiej średniej. Zdecydowanie wyższe są tam także wpływy podatkowe w przeliczeniu na mieszkańca, co umożliwia samorządom zwiększenie wydatków na usługi publiczne.

Obok oceny oddziaływania ekonomicznego i społecznego, wybór lokalizacji elektrowni jądrowej będzie zależał od oszacowania wpływu na środowisko naturalne. W Programie można przeczytać m.in., że warto przeanalizować ekonomiczne i technologiczne możliwości produkcji energii elektrycznej wraz z ciepłem. Kogeneracja pozwoliłaby bardzo ograniczyć negatywne skutki środowiskowe – wynika z dokumentu opracowanego przez Ministerstwo Gospodarki.

– Nie jest to temat nowy dla mieszkańców, bo od momentu wskazania potencjalnych lokalizacji prowadzimy działania informacyjne i edukacyjne. Organizowaliśmy również wyjazdy studyjne dla liderów opinii, władz gmin. Mieszkańcy mieli możliwość zapoznania się i sprawdzenia, jak takie elektrownie rzeczywiście wyglądają, jakie korzyści dla regionu przynosi taka inwestycja oraz jaki jest jej wpływ m.in. na turystykę – uważa przedstawicielka w PGE EJ 1.

Zgodnie z harmonogramem „Programu polskiej energetyki jądrowej”, wybór lokalizacji elektrowni ma nastąpić do końca 2014 r. Dziesięć lat później ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej.

Toyota planuje sprzedać w tym roku w Polsce ponad 2 tys. samochodów z napędem hybrydowym

CEO Magazyn Polska

Cztery lata temu Toyota sprzedawała w Polsce zaledwie 150-200 hybryd rocznie, w 2013 roku liczba ta sięgnęła już 1,6 tysiąca, a ten rok może przynieść sprzedaż ponad 2 tysięcy egzemplarzy. Rosnąca popularność aut z napędem alternatywnym wynika w dużej mierze ze spadku cen tego typu pojazdów i coraz szerszej gamy modelowej. Toyota ma dziś trzy modele wyposażone w napęd hybrydowy: Priusa, Aurisa i Yarisa.

– Auta hybrydowe cieszą się rosnącą popularnością i uważamy, że jest to trend stały – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Mularczyk z Toyota Motor Poland. – Na świecie jeździ dziś już ponad 6 milionów tego typu aut, jednak ostatni milion znalazł swoich nabywców zaledwie w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy.

Toyota odnotowała wzrost sprzedaży aut hybrydowych, gdy ich cena zbliżyła się do cen modeli z silnikami wysokoprężnymi. Natomiast różnica w cenie między modelami z silnikiem benzynowym i hybrydowym wynosi już tylko kilka tysięcy złotych.

– Trzeba pamiętać, że auta hybrydowe są od modeli konwencjonalnych tańsze w eksploatacji – mówi Robert Mularczyk. – Hybryda nie tylko zużywa mniej paliwa, ale ze względu na konstrukcję techniczną wymaga mniejszych inwestycji podczas serwisowania.

Właściciel auta z napędem hybrydowym może liczyć na oszczędności między innymi przy wymianie tarcz i klocków hamulcowych. W hybrydzie hamowanie odbywa się częściowo przy udziale generatora, mniejszemu zużyciu podlegają więc elementy układu hamulcowego. Przy przebiegu 100 tys. km konwencjonalne auto wymaga dwukrotnej wymiany tarcz i trzykrotnej klocków, w samochodzie hybrydowym – odpowiednio jednorazowej i dwukrotnej.

Tego typu modele nie mają też sprzęgła, którego wymiana w zwykłym samochodzie jest konieczna po przejechaniu około 100 tys. km, ani alternatora i rozrusznika. Argumentem przemawiającym za kupnem auta hybrydowego jest również fakt, że samochody te mniej tracą na wartości. Po kilku latach można je więc sprzedać po wciąż atrakcyjnej cenie.

– Zależy nam, aby auta hybrydowe były w Polsce coraz popularniejsze i częściej pojawiały się na naszych ulicach – tłumaczy Mularczyk. – Dla Toyoty jest to coraz istotniejszy segment, chociaż modele te nie stanowią na razie dla nas głównej sprzedaży.

Marka nie zaniedbuje oferty tradycyjnych modeli. Pod koniec czerwca pojawił się w salonach zupełnie nowy Aygo, umożliwiający między innymi indywidualną modyfikację wyglądu, a w sierpniu pojawi się zmodernizowany model Yarisa.

Rośnie sprzedaż polskiego drobiu na rynki w Afryce i Azji. Załamał się jednak eksport do Europy Wschodniej

CEO Magazyn Polska

Polska jest potęgą pod względem produkcji i eksportu mięsa drobiowego. W latach 2000–2012 sprzedaż na rynki zagraniczne wzrosła szesnastokrotnie. Pozytywne tendencje widać także od początku bieżącego roku, ponieważ mięso z polskich kurcząt i indyków coraz częściej gości na stołach w Afryce i Azji. Silny wzrost konsumpcji drobiu widać także w kraju – głównie z powodu rosnącej roli zdrowej żywności. 

– Jesteśmy jednym z czołowych państw pod względem ilości produkcji i eksportu drobiu. Myślę, że jesteśmy doceniani jako branża, świadczy o tym wartość eksportu. Polacy słyną zresztą z produkcji bardzo dobrej jakości mięsa drobiowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Łuczyńska, prezes zarządu Indykpol Brand Management.

W 2011 r. na Polskę przypadało niemal 12 proc. produkcji mięsa drobiowego w całej Unii Europejskiej – wynika z danych GUS. Większymi producentami są jedynie Francja i Wielka Brytania. W 2000 r. produkcja drobiu w Polsce w przeliczeniu na jednego mieszkańca wyniosła 15,3 kg, a więc mniej od średniej UE-27 (22 kg). W 2011 r. ten wskaźnik wyniósł już 37,9 kg, podczas gdy produkcja w przeliczeniu na jednego mieszkańca UE urosła do 24,4 kg. Pod tym względem Polska ustępuje jedynie Węgrom, Holandii i Belgii, a więc znacznie mniej zaludnionym krajom.

Eksport mięsa i jadalnych podrobów z drobiu wzrósł w latach 20002012 niemal szesnastokrotnie (z 33 tys. ton do 525,1 tys. ton). Ostatnie kwartały to kontynuacja tego trendu: w trzech pierwszych miesiącach 2014 r. eksport mięsa drobiowego (liczony w tonach) był o 4,1 proc. wyższy niż rok wcześniej – wynika z danych GUS. Dynamika eksportu do krajów rozwiniętych wyniosła 2,9 proc., z kolei do krajów Europy Środkowo-Wschodniej eksport załamał się o 60 proc. To oznacza, że najszybciej rosła sprzedaż na pozaeuropejskie rynki rozwijające się.

– Zakładam, że polski rynek będzie w dalszym ciągu rósł. Otwierają się także nowe rynki, między innymi Afryka, gdzie spożycie drobiu rośnie, a także kraje azjatyckie. Zakładamy, że spożycie drobiu będzie rosło również w Europie – mówi Edyta Łuczyńska.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat silnie rosła sprzedaż drobiu także na rynku krajowym. Statystyczny Polak zjadł w 2012 r. 67,3 kg mięsa, z czego wieprzowina stanowiła 39 kg, wołowina 1,6 kg, a drób 26,1 kg. W 2000 r. Polacy jedli przeciętnie 14,7 kg drobiu i 7,1 kg wołowiny i tyle samo mięsa wieprzowego co w 2012 r. Według Łuczyńskiej znaczna zmiana nawyków żywieniowych w Polsce to efekt rosnącej świadomości konsumentów, którzy poszukują zdrowszej żywności.

– Spożycie drobiu rośnie i to bardzo dużo w ostatnich latach. Bijemy europejskie rekordy, dlatego że drób to mięso, które ma bardzo mało tłuszczu, ale dużo białka i dużo wartości odżywczych. Indyk na tym tle wygląda szczególnie dobrze. Jeżeli ktoś ma małe dzieci, to wie, że pierwszym mięsem zalecanym przez lekarzy pediatrów, specjalistów w żywieniu dzieci jest indyk – twierdzi prezes Indykpol Brand Management.

Jak przekonuje, mięso z indyka powinno być także ważnym składnikiem diety młodych osób, a także tych aktywnych fizycznie i przechodzących rekonwalescencję.

– Polacy coraz chętniej wybierają indyka, mimo że jest droższy od mięsa drobiowego – mówi Łuczyńska.

Zmiany preferencji żywieniowych Polaków wymagają od firm staranniejszego dbania o portfel produktów oraz ich jakość. W lipcu Indykpol rozpoczął pierwszą w Polsce hodowlę indyka w oparciu o wybrane kryteria hodowli ekologicznej. Indyki wolne z natury mają zapewniony swobodny dostęp do zieleni i przestrzeni, karmione są specjalnymi paszami, bez konserwantów i GMO. Firma buduje też swoją przewagę konkurencyjną m.in. poprzez zintegrowany pionowo proces produkcji.

– Dzięki pionowo zintegrowanej produkcji mamy wpływ na cały proces: od pasz, poprzez stada rodzicielskie, pisklęta, surowiec, aż do produktu gotowego, czyli mięsa i jego przetworów. Mamy własne fermy hodowane, zajmujemy się także przetwórstwem, dlatego jako jedna z niewielu firm z branży mięsnej możemy kontrolować każdy etap produkcji– uważa Edyta Łuczyńska.

Integracja pionowa pozwala firmie rozwijać się na kilku rynkach – zarówno gotowych wędlin, surowców mięsnych, jak i pasz. Konsumenci w Polsce poszukują także takich produktów, które są łatwe w przyrządzeniu lub nie wymagają specjalnego przechowywania. Ma to znaczenie szczególnie w sezonie wakacyjnym.

 

Citi Handlowy: cyfrowy oddział banku 10 razy bardziej efektywny od tradycyjnego

CEO Magazyn Polska

Citi Handlowy redukuje sieć tradycyjnych oddziałów i tworzy nowe, w pełni multimedialne. To sposób na ograniczenie kosztów i zwiększenie przychodów pochodzących z bardziej rentownych produktów i usług, zwłaszcza skierowanych do zamożnych klientów. Poprawa efektywności staje się podstawowym celem banków, które muszą funkcjonować w środowisku niskich stóp procentowych.

Ponad 99 proc. transakcji nasi klienci wykonują poza oddziałem. Około 93 proc. transakcji odbywa się za pośrednictwem naszej platformy elektronicznej, około 5 proc. za pomocą bankomatów, tak więc era digitalizacji już nadeszła. To właśnie sprawiło, że zaczęliśmy się zastanawiać nad rolą naszych oddziałów. Chcemy, aby skupiały się one bardziej na akwizycji i pogłębianiu relacji z klientami niż na ich obsłudze – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Brendan Carney, wiceprezes Citi Handlowy, szef bankowości detalicznej.

Dzięki rosnącym przychodom i dyscyplinie po stronie kosztów Citi Handlowy utrzymał w II kwartale br. efektywność mierzoną wskaźnikiem kosztów do dochodów na poziomie 50 proc., który jest celem banku. Strategia Citi Handlowego zakłada kontynuację rozwoju bankowości smart, czyli zmiany modelu biznesowego dotyczącego obsługi klientów. Jej podstawowym celem jest redukcja liczby oddziałów i otwarcie nowych, całkowicie multimedialnych, co pozwala poprawić rentowność obsługi klientów. Na razie w całej Polsce bank otworzył siedem oddziałów smart.

–  Są one od 7 do 10 razy bardziej produktywne niż oddziały tradycyjne, przyciągają dwa razy więcej klientów. W naszych nowych oddziałach jesteśmy w stanie otworzyć klientowi rachunek z kartą w siedem minut, więc bardziej przypomina to robienie zakupów niż korzystanie z usług bankowych. To coś, czego wcześniej nie było na rynku – twierdzi Brendan Carney.

Obok optymalizacji sieci dystrybucji oraz otwierania nowych oddziałów smart Citi Handlowy poprawiał rentowność biznesu, także ograniczając liczbę doradców na rzecz centrów telesprzedaży i większej sprzedaży w kanałach cyfrowych. Wiceprezes Citi Handlowego podkreśla, że taka optymalizacja kosztów nie oznacza automatycznie presji na wyniki sprzedażowe.

Zmiany, które wprowadzamy, nie są wynikiem mniejszych ambicji, jeśli chodzi o Polskę, ale zmiany modelu biznesowego. Pomimo redukcji liczby oddziałów byliśmy w stanie zwiększyć naszą sprzedaż pożyczek o ponad 60 proc. rok do roku – wskazuje Carney.

Innym kluczowym elementem strategii banku jest rozwój i umacnianie pozycji w segmencie klientów zamożnych i średniozamożnych. Według Carneya to podstawowy czynnik wyróżniający Citi Handlowy na tle innych banków działających w Polsce.

Skupiamy się bardziej na segmencie klientów zamożnych i średniozamożnych, czyli na ofercie Citigold i Citi Priority, jesteśmy bardziej cyfrowi niż inni, nie mamy tak wielu oddziałów, ale mamy bardziej globalny zasięg. Ogólnie staramy się nie porównywać z konkurencją, bo konkurencja zdecydowanie bardziej celuje w rynek masowy, bankowość opartą na fizycznych oddziałach – twierdzi wiceprezes Citi Handlowego.

Citi Handlowy miał 266,25 mln zł skonsolidowanego zysku netto w II kw. 2014 r. wobec 300,35 mln zł zysku rok wcześniej. Konsensus rynkowy wynosił 248 mln zł. W ujęciu rocznym wynik z tytułu odsetek był niższy o 2,7 proc., a wynik z tytułu opłat i prowizji wzrósł o 1,2 proc.

Wynik na handlowych instrumentach finansowych i rewaluacji wyniósł w II kwartale br. 105,9 mln zł – o 11,1 mln zł mniej w ujęciu rocznym i 19,4 mln zł mniej w ujęciu kwartalnym. Citi Handlowy zanotował jednak 65,7 proc. poprawę wyniku na inwestycyjnych obligacjach w stosunku do I kwartału 2014 r. W II kwartale br. zysk z tego tytułu wyniósł 65,7 mln zł.

Sankcje mogą doprowadzić jeszcze w tym roku do recesji

CEO Magazyn Polska

Wprowadzone przez USA i Unię Europejską sankcje jeszcze w tym roku mogą doprowadzić do recesji w Rosji. Na ewentualnym odwecie ucierpieć może jednak również druga strona, m.in. europejski sektor bankowy i koncerny samochodowe. W dłuższym terminie sankcje nałożone na inne kraje nie są zbyt skuteczne i nie doprowadzają do oczekiwanych zmian – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

USA, gdyby chciały, to są w stanie zepchnąć Rosję w recesję. Już obecne sankcje, o których zadecydowały Unia Europejska i USA, może jeszcze w tym roku, a już na pewno w przyszłym, powinny doprowadzić do recesji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński.

Sankcje obejmują m.in. embargo na broń i inne przedmioty dla rosyjskiego sektora obronnego, zakaz sprzedaży nowoczesnych technologii związanych z wydobyciem ropy naftowej. Ograniczają one rosyjskim państwowym bankom dostęp do rynków kapitałowych w Unii Europejskiej.

Zdaniem Kuczyńskiego najbardziej odczuje je rosyjski sektor energetyczny związany z wydobyciem ropy i gazu. Wywołanie turbulencji gospodarczych w Rosji może oznaczać jednak poważne problemy także dla nakładających sankcje. Ucierpieć może m.in. europejski sektor bankowy, który był źródłem kapitału dla rosyjskich instytucji finansowych. W najbliższych miesiącach banki rosyjskie będą miały do zrolowania dług o znacznej wartości.

Rzeczywiście banki pożyczyły sporo pieniędzy, jest to ponad 100 mld euro. Są dwie możliwości zrolowania tego długu: albo dostaną ten kapitał z chińskich lub hinduskich banków, raczej stawiałbym na tych pierwszych, albo Rosja zastosuje odwet za sankcje i powie, że nie będzie spłacać tych długów. Taka decyzja uderzyłaby w europejski sektor bankowy – mówi Piotr Kuczyński.

Odwetu za sankcje boją się również inne branże, m.in. sektor motoryzacyjny. Niemieckie koncerny ostrzegają przed ewentualnymi konsekwencjami utrudnień w eksporcie produktów do Rosji. Oszacowano, że zmniejszenie wymiany handlowej między dwoma krajami może doprowadzić do likwidacji 25 tys. miejsc pracy w Niemczech (dziś z wymianą handlową związanych jest 300 tys. miejsc pracy).

Można sobie wyobrazić, że Rosja w odwecie zrobi coś takiego, że nie będzie się opłacało importować europejskich samochodów, a azjatyckie będzie można, np. z Japonii czy z Korei. Wtedy jeszcze bardziej ucierpi gospodarka niemiecka – mówi główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

To z kolei może rykoszetem uderzyć w polską gospodarkę. Wprawdzie bezpośrednio sankcje nałożone na Kreml nie powinny zaszkodzić Polsce – polskie firmy nie pożyczały pieniędzy rosyjskim bankom, nie dostarczały uzbrojenia czy nowoczesnych technologii wydobywczych. Polska przez ścisłe powiązanie z gospodarką unijną będzie jednak pośrednio odczuwać zmniejszenie wymiany handlowej na linii UE–Rosja.

Jesteśmy na pierwszej linii frontu, jeżeli chodzi o odwet rosyjski, to jest jasne – mówi Piotr Kuczyński. – Byliśmy na czele tych, którzy domagali się sankcji, jesteśmy najbliżej Rosji i najłatwiej w nas uderzyć.

Pierwszym krokiem, a prawdopodobnie nie ostatnim – jak ocenia Kuczyński – jest wprowadzony 1 sierpnia zakaz importu polskich owoców i warzyw. Zdaniem analityka na razie nie jest to groźne, jednak kolejne ograniczenia dla polskiego eksportu mogą już zaszkodzić gospodarce.

Polska eksportuje do Rosji towary za około 10-11 mld dolarów rocznie, czyli ponad 30 mld złotych – 2 proc. PKB. Co prawda eksperci twierdzą, że Rosja na pewno nie nałoży embarga na przemysł elektromechaniczny i chemię, bo to jej samej by zaszkodziło. Z drugiej strony, jeżeli Rosja tak by rozumowała, to by w ogóle nie angażowała się we wschodniej Ukrainie, bo jej to szkodzi. Gdyby uderzyła w te sektory, to wtedy naprawdę bardzo byśmy to odczuli, na razie ten wpływ jest żaden – podkreśla Piotr Kuczyński.

Choć politycy europejscy podkreślają, że sankcje – mimo że mogą być bolesne też dla unijnej gospodarki – są jednak konieczne, to niektórzy analitycy wątpią w ich skuteczność. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego przykładem mogą być sankcje nakładane np. na Iran, Kubę czy Koreę Północną.

Wystarczy popatrzeć na te kraje i ocenić skuteczność sankcji. Te narody są przyduszone, ale co z tego? Dalej ci sami wodzowie, ten sam reżim, nic się nie zmienia. W Rosji jest podobnie – podsumowuje Piotr Kuczyński.