NIK: system opieki nad bezdomnymi zwierzętami do poprawki

W ubiegłym roku NIK sprawdziła, jak gminy wywiązują się z zadań związanych z ochroną zwierząt. Chodziło głównie o bezdomne psy i koty, które powinny mieć zapewnioną opiekę w schroniskach. Kontrola wykazała, że poprawa losu bezdomnych zwierząt wymaga m.in. zmian w prawie. NIK zgłosiła szereg wniosków de lege ferenda, o których prezes Izby Krzysztof Kwiatkowski poinformował posłów i senatorów. Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt kończy właśnie pracę nad nowelizacją szeregu ustaw i rozporządzeń, w której chce wykorzystać m.in. wszystkie kluczowe wnioski NIK dotyczące opieki nad bezdomnymi zwierzętami.

Zeszłoroczny raport NIK pokazał, jak bardzo ułomny w Polsce jest system opieki nad bezdomnymi zwierzętami. Wiele psów i kotów znika po odłowieniu przez hycli. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, gdzie się podziały, bo brak skutecznego systemu identyfikacji zwierząt. Istniejące schroniska są przepełnione i umiera w nich co czwarty zwierzak. Aż w 86 proc. skontrolowanych przez NIK miejsc przetrzymywania psów i kotów nie zapewniono im właściwych warunków.

Odławianie zwierząt i tworzenie pseudoschronisk stało się dla niektórych intratnym biznesem. Wskazują na to zarówno doniesienia prasowe, jak i raporty organizacji pozarządowych. Samorządy płacą prywatnym firmom za opiekę nad bezdomnymi psami i kotami, ale – jak wykazała NIK – połowa ze skontrolowanych gmin w ogóle nie sprawdzała, co się działo z dostarczonymi do schroniska zwierzętami. Samorządy zainteresowane były głównie wyłapywaniem bezdomnych psów i kotów. Wydały na to 80 proc. wszystkich pieniędzy przeznaczonych na opiekę nad zwierzętami. W następstwie takiego postępowania ponad 60 proc. skontrolowanych gmin zlecało wyłapywanie psów i kotów „donikąd” (bez zapewnienia im miejsc w schroniskach, na które zabrakło pieniędzy). Przy braku znakowania (czipowania) psów otwierało to drogę do ich uśmiercania albo umieszczania w przepełnionych i nie zawsze zapewniających właściwe warunki schroniskach.

NIK wskazała w swoim raporcie na konieczne zmiany w prawie. Wśród wniosków de lege ferenda znalazły się:

– ustawowy obowiązek rejestracji i znakowania psów (tzw. czipowanie), które pozwoli na śledzenie losów wyłapywanych zwierząt, a także sprawdzenie, czy trafiły do schroniska oraz kiedy oddano je do adopcji. Brak znakowania
umożliwiał nieuczciwym przedsiębiorcom pozbywanie się (uśmiercanie) wyłapanych psów przed oddaniem ich do schroniska albo pozbywanie się ich (uśmiercanie) na terenie schroniska;

– prawny wymóg umożliwiający prowadzenie schroniska pod warunkiem wydania przez inspekcję weterynaryjną decyzji stwierdzającej spełnienie przez wszystkich niezbędnych warunków;

– zobligowanie gmin do określenia w umowach z hyclami schronisk, do których mają trafić wyłapane zwierzęta, a w umowach ze schroniskami do formułowania precyzyjnych wymagań dotyczących opieki nad nimi. Gminy muszą też gwarantować sobie w umowach możliwości prowadzenia w schroniskach kontroli w oparciu o wskazane dokumenty do prowadzenia których schronisko w umowie zostanie zobowiązane;

– wprowadzenie w ustawie obowiązku opieki nad bezdomnymi zwierzętami (co uczyni z wyłapywania tylko pierwszy etap w procesie zapewnienia opieki, którego następstwem będzie umieszczenie bezdomnego zwierzęcia w schronisku i przeprowadzenie adopcji), zamiast dotychczasowego obowiązku ochrony przed nimi (co prowadziło do wyłapywania psów i kotów, dla których nie było miejsc w schroniskach);

– ustanowienie gminnych programów opieki nad bezdomnymi zwierzętami aktami prawa miejscowego (dzięki czemu zyskają moc prawną, równocześnie umożliwi to rozliczanie władz samorządowych z realizacji prawa).

Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt kończy właśnie pracę nad nowelizacją ustaw i rozporządzeń, w której chce wykorzystać m.in. wszystkie kluczowe wnioski NIK. Stojący na czele Zespołu poseł Paweł Suski poinformował o tym prezesa Najwyższej Izby Kontroli Krzysztofa Kwiatkowskiego. Przed kilkoma miesiącami prezes NIK przedstawił w Sejmie najważniejsze ustalenia Izby dotyczące systemu opieki nad bezdomnymi zwierzętami w Polsce. W sprawie realizacji wniosków de lege ferenda prezes Izby rozmawiał z marszałkami Sejmu i Senatu oraz szefami kilku kluczowych komisji parlamentarnych. Nowelizacja przepisów zaproponowana przez NIK stwarza szansę na lepszą opiekę nad bezdomnymi zwierzętami.

Czwarta ustawa deregulacyjna wkrótce trafi pod obrady rządu. Duże ułatwienia dla portów

Kończą się pracę nad kolejnymi ułatwieniami dla przedsiębiorców. Czwarta ustawa deregulacyjna ma wkrótce trafić do Rady Ministrów zapowiada Janusz Piechociński. Zawiera ona tzw. pakiet portowy, mający ułatwić działalność polskich portów i terminali przeładunkowych, a co za tym idzie zwiększyć ich konkurencyjność w Europie. Ministerstwo Gospodarki zapowiada również polityczne wsparcie ekspansji na rynki zagraniczne, w tym na rynek irański.

  Prace nad czwartą deregulacją są już na finiszu procedowania i za chwilę pojawi się na Radzie Ministrów – powiedział dziennikarzom wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński. – To kolejny ruch ograniczający wiele obowiązków informacyjnych, co powinno zmniejszyć koszty funkcjonowania przedsiębiorczości.

Pierwsze dwie ustawy deregulacyjne, mające ułatwiać prowadzenie działalności gospodarczej, zostały przyjęte w 2011 roku, trzecia weszła w życie 1 stycznia 2013 roku i wprowadziła m.in. zmiany w zasadach kasowej metody rozliczania podatku VAT czy w uldze na złe długi.

Kluczowym elementem czwartej transzy deregulacji jest tzw. pakiet portowy, mający na celu poprawienie konkurencyjności polskich portów i terminali przeładunkowych. Wydłuży on m.in. termin, jaki upoważnieni przedsiębiorcy w imporcie mają na rozliczenie VAT.

 Nałożymy na administrację publiczną: służby celne, weterynaryjne, fitosanitarne obowiązek obsłużenia towaru w eksporcie i w imporcie w ciągu 24 godzin – mówi Piechociński. – Jeśli nasze doświadczenia będą pozytywne – a jesteśmy zdeterminowani, żeby takie były – to obowiązek ten rozszerzymy na wszystkie zewnętrzne granice Unii Europejskiej, będące polskimi przejściami granicznymi.

Dzięki proponowanym rozwiązaniom przyspieszy to czas przeprowadzenia kontroli, co w konsekwencji pozwoli przedsiębiorcy szybciej odebrać lub dostarczyć towar. Resort oczekuje, że ta zmiana umożliwi zwiększenie wolumenu odpraw celnych ostatecznych dokonywanych w Polsce.

Władze portów podkreślały, że to właśnie skomplikowane procedury i długi czas odprawy utrudnia im rywalizacje z zagranicznymi portami, np. z Hamburgiem.

„Potrzebna oferta polskich firm dla Iranu”

Wicepremier zapowiada też dalsze wspieranie ekspansji zagranicznej polskich firm. Strategicznymi rynkami, z którymi resort chciałby nawiązać ścisłą współpracę gospodarczą, pozostają kraje afrykańskie, Ameryki Południowej oraz Zatoki Perskiej. Piechociński podkreśla, że nowym, bardzo perspektywicznym kierunkiem staje się Iran.

 – Chcemy skorzystać z tego, że społeczność międzynarodowa złagodziła rygory wobec Iranu i czas najwyższy, aby polscy przedsiębiorcy przedłożyli ofertę, wspartą politycznymi działaniami, dla tego dużego kraju, który potrzebuje także naszych towarów i usług – zapowiada minister gospodarki.

20 stycznia rozpocznie się wdrażanie tymczasowego porozumienia między Iranem a grupą 5+1, złożoną ze Stanów Zjednoczonych, Chin, Wielkiej Brytanii, Rosji, Francji i Niemiec. W zamian za ograniczenie irańskiego programu nuklearnego, kraje te zadeklarowały złagodzenie nałożonych na Iran sankcji gospodarczych.

Lasy Państwowe zmuszone do rezygnacji z części inwestycji. Niektóre drogi leśne nie powstaną

CEO Magazyn Polska

Tegoroczne inwestycje Lasów Państwowych – planowane na ok. 1 mld zł – muszą zostać ograniczone. W tym i kolejnym roku, zgodnie z przyjętym przez rząd projektem ustawy, Lasy będą musiały odprowadzić do budżetu państwa po 800 mln zł. Przez nowe zobowiązanie ucierpią m.in. inwestycje w leśne drogi. A te są potrzebne do tego, by sprawnie transportować drewno, którego sprzedaż jest źródłem przychodów organizacji.

 – Musimy przeformułować nasz plan finansowo-gospodarczy i wygospodarować pieniądze na zapłacenie 800 mln zł w tym roku i kolejnych 800 mln w roku przyszłym. W tej chwili jedynym rozwiązaniem jest to, żebyśmy zrezygnowali z inwestycji, które zaplanowaliśmy na kwotę około 1 mld zł – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Malinowska, rzeczniczka Lasów Państwowych.

Ograniczone zostaną m.in. wydatki na infrastrukturę leśną, czyli głównie drogi. Wywóz drzewa z lasów jest dla Lasów Państwowych bardzo istotny, bo jego sprzedaż to główne źródło przychodów. W 2012 r. ponad 86 proc. przychodów organizacji (6,3 mld zł) pochodziło właśnie z tej działalności.

Jak podkreśla Malinowska, dzięki utrzymującej się od paru lat dobrej koniunkturze na rynku drzewa kondycja finansowa LP jest bardzo dobra. Lasy Państwowe są instytucją samofinansującą się, funkcjonującą na zasadach rynkowych i bez dopłat z budżetu. W 2012 r. wypracowały zysk netto wynoszący niemal 260 mln zł, a do Skarbu Państwa odprowadziły niemal 168 mln zł podatku leśnego oraz ponad 42 mln zł podatku dochodowego.

 – Pieniądze, które zarabiamy na sprzedaży drewna, przeznaczamy na ochronę przyrody, na ochronę przeciwpożarową, na wszystkie prace, które w lasach trzeba wykonać. Niestety trzeba ponieść dużo nakładów pieniężnych, żeby za kilkadziesiąt lat móc pozyskać drewno – zaznacza Malinowska.

Jeśli ustawa zostanie zmieniona w sposób przyjęty przez rząd, to do budżetu państwa trafi cała nadwyżka, którą Lasy Państwowe wypracowały w latach 2009-2012. Było to łącznie ok. 1,62 mld zł. Rząd proponuje, by jeszcze w tym roku organizacja zapłaciła państwu 800 mln zł w czterech ratach. Taką samą kwotę Lasy Państwowe będą musiały zapłacić w 2015 roku, a od 2016 r. do budżetu będzie trafiać 2 proc. rocznie ze sprzedaży drewna. Jeśli takie zasady obowiązywałyby w 2012 r., to państwo otrzymałoby dodatkowo ponad 125 mln zł.

 – Musimy zmienić nasze plany, które mieliśmy na 2014 rok, ponieważ jesienią, kiedy planowaliśmy inwestycje i budżet na rok 2014, nie wiedzieliśmy jeszcze o tego typu zmianach – ubolewa Malinowska. Dodaje jednak optymistycznie: – Rok 2014 zapowiada się nieźle na rynku drzewnym. Nie będzie żadnych problemów, jeśli będziemy mieli dalej dobrą koniunkturę i ceny drewna będą korzystne.

A. Szejnfeld: będą kolejne propozycje PO dla przedsiębiorców. Najważniejszą kodeks budowlany

CEO Magazyn Polska

Pakiet startowy PO, czyli propozycja ułatwień dla początkujących przedsiębiorców lub wracających na rynek, to – według zapowiedzi – pierwsza z wielu w tym roku. Pomysłodawca pakietu, poseł Adam Szejnfeld podkreśla, że najważniejszym projektem będzie ukończenie prac nad kodeksem budowlanym, który ma przyspieszyć działania inwestorów w Polsce.

 – Kodeks budowlany miałby skonsolidować przepisy dotyczące inwestycji w Polsce, które dzisiaj są rozrzucone w bardzo wielu ustawach, aktach rangi ustawowej i rozporządzeń, a jednocześnie przedłużają nam działania – co widać w międzynarodowych rankingach – mówi Adam Szejnfeld, poseł Platformy Obywatelskiej, przewodniczący Sejmowej Komisji ds. Związanych z Ograniczaniem Biurokracji.

W tegorocznym światowym rankingu wolności gospodarczej (The Heritage Foundation i Wall Street Journal) Polska wprawdzie awansowała o siedem pozycji, ale wciąż jest to odległe 50. miejsce (na 186 państw). W zestawieniu wyżej znalazły się 22 kraje europejskie.

 Kodeks budowlany ma przede wszystkim ułatwić i przyspieszyć działania inwestorów w Polsce. To będzie, moim zdaniem, najważniejsze rozwiązanie, jakie w tym roku przyjmiemy – zapowiada Szejnfeld w rozmowie z Newserią Biznes.

Na ułatwienia dla przedsiębiorców ukierunkowana jest też pierwsza propozycja Szejnfelda, przedstawiona kilka dni temu, czyli tzw. pakiet startowy. 

 – Jest to projekt, który ma ułatwiać decyzję o wejściu na rynek tym, którzy chcą zakładać nowe firmy, bądź też o powrocie na rynek osobom, które już prowadziły biznes, nie powiodło się im lub z innych powodów zamknęli firmę, a teraz chcą do tego wrócić – wyjaśnia pomysłodawca pakietu.

Propozycja przewiduje dwa rozwiązania. Pierwsze to wakacje ubezpieczeniowe, czyli zwolnienie przedsiębiorcy z płacenia składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne przez pierwsze pół roku, a w kolejnych dwóch latach – ich radykalne obniżenie.

 – Przez następne dwa lata płaciłby składki, ale radykalnie obniżone. Byłoby to obliczane od 20 proc. wartości płacy minimalnej – wyjaśnia poseł PO. – Druga propozycja to kredyt podatkowy, czyli propozycja, by przez pierwsze dwa lata przedsiębiorca nie płacił żadnych podatków dochodowych.

W opinii Szejnfelda, pozwoli to na kilkunastomiesięczne kumulowanie kapitału, umacnianie pozycji firmy na rynku i budowanie przewag konkurencyjnych. Kredyt miałby być spłacany od trzeciego roku, przez pięć lat w wysokości 20 proc. wartości otrzymanej pomocy.

Pakiet jest skierowany przede wszystkim do absolwentów, bezrobotnych oraz osób w grupie wiekowej 50+. 

Wciąż niewielu Polaków w zarządach globalnych firm

CEO Magazyn Polska

Wykształcenie zdobyte na zachodnich uczelniach i doświadczenia z zagranicznych firm są najczęściej furtką do pracy na kierowniczych stanowiskach w światowych korporacjach. Wciąż jednak niewielu Polaków zasiada w zarządach globalnych koncernów. Oprócz niewystarczających kompetencji na przeszkodzie stoją również niechęć do mobilności i nieodpowiednie zdolności komunikacyjnych Polaków.

Zdaniem Jacka Pawlaka, prezesa Toyota Motor Poland, pierwszego Polaka na tym stanowisku, jest pięć głównych barier, które hamują międzynarodową karierę polskich menadżerów.

 – To kwestie kulturowe, nieodpowiednie kompetencje menedżerów, ich reputacja, niechęć do mobilności i niewielkie zdolności komunikacyjne Polaków – wymienia w rozmowie z Newserią Biznes Jacek Pawlak.

Prezes Toyota Motor Poland przez 6 lat pracował w brukselskim oddziale Toyoty nad międzynarodowymi projektami, wśród 52 menadżerów różnych narodowości. Jak podkreśla, nie było wśród nich Polaków.

Kwestie kulturowe to – mimo procesów globalizacji – wciąż istotny czynnik przy wyborze kadry zarządzającej. Prezes Toyota Motor Poland przytacza dane mówiące, że w Stanach Zjednoczonych 97,7 proc. prezesów największych firm to Amerykanie, 91 proc. prezesów włoskich firm to Włosi, a 85 proc. francuskich to Francuzi. 

 – Zazwyczaj tamtejsze firmy są zdominowane przez obywateli kraju, z którego pochodzi firma. Członkowie zarządów i prezesi tych korporacji wolą pracować z osobami tej samej narodowości, porozumiewającymi się tym samym językiem i według tych samych norm kulturowych – tłumaczy prezes Toyoty.

Nie oznacza to, że Polacy nie mogą zasiąść w fotelach globalnych zarządów. Kluczowa jest w tym przypadku edukacja, jednak jej model praktykowany nad Wisłą wymaga zmian.

 – Niestety muszę powiedzieć, że absolwenci zagranicznych uczelni są lepiej przygotowani do pracy i pewnie w procesie rekrutacji mają dużo większe szanse. Nie chodzi tu o kwestie teoretyczne, bo jesteśmy bardzo dobrzy z matematyki, ze statystyki, z ekonometrii – przypomina prezes. – Natomiast na uczelniach zagranicznych uczy się przede wszystkim praktycznych zagadnień – poczynając od obsługi PowerPointa, ale także kwestii komunikacyjnych, umiejętności prezentacji, zdolności interpersonalnych i nawiązywania kontaktów.

Nie bez znaczenia jest miejsce zajmowane przez nasze uczelnie w międzynarodowych rankingach. Według Listy Szanghajskiej, publikowanej od 10 lat przez Uniwersytet Jiao Tong w Szanghaju, na której znajduje się 500 najlepszych uczelni na świecie, polskie (Uniwersytet Warszawski i Jagielloński) od lat zajmują pozycje w czwartej setce. Na 100 możliwych do zdobycia punktów Uniwersytet Jagielloński dostał w tym roku 10,8, Warszawski – 16,3. Najlepszą uczelnią świata po raz 10. okazał się Uniwersytet Harvarda, za nim znalazły się dwie inne amerykańskie uczelnie – Uniwersytet Stanforda oraz Massachusetts Institute of Technology. Natomiast wśród europejskich szkół wyższych najlepsze okazały się dwie brytyjskie: Cambridge z miejscem piątym oraz Oxford, który zajął 10. pozycję.

 – Jeśli mamy dwóch kandydatów, z których jeden skończył London School of Economics, Oxford czy Cambridge, a z drugiej strony absolwenta Uniwersytetu Warszawskiego, to ci pierwsi mają dużo większe szanse. Musimy zadbać o to, żeby nasze uczelnie, które są przecież na wysokim poziomie, zajmowały ważne miejsca w międzynarodowych rankingach – podkreśla Jacek Pawlak.

Z brakiem wysokiego miejsca w tym i podobnych międzynarodowych rankingach, łączy się brak dobrej opinii o polskiej kadrze menadżerskiej.

 – Bardzo mało jest Polaków na wyższych stanowiskach i w związku z tym nie mamy jeszcze ustalonej reputacji świetnych menedżerów – zwraca uwagę Jacek Pawlak. – Zadaniem Polaków, którzy już pracują w korporacjach na wysokich stanowiskach, jest poprawiać tę opinię. Odnosząc sukcesy w zachodnich firmach, ustawiamy naszym kolegom, którzy przyjdą po nas, dużo wyżej poprzeczkę. Ale im będzie też łatwiej dostać się na takie stanowiska.

Kolejnymi barierami są mobilność i umiejętności komunikacyjne Polaków. A te wraz ze wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej, otwarciem unijnego rynku pracy, możliwością studenckiej wymiany w ramach takich programów jak Erasmus, a także rosnącą popularnością zagranicznych programów wolontariackich, zmniejszają się.

Według badania CBOS z ubiegłego roku, „Mobilność i elastyczność zawodowa Polaków”, wśród osób aktywnych zawodowo 54 proc. skłaniałoby się ku wyjazdowi do pracy za granicę. Zaś spośród wszystkich badanych na taki krok zdecydowałoby się 32 proc. pytanych, co oznacza wzrost o 6 pp. w porównaniu do 2009 roku. 

Limity kosztów pożyczek pozabankowych da się obejść. Zapłacą za to jednak klienci

CEO Magazyn Polska

Wprowadzenie limitu kosztów pożyczek pozabankowych spowoduje konieczność obchodzenia przepisów i jeszcze bardziej odbije się na kieszeni klienta  uważa Marek Zuber. Jego zdaniem krótkoterminowe, łatwe do uzyskania pożyczki są potrzebne, a skoro banki ich nie oferują, to nie można ograniczać innych instytucji, które oferują takie usługi. Czym innym jest nadzór nad działalnością parabanków, a czym innym blokowanie możliwości legalnego pożyczania pieniędzy  przekonuje ekonomista.

 – Wprowadzenie limitu kosztów pożyczek oznaczać zwiększone koszty dla klienta, bo będzie trzeba obchodzić prawo, a obchodzenie prawa jak wiadomo kosztuje – mówi Newserii Biznes Marek Zuber, ekonomista. – A że uda się, nie mam co do tego wątpliwości, bo każde prawo tego typu, nie tylko w Polsce, lecz także na świecie, jest obchodzone.

Ministerstwo Finansów w propozycjach regulacji rynku pożyczek pozabankowych chce m.in. wprowadzić rejestr firm pożyczkowych oraz obowiązek wpisywania udzielonych pożyczek do zewnętrznych baz danych. Resort chce także wprowadzić 50-proc. limit kosztów pożyczek, co budzi największe kontrowersje.

Zdaniem Zubera, wprowadzenie takiego ograniczenia przyniesie skutek odwrotny do zamierzonego. Będzie więcej szarej strefy, a legalnie udzielane pożyczki mogą zostać obudowane dodatkowymi konstrukcjami umownymi, których celem będzie obejście limitów kosztowych. To z kolei spowoduje, że te pożyczki będą jeszcze droższe dla klienta.

 – Wszelkie tego typu ograniczenia po prostu się nie sprawdzą, bo znamy powiedzenie Polak potrafi i wiemy, że on wielokrotnie udowadniał, że potrafi. Nie ograniczymy w praktyce tego kosztu, a będziemy powodowali tylko niepotrzebne kombinacje i jeszcze większy wzrost kosztów – przekonuje  ekonomista.

Wyjaśnia, że sposobów na pożyczanie pieniędzy pomimo limitów jest dużo – jednym z nich jest przeniesienie działalności firm pożyczkowych zagranicę. Może się też zdarzyć, że klienci, szukający szybkich pożyczek, będą masowo korzystali z usług lombardów.

  Jedna ze standardowych umów lombardowych, którą potrafię sobie wyobrazić, to umowa nie pożyczki, ale umowa kupna i sprzedaży. Albo taka umowa opcyjna, czyli lombard dzisiaj ode mnie kupuje, ale z opcją odkupu za kilka dni czy kilka miesięcy w innej, ustalonej cenie. Przecież to nawet nie jest pożyczka. Naprawdę, nie ma problemu, żeby tego typu ustawę obejść – podkreśla ekspert. 

Jak wyjaśnia Zuber, zawsze znajdą się klienci, którzy będą potrzebowali szybkiej pożyczki i są skłonni za nią dużo zapłacić, obchodząc ustawę. Obecne ograniczenia w dostępie do kredytów jeszcze te potrzeby pogłębiają.

  Są banki, które udzielają takich pożyczek, ale to są wyjątki, np. niektóre banki spółdzielcze. Zatem nie wkładajmy tego typu działalności do worka pod tytułem: niedobre, nielegalne, złe. Potraktujmy to jako uzupełnienie tradycyjnego rynku. Starajmy się budować to prawo w taki sposób, aby te firmy również mogły działać legalnie, dla dobra klientów – podkreśla Zuber.

Ministerstwo tłumaczy zmiany koniecznością dbania o interesy konsumentów i uchronienia ich przed wpadnięciem w spiralę zadłużenia. Zdaniem resortu szczególnie narażeni na to są klienci, którzy nie mają wiedzy o finansach i są łatwym celem dla nieuczciwych pożyczkodawców.

  My działamy znowu od drugiej strony – mówi Zuber.  Jeżeli rzeczywiście głównym powodem prób tej regulacji ma być zapewnienie bezpieczeństwa, szczególnie tym, którzy mają nieco mniejszą wiedzę na temat różnych finansowych kwestii, to zabezpieczajmy ich np. modyfikując ustawę o upadłości konsumenckiej. Starajmy się informować bardziej o tym, na czym polega działalność parabankowa. To jest chyba najlepszy kierunek – twierdzi ekonomista.

Warszawska giełda ma nową strategię. Dziś ogłosi plan działań do 2020 roku

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj warszawska Giełda Papierów Wartościowych ogłosi strategię na lata 2014-2020. Końcówka ubiegłego roku stała pod znakiem planowania reformy OFE, która zmusiła większość funduszy do wyprzedawania akcji. Drugim ważnym wydarzeniem był debiut pierwszej chińskiej spółki na warszawskim parkiecie. Wydarzenia te będą mieć swoje konsekwencje także w tym roku.

Rząd w ubiegłym roku ogłosił reformę OFE, która wbrew oficjalnym zamierzeniom ma znaczny i negatywny wpływ na giełdę. Fundusze mają przekazać do ZUS-u 51,5 proc. zgromadzonych oszczędności. Choć w założeniach wszystkie te środki miały pochodzić z obligacji, to większość funduszy będzie musiała sprzedać także część akcji, by spełnić ten wymóg. Według ekspertów tylko do początku przyszłego roku fundusze będą musiały sprzedać akcje o wartości ok. miliarda złotych. Dopiero w sierpniu okaże się, ilu ubezpieczonych zdecydowało się na pozostawienie części swoich składek w OFE i jaki może być ostateczny wpływ zmian w systemie emerytalnym na warszawski parkiet.

Z kolei wydarzeniem, które wzmocniło GPW, był październikowy debiut chińskiej spółki Peixin International Group N.V., zajmującej się produkcją maszyn i linii do produkcji towarów higienicznych. Cena akcji szybko wzrosła i w tym roku prawdopodobnie będą miały miejsce nowe debiuty spółek z Państwa Środka.

Zainteresowanie wzbudza też kwestia możliwości połączenia GPW z wiedeńską grupą giełd.

 – Trudno odpowiedzieć jednoznacznie, czy połączenie z grupą wiedeńską, złożoną z czterech giełd, będzie dla nas opłacalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy. – Na razie nie mamy na ten temat ani pozytywnej, ani negatywnej odpowiedzi.

Do CEE Stock Exchange Group (CEESEG) należą giełdy w Wiedniu, Budapeszcie, Lublanie i Pradze. Rozłucki zwraca uwagę, że warszawska GPW jest większa i bardziej dynamiczna od czterech parkietów razem wziętych.

 – Jeśli to połączenie dojdzie do skutku, to giełda się powiększy, natomiast nie wiadomo, czy uda się efektywnie połączyć wszystkie pięć rynków – zastanawia się Rozłucki. – Jak na razie Wiedniowi się to nie udało. Jest pytanie, czy uda się Warszawie. Wydaje mi się, że mamy większe szanse, ale pewności nie mam. Na razie nie są prowadzone jeszcze konkretne rozmowy w sprawie fuzji.

EY: ściąganie zabezpieczeń systemowych z telefonów przy pobieraniu aplikacji to jak wpuszczanie złodzieja do domu

CEO Magazyn Polska

Jeżeli próba zainstalowania aplikacji na smartfonie wiąże się z udostępnieniem kamery, kontaktów, poczty i historii przeglądarki, lepiej z niej zrezygnować. Eksperci przestrzegają: nieuważne udostępnianie informacji z telefonu może przysporzyć jego właścicielowi kłopotów.

Część instalowanych na urządzeniu mobilnym aplikacji może mieć dostęp do danych poufnych. Coraz częściej zdarza się, że smartfon służy użytkownikowi do obsługi konta bankowego czy poczty służbowej. Dlatego eksperci przestrzegają, by ostrożnie instalować nowe programy – szczególnie te nieznanego pochodzenia.

 – Należy zwrócić uwagę, do czego aplikacja chce mieć dostęp. Jeżeli instalujemy aplikację do tworzenia notatek, a chce ona mieć dostęp do kamery, do naszej książki adresowej, do GPS to warto się zastanowić dlaczego. To już powinno wzbudzić pewne obawy i taką aplikację najlepiej jak najszybciej odinstalować – mówi Newserii Biznes Michał Kurek ekspert z Działu Zarządzania Ryzykiem Informatycznym EY.

Najbezpieczniejsze jest korzystanie z autoryzowanych sklepów z aplikacjami. W marketach dedykowanych systemom (App Store, Windows Store, Android Market) zazwyczaj znajdują się produkty sprawdzone. Ale ekspert radzi, by zawsze czytać warunki i listę rzeczy, do których dana aplikacja, chce mieć dostęp.

 – Jeżeli ktoś prosi o zarejestrowanie na nasz komputer dodatkowo czegoś spoza repozytoriów aplikacji, prawdopodobnie jest to próba instalacji złośliwego kodu – twierdzi Kurek. – Hakerzy potrafią przemycić pewne nieautoryzowane furtki nawet w aplikacjach, które podlegają pewnej weryfikacji w sklepach.

Niestety, konsumenci coraz częściej sami dopuszczają hakerów do danych zgromadzonych w swoich telefonach. Dzieje się tak, gdy dobrowolnie likwidują bariery systemowe, które powinny chronić aparat przed atakami groźnych programów.

 – Całkiem duży odsetek właścicieli telefonów komórkowych niszczy pewne zabezpieczenia oferowane przez systemy operacyjne; w przypadku Androida nazywa się to rootowanie telefonu. W związku z tym de facto każda aplikacja, która na takim telefonie zostanie zainstalowana, może mieć dostęp do danych przetwarzanych przez inne aplikacje – przypomina ekspert EY.

Lion’s Bank: ceny gruntów rolnych będą w tym roku wciąż rosły

CEO Magazyn Polska

W najbliższym czasie inwestorzy nie powinni jeszcze obawiać się korekty cen na rynku gruntów rolnych, który od blisko dekady jest w trendzie wzrostowym. Jak wynika z prognoz Lion’s Banku, w tym roku działki rolnicze nadal będą zyskiwać na wartości. W 2016 roku rynek zostanie otwarty dla nabywców z UE, a ceny gruntów na zachodzie Europy są 2-3 razy wyższe niż w kraju.

 – Ten rok będzie cały czas dobry dla tego rynku. Spodziewam się dalszych wzrostów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Turek, analityk rynku nieruchomości w Lion’s Bank.

Od 2004 roku przeciętna cena transakcyjna działek rolniczych rosła w tempie 17 proc. rocznie. Natomiast w samym ubiegłym roku dynamika ta wyniosła około 11 proc. Analityk Lion’s Banku widzi powody do dalszych wzrostów cen – wśród nich m.in. otwarcie naszego rynku dla nabywców z UE w 2016 roku. Ceny działek na Zachodzie są bowiem kilkakrotnie wyższe niż w Polsce.

 – W tym momencie średnia cena gruntu rolnego w Unii jest dwu-, nawet trzykrotnie wyższa niż w Polsce. W Hiszpanii czy w Niemczech to jest dwa razy więcej niż w Polsce. W Wielkiej Brytanii płaci się około 80–90 tys. zł za hektar, a w Polsce 25 tys. zł – wyjaśnia Bartosz Turek.

Jako kolejne czynniki sprzyjające wzrostowi cen działek wymienia dopłaty do sektora rolniczego oraz w konsekwencji jego rosnącą produktywność.

 – To są aspekty, które wskazują na to, że ten trend wzrostowy może być kontynuowany. Nawet jeżeli by tak nie było, to pamiętajmy, że inwestorzy, którzy kupują grunty rolne w celu ich odrolnienia, pozytywnie patrzą na zmiany cen ziemi stricte rolnej, ale w zamyśle raczej mają to, aby kupiony grunt sprzedać jako budowlany – tłumaczy analityk.

Na procesie odrolnienia inwestorzy mogą sporo zarobić, szczególnie w przypadku działek położonych w pobliżu dużych miast (czyli do ok. 50-60 km od aglomeracji).

 – Przede wszystkim okolice dużych miast, okolice, w których mamy dobrą infrastrukturę, albo ma ona w najbliższym czasie powstać. Również okolice, w których plan miejscowy czy studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy pozwala na to, aby grunt na początku rolny stał się budowlany – wyjaśnia analityk.

Dla tej grupy inwestorów wzrost bądź też spadek cen gruntów rolnych nie będzie istotnie przekładał się na ich ostateczne zyski. Należy jednak wziąć pod uwagę, że bardzo niewielka część gruntów w Polsce kwalifikuje się do zmiany swojego przeznaczenia.

 – W Polsce mamy bardzo dużo gruntów rolnych, ale powiedzmy 2 proc., góra 5 proc. tych terenów będzie mogło zostać odrolnionych – zaznacza analityk.

Za grunty o najniższej klasie przydatności do uprawy inwestorzy płacili w ubiegłym roku średnio 20 tys. zł za hektar. Dla porównania, w 2004 r. ich średnia cena kształtowała się na poziomie nieco ponad 4 tys. zł za hektar.

Późna zima może pomóc niektórym branżom. Anomalie pogodowe szkodzą jednak gospodarce

CEO Magazyn Polska

Spóźniona zima może być korzystna dla niektórych firm, zwłaszcza z branży handlowej czy budowlanej. Straci za to branża energetyczna. Jak twierdzą ekonomiści, w dłuższej perspektywie anomalie i niepewność co do pogody utrudniają planowanie i są przez to raczej szkodliwe dla biznesu.

 – Jeżeli w zimie mamy ciepłą pogodę, zyskują branże związane na przykład z produkcją materiałów budowlanych, może zyskiwać mały handel i niektóre restauracje, ponieważ ludzie częściej wychodzą na spacer – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ignacy Morawski, główny ekonomista FM Bank PBP.

Z drugiej strony tracą firmy produkujące materiały grzewcze, firmy z branży energetycznej.

 Patrząc na obraz całości, w perspektywie krótkoterminowej plusy mają może niewielką przewagę nad minusami – twierdzi Morawski. Generalnie w cieplejszych okresach aktywność gospodarcza jest nieco wyższa. Trudno teraz powiedzieć, czy bilans w perspektywie półrocznej lub rocznej będzie pozytywny. Ciepła zima i związane z nią problemy z uprawami mogą np. spowodować wzrost cen żywności.

Morawski zauważa też, że na dłuższą metę anomalie pogodowe znoszą się wzajemnie – po cieplejszej zimie następuje zima ostrzejsza. W dłuższej perspektywie nikt nie zyskuje, a sam fakt niepewności co do pogody utrudnia długofalowe planowanie, co szkodzi firmom i gospodarce.

 – Firmom budowlanym trudno jest zaplanować cykl prac, jeżeli nie są pewne, czy w grudniu będzie +5, czy -10 stopni, czy będzie padał śnieg, czy też nie – mówi główny ekonomista FM Bank PBP. To wszystko utrudnia planowanie wydatków, kosztów i dochodów. Ta niepewność sama w sobie jest kosztowna. Nawet jeżeli teraz ktoś zyskuje na zimie, to na kolejnej może stracić. Dlatego dla gospodarki lepiej by było, gdyby pogoda była bardziej stabilna i zgodna z wzorcami sezonowymi – dodaje.

Wiceminister Gospodarki, Handlu I Przemysłu Japonii Midori Matsushima z wizytą w kozienickiej Elektrowni

W poniedziałek 13 stycznia odbyła się robocza wizyta Wiceminister Gospodarki, Handlu i Przemysłu Japonii Midori Matsushima w ENEA Wytwarzanie w Kozienicach.

Wind Mobile przejmuje Software Mind i wejdzie na główny rynek GPW

Wind Mobile dostawca rozwiązań mobilnych w Polsce, przejmie Software Mind. Przejęcie Software Mind będzie sfinansowane poprzez dług (kredyt bankowy lub obligacje) oraz akcje Wind Mobile. Spółka uzyskała wstępne zgody dwóch renomowanych instytucji finansowych na pozyskanie niezbędnych środków. Planowana transakcja będzie realizowana przy wycenie Software Mind na poziomie około 50 mln PLN.

Spółka Wind Mobile zakończyła również negocjacje wstępnej umowy dotyczącej przejęcia spółki o podobnym profilu, działającej na rynkach wschodzących. Dzięki akwizycjom Wind Mobile zwielokrotni przychody oraz zyski wchodząc na rynki Europy Zachodniej, USA, Bliskiego Wschodu i Afryki.

Obie akwizycje są realizacją wcześniejszych zapowiedzi spółki. Software Mind jest dostawcą innowacyjnych rozwiązań informatycznych dla branż: finansowej, telekomunikacyjnej oraz multimediów. W 2013 r. firma miała 45 mln zł przychodów oraz 5 mln zł EBITDA.

– Przejęcie Software Mind to przełomowy krok dla Wind Mobile. Dzięki akwizycji umacniamy naszą pozycję w sektorze telekomunikacyjnym, wchodząc jednocześnie w obszar finansów, bankowości oraz multimediów. Innowacyjne produkty spółki zapewniają możliwości skokowego rozwoju. Software Mind Video Branch Banking doceniony podczas prestiżowej konferencji FinovateFall w Nowym Jorku, platforma Mobile Banking, platforma multimedialna IPTV dla operatorów ISP oraz branży hotelowej to jedynie wybrane z produktów Software Mind wybieranych przez najbardziej wymagających klientów. Akwizycja pozwala nam poszerzyć skalę działania na rynki Europy Zachodniej oraz USA. Wzmacniamy również nasz zespół o świetnych menadżerów. W efekcie dostarczamy nową jakość dla akcjonariuszy – mówi Rafał Styczeń, Wiceprezes Zarządu Wind Mobile ds. Rozwoju i Akwizycji.

Wind Mobile zamierza także w najbliższym czasie przejąć kolejną spółkę, o bardzo zbliżonym profilu, współpracującą z 45 operatorami mobilnymi na rynkach Bliskiego Wschodu i północnej Afryki.

– Osiągnęliśmy bezprecedensowy sukces na polskim rynku muzyki cyfrowej. Miliony płatnych użytkowników korzystających z halodzwonków i dynamiczny rozwój usługi One Ringback plasuje nas w absolutnej czołówce na tle krajów europejskich. Dzięki planowanej akwizycji nasz sukces przeniesiemy ze skali 4 operatorów na ponad 40 działających na rynkach wschodzących. W ten sposób skokowo zwiększymy nasz potencjał i stajemy się w pełni globalnym graczem. Widzimy również wielki potencjał w dystrybucji produktów Software Mind poprzez kanały dystrybucji celu przejęcia – mówi Tomasz Kiser, Wiceprezes Zarządu Wind Mobile ds. Marketingu i Sprzedaży

Szacuje się, że w roku 2016 Wind Mobile wraz z przejętymi podmiotami wygenerują ok. 140 milionów przychodów oraz ok. 22 milionów PLN zysku netto. W drugiej połowie 2014 nastąpi przeniesienie notowań akcji Wind Mobile z New Connect na rynek regularny Giełdy Papierów Wartościowych.

W 2012 r. spółka Wind Mobile zanotowała 13,1 mln zł przychodów oraz blisko 3,1 mln zł zysku netto. Według wstępnych szacunków Wind Mobile zamknie rok 2013 przychodami w wysokości 14,5 mln zł i zyskiem netto w wysokości 3,87 mln zł.

Kinga Piecuch prezesem zarządu SAP Polska

Kinga Piecuch stanowisko prezesa zarządu SAP Polska objęła z początkiem 2014 r. Wśród kluczowych zadań, jakie stawia przed sobą nowa prezes, będzie umacnianie i rozwój współpracy z dotychczasowymi klientami oraz konsekwentne promowanie rozwiązań SAP wśród przedsiębiorstw poszukujących skutecznego wsparcia informatycznego wobec wyzwań rynkowych, przed którymi staje polska gospodarka.

„Klienci, którzy korzystają z naszych rozwiązań od wielu lat, wiedzą, że SAP jest rzetelnym i zaufanym partnerem, z którym wspólnie można i warto budować przyszłość przedsiębiorstwa” – mówi Kinga Piecuch, prezes SAP Polska. „SAP to nie tylko niezwykle szeroka i sprawdzona oferta, ale przede wszystkim jednolity i spójny sposób adresowania konkretnych wyzwań biznesowych oraz zespół ludzi, zarówno pracowników SAP, jak i specjalistów z firm partnerskich, którzy mają na swoim koncie setki skutecznie zrealizowanych projektów.”

Celem, który Kinga Piecuch stawia przed sobą i zespołem SAP, jest zapewnienie polskim klientom możliwości czerpania z szerokiego portfolio produktów i usług SAP w sposób najbardziej odpowiadający ich potrzebom. „SAP przez lata był synonimem rozwiązań typu ERP. Dzisiaj SAP to także systemy transakcyjne dopasowane do konkretnych wymagań branżowych, platformy analityczne, rozwiązania oparte na technologii in-memory, dostępne z poziomu desktopów i urządzeń przenośnych, rozwiązania bazodanowe, platformy i aplikacje mobilne oraz usługi świadczone w modelu cloud computing. Polska gospodarka wraca na ścieżkę wzrostu. Jesteśmy przekonani, że nasze rozwiązania mogą nie tylko stanowić jeden z czynników determinujących szybkość tego wzrostu, ale także zapewnić naszym klientom możliwość skutecznego konkurowania poza granicami naszego kraju” – dodaje Kinga Piecuch.

Nowa prezes SAP Polska ma wyższe wykształcenie ekonomiczne i wieloletnie doświadczenie menadżerskie w branży IT. Przed objęciem kierownictwa SAP Polska Kinga Piecuch była przez 6 lat członkiem zarządu Xerox Polska, a od stycznia 2013 roku – prezesem zarządu tej firmy. Oprócz Xerox Polska pracowała także na wysokich stanowiskach w polskim oddziale IBM (m.in. na stanowisku Dyrektora Sprzedaży do sektora MSP). W swojej karierze zawodowej odpowiadała m.in. za tworzenie i realizację strategii sprzedaży i marketingu, rozwój sieci partnerskich, rozwój nowych kanałów sprzedaży, a także za sprzedaż usług z zakresu ITO (Information Technology Outsourcing) i BPO (Business Process Outsourcing).

5% wkładu własnego przy zakupie nieruchomości – banki już na tym zarabiają

Od 1 stycznia obowiązuje wymóg posiadania wkładu własnego przy zakupie nieruchomości. Znaczenia nabiera więc gromadzenie środków na ten cel. Niektóre banki już upatrzyły w tym sposobu na zarobek – oferując produkty oszczędnościowe, które w przyszłości mają stanowić podstawę udzielenia kredytu hipotecznego na preferencyjnych warunkach.

Z początkiem roku weszły w życie zapisy znowelizowanej rekomendacji S, zgodnie z którymi kredytobiorcy hipoteczni muszą posiadać co najmniej 5-procentowy wkład własny. W kolejnych latach wymagana wysokość własnego kapitału będzie wzrastać, by w 2017 roku wynieść aż 20 procent.

Dla osób, które w perspektywie kolejnych kilku lat chciałyby kupić mieszkanie za 250 tys. zł oznacza to, że muszą – w zależności od planowanego roku zakupu – zgromadzić oszczędności w kwocie co najmniej 12,5 tys. złotych. Zgromadzenie takiej sumy nie dla każdego będzie łatwe. Temat szybko podchwyciły banki. Już co najmniej dwie instytucje proponują klientom produkty mające wspomóc w regularnym odkładaniu na wkład własny.

– Propozycje banków na pierwszy rzut oka wydają się przede wszystkim zgrabnym pomysłem sprzedażowo-marketingowym. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre klientowi nie wyszło. Jeśli i tak nosił się z zamiarem kredytowania zakupu w jednym z takich banków, a przedstawione warunki produktów uznaje za akceptowalne, ma szansę dość bezproblemowo zgromadzić wymaganą kwotę – mówi Zuzanna Brud, ekspert Bankier.pl. – Pamiętajmy, że oferując produkty oszczędnościowe, po skorzystaniu z których klient może liczyć na korzystniejsze warunki kredytu mieszkaniowego, banki zarabiają też na obsłudze całej puli produktów powiązanych (konto, karty płatnicze, ubezpieczenia), które trzeba posiadać, by móc skorzystać z oferty – dodaje.

Biura coworkingowe zyskują coraz większą popularność

Coworking – idealne rozwiązanie dla początkującego biznesu. Z jego możliwości korzystają głównie freelancerzy, startupowcy i mikroprzedsiębiorstwa. Przedstawiamy główne zalety pracy we współdzielonym biurze.

Niski koszt:

Większość początkujących przedsiębiorców przy wyborze konkretnego biura coworkingowego, w pierwszej kolejności zwraca uwagę na cenę. Nie są to duże koszta, ponieważ dostęp do miejsca pracy można zarezerwować już od 300 zł. Oczywiście ceny są zróżnicowane i istnieje wiele pakietów, w tym możliwość wynajęcia biura na godziny.

Niski koszt wynajęcia miejsca pracy spowodował, że wielu freelancerów odeszło od amerykańskiej mody pracy przy kawiarnianych stolikach. Młodzi przedsiębiorcy przekonali się również, że efektywność pracy w domu jest zdecydowanie niższa. Potrzeby bycia częścią grupy i kontaktu z innymi ludźmi nie można zaspokoić nawet spotykając się regularnie z klientami.

Networking, eventy i szkolenia

Networking to jedna z najczęściej wymienianych zalet pracy w biurach coworkingowych. Codziennie istnieje możliwość poznania przedsiębiorców z różnych branż, jak również nawiązania stałej współpracy bądź współpracy przy konkretnym projekcie. Organizowane są również spotkania integracyjne pomiędzy biurami, dzięki czemu regularnie można powiększać swoją bazę kontaktów.

Praca w jednej przestrzeni biurowej z przedsiębiorcami z wielu branż umożliwia nieograniczone możliwości nawiązania kontaktów biznesowych. Jest to szczególnie ważne dla początkujących przedsiębiorców, którzy szukają nie tylko klientów, ale również współpracowników do realizowanych projektów – komentuje Przemysław Styrna, New Business Manager GRUPA 365NET.

Dodatkową zaletą jest możliwość skorzystania z darmowych szkoleń organizowanych np. przez biura w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości. Warto więc przed wyborem konkretnego biura w danym mieście, zapoznać się z ofertą i kalendarzem dotychczasowych wydarzeń. W końcu dostęp do darmowej wiedzy i możliwość nauki od najlepszych może okazać się dodatkowym bodźcem do rozwoju naszego biznesu.

Inflacja wciąż niska

Inflacja w grudniu wyniosła 0,7 proc. w skali roku – zgodnie z prognozą analityków mBanku. Tak jak oczekiwali ceny żywności popisały się względnie niską dynamiką na poziomie +0,7 proc., podobnie jak paliwa, których ceny urosły o 0,4 proc. Kategorie bazowe zachowują się stabilnie (łączność, edukacja, kategoria inne) lub nawet spadają (rekreacja i kultura, zdrowie, odzież i obuwie) i jak na razie trudno mówić o narastaniu presji inflacyjnej. – Według naszych obliczeń dynamika inflacji bazowej utrzymała się na poziomie 1,1 proc. – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku.

Kolejne miesiące przyniosą wzrost inflacji, w styczniu spodziewamy się odczytu w okolicach 0,9 proc. (kwestia zmiany szczegółowości klasyfikacji koszyka inflacyjnego, która zostanie zaimplementowana w 2014 roku nie ma jednoznacznego wpływu na wysokość inflacji podawaną przez GUS). – Nie „czarujmy” – w pierwszej kolejności dynamika cen będzie rosła głównie przez efekty bazowe, które w 2014 roku rozkładają się bardzo nietypowo, bo u-kształtnie – dodaje Pytlarczyk. W pierwszej połowie roku inflacja będzie przez nie delikatnie podbijana, środek roku przyniesie odwrócenie tego efektu (wpływ zmian ustawy śmieciowej z roku 2013), a na koniec znów powróci dodatni wpływ bazy statystycznej (na chwilę obecną identyfikujemy go głównie z bardzo niskimi odczytami cen żywności pod koniec 2013 roku). Inflacja bazowa pozostanie pod wpływem efektów bazowych, ale także w kolejnych miesiącach powinna zacząć reagować na ewidentnie postępujące ożywienie w gospodarce.

Niska inflacja oraz podkreślanie chłodnego podejścia do wzrostów tego wskaźnika generowanych przez efekty bazowe przypieczętują gołębie nastawienie Rady Polityki Pieniężnej. Tak jak w Europie, oczekiwania na politykę pieniężną będą zdominowane przez procesy inflacyjne i na reakcję będzie trzeba jeszcze poczekać. Sam fakt wzrostu wskaźnika CPI oraz inflacji bazowej nie będzie mógł być w nieskończoność ignorowany, dlatego też nie wycofujemy się ze scenariusza podwyżek stóp pod koniec 2014 roku.

Rynek nie zareagował na dane. – Co do perspektyw uważamy, że uczestnicy rynku będą w jeszcze mniejszym stopniu niż RPP skłonni do wiary w scenariusz oparty na mechanizmach ekonomicznych, którego realizacja jeszcze nawet nie jest wyraźnie widoczna w danych – tłumaczy Marcin Mazurek, starszy analityk mBanku. – Niska inflacja będzie zatem w najbliższym czasie tematem przewodnim dzięki czemu można liczyć na dalszy spadek rentowności, przede wszystkim dłuższych obligacji. Podkreślamy jednak, że raczej nie będzie to temat na cały rok a dominującym trendem średniookresowym jest cały czas ruch w kierunku wyższych rentowności – dodaje.

Główny Ekonomista PZU nt. danych o inflacji w grudniu 2013 r.

Paweł Durjasz Główny Ekonomista PZU: Tym razem nie było niespodzianki. Ceny konsumpcji (CPI) w grudniu wzrosły o 0,1% m/m, a roczny wskaźnik inflacji sięgnął 0,7% r/r – zgodnie z konsensem prognoz. Średnioroczny wskaźnik CPI w 2013 r. wyniósł zaledwie 0,9% i był najniższy od dziesięciu lat.

Do wzrostu ogólnego wskaźnika cen najbardziej przyczyniła się drożejąca żywność (0,7% r/r) oraz rosnące ceny towarów i usług z związanych z transportem (0,4% r/r), czemu sprzyjał wzrost cen paliw. Wzrost cen – ale zaledwie o 0,1% m/m – odnotowano jeszcze tylko w grupie „restauracje i hotele”. We wszystkich innych kategoriach ceny utrzymały się na poziomie z listopada, bądź się obniżyły – najbardziej w przypadku cen towarów i usług z grupy „rekreacja i kultura” (-0,7% r/r). W większości przypadków wskaźniki te były niższe od wieloletniej średniej dla grudnia. Dane te po raz kolejny wskazują na brak popytowej presji na wzrost cen. Niskiej inflacji sprzyjało także umocnienie złotego, jakie dokonało się w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Wskaźnik inflacji netto prawdopodobnie obniżył się w grudniu do 1,0% r/r, wobec 1,1% r/r w listopadzie.

W kolejnych miesiącach można spodziewać się stopniowego wzrostu rocznego wskaźnika CPI – od 0,9% r/r w styczniu do ok. 1,7% r/r w maju-czerwcu. Zadecyduje jednak o tym przede wszystkim odniesienie do wyjątkowo niskiego wzrostu cen sprzed roku. W lipcu ze wskaźnika rocznej inflacji zniknie efekt ubiegłorocznej podwyżki wywozu śmieci, co może pozwolić na jej obniżkę w okolice 1,0% r/r. Do końca roku wskaźnik CPI wzrośnie zapewne do ok. 1,8% r/r. Średnioroczna inflacja powinna pozostać jednak bardzo niska nie przekraczając 1,5% r/r. W tych warunkach, przy wzroście dynamiki PKB powyżej 3% r/r w II połowie roku, spodziewam się pierwszej podwyżki stóp NBP przed końcem 2014 r.

PolskiBus.com przewiózł już 5 milionów pasażerów

PolskiBus.com z ogromną radością ogłasza, że przewiózł już 5 milionów pasażerów. To wspaniały wynik przewoźnika po dwóch i pół roku działalności firmy, która weszła na polski rynek w czerwcu 2011 roku. Tylko w ciągu ostatnich 4 miesięcy PolskiBus.com przewiózł milion pasażerów.

PolskiBus.com kontynuuje dynamiczny rozwój swojej sieci połączeń. W odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie PolskiBus.com rozbudowuje sieć, wprowadza nowe linie i zwiększa swoją flotę. W drugim półroczu 2013 r. firma ogłosiła zakup 75 nowych autokarów najwyższej jakości. Część tych pojazdów zostało już przeznaczonych do obsługi bazy operacyjnej we Wrocławiu, nowych linii oraz dodatkowych połączeń na istniejących już trasach, które zostały wprowadzone w ostatnich tygodniach 2013 r. Obecnie PolskiBus.com oferuje 16 tras, które obsługiwane są przez 98 nowoczesnych autokarów Van Hool Astromega i Altano. Pozostałe nowoczesne i najwyższej jakości pojazdy zamówione w 2013 r. dołączą do floty PolskiBus.com w drugim i trzecim kwartale 2014 r. Pragniemy zapewnić naszym pasażerom bezpieczną, jeszcze bardziej komfortową podróż w atrakcyjnej cenie oraz oferować jeszcze większy wybór kierunków podróży i połączeń.

Komfort i zadowolenie klienta jest zawsze najwyższym priorytetem dla PolskiBus.com. Firma będzie nadal ciężko pracować, aby utrzymać i poprawiać standardy, których jej klienci oczekują. Pragniemy zapewnić, że PolskiBus.com z nowoczesnymi, komfortowymi, ekologicznymi i przyjaznymi dla środowiska autokarami (z uchylnymi siedzeniami, toaletą oraz bezpłatnym dostępem Wi-Fi) każdego dnia będzie wyznacznikiem najwyższej jakości.

Grażyna Fałdyga-Król, Dyrektor Handlowy PolskiBus.com mówi: Jesteśmy niezwykle podekscytowani faktem, że każdego dnia podróżuje z nami coraz więcej klientów. Liczba 5 milionów przewiezionych pasażerów to imponujący wynik, który jest dowodem na to, że odpowiadamy na potrzeby naszych klientów. Zapewniam, że dołożymy wszelkich starań, by nieustannie oferować najwyższą jakość usług i rozwijać nowe linie. Realizując tę strategię, w ostatnich miesiącach uruchomiliśmy we Wrocławiu bazę operacyjną i 4 zupełnie nowe linie. Mogę obiecać, że przygotowujemy więcej niespodzianek dla naszych pasażerów.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 stycznia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 stycznia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Przedsiębiorcy będą zatrudniać. Głównie w handlu i produkcji

CEO Magazyn Polska

Współpraca urzędów pracy z prywatnymi agencjami zatrudnienia oraz nowe programy wsparcia dla poszukujących pracy mają zahamować rosnący poziom bezrobocia. Szczególnym wsparciem zostaną objęte osoby poniżej 25. roku życia. Premier Donald Tusk spodziewa się, że na koniec roku bezrobocie spadnie poniżej 13 proc. Eksperci podkreślają, że są branże, które zamierzają zatrudniać.

 – Produkcja i przetwórstwo, handel i wszystko, co z nim związane, a także usługi logistyczne, dystrybucja, komunikacja i IT – to rynkowe pewniaki, czyli branże, które stworzą szansę do zatrudnienia dużej liczby pracowników. Może to być również hotelarstwo i gastronomia – około 20 tysięcy osób może w tych branżach znaleźć zatrudnienie – prognozuje w rozmowie z Newserią Biznes Andrzej Borcz, wiceprezes Loyd SA Inwestycje i Zarządzanie, spółki, do której należy Polski Holding Rekrutacyjny.

W ocenie eksperta nie pojawiły się jednak żadne symptomy z gospodarki, które mogłyby znacząco zmienić poziom zatrudnienia. Zostaną nieco zwiększone obciążenia dla pracodawców w postaci wyższej płacy minimalnej, która od początku roku jest wyższa o 80 zł i wynosi 1680 zł brutto (ok. 1240 zł netto). Z drugiej strony programy pomocowe aktywizujące bezrobotnych w ocenie Andrzeja Borcza sprawią, że większa liczba osób znajdzie zatrudnienie.

 – Bliska współpraca pomiędzy urzędami pracy a komercyjnie funkcjonującymi przedsiębiorstwami, czyli agencjami zatrudnienia, powinna owocować zwiększeniem zatrudnienia na rynku krajowym. Urzędy mają być partnerami spółek takich jak te, które należą Polskiego Holdingu Rekrutacyjnego. Będziemy mogli być beneficjentami programów, które będą wspierały osoby wykluczone z rynku pracy. Szczególnie będzie to dotyczyło młodych – zapowiada Andrzej Borcz.

To na tej grupie bezrobotnych skupią się również działania rządu. W ubiegłym tygodniu minister pracy zapowiedział dodatkowe wsparcie dla osób wchodzących na rynek pracy: bony na staż i zatrudnienie (o wartości 10 tys. zł) oraz bony migracyjne (wartość 7 tys. zł), pozwalające na wynajęcie mieszkania w miejscu pracy odległym od miejsca zamieszkania. Studentom ostatnich lat studiów rząd umożliwi zaciągnięcie nisko oprocentowanej pożyczki do 70 tys. zł na stworzenie własnego biznesu.

Polska ma otrzymać w przeciągu dwóch najbliższych lat ok. 2 mld zł z unijnego budżetu na wsparcie zatrudnienia młodych. Będzie, jako jedna z 24 krajów, objęta programem gwarancji zatrudnienia dla osób poniżej 25. roku życia. To powinno przełożyć się na zmniejszenie poziomu bezrobocia w tej grupie osób. 

Jednak, zdaniem Andrzeja Borcza, zachęty te nie zmniejszą znacząco liczby Polaków pracujących poza krajem.

 – Możemy spodziewać się utrzymania zatrudnienia pracowników pracujących na rynkach zagranicznych, czyli ok. 2 milionów Polaków, w tym 200 tysięcy osób delegowanych. Na rynku międzynarodowym spodziewamy stabilnej sytuacji – uważa Andrzej Borcz.

Wzrost cen zatrzymany. Inflacja zacznie rosnąć dopiero pod koniec roku

CEO Magazyn Polska

Grudniowa inflacja wyniesie 0,6-0,7 proc. – ocenia Ignacy Morawski. I w najbliższych miesiącach nie powinna znacząco przekraczać tego poziomu. Ekonomista FM Bank PBP szacuje, że tempo wzrostu cen będzie nieco większe niż w 2013 roku, ale w całym roku inflacja pozostanie poniżej środka celu Narodowego Banku Polskiego (2,5 proc.). Wzrost cen spowalnia m.in. słaby popyt oraz stabilny złoty.

 – Inflacja będzie wciąż bardzo niska w najbliższych miesiącach. W I połowie tego roku wzrośnie prawdopodobnie do niewiele ponad 1 proc., ale do jesieni nie powinna przekroczyć 2 proc. Średnio w roku może wynieść nawet poniżej 1,5 proc. – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ignacy Morawski, główny ekonomista FM Bank PBP.

Przez cały 2013 r. miesięczny wskaźnik inflacji, czyli wzrostu cen towarów i usług nie przekroczył 1,7 proc. wobec analogicznego miesiąca rok wcześniej. Najniższy był w czerwcu, gdy ceny wzrosły tylko o 0,2 proc. rok do roku, a najwyższy w styczniu (1,7 proc.). To znacznie niższe wartości niż jeszcze rok wcześniej, gdyż przez większą część 2012 ceny rosły o 3-4 proc. w ujęciu rocznym.

Morawski podkreśla, że niski poziom inflacji utrzyma się jeszcze do przełomu 2014 i 2015 r. Dopiero potem można spodziewać się szybszego wzrostu cen.

 – Tegoroczna inflacja poniżej środka celu inflacyjnego banku centralnego, czyli poniżej 2,5 proc., wynika z wielu przyczyn. Przede wszystkim mamy wciąż dość niski popyt, po drugie mamy stabilizację na rynku surowców, i po trzecie stabilizację, a nawet lekkie umocnienie złotego – wyjaśnia ekonomista.

Niska inflacja panuje w całej Unii Europejskiej. Zgodnie z danymi podanymi przez Eurostat, w krajach strefy euro ceny wzrosły w grudniu w ujęciu rocznym o 0,8 proc.

KE: Czystsze powietrze ma przynieść dodatkowe miejsca pracy

CEO Magazyn Polska

Z danych zebranych przez Komisję Europejską wynika, że zanieczyszczenie powietrza jest częstą przyczyną absencji pracowników w zakładach i firmach z powodu chorób oraz wysokich kosztów opieki zdrowotnej. Poprawa jakości powietrza mogłaby przynieść korzyść w postaci 100 tys. dodatkowych miejsc pracy, dzięki zwiększeniu wydajności i konkurencyjności pracowników z powodu straty mniejszej liczby dni roboczych.

Komisja Europejska wprowadza nowy pakiet dotyczący czystego powietrza, tymczasem Polska nie spełnia nawet dotychczasowych wymogów. Przyjęty pod koniec minionego roku pakiet zawiera m.in. nowy program „Czyste powietrze dla Europy”, wskazujący, jak osiągnąć nowe cele w zakresie jakości powietrza do roku 2030. Zaostrza także wymagania dyrektywy w sprawie jakości i czystszego powietrza dla Europy (CAFE).

 – Chodzi o drobny pył o wielkości 2,5 mikrona [PM 2,5], który wnika bezpośrednio do naszego układu krwionośnego i jest zanieczyszczony substancjami rakotwórczymi czy toksycznymi. Jest emitowany zarówno przez stare pojazdy mechaniczne, jak i przez kotłownie, elektrownie czy ciepłownie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jagusiewicz, Główny Inspektor Ochrony Środowiska.

Dziś obowiązują obostrzenia dla większych pyłów  PM 10 (10 mikronów). Na 90 proc. obszaru Polski jego stężenie przekracza normy.

 – Przed nami masa wyzwań w obecnym stanie prawnym, a będą one jeszcze bardziej zacieśniane. Wierzę, że energetyka zawodowa i ciepłownictwo sobie z tym poradzą, bo to są obiekty duże, które mogą inwestować w lepsze urządzenia oczyszczające spaliny. Problem w Polsce polega nie na tych dużych obiektach, ale na domowych kotłach, gdzie spalamy przede wszystkim śmieci i kiepskiej jakości węgiel – zwraca uwagę Andrzej Jagusiewicz.

Z monitoringu środowiska wynika, że najczystszymi miastami są Koszalin, Szczecin i Gorzów Wielkopolski, a najbardziej zanieczyszczonymi Kraków i Bielsko-Biała. Jedynym na mapie Polski, jeżeli chodzi o dopuszczalny poziom pyłu o frakcji 10 mikronów, względnie zielonym województwem, jest województwo podlaskie.

KE wskazuje, że sytuacja jest szczególnie poważna w obszarach miejskich, w których mieszka większość Europejczyków. A całkowite zewnętrzne związane ze zdrowiem koszty dla społeczeństwa, wynikające z zanieczyszczenia powietrza, sytuują się w przedziale 330-940 mld euro rocznie.

GIOŚ sceptycznie ocenia możliwości Polski w spełnieniu nowych wymogów i zwraca uwagę na konieczność aktywizacji samorządów w tym zakresie oraz rozbudowy infrastruktury.

 – Jeżeli ludzie palą plastikowymi workami i śmieciami, to wierzę, że mają jakąś świadomość ekologiczną, ale robią to, bo jest to najtańsze paliwo, jakie mają pod ręką – mówi Andrzej Jagusiewicz. – To wymaga podejścia ze strony samorządów. Pierwsza jaskółka pojawiła się w Krakowie, który chce zakazać spalania węgla. Proszę jednak wyobrazić sobie, że zakazujemy spalania węgla w całej Polsce. Jest to krok w dobrym kierunku, żeby ograniczyć ilość pyłu, ale co ludzie mogą powiedzieć, jeżeli im się odbierze prawo spalania węgla, a nie mają dostępu do sieci ciepłowniczej ani gazowniczej.

KE szacuje się, że do 2030 r. pakiet dotyczący czystego powietrza pozwoli na uniknięcie 58 tys. przedwczesnych zgonów, uchroni 123 tys. km2 ekosystemów przed zanieczyszczeniem azotem (ponad połowa terytorium Rumunii) i 19 tys. km2 ekosystemów leśnych przed zakwaszeniem. Redukcja szkodliwych emisji z przemysłu, ruchu drogowego, elektrowni i rolnictwa ma przynieść także oszczędność rzędu co najmniej 40 mld euro rocznie, jeśli policzyć same korzyści dla zdrowia mieszkańców Europy.

Reklama z celebrytą takim jak Michał Wiśniewski umożliwia pozyskanie nowych grup klientów

CEO Magazyn Polska

Instytucje finansowe i banki coraz częściej angażują do swoich reklam celebrytów. Klienci kierują się często nie tym, kim jest reklamująca dany produkt osoba, lecz przede wszystkim samą jej rozpoznawalnością. Do tego dzięki swobodniejszej formie reklamy może ona budzić pozytywne skojarzenia.

 – Mamy badania marketingowców, które pokazują, że aby sprzedać produkt, nie musimy wykorzystywać osoby znanej z tego, że budzi zaufanie. Wystarczy nam twarz znana. I to też nie jest tak, że potrzebujemy ludzi z najwyższej półki albo którzy kojarzą się z danym produktem czy usługą. Bywa, że osoba kojarzona z kabaretem może reklamować bardzo poważne produkty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Sokół, ekspert medialny i prezes Kancelarii PR.

Coraz więcej instytucji na rynku finansowym decyduje się na taki kierunek działań reklamowych. Sokół przypomina, że jeszcze niedawno banki angażowały do kampanii promocyjnych przede wszystkim znanych, budzących zaufanie aktorów, takich jak Marek Kondrat czy Piotr Fronczewski. Jednak od pewnego czasu coraz częściej w reklamach pojawiają się aktorzy komediowi, jak znany z Monty Pythona John Cleese czy Danny DeVito, i celebryci.

Szeroko komentowana była kampania PKO BP, w której wystąpił Szymon Majewski, prowadzący programy rozrywkowe. Sokół podkreśla, że mimo wątpliwości ekspertów rynku reklamowego okazało się, że kampania dotarła do zupełnie nowych grup klientów. Udało się ocieplić wizerunek spółki.

W podobnym kierunku zmierza SKOK Wołomin. W najnowszej reklamie wystąpił piosenkarz Michał Wiśniewski, który niedawno ze zmienionym wizerunkiem powrócił na scenę.

 – Michał Wiśniewski kojarzony jest dziś ze zmianą wizerunku. Wcześniej w kolorowych włosach reklamował jedną z sieci telefonii komórkowych albo sklepy Avans, teraz reklamuje pożyczkę. I chyba to jest dobry strzał, bo on dociera do potencjalnych klientów SKOK Wołomin – uważa Sokół.

Według niego to właśnie dotarcie do nowych klientów oraz budzenie dobrych skojarzeń jest celem takiej reklamy. Wiśniewski jest kojarzony obecnie ze stabilizacją życiową i ociepleniem wizerunku, więc jego udział w reklamie może przynieść pożądany efekt.

W bankowości nadchodzi era produktów dopasowanych do indywidualnych potrzeb klientów

CEO Magazyn Polska

W bankowości kończy się czas, kiedy klient musiał wybrać spośród gotowych, zaproponowanych przez bank produktów. Nowoczesne instytucje, aby utrzymać klientów, będą musiały przygotować ofertę skrojoną na miarę, i to nie tylko dla najzamożniejszych.

Współczesne banki, intensywnie korzystające z osiągnięć IT, dotarły do kresu możliwości w rozwoju nowych produktów. Atrakcyjne oprocentowanie czy niskie koszty kredytów już nie wystarczą, by przyciągnąć i utrzymać klientów. Ponadto po niedawnym kryzysie, zapoczątkowanym właśnie przez zbyt skomplikowane konstrukcje produktów bankowych, klienci stali się ostrożniejsi, a pole manewru – węższe.

 – Dziś już nie chodzi o efektowną stronę internetową czy atrakcyjne produkty bankowe. W centrum uwagi stoi klient, a banki muszą spełniać inne funkcje. Oczywiście klienci mogą otrzymywać od banku dobre ceny lub korzystne odsetki na specjalnych kontach, ale to nie wystarczy. Skupianie się wyłącznie na ofercie produktowej czy kanałach sprzedaży to typowe myślenie z przeszłości – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tammo van Leeuwen, dyrektor ds. rozwoju rynku w Sopra Banking Software.

Jak podkreśla, dziś bankowość powinna skupić się na zaspokojeniu indywidualnych potrzeb klientów. Jednocześnie klienci oczekują, że banki będą na nich patrzeć bardziej kompleksowo.

 – Przykładowo, jeśli klient kupi pięć różnych produktów, to bank obsłuży go bardziej kompleksowo, zaoferuje dodatkowe produkty taniej lub za darmo, da lepsze warunki czy korzystniejsze ceny. W tym kierunku rozwija się rynek, ale w tej chwili żaden bank, ani w Polsce, ani na świecie, nie ma jeszcze odpowiednich rozwiązań informatycznych, by umieć w taki właśnie kompleksowy, a jednocześnie zindywidualizowany sposób patrzeć na klienta – mówi van Leeuwen.

Nowoczesną ofertę bankową chętnie porównuje się do e-handlu, jednak specyfika działalności powoduje, że nie można bankowości oceniać tak jak ocenia się sklepy internetowe.

 – Dziewięć na dziesięć osób wchodzi na stronę sklepu internetowego z własnej woli, ponieważ chcą coś kupić. Banki są w gorszej sytuacji: niewiele osób lubi dokonywać płatności czy sprawdzać stan swoich finansów. Wcale nie mają na to ochoty – komentuje Tammo van Leeuwen. – Po zakupach w sklepie internetowym klient może przejść do innego sklepu, a w bankach klienci są związani posiadaniem konta. Tym bardziej chcą więc być rozpoznawani przez swój bank, oczekują lepszej obsługi, zrozumienia ich potrzeb i docenienia faktu, że są klientami przez długi czas. Banki muszą to zaakceptować, wyjść naprzeciw tym potrzebom. To ich dzisiejsze wyzwanie.

Tym bardziej że według menedżera Sopra Banking Software większość ludzi nie jest zainteresowana finansami, ale wszyscy są zainteresowani pieniędzmi. A te – w postaci produktów bankowych – służą przede wszystkim do zaspokajania ich potrzeb konsumpcyjnych.

 – Nikt nie chce wziąć pożyczki dla pożyczki, tylko żeby kupić samochód lub telewizor. Ludzie nie myślą: „Jaka fantastyczna pożyczka!”, po prostu chcą mieć łatwy dostęp do finansowania, być rozpoznawani przez swój bank jako klienci. Jeżeli bank to rozumie, to sam atrakcyjny produkt konkurencji nie wystarczy, by skłonić klientów do zmiany banku – podsumowuje Tammo van Leeuwen.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Sopra Banking Software, nieelastyczność systemów IT jest najpoważniejszą barierą dla innowacyjności w aż 90 proc. banków w Europie. Aż 93 proc. banków biorących udział w badaniu wykorzystuje więcej niż jedną aplikację nawet do najbardziej podstawowych czynności, takich jak otwarcie konta. Wynikiem niewłaściwego nadbudowywania istniejącej architektury najczęściej jest chaos, prowadzący do obniżenia efektywności i utraty zaufania klientów.

Sopra Banking Software dostarcza oprogramowanie i usługi informatyczne bankom i instytucjom finansowym. Jej rozwiązania wspierają ponad 500 klientów w 70 krajach w osiąganiu wyższej efektywności, sprawności i szybkości reagowania na wyzwania biznesowe.

Merlin.pl przekształci swoje punkty w wielofunkcyjne salony. Zmieni też layout i poszerzy asortyment

CEO Magazyn Polska

Merlin.pl wciąż przekształca swoje punkty w wielofunkcyjne salony. Jeden z liderów polskiego e-commerce planuje również poszerzenie asortymentu – zarówno tradycyjnego, jak i cyfrowego. Zmieni też layout serwisu. Firma nie obawia się także ewentualnego wejścia Amazona na polski rynek.

W I kwartale 2014 roku spółka planuje otworzyć 18 nowych, stacjonarnych Punktów Merlina. To oznacza, że łącznie będzie posiadać ich ponad 60 w całej Polsce. Wszystkie lokalizacje będą usytuowane w tzw. high streetowych punktach miast.

Dodatkowo ruszyła również współpraca Merlin.pl oraz Małpki Express. 11 Punktów Odbioru Merlina funkcjonuje w Małpkach Express, w tym również cztery w pełni działające Strefy Merlina, gdzie dostępna jest sprzedaż z półki, a także zamówienia z tabletu na miejscu oraz odbiór paczek. Współpraca tych podmiotów się rozwija i firma planuje, aby od marca w każdej Małpce Express funkcjonowały Punkty Odbioru Merlina (ponad 200 placówek w całej Polsce) oraz Strefy Merlina.

W najbliższym czasie pojawią się także pilotażowe stacjonarne budki do składania zamówień w Merlin.pl w prestiżowych i strategicznych punktach handlowych – pierwsza planowa jest w centrum handlowym Stary Browar w Poznaniu. W II kwartale 2014 roku Merlin.pl chce również wprowadzić do sprzedaży prasę i napoje.

 – Będziemy kontynuować rozwój sieci naszych punktów Merlin.pl. W tej chwili to już nie są miejsca, w których można tylko odebrać paczkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Radkowski, doradca zarządu Merlin.pl. – Można tam także kupić produkty, zamówić je czy napić się kawy. Docelowo będą to wielofunkcyjne salony, a nie zwykłe punkty odbioru.

Merlin.pl zapowiada również zmiany w serwisie internetowym.

 – Drugi i trzeci kwartał tego roku przyniosą bardzo istotne zmiany w funkcjonowaniu Merlina. Planujemy zmianę layoutu i systemów, co powinno zaowocować nowym doświadczeniem dla użytkownika i klienta. Zauważalna będzie całkowita przebudowa wyglądu – zachowamy mocne strony dotychczasowego serwisu i połączymy je z nowymi funkcjonalnościami, sprawiając, że Merlin będzie w czołówce najnowocześniejszych sklepów internetowych w Polsce. Klient w prostszy i łatwiejszy sposób dokona zakupów, korzystając z bogatej palety sposobów płatności i dostawy. Duże zmiany zajdą także w sprzedaży i korzystaniu z plików cyfrowych – mówi Radkowski.

Firma będzie się rozwijać i wprowadzać kolejne kategorie do swojego asortymentu. Zapowiada, że zmiany będą dotyczyć również asortymentu cyfrowego. W tym roku zamierza wprowadzić na rynek własny czytnik e-booków.

Jak podkreśla doradca zarządu Merlin.pl, firma nie obawia się wejścia do Polski firmy Amazon. Amerykański gigant buduje pod Wrocławiem centrum logistyczne, które ma zostać uruchomione jeszcze w tym roku. Do 2015 roku powstaną dwa kolejne. Zgodnie z planem mają obsługiwać zamówienia z niemieckiej wersji serwisu, a z czasem obejmą zasięgiem całą Europę. Amazon na razie nie planuje uruchomienia sklepu internetowego w Polsce.

 – O wprowadzeniu Amazona słyszę od wielu lat – zauważa Radkowski. – Jeżeli Amazon ostatecznie do Polski wejdzie, to będzie zagrożeniem nie tylko dla nas, lecz także dla innych sklepów. Jednak z drugiej strony Merlin.pl, podobnie jak inne duże podmioty, ma mocną pozycję i taka konkurencja może pozytywnie wpłynąć na obraz rynku i naszą motywację – dodaje.

Merlin.pl działa w Polsce od 1999 roku. Swoją działalność rozpoczynał jako księgarnia, w kolejnych latach rozszerzał swój asortyment o zabawki, elektronikę, drobne RTV i AGD, kosmetyki czy artykuły sportowe. Dziś sklep Merlin.pl w swojej ofercie ma blisko 300 tys. różnorodnych produktów i ponad 2 miliony zarejestrowanych użytkowników.

Nad LOT-em wciąż wisi groźba bankructwa

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny paliwa lotniczego to jeden z czynników zewnętrznych, które w ubiegłym roku sprzyjały LOT-owi. Mimo to groźba bankructwa nie została jeszcze całkowicie oddalona. Polski przewoźnik wciąż potrzebuje pomocy państwa, i eksperci podkreślają, że wart jest tej pomocy, ale nie za wszelką cenę. Krytykują m.in. ministerialny pomysł połączenia LOT-u i Lotniska Chopina.

 – LOT cały czas balansuje na granicy upadłości i dalszego przeżycia. W 2013 roku na korzyść LOT-u zadziałało kilka czynników rynkowych, między innymi istotnie niższe ceny paliwa. Mam nadzieję, że te czynniki będą sprzyjać również w 2014 roku. Bez tego niestety groźba bankructwa cały czas wisi nad przewoźnikiem – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, ekspert rynku lotniczego, partner w BBSG Baca Gościniarek i Wspólnicy Doradztwo Gospodarcze.

Gościniarek podkreśla, że obecny rok będzie bardzo ciekawy dla branży lotniczej w Polsce. Powinny się przede wszystkim wyjaśnić losy dwóch państwowych linii – LOT-u oraz Eurolotu. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy powinna wyklarować się rola, jaką chcą odgrywać na polskim niebie.

Nie bez wpływu na dalszy rozwój branży będzie kondycja finansowa LOT-u. Przewoźnik w grudniu 2012 r. otrzymał pierwszą transzę pomocy publicznej w wysokości 400 mln zł i wciąż może otrzymać kolejną ratę. W ubiegłym roku wyniki LOT-u poprawiały się szybciej niż zakładano. Choć linia nadal jest na minusie, w listopadzie władze spółki zapowiedziały, że strata za 2013 r. wyniesie tylko ok. 20 mln zł. W tym roku przewoźnik liczy już na zysk.

 – Dokładnie kondycję LOT-znają tylko zarządzający spółką i prawdopodobnie właściciel, bo żadne szczegółowe wyniki nie są publikowane i podawane do publicznej wiadomości – przypomina Gościniarek. – Stoję na stanowisku, że warto LOT-owi pomóc. Powinniśmy mieć przewoźnika narodowego, który ma bazę w Polsce i stąd wykonuje operacje, w tym także operacje długodystansowe. Natomiast trzeba mu pomóc w sposób przemyślany i racjonalny.

Gościniarek dodaje, że pomoc udzielana LOT-owi powinna brać pod uwagę nie tylko interes przewoźnika, lecz także całego państwa. Dlatego celem powinno być znalezienie dla polskiego przewoźnika silnego partnera  – inwestora lub dużej linii lotniczej – który może być zainteresowany udziałem w prywatyzacji LOT-u.

Ekspert z BBSG krytycznie ocenia jednak pomysł połączenia LOT-u i przynoszącego duże zyski (62,4 mln zł zysku netto w 2012 r.) warszawskiego Lotniska Chopina w Polski Holding Lotniczy.

Oceniam ten pomysł jako zły  nie tylko dla branży, nie tylko dla Lotniska Chopina, lecz także dla LOT-u. Prawdopodobnie spowoduje on pewne uśpienie we wszystkich działaniach restrukturyzacyjnych, które powinny zostać podjęte. Jednocześnie nie spodziewam się, żeby taka konsolidacja przyniosła oczekiwane efekty, przynajmniej te, które były publicznie deklarowane przez przedstawicieli Ministerstwa Skarbu Państwa – mówi Gościniarek.

Według niego takie połączenie może być nie tylko niewykonalne z punktu widzenia prawa europejskiego, lecz także szkodliwe dla rynku. Osłabiłoby to bowiem pozycję zagranicznych przewoźników, którzy nie mogliby liczyć na podobne wsparcie i zniżki jak LOT. Konsekwencją byłyby najpierw skargi na Polskę do Komisji Europejskiej, co zaszkodziłoby wizerunkowi naszego kraju. Ostatecznie taki ruch mógłby doprowadzić nawet do wycofania zagranicznych przewoźników z polskiego rynku, a tym samym zmniejszenia oferty dla pasażerów.

 – Ucierpią klienci, pasażerowie, a w konsekwencji gospodarka i nasz potencjał. Pomysł z Polskim Holdingiem Lotniczym uważam za dramatyczną próbę uratowania LOT-u za wszelką cenę. Pytanie tylko, czy ta cena nie będzie zbyt wygórowana – podkreśla Gościniarek.

Przyszłością Białegostoku mają być centra usług

CEO Magazyn Polska

Ośrodki akademickie na wysokim poziomie i wykształcona kadra – to zalety Białegostoku, którymi miasto chce przyciągać inwestorów zainteresowanych uruchomieniem centrów outsourcingowych, szczególnie z branży IT. Brakuje jeszcze infrastruktury, czyli odpowiednich powierzchni biurowych. Stolica Podlasia chce również postawić na rozwój ośrodków medycznych i przemysłu związanego z tą branżą.

Władze miasta m.in. poprzez konsultacje społeczne w ramach akcji „Twój Białystok 2020” przygotowują się do inwestycji, które będą realizowane w latach 2015-2020. Mieszkańcy wskazują przede wszystkim na potrzebę tworzenia nowych miejsc pracy, dlatego władze chcą wspierać rozwój innowacyjnego biznes. Mają w tym pomóc również środki unijne.

 – Jeżeli chodzi o wykorzystanie środków z Unii Europejskiej, to potrzebujemy inteligentnej specjalizacji. Oprócz nowoczesnych technologii, IT czy ICT [branża teleinformatyczna – red.], chcemy postawić na medycynę – mówi Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku. – Mamy bardzo wysoko oceniany Uniwersytet Medyczny, jeden z najlepszych, jeżeli nie najlepszy wydział lekarski i farmaceutyczny w kraju. Chcemy postawić na rozwój dziedzin związanych z medycyną, w tym także przemysłu, który będzie produkował na potrzeby branży medycznej.

Białystok chciałby również dołączyć do grupy miast, w których dynamicznie działają i rozwijają się BPO – centra usług outsourcingowych. Dziś w Polsce działa prawie 400 centrów, a pracuje w nich ponad 100 tys. osób.

 – Mamy dobre uczelnie, jesteśmy miastem akademickim, w którym studiuje ponad 40 tysięcy studentów. Przy trudnym rynku pracy to może być dobra zachęta, żeby sektor BPO rozwijał się w Białymstoku – twierdzi Truskolaski.

Jak podkreśla, pod względem kapitału ludzkiego miasto jest przygotowane do rozwoju tego sektora. Problemem pozostaje infrastruktura, czyli głównie brak budynków biurowych.

 – Nie ma odpowiednich powierzchni biurowych, open space’ów. Tego brakuje, więc musimy przygotować odpowiednią bazę – podkreśla prezydent Białegostoku.

Expander: poręczenie kredytu może prowadzić do pogorszenia historii i zdolności kredytowej żyranta

CEO Magazyn Polska

Poręczenie kredytu to przejęcie na siebie ryzyka niewypłacalności głównego kredytobiorcy, często w całości, wraz z dodatkowymi kosztami i odsetkami. Brak świadomości ukrytych ryzyk wynikających z takiej umowy może prowadzić zarówno do pogorszenia historii kredytowej poręczyciela, jak i obniżenia jego zdolności kredytowej. Dlatego zawsze warto jest dokładnie przeczytać umowę o poręczenie i negocjować z bankiem jej poszczególne warunki.

Na różnych listach nierzetelnych dłużników figuruje dziś ok. 2,2 mln osób, a ich liczba systematycznie rośnie. Dlatego, poręczając czyjś kredyt, warto wziąć pod uwagę, że takie zobowiązanie często wiąże się m.in. z przejęciem na siebie ryzyka spłaty całości cudzego długu.

 – Poręczenie jest to zobowiązanie osoby do spłaty długu za kogoś – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kur z Expandera. – Jeśli osoba biorąca kredyt ma kłopoty z jego spłatą, wówczas bank kieruje się do poręczyciela, do żyranta i od niego wymaga spłaty kredytu.

Polacy chętniej zadłużają się niż oszczędzają na planowane wydatki. Jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego, zobowiązania gospodarstw domowych o ponad 20 mld zł przekraczają zgromadzone przez nie oszczędności. 

Poręczanie cudzego kredytu może okazać się niebezpieczne z wielu powodów, również takich, których poręczyciel nie jest świadomy w momencie podpisywania umowy.

 – Przejmując ten dług, może zepsuć sobie swoją historię kredytową – tłumaczy Jacek Kur.

Problemem dla poręczyciela może być również obniżenie jego zdolności kredytowej na czas trwania jego zobowiązania.

 – Żyrant, który jest zmuszony do spłaty kredytu za kogoś, będzie miał obniżoną zdolność kredytową do zaciągania nowych kredytów, czyli przez to może być niejako zablokowany w braniu nowych kredytów dla siebie – wyjaśnia Kur. – Należy zwrócić uwagę, czy zgodnie z umową będzie zobowiązany do spłacenia całości długu czy jego części.

Warto jest również negocjować z bankiem warunki umowy, np. w przypadku gdy zobowiązują one poręczyciela do spłaty całości zobowiązań kredytobiorcy.

 – W tym kierunku, żeby był odpowiedzialny jedynie za część długu, a nie za cały dług – podkreśla Jacek Kur. – Poręczyciel powinien dążyć do tego, żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za spłatę samego długu, czyli kapitału zaciągniętego kredytu, a nie odsetek i kosztów windykacji – zaznacza.

Czytając umowę o poręczenie kredytu, warto też zwrócić uwagę na kolejność, w jakiej bank będzie windykował dłużnika i poręczyciela. Przede wszystkim powinien bowiem egzekwować należności od głównego kredytobiorcy, aż do wyczerpania wszystkich możliwości windykacji. Jeśli nie odniosą one skutku, dopiero wówczas ma prawo zwrócić się do poręczyciela o zapłatę.

 – Często mamy taką sytuację, że bank idzie, mówiąc kolokwialnie, na łatwiznę, i najpierw kieruje się do poręczyciela, ponieważ poręczyciel ma lepszą pracę, lepsze dochody i łatwiej jest bankowi wyegzekwować dług – dodaje Jacek Kur.

Szacunkowe wyniki za 2013 r.: 189 mln zł skonsolidowanego zysku netto

0

MCI, czołowa Grupa technologicznych funduszy typu PE/VC w Europie Środkowo-Wschodniej, dokonała przeglądu wyników finansowych za 2013 r. Według wstępnych szacunków Zarządu skonsolidowany wynik netto za miniony rok wyniósł 189 mln zł wobec 170 mln zł pierwotnie zakładanych.

Po dokonaniu wstępnego podsumowania wyników finansowych za IV kwartał i cały 2013 r., Zarząd MCI Management podał dziś do informacji publicznej szacunki skonsolidowanych wyników finansowych Grupy MCI za 2013 r. Według wstępnych wyliczeń wynik netto Grupy MCI wyniósł w minionym roku 189 mln zł. To o ponad 11 proc. więcej niż zakładała prognoza wyników rocznych opublikowana przez fundusz w dn. 29 sierpnia 2013 r. Zestawiając te dane z faktycznymi skonsolidowanymi wynikami finansowymi za 9 miesięcy br., można przewidywać, że w samym IV kwartale br. wynik netto Grupy zamknął się w kwocie ok. 18,5 mln zł. Wartość aktywów pod zarządzaniem na koniec 2013 r. była zgodna z prognozą i wyniosła ok. 1,1 mld zł, a wartość aktywów netto, którą na koniec roku prognozowano na 740 mln zł, wyniosła według szacunków 766 mln zł. Przychody z zarządzania funduszami generowane przez spółkę Private Equity Managers SA oszacowano na 77,3 mln zł wobec 49 mln zł oczekiwanych w tym roku. Wartość aktywów netto na jedną akcję szacowana jest na koniec roku na 12,20 zł.

Wzrost wyników rocznych względem publikowanej prognozy to efekt dynamicznego wzrostu wartości certyfikatów inwestycyjnych funduszu MCI. PrivateVentures FIZ w IV kwartale 2013 r.

– Dzięki dynamicznemu rozwojowi biznesów opartych na Internecie, nasze inwestycje zyskują szybko na wartości. To pozwala nam pokazywać coraz lepsze wyniki finansowe, czego przykładem jest dzisiejsza publikacja szacunków za 2013 rok – skomentowała Magdalena Pasecka, Członek Zarządu MCI Management. – W ramach aktywnej komunikacji z rynkiem kapitałowym w grudniu opublikowaliśmy również prognozy na 2014 r. Dzięki temu nasi obecni i potencjalni inwestorzy otrzymali silne podstawy do oceny potencjału wzrostu naszej działalności – dodała.

W dniu 18 grudnia 2013 r. Zarząd MCI Management podał do publicznej wiadomości prognozę podstawowych wskaźników na 2014 r. Projekcja finansowa zakłada wzrost wartości aktywów netto na akcję do poziomu 16,50 zł. MCI przewiduje również, że skala inwestycji realizowanych przez fundusze wchodzące w skład Grupy Kapitałowej wyniesie do końca 2014 r. nie mniej niż 305 mln zł. Prognozy zostały sporządzone przy założeniu, że stopień realizacji tzw. priorytetów dla Grupy Kapitałowej na 2014 r. wyniesie nie mniej niż 50% w stosunku do przyjętego planu. Duże znaczenie dla wykonania prognozy będzie mieć planowane na I półrocze 2014 r. IPO spółki zależnej Private Equity Managers SA. Zarząd funduszu zakłada również dobrą koniunkturę na giełdzie i wzrost polskiego PKB o minimum 2% w 2014 r.

Pozytywna ocena potencjału i perspektyw stojących przed spółkami portfelowymi MCI Management skłoniła analityków domu maklerskiego Noble Securities do wystawienia rekomendacji KUPUJ i ustalenia ceny docelowej w horyzoncie 9-miesięcznym na poziomie 13,56 zł. Ponieważ cena akcji w dniu wydania rekomendacji wynosiła 10,22 zł, potencjał wzrostowy kursu akcji MCI został określony na 33%.

Rozwój nowych technologii nie zabije telewizji

Konkurencja wśród producentów na rynku TMT jest już tak duża, że sukces firmy będzie coraz bardziej zależny od zakresu proponowanych przez nich usług, które mogą zaspokoić rosnące potrzeby odbiorców. Usługi te będą koncentrować się m.in. na oferowanych „treściach” – czyli na gamie i jakości rozwiązań dostępnych w urządzeniach, które powstały dzięki rozwojowi nowoczesnych technologii. Jak wynika z 13. edycji globalnego raportu firmy doradczej Deloitte „TMT Predictions 2014”, w najbliższych miesiącach na rynkach światowych coraz większą popularność zaczną zyskiwać edukacyjne kursy internetowe MOOC, a także internetowe wizyty lekarskie. Jakość treści zyskuje na znaczeniu także na rynku mediów. Według szacunków, nawet 50 mln gospodarstw domowych na całym świecie będzie korzystało z co najmniej dwóch abonamentów płatnej telewizji. Największe firmy branży TMT coraz częściej powinny interesować się osobami powyżej 55. roku życia.

Rok 2014 przyniesie kilka znaczących zmian na rynku TMT (technologie, media i telekomunikacja). Raport Deloitte przewiduje, że na świecie coraz więcej gospodarstw domowych będzie korzystało z więcej niż jednego abonamentu płatnej telewizji, co jest sprzeczne z oczekiwanym wcześniej odwrotem od płatnej telewizji lub zastąpieniem jej przez usługi wideo na żądanie.

„Do końca 2014 roku nawet 50 milionów gospodarstw domowych na całym świecie będzie korzystało z co najmniej dwóch abonamentów telewizyjnych, co przełoży się na dodatkowe przychody firm w wysokości ok. 5 mld dolarów” – mówi Jakub Bojanowski, Partner w Deloitte odpowiedzialny za sektor TMT. „Kolejne 10 milionów gospodarstw domowych uzyska dostęp do dodatkowo płatnych kanałów w ramach korzystania z innych usług, takich jak szerokopasmowy Internet” – dodaje.

W kolejnych latach zainteresowanie to będzie rosło na tyle, że pod koniec przyszłego roku aż jedna piąta gospodarstw domowych (na wybranych rynkach) będzie korzystała nawet z trzech lub więcej abonamentów telewizyjnych. Zgodnie z przewidywaniami autorów raportu, dużym zainteresowaniem będzie się cieszyła usługa VOD (Video-on-Demand/wideo na żądanie), co łączy się ze spadającą sprzedażą na rynku DVD. W Polsce widać to miedzy innymi po likwidacji niektórych sieci wypożyczalni DVD.

Na rynku telewizyjnym zyskuje sport. Wartość praw do transmisji wiodących, corocznych wydarzeń sportowych zwiększy się w tym roku do poziomu 24,2 mld dolarów, co będzie stanowić 14 proc. wzrost w stosunku do 2013 roku i wygeneruje dodatkowe przychody w wysokości 2,9 mld dolarów*. Zmiana, o której mowa powyżej, będzie w dużej mierze następstwem podpisania nowych umów z niektórymi najlepszymi ligami piłkarskimi w Europie (przede wszystkim Premier League, Bundesliga) i najważniejszymi ligami sportowymi w Ameryce Północnej (w tym liga baseballowa MLB).

„Platformy cyfrowe i dostawcy płatnej TV chcą mieć prawa do transmisji najlepszych rozgrywek sportowych. A atrakcyjna pod względem demograficznym widownia sprawia, że reklamodawcy są w stanie zapłacić za reklamowanie swoich produktów i usług przy okazji transmisji. To z kolei przekłada się na wyższe stawki, które np. ligom sportowym udaje się wynegocjować za prawa telewizyjne do swoich rozgrywek” – tłumaczy Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Jedno z dużych wyzwań, jakie czeka graczy na rynku telekomunikacyjnym wiąże się z dotarciem z szerszą ofertą usług do ludzi powyżej 55. roku życia. Liczba osób z tej grupy wiekowej posiadających smartfony w krajach rozwiniętych powinna wzrosnąć do ok. 45-50 proc. na koniec tego roku. Niemniej, będzie to wciąż stanowić niższy odsetek w porównaniu z ok. 70 proc. wskaźnikiem penetracji wśród osób w wieku 18-54 lata. Będzie to 25-proc. wzrost w stosunku do 2013 roku, co jest ważne, biorąc pod uwagę fakt, że wartość sprzedaży smartfonów w tym roku przekroczy 375 mld dolarów.

„Ten pozytywny trend nie oznacza rozwiązania wszystkich problemów. Pokolenie powojenne wciąż używa smartfonów przede wszystkim do dzwonienia. W 2014 roku aż jedna czwarta właścicieli smartfonów powyżej 55. roku życia może nie zainstalować nawet jednej aplikacji. Wiąże się to m.in. z tym, że spośród blisko dwóch miliona mobilnych aplikacji tylko kilka stworzono właśnie z myślą o seniorach” – tłumaczy Jakub Bojanowski. Liczba właścicieli smartfonów wśród osób powyżej 55. roku życia będzie na pewno rosnąć. Z drugiej strony 78 proc. Polaków w wieku powyżej 50 lat nie korzysta w ogóle z Internetu. Na przeszkodzie w wykorzystaniu pełnego potencjału nowoczesnych telefonów mogą też stanąć, np.: niezrozumienie planów taryfowych, obawy przed wysokością rachunku oraz skomplikowany interfejs użytkownika.

Jak przekonują autorzy raportu wpływ sektora TMT na nasze życie pogłębia się i sięga coraz to nowych dziedzin życia. Jedną z nich jest nauka. W tym roku będziemy obserwować rosnące zainteresowanie otwartymi szkoleniami internetowymi adresowanymi do nieograniczonej liczby uczestników (ang. Massive Open Online Courses – MOOC).

„Nie możemy jeszcze mówić o rewolucji, ale według naszych przewidywań za sześć lat mogą one stanowić ponad 10 proc. wszystkich kursów na studiach wyższych oraz w ramach doskonalenia zawodowego. Popularyzacja i dostępność nowych technologii, wdrażanie nowych metod nauczania i zmieniające się potrzeby edukacyjne oraz konieczność ciągłego podnoszenia kwalifikacji bez wątpienia są motorem tego wzrostu” – tłumaczy Jakub Wróbel. Choć szacuje się, że w 2013 r. podwoiła się liczba studentów zarejestrowanych na kursach MOOC, to będą one w 2014 r. nadal stanowić mniej niż 0,2 proc. wszystkich ukończonych kursów odpowiadających poziomem studiom wyższym. Problemem jest bowiem to, że przynajmniej na razie większość uczestników takich szkoleń nie kończy ich.

Eksperci Deloitte nie mają jednak wątpliwości, że popularność nauki online będzie rosła. Takie kursy mają charakter masowy, otwarty, a przede wszystkim są znacznie tańsze niż tradycyjne studia na uczelni wyższej, co ma znaczenie szczególnie w krajach, gdzie edukacja jest płatna. Poza tym pozwalają one młodym ludziom uczyć się w sposób jaki chcą i kiedy chcą. Taka forma nauki zdobywa coraz większe rzesze zwolenników także w firmach, ponad 75 proc. dużych organizacji szkoli w ten sposób swoich pracowników.

Internet i nowe technologie zyskują coraz większe znaczenie także w kontaktach pacjentów z lekarzami. W tym roku znacznie wzrośnie zainteresowanie wizytami lekarskimi za pośrednictwem Internetu, których w skali globalnej może być około 100 milionów, co powinno przełożyć się na oszczędności rzędu 5 mld dolarów w porównaniu z kosztem tradycyjnych wizyt. Będzie to oznaczać wzrost o 400 proc. w stosunku do 2012 roku.

„Zainteresowanie e-wizytami będzie w 2014 roku rosło co wynika m.in. zarówno z chęci ograniczania kosztów służby zdrowia, jak również rozwoju infrastruktury technologicznej i telekomunikacyjnej. Na razie będzie ono najwyższe w Ameryce Północnej, głównie w USA i Kanadzie, gdzie przewidujemy, że liczba e-wizyt w 2014 sięgnie 75 mln” – mówi Jakub Wróbel. Nowe technologie umożliwiają nie tylko wideokonferencje z lekarzem, ale także przekazywanie mu informacji o pacjencie w postaci zdjęć czy wypełnionych przez niego odpowiednich kwestionariuszy.

„Analizując rynek technologii, mediów i telekomunikacji widzimy, że powoli następuje nasycenie w zakresie sprzętu/ urządzeń, choć oczywiście nie jest ono równomierne na całym świecie. Wyraźnie widać też coraz szerszą praktykę wymiany sprzętu na nowsze modele nawet jeśli dotychczasowe są jeszcze sprawne. Przewidujemy, jednak że coraz większego znaczenia dla graczy w tym sektorze będzie nabierać pełniejsze wykorzystanie możliwości, jakie daje technologia. Umiejętność wygenerowania i dostarczenia użytkownikom wartościowych treści na różnych platformach stanie się ważnym elementem budowania przewagi konkurencyjnej na rynku” – podsumowuje Jakub Bojanowski.

Inne globalne prognozy, które znalazły się w raporcie Deloitte:

Technologie

Inteligentna odzież
Sprzedaż inteligentnych okularów, opasek sportowych i zegarków powinna osiągnąć poziom ok. 10 mln sztuk, tj. 3 mld dolarów w 2014 roku. Najwyższych przychodów można spodziewać się ze sprzedaży inteligentnych okularów (ok. 4 mln sztuk w średniej cenie za sztukę 500 dolarów). Sprzedaż inteligentnych opasek sportowych powinna kształtować się na poziomie 4 mln sztuk (średnia cena: 140 dolarów), a inteligentnych zegarków na poziomie ok. 2 mln sztuk (średnia cena: 200 dolarów).

Wyposażenie multimedialnego domu. 750 mld dolarów: nadchodzi okres stabilizacji
Globalna sprzedaż smartfonów, tabletów, komputerów, telewizorów oraz konsol do gier przekroczy w 2014 roku poziom 750 mld dolarów, co będzie stanowiło wzrost o 50 mld dolarów w porównaniu z poprzednim rokiem i prawie dwukrotny wzrost w stosunku do 2010 roku. Prawdopodobnie nadejdzie jednak okres stabilizacji. Przewiduje się, że sprzedaż będzie w dalszym ciągu rosła (mimo że stopa wzrostu będzie niższa niż na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat), osiągając ostatecznie pułap ok. 800 mld dolarów rocznie.

Rozwarstwienie rynku tabletów
Liczba kompaktowych tabletów z ekranami mniejszymi niż 8,5 cala po raz pierwszy przewyższy liczbę tabletów tradycyjnych (z co najmniej 8,5-calowym ekranem). Przewidujemy, że do końca pierwszego kwartału sprzedanych zostanie w sumie 165 mln tabletów kompaktowych, nieco więcej niż tabletów tradycyjnych (160 mln).
Media

Oglądalność programów telewizyjnych

Dokładność pomiaru wskaźników oglądalności programów telewizji krajowej powinna się zwiększyć dla kilkudziesięciu milionów widzów dzięki zastosowaniu metody hybrydowej, która uwzględnia również programy oglądane za pomocą komputerów, tabletów i smartfonów, a także z wykorzystaniem innych rozwiązań, takich jak dane dotyczące korzystania z dekoderów STP czy usług VOD.

Wyższe przychody branży muzycznej dzięki opłatom za prawa do wykorzystywania utworów
Szacuje się, że przychody z tytułu licencji na odtwarzanie utworów w miejscach publicznych powinny po raz pierwszy przekroczyć poziom 1 mld dolarów. Kwota ta jest znacząca dla branży, której przychody kształtują się na poziomie 16 mld dolarów.

Telekomunikacja

Fablety to nie fanaberia
Fablety, czyli smartfony wyposażone w ekran dotykowy o przekątnej od 5,0 do 6,9 cala, będą stanowić jedną czwartą (300 mln sztuk) wszystkich sprzedanych smartfonów. Stanowi to dwukrotny wzrost w stosunku do 2013 roku i dziesięciokrotny w porównaniu z rokiem 2012. Mimo że fablety bardzo szybko stały się hitem wśród konsumentów, rok 2014 może być szczytowym okresem ich sprzedaży, ponieważ osoby zainteresowane korzystaniem z tak dużych urządzeń będą stanowić mniejszość (chociaż dość liczną).

SMS-y a komunikatory internetowe: ilość czy jakość?
Za pośrednictwem komunikatorów internetowych dostępnych na telefonach komórkowych (MIM) zostanie przesłane ponad dwa razy więcej wiadomości (50 mld w porównaniu z 21 mld dziennie) niż SMS-ów.

Bardziej wytrzymałe urządzenia do przetwarzania danych po 250 dolarów
Nowe rozwiązania dla osób pracujących w terenie – cena najtańszych, bardziej wytrzymałych, pracujących w trybie online urządzeń do przetwarzania danych, z których będą mogły korzystać niektóre osoby wykonujące pracę w terenie (m.in.: inspekcja drogowa czy dostarczanie przesyłek) spadnie do poziomu 250 dolarów.

* Pod uwagę brane są wybrane powtarzające się co roku wydarzenia sportowe premium, tj. z wyłączeniem, np. igrzysk olimpijskich czy mundialu.

Niespełnione obietnice – NIK o poszukiwaniach gazu łupkowego

Najwyższa Izba Kontroli oceniła działania administracji publicznej oraz przedsiębiorców podejmowane w związku z poszukiwaniem i rozpoznawaniem złóż gazu łupkowego w Polsce. W okresie objętym kontrolą działalność poszukiwawczo-rozpoznawczą złóż gazu z łupków prowadzono w oparciu o 113 koncesji obejmujących blisko 30 proc. terytorium Polski. Wykonywane przez przedsiębiorców prace geologiczne przebiegały jednak na niewielkiej części udzielonego im obszaru koncesyjnego i niejednokrotnie z opóźnieniem. Przyczyna tak powolnego działania przedsiębiorców wynikała nie tylko ze zmieniającej się sytuacji ekonomiczno-finansowej, ale również z niewłaściwych działań administracji rządowej.

NIK zidentyfikowała w kontrolowanej dziedzinie szereg nieprawidłowości, z których najważniejsze są następujące:

Ze znacznym opóźnieniem prowadzono rozpoczęte w 2011 r. prace związane z tworzeniem i nowelizacją prawa dotyczącego poszukiwania i wydobywania węglowodorów, w tym gazu z łupków oraz przepisów w zakresie opodatkowania kontrolowanej działalności. Przygotowywane zmiany prawa w tym zakresie zatrzymały się na etapie uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych. Dalsze ich przedłużanie może skutkować ograniczeniem przez przedsiębiorców skali prowadzonych bądź planowanych prac geologicznych oraz nakładów inwestycyjnych ponoszonych na taką działalność , a także zmniejszeniem z ich strony zainteresowania poszukiwaniem złóż gazu z łupków w Polsce.

Nie powołano ustanowionego rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 22 czerwca 2012 r. Pełnomocnika Rządu do spraw rozwoju wydobywania węglowodorów, do zadań którego miało należeć m.in. przygotowywanie koncepcji ekonomicznych, prawnych i strategicznych oraz inicjowanie, koordynowanie i monitorowanie działań związanych z poszukiwaniem, rozpoznawaniem i wydobywaniem gazu z łupków.

Mimo deklaracji o priorytetowym traktowaniu poszukiwań złóż gazu z łupków, Ministerstwo Środowiska nie potrafiło właściwie zorganizować prac resortu, tak by zadania deklarowane jako priorytetowe były realizowane stosownie do ich rzeczywistego znaczenia dla państwa. Np. w Departamencie Geologii i Koncesji Geologicznych sprawami dotyczącymi koncesjonowania poszukiwań złóż gazu z łupków zajmowały się w latach 2007-2012 jedynie trzy osoby. Nierzetelnie i przewlekle prowadzone były przez Ministra Środowiska postępowania administracyjne w sprawie udzielenia (zmiany, przeniesienia) koncesji na poszukiwanie i (lub) rozpoznawanie gazu z łupków. Decyzje wydawane były ze znacznym przekroczeniem terminów określonych w Kodeksie postępowania administracyjnego (średnio 132 dni przy wymaganych prawem 30). Dopuszczano do nierównego traktowania wnioskodawców oraz do rozpatrywania wniosków niekompletnych, oraz takich, które nie pozwalały w pełni na sprawdzenie wiarygodności ekonomicznej wnioskodawcy. W uzasadnieniach wydanych decyzji nie wskazywano istotnych faktów i dowodów stanowiących podstawę rozpatrzenia wniosku. Występujące nieprawidłowości przy udzielaniu koncesji polegające na dowolności postępowania i nierównym traktowaniu wnioskodawców mogą świadczyć o wysokim zagrożeniu korupcją.

Przyjęty przez Ministra Środowiska sposób udzielania koncesji każdemu z przedsiębiorców według wnioskowanego zakresu, obejmującego łącznie nawet 10 tys. km2, umożliwił wprawdzie rozdysponowanie całego obszaru koncesyjnego, jednak zablokował na okres co najmniej kilku lat dostęp innym przedsiębiorcom zainteresowanym poszukiwaniem gazu z łupków, co w konsekwencji może spowodować spowolnienie procesu rozpoznania zasobów. Stosując taką strategię koncesyjną nie wzięto pod uwagę ograniczonych możliwości techniczno-ekonomicznych przedsiębiorców, którzy koncesję otrzymali. Wykonanie jednego otworu poszukiwawczego wiązało się bowiem z koniecznością wydatkowania ok. 15 mln USD. Możliwości techniczne koncesjonariuszy pozwalały średnio na wykonanie jednego otworu w ciągu roku. W tej sytuacji rozwiązaniem korzystniejszym mogłoby być udzielenie koncesji większej liczbie przedsiębiorców na mniejszą powierzchnię terenu.

Podjęte działania w kierunku ustalenia zasobności krajowych złóż gazu łupkowego nie doprowadziły dotąd do wiarygodnego oszacowania ich wielkości. Dotychczasowe szacunki nie mogą być uznane za ostateczne i rzetelne, gdyż oparte zostały na zbyt małej bazie informacji i danych geologicznych. Niewielka zrealizowana dotychczas liczba odwiertów poszukiwawczych oraz braki w wynikach badań pobranych próbek geologicznych nie pozwalają na zlokalizowanie i wiarygodne oszacowanie wielkości zasobu złóż gazu łupkowego w Polsce. By tego dokonać pożądane byłoby wykonanie ok. 200 odwiertów. Osiągnięcie tej liczby odwiertów przy zachowaniu dotychczasowego tempa wierceń zajmie ok. 12 lat.

Minister Środowiska niewystarczająco uregulował proces pobierania i postępowania z próbkami geologicznymi pozyskiwanymi w wyniku wykonywanych otworów wiertniczych. W udzielonych koncesjach nie zapewniono bowiem obowiązku bieżącego przekazywania próbek do państwowego zasobu geologicznego oraz nie określono szczegółowych wymogów co do warunków, technologii, miejsca, sposobu poboru i podziału pobieranych próbek. Próbki geologiczne wywożono w całości za granicę (w tym rdzenie wiertnicze), bez wiedzy i zgody organu koncesyjnego . Przeprowadzona przez NIK weryfikacja próbek geologicznych pochodzących z 13 wykonanych odwiertów i przekazanych do Centralnego Archiwum Geologicznego wykazała, że próbki pobierane były w sposób naruszający ich stan, nie spełniały wymogów jakościowych i objętościowych określonych w koncesji i tylko w części były przydatne do dalszych badań.

Niewystarczający i nierzetelny był nadzór urzędów górniczych nad przestrzeganiem przez przedsiębiorców przepisów w zakresie ochrony środowiska, wynikających z koncesji i innych decyzji administracyjnych (np. decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach realizacji przedsięwzięcia). Urzędy górnicze nie skontrolowały wszystkich wykonanych odwiertów poszukiwawczych.

Nie we wszystkich przeprowadzonych przez urzędy kontrolach odniesiono się do każdego z elementów i obszarów środowiska, tj. ochrony powierzchni ziemi, wód, powietrza, przed odpadami, hałasem oraz wibracjami powstającymi przy wykonywaniu robót wiertniczych. Również Minister Środowiska nie prowadził kontroli przedsiębiorców, w szczególności w zakresie zgodności wykonywanej działalności z udzieloną koncesją.

Niewystarczający był nadzór Ministra Środowiska, Państwowego Instytutu Geologicznego (PIG-PIB) i Wyższego Urzędu Górniczego (WUG) nad podległymi jednostkami i komórkami organizacyjnymi w zakresie zagadnień związanych z poszukiwaniem i (lub) rozpoznawaniem złóż gazu łupkowego. Pracownicy Ministerstwa Środowiska nie wykonywali czynności kontrolnych w tym zakresie, a w PIG-PIB nie wyodrębniono nawet komórki organizacyjnej zajmującej się przeprowadzaniem kontroli. Z przeprowadzonych łącznie 34 kontroli przez WUG, tylko jedna dotyczyła problematyki gazu z łupków.

Nie wszyscy przedsiębiorcy wykonywali rzetelnie zadania i obowiązki wynikające z udzielonych im koncesji na poszukiwanie i/lub rozpoznawanie. Odnosiło się to w szczególności do przypadków niewykonywania prac geologicznych lub przystępowania do ich realizacji z wielomiesięcznym opóźnieniem, nieterminowego i niewłaściwego naliczania i wnoszenia opłat koncesyjnych na rzecz NFOŚiGW oraz właściwych gmin, nierzetelnego przekazywania Ministrowi Środowiska pisemnych informacji o przystępowaniu do wykonywania prac geologicznych bądź o ich zakończeniu.

Ponad 25 mld zł z UE na rewitalizację polskich miast

Co najmniej 25 mld zł będzie do wydania w ciągu najbliższych siedmiu lat na programy rewitalizacji miast. To początek znacznie dłuższego działania, dzięki któremu ma poprawić się jakość życia ich mieszkańców. Choć o środki rywalizować będzie ponad 900 miast, eksperci podkreślają, że najlepsze efekty przyniesie koncentracja na najbardziej potrzebujących ośrodkach.

Narodowy Program Rewitalizacji Miast ma wystartować w tym roku. Do końca rozpoczętej perspektywy unijnej, czyli do 2020 r. do wydania będzie 25 mld zł pochodzących z środków europejskich. Rząd zamierza dołożyć do tego także środki z budżetu oraz poszukiwać lokalnych partnerów.

Teoretycznie beneficjentem środków może być każde z 913 polskich miast. Buczek podkreśla jednak, że najlepsze efekty przyniesie przeznaczenie środków na mniejszą liczbę, ale większych projektów. Podkreśla znaczenie lokalnych partnerów, którymi mogą być samorządy, partnerzy prywatni oraz społeczności mieszkańców.

 – Bardzo dobrze zrozumiała to premier Bieńkowska, mówiąc, że nie chodzi o remonty kamienic, że to są zjawiska dużo bardziej kompleksowe, ekonomiczno-społeczne. Chociaż zagadnieniami rewitalizacji objęte będą także tereny poprzemysłowe, powojskowe, postoczniowe, gdzie właściwie nie ma mieszkańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Buczek, wiceprezes Towarzystwa Urbanistów Polskich.

W jego ocenie są trzy obszary, w których niezbędne są działania rewitalizacyjne. Pierwszy to przywrócenie życia w wyludniających się śródmieściach. To konsekwencja tego, że życie Polaków często koncentruje się wokół wielkich centrów handlowych, położonych przede wszystkim na obrzeżach miast. Z uwagi na ich szybką rozbudowę znacznie zmniejszyła się liczba sklepów na ulicach handlowych. Nie bez winy są też władze miast, które często doprowadziły do tego, że na reprezentacyjnych ulicach znajdują się same banki lub salony operatorów telekomunikacyjnych.

Drugim ważnym obszarem rewitalizacji jest ożywienie i poprawa jakości życia na osiedlach mieszkaniowych. W ostatnich latach, jak przekonuje Buczek, stały się one niebezpieczne i zaniedbane. Podobne doświadczenia mają za sobą urbaniści z krajów zachodnich.

 – Najtrudniejsze są chyba miejsca, gdzie ludzie mieszkają i gdzie te negatywne zjawiska społeczne występują. Prostsze wydają się być zagadnienia rewitalizacji trzeciej grupy, czyli obszarów poprzemysłowych, powojskowych, bo tam właściwie nie ma użytkowników i operacje mogą być bardziej kompleksowe, bez całego problemu przesiedlania ludzi, dawania im mieszkań zastępczych, negocjowania z nimi – mówi Buczek.

W jego ocenie proces rewitalizacji prowadzony w porozumieniu z lokalnymi społecznościami i angażujący je, nie zakończy się do 2020 r., lecz potrwa nawet kilkanaście lat. Żeby zwiększyć środki, ważne jest wykorzystanie między innymi partnerstwa publiczno-prywatnego. Buczek ocenia, że do 2020 r. uda się wydać wszystkie przeznaczone na Narodowy Program Rewitalizacji środki, ale ważne jest przede wszystkim to, na co zostaną one spożytkowane.

Dodaje, że na Narodowy Program nie można patrzeć w oderwaniu od innych planów i ustaw, takich jak np. rozpoczęty od 1 stycznia program „Mieszkanie dla Młodych”.

 – Rząd nie jest w tym wszystkim dostatecznie konsekwentny, bo ostatnio zostały uruchomione środki wspierające mieszkalnictwo dla młodych małżeństw i one to wsparcie ukierunkowują na obszary peryferyjne. Wydaje się, że nie ma w Polsce projektu mieszkaniowego związanego z tym programem, który mógłby być przypisany programowi rewitalizacji, na przykład lokalizowaniu mieszkań dla młodych małżeństw na obszarze poprzemysłowym – krytykuje Buczek.

Według wiceprezesa TUP jedynie konsekwentny i szeroko rozumiany program rewitalizacji, uwzględniający także tzw. koncepcję ładu przestrzennego, może przynieść dobre skutki. Ważne jest zaangażowanie środków z różnych źródeł i współpraca pomiędzy projektami.

Resort gospodarki: Utworzenie strefy wolnego handlu między UE a USA zmieni rozkład sił w światowym handlu

Ścisła współpraca rządu i biznesu może zagwarantować korzystne dla Polski rozwiązania w negocjowanej umowie o wolnym handlu między UE a USA. Wśród przedsiębiorców obaw nie brakuje, ale resort gospodarki przekonuje, że na zmianach mogą oni zyskać. Przyjęcie umowy wpłynie nie tylko na poszczególne rynki w USA i Europie, ale zmieni rozkład sił w światowym handlu.

Efektem trwających negocjacji w sprawie utworzenia strefy wolnego handlu między UE a USA ma być połączenie w całość jednej trzeciej światowego handlu – 52 proc. PKB i 40 proc. produkcji.

 – Porozumienie między Unią Europejską a USA, ale również pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a krajami azjatyckimi w ramach porozumienia transpacyficznego wpłynie na przepływ towarów w globalnym łańcuchu dostaw. To może zmienić rozkład sił na świecie – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Dycha, wiceminister gospodarki.

W połowie minionego roku UE rozpoczęła negocjacje z USA w sprawie utworzenia strefy wolnego handlu. Porozumienie powinno być gotowe w 2015 roku. Przewiduje zniesienie lub znaczną redukcję ceł, szerszy dostęp do rynku usług, uproszczenie barier administracyjnych, regulację kwestii ochrony własności intelektualnej, zwiększenia dostępu do rynku zamówień publicznych.

 – To największa umowa handlowa w historii polityki handlowej. Ambicją tej umowy jest utworzenie nowych standardów w gospodarce europejskiej i amerykańskiej, które staną się również standardem globalnym – uważa Andrzej Dycha. – Te negocjacje mogą być dużą szansą dla polskich przedsiębiorców. W ścisłej współpracy z rząd jesteśmy w stanie wpłynąć na ich przebieg i stworzyć takie parametry w tej umowie, które będą korzystne dla nich.

Przedstawiciel resortu gospodarki zapewnia, że prowadzone są intensywne konsultacje z przedstawicielami przedsiębiorców i nauki, aby wypracować jak najbardziej korzystne rozwiązania. W ubiegłym tygodniu miało miejsce spotkanie m.in. z przedstawicielami branży farmaceutycznej i chemicznej.

 – Polska odniesie sukces w tych negocjacjach, jeżeli będziemy ściśle współpracowali z przedstawicielami biznesu. Bariery, które występują w handlu ze Stanami Zjednoczonymi, są widoczne na poziomie operacyjnym, na poziomie przedsiębiorców, którzy prowadzą taką działalność albo mają inwestycje w USA. Jeżeli opowiedzą o tych trudnościach stronie rządowej, to my na poziomie negocjacji będziemy starali się je rozwiązywać – mówi Andrzej Dycha. – To może przyczynić się do stworzenia nowych przewag konkurencyjnych dla polskiej gospodarki, która wygrywa dzięki niskim cenom energii i kosztom pracy, dużej determinacji i ambicji ludzi, którzy żyją w Polsce.

Dziś wchodzi w życie część przepisów o OFE. Nie zachęcą do odkładania na emeryturę

Dyskutowany model gwarantowanych przez państwo minimalnych emerytur dla wszystkich nie sprawdzi się, jeśli rząd nie wprowadzi zachęt do oszczędzania. Funkcjonujące dziś instrumenty nie są opłacalne i nie przyniosą istotnego zysku w perspektywie kilkunastu lat. Nawet wchodzące dziś w życie zmiany w Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego nie zmobilizują Polaków do odkładania na emerytury.

14 stycznia zgodnie z nowelizacją ustawy o zmianach w systemie emerytalnym zacznie obowiązywać część nowych przepisów dotyczących OFE, w tym te, które mają zachęcić do oszczędzania w IKZE.

  W uzasadnieniu do ustawy o zmianie warunków funkcjonowania otwartych funduszy emerytalnych jako jedno z wyjaśnień do jej wprowadzenia, pojawia się konieczność dobrowolnego oszczędzania. Natomiast dziwnym trafem ustawodawca ograniczył ją wyłącznie do Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego i tylko temu produktowi inwestycyjnemu poświęca uwagę. Wprowadza tzw. stałą stawkę podatku dochodowego od wypłaty z IKZE w wysokości 10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Nowak z firmy doradczej Mercer Polska.

Dochód przekazywany do IKZE nadal będzie zwolniony z podatku, jednak wpłaty w roku kalendarzowym nie będą mogły przekroczyć kwoty odpowiadającej 1,2-krotności przeciętnego prognozowanego wynagrodzenia miesięcznego.

 – IKZE ze swoim limitem, który wynosi około 4 tys. zł rocznie, w żaden sposób i nikomu do niczego się nie przyda. Przez 20 lat możemy zaoszczędzić około 80 tys. zł, czyli z ewentualnym zyskiem możemy mieć około 120-150 tys. zł w bardzo optymistycznym wariancie. To w niewielkim stopniu albo nie w takim, na jaki liczymy, zwiększy naszą emeryturę – wylicza ekspert.

Aby zmobilizować Polaków do odkładania na emerytury i by te oszczędności były znaczące, rząd powinien wprowadzić zachęty w postaci ulg fiskalnych lub dodatkowych produktów inwestycyjnych.

 – Państwo o nich milczy, chociaż ustawodawca w 1999 roku takie produkty wprowadzał. Mówię tu przede wszystkim o pracowniczych programach emerytalnych, o Indywidualnych Kontach Emerytalnych, które pojawiły się wiele lat temu. I tym produktom również powinniśmy poświęcić uwagę – uważa Krzysztof Nowak.

Nie zgadza się z argumentem rządu, który wprowadzając zmiany twierdził, że Polska realizuje ten sam scenariusz co wiele krajów w Europie, czyli odchodzi od systemu kapitałowego, który nie zdał egzaminu.

 – To nie jest absolutnie prawda. Są kraje w Europie, ale takie, których chyba nie chcemy naśladować, np. Węgry, które rzeczywiście zlikwidowały filar kapitałowy. Natomiast większość państw nie rezygnuje z tego elementu kapitałowego w systemie emerytalnym, czyli z naszego OFE, tylko je zmienia. To rzeczywiście jest słuszny kierunek – informuje Krzysztof Nowak.

Wśród możliwych zmian wymienia te, które rząd planował kilka lat temu, czyli obniżanie kosztów funkcjonowania OFE, uwolnienie limitów inwestycyjnych,  rezygnację z minimalnej stopy zwrotu, zwiększenie limitu dla inwestycji zagranicznych, poprawienie konkurencyjności pomiędzy funduszami czy wprowadzenie kilku różnych typów funduszy w zależności od wieku inwestora.

Teraz politycy dyskutują o systemie solidarnościowym, czyli minimalnych emeryturach dla wszystkich, ale o niewielkiej wysokości.

 – Część z nich traktuje to jako fenomenalny pomysł, który rozwiąże wszystkie problemy. Odwołujemy się do doświadczeń krajów anglosaskich, Kanady, Australii. W tych krajach istnieją minimalne emerytury gwarantowane przez państwo, ale stosują one także szereg zachęt nie tylko fiskalnych, które mają spowodować, że ludzie będą samodzielnie oszczędzać. Jeżeli więc chcemy wprowadzić model solidarny, to powinniśmy też jednocześnie wprowadzać indywidualne dodatkowe oszczędności, o których u nas w ogóle się nie mówi – podkreśla Krzysztof Nowak.

Polskie spółki uciekają do rajów podatkowych. W kraju zatrzymałby je elastyczny i prosty system podatkowy

Uproszczenie podatków to jedyny sposób na zatrzymanie w Polsce dużych przedsiębiorstw, takich jak LPP. Spółka przeniosła prawa do swoich marek – Reserved, Mohito i House –  na Cypr i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, czym wywołała oburzenie wśród części klientów. W takim działaniu nie ma jednak nic nielegalnego, a optymalizacja podatkowa opłaca się średnim i dużym przedsiębiorstwom.

 Przypadek LPP nie jest pierwszym i z punktu widzenia gospodarczego myślę, że jest to całkowicie normalne. Jest to klasyczny sposób optymalizacji podatkowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Edward Wąsiewicz, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Nie jest to nieprawidłowe rozwiązanie i jak najbardziej dopuszczalne prawnie, formalnie zgodne z wszelkimi kanonami. Nie ma tutaj znamion nawet drobnego wykroczenia.

Wąsiewicz podkreśla, że taka optymalizacja podatkowa opłaca się nie tylko dużym, lecz także średnim przedsiębiorcom. Koszty przygotowania prawnego i prowadzenia działalności za granicą muszą być niższe od oszczędności związanych z obniżeniem stawki podatku. Dodaje, że regulacje prawne i podatkowe to ważny czynnik decydujący o napływie i odpływie kapitału.

Dla tych przedsiębiorców, którzy decydują się inwestować w Polsce, koszty pracy, surowców i inne muszą być wystarczająco zachęcające. Z drugiej strony niczym dziwnym nie jest, że również polscy przedsiębiorcy szukają tańszych dla nich krajów. Wąsiewicz podkreśla, że nie można oceniać tego jednoznacznie negatywnie, bo w ten sposób pracodawcy ratują miejsca pracy.

 – Nawet jeżeli nie w formie podatków, to w formie pośredniej wypracowana wartość dodana pozostaje w budżecie poprzez pracowników tej firmy – mówi Wąsiewicz. – Nie jestem w stanie odpowiedzieć, czy lepiej jest zadbać o to, żeby pracownicy w firmie mogli pracować, generować przychody i wydawać dochody, który osiągną w kraju, nawet jeżeli podatki wygenerowane bezpośrednio przez firmę zostaną zapłacone gdzie indziej. Czy też lepiej jest zmniejszyć zatrudnienie i tym sposobem skazać część ludzi na niebyt gospodarczy.

Dodaje, że w ekstremalnym przypadku możliwe jest całkowite wycofanie się przedsiębiorców z pewnych sektorów gospodarki do tańszych dla nich krajów. Dotyczy to zwłaszcza tych branż, w których przepływ kapitału jest swobodny. W jego ocenie temu powinni zapobiegać politycy, zachęcając przedsiębiorców do pozostania w Polsce i płacenia tu podatków. Według Wąsiewicza najważniejsze jest uproszczenie systemu prawnego i podatkowego.

 – Uważam, że ten system należy jakoś uelastycznić i uszczelnić – przekonuje. – Im prostsze podatki, im mniejsza możliwość interpretacji rozwiązań podatkowych i prawnych, szczególnie na styku przedsiębiorca – urzędnik, tym gospodarka jest skuteczniejsza w produkowaniu wartości dodanej. To chyba jest jedyny sposób, bo można sobie wyobrażać, że będziemy budowali kolejne obostrzenia, ale wtedy będziemy budowali kolejna utopię. Kontroler będzie kontrolował kontrolera, a to zawsze kończy się źle.

Według Wąsiewicza wzorami dla Polski powinny być kraje bałtyckie, takie jak Łotwa czy Estonia.

Kredyty w ramach programu Mieszkanie dla Młodych droższe od zwykłych kredytów hipotecznych

Zainteresowanie programem Mieszkanie dla Młodych jest bardzo duże, choć kredytobiorcy mogą się na nim zawieść. Kredyty w ramach rządowego programu są droższe niż tradycyjne, a ofert jest na razie mało – posiadają je dwa banki. Analitycy podkreślają jednak, że nawet przy uwzględnieniu nieco wyższych marż decyzja o wzięciu dotowanego kredytu może być korzystna.

 Zarówno PKO BP, jak i Pekao SA mają wyższe marże dla kredytów z dopłatami państwa. PKO BP dopisuje do standardowej marży 0,1 punktu procentowego, natomiast Pekao SA w granicach 0,2-0,3 punktu procentowego. Efekt tego widać w ratach kredytu. Dodatkowo Pekao SA ma wyższą prowizję – komentuje w rozmowie w agencją informacyjną Newseria Biznes Halina Kochalska, analityczka w Open Finance.

W miarę upływu czasu można spodziewać się większej liczby ofert i silniejszego zaangażowania innych banków. Wciąż jednak trudno prognozować, jaki będzie efekt programu. MdM w założeniu miał pomóc sfinansować zakup ok. 130 tys. mieszkań przy dofinansowaniu na poziomie 3,5 mld złotych.

 – Bank Gospodarstwa Krajowego spodziewa się, że jeszcze w styczniu 15 banków może podpisać umowy o współpracy. Tak przynajmniej wynika z zeszłorocznych deklaracji. Nawet jeśli podpisywanie umów przesunie się na luty, to i tak w krótkim czasie klient uzyska bardzo szeroką ofertę kredytów z dopłatami – podkreśla Halina Kochalska. – W MdM sytuacja rozwija się nieporównywalnie szybciej, niż było to w przypadku programu Rodzina na Swoim. Tam trwało to latami.

Zdaniem ekspertki, nie jest pewne, czy w obliczu rosnącej konkurencji PKO BP i Pekao SA zweryfikują swoje oferty na korzyść klientów. Tym bardziej, że tendencja na rynku jest raczej odwrotna: banki chcą coraz więcej zarabiać na kredytach hipotecznych.

 – Zobaczymy, jak banki podejdą do tej sprawy. Jeśli chodzi o to zróżnicowanie cenowe, początki są niestety bardzo podobne do tego, co obserwowaliśmy w programie Rodzina na Swoim. Wtedy też przez dłuższy czas banki zarabiały więcej na kredytach z dopłatami. Takie praktyki były krytykowane, tym bardziej że chodziło niejako o żerowanie na dofinansowywaniu przez państwo odsetek kredytowych. Ale tak skonstruowano ten program, przy czym z punktu widzenia wizerunkowego nie wyglądało to korzystnie dla banków – podkreśla analityczka Open Finance.

Według Haliny Kochalskiej, nawet jeśli ktoś dziś zdecyduje się na jedną z dostępnych ofert, nie powinien być z tego powodu stratny.

 – Banki, które dziś oferują program Mieszkanie dla Młodych, to tuzy rynku kredytów mieszkaniowych, które takich kredytów udzielają najwięcej i najchętniej, a w stosunku do rynku wcale nie mają wyśrubowanych cen. Prawdopodobnie, nawet przy uwzględnieniu nieco wyższych marż, szybka decyzja o wzięciu dotowanego kredytu może być korzystna – przekonuje Halina Kochalska.

Grupa Azoty zainwestuje w tym roku nawet 800 mln zł

Grupa Azoty zintegrowała polski rynek chemii i wyrasta na liczącego się gracza w Europie i na świecie. Tegoroczne inwestycje – w dużej części będące kontynuacją już rozpoczętych – mają pochłonąć 700-800 mln złotych. Grupa pracuje nad nowymi działaniami inwestycyjnymi, głównie w Tarnowie.

 – Inwestycje dotyczyć będą przede wszystkim modernizacji oraz poprawy efektywności i doskonałości operacyjnej instalacji w naszych zakładach. To główne instalacje do produkcji amoniaku oraz instalacje do przetwarzania amoniaku w produkty nawozowe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Jarczewski, prezes Grupy Azoty. – W przypadku zakładów w Puławach mowa o stokażu [rodzaj magazynu – red.] amoniaku, inwestycjach energetycznych i produkcji nawozów płynnych oraz granulowanych.

W Puławach działa m.in. linia produkcji RSM (roztworu saletrzano-mocznikowego) o zdolnościach produkcyjnych na poziomie 1,2 mln ton rocznie. Spółka rozwija sieć dystrybucji i sprzedaży tego nawozu płynnego. Właśnie podpisała umowę na dostawy RSM dla szwajcarskiej firmy Trammo. Kontrakt opiewa na 385 mln zł. Rolę rynku RSM dostrzegają władze grupy.

 – W Kędzierzynie, obok innych inwestycji, rozpocznie się budowa instalacji produkcyjnej RSM, nowego i bardzo związanego z rynkiem produktu. Geograficznie to południowa Polska, Czechy i zachodnie Niemcy, więc lokalizacja produkcji w Kędzierzynie jest idealna – mówi prezes Grupy Azoty. – Planujemy i opracowujemy kolejne działania, mam nadzieję jeszcze w tym roku ogłosić kilka dużych zadań, w szczególności w Tarnowie, który wymaga pilnie działań inwestycyjnych.

Istotnym produktem grupy jest mocznik produkowany z amoniaku otrzymywanego przy użyciu gazu ziemnego. Zakłady puławskie i kędzierzyńskie podpisały pięcioletni kontrakt o wartości ponad 910 mln zł na dostawy mocznika dla spółki zależnej Pfleiderera Grajewo. Mimo wysokich kosztów surowca, czyli gazu ziemnego, oraz silnej konkurencji np. ze strony Amerykanów, firma zarabia na takiej działalności.

 – Mocznik trzeba nie tylko wyprodukować, lecz także przetransportować. Produkuje się go na całym świecie od zarania przemysłowej produkcji chemicznej, a my w tej produkcji mamy długie doświadczenia. Po wynikach wyniki Grupy Azoty widać, że nawet w sytuacjach kryzysowych spółki grupy potrafiły realizować wyniki, czego teoretycznie tańsi konkurenci nie potrafili – przekonuje Paweł Jarczewski.

Przez lata mówiono o konieczności integracji polskiego przemysłu chemicznego, jednak dopiero próba przejęcia spółki Azoty Tarnów przez rosyjską firmę Acron dała impuls do działania. Dziś w Grupie Azoty działają m.in. zakłady w Tarnowie, Puławach, Kędzierzynie i Policach. Grupa radzi sobie na trudnym i konkurencyjnym rynku chemicznym i przynosi zyski mimo wysokich kosztów zakupu gazu ziemnego – podstawowego surowca w branży nawozowej.

Do 2020 roku będzie 50 mld urządzeń połączonych z siecią

CEO Magazyn Polska

Z obliczeń firmy Ericsson wynika, że do 2020 roku na całym świecie będzie ponad 50 mld urządzeń połączonych w sieci. Będą to głównie tablety i smartfony, ale również sprzęt domowy. Średnio na każdego mieszkańca globu będzie przypadało około siedmiu takich gadżetów. Szacuje się również, że połowa ruchu w sieci będzie generowana właśnie przez komunikację między tymi urządzeniami. Drugą połowę użytkownicy będą wykorzystywać do rozrywki.

 – Ludzie będą korzystać z rozrywki w sieci, a maszyny będą wykonywały naszą pracę, komunikując się między sobą. Potencjał, jeśli chodzi o komunikację M2M [machine-to-machine – red.] jest olbrzymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szczęsny, ekspert technologii teleinformatycznych z firmy Exatel.

W wielu polskich miastach już dziś jesteśmy świadkami tego typu zmian. W kilku z nich trwają testy liczników połączonych z siecią, dzięki którym można kontrolować i zarządzać zużyciem prądu, gazu czy wody. Szacuje się, że do końca 2020 roku w Polsce wymienionych zostanie 16 mln tradycyjnych liczników energii elektrycznej.

 – W ofercie pojawią się usługi zakładające, że np. licznik poinformuje pralkę, że jesteśmy akurat w dołku energetycznym, więc powinno się rozpocząć pranie, ponieważ prąd w danej taryfie będzie dwa czy cztery razy tańszy – wyjaśnia Michał Szczęsny.

Tzw. smart metering w obszarze energii w konsekwencji będzie prowadzić do rozwoju tzw. inteligentnych domów. Istniejące już systemy pozwalają przy użyciu aplikacji w smartfonie sterować np. światłem i systemem alarmowym w domu.

 – Lodówka będzie mogła wysłać nam informację na naszego smartfona, który będzie dostępny pod LTE, że właśnie skończyło nam się mleko, albo że jest przeterminowane. Będziemy też mogli sterować każdym elementem, który jest w mieszkaniu, ale na to trzeba poczekać jeszcze 2-3 lata – prognozuje ekspert. – Innym przykładem są samochody z systemami typu eCall. W momencie wypadku samochód wysyła o nim informacje do centrum powiadamiania lub też informuje o złych parametrach pracy silnika.

Rozwój tego typu usług będzie zależał od przepustowości łącz internetowych i ich dostępności. Służyć ma temu  przyjęty w ubiegłym tygodniu przez rząd program Polska Cyfrowa 2014-2020. Program zakłada też rozwój e-administracji i przeciwdziałanie wykluczeniu  cyfrowemu. Zapisano w nim również, że do 2020 roku każdy Polak będzie mógł mieć dostęp do internetu o przepustowości co najmniej 30 Mb.

UOKiK: produkt kupiony na wyprzedaży można reklamować i zwracać

Zimowe wyprzedaże trwają. Sklepy kuszą niskimi cenami, które nie zawsze okazują się dla nabywcy tak atrakcyjne, jak przedstawiają je sprzedawcy. Jeśli produkt zakupiony na wyprzedaży okaże się wadliwy, klient ma takie same prawa do jego zwrotu, jak gdyby go kupił po regularnej cenie.

 – Produkt kupiony na wyprzedaży jest produktem pełnowartościowym. Jest tak samo traktowany, jak produkt kupiony za cenę sprzed obniżki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Borecki z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Sprzedawca musi przestrzegać naszych praw tak samo, jak kupowalibyśmy towar droższy.

Prawa klienta do zwrotu towaru nie zależą od tego, czy sklep w danym okresie prowadzi akcje marketingowe. Jeśli istnieje realna podstawa do zwrotu towaru, czyli np. jakaś wada fabryczna, klient ma na zwrot dwa lata.

 – Pamiętajmy, żeby to zrobić w ciągu dwóch miesięcy od zauważenia wady w tym produkcie – radzi Paweł Borecki. – Sprzedawca ma obowiązek przyjąć reklamację produktu uszkodzonego. Nie ma znaczenia, że taki produkt był przeceniony.

Podstawowym warunkiem rozpatrzenia reklamacji i ewentualnego zwrotu pieniędzy jest okazanie dowodu zakupu.

 – Może to być paragon, a także wyciąg z konta czy karty kredytowej, którą dokonywaliśmy płatności – wymienia ekspert. – Możemy też przyjść ze świadkiem, który był z nami podczas dokonywania zakupu. Natomiast w tej sytuacji będzie to dość trudne do udowodnienia, bo mamy tu słowo przeciwko słowu.

Reklamację powinno składać się w sklepie na piśmie. Można skierować ją również do producenta lub dystrybutora (jeśli udzielił gwarancji na produkt). Wybór drogi dochodzenia roszczeń będzie zależał więc od tego, który wariant okaże się korzystniejszy dla konsumenta.

Jeśli mimo wszystko sklep odrzuci reklamację, klient może bezpłatnie zwrócić się o pomoc w dochodzeniu swoich praw do miejskich i powiatowych rzeczników konsumentów, Inspekcji Handlowej, a także dzwoniąc na infolinię Federacji Konsumentów.

Zwrot zależy od dobrej woli sprzedawcy

Podstawy do zwrotu nie stanowi natomiast fakt, że zakupiony towar przestał nam się podobać lub okazał się nietrafionym prezentem. W takich przypadkach klient może liczyć jedynie na dobrą wolę sprzedawcy. Jeśli sklep prowadzi politykę prokonsumencką, zazwyczaj daje klientowi możliwość zwrotu pieniędzy lub wymiany towaru na inny, co jest ustalone w jego wewnętrznym regulaminie.

 – Dobrowolny termin zwrotu lub też wymiany jest ustalany przez sprzedawcę – dodaje Borecki.

Jako organizator wyprzedaży może też narzucić warunki promocji.

 – Może się zdarzyć tak, że sklep sobie zastrzeże, że promocje nie łączą się. A być może zgodzi się na to, aby klient łączył różne bony zniżkowe ze sobą, by mógł kupić coś jeszcze taniej – potwierdza Paweł Borecki.