Na rynku pracy coraz bardziej liczą się umiejętności, nie dyplomy

Z danych firmy Sedlak & Sedlak wynika, że najwięcej zarabiają menedżerowie i informatycy. Całkiem nieźle wyglądają też zarobki części handlowców. Spadek wynagrodzeń najmocniej odczuwa branża budowlana. Obecnie poziom zarobków coraz częściej jest powiązany z wynikami pracy, ale też z dodatkowymi kwalifikacjami pracownika.

Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak
Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak

– Wynagrodzenia menedżerów cechują się dużą rozpiętością i dużym zróżnicowaniem, ale oczywiście są największe. Inne branże, gdzie można zarobić najwięcej to IT, telekomunikacja, ubezpieczenia i bankowość – mówi AGencji Informacyjnej Newseria Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak.

Największe zróżnicowanie zarobków dotyczy handlowców, ich wynagrodzenie zależy głównie od branży, w której działają.

– Handlowcy ze swoimi zarobkami są pośrodku zawodów, ale trzeba zaznaczyć, że są duże różnice w obrębie tej grupy zawodowej. Handlowcem jest zarówno osoba, która obsługuje telefon i przyjmuje zamówienia, ale także osoba sprzedająca całe fabryki czy skomplikowane urządzenia. Bardzo dobrzy handlowcy zarabiają nawet kilkanaście tysięcy złotych, bo jest to uzależnione od ich wyników pracy, czyli od obrotu bądź wielkości wygenerowanej sprzedaży – wyjaśnia ekspert.

Na rynku pracy widać obecnie zmiany w podejściu pracodawców do wykształcenia poszukiwanych pracowników. Z raportu Banku Światowego „Skills, not Just Diplomas” wynika, że w obecnych czasach wzrosło zapotrzebowanie na umiejętności komunikacyjne i poznawcze, przydatne przy wykonywaniu nierutynowych zadań, zmalało natomiast zapotrzebowanie na pracowników wykonujących rutynowe i manualne czynności. Wśród najczęściej wymienianych kompetencji, na które jest zapotrzebowanie, znajdują się takie jak umiejętność wykorzystania wiedzy w praktyce, umiejętność rozwiązywania problemów czy też pracy w grupie.

– Coraz bardziej zaczyna się cenić wiedzę i kompetencje. Ludzie posiadający dodatkowe wykształcenie, dodatkowe certyfikaty zarabiają coraz więcej. Dotyczy to indywidualnych osób, ich wiedzy i kompetencji. W Polsce zaczynamy dostrzegać problem powiązania wyników pracy z osobą wykonującą tę pracę, co jest bardzo ważne wszędzie na świecie. Wynagrodzenie powinno być powiązane z wynikami pracy, a nie tylko z samym faktem chodzenia do pracy – podkreśla Kazimierz Sedlak.

Jak pokazują wyniki Bilansu Kapitału Ludzkiego, zrealizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Uniwersytet Jagielloński, aż 75 proc. pracodawców ma problemy ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Z badania wynika też, że w 2011 roku pracodawcy oczekiwali od kandydatów przede wszystkim kompetencji samoorganizacyjnych i zdolności interpersonalnych. Pracodawcy zatrudniający specjalistów wymagali też od osób ubiegających się o pracę odpowiedniego wykształcenia (90 proc.) oraz znajomości języka obcego (70 proc.).

Dodatkowe wykształcenie oraz zdobyte certyfikaty wpływają na wysokość zarobków, pozwalając je znacząco zwiększyć.

– Przyjmując, że średnia wynagrodzenia naszego badania wynosi 4 tys. złotych, to w przypadku osób cechujących się wysokimi kompetencjami wynagrodzenie może być nawet dwa razy wyższe przy tym samym stanowisku i tej samej branży. To pokazuje wartość wynagrodzenia. Przykładowo, informatycy zarabiają średnio powyżej 6 tys. złotych, czyli dobry informatyk może zarabiać 12 tys. złotych – mówi prezes Sedlak & Sedlak.

Z badania firmy wynika, że w 2012 roku najbardziej spadły wynagrodzenia w budownictwie, nie rosną wynagrodzenia w sektorze handlu i ubezpieczeń. Warszawa jest nadal liderem płacowym wśród polskich miast. Przeciętne wynagrodzenie w stolicy wyniosło 6 000 zł brutto.

Dla wielu podatników ulga internetowa w tym roku po raz ostatni

Rozliczenie za 2012 rok jest ostatnim, w którym każdy podatnik może skorzystać bez przeszkód z ulgi internetowej. Tak jak w ubiegłych latach można zmniejszyć swój dochód o wydatki poniesione w ciągu roku na internet, jednak maksymalnie może to być 760 zł. Nie ma już obowiązku dokumentowania wydatków fakturą VAT, w ramach ulgi można także odliczać wydatki na internet, z którego podatnik korzysta przez telefon komórkowy. W przyszłym roku możliwość skorzystania z ulgi zostanie mocno ograniczona – będą z niej mogli skorzystać tylko niektórzy podatnicy.

Ulgę internetową podatnicy odliczają od dochodu. Obowiązuje tu określony limit.

– Ulga internetowa jest przewidziana dla osób fizycznych, które wybrały jako formę opodatkowania skalę podatkową albo ryczałt od przychodów ewidencjonowanych. Pozwala ona odpowiednio zmniejszyć dochód lub też przychód o kwoty wydatków poniesionych na korzystanie z internetu, nie więcej jednak niż 760 zł w ciągu roku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Katarzyna Rola-Stężycka, kierownik zespołu analiz podatkowych Tax Care.

Nawet jeżeli podatnik poniósł wyższe wydatki na internet w 2012 r., to można odliczyć tylko kwotę 760 zł.

Nie obowiązuje już dawny, dość uciążliwy dla podatników obowiązek, związany z dokumentowaniem tej ulgi jedynie fakturą VAT. Obecnie do skorzystania z ulgi wystarczy posiadać dokument, z którego wynika, że podatnik taki wydatek poniósł.

– Prawo do odliczenia nie jest już związane z koniecznością posiadania faktury. Poniesione wydatki mogą być również udokumentowane w inny sposób, na przykład w postaci imiennego rachunku, może to być także przelew bankowy określonych kwot na korzystanie z internetu – wymienia ekspertka.

Dokument, który dowodzi, że podatnik poniósł wydatki na internet powinien zawierać dane podatnika, dane dostawcy internetu, rodzaj usługi i kwotę zapłaty za nią.

– Dane te są szczególnie istotne w przypadku rachunków zbiorowych, kiedy poza częścią, która jest przeznaczona na korzystanie z sieci są też w nim ujęte inne usługi, np. korzystanie z telefonu. Dlatego podatnicy, jeżeli mają taką fakturę, mogą skorzystać z ulgi internetowej tylko i wyłącznie wtedy, kiedy mają wyodrębnione, jaka część wydatków, jaka część kwoty wskazanej na fakturze jest związana z wydatkami na internet – wyjaśnia Katarzyna Rola-Stężycka.

W ramach ulgi internetowej można odliczyć zarówno wydatki na internet stacjonarny, jak również internet mobilny, z którego korzystamy w komórce. Możliwe jest też odliczenie wydatków na internet poniesionych w kawiarence internetowej.

Natomiast w rozliczeniu dochodów za 2013 r. nastąpi zmiana zasad korzystania z ulgi internetowej, prawo do niej zostanie znacznie ograniczone. Z ulgi będą mogli korzystać tylko podatnicy, którzy nigdy wcześniej z niej nie korzystali, przy czym limit wydatków wyniesie także 760 zł rocznie. Prawo do korzystania z ulgi będzie przysługiwało jedynie w dwóch kolejnych latach podatkowych.

Podatnik, który w zeznaniu składanym za 2012 r. po raz pierwszy skorzystał z odliczenia wydatków na internet, będzie miał prawo do odliczenia takich wydatków za 2013 r.

Wciąz nie wiadomo, jaka stawka VAT od nowego roku. Przedsiębiorcy czekają na konkretną deklarację rządu.

Brak konkretnych deklaracji dotyczących dalszych losów podwyższonych stawek VAT powoduje duże obawy zarówno wśród firm, jak i konsumentów. Eksperci mówią, że uchwalenie przepisów w tej kwestii jest niezbędne w najbliższym czasie po to, aby podatnicy nie zostali ponownie zaskoczeni ewentualną podwyżką stawek VAT. Według obecnie obowiązujących przepisów od stycznia 2014 r. stawki podatku wracają do poziomów sprzed podwyżki, czyli – 22 proc. i 7 proc.

Zgodnie z obecnymi przepisami w okresie od stycznia 2011 r. do końca grudnia 2013 r. 22-proc. oraz 7-proc. stawki VAT podniesiono do 23 proc. i 8 proc. Natomiast 5-proc. stawka VAT obejmuje podstawowe produkty żywnościowe.

– Obecnie w przepisach mamy automatyczny mechanizm powrotu do stawki podstawowej, która w tej chwili w ustawie się znajduje, czyli 22 proc. I podwyższenie do 23 proc. oraz potencjalnie podwyższanie stawki przy złych wskaźnikach makroekonomicznych jest mechanizmem wpisanym w ustawę o VAT. Czyli jeżeli nie byłyby spełnione negatywne kryteria makroekonomiczne, wtedy powinniśmy z końcem obecnego roku wrócić do stawki 22 proc. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Joanna Rudzka, doradca podatkowy z Kancelarii Prawnej SSW Spaczyński, Szczepaniak i Wspólnicy S.K.A.

Nie wiadomo, jakie stawki VAT będą obowiązywały w 2014 r., bo wciąż brak konkretnych ustaleń w tej sprawie. W marcu br. wiceminister finansów Janusz Cichoń nie wykluczał, że jest szansa na powrót w 2014 r. do niższych stawek, ale premier Donald Tusk szybko te doniesienia zdementował mówiąc, że stan gospodarki na to nie pozwala. Z kolei wicepremier i minister finansów Jacek Rostowski uważa, że powrót do 22-proc. stawki VAT będzie możliwy dopiero za dwa lata.

Zgodnie z obowiązującą ustawą od stycznia 2014 roku stawki podatku wrócą do poziomów sprzed obniżek, jeśli relacja długu publicznego do PKB nie przekroczyła na koniec 2012 r. 55 proc. Jeśli dług nie był większy, to utrzymanie podwyższonego VATu – lub ewentualne jego zwiększenie – wymaga nowelizacji ustawy.

Jeśli miałaby nastąpić kolejna podwyżka stawek VAT, to rząd powinien już przygotowywać stosowny projekt w tej sprawie, aby Sejm zdążył z jego uchwaleniem przed końcem roku i aby podatnicy mieli możliwość i czas się z tymi przepisami zapoznać oraz do nich przygotować. Jeśli podatek ma wrócić do poziomu sprzed 2011 r. – rząd także powinien to jasno zadeklarować.

– Do tej pory Ministerstwo Finansów wielokrotnie zapewniało, że ten powrót nastąpi, że nie będzie dalszego podwyższania stawek ani nawet utrzymania tej podwyższonej do 23-proc. stawki. Odpowiedź poznamy najpewniej w najbliższych tygodniach, miesiącach, bo nie wyobrażam sobie, aby podatnicy znowu byli zaskoczeni w drugiej połowie roku informacją, że za pół roku VAT zostaje podwyższony – mówi ekspertka.

Przepisy dotyczące stawek VAT w 2014 r. mogą być ukształtowane w różny sposób.

– Może to być dalsze przesunięcie czasowego podwyższenia, co oznacza, że nie wrócimy do stawek 22 proc. i analogicznych z końcem roku, a np. za rok, dwa lub trzy lata być może VAT zostanie już na trwałe zwiększony do 23 proc. Możliwy jest też scenariusz, że dojdzie do przesunięcia potencjalnego podwyższania stawek o kolejny rok, dwa, trzy i znowu będzie nad nami wisieć widmo potencjalnych 23-24 proc. stawek – prognozuje Joanna Rudzka.

Brak zdecydowanej deklaracji rządu dotyczącej stawek VAT to problem i dla firm w planowaniu inwestycji, i dla zwykłych podatników.

– Obawy przedsiębiorców są dość duże. Często VAT wyższy o 1-2 proc. oznacza, że zupełnie inaczej należy budżetować nasze wpływy na następne lata. Trzeba zupełnie inaczej kontraktować sprzedaż dla konsumentów. Przykładowo przy sprzedaży mieszkania nie może tak być, że dowiemy się kilka miesięcy wcześniej, że mieszkanie, które sprzedamy za dwa lata, będzie de facto opodatkowane 2 proc. wyżej, bo to oznacza, że dochód ze sprzedaży zostanie przez tę podwyżkę „zjedzony” – reasumuje Joanna Rudzka.

Zagrożenia dla Polski związane z przyjęciem euro większe niż korzyści

– Polska nie spełnia dziś kluczowych warunków, które pozwoliłyby jej realnie myśleć o wstąpieniu do strefy euro – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Chodzi nie tylko o kryteria z Maastricht, ale również o realne przystosowania gospodarki. W sytuacji, w jakiej dziś znajduje się Polska, korzyści związane z naszą akcesją mogłyby nie zrównoważyć poniesionych kosztów.

Zdaniem prof. Elżbiety Mączyńskiej dyskusja na temat naszego rychłego wstąpienia do strefy euro jest dzisiaj nieuzasadniona. Polska nie byłaby w stanie spełnić kryteriów konwergencji, czyli czterech podstawowych warunków: stabilność cen, kryterium fiskalnego, kursowego oraz kryterium, odnoszącego się do stóp procentowych.

– Polska nie spełnia nie tylko tych czterech podstawowych kryteriów z Maastricht – zauważa w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Nie spełnia też warunków konwergencji realnej, spójności realnej, czyli takiej, która by zbliżałaby ją w poważnym stopniu do krajów wysokorozwiniętych.

Czego przykładem są na przykład nakłady na prace badawczo-rozwojowe. Ciągle pozostajemy daleko w tyle za znaczną częścią Europy. Podobnie wygląda sytuacja z wysokością płac, relatywnie niską w stosunku do krajów, których mieszkańcy posługują się wspólną, europejską walutą.

– To nie są w pełni porównywalne gospodarki, a to oznacza, że kraj słabszy w takim związku ponosi wysokie koszty wstąpienia do strefy euro – tłumaczy prof. Mączyńska.

W jej ocenie, myśląc realnie o przyjęciu euro trzeba zwiększać produktywność gospodarki, jej wydajność, co skutkowałoby zwiększaniem płac. Dzięki temu różnice między Polską a krajami należącymi do strefy systematycznie by malały. Z obecności w strefie euro korzystają właśnie kraje, które mają wyższy poziom rozwoju i spełniają warunki konwergencji realnej.

– W momencie, kiedy wejście do euro nie sprzyjałoby zmniejszeniu nierównowagi, mogłoby dojść do sytuacji podobnej jak w Grecji czy Hiszpanii – ostrzega prof. Elżbieta Mączyńska. – Nastąpiłoby mianowicie zachwianie w systemie finansów publicznych. Jeden z silnych argumentów za wejściem do strefy euro było to, że kraj, który jest w systemie euro, poddany jest większej dyscyplinie finansowej. Przykłady Grecji i Hiszpanii pokazały, że niekoniecznie tak musi być.

Nie wolno, co podkreśla ekonomistka, zapominać o korzyściach, jakie wiązałyby się z zastąpienia złotego przez euro. Zmniejszyłyby się na przykład koszty transakcyjne, bo nie byłoby konieczności wymiany jednej waluty na drugą.

– Jednak te różnice mogą sprawiać, że takie przyspieszone wstąpienie do strefy euro, nawet gdyby nam teraz pozwolili wejść, a nie pozwolą, bo nie spełniamy warunków, mogłoby spowodować, że ponieślibyśmy duże koszty i spowodowałoby to problemy większe, socjalne. W momencie gdyby wystąpiły te problemy, to budżet państwa musiałby się zaangażować – prognozuje prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Pośpiech tutaj, moim zdaniem, nie jest wskazany.
Jednak zdaniem prof. Elżbiety Mączyńskiej czas, w jakim przygotowywać się będziemy do przyjęcia euro, należy poświęcić na rzeczową dyskusję społeczną, choć i ona, na pewno nie wyeliminuje obaw związanych z przyjęciem euro.

Nowe przepisy o ochronie danych osobowych. Za dwa lata ma być łatwiej usunąć swoje dane z internetu

Do czerwca mają zapaść decyzje dotyczące nowego unijnego prawa o ochronie danych osobowych. Rozporządzenie wejdzie w życie najprawdopodobniej w 2016 r. i może ułatwić usuwanie własnych danych z internetu. Nie wiadomo jednak, jak dokładnie będą wyglądać przepisy. Na razie Główny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych przygląda się plikom cookies.

Debata nad zmianami w unijnych przepisach dotyczących ochrony danych osobowych trwa zarówno w Parlamencie Europejskim, jak i w Radzie UE. Ich proponowany kształt ma zostać przedstawiony już w czerwcu, ale uchwalenie rozporządzenia raczej nie nastąpi przed przyszłym rokiem. Prawo wejdzie w życie najwcześniej w 2016 r.

Jedną z najważniejszych zmian będzie wprowadzenie do przepisów tzw. prawa do bycia zapomnianym, czyli ułatwień w usuwaniu własnych danych osobowych z internetu. Wojciech Wiewiórowski podkreśla jednak, że zmiany nie będą daleko idące.

– Troszkę cynicznie mógłbym powiedzieć, że prawo do bycia zapomnianym będzie wpisane do rozporządzenia z 2014 roku, ale nie wiemy jeszcze do końca, na czym będzie polegało – mówi Agencji Informacyjnej Newseria dr Wojciech Rafał Wiewiórowski, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. – Raczej nie będzie to ta procedura, którą zaproponowała Komisja Europejska, jako że jest ona za bardzo skomplikowana i nie daje efektu lepszego niż prawo, które istnieje w tej chwili. Być może będzie to polegało na zebraniu w jednym przepisie zasad, które faktycznie obowiązują już dzisiaj.

Wiewiórowski podkreśla, że już teraz istnieją przepisy, które ułatwiają usuwanie własnych danych osobowych z sieci. W szczególności dotyczy to danych, które są nieprawdziwe lub które znalazły się w internecie w sposób nieuprawniony. Komisja Europejska proponuje szczególną procedurę usuwania takich danych. Według Wiewiórowskiego ważną zmianą będzie podkreślenie roli GIODO w tym procesie.

Obowiązki w sprawie plików cookies w Polsce dość łagodne

Już w 2009 r. Unia Europejska uchwaliła prawo, które nakłada na właścicieli stron internetowych obowiązek informowania o stosowanych plikach cookies, czyli tzw. „ciasteczkach”. Są to niewielkie pliki tekstowe wysyłane przez serwer i zapisywane najczęściej na twardym dysku użytkownika, które przechowują informacje i umożliwiają ich odzyskanie przez witrynę.

W Polsce unijne prawo GIODO wdrożył dopiero w grudniu 2012 r. Jego efektem jest m.in. to, że od kilkunastu dni na stronach internetowych pojawiają się ostrzeżenia o stosowanych „ciasteczkach”.

– Słyszę od kilku dni narzekania na temat tego, jak bardzo przeszkadza to rozwiązanie. Z drugiej strony, przyznam, że jako użytkownik internetu i to dość częsty, ja tego problemu samego w sobie nie dostrzegam. Natomiast cenię sobie informację, którą rzeczywiście instytucje muszą umieszczać na swoich stronach na temat tego, jakimi ciasteczkami „sieją” – mówi Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

Unijne przepisy z 2009 r. nie wprowadzają rozróżnienia pomiędzy typami ciasteczek, ale teraz Bruksela skłania się do zmiany tego elementu. Prawo ma przede wszystkim chronić przed tzw. stalking cookies, czyli ciasteczkami, które wyciągają od użytkowników informacje wbrew ich woli.

Według Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych nawet takie łagodne prawo ma jednak pozytywne skutki, również dla samego Biura Inspektoratu.

– Przejrzeliśmy, czy aby na pewno musimy wysyłać te pliki cookies. I okazało się, że z większości sytuacji, w których pliki cookies są używane możemy zrezygnować, bo one nie są do niczego potrzebne, a ingerują w prywatność – mówi Wojciech Wiewiórowski.

Przyznaje jednak równocześnie, że obowiązek informowania o stosowaniu „ciasteczek” jest bardziej uciążliwy dla interaktywnych serwisów internetowych.

Spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe będzie zarządzał miliardami państwowych złotych

Spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe, której zadaniem jest pobudzenie słabnącej gospodarki, pierwszymi projektami zajmie się dopiero za około trzy miesiące. Spółka nie została jeszcze formalnie powołana. Nie ma NIP-u, REGON-u ani siedziby. Znane jest za to logo i adres mailowy. Spółka docelowo ma zarządzać 10 mld zł, które pozyskane zostaną ze sprzedaży akcji państwowych spółek.

– Chciałbym, abyśmy mieli możność pochylenia się nad pierwszymi projektami, aby nastąpiło to za jakieś 3 miesiące – deklaruje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Mariusz Grendowicz, prezes spółki Polskie Inwestycje Rozwojowe, który został wyłoniony na początku marca na to stanowisko w drodze konkursu.

Polskie Inwestycje Rozwojowe zatrudniać będą docelowo ok. 20-30 osób. Trzon kadry stanowić będą osoby, wywodzące się z sektora bankowego, doradczego i private equity. Jak mówi Grendowicz, ilość zgłoszeń do pracy jest olbrzymia.

– Będziemy budować organizacje od góry. W związku z tym jak najszybciej mam nadzieje powołany zostanie zarząd. Jedna lub dwie osoby powinny pojawić się niebawem. Te nazwiska znam, nie mogę ich niestety ujawnić – mówi Mariusz Grendowicz.

Polityka inwestycyjna na razie tylko w zarysie

Trwają również prace nad planami inwestycyjnymi i priorytetami działań na najbliższy czas. Dziś znany jest jedynie zarys polityki inwestycyjnej, który w swoim expose zawarł premier Donald Tusk. Mają być to przede wszystkim inwestycje związane z infrastrukturą, czyli drogi, koleje, porty i lotniska, energetyką – jednostki wytwarzania energii elektrycznej, magazynowania i przesyłu ropy oraz gazu, jak i infrastrukturą telekomunikacyjną oraz przemysłową.

Prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych wyjaśnia, że pierwsze spotkania z przedstawicielami zainteresowanych spółek ma już za sobą.

– W tej chwili, nawet jeśli się spotykam, to nie ma możliwego ciągu dalszego, bo nie mam komu tego projektu przekazać. W związku z tym swoje spotkania w tej chwili ograniczam do minimum, aby jak najszybciej dojść do momentu, w którym będą osoby, które będą mogły spotykać się z prezesami i rozmawiać o konkretnych inwestycjach – powiedział Mariusz Grendowicz podczas V Banking Forum.

Polskie Inwestycje Rozwojowe mają bezpośrednio angażować się w program Inwestycje Polskie. Kapitał zakładowy spółki wynosi 300 tys. zł. Docelowo urosnąć ma nawet do 10 mld zł. Resort Skarbu, który jest jedynym udziałowcem PIR chce pozyskać tę kwotę ze sprzedaży akcji innych państwowych spółek. Poprzez swoją działalność i zaangażowanie w projekty z programu Inwestycje Polskie spółka ma przede wszystkim pobudzić do działania słabnącą gospodarkę.

LW BOGDANKA S.A wydobywa 2,03 mln ton węgla w I kwartale 2013 roku

Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A., najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, zanotowała w I kwartale 2013 roku wydobycie w wysokości 2,03 mln ton, czyli na poziomie porównywalnym do osiągniętego rok wcześniej. Wydobycie po I kwartale 2013 roku jest zgodnie z założeniami Spółki.

Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę Platformy Mediowej Point Group S.A. na decyzję KNF

Wprawdzie sąd rozumie nadzwyczajne okoliczności transakcji, ale należy je wpisać w ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej – z taką argumentacją Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę Platformy Mediowej Point Group S.A. (GPW: POINTGROUP, PGM) na decyzję Komisji Nadzoru Finansowego.

Decyzja KNF z sierpnia 2010 r. dotyczyła naruszenia przez PMPG obowiązków informacyjnych spółki giełdowej przez podanie w raporcie bieżącym nr 52/2009 z dn. 29 grudnia 2009 r., a dotyczącym nabycia udziałów w AWR „WPROST” Sp. z o.o. danych dotyczących cennikowych przychodów z reklam tygodnika WPROST jako jednego ze wskaźników sytuacji ekonomicznej nabywanej spółki. W ocenie Komisji, zdanie z raportu w brzmieniu: „Według danych cennikowych Expert Monitora (bez uwzględnienia rabatów i autopromocji) w ub. r. WPROST zarobiło 98,7 mln zł” bez podania informacji, że nie jest to wynik finansowy Agencji Wydawniczo-Reklamowej „WPROST” Sp. z o.o. mogło wprowadzać w błąd inwestorów.

Odwołując się od decyzji KNF, PMPG podnosiła, że wspomniane zdanie odnosiło się do opisu pozycji tygodnika WPROST na rynku tygodników społeczno–ekonomicznych i było elementem logicznego ciągu, w którym spółka podawała informacje o czytelnictwie oraz informacje o cennikowych przychodach innych podmiotów w tym segmencie. W ocenie spółki, informacja ta, podana w raporcie bieżącym, nie miała wpływu na decyzje inwestorów, a zarówno pochodzenie, jak i odniesienie podanej informacji zostało jasno opisane w raporcie.

„Respektując orzeczenie NSA, nie podzielam jego argumentacji i uważam, że – biorąc pod uwagę okoliczności transakcji – z obowiązków informacyjnych wywiązaliśmy się rzetelnie” – podsumowuje Michał M. Lisiecki, prezes Zarządu PMPG S.A.

Jak zostać milionerem? Zostań przedsiębiorcą. Jak? To proste!

Ponad 56 proc. Polaków uważa, że strach przed porażką może ich powstrzymać przed założeniem działalności gospodarczej. – Jak zostać milionerem? – Zostań przedsiębiorcą. Jak? To proste, jeśli będziesz przestrzegał kilku zasad.– mówi Anna Hejka, prezes Heyka Capitals Markets Group, ekspert kampanii Narodowy Program Przedsiębiorczości.

W Polsce występuje niski wskaźnik osób dostrzegających szanse biznesowe (33,1 proc.). Istotnym czynnikiem, który może wstrzymywać przedsiębiorczość jest strach przed porażką.Wskazuje to na wysoki stopień niepewności związany z prowadzeniem biznesu. Wyniki innych badań pokazują, że może być to związane ze skomplikowanym i często zmieniającym się prawem oraz procedurami administracyjnymi. Spowolnienie gospodarcze dostrzegalne w większości krajów również przekłada się na decyzje o prowadzeniu własnej działalności gospodarczej.

To proste, jeśli będziesz przestrzegał następujących 7 przykazań:

Bądź wizjonerem lub eliminuj bolączki jak Steve Jobs czy Richard Branson. Jednak dopóki nie zdobędziesz autorytetu, nie wyprzedzaj swojej epoki, bo „ewangelizacja” rynku jest niemożliwa bez charyzmy.

Stań się przedsiębiorcą wcześnie, bo osiągnięcie równowagi w życiu zawodowym i osobistym jest początkowo bardzo trudne. Każdy najlepiej uczy się na błędach, a młodym łatwiej się wybacza. Uwierz w siebie i pamiętaj, że lojalność rodzi się, kiedy rozwiązujesz problemy z klasą.

Otaczaj się nieprzeciętnymi pasjonatami dumnymi z tego co robicie, a sam bądź szalonym perfekcjonistą. Inspiruj, szanuj (pracowników, klientów, media) i deleguj. Ale słuchaj też swojej intuicji, wykorzystując Wasze silne strony i dostosowując model biznesowy do zmieniających się lub zmienianych przez Was potrzeb klientów.

Nigdy się nie poddawaj w dążeniu do celu, ale ustalaj łatwe do osiągnięcia kamienie milowe. Nie odrzucaj żadnej szansy, bo często przypadek decyduje o naszym losie. Bądź w odpowiednim miejscu i czasie uzbrojony w odpowiednie narzędzia, otwarty na wszelkie kontakty.

Szukaj globalnej skali, oferuj klientom prawdziwą i możliwie pełną, nieuzależnioną od innych wartość. Wykorzystuj wszystkie kanały dystrybucji oraz dąż do szybkiego wzrostu. Walka w „błękitnym oceanie”, gdzie macie przewagę konkurencyjną, jest łatwiejsza niż w czerwonym stawie.

Zaakceptuj ryzyko i dbaj nie tylko o pierwsze wrażenie. Jak Warren Buffett przekraczaj oczekiwania i nigdy nie spoczywaj na laurach.

Zbuduj silną bazę opartą na księgowości zarządczej i nie zapominaj o płynności, od której zależy przetrwanie i sukces firmy. Znajdź mądrego i wpływowego inwestora i zdobądź jego zaufanie.

Reszta będzie zależała od przypadku. Ale Twoje odpowiednie przygotowanie sprawi, że nie umknie Ci żadna szansa, którą los postawi na Twojej drodze.

Miesięczny Przegląd Makroekonomiczny, kwiecień 2013

Po absolutnie fatalnym grudniu (przypomnijmy: spadek produkcji przemysłowej o ponad 9% i produkcji budowlano-montażowej o przeszło 25%, spadek sprzedaży detalicznej o 2,5% w ujęciu nominalnym) kuszącym było w tym miesiącu upatrywać punktu zwrotnego w polskim cyklu koniunkturalnym. Dane za styczeń przyniosły pozorne odbicie (z produkcją przemysłową na niewielkim plusie i przyzwoitym wzrostem sprzedaży detalicznej), które należy wiązać raczej ze specyficznym układem kalendarza na przełomie roku. W istocie, aktywność ekonomiczna w lutym okazała się w dalszym ciągu słaba. W świetle dostępnych danych możemy stwierdzić, że pierwszy kwartał przyniósł kontynuację pogorszenia koniunktury. Dostępne informacje, jak również wiedza na temat relacji ekonomicznych, pozwala oczekiwać w drugiej połowie roku pewnej poprawy. Będzie ona jednak uwarunkowana głównie czynnikami statystycznymi, a nie rzeczywistym przyspieszeniem wzrostu gospodarczego.

World Trends, 10 kwietnia 2013

Coraz więcej popytowych sygnałów dociera z otoczenia zewnętrznego na Książęcą 4, jednakże tak naprawdę nie wiadomo, czy inwestorzy znad Wisły zechcą to zauważyć. Abstrahując od tego, co się dzieje na Wall Street, czyli dalszej podróży jankeskich indeksów na północ, na szczególną uwagę zasługują indeksy Emerging Markets. Od kilku dni widoczna obrona średnioterminowych wsparć na brazylijskim benchmarku Bovespa zaczyna przynosi popytowe skutki, czego przykładem jest wczorajsze zachowanie się tego indeksu.

Komentarz poranny, 10 kwietnia 2013

Koncern Shell złożył rządowi czeskiemu i pozostałym udziałowcom Ceska Rafinerska (CR) ofertę odkupienia 16,33 proc. udziałów w spółce. Statut spółki przewiduje, że w przypadku woli sprzedaży udziałów przez jednego z udziałowców, prawo pierwokupu przysługuje pozostałym współwłaścicielom (51,22% udziałów ma Unipetrol a 32,45% włoski ENI). Czeski rząd wcześniej deklarował chęć zakupu aktywów rafineryjnych więc zapewne złoży ofertę.

Polskie firmy nie współpracują ze sobą w walce z cyberprzestępczością

Ponad 80% zagrożeń w sieci Internet nosi znamiona działań o charakterze zorganizowanym. Tymczasem ani prawo, ani narzędzia dotychczas wykorzystywane przez firmy w walce z cyberprzestępczością nie nadążają za nowymi sposobami ataków. Autorzy raportu „Cyberodporność w świecie ewoluujących zagrożeń” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte zwracają uwagę, że każda polska firma oraz organizacja musi zakładać, że jest potencjalnym obiektem ataku w sieci. Tylko działania prewencyjne mogą skutecznie przygotować ją na takie zagrożenie.

Dynamiczne zmiany technologiczne poza wieloma zaletami niosą za sobą także wiele zagrożeń. Zorganizowane grupy przestępcze zachęcone pozorną anonimowością w sieci, nieskutecznością działań organów ścigania oraz łatwością uzyskania korzyści finansowych, atakują organizacje rządowe i firmy na całym świecie. Wbrew pozorom nie jest to tylko problem amerykańskich gigantów czy tamtejszej administracji publicznej. W erze globalizacji granice pomiędzy poszczególnymi krajami zacierają się, a Polska i polskie firmy są członkami licznych organizacji o zasięgu międzynarodowym.

Tymczasem w ostatnich latach nastąpił gwałtowny proces profesjonalizacji grup przestępczych działających w cyberprzestrzeni. Obecnie cyberprzestępczość jest kolejną generacją rozwoju zorganizowanych grup przestępczych i potencjalnie może okazać się realnym następcą choćby mafii narkotykowej, a przez to atrakcyjną alternatywą dla tradycyjnych źródeł działań przestępców. „Atrakcyjność cyberrzeczywistości, jako platformy przeznaczonej do nielegalnych działań, wynika z kilku czynników. Przestępcy mogą liczyć na brak gotowości organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości do sprawnego reagowania, a co za tym idzie do ograniczonego ryzyka sankcji. Zachęcającym czynnikiem jest także fakt, że koszt rozpoczęcia działań przestępczych w sieci jest mniejszy niż w wypadku tradycyjnych metod działania przestępczości zorganizowanej. Istotnym czynnikiem wpływającym na atrakcyjność cyberprzestęczości jest również ograniczona konkurencja, która w tradycyjnie pojmowanych obszarach działań przestępców jest znaczna. To wszystko sprawia, że rynek handlu informacjami rośnie w ogromnym tempie.” – tłumaczy Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Działalność przestępców to jednak tylko jedno z wielu źródeł współczesnych zagrożeń dla organizacji działających w cyberrzeczywistości. Organizacje uczestniczące w globalnym badaniu Deloitte TMT Security Survey 2013* wskazały, że dostrzegają istotne zagrożenia związane:

z ilością oraz rodzajem danych przekazywanych stronom trzecim (78% respondentów),
coraz szerszym wykorzystaniem urządzeń mobilnych (74%) oraz
brakiem odpowiedniej świadomości wśród użytkowników (70%)
powodują sytuację, w której organizacje stoją przed wyzwaniami związanymi z cyberprzestępczością z jednej strony, a trendami w dziedzinie wykorzystania technologii z drugiej.

Skuteczna odpowiedź na nowe lub rozwijające się zagrożenia związane z działaniem w cyberrzeczywistości wymaga zastosowania nowego podejścia. Stosowana od lat ochrona polegająca na wykrywaniu i neutralizowaniu cyberzagrożeń oraz doskonaleniu procesów ochrony w oparciu o wnioski wynikłe z analizy zdarzeń, przestała być skuteczna. Skala potencjalnych strat w organizacjach silnie uzależnionych od technologii może być tak znaczna, że nie będą one miały szans na naukę – przestaną istnieć w wyniku skutecznego cyberataku. „W obliczu zagrożeń typu APT – Advanced Persistent Threats („zaawansowane, ciągłe zagrożenia”) najważniejszym czynnikiem, który minimalizuje skutki ataku jest natychmiastowa reakcja. Tradycyjne metody oparte na kontroli dostępu okazują się nieadekwatne do stopnia złożoności i szkodliwości aktualnych zagrożeń” – wyjaśnia Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Zdaniem ekspertów Deloitte w takich przypadkach dobrym pomysłem jest ciągła analiza zachowań infrastruktury informatycznej oraz informacji pochodzących z zewnątrz organizacji (ang. threat intelligence). „Mechanizmy obrony muszą mieć charakter wyprzedzający i działać niczym sprawny wywiad, który dostarcza informacji na czas. W gotowości powinny czekać narzędzia do zbierania materiału (mogącego stanowić dowód w postępowaniu), środki komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej firmy oraz grupa ekspertów, która niezwłocznie podejmie działania eliminujące słabości wykorzystane przez atakujących oraz ograniczy wpływ zagrożenia” – tłumaczy Cezary Piekarski.

Tymczasem mimo rosnącej skali zagrożeń budżety przeznaczane przez organizacje na ochronę kluczowych informacji oraz obronę przed cyberzagrożeniami pozostają niemal bez zmian na przestrzeni ostatnich trzech lat. Wynika to przede wszystkim z trwającego kryzysu ekonomicznego i konieczności redukcji kosztów. Jest jednak szansa na zmianę postrzegania wydatków na ochronę informacji jako zbędnego balastu w budżecie. Blisko połowa firm z sektora bankowego i technologicznego zdaje sobie sprawę, że ograniczenia budżetowe stanowią poważną przeszkodę na drodze do budowania efektywnego programu bezpieczeństwa IT.

Jak Polska i polskie firmy są przygotowane do walki z cyberprzestępczością? W ocenie Deloitte, propozycje Ministerstwa Spraw Wewnętrznych RP zawarte w dokumencie „Rządowy Program Ochrony Cyberprzestrzeni RP na lata 2011-2016” oraz „Polityce Ochrony Cyberprzestrzeni” są krokiem w dobrą stronę, ale niezbędne są również zmiany legislacyjne, których celem byłoby stworzenie lepszych warunków do współpracy pomiędzy administracją publiczną a sektorem prywatnym. „Niepokoi również brak współpracy i wymiany doświadczeń w zakresie bezpieczeństwa w sieci pomiędzy firmami w wielu branżach, także tych kluczowych dla gospodarki, jak energetyka czy transport. Dużo lepiej jest za to w sektorze telekomunikacyjnym czy bankowym, gdzie dochodzi do regularnych kontaktów pomiędzy osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo informacji w danej spółce. Działania koordynowane z innymi firmami z tego samego sektora gospodarki lub posiadającymi podobny profil ryzyka powinny być podstawą skutecznego programu zwalczania cyberzagrożeń” – podsumowuje Jakub Bojanowski.

Polacy kupują coraz mniej aut, zarówno tych nowych, jak i używanych

Z danych Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar wynika, że w marcu zarejestrowano około 25 tys. samochodów osobowych. To oznacza spadek o 13,91 proc. w stosunku rocznym. – Problemem nie jest zapewne sama oferta, lecz ograniczona liczba klientów – mówi Wojciech Drzewiecki, prezes Samaru. Najpopularniejszym nowym autem okazała się Toyota Auris.

Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar
Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar

– Bardzo szybko straciliśmy te wzrosty, które jeszcze notowaliśmy na początku roku. Widać wyraźnie, że wyprzedaże straciły już na znaczeniu. Chociaż są w ofercie auta z rocznika 2012, to nie sprzedają się one już tak dobrze, jak sprzedawały się w styczniu czy w lutym – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Wojciech Drzewiecki.

Z danych Centralnej Ewidencji Pojazdów wynika, że Polacy w marcu zarejestrowali 25 367 samochodów osobowych, czyli o 4 098 sztuk mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W sumie od początku roku zarejestrowano 75 723 auta. Według szefa Samaru spadek związany jest z kończącą się ofertą promocyjną na modele z 2012 roku oraz coraz dotkliwiej odczuwalnym przez klientów kryzysem finansowym. Zdaniem Drzewieckiego to początek długotrwałej tendencji.

– Aby rynek mógł się odrodzić, potencjalni klienci muszą czuć się pewnie. Bezrobocie nie może rosnąć, zatrudnienie jest tym czynnikiem, który odpowiada między innymi za nasze samopoczucie, jeżeli bezrobocie nie będzie rosło, będą rosły nasze zarobki to chętniej będziemy wydawali pieniądze. Chętniej będziemy się zadłużać. Na razie jednak takich chęci nie widać – twierdzi szef Samaru.

Zmiany na podium

W marcu najpopularniejszymi modelami były Toyota Auris (797 sprzedanych aut), Ford Focus (796) i Toyota Yaris (771). Do drugiej piątki spadły popularne do tej pory Skoda Fabia i Octavia.

Zdaniem Wojciecha Drzewieckiego Toyota zbudowała bardzo pozytywny wizerunek Aurisa, co umacnia jej pozycję na rynku. Ten model skutecznie zastąpił kultową Toyotę Corollę.

– Dziś Auris jest modelem już dojrzałym. Pojawiła się nowa wersja, który ma coraz więcej wersji nadwoziowych, co z punktu widzenia klientów ma olbrzymie znaczenie – wyjaśnia szef Instytutu. – Dobre dostosowanie cen i jakości do wymagań klientów powoduje, że zawsze producent zyskuje na listach rankingowych, a nie traci.

Klienci kupują Toyotę coraz chętniej także dlatego, że ta jako jedyna oferuje technologię napędu hybrydowego w samochodach miejskich w przystępnych cenach. Do niedawna była to technologia osiągalna tylko w klasie premium.

– Toyota wprowadziła niedawno do oferty model Yaris z napędem hybrydowym, którego cena była zbliżona do wersji z silnikiem wysokoprężnym, to spowodowało, że część klientów zainteresowanych ekologią chętniej spojrzało na model hybrydowy i dlatego też Toyota ten model sprzedała bardzo szybko – twierdzi rozmówca Newserii.

Sprowadzone wciąż najpopularniejsze

Wciąż nie maleje zainteresowanie Polaków samochodami sprowadzanymi zza naszej zachodniej granicy. Według Wojciecha Drzewieckiego do końca roku na naszych drogach pojawi się nawet 650 tys. takich pojazdów.

– Volkswagen jest tu zdecydowanym królem na liście. Chociaż patrząc na wyniki miesięczne, czasami zdarza się, że preferujemy inne marki. Taką marką jest między innymi Opel, który jak wynika z badań prowadzonych od wielu lat zajmuje pozycję drugą, ale potrafi czasem w wynikach miesięcznych wyjść na pozycję pierwszą – mówi szef Samaru.

Polski rynek motoryzacyjny kształtowany jest głównie przez obrót wtórny. Według prezesa Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar ta sytuacja nie zmieni się dopóki rząd nie zdecyduje się na wprowadzenie zmian w przepisach podatkowych.

– Ponieważ dzisiaj największą grupą są klienci instytucjonalni, więc zmiany, o których myślimy, to są zmiany dotyczące odliczenia podatku VAT – wyjaśnia Drzewiecki. – Te zmiany, które chcielibyśmy wprowadzić nie są do końca zgodne z tym, co zaproponował rząd. Mam nadzieje, że finalnie uzyskamy takie warunki, które przyczynią się do poprawy sytuacji na rynku i do uzyskania wzrostu, bo ten wzrost jest niezwykle istotny.

Wkrótce ruszy największa kampania promocyjna Polski w Azji. POT liczy przede wszystkim na turystów z Chin

Przede wszystkim w Chinach, ale także w Japonii i Indiach ruszy wkrótce kampania Polskiej Organizacji Turystycznej. To największa jak dotychczas akcja promocyjna w Azji z budżetem 50 mln zł. POT liczy na przyciągnięcie zamożnych turystów indywidualnych z Pekinu, Szanghaju i Kantonu. Akcja ruszy w drugiej połowie tego roku.

– To jest działanie precyzyjnie zaplanowane we współpracy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i Ministerstwem Gospodarki tak, aby nasze działania przynosiły efekt synergii, bo aktywność tych ministerstw na tym rynku jest bardzo duża – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Rafał Szmytke, prezes Polskiej Organizacji Turystycznej.

Turyści z Chin to bardzo dobrzy klienci, bo jak wynika z badań Światowej Organizacji Turystyki (UNWTO) wydają oni za granicą najwięcej na świecie. Do Europy przyjeżdża już rocznie ponad 4 mln turystów z Chin. Na razie omijają oni Polskę – do naszego kraju dociera jedynie 30 tys. Chińczyków.

Rafał Szmytke zaznacza, że Polska Organizacja Turystyczna będzie koncentrował się na trzech dużych miastach – Pekinie, Szanghaju i Kantonie.

– Pod względem ludności one generują większą ilość niż niejeden kraj europejski. Zdecydowaliśmy się na te trzy miejsca na podstawie badań, analizy rynku, że są to potencjalne najlepsze miejsca, z których możemy uzyskać ten optymalny dla nas efekt, a więc zwiększoną ilość zainteresowania i przyjazdów turystów do Polski – mówi prezes Polskiej Organizacji Turystycznej.

Dodaje, że po raz pierwszy POT zaadresuje kampanię nie do przedstawicieli branży, lecz do turystów indywidualnych. Do tej pory promocja była skoncentrowana na touroperatorach, którzy wprowadzali Polskę do swojej oferty. Teraz, jak zaznacza Szmytke, celem jest skłonienie samych chińskich turystów do wyboru naszego kraju.

– Będziemy zarówno pracowali nad wizerunkiem Polski, jak również dostarczymy informacji czysto produktowych, a więc będziemy pokazywali Polskę przez pryzmat konkretnych produktów, konkretnych rzeczy, które można w Polsce zrobić – wylicza Szmytke. – Będzie to kampania zarówno w internecie, będzie kampania outdoorowa, prasowa, będą narzędzia w postaci działań ambientowych i imprez studyjnych.

Choć przekaz kampanii będzie jednolity na rynkach chińskim, japońskim i indyjskim, jednak na promocję w Japonii i Indiach przeznaczone zostaną mniejsze środki. POT chce tam organizować m.in. imprezy studyjne oraz warsztaty dla touroperatorów.

Kampania rozpocznie się w drugiej połowie tego roku. Największe uderzenie promocyjne POT planuje na początek przyszłego roku, przed rozpoczęciem sezonu turystycznego w Polsce.

Polska gospodarka powoli się odbija. Może ją zahamować słaba konsumpcja i spadek inwestycji publicznych

PKB w pierwszym kwartale wyniesie 0,8 proc., a w całym roku 1,3 proc. – prognozuje Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości. W związku z tym nie ma, co liczyć na poprawę na rynku pracy – bezrobocie na koniec roku wyniesie 14 proc. Za to konsumpcja powinna odbić się od dna. Największym ryzykiem pozostaje wciąż sytuacja w strefie euro.

– Wydaje mi się, że dołek jest teraz, w pierwszym kwartale ze wzrostem rzędu 0,8 proc., natomiast później ta dynamika PKB będzie rosła z kwartału na kwartał – przewiduje Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości, dodając jednocześnie, że wyraźnego ożywienia w tym roku raczej spodziewać się nie należy, co najwyżej powolnego pięcia się w górę. – W ostatnim kwartale PKB ma szansę osiągnąć 2 proc., co średnio w roku daje około 1,3 proc.

Pobudzająco na naszą gospodarkę zadziałać może kilka czynników. Po pierwsze sytuacja polskich firm eksportowych i konkurencyjność przemysłu.

– Ostatnie kwartały pokazały, że pomimo recesji w strefie euro polski eksport rośnie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Morawski, oceniając, że 2-3 procent na plusie może okazać się pomocne dla naszej gospodarki. Podobnie jak bardzo prawdopodobny jest dalszy spadek inflacji do poziomu ok. 1 proc. przy jednoczesnym utrzymaniu nominalnego wzrostu płac w granicach 2-3 proc. Pozwoliłoby to na wzrost płac realnych, a w konsekwencji może się przełożyć na pobudzenie konsumpcji.

– Nie mówimy tutaj o powrocie boomu konsumpcyjnego, a raczej o odbiciu od dołka – zastrzega ekonomista przypominając, że dzisiaj jesteśmy świadkiem wyjątkowego zjawiska, bo po raz pierwszy od czasów transformacji spada realna konsumpcja w skali rocznej.

Po trzecie – czynnikiem, który wpływa i wpływać będzie stymulująco na rozwój gospodarczy jest aktywność inwestycyjna wśród przedsiębiorców, mimo kryzysu wciąż umiarkowanie wysoka. Obawy sprzed kilku miesięcy, że może być inaczej, okazały się być nieuzasadnione. Ekonomiści oczekują teraz, że w drugiej połowie tego roku firmy będą odbudowywać swój potencjał produkcyjny.

– Natomiast wiadomo, że w tym samym czasie jest kilka ryzyk dla wzrostu gospodarczego, przede wszystkim to, co się dzieje w strefie euro – mówi Ignacy Morawski. – Ta tkwi w recesji, nie tak głębokiej nawet jak w 2009 roku, ale dość długiej i uporczywej, z której nie do końca wiadomo, kiedy wyjdzie.

Jako duże ryzyko dla tempa wzrostu gospodarczego postrzegać można dalsze cięcia inwestycji publicznych, które w tym roku mogą sięgnąć nawet 10 proc. W rezultacie może to także odbić się na poziomie bezrobocia, które według Ignacego Morawskiego, nadal będzie wysokie. Szanse na wyraźny spadek są niewielkie.

– Zmiany na rynku pracy występują zwykle wolniej niż w gospodarce, bo jak firmy zaczną zwalniać pracowników, to zanim się dostosują do nowej sytuacji, zanim wpadną na pomysł, żeby zatrudnić nowych pracowników, to mija wiele kwartałów – wyjaśnia Morawski. – Nie oczekiwałbym wyraźnego ożywienia na rynku pracy w tym roku, a i przyszły rok jest wątpliwy.

Dlatego oczekiwać można – według ekonomisty – 13-proc. poziomu bezrobocia latem, 14-proc. pod koniec roku i nieco wyższego na początku roku 2014.

Inwestycje w grunty rolne coraz bardziej opłacalne

Kupując grunty rolne można zyskać niższe składki na ubezpieczenie, unijne dopłaty i wzrost wartości nieruchomości w ciągu kilku lat. Za trzy lata ten rynek zostanie całkowicie uwolniony, może więc wzrosnąć popyt ze strony zagranicznych inwestorów, a ceny – poszybować w górę.

Od 2 maja 2016 roku cudzoziemcy z UE nie będą musieli uzyskiwać pozwolenia od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, by kupić nieruchomości rolne w Polsce. Tego obawiają się rolnicy, zwłaszcza z przygranicznych województw. Jednak do tej pory polskie grunty nie były rozchwytywane przez obcokrajowców.

– W 2011 roku pozwoleń na zakup ziemi uzyskano na ok. 1 tys. hektarów gruntu, czyli niewiele. To jest mniej więcej taki kwadrat 3,5 km na 3,5 km, czyli niewielki wycinek Polski – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Bartosz Turek, analityk Home Broker.

Po wejściu Polski do UE, stawki za ziemię poszybowały w górę. W 2004 roku 1 ha kosztował niecałe 7 tys. złotych, teraz – 26 tys. złotych.

– Polskie stawki, pomimo dużych wzrostów, cały czas są niższe niż np. w Hiszpanii, gdzie ceny gruntów są dwukrotnie wyższe. W Wielkiej Brytanii przeciętna cena transakcyjna gruntu to dwadzieścia kilka tysięcy euro, czyli grubo ponad 80 tys. złotych. Rekordzistami są Holendrzy, którzy płacą za hektar 200 tys. złotych, a w Belgii ok. 100 tys. złotych – porównuje Bartosz Turek.

Dlatego jest duże prawdopodobieństwo, że zainteresowanie polskimi gruntami wzrośnie w obliczu zrównania praw zakupu dla cudzoziemców.

– Wiele osób spodziewa się wzmożonego popytu, który może być widoczny nawet na rok przed uwolnieniem tego rynku – mówi analityk.

Aby zabezpieczyć polskim gospodarzom dostęp do gruntów, resort rolnictwa pracuje nad nowymi przepisami. W ciągu najbliższych miesięcy przedstawi do konsultacji społecznych projekt ustawy ułatwiającej dostęp do ziemi polskim gospodarzom, zwłaszcza tzw. młodym rolnikom (czyli do 40 roku życia).

– Chcemy, żeby jak najwięcej ziemi do 2016 roku trafiło do naszych rolników – mówił niedawno Newserii Kazimierz Plocke, wiceminister rolnictwa.

A ceny gruntów rosną na rynku już od kilku lat. Przeciętnie o kilkanaście procent rocznie

– Mamy w Polsce dużo zachęt do tego, żeby kupować ziemię: niski koszt utrzymania takiej inwestycji w postaci podatku rolnego na niskim poziomie. Do tego możliwość skorzystania z ubezpieczenia społecznego rolniczego, które jest relatywnie tanie w porównaniu do ZUS. A także dostęp do dopłat bezpośrednich i innych funduszy, które wspierają rolnictwo. To wszystko powoduje, że ten rynek uznawany jest za mało ryzykowny – uważa Bartosz Turek.

Komentarz dzienny, 10 kwietnia 2013

Decyzja RPP ws. stóp procentowych zostanie ogłoszona po południu. Naszym zdaniem RPP nie zmieni stóp na kwietniowym posiedzeniu i utrzyma nastawienie „wait and see”. W komunikacie pojawi się zatem stwierdzenie o monitorowaniu danych i uzależnieniu decyzji właśnie od nadchodzących publikacji. Na kwietniowym posiedzeniu prawdopodobnie nie zostanie nawet poddany pod głosowanie wniosek o obniżkę stóp procentowych. Gołębi członkowie na chwilę wstrzymają się z forsowaniem dalszych obniżek. Jak długo ta powściągliwość będzie trwać? Na konferencji prawdopodobnie prezes NBP złagodzi wymowę komunikatu, a wypowiedzi poszczególnych członków w kolejnych dniach jeszcze szerzej uchylą drzwi do dalszych obniżek. Z perspektywy oczekiwań rynkowych dzisiejsza decyzja RPP i komunikat mogą okazać się jednak nieco rozczarowujące.

Kluczowa rola zarządu w stymulowaniu innowacji w firmach

– Kluczem do sukcesu w zakresie innowacji w polskich firmach jest wdrożenie rozwiązań systemowych w zarządzaniu projektami badawczo-rozwojowymi oraz bezpośrednie zaangażowanie zarządu. Aby zwiększać innowacyjność firmy powinny również aktywnie współpracować z podmiotami zewnętrznymi oraz odpowiednio motywować pracowników. Istotne jest także podjęcie skutecznych działań służących pozyskiwaniu finansowej pomocy publicznej na innowacje – to główne wnioski z raportu „Najlepsze praktyki działalności innowacyjnej firm w Polsce” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Badane przez firmę doradczą PwC spółki w roku 2012 na działalność badawczo-rozwojową przeznaczyły 8% swoich przychodów, a aż 32% z nich wydało na nią więcej niż 10% przychodów. Tym samym pozytywnie wypadają one na tle ogółu przedsiębiorstw innowacyjnych w Polsce. Ich wydatki na badania i rozwój, według cyklicznego badania EUROSTATU Community Innovation Survey (CIS), nie przekraczały 3% ich przychodów.

Z raportu PwC wynika, że dla prawie połowy firm (47%) nowe produkty stanowią ponad 20% całkowitej sprzedaży. Polskie firmy objęte badaniem charakteryzują się również wysokim odsetkiem wdrożonych projektów rozwoju nowych produktów, technologii, badań i rozwoju oraz innowacji. Aż 38% z nich doprowadza do końca i wdraża rezultaty ponad połowy projektów badawczo-rozwojowych.

„Mimo, że ogólnie wydatki na badania i rozwój należą w naszym kraju do jednych z najniższych w Europie, badanie zrealizowane przez nas pokazuje, że działalność innowacyjna nie jest obca dla wybranych największych polskich firm. Część firm objętych naszym badaniem może poszczycić się najlepszymi praktykami światowymi w zakresie prowadzonych projektów badawczo-rozwojowych”– mówi Michał Mazur, dyrektor w zespole doradztwa strategiczno-operacyjnego PwC.

Sformalizowany system zarządzania projektami badawczo-rozwojowi, z podkreśleniem roli zarządu w tym względzie, zwiększa szansę na powodzenie działalności innowacyjnej firm. W 94% badanych firm zarząd jest silnie zaangażowany w tworzenie strategii innowacyjnej, i w dokładnie takim samym odsetku przedsiębiorstw to zarząd ma decydujący głos w zakresie wdrożenia konkretnego pomysłu innowacyjnego.

Innowacyjna firma powinna również odpowiednio motywować swoich pracowników. 67% ankietowanych przez PwC przedsiębiorstw prowadzi wewnętrzne akcje promujące innowacyjność. Zazwyczaj związane są one z obietnicami dodatkowego wynagrodzenia dla najbardziej innowacyjnych osób, sporadycznie z możliwością awansu.

„W motywacji autora projektu innowacyjnego istotny jest moment wynagrodzenia. Firmy najczęściej robią to na etapie wdrożenia, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Doświadczenie polskich i zagranicznych przedsiębiorstw pokazują, iż wynagradzanie za zgłoszenie prowadzi do generowania nadmiernej liczby pomysłów, których jedynie nieznaczny odsetek odpowiada na realne potrzeby biznesowe firmy i nadaje się do wdrożenia” – komentuje Michał Mazur, dyrektor w zespole doradztwa strategiczno-operacyjnego PwC.

Aby osiągnąć sukces w zakresie innowacyjności firmy powinny podejmować także współpracę z podmiotami zewnętrznymi w zakresie badań i rozwoju oraz tworzenia innowacji – deklaruje ją aż 88% przebadanych przez PwC przedsiębiorstw.

Pomoc publiczna może być znacznym motorem rozwojowym dla projektów badawczo-rozwojowych polskich firm. Niestety prawie połowa z przedsiębiorstw badanych przez PwC (45%) nie korzysta z finansowania publicznego wcale lub w stopniu minimalnym.

„W różnych schematach dostępnych dla polskich przedsiębiorców w 2013 roku na projekty R&D zaplanowano budżet wynoszący ponad 2 mld zł. Dotacje te warto wykorzystać na finansowanie najbardziej perspektywicznych, a więc często i najbardziej ryzykownych projektów. Dodatkowo prawo przewiduje możliwość uzyskania oszczędności podatkowej w przypadku dokonywania przez firmy inwestycji w nowoczesne technologie. Aby sięgnąć po dotacje z sukcesem niezbędne jest stworzenie strategii pozyskiwania i rozliczania pomocy publicznej” – mówi Beata Tylman, dyrektor w zespole pomocy publicznej PwC.

W latach 2007-2013 przedsiębiorcy mogli pozyskiwać na projekty R&D zarówno dotacje europejskie w ramach programów operacyjnych lub programów bezpośrednio zarządzanych z poziomu Unii Europejskiej (np. LIFE+), jak również z dotacji krajowych (np. INNOTECH). Zgodnie z przeprowadzoną przez PwC analizą projekty badawcze trwają średnio 2 lata i 50% wszystkich przyznanych dotacji mieści się w przedziale między 0,3 mln a 3,2 mln zł.

Metodologia

Raport PwC „Najlepsze praktyki działalności innowacyjnej firm w Polsce” powstał na podstawie wywiadów zakończonych w połowie pierwszego kwartału 2013 r. z przedstawicielami 51 firm, które można uznać za wyróżniające się pod względem ich zaangażowania w badania i rozwój. 44% firm objętych badaniami reprezentowały przede wszystkim sektor tradycyjny – m.in. energetykę, przemysł ciężki. W wywiadach pytano o doświadczenia firm dotyczących: zarządzania działalnością badawczo-rozwojową, współpracy z innymi instytucjami (open innovation), stymulowania własnych pracowników do proponowania nowych rozwiązań, finansowania działalności badawczo-rozwojowej oraz zagadnień prawnych dotyczących ochrony własności intelektualnej. Celem badania było skupienie się na praktykach dotyczących działań badawczo-rozwojowych i innowacyjnych w przedsiębiorstwach, które można uznać za wyróżniające się pod tym względem.

World Trends, 9 kwietnia 2013

Walka na ważnych średnioterminowych wsparciach wciąż trwa na poszczególnych parkietach Emerging Markets. W Ameryce Południowej Bovespa zakończyła kolejny dzień na plusie ponownie wyrysowując formację wyczerpania podaży, co w połączeniu z innymi sygnałami kupna pozwala technicznie spekulować, że niedźwiedzie są już zmęczone postępującą podażą akcji. Spadać dalej nie chce także BUX i chociaż wczorajszy dzień nie zakończył się okazałymi wzrostami to jednak bronienie ważnych wsparć jest pro popytowym argumentem.

Ile jest sklepów internetowych w Polsce? Jaka jest wartość sprzedaży? Czy grają fair?

Wraz z rozpowszechnieniem się dostępu do Internetu w Polsce wielu przedsiębiorców z tradycyjnych witryn sklepowych przeniosło się na witryny WWW. Z roku na rok przybywa wiele nowych sklepów internetowych, a wartość branży e-commerce w Polsce szacowana jest na ponad 26 mld złotych. Obecnie ilość sklepów internetowych przekracza nieco liczbę 12 tysięcy, co oznacza, że na każdy sklep może przypaść ponad 2 mln złotych zysku. Wszystko wygląda obiecująco, jednak czy sprzedaż w Internecie wciąż jest bezpieczna?

Jeszcze 20 lat temu, kiedy stacjonarna sprzedaż w niewielkich punktach handlowych przeżywała swój rozkwit, ataki wandalizmu, czy też nieczystych ruchów firm konkurencyjnych kończyły się na wybitej szybie, czy też barwnych malunkach na elewacji sklepu. Dziś próby zaszkodzenia konkurencji są bardziej wyrafinowane i trudniejsze do wychwycenia. Duża konkurencja w Internecie sprzyja nieczystym zagrywkom innych firm, które nie mogą pogodzić się z wysoką pozycją sprzedaży swoich głównych konkurentów.

Duża konkurencja w Internecie sprzyja nieczystym zagrywkom innych firm, które nie mogą pogodzić się z wysoką pozycją sprzedaży swoich głównych konkurentów. Wraz z wstąpieniem na drogę e-handlu nowy przedsiębiorca, który do tej pory sprzedawał swoje usługi lub produkty stacjonarnie, musi liczyć się z tym, że wraz z łatwością dotarcia do potencjalnych odbiorców za pomocą przekazu internetowego, może również łatwo stać się celem ataku hakera, czy też mieć zwykłe problemy techniczne, które bardzo często utrudniają poprawne funkcjonowanie sklepu internetowego.

Niestety, internetowi przestępcy do perfekcji opanowali łamanie haseł, czy też podpinanie różnego rodzaju „robaków” do kodu strony WWW. W tym miejscu należy podkreślić, że właściciel sklepu internetowego odpowiada za bezpieczeństwo danych swoich klientów, gdyż jego firma jest administratorem danych osobowych, a więc podlega odpowiednim regulacjom prawnym. Tutaj dowiesz się więcej na temat odpowiedzialności właścicieli sklepów internetowych.

Zachowanie ostrożności i czujności w środowisku internetowym, to z punku widzenia właściciela sklepu internetowego, jedyna możliwość do zachowania ciągłości działania własnej witryny WWW. Dobra wiadomość to taka, że coraz więcej osób jest świadomych zagrożenia ze strony ataków przestępców internetowych, ale także występowania zwykłych problemów technicznych, a dostępność nowoczesnych usług technologicznych pomaga im zachować kontrolę – mówi Tomasz Kuźniar, prezes firmy Monit24.pl.

Morizon S.A. przejął serwis nportal.pl za kwotę 2,8 mln

Morizon S.A., twórca wyszukiwarki nieruchomości Morizon.pl podpisał finalną umowę inwestycyjną i przejął 100% akcji Media Nieruchomości S.A., tym samym stał się właścicielem kolejnego znaczącego na rynku ogłoszeń nieruchomości serwisu nportal.pl.

Przejęcie serwisu nportal.pl jest, jak do tej pory, największym jednorazowym działaniem inwestycyjnym spółki Morizon. Wartość zawartej transakcji to 2,8 mln zł, a akwizycja sfinansowana została tak jak planowano, z emisji nowych akcji Morizon S.A. Dodatkowo Morizon zainwestował w przejmowaną Spółkę środki własne z przeznaczeniem na jej dalszy rozwój.

Jak informuje Zarząd Morizon S.A., głównym celem akwizycji jest wzrost przychodów oraz umocnienie pozycji Spółki na rynku, w tym przypadku poprzez powiększenie bazy klientów Grupy Morizon, a tym samym liczby prezentowanych ofert nieruchomości, jak i wzrostu zasięgu prezentowanych ogłoszeń. Na tym etapie szacuje się, że dzięki podjętym działaniom, przychody Grupy Morizon wzrosną o nie mniej niż 60%.

„Jednym z pierwszych kroków po przejęciu serwisu nportal.pl jest udostępnienie atrakcyjnej oferty dla klientów obu serwisów, która pozwoli zmaksymalizować korzyści wynikające z obecności w obydwu portalach, przede wszystkim poprzez szersze dotarcie do klientów wsparte modelem efektywnościowym. Wierzymy, że połączenie sił obu serwisów przełoży się na sukces transakcyjny współpracujących z nami firm, a to z kolei umocni pozycję spółki Morizon na rynku.” – komentuje Bolesław Drapella, Prezes Zarządu Morizon S.A.

Nportal.pl, to wyszukiwarka ogłoszeń z branży nieruchomości istniejąca na rynku od 2008 roku. Serwis odwiedzany jest miesięcznie przez ćwierć miliona unikalnych użytkowników. Przyłączenie portalu do Morizon S.A. spowodowało wzrost realnego zasięgu ofert publikowanych i pozycjonowanych na Morizon.pl, nportal.pl oraz pozostałych serwisach partnerskich Grupy Morizon do ponad 1,5 mln użytkowników poszukujących nieruchomości miesięcznie.

Morizon.pl działa w unikalny na rynku nieruchomości sposób, który cechuje się wysoką efektywnością i zwrotem z inwestycji. Dzięki modelowi analogicznemu do produktu Google AdWords, klienci Morizon.pl efektywniej wydają pieniądze przeznaczone na promocję nieruchomości w sieci oraz realizują wyraźnie więcej transakcji w porównaniu do tradycyjnego modelu reklamowego, w oparciu o który funkcjonuje konkurencja na rynku serwisów ogłoszeniowych.

Nawet 200 tys. kary za naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych w sieci

Do 200 tysięcy złotych – taka kara czeka przedsiębiorców, nieprzestrzegających przepisów o ochronie danych osobowych w internecie. Obawa przed konsekwencjami finansowymi to jedno, natomiast utrata wizerunku w razie wycieku danych – to druga, nie mniej dotkliwa konsekwencja. – Nic dziwnego, że klienci coraz częściej zwracają uwagę na te firmy hostingowe, które wspierają ich w zakresie prawnych regulacji przetwarzania danych – tłumaczy Jakub Dwernicki, prezes spółki Ogicom.

Obawiasz się kontroli Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych? I słusznie. GIODO to instytucja stojąca na staży danych osobowych, kontrolująca czy informacje są prawidłowo gromadzone, przetwarzane i wykorzystywane. Jeżeli prowadzisz serwis internetowy, stronę www czy blog, a twoim celem jest zbieranie danych o odwiedzających cię osobach i wykorzystywanie ich np. w celach marketingowych, powinieneś uważnie śledzić wszelkie aspekty prawne obejmujące kwestie ochrony danych osobowych. Pamiętaj, że nawet mając na stronie formularz kontaktowy czy też formularz zapisania na newsletter – już przetwarzasz dane, które zapisywane są w zbiorze przechowywanym na serwerze operatora twojego hostingu.

Każdy taki zbiór należy rejestrować u Głównego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Gromadzone informacje musisz odpowiednio zabezpieczyć, np. przed wyciekiem, zniszczeniem lub manipulacją. Osoby, których dane wykorzystujesz, muszą w sposób niebudzący wątpliwości wyrazić na to zgodę i wiedzieć, w jakim celu, w jakim zakresie i przez kogo będą przetwarzane. Jednym słowem – wyrażający zgodę musi mieć pełną świadomość tego, na co się zgadza. W przeciwnym razie narażasz się na „tryb roszczeniowy” ze strony osoby, która np. zapisała się do newslettera – sankcje administracyjne, a w skrajnych wypadkach – nawet karne.

PAMIĘTAJ! Zgoda na przetwarzanie danych osobowych jest wyrazem zaufania ze strony osoby, której te dane dotyczą. Jeżeli nie zadbasz o ich bezpieczeństwo, możesz liczyć się nie tylko z ogromnymi stratami wizerunkowymi, ale także karami finansowymi. Twój błąd będzie cię kosztował utratę tego zaufania oraz konieczność poniesienia grzywny nałożonej przez GIODO – w wypadku przedsiębiorców może to być nawet 200 tysięcy złotych. Ale to nie wszystko, bo Komisja Europejska prowadzi prace nad reformą przepisów o ochronie danych i planuje się rozszerzenie zakresu kar nawet do miliona euro!

W nadchodzącej sytuacji, tym większego znaczenia nabierają firmy hostingowe oferujące tzw. umowę powierzenia przetwarzania danych osobowych, czyli dokument za pośrednictwem którego przenosi się część obowiązków na hostera. Wtedy to zadaniem operatora jest czuwanie nad bezpieczeństwem zgromadzonych danych.

Należy podkreślić, że dobrze sformułowana umowa powierzenia wyraźnie określa zakres i cel przetwarzania danych, często stanowiąc załącznik do umowy hostingu na serwerach współdzielonych czy dedykowanych. Zgodnie z art. 31 Ustawy o ochronie danych osobowych, dokument ten musi mieć formę pisemną. Na stronach internetowych większości operatorów hostingu próżno szukać informacji o możliwości spisania takiej umowy. Na tym tle wyróżniają się np. blink.pl czy ogicom.pl, które wprost piszą o możliwości zawarcia stosownej umowy w formie pisemnej.

Zarządzanie danymi, zgodnie z wymogami Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych i przepisami, chroni przed karą w razie kontroli. Chociaż przestrzeganie przepisów w tym zakresie stanowi obowiązek każdego przedsiębiorcy prowadzącego biznes w internecie, rola tego obszaru wciąż jest niedoceniana. Być może powodem jest fakt, iż tak mało polskich firm hostingowych oferuje umowę powierzenia na piśmie, edukując tym samym właścicieli firm o konieczności tworzenia odpowiedniej dokumentacji, rejestracji zbiorów i przetwarzania danych w sposób sprawny, wydajny, a zarazem – zgodny z obowiązującymi regulacjami prawnymi.

Cyberataki hakerów na instytucje rządowe w Polsce

Media informują o kolejnych atakach ukierunkowanych czy wyciekach cennych danych, do których dochodzi w różnych krajach. Niedawno celem cyberprzestępców stały się duże banki i stacje telewizyjne w Korei Południowej, redakcje popularnych gazet oraz Departament Energii USA. Tymczasem polskie firmy i instytucje często nie są świadome tego, że także im grozi niebezpieczeństwo ze strony cyberprzestępców. Wiele z nich ignoruje zagrożenia. Zdają się zapominać, że celem może stać się każda firma czy instytucja, której zaatakowanie może przynieść korzyści cyberprzestępcom.

Jak podaje serwis niebiezpiecznik.pl, niedawno doszło do cyberataku na instytucje rządowe w Polsce. Na początku marca dokonano włamania do sieci między innymi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Informacja o ataku, oparta na anonimowym zgłoszeniu jednego z pracowników, została kilka dni później potwierdzona przez rzecznika prasowego Kancelarii. Haker o pseudonimie Alladyn2 jest odpowiedzialny również za późniejsze włamania do Ministerstwa Obrony Narodowej, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jak i Kancelarii Prezydenta.

Incydent rozpoczął się od przejęcia kontroli nad skrzynką mailową Tomasza Arabskiego. Następnie, podszywając się pod tożsamość właściciela przejętej skrzynki, haker rozesłał wiadomość z zainfekowanym załącznikiem. Odbiorcami fałszywego e-maila byli pracownicy Kancelarii, a także innych instytucji rządowych. Haker w treści maila powoływał się na Tomasza Arabskiego, aby w ten sposób wzbudzić zaufanie potencjalnych odbiorców. Otwarcie załącznika powodowało uruchomienie złośliwego oprogramowania i przejęcie kontroli nad stacją roboczą. Kolejnymi ofiarami cyberprzestępcy stały się MON, MSZ i Kancelaria Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.

Atak opierał się głównie na metodach socjotechnicznych. Haker wykorzystując lukę w zabezpieczeniach dokonał penetracji systemu i poprzez zainfekowaną wiadomość przejął kontrolę nad siecią.

„W celu ochrony przed podobnymi zdarzeniami w przyszłości należy zainstalować odpowiednie rozwiązanie zabezpieczające, a także uważnie monitorować wszystkie podejrzane zachowania w obrębie sieci. Do kontrolowania prostych elementów powinno się używać kont o niskim poziomie dostępu, aby w razie ich przejęcia włamywacz nie mógł uzyskać dostępu do wrażliwych systemów. W żadnym wypadku nie należy zezwalać pracownikom na zapisywanie haseł i loginów w pliku tekstowym na pulpicie czy na kartce znajdującej się obok komputera. Administratorzy nie powinni ulegać presji ze strony przełożonych, próbujących niekiedy wymusić działania mogące zmniejszyć poziom zabezpieczeń w sieci” – mówi Aleksander Łapiński, Sales Engineer z firmy Trend Micro. „Ochrona przed podobnymi zagrożeniami nie musi być trudna. Należy jednak przede wszystkim pamiętać, że celem ataku może być każda firma lub instytucja. Cyberprzestępcy wybierają ofiary pod kątem przyszłych zysków, najczęściej finansowych” – dodaje Aleksander Łapiński.

Komentarz poranny, 9 kwietnia 2013

Budimex podpisał ze spółką Pro-Urba Invest umowę na budowę dwóch budynków wielorodzinnych w Warszawie (II etap inwestycji 19. Dzielnica). Wartość kontraktu to 88,93 mln PLN netto. Termin zakończenia robót to 31.10.2014. Wiadomość neutralna. Kontrakt stanowi 2,0% prognozowanych przychodów na 2013 r.

Szybki internet mocno spóźniony. Nad Polską wisi groźba zwrotu unijnych pieniędzy

– Do końca tego roku powinny zostać podpisane wszystkie kontrakty, byśmy mogli do 2015 roku rozliczyć unijne pieniądze na budowę sieci szerokopasmowej – podkreśla Anna Streżyńska, przewodnicząca rady nadzorczej Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej i była prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Jeżeli nam się nie uda, będziemy musieli zwrócić Unii niewykorzystane pieniądze.

W przyjętej w 2010 r. Europejskiej Agendzie Cyfrowej napisano, że 10 lat później każdy mieszkaniec Unii ma mieć możliwość korzystania z internetu o prędkości minimum 30 Mb/s, zaś połowa – o prędkości 100 Mb/s. Natomiast do 2015 roku wszystkie gospodarstwa domowe powinny mieć możliwość korzystania z sieci o szybkości co najmniej 30 Mb/s.

– To jest mało osiągalne, ponieważ do tej pory skupialiśmy się w całej perspektywie budżetowej 2007-2013 nie na budowaniu 30 Mb/s, tylko co najmniej 2 Mb/s – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Anna Streżyńska. – Ja bym się w ogóle tymi terminami nie przejmowała z Agendy, gdyby nie wymagania Regionalnych Programów Operacyjnych. O agendzie w ogóle zapomnijmy – założono w niej, że już w 2013 roku osiągniemy stuprocentowy poziom internetyzacji kraju na dowolnym poziomie szybkości, czego nie udało się zrealizować.

W ramach Regionalnych Programów Operacyjnych w każdym województwie budowane są kilometry sieci światłowodowej. Zaawansowanie projektów jest różne w zależności od regionu, jednak przedstawiciele samorządów oraz resortu administracji i cyfryzacji zapewniają, że znaczące opóźnienia są teraz sukcesywnie nadrabiane.

– Rok 2015 jest o tyle terminem trudnym, że musimy rozliczyć unijne fundusze do tej daty. I jeżeli nie zbudujemy tych sieci, to niestety będziemy musieli te pieniądze zwracać. Cały czas mam nadzieję, że więcej niż 50 proc. tych środków zostanie jednak zagospodarowanych – mówi Anna Streżyńska. – Żeby tak się stało, do końca tego roku muszą zostać podpisane wszystkie kontrakty. I to powinno przyświecać wszystkim uczestnikom tej gry.

Była prezes UKE przypomina, że ambitniejsze regiony, jak np. Małopolska postawiły przed sobą cel wybudowania szybszych sieci – 8 Mb/s lub 6 Mb/s.

– Zostały jednak jakiś czas temu przez Komisję Europejską przywołane do porządku, a cele mocno ścięte, bo program służy do tego, żeby budować 2 Mb/s. A zatem programy unijne nie są kompatybilne ze sobą, dlatego też realizujmy Europejską Agendę Cyfrową dla własnego dobra, ale nie przejmujmy się nią tak, jak gdyby było to Pismo Święte – uważa Anna Streżyńska.

I dodaje, że Komisja Europejska zapowiedziała ostatnio, że w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych nie będzie rozliczać tylko w 100 proc. wybudowanych sieci, ale rozliczy również sieci fragmentaryczne, o ile będą zdolne do samodzielnego funkcjonowania.

Zgodnie z Narodowym Planem Szerokopasmowym, przygotowanym przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, w Polsce 7,5 mln linii jest gotowych lub świadczy szybkie usługi internetowe. Brakuje więc jeszcze kolejnych 7 mln, z czego mniej niż połowa to będą nowe linie, a pozostałe – linie zmodernizowane.

Europejska Agenda Cyfrowa (EAC, ang. Digital Agenda for Europe) jest jednym z 7 flagowych programów w ramach strategii reform gospodarczych Europa 2020. Jej celem jest wyznaczenie kierunków rozwoju i wskazanie działań, które pozwalają na maksymalne wykorzystanie potencjału nowoczesnych technologii informacyjnych i komunikacyjnych, w szczególności internetu. Według Komisji Europejskiej, zrealizowanie zapisów agendy przyczyni się do zwiększenia innowacyjności przedsiębiorstw, wzrostu gospodarczego oraz poprawy życia codziennego mieszkańców UE. W sektorze teleinformatycznym powstaje 5 proc. PKB państw Unii Europejskiej, a jego produkty – komputery, oprogramowanie, usługi itp. – przyczyniają się do wzrostu efektywności wszystkich sektorów.

Rusza ostatni w perspektywie budżetowej 2007-2013 nabór wniosków z działania 312 „Tworzenie i rozwój mikroprzedsiębiorstw”

W przyszłym tygodniu ruszają dotacje w ramach jednego z najpopularniejszych rolniczych programów. Od 15 kwietnia można starać się nawet o 300 tys. zł na rozwój lub założenie firmy na obszarach wiejskich. To oznacza, że powstaną nowe przedsiębiorstwa i miejsca pracy.

Od 15 do 26 kwietnia trwa nabór wniosków w ramach programu „Tworzenie i rozwój mikroprzedsiębiorstw”.

– Dotychczas odbyły się trzy nabory: w pierwszym mieliśmy niecałe 5 tys. ubiegających się o wsparcie, w drugim było już ponad 10 tys., a w trzecim prawie 16 tys. Teraz też spodziewamy się szerokiego grona. Dysponujemy dużą kwotą, bo ponad 2 mld złotych na wsparcie w ramach 15 województw – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Grażyna Wereszczyńska, dyrektorka Departamentu Działań Inwestycyjnych w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

O pieniądze mogą ubiegać się mieszkańcy wszystkich województw z wyjątkiem Wielkopolskiego, ponieważ tu został wyczerpany limit funduszy na ten program.

Dofinansowanie inwestycji otrzymają osoby, które nie podlegają ubezpieczeniu w pełnym zakresie w KRUS i zamierzają na obszarach wiejskich otworzyć lub rozwijać już istniejące mikroprzedsiębiorstwo, czyli firmę zatrudniającą do 10 osób, której obrót lub bilans roczny nie przekracza 2 mln euro.

– To jest najważniejsze z kryteriów – siedziba lub zamieszkiwanie na obszarze wiejskim. Są to gminy wiejskie, miejsko-wiejskie lub miejskie, z wyłączeniem miast powyżej 5 tys. mieszkańców – tłumaczy Grażyna Wereszczyńska.

Mikroprzedsiębiorca musi zatrudnić

W zamian za przyznanie pomocy należy utworzyć miejsca pracy na obszarze wiejskim. Tworząc jedno można uzyskać do 100 tys. zł, dwa stanowiska – do 200 tys. zł, a tworząc trzy i więcej miejsc pracy – do 300 tys. zł wsparcia (w okresie całego czasu trwania PROW 2007-2013). Agencja dofinansuje do 50 proc. poniesionych kosztów kwalifikowalnych.

Przedsiębiorca musi następnie utrzymać te stanowiska przez co najmniej dwa lata licząc od momentu wypłaty pieniędzy przez ARiMR. Natomiast firma musi być prowadzona przez 5 lat od dnia zawarcia umowy z agencją.

Jednak nie każdy rodzaj działalności gospodarczej uzyska dofinansowanie. Lista ponad 300 takich obszarów została określona przez ministra rolnictwa.

Pomoc – część kosztów kwalifikowalnych – wypłacana jest po rozliczeniu się z inwestycji. Możliwe jest jednak ubieganie się zaliczkę.

– Składając wniosek o przyznanie pomocy można od razu zaznaczyć, że zamierzamy skorzystać z zaliczki. Wówczas podczas zawarcia umowy należy przedłożyć dodatkową gwarancję ubezpieczeniową lub bankową na tę zaliczkę. Można wówczas uzyskać do 50 proc. kwoty pomocy przyznanej w ramach umowy z ARiMR. Po jej zawarciu beneficjent dostaje zaliczkę na konto – wyjaśnia Grażyna Wereszczyńska.

Wnioski o przyznanie pomocy wraz z załącznikami (są publikowane na stronie internetowej agencji arimr.gov.pl) należy złożyć osobiście lub korzystając z pomocy upoważnionych osób w oddziałach regionalnych ARiMR. Można je również przesłać listem poleconym. Pod koniec maja zostanie opublikowana lista rankingowa na stronie internetowej agencji. Od tego momentu agencja przystąpi do weryfikacji i oceny tych wniosków pod kątem przysługiwania pomocy.

Zdaniem analityków walutowych – w czerwcu kolejna obniżka stóp procentowych

Dziś rusza dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Na decyzję w sprawie stóp procentowych czekają m.in. rynki walutowe. W ostatnich miesiącach obniżono stopy do najniższego w historii poziomu, łącznie o 1,25 punktu procentowego. Nie musi to jednak oznaczać, że nie będą dalej obniżane.

– Stopy procentowe jeszcze spadną, ale nieznacznie – prognozuje dla Agencji Informacyjnej Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości. – Wydaje mi się, że zostaną obniżone jeszcze o ćwierć punktu procentowego. Nie sądzę, by spadki były większe, gdyż Rada Polityki Pieniężnej dokonała już znaczących obniżek. Poza tym niektórzy ekonomiści w RPP sądzą, że obniżka stóp procentowych jest na dłuższą metę szkodliwa dla gospodarki.

Według Ignacego Morawskiego decyzja o obniżce nie zapadnie na rozpoczynającym się posiedzeniu, ale można spodziewać się jej w czerwcu.

W 2013 r. stopy procentowe były zmieniane już trzy razy: 10 stycznia, 7 lutego i 7 marca. Za każdym razem zmiany te wiązały się z obniżką wszystkich podstawowych stóp procentowych. Po obniżeniu stopy referencyjnej 7 marca br. o 0,5 pkt proc., wynosi ona 3,25 proc.

Zdaniem analityków walutowych pozostawienie stóp procentowych bez zmian może skutkować umacnianiem się złotego.

Jak podkreśla główny ekonomista PBP, w dłuższej perspektywie nie powinniśmy jednak oczekiwać znaczących wahań kursu złotego w stosunku do euro. W najbliższych miesiącach kurs euro do złotego będzie w dalszym ciągu utrzymywał się między 4,10 a 4,20 zł/euro.

– Co ciekawe, polska waluta jest ostatnio wyjątkowo stabilna – zauważa Ignacy Morawski. – Jeśli zaś zrealizuje się scenariusz prognozowanego ożywienia w gospodarce na przełomie tego i przyszłego roku, to cena euro może zejść bliżej 4 złotych. Nie można też wykluczyć zawirowań, wywołanych przez ewentualne pogłębienie kryzysu strefy euro.

Nie chce jednak oceniać, który scenariusz jest bardziej prawdopodobny. Z jednej strony mamy pogłębiające się problemy niektórych państw, m.in. na południu Europy i wciąż nieefektywna politykę ratowania eurolandu.

– Przez ostatnie 2-3 lata wydawało się, że wszystko zmierza ku temu, by strefa euro zaczęła trzeszczeć w posadach i powoli się rozpadać. Południe tkwi w recesji, Cypr znalazł się w sytuacji tragicznej, a w kolejce stoi Słowenia. Sektor bankowy jest słaby, nie prowadzi akcji kredytowej, a zaufanie obywateli do rządów, a tym bardziej do Brukseli drastycznie maleje – wylicza główny ekonomista PBP.

Z drugiej strony rozpad strefy euro nie jest jednak przesądzony, a spekulacja walutowa w oparciu o przekonanie o jej rychłym rozpadzie jest błędem.

– Istnieje determinacja polityczna w Europie, żeby strefę euro utrzymać i ratować – podkreśla Morawski. – Wielokrotnie okazywało się, że ci, którzy wieszczyli jej upadek nie mieli racji. Mimo negatywnych sygnałów płynących ze strefy euro, na rynkach panuje względny spokój. Nikt już nie chce zaangażować swoich pieniędzy na stawianie przeciwko strefie euro, bo takie strategie przynosiły jak dotychczas straty – dodaje rozmówca Newserii.

Podpisanie memorandum przez Gazprom i EuRoPolGaz to działanie Rosji przeciw Ukrainie, a nie gest w stronę Polski

– Podpisanie memorandum przez Gazprom i EuRoPolGaz ws. planowanego gazociągu to cios wymierzony we władze w Kijowie – uważa Dominik Smyrgała, ekspert ds. energetyki Polskiej Akademii Nauk. To kolejna rosyjska inwestycja gazowa, po Nord Stream i South Stream, która ma omijać terytorium Ukrainy i w ten sposób umożliwić Moskwie wywieranie nacisku na sąsiadów. Tym bardziej, że Kijów wciąż dąży do uniezależnienia się od dostaw ze Wschodu. Zdaniem eksperta, ze względów politycznych Polska nie powinna angażować się w tego typu projekty.

Gazociąg Jamał II już dawno miał być drugą nitką już istniejącego gazociągu, którym paliwo jest transportowane do Niemiec. Jego uruchomienie wstępnie planowane było na 2001 rok, ale pomysł budowy porzucono. Dominik Smyrgała podkreśla jednak, że koncepcja budowy gazociągu przez Polskę na Słowację i Węgry nie ma związku z projektem Jamał II, a jest to powrót do pomysłu tzw. „peremyczki”, czyli połączenia gazowego promowanego przez Gazprom jeszcze w latach 90-tych. Miało ono omijać Ukrainę, która w latach 80-tych stała się głównym krajem tranzytowym dla rosyjskiego gazu.

– Znacząca część rosyjskich mocy przesyłowych idzie przez terytorium Ukrainy. To w różnych okresach było nawet 80 proc., bo teraz przez Nord Stream jest nieco mniej. Teraz Rosjanie chcą zbudować równoległy rurociąg, tylko już po polskiej stronie, więc chodzi de facto o to, aby znaleźć sposób na ominięcie Ukrainy – tłumaczy Dominik Smyrgała, ekspert ds. energetyki PAN i Collegium Civitas.

Zabiegi Rosji świadczą również o tym, że budowa Nord Streamu i rozpoczęty projekt South Streamu są ekonomicznie nieopłacalne. Zdaniem eksperta, Rosjanie szukają więc tańszej alternatywy, by wywierać na Ukrainę nacisk w celu przejęcia jej infrastruktury przesyłowej, która jest znacznie tańsza od rosyjskich gazociągów. Dzień po podpisaniu memorandum strona rosyjska bezterminowo wstrzymała negocjacje z Ukrainą.

Pozycja Gazpromu na Ukrainie słabnie

Władze w Kijowie i Gazprom od wielu lat spierają się o cenę gazu. Kilkakrotnie Rosjanie odcinali dostawy surowca. W tej chwili Ukraina płaci za gaz więcej niż Niemcy – według danych ukraińskiego rządu to 530 dolarów za 1000 m3. Średnia dla państw Unii Europejskiej to nieco ponad 400 dolarów.

Między innymi dlatego rząd w Kijowie szuka alternatywnych źródeł dostaw gazu i szybko uniezależnia się od Gazpromu. Jeszcze w 2007 roku Ukraina kupiła od Rosji 51 miliardów m3 gazu. W ubiegłym roku już tylko 32,9 mld m3.

– Fakt, że Gazprom wystawił fakturę korygującą z klauzuli take-or-pay na 7 mld dolarów świadczy o tym, że Ukraina zmniejszyła import rosyjskiego gazu o jakieś 15 mld m3. Ponadto Ukraina bardzo intensywnie poszukuje gazu łupkowego i szybko podpisuje wszystkie dokumenty m.in. z Shellem, żeby ten gaz jak najszybciej zacząć produkować. Po trzecie, podpisała również umowy na import gazu na zasadzie rewersu z kierunku niemieckiego przez terytorium Węgier i Polski – wymienia Dominik Smyrgała.

To oznacza, że możliwość wywierania nacisku przez zakręcenia kurka z gazem jest już zdecydowanie mniejsza.

Spada też zużycie gazu w innych europejskich państwach, kupujących surowiec od Gazpromu. Jak wyjaśnia ekspert PAN, możliwości rurociągów rosyjskiej spółki są dużo większe niż faktyczny eksport do państw europejskich.

– Co więcej, tendencja jest raczej spadająca w związku z kryzysem, w związku z pojawieniem się technologii gazu skroplonego czy łupkami. Nawet same rosyjskie media piszą, że z punktu widzenia biznesu każda inwestycja w infrastrukturę, której i tak się nie wykorzysta, jest pozbawiona walorów ekonomicznych – mówi Dominik Smyrgała.

Nowy gazociąg w polskim interesie?

Memorandum podpisane przez EuRoPolGaz i Gazprom nie musi oznaczać, że gazociąg przez Polskę będzie opłacalny i czy w ogóle powstanie.

– Mogę wymienić co najmniej pięć memorandów na rurociągi, które nie powstały, w tym niestety Odessa-Brody-Płock. Jednak pytanie brzmi, czy z punktu widzenia naszej polityki powinniśmy wchodzić w takie układy. Moje prywatne zdanie jest takie, że nie. To będzie podlegało jeszcze analizie – mówi ekspert.

Tym bardziej, że – zgodnie z oczekiwaniami Rosjan – może to wpłynąć negatywnie na relacje na linii Ukraina – państwa Grupy Wyszehradzkiej.

– Każda inicjatywa rosyjska, która osłabia pozycję negocjacyjną Ukrainy albo powoduje, że Ukraina staje w opozycji wobec tych dwóch grup, czyli Grupy Wyszehradzkiej i w szerszym kontekście – Unii Europejskiej, jest Rosji na rękę – dodaje Smyrgała.

Jak podkreśla, Polska nie powinna traktować jako argumentu za inwestycją kwestii opłat tranzytowych. Już dziś są one raczej symboliczne.

– W naszej najnowszej umowie gazowej to jest jakieś dwadzieścia klika milionów złotych rocznie, to nie jest dużo. Do tego przepustowość tzw. „peremyczki”, przynajmniej z tego co do tej pory powiedziano, byłaby de facto o połowę mniejsza niż Jamału. Dlatego w tych kategoriach nie należy tego tak traktować – twierdzi ekspert.

Dodaje, że powinniśmy skupić się raczej na poszukiwaniu alternatywnych dostawców i budowie liberalnego rynku gazu, czyli zapewnieniu równego dostępu do rynku producentom gazu.

– Musi powstać infrastruktura, która umożliwi ewentualny import z Zachodu czy z innych regionów, jak na przykład gazoport, interkonektory z innymi państwami, pojawi się możliwość wydobycia naszego własnego gazu łupkowego. I wtedy rzeczywiście będzie możliwość tworzenia zrębów rynku gazu – podsumowuje.

Komentarz dzienny, 9 kwietnia 2013

Ostatnie dni przyniosły serię publikacji wyczekiwanych „twardych” danych z niemieckiej gospodarki za luty (piątek – zamówienia w przemyśle, poniedziałek – produkcja przemysłowa, dziś rano – eksport). Po rozczarowaniach w danych za styczeń oczekiwania wskazywały na częściowe odreagowanie w kolejnym miesiącu. W istocie, tak się stało, ale w dalszym ciągu nie widzimy powodów do rewizji naszego sceptycyzmu wobec rychłego ożywienia w niemieckiej gospodarce.

Komentarz dzienny, 8 kwietnia 2013

Rozczarowujący raport z amerykańskiego rynku pracy. Wzrost liczby miejsc pracy poza rolnictwem wyniósł w marcu zaledwie 88 tys. osób, stanowczo poniżej konsensusu rynkowego (nominalnie +200 tys., faktycznie zapewne ok. 150-160 tys.) i słabiej od poprzedniego odczytu (+268 tys. po rewizjach).

Równocześnie, spadła stopa bezrobocia (do 7,6%) i szerokie miary bezrobocia, co jednak z całą pewnością można przypisać spadkowi aktywności zawodowej (o 0,2 p. proc.). Zatrudnienie mierzone razem ze stopą bezrobocia (Current Population Survey) spadło tym razem o ponad 200 tys. osób – nie warto jednak wyciągać zbyt daleko idących wniosków, jako że w przeszłości podobne (lub większe) spadki m/m zdarzały się nawet równocześnie z dobrymi danymi NFP. Tutaj dużo lepsze dopasowania otrzymuje się porównując zmiany r/r zatrudnienia wg obydwu serii.

Dom Development, 4 kwietnia 2013

Zarząd Dom Development wnioskuje o przeznaczenie niemal całego zysku za 2012 na wypłatę dywidendy (91,0 mln PLN, 3,68 PLN/akcję). Implikuje to DYield w wysokości 12,1%, czyli ponad dwukrotnie więcej niż aktualna stopa dywidendy w Robygu. Jednocześnie Zarząd zdecydował, że w najbliższych latach będzie rekomendował Walnemu Zgromadzeniu zwiększenie wysokości dywidendy w stosunku do lat ubiegłych.

Uwolnienienie rynku energii elektrycznej zapewni nam niższe ceny energii – Decyzja należy do URE

Prawo już dziś pozwala na zawieranie jednej umowy na sprzedaż i dostawę prądu – przekonuje Łukasz Jankowski, ekspert ds. rynku energii. Jedna kompleksowa umowa to warunek, jaki Urząd Regulacji Energetyki stawia przed energetycznymi spółkami, by doszło do uwolnienia rynku. Spór nad kształtem tej umowy trwa już prawie dwa lata.

– Dyskusja na temat uwolnienia ceny w grupie G sprowadza się do mitycznego GUD-a kompleksowego, czyli Generalnej Umowy Dystrybucyjnej – mówi Agencji Informacyjnej Newseria radca prawny z Kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki domaga się, by spółki obrotu i dystrybucji zawarły do końca kwietnia porozumienie w sprawie zasad stosowania umowy kompleksowej – na sprzedaż i dostawę energii elektrycznej. Dzięki temu odbiorca w razie zmiany sprzedawcy, będzie podpisywał tylko jedną fakturę, a nie dwie oddzielne.

– Sytuacja jest kuriozalna, ponieważ prawo już dziś pozwala na takie rozwiązanie. Po pierwsze, przedsiębiorstwo obrotu może zawierać umowę kompleksową, której częścią jest umowa dystrybucyjna. Jest ona zawierana z przedsiębiorstwem dystrybucyjnym w imieniu i na rzecz odbiorcy końcowego. Wtedy odbiorca końcowy widziałby jedną fakturę, a rozliczenia odbywałyby się pomiędzy sprzedawcą a dystrybutorem niezależnie od odbiorcy końcowego, więc ten warunek byłby spełniony – tłumaczy Łukasz Jankowski.

Druga podstawa prawna, która pozwala na stosowanie jednej umowy, mówi o równoprawnym traktowaniu uczestników rynku.

– Każda spółka zajmująca się dystrybucją energii elektrycznej ma obowiązek równoprawnie traktować podmioty, graczy na tym rynku. W przypadku przedsiębiorstw obrotu oznacza to, że zasady, które oferuje dany dystrybutor jednemu sprzedawcy energii elektrycznej, powinny się odnosić do wszystkich sprzedawców – zwraca uwagę ekspert.

Wyjaśnia, że oznacza to, że jeżeli choć jeden sprzedawca energii elektrycznej u danego dystrybutora ma prawo świadczenia usługi kompleksowej i rozlicza się z tego z dystrybutorem, to takie samo prawo powinien mieć każdy sprzedawca.

Decyzja należy do URE

– Już dzisiaj ta instytucja mogłaby zadziałać, nie wymaga to żadnej zmiany przepisów. Co więcej, URE ma w ręku specyficzne instrumenty. W przypadku, gdyby przedsiębiorca zwrócił się do innego operatora systemu dystrybucyjnego o zawarcie GUD-a kompleksowego i ten by mu odmówił, to miałby prawo wnieść o rozstrzygnięcie sporu do prezesa URE – mówi Łukasz Jankowski.

Wówczas prezes URE mógłby w swoim rozstrzygnięciu zawrzeć postanowienia umowy kompleksowej. I w ten sposób wpłynąłby na kształt rynku i zachowania firm energetycznych.

– Tak naprawdę przedsiębiorstwa energetyczne nie są zainteresowane sprzedażą energii elektrycznej gospodarstwom domowym, mimo że jest to 25 proc. energii zużywanej w Polsce – uważa Łukasz Jankowski.

Dodaje, że przyczyn jest wiele, jedną z nich może być wysoki koszt obsługi tych klientów.

Aby prezes URE mógł dane przedsiębiorstwo zwolnić z obowiązku przedstawiania cen do zatwierdzenia, to przedsiębiorstwo musiałoby złożyć taki wniosek.

– O ile mi wiadomo tego typu wnioski do prezesa URE nie wpłynęły – dodaje radca. – A prezes ma narzędzia w tym kierunku. Jednym z nich może być forma komunikatu, takiego, jaki został wydany w przypadku rynku hurtowego gazu ziemnego. Tak samo prezes URE może wydać komunikaty dotyczące segmentu rynku energii elektrycznej dla gospodarstw domowych.

Taki dokument, określający, jakie warunki trzeba spełnić, by zostać zwolnionym z obowiązku przedstawiania cen do zatwierdzenia, mógłby zachęcić przedsiębiorstwa do składania takich wniosków.

Będą niższe ceny energii?

Prezes URE stoi na stanowisku, że z obowiązku przedstawiania taryf dla odbiorców prywatnych można dystrybutorów zwolnić tylko wtedy, gdy rynek stanie się w pełni konkurencyjny. Zdaniem rozmówcy Newserii już tak jest.

– Przepis uprawniający prezesa URE do tego, aby zwalniać przedsiębiorstwo z tego obowiązku, podaje tylko jedną podstawę: ma oceniać wyłącznie, czy działa ono na rynku konkurencyjnym. A co najmniej kilkanaście przedsiębiorstw ma ofertę dla grupy G i ten rynek jest konkurencyjny – mówi Jankowski.

Przekonuje, że pozytywnie wpłynęłoby to przede wszystkim na ceny energii.

– Wolny rynek raczej prowadzi do obniżenia cen niż do ich podwyższenia. Dotychczasowa regulacja cen wprost przeciwnie – uważa Łukasz Jankowski.

Unijne prawo nakłada na państwa członkowskie obowiązek uwolnienia rynku energii elektrycznej. Aby było to możliwe, konieczne jest m.in. uregulowanie kwestii tzw. sprzedaży awaryjnej i zagwarantowanie odbiorcy w gospodarstwie domowym prawa do zawarcia umowy kompleksowej po zmianie sprzedawcy.

Zyski kapitałowe nie łączą się w PIT z innymi dochodami – podatek trzeba rozliczyć oddzielnie

Zyski z akcji czy obligacji są rozliczane w PIT oddzielnie od innych dochodów. Informację o nich zawierają formularze PIT-8C, przesyłane przez instytucje finansowe do końca lutego. Trzeba jednak pamiętać, by doliczyć do nich także dochody z rynków kapitałowych uzyskanych za granicą. Podatek od lokat bankowych czy funduszy inwestycyjnych jest pobierany na bieżąco i nie ma konieczności rozliczania go samodzielnie.

Przychodami z kapitałów pieniężnych są między innymi: odsetki od wkładów oszczędnościowych i środków na rachunkach bankowych lub w innych formach oszczędzania, przechowywania lub inwestowania, przychody z obrotu papierami wartościowymi, jak również dywidendy i inne przychody z tytułu udziału w zyskach osób prawnych. Dochody z kapitałów pieniężnych rozliczyć należy na formularzu PIT-38.

– Trzeba pamiętać o tym, że te dochody nie podlegają łączeniu z dochodami opodatkowanymi według skali, a więc z umowy o pracę. Dochód ten wykazujemy w deklaracji PIT-38 i jest on opodatkowywany 19-proc. stawką podatku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Anna Misiak, szefowa zespołu ds. podatków osobistych w Kancelarii MDDP.

Nie rozlicza się jednak w PIT-38 zysków z lokat bankowych, oprocentowanych rachunków czy otwartych funduszy inwestycyjnych, ponieważ instytucje nimi zarządzające na bieżąco odprowadzają należny podatek. W praktyce samodzielnie muszą się rozliczyć posiadacze akcji czy obligacji, którzy posiadają rachunki w domach maklerskich. Do końca lutego powinni od nich otrzymać PIT-8C, w których są informacje o zyskach czy stratach związanych z działalnością inwestycyjną.

Przy rozliczaniu dochodów z kapitałów pieniężnych należy uwzględnić zarówno te uzyskiwane w Polsce, jak i za granicą i w tym przypadku, poza np. akcjami, trzeba zwykle także ująć dochody z zagranicznych funduszy.

– O ile w przypadku dochodów osiąganych na terenie Polski np. inwestycji w fundusze kapitałowe, podatek jest pobierany bezpośrednio przez płatnika, o tyle w przypadku inwestycji za granicą w fundusze inwestycyjne podatek musi być odprowadzony przez podatnika, ponieważ nie ma de facto płatnika w Polsce, który by ten podatek odprowadził. Podatnik musi zatem pamiętać o tym, że dochody z zagranicy musi zadeklarować w Polsce – tłumaczy ekspertka.

W przypadku uzyskiwania zysków kapitałowych podatnik ponosi też pewne koszty, które może odliczyć. Np. w przypadku sprzedaży papierów wartościowych lub akcji w spółce do takich kosztów można zaliczyć, np. prowizje z tytułu takiej sprzedaży czy też opłaty z tytułu prowadzenia rachunku maklerskiego. Obowiązek zapłaty podatku powstaje w momencie zbycia instrumentów finansowych, a zatem koszty ich zakupu mogą zostać rozliczone i uwzględnione w informacji PIT-8C dopiero po ich sprzedaży.

Z podatku od zysków kapitałowych zwolnione są akcje zakupione przed 1 stycznia 2004 r. w wyniku oferty publicznej na GPW, a także obligacje skarbowe zakupione przed 1 stycznia 2003 r.

Prezes KIG: promocja polskiej żywności na zagranicznych rynkach jest niewystarczająca

Według prezesa Krajowej Izby Gospodarczej, Andrzeja Arendarskiego Polsce brakuje spójnej strategii promocji żywności i intensywnych działań. Promocji polskich towarów nie pomagają takie inicjatywy jak list, w którym jedno ze stowarzyszeń skrytykowało aktora Daniela Olbrychskiego reklamującego polskie produkty sieci handlowej Biedronka. Takie działania mogą ograniczyć skuteczne działania marketingowe, jakim są reklamy z udziałem znanych w kraju lub na świecie osób.

List stowarzyszenia kierowanego przez Edwarda Gollenta wywołał w Polsce gorącą dyskusję na temat promocji polskiej żywności i angażowania w nią wybitnych osobistości ze sfery kultury i sztuki. Wyrażano w niej m.in. obawy, czy znane postaci nie będą odmawiać udziału w kampaniach promocyjnych firm, nie chcąc narazić się na ataki ze strony radykalnych organizacji.

W opinii Andrzeja Arendarskiego, inicjatywa stowarzyszenia nie powinna jednak zaszkodzić współpracy przedstawicieli świata kultury i sztuki ze światem reklamy.

– Raczej nie ma takiej obawy, ponieważ pan Gollent nie jest osobą z wielkim autorytetem. Aczkolwiek jest to bardzo niemiły zgrzyt, który zniechęca ludzi znanych do angażowania się w promocję polskiej żywności – twierdzi prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Należy oddzielić swoje partykularne sprawy, o które walczy fundacja pana Gollenta, od interesu naszej gospodarki, który polega m.in. na tym, że w promocję angażują się wybitne, znane osoby.

Podkreśla, że udział wybitnych osób, najlepiej znanych również poza granicami kraju, jest niezwykle ważny dla promocji polskich produktów.

– Już w latach 80-tych firma Animex, wtedy jeszcze państwowa, zatrudniła do reklamy polskiej szynki w Ameryce znakomitego, znanego aktora. Taki jest zwyczaj – dodaje Andrzej Arendarski.

Wyjaśnia, że to jedno z najskuteczniejszych działań marketingowych. Tym ważniejsze, że promocja polskich produktów – w opinii Arendarskiego – jest słabo rozwinięta.

– Nasz obraz w wielu społeczeństwach za granicą jest dużo gorszy niż rzeczywistość. Mamy bardzo dużo do odrobienia, a w szczególności musimy bardzo dobrze promować naszą żywność – postuluje prezes KIG. – Tym bardziej, że nie brak chętnych, żeby polską markę żywności zbrukać, publikując różne informacje czasami prawdziwe, często nie prawdziwe, które dotyczą szczególnie jakości i bezpieczeństwa.

Przykładem może być afera mięsna, która wybuchła na początku roku. Polscy producenci byli oskarżeni przez media z kilku krajów Europy o dokładanie koniny do wołowiny.

Potrzebne większe zaangażowanie w promocję

Zdaniem prezes KIG polskie władze nie mają spójnego pomysłu na promocję Polski i polskich produktów. Różnymi aspektami promocji zajmują się resort gospodarki, spraw zagranicznych, PAIiIZ i organizacje turystyczne.

– Bardzo chętnie widzielibyśmy powstanie takiej instytucji, która by działała na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego z udziałem biznesu i obu ministerstw, które są zaangażowane w promocje, czyli Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Gospodarki, aby wspólnie po pierwsze wypracować koncepcję, bo nie ma tej koncepcji promocji. Po drugie trzeba zająć się realizacją, wykorzystując do tego i pieniądze publiczne, i pieniądze firm – mówi Andrzej Arendarski.

Żywność to jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich towarów eksportowych. W ubiegłym roku polskie firmy sprzedały za granicę produkty o wartości ponad 17,5 miliarda euro. Promocja polskiej żywności na zagranicznych rynkach jest szczególnie ważna, jeśli uwzględnimy, jakie efekty jej produkcja ma dla rynku wewnętrznego. Daje zatrudnienie dziesiątkom tysięcy pracowników i setkom tysięcy zatrudnionym w przemyśle rolno-spożywczym.

– Wzrost produkcji żywności, to oczywiście są nowe miejsca pracy, choć ten wzrost nie jest tak proporcjonalny, bo wchodzą nowe technologie, nowe sposoby wytwarzania i one są bardzo oszczędne. Natomiast w dystrybucji, w handlu zagranicznym, wewnętrznym rzeczywiście to wymaga nowych stanowisk pracy – mówi Andrzej Arendarski.

Hotele pięciogwiazdkowe i all-inclusive coraz popularniejsze wśród Polaków

Rosną wymagania Polaków w odniesieniu do zagranicznych wyjazdów wakacyjnych. Coraz chętniej wybieramy hotele pięciogwiazdkowe oraz opcję all-inclusive. W 2012 r. średnio takie wakacje kosztowały niemal 5200 zł. Rośnie również popularność ofert first minute, czyli kupowanych z dużych wyprzedzeniem. Jednak wciąż najczęściej tuż przed wyjazdem dokonujemy rezerwacji w biurach podróży.

Jak wynika z raportu TravelPlanet, najpopularniejsze kierunki turystyczne Polaków to niezmiennie Egipt, Grecja i Turcja. Na dalszych miejscach w 2012 r. znalazły się Hiszpania oraz Tunezja, ale w tym roku popularna jest też Bułgaria. Egipt wygrywa ceną – to jeden z najtańszych kierunków. Zarówno tam, jak i w Turcji infrastruktura sprzyja wypoczynkowi razem z dziećmi.

Mimo że ceny wakacji zagranicznych od dwóch lat rosną, Polacy coraz chętniej wybierają ofertę z najwyższej półki. Średni koszt wyjazdu wzrósł w 2012 r. do niemal 5200 zł, w 2011 r. było to ok. 5000 zł.

– Mamy większe wymagania, chcemy mieć sprawdzone biuro, chcemy mieć lepszy hotel, chcemy mieć opcję all-inclusive, żeby na miejscu nie wydać więcej pieniędzy – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Anna Wolanowska, kierowniczka oddziału TravelPlanet.

Najpopularniejsze nadal są hotele czterogwiazdkowe – wybiera ja niemal 45 proc. wyjeżdżających. Jednak coraz więcej Polaków decyduje się na zakwaterowanie w luksusowych obiektach pięciogwiazdkowych. W 2012 r. taką ofertę wykupiła jedna czwarta klientów TravelPlanet. Spada za to popularność hoteli dwu- i jednogwiazdkowych oraz obiektów klasy turystycznej. Łącznie, według Raportu Podróżnika TravelPlanet, na takie wakacje zdecydowało się mniej niż 5 proc. wyjeżdżających.

Z oferty all-inclusive natomiast jeszcze w 2007 r. korzystała mniej niż połowa wyjeżdżających, natomiast w 2012 r. już ponad 76 proc.

– Klient, który wybiera opcje dwóch posiłków – śniadania i obiadokolacje, to z reguły płaci mniej, ale nie liczy, że na miejscu do tych kolacji będzie musiał dopłacić do napojów i do atrakcji, które są na miejscu, czyli np. korzystanie z niektórych aquaparków, przy opcji HB [ang. Half Board], może być odpłatne – mówi Wolanowska.

Najchętniej w ostatniej chwili i w spokojne regiony

Podróżujemy już prawie wyłącznie samolotem. W ubiegłym roku ponad 92 proc. wyjeżdżających korzystało z wycieczek czarterowych. Najwięcej Polaków wciąż korzysta z ofert last-minute i rezerwuje wyjazdy na mniej niż 10 dni przed wylotem. W 2012 r. zrobiło tak niemal 42 proc. wyjeżdżających. Ale popularne są również oferty first-minute, czyli rezerwowane z ponad dwumiesięcznym wyprzedzeniem.

– Z tego względu, że na pewno jest to dużo atrakcyjniejsza cena i klient ma możliwość wyboru konkretnego zakwaterowania, konkretnego hotelu, nie jest to z góry narzucone, że kupujemy to, co zostało – tłumaczy Anna Wolanowska. Dodaje, że różnica cenowa może wynieść nawet 40 proc.

Według niej popularność last-minute zmalała w związku z bankructwami biur podróży. Polacy wolą teraz zapłacić nieco więcej, ale mieć pewność wyjazdu z dobrym biurem.

Na preferencje wakacyjne wpływ mają też bieżące wydarzenia polityczne. W 2011 r., jak wynika z badań TravelPlanet, mniej wyjazdów rezerwowano od lutego do maja. Polaków wystraszyły wtedy wydarzenia tzw. Arabskiej Wiosny i niepokoje w popularnych Egipcie i Tunezji. W 2012 r. mniej osób wyjeżdżało do Grecji z uwagi na kryzys gospodarczy i trwające strajki. Teraz Grecja wraca do łask, ale za to spada popularność Cypru.

Równocześnie coraz więcej osób decyduje się na wyjazdów do nowych krajów, m.in. do Gruzji oraz Czarnogóry.

– Coraz częściej są to raczej kurorty, w których już jest kilka obiektów, gdzie rodziny z dziećmi również mogą pojechać. Ale zazwyczaj są to wyjazdy we dwoje, gdzie turysta wynajmuje sobie samochód i na własną rękę zwiedza dany kraj – podkreśla kierowniczka oddziału punktu TravelPlanet.

Odsetek Polaków wyjeżdżających do krajów innych niż te w basenie Morza Śródziemnego oraz Bułgaria to wciąż jednak mniej niż 10 proc.

Full Service Leasing oraz wynajem długoterminowy cieszą się coraz większą popularnością

W trudnych czasach przedsiębiorcy stawiają na sprawdzone rozwiązania. Wszystko po to, by maksymalnie obniżyć poziom ryzyka związanego z zarządzaniem firmą, w tym również flotą aut służbowych. Ułatwieniem dla przedsiębiorców okazuje się korzystanie z wynajmu długoterminowego. A skoro już powierzamy zarządzanie flotą aut firmie zewnętrznej, to najchętniej w pełnym zakresie.

Full Service Leasing to obecnie najpopularniejsza forma wynajmu, obejmująca ponad 80% polskiego rynku Car Fleet Management. Z danych Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów za ostatni rok wynika, że już ponad 83 tys. pojazdów jest obsługiwanych przez przedsiębiorstwa CFM w pełnym zakresie.

Full Service Leasing jest wybierany przez klientów ze względu na kompleksowość, wygodę oraz stabilność kosztów obsługi pojazdów służbowych. Minimalizacja ryzyka związanego z zarządzaniem flotą i możliwość przeniesienia go na dostawce, ma obecnie kluczowe znaczenie dla firm. – przyznaje Artur Sulewski, dyrektor handlowy LeasePlan Fleet Management.

Niewątpliwie podstawową zaleta wynajmu długoterminowego jest brak konieczności mrożenia własnych środków finansowych. Ponadto raty stanowią koszt uzyskania przychodu, zmniejszając podstawę opodatkowania oraz poprawiając płynność finansową firmy. Jest to dla przedsiębiorców jedna z największych zachęt finansowych, w porównaniu z innymi formami finansowania, jak kredyt, czy leasing finansowy, których nie można rozliczyć w kosztach.

Druga grupa korzyści to strona operacyjna (serwisowa). Full Service Leasing daje możliwość ograniczenia kosztów każdej firmie – tak małej, jak i dużej – w pełnym zakresie. Chodzi tu nie tylko o koszty obsługi związanej z samym zarządzaniem flotą, ale – szczególnie w przypadku małych firm – także koszty księgowości, HR, jak również czas poświęcony przez dyrektora lub prezesa firmy na negocjowanie warunków kredytu czy planowanie odnowień floty.
FSL to produkt, po który coraz częściej sięgają mali i średni przedsiębiorcy. Obserwujemy zmianę trendu cięcia kosztów za wszelką cenę, na rzecz zainteresowania usługą kompleksową, która w ostatecznym rozrachunku nie będzie generować dodatkowych wydatków. Stawiamy na stabilność kosztów i to wyróżnia LeasePlan na tle konkurencji. – mówi Artur Sulewski, dyrektor handlowy LeasePlan Fleet Management.

Według danych PZWLP to właśnie LeasePlan w 2012 roku zarządzał największą liczbą aut w usłudze Full Service Leasing. Wyniki branży za 2012 rok wskazują, że obrany przez sektor CFM kierunek rozwoju usług i produktów finansowych jest jak najbardziej trafiony, co pozwala snuć prognozy stabilnego wzrostu.

World Trends, 8 kwietnia 2013

Piątkowy finisz na Wall Street ukazał, że globalne niedźwiedzie nie mają jeszcze zielonego światła do rozpoczęcia swej szarży na południe. S&P500 podczas ostatniej sesji mocno tracił doprowadzając do wyprzedaży akcji na najważniejszych europejskich parkietach, jednakże z każdą kolejną godziną zbliżającą do zakończenia pierwszego kwietniowego tygodnia skala spadków słabła.

Aż 55 proc. studentów i absolwentów szkół wyższych źle ocenia sytuację na rynku pracy

Bezrobocie wynosi obecnie w Polsce ponad 14 proc. i dotyka coraz częściej młodych ludzi, w tym absolwentów szkół wyższych. Wbrew popularnym opiniom, tzw. pokolenie Y to nie tylko osoby, które nad pracę zawodową przedkładają własny rozwój i osobiste szczęście. Jak pokazała trzecia edycja badania firmy doradczej Deloitte „Pierwsze kroki na rynku pracy” wśród wykształconych przedstawicieli tej generacji, będących potencjalnie najbardziej atrakcyjnymi pracownikami, można wyróżnić aż sześć typów charakteryzujących się skrajnie różnym podejściem do pracy i życia prywatnego. To, co ich łączy to wiara w siebie i optymizm co do znalezienia intersującego zajęcia. A także wygórowane wymagania finansowe. Jak pokazuje badanie Deloitte dzisiejszy student oczekuje już za pierwszą pracę pensji wyższej niż wynosi przeciętne wynagrodzenie w Polsce.

W nowej unijnej perspektywie budżetowej na walkę z bezrobociem wśród młodych ludzi przeznaczono aż 6 mld euro. Część z tych pieniędzy trafi także do Polski, gdzie sytuacja absolwentów na rynku pracy jest coraz trudniejsza. Jak wynika z badania „Pierwsze kroki na rynku pracy” przeprowadzonego w jedenastu państwach Europy Środkowej przez firmę doradczą Deloitte jedynie 17 proc. polskich studentów ocenia sytuację ekonomiczną w naszym kraju jako dobrą, 43 proc. jako przeciętną i aż 40 proc. jako złą. Jeszcze mniej optymistycznie respondenci myślą o sytuacji na rynku pracy. Jako dobrą lub bardzo dobrą ocenia ją zaledwie 11 proc. badanych, przeciwnego zdania jest aż 55 procent.

„Na tle regionu, Polaków można uznać za umiarkowanych pesymistów. Daleko im do optymizmu Litwinów, gdzie odsetek pozytywnych ocen był najwyższy w regionie (odpowiednio 24 i 25 proc. pozytywnych wskazań w pytaniach o ocenę gospodarki i rynku pracy). Z drugiej jednak strony poziom pozytywnych odpowiedzi przewyższa średnią dla wszystkich przebadanych krajów, która wynosi 10 proc. w przypadku pytań o sytuację ekonomiczną i około 9 proc. w ocenach rynku pracy. Najwięcej negatywnych ocen z kolei wystawili w tych dwóch pytaniach studenci z Bałkanów” – wyjaśnia Halina Frańczak, Dyrektor Clients & Markets Deloitte na Polskę i Europę Środkową.

Badanie Deloitte przyniosło ciekawe wnioski co do struktury pokolenia Y, czyli osób urodzonych w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych. Wbrew popularnym opiniom jego przedstawiciele to nie tylko młodzi ludzie dbający przede wszystkim o rozwój osobisty i work-life balance oraz nieprzywiązujący się do miejsca pracy. Jak pokazuje badanie Deloitte w ramach tzw. generacji Y można wyróżnić co najmniej sześć kategorii osób różniących się zasadniczo podejściem do pracy i kariery zawodowej. Na jednym biegunie są ci, dla których praca jest jedną z nadrzędnych wartości. Są wśród nich: Nastawieni na pracę (karierę stawiają na pierwszym miejscu), Wymagający (ceniący pracę, pieniądze, ale też czas wolny) oraz Poszukujący znaczenia (ważny jest osobisty rozwój związany zarówno z pracą, ale też z rodziną).

Po drugiej stronie znajdziemy zaś Unikających (praca nie jest ważną wartością), Beztroskich (stawiających przede wszystkim na przyjaciół i miłe spędzanie czasu) oraz Zdystansowanych (ceniących rodzinę, zdrowie i spokój). „Pokolenie Y stanowi niewątpliwie spore wyzwanie dla działów HR i to począwszy od etapu przygotowania skutecznych strategii przyciągania, rekrutacji i selekcji najbardziej utalentowanych młodych pracowników poprzez ich rozwój aż do utrzymania ich w firmie. Sukces na tym polu oznacza jednak również lepsze dopasowanie danego pracownika do konkretnej organizacji” – tłumaczy Łukasz Mlost, Menedżer w Dziale Zasobów Ludzkich Deloitte.

Praca zajmuje dość wysokie miejsce w hierarchii wartości w życiu młodych osób. Wskazało na nią jako istotną aż 62 proc. respondentów. I choć ciągle ważniejsza okazała się rodzina (86 proc.), zdrowie (82 proc.) czy własny rozwój (77 proc.), wynik ten obala mit, że dla pokolenia Y kariera nie ma zasadniczego znaczenia. „Oczywiście, że wśród dzisiejszych pięćdziesięciolatków, a nawet trzydziestolatków praca znalazłaby się w tej hierarchii na jeszcze wyższym miejscu. Ale taka kolejność priorytetów życiowych jest naturalna i związana z wiekiem i punktem kariery. Jest to więc sprawa wieku, a nie konkretnego pokolenia czy rocznika” – mówi Łukasz Mlost.

Dla osób wchodzących na rynek pracy istotne jest to, aby praca była interesująca (72 proc.), dawała możliwości osiągnięcia wyznaczonych celów (71 proc.) oraz uczenia się i zdobywania nowych kwalifikacji (68 proc.). Dla 61 proc. istotne są również dobre zarobki. Jak się okazuje za takie studenci uważają pensję powyżej średniej krajowej. Już osoby odbywające praktyki oczekują wynagrodzenia netto na poziomie o około 20 proc. wyższym niż wynosi aktualnie minimalna płaca. W przypadku pierwszego pełnoetatowego zajęcia chcą zarabiać 2,8 tys. zł, czyli o około 6 proc. więcej niż wynosi przeciętne wynagrodzenie w Polsce, choć jednocześnie deklarują, że pensja nie jest najważniejszym kryterium rozwoju zawodowego. Od przyszłych pracodawców oczekują raczej coachingu i możliwości posiadania mentora.

Młodzi ludzie, zdając sobie sprawę z niełatwej sytuacji na rynku pracy, są aktywni w zdobywaniu doświadczeń zawodowych. Aż 44 proc. polskich studentów w okresie przeprowadzenia badania pracowało lub odbywało praktyki, przy czym prawie 81 proc. respondentów nadal studiowało, zaś młodzi absolwenci stanowili 19 proc. badanej grupy. Dla porównania średnia dla całego regionu wynosi niecałe 40 proc. Równocześnie jakąkolwiek formą praktyk lub pracy zawodowej w trakcie studiów mogło się pochwalić dziewięciu na dziesięciu respondentów, co wyraźnie odróżniało Polaków na plus od studentów z pozostałych 10 krajów uczestniczących w badaniu. Jednocześnie, nie zawsze posiadane doświadczenia, jak choćby dorywcze prace sezonowe studenci uznają za najbardziej wartościowe w procesie poszukiwania pracy. „Za dużo cenniejsze uważają pracę lub praktyki za granicą związane z kierunkiem studiów lub prowadzenie własnej działalności gospodarczej. Jednak praktyczne doświadczenia w tych obszarach są udziałem stosunkowo niewielkiej grupy ankietowanych” – wyjaśnia Łukasz Mlost.

Niestety mamy do czynienia z przepaścią pomiędzy deklaracjami, a faktyczną aktywnością. Spośród tych, którzy szukali pracy aż połowa przyznała, że w ciągu pół roku wysłała jedynie około pięciu CV. Jednak studentom nie brakuje wiary w siebie i w swoje umiejętności. Lepsze postrzeganie siebie wyróżnia mężczyzn od kobiet, które generalnie są większymi pesymistkami nie tylko w zakresie oceny własnych predyspozycji, ale też sytuacji ekonomicznej i swoich szans na rynku pracy. Biorąc jednak pod uwagę średnie wyniki studenci i absolwenci wysoko oceniają swoją wartość jako aktualnych lub potencjalnych pracowników (73 proc.). Uważają też, że posiadają wyższe kompetencje na tle innych kandydatów poszukujących pracy (62 proc.) oraz z optymizmem patrzą na szanse znalezienia interesującego zajęcia w przeciągu najbliższych 12 miesięcy (49 proc.).

2/3 młodych gotowych się przeprowadzić, by znaleźć pracę

60-70 proc. młodych ludzi gtowych jest się przeprowadzić, by znaleźć lepszą pracę – wynika z przeprowadzonego przez firmę konsultingową Deloitte badania młodzieży z 11 krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Młodzi nie wyobrażają sobie pracy bez wynagrodzenia powyżej średniej krajowej, a na stażu powyżej płacy minimalnej.

W porównaniu z młodzieżą z pozostałych 10 badanych krajów Europy środkowo-wschodniej młodzi Polacy są umiarkowanymi optymistami. Lepiej swoje szanse na rynku pracy i sytuację gospodarczą oceniają mieszkańcy państw bałtyckich. Największymi pesymistami jest młodzież z krajów bałkańskich.

Młodzi Polacy są bardziej gotowi do przeprowadzki w celu znalezienia interesującej pracy. Deklaruje to 60-70 proc. badanych.

– Niezmiennie utrzymuje się wysoka gotowość do relokacji i ta gotowość obejmuje zarówno relokację wewnątrz tego samego kraju, jak i zagranicę. Tutaj również były istotne różnice, ponieważ w krajach bałkańskich studenci byli znacznie bardziej zainteresowani emigracją poza granice własnych krajów, natomiast w takich krajach jak Polska studenci również potencjalnie brali pod uwagę przeprowadzkę do innego miasta – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Łukasz Mlost, menedżer w dziale zasobów ludzkich Deloitte.

Z badania, które firma Deloitte przeprowadziła między 10 października a 31 grudnia ubiegłego roku wynika, że interesująca praca jest kryterium dla 72 proc. badanych. Podobnie studenci ocenili możliwość osiągnięcia wyznaczonych celów oraz zdobywania nowych kwalifikacji (odpowiednio 71 i 68 proc.)

– Jeżeli chodzi o to, co może zatrzymać daną osobę u określonego pracodawcy, to pracodawca nie powinien zapominać o dostarczeniu takim osobom informacji zwrotnej, czy w postaci couching, czy w postaci mentoringu, jak również bardzo ważne jest korzystanie z dobrze sprawdzonych metod motywowania, na przykład doceniania pracy i zaangażowania, co okazuje się być bardzo istotnym elementem dla młodych osób, ponieważ istotny odsetek naszych respondentów stwierdził, że brak tego typu wzmocnień może być dla nich potencjalnym powodem do zmiany pracodawcy – mówi menedżer w dziale zasobów ludzkich Deloitte.

Studenci i absolwenci wysoko oceniają swoją wartość jako aktualnych lub potencjalnych pracowników (73 proc.). Ponad 60 proc. uważa, że ma wyższe kompetencje niż inni kandydaci, a blisko połowa wierzy, że w ciągu roku ma szansę znaleźć interesującą pracę.

– Przekłada się to również na ich oczekiwania finansowe. W związku z tym, jeżeli chodzi o praktyki, to zazwyczaj oczekują wynagrodzenia na poziomie minimum krajowego, natomiast jeżeli chodzi o pierwszą pracę, te oczekiwania istotnie rosną. W przypadku pierwszej pracy satysfakcjonującym poziomem wynagrodzenia byłaby zazwyczaj średnia krajowa – mówi Łukasz Mlost.

Dla osób odbywających praktyki satysfakcjonująca byłaby pensja na poziomie 20 proc. wyższym niż płaca minimalna. W przypadku pełnoetatowego zajęcia studenci chcą zarabiać 6 proc. więcej od przeciętnego wynagrodzenia w kraju.

Z badania wynika, że młodych ludzi wchodzących na rynek pracy można podzielić na 6 grup. Wśród osób, dla których praca stanowi istotną wartość eksperci wyróżnili trzy typy: „nastawionych na pracę”, którzy karierę stawiają na pierwszym miejscu; „wymagających”, ceniących pracę, pieniądze, ale też czas wolny; oraz „poszukujących znaczenia”, dla których ważny jest osobisty rozwój związany zarówno z pracą, ale też z rodziną.

Na drugim biegunie znalazły się trzy grupy młodych ludzi: „unikających”, dla których praca nie jest ważną wartością, „beztroskich”, którzy stawiają przede wszystkim na przyjaciół i miłe spędzanie czasu oraz „zdystansowanych”, ceniących rodzinę, zdrowie i spokój.

Polacy już w czasie studiów myślą o zwiększeniu swoich szans na rynku pracy. 44 proc. badanych osób już znalazło zatrudnienie lub odbywało praktyki zawodowe.

– Należy pamiętać, że grupa, którą badaliśmy, nie stanowi reprezentatywnej grupy wszystkich studentów w Polsce, to raczej grupa najbardziej poszukiwana przez pracodawców – są to studenci studiów dziennych, dobrych uczelni w dużych miastach, zazwyczaj kierunków biznesowych, prawniczych oraz technicznych – wyjaśnia Łukasz Mlost.