Zadłużenie Polaków rośnie. Nie panujemy nad swoimi budżetami domowymi

Polacy zadłużają się coraz częściej i na coraz wyższe kwoty. Nie panujemy nad swoimi wydatkami, a trudności w zarządzaniu budżetem mają nie tylko ci, którzy zarabiają najmniej. Dług najczęściej zaciąga mężczyzna w średnim wieku mieszkający na Śląsku.

– Z roku na rok obserwujemy wzrost zadłużenia Polaków – mówi Katarzyna Galant, dyrektorka działu komunikacji z P.R.E.S.C.O. Group. – I to nie tylko pod względem jego wartości, ale także biorąc pod uwagę wysokość średniego długu Polaka.

Całkowite zadłużenie Polaków według raportu InfoDług wynosi ok. 39,3 mld zł, na koniec 2011 roku było to 34,35 mld zł, zaś – 2010 roku 25,06 mld zł. Z danych P.R.E.S.C.O. Group wynika, że przeciętne zadłużenie z powodu niespłacania kredytów konsumpcyjnych wynosi 1280 zł. Taki dług zaciągał zwykle 43-letni mężczyzna z miasta w województwie śląskim (ale nie z Katowic). W 2011 roku przeciętne zadłużenie wynosiło 1150 zł, a dług należał również do mężczyzny z tego województwa.

– Podstawowym problemem jest nieumiejętność szacowania własnych możliwości podczas robienia zakupów. Polacy często kupują kolejny telefon komórkowy, który obciąża budżet domowy rodziny, nie zastanawiając się nad tym, czy faktycznie ich dochody pozwalają im pokryć koszty obsługi tego abonamentu – tłumaczy Katarzyna Galant.

Problemy ze spłatą należności nie dotyczą wyłącznie osób znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej.

– Podstawowym problemem, jeśli chodzi o rosnące zadłużenie Polaków, nie jest trudna materialna sytuacja osób, czy też rodzin. Ponieważ te [biedniejsze] osoby często dysponują pieniędzmi z dużo większą rozwagą niż ci, którzy w swoim pojęciu nie mają kłopotów finansowych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Katarzyna Galant.

Jak tłumaczy, wynika to z braku podstawowej wiedzy w zakresie zarządzania własnymi finansami. Często również zadłużające się osoby nie biorą pod uwagę konsekwencji swoich działań, w tym związanych z zawieraniem umów, np. z operatorem telekomunikacyjnym czy firmą pożyczkową.

– W życiu zdarzają się czasem nieprzewidziane sytuacje, w których musimy mieć po prostu odłożone pieniądze, żeby pokryć wszystkie bieżące istotne potrzeby – zwraca uwagę przedstawicielka firmy.

Na listę dłużników można trafić nawet za dług o wartości kilkudziesięciu złotych. Gdy tak się stanie, należności mogą zostać kupione przez jedną z firm windykacyjnych.

– Przez sześć miesięcy od przyjęcia sprawy do obsługi staramy się nawiązać kontakt z osobą zadłużoną. Robimy to wysyłając korespondencję – takich listów jest sześć w sześciomiesięcznym cyklu – czy też starając się nawiązać kontakt telefonicznie. Jeśli dojdzie do kontaktu, z reguły zawieramy porozumienie z osobą zadłużoną. Natomiast, jeżeli do takiego kontaktu nie dojdzie, przechodzimy po sześciu miesiącach z pewnym zapasem do postępowania już na drodze sądowej – informuje przedstawicielka P.R.E.S.C.O. Group.

Eksperci przypominają, że aby nie dopuścić do takiej sytuacji, należy przed zawarciem pożyczki dokładnie przeczytać umowę. Sprawdzić jej warunki, w tym rzeczywiste oprocentowanie kredytu (RRSO). Jeśli zasady udzielania kredytu nie są zrozumiałe, lepiej zrezygnować z usług finansowych danej firmy.

Według szacunków Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową w strukturze zakupu portfeli wierzytelności dominującą pozycję zajmują kredyty bankowe (konsumenckie i hipoteczne) stanowiące łącznie 41 proc. rynku oraz kredyty korporacyjne (38 proc.), a także zobowiązania przedsiębiorstw (13 proc.).

Komentarz dzienny, 18 kwietnia 2013

Dziś opublikowane zostaną comiesięczne dane z sektora przemysłowego. Nasza prognoza, wskazująca na pogłębienie spadków produkcji przemysłowej w ujęciu rocznym (-2,5% r/r, zgodna z konsensusem), wiąże się z efektem dni roboczych oraz niekorzystnym oddziaływaniem warunków pogodowych. Deflacja cen producenckich jest kontynuowana (prognozujemy PPI na poziomie -0,6% r/r), czemu sprzyjały w poprzednim miesiącu spadki cen surowców.

Światowy rynek dzieł sztuki wart jest 43 mld euro, polski około 300-350 mln zł

Niepewność ekonomiczna i zawirowania na rynkach kapitałowych sprawiają, że inwestorzy na całym świecie, aby zdywersyfikować swój portfel aktywów włączają do niego dzieła sztuki. Z opracowania „Art and Finance Report 2013” opublikowanego przez firmę doradczą Deloitte oraz ArtTactic wynika, że 43 proc. przedstawicieli europejskich banków oferujących usługi zarządzania majątkiem posiada dużą wiedzę na temat sztuki jako rodzaju aktywów. Wśród reprezentantów polskich banków odsetek ten wynosi 25 proc., co oznacza, że rodzimy rynek art bankingu jest jeszcze w początkowej fazie rozwoju. Edukacja i lepsze zrozumienie nowych trendów w inwestycjach może okazać się kluczowe dla przyszłości. Jednocześnie blisko dwie trzecie polskich banków trudniących się bankowością prywatną już dziś oferuje swoim klientom usługi związane z rynkiem sztuki.

Gdy w marcu tego roku sprzedano za 414 tys. zł obraz Jerzego Nowosielskiego „Dziewczyny na statku”, obliczono, że z tej transakcji dotychczasowy właściciel wyszedł ze 820 proc. stopą zwrotu z inwestycji trwającej siedemnaście lat. Nic więc dziwnego, że rynek sztuki z każdym rokiem cieszy się coraz większym zainteresowaniem światowych inwestorów, którzy szukają nowych możliwości lokowania kapitału. Jego wartość szacuje się obecnie na 43 mld euro, a obroty na rynku aukcyjnym w ubiegłym roku wyniosły 12,3 mld dolarów. „Choć wartość emocjonalna jest nadal najważniejszym motywem inwestorów decydujących się kupować dzieła sztuki, to coraz istotniejszą rolę odgrywa również potrzeba dywersyfikacji portfela majątkowego. W naszym najnowszym badaniu wskazało na nią 44 proc. kolekcjonerów. W tak trudnych czasach obrazy czy rzeźby znanych lub obiecujących artystów są jedną z najpewniejszych lokat kapitału, nie wymagających ciągłego dofinansowywania. Aż 53 proc. doradców bankowości prywatnej stwierdziło, że to właśnie trudne warunki ekonomiczne stanowią podstawową przyczynę zainteresowania dziełami sztuki” – wyjaśnia Adriano Picinati di Torcello, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte Luksemburg, współautor raportu.

Raport Mei Moses® world all art index z października 2010 r. pokazał, że roczne stopy zwrotu łączne roczne zyski uzyskane z inwestycji w sztukę w ostatnich dziesięciu latach przewyższyły zwrot z akcji. I chociaż ten sam raport za 2012 r. wykazał spadek tego indeksu rynku sztuki o 3,28 proc. (co oznacza, że wypadł on gorzej niż giełdowy Indeks S&P 500), to i tak nadal sztuka oferuje inwestorom solidne korzyści wynikające z dywersyfikacji portfela. Jak pokazują dane z poprzedniego raportu Deloitte „Art and Finance 2011” pomiędzy rokiem 2000 a 2011 dzieła sztuki zyskiwały na wartości więcej niż akcje najważniejszych giełd świata. Rozwój globalnego rynku sztuki zbiegł się w czasie ze wzrostem populacji najzamożniejszych ludzi świata (HNWI – High Net Worth Individual), którą obecnie szacuje się na prawie 11 mln osób.

Jak na tym tle wypada polski rynek sztuki?

Według szacunków jest on wart obecnie około 300-350 mln zł, a to oznacza zaledwie 0,2 proc. łącznej wartości rynku światowego. Choć może on być znacznie niedoszacowany. W całym 2012 r. sprzedano w Polsce dzieła sztuki za prawie 61 mln zł. „Inwestowanie w sztukę jest biznesem dla cierpliwych. Roczna stopa zwrotu z inwestycji na tym rynku, dłuższej niż 15 lat wynosi 46,6 proc, natomiast inwestycje trwające od roku do pięciu lat przyniosły rocznie zaledwie 0,2 proc.” – wyjaśnia Adam Mariuk, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Charakterystyczny dla Polski jest również brak tradycji gromadzenia sztuki, która została przerwana przez II Wojnę Światową i kilkadziesiąt lat komunizmu. Dlatego też obrazy czy rzeźby nabywane są u nas głównie przez osoby, które swój majątek zdobyły w ostatnich dwudziestu latach. W Polsce liczba osób, które można obecnie zaliczyć do HNWI szacowana jest przez Wealthinsight na 28,4 tys. Jednak już w 2017 r. może ich być nawet 40 tys. To co na pewno wpływa także na większe zainteresowanie sztuką to fakt, że liczba Polaków zarabiających miesięcznie ponad 7,1 tys. zł brutto niemal się podwoiła w ciągu ostatnich dziesięciu lat, a średnie dochody społeczeństwa wzrosły prawie o jedną trzecią. Jak pokazują światowe badania – wraz z zamożnością społeczeństwa rośnie jego zainteresowanie sztuką i kolekcjonowaniem. „Między innymi dlatego dzieła sztuki także w Polsce są już postrzegane jako aktywa inwestycyjne. Aż 89 proc. pytanych przez nas ekspertów rynku sztuki przyznało, że ich klienci uważają ją za rodzaj aktywów. Tylko 25 proc. zapytanych przez nas przedstawicieli banków oferujących usługi zarządzania majątkiem ocenia swoją znajomość tego trendu jako dobrą, co sugeruje konieczność szerszej edukacji i zwiększania świadomości nowych trendów w inwestycjach” – tłumaczy Adam Mariuk.

Już blisko dwie trzecie banków mających w swej ofercie bankowość prywatną oferuje klientom usługi z zakresu zarządzania majątkiem związanym ze sztuką. Najczęściej jest to doradztwo w zakresie sztuki oraz wyceny. Taka aktywność banku odpowiada potrzebom ich potencjalnych klientów, którzy oczekują od swoich doradców bankowych edukacji i usług doradczych w zakresie inwestowania w dzieła sztuki (86 proc.) oraz usług wyceny (77 proc.). Tylko 17 proc. wskazało na konieczność pomocy w planowaniu spadkowym (w europejskim badaniu 42 proc.), co może wskazywać na ciągle niską w naszym kraju potrzebę przekazywania majątku z pokolenia na pokolenie. Zresztą jak wynika z polskiego badania Deloitte „Rynek sztuki. Sztuka rynku” tylko jeden na osiem z przepytanych polskich banków oferuje swoim klientom taką usługę.

Oferta bankowości prywatnej w zakresie sztuki (tzw. usługi art banking) może obejmować przede wszystkim usługi doradcze, kredyty z zabezpieczeniem w postaci dzieł sztuki (w Polsce aż 79 proc. kolekcjonerów bierze pod uwagę taką możliwość) oraz najmniej rozwinięte usługi inwestycyjne (badania, zarządzanie portfelem czy śledzenie i wybór funduszy sztuki). Aby jednak ta dziedzina bankowości prywatnej mogła się rozwijać niezbędna jest współpraca pomiędzy wszystkimi graczami na rynku sztuki. „Jednym z ważniejszych wniosków płynącym z naszego raportu jest coraz wyraźniejsza spójność interesów i motywów działania między kolekcjonerami, bankowymi doradcami ds. inwestycji a znawcami dzieł sztuki odnośnie finansowych aspektów posiadania przedmiotów z tego kręgu i prowadzenia transakcji w tym zakresie. Klienci coraz częściej wymagają także, aby doradcy bankowi pomagali chronić, utrzymać i wzmocnić wartość ich aktywów w tym obszarze, co stawia przed instytucjami finansowymi duże wyzwania” – podsumowuje Józef Wancer, Doradca Zarządu Deloitte.

Informacje o raporcie „Art and Finance Report 2013”

Druga edycja międzynarodowego raportu nt. rynku sztuki i finansów został opracowany przez Deloitte Luksemburg i ArtTactic – wiodącą firmę badawczą specjalizującą się w światowym rynku sztuki. Badanie zostało przeprowadzono pomiędzy czerwcem a listopadem 2012 r. wśród 30 banków świadczących usługi zarządzania majątkiem, głównie w Luksemburgu, ale także w Polsce i Hiszpanii. Przepytano również 112 ekspertów rynku sztuki (przedstawicieli galerii, domów aukcyjnych i doradców) oraz 81 uznanych kolekcjonerów sztuki.

Informacje o polskim raporcie „Rynek sztuki. Sztuka rynku”

Pierwsza edycja badania, które zostało przeprowadzone w okresie listopad 2012 r. – marzec 2013 r. W badaniu udział wzięło 8 banków oraz 93 przedstawicieli rynku sztuki (właścicieli galerii, pracowników muzeów, kolekcjonerów i ekspertów rynku).

World Trends, 17 kwietnia 2013

W dniu wczorajszym, kiedy to decyzją Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie został wstrzymany handel na nowej platformie  transakcyjnej UTP, na światowych rynkach doszło do odwilży, a dzięki silnej aprecjacji eurodolara beneficjentem poprawy nastrojów okazała się także złotówka, która w stosunku do dolara zyskała ponad pół procent osiągając nowe kilkutygodniowe ekstremum. Taki skok pozytywnie wpłynie na wygląd indeksu WIG20USD i jeśli w dniu dzisiejszym inwestorzy podejmą decyzję o powrocie na rynek akcyjny, w wyniku czego WIG20 ponownie skieruje się na północ, to benchmark dwudziestu największych spółek denominowany w najważniejszej światowej walucie powinien odrobić poniedziałkowe straty.

Komentarz poranny, 17 kwietnia 2013

Puls Biznesu donosi, że Visa zakomunikowała wczoraj swój własny harmonogram obniżania opłaty interchange. W odpowiedzi na decyzję Visy, MasterCard wyraził swoje wstępne zadowolenie i zapowiedział przedstawienie własnego harmonogramu w ciągu najbliższych dni. Mimo toczącej się samoregulacji, w Sejmowej Komisji Finansów Publicznych toczą się prace nad ograniczeniem opłaty interchanege na poziomie ustawowym. Powyższe zgodne postepowanie Visy i MasterCrad zdecydowanie ma przeciwdziałać przyjęciu takiej ustawy, która z dużym prawdopodobieństwem była by bardziej dotkliwa dla wystawców kart.

Komentarz dzienny, 17 kwietnia 2013

Inflacja bazowa (po wyłączeniu cen żywności i energii) wyniosła w marcu 1,0% po 1,1% w lutym. Obniżyły się także wszystkie pozostałe miary inflacji, przy czym największy spadek odnotowano w przypadku inflacji po wyłączeniu cen administrowanych, która spadła z 1,0% do 0,7%.

Zadłużenie Polaków ciągle rośnie, ale firmy mają się lepiej

W pierwszym kwartale 2013 r. wartość niespłaconych zobowiązań finansowych Polaków wzrosła o 770 mln zł – wynika z raportu InfoDług. Jest to wynik porównywalny z rokiem ubiegłym i jego poszczególnymi kwartałami. Wartość średniego zadłużenia na osobę wynosi 17 400 zł. To o 300 zł więcej niż podczas ostatniego badania i 840 zł więcej niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku. Polepsza się jednak sytuacja zadłużonych przedsiębiorstw.

Większość Polaków – ok. 95 proc. – spłaca zadłużenie terminowo. Jednak niespłacony dług pozostałej części nadal stanowi problem. Klient podwyższonego ryzyka jest najczęściej mężczyzną między 30. a 39. rokiem życia. Mieszka w województwie śląskim lub mazowieckim – w Katowicach, Warszawie lub w mieście poniżej 500 tys. mieszkańców.

Łączna kwota niespłaconego zadłużenia Polaków wynosi 39,3 mld zł. W kolejnym kwartale może ona wzrosnąć do 40 mld zł. Jednak znaczna część nieuregulowanych długów dotyczy stosunkowo niewielkich kwot.

– Pozytywny jest fakt, że 62 proc. wszystkich zobowiązań opiewa na kwoty poniżej 5 tys. zł. Natomiast osób, które nie spłacają swoich zobowiązań regularnie jest ponad 2 mln 250 tys. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Hildebrand, prezes BIG InfoMonitor SA. – Jednak jedynie niecałe 5 tys. osób pojawiło się jako nowi dłużnicy, którzy nie płacą swoich zobowiązań w przeciągu pierwszego kwartału 2013 r.

Zdaniem Hildebranda można mówić o bardziej racjonalnym podejściu Polaków do gospodarowania swoimi pieniędzmi. Jednak nie dotyczy to wszystkich kredytobiorców. Wśród nich są osoby, które zdecydowanie wyróżniają się in minus. Największy polski dłużnik mieszka w województwie mazowieckim.

– Kwota jego zadłużenia wzrosła do 105 mln zł, a w ciągu ostatnich kilku miesiącach o kilka milionów złotych. To już jest znaczący problem nie tylko dla tej osoby, ale także dla tych, którzy ją finansowali – mówi prezes BIG InfoMonitor.

Najwięcej zadłużonych, niespłacających zobowiązań, mieszka w województwie zachodniopomorskim – 8,2 proc. Natomiast największe kwotowo zadłużenie cechuje mieszkańców województwa śląskiego i mazowieckiego. Całkowite zadłużenie mieszkańców tego pierwszego wynosi 7,9 mld zł, a drugiego – 5,7 mld zł.

– Co ciekawe przyrost długu w województwie śląskim wyniósł około 260 mln zł, a więc mniej więcej 45 proc. całkowitej kwoty długu województwa świętokrzyskiego, gdzie zadłużenie jest najmniejsze i wynosi około 580 mln zł. Jak widać różnice są ogromne – podkreśla Hildebrand.

Mimo trudności gospodarczych polepszyła się i to znacznie sytuacja wśród przedsiębiorców. Dowodem na to jest zmniejszenie się kwoty nieuregulowanych płatności.

– Jeszcze niedawno 60 proc. przedsiębiorców mówiło, że mają kwoty niezapłaconych zobowiązań powyżej 100 tys. zł i ta grupa w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmniejszyła się do 30 proc. To znaczy, że część spłaty nastąpiła – zauważa rozmówca Newserii.

Raport InfoDług publikowany jest od 5 lat. Obecna publikacja to jego 23. edycja. Przy jej tworzeniu, oprócz Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor S.A. uczestniczyło Biuro Informacji S.A. i Związek Banków Polskich.

Stanisław Kluza: ostatnie decyzje RPP przyniosły więcej szkód niż korzyści

Decyzje Rady Polityki Pieniężnej, jakie zapadały w ciągu ostatniego 1,5 roku, wyrządziły wiele szkód polskiej gospodarce – ocenia były minister finansów, Stanisław Kluza. Za szkodliwe uznaje przede wszystkim podwyżkę stóp procentowych w maju ubiegłego roku, ale nieuzasadnione, jego zdaniem, było również tak wyraźne cięcie, do jakiego doszło na początku marca.

Ostatnią, kwietniową decyzję Rady Polityki Pieniężnej o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie były szef resortu finansów i Komisji Nadzoru Finansowego ocenia jako słuszną. Krytycznie natomiast odnosi się do wcześniejszych decyzji, podejmowanych przez Radę na przestrzeni ostatniego 1,5 roku.

– Po pierwsze, nie znajduję uzasadnienia dla podwyżki stóp procentowych w maju zeszłego roku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Stanisław Kluza. – Po drugie, uważam, że wiedza o tym, że nadchodzi spowolnienie była już na przełomie II i III kwartału ubiegłego roku, a pierwsze obniżki rozpoczęto dopiero w listopadzie.

Wówczas zapadła decyzja o pierwszej z cyklu kilku obniżek o 0,25 pkt. proc., co w ocenie Kluzy nie zapobiegło spowolnieniu gospodarczemu ani też nie złagodziło jego skutków. Trudno też oczekiwać tego po marcowej obniżce o 0,5 pkt. proc. Ta decyzja Rady sprowadziła cenę pieniądza do najniższej w historii – główna stopa NBP spadła do 3,25 proc.

– Ostatnia obniżka stóp procentowych była w momencie, kiedy już się znajdowaliśmy w dołku spowolnienia – mówi ekonomista. – Czyli w żaden sposób nie przełamywała już spowolnienia, a z drugiej strony przyspiesza powrót inflacji.

Według byłego ministra finansów, istnieją poważne obawy, że w związku z niskimi stopami procentowymi zmniejszy się, i to wyraźnie, liczba depozytów długoterminowych, które dziś są znacznie mniej atrakcyjne niż kiedyś ze względu na wysokość oprocentowania. Oznaczać to może poważny problem dla banków z punktu widzenia zarządzania płynnością. Szczególnie długoterminowo decyzja Rady może skutkować poważnymi problemami dla banków, dla klientów zaś utrudnionym dostępem do kredytów.

Zdaniem Stanisława Kluzy, po serii mało przejrzystych działań Rady Polityki Pieniężnej rynki oczekują dziś stabilizacji i uspokojenia. Z tego punktu widzenia nie powinniśmy oczekiwać zmian w poziomie stóp procentowych.

– Gdyby one nastąpiły, ciężko byłoby je uzasadnić – dodaje Kluza.

Grupa Integer chce przeznaczyć nawet miliard euro na rozwój paczkomatów w Polsce i za granicą

Nawet miliard euro planuje przeznaczyć Grupa Integer, właściciel spółek InPost oraz InPost Paczkomaty, na rozwój sieci paczkomatów. Do końca tego roku ich liczba w Polsce wzrośnie z obecnych 700 do 1,1 tys., ale cel spółki to ekspansja zagraniczna. Na razie w Europie, ale docelowo także w obu Amerykach i w Azji.

– Cel na najbliższy miesiąc w rozwoju paczkomatów to jak najszybsza ekspansja w jak największej liczbie krajów. W tej chwili oprócz Polski, Rosji, Czech, Słowacji, Wielkiej Brytanii, pracujemy nad kolejnymi krajami. Francja, Węgry, Turcja, Skandynawia, przede wszystkim Norwegia i Szwecja – wylicza Rafał Brzoska, prezes zarządu Grupy Integer.

W dalszych europejskich planach rozwoju są Finlandia, Dania, a także Holandia i Szwajcaria. Ale spółka nie chce ograniczać się do naszego kontynentu. W ciągu najbliższych dwóch lat polskie paczkomaty mogą pojawić się w obydwu Amerykach, a potem także w Azji.

Jeszcze niedawno Grupa Integer planowała do końca 2016 r. wydać 300 mln euro i postawić 16 tysięcy nowych paczkomatów, ale liczby te mogą wzrosnąć.

– Wersja, w którą coraz bardziej idziemy, to kolejne 20 tysięcy w obydwu Amerykach i pewnie 20 tysięcy w Azji w ciągu najbliższych 4-5 lat – mówi Brzoska. – Całość inwestycji docelowo może sięgnąć nawet 1 mld euro.

Na wszystkich rynkach Integer chce współpracować ze sklepami, które są głównymi klientami paczkomatów. W Polsce obecnie 4,5 tys. przedsiębiorstw udostępnia taki sposób dostawy towaru. Brzoska ma nadzieję, że spółce uda się nawiązać współpracę ze znacznie większą liczbą sklepów w Wielkiej Brytanii – nawet połową z działających tam 120 tys. podmiotów.

Rafał Brzoska podkreśla, że klienci wybierają paczkomaty InPostu przede wszystkim ze względu na szybki czas dostawy oraz wygodny odbiór. Kupujący może odebrać towar z paczkomatu o dowolnej, wygodnej dla siebie godzinie. Paczka trafia do maszyny w ciągu 24 godzin od wysyłki – w innym przypadku InPost Paczkomaty zwraca połowę kosztów nadania.

– Jesteśmy jedyną firmą w Polsce, która zwraca pieniądze za niedotrzymanie ustaleń. Jesteśmy na poziomie 99,8 proc. skuteczności dostarczania właśnie w ciągu 24 godzin. To jest nasza przewaga, że my nie boimy się naszej jakości, bo jest ona bardzo wysoka – podkreśla Rafał Brzoska.

Dodaje, że zarówno czas dostawy, jak i wygodny odbiór stanowią przewagę paczkomatów w porównaniu do firm kurierskich. Jak podkreśla Brzoska, pomimo niedawnego wprowadzenia 8-procentowej opłaty paliwowej, paczkomaty nadal są znacznie tańsze niż wysyłka kurierem. Dalszych wzrostów cen prezes Grupy Integer nie przewiduje.

Rafał Brzoska dodaje, że liczy na uzyskanie dostępu do infrastruktury Poczty Polskiej, w tym możliwość korzystania z tzw. ostatniej mili.

– Jest to jeden z elementów trzeciej dyrektywy unijnej, iż każdy kraj powinien ustawowo zagwarantować dostęp do infrastruktury. Tak jak TP S.A. musiało udostępnić swoją infrastrukturę swego czasu dla Netii, tak my oczekujemy, że Poczta Polska zrobi to dla nas – podkreśla Brzoska i zapowiada, że jego spółka będzie walczyć o egzekwowanie tego prawa.

Na razie sprawa trafiła do Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Brzoska podkreśla, że liczy na załatwienie sprawy bez odwoływania się do Brukseli, choć tego nie wyklucza.

Trzecia dyrektywa unijna została uchwalona w 2008 r. i kończy proces liberalizacji rynku usług pocztowych. Jej postanowienia weszły w życie w Polsce 1 stycznia 2013 r. wraz z nowym Prawem pocztowym. Zniknął m.in. ustawowy monopol Poczty Polskiej na przesyłki do 50 gramów. To właśnie z tego powodu prywatni operatorzy doczepiali do listów metalowe blaszki. Dyrektywa gwarantuje również równy dostęp do państwowej infrastruktury.

Regulacji przepisów ciąg dalszy – co niesie ze sobą projekt IV ustawy deregulacyjnej?

Prawdopodobnie jeszcze w kwietniu Rada Ministrów zaakceptuje przygotowywany przez Ministerstwo Gospodarki projekt tzw. IV ustawy deregulacyjnej. Rozwiązania w nim zawarte mają na celu przede wszystkim uproszczenie warunków prowadzenia działalności gospodarczej i zniesienie niektórych uciążliwości biurokratycznych. Czy i które propozycje zmian mogą rzeczywiście ułatwić życie przedsiębiorcom, ocenia ekspert, Maciej Kowalski, radca prawny i partner zarządzający w Kancelarii Radców Prawnych Kowalski, Popławski i Wspólnicy w Legnicy.

Omawiany projekt zawiera w sumie niemal 50 propozycji konkretnych rozwiązań. Każdą z nich należy rozpatrywać z punktu widzenia interesów poszczególnych grup przedsiębiorców. Jako przykład wskazać można kwestie wyłączenia z podatku VAT usług bezpłatnej pomocy prawnej na rzecz osób niezamożnych. Taka regulacja ma znaczenie dla pozytywnej z perspektywy społecznej możliwości prowadzenia działalności pro bono ukierunkowanej na pomoc obywatelom mniej zamożnym. Wskazane uregulowanie nie spowoduje wzrostu przychodów kancelarii, jednak pozwoli na wyeliminowanie wątpliwości stanowiących potencjalne ryzyko obciążenia podatkiem VAT działalności nieprzynoszącej dochodów.

Z prawnego punktu widzenia za doniosłą bez wątpienia należy przyjąć propozycję uznania orzeczeń sądowych za informacje publiczną. Takie rozwiązanie, zwłaszcza w aspekcie obrotu gospodarczego, przyczyni się do osiągnięcia celów wskazanych w uzasadnieniu jej wprowadzenia. Jednolitość orzecznictwa sądowego jest założeniem idealnym, pamiętać jednak należy, że korzystając z przysługujących uprawnień, sąd dokonuje oceny całości materiału dowodowego. W związku z tym nawet podobieństwo sytuacji nie przesądza o zakładanej tożsamości orzeczeń. Jednakże proponowane rozwiązanie stanowić będzie kierunek działań procesowych na etapie sądowym, co przyczyni się do usprawnienia trwających postępowań.

Za istotne z perspektywy pracodawcy oraz kształtowania rynku pracy uznać należy regulacje związane ze zwolnieniem pracowników z podatku dochodowego z tytułu zyskiwania świadczenia dowozu do zakładu pracy transportem zbiorowym organizowanym przez pracodawcę. Podobnie jest w przypadku zachowania ważności orzeczenia lekarskiego przez nowego pracodawcę. Wskazane zmiany niewątpliwie pozwolą na bardziej elastyczne kształtowanie polityki zatrudnienia, w pierwszym przypadku dając przedsiębiorcy możliwość pozyskiwania pracowników na szerszym obszarze, a w drugim ograniczy jego koszty związane z przeprowadzaniem badań. Umożliwi to także podejmowanie zatrudnienia przez osoby posiadające aktualne badania bez konieczności ich powielania.

Z prawnego punktu widzenia za doniosłą bez wątpienia należy przyjąć propozycję uznania orzeczeń sądowych za informacje publiczną. Takie rozwiązanie, zwłaszcza w aspekcie obrotu gospodarczego, przyczyni się do osiągnięcia celów wskazanych w uzasadnieniu jej wprowadzenia. Jednolitość orzecznictwa sądowego jest założeniem idealnym, pamiętać jednak należy, że korzystając z przysługujących uprawnień, sąd dokonuje oceny całości materiału dowodowego. W związku z tym nawet podobieństwo sytuacji nie przesądza o zakładanej tożsamości orzeczeń. Jednakże proponowane rozwiązanie stanowić będzie kierunek działań procesowych na etapie sądowym, co przyczyni się do usprawnienia trwających postępowań.

Za istotne z perspektywy pracodawcy oraz kształtowania rynku pracy uznać należy regulacje związane ze zwolnieniem pracowników z podatku dochodowego z tytułu zyskiwania świadczenia dowozu do zakładu pracy transportem zbiorowym organizowanym przez pracodawcę. Podobnie jest w przypadku zachowania ważności orzeczenia lekarskiego przez nowego pracodawcę. Wskazane zmiany niewątpliwie pozwolą na bardziej elastyczne kształtowanie polityki zatrudnienia, w pierwszym przypadku dając przedsiębiorcy możliwość pozyskiwania pracowników na szerszym obszarze, a w drugim ograniczy jego koszty związane z przeprowadzaniem badań. Umożliwi to także podejmowanie zatrudnienia przez osoby posiadające aktualne badania bez konieczności ich powielania.

Parabanki specjaliści od tzw. chwilówek i szybkich kredytów rosną w siłę

Rozwój tzw. chwilówek, szybkich kredytów i innego typu działalności parabankowej wynika z nadmiernych regulacji wobec SKOK-ów i banków spółdzielczych – twierdzi Stanisław Kluza, były przewodniczący KNF. To właśnie klientelę tych instytucji stanowią ludzie o najniższych dochodach i z małych miejscowości, w których nie ma dużych banków. W efekcie klientów tych przejmują parabanki, których praktyki są zagrożeniem dla bezpieczeństwa finansowego często nieświadomych klientów.

– Rozwój czynności parabankowych jest trochę odpowiedzią na ponadproporcjonalne zwiększanie obciążeń regulacyjnych w stosunku do tych podmiotów, które w szczególności były na styku z małym, drobnym klientem detalicznym, a także w regionach biedniejszych, gdzie np. duże uniwersalne banki były mniej aktywne – uważa Stanisław Kluza, ekonomista Szkoły Głównej Handlowej i były przewodniczący KNF. – Uważam, że nadmierne przeregulowanie bankowości spółdzielczej, jak również złe zarządzanie nadzorem nad SKOK-ami, może skutkować wzrostem działalności parabankowej. A taki wzrost może mieć negatywne skutki – dodaje.

Komisja Nadzoru Finansowego objęła nadzorem Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe pod koniec października 2012 roku. Chodzi nie tylko o czynności takie jak udzielanie zgody na tworzenie kas czy zatwierdzanie ich statutu. KNF nałożyła na SKOK-i obowiązek posiadania funduszy własnych dostosowanych do rozmiaru prowadzonej działalności.

W przypadku banków spółdzielczych problemem mogą być unijne regulacje. Z danych KNF wynika, że wdrożenie regulacji z pakietu dyrektyw CRD IV (m.in. wysokie wymogi dotyczące wysokości i jakości utrzymywanego kapitału) może oznaczać dla tych banków problemy z niedokapitalizowaniem i brakiem płynności.

Zdaniem Kluzy zamiast nadmiernie regulować działalność banków spółdzielczych, należałoby raczej zwiększyć nadzór nad parabankami – choćby wprowadzając obowiązek zdawania przez nie sprawozdań z działalności. Kontrola nad parabankami z konieczności jednak będzie ograniczona. Formalnie są to bowiem spółki prawa handlowego, a nie instytucje finansowe. Nie jest zatem możliwa ich inspekcja ani regulacje kapitałowe.

– Z parabankami wiąże się jeszcze jedno pytanie, na które trudno dzisiaj znaleźć odpowiedź. Chodzi o to, ile z nich korzysta tylko i wyłącznie z legalnych źródeł finansowania – podkreśla Kluza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Wśród dostępnych instrumentów regulacji parabanków jest nałożenie na nie obowiązku raportowania.

– Należałoby nałożyć na te przedsiębiorstwa mocniejsze obowiązki sprawozdawcze. Miałoby to na celu ochronę interesu klientów tych instytucji. Wydaje mi się, że to również ograniczyłoby potencjalną możliwość rozwijania szarej strefy w tym segmencie – dodaje ekonomista.

Mianem parabanków określa się instytucje oferujące usługi bankowe, jednak niebędące bankami i nieobjęte stosownymi regulacjami. Tematyka zagrożenia ze strony parabanków stała się w Polsce głośna po aferze Amber Gold. Zamknięta we wrześniu 2012 r. firma wyłudziła pieniądze od ok. 11 tysięcy osób. Na początku kwietnia tego roku Sejm rozpoczął prace nad ustawą mającą uporządkować system finansowy i zwiększyć finansowe bezpieczeństwo Polaków. Polskie Stronnictwo Ludowe apeluje o wprowadzenia w radiu i telewizji publicznej specjalnych ostrzeżeń przez działalnością parabanków.

Dlaczego media społecznościowe nie będą głównym kanałem zakupów przez internet?

Tylko 10 proc. kupujących przez internet dotarło do określonego sklepu dzięki mediom społecznościowym. Platforma ta nie będzie zatem głównym motorem napędzającym sprzedaż on-line, mimo jej rosnącej popularności – to główny wniosek z raportu prezentującego 10 mitów sprzedaży wielokanałowej „Demystifying the online shopper” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Korzystanie z mediów społecznościowych deklaruje wprawdzie aż 60 proc. respondentów przebadanych przez firmę doradczą PwC. Jako kanał są one wykorzystywane jedynie do obserwacji produktów, zlokalizowania czy przekazania opinii na temat marki czy sprzedawców. Liderem zakupów on-line za pośrednictwem mediów społecznościowych są Chiny, aż 56 proc. chińskich konsumentów nabywa w ten sposób produkty i usługi, w porównaniu do średniej światowej wynoszącej 24 proc.

Z raportu firmy doradczej PwC wynika również, że 17 proc. przebadanych użytkowników internetu nie robi zakupów on-line w ogóle – wciąż wolą oni kupować w tradycyjnych sklepach. Jeśli chodzi o urządzenia wykorzystywane do robienia zakupów on-line, respondenci faworyzują w tym względzie komputery – 97 proc. wskazań w porównaniu do zaledwie 28 proc. dla tabletów.

„Chłodząc zapowiedzi rychłego końca tradycyjnych kanałów sprzedaży, analiza doskonale wpisuje się w kierunki i dynamikę rozwoju handlu internetowego w Polsce. Już w tej chwili możemy zaobserwować, że e-commerce jest raczej uzupełniającym niż głównym kanałem sprzedaży, a jego rozwój, mimo że niezagrożony, nie będzie boomem tylko umiarkowanie szybką ewolucją. Potwierdza to wciąż silna pozycja niektórych „polskich” biznesów internetowych, przy jednoczesnym załamaniu wycen kluczowych graczy globalnych obecnych również w Polsce. Wyceny te zostały zbudowane na licznych mitach, w które ostatnimi czasy obrósł segment handlu w sieci”– komentuje Piotr Lizukow, ekspert branży produktów konsumpcyjnych i handlu w zespole Doradztwa Strategicznego PwC.

Raport firmy doradczej PwC został opracowany na podstawie ankiet przeprowadzanych w lipcu i sierpniu 2012 roku, na próbie ponad 11.000 kupujących przez internet. Respondenci pochodzili z 11 krajów z trzech kontynentów, określanych zarówno mianem dojrzałych, jak i wschodzących rynków. Były to: Brazylia, Kanada, Chiny, Francja, Niemcy, Holandia, Rosja, Szwajcaria, Turcja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.

Komentarz dzienny, 16 kwietnia 2013

W marcu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 1,0% z 1,3% zanotowanych w lutym (konsensus prognoz wynosił 1,1%). Zgodnie z naszymi oczekiwaniami (i kompozycją spadków inflacji w regionie) do niższej inflacji walnie przyczyniły się niższe ceny żywności (wzrost o zaledwie 0,1% m/m). Znaczny spadek zanotowano w kategorii łączność (zmiany regulacji w telefonii komórkowej). Inflacja bazowa co prawda utrzymała się prawdopodobnie na poziomie z poprzedniego miesiąca, czyli 1,1% r/r, jednak była to zasługa jednorazowego wzrostu opłat za telewizję kablową i w efekcie wzrostu cen w kategorii rekreacja i kultura. Należy podkreślić, że zazwyczaj podwyższające inflację kategorie takie jak użytkowanie mieszkania pozostały w kwietniu stabilne.

Cloud computing coraz popularniejszy

Rosnąca popularność chmur obliczeniowych oznacza zmianę modelu biznesowego producentów tradycyjnego oprogramowania. Produkty, które do tej pory dostarczali do klientów, teraz są coraz częściej oferowane przez dostawców usług online. Zyskują użytkownicy, bo programy w chmurze są nie tylko tańsze, ale można także z nich korzystać, dysponując słabymi komputerami.

– Model cloud computingu jest dużo bardziej ekonomiczny. To oprogramowanie jest instalowane w jednym miejscu, na jednej infrastrukturze, następnie w ramach jednej aplikacji są przetwarzane dane z całego świata, które są dostarczane za pomocą internetu – wyjaśnia Maciej Gawroński, partner zarządzający warszawskiego biura międzynarodowej kancelarii Bird & Bird, ekspert do spraw cloud computingu.

To właśnie ze względu na to, że instalacja odbywa się tylko w jednym miejscu, tracą producenci tradycyjnego oprogramowania. Do tej pory zarabiali na każdej sprzedanej kopii, teraz użytkownicy mogą korzystać z tańszych zwykle rozwiązań chmurowych. Klienci nie potrzebują też już aktualizacji programów ani wsparcia technicznego. To powoduje stopniowe przesuwanie zysków – od producentów oprogramowania do dostawców chmur.

– Generalnie będzie to bardziej efektywny model wykorzystania oprogramowania. Zostanie zmniejszone obciążenie związane z wykorzystaniem i eksploatacją, bo im mniej maszyn i „instancji” oprogramowania jest na rynku, tym mniej błędów się pojawia i tym mniejszą infrastrukturę trzeba utrzymywać – podkreśla Gawroński.

Szansą dla producentów pozostaje więc sprzedaż oprogramowania dostawcom chmur, którzy są stałymi i dużymi klientami. Maleją też w tej sytuacji koszty marketingu i dystrybucji, więc producenci mogą przeznaczyć środki na rozwój nowych programów.

Duże korzyści odnoszą też sami użytkownicy chmur, bo dostęp do oprogramowania jest dla nich tańszy. Ponadto nawet dysponując słabym sprzętem mogą korzystać z programów, które wymagają bardzo dużej mocy obliczeniowej – ta jest udostępniona przez chmurę. Niekiedy na urządzeniu użytkownika wyświetla się jedynie obraz, a całe obliczenia dokonywane są przez chmurę. Według Gawrońskiego cloud computing może też oznaczać szybszy rozwój darmowego oprogramowania.

– Przede wszystkim są już w tej chwili usługi darmowe oparte o model chmury. Sztandarowym przykładem są usługi firmy Google. Ona zapewnia całą sferę darmowych dla konsumentów rozwiązań – mówi ekspert.

To wszystko powoduje, że dalszy rozwój cloud computingu jest przesądzony. W dużej mierze zależy jednak od infrastruktury telekomunikacyjnej. Najważniejsze jest zapewnienie szybkiego, szerokopasmowego dostępu do internetu.

– Już w tej chwili można z chmury łatwo korzystać nawet za pomocą łącz mobilnych w wielu miejscach w kraju i na świecie, choć oczywiście jeszcze nie wszędzie – podkreśla Gawroński.

To m.in. kraje, w których infrastruktura teleinformatyczna rozwija się od dawna. Jak wyjaśnia ekspert, często łatwiej proces ten przebiega w krajach, które do tej pory nie miały zaawansowanych rozwiązań teleinformatycznych, bo nie trzeba modernizować istniejących sieci, tylko po prostu buduje się nowe, od początku przystosowane do szybkiego przesyłu danych.

Wciąż są jednak obszary, w których chmury obliczeniowe nie są wykorzystywane. To między innymi bankowość, a także duża część sektora państwowego w związku z tajemnicami państwowymi. W Polsce infrastruktura teleinformatyczna w tym obszarze musi zostać zatwierdzona przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednak chmura może również wkroczyć w ten obszar, bo niedawno pojawiła się informacja, że z dostarczanej przez Amazon chmury chce korzystać amerykańska CIA.

Podatnicy mogą odliczyć w zeznaniu podatkowym wydatki na dojazd do pracy

Jeżeli podatnik dojeżdża do pracy do innej miejscowości, a wydatki na ten cel przekraczają zryczałtowane koszty uzyskania przychodów z umowy o pracę, w rocznym zeznaniu podatkowym może te koszty odliczyć. Trzeba jednak pamiętać o ich właściwym udokumentowaniu, jak też o tym, że wydatki na niektóre środki transportu, jak samochód czy samolot, urząd skarbowy zakwestionuje.

– Ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych przewiduje zryczałtowane koszty dojazdu do pracy. W wypadku, gdy pracownik ma jeden stosunek pracy i mieszka w miejscu, w którym znajduje się siedziba pracodawcy, to te zryczałtowane koszty nie mogą przekroczyć 1 335 złotych rocznie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Dominika Dragan-Berestecka, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Te koszty (w stosunku miesięcznym) są odliczane przez pracodawcę przed odprowadzeniem zaliczki na podatek, bez względu na to, czy pracownik rzeczywiście tyle wydaje na dojazdy. Ustawa przewiduje cztery limity tych rozliczeń, w zależności od tego, z ilu miejsc pracownik czerpie dochody i czy pracuje w tej samej miejscowości, gdzie mieszka. Rocznie jest to od 1335 zł (jedno miejsce pracy, ta sama miejscowość) do 2502,56 zł (więcej niż jeden zakład pracy poza miejscem zamieszkania, o ile podatnik nie otrzymuje tzw. dodatku za rozłąkę).

– Może zdarzyć się tak, że pracownik dojeżdża do pracy pociągiem czy jakimś innym środkiem komunikacji, z wyjątkiem samochodu. Jeżeli koszty przekraczają tę zryczałtowaną kwotę określoną przez ustawodawcę, to może on te koszty odliczyć, ale tylko w sytuacji, gdy są one udokumentowane imiennymi biletami okresowymi – podsumowuje Dominika Dragan-Berestecka.

To oznacza, że można odliczyć wszystkie wydatki na bilety przewyższające ustawowe limity, ale nie można odliczyć kosztów dojazdu samochodem i biletów jednorazowych czy też biletów długookresowych, ale wystawionych na okaziciela. Do kosztów uzyskania przychodu nie zaliczają się też bilety lotnicze.

Przepisy o odszkodowaniach za błędne decyzje urzędników są martwe. Żaden urzędnik nie został ukarany

Mimo że ustawa o odpowiedzialności majątkowej urzędników za błędne decyzje obowiązuje dwa lata, ani jeden urzędnik nie został zobowiązany do zapłacenia odszkodowania na podstawie tych przepisów. – W 2012 roku nie odnotowano przypadków wymagających wyciągania konsekwencji wobec pracowników w oparciu o przepisy tej ustawy – poinformowało Newserię Ministerstwo Finansów. Eksperci twierdzą, że to skutek zbyt skomplikowanej i długotrwałej procedury, która wymaga wcześniejszego uzyskania kilku prawomocnych wyroków lub decyzji.

Ustawa o odpowiedzialności majątkowej urzędników za rażące naruszenie prawa weszła w życie w maju 2011 roku. Mimo że istnieją narzędzia do pociągania urzędników do odpowiedzialności za błędne decyzje, to nie są one stosowane w praktyce. Według Andrzeja Arendarskiego, prezesa Krajowej Izby Gospodarczej, przepisy te nigdy nie będą dobrze funkcjonowały.

– Zgodnie z ustawą to sami urzędnicy mieliby się karać. W tym środowisku to nie jest popularne i jak pokazuje choćby film „Układ zamknięty” jest tam niezwykle silna solidarność i krycie winnych. Dopóki te środki represyjne nie będą zupełnie inaczej pomyślane, nie będą automatyczne, to nie sadzę, żeby ta ustawa mogła funkcjonować – uważa Andrzej Arendarski.

Jego zdaniem, przepisy tej ustawy są martwe i w przyszłości również nie będziemy mieli do czynienia z przypadkami kar dla urzędników działających na niekorzyść biznesu. Prezesowi KIG wtóruje Marcin Kołodziejczyk ze stowarzyszenia Niepokonani 2012, do którego codziennie trafia kilkadziesiąt zgłoszeń od poszkodowanych przez organy państwowe przedsiębiorców.

– Dzisiaj z dużą dozą przekonania możemy stwierdzić, że tak obwarowane różnymi kruczkami i warunkami przepisy o odpowiedzialności urzędników są przepisami martwymi, bez szans na ich zastosowanie w życiu, które przynosi nam tysiące poszkodowanych przez tych urzędników – wyjaśnia Marcin Kołodziejczyk.

Poszkodowanych takich, jak Centrum Handlowe Nexa z Zamościa. Firmie na skutek przedłużających się wielomiesięcznych kontroli i postępowań kontrolnych lubelskich organów podatkowych wstrzymano zwrot podatku VAT w wysokości ok. 30 mln zł, przez co utraciła płynność finansową. Teraz spółka walczy z fiskusem na drodze prawnej.

Przepisy nie funkcjonują przez przewlekłe procedury

Do odpowiedzialności urzędniczej w takich przypadkach jeszcze daleka droga. Arkadiusz Matusiak, adwokat z Kancelarii Bird & Bird mówi Agencji Informacyjnej Newseria, że problemem są przede wszystkim długie procedury do stwierdzenia rażącego naruszenia prawa przez urzędnika państwowego.

– Po pierwsze, musi być wypłacone odszkodowanie. Musi być stwierdzone rażące naruszenie prawa w drodze czy to ostatecznej decyzji administracyjnej, czy w drodze orzeczenia sądowego. Dopiero to daje możliwość uruchomienia prokuratury, która staje się zwykłą stroną przed sądem, która wnosi pozew i dochodzi roszczenia regresowego od urzędnika. Procedura ta wymaga uprawomocnienia się kilku rozstrzygnięć, żeby można było dochodzić odszkodowania od urzędnika – wyjaśnia Arkadiusz Matusiak.

Jego zdaniem, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy ustawa jest prawidłowo skonstruowana, skoro na jej podstawie jeszcze nikogo nie ukarano. Nie ulega jednak wątpliwości, że procedury, które pozwolą na skuteczne stosowanie prawa, powinny zostać uproszczone.

– Skoro przez dwa lata nie udało się pociągnąć nikogo do odpowiedzialności, to znaczy, że procedury, które prowadzą do stosowania tej ustawy są tak długotrwałe, tak przewlekłe, że uniemożliwiają szybkie egzekwowanie prawa, które obowiązuje już od dwóch lat – mówi mecenas Arkadiusz Matusiak.

Odszkodowanie przy winie umyślnej i szkodzie nieumyślnej

Chcąc dochodzić naprawienia szkody na skutek błędów urzędnika należy pamiętać o różnicy pomiędzy winą umyślną, a działaniem nieumyślnym. Ma to znaczenie dla wysokości odszkodowania, jakiego można żądać.

– Jeżeli uchybienia urzędnika są wynikiem nieumyślnego zawinienia urzędnika, to odszkodowanie może wynosić tylko równowartość 12 pensji. Jeżeli natomiast uda się wykazać, że wina miała charakter umyślny, to wówczas organ administracji może dochodzić od urzędnika naprawienia tej szkody w całości – tłumaczy Arkadiusz Matusiak.

Podaje przykład Poznania, gdzie w wyniku błędów urzędników przy uchwalaniu miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego miasto boryka się z kilkusetmilionowymi roszczeniami od deweloperów i inwestorów. Tylko w jednej ze spraw sąd orzekł, że Poznań musi zapłacić 31 mln zł odszkodowania.

Jak wyjaśnia adwokat z Kancelarii Bird & Bird, jeśli tylko któraś z decyzji urzędników została wydana po 17 maja 2011 roku z rażącym naruszeniem prawa, to prezydent Poznania po wypłaceniu odszkodowania będzie musiał – bo przepisy nie pozostawiają mu w tym przypadku swobody – wystąpić do Prokuratury Okręgowej w Poznaniu o wszczęcie postępowania wyjaśniającego i dochodzenie przed sądem odszkodowań od winnych urzędników.

– Przepisy dotyczące odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych są standardem w krajach UE. Funkcjonują tam takie regulacje, które przewidują możliwość dochodzenia odszkodowania do wysokości dwunastokrotności miesięcznego wynagrodzenia w przypadku nieumyślnego zawinienia i pełnego odszkodowania w przypadku zawinienia umyślnego – wyjaśnia Arkadiusz Matusiak.

Dla odpowiedzialności w świetle omawianej ustawy istotne znaczenie ma fakt bycia funkcjonariuszem publicznym w chwili rażącego naruszenia prawa. Nawet gdyby urzędnik zwolnił się z pracy, będzie można od niego dochodzić odszkodowania za błędy, które popełnił.

W przypadku, kiedy kilku urzędników dopuściło się błędów, powodujących szkodę, każdy z nich ponosi odpowiedzialność stosownie do przyczynienia się do rażącego naruszenia prawa i stopnia winy. Jeżeli nie jest to możliwe do ustalenia, odpowiadają oni w częściach równych.

Komentarz indeksowy BossaFX 16 kwietnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 16 kwietnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W tym roku Polacy kupią 2 tys. nowych aut z napędem hybrydowym

Przy normalnym użytkowaniu samochodu hybrydowego w ciągu 4-5 lat zwraca się koszt jego zakupu w porówaniu z autem o napędzie spalinowym – wynika z raportu przygotowanego przez amerykański portal TrueCar.com dla „New York Timesa”. Badania dotyczyły rynku amerykańskiego, więc ze względu na droższe paliwo, w Polsce nastąpić może to jeszcze szybciej. Tym bardziej, że ceny aut hybrydowych spadają. To oznacza, że takie samochody są obecnie najtańszym w eksploatacji typem pojazdów, zwłaszcza w jeździe miejskiej.

– Wyraźnie widać tendencję w kierunku obniżenia cen i prawie dorównywania cen samochodów hybrydowych do cen samochodów o napędzie spalinowym – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Szymłowski, prezes Polskiego Związku Automobilowego.

To sprawia, że rośnie zainteresowanie autami hybrydowymi w Polsce. Pokazuje to przykład Toyoty Yaris. Kiedy producent w ubiegłym roku wprowadził na rynek hybrydową wersję tego modelu, co czwarty sprzedawany Yaris był właśnie hybrydą. W opinii eksperta w tym roku w Polsce powinno się pojawić ok. 2 tys. nowych aut o napędzie hybrydowym.

– Samochodów hybrydowych jest coraz więcej na rynku, więc ich oferta jest coraz bardziej atrakcyjna cenowo. W związku z tym ten czas, kiedy zwraca się zakup samochodu hybrydowego wynikający z nieco wyższych kosztów przy zakupie, będzie się systematycznie skracał. A korzyści wynikające z tego, że mamy samochód hybrydowy to, poza oczywistymi korzyściami związanymi z ekologią, bardzo konkretne korzyści ekonomiczne – podkreśla Jerzy Szymłowski.

Podstawową oszczędnością z posiadania hybrydy jest zmniejszone zużycie paliwa. Prezes Polskiego Związku Automobilowego podaje przykład aut Toyoty, która jest liderem na rynku hybryd. W przypadku hybrydowej Toyoty Auris spalanie paliwa wynosi niecałe 4l/100 km. Ten sam model o napędzie konwencjonalnym pali dwukrotnie więcej.

Niższe są też koszty związane z eksploatacją samochodu. Jak podkreśla Szymłowski, pojazdy hybrydowe nie mają na przykład sprzęgła, czyli części, której wymiana po zużyciu jest bardzo kosztowna. Silniki elektryczne w hybrydach są podczas jazdy wykorzystywane w coraz większym stopniu, co pozwala na mniejsze zużycie jednostek spalinowych. Dzięki wykorzystaniu generatora do hamowania wolniej zużywają się też klocki i tarcze hamulcowe.

Oszczędności są największe w jeździe miejskiej, bo przy niskiej prędkości silniki spalinowe mają niską wydajność i zużywają dużo paliwa.

– Kiedy się poruszamy głównie po mieście, w żółwim tempie w korkach, to zużycie paliwa takiego samochodu jest niższe niż samochodu konwencjonalnego – podkreśla prof. Lech Sitnik z Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej.

Szymłowski podkreśla jednak, że wbrew powszechnemu przekonaniu również w przy większych prędkościach samochody hybrydowe zużywają mniej paliwa. Choć w trasie większy udział ma silnik spalinowy, to po zdjęciu nogi z gazu pracuje tylko jednostka elektryczna. Ponieważ akumulatory w tradycyjnych hybrydach są ładowane przez silnik spalinowy, więc, jak podkreśla Jerzy Szymłowski, w zasadzie niemożliwe jest ich całkowite rozładowanie.

– Proces wykorzystywania energii elektrycznej zmagazynowanej w akumulatorach i napędu elektrycznego i napędu spalinowego cały czas reguluje komputer. I to nie jest tylko tak, że jedziemy do wyczerpania baterii, dlatego że każde zdjęcie nogi z gazu czy powolna jazda w mieście powodują, że napędza nas silnik elektryczny – wyjaśnia prezes Polskiego Związku Automobilowego.

Zapewnia jednocześnie, że nie należy się obawiać krótkiej żywotności akumulatorów, co jest uważane za wadę pojazdów hybrydowych i zarazem hamulec w rozwoju rynku.

– To jest mit. Zauważmy, że na przykład producent samochodu Prius daje gwarancje na żywotność baterii nawet do 10 lat. Gdyby producent nie był pewny tego, że ona będzie sprawna dłużej niż 10 lat, to nie dawałby takiej gwarancji, bo generowałby dla siebie koszty. A przecież Toyota sprzedała już do tej pory ponad 4,5 miliona hybryd na całym świecie – podaje przykład Szymłowski.

Przy awarii baterii koszty jej wymiany nie są już aż tak wysokie. Wymiana całego akumulatora może kosztować niecałe 10 tys. zł. Dodatkowo konstrukcja tego podzespołu pozwala wymieniać poszczególne cele, co jeszcze obniża potencjalne koszty. Ekspert podkreśla, że również pod względem innych podzespołów awaryjność hybryd jest bardzo niska.

Bez reform polska kolej przestanie istnieć po 2019 roku

Dwudziestoletnie zaniechania, przerost zatrudnienia i nieskuteczne zarządzanie ogromnym majątkiem – to najpoważniejsze problemy, z którymi jak najszybciej powinny zmierzyć się Grupa Polskie Koleje Państwowe. Eksperci Instytutu Jagiellońskiego alarmują, że bez koniecznych zmian polska kolej przestanie istnieć po 2019 roku, kiedy – zgodnie z propozycjami Komisji Europejskiej – rynek zostanie uwolniony i zagraniczni przewoźnicy będą mogli wejść do Polski. Przede wszystkim potrzebna jest długofalowa strategia.

– To, co działo się przed ostatnie kilkanaście lat to jest zmarnowany czas, bo przychodzi nowa ekipa, zmienia zarząd, który ma jakieś plany i robi kolejne strategie. Natomiast spółka powinna długofalowo przygotować się do 2019 roku, bo inaczej skończy się to dramatem – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego, który jeszcze w kwietniu opublikuje Białą Księgę, czyli raport o stanie polskiej kolei i najważniejszych wyzwaniach, jakie przed nią stoją. – To musi być zarządzane biznesowo, nie ma tu miejsca na politykę, nie ma miejsca na związki zawodowe, czas się skończył.

Brak długofalowej strategii spowodował, że sytuacja na kolei z roku na rok się pogarszała. Od przeszło 20 lat kolej stopniowo traci udział w rynku na rzecz innych gałęzi transportu – spada liczba przewożonych pasażerów i towarów, a także nastąpił spadek inwestycji kolejowych.

Według Roszkowskiego problem jest na tyle poważny, że po uwolnieniu dostępu do rynku w 2019 r., PKP może przestać funkcjonować. Jeśli do Polski wejdą przewoźnicy niemieccy lub francuscy, łatwo wygrają konkurencję z działającymi w przestarzały i nieefektywny sposób polskimi kolejami.

– Polacy jeżdżą za granicą kolejami i widzą jak kolej tam funkcjonuje. To jest zupełnie inna jakość. Z jakichś względów Polacy nie potrafią tej kolei po okresie transformacji prowadzić – podkreśla Marcin Roszkowski.

Prezes Instytutu Jagiellońskiego podkreśla, że restrukturyzację należy rozpocząć natychmiast, pomimo tego, że z pewnością wywoła protesty. Wśród najważniejszych kroków wymienia znaczną redukcję zatrudnienia, uporządkowanie liczby spółek kolejowych oraz struktury ich zarządzania, a także aktywne zarządzanie nieruchomościami. W posiadaniu PKP znajduje się wiele nieruchomości, które są niewykorzystane i przynoszą straty. Zdaniem Roszkowskiego już dawno powinny zostać sprzedane, by pokryć długi spółki. Dziś jest to o tyle trudne zadanie, że na rynku nieruchomości wciąż panuje kryzys. Dlatego, jak podkreśla prezes Instytutu, to nie jest najlepszy moment na radykalne oddłużanie spółki. Jednak doraźne działania jak likwidacja linii czy redukcja składów to niewystarczające kroki.

Roszkowski podkreśla jednak, że pomimo fatalnej kondycji kolej jest niezbędna. Nawet po restrukturyzacji będzie wymagać dopłat ze strony państwa, bo tak jest również w innych krajach. Ale zmiany w strukturze spółek są niezbędne.

– Biznesowo to nie musi się dobrze spinać, ale ta kolej bez restrukturyzacji to jest worek bez dna. To się nigdy nie skończy. Pieniądze podatników są cały czas wkładane w ten worek i żadnej poprawy jakości nie ma – uważa Marcin Roszkowski. – Co z tego, że dopłacamy, jak nie jesteśmy wszyscy zadowoleni, bo ciężko powiedzieć, że jesteśmy jako Polacy zadowoleni z usług, które świadczy PKP. Ale to nie znaczy, że tak musi zostać – mówi.

Obecnie w Polsce pociągi jeżdżą wolniej niż przed wojną, a średnia prędkość pociągu towarowego to tylko 26 km/h. Unijna średnia jest niemal dwukrotnie wyższa. Do tego według Roszkowskiego PKP Cargo jest jedyną spółką w dobrej kondycji finansowej. Jest ona dobrym przykładem skutecznej restrukturyzacji i oddłużenia, ale na razie pozostaje raczej wyjątkiem niż regułą. Zdaniem eksperta, nawet ta spółka nie powinna jednak zasiąść na laurach. Konieczna jest dalsza restrukturyzacja i optymalizacja zatrudnienia, a także szybka prywatyzacja – najlepiej poprzez giełdę.

Producenci cementu odczuwają spowolnienie. Odbicie możliwe za rok

Producenci cementu mocno odczuwają spowolnienie gospodarcze. W pierwszym kwartale zużycie tego najpopularniejszego materiału budowlanego spadło o 30 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem, ale częściową winę za to ponosi pogoda. Stowarzyszenie Producentów Cementu jest jednak przekonane, że dzięki unijnym funduszom już za rok gospodarka się odbije.

Zużycie cementu to bardzo dobry wskaźnik stanu gospodarki, z tego względu, że jest głównym surowcem wykorzystywanym w budownictwie. Spowolnienie gospodarcze spowodowało spadek konsumpcji cementu w ubiegłym roku oraz na początku obecnego.

– Liczymy na to, że Polska jest skazana na rozwój, żeby dogonić rozwinięte kraje europejskie, w związku z tym, jak nie w 2013 – potraktujmy to jako okres przejściowy – to już w 2014 spodziewamy się pierwszych sygnałów odbicia się gospodarki – prognozuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Leonard Palka, przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu i dyrektor Cementowni Kujawy, należącej do francuskiej grupy Lafarge

Przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu przewiduje, że pomimo spadającej rentowności firmy cementowe utrzymają się na rynku. Moce produkcyjne w Polsce to 24 mln ton rocznie. Dotychczasowy rekord padł w 2011 r., kiedy zużycie wyniosło 19 mln ton. Branża liczy na powrót do tego poziomu w 2015-2016 r. Pomóc mają w tym środki unijne, które Polska ma otrzymać na inwestycje infrastrukturalne w latach 2014-2020.

Unijne przepisy mogą jednak również stanąć na drodze do odbicia branży. Komisja Europejska rozważa tzw. backloading, czyli wycofanie części praw do emisji dwutlenku węgla. Dla branży cementowej oznaczałoby to konieczność dokupienia nowych zezwoleń, czyli bezpośredni wzrost kosztów produkcji.

– Międzynarodowe korporacje, które decydują o tym, gdzie inwestować w przemysł cementowy, mają do wyboru albo zainwestować w Polsce, albo zainwestować np. na Ukrainie, gdzie nie ma limitów emisji, nikt się tam takimi rzeczami nie przejmuje – wyjaśnia Leonard Palka.

Spowodowany unijnymi regulacjami wzrost cen produkcji cementu w Polsce może zatem spowodować odpływ kapitału.

Przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu uważa, że takie ingerowanie przez KE w przyznanie już limity byłoby szokującą decyzją. Zwłaszcza w kapitałochłonnej branży, jaką jest produkcja cementu, gdzie przedsiębiorstwa planują z wieloletnim wyprzedzeniem i nie są przygotowani na tak nagłe zmiany cen produkcji.

Firmy produkujące cement ucierpiałyby na wycofaniu części zezwoleń na emisję pomimo tego, że polska branża należy do najbardziej ekologicznych w Europie. Wszystkie instalacje są zgodne z najwyższym standardem, więc polscy producenci nie muszą obawiać się ograniczeń pod względem emisji gazów i pyłów.

– Dzięki prywatyzacji, która była przeprowadzona w latach 90. i nakładom inwestycyjnym, które w tych ostatnich 17-18 latach wyniosły ponad 10 miliardów złotych, praktycznie cały przemysł cementowy jest najnowocześniejszy w całej Europie – mówi Leonard Palka. – Na tle innych krajów my mamy jedne z najniższych wskaźników zużycia energii elektrycznej, która w tej chwili wynosi około 100 KWh na tonę cementu, co jest bardzo dobrym wskaźnikiem.

Mimo że producenci cementu mogliby na tym zyskać, Palka sceptycznie zapatruje się na propozycje „Solidarności”, by państwo dopłacało do energochłonnych branż.

– Mam mieszane uczucia, ponieważ jesteśmy w kraju, w którym gospodarka jest uwolniona. Rozumiem doskonale, że w pewnych branżach polityka państwa powinna być długofalowa, przepisy powinny być klarowne i przejrzyste. Natomiast poszczególne branże powinny znaleźć się w sytuacji konkurencyjnej na rynku i sobie radzić – mówi przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu.

Przewodniczący SPC dostrzega szanse w tym, że Bruksela zaczyna bardziej doceniać rolę przemysłu dla całej wspólnoty. Według ostatnio przyjętych założeń udział przemysłu w gospodarce Unii ma wzrosnąć z 16 do 20 proc. do 2020 r.

Od dziś szybki system UTP zastąpi na giełdzie system Warset, a czas trwania sesji zostaje skrócony

Dziś na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych zaczyna działać nowa nowa platforma transakcyjna – UTP. Ma ona umożliwić obsługę nawet 20 tys. zleceń na sekundę. Poprzedni system – Warset – obsługiwał maksymalnie 850. W celu zniwelowania ewentualnego ryzyka związanego z przejściem na nową technologię we wtorek 16 kwietnia nie odbędzie się sesja. Również od dziś wchodzi w życie nowy harmonogram sesji giełdowych. Będą one krótsze o 45 minut.

System Universal Trading Platform to przede wszystkim szybkość, nowoczesność i automatyzacja.

– Nowy system giełdowy UTP to jakby odświeżenie systemu giełdowego – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Robert Kosowski, dyrektor marketingu Domu Maklerskiego BOŚ. – Znikną wszelkie ograniczenia dotyczące ilości składanych zleceń na giełdzie. Dzięki temu mogą wzrosnąć obroty oraz szybkość całego systemu i prędkość realizacji zleceń.

Większość wydatków koniecznych do dostosowania się do nowych warunków poniosła giełda. Chodzi tu m.in. o koszt nowych serwerów, systemów i aplikacji łączących się z biurami maklerskimi. Zmiany na pierwszy rzut oka nie będą jednak widoczne dla inwestorów.

– Oni nadal zobaczą te same ekrany systemów transakcyjnych i ten sam interfejs, co wcześniej – mówi Kosowski. – Pojawi się jeden nowy typ zleceń i lekkie modyfikacje warunków zleceń, które już na giełdzie funkcjonują. Jeśli ktoś jest inwestorem zlecającym coś raz na tydzień czy miesiąc, to te zmiany będą praktycznie niedostrzegalne.

Sesja będzie krótsza

Kolejną zmianą, która od dziś wchodzi w życie jest skrócenie czasu giełdowego. Dla instrumentów rynku terminowego sesja rozpocznie się o 8:45, dla rynku kasowego o 9:00. Natomiast zakończenie dla jednego i drugiego jest zaplanowane na 17:05.

Zmiany są wynikiem rozmów biur maklerskich z GPW. Przekonywały one, że skrócenie sesji pozwoli ograniczyć koszty bez szkody dla obrotu. Nowy harmonogram ma obowiązywać przynajmniej do 31 grudnia.

– Netto to jest skrócenie sesji o 15 minut rano i pół godziny po południu – wyjaśnia dyrektor marketingu DM BOŚ. – Giełda daje sobie czas do końca roku, żeby ocenić wpływ skrócenia sesji na wielkość obrotów. My także wstrzymujemy się z ocenami. Nie planujemy jednak zwolnień, gdyż zmiany zbiegają się w czasie z wdrożeniem nowego systemu giełdowego. Osoby, które poświęcały się wdrożeniu systemu giełdowego nadal będą pracować razem z naszymi maklerami i uczyć się nowych zasad zarówno systemowych, jak i związanych z harmonogramem – dodaje.

A. Blikle: kryzys efektem nieuczciwości przedsiębiorców. Potrzebna jest etyka w biznesie

– Panujący kryzys to efekt lekceważenia wartości moralnych i nieuczciwości w biznesie – mówi przedsiębiorca, Andrzej Blikle dodając, że wygrywa dzisiaj chęć zysku za wszelką cenę. Jego zdaniem problemu nie można lekceważyć, bo może on doprowadzić do jeszcze większego załamania społeczno-gospodarczego.

Według Andrzeja Bliklego świat gospodarczy zaczyna zapominać dzisiaj o wartościach moralnych i o tym, że to uczciwość powinna być podstawą prowadzenia biznesu.

– Rzeczywiście, w sposób nieuczciwy można bardzo szybko zrobić pieniądze – zauważa Blikle. – Ale potem bardzo szybko je tracimy i traci cała masa firm oraz osób powiązanych z naszym przedsiębiorstwem.

Efektem tego jest – według niego – dzisiejszy kryzys gospodarczy na świecie. Sytuacja staje się tym groźniejsza, im więcej jest dużych firm, korporacji, za których działania moralnie nikt nie odpowiada. To akcjonariusze, rada nadzorcza i zarząd powinny, zdaniem przedsiębiorcy, mieć na uwadze najwyższe wartości. Tymczasem często jest odwrotnie, zarządzający posuwają się nawet do wymuszania nieetycznych zachowań na pracownikach.

– Istnieje grupa firm, w których pracownikom się wyraźnie mówi, że liczy się tylko zysk, a droga do tego zysku uzasadnia każde rozwiązanie – mówi Andrzej Blikle. – Ten sposób myślenia doprowadził do kryzysu, który obecnie mamy.

Jak dodaje, panuje dziś społeczne przyzwolenie dla tego typu działań.

– Powtarzanie głęboko fałszywej i szkodliwej mantry, że biznes to brudne zajęcie, i że ten, kto chce odnieść sukces musi być bardziej spolegliwy wobec pewnych koniunktur, musi się pogodzić z tym, że czasami trzeba być nieuczciwym. To jest głęboko nieprawdziwe i bardzo szkodliwe rozwiązanie – mówi przedsiębiorca.

Według niego, przykładem nieuczciwości w biznesie jest wykorzystywanie sytuacji fałszowania żywności i rozpowszechnianie tylko tych informacji, które są negatywne. W ten sposób cierpi cała branża, mimo że nieuczciwych było tylko kilka firm.

– To jest ten sposób myślenia, że żeby wygrać, ktoś musi przegrać lub żeby wygrać trzeba się czasami zgodzić na dokonywanie niegodziwości. Ja jestem bardzo przeciwny takiemu sposobowi myślenia. To i nieuczciwe i bardzo krótkowzroczne – przestrzega Blikle.

World Trends, 15 kwietnia 2013

Poranne notowania cen surowców pokazują silną wyprzedaż najważniejszych instrumentów rynku towarowego. Kontrakty na srebro pikują na południe i po piątkowej silnej przecenie (-6%) dzisiaj o poranku, czyli półtorej godziny przed otwarciem się rynku GPW, także tak mocna wyprzedaż dotknęła srebro. W niełasce znalazło się także złoto, które po ostatnim pięcioprocentowym tąpnięciu tym razem traci -3% osiągając najniższe poziomy od roku czasu.

Komentarz poranny, 15 kwietnia 2013

Spółki wydobywcze przedstawiły krytyczne uwagi do projektu ustawy o podatku od węglowodorów, który ich zdaniem może uderzać w opłacalność eksploatacji złóż konwencjonalnych, a jego efektywna stawka może sięgać nawet 60%. Wg PGNiG od 2016 roku obciążenia podatkowe spółki mogłyby wzrosnąć o 1,2 mld PLN rocznie. Wyliczenia Spółki są znacznie wyższe niż wynika to z materiałów dołączonych do projektu ustawy przez MF (na bazie kalkulacji resortu można było szacować podatek PGNIG w latach 2015-17 na 270 mln PLN i dopiero w latach 2018-20 miało wzrosnąć do 2,4 mld PLN).

Komentarz dzienny, 15 kwietnia 2013

Piątkowe dane o wzroście podaży pieniądza w marcu (+6,6% r/r) wskazują na coraz szybszy przyrost depozytów (w I kw. wzrosły 6,5% r/r) oraz przyrost gotówki (3,3% m/m) w okresie wielkanocnym. Największe kategorie depozytowe mogą zaskakiwać szybkim tempem wzrostu i trajektoriami zmian zbliżonymi do 2010 roku.

Rovese, 8 kwietnia 2013

Najdłuższa od czterech lat zima negatywnie wpływa na popyt na usługi budowlane i sprzedaż materiałów wykończeniowych. Dodatkowo w 1Q’13 wyjątkowo wczesne Święta Wielkanocne skłaniają konsumentów do odłożenia w przyszłość prac modernizacyjnych.

Miesięczny raport analityczny – kwiecień 2013

Oczekiwane umocnienie PLN, dywidendy, powrót kapitału na rynki wschodzące po kilkumiesięcznej korekcie, napływ funduszy do TFI powinny pomagać rynkowi akcji, pomimo słabszego niż oczekiwaliśmy tempa wychodzenia z recesji gospodarek w Strefie Euro i niepewności co do dalszych losów OFE.

Ekonomiści BRE Banku: Polska gospodarka w stanie hibernacji

Wiele wskazuje na to, że początek roku nie przyniósł poprawy sytuacji w polskiej gospodarce, a spadek koniunktury wręcz się pogłębił. Druga połowa roku powinna przynieść poprawę sytuacji ekonomicznej, jednak ta poprawa może mieć charakter wyłącznie statystyczny. Przesłanki wskazujące na gospodarczą stagnację są obecnie silniejsze niż możliwości ożywienia, podobnego do tego z 2009 roku – piszą analitycy BRE Banku w comiesięcznym przeglądzie makroekonomicznym.

Na kwietniowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że stopa referencyjna wynosi 3,25 proc., stopa lombardowa 4,75 proc., depozytowa 1,75 proc., zaś redyskonta weksli 3,50 proc. Prezes NBP powiedział, że inflacja poniżej 1 proc. to poziom wyraźnie poniżej celu inflacyjnego NBP, wynoszącego 2,5 proc. Nie wykluczył jednak kolejnych obniżek. – Marcowa obniżka stop procentowych, zaskakująca jedynie co do skali, lecz w pełni uzasadniona, miała zakończyć cykl luzowania polityki pieniężnej. W świetle oczekiwanych przez nas odchyleń inflacji i PKB od centralnych ścieżek projekcji inflacyjnej NBP spodziewamy się jednak dalszych obniżek stóp w tym roku. – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Ekonomiści BRE w sowim raporcie zwracają uwagę, że początek roku, wbrew oczekiwaniom, przyniósł dalsze pogorszenie koniunktury. Później, według nich, możemy oczekiwać poprawy, ale będzie mieć ona charakter jedynie statystyczny i nie będzie ożywieniem na miarę lat 2009-10. Słabość gospodarki znalazła odzwierciedlenie w bardzo słabym wykonaniu dochodów podatkowych budżetu, po dwóch miesiącach spadły one o 8 proc. r/r. Z największym spadkiem w szczególności przypadku podatku VAT.

– Nasza najlepsza wiedza nie pozwala na nakreślenie wyraźnie pozytywnej wizji polskiej gospodarki w tym roku. Wprawdzie spadek popytu wewnętrznego rekompensuje, jak zawsze, eksport netto, ale ogólne tempo wzrostu będzie niezadowalające. Nawet w drugiej połowie roku trudno liczyć na dynamiczne przyspieszenie wzrostu gospodarczego – zaznacza Ernest Pytlarczyk – Wydaje się że gospodarka w pewnym sensie weszła w fazę hibernacji, w swoich rozmiarach znajdującą ratunek przed sytuacją, w jaką wpadli nasi sąsiedzi. Zewnętrzny impuls popytowy zapewne powróci wraz ze środkami unijnymi od 2014 roku. To jednak nie wesoła perspektywa. Być może stajemy przed szansą poznania autonomicznego tempa wzrostu polskiej gospodarki – dodaje.

Jak zaznaczają ekonomiści BRE, KNF złagodziła regulacje bankowe zawarte w Rekomendacji T, konsultowane są zmiany w Rekomendacji S, rząd wprowadza nowy program gwarancji na zabezpieczenie spłaty kredytów obrotowych udzielanych MSP. Wszystkie te działania są odpowiedzią na spowolnienie gospodarcze odzwierciedlone również w silnie osłabionej akcji kredytowej. Żeby odpowiedzieć na pytanie czy przyniosą one pożądany rezultat trzeba zrozumieć przyczyny leżące u podstaw załamania akcji kredytowej. – Program gwarancji BGK na kredyty obrotowe udzielane MSP powinien rozwiązać znaczna część problemów z zatorami płatniczymi. Chodź z opóźnieniem, to jednak przełoży się na lepszy sentyment przedsiębiorców, jednak jego wpływ na wolumen kredytowy pozostanie ograniczony. Podobnie niewielki wpływ będą miały zmiany w rekomendacjach KNF, których celu upatrujemy bardziej w stabilizacji sektora bankowego niż pobudzeniu akcji kredytowej. – wyjaśnia Paulina Ziembińska, ekonomistka BRE Banku. – Odbicia tej ostatniej oczekiwać należy wraz z odbiciem gospodarki, a zatem najniższych dynamik z rynku kredytowego spodziewamy się w połowie 2013 roku. – dodaje.

Komentarz poranny, 12 kwietnia 2013

Prezes BZ WBK, Mateusz Morawiecki, poinformował, że koszt ryzyka w 1Q 2013 ukształtował się bliżej dolnej granicy przedziału 120-135p.b. wskazanego jako punkt odniesienia na rok 2013. Nie mamy jeszcze dokładnych prognoz na 1Q 2013, ale w naszych prognozach na 2013 zakładamy koszt ryzyka na poziomie 118p.b.

Prezes PZU: w ciągu kilku dni jestem w stanie zgromadzić każdą kwotę potrzebną do wypłaty dywidendy

Zarząd PZU – podobnie jak przed rokiem – liczy się z inną decyzją Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w sprawie dywidendy niż rekomendacja zarządu. Ten chce, aby przekazać prawie 100 proc. zysku netto na wypłatę dywidendy dla udziałowców, co oznaczałoby prawie 30 zł premii, przypadającej na każdą z akcji spółki. Teraz decyzja należy do WZA. – W ciągu kilku dni mogę zgromadzić praktycznie każdą płynność, która jest mi potrzebna – deklaruje Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU.

Zarząd ubezpieczeniowego giganta poinformował rynek, że prawie cały zysk wypracowany w ubiegłym roku jest gotów podzielić pośród osoby, które posiadają w swoim portfelu inwestycyjnym akcję spółki.

– „Prawie” jest spowodowane dwoma rzeczami. Niewielką część zysków, około 10 mln zł, chcemy przeznaczyć na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych, a pozostała część – 6 milionów – to jest tzw. błąd zaokrąglenia – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Andrzej Klesyk, prezes PZU S.A. – Chcemy wypłacić w miarę okrągłą sumę 29,70 zł na akcję. Wypłacenie pozostałych 6 milionów spowodowałoby, że musielibyśmy teoretycznie wypłacać ułamki groszy.

Ostateczna decyzja w tej sprawie zapadnie po posiedzeniu Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, do których należy w tej kwestii ostatnie słowo. W ubiegłym roku spółka wypłaciła za akcję ponad 22 zł.

– Rok temu akcjonariusze postanowili wypłacić o 200 milionów złotych dywidendy więcej niż rekomendował zarząd – przypomina Andrzej Klesyk. – Była to w miarę niewielka różnica, więc nie było z tym żadnego problemu.

I tym razem zarząd przygotowany jest na taką ewentualność. Tym bardziej, że jak stanowią przepisy, będzie miał trzy miesiące od daty zamknięcia Walnego Zgromadzenia na zebranie koniecznych środków. Dla PZU, jak zapewnia jego prezes, nie stanowi to większego problemu.

– W ciągu kilku dni mogę zgromadzić praktycznie każdą płynność, która jest mi potrzebna – zapewnia Andrzej Klesyk.

Przypomina sytuację sprzed czterech lat, gdy w tajemnicy przed rynkiem w ciągu kilku dni spółka „zorganizowała” płynność rzędu 12,7 mld złotych po to, by rozwiązać konflikt między akcjonariuszami.

– Udało się to zrobić bez żadnych zawirowań na rynku, bez paniki na złotówce, bez paniki na obligacjach Skarbu Państwa, bez wysysania rynku pieniężnego, więc akurat ta strona techniczna nie jest problemem dla naszej firmy – mówi prezes spółki ubezpieczeniowej.

PZU S.A. zamknęła ubiegły rok zyskiem przekraczającym 2 mld 570 mln zł. Spółka spełnia wszystkie wymogi nadzoru, by „oddać” zysk w całości swoim akcjonariuszom. Tzw. ocena BION, brana w takich sytuacjach pod uwagę przez Komisję Nadzoru Finansowego, jest jedną z najlepszych w całym sektorze.

Komentarz dzienny, 12 kwietnia 2013

Niższa inflacja na Węgrzech to przede wszystkim efekt niższych cen żywności (wzrost o zaledwie 0,1% m/m, czyli co najmniej 0,5pp poniżej wzorca sezonowego). Podobnie jak w przypadku Czech (też niższe ceny żywności w marcu) korelacja z cenami w tej kategorii w Polsce jest istotna (obie zmienne stosujemy w naszym nowcastowym modelu inflacji w Polsce) i wspiera naszą rewizję w dół prognozy polskiej inflacji do 1,0% (z ryzykiem jeszcze niższego odczytu).

Polski rynek sztuki najsilniejszy w regionie. W ciągu roku urósł o 25 proc.

Polski rynek sztuki rośnie najszybciej w Europie Środkowo-Wschodniej. Wartość sprzedanych w ubiegłym roku dzieł była o jedną czwartą większa niż w 2011 roku. Całkowita wartość dzieł i obrazów sprzedanych na aukcjach w ciągu ostatnich 20 lat (1991-2011) wyniosła 500 mln zł. Centralną rolę w sprzedaży aukcyjnej odgrywa Warszawa, choć znaczące galerie istnieją także w Krakowie, Katowicach i Łodzi. Według raportu Instytutu Skate’s Art Market Research sporządzonego przy współpracy z analitykami Domu Aukcyjnego Abbey House w 2012 r. polskie domy aukcyjne zawarły rekordową liczbę 6,5 tys. transakcji.

Wartość wylicytowanych dzieł w Polsce w 2012 r. wyniosła 61 mln złotych, co stanowi wzrost o 13-14 mln zł, a więc ok. 25 proc. w porównaniu z 2011 rokiem.

– Takich wzrostów życzyłaby sobie większość sąsiednich krajów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prezes Domu Aukcyjnego Abbey House Jakub Kokoszka. – Tempo, w którym rośniemy jest bezprecedensowe w tym momencie. Oczy Czechów, Węgrów, nawet Niemców są zwrócone na nas. To jest rzeczywiście duże osiągnięcie.

Chociaż trudna sytuacja gospodarcza nie omija wielu polskich gospodarstw domowych, to rośnie też ilość osób zamożnych. Według raportu KPMG do 2020 roku będzie już milion takich osób. To może oznaczać, że rynek sztuki będzie się prężnie rozwijał również w kolejnych latach.

Nie bez znaczenia jest też wartość finansowa sztuki. Średnia roczna stopa zwrotu dzieł sprzedawanych powtórnie na aukcjach w Polsce między 1989 a 2012 rokiem to 25,7 proc. Dla porównania wskaźnik WIG 20 osiągnął w tym okresie wzrost 8,7 proc., a fundusze rynku pieniężnego i obligacje zanotowały stopę zwrotu w wysokości 7,3 proc.

– Im gorzej będzie na rynku kapitałowym, tym lepiej będzie na rynku sztuki – twierdzi prezes Abbey House S.A. – Kolejne decyzje RPP o obniżaniu stóp procentowych, a w konsekwencji oprocentowania depozytów, sprawiają, że ludzie decydują się na inne lokowanie aktywów. Więc mamy połączenie z jednej strony coraz niższych stóp zwrotu, które w przypadku rynku dzieł sztuki są stymulujące do rozwoju, a z drugiej strony z tendencją do poszukiwania dywersyfikacji i bezpieczeństwa inwestycji.

Współcześni artyści coraz chętniej kupowani

Według raportu Skate’s Art Market Research wartość pieniężna sprzedanych obrazów Starych Mistrzów stanowi dwie trzecie ogólnopolskiego rynku. Jednak w ilości sprzedawanych dzieł miejsce Starych Mistrzów zajmują młodzi twórcy. Przed 2000 rokiem obrazy starych twórców stanowiły 90 proc. ilości sprzedanych obiektów. W 2012 roku wysokość ta zmniejszyła się do 25 proc. To oznacza, że średnia cena sprzedanego dzieła znaczącą spadła, ale rośnie za to wolumen zakupów. W 2012 roku polskie domy aukcyjne dokonały 6 399 transakcji, a więc ponad tysiąc więcej niż w 2011 roku i aż o ponad trzy tysiące więcej przed pięcioma laty.

– Około 80 proc. rynku w tej chwili stanowią prace do 20 tys. złotych, jeśli patrzymy na sztukę współczesną i sztukę młodą. Natomiast, jeśli mówimy o sztuce dawnej, to około 60-70 proc. rynku to prace do 50 tysięcy złotych – wyjaśnia Jakub Kokoszka.

92 proc. skutecznie licytowanych obiektów to malarstwo i rysunek, a pozostałą część stanowią m.in. rzeźby, fotografie, rzemiosło artystyczne czy biżuteria.

Polski artyści zyskują popularność w świecie

Rynek polski mimo dynamicznego wzrostu nie może konkurować z najbogatszymi krajami świata. Choć liczba zamożnych osób rośnie, to brakuje potentatów finansowych, którzy mogliby np. otwierać prywatne muzea i galerie, a tym samym kupować masowo dzieła sztuki.

– Jest nam bardzo daleko do reszty natomiast tempo, w którym gonimy świat jest duże – mówi prezes Domu Aukcyjnego Abbey House.

Możemy być też dumni z polskich artystów, których prace są coraz chętniej kupowane. Zdaniem prezesa, wartość sprzedawanych polskich dzieł to kilkanaście milionów dolarów rocznie.

– Mowa tu choćby o Henryku Siemiradzkim, którego praca została sprzedana w 2000 roku za 2,14 mln złotych zagranicą. Prace Romana Opałki czy Tamary Łempickiej oscylują w okolicach miliona dolarów i więcej – mówi Jakub Kokoszka.

Rynek e-pożyczek zagrożony przez przygotowywane zmiany w prawie

To może być koniec e-pożyczek. Planowane zmiany w prawie nałożą na pożyczkodawcę obowiązek każdorazowego uzyskiwania pisemnej zgody na sprawdzenie wiarygodności kredytowej klienta. Według Instytutu Globalizacji nowe zapisy ograniczą rozwój rynku.

Wysokość pożyczek udzielanych za pośrednictwem portali internetowych nie przekracza 2 tys. zł, a pożyczkodawcy angażują w to środki własne. Wartość rynku szacowana jest dzisiaj na kilkaset milionów złotych i wciąż rośnie. Z pewnością rozwój rynku zatrzyma zapis, jaki znalazł się w propozycji nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym. Pomysłodawcy zmian chcą, aby pożyczkodawców każdorazowo uzyskiwali pisemną zgodę na sprawdzenie wiarygodności kredytowej klienta.

– Przepisy prawa nie nadążają za rozwijającą się szybko sferą stosunków społeczno-gospodarczych – ocenia Tomasz Moniuszko, radca prawny.

Według eksperta Instytutu Globalizacji, istnieje realne zagrożenie, że potencjalny pożyczkobiorca zrezygnuje z e-pożyczki, bo zmiany wydłużą procedurę jej uzyskania.

– Należy pamiętać, że beneficjent pożyczki jest jak najbardziej zainteresowany tym, żeby tę pożyczkę jak najszybciej uzyskać – przypomina radca prawny. – Utrzymywanie anachronicznych wciąż przepisów, związanych z udzielaniem pisemnej zgody, powoduje, że udzielanie pożyczek staje się utrudnione przez bardzo duże formalne wymogi.

Jego zdaniem dzisiejsze przepisy zapewniają ochronę prawną interesów każdej ze stron – zarówno pożyczkodawcy, jak i pożyczkobiorcy. Jakiekolwiek zaostrzanie prawa, wprowadzanie kolejnych barier formalnych, nie jest więc potrzebne. Moniuszko przywołuje tu przykład Szwecji i Estonii, które – w przypadku e-pożyczek – całkowicie odeszły już od papierowej formy obrotu dokumentami, zastępując ją formą elektroniczną. W tym samym kierunku zmierzają Francja, Wielka Brytania i Niemcy.

– Utrzymywanie przepisów, będących reliktem epoki kodeksu Napoleona jest przeżytkiem – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Tomasz Moniuszko. – Nadal w Polsce obowiązuje dyspozycja artykułu 720 kodeksu cywilnego, który nakazuje zawieranie pożyczek w formie pisemnej, co do wartości czynności cywilno-prawnej przekraczającej 500 zł, co już jest anachronizmem.

Tomasz Moniuszko zwraca uwagę na konieczność głębszej dyskusji na temat odformalizowania niektórych umów cywilno-prawnych, w tym także umów o pożyczki.

MasterCard porozumiało się w sprawie opłat za transakcje kartą. Visa przedstawi swój harmonogram obniżek

Samoregulacja i wspólne ustalenie zasad i harmonogramu obniżania prowizji za transakcję kartami płatniczymi to najlepsza droga do kompromisu dla całej branży – uważają przedstawiciele MasterCard. Organizacja przystąpiła do porozumienia w sprawie opłat interchange przygotowanego przez Związek Banków Polskich. Zakłada ono stopniowe obniżanie prowizji przez kolejne 4 lata. Jednak warunkiem jego wdrożenia jest akceptacja Visy, drugiej organizacji płatniczej. Ta uważa, że najlepsze rozwiązanie zostało wypracowane w ubiegłym roku w ramach Zespołu Roboczego przy NBP.

W ubiegłym roku nad rozwiązaniami dla polskiego rynku pracował Narodowy Bank Polski razem ze Związkiem Banków Polskich i organizacją Visa. MasterCard z powodów prawnych nie uczestniczył w rozmowach i nie przystąpił do porozumienia. Kilka tygodni temu kompromisowe, według MasterCard, rozwiązanie przedstawił Związek Banków Polskich.

– Propozycja Związku Banków Polskich zakłada, że obniżka opłat interchange będzie bezwarunkowa tylko w 2014 r. W kolejnych latach skala redukcji będzie zależała od warunków zaproponowanych przez Narodowy Bank Polski – czytamy w oświadczeniu Mastercard.

Pomysł ZBP akceptują działające na polskim rynku banki.

– Uważamy, że krokiem w bardzo dobrym kierunku jest stopniowe, etapowe obniżanie opłaty interchange tak, żeby banki mogły się dostosować. Nie zapominajmy, że z opłaty interchange finansowane są różne procesy kartowe, rozwój kart i również to, że cena kart jest niska w Polsce. Więc ten proces rozłożony na etapy jest najlepszym rozwiązaniem dla całego rynku – mówi Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK.

Zdaniem przedstawicieli MasterCard ZBP udało się znaleźć rozwiązanie, które są w stanie zaakceptować przedstawiciele różnych banków, ale też takie, które zapewni konkurencję na rynku.

– Największą zmianą będzie podejście do prowadzenia biznesu kartowego po stronie banków, bo to będzie obniżanie ich przychodów z interchange fee. Natomiast jest to przez ZBP tak rozłożone w czasie, że daje to swego rodzaju bezpieczną poduszkę dla konsumentów, którzy nie będą obciążani w nagły sposób podwyższonymi opłatami za karty. Daje to gwarancję dla akceptantów obniżania rok do roku kosztów związanych z akceptowaniem kart – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Michał Skowronek, dyrektor generalny MasterCard Europe.

Jednak wejście w życie propozycji ZBP jest uzależnione od tego, czy zaakceptuje je także Visa. Na razie takiej akceptacji nie ma. Visa Europe natomiast zgłosiła gotowość do realizacji „Programu redukcji opłat kartowych” wypracowanego przez Zespół Roboczy przy NBP.

– Jakiekolwiek rozwiązanie samoregulacyjne wypracowane w ramach inicjatywy ZBP musi być porozumieniem uwzględniającym w równym stopniu interesy konsumentów, banków oraz detalistów, czyli powinno być oparte o kompromisowy „Program redukcji opłat kartowych” wypracowany pod auspicjami NBP, który w ubiegłym roku został zaakceptowany przez wszystkie strony poza MasterCard, w tym przez banki oraz detalistów – czytamy w oświadczeniu przesłanym przez Visa. – W najbliższym czasie, po finalnych konsultacjach z Komitetem Decyzyjnym, Visa Europe przedstawi harmonogram zmian stawek interchange w latach 2014-2017.

Zgodnie z założeniami tego programu opłata interchange miałaby zostać w Polsce obniżona z obecnego poziomu do 1,1 proc. już w tym roku. Kolejne obniżki byłyby uzależnione od rozwoju rynku obrotu bezgotówkowego i zwiększania sieci akceptacji kart. Docelowo do 2017 roku opłata interchange miałaby spaść do poziomu 0,7 proc. Instytucje nie mogłyby również przenosić opłat na osoby korzystające z kart.

Tzw. opłata interchange w Polsce należy do najwyższych w Europie. Waha się w zależności od punktu, w którym świadczona jest usługa. Średnio wynosi 1,4 proc., ale w niektórych punktach sprzedaży wynosi nawet 3 proc. wartości transakcji. W krajach Unii Europejskiej prowizje są znacznie niższe i nie przekraczają 1 proc. od transakcji.

– Spodziewamy się, że w sytuacji obniżania stawek interchange fee będzie poszerzała się grupa akceptantów przyjmujących płatności elektroniczne, kartowe, czyli że coraz więcej sklepów będzie akceptowało karty, w coraz większej liczbie punktów będziemy mogli kartami płacić, znikną karteczki „płatności kartą powyżej 10 czy 20 zł”. To jest nasze główne oczekiwanie – mówi dyrektor generalny MasterCard Europe, uczestnik V Banking Forum.

World Trends, 11 kwietnia 2013

Po wczorajszej sesji na GPW można mieć mieszane uczucia ze względu na słabe zachowanie się małych i średnich spółek oraz niewybicia przez WIG20 pułapu 2382. Otoczenie zewnętrzne w większości sprzyjało kupowaniu akcji nad Wisłą – mowa o zachowaniu się Xetry, która zakończyła dzień wysoko nad kreską wracając do strefy klina, który zaczął stanowić w ostatnich dniach ważny temat do dyskusji odnośnie dalszych losów DAX’a.

W ciągu najbliższych pięciu lat rynek leasingu w Polsce wzrośnie o 41 proc.

Po okresie stagnacji, wynikającej głównie ze spowolnienia gospodarczego, rynek leasingu w Polsce w latach 2013-2017 będzie rósł średnio o 9 proc. rocznie. Choć w strukturze portfela umów leasingowych nadal 90 proc. przychodów będą generować samochody oraz maszyny i urządzenia, to najszybciej rosnącym segmentem okaże się branża IT, w której w ciągu najbliższych pięciu lat skumulowany roczny wskaźnik wzrostu wyniesie aż 17,75 proc. Jak wynika z analiz przeprowadzonych przez ekspertów firmy doradczej Deloitte przychody netto całej branży leasingowej będą rosły rocznie średnio o 8 proc. Aby były one jednak jeszcze wyższe niezbędne jest stworzenie oferty dla klientów indywidulanych i rozwój leasingu konsumenckiego, w szczególności koncentrującej się na sprzedaży nowych samochodów.

Ostatnie kilkanaście miesięcy, z powodu pogorszenia się sytuacji gospodarczej i zahamowania wielu inwestycji, były dla branży leasingowej niełatwe. Jednak, jeżeli tylko nie dojdzie do głębszego tąpnięcia w polskiej gospodarce, firmy z tego sektora w kolejnych latach ponownie wejdą w fazę szybkiego wzrostu. Według analizy przeprowadzonej przez Deloitte wartość należności firm leasingowych brutto wyniesie w tym roku 52 mld zł, a w 2017 r. będzie to już ponad 70 mld zł. Przychody netto w tym samym okresie wzrosną o 700 mln zł, do kwoty 2,6 mld zł. Już w przyszłym roku aktywa przekazane w leasing przekroczą poziom sprzed kryzysu wynoszący 33 mld zł.

W Polsce z usług leasingowych korzystają przede wszystkim jednoosobowe firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą. Każda z tych prawie 340 tys. mikrofirm zapewnia jednak leasingodawcom jedynie 9 tys. zł średniego przychodu rocznie. Dla porównania niecały tysiąc dużych przedsiębiorstw korzystających z leasingu zostawia w tym samym okresie średnio około 280 tys. zł. „Przewidujemy, że w najbliższych latach to nadal głównie mikro i małe przedsiębiorstwa będą korzystać z finansowania w postaci leasingu. Według naszych prognoz wygenerują one aż 68 proc. przychodów netto branży. Same usługi będą zaś najszybciej się rozwijać głównie w obszarach, które banki uznają za zbyt ryzykowne, by je kredytować, np. w branży rolniczej czy budowlanej” – mówi Michał Dubno, Dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte.

Z rosnącej konkurencji w branży leasingowej korzystają przede wszystkim firmy zależne od producentów samochodów czy sprzętu, które proponując usługi dodatkowe odbierają klientów leasingodawcom funkcjonujących w ramach grup bankowych. Tym ostatnim udaje się jednak nadal zachować pozycję dominującą, choć ich udział w rynku sprzedaży spadł w ubiegłym roku do 66 proc. (w 2009 r. było to prawie 72 proc.).

Najbliższe pięć lat nie przyniesie znaczących zmian w strukturze rynku leasingowego. Nadal to finansowanie samochodów oraz maszyn i urządzeń będzie generować około 90 proc. przychodów całej branży. Jak szacują eksperci Deloitte, rynek pojazdów osobowych będzie rósł w tempie około 6 proc. w omawianym okresie, ale usługa CFM (Car Fleet Management, obsługa flot samochodowych) zacznie wypierać klasyczny leasing. „Rynek CFM rośnie o około 20 proc. rocznie i schodzi do coraz niższych segmentów. Najważniejsi gracze zostali zmuszeni do stworzenia produktu dla mikrofirm zainteresowanych wynajmem długookresowym nawet jednego samochodu, choć jeszcze kilka lat temu nie byli zainteresowani klientami chcącymi stworzyć flotę z kilku – kilkunastu aut. Trzeba jednak przyznać, że z drugiej strony ogromna konkurencyjność sprawia, że usługi CFM stają się coraz bardziej ryzykowne” – wyjaśnia Michał Dubno.

W segmencie leasingu maszyn i urządzeń nadal dominującą rolę będą odgrywać maszyny rolnicze, których wartość w 2017 r. wyniesie 5,12 mld zł. Impulsem do dalszego wzrostu rynku będą dotacje z budżetu Unii Europejskiej na lata 2014-2020 na realizację Wspólnej Polityki Rolnej, które wynoszą 28,6 mld zł. Jednak najszybciej rozwijającym się segmentem w branży maszyn i urządzeń będzie leasing sprzętu medycznego, którego wzrost sprzedaży na lata 2013-2017 prognozowany jest na 26 proc., a wzrost przychodów netto na 23 proc. „Leasingiem sprzętu medycznego coraz częściej interesują się przychodnie, centra medyczne, a nawet szpitale, a nie jak to było dotychczas jedynie małe gabinety lekarskie. Trend ten jest wspomagany przez rozwój prywatnej opieki medycznej oraz konieczność wymiany przez szpitale sprzętu medycznego na nowy, wymuszona przez rozporządzenie ministerstwa zdrowia z czerwca ubiegłego roku. Placówki medyczne mają na to czas do końca 2015 r.”- tłumaczy Joanna Jabłońska, Konsultant w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte. W 2017 r. przedsiębiorstwa przekażą w leasing sprzęt medyczny o wartości ponad 2,5-krotnie większej niż w 2012 r.

Równie optymistycznie rysuje się przyszłość segmentu leasingu sprzętu IT i wyposażenia biur. Według prognoz Deloitte sprzedaż leasingu w tej branży w latach 2013-2017 będzie rosła rocznie średnio o 19 proc. a przychody netto wzrosną o 17 proc. Mogłyby być one jeszcze większe ponieważ popyt na tego typu usługi jest duży, ale firmy leasingowe mają zbyt mało pomysłów na zagospodarowanie segmentu IT. Jeżeli sytuacja w gospodarce poprawi się, to leasing maszyn budowlanych również odnotuje wzrosty. Jego wartość ma szansę powrócić do poziomu sprzed 2008 r., a przychody netto wzrosnąć o 11 proc.

Zdaniem ekspertów firmy Deloitte wielką szansą dla firm leasingowych jest zupełnie niewykorzystany w Polsce leasing konsumencki, skupiający się głównie na sprzedaży samochodów. W Polsce na tysiąc mieszkańców przypada jedynie osiem nowo kupowanych aut. Dla porównania w Czechach jest ich dwa razy więcej, w Słowenii 29, nie mówiąc już o Niemczech z 39 samochodami. Winą za ten stan rzeczy jest m.in. brak usług leasingowych dla indywidulanych klientów. Zupełnie inna sytuacja jest w pozostałych krajach naszego regionu, gdzie leasing w zakupie nowych aut przez osoby prywatne sięga 65 proc. (Słowenia), a nawet 72 proc. (Rumunia). „W Polsce oferta produktowa na finansowanie samochodów dla osób fizycznych znajduje się na poziomie epoki kamienia łupanego. Główną barierą jest brak doświadczenia firm leasingowych zarówno w obsłudze jak i w ocenie zdolności kredytowej klientów detalicznych, w czym pomocne mogą być banki. Niestety istnieją także przeszkody prawne, ustawa o kredycie konsumenckim stawia bowiem leasing na równi z kredytem. Branża leasingowa walczy o zmianę tego stanu rzeczy, jednak już dziś istnieją sposoby na to, aby w sposób bezpieczny dla leasingodawcy udostępniać ten produkt na skalę masową, brakuje jednak doświadczenia w branży” – podsumowuje Michał Dubno.

Komentarz poranny, 11 kwietnia 2013

Prezes banku, Bogusław Kott, powiedział, że w ostatnich miesiącach sprzedaż kredytów gotówkowych wynosiła 140-150 mln PLN. Według niego jest to sprzedaż o dobrej jakości. Taki poziom średniej miesięcznej sprzedaży przekłada się na wysoki blisko 40% wzrost Q/Q oraz ponad 100% przyrost R/R.

Brak zachęt na nowe inwestycje po 2014 r? Duże przedsiębiorstwa nie będą mogły finansować nowych inwestycji z funduszy strukturalnych

Zgodnie z propozycjami Komisji Europejskiej, po 2014 r. duże przedsiębiorstwa nie będą mogły finansować nowych inwestycji z funduszy strukturalnych. Dodatkowo, na Mazowszu zostaną pozbawione dostępu do ulg podatkowych w Specjalnych Strefach Ekonomicznych czy dotacji z budżetu państwa. Eksperci firmy doradczej Deloitte uważają nowe przepisy proponowane przez Komisję Europejską za niekorzystne dla dalszego rozwoju gospodarczego w Polsce i rekomendują częściowe utrzymanie dotychczasowych zasad przyznawania pomocy publicznej.

Zmiany, o których mowa zawarto w dwóch dokumentach: rozporządzeniu w sprawie Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (EFRR) oraz projekcie RAG, dotyczącym wytycznych w sprawie regionalnej pomocy państwa na lata 2014-2020. Najważniejsze dotkną przede wszystkim dużych przedsiębiorstw, które nie będą mogły starać się już o wsparcie z funduszy UE na tzw. inwestycje produkcyjne. „W praktyce oznaczać to będzie możliwość przyznawania dotacji UE na inwestycje związane z podniesieniem poziomu innowacyjności produkcji lub usług, w związku z utworzeniem nowego lub rozwojem istniejącego przedsiębiorstwa tylko firmom z sektora MŚP. To z kolei skutkuje brakiem możliwości dofinansowania wydatków kapitałowych związanych z rozbudową i wdrożeniem innowacyjnych rozwiązań w dużych przedsiębiorstwach” – tłumaczy Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider zespołu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte. „Planowane zmiany nie obejmują możliwości uzyskiwania dotacji przez duże firmy na działalność B+R i niskoemisyjną gospodarkę” – dodaje Magdalena Burnat–Mikosz.

Po 2014 r. największe zmiany czekają jednak przedsiębiorców z województwa mazowieckiego, w którym (według danych Eurostatu) w ostatnich latach dochód na jednego mieszkańca przekroczył 90 proc. średniego unijnego PKB. A to oznacza dostępność ograniczenie dostępności jakiegokolwiek wsparcia na nowe inwestycje. Duzi przedsiębiorcy (w tym spółki komunalne) działający, lub planujący podjęcie działalności na Mazowszu nie będą mieli więc już możliwości ubiegania się o wsparcie w ramach polityki regionalnej na inwestycje w jakiejkolwiek formie i z jakichkolwiek źródeł. „Tak wysoki poziom PKB Mazowsze zawdzięcza przede wszystkim Warszawie. Po wyłączeniu stolicy wskaźnik ten znalazłby się prawdopodobnie poniżej 75 proc., co oznaczałoby, że Mazowsze nadal znajduje się w grupie obszarów słabiej rozwiniętych” – mówi Michał Turczyk, Senior Manager w Zespole R&D and Government Incentives, Deloitte.

Nowe rozporządzenia wprowadzają dodatkowo kilka znaczących zmian. Rozpoczęcie prac nad projektem będzie możliwe dopiero po wydaniu decyzji o przyznaniu wsparcia, co znacząco wpłynie na terminy realizacji planowanych inwestycji, jak również na same decyzje o realizacji inwestycji w Polsce, z uwagi na długi okres oczekiwania na decyzje o dofinansowaniu (często nawet powyżej roku). Dotąd ich start był możliwy już po złożeniu przez beneficjenta wymaganej dokumentacji. Zgodnie z planowanymi zmianami, znaczącemu obniżeniu ulegnie również wartość kosztów kwalifikowanych. W przypadku pomocy podlegającej indywidulanej notyfikacji oraz pomocy inwestycyjnej w ramach zgłoszonego programu na rzecz dużych przedsiębiorstw mają one zostać ograniczone tylko do nadwyżki ponad wariant alternatywny zakładający brak pomocy. Ekspertów Deloitte niepokoją także propozycje zmian w kwestiach regionalnej pomocy państwa, jak choćby nowa definicja „pojedynczego projektu inwestycyjnego”. W świetle nowych przepisów za taką będzie można uznać każdą inwestycję rozpoczętą przez tego samego beneficjenta w okresie trzech lat od dnia rozpoczęcia prac nad inną inwestycją objętą pomocą w tym samym regionie NUTS 3. Ograniczeniom ulegnie także m.in. finansowanie na tzw. pomoc operacyjną (koszty zatrudnienia, usług, energii czy czynszu), ale też w branżach, które instytucje unijne uznają za upadające.

Zdaniem ekspertów Deloitte proponowane przez Komisję Europejską zmiany mogą skutkować negatywnymi konsekwencjami dla rozwoju przedsiębiorczości w Polsce i spowolnić proces dyfuzji innowacji w regionach, w tym wśród małych i średnich przedsiębiorców. Innowacyjność gospodarek i regionów jest zależna od dostępu do nowej wiedzy. „Proponowane zmiany są dyskryminujące przede wszystkim dla dużych przedsiębiorców. Mogą spowodować zahamowanie wielu planowanych inwestycji, a co za tym idzie nie powstaną nowe miejsca pracy, ale przede wszystkim osłabią transfer wiedzy i know–how do otoczenia” – wyjaśnia Michał Turczyk.

Kiedy nowe przepisy mogą zacząć obowiązywać? Ostateczna wersja wytycznych w sprawie regionalnej pomocy państwa zostanie uchwalona prawdopodobnie w maju br. Z kolei w Parlamencie Europejskim toczą się rozmowy nad projektem rozporządzenia w sprawie EFRR. Zgodnie z planem ma ono zostać przyjęte do końca czerwca br. w ramach prezydencji irlandzkiej, jednakże z uwagi na istotne rozbieżności pomiędzy stanowiskami instytucji europejskich oraz państw członkowskich istnieje możliwość niedotrzymania tego terminu.

„Opóźnienia w pracach legislacyjnych wpłyną na termin udostępnienia funduszy strukturalnych w Polsce. Dzisiaj, realnie, mówi się już o drugiej połowie 2014/2015 roku. Jednak kluczowa jest niepewność zasad dotyczących dostępności pomocy regionalnej. Te przepisy powinny zostać przyjęte jak najszybciej by firmy mogły uwzględniać nowe wymagania w swoich planach” – podsumowuje Magdalena Burnat–Mikosz.

Samowolne opuszczenie miejsca pracy – Sprawdź, jakie mogą być tego konsekwencje!

Oddalenie się z miejsca pracy przed jej zakończeniem nie zawsze musi skończyć się ukaraniem pracownika zwolnieniem dyscyplinarnym. Kiedy pracodawca ma prawo do zwolnienia dyscyplinarnego, a w jakich sytuacjach wystarczy kara porządkowa, wyjaśnia ekspert, Marta Kosakowska, aplikant adwokacki w TGC Corporate Lawyers.

Zwolnienie dyscyplinarne pracownika w trybie art. 52 kodeksu pracy jest środkiem wyjątkowym i należy je stosować z daleko posuniętą ostrożnością. Zastosowanie tego trybu rozwiązania umowy bez wypowiedzenia jest możliwe z następujących powodów:

1. Ciężkie naruszenie przez pracownika podstawowych obowiązków pracowniczych,
2. Popełnienie w czasie trwania umowy przestępstwa, które uniemożliwia zatrudnianie pracownika na dotychczasowym stanowisku, przestępstwo to musi zostać stwierdzone prawomocnym wyrokiem bądź nie ma wątpliwości co do jego popełnienia,
3. Pracownik utraci uprawnienia niezbędne do wykonywania zawodu na skutek swoich zawinionych działań.

Samowolne opuszczenie miejsca pracy nie występuje w powyższym katalogu. Nie oznacza to jednak, iż w nieuzasadnionych przypadkach jest akceptowane przez ustawodawcę. W pewnych sytuacjach zasadne jest zakwalifikowanie samowolnego opuszczenia miejsca pracy jako ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych. Jednym z nich (określonych w art. 100 § 2) jest bowiem przestrzeganie czasu pracy ustalonego w zakładzie.

Mniej dotkliwe konsekwencje

Zgodnie z utrwalonym orzecznictwem, w sytuacji gdy pracownik opuści stanowisko bez zgody przełożonego, przed podjęciem decyzji o zastosowaniu rozwiązania umowy w trybie art.52 kodeksu pracy, należy w pierwszej kolejności wziąć pod uwagę konkretne okoliczności zdarzenia, w szczególności stan świadomości i woli pracownika (sygn. akt I PKN 300/97). Ponadto, zgodnie z tezą zawartą w wyroku SN z dnia 24 lutego 2012 r. (sygn. akt II PK 143/11) samo opuszczenie przez pracownika pracy przed jej zakończeniem (a dokładnie przed końcem dniówki roboczej) nie jest wystarczające do zastosowania przez pracodawcę sankcji z art. 52 § 1 pkt 1 KP w przypadku stwierdzonego wykonania przez pracownika podstawowych zadań pracowniczych przewidzianych do wykonania na ten dzień oraz przy uwzględnieniu jego szczególnej sytuacji (np. związaną ze stanem zdrowia, samopoczuciem, koniecznością skorzystania z porady lub pomocy lekarza). Przy ocenie, czy opuszczenie miejsca pracy stanowiło ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych, trzeba wziąć pod rozwagę wszystkie towarzyszące temu okoliczności.

Wydaje się, że w sytuacji, gdy działanie niezdyscyplinowanego podwładnego nie cechowało się celowym zawinieniem, złą wolą, złośliwością lub chęcią wyrządzenia pracodawcy szkody, w pierwszej kolejności należy rozważyć zastosowanie wobec niego kary porządkowej – przewidzianej w art. 108 § 1 i 2 Kp tj. upomnienia, nagany bądź kary pieniężnej. Zresztą sam ustawodawca podkreślił, iż przesłankami zastosowania wobec pracownika kary pieniężnej mogą być jedynie szczególnie poważne naruszenia ustalonego porządku, wymienione w art. 108 § 2, tj. opuszczenie pracy bez usprawiedliwienia oraz stawienie się w stanie nietrzeźwości lub spożywanie alkoholu w czasie pracy.

Oddalenie się z miejsca pracy uzasadnione?

Gdy życie bądź zdrowie pracownika jest zagrożone, powinien on powstrzymać się od wykonywania obowiązków, a jeśli takie działania nie wystarczą, aby zapobiec wystąpieniu niebezpieczeństwa, pracownik ma prawo oddalić się z miejsca zagrożenia. Istotne jest jednak, iż w przypadku zastosowania powyższego rozwiązania zatrudniony niezwłocznie musi powiadomić pracodawcę. Co ważne, pracownik nadal pozostaje do dyspozycji pracodawcy, a oddalenie się w celu uniknięcia lub zapobieżenia zagrożeniu nie oznacza opuszczenia miejsca pracy.

Komentarz dzienny, 11 kwietnia 2013

Bez zaskoczenia. RPP pozostawiła stopy na dotychczasowym poziomie ze stopą interwencyjną na poziomie 3,25%. Pomimo pojawienia się w komunikacie bardziej optymistycznych ocen koniunktury globalnej (naszym zdaniem nie w tempo, bo właśnie weszliśmy w kolejny soft-patch w USA), uznano słabość koniunktury w Polsce i szansę na jedynie umiarkowane ożywienie w przyszłości.