Develia ocenia rynek jako stabilny. Sprzedaż odbiła w marcu, oferta ma rosnąć

0

Develia sprzedała 860 lokali na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych w I kwartale 2026 r. Spółka przekazała 1205 mieszkań.

W I kwartale br. Develia sprzedała na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych 860 lokali w porównaniu do 951 w I kwartale 2025 r. oraz 845 w IV kwartale 2025 r. W liczbie sprzedanych mieszkań uwzględniono 131 lokali w inwestycjach pozyskanych dzięki przejęciu Bouygues Immobilier Polska oraz 8 lokali w projektach realizowanych w ramach joint-venture. W minionym kwartale deweloper przekazał 1205 mieszkań w porównaniu do 523 w analogicznym okresie ubiegłego roku, czyli o 130% więcej.

Develia na koniec marca br. miała również zawartych 158 umów rezerwacyjnych, które po podjęciu decyzji przez klientów mogą w najbliższym okresie przekształcić się w umowy deweloperskie. Na koniec 2025 r. spółka miała zawartych 48 takich umów, wobec 433 rok wcześniej.

– Jesteśmy zadowoleni z wyniku osiągniętego w I kwartale, na który warto patrzeć przez pryzmat niskiego poziomu rezerwacji, z jakim weszliśmy w 2026 r. Obecną sytuację rynkową postrzegamy jako stabilną i podtrzymujemy nasze roczne cele. Analiza sprzedaży w minionym kwartale wskazuje na ożywienie, które było widoczne w marcu.  Spodziewamy się, że w kolejnych miesiącach na rynku utrzyma się ograniczona liczba nowych wprowadzeń, co już dziś przekłada się na mniejszą dostępność mieszkań, szczególnie w Warszawie. W tym otoczeniu będziemy koncentrować się na rozszerzaniu oferty poprzez uruchamianie nowych projektów, co powinno wspierać naszą sprzedaż w dalszej części roku – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii.

Develia planuje w tym roku wprowadzić do oferty i rozpocząć budowę 4350-4550 mieszkań, z czego większość w I półroczu. W I kwartale deweloper wprowadził do sprzedaży blisko 1500 lokali w 11 projektach.

W okresie styczeń – marzec 2026 r. najwięcej mieszkań znalazło nabywców w projektach: Unii Lubelskiej Vita w Poznaniu, M Bemowo i Aleje Praskie w Warszawie, Południe Vita w Gdańsku oraz Centralna Vita w Krakowie.

Rozejm nie wystarczy. Braki Jet A1 i drogie paliwo zmieniają europejskie lotnictwo

„Paliwo Jet A1 jest niedostępne” – taki komunikat dotarł do pilotów lecących na lotnisko Brindisi w regionie Apulia w południowych Włoszech. Tankowanie możliwe jest w przypadku lotów rządowych, misji ratowniczych oraz poszukiwawczych. Niedobory pojawiły się również na lotniskach Mediolan-Linate, Bolonia, Treviso i Wenecja[1]. Dwutygodniowy rozejm nie sprawi, że sytuacja wróci do normy i nastąpi stabilizacja cen.

Z kolei – jak informuje portal Supply Chain – duzi przewoźnicy, tacy jak United Airlines, Scandinavian Airlines i Air New Zealand, ograniczają rozkłady lotów, co wpływa na pojemność ładunkową i zwiększa złożoność logistyczną dla firm zależnych od szybkich przesyłek międzynarodowych. Linie lotnicze Scandinavian Airlines odwołały już ok. 1000 lotów w tym miesiącu, głównie w zakresie krótkodystansowych połączeń regionalnych[2]. Według danych Argus cena paliwa lotniczego w Europie osiągnęła w czwartek tuż przed świętami rekordową cenę 1900 dolarów za tonę.

W szczególnie trudnej sytuacji wydaje się Wielka Brytania, która według mediów pozyskuje nieproporcjonalnie dużą część nafty bezpośrednio z regionu Zatoki Perskiej. To sprawia, że ​​kraj ten jest niezwykle zależny od bezpieczeństwa morskich szlaków transportowych na Bliskim Wschodzie. Bez dostaw obecne rezerwy nafty w Wielkiej Brytanii wystarczą zaledwie na pięć do sześciu tygodni. Jeśli kryzys się utrzyma, brytyjskie lotniska przesiadkowe, takie jak Londyn-Heathrow czy Gatwick, mogą zostać zmuszone do wprowadzenia środków racjonowania, podobnych do tych we Włoszech. Miałoby to poważny wpływ na podróże międzynarodowe, ponieważ Wielka Brytania jest kluczowym węzłem transatlantyckim[3].

Zacznijmy od cyfr

Cieśnina Ormuz to kluczowy szlak wodny u ujścia Zatoki Perskiej, łączący produkcję ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego (LNG) na Bliskim Wschodzie z rynkami światowymi poprzez Morze Arabskie i Ocean Indyjski. Przez cieśninę transportuje się ok. 20% dziennego światowego zapotrzebowania na ropę, wynoszącego 100 mln baryłek. Z tego 15 mln baryłek stanowi ropa naftowa, a 5 mln – produkty ropopochodne.

Według danych S&P Global Energy, na które powołuje się turecka agencja informacyjna Anadolu[4], codziennie z Bliskiego Wschodu i północno-zachodniej Europy dostarcza się ok. 177 tys. baryłek paliwa lotniczego, przy czym 31 tys. – do południowej Europy i wschodniej części Morza Śródziemnego, 100 tys. – do Afryki oraz 17 tys. – do Azji. Dodatkowo 34 tys. baryłek paliwa lotniczego z tego regionu przesyła się przez Kanał Sueski, głównie do Egiptu. Według Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych (IATA) ok. 30% europejskiego zapotrzebowania na paliwo lotnicze pochodzi z Zatoki Perskiej.

To dane dotyczące dużego lotnictwa. W jego cieniu pozostaje cały rynek General Aviation, który również odczuwa skutki rynkowych zawirowań.

– Dzisiaj, i zapewne przez kilka kolejnych dni, jeżeli nie tygodni, najważniejszym czynnikiem wpływającym na wzrost cen pozostaje relacja popytu do podaży. Gdy niszczone są instalacje wydobywcze, terminale przesyłowe, a kluczowe szlaki handlowe zostają zablokowane, podaż surowca do produkcji benzyn – ale też wielu innych produktów ropopochodnych – drastycznie spada. To zaburza równowagę całego rynku – podkreśla Konrad Bieńkowski, członek zarządu spółki Warter Fuels.

Aby zdać sobie sprawę ze skali obecnych perturbacji, wystarczy jedno porównanie. Kryzysy naftowe lat 70. XX wieku, które wstrząsnęły Europą Zachodnią i Stanami Zjednoczonymi, wynikały z sankcji i embarg OPEC, eliminujących ok. 7% światowych dostaw ropy. Skutkiem było racjonowanie paliw w najbogatszych krajach świata oraz długotrwały kryzys gospodarczy. Zamknięcie Cieśniny Ormuz dotyczy aż 20% podaży ropy i produktów paliwowych.

Współczesna gospodarka znajduje się jednak w innym miejscu niż 50 lat temu. Zmieniła się choćby rola USA na rynku ropy i gazu. Powstały nowe rurociągi i rafinerie, a teoretycznie łatwiej dziś znaleźć alternatywnych dostawców i trasy eksportu z regionu Zatoki Perskiej. – Problem w tym, że świat jest znacznie bardziej uzależniony od ropy i gazu niż pół wieku temu. Nie wszędzie istnieją rurociągi, a tam, gdzie ich nie ma, nie zawsze można prowadzić konwoje cystern – choć decyzja Iraku o transporcie ropy przez Syrię do bezpieczniejszych portów może znaleźć naśladowców. Każda nowa trasa wymaga przetestowania i wydłuża czas dostaw. Wraz z tym rośnie cena ropy i obawa przed jej brakiem – przypomina Konrad Bieńkowski.

Podaż mniejsza niż popyt

Rafinerie na całym świecie są gotowe zapłacić więcej, by zapewnić sobie ciągłość dostaw. Skoro płacą więcej, drożeją również produkty gotowe, np. benzyna na giełdach. Co więcej, zanim jeszcze stanie się droga z powodu przetwarzania droższej ropy, drożeje wskutek zwiększonego popytu generowanego przez konsumentów chcących zaopatrzyć się w paliwo, zanim wzrosną ceny. To spirala, która napędza szybkie podwyżki.

– Producenci benzyn lotniczych kupują półprodukty w oparciu o formuły zakupowe – matematyczne wzory oparte m.in. na notowaniach benzyny samochodowej na odpowiednich giełdach paliw. Jeśli benzyna samochodowa drożeje, automatycznie drożeją półprodukty do produkcji benzyn lotniczych. W samym marcu tego roku ceny benzyn gotowych na światowych giełdach wzrosły o ponad 45%, a oleju napędowego – newralgicznego dla transportu kołowego – o 90%. Kolejnym czynnikiem jest kurs walut. Półprodukty kupowane są globalnie, więc relacja euro i dolara do złotówki ma bezpośredni wpływ na ceny – twierdzi Konrad Bieńkowski.

Na cenę litra paliwa wpływa wiele czynników, nie tylko koszt ropy

Gdy drożeją produkty energetyczne, drożeje wszystko – przewoźnicy podnoszą ceny, rosną koszty energii i produkcji. W przypadku benzyn samochodowych koszty półproduktów i wytworzenia stanowią dziś 68% ceny końcowej (wcześniej 54%). Zmiana ta jest skutkiem zmniejszenia obciążeń fiskalnych. W benzynach lotniczych udział ten wynosi ok. 61%, ponieważ wykorzystuje się surowce wysokooktanowe o dużej czystości. Resztę stanowią podatki: akcyza, VAT i opłata paliwowa.

Akcyza na benzyny lotnicze wynosi 1822 zł/l i jest wyższa niż w przypadku benzyn samochodowych – a obniżki akcyzy i VAT wprowadzone w ramach pakietu pomocowego CPN nie obejmują paliw lotniczych. Dyrektywa europejska dopuszcza niższą akcyzę dla paliw bezołowiowych, ale w Polsce benzyny bezołowiowe lotnicze objęte są najwyższą stawką. Jedyną ulgą jest zwolnienie z akcyzy dla podmiotów szkoleniowych. Użytkownik „rekreacyjny” musi ponosić pełne obciążenia fiskalne.

– Dziś wyraźnie już widzimy, że sytuacja w dużym lotnictwie zaczyna przekładać się także na General Aviation. Na razie obserwujemy obawy związane z przyszłymi cenami. Klienci kupują paliwo na zapas, co wydłuża czas dostaw – wszystkie autocysterny mają pełne obłożenie – mówi Konrad Bieńkowski.

Kiedy sytuacja może się uspokoić?

Nawet gdyby konflikt skończył się w tym tygodniu – ceny nie spadną. Może przestaną co najwyżej tak szybko rosnąć. – Pamiętajmy, że odbudowa zniszczeń wojennych to złożony proces. Nie chodzi tylko o materiały budowlane, ale także o maszyny i urządzenia. Odbudowa i przywracanie zdolności produkcyjnych potrwa miesiące. Na razie jesteśmy w jego gorącej fazie. Sprzeczne komunikaty administracji USA również nie pomagają. Jeśli dostawy do niektórych regionów świata w konsekwencji zniszczeń infrastruktury produkcyjnej spadły o 20%, odbudowa potrwa, a ceny w najlepszym razie się ustabilizują — o ile nie wystąpią braki surowca. Kraje najbardziej dotknięte niedoborami będą ściągać ropę z innych kierunków, płacąc więcej. Zawracanie tankowców i gazowców na Atlantyku może stać się codziennością. Konsekwencje mogą pójść jeszcze dalej. W niektórych rejonach Europy już mocno rewidowana i obcinana jest siatka połączeń lotniczych – właśnie z powodu braków paliwa. Wygląda na to, że w przypadku braków zaopatrywanie zawęzi się do rejonów najbliższych miejscu produkcji – zdecydowanie podkreśla Konrad Bieńkowski.

Podsumowując, na cenę benzyn lotniczych wpływa wiele czynników: zapasy, okresy rozliczeniowe, formuły zakupowe, kursy walut, koszty transportu i przetwarzania. Szybkość zmian zależy m.in. od wielkości zapasów i harmonogramów dostaw. Gdybyśmy jednak chcieli wybrać jeden, po którym można by stwierdzić, że coś się będzie działo, zarówno w benzynach lotniczych, jak i samochodowych, to jest to cena paliw gotowych na światowych giełdach. – Warto również współpracować ze sprawdzonymi partnerami, to najlepsza gwarancja pewności dostaw – zapewnia Konrad Bieńkowski.

[1] https://aviation.direct/en/Fuel-is-becoming-scarce-at-several-airports-in-Italy.

[2] https://supplychaindigital.com/news/jet-fuel-crisis-why-flight-cuts-are-squeezing-cargo.

[3] https://aviation.direct/en/Fuel-is-becoming-scarce-at-several-airports-in-Italy.

[4] https://www.aa.com.tr/en/economy/jet-fuel-prices-double-amid-strait-of-hormuz-blockade-paralyzing-supply-flows/3886851.

AI zmienia zakupy online. Konwersacyjny e-commerce zwiększa konwersję nawet 4 razy

Konwersacyjny e-commerce: 4 razy wyższa konwersja i 47 proc. szybsze zakupy. Moda czy nowy standard sprzedaży online?

66 proc. kupujących w USA i Wielkiej Brytanii deklaruje gotowość do korzystania z asystenta AI przy zakupach, a 45 proc. konsumentów już używa go do odkrywania produktów – wśród osób w wieku 25–34 lata to aż 59 proc. kupujących. Wartość rynku conversational commerce ma urosnąć z 8,8 mld USD w 2025 roku do 32,7 mld USD do 2035. Czy polski e-commerce zdąży wskoczyć do tego pociągu?

Konwersacyjny e-commerce to podejście do sprzedaży online, w którym klient wchodzi w interakcję z platformą za pomocą naturalnego języka – tak jak rozmawiałby z prawdziwym doradcą w sklepie stacjonarnym. Zamiast filtrować i klikać, opisuje, czego szuka. System rozumie intencję, kontekst i ograniczenia – a jeśli zapytanie jest zbyt ogólne, prosi o doprecyzowanie. To istotna różnica w stosunku do rozwiązań, które znamy od lat.

Klasyczny chatbot działa na zasadzie drzewa decyzyjnego i odpowiada wyłącznie na z góry zaprogramowane pytania. Gdy użytkownik zapyta inaczej, niż przewidział programista, system się gubi – nie rozumie kontekstu, nie pamięta poprzednich wiadomości, nie potrafi rekomendować produktów na podstawie złożonych preferencji” – zauważa Dominika Wojnar, Lead Account Manager w Luigi’s Box. „Z kolei live chat z konsultantem daje wyższy poziom zrozumienia, ale ma swoje ograniczenia: człowiek obsługuje tylko kilka rozmów pod rząd, nie jest dostępny całą dobę, a jakość pomocy zależy od jego wiedzy i dyspozycji w danej chwili”.

Konwersacyjny e-commerce łączy to, co najlepsze w obu podejściach – skalę i dostępność AI z jakością doświadczenia rozmowy. Nie zastępuje doradcy – symuluje go na poziomie, który jeszcze niedawno był nieosiągalny dla maszyny.

Realna potrzeba czy technologiczna moda? Liczby mówią same za siebie

Entuzjaści nowych technologii mają skłonność do ogłaszania każdej kolejnej innowacji „rewolucją”. Warto więc sprawdzić, czy za konwersacyjnym e-commerce stoją rzeczywiste zachowania klientów, czy tylko marketingowy szum.

Dane są przekonujące. Aż 66 proc. kupujących w USA i Wielkiej Brytanii deklaruje gotowość do korzystania z asystenta AI przy zakupach online[1]. Co więcej, na początku bieżącego roku 45% konsumentów już używało asystenta AI do odkrywania produktów[2] – a wśród grupy wiekowej 25–34 lata odsetek ten sięga 59 proc.[3]. Nie jest to zatem zachowanie »niszowe«” – potwierdza ekspertka. „Biznesowa strona rachunku jest jeszcze bardziej wymowna. Sklepy z asystentem AI osiągają nawet czterokrotnie wyższy współczynnik konwersji w porównaniu do platform bez takiego rozwiązania – odpowiednio 12,3 proc. wobec 3,1 proc[4]. Zakupy finalizowane są 47 proc. szybciej, a sklepy korzystające z chatbotów nowej generacji notują średnio 23 proc. wzrost konwersji[5]. Jeśli do tego dodać dane rynkowe – wartość segmentu conversational commerce szacowana jest na 8,8 mld USD w 2025 roku i ma osiągnąć 32,7 mld USD do 2035 roku[6] – trudno mówić o chwilowej modzie”.

Adopcja rozwiązania jest co prawda jeszcze „nierówna” i zależy mocno od jakości konkretnego wdrożenia oraz branży. Ale kierunek jest jednoznaczny: klienci chcą szukać produktów i kupować tak, jakby rozmawiali ze sprzedawcą.

W jakich branżach konwersacyjny model ma największy sens?

Nie każda kategoria produktów wymaga rozmowy. Konwersacyjny e-commerce sprawdza się przede wszystkim tam, gdzie decyzja zakupowa jest złożona, spersonalizowana lub emocjonalna – gdzie klient potrzebuje kogoś, kto pomoże mu wybrać, a nie tylko wyszukać.

Moda i odzież to segment wprost stworzony dla tego rozwiązania. Klient nie szuka po prostu „kurtki” – szuka „kurtki na deszczową jesień do codziennych spacerów z psem, w stylu casual, w rozmiarze M, najlepiej w stonowanych kolorach, posiadającej kaptur”. Standardowy filtr nie zrozumie takiego zapytania, za to model konwersacyjny – tak. Segment elektroniki i RTV/AGD to kolejny oczywisty kandydat do wdrożenia konwersacyjnego e-commerce, ponieważ parametry techniczne bywają przytłaczające dla przeciętnego kupującego.

Segment beauty i kosmetyków to także obszar działający w oparciu o bardzo spersonalizowane potrzeby kupujących: typ skóry, problemy dermatologiczne, skład INCI, kompatybilność produktów. Nabywcy oczekują tu poziomu rozmowy, który wcześniej był zarezerwowany dla dobrego dermokosmetologa w drogerii. Warto wspomnieć też o farmacji i zdrowiu – wrażliwym kontekście, w którym klient często wstydzi się pytać wprost i docenia dyskretną, asystencką formę interakcji.

Gdzie konwersacyjny model ma mniejszy sens? Tam, gdzie zakup jest prosty i transakcyjny – czyli w takich obszarach jak artykuły biurowe, standardowe materiały eksploatacyjne, powtarzalne zamówienia spożywcze. Choć i tam pojawia się wartość przy odkrywaniu nowości czy planowaniu zakupów. Ogólna zasada jest prosta: im więcej zmiennych w decyzji zakupowej, tym więcej sensu ma rozmowa zamiast filtrów.

Czy konwersacyjny e-commerce stanie się standardem w Polsce?

Wszystko wskazuje na to, że konwersacyjny e-commerce w ciągu najbliższych kilku lat przejdzie w Polsce drogę od niszy do standardu. Pytanie nie brzmi już „czy?”, ale „jak szybko?” to nastąpi.

Polski rynek e-commerce rośnie w imponującym tempie, a Polacy należą do najbardziej mobilnych konsumentów w Europie. Wysokie nasycenie smartfonami i rosnące oczekiwania wobec personalizacji tworzą idealne warunki do adopcji konwersacyjnego interfejsu” – stwierdza Dominika Wojnar. „Sygnał z rynku już nadszedł. W marcu 2026 roku jeden z największych graczy logistycznych w Polsce uruchomił asystenta zakupowego AI dla swoich 16 milionów użytkowników, prowadzącego ich przez cały proces zakupowy w ramach jednej aplikacji. To nie jest eksperyment – to deklaracja, że konwersacyjny interfejs staje się pełnoprawnym kanałem sprzedaży”.

W perspektywie roku konwersacyjne wyszukiwanie i asystenci zakupowi staną się standardowym elementem oferty większych sklepów – podobnie jak kilka lat temu stało się to z wyszukiwarką produktową czy silnikami rekomendacji” – dodaje ekspertka. „W perspektywie 3–5 lat możemy spodziewać się, że interfejs konwersacyjny wyprze tradycyjną nawigację kategoriami w segmencie mobile, szczególnie w branżach fashion, beauty i elektronice. Sklepy, które nie zaoferują tej ścieżki, będą postrzegane jak te bez sensownej wyszukiwarki – czyli jako archaiczne”.

[1] https://www.experro.com/blog/conversational-commerce-statistics-and-market-size/

[2] https://www.digitalapplied.com/blog/ai-shopping-assistants-45-percent-shoppers-use-ai-discovery

[3] https://www.prweb.com/releases/two-thirds-of-shoppers-now-open-to-using-ai-assistants-to-help-them-buy-online-302680182.html

[4] https://neuwark.com/blog/conversational-commerce-2026-ai-replacing-shopping-cart

[5] https://www.experro.com/blog/conversational-commerce-statistics-and-market-size/

[6] https://neuwark.com/blog/conversational-commerce-2026-ai-replacing-shopping-cart

Aleksandra Karczewska nową Associate Director w Savills Polska

0

Wraz z początkiem kwietnia 2026 roku do zespołu doradztwa inwestycyjnego w Savills Polska, dołączyła Aleksandra Karczewska. Ekspertka z ponad 13-letnim doświadczeniem w branży nieruchomości komercyjnych objęła stanowisko Associate Director. To istotne wzmocnienie kompetencji Savills w obszarze doradztwa transakcyjnego, szczególnie w sektorach biurowym, logistycznym oraz  retailu.

Aleksandra Karczewska w trakcie swojej kariery zawodowej doradzała wiodącym międzynarodowym inwestorom oraz deweloperom w transakcjach na rynku biurowym i logistycznym, ale także w retailu. W gronie jej dotychczasowych klientów znajdowały się takie podmioty jak m.in. LaSalle IM, Stena Real Estate, Echo Investment, KGAL, Uniqa, Wood & Co., Martley Capital, IROKO oraz CORUM.

Podczas pracy w poprzedniej firmie Aleksandra brała udział w transakcjach o łącznej wartości przekraczającej 850 mln EUR. Odpowiadała za pełen cykl procesu inwestycyjnego – od identyfikacji okazji rynkowych (sourcing) i analiz rentowności (underwriting), przez modelowanie finansowe i audyty umów najmu, po koordynację procesów due diligence oraz negocjacje umów kupna-sprzedaży. Posiada bogate doświadczenie w procesach typu buy-side i sell-side oraz doradztwie strategicznym.

Do jej najważniejszych sukcesów transakcyjnych należy m.in. udział w transakcji off-market biurowca Wronia 31 w Warszawie pomiędzy LaSalle IM a Uniqa, a także doradztwo na rzecz Stena Real Estate przy zakupie od Skanska dwóch budynków biurowych w Krakowie i Wrocławiu za łączną kwotę 126 mln EUR.

W Savills Aleksandra będzie odpowiedzialna za doradztwo w zakresie transakcji inwestycyjnych. Będzie odgrywać kluczową rolę w pozyskiwaniu i realizacji nowych projektów biznesowych, a także w prowadzeniu i koordynowaniu procesów transakcyjnych oraz due diligence. Będzie nadzorować także analizy finansowe i underwriting, uczestniczyć w opracowywaniu dopasowanych rozwiązań doradczych oraz wspierać rozwój zespołu, dbając jednocześnie o najwyższe standardy świadczonych usług.

Dołączenie Aleksandry do Savills to istotne wzmocnienie naszych kompetencji transakcyjnych w kluczowym momencie dla rynku. Jej ekspercka wiedza w zakresie strukturyzowania złożonych transakcji oraz doskonałe relacje z międzynarodowym kapitałem pozwolą nam jeszcze lepiej wspierać klientów w poszukiwaniu wartości w ich portfelach nieruchomości. Doświadczenie Aleksandry w sektorach biurowym, logistycznym oraz retailu, idealnie wpisuje się w strategię rozwoju naszego działu – mówi Mark Richardson, Head of Investment w Savills Polska.

Przed dołączeniem do Savills Polska, Aleksandra Karczewska była związana z Colliers, a jeszcze wcześniej przez ponad sześć lat pracowała w Burlington Real Estate (BSC / Sharman Church), gdzie doradzała inwestorom w regionie CEE. Karierę zawodową rozpoczynała w Departamencie Nieruchomości Komercyjnych Banku Pekao S.A.

Aleksandra jest absolwentką studiów Master of Science in Real Estate na University College of Estate Management w Reading (Wielka Brytania). Ukończyła także Finanse i Rachunkowość w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie oraz studia podyplomowe z zakresu wyceny nieruchomości na Politechnice Warszawskiej. Jest członkiem Królewskiego Instytutu Dyplomowanych Rzeczoznawców (MRICS) oraz aktywną przedstawicielką komitetu Young Leaders w ramach Urban Land Institute (ULI) Poland.

TACO na giełdach. Deeskalacja rozpędza zieloną falę na rynkach

Końca cywilizacji nie ma, a każda ze stron ogłasza zwycięstwo – tak mniej więcej można podsumować zawieszenie konfliktu na Bliskim Wschodzie. Trzeba jednak podkreślić, że jest to dobra informacja dla całego świata. W rynkowym menu smak TACO to powrót skłonności do ryzyka.

Zawieszenie wystarcza rynkom

USA i Iran zgodziły się na dwutygodniowe zawieszenie broni. Oznacza to zatrzymanie amerykańsko-izraelskiej operacji wojskowej, która zgodnie z zapowiedziami Trumpa miała wywołać masowe zniszczenia w kraju wroga, a nawet zniszczyć cywilizację. W zamian Teheran ma ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz. Mediatorem był Pakistan, który według doniesień medialnych „błagał” o odroczenie terminu ultimatum prezydenta USA. Deeskalacja to dobra wiadomość, jednak pamiętajmy, że nie jest to ani koniec wojny, ani gwarancja braku ataków w przyszłości. Zwłaszcza że już kilka krajów arabskich z Zatoki Perskiej poinformowało o kolejnych nalotach ze strony Iranu. Dodatkowo Premier Izraela, mimo aprobaty decyzji Trumpa, wciąż twierdzi, że zawieszenie broni nie dotyczy Libanu. Mamy zatem do czynienia z deeskalacją, ale powstaje pytanie, jak trwała ona będzie. Testem wydaje się być piątkowa runda negocjacji pomiędzy przedstawicielami USA i Iranu w Islamabadzie, która przykuwać będzie uwagę całego świata.

Ropa dołuje, giełdy na zielono, dolar traci

Deeskalacyjne doniesienia przyniosły ulgę niemal na każdym rynku. Zacznijmy od ropy, gdzie wyceny dosłownie runęły. Odmiana amerykańska w momencie pisania tekstu odnotowuje ponad 15% spadek względem wtorkowego zamknięcia. Jeszcze wczoraj kontrakty terminowe na WTI swoje maksima wyznaczały powyżej 117 USD za baryłkę. Dziś do południa wykres potrafił wskazywać wartości poniżej 95 USD. Dla BRENT różnica jest nieco mniejsza, jednak nie mniej imponująca. Notowania poniżej 94 USD to prawie 18 dolarów taniej względem wczorajszych szczytów. Pełne emocji ruchy widać także na innych surowcach, rynkach kapitałowych czy na forex. Złoto, srebro i kryptowaluty rosną, podobnie jak europejskie giełdy. WIG20 po godzinie 13:30 znajduje się przy 3540 pkt, co oznacza ok. 3,4% wzrost. Niemiecki DAX jest jeszcze bardziej zielony (ok. 4,8% na plusie).

W końcu przechodzimy na rynek walutowy, gdzie kapitał polubił ryzyko. Traci na tym amerykański dolar, do którego inwestorzy uciekali w ciągu ostatnich 5 tygodni. Kurs głównej pary walutowej świata przebija właśnie 1,17 USD (jeszcze o północy byliśmy o cent niżej). Odpływ kapitału od dolara widać na USD/PLN, który zniżkuje poniżej 3,635 PLN. Krajowa waluta dobrze radzi sobie względem euro. Wykres EUR/PLN schodzi poniżej 4,255 PLN. Kurs CHF/PLN o godzinie 13:30 to 4,613 PLN, natomiast GBP/PLN to 4,895 PLN.

Niewojenne tło

Oprócz informacji z Bliskiego Wschodu, w środę rynki otrzymały kilka ciekawych danych makroekonomicznych. Za naszą zachodnią granicą odnotowano 3,5% r/r wzrost zamówień w przemyśle (poprzednio 0,3% r/r). W całej strefie euro delikatnie powyżej oczekiwań znalazła się sprzedaż detaliczna (1,7% r/r, konsensus 1,6% r/r). Dodatkowo o 3% r/r spada inflacja producencka. Dziś te odczyty nie mają tak istotnego wpływu na kurs eurodolara jak doniesienia z Bliskiego Wschodu, jednak są korzystne dla unijnej waluty. Odchodząc od strefy euro, nie można zapomnieć o ponownie zaskakująco dobrych danych z Węgier. Przypomnę, że ostatniego dnia marca dowiedzieliśmy się o aż 26,3% r/r wzroście wynagrodzeń za styczeń. Dziś dane inflacyjne (1,8% r/r) są niższe od spodziewanego skoku z 1,4% r/r do 2,2% r/r, a sprzedaż detaliczna rośnie z 3,5% r/r do 3,8% r/r. Nie wchodząc w polityczne dywagacje, dodam jedynie, że w niedzielę w omawianym kraju odbędą się wybory parlamentarne. Przypadku nie można się za to doszukiwać w dzisiejszym umocnieniu nowozelandzkiego „kiwi”. Waluta umacnia się względem słabego USD o 1,7%. Do tak silnego ruchu swoją cegiełkę dołożył Bank Rezerwy Nowej Zelandii, który, po pozostawieniu kosztu pieniądza na dotychczasowym poziomie 2,25%, jasno zasygnalizował swoje obawy inflacyjne. Jastrzębi komunikat podwyższył prognozy docelowego poziomu stóp procentowych w Nowej Zelandii. Rynek widzi opcję nawet dwóch podwyżek o 25 punktów bazowych do końca roku, co przekłada się na siłę NZD. To nie ostatnie istotne dane od bankierów centralnych w tym tygodniu. Wieczorem czeka nas publikacja protokołu FOMC z marcowego posiedzenia, a już jutro poznamy kwietniową decyzję Rady Polityki Pieniężnej.

Rosną w tempie rakiety, spadają jak piórko. Przewoźnicy drogowi o cenach paliw

Ceny paliw rosną jak wystrzał rakiety, a spadają z lekkością piórka. Jako Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych nie mamy żadnych wątpliwości, że nawet ustabilizowanie sytuacji na Bliskim Wschodzie i dobre zmiany w kontekście tego konfliktu nie spowodują, że tak jak dramatycznie zmieniły się na niekorzyść ceny paliw i ropy, tak nagle wszystko się uspokoi i wróci do stanu z przełomu stycznia i lutego 2026.

Sytuacja geopolityczna charakteryzuje się obecnie daleko idącą nieprzewidywalnością. Środowe uspokojenie nastrojów z jednej strony cieszy, bo jeszcze dzień wcześniej prezydent Trump mówił o „rozwiązaniach ostatecznych”, ale z drugiej strony czy jesteśmy w stanie przewidzieć ja wyglądać będzie sytuacja w czwartek i w kolejnych dniach? Ceny na rynku ropy szaleją i tak naprawdę przewidywanie cen na kolejne tygodnie do przodu. Oczywiście zauważalne jest, że już teraz ceny na światowych rynkach nieco spadają, mowa o około 15% do około 95 USD za baryłkę Brent. To jednak nie oznacza, że jutro na stacjach paliw w Polsce będzie już widoczne, że ceny spadają.

Jak przewoźnicy odczuwają ostatnie tygodnie? Problemy w przypadku łańcuchów dostaw i radykalny spadek opłacalności prowadzenia działalności gospodarczej w wielu przypadkach stanie się wyznacznikiem tego, jak wyglądać będzie prowadzenie biznesu w kolejnych tygodniach. Dla wielu firm – szczególnie mniejszych przewoźników – radykalny wzrost cen paliwa spowodował gigantyczne straty. Znam opinie, że firmy dają sobie jeszcze kilka tygodni czasu, by ocenić perspektywy opłacalności dalszego prowadzenia firmy.

Trudny start roku dla budownictwa. CEO Grupy Selena Sławomir Majchrowski ocenia pierwszy kwartał 2026 r.

CEO Grupy Selena Sławomir Majchrowski: Pierwszy kwartał 2026 r. to zimny prysznic dla polskiego budownictwa. Sektor pozostaje wrażliwy na sezonowość i globalny kontekst.

Początek roku tradycyjnie bywa słabszym okresem dla większości gałęzi budownictwa, ale dane za tegoroczny styczeń okazały się dla całej branży ogromnym zaskoczeniem. Według GUS produkcja budowlano-montażowa w pierwszym miesiącu tego roku spadła o 12,8 proc. rok do roku i aż o 65,2 proc. miesiąc do miesiąca względem grudnia 2025 r. To jeden z najsłabszych styczniów od co najmniej dekady i wynik zdecydowanie gorszy od oczekiwań rynku, który zakładał spadek rzędu ok. 5 proc.

Tym samym, początek 2026 roku przypomniał branży, jak silnie pozostaje ona uzależniona od sezonowości. Mroźna zima, niskie temperatury i utrzymująca się pokrywa śnieżna ograniczyły możliwość prowadzenia robót w terenie. Po wyeliminowaniu wpływu czynników sezonowych skala spadku nadal była bardzo duża i wyniosła 10,8 proc. r/r oraz 8,9 proc. m/m. Najmocniej ucierpiał segment budowy budynków, gdzie produkcja obniżyła się o 18,4 proc., podczas gdy inżynieria lądowa i wodna spadła o 7,5 proc.

Luty przyniósł już nieco lepszy obraz rynku, choć trudno mówić jeszcze o wyraźnym odbiciu. W porównaniu ze styczniem produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 6,4 proc., co pokazuje, że część styczniowego załamania faktycznie miała charakter przejściowy. Jednocześnie w ujęciu rocznym sektor nadal pozostaje na znaczącym minusie – według wstępnych danych GUS produkcja budowlano-montażowa w lutym była o 13,7 proc. niższa niż przed rokiem, a po odsezonowaniu spadek wyniósł 12,4 proc. r/r i 3,8 proc. względem stycznia. Nadal słabe pozostają wszystkie główne segmenty rynku: budowa budynków spadła o 16,7 proc., roboty specjalistyczne o 12,2 proc., a inżynieria lądowa i wodna o 11,7 proc.

Pierwszy kwartał przypomniał również o drugiej istotnej cesze budownictwa – jego dużej wrażliwości na globalny kontekst. To sektor wyjątkowo energochłonny, dlatego każda niepewność geopolityczna oraz każdy skok cen paliw, energii i surowców bardzo szybko przekładają się na nastroje i kalkulacje inwestorów.

W takich warunkach kluczowe znaczenie mają odporność i elastyczność organizacji. Kierunkiem Grupy Selena pozostaje dywersyfikacja, skala działania, rozproszona geograficznie struktura operacyjna oraz doświadczenie w zarządzaniu globalnymi łańcuchami dostaw. Dzięki temu Grupa Selena jest dziś dobrze przygotowana do funkcjonowania także w bardziej wymagającym otoczeniu rynkowym.

Po rozejmie pomiędzy USA a Iranem wraca apetyt na ryzyko, lecz presja inflacyjna nie znika

Z perspektywy makroekonomicznej zawieszenie broni pomiędzy USA a Iranem może ograniczyć bezpośrednie ryzyko głębszego szoku energetycznego, co powinno wspierać nastroje dotyczące wzrostu gospodarczego oraz apetyt na ryzyko. Problem polega jednak na tym, że skutki makroekonomiczne nie znikają z dnia na dzień, a zakłócenia w dostawach ropy, transporcie, ubezpieczeniach i łańcuchach dostaw mogą podtrzymywać pewną presję inflacyjną, nawet jeśli cieśnina Ormuz zostanie ponownie otwarta. W tym sensie panika może ustąpić szybciej niż jej skutki.

Czy oznacza to powrót perspektywy obniżek stóp procentowych przez Fed?

Zawieszenie broni, a przede wszystkim ponowne otwarcie cieśniny Ormuz, ograniczają najbardziej skrajne ryzyko wzrostu cen ropy, co pozwala rynkom ponownie uwzględniać scenariusz obniżek stóp procentowych. Jest jednak mało prawdopodobne, aby ostatni szok został w pełni odwrócony, chyba że przepływy energii szybko wrócą do normy, a proces dyplomatyczny okaże się trwały.

Ropa Brent nadal pozostaje wyraźnie powyżej poziomów sprzed wybuchu konfliktu w lutym, a zaburzenia produkcji, opóźnienia w transporcie i podwyższone koszty ubezpieczenia mogą normalizować się wolniej, niż sugerują same notowania surowca.

W efekcie mało prawdopodobne jest, aby rynki wróciły do wcześniejszych oczekiwań co do skali obniżek stóp procentowych. Większym powodem do niepokoju jest to, że część negatywnych skutków utrzyma się nawet po złagodzeniu napięć.

Mimo to narracja wokół stóp procentowych może przesunąć się z podejścia „wyższe stopy na dłużej w reakcji na eskalację konfliktu” w stronę „obniżki nadal są możliwe, ale nie tak szybko i nie w tak przejrzysty sposób jak wcześniej”.

Złoto i srebro odbijają. Czy ten ruch jest trwały?

Potencjalnie tak. Metale szlachetne znajdują się obecnie pod wpływem dwóch przeciwstawnych sił: z jednej strony malejących obaw inflacyjnych wraz ze spadkiem presji ze strony rynku ropy, a z drugiej – utrzymującego się popytu na zabezpieczenie portfeli, ponieważ zawieszenie broni może okazać się nietrwałe. To oznacza, że złoto i srebro mogą pozostawać wspierane, choć prawdopodobnie bez tak silnej, jednokierunkowej dynamiki, jaka była widoczna w szczytowej fazie kryzysu.

Które sektory mogą zyskać najwięcej, jeśli zawieszenie broni się utrzyma?

Naszym zdaniem największymi beneficjentami będą linie lotnicze, sektor dóbr konsumpcyjnych, wybrane segmenty branży technologicznej oraz szeroko pojęte cykliczne aktywa ryzykowne. Wsparciem dla nich będą niższe ceny ropy, poprawa nastrojów oraz słabszy dolar. W takim otoczeniu korzystnie może zachowywać się również rynek kryptowalut. Oznacza to rotację rynku – od aktywów napędzanych strachem w kierunku tych powiązanych ze wzrostem gospodarczym.

I kwartał 2026 na rynku mieszkaniowym: więcej sprzedaży, mniej nowych inwestycji

W I kwartale 2026 roku deweloperzy zdjęli nogę z gazu. Na rynku pojawiło się mało nowych ofert. W dodatku te droższe – piszą eksperci portalu RynekPierwotny.pl

Konflikt na Bliskim Wschodzie i związane z nim turbulencje gospodarcze na razie nie wyhamowały popytu na nowe mieszkania. Kupujący – wzmocnieni poprawą dostępności kredytów – wrócili na rynek z wyraźnie większą niż wcześniej determinacją. Jednocześnie deweloperzy zaczęli działać ostrożniej. Dane BIG DATA RynekPierwotny.pl pokazują, że pierwszy kwartał 2026 r. przyniósł w większości metropolii spadek liczby mieszkań w ofercie oraz jej wyraźne przesunięcie w stronę droższych lokali.

Początek 2026 r. przyniósł wyraźne ożywienie sprzedaży nowych mieszkań. W siedmiu największych metropoliach – Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Łodzi, Poznaniu oraz w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – deweloperzy znaleźli nabywców na ok.  14,8 tys. mieszkań. To wynik o 17 proc. lepszy niż w czwartym kwartale 2025 r. i aż o 19 proc. wyższy niż rok wcześniej.

Kupujący ruszyli po mieszkania

Sprzedaż ożywiła się praktycznie wszędzie, z jednym wyjątkiem. Poznań pozostaje jedyną metropolią, w której można mówić o stagnacji – choć marcowe dane sugerują, że i tam popyt zaczyna się odbudowywać. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w pozostałych miastach, a szczególnie w Warszawie, gdzie deweloperzy nie notowali tak dobrej passy od dwóch lat. W samym tylko pierwszym kwartale sprzedali tam około 4,9 tys. mieszkań, czyli o 32 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Dwucyfrowy wzrost sprzedaży rok do roku odnotowano również we Wrocławiu (+25 proc.), Łodzi (+24 proc.), Krakowie (+21 proc.) oraz w Trójmieście (+10 proc.). W miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii liczba zawartych umów była o 6 proc. wyższa niż przed rokiem.

Hamulec po stronie podaży

Problem polega na tym, że sprzedaż nowych mieszkań wyraźnie przyspieszyła, podczas gdy ich podaż zaczęła się kurczyć. To sygnał, że deweloperzy coraz ostrożniej podchodzą do uruchamiania nowych inwestycji.

W pierwszym kwartale 2026 r. deweloperzy wprowadzili na rynek łącznie około 11,8 tys. mieszkań – o 8 proc. mniej niż w poprzednim kwartale i aż o 25 proc. mniej niż rok wcześniej. Najmocniej ograniczyli nową podaż tam, gdzie w ostatnich dwóch latach doszło do wyraźnego „przegrzania” rynku. W Łodzi liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży była o 55 proc. niższa niż rok wcześniej, w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – o 48 proc., a w Poznaniu – o 39 proc.

– Deweloperzy przyzwyczaili kupujących do systematycznie rosnącej oferty mieszkań. W 2024 r. podaż znacząco przewyższała popyt, a podobna sytuacja utrzymywała się przez większą część 2025 r. Efektem była rekordowa liczba dostępnych lokali, co dawało kupującym komfort negocjacyjny i poczucie bezpieczeństwa – łatwiej było odłożyć decyzję, porównać oferty i szukać okazji. W kolejnych miesiącach ten komfort w większości metropolii zaczął jednak stopniowo znikać – komentuje Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

W pierwszym kwartale tylko Kraków był miastem, w którym liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży przewyższyła liczbę sprzedanych lokali. W pozostałych metropoliach nowa podaż nie nadążała za rosnącym popytem. To właśnie dlatego oferta mieszkań zaczęła się kurczyć – choć oczywiście zasilają ją lokale, z których nabywcy zrezygnowali.

Oferta topnieje… ale nie wszędzie

Pod koniec marca w Warszawie na rynku pierwotnym dostępnych było około 16,8 tys. mieszkań, czyli o 4 proc. mniej niż na koniec grudnia ubiegłego roku. O 5 proc. skurczyła się oferta w Łodzi (do 11,3 tys. lokali), o 2 proc. – we Wrocławiu (około 10 tys.), a o 1 proc. – w Poznaniu (8,1 tys.) i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (11 tys.).

Na tym tle wyróżnia się Kraków, gdzie oferta wzrosła o 7 proc. i sięgnęła 12,3 tys. mieszkań. Niewielki wzrost – o 1 proc. – odnotowano także w Trójmieście (8,7 tys.), przy czym warto podkreślić, że sam marzec przyniósł tam już spadek liczby dostępnych lokali.Ceny mieszkań-2026-oferta

Droższe mieszkania podbijają średnie ceny

Kurczenie się oferty ma jednak jeszcze jeden, bardzo istotny wymiar. Z rynku znikają przede wszystkim najtańsze mieszkania, a w ich miejsce pojawiają się głównie inwestycje z wyższej półki cenowej. To właśnie ten mechanizm odpowiada za wyraźne przyspieszenie wzrostu średnich cen na początku 2026 r.

W pierwszym kwartale średnia cena metra kwadratowego nowych mieszkań w Warszawie wzrosła aż o 7 proc. – tyle samo, ile wcześniej rosła przez niemal dwa lata. Kluczowe jest to, że nie był to efekt powszechnych podwyżek, lecz wprowadzenia do sprzedaży kilku dużych i bardzo drogich projektów, które „podbiły” średnią do 19,6 tys. zł za metr kwadratowy.

– Jeśli warszawscy deweloperzy nadal będą wprowadzać do sprzedaży bardzo drogie mieszkania, jednocześnie ograniczając podaż tych relatywnie tańszych, jeszcze w tym półroczu średnia cena metra kwadratowego może przekroczyć poziom 20 tys. zł – prognozuje Marek Wielgo.Ceny mieszkań-I2026-cena mkw-kwartał

Podobny schemat widoczny jest także w Krakowie i w Poznaniu, gdzie na rynek trafiły projekty z segmentu premium. W efekcie średnia cena metra kwadratowego wzrosła tam o 2 proc., do odpowiednio 17,1 tys. zł i 14,2 tys. zł. Wzrost o 1 proc. odnotowano we Wrocławiu (15,3 tys. zł/mkw.) oraz w Trójmieście (17,7 tys. zł/mkw.). Stabilizacja cenowa utrzymała się natomiast w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (około 11,3 tys. zł/mkw.) i w Łodzi (około 11,5 tys. zł/mkw.), która w ujęciu rocznym jest dziś jedyną metropolią bez wzrostu średniej ceny metra.

Najtańszych mieszkań ubywa najszybciej

Najlepiej realną dostępność mieszkań pokazuje segment najtańszych lokali, obejmujący jedną czwartą ofert o najniższej cenie metra kwadratowego. W większości dużych miast właśnie on kurczy się najszybciej.

W Warszawie poniżej górnej granicy cenowej tego segmentu, wynoszącej w grudniu 2025 r. 14,4 tys. zł za metr kwadratowy, dostępnych było ok. 4,2 tys. mieszkań. W marcu było ich już tylko 3,6 tys., czyli aż o 16 proc. mniej. W Trójmieście oferta najtańszych lokali zmniejszyła się o 14 proc., a w Poznaniu – o 12 proc.

W praktyce oznacza to, że mieszkania dostępne dla osób z ograniczoną zdolnością kredytową znikają szybciej, niż rynek jest w stanie je uzupełniać. Wyjątkami pozostają Kraków i Łódź. W stolicy Małopolski liczba mieszkań w najtańszym segmencie wzrosła z 2,7 tys. do 2,9 tys. (+7 proc.), a w Łodzi – z 2,8 tys. do 2,9 tys. (+6 proc.).Ceny mieszkań-2026-oferta najtańszych mieszkań

Rynek sprzedającego? Warszawa już tak, reszta jeszcze nie

Czy dane z marca i całego pierwszego kwartału oznaczają, że wchodzimy w rynek sprzedającego?

– W Warszawie zdecydowanie możemy już o tym mówić. W pozostałych metropoliach oferta mieszkań pozostaje na tyle duża, że to kupujący wciąż mają silniejszą pozycję negocjacyjną w rozmowach z deweloperami. Świadczy o tym obfitość ofert promocyjnych i rabatów – zauważa Jan Dziekoński, główny ekonomista portalu RynekPierwotny.pl.

Jednocześnie zwraca jednak uwagę na czynniki ryzyka. W marcu, w związku z konfliktem w Zatoce Perskiej, wzrosło oprocentowanie kredytów o okresowo stałej stopie procentowej. Jeśli doszłoby do wzrostu stóp procentowych, oznaczałoby to również wyższe koszty kredytów o zmiennym oprocentowaniu, co mogłoby wyraźnie ostudzić zapał kupujących.

Deloitte: sektor zdrowia inwestuje w AI, ale wdrożenia wciąż na wczesnym etapie

Europejska opieka zdrowotna weszła w 2026 rok z jasno określonymi priorytetami strategicznymi: poprawa produktywności, wzmocnienie zasobów kadrowych oraz przyspieszenie transformacji cyfrowej. Z raportu firmy doradczej Deloitte „2026 Global Health Care Outlook” wynika, że ponad 90 proc. menadżerów wskazuje wzrost produktywności jako najważniejszy cel na najbliższy rok, a niemal połowa obawia się rosnących zagrożeń cybernetycznych. W obliczu starzenia się społeczeństw i niedoborów personelu organizacje coraz częściej sięgają po sztuczną inteligencję oraz rozwiązania zdalne, które mogą odciążyć kadry i obniżyć koszty operacyjne.

Pomimo trwających wyzwań liderzy systemów zdrowotnych w Australii, Kanadzie, Niemczech, Holandii i Wielkiej Brytanii pozostają wyraźnie optymistyczni. Z badania Deloitte wynika, że ponad 80 proc. menedżerów w tych krajach ocenia perspektywy swoich organizacji jako „pozytywne” lub „ostrożnie pozytywne”, a jedynie 1 proc. deklaruje nastawienie negatywne. W odniesieniu do całego sektora 72 proc. respondentów patrzy na 2026 rok z optymizmem (1 proc. negatywnie).

W USA nastroje są bardziej zachowawcze – 20 proc. uczestników badania prognozuje negatywną sytuację branży, a 33 proc. nie potrafi jednoznacznie ocenić jej przyszłości (wobec 3 proc. rok wcześniej), co wiązane jest m.in. z niepewnością regulacyjną, cłami i cenami leków.

Od presji kosztowej do operacyjnego wykorzystania AI

Różnice w nastrojach przekładają się bezpośrednio na decyzje inwestycyjne. W Europie większy optymizm sprzyja podejmowaniu działań modernizacyjnych, skoncentrowanych przede wszystkim na zwiększaniu efektywności i poprawie stabilności finansowej systemów zdrowia. 64 proc. liderów wiąże potencjalne oszczędności z automatyzacją i standaryzacją procesów, a 55 proc. wskazuje analitykę predykcyjną jako narzędzie optymalizacji zatrudnienia. W 2026 r. generatywna i agentowa AI mają stanowić średnio 19 proc. budżetów technologicznych systemów ochrony zdrowia. Skala inwestycji wyraźnie rośnie, jednak wdrożenia pozostają na wczesnym etapie – jedynie 2 proc. organizacji wykorzystuje AI w całej strukturze, a około 30 proc. stosuje generatywną sztuczną inteligencję szerzej, lecz nadal tylko w wybranych obszarach, takich jak administracja, analiza danych czy wsparcie procesów klinicznych.

 Sektor wchodzi w fazę racjonalizacji inwestycji technologicznych. Liderzy koncentrują się na efektywności, skalując rozwiązania tam, gdzie przynoszą mierzalne rezultaty zwłaszcza w administracji, planowaniu pracy i zarządzaniu danymi klinicznymi. Widzimy to również w Polsce, gdzie projekty zgłaszane w ramach inicjatyw takich jak Hospital AI Challenge pokazują, że sztuczna inteligencja coraz częściej znajduje zastosowanie w procesach organizacyjnych i zapleczu administracyjnym szpitali. Obecnie więcej rozwiązań rozwijanych jest z myślą o praktycznym wdrożeniu, a ich celem jest automatyzacja najbardziej czasochłonnych zadań i lepsze wykorzystanie zasobów zespołów – mówi Władysław Mizia, lider konsultingu dla sektora ochrony zdrowia w Deloitte.

Produktywność jako odpowiedź na wyzwania demograficzne

Presja na efektywność jest ściśle powiązana z wyzwaniami demograficznymi. Prognozy WHO wskazują, że do 2030 r. na świecie może brakować 4,5 mln pielęgniarek. W tej sytuacji ponad 90 proc. liderów uznaje wzrost produktywności za kluczowy priorytet na 2026 r.

Organizacje inwestują równolegle w retencję pracowników, rozwój kompetencji cyfrowych oraz elastyczne modele pracy, przy czym automatyzacja ma ograniczyć powtarzalne zadania administracyjne i przesunąć zasoby do bezpośredniej opieki nad pacjentem.

Wyzwania kadrowe mają charakter strukturalny i długoterminowy. Nawet przy poprawie nastrojów i stabilizacji finansowej niedobór personelu nie zniknie z listy wyzwań w perspektywie kilku lat. Dlatego poprawa produktywności nie oznacza intensyfikacji pracy, lecz jej przeprojektowanie. Chodzi o to, aby wykwalifikowany personel wykonywał zadania o najwyższej wartości klinicznej, a czynności powtarzalne były maksymalnie uproszczone lub zautomatyzowane. W przeciwnym razie system będzie coraz bardziej obciążony, a ryzyko wypalenia zawodowego będzie rosło – podkreśla Krzysztof Wilk, lider praktyki Life Sciences & Health Care Poland, Deloitte.

Wyniki badania pokazują także, że wyzwania związane z kadrą i produktywnością należą do trzech najważniejszych czynników kształtujących strategie systemów zdrowia w 2026 r. Organizacje coraz częściej łączą działania w obszarze zatrudnienia z inwestycjami w technologie oraz zmianą modelu opieki, traktując je jako element jednej, spójnej transformacji operacyjnej.

Odpowiedzialność cyfrowa i regulacyjna

Zmiany operacyjne i inwestycje w sztuczną inteligencję wpisują się w szerszą transformację modelu opieki. 38 proc. liderów spoza USA planuje w 2026 r. położyć większy nacisk na profilaktykę i wczesne wykrywanie chorób, a 45 proc. wskazuje zmianę modelu opieki – w tym podejście holistyczne – jako wiodący trend roku. Oznacza to dalsze przesuwanie części świadczeń poza szpitale, rozwój monitoringu zdalnego oraz intensyfikację przetwarzania danych medycznych.

Im większa skala cyfryzacji, tym większe znaczenie mają kwestie bezpieczeństwa informacji i zgodności regulacyjnej. Prawie połowa menedżerów spoza USA (48 proc.) wskazała cyberbezpieczeństwo i ochronę danych jako najważniejsze obawy na 2026 rok. Eksperci Deloitte zwracają uwagę, że rozwój AI – nawet jeśli nie jest dziś najwyższym priorytetem strategicznym – będzie w praktyce jednym z kluczowych czynników kształtujących odpowiedzialność regulacyjną systemów zdrowia. Transformacyjny potencjał generatywnej i agentowej AI jest szeroko uznawany, jednak wdrożenia w wielu regionach spowalnia niepewność regulacyjna oraz rosnące wymogi nadzorcze.

Rozwój opieki zdalnej i narzędzi opartych na danych powoduje znacznie większą odpowiedzialność podmiotów działających w sektorze zdrowia za bezpieczeństwo systemów i ochronę informacji medycznych. Obecnie na poziomie unijnym dużo mówi się o deregulacji i zmniejszeniu obciążeń administracyjnych na przecięciu obszarów zdrowia, technologii i wykorzystania danych. Abstrahując od rezultatów tej dyskusji, należy pamiętać, że narzędzia diagnostyczne czy systemy wspierające decyzje wykorzystujące komponent AI zazwyczaj są wyrobami medycznymi, a więc muszą spełniać wymogi MDR/IVDR. Jednocześnie spełnienie wymogów prawnych nie gwarantuje skutecznego wykorzystania AI, niezbędne są obfite i pożywne dane, o które w ochronie zdrowia na razie wcale nie jest łatwo – mówi Jakub Misiak, adwokat zarządzający praktyką Life Sciences & Healthcare w kancelarii Deloitte

O raporcie
„2026 Global Health Care Outlook” to opracowanie Deloitte przygotowane na podstawie badania 180 członków kadry zarządzającej dużych systemów ochrony zdrowia w Australii, Kanadzie, Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii i USA. Raport analizuje najważniejsze trendy finansowe, technologiczne i organizacyjne, które będą kształtować sektor w 2026 roku.

Dun & Bradstreet: polskie firmy coraz mocniej odczuwają skutki kryzysu w Cieśninie Ormuz

Najnowszy raport Dun & Bradstreet pokazuje, że polski handel hurtowy, produkcja żywności, transport morski i turystyka należą do branż, w których najdotkliwiej odczuwalny jest kryzys w Cieśninie Ormuz. Analiza pokazuje, że największe zakłócenia występują na wczesnych etapach łańcuchów produkcji i transportu, co w bezpośredni sposób wiąże się z załamaniem dostaw półproduktów, minerałów czy metali ziem rzadkich.

KLUCZOWE WNIOSKI

  • TRANSPORT (32.31 proc.) – kryzys w Cieśninie Ormuz w największym stopniu obciąża sektor transportu, który w bezpośredni sposób ponosi konsekwencje zakłóceń w kluczowych szlakach handlowych, w tym wydłużonych tras, opóźnień dostaw oraz presji na zdolności przewozowe i magazynowe. Kryzys najbardziej uderza w branże transportu morskiego (12.47 proc.) i polską branżę turystyczną w tym przede wszystkim w biura podróży i tour operatorów (10.94 proc.).
  • PRODUKCJA PRZEMYSŁOWA (30.1 proc.) – kryzys bezpośrednio i pośrednio destabilizuje kluczowe warunki prowadzenia działalności przemysłowej, zwłaszcza w obszarze rosnących cen energii, dostaw surowców i zachowania płynności łańcuchów dostaw. Potęguje niepewność regulacyjna i rynkową. Zakłócenia najbardziej obciążają producentów gumy i tworzyw sztucznych (3.82 proc.), produkcję art. chemicznych (3.05 proc.). Głównie za sprawą silnego uzależnienia sektora od produktów ropopochodnych, które stanowią podstawowe surowce wykorzystywane zarówno w procesach produkcyjnych, jak i energetycznych. Poza tym kryzys negatywnie wpływa na producentów papieru i opakowań (2.29 proc.) oraz sprzętu elektronicznego (1.78 proc.).
  • HANDEL HURTOWY (16.8 proc.) – Handel hurtowy jest szczególnie narażony na kryzys w Cieśninie Ormuz, ponieważ zakłócenia transportowe bezpośrednio wpływają na dostępność, terminowość i koszty dostaw, podważając jego rolę jako kluczowego ogniwa w łańcuchach dystrybucji dóbr trwałych i nietrwałych. W tym przede wszystkim w hurtowy handel żywnością i art. codziennego użytku (15.78 proc.).
  • BIZNES I USŁUGI (3.3 proc.) – kryzys i blokada cieśniny Ormuz nie pozostaje bez wpływu na szeroko rozumiany sektor usług, w tym także ten związany z finansami i ubezpieczeniami. Dzisiaj klienci mogą odczuwać zmiany przede wszystkim poprzez stopniowy wzrost kosztów wykonywanych usług. Jednocześnie warto podkreślić, że dzisiejszy sektor usługowy jest znacznie lepiej przygotowany na zmienność warunków rynkowych niż jeszcze kilka lat temu i potrafi szybciej adaptować się do nowej sytuacji. Najbardziej dotkniętym kryzysem jest branża księgowości (1.78 proc.) i szeroko rozumiany sektor usług finansowych, w tym także ubezpieczeń (1.27 proc.). Zdrowie i edukacje.
  • HANDEL DETALICZNY (3.29 proc.) – Blokada cieśniny Ormuz i skok cen surowców energetycznych w bezpośredni sposób wpływają na handel detaliczny i rosnące ceny w sklepach. Najsilniej na wzrost cen paliw i energii reagują produkty takie jak: pieczywo, nabiał, mięso czy oleje, ponieważ w cenach detalicznych jest największy udział tych kosztów. Sklepy spożywcze są najbardziej narażone na światowy kryzys i blokadę cieśniny Ormuz (1.02 proc.). Silne wahania cen surowców zawsze budzą niepokój w branży. W handlu detalicznym firmy działają na niskich marżach, o decyzji zakupowej najczęściej decyduje najniższa cena. Dlatego nawet krótkotrwałe podnoszenie cen detalicznych są mocno odczuwalne.
  • INNE (11.93 proc.) – światowy kryzys i blokada Cieśniny Ozmur nie pozostaje obojętny na wszelkie inne sektory działalności gospodarczej. Obrót nieruchomościami, działalność holdingów i podmiotów inwestycyjnych, organizacje członkowskie, organizacje pozarządowe czy szeroko rozumiany sektor produkcji rolnej. Zarówno tej związanej z hodowlą zwierząt jak i roślin.

Co nam mówią dane?

Opracowanie pokazuje wpływ światowego kryzysu na poszczególne sektory polskiej gospodarki. Identyfikuje koncentrację zaburzeń na wczesnym etapie produkcyjnego i logistycznego łańcucha dostaw – co szczególnie mocno widoczne jest we wszystkich gałęziach transportu, większości branż produkcyjnych i istotnym wpływem na handel hurtowy i detaliczny. Oznacza to także, że blokada Cieśniny Ozmur w pierwszej kolejności wpływa na dostawy surowców, minerałów i półproduktów, co przekłada się na produkcję i realizację dostaw, zwłaszcza w sektorach opartych na imporcie, eksporcie i transporcie zależnym od terminowych dostaw.

METODOLOGIA

Analiza opiera się na danych Dun & Bradstreet, odnoszących się do polskich przedsiębiorstw. Pokazuje wpływ światowego kryzysu na poszczególne sektory polskiej gospodarki. Publikowane dane nie pokazują wielkości branż ani skali wpływu, a jedynie to, w których sektorach zakłócenia są najbardziej widoczne. Podział na poszczególne sektory został dokonany w oparciu o amerykańską klasyfikację działalności gospodarczej.

Polacy kupują impulsywnie. Większość decyzji zakupowych zapada dopiero w sklepie

Polscy konsumenci dokonują wyboru zakupowego w ostatniej chwili – w sklepie. Eksperci są zgodni – impulsywność stała się jednym z charakterystycznych elementów współczesnych zachowań zakupowych naszych rodaków. Z analiz firmy In-Pulse wynika, że w wielu kategoriach wybór produktu dokonywany jest dopiero w ostatnich sekundach ścieżki zakupowej – pod wpływem kontekstu, ekspozycji i sytuacji, w której znajduje się konsument.

Potwierdzają to deklaracje samych klientów. Niemal 90 proc. Polaków przyznaje, że zdarza im się kupić produkt, którego wcześniej nie planowali. Impulsywność nie jest zatem wyjątkiem, lecz stałym elementem procesu decyzyjnego – i sygnałem, że moment wpływu na decyzję przesuwa się coraz bliżej samego zakupu – podkreśla Artur Puszkiewicz, Head of Research & Analytics w firmie In-Pulse. Najbardziej widoczne jest to w kategoriach o wysokiej dynamice i niskim poziomie zaangażowania, takich jak słone i słodkie przekąski – jednej z największych kategorii FMCG w Polsce.

Decyzja nie jest planem, tylko momentem

Analiza danych transakcyjnych pokazuje, że znacząca część zakupów w tej kategorii realizowana jest bez wcześniejszej intencji. Decyzja zapada najczęściej pod koniec wizyty w sklepie – w drodze do kasy lub bezpośrednio przy ekspozycjach impulsowych.

Eksperci In-Pulse podkreślają jednak, że te same produkty mogą osiągać zupełnie różne wyniki sprzedażowe w zależności od kontekstu – ich lokalizacji w sklepie, sąsiedztwa innych produktów czy charakteru wizyty zakupowej. W praktyce oznacza to, że w tej kategorii nie wygrywa wyłącznie marka, która została zapamiętana wcześniej. Coraz częściej przewagę zyskuje ta, która pojawia się w odpowiednim momencie i miejscu widocznym dla klienta.

Kiedy problemem nie jest produkt, tylko jego „moment”

W jednej z analiz prowadzonych dla marki z kategorii przekąsek spadek sprzedaży został początkowo przypisany produktowi i jego komunikacji. Dopiero badanie danych transakcyjnych wskazało, że rzeczywisty problem leżał gdzie indziej – produkt był obecny w sklepie, ale nie pojawiał się w kluczowym momencie podejmowania decyzji zakupowej.

Badania zachowań konsumenckich wskazują na rosnący udział krótkich wizyt typu „on-the-go” w sklepach, podczas których decyzje zakupowe Polaków zapadają w kilka sekund i są uzależnione od tego, co konsument widzi w danym momencie. Zmiana ekspozycji i dopasowanie obecności produktu do tego kontekstu przyniosły zauważalny wzrost sprzedaży – bez zmiany ceny czy samego produktu.

Deklaracje i decyzje to nie to samo

Ekspertyzy In-Pulse pokazują, że tradycyjne badania rynku pozwalają zrozumieć intencje i deklaratywne postawy konsumentów, ale nie pokazują momentu, w którym wybór rzeczywiście zapada. Tymczasem to właśnie ten moment coraz częściej decyduje o wyniku sprzedaży. – Dopiero połączenie danych sprzedażowych z szybkim badaniem opinii klientów pozwala zrozumieć, dlaczego dany produkt trafia – lub nie trafia – do koszyka w konkretnym momencie zakupowym – wskazuje Artur Puszkiewicz, Head of Research & Analytics w In-Pulse.

Analizy In-Pulse, obejmujące ponad 360 mln transakcji z sieci ponad 12 tys. sklepów, pokazują nowy trend wśród polskich konsumentów, gdzie kontekst zakupowy – a nie wcześniejsze decyzje – przesądza o ostatecznym wyborze produktu. – Decyzja zakupowa coraz rzadziej jest efektem wcześniejszego wyboru. Coraz częściej jest efektem sytuacji, w której znajduje się konsument. Sklep przestaje być wyłącznie miejscem sprzedaży, a staje się jednym z najważniejszych punktów wpływu na wybór konsumenta – podkreśla ekspert In-Pulse.

Silna reakcja rynku po rozejmie USA–Iran. Ropa, gaz i dolar wyraźnie w dół

Na rynku ropy poranek przynosi wyraźną ulgę po informacjach o porozumieniu między USA a Iranem, które zakłada dwutygodniowe zawieszenie broni w zamian za pełne i bezpieczne otwarcie Cieśniny Ormuz. Donald Trump zapowiedział wstrzymanie bombardowań Iranu na dwa tygodnie, jeśli Teheran zagwarantuje swobodny przepływ przez kluczowy szlak transportowy, a Iran zadeklarował możliwość bezpiecznego ruchu statków w tym okresie, choć pod koordynacją własnych sił zbrojnych. Do rozejmu miał dołączyć także Izrael, mimo że bezpośrednio po ogłoszeniu porozumienia nadal pojawiały się doniesienia o atakach.

Reakcja rynków była bardzo silna, ponieważ inwestorzy szybko zaczęli wyceniać spadek krótkoterminowego ryzyka dla dostaw surowców z regionu. Ropa Brent kwotowana jest po 97 USD, co wskazuje na spadek 9,8% względem wczorajszego zamknięcia. Z kolei ropa WTI straciła ponad 12,5% i jej cena znajduje się na poziomie 96,95 USD za baryłkę, co oznacza że ponownie wartość Brent przekracza WTI. Europejskie kontrakty terminowe na gaz spadły o 16% do poziomu 44,50 EUR za MWh. Na szerokim rynku widać wzrosty – od Azji, przez Europę po USA – kontrakty na indeksy są na wyraźnym plusie. DAX zyskuje 5%, NASDAQ100 ponad 3%, podobnie jak nasz rodzimy WIG20, który przebił się przez 3520 pkt i tym samym jest najdroższy od grudnia 2007 roku. Dolar osłabił się i główna para walutowa EURUSD zyskuje 0,88%, z wyceną w pobliżu 1,17 USD za EUR. Dla rynku ropy najważniejsze jest to, że choć samo porozumienie zmniejsza premię geopolityczną, to na tym etapie nie rozwiązuje fundamentalnych źródeł napięcia. Kluczowe spory pozostają bowiem bez odpowiedzi i dotyczą irańskiego programu nuklearnego, programu rakietowego i dronowego, sankcji wobec Iranu oraz obecności wojsk USA w regionie.

W praktyce oznacza to, że obecne uspokojenie może mieć charakter wyłącznie przejściowy. Rynek na razie odetchnął, ale trwałość tej reakcji będzie zależała od tego, czy statki rzeczywiście będą mogły bezpiecznie przepływać przez Cieśninę Ormuz, bo to będzie pierwszy realny test skuteczności i wiarygodności porozumienia. Wątek mediacyjnej roli Pakistanu sugeruje, że pojawiła się przestrzeń do dalszych rozmów, jednak na razie jest to jedynie czas kupiony na negocjacje szerszego układu, a nie definitywne zakończenie kryzysu. Z perspektywy rynku ropy oznacza to, że po gwałtownej korekcie cen inwestorzy prawdopodobnie pozostaną bardzo wrażliwi na każdy sygnał dotyczący bezpieczeństwa żeglugi w Ormuz i ryzyka ponownej eskalacji konfliktu.

Rynki reagują euforią na zawieszenie broni USA–Iran. Ropa gwałtownie tanieje

Wczoraj doszło do wstępnego porozumienia pomiędzy Iranem a USA, które zakłada otwarcie Cieśniny Ormuz w zamian za wstrzymanie ataków. Rynki reagują bardzo entuzjastycznie, mimo że statki wciąż nie przepływają jeszcze przez ten przesmyk. Nie znamy jednak szczegółów dealu. Jest to jednak zawieszenie broni, a nie pokój.

Ultimatum USA

Wczorajszy dzień upływał pod dyktando gróźb, które padły ze strony prezydenta USA wobec Iranu. Ich forma była czymś, co do tej pory na tym etapie się nie zdarzało i miejmy nadzieję, że zdarzać się nie będzie. Rynki jednak powoli rozumieją, że obecna administracja  traktuje dość swobodnie wpisy w mediach społecznościowych. Dla Iranu warunkiem było odblokowanie Cieśniny Ormuz, a USA w zamian mają powstrzymać ataki. Teoretycznie inwestorzy nie wiedzieli, jaki będzie efekt tego ultimatum. Teoretycznie, bo patrząc na rynki, z jakiegoś powodu nagle rozpoczęły się olbrzymie przygotowania pod uspokojenie konfliktu w regionie. Ropa naftowa, która zaczęła dzień przy poziomie 110 USD za baryłkę – a przez chwilę sięgając nawet 112 USD – na koniec dnia spadła do 104 USD. Mowa o gatunku Brent notowanym w Londynie, bo to on jest bazą do wyceny większości surowca na świecie. Ropa amerykańska WTI również taniała, ale nadal jest droższa od Brent.

Iran odpowiedział

W nocy na rynki trafiła informacja, że ultimatum zostało przyjęte. Jeżeli zatem nie dojdzie do żadnych incydentów, mamy przed sobą dwutygodniowy okres pewnego przygaszenia konfliktu. Musimy pamiętać, że jest on wstrzymany, a nie rozwiązany. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ropa, która i tak wczoraj gwałtownie taniała, zeszła jeszcze niżej. O ile rynki we wtorek zamykały się na wspomnianym poziomie 104 USD za baryłkę, o tyle dzisiaj otwierały się w okolicach 95 USD. W momencie pisania tego tekstu znajdują się nawet niżej, bo przy 93 USD. W górę idzie również złoto oraz kryptowaluty, co pokazuje, że inwestorzy są otwarci na większe ryzyko. Gdzieś w tle powoli przebijają się głosy, że to bardziej USA zgodziły się na warunki Iranu niż odwrotnie. Pewnie nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę. Dla rynków ważne, by Cieśnina Ormuz była żeglowna, a patrząc na ruch statków, pierwsze dopiero się zbliżają. Musimy też pamiętać, że kluczowe są jeszcze ubezpieczenia, bo bez nich większość jednostek się nie ruszy.

Jak reagują waluty?

Zgodnie z oczekiwaniami wygaszanie konfliktu okazało się niekorzystne dla wyceny dolara. Po samym zawieszeniu broni kurs EUR względem USD ruszył w stronę poziomów 1,17. Są to okolice niewidziane na rynku od ponad miesiąca. Ostatni raz tak słabą amerykańską walutę obserwowaliśmy w pierwszych dniach tego konfliktu. Podobnie jak w przypadku ropy naftowej, ruch ten zaczął się już wczoraj, w oczekiwaniu na decyzję. Kurs EUR wobec PLN, który jeszcze wczoraj rano znajdował się w okolicach 4,27-4,28 zł, dzisiaj spadł do 4,25-4,26 zł. Największą zmianę widać oczywiście na dolarze, który jeszcze wczoraj znajdował się na poziomie 3,70 zł, a dzisiaj jest przy 3,64 zł. W trakcie tego konfliktu był on bowiem dotychczas bezpieczną przystanią, gdzie inwestowali Ci niepewni rozwoju sytuacji. Teraz, wraz z częściowym uspokojeniem, rynki wracają bliżej poziomów sprzed rozpoczęcia konfliktu. Co ciekawe, inwestorzy oczekują również, że w związku z tym szybciej dojdzie do obniżek stóp procentowych w USA.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Nowy Dyrektor Sprzedaży w Grupie Żywiec. Jarosław Jarecki przechodzi z Unilever

Grupa Żywiec wzmacnia zespół sprzedaży – od teraz obszarem kieruje Jarosław Jarecki, menedżer z ponad 20-letnim doświadczeniem w branży FMCG. Nowy Dyrektor Sprzedaży będzie odpowiadał za rozwój strategii i operacji sprzedażowych w kluczowych kanałach, w tym w handlu nowoczesnym, tradycyjnym oraz e-commerce.

Doświadczenie menedżerskie w branży FMCG

Jarosław Jarecki dołącza do Grupy Żywiec z Unilever, gdzie przez blisko 19 lat rozwijał karierę w obszarze sprzedaży – od ról operacyjnych po stanowiska dyrektorskie. Ostatnio pełnił funkcję Dyrektora Sprzedaży odpowiedzialnego za strategię i operacje sprzedażowe w segmencie spożywczym, a wcześniej kierował rynkiem Modern Trade, odpowiadając m.in. za kanały nowoczesnego handlu oraz e-commerce. Jako Head of Traditional Trade zarządzał zespołem ponad 230 osób i współpracą z ponad 70 partnerami biznesowymi. Posiada również doświadczenie w obszarze Customer Development i Key Account Management, obejmujące współpracę z kluczowymi sieciami handlowymi w Polsce i regionie CEE.

Współpraca międzyfunkcyjna i rozwój innowacji

Szczególną wagę w swojej pracy przywiązuje do budowy wysokoefektywnych zespołów sprzedażowych, opierając ich skuteczność na zaufaniu, synchronizacji, odpowiedzialności oraz pracy na danych. Przez lata rozwijał partnerskie relacje z kluczowymi klientami – od międzynarodowych sieci handlowych po lokalnych detalistów – prowadząc negocjacje i ustalenia roczne w duchu długofalowego budowania wartości, odpowiedzialności za rozwój kategorii oraz realnej wartości dla konsumenta. Równolegle aktywnie uczestniczył w rozwoju innowacji produktowych, współpracując z zespołami R&D, Marketingu, Planowania i Logistyki – od etapu koncepcji, przez warsztaty strategiczne z klientami, aż po skuteczne wdrożenia półkowe.

Relacje jako fundament długofalowych wyników

– Grupa Żywiec ma ogromny potencjał: silne marki, świetnych ludzi i kompetencje, które dają realną przewagę na rynku. Wierzę, że możemy jeszcze mocniej wykorzystywać te atuty, konsekwentnie podnosząc jakość i efektywność egzekucji w kanałach sprzedaży i wzmacniając partnerską współpracę z klientami.
Moją rolą będzie wspieranie organizacji w osiąganiu lepszych wyników poprzez budowę wysokoefektywnych zespołów opartych na zaufaniu i odpowiedzialności oraz jeszcze lepszym wykorzystaniu danych w podejmowaniu kluczowych decyzji biznesowych
– mówi Jarosław Jarecki, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Żywiec.

Jarosław Jarecki za największą wartość uważa trwałe relacje zbudowane
z zespołami, klientami i współpracownikami z różnych obszarów biznesu – to one, jak podkreśla, wielokrotnie przekładały się na wspólne wyniki, rozwój kompetencji
i projekty realizowane w skali całej organizacji.

Przedsiębiorcy o Bliskim Wschodzie: absolutne rozregulowanie gospodarki. Ceny paliw nie spadną szybko

Takiego kwartału w gospodarce jeszcze nie było. „Spodziewajcie się niespodziewanego”.

– Granie kartą nieobliczalności i nieprzewidywalności jest dla Donalda Trumpa cechą charakterystyczną i wydaje się, że świat przyzwyczaja się już do strategii, która nie byłaby tolerowana w przypadku żadnego innego polityka na świecie. Geopolityka to jednak coś innego niż biznes. Biznes potrzebuje przewidywalności, stabilności i szansy na rysowanie perspektyw w większym wyprzedzeniem niż „wieczór przed”. Pod tym kątem działania Ameryki mocno destabilizują sytuację właściwie całego świata. Jak bowiem mamy dzisiaj planować np. koszty transportu czy produkcji, gdy nie wiemy, co wydarzy się za kilka dni, a język lidera największego mocarstwa świata jest dyplomatycznie mówiąc konfrontacyjny i nieprzewidywalny? Takiego kwartału jak miniony jeszcze w światowej gospodarce nie było. Kolejny zaczynamy bez jakichkolwiek szans na stabilność – przyznaje Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

„Prezydent Ameryki stał się regulatorem światowej gospodarki”

Polityka Donalda Trumpa charakteryzuje się wysokim poziomem nieprzewidywalności i mocno konfrontacyjnym językiem względem innych krajów na świecie. Konflikt z Iranem i wielotygodniowa blokada cieśniny Ormuz wygenerowała wzrost cen ropy na świecie, a to powoduje wielkie problemy z cenami paliw.

– Paliwo to najbardziej proinflacyjny koszt składowy produkcji. Wzrost cen tego surowca demokratycznie powoduje wzrost kosztów w transporcie, spedycji, logistyce, budownictwie, chemii, usługach, produkcji spożywczej. Każda branża odczuje go prędzej czy później. Od kilku tygodni jesteśmy świadkami walki o to, by utrzymać w ryzach ceny paliw i nie generować strat w gospodarce. Polskich przedsiębiorców już teraz wojna w Iranie kosztowała miliony, a polską gospodarkę miliardy – mówi Hanna Mojsiuk.

– Zapowiedź zawieszenia broni jest oczekiwaną wiadomością, ale w przypadku polityki Donalda Trumpa najbardziej adekwatny cytat to zdanie „spodziewaj się niespodziewanego”. Nie mam i nikt na świecie nie ma pewności, co wydarzy się następnego dnia – mówi prezes Mojsiuk.

– Prezydent Trump przyzwyczaił nas do szybkich zmian decyzji, niespodziewanych plot-twistów i działań, które dla gospodarki mają wielkie znaczenie. Przypomnę choćby dynamiczne decyzje odnośnie nakładanych na Europę i świat ceł handlowych. Prezydent Ameryki stał się regulatorem światowej gospodarki w skali niespotykanej wcześniej. Trudno jest rysować dalekosiężne scenariusze rozwojowe w takich okolicznościach – przyznaje Hanna Mojsiuk.

„Cena frachtu morskiego wzrosła o kilkaset procent”

Eksperci Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie nie mają wątpliwości, że I kwartał roku 2026 pod kątem niepewności gospodarczej jest analogiczny do roku 2020, gdy wybuchała pandemia i roku 2022, gdy wybuchała wojna w Ukrainie.

– Wchodzimy w ten kwartał bez szans na jakąkolwiek przewidywalność gospodarczą – przyznaje prof. Aneta Zelek z Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu.

– Każdy poranek przynosi nowy nastrój prezydenta Trumpa. Strzały informacji wywołują poważne retorsje dla geopolityki i gospodarki światowej. I kwartał zawsze wyznacza kierunek dla całej gospodarki. W tym roku znowu mamy czas wielkiej niepewności. Dla polskiej gospodarki wszystkie projekcie z początku roku stały się nieaktualne, a zyski z KPO i programu SAFE będą mniejsze, bo musimy w jakiś sposób teraz myśleć o zabezpieczeniu funkcjonujących biznesów, a nie o ich dynamicznym rozwijaniu – dodaje prof. Zelek.

– Budowa stabilnych łańcuchów dostaw była jednym z najważniejszych zadań dla światowej logistyki po wybuchu wojny w Ukrainie, a także po czasie pandemii. Nie jest to łatwe zadanie, by wyliczyć koszty spedycji tak, by były akceptowane dla europejskiego klienta. Obecna sytuacja zmusza firmy sektora TSL do podnoszenia cen. Dla klientów sytuacja ta jest zrozumiała i podejmują oni dialog z logistyką, bo wiedzą, że lepiej podzielić się kosztami niż zrzucić je na firmę transportową i narazić się na brak przewozu, a takie sytuacje w niektórych przypadkach już się zdarzają – mówi Przemysław Hołowacz, dyrektor ds. rozwoju Grupy CSL.

– Od cen paliwa zależą ceny frachtu. Konflikt na Bliskim Wschodzie wywołał drastyczny wzrost cen frachtu morskiego i stawek czarterowych, z dodatkowymi opłatami wojennymi. Mówimy często o kilkuset procentowym wzroście – dodaje Przemysław Hołowacz.

– Czekamy na odblokowanie cieśniny Ormuz. To jest kwestia 20-30% światowych dostaw ropy – dodaje Przemysław Hołowacz.

    W 2025 roku ceny baryłki ropy pod koniec roku wynosiły około 60 USD. Na początku 2026 ceny zaczęły szybko rosnąć, przekraczając w marcu poziom 85–90 USD. W kwietniu 2026 baryłka osiągnęła już ponad 100 USD, chwilami dochodząc nawet do około 110–115 USD. Prognozy przewidywały wzrost do 150 dolarów, obecnie kwoty spadły poniżej 100.

Prisma Browser for Business ma pomóc MŚP w walce z phishingiem i wyciekami danych

Dziś większość codziennych zadań w małych i średnich firmach realizowana jest w przeglądarce internetowej. To jednak także główne źródło ryzyka – jak wynika z analiz Palo Alto Networks, aż 95% organizacji doświadcza incydentów bezpieczeństwa, które zaczynają się właśnie tam. W odpowiedzi na te wyzwania firma wprowadza Prisma Browser for Business, rozwiązanie, które umożliwia uporządkowanie środowiska pracy, zwiększa bezpieczeństwo danych i kontroluje wykorzystanie narzędzi AI[1].

Polski sektor MŚP działa w jednym z najbardziej zagrożonych cyberprzestrzeni regionów Europy Środkowej. W 2024 roku 32% polskich firm doświadczyło naruszeń danych, przerw w działaniu systemów lub wycieku poufnych informacji – to drugi najwyższy wynik w Unii Europejskiej, ustępujący tylko Finlandii[2]. Raporty i analizy pokazują, że cyberzagrożenia w Europie rosną zarówno pod względem liczby, jak i złożoności, a małe i średnie firmy często stają się łatwym celem dla ataków ze względu na słabsze zabezpieczenia.

Według danych OKTA, małe firmy średnio używają 36 aplikacji w przeglądarce, gdzie wykonywana jest większość codziennej pracy[3]. Jednocześnie aż 95% firm doświadcza incydentów bezpieczeństwa rozpoczynających się w przeglądarce, dlatego potrzeba bezpiecznego środowiska pracy jest dziś większa niż kiedykolwiek[4]. Rosnące wykorzystanie narzędzi AI przez pracowników zwiększa ryzyko przypadkowego ujawnienia wrażliwych danych, przez co standardowe przeglądarki i tradycyjne zabezpieczenia przestają wystarczać.

Dla większości małych firm przeglądarka stała się głównym narzędziem pracy. Standardowe przeglądarki nie były projektowane z myślą o nowoczesnych cyberzagrożeniach ani o kontroli danych wykorzystywanych przez narzędzia AI. Naszym celem jest udostępnienie małym i średnim firmom mechanizmów ochrony stosowanych w największych korporacjach, w prostym i łatwym do zarządzania środowisku pracy – podkreśla Wojciech Gołębiowski, wiceprezes i dyrektor zarządzający Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Nowe rozwiązanie Prisma Browser for Business od Palo Alto Networks pomaga firmom uporządkować codzienne środowisko pracy, ułatwiając skonfigurowanie używanych aplikacji i narzędzi AI na dowolnym urządzeniu. Jednocześnie zwiększa bezpieczeństwo, blokując próby phishingu, ransomware i oszustw, zanim wyrządzą szkody. Dodatkowo rozwiązanie umożliwia bezpieczne korzystanie z narzędzi AI, ograniczając ryzyko przypadkowego ujawnienia wrażliwych informacji.

Według analityków TechAisle rynek MŚP potrzebuje takich rozwiązań, ponieważ wiele firm nie zdaje sobie sprawy z ryzyka ani nie ma zasobów, by samodzielnie je kontrolować[5]. W efekcie przeglądarka, choć centralna dla codziennej pracy, pozostaje punktem krytycznym w firmowej ochronie danych.

– W odpowiedzi na te wyzwania rozwiązania takie jak Prisma Browser for Business pomagają uporządkować i zabezpieczyć codzienną pracę w przeglądarce, jednocześnie chroniąc dane i umożliwiając bezpieczne korzystanie z narzędzi AI. Dla małych i średnich firm oznacza to możliwość wdrożenia systematycznej i skalowalnej ochrony bez potrzeby budowania rozbudowanej infrastruktury IT. W obliczu rosnącej liczby cyberzagrożeń oraz niekontrolowanego wykorzystania narzędzi AI takie podejście staje się fundamentem długoterminowego bezpieczeństwa i stabilności biznesu – dodaje Wojciech Gołębiowski.

[1] https://www.paloaltonetworks.com/prisma-browser-for-business

[2] https://ec.europa.eu/eurostat/web/interactive-publications/digitalisation-2025

[3] https://www.okta.com/sites/default/files/2024-04/Okta%20SMB%20Report%202024.pdf

[4] https://start.paloaltonetworks.com/rs/531-OCS-018/images/The%20State%20of%20Workforce%20Security_Key%20Insights%20for%20IT%20and%20Security%20Leaders.pdf?version=0

[5] https://www.techaisle.com/blog/621-smb-midmarket-cybersecurity-adoption-trends-resilience-strategies-and-key-challenges

Bumech przejmuje kontrolę nad złożem Maranda w RPA

Polski Bumech przejmuje kontrolę nad złożem Maranda w RPA, w którym poza cynkiem, miedzią i srebrem znajdują się również takie surowce jak ind czy złoto. Całkowite zasoby kopalni wynoszą od 6 do 8 mln ton rudy, z czego dotychczas wykorzystano jedynie około 10% potencjału złoża.

Bumech S.A. poinformował o zawarciu umowy przez spółkę zależną SIST KAPITAL PTY LTD i przejęciu pakietu kontrolnego, który umożliwia samodzielne decydowanie o kierunkach rozwoju kopalni. Wartość transakcji wyniosła około 3 mln USD i realizowana jest w formule joint venture. Z kolei zobowiązania inwestycyjne związane z modernizacją i zwiększeniem wydajności kopalni w latach 2026 – 2028 mają wynieść około 6 mln USD.

Złoże Maranda zostało szczegółowo zbadane i udokumentowane już w 1978 roku, a kopalnia rozpoczęła działalność w 1989 roku pod zarządem koncernu Metorex. Od 2009 roku funkcjonowała jedynie w ograniczonym zakresie. Przeliczone zasoby rudy w Marandzie wynoszą od 6 do 8 milionów ton, przy historycznych średnich zawartościach metali: 23% cynku, 3,9% miedzi, 0,03% indu i 0,003% srebra. Obecnie kopalnia jest w stanie wydobyć i przetworzyć do 180 tysięcy ton rudy rocznie. Plany spółki zakładają stopniowe zwiększanie skali działalności — do przetwarzania rudy na poziomie nawet 800 tys. ton rocznie. 

Drugim obszarem należącym do MMC jest pole Burgersdorp, z koncesją na powierzchniowe wydobycie złota do 150 metrów pod ziemią. Złoże to charakteryzuje się zawartością złota w granicach 2,1–3,9 g/t. Bumech planuje przeprowadzenie pogłębionych badań tego rejonu i uruchomienie wydobycia w najbliższej przyszłości.

Bumech wkracza na afrykańskie złoża

Transakcja została zaplanowana jako etapowy proces, obejmujący m.in. przejęcie aktywów, uporządkowanie struktury właścicielskiej oraz przygotowanie projektu do dalszego skalowania działalności wydobywczej i przetwórczej. Model współpracy uwzględnia zarówno lokalne uwarunkowania regulacyjne, jak i konieczność zapewnienia efektywnego zarządzania operacyjnego oraz dalszych inwestycji rozwojowych.

Tymi lokalnymi regulacjami jest m.in. zasada B-BBEE (Broad-Based Black Economic Empowerment), która wytycza ramy zaangażowania lokalnych partnerów w przedsięwzięcia biznesowe. Spółka planuje również przeprowadzenie pełnej inwentaryzacji zasobów zgodnie z międzynarodowym standardem JORC, stosowanym do raportowania złóż mineralnych i zapewniającym ich transparentną wycenę.

Wartość ukryta w metalach krytycznych i technologiach przyszłości

O atrakcyjności inwestycji decyduje nie tylko skala zasobów, ale przede wszystkim ich struktura i zawartości metali. Przykładowo, miedź z rudy wyceniana jest na 12 200 USD/t (Goldman Sachs, 2026), cynk 3 000–3 400 USD/t (Citi), srebro 75–90 USD/oz (J.P. Morgan, Commerzbank), ind 580–720 USD/kg.

Kopalnia niegdyś należała do spółki Metorex — południowoafrykańskiego przedsiębiorstwa górniczego, które koncentrowało się na klasycznym wydobyciu metali bazowych, bez odzysku indu. Dziś, przy zmienionych realiach rynkowych i technologicznych, zasoby te stanowią istotny potencjał rozwojowy projektu.

Gotowa infrastruktura i duże zasoby

Jak wyjaśnia Jonasz Drabek, Prezes Zarządu Bumechu, największym atutem projektu jest to, że kopalnia Maranda dysponuje już istniejącą infrastrukturą: szybem, wyrobiskami podziemnymi oraz zakładem wzbogacania. Jak informuje, kopalnia Maranda jest kopalnią głębinową, z dotychczasowym wydobyciem realizowanym na 10% obszaru koncesyjnego na głębokości od 100 do 330 metrów pod powierzchnią ziemi. Dodatkowym atutem ma być lokalizacja w pobliżu kompleksu Palabora Mining Company, co ma zapewnić dostęp do infrastruktury hutniczej, zaplecza logistycznego oraz wykwalifikowanej kadry. – Wprawdzie infrastruktura kopalni jest nie najnowsza, ale właśnie dlatego udało się nam przekonać dotychczasowych właścicieli, że jesteśmy europejską firmą, z doświadczeniem i dostępem do technologii, które pomogą unowocześnić zakład wzbogacania rud i zastosować najnowsze metody badań geologicznych – dodaje.   

– Wchodzimy w gotowy organizm górniczy – z szybem, zakładem wzbogacania rud i ciekawym złożem złotonośnym wymagającym jednak dalszych badań geologicznych. To duży potencjał, którego znaczenie dla nowoczesnej gospodarki i technologii dopiero w pełni odkrywamy. Równolegle rozwijamy nasze projekty krajowe i międzynarodowe, budując zrównoważony portfel w strategicznych sektorach surowcowych i energetycznych – podkreśla prezes spółki.

Odpowiedź na rosnące potrzeby świata

Metale obecne w projekcie Maranda znajdują się na listach surowców strategicznych UE, potrzebnych w przemyśle, w tym obronnym, których znaczenie rośnie wraz z rozwojem elektromobilności, energetyki odnawialnej i nowoczesnych technologii. Obecnie Europa w dużym stopniu uzależniona jest od importu wielu surowców z spoza kontynentu, co powoduje rosnącą presję na ustabilizowanie i dywersyfikację źródeł dostaw. 

– Chcemy, aby inwestycja w Republice Południowej Afryki stała się się jednym z kluczowych aktywów spółki, potwierdzając jej kompetencje górnicze, aczkolwiek zmniejszając rolę węgla w naszym portfelu – dodaje Prezes Jonasz Drabek.

Wybory parlamentarne na Węgrzech: jak polityczna rewolucja może wpłynąć na rynki?

Przed nami najważniejsze europejskie wybory 2026 r. Już 12 kwietnia do urn pójdą Węgrowie, którzy zdecydują, czy u władzy po 16 latach rządów pozostanie Fidesz. Wyniki mogą wpłynąć na zmianę ścieżki obranej przez Viktora Orbana, doprowadzając do resetu relacji kraju z Unią Europejską.

Przyglądając się niezależnym badaniom sondażowym czy też spoglądając na zakłady na portalu predykcyjnym Polymarket, trudno nie zauważyć, że zwycięstwo opozycji nie jest już scenariuszem życzeniowym, a bazowym. Rząd może samodzielnie za nieco ponad tydzień utworzyć partia, która dwa lata temu nie istniała w politycznym mainstreamie – podobnie zresztą jak jej lider, Peter Magyar.

Peter Magyar, od członka Fideszu do twarzy Tiszy

Historia 45-latka jest o tyle interesująca, że przez połowę swojego życia związany był z partią Fidesz – udzielał się w lokalnych strukturach już w czasach studenckich, kiedy partia stanowiła opozycję wobec rządów MSZP (Węgierskiej Partii Socjalistycznej). W 2010 r., kiedy Fidesz odzyskał władzę, rozpoczął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Później był częścią Stałego Przedstawicielstwa Węgier w UE, Kancelarii Premiera czy też departamentów prawnych dużych państwowych przedsiębiorstw.

Nigdy nie zrobił jednak w partyjnych strukturach takiej kariery jak jego była żona – Judit Varga – która w 2019 r. została ministrem sprawiedliwości. Wysoko postawieni politycy nie uważali Magyara, który wielokrotnie krytykował działania rządu w wewnętrznych dysputach, za „gracza zespołowego”, a rozpad jego relacji z Vargą jedynie oddalił go od wewnętrznego kręgu Fideszu.

Przełom stanowił skandal związany z prezydencką amnestią Endre Konyi, skazanego za tuszowanie przestępstw pedofilskich. Ujawnienie przez media szczegółów sprawy w lutym 2024 r. stanowi po dziś dzień jeden z najbardziej kryzysowych okresów dla Fideszu – doszło wówczas do dymisji prezydent Kaitlin Novak oraz minister sprawiedliwości Judit Vargi, będącej już byłą żoną Magyara.

Magyar dostrzegł w tej sytuacji swoją życiową szansę i niewiele później ujawnił nagranie głosowe Vargi, które dotyczyło najgłośniejszej sprawy korupcyjnej ostatnich lat (Schadl–Völner). Udzielił wówczas także wywiadu dla związanego z opozycją kanału Partizan w serwisie YouTube, który w ciągu kilku dni został wyświetlony ponad milion razy (obecnie 2,5 mln).

Momentum wokół Magyara rosło w zatrważająco szybkim tempie, pozwalając Tiszy, do której niewiele wcześniej dołączył, uzyskać blisko 30% głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Od tego czasu notowania partii w zasadzie nieustannie rosną, co czyni ją nieoczekiwanym faworytem w zaplanowanych na 12 kwietnia wyborach parlamentarnych.

Duże różnice programowe mimo wspólnych cech

Obie partie, wbrew pozorom, mają ze sobą wiele wspólnego. Magyar konsekwentnie określa siebie jako „konserwatywnego liberała”. Podobnie jak Viktor Orbán walczy o prawicowy elektorat, nawiązując w swojej retoryce do wartości narodowych, patriotyzmu i chrześcijańskich korzeni kraju.

  • Polityka migracyjna: TISZA deklaruje zachowanie muru granicznego wybudowanego przez Orbána na granicy z Serbią i opowiada się za twardą polityką antyimigracyjną. W wielu głosowaniach dotyczących tej kwestii zachowuje w Parlamencie Europejskim wspólny front z Fideszem.
  • Polityka prorodzinna: Magyar podkreśla, że była to jedna z „nielicznych dobrych rzeczy” w działaniach Fideszu i wymaga jedynie dopracowania. W programie wyborczym jego partii znajdziemy m.in.:
  • podwojenie zasiłku rodzinnego (który od lat nie był waloryzowany),
  • wprowadzenie jednorazowego świadczenia porodowego,
  • zachowanie ulg podatkowych dla rodzin z dziećmi,
  • podtrzymanie preferencji przy kredytach mieszkaniowych,
  • zwolnienia podatkowe dla matek z rodzin wielodzietnych.
  • Wartości chrześcijańskie: lider opozycji podkreśla swoje przywiązanie do wartości katolickich, a w programie Tiszy pojawia się wzmianka o ochronie „chrześcijańskiej kultury”. Warto przypomnieć, że jedna z największych węgierskich demonstracji w ostatnich latach rozpoczęła się przed bazyliką św. Stefana.
  • Elementy interwencjonizmu państwowego: mimo bardziej liberalnego od Fideszu podejścia, TISZA nie jest partią wolnorynkową per se. Uwagę zwracają chęć:
  • wsparcia strategicznych z perspektywy państwa sektorów i firm;
  • ingerencji w sektor budownictwa mieszkaniowego;
  • dalszej kontroli cen energii dla gospodarstw domowych;
  • poczynienia znacznych inwestycji publicznych (przy wykorzystaniu funduszy z UE).
  • Silny lider i konfrontacyjny styl kampanii: nieprzypadkowo nazwiska „Magyar” używamy w raporcie w sposób niemal synonimiczny względem nazwy „TISZA”. Jego retorykę i sposób prowadzenia kampanii można porównać do działań Fideszu z pierwszej dekady XX w. – używa prostego i mocno nacechowanego emocjonalnie języka, prowadzi intensywną kampanię terenową, nie stroni od symboli narodowych i buduje narrację „my kontra oni” (choć obecnie „oni” w przypadku Fideszu najczęściej odnosi się do UE).

Nie sposób jednak nie zauważyć różnic, bez których trudno byłoby uważać Tiszę za siłę reformatorską i antyestablishmentową. Dotyczą one zarówno kwestii światopoglądowych, jak i – co z perspektywy rynkowej najważniejsze – polityki zagranicznej.

  • Proeuropejskość: Tisza stawia na szybki reset relacji z Unią – zakończenie polityki wet, konstruktywną współpracę z Brukselą i przygotowanie kraju do potencjalnego przyjęcia euro. Magyar obiecuje natychmiastowe odblokowanie unijnych funduszy. Mimo że część środków została bezpowrotnie utracona, 8,4 mld EUR z Funduszu Spójności i 9,5 mld EUR z RRF pozostają zamrożone. Ponadto kraj czeka na zatwierdzenie planu niskooprocentowanej pożyczki w ramach programu SAFE (17,4 mld EUR).
  • Stosunek do Rosji i wojny w Ukrainie: w przeciwieństwie do Fideszu Tisza popiera utrzymanie sankcji wobec Rosji oraz pomoc humanitarną dla Ukrainy. Magyar zapowiada w swoich przemówieniach stopniowe zmniejszanie zależności energetycznej od Rosji. Nie wyklucza akcesji Ukrainy do UE w długim terminie (jednak bez przyspieszonego trybu).
  • Praworządność i walka z korupcją: lider opozycji zapowiada rozliczenie Narodowego Systemu Współdziałania (NER), przystąpienie do Prokuratury Europejskiej (EPPO) oraz pełną transparentność wydawania funduszy publicznych.
  • Wartości: choć także konserwatywna, TISZA jest postrzegana jako partia zdecydowanie bardziej centrowa i liberalna niż Fidesz. Magyar jest znacznie ostrożniejszy w kwestiach związanych z prawami osób LGBT, stosuje bardziej inkluzywną definicję patriotyzmu oraz mniej instrumentalnie wykorzystuje chrześcijaństwo.
  • Model demokracji i podejście do mediów państwowych: przywrócenie pluralizmu, choćby poprzez ograniczenie kadencji premiera do 8 lat czy umożliwienie obywatelom bezpośredniego wyboru prezydenta, to jedne z priorytetów Tiszy. Dużą uwagę zwraca się także na depolityzację mediów publicznych.

Wpływ na rynki

Widzimy cztery scenariusze przebiegu wyborów – dla każdego z nich przedstawiamy nasze oczekiwania w zakresie kluczowych skutków gospodarczych oraz reakcji forinta.

Scenariusz 1: Większość konstytucyjna Tiszy (>⅔ mandatów)

  • Prawdopodobieństwo: ~10%
  • Forint: znaczne umocnienie (+4–6%)

Zdobycie co najmniej 133 z 200 mandatów dawałoby Tiszy możliwość:

  • zmiany zapisów konstytucji bez zgody opozycji;
  • uchwalania i zmian „ustaw kardynalnych”, tj. dotyczących m.in. prawa wyborczego, statusu mediów publicznych, kompetencji sądów czy niektórych kwestii podatkowych i budżetowych;
  • wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego, prezesa Sądu Najwyższego, prokuratora generalnego czy prezesa MNB.

Choć scenariusz ten nie wydaje się szczególnie prawdopodobny, to przy obecnych trendach nie można go całkowicie wykluczyć. Tak wysokie poparcie pozwoliłoby Tiszy na gruntowne reformy i szybki demontaż Narodowego Systemu Współdziałania budowanego przez Fidesz przez ostatnie 16 lat. Nadzieja na gruntowne reformy bez ingerencji Fideszu oraz reset relacji z Brukselą powinny doprowadzić do natychmiastowej poprawy sentymentu na lokalnych rynkach finansowych.

Kluczowa dla inwestorów byłaby wizja prędkiego odblokowania środków zamrożonych przez UE (blisko 18 mld EUR), co mogłoby stanowić istotny bodziec wzrostowy dla węgierskiej gospodarki. Lepszy od oczekiwań wynik Tiszy powinien oznaczać istotne umocnienie forinta, znaczne wzrosty na węgierskim rynku akcji oraz spadek rentowności węgierskich obligacji skarbowych.

Scenariusz 2: Samodzielne rządy Tiszy bez większości konstytucyjnej

  • Prawdopodobieństwo: ~65%
  • Forint: umocnienie (+2–4%)

Partia nie mogłaby przeprowadzać samodzielnie reform „ustaw kardynalnych”. Odblokowanie funduszy z UE mogłoby nieco się przeciągnąć, niewątpliwie obserwowalibyśmy jednak znaczną poprawę relacji na linii Budapeszt–Bruksela.

Większa przewidywalność działań, stopniowa realizacja reform praworządnościowych i zmniejszenie ryzyka związanego z inwestycjami kraju powinny istotnie poprawić sentyment inwestorów względem węgierskiego rynku. Choć jesteśmy zdania, że zwycięstwo Tiszy jest już po części wycenione przez inwestorów (uznajemy to za jeden z czynników stojących za tak pokaźną aprecjacją waluty w 2025 r.), forint powinien w takim scenariuszu doświadczyć zauważalnego umocnienia. Podobnie jak w scenariuszu 1, widzimy przestrzeń na zyski na węgierskim rynku akcji oraz spadek rentowności węgierskich obligacji. Skala tych zmian byłaby mniejsza, ale wciąż bardzo istotna.

Scenariusz 3: Utworzenie samodzielnego rządu przez Fidesz

  • Prawdopodobieństwo: ~15%
  • Forint: znaczne osłabienie (-3–6%)

Taki scenariusz oznaczałby kontynuację dotychczasowego modelu Narodowego Systemu Współdziałania, tj. absolutną koncentrację władzy w rękach Fideszu. Podwyższone pozostałyby ryzyka polityczne i instytucjonalne. Bardzo prawdopodobne byłoby mrożenie środków przez UE nawet przez kolejne cztery lata. Relacje na linii Budapeszt–Bruksela pozostałyby zaognione.

Oczekujemy, że taki przebieg wydarzeń doprowadziłby do oddania przez forinta części odnotowanych w 2025 r. zysków. Jako że nie jest to obecnie scenariusz, który uznajemy za wysoce prawdopodobny, skala zmian mogłaby być znaczna. Podobny ruch obserwowalibyśmy najpewniej na węgierskiej giełdzie. Pogrzebanie szans na spadek ryzyka instytucjonalnego doprowadziłby także najpewniej do wzrostu rentowności krajowych obligacji.

Scenariusz 4: Utworzenie koalicyjnego rządu przez Fidesz oraz Mi Hazank

  • Prawdopodobieństwo: ~10%
  • Forint: znaczne osłabienie (-4–7%)

Mi Hazank to partia skrajnie prawicowa. Jej wejście do rządu koalicyjnego oznaczałoby obranie przez Fidesz jeszcze bardziej radykalnej ścieżki na płaszczyźnie migracyjnej oraz eskalację retoryki antyunijnej i antyukraińskiej. Dalsza blokada środków z UE wydaje się przy takim scenariuszu w zasadzie pewna. Niepewność polityczna mogłaby wzrosnąć jeszcze silniej względem obecnego status quo.

Prawdopodobna jeszcze większa izolacja Węgier na arenie europejskiej byłaby postrzegana przez rynki bardzo negatywnie. Skala osłabienia forinta byłaby najpewniej znaczna, na co złożyłyby się charakterystyczna wysoka wrażliwość waluty na wzrost ryzyka oraz częściowe wycenianie przez rynki zwycięstwa Tiszy na przestrzeni ostatnich miesięcy (skalę zmienności, na jaką narażona jest węgierska waluta w obliczu pogorszenia sentymentu, widzieliśmy na początku marca po wybuchu wojny w Iranie). Znaczne spadki cen obserwowalibyśmy także na węgierskim rynku akcji i obligacji.

Magazyny pozostają filarem nieruchomości komercyjnych, ale rynek gra ostrożniej

W 2025 roku polski rynek magazynowy wykazywał oznaki stabilizacji, przy utrzymującej się ostrożności zarówno po stronie deweloperów, jak i najemców. Wraz z przyspieszeniem polskiej gospodarki w drugiej połowie roku poprawiły się nastroje rynkowe.

Sektor pozostał jednym z najbardziej stabilnych na całym rynku nieruchomości komercyjnych, odpowiadając za ponad 30% całkowitego wolumenu inwestycyjnego w 2025 roku. Niemniej jednak oczekuje się, że uczestnicy rynku nadal będą koncentrować się na ograniczaniu ryzyka w odpowiedzi na zmieniające się uwarunkowania gospodarcze i geopolityczne.

„W 2025 roku magazyny, podobnie jak w roku poprzednim, odpowiadały za 45% wolumenu wszystkich sporządzonych przez nas wycen, a zdecydowana większość była podstawą zabezpieczenia kredytowego. To odzwierciedla ich znaczenie dla sektora finansowego. Instytucje finansujące przy wycenie oczekują wskazania szans i ryzyka związanego z inwestowaniem, co pokazuje jak istotna w procesie wyceny jest właściwa identyfikacja przez rzeczoznawców mocnych i słabych stron nieruchomości.

By sprostać wymaganiom banków analizujemy dokumentację prawną, techniczną oraz sytuację komercyjną nieruchomości magazynowych. Pozycjonujemy wycenianą nieruchomość na tle sektora magazynowego na podstawie posiadanych danych rynkowych.

Coraz bardziej istotną rolę przy wycenie stanowi również analiza ESG i jej wpływ na wartość, co wymaga od nas szerszej niż dotychczas analizy w tym zakresie.” – Agnieszka Bogucka, Senior Valuer, Valuation and Advisory, Avison Young

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce przekroczyły 37 mln mkw., co podkreśla dojrzałość rynku oraz wysoki poziom jego rozwoju. Dominującą rolę nadal odgrywają rynki tzw. Wielkiej Piątki, które odpowiadają za ponad 70% całkowitych zasobów.

Aktywność najemców wyraźnie wzrosła, przy czym renegocjacje nadal dominują w strukturze popytu. Najemcy wciąż przedkładają ciągłość operacyjną i kontrolę kosztów nad relokacje czy ekspansje.

Aktywność deweloperów pozostała ograniczona, w budowie znajdowało się jedynie 1,8 mln mkw., głównie w ramach projektów realizowanych na potrzeby konkretnych najemców (BTS/BTO). Rozpoczęcie nowych inwestycji w dużej mierze zależy od zabezpieczenia umów przednajmu, które są kluczowe do uzyskania finansowania. W rezultacie inwestycje spekulacyjne są ograniczone i podlegają starannemu zarządzaniu ryzykiem.

Powierzchnia niewynajęta zmniejszyła się do około 2,5 mln mkw., co przekłada się na średni wskaźnik pustostanów na poziomie ~7%. Najwyższy poziom pustostanów odnotowano w Polsce Zachodniej oraz we Wrocławiu, dlatego w tym regionie właściciele obiektów wykazują coraz większą elastyczność w negocjacjach najmu, natomiast najniższe wskaźniki pustostanów zaobserwowano w Opolu, Krakowie i Szczecinie.

Wysoka aktywność najemców była konsekwentnie obserwowana na rynkach tzw. Wielkiej Piątki, które odpowiadały za 80% całkowitego popytu. Ponadto Warszawa, Górny Śląsk i Polska Centralna dominowały pod względem wynajętej powierzchni, z wynikiem przekraczającym 1,0 mln mkw. na każdym z tych rynków.

Stawki czynszów pozostały względnie stabilne, przy czym wzrostowy trend dotyczył nowych projektów typu „prime”. Najwyższe poziomy czynszów niezmiennie odnotowywane są na rynkach tzw. Wielkiej Piątki. Czynsze efektywne znajdują się pod presją w regionach o podwyższonym poziomie pustostanów, gdzie właściciele oferują pakiety zachęt dla najemców.

zasoby

Patrząc w przyszłość oczekujemy, że obecne trendy będą się utrzymywać. Polski rynek magazynowy przechodzi z fazy szybkiej ekspansji do bardziej dojrzałego etapu, charakteryzującego się strategicznymi inwestycjami dostosowanymi do realnego popytu.

„W miarę ograniczania dostępnej podaży, odnowienia umów najmu prawdopodobnie nadal będą dominować w strukturze popytu. Nowe transakcje będą bardziej selektywne, z większym naciskiem na ekspansje. Deweloperzy pozostaną ostrożni przy rozpoczynaniu nowych projektów, koncentrując się na głównych rynkach oraz tych o najniższych wskaźnikach pustostanów. W lokalizacjach o wyższym poziomie niewynajętej powierzchni właściciele będą coraz bardziej skłonni oferować zachęty, aby przyciągnąć potencjalnych najemców.” – Dorota Koseska, Director, Industrial Agency, Avison Young

 

 

Perspektywa najemców

Z perspektywy najemców obecna sytuacja na rynku magazynowym jest bardziej zrównoważona niż w okresie największego boomu inwestycyjnego. Zwiększona dostępność powierzchni w niektórych lokalizacjach daje większy wybór i silniejszą pozycję negocjacyjną, co skłania najemców do rozważania różnych opcji, od renegocjacji umów najmu po relokację do nowoczesnych budynków o wyższych standardach technicznych.

Decyzje najemców coraz częściej mają charakter analityczny, przy czym firmy koncentrują się na całkowitych kosztach operacyjnych, a nie wyłącznie na czynszu bazowym. Kluczowe znaczenie mają koszty energii, efektywność budynku oraz funkcjonalność magazynu. Najemcy coraz częściej poszukują też nowoczesnych budynków oferujących wyższe parametry techniczne, takie jak większa nośność posadzki, wyższa moc przyłączeniowa czy możliwość wdrożenia automatyzacji magazynu.

Strategiczne planowanie najmu staje się standardem, co skutkuje częstszymi renegocjacjami umów lub optymalizacją zajmowanej powierzchni, zamiast szybkich decyzji o relokacji. Coraz więcej firm rozpoczyna analizę rynku nawet 18–24 miesiące przed wygaśnięciem obecnej umowy, aby zwiększyć swoją pozycję negocjacyjną oraz zabezpieczyć najlepsze dostępne lokalizacje.

Firmy dokładniej analizują swoje potrzeby logistyczne i dostępne opcje rynkowe, co sprawia, że procesy decyzyjne i negocjacyjne trwają dłużej niż w okresie największej dynamiki rynku.

 

Jakie trendy zaczynają kształtować ten rok?

Nowa równowaga podaży i popytu

Po okresie bardzo dynamicznego wzrostu rynku w latach 2020–2022 sektor magazynowy wchodzi obecnie w fazę bardziej zrównoważonego rozwoju. Deweloperzy w ostatnich latach ograniczyli liczbę projektów spekulacyjnych. Jednocześnie popyt pozostaje stabilny.

W efekcie coraz więcej nowych inwestycji realizowanych jest dopiero po zabezpieczeniu najemcy w formule pre-let lub build-to-suit, co ogranicza ryzyko realizacji projektów bez potwierdzonego popytu.

Automatyzacja zmienia projektowanie magazynów

Postępująca automatyzacja procesów logistycznych oraz rosnące znaczenie systemów robotycznych powodują, że magazyny są projektowane w coraz bardziej zaawansowany technologicznie sposób. Nowe obiekty uwzględniają wyższe wymagania dotyczące mocy energetycznej, nośności posadzek, wysokości składowania czy infrastruktury IT. W wielu przypadkach już na etapie projektowania budynków uwzględnia się możliwość instalacji systemów automatycznego składowania lub robotów logistycznych.

Specjalizacja lokalizacji logistycznych

Wraz z rozwojem rynku widoczna jest coraz większa specjalizacja funkcji poszczególnych regionów logistycznych. W największych aglomeracjach rośnie znaczenie magazynów miejskich i centrów dystrybucyjnych typu last-mile, które obsługują szybkie dostawy do konsumentów. Z kolei regiony o silnym zapleczu przemysłowym rozwijają się jako lokalizacje dla projektów produkcyjnych oraz magazynów wspierających procesy przemysłowe i montażowe.

Magazyn jako infrastruktura produkcyjna

Coraz większą rolę w strukturze popytu odgrywają firmy produkcyjne oraz przedsiębiorstwa prowadzące bardziej zaawansowane procesy logistyczne. W związku z tym rośnie zapotrzebowanie na obiekty oferujące wyższe parametry techniczne, m.in. większą nośność posadzki, możliwość instalacji suwnic, większą moc przyłączeniową czy wydzielone strefy produkcyjne. W wielu przypadkach magazyn przestaje pełnić wyłącznie funkcję składowania i staje się integralnym elementem infrastruktury produkcyjnej.

“Quality gap” na rynku magazynowym

Na rynku coraz wyraźniej widoczne jest zróżnicowanie pomiędzy nowoczesnymi obiektami klasy A, a starszymi zasobami magazynowymi. Najemcy coraz częściej wybierają budynki spełniające standardy ESG, oferujące wyższą efektywność energetyczną oraz lepsze warunki pracy dla pracowników. Starsze obiekty, szczególnie te zlokalizowane poza głównymi korytarzami logistycznymi, mogą wymagać modernizacji lub repozycjonowania, aby utrzymać konkurencyjność.

Globalna przebudowa łańcuchów dostaw

W skali globalnej jednym z najważniejszych trendów pozostaje reorganizacja łańcuchów dostaw. Firmy coraz częściej dywersyfikują produkcję i przenoszą część operacji bliżej rynków zbytu, aby zwiększyć bezpieczeństwo dostaw. Procesy nearshoringu i reshoringu wzmacniają rolę Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, jako ważnego zaplecza produkcyjno-logistycznego dla rynku europejskiego.

Firmy inwestują w bezpieczeństwo cyfrowe, ale świadomość liderów nadal jest zbyt niska

Aż 95 proc. przedsiębiorstw na świecie traktuje cyberbezpieczeństwo jako priorytet finansowy – wynika z raportu 2025 Cybersecurity Skills Gap Global firmy Fortinet. Jednocześnie ponad połowa badanych podmiotów uważa, że członkowie ich zarządów nie rozumieją ryzyk związanych z cyfrowymi zagrożeniami. Brak wiedzy w tym obszarze zaczyna mieć wymierne skutki – w 52 proc. firm to kadra zarządcza poniosła konsekwencje w wyniku cyberataku: od kar finansowych po utratę stanowiska.

Przez lata cyberbezpieczeństwo było traktowane jako obszar techniczny, przypisany do działów IT i zespołów bezpieczeństwa. Dziś ten model przestaje być aktualny. Według raportu Fortinet aż 86 proc. przedsiębiorstw doświadczyło w roku poprzedzającym badanie co najmniej jednego naruszenia bezpieczeństwa, a 28 proc. – pięciu lub więcej. Ponad połowa firm poniosła koszty przekraczające 1 mln dolarów, a w 59 proc. przypadków powrót do pełnej sprawności operacyjnej po ataku zajął miesiąc lub dłużej.

Rosnące koszty udanych cyberataków, coraz większy nadzór regulacyjny oraz bezpośrednie konsekwencje finansowe, sprawiają, że obrona przed cyfrowymi zagrożeniami staje się pełnoprawnym elementem zarządzania ryzykiem korporacyjnym. To nie jest już wyłącznie kwestia ochrony infrastruktury, ale również stabilności biznesu, reputacji i odpowiedzialności zarządczej – mówi Joanna Chmielak, Enterprise Sales Manager w firmie Fortinet.

Świadomość rośnie, ale brakuje wiedzy

Firmy dostrzegają skalę wyzwania i reagują. Aż 76 proc. przedsiębiorstw deklaruje, że – w roku poprzedzającym badanie Fortinet – ich zarządy zwiększyły nacisk na kwestie cyberbezpieczeństwa. Rok wcześniej ten wskaźnik wynosił 72 proc. To sygnał, że temat trafia na poziom strategiczny, jednak wzrost uwagi nie idzie w parze z pogłębianiem kompetencji przez liderów. Tylko 49 proc. badanych firm uważa, że członkowie zarządów w pełni rozumieją ryzyka związane z cyberzagrożeniami. Oczywiście nie chodzi o to, żeby liderzy biznesowi w przyspieszonym tempie dokształcali się z wiedzy technicznej.

Od zarządów nie oczekuje się eksperckiej znajomości systemów IT, lecz podstawowego zrozumienia cyberzagrożeń i ich wpływu na działalność firmy. Bez tej perspektywy dyrektorzy często opierają się na raportach lub opracowaniach, które nie pozwalają na krytyczną ocenę sytuacji. W efekcie trudniej ocenić nie tylko poziom zabezpieczeń, lecz także to, czy firma ma wystarczające zasoby, by skutecznie się chronić. Luka w wiedzy zarządu przekłada się więc bezpośrednio na odporność całego przedsiębiorstwa i jego zdolność do elastycznego reagowania na rosnące zagrożenia – tłumaczy Joanna Chmielak z Fortinet.

Kultura współdzielonej odpowiedzialności

Jeśli cyberodporność zaczyna się od przemyślanych decyzji, to jej fundamentem musi być wiedza. Dlatego kluczowego znaczenia nabierają działania edukacyjne, które często sprowadzane są do roli benefitu pracowniczego, podczas gdy w obszarze cyberbezpieczeństwa stają się kluczowym narzędziem zarządzania ryzykiem. Z raportu Fortinet wynika, że 62 proc. przedsiębiorstw inwestuje w szkolenia specjalistów IT, a 55 proc. organizuje programy budowania świadomości cybernetycznej wśród wszystkich pracowników. Cyberbezpieczeństwo przestaje być postrzegane wyłącznie jako domena technologii, a staje się odpowiedzialnością całej firmy.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera zaangażowanie kadry zarządzającej w aktywne uczestnictwo w działaniach edukacyjnych. Obecność liderów w takich inicjatywach ma znaczenie nie tylko praktyczne, ale i symboliczne. Pokazuje, że cyfrowa odporność nie jest wyłącznie formalnym obowiązkiem, lecz realnym priorytetem biznesowym.

Gdy zarządy aktywnie angażują się w edukację i nadają jej rangę strategiczną, firma przechodzi od reaktywnego podejścia do ochrony, czyli działania dopiero po incydencie, do modelu proaktywnego, opartego na zapobieganiu i przygotowaniu. Odporność zaczyna się nie od narzędzi, lecz od świadomego przywództwa, jasno określonej odpowiedzialności oraz zespołów wyposażonych w kompetencje do zarządzania ryzykiem na każdym poziomie organizacji – przekonuje ekspertka Fortinet.

Zarządy firm odpowiadają dziś za ocenę poziomu ryzyka, decyzje budżetowe oraz równoważenie inwestycji technologicznych z rozwojem kompetencji pracowników. Dlatego ich zaangażowanie w obszar cyberbezpieczeństwa decyduje o tym, czy stanie się ono realnym elementem strategii firmy, czy pozostanie jedynie deklaracją.

Green Lanes zabezpiecza łańcuch dostaw kluczowego surowca

Grupa Green Lanes zawarła z Instytutem Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich umowę licencyjną, dotyczącą prawa do korzystania z odmiany konopi włóknistych „Białobrzeskie”, zabezpieczając dostęp do materiału siewnego tego kluczowego surowca. Umowa obejmuje know-how w zakresie nasiennictwa oraz materiał genetyczny odmiany, a także – co istotne z perspektywy operacyjnej – możliwość samodzielnej reprodukcji i sprzedaży materiału siewnego na potrzeby działalności Grupy. Licencja obowiązuje do lipca 2027 roku.

Ta umowa daje nam większą kontrolę nad jednym z podstawowych obszarów operacyjnych, czyli zabezpiecza możliwość pozyskania surowca – słomy konopnej – w wymaganej przez nas jakości i wolumenie. Samodzielna reprodukcja materiału siewnego oznacza nie tylko realne oszczędności i dodatkowe źródło przychodów wynikające z obrotu tym materiałem na potrzeby własnej produkcji, ale przede wszystkim niezależność operacyjną i bezpieczeństwo planowania produkcji na lata. Zakładamy długoterminową współpracę z Instytutem i w praktyce oznacza to zwiększenie kontroli nad jakością surowca oraz stabilności biznesu a ponadto umożliwia budowę dodatkowej bariery wejścia. Jednocześnie odmiana Białobrzeskie, dzięki wysokim uzyskom i jakości surowca, jest dla nas optymalna z punktu widzenia produkcji Strumber® – mówi Piotr Pietras, współzałożyciel, akcjonariusz i Prezes Zarządu Green Lanes S.A.

Zawarcie umowy licencyjnej zapewnia dostęp do materiału siewnego o określonych parametrach jakościowych i genetycznych, co przekłada się na powtarzalność produktu, wzmacnia kontrolę nad łańcuchem dostaw oraz wspiera skalowanie działalności, a tym samym stanowi istotny element realizacji strategii Grupy Green Lanes ukierunkowanej na rozwój i komercjalizację materiału Strumber®.

Dzięki podpisanej umowie Grupa będzie mogła samodzielnie prowadzić reprodukcję materiału siewnego na własne potrzeby, co znacząco zwiększy jej niezależność operacyjną w planowaniu i realizacji upraw. Rozwiązanie to ogranicza również ryzyko związane z dostępnością materiału siewnego w kolejnych sezonach, zapewniając większą przewidywalność działalności operacyjnej.

Pod koniec marca 2026 roku Grupa Green Lanes rozpoczęła fazę rozruchu produkcyjnego, wchodząc w etap komercjalizacji. Rozpoczęcie dostaw materiału Strumber® do pierwszych odbiorców, z którymi zawarte zostały listy intencyjne lub umowy przedwstępne, umożliwi generowanie pierwszych powtarzalnych przychodów oraz konsekwentne budowanie pozycji rynkowej w oparciu o niezależny, skalowalny i stabilny model operacyjny.

TACO wraca do menu. Inwestorzy czekają na ruch Trumpa wobec Iranu

Prezydent USA zadbał o to, by świąteczny nastrój nie zagrzał zbyt długo miejsca. We wtorek wracamy na rynki i znów mamy straszenie, szantaże, groźby. Inwestorzy, choć objedzeni pisankami, już myślą o TACO. 

Nieznośna lekkość deadlinów

Pozostaje coraz mniej czasu nim upłynie kolejny już deadline dla Iranu. Jest on wyznaczony na środę o 2:00 w nocy czasu polskiego. Wczoraj na konferencji prasowej prezydent Trump zadeklarował, że jeśli Cieśnina Ormuz nie zostanie odblokowana, to cały kraj zostanie zrównany z ziemią w trakcie jednej nocy. Trochę w odpowiedzi na te groźby Pakistan, Egipt i Turcja jako mediatorzy dostarczyły propozycję 45-dniowego zawieszenia broni z otwarciem Cieśniny Ormuz. Iran jednak tę propozycję kategorycznie i jednoznacznie odrzucił. Teheran wysłał własną 10-punktową odpowiedź i zażądał „permanent end to war” (a nie tylko „temporary ceasefire”), co oznaczałoby zakończenie wszystkich konfliktów regionalnych. Na liście żądań Iranu znalazły się też: protokół bezpieczeństwa dla Cieśniny Ormuz, zniesienie sankcji i wypłacenie odszkodowań wojennych. Trump nazwał propozycję mediatorów znaczącym, choć niewystarczającym postępem, zapowiedział, że deadline nie zostanie przesunięty i dorzucił jeszcze, że Iran ma mnóstwo czasu, by złagodzić stanowisko. Do odpowiedzi Teheranu jednak się nie ustosunkował, choć można zakładać, że stanowiska obu stron są skrajnie różne. Sekretarz Obrony Pete Hegseth podgrzewa atmosferę i zapowiada intensyfikację ostrzału w nadchodzących dniach. Rynki mimo to stawiają na scenariusz TACO (Trump Always Chickens Out) — wczorajszy ruch po doniesieniach o potencjalnym zawieszeniu broni pokazał, że Wall Street wierzy w wycofanie się Trumpa w ostatniej chwili.

Rozmowy rozmowami, a bomby swoje

Tymczasem wczoraj wieczorem Izrael zbombardował instalację petrochemiczną w South Pars – największym na świecie złożu gazu ziemnego (współdzielonym z Katarem) i głównym źródle energii domowej dla 93 milionów Irańczyków. Ogień został opanowany, ale szkody są w tym momencie trudne do oszacowania — to przypomnienie, o jaką stawkę toczy się gra. Każdy dzień konfliktu to kolejne miliardy potrzebne na odbudowę zniszczonej infrastruktury krytycznej. Trump w tym samym czasie zaskoczył kolejnym pomysłem, czyli przejęciem kontroli nad irańskim sektorem naftowym. Zasugerował jednocześnie, że można wykorzystać to narzędzie jako element presji wobec Chin w wojnie handlowej. Iran nie tylko nie ugina się pod presją deadline’u, ale sam eskaluje: irański minister młodzieży wezwał wczoraj młodych ludzi do utworzenia „human chain” wokół elektrowni, w odpowiedzi na groźby Trumpa. Równolegle Teheran publikuje swoją listę potencjalnych celów do uderzenia, na wypadek eskalacji ze strony USA.

W usługach coraz mniej optymizmu

Wbrew pozorom nie tylko wojną rynek żyje. Nie brakuje nam kolejnych figur makroekonomicznych, choć nie da się ukryć, że nad znaczną częścią z nich i tak unosi się cień Bliskiego Wschodu. Większość inwestorów dopiero dzisiaj wraca do pełnej gry po weekendowych świętach Wielkanocy. Zbiegło się to z odczytami PMI dla usług w Europie. I trudno tu o optymizm, choć zbiorczy wynik dla całej strefy okazał się nieco wyższy nie tylko od oczekiwań, ale – co kluczowe – również od granicy 50 pkt. Jednak wynik 50,2 pkt wpisuje się niestety w negatywny ostatnio trend, a ten bufor bezpieczeństwa radykalnie się zmniejsza. We wtorek decyzję w sprawie stóp procentowych podjęli Rumuni i zgodnie z przewidywaniami analityków utrzymali koszt pieniądza bez zmian. Większość banków centralnych w obecnych warunkach przechodzi w tryb wait & see i próbuje oszacować, jak duże będą konsekwencje wojny w Iranie. Globalna retoryka wokół polityki pieniężnej dość mocno przeszła z gołębiej na jastrzębią stronę. Coraz większa liczba medialnych analityków wchodzi do licytacji pt. „ile podwyżek stóp czeka nas w tym roku?”. W tym kontekście zawsze warto zapoznać się z „minutkami” z posiedzenia FOMC, które zostaną opublikowane jutro wieczorem.

Złoty dzisiaj pozostaje stabilny, nieznacznie tracąc względem euro, które kosztuje 4,275 zł. Kurs dolara pozostaje przyklejony do poziomu 3,70 zł, minimalnie za to tanieje frank, za którego zapłacimy 4,625 zł.

Europa pod presją stagflacji, USA bardziej odporne. Wojna w Iranie zmienia układ sił na rynkach

Uczucie déjà vu unosi się nad rynkami w obliczu braku wyraźnych perspektyw na zakończenie wojny w Iranie.

Kluczowe punkty:

  • PLN czeka na sygnały z RPP.
  • Wojna w Iranie trwa, rynki czekają na deadline Trumpa.
  • Rynek pracy w USA pozostaje odporny na niepewność związaną z wojną.
  • Inflacja w strefie euro w marcu wzrosła w obliczu szoku energetycznego.
  • Prezes BoE Bailey odsuwa rynkowe oczekiwania dot. podwyżek stóp procentowych.

Prezydent Donald Trump stosuje różne groźby i wielokrotnie przesuwa terminy ich realizacji, a rynki finansowe w coraz większym stopniu ignorują jego zastraszanie, skupiając się zamiast tego na rzeczywistych wydarzeniach – podobnie jak po pierwszych tygodniach zamieszania celnego rok temu. Inwestorzy szukają spójnej narracji, podczas gdy aktywa ryzykowne odbijają, ceny ropy wciąż rosną, a cieśnina Ormuz pozostaje zamknięta przez Iran. Wczesne oznaki makroekonomicznego wpływu wojny wskazują na stagflację w importującej surowce energetyczne Europie i większą odporność samowystarczalnych Stanów Zjednoczonych. W tle waluty eksportujących surowce rynków wschodzących zaczęły odbijać i większość jest obecnie zdecydowanie silniejsza względem euro niż w przeddzień wojny.

Najważniejszym motorem ruchów rynkowych w tym tygodniu będzie wciąż rozwój sytuacji w Iranie, w szczególności wielokrotnie przesuwany przez Trumpa, upływający dziś w nocy, deadline na otwarcie przez Iran cieśniny i przystanie na warunki rozejmu. Istotne dla rynków będą również dane o marcowej inflacji w USA. Będzie to pierwszy taki raport odzwierciedlający w pełni oddziaływanie wojny i oczekuje się, że pokaże znaczny skok głównej miary, wymazując dwa lata powolnego postępu w kierunku celu Rezerwy Federalnej.

PLN

Poprzedni tydzień nie przyniósł znaczących zmian kursu EUR/PLN. Na początku tego tygodnia lekkie umocnienie złotego szło w parze ze wzrostem pary EUR/USD. Choć sentyment nieznacznie się poprawił, trwająca na Bliskim Wschodzie wojna i szok energetyczny nadal stanowią główne czynniki ryzyka dla polskiej waluty w krótkim terminie.

W ubiegłym tygodniu poznaliśmy dane o inflacji w marcu. Inflacja CPI podbiła z 2,1% do 3%, lądując nieco poniżej szacunków konsensusu, ale jednak w górnej części widełek celu inflacyjnego. Za wyższymi cenami stoi oczywiście szok energetyczny – ceny paliw podbiły aż o 15,4% względem lutego. W kwietniu w wyniku osłonowych działań rządu inflacja powinna spaść. W kontekście zawirowań cenowych będziemy zwracać uwagę na sygnały ze strony RPP, która w czwartek (09.04) zadecyduje o wysokości stóp procentowych. Rynek w okresie od wybuchu wojny w Iranie zaczął wyceniać ich podwyżki w Polsce. Choć o obniżkach w najbliższym czasie naszym zdaniem nie ma mowy, nie widzimy obecnie silnych przesłanek do tego, żeby Rada myślała o ruchu w górę.

EUR

Wstępny odczyt inflacji i dane sentymentowe w strefie euro wskazują na znaczny stagflacyjny wpływ wojny. Główna miara dynamiki cen wzrosła do 2,5% w marcu względem 1,9% miesiąc wcześniej, a różne wskaźniki nastroju spadły z lutowych poziomów, choć różnice są stosunkowo niewielkie. Inflacja bazowa jest wciąż ograniczona i w zeszłym miesiącu nawet spadła, wciąż jest jednak wcześnie, a członkowie Europejskiego Banku Centralnego będą w kolejnych miesiącach uważnie obserwować ten kluczowy wskaźnik, by sprawdzić, czy szok energetyczny doprowadzi do efektów drugiej rundy.

Choć część jastrzębi z EBC podkreśliła konieczność przyjęcia ostrożnej i wyważonej postawy, oficjele nie odsuwają szczególnie silnie oczekiwań rynkowych dotyczących niemal trzech podwyżek stóp procentowych w 2026 r., z których pierwsza miałaby nadejść już podczas najbliższego posiedzenia banku w kwietniu. Stanowi to wyraźny kontrast dla USA, gdzie Fed sprzeciwia się wciąż rozmowom o ruchach w górę. Różnica między wysokością stóp procentowych po obu stronach Atlantyku maleje z tygodnia na tydzień, co może wesprzeć odbicie euro, gdy wojna w Iranie dobiegnie końca.

USD

Marcowy raport NFP (non-farm payrolls) był w większości lepszy, niż oczekiwano, dobrze go jednak zapewne uśrednić ze znacznie słabszym raportem za luty, który został zrewidowany w dół względem wstępnych szacunków. Niemniej jak na razie niewiele wskazuje, by wojna i skok cen ropy miały istotny wpływ na amerykańską gospodarkę.

Oczy wszystkich zwrócone są ku publikacji raportu inflacyjnego za marzec, który powinien pokazać pełny wpływ wzrostu cen energii, i oczekiwań inflacyjnych Uniwersytetu Michigan w piątek (10.04). Sądzimy, że oficjele Fedu nie będą martwili się nadmiernie możliwością odkotwiczenia oczekiwań inflacyjnych. To szósty z rzędu rok, kiedy bank centralny nie osiągnął celu inflacyjnego, i szanse na to w średnim terminie są niewielkie.

GBP

W ubiegłym tygodniu prezes Andrew Bailey ponownie wyraźnie oponował przeciwko rynkowym wycenom dotyczącym podwyżek stóp procentowych Banku Anglii. Nie udało mu się to jednak w pełni i wciąż oczekiwane są dwa pełne ruchy w górę przed końcem roku. Szok energetyczny jest problemem po stronie podaży, poza kontrolą Komitetu, a przy już kiepskim stanie brytyjskiej gospodarki i rynku pracy będzie się on obawiać, że agresywne podwyżki mogą doprowadzić do recesji na Wyspach. Zwracamy uwagę, że wzrost rentowności obligacji skarbowych i oprocentowania kredytów hipotecznych właściwie działa już jako zacieśnianie polityki, co powinno zmniejszyć presję na BoE, by podnosił stopę bazową.

Byliśmy zaskoczeni tym, że funt w ubiegłym tygodniu zdołał utrzymać się w parze z euro i umocnić względem dolara mimo werbalnych interwencji Baileya. Wciąż nie wiadomo, jak wojna w Iranie i skok cen energii wpłyną na inflację i wzrost gospodarczy w Wielkiej Brytanii, ponieważ poznaliśmy dotąd niewiele danych obejmujących ten okres. Wystarczająco danych za marzec, by wyciągać jakiekolwiek wnioski, będziemy mieli nie wcześniej niż za dwa tygodnie.

Telekomy na rozdrożu. Klienci B2B oczekują wartości, nie tylko infrastruktury

Firmy coraz wyraźniej sygnalizują zmianę oczekiwań wobec operatorów telekomunikacyjnych – sama łączność przestaje wystarczać. Zamiast dostawców infrastruktury biznes szuka partnerów, którzy realnie wspierają wzrost, transformację i wdrażanie nowych technologii. Jak pokazuje raport „The B2B Pulse for Telcos: Six Strategic Imperatives to Win in Connectivity and Beyond (2026 edition)” Capgemini Research Institute, rośnie luka między tym, czego organizacje oczekują, a tym, co faktycznie otrzymują – aż 74% firm oczekuje od operatorów odpowiedzialności za wyniki biznesowe, podczas gdy tylko 39% dostrzega ich realny wpływ na wzrost przychodów.

Klienci chcą więcej niż operatorzy dziś oferują

Zmiana oczekiwań wobec operatorów telekomunikacyjnych nie jest chwilowa – to efekt przyspieszającej transformacji cyfrowej firm, które coraz silniej opierają swoją działalność na danych, automatyzacji i rozwiązaniach opartych na sztucznej inteligencji. W tym kontekście sama łączność przestaje być wyróżnikiem, a staje się jedynie punktem wyjścia do budowania wartości.

Firmy coraz częściej oczekują od operatorów roli partnera, który nie tylko rozumie ich branżę, ale także potrafi współtworzyć rozwiązania odpowiadające na konkretne wyzwania biznesowe. Tymczasem tylko 41% organizacji uważa, że ich operator wnosi wartość wykraczającą poza podstawowe usługi, a jedynie 37% deklaruje, że otrzymuje rozwiązania dopasowane do swoich potrzeb. Jednocześnie aż 65% firm jest gotowych zapłacić więcej za oferty lepiej odpowiadające ich specyfice.

– Coraz wyraźniej widać, że łączność przestaje być dla firm celem samym w sobie – staje się elementem większej całości. Kluczowe jest to, w jaki sposób przekłada się ona na konkretne procesy, efektywność i rozwój biznesu. To właśnie w tym obszarze operatorzy mają dziś największą przestrzeń do redefinicji swojej roli – komentuje Rafał Kurman, Lead Connectivity & Network Engineer, ERD w Capgemini Polska.

Ekosystemy stają się nowym standardem współpracy

Rosnąca złożoność środowisk technologicznych sprawia, że pojedynczy dostawca coraz rzadziej jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie potrzeby organizacji. W efekcie firmy oczekują od operatorów nie tylko usług, ale także zdolności do integrowania rozwiązań różnych partnerów w spójne, działające całościowo środowiska.

Już 65% organizacji wskazuje, że operatorzy powinni pełnić rolę integratora ekosystemu – łącząc kompetencje dostawców IT, oprogramowania, integratorów systemów czy hyperscalerów. Jednocześnie tylko 35% firm widzi, że operatorzy faktycznie realizują tę rolę. Brak takiej koordynacji oznacza dla biznesu większą złożoność, dłuższy czas wdrożeń i trudności w skalowaniu rozwiązań.

To przesunięcie w kierunku modeli opartych na współpracy pokazuje, że przewaga konkurencyjna nie będzie już wynikać wyłącznie z posiadanej infrastruktury, ale z umiejętności łączenia technologii, partnerstw i kompetencji w sposób, który realnie wspiera rozwój klientów.

AI i inteligentne sieci zmieniają punkt ciężkości

Równolegle rośnie znaczenie zaawansowanych technologii, które przestają być elementem eksperymentów, a stają się fundamentem decyzji inwestycyjnych firm. W ciągu najbliższych dwóch lat aż 84% organizacji planuje inwestycje w rozwiązania AI i machine learning, a 76% w platformy AI i GenAI.

Wraz z tym trendem rosną oczekiwania wobec operatorów jako dostawców infrastruktury zdolnej wspierać nowe modele działania. Firmy coraz częściej poszukują inteligentnych, elastycznych sieci, które umożliwiają przetwarzanie danych w czasie rzeczywistym i integrację z rozwiązaniami chmurowymi oraz edge computingiem. Już ponad połowa organizacji korzysta lub planuje wdrożyć zaawansowane usługi sieciowe, takie jak SD-WAN, prywatne 5G czy network as a service.

Jednocześnie aż 72% firm uważa, że operatorzy pozostają w tyle za hyperscalerami i firmami technologicznymi w obszarze AI i chmury. To pokazuje, że mimo rosnącego znaczenia tych technologii, operatorzy wciąż nie są postrzegani jako ich naturalni liderzy.

Zaufanie i doświadczenie klienta decydują o wyborze

W świecie rosnącej niepewności geopolitycznej i regulacyjnej coraz większe znaczenie zyskują kwestie związane z zaufaniem, bezpieczeństwem i suwerennością danych. Aż 86% organizacji wskazuje, że kraj pochodzenia dostawcy ma znaczenie przy wyborze operatora, a 67% traktuje kwestie suwerenności jako kluczowy argument przemawiający za współpracą z operatorami zamiast hyperscalerów.

Jednocześnie rosną oczekiwania wobec doświadczenia klienta. Choć 64% firm uznaje je za kluczowe, a ponad połowa jest gotowa zapłacić więcej za lepszą obsługę, aż 65% organizacji uważa proces zakupowy za zbyt skomplikowany – szczególnie w obszarze rozliczeń i przejrzystości oferty.

– Operatorzy mają dziś wyjątkową szansę, by stać się partnerami pierwszego wyboru w obszarze transformacji cyfrowej. Warunkiem jest połączenie kompetencji technologicznych i zdolności wykorzystania AI oraz danych z takim sposobem obsługi klienta, który jest maksymalnie prosty, transparentny i łatwy we współpracy, a przy tym buduje zaufanie i zapewnia suwerenność cyfrową – podsumowuje Rafał Kurman, Lead Connectivity & Network Engineer, ERD w Capgemini Polska.

Rynek nieruchomości komercyjnych w CEE znów przyspiesza

Jak wynika z najnowszych danych międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield, całkowita wartość transakcji inwestycyjnych w 2025 roku w Europie Środkowo-Wschodniej wyniosła ok. 11,8 mld EUR, co oznacza wzrost o 34,0% r/r i najlepszy wynik roczny od 2019 roku. Polska odpowiadała za 38% wolumenu, Czechy – blisko 36% i Słowacja – ok. 9%. W czwartym kwartale odnotowano znaczną poprawę płynności, potwierdzającą wyraźny powrót kapitału do regionu. Ponadto stopy kapitalizacji dla najlepszych aktywów stabilizują się przy selektywnej kompresji w segmencie biurowym i logistycznym; rotacja sektorowa i transakcje portfelowe sygnalizują wejście rynku w fazę wzrostu w 2026 roku.

Miniony rok upłynął pod znakiem trzech zmian strukturalnych. Po pierwsze, kapitał krajowy odpowiadał za rekordowe 65% całkowitego wolumenu. Po drugie, stopy kapitalizacji dla najlepszych aktywów utrzymywały się zasadniczo na stabilnym poziomie, przy czym selektywna kompresja dotyczyła najbardziej atrakcyjnych nieruchomości biurowych i logistycznych. I po trzecie, odnotowano znaczącą dywersyfikację inwestycji między sektorami – liderem został segment nieruchomości biurowych, którego udział w łącznych obrotach wzrósł do 35,9%. Silną pozycję w strukturze popytu utrzymał sektor magazynowy (25,5%), a na kolejnych miejscach znalazły się nieruchomości handlowe (23,7%) oraz hotelowe, których udział w całkowitym wolumenie wzrósł do rekordowych 9%. Podobna sytuacja dotyczyła polskiego rynku, na którym dominowały transakcje w obiekty biurowe odpowiadające za 39% wolumenu. Na drugim miejscu uplasowały się magazyny – 33% i nieruchomości handlowe – 19%. Umowy kupna sprzedaży w sektorze hotelowym i mieszkaniowym wygenerowały odpowiednio 8% i 1% całkowitej wartości.

Region Europy Środkowo-Wschodniej wchodzi w 2026 rok z większą przejrzystością cenową i rosnącą płynnością na lokalnych rynkach. W przypadku najbardziej atrakcyjnych obiektów biurowych i logistycznych w lokalizacjach o ograniczonej podaży obserwujemy już wzrosty cen. Jednocześnie na rynek powróciły transakcje portfelowe oraz umowy o wartości powyżej 100 mln EUR. Z perspektywy rynku kapitałowego kluczowym zjawiskiem 2025 roku w regionie CEE był bezprecedensowy udział kapitału krajowego. W Polsce rodzimi inwestorzy odpowiadali za ok. 20% całkowitego wolumenu transakcji i około 30% w segmencie biurowym, co jest namacalnym dowodem profesjonalizacji lokalnych graczy, tłumaczy Paweł Partyka, Head of Capital Markets Poland, Cushman & Wakefield.

Do wzrostu aktywności inwestycyjnej przyczyniła się jakość dostępnych produktów oraz sytuacja w poszczególnych segmentach rynku. Sektor magazynowy oferuje relatywnie dużo nowoczesnych aktywów z mocnym profilem najemców i stabilnymi parametrami operacyjnymi, co wspiera zainteresowanie inwestorów. W sektorze biurowym liczba nowych budynków oddawanych do użytku w stolicach państw Europy Środkowo-Wschodniej spadła do rekordowo niskiego poziomu, przekładając się na stopniową kompresję wskaźnika dostępnej powierzchni. W handlu inwestorzy koncentrują się przede wszystkim na dominujących i odpornych formatach, takich jak parki handlowe i najlepiej funkcjonujące centra, które należą dziś do najbardziej płynnych i przewidywalnych formatów na rynku retail. Z kolei w sektorze hotelowym odnotowano jeden z najwyższych wskaźników efektywności operacyjnej w regionie – przychody na dostępny pokój (RevPAR) wzrosły w ujęciu rocznym o 8,9%, a ograniczona podaż wzmacniała pozytywne nastroje w tym segmencie rynku.

Liderami wzrostów były Czechy (4,2 mld EUR, +155% r/r) z kompresją stóp kapitalizacji dla niektórych biurowców typu prime, Polska (4,5 mld EUR), gdzie odnotowano najwyższą aktywność inwestycyjną w sektorze magazynowym i ożywienie na warszawskim rynku biurowym, oraz Słowacja, dla której miniony rok należał do najlepszych w historii dzięki transakcjom portfelowym w segmencie nieruchomości magazynowych. Z kolei w Bułgarii, Rumunii, Serbii i na Węgrzech zaobserwowano poprawę płynności i stabilne ceny oraz wzrosty aktywności inwestycyjnej w wybranych sektorach.

Według prognoz Cushman & Wakefield stopy kapitalizacji dla najbardziej atrakcyjnych aktywów pozostaną zasadniczo na stabilnym poziomie w 2026 roku, choć mogą nieznacznie się obniżyć w przypadku nieruchomości biurowych i logistycznych spełniających standardy ESG – szczególnie tam, gdzie podaż jest ograniczona. Ryzyko związane m.in. z tempem normalizacji stóp procentowych i zmianą dynamiki popytu pozostaje umiarkowane.

Brexit jako ostrzeżenie. Jak polexit mógłby wpłynąć na ceny mieszkań w Polsce

„Co stanie się z rynkiem mieszkań po polexicie, o ile ten nastąpi? Jedna lekcja z 2004 roku może powiedzieć o przyszości bardzo dużo” – pisze ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Debata o potencjalnym wyjściu Polski z Unii Europejskiej regularnie wraca do przestrzeni publicznej, ostatnio pretekstem stało się weto prezydenckie do ustawy o SAFE. Niemal na pewno kwestia stosunku do UE będzie jednym z wiodących tematów kampanii wyborczej w 2027 roku. W dyskusjach często pojawiają się skrajne uproszczenia: z jednej strony wizja natychmiastowej katastrofy, z drugiej – przekonanie, że „nic wielkiego by się nie stało”.  – Tymczasem rzeczywistość, zwłaszcza w kontekście rynku mieszkaniowego, jest znacznie bardziej złożona – uważa Jarosław Jędrzynski z portalu RynekPierwotny.pl

Zdaniem analityków portalu rynekpierwotny.pl najuczciwiej mówić tu o analizie scenariuszowej. Nie chodzi o przewidywanie konkretnych poziomów cen, lecz o zrozumienie mechanizmów, które zaczęłyby działać, gdyby Polska rzeczywiście weszła na ścieżkę wyjścia z UE. A te mechanizmy są dobrze rozpoznane – również dzięki doświadczeniom Wielkiej Brytanii po Brexicie.

Rynek mieszkań zależy od gospodarki

Rynek nieruchomości nie funkcjonuje w próżni i jest silnie powiązany z gospodarką. Jego fundamenty są stosunkowo proste: dochody gospodarstw domowych, dostępność kredytu oraz oczekiwania co do przyszłości, zwłaszcza w kwestii koniunktury gospodarczej i rynku pracy. To właśnie dlatego wydarzenia polityczne mogą mieć realny wpływ na ceny i aktywność rynkową – nawet zanim zajdą jakiekolwiek formalne zmiany.

– Sam sygnał, że kraj może opuścić największy blok gospodarczy świata, zmienia sposób, w jaki banki, inwestorzy i konsumenci oceniają ryzyko. A to wystarczy, by uruchomić procesy, które bezpośrednio przekładają się na rynek mieszkań – komentuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu rynekpierwotny.pl.

Zaufanie i koszt pieniądza

Pierwszym i najszybszym kanałem oddziaływania byłoby pogorszenie warunków finansowania. W sytuacji rosnącej niepewności inwestorzy zaczynają wymagać wyższej premii za ryzyko, co prowadzi do wzrostu kosztów finansowania w całej gospodarce. Towarzyszyć temu mogłaby presja na osłabienie złotego oraz większa ostrożność sektora bankowego.

Dla rynku mieszkaniowego oznaczałoby to przede wszystkim spadek dostępności kredytów. Banki, obawiając się pogorszenia sytuacji gospodarczej, zaostrzałyby kryteria oceny klientów, a wyższe koszty finansowania przekładałyby się na droższe kredyty. W efekcie zdolność kredytowa gospodarstw domowych uległaby obniżeniu, co bezpośrednio ograniczyłoby popyt na mieszkania.

Taki proces nie musi prowadzić do natychmiastowego spadku cen. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz spowolnienia rynku: mniejsza liczba transakcji, wydłużony czas sprzedaży i rosnąca presja na korekty cen w niektórych segmentach.

Dochody i rynek pracy

Jeszcze ważniejszy w dłuższym okresie byłby wpływ na realną gospodarkę. Polska jest silnie powiązana z rynkiem Unii Europejskiej, zarówno pod względem handlu, jak i inwestycji. Ewentualne wyjście z UE oznaczałoby większą niepewność w relacjach gospodarczych, co mogłoby przełożyć się na ograniczenie eksportu i spadek atrakcyjności inwestycyjnej kraju.

W praktyce oznaczałoby to wolniejszy wzrost produktywności oraz słabszą dynamikę płac. A to właśnie dochody są podstawowym czynnikiem determinującym popyt na mieszkania. Jeśli gospodarstwa domowe zarabiają wolniej lub ich sytuacja zawodowa staje się mniej stabilna, skłonność do podejmowania długoterminowych zobowiązań – takich jak kredyt hipoteczny – wyraźnie maleje.

W tym sensie wpływ polexitu na rynek mieszkań byłby pośredni, ale bardzo silny. Nie chodzi tylko o ceny, lecz o zdolność ludzi do wejścia na rynek.

Fundusze UE i rozwój regionów

Jednym z kluczowych elementów rozwoju polskiego rynku nieruchomości w ostatnich latach były inwestycje współfinansowane ze środków unijnych. Nowe drogi, linie kolejowe, transport publiczny czy projekty rewitalizacyjne realnie zmieniały atrakcyjność wielu lokalizacji.

Lepsza infrastruktura skraca czas dojazdu do pracy i zwiększa dostępność usług, co przyciąga mieszkańców i inwestorów. W efekcie rośnie popyt na mieszkania, a wraz z nim ich wartość. To szczególnie widoczne w miastach średniej wielkości i regionach, które dzięki inwestycjom publicznym nadrabiają dystans do największych ośrodków.

W scenariuszu polexitu ten impuls rozwojowy zostałby ograniczony lub utracony. Skutki nie byłyby jednak równomierne. Najbardziej ucierpiałyby właśnie te obszary, które korzystają z procesu doganiania. W konsekwencji różnice regionalne, które w ostatnich latach stopniowo się zmniejszały, zaczęłyby ponownie rosnąć.

Podaż mieszkań i decyzje deweloperów

Zmiany po stronie popytu niemal automatycznie przekładają się na decyzje deweloperów. W warunkach większej niepewności i słabszej sprzedaży firmy ograniczają skalę nowych inwestycji, koncentrując się na bezpieczniejszych projektach.

Dodatkowym czynnikiem byłby wzrost kosztów budowy. Słabszy złoty oraz potencjalne bariery handlowe mogłyby podnieść ceny materiałów i technologii, co jeszcze bardziej utrudniłoby realizację nowych inwestycji.

-Jednak tu nie ma prostej prognozy, bo przyszłość może nas zaskoczyć – mówi wekspert portalu RynekPierwotny.pl – Polexit może też (ale wcale nie musi, bo widać to po UK) oznaczać wyjście Polski z systemu EU-ETS (uprawnienia CO2), co akurat mogłoby skutkowałoby wręcz odwrotnie zmniejszeniem kosztów np. produkcji energii czy materiałów budowlanych.

W efekcie rynek nie tyle by się załamał, co spowolnił. Liczba nowych budów spadłaby, a cały sektor działałby ostrożniej. To z kolei mogłoby w dłuższym okresie ograniczyć podaż mieszkań, choć jednocześnie słabszy popyt równoważyłby ten efekt.

Kapitał inwestycyjny i rynek najmu

Istotną rolę na polskim rynku mieszkaniowym odgrywa kapitał inwestycyjny. W ostatnich latach mieszkania były postrzegane jako stosunkowo bezpieczna lokata w kraju, który stabilnie rozwija się i zbliża do poziomu gospodarek zachodnich.

Polexit zmieniłby tę percepcję. Polska przestałaby być postrzegana jako rynek konwergencji o relatywnie niskim ryzyku, a zaczęłaby być oceniana przez pryzmat większej niepewności politycznej i gospodarczej. To mogłoby ograniczyć napływ kapitału, zarówno zagranicznego, jak i krajowego.

Jednocześnie słabszy rynek pracy i potencjalne zmiany migracyjne mogłyby obniżyć popyt na najem. W rezultacie segment inwestycyjny – szczególnie w dużych miastach – stałby się bardziej wrażliwy na zmiany koniunktury.

Lekcja z 2004 roku: jak silny może być efekt „kierunku”

Warto spojrzeć na polski rynek mieszkaniowy przez pryzmat momentu wejścia do Unii Europejskiej. To właśnie wtedy, po 2004 roku, rozpoczął się jeden z najsilniejszych boomów w historii tego rynku.

W ciągu kilku lat ceny mieszkań w największych miastach wzrosły nawet dwukrotnie. Był to efekt nie tylko poprawy fundamentów gospodarczych, ale przede wszystkim gwałtownej zmiany oczekiwań. Polska zaczęła być postrzegana jako kraj stabilny, rozwijający się i coraz bardziej zintegrowany z Zachodem. W ślad za tym pojawił się napływ kapitału, łatwiejszy dostęp do kredytów oraz przekonanie, że ceny będą dalej już tylko rosnąć.

Oczywiście ten proces był wzmacniany przez globalną koniunkturę i boom kredytowy, ale trudno nie zauważyć, że sam moment wejścia do UE odegrał rolę katalizatora. Rynek nieruchomości zareagował nie tylko na fakty, ale również na zmianę kierunku, w którym zmierzała gospodarka.

Z tej perspektywy polexit należałoby rozpatrywać jako potencjalne odwrócenie tego mechanizmu. Nie oznacza to automatycznego „lustrzanego odbicia” w postaci gwałtownych spadków cen mieszkań, czy wręcz ich krachu, ale raczej zmianę oczekiwań w przeciwną stronę. Zamiast historii o doganianiu Zachodu pojawiłaby się narracja o rosnącym ryzyku i większej niepewności.

A to właśnie oczekiwania – obok dochodów i kredytu – są jednym z kluczowych czynników kształtujących koniunkturę na rynku mieszkaniowym.

Lekcja z Brexitu

Doświadczenie Wielkiej Brytanii pokazuje, że wyjście z Unii Europejskiej nie musi prowadzić do jednego, gwałtownego załamania rynku mieszkaniowego. Ceny nieruchomości w wielu okresach nadal rosły, a rynek nie „pękł” w spektakularny sposób. Najważniejszy wniosek jest więc prosty: rynek nieruchomości nie musi się załamać, by odczuć skutki takiej decyzji. Wystarczy, że słabną fundamenty, na których się opiera.

Brexit osłabił fundamenty gospodarki: ograniczył handel, zmniejszył dynamikę inwestycji i wpłynął na migrację. Te zmiany przełożyły się na wolniejszy wzrost dochodów i większą niepewność, co w dłuższym okresie oddziałuje również na rynek mieszkań. Obecnie w Londynie trwa spadek cen nieruchomości, a budżet zmaga się z problemami i wysokim kosztem finansowania – ale to efekt nie tyle samego Brexitu, co decyzji politycznych po nim (wynikają m.in. ze. zmian podatkowych, sankcji wobec Rosjan, itp.)

Dlaczego Polska mogłaby odczuć to mocniej

– W przypadku Polski potencjalne skutki mogłyby być bardziej dotkliwe niż w Wielkiej Brytanii. Wynika to ze struktury gospodarki, która jest silniej powiązana z rynkiem UE i w większym stopniu korzysta z funduszy europejskich – twierdzi Jędrzyński.

Polska nadal znajduje się w procesie nadrabiania dystansu rozwojowego, a dostęp do wspólnego rynku i środków unijnych jest jednym z głównych motorów tego procesu. Osłabienie tych czynników oznaczałoby spowolnienie konwergencji, co bezpośrednio odbiłoby się na rynku nieruchomości.

Co to oznacza dla zwykłego Polaka?

Najbardziej realistyczny scenariusz polexitu dla rynku mieszkaniowego to nie nagły krach cen, ale przede wszystkim wyraźne pogorszenie warunków funkcjonowania całego rynku.

W pierwszej kolejności należałoby się spodziewać spadku dostępności kredytów. Wynikałoby to z wyższego kosztu finansowania dla banków oraz bardziej ostrożnej oceny ryzyka, co bezpośrednio obniżyłoby zdolność kredytową gospodarstw domowych. W efekcie zmniejszyłaby się liczba transakcji, a sam proces sprzedaży mieszkań znacząco by się wydłużył.

– Deweloperzy musieliby dostosować się do słabszego popytu i trudniejszego dostępu do finansowania. To oznaczałoby ograniczenie liczby nowych inwestycji, a w wielu przypadkach także wstrzymywanie projektów na wczesnym etapie – twierdzi ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Jednocześnie spowolnienie gospodarcze przełożyłoby się na wolniejszy wzrost dochodów. Byłby to efekt słabszego eksportu, niższych inwestycji i mniejszej dynamiki całej gospodarki. To właśnie ten czynnik – mniej widoczny niż zmiany cen mieszkań – najmocniej ograniczałby realną dostępność mieszkań dla przeciętnego Polaka.

Wreszcie, te procesy nie rozkładałyby się równomiernie. Najbardziej ucierpiałyby regiony i miasta, które w ostatnich latach rozwijały się dzięki inwestycjom publicznym i napływowi kapitału. W efekcie różnice regionalne, które w okresie członkostwa w UE stopniowo się zmniejszały, zaczęłyby ponownie rosnąć.

Wnioski

Ewentualny polexit nie musiałby prowadzić do natychmiastowego załamania cen mieszkań. Znacznie bardziej prawdopodobny byłby scenariusz stopniowego osłabienia rynku.

Spadek dostępności kredytów ograniczyłby popyt, mniejsza liczba transakcji skłoniłaby deweloperów do ograniczenia inwestycji, a wolniejszy wzrost dochodów zmniejszyłby realną dostępność mieszkań. Jednocześnie różnice regionalne zaczęłyby się pogłębiać, a część kapitału inwestycyjnego mogłaby odpłynąć.

Dla przeciętnego Polaka byłby to scenariusz trudniejszy niż prosty spadek cen. Bo nawet jeśli mieszkania przestałyby drożeć, to jednocześnie trudniej byłoby uzyskać kredyt i poprawić swoją sytuację dochodową.

– Brexit nie zniszczył rynku mieszkań w Wielkiej Brytanii, ale osłabił fundamenty gospodarki, od których ten rynek zależy. W przypadku Polski efekt podobnego procesu mógłby być jeszcze silniejszy – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.

UODO: przepisy wdrażające „dyrektywę policyjną” wymagają pilnych zmian

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych zaapelował do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz do Ministra Sprawiedliwości o rozpoczęcie prac legislacyjnych nad zmianą przepisów regulujących ochronę danych osobowych przetwarzanych w związku z zapobieganiem i zwalczaniem przestępczości. Zdaniem UODO obecne rozwiązania nie zapewniają pełnych gwarancji ochrony praw osób, których dane są przetwarzane, a krajowe przepisy nie wdrażają w pełni unijnej „dyrektywy policyjnej” 2016/680.

W piśmie skierowanym do ministra Marcina Kierwińskiego oraz ministra Waldemara Żurka prezes UODO Mirosław Wróblewski wskazał, że problem ten nie jest nowy. Urząd zwracał na niego uwagę już wcześniej – zarówno na etapie opiniowania projektu ustawy, jak i w trakcie prac Komisji Europejskiej nad oceną funkcjonowania samej dyrektywy, prowadzonych w 2021 i 2025 roku. Obecnie UODO ponownie podnosi, że polskie przepisy w ich aktualnym brzmieniu pozostawiają istotne luki w systemie ochrony danych osobowych.

Najpoważniejsze zastrzeżenia dotyczą zakresu wyłączeń przyjętych w ustawie krajowej. Jak wskazuje UODO, wyłączenia te sprawiają, że nie wszystkie obszary przetwarzania danych osobowych w celach rozpoznawania, zapobiegania, wykrywania i zwalczania czynów zabronionych zostały objęte odpowiednimi regulacjami. W praktyce oznacza to, że dane osobowe zawarte w aktach sprawy oraz przetwarzane w toku czynności procesowych nie są na poziomie krajowym objęte pełnym systemem gwarancji ochrony danych osobowych.

Według prezesa UODO w przepisach procedury karnej brakuje podstawowych zabezpieczeń dla osób, których dane dotyczą. Chodzi między innymi o prawo do informacji, prawo dostępu do danych, możliwość ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do niezależnego organu nadzorczego i skutecznego środka prawnego przed sądem. To właśnie te uprawnienia są jednym z fundamentów unijnego systemu ochrony danych osobowych, a ich brak w obszarze działań związanych ze ściganiem przestępczości budzi poważne wątpliwości co do zgodności polskich przepisów z prawem UE.

Prezes UODO odniósł się również do kwestii nadzoru nad przetwarzaniem danych osobowych przez sądy w ramach sprawowania wymiaru sprawiedliwości. Podkreślił, że ochrona niezawisłości sądów wymaga szczególnego podejścia do tego obszaru, a nadzór powinien być powierzony wyspecjalizowanym organom działającym w systemie wymiaru sprawiedliwości danego państwa członkowskiego. W ocenie UODO krajowe przepisy wymagają doprecyzowania, a także opracowania jednolitych wytycznych interpretacyjnych. Mogłoby to zwiększyć przejrzystość systemu nadzorczego i zapewnić większą spójność w stosowaniu przepisów o ochronie danych osobowych.

Istotnym problemem pozostaje także kwestia przetwarzania danych osobowych przez prokuraturę. UODO zwraca uwagę, że obecnie nadzór nad tym obszarem sprawowany jest wyłącznie przez jednostki organizacyjne prokuratury, które funkcjonują w ramach hierarchicznej struktury. Taki model – zdaniem prezesa urzędu – stoi w sprzeczności z celami „dyrektywy policyjnej”, która zakłada nadzór wykonywany przez organ w pełni niezależny. Brak niezależności w tym zakresie może ograniczać realną ochronę praw osób, których dane są przetwarzane.

W ocenie UODO brak regulacji wskazujących niezależne organy wyposażone w realne kompetencje kontrolne prowadzi do osłabienia ochrony prawa do prywatności. Problem ten nie ogranicza się jedynie do krajowego systemu prawnego. Prezes urzędu zaznacza, że konsekwencje tych braków mogą być znacznie szersze i dotyczyć także funkcjonowania unijnego systemu ochrony danych osobowych, zwłaszcza w odniesieniu do wielkoskalowych systemów informacyjnych Unii Europejskiej.

Szczególne zastrzeżenia budzą bowiem także przepisy regulujące dostęp do danych w dużych systemach informacyjnych UE. Według UODO proces przetwarzania danych osobowych przez krajowe organy i podmioty w tym obszarze nie podlega odpowiednio niezależnemu nadzorowi krajowemu. Przyjęte wyłączenia gwarancji ochrony danych mogą więc wpływać nie tylko na poziom zabezpieczenia praw jednostki w Polsce, lecz również na spójność i wiarygodność całego unijnego porządku prawnego.

Kolejną kwestią podniesioną przez prezesa UODO jest brak odpowiednich instrumentów sankcyjnych. Zgodnie z art. 57 „dyrektywy policyjnej” państwa członkowskie powinny wprowadzić przepisy określające sankcje za naruszenie regulacji wdrażających dyrektywę, a sankcje te powinny być skuteczne, proporcjonalne i odstraszające. Tymczasem, jak zauważa urząd, obowiązująca ustawa nie przyznaje Prezesowi UODO narzędzi sankcyjnych o takim charakterze. To oznacza, że system nadzoru w tym obszarze pozostaje niepełny także z punktu widzenia egzekwowania prawa.

Prezes UODO zwrócił także uwagę na potrzebę doprecyzowania roli Inspektora Ochrony Danych. Obecnie przepisy – zdaniem urzędu – nie są zgodne z wymogami „dyrektywy policyjnej”, ponieważ w niewłaściwy sposób określają zadania inspektora oraz nieprecyzyjnie regulują obowiązek przesyłania zawiadomień dotyczących IOD. W praktyce powoduje to trudności interpretacyjne i utrudnia stosowanie przepisów przez podmioty zobowiązane do ich przestrzegania.

Dodatkowo UODO wskazał na brak implementacji przepisów „dyrektywy policyjnej” dotyczących tzw. dostępu pośredniego. To kolejny element, który – w ocenie urzędu – pokazuje, że krajowy model wdrożenia unijnych regulacji jest niepełny i wymaga uzupełnienia.

Stanowisko Prezesa UODO oznacza, że konieczne może być przeprowadzenie szerszej nowelizacji przepisów dotyczących przetwarzania danych osobowych w obszarze zapobiegania i zwalczania przestępczości. Chodzi nie tylko o usunięcie luk prawnych, ale również o stworzenie systemu, który rzeczywiście zagwarantuje osobom fizycznym ochronę ich praw, a jednocześnie będzie zgodny z wymogami prawa unijnego. W opinii urzędu obecny stan prawny nie zapewnia takiej równowagi, dlatego potrzebne są pilne działania legislacyjne.

Popyt wrócił z impetem. Marzec przyniósł mocne odbicie sprzedaży mieszkań

5,1 tys. sprzedanych mieszkań deweloperskich, czyli 40-procentowy wzrost rok do roku – wstępne odczyty Otodom za marzec wskazują na gwałtowne ożywienie popytu. Za tym wynikiem stoi jednak unikalny splot okoliczności – od gwałtownego wzrostu ryzyka geopolitycznego, poprzez notowany od stycznia rekordowy poziom rezerwacji lokali, aż po spadek zaufania do alternatywnych form inwestowania. Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom, wyjaśnia kulisy nagłego boomu sprzedażowego.

W marcu dobre jeszcze nastroje konsumenckie sprzyjały zakupom na rynku mieszkaniowym. Na początku miesiąca Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe NBP o 0,25 pkt. proc., a nieco później Narodowy Bank Polski opublikował “Raport o inflacji” z bardzo pozytywnymi prognozami PKB i CPI dla Polski. Na to nałożyły się rekordowe poziomy rezerwacji wypracowane jeszcze w styczniu i lutym, które w marcu zaczęły przekładać się na transakcje. Kupujący mieli przy tym w czym wybierać – na koniec lutego oferta deweloperska w Katowicach, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Trójmieście, Warszawie i Wrocławiu wynosiła 59,6 tys. mieszkań.

Jednak zaledwie kilka dni po uspokajających komunikatach NBP ukazały się alternatywne scenariusze analityków, wskazujące na groźbę wyższej inflacji i niższego wzrostu PKB. Rewizja ta była bezpośrednią odpowiedzią na eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie, który wywołał obawy o gwałtowny skok cen surowców energetycznych i ograniczenia w dostawach. W efekcie już w połowie marca wskaźnik WIBOR 6M, kluczowy dla oprocentowania kredytów hipotecznych, zaczął rosnąć i to pomimo wcześniejszej obniżki stóp procentowych.

Cios w nadzieję na spadki cen

Potencjalni nabywcy, którzy dotąd liczyli na spektakularne obniżki cen mieszkań, nie doczekali się ich. W marcu w Warszawie, Trójmieście, Wrocławiu i Poznaniu, a więc w czterech spośród siedmiu analizowanych rynków, średnie ceny ofertowe poszły w górę. W stolicy nastąpiła zmiana o +8,8% w ujęciu rocznym i +2,3% miesiąc do miesiąca, co oznacza, że metr kwadratowy oferowanego mieszkania deweloperskiego kosztuje tam aktualnie 19,3 tys. zł. Mimo to popyt nie osłabł. Lata 2021-2023 ugruntowały w świadomości Polaków silne powiązanie wysokiej inflacji ze wzrostem cen nieruchomości. W efekcie rosnąca inflacja przyspiesza decyzję o sfinalizowaniu zakupu i zachęca do kupowania “teraz”, a nie za kilka miesięcy.

Na wzrost aktywności wpłynęła też ocena ryzyka geopolitycznego. Choć Bliski Wschód jest odległy, inwestorzy uzmysłowili sobie, że alternatywne kierunki lokowania kapitału wcale nie oferują większego bezpieczeństwa niż Polska. Wycofanie się z planów zakupu nieruchomości w tamtym regionie pozytywnie przełożyło się na popyt w kraju. Należy jednak zaznaczyć, że reakcja na wojnę w Iranie nie jest porównywalna z reakcją na wybuch wojny w Ukrainie. Tamten konflikt dotyczył bezpośredniego sąsiada i nastąpił w warunkach wysokiej inflacji w Polsce (9-10%).

Mieszkanie pewniejsze niż złoto

W obliczu dużej zmienności innych aktywów (akcje, obligacje i złoto) mieszkania umocniły swoją pozycję bezpiecznej przystani. Fakt, że ceny ofertowe nieruchomości rosną szybciej niż inflacja, sprawia, że polskie gospodarstwa domowe wciąż postrzegają lokal mieszkalny jako najpewniejszą formę zabezpieczenia oszczędności. Z badań prowadzonych przez Otodom wynika, że wśród inwestycyjnych powodów nabycia mieszkania najwięcej respondentów wskazuje w ostatnim czasie na zakup dla dzieci lub rodziców. Wysoka, także w marcu, liczba nowych rezerwacji pełniła więc rolę wskaźnika nie tylko rosnącego zainteresowania zakupem mieszkania, ale również narastającego po popytowej stronie rynku niepokoju.

Co na to deweloperzy?

Na te wszystkie zjawiska nałożyła się specyficzna sytuacja podażowa. Tylko w marcu firmy deweloperskie rozpoczęły sprzedaż 3,6 tys. mieszkań w 102 nowych inwestycjach. W pierwszym kwartale 2026 roku uzupełniały też ofertę lokalami o wyższym standardzie, na co wyraźnie wskazują ceny wprowadzanych do sprzedaży jednostek w porównaniu z cenami mieszkań w sprzedaży (17 tys. zł/mkw. vs 15,7 tys. zł/mkw). Potwierdza to, że rynek coraz szerzej otwiera się na tę aktywną i zamożną  grupę nabywców.

Na ostateczny, marcowy wynik wpłynął także klasyczny mechanizm końca kwartału. Marzec jest okresem rozliczeniowym, co mobilizuje działy sprzedaży do finalizowania jak największej liczby umów i otwiera na negocjacje. Na tak zmiennym i niepewnym rynku, z jakim mamy do czynienia obecnie, ten mechanizm działa ze zdwojoną siłą. Deweloperzy dążą do zabezpieczenia wyniku sprzedażowego, a kupujący starają się uprzedzić kolejną falę zmian.

Szybki światłowód jako serce firmy – dlaczego stabilne łącze stacjonarne to dziś fundament B2B?

Tracisz połączenie w trakcie ważnej prezentacji dla klienta? Marnujesz godziny na wysyłanie ciężkich projektów do chmury? W biznesie każda minuta przestoju oznacza koszt – finansowy i wizerunkowy. Jeśli Twoja przepustowość sieci w biurze stała się wąskim gardłem, czas na zmianę. W tym przewodniku zrozumiesz, dlaczego szybki światłowód dla biznesu to fundament cyfrowej firmy, który zapewnia płynność operacyjną bez względu na liczbę uruchomionych procesów.

Dlaczego światłowód dla biznesu to fundament cyfrowej firmy?

Twój biznes może rozwijać się tak szybko, jak szybki jest internet w Twoim biurze. W dobie cyfryzacji, która dosięgnęła niemal każdej gałęzi biznesu, każda sekunda buforowania danych może oznaczać krok w tył przed konkurencją.

Szybki internet stacjonarny dla firm to podstawa wydajności operacyjnej. Gdy zawodzi przepustowość sieci w biurze, paraliżujesz nie tylko obsługę e-maili, ale i systemów CRM, obsługę płatności czy dostęp do kluczowych plików w chmurze.

Aby uniknąć ryzyka, coraz więcej przedsiębiorców wybiera światłowód dla biznesu – rozwiązanie, które w zakresie stabilności deklasuje standardowe łącza internetowe.

Zbliżenie na dłonie osoby pracującej na laptopie przy biurku – szybki i niezawodny światłowód dla biznesu gwarantujący efektywność pracy biurowej

Światłowód dla biznesu – czym różni się od standardowego internetu?

Na pierwszy rzut oka każde łącze pozwala na korzystanie z internetu – przeglądanie stron, wysyłanie maili czy wideokonferencje. Różnica staje się jednak odczuwalna, gdy z sieci korzysta wiele osób jednocześnie.

Światłowód dla biznesu to technologia zaprojektowana z myślą o pracy pod obciążeniem – oferuje stabilność i parametry, które w starszych technologiach są zwyczajnie nieosiągalne.

Stabilne łącze internetowe bez spadków jakości

Szybki internet stacjonarny to nie wszystko. Twoja firma potrzebuje łącza, które gwarantuje stabilność i niezawodność.

Standardowe łącza – np. radiowe czy starsze technologie miedziane – są podatne na warunki pogodowe i zakłócenia elektromagnetyczne, co objawia się nagłymi skokami pingu lub zrywaniem sesji.

Z kolei stabilne łącze internetowe oparte na światłowodzie jest całkowicie odporne na czynniki zewnętrzne. Dzięki niemu możesz zapomnieć o awariach i mieć pewność, że systemy online będą dostępne zawsze wtedy, gdy klient chce dokonać zakupu.

Internet symetryczny dla firm – efektywna praca w chmurze

Większość domowych łączy oferuje szybkie pobieranie, ale powolne wysyłanie danych.

Jeśli w firmie przesyłasz ciężkie pliki (np. filmy, projekty graficzne, katalogi), archiwizujesz faktury w chmurze lub prowadzisz transmisje live, potrzebujesz łącza, które posiada identyczną prędkość w obu kierunkach.

Internet symetryczny dla firm pozwala na wysyłanie ciężkich załączników w czasie potrzebnym na ich pobranie. Z jego wsparciem praca na współdzielonych plikach online przebiega bez frustrujących opóźnień.

Przepustowość sieci w biurze a wydajność zespołu

W nowoczesnej firmie internetu potrzebują laptopy, drukarki, telefony VoIP, monitoring czy terminalne.

Odpowiednia przepustowość sieci w biurze pozwala całemu zespołowi działać bez wzajemnego ograniczania się.

Każdy pracownik może realizować swoje zadania z pełną prędkością, niezależnie od tego, czy osoba obok właśnie aktualizuje system, czy prowadzi webinar dla kilkuset osób.

Uśmiechnięci współpracownicy analizujący dane na monitorze komputera – nowoczesna infrastruktura sieciowa i stabilny internet dla firm od T-Mobile

Czy to już czas na światłowód dla biznesu? 5 sygnałów

  1. Przerwy w komunikacji. Twoje łącze traci stabilność dokładnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebujesz: podczas kluczowych wideokonferencji z kontrahentami lub w momentach szczytowej obsługi zamówień.
  2. Spadek wydajności zespołu. Pracownicy tracą cenne minuty, czekając na załadowanie się systemów CRM czy narzędzi online. W skali miesiąca te sekundy oczekiwania zamieniają się w godziny opłaconej pracy, która nie przyniosła efektu.
  3. Paraliż podczas wysyłania danych. Przesyłanie dużych plików do klientów lub tworzenie kopii zapasowych w chmurze obciąża łącze, uniemożliwiając reszcie zespołu normalne korzystanie z sieci.
  4. Problemy z obsługą klienta w czasie rzeczywistym. Klienci skarżą się na utrudniony kontakt, np. zerwane rozmowy lub długi czas oczekiwania na realizację zamówienia w systemie. To sygnał, że Twoje łącze nie nadąża z jednoczesną obsługą zapytań i procesów sprzedażowych.
  5. Bariera przy każdym nowym pracowniku. Zauważasz, że każde kolejne urządzenie podłączone do sieci – nowy laptop, tablet czy terminal płatniczy – obniża komfort pracy pozostałych osób. Jeśli rozwój zespołu o jedną osobę powoduje opóźnienia w przesyle danych, to znak, że obecna infrastruktura osiągnęła limit.

Stwórz fundament cyfrowej firmy z T-Mobile

Szukasz stabilnego łącza, które nadąży za tempem Twojej firmy? Odkryj ofertę T-Mobile dla firm i wybierz szybki internet stacjonarny dopasowany do Twoich potrzeb.

W ofercie znajdziesz światłowód dla biznesu oraz rozwiązania mobilne, które możesz dopasować do swojej lokalizacji i modelu działania. Dzięki temu zyskujesz dostęp do internetu bez limitu danych oraz stabilne łącze, które wspiera codzienne operacje.

Zainwestuj w stabilne łącze internetowe i zapewnij firmie płynną realizację procesów, która buduje profesjonalny wizerunek w oczach Twoich klientów i partnerów.

Wojna z Iranem przestaje być regionalna. Światowy rynek energii znalazł się pod presją

Sytuacja w Iranie weszła w fazę, w której konflikt militarny coraz wyraźniej przeradza się w kryzys o wymiarze strategicznym, energetycznym i makroekonomicznym. Kluczowym punktem sporu pozostaje Cieśnina Ormuz, czyli jeden z najważniejszych szlaków transportu ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego na świecie. Ultimatum postawione przez Donalda Trumpa (deadline mija jutro o 02:00 czasu polskiego), który zagroził zmasowanym uderzeniem na irańską infrastrukturę cywilną w przypadku niewznowienia pełnej żeglugi, pokazuje, że stawką nie jest już wyłącznie wojna z Iranem, lecz również kontrola nad bezpieczeństwem światowych dostaw energii. Teheran odrzucił propozycję zawieszenia broni, domagając się trwałego zakończenia wojny, zniesienia sankcji oraz odbudowy kraju, co oznacza, że przestrzeń do szybkiego kompromisu pozostaje bardzo ograniczona.

Z perspektywy politycznej konflikt wszedł w etap niebezpiecznej eskalacji, ponieważ obie strony sygnalizują gotowość do dalszego podnoszenia kosztów. Stany Zjednoczone i Izrael zwiększają presję wojskową, a Iran równolegle podtrzymuje twarde warunki negocjacyjne i rozszerza działania odwetowe na cele energetyczne w regionie Zatoki Perskiej. Uderzenia na instalacje petrochemiczne, ataki rakietowe i dronowe oraz groźby zniszczenia mostów, elektrowni i infrastruktury przesyłowej pokazują, że wojna przestała być konfliktem ograniczonym. Coraz bardziej przypomina ona próbę złamania przeciwnika poprzez paraliż państwa i jego zaplecza gospodarczego. Dodatkowo pojawia się ryzyko rozszerzenia wojny na inne państwa regionu, zwłaszcza że w proces mediacyjny zaangażowane są Pakistan, Egipt i Turcja, a państwa Zatoki stają się jednocześnie stroną pośrednio narażoną na skutki działań odwetowych.

Najważniejsze konsekwencje widać jednak na rynku ropy naftowej. Cieśnina Ormuz odpowiada normalnie za transport około jednej piątej światowego eksportu ropy i LNG, dlatego nawet częściowe ograniczenie ruchu statków działa na rynek jak natychmiastowy szok podażowy. Ruch tankowców w regionie spadł o około 90% względem poziomów sprzed wojny, a część ładunków LNG z Kataru została wstrzymana. To oznacza, że problemem nie jest już tylko sama cena surowca, lecz realna fizyczna dostępność dostaw. W takich warunkach notowania ropy silnie wzrosły: Brent przekroczył 112 dolarów za baryłkę, a amerykańska ropa WTI 113 dolarów. Rynek reaguje nie tylko na bieżące zakłócenia, ale przede wszystkim na premię za ryzyko, czyli wycenę prawdopodobieństwa dalszej eskalacji i dłuższego utrzymania ograniczeń w transporcie.

Istotne jest również to, że tradycyjne mechanizmy stabilizacji rynku ropy okazują się obecnie mało skuteczne. Formalne zwiększenie limitów wydobycia przez OPEC+ ma znaczenie raczej symboliczne, jeśli wojna utrudnia realny eksport i produkcję części członków sojuszu. Rynek zwraca większą uwagę na bezpieczeństwo infrastruktury i transportu niż na nominalne decyzje kartelu. Potwierdza to także ruch Arabii Saudyjskiej, która podniosła cenę swojej głównej ropy dla odbiorców w Azji do rekordowej premii. Taki krok sugeruje, że najwięksi eksporterzy próbują nie tylko wykorzystać napiętą sytuację, ale również zabezpieczyć marże w warunkach wyjątkowo ograniczonej podaży. Dla importerów w Azji oznacza to wyższe koszty przerobu i dalszą presję na ceny energii oraz produktów pochodnych.

W ujęciu strategicznym Iran znajduje się dziś w paradoksalnym położeniu. Z jednej strony ponosi ogromne koszty militarne, infrastrukturalne i ludzkie, a z drugiej zachowuje zdolność do wywierania nieproporcjonalnie dużego wpływu na gospodarkę światową właśnie dzięki swojemu położeniu geograficznemu. Kontrola nad dostępem do Ormuzu pozostaje jego najważniejszą kartą przetargową. Teheran wie, że pełne otwarcie szlaku bez gwarancji politycznych osłabiłoby jego pozycję negocjacyjną, ale jednocześnie długotrwała blokada zwiększa ryzyko jeszcze silniejszej odpowiedzi militarnej ze strony USA i Izraela. To sprawia, że obecny impas jest wyjątkowo niestabilny. Dla Iranu utrzymanie presji morskiej jest narzędziem przetrwania politycznego, natomiast dla Zachodu i państw regionu staje się granicą, po której przekroczeniu konflikt może wejść w fazę jeszcze bardziej destrukcyjną.

Całość prowadzi do wniosku, że kryzys irański nie jest już jedynie lokalną wojną, lecz jednym z głównych czynników ryzyka dla światowego rynku energii. Tak długo, jak nie dojdzie do trwałego porozumienia obejmującego bezpieczeństwo żeglugi w Cieśninie Ormuz, rynek ropy pozostanie zakładnikiem wydarzeń militarnych. Oznacza to utrzymywanie się wysokiej zmienności cen, presji inflacyjnej oraz rosnącego znaczenia geopolityki w kształtowaniu kosztów energii. W krótkim terminie przewagę ma logika eskalacji, a nie deeskalacji, dlatego perspektywa dla ropy pozostaje wzrostowa i obciążona wysoką premią za ryzyko. W dłuższym horyzoncie konflikt pokazuje natomiast, jak silnie globalna gospodarka wciąż zależy od bezpieczeństwa kilku wąskich gardzieli transportowych i jak łatwo regionalna wojna może przerodzić się w globalny kryzys surowcowy.

Spokojnych świąt raczej nie będzie. Ropa drożeje, kurs dolara zyskuje

Wiele państw ma już dzisiaj wolne. Dlatego właśnie dzisiejsze notowania odbywać się będą przy znacznie mniejszej płynności na rynkach, a co za tym idzie – wpływ ewentualnych wydarzeń może być większy. Rynki po raz kolejny przygotowały się na scenariusz eskalacji wojny w weekend.

Dzień wolny na wielu rynkach

Wielki Piątek jest specyficznym dniem. Duża część państw zachodnich właśnie wtedy ma dzień wolny od pracy. Z kolei wolny poniedziałek to rozwiązanie mocno lokalne. Występuje nie tylko w Polsce, ale również w Czechach, na Słowacji i na Węgrzech. Trzeba jednak pamiętać, że poniedziałek jest dniem pracującym w USA. Co to oznacza dla rynków? Dzisiaj mimo tego, że pracujemy, wiele giełd (w tym towarowych) się nie otworzy. Światowe notowania ropy naftowej zamknęły się wczoraj i zobaczymy je dopiero po weekendzie. W Poniedziałek Wielkanocny inwestorzy z USA normalnie pracują. Jest to o tyle ważne, że rynek, mimo dnia wolnego w wielu państwach, będzie przetwarzał operacje po długim weekendzie, co w trakcie wojny niesie ryzyko dużych zmian. Przygotowując się do tego wydarzenia, inwestorzy wczoraj bardzo intensywnie kupowali ropę, co skutkowało wzrostem ceny Brent o ponad 8 dolarów.

Czy rynek ropy uwierzył w orędzie?

Środowe orędzie prezydenta USA miało uspokoić sytuację. Dowiedzieliśmy się na nim o kontynuacji walk w Zatoce Perskiej, a także o możliwych scenariuszach – zarówno eskalacji, jak i wygaszania konfliktu. Pojawiły się też zapowiedzi wciągnięcia sojuszników w stabilizację sytuacji w regionie, a konkretnie w udrożnienie Cieśniny Ormuz. O tym, jak bardzo w możliwe uspokojenie nie uwierzył rynek, najlepiej świadczy fakt, że ropa WTI w USA stała się droższa od ropy Brent. Powodów jest kilka, ale okazuje się, że wysoki popyt ze strony rafinerii spowodował, że chwilowo więcej płaci się za amerykański surowiec. Dotychczas Amerykanie nie cierpieli tak bardzo jak reszta świata z powodu wojny w Zatoce Perskiej, przynajmniej z perspektywy cen ropy. Obecnie jednak kraj, mimo bycia jej największym producentem na świecie, jest dotknięty olbrzymimi wzrostami cen. Tylko wczoraj ropa podrożała prawie 13 dolarów. Stało się to przed dniem wolnym, co dodatkowo komplikuje sytuację. Pytanie, jak długo administracja będzie w stanie ignorować wysokie ceny paliw. Do wyborów zostało co prawda jeszcze 7 miesięcy, ale poparcie dla Republikanów spada, a ceny paliw tylko je osłabiają. Im droższe paliwo, tym bardziej oddalają się perspektywy obniżek stóp procentowych, a tym samym dolar się umacnia.

Dane z USA

Wczoraj poznaliśmy dwa ważne odczyty z USA. Z jednej strony liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosła 202 tys. W erze przed działaniami antyimigracyjnymi byłby to bardzo dobry wynik. Obecnie analitycy wskazują, że nie wiadomo, o ile mniejszych wskazań należy się spodziewać. Nadal jednak jest to dobry rezultat. Niżej od oczekiwań wypadł również deficyt handlowy USA. Musimy jednak pamiętać, że wojna w Zatoce Perskiej wyraźnie umocniła dolara. Im silniejszy dolar, tym eksport staje się mniej opłacalny, a import bardziej. W rezultacie analitycy wskazują, że w krótkim okresie obecne wydarzenia powinny pogorszyć ten parametr.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dane z rynku pracy.

Prezes UODO: zmiany antyterrorystyczne w projekcie ustawy o Jamboree naruszają prawa obywatelskie

0

Projekt ustawy dotyczącej organizacji XXVI Światowego Jamboree Skautowego w Polsce w 2027 roku wywołał poważne zastrzeżenia ze strony Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Choć sama ustawa ma dotyczyć szczególnych rozwiązań związanych z przygotowaniem i przeprowadzeniem międzynarodowego wydarzenia w Gdańsku, część zaproponowanych przepisów wykracza daleko poza ramy organizacyjne imprezy. Największe kontrowersje budzi art. 19 projektu, który wprowadza trwałe zmiany do ustawy o działaniach antyterrorystycznych.

Prezes UODO Mirosław Wróblewski przekazał swoje uwagi sekretarzowi stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Tomaszowi Szymańskiemu w ramach opiniowania projektu ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z organizacją XXVI Światowego Jamboree Skautowego w Polsce w 2027 r. Ocenia on, że proponowane rozwiązanie nie powinno znaleźć się w akcie prawnym dotyczącym jednego, czasowego wydarzenia, ponieważ w praktyce prowadzi do trwałej nowelizacji przepisów antyterrorystycznych.

W centrum sporu znalazł się mechanizm określany jako „police screening”, czyli sprawdzenie osób uczestniczących w wydarzeniu specjalnym lub współpracujących przy jego organizacji. Według projektu nowe przepisy miałyby zostać wpisane do ustawy o działaniach antyterrorystycznych na stałe. Oznacza to, że choć regulacje techniczne i organizacyjne związane z samym Jamboree wygasłyby po zakończeniu wydarzenia, nowe uprawnienia dotyczące weryfikacji osób pozostałyby w polskim porządku prawnym.

W opinii Prezesa UODO taka konstrukcja legislacyjna budzi zasadniczy sprzeciw. Organ nadzorczy uważa, że tak istotna i kontrowersyjna zmiana nie powinna być „doklejana” do ustawy poświęconej organizacji konkretnego wydarzenia, lecz stać się przedmiotem odrębnego procesu legislacyjnego. Chodzi nie tylko o przejrzystość stanowienia prawa, ale przede wszystkim o wagę ingerencji w prawa i wolności obywatelskie.

Projekt przewiduje utworzenie w ustawie o działaniach antyterrorystycznych nowego rozdziału poświęconego tzw. wydarzeniom specjalnym. Status taki miałby nadawać minister właściwy do spraw wewnętrznych, jeśli uznałby, że istnieje możliwość wystąpienia zagrożeń o charakterze terrorystycznym albo zagrożenia dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. Po nadaniu takiego statusu organizator wydarzenia mógłby wystąpić o sprawdzenie uczestników lub podmiotów współpracujących przy organizacji.

Zgodnie z projektem, jeśli chodziłoby o zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego, sprawdzenia dokonywałaby Policja. Jeżeli natomiast w grę wchodziłoby zagrożenie terrorystyczne, weryfikację przeprowadzałaby Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego na wniosek Policji. W praktyce oznaczałoby to stworzenie formalnej ścieżki do badania osób związanych z wydarzeniem w oparciu o dane zgromadzone w niejawnych zbiorach służb.

Właśnie ten mechanizm wzbudza największe zastrzeżenia UODO. Prezes urzędu zwraca uwagę, że obecnie Policja już posiada uprawnienia do podejmowania niezbędnych działań, jeśli uzyska wiarygodne informacje, że określona osoba lub podmiot stwarza zagrożenie terrorystyczne albo zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. Zdaniem organu nadzorczego projekt nie pokazuje więc dostatecznie jasno, dlaczego konieczne jest wprowadzanie dodatkowego, odrębnego instrumentu o tak daleko idących skutkach dla ochrony danych i praw jednostki.

UODO ocenia, że proponowany model przetwarzania danych osobowych nie spełnia wymogu adekwatności wynikającego zarówno z dyrektywy policyjnej, jak i krajowych przepisów o ochronie danych przetwarzanych w związku z zapobieganiem i zwalczaniem przestępczości. Zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim tego, że osoba objęta takim sprawdzeniem w praktyce zostałaby pozbawiona podstawowych gwarancji proceduralnych. Nie wiedziałaby, że wobec niej złożono wniosek o weryfikację, nie miałaby dostępu do danych, na podstawie których byłaby oceniana, a także nie mogłaby zapoznać się z treścią opinii sporządzonej przez Policję lub inne służby.

To z kolei prowadzi do kolejnego problemu. Osoba, której dotyczyłoby sprawdzenie, nie miałaby realnej możliwości zakwestionowania wyniku takiej procedury. Z treścią opinii mógłby bowiem zapoznać się wyłącznie organizator wydarzenia. W ocenie Prezesa UODO oznacza to poważne naruszenie prawa do obrony swoich interesów oraz prawa do sądu, zwłaszcza gdyby negatywna opinia skutkowała wykluczeniem z udziału w wydarzeniu lub współpracy przy jego organizacji.

Dodatkowe kontrowersje budzi fakt, że organizatorem „wydarzenia specjalnego” mogą być także podmioty prywatne. Oznaczałoby to, że prywatni organizatorzy uzyskaliby możliwość inicjowania sprawdzeń osób w niejawnych zbiorach danych prowadzonych przez Policję i ABW. Zdaniem UODO projekt nie zawiera jednocześnie żadnych precyzyjnych kryteriów, które miałyby ograniczać korzystanie z tego uprawnienia. Brak takich zasad zwiększa ryzyko, że wnioski o sprawdzenie będą kierowane szeroko, rutynowo i „na wszelki wypadek”, a nie wyłącznie w sytuacjach rzeczywiście uzasadnionych.

Prezes UODO wskazuje również, że projektowane przepisy przyznają Policji bardzo szerokie uprawnienie do przetwarzania danych osobowych. W ocenie organu zakres tego uprawnienia został opisany zbyt ogólnie i może prowadzić do przetwarzania praktycznie wszelkich informacji o uczestnikach, organizatorach i podmiotach współpracujących przy wydarzeniu. Taki model, pozbawiony wyraźnych ograniczeń co do rodzaju i zakresu danych, został uznany za nadmierny oraz nieproporcjonalny.

W konsekwencji UODO stoi na stanowisku, że proponowane regulacje są nie do pogodzenia z konstytucyjnymi prawami człowieka i obywatela. Wśród wskazywanych standardów znalazły się między innymi zasady wynikające z art. 31 ust. 3 oraz art. 45 ust. 1 Konstytucji RP, a także gwarancje przewidziane w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Międzynarodowym Pakcie Praw Obywatelskich i Politycznych. Chodzi przede wszystkim o wymóg proporcjonalności ograniczeń praw jednostki oraz prawo do rzetelnej procedury i skutecznej ochrony prawnej.

Spór wokół projektu ustawy o Jamboree 2027 pokazuje, że przepisy przygotowywane z myślą o bezpieczeństwie dużych wydarzeń publicznych coraz częściej wywołują pytania o granice ingerencji państwa w sferę praw i wolności obywatelskich. W tym przypadku UODO nie kwestionuje potrzeby dbania o bezpieczeństwo, ale zwraca uwagę, że nie może się ono odbywać kosztem podstawowych gwarancji prawnych. Zastrzeżenia organu nadzorczego mogą więc odegrać istotną rolę w dalszych pracach nad projektem.

Grupa Air France-KLM chce nabyć mniejszościowy udział w portugalskich liniach TAP

Wczoraj, t.j. 2 kwietnia Air France-KLM złożył niewiążącą ofertę nabycia mniejszościowego udziału w TAP Air Portugal. Potwierdza to niezmienne i poważne zainteresowanie Grupy Air France-KLM liniami TAP w kontekście długoterminowym.

„Doceniamy to, co TAP zbudował przez ostatnie 81 lat: silny hub w Lizbonie, rozpoznawalną markę oraz unikalną ofertę, która zapewnia łączność lotniczą i budzi dumę milionów Portugalczyków. Głęboko wierzymy, że kolejny rozdział w historii TAP może powstać już w ramach Grupy Air France-KLM . Portugalski przewoźnik naturalnie wpisuje się w naszą strategię multi-hub, a naszym celem jest wzmocnienie operacji w Lizbonie oraz rozwój połączeń w innych miastach Portugalii, w tym w Porto. Z niecierpliwością oczekujemy kolejnych etapów procesu prywatyzacji.” – powiedział Benjamin Smith, Dyrektor Generalny Grupy Air France-KLM.

W przypadku przejęcia, Lizbona stałaby się unikalnym południowoeuropejskim hubem Grupy, który dzięki swojemu idealnemu położeniu geograficznemu, oferuje dobre połączenia zwłaszcza do obu Ameryk — w tym do Brazylii, kluczowego rynku zarówno dla TAP, jak i Air France-KLM — a także do Afryki.

W przekonaniu Air France-KLM, TAP skorzystałby na integracji z globalną strukturą handlową, w skład której wchodzą Air France, KLM i Transavia, a także na ścisłej współpracy z Delta Air Lines i Virgin Atlantic — partnerami Grupy w ramach transatlantyckiego joint venture. Pomogłoby to TAP realizować swoją wizję „otwierania się na świat”. Ponieważ siatki połączeń TAP i Air France-KLM w dużej mierze się uzupełniają, cała Portugalia zyskałaby na zwiększonej dostępności lotów do wielu miejsc na świecie.

Unikalne podejście Air France-KLM do konsolidacji stawia na współpracę w jasno określonych ramach, mających na celu maksymalizację synergii ekonomicznych i operacyjnych. Model ten umożliwiłby TAP płynną integrację w ramach większej, stabilnej Grupy, korzystającej z efektu skali i globalnego zasięgu, co wzmocniłoby jego konkurencyjność. Współpraca obejmowałaby wszystkie obszary działalności, w tym również działania na rzecz dekarbonizacji — kluczowego priorytetu strategicznego Air France-KLM.

Air France-KLM, który ma bogate doświadczenie we wsparciu i rozwoju zintegrowanych marek o długiej historii i znaczeniu narodowym, zamierza umożliwić TAP zachowanie portugalskiego dziedzictwa, jednocześnie wykorzystując tę unikalną tożsamość na arenie międzynarodowej. Wzmocniłoby to zrównoważony rozwój TAP oraz wzrost regionalny, a także zapewniłoby to utrzymanie połączeń – ważnych dla portugalskiej diaspory, zgodnie z wymogami określonymi przez rząd Portugalii.  Według Grupy Air France-KLM takie partnerstwa stanowią potwierdzenie strategicznej roli lotnictwa dla państwa.

Niewiążąca oferta została złożona do Parpública wczoraj – 2 kwietnia 2026 roku. Potwierdza ona niezmienne i poważne zainteresowanie Grupy Air France-KLM liniami TAP w kontekście długoterminowym.

Develia po raz kolejny z rekordowymi wynikami – grupa osiągnęła 442,6 mln zł zysku netto w 2025 r.

0
  • W 2025 r. przychody ze sprzedaży grupy Develia wyniosły 2076,9 mln zł wobec 1789,5 mln zł w 2024 r., czyli o 16% więcej.
  • Skorygowany zysk netto grupy wypracowany w 2025 r. to 447,5 mln zł, czyli o 27% więcej niż rok wcześniej.
  • Zysk netto grupy wyniósł 442,6 mln zł wobec 379,1 mln zł w 2024 r., co oznacza wzrost o 16,7%.
  • W minionym roku Develia sprzedała 3345 lokali na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych w porównaniu do 3197 rok wcześniej. Deweloper przekazał 2959 mieszkań wobec 2865 w 2024 r. Zarówno wyniki sprzedaży, jak i liczba przekazanych lokali były najwyższe w historii spółki.
  • Na koniec grudnia 2025 r. Develia posiadała 610,4 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych.
  • W 2025 r. Develia przejęła Bouygues Immobilier Polska, umacniając pozycję w czołówce rynku mieszkaniowego, szczególnie w Warszawie.

– W minionym roku ponownie wypracowaliśmy rekordowe wyniki zarówno pod względem sprzedaży, jak i liczby przekazanych mieszkań, co przekłada się także na najlepsze w historii spółki wyniki finansowe. Zrealizowaliśmy założone cele roczne, potwierdzając skuteczność naszej strategii oraz zespołu, a także zdolność do konsekwentnego wzrostu. Był to dla nas bardzo ważny rok z perspektywy rozwoju biznesu – sfinalizowaliśmy przejęcie Bouygues Immobilier Polska, ponownie udowadniając, że potrafimy wykorzystywać szanse rynkowe i tym samym umacniać naszą pozycję rynkową w drodze do celu sprzedaży ponad 4500 mieszkań do 2028 r. – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii.

W 2025 r. Develia zrealizowała jedno ze swoich kluczowych założeń strategicznych, jakim była dezinwestycja portfela biurowego i handlowego, poprzez finalizację sprzedaży nieruchomości, na której znajduje się budynek Arkady Wrocławskie. Nabywcą była spółka Vastint Poland, należąca do międzynarodowej grupy inwestującej w nieruchomości komercyjne, a cena sprzedaży netto wyniosła 43,0 mln euro. Osiągnięcie tego celu umożliwiło spółce przyspieszenie rozwoju w priorytetowym segmencie mieszkaniowym, zarówno w sposób organiczny, jak i poprzez transakcje M&A.

Działalność deweloperska

W 2025 r. Develia sprzedała 3345 lokali na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych wobec 3197 lokali w 2024 r., czyli o 5% więcej. Największą roczną sprzedaż odnotowała w projektach: Aleje Praskie i Bemowo Vita w Warszawie, Orawska Vita we Wrocławiu, Centralna Vita i City Vibe w Krakowie, Południe Vita w Gdańsku oraz Unii Lubelskiej w Poznaniu. W minionym roku deweloper wprowadził do sprzedaży i rozpoczął budowę 3324 lokali przekraczając nieznacznie cel zarządu, ustalony na poziomie 3100-3300.

W lipcu 2025 r. Develia sfinalizowała umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów Bouygues Immobilier Polska, oddziału Bouygues Immobilier, francuskiego dewelopera, za 65,9 mln euro. Develia sfinansowała transakcję ze środków własnych z opcją refinansowania kredytem bankowym. Na koniec 2025 r. w realizacji znajdowało się ponad 1200 mieszkań przejętych dzięki akwizycji, a w gruntach zabezpieczonych umowami przedwstępnymi i zakupionych znajdowało się ok. 1700 lokali. Większość z nich zlokalizowanych jest w Warszawie, kluczowym rynku z perspektywy biznesowej, a pozostałe we Wrocławiu i w Poznaniu. To kolejne w ciągu ostatnich dwóch lat przejęcie dokonane przez dewelopera w sektorze nieruchomości mieszkaniowych po transakcji nabycia polskich spółek Nexity w 2023 r.

W minionym roku Develia zawarła także umowę partnerstwa publiczno-prywatnego „Nowy Port 2030+” z Gminą Gdańsk. W jej ramach zrealizuje inwestycje w dzielnicy Nowy Port, w tym budowę obiektów użyteczności publicznej oraz projektów mieszkaniowych, w których powstanie ponad 1000 mieszkań i lokali usługowych. Całkowity koszt przedsięwzięcia wyniesie 1,1 mld zł netto, z czego na cele publiczne Develia przeznaczy 187,6 mln zł netto. Budowa pierwszego obiektu w ramach tego projektu – basenu w gdańskim Brzeźnie – rozpoczęła się w lutym br.

W 2025 r. Develia koncentrowała się na powiększaniu banku gruntów, aby zabezpieczyć bazę pod dalszy rozwój. Grupa nabyła działki, które umożliwią realizację 4000 lokali. W rezultacie na koniec ubiegłego roku Develia dysponowała gruntami z potencjałem budowy ok. 16 tys. mieszkań, w tym lokale realizowane w ramach joint venture oraz zabezpieczone, osiągając tym samym cel założony w strategii.

W kwietniu br. Develia zawarła z Gdansk Development Holding N.V., utworzonym przez dwóch belgijskich deweloperów: Alides i Revive, przedwstępną umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów spółki Stocznia Cesarska Development, będącej użytkownikiem wieczystym nieruchomości stanowiącej tereny dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Wartość transakcji wyniesie ok. 550 mln zł i będzie się na nią składać wartość udziałów i spłata pożyczek zaciągniętych przez Stocznia Cesarska Development. Po finalizacji transakcji Develia na terenach Stoczni Cesarskiej planuje zrealizować wielofunkcyjny projekt obejmujący co najmniej 3000 mieszkań i dodatkowo lokale usługowe.

Wyniki finansowe

Dane finansowe (tys. zł) 2025 2024 Zmiana
Przychody 2 076 930 1 789 530 16,06%
Zysk brutto ze sprzedaży 736 146 606 582 21,36%
Zysk brutto ze sprzedaży segment deweloperski 731 363 608 916 20,11%
EBITDA 535 613 456 992 17,20%
EBITDA skorygowana* 541 853 424 904 27,52%
Zysk netto 442 623 379 141 16,74%
Skorygowany zysk netto* 447 521 352 798 26,85%
ROE 22,96% 22,08% +0,88 pp.
ROE skorygowane* 23,22 20,55% +2,67 pp.

(*) – skorygowany zysk netto, liczony według wzoru: skorygowany zysk netto = zysk netto skorygowany o sumę przeszacowań netto z tytułu nieruchomości inwestycyjnych i zapasów – przychody/koszty finansowe z tytułu wycen zobowiązań finansowych w EUR – podatek odroczony utworzony od korygowanych pozycji (odpowiednio ROE i EBITDA)

Przychody grupy w 2025 r. wyniosły 2076,9 mln zł wobec 1789,5 mln zł rok wcześniej. Develia wypracowała 442,6 mln zł zysku netto wobec 379,1 mln zł w 2024 r. Skorygowany zysk netto liczony zgodnie z polityką dywidendową wyniósł 447,5 mln zł, wobec 352,8 mln zł w 2024 r.

Zysk brutto ze sprzedaży z działalności deweloperskiej wyniósł w ubiegłym roku 731,4 mln zł przy przychodach 2068,8 mln zł.

– To nasz kolejny rok z rzędu z rekordową liczbą przekazanych mieszkań, co jest widoczne także w wynikach finansowych. Pomimo przejęcia Bouygues Immobilier Polska utrzymaliśmy silną pozycję finansową i gotowość do zwiększania potencjału rozwojowego Develii. Umowa przedwstępna dot. nabycia udziałów spółki Stocznia Cesarska Development, którą właśnie zawarliśmy pokazuje, że sprawnie wykorzystujemy kolejne szanse mówi Paweł Ruszczak, wiceprezes zarządu Develii. – W ubiegłym roku wypłaciliśmy akcjonariuszom najwyższą w historii spółki dywidendę, która wyniosła 265,5 mln zł. W tym roku również zamierzamy konsekwentnie realizować naszą politykę dywidendową – Paweł Ruszczak, wiceprezes zarządu Develii.

W lutym 2025 r. Develia wyemitowała 4-letnie obligacje o wartości 160 mln zł, których oprocentowanie ustalono na poziomie 2,4% ponad WIBOR 3M. Z kolei w grudniu 2025 r. spółka zaoferowała inwestorom kolejne  4-letnie obligacje o wartości 180 mln zł z najniższą w historii spółki marżą na poziomie 2,0% ponad WIBOR 3M. Emisja została sfinalizowana w styczniu 2026 r.

W minionym roku Develia wypłaciła akcjonariuszom dywidendę w wysokości 265,5 mln zł, czyli 0,58 zł na akcję.

Na koniec 2025 r. Develia posiadała 610,4 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych w porównaniu do 840,6 mln zł na koniec 2024 r., a zobowiązania finansowe wyniosły 903,9 mln zł w porównaniu z 915,0 mln zł na koniec 2024 r.

Claude Capybara – nowy model AI od Anthropic może pomagać w cyberatakach

Sztuczna inteligencja właśnie przekracza kolejną granicę – zamiast pomagać programistom, może zacząć realnie wzmacniać hakerów. Ujawnione informacje o nowym modelu Anthropic pokazują, że AI coraz lepiej radzi sobie z wyszukiwaniem podatności i przygotowywaniem zaawansowanych ataków. To poważne zagrożenie, ostrzega Jonathan Zanger, CTO Check Point Software Technologies.   

Wycieki informacji o nowym modelu AI rozwijanym przez Anthropic pokazują, że cyberbezpieczeństwo wchodzi w nową, znacznie groźniejszą fazę. Chodzi o Claude Capybara, znany też jako Mythos — system, który ma znacznie lepiej radzi sobie z wyszukiwaniem podatności, tworzeniem exploitów i planowaniem wieloetapowych ataków. Zdaniem ekspertów to sygnał, że sztuczna inteligencja przestaje być tylko narzędziem wsparcia, a zaczyna realnie przyspieszać cyberataki.

Według autorów analizy problem nie dotyczy wyłącznie najbardziej zaawansowanych grup hakerskich. Takie możliwości mogą z czasem trafić także do słabszych technicznie cyberprzestępców, bo AI obniża barierę wejścia do prowadzenia skomplikowanych ataków. To oznacza, że firmy, które do tej pory zakładały, że nie są celem „najwyższej klasy” napastników, mogą nagle znaleźć się w strefie ryzyka.

Drugi niepokojący trend to automatyzacja ataków na skalę przemysłową. Jeśli modele AI będą coraz lepiej działały w trybie agentowym, przestępcy zyskają możliwość niemal ciągłego skanowania systemów, usług SaaS i starszej infrastruktury w poszukiwaniu nowych luk. Ataki przestaną być ręczną, czasochłonną operacją, a zaczną przypominać zautomatyzowaną linię produkcyjną. Będzie mniej improwizacji, więcej masowego „wytwarzania” cyberataków.

Eksperci ostrzegają, że w takim świecie czas między wykryciem luki a jej wykorzystaniem może skurczyć się niemal do poziomu zero-day. Dla biznesu oznacza to, że standardowe ustawienia bezpieczeństwa i powolne procesy aktualizacji mogą po prostu nie wystarczać. Szczególnie narażone będą organizacje z niezałatanymi systemami, słabą segmentacją sieci, kontami bez MFA i starymi serwerami, które od dawna pozostają poza głównym polem uwagi działów IT.

W praktyce firmy powinny już teraz przejrzeć swoją „pierwszą linię obrony” – od zapór sieciowych i WAF-ów po ochronę endpointów oraz poczty. Ważne jest nie tylko to, czy takie narzędzia są wdrożone, ale czy rzeczywiście są przygotowane na ochronę przed nieznanymi wcześniej zagrożeniami. Równie istotne staje się tempo łatania systemów i ograniczanie możliwości ruchu bocznego po sieci, jeśli do włamania już dojdzie.

Wniosek z analizy wydaje się prosty. Niezależnie od tego, czy dana organizacja sama wdrożyła AI, przeciwnicy już z niej korzystają. Cyberwojna przyspiesza, a firmy, które dziś nie zrewidują swojego podejścia do bezpieczeństwa, jutro nie będą w stanie nadążyć – uważa ekspert Check Pointa.

Nie tylko ceny, ale i dostępność. Rynek budowlany wchodzi w okres większej niestabilności

Rynek materiałów budowlanych w Polsce wchodzi w fazę gwałtownego szoku kosztowego. Choć dane za luty, które wkrótce opublikuje Grupa PSB, najprawdopodobniej pokażą jeszcze względną stabilizację, rzeczywistość marcowa wygląda już zupełnie inaczej. W niektórych segmentach ceny rosną skokowo, oferty obowiązują zaledwie kilka godzin, a wykonawcy zaczynają mieć problem z dostępnością kluczowych materiałów.

Konflikt na Bliskim Wschodzie wybuchł dopiero pod koniec miesiąca, co oznacza, że ewentualne zmiany widoczne w lutowych danych dynamiki cen najpewniej będą miały jeszcze charakter statystycznie nieistotny i nie oddadzą skali obecnych napięć kosztowych.

To jednak nie oznacza, że na rynku nic się nie dzieje – podkreślają eksperci portalu RynekPierwotny.pl. Wręcz przeciwnie – pierwsze sygnały z marca sugerują, że branża budowlana może wchodzić w zupełnie nową fazę cyklu.

Rynek sprzed szoku

– Jeszcze na początku 2026 roku sytuacja w sektorze materiałów budowlanych pozostawała relatywnie stabilna. Dynamika cen była niska, a w części grup produktowych obserwowano nawet spadki – komentuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Rynek funkcjonował w warunkach:

  • względnie stabilnych cen energii,
  • przewidywalnych kosztów transportu,
  • uporządkowanych łańcuchów dostaw.

To właśnie ten punkt wyjścia sprawia, że obecne zmiany mają charakter nagłego zwrotu, a nie kontynuacji wcześniejszego trendu.

Marzec przynosi gwałtowną zmianę

Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie przełożyła się na wzrost cen ropy i gazu, a tym samym na koszty produkcji materiałów budowlanych.

Najbardziej spektakularnym przykładem jest rynek styropianu.

  • W ciągu zaledwie kilku tygodni:
  • ceny wzrosły o kilkadziesiąt, a nawet ponad 100 proc.,
  • zniknęła możliwość gwarantowania ceny w momencie zamówienia,
  • oferty handlowe zaczęły obowiązywać nie dniami, lecz godzinami,
  • pojawiły się problemy z dostępnością materiału.

To efekt bezpośredniego powiązania produkcji styropianu z rynkiem ropy. W praktyce czyni to ten segment najbardziej wrażliwym i najszybciej reagującym na zmiany geopolityczne.

Efekt domina obejmuje kolejne materiały

Choć najbardziej gwałtowne zmiany widać obecnie w segmencie styropianu, presja kosztowa zaczyna obejmować także inne kluczowe materiały budowlane.

  • W przypadku stali mamy do czynienia z nałożeniem się kilku czynników jednocześnie:
  • rosnących cen energii,
  • napięć w globalnym handlu i ceł,
  • ograniczeń importu do Unii Europejskiej,
  • zaburzeń logistycznych związanych z sytuacją w rejonie Zatoki Perskiej.

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że w takich warunkach ceny stali w Europie mogą wzrosnąć w najbliższych miesiącach o ok. 5–10 proc., a w bardziej pesymistycznych scenariuszach nawet więcej.

Choć stal nie jest bezpośrednio zależna od dostaw z Bliskiego Wschodu, konflikt oddziałuje na nią pośrednio – poprzez ceny energii oraz logistykę. Produkcja stali należy bowiem do najbardziej energochłonnych procesów przemysłowych, a zakłócenia w rejonie Cieśniny Ormuz zwiększają koszty paliw i transportu surowców.

Dodatkowo przekierowanie transportu morskiego na dłuższe trasy – np. wokół Afryki – wydłuża czas dostaw i podnosi koszty frachtu, co wpływa na cały łańcuch produkcji.

  • W efekcie presja kosztowa obejmuje już szeroki zakres materiałów:
  • cement i beton (energia),
  • stal i konstrukcje (energia + handel + logistyka),
  • transport wszystkich materiałów,
  • prefabrykaty i chemię budowlaną.

To oznacza, że obserwowane dziś skokowe zmiany w jednym segmencie mogą w kolejnych miesiącach rozlać się na cały rynek materiałów budowlanych.

Co istotne, w przeciwieństwie do wcześniejszych epizodów wzrostów cen, obecny impuls ma charakter jednoczesny – obejmuje zarówno surowce petrochemiczne, jak i materiały konstrukcyjne. To zwiększa ryzyko, że wzrost kosztów będzie bardziej rozległy i trudniejszy do zatrzymania.

Kluczowa zmiana: utrata przewidywalności

Najważniejszą zmianą nie jest dziś jeszcze poziom cen, lecz sposób funkcjonowania rynku.

Jeszcze niedawno:

  • obowiązywały stabilne cenniki,
  • możliwe było planowanie kosztów inwestycji,
  • dostawy były przewidywalne.

Obecnie:

  • ceny stają się zmienne i trudne do prognozowania,
  • producenci ograniczają gwarancje cen,
  • rośnie ryzyko opóźnień i braków materiałowych.

– To właśnie ten etap – utrata stabilności – w poprzednich cyklach był zapowiedzią silniejszych wzrostów cen w kolejnych miesiącach – podkreśla ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Co pokażą dane PSB?

W tym kontekście dane Grupa PSB za luty 2026 r. będą miały przede wszystkim znaczenie historyczne – jako obraz rynku sprzed obecnego szoku kosztowego.

Niezależnie od tego, czy pokażą stabilizację, czy niewielkie wzrosty cen, nie będą jeszcze odzwierciedlać zmian, które zaczęły się materializować w marcu.

Dopiero kolejne odczyty mogą pokazać, na ile obecny impuls kosztowy przełoży się na trwałą zmianę trendu cen materiałów budowlanych.

Wnioski

Rynek materiałów budowlanych znalazł się w punkcie zwrotnym.

Z jednej strony dane historyczne mogą jeszcze sugerować stabilizację, z drugiej – bieżące sygnały wskazują na gwałtowny wzrost niepewności i początek nowej presji kosztowej.

– To, czy obecna presja kosztowa – obejmująca już zarówno materiały izolacyjne, jak i konstrukcyjne – przełoży się na trwały wzrost cen, będzie zależeć przede wszystkim od dalszego przebiegu konfliktu na Bliskim Wschodzie, poziomu cen energii i surowców oraz reakcji globalnych łańcuchów dostaw – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.

Develia kupi nieruchomości w Gdańsku stanowiące tereny dawnej Stoczni Cesarskiej za ok. 550 mln zł

0

Develia zawarła z Gdansk Development Holding N.V., utworzonym przez dwóch belgijskich deweloperów: Alides i Revive, przedwstępną umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów spółki Stocznia Cesarska Development, będącej użytkownikiem wieczystym nieruchomości stanowiącej tereny dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Wartość transakcji wyniesie ok. 550 mln zł i będzie się na nią składać wartość udziałów i spłata pożyczek zaciągniętych przez Stocznia Cesarska Development. Po finalizacji transakcji Develia na terenach Stoczni Cesarskiej planuje zrealizować wielofunkcyjny projekt obejmujący co najmniej 3000 mieszkań i dodatkowo lokale usługowe.

Docelowo Develia nabędzie 100% udziałów w spółce Stocznia Cesarska Development posiadającej w swoich aktywach grunty Stoczni Cesarskiej wraz z dokumentacją projektową i pozwoleniami na budowę wydanymi do części terenu. W ramach wielofunkcyjnego projektu powstanie co najmniej 220 tys. m kw. PUM i PUU (powierzchni użytkowej mieszkań i powierzchni użytkowej usług). Dla I etapu wydana została ostateczna decyzja o pozwoleniu na budowę obejmująca 388 lokali mieszkalnych i 31 usługowych. Rozpoczęcie realizacji inwestycji może nastąpić już w 2027 r.

– Podpisanie umowy przedwstępnej to pierwszy, istotny krok w kierunku realizacji projektu w ikonicznej części dawnych terenów stoczniowych. Przedsięwzięcie tej rangi, w tak wyjątkowej lokalizacji, łączy dużą odpowiedzialność z istotną szansą rozwojową i wpisuje się w nasze kompetencje jako jednego z wiodących deweloperów w Polsce. Po zamknięciu transakcji planujemy prowadzić inwestycję etapowo, co pozwoli efektywnie rozłożyć koszty generalnego wykonawstwa i zabezpieczyć naszą długoterminową obecność w Trójmieście. Warszawa i Gdańsk to obecnie najmocniejsze rynki z dobrymi perspektywami, co znajduje odzwierciedlenie w naszej strategii inwestycyjnej – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii. – Wynegocjowane parametry transakcji oceniamy jako atrakcyjne, a jednocześnie nie wykluczamy zaproszenia do projektu partnera, co mogłoby jeszcze zwiększyć jego potencjał – dodaje Andrzej Oślizło.

Wartość transakcji wyniesie ok. 550 mln zł i będzie się na nią składać wartość udziałów i spłata pożyczek zaciągniętych przez spółkę Stocznia Cesarska Development. Develia zobowiązana jest do wpłaty zaliczki stanowiącej równowartość 55 mln zł. Sytuacja gotówkowa Develii umożliwia sfinansowanie transakcji ze środków własnych, ale spółka analizuje również możliwość posiłkowania się finansowaniem dłużnym.

– Tereny dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku to unikatowa przestrzeń o ogromnym potencjale, która może zyskać nowe życie. Obowiązujący Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego stwarza możliwość realizacji wielofunkcyjnej dzielnicy w miejscu o niebagatelnym znaczeniu historycznym dla współczesnej Polski. To jeden z nielicznych tak dużych obszarów inwestycyjnych zlokalizowanych w centrum dużego miasta – mówi Karol Dzięcioł, członek zarządu Develii. – Będzie to nasz drugi duży projekt o znaczeniu miastotwórczym w Gdańsku, po niedawno rozpoczętym projekcie PPP rewitalizacji dzielnicy Nowy Port. Jest to więc także wyraz naszego długoterminowego przekonania co do potencjału rozwojowego Trójmiasta – dodaje Karol Dzięcioł.

Na podstawie umowy przedwstępnej, pod warunkiem, że Skarb Państwa nie skorzysta z prawa pierwokupu w odniesieniu do udziałów, Develia i sprzedający zawrą warunkową umowę sprzedaży udziałów. Do warunków zawieszających, które powinny zostać spełnione do 20 grudnia 2026 r. należą między innymi uzyskanie zgody ministra właściwego do spraw gospodarki morskiej, a także wydzielenie z przedmiotu transakcji budynków Dyrekcji oraz Remizy.

Stocznia Cesarska to miejsce o znaczeniu historycznym – od swoich początków w XIX wieku po wydarzenia związane z narodzinami „Solidarności” i przemianami ustrojowymi w Polsce. Przez dekady odgrywała ważną rolę w rozwoju Gdańska, przemysłu okrętowego i gospodarki morskiej. Stocznia Cesarska jest położona wzdłuż brzegu Martwej Wisły, w bliskim sąsiedztwie głównego dworca kolejowego i Starego Miasta w Gdańsku, przy ul. Narzędziowców, ul. Wyposażeniowców i Placu Porozumienia Gdańskiego.

Kiedy spółki Alides oraz Revive nabyły ten teren w 2017 r., przejęły odpowiedzialność za wielkoskalowy projekt o istotnym znaczeniu w kontekście tworzenia tkanki miejskiej Gdańska. W kolejnych latach partnerzy konsekwentnie wypracowali wizję jego zagospodarowania, uzyskali niezbędne decyzje planistyczne i administracyjne, przeprowadzili kompleksową renowację dwóch historycznych budynków – Dyrekcji i Remizy – wraz z ich adaptacją do nowych funkcji oraz systematycznie przygotowywali teren pod dalszy rozwój.

Revive koncentruje się na lokalizacjach o niedoszacowanym potencjale, które – dzięki odpowiednio zaplanowanej rewitalizacji – mogą generować istotną wartość dodaną, zarówno w wymiarze ekonomicznym, jak i społecznym oraz środowiskowym.

– Udział w rewitalizacji tak istotnego na mapie Polski miejsca to dla Revive ogromny zaszczyt. Współpracujemy z funduszami private equity, a nasi inwestorzy oczekują, że ich kapitał będzie nie tylko efektywnie alokowany, lecz także przyczyni się do tworzenia lepszych przestrzeni do życia. Transakcja z Develią stanowi istotny kamień milowy w procesie finalizacji naszego funduszu Good Life Fund. Równolegle przygotowujemy kolejne fundusze, które pozwolą nam kontynuować realizację projektów wspierających rozwój społeczny w Polsce – mówi Nicolas Bearelle, założyciel i przewodniczący rady wykonawczej Revive.

Spółka Alides podjęła świadomą, długoterminową decyzję portfelową, umożliwiając uwolnienie zaangażowanego kapitału oraz jego reinwestycję w liczne, realizowane obecnie projekty deweloperskie w Polsce.

– Stocznia Cesarska to niepowtarzalne miejsce na mapie Polski. Jesteśmy dumni z efektów naszej pracy – nie tylko w wymiarze realizacyjnym, ale również w zakresie przyjętej wizji, procesu planistycznego oraz zaangażowania społecznego. Przeprowadziliśmy ten teren przez najbardziej złożoną i istotną fazę transformacji, budując solidne fundamenty pod dalszy rozwój. Obecna transakcja jest konsekwencją przemyślanej decyzji portfelowej: przekazując projekt na tym poziomie zaawansowania, uwalniamy kapitał i zasoby, które możemy skierować na realizację kolejnych planów rozwojowych w Polsce – rynku, który pozostaje dla nas strategicznie istotny, i na którym konsekwentnie wzmacniamy swoją obecność – mówi Rikkert Leeman, CEO Alides.

Polski rynek ubezpieczeń z rekordowym zyskiem w 2025 roku. Dominują ubezpieczenia majątkowe

Polski sektor ubezpieczeniowy ma za sobą wyjątkowo udany rok. Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego, zysk netto zakładów ubezpieczeń w 2025 roku wzrósł do poziomu 12,5 mld zł, co stanowi znaczący skok w porównaniu do 10,0 mld zł wypracowanych rok wcześniej.

Za ten sukces odpowiadają przede wszystkim ubezpieczyciele majątkowi (dział II), których wynik finansowy netto wzrósł aż o 35,4% w skali roku. Sektor ubezpieczeń na życie (dział I) również odnotował wzrosty, choć na nieco skromniejszym poziomie 6,7%.

Składki w górę, odszkodowania również

W minionym roku Polacy chętniej i drożej płacili za ochronę ubezpieczeniową. Składka przypisana brutto ogółem wzrosła o 5,8% rok do roku. Szczegółowe dane pokazują, że:

  • W dziale I (ubezpieczenia na życie) składka wzrosła o 5,2%.
  • W dziale II (ubezpieczenia majątkowe i pozostałe osobowe) wzrost wyniósł 6,0%.

Równolegle z przychodami rosły jednak wydatki na likwidację szkód. Łączna wartość wypłaconych odszkodowań i świadczeń brutto zwiększyła się o 7,0% w skali roku. W samym dziale II ubezpieczyciele wypłacili bezpośrednio ponad 33,9 mld zł.

Co napędza rynek? Komunikacja i życie na czele

Niezmiennie najważniejszym filarem polskiego rynku pozostają ubezpieczenia komunikacyjne. Składki zebrane z tytułu polis OC i AC wyniosły łącznie 33,3 mld zł.

W segmencie majątkowym (dział II) kluczowe znaczenie miały:

  1. Obowiązkowe OC posiadaczy pojazdów: 18,4 mld zł zebranych składek.
  2. Autocasco (AC): 14,5 mld zł zebranych składek.
  3. Ubezpieczenia od żywiołów: 7,4 mld zł składek.

W sektorze ubezpieczeń na życie (dział I) dominowały tradycyjne ubezpieczenia na życie (Grupa 1) oraz ubezpieczenia wypadkowe i chorobowe (Grupa 5), które łącznie odpowiadały za ponad 82% wartości zebranych tam składek.

Solidne fundamenty finansowe

Wraz z rosnącymi wynikami poprawiła się kondycja finansowa samych ubezpieczycieli. Aktywa ogółem całego sektora przekroczyły barierę 244 mld zł, przy czym aktywa działu I wzrosły o 6,4%, a działu II o 9,3%.

Istotnym elementem sukcesu w 2025 roku były przychody z lokat. W dziale I wzrosły one o blisko 85% rok do roku (z 5,2 mld zł do 9,6 mld zł), co w dużym stopniu wpłynęło na ostateczny wynik finansowy ubezpieczycieli na życie.

„Zagregowany wynik techniczny ukształtował się na poziomie 8 500,1 mln zł i był wyższy o 31,0% niż w 2024 r.” – podaje GUS w swoim raporcie.

Przedstawione dane mają charakter wstępny i zostały opracowane na podstawie informacji przekazanych przez Urząd Komisji Nadzoru Finansowego.

300 mln zł na innowacje w rolnictwie. Rusza program AGROSTRATEG

Aż 300 milionów złotych czeka na innowacje, które wniosą polski sektor rolnictwa na wyższy poziom. Już 14 maja br. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozpocznie nabór wniosków w premierowej edycji nowego programu strategicznego AGROSTRATEG.

Program AGROSTRATEG jest najnowszą pozycją w ofercie programów strategicznych Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Jego celem głównym jest wdrożenie nowych rozwiązań poprawiających efektywność polskiego sektora rolnego, a zarazem uwzględniających zasady zrównoważonego rozwoju. Chodzi m. in. o wzrost nowoczesnych i innowacyjnych technologii w rolnictwie, ekologiczną oraz zdrową produkcję roślinną i zwierzęcą, jak również działalność na rzecz środowiska w postaci zwiększenia efektywności wykorzystania zasobów naturalnych, wydłużenia cyklu życia produktów i minimalizowania ilości wytwarzanych odpadów.

Uruchomienie nowego programu strategicznego AGROSTRATEG to kamień milowy w rozwoju zrównoważonego rolnictwa w naszym kraju. Naszym celem jest nie tylko zwiększenie wydajności produkcji rolnej, ale także ochrona środowiska i wspieranie lokalnych społeczności. Dzięki temu działaniu chcemy wprowadzić innowacyjne technologie oraz wspierać badania, które przyczynią się do poprawy jakości i bezpieczeństwa żywności. Program ten jest odpowiedzią na wyzwania współczesnego świata, w tym zmiany klimatyczne i rosnące zapotrzebowanie na zdrową żywność – mówi prof. dr hab. inż. Jerzy Małachowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

32 zagadnienia w czterech obszarach

O dofinansowanie z programu AGROSTRATEG można się ubiegać w ramach łącznie 32 zagadnień badawczych, pogrupowanych w cztery główne obszary.

Pierwszym z nich jest zrównoważona produkcja roślinna oraz poprawa żyzności gleby. Pod tym hasłem możliwe będzie zgłoszenie projektów dotyczących chociażby działań mających na celu znaczną redukcję stosowania nawozów sztucznych i środków ochrony roślin, optymalizację produkcji roślin wysokobiałkowych, waloryzację bioodpadów poprzez ich wykorzystanie czy poprawę bezpieczeństwa surowców pochodzenia roślinnego.

Drugi obszar to zrównoważona produkcja zwierzęca. Tu poszukiwane są odpowiedzi na takie zagadnienia, jak np. wdrożenie nowoczesnych metod zintegrowanego zarządzania zdrowiem zwierząt gospodarskich, zmniejszenie zużycia wody oraz zwiększenia dobrostanu zwierząt czy poprawa bezpieczeństwa mikrobiologicznego i fizykochemicznego pasz oraz surowców pochodzenia zwierzęcego.

W trzecim obszarze, którym jest rolnictwo cyfrowe chodzi chociażby o wykorzystanie technologii i analizy danych do optymalizacji produkcji roślinnej i zwierzęcej, opracowanie precyzyjnej produkcji zwierzęcej, także z wykorzystaniem AI czy autonomicznych robotów polowych i rolnictwa 4.0.

Ostatnim obszarem są innowacyjne techniki rolnicze. NCBR poszukuje alternatywnych metod rolniczych, takich jak: systemy bezglebowej uprawy roślin, zastosowanie sztucznej inteligencji do optymalizacji warunków wzrostu roślin czy optymalizacja systemów melioracji i nawadniania.

Pełna lista zagadnień badawczych dostępna jest na stronie NCBR.

Program łączy potencjał świta nauki i biznesu, opierając się na bliskiej współpracy naukowców, rolników i przedsiębiorców. To wspólny wysiłek w tworzeniu rozwiązań dostosowanych do lokalnych potrzeb tak, aby najnowsze osiągnięcia technologii i badań pojawiły się na polskich polach. Dzięki tej inicjatywie Polska może stać się liderem innowacyjnego rolnictwa w Europie – dodaje prof. Małachowski.

Do 25 mln zł na projekt

Nabór wniosków o dofinansowanie rozpocznie się 14 maja i potrwa do 28 sierpnia 2026 r. (w ostatnim dniu naboru do godz. 16.00). Wnioski będą przyjmowane wyłącznie za pośrednictwem systemu elektronicznego LSI.

Do konkursu mogą przystąpić:

  • konsorcja, w skład których wchodzi co najmniej jedno przedsiębiorstwo oraz co najmniej jedna organizacja badawcza lub inny podmiot, składające się maksymalnie z 5 podmiotów,
  • konsorcja przedsiębiorstw, składające się z maksymalnie pięciu podmiotów,
  • firmy samodzielnie realizujące projekt.

Liderem konsorcjum musi być przedsiębiorstwo albo organizacja badawcza. Dofinansowane w ramach programu mogą zostać badania podstawowe, badania przemysłowe, eksperymentalne prace rozwojowe, prace przedwdrożeniowe. Wymagany udział kosztów kwalifikowanych przedsiębiorstwa lub przedsiębiorstw wynosi minimum 40%. Co istotne, eksperymentalne prace rozwojowe są obowiązkowym elementem projektów.

Pojedynczy projekt może ubiegać się w ramach naboru AGROSTRATEG I o dofinansowanie w wysokości od 1 mln do 25 mln złotych. Maksymalny okres realizacji projektu wynosi 4 lata z możliwością wydłużenia na etapie realizacji projektu do 5 lat.