Zakupy przed pierwszym dzwonkiem

0

Nowy i pełen wyzwań rok szkolny za pasem. Niektórzy najpotrzebniejsze artykuły dla uczniów zakupili już dużo wcześniej, inni ze względu na niepewną sytuację związaną z powrotem do stacjonarnego nauczania, wstrzymywali się do ostatniej chwili z kompletowaniem wyprawki szkolnej dla swoich dzieci. Jak wyglądają tegoroczne zakupy tuż przed pierwszym dzwonkiem? Jak kształtują się zachowania konsumentów?

Wyprawka szkolna – mimo trwającej do pewnego momentu niepewności związanej z powrotem do szkół – ma się bardzo dobrze. Kupujemy dużo i chętnie. Badania CBOS z 2018 roku pokazały, że na skompletowanie potrzebnych przyborów na nowy rok szkolny dla uczniów, konsumenci wydają średnio ok. tysiąca złotych. W tym roku na wyprawkę szkolną wydamy dużo więcej niż miało to miejsce w latach poprzednich.

Klienci nie zrezygnowali w tym roku z dokonania kompleksowych zakupów przed nowym rokiem szkolnym. To, co zaobserwowaliśmy to różne podejście do tego tematu naszych klientów. Jedni zdecydowali się na kompletowanie wyprawki dla swoich pociech już w środku wakacji, inni rozkładali zakupy w czasie i systematycznie zaopatrywali się w kolejne potrzebne rzeczy i akcesoria szkolne. Jeszcze inni zdecydowali się na większe jednorazowe zakupy na sam koniec wakacji. Są też konsumenci, którzy zakupili artykuły szkolne w sklepach internetowych i odbierali swoje zamówienia u naszych najemców – mówi Andrzej Cieślik, dyrektor Portu Łódź. Centrum handlowe jest pod tym względem bardzo wdzięcznym miejscem, możemy tu kupić kompleksowo wszystko co potrzebne do szkoły w jednym miejscu i jednego dnia – dodaje dyrektor.

Badanie SW Research dla Empiku wykazało, że aż 59% konsumentów przeznacza  na tegoroczną wyprawkę szkolną znacznie większy budżet niż rok temu. Kupujemy kompleksowo, nie tylko typowe artykuły szkolne, jak plecaki, zeszyty czy podręczniki ale zaopatrujemy nasze pociechy także w nową garderobę, głównie sportową przeznaczoną do różnego rodzaju aktywności fizycznej. Dużym zainteresowaniem cieszą się też sklepy ze sprzętem elektronicznym, a także te oferujące wyposażenie do pokoju ucznia.

To, co zaobserwowaliśmy to fakt, że coraz więcej klientów wybiera się na „zakupy do szkoły” rodzinnie, spędzamy ze sobą czas, pozwalamy naszym dzieciom na podejmowanie decyzji co do zawartości wyprawki szkolnej, a na koniec po zakupach idziemy wspólnie np. lody czy korzystamy z innych atrakcji oferowanych przez centrum handlowe – podsumowuje dyrektor Portu Łódź.

Klienci na początku roku szkolnego nie zapominają także o zajęciach pozaszkolnych i pasjach swoich pociech. Rodzice zaopatrują dzieci w akcesoria dedykowane danej dziedzinie sportu. Chętnie odwiedzamy też sklepy ze sprzętem audio i wideo oraz księgarnie, w których poza tematycznymi książkami, zakupić można akcesoria do rozwijania hobby, jak np. akcesoria do malowania, czy tworzenia przestrzennych modeli z drewna oraz wiele innych elementów asortymentu pozwalającego rozwijać kreatywność i pasje dzieci.

Inwestowanie w dobie koronawirusa. Rośnie zainteresowanie nieruchomościami nad Bałtykiem.

Pandemia zmieniła nie tylko naszą codzienność, ale i wakacyjne plany. W związku z niepewną sytuacją epidemiczną, aż 90% Polaków planujących wyjechać na urlop, zamierza spędzić go w Polsce. Szczególnie dużą popularnością wśród turystów cieszą się nadbałtyckie miejscowości. Wraz z tym trendem, rośnie zainteresowanie inwestorów nieruchomościami zlokalizowanymi nad morzem.

Długi lockdown, zmęczenie przymusowym przebywaniem w czterech ścianach, a co za tym idzie rosnąca potrzeba zmiany otoczenia sprawiły, że w tym roku Polacy ruszyli na wakacje szybciej niż zazwyczaj. Najbardziej popularną polską destynacją jest Bałtyk, gdzie już wiosną pojawiło się wielu urlopowiczów.

Rośnie popyt na wakacje w Polsce

Od kilku lat przybywa turystów nad polskim morzem. Podczas ubiegłorocznych wakacji na plażach wypoczywało ok. 6-7 mln osób. Jak twierdzą przedstawiciele branży turystycznej, w tym roku będzie ich nawet o pół miliona więcej. To blisko 20 proc. wzrost w porównaniu do wakacji sprzed sześciu lat.

W minionych sezonach wczasowicze wybierali polskie wybrzeże zamiast zagranicznych kurortów, m.in. ze względu na  czyste i duże plaże, coraz lepszy standard bazy noclegowej oraz  możliwości szybkiego dojazdu, dzięki nowym kilkupasmowym drogom prowadzącym na północ kraju. Jednym z powodów rezygnacji z wyjazdów zagranicznych był także strach przed terroryzmem.

Obecnie zwiększony popyt na urlop w kraju został wywołany przez sytuację epidemiczną na całym świecie. Mimo, że granice Polski są już otwarte, a ruch lotniczy został wznowiony, to podróże zagraniczne nadal są utrudnione. Wiele państw wciąż blokuje przyjazdy turystów ze względu na dużą liczbę zachorowań, wydłużone są procedury związane z wejściem na pokład samolotu a cała sytuacja, nawet jeśli stabilna, wydaje się niepewna.  To wszystko zniechęca do dalekich podróży.

Według badania Profitroom blisko 80% Polaków zaplanowało w tym roku wyjazd wypoczynkowy, z czego ponad 90% spędzi go w kraju. Natomiast jak podaje Polska Organizacja Turystyczna 27% osób, które zadeklarowały chęć podróży po Polsce, wybierze się nad morze.

Nasz kraj cieszy się również dużą popularnością wśród zagranicznych turystów. Stanowią oni ponad 20% wszystkich gości polskich obiektów turystycznych. Według unijnych ekspertów, Polska jest jednym z najbardziej bezpiecznych miejsc na spędzenie tegorocznych wakacji. W dobie ograniczeń lotniczych, istotny jest również fakt, że aż 60% turystów zagranicznych przyjeżdżających do Polski to obywatele państw sąsiednich. Nad polskie morze przyjeżdżają głównie mieszkańcy Niemiec, którym sprzyja nowoczesna infrastruktura drogowa łącząca oba kraje.

Nieruchomości na własność

W dobie koronawirusa wyraźnie wzrosło zainteresowanie inwestycjami możliwie najmniej ryzykownymi, odpornymi na wahania koniunktury. Stąd obserwowany większy popyt na nieruchomości, kupowane głównie w celach inwestycyjnych. Tę tendencję pomagają budować również rekordowo niskie stopy procentowe, które zniechęcają do gromadzenia kapitału na lokatach.

– Biorąc pod uwagę coraz większe zainteresowanie turystów pobytem nad polskim morzem oraz rosnące koszty takiego wypoczynku, dobrym pomysłem jest zakup apartamentu w popularnej miejscowości na wybrzeżu Bałtyku – mówi Ewa Zięciak, właścicielka Sea & Lake – kompleksu luksusowych apartamentów w Mielnie. – To coraz popularniejszy w Polsce sposób inwestowania w nieruchomości. Rodzimy odpowiednik brytyjskiego „holiday home”, służy zarówno zaspokajaniu potrzeb wypoczynkowych właściciela, jak i celom inwestycyjnym pod wynajem krótkoterminowy.

Z raportu firmy Emmerson Evaluation wynika, że w ostatnim czasie mamy do czynienia z prawdziwym boomem na tego typu nieruchomości. Jest to efekt dynamicznie rosnącego popytu. Największą popularnością cieszą się apartamenty zlokalizowane w atrakcyjnych miejscowościach turystycznych nad Bałtykiem, m.in. w Mielnie, Juracie, Świnoujściu, Kołobrzegu czy Międzyzdrojach. Właśnie tam jest zlokalizowanych blisko 40% tego typu obiektów.

Wysoki zwrot z inwestycji

Zaledwie 20% nabywców kupuje mieszkania nad morzem w celu zamieszkania w nich na stałe. Większość traktuje je jako dobrą lokatę kapitału. Według ekspertów z branży nieruchomości, na rynku polskim najbardziej intratną inwestycją są kurorty nadmorskie.

– Bezpieczeństwo inwestycji w apartamenty nad morzem jest bardzo wysokie – mówi Ewa Zięciak. Wynika z gwarancji osiągania zysków z najmu w długim terminie i ze wzrostu wartości nieruchomości w czasie. Zyski z wynajmu krótkoterminowego apartamentów w dobrej nadmorskiej lokalizacji mogą sięgać nawet 8 proc. Na tyle szacujemy zwrot z inwestycji w apartamenty Sea & Lake w roku 2020, w kolejnych spodziewamy się dalszych wzrostów. Warto jednocześnie pamiętać, że w tym aspekcie lokalizacja jest absolutnie kluczowa. Inwestorzy szukają dziś miejsc ustronnych, jednak dobrze skomunikowanych, z zapleczem kulturalno-rozrywkowym w sąsiednich miastach. – dodaje.

Kompleks apartamentów Sea & Lake zbudowany został nieprzypadkowo na mierzei pomiędzy jednym z największych polskich jezior a Bałtykiem, w środku lasu, jednak niedaleko Mielna i Koszalina. Powstający kanał żeglugowy połączy wkrótce oba akweny, dzięki czemu mieszkańcy będą mogli wypłynąć jachtem na otwarte morze dosłownie spod drzwi. To unikatowa lokalizacja na skalę europejską. I właśnie takie inwestycje, z wyraźnymi wyróżnikami, nie tylko w zakresie luksusowego standardu, ale i lokalizacji, są dziś najbardziej poszukiwane przez kupujących.

Obłożenie nadmorskich obiektów noclegowych podczas wakacji sięga corocznie 80-100%. Najwyższą rentowność osiągają właśnie luksusowe apartamenty, wykończone w wysokim standardzie z widokiem na morze lub jezioro, położone w prestiżowych miejscowościach, często odwiedzanych przez turystów, również poza sezonem wakacyjnym. Takich inwestycji wciąż jest w Polsce niewiele, dlatego popyt na nie utrzymuje się na wysokim poziomie.

– Na zwiększenie wartości apartamentów nadmorskich wpływać będzie również coraz bardziej ograniczona podaż mieszkań, wynikająca z kurczących się zasobów gruntów pod zabudowę – uważa Ewa Zięciak. – Może to doprowadzić w przyszłości do dalszych wzrostów cen, a w konsekwencji i wartości nieruchomości położonych w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach.

Krótkoterminowy wynajem apartamentów wakacyjnych stanowi obecnie jeden z hitów inwestycyjnych. Dzięki popularnym platformom internetowym, takim jak booking.com czy airbnb.pl właściciel takiej nieruchomości może ze swoją ofertą dotrzeć do tysięcy, a nawet milionów potencjalnych odbiorców z całego świata. Warto również pamiętać, że nieruchomości to jedna z najpewniejszych inwestycji, szczególnie w niepewnych czasach.

Jakie rodzaje paliwa są najpopularniejsze w europejskich krajach?

Czy samochody na gaz są popularne jedynie w Polsce? Jak wypada nasz kraj na tle innych europejskich państw pod względem udziału diesli i elektryków? Eksperci Ubea.pl sprawdzają.

Eksperci porównywarki Ubea.pl sprawdzili niedawno, że około 14% samochodów osobowych jeżdżących po polskich drogach posiada aktualnie instalację gazową (LPG). Tak wysoki wynik mógł zaskoczyć wiele osób.

Porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl, w ramach uzupełnienia tematu, postanowiła sprawdzić, czy na tle innych krajów Starego Kontynentu Polska wyróżnia się dużym udziałem samochodów osobowych na gaz. Taką analizę można przeprowadzić dzięki danym Stowarzyszenia Europejskich Producentów Samochodów (ACEA).

Eksperci Ubea.pl sprawdzili także popularność innych rodzajów paliwa w poszczególnych krajach. Przekonaj się, gdzie całkowicie dominuje benzyna, a gdzie dobrze radzą sobie diesle.

Jak wypada Polska na tle innych europejskich krajów?

Na początek warto sprawdzić, jak Polska przedstawia się pod względem popularności różnych rodzajów napędu na tle całej Unii Europejskiej (dane pochodzą z końca 2018 r, więc uwzględniają jeszcze Wielką Brytanię). Różnice polskich i przeciętnych wyników Unii prezentują się następująco:

– benzyna:

l Polska: 52,9% samochodów osobowych

l Unia Europejska: 54% samochodów osobowych

– diesel:

l Polska: 31,2%

l UE: 41,9%

– hybryda:

l Polska: 0,0%

l UE: 0,8%

– prąd elektryczny:

l Polska: 0,3%

l UE: 0,2%

– LPG oraz inne paliwa gazowe:

l Polska: 13,9%

l UE: 2,8%

– inne paliwa:

l Polska: 1,7%

l UE: 0,3%

W których krajach auta na gaz są popularne?

Pod względem popularności samochodów zasilanych gazem LPG Polska jest unijnym liderem. Pod koniec 2018 r. Polacy posiadali ok. 3,3 mln – 3,4 mln takich aut. Podobnie było we Włoszech, ale w tym kraju procentowy udział aut jeżdżących na gazie był znacznie niższy (8,6% we Włoszech, a w Polsce 13,9%).

Poza Polską i Włochami dużą popularnością aut na gaz wyróżniała się także Łotwa (7%).

Gdzie dominuje benzyna, a gdzie diesel?

W wielu krajach procentowy udział aut zasilanych benzyną oraz takich z silnikiem diesla jest dość wyrównany. Są jednak państwa, w których dominuje jeden z tych rodzajów zasilania samochodów.

Bardzo dużą popularnością aut z silnikiem diesla cechowała się w 2018 r. Litwa (75,2%), Łotwa (60,9%), Hiszpania (60,0%) oraz Francja (59,1%). Samochody osobowe na benzynę zdecydowanie przeważały natomiast w Grecji (92,4%) oraz Holandii (79,6%)” – podkreśla Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Który kraj jest liderem pod względem elektryków?

Pod względem udziału samochodów napędzanych tylko prądem Polska osiągnęła pod koniec 2018 r. wynik zbliżony do europejskiej średniej. Warto jednak podkreślić, że w przypadku elektryków sytuacja wygląda dość specyficznie.

Mamy do czynienia z jednym, bardzo wyraźnym, europejskim liderem, jakim jest Norwegia. W Kraju Fiordów pod koniec 2018 r. już 7,2% samochodów było zasilanych tylko prądem. Druga w kolejności Holandia osiągnęła wynik wynoszący jedynie 0,5%” – zaznacza Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

rodzaje-paliwa-w-europie-tab-ubea

DHL Supply Chain z nową dyrektor zarządzającą

0

Monika Duda jest pierwszą kobietą w strukturze DHL Supply Chain w Polsce, która obejmie tak wysokie stanowisko kierownicze. Będzie odpowiedzialna za dynamiczny rozwój i wzmocnienie pozycji DHL Supply Chain, a także za zarządzanie międzynarodowym i krajowym portfolio klientów firmy, która nad Wisłą zatrudnia ponad 4 tys. pracowników. Monika Duda zastąpi na stanowisku Piotra Okurowskiego, który zostaje w firmie i w roli dyrektora zarządzającego będzie odpowiadał za rozwój biznesu DHL Supply Chain na Słowacji.

Monika Duda posiada ponad 13-letnie doświadczenie w pracy dla międzynarodowych korporacji, specjalizuje się w strategicznym zarządzaniu łańcuchami dostaw, zarządzaniu działami operacyjnymi i w rozwoju biznesu.

W dotychczasowej karierze Monika Duda była zaangażowana w projekty logistyczne realizowane dla renomowanych graczy z sektorów retail i e-commerce, w tym między innymi dla: IKEA, Carrefour, Auchan, Hutchinson i P&G. W przeszłości zajmowała stanowisko Associate Director w departamencie powierzchni logistycznych, magazynowych i przemysłowych w Cushman&Wakefield, międzynarodowej firmie doradczej działającej na rynku nieruchomości komercyjnych. Odpowiadała za rozwój linii biznesowej, za zarządzanie relacjami z kluczowymi klientami i partnerami biznesowymi, a także za koordynację prac zespołu zajmującego się doradztwem w zakresie powierzchni logistycznych. Przed objęciem stanowiska, nowa dyrektor zarządzającej DHL Supply Chain Monika Duda, od września 2016 roku była partnerem w M4 Real Estate, firmie specjalizującej się w kompleksowym doradztwie logistycznym, inwestycyjnym i deweloperskim, a także w wynajmie powierzchni magazynowych i logistycznych oraz w realizacji projektów BTS i BTO.

Bardzo się cieszę, że będę mogła być częścią zespołu DHL Supply Chain, światowego lidera w logistyce 3PL. To dla mnie bardzo duże wyróżnienie, szczególnie, że po raz pierwszy mówimy o zajęciu przez kobietę tak wysokiego stanowiska kierowniczego w polskich strukturach DHL Supply Chain. To szansa na większą różnorodność, którą zamierzam wykorzystać aktywnie zarządzając firmą i realizując ambitną strategię rozwoju – mówi Monika Duda, dyrektor zarządzająca DHL Supply Chain.

W Polsce pracujemy dla wielu międzynarodowych i krajowych klientów, każdy z nich oczekuje serwisu na światowym poziomie. To nasz priorytet, który codziennie realizujemy wspólnie z ponad 4 tysiącami pracowników w 20 lokalizacjach w całym kraju. Cieszę się, że Monika stanęła za sterami firmy i jestem przekonany, że jako nowa dyrektor zarządzająca będzie gwarancją pomyślności wielu nowych projektów, wdrażania innowacji i ciągłego podnoszenia standardu naszych usług. Zaangażowanie, ambicja i podejście Moniki są i będą niecenioną wartością w rozwoju DHL Supply Chain w Polsce – mówi Andries Retief, CEO Central and Eastern Europe, DHL Supply Chain.

Angaż Moniki Dudy na wysokie stanowisko kierownicze to nowy rozdział dla całego sektora TSL, który pokazuje ogromny potencjał kobiet w rolach nowoczesnych liderek i menedżerek wysokiego szczebla. To krok, którym DHL Supply Chin potwierdza swoje zaangażowanie w zmienianie i otwieranie świata logistyki dla kobiet chcących zarządzać firmami i organizacjami. Doświadczenie Moniki Dudy w sektorach logistyki i nieruchomości komercyjnych będzie bardzo mocnym argumentem w umacnianiu DHL Supply Chain na pozycji rynkowego lidera.

Znaczący wzrost płacy minimalnej zaszkodzi gospodarce

• Wynagrodzenie minimalne w 2021 roku, w sytuacji kiedy nie ma możliwości zamrożenia mechanizmu jego wzrostu, powinno wynieść 2716 zł, a stawka godzinowa 17,7 zł – napisała Konfederacja Lewiatan w stanowisku do projektu rozporządzenia rządu w tej sprawie.
• Zdaniem pracodawców obecna sytuacja gospodarcza nie uzasadnia znaczącego wzrostu płacy minimalnej.

Rząd zaproponował, aby w przyszłym roku wynagrodzenie minimalne wynosiło 2 800 zł, a stawka godzinowa 18,3 zł.

– Nie stać nas, w czasie recesji, na tak wysoką podwyżkę płacy minimalnej. Dla firm oznaczać to będzie dalszy wzrost kosztów pracy, w sytuacji kiedy od kilku miesięcy zmagają się ze skutkami pandemii COVID-19. Część przedsiębiorstw będzie miała problemy z utrzymaniem zatrudnienia – mówi Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Kondycja gospodarki nie uzasadnia wysokiej podwyżki

Obecna sytuacja gospodarcza nie uzasadnia znaczącego wzrostu wynagrodzenia minimalnego. Jeśli przy ustalaniu płacy minimalnej na 2020 rok rząd argumentował, że „biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy i utrzymującą się dobrą koniunkturę gospodarczą rząd postanowił o ustaleniu płacy minimalnej na jeszcze wyższym poziomie, właśnie 2600 złotych”, trudno znaleźć merytoryczne uzasadnienie dla podnoszenia jej o więcej niż kolejne 116 złotych w dobie recesji. Już założenia do budżetu 2021 pozwalają stwierdzić, że rząd zakłada, że w przyszłym roku nie wrócimy do PKB z 2019 roku. Prognozy NBP są jeszcze bardziej pesymistyczne.

Wzrost płacy minimalnej zwiększy koszty pracy

Wzrost płacy minimalnej zwiększy koszty pracy w bardzo trudnym czasie. Wiele firm jest teraz mocno zadłużonych w ZUS, w bankach, firmach leasingowych, u kontrahentów. Zaciągnęły długi, żeby ochronić miejsca pracy i nie zwalniać pracowników w sytuacji kryzysu. W przyszłym roku, kiedy będą musiały zacząć spłacać długi, dodatkowy nieuzasadniony wzrost kosztów może doprowadzić do opóźnionej fali upadłości.

Zbyt wysoka płaca minimalna wyprze z legalnego rynku pracy osoby najniżej produktywne

Wzrost wynagrodzenia minimalnego brutto z 2600 zł do 2716 zł oznacza wzrost kosztów pracy z 3132,48 do 3312,98 zł, a jeśli przyjąć zaproponowany przez rząd poziom 2 800 zł jeszcze więcej. Tak znaczny wzrost płacy minimalnej oznacza, że firmy mikro i małe, ale w warunkach kryzysowych także część większych firm będzie miało trudności z utrzymaniem zatrudnienia. Wyższe bezrobocie, czy wzrost szarej strefy, które będą konsekwencją tej decyzji, to z kolei mniejsze dochody z PIT i do FUS oraz większe koszty Funduszu Pracy.

Przy obecnym rozkładzie wynagrodzeń w gospodarce zbyt szybkie podnoszenie płacy minimalnej (716 zł w ciągu 4 lat) powoduje kompresję wynagrodzeń, zaburzając ich informacyjną funkcję. Niewielka różnica między płacą pracownika wykonującego najprostsze prace w ramach umowy kodeksowej a urzędnika, czy pielęgniarza demotywuje do pracy w trudnych zawodach zwiększając ryzyko masowej emigracji i selekcji negatywnej. Podobnych skutków można oczekiwać na terenach słabiej rozwiniętych, a przez to oferujących systematycznie niższe wynagrodzenia.

Konfederacja Lewiatan

 

Polpharma Biologics i Uniwersytet Warszawski podpisują umowę o współpracy

0

Polpharma Biologics i Uniwersytet Warszawski podpisują umowę o współpracy –
to kolejny krok ku międzynarodowej platformie współpracy naukowej
tworzonej przez firmę.

Polpharma Biologics, największa polska firma biotechnologiczna, zajmująca się rozwojem i wytwarzaniem leków biopodobnych oraz innowacyjnych leków biologicznych i Wydział Biologii Uniwersytetu Warszawskiego zaczynają współpracę naukową i edukacyjną. Pierwsze wspólne przedsięwzięcie ujrzy światło dzienne już wiosną 2021 roku. To kolejna uczelnia, z którą Polpharma Biologics wchodzi w bliską współpracę, po Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Firma ma w planach stworzenie międzynarodowej platformy współpracy naukowej i podjęła już rozmowy z holenderskim ośrodkiem naukowym. Tak bliska współpraca z uczelniami i zaangażowanie w edukację to inwestycja firmy w powstający sektor biotechnologii w Polsce oraz zmiana podejścia do nauki opierająca się na przekonaniu, że praktyczne umiejętności są kluczowym elementem edukacji.

Uniwersytet Warszawski zajmuje czołowe miejsce wśród polskich uczelni prowadzących kierunek „biotechnologia”, oferując szerokie wykształcenie w obszarze studiów przyrodniczych. W ramach procesu edukacji studenci zdobywają wiedzę i umiejętność zastosowania technik molekularnych
i biotechnologicznych. Absolwenci kierunku są przygotowani do podjęcia pracy w laboratoriach badawczych, analitycznych i diagnostycznych, firmach farmaceutycznych oraz wykonywania prac badawczych z użyciem materiału biologicznego.

Polpharma Biologics to firma biofarmaceutyczna zajmująca się rozwojem i wytwarzaniem leków biopodobnych oraz innowacyjnych leków biologicznych. Zatrudnia już ponad 650 wysokiej klasy specjalistów, naukowców i inżynierów, posiada nowoczesne laboratoria oraz zaplecze produkcyjne oferujące możliwość rozwoju i produkcji leków biologicznych. Najlepsi w swojej klasie specjaliści z całego świata (w tym już ponad 50 polskich biotechnologów, którzy wrócili do kraju), przewodzą operacjom i dzielą się wiedzą zdobytą w najlepszych firmach biotechnologicznych na świecie. Polpharma Biologics prowadzi ścisłą współpracę z ośrodkami naukowymi, np. z Gdańskim Uniwersytetem Medycznym, a aż 10% jej pracowników posiada tytuł doktora.

„Rozmowy na temat długofalowej współpracy pomiędzy UW a Polpharmą Biologics trwały od wielu miesięcy. Uniwersytet współpracuje z ważnymi podmiotami gospodarczymi i cieszymy się, że do tej grupy dołącza Polpharma Biologics – wiodąca polska firma stawiająca na rozwój badań, których wyniki są następnie wdrażane w produkcji. Nasze wspólne działania będą obejmować zarówno dedykowane kształcenie wysokospecjalistycznej kadry, która zasili ośrodki badawcze Polpharmy, jak i współpracę przy projektach badawczych. Zamierzamy też wspólnie ubiegać się o środki na prowadzenie badań o przełomowym charakterze. A dla studentów i doktorantów UW umowa ta otwiera drogę do odbywania praktyk i poznania specyfiki pracy w nowoczesnych laboratoriach nastawionych na badania stosowane i rozwój innowacyjnych produktów. Myślę, że doświadczenia trwającej pandemii jasno pokazują, jak istotna jest umiejętność szybkiego przekładania osiągnięć naukowych na produkty mogące pomóc nam wszystkim” – mówi prof. Marcin Pałys, rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

„Podpisanie umowy z Uniwersytetem Warszawskim ogromnie nas cieszy. Polpharma Biologics zatrudnia najlepszych specjalistów z całego świata umożliwiając transfer know-how i zawodowy rozwój w sektorze biotechnologii na niespotykaną dotąd w Polsce skalę.  Tylko w zeszłym roku zatrudniliśmy ponad 200 osób, a do końca 2020 rekrutujemy kolejne 270 osób. Od dawna współpracujemy z Gdańskim Uniwersytetem Medycznym. Podpisanie umowy i zawiązanie współpracy z Uniwersytetem Warszawskim to dla nas kolejny krok w tworzeniu platformy wymiany unikalnej wiedzy i doświadczeń. Biotechnologii nie da się nauczyć tylko z podręczników – podstawowym elementem są praktyczne doświadczenia w laboratorium i na linii produkcyjnej, a na tym nikt w Polsce nie zna się tak dobrze jak my. Dzielenie się tą wiedzą – zarówno na poziomie współpracy z ośrodkami naukowymi jak i poprzez programy stażowe traktujemy jako inwestycję w powstający niemal od zera sektor biotechnologii w Polsce.” – mówi Agnieszka Kosowska, dyrektor ds. prawnych i relacji zewnętrznych Polpharma Biologics. 

Współpraca Polpharmy Biologics z Uniwersytetem Warszawskim to kolejny krok w kierunku stworzenia wspólnej platformy wymiany wiedzy i doświadczeń między światem nauki i biznesu jak również rozwoju sposobu kształcenia wyspecjalizowanej kadry biotechnologicznej w Polsce i w Europie. Pierwsze efekty współpracy będziemy mogli zobaczyć już wiosną przyszłego roku. Firma od dawna ściśle współpracuje z ośrodkami naukowymi m.in. z Gdańskim Uniwersytetem Medycznym. Prowadzi też rozmowy dotyczące współpracy z holenderskim ośrodkiem naukowym, gdzie znajduje się jeden oddziałów Polpharmy Biologics. Równolegle firma rozwija program stażowy Laboratorium Kariery, który skierowany jest do absolwentów i studentów ostatnich lat kierunków biotechnologia, biologia, chemia oraz nauk pokrewnych.

Grupa Plast-Box: zyski w górę

0

Zysk netto Grupy Kapitałowej Plast-Box w I połowie 2020 roku wyniósł 5,5 mln zł i był wyższy w stosunku do wyniku w tym samym okresie 2019 roku o 27,6%, czyli o 1,2 mln zł. Skonsolidowana EBITDA sięgnęła 16,7 mln zł notując wzrost o 28,1% w ujęciu rok do roku. Bardzo dobre rezultaty na poziomie EBITDA jak i zysku netto zostały wypracowane przy niższych o 9,0% przychodach, które po dwóch kwartałach br. wyniosły 101,8 mln zł.

W pierwszym półroczu, ze względu na wprowadzony stan epidemii, nasze działania skoncentrowane były przede wszystkim na optymalizacji procesów i utrzymaniu projektów. Dokładaliśmy wszelkich starań, aby wykorzystywać know-how do wspierania naszych partnerów biznesowych w tym trudnym czasie. Dywersyfikacja geograficzna, wspierana branżową, produktową oraz technologiczną pozwoliła nam na zrównoważone funkcjonowanie nawet w bardzo niestabilnym okresie pandemii. Największe ograniczenia obserwowaliśmy w kwietniu br., ale z każdym kolejnym miesiącem sytuacja istotnie się poprawiała. W najbliższą przyszłość patrzymy z umiarkowanym optymizmem, gdyż rynek nie jest jeszcze do końca przewidywalny – ocenia prezes zarządu Plast-Box S.A. Grzegorz Pawlak.

Spółka matka Grupy – Plast-Box S.A. zakończyła I półrocze tego roku jednostkowym zyskiem netto w wysokości 2,6 mln zł przy przychodach ze sprzedaży w kwocie 70,8 mln zł. Z kolei zysk EBITDA sięgnął w tym okresie 10,0 mln zł i był wyższy o 27,5% w porównaniu do I półrocza 2019 roku.

Na rynkach eksportowych w I półroczu 2020 roku Grupa Kapitałowa Plast-Box wypracowała 55,7 mln zł przychodów ze sprzedaży, generując w ten sposób 54,7% skonsolidowanych obrotów. Kluczowymi zagranicznymi rynkami zbytu dla wyrobów Grupy pozostają kraje unijne oraz Europy Wschodniej, do których sprzedaż w okresie pierwszych 6 miesięcy br. wyniosła  odpowiednio 30,0 i 25,5 mln zł.

Intensyfikujemy działania sprzedażowe na rynkach zagranicznych, konsekwentnie dywersyfikujemy zarówno rynki zbytu jak i portfolio produktowe, by zapewnić Grupie bezpieczeństwo i stabilność przychodów w kolejnych okresach. Trwają prace nad rozbudową struktury sprzedażowej, aby zwiększyć portfel projektów zagranicznych na kluczowych rynkach, a także rozpoznawalność należącej do Grupy marki Stark Partner – mówi Grzegorz Pawlak.

Od początku bieżącego roku łączne nakłady inwestycyjne w spółkach należących do Grupy utrzymały się na poziomie zbliżonym do roku ubiegłego tj. 4,4 mln zł. Główna ich część została przeznaczona na modernizację i rozbudowę linii produkcyjnych. Sytuacja finansowa Grupy Plast-Box jest na tyle stabilna i przewidywalna, że Walne Zgromadzenie Plast-Box S.A. podjęło uchwałę o wypłacie  dywidendy z zysku za rok 2019 w wysokości 3,8 mln zł, co daje 0,09 zł na jedną akcję. Wypłata dywidendy nastąpi w dniu 1 października 2020 roku.

Naszym nadrzędnym celem jest zwiększanie wartości spółki dla akcjonariuszy. Realizujemy ambitną, ale zrównoważoną strategię rozwoju, która pozwala nam zwiększać skalę biznesu i jednocześnie wypracowywać nadwyżkę gotówkową, którą w tym roku podzielimy się z akcjonariuszami – podsumowuje Grzegorz Pawlak.

Grupa Kapitałowa Plast-Box to koncern produkcyjny, obejmujący dynamicznie rozwijające się spółki, wśród których podmiotem dominującym jest spółka Plast-Box S.A., notowana od 2004 roku na GPW. W skład Grupy wchodzi obecnie 7 podmiotów prowadzących swoją działalność w Polsce i Europie Wschodniej. Główną osią działalności Grupy jest wytwarzanie, przetwórstwo i sprzedaż opakowań z tworzyw sztucznych, oferowanych segmentowi B2B.

Oxygen S.A. z nowym inwestorem branżowym – The Knights of Unity obejmie ponad 16% udziału w kapitale firmy

Notowana na rynku NewConnect Grupa Kapitałowa Oxygen S.A. (dawniej Premium Fund S.A.) wzmacnia swoje struktury inwestorskie o znaną w branży gamingowej Spółkę The Knights of Unity.

26 sierpnia 2020 roku Prezes Spółki The Knights of Unity, Piotr Sobolewski, podpisał w imieniu firmy umowę objęcia 14.026.404 akcji serii G Oxygen S.A. za łączną kwotę w wysokości ponad 3,5 mln zł. Zostały one objęte w zamian za wkład niepieniężny w postaci udziałów w Spółce Mousetrap Games Sp. z o.o.

Objęcie tych akcji jest konsekwencją podjęcia przez Zwyczajne Walne Zgromadzenie Oxygen S.A. z dnia 25.08.2020 r., uchwały w sprawie podwyższenia kapitału zakładowego w drodze nowej emisji akcji serii G. Akcje te mają zostać zaoferowane udziałowcom Mousetrap Games Sp. z o.o. oraz objęte przez nich do 30 września 2020 roku. Kapitał zakładowy Oxygen S.A. po zarejestrowaniu emisji akcji serii G wynosić będzie 8.623.860,10 zł.

  • Objęcie akcji Oxygen S.A. przez udziałowców Mousetrap Games to realizacja zapowiadanych wcześniej zmian w Spółce. Cieszę się, że mimo sytuacji pandemii działamy konsekwentnie i rozwijamy naszą Grupę Kapitałową. Współpraca z The Knights of Unity przebiega wzorowo i jest to dla naszych spółek potężne wsparcie merytoryczne – mówi Edward Mężyk, Prezes Oxygen S.A.
  • W The Knights of Unity mamy doświadczenie w tworzeniu gier na różne platformy, a dzięki współpracy z Oxygen możemy wkroczyć w świat wydawania gier mobilnych. Uważamy, że w game devie warto się wspierać, dlatego chętnie pomagamy na co dzień w rozwoju spółek z grupy Oxygen. Wymiana doświadczenia za doświadczenie to najzdrowszy barter – mówi Piotr Sobolewski, Prezes The Knights of Unity.

Uchwały Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Oxygen S.A.

W czasie Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia podjęte zostało kilkanaście istotnych uchwał. Poza podniesieniem kapitału zakładowego uchwalono m.in. nowy statut spółki Oxygen S.A. i dokonano zmian w składzie Rady Nadzorczej. Po odwołaniu ze stanowiska Marcina Bużantowicza oraz złożonej rezygnacji Łukasza Łozińskiego, do składu organu nadzorczego spółki Oxygen S.A. zostali powołani Jakub Niestrój, Prezes Crowdway Sp. z o.o. i Paweł Obara, Prezes Glass Cannon Unplugged Sp. z o.o.

Wyprzedaż rocznika 2020 – czy w tym roku będą cenowe okazje na nowe auta?

Zakup nowego samochodu to jedna ze strategicznych decyzji, którą kierowcy podejmują co kilka lat. Dotychczas najczęściej było tak, że łowcy okazji czekali do końca roku na rozpoczęcie sezonu wyprzedaży danego rocznika i jeździli od dealera do dealera. Tegoroczne wyprzedaże mogą być inne, gdyż pandemia spowodowała zakłócenie globalnego łańcucha dostaw, ograniczając mocno dostępność nowych aut. Wszystko wskazuje też na to, że ceny samochodów będą rosły.

W opinii analityków platformy samochodowej Automarket tegoroczna jesień, podczas której zaczynają się wyprzedaże nowych samochodów z rocznika 2020, może być okresem nietypowym dla całej branży motoryzacyjnej. Z powodu pandemii Covid-19, na całym świecie zostały przerwane łańcuchy dostaw i wiele firm nadal boryka się z trudnościami produkcyjnymi i realizacją bieżących zamówień. Tylko do początku czerwca z europejskich fabryk wyjechało niemal o 2,5 mln mniej  aut w porównaniu poprzednim rokiem. Dodatkowo kwarantanna oraz zawirowania ekonomiczne spowodowały w pierwszej połowie roku znaczący spadek popytu, zamówień oraz rejestracji nowych aut.

– Na rynku nadal dostępna jest ograniczona oferta samochodów nowych, które zakupić możemy od ręki. Czas oczekiwania na auto z indywidualną konfiguracją przekracza kilka miesięcy. Ze względu na przestoje w fabrykach, w tym roku wyprodukowano znacznie mniej aut, w związku z tym wyprzedaże mogą dotyczyć tylko okrojonych modeli samochodów – mówi Krzysztof Blinowski, zarządzający platformą Automarket.

Eksperci PKO Banku Polskiego w raporcie „Automarket w internecie – Covid-19 zmienia branżę samochodową”, zwracają uwagę, że wraz z prognozowanym wzrostem polskiej gospodarki oraz poprawą nastrojów konsumenckich, zainteresowanie pojazdami nowymi może stopniowo wzrastać. Już teraz niektórzy analitycy rynku motoryzacyjnego wskazują, że upolowanie okazji podczas wyprzedaży na koniec roku będzie trudniejsze niż dotychczas, a ceny mogą być mniej atrakcyjne niż w latach poprzednich. Obecnie na krajowym rynku widać ożywienie popytu i wzrost zainteresowania zakupem samochodu. Może to wynikać z tego, że coraz więcej osób zaczyna obawiać się, że jesienią będziemy mieć do czynienia z drugą falą pandemii.

– Po wiosennych spadkach, spowodowanych zamknięciem salonów, obserwujemy wzrost wizyt klientów oraz zakupów nowych aut. Klienci wrócili i realizują swoje potrzeby motoryzacyjne, intensywnie wybierając dostępne modele nowych samochodów  – mówi Konrad Romanowski, właściciel Toyota & Lexus Romanowski.

Co trzeci Polak wykorzystuje internet przy zakupie wyprawki szkolnej

Polacy chętnie korzystają z sieci przygotowując wyprawki szkolne swoim dzieciom. Jak wynika z badania Wonga Polska zrealizowanego przez Kantar Millward Brown, w internecie zamawia je 28 proc. ankietowanych. Sklepy stacjonarne wybiera 30 proc., z czego 7 proc. wcześniej sprawdza produkty w sieci. Rodzice cenią zakupy online między innymi za wygodę, niższą cenę i łatwy dostęp do opinii innych użytkowników.

Wielkimi krokami zbliża się początek roku szkolnego, a z nim zakup wyprawki szkolnej. Spora część rodziców, zamiast tradycyjnego sklepu stacjonarnego, wykorzystuje do tego internet. Jak wynika z badania Wonga Polska „Cyfrowe zwyczaje Polaków”, przy przygotowywaniu wyprawki z sieci korzysta 35 proc. ankietowanych, przy czym 28 proc. dokonuje zakupu online, a 7 proc. czerpie niezbędne informacje o produktach, przed skorzystaniem ze sklepu stacjonarnego.

Różne sposoby na zakupy

Najwięcej badanych (22 proc.) kompletując wyprawkę szkolną wybiera się bezpośrednio do sklepu stacjonarnego, ogląda potrzebne produkty i kupuje je na miejscu. 14 proc. szuka informacji w internecie i następnie wybrane rzeczy zamawiam online. Z kolei co dziesiąty ankietowany zaczyna od obejrzenia produktów w sklepie stacjonarnym, a po ich wyłonieniu kupuje je w internecie – po znalezieniu najlepszej oferty. 7 proc. badanych, gdy znajdzie już potrzebne rzeczy w sieci, udaje się do punkty handlowego, żeby zobaczyć je „na żywo” i ostatecznie zamówić w internecie. Co ciekawe, przy zakupie wyprawki szkolnej tylko 1 proc. ankietowanych radzi się znajomych lub rodziny.

– Polacy chętnie wykorzystują internet do zakupy wyprawki szkolnej. Niezależnie od sposobu, w sumie aż 28 proc. ankietowanych ostatecznie zamawia je w internecie. Na pierwszy rzut oka może to wydawać się niedużo, jednak biorąc pod uwagę tylko osoby, które przygotowują wyprawkę, jest to już co drugi ankietowany. Stacjonarnie kupuje rzeczy z tej kategorii 30 proc., z czego 7 proc. wcześniej szuka na ich temat informacji w internecie, a więc również wykorzystuje sieć w procesie zakupowym – zauważa Aneta Gergont-Gałązka, dyrektor departamentu marketingu w Wonga Polska.

cotrzecipolak2

Przede wszystkim wygoda i niższa cena

Zdaniem aż 70 proc. Polaków kompletowanie wyprawki szkolnej przez internet jest zdecydowanie wygodniejsze i pozwala zaoszczędzić czas. 62 proc. ankietowanych uważa, że zakupy w interecie bardziej się opłacają, ponieważ tego typu produkty są tam tańsze – przeciwnie uważa tylko 6 proc. 56 proc. docenia również możliwość przeczytania opinii innych użytkowników.

Blisko co drugi badany docenia zakupy internetowe za możliwość szybkiego zwrotu lub reklamacji zamówionych produktów. Według 42 proc. w sieci oferta wyprawek szkolnych jest także bardziej przejrzysta i czytelniejsza.

cotrzecipolak1

– Jak wynika z naszego cyklu „Cyfrowe zwyczaje Polaków”, Polacy chętnie robią zakupy w sieci i coraz bardziej się do nich przyzwyczajają. Widać to między innymi po liczbie osób, które obawiają się, że zamówione w internecie produkty nie będą się zgadzać z wcześniejszym opisem na stronie. Jeszcze w lutym tego roku, wskazywało na to aż 44 proc. ankietowanych, a teraz odsetek ten spadł do 30 pkt proc. Podobnie jest w przypadku bezpieczeństwa danych osobowych w sieci. Na początku naszego badania takie obawy zgłaszało 28 proc. ankietowanych, a obecnie ma je już tylko 14 proc. W oby przypadkach zauważamy systematyczny spadek, co potwierdza rosnącą popularność zakupów online – podsumowuje Aneta Gergont-Gałązka z Wonga Polska.

Milenialsi widzą w pandemii szansę

Przed kryzysem prawie połowa przedstawicieli pokolenia Y w Polsce deklarowała, że chce w ciągu dwóch lat zmienić pracę. Chociaż młodzi ludzie mocno odczuli konsekwencje pandemii, jeśli chodzi o utrzymanie czy rozpoczęcie pracy, okazali się też grupą najbardziej odporną psychicznie na nową sytuację. W trakcie pandemii aż o 8 pp. spadła liczba przedstawicieli pokolenia Y na świecie, którzy przyznają, że odczuwają stres ciągle lub przez większość czasu. Pojawienie się koronawirusa okazało się też dla nich impulsem do zmian. Z najnowszej edycji badania firmy doradczej Deloitte „Global Millennial Survey 2020”, wynika bowiem, że młodzi chcą być motorem przemian. Niemal 3 na 4 przedstawicieli pokolenia Y i Z twierdzi, że kryzys zainspirował ich do wywierania pozytywnego wpływu na lokalne społeczności. 

Tegoroczna, dziewiąta edycja badania składa się z dwóch części. W pierwszej firma doradcza Deloitte zapytała o opinię prawie 18,5 tys. przedstawicieli pokolenia Y i Z, tj. osób urodzonych odpowiednio między styczniem 1983 roku a grudniem 1994 roku, oraz urodzonych w drugiej połowie lat 90. i po 2000 roku, pochodzących z 43 krajów, w tym z Polski. Druga część to przeprowadzona już po wybuchu pandemii COVID-19 wśród ponad 9 tys. osób z 13 krajów dodatkowa ankieta dotycząca wpływu kryzysu na respondentów, ich karierę zawodową, a także potencjalnych skutków pandemii w dłuższej perspektywie czasowej oraz tego, jak przedstawiciele obu pokoleń teraz sobie z nią radzą.

Autorzy badania podkreślają, że zaledwie jedna trzecia milenialsów i 38 proc. przedstawicieli pokolenia Z biorących udział w dodatkowym badaniu deklaruje, że ani ich sytuacja zawodowa, ani dochody nie ucierpiały na skutek pandemii. Co więcej, traktują kryzys jako szansę na „zresetowanie się”. 76 proc. milenialsów i prawie tyle samo przedstawicieli pokolenia Z na świecie deklaruje, że pandemia zainspirowała ich do zmiany swojego życia na lepsze. A prawie trzy czwarte milenialsów i 68 proc. osób z pokolenia Z w odpowiedzi na nią podjęło działania mające wywrzeć pozytywny wpływ na lokalną społeczność.

Pandemia nie taka straszna

Stres i dobre samopoczucie to kwestie, które dla młodych pokoleń mają nadrzędne znaczenie w kontekście miejsca pracy. Aż 39 proc. polskich milenialsów przyznaje, że odczuwa niepokój lub stres niemal bez przerwy. W skali globalnej takich odpowiedzi było jeszcze więcej – 44 proc. Ankieta przeprowadzona przez Deloitte już w czasie pandemii pokazuje, że ta obniżyła poziom stresu respondentów o 7 pp. i 8 pp. odpowiednio dla przedstawicieli pokoleń Z i Y.

– Naszym zdaniem ta zmiana to dowód na to, jak zbawienny wpływ może mieć częstszy kontakt z rodziną i wolniejsze tempo życia. Zapewne nie bez wpływu pozostaje fakt, że w ostatnich miesiącach mniej czasu spędzaliśmy w korkach, zatłoczonych pociągach czy metrze. 17 proc. polskich badanych przyznało, że przed pandemią zdarzało im się nie pójść do pracy z powodu stresu. Podobnie odpowiedział prawie co trzeci badany na świecie – mówi John Guziak, Partner, Lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce. Ekspert dodaje, że w Polsce tylko niespełna jedna trzecia tych pracowników przedstawiła pracodawcy prawdziwy powód swojej nieobecności, podczas gdy globalnie robiła tak prawie połowa badanych. Warto odnotować, że milenialsi, którzy otwarcie informowali o przyczynie nieobecności, trzy razy częściej odpowiadali, że ich firma zapewnia duże wsparcie psychologiczne.

Czynnikiem stresogennym u ponad połowy polskich respondentów jest dobro rodziny. W dalszej kolejności najczęstszym powodem stresu są przyszłość finansowa oraz zdrowie (po 42 proc.), kariera zawodowa (41 proc.), a dopiero na piątym miejscu aktualna sytuacja finansowa (40 proc.). W ujęciu globalnym to przyszłość osobistych finansów jest najbardziej stresującym czynnikiem. Mimo to, ponad połowa milenialsów oraz 43 proc. przedstawicieli pokolenia Z twierdzi, że byłaby w stanie poradzić sobie z nieoczekiwanym dużym wydatkiem. 

Katastrofa klimatyczna nie mniej ważna niż koronawirus

Zmiany klimatyczne były głównym zmartwieniem pokolenia Y i Z przed wybuchem pandemii i pojawienie się koronawirusa tego nie zmieniło. Globalnie – dopiero na drugim i trzecim miejscu są obawy o zdrowie i zatrudnienie. Prawie trzy czwarte badanych w kraju jest zdania, że zmiany klimatyczne są spowodowane przede wszystkim działalnością człowieka, podczas gdy podobnie myśli aż 83 proc. zapytanych na świecie. Pierwsza część badania pokazała też, że ponad jedna trzecia milenialsów w Polsce i ponad połowa na świecie uważa, że jest zbyt późno, by naprawić szkody wyrządzone środowisku.

Odsetek ankietowanych, którzy tak odpowiedzieli w badaniu przeprowadzonym już po wybuchu pandemii był niższy. Możliwe, że ograniczenie działalności gospodarczej, które przełożyło się na mniejsze zużycie energii, a co za tym idzie, niższy poziom zanieczyszczeń, dało nadzieję, że klimat i planetę można jeszcze uratować – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Jednocześnie od ubiegłego roku wzrósł pesymizm związany ze skutecznością działań podejmowanych w celu ochrony naszej planety. W Polsce przybyło w ciągu roku o 7pp. respondentów, którzy oceniają je negatywnie i aż o 18 pp. ubyło optymistów. Dla kontrastu, na świecie pozytywnie te kroki ocenia aż 40 proc. badanych.

80 proc. wszystkich uczestników badania dodatkowego jest zdania, że rządy i biznes muszą dołożyć większych starań w celu lepszej ochrony środowiska naturalnego, lecz niemal dwie trzecie z nich obawia się, że problem zostanie przysłonięty przez negatywne skutki gospodarcze pandemii.

Dla badanych dbałość firmy o środowisko ma kluczowe znaczenie przy wyborze pracy oraz w zachowaniu lojalności wobec pracodawcy. Wpływ na środowisko dla aż 29 proc. przedstawicieli pokolenia Y był powodem zakończenia współpracy z pracodawcą i niemal dla takiej samej liczby powodem jej nawiązania.

Wymiana autorytetów

Największym zaufaniem wśród przedstawicieli pokolenia Y zarówno w Polsce, jak i na świecie, cieszą się liderzy organizacji pozarządowych i organizacji non-profit. Zdaniem ponad połowy badanych – one także wywierają na świat pozytywny wpływ. Mimo rosnącej lojalności wobec pracodawców, coraz mniej pozytywne są opinie nt. biznesu. Liderom biznesu ufa tylko nieco ponad 10 proc. polskich milenialsów, a tylko co trzeci ankietowany uważa, że liderzy biznesowi mają pozytywny wpływ na świat. – Czy to ze względu na fakt, że pracodawcy zaczęli uwzględniać potrzeby pracowników, czy też dlatego, że milenialsi szukali stabilizacji jeszcze przed wybuchem pandemii, po raz pierwszy większa liczba przedstawicieli pokolenia Y w badaniu globalnym przyznała, że chce kontynuować zatrudnienie u swojego obecnego pracodawcy przez co najmniej pięć lat, niż że planuje odejść z pracy w ciągu kolejnych 24 miesięcy. Co interesujące w Polsce te wyniki różnią się zasadniczo od danych na całym świecie i 44 proc. ankietowanych polskich milenialsów chce w ciągu dwóch lat zmienić pracę. Tu widzimy trend wzrostowy – mówi Joanna Świerzyńska, Partner w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte. Jak zauważa ekspertka aż o 13 pp. ubyło tych, którzy chcą zostać w jednej firmie dłużej niż 5 lat.

Mimo, że globalnie trzech na pięciu przedstawicieli pokolenia Y i Z jest zdania, że biznes pokazał podczas pandemii prawdziwe zaangażowanie w sprawy społeczne, spadła liczba ankietowanych, którzy uważają, że przedsiębiorstwa wywierają pozytywny wpływ na społeczeństwo. Wśród polskich milenialsów odsetek ten spadł nawet dość radyklanie. W tegorocznym badaniu uważa tak 36 proc. zapytanych, podczas gdy w zeszłym roku takiego zdania była ponad połowa ankietowanych. Co ciekawe, ten spadek choć widoczny także na świecie globalnie wynosi jedynie 4 pp.

– Z tegorocznego raportu wyłania się obraz naprawdę wytrwałego pokolenia, któremu kryzys dodał sił. Przed wybuchem pandemii tylko 22 proc. ankietowanych w Polsce uważało, że będzie bardziej zadowolonych z życia niż ich rodzice. Kryzys jednak pokazał, jak szybko biznes, czyli pracodawcy potrafią dostosować się do nowej rzeczywistości. Pokoleniom Y i Z nie wystarcza już tylko nadzieja, że świat po ustaniu pandemii będzie lepszy – chcą być motorem przemian. Z kolei biznes dostał wyraźny sygnał, że młodzi postawią na firmy, które faktycznie realizują przyświecającą im misję. By w nowej rzeczywistości być liczącym się graczem, nie można tego sygnału zlekceważyć – podsumowuje John Guziak.

Miejmy to już za sobą – raport walutowy

W końcu dotarliśmy do czwartku i za kilka godzin zakończy się odliczanie do wystąpienia prezesa Fed otwierającego wirtualne sympozjum Jackson Hole. Przemówienie Powella będzie bez wątpienia gołębie w swojej treści, ale by być takim odebrane przez rynki, będzie potrzebny element zaskoczenia. Rynki są w trybie nerwowego wyczekiwania, do czego dochodzi efekt końca miesiąca i wakacyjne obniżenie płynności.

Jak taka mieszanka może zaburzyć sytuację rynkową, mogliśmy się przekonać wczoraj. Wprawdzie ostry i szybki spadek EUR/USD po naruszeniu 1,18 został później odkręcony, to pokazuje, że poza słowami szefa Fed nic innego aktualnie nie nadaje kierunku i większość inwestorów do tego momentu trzymało się z boku. Zapoczątkowana w połowie lipca fala deprecjacji USD wytraciła swoje wstępne paliwo i teraz potrzeba czegoś mocniejszego, by na nowo przekonać inwestorów, że kursy nie zaszły za wysoko i za szybko. W słabości dolara już częściowo zawarte są oczekiwania na utrzymywanie przez Fed ultra-gołębiej polityki na dłużej, dlatego zwykła konfirmacja tego przez Powella nie wystarczy. Jeśli nie dostaniemy czegoś wyjątkowego, np. w postaci założeń nowej strategii dla celu inflacyjnego (z dopuszczeniem jego przestrzelenia na pewien okres czasu), na rynku pojawi się nieodparta chęć spieniężenia dotychczasowych zysków z deprecjacji USD i poczekania z boku na nowy impuls. Stawka jest wysoka, a zmiany cen mogą być duże, biorąc pod uwagę, jak niepłynny stał się forex w sierpniu. A jednak wciąż nie brakuje równoważących oczekiwań, że Powell potrafi dyrygować oczekiwaniami, a co jest szczególnie ważne w obecnych, trudnych czasach.

Można dyskutować, że rynki niepotrzebnie podniosły rangę dzisiejszego przemówienia, skoro nie jest to miejsce na prezentowanie oficjalnego stanowiska Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Ale pieniądz lubi zmienność i gdyby nie było Jackson Hole, ten tydzień na rynku walutowym byłby okropnie nudny.

Problemy z płynnością dotknęły waluty Europy Środkowo-Wschodniej, w tym złotego. Dotychczasowa ujemna korelacja EUR/PLN z EUR/USD przestała działać, za to region znalazł się pod presją nasilonych odpływów z węgierskiego forinta, który przewodził w osłabieniu. Co się stało? Jedyna istotna zmiana w Węgrzech to wtorkowa decyzja banku centralnego o rozszerzeniu QE, choć była ona okraszona równoważącym oświadczeniem sugerującym brak chęci banku do dalszego luzowania. We wtorek HUF zdołał wymazać wstępne osłabienie wynikające z decyzji banku centralnego, stąd tłumaczenie wczorajszego osłabienia opóźnioną reakcją na zmiany w polityce pieniężnej wydaje się naciągane. Także presja dotykająca wszystkie waluty regionu nie pasuje do tradycyjnego schematu – zwykle regionalne kwestie wpływają na premiowanie jednej waluty nad drugą, w tym przypadku np. poprzez kupno PLN/HUF. Wygląda mi to bardziej na ograniczanie ekspozycji w walutach wrażliwych na wahnięcia EUR/USD. Niektórzy inwestorzy mogą się obawiać, że przemówienie Powella da pretekst od umocnienia dolara z negatywnym odbiciem na walutach rynków wschodzących, co rodzi preferencje do redukcji ryzyka. We wczorajszym ruchu nie upatruję momentu zwrotnego dla perspektyw EUR/PLN w krótkim terminie – kurs jest zakotwiczony na 4,40 w oczekiwaniu na przerwanie konsolidacji EUR/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Spożywczaki ostatnim bastionem tradycyjnego handlu? Według analityków Nielsena – nie do zdobycia

Jak wynika z raportu Nielsena, mimo najszczerszych chęci zwolenników e-zakupów, handel tradycyjny nie zniknie, a na pewno nie w branży spożywczej. Mimo że już co czwarty konsument zamawia artykuły spożywcze przez internet, a grubo ponad połowa wkrótce tego spróbuje, to jednocześnie aż 61% respondentów ankiety twierdzi, że nadal uważa zakupy spożywcze w sklepie za „przyjemne i angażujące doświadczenie”, które chcą realizować z rodziną. Czy popularne spożywczaki są ostatnim bastionem tradycyjnego handlu?

Kina przyciągają zapachem świeżo prażonego maślanego popcornu, kawiarnie zachęcają do wizyty zwolenników kawy jej, hipnotyzując kawoszy dźwiękiem mielonej kawy. Zakupy spożywcze zaś… są źródłem doskonałej rozrywki i podobnie jak kina i kawiarnie, szybko nie upadną, mimo że na rynku znajdują się wygodniejsze alternatywy, takie jak chociażby Netflix, domowe, automatyczne ekspresy do kawy i oczywiście – zakupy spożywcze przez internet.

Na skutek globalnej pandemii ludzie utknęli w domach. Dla wielu osób zamawianie online było jedynym sposobem, by zapewnić sobie dostęp do podstawowych dóbr. Jak sprawdzili specjaliści z Adobe, w maju 2020 r., konsumenci wydali na zakupy online 78% więcej niż w analogicznym okresie w roku poprzednim. Dzięki temu ludzie tacy jak Jeff Bezos, odnotowali na swoich kontach rekordowe zyski. Dla gigantów ecommerce było to istne biznesowe el Dorado – wzbogacić mogła  niemal każda firma, która oparła swój model biznesowy o handel online i digitalizację – mówi Sascha Stockem z Nethansy, sopockiej spółki specjalizującej się we w kompleksowym wsparciu sprzedaży na Amazonie. Słowa Stockema znajdują odzwierciedlenie w liczbach. Szef Amazona, będącego największą na świecie platformą handlową, w ciągu ostatnich 3 miesięcy  zarobił wg. Bloomberga ponad 5 mld USD.

Zakupy to dobra zabawa

W ankiecie przeprowadzonej przez firmę konsultingową Nielsen wzięło udział 30 tys. respondentów z 60 krajów. Amerykanie chcieli dowiedzieć się, w jaki sposób technologia cyfrowa wpłynie na przyszły krajobraz sprzedaży detalicznej.

Jak wykazały wyniki badania, w konfrontacji e-commerce kontra tradycyjna sprzedaż detaliczna, sklepy fizyczne nie stoją na przegranej pozycji. Okazuje się, że sposób robienia zakupów sprzed epoki internetu ma kilka asów w rękawie, szczególnie gdy w grę wchodzi sprzedaż dóbr szybkozbywalnych. Z przeprowadzonej przez Nielsena ankiety dowiadujemy się, że dla większości respondentów na świecie (61%), wizyta w sklepie spożywczym jest przyjemnym i angażującym doświadczeniem. Podobny odsetek (57%) uważa, że ​​zakupy spożywcze w sklepie detalicznym to świetny sposób na spędzenie części dnia z rodziną.

Powąchanie świeżych pomarańczy, sprawdzanie twardości i sprężystości skórki pomidora czy samodzielny dobór mięsa o odpowiedniej strukturze i ilości otłuszczenia – nie sposób tego  wykonać robiąc zakupy spożywcze w sieci. Ze względu na to, że są to produkty hodowane naturalnie, a nie preparowane w fabryce, nie możemy oczekiwać od nich standaryzacji i seryjnej powtarzalności. To m.in. dlatego spora część konsumentów wciąż chętnie odwiedza sklepy stacjonarne – tłumaczy fenomen spożywczaków CEO Nethansy.

Skrzyżowanie doświadczeń

Specjaliści z Nielsena mają też cenną radę dla przedsiębiorców. Biznes musi pamiętać o tym, że doświadczenia online i te w świecie wirtualnym nieustannie się przeplatają, a współcześni klienci nie ograniczają się do realizacji potrzeb zakupowych do jednego kanału sprzedaży.  Dlatego firmy muszą nas angażować już na wczesnym etapie zakupu. Na ścieżce zakupowej, jaką realizuje klient, znajduje się wiele punktów kontaktowych, które obejmują znalezienie sklepu, tworzenie list zakupów, sprawdzanie cen, badanie produktów, dzielenie się recenzjami oraz treściami reklamowymi w mediach społecznościowych i wreszcie – sam zakup.

Nadeszła era handlu połączonego – powiedział Patrick Dodd, prezes pionu globalnego handlu detalicznego w firmie Nielsen. Konsumenci nie robią już zakupów wyłącznie w trybie online lub offline; raczej stosują podejście mieszane, wykorzystując kanał, który najlepiej odpowiada ich potrzebom. Odnoszący największe sukcesy detaliści i producenci będą funkcjonować na skrzyżowaniu światów fizycznych i wirtualnych, wykorzystując technologię, która pozwoli im zadowolić kupujących, gdziekolwiek i kiedykolwiek chcą robić zakupy – mówi ekspert amerykańskiej firmy analitycznej.

Rzeczywiście, biorąc pod uwagę wyniki badań, większość ludzi nie polega tylko i wyłącznie na jednym ze sposobów realizacji zakupów i zazwyczaj używają mieszanki obu. Jednak niektórzy kupujący częściej wybierają internet niż inni. Co nie powinno być specjalnym zaskoczeniem to fakt, że grupą, która najchętniej robi zakupy spożywcze w sieci są Millenialsi (osoby w wieku 21-34). W tej grupie pokoleniowej kupuje w ten sposób aż 30 proc respondentów. Po przeciwnej stronie znalazły się osoby, które ukończyły 65 rok życia. Zaledwie jeden na dziesięciu seniorów wybiera uzupełnia zapasy przy pomocy internetu.

Ponieważ badanie przeprowadzone było globalne, analitycy mieli możliwość sprawdzenia, który z regionów najchętniej robi zakupy spożywcze online. Ta forma kupowania żywności jest najmniej popularna w Europie (45%), a największym zainteresowaniem cieszy się w regionie Pacyficznej Azji i Ameryce Łacińskiej (oba 60%).

– Na razie trudno przewidzieć wszystkie konsekwencje szalejącej epidemii. Wiadomo już natomiast, że zamrożenie gospodarki zmieniło zachowanie konsumentów. Na własnej skórze przekonali się bowiem o ogromnym potencjalne e-commerce – twierdzi Sascha Stockem i dodaje: – Z internetowych rozwiązań korzystali również ci najbardziej oporni,  przyzwyczajeni do tradycyjnej formy uzupełniania zapasów. Nagle okazało się, że wychodzenie z domu wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem, a zakupy trzeba przecież zrobić. Powiedzieć, że sprzedawcy online wyszli z kryzysu obronną ręką, to nic nie powiedzieć.

Pandemia COVID-19 stała się katalizatorem zmian w strukturze handlu, przyspieszając transfer do online, jednak nie oznacza to, że marki powinny zacząć likwidować swoje sklepy stacjonarne. Rekordowe wyniki finansowe działają na wyobraźnie, ale patrząc na dane przedstawione przez sopocką spółkę Nethansa, sytuacja zaczyna się powoli normalizować i kilkuset procentowe wzrosty, stają się jedynie wspomnieniem.

Współpracujące z nami firmy odnotowały gigantyczny wzrost zamówień na platformie Amazona, nie tylko w okresie trwania pandemii, ale również w późniejszym czasie, gdy kolejne ograniczenia zostały zdjęte, a gospodarki odmrożone – mówi CEO Nethansy i na poparcie swoich słów przedstawia konkretne przykłady: – Firmy z branż żywności ekologicznej i suplementów diety w marcu i kwietniu odnotowały wzrost zamówień o odpowiednio 700 i 500 procent w porównaniu z okresem sprzed pandemii. Według naszych liczby w czerwcu sytuacja się uspokoiła, ale obroty i tak pozostały mniej więcej na poziomie o połowę wyższym niż przed lockdownem.

Badanie Nielsena potwierdziły to, co dla większości społeczeństwa wydaje się być sprawą oczywistą: dopóki żyjemy w ciele, zakupy w fizycznych punktach sprzedaży nie odejdą w niepamięć. Pozostaje tylko pytanie, jaki kawałek retailowego tortu ostatecznie zagarnie e-commerce? O balansie fifty fifty może chyba zapomnieć.

„L4” potęgują kłopoty małych przedsiębiorstw

Pandemia Covid-19 to nie tylko stan zagrożenia zdrowia publicznego. To także kryzys gospodarczy, który wyjątkowo mocno uderza w małe i średnie przedsiębiorstwa, a szczególnie boleśnie odczuli go pracodawcy zatrudniający do 20-30 osób. Nieobecność każdego pracownika jest w takich przedsiębiorstwach szczególnie odczuwalna. Dlatego wśród ich właścicieli ogromnie wzrosło zainteresowanie kontrolą pojedynczych zwolnień chorobowych.

Przedsiębiorcy zmagają się z pandemią

Jak pokazuje sierpniowa edycja ogólnopolskiego badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP”, aż 93,8% firm skarży się, że cały czas nie działa na pełnych obrotach. Przedsiębiorstwa te w większości były zmuszone ograniczyć, bądź częściowo lub całkowicie zawiesić produkcję, sprzedaż czy świadczenie usług. Jednocześnie ubywa także firm, które spodziewają się poprawy sytuacji w przyszłości. Obecnie jest to 21% badanych, podczas gdy miesiąc temu było ich o 7 pp. więcej, a jeszcze wcześniej wiarę w poprawę wykazywał co trzeci badany.[1] Dodatkowo, okazuje się, że dla większości polskich przedsiębiorców wyzwaniem jest nie tylko koronawirus, ale także pojedyncze zwolnienia lekarskie pobierane w trakcie trwania pandemii przez pracowników. Część z nich wykorzystuje w tym czasie koniunkturę na zwolnienia chorobowe i w rekordowym wymiarze przebywa na L4 mimo, że faktycznie nie jest chora.

L4 potęguje skutki wywołane Covid-19

Do firmy doradczej Conperio, zajmującej się audytem absencji chorobowej zgłaszają się podczas pandemii przedsiębiorcy z różnych branż. Wśród nich jest m.in. niepubliczny zakład opieki zdrowotnej zatrudniający około 20 osób, w którym to w ostatnich miesiącach pielęgniarki i pielęgniarze w znacznej większość udali się na „L4”. Była to na tyle odczuwalna absencja, że w zakładzie drastycznie zabrakło rąk do pracy – specjalistów, którzy mogliby zająć się starszymi, wymagającymi stałej opieki osobami. Z prośbą o pomoc zgłosiła się także właścicielka dwóch sklepów spożywczych, zatrudniająca łącznie kilkanaście osób. Gdy kilku pracowników udało się na zwolnienie, pojawił się problem z ustalaniem grafiku oraz zapewnieniem utrzymania otwarcia godzin sklepów. W pewnym momencie z 12 zatrudnionych osób została połowa. Pracownicy przestali się wyrabiać próbując przejmować obowiązki pozostałych nieobecnych współpracowników.

– Dostrzegamy znaczący przyrost wniosków o kontrolę od małych przedsiębiorców. To w takich firmach brak pojedynczych osób najbardziej wpływa na produktywność. Przypominam, bo wciąż nie każdy o tym wie, że jeżeli pracodawca ma podejrzenia, co do prawidłowości zwolnienia lekarskiego pracownika, ma prawo go skontrolować. Jednorazowe zlecenie zamówić można poprzez stronę internetową. Kontrole pracowników przeprowadzane są na terenie całego kraju, w ciągu 1-3 dni roboczych od przyjęciu zlecenia. Weryfikacja czy pracownik przebywa w miejscu wskazanym na druku zwolnienia chorobowego prowadzona jest w standardzie korporacyjnym, a nasze know-how zdobyte podczas wieloletniej współpracy z międzynarodowymi firmami dostępne jest również dla małych i średnich przedsiębiorców mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio.

ZUS nie pomaga

Sytuację pogarsza także fakt, że właściciele małych przedsiębiorstw nie mogą liczyć na wsparcie z ZUS-u. Z uwagi na ograniczoną liczbę pracowników, ZUS nie jest w stanie przetworzyć tak dużych wolumenów kontroli, jaka byłaby konieczna do weryfikacji wszystkich zwolnień wśród polskich pracowników. W tej sytuacji jedyną alternatywą dla pracodawców staje się pomoc świadczona przez wyspecjalizowane firmy prowadzące kontrole na zlecenie.

Obecnie, dzięki m.in. rządowym programom pomocowym, mniejsi przedsiębiorcy przystosowują się do nowej rzeczywistości i uczą się w niej funkcjonować. W efektywnej odbudowie ich firm do pozycji sprzed lockdownu, jednym z kluczowych aspektów będzie to, by mieć pracowników w zakładzie pracy, a nie na lewym L4 podsumowuje Mikołaj Zając.

CI Games publikuje wyniki za I półrocze

0

Grupa CI Games, wypracowała w I półroczu  br. ponad 27 mln zł przychodów netto ze sprzedaży. To wynik prawie czterokrotnie wyższy w porównaniu do osiągniętego w analogicznym okresie ubiegłego roku. Od stycznia do czerwca br. skonsolidowany zysk brutto wyniósł ok. 5,8 mln zł i został pomniejszony głównie o niegotówkową zmianę sald podatku odroczonego w wysokości 1 mln zł. Zysk netto w tym czasie osiągnął poziom ponad 4,7 mln zł, w porównaniu do straty w pierwszym półroczu 2019 roku.

Przychody netto ze sprzedaży Grupy w okresie 12 miesięcy, od lipca 2019 do czerwca 2020, wyniosły ok. 67,4 mln zł. Zysk brutto w tym czasie wyniósł ponad 14 mln zł i został pomniejszony głównie o niegotówkową zmianę sald podatku odroczonego w wysokości 4 mln zł. W okresie 12 miesięcy, od lipca 2019 do czerwca 2020, zysk netto Grupy wyniósł 10 mln zł.

– Jestem zadowolony z wyników grupy CI Games za pierwsze półrocze 2020. Ostatnie 12 raportowanych miesięcy to bardzo dobry okres zarówno pod kątem rozwoju spółki jak i wyników finansowych. Wypracowane przychody ze sprzedaży na poziomie 67 mln zł oraz 10 mln zł zysku netto za ten okres jasno pokazują, że skutecznie realizujemy naszą strategię. Podkreśla to również, że Spółka ma solidne fundamenty do dalszego rozwoju i jednocześnie dodaje nam jeszcze więcej wiary w nasze ambitne plany  – mówi Marek Tymiński, prezes CI Games.

Spółka prowadzi prace nad Sniper Ghost Warrior Contracts 2, Lords of the Fallen 2 oraz kolejnym projektem związanym z serią SGW. 24 sierpnia Zarząd CI Games podjął uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego Spółki w granicach kapitału docelowego, w drodze emisji do 21 mln akcji zwykłych na okaziciela serii I. Cena minimalna została ustalona na poziomie nie niższym niż 1,20 zł. Pozyskane środki z emisji Spółka planuje przeznaczyć na finansowanie obecnych projektów, w tym Lords of the Fallen 2, zamiast potencjalnego finansowania ze strony współwydawcy, z którym prowadzi negocjacje.

Po interwencji Rzecznika MŚP Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedziało korzystne zmiany dla przedsiębiorców

Po interwencji Rzecznika MŚP Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedziało korzystne zmiany dla przedsiębiorców prowadzących kina w zakresie ciążących na nich obowiązków sprawozdawczych

W styczniu 2020 r. wszedł w życie przepis art. 19a ustawy z dnia 30 czerwca 2005 r. o kinematografii (Dz. U. z 2019 r. poz. 2199, ze zm.; dalej: „Ustawa”), zgodnie z którym podmiot prowadzący kino przekazuje Polskiemu Instytutowi Sztuki Filmowej dzienne dane o liczbie widzów, liczbie sprzedanych biletów i zaakceptowanych znakach legitymacyjnych oraz przychodach z tytułu sprzedaży biletów w odniesieniu do każdego filmu wyświetlanego w danym dniu, a także miesięczne dane o przychodach z tytułu wyświetlania filmów i reklam w kinie. Terminy przekazywania tych danych określono w ust. 3 tego przepisu. Na podstawie art. 19a ust. 4 Ustawy Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dniu 31 stycznia 2020 r. wydał rozporządzenie w sprawie przekazywania danych Polskiemu Instytutowi Sztuki Filmowej przez podmioty prowadzące kino (Dz. U. z 2020 r. poz. 257, dalej: ,,Rozporządzenie”).

W związku z wprowadzeniem powyższego obowiązku sprawozdawczego, do Rzecznika MŚP dotarły sygnały o istotnych utrudnieniach i barierach w prowadzeniu działalności gospodarczej w zakresie kin związanych z nadmiernym i nieproporcjonalnym charakterem tej regulacji, w pewnych sytuacjach wręcz niemożliwym do zrealizowania przy jednoczesnym zagrożeniu ich niedopełnienia sankcją do 100 tys. zł. Środowisko przedsiębiorców podnosiło w szczególności, że zakres żądanych danych zgodnie z Rozporządzeniem jest szerszy aniżeli ten wynikający z Ustawy. Przykładowo, Rozporządzenie obliguje do podania liczby zaakceptowanych znaków legitymacyjnych z podziałem na rodzaje znaków legitymacyjnych uznawanych w danym kinie – Ustawa nie wymaga podania tego podziału. Co więcej, niezwykle problematyczny dla przedsiębiorców prowadzących kina jest wynikający z Ustawy termin raportowania o przychodach z wyświetlania filmów i reklam, przypadający na pierwszy dzień roboczy kolejnego miesiąca, kiedy to rozliczenie wszystkich przychodów z poprzedniego miesiąca w pełni nie następuje. Ponadto przedsiębiorcy podnieśli, że nie zostali poinformowani, gdzie powinni raportować dane oraz za pomocą jakiego systemu.

O powyższych barierach i zastrzeżeniach przedsiębiorców Rzecznik MŚP poinformował Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pismami z dnia 20 marca, 12 maja oraz 10 lipca 2020 r. z wnioskiem o podjęcie koniecznych działań w tym zakresie. Rzecznik MŚP wskazał m.in., że zakres danych objętych obowiązkiem sprawozdawczości wynikający z Rozporządzenia jest nieproporcjonalny i nadmierny w stosunku do zakresu danych wskazanego w Ustawie, a termin raportowania o przychodach z działalności kin powinien być realny i uwzględniać specyfikę prowadzonej działalności gospodarczej.

W odpowiedzi pismem z dnia 27 lipca 2020 r. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego poinformowało, że podniesione problemy i docierające zastrzeżenia m.in. w zakresie terminów przewidzianych do składania sprawozdań są na bieżąco analizowane, przy czym już obecnie planowane jest przeprowadzenie nowelizacji Ustawy również w zakresie przedmiotowych obowiązków sprawozdawczych. Resort kultury wskazał przy tym, że w okresie pandemii od dnia 31 marca 2020 r. zawieszono obowiązek raportowania przez podmiot prowadzący kino w przypadku nieosiągania przychodów. Jednocześnie zapewniono, że w procesie nowelizacji Ustawy planowane jest również przeprowadzenie szerokich konsultacji publicznych, umożliwiających wypowiedzenie się każdej ze stron.

Jaką firmę kurierską wybierają internauci, gdy cena wysyłki nie gra roli?

Polacy lubią mieć wybór. Nie inaczej jest w przypadku decydowania o sposobie dostarczenia paczki z towarami zakupionymi przez internet. Firma fulfillmentowa IMKER sprawdziła, jaką firmę kurierską preferują klienci obsługiwanych przez nią sklepów, kiedy te oferują taki sam koszt dostawy.

Z raportu E-commerce w Polsce 2020 wynika, że dla aż 53 proc. polskich internautów, jednym z czynników decydujących o zakupach w internecie jest możliwość wyboru spośród kilku sposobów dostarczenia bądź odbioru przesyłki.

Firma IMKER przeanalizowała preferencje klientów obsługiwanych przez nią sklepów internetowych w wyborze przewoźników od stycznia do lipca tego roku. Z danych dotyczących ponad 180 tys. zamówień w 150 sklepach wynika, że do marca 2020 Poczta Polska była niekwestionowanym liderem wśród kupujących. Pandemia zrewidowała jednak potrzeby klientów i możliwości Poczty.

przewoznik1

Metody dostawy dostępne w sklepach

Sklepy internetowe obsługiwane przez IMKER oferują zazwyczaj co najmniej trzy sposoby wysyłki, tak aby zadbać o różne potrzeby kupujących. Dla większości klientów końcowych wybór determinuje cena. Dla tych, którzy nie lubią przepłacać, sklepy oferują zazwyczaj dwa sposoby doręczenia przesyłek: Paczka w Ruchu oraz Poczta Polska. Kolejnym popularnym wyborem sklepów internetowych są Paczkomaty InPost, przeznaczone przede wszystkim dla osób, które chcą samodzielnie decydować o tym, kiedy i skąd odbiorą paczkę.

Aby odpowiedzieć na potrzeby klientów, którzy chcą swoje zakupy otrzymać jak najszybciej, sklepy umożliwiają także wybór usług kurierskich DPD, które w ponad 98 proc. przypadków doręczane są już na drugi dzień roboczy. W regulaminie DPD znajduje się deklaracja, że doręczenie nastąpi do dwóch dni roboczych po nadaniu i przekroczenie tego terminu raczej się nie zdarza.

 Wciąż najwięcej paczek wysyłamy za pośrednictwem Poczty Polskiej. Zauważyliśmy jednak poważny spadek zainteresowania tą formą wysyłki w trakcie trzech miesięcy od marca do maja. W tym czasie klienci znacznie częściej wybierali Paczkomaty InPost, które za sprawą nowej funkcji w aplikacji, umożliwiającej bezdotykowe otwarcie paczkomatu, były bezpieczniejsze  niż bezpośredni odbiór od listonosza czy kuriera – komentuje Magdalena Bednarz, Kierownik Działu Obsługi Klienta w IMKER.

Wybór kuriera przy jednakowej cenie

Zdarza się, że sklepy internetowe umożliwiają swoim klientom wybór dostawy w jednej, ujednoliconej cenie, niezależnie od przewoźnika. Dzieje się tak często w ramach specjalnej promocji czy z okazji premiery nowego produktu. Na podstawie wysyłek ponad 10 tys. zamówień z kilkunastu sklepów współpracujących z IMKER, m.in. joannaglogaza.com, ansin.pl, devstyle.pl, agnieszkazapart.pl, które na pewien czas zrównały ceny za różne metody dostawy, można zaobserwować, że klienci najchętniej wybierają wysyłkę do paczkomatu. Drugim najpopularniejszym wyborem jest Poczta Polska, a trzecim kurier DPD.

– Odbiór przesyłki nadanej pocztą bywa utrudniony, zwłaszcza gdy w momencie doręczenia listonosz lub kurier paczkowy nie zastanie nikogo w domu. Taka przesyłka jest zwracana do Urzędu Pocztowego i dopiero tam można ją odebrać, ale tylko w określonych godzinach. Dla klientów jest to nieszczególnie wygodna opcja. Dostajemy też informację o tym, że listonosze zwłaszcza w dużych miastach, nie podejmują próby dostarczenia paczek o nawet niewielkich gabarytach, a jedynie zostawiają awizo, co zmusza klientów do wybrania się na pocztę w godzinach jej pracy i stania w kolejce po odbiór paczki. Zwłaszcza w obecnej sytuacji epidemicznej, nie jest to wygodny sposób odbioru przesyłki – twierdzi ekspert IMKER.

przewoznik2
przewoznik3

przewoznik4

Przesyłki zagraniczne

Pandemia nie pozostała bez wpływu na przesyłki międzynarodowe. W IMKER przesyłki międzynarodowe obsługuje Fedex, DPD i GLOBAL Expres (usługa międzynarodowa Poczty Polskiej). Zainteresowanie tym ostatnim spadło wśród klientów sklepów obsługiwanych przez IMKER aż o 91 proc.

– Przed pandemią Global Ekspres był bardzo atrakcyjną formą dostawy na teren m. in. USA, Kanady i Australii. Oferował możliwość wysyłki do 43 krajów. Teraz ograniczył się jedynie do siedmiu na terenie Unii Europejskiej. Dlatego nasi partnerzy e-commerce częściej wybierają DPD lub Fedex. Obie firmy umożliwiają wysyłki do zdecydowanej większości krajów na świecie – podsumowuje Bednarz.

Nowe standardy leczenia udarów mózgów z dofinansowaniem ABM

Gdański Uniwersytet Medyczny rozpoczyna badanie dotyczące farmakologicznego leczenia pacjentów z udarem niedokrwiennym mózgu. Realizacja projektu możliwa jest dzięki ponad 20 mln zł dofinansowania ze środków Agencji Badań Medycznych w ramach konkursu na realizację niekomercyjnych badań klinicznych.

W ramach projektu zbadana zostanie skuteczność schematu kilkuetapowej innowacyjnej terapii dla pacjentów w ostrej fazie udaru niedokrwiennego spowodowanego zamknięciem średnich i małych tętnic mózgu, którzy przed udarem czynnie przyjmowali leki przeciwzakrzepowe. Jest to najliczniejsza grupa chorych z udarem mózgu, dla której – pomimo odpowiednio wczesnej reakcji (pogotowie – oddział udarowy) – nie istnieje rutynowa terapia mogąca przywrócić mózgowy przepływ krwi. Oznacza to, że nie można zaproponować pacjentowi żadnego leczenia, które mogłoby radykalnie poprawić jego rokowanie.

Udar mózgu jest najczęstszą przyczyną trwałej złożonej niepełnosprawności ludzi dorosłych na świecie i jedną z najczęstszych przyczyn zgonów. Aż 85% wszystkich udarów mózgu stanowią udary niedokrwienne, które są spowodowane ostrym zamknięciem lub krytycznym zwężeniem tętnicy wewnątrzczaszkowej lub domózgowej.

Bezpośrednią przyczyną ponad 20% ostrych udarów niedokrwiennych mózgu jest zatorowość sercowo-tętnicza. Skrzepliny w jamach serca tworzą się najczęściej u pacjentów z migotaniem przedsionków. Jeśli migotaniu przedsionków towarzyszy jeden z innych czynników ryzyka udaru, prawdopodobieństwo jego wystąpienia jest bardzo duże. W celu obniżenia ryzyka w tej grupie pacjentów, stosuje się doustnie leki przeciwzakrzepowe bądź – w rzadkich, szczególnych sytuacjach klinicznych – podskórnie podaje się heparyny. Chociaż postępowanie takie obniża ryzyko zachorowania na udar niedokrwienny mózgu nawet o ponad 80%, to ciągle pozostaje ono znacznie wyższe niż w tzw. populacji ogólnej – podkreśla prof. dr hab. Bartosz Karaszewski – lider projektu.

Szacuje się, że w Polsce liczba udarów niedokrwiennych mózgu, które wystąpiły pomimo przyjmowania leków przeciwzakrzepowych, wynosi ok. 8 tys. rocznie, a ich liczba, podobnie jak na świecie, rośnie. U stosunkowo niewielkiej liczby spośród tych chorych można podjąć leczenie metodą trombektomii mechanicznej, pozostali nie kwalifikują się do żadnego typu leczenia przyczynowego – reperfuzyjnego. Niniejsze badanie ma na celu opracowanie pierwszej terapii przyczynowej dla tej grupy pacjentówpodsumowuje prof. dr hab. Bartosz Karaszewski.

Projekt ma format wieloośrodkowy, partnerem zagranicznym jest University College London z brytyjskim National Hospital for Neurology and Neurosurgery.

Wyniki projektu mogą znacząco zmienić światowe standardy leczenia udarów mózgu, wytyczyć nowe ścieżki postępowania i każdego roku pozwolić na powrót do normalnego życia po udarze dodatkowo wielu tysiącom osób na świecie.

Banki coraz lepiej blokują wyłudzenia kredytów. Ale niepokoi wzrost podejmowanych prób

Jak informuje Związek Banków Polskich, od stycznia do czerwca 2020 roku udaremniono ponad 3 tys. prób wyłudzeń kredytów. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, takich zdarzeń odnotowano o przeszło 800 więcej. Dzięki podjętym działaniom w pierwszej połowie br. uniknięto utraty ponad 125 mln złotych. Natomiast wcześniej w statystykach widzimy prawie 156 mln złotych. W minionym półroczu największa kwota prób wyłudzeń kredytów wyniosła 2,4 mln zł, a w pierwszej połowie ubiegłego roku – 20 mln zł. Ostatnio oszuści najbardziej chcieli się obłowić w woj. mazowieckim, wielkopolskim i dolnośląskim.

W pierwszej połowie 2020 roku udaremniono 3053 próby wyłudzeń kredytów. Jak wynika z danych Związku Banków Polskich, to aż o 814 więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wówczas odnotowano ich łącznie 2239, w tym w I kwartale – 1117, a w kolejnym – 1122. Natomiast od stycznia do marca br. takich zdarzeń było 1373, a od samego kwietnia do czerwca – 1680.

– Ten rok wygląda przedziwnie. W drugim kwartale br. mieliśmy lockdown, społeczeństwo przebywało w domach. Natomiast przestępcy pozyskują dokumenty tożsamości Polaków np. w galeriach handlowych, a one były zamknięte. Prawdopodobnie wykorzystywali więc m.in. dowody osobiste, które zostały skradzione lub zgubione w latach wcześniejszych. One mają przecież dziesięcioletni okres ważności. Zdarza się, że nawet po pięciu latach od ich zastrzeżenia pojawiają się próby dokonania działań przestępczych w oparciu o nie – komentuje dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich.

Jak zaznacza Bartłomiej Drozd, ekspert z serwisu ChronPESEL.pl, w ostatnich miesiącach obserwujemy wzmożoną aktywność oszustów, którzy próbują wykorzystać epidemię. Chcą zdobyć informacje na nasz temat, które mogą być potem wykorzystane do wyłudzenia pieniędzy. I zaznacza, że społeczeństwo jest dzisiaj bardziej świadome w zakresie ochrony swoich danych osobowych. Jednak są sytuacje, kiedy je udostępniamy, np. robiąc zakupy w sieci. A nikt z nas nie ma stuprocentowej gwarancji, co do tego, w jaki sposób i przez kogo te informacje są zabezpieczane.

– W dobie pandemii COVID–19 zwiększenie dostępności i popularności usług online stwarza przestępcom nowe możliwości wyłudzeń. Identyfikacja i weryfikacja tożsamości w tym kanale – bez fizycznego kontaktu – niosła i niesie za sobą zwiększone ryzyko. Obecna sytuacja niejako wymusiła na bankach i firmach pożyczkowych konieczność stosowania zaawansowanych mechanizmów weryfikacyjnych. A przez ich popularyzację system finansowy jest coraz lepiej zabezpieczany przed zdarzeniami związanymi z kradzieżą tożsamości – podkreśla Bartosz Wójcicki, dyrektor Biura Usług Antyfraudowych w BIK SA.

W pierwszym półroczu br. łączna kwota udaremnionych prób wyłudzeń kredytów wyniosła 125,3 mln zł. Złożyły się na nią 62,1 mln zł z okresu od stycznia do marca, a także 63,2 mln zł od kwietnia do czerwca. Natomiast wynik z analogicznych sześciu miesięcy ubiegłego roku był wyższy o 30,3 mln zł, tj. – 155,6 mln zł. Wtedy w pierwszym kwartale odnotowano w statystykach 63,3 mln zł, a w drugim – aż 92,3 mln zł.

– Na podstawie szacunków rynkowych możemy stwierdzić, że w całym 2019 roku oszuści wyłudzili prawie 1,7 mld zł. Inne dane mówią o 6 tys. osób, które w zeszłym roku padły ofiarą oszustw wykorzystujących bankowość mobilną. Te liczby dotyczą jednak tylko sytuacji, o których wiemy, bo  udało się odpowiednio szybko zareagować albo poszkodowani zostali poinformowani o zobowiązaniu finansowym, które na ich dane zostało zaciągnięte – mówi Bartłomiej Drozd.

Z danych ZBP wynika, że w pierwszej połowie br. największa kwota prób wyłudzeń kredytów wyniosła 2,4 mln zł. Natomiast w statystykach za analogiczny okres ubiegłego roku było to 20 mln zł. W pierwszym z tych przypadków oszuści działali w województwie mazowieckim, a w drugim – w śląskim. Z kolei w II kwartale br. średnia kwota udaremnionych prób wyłudzeń kredytów wyniosła 25,4 tys. zł, a rok wcześniej przekroczyła 36,5 tys. zł.

– Kwota największej udaremnionej próby wyłudzenia się obniża. To oznacza, że za działalność przestępczą związaną z wykorzystaniem dokumentów tożsamości nie biorą się już grupy profesjonalne. Tym procederem zajmują się amatorzy. Profesjonaliści wiedzą, że system dokumentów zastrzeżonych jest coraz bardziej szczelny. Podobne zjawisko w sektorze finansowym obserwowaliśmy przy okazji fizycznych napadów na placówki bankowe i bankomaty – wyjaśnia dr Barbrich.

W drugim kwartale br. łączna kwota udaremnionych prób wyłudzeń kredytów w województwie mazowieckim wyniosła 14,9 mln zł. Dalej znalazły się wielkopolskie – 7,8 mln zł, dolnośląskie – 7,4 mln zł, śląskie – 6,7 mln zł oraz małopolskie – 5,3 mln zł. Natomiast na końcu zestawienia widzimy podlaskie – 0,2 mln zł, opolskie – 0,3 mln zł oraz podkarpackie – 0,5 mln zł.

– Mówiąc kolokwialnie, poluje się tam, gdzie zwierzyny jest najwięcej. Świat przestępczy patrzy więc, gdzie są najwyższe dochody i tam próbuje podejmować najwięcej wyłudzeń. Zazwyczaj w naszych statystykach przewodzą Mazowsze i Śląsk. One, ale także w dużej mierze ściana zachodnia, to najbogatsze regiony w Polsce – mówi ekspert ze Związku Banków Polskich.

Jak zaznacza Bartłomiej Drozd, poszkodowany nie zawsze szybko dowiaduje się o wycieku danych osobowych. Zdarza się, że dochodzi do tego dopiero w momencie otrzymania wezwania do zapłaty lub wpisania do Krajowego Rejestru Długów. Zdaniem eksperta, dużo ważniejsze niż identyfikowanie oszustów próbujących wyłudzić pieniądze jest monitorowanie sytuacji, w których ktoś usiłuje wykorzystać nasze dane. Dzięki temu mamy możliwość szybkiej reakcji. Niezależnie od tego, czy do próby oszustwa doszło w banku, firmie pożyczkowej czy sklepie ze sprzętem elektronicznym.

– Ściśle współpracujemy z MSWiA i policją. Zależy nam na tym, żeby z przestępczego kręgu wyeliminować profesjonalistów. Z kolei amatorzy popełniają tak dużo błędów, że dotarcie do nich następuje bardzo szybko. Niekiedy następuje to jeszcze przed próbą założenia konta bankowego czy wyłudzenia pożyczki na skradziony dowód osobisty – podsumowuje dr Barbrich.

Newsletter BIK o rynku pożyczkowym, lipiec 2020 r.

0

W lipcu 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły finansowania na kwotę 367 mln zł, przyznając 168,0 tys. pożyczek. Obecne odczyty, w porównaniu do lipca 2019 r. wskazują, że w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek na kwotę niższą o (-47,2%), w ujęciu liczbowym także odnotowały spadek o (-36,0%). Średnia wartość udzielonej w lipcu 2020 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 2 186 zł i była niższa od średniej wartości pożyczki udzielonej w lipcu 2019 r. o (-15,9%).

W okresie styczeń–lipiec 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK przyznały o (-27,6%) mniej pożyczek niż w analogicznym okresie zeszłego roku, a w ujęciu wartościowym udzieliły finansowania na kwotę niższą o (-37,6%). Łącznie w okresie styczeń–lipiec 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 1 191,7 tys. pożyczek na łączną kwotę 2,679 mld zł.

Lipcowy Newsletter BIK o rynku pożyczkowym jest pierwszym wydaniem obejmującym cały okres lockdownu i już częściowo okres defrostingu, dlatego w celu dokonania analizy siedmiu miesięcy 2020 r., należy wyodrębnić trzy fazy. Pierwszą, występującą do połowy marca, którą można nazwać okresem „normalnym” czy „przedpandemicznym”, „fazę lockdownu”, obejmującą dwa miesiące: kwiecień i maj, oraz „fazę defrostingu”, dotyczącą czerwca i lipca.

– Już w marcowym wydaniu Newslettera sygnalizowałem trudności, jakie wystąpią na rynku pożyczek pozabankowych w kolejnych miesiącach. Niestety moje prognozy spełniły się. Widać już jednak, że z miesiąca na miesiąc sytuacja lekko się poprawia – komentuje prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

– Należy zwrócić uwagę, że sprzedaż firm pożyczkowych jest determinowana kilkoma czynnikami. Po pierwsze popytem na pożyczki. Po ogromnej zapaści w kwietniu – zapytania do BIK na poziomie 1/3 zapytań z kwietnia 2019 r., od maja br. popyt powoli się odbudowuje. W lipcu było to już ok. 40%. Ponadto niekorzystne zmiany legislacyjne istotnie obniżające górny pułap możliwych do osiągnięcia przychodów przez firmy pożyczkowe, przy wysokim już dzisiaj i rosnącym w wyniku pandemii poziomie ryzyka powodują, że działalność firm pożyczkowych jest znacznie mniej dochodowa. Dopełnieniem niekorzystnego obrazu rynku dla sektora pożyczkowego jest utrudnienie w zdobyciu finansowania przez niektóre firmy pożyczkowe. Czynniki te wpływają na stronę podażową rynku pożyczek pozabankowych – wyraźnie ograniczając liczbę oraz wartość udzielanych pożyczek – podsumowuje prof. Rogowski.

Specyficzna sytuacja na rynku firm pożyczkowych jest uwarunkowana tylko częściowo efektem ograniczeń wywołanych nadzwyczajnym okresem pandemii.

– W ostatnich miesiącach instytucje pożyczkowe znalazły się w ekstremalnie trudnej sytuacji. Z jednej strony nagle pojawiły się negatywne regulacje, które obniżyły maksymalne koszty pozaodsetkowe poniżej poziomu rentowności wielu produktów pożyczkowych, a z drugiej – sama niepewność związana z pandemią mocno negatywnie wpłynęła na działalność operacyjną instytucji pożyczkowych. To poskutkowało koniecznością wstrzymania akcji pożyczkowej celem reorganizacji modeli sprzedażowych i dostosowania oferty do przejściowych regulacji – komentuje Jarosław Ryba, prezes Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych. 

– W ostatnim czasie odnotowujemy powrót popytu na produkty pożyczkowe, co potwierdzają dane Biura Informacji Kredytowej. Przyszłość jest jednak wciąż niepewna – firmy muszą stawić czoła rosnącemu poziomowi ryzyka i jednocześnie mocno kontrolować koszty. Jednakże w dłuższej perspektywie śmiało możemy powiedzieć, że rynek – chociaż niewątpliwie w kryzysie – wciąż ma olbrzymi potencjał do rozwoju. Konsumenci poszukują rozwiązań pożyczkowych, które są szybkie i wygodne, a takie właśnie zapewniają lendtechy. To najlepszy sygnał, że czas już odmrozić lendtech – konkluduje prezes Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych.

30 proc. Polaków korzysta dziś z płatności online częściej niż przed pandemią. Jednak gotówki w obiegu przybyło więcej niż kiedykolwiek

0

30 proc. Polaków korzysta dziś z płatności online częściej niż przed pandemią. Jednak gotówki w obiegu przybyło więcej niż kiedykolwiek 1

Pandemia koronawirusa spopularyzowała płatności elektroniczne. W początkowym okresie Polacy częściej wykorzystywali płatności online podczas codziennych zakupów spożywczych, opłacania rachunków i zamówień w restauracjach. – Paradoksalnie zwiększyła się również ilość gotówki w obiegu. To pokazuje, że Polacy dostosowali się do trudnej sytuacji w dobie koronawirusa i starają się przezwyciężyć ją także na płaszczyźnie ekonomicznej – mówi Janusz Wdzięczak z Instytutu Sobieskiego.

Zagrożenia związane z pandemią koronawirusa zmobilizowały Polaków do wykorzystywania płatności online, ale zmieniły także podejście do oszczędzania.

Ujawniło się bardzo nietypowe zjawisko: z jednej strony zwiększyła się liczba transakcji zawieranych elektronicznie oraz płatności dokonywanych drogą elektroniczną. Jest to spowodowane kwestiami bezpieczeństwa. Polacy po wytycznych rządu zgodnych z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia zdecydowali się unikać pieniądza gotówkowego. Z drugiej strony ilość gotówki w obrocie wypłacona z kont bankowych także osiągnęła rekordowy poziom. Polacy uznali, że w czasach kryzysu chcą mieć gotówkę przy sobie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Janusz Wdzięczak, ekonomista z Instytutu Sobieskiego.

Z danych NBP przytaczanych w raporcie Instytutu Sobieskiego „Jak płacą Polacy w epoce pieniądza cyfrowego przed i po COVID-19” wynika, że w kwietniu br. w obiegu była gotówka o wartości 272 mld zł, czyli o ponad 20 mld zł wyższej niż w marcu. Z kolei marcowy wzrost, czyli w miesiącu, kiedy wybuchła w Polsce pandemia, wyniósł około 26 mld zł i był (pod względem nominalnym) największy w historii. Najnowsze dane NBP wskazują, że dziś w obiegu jest ponad 285,3 mld zł. To oznacza, że od maja do lipca wciąż notowane były wzrosty, ale dużo niższe niż w marcu i kwietniu (odpowiednio o 6,3 mld, o 4,1 mld i o 2,2 mld zł w kolejnych trzech miesiącach).

Według ekspertów Instytutu Sobieskiego wzrost zapotrzebowania na gotówkę należy również tłumaczyć sytuacją, że w początkowym okresie pandemii koronawirusa pojawiło się w sieci wiele fałszywych informacji na temat tego, że nastąpi zamknięcie sklepów spożywczych, banki przestaną działać, a rząd obłoży specjalnym podatkiem depozyty bankowe. Polacy zaczęli więc wycofywać pieniądze z kont, bojąc się zaburzeń w funkcjonowaniu systemów bankowych i płatniczych. Jednak nie wpłynęło to w żaden sposób na ograniczenie transakcji elektronicznych.

Podejście Polaków do pieniądza cyfrowego ewoluuje od początku XXI wieku, kiedy to Polska – o czym już mało kto pamięta – była jednym z pionierów bankowości elektronicznej. Obecnie społeczeństwo preferuje pieniądz cyfrowy w codziennych transakcjach np. podczas zakupów. Jesteśmy wciąż liderem w płatnościach bezdotykowych kartą – zauważa ekonomista z Instytutu Sobieskiego.

Ten rodzaj płatności zyskuje na popularności, tym bardziej że w ostatnich miesiącach podniesiono limit płatności zbliżeniowej bez konieczności podawania PIN-u z 50 do 100 zł.

Raport IS przytacza dane m.in. aplikacji Revolut, której użytkownicy znacząco zwiększyli wydatki na takich portalach jak Allegro czy Aliexpress. W okresie lockdownu Polacy częściej płacili elektronicznie za zamawiane jedzenie, ale też opłacali rachunki online.

Jednak zdaniem Janusza Wdzięczaka w przypadku bardziej skomplikowanych operacji, np. podczas zakupu polisy ubezpieczeniowej lub funduszy inwestycyjnych, Polacy są zdecydowanie bardziej konserwatywni i wolą je wykonywać w tradycyjny sposób.

W takich sytuacjach rzadziej korzystamy z aplikacji mobilnej w telefonie. Wolimy raczej odwiedzić agencję ubezpieczeniową i tam zasięgnąć informacji oraz wynegocjować odpowiednie warunki – dodaje ekonomista Instytutu Sobieskiego.

Trudno jednoznacznie ocenić, czy nowe nawyki Polaków dotyczące płatności pozostaną aktualne po pandemii koronawirusa.

– Zapewne niektóre udogodnienia, które ułatwiają życie, będą dalej wykorzystywane. Dla przykładu znacząco zwiększyła się liczba transakcji bezgotówkowych za tzw. media: prąd, gaz i to już raczej się nie zmieni. Choć z pewnością wraz z poprawą sytuacji epidemiologicznej część osób powróci do dawnych zwyczajów – przewiduje Janusz Wdzięczak. 

Spowolnienie w branży meblarskiej mniejsze, niż się spodziewano. Producenci liczą na pobudzenie eksportu dzięki pomocy rządu

Spowolnienie w branży meblarskiej mniejsze, niż się spodziewano. Producenci liczą na pobudzenie eksportu dzięki pomocy rządu 2

Branża meblarska na pandemii ucierpi mniej, niż się spodziewała. Na początku spadek produkcji sprzedanej sięgnął 35 proc., ale ostatecznie w całym roku może wynieść 3–6 proc. w porównaniu z 2019 rokiem. – Wynik będzie słabszy o ok. 3 mld zł – mówi Michał Strzelecki z Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. Najgorzej jest w firmach, które dostarczają meble do hoteli, restauracji i biur. Branża liczy na to, że pomoc Skarbu Państwa w zakresie ubezpieczenia kredytów kupieckich pozwoli zwiększać eksport.

Jak podkreślają analitycy PKO BP w analizie sektorowej, branża meblarska była jedną z najwcześniej i najsilniej dotkniętych kryzysem związanym z pandemią.

Na początku produkcja sprzedana branży meblowej spadła o 35 proc. Zamknięte zostały wtedy wszystkie sklepy, w których meblarze sprzedają 90 proc. swojej produkcji. Wszystkim się wydawało, że straty będą ogromne, ale sfera handlowa otworzyła się szybciej, niż się spodziewaliśmy. Ostatecznie szacujemy, że spadek produkcji sprzedanej w porównaniu z 2019 rokiem będzie na poziomie między 3 a 6 proc., czyli w granicach 3 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes Michał Strzelecki, dyrektor biura w Ogólnopolskiej Izbie Gospodarczej Producentów Mebli (OIGPM).

Analiza PKO BP wskazuje, że w I kwartale przychody firm średnich i dużych były o 1,1 proc. niższe. Spadek w II kwartale był znacznie poważniejszy, bo produkcja sprzedana mebli była o 19 proc. niższa, choć w poszczególnych miesiącach notowała duże wahania – w kwietniu spadła o ponad 50 proc., ale odbiła już w czerwcu (wzrost o blisko 20 proc.).

Jak podkreśla ekspert, branża nie wróciła jeszcze do normalnej pracy. Z szacunków OIGPM wynika, że średnie wykorzystanie mocy produkcyjnych jest w granicach 60–70 proc., podczas kiedy przed pandemią było na poziomie 95 proc.

W tym roku prawdopodobnie nie uda się wrócić do poziomu sprzed pandemii i przekroczyć 50 mld zł, które udało nam się osiągnąć w 2019 roku – mówi Michał Strzelecki.

Z danych OIGPM wynika, że najlepsza sytuacja jest w segmencie mebli mieszkaniowych, bo konsumenci, przebywając znacznie częściej w domach, mają więcej czasu na remonty i zmianę wyposażenia. Firmy produkujące je do sprzedaży w handlu tradycyjnym otrzymały nowe zlecenia i pracują na pełnych obrotach. Z kolei najtrudniejsza sytuacja dotyczy firm działających na rynku kontraktowym w sektorze HoReCa, czyli dostarczających meble dla hoteli czy restauracji, a także do biur.

– W ich przypadku sytuacja szybko się nie poprawi, ponieważ klienci wciąż wstrzymują się z nowymi zamówieniami – mówi ekspert OIGPM. – Na pewno potrzebne są instrumenty pomocowe, które będą kreować popyt. To jest w tej chwili najważniejsze. Odzyskaliśmy płynność finansową, sporo miejsc pracy udało się uchronić, a teraz musimy kreować popyt. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że te działania mogą się odbywać na rynku polskim, który w zasadzie odpowiada tylko za około 10 proc. naszej produkcji sprzedanej, niemniej są to kwestie dla nas istotne.

Dobrym sygnałem jest też znaczna poprawa w eksporcie.

To wciąż nie są jeszcze te wielkości, które notowaliśmy w 2019 roku, ale sytuacja się poprawia. Nadrabiamy zaległości z marca, kwietnia i połowy maja – mówi Michał Strzelecki.

W II kwartale analitycy PKO BP spodziewają się spadku eksportu o 17–27 proc. w ujęciu rocznym, ale prognozują, że w III kwartale możliwy jest wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Polska branża meblowa w 90 proc. przeznacza swoje produkty na eksport, głównie do Europy Zachodniej. Wartość sprzedaży zagranicznej to 11 mld euro rocznie. Nasz kraj w rankingu eksporterów mebli zajmuje pierwsze miejsce w Europie i drugie na świecie. 

Branży meblarskiej może pomóc zniesienie zamrożenia przez ubezpieczycieli limitów kredytowych. Ubezpieczyciele w ten sposób zareagowali na zwiększone ryzyko w czasie pandemii. Jak podkreślają przedstawiciele OIGPM, brak możliwości zabezpieczenia należności handlowych to duża bariera dla funkcjonowania firm meblowych, które w efekcie zamiast skupiać się na realizacji zamówień, zmuszone są podejmować dramatyczne decyzje o ograniczeniu ekspozycji na ryzyko. Ministerstwo Rozwoju przygotowało odpowiednie przepisy w tej sprawie. Ustawę o wsparciu rynku ubezpieczeń należności handlowych w związku z przeciwdziałaniem skutkom gospodarczym COVID-19 prezydent podpisał 18 sierpnia br., a weszła w życie kilka dni później.

Nowy instrument wsparcia to reasekuracja kredytów kupieckich dla przedsiębiorców przez Skarb Państwa. Pozwoli on ubezpieczycielom scedować część ryzyka na Skarb Państwa w zamian za przekazanie części składki ubezpieczeniowej. Dzięki temu ograniczą oni swoje ryzyko związane z możliwym wzrostem liczby i wartości wypłacanych odszkodowań w czasie spowolnienia gospodarczego. Reasekuracja ubezpieczeń należności handlowych (powstałych w okresie od kwietnia do grudnia br.) będzie uzależniona od utrzymania limitów kredytowych dla firm na poziomie zbliżonym do tego sprzed pandemii.

– Możliwość utrzymania tych limitów kredytowych jest czynnikiem, który decyduje o poziomie współpracy, który możemy osiągnąć z naszymi klientami w Polsce i za granicą – mówi ekspert OIGPM. – Kwestie związane z tymi kredytami są dla nas niezmiernie ważne, bo to świadczy, po pierwsze, o stabilności naszej branży, a po drugie, o poziomie tego, co możemy sprzedać i w jaki sposób te kontrakty eksportowe możemy ubezpieczyć.

Jak wyjaśnia Ministerstwo Rozwoju, Skarb Państwa pokryje 80 proc. ryzyka do równowartości 243,75 proc. ubiegłorocznej składki. Powyżej tej kwoty pokryje wypłacane przez zakłady ubezpieczeń odszkodowania w całości. Jednocześnie odpowiedzialność Skarbu Państwa z tytułu wypłat odszkodowań nie przekroczy kwoty stanowiącej równowartość 375 proc. składki brutto zakładu ubezpieczeń pochodzącej z  ubezpieczenia należności w 2019 roku. Tego typu narzędzia wdrożono lub opracowano w kilku państwach UE. Polskie rozwiązanie jest wzorowane na pomyśle niemieckim.

Rozwiązania chmurowe w ostatnich miesiącach uratowały wiele firm przed upadkiem. Biznes wciąż ma jednak opory przed inwestycjami w ten obszar

Rozwiązania chmurowe w ostatnich miesiącach uratowały wiele firm przed upadkiem. Biznes wciąż ma jednak opory przed inwestycjami w ten obszar 3

W czasie pandemii technologie chmurowe pozwoliły firmom zachować ciągłość działania i utrzymać się na rynku. Koronawirus pokazał im, jak bardzo potrzebują chmury, i może stać się katalizatorem do jej wdrażania na szeroką skalę. Biznes w Polsce wciąż ma jednak opory przed inwestowaniem w chmurę. Obok barier mentalnych, takich jak obawy o poufność danych, są jeszcze te o charakterze prawnym. Dlatego zwłaszcza zagraniczni dostawcy chmury powinni przyłożyć większą wagę nie tylko do samej technologii, lecz także zapewnienia zgodności z polskim i unijnym prawodawstwem.

W trakcie pandemii chmura obliczeniowa uratowała wiele firm – zarówno w zakresie komunikowania się w ramach firmy i zespołów, jak i z klientami. Niewątpliwie COVID-19 stał się katalizatorem, żeby jeszcze szybciej i w większym zakresie wdrażać chmurę. Zdecydowana większość firm już na szczęście miała ją wdrożoną i dzięki temu mogła funkcjonować. To nie znaczy, że nie pojawili się szczególni bohaterowie – mówię tutaj o usługach, aplikacjach i wideokonferencjach odbywających się w chmurze obliczeniowej, które są wielkim wygranym pandemii i odkryciem dla wielu użytkowników – mówi agencji Newseria Biznes Xawery Konarski, wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jeszcze przed wybuchem pandemii 43 proc. firm w Polsce korzystało z technologii chmurowych, z czego 5 proc. zadeklarowało, że korzysta wyłącznie z chmury. Pozostałe przetwarzają dane dwutorowo – zarówno w chmurze, jak i w lokalnym centrum. Kolejne 17 proc. firm planowało też w najbliższym czasie przenieść do chmury część swoich usług – wynika z czerwcowego „Barometru cyberbezpieczeństwa. W kierunku rozwiązań chmurowych” KPMG.

Usługi chmurowe najczęściej wykorzystywane przez przedsiębiorstwa w Polsce to witryny internetowe (73 proc.), poczta elektroniczna (72 proc.) oraz usługi przestrzeni dyskowej (62 proc.). W dużo mniejszym zakresie firmy korzystają z systemów ERP (18 proc.) czy CRM w chmurze (15 proc.). W badaniu KPMG blisko 2/3 polskich przedsiębiorstw oceniło też, że usługi chmurowe pozytywnie wpływają na ciągłość działania procesów biznesów w organizacji.

– Ubiegłoroczne badanie dotyczące barier, jakie widzą polscy przedsiębiorcy w korzystaniu z chmury, pokazało, że część z nich miała charakter mentalny. Firmy po prostu nie do końca wiedziały, jakie są korzyści i zagrożenia związane z chmurą. Mam nadzieję, że teraz ta mentalna bariera zniknie – mówi Xawery Konarski.

Jak wskazuje, w Polsce przedsiębiorcy wciąż obawiają się przede wszystkim o poufność swoich danych oraz o to, gdzie są gromadzone. Te obawy częściowo potwierdzają też wyniki tegorocznego „Barometru cyberbezpieczeństwa” KPMG. Z badania wynika, że 23 proc. firm nie wierzy w bezpieczeństwo chmury publicznej, obawiając się utraty kontroli nad przetwarzanymi danymi. Tylko połowa firm uważa, że dzięki chmurze zwiększa się bezpieczeństwo przetwarzania danych. 

Obawa o poufność danych jest przesadna. Nie sądzę, żeby zagraniczni dostawcy usług chmurowych mieli potrzebę zaglądania do nich. Problemem jest natomiast dostęp służb w innych krajach do tych danych. Dobrym przykładem jest orzeczenie w sprawie Schrems wydane 16 lipca przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Zakwestionowało ono przesyłanie danych osobowych w chmurze do USA z uwagi na niekontrolowany dostęp amerykańskich służb do tych danych. To pokazuje, że obawy polskich przedsiębiorców podzielają też inni, więc one powinny być zaadresowane przez dostawców chmury, np. poprzez umożliwienie szyfrowania danych – wskazuje ekspert.

Obok barier mentalnych we wdrażaniu chmury są jeszcze te o charakterze prawnym. Z badania przeprowadzonego w marcu tego roku przez IDG Poland, Oktawave i 7bulls.com („Kompetencje chmurowe firm w Polsce 2020”) wynika, że zgodność z wymogami prawa i tzw. compliance jest dla menadżerów IT jednym z głównych kryteriów wyboru dostawcy usług chmurowych.

Wynika to przede wszystkim z konkretnych zagrożeń finansowych, które niesie ze sobą RODO. Rozporządzenie w skrajnych przypadkach pozwala regulatorom nakładać kary po 20 mln euro i więcej. To niewątpliwie spowodowało, że przedsiębiorcy szukają zgodności z przepisami prawa i to stało się jednym z głównych kryteriów. Jest to trwała tendencja. Trudno sobie wyobrazić, żeby odpowiedzialna instytucja finansowa, jednostka służby zdrowia czy kancelaria prawna korzystająca z chmury nie wskazywała jej zgodności z wymogami prawa jako jednej z najważniejszych kwestii – mówi wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jak podkreśla, szczególnie zagraniczni dostawcy chmury, którzy działają na polskim rynku, powinni przyłożyć większą wagę do zapewnienia, że oferowane przez nich rozwiązania są zgodne z polskim i unijnym prawodawstwem.

W Polsce użytkownicy aplikacji są chronieni na podobnych zasadach jak w całej UE. Mamy przepisy o ochronie danych osobowych i RODO oraz przepisy o cyberbezpieczeństwie. Jedne i drugie są regulacjami unijnymi lub są na nich wzorowane. Te regulacje są absolutnie wystarczające, ale problem tkwi czasem w podejściu regulatorów w poszczególnych krajach. Dobrze by było, żeby np. KNF czy UODO trochę pomogły i doradziły, w jaki sposób działać zgodnie z RODO, poprzez wydawanie różnego rodzaju wytycznych – wskazuje Xawery Konarski.

Samochody elektryczne mają coraz większe zasięgi i można je szybko ładować. Najwięksi producenci rozwijają ofertę ekologicznych pojazdów

Samochody elektryczne mają coraz większe zasięgi i można je szybko ładować. Najwięksi producenci rozwijają ofertę ekologicznych pojazdów 4

Po polskich drogach jeździ już ponad 13 tys. samochodów osobowych z napędem elektrycznym (w pełni elektrycznych oraz hybryd plug-in) – wskazuje Licznik Elektromobilności PSPA. W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy roku ich liczba wzrosła o 78 proc. względem sytuacji sprzed roku i to pomimo spowolnienia wywołanego pandemią. Barierą są jednak relatywnie wysokie ceny aut elektrycznych oraz obawy przed ich częstym ładowaniem. To się jednak stopniowo zmienia. – Z biegiem czasu ceny regularnie spadają, zasięgi takich aut są coraz większe, a infrastruktura dynamicznie się rozwija – mówi Hubert Niedzielski z Volkswagena przy okazji prezentacji w Polsce oferty nowego elektrycznego modelu ID.3.

Jak wynika z Licznika Elektromobilności uruchomionego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych oraz Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, na koniec lipca w naszym kraju było zarejestrowanych ponad 13 tys. elektrycznych samochodów osobowych. W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy 2020 roku przybyło ich ok. 4 tys. To wzrost o 78 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Wraz z rosnącą liczbą pojazdów rozbudowywana jest także infrastruktura – w Polsce funkcjonuje 1,2 tys. ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Jedna trzecia z nich to szybkie stacje ładowania prądem stałym.

Z badania przeprowadzonego w kwietniu br. przez InsightOut Lab we współpracy z marką Volkswagen wynika, że ponad połowa społeczeństwa chciałaby jeździć samochodem elektrycznym. Z kolei badanie PSPA wskazuje, że co czwarty Polak (28 proc.) deklaruje jego zakup w ciągu najbliższych trzech lat.

 Jako jedną z głównych barier w rozwoju rynku klienci cały czas identyfikują relatywnie wysokie ceny samochodów elektrycznych. Jednocześnie musimy brać pod uwagę fakt, że z biegiem czasu ceny takich aut będą cały czas maleć, podczas gdy spalinowych  wręcz odwrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Hubert Niedzielski, kierownik ds. PR marki Volkswagen.

Rzeczywiste zainteresowanie tym segmentem rynku mogłoby być jeszcze większe, gdyby nie stereotypowe postrzeganie rynku i wciąż mała wiedza na jego temat. Przykładowo 73 proc. badanych przez InsightOut Lab nie zdaje sobie sprawy, że auta elektryczne można ładować ze zwykłego gniazdka. 83 proc. nie wie, co zrobić, by móc zamontować domową stację ładowania samochodów. Z kolei 76 proc. zgadza się z tezą, że auta elektryczne mają za mały zasięg. Jednocześnie połowa badanych wskazuje, że średni zasięg wynosi do 200 km. Na ponad 300 km wskazało tylko 21 proc. ankietowanych, a to jest dziś wartość oferowana przez wiele modeli.

Często demonizowane ładowanie tak naprawdę może odbywać się rzadziej niż w przypadku naszych smartfonów. Producenci oferują bowiem samochody, które mogą zaproponować coraz większy zasięg – mówi ekspert. – Przełomowy dla nas Volkswagen ID.3 oferuje aż 550 kilometrów zasięgu w topowej wersji akumulatora. Jedną rzeczą jest zwiększanie zasięgu samochodów elektrycznych, a drugą jest rozbudowa infrastruktury czy wspieranie procesu ładowania tego typu aut także w warunkach domowych. Volkswagen ma do zaoferowania wallboxy, czyli ładowarki naścienne pozwalające łatwiej i szybciej ładować samochód elektryczny w warunkach domowych.

Volkswagen sprzedaż seryjnych wersji ID.3 rozpoczyna w Polsce od średniej wielkości akumulatora 58 kWh z zasięgiem na poziomie 426 km (według WLTP). Do wyboru jest także wersja z akumulatorem o pojemności 77 kWh, której zasięg wynosi 549 km (według WLTP). Wszystkie modele są oferowane z silnikiem o mocy 204 KM, a ich cena zaczyna się od nieco ponad 155 tys. zł. Później w ofercie pojawi się nieco tańsza wersja Pure (dostępna za mniej niż 130 tys. zł) z zasięgiem na poziomie 330 km.

– ID.3 to przełom nie tylko dla Volkswagena, ale dla całej elektromobilności. Mówimy tutaj o samochodzie dostępnym na atrakcyjnych warunkach finansowych, oferującym bardzo duży zasięg i wiele zaawansowanych rozwiązań technologicznych, takich jak np. wyświetlacz head-up zapewniający obraz w rozszerzonej rzeczywistości wyświetlany na przedniej szybie – podkreśla Hubert Niedzielski.

Docelowo oferta ID.3 obejmie pięć pakietów wyposażenia, dostępnych jako Basic lub Plus, w zależności od wersji. Każdy samochód wyposażony jest też w ID.Light, czyli pas diodowy pod przednią szybą, który intuicyjnie wspomaga kierowcę – światło sygnalizuje, że auto jest gotowe do drogi, pokazuje stopień naładowania akumulatora, przemieszcza się przy skręcaniu, reaguje, gdy zaistnieje potrzeba gwałtownego zahamowania.

 To samochód, który rozpoczyna ofensywę elektryczną marki Volkswagen. Na przestrzeni najbliższych lat będziemy oferowali wiele modeli zbudowanych na platformie MEB zaprojektowanej w taki sposób, by móc zaproponować przestronne samochody. O ile z zewnątrz model ID.3 można porównać wymiarami do gabarytów Golfa, o tyle w środku oferuje przestronność znaną chociażby z Passata – wskazuje przedstawiciel marki Volkswagen.

Nowa platforma została zaprojektowana specjalnie dla samochodów elektrycznych i pozwala na optymalne wykorzystanie możliwości, które niesie z sobą ta technologia. Małe silniki elektryczne umieszczone są bezpośrednio na osiach, a system baterii w podłodze, co obniża punkt ciężkości i zwiększa dynamikę. Na bazie platformy MEB mają powstawać kolejne pojazdy zeroemisyjne.

– Czekają nas wielomiliardowe inwestycje i bardzo dużo zmian w produkcji samochodów. ID.3 to również pierwsze auto produkowane przez nas w sposób zeroemisyjny. To jest kierunek, który obraliśmy. Do 2050 roku zarówno nasze samochody, jak i Volkswagen jako przedsiębiorstwo będą zeroemisyjne pod kątem emisji dwutlenku węgla – zapowiada Hubert Niedzielski. 

Frezy trzpieniowe – charakterystyka oraz budowa

Jednymi z najpopularniejszych frezów używanych obecnie w przemyśle to frezy trzpieniowe. Składają one się głównie z części roboczej, gdzie umieszczone są ostrza oraz części chwytowej przeznaczonej do mocowania narzędzia we frezarce. Frezy trzpieniowe o małych średnicach nazywane są frezami placowymi. Ze względu na cienką część chwytową, obróbka tymi narzędziami nie jest szczególnie wydajna. Z drugiej jednak strony, dzięki małym gabarytom, frezy palcowe do metalu mogą kształtować trudno dostępne powierzchnie na danym elemencie.

Budowa frezów palcowych do metalu

Jak wspomniano wcześniej, frez trzpieniowy palcowy zbudowany jest z części roboczej oraz części chwytowej. W części roboczej freza znajdziemy jego ostrza. Mogą one być usytuowane jedynie na części zewnętrznej ( walcowej ) i takie narzędzie stosowane jest, głównie do obróbki płaskich powierzchni. Istnieją też frezy palcowe do metalu, które posiadają ostrza również na część czołowej. Oznacza to, że takim narzędziem możemy frezować wgłębnie.

Geometria oraz kształt ostrzy zależne są od tego czy będziemy stosować dany frez trzpieniowy do obróbki zgrubne lub wykończeniowej. W przypadku obróbki zgrubnej bowiem, narzędzie powinno posiadać więcej rowków wiórowych o większych rozmiarach. W tym procesie bowiem zbierany naddatek jest duży co generuje więcej materiału odpadowego. Kąt pochylenia rowków wiórowych jest więc, mały podobnie jak liczba ostrzy, która najczęściej w tym wypadku wynosi 2. Często można w tym przypadku naleźć łamacze wióra, które występują pod postacią zaszlifowanych rowków lub falistej krawędzi skrawającej. W przypadku obróbki wykańczającej zaś, występuje mniejsza ilość wiórów i skupiamy się na jakości końcowej danego elementu. Dlatego też, frez do metalu palcowy posiada mniej rowków wiórowych co zwiększa wydajność obróbki. Nie znajdziemy tam też łamaczy wiórów, która zwiększają chropowatość obrabianej powierzchni. Większa liczba ostrzy ( 3 lub 4 i więcej ), posiada kształt linii śrubowej i jest nachylona pod kątem nawet do 60 °.

Części chwytowe frezów palcowych do metalu ( https://artykulytechniczne.pl/frezy-palcowe.html) możemy podzielić na dwa rodzaje. Pierwszym jest chwyt walcowy, który dodatkowo mniej więcej w połowie swojej długości posiada płaską część zabierakową, która przeznaczona jest do obróbki w cięższych warunkach pracy. Drugim rodzajem jest chwyt o kształcie stożka Morse’a. Jest on zbieżny ku swojej części tylnej co zapewnia pewne mocowanie oraz dobre centrowanie narzędzia we frezarce. Stosuje się go dla narzędzi o większych średnicach, gdzie istnieje ryzyko dużych obciążeń podczas obróbki.

Z jakim materiałów produkowane są frezy palcowe do stali

Możemy wyróżnić zasadniczo dwa rodzaje materiałów, które służą do wykonania frezów palcowych do metalu.

Pierwszym z nich jest stal szybkotnąca ( HSS ). Jest to materiał, który zapewnia wysoka wytrzymałość oraz sztywność każdego freza. Narzędziami wykonanymi z HSS możemy obrabiać takie materiały jak stal oraz staliwo. Jeżeli chcemy podwyższyć jego temperaturę pracy oraz twardość, należy zastosować frez trzpieniowy wykonany ze stali szybkotnącej z dodatkiem kobaltu ( HSSE ).

Narzędziami wykonanymi z HSSE, możemy obrabiać takie materiały jak stal, stal nierdzewną lub żeliwo. Frezy palcowe do stali powinny mieć twardość 62 HRC co zapewnia obróbkę przedmiotów o twardości do 35 HRC. Drugim rodzajem materiału stosowanego do wykonania frezów palcowych do metalu jest węglik spiekany, który zawiera takie pierwiastki jak wolfram lub kobalt. Zapewnia on pracę freza w bardzo wysokiej temperaturze oraz z dużą prędkością skrawania co zapewnia uzyskanie powierzchni o małej chropowatości oraz dużej dokładności.

frez widiowy zgrubny VHM

Na rynku można znaleźć jeszcze frezy palcowe węglikowe ( https://artykulytechniczne.pl/frezy-weglikowe-palcowe-vhm.html ) inaczej VHM do metalu powleczone specjalną powłoką ochronną. Może ona składać się z różnego rodzaju z różnych rodzajów węglików, azotków lub składników ceramicznych. Dzięki ich zastosowaniu uzyskuje się większa odporność termiczną oraz chemiczną powleczonego freza trzpieniowego. W czasie obróbki można więc zwiększyć obroty skrawania co przyczynia się do poprawy jakości powierzchni oraz dokładności wykonania. Cena frezów do metalu jest zależna od ich średnicy, materiały wykonania oraz producenta ale nie jest to jedyny aspekt jakim powinniśmy się kierować ponieważ kupując tanie frezy mogą być wykonane nie prawidłowo lub z tanich materiałów np. ze stali NC narzędziowej.

Cyberprzestępcy coraz częściej atakują użytkowników serwisów VOD. Przygotowują wiarygodnie wyglądające kopie stron i wyłudzają dane

Restrykcje pandemiczne przyczyniły się do gwałtownego wzrostu zainteresowania internetowymi platformami wideo. Tę sytuację postanowili wykorzystać cyberprzestępcy, którzy zwiększyli częstotliwość ataków phishingowych oraz liczbę internetowych oszustw skierowanych w stronę odbiorców platform VoD. Aktywność hakerów w okresie pandemii wzrosła nawet o 646 proc. W sieci pojawiły się fałszywe strony upodobniające się do popularnych platform, a scamerzy rozsyłają maile, które mają wyłudzić poufne dane od użytkowników serwisów filmowych.

– Pandemia wzmocniła nasze przyzwyczajenia związane z korzystaniem z platform streamingowych. Zwracamy uwagę na oszustów, którzy tworzą platformy przypominające te, do których jesteśmy przyzwyczajeni, mają podobny layout i wyglądają wiarygodnie. Klienci przekazują swoje dane osobowe, a oszust później może je sprzedawać. I choć konsument nie ma dostępu do treści, to otrzymuje fakturę. Jeżeli jej nie zapłaci, otrzymuje wezwanie do zapłaty – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Katarzyna Słupek z Europejskiego Centrum Konsumenckiego.

Zainteresowanie serwisami VoD w szczytowym okresie pandemii koronawirusa okazało się tak wysokie, że ich operatorzy zostali zmuszeni do obniżenia jakości transmisji, aby nadmiernie nie obciążać łącz internetowych. Skalę zainteresowania usługami tego typu najlepiej oddaje gwałtowny wzrost liczby subskrybentów – w pierwszym kwartale Netflix przyciągnął do siebie 15,8 mln nowych użytkowników, w drugim zaś 10,09 mln. Udany debiut zaliczył także serwis HBO Now, który w ciągu miesiąca pozyskał 4,1 mln klientów. Z kolei na samym początku wdrażania restrykcji pandemicznych, od 7 do 16 marca, liczba użytkowników Disney+ potroiła się.

Jednym z efektów ubocznych restrykcji pandemicznych okazał się także wzrost popularności pirackich serwisów filmowych. Z badań przeprowadzonych przez firmę zajmującą się śledzeniem nielegalnych treści wynika, że w ostatnim tygodniu marca zanotowano 40-proc. miesięczny wzrost zainteresowania stronami udostępniającymi nielegalne transmisje filmowe. Część z tych witryn mogła stanowić realne zagrożenie dla ich użytkowników.

– Korzystanie z nielegalnej platformy streamingowej grozi nam tym, że staniemy się ofiarą oszustwa. Cena korzystania z niej jest bardzo niska bądź możemy robić to bezpłatnie, ale jednocześnie nasz komputer może być zawirusowany, możemy dostać rachunek za korzystanie z platformy w momencie, w którym nie mamy dostępu do pełnych danych. Jeżeli dokonujemy rejestracji na fałszywą platformę streamingową, to istnieje bardzo duże ryzyko, że nasze dane osobowe będą wykorzystane w sposób niezgodny z prawem i taki oszust sprzeda je bez naszej zgody – ostrzega ekspertka.

O skali problemu na początku kwietnia informowała firma Mimecast wyspecjalizowana w chmurowych usługach mailowych. Eksperci ds. bezpieczeństwa spostrzegli, że na początku pandemii w ciągu jednego tygodnia zarejestrowano przeszło 700 podejrzanych witryn internetowych, które miały podszywać się pod platformę Netflix na potrzeby ataków phishingowych.

Z wyłudzeniami wymierzonymi w klientów platform VoD postanowili walczyć inżynierowie z National Cyber Security Centre, brytyjskiej jednostki rządowej wyspecjalizowanej w walce z cyberprzestępczością. W odpowiedzi na wzmożenie ataków phishingowych w czasie pandemii uruchomili usługę Suspicious Email Reporting Service ułatwiającą raportowanie podejrzanych witryn. Internauci mogą zgłaszać podejrzane maile na skrzynkę NCSC, a wyspecjalizowane algorytmy poddają je automatycznej analizie. Jeśli wykryją, że prowadzą do stron wyłudzających dane, witryny te są natychmiast zamykane.

– Przed dokonaniem rejestracji warto ocenić layout strony i sprawdzić, czy znajduje się na niej regulamin. Jeżeli tak, czy są tam pełne dane kontaktowe do przedsiębiorcy, czy przedstawiono proces reklamacji oraz dane biura obsługi klienta. Warto też sprawdzić wyświetlane reklamy. Jeżeli są to np. reklamy stron pornograficznych czy zakładów bukmacherskich, to często jest czerwona lampka, że mamy do czynienia z niewiarygodnym przedsiębiorcą i być może z oszustem. Warto także taką platformę wygooglować, sprawdzić opinie innych użytkowników, aby w ten sposób uniknąć ryzykownej rejestracji – sugeruje Katarzyna Słupek.

Z analizy bieżących zagrożeń internetowych wynika, że w okresie od marca do lipca zanotowano 646-proc. wzrost ataków phishingowych wymierzonych w użytkowników Netflixa w porównaniu do analogicznego okresu w 2020 roku. W lipcu, mimo poluzowania restrykcji pandemicznych w wielu krajach i spowolnienia przyrostu nowych użytkowników platform VoD, liczba ataków tego typu utrzymała się na podwyższonym poziomie. Specjaliści z Webroot zanotowali, że w porównaniu do lipca 2019 roku aktywność hakerów wzrosła o 60 proc.

Z problemem tym na początku sierpnia zetknęli się także użytkownicy z Polski. Przedstawiciele mBanku ostrzegli swoich klientów o mailach ze scamem, w którym cyberprzestępcy informowali o zawieszeniu konta w związku z błędem przy realizacji płatności. Po aktywowaniu odnośnika dołączonego do maila użytkownik był przekierowywany na fałszywą stronę logowania do Netflixa, a następnie strona prosiła go o podanie danych karty kredytowej, aby odnowić płatność.

Tak pozyskane informacje mogą posłużyć cyberprzestępcom do oczyszczenia naszego konta bankowego. Nie można także wykluczyć, że z podobnych mechanizmów wyłudzania danych korzysta część pirackich witryn filmowych.

– Jeżeli już dokonaliśmy rejestracji na nielegalnej platformie, skierujmy się do Rzecznika Konsumentów czy Europejskiego Centrum Konsumenckiego, do instytucji, które pomagają ocenić, czy mamy do czynienia z oszustem. Jeżeli tak, to kierujemy nasze kroki na policję i składamy zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa – wskazuje ekspertka.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa do 2025 roku wzrośnie do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Miniaturowe serce stworzone z komórek macierzystych pozwoli leczyć wrodzone choroby. W przyszłości pomoże pozbyć się innych schorzeń wieńcowych

Zespół naukowców z Michigan wyhodował miniaturowy model ludzkiego serca. Organoidy zostały stworzone za pomocą nowej struktury komórek macierzystych, która naśladuje środowiska rozwojowe embrionu i płodu. Pomoże lepiej zrozumieć rozwój serca płodu i wady, takie jak wrodzona choroba serca. – Dzięki organoidom serca możemy badać pochodzenie wrodzonych chorób serca i znaleźć sposoby, aby im zapobiec – przekonuje Aitor Aguirre z Michigan State University.

Organoidy wyhodowane z komórek macierzystych to maleńkie trójwymiarowe formacje ludzkiej tkanki, które faktycznie pełnią funkcje wielu typów komórek występujących w pełnowymiarowych organach. Naukowcy od lat pracują nad stworzeniem miniaturowych organów. Niedawno badacze z uniwersytetu w Michigan po raz pierwszy stworzyli w laboratorium miniaturowy model ludzkiego serca. Zawiera wszystkie pierwotne typy komórek serca, strukturę komór i tkanki naczyniowej. Cały proces trwał zaledwie kilka tygodni, co pozwoliło naukowcom obserwować w czasie rzeczywistym proces wzrostu ludzkiego serca płodu.

– Te małe serca stanowią niezwykle istotne modele do badania wszystkich rodzajów zaburzeń serca z niespotykaną wcześniej precyzją – podkreśla Aitor Aguirre, adiunkt w dziedzinie inżynierii biomedycznej w Instytucie Ilościowych Nauk i Inżynierii Zdrowia przy Michigan State University.

Organoidy ludzkiego serca zostały stworzone za pomocą nowej struktury komórek macierzystych, która naśladuje środowiska rozwojowe embrionu i płodu.

Organoidy ludzkie już same w sobie stanowią wyrafinowane narzędzie do badań. Ale ten postęp umożliwia też naukowcom badanie współdziałania ludzkich tkanek. Może to ograniczyć potrzebę badań nad lekami pochodzenia zwierzęcego, przyspieszy koncepcję medycyny precyzyjnej, a pewnego dnia doprowadzi do produkcji tkanek do przeszczepów w laboratoriach. Dotychczas naukowcom z Centrum Medycznego Szpitala Dziecięcego w Cincinnati udało się wyhodować jelita zawierające kosmki wchłaniające składniki odżywcze czy organoidy żołądka wytwarzające kwasy trawienne, a także połączony zestaw trzech narządów: wątroby, trzustki i dróg żółciowych. Niedawno powstały też miniaturowe nerki.

– Organoidy to samoorganizujące się trójwymiarowe konstrukcje komórek, które w znacznym stopniu odzwierciedlają właściwości i strukturę narządów – tłumaczy Yonatan Israeli z Michigan State University.

W stworzeniu miniaturowego modelu serca wykorzystano indukowane pluripotencjalne komórki macierzyste – dorosłe komórki pacjenta, aby rozwinąć embrionalne serce. Zdaniem ekspertów oznacza to przełom w leczeniu wrodzonych chorób serca.

– Przeprowadziliśmy bioinżynieryjny proces, który pozwala komórkom macierzystym rozwinąć się tak jak w embrionie, do różnych typów komórek i struktur obecnych w sercu – wskazuje Aitor Aguirre. – Dajemy komórkom instrukcje, a one wiedzą, co mają zrobić, gdy zostaną spełnione wszystkie odpowiednie warunki.

Obecnie choroby serca są jedną z częstszych przyczyn zgonów. Miniaturowe serce stworzone z komórek macierzystych można by wykorzystać do badania nie tylko wrodzonych chorób serca, lecz także innych schorzeń sercowo-naczyniowych, takich jak kardiotoksyczność wywołana chemioterapią i wpływ cukrzycy na rozwijające się serce płodu.

– Obecnie w laboratorium wykorzystujemy organoidy serca do modelowania wrodzonej choroby serca – najczęstszej wady wrodzonej u ludzi, która dotyka prawie 1 proc. noworodków – wskazuje adiunkt z Michigan State University. – Dzięki organoidom możemy badać pochodzenie wrodzonych chorób serca i znaleźć sposoby, aby im zapobiec.

Organoidy pozwalają nie tylko opracować metodę walki z chorobami, ale pomagają też poznać właściwości organów. Co istotne, w ten sposób naukowcom udało się zniwelować problemy natury moralnej.

– Teraz możemy mieć to, co najlepsze z obu światów – precyzyjny ludzki model do badania chorób – maleńkie ludzkie serce. Bez wykorzystywania materiału płodowego lub naruszania zasad etycznych. To wielki krok naprzód – przekonuje Aitor Aguirre.

Ekotrendy w zarządzaniu nieruchomościami

Coraz większa świadomość zmian klimatycznych sprawia, że jednym z najdynamiczniej rozwijających się trendów są rozwiązania proekologiczne. Fotowoltaika, garaże wyposażone w ładowarki samochodów elektrycznych czy zwracanie uwagi na zieleń to elementy na które coraz częściej będą gościły na osiedlach mieszkaniowych.

W najbliższych miesiącach, będziemy mieli do czynienia z lawinowo rosnącą liczbą wniosków o zakładanie fotowoltaiki, także w miastach i dużych aglomeracjach w Polsce. Rosnące koszty utrzymania nieruchomości wypływają bezpośrednio na ciągłe poszukiwanie oszczędności tam, gdzie to możliwe. Ponieważ zakładanie baterii słonecznych i instalacji prądotwórczych w coraz większym stopniu podlega refinansowaniu z dopłat EU, coraz więcej wspólnot mieszkaniowych decyduje się podjąć to wyzwanie. W wielu zarządzanych przez nas inwestycjach jesteśmy w trakcie realizacji i po wielu wymiarowych kalkulacjach, które pomagają nam poznać koszty i potencjał skali zwrotu z inwestycji. Przy przyjętych przez nas kryteriach realizacje, których jesteśmy świadkami zwrócą się w 7 do 10 lat. Jeśli weźmiemy pod uwagę dopłaty unijne – może to być nawet 5-letnia stopa zwrotu. Później instalacja będzie zarabiać sama na siebie i stanowić także dodatkowe zasilanie w budynkach oraz częściach wspólnych. Reasumując w ujęciu np. 30 lat inwestycji – to czysta korzyść dla każdego mieszkańca i realna oszczędność – zwłaszcza, że ceny prądu raczej nie będą topniały przez 3 kolejne dekady z rzędu.

W tym duchu coraz więcej mieszkańców zgłasza się do nas z prośbą o wsparcie w zakresie instalacji prywatnych ładowarek do pojazdów elektrycznych. Na początku boomu w segmencie elektromobilności wystarczało jedno lub dwa miejsca wydzielone na ładowanie pojazdów elektrycznych na terenie inwestycji. Dzisiaj takich wniosków otrzymujemy naprawdę bardzo dużo i stanowią one coraz większy odsetek pośród miejsc postojowych na terenach inwestycji, którymi zarządzamy.

Kolejnym aspektem jest nowy trend mikro retencji wody, czy specjalnych zbiorników poświęconych na zbieranie deszczówki. Tzw. szara woda może nie tylko zasilić podlewanie ogródków, trawników, klombów i innych nasadzeń, ale również służyć np. do zasilenia spłuczek w pionach WC. Mamy kilka inwestycji na terenie Warszawy, które właśnie w ten sposób wykorzystują retencję wody deszczowej. Warto tutaj wspomnieć, że wspólnoty mogą dzięki retencji również ubiegać się o niemałe dofinansowanie takich aktywności z budżetów urzędów gmin i miast. Pozwoli to zasilić budżet wspólnoty i refinansować koszty związane z budową zbiorników retencyjnych.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami

Centralny Port Komunikacyjny – ruszają inwentaryzacje przyrodnicze wzdłuż planowanej linii dużych prędkości Warszawa – Łódź

Spółka Centralny Port Komunikacyjny podpisała pierwszą umowę na inwentaryzacje przyrodnicze: dla obszaru prawie 26 tys. ha terenu wzdłuż planowanej linii dużych prędkości Warszawa – Łódź. Do końca września analogicznymi badaniami ma zostać objętych w sumie 115 tys. hektarów wzdłuż 530 km przyszłych tras kolejowych.

Inwentaryzacje przyrodnicze to badania, które pozwalają na identyfikację chronionych, rzadkich lub zagrożonych elementów środowiska na terenach przeznaczonych pod przyszłe inwestycje. Jednocześnie jest to jeden z elementów procedury środowiskowej, która poprzedza uzyskanie oceny oddziaływania na środowisko, decyzji lokalizacyjnej, a później pozwolenia na budowę.

Inwentaryzacje_przyrodnicze_infografika_3_26082020 Działamy zgodnie z planem, naszym celem jest dotrzymanie zadeklarowanych harmonogramów. Ruszające właśnie inwentaryzacje przyrodnicze oznaczają dla CPK rozpoczęcie procedury inwestycyjnej. To ważny etap, który pozwoli spółce CPK pozyskać dane na potrzeby postępowania środowiskowego – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Inwentaryzacje przyrodnicze polegają na obserwacji i katalogowaniu istotnych elementów fauny i flory. Oczywiście, są to badania nieinwazyjne, które nie będą generować uciążliwości dla mieszkańców. To w ich interesie przeprowadzamy inwentaryzacje przyrodnicze. Naszym celem jest, żeby nowe linie kolejowe były jak najmniej uciążliwe zarówno dla mieszkańców, jak też  dla przyrody – podkreśla prezes spółki CPK Mikołaj Wild.

Zlecenie dotyczące odcinka Warszawa – Łódź to pierwsza z dziewięciu umów inwentaryzacyjnych, które CPK planuje podpisać w ciągu najbliższych tygodni. Dzięki nim do końca 2021 r. zostaną przeprowadzone inwentaryzacje przyrodnicze wzdłuż pierwszych 530 km planowanych linii kolejowych.Inwentaryzacje_przyrodnicze_infografika_2_26082020

Poniżej znajduje się lista inwestycji, na których będą prowadzone inwentaryzacje przyrodnicze:

  1. Warszawa – Łódź (bez węzła CPK)
  2. Sieradz Północny – Kępno
  3. Kępno – Czernica Wrocławska
  4. Łódź – Sieradz Północny
  5. Żarów – granica państwa (PL/CZ)
  6. Czernica Wrocławska – Wrocław
  7. Łętownia – Rzeszów
  8. Trawniki – Krasnystaw Miasto i Wólka Orłowska – Zamość
  9. Ostrołęka – Łomża

Harmonogram CPK zakłada, że te inwestycje będą realizowane w pierwszej kolejności, tak żeby móc rozpocząć przygotowawcze prace budowlane przed końcem 2023 r.

Powyższe inwestycje są planowane do realizacji przed końcem 2027 r. i pozwolą na znaczące skrócenie czasów przejazdu, np. z Warszawy:

  • do Łodzi (do 45 min), Sieradza (1 godz. 15 min) i Wrocławia (1 godz. 55 min); w ramach szprychy nr 9 w relacji: Warszaw – CPK – Łódź – Sieradz – Wrocław – Wałbrzych – granica z Czechami.
  • do Zamościa (do 2 godz. 15 min); w ramach szprychy nr 5 w relacji CPK – Warszawa – Lublin – Zamość – granica z Ukrainą.

Ponadto zostanie utworzone nowe połączenie z Warszawy do Łomży (z czasem przejazdu 1 godz. 20 min); w ramach szprychy nr 3 w relacji CPK – Warszawa – Ostrołęka – Łomża – Pisz – Giżycko.

Łączna powierzchnia terenów przeznaczonych do inwentaryzacji na potrzeby budowy linii kolejowych w ramach tego etapu to 114 tys. ha na terenie woj. mazowieckiego, łódzkiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego, podkarpackiego, lubelskiego i podlaskiego. Szacowana wartość umów tych umów to 7,5 mln zł netto.

Całość prac inwentaryzacyjnych powinna zostać wykonana w ciągu 16 miesięcy. Pierwsze dwa miesiące zajmie aktualizacja danych i analiza dokumentów pozyskanych z archiwów, z opracowań naukowych i od samorządów, a dotyczących obszaru przyszłej inwentaryzacji.

Następnie planowane jest wejście ekip badawczych w teren w celu identyfikacji chronionych, rzadkich, zagrożonych gatunków. Te prace na każdym odcinku potrwają 12 miesięcy, ponieważ badania muszą objąć wszystkie pory roku. Kolejne dwa miesiące przeznaczone są na zamknięcie raportu i odbiór usługi.

Powyższe kontrakty są częścią umowy ramowej, którą spółka CPK podpisała z sześcioma wykonawcami w grudniu ub. roku Szacowana łączna wartość zamówienia to ponad 26 mln zł. W postępowaniu komisja przetargowa wskazała firmy: Multiconsult, WYG, Daniel Maranda, Asanga, IdomFFP Enviro, Mosty Gdańsk i BBF.

Umowa została zawarta na pięć lat. Wyselekcjonowane firmy każdorazowo biorą teraz udział w organizowanych przez CPK zamówieniach cząstkowych. O konkretnym zleceniu na inwentaryzację przyrodniczą w ramach Programu Kolejowego CPK decyduje zaproponowana przez firmę cena.

Na przełomie września i października br. spółka CPK planuje podpisać umowę na inwentaryzacje przyrodnicze dla węzła CPK, czyli terenów przewidzianych pod budowę nowego lotniska przesiadkowego wraz z dworcem kolejowym i zbiegających się tutaj nowych linii kolejowych.

Inwestycje kolejowe CPK to łącznie prawie 1800 km nowych linii, które mają powstać do końca 2034 r. Na Program Kolejowy CPK składa się w sumie 12 tras  kolejowych, w tym 10 tzw. szprych prowadzących z różnych regionów Polski do Warszawy i CPK.

Połączą one CPK i Warszawę z większością regionów Polski, zapewniając czas przejazdu do 2,5 godz. Łącznie 179 powiatów zostanie skomunikowanych szybkimi połączeniami kolejowymi, a 24 mln ludzi znajdzie się w bezpośrednim zasięgu nowej sieci kolejowej. Jak zakłada najnowszy harmonogram, wszystkie roboty zostaną zrealizowane w latach 2023-2034.

Rekomendacje dotyczące projektowania opakowań w zgodzie z ekologią i ekonomią

Krajowa Izba Gospodarcza (KIG), wspólnie z przedstawicielami przemysłu opakowaniowego, przygotowała opracowanie „Środowiskowe aspekty projektowania opakowań”, mając na uwadze nowe wymagania UE związane z pakietem gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ) i konieczne zmiany prawne dotyczące gospodarowania odpadami oraz trwającą dyskusję na temat ostatecznego kształtu polskiego systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Publikacja zawiera ekspercie rekomendacje w zakresie ekoprojektowania dla podstawowych grup opakowaniowych tj. aluminium, stali, papieru, szkła oraz tworzyw sztucznych.

Opakowania i odpady opakowaniowe mają ogromne znaczenie dla krajowego systemu gospodarki odpadami. Według GUS w 2019 roku na rynek krajowy trafiało z wyrobami 5,5 mln ton opakowań typu b2b oraz b2c. Aktualnie zarówno producenci opakowań jak i wprowadzający na rynek zapakowane produkty, stoją przed licznymi wyzwaniami związanymi z implementacją unijnego pakietu GOZ, szczególnie w zakresie ROP.

Nowy system ROP będzie łączył przydatność opakowania do recyklingu z kosztami za jego wprowadzenie na rynek. W przypadku opakowań, których recykling jest szczególnie trudny, przełoży się to na 20 – 30 krotny wzrost opłat dla przedsiębiorców wprowadzających te opakowania na rynek. Zgodnie z unijnymi wytycznymi, gospodarowanie odpadami opakowaniowymi nie powinno ograniczać się do ich zbierania i ponownego zagospodarowania. Bardzo istotny jest etap projektowania opakowań z uwzględnieniem kwestii środowiskowych oraz zapewnieniem ich przydatności do recyklingu. Autorzy opracowania „Środowiskowe aspekty projektowania opakowań” zgodnie wskazują na fundamentalne znaczenie takiego podejścia.

Wspomniana publikacja jest branżową inicjatywą na rzecz zebrania i uporządkowania wiedzy oraz oczekiwań w zakresie projektowania opakowań w oparciu o aspekty techniczne, logistyczne, a przede wszystkim środowiskowe. W opracowaniu przedstawiono wspólne rekomendacje producentów opakowań, co do możliwości ekoprojektowania zgodnie z ideą GOZ i przydatności do recyklingu.

Jak podkreślają autorzy opracowania, ekoprojektowanie zakłada dodatkowe planowanie i przygotowanie nowego produktu czy opakowania w sposób zgodny z ideą GOZ, a efektem takiego podejścia winny być opakowania, które są:

  • łatwe w demontażu oraz intuicyjne w segregacji po opróżnieniu ich całkowicie z zawartości,
  • na ogół wykonane z materiału jednorodnego, a jeśli nie, to łączone materiały powinny w prosty sposób dać się rozdzielić,
  • nadające się w całości do recyklingu, bez konieczności ponoszenia wysokich kosztów ich przygotowania/doczyszczenia,
  • wykonane z materiału, który w znacznej części pochodzi z recyklingu.

Obecnie przedsiębiorcy wprowadzający produkty w opakowaniach, łożą w ramach istniejącego systemu ROP na zbiórkę i recykling opakowań ok. 100 mln zł rocznie – podkreśla Krzysztof Kawczyński z KIG. – Wstępne szacunki wskazują, że ze względu na konieczność wdrożenia odpadowego pakietu dyrektyw UE związanych z GOZ, opłaty te mogą ulec zwiększeniu nawet do kwoty ok. 2 – 2,5 mld zł od 2023 roku. – dodaje Krzysztof Kawczyński.

Planowane zmiany przełożą się na ponoszone koszty i konkurencyjność produktów w opakowaniach. Przedsiębiorcy mają ostatni moment, by dokonać przeglądów swoich opakowań i podjąć decyzje dotyczące zastąpienia niektórych opakowań innymi, bardziej przydatnymi do recyklingu, co pozwoli na uniknięcie poważnych kosztów za 2 – 3 lata. Najważniejsze decyzje w tym zakresie będą należeć do osób odpowiedzialnych za wybór opakowania w procesie tworzenia produktu.

Mamy nadzieję, że nasze opracowanie pozwoli przedsiębiorcom wprowadzającym na rynek produkty w opakowaniach lepiej przygotować się do czekających branżę w najbliższym czasie zmian regulacyjnych w ramach systemu ROP oraz związanych z tym kosztów, a także umożliwi wdrożenie rozwiązań, które przyczynią się do realizacji wyższych celów recyklingu zgodnych z unijną dyrektywą – podkreśla Jacek Wodzisławski z Fundacji RECAL.

Autorami i partnerami merytorycznymi publikacji pod auspicjami Krajowej Izby Gospodarczej są:

  • Fundacja na rzecz Odzysku Opakowań Aluminiowych RECAL – opakowania metalowe,
  • Fundacja PlasticsEurope Polska – opakowania z tworzyw sztucznych,
  • Stowarzyszenie Papierników Polskich – opakowania z papieru,
  • Związek Pracodawców „Polskie Szkło” – opakowania szklane.
  • Instytut Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju INNOWO

Dzięki inicjatywie branży opakowaniowej do przedsiębiorców, firm zajmujących się recyklingiem, odpowiedzialnej administracji rządowej i samorządowej trafia bezpłatny poradnik z rekomendacjami, które pozwalają na lepsze przygotowanie się do realizacji wysokich celów GOZ w najbliższych latach przy optymalnych kosztach ponoszonych przez zainteresowanych producentów.

Rzecznik MŚP otrzymał od Ministra Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie ubiegania się o subwencję finansową przez przedsiębiorców, którzy zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne lub tzw. osoby współpracujące.

W związku ze zgłaszanymi przez przedsiębiorców wątpliwościami, Rzecznik MŚP wystąpił do Minister Rozwoju z wnioskiem o wydanie objaśnień prawnych w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne lub tzw. osoby współpracujące.

Rzecznik otrzymał objaśnienia o następującej treści:

1. „Czy w świetle przepisu § 2 ust. 3 rozporządzenia MFIPR w związku z art. 12 ust. 1 ustawy OSIR w związku art. 4 i 5 załącznika nr I do rozporządzenia 651/2014 w celu uzyskania subwencji finansowej, o której mowa w regulaminie ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”, do liczby pracowników zatrudnionych przez przedsiębiorcę wliczana może być osoba współpracująca w rozumieniu art. 8 ust. 11 ustawy o SUS?”

Zgodnie z postanowieniami rządowego Programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych Średnich Firm na potrzeby ustalenia statusu mikroprzedsiębiorcy, małego lub średniego przedsiębiorcy, jako podmiotu uprawnionego do udziału w rządowym programie udzielania beneficjentom subwencji finansowych „Tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Firm”, przez pracownika rozumie się wyłącznie osobę zatrudnioną na podstawie umowy o pracę, przy czym za pracowników nie uważa się pracowników na urlopach macierzyńskich, ojcowskich, rodzicielskich, wychowawczych i zatrudnionych w celu przygotowania zawodowego. Wobec powyższego, przedsiębiorca może zaliczyć w ramach ogólnej liczby pracowników, ustalanej na potrzeby określenia statusu mikroprzedsiębiorcy albo MŚP, osobę współpracującą zgłoszoną do ubezpieczeń społecznych pod kodem 0511 – pod warunkiem, że osoba ta jest jednocześnie pracownikiem w świetle powyższej definicji.

2. „Czy w świetle przepisu § 2 ust. 3 rozporządzenia MFIPR w związku z art. 12 ust. 1 ustawy OSIR w związku art. 5 załącznika nr Ido rozporządzenia 651/2014, w celu uzyskania subwencji finansowej, o której mowa w regulaminie ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”, do liczby pracowników zatrudnionych przez przedsiębiorcę wliczana może być osoba związana z przedsiębiorcą umową zlecenia?”

Na potrzeby określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej udzielanej mikroprzedsiębiorcom w ramach Programu za pracownika uważa się: osobę fizyczną, która zgodnie z przepisami polskiego prawa pozostaje z beneficjentem w stosunku pracy oraz została zgłoszona przez beneficjenta do ubezpieczenia społecznego na dzień ustalania stanu zatrudnienia beneficjenta dla potrzeb określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej przysługującej beneficjentowi, z zastrzeżeniem, że stan zatrudnienia określa się w przeliczeniu na pełny wymiar czasu pracy; lub współpracującą z beneficjentem, niezależnie od formy prawnej tej współpracy (w szczególności na podstawie umów cywilnoprawnych, takich jak umowa zlecenia lub umowa o dzieło), która była zgłoszona przez beneficjenta do ubezpieczenia społecznego na dzień ustalania stanu zatrudnienia dla potrzeby określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej przysługującej beneficjentowi.

Podstawa prawna: art. 33 ust. 1 ustawy – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. 2019, poz. 1292).

Platforma Żywnościowa – do końca września handel kontraktami terminowymi na towary rolno-spożywcze zwolniony z opłat giełdowych

  • Z dniem 31 sierpnia br. dobiega końca pilotaż Platformy Żywnościowej, realizowany przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR) i Grupę Kapitałową GPW (GPW, TGE, IRGiT) we współpracy z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi
  • W okresie pilotażowym sprzedano łącznie 1250 ton pszenicy. W tym czasie do RTRS dołączyły 34 autoryzowane magazyny oraz trzy domy maklerskie
  • Do końca trwania pilotażu uczestnicy rynku rolnego pozostają zwolnieni z opłat giełdowych. Jednocześnie GK GPW podjęła decyzję o wydłużeniu tego okresu do końca września br.

W związku z dobiegającym końca okresem pilotażowym Platformy Żywnościowej odbyło się spotkanie komitetu sterującego projektu, na którym podsumowano realizację projektu. W spotkaniu udział wzięli: Sekretarz Stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych – Artur Soboń, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi – Ryszard Kamiński, Zastępca Dyrektora Generalnego KOWR – Wojciech Kędzia oraz Członek Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie – Izabela Olszewska.

– Wiosenna susza była dużym zagrożeniem, ale majowe opady przyszły w ostatnim momencie. Szacunki tegorocznych zbiorów zbóż zapowiadają dobre plony. Liczę, że udane zakończenie pilotażu skłoni większą liczbę rolników do korzystania ze sprzedaży ziarna za pośrednictwem giełdy. Ta forma daje nie tylko gwarancję obrotu, ale też pozwala na uzyskanie lepszej ceny, która nie jest obciążona zyskami rzeszy pośredników. To jest droga do uproszczenia i ucywilizowania całego łańcucha żywnościowego, a co za tym idzie i do sprawiedliwego podziału zysku pomiędzy wszystkimi uczestnikami. Sukces pilotażu jeszcze bardziej zachęca do dalszego rozwoju giełdowego rynku rolnego i poszerzenia palety oferowanych na niej produktów – mówi Jan Krzysztof Ardanowski, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Zakończenie okresu pilotażowego RTRS oznacza, że od 1 września br. będzie on prowadzony przez Towarową Giełdę Energii, spółkę zależną Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, na zasadach komercyjnych. W ramach promocji rynku rolnego oraz w celu zachęcenia do aktywnego uczestnictwa w rynku, po okresie żniw, GK GPW podjęła decyzję o zwolnieniu z pobierania opłat giełdowych na rynku rolnym do końca września.

– Cieszy mnie, że warszawska giełda, podążając w ślad za innymi rozwiniętymi operatorami giełdowymi, wchodzi w nowe sektory gospodarki i unowocześnia je. Poszerzenie oferty produktowej GK GPW o rynek rolny jest bardzo ważnym krokiem ku dalszemu rozwojowi rolnictwa w Polsce. Jesteśmy jednym z głównych producentów zbóż w UE. Sukces naszego projektu zapewni międzysektorowa współpraca podmiotów biznesowych, administracyjnych i naukowych – zaznacza Artur Soboń, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

W trakcie okresu pilotażowego do obrotu na RTRS wprowadzono dwa towary: od początku marca – pszenicę, a od końca lipca – żyto. Obrót tymi towarami odbywa się w dwóch równolegle funkcjonujących systemach: kursu jednolitego oraz aukcyjnym. Na etapie autoryzacji każdy magazyn wskazuje rodzaj towaru, jaki będzie przechowywał: pszenica i/lub żyto.

– Jestem bardzo wdzięczny wszystkim podmiotom zaangażowanym w tworzenie Platformy Żywnościowej za tak sprawną i efektywną współpracę. Mogę z pewnością powiedzieć, że dalsze zarządzanie tym projektem przekazujemy w dobre ręce. Wysokie kompetencje i niezawodna operacyjność GPW zapewnią rozwój i realizację założonych celów Platformy Żywnościowej, w czym jako KOWR będziemy dalej wspierać – mówi Wojciech Kędzia, Zastępca Dyrektora Generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

Od momentu uruchomienia RTRS sprzedano na nim łącznie 1250 ton pszenicy w ramach jednej aukcji i dwóch sesji giełdowych w systemie kursu jednolitego. W ciągu sześciu miesięcy na giełdowym rynku rolnym zarejestrowano 34 autoryzowane magazyny oraz dopuszczono do działania trzy domy maklerskie.

– Platforma Żywnościowa to pionierski, nowatorski projekt, który wymaga zaangażowania wszystkich interesariuszy rynku. Choć pandemia koronawiursa w pewnym stopniu ograniczyła nasze plany biznesowe w okresie pilotażowym, planujemy realizować je i pozyskać jeszcze więcej uczestników RTRS w najbliższych miesiącach. Jednocześnie, zamierzamy wprowadzać do obrotu kolejne produkty oraz umożliwić handel kontraktami terminowymi na towary rolno-spożywcze – podkreśla Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi powierzyło KOWR jako podległej instytucji wykonawczej koordynację wdrożenia projektu Platforma Żywnościowa. KOWR jest liderem konsorcjum, w skład którego wchodzą także Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ) oraz Instytut Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego (IBPRS). Środki finansowe na pokrycie kosztów realizacji projektu pochodzą z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) w ramach programu GOSPOSTRATEG.

Podstawą działania Platformy Żywnościowej jest Towarowa Giełda Energii, Izba Rozliczeniowa Giełd Towarowych (IRGiT) i Magazyny Autoryzowane. TGE zapewnia transparentny obrót towarami rolnymi, izba rozliczeniowa – bezpieczeństwo rozliczeń finansowych, a Magazyny Autoryzowane – wysoką jakość przechowywanego towaru.

Zrównoważone relacje Europy Środkowo-Wschodniej i Stanów Zjednoczonych tematem konferencji Emerging Europe

Kluczowi decydenci, liderzy biznesu, przedstawiciele światowych i regionalnych mediów będą dyskutowali na temat przyszłości relacji państw Europy Środkowej i Wschodniej oraz Stanów Zjednoczonych podczas wirtualnej debaty „Emerging Europe and The United States: Towards 2030”. Spotkanie online organizowane przez wiodącą londyńską organizację zajmującą się sprawami regionu odbędzie się 27 sierpnia tego roku. Wydarzeniu towarzyszy badanie przeprowadzone wśród europejskich i amerykańskich organizacji handlowych, służb dyplomatycznych, biznesu i think-tanków na temat szans, wyzwań i zagrożeń dla transatlantyckiej współpracy. Jego wyniki i płynące z debaty wnioski zostaną przedstawione w raporcie po konferencji. Właśnie trwa rejestracja dla uczestników tego wirtualnego spotkania.

Debatę 27 sierpnia otworzy Mircea Geoană, zastępca sekretarza generalnego NATO, w przeszłości m.in. minister spraw zagranicznych Rumunii. Dyskusja o współpracy regionu ze Stanami Zjednoczonymi zostanie podzielona na cztery obszary, które będą dotyczyły: infrastruktury, energetyki, cyfrowej transformacji i ochrony zdrowia. Stany Zjednoczone są kluczowym partnerem dla krajów środkowej i wschodniej Europy. W samej Polsce wartość amerykańskich inwestycji przekracza 60 miliardów dolarów. W 2017 r. prezydent Donald Trump poparł Inicjatywę Trójmorza, stwierdzając, że ten projekt „przekształci i odbuduje cały region”. Rok później amerykański sekretarz ds. Energii Rick Perry ogłosił „Partnerstwo na rzecz transatlantyckiej współpracy energetycznej” (P-TEC). I wreszcie w marcu tego roku Macedonia Północna została 30. członkiem sojuszu NATO.

„Inicjatywa Trójmorza wydaje się mieć ponadpartyjne poparcie w Stanach Zjednoczonych, które chcą zaoferować pomoc państwom regionu w odpieraniu rosyjskiej i chińskiej presji ekonomicznej” – powiedział Andrew Wrobel, Partner Założyciel Emerging Europe. „Naszym zadaniem, jako organizacji koncentrującej się na zrównoważonym rozwoju Europy Środkowej i Wschodniej, jest przygotowywanie debaty o relacjach z Ameryką oraz zaangażowanie sektora prywatnego” – dodał Andrew Wrobel.

Konferencja online jest skierowana do polityków, przedsiębiorców, dziennikarzy mediów z regionu i przedstawicieli ośrodków badawczych. Wśród prelegentów znajdą się m.in. Tony Housh – Prezes Rady Dyrektorów Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce, Cristian Bușoi – eurodeputowany, członek Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii w Parlamencie Europejskim, Jarosław Ponder – dyrektor w Międzynarodowym Związku Telekomunikacyjnym. Swój udział w dyskusji potwierdzili także czołowi dziennikarze, m. in. Liz Claman z Fox Business Network i Kasia Madera z BBC.

Debatę poprzedza badanie, którego uczestnikami są dyplomaci i członkowie ośrodków analitycznych. Jego wyniki zostaną opublikowane w raporcie, który zostanie opracowany po debacie i zostanie szeroko rozdystrybuowany wśród kluczowych podmiotów we wszystkich 23 europejskich krajach wspieranych przez Emerging Europe. Rejestracja na to wydarzenie jest możliwa na stronie think tanku Emerging Europe.

Prezes PGNIG: mimo pandemii jesteśmy w bardzo dobrej kondycji

Pandemia koronawirusa osłabiła polską gospodarkę, ale na tle innych państw Europy, w tym Niemiec czy Włoch, wyglądamy dobrze. Z kolei PGNIG błyszczy na tle polskiej gospodarki osiągając najlepsze wyniki w historii – mówi Jerzy Kwieciński, prezes spółki Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo.

Drugi kwartał 2020 roku był dla polskiej gospodarki wyjątkowo trudny. Epidemia koronawirusa skutecznie przyczyniła się do znaczącego spadku wzrostu gospodarczego, który rok do roku wyniósł 8,2 proc. Z pozoru to dużo.

„Ale jeżeli spojrzymy na to, co się działo w skali całej gospodarki europejskiej, to nasz spadek jest mniej więcej dwa razy mniejszy niż średnia w Unii Europejskiej. U naszych sąsiadów Słowaków to było 12 proc, u Węgrów 14 proc. Również w Niemczech, u naszego głównego partnera handlowego było to 12 proc.” – wyjaśnia prezes Kwieciński.

Zauważa też, że wśród krajów położonych na południu Europy (Włochy, Hiszpania), bardziej dotkniętych epidemią koronawirusa, spadek ten wyniósł aż 20 proc.

„Na tym tle polska gospodarka naprawdę radzi sobie nieźle. Według prognoz Komisji Europejskiej spadek wzrostu w tym roku, który jest dla nas przewidywany – 4,6 proc. ma być najniższy w Europie, a w przyszłym roku mamy szybko odbić” – mówi prezes PGNIG.

Jego zdaniem tak jak polska gospodarka dobrze wygląda na tle Europy, tak PGNiG dobrze wypada na tle naszej gospodarki. „Możemy śmiało powiedzieć, że cała nasza grupa kapitałowa ma najlepsze wyniki w historii. Już rok temu wydawało się, że w pierwszym i drugim kwartale wyniki PGNIG będą historycznie najlepsze, ale ten rok jest jeszcze lepszy”- zapewnia Kwieciński. Wyniki PGNIG za drugi kwartał i pierwsze półrocze tego roku są najlepszymi rezultatami, jeśli chodzi o zysk operacyjny i zysk netto w przypadku całej polskiej giełdy.

„Kiedy nasz nowy zarząd przejmował stery na początku tego roku, byliśmy na 7. miejscu wśród spółek giełdowych. W czasie pandemii, w tym najbardziej krytycznym momencie w marcu nawet spadliśmy na 8. miejsce. A w tej chwili jesteśmy na 2. miejscu, po CD Projekcie i jesteśmy największą polską spółką przemysłową pod względem kapitalizacji” – podkreśla Jerzy Kwieciński.

Według niego te rekordowe wyniki zostaną przebite dopiero za parę lat przez nową spółkę powstałą z połączenia PGNIG z Orlenem i Lotosem.

Program „Czyste Powietrze” – nowe zasady i kwoty dofinansowań

Ruszyła kolejna edycja Programu „Czyste Powietrze”, który zapewnia dopłaty do wymiany starych pieców oraz docieplenia domów jednorodzinnych. Rząd nie tylko wznowił działania, ale zwiększył również wysokość dofinansowania do nawet 30 000 złotych. To wszystko w ramach walki ze smogiem.

Mimo iż Program staje się coraz bardziej rozpoznawalny, a świadomość Polaków w zakresie ochrony środowiska stale wzrasta, to problem smogu w naszym kraju nadal pozostaje szczególnie uporczywy. Za taką sytuację odpowiada niska emisja, czyli uwalnianie do atmosfery szkodliwych substancji, która spowodowana jest głównie przez tak zwane „kopciuchy”. Program „Czyste Powietrze” podzielony został na trzy kategorie.

Dotacja

Polega na dofinansowaniu przedsięwzięć realizowanych przez beneficjentów uprawnionych do podstawowego oraz podwyższonego poziomu dofinansowania. To idealne rozwiązanie dla osób, których dochód roczny nie przekracza 100 000 złotych, lecz skorzystać mogą z tego także gminy (w formie pożyczki uzupełniającej dla beneficjentów) lub może ona zostać przeznaczona jako dofinansowanie na częściową spłatę kapitału kredytu bankowego. Co ważne, wnioski można składać on-line poprzez portal gov.pl. Zostaną one rozpatrzone szybciej, niż w poprzedniej edycji Programu, bo w ciągu 30 dni.

Poniżej dotacje dla poszczególnych kategorii kosztów kwalifikowanych:program czyste powietrze

Biorąc pod uwagę, że Polska jest jednym z czołowych producentów pelletu w Europie, warto wziąć pod uwagę to ekologiczne paliwo produkowane z biomasy w formie granulatu. W czasach coraz większej świadomości ekologicznej staje się to istotnym argumentem przy wyborze technologii ogrzewania budynków prywatnych. Również elektrownie i elektrociepłownie sukcesywnie zwiększają udział paliw z biomasy jako surowca w swojej produkcji.

Koszt ogrzewania budynku pelletem może być nawet o ponad 50% niższy niż w przypadku opalania olejem opałowym. W efekcie wymiana instalacji nawet w domu jednorodzinnym może zwrócić się już w ciągu dwóch lat. Dodatkowo, instalacje takie są praktycznie bezobsługowe – mówi Marcin Przybysz z firmy Maximer.

Stop smog

To dofinansowanie dla gmin na rzecz wsparcia dla domów jednorodzinnych osób ubogich energetycznie. Finansuje wymianę bądź likwidację oraz termomodernizację źródeł ciepła. Wnioskodawcą musi być gmina, która uzyska z budżetu państwa do 70% dofinansowania kosztów inwestycji.

Ulga termomodernizacyjna

Ulga polega na odliczeniu od podstawy obliczenia podatku (przychodów – w przypadku podatku zryczałtowanego) wydatków poniesionych na realizację przedsięwzięcia termomodernizacyjnego w budynku mieszkalnym jednorodzinnym. Ulga podatkowa może łączyć się z dotacją z Programu „Czyste Powietrze”, a odliczenia dokonuje się w zeznaniu za rok podatkowy, w którym poniesiono wydatek. Niemniej kwota odliczenia nie może przekroczyć 53 000 złotych w odniesieniu do wszystkich realizowanych przedsięwzięć termomodernizacyjnych w poszczególnych budynkach, których podatnik jest właścicielem lub współwłaścicielem.

Warto zatem już dziś pomyśleć o wymianie pieca i nie odwlekać tego na ostatnią chwilę przed sezonem grzewczym. Tym bardziej, że pierwsza część dotacji już ruszyła, a druga będzie dostępna lada moment.

Programista na swoim – ponad połowa pracowników w IT to samozatrudnieni

Ponad połowę ofert pracy (57 proc.) dla specjalistów IT w Polsce stanowią umowy B2B, wynika z niedawno opublikowanego raportu No Fluff Jobs. Rosnąca popularność projektowych i bardziej elastycznych form współpracy w branży IT wiąże się z intensywnym rozwojem całej branży, w tym rosnącym wynagrodzeniem dla najlepszych specjalistów. Kontrakty B2B nie są jednak zupełnie wolne od wad i pułapek, o czym wielu przedsiębiorców zapomina – komentuje Tomasz Klecor z kancelarii Legal Geek.

Wady i pułapki B2B

Po pierwsze, umowa B2B to nie umowa o pracę. Choć różnice między obiema formami zatrudnienia mogą wydawać się płynne, to warto na poziomie umowy je jasno wskazać. Kontrakt zakłada samodzielność w wykonywaniu zadań. Współpraca w ramach kontraktu B2B z założenia jest bardziej elastyczna niż w ramach stosunku pracy. Oczywiście osoba wykonująca zadania w ramach kontraktu może dysponować bardzo podobnym stanowiskiem roboczym jak pracownik na umowę o pracę, a zatem może także np. posługiwać się firmowym mailem czy wizytówką, ale musi to być uzasadnione rodzajem wykonywanych zadań.

Po drugie, kwestia praw autorskich. To również istotna różnica w stosunku do umów o pracę, które z założenia wiążą się z przeniesieniem tych praw na pracodawcę. Podpisując kontrakt B2B programista powinien określić czy umową przenosi prawa autorskie do np. kodu komputerowego czy też udziela jedynie licencji na niego. Używając pewnego porównania – różnica przypomina tę między sprzedażą a wynajęciem domu.

Jednocześnie warto ustalić tzw. pola eksploatacji, czyli do czego można wykorzystać np. kod komputerowy: czy tylko do rozwoju strony www czy też do aplikacji mobilnej? Działa to podobnie jak prawo jazdy: posiadając uprawnienia tylko do jazdy samochodem osobowym nie mogę prowadzić ciężarówki. Inną sprawa jest korzystanie z cudzego kodu w czasie wykonywania zleconych zadań. Zawsze należy zweryfikować, na podstawie jakich licencji powstał ten kod. Korzystanie z kodu niezgodnie z licencją go obejmującą może wiązać się z dotkliwymi konsekwencjami finansowymi (np. w rezultacie procesów cywilnoprawnych).

Tomasz Klecor, prawnik, partner w kancelarii Legal Geek, współtwórca Kreatora Legal Geek

Sztuczna inteligencja – co nas czeka za 10 lat?

Sztuczna inteligencja (AI) we współczesnym świecie zajmuje się niemal wszystkim. To gałąź informatyki która znajduje zastosowanie prawie w każdej znanej nam dziedzinie. Zaczynając od technologii typu telefony komórkowe, idąc przez internet tj. portale społecznościowe, sieci rozrywkowe a kończąc na medycynie czy świecie nieruchomości. Cechą AI jest wykorzystanie archetypów które eksploatując funkcje np. uczenia maszynowego rozwiązują kolejne problemy. Dzięki analizom i badaniom jest możliwość usprawniania czy reorganizacji danego rozwiązania z zakresu AI.

Sztuczna inteligencja zaczęła się rozwijać w dobie cyfryzacji i informatyzacji. Skoro komputer potrafi „przetwarzać” informacje przekazane przez człowieka to naturalnie zadaliśmy pytanie „Jak to wykorzystać?”. Tak zaczęły powstawać pierwsze proste algorytmy. Wszystko sprowadzało się do matematyki i równań. Jeżeli 2×5= 10 i zawsze będzie 10 to samo jest ze zbiorem danych. Pewne elementy będą nie zmienne należało więc usprawniać sekwencje wyłączając z obiegu czynnik ludzki. Obserwacje oczywiście wykazały, że da się przeprowadzić niektóre procesy z udziałem AI.

Algorytmy układane i rozwijane są w zakresie w którym będą wykorzystywane. Stawiamy tezę, znajdujemy odpowiedź i pracujemy nad najsprawniejszym, trafionym rozwiązaniem. AI to takie pomieszanie logiki, kombinatoryki, prawdopodobieństwa czyli wszystkiego tego czym zajmuje się szeroki zakres królowej nauk- matematyki oraz innych dziedzin np. psychologii czy filozofii. Żeby algorytm miał sens i działał musi korzystać ze zbioru informacji w zakresie w jakim jest tworzony. Np. jeżeli chcemy stworzyć algorytm potencjalnie zmniejszający liczbę fraudów w firmie to najpierw musimy zebrać dane w jakich przypadkach najczęściej ta spłacalność jest niska lub zerowa. Jeżeli chcemy udostępnić  użytkownikom bota głosowego to musimy zebrać maksymalną ilość problemów i pytań które się powielają. Wszystko to kwestia obserwacji i zbierania danych.

Algorytm czy człowiek?

Algorytmy są bardzo skuteczne i na pewno wielokrotnie usprawniają pracę w danym zakresie. Jeżeli chodzi o niezawodność to można  powiedzieć, że są i nie są. Nie, ponieważ mamy w historii kilka przykładów rozwiązań, które po prostu się nie sprawdziły. Tak bo mamy o wiele więcej technologii, która się przyjęła i wciąż przechodzi różne transformacje wskazując jak daleko idzie zaawansowana technologia. Tak naprawdę w każdej dziedzinie jakiś pomysł może finalnie się nie sprawdzić czy zawieść. Tak samo jest z AI. Jeżeli projekt jest dobry a archetypy skutecznie przetwarzają zbierane dane to obserwując i modyfikując na bieżąco proces możemy zminimalizować ryzyko zawodności systemów. Te same procesy może zweryfikować człowiek ale nie ulega wątpliwości, że w zdecydowanie dłuższym czasie. W przeciwieństwie do AI człowiek operując dłużej danym schematem najczęściej przy braku zmiennych zaczyna popełniać drobne błędy lub nie wykrywa tych, które się ujawniają. Nie ma dobrej odpowiedzi. W różnych sekwencjach bardziej produktywny będzie raz człowiek a raz algorytm.

Jednak pułapka sztucznej inteligencji jest podobna do mózgu człowieka, który mają ce same informacje może podjąć różne decyzje na przestrzeni czasu. Czyli wracając do klasycznego 2×5 będzie 10 natomiast na parametrach miękkich wynik może być różny, trudny do przewidzenia. Dlatego tak ważną kwestią jest szkolenie sieci i to ten proces zajmuje najwięcej pracy w całym procesie.

Sztuczna inteligencja przynajmniej na ten moment w wielu sytuacjach nie dorówna inteligencji człowieka ale nie temu ma służyć. Zadaniem AI jest usprawnianie procesów wszędzie tam gdzie gdzie kompetencje człowieka nie są priorytetem. Dla przykładu system zaczytywania dokumentów weryfikuje i sprawdza poprawność wypełnionych wniosków. Robi ich średnio 25 na godzinę. W tym czasie pracownik może skupiać się na innych zadaniach w których jego wiedza jest niezbędna.

Algorytmy AI mają pracować maksymalnie niezależnie od człowieka aby doskonalić a nie utrudniać różnorakie procesy.

AI zamiast człowieka

Mimo szerokiego zastosowania i możliwości wykorzystania AI czynnik ludzki będzie potrzebny. Być może w niektórych kwestiach będziemy mogli mocno wspierać się rozwiązaniami z tego zakresu ale to ciągle jest technologia i chociaż kolejne projekty udowadniają, że świetnie sobie radzą bez udziału człowieka to jednak wiedza i doświadczenie będą pożądane i niezbędne.

Jest ogromny postęp i progres nie tylko w świecie informatyki ale w zwykłym codziennym życiu. Jesteśmy obciążani kolejnymi obowiązkami, spędzamy długie godziny w pracy a badania mówią, że ludzie najczęściej gdzieś się spieszą. Tu przychodzi postęp i pozwala  korzystać z rozwiązań, które wspierają w tych najprostszych sprawach. Będąc na lotnisku możemy z poziomu telefonu zaciągnąć pożyczkę, zamówić taksówkę, zarezerwować hotel. Wszystko bez wykonywania połączeń. Wystarczy aplikacja. Boty głosowe rozpoznające  potrzeby sprawnie łączą z odpowiednim konsultantem bez kolejnego wciśnij 1, 2 czy tam 5. To wszystko ma służyć naszej wygodzie ale też oszczędności czasu. W wielu dziedzinach nawet jeżeli nie widzimy tego gołym okiem wpierają nas algorytmy sztucznej inteligencji i mają za zadanie usprawniać nasz żywot. Docelowo będzie zachowany balans. Tak trzeba.

Sztuczna inteligencja zaczyna się tam gdzie człowiek na widok procesu który robi maszyna mówi „WOW”. Tak jest kiedy wysiadam na dworcu w Warszawie włączam Siri (AI appla) i podpowiada mi aplikacje „mapy”, „freenow” oraz „bolt”.

Kierunki rozwoju sztucznej inteligencji

Wszystko wskazuje na to ze za 10 lat będziemy na każdym kroku otoczeni AI. Algorytmy oraz uczenie maszynowe jest coraz prostsze co powoduje ze już dzisiaj za pomocą Alexy od Amazon możemy zamawiać książki, zamówić pizzę, porozmawiać o życiu, wezwać pomoc kiedy wykryje zagrożenie.  Wiele rozwiązań jeszcze nie dotarło do Polski pomimo, że w Europie jesteśmy pionierami rozwiązań. Na przestrzeni kilki lat będziemy doświadczać na własne oczy wirtualne sekretariaty, ochronę AI, autonomiczne samochody, urządzenia rolnicze, samoloty. Będziemy mieli coraz większe zaufanie i jednocześnie będziemy coraz bardziej leniwi co spowoduje powierzanie coraz bardzie odpowiedzialnych procesów. Nie zatrzymają tego ludzie, rządy, organizacje. Wygoda wybierze.

Kiedy za 10 lat polecisz autonomicznym samolotem bez pilotów w wierzy kontrolnej AI będzie podejmowało decyzję o tym czy lądujesz czy nie. Może brzmi to dziwnie ale Stanisław Lem już dawno to przewidział i wszystko się sprawdza. W gruncie rzeczy człowiek jest bardzo prosty i od życia oczekuje tylko jedzenia oraz reprodukcji, pozostałe rzeczy są nieistotne.

Dlatego AI nigdy nie wyprze kontaktu z człowiekiem, emocji, przyjaźni, wrogów, potrzeby istnienia oraz dobrej zabawy. Za 10 lat nasze życie będzie wygodniejsze.

Autor: Grzegorz Szulik; prezes polskiego fintechu Provema

Ericsson i UNICEF inicjują globalne partnerstwo na rzecz zapewnienia szkołom połączenia internetowego

Trzyletnia inicjatywa, mająca na celu zidentyfikowanie luk w dostępie do internetu w 35 krajach, jest pierwszym kluczowym krokiem na drodze do podłączenia do sieci każdej szkoły na świecie. 

Firma Ericsson (NASDAQ: ERIC) i UNICEF ogłosiły dzisiaj strategiczne partnerstwo,
które pomoże w zmapowaniu łączności w szkołach w 35 krajach świata do końca 2023 r.
Jest to pierwszy kluczowy krok w kierunku zapewnienia każdemu dziecku możliwości dostępu do cyfrowego nauczania.

To wspólne przedsięwzięcie jest częścią inicjatywy Giga. Uruchomiona w ubiegłym roku
i prowadzona przez UNICEF oraz Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU),
Giga ma na celu zapewnienie połączenie internetowego w każdej szkole na świecie. Ericsson jest pierwszym partnerem z sektora prywatnego, który zaangażował się w tę inicjatywę i czyni to jako Globalny Partner UNICEF-u na rzecz Mapowania Łączności Szkół.

Według ITU, 360 milionów młodych ludzi nie ma obecnie dostępu do internetu. Skutkuje
to wykluczeniem, mniejszymi środkami na naukę i ograniczonymi możliwościami wykorzystania potencjału dzieci i młodzieży. Lepsza łączność zapewni dostęp do informacji, zwiększy szanse i możliwości, pozwalając pokoleniom dzieci i młodzieży szkolnej uczestniczyć w kształtowaniu własnej przyszłości.

– Pogłębiające się wykluczenie cyfrowe to jedna z wielu nierówności, które wzmocniła pandemia COVID-19 – powiedziała Charlotte Petri Gornitzka, Deputy Executive Director, Partnerships, UNICEF. – Zamknięcia szkół przy ograniczonych możliwościach zdalnego nauczania lub też zupełnym ich braku, spowodowały znaczne zakłócenie w edukacji dzieci
na całym świecie. Partnerstwo z firmą Ericsson przybliży nas do zapewnienia każdemu dziecku i młodemu człowiekowi dostępu do możliwości uczenia się przy użyciu internetu.

Ericsson będzie wspierać UNICEF finansowo, a także w zakresie inżynierii danych i data science, aby przyspieszyć mapowanie łączności w szkołach. W szczególności Ericsson będzie odpowiadać za gromadzenie, walidację, analizę, monitorowanie i wizualizację danych dotyczących łączności w szkołach w czasie rzeczywistym. W ten sposób uzyskane informacje pomogą rządom i sektorowi prywatnemu w projektowaniu i wdrażaniu cyfrowych rozwiązań, których umożliwią naukę dzieciom i młodzieży.

– Wyjątkowa pozycja firmy Ericsson sprawia, że możemy być kluczowym partnerem
w procesie wypełniania luki cyfrowej. Jest to możliwe dzięki naszej wiedzy technologicznej, globalnej skali działalności, kilkudziesięciu latom doświadczenia nabytego w ramach partnerstw publiczno-prywatnych oraz udowodnionym wynikom w zakresie zapewniania łączności między uczniami a nauczycielami – powiedziała Heather Johnson, wiceprezes ds. zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialności firmy Ericsson.  – Współpraca z partnerami takimi jak UNICEF oraz ITU pomoże przyspieszyć włączanie szkół do sieci i stanowi realny krok na drodze do zlikwidowania wykluczenia cyfrowego.

– ITU wnosi swoją wiedzę i doświadczenie w zakresie polityki technologicznej do tej niezwykle istotnej inicjatywy podłączenia z internetem każdej szkoły na świecie – powiedziała Doreen Bogdan-Martin, Director ITU Telecommunication Development Bureau. – Jesteśmy podekscytowani tym, że Ericsson dołącza do inicjatywy Giga i pomoże zbudować narzędzia niezbędne do urzeczywistnienia tej idei.

Partnerstwo firmy Ericsson i UNICEF wpisuje się również w założenia inicjatywy globalnego przełomu w dziedzinie łączności cyfrowej „Generation Unlimited”, której celem jest zapewnienie młodym ludziom umiejętności cyfrowych, tak aby mogli w pełni i w znaczący sposób uczestniczyć w gospodarce cyfrowej. Generation Unlimited to globalne wielosektorowe partnerstwo, które ma na celu zaspokojenie pilnej potrzeby zwiększenia możliwości kształcenia, szkolenia i zatrudnienia dla młodych ludzi. Ponadto, partnerstwo UNICEF-Ericsson wspiera najnowszy program działania UNICEF-u w związku z COVID-19,
w którym organizacja wezwała do podjęcia globalnych działań na rzecz utrzymania nauki dzieci, wymagając tym samym priorytetowego potraktowania kwestii dostępu do internetu
na obszarach wiejskich i trudno dostępnych.

Rubel traci mimo wzrostów ropy – komentarz walutowy

Kondycja waluty naszego wschodniego sąsiada jest, delikatnie mówiąc, tragiczna. Po szczególnie bolesnym lipcu, kiedy rubel stracił około 10% wartości, teraz nawet wzrosty na ropie nie pozwalają mu się odbić.

Na zachodzie nie aż tak źle

Wczoraj poznaliśmy dane na temat Indeksu Instytutu Ifo z Niemiec. Jest to parametr obrazujący nastroje wśród niemieckich przedsiębiorców. Uznawany jest za porównywalny pod kątem ważności z indeksem PMI. Był on lepszy od oczekiwań wynoszących 92,2 pkt i osiągnął 92,6 pkt. Nie są to jednak poziomy, które wskazywałyby na wyraźną poprawę. Jest po prostu mniej źle niż kilka miesięcy wcześniej w wyniku spowolnienia w gospodarce wywołanego lockdownem.

Hossa na ropie

Ropa naftowa po wczorajszych wzrostach jest najdroższa od marca i kosztuje już ponad 46 dolarów za baryłkę w przypadku ropy notowanej w Londynie i 43 dolarów w przypadku ropy notowanej w USA. Wzrosty oprócz rosnącego popytu i spadającej produkcji wsparł wczoraj również raport o stanie zapasów paliw API, który wskazał wyższe od oczekiwań spadki zapasów ropy naftowej. Pomimo tych wzrostów rosyjski rubel w dalszym ciągu kontynuuje swoją fatalną passę. Od początku roku rubel staniał o 1 grosz. Potencjalnie nie brzmi to źle, tylko był to spadek z 6 na 5 groszy.

Brexit bez postępu

Michel Barnier, główny negocjator unijny w sprawie brexitu, podsumował bardzo negatywnie ostatnią, siódmą rundę negocjacji. Zwraca on uwagę na niemal brak postępów w rozmowach i powoli kończący się czas. Teoretycznie okres przejściowy kończy się w grudniu, warto jednak zwrócić uwagę na konieczne procedury, w tym zatwierdzenie przez zarówno Parlament Europejski jak i Radę UE, co efektywnie skraca ten czas o 1-2 miesiące. Boris Johnson ponownie zapewnił, że nie będzie starał się o wydłużenie czasu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – zamówienia na dobra,

16:30 – USA – zmiana zapasów paliw.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak zmniejszyć ryzyko inwestora i zdobyć finansowanie dla startupu?

W niepewnej sytuacji gospodarczej podejście do oceny ryzyka zmienia się w odniesieniu do większości przedsiębiorstw. Firmom trudniej jest o kredyt ze względu na zaostrzające się kryteria bankowe, finansowanie ciężej jest zdobyć także start-upom, które dla funduszy z założenia są inwestycją wysokiego ryzyka. Co zatem zrobić, by w czasach kryzysu przekonać do siebie inwestora? Trzeba wczuć się w jego sposób myślenia i na tyle zniwelować potencjalne zagrożenia, by przedsięwzięcie nie jawiło się jako szczególnie niebezpieczne. Pieniądze dla start-upów cały czas są dostępne, ich zdobycie jest jednak trudniejsze i wymaga większego zaangażowania ze strony zainteresowanych.

Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym tłumaczy w jaki sposób fundusze VC oceniają stopień ryzyka inwestycyjnego oraz na co powinien zwrócić uwagę start-up starający się o finansowanie w obecnym otoczeniu makroekonomicznym.

Sytuacja, z którą musimy się mierzyć od kilku miesięcy sprawiła, że inwestorzy zaczęli koncentrować się przede wszystkim na swoim portfolio i wsparciu własnych spółek. Do nowych inwestycji podchodzą zdecydowanie bardziej selektywnie, ostrożnie obserwując rynek i zmieniające się trendy. Obecnie większość funduszy oczekuje dużych zmian w zakresie wycen, które w ostatnich latach sięgnęły niespotykanych wcześniej poziomów. Zmianie ulega też podejście do zapisów w umowach inwestycyjnych dotyczące ochrony kapitału, takich jak liquidation preference, które stają się bardziej restrykcyjne niż dotychczas. Wszystko to nie oznacza, że fundusze przestaną inwestować pieniądze, będą jednak bardziej skrupulatnie podchodzić do stosowanych przez siebie kryteriów oceny ryzyka.

Kryteria oceny projektu decydujące o sukcesie

Wstępna ocena projektu i ryzyka z nim związanego  – tzw. pre term sheet due diligence zaczyna się już przy pierwszym kontakcie z pomysłodawcami projektu. Jej celem jest zweryfikowanie czy projekt wpisuje się w kluczowe dla funduszu kryteria inwestycyjne. Na tym etapie oceniane są przede wszystkim trzy aspekty:

  • Produkt – powinien odpowiadać na realne potrzeby i mieć wyraźną przewagę konkurencyjną
  • Zespół – powinien posiadać niezbędne, uzupełniające się kompetencje
  • Rynek – powinien być wystarczająco duży, dynamiczny i z perspektywami rozwoju

Dla funduszu istotne przy ocenie projektu są także efektywne kanały dystrybucji oraz potencjał do zdobycia silnej pozycji na rynku. Po podpisaniu term sheetu, inwestor przystępuje do właściwej części, czyli tzw. confirmatory due diligence. W jego trakcie analizowane są aspekty projektu dotyczące m.in. zagadnień prawnych, podatkowych, technicznych, finansowych. Na tym etapie dokładnie badana jest kondycja firmy, w celu identyfikacji i oceny ryzyka związanego z planowaną inwestycją. W przypadku transakcji venture capital należy pamiętać, że żadne due diligence nie zabezpieczy funduszu przed wszelkimi ryzykami związanymi z daną inwestycją. Dzięki przeprowadzonemu badaniu można jednak te ryzyka zidentyfikować i zrozumieć, a dzięki temu również zminimalizować.

Jak przekonać inwestora?

Obecnie inwestorzy szukają przede wszystkim projektów odpornych na zawirowania gospodarcze, a szczególnie takich, które pomimo kryzysu mają szansę dynamicznie rosnąć. Dobrze widziana jest stabilność i elastyczność łańcucha dostaw, odpowiedni sposób zarządzania kadrą pracowniczą (zwłaszcza w warunkach pracy zdalnej), zastosowanie zaawansowanych technologii, strategia budowy lojalności klientów. W aktualnym otoczeniu dużego znaczenia nabiera szybkość i łatwość adaptacji do nowych okoliczności. To jak zarząd radzi sobie w trudnych warunkach jest dobrą miarą posiadanych kompetencji.

Rozmawiając z funduszem VC, start-upy powinny szczególnie eksponować te czynniki, które obniżają ryzyko inwestora i prezentują projekt jako atrakcyjną inwestycję. Wśród nich można wymienić takie elementy jak:

  • dokładne określenie potrzeb kapitałowych i realistyczny plan finansowy
  • potwierdzenie zdolności do generowania powtarzalnych przychodów (np. w modelu SaaS)
  • zweryfikowana rynkowo wartość oferowanych produktów i usług
  • możliwość zdalnego zarządzania procesami sprzedaży i dystrybucji
  • zabezpieczone, optymalne łańcuchy dostaw
  • wycena projektu pozwalająca zrealizować oczekiwany zwrot z inwestycji
  • prognoza na wykonalne wyjście z inwestycji (exit)

Kto ma największe szanse w czasach kryzysu?

Czasy pandemii sprawiły, że fundusze VC zaczęły intensywnie poszukiwać projektów, które odpowiadają  na nowopowstałe potrzeby oraz trendy, których rozwój pandemia przyspieszyła. Powodzeniem cieszą się innowacyjne rozwiązania związane z pracą i edukacją zdalną, rozwojem sektora e-commerce i telemedycyny, cyberbezpieczeństwem czy digitalizacją i automatyzacją procesów w finansach i księgowości. Inwestycje w tych obszarach mogą przynieść funduszom ponadprzeciętne zwroty. Mając na uwadze to, że trudniej będzie o kolejne rundy finansowania, będą liczyły się projekty o niskim poziomie tzw. cash burn. Takie, które mają największą szansę na to, aby dobrze radzić sobie na rynku nawet bez dalszego wsparcia inwestorów, czyli po prostu zarabiać pieniądze.

Założyciele start-upów muszą dziś włożyć znacznie więcej wysiłku w przekonanie inwestora, ale zdobycie finansowania wciąż jest możliwe. Nawet jeśli w danym momencie szanse na pozyskanie całości środków są niewielkie, warto rozważyć rundę pomostową. Mimo, że będzie to finansowanie niższe, niż pierwotnie planowano, może być łatwiejsze do pozyskania i przy wdrożeniu pewnych oszczędności, zapewnić stabilność działania w najtrudniejszym okresie.

Podlaski Fundusz Kapitałowy jest jednym z najstarszych funduszy venture capital działających w Polsce. Fundusz został utworzony w 1995 roku, w ramach Polsko-Brytyjskiego Programu Rozwoju Przedsiębiorczości. Od tamtej pory zrealizował kilkadziesiąt inwestycji na łączną kwotę ok. 45 mln zł, z sukcesem finalizując wiele transakcji. Fundusz oferuje przedsiębiorstwom finansowanie typu venture capital oraz private debt. Maksymalna kwota zaangażowania w jeden podmiot to 1,5 mln PLN. Z finansowania mogą korzystać startupy generujące pierwsze przychody ze sprzedaży, jak również firmy będące w fazie dalszego rozwoju i ekspansji.

Michał Zębik