Marcin Ludwiszewski pokieruje ʺPurple Teamʺ w banku Standard Chartered

0

Marcin Ludwiszewski objął stanowisko szefa ʺPurple Teamʺ w Standard Chartered, wiodącym banku międzynarodowym, którego globalne centrum usług biznesowych działa w Warszawie. Będzie odpowiadał za wzmocnienie współpracy między zespołem przeprowadzającym symulacje ataków (ʺRed Teamʺ) a zespołem chroniącym bank przed symulacyjnymi oraz rzeczywistymi atakami (ʺBlue Teamʺ). Wszystkie te zespoły współtworzą globalny system ochrony działającego na 60 rynkach banku i jego klientów przed cyberzagrożeniami.

Nowy ekspert w Standard Chartered

Marcin Ludwiszewski jest ekspertem ds. cyberbezpieczeństwa i liderem z bogatym doświadczeniem w funkcjonowaniu w międzynarodowym środowisku. W ciągu ostatnich 20 lat uczestniczył w pracach i przewodził zespołom dbającym o bezpieczeństwo informatyczne organizacji, zarówno z sektora publicznego, jak i prywatnego.

Zanim dołączył do grona pracowników Standard Chartered, był liderem obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte Polska, gdzie zbudował zespół wspierający klientów firmy w zagadnieniach z zakresu strategii i testowania bezpieczeństwa oraz obrony przed cyberatakami. Należy podkreślić, że był to jeden z pierwszych w Polsce komercyjnych zespołów pracujących w formule ʺRed Teamʺ. Prowadził on symulacje ataków odzwierciedlających metody działania cyberprzestępców, a z czasem w konwencji ʺPurple Teamʺ, gdzie zespoły ofensywne (ʺRed Teamsʺ) i defensywne (ʺBlue Teamsʺ) realizowały wspólne scenariusze ataków.

Wcześniej odpowiadał za bezpieczeństwo i odporność w 24 krajach regionu Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA) w Royal Bank of Scotland. Przed rozpoczęciem pracy w sektorze finansowym służył w ABW. W agencji odpowiadał m.in. za rozwój obszaru cyberbezpieczeństwa, uczestnicząc w tworzeniu zespołu reagowania na incydenty bezpieczeństwa komputerowego (CERT.GOV.PL). Ponadto, wykładał kryptografię i analizę ryzyka bezpieczeństwa informacji na Uniwersytecie Warszawskim. Jest także częstym prelegentem konferencji poświęconych kwestiom cyberbezpieczeństwa.

ʺMarcin Ludwiszewski wnosi do naszego międzynarodowego grona ekspertów bogatą wiedzę z sektora usług doradczych i bankowego dotyczącą obszaru cyberbezpieczeństwa. Ma także poparte sukcesami ogromne doświadczenie w budowaniu i rozwijaniu zespołu działającego w formule ʺPurple Teamʺ. Jego doskonałe rozeznanie w lokalnej puli talentów pomoże nam w dalszym rozbudowywaniu działów naszego globalnego centrum kompetencyjnego ds. cyberbezpieczeństwa w Warszawie o kolejnych światowej klasy ekspertówʺ, powiedział Edward Crichton-Stuart, Global Head of Control – Trust, Data & Resilience w banku Standard Chartered.

Współpraca z najlepszymi

Standard Chartered rozpoczął budowę swojego globalnego centrum kompetencyjnego ds. cyberbezpieczeństwa na początku 2019 roku. W ciągu kilkunastu miesięcy stworzył jeden z najsilniejszych zespołów wyspecjalizowanych w tej dziedzinie w Polsce. Dziś zatrudnia ponad 100 ekspertów zajmujących się m.in. ochroną przed złośliwym oprogramowaniem, wykrywaniem cyberzagrożeń, cyberwywiadem, testami penetracyjnymi, zarządzaniem tożsamością, dostępami, ryzykiem, kontrolami, bezpieczeństwem chmury i sieci, reagowaniem na incydenty, ochroną oraz zarządzaniem danymi. Poza możliwością uczestniczenia w międzynarodowych projektach o strategicznym znaczeniu dla cyberobronności banku oraz dalszego rozwoju kompetencji, członkowie tego zespołu mają również okazję do współpracy z wiodącymi polskimi ekspertami, sprawującymi w Standard Chartered kluczowe stanowiska menedżerskie w obszarze cyberbezpieczeństwa.

ʺCieszymy się, że Marcin Ludwiszewski dołącza do zespołu naszego globalnego centrum kompetencyjnego ds. cyberbezpieczeństwa, będącego jednym z filarów naszej działalności w Polsce. Nasze biuro w Warszawie powstało w 2018 roku, aby wspierać rozwój biznesu banku w Europie i Amerykach, ale także w innych częściach świata. Obecnie zatrudnia ponad 600 doświadczonych ekspertów. Bazując na ich wiedzy, świadczymy specjalistyczne usługi na rzecz innych spółek z Grupy Standard Chartered. Do naszych kluczowych obszarów biznesowych, poza cyberbezpieczeństwem, należy zapobieganie przestępczości finansowej, zarządzanie ryzykiem płynności i projektami z zakresu HR oraz negocjowanie kontraktów dot. instrumentów pochodnych z klientami korporacyjnymi i instytucjonalnymiʺ, mówi Rowena Everson, dyrektor zarządzająca polską spółką Standard Chartered.

Jak zatrzymać klientów w aktualnych warunkach rynkowych

0

Według Harvard Business Review pozyskanie nowego klienta kosztuje nawet do 25 razy więcej niż utrzymanie dotychczasowego[1]. Tymczasem raport „The State of Customer Service in 2020” pokazuje, że 93% pracowników obsługi klienta uważa, że konsumenci mają dziś znacznie większe oczekiwania[2]. Jak zatem w aktualnych warunkach rynkowych zatrzymać klientów?

Zdefiniuj swoich klientów

Klienci stanowią podstawę każdego biznesu. Nie każda firma w pełni jest świadoma  tego, kto zalicza się do grona jej odbiorców. W zależności od branży do grupy tej należą nie tylko bezpośredni konsumenci, korzystający z produktów lub usług danej marki, ale także partnerzy biznesowi firmy, czy też ich klienci. Każdy segment na rynku ma pod tym względem swoją specyfikę, którą jak najszybciej dana marka powinna poznać. Odpowiednie zdefiniowanie klientów może doprowadzić do tego, że firma poprawnie zadba o wszystkich właściwych uczestników procesu rynkowego. Szczególnie tych, którzy do tej pory nie byli odpowiednio obsługiwani, bo nie zostali uznani za klientów. Troska o nich  może przełożyć się na zadowolenie pozostałych, wzajemnie zależnych od siebie partnerów biznesowych.

– Klientami naszej firmy są nie tylko marki, z którymi podpisujemy umowy na obsługę ich urządzeń w różnym zakresie. Są nimi także końcowi użytkownicy produktu, dla których często wykonujemy usługi związane z zakresem umów z producentami, takie jak np. wsparcie techniczne czy działania z obszaru serwisu pogwarancyjnego. Odpowiednie zdefiniowanie tych wszystkich stron sprawia, że możemy zadbać o zadowolenie każdej z nich. Ten przykład pokazuje, że w pierwszej kolejności należy zbadać, kto tak naprawdę jest naszym klientem, w zależności od branży, w której na co dzień działamy. Wszystko po to, by później uwzględnić go w swoich kompleksowych działaniach. Tylko wtedy można szczerze powiedzieć, że firma jest w stanie w pełni zadbać o obsługę klientów – tłumaczy Marcin Pepaś, CCO, SVP firmy FIXIT SA, specjalizującej się w dostarczaniu usług opieki posprzedażowej producentom elektroniki oraz indywidualnym użytkownikom.

Dostosuj ofertę do indywidualnych potrzeb klientów

Chcąc utrzymać klientów, powinniśmy nie tylko dobrze ich zdefiniować, ale także lepiej poznać. Konsumenci sami bowiem uważają, że firmy powinny znać ich preferencje. Potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego przez Gladly, z których wynika, że ponad połowa konsumentów oczekuje, że firmy będą posiadały podstawowe dane identyfikacyjne na ich temat, a także informacje dotyczące wcześniejszych kontaktów z marką oraz ich historii zakupowej. Ponadto, prawie 80% z nich uważa, że spersonalizowany serwis jest ważniejszy niż marketing dopasowany do indywidualnych preferencji[3]. Warto więc nie tylko gromadzić dane na temat klientów, ale przede wszystkim robić z nich użytek, przekazując je m.in. pracownikom obsługi klienta, dla których mogą one być na wagę złota. 

– Trzeba bardzo dobrze poznać swojego klienta, aby dostosować ofertę do jego  potrzeb. Najłatwiejszym sposobem na to jest odpowiednie i oczywiście zgodne z prawem zbieranie oraz przetwarzanie danych. W naszej firmie wykorzystujemy do tego specjalne systemy informatyczne. Pomagają nam one zbierać informacje na temat użytkowników, z których później tworzymy m.in. profile grup, aby zapewnić im jeszcze lepszą jakość obsługi, dostosowaną do ich rosnących potrzeb. Dzięki analizie historycznych danych dotyczących współpracy z konsumentami i informacji związanych z naprawami, jesteśmy natomiast w stanie przekazać producentom konkretne rekomendacje związane z działaniami marketingowymi i rozwijaniem produktów. Ostatecznie zyskują więc wszyscy nasi klienci – wyjaśnia Marcin Pepaś.

Szybko rozwiązuj problemy

Według badań przedstawionych w raporcie „Zendesk Customer Experience Trends Report 2020”, dla konsumentów najbardziej frustrującym aspektem złych doświadczeń związanych z obsługą klienta jest zbyt długi czas oczekiwania na kontakt z pracownikiem obsługi. Najważniejsze są dla nich natomiast możliwość szybkiego rozwiązania problemu oraz całodobowe wsparcie[4]. Tymczasem, mimo oczywistych preferencji konsumentów, szybkość obsługi klientów i dostępność konsultantów nadal jest piętą achillesową wielu firm. Potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego przez CallPage w 2019 roku. Telefonu nie odebrała wówczas niemal co piąta badana firma, reprezentująca software house lub świadcząca usługi IT. Co więcej, połowa z nich zignorowała przesłane zapytanie mailowe. Podobnie było z formularzami kontaktowymi. W ciągu godziny wiadomość zwrotną otrzymał zaledwie co dziesiąty wysłany formularz oraz jeden na ponad 66 maili[5].

Warto pamiętać, że w dzisiejszych czasach wystarczy zaledwie kilka minut spędzonych w internecie, aby konsument, który nie otrzymywał satysfakcjonującej odpowiedzi, wybrał konkurencyjny produkt lub usługę. W celu uniknięcia takiej sytuacji, w pierwszej kolejności warto sprawdzić poprawność danych kontaktowych i działanie automatycznego formularza kontaktowego dostępnego na stronie internetowej firmy. Następnie konieczne jest wypracowanie wewnętrznych procedur, które sprawią, że klient otrzyma odpowiedź w przeciągu godziny. Alternatywnym pomysłem jest stworzenie samoobsługowego portalu. Według raportu Microsoftu „2018 State of Global Customer Service Report”, takiego rozwiązania oczekuje prawie 90% konsumentów[6]. System ten może więc znacząco pomóc w budowaniu ich lojalności.

Wsłuchaj się w potrzeby

Firmy często są skupione na rozwijaniu oferty ze swojej perspektywy. Posiadana przez nich wiedza jest nieoceniona, ale jednak doskonalenie jakości oferowanych usług nie powinno się odbywać bez udziału konsumentów. Trzeba pamiętać, że to właśnie oni są użytkownikami produktów oraz usług. Z przywołanego wcześniej raportu Microsoftu wynika, że aż dziewięciu na dziesięciu konsumentów uważa, że firmy powinny dawać możliwość wyrażenia opinii na temat ich produktów lub usług. Jednocześnie połowa respondentów nie wierzy w to, że marki podejmują działania na podstawie ich opinii[7]. Warto więc nie tylko dawać swoim klientom możliwość wystawienia oceny czy podzielenia się osobistymi spostrzeżeniami, ale przede wszystkim na bieżąco uwzględniać ich zdanie w procesie udoskonalania produktów i usług.

Internet daje firmom wiele możliwości tworzenia przestrzeni do aktywnego słuchania opinii konsumentów. Przykłady wskazali eksperci do spraw obsługi klienta, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym przez HubSpot. Specjaliści wskazali na takie rozwiązania, jak śledzenie satysfakcji klientów (61%), badania opinii konsumentów (59%), monitorowanie serwisów z recenzjami oraz postów w mediach społecznościowych (52%), czy też wykorzystanie NPS – narzędzia służącego do oceny lojalności klientów (23%)[8]. Warto połączyć ze sobą kilka tych metod, by pozyskać wartościowy feedback, który pomoże realnie wpłynąć na proces projektowania i wdrażania nowych projektów. Konsumenci na pewno to docenią.

Wyprzedzaj oczekiwania

Oczekiwania klientów z roku na rok są coraz większe. Potwierdzają to badania HubSpot, z których wynika, że aż 93% pracowników zespołów serwisowych zgadza się z tym, że w 2020 roku oczekiwania konsumentów są większe niż w przeszłości, podczas gdy w zeszłym roku do tego stanowiska przychyliło się 88% respondentów[9]. Mając to na uwadze, warto więc odpowiednio wcześniej pomyśleć o tym, jakie działania należy podjąć, aby wyprzedzić oczekiwania konsumentów i zaoferować im znacznie więcej niż tylko obsługę w podstawowym zakresie. Internet w dzisiejszych czasach daje w tej kwestii ogromne możliwości, jednak sporo zależy od branży, w której działa dana firma. Jednymi z wielu możliwości jest dostarczenie stałym klientom rozrywki w ramach usług, czy też danie im dodatkowych możliwości, np. związanych z testowaniem produktów. 

Powyższe dane i przykłady pokazują, że warto podejść do zagadnienia budowania lojalności klientów w sposób kompleksowy. Podsumowując, w pierwszej kolejności należy zastanowić się nad tym, czy w ogóle został on dobrze zdefiniowany. To bowiem podstawa budowania jego przyszłej lojalności. Warto wykorzystać także wiedzę płynącą z aktualnych badań nad preferencjami konsumentów, przede wszystkim stawiając na szybką obsługę oraz jej personalizację. Nie należy także zapominać o tym, by wsłuchiwać się w ich potrzeby, a przede wszystkim uwzględniać ich opinie w procesie projektowania nowych produktów oraz usług. Trzeba również już dziś pomyśleć o tym, jak można wyprzedzić ich rosnące oczekiwania, dając im rozrywkę czy dodatkowe korzyści. Natychmiastowe wprowadzenie w swojej firmie tych pięciu sposobów może znacząco przyczynić się do zwiększenia lojalności zarówno nowych, jak i dotychczasowych klientów. Nic nie zastąpi jednak kompleksowej i dobrze zaplanowanej strategii Customer Experience.

[1] Amy Gallo. Harvard Business Review. The Value of Keeping the Right Customers. Źródło: https://hbr.org/2014/10/the-value-of-keeping-the-right-customers

[2] HubSpot. The State of Customer Service in 2020. Źródło: https://offers.hubspot.com/state-of-customer-service?hubs_post-cta=bottom&hsCtaTracking=48408caf-9dab-4f51-81c5-1be472518198%7Ce67bfe21-9423-4530-93d5-6dfa280c0ddf

[3] Gladly. Customer Expectations Report 2020. Źródło: https://go.gladly.com/customer-expectations-report-2020

[4] Zendesk. Zendesk Customer Experience Trends Report 2020. Źródło: https://www.zendesk.com/customer-experience-trends/

[5] CallPage. ANALIZA RYNKU: Szybkość obsługi potencjalnego klienta. Źródło: https://www.callpage.pl/wiedza/raport/lead-response-time

[6] Microsoft. 2018 State of Global Customer Service Report. Źródło: https://info.microsoft.com/ww-landing-State-of-Global-Customer-Service-Report-Microsoft-Dynamics-365-eBook.html?lcid=en-us

[7] Microsoft. 2018 State of Global Customer Service Report. Źródło: https://info.microsoft.com/ww-landing-State-of-Global-Customer-Service-Report-Microsoft-Dynamics-365-eBook.html?lcid=en-us

[8] HubSpot. The State of Customer Service in 2020. Źródło: https://offers.hubspot.com/state-of-customer-service?hubs_post-cta=bottom&hsCtaTracking=48408caf-9dab-4f51-81c5-1be472518198%7Ce67bfe21-9423-4530-93d5-6dfa280c0ddf

[9] HubSpot. The State of Customer Service in 2020. Źródło: https://offers.hubspot.com/state-of-customer-service?hubs_post-cta=bottom&hsCtaTracking=48408caf-9dab-4f51-81c5-1be472518198%7Ce67bfe21-9423-4530-93d5-6dfa280c0ddf

Prognosfruit 2020: wzrost produkcji jabłek w Polsce, stabilna Europa, niskie plony w Chinach i USA

0

Plony w sezonie 2019 były umiarkowanie niskie – łączna wartość zbiorów wyniosła 10 783 000 ton. W tym roku zbiory szacuje się na 10 711 000 ton. W nadchodzącym sezonie nastąpić ma płynne wyczerpanie zapasów w większości krajów. Stowarzyszenie Unia Owocowa zaprasza do przeglądu najnowszych danych z obecnie trwającego Prognosfruit, wiodącego światowego wydarzenia branży owocowej.

W pierwszej połowie sezonu zaobserwowaliśmy dobry popyt na rynkach eksportowych. Jednak pandemia koronawirusa, a dokładniej utrudnienia logistyczne, powodują komplikacje w drugiej połowie sezonu. Jak potwierdzają dane, w szczycie pandemii, lecz także ze względu na niższe plony, eksport z UE zmniejszył się o ok. 150 000 ton w pierwszych 4 miesiącach 2020 roku.

Na rynkach wewnętrznych, popyt na jabłka i gruszki w drugiej połowie sezonu będzie stabilny – jest to pozytywny wynik zmiany stylu życia i zapotrzebowania konsumentów na świeże warzywa i owoce.

Jak potwierdza Unia Owocowa, uczestnicząca w tegorocznym Prognosfruit, warunki pogodowe w pierwszej połowie sezonu były ogólnie dobre. Epizody mrozu wystąpiły głównie pod koniec kwietnia i maja, szczególnie w Europie Środkowej. W niektórych krajach jabłka zostały poważnie uszkodzone i odnotowano straty, m. in. w Austrii, Polsce, Niemczech, Chorwacji, na Słowacji i na Węgrzech.

W krajach, które zeszłego roku osiągnęły większe zbiory, czyli Francji, Hiszpanii i Portugali, w tym roku przewiduje się uprawy o większej wielkości. W przypadku nadchodzących zbiorów jabłek, w kilku krajach zachodniej Europy rozpoczną się tydzień wcześniej.

W Polsce szacuje się wzrost produkcji jabłek z 2,9 mln ton na 3,4 mln ton w nadchodzącym sezonie.

Pierwsze dane odnośnie przetwarzanych owoców: mają one stanowić około 30% zebranych plonów w UE o wartości 3,3 mln ton, podczas gdy w ubiegłym roku wartość zbiorów do przetworzenia wynosiła 3,2 mln ton.

Nadchodzące plony międzynarodowe określa się jako niższe – poniżej 40 mln ton w Chinach (43 mln ton w poprzednim roku) oraz 4,6 mln ton w USA (5 mln ton). Szacując zbiory na Ukrainie zaznacza się sześcioprocentowy wzrost o 1,2 mln ton, z kolei w Rosji 920 000 ton, czyli o 8% mniej.

Podczas Prognosfruit przedstawiono również przewidywania dotyczące spodziewanych odmian jabłek. Najczęściej uprawianą pozostaje Golden, lecz przewiduje się zbiór mniejszy o 300 000 ton w porównaniu z ubiegłym sezonem. Popularność Gali nadal rośnie i osiągnie rekordową wartość plonów – 1,5 mln ton. Idared, podobnie jak w zeszłym roku, szacuje się na 600 000 ton. Z kolei grupa Jonagold/Jonagored wynosić będzie 541 000 ton, notując spadek w porównaniu z wcześniejszymi 637 000 tonami. Obserwuje się przejście niektórych sadowników na odmianę Red Jonaprince, która osiągnie szczytową wartość na poziomie 437 000 ton i Ligol – 210 000 ton. Crispps Pink, podobnie jak w zeszłym roku, utrzymuje się na poziomie niespełna 280 000 ton.

W przypadku gruszek plony szacuje się jako „umiarkowanie wysokie” na poziomie 2 199 000 ton, co potwierdza 12% wzrost w porównaniu z zeszłym sezonem (1 959 000 ton – tak niska wartość spowodowana jest głównie uszkodzeniami włoskich gruszek). W Polsce zapowiada się spadek zbiorów gruszek – z 70 000 ton przyjmuje się 65 000 ton w tym sezonie.

– Podsumowując najnowsze dane z Prognosfruit, przewiduje się niższą produkcję w większości krajów północnych. Obserwujemy też zjawisko „czystego rynku” – nastąpi płynne wyczerpanie zapasów, średni wolumen z półkuli południowej i podobny wolumen na przetworzeniekomentuje Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Zaobserwowano również niepewność co do długotrwałego wpływu pandemii na eksport. Jak twierdzą eksperci Unii Owocowej, branża powinna skupić się i wykorzystać pozytywne nastawienie konsumentów do zdrowszego stylu życia, częściowo zapewne spowodowanego pandemią COVID-19.

Nowe technologie odpowiedzią na kryzys

0

Naszą odpowiedzią na pandemię oraz kryzys gospodarczy okazała się technologia. W okresie przymusowej izolacji dzięki nowym technologiom kontaktowaliśmy się ze sobą, robiliśmy zakupy, a dużą część wolnego czasu spędzaliśmy korzystając z internetowych form rozrywki. Pandemia oraz ograniczenia z nią związane zmusiły nas do zmiany przyzwyczajeń i skorzystania z nowych możliwości. Co więcej, to właśnie firmy technologiczne już wkrótce wprowadzą na rynek szczepionki i być może leki skutecznie walczące z koronawirusem. Zgodnie z przewidywaniami wielu ekspertów, w wyniku pandemii mamy do czynienia z przyspieszeniem rozwoju technologicznego w wielu dziedzinach.

Rozwój branży wyraźnie widać na światowych giełdach. Indeksy najważniejszej technologicznej giełdy na świecie, nowojorskiej NASDAQ, zachowują się tak, jakby kryzysu w ogóle nie było. Co prawda w okresie od 20 lutego do 23 marca zanotowano bardzo duże spadki, ale zaraz potem zaczęło się bicie kolejnych rekordów. Już 16 kwietnia indeks NASDAQ 100 przekroczył swoją wartość z 1 stycznia a 5 czerwca po raz pierwszy w czasie pandemii pobił swój rekord wszechczasów. Od 23 marca do 31 lipca jego wartość wzrosła o ponad 50%.

Producenci zaawansowanych technologii wychodzą z okresu pandemii silni jak nigdy przedtem. Jeden ze światowych liderów w branży gier komputerowych – Activision Blizzard, producent gry „Call Of Duty”, w pierwszym kwartale zanotował wzrost sprzedaży o 21% w porównaniu z tym samym okresem roku ubiegłego. Jego główny konkurent – Electronic Arts, producent gier z serii FIFA, w pierwszym kwartale ogłosił wzrost przychodów o 12% i wzrost zysku netto o dokładnie 100%. Jeszcze dynamiczniej rośnie wartość akcji polskiego lidera branży – firmy CD Projekt. Wartość sprzedaży skoczyła aż o 150%, a zysk netto w tym samym czasie o ponad 400%. Dzięki temu CD Projekt osiągnął pozycję spółki o największej kapitalizacji na warszawskim parkiecie dystansując państwowych gigantów, takich jak Orlen czy KGHM.

Wielu specjalistów obawiało się, że pandemia spowoduje spadek tempa rozwoju branży czystej energii. Światowym rządom, zajętym walką z pandemią, mogło zabraknąć funduszy na ogromne inwestycje w ekologię. Tymczasem okazuje się, że branża doskonale sobie radzi na wolnym rynku. Wskazuje na to dynamiczny wzrost wartości indeksu branżowego NASDAQ Clean Edge Green Energy. Do końca lipca inwestorzy mogli na nim zarobić 40% od początku tego roku oraz ponad 97% od 23 marca. Doskonałe wyniki osiągnął również sektor biotechnologiczny. Wartość indeksu – NASDAQ Biotechnology wzrosła o 12% od początku 2020 i o 42% od drugiej połowy marca. Aż 23% od stycznia br. można było zarobić na indeksie firm Komputerowych NASDAQ Computer, z kolei indeks NASDAQ Internet w tym samym okresie poszybował w górę o 32%. Bardzo wysokie zwroty można było też osiągnąć na inwestycjach w indeks warszawskiego parkietu wysokiego ryzyka – NewConnect. Od początku roku jego wartość wzrosła o 144%.

Widać wyraźnie, że przedsiębiorcy z branży technologicznej nie marnują szans, jakie stwarza im otoczenie gospodarcze. Ponieważ technologia i internet to krwioobieg współczesnej gospodarki, ich wyniki bez wątpienia przyczynią się do zwiększenia efektywności w innych branżach.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Jak szybko zdobyć majątek i… jeszcze szybciej go nie stracić. O czym powinien pamiętać nie tylko młody inwestor

0

Nasze społeczeństwo z roku na rok się bogaci. W 2019 roku wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce wzrosła o 5,4 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Wyniosła wówczas ponad 25 mld złotych – wynika z raportu KPMG. Nadal zarobione pieniądze trafiają głównie na nisko oprocentowane rachunki. Jednak powoli nasze społeczeństwo dostrzega potrzebę pomnażania i zabezpieczenia swojego majątku w inny sposób. Rosnącą popularnością indywidualnych inwestorów cieszą się metale szlachetne. Są one bezpieczną przystanią dla oszczędności.

Jak zacząć inwestować?

Najważniejsze, to nie bać się inwestowania swoich oszczędności. Warto rozpocząć od małych kwot i sprawdzić, jaki będzie zwrot. Nie trzeba od razu kupować drogich nieruchomości czy akcji na giełdzie.

Co więcej, warto zastanowić się nad tym, czego oczekujemy od naszej inwestycji – czy ma pełnić rolę zabezpieczenia kapitału w perspektywie długoterminowej i chronić nas przed inflacją czy też przynieść korzyści finansowe w jak najkrótszym czasie.

W pierwszym przypadku strzałem w dziesiątkę będzie inwestycja w złoto. Przy małych kwotach warto być regularnym i cierpliwym. Najlepszym rozwiązaniem jest ustalenie np. miesięcznych budżetów, które będziemy przeznaczać na inwestycje w ten cenny kruszec.

Systematyczne inwestowanie jest przede wszystkim doskonałym zabezpieczeniem przed krótkoterminowymi wahaniami na rynku złota, ponieważ minimalizuje ich konsekwencje i sprawia, że w perspektywie długoterminowej nie będą one dla nas odczuwalne – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Jeśli natomiast wypadnie nam niespodziewany wydatek i nie będziemy mogli pozwolić sobie na zaplanowaną na dany termin inwestycję nic się nie stanie – być możne uda nam się ją nadrobić w kolejnych tygodniach, bądź miesiącach – dodaje.

W fizycznym złocie zaleca się trzymać kapitał, który w perspektywie długoterminowej nie będzie nam niezbędny. Dlatego, w przypadku małych kwot, nie ma konkretnych procentowych zaleceń, co to tego, ile warto inwestować – wszystko zależy od tego, jaką kwotą dysponujemy. Istotne jest to, że im bardziej niepewna gospodarczo sytuacja, tym więcej złota warto mieć.

Gdy chcemy więcej i więcej

Przy każdej formie inwestowania musimy brać pod uwagę ryzyko. Zawsze warto je przekalkulować, niezależnie, czy inwestujemy na rynku metali szlachetnych czy np. nieruchomości.

Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować wysoki poziom niepewności transakcji możemy pozwolić sobie na uczestnictwo w funduszach inwestujących na rynku akcji lub zakup akcji spółek na giełdzie papierów wartościowych. Jednak, jeżeli nie mamy do dyspozycji dużego majątku i cenimy sobie bezpieczeństwo powinniśmy wybrać fundusze inwestycyjne zrównoważone, obligacje czy metale szlachetne.

Decydując się na odważniejszy krok młody inwestor powinien postawić na kilka różnych rozwiązań w celu ograniczenia możliwości utraty majątku. Nawet, gdy jedno z nich przyniesie straty, drugie może zapewnić zysk. Takim zabezpieczeniem będzie złoto, które jest odporne na zmiany rynkowe – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Inwestorem może być każdy. Nie wystarczy jednak posiadać kapitał, by przeprowadzać skuteczne transakcje i pomnażać swój majątek. Niezbędna jest również wiedza na temat rynków finansowych i monitorowanie bieżących wydarzeń gospodarczych. Obecni inwestorzy mają do dyspozycji wiele możliwości ulokowania majątku, począwszy od lokat bankowych przez fundusze inwestycyjne po lokowanie pieniędzy w metalach szlachetnych. Poza wiedzą, istotna jest również umiejętność panowania nad emocjami i szybkiego analizowania dynamicznie zachodzących zmian.

Marcin Pyć nowym Head of Strategy w TalentMedia (grupa LTTM)

0

Marcin Pyć, związany z agencją TalentMedia od 2018 roku, z początkiem sierpnia objął stanowisko Head of Strategy. Oprócz zarządzania 4-osobowym zespołem w nowej roli jest odpowiedzialny za tworzenie strategii dla klientów agencji oraz nadzór nad kluczowymi projektami.

Wśród najważniejszych celów Marcina Pycia jako Head of Strategy jest poszerzanie kompetencji zespołu oraz praca nad wdrażaniem nowych produktów. Wcześniej, jako Strategy Planner w TalentMedia, brał czynny udział w tworzeniu strategii dla klientów oraz był odpowiedzialny za bieżący nadzór nad długoterminowymi projektami. Wśród nich są jedne z najpopularniejszych kanałów marek na polskim YouTube: Studio Tymbark oraz Urodomaniaczki by Hebe.

-Ostatnie lata działalności TalentMedia doskonale obrazują zmianę, jaka zaszła w podejściu marek do tworzenia treści wideo. Wzrastająca konsumpcja kontentu w mediach społecznościowych wśród różnych grup wiekowych sprawiła, że kanał marki na YouTube lub komunikacja przez influencerów z niszy przeszły do popularnego standardu. Jako jedni z pierwszych na polskim rynku, którzy specjalizowali się w tych działaniach, w TalentMedia tworzymy trendy w zakresie nowoczesnej komunikacji marek w internecie. Marcin Pyć, kierując działem Strategii, będzie w tym procesie pełnił znaczącą rolę. – komentuje Piotr Łuczak, Managing Partner w TalentMedia (grupa LTTM).

Wśród kompetencji działu Strategii znajduje się planowanie komunikatów dla marek, jak również dobranie optymalnych sposobów ich dystrybucji. Przed rozpoczęciem współpracy z TalentMedia, Marcin Pyć był zawodowo związany z agencją Love To Talk oraz American Center Warsaw, gdzie specjalizował się w zarządzaniu mediami społecznościowymi. Poprzednio działem Strategii w TalentMedia kierował Łukasz Gwiazda, związany z agencją 3 lata.

Aport przedsiębiorstwa spółki kapitałowej do innej spółki kapitałowej neutralny podatkowo, tylko, gdy jest uzasadniony ekonomicznie

0

Co do zasady aport przedsiębiorstwa spółki kapitałowej do innej spółki kapitałowej jest neutralny podatkowo. Czy zawsze tak będzie? Na co trzeba uważać, dokonując takiej transakcji?

Opodatkowanie VAT

Zgodnie z art. 6 pkt 1 ustawy o podatku od towarów i usług „Przepisów ustawy nie stosuje się do transakcji zbycia przedsiębiorstwa lub zorganizowanej części przedsiębiorstwa”. Powyższe oznacza, iż aport przedsiębiorstwa spółki kapitałowej do innej spółki kapitałowej jest neutralny i nie podlega opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług. Skoro tak, to należy sprawdzić, czy zdarzenie takie podlega opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych.

Opodatkowanie PCC

Zgodnie z art. 1 ust. 1lit. K i pkt 2) ustawy o PCC, PCC podlegają umowy spółki oraz ich zmiany. W przypadku umów spółek za ich zmianę uważa się natomiast podwyższenie kapitału zakładowego z wkładów lub ze środków spółki oraz dopłaty. Należy więc zauważyć, że aport przedsiębiorstwa zawsze będzie wiązał się ze zmianą umowy spółki. Zatem co do zasady aport przedsiębiorstwa do spółki kapitałowej będzie opodatkowany PCC. Jednakże umowy spółki i ich zmiany związane z wniesieniem do spółki kapitałowej w zamian za jej udziały lub akcje przedsiębiorstwa innej spółki kapitałowej lub jego zorganizowanej części nie podlegają opodatkowaniu.

Opodatkowanie CIT

Wniesienie/aport przedsiębiorstwa do spółki kapitałowej jest również co do zasady neutralne na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych, zatem nie powoduje obowiązku jego zapłacenia.

W myśl art. 12 ust. 1 pkt 7 ustawy CIT przychodem jest m.in. „wartość wkładu określona w statucie lub umowie spółki, a w razie ich braku wartość wkładu określona w innym dokumencie o podobnym charakterze – w przypadku wniesienia do spółki albo spółdzielni wkładu niepieniężnego; jeżeli jednak wartość ta jest niższa od wartości rynkowej tego wkładu albo wartość wkładu nie została określona w statucie, umowie albo innym dokumencie o podobnym charakterze, przychodem jest wartość rynkowa takiego wkładu określona na dzień przeniesienia własności przedmiotu wkładu niepieniężnego; przepis art. 14 ust. 2 stosuje się odpowiednio”. Zgodnie jednak z treścią art. 12 ust. 4 pkt 25 ustawy o CIT do przychodów nie zalicza się wartości, o których mowa w art. 12 ust. 1 pkt 7 ustawy CIT, jeżeli przedmiotem wkładu niepieniężnego do „spółki albo spółdzielni jest przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana część”.

Należy mieć jednak na uwadze, iż aby aport przedsiębiorstwa do spółki kapitałowej był neutralny na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych, czynność ta musi nastąpić z uzasadnionych przyczyn ekonomicznych.

W myśl bowiem art. 12 ust. 14 ustawy o CIT, jeżeli połączenie spółek, podział spółek, wymiana udziałów lub wniesienie wkładu niepieniężnego nie zostały przeprowadzone z uzasadnionych przyczyn ekonomicznych, domniemywa się, że głównym lub jednym z głównych celów tych czynności jest uniknięcie lub uchylenie się od opodatkowania.

Pojęcie „uzasadnienia ekonomicznego” jest pojęciem niedookreślonym, niewyjaśnionym i nie ma jego legalnej definicji. Żeby działanie było uzasadnione ekonomicznie, nie może być sztuczne, nakierowane wyłącznie na osiągnięcie korzyści podatkowej. Chodzi o to, aby w razie zainteresowania transakcją przez organy podatkowe, móc im wyjaśnić, w jakim celu operacja została przeprowadzona.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Efekt gapowicza – raport walutowy

0

Zagrożenia epidemiczne są ewidentnie bagatelizowane przez rynek w obliczu gigantycznej nadpłynności, która działa na niekorzyść dolara i wypycha kapitał na bardziej ryzykowne rynki w poszukiwaniu atrakcyjnych stóp zwrotu.

Jednocześnie trudno uciec przed oceną, że kapitał który przespał gigantyczny rajd indeksów giełdowych popłynął z opóźnieniem chociażby w kierunku surowców (zwłaszcza metali, ale także surowców przemysłowych), czy bardziej ryzykownych rynków obligacji, np. korporacyjnych. Powoduje to swoiste sprzężenie zwrotne, gdyż drożejące surowce i zacieśniające się spready kredytowe to książkowe oznaki, że przed nami faza globalnej prosperity. W takim środowisku nie ma przecież najmniejszego powodu żeby niedoważać ryzyko i szukać schronienia w bezpiecznych przystaniach.

Może się jednak okazać, że bagatelizowana, spychana przez inwestorów na dalszy plan pandemia zacznie się wybijać jako motyw przewodni notowań, gdy wolniejsze odmrażanie gospodarek, czy powrót restrykcji „przegryzie się” przez najważniejsze dane makroekonomiczne.

Pierwsze oznaki widać już w ostatnich wartościach wskaźników obrazujących aktywność w USA. Dane miękkie fałszują nieco obraz sytuacji i przeszacowują naszym zdaniem siłę odbicia. Wnioski o zasiłek, czy ostatni raport ADP (wraz z rewizją poprzedniego odczytu o około 2 miliony miejsc pracy) to poważne sygnały ostrzegawcze. Lockdowny w Australii również przekładają się na pesymistyczne rewizje oczekiwań odnośnie do ścieżki wzrostu a dolar australijski został wywindowany przez słabość dolara na wielomiesięczne maksima.
Po drugie, przedłuża się impas w negocjacjach dotyczących czwartej fazy pakietu fiskalnego w USA. Demokraci dążą do przedłużenia wypłat zasiłków w wysokości 600 USD na tydzień. Republikanie proponują 400 USD. Różnica w łącznej wartości obu pakietów sięga niebagatelnych 2,5 bilionów dolarów. Brak postępu zaczyna drażnić Donalda Trumpa, który może uciec się do egzekutywy prezydenckiej. Finał powinien być pozytywny, ale przy niestabilnej sytuacji epidemicznej każdy wstrząs dla nastrojów konsumenckich i opóźnienie w transferach socjalnych może być niebezpieczne.

Po trzecie, zagrożeniem może stać sytuacja na rynku ropy, która grozi głęboką korektą ostatniej zwyżki. Baryłka brent wyceniana jest po silnym rajdzie na ponad 45 USD. Tymczasem należy zakładać stopniowy wzrost wydobycia przy spowolnieniu odbijania popytu. Tłem są gigantyczne zapasy surowca, ale także produktów jego destylacji, m.in. destylatów.

Na razie dolar jest w okolicy swoich minimów, ale rynek traci przekonanie przy ważnych barierach cenowych. AUD/USD zawrócił w okolicy ostatnich szczytów. Podobnie EUR/USD przed 1,19 i GBP/USD przed 1,32. Dolar pozostaje słaby, ale lipcowy trend nie jest rozwijany. USD/JPY osuwa się do 105,50 i spodziewamy się, że w tych okolicach będzie aktywizować się popyt. EUR/PLN wyczerpał przestrzeń do spadków, a naszym preferowanym wehikułem do zdyskontowania korektyw notowaniach walut EM pozostaje EUR/HUF.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Podróże lotnicze w czasie pandemii

0

Pomimo trudnej sytuacji epidemiologicznej, podróżowanie samolotem jest możliwe. Przewoźnicy w nowym reżimie sanitarnym obsługują siatki połączeń przystosowane do pandemicznych realiów. Jak zachowywać się na lotnisku? Jak linie lotnicze dbają o bezpieczeństwo pasażerów? Czy należy mi się odszkodowanie za odwołany lot? Na pytania odpowiada ekspert platformy Kapitalni.org.

Nie do wszystkich krajów możemy polecieć.  Listę państw, do których możemy latać, określają rozporządzenia Rady Ministrów, publikowane w Dzienniku Ustaw. Obecnie obowiązuje dokument z 28 lipca, który mówi, że Polacy nie mogą teraz latać do Szwecji, Portugalii i Luksemburga. Lista ta zmienia się od momentu wznowienia ruchu lotniczego, dlatego warto śledzić informacje zamieszczane przez Urząd Lotnictwa Cywilnego. Decyzje Rady Ministrów to jedno, a drugie to rzeczywista siatka połączeń, która zależy od samych przewoźników. Przygotowują ją linie lotnicze na podstawie przewidywanej rentowności tras. Planując wyjazd, sprawdź czy twoja destynacja jest obsługiwana przez linie lotnicze oraz w jakiej częstotliwości.

– Zanim zdecydujesz się na podróż samolotem, zapoznaj się także z rekomendacjami Ministerstwa Spraw Zagranicznych dla danego kraju. MSZ ocenia ryzyko podróżowania do poszczególnych państw, a obecnie informuje także, czy, w związku z pandemią, obowiązują ograniczenia w poruszaniu się po danym kraju lub czy po przyjeździe nie zostaniemy skierowani na kwarantannę – tłumaczy Krzysztof Burzyński, dyrektor działu prawnego firmy specjalizującej się w odszkodowaniach lotniczych AirCashBack.com, ekspert Kapitalni.org.

Karta Lokalizacji Podróżnego

Linie lotnicze zachęcają podróżnych do korzystania z odprawy on-line, co zwiększa bezpieczeństwo pasażerów. Na teren lotniska wpuszczane są tylko osoby z ważnymi biletami – osoby towarzyszące muszą się pożegnać wcześniej.

– Pasażerowie muszą też obowiązkowo wypełniać otrzymane od przewoźnika oświadczenie o stanie zdrowia, a przed lądowaniem – Kartę Lokalizacji Podróżnego, pozwalającą szybko odszukać pasażerów w razie wykrycia ogniska infekcji. Należy w niej podać swoje imię i nazwisko, datę urodzenia, numer telefonu oraz miejsce, jakie zajmuje się w samolocie – mówi Krzysztof Burzyński, ekspert Kapitalni.org.

Na lotniskach mogą być zamknięte sklepy, punkty usługowe czy restauracje, place zabaw i palarnie. W trakcie lotu przewoźnicy nie serwują ciepłych posiłków, starają się ograniczać kontakty personelu z podróżnymi do koniecznego minimum. Pasażerowie otrzymają pakowane produkty spożywcze i napoje.

Podróżować należy z ważnymi dokumentami, nie tylko z dowodem osobistym lub paszportem, ale także z dokumentami dotyczącymi stanu zdrowia – naszego i członków naszej rodziny. Warto też pamiętać o wykupieniu ubezpieczenia oraz wyrobieniu karty EKUZ, w przypadku podróży do jednego z krajów UE.

Zasady bezpieczeństwa na lotniskach i w samolocie

Główny Inspektorat Sanitarny wspólnie z Urzędem Lotnictwa Cywilnego wydali szereg rekomendacji, do których pasażerowie powinni się stosować na lotnisku i w trakcie lotu. Obowiązują standardowe zachowania, czyli zachowywanie dystansu, mycie rąk oraz noszenie maseczki (nawet kilku, bo maseczkę należy zmieniać co 4 godziny, a zakrywanie nosa i ust obowiązuje od momentu wejścia na teren lotniska w miejscu wylotu do chwili opuszczenia lotniska docelowego), a także kontrolny pomiar temperatury ciała oraz wyrywkowe testy na COVID. Jeśli zdecydujemy się na podróż pomimo złego samopoczucia (katar, kaszel, gorączka), możemy nie zostać wpuszczeni na pokład samolotu.

Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Lotniczego zarekomendowała przewoźnikom instalację filtrów HEPA (które usuwają 99,97 proc. bakterii i jeszcze dokładniej oczyszczają powietrze na pokładzie samolotu, zapobiegając rozprzestrzenianiu się chorób i drobnoustrojów w kabinie).

Filtry nie dają 100 proc. gwarancji bezpieczeństwa, szczególnie, jeśli zajmujemy miejsce obok osoby przechodzącej właśnie infekcję. Stąd obowiązek podróży w maseczkach i ich systematycznego zmieniania. Wyjątkiem są małe dzieci oraz osoby, które nie powinny zakrywać nosa i ust ze względów zdrowotnych i mogą to udokumentować. W tym drugim przypadku należy przed podróżą skontaktować się z przewoźnikiem.

Odwołany lot – czy należy mi się odszkodowanie?

Linie lotnicze oferują coraz bardziej elastyczne taryfy. LOT umożliwia bezpłatną zmianę rezerwacji na loty wykupione do końca października tego roku. Warunkiem jest rezerwacja tej samej trasy w terminie do końca grudnia 2021 r. Ryanair zezwala na bezpłatną zmianę rezerwacji, ale podróż musi zostać wykorzystana do końca tego roku. Dotyczy to sytuacji, kiedy podróżny sam decyduje się na przełożenie rejsu, na przykład z powodu swojego stanu zdrowia lub obaw o bezpieczeństwo. Co jednak, jeśli lot zostanie odwołany?

– Mamy dwie sytuacje. Odwołanie lotu z powodu arbitralnej decyzji przewoźnika oraz odwołanie lotu z powodu rozporządzeń poszczególnych państw, wydawanych w związku z pandemią COVID. W tym pierwszym przypadku pasażerowie uprawnieni są zarówno do zwrotu pieniędzy za opłacony bilet, jak i do odszkodowania, którego wysokość określa rozporządzenie Komisji Europejskiej. Jest to odpowiednio 250 euro za lot do 1500 km, 400 euro za lot na dystansie 1500-3500 km i 600 euro za lot na dystansie powyżej 3500 km –  tłumaczy Krzysztof Burzyński, dyrektor działu prawnego firmy specjalizującej się w odszkodowaniach lotniczych AirCashBack.com, ekspert Kapitalni.org. – W drugim przypadku, odszkodowanie się nie należy. Zgodnie z rozporządzeniem Unii Europejskiej, w razie wystąpienia okoliczności nadzwyczajnych, do których należy zaliczyć epidemię, odszkodowanie za odwołanie lotu się nie należy, ponieważ to nie przewoźnik jest odpowiedzialny za zaistniałą sytuację.

Linia lotnicza musi natomiast zwrócić pieniądze za bilety. Część z linii lotniczych proponuje klientom bony na kolejne loty. Zgodnie z rekomendacją Komisji Europejskiej, to podróżny decyduje w jakiej formie chce odebrać pieniądze: czy przelew/gotówka czy voucher na loty. Przewoźnicy kuszą klientów bonami o wartości przekraczającej opłacone przez pasażerów bilety. WizzAir proponuje bon o wartości 120 proc. ceny biletu, do wykorzystania na kolejne podróże, a Qatar Airways 110 proc.

Już nie Apple, a Google i Amazon są najczęściej wykorzystywanymi markami przez hakerów

0

Google i Amazon to dwie najczęściej wykorzystywane marki w drugim kwartale 2020 roku, pod które podszywają się cyberprzestępcy, by nakłonić ofiary do ujawnienia swoich danych uwierzytelniających, danych osobowych i płatności – wynika z badań firmy Check Point Software Technologies. Co więcej, rośnie liczba ataków phishingowych dokonywanych za pośrednictwem złośliwych e-maili, które stanowią już jedną czwartą wszystkich tego typu ataków.

Szacuje się, że phishing – czyli metoda oszustwa polegająca na podszywanie się pod znaną osobę lub markę – jest punktem wyjścia dla ponad 90% wszystkich prób cyberataków. Raport Verizon dotyczący naruszenia danych z 2019 r. wykazał, że prawie jedna trzecia (32%) rzeczywistych naruszeń danych dotyczyła właśnie phishingu. Co więcej, wyłudzanie informacji było obecne w 78% incydentów związanych z cyber-szpiegostwem oraz tworzenia i wykorzystywania backdoorów.

Tymczasem badacze z Check Point opublikowali raport dotyczący wykorzystania marek w atakach phishingowych w drugim kwartale br. Z danych wynika, że Google i Amazon były markami najczęściej naśladowanymi w próbach phishingu, podczas gdy Apple (wiodąca marka phishingowa w I kwartale) spadł na 7. Miejsce. Całkowita liczba wykryć phishingu związanego z popularnymi markami pozostaje stabilna w stosunku do pierwszych trzech miesięcy bieżącego 2020 r.

amazon google

Najczęściej wykorzystywanymi sektorami w tego typu działaniach są technologie, bankowość i media społecznościowe. Analizując używane wektory, możemy dostrzec pewne zauważalne różnice w markach używanych w każdym z nich: na przykład w przypadku urządzeń mobilnych nacisk kładzie się na główne marki technologiczne i media.

Email (24% ataków)

  1. Microsoft
  2. Outlook
  3. Unicredit 

Web (61% ataków)

  1. Google
  2. Amazon
  3. WhatsApp

Mobile (15% ataków)

  1. Facebook
  2. WhatsApp
  3. PayPal

Wg analityków Check Pointa przyczyną wzrostów ataków może być złagodzenie globalnych ograniczeń związanych z Covid-19, które spowodowały ponowne otwarcie firm i powrót pracowników do pracy.

– Cyberprzestępcy nadal koncentrują się na oszukiwaniu nas za pomocą nazw, którym ufamy – przykładem mogą być Google, Amazon czy WhatsApp (drugi najpopularniejszy komunikator w Polsce, używany przez 13% użytkowników urządzeń mobilnych – przyp. red.). W minionym kwartale zaobserwowaliśmy znacznie więcej działań związanych z phishingiem e-mailowym niż zwykle. Spodziewam się, że ataki e-mailowe będą się rozprzestrzeniać w drugiej połowie 2020 roku, ponieważ wszystkie oznaki wskazują na nieuniknioną cyberpandemię. Aby zachować bezpieczeństwo, rekomenduję korzystanie tylko z autentycznych witryn oraz uważanie na „oferty specjalne” – mówi Lotem Finkelsteen, menedżer działu wywiadu zagrożeń w Check Point.

Odpowiedzialne inwestycje przyszłością na rynku private equity

0

Analizy pokazują, że firmy, które implementują strategię ESG (Environmental, Social, Governance) i inwestują w odpowiedzialny biznes, lepiej radzą sobie w czasie spowolnienia gospodarczego. To szczególnie istotne w czasie niepewności rynkowej, spowodowanej pandemią COVID-19. Jak wynika z raportu Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey, zainteresowanie spółkami działającymi z uwzględnieniem czynników środowiskowych, społecznych i zarządczych, może rosnąć. Inwestorzy działający na środkowoeuropejskim rynku PE zwracają uwagę również na znaczenie technologii w procesie wyceny firmy. Aż 9 na 10 badanych deklaruje, że wysoki poziom transformacji cyfrowej to jeden z czynników zwiększających wartość spółki.

Inwestowanie w oparciu o czynniki ESG (Environmental, Social, Governance) zakłada wybór przedsiębiorstw, uwzględniających w swoich działaniach odpowiedzialność za środowisko, społeczeństwo i ład korporacyjny.

 najnowszych analiz wynika, że znaczenie ESG wzrosło, a fundusze, które inwestują w firmy zwracające uwagę na takie czynniki, osiągnęły lepsze wyniki niż te, które skupiły się wyłącznie na realizacji strategii biznesowej. To sygnał, że troska o środowisko naturalne, czy działania prowadzące do eliminowania nierówności w strukturach firmy zyskują na znaczeniu. Przewidujemy, że trend ten utrzyma się w długiej perspektywie czasowej – 
mówi Mark Jung, Partner w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte, Lider Private Equity w Europie Środkowej.

Korzyści dla świata i inwestora

Aż 62 proc. reprezentantów funduszy PE w Europie Środkowej przyznaje, że implementacja kryteriów ESG w strategii firmy prowadzi do zwiększenia jej wyceny lub większych zwrotów z inwestycji. Ponad jedna trzecia badanych (34 proc.) nie sądzi, że jest to czynnik wyróżniający. Jedynie 4 proc. przedstawicieli PE jest zdania, że obniża to wartość firmy czy zwrot z inwestycji.

-Zmiany na rynkach wywołane przez COVID-19 zwróciły większą uwagę firm na zdrowie, bezpieczeństwo i dobre samopoczucie swoich pracowników, ale także klientów i pozostałych interesariuszy. Inwestorzy wzmocnili swoje oczekiwania wobec spółek i zarządów w zakresie implementacji ESG do strategii biznesowej w celu zwiększenia odporności oraz zdolności adaptacyjnych. Coraz więcej danych rynkowych wskazuje, że firmy osiągające dobre wyniki w zakresie ESG radzą sobie lepiej niż rynek i są dobrze przygotowane do szybkiego wyjścia z kryzysu pandemicznego – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Ponad połowa (57 proc.) ankietowanych przedstawicieli środkowoeuropejskich funduszy PE deklaruje, że zawsze przed transakcją sprawdza działania spółki w zakresie ESG. Z kolei 28 proc. badanych robi to tylko wtedy, gdy czynniki środowiskowe czy społeczne mogą potencjalnie spowodować ryzyko operacyjne. Oznacza to, że aż 85 proc. funduszy PE analizuje je stale lub okazjonalnie. Jedynie 9 proc. deklaruje, że nie sprawdza działań w zakresie ESG przed dokonaniem transakcji, ale w przyszłości nie wyklucza takich działań. Tylko 6 proc. nie uważa, że jest to konieczność i nie planuje analizować działań spółek w tym zakresie w przyszłości.

Jeśli chodzi o znaczenie ESG w momencie podejmowania decyzji inwestycyjnych, to wyniki badania Deloitte są zaskakujące.

-Pomimo coraz większej świadomości wagi czynników ESG wśród funduszy PE, na co wskazuje dwie trzecie respondentów, wciąż tylko 30 proc. decyzji inwestycyjnych opartych jest o ich analizę. Wydaje się jednak, że w obliczu zacieśniających się zależności pomiędzy ekonomicznymi czynnikami budowania wartości przedsiębiorstwa a czynnikami ESG, i ich rolą w kształtowaniu profilu ryzyka inwestycji i przełożeniu na potencjalne koszty i korzyści, realna analiza i decyzje inwestycyjne z uwzględnieniem tych aspektów będą coraz powszechniejsze – mówi Irena Pichola.

Technologia wpływa na wartość firmy

Bez względu na rodzaj biznesu, rośnie wpływ digitalizacji na wszystkie aspekty jego funkcjonowania, poczynając już od momentu tworzenia strategii. Cyfryzacja wymusza i napędza zmiany wychodzące poza tradycyjny model IT. Sytuacja spowodowana koronawirusem jeszcze bardziej uwydatnia znaczenie technologii dla biznesu.

-Sytuacja, z którą mierzymy się od kilku miesięcy, podkreśla znaczenie technologii i jej wykorzystania w codziennej działalności operacyjnej firm. Pandemia wyraźnie ogranicza możliwości działania w świecie rzeczywistym. Aby minimalizować straty, część działań operacyjnych firmy będzie przechodzić coraz bardziej do świata cyfrowego – mówi Ścibor Łąpieś, Dyrektor, Technology M&A, Deloitte.

W badaniu Private Equity Confidence Survey przeprowadzonym w 2018 roku tylko 20 proc. respondentów stwierdziło, że digitalizacja jest kluczowym czynnikiem wpływającym na wewnętrzną stopę zwrotu z inwestycji. Obecnie aż 91 proc. przedstawicieli środkowoeuropejskiego rynku funduszy private equity deklaruje, że szerokie możliwości działu IT znacząco napędzają wartość firmy. Tylko 9 proc. uważa, że technologie to tylko dodatek, a nie decydujący aspekt w procesie wyceny spółki.

-Bez wątpienia, jakość środowiska IT odegra główną rolę w nadchodzących transakcjach. Dotrzymanie tempa dynamicznym zmianom technologicznym to wyzwanie, przed którym stoją obecnie inwestorzy PE. Jak wynika z naszego raportu, aż 73 proc. respondentów przyznaje, że nie ma odpowiednich zasobów wewnętrznych, by dokładnie ocenić specjalistyczny potencjał technologiczny przejęć, z czego 45 proc. badanych w ogóle nie posiada wewnętrznych możliwości weryfikacji wsparcia nabywanego biznesu od strony technologii. Chodzi tu głównie o to, jak nowoczesne rozwiązania wspierają łańcuch wartości i działania zaplecza administracyjnego spółki portfelowej. W analizie pomocne są zatem zewnętrzne ekspertyzy, dzięki którym można stwierdzić, że inwestycja będzie bezpieczna – 
mówi Mark Jung.

Dlaczego trzeba przygotować się na pakiet mobilności? Kabotaż i cross-trade na nowych zasadach w 2022 roku.

0

Eksperci branży TSL z Belgii wyliczyli, że każdy dzień tak zwanego zamrożenia kabotażu, co będzie wynikało z przyjętego przez Parlament Europejki pakietu mobilności, może kosztować tamtejszych przewoźników nawet 24 miliony euro rocznie.[1] Bułgarzy natomiast powołują się na badanie KPMG. Według analityków bułgarski rynek transportu międzynarodowego znacząco odczuje zmiany w unijnym prawie drogowym, co będzie widoczne już w 2023 roku. Autorzy raportu wskazują, że przez pakiet mobilności liczba kilometrów przejechanych „na pusto” może wzrosnąć nawet o 50 proc.[2] Podobne obawy mają również polscy przedsiębiorcy transportowi. Według badania Grupy Inelo 38 proc. z zapytanych przewoźników – więcej niż rok wcześniej – uważa, że pakiet mobilności to jedno z największych wyzwań branży na najbliższe dwa lata. Eksperci Inelo wyjaśniają, na co warto się przygotować. Część nowych regulacji będzie obowiązywała już w tym roku, jednak najmniej korzystne dla Polski zapisy wejdą w życie za 18 miesięcy. 

Międzynarodowe poruszenie w Europie Środkowo-Wschodniej

Transport and Mobility Leuven – belgijski instytut badawczy, którego celem jest wspieranie decyzji politycznych – w swoim ostatnim raporcie analizującym wpływ „Mobility Package I” na transport drogowy ze szczególnych uwzględnieniem krajów peryferyjnych wskazał, że nawet o 30 proc. może zmniejszyć się udział państw Europy Środkowo-Wschodniej w kabotażach na terenie UE.[3] Co więcej, nowe zasady dotyczące wykonywania operacji kabotażowych mogą spowodować wzrost kosztów w unijnym transporcie aż o 3,4 mln euro w skali roku. Przy czym i tak największymi beneficjentami pakietu mobilności będą państwa zachodnie tzw. Starej Unii, w tym Francja, Austria czy Niemcy. Prawo zmieniono natomiast na niekorzyść peryferyjnych członków UE, w tym Polski, Rumunii i Litwy na czele.

Pakiet mobilności vs. polska firma transportowa – przykład

Częstym modelem biznesowym w polskim transporcie drogowym jest sytuacja, gdy firma z taborem liczącym na przykład 15 samochodów pracuje w ramach kontraktu z niemiecką spedycją, która kompleksowo prowadzi pojazdy w systemie 3/1. Nie gwarantuje jednak zjazdów i wyjazdów z Polski. Bywa, że poszukiwanie eksportów i importów do kraju na giełdach transportowych po prostu nie jest opłacalne. Dlatego przedsiębiorcy nie ściągają ciężarówek do kraju, tylko dowożą kierowców busami do Niemiec.

W takim scenariuszu poprawia się rentowność przedsiębiorstwa – średnia liczba realizowanych to ponad 10 tysięcy kilometrów, a średnia stawka za kilometr wzrosła z 0,90 do 1,01 euro. Kierowcy mają wypłacane wynagrodzenie podstawowe oraz diety. Jeśli pakiet mobilności w obecnym kształcie zacznie obowiązywać pod koniec 2021 roku, to taki przewoźnik stanie przed koniecznością ściągania floty do Polski co 8 tygodni. Stawki za frachty powrotne mogą ulec obniżeniu. Natomiast koszty pracownicze znacznie wzrosną z uwagi na należności wypłacane za operacje kabotażowe na terytorium Niemiec i przerzuty Niemcy – państwa Beneluksu czy Niemcy – Włochy. Jeżeli nowe przepisy pozostaną bez zmian, dotychczasowy model biznesowy nie będzie już tak opłacalny – wyjaśnia Tomasz Czyż, ekspert GBOX, systemu telematycznego, który codziennie monitoruje 30 tys. polskich ciężarówek w ruchu międzynarodowym, Grupa Inelo.

Pakiet mobilności – prawo, które nie chroni środowiska

W kontekście przegłosowanego niedawno pakietu mobilności coraz częściej mówi się o negatywnym wpływie na środowisko naturalne. Chodzi głównie o puste przejazdy ciężarówek, które będą musiały zjeżdżać do bazy co 8 tygodni. To zaś nie idzie w parze z European Green Deal i neutralnością klimatyczną Europy do 2050 roku. 

Temat ten poruszyła pod koniec 2019 roku Komisja Europejska w swoim liście do PE informując o niekorzystnych dla środowiska skutkach wprowadzenia pakietu mobilności w takim kształcie. Mimo to „Mobility Package I” został zatwierdzony większością głosów 8 lipca 2020 roku. Jednak nie cichnie echo nadprogramowych pustych kilometrów i emisji CO2 generowanej przez transport drogowy towarów. To dobrze, ponieważ daje nadzieję, że zapis przymusowego powrotu do kraju, w którym pojazd jest zarejestrowany, zostanie zniesiony. Liczby mówią same za siebie. Z kalkulacji KMPG i Eurostat wynika, że powodu zaostrzenia przepisów wynikających z pakietu mobilności do atmosfery może zostać wyemitowane dodatkowe blisko 4 mln ton dwutlenku węgla rocznie. Już teraz przewozy drogowe towarów odpowiadają za 22 proc. emisji CO2, mimo że ciężarówki stanowią jedynie 2 proc. pojazdów poruszających się po drogach całej Unii.[4] Zatem wskazane są wszelkie aktualizacje przepisów, które zmniejszają puste przebiegi, a nie odwrotnie. Póki co możemy jedynie obserwować sytuację w Brukseli – komentuje Łukasz Włoch, ekspert główny OCRK z Grupy Inelo.

Cross trade też straci na pakiecie

Zgodnie z wytycznymi zasadami delegowania pracowników są również objęte przewozy typu cross trade. Zatem, obok kabotażu, również te operacje transportowo-spedycyjne mogą stać się mniej opłacalne z uwagi na wzrost kosztów pracowniczych. Te – według wyliczeń analityków OCRK, rozliczających czas pracy ponad 30 tys. kierowcom zawodowym – mogą się zwiększyć nawet o 30 proc. Przykładem częstego w Polsce modelu pracy w firmie przewozowej jest transport sezonowy, głównie chłodniczy. Uzależniony jest między innymi od okresów występowania konkretnych produktów jak owoce, warzywa, które sprowadza się do Polski z krajów o cieplejszym klimacie – Włochy czy Hiszpania, ale także Grecja i państwa Półwyspu Bałkańskiego.

Jak zauważa Tomasz Czyż, ekspert GBOX: Taki przewóz musi odbywać się w kontrolowanej temperaturze, aby produkty mogły dotrzeć do naszych magazynów. Ale już w ramach eksportu z kraju wywozi się różne towary, często bez potrzeby włączania agregatu. Są to zazwyczaj meble, elektronika lub też chłodnicze produkty, bo coraz częściej żywność jest eksportowana z Polski. Przewoźnicy poza sezonem, gdy planowanie tras jest problematyczne i nie opłaca się wysyłać załogi dwóch kierowców, muszą zadbać o zachowanie ciągłości pracy. Ratują się wówczas przewozami typu cross-trade. Chłodnia wtedy może służyć do przewozu na przykład farb, przesyłek kurierskich lub innych towarów wymagających sztywnej zabudowy naczepy. W tych przypadkach pakiet mobilności sprawi, że transport poza sezonem uzupełniający swoją ofertę cross trade będzie po prostu mniej rentowny niż dotychczas.

Czy będą wygrani? Pakiet mobilności a tranzyt i telematyka

Pakiet mobilności wyłącza tranzyt z delegowania. Oznacza to, że te przewozy pozostają bez zmian. Jednak takich intratnych biznesów w Polsce jest zdecydowanie mniej niż firm opierających swoją działalność na kabotażu czy uzupełniających swoją ofertę przewozami cross trade. Przykładem może być tutaj transport chemiczny cysternami. Polski przemysł chemiczny jest stabilny. Przewoźnicy zajmujący operacjami ADR w zdecydowanej większości pracują na zasadzie „kółek” Polska – pozostałe kraje UE – Polska.  Z naszego państwa często eksportuje się takie produkty jak olej bazowy czy adblue. Import dotyczy na przykład glikoli i lateksu. Pakiet mobilności nie zachwieje tą branżą. Firmy te zachowując taki system pracy nie będą musiały wypłacać pracownikom świadczeń na nowych zasadach, ponieważ wyłączeni oni będą z nowych zasad delegowania. Pojedyncze „awaryjne” przypadki przerzutów po zachodzie nie wpłyną istotnie na ich rentowność. Jest to też dosyć zamknięta grupa przewoźników, koszt wejścia w taki transport jest wysoki ze względu na ceny potrzebnego sprzętu (drogie naczepy), dodatkowo zlecenia na taki typ pojazdów nie są zbyt popularne na giełdach. Królują tutaj przewoźnicy o dłuższym stażu, którzy wyrobili sobie markę i kontakty. Zlecenia rozchodzą się najczęściej wewnętrznymi kanałami, bez wystawiania ich na zewnątrz.

Telematyka pomaga planować pracę przewoźników

To tylko kilka scenariuszy najczęściej spotykanych u naszych klientów korzystających z systemu telematycznego GBOX. Pakiet mobilności z pewnością będzie sporym wyzwaniem dla transportu kabotażowego i cross trade. Dla tranzytu nie, ale tego typu przewozów jest zdecydowanie mniej na rynku międzynarodowym obsługiwanym przez rodzimych przewoźników. Naszym przedsiębiorcom telematyka i TMS na pewno pomogą w sprawnym planowaniu tras i zarządzaniu operacjami transportowo-spedycyjnymi. Jednak należy dokładnie zapoznać się ze zmianami prawa drogowego UE, rozważyć również w przyszłości negocjowanie stawek oraz przemodelowanie systemu przewozów, który dotychczas się sprawdzał, ale za 18 miesięcy wraz z wejściem w życie kolejnych zapisów pakietu mobilności, może już nie być taki intratny – podsumowuje Tomasz Czyż.

[1] Raport Institute of Road Transport and Logistics (ITLB), 2019.

[2] KPMG, Bulgarian carriers’ organization, 2019.

[3] The impact of the mobility package on European Road Freight Transport, with special focus on peripheral countries, 2019.

[4] UE needs e-truck charging plan, Transportenvironment.org, 2020.

Udział inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi na GPW w pierwszej połowie 2020 r.

0
  • W I półroczu 2020 r. krajowi inwestorzy indywidualni wygenerowali 22 proc. obrotów na Głównym Rynku (GR) akcji GPW (+9 pp. rdr). Inwestorzy zagraniczni odpowiadali za 58 proc. obrotów (-3 pp. rdr), a instytucjonalni – za 20 proc. (-6 pp. rdr)
  • Na rynku NewConnect prym nadal wiodą inwestorzy indywidualni, których udział w obrotach wzrósł o 9 pp. rdr do poziomu aż 93 proc. Spadł udział inwestorów instytucjonalnych do 5 proc. (-8 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych zmniejszył się o 1 pp. rdr i wyniósł 2 proc.
  • Na rynku kontraktów terminowych w I połowie 2020 r. udział inwestorów indywidualnych spadł o 7 pp. rdr do 42 proc. obrotów, a instytucjonalnych wzrósł o 8 pp. i wyniósł 38 proc. Udział inwestorów zagranicznych spadł o 1 pp. rdr do 20 proc.

Główny Rynek GPW

W I połowie 2020 r. na Głównym Rynku akcji GPW największy udział w obrocie mieli inwestorzy zagraniczni. Wyniósł on 58 proc., o 3 pp. mniej w porównaniu z poprzednim rokiem. Istotnie – o 9 pp. rdr – wzrósł udział w obrotach krajowych inwestorów indywidualnych. W pierwszym półroczu wyniósł on 22 proc. Krajowi inwestorzy instytucjonalni wygenerowali jedną piątą obrotów, o 6 pp. mniej niż w I połowie 2019 r. Wzrost udziału inwestorów indywidualnych potwierdzają również dane KDPW, które wskazują, że w pierwszym półroczu 2020 r. założono 73,5 tysiąca nowych rachunków maklerskich.

W I półroczu 2019 r. wśród krajowych instytucji w czołówce uplasowały się podmioty świadczące usługi animatorów (udział na poziomie 32 proc.), a tuż za nimi TFI (30 proc.). Podium w pierwszej połowie 2020 r. zamykają firmy z 14 proc. udziałem w obrotach.

Tabela 1. Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcji (w proc.)Bez tytułuTabela 1. Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcji (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

NewConnect

Na rynku NewConnect największą rolę odgrywają krajowi inwestorzy indywidualni a ich udział systematycznie rośnie. W pierwszej połowie tego roku odpowiadali za 93 proc. obrotów, co stanowi wzrost o 9 pp. rdr. Inwestorzy zagraniczni w tym samym czasie wygenerowali 2 proc. obrotów, o 1 pp. mniej rdr. Instytucje odpowiadały za 5 proc. obrotów – o 8 pp. mniej niż w tym okresie przed rokiem i o 4 pp. mniej niż w drugim półroczu 2019 r. Wśród inwestorów instytucjonalnych handlujących na NewConnect w pierwszym półroczu tego roku TFI osiągnęły 44 proc. udziału w obrocie. Animatorzy wygenerowali 18 proc., a firmy 17 proc.

Tabela 2. Struktura inwestorów na rynku NewConnect (w proc.)Tabela 2. Struktura inwestorów na rynku NewConnect (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

Rynek Instrumentów Pochodnych

W pierwszej połowie 2020 r. krajowi inwestorzy indywidualni odegrali dominującą rolę także na rynku derywatów. Ich udział w wolumenie obrotów kontraktami terminowymi kształtował się na poziomie 42 proc. (-7 pp. rdr), a opcjami 49 proc. (+9 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych spadł o 1 pp. rdr do 20 proc. w obrotach kontraktami oraz wzrósł o 4 pp. na opcjach (30 proc.). Udział w obrotach kontraktami terminowymi inwestorów instytucjonalnych wzrósł w pierwszym półroczu tego roku do 38 proc. (+8 pp. rdr), a na rynku opcji zmniejszył się do 21 proc. (-13 pp. rdr). Zarówno na rynku kontraktów terminowych, jak i opcji dominującą rolę odgrywali animatorzy. W pierwszym półroczu 2020 r. ich udział w obrotach wygenerowanych przez krajowych inwestorów instytucjonalnych wyniósł odpowiednio: 44 proc. i 53 proc. 

Tabela 3. Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowych (w proc.)Bez tytułuTabela 3. Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowych (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkoweTabela 4. Struktura inwestorów na rynku opcji (w proc.)Tabela 4. Struktura inwestorów na rynku opcji (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

Catalyst

Udział krajowych inwestorów indywidualnych w obrocie obligacjami na rynku Catalyst spadł o 1 pp. rdr do 39 proc. w pierwszej połowie 2020 r. Udział inwestorów instytucjonalnych wzrósł o 2 pp. rdr do 61 proc., natomiast zagranicznych zmalał do zera. Przeważającą rolę odgrywali na nim animatorzy z udziałem na poziomie 38 proc., banki odpowiadały za 21 proc. a TFI za 19 proc. udziału wśród inwestorów instytucjonalnych.

Tabela 5. Struktura inwestorów na rynku obligacji (w proc.)Tabela 5. Struktura inwestorów na rynku obligacji (w proc.)

Źródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkoweSzczegółowe wyniki badania dotyczącego udziału inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi zostały opublikowane na stronie internetowej GPW: https://www.gpw.pl/analizy.

Giełda przeprowadziła badanie udziału różnych grup inwestorów (inwestorzy zagraniczni, krajowi instytucjonalni oraz krajowi indywidualni) w obrotach instrumentami finansowymi na parkiecie w pierwszej połowie 2020 r. Zgodnie z przyjętą metodologią udziały poszczególnych grup inwestorów bazują na wynikach ankiety, na którą odpowiadają krajowe biura maklerskie, a także na danych o obrotach zdalnych członków giełdy. Działalność animatorów oraz zarządzanie portfelem klientów zostało potraktowane jako działalność krajowych inwestorów instytucjonalnych. W badaniach uwzględniono obroty sesyjne realizowane na GPW.

Kogo zatopi druga fala pandemii koronawirusa? Duża niepewność wśród przedsiębiorców : Na jesień szykowane są programy restrukturyzacyjne

0

– Nie spodziewam się drugiego lockdownu, ale z rozmów z przedsiębiorcami wnioskuję, że jest w nich poważna obawa przed tym, co jeszcze może się wydarzyć jesienią – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński. Bezrobocie w województwie zachodniopomorskim póki co nie wzrosło dramatycznie, ale nastroje w gospodarce nie są najlepsze. Przedsiębiorcy bardzo doceniają rządowe programy wsparcia, przy jednoczesnym lęku jak poradzą sobie, gdy te programy miną i przy ewentualnej drugiej fali pandemii. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie pozostaje w kontakcie ze znaczącą częścią zrzeszonych przedsiębiorców. Prowadzimy także bieżący dialog z przedstawicielami izbowych klastrów: hotelarskiego, budowlanego, medycyny estetycznej czy kreatywnego.

  • Przedsiębiorcy obawiają się drugiego lockdownu. Niektórzy już teraz podejmują decyzje o restrukturyzacji i gromadzą kapitał
  • Wiele branż nadal jest dotkniętych skutkami pierwszej fali kryzysu. Przedsiębiorcy branży turystycznej tracą rezerwacje zagraniczne i krajowe po ostatnich informacjach o wzroście liczby zakażeń i powrocie restrykcji
  • Nadal trudno ocenić skalę gospodarczych strat, bo wiele firm korzysta z rządowej pomocy. Nastroje są jednak znacznie gorsze niż jeszcze na początku czerwca
  • Północna Izba Gospodarcza kontynuuje działania doradcze dla przedsiębiorców dotkniętych pandemią. Izbowy think-tank nadal aktywnie funkcjonuje
„Przedsiębiorcy jednak reagują bardzo nerwowo na wszelkie informacje dotyczące obostrzeń, restrykcji czy rozmaitych komplikacji związanych z pandemią”

Połowa marca przyniosła polskiej gospodarce wydarzenia, których nikt się nie spodziewał. Informacje o pandemii koronawirusa docierały do Europy z Chin już kilkanaście tygodni wcześniej, ale nikt nie traktował ich jak zwiastunów największego gospodarczego kryzysu od wielu lat. Pandemia koronawirusa sprawiła, że z dnia na dzień wiele firm musiało zawiesić działalność. Skala upadłości trudna jest do oszacowania do dzisiaj. Niektóre firmy utrzymują się na rynku dzięki wsparciu rządowemu,. Najpoważniej ucierpiała branża kreatywna, kultura, hotelarstwo, turystyka, logistyka, przemysł i transport.

– Nie spodziewam się drugiego lockdownu, bo byłby to cios, którego polska gospodarka, by nie przeżyła. Przedsiębiorcy jednak reagują bardzo nerwowo na wszelkie informacje dotyczące obostrzeń, restrykcji czy rozmaitych komplikacji związanych z pandemią. Musimy być świadomi, że gospodarka jest obecnie nadwrażliwa, społeczeństwo oszczędza, bardzo rozważnie podejmuje decyzje o wydatkach. Doniesienia o wzroście liczby zakażeń budzą poważny niepokój – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej Jarosław Tarczyński. – Mam informacje, że w ubiegłym tygodniu wiele rezerwacji hotelowych na drugą połowę sierpnia i wrzesień były anulowane. Podobnie z wyjazdami zagranicznymi, gdzie czuć było już delikatne zwiastuny poprawy sytuacji tych branż. Pojawiły się doniesienia medialne o kwarantannie po powrocie do Polski czy informacje o tłumach na plażach i ludzie zdecydowali się na rezygnacje z wyjazdów. To są poważne ciosy dla turystyki, gastronomii i branż funkcjonujących dookoła – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński.

– Duże przedsiębiorstwa z województwa zachodniopomorskiego szykują na jesień plany restrukturyzacyjne. Myślę, że na ocenę sytuacji w gospodarce musimy jeszcze trochę poczekać. Byłbym zdecydowanie ostrożny w stawianiu tezy, że najgorsze za nami – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński.

„Trudno szykować się do „drugiej walki”, gdy nie udało się zebrać sił i wrócić do funkcjonowania do pierwszej”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie nie zawiesiła działalności swojego think-tanku „Izbowy pakiet wsparcia dla przedsiębiorców” – spotkania odbywają się regularnie.

Pandemia koronawirusa to sytuacja, która pokazała dużą solidarność w przedsiębiorcach: – Jestem przekonany, że współpraca między firmami będzie mieć miejsce w przypadku drugiej fali pandemii, a my jako Izba jesteśmy gotowi do udzielania pomocy, porad oraz do wszelkiego wsparcia informacyjnego. Jesteśmy jednak świadomi, że druga fala pandemii wywoła w przedsiębiorcach zupełnie inne reakcje. Wielu do dzisiaj pozostaje w zawieszeniu lub działa w ograniczonej formie. Trudno szykować się do „drugiej walki”, gdy nie udało się zebrać sił i wrócić do funkcjonowania do pierwszej – przyznaje dr Wolny.

Przedsiębiorcy przygotowują się na drugą falę pandemii: oszczędności, gromadzenie kapitału i wstrzymywanie inwestycji

O kondycję przedsiębiorców zapytaliśmy ekspertów współpracujących z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie. Jak mówi prof. Stanisław Flejterski z Wyższej Szkoły Bankowej polska gospodarka znajduje się w trudnym położeniu. Najgorsza dla przedsiębiorców jest niepewność. Blokuje ona inwestycje, zatrzymuje plany rozwojowe. Nie pozwala zamknąć firmy, ale i nie pozwala ich rozwijać. Prof. Flejterski mówi także o konieczności „patrzenia z dystansu” na wszelkie procesy zachodzące w gospodarce.

– Trudno jest definitywnie przesądzić, kto będzie należeć do branż i profesji trwale poszkodowanych przez turbulencje w gospodarce, a kto będzie beneficjentem. Poprzednim kryzysom również towarzyszył zmienny w czasie  podział  na wygranych oraz  na przegranych. Chodzi o to, aby tych drugich  było możliwie najmniej. Nie bez powodu  od dawna głoszona jest  intrygująca opinia, że kryzys jest szansą i że nie wolno  go zmarnować.  Kluczową kwestią  jest powrót do poprzednich poziomów aktywności gospodarczej. Nie jest  to  łatwe szczególnie  w przypadku niektórych usług, choćby  transportowych, turystycznych, hotelarskich,  gastronomicznych, ale dotyczy też niektórych nisz  w sferze  produkcji przemysłowej – komentuje dla Północnej Izby Gospodarczej ekspert WSB.

Ostatnie miesiące przynoszą znacznie więcej postępowań restrukturyzacyjnych oraz pytań o to, jak prowadzić optymalizację w firmach: – Nie możemy ukrywać, że sytuacja wielu branż jest bardzo poważna. Przedsiębiorcy zdają się przygotowywać na drugą falę kryzysu gromadząc kapitał obrotowy, wstrzymując w czasie inwestycje, wdrażając programy oszczędnościowe czy dokonując rotacji w miejscach pracy. Z doświadczenia wiem, że zwolnienia są ostatecznością, ale w kryzysie wiele firm nie może pozwolić sobie na nieefektywność – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradczego Kiżuk & Michalska.

Północna Izba Gospodarcza kontynuuje działanie pomocowe i doradcze dla przedsiębiorców z Pomorza Zachodniego. Zapraszamy do kontaktu!

BIK Indeks – Popyt na Kredyty Mieszkaniowe wyniósł w lipcu 2020 r. (-3,5%)

0

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny, siódmy w tym roku odczyt Indeksu wyniósł -3,5%, co oznacza, że w lipcu 2020 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 3,5% w porównaniu z lipcem 2019 r.

W lipcu 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,75 tys. klientów, w porównaniu do 41,39 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -6,4%. Jednak w porównaniu do czerwca 2020 r. liczba wnioskujących wzrosła o 7,3%, zaś w stosunku do kwietnia 2020 r. wzrosła aż o 39,3%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu br. wyniosła 286,2 tys. zł i była o 3% wyższa niż w lipcu 2019 r. W porównaniu do lutego 2020 r. (ostatni miesiąc przedpandemiczny) średnia kwota kredytu spadła o -2%.

– Na wartość Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe negatywnie wpłynął spadek liczby wnioskodawców, pozytywnie natomiast wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu. W lipcu kontynuowany był proces odmrażania gospodarki, zapoczątkowany w maju. Odczyt lipcowy Indeksu, pomimo, że nadal jest ujemny i daleko mu do odczytu lutowego br. (+27,6%), który zakończył wzrostowy trend popytu na kredyty mieszkaniowe, jest już kolejnym po czerwcu wskazaniem odbudowy popytu na rynku kredytów mieszkaniowych. Otwartym pytaniem pozostaje, na jak długo. Na razie mamy swoisty rollercoaster: w lutym – euforia, w kwietniu – głęboka depresja, w maju lekka poprawa, w czerwcu wyraźna poprawa, która jest kontynuowana w lipcu. Nadal jednak jest prawdopodobny scenariusz drugiej fazy pandemii na jesieni – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks obrazuje jedynie odbudowę strony popytowej rynku kredytów mieszkaniowych, a wniosek o kredyt mieszkaniowy procesowany jest około 1,5 do 2 miesięcy. Należy ponadto mieć na względzie, że banki nadal stosują konserwatywną politykę kredytową, co powoduje spadek poziomu akceptacji wniosków kredytowych. Dlatego też w miarę optymistyczne odczyty poziomu popytu na kredyty mieszkaniowe nie oznaczają, że nastąpi również wzrost akcji kredytowej – dodaje prof. Rogowski.

bik indeks lipoiec

W czasie kryzysu wzrosła rola komunikacji. Mimo to skutki pandemii dotknęły także branżę PR

W czasie kryzysu komunikacja i PR okazały się dla firm bezcenne, dlatego ich rola będzie rosła. Mimo to pandemia SARS-CoV-2 odbiła się na branży. Co trzecią agencję dotknęły obniżki wynagrodzeń, a zwolnienia 39 proc. Najdotkliwiej ucierpiały małe podmioty prawie co piąta mała agencja zanotowała aż 50-proc. spadek przychodów. Jednak mimo przejściowych trudności branża patrzy w przyszłość z optymizmem. Aż 80 proc. agencji nie spodziewa się w tym roku utraty płynności finansowej, a 70 proc. prognozuje, że szybko podniesie się z kryzysu i w 2021 roku wróci na drogę rozwoju.

– Pandemia i kryzys wpłynęły na każdy sektor polskiej gospodarki, a branża PR nie jest zieloną wyspą. Jednak trzeba odnotować, że nasz sektor od początku wykazał duże zdolności adaptacyjne i je wykorzystał. Mówimy nie tylko o migracji do pracy zdalnej, ale i o przedefiniowaniu kompetencji, reorganizacji – tak, aby firmy PR-owe i doradcze mogły dalej świadczyć usługi, adekwatne do zmienionych celów organizacji klientów – mówi agencji Newseria Biznes Adam Jarosz, prezes Związku Firm Public Relations w Polsce.

Pandemia SARS-CoV-2 mocno zachwiała rynkiem usług mediowych, doradczych i komunikacyjnych. PR-owcy musieli zmienić dotychczasowe strategie, narzędzia i tryb pracy. Zmieniły się także budżety, plany i priorytety komunikacyjne klientów.

Mimo tych trudności aż 60 proc. przedstawicieli firm PR oceniło perspektywę rozwoju swojej agencji jako dobrą, a kolejne 10 proc. jako bardzo dobrą wynika z badania zrealizowanego przez ZFPR w ostatnich dniach lipca. W ocenie szefów agencji zajmujących się profesjonalną komunikacją branża PR ma szansę szybko podnieść się z kryzysu i w 2021 roku wrócić na drogę rozwoju.

– Od początku pandemii SARS-CoV-2 prowadziliśmy badanie, chcąc sprawdzić, jak wygląda w tym czasie sytuacja agencji PR. Jego ostatnia edycja jest mocno budująca, pełna optymizmu. Udało nam się co do zasady nie redukować etatów – mówi Adam Jarosz. – Generalnie przyjęta i realizowana zasada była taka, aby migrować do nowych obszarów komunikacji. Świadczyć dla klientów usługi adekwatne do nowych czasów, a niekoniecznie te zaplanowane jeszcze w 2019 roku.

Agencje zrzeszone w ZFPR zostały zapytane w badaniu m.in. o kondycję finansową i redukcję zatrudnienia w trakcie pandemii oraz prognozy na przyszłość. Większość przyznała, że – choć nie obyło się bez cięć i spadku wpływów – w branży trudno mówić o zapaści. Obniżki wynagrodzeń dotknęły ok. 30 proc. agencji PR, a zwolnienia – 39 proc. Co istotne, w większości objęły one jednak nie więcej niż 10 proc. wszystkich pracowników, a aż 86 proc. agencji nie planuje dalszych redukcji zatrudnienia.

– Skutki kryzysu odczuwały głównie mniejsze podmioty. Średnie i duże w trochę mniejszym stopniu. Pocieszające jest natomiast to, że ostatecznie skala tych strat – jakkolwiek dotkliwa z perspektywy każdej firmy – nie była ogromna – twierdzi prezes Związku Firm Public Relations.

Agencje zatrudniające do 20 osób odnotowały w pandemicznych miesiącach największe spadki dynamiki przychodów. W większości sięgały one 10–25 proc, ale prawie co piąta mała firma (18 proc.) zanotowała ponad 50-proc. spadek. W średnich agencjach (21–45 osób) najwięcej wskazało, że ich przychody spadły w granicach 10–25 proc. lub nie spadły wcale (38 proc. wskazań). Kryzysowy pod względem struktury klientów okazał się maj. W tym miesiącu 38 proc. agencji (najczęściej dużych) straciło bądź musiało ograniczyć współpracę z którymś ze stałych klientów. Blisko 2/3 firm w maju straciło także od 10 do 25 proc. obsługiwanych budżetów komunikacyjnych.

– Na początku pandemii nastroje były bardziej pesymistyczne. Obniżki i spadki wynikały głównie z ograniczania zakresu usług zlecanych przez klientów lub zamrażania niektórych projektów, które już na szczęście zaczynają się odmrażać – podkreśla Adam Jarosz. – Obecnie nastroje w branży są dobre, z optymizmem patrzymy w przyszłość.

Jak wynika z badań ZFPR, aż 80 proc. agencji nie spodziewa się w tym roku utraty płynności finansowej i tylko 5 proc. sygnalizuje trudności z utrzymaniem się na rynku. Firmy są jednak podzielone w prognozach dotyczących tego, kiedy branża może wrócić do stanu sprzed okresu pandemii. Dwa dominujące scenariusze (po 38 proc. firm) to początek przyszłego roku oraz połowa 2021 roku. Tylko co piąta agencja ocenia, że odbicia i powrotu do sytuacji z początku tego roku można spodziewać się już po wakacjach.

Co istotne, z raportu ZFPR wynika, że w czasie kryzysu komunikacja i PR okazały się dla firm bezcenne. Potrzebowały one public relations, aby komunikować swoim inwestorom, pracownikom i konsumentom o zmianach i działaniach podejmowanych w związku z pandemią SARS-CoV-2. W efekcie wzrosła też rola doradców do spraw profesjonalnej komunikacji, co jest dla branży dobrym prognostykiem na przyszłość.

– Pandemia i kryzys to jest zmiana, a nie ma możliwości zarządzania zmianą bez komunikacji. PR jest integralną częścią tego typu sytuacji, jakiej teraz doświadczamy. Dlatego w żadnym stopniu nie powinien być ograniczany, bo to po prostu niweluje cele firmy albo opóźnia ich realizację – podkreśla   prezes Związku Firm Public Relations.

Tłumaczy, że w trakcie pandemii koronawirusa firmy powinny szczególnie zadbać o rzetelną komunikację, żeby wzmocnić zaufanie klientów, swoją reputację i pozycję rynkową. Co ważne, wiele z nich będzie zmuszonych od nowa zaprojektować swoją strategię komunikacyjną, żeby uwzględnić w niej „post-COVID-owe” realia.

– Jesteśmy jeszcze w 2020 roku, ale już za chwilę – wspólnie z naszymi klientami, firmami i organizacjami – będziemy planować strategie komunikacji na rok przyszły. Powinny być dobre i efektywne, dlatego 27 i 28 sierpnia organizujemy konferencję edukacyjną pod hasłem  „PR 2021! Challenge accepted!”. Wspólnie z wybitnymi ekspertami związkowymi i zewnętrznymi przedyskutujemy na niej krytyczne aspekty budowania strategii komunikacji oraz zarządzania reputacją na kolejny rok – zapowiada Adam Jarosz.

Zdaniem przedstawicieli branży PR, którzy wzięli udział w badaniu ZFPR, popyt na profesjonalną komunikację nie zaniknie, a w 2021 roku niepewna sytuacja gospodarcza i epidemiczna spowoduje, że klienci będą wykazywać większą chęć do długofalowej współpracy, polegającej na opracowaniu polityki informacyjnej firmy, wdrożeniu narzędzi komunikacji zewnętrznej czy antykryzysowej. Eksperci spodziewają się też, że COVID-19 znacznie przyspieszy digitalizację całej branży i rolę internetu w komunikacji.

NIK: System aktywizacji osób bezdomnych nie działa. Nikt nie kontroluje wydatkowanych środków

W Polsce jest ok. 30 tys. osób bezdomnych. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat ich liczba zmniejszyła się o ok. 6 tys., ale trudno określić, w jakim stopniu jest to zasługa działań podejmowanych przez państwo. Mimo że na przeciwdziałanie i aktywizację osób bezdomnych przeznaczane są setki milionów złotych, to niemal żadna z odpowiedzialnych za to instytucji nie analizuje skuteczności swoich działań. – System zapobiegania bezdomności i aktywizacji w celu wyjścia z bezdomności wymaga poprawy. Nie jest ani spójny, ani skuteczny – mówi Anna Matusiak-Rześniowiecka, kierownik wydziału prasowego w Najwyższej Izbie Kontroli.

– W ostatnich latach w Polsce systematycznie spada liczba osób bezdomnych. W ubiegłym roku było ich około 30 tys., czyli ok. 6 tys. mniej niż jeszcze w 2015 roku. Nie sposób jednak określić, na ile ten spadek jest efektem działań państwa, a w jakiej mierze wynika z innych przyczyn, np. zaradności samych bezdomnych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Matusiak-Rześniowiecka.

Według danych podawanych co dwa lata przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na działania pomocowe dla osób bezdomnych w 2018 roku wydano ze środków publicznych prawie 271 mln zł. Wcześniej, w 2016 roku ta kwota przekroczyła 224,6 mln zł. Ponad 90 proc. środków przekazały na ten cel samorządy (m.in. na finansowanie działalności placówek dla osób bezdomnych oraz zasiłki i świadczenia). W tym samym czasie 23,3 mln zł na przeciwdziałanie bezdomności (w ramach dwóch programów dedykowanych organizacjom pozarządowym) przeznaczył też resort pracy. Kolejne 4,4 mln zł wydali wojewodowie, których objęła kontrola NIK.

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli trudno ocenić, jaka jest skuteczność tych środków. Poza nielicznymi wyjątkami większość podmiotów nie analizuje skuteczności swoich działań. W efekcie nie wiedzą, czy są one skuteczne ani czy pieniądze przeznaczane na ten cel są wydawane właściwie.

– Ani minister, ani wojewodowie, ani gminy nie analizowali skuteczności pomocy udzielanej osobom bezdomnym. Ani ośrodki pomocy społecznej, ani organizacje pozarządowe nie mają pełnych danych w tym zakresie. A jeżeli nie zna się skuteczności podejmowanych działań, trudno stwierdzić, w jakim stopniu spadek liczby osób bezdomnych jest związany z działaniami rządu czy samorządów – podkreśla kierownik wydziału prasowego NIK.

Jak wynika z opublikowanego w końcówce lipca raportu NIK, polski system aktywizacji osób bezdomnych na żadnym ze szczebli – rządowym, samorządowym ani pozarządowym – nie jest spójny i nie zapewnia wsparcia, dzięki któremu bezdomni mogliby osiągnąć życiową samodzielność. Takich osób jest najwięcej w województwach: mazowieckim, śląskim, pomorskim i dolnośląskim, a zdecydowana większość (80,2 proc.) przebywa w placówkach instytucjonalnych.

Bezdomność jest najczęściej efektem kilku nakładających się na siebie przyczyn (np. bezrobocia, zadłużenia, rozpadu rodziny, uzależnienia czy przemocy w rodzinie). Dlatego też w 2014 roku rząd – uwzględniając potrzebę kompleksowego podejścia do problemu – przyjął Krajowy Program Przeciwdziałania Ubóstwu i Wykluczeniu Społecznemu 2020.

– Dwa lata później, w 2016 roku, znowelizowano ustawę o pomocy społecznej, wprowadzając do niej coś więcej aniżeli zaspokajanie podstawowych potrzeb bytowych osób bezdomnych. Uwzględniono w niej działania wzmacniające aktywność społeczną osób bezdomnych po to, żeby się usamodzielniały i w efekcie miały szansę wyjść z bezdomności – mówi Anna Matusiak-Rześniowiecka.

W ocenie NIK wprowadzona w 2016 roku nowelizacja nie przyniosła spodziewanych efektów, a polski system aktywizacji osób bezdomnych w praktyce nie działa. Na 34 skontrolowane instytucje w latach 2016-2018 tylko jedna (Caritas Archidiecezji Katowickiej) prowadziła działania zmierzające do aktywizacji osób bezdomnych.

– System aktywizacji nie jest ani spójny, ani skuteczny. Instytucje zobowiązane do udzielania pomocy osobom bezdomnym wciąż skupiają się głównie na zaspokajaniu ich podstawowych potrzeb, czyli np. zapewnieniu schronienia i posiłku. Trzeba jednak podkreślić, że każdej osobie potrzebującej zostało to zapewnione – zaznacza ekspertka.

Zgodnie z polskimi przepisami osoba bezdomna trafia do schroniska na podstawie decyzji ośrodka pomocy społecznej, po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego. W tym procesie ważną rolę odgrywają tzw. kontrakty socjalne, zawierane pomiędzy OPS-em i osobą bezdomną. Są w nich zawarte określone działania, które mają doprowadzić do przezwyciężenia trudnej sytuacji życiowej i wyjścia z bezdomności.

Jak wynika z danych NIK, kontrakty socjalne z osobami bezdomnymi zawierało 76,5 proc. skontrolowanych OPS-ów, a w większości z nich dokumenty były opracowywane rzetelnie i z uwzględnieniem potrzeb osób zgłaszających się po pomoc. Jednak OPS-y nie przekazywały ich dalej do organizacji pozarządowych, które np. prowadzą schroniska dla bezdomnych tłumacząc to brakiem przepisów umożliwiających ich udostępnianie. W efekcie opiekunowie pracujący w takich schroniskach nie znali treści kontraktów i nie wiedzieli, czy osoby bezdomne, które do nich trafiają, wypełniają swoje zobowiązania. Z kolei pracownik socjalny, który podpisał kontrakt z osobą bezdomną, nie miał wpływu na jego realizację, a nawet informacji o tym, czy jest on realizowany.

– NIK zwróciła się już do Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej o zmianę przepisów, aby kontrakt socjalny był zawierany dopiero po umieszczeniu osoby bezdomnej w schronisku, np. do dwóch tygodni – mówi Anna Matusiak-Rześniowiecka. – Konieczne jest też wprowadzenie w takich kontraktach terminów ich obowiązywania i realizacji poszczególnych zadań, a także ich oceny. To zadziała mobilizująco – zarówno na osobę bezdomną, jak i instytucje udzielające im wsparcia. Pozwoli też na bieżąco korygować metody i działania.  

Rolnicy poszkodowani przez COVID-19 dostaną nadzwyczajne wsparcie. W ciągu kilku tygodni trafi do nich ponad 1 mld zł

Na najbliższym posiedzeniu Senat ma się zająć projektem ustawy o nadzwyczajnym wsparciu dla rolników, którzy ucierpieli w wyniku pandemii koronawirusa. – Jeżeli Senat ją przyjmie, to prezydent podpisze niezwłocznie i może w ciągu miesiąca zostaną przeprowadzone wypłaty. Spodziewam się, że w ciągu najbliższych kilku tygodni te dodatkowe pieniądze trafią do gospodarstw – zapowiada minister rolnictwa i rozwoju wsi, Jan Krzysztof Ardanowski. Na pomoc ze środków unijnych, która opiewa na kwotę ponad 270 mln euro, będą mogli liczyć m.in. producenci wołowiny, baraniny, mięsa wieprzowego i drobiowego oraz jaj, mleka i roślin ozdobnych. 

– Szczęśliwie nie obserwujemy wpływu koronawirusa na produkcję roślinną, czyli np. zboża, rzepak, buraki, ziemniaki, owoce i warzywa. Jest jednak kilka sektorów rolnictwa, które ucierpiały. Przede wszystkim załamanie cenowe mieli producenci mięsa, były kłopoty ze sprzedażą, prawie wszyscy obniżyli ceny. Było to spowodowane tym, że ważnym rynkiem dla mięsa są kraje, do których eksportujemy. Dlatego doszliśmy do wniosku, że trzeba pomóc tym gospodarstwom, które ucierpiały z powodu koronawirusa – mówi agencji Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski.

Według Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi w największym stopniu skutkami COVID-19 w branży zostały dotknięte: bydło mięsne, krowy (mleko), trzoda chlewna, owce, kozy, drób rzeźny i nieśny oraz uprawa roślin ozdobnych. Rolnicy z tych sektorów, którzy ponieśli straty finansowe, będą mogli liczyć na nadzwyczajne wsparcie finansowe. Na ten cel przeznaczone zostanie 273,4 mln euro z unijnych środków.

– Kwota ok. 1,2 mld zł z II filara wspólnej polityki rolnej to są środki z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich, na które jest mniejsze zainteresowanie rolników, a które były rozplanowane w innych okolicznościach kilka lat temu, kiedy nie było koronawirusa. Część tych pieniędzy – choć oczywiście nie wszystkie, bo najważniejsze programy dalej realizujemy i będą kolejne nabory – przeznaczamy na bezpośrednie wsparcie właśnie dla producentów wołowiny, baraniny, jagnięciny, koźliny, mięsa wieprzowego i drobiowego oraz dla producentów jaj, mleka i roślin ozdobnych, którzy wiosną mieli kłopoty ze sprzedażą – wymienia minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Jak podkreśla Jerzy Wierzbicki, prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego, przedsiębiorstwa przemysłu mięsnego zostały objęte pomocą w ramach tarczy antykryzysowej 3.0 i mogły aplikować o wsparcie, jeżeli tylko odnotowały spadek obrotów. Jednak nie wszyscy rolnicy, którzy ponieśli straty finansowe, byli w stanie udokumentować wymagane spadki z miesiąca na miesiąc ze względu na specyfikę produkcji i sprzedaży.

– Teraz do tych rolników, którzy doświadczyli skutków COVID-19, zostanie skierowany ponad miliard złotych – dodaje Jerzy Wierzbicki. – Spadek cen wołowiny spowodowany zamknięciem rynku HoReCa oraz zatrzymanie fabryk skór we Włoszech, które spowodowało, że stały się bezwartościowe, przełożyło się na niskie ceny skupu żywca. W efekcie rolnicy, którzy musieli sprzedawać w pierwszej połowie roku, ponieśli straty. Ta pomoc jest adresowana m.in. do nich.

Resort rolnictwa już w lipcu przedłożył Radzie Ministrów projekt uchwały dotyczącej zmiany Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020. Najważniejsza poprawka to wprowadzenie do niego nowego działania: „Wyjątkowe tymczasowe wsparcie dla rolników i MŚP szczególnie dotkniętych kryzysem związanym z COVID-19”. Rząd zaakceptował program wsparcia dla rolników, na ostatnim posiedzeniu w lipcu zmiany przyjął też Sejm. Teraz nowelizacja czeka na Senat, który ma zająć się nią 11 sierpnia.

– Jeżeli Senat ją przyjmie, to prezydent podpisze niezwłocznie i może w ciągu miesiąca zostaną przeprowadzone wypłaty. Tu nie ma szczególnych problemów, wszystkie dane są w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która jest przygotowana do szybkiej wypłaty dużych ilości pieniędzy, bo robi to przecież z dopłatami bezpośrednimi, z pomocą suszową itd. Spodziewam się więc, że w ciągu najbliższych kilku tygodni te dodatkowe pieniądze trafią do gospodarstw – zapowiada Jan Krzysztof Ardanowski.

Wsparcie dla rolników będzie wypłacane tylko raz. Ma częściowo zrekompensować im utracone dochody, pomóc zachować płynność finansową i ciągłość produkcji. Pieniądze będą wypłacane w formie ryczałtu, uzależnionego od rodzaju i wielkości prowadzonej produkcji rolnej. Zgodnie z projektem rozporządzenia Ministra Rolnictwa wsparcie nie będzie mogło jednak przekroczyć 7 tys. euro.

Przykładowe stawki, na jakie mogą liczyć producenci roślin ozdobnych, to – w zależności od powierzchni upraw – od 1,4 do nawet 30 tys. zł. Z kolei posiadacze bydła mogą otrzymać od 5,1 tys. zł (jeżeli rolnik posiadał co najmniej trzy i nie więcej niż 20 sztuk zwierząt) do 20,2 tys. zł (jeżeli posiadał więcej niż 50 sztuk zwierząt).

Tegoroczne wyprzedaże znacznie dłuższe i z większymi obniżkami. Na jesień branża odzieżowa zapowiada kolejne promocje

Letnie wyprzedaże – ze względu na pandemię – trwają w tym roku dłużej i oferują większe rabaty. Mimo trudnej sytuacji klienci wrócili do swoich zakupowych nawyków i chętnie korzystają ze zniżek. Co więcej, 76 proc. marek z branży fashion również na okres powakacyjny planuje promocje, które obejmą także nowy asortyment – wynika z badania Domodi. Sprzedaż internetowa stała się głównym źródłem dochodów dla sklepów odzieżowych i ten kanał będzie dalej podstawowym obszarem aktywności dla branży. Tym bardziej że przekonują się do niego kolejne grupy klientów, np. osoby 65+.

26 na 100 firm odzieżowych biorących udział w ankiecie Domodi oceniło, że kryzys wywołany koronawirusem miał pozytywny wpływ na ich sytuację finansową. Źródłem większych dochodów w czasie pandemii była dla nich sprzedaż online. Jednak większość, bo aż 54 proc. badanych, oceniła, że wpływ koronawirusa na ich finanse był negatywny. Choć istniały obawy, jak klienci zachowają się podczas letnich wyprzedaży, okazało się, że ich aktywność właściwie dorównała tej sprzed roku. W ciągu miesiąca – od połowy czerwca do połowy lipca – na platformie Domodi liczba klientów wyniosła prawie 6 mln.

– Wyprzedaże są, bo nadal trwają, dobrym okresem. Nasze predykcje, które poczyniliśmy na początku roku, okazały się nie do końca sprawdzone. Ruch w sieci i w sieciach handlowych nadal pozostaje na wysokim poziomie – mówi agencji Newseria Biznes Marta Kaleta-Domaradzka, koordynator ds. marki i komunikacji w Grupie Domodi.

Nie zmienia to faktu, że tegoroczne wyprzedaże znacząco różnią się od tych z ubiegłego roku.

– Po pierwsze, czas trwania wyprzedaży się zmienił – nie dość, że zaczęły się znacznie wcześniej, to nie wiadomo także, kiedy się zakończą. Z drugiej strony gros handlu przeniosło się do internetu. Obserwujemy znacznie mniejszy asortyment w sklepach stacjonarnych niż w latach wcześniejszych – wymienia Marta Kaleta-Domaradzka. – Po trzecie, obniżki już w czerwcu były od razu na poziomie wyprzedaży z etapu drugiego klasycznych promocji i przecen z lat wcześniejszych. Zatem na pierwszym etapie wyprzedaży spotkaliśmy się z obniżkami do 50 proc., a na drugim etapie były to już obniżki rzędu 80 proc.

Nie zmieniły się za to wyprzedażowe hity. Największą popularnością cieszyły się takie kategorie jak sukienki i sandały (odpowiednio 38 proc. i 22 proc. kliknięć). Na kolejnych miejscach znalazły się bluzki damskie i t-shirty męskie.

– Dużym zaskoczeniem okazało się obuwie sportowe. W dniach od 18 czerwca do 18 lipca widzimy wzrost zainteresowania obuwiem sportowym dla mężczyzn i dla kobiet. W sumie kategoria ta stanowiła w tym roku 29 proc. klikalnych produktów na naszych platformach. W przypadku butów dla kobiet w zeszłym roku było to 7 proc., a w tym roku aż 15 proc. klikalności, a w przypadku mężczyzn jest to wzrost z 4 proc. do aż 14 proc. – mówi ekspertka.

Grupa Domodi wskazuje na jeszcze jeden skutek pandemii koronawirusa dla branży odzieżowej – stopniowe odejście od sezonowości sprzedaży. Konsumenci kierują się zupełnie innymi potrzebami zakupowymi, a na pierwszym planie stawiają te podstawowe związane z codzienną egzystencją. Z uwagi na to firmy decydują się na wprowadzenie jednej długiej kolekcji modowej zamiast kilku dodatkowych.

– Przeprowadziliśmy badanie wśród marki z branży fashion, które są naszymi partnerami, na temat ich dalszej aktywności wyprzedażowo-rabatowej. Zaskoczył nas fakt, że aż 76 proc. badanych odpowiedziało nam, że w okresie powakacyjnym planuje wdrożenie promocji dotyczącej nowego asortymentu. Aż 50 proc. badanych potwierdziło, że promocje będą dotyczyły wyprzedaży związanych z nowym sezonem, a reszta będzie związana z odzieżą biurową oraz z kontynuacją wyprzedaży – mówi Marta Kaleta-Domaradzka.

Według danych z Domodi.pl podczas promocji i przecen wciąż bardziej aktywne w sieci pozostają kobiety – w 2019 roku stanowiły 77 proc. kupujących w okresie wyprzedaży, a w 2020 roku odsetek ten wynosi 76 proc. Potwierdziło się założenie, że pandemia zachęci nowe grupy wiekowe do aktywności w e-commerce. Jest to już widoczne w statystykach. Grupa wiekowa 65+ zwiększyła swoją aktywność zakupową o 5 proc. (z 5 proc. w 2019 roku do 10 proc. w 2020 roku). Wysoką aktywność w serwisie Domodi.pl wykazali także użytkownicy w wieku 35-44 lata (wzrost z 20 proc. w 2019 roku do 24 proc. w 2020).

– Spodziewamy się, że bardzo mocny popyt utrzyma się w sieci. Optymistycznie patrzymy więc na nadchodzący sezon i mamy nadzieję, że druga fala zachorowań nie będzie tak drastyczna dla handlu jak pierwsza – mówi przedstawicielka Domodi.

Nowe baterie dla dronów można naładować w pięć minut. Mogą zrewolucjonizować komercyjne wykorzystanie tych latających pojazdów

Drony obecnej generacji są w stanie pracować na jednym ładowaniu baterii ok. 30 minut. Następnie operator musi wymienić baterię. Samo ładowanie trwa zwykle ponad godzinę. Izraelska firma StoreDot opracowała nowe ogniwa oraz stacje ładowania nowej generacji, które w ciągu kilku minut przywrócą baterie do pełnej funkcjonalności. Dzięki temu operatorzy będą w stanie znacznie sprawniej pracować z latającymi pojazdami, zwłaszcza w komercyjnych zastosowaniach, takich jak rolnictwo czy relacjonowanie wydarzeń.

– Wprowadzenie naszego rozwiązania dla dronów zmienia wszystko. Skraca ono czas ładowania baterii do zaledwie pięciu minut, czyli do 18 razy szybciej niż istniejące baterie – przekonuje dr Doron Myersdorf, dyrektor generalny StoreDot.

Większość baterii  wykorzystywanych w dronach komercyjnych, które przystosowano do ok. 30-minutowej pracy, należy ładować od 60 do 90 minut, aby przywrócić im pełną moc operacyjną. Taka dysproporcja czasu ładowania i funkcjonowania jest wysoce nieekonomiczna z punktu widzenia operatora, który musi wyposażyć się w kilka zapasowych akumulatorów, aby uniknąć przestojów w pracy.

Technologia FlashBattery opracowana przez StoreDot może znacznie usprawnić wykorzystanie dronów w celach komercyjnych. Ogniwa nowej generacji nie tylko ładują się zauważalnie szybciej niż standardowe baterie. Dzięki zmodyfikowaniu systemu magazynowania i przesyłania energii udało się zminimalizować utratę gęstości ogniwa. Oznacza to, że wpływ procesu szybkiego ładowania ma marginalny wpływ na rzeczywistą żywotność i pojemność baterii.

– Drony będą teraz mogły spędzać znacznie więcej swojego cennego czasu w locie, angażując się w misje, znacznie zwiększając ich zasięg, zamiast wracać do bazy w celu wymiany baterii. Jednocześnie nasza technologia umożliwi użytkownikom dronów rozszerzenie swojej działalności na regiony, do których wcześniej nie mogli uzyskać dostępu. Oba te czynniki znacząco zwiększą wydajność operacyjną i rentowność, sprawiając, że uzasadnienie biznesowe dla dronów będzie dużo bardziej atrakcyjne niż kiedykolwiek wcześniej – twierdzi dr Doron Myersdorf.

Aby w pełni wykorzystać potencjał nowych ogniw, drony muszą korzystać z wyspecjalizowanych stacji ładowania. W związku z tym systemy tego typu najlepiej sprawdzą się w rozwiązaniach profesjonalnych. Cały proces przebiega w pełni autonomicznie i nie wymaga koordynacji ze strony operatora – drony zaprogramowane do wykonywania złożonych zadań automatycznie zadokują w stacji na czas ładowania, a po napełnieniu baterii będą mogły wrócić do wykonywania powierzonych zadań.

– Operatorzy dronów będą mieć znacznie większą swobodę w zakresie rozmieszczenia stacji ładowania, dzięki czemu ciągła, w pełni autonomiczna praca tych maszyn wreszcie staje się rzeczywistością – mówi ekspert.

Firma StoreDot uruchomiła już proces testów środowiskowych i rozesłała pierwsze prototypowe modele ogniw FlashBattery do największych producentów dronów. Jeśli testy zakończą się pomyślnie, technologia będzie mogła wejść w fazę pełnej komercjalizacji jeszcze w 2020 roku.

Z technologiami szybkiego ładowania dronów eksperymentują także inne firmy. Zespołowi WiBotic udało się zabezpieczyć 5,7 mln dol. na poczet procesu badawczego stacji bezprzewodowego ładowania bezzałogowych pojazdów latających. Firma planuje stworzyć system autonomicznego ładowania dronów wykorzystywanych m.in. w rolnictwie, przemyśle, branży budowlanej, dostawczej czy inspekcyjnej.

Spore postępy poczyniły także firmy z sektora mobilnego, które opracowały technologię znacznie przyspieszającą proces przewodowego ładowania baterii mobilnych. Firma Qualcomm zaprezentowała przewodową ładowarkę 100 W Quick Charge 5 zdolną do napełnienia ogniwa o pojemności 4500 mAh w zaledwie 15 minut. Wykorzystanie technologii tego typu do ładowania baterii dronowych pozwoliłoby znacznie uelastycznić pracę z latającymi pojazdami, zwłaszcza po upowszechnieniu się powerbanków działających zgodnie z tym standardem.

– Komercyjne przedsięwzięcia związane z dronami do tej pory nie odniosły sukcesu, ponieważ nie dostarczyły jeszcze ekonomicznego modelu biznesowego. W przypadku tego typu firm nasza technologia może znacznie ulepszyć i rozszerzyć ich istniejące operacje i uczynić je znacznie bardziej dochodowymi. Ta technologia może również otworzyć drzwi nowym graczom do wkroczenia w tę przestrzeń i poszerzenia oferty usług, czyniąc drony atrakcyjniejszą propozycją jako nowe źródło przychodów – przekonuje dyrektor generalny StoreDot.

Według analityków z firmy Adroit Market Research wartość globalnego rynku dronów do 2025 roku przekroczy 144 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Ekspert: Elektrownia atomowa kosztowna i czasochłonna. Lepszym rozwiązaniem dla Polski może być rodzima technologia OZE

Pierwsza elektrownia atomowa ma powstać w Polsce do 2033 roku. Jej budowa ma kosztować ok. 30 mld dol. Fizyk jądrowy i ekspert ds. klimatu Marcin Popkiewicz podkreśla, że to bardzo kosztowna i czasochłonna technologia, tymczasem nasz kraj potrzebuje szybkich efektów w redukcji emisji CO2, żeby wypełnić unijne zobowiązania. Lepszym rozwiązaniem mogłaby być inwestycja w nowoczesne technologie OZE, które w większości powstałyby w Polsce, a nie zostały zakupione.

– Atom nie jest najlepszym rozwiązaniem, to nie jest dobry moment na jego kupowanie. To bardzo mało efektywny kosztowo sposób pozbywania się emisji. Mamy do dyspozycji pewną pulę pieniędzy i możemy wydać je na efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii albo na atom. I on niestety daje bardzo małe redukcje emisji w porównaniu do włożonych pieniędzy i jest długi w konstrukcji, a my potrzebujemy szybkich efektów. Poza tym nie jest polski.  Kupimy go od kogoś, płacąc 100 czy 200 mld zł Francuzom, Chińczykom albo Amerykanom – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Marcin Popkiewicz, fizyk jądrowy, klimatolog i popularyzator nauki.

Według rządowych planów i projektu „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” uruchomienie pierwszego bloku elektrowni atomowej przewidziano na 2033 rok. Jej budowa ma się rozpocząć w 2026 roku, a dokładna lokalizacja ma być znana w przyszłym roku. Do roku 2040 w naszym kraju ma działać już w sumie sześć bloków jądrowych. W latach 2040–2045 około 1/5  produkcji energii w Polsce ma już pochodzić z atomu.

Budowa pierwszej w Polsce elektrowni była jednym z tematów czerwcowego spotkania Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem w Białym Domu. W najbliższych miesiącach ma zostać podpisana międzyrządowa umowa, co pozwoli rozpocząć prace projektowe. Amerykanie mają zaproponować technologię i udzielić Polsce kredytu na budowę elektrowni, której wykonaniem zajmą się amerykańskie firmy. Na rozpoczęcie prac potrzeba ok. 16 mld dol., a  wartość całego kontraktu jest szacowana na ok. 30 mld dol.

– Atom ma swoje plusy i minusy, jak każda wielkoskalowa technologia energetyczna. Fundamentem energetycznym powinny być jednak wiatr i słońce, z pewnym wspomaganiem biomasy robionej przez biogaz i innych czystych technologii – ocenia ekspert.

W ocenie rządu bez włączenia atomu do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej, bo główną zaletą energetyki jądrowej jest jej ograniczony wpływ na środowisko. Popkiewicz ocenia jednak, że w sensie inwestycyjnym jest to droga i czasochłonna technologia, a pieniądze przeznaczone na atom rząd mógłby z lepszym skutkiem zainwestować w OZE.

Zaletą takiego rozwiązania byłby też wzrost liczby nowych, innowacyjnych miejsc pracy w sektorach związanych z energetyką odnawialną. Także Międzynarodowa Agencja Energetyki Odnawialnej IRENA w swoim majowym raporcie („Global Renewables Outlook. Energy transformation 2050”) wskazuje, że globalna transformacja energetyki w kierunku OZE przyczyniłaby się do stworzenia milionów nowych miejsc pracy i wzrostu PKB. W skali UE wygenerowałaby ok. 1,5 mln stanowisk związanych z nowymi technologiami energetycznymi.

– W mojej opinii możemy i powinniśmy skupić się na odnawialnych źródłach energii – podkreśla Marcin Popkiewicz. – Jeżeli pójdziemy w tym kierunku, to będą w większości polskie technologie, polskie miejsca pracy i stymulacja dla polskiej gospodarki.

Ekspert ocenia też, że Polska nie powinna całkowicie wykluczać atomu ze swojego miksu energetycznego, ale wstrzymać się z zakupem technologii przynajmniej do czasu, kiedy będzie tańsza niż w tej chwili.

– Jest wiele czynników, dla których najpierw stawiam na efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii – mówi ekspert. – Obecnie stawiając na elektrownię atomową, na dobrą sprawę nie wiadomo, co kupujemy i za ile. Są natomiast ogromne przekroczenia czasu i budżetów.

Według danych Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w 30 krajach świata funkcjonuje 448 reaktorów atomowych o łącznej mocy 391 744 MW, natomiast w 17 krajach Europy pracują 183 reaktory o łącznej mocy 162 229 MW. Szóstka europejskich państw – Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Rosja, Ukraina i Szwecja – ma łącznie 139 reaktorów i wytwarza ponad 80 proc. całej energii elektrycznej pochodzącej z elektrowni jądrowych.

Jak wybrać firmę informatyczną? 5 wskazówek

0

W dobie pandemii koronawirusa coraz więcej spraw związanych z funkcjonowaniem firmy załatwiamy w sieci. Sprzedaż, reklama, a nawet spotkania z klientami odbywają się teraz za pośrednictwem Internetu. Trzeba zatem stwierdzić, ze dobrze rozwinięty segment IT to podstawa każdej działalności na rynku i szansa na znaczne zwiększenie przychodów. Informatycy zadbają o bezpieczeństwo danych, poprawią wydajność sieci, a nawet pomogą ci wdrożyć efektywny system pracy zdalnej. Żeby osiągnąć wszystkie te pozytywne efekty należy jednak rozpocząć współpracę z odpowiednią firmą informatyczną. Przedstawiamy 5 wskazówek, które pomogą ci podjąć właściwy wybór.

outsourcing technologia cyfryzacja it

  1. Referencje i opinie

Dobra firma to sprawdzona firma. Nic nie stanowi lepszej gwarancji niż opinie zadowolonych klientów. Sprawdź, czy firma, z którą chcesz podjąć współpracę jest pozytywnie oceniana przez innych na forach internetowych, blogach tematycznych czy w mediach społecznościowych. Warto także zapoznać się z treścią referencji umieszczonych na stronie firmy informatycznej. Stanowią one potwierdzenie, że specjaliści, których zamierzamy wybrać mają za sobą kilka udanych przedsięwzięć, a to zdecydowanie zwiększa szanse na owocną współpracę.

  1. Staż

Dobrze, by firma którą zamierzamy wybrać działała na rynku już od kilku lat. Oznacza to, że właściciele i pracownicy posiadają pewne doświadczenie i zdążyli podjąć współpracę z wieloma partnerami. Dzięki temu sprawniej zrealizują usługę i z łatwością znajdą rozwiązania optymalne dla twojego przedsiębiorstwa.

  1. Specjaliści

Nie istnieje specjalista od wszystkiego. Najlepiej więc jeśli firma informatyczna zatrudnia osoby zajmujące się różnymi segmentami IT. Firma IT z Warszawy, ma w swoim zespole specjalistów aż z 12 dziedzin. Dzięki temu każdy z nich może skupić się na doskonaleniu swoich umiejętności w konkretnym obszarze, a to gwarantuje osiągnięcie w nim najwyższego poziomu wiedzy. Wyspecjalizowanie aż w kilkunastu segmentach IT to z pewnością duży atut i gwarancja rozwiązania każdego problemu.

  1. Elastyczność

Firma oferująca outsourcing IT powinna dostosować się do naszych potrzeb. I to zarówno na poziomie świadczonych usług, jak i kosztów. Najlepiej, abyś sam mógł zdecydować, które usługi będą dla ciebie odpowiednie i jaki rodzaj współpracy chcesz wybrać. Niektóre firmy oferują kilka możliwości: obsługę doraźną, abonamentową i przedpłaconą. Ponadto w ramach abonamentu klienci mogą wybrać któryś z  kilku pakietów zróżnicowanych pod względem zakresu działania i ceny. Taka różnorodność oferty sprawia, że z outsourcing IT jest dobrym pomysłem zarówno dla dużych, jak i małych przedsiębiorstw. Z pewnością każdy znajdzie plan dostosowany do swoich potrzeb i budżetu.

  1. Kompleksowa oferta

Najlepsze firmy informatyczne to te z szerokim zakresem usług. Kwestie związane z segmentem IT nie kończą się wyłącznie na podłączeniu i ewentualnej naprawie komputerów. Dlatego firma informatyczna powinna zadbać także o: zainstalowanie odpowiednich programów i aplikacji, bezpieczeństwo IT, przechowywanie danych, zabezpieczenie sieci i łącza, a nawet przeszkolenie pracowników w twoim przedsiębiorstwie z zakresu prawidłowego użytkowania sprzętów i oprogramowania. Jeżeli firma outsourcingowa  świadczy tak wiele usług, możesz mieć pewność, że otrzymasz fachową pomoc w każdej sytuacji. To pozwoli ci uniknąć niespodziewanych przestojów w pracy i straty pieniędzy.

Na rynku znajdziemy wiele ogłoszeń firm oferujących obsługę informatyczną. Należy jednak uważnie sprawdzić jakie zasady współpracy oferuje każda z nich. Pozytywne opinie klientów, kilkuletni staż, doświadczeni specjaliści, elastyczność i szeroki wachlarz usług to podstawowe kryteria, gwarantujące pozytywne efekty. Dokonanie dobrego wyboru pozwoli ci zoptymalizować działanie segmentu IT, a w konsekwencji – zwiększyć dochody w twoim przedsiębiorstwie.

Strach po wybuchu – komentarz walutowy

0

Wydarzenia ze stolicy Libanu szybko pokazały nam, że na rynku może wydarzyć się dużo rzeczy, których standardowo nie uwzględniamy w analizach. Na razie skończyło się na 5% wzroście cen ropy i presji na dolara.

Eksplozja w Bejrucie a ropa

Na ten moment nie jest znany jeszcze oficjalny powód wczorajszego istotnego wybuchu w Bejrucie. Spekulacje mediów mówią o wybuchu składowanych chemikaliów. Nie brakuje oczywiście teorii spiskowych. W rezultacie w górę idą ceny ropy naftowej. Rynki boją się eskalacji wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Pomimo luzowania limitów wydobycia przez OPEC cena surowca szła w górę. Nie są to ruchy zmieniające rynek, ale cena od wczorajszego dołka przed wybuchem wzrosła o 2 dolary na baryłce. To niemal 5% wzrost.

Dolar znów w odwrocie

Pomimo przyzwoitych danych makroekonomicznych amerykańska waluta wciąż traci. Zamówienia w przemyśle w ujęciu miesięcznym rosną o 6,2% przy oczekiwaniach na poziomie 5%, z kolei zamówienia na dobra trwałego użytku rosną o 7,6%, czyli 0,3% powyżej oczekiwań. Wydawać by się mogło, że takie dane będą stabilizować dolara. Amerykańska waluta jednak znów słabnie, od wczorajszego poranka jest to niemal jeden cent względem euro. W rezultacie za dolara znów płacimy blisko 3,70 zł.

Optymizm w usługach

Po poniedziałkowych indeksach PMI dla przemysłu przyszedł czas na na indeksy dla usług. Wynik 54,7 punktu dla strefy euro jest przyzwoitym rezultatem. Warto jednak zwrócić uwagę, że analitycy spodziewali się 0,4 punktu więcej. Co ciekawe, pomimo tego od rana inwestorzy wyraźnie przychylniej patrzą na euro niż na dolara. Kolejny dzień zyskuje ono na wartości względem amerykańskiej waluty. Od szczytów z końca lipca dzieli nas niecałe pół centa.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,

16:00 – USA – raport ISM dla usług.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w przedmiocie form pomocy udzielanej przez samorządy na podstawie przepisów tzw. Tarczy antykryzysowej

0

W związku ze zgłaszanymi przez przedsiębiorców wątpliwościami Rzecznik MŚP wystąpił do Ministra Rozwoju o wydanie objaśnień prawnych w zakresie form pomocy udzielanej przedsiębiorcom przez jednostki samorządu terytorialnego na podstawie przepisów art. 15zzze-15zzzg ustawy COVID-19. 

W piśmie z dnia 20 lipca br. Minister Rozwoju w obszernych objaśnieniach udzieliła odpowiedzi na 23 zagadnienia postawione przez Rzecznika. Odniosła się do kwestii: przesłanek udzielania pomocy przez jednostki samorządu terytorialnego (wójtów, burmistrzów i prezydentów miast oraz organy stanowiące samorządu terytorialnego). Wskazała formy jej udzielania, odniosła się do elementów wniosków, okoliczności i dokumentów jakie maja być przedstawiane przez przedsiębiorców oraz kwestii procedury odwoławczej. Minister wyjaśniła także na czym polega odstąpienie od dochodzenia od należności cywilnoprawnych oraz co należy rozumieć przez pogorszenie płynności finansowej.

Przedmiotowe objaśnienia prawne wpisują się w sposób pełny w działania Rzecznika MŚP podejmowane w ramach akcji #RatujBiznes, mającej na celu zapewnienie jak najszerszej pomocy polskim przedsiębiorcom.

Klienci oczekują bezpiecznych zakupów. Co na to sklepy?

0

Konsumenci zwracają większą uwagę na bezpieczeństwo zakupów. Około połowa z nas przyznaje, że w obecnej sytuacji oczekuje odpowiednich rozwiązań służących zapewnieniu dystansu społecznego – wynika z badania KPMG. Do tego dochodzą kwestie odpowiedniego poziomu higieny w sklepach oraz ograniczania rozprzestrzeniania się nie tylko COVID-19, ale także bakterii i drobnoustrojów. Powinny powstać odpowiednie przepisy nakładające obowiązki nie tylko na samych klientów i pracowników sklepów, ale także wszystkie punkty sprzedaży.

Ewolucja oczekiwań konsumentów

Niemal 80% Polaków deklaruje pozostanie przy nowych zwyczajach, które przetestowali podczas pandemii – wynika z badań Kantar Millward Brown. Co piąty konsument twierdzi, że w czasie pandemii COVID-19 robił zakupy spożywcze w sklepach internetowych – wynika z badania KPMG. 35% konsumentów kupuje w Internecie produkty z kategorii pozaspożywczej. Nie oznacza to jednak, że zrezygnujemy z tradycyjnych zakupów.

Aktualnie – oprócz odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa w sklepie – ważne są dla nas czynniki związane z jego lokalizacją i wygodą wykonywania w nim zakupów. W odniesieniu do handlu spożywczego – osiągają wskazania wyższe od 5 do 12 p.p. niż w przypadku zakupów produktów z kategorii pozaspożywczych – wynika z danych KPMG.

Konsumenci coraz częściej dokonują zakupów w sklepach, którym ufają. Tworzenie dobrych relacji z konsumentami stało się w czasie pandemii jeszcze ważniejsze. Znaczący wpływ na budowanie zaufania ma przede wszystkim stawianie na pierwszym miejscu potrzeb klientów oraz zapewnianie im w czasie zakupów bezpieczeństwa zdrowotnego – mówi Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+.

Nowe zasad bezpieczeństwa i ich (nie)przestrzeganie

Zachowanie odpowiedniego dystansu, wprowadzenie limitu osób czy stosowanie środków ochronnych to tylko niektóre z wytycznych obejmujących pracowników sklepów oraz kupujących. Warto pamiętać, że także każdy przedsiębiorca, który prowadzi sprzedaż w sklepie stacjonarnym jest zobowiązany do przestrzegania zasad bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej.

W związku ze wzrostem zakażeń koronawirusem w Polsce Minister Zdrowia zapowiedział wprowadzenie kontroli w sklepach. Policja oraz służby sanitarne będą sprawdzały, czy personel oraz klienci zasłaniają nos i usta. Ostatnio to właśnie sklepu stają się ogniskami zarażeń koronawirusa.

Brak systemowych rozwiązań w sklepach

Według prawa wózki i koszyki sklepowe, które mają kontakt z żywnością, muszą być czyszczone oraz – w miarę potrzeby – dezynfekowane. Niestety przepisy są mało precyzyjne. W różny sposób można interpretować sformułowania odnoszące się do utrzymania właściwej czystości sprzętu, która nie będzie powodowała zagrożenia dla zdrowia konsumenta. Co tak naprawdę kryje się więc pod sformułowania „właściwej”? Do tej pory nie powstały żadne wytyczne w tym zakresie.

Przepisy prawa żywnościowego nie określają sposobu mycia i dezynfekcji powierzchni sklepowych w tym wózków i koszyków. Sklepy dowolnie mogą decydować o sposobie ich czyszczenia i dezynfekcji – wskazuje Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+. Konsumenci obecnie nie mają gwarancji czystego wózka sklepowego – sprzętu którego dotyka codziennie wiele różnych osób. Sklepy starają się zapewnić klientom bezpieczeństwo, jednak nadal brakuje rozwiązań systemowych. Nie wystarczy przetarcie rączki wózka raz w miesiącu, nawet raz dziennie. Ten proces należy przeprowadzać po każdorazowym skorzystaniu ze sprzętu przez klienta – dodaje.

Cena złota po raz pierwszy w historii powyżej 2 000 USD

0

Stało się to, na co czekaliśmy już od pewnego czasu – cena złota przekroczyła magiczną barierę 2 000 USD za uncję, dobijając do 2030 USD. Realizuje się scenariusz, który zapowiadali chociażby analitycy Goldman Sachs czy Bank of America. Czy mogą już odłożyć ołówki i zeszyty?

Przypomnijmy – jeszcze w czerwcu Goldman Sachs podniósł swoje prognozy dla złota z 1 800 USD na 2 000 USD w ciągu 12 miesięcy. W lipcu, kiedy cena złota przekroczyła poziom 1 900 USD, prognozy zostały zaktualizowane po raz kolejny – tym razem do 2 300 USD w ciągu roku.

W długim terminie przyczyną takiego stanu rzeczy jest wzrost popytu na złoto, który ściśle wiąże się z sytuacją na świecie – konkretnie pandemią COVID-19 i jej wpływem na gospodarki, a także z działaniami podejmowanymi przez banki centralne, w szczególności amerykański FED.

Na wczorajszy skok ceny wpłynęło kilka czynników: wzrost ceny grudniowych kontraktów terminowych, trwające w amerykańskim kongresie rozmowy na temat dalszych kroków w walce z efektami pandemii, a także wybuch w Bejrucie, który w pierwszych chwilach wywołał duży niepokój i wzrost cen surowców – głównie ropy i metali szlachetnych.

Wczoraj w wybrzeże Karoliny Północnej uderzył potężny huragan Izajasz, który stanowi dodatkowy problem dla Amerykanów. Ogromne zniszczenia w połączeniu z i tak już trudną sytuacją pandemiczna i gospodarczą, z pewnością nie będą pomocne w tej sytuacji.

Obecnie jest mało prawdopodobne, aby cena złota zatrzymała się na 2 000 USD. Kryzys związany z pandemią COVID-19 jeszcze nie dobiegł końca, a gospodarka amerykańska właśnie doświadczyła jednego z największych szoków w historii – amerykańska gospodarka skurczyła się o 9,5 proc. r/r. Należy także pamiętać, że jeżeli uwzględnimy inflację, czyli spadek realnej wartości dolara, obecna cena złota wciąż jeszcze nie jest historycznym maksimum.

Autor: Michał Tekliński, ekspert Grupy Goldenmark

Opodatkowanie sprzedaży udziałów w spółce kapitałowej z siedzibą na terytorium RP przez nierezydenta

0

Mogłoby się wydawać, że sprzedaż udziałów posiadanych w polskiej spółce kapitałowej zawsze będzie opodatkowana właśnie na terytorium Polski. Czy aby na pewno?

Kwestia rezydencji podatkowej a opodatkowanie podatkiem dochodowym

Zarówno na gruncie podatku dochodowego od osób fizycznych, jak i na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych opodatkowanie uzależnione jest od posiadania polskiej rezydencji podatkowej. Jakkolwiek pojęcie to nie doczekało się swojej legalnej definicji, to jednak z przepisów można wywieść jego znaczenie. W przypadku osób fizycznych polskim rezydentem podatkowym jest osoba posiadająca miejsce zamieszkania na terytorium RP. Przyjmuje się, że dana osoba posiada miejsce zamieszkania na terytorium RP, gdy spełniony jest choćby jeden z poniższych warunków: osoba posiada na terytorium RP centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych) lub przebywa na terytorium RP dłużej niż 183 dni w roku podatkowym. Jeśli chodzi o podatników podatku dochodowego od osób prawnych, przyjmuje się, że rezydencja podatkowa uzależniona jest od miejsca siedziby lub zarządu. Jeśli więc miejscem siedziby lub zarządu jest Polska, podmiot taki posiada polską rezydencję podatkową, a to oznacza, że od całości swych dochodów płaci podatek w Polsce (nieograniczony obowiązek podatkowy).

Tym samym osoba nieposiadająca miejsca zamieszkania w Polsce oraz podmiot nieposiadający siedziby bądź zarządu na terytorium RP nie podlega nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu w Polsce. Jednakże są pewne sytuacje, w których podmiot taki będzie musiał odprowadzić podatek dochodowy do polskiego urzędu skarbowego.

Nierezydent zgodnie z przepisami ustaw o podatkach dochodowych ma natomiast obowiązek zapłacić taki podatek od dochodów, które osiąga na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Każda z ustaw zawiera otwarty katalog dochodów (przychodów), które uważa się, iż są osiągnięte w Polsce.

Umowy międzynarodowe

Takimi dochodami są m.in. dochody z „tytułu przeniesienia własności udziałów (akcji) w spółce, ogółu praw i obowiązków w spółce niebędącej osobą prawną lub tytułów uczestnictwa w funduszu inwestycyjnym, instytucji wspólnego inwestowania lub innej osobie prawnej lub z tytułu należności będących następstwem posiadania tych udziałów (akcji), ogółu praw i obowiązków lub tytułów uczestnictwa – jeżeli co najmniej 50% wartości aktywów takiej spółki, spółki niebędącej osobą prawną, funduszu inwestycyjnego, instytucji wspólnego inwestowania lub osoby prawnej, bezpośrednio lub pośrednio, stanowią nieruchomości położone na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub prawa do takich nieruchomości”.

Z powyższego wynika zatem, że co do zasady dochodem (przychodem), od którego rezydent podatkowy innego kraju niż Polska musiałby zapłacić podatek w Polsce, jest dochód z tytułu przeniesienia własności udziałów (akcji) w spółce, ale pod warunkiem, że co najmniej 50% wartości aktywów takiej spółki bezpośrednio lub pośrednio stanowią nieruchomości położone na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub prawa do takich nieruchomości. Należy jednak pamiętać, że przepisy dotyczące nierezydentów należy stosować z uwzględnieniem umów o unikaniu podwójnego opodatkowania. Tym samym, w przypadku, w którym rezydent podatkowy innego państwa niż Polska uzyskuje dochody ze źródła położonego w Polsce, umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania rozstrzygają o zakresie prawa do opodatkowania tych dochodów przez Polskę oraz państwo rezydencji podatkowej tej osoby/tego podmiotu.

Musimy bowiem pamiętać, że umowy międzynarodowe w hierarchii aktów prawnych stoją wyżej niż ustawy, a to oznacza, iż przepisy w nich zawarte mają pierwszeństwo stosowania nad przepisami wynikającymi z ustaw krajowych. Dlatego właśnie umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania będzie weryfikowana za każdym razem, gdy w zakresie opodatkowania wchodzi w grę wątek międzynarodowy. Dopiero w sytuacji, w której brak jest takiej umowy, należy sięgnąć do przepisów ustawy o PIT albo ustawy o CIT bezpośrednio.

Sprzedaż udziałów w polskiej spółce kapitałowej a podatek dochodowy

Analizując więc sytuację, w której zastosowanie znajdą jednak przepisy polskiej ustawy o podatku dochodowym (PIT/CIT), należy wskazać, że a contrario, jeśli polska spółka kapitałowa, której udziały są sprzedawane, nie posiada bezpośrednio lub pośrednio nieruchomości położonych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub praw do takich nieruchomości, to sprzedaż udziałów w niej posiadanych przez nierezydenta nie będzie opodatkowana w Polsce.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Rzeczywistość tworzy nowe zawody

0

Szacunki ekspertów prognozują, że aż 65% uczniów, którzy rozpoczynają właśnie szkołę podstawową, będzie w przyszłości pracować na stanowiskach, które jeszcze nie powstały.[1] Elastyczne dopasowywanie się do obecnej sytuacji oraz gotowość do zmian są dziś niezwykle pożądane na rynku pracy. Które kompetencje zyskają na znaczeniu w branży FMCG i jakie zawody w związku z tym powstaną?

Ewolucja związana z zapotrzebowaniem na coraz to nowe stanowiska ma miejsce cały czas. Jeszcze kilka lat temu nie istniały zawody takie jak: coolhunter, trendsetter czy traffic manager. Zmieniające się potrzeby rynku i konsumentów, przepisy, wymogi czy nowoczesne technologie skutkują pojawianiem się nowych obowiązków i potrzeb przedsiębiorstw, a co za tym idzie, także dotąd nieznanych stanowisk.

W odpowiedzi na nowe potrzeby społeczne i wyzwania organizacyjne pandemia koronawirusa już teraz wymusiła powstanie nowych profesji, jak np. kierownik ds. COVID czy kontroler realizacji zaleceń sanitarnych. O tym, jak długo zostaną one z nami w dużej mierze zadecyduje to, jak szybko poradzimy sobie z epidemią. To jednak niejedyne zmiany związane z sektorem zatrudnienia. Podczas lockdownu postawiliśmy ogromny krok wprzód ku cyfryzacji – zarówno jeśli chodzi o biznes, jak też funkcjonowanie np. instytucji i urzędów, co przekłada się na konieczność rozwinięcia umiejętności w tym zakresie.

Nagłe przeorganizowanie działalności biznesowej i codziennego życia podczas pandemii wymogło na nas wszystkich m.in. rozbudowanie kompetencji cyfrowych. Sądzę, że przyspieszy ona naturalny proces rozwoju oraz tworzenia się zawodów, które odpowiadają na bieżące wymogi rynku, szczególnie w zakresie digitalizacji – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska. – Powinniśmy potraktować ten czas jako lekcję na przyszłość – obecna sytuacja pokazuje, że wiele dziedzin naszego życia możemy prowadzić online. Na znaczeniu zyskają szczególnie te kompetencje, które pozwolą opracowywać i wdrażać cyfrowe rozwiązania – dodaje Tikhomiroff.

Dlaczego warto rozwijać kompetencje przyszłości?

Aż 79% prezesów i dyrektorów generalnych sądzi, że w najbliższych latach technologia przyczyni się do likwidacji części profesji, a na ich miejsce pomoże stworzyć nowe.[2] Specjaliści oceniają, że 75 mln miejsc pracy może zostać zlikwidowanych, gdy praca człowieka zostanie zastąpiona przez zautomatyzowane systemy i maszyny, ale jednocześnie powstanie niemal dwukrotnie więcej nowych miejsc pracy w nowych zawodach.[3] Jakich pracowników będzie potrzebować branża FMCG?

W sektorze dóbr szybkozbywalnych w najbliższych latach na znaczeniu zyskają zawody i umiejętności związane m.in. z analityką danych i trendów konsumenckich, personalizacją, automatyzacją produkcji czy wdrażaniem usług smart. Najbardziej konkurencyjni na rynku pracy będą ci, którzy nie tylko posiadają wiedzę, ale też potrafią ją szybko pozyskać i wykorzystać w praktyce – wyjaśnia Stephane Tikhomiroff. – Ponadto branża będzie potrzebować specjalistów, którzy tworzą inteligentne rozwiązania, a następnie koordynują pracę maszyn, które zastąpią pracę człowieka w powtarzalnych zadaniach. Konieczne będzie więc powstanie nowych stanowisk związanych z zarządzaniem takimi zintegrowanymi procesami, opartymi na współpracy człowieka i maszyny  – dodaje dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Aby właściwie odpowiedzieć na wyzwania rynku pracy przyszłości, warto poszerzać swoją wiedzę i wyjść poza tradycyjną ścieżkę edukacji. Z danych McKinsey wynika, że do 2030 r. pracownicy w Europie będą przeznaczać ponad 40% czasu więcej na czynności wykorzystujące zaawansowane kompetencje cyfrowe i techniczne, na które popyt wzrośnie o 90%.[4]

[1] Connected living. Dlaczego ludzie są bardziej digital niż firmy?, PwC, 2017

[2] J.w.

[3] World Economic Forum, The Future of Jobs Report 2018

[4] Skill Shift. Automation and the Future of the Workforce, McKinsey Global Institute 2018

Fotowoltaika gospodarczą szansą w kryzysie

0

Choć jeszcze niedawno fotowoltaika stanowiła mało znaczący element polskiego miksu energetycznego, dziś zaczyna wpływać na całą politykę w obszarze energetyki. Ma realną szansę, aby stać się jednym z kół zamachowych gospodarki, szczególnie w dobie spowolnienia, wywołanego przez pandemię koronawirusa.

Od raczkującej branży do siły napędowej energetyki

Od 2019 roku polski sektor fotowoltaiki (PV) był w stanie zmobilizować więcej kapitału na zrealizowanie inwestycji niż cała energetyka konwencjonalna. W tym roku wartość inwestycji PV przekroczy 4 mld zł, a w 2022 – 5 mld zł. Branża ta ma ogromny potencjał biznesowy, ponieważ nie tylko skupia się na produkcji czystej energii, ale obejmuje również przemysł przetwórczy i łańcuch dostaw oparty na nowych technologiach.

Instalacje fotowoltaiczne wytwarzają globalnie już 100 gigawatów (GW) energii rocznie. W 2019 roku łączne przyrosty mocy w fotowoltaice i energetyce wiatrowej stanowiły aż 89% całkowitego wzrostu mocy wszystkich elektrowni na świecie.

Polska nie zostaje w tyle. W maju tego roku moc pochodząca z instalacji fotowoltaicznych zainstalowanych w naszym kraju wynosiła już 1950 MW, a według prognoz Instytutu Energetyki Odnawialnej w 2025 roku dojdziemy do 8 GW, wyprzedzając cele Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu. Należymy też do czołówki państw Unii Europejskiej, jeśli chodzi o przyrost nowych mocy w fotowoltaice – w tym roku co najmniej utrzymamy się na piątym miejscu. I choć aktualnie największy wkład w rodzimy rynek energii słonecznej mają prosumenci, to stale rośnie liczba farm fotowoltaicznych o mocach do 1 MW i prognozuje się, że w ciągu 2 lat będzie to już zrównoważony rynek pomiędzy zawodowymi elektrowniami i prosumentami.

Sektor odporny na spowolnienie gospodarcze

Co ciekawe, polskiemu rynkowi fotowoltaiki zbyt mocno nie zaszkodziło nawet spowolnienie gospodarcze, spowodowane przez lockdown po wybuchu pandemii koronawirusa. Według danych Stowarzyszenia Branży Fotowoltaicznej − Polska PV (SBFPV), w kwietniu sprzedaż w tym sektorze spadła o 18% w stosunku do marca. Pierwsza prognoza Komisji Europejskiej dotycząca spowolnienia ekonomicznego jest jednak dla Polski dość pozytywna i według przewidywań ekspertów trend spadającego (rok do roku) zapotrzebowania na energię elektryczną w naszym kraju, obserwowany podczas lockdownu, ulegnie odwróceniu już przed końcem bieżącego roku.

Szanse na rozwój w kryzysie

Sytuacja wywołana pandemią pokazała jednak nie tylko, że polski sektor fotowoltaiki jest dość odporny na kryzys, ale także, że warto w niego inwestować. Lockdown unaocznił nam, jak realne mogą być trudności z dostawami kluczowych produktów, ponieważ wytwarzane są one poza Europą, w państwach silnie dotkniętych kryzysem – w tym wypadku epidemią. Jednym z takich krajów, kluczowych dla fotowoltaiki, są oczywiście Chiny. W 2019 roku ich udział w rynku dostaw technologii fotowoltaicznych wyniósł aż 72%. Aktualna sytuacja pokazała więc krajom europejskim, że dla bezpieczeństwa dostaw (w tym dostaw energii) konieczne jest przeniesienie produkcji do miejsc, gdzie istnieje zapotrzebowanie na wytwarzane produkty.

Już w 2019 roku organizacje europejskie, środowiska naukowe i stowarzyszenia branżowe wezwały do budowy na terenie Unii Europejskiej „gigafabryk” o wydajności 5-10 GW/rok, które miałaby produkować płytki krzemowe, ogniwa i moduły fotowoltaiczne. Wszystko po to, aby dzięki dużej skali produkcji zmniejszyć koszty jednostkowe wyrobów, a także transportu. Takie projekty mogą szybko podnieść konkurencyjność produkcji unijnej w sektorze fotowoltaiki, a tym samym przełożyć się w Europie na zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego i technologicznego, rozwój innowacyjności, wzrost zatrudnienia i zwiększenie wpływów podatkowych do budżetów państw unijnych.

Również w Polsce nie brakuje inicjatyw zmierzających do rozwoju krajowego sektora fotowoltaiki. Kluczowe firmy działające w tej branży ogłosiły „Przemysłowy Panel PV”, w ramach którego zadeklarowały, że do 2025 roku podniosą obecne zdolności produkcyjne po 1 GW w zakresie wytwarzania modułów, ogniw i konstrukcji wsporczych dla instalacji PV, a także stworzą nawet 9000 nowych miejsc pracy. – To ważna wiadomość w czasie spowolnienia gospodarczego.

Sektor fotowoltaiki w Polsce rozwija się dynamicznie a prognozy dla tego rynku napawają optymizmem. Sektor fotowoltaiczny ma szansę przyczynić się do rozwoju gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią – poprzez zapewnienie nowych miejsc pracy i tańszej energii, a także stymulując rozwój innych sektorów (m.in. elektromobilności oraz innowacyjności).

Autor: Grzegorz Wiśniewski, Wykładowca Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej i Prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej

Czas na second home

Mimo sytuacji wywołanej koronawirusem, polski rynek second home nabiera tempa. Co więcej, pandemia dla wielu osób jest dodatkową motywacją, żeby kupić własny, wakacyjny apartament nad morzem. Inwestycje second home to nie tylko atrakcyjne miejsce na bezpieczne i spokojne wakacje, ale też dobra lokata kapitału.

Dlaczego second home?

Motywów zakupu drugiego domu jest przynajmniej kilka. Najbardziej popularnym jest wypoczynek i wspólne spędzanie wakacji lub weekend break z rodziną i przyjaciółmi. Część Polaków kupuje też second home z myślą o planowanej emeryturze. Po uwolnieniu się z obowiązków zawodowych, mogą wyprowadzić się do wymarzonego miejsca blisko natury i tam realizować swoje pasje. Są też osoby, które łączą prywatne użytkowanie drugiego domu z jego wynajmem, zarabiając na tym.

Dla wielu second home to już nie tyle drugie, co alternatywne lub nawet ważniejsze miejsce do mieszkania, znacznie podnoszące komfort życia. Lockdown wywołany pandemią koronawirusa dodatkowo wzmocnił tęsknotę za bliskością natury, własnym ogrodem lub atrakcyjnym tarasem z widokiem. Przestawienie trybu pracy na tzw. home office pokazało jak ważna jest odpowiednia przestrzeń w mieszkaniu, która pozwala wszystkim domownikom na swobodną realizację codziennych obowiązków i aktywności. Dodatkowo, zagrożenie wywołane epidemią zachęciło Polaków do poszukiwania bezpiecznych opcji wakacyjnych w kraju. Second home jest rozwiązaniem na tego typu bolączki, ponieważ nie tylko pozwala przenieść się do atrakcyjnie położonego miejsca tylko dla nas, gdzie możemy odpocząć, ale daje też dodatkową przestrzeń do pracy i realizacji pasji. Dobrze wybrany drugi dom może łączyć wszystkie te funkcje. Przykładem takiej multifunkcjonalnej inwestycji są Tarasy Bałtyku w Gdańsku. Nowoczesny apartamentowiec jest budowany w sercu miasta, a równocześnie blisko natury – nadmorskiej plaży i Parku Reagana ze ścieżkami spacerowymi i rowerowymi. Szybko można dostać się stąd zarówno do centrum biznesowego, jak i Starego Miasta, kina czy teatru. Dostępne w budynku prywatne atrakcje, jak salon fitness czy sauny pozwalają zrelaksować się o dowolnej porze dnia.

Dla kogo second home?

Jak pokazują analizy, posiadanie drugiego domu jest domeną małżeństw bez dzieci oraz rodzin. Częściej na zakup second home decydują się też mieszkańcy miast, zwłaszcza największych ośrodków, powyżej 500 tysięcy osób. Zmęczenie szybkim tempem życia powoduje chęć ucieczki do miejsca, gdzie w krajobrazie dominuje natura, a powietrze jest czyste i zdrowe. Wśród nabywców second home dominują też przedsiębiorcy i managerowie. To właśnie oni bardzo często poszukują komfortowego miejsca do odpoczynku od pracy, a przy tym posiadają odpowiednie środki finansowe do zakupu tego typu inwestycji. Do tego często dochodzi wiedza na temat rynku i świadomość, że nieruchomości to obecnie jedna z najlepszych i najbardziej stabilnych form inwestycji. Dobrze widać to porównując dane z poprzednich kryzysów. Podczas ostatniej recesji inwestorzy najwięcej stracili na ropie naftowej – aż ok. 75%. Indeks WIG w ciągu zaledwie 2 lat odnotował spadek rzędu 70%. Wartości srebra i globalnego rynku akcji zmalały o 55%, a polskiego złotego – o 15%. Tymczasem, w 2009 roku inwestorzy stracili na nieruchomościach najwyżej 8%. Warto też dodać, że wynik ten uwzględnia zarówno segment nieruchomości ekonomicznych, popularnych, jak i premium. Ten ostatni jest najbardziej odporny na wahania rynku.

Gdzie second home?

Rynek second home w Polsce przez ostatnia lata bardzo ewoluował. Popularne dacze nad jeziorem coraz częściej zastępują luksusowe apartamenty z pełną infrastrakturą i udogodnieniami. Wciąż najważniejszym elementem second home i gwarantem jego atrakcyjności jest lokalizacja. Polacy najchętniej kupują apartamenty w swoim kraju, jak np. Amerykanie, Włosi, Brazylijczycy czy Francuzi. Jesteśmy pod tym względem przeciwieństwem Belgów, którzy w zdecydowanej większości (87%) poszukują drugiego domu za granicą. W naszym państwie najczęściej kupowane są wakacyjne nieruchomości w górach bądź nad morzem. Jak pokazują dane, wyższy zysk z inwestycji daje ta druga opcja.

Jednym z istotnych warunków przy zakupie second home jest też dostępność. Drugi dom powinien być miejscem, do którego można szybko przenieść się na weekend, nie marnując za dużo czasu na dojazdy. Dobrym rozwiązaniem będzie więc świetnie skomunikowane Trójmiasto. Zamiast obleganych kurortów na Półwyspie Helskim, do których co roku prowadzą kilkugodzinne korki, lepiej rozważyć całoroczne miejscowości położone bliżej metropolii trójmiejskiej, a równie malownicze, np. Puck.

Kolejnym istotnym elementem second home jest oferta rekreacyjna, a więc możliwości spędzania czasu wolnego. To następny argument przemawiający za Trójmiastem. Nie ma nad polskim morzem ośrodka, który dorównałby metropolii trójmiejskiej ofertą rozrywkową, kulturalną, sportową i biznesową. Co ważne, ta rozwinięta infrastruktura w tym wypadku łączy się z czystym powietrzem i bogatymi walorami naturalnymi – zarówno w postaci nadmorskich plaż, jak i parków, ścieżek rowerowych, lasów i pobliskich jezior. Odpowiedni second home powinien mieć też szereg własnych udogodnień. Warto inwestować we wspomniane już apartamenty premium, które dają nie tylko gwarancję najwyższej jakości wykończenia, ale też liczne dodatki, jak prywatny fitness, sauny czy strefę relaksu. Tego typu nieruchomości dają większe szanse na zysk.

Ostatni czynnik, ale nie mniej ważny to tzw. „one milion dolar view”. Określeniem tym branża nieruchomości nazywa widok za oknem, który przekona nawet największych sceptyków, że mieszkanie jest wyjątkowe. Może to być krajobraz wybrzeża morskiego, lasów czy atrakcyjna panorama miasta. To niezastąpiony walor, który uatrakcyjnia drugi dom, ale też znacznie podnosi jego wartość i czyni go ponadczasową inwestycją. Tego typu widoki w Gdańsku oferują wspomniane Tarasy Bałtyku. Bryła apartamentowca została zaprojektowana tak, by każdy z mieszkańców mógł podziwiać ze swojego mieszkania morze, morenowe wzgórza lub panoramę miasta. Do takiego second home chce się wracać co weekend.

Niszowy nie znaczy niewidoczny. Rozmowa z Michałem Marcjanikiem

0

Nie sztuką jest dopasować produkt do odbiorcy – sztuką jest przekonać odbiorcę do swojej wizji marki. Ta zasada zdaje się przyświecać łódzkiej firmie GLOOMY SUNDAY, która w swoich salonach oferuje okulary, jakich próżno szukać w typowej galerii handlowej. O inspiracjach, filozofii biznesu oraz idealnej przestrzeni do rozwoju rozmawiamy z Michałem Marcjanikiem, współzałożycielem marki.

„Gloomy Sunday” to tytuł utworu skomponowanego w latach 30. przez węgierskiego pianistę i kompozytora Rezső Seressa, który obrósł legendą „piosenki samobójców”. Nazwy Waszych kolekcji także odwołują się do negatywnych emocji – np. Regret, Grief, Guilt. Skąd taki „pesymistyczny” look?

Tworząc, bardzo lubimy pracować na abstrakcyjnych płaszczyznach, które nie muszą posiadać żadnych konkretnych racjonalnych połączeń, wytłumaczeń czy podłoża mogącego określić ich pochodzenie. Marka posiada jednocześnie konkretną identyfikację, która stanowi ramę większości naszych działań i odzwierciedla styl, w jakim chcemy się poruszać – tak, by pozostać odpornym na pojawiające się trendy czy chwilowe mody. Myślę, że niezwykle ważne jest też to, iż GLOOMY SUNDAY tworzy zespół osób o bardzo zbliżonym sposobie pojmowania estetyki. Pozwala nam to tworzyć okulary, które sami chętnie nosimy.

Przymierzenie nowej pary to zawsze chwila pewnej ekscytacji, którą poprzedza jednak złożony proces projektowania i produkcji. Jak powstają okulary GLOOMY SUNDAY?

Biorąc pod uwagę nasze doświadczenia, aktualnie stosujemy kompletne, projektowe podejście do tworzenia okularów. Obecność każdej pary w naszej kolekcji stanowi wynik swoistego procesu, na który składają się fazy koncepcji, prototypowania, produkcji a następnie zbierania informacji zwrotnych. Pozwala to zarówno na powstawanie nowych modeli, jak i ulepszanie tych istniejących. Aktualnie jednym z najbardziej istotnych czynników podczas tworzenia okularów są nasi klienci. Starannie ich obserwujemy i staramy się zapewnić produkt spełniający wszystkie ich wymagania, choć jednocześnie zamknięty w naszych ramach stylistycznych. GLOOMY SUNDAY to ciągłe udoskonalanie nie tylko modeli, ale także każdego z etapów zakupów.

Czego może spodziewać się ktoś, kto po raz pierwszy styka się z Waszą marką?

Każdej osobie, która nas odwiedza, czy to w sklepie stacjonarnym, czy online, staramy się zapewnić jak najbardziej kompleksowe doświadczenie – tak, aby pomóc w wyborze idealnie dopasowanej pary okularów. W tym celu zbudowaliśmy w ostatnich latach spójny zespół o uzupełniających się kompetencjach. Klienci mogą liczyć na pomoc stylistów, którzy zasugerują pasujący model, skupiając się na realnych potrzebach, a nie sztucznych kryteriach. Doświadczeni optometryści dopasują odpowiednią korekcję wzroku. Wiele etapów dzieje się poza obszarem, który „widzi” klient, aczkolwiek może on być pewny, że otrzymuje produkt najwyższej klasy, stworzony w oparciu o narzucone przez nas samych, rygorystyczne standardy, wykraczające poza tradycyjne normy.

W idealnym wyborze pomaga także zbudowana przez nas forma sprzedaży, Chodzi tutaj dokładnie o fakt, iż każda para naszych okularów posiada taką samą cenę. Dzięki temu, pomagając w wyborze tej odpowiedniej, kierujemy się tylko jej właściwym dopasowaniem. Nie zależy nam na tym, by sprzedać okulary, które będą droższe i zapewnią nam wyższy zysk. Wręcz przeciwnie – chcemy, aby nasi klienci otrzymywali okulary, które będą nosić, z których będą zadowoleni i które będą polecali swoim znajomym i bliskim.

Skoro o modelu sprzedaży mowa… Zaczynaliście od oferowania znanych, światowych brandów. Jeżeli ktoś w Łodzi chciał kupić Ray-Bany, mógł zajrzeć do Waszego salonu i za rozsądne pieniądze kupić wymarzone Wayfarery. Dziś w całości skupiacie się na wyrobach własnych. Czy była to trudna decyzja?

Decyzja ta była bardzo łatwa do podjęcia, choć jej konsekwencją była ogromna ilość pracy, która trwa zresztą do dzisiaj. Duże marki obecne na całym świecie mają narzędzia, które pozwalają na uzależnienie od siebie optyków lub wręcz wchłanianie ich do siebie – nawet, jeśli ci ostatni nie zdają sobie z tego sprawy. Jako, że mamy świadomość wartości swojej oraz każdego z członków naszego zespołu, a co najważniejsze, zaufanie naszych klientów, praca z markami innych firm nie była dla nas żadną możliwością rozwoju. Od samego początku istnienia GLOOMY SUNDAY wiedzieliśmy, że kształtem docelowym był ten dzisiejszy. Wymagało to oczywiście większych, niż standardowo, nakładów finansowych. Markę rozwijamy całkowicie z pomocą własnego, wypracowanego kapitału, co powoduje, że niektóre podejmowane kroki wymagają więcej czasu. Pełny, niezależny wpływ na własny rozwój to jednak coś, co nam to w pełni wynagradza i daje ogromną satysfakcję.

W pewnym momencie postanowiliście wyjść ze swoimi produktami poza Łódź. Wybór padł na Warszawę. Czy trudno było się przebić ze swoimi propozycjami na znacznie większym rynku? Czy klient w stolicy różni się czymś od klienta w Łodzi?

Warszawa jest większym rynkiem, choć jednocześnie – ze względu na inną skalę – bardziej otwartym na nowe rozwiązania. Mimo, że sami jesteśmy z Łodzi, dużo trudniej było nam nawiązać relacje z łodzianami, niż z warszawiakami. Jako że na tamte czasy nasze rozwiązanie było innowacyjne, część klientów z Łodzi, głównie tych przyzwyczajonych do sklepów sieciowych, była bardzo nieufna. Co ciekawe, głównie z powodu niskich cen naszych okularów. Tendencja ta powoli się odwraca – w Łodzi konsumenci są dużo bardziej świadomi i otwarci na „inne” rozwiązania. My również staramy się robić wszystko, aby przekonać ludzi, że zakupy w galeriach handlowych są pewnym rozwiązaniem, ale na pewno nie jedynym. Zwłaszcza, jeśli to oni mogą na tym zyskać.

W Łodzi postawiliście na OFF Piotrkowska Center – miejsce można by rzec kultowe, spoza głównego konsumenckiego nurtu. Co taki adres daje marce z branży mody i designu, czego nie może zaoferować klasyczna galeria handlowa?

GLOOMY SUNDAY to marka oferująca okulary, które nie są przeznaczone dla wszystkich. Oczywiście nie chodzi tutaj o tworzenie jakichkolwiek ograniczeń, lecz o to, że reprezentujemy stylistykę którą potrafią docenić głównie świadomi i wymagający klienci – bez względu na zasobność portfela. Już dawno zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich i powinniśmy skupić się na osobach, którym bliska jest nasza stylistyka czy sposób komunikacji.

Wybór miejsc, w których znajdują się nasze sklepy, jest naturalnym rozszerzeniem tej idei. Idealna lokalizacja to taka, gdzie obecne są marki i inne lokale przyciągające klientów wymagających i świadomych. OFF Piotrkowska Center doskonale wpisuje się w ten profil, dlatego stanowi idealny wybór dla marek, które tak jak my, cenią sobie unikatowość. Nie zależy nam na wysokim footprincie, lecz na dotarciu do osób, z którymi możemy nawiązać relację i które docenią produkt, który oferujemy. Pomaga w tym sąsiedztwo biznesów wyznających zbieżne z naszymi wartości. Charakter miejsca jest na pewno kluczowy – tego się trzymamy, wybierając nasze kolejne lokalizacje.

W jakim kierunku chcesz rozwijać markę?

Nasze aktualne plany są związane głównie z ustabilizowaniem planów, które zostały zachwiane przez ostatnie wydarzenia. Dodatkowo dopracowujemy każdy element obsługi osób, które pojawiają się w naszych sklepach. Bardzo pomogło nam w tym powiększenie naszego sklepu w Warszawie oraz, co nastąpi wkrótce, przeniesienie naszego sklepu w Łodzi do nowej lokalizacji w budynku Sepia na OFF Piotrkowska Center. W nowej przestrzeni oddamy naszym klientom do użytku rozwiązania, które będą mogły całkowicie zmienić sposób, w jaki wybiera się okulary. Nasze długoterminowe plany to przede wszystkim nowe lokalizacje sklepów stacjonarnych oraz dopracowywanie kolekcji okularów wraz z wprowadzeniem nowych rozwiązań optycznych, takich jak okulary progresywne.

Jedną z Waszych ostatnich nowości jest domowa przymierzalnia. Myślisz, że rozwiązanie to będzie chętniej wybierane przez konsumentów, niż tradycyjne zakupy i wizyta w salonie?

Domowa przymierzalnia to aktualnie jedna z naszych kluczowych usług. Projektując ją, mieliśmy na uwadze bardzo różnorodne grupy osób, które nie mogą odwiedzić nas w sklepie z wielu różnych powodów. Przede wszystkim są to klienci, którzy nie mają możliwości przymierzenia okularów w Łodzi bądź Warszawie, lub w wielu przypadkach mieszkają w miejscach, gdzie dostęp do salonów optycznych może być znacząco utrudniony.

Tworząc i wykonując okulary, często pomagamy osobom o bardzo wysokich wadach wzroku czy wręcz osobom niedowidzącym. Wiemy, jak poważny w naszym kraju jest problem wykluczenia z uwagi na niepełnosprawności. Dlatego też wierzymy, że domowa przymierzalnia pomaga w podniesieniu komfortu życia osób, które z takimi niepełnosprawnościami się zmagają.

Bardzo dużą, choć nadal często pomijaną grupą, są osoby z zaburzeniami lękowymi. Dla nich udanie się do sklepu i odpowiednie zakomunikowanie swoich potrzeb może być niemożliwe. Wierzymy, że dzięki domowej przymierzalni jesteśmy w stanie im pomóc. Co ważne, domowa przymierzalnia to nasza usługa, która jest wspomagana kolejną, bardzo ważną, czyli poradami stylisty, dzięki której możemy wirtualnie pomóc w wyborze tej najlepszej pary okularów.

Biorąc pod uwagę stylistykę GLOOMY SUNDAY, Wasz kolejny model mógłby nosić nazwę Isolation /ʌɪsəˈleɪʃ(ə)n/ – the process or fact of isolating or being isolated. Jak spędziliście czas kwarantanny? Czy ostatnie miesiące pozwoliły Wam spojrzeć na rzeczywistość biznesową i prywatną z nieco innej perspektywy?

Był to na pewno czas wytężonej pracy, głównie przy zmianie projektów, które zostały nagle przerwane. Pomimo wielu niesprzyjających kwestii, udało się nam zachować stabilny sposób myślenia oraz działania. Często wymienialiśmy się spostrzeżeniami dotyczącymi panującej sytuacji. Dlatego też w trakcie trwania izolacji ruszyliśmy z kampanią, w której podkreślaliśmy, że każdy ma swój sposób na takie nadzwyczajne okoliczności, że możemy być produktywni, bezproduktywni, ćwiczyć lub oglądać telewizję – ważne, aby było to dopasowane do naszych potrzeb i zapewniało komfort psychiczny. Pozwoliło to zacieśnić relację z naszymi klientami oraz członkami zespołu. Myślę, że takie doświadczenie jest ważne dla każdego, w każdej sferze – czy to zawodowej, czy osobistej. Pozwala doceniać rzeczy, o których zazwyczaj nie myślimy.

Na to, co się działo i dzieje aktualnie, patrzymy zatem dosyć spokojnie. Nasze plany dotyczące rozwoju są sprecyzowane na wiele miesięcy do przodu. Naturalnie, okres zamknięcia sklepów wymusił na nas wprowadzenie pewnych korekt oraz pogodzenie się z faktem, że część z planów musi zostać odłożona w czasie. Jako marka rozwijana na własnym, wypracowanym kapitale, przez ostatnie miesiące stawaliśmy przed trudnymi decyzjami, które mogły decydować o dalszym losie. Jednak dzięki ciężkiej pracy każdego z członków naszego zespołu, udało się nam stworzyć ulepszony model dalszego funkcjonowania, który wpłynie pozytywnie zarówno na samą markę, jak i naszych klientów.

W morzu nadpłynności – sytuacja na rynku walutowym

Gigantyczna płynność rozlewa się po rynkach, co widać między innymi w stale obniżających się, osuwających się stawkach rynku pieniężnego, nurkujących dochodowościach benchmarkowych obligacji, czy zawężeniu spreadów najbardziej ryzykownych obligacji korporacyjnych. Skoro płynność nie jest w deficycie, to inwestorzy nie mają najmniejszego powodu do zmiany postrzegania dolara.

Inne współtowarzyszące objawy to utrzymywanie się dobrych nastrojów na rynkach akcji, m.in. kontrakt na S&P500 flirtuje z 3300 a rynek technologiczny po raz kolejny bije rekordy. Obecne otoczenie rynkowe to woda na młyn kontynuacji mody inwestycyjnej, którą niewątpliwie stało się inwestowanie w fundusze ETF fizycznie kupujące metale szlachetne.

Dochodzi wręcz do sytuacji, w której jako powód słabości USD cytowany jest impas w przeciągających się negocjacjach dotyczących 4. fazy pakietu fiskalnego wsparcia gospodarki USA. Dla dolara szklanka jest do połowy pusta, ale z perspektywy rynków akcji do połowy pełna, gdyż nadziejami na szybkie porozumienie agencje informacyjne starają się tłumaczyć zwyżki na Wall Street.

Słabość dolara jest tak wyraźną dominantą, że wbrew słabościami czynnikom zagrożenia zyskują ryzykowni przedstawiciele G-10. Dla przykładu: niebezpieczna sytuacja epidemiczna w Australii nieuniknione konsekwencje gospodarcze wprowadzanych restrykcji nie uderza w dolara australijskiego. AUD/USD atakuje wręcz 0,72 i jest bliski (dystans mniejszy niż 0,5 proc.) ostatnich szczytów, które były kilkunastomiesięcznymi maksimami notowań. Nie dość, że rynek winduje kurs, to nie widać oznak, żeby na rynku opcji walutowych inwestorzy zaczynali zabezpieczać się przed czynnikami ryzyka.

Mimo korzystnego środowiska dla złotego, uważamy, że poniżej 4,40 EUR/PLN zaczyna być przewartościowany. Cały czas czynnikiem zagrożenia jest niechęć RPP do aprecjacji waluty i ekstremalnie niekorzystny poziom realnych stóp procentowych. Naszym preferowanym wehikułem jest jednak EUR/HUF. Popularność strategii gry na relatywną siłę forinta względem złotego (popieraną mniej gołębim bankiem centralnym) będzie przy potencjalnych rynkowych turbulencjach działać na PLN stabilizująco.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Adaptacyjne zachowanie zorientowane na cel – sztuczna inteligencja w biznesie

0

Daniel Hulme – ekspert z obszaru sztucznej inteligencji i nowych technologii, związany z Satalia i Singularitu University. Wykładowca w Instytucie Marshalla na London School of Economics, autor licznych książek, artykułów i podcastów z zakresu AI i przyszłości biznesu. Ekspert tłumaczy w rozmowie czym właściwie jest sztuczna inteligencja oraz w jaki sposób wpływa ona na funkcjonowanie firm. Daniel Hulme wystąpi także podczas konferencji Masters&Robots, która odbędzie się w dn. 21-24 września 2020 online.

Jakie zastosowanie w biznesie ma sztuczna inteligencja?

Są 2 definicje sztucznej inteligencji i… ta bardziej popularna jest tą gorszą. Pierwsza dotyczy maszyn, które mogą wykonywać obowiązki, które dotychczas były domeną ludzi. Przez ostatnią dekadę z powodu rozwoju technologii, takich jak deep learning, zaczęliśmy budować maszyny, które potrafią rozpoznać obiekty na zdjęciach, rozumieją i potrafią przetwarzać język naturalny. Ludzie są najbardziej inteligentnymi istotami, jakie znamy we wszechświecie, dlatego kiedy postrzegamy maszyny jako te, które potrafią wykonywać zadania należące do domeny ludzkiej, to zakładamy, że jest to właśnie inteligencja.

Polemizowałbym, że nie można porównać maszynowej i ludzkiej inteligencji. Ludzie są dobrzy we wskazywaniu prawidłowości w co najmniej 4 wymiarach, ale jesteśmy nieskuteczni w rozwiązywaniu bardziej złożonych problemów. Maszyny potrafią znaleźć schemat w tysiącach wymiarów i rozwiązywać problemy, składające się z miliona elementów. Nawet te technologie nie są sztuczną inteligencją – są po prostu algorytmami, które ciągle powtarzają te same czynności. A tak naprawdę według mnie to definicją głupoty, nie inteligencji jest powtarzanie tych samych czynności i oczekiwaniem innych rezultatów.

Najlepszą definicją inteligencji – sztucznej lub ludzkiej- jest adaptacyjne zachowanie zorientowane na cel. Używam pojęcia ‘zorientowane na cel’ rozumiane jako próby osiągnięcia celu, który np. w biznesie może oznaczać przeznaczenie wydatków marketingowych na sprzedaż jak największej ilości lodów. Może to być jakikolwiek inny cel, który chcesz osiągnąć.

Owym zachowaniem adaptacyjnym jest to jak szybko lub płynnie skorzystam z zasobów niezbędnych do osiągnięcia celu. Jeśli moim celem jest sprzedanie wielu lodów to będzie tym zachowaniem – czyli przejawem inteligencji – będzie to, w jaki sposób alokuję posiadane zasoby by osiągnąć sukces.

Ale kluczowym dla mnie słowem w definicji zachowania adaptacyjnego ukierunkowanego na cel jest właśnie ‘adaptacja’. Jeśli twój system informatyczny nie podejmuje decyzji i na tej podstawie nie uczy się czy była to dobra, czy zła decyzja a następnie nie dostosowuje swojego własnego wewnętrznego modelu świata, nie uznałbym tego za przejaw sztucznej inteligencji. Jednak na ten moment firmy nazywają uczenie maszynowe sztuczną inteligencją. Dla mnie jednak prawdziwa definicja sztucznej inteligencji obejmuje systemy, które mogą się uczyć i dostosowywać bez pomocy człowieka. Właśnie zdolność adaptacyjna jest synonimem inteligencji.

Które sektory mają największe zapotrzebowanie na takie rozwiązania technologiczne?

Wszystkie! Jednakże przedsiębiorstwa nie mają problemów z uczeniem maszynowym, tylko z optymalizacją. Optymalizacja jest procesem przeznaczania zasobów na osiągnięcie celu mimo ograniczeń. Problemy z optymalizacją są wyjątkowo trudne do rozwiązania. Przykładowo, jak powinienem zaplanować trasę mojej floty, aby skrócić czas podróży albo w jaki sposób powinienem ustalić plan sprzedaży, aby zmaksymalizować zyski? Jest tylko garstka ludzi na całym świecie, która potrafi rozwiązać te problemy za pomocą sztucznej inteligencji.

To nieporozumienie, że maszynowe uczenie i modele deep learningu mogą rozwiązać wiele problemów w organizacji. Uczenie maszynowe, nauka o danych i statystyka są świetne w znajdywaniu prawidłowości. Ale najważniejsze pozostaje podejmowanie decyzji w oparciu o prawidłowości wyznaczone przez dane. To wymaga kompletnie innego zestawu umiejętności takich jak: wiedzy z matematyki, skorzystanie z analitycznego modelu rozwiązania problemu oraz optymalizacji. To umiejętności bardzo rzadkie w branży technologicznej.

Wielu prezesów czuje potrzebę zastosowania sztucznej inteligencji w firmie. Boją się, że jeżeli nie są zwolennikami sztucznej inteligencji, to poniosą straty, ponieważ inni korzystają z technologii umożliwiającej szybsze i skuteczniejsze podejmowanie decyzji.

Dyrektorzy działów IT chcą zatrudniać analityków danych, których prace są namiastką sztucznej inteligencji. Jednakże analitycy danych mają tylko pewne umiejętności. Wiedzą, jak stosować statystykę i uczenie maszynowe, aby znaleźć wzory w danych. Ale nie są wystarczająco dobrzy w budowie systemu, który potrafi samodzielnie podejmować decyzje
i dostosowywać się do zmian.

Gdzie, w codziennym życiu, możemy dostrzec uczenie maszynowe w codziennym życiu?

W przypadku AI możemy mówić o zjawisku bańki, gdyż zbyt wiele oczekuje się obecnie od uczenia maszynowego. Wynika to z niedostrzegania faktu, że uczenie maszynowe jest tylko częścią sztucznej inteligencji i pewnym etapem. Następnym etapem dla większości dużych organizacji powinna być optymalizacja i proces podejmowania decyzji.

Jak zauważył Roy Amara wpływ nowoczesnych technologii jest przeszacowywany w krótkiej perspektywie czasu i niedoceniany w dłuższej. Póki co, możesz zignorować pomysł posiadania adaptacyjnego systemu w firmie. To przyjdzie później. Na razie możesz zastosować sztuczną inteligencję w celu usunięcia przyziemnych i powtarzalnych zadań w organizacji. Użyta prawidłowo, może zmienić cały Twój biznes. Jednakże jest wiele szumu i wiele osób inwestuje w technologię, której nie potrafi używać.

Wiele informacji przekazywanych przez ludzi nie stanowi sztucznej inteligencji. Coraz więcej osób uważa się za ekspertów od sztucznej inteligencji bądź etyki, ale tylko garstka rozumie, czym są te technologie i co mogą osiągnąć. To tak jakby uważać, że jesteś chirurgiem dlatego, że umiesz szyć. Przedsiębiorstwa zatrudniają wielu analityków danych, sądząc, że będą oni potrafili rozwiązać problemy dotyczące sztucznej inteligencji, ale jest to bardzo naiwne przekonanie.

Wcześniej postrzegałem technologię jako zagrożenie w takim sensie, że moi konkurenci mają dostęp do zaawansowanych technologii i danych. Ale teraz myślę, że żeby umieć z niej korzystać, trzeba mieć talent. W jaki sposób zachęcić i zachować ten talent? I tu wracamy do obszarów kultury organizacji i celu.

Jakie są korzyści zastosowania sztucznej inteligencji? 

Sztuczna inteligencja umożliwia tworzenie „Cyfrowych Bliźniaków”. Są one następnym etapem transformacji przemysłowej. Aby mieć możliwość adaptacji do szybko zmieniającego się świata, firmy powinny tworzyć cyfrowe kopie wszystkich rzeczowych aktywów, infrastruktury i ludzi. Gdy masz bliźniaka, możesz zacząć eksperymentować, by lepiej zarządzać swoją firmą. Idąc dalej tym tropem możemy posiadać środowisko sztucznej inteligencji i prowadzić eksperymenty bez pomocy człowieka. Rolą strategów i liderów jest rozwinięcie silnej wizji i celu, na przykład poprzez określenie głównych dążeń przedsiębiorstwa. Mam nadzieję, że organizacje zrozumieją, że cel powinien być bardziej złożony niż zwrot finansowy, aby zachęcić, wzmocnić i motywować talent. Niezwykłe talenty chce przyłączać się do realizacji wartościowych celów i inspirujących liderów.

Czy sztuczna inteligencja ma wady, które mogą wpływać na prowadzenie biznesu?

Krótkoterminowo, czyli w ciągu najbliższej dekady, wierzę, że sztuczna inteligencja stworzy miejsca pracy. Jednak w dłuższej perspektywie, sztuczna inteligencja przejmie więcej miejsc pracy niż stworzy. Wiele myślałem o pojęciu osobliwości ekonomicznej. To moment, w którym sztuczna inteligencja wspierając ludzi w pracy, jednocześnie pozbawi ich możliwości pracy, ponieważ nie będą w stanie tak szybko się przekwalifikować. Rządy i  ekonomia nie są na to przygotowane. Celem Satalii jest próba zmierzenia się z tymi problemami przyszłości. Powinniśmy do pewnego stopnia stworzyć globalną infrastrukturę, która wspiera osoby pozbawione pracy.

W innym koncepcie, nazywanym technologiczną osobliwością, to my tworzymy sztuczną inteligencję mądrzejszą od nas w każdy możliwy sposób. To będzie ostatni wynalazek ludzkości, ponieważ będzie umiał myśleć nieskończenie szybciej i skuteczniej niż ludzie. Wielu uczonych przewiduje, że stworzymy superinteligencję w połowie obecnego wieku. To będzie jednym z największych osiągnięć człowieka i zarazem naszym największym egzystencjalnym zagrożeniem. Martwię się jednak, że jeśli nie będziemy współpracować tworząc światowy organizm do czasu aż stworzymy ten rodzaj sztucznej inteligencji, to ten super-twór uzna nas, ludzi za zagrożenie i po prostu wyeliminuje. Moim celem jest popychanie świata do współpracy i to oznacza zmianę naszych politycznych i ekonomicznych modeli i  wyrażenie zgody na nową funkcję dla ludzkości. Impulsem dla krajów do podwyższenia PKB i dla firm do osiągania zysków jest większa ilość wykonanych inwestycji, co prowadzi nas do światowego kryzysu ekonomicznego i środowiskowego. Potrzebujemy zrównoważonego rozwoju, tak żeby każdy mieszkaniec planety przyczynił się do jego osiągnięcia. W przeciwnym razie unicestwimy samych siebie. Nie wierzę, że rządy są przygotowane lub potrafią działać tak szybko, dlatego też mam nadzieję, że zmiana będzie pochodzić od liderów biznesowych, którzy mają ogromny wpływ i poczucie odpowiedzialności, aby skierować nas w stronę lepszej przyszłości.

W szybko zmieniającej się rzeczywistości rynkowej podstawą funkcjonowania organizacji jest zarządzanie ryzykiem stron trzecich. Podwykonawcy poza radarem przedsiębiorstw

0

Epidemia koronawirusa SARS-CoV-2 poważnie zachwiała łańcuchami dostaw, szczególnie w przypadku organizacji poruszających się w dużej siatce dostawców i usługodawców. Badanie Deloitte „Third-Party Risk Management Global Survey Report 2020” pokazuje, że przed wybuchem pandemii jedynie 20 proc. firm monitorowało kluczowych kontrahentów. Eksperci Deloitte obserwują, że proporcja ta ulega zmianie, a standardem staje się podejście tzw. „Rozszerzonego Przedsiębiorstwa” (Extended Enterprise), które pomaga określić i strategicznie zarządzić ryzykiem w całym ekosystemie, w jakim funkcjonuje firma. 

Pandemia COVID-19 pokazała, że firmy nie działają w odosobnieniu, a na realizację ich celów biznesowych składa się aktywność setek stron trzecich, czyli klientów, partnerów, agentów, sprzedawców, dostawców towarów czy usług, licencjobiorców i licencjodawców. Firmy wspólnie ze stronami trzecimi tworzą ekosystem, czyli „Rozszerzone Przedsiębiorstwo” (Extended Enterprise).

Weźmy za przykład łańcuch dostaw, w jakim funkcjonują producenci samochodów. Wielu z nich polega na sieci dostawców różnych części, na przykład silnika, opon, elementów wnętrza. A każdy z tych dostawców ma z kolei swoich partnerów i kontrahentów. Oni wszyscy składają się na cały system, który nazywamy rozszerzonym przedsiębiorstwem. Jeśli coś nie zadziała w jednym z elementów, skutki może odczuć inny, pozornie zupełnie z nim niezwiązany. Zarządzanie ryzykiem w ekosystemie rozszerzonego przedsiębiorstwa to szybkie przewidywanie i sprawne zarządzanie procesami i działaniami związanymi ze stronami trzecimi – mówi Mariusz Ustyjańczuk, Partner, Lider Risk Advisory w Deloitte.

Zarządzanie ryzykiem w rozszerzonym przedsiębiorstwie poprawia jego wyniki finansowe, poprzez: ograniczenie ryzyka niezgodności i ryzyka operacyjnego, zmniejszenie kosztu relacji ze stronami trzecimi i zwiększenie wydajności stron trzecich (przestrzeganie ustalonego SLA), aż po oparcie relacji ze stronami trzecimi o wartość, jaką przynoszą przedsiębiorstwu i wzbogacenie procesu podejmowania decyzji biznesowych o wiarygodne dane, w celu zwiększenia świadomości ich podejmowania.

Koszty błędów podwykonawców rosną

Deloitte rozwija usługi Extended Enterprise w Polsce od 2009 roku, a zespół ekspertów odpowiada za projekty w 18 krajach Europy Środkowej. Rosnące zapotrzebowanie na tego typu wsparcie sprawia, że globalnie w zagadnieniach dotyczących przedsiębiorstwa rozszerzonego, specjalizuje się blisko 900 osób. Wprowadzane w ostatnich latach regulacje nakładają na przedsiębiorstwa konieczność dbania o ich przestrzeganie nie tylko w ramach własnej organizacji, ale także w całej sieci podwykonawców. Przykładem tego może być obowiązujące w Unii Europejskiej General Data Protection Act („RODO”), czy też brytyjski Modern Slavery Act.

Zgodnie z badaniem przeprowadzonym przez Deloitte w 2020 roku „Deloitte Third-Party Risk Management Global Survey Report 2020”, jedynie 20 proc. organizacji twierdzi, że jest w stanie samodzielnie monitorować nie tyle nawet wszystkich, co kluczowych kontrahentów. Należy mieć tutaj na uwadze, że prowadząc odpowiedzialny biznes, firma nie może sobie pozwolić na żaden incydent negatywnie wpływający na jej reputację, niezależnie od tego, czy ma on miejsce wewnątrz organizacji, czy w jej ekosystemie. Szacowane koszty popełnienia błędu lub też niedopatrzenia przez stronę trzecią – zdaniem blisko połowy respondentów – wzrosły w ciągu ostatnich pięciu lat dwukrotnie. Dla 1/5 respondentów takie koszty wzrosły aż dziesięciokrotnie, co przekłada się na przewidywane koszty materializacji ryzyka sięgające miliarda USD.

Firmy coraz chętniej zdają się na doradców

Wyższa kadra zarządzająca pragnie też mieć coraz lepszy wgląd we współpracę firmy ze stronami trzecimi. Chodzi tutaj o holistyczny punkt widzenia, na podstawie którego rady nadzorcze i prezesi mogą efektywnie zapoznawać się z bieżącymi relacjami z zewnętrznymi współpracownikami. Istotna jest nie tylko możliwość uzyskania szerszego spojrzenia, ale też możliwość szybkiego reagowania na pojawiające się zagrożenia na podstawie rzetelnych i kompleksowych danych po to, by zabezpieczyć biznes i zapewnić stały wzrost.

Wyniki badania pokazują, że co czwarta firma decyduje się na powierzenie kwestii związanych ze stronami trzecimi firmie doradczej lub rozważa wdrożenie takiego rozwiązania. To wyraźny trend rosnący, bo jeszcze w 2015 roku odsetek takich firm był bliski zeru.

Odpowiedzią na te wyzwania może być kilka typów rozwiązań tj.: optymalizacja oraz odzyskiwanie kosztów i przychodów – a więc weryfikacja, czy partnerzy biznesowi przestrzegają warunków umownych, czy też zarządzanie ryzykiem stron trzecich, rozumiane jako wdrożenie, usprawnienie i przegląd procedur obowiązujących w organizacji w zakresie monitorowania stron trzecich i ich relacji z przedsiębiorstwem.

Cieszy nas wzmożone zainteresowanie podejściem Extended Enterprise. Dzięki realizacji wielu projektów dla wielu globalnych firm, tworzących ekosystemy z tysiącami stron trzecich rozsianych po całym świecie, doskonale rozumiemy wyzwania, jakie stoją przed rozszerzonymi przedsiębiorstwami. Właściwe i skuteczne zarządzanie ryzykiem stron trzecich, zwłaszcza w dość niepewnych czasach, gdy wiele podmiotów zostało dotkniętych przez COVID-19, wydaje się być kluczowym elementem gwarantującym stabilność funkcjonowania biznesu – mówi Bartosz Zając, Lider usług Extended Enterprise Deloitte.

Sprzedaż samochodów hybrydowych i elektrycznych zanotowała 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 r.

Jedynym segmentem samochodów osobowych, który z liczbą ponad 26,8 tys. sprzedanych nowych aut, zanotował 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 roku jest segment pojazdów z napędami alternatywnymi. Wśród aut tego typu największy, ponad trzykrotny wzrost r/r odnotowały hybrydy plug-in. W I półroczu 2020 roku fabryki motoryzacyjne w Polsce wyprodukowały ponad 201 tys. pojazdów – o 44,1% mniej niż w I połowie 2019 roku.

W pierwszej połowie roku w Polsce zarejestrowano 179,8 tys. nowych samochodów osobowych, 24,6 tys. pojazdów dostawczych, 8,1 tys. ciężarowych, ponad 6,9 tys. przyczep i naczep oraz blisko 700 autobusów. Do końca czerwca br. Polacy kupili również 10,4 tys. motocykli oraz 7,4 tys. motorowerów. Pandemia COVID-19 spowodowała, że liczba rejestracji nowych pojazdów jest znacznie niższa niż w analogicznym okresie 2019 roku. Jedynym segmentem samochodów osobowych, który z liczbą ponad 26,8 tys. sprzedanych nowych aut, zanotował 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 roku jest segment pojazdów z napędami alternatywnymi. Wśród aut tego typu największy, ponad trzykrotny wzrost r/r odnotowały hybrydy plug-in. W I półroczu 2020 roku fabryki motoryzacyjne w Polsce wyprodukowały ponad 201 tys. pojazdów – o 44,1% mniej niż w I połowie 2019 roku.

W pierwszej połowie 2020 roku zarejestrowano w Polsce 179,8 tys. samochodów osobowych, co oznacza spadek o 35,4% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Spadki dotyczą zarówno klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali 123,4 tys. pojazdów (spadek o 35,3%) oraz klientów indywidulanych, którzy nabyli 56,4 tys. nowych samochodów, o 35,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Producenci marek popularnych sprzedali w pierwszym półroczu 146,5 tys. pojazdów, co oznacza spadek sprzedaży o 38,9% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Segment marek premium+ poradził sobie z kryzysem lepiej. Producenci sprzedali przez pierwsze 6 miesięcy 33,3 tys. pojazdów tej klasy – o 13,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Klienci indywidualni w I połowie roku kupili 4 tys. aut z segmentu premium+, o 14,5% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Nieco gorzej w pierwszym półroczu wyglądają rejestracje marek premium+ wśród klientów instytucjonalnych – zakupili oni 29,2 tys. pojazdów, co oznacza mniejszą sprzedaż o 16,4% r/r.

Biorąc pod uwagę szacunki z początku pandemii, wyniki pierwszego półrocza nie okazały się aż tak złe jak się spodziewano, choć oczywiście we wszystkich kategoriach pojazdów odnotowano spadki rejestracji. Najlepiej poradził sobie segment premium i stosunkowo nieźle segment pojazdów dostawczych. To bardzo cieszy, bo samochody dostawcze służące firmom do przewozu towarów są swoistym barometrem stanu gospodarki. O ile segment samochodów dostawczych odnotował stosunkowo małe straty, o tyle pojazdy ciężarowe zostały dotknięte chyba największym spadkiem. Można w związku z tym wysunąć wniosek, że nie słabnie zapotrzebowanie na pojazdy realizujące transport miejski – np. firmy kurierskie – natomiast popyt na pojazdy długodystansowe jest bardzo niski. W tej sytuacji nie bez znaczenia pozostaje przegłosowany właśnie pakiet mobilności, który – jak się przewiduje – uderzy w polskich przewoźników. Ponadto, tak wysoki spadek sprzedaży pojazdów ciężarowych może oznaczać, że menedżerowie zarządzający firmami transportowymi w Polsce spodziewają się spadku zamówień – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Rośnie segment pojazdów na paliwa alternatywne

W I połowie roku liczba rejestracji samochodów z napędami alternatywnymi była wyższa o 12,7% niż w tym samym okresie 2019 roku i wyniosła blisko 26,9 tys. pojazdów. Niezmiennie zdecydowanie więcej pojazdów z napędami alternatywnymi kupują klienci instytucjonalni (20,6 tys. aut) co przekłada się na 14,5% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Klienci indywidualni z kolei do końca czerwca 2020 roku kupili ponad 6,2 tys. aut z napędem alternatywnym – o 7,1% więcej niż w pierwszym półroczu ubiegłego roku. Natomiast samochody z napędem gazowym, osiągnęły w pierwszej połowie roku rezultaty dużo gorsze, niż te osiągane w tym samym okresie przed rokiem. Spadek rejestracji tego segmentu pojazdów wyniósł 63,7% r/r.

Segment pojazdów z napędami alternatywnymi jest jedynym, który rośnie w 2020 roku w Polsce. Chociaż dynamika wzrostu całego segmentu zaczyna zwalniać, na uwagę zasługują hybrydy, hybrydy typu plug-in oraz samochody w pełni elektryczne. W I półroczu 2020 r. Polacy zarejestrowali blisko 22,6 tys. pojazdów z napędem hybrydowym. Oznacza to wzrost o 28,7%. Bardzo dużą dynamikę wzrostu w omawianym okresie odnotowały hybrydy typu plug-in. Polacy kupili 1 370 aut tego typu, co oznacza wzrost o 210,7% r/r. Nad Wisłą rośnie również sprzedaż aut w pełni elektrycznych, do końca czerwca br. Polacy kupili ponad 1,1 tys. samochodów napędzanych wyłącznie silnikiem elektrycznym, o 19,6% więcej niż w pierwszej połowie 2019 roku – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Rejestracje samochodów ciężarowych o połowę mniejsze

W I połowie 2020 roku w Polsce zarejestrowano 8,1 tys. samochodów ciężarowych, co oznacza spadek o 51,5% w porównaniu z pierwszą połową 2019 roku. Podobnej wielkości spadki (-50,9% r/r) dotyczą rejestracji przyczep i naczep – do końca czerwca br. zarejestrowano ich 6,9 tys.

Rejestracje samochodów

Rozwój rynku jednośladów wyhamował

W I połowie 2020 roku liczba zarejestrowanych nowych motocykli wyniosła 10 429 sztuk, czyli 9,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Jedynie motocykle typu sport (wzrost o 50%), supersport (wzrost o 7%) oraz ON/OFF (wzrost o 3%) zakończyły I półrocze br. ze wzrostami. Pandemia koronawirusa w Polsce wyhamowała jednak obserwowany wcześniej w 2019 roku i jeszcze na początku bieżącego, rozwój rynku motocykli w Polsce. Mimo tego rezultaty dwóch ostatnich miesięcy (w maju wzrost rejestracji o 9,9% r/r, a w czerwcu o 22,8%) są już na znacznie wyższym poziomie niż przed rokiem. Wskazuje to na szybką odbudowę rynku w tej grupie pojazdów. Natomiast znaczący spadek rejestracji odnotowano wśród motorowerów, których w I połowie 2020 roku zarejestrowano 7 386 sztuk i był to poziom niższy aż o 29,6% w porównaniu z takim samym okresem w 2019 roku.

Gwałtowny spadek produkcji pojazdów samochodowych w Polsce

W I półroczu 2020 roku wyprodukowano w Polsce 201,1 tys. pojazdów samochodowych, aż o 44,1% mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Najgłębszy spadek (48,5%) zanotowała produkcja samochodów osobowych. W grupie samochodów użytkowych i ciężarowych rezultaty były niższe o 35,9% r/r, natomiast produkcja autobusów w pierwszym półroczu 2020 roku przyhamowała najmniej, o 23% w porównaniu z I półroczem 2019 roku.

Coraz ciężej o własne cztery kąty. Rynek nieruchomości po koronawirusie

Ciasne, ale własne – cztery kąty to wciąż marzenie milionów Polaków. Marzenie, którego realizację będą musieli odłożyć na później, dużo później. Na skutek pandemii banki mocno zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów mieszkaniowych. Czy upodabniamy się do naszych sąsiadów, Niemców, których mniej niż połowa posiada własne mieszkanie?

Koronawirus coraz rzadziej pojawia się na pierwszych stronach gazet. Zamiast niego eksperci wykorzystują inny wyraz rozpoczynający się na tę samą literę: kryzys. Wyniki badania, jakie przeprowadziła firma McKinsey, pokazują ponury obraz jego skutków. Prawie dziewięciu na dziesięciu zapytanych menedżerów twierdzi, że ich krajowe gospodarki są w gorszym stanie niż sześć miesięcy temu. Analitycy z McKinsey prowadzą takie badania regularnie. Z historycznych danych wynika, że tak źle nie było od czasu kryzysu finansowego z 2008 r. O tym, że mamy do czynienia z poważnym kryzysem, świadczy fakt, że aż 52% respondentów globalnego badania Economic Conditions Snapshot ocenia, że warunki gospodarcze uległy znacznemu pogorszeniu. Jeszcze w marcu br. takich głosów było zaledwie 10%.

Ma to przełożenie na zachowanie sektora finansowego, głównie banków, które po cichu zmieniły swoją strategię udzielania kredytów hipotecznych i pożyczek na o wiele bardziej restrykcyjną i zachowawczą. – Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, w czerwcu liczba zapytań o kredyty hipoteczne spadła o 1/4 w porównaniu z rokiem ubiegłym. Niepewność wkradła się w serca wielu Polaków, którzy z niepokojem spoglądają w przyszłość. Wiele osób straciło pracę lub doświadczyło redukcji wynagrodzenia. Pozostaje również kwestia polityki bankowej, która w ostatnim czasie mocno się zmieniła – mówi Marta Telenda, prezes zarządu firmy Colivia, która jako jedyna w Polsce świadczy usługi w obszarze colivingu.

Kredyt to w Polsce najpopularniejsza metoda finansowania zakupu nieruchomości. Jak pokazują dane z raportu AMRON-SARFiN, w 2019 r. na naszym rynku banki udzieliły ponad 225 tys. kredytów hipotecznych. Ubiegły rok okazał się pod tym względem rekordowy. Również suma zaciągniętych zobowiązań była imponująca i wyniosła prawie 63 mld zł. Wartości te wzrosły w porównaniu z 2018 r. odpowiednio o 6% i 16%.

Pandemia nieufności

Do niedawna jeden z dużych polskich banków reklamował swój kredyt hasłem: “Odważ się spełniać marzenia”. W postpandemicznym świecie może się okazać, że sama odwaga to zbyt mało, potrzeba nam jeszcze stalowych nerwów i sporej gotówki.

Wiele banków zaostrzyło swoje kryteria, ograniczając akceptowalne źródła dochodu we wnioskach o kredyt hipoteczny. Osoby zatrudnione na podstawie umowy o dzieło bądź zlecenia mogą dziś pomarzyć o pozytywnej decyzji kredytowej. Spora część takich wniosków nie jest już nawet rozpatrywana – twierdzi Telenda. Niewiele korzystniej wygląda sytuacja osób prowadzących własną działalność gospodarczą, również w ramach samozatrudnienia. Także wobec nich banki mocno zaostrzyły kryteria przydzielania kredytów, wydłużając minimalny czas prowadzenia firmy. Wymagane są również dodatkowe dokumenty lub wyższe przychody.

Zmiany dotknęły także minimalny wkład własny, jaki wymagany jest do zaciągnięcia kredytu na zakup nieruchomości. Mimo że w 2020 r. w teorii wynosił on 20%, to klienci często wpłacali połowę tej wartości, tj. 10%, a pozostałą część zabezpieczali ubezpieczeniem niskiego wkładu. – Chociaż głośno się o tym nie mówi, to jeżeli liczymy na pozytywną decyzję kredytową, powinniśmy zapomnieć o takim zabiegu i przygotować co najmniej 20% całkowitej kwoty zakupu – nieoficjalnie przyznaje pracownik jednego z banków. To wciąż optymistyczny scenariusz, coraz częściej słychać bowiem głosy, że w praktyce wkład własny powinien wynosić około ⅓ ceny zakupu nieruchomości.

Równocześnie banki skutecznie zniechęcają do zaciągania hipotek rekordowo wysoką marżą, która już na samym początku kontaktu ze światem finansowania zewnętrznego potrafi zabić cały entuzjazm. Niewielkie to pocieszenie, że stopa WIBOR jest obecnie bardzo niska, gdyż jej zmienny charakter może zwiastować poważne podwyżki w przyszłości, a co za tym idzie – wzrost miesięcznej raty, jaką płaci kredytobiorca.

To nie koniec złych wieści dla potencjalnych kredytobiorców. Również sam scoring, czyli ocena wypłacalności klienta, która dokonywana jest przez oprogramowanie bankowe, określające stopień ryzyka na podstawie wprowadzonych w formularzu danych, w wyniku pandemii stał się znacznie bardziej agresywny. Oczywiście ze względu na tajemnicę bankową informacja ta pozostaje tajna, jednak zewsząd dochodzą do nas informacje, że osoby, które wnioskowały o hipotekę, zostały odprawione z kwitkiem i prośbą o powrót w przyszłości. Może to mieć również związek z tym, że specjaliści od ryzyka bankowego opracowali nowe rekomendacje dotyczące podziału na bardziej i mniej bezpieczne grupy zawodowe. Przedstawiciel handlowy lub marketer z pewnością będą mieć ciężej niż prawnik czy osoby zatrudnione w administracji państwowej, których posada jest bardziej stabilna.

Bezdomny jak… Niemiec?

Czy taka sytuacja doprowadzi rodzimy rynek nieruchomości do formy, jaką ma on za naszą zachodnią granicą? Niemcy plasują się na drugim miejscu, zaraz po Szwajcarii, biorąc pod uwagę najniższy odsetek właścicieli domów we wszystkich krajach OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). Wynika to z polityki mieszkaniowej obranej przez niemiecki rząd, która zachęca do wynajmu. Władze naszych zachodnich sąsiadów realizują odmienną strategię niż chociażby Polacy. U nas, jak i w wielu innych krajach, rządy interweniują na rynkach mieszkaniowych, aby stworzyć warunki zachęcające do posiadania własnego domu. Eksperci z Deutsche Bundesbank, analizując sytuację rynku mieszkaniowego w Niemczech, zastanawiają się jednak, jakie konsekwencje w przyszłości przyniosą działania nastawione na wspieranie koniunktury na zakup mieszkalnych nieruchomości. Czy państwa rzeczywiście powinny zachęcać do zakupu własnego lokum, nawet jeżeli obarczone jest to drogim kredytem? Specjaliści niepokoją się ewentualnymi konsekwencjami i w specjalnym raporcie rozważają wpływ tych praktyk na ogólny dobrobyt społeczeństwa. Jako jeden z możliwych efektów ubocznych wskazują powstanie społecznych nierówności. – Ciężko jest coś takiego przewidzieć, natomiast w statystykach OCED wyraźnie widać pewną korelację. Wynika z nich, że kraje o stabilnej i silnej gospodarce, które mogą stanowić dla nas pewien wzór do naśladowania, takie np. jak wspomniane Niemcy, ale również Szwajcaria czy Austria, jednocześnie są liderami w zestawieniu państw o najwyższym procencie wynajmowanych nieruchomości – zwraca uwagę Marta Telenda z Colivii. W porównaniu z naszymi zachodnimi sąsiadami, gdzie ok. 45% gospodarstw domowych może cieszyć się własnym aktem własności, w Polsce wskaźnik ten wynosi blisko dwukrotnie więcej, tj. 84%.

Trzecia opcja

Wydawać by się mogło, że poza kupnem i wynajmem nie istnieje żadna sensowna alternatywa. Nic bardziej mylnego. Biorąc pod uwagę zmieniające się potrzeby społeczeństwa, związane nie tylko z koniecznością posiadania “własnego kąta”, ale również z aspektami społecznymi, wzrasta zainteresowanie colivingiem. – Współczesny coliving to ewolucja różnych koncepcji, dlatego ciężko jest wskazać jeden przełomowy moment, który zapoczątkował ten trend. Podobny projekt realizowano w Danii w latach sześćdziesiątych. Innym przykładem koncepcji wczesnego colivingu jest słynna minimalistyczna wspólna przestrzeń życiowa o nazwie Isokon, która powstała w Londynie w 1933 r. Jednak sama koncepcja jest wynikiem zmieniających się potrzeb społeczeństwa – tłumaczy Marta Telenda. Prowadzona przez nią firma posiada już jeden coliving usytuowany w centrum Poznania, gdzie niebawem planuje otwarcie kolejnej lokalizacji. W planach ma również realizację podobnych projektów w innych polskich miastach. Telenda twierdzi, że wspólne życie szczególnie interesuje millenialsów, którzy mają inne wartości i oczekiwania w stosunku zarówno do życia towarzyskiego, jak i kariery zawodowej, niż starsze pokolenie baby boomers. – Kto z nas nie marzył o życiu, jakie wiedli bohaterowie serialu Friends? Coliving jest odpowiedzią na to pragnienie. Z jednej strony oferuje prywatność i własną przestrzeń, z drugiej – pewien rodzaj wspólnoty i przestrzeń współdzieloną, w której znajduje się np. ekspres do kawy czy Playstation – wymienia prezes zarządu Colivii.

Coliving jest również odpowiedzią na poważny problem, jakim jest epidemia samotności, leżącej u podstaw wielu problemów psychicznych, z jakimi zmaga się współczesne społeczeństwo. Według badań amerykańskiego urzędu statystycznego, młodzi dorośli częściej narzekają na odosobnienie niż starsze grupy wiekowe. Niedawno przeprowadzone badanie wykazało, że prawie 10% osób w wieku od 16 do 24 lat czuło się „zawsze lub często” samotne. To ponad trzykrotnie więcej niż u respondentów w wieku 65 lat i starszych. Jednocześnie mamy też do czynienia z najwyższym wynikiem spośród wszystkich grup wiekowych.

Człowiek nie może obejść się bez drugiego człowieka, musi zaspokoić swój straszliwy głód braterstwa – tak brzmiały słowa Alberta Camusa. Dzielenie przestrzeni życiowej w ramach instytucji colivingu to zupełnie nowy sposób myślenia o relacjach i mieszkaniu. Mieszkańcy wspólnoty to niejednokrotnie dobrze sytuowani ludzie, którzy realizują się zawodowo, za co otrzymują sowite wynagrodzenie. Artyści, przedstawiciele wolnych zawodów, amatorzy tzw. slow travel czy cyfrowi nomadzi świetnie odnajdują się w tym koncepcie i zapewniają sobie dzięki temu radość życia. To ludzie, którzy przede wszystkim cenią sobie to, czego kupić nie można, niezależnie od liczby zer na koncie – obecność drugiego człowieka. Często w ramach colivingu mieszkają np. z managerami wyższego szczebla. Taka różnorodność jest źródłem wielu inspiracji, pobudza kreatywność, sprzyja swobodnej wymianie myśli, przez co pomaga poszerzyć światopogląd. Ostatecznie jest również doskonałym lekiem na samotność.

Polacy są bardziej zadłużeni niż Czesi i Słowacy?

W czasie kryzysu, problem dotyczący zadłużenia Polaków staje się szczególnie istotny. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy nasi rodacy są bardziej zadłużeni na przykład od południowych sąsiadów.

Koronawirus spowolnił akcję kredytową banków i wzrost wartości zadłużenia Polaków związanego z nowymi „hipotekami”. Warto jednak pamiętać, że w czasie boomu mieszkaniowego wspomniane zadłużenie szybko rosło. Eksperci RynekPierwotny.pl postanowili więc sprawdzić, jak prezentuje się poziom hipotecznego długu naszych rodaków w porównaniu do wyników notowanych na terenie innych krajów Starego Kontynentu.

Ciekawe dane o poziomie zadłużenia mieszkańców różnych krajów Europy znajdziemy między innymi w raporcie Hypostat 2019 opracowanym przez Europejską Federację Hipoteczną. Wedle wyników tej analizy, pod koniec 2018 r. na dorosłego mieszkańca każdego z analizowanych państw przypadało następujące zadłużenie mieszkaniowe:
Tabela 1. Dane Hypostat o zadłużeniu dorosłych europejczyków z 25 państw europejskich

  • Austria – 15 494 euro
  • Belgia – 27 123 euro
  • Bułgaria – 805 euro
  • Chorwacja – 2 152 euro
  • Czechy – 5 078 euro
  • Dania – 54 532 euro
  • Estonia – 7 125 euro
  • Finlandia – 21 989 euro
  • Francja – 19 312 euro
  • Grecja – 6 400 euro
  • Hiszpania – 12 813 euro
  • Holandia – 51 785 euro
  • Irlandia – 22 919 euro
  • Litwa – 3 364 euro
  • Łotwa – 2 603 euro
  • Niemcy – 20 879 euro
  • Polska – 3 234 euro
  • Portugalia – 11 007 euro
  • Rumunia – 998 euro
  • Słowacja – 5 734 euro
  • Słowenia – 3 669 euro
  • Szwecja – 51 089 euro
  • Węgry – 1 687 euro
  • Wielka Brytania – 30 158 euro
  • Włochy – 7 480 euro

Można przypuszczać, że obecne wyniki dotyczące porównywanych państw nie zmieniły się znacząco względem IV kw. 2018 r. Relatywnie niski wynik Polski, z całą pewnością jest dobrym sygnałem – nawet jeśli uwzględnimy fakt, że spora część długu mieszkaniowego rodaków zależy od wahań kursów euro i franka szwajcarskiego. Taki problem nie występuje między innymi na terenie Czech oraz Słowacji.

Producent smartfonów realme publikuje imponujące wyniki za I półrocze 2020 roku

  • realme właśnie opublikowało dane i statystyki za I półrocze 2020 roku. Firma odnotowała 11% wzrostu w drugim kwartale i jest jedyną dużą marką, która może pochwalić się dwucyfrowym wynikiem na plusie.
  • Po raz czwarty z rzędu realme uzyskało tytuł najszybciej rozwijającego się producenta smartfonów na świecie.
  • Tylko w pierwszej połowie roku firmie udało się uzyskać 15 milionów nowych użytkowników.

realme, najszybciej rozwijająca się marka smartfonów na świecie, prezentuje wyniki za I półrocze 2020 roku. Firma może pochwalić się aż 11% wzrostem w drugim kwartale – jest to jedyny dwucyfrowy wynik wśród dużych marek. Według raportu przygotowanego przez ośrodek analityczny Counterpoint, realme było jednym z niewielu producentów, którzy odnotowali dodatni wzrost o 157%. Poinformowano również, że realme jest obecnie w TOP 4 marek smartfonów w Tajlandii, Indiach, Kambodży i Egipcie, a także w TOP 5 w Birmie, Indonezji, Wietnamie, na Filipinach i Ukrainie.

Pionier na rynku

realme skupia się na wprowadzaniu produktów 5G na swoich rynkach detalicznych, począwszy od modelu X50 Pro 5G, dążąc w ten sposób do zapewnienia łączności z siecią 5G wszystkim użytkownikom. Dodatkowo w 2020 roku wdrożono podwójną strategię “Smartfon + AIoT”. Pomimo trudności, firmie z powodzeniem udało się osiągnąć cele określone w tej inicjatywie. realme jest na dobrej drodze do wprowadzenia ponad 50 produktów AIoT w bieżącym roku i ponad 100 w przyszłym.

Sukces i siła młodości

“Od 2018 roku realme rozrosło się do 40 milionów użytkowników, a to dzięki silnemu, młodemu i międzynarodowemu zespołowi. Ze średnią wieku zaledwie 29 lat, zespół ten pokazał odwagę, zrobił krok do przodu i udowodnił siłę młodości na konkurencyjnym rynku” – powiedział Prezes marki, Li Bingzhong.

O planach na przyszłość mówił Dyrektor realme w Europie Wschodniej, Jason Guo. “Naszym celem jest sprzedaż 100 milionów telefonów w ciągu 3 lat i chcemy stać się jedną z pięciu największych marek smartfonów w Polsce. realme rozwija się bardzo dynamicznie, a wyniki, które osiągamy świadczą o zaufaniu klientów. Kluczowa jest dla nas dalsza ekspansja i sukcesy na kolejnych rynkach, wprowadzanie najnowocześniejszych rozwiązań i tworzenie sprzętu dopasowanego do potrzeb różnych użytkowników. Chcemy pomóc młodym użytkownikom pokonać wszelkie granice, zaskakiwać ich i pokazywać im nowy wymiar jakości i designu,  zgodnie z naszym hasłem “Dare to Leap” (Odważ się skoczyć)”.

Lider wielu obszarów

Oferta realme odbiła się również echem w świecie designu. W 2020 roku studio projektowe realme współpracowało ze światowej sławy projektantami Naoto Fukasawą i Jose Levy, znanymi z Hermes, w celu stworzenia wyznaczających trendy produktów. Ponadto realme zdobyło prestiżową nagrodę Red Dot Design Award, dystansując konkurencję. Firma jest pionierem innowacji nie tylko w projektowaniu, ale także w technologii, zwłaszcza wprowadzając pierwszą na świecie technologię szybkiego ładowania o mocy 125 W.

Czy związkowcy pomogli górnikom, blokując plany naprawcze PGG?

Spółka Polska Grupa Górnicza znajduje się w złej sytuacji. Bez odpowiedniego planu naprawczego będzie miała wkrótce problemy z płynnością finansową. Ministerstwo Aktywów Państwowych przedstawiło 27 lipca założenia programu restrukturyzacji spółki. Plany te jednak nie zostały zaakceptowane przez przedstawicieli górniczych związków zawodowych, na zamkniętym spotkaniu z ministrem. W związku z tym projekt reformy Polskiej Grupy Górniczej został przełożony w czasie. Rząd, tak jak i poprzednie ekipy rządzące, boi się bowiem zdenerwować górników. Nie jest więc stanowczy w negocjacjach ze związkowcami. Analitycy wskazują jednak, że tym razem związki zawodowe zadziałały na niekorzyść pracowników. 

– Jeżeli nie zostanie wprowadzony plan naprawczy, to za chwilę spółka nie będzie miała pieniędzy na wynagrodzenia dla pracowników. Sytuacja będzie więc dużo trudniejsza i nie będziemy rozmawiać o “barbórkowych”, czternastkach i innych elementach wynagrodzenia górniczego – tylko będziemy walczyć o funkcjonowanie tej spółki. Sytuacja jest więc naprawdę poważna, zarówno dla władz PGG, jak i dla górników – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Związki zawodowe zadziałały więc wbrew interesowi pracowników. Po wprowadzeniu planów naprawczych górnicy z niektórych kopalń, które mają bardzo trudną sytuację biznesową, mogliby znaleźć pracę w innych kopalniach – gdzie akurat brakuje pracowników. Wstrzymując wdrażanie tych planów, strona społeczna zadziałała wyjątkowo szkodliwie dla całego procesu – a przede wszystkim dla osób, które reprezentuje. Przez lata kolejne rządy bały się scenariusza odważnych cięć w sektorze wydobywczym węgla kamiennego – mając z tyłu głowy wielkie protesty za rządów premier Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. Jednak tego typu presja uliczna nie będzie miała u nas miejsca. Mamy zupełnie inne struktury, zupełnie inne problemy i zupełnie inny moment w historii. Rząd musi odważnie przeprowadzić poważne cięcia i restrukturyzację tego sektora. Nie ma tutaj innego rozwiązania – apeluje Roszkowski.

Gaming na Wall Street znów w centrum uwagi

Cena akcji spółki Take-Two Interactive Software Inc. wzrosła o 4 proc. w handlu przed sesją po tym, jak spółka zajmująca się grami wideo odnotowała bardzo zadowalające wyniki kwartalne, które przekroczyły oczekiwania i podniosły prognozę co do dalszych zysków i ceny akcji.

Reakcje analityków były zasadniczo pozytywne, przy czym Morgan Stanley napisał, że raport wykazał kontynuację silnych trendów w grach z powodu zamówień wynikających z pandemii i pozostawania w domach. Wiele firm podniosło swoje ceny dla poziomów docelowych, a co najmniej dwie stwierdziły, że prognoza nadal wydaje się konserwatywna. W oparciu o cenę z ostatniego zamknięcia, akcje Take-Two akcje wzrosły prawie o 70% w stosunku do najniższego poziomu z marca i są notowane na rekordowych poziomach.

Analityk firmy Jefferies uważa, że wyniki wzmacniają trwałość głównych franczyz i rosnącą bazę użytkowników. Siła zarobkowa TTWO i oczekujący katalizator dla ceny akcji w postaci kolejnej gry Grand Theft Auto tworzą atrakcyjną konfigurację dla długoterminowych inwestorów. Firma podniosła poziom ceny docelowej ze 145 do 180 USD.

Morgan Stanley z kolei uważa, że utrzymują się silne trendy w sektorze gamingowym ze względu na zamówienia związane z pozostawaniem w domach i przyczynią się one do wzrostu zysków w drugiej połowie roku, a nawet w dalszych terminach. Morgan Stanley szacuje, że w najbardziej optymistycznym scenariuszu akcje mogą kosztować 210 USD za sztukę. Jednak w bazowym scenariuszu podnosi poziom ceny docelowej ze 160 do 176 USD.

Firma Piper Sandler wycenia akcje spółki na 200 USD i podnosi poziom ceny docelowej ze 146 USD. Zaangażowanie graczy wzrosło, gdy COVID-19 zatrzymał ludzi w domach, a najpopularniejsze gry TTWO powinny pomóc zrównoważyć słabość w innych sektorach.

KeyBanc Capital pisze, że wyniki spółki były bardzo mocne, a przede wszystkim odnotowano zmianę czasu spędzonego przez konsumentów przed grami wideo, co dało ponadwymiarowe korzyści. Oczekiwania na drugą połowę roku wciąż są wysokie, ale jest miejsce na dalszy wzrost, o ile nie nastąpi istotne spowolnienie na rynku gier wideo. Cena docelowa została podniesiona ze 172 USD do 193 USD.

Z kolei Bank of America uważa, że firma odniosła sukces w budowaniu dużego biznesu internetowego wokół kilku najpopularniejszych tytułów. Jak BofA obniża ocenę do neutralnej i podnosi nieznacznie swój cel cenowy ze 155 USD do 166 USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.