Dzicy lokatorzy coraz większym problemem. Zajmują apartamenty i wille, nie chcą płacić i nie chcą się wyprowadzić

Walka z dzikimi lokatorami to coraz większy problem. Zajmują nie tylko kawalerki i pustostany, ale i wille i apartamenty.

Dzicy lokatorzy zajmujący pustostany? Znamy to, historia dość częsta. Dzicy lokatorzy zajmujący lokale komunalne? Owszem, zdarzają się takie historie.  Dzicy lokatorzy zajmujący apartamenty nad morzem lub 240-metrowe wille pod Szczecinem? O takich sytuacjach nie mówi się często, a to dwie historie z ostatnich tygodni z Pomorza Zachodniego. Ustawa o prawach lokatorach jest cynicznie wykorzystywana przez cwaniaków i oszustów, którzy kosztem właścicieli mieszkań układają sobie życia, nie zważając na jakiekolwiek zobowiązania finansowe i umowy. Jak mówi detektyw Małgorzata Marczulewska do agencji detektywistycznej Grupy AVERTO trafia coraz więcej spraw z prośbą o pomoc w usunięciu  dzikich lokatorów. Sprawy te zwykle są bardzo skomplikowane, a działanie łączy pracę detektywów i windykatorów.

·       Dzicy lokatorzy cynicznie wykorzystują fakt, że prawo cywilne stawia ochronę ich praw nad poszanowaniem prawa własności. Efekt to coraz więcej spraw o zajęcie lokalu, przy jednoczesnym braku regularnych opłat czynszowych, a jednocześnie nawet niszczeniu mienia

·       Dzicy lokatorzy zajmują nie tylko altany, pustostany i kawalerki. Ostatnie dwa przykłady z Pomorza Zachodniego to zajęcie 240-metrowej willi i apartamentu nad morzem

·       Detektywi odradzają działania na własną rękę. Nie warto narażać się na postępowanie karne np. wymieniając zamki w drzwiach czy zastraszając dzikich lokatorów

·       Celem walki z dzikimi lokatorami najpierw jest odzyskanie władania nad nieruchomością, a następnie windykacja długów

Dzikiego lokatora nie można po prostu „wyrzucić na bruk”

Sprawa Pani Ewy, którą prowadziło biuro detektywistyczne Grupy AVERTO stała się przykładem tego jak cyniczni i wyrachowani potrafią być lokatorzy. Rodzina wynajęła 240-metrową willę pod Szczecinem, by już po kilku miesiącach przestać płacić czynsz i zerwać wszelki kontakt z właścicielką lokalu, blokując jej dostęp do swojej nieruchomości. Sprawę szczęśliwie udało się zakończyć wyprowadzką lokatorów. Pozostaje jeszcze zadłużenie przekraczające 40 tysięcy złotych. Jak mówi detektyw i windykator Małgorzata Marczulewska spraw związanych z nielegalnym zajęciem cudzej nieruchomości jest coraz więcej i są to sprawy zwykle bardzo skomplikowane.

– Mamy 100% skuteczność, nie zdarzyło nam się, by lokator się nie wyprowadził. To często kwestia kilku tygodni. Trzeba mieć jednak na uwadze to, że jeżeli dziki lokator jest odporny na nasze działania to polskie prawo w dużej mierze go chroni. Osoby nieuświadomione często niedowierzają, że tak jest, że właściciel mieszkania nie może po prostu „wyrzucić” wynajmującego nawet jeżeli ten nie płaci lub jeżeli skończyła mu się umowa. Osoby wynajmujące nieruchomości nie wiedzą na co prawo im zezwala. My jako agencja detektywistyczna korzystamy z pewnych luk prawnych, ale prawo jest skonstruowane tak, że walka z dzikim lokatorem to jest zwykle walka przed sądem – wyjaśnia detektyw Małgorzata Marczulewska.

Czy z dzikimi lokatorami można radzić sobie na zasadzie „wynajęcia dwóch karków”, którzy siłą argumentów lub argumentem siły? Takie porady przynoszą więcej szkód niż pożytku. – Nie polecam takich czynności, bo skończymy z wyrokiem karnym. Dziki lokator może zawnioskować o przywrócenie władania nieruchomością, a właściciel skończy z wyrokiem za zakłócanie miru domowego. Spotkałam się także z sytuacją, że właściciel mieszkania zniecierpliwiony brakiem zapłaty wymienił zamki w drzwiach pod nieobecność lokatorów. Efektem było oskarżenie o kradzież – mówi detektyw Marczulewska.

Detektywi działają więc w granicach prawa, ale sposobami, które nie narażają właściciela nieruchomości na nieprzyjemności i postępowania karne.

Detektyw Marczulewska: musi się zwiększyć wiedza osób wynajmujących mieszkania

Dzikich lokatorów jest coraz więcej, bo niestety wiedza osób wynajmujących jest zaskakująco niska, a biznes jakim jest wynajem nieruchomości w ostatnich latach znacząco wzrósł. Specjaliści zastanawiają się dlaczego właściciele domów i mieszkań decydują się na podpisywanie umów długoterminowych, zamiast umów o tzw. „najem okazjonalny”, który zdecydowanie ułatwia wszelkie postępowania eksmisyjne, jeżeli najemca okaże się nieuczciwym lub kłopotliwy.

Detektyw Marczulewska wskazuje także na inne błędy właścicieli mieszkań: – Do nas te sprawy trafiają zwykle po wielu miesiącach. Po prostu właściciele mieszkań czekają, proszą, próbują rozmawiać. Efekt jest taki, że dziki lokator jest jeszcze mocniej upewniony w tym, że właściciel nieruchomości nie wie jak w tym temacie postępować. Po drugie rośnie dług – przykład z Mierzyna to ponad 40 tysięcy złotych. Inny słynny przykład z ostatnich dni, czyli dziki lokator w Świnoujściu to prawie 20 tysięcy złotych. To są pieniądze, których odzyskanie jest później sprawą bardzo skomplikowaną – mówi detektyw Małgorzata Marczulewska.  – Zgłaszają się do nas ludzie już „w akcie desperacji”, średnio po roku od momentu przestania płacenia – dodaje.

Jak detektyw może pomóc? – To działania natychmiastowe. Jedziemy na miejsce, przygotowujemy pisma, prowadzimy obserwacje. Nie mogę powiedzieć o szczegółach, ale mamy 100% skuteczność, a dzicy lokatorzy wiedzą, że nie pozbędą się nas szybko – mówi Prezes Zarządu Grupy AVERTO.

Najpierw odzyskanie nieruchomości, potem windykacja

Zwykle windykacja należności jest sprawą bardziej skomplikowaną niż samo wyprowadzenie lokatorów, ale jak mówią specjaliści w wielu sprawach już odzyskanie władania nad obiektem należy uznać jako sukces. Dzicy lokatorzy to osoby, które zwykle wiedzą co robią i cynicznie wykorzystują sytuację właścicieli mieszkań. Jeżeli ktoś jest uczciwy, a ma problem finansowy, to po prostu informuje o tym właściciela mieszkania.

– To nie są absolutnie osoby, które „złapały” mieszkanie i prymitywnie nie chcą się z niego wyprowadzić. To zwykle osoby, które znają swoje prawa i z wykorzystywania tego prawa robią sobie sposób na życie. To osoby aroganckie, cyniczne, pozbawione uczuć współczucia do innych. Nie robią sobie nic z tego, że wyrządza innym krzywdę. Mieliśmy wyprowadzkę dzikich lokatorów z mieszkania kobiety, która wyprowadziła się z niego, bo nie stać jej było na spłatę kredytu frankowego. Efekt był taki, że ona wyprowadziła się do mamy, wynajęła mieszkanie nieuczciwemu lokatorowi i nie dość, że spłacała kredyt to jeszcze nie mogła się pozbyć nieuczciwego najemcy. Inny dziki lokator ostatnio powoływał się na RODO i groził nam policją za łamanie prawa o Ochronie Danych Osobowych – dodaje detektyw Marczulewska.

Izba POLMED o projekcie ustawy o wyrobach medycznych

Głównym celem prawa europejskiego w zakresie ochrony zdrowia jest zapewnienie skuteczności wyrobów medycznych i bezpieczeństwa pacjentów. Taka jest również idea unijnego rozporządzenia MDR (Medical Devices Regulation), którego przepisy od maja 2021 r. podlegać będą stosowaniu w Polsce. Projekt nowej polskiej ustawy o wyrobach medycznych ma stanowić wdrożenie wymogów unijnych. Niestety, projekt ustawy zdecydowanie wykracza poza ramy europejskiego rozporządzenia, nakładając szereg nowych obowiązków i kar, które mogą doprowadzić do przeregulowania systemu i obniżenia konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Izba Polmed uważa, że tworzenie lokalnych regulacji na podstawie prawa europejskiego powinno odzwierciedlać zarówno jego literę, jak i ducha. W ten sposób warunki prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce będą zrozumiałe dla partnerów z innych krajów, a sytuacja polskich przedsiębiorców nie będzie gorsza niż działających w innych państwach członkowskich UE.

„Nowe ustawy nie powinny również naruszać konstytucji przedsiębiorców tj. ustawy Prawo przedsiębiorców. Wprowadzanie nadmiernych, lokalnych regulacji +przy okazji+ zmian europejskich nie służy ani pacjentom, gdyż prowadzi do ograniczenia dostępu do nowych technologii, ani przedsiębiorstwom, gdyż komplikuje funkcjonowanie i podnosi koszty działalności” – mówi Tomasz Wróbel, wiceprezes Izby POLMED.

„Wprowadzenie nowych regulacji na gruncie europejskim spowodowało już lawinę kosztów i spowolnienie działalności badawczo-rozwojowej przedsiębiorstw, wynikającą z zaangażowania tysięcy specjalistów do prac nad dostosowaniem do nowych wymogów dokumentacji technicznej wyrobów, nawet tych dostępnych na rynku od kilkunastu lat. Zaostrzenie i nadregulacja polskiej ustawy wdrażającej MDR dodatkowo komplikuje i tak trudną sytuację” – dodaje Tomasz Wróbel.

W trakcie konsultacji publicznych Izba POLMED zgłosiła ok. 100 stron uwag, które miały wymiar systemowy. Część z nich została uwzględniona w obecnej wersji projektu, co pokazuje, że merytoryczny dialog jest możliwy. Branża wyrobów medycznych z satysfakcją odnotowała, że w projekcie zniesiono monopol producentów na realizację reklamy oraz skorygowano wiele przepisów o charakterze technicznym.

Mimo wprowadzenia przez ustawodawcę słusznych zmian, wiele przepisów projektu nadal wymaga dalszego dopracowania, szczególnie w odniesieniu do obowiązków nakładanych na przedsiębiorców i wiążących się z nimi zagrożeń.

Izba zwraca się do rządu i ustawodawcy z apelem o uwzględnienie w ostatecznej wersji ustawy następujących dezyderatów:

– respektowania Prawa przedsiębiorców – wprowadzenie ogólnych regulacji prawnych, dotyczących zasad kontroli przedsiębiorców miało na celu stabilizację warunków funkcjonowania biznesu w naszym kraju. Bardzo niepokojącym działaniem jest wyłączenie Prawa przedsiębiorców przewidziane przez ustawę wdrażającą MDR. Branża wyrobów medycznych ma strategiczne znaczenie dla państwa, dlatego powinna funkcjonować w efektywnym i stabilnym środowisku biznesowym;

– dostosowania kar administracyjnych do standardów legislacyjnych – Izba POLMED zdecydowanie popiera egzekwowanie odpowiedzialności prawnej wobec nieuczciwych przedsiębiorców. Projekt idzie jednak zdecydowanie za daleko i tworzy skrajnie rozbudowany katalog kar, których zakres i wysokość są nieproporcjonalne – zarówno względem chronionych wartości, jak i aktualnego standardu legislacyjnego formułowania kar. Tego typu sankcje są niespotykane zarówno na innych rynkach europejskich w zakresie wyrobów medycznych, jak i w pokrewnych branżach (produkty lecznicze, żywność itp.). Projekt ustawy przewiduje ponad 60 norm karnych, obejmujących kary nawet do 5000000 złotych;

– korekty przepisów reklamowych – przepisy reklamowe zawarte w projekcie powodują trudności w ustaleniu granic dopuszczalności prawnej standardowych działań reklamowo-promocyjnych i wzorowane są na regulacjach farmaceutycznych. Należy przy tym pamiętać, że branża wyrobów medycznych ma inną specyfikę niż farmaceutyczna;

– optymalizacji regulacji ewidencji – Izba stoi na stanowisku, że powielanie istniejącego dziś systemu powiadomień jest zbędne i nie służy żadnemu interesowi publicznemu, a jedynie generuje koszty po stronie administracji i przedsiębiorców; Izba postuluje rezygnację z krajowego wykazu dystrybutorów, względnie jego stanowcze uproszczenie poprzez wyłączenie lub minimalizację formalności związanych z obowiązkiem rejestracji wyrobów medycznych podlegających dystrybucji w Polsce. Wszystkie wyroby medyczne w Unii Europejskiej podlegają systemowi rejestracji EUDAMED, który w najbliższym czasie zostanie zreformowany i powinien być jedynym rejestrem wyrobów medycznych.

W czasie pandemii firmy chcą częściej odraczać termin płatności podatków. Wzrost jest ponad 10-krotny

Blisko 59 tys. wniosków ws. rozłożenia podatków na raty zostało złożonych od marca do czerwca br. Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, to o ponad 2,6 tys. więcej niż w analogicznym okresie ub.r. Wtedy łączna kwota z decyzji rozłożenia na raty wyniosła przeszło 603 mln zł. Ostatnio była ona prawie 2 razy wyższa. Największy udział w niej miał VAT – ponad 732 mln zł, rok wcześniej – przeszło 340 mln zł. Natomiast najczęściej wnioskowano ws. podatku dochodowego od osób fizycznych – po 31 tysięcy razy w analizowanych okresach.

Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, od marca do czerwca br. liczba złożonych wniosków ws. rozłożenia podatków na raty wyniosła 58 860. Natomiast w analogicznym okresie ubiegłego roku było ich 56 248. Z kolei większe wzrosty odnotowano w przypadku wniosków o umorzenie podatków – z 11 541 do 22 560, a także o odroczenie terminu płatności podatków – z 5 685 do 60 622.

– Dane raczej nie są zaskakujące. Świadczą o wyjątkowej zapobiegliwości polskich przedsiębiorców. Przeważająca część nowych wniosków dotyczyła bowiem odroczenia terminu płatności podatku, a o to należy się ubiegać, zanim jeszcze upłynie termin zapłaty. Podatnicy spodziewali się kłopotów finansowych wywołanych epidemią. Zatem wnioskowali o odroczenie terminów płatności – komentuje Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak zaznacza Anna Pęczyk-Tofel, doradca podatkowy i radca prawny, partner w Crido, rozłożenie na raty następuje zazwyczaj na okres dwunastu miesięcy. Pandemia nie zmieniła w sposób znaczący liczby wniosków w tej kwestii. Natomiast podatnicy byli bardziej zainteresowani odroczeniem terminu płatności. To może świadczyć o tym, że z uwagi na niepewność co do ich zdolności płatniczych wywołanych przez COVID-19, preferowali odroczyć termin płatności całej kwoty podatku. Woleli to niż zobowiązywać się do rat, które musieliby regulować na bieżąco w mniejszej wysokości. Z kolei przy skrajnie niekorzystnych sytuacjach starano się o umorzenie.

– Epidemia spowodowała ogólny wzrost liczby składanych wniosków o ulgi w spłacie zobowiązań. Rozwiązania te były wręcz promowane przez rząd, chociażby na portalach informujących o instrumentach kolejnych tarcz antykryzysowych. Co więcej, na początku kryzysu organy znacznie obniżyły wymagania formalne, związane ze składanymi wnioskami. Przy ubieganiu się o odroczenie terminu czy rozłożenie na raty wystarczyło złożyć prosty wniosek z oświadczeniem o trudnej sytuacji finansowej, wywołanej pandemią – dodaje radca Niczyporuk.

Z danych resortu finansów wynika, że w od marca do czerwca br. kwota z decyzji rozłożenia na raty wyniosła 1 164 723 644 zł. To blisko 2 razy więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku, kiedy mowa była o 603 039 611 zł. Jednak wówczas sytuacja w gospodarce była zupełnie inna, co podkreśla Anna Pęczyk-Tofel. Ekspert zaznacza, że w tym roku wielu przedsiębiorców straciło z dnia na dzień źródło dochodów przy jednoczesnym braku wolnych środków pozwalających na regulowanie zobowiązań podatkowych. To sprawiło, że statystycznie starano się o większe kwoty, a spora część wniosków o raty była składana przez dużych lub średnich przedsiębiorców, których zobowiązania podatkowe często stanowią istotne kwoty. Ponadto Tarcza 1.0 wprowadziła możliwość bezkosztowego przesuwania terminu płatności w ramach rozłożenia zapłaty podatku na  raty, czy też odroczenia terminu płatności w związku z wprowadzonym zwolnieniem z opłaty prolongacyjnej.

– W firmach pojawiły się większe zatory płatnicze, a także ograniczono zakup towarów i usług w ramach oszczędności. Wielu przedsiębiorców oficjalnie komunikowało kontrahentom, że wstrzymują się z zapłatą. Jednak takie działania nie mogły być podejmowane w relacji do organów skarbowych, które miały prawo rozpocząć działania egzekucyjne. Stąd pojawiła się konieczność składania wniosków o ulgi w spłacie zobowiązań podatkowych. A z uwagi na uproszczoną procedurę korzystały z tego też podmioty, które w normalnych warunkach nie zdecydowałyby się na to. W ten sposób uzyskiwały większe środki obrotowe do inwestowania – mówi Marek Niczyporuk.

Patrząc na analizowany okres 2020 roku, można zauważyć, że największy udział w kwocie z decyzji rozłożenia na raty miał podatek od towarów i usług – ponad 732 mln zł (przeszło 340 mln w ub.r.). Dalej znalazł się podatek dochodowy od osób fizycznych – 321 mln zł (224 mln zł), a za nim – podatek dochodowy od osób prawnych – 110 mln zł (37 mln zł). Potem były pozostałe daniny – 27 tys. zł (8 tys. zł). Z kolei analizując liczbę wniosków ws. rozłożenia na raty, widać, że najwięcej z nich dotyczyło PIT – 31 486 (wcześniej 31 070). Następne były VAT – 25 919 (23 756), CIT – 1 399 (1 354) oraz pozostałe – 56 (68).

– Mamy wielu płatników podatku dochodowego od osób fizycznych. W tej grupie może być np. fryzjer, właściciel małej knajpki czy kawiarni. Często w przypadku takich przedsiębiorców kwota podatku do uregulowania nie jest duża. Z kolei gdy duża firma złoży wniosek ws. rozłożenia na raty całego VAT-u, to sprawa może dotyczyć setek tysięcy złotych. Mnie te statystyki nie dziwią – informuje radca Pęczyk-Tofel.

Wpływy z VAT-u stanowią największy udział w przychodach budżetowych państwa. W 2018 roku stanowiły ok. 50% wszystkich dochodów podatkowych, co podkreśla ekspert z Kancelarii Ars AEQUI. I dodaje, że VAT jest konstrukcją, która najgorzej reaguje na zatory płatnicze. Obowiązek jego rozliczenia wiąże się bowiem najczęściej z faktem wykonania usługi bądź dostarczenia towaru, a nie z otrzymaniem zapłaty. Podstawowa stawka jest również stosunkowo najwyższa.

– Z pewnością sytuacja gospodarcza wpłynie na to, czy liczba wniosków o rozłożenie podatków na raty będzie jeszcze wzrastać. Już w marcu część firm była zmuszonych do takiego działania. W tej grupie znalazły się m.in. centra handlowe, hotele czy restauracje. Stopniowo znoszone są kolejne obostrzenia. Ale do niektórych przedsiębiorstw dopiero zaczynają docierać skutki pandemii. Natomiast nie wiadomo, jak w najbliższych miesiącach będzie wyglądała sytuacja z koronawirusem – zaznacza ekspert z Crido.

Według Marka Niczyporuka, liczba wniosków o rozłożenie podatków na raty będzie spadać. Urzędy skarbowe są coraz mniej skłonne do udzielania ulg w spłatach zobowiązań podatkowych. Zdaniem eksperta, organy wracają do praktyki sprzed marca 2020 roku, kiedy złożenie poprawnego wniosku wiązało się dla podatników ze znacznym nakładem pracy. Należało bowiem zebrać i przedłożyć szereg dokumentów obrazujących sytuację majątkową. Zdarzało się również, że wymagano sporządzenia sprawozdania finansowego czy dokonania spisu wierzycieli i dłużników. Sprawę utrudniała również różna praktyka urzędów w poszczególnych regionach, a nawet miastach.

Polacy nie boją się wirusa – 57 proc. wyjedzie na wakacje

Choć liczba zachorowań na koronawirusa znów rośnie, to ponad połowa Polaków deklaruje chęć wyjazdu na urlop. 70 proc. ankietowanych zdecyduje się na wypoczynek w kraju, przy czym 19 proc. wyruszy poza granice – wynika z badania przeprowadzonego przez Devire. Tylko co czwarty Polak zrezygnował z wyjazdu.

Jeszcze przed wakacjami wydawało się, że sytuacja z epidemią koronawirusa w Polsce jest unormowana. Dziś eksperci mówią o drugiej fali zachorowań i prognozują kolejny lock-down. W lipcu br. firma rekrutacyjna i outsourcingowa zapytała Polaków o ich plany wakacyjne. Z badania wynika, że 57 proc. ankietowanych wyjedzie na wakacje. Najczęściej na urlop wybierają się osoby w wieku 26-45 lat (64 proc. z nich). W domu zostanie tylko co czwarty Polak (23 proc.).
Polacy nie boją się wirusa – 57 proc. wyjedzie na wakacje (2)

Statystyki zachorowań na koronawirusa w lipcu są alarmujące. Mimo tego większość Polaków nie zrezygnuje z wyjazdu w tym roku. Widać jednak, że do urlopu za granicą, który dotychczas wygrywał z lokalnymi atrakcjami, podchodzimy dużo ostrożniej. Na pewno nie bez znaczenia dla rodzin wielodzietnych jest też wprowadzenie bonu turystycznego – komentuje Magdalena Kanclerz, Dyrektor Regionalny w Devire.

Co powstrzymuje nas przed wyjazdem?

Większość osób rezygnuje z wakacji przez ograniczone fundusze (58 proc. osób, które nie wyjadą na urlop) oraz strach przed koronawirusem (46 proc.). Jest to duet, który najskuteczniej powstrzymuje Polaków przed wyjazdami w tym roku. Pozostałe powody to ilość pracy (15 proc. wskazań) i obawa przed zamknięciem granic – 10 proc. odpowiedzi.

Gdzie będziemy podróżować w 2020 roku?

Większość Polaków zdecyduje się na wypoczynek w kraju – 70 proc. Najpopularniejszym kierunkiem wakacyjnym jest polskie morze – deklaruje tak 35 proc. ankietowanych. Dużym zainteresowaniem cieszą się również tzw. city break, czyli krótkie, zwykle weekendowe wyjazdy. Trzecim, najczęściej wybieranym miejscem na wakacyjny urlop jest domek letniskowy – 30 proc. Z kolei zagraniczny kurort wybiera 11 proc. ankietowanych.Polacy nie boją się wirusa – 57 proc. wyjedzie na wakacje (1)

Metodyka

Badanie “On-line czy off-line? Jak Polacy spędzają wakacje?” zostało przeprowadzone metodą CAWI w lipcu 2020 roku. Odpowiedzi udzieliło 278 respondentów: 15% z nich stanowili młodsi specjaliści, 44% to specjaliści, 27% managerowie, 9% przedstawiciele kadry kierowniczej, a pozostałe 5% – studenci, wolni strzelcy i osoby poszukujące pracy.

PKN ORLEN – skonsolidowane wyniki finansowe za 2 kwartał 2020 r.

PKN ORLEN w drugim kwartale br. osiągnął wynik EBITDA LIFO w wysokości 5,7 mld zł, a zysk netto spółki wyniósł 4 mld zł. Istotny wpływ na wyniki miał zysk z tytułu okazyjnego nabycia Grupy Energa w wysokości 3,7 mld zł. Bardzo dobre wyniki wypracowały segmenty Energetyki i Detalu, które osiągnęły łącznie ok. 1,5 mld zł EBITDA LIFO. Koncern wypracował solidne wyniki finansowe pomimo niesprzyjającego otoczenia makroekonomicznego i sytuacji związanej z pandemią koronawirusa.

W drugim kwartale br. kontynuowano strategiczne projekty rozwojowe, m.in. rozpoczęto budowę Instalacji Visbreakingu, która zwiększy efektywność rafinerii w Płocku, zakończono główną część największej inwestycji petrochemicznej na rynku czeskim – Instalacji Polietylenu, trwały intensywne prace związane z projektem budowy morskiej farmy wiatrowej na Bałtyku, które umożliwiły złożenie raportu środowiskowego 23 lipca br.

PKN ORLEN sfinalizował przejęcie 80 proc. akcji Grupy Energa 30 kwietnia br. Prowadził również negocjacje z Komisją Europejską w sprawie przejęcia Grupy LOTOS, które zakończyły się warunkową zgodą Komisji uzyskaną 14 lipca br. Tego dnia zainicjowany został również proces integracji z Grupą PGNiG w związku z podpisanym Listem Intencyjnym pomiędzy PKN ORLEN, a Skarbem Państwa.

– Wypracowaliśmy wyniki finansowe, które pomimo trudnej sytuacji związanej z pandemią koronawirusa pozwalają nam kontynuować inwestycje rozwojowe oraz procesy akwizycyjne. PKN ORLEN, uwzględniając przejęcie Grupy ENERGA, utrzymuje dobrą sytuację płynnościową. Zysk operacyjny Grupy ENERGA stabilizuje wyniki całego Koncernu. Jest również potwierdzeniem, że stawiając na budowę koncernu multienergetycznego obraliśmy właściwy kierunek. Działamy w zmiennym otoczeniu i wymagającej branży, dlatego musimy dywersyfikować źródła przychodów i wzmacniać naszą pozycję nie tylko w Europie, ale też globalnie. W tym celu z determinacją realizujemy kolejne procesy: przejęcie kapitałowe Grupy LOTOS oraz proces przejęcia Grupy PGNiG. Widzimy, że tylko podejście zintegrowane może zapewnić konkurencyjność wszystkich podmiotów i przynieść korzyści Akcjonariuszom, Klientom i polskiej gospodarce – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W drugim kwartale 2020 roku PKN ORLEN osiągnął:
 
• 5,7 mld zł EBITDA LIFO co oznacza wzrost o 3,0 mld zł (r/r)
• Zysk netto na poziomie 4 mld zł, co oznacza wzrost o 2,4 mld zł (r/r)
• Przychody na poziomie 17 mld zł

Segment rafineryjny wypracował wynik EBITDA LIFO na poziomie 614 mln zł. Został on osiągnięty pomimo spadku marż na benzynie, oleju napędowym i paliwie JET. Pozytywny wpływ na wyniki rafinerii miały m.in. wyższe marże na ciężkich frakcjach rafineryjnych, niższe koszty zużyć własnych w wyniku spadku cen ropy, osłabienie złotówki względem dolara oraz przeszacowanie zapasów do wartości godziwej związane ze wzrostem notowań ropy i produktów w drugim kwartale br. Moce wszystkich rafinerii zostały wykorzystane w 71 proc., a łączny przerób ropy wyniósł 6,2 mt, natomiast sprzedaż 5,2 mt.

Segment petrochemiczny osiągnął 251 mln zł EBITDA LIFO, w tym ANWIL 63 mln zł oraz PTA 72 mln zł. Moce instalacji petrochemicznych w drugim kwartale br. zostały wykorzystane w 73%, na co wpływ miały cykliczne postoje remontowe.

Segment energetyczny wypracował 749 mln zł EBITDA LIFO. W drugim kwartale prawie 80 proc. produkcji energii elektrycznej pochodziło z odnawialnych źródeł energii i gazu. W ramach całego wyniku wypracowanego przez segment energetyczny 260 mln zł to wynik kontrybucji Grupy Energa za miesiąc maj i czerwiec. Łączna zainstalowana moc wytwórcza energii elektrycznej w Grupie ORLEN wyniosła na koniec drugiego kwartału br. 3.253 MWe, w tym: 1.443 MWe przypadało na Grupę Energa.

Segment detaliczny PKN ORLEN osiągnął wynik EBITDA LIFO na poziomie 726 mln zł w efekcie wzrostu marż paliwowych na rynku polskim, niemieckim i czeskim przy porównywalnym poziomie marż na rynku litewskim. Największa dynamikę wzrostu marży paliwowej osiągnęliśmy w Niemczach przy porównywalnej dynamice w Czechach i Polsce. W stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku liczba punktów gastronomicznych Stop Cafe/star Connect (włączając sklepy convenience) wzrosła o 93 i na koniec czerwca wynosiła łącznie 2162, w tym: 1701 Stop Cafe w Polsce (włączając 552 sklepów convenience), 308 Stop Cafe w Czechach, 26 Stop Cafe na Litwie oraz 127 star Connect w Niemczech. Zgodnie ze strategią, europejska sieć stacji Koncernu przystosowywana jest do sprzedaży paliw alternatywnych. Na koniec drugiego kwartału ładowarki do samochodów elektrycznych funkcjonowały na 86 stacjach, w tym: 58 w Polsce, 21 w Czechach i 7 w Niemczech. To wzrost o 56 punktów (r/r), w tym: w Polsce o 45, w Czechach o 6 i w Niemczech o 5. PKN ORLEN posiada także 2 stacje wodorowe w Niemczech i 42 stacje CNG w Czechach. W drugim kwartale 2020 r. zakończono również proces cobrandingu, wzmacniając ekspozycję marki ORLEN w europejskiej sieci Koncernu.

Segment wydobycia wypracował rezultat EBITDA LIFO na poziomie 10 mln zł przy wzroście wolumenów sprzedaży w efekcie wzrostu średniego wydobycia o 1,0 tys. boe/d, w tym: w Kanadzie o 0,9 tys. boe/d i w Polsce o 0,1 tys. boe/d (r/r). Na wynik segmentu wpływ miały głównie niskie kwotowania ropy, gazu i kondensatów w Kanadzie. W drugim kwartale 2020 roku kontynuowano prace nad zagospodarowaniem złoża Bystrowice (projekt Miocen) oraz prace projektowe i formalno-prawne w ramach zagospodarowania złóż: Bajerze i Tuchola (projekt Edge) oraz Chwalęcin (projekt Płotki). Zakończono wiercenie otworu Pławce-3/3H (projekt Płotki), kontynuowano wiercenie otworu Dylągowa-1 (projekt Bieszczady) oraz rozpoczęto wiercenie otworu Sieraków-2H (projekt Sieraków). Zrealizowano także budowę placów pod wiercenia otworów w projekcie Płotki oraz w projekcie Sieraków.

Zdarzenia o charakterze jednorazowym ujęte w EBITDA LIFO w wysokości 4,8 mld PLN to m.in.:

  • 3,7 mld zł zysku z tytułu okazyjnego nabycia akcji Energa
  • 1,2 mld zł z tytułu przeszacowania wartości zapasów w efekcie wzrostu cen ropy w 2 kwartale 2020 r. oraz wzrostu cen sprzedaży produktów wynikającego ze stopniowej poprawy sytuacji popytowej w związku z odmrażaniem gospodarek światowych.
  • (-) 0,1 mld zł z tytułu odpisów aktualizujących wartość aktywów trwałych na skutek decyzji o zrzeczeniu się koncesji na poszukiwanie, rozpoznanie oraz wydobywanie ropy naftowej i gazu ziemnego na obszarze Bieszczady.

Grupa ORLEN wykazała zysk z tytułu okazyjnego nabycia akcji Energa, pomimo zaoferowania ponad 20% premii w stosunku do rynkowej ceny akcji spółki z dnia wezwania. Wycena giełdowa akcji Energa – podobnie jak wyceny innych polskich spółek z sektora energetycznego – od kilku lat pozostawała pod mocną presją, utrzymując się znacznie poniżej wartości jej aktywów netto. Wynikało to w dużej mierze z wysokiego poziomu zadłużenia spółki, systematycznie spadającego poziomu wypłacanej dywidendy oraz planów rozwojowych związanych z aktywami węglowymi.

PKN ORLEN, przejmując Grupę Energa, zdecydował się na zmianę polityki spółki w kierunku nisko i zeroemisyjnych źródeł wytwarzania energii i jako silny finansowo akcjonariusz gotowy jest wspierać Grupę Energa w tym zakresie. Koncern zobowiązał się m.in. do wsparcia Grupy Energa w pozyskaniu finansowania na budowę elektrowni Ostrołęka C w formule gazowej.

PKN ORLEN sfinalizował zakup akcji Energa 30 kwietnia br. Na sprzedaż po cenie 8,35 zł na akcję zdecydowali się akcjonariusze posiadający łącznie ok. 80 proc. udziału w kapitale spółki, w tym Skarb Państwa z 53 proc. udziałem w spółce, oraz inni akcjonariusze posiadający kolejne 27 proc. udziałów, w tym duża grupa inwestorów instytucjonalnych.

Zgodnie z zapowiedziami, PKN ORLEN kontynuował realizację inwestycji rozwojowych. Zakończono badania środowiskowe dla morskiej farmy wiatrowej na Bałtyku oraz wstępne badania geotechniczne dna morskiego. W Płocku realizowano budowę kluczowej dla rafinerii instalacji Visbreakingu. Z kolei w ramach największego w historii PKN ORLEN programu rozwoju aktywów petrochemicznych finalizowano budowę Centrum Badawczo-Rozwojowego, które zostanie oddane do użytku pod koniec 2020 r. W Zakładzie Produkcyjnym w Trzebini, należącym do spółki ORLEN Południe, rozpoczęto prace związane z budową instalacji kwasu mlekowego – pierwszej instalacji wykorzystującej mikroorganizmy w procesie produkcyjnym na skalę przemysłową. Kontynuowano również budowę największej w Europie instalacji do produkcji ekologicznego glikolu propylenowego. Konsekwentnie prowadzono także rozbudowę zdolności produkcyjnych nawozów we włocławskim ANWILu. Natomiast w Czechach zakończono budowę głównej części instalacji polietylenu.

Koncern utrzymuje również stabilną sytuację płynnościową. Przepływy pieniężne z działalności operacyjnej w 2 kwartale br. wyniosły ponad 3,3 mld zł, co stanowi porównywalny poziom do osiągniętego w analogicznym okresie 2019 r. Grupa ORLEN kontynuowała dotychczasową politykę w zakresie zarządzania płynnością, polegającą na dywersyfikacji źródeł finansowania. Z wyprzedzeniem zabezpieczone zostało finansowanie przyszłych działań operacyjnych i inwestycyjnych Grupy ORLEN w ramach odnawialnego kredytu obrotowego do kwoty 1,75 mld EUR udzielonego 29 lipca br. przez konsorcjum 16 banków, który zastąpił dotychczasowy kredyt konsorcjalny z 2014 roku. Na bezpiecznym poziomie pozostają również strategiczne wskaźniki finansowe. Uwzględniając akwizycję Grupy ENERGA poziom długu netto do EBITDA LIFO wyniósł na koniec drugiego kwartału br. zaledwie 0,92x, a więc znacznie poniżej zakładanego w strategii Koncernu maksymalnego poziomu 1,5x. Dźwignia finansowa wyniosła na koniec okresu 26,2 proc., tj. poniżej progu ze strategii na poziomie 30 proc.

W lipcu br. Agencja Moody’s – zwracając uwagę na realizowane i planowane działania rozwojowe Grupy ORLEN oraz jej stabilną sytuację finansową – podwyższyła perspektywę ratingu Koncernu z negatywnej na pozytywną, utrzymując przy tym rating na poziomie Baa2. Decyzja Agencji uwzględnia m.in. realizowane procesy akwizycyjne. Pozytywnie ocenia je też Agencja Fitch Ratings.

W drugim kwartale br. Rada Nadzorcza PKN ORLEN powołała Zarząd Spółki w niezmienionym składzie na nową trzyletnią kadencję. Wcześniej, Minister Aktywów Państwowych w imieniu Skarbu Państwa powołał do Zarządu Spółki Daniela Obajtka, któremu następnie Rada Nadzorcza PKN ORLEN powierzyła funkcję Prezesa Zarządu.

BioMaxima S.A. notuje rekordowe wyniki finansowe w 2 kw. 2020 r.

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także dystrybutor odczynników oraz sprzętu do diagnostyki in vitro, wypracowała na poziomie jednostkowym ponad 3,03 mln zł zysku netto w drugim kwartale 2020 roku. Przychody netto ze sprzedaży wzrosły w tym okresie do blisko 16,1 mln zł.

Spółka zakończyła 2 kw. tego roku jednostkowym zyskiem netto w wysokości 3.025 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie 16.087 tys. zł. Z kolei zysk EBITDA sięgnął w tym okresie 4.163 tys. zł. W całym pierwszym półroczu BioMaxima S.A. zanotowała 3.430 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 22.843 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku Emitent miał stratę netto. Średnia rentowność brutto Spółki w drugim kwartale 2020 r. wyniosła 22,48% wobec -1,10% w drugim kwartale 2019 r. Wysoki wzrost rentowności jest rezultatem utrzymywania stabilnej struktury kosztów stałych przy zwiększanych przychodach, a także rozszerzania asortymentu i zasobów mocy wytwórczych. Zarząd BioMaxima S.A. jest niezwykle zadowolony z osiągniętych wyników finansowych.

„Wyniki Spółki pokazują, że jako producent mamy koszty wydziałowe i ogólnozakładowe pod kontrolą i w zakresie obecnych mocy produkcyjnych jesteśmy w stanie realizować wysoką marżę na sprzedanych wyrobach. Mamy już stabilny, długoterminowy akcjonariat oraz silną strukturę finansowania. To nam daje możliwość dalszego szybkiego rozwoju.” – wyjaśnia Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

Obecnie BioMaxima S.A. jest w stanie dostarczać tygodniowo ponad 200 tys. testów genetycznych PCR oraz 300 tys. szybkich testów serologicznych. Kondycja Spółki pozwoliła jej odnieść korzyści z olbrzymiego popytu na wyroby diagnostyczne w obszarze SARS-CoV-2, co przyczyniło się z kolei do dalszego umacniania marki BioMaxima zarówno w Polsce, jak i na rynkach eksportowych. Dynamika wzrostu sprzedaży na rynkach zagranicznych ukształtowała się w pierwszym półroczu 2020 r. na poziomie ponad 167% wobec analogicznego okresu 2019 r. Zarząd Spółki przewiduje, że popyt na wyroby związane z diagnostyką COVID-19 utrzyma się, a nawet wzrośnie w krótkim horyzoncie czasowym, co pozwala optymistycznie myśleć o drugim kwartale br. w kontekście jej wyników finansowych.

„Prowadzimy obecnie sporo projektów sprzedażowych, oferując nasze rozwiązania w różnych miejscach globu. Potencjał rynkowy jest duży, ponieważ niestety pandemia ogarnęła już teraz cały świat. Chociaż na rynku jest wielu konkurentów, liczę, że dzięki jakości naszych wyrobów uda się pewną część tych projektów przekuć na kontrakty.” – dodaje Prezes Urban.

Drugi kwartał 2020 r. obfitował w bardzo dobre zdarzenia dla dalszego rozwoju biznesu Spółki. Zarejestrowane i wprowadzone do sprzedaży w Polsce molekularne testy do wykrywania SARS-CoV-2, które są wytwarzane przez BioMaxima S.A., były rejestrowane przez kolejnych dystrybutorów zagranicznych w wielu krajach na całym świecie. Udało się również zrealizować pierwsze dostawy tych produktów dla zagranicznych partnerów Emitenta, co wpłynęło pozytywnie na wzrost przychodów eksportowych.

„Nie jesteśmy tylko spółką ‘covidową’. Analizatory iFlash 1800, oprócz przeciwciał na SARS-CoV-2 oznaczają prawie 200 innych markerów. Klienci, którzy kupują od nas te systemy będą z nich korzystali jeszcze przez lata po wygaszeniu pandemii. Dostawy asortymentu ‘covidowego’ otworzyły przed BioMaxima drzwi do wielu nowych klientów, którzy pozostaną, mam nadzieję, z firmą na długo, kupując np. testy na zwykłą grypę, czy inny asortyment mikrobiologiczny.” – zakończył Prezes Urban.

BioMaxima S.A. jest bardzo dobrze przygotowana do działania w związku z pandemią SARS-CoV-2019. W marcu br. Emitent wprowadził do oferty szybkie testy immunochromatograficzne IgG/IgM do diagnostyki tego wirusa i rozpoczął najpierw jego dystrybucję, a następnie sprzedaż wyrobu własnego a także zarejestrował własny test molekularny do wykrywania SARS-CoV-2019 oparty na metodzie Real Time PCR (test genetyczny). Zgodnie z przewidywaniami analityków rynkowych globalny rynek diagnostyki w kierunku COVID-19 będzie stale rósł i w 2027 r. dla samych tylko szybkich testów osiągnie wielkość 3,91 miliarda USD (Reports and Data, maj 2020). BioMaxima S.A. jest wymieniana przez analityków w powyższym raporcie w gronie globalnych liderów rynku. Emitent realizuje też wcześniejsze plany w zakresie rozwoju testów do badania lekowrażliwości mikroorganizmów, a światowy rynek tych badań jest szacowany już dzisiaj na ok. 3 mld USD.

BioMaxima S.A. wprowadziła także do sprzedaży analizator immunochemiczny o wysokiej wydajności do ilościowego oznaczania m.in. przeciwciał IgM/IgG przeciwko SARS-CoV-2019. Analizator jest przeznaczony dla dużych laboratoriów szpitalnych oraz laboratoriów sieciowych w kraju. Metoda chemiluminescencyjna CLIA służąca do wykrywania przeciwciał klasy IgM i IgG przeciwko SARS-CoV-2 z wykorzystaniem analizatora iFlash 1800 znajdzie zastosowanie na każdym etapie postępowania diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2, a ze względu na wysoką wydajność systemu (180 oznaczeń na godzinę) będzie miała szerokie zastosowanie (równolegle z badaniem RT-PCR) w diagnostyce różnicowej określającej etap choroby COVID-19, w badaniach przesiewowych pacjentów, w badaniach nad terapeutycznym zastosowaniem osocza ozdrowieńców, oraz przy wdrażaniu tzw. „paszportu immunologicznego” w populacji. W porównaniu do testów immunochromatograficznych pozwala na szybkie przebadanie dużej liczby pacjentów z nieporównywalnie większą dokładnością, o dwa rzędy wielkości bardziej czułą niż tradycyjnie stosowana metoda ELISA. Analizator ten, umożliwiający oznaczanie 119 różnych parametrów, jest ważnym uzupełnieniem oferty Spółki, która od wielu lat z powodzeniem sprzedaje już inne aparaty do oznaczeń immunochemicznych, mające zastosowanie przy łóżku pacjenta (POCT), a także w mniejszych laboratoriach.

PKN ORLEN refinansuje kredyt na kwotę 1,75 mld EUR

PKN ORLEN zabezpieczył finansowanie na cele bieżącej działalności i projekty rozwojowe. Podpisana umowa obrotowego kredytu odnawialnego z konsorcjum 16 banków gwarantuje spółce wsparcie do 1,75 mld EUR między innymi na działania inwestycyjne, w tym rozwój nisko i zeroemisyjnych źródeł wytwarzania, modernizację rafinerii i petrochemii oraz wdrożenie innowacyjnych rozwiązań w obszarze sprzedaży detalicznej.

– W ramach naszej struktury finansowania posiadamy różne produkty dłużne, co umożliwia nam korzystanie z dostępnych środków w najbardziej optymalny dla nas sposób. Silna pozycja PKN ORLEN w połączeniu z dużym doświadczeniem zarówno w pozyskiwaniu finansowania bankowego, jak i w przeprowadzonych emisjach obligacji na rynku krajowym i zagranicznym daje nam możliwość zabezpieczenia finansowania naszych planów rozwojowych nawet w trudnych dla rynku bankowego momentach. Dzięki temu możemy konsekwentnie realizować kluczowe dla przyszłości PKN ORLEN i jego Akcjonariuszy projekty inwestycyjne. Pozyskanie wiarygodnych partnerów do kredytu potwierdza, że PKN ORLEN jest zaufanym podmiotem o stabilnej pozycji – mówi Jan Szewczak, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Finansowych.

Podpisana umowa obejmuje obrotowy kredyt odnawialny w kwocie do 1,75 mld EUR na okres 3 lat z możliwością przedłużenia o kolejne 2 lata w formule 1+1. To instrument wielowalutowy, który będzie przeznaczony na finansowanie bieżącej działalności i projektów rozwojowych Grupy ORLEN.

PKN ORLEN konsekwentnie umacnia swoją pozycję finansową i wiarygodność wśród inwestorów. Potwierdziła to Agencja Moody’s, która 16 lipca br. podwyższyła perspektywę ratingu koncernu z negatywnej na pozytywną, utrzymując jednocześnie rating na poziomie inwestycyjnym Baa2. Decyzja Agencji to m.in. efekt porozumienia PKN ORLEN z Komisją Europejską w sprawie przejęcia kapitałowego Grupy LOTOS i podpisania listu intencyjnego ze Skarbem Państwa dotyczącego integracji z PGNiG. Procesy akwizycyjne PKN ORLEN pozytywnie ocenia też Agencja Fitch Ratings.

PKN ORLEN, uwzględniając przejęcie Grupy ENERGA, utrzymuje dobrą sytuację płynnościową. Od kilku lat strategiczne wskaźniki finansowe pozostają na bezpiecznym poziomie. Koncern jest przygotowany na różne rozwiązania w ramach produktów dostępnych na rynkach finansowych. Jest to zgodne z trendami światowymi, gdzie wykorzystuje się również alternatywne, w stosunku do bankowych linii kredytowych, sposoby finansowania działalności i rozwoju spółek.

Czego dowiemy się o konsumentach z paragonów? Analiza 10 mln rachunków

Drugi kwartał roku był dużym wyzwaniem dla wielu sklepów i sieci handlowych, które niemal z dnia na dzień straciły swoich klientów na skutek pandemii koronawirusa. Teraz nadszedł czas na odbudowę utraconej pozycji, w której pomóc mogą dane z paragonów. Blovly, na podstawie ponad 10 mln rachunków z różnych sklepów, kawiarni, sieci i centrów handlowych w całym kraju, wyjaśnia czego można dowiedzieć się o klientach z paragonów i jak te dane warto wykorzystać.

Zakupy inne niż dotychczas

W ostatnich miesiącach zwyczaje zakupowe Polaków podlegały dynamicznym zmianom, a zestawiając je z analogicznym okresem ubiegłego roku możemy zaobserwować kilka ciekawych zjawisk.

Jak co roku wczesnym latem także i w 2020 kupowaliśmy więcej ubrań, jednakże w wyniku pandemii ograniczyliśmy te zakupy i wzrost wyniósł tylko +8% w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 (+19%). Co ciekawe nie zrezygnowaliśmy z wydatków na nowe obuwie – wzrost w tym sektorze jest nawet większy niż w roku ubiegłym (+110% w 2020 vs. +83% w 2019). O 17% zmniejszyły się natomiast wydatki na artykuły z kategorii higiena i wygląd, co wyjaśnia fakt, że więcej zostajemy w domach i mniej spotykamy się z innymi.

Kolejne istotne zmiany dotyczą 19% spadku wydatków na mięso i wędliny oraz 9% wzrostu wydatków na warzywa, a także nabiał (o 23%). W poprzednim roku sytuacja dotycząca tych kategorii produktów wyglądała zupełnie inaczej, co może oznaczać wyraźną zmianę preferencji w kierunku tańszej żywności.  Znacznie mniej wydajemy także na słodycze (-22%), podczas gdy w zeszłym roku spadek wynosił zaledwie -2%. Obecnie oszczędzamy też na tym, co nie należy do artykułów pierwszej potrzeby oraz preferujemy tańszą żywność.

Warto także zwrócić uwagę na nietypowy spadek wydatków na artykuły biurowe (-26%), podczas gdy zwykle w tym okresie roku pojawia się wzrost (+35% w 2019). Ta zmiana prawdopodobnie wiąże się z zamknięciem szkół i mniejszym wykorzystaniem tego typu artykułów, a częstszym korzystaniem z komputerów w trakcie nauki zdalnej.Grafika 1 Grafika 2

Kilka istotnych wniosków można wyciągnąć również analizując zmiany cen produktu w koszyku oraz sumy koszyka (dane w czasie rzeczywistym dostępne na https://www.blovly.com/dane).

Lockdown Covid-19 spowodował nagły spadek popytu, a co za tym idzie spadek cen i deflację. Od tego czasu obserwujemy istotną zmianę nawyków zakupowych – Polacy kupują rzadziej, ale większą ilość produktów. Zniesienie obostrzeń spowodowało również postępujący wzrost cen i inflację, która zahamowała dopiero na początku czerwca. Jest to związane po części ze wzrostem kosztów produkcji, importu, przestojami, pracą zdalną wielu sektorów, ale także z nagłym wzrostem popytu – szczególnie na dobra, których Polacy nie mogli kupić, gdy galerie handlowe i niektóre sklepy były pozamykane (np. obuwie, ubrania). 

Co jeszcze mówią paragony?

Dane z paragonów mogą posłużyć do analizy bieżących trendów i śledzenia koszyków zakupowych klientów, jednak ich rola nie musi ograniczać się tylko do tego. Rachunki dostarczą też dokładnych informacji dotyczących bardzo konkretnych produktów FMCG.

– Ta wiedza stanowić może potężne narzędzie w walce o klienta, umożliwiając np. budowanie kampanii cross-sellingowych dla produktów kupowanych wspólnie. Dane agregowane z rachunków sklepowych pozwolą również na wytypowanie konkretnych sklepów stacjonarnych, które potrzebują większego marketingowego wsparcia, np. poprzez lokalne kampanie online czy outdoor. Dzięki informacjom o tym co, kiedy i gdzie kupujemy możliwe jest też przeprowadzenie mikrosegmentacji, pozwalającej na poznanie przyczyny zakupowej klienta – wyjaśnia Krystian Dylewski, CEO Blovly.

Informacje zdobyte o kliencie dzięki danym z rachunków sklepowych umożliwiają również budowanie zaangażowania konsumentów. W obecnej sytuacji, kiedy mimo odmrożenia gospodarki, wiele marek musi na nowo powalczyć o motywację zakupową swoich klientów, szczególnie w borykających się ze spadkami odwiedzalności galeriach handlowych,  wykorzystanie najnowszych technologii i wdrażanie innowacyjny rozwiązań customer engagement wydaje się być słusznym posunięciem.

– Duzi retailerzy mogą budować własne programy customer engagement, jednak obecne w nich marki FMCG nie mają  w ten sposób bezpośredniego kontaktu z konsumentami. Dla nich program bazujący na paragonach jest idealnym rozwiązaniem, bo prowadzą działania niezależnie od retailerów. Podobna sytuacja ma miejsce w centrach handlowych. Chcemy zwrócić uwagę na nieocenioną wartość, jaką w budowaniu lojalności klientów, mogą wnieść dane z paragonów – dodaje Krystian Dylewski.

Koalicja Izb Handlowych apeluje ws. procedowanych zmian legislacyjnych, które odnoszą się do kwestii refundacji terapii

29 lipca 2020 roku Koalicja Izb Handlowych zaapelowała do Marszałków Sejmu i Senatu o odrzucenie części przepisów projektu ustawy o Funduszu Medycznym oraz tzw. ustawy covidowej, które odnoszą się do kwestii refundacji terapii. Izba zwraca uwagę, że ich przyjęcie w dotychczasowo procedowanym kształcie zagraża bezpieczeństwu zdrowotnemu polskich pacjentów i budzi zaniepokojenie inwestorów.

W liście do Marszałek Sejmu RP Elżbiety Witek i Marszałka Senatu RP Tomasza Grodzkiego Koalicja Izb Handlowych, do której należą: Amerykańska Izba Handlowa w Polsce, Szwajcarska Izba Handlowa, Polsko-Kanadyjska Izba Handlowa, Belgijska Izba Handlowa, oraz Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa, zwraca uwagę, że dwa aktualnie procedowane w Parlamencie akty prawne: prezydencki projekt ustawy o Funduszu Medycznym oraz przyjęty w piątek przez Sejm rządowy projekt nowelizacji ustawy w celu zapewnienia funkcjonowania ochrony zdrowia w związku z epidemią COVID-19 oraz po jej ustaniu (tzw. ustawa covidowa), poważnie zagrażają bezpieczeństwu lekowemu Polski. Koalicja apeluje do parlamentarzystów o odrzucenie części przepisów związanych z kwestią refundacji terapii.

Koalicja Izb Handlowych zwraca uwagę, że przyjęcie wspomnianych regulacji w aktualnie procedowanym kształcie doprowadziłoby do zamrożenia udostępniania polskim pacjentom skutecznych i bezpiecznych leków oryginalnych.

Zdaniem przedstawicieli Koalicji utrzymanie przepisów w dotychczasowym kształcie sprawi, że niebawem nastąpi różnicowanie dostępności leków dla pacjentów w zależności od terminu rozpoczęcia terapii. Chodzi o artykuł 17c projektu ustawy covidowej, zwiększający ryzyko podjęcia szeregu negatywnych decyzji w sprawie przedłużenia refundacji produktów leczniczych, udostępnianych polskim pacjentom poprzez programy lekowe. Nieprzedłużenie refundacji dla aktualnie stosowanych przez pacjentów terapii w wielu przypadkach skutkowałoby koniecznością przerwania leczenia, co mogłoby okazać się groźne dla zdrowia i życia chorych. Poprawka wprowadzona na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia, które odbyło się 21 lipca br. zapewnia kontynuację leczenia dla pacjentów, którzy rozpoczęli leczenie przed wygaśnięciem decyzji refundacyjnej, jednak pozostawia bez skutecznego leczenia pacjentów zakwalifikowanych do terapii po tym terminie.

Koalicja zwraca uwagę także na podważające dotychczasowe regulacje nowo zaproponowane przepisy, wprowadzające drugi obieg cen dla leków refundowanych. Chodzi o część regulacji odnoszącą się do finansowania przez Narodowy Fundusz Zdrowia leków nabywanych na podstawie przetargów centralnych. Propozycja, ujęta w art. 132 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, prowadzi do sytuacji, w której Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje leki nie do poziomu ceny wskazanej na liście leków refundowanych, lecz do średniej z przetargów, co wprowadza drugi obieg cen leków refundowanych, wbrew przepisom ustawy refundacyjnej, sankcjonującej system urzędowych cen zbytu.

Zdaniem przedstawicieli Koalicji aktualnie procedowane przepisy, odnoszące się do kwestii refundacji terapii, nie tylko zagrażają bezpieczeństwu pacjentów, ale także negatywnie wpływają na sytuację zagranicznych inwestorów w Polsce. Koalicja zwraca uwagę, że dla inwestorów kluczowym aspektem jest stabilne i przewidywalne otoczenie prawne prowadzonej działalności. Tymczasem zmiany regulacyjne, odnoszące się do aspektu refundacji terapii, procedowane są bez konsultacji publicznych. Także tryb zgłoszenia przepisów w formie poprawek zdaniem przedstawicieli Koalicji Izb Handlowych sprawił, że strona społeczna nie miała możliwości przedstawienia swoich wątpliwości związanych z proponowanymi zmianami.

Zarówno tempo, jak i jakość tego procesu legislacyjnego budzą nasze ogromne zaniepokojenie, ponieważ stabilność regulacyjna jest jednym z kluczowych elementów budujących zaufanie inwestorów i kryteriów branych przez nich pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o inwestowaniu bądź reinwestowaniu w kraju, w którym chcą prowadzić i rozbudowywać swoją działalność – mówi Jacek Graliński, przedstawiciel Koalicji Izb Handlowych i przewodniczący Komitetu Farmaceutycznego AmCham.

Koalicja zapowiada niezwłoczne przedstawienie szczegółowego stanowiska zawierającego propozycję zmian, które zapobiegną negatywnym konsekwencjom aktualnie procedowanych przepisów.

Przetwarzanie śmieci powinno być finansowane przez producentów opakowań

Polski system odbioru i przetwarzania śmieci cierpi na chroniczne niedofinansowanie. Temat opłat za odbiór odpadów komunalnych jest wciąż obecny w naszym życiu – każda gmina kieruje się własnym systemem, lecz wszystkie prędzej czy później podwyższają ceny za wywóz śmieci. Wciąż jednak system przetwarzania i recyklingu w Polsce pozostaje kulawy. Jak efektywnie go dofinansować, by Polska mogła spełnić wymagany przez dyrektywy Unijne poziom przetwarzania odpadów? Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że to nie gospodarstwa domowe powinny być obciążone obowiązkiem finansowania systemu. To nie one bowiem produkują odpady, które trafiają potem do worków. Za produkcję opakowań i śmieci odpowiedzialne są firmy i koncerny, dostarczające na półki sklepowe produkty codziennego użytku. To one podejmują decyzję, czy ich opakowania nadają się do recyklingu i to one powinny finansować system ich przetwarzania.

– W Polsce konieczne jest uporządkowanie systemu odbioru i przetwarzania śmieci. Przede wszystkim system ten wymaga wsparcia finansowego, które powinno pochodzić od producentów. To oni są odpowiedzialni za ilość oraz jakość wprowadzanych odpadów opakowaniowych do całego systemu. Powinni być też więc odpowiedzialni za prawidłowe funkcjonowanie systemu odbioru i przetwarzania śmieci – powiedziała serwisowi eNewsroom Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Stworzenie efektywnego systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta sprawi, że na rynku śmieciowym pojawi się zastrzyk finansowy. Będzie można przeznaczyć go na udoskonalenie systemu – by pozwalał nam na osiągnięcie takich poziomów zbiórki odpadów, do jakich zobowiązuje nas dyrektywa unijna. A przypomnijmy, że jesteśmy zobowiązani do przetworzenia 50% wszystkich odpadów komunalnych – czyli aż 6 milionów ton śmieci. Aktualnie nie jesteśmy w stanie wywiązać się z tych zobowiązań – przypomina Szczepańska.

Ostatnie dni na złożenie wniosku o dofinansowanie zakupu samochodu elektrycznego. Zainteresowanie niższe niż przewidziany budżet

Do końca lipca Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przyjmuje wnioski o dofinansowanie zakupu samochodów elektrycznych. Dotychczasowe wyniki trzech programów: Zielony Samochód, eVan i Koliber wskazują na umiarkowane zainteresowanie nabywców. Liczba aut elektrycznych na polskich drogach stopniowo jednak rośnie, a rynek czeka na uruchomienie programu dopłat dla przedsiębiorców, którzy odpowiadają za większość zakupów w salonach motoryzacyjnych. Ważną kwestią sprzyjającą rynkowi jest także rosnąca świadomość ekologiczna Polaków.

– Ludzie coraz częściej myślą o tym, jak ochraniać środowisko, bo zmiany klimatu widać gołym okiem. Od 2014 roku transport jest jedną z tych dziedzin przemysłu, w których cały czas mamy wzrost emisji. Dlatego konsument chce mieć cichy, ekologiczny samochód, ale również ekonomiczny, ponieważ auta elektryczne czy na paliwa gazowe są bardzo ekonomiczne, a ich serwisowanie jest tańsze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwia Koch-Kopyszko, prezes Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności.

Licznik Elektromobilności Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wskazuje, że na koniec czerwca 2020 roku w Polsce było zarejestrowanych łącznie 12 271 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Ponad połowę stanowiły pojazdy w pełni elektryczne. W pierwszym półroczu 2020 roku przybyło nieco ponad 3,2 tys. elektryków, o 65 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku.

– Na razie liczba samochodów elektrycznych nie zwiększa się raptownie, tylko stopniowo. Nie przybywa ich nie wiadomo jaka liczba. Myślimy, że to są chwilowe zawirowania związane z pandemią, którą mamy od kliku miesięcy. Uważamy, że ten element funduszowy wpłynie dodatnio na zakupy samochodów – mówi Sylwia Koch-Kopyszko.

Na trzy programy przewidziano wsparcie w wysokości 150 mln zł. Jak poinformował Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, do 28 lipca w ramach programu Zielony Samochód wpłynęło 237 wniosków na kwotę nieco ponad 4,1 mln zł, a w trakcie wypełniania przez wnioskodawców było 140 formularzy roboczych. W programie e-Van złożono 48 wniosków na kwotę 2,84 mln zł, a ponad 200 formularzy było w trakcie wypełniania. Z kolei w ramach programu Koliber 20 formularzy roboczych było w trakcie wypełniania przez wnioskodawców.

Zielony Samochód najbardziej rozpala wyobraźnię polskiego konsumenta, bo można w jego ramach dostać 15 proc. dofinansowania, nie więcej niż 18 750 zł, a samochód nie może być droższy niż 125 tys. zł. Jest kilka aut, które w tej kwocie się mieszczą, więc mamy w czym wybierać. Druga kategoria to e-VAN, czyli dostawcze samochody elektryczne dla przedsiębiorców. Tutaj jest 30 proc. dofinansowania, a kwota wsparcia nie może przekroczyć 70 tys. zł na jedno auto. Trzecią kategorią są taksówki – przedsiębiorca może liczyć na dofinansowanie do zakupu elektrycznej taksówki w ramach programu Koliber – mówi prezes Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności.

W ramach tego programu przedsiębiorcy mogą ubiegać się o dotację do 20 proc. kosztów kwalifikowanych (do 25 tys. zł).

NFOŚiGW podkreśla, że programy mają charakter pilotażowy, dlatego nie jest przewidziane ich przedłużanie. Eksperci rynku motoryzacyjnego oceniają, że lepsze efekty mogłoby przynieść skorygowanie założeń wsparcia – podniesienie dofinansowania i ceny pojazdu. Rynek liczy także na uruchomienie programu dla przedsiębiorców, obejmującego dofinansowanie zakupu samochodu osobowego.

Firmy takie jak np. pizzerie, które mają po kilka samochodów, też czekają na ten program. Proszę pamiętać, że w miastach wiele się w tym względzie pozmieniało, bo auta elektryczne nie muszą płacić za miejsca parkingowe i mogą poruszać się buspasami. Dla małych firm, które chcą się rozruszać, szczególnie po pandemii, taki program to dobre rozwiązanie – mówi Sylwia Koch-Kopyszko.

Mimo umiarkowanego zainteresowania programami czas oczekiwania na samochód elektryczny jest dosyć długi.

– W dieslach i benzynach takiej sytuacji nie ma, a to znaczy, że na tę liczbę wyprodukowanych samochodów jest bardzo duże zainteresowanie. Niedawno rozmawialiśmy z jednym z producentów, który mówił, że zaprognozowana i wyprodukowana liczba samochodów elektrycznych została całkowicie sprzedana, co oznacza, że na ten rok przewidują jeszcze większą produkcję. To są dobre sygnały – mówi ekspertka.

Świat odchodzi od inwestycji w elektrownie atomowe. Koszt energii z atomu znacznie wyższy niż w elektrowniach wiatrowych czy słonecznych

– Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w USA w żadnym stopniu nie przybliżyła nas do budowy elektrowni jądrowej w Polsce. Sami Amerykanie się z tego wycofują, praktycznie nie buduje się tam żadnych nowych elektrowni – uważa dr Andrzej Kassenberg z Instytutu na rzecz Ekorozwoju. Jak podkreśla, główną zaletą energetyki jądrowej jest jej ograniczone oddziaływanie na środowisko, a wadą – bardzo wysokie koszty. – Atom „zjada” pieniądze na rozwiązania tańsze, które szybciej przyniosłyby też efekt w postaci ograniczenia emisji gazów cieplarnianych – mówi.

Od lat nie mamy w Polsce jasnej i klarownej polityki energetycznej. Gdybyśmy taką mieli, wtedy dopiero można by odpowiedzieć na pytanie, czy energetyka jądrowa jest nam potrzebna i niezbędna, czy raczej nie i należałoby od niej odejść – mówi agencji Newseria Biznes dr Andrzej Kassenberg.

W Polsce projekt budowy elektrowni atomowej ciągnie się już od lat 70. W 2009 roku ówczesny rząd zadecydował o wznowieniu programu polskiej energetyki jądrowej, ale od tego czasu nie odnotowano w nim żadnych postępów (pierwotnie pierwsza elektrownia miała ruszyć w 2020 roku). Za to – jak oszacowała Najwyższa Izba Kontroli w 2018 roku – wydatki na realizację tego programu sięgnęły już około 1 mld zł.

– Wydaliśmy już ponad miliard złotych na przygotowania i do tej pory nie wiemy, ile ma to kosztować, jak zostanie sfinansowane, kto to wybuduje i gdzie. Tak naprawdę wciąż nie wiemy nic konstruktywnego – mówi ekspert z Instytutu na rzecz Ekorozwoju.

Budowa pierwszej w Polsce elektrowni atomowej była jednym z tematów podczas czerwcowego spotkania prezydentów Polski i USA w Białym Domu. Jak poinformował Andrzej Duda po rozmowach z Donaldem Trumpem, w najbliższym czasie ma zostać podpisana międzyrządowa umowa, co pozwoli rozpocząć prace projektowe związane z wprowadzeniem w Polsce konwencjonalnej energii nuklearnej dla produkcji energii elektrycznej.

– Podmioty, które będą w tym brały udział, już w tej chwili są wytypowane. Uzgodnienia są bardzo daleko posunięte – powiedział Andrzej Duda w Waszyngtonie.

Amerykanie mają zaproponować technologię i udzielić Polsce kredytu na budowę pierwszej elektrowni atomowej, której wykonaniem zajmą się amerykańskie firmy. Jak poinformował w jednym z wywiadów prezydent RP, na rozpoczęcie prac potrzeba około 16 mld dol., przy czym wartość całego kontraktu jest szacowana na ok. 30 mld dol.

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych w żadnym stopniu nie przybliżyła nas do budowy elektrowni jądrowej w Polsce. Przede wszystkim dlatego, że sami Amerykanie się z tego wycofują, praktycznie nie buduje się tam żadnych nowych elektrowni. Na świecie również zdecydowanie odchodzi się od elektrowni jądrowych, może z wyjątkiem Chin, Indii i oczywiście Rosji – ocenia dr Andrzej Kassenberg.

Jedną z głównych zalet energetyki jądrowej jest jej ograniczone oddziaływanie na środowisko. Według rządu bez włączenia atomu do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej.

W raporcie opracowanym w 2018 roku NIK oceniła, że koszty wytwarzania energii elektrycznej w elektrowni jądrowej – przy obowiązkowym zakupie uprawnień do emisji CO2 – będą niższe od tej wytwarzanej w elektrowniach opalanych węglem. Energetyka jądrowa poza możliwością wypełnienia zobowiązań wynikających z polityki klimatycznej UE ma też zapewnić postęp techniczny i impuls rozwojowy dla sektora naukowo-badawczego.

Koszty wytwarzania energii z atomu są niższe niż w elektrowniach węglowych czy gazowych, ale wyższe niż w elektrowniach wiatrowych czy słonecznych, gdzie są prawie zerowe – zauważa ekspert z Instytutu na rzecz Ekorozwoju. – Energetyka jądrowa „zjada” pieniądze na rozwiązania tańsze, które szybciej przyniosłyby też efekt w postaci ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. A tego nam potrzeba.

Jak podkreśla, niekorzystny jest również fakt, że w sensie inwestycyjnym jest to droga technologia.

Rząd szacuje koszty na 20–25 mld zł za 1 tys. MW, eksperci mówią nawet o 30 mld zł. Jednak kluczowe jest to, że nikt nam nie pożyczy pieniędzy na 60 lat, bo na tyle planuje się działanie elektrowni. Trzeba je zwrócić w ciągu 15–20 lat. Koszt tego kredytu jest bardzo wysoki i mocno rzutuje na opłacalność inwestycji. Bez wsparcia rządowego nikt nie podejmie się budowy takiej elektrowni – mówi dr Andrzej Kassenberg. – Przykład z zagranicy – Hinkley Point C w Wielkiej Brytanii, którą budują Francuzi za chińskie pieniądze. Rząd gwarantuje elektrowni jądrowej, że będzie dopłacał do ceny energii elektrycznej ponad cenę rynkową. Dziś się szacuje, że będzie to ok. 100 funtów, czyli ponad 500 zł. Tymczasem hurtowa cena energii w Polsce jest dziś na poziomie 200–250 zł. Tę różnicę płaci podatnik, co jest kompletnie bez sensu. Lepiej byłoby te pieniądze wydać na efektywność energetyczną i energetykę odnawialną.

Ekspert Koalicji Klimatycznej wskazuje też, że minusem energetyki jądrowej są także problemy z zagospodarowaniem odpadów promieniotwórczych.

Odpady wysoko promieniotwórcze najpierw składuje się na terenie elektrowni, a po pewnym czasie trzeba je przechowywać w specjalnie do tego przeznaczonych składowiskach, których – poza jednym pilotażem w Finlandii – praktycznie jeszcze nie ma. To jest bardzo drogie i wpływa na ostateczny koszt programu energetyki jądrowej. Podobnie jak fakt, że po 50–60 latach trzeba taką elektrownię zamknąć i zabezpieczyć przed wszelkimi możliwymi oddziaływaniami, co też jest kosztowne – mówi.

Według rządowych planów, jak i projektu „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” uruchomienie pierwszego bloku elektrowni atomowej przewidziano na 2033 rok. Jej budowa ma się rozpocząć w 2026 roku, a dokładna lokalizacja ma być znana w przyszłym. Do roku 2040 w Polsce ma działać już w sumie sześć reaktorów bloków jądrowych. W latach 2040–2045 około 1/5  produkcji energii w Polsce ma już pochodzić z atomu.

Według danych Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w 30 krajach świata funkcjonuje 448 reaktorów atomowych o łącznej mocy 391 744 MW, natomiast w 17 krajach Europy pracują 183 reaktory o łącznej mocy 162 229 MW. Szóstka europejskich państw – Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Rosja, Ukraina i Szwecja – ma łącznie 139 reaktorów i wytwarza ponad 80 proc. całej energii elektrycznej pochodzącej z elektrowni jądrowych. W Europie Francja jest zdecydowanym liderem – ponad 70 proc. całej energii elektrycznej wytwarzanej w kraju pochodzi właśnie z atomu. Z kolei na Węgrzech, Słowacji, Ukrainie i w Belgii ten udział przekracza 50 proc.

Minister rolnictwa: Wspólną politykę rolną czeka duży wstrząs. Nowa strategia UE dla rolnictwa może ograniczyć produkcję o 20 proc.

Rolnictwo jest w Europie trzecim co do wielkości źródłem gazów cieplarnianych, odpowiadając za ponad 10 proc. emisji. Dlatego UE chce ściśle powiązać rozwój i finansowanie tego sektora z polityką klimatyczną i ochroną środowiska. Nowe strategie bioróżnorodności i „Od pola do stołu”, które są częścią Zielonego Ładu, wprowadzają w tym zakresie ambitne cele, ale – jak wskazuje minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski – mogą spowodować spadek produkcji rolnej w Unii o co najmniej 20 proc. Wciąż nie ma też szczegółów dotyczących ich wdrażania i nie wiadomo, jak Komisja Europejska zamierza zrekompensować rolnikom straty powstałe np. w wyniku ograniczania powierzchni upraw. – Dopóki nie będziemy znali odpowiedzi na szereg tych pytań, trudno nam precyzyjnie zaplanować drogę dla polskiego rolnictwa – podkreśla minister.

Wspólną politykę rolną czeka duży wstrząs. Komisja Europejska zaproponowała Zielony Ład i towarzyszące mu strategie bioróżnorodności oraz „Od pola do stołu” jako elementy składowe. Teraz toczy się dyskusja ideowa, czy jest to dobry kierunek. Jestem przekonany, że rolnictwo zrównoważone i bardziej proekologiczne jest kierunkiem, co do którego nikt nie powinien protestować. Natomiast jest wiele pytań, na które do tej pory nie ma odpowiedzi – mówi agencji Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski.

Strategie na rzecz bioróżnorodności i „Od pola do stołu” są kluczowe dla europejskiego Zielonego Ładu. Komisja Europejska przyjęła je w maju tego roku. Pierwsza skupia się na różnorodności biologicznej, ochronie gatunków i ekosystemów oraz większej równowadze między przyrodą a rolnictwem. Druga ma zmienić europejski sektor żywności tak, aby zmniejszyć jego ślad środowiskowy i klimatyczny. KE wyznaczyła w tym zakresie bardzo ambitne cele, m.in.: redukcję stosowania pestycydów o 50 proc. i nawozów o 20 proc. do 2030 roku oraz zwiększenie udziału upraw ekologicznych do 25 proc. przed końcem obecnej dekady. O połowę ma też spaść sprzedaż środków drobnoustrojowych (antybiotyków) dla zwierząt hodowlanych.

Jak wskazała Komisja Europejska, rolnictwo odpowiada za 10,3 proc. emisji gazów cieplarnianych w UE, a prawie 70 proc. z nich pochodzi z sektora chowu zwierząt. Rolnictwo to trzecie największe źródło emisji gazów cieplarnianych w Europie, głównie metanu i podtlenku azotu z nawozów. Nowa strategia ściśle uzależnia finansowanie i rozwój tego sektora od polityki klimatycznej i ochrony środowiska.

Minister ocenia, że kierunek wyznaczony przez KE jest słuszny, ale nieprecyzyjny, przez co wciąż nie wiadomo, jak wdrażanie strategii będzie wyglądać w praktyce i w jaki sposób będzie finansowane.

– Redukcja środków ochrony roślin i nawozów to sensowne hasło, ale kto ma je redukować? Wszyscy czy tylko ci, którzy znacznie przekroczyli normy w stosunku do krajów stosujących minimalne ilości pestycydów czy nawozów sztucznych? Czy jeżeli chcemy wprowadzić 25 proc. rolnictwa ekologicznego, to w każdym gospodarstwie, w skali kraju, czy w całej Unii Europejskiej? Jeżeli mamy odłogować 10 proc. powierzchni na cele proekologiczne, to czy każde gospodarstwo ma wydzielić 10 proc. swojego pola, czy kraj ma dokonać takiej redukcji? To są realne pytania stawiane przez rolników, na które nie ma odpowiedzi – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

Jak wskazuje, cele przyjęte w unijnej strategii dla rolnictwa mogą spowodować spadek produkcji rolnej. To z kolei uszczupli dochody rolników.

Można szacować, że produkcja rolnicza w Europie po wdrożeniu tego mechanizmu zmniejszy się o 20 proc., może nawet więcej – mówi. – Jeżeli plony spadną, a spadną, to kto zrekompensuje rolnikom utratę dochodów? Czy konsumenci będą na tyle świadomi i hojni, że zapłacą więcej?

Minister podkreśla, że jeżeli produkcja rolna spadnie, Europa może nie być w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa żywnościowego. Wówczas będzie zmuszona importować z innych kontynentów żywność niespełniającą wysokich unijnych norm.

Pytanie, czy nie będzie hipokryzją sprowadzanie produktów z innych kontynentów, które nie spełniają tych wysokich norm europejskich i czy oszukując tylko sumienie, nie przerzucimy emisji do Ameryki Południowej – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

Resort rolnictwa ma przygotowane założenia do Krajowego Planu Strategicznego w ramach nowej perspektywy wspólnej polityki rolnej na lata 2021–2027, który zostanie przedłożony KE. Jednak minister Ardanowski podkreśla, że nie znając szczegółów dotyczących wdrażania i finansowania nowej strategii, trudno jest precyzyjnie wytyczyć kierunki rozwoju polskiego rolnictwa.

– Wiemy, jakie działy rolnictwa chcielibyśmy subsydiować i pomóc im w dostosowaniu się do rynków europejskich – podkreśla minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Dopóki nie będziemy mieli odpowiedzi na szereg tych pytań związanych z kosztami, ze spadkiem produkcji żywności w Europie, z koniecznością zweryfikowania polityki handlowej UE wobec dostawców żywności z innych kontynentów, które nie przestrzegają norm, to trudno nam się do tego dopasować. 

Organizacje rolników zwróciły się już do rządu i Komisji Europejskiej z apelem o przeanalizowanie, jakie będą jej gospodarcze i ekonomiczne skutki. Krajowa Rada Izb Rolniczych wskazuje, że może ona obniżyć konkurencyjność polskiego rolnictwa, które boryka się ze skutkami pandemii SARS-CoV-2, ale też stoi w obliczu wyzwań związanych m.in. ze zmianami klimatu i konkurencji ze strony państw takich jak Ukraina czy kraje Ameryki Północnej i Południowej. Te zaś nie muszą stosować się do unijnych norm produkcji żywności.

„Atlas rolny”, opublikowany w ubiegłym roku przez Fundację im. Heinricha Bölla i Instytut na rzecz Ekorozwoju, wskazuje, że w skali całej Unii funkcjonuje ponad 10 mln gospodarstw rolnych, z czego ok. 1/3 w Rumunii, a kolejne 13 proc. – w Polsce (na dalszych pozycjach są Włochy i Hiszpania). Od momentu wstąpienia do Unii liczba środków kierowanych do obszarów wiejskich wzrosła 15-krotnie, ale rolnictwo nadal boryka się z istotnymi problemami o charakterze środowiskowym i społecznym.

Rolnictwo jest w Polsce szczególnym sektorem, ma znaczenie strategiczne dla państwa, więc jest dla nas bardzo ważne. Dlatego chcemy je wspierać również ze środków krajowych, za pomocą działań finansowych, ale i prawnych. To jest ważne dla Polski jako dużego kraju rolniczego, który czuje się współodpowiedzialny za żywienie świata – mówi minister.

Polacy obawiają się drugiej fali pandemii. Co czwarty ogranicza wydatki, a ponad połowa wybiera polskie produkty i krajowe atrakcje turystyczne

48 proc. mieszkańców naszego kraju obawia się powrotu pandemii, a wśród kobiet odsetek ten wynosi 51 proc. – to wnioski z badania przeprowadzonego na zlecenie Dentsu Aegis Network Polska w czerwcu. Nastroje Polaków poprawiły się w porównaniu z początkowym okresem pandemii, jednak podczas zakupów jedna czwarta ogranicza wydatki, ponad połowa koncentruje się na produktach, które zaspokajają podstawowe potrzeby, a większość tych, którzy planują wakacje, spędzi je w Polsce.

42 proc. badanych zadeklarowało, że ich sytuacja zawodowa uległa pogorszeniu, a ponad połowa (54 proc.) oceniła, że sytuacja finansowa ich gospodarstwa domowego jest gorsza w porównaniu do tej sprzed pandemii koronawirusa. Szczególnie wyraźne jest to w przypadku kobiet – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paulina Gadowska, Senior Research Analyst w Dentsu Aegis Network Polska.

Restrykcje wprowadzone w początkowym etapie pandemii były dla Polaków bardzo uciążliwe i prawie połowa badanych obawia się powrotu tej sytuacji. W większości wskaźników dotyczących przyszłości wzrósł odsetek osób, które odczuwają niepewność w tej kwestii. 67 proc. respondentów wskazało, że nie wie, czy ich sytuacja się pogorszy, czy poprawi. 35 proc. badanych zgodziło się ze stwierdzeniem, że sytuacja już nigdy nie wróci do normalności.

Szczególnie widoczne w badaniach są nastroje, jakie nam towarzyszą w czasie pandemii – zauważa Paulina Gadowska. – Na początku był to strach i niesamowita potrzeba bezpieczeństwa oraz poczucia przynależności do wspólnoty. Sposób spędzania wakacji będzie wynikał z tych nastrojów. Ludzie będą szukać takich możliwości i atrakcji turystycznych, które pozwolą na w miarę bezpieczny odpoczynek. Będą unikać dużych skupisk ludzi i wybierać tańsze rozwiązania, bo jednak wyjazd wakacyjny jest dosyć istotnym obciążeniem dla budżetu domowego.

Prawie jedna czwarta badanych przyznała, że zrezygnuje w tym roku z wyjazdu wakacyjnego. Po otwarciu granic i zniesieniu restrykcji w turystyce zauważalne jest pewne ożywienie. 33 proc. respondentów zadeklarowało, że planuje podróż wypoczynkową, ale nie trwającą dłużej niż pięć dni i tylko w kraju. Dłuższy pobyt w Polsce – od 6 do 14 dni – planuje 16 proc. respondentów. Mniej osób decyduje się na urlop poza granicami Polski – zaledwie 5 proc. planuje maksymalnie pięciodniowy wypoczynek za granicą, a wyjazd zagraniczny trwający ponad tydzień – 4 proc. Wśród ankietowanych znalazła się również grupa osób niezdecydowanych (12 proc.), która przygląda się obecnej sytuacji i w ostatniej chwili zdecyduje o miejscu i terminie ewentualnego wypoczynku.

Wielu konsumentów wybiera lokalne, polskie produkty, żeby wspierać naszą gospodarkę. Wiemy, że pieniądze, które zostawimy tutaj, będą procentować – dodaje ekspertka z Dentsu Aegis Network Polska..

Respondenci zadeklarowali, że na co dzień najchętniej poruszają się własnym samochodem (75 proc.), co w dużym stopniu eliminuje ryzyko ewentualnego zakażenie koronawirusem. Jednak często decydują się również na rower (32 proc badanych mężczyzn i 24 proc. kobiet) lub chodzenie pieszo (45 proc.). Mniej osób wybiera komunikację miejską (13 proc.) oraz taksówki (2 proc.). Podobnie jest w  przypadku podróży wakacyjnych – najczęściej wybieranym środkiem transportu jest samochód (83 proc.). Podróż samolotem zamierza odbyć zaledwie 14 proc ankietowanych, zaś pociągiem – 15 proc.

Dziś startuje misja NASA. Nowy łazik będzie szukać śladów pozostałości życia na Marsie

Lipiec 2020 roku to wyjątkowy okres w historii misji kosmicznych. Dzięki korzystnemu oknu startowemu 30 lipca wystartuje już trzecia misja marsjańska w tym miesiącu. Po udanych startach misji emirackiej i chińskiej tym razem w kierunku Czerwonej Planety swoją rakietę z łazikiem Perseverance na pokładzie wystrzeli NASA. Jego głównym zadaniem będzie poszukiwanie śladów pozostałości życia na Marsie. Będzie jednak wyposażony także w specjalny instrument do pozyskiwania tlenu, który może być wykorzystany w przyszłych misjach kolonizacyjnych.

– Łazik Perseverance na Marsie będzie poszukiwał śladów pozostałości życia. W tym celu zostanie umieszczony w kraterze Jezero, który według naukowców był kiedyś miejscem, gdzie znajdowało się głębokie na 250 metrów jezioro. Łazik pobierze próbki osadów dennych z tego miejsca i poszuka jakichś śladów biologicznych, które mogły przetrwać w tym miejscu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Sidz, inżynier w Sener Polska.

W lipcu 2020 roku panuje wyjątkowo korzystne okno startowe dla misji kosmicznych. Z tego względu zaplanowano aż trzy misje, z których najważniejszą wydaje się być amerykański łazik Perseverance, który jest częścią długoletniego programu badawczego NASA: Mars Exploration Program. Głównym zadaniem łazika jest zbadanie procesów geologicznych na Marsie pod kątem ewentualnych przyjaznych warunków panujących tam w przeszłości oraz dawnych śladów życia na Czerwonej Planecie. Perseverance ma za zadanie pobrać i zabezpieczyć ponad 30 próbek skał i gleby.

– Łazik jest wyposażony w specjalną wiertnicę, która będzie pobierała próbki skał i będzie je magazynowała w postaci cylindrów o średnicy 12 mm i długości 60 mm i pozostawi je na powierzchni Marsa. W następnym etapie misji w latach 30. ESA i NASA będą wspólnie próbowały dolecieć na Marsa, pobrać próbki, wrócić na Ziemię i tutaj je dokładnie zbadać – tłumaczy Michał Sidz.

Perservance będzie kontynuował badania swojego poprzednika – łazika Curiosity – do którego firma Sener Aeroespacial opracowała i wykonała mechanizm pozycjonujący jedną z anten (High Gain Antenna Gimbal – HGAG), umożliwiający dwukierunkową komunikację między łazikiem a centrum kontroli na Ziemi.

– Obecnie na Marsie znajduje się łazik Curiosity. Bazując na doświadczeniach wyniesionych z tej misji, inżynierowie przygotowali projekt Perseverance. Trudno na pierwszy rzut oka dostrzec różnicę, ponieważ Curiosity spisał się bardzo dobrze. Zmodyfikowana została natomiast zawartość instrumentów naukowych – mówi inżynier w Sener Polska. – To m.in. instrument do pozyskiwania tlenu z atmosfery Marsa, który potem będzie mógł być wykorzystany w przyszłych misjach kolonizacji Marsa, jak również jako potencjalny utleniacz do paliwa rakietowego.

Start łazika Perseverance jest planowany na 30 lipca, jego podróż na Marsa będzie trwała około siedmiu miesięcy.

– Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, od końca lutego 2021 roku łazik będzie mógł przesyłać pierwsze dane na Ziemię – mówi ekspert. – Misja jest założona na jeden rok marsjański, czyli mniej więcej dwa lata ziemskie, i przez ten cały czas, jeżeli komunikacja i żadne przeszkody jej nie zakłócą, będziemy otrzymywać dane.

W lipcu ruszą więc w sumie trzy misje marsjańskie. 20 lipca z kosmodrou Tanegashima w Japonii wystartowała pierwsza międzyplanetarna misja Zjednoczonych Emiratów Arabskich (Hope), a 23 lipca chińska misja Tianwen-1.

Zbudowano infrastrukturę testową internetu kwantowego. Ma być całkowicie odporny na ataki hakerów [DEPESZA]

Amerykanie chcą stworzyć internet kwantowy. Sieć nowej generacji zapewni najwyższy poziom bezpieczeństwa. W obliczu narastającego problemu cyberprzestępczości zorganizowanej amerykański Departament Energii uruchomił prace nad siecią przesyłu danych nowej generacji. Nad innowacyjnym systemem pracują naukowcy z kilku amerykańskich uczelni. Dzięki wykorzystaniu zjawiska splątania kwantowego chcą stworzyć internet odporny na ataki hakerów i przetwarzać dane bez ryzyka przechwycenia ich przez niepożądane osoby.

– Podstawą sieci kwantowych jest nasza zdolność do precyzyjnej syntezy i manipulowania materią w skali atomowej, w tym kontroli pojedynczych fotonów – tłumaczy David Awschalom, prof. inżynierii molekularnej na Uniwersytecie w Chicago, starszy naukowiec w Argonne National Laboratory i dyrektor Chicago Quantum Exchange. – W naszych laboratoriach krajowych znajdują się światowej klasy obiekty do obrazowania materiałów o rozdzielczości subatomowej i superkomputery do modelowania ich zachowania. Te potężne zasoby mają kluczowe znaczenie dla przyspieszenia postępu w informatyce kwantowej i inżynierii oraz dla przewodzenia tej szybko rozwijającej się dziedzinie we współpracy z partnerami akademickimi i korporacyjnymi.

Amerykańscy naukowcy poczynili już pierwsze kroki na drodze do wdrożenia idei kwantowego internetu w życie. Zespół inżynierów z Argonne National Laboratory oraz Uniwersytetu Chicagowskiego skonstruował 83,6-kilometrową pętlę kwantową rozciągającą się na terenie przedmieść Chicago, która służy do testowania innowacyjnej metody przesyłania informacji. Wkrótce do sieci podłączony zostanie kolejny węzeł znajdujący się w laboratorium Fermilab w mieście Batavia, dzięki czemu pętla kwantowa rozrośnie się do długości 128,8 km.

Przedstawiciele Departamentu Energii Stanów Zjednoczonych oraz Uniwersytetu Chicagowskiego zaprezentowali strategię rozwoju krajowego internetu kwantowego. Nowa infrastruktura sieciowa pozwoli Stanom Zjednoczonym zwiększyć bezpieczeństwo transmisji danych o znaczeniu strategicznym.

– Budując ​​nową technologię internetu kwantowego, Stany Zjednoczone kontynuują swoje zaangażowanie w utrzymywanie i rozszerzanie swoich zdolności kwantowych –  podkreśla amerykański sekretarz ds. energii Dan Brouillette. – Departament Energii odgrywa kluczową rolę w rozwoju krajowego internetu kwantowego.

Do prac nad rozwojem tego projektu zaproszono 17 laboratoriów Departamentu Energii, które będą eksperymentować z metodami przesyłania informacji za pośrednictwem technologii splątania kwantowego. Aby wdrożyć sieć nowej generacji do powszechnego użytku, należy od podstaw opracować jej infrastrukturę, począwszy od urządzeń do splątania kwantów, przesyłania informacji oraz korekcji błędów.

Władze USA wyznaczyły cztery kamienie milowe, które pozwolą skomercjalizować tę technologię. W pierwszym etapie naukowcy zweryfikują, czy protokoły kwantowe rzeczywiście zapewnią wyższy poziom bezpieczeństwa niż dane przesyłane za pośrednictwem światłowodów. Jeśli uda się potwierdzić tę tezę, kolejnym wyzwaniem będzie przesłanie pakietu informacji pomiędzy kampusami badawczymi bądź miastami. W następnym kroku rząd planuje rozszerzyć działanie internetu kwantowego na poszczególne miasta, a w finalnej fazie projektu opracować kwantowe wzmacniacze sygnału, które pozwolą komunikować się kwantowo w skali globalnej.

 – Oprócz naszej współpracy z University of Chicago Fermilab współpracuje z Argonne, Caltech, Northwestern University i start-upami technologicznymi, aby opracować architekturę oraz stopniowo wdrażać i łączyć kwantowe węzły komunikacyjne w całym Chicago. Wkrótce z tą drugą grupą współpracowników będziemy teleportować dane przez sieć metropolitalną – wskazuje Panagiotis Spentzouris, szef programów kwantowych w Fermilab. –  Ten projekt jest ważny, żeby rozszerzyć budowę internetu kwantowego na cały kraj.

Jeśli projekt zakończy się sukcesem, Stany Zjednoczone będą dysponować nową metodą przesyłu danych, która uniemożliwi przechwycenie transmisji przez cyberprzestępców. W pierwszej kolejności z potencjału sieci kwantowej skorzystają firmy z sektorów strategicznych, takie jak banki, placówki służby zdrowia czy przemysł wojskowy. Naukowcy nie wykluczają jednak, że w przyszłości splątanie kwantowe będzie wykorzystywane także w ramach sieci komórkowych do bezpiecznego przesyłania informacji między użytkownikami a usługami przetwarzającymi dane o charakterze wrażliwym.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku obliczeń kwantowych w 2019 roku wyniosła 93 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 283 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 25 proc.

Sfinks z blisko 40 mln zł sprzedaży gastronomicznej w I kw. 2020 r.

Restauracje działające w ramach sieci zarządzanych przez Sfinks Polska w I kw. 2020 r. wypracowały przychody ze sprzedaży gastronomicznej w wysokości 39,88 mln zł wobec 44,66 mln zł w tym samym okresie rok wcześniej. Zmniejszenie obrotów było bezpośrednią konsekwencją zamknięcia wszystkich restauracji 14 marca z powodu pandemii. W miesiącach styczeń-luty br. sieci Sfinksa wypracowały 18% wzrost sprzedaży gastronomicznej wobec dwóch pierwszych miesięcy roku poprzedniego (odpowiednio 33,57 mln zł wobec 28,45 mln zł). Aż 9,9 mln zł spadku obrotów (61%) sieci Sfinksa odnotowały właśnie w marcu br.

Spadek przychodów wskutek pandemii

Spadek przychodów gastronomicznych wskutek pandemii miał bezpośrednie przełożenie na wyniki finansowe osiągane przez Sfinks Polska. W I kwartale br. jednostkowe przychody ze sprzedaży wyniosły 29,63 mln zł wobec 37,67 mln zł rok wcześniej, zaś jednostkowy wynik netto -14,71 mln zł wobec -2,51 mln zł w analogicznym  okresie roku ubiegłego (przy przeliczeniu danych za 2019 r. z uwzględnieniem zmienionej polityki rachunkowości). Obok strat bezpośrednio wynikających ze spadku sprzedaży w związku COVID-19, na pogorszenie wyniku netto wpłynęło także dokonanie odpisu na majątek trwały w kwocie 6,89 mln zł, który również był skutkiem zmiany warunków gospodarczych wynikających z epidemii oraz uwzględnienie w wyniku 4,33 mln zł kosztów niezrealizowanych różnic kursowych z tytułu wyceny zobowiązań finansowych wg MSSF16. Jednostkowa EBITDA w I kw. 2020 r. ukształtowała się na poziomie 5,79 mln zł, co oznacza zmniejszenie o 4,27 mln zł r/r przy zapewnieniu porównywalności danych po zmianie polityki rachunkowości.

 – Wszystkie nasze wiodące sieci odnotowały znaczące  wzrosty sprzedaży w ciągu dwóch pierwszych miesięcy tego roku. Posiadająca największy udział w przychodach gastronomicznych, bo aż 83%, sieć Sphinx zwiększyła w tym czasie obroty o 13,5%, Chłopskie Jadło o 18,5%, zaś Fabryka Pizzy o 92%. Tak znaczący wzrost tej ostatniej sieci był spowodowany jej rozwojem w ramach grupy w ciągu minionego roku. W okresie od kwietnia do grudnia 2019 r, otworzyliśmy cztery restauracje pod tą marką, a w ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku kolejną. W pierwszym kwartale odnotowaliśmy też w przychodach gastronomicznych ponad 1 mln zł przejętej w drugim kwartale ubiegłego roku Mety. Dodatkowo w styczniu i lutym otrzymaliśmy ponad 900 zgłoszeń z zapytaniami o franczyzę. Niestety, pandemia zatrzymała te wzrosty. Już od początku marca obserwowaliśmy zwiększoną ostrożność wśród Polaków, co przełożyło się także na spadek liczby wizyt w restauracjach jeszcze przed wprowadzeniem oficjalnego zakazu. Po tej decyzji rządu z 13 marca zostaliśmy całkowicie odcięci od naszego głównego źródła przychodów. Dzięki wcześniej wdrożonej usłudze delivery mogliśmy uratować choć część sprzedaży w okresie całkowitego zamknięcia lokali gastronomicznych – wyjaśnia Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Po zamknięciu restauracji Sfinks Polska przestawił się na obsługę klientów w kanale delivery. Dzięki wcześniej rozwijanym narzędziom informatycznym, własnemu serwisowi Smacznieiszybko.pl oraz podpisanym umowom z platformami do składania zamówień online, jak Uber Eats, Wolt, Pyszne czy Pizzaportal, grupa dysponowała już bazą organizacyjną, zaś usługa delivery była już wdrożona w ponad 80 restauracjach w całej Polsce. W ramach grupy realizowane były zamówienia różnych marek z jednego lokalu. W trakcie pandemii, w kwietniu br., wdrożono na potrzeby tego kanału kolejne dwie marki wirtualne (obok Sprytnej Pizzy i The Burgers wprowadzonych do oferty w 2019 r.): YOLO Chicken, czyli dania z kurczaka oraz KEBAPI, bazująca na ofercie typu kebab. Mimo tych wszystkich działań w czasie lockdownu odnotowano spadek przychodów o ponad 90%. Obecnie, Sfinks Polska sukcesywnie odbudowuje sprzedaż po pandemii. W minionym tygodniu w otwartych już restauracjach Sphinx i Chłopskie Jadło odnotowano 75% wartości sprzedaży z analogicznego tygodnia roku ubiegłego, podczas gdy w pierwszym tygodniu po lockdown kształtowała się ona na poziomie zaledwie 34% r/r.

 „Franczyza za 1 zł”

– Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni dynamiką zwiększania sprzedaży w restauracjach. Jednak mając na uwadze tegoroczne kilkunastoprocentowe wzrosty sprzedaży w okresie do początku marca, przywrócenie poziomu sprzedaży z roku 2019 nie może nas satysfakcjonować. Ostatnie 3 lata ze względu na zmiany zachodzące w otoczeniu były bardzo trudne dla gastronomii i gdy już można było liczyć na bardzo dobre wyniki w 2020 roku i odrobienie ponoszonych w przeszłości strat, nastąpiła najcięższa ze zmian w otoczeniu, która powoduje znacznie większe straty niż poprzednie. Jednak obserwowane tempo powrotu gości do restauracji daje nadzieję na ponowienie trendów wzrostowych z początku tego roku w II połowie 2021 roku, nawet przy uwzględnieniu czasowego zahamowanie na skutek ewentualnej drugiej fali epidemii – komentuje Sylwester Cacek.

Jednocześnie, zgodnie z założeniami strategii, Sfinks cały czas pracuje nad rozwojem zarządzanych sieci. W pierwszym kwartale w ramach grupy otwarto jedną nową restaurację – w Nowym Sączu, zaś w całym 2020 roku cztery, z tego trzy po pandemii. Na rzecz rozwoju sieci spółka uruchomiła program „Franczyza za 1 zł”, skierowany do istniejących na ryku niesieciowych restauracji, które w obecnej sytuacji mogą potrzebować wsparcia organizacyjnego i biznesowego. Mogą one przekształcić się w lokal działający pod jedną z marek operatora przy symbolicznej opłacie franczyzowej 1 zł w ciągu pierwszych 12 miesięcy i bez opłaty wstępnej za know-how dla restauracji, które zdecydują się na współpracę ze Sfinks Polska w 2020 r. W pierwszym roku nie ma też konieczności ponoszenia kosztów pełnej inwestycji.

 – Druga fala wzrostu zakażeń Covid-19 może spowodować wiele perturbacji dla podmiotów prowadzących niezrzeszone restauracje, jeżeli nie posiadają odpowiednich procedur bezpieczeństwa, metod wspierania sprzedaży i obniżania kosztów działania restauracji oraz możliwości samodzielnego znalezienia wsparcia finansowego. Przyjęta strategia i konsekwentna jej realizacja, jak też doświadczenia związane z ograniczeniami z powodu epidemii, uzupełniające nasze know-how, umożliwiają nam, z korzyścią dla obu stron, zaoferowanie programu „Franczyza za 1 zł” istniejącym niesieciowym restauracjom o różnych profilach usług gastronomicznych – dodaje Sylwester Cacek.

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży grupy Sfinks Polska wyniosły w ciągu pierwszych trzech miesięcy br. 31,62 mln zł wobec 39,11 mln zł w analogicznym okresie roku poprzedniego. Jednocześnie skonsolidowany wynik netto w pierwszym kwartale, na który wpływ miały te same czynniki co w wyniku jednostkowym, wyniósł -14,57 mln zł wobec -2,58 mln zł rok wcześniej, zaś skonsolidowany wynik EBITDA w I kw. 2020 r. osiągnął poziom 6,17 mln zł wobec 3,25 mln zł w analogicznym okresie w 2019 r. (dane porównawcze za I kw. 2019 zostały przeliczone z uwzględnieniem zmienionej polityki rachunkowości).

Przychody ze sprzedaży gastronomicznej Sfinks Polska obejmują przychody ze sprzedaży wszystkich restauracji działających w ramach grupy z wyjątkiem Piwiarni Warki.

Rząd przyjął założenia do projektu budżetu na 2021 rok

Założenia do projektu budżetu na 2021 rok przewidują, że w 2020 r. PKB spadnie o 4,6 proc., aby w 2021 r. urosnąć o 4 proc. Głównym czynnikiem wzrostu pozostanie popyt krajowy.

Z prognoz wyłania się niekorzystny obraz gospodarki w 2021 roku: nie nastąpi powrót do wielkości produktu z 2019 r., prognozowane inwestycje firm wyglądają fatalnie, a kasa państwa świeci pustkami. Ten obraz wynika z przyjęcia dość realistycznych założeń wskaźników makroekonomicznych. W związku z tempem procedur, nie należy spodziewać się znaczącego podbicia PKB przez środki unijne jeszcze w 2021 roku.

Może okazać się, że wychodzenie z kryzysu będzie trudniejsze, bo nasze zadłużenie wzrasta o ponad 100 mld zł. Nerwowo szukamy przestrzeni do dalszej stymulacji. Niestety najłatwiej dostępnym Ministerstwu Finansów narzędziem jest przesuwanie rosnącej części wydatków do funduszy celowych, które formalnie nie zwiększają państwowego długu publicznego. Oznacza to całkowite zaprzeczenie majowym obietnicom resortu finansów, który planował zwiększać transparentność finansów publicznych.

W świetle wstępnych komunikatów, jednym z powodów, dla których dalsze zadłużanie jest konieczne, jest kiepska prognozowana sytuacja w inwestycjach firm. U ich źródła leży niepewność gospodarcza, ale i regulacyjna. Z jednej strony więc – zasadnie – planuje się tworzyć bodźce dla zwiększania aktywności inwestycyjnej przedsiębiorstw, z drugiej – niespodziewanie proponuje podwyższenie płacy minimalnej do 2800 zł, co niepewność w prowadzeniu działalności tylko potęguje. Ewidentnie bagatelizuje się fakt, że koniunktura konsumencka odbija, podczas gdy biznes nie doszedł do siebie. W tym kontekście bardzo kontrowersyjnym pomysłem jest 13. i 14. emerytura. To szczególnie zastanawiające w zestawieniu z zamrożeniem płac w sektorze publicznym – trudno powiedzieć, jak państwo chce angażować urzędników do wytężonej pracy w tym trudnym czasie.

Zwiększone wydatki będzie trzeba pokryć przez nowe podatki. Nie ma wątpliwości, że w obecnych warunkach tego rodzaju obciążenia mają charakter fiskalny, a nie społeczny – jak w przypadku podatku cukrowego – i silnie obciążą wychodzącą z dołka konsumpcję – jak w przypadku podatków cukrowego i handlowego.

Komentarz dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Przedsiębiorcom najbardziej pomogło zwolnienie ze składek ZUS

  • Dla 61% przedsiębiorców zwolnienie ze składek ZUS było najbardziej przydatną formą wsparcia w ramach tarcz antykryzysowych.
  • Największą barierą, która pojawiła się w aplikowaniu o pomoc, była niejasna interpretacja przepisów. Tak uznało 43% firm – wynika z badania, które na zlecenie Konfederacji Lewiatan przeprowadził Instytut Badań Spraw Publicznych.

Po czterech miesiącach walki o utrzymanie miejsc pracy, w połowie lipca 2020 r., zapytaliśmy reprezentatywną próbę przedsiębiorców o ich wnioski wynikające z doświadczeń pandemii. Interesowały nas głównie informacje, które mogą okazać się przydatne w przyszłości.

Zwolnienie ze składek ZUS okazało się przydatne dla największej grupy przedsiębiorców, z czego dla prawie 20% pomoc ta była niezbędna, aby utrzymać firmę. Dla 42% przedsiębiorstw przydatne były odroczenie płatności podatków i dofinansowanie przestojowego. Szalenie istotne okazało się przestojowe – 29% dużych firm biorących udział w badaniu uznało, że ta forma była niezbędna dla ich utrzymania.

Zdaniem 36% przedsiębiorców przydatne dla ich działalności było dofinansowanie wynagrodzeń z urzędu pracy. Pomoc płynnościową z BGK doceniło natomiast 24% firm.

Przedsiębiorców zapytaliśmy również o wskazanie trudności, które napotkali starając się o pomoc z tarczy. Najczęściej wskazywaną barierą okazała się niejasna interpretacja przepisów, którą podało 43% badanych. Na drugim miejscu znalazł się zbyt długi czas oczekiwania na rozpatrzenie wniosku (40%), a po 31% wskazań uzyskały zbyt wąskie kryteria dostępu oraz zbyt skomplikowana procedura. 30% firm miało problemy z uzyskaniem szczegółowej informacji.

Badanie przeprowadził w połowie lipca br. Instytut Badań Spraw Publicznych, na zlecenie Konfederacji Lewiatan na próbie 300 przedsiębiorców.

Będzie ulga podatkowa na zakup robotów, oprogramowania oraz urządzeń wirtualnej rzeczywistości

Ministerstwo Finansów przygotowuje przepisy dotyczące ulgi na robotyzację, które być może zaczną obowiązywać już od początku przyszłego roku. Projekt zmian ma zostać przyjęty przez Radę Ministrów w trzecim kwartale 2020 roku, podaje Prawo.pl.

Nowa ulga ma obejmować wydatki na zakup: robotów, kobotów (robotów współpracujących), oprogramowania oraz urządzeń rozszerzonej oraz wirtualnej rzeczywistości. Odliczyć będzie można także wydatki na szkolenie pracowników.

„Ulga na robotyzację przewidziana w Krajowym Programie Reform ma bazować na obecnej już w polskim systemie podatkowym uldze B+R. Istotą działania tego mechanizmu jest możliwość dwukrotnego odliczenia kosztów kwalifikowanych” – mówi Ernest Frankowski, prezes i założyciel IT9.

Jak tłumaczy ekspert, koszty powinny być odliczane najpierw na etapie ustalania dochodu będącego podstawą opodatkowania, poprzez pomniejszenie przychodów o tzw. kwalifikowane koszty uzyskania przychodów. A następnie odliczenie ich na etapie obliczania podstawy opodatkowania – jako ulgi właściwej w zeznaniu rocznym, poprzez obniżenie podstawy opodatkowania o 10, 20 lub 30 proc. wydatków kwalifikowanych.

Pytany przez Prawo.pl Ernest Frankowski podkreśla, że w zakresie ulgi na roboty powinna zostać wprowadzona możliwość zaliczania do kosztów umów B2B (zawieranych między przedsiębiorcami), czyli formy współpracy często wykorzystywanej przy usługach informatycznych, programistycznych, a także doradczych, które nieodłącznie wiążą się z robotyzacją. Konieczne jest też stworzenie ram wdrażania i ewidencjonowania ulgi na roboty.

Ludomir K. Błeszyński, dyrektor w dziale optymalizacji procesów i cyfryzacji w Siemens, podkreśla na łamach portalu Prawo.pl, że mając na uwadze popularność robotów programistycznych (m.in. software automatyzujący procesy biznesowe), łączących się automatycznie z urządzeniami przemysłowymi, ulgą należałoby objąć także roboty cyfrowe.

Hillwood rozpoczął w Szczecinie budowę centrum logistycznego dla firmy DPD Polska

Deweloper magazynowy Hillwood rozpoczął w Szczecinie budowę centrum logistycznego dla firmy DPD Polska. Budynek o powierzchni prawie 5 tys. mkw. powstaje w systemie build to suit (BTS), czyli na zamówienie i według wytycznych klienta. To już trzeci projekt realizowany przez Hillwood dla DPD.

DPD Polska jest wiodącą firmą kurierską na polskim rynku oraz częścią francuskiego przedsiębiorstwa spedycyjnego – DPDgroup. Jako spółka z polskim kapitałem – Masterlink Express – rozpoczęła swoją działalność w Polsce w 1991.

Centrum logistyczne w Szczecinie, które ma mieć prawie 5 tys. mkw. powierzchni magazynowej oraz biurowej, będzie wykorzystywane jako cross-dock do przeładunku towarów oraz wysyłania ich do ostatecznych odbiorców. Hala zostanie wyposażona w automatyczne sortery.

– Dynamiczny rozwój handlu internetowego oraz powiązanej z nim branży logistycznej wyznaczają nowe trendy na rynku nowoczesnej powierzchni magazynowej. Oprócz dużych centrów logistycznych coraz szybciej rozwijają się tak zwane magazyny ostatniej mili, zlokalizowane w granicach dużych miast, dzięki którym znacznie szybciej i sprawniej odbywa się dostarczanie przesyłek kurierskich docelowym adresatom. Przykładem takiego magazynu jest właśnie nasz projekt dla DPD Polska – mówi Hubert Michalak, Prezes Zarządu Hillwood Polska.

– Nowy obiekt w Szczecinie ma usprawnić procesy i tym samym zwiększyć potencjał operacyjny DPD Polska w północno – zachodniej Polsce. Ma to niebagatelne znaczenie przy rosnącym zapotrzebowaniu na usługi kurierskie. Model logistyczny wdrażany przez DPD Polska od 2018 r. pozwala przyspieszyć transport, zredukować koszty połączeń drogowych i ograniczyć emisję CO2. Nowy obiekt w Szczecinie jest jego ważną częścią i powstaje zgodnie z nowoczesnymi standardami technologicznymi i energetycznymi – komentuje Rafał Nawłoka, prezes zarządu DPD Polska.

Magazyn w Szczecinie to już trzeci projekt realizowany przez Hillwood dla DPD Polska. W 2018 roku deweloper wybudował dla firmy kurierskiej jeden z najbardziej innowacyjnych tego typu obiektów w Polsce – sortownię wraz z powierzchnią biurową w Parzniewie koło Pruszkowa, o powierzchni 14 tys. mkw. Druga ukończona inwestycja to magazyn o powierzchni 11 800 mkw. w nowoczesnym parku logistycznym Hillwood Ruda Śląska.

Zagospodarowanie odpadów wymaga współpracy

Przepisy związana z odbiorem i zarządzaniem odbiorami śmieci dynamiczne się zmieniają. Oprócz wytycznych dotyczących segregacji odpadów i przestrzegania zasad przez mieszkańców pozostaje kwestia odbioru śmieci przez właściwe służby. Widzimy, że nie zawsze jest to pozbawione trudności.

Głównym problemem jaki obserwujemy w zarządzanych przez nas nieruchomościach jest brak elastyczności Miasta Stołecznego Warszawy oraz firm odpowiedzialnych za odbiór i zagospodarowanie odpadami. Umowy, które są podpisywane i realizowane odbiegają bardzo często od rzeczywistości. Jednym z głównych problemów jest np. odległość od lokalizacji śmietnika na osiedlu czy w inwestycji, a miejscem, gdzie może wjechać pojazd przystosowany do odbioru nieczystości. Standardowo w umowach jest to 25 metrów. W wielu przypadkach ta odległość jest dużo większa. Jako zarządca musimy wówczas zorganizować i opłacić dostarczenie danych odpadów do określonego punktu, który spełnia warunki podpisanej przez Miasto umowy. Drugą sprawą jest termin ich odbioru. W wielu przypadkach jest on organizowany przez firmy od godziny 6 rano, aż do 21 tego samego dnia. Zdarza się nagminnie, że śmieci straszą mieszkańców i gości zarówno zapachem jak i wyglądem cały dzień, ponieważ firma zjawia się po odbiór nieczystości dopiero pod koniec wyznaczonego przedziału czasu. Zmiana tych harmonogramów jest po prostu niemożliwa. Zarówno po stronie Miasta jak i firm odpowiedzialnych za realizację tych kontraktów nie ma kompletnie żadnej woli elastyczności.

Kolejną kwestią jest budowa nowych osiedli, w których deweloperzy zaplanowali śmietniki na poziomach -1, w okolicach podziemnych hal garażowych. Miasto wydaje zgody na tego rodzaju inwestycje, a jednocześnie dochodzi do absurdalnej wręcz sytuacji podpisania umów z firmami odpowiedzialnymi za odbiór i zagospodarowanie odpadów, które wykluczają możliwość wywożenia śmieci z poziomu -1. Musimy je wówczas jako zarządca nieruchomości dostarczyć na poziom 0 danej nieruchomości i spełnić warunki umowy. W takiej sytuacji koszty tej pracy znów ponoszą mieszkańcy.

Ważnym problem w zagospodarowaniu odpadów staje się przestrzeń samego śmietnika i jej ograniczenia. Miasto domaga się od wielu nieruchomości dostawienia dodatkowych pojemników, celem uelastycznienia terminu odbioru odpadów. Z punktu widzenia wielu nieruchomości, którymi zarządzamy nie ma po prostu takiej możliwości fizycznej. Zrzucenie całkowicie obowiązku i odpowiedzialności za odpowiednie przygotowanie śmieci do odbioru na właścicieli nieruchomości jest w naszej ocenie niewłaściwe.

Póki co mieszkańcy naszych inwestycji nie otrzymali jeszcze żadnej kary finansowej za niewłaściwą segregację odpadów. Zdarzają się jednak pierwsze ostrzeżenia. Jako zarządca z bardzo dużym doświadczeniem, postawiliśmy na bardzo szeroką i rozbudowaną akcję edukacyjną na naszych obiektach. Staramy się nauczyć mieszkańców segregacji i wyjścia naprzeciw ekologicznym wyzwaniom współczesnego miasta. Wielu mieszkańców jest bardzo pozytywnie nastawiona do rewolucji śmieciowej i z chęcią segreguje odpady stając się tym samym bardziej eko. Mimo to rośnie grupa właścicieli mieszkań, która staje się coraz bardziej sceptycznie nastawiona do wprowadzanych zmian w obrębie odbioru i zagospodarowania odpadami. Trudno się dziwić. Ceny za tego rodzaju usługi wciąż rosną. Miasto nie wykazuje chęci pomocy i wsparcia mieszkańców w odpowiednim zakresie. Firmy natomiast nastawione są na zysk i mają świadomość, że posiadają swojego rodzaju monopol w Polsce na tego rodzaju usługi. Wzrost płacy minimalnej, rosnące ceny prądu oraz wiele innych czynników będzie dalej wpływać na podwyżki w branży śmieciowej. To też nie spodziewamy się pozytywnych skutków dla mieszkańców w najbliższych czasie w wymiarze obniżenia kosztów. Celem segregacji, pierwotnie miało być zahamowanie podwyżek, a tym czasem żaden z mieszkańców takiej marchewki jeszcze się nie doczekał.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami

Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie?

Polacy chcą w tym roku jechać na wakacje, najchętniej wybierają polskie morze, a nowy bon turystyczny 500+ sprawi, że nawet o 15% więcej rodzin z dziećmi będzie mogło sobie pozwolić na wyjazd. Aż jedna czwarta rodziców czeka z planowaniem urlopu na wprowadzenie rządowego programu – i blisko połowa zamierza z niego skorzystać jeszcze w tym sezonie. Takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego w połowie lipca przez serwis Travelist.pl

Nie 1000+, nie 300+, ale 500+ na każde dziecko. Po długich dyskusjach na temat kształtu rządowego projektu dofinansowania wypoczynku Polaków – a zarazem wsparcia krajowej branży turystycznej – w sytuacji osłabienia gospodarki przez epidemię COVID-19, nowy program przybrał wreszcie ostateczną postać. Ustawa o Polskim Bonie Turystycznym weszła w życie 18 lipca i wszystko wskazuje na to, że realizacja bonów będzie możliwa jeszcze na półmetku tegorocznych wakacji. Beneficjentami nowego bonu będą nie tyle pracownicy, co rodziny z dziećmi i zgodnie z rządowymi szacunkami dodatkowe środki na wypoczynek trafią do blisko 2,5 mln rodzin. Serwis rezerwacyjny Travelist.pl zbadał opinie ponad 3 tys. gości hotelowych na temat rządowego programu, pytając ich jednocześnie o indywidualne preferencje w zakresie wykorzystania bonu turystycznego na dziecko.

Polacy myślą o wakacjach – ale czekają na 500 plus

Pomimo kryzysu, obniżonych zarobków i ograniczeń związanych z pandemią aż 80% uczestników najnowszego badania Travelist.pl deklaruje, iż planuje w tym roku wyjechać na urlop. „W najbliższych tygodniach nie zamierzamy siedzieć w domach. Tym bardziej, że sytuacja epidemiologiczna w naszym kraju w ostatnim czasie jest pod kontrolą, a my sami nauczyliśmy się już żyć w realiach „nowej normalności”. Również hotele, w których od początku czerwca znów działają baseny, strefy SPA, restauracje czy sale zabaw dla dzieci, są odpowiednio przygotowane na przyjęcie gości. Ogromna większość obiektów dostępnych na naszej stronie wprowadza u siebie specjalne procedury sanitarne i wychodzi naprzeciw potrzebom bezpiecznego wypoczynku” – mówi Tomasz Piszczako, prezes Travelist.plPolacy myślą o wakacjach – ale czekają na 500 plus

Warto jednak dodać, że aż dwie trzecie badanych planujących urlop w tym sezonie podjęło taką decyzję dopiero w ostatnim czasie i przyznaje się do zmiany zdania względem wcześniejszych planów. Wśród głównych czynników aktywizujących wakacyjne wyjazdy respondenci wskazują przede wszystkim poprawę sytuacji epidemiologicznej w Polsce (29%), ale też perspektywę otrzymania bonu turystycznego 500+. Zapowiedź wprowadzenia nowego programu miała wpływ na decyzję aż 28% badanych, a w przypadku rodzin wielodzietnych (pow. trójki dzieci) odsetek ten wzrasta powyżej 50%.

Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 2

Tydzień w hotelu nad Bałtykiem – tak chcemy spędzić tegoroczne lato

W tym roku chcemy wypoczywać w Polsce – bo uważamy, że tak będzie bezpieczniej. Ale z pewnością nie bez znaczenia jest również fakt, że bon 500+ będzie można wykorzystać wyłącznie na wyjazdy krajowe. Z badania przeprowadzonego przez Travelist.pl wynika, iż zdecydowana większość respondentów planuje urlop w kraju, a tylko 15% rozważa wyjazd za granicę. O zagranicznych wakacjach częściej myślą osoby nieposiadające dzieci, którym bon 500+ nie przysługuje (23%). Wśród uczestników ankiety zdecydowanie najpopularniejszym kierunkiem krajowym jest Bałtyk, nad który wybiera się ponad połowa wszystkich badanych. Kolejne miejsce zajmują polskie góry, gdzie chciałoby spędzić lato nieco ponad 37% użytkowników Travelist.pl. „Tendencję tę potwierdzają nasze dane transakcyjne. W ostatnim czasie widzimy ogromne zainteresowanie wyjazdami nad morze. Obecnie ok. 50% wszystkich wyszukiwań dotyczy pobytów nad Bałtykiem. To wzrost o blisko 30% w porównaniu z ubiegłym sezonem” – mówi Tomasz Piszczako.Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 3Gdy już dotrzemy nad Bałtyk, zostaniemy tam najwyżej na tydzień. Blisko 40% osób, które wzięły udział w badaniu, planuje w tym roku urlop o długości od 5 do 7 dni, a zarazem mniej niż 15% decyduje się na wypoczynek dwutygodniowy. Te wyniki również pozostają w zgodzie z aktualnymi danymi ze strony Travelist.pl, gdzie średnia długość rezerwacji w okresie wakacyjnym wynosi 6 dni.
Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 4

A gdzie najchętniej się zatrzymamy w obecnej sytuacji?

Zdecydowanie w hotelu lub pensjonacie – taką formę zakwaterowania preferuje ponad połowa badanych. Jesteśmy przekonani, że w profesjonalnym obiekcie poczujemy się bezpieczniej. Na drugim miejscu ex aequo znalazły się domki letniskowe i kwatery prywatne oraz apartamenty z aneksem kuchennym (po 20% wskazań), choć w przypadku rodzin posiadających więcej niż dwoje dzieci takie obiekty cieszą się wyraźnie większą popularnością – ma na to wpływ zarówno dodatkowa przestrzeń i swoboda podczas pobytu, jak i cena, która zwykle jest niższa niż w przypadku rodzinnych pobytów w hotelach.

Co szósta rodzina wyjedzie na wakacje dzięki 500 plus

Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 5Dodatkowe wsparcie w ramach programu Polski Bon Turystycznym 500 plus ma fundamentalne znaczenie dla wakacyjnych planów polskich rodzin, a duża część z nich będzie mogła pozwolić sobie na wyjazd w tym sezonie głównie dzięki niemu – takie wnioski płyną z lipcowego badania Travelist.pl i tak uważa blisko 60% ankietowanych.
Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 6Potwierdzeniem tych nastrojów jest fakt, że aż 15% potencjalnych beneficjentów programu (czyli rodziców posiadających przynajmniej 1 dziecko do 18 r.ż.) deklaruje wprost, iż gdyby nie perspektywa otrzymania bonu 500+, w ogóle nie mogliby wyjechać w tym roku na wakacje. Przy trójce dzieci odsetek ten wzrasta do 21%, natomiast w przypadku rodzin wielodzietnych aż 37% wyjedzie tego lata dzięki 500 plus.
Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 7W rezultacie niemal jedna czwarta wszystkich osób uprawnionych do otrzymania bonu turystycznego oraz 45% rodzin posiadających więcej niż trójkę dzieci czeka z podjęciem decyzji o urlopie na jego przyznanie. „Widzimy, że bony turystyczne będą odgrywać ogromną rolę w procesie planowania tegorocznych wakacji, zarówno na etapie wyboru miejsca oraz daty wyjazdu, jak i samej decyzji, czy w ogóle wyjeżdżać. To zaś oznacza, że czas realizacji programu ze strony rządu ma kluczowe znaczenie zarówno dla rodziców, jak i całej branży turystycznej. Każdy tydzień opóźnienia może pociągać za sobą poważne straty dla krajowej turystyki” – uważa Tomasz Piszczako z Travelist.pl.
Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 8Czy 500 zł to za mało? Polacy są gotowi dopłacić, by wspomóc branżę turystyczną
Pierwotny plan zakładał, że bon turystyczny będzie miał wartość 1000 zł. Ostatecznie rodzice dostaną połowę tej kwoty – ale na każde dziecko. Z pewnością premiuje to rodziny posiadające dwoje lub więcej pociech, jednak wciąż nie wystarczy na pokrycie pełnych kosztów wyjazdu. Wyniki badania przeprowadzonego przez Travelist.pl dowodzą, że 52% potencjalnych beneficjentów programu 500+ planuje wydać w tym roku na zakwaterowanie i wyżywienie dla wszystkich członków rodziny od 1000 do 3000 zł.
Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 9Polacy traktują zatem bon turystyczny jako cenne wsparcie – a w części przypadków wręcz niezbędny warunek – przy planowaniu rodzinnych wakacji, nie zamierzają jednak ograniczać się do niego i są gotowi dopłacić, by cieszyć się dłuższym wypoczynkiem lub lepszym standardem albo skorzystać z dodatkowych atrakcji. Jedynie 9% respondentów (18% w przypadku rodzin wielodzietnych) deklaruje, że kupi wyjazd o wartości równej kwocie przyznanego im bonu. Oznacza to, że oprócz pieniędzy przekazanych na wsparcie polskiej turystyki w ramach programu rządowego nasi rodacy chcą wykładać na wypoczynek również własne środki, zwiększając tym samym szanse całej branży na szybsze wyjście z kryzysu.

W hotelach i na portalach rezerwacyjnych – tutaj najchętniej wydalibyśmy swoje 500+

Dokładne sposoby wykorzystania bonu turystycznego nie są jeszcze w pełni znane, jednak już teraz niemal dwie trzecie rodziców biorących udział w ankiecie Travelist.pl zapowiada, że najchętniej wybrałoby jeden z popularnych portali rezerwacyjnych. Co ciekawe, zaledwie 1 na 10 respondentów planuje zrealizować bon 500+ w biurze podróży. Widać wyraźnie, że w przeciwieństwie do wyjazdów zagranicznych – których bon turystyczny nie obejmuje – w przypadku turystyki krajowej Polacy zdecydowanie preferują organizację wyjazdu na własną rękę. Zarazem niezwykle istotna jest dla nich możliwość skorzystania z bonu za pośrednictwem internetowych serwisów rezerwacyjnych, a nie tylko bezpośrednio w obiekcie – organy pracujące aktualnie nad wprowadzeniem programu w życie powinny wziąć to pod uwagę.
Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 10

Sierpień pod znakiem 500 plus – duża część rodzin chce wydać swoje środki do końca wakacji

Nie chcemy czekać z planowaniem wyjazdów. Aż 43% beneficjentów nowego programu przepytanych przez Travelist.pl chciałoby zrealizować swój bon 500+ jeszcze w czasie tegorocznych wakacji, a kolejnych 13% do końca roku, przed rozpoczęciem sezonu zimowego.
Czy bon turystyczny 500+ zmieni plany wakacyjne Polaków i wesprze polską turystykę jeszcze w tym sezonie 11To bardzo dobra wiadomość dla całej polskiej turystyki. Wyniki naszego badania wskazują, że blisko połowa środków przeznaczonych na program 500 plus rzeczywiście trafi do przedstawicieli branży jeszcze w tym sezonie. A sierpień będzie pod tym względem wyjątkowy. Jako Travelist.pl jesteśmy na to gotowi i wychodzimy naprzeciw naszym klientom, nie tylko zapewniając im szczegółowe informacje na temat możliwości wykorzystania bonów turystycznych, ale również odpowiednio dostosowując naszą ofertę. Wciąż mamy dużo wolnych miejsc na wakacje, również nad morzem. Specjalnie dla rodzin z dziećmi proponujemy pokoje z dostawkami lub promocyjne pakiety 2+2, a ponadto wiele hoteli dostępnych na naszym portalu to prawdziwe centra rozrywki, w których żadne dziecko nie będzie się nudzić – mówi prezes Travelist.pl. Wakacyjny wyścig z czasem – program 500+ pomoże polskiej turystyce, o ile od razu wejdzie w życie Jak podaje Światowa Organizacja Turystyki (UNWTO), z powodu pandemii koronawirusa w 2020 r. może nastąpić spadek liczby podróży turystycznych na świecie o około 60-80%. Czy Polska ma szansę wyłamać się z tych statystyk i czy program 500+ może być realnym wsparciem dla osłabionej branży? Na tak postawione pytanie 54% respondentów Travelist.pl odpowiedziało, że tak. A skoro aż 80% z nich planuje urlop w tym sezonie, ponad połowa potencjalnych beneficjentów bonu turystycznego zamierza z niego skorzystać do końca roku, a ponadto większość jest gotowa zapłacić za pobyt więcej niż wynosi wartość bonu, przyszłość rodzimej turystyki rysuje się w coraz jaśniejszych barwach – przynajmniej w tym sezonie.

CitySpace chce wykorzystać dobrą koniunkturę i powiększa sieć. Ekspansja biur w czterech miastach

Jeden z największych operatorów w Polsce powiększył w tym roku centrum biurowe w Krakowie. Kolejne trzy – w Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku – są w trakcie rozbudowy. To łącznie ponad 3 tys. mkw. nowej powierzchni. CitySpace chce wykorzystać dobrą koniunkturę i planuje ekspansję na nowe rynki.

CitySpace – jeden z największych operatorów biur elastycznych w Polsce, należący do grupy Echo Investment – w pierwszym półroczu 2020 roku powiększył zarządzaną przez siebie powierzchnię o ponad 3,2 tys. mkw. Największy udział ma nowo otwarte biuro w kompleksie O3 Business Campus w Krakowie o wielkości ponad 1,7 tys. mkw. Poza tym rozbudowywane są centra w Warszawie (Beethovena), Wrocławiu (w biurowcu Nobilis Business House) i Gdańsku (w biurowcu Tryton Business House), które częściowo zostały już uruchomione. – Wzrost popytu na powierzchnie elastyczne jest widoczny na rynku biurowym od kilku lat. Dodatkowo sytuacja związana z epidemią wpłynęła na dodatkowe ożywienie w tym segmencie. Coraz więcej firm potrzebuje elastycznych rozwiązań, pozwalających łączyć pracę biurową ze zdalną oraz biur serwisowanych, umożliwiających skoncentrowanie się na prowadzeniu działalności operacyjnej. Podążamy za tym trendem, powiększając podaż biur elastycznych – podkreśla Jarosław Bator, dyrektor zarządzający CitySpace.

Obecnie centra biurowe CitySpace znajdują się w 5 miastach Polski. Łącznie w 10 lokalizacjach: 5 w Warszawie, 2 we Wrocławiu i po 1 w Krakowie, Katowicach i Gdańsku. Domeną operatora są powierzchnie serwisowane, czyli obsługiwane i w pełni wyposażane, a także rozwiązania elastyczne przystosowane do potrzeb najemców. CitySpace coraz odważniej wchodzi także w hybrydowy model biur, łączący zalety prywatnych gabinetów z coworkingiem. – Opieramy naszą ekspansję na transformacji biur konwencjonalnych do biur elastycznych oraz wzroście popularności coworkingu i biur serwisowanych, a także na atrakcyjności naszej oferty i jej dopasowaniu do potrzeb firm – wymienia Lisa Zettlin, head of business development CitySpace.

Wprawdzie największym rynkiem biur elastycznych w Polsce jest wciąż Warszawa (56% powierzchni najmu brutto), to w 2019 roku nastąpił mocny wzrost w miastach regionalnych, w których przybyło 24 tys. mkw. powierzchni elastycznej (dane CBRE). Najszybszy rozwój odnotowano w Krakowie (+11 450 mkw.), Łodzi (+11 tys. mkw.) i Wrocławiu (+2 200 mkw.). CitySpace dostrzega duży potencjał w miastach regionalnych, dlatego w 2019 roku otworzył biuro na 275 stanowisk pracy we Wrocławiu – w zlokalizowanym tuż przy centrum budynku Aquarius Business House. W obu wrocławskich biurach poziom wynajęcia wynosi 90%.

Na dziś CitySpace dysponuje 2,3 tys. miejscami pracy na blisko 18 tys. mkw. powierzchni elastycznej. Daje to średnio 8 mkw. na jedno stanowisko, co wyróżnia CitySpace na tle konkurencji. W wielofunkcyjnych biurach znajdują się prywatne gabinety, duże przestrzenie typu open space – do wynajęcia na wyłączność i przystosowane do liczebnych zespołów, coworking, biura wirtualne, sale spotkań, sale konferencyjne, pokoje relaksu, budki telefoniczne, recepcje i kuchnie. Funkcje biur różnią się w zależności od lokalizacji. Niezmienne jest to, że wszystkie pomieszczenia są w pełni wyposażone i umeblowane. Operator zapewnia urządzenia biurowe, opiekę managera biura, obsługę recepcji, wsparcie IT i serwis sprzątający. – Naszymi największymi przewagami są: rozległa sieć lokalizacji, elastyczne możliwości terminu najmu, optymalizacja kosztów, jak również przynależność do prestiżowej grupy Echo Investment – wylicza Jarosław Bator.

Według prognoz CBRE warszawski rynek biur elastycznych będzie rósł w ciągu 4 lat o 20% rocznie, natomiast rynek regionalny o ponad 10%.

CitySpace tworzy przestrzeń, w której pracuje się wygodniej, przyjaźniej i nowocześniej. To przestrzeń biurowa skrojona na miarę. Będąc polskim operatorem elastycznych powierzchni biurowych CitySpace dysponuje jedną z największych sieci lokalizacji w całym kraju. Zarządza biurami serwisowanymi, biurami hybrydowymi i wirtualnymi, a także salami konferencyjnymi i salami spotkań. CitySpace wybiera biurowce, które spełniają najwyższe standardy techniczne. W wyjątkowych lokalizacjach tworzy ergonomiczne, inteligentne miejsca pracy blisko wszystkiego, czym żyje miasto; blisko spotkań, zakupów, restauracji i kawiarni, a także kultury.

Huawei z 3-krotnym wzrostem udziału w rynku smartwatchy w pierwszej połowie roku

Ponad trzykrotnie wzrósł udział Huawei w rynku smartwatchy w Polsce – w pierwszej połowie roku wyniósł on 35,3% w ujęciu ilościowym wobec 11,2% w tym samym okresie przed rokiem, wynika z danych GfK Polonia. W samym czerwcu, udział rynkowy Huawei sięgnął 40,7% wobec 26,8% w grudniu zeszłego roku, wynika z danych GfK Polonia.

Z naszych badań wynika, że coraz więcej osób zamienia tradycyjny zegarek na smartwatch, wiele z nich nigdy wcześniej nie używało smartwatcha, teraz odkrywają ten produkt i cieszymy się, że odkrywają go z Huawei. Nieustannie rozwijamy naszą ofertę, przed nami premiery, które wierzę, że pozwolą nam zyskać jeszcze więcej wiernych użytkowników – mówi Bartek Gryczka, product manager odpowiedzialny za tę kategorię produktową w Huawei CBG Polska.

Solidny wzrost widać także w przypadku ujęcia wartościowego – w pierwszej połowie tego roku udział Huawei siegnął 23% wobec 9,2% przed rokiem. W samym czerwcu udział Huawei wyniósł 28,4% wobec 18,4% w grudniu zeszłego roku, wynika z danych GfK Polonia.

Portfolio smartwatchy Huawei to modele dopasowane do stylu i potrzeb zarówno amatorów sportu, jaki i osób szukających uniwersalnego asystenta, który pomoże im zadbać o zdrowie, kondycję i właściwy sen. Huawei oferuje typowo sportowe modele na paskach z tworzywa, jak i bardziej eleganckie – skórzane lub na bransolecie, które sprawdzą się jako klasyczny dodatek do służbowego stroju.

Najnowsza seria to Huawei Watch GT 2, która zyskała uznanie konsumentów na całym świecie dzięki długiej pracy baterii (do dwóch tygodni na jednym ładowaniu), inteligentnym funkcjom, takim jak monitorowanie snu, zdrowia i tętna, a także lekkiej i nowoczesnej konstrukcji. Watch GT 2 umożliwia też odbieranie i wykonywanie rozmów telefonicznych oraz odtwarzanie muzyki bezpośrednio ze smartwatcha.

Seria Watch GT 2, dostępna w dwóch wersjach – 46 mm i 42 mm – została niedawno uzupełniona o nowy model o sportowym charakterze – Watch GT 2e. Smartwatch został wyposażony w aż sto trybów sportowych pozwalających na jeszcze dokładniejsze mierzenie aktywności fizycznej oraz nową funkcję pomiaru saturacji krwi. Smartwatch trafił do sprzedaży w połowie kwietnia.

Poprzednia seria smartwatchy Huawei – Watch GT – w ciągu roku od premiery sprzedała się na świecie w liczbie trzech milionów.

Zmalała liczba wniosków uchodźczych

W I połowie tego roku wnioski o przyznanie statusu uchodźcy w Polsce złożyło 1,3 tys. cudzoziemców, w tym prawie 650 po raz pierwszy. Warunki nadania ochrony międzynarodowej spełniało 169 osób. Decyzje negatywne wydano wobec 1 tys. osób, a 730 postępowań umorzono.

Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że liczba wniosków uchodźczych w I połowie 2020 r. była o 29 proc. niższa w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. Głównymi krajami pochodzenia cudzoziemców ubiegających się o ochronę międzynarodową były: Rosja – 819 osób, Ukraina – 144, Tadżykistan – 58, Gruzja – 34 oraz Turcja – 34.

Cudzoziemcowi udziela się ochrony międzynarodowej (w formie statusu uchodźcy lub ochrony uzupełniającej), jeśli w jego kraju pochodzenia grozi mu prześladowanie lub rzeczywiste ryzyko utraty życia czy zdrowia. Każdy wniosek jest rozpatrywany indywidualnie przez Urząd do Spraw Cudzoziemców, który szczegółowo analizuje poszczególne sprawy w celu sprawdzenia czy danej osobie należy udzielić ochrony.

W I połowie tego roku warunki przyznania ochrony międzynarodowej spełniało 169 cudzoziemców. Byli to głównie obywatele Turcji – 47 osób, Rosji – 38 oraz Tadżykistanu – 17. Decyzje negatywne otrzymało natomiast 1 tys. obcokrajowców. Głównie obywatele Rosji – 582 osoby i Ukrainy – 176.

Nieco ponad 730 postępowań zakończyło się umorzeniem. Dotyczyło to w zdecydowanej większości obywateli Rosji (581 osób). Sprawy są umarzane w sytuacji, gdy cudzoziemiec opuścił Polskę nie czekając na wydanie decyzji w kwestii przyznania ochrony międzynarodowej.

Podczas trwania procedury uchodźczej cudzoziemcy mogą korzystać z pomocy socjalnej (m.in. zakwaterowanie, wyżywienie, opieka zdrowotna) zapewnianej przez Urząd do Spraw Cudzoziemców oraz zajęć edukacyjnych (m.in. nauka języka polskiego, kursy informacyjne). Mają oni do wyboru pobyt w ośrodku lub samodzielne utrzymanie się poza ośrodkami przy pomocy finansowej otrzymywanej od urzędu.

Aż 60 proc. seniorów twierdzi, że wystarczyłoby im dodatkowe 1000 zł do emerytury

W ankiecie internetowej, przeprowadzonej w połowie lipca tego roku padło pytanie skierowane do seniorów: ile pieniędzy miesięcznie brakuje im do emerytury, by mogli żyć komfortowo i nie martwić się codziennymi wydatkami? Jak się okazuje emeryci nie potrzebują wiele. Większość, bo ponad 60 proc. z nich odpowiedziała, że wystarczyłoby im mniej niż 1000 zł miesięcznie. Na kwotę powyżej 1500 zł wskazało tylko 18 proc. ankietowanych.

Fundusz Hipoteczny DOM przeprowadził badanie internetowe, w którym przepytał ponad 200 seniorów o ich podejście do domowych finansów. Okazuje się, że 12,8 proc. emerytów wystarczyłoby 500 zł miesięcznie do emerytury, by czuć się komfortowo i nie martwić się codziennymi wydatkami. Co czwarty ankietowany, czyli 25,7 proc. stwierdził, że kwota, która byłaby dla niego satysfakcjonująca to 500-800 zł, a 22,6 proc. wskazało przedział 800-1000 zł.

– Z naszego badania opinii wynika, że 19 proc. ankietowanych chciałoby otrzymywać 1000-1500 zł dodatkowo do swoich świadczeń pieniężnych z ZUS-u, a 18,1 proc. byłoby zadowolone, gdyby miało 1500 zł lub więcej co miesiąc do emerytury. Tymczasem większość ankietowanych, bo  ponad 60 proc. nie potrzebuje wiele, bo do 1000 zł – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Podobne badanie opinii realizowaliśmy m.in. w 2016 roku i wyniki również przyniosły analogiczne wnioski. Z kolei w roku 2011, kiedy po raz pierwszy przeprowadzaliśmy takie badania, 12 proc. seniorów potrzebowało więcej niż 1500 zł miesięcznie. Przez blisko dekadę, pomimo wzrostu emerytur z 1,8 tys. zł brutto w roku 2011 do 2,4 tys. zł obecnie, potrzeby finansowe seniorów nie zmieniły się istotnie. Okazuje się, że seniorzy są mistrzami zarządzania niewielkim domowym budżetem. Mają jedne z najniższych emerytur w Europie, a mimo to starają się żyć godnie, przeznaczają środki na comiesięczne opłaty, kwestie zdrowotne (leki lub leczenie) i jeszcze pomagają bliskim. Gdy są pytani o kwotę, która zapewniłaby im spokój w codziennym życiu wskazują kwoty do 1000 zł jako satysfakcjonujące – dodaje Robert Majkowski.

Co ciekawe, z danych Związku Przedsiębiorstw Finansowych, który zrzesza największe fundusze hipoteczne w Polsce, wynika że średnie świadczenie pieniężne z tytułu renty dożywotniej to 1000 zł. Tyle wypłacają przeciętnie fundusze hipoteczne seniorom co miesiąc, choć kwoty mogą się różnić i zależą m.in. od wieku i płci seniora oraz wartości posiadanej przez niego nieruchomości. – Z jednej strony zastanawia mnie dlaczego wciąż niewielu seniorów decyduje się na rentę dożywotnią, która mogłaby im zapewnić dodatkowe środki na emeryturze. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że w naszym kraju potrzebne są odgórne przepisy, które uregulowałyby kwestie dotyczące hipoteki odwróconej i miałyby odniesienie do wszystkich podmiotów podpisujących z seniorami umowy przeniesienia własności nieruchomości w zamian za świadczenia. W tej chwili ok. 80 proc. seniorów posiada na własność nieruchomość i mogłoby skorzystać z takiej ofert. Wciąż jednak dużo słyszy się o nadużyciach związanych z tego typu umowami, zwłaszcza zawieranymi poprzez osoby prywatne, a nie instytucje. To wpływa niekorzystnie na renomę profesjonalnych podmiotów – przypomina Robert Majkowski.

Rys. 1

Ankieta internetowa przeprowadzona przez FH DOM w dniach 10-16.07.2020. Próba = 226.Aż 60 proc. seniorów twierdzi, że wystarczyłoby im 1000 zł do emerytury

Emerytura? Coraz bliżej głodowej

Polskie emerytury nie należą do najwyższych. Na dodatek – w wyniku obniżenia wieku emerytalnego – rośnie liczba osób, które pobierają emeryturę w wysokości niższej od minimalnej. Z danych ZUS wynika, że pomiędzy grudniem 2011 a grudniem 2019 liczba osób pobierających najniższe, a wręcz „głodowe” świadczenia w Polsce wzrosła z 239 tys. do 261 tys. osób. Tylko od grudnia 2017 r., czyli od momentu, gdy wprowadzono obniżenie wieku emerytalnego, liczba osób z minimalnymi emeryturami wzrosła o ponad 100 tys. seniorów (co ważne, większość z nich, bo aż 84 proc. to kobiety). Co ciekawe, z danych ZUS wynika również, że blisko 50 proc. osób, które mają świadczenia niższe niż minimalne to emeryci pobierający powyżej 800 zł miesięcznie, ale są też osoby (blisko 1000), które otrzymują tylko 10 zł emerytury miesięcznie.

– Warto przypomnieć, że stopa zastąpienia, czyli relacja przeciętnej wypłacanej emerytury względem średniej krajowej wyniosła w 2018 roku 56,4 proc. To o ponad 5 pkt proc. mniej niż pięć lat temu. Kolejne lata przyniosły spadki, a za 20 lat stopa zastąpienia będzie wynosiła już tylko 38 proc., a to oznacza, że dzisiejsi 40-45 latkowie, którzy zarabiają średnią krajową w wysokości 3550 zł netto, po przejściu na emeryturę, dostaną ok. 1300 zł na rękę. Jeżeli system emerytalny się nie zmieni, nie uratuje ich nawet PPK – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Senior powinien mieć kilka źródeł finansowania życia na emeryturze

Eksperci przekonują, że emerytura przyszłości powinna być jak puzzle. Niskie świadczenia emerytalne, niejednokrotnie brak możliwości dodatkowego zarobkowania i coraz niższe stopy zastąpienia powodują, że wielu przyszłych emerytów będzie musiało traktować świadczenia otrzymywane z systemu państwowego jako jeden z puzzli budujących cały domowy budżet. – Seniorzy mogą nie wyżyć z jednego źródła finansowania dlatego powinni zadbać o kilka. Dopiero takie puzzle, swoistego rodzaju skarbonka składająca się z kilku różnych świadczeń pieniężnych, czy też z różnych źródeł finansowania będzie stanowić całość, która pozwoli im godnie funkcjonować – ocenia Robert Majkowski. – Moim zdaniem emerytura przyszłości będzie składała się w różnych filarów. Podstawą wciąż będą świadczenia państwowe, inaczej społeczne (otrzymywane ZUS), kolejnym puzzlem – świadczenia od pracodawcy, inaczej zakładowe (np. PPK, PPE), następnym – świadczenia z innych, dobrowolnych źródeł, czyli zabezpieczenie finansowe, o które każdy emeryt będzie musiał zadbać indywidualnie  np. IKE, IKZE, renta dożywotnia z nieruchomości, lokaty i inwestycje dobrowolne – podsumowuje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Covid-19 wpłynął na wyniki leasingu. Prognoza ZPL na koniec 2020 r.

Związek Polskiego Leasingu przedstawił analizę dotyczącą wpływu covid-19 na gospodarkę i wyniki branży leasingowej w pierwszej połowie 2020r. W omawianym czasie firmy leasingowe udzieliły łącznego finansowania na poziomie 29,8 mld zł, przy dynamice rynku -24% r/r. Pozytywna wiadomość płynąca od leasingodawców mówi o dodatnim wyniku całego aktywnego portfela branży na koniec czerwca 2020r. ( +0,6 % r/r).ZPL_aktywa_H1_2020 ZPL_aktywny portfel_H1_2020 ZPL_pomoc branży_2020 ZPL_struktura klientów_H1_2020

„Pandemia covid-19 może doprowadzić do największej recesji gospodarczej od lat 30-tych. Ta sytuacja jest destruktywna dla globalnej gospodarki. Według czerwcowej projekcji Międzynarodowego Funduszu Walutowego, globalna dynamika PKB w 2020 roku ma wynieść -5,9%. To znaczące odchylenie w porównaniu z odczytem za 2019r. na poziomie +2,9% czy -0,1% za 2009r.” – powiedział Marcin Nieplowicz, Dyrektor ds. Statystyki i Monitorowania Rynku Związku Polskiego Leasingu.

Pozytywne jest to, że polska krzywa zachorowań jest znacznie poniżej większości krajów w Europie. Na obecnym etapie rozwoju mamy ponad 2-krotnie mniej chorych niż we Francji i w Niemczech oraz blisko 5-krotnie mniej niż w Hiszpanii i we Włoszech. Zauważalnie rośnie u nas także udział osób, które wyzdrowiały.

„W reakcji na pogarszającą się sytuację polskich firm, w okresie od początku kryzysu do końca czerwca 2020 roku polska branża leasingowa objęła wakacjami leasingowymi ponad 160 tys. przedsiębiorców, w odniesieniu do ponad 360 tys. umów. Oznacza to, że co piąta umowa leasingu funkcjonująca na polskim rynku została objęta wakacjami leasingowymi”– podkreśliła Ewa Łuniewska, Przewodnicząca Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.

Wpływ pandemii jest widoczny w wynikach polskiej branży leasingowej. Dynamika finansowania udzielonego przez branżę w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2020r. wyniosła -24% r/r, przy wartości nowych kontraktów na poziomie 29,8 mld zł.

Pozytywna wiadomość płynąca od leasingodawców mówi o dodatnim wyniku całego aktywnego portfela branży na koniec czerwca 2020r.(+0,6 % r/r). W przypadku portfela ruchomości dynamika wyniosła +0,8% r/r.

W I połowie roku przedsiębiorcy najczęściej finansowali pojazdy lekkie (mające 46,1% w strukturze rynku) oraz maszyny i inne urządzenia w tym IT (odpowiadające za 32,7%). Nieco rzadziej finansowali środki transportu ciężkiego (18,7 proc. udział w rynku) oraz nieruchomości i inne aktywa (odpowiednio 1,5% oraz 1%). W portfelu firm leasingowych przeważały transakcje leasingowe, których skumulowana wartość wyniosła 25,2 mld zł, a łączne transakcje w zakresie pożyczki wyniosły 4,6 mld zł.

Szacunki ZPL pokazują też, że odbiorcami usług branży leasingowej są głównie mikro i małe firmy, czyli klienci o obrotach do 20 ml zł, którzy stanowią 72,4 % w strukturze klientów firm leasingowych. Największą (53,9%) i zarazem rosnącą grupą klientów są mikro firmy.

Trendy w grupach

Pojazdy lekkie: Po niewielkim spadku udzielonego finansowania o 2,6% r/r w pierwszym kwartale br., drugi kwartał przyniósł bardzo wyraźne pogłębienie spadków do -34,7% r/r. Łączna dynamika finansowania pojazdów lekkich za I półrocze (-19,6% r/r), w równej mierze wynikała z finansowania aut osobowych oraz pojazdów użytkowych do 3,5 tony. Kwietniowe załamanie finansowania pojazdów lekkich było następstwem zamknięcia gospodarki, a co za tym idzie bardzo istotnego ograniczenia działalności sprzedażowej salonów dealerskich. Wraz z odmrażaniem gospodarki przedsiębiorcy realizowali odłożone kontrakty, co pokazują dane dotyczące rejestracji nowych aut: dynamiki (roczne) -67,1%,       -55,1% oraz -20,5% dla kolejnych miesięcy drugiego kwartału 2020.

„W 2020 roku zakończy się seria 28 lat nieprzerwanego wzrostu gospodarczego (lata 1992-2019). Polska gospodarka w 2020 rok weszła z wysokim tempem wzrostu gospodarczego,   z bardzo niskim bezrobociem. Polska ma zdywersyfikowaną i konkurencyjną gospodarkę,     z dużym udziałem przemysłu w tworzeniu PKB (21,9% PKB w 2019), z niskim udziałem najbardziej zagrożonych branż oraz z relatywnie niskim udziałem eksportu towarów w tworzeniu PKB. Rząd uruchomił bezprecedensowy program pomocowy. Ale to wszystko nie wystarczy, aby uniknąć recesji. Zakładamy, że dynamika PKB w całym 2020 roku wyniesie   -3,6%” – stwierdził Marcin Nieplowicz.

Transport ciężki: W dwóch pierwszych kwartałach br. sektor transportu ciężkiego zanotował spadki wynoszące odpowiednio -40,5% r/r za pierwszy i -57,6% r/r za drugi kwartał. Stopniowa poprawa dynamik nastąpiła w trakcie drugiego kwartału: od -70,3% r/r w kwietniu, do -58,4% r/r w maju oraz -43,7% r/r w czerwcu. Pierwsze półrocze zakończyło się spadkami w tym segmencie rynku na poziomie -49,2% r/r. Największe spadki były widoczne w obszarze powiązanym z międzynarodowym transportem drogowym oraz transportem zbiorowym. Kryzys związany z covid-19 pogłębił spadki w sektorze finansowania pojazdów ciężkich. Jednak one rozpoczęły się już w trzecim kwartale 2019r. z uwagi na zatwierdzenie Pakietu Mobilności. Za bardzo słabe nastroje wśród firm transportowych odpowiadają pandemia oraz spadające wolumeny przewozowe, jednak to Pakiet Mobilności będzie czynnikiem diametralnie zmieniającym zasady funkcjonowania polskich firm transportowych.

Maszyny i inne urządzenia w tym IT: Dynamika segmentu finansowania maszyn wyniosła na koniec czerwca 2020r. -7,7% r/r. Obserwowaliśmy relatywnie niewielkie spadki na poziomie -2,6% r/r dla pierwszego kwartału oraz -11,4% dla drugiego kwartału br. Zauważalna była poprawa dynamik w trakcie drugiego kwartału (od -24,2% r/r w kwietniu, do -11,1% r/r w maju oraz +2,4% r/r w czerwcu).

Znacznie lepsze wyniki leasingodawcy osiągnęli w pożyczce, z uwagi na wysoki udział defensywnych sektorów (maszyny rolnicze, sprzęt medyczny). Z drugiej strony wyraźne spadki były obserwowane w tych sektorach maszyn, gdzie finansowanie jest mocno uzależnione od zmiany koniunktury (produkcja tworzyw sztucznych i obróbka metali, poligrafia, sprzęt budowlany).

Co firmy leasingowe mówią o kolejnych miesiącach roku?

Według kwartalnego odczytu badania koniunktury branży leasingowej, realizowanego wśród osób odpowiedzialnych za sprzedaż w firmach leasingowych zrzeszonych w ZPL, w trzecim kwartale br., ankietowane firmy oczekują pewnego spadku zatrudnienia. Firmy dostrzegają również nieznaczne pogorszenie jakości portfela oraz spodziewają się istotnego przyspieszenia aktywności sprzedażowej w drugiej połowie 2020 roku (przede wszystkim za sprawą bardzo wyraźnego wzrostu liczby wpływających wniosków leasingowych w trzecim kwartale 2020r.). W zakresie nowej produkcji, firmy leasingowej spodziewają się wyższego poziomu finansowania dla większości badanych grup środków trwałych.

Najwyższe wzrosty finansowania oczekiwane są dla sektora maszyn i IT. Trochę słabsze, ale wciąż wyraźnie pozytywne perspektywy rysują się dla finansowania pojazdów lekkich. Na niewielkim plusie pozostaje również prognoza dla pojazdów ciężkich. Natomiast negatywne perspektywy dla dalszego rozwoju prognozowane są dla finansowania nieruchomości.

Jak wygląda prognoza ZPL na koniec 2020 r.

Pandemia covid-19 oraz związane z nią zamknięcie gospodarki przełożą się na bardzo istotne wyhamowanie tempa rozwoju rynku w 2020 roku. Branża leasingowa spodziewa się utrzymania ujemnej dynamiki rynku w drugiej połowie roku. Aktualnie prognozowana dynamika rynku jest wyższa, niż wskazywały wyniki uzyskane za pierwsze cztery miesiące 2020r. Sytuację diametralnie zmieniło szybkie wdrożenie Tarczy Finansowej dla przedsiębiorców (75 mld subwencji dla mikro, małych i średnich firm, w znacznie mierze bezzwrotnych). Prognoza rynku leasingu na 2020 (-19,3%) jest ostatecznie powyżej rekordowych spadków odnotowanych w 2009 roku podczas Wielkiego Kryzysu Finansowego (wówczas dynamika wyniosła -30,2%).

Czy Powell zasugeruje kontrolę krzywej rentowności?

Rynki finansowe stabilizują się, a gospodarka USA wykazuje oznaki ożywienia. W tym otoczeniu Rezerwa Federalna najpewniej nie ogłosi dziś zmian w polityce pieniężnej. Interesująca będzie natomiast retoryka prezesa w kontekście sytuacji gospodarczej USA i ewentualnego wdrożenia dodatkowych narzędzi z zakresu polityki monetarnej.

Rezerwa Federalna podjęła agresywne działania w odpowiedzi na obecny kryzys, ogłaszając bezprecedensowy zestaw środków stymulacyjnych, mających uspokoić rynki i wesprzeć amerykańską gospodarkę. Działania obejmowały m.in. obniżenie stóp procentowych praktycznie do zera oraz zobowiązanie się do zakupu nieograniczonej ilości obligacji w celu obniżenia rynkowych stóp procentowych i utrzymania kosztów finansowania na niskim poziomie. Środki te, w połączeniu z ogromną stymulacją fiskalną ze strony rządu, pomogły uspokoić rynki i przyczyniły się do znaczącej poprawy w danych gospodarczych napływających z kraju.

Także rynki finansowe odbiły po wyprzedaży związanej z pandemią. Od marcowych minimów indeks S&P 500 zyskał już ponad 40% i obecnie znajduje się mniej więcej na tym samym poziomie, na jakim zaczynał rok.

Napływające z amerykańskiej gospodarki dane pokazały szeroką poprawę, częściowo w związku z istotną pomocą ze strony państwa i banku centralnego, a częściowo na skutek złagodzenia środków bezpieczeństwa wdrożonych w celu walki z pandemią. Kluczowe wyprzedzające wskaźniki aktywności biznesowej (indeksy PMI) wyraźnie odbiły, a miary aktywności konsumenckiej – szczególnie chodzi tu o odczyt sprzedaży detalicznej w czerwcu – uległy poprawie. Rozbudziło to nadzieje, że ożywienie w gospodarce USA może przypominać kształtem literę „V”, gdzie tempo powrotu do sytuacji sprzed pandemii następuje szybciej niż początkowo zakładano.

Istotnym powodem do niepokoju dla decydentów jest wzrost liczby nowych zakażeń koronawirusem w USA. Raportowane zakażenia osiągnęły nowe dzienne maksima w lipcu (Wykres 1), a wiele stanów wycofało się z planów otwarcia gospodarek. Najświeższe dane sugerują, że przekłada się to na pogorszenie sytuacji na amerykańskim rynku pracy. Liczba wniosków o zasiłki złożonych przez nowych bezrobotnych w tygodniu przed poprzednim wzrosła po raz pierwszy od marca. Możliwość wydłużenia funkcjonowania koronawirusowych środków bezpieczeństwa, połączona z brakiem porozumienia w Kongresie dotyczącym dalszego wspierania bezrobotnych, którzy dotychczas otrzymywali dodatkowe 600 dolarów tygodniowo, stanowią istotne ryzyko dla ożywienia. Oficjalna data zakończenia programu dodatkowego wsparcia bezrobotnych wyznaczona została na 31 lipca. Wygląda na to, że dodatkowa pomoc dla bezrobotnych w najlepszym wypadku będzie znacznie niższa – o ile w ogóle decydenci porozumieją się w tej sprawie.

Wykres 1: Nowe zakażenia koronawirusem w USA (marzec ‘20 – lipiec ‘20)

Nowe zakażenia koronawirusem w USA
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 28/07/2020

Pytanie, jakie obecnie zadają sobie inwestorzy, brzmi: co może zrobić Fed aby dalej wspierać gospodarkę USA, która dźwiga się z największej recesji od dekad? Naszym zdaniem, Fed wspomni o poprawie widocznej w ostatnich danych z USA, prawdopodobnie jednak w kontekście ożywienia będzie wyrażał się ostrożnie, podkreślając znaczne i utrzymujące się ryzyka dla gospodarki. Sądzimy też, że decydenci nadal będą podkreślali, że stopy procentowe pozostaną na obecnych, rekordowo niskich poziomach w przewidywalnej przyszłości. Czerwcowy „dot plot” wskazuje, że zdaniem większości członków FOMC do końca 2022 roku nie powinny czekać nas zmiany stóp procentowych (Wykres 2). Nie widzimy wielu argumentów, które uzasadniałyby zmianę stanowiska Fedu na tym etapie i sądzimy, że bank po raz kolejny jasno wskaże, że w najbliższym czasie stopy procentowe nie ulegną zmianie.

Wykres 2: „Dot Plot” FOMC – czerwiec 2020

Dot plot
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 28/07/2020

Poza tym, rynki skupią się też na komentarzach prezesa Powella dotyczących wykorzystania bardziej niestandardowych narzędzi z zakresu polityki monetarnej. W ostatnim czasie wśród inwestorów sporo mówiło się o możliwości implementacji przez Fed kontroli krzywej rentowności w celu utrzymania długoterminowych kosztów finansowania poniżej danego poziomu, czy też w danym przedziale – podobnej do tej, jaką stosuje Bank Japonii. Nie sądzimy, żeby Fed już teraz miał ogłaszać tego typu działania. Rentowności 10-letnich obligacji rządowych znajdują się coraz bliżej swoich minimów, schodząc ostatnio do poniżej 0,6% – być może częściowo w oczekiwaniu, że na horyzoncie może znaleźć się kontrola krzywej rentowności. Z tego względu sądzimy, że Powell zostawi „otwarte drzwi” w kontekście możliwego zastosowania tego instrumentu w przyszłości. Zamknięcie ich prawdopodobnie groziłoby bowiem wzrostem rentowności, a więc podniesieniem kosztów finansowania.

Fed we wtorek ogłosił wydłużenie siedmiu pożyczkowych programów pomocowych do końca roku. Pierwotnie miały one wygasnąć z końcem września. Wieści te nie były przełomowe, stąd też reakcja rynku na nie nie była istotna. Uważamy, że decydenci nie ogłoszą dziś zmian w zakresie polityki pieniężnej. Jednocześnie spodziewamy się ostrożnego tonu w kontekście perspektyw amerykańskiej gospodarki. Zakładamy, że Powell zostawi „otwarte drzwi” w kontekście wprowadzenia kontroli krzywej rentowności w dalszej części roku, jeśli decydenci stwierdzą, że sytuacja uzasadnia takie działania.

Odpowiedź rynku walutowego na powyższe będzie interesująca. Jeśli niestandardowa reakcja rynku widoczna w trakcie obecnego kryzysu (więcej stymulacji = silniejsza waluta) zostanie utrzymana, dolar prawdopodobnie doświadczy aprecjacji. Wyprzedaż dolara w obliczu perspektywy większego złagodzenia polityki pieniężnej oznaczałaby powrót do typowej reakcji rynku. Niemniej, biorąc pod uwagę, że amerykańscy politycy muszą dojść do porozumienia w kwestii wydłużenia programów wspierających dochody Amerykanów, Fed może cierpliwie czekać, starając się nie wychylać podczas oczekiwania na informacje z Kongresu.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Na rynkach korekta. Kryptowaluty rosną

Po wielu dniach umacniania się złotego przyszedł czas na korektę. Podobnie sytuacja układa się zresztą na dolarze amerykańskim względem euro. Kolejne dni pokażą, czy to tylko tymczasowe odbicie, czy zmiana trendu.

Korekta na złotym

Po wielu dniach umacniania w końcu przyszedł czas na korektą. Jeszcze wczoraj kurs euro starał się przebić poziom 4,39 zł. Dzisiaj dotarł już do 4,42 zł. Podobnie sytuacja wygląda na franku, który kosztuje 4,11 zł, odbicie nie ominęło również dolara, który przez moment drożał 4 grosze. W przypadku tak silnych ruchów jak ten z ostatnich tygodni tego typu odbicia są standardową sytuacją i wynikają z dochodzenia rynku do stanu równowagi po silnej zmianie, kiedy to brakuje już kolejnych inwestorów zainteresowanych kupnem. Mogą one oznaczać odwrócenie kierunku zmian, ale wcale nie muszą.

Słabsze zaufanie w USA

Wczoraj poznaliśmy kolejne słabsze dane zza oceanu. Indeks Zaufania Konsumentów spadł w lipcu z poziomu 98,3 punktów na 92,6 punktów. Analitycy spodziewali się mniej więcej 2 pkt mniejszej redukcji. Niższy optymizm prawdopodobnie przełoży się zatem na mniejsze zakupy, a te z kolei na resztę gospodarki. Co ciekawe, dolar wczoraj umacniał się pomimo tych danych względem euro. Był to jednak tymczasowy ruch korekcyjny, bo dzisiaj od rana wraca już do swojej słabszej dyspozycji.

Kryptowaluty rosną

Po okresie większego spokoju na rynku kryptowalut niespodziewanie doszło do skoku cen w górę. Najpopularniejsza z nich – bitcoin –  pierwszy raz od lutego przebiła 10 000 dolarów za sztukę i jest najdroższa od niemal roku. Prognozy mówią o dalszych wzrostach, niektóre o niemal podwojeniu ceny do końca roku. Warto jednak zwrócić uwagę, że zdaniem obserwatorów za obecne wzrosty odpowiada pojawienie się kolejnych graczy instytucjonalnych. Ich wycofanie się może spowodować podobne spadki zatem.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

20:30 – USA – konferencja po posiedzeniu FOMC.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Spółki Skarbu Państwa rozważają inwestycje w biogazownie rolnicze

ORLEN Południe, spółka z Grupy ORLEN, analizuje możliwość budowy 20 biogazowni rolniczych opartych o innowacyjną polską technologię, które umożliwią zagospodarowanie substratów z gospodarstw rolnych i ich przetworzenie na energię elektryczną oraz biometan. Realizacja projektu będzie oznaczała dla spółki utworzenie nowej linii biznesowej i wzbogacenie jej portfolio o kolejny bioprodukt. List intencyjny o współpracy w tym zakresie ORLEN Południe podpisało w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi ze spółką H.CEGIELSKI-POZNAŃ, Krajowym Ośrodkiem Wsparcia Rolnictwa i Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu.

– Projekt zakładający budowę biogazowni jest ważny dla wszystkich stron podpisujących to porozumienie. Ma duże znaczenie dla polskiej gospodarki oraz krajowego bezpieczeństwa energetycznego. Jesteśmy dumni, że polski przemysł jest zdolny wdrażać najnowsze technologie do produkcji oraz współpracować z innymi spółkami zainteresowanymi inwestowaniem w tego typu rozwiązania. Realizacja zakrojonego na szeroką skalę projektu rozwoju biogazowni to ważny krok w stronę budowy sprawnego oraz efektywnego ekonomicznie i energetycznie systemu odnawialnych źródeł energii. Jest to też znakomity przykład godzenia różnych interesów, których wspólnym mianownikiem jest polski kapitał – mówi Zbigniew Gryglas, Wiceminister Aktywów Państwowych.

Podpisany list intencyjny dotyczy budowy biogazowni w 20 największych gospodarstwach rolnych w całej Polsce, będących obecnie w zasobach Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, podlegającego Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

– Konsekwentnie realizowany rządowy program rolny modernizuje polskie rolnictwo. Podpisany dziś list intencyjny to dowód na to, że można połączyć wiedzę naukową, biznes i administrację. Dzięki wspólnej pracy będziemy mogli pogłębić dywersyfikację źródeł energii, konkurencyjności naszego rolnictwa, a także osiągnąć wyznaczone cele klimatyczne. Realizacja nowych inwestycji zdecydowanie poprawi także efektywność ekonomiczną spółek należących do KOWR – mówi Jan Krzysztof Ardanowski, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Głównym inwestorem w projekcie budowy biogazowni rolniczych byłby ORLEN Południe. Spółka konsekwentnie przekształcana jest w nowoczesną biorafinerię, realizującą ekologiczne inwestycje. W Trzebini trwa budowa pierwszej w Polsce i największej w Europie instalacji do produkcji zielonego glikolu propylenowego, a także pilotażowej instalacji do produkcji kwasu mlekowego z wykorzystaniem mikroorganizmów. Spółka planuje również budowę instalacji do produkcji bioetanolu II generacji w Jedliczu. Ponadto w Trzebini powstaje też instalacja do produkcji paliwa wodorowego, dla którego surowcem może być właśnie biometan.

– Produkcja energii elektrycznej i biometanu z biogazu to dla nas przede wszystkim rozwiązanie korzystne biznesowo. Umożliwi nam także realizację Narodowego Celu Wskaźnikowego i będzie odpowiedzią na potrzeby dzisiejszej Europy. Biotechnologie to kierunek, w którym zmierzają nowoczesne gospodarki, w tym także polska. Europejski Zielony Ład zakłada osiągnięcie do 2050 roku neutralności klimatycznej, a to wymaga poszukiwania alternatywy dla tradycyjnych źródeł energii. Realizowane przez nas inwestycje istotnie przyczynią się do osiągnięcia przez Polskę zakładanego celu – podkreśla Marcin Rej, Prezes Zarządu ORLEN Południe.

Zgodnie z zawartym porozumieniem, generalnym wykonawcą biogazowni rolniczych zostałaby H.CEGIELSKI-POZNAŃ. Spółka posiada prawa do licencji na produkcję innowacyjnych biogazowni opartych o polski patent, należący do Dynamic Biogas. Konstrukcja wprowadzana przez H.CEGIELSKI-POZNAŃ wyprzedza technologicznie konkurencję, stanowiąc tym samym ogromny potencjał dla krajowego rozwoju tej formy odnawialnych źródeł energii.

– Mamy szansę zrewolucjonizować polską wieś, dostarczając najnowocześniejszą technologię pozwalającą na zagospodarowanie substratów rolniczych, które odpowiednio przetworzone w naszych biogazowniach umożliwią wyprodukowanie energii elektrycznej oraz biometanu, czyli produktów o szczególnym znaczeniu dla rozwoju odnawialnych źródeł energii. Mamy satysfakcję, że propozycja budowy biogazowni spotkała się z akceptacją Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, KOWR-u oraz Ministerstwa Aktywów Państwowych. Z kolei wprowadzone przez Ministerstwo Klimatu stawki za energię elektryczną z biogazu pozwolą na szybki zwrot inwestycji, zapewniając im efektywność ekonomiczną – mówi Rafał Kreduszyński, Prezes Zarządu H.CEGIELSKI-POZNAŃ.

Projekt budowy biogazowni byłby realizowany w gospodarstwach rolnych, prowadzonych obecnie przez spółki, nad którymi nadzór właścicielski sprawuje Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. W przyszłości gospodarstwa te mogłyby stać się własnością lub zostać wydzierżawione od KOWR przez ORLEN Południe.

– Polskie rolnictwo jest coraz bardziej nowoczesne i coraz lepiej wykorzystuje naturalne zasoby, którymi dysponuje. Biogazownie umożliwiają nie tylko zagospodarowanie substratów i produkowanie z nich energii elektrycznej oraz biometanu, lecz także uzyskiwanie pofermentu stosowanego do użyźniania gleb. Przystępując do realizacji tego projektu, chcemy przybliżyć rolnikom możliwość pozyskiwania energii z odnawialnych źródeł w swoich gospodarstwach tak, by w pełni mogły wykorzystywać swój potencjał – mówi Sebastian Pieńkowski, Zastępca Dyrektora Generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

Współpraca spółek Skarbu Państwa z KOWR i Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu umożliwiłaby nie tylko dywersyfikację źródeł energii, budowę silnej pozycji Polski w obszarze OZE, czy rozwój rodzimych technologii, lecz także transfer osiągnięć naukowych na grunt biznesu i przemysłu.

– Jesteśmy liderem w projektowaniu rozwiązań technologicznych dla branży biogazowej, posiadamy największe laboratorium biogazowe w Polsce. Koncentrujemy się na rozwoju tego sektora odnawialnych źródeł energii, ponieważ może on znacząco podnieść opłacalność produkcji rolniczej, w dodatku przy zwiększeniu standardów ochrony środowiska. Uczestnictwo w tym projekcie pozwoli wykorzystać potencjał naszych naukowców i umożliwi szeroki transfer wiedzy z nauki do praktyki, przynoszący korzyści polskiej gospodarce i środowisku naturalnemu – mówi prof. dr hab. Krzysztof Szoszkiewicz, Prorektor ds. Nauki i Współpracy z Zagranicą i Rektor-elekt Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

NEXERA nabywa infrastrukturę światłowodową Uninet

Nexera, pierwszy w Polsce wyłącznie hurtowy operator telekomunikacyjny o dużej skali, rozwijający światłowodową sieć dostępową o wysokiej przepustowości, zakupił infrastrukturę światłowodową od świętokrzyskiego operatora Uninet. Transakcja umożliwi obu stronom rozwój w kluczowych obszarach działalności. Nexera rozszerzy zasięg swojej infrastruktury szerokopasmowej, a Uninet skoncentruje się na prowadzeniu sprzedaży detalicznej, oferując usługi oparte na infrastrukturze Nexery.

28 lipca Nexera zakupiła od firmy Uninet sieć światłowodową zlokalizowaną w województwie świętokrzyskim – w Skarżysku Kamiennej, Starachowicach i miejscowościach ościennych. W wyniku podpisanej umowy infrastruktura Nexery została rozszerzona o ponad 200 kilometrów sieci światłowodowej, w zasięgu której znajduje się blisko 18 000 gospodarstw domowych. Co ważne, dotychczasowi abonenci nadal będą mogli korzystać z usług telekomunikacyjnych oferowanych przez Uninet.

Realizujemy obecnie ważny dla Polski projekt budowy światłowodowej sieci dostępowej w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa, ale nasze ambicje sięgają dalej. Nie tylko budujemy nowoczesną sieć światłowodową z wykorzystaniem środków publicznych, ale też rozszerzamy jej zasięg dzięki środkom własnym. Model działania Nexery jako operatora hurtowego daje niespotykaną dotąd swobodę wyboru z wielu ofert dostawców internetu wszystkim znajdującym się w zasięgu naszej sieci. Chcemy taką możliwość zapewnić nawet 1 milionowi gospodarstw domowych w Regionach Nexery. Będziemy do tego celu dążyć nie tylko poprzez budowę sieci (670 tys. gospodarstw domowych do końca 2022 roku), ale też poprzez nabywanie i konsolidację istniejącej infrastruktury. Dzisiejsza, pierwsza akwizycja jest potwierdzeniem konsekwentnej realizacji tej strategii i istotnym krokiem przybliżającym nas, jako hurtowego operatora sieci światłowodowej, do osiągnięcia celu 1 miliona gospodarstw domowych w zasięgu naszej sieci – mówi Jacek Wiśniewski, Prezes Zarządu Nexery.

Transakcja została zrealizowana w nowatorskim na rynku, korzystnym dla obu stron modelu sprzedaży. Nexera poszerzyła zasięg swojej infrastruktury sieciowej, a Uninet będzie mógł skoncentrować się na rozwoju sprzedaży usług detalicznych jako swoim wiodącym obszarze działalności biznesowej.

Umowa jest atrakcyjna dla obydwu kontrahentów. Uninet z jednej strony uzyskał korzystne warunki sprzedaży aktywów sieciowych, a z drugiej strony ma możliwość kontynuowania i rozwijana swojego biznesu telekomunikacyjnego we współpracy z wiarygodnym partnerem i ważnym dostawcą infrastruktury zewnętrznej, który daje nam nowe możliwości i korzyści biznesowe.

Uninet to 11 lat doświadczeń i współuczestniczenia w życiu regionu, nie tylko na płaszczyźnie usług telekomunikacyjnych. Zaufanie naszych abonentów i konsekwencja w podnoszeniu standardów pozwoliły nam dotrzeć do miejsca, w którym wspólnie z Nexerą podejmujemy kolejny, ważny krok w stronę technologicznego rozwoju Regionu Świętokrzyskiego.  – mówi Michał Wiśniewski Prezes firmy Uninet.

Internet w Regionie Świętokrzyskim

Zgodnie z wynikami badania #RegionyNexery2020, wykorzystanie internetu w Regonie Świętokrzyskim systematycznie wzrasta. W związku z tym, rosną również oczekiwania mieszkańców w zakresie szybkości i jakości posiadanego łącza. Jak pokazuje badanie Nexery, ponad 63% badanych z Regionu Świętokrzyskiego jest zadowolonych z posiadanego łącza, jednak ponad połowa (51%) korzystających z internetu w domu rozważa zwiększenie jego prędkości. To wzrost o 22 p.p. względem poprzedniego roku. Aktualnie 54% mieszkańców Regionu deklaruje, że w ich lokalizacji jest dostępny światłowód, a 46% z nich ze światłowodu korzysta.

Dzięki działaniom Nexery do końca 2022 roku w zasięgu najnowocześniejszej sieci światłowodowej znajdzie się ponad 670 tys. gospodarstw domowych oraz prawie 3 tys. szkół zlokalizowanych w czterech Regionach: Świętokrzyskim, Warmii i Mazur, Kujaw z Pomorzem i Mazowszem oraz Łódzkim. Domostwa, firmy oraz wszystkie instytucje, które znajdują się w zasięgu sieci Nexery mają możliwość dostępu do szybkiego internetu o przepustowości co najmniej 100 Mb/s. Szkoły i jednostki edukacyjne zlokalizowane w zasięgu sieci Nexery, z szerokopasmowego łącza mogą korzystać bezpłatnie.

Nota metodologiczna:

Raport #RegionyNEXERY2020 to druga edycja autorskiego badania #RegionyNEXERY realizowanego przez firmę GfK dla firmy NEXERA. Badanie przeprowadzono w miesiącach marzec i kwiecień 2020 r. wśród mieszkańców, nauczycieli, urzędników i przedsiębiorców z Regionów NEXERY. Publikacja jest jednym z najbardziej przekrojowych źródeł wiedzy o polskich internautach na obszarach, gdzie brakuje dostępu do szerokopasmowego internetu lub dostęp do nich jest ograniczony. Raport podzielono na kilka obszarów tematycznych. Badanie dotyczące życia codziennego (przeprowadzone wśród mieszkańców) zrealizowano techniką wywiadu internetowego CAWI (computer assisted web interview). Wszyscy badani to użytkownicy internetu. W badaniu wzięli udział mieszkańcy zamieszkujący teren objęty siecią NEXERY. Łącznie zostało zrealizowanych 1.601 wywiadów. W raporcie #RegionyNEXERY2020 wykorzystano ponadto dane ze źródeł ogólnodostępnych oraz analizy zespołu InsightOut Lab.

Czy Polska stanie się cyfrowym hubem Europy Środkowo-Wschodniej?

Google oraz Microsoft poinformowały ostatnio, że zainwestują w centra danych w Polsce łącznie około 12 miliardów złotych. Z drugiej strony w zakresie wykorzystania usług chmurowych przez przedsiębiorstwa, według danych Komisji Europejskiej, spośród wszystkich krajów UE, Polska wyprzedziła tylko Rumunię i Bułgarię. Choć jako kraj mamy dużo do nadrobienia, plany gigantów technologicznych sugerują, że w naszym rynku drzemie bardzo duży potencjał. Czy jego wykorzystanie pozwoli Polsce stać się hubem cyfrowym Europy Środkowo-Wschodniej?

Pandemia okazała się być motorem napędowym transformacji cyfrowej w Polsce. Wiele firm musiało z dnia na dzień przejść na pracę zdalną i zacząć wykorzystywać rozwiązania chmurowe, nawet jeśli wcześniej były nieprzychylne takim rozwiązaniom. Dotychczasowa, niewielka popularność cloudu, stała się nagle szansą dla firm z branży IT na pozyskanie nowych klientów. Z tej okazji zamierza skorzystać Microsoft, który wybuduje w Warszawie lub jej okolicach centrum danych oraz przeznaczy środki na szkolenia, program certyfikacji, a także działania mające zachęcić do korzystania z chmury – cała inwestycja jest warta około 4 miliardów złotych. Po majowej deklaracji Microsoftu na odpowiedź Google nie trzeba było długo czekać – pod koniec czerwca media informowały, że firma również planuje wybudować centrum danych w stolicy Polski. Szacuje się, że jego łączny koszt wyniesie od 6 do nawet 8 miliardów złotych.

– W ostatnich latach rozwój sektora usług chmurowych na świecie rośnie w tempie dwucyfrowym. W odpowiedzi na tak duży popyt, dostawcy tych usług stale inwestują w rozwój infrastruktury. Nasz kraj jest uznawany za informatyczne zagłębie Europy, a polska branża IT stale się rozwija, co zapewne było brane pod uwagę przy wyborze lokalizacji centrów danych. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że obecność infrastruktury chmurowej w Polsce rozwiąże problem ograniczeń prawnych, dotyczących przechowywania danych rządowych poza granicami kraju powiedział Radosław Broniszewski, Cloud Solutions Architect w Billennium, polskiej spółce, oferującej usługi IT oraz rozwiązania dla biznesu.

Według szacunków Gartnera w 2020 roku światowe wydatki na usługi chmury publicznej wyniosą 266 miliardów dolarów i będą większe o 17% w porównaniu z 2019 rokiem. A jak to wygląda w naszym kraju? Dane Komisji Europejskiej pokazują, że rynek cloud computingu w Polsce nie cieszył się dotąd popularnością. Według danych z 2018 roku tylko 11,5% przedsiębiorstw (firm zatrudniających minimum 10 pracowników) w Polsce korzystało z chmury. Taki wynik uplasował nasz kraj tylko przed Rumunią oraz Bułgarią wśród państw Unii Europejskiej. Wyprzedzają nas takie kraje, jak Estonia (33,9%), Czechy (26,5%) czy Litwa (22,6%). Dla porównania w Finlandii, będącej liderem zestawienia, współczynnik ten wynosi 65,3%, a średnia dla całej Unii to 26,2%.

Niewiele lepiej sytuacja wygląda, gdy spojrzymy na dane GUS za 2019 rok. Wyniki badania „Wykorzystanie technologii informacyjno-komunikacyjnych w jednostkach administracji publicznej, przedsiębiorstwach i gospodarstwach domowych w 2019 roku” pokazują co prawda, że w polskich przedsiębiorstwach chmura się popularyzuje, jednak wynik 17,5%, dalej plasuje Polskę na jednym z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej. Biorąc pod uwagę, że 96,3% przedsiębiorstw deklaruje posiadanie dostępu do internetu, jest to wynik zaskakująco niski. Dane za rok 2020 nie są jeszcze dostępne, ale najprawdopodobniej wykorzystanie chmury gwałtownie wzrosło w związku z pandemią.

– Jeszcze do niedawna wiele firm bało się wykorzystywania rozwiązań chmurowych, bo nie do końca wierzyło w bezpieczeństwo oraz stałą dostępność danych przechowywanych online. Ten etap, w większości, mamy już za sobą, a obecnie jedną z głównych przyczyn tak słabego wyniku jest niedobór ekspertów od technologii chmurowej na polskim rynku pracy. Polscy specjaliści są cenieni za granicą i polskim firmom trudno jest rywalizować o ich zatrudnienie, gdyż problem niedoboru pracowników IT jest problemem globalnym dodaje Radosław Broniszewski z Billennium.

Jak zatem będzie wyglądać przyszłość polskiego rynku chmurowego? Raport PMR „Rynek centrów danych w Polsce 2020. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2020-2025”, wydany w maju, już po zapowiedzi Microsoftu, pokazuje, że perspektywy wydają się być optymistyczne. W roku 2019 dostępna moc IT wynosiła 83 MW (megawat), a szacunki na 2020 mówią o 87 MW. W latach 2021-2025 wzrost mocy obliczeniowej rok do roku szacuje się na 13,9%, co pozwoli na osiągnięcie 166 MW w 2025 roku. Czy rozwój na takim poziomie sprawi, że staniemy się liderem naszego regionu?

Planowane w Polsce inwestycje Microsoftu oraz Google’a z pewnością będą niosły za sobą wzrost wykorzystania chmury w naszym kraju, gdyż firmy te równolegle będą realizowały działania promujące swoje rozwiązania, na przykład poprzez organizowanie konferencji i szkoleń. Microsoft już zapowiedział, że planuje przeszkolić 150 tys. pracowników i studentów. Dodatkowo pandemia przyczyniła się do większego zainteresowania chmurą. Wiele przedsiębiorstw uświadomiło sobie, że nowoczesne technologie cloudowe pozwalają na efektywną pracę zdalną. Firmy przekonały się do tego modelu pracy, co pozwala mieć nadzieję, że polski rynek chmury zacznie gonić bardziej rozwinięte pod tym kątem krajepodsumował Radosław Broniszewski.

Centrum Nowe Bielawy: galeria handlowa w Toruniu, w której chce się bywać

Mieszkańcy Torunia i okolicznych miejscowości mogą się uważać za szczęściarzy – i to z kilku powodów. Po pierwsze: mieszkają w jednym z najładniejszych miast w Polsce. Po drugie: w Toruniu praktycznie nie ma korków. Wreszcie po trzecie: mają do dyspozycji wyjątkowo funkcjonalne centrum handlowe, które wyróżnia się na tle innych tego typu obiektów m.in. komfortem, dużą liczbą miejsc parkingowych oraz przestrzenią sprzyjającą spędzaniu wolnego czasu z najbliższymi. Centrum Nowe Bielawy, bo o nim mowa, to jedna z najlepiej zorganizowanych galerii handlowych w Toruniu i centralnej Polsce. Co sprawia, że chce się w niej bywać? Warto zajrzeć do środka i przekonać się o tym osobiście.

Kilka słów o Centrum Nowe Bielawy

Prezentowane centrum handlowe w Toruniu ma za sobą bardzo długą historię, ponieważ zostało uruchomione już w 2002 roku – jest to więc jedna z najdłużej działających galerii w tym mieście. Po przejęciu obiektu przez nowego właściciela centrum przeszło znaczącą modernizację, prowadzoną w latach 2018-2019. Prace objęły między innymi przebudowę strefy restauracyjnej, wydzielenie strefy wypoczynkowej (chillout’u), wymianę posadzki w pasażu handlowym czy zmianę wyglądu elewacji.

Zgodnie z ważną dla właściciela polityką zrównoważonego rozwoju w obiekcie zainstalowano energooszczędne oświetlenie LED, dzięki czemu ta galeria handlowa w Toruniu stała się jeszcze bardziej przyjazna środowisku. Świadczy o tym fakt, iż centrum otrzymało prestiżowy certyfikat BREEAM In-Use przyznawany proekologicznym obiektom, które stawiają na rozwiązania komfortowe dla użytkowników oraz spełniające najwyższe wymogi efektywności energetycznej.

Znakomity dojazd

Jednym z ważniejszych powodów, dla których mieszkańcy Torunia i okolic tak chętnie zaglądają do Centrum Nowe Bielawy, jest wyjątkowo korzystne zlokalizowanie obiektu. Toruńskie centrum handlowe mieści się przy ulicy Olsztyńskiej 8, dokładnie w połowie drogi między trzema dużymi osiedlami: Bielawami, Rubinkowem i Na Skarpie.

Dojazd jest bardzo komfortowy, zarówno jeśli wybierzemy ulicę Olsztyńską, jak i Szosę Lubicką, główną arterię Torunia. W pobliżu przebiega też autostrada A1, co pozwala szybko i wygodnie dojechać do tej galerii handlowej w Toruniu mieszkańcom okolicznych gmin.

Kolejnym argumentem, który ma szczególnie duże znaczenie dla zmotoryzowanych klientów, jest bardzo wygodny parking na 1250 samochodów. Oczywiście zostawienie auta pod galerią jest całkowicie bezpłatne. To świetna wiadomość zwłaszcza dla rodzin z dziećmi, które muszą korzystać z własnego samochodu, by móc komfortowo udać się na zakupy.

Nie ma również problemu z tym, aby dojechać do Centrum Nowe Bielawy innym środkiem transportu – zarówno komunikacją publiczną, jak i np. własnym rowerem. Dodajmy, że dojazd do tej galerii handlowej w Toruniu ze ścisłego, zabytkowego centrum miasta zajmuje nie więcej niż kwadrans, i to w godzinach szczytu.

Centrum handlowe w Toruniu z prawdziwego zdarzenia

Od centrum handlowego oczekujemy przede wszystkim tego, aby móc zrobić w nim wszystkie potrzebne zakupy, bez konieczności jeżdżenia z jednego miejsca do drugiego. Centrum Nowe Bielawy zdecydowanie odpowiada na tę potrzebę. Prezentowana galeria handlowa w Toruniu oferuje ponad 70 sklepów, restauracji i punktów usługowych zlokalizowanych na 25 tysiącach metrów kwadratowych powierzchni. Można tutaj zrobić zakupy spożywcze, odzieżowe, wyposażyć dom, kupić nowy sprzęt czy zjeść pyszny obiad z całą rodziną.

Lista najemców powierzchni handlowej jest imponująca i obejmuje między innymi:

Są to bardzo lubiane marki ( https://www.nowe-bielawy.pl/sklepy/ ), budzące zaufanie wśród kupujących, co też przekłada się na dużą liczbę klientów odwiedzających Centrum Nowe Bielawy. Pomimo tego w galerii nie ma uciążliwego tłoku i nawet w weekendy czy popołudniami na parkingu nie tworzą się korki. To duży plus tego miejsca.

Galeria handlowa w Toruniu przyjazna rodzinom z dziećmi

Nieprzypadkowo Centrum Nowe Bielawy cieszy się tak dużą popularnością wśród rodzin. Ta galeria w Toruniu została w dużej mierze zaprojektowana właśnie z myślą o komforcie najmłodszych gości. Wewnątrz obiektu po modernizacji znalazło się miejsce na efektowny plac zabaw – to świetna sprawa dla dzieci znudzonych długim chodzeniem po sklepach. Dzięki temu rodzice wiedzą, że mogą zrobić sobie i swoim dzieciom przerwę, aby pociechy naładowały baterie przed dalszym etapem shoppingu.

Ponadto w centrum regularnie organizowane są różnego rodzaju wydarzenia dla całych rodzin, w tym pokazy, akcje specjalne, spotkania autorskie, imprezy okolicznościowe (na Mikołajki, Dzień Dziecka itd.). Gdy dodamy do tego bogatą ofertę gastronomiczną, z jedną z najpopularniejszych w Toruniu restauracji KFC, to zyskamy obraz galerii handlowej idealnie odpowiadającej na potrzeby rodzin.

 

 

Gastronomia w dobie koronawirusa. Czy to koniec przestrzeni restauracyjnych jakie znamy?

Wiele mówi się o biurach, które z dnia na dzień opustoszały. Firmy odesłały swoich pracowników na home office lub znacznie zredukowały zatrudnienie. Warto zauważyć, że ma to wpływ także na branże, których funkcjonowanie jest całkowicie uzależnione od funkcjonowania biurowców. Przestrzenie gastronomiczne, które mieszczą się w tego typu obiektach znacznie ucierpiały. Taka sama sytuacja spotkała restauratorów, którzy prowadzą działalność w centrach handlowych. Część z nich zostało zamkniętych. Jak wygląda ich sytuacja obecnie? Czy są szanse na powrót do normalności? Oceniają eksperci CBRE oraz Forbis Group.

Z badania CBRE przeprowadzonego w drugiej połowie 2019 roku wynikało, że Polacy regularnie odwiedzający centra handlowe, chętnie korzystali z oferty gastronomicznej. Co dziesiąty na posiłek w strefie food court decydował się codziennie lub 2-3 razy w tygodniu. Raz w tygodniu stołowało się w ten sposób 12% konsumentów, 2-3 razy w miesiącu 17%, a raz w miesiącu 15%. Natomiast eksperci Forbis Group zdradzają, że z lokali gastronomicznych w biurowcach korzystało na co dzień około 10% pracowników. Pozostali wybierają catering pudełkowy, własne posiłki lub „pana kanapkę”. Dane te stałe są dla wszystkich regionów kraju czy klas budynków. Wspólnym mianownikiem dla wszystkich restauracji jest stosunkowo duża powierzchnia, która obarczona jest zazwyczaj wysokim czynszem oraz konieczność zatrudnienia pracowników. Oba te czynniki powodują stałe, wysokie koszty. Możliwości zarobkowe są z kolei ograniczone poziomem cen, które muszą być dostosowane do portfela pracowników biurowych, tak, aby codziennie mogli zjeść w rozsądnej cenie.

W ostatnim czasie zdjęto większość obostrzeń, a gastronomia i biurowce wracają do standardowego trybu. Większość firm zdecydowała się jednak przeorganizować swoją pracę, wdrażając procedury bezpiecznego powrotu do biura. Więcej pracujemy z domu, część firm wprowadziło pracę zmianową. Na obecną chwilę do biurowców wróciło około 20-30% osób, które były tam obecne przed pandemią, a z rozmów z najemcami wynika, że nie ma konkretnych planów, kiedy wrócą do normalnego trybu pracy. Pojawiają się także deklaracje, że nawet do końca roku utrzyma się tendencja znacznego ograniczenia liczby osób pracujących stacjonarnie.

Ratunkiem dla gastronomii mogły być negocjacje umów najmu, jednak nie wszyscy właściciele budynków są w stanie zaproponować najemcom lepsze warunki. Co więcej, tarcza antykryzysowa, która objęła m.in. galerie handlowe w tym przypadku nie ma zastosowania. Mniejsze jednostki organizacyjne wykazują skłonność do rozmów, niestety w przypadku reprezentacji większych funduszy rzadko możliwe jest zwolnienie z czynszu lub choćby obniżki, co niechybnie poprowadzi do sporu. Część operatorów może tego go nie udźwignąć – zaznacza Andrzej Grabowski, Chief Operating Officer w Forbis Group.

Sytuacja branży gastronomicznej różni się nieco w galeriach handlowych o powierzchni powyżej 2000m2, gdzie ustawodawca przewidział narzędzia do prowadzenia rozmów o redukcji czynszu. Galerie zostały zamknięte, więc podobnie jak w biurowcach restauratorzy zostali całkowicie pozbawieni możliwości prowadzenia biznesu. Na czas wstrzymania funkcjonowania, możliwe było jednak zwolnienie z opłat. Warto zaznaczyć, że było to tylko czasowe wsparcie, ponieważ zaraz po odmrożeniu sektora handlowego i otwarciu galerii punkty gastronomiczne były zobowiązane uruchomić działalność, co nie było jednak powiązane z powrotem klientów do galerii. Z najnowszego badania CBRE (czerwiec 2020) wynika, że po zniesieniu obostrzeń 56% Polaków choć raz odwiedziło centrum handlowe, co jest poziomem poniżej notowanego sprzed epidemii.

Rynek gastronomiczny czekają zmiany. Trzeba się liczyć z bardziej ograniczoną liczbą podmiotów o profilu gastronomicznym w budynkach biurowych, większą dywersyfikacją wśród najemców. Dla wielu mniejszych operatorów, dla których rynek wielkich biurowców był do tej pory niedostępny otworzy się furtka, jakiej nie mogli przekroczyć przed epoką koronawirusa. Ulgę dla branży gastronomicznej w tych trudnych czasach przyniosłaby czasowa obniżka stawki VAT dla restauratorów jak ma to miejsce w Austrii, Niemczech czy też Belgii gdzie w zależności od rynku obniżono stawkę Vat nawet do 5% dla do końca 2021 roku. Brytyjczycy poszli o krok dalej i wprowadzili program „eat out, help out” gdzie każda firma biorąca udział w programie otrzymuje dla swoich pracowników 50% rabat na posiłki – Renata Kamińska, specjalista ds. Ulic Handlowych, CBRE.

Jednym z pozytywów, który zagościł w branży gastronomicznej jest znaczne podwyższenie standardów sanitarnych. Obostrzenia, które obowiązują dzisiaj w restauracjach i food courtach z pewnością zostaną z nami na dłużej. Większe odstępy, częstsza dezynfekcja, środki ochrony i higieny są z pewnością wartością dodaną i miejmy nadzieję, nawykiem, o którym nie zapomnimy po pandemii.

Rekordowe ceny złota – zarobi na tym NBP i zyskają inwestorzy

Obecnie obserwujemy sytuację, w której złoto notowane jest na poziomach powyżej 1.900 USD. Można powiedzieć, że stała się rzecz oczekiwana przez analityków i kruszec ten osiągnął  wycenę przewyższającą dotychczasowe rekordy z 2011 roku. Warto podkreślić, że mówimy o wycenie w dolarach amerykańskich – w przypadku polskiego złotego najwyższe stawki były notowane w maju 2020 roku, głównie z powodu niskiej wartości polskiej waluty wobec  innych.

Czego możemy się spodziewać?

Warto zwrócić uwagę, że choć nominalna wycena złota jest rekordowa, to do realnych, uwzględniających inflację, maksimów jest jeszcze daleko. Biorąc pod uwagę oficjalne dane o inflacji, rekord z 2011 roku wynosiłby kształtował by się aktualnie na poziomie 2.212 USD za 1oz, a rekord z 1980 roku (około 850 USD) aż 2.660 USD.

Obecnie nie widać – w średniej perspektywie czasowej – żadnych przesłanek ku odwróceniu trendu wzrostowego, zwłaszcza że zaostrza się konflikt na linii USA-Chiny się oraz cały czas rozprzestrzenia się COVID-19. Złotu sprzyjają też kolejne programy pomocowe wdrażane przez rządy – zarówno amerykański, jak i państw europejskich. Widzimy to również na rodzimym rynku, gdzie deficyt budżetu centralnego osiąga rekordowe poziomy rzędu 100 mld PLN.

Sytuacja sprzyja osobom, które sukcesywnie lokują swoje oszczędności w złocie. Największym wygranym może okazać się jednak Narodowy Bank Polski. Już wcześniej zwiększył on swoje zasoby złota w rezerwach dewizowych. W latach 2018-2019 powiększyły się o 125,7 ton i wynosiły 228,6 ton. W porównaniu do 2019 roku ceny wzrosły +514,51 USD / oz +36.26%. Widać więc ile zyskuje na tej decyzji.

Komentarz: Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex

Rynek mieszkaniowy w Polsce Q2 2020

Złagodzenie restrykcji w gospodarce przyniosło w czerwcu wyraźny wzrost sprzedaży nowych mieszkań. Utrzymanie poziomu cen i zainteresowania nabywców dobrym prognostykiem dla branży deweloperskiej na drugą połowę roku.

Deweloperzy działający w sześciu największych miastach Polski sprzedali w drugim kwartale 2020 roku 6 900 mieszkań, o 64% mniej niż przed kwartałem. Spadek liczby mieszkań, których budowę rozpoczęto był zdecydowanie mniejszy. Ofertę zasiliło 10 500 nowych mieszkań, o 19% mniej niż przed kwartałem, choć o ponad 30% mniej niż średnio w kwartale w ostatnich trzech latach. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwsza, związana z największymi obostrzeniami faza pandemii COVID-19 przypadła w Polsce właśnie w tym czasie, wynik z jakim branża mieszkaniowa zamyka kwartał można uznać za umiarkowanie optymistyczny – czytamy w najnowszym raporcie JLL „Rynek mieszkaniowy w Polsce Q2 2020”.
Rynek mieszkaniowy w Polsce Q2 2020
Najtrudniejszym momentem kwartału była jego pierwsza połowa, kiedy ograniczenia w poruszaniu oraz pierwsza fala tzw. zwrotów, czyli rezygnacji z umów rezerwacyjnych, prowadziły w niektórych dzielnicach największych miast do ujemnego bilansu sprzedaży. Po złagodzeniu restrykcji nabywcy wrócili do domykania rozpoczętych transakcji, a elastyczna postawa deweloperów przejawiająca się w specjalnie skonstruowanych harmonogramach płatności czy zabezpieczeniach na wypadek pogorszenia sytuacji finansowej kupującego, ułatwiła wielu kolejnym podjęcie decyzji o zakupie. Choć trudno dziś, czy nawet w perspektywie najbliższych dwóch kwartałów, mówić o powrocie do przed-covidowego tempa sprzedaży, to wynik osiągnięty na sześciu największych rynkach bliższy jest bardziej optymistycznym scenariuszom, jakie zakładaliśmy dla branży. – komentuje Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Mniej chętnych na zakupy z długim terminem realizacji

Drugi kwartał był okresem, w którym deweloperom udało się uruchomić sprzedaż sporej liczby nowych inwestycji. Było to o tyle niespodziewane, że wyniki z początku 2020 roku wskazywały na poważne problemy w tym zakresie. Nowe wprowadzenia we wszystkich analizowanych przez JLL miastach przewyższyły wolumen transakcji, co sprawiło, że oferta liczona łącznie dla Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta, Poznania i Łodzi wzrosła o 10,5% w stosunku do danych z marca i wyniosła na koniec czerwca 48 900. Przy tym, jak podkreślają eksperci, wciąż jest to poziom niższy niż średnia z ostatnich lat. Nadal też jest to oferta „zdrowa”. W puli mieszkań dostępnych do zakupu niewiele, bo zaledwie 11% stanowią mieszkania gotowe. Wzrósł natomiast istotnie, z 13% do 23%, udział mieszkań z terminem zakończenia realizacji w 2022 roku.

Ilustruje to dobrze nastroje kupujących, którzy wprawdzie nie rezygnują z zakupu, ale wykazując większą ostrożność chętniej wybierają mieszkania z terminem odbioru przypadającym w okresie do 12 miesięcy od chwili zakupu. Dla deweloperów może to oznaczać dłuższy niż w ostatnich latach czas potrzebny na skomercjalizowanie nowo wprowadzanych projektów i konieczność zapewnienia dodatkowego finansowania na etapie realizacji. – dodaje Katarzyna Kuniewicz, ekspertka JLL

Kalejdoskop zdarzeń, kalejdoskop cen

Choć spadki cen mieszkań były wymieniane jako jeden z nieuniknionych efektów pandemii, nabywcy wciąż nie mogą mieć powodów do zadowolenia. Spadki średnich cen mieszkań dostępnych w ofercie odnotowane w zaledwie trzech z sześciu analizowanych miast wyniosły nie więcej niż 1%, a Kraków stał się trzecim po Warszawie i Trójmieście rynkiem, na którym średnia przekroczyła symboliczną granicę 10 000 zł/mkw. Zdaniem analityków z JLL, rzeczywiste strategie cenowe deweloperów będą w nadchodzących miesiącach najlepiej widoczne w cenach mieszkań wprowadzanych do sprzedaży, ale na razie jeszcze trudno na ich podstawie wyciągać daleko idące wnioski.

Dopóki sprzedaż i wprowadzenia nie ustabilizują się na określonym poziomie, utrzymującym się przez 2-3 kwartały, trudno będzie jednoznacznie oceniać trendy związane z cenami. Bardzo niskie wolumeny – zarówno transakcji, jak i nowych wprowadzeń – sprawiają, że średnie podlegają dużym wahaniom i nie oddają rzeczywistego obrazu rynku. W dodatku nastroje konsumentów w czerwcu i lipcu są nad wyraz optymistyczne, a jesień i zima mogą przynieść ich nieznaczne ochłodzenie. Do bardziej radykalnej zmiany polityki cenowej może przekonać deweloperów duża dysproporcja pomiędzy skalą popytu i podaży lub jednoznacznie negatywna informacja o istotnych zmianach w otoczeniu rynku, a z taką, póki co nie mamy do czynienia. – wyjaśnia Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego

Badanie Ericsson – jak technologie ICT pomagają w czasach Covid-19?

83% osób twierdzi, że technologie informacyjno-komunikacyjne (ICT) w dużym stopniu pomogły im w radzeniu sobie ze skutkami pandemii, wynika z najnowszego badania firmy Ericsson. Największe poczucie wsparcia zadeklarowali tzw. millenialsi rozwijający karierę zawodową, ale również rodzice pozostający w domu z dziećmi i seniorzy. 75% respondentów w wieku 60+ twierdzi, że technologie ICT pomogły im zwłaszcza w utrzymywaniu kontaktu z rodziną i przyjaciółmi. Wśród seniorów, 4 na 10 sklasyfikowało rozmowy wideo jako jedną z trzech najważniejszych usług komunikacyjnych. Wraz ze wzrostem użytkowania sieci rosną również oczekiwania użytkowników.

W czasach pandemii od operatorów oczekuje się dostarczania wydajnych sieci oraz innowacyjnych ofert. Wielu użytkowników smartfonów liczy na to, że dostawcy usług będą kreatywni w spełnianiu nowych wymagań i potrzeb swoich klientów oraz społeczności. 60% konsumentów uważa, że bardzo ważne jest, aby dostawcy usług utrzymywali odporność i jakość sieci. – „Większość z nich oczekuje, że operatorzy będą ponadto pomagać pracownikom tzw. pierwszej linii, takim jak np. pracownicy służby zdrowia, przyznając im bezpłatne pakiety danych oraz połączeń głosowych. Respondenci oczekują również, że operatorzy nie będą naliczać i pobierać odsetek za opóźnienia w płatnościach i zniosą wszelkie istniejące limity danych. Obserwujemy, że w dobie kryzysu konsumenci wymagają od operatorów prospołecznych działań i zwiększonych aktywności technologicznych, zwłaszcza w kierunku wdrożenia lub rozbudowy sieci 5G” – mówi Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.
Technologie pomagają w dobie kryzysu, źródło EricssonSześciu na dziesięciu użytkowników smartfonów ma wyraźnie pozytywne nastawienie do roli, jaką w czasie kryzysu mogła odegrać sieć 5G. Dodatkowo około połowa z nich zdecydowanie zgadza się, że sieć 5G mogłaby zaoferować zarówno większą przepustowość, jak i większe prędkości w porównaniu z siecią 4G. Respondenci zwrócili również uwagę na rolę jaką może odgrywać łączność 5G w medycynie. Na przykład specjaliści medyczni mogliby wykorzystać 5G do sterowania sprzętem medycznym za pośrednictwem centrów łączności czy też roboty obsługujące 5G mogłyby przeprowadzać testy, skracając czas potrzebny personelowi medycznemu na przebywanie w pomieszczeniach o rygorze zakaźnym.

Obecni użytkownicy 5G zgadzają się w większym stopniu niż użytkownicy 4G, że mobilny internet szerokopasmowy jest dla nich ważniejszy niż stacjonarny. 23 procent obecnych użytkowników 5G uważa, że mobilny dostęp szerokopasmowy jest dla nich ważniejszy od stacjonarnego, podczas gdy kolejne 48 procent twierdzi, że sieci są równie ważne.
5G w czasie kryzysu Covid-19 – potencjalny pozytywny wpływ, źródło Ericsson

Ponad 30% respondentów chce zainwestować w usługi 5G i lepsze szerokopasmowe łącze w domu, aby być przygotowanym na potencjalny kolejny kryzys. „Pandemia spowodowała zwiększone wykorzystanie wielu usług ICT, które umożliwiły konsumentom zbudowanie „nowej normalności” opartej na łączności. Stworzyło to również namacalne podstawy dla roli, jaką 5G może odegrać we wzbogaceniu usług i ułatwieniu zarządzania podobnym kryzysem w przyszłości” – mówi Marcin Sugak z firmy Ericsson.

Polska u progu technologii 5G

Ericsson posiada obecnie 99 komercyjnych umów i kontraktów 5G z operatorami, z czego 57 to publicznie ogłoszone umowy. 55 sieci na pięciu kontynentach już funkcjonuje.

Ericsson jest również liderem w standaryzacji 5G, z większością udziałów dla 4G i 5G. Biorąc pod uwagę deklaracje zgłoszone do Europejskiego Instytutu Norm Telekomunikacyjnych (ETSI), stosując filtr niezbędności, Ericsson jest na szczycie wyścigu patentowego 5G. Według analizy firmy prawnej Bird & Bird, Ericsson posiada największą liczbę znaczących patentów SEP(standard-essential patent) związanych z 5G na świecie (15,8%).

W Polsce technologia 5G jest już dostępna, ale konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W lutym 2020 r. Ericsson ogłosił uruchomienie komercyjnej sieci 5G z operatorem Polkomtel oraz badawczej sieci na Politechnice Łódzkiej. Ericsson prowadzi testy 5G z innymi operatorami i podmiotami w Polsce.

Badanie Ericsson „Analiza zachowań i postaw konsumentów w zakresie teleinformatyki w związku z kryzysem COVID-19” dostępne jest pod adresem: https://secure.sitebees.com/file/attachment/1636145/31/Ericsson+ConsumerLab+Covid19.pdf

Dla kogo estoński CIT

Jeżeli w Polsce zostanie wprowadzony tzw. estoński CIT, to nie będzie on obejmował podatników PIT prowadzących działalność gospodarczą. Czy łatwo można zmienić się w płatnika CIT?

– Taki podatnik musiałby przekształcić swoją działalność w spółkę kapitałową, która będzie zatrudniać co najmniej trzy osoby albo podatnik zobowiąże się do zatrudnienia trzech osób w trakcie trwania roku podatkowego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Rozbicki, Junior Associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Jednak należy rozważyć także to czy preferencje podatkowe dla prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą nie są podatkowo korzystniejsze.

Jednak, gdyby spotkały się trzy osoby, prowadzące dotąd własną działalność gospodarczą i zdecydowałyby się utworzyć spółkę kapitałową, wchodząc w skład organów reprezentujących taką spółkę, to te osoby będą musiały zatrudnić co najmniej trzech dodatkowych pracowników.

Co do samego podatku CIT, to zgodnie z zapowiedzią może dotyczyć firm o obrotach do 50 mln zł, spełniający określone warunki, nie będą musieli odprowadzać podatku dochodowego do momentu wypłaty zysków.

Zgodnie z zapowiedzią rządu w Polsce rozwiązanie ma funkcjonować w dwóch modelach. Pierwszy dotyczy opodatkowania wyłącznie dystrybuowanych przez spółkę dochodów. Druga ścieżka to specjalny fundusz (rachunek) inwestycyjny. Podatnik będzie mógł wówczas zaliczać odpisy na taki rachunek inwestycyjny do kosztów uzyskania przychodów. W ten sposób osiągnie podobny cel ekonomiczny, ale przy zachowaniu „klasycznych” rozliczeń CIT.

– Praktycznie oznacza to, że tzw. estoński CIT będzie płacony, gdy dojdzie do wypłaty zysku firmy jej udziałowcom, z wyłączeniem wspólników spółek osobowych i spółek, których udziałowcami są inne spółki, zarówno krajowe jak i zagraniczne – wyjaśnia Marcin Rozbicki. – Ponadto dochody takiej spółki muszą pochodzić w większości z działalności operacyjnej i musi ona ponosić nakłady na inwestycje. – dodaje.

Nowe przepisy miały wejść w życie od 1 stycznia 2021 r. Jednak nie powstał dotąd projekt ustawy. Założenia były jak dotąd takie, że z estońskiego CIT firma będzie mogła korzystać nie dłużej niż przez cztery lata (z opcją przedłużenia o kolejne cztery lata).

– Na stronach Ministerstwa Finansów została udostępniona ankieta, dzięki której po wpisaniu odpowiedzi na różne pytania można dowiedzieć się, czy dany podatnik będzie mógł w przyszłości skorzystać z tego rozwiązania – wyjaśnia M.Rozbicki z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Rząd szacuje, że z tzw. estońskiego CIT skorzystać będzie mogło w Polsce około 200 tys. firm. Przewiduje się, że wprowadzenie proponowanych zmian spowoduje wzrost stopy inwestycji w Polsce o 2 pkt proc. oraz utworzenie do 120 tys. miejsc pracy.

Rozwiązanie nazywane estońskim CIT zostało wprowadzone w tym nadbałtyckim kraju blisko 20 lat temu, a niedawno również w Gruzji i na Łotwie. Podobne regulacje, z których mogą korzystać mniejsi podatnicy, funkcjonują także w Szwecji i w Niemczech.

Branża gastronomiczna stara się odrobić stracony czas i zyski. Restauratorzy mają już 671 mln zł zaległości

Po tygodniach całkowitego zamknięcia i trudnym powrocie do prowadzenia działalności z uwzględnieniem restrykcyjnych wymogów sanitarnych, branża gastronomiczna stara się odrobić stracony czas i zyski. Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, zaległości sektora w ciągu kwietnia i maja wzrosły o ponad 23 mln zł (3,6 proc.), do 671 mln zł, najszybciej długów przybywało firmom cateringowym i mobilnym punktom sprzedaży posiłków (o 10 proc.). Czy powrót klientów, wakacje, łatwiejszy dostęp do pracowników oraz zauważalne w ostatnim czasie podnoszenie cen mają szansę poprawić sytuację restauratorów?

Branża gastronomiczna jest jedną z tych, które bardzo mocno ucierpiały w efekcie pandemii koronawirusa. Po tygodniach całkowitego zamknięcia nie wszystkie lokale zdecydowały się na powrót do działalności na zasadach uwzględniających daleko idące obostrzenia wprowadzonego reżimu sanitarnego. Część przedsiębiorców kalkulowała, że konieczne zmiany organizacyjne wymagają zbyt dużych nakładów inwestycyjnych, przy znacząco zmniejszonej liczbie potencjalnych klientów, co i tak ogranicza bieżące przychody placówek.

– Nieliczne restauracje, już wcześniej operujące w takim modelu, kontynuowały działalność dzięki posiłkom oferowanym na wynos lub z dowozem. W przypadku wielu wprowadzenie takiej formuły w ogóle nie było możliwe – albo ze względu na konieczność poniesienia dodatkowych kosztów, albo przez niedostosowaną ofertę – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Według szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego zamknięcie stacjonarnych punktów gastronomicznych spowodowało spadek obrotów branży o 80-90 proc. Nie powinno więc dziwić, że wiele firm nieprzygotowanych na taką sytuację rynkową było zmuszonych zamknąć działalność. Te, które jeszcze funkcjonują najczęściej wskazują wśród barier w prowadzeniu biznesu, niepewność dotyczącą ogólnej sytuacji gospodarczej (66,6 proc. w czerwcu, a 29,4 proc. przed rokiem) – wynika z badania koniunktury przeprowadzonego przez GUS. Najbardziej spadła natomiast uciążliwość bariery związanej z niedoborem wykwalifikowanych pracowników (z 25,8 proc. do 7,1 proc.).

Według danych GUS branża gastronomiczna w czerwcu wykazywała znacznie mniej niekorzystne nastawienie niż jeszcze miesiąc wcześniej. Wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury kształtuje się na poziomie minus 29,5 (minus 66 w maju). Jej poprawę odnotowuje 19,2 proc. badanych firm, a pogorszenie – 48,7 proc. Przed miesiącem te wartości wynosiły odpowiednio 6,7 proc. i 72,7 proc.

Goście głodni, ale ostrożni

Choć widok zatłoczonych deptaków i ogródków restauracyjnych jest coraz powszechniejszy, badania przeprowadzone na zlecenie BIG InfoMonitor pokazują, że w rzeczywistości po odmrożeniu gospodarki goście wcale nie rzucili się do swoich ulubionych lokali. Zaledwie 5 proc. z nich odreagowuje kwarantannę i korzysta z restauracji częściej niż przed pandemią, prawie co czwarty wrócił do wcześniejszych nawyków i stołuje się na mieście tak jak wcześniej. Jedna trzecia bywa jednak w lokalach rzadziej niż kiedyś, a aż 39 proc. badanych zadeklarowało, że w ciągu dwóch miesięcy od ponownego otwarcia, w ogóle nie poszło do restauracji.

branża gastronomiczna stara się odrobić stracony czas i zyski
Źródło: Research&grow dla BIG InfoMonitor

Zaległości rosną cały czas

Jak pokazują dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, w ubiegłym roku wielu przedstawicielom branży udało się poradzić z zaległościami. Liczba firm opóźniających płatności faktur i rat kredytów spadła z 9698 w marcu do 9453 w grudniu 2019 r., a udział przedsiębiorstw restauracyjnych z problemami płatniczymi zmalał z 7,7 proc. do 7,3 proc.

Zaległości rosną cały czas
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

Marzec 2020 r. przyniósł bardzo wyraźne odwrócenie tego trendu. Choć odsetek utrzymał się na grudniowym poziomie, liczba zadłużonych podmiotów wzrosła do 9830.

Dane z maja pokazują, że wielu przedsiębiorców gastronomicznych nie poradziło sobie również w pierwszych miesiącach obowiązywania ograniczeń – liczba firm z nieuregulowanymi zobowiązaniami wzrosła do ponad 10,3 tys., a odsetek niesolidnych dłużników do 7,6 proc.

Jeśli weźmiemy pod uwagę całościową kwotę zaległości branży restauracyjnej, widzimy utrzymujący się stały trend wzrostowy. Między marcem 2019 r. a marcem 2020 r. podwyższyła się ona o ponad 14 proc., do 647,4 mln zł, a w kolejnych dwóch miesiącach podskoczyła jeszcze o 3,6 proc. , czyli dodatkowe 23 mln zł. Dla porównania, w całej gospodarce, zaległości przedsiębiorstw w omawianych okresach rosły wolniej, bo o 9 proc. oraz o 2,3 proc.

Najbardziej – po 10 proc. podwyższyły się w czasie lockdownu zaległości firm cateringowych oraz mobilnych punktów gastronomicznych. Na koniec maja wyniosły one odpowiednio 45,8 mln zł i 15,2 mln zł. Największa kwota spoczywa jednak na restauracjach i stacjonarnych punktach gastronomicznych – ponad 550,1 mln zł, tu jest też największy odsetek firm, które opóźniają rozliczenia z dostawcami i bankami – 8,5 proc.

liczba zadłużonych podmiotów
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

Niesmak porażki i niepewna przyszłość

– Kryzys wywołany pandemią miał ogromny wpływ na wszystkie gałęzie gospodarki. Wielu przedsiębiorców, niezależnie od reprezentowanej branży, z trudem odnalazło się w nowych warunkach. W ostatnich tygodniach sytuacja nieco okrzepła, ale nadal daleko jej do normalności, na dodatek rosną też ceny – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Według danych GUS ceny towarów i usług konsumpcyjnych w czerwcu 2020 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 3,3 proc., ale w przypadku restauracji i hoteli różnica jest o wiele wyraźniejsza, sięga 6 proc.

– Wydaje się, że dla urlopu Polacy są w stanie na chwilę zapomnieć o pandemii i stąd widok zatłoczonych promenad i lokali w wakacyjnych kurortach. Ale po powrocie do domu przypomina się, że wirus nie odpuszcza i rośnie bezrobocie. W rezultacie w obawie o zarażenie się, a także w ramach oszczędności, klienci na razie nie korzystają z wielu usług tak chętnie jak wcześniej. Pokazują to zresztą nasze badania. Na dodatek po ofertę branży HoReCa wciąż w bardzo umiarkowanym stopniu sięgają firmy, które na razie zawiesiły organizację różnego rodzaju imprez biznesowych. Sytuacja branży nie jest łatwa – mówi Sławomir Grzelczak.

Badanie zrealizowane dla BIG InfoMonitor przez research&grow techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie reprezentatywnej Polaków N=1000, w dniach 10-13 lipca 2020 r.