Działki, domy z ogródkiem – czyli jak koronawirus zmienił preferencje na rynku nieruchomości

Na ile epidemia COVID – 19 zmieni rynek nieruchomości w Polsce? To jedno z ważniejszych pytań, które zadają sobie eksperci. Nie chodzi tylko o ceny i ewentualną korektę, czy – w wersji bardziej pesymistycznej – zapaść. Tej na razie nie widać. Chodzi natomiast także o preferencje klientów. Tutaj – wedle informacji od pośredników i deweloperów, pewne zmiany są widoczne. Pomni zamknięcia w czterech ścianach Polacy dziś chętniej szukają rozwiązań, które w izolacji od otoczenia dadzą im „kawałek’ ogródka czy innej przestrzeni na świeżym powietrzu.

Na początek o sytuacji rynkowej – na razie bazując na aktualnie dostępnych danych, ciężko jeszcze jednoznacznie powiedzieć, w którą stronę pójdzie rynek. Co prawda część ekspertów spodziewa się korekty cen rzędu 5 – 7 proc. rocznie (Emmerson Evaluation), jednak nie widać na razie symptomów głębszych spadków. Z danych pośredników na lokalnych rynkach wynika, że nawet jeśli ceny spadły względem pierwszego kwartału, to nie są to duże przeceny. Wydaje się więc, że póki co rynek dąży do przeczekania całej zawieruchy o nazwie COVID – 19. Dalszy rozwój sytuacji będzie zależał oczywiście od ewentualnego nawrotu pandemii i obostrzeń z nią związanych.

Ostatnie dane NBP o średnich cenach mieszkań w miastach wojewódzkich w kraju dotyczą I kw. 2020 r., więc nie obejmują jeszcze w całości okresu pandemii i społecznej kwarantanny. Z nich nie wynikają żadne przeceny – wręcz przeciwnie: na początku roku mieszkania bardzo dynamicznie drożały. Rynek był w okresie boomu, i choćby dlatego ewentualna przecena (zresztą spodziewana nawet bez epidemii) nie powinna dziwić. Na początku roku na niektórych rynkach notowano nawet 10-procentowe wzrosty cen. Przykładem może być stolica Dolnego Śląska, gdzie w IV kw. 2019 nowe mieszkania we Wrocławiu kosztowały średnio 7634 zł, by w I kw. 2020 kosztowały już 8354 zł.

Zanim jeszcze doszło do epidemii eksperci spodziewali się, że tak dynamiczne wzrosty zostaną co najmniej przyhamowane. Czy będzie korekta? Jak już mówiliśmy – na razie nie ma danych, które by na nią wskazywały, wręcz przeciwnie – rynek po okresie zastoju wydaje się szybko wracać do normy.

Kowalski stawia na przestrzeń

Czy jednak rzeczywiście nic nie będzie wynikało z pandemii dla rynku nieruchomości w Polsce?  Niekoniecznie. Pośrednicy i eksperci w szczycie epidemii wskazywali dość zgodnie na zmianę preferencji kupujących. Na rynku działek gwałtownie wzrosły zapytania o działki rekreacyjne, wzrósł też popyt na ogródki działkowe w miastach.

Trend, wynikający oczywiście z wymogów epidemiologicznych, dało się zauważyć także na rynku nieruchomości mieszkaniowych – zarówno pierwotnym jak i wtórnym. Wzrosła liczba zapytań o mieszkania z ogródkiem, oraz o nieruchomości w zabudowie szeregowej czy bliźniaczej.

Ciężko jednoznacznie określić, na ile trend będzie trwały, ale wydaje się, że „lekcja” jaką był z pewnością trudny czas kwarantanny może jednak mocniej przełożyć się na preferencje kupujących, podobnie jak szereg innych rozwiązań w różnych dziedzinach życia, które okazały się trafne w trakcie pandemii i które teraz „zostają” nawet pomimo zniesienia obostrzeń.

Surowa lekcja dystansu ma swoje daleko idące konotacje dla rynku mieszkaniowego. Choćby dotyczące lokalizacji. Czy na pewno bardzo drogie a zarazem małe mieszkania w centrach dużych miast to dobre rozwiązanie? Czy może jednak lepiej wybrać szeregówkę z kawałkiem ogródka na peryferiach? Owszem, to dłuższy dojazd do pracy, za to w przypadku przymusowej kwarantanny nikt nas nie zamknie w czterech ścianach….

Pośrednicy przyznają, że wzrosła liczba zapytań o ofertę taką jak: zabudowa szeregowa lub bliźniacza z kawałkiem własnego ogródka, czy też mieszkanie na parterze z wyjściem na ogródek.

Ile za kawałek przestrzeni?

Wybór: większe ale dalej, czy mniejsze w centrum nie jest niczym nowym, a do tego ostatecznie sprowadza się alternatywa: małe mieszkanie w świetnej, wielkomiejskiej lokalizacji, czy duże mieszkanie – np. dwupoziomowa szeregówka z ogródkiem, ale na dalekich peryferiach. Na wiodących rynkach mieszkaniowych, takich jak Warszawa, Kraków czy Wrocław, ceny obu rodzajów nieruchomości często są podobne.

Przykładowo: za 106-metrowe, czteropokojowe, dwupoziomowe mieszkanie z 60-metrowym ogródkiem w dzielnicy Wawer (Nadwiśle), około 10 km od centrum Warszawy trzeba zapłacić około 620 tysięcy złotych. Za te same pieniądze, w centrum stolicy, a konkretnie na bliskiej Woli (rejon ulicy Ordona) będziemy mogli zakupić jedynie 60-metrowe, 3 pokoje, w budynku wielorodzinnym, oczywiście bez ogródka.

We Wrocławiu 54-metrowe mieszkanie z 17-metrowym ogródkiem, w oddalonej dzielnicy Maślice, będzie kosztować niecałe 300 tysięcy złotych. W centrum miasta, na Przedmieściu Oławskim, dopłacając 30 tysięcy złotych możemy kupić jedynie 33-metrową kawalerkę w inwestycji typu soft loft w odrestaurowanej dawnej zabudowie.

Klienci mają więc nad czym myśleć. Wątpliwości, które nasuwa COVID -19 są tym bardziej zasadne, że to właśnie nieruchomości pod wynajem, a więc drogie i małe, za to świetnie zlokalizowane mieszkania w centrach miast, są aktualnie najbardziej narażone na przeceny. Wynika to z faktu, że ciągle jeszcze na pół gwizdka funkcjonuje normalna wymiana międzynarodowa i turystyka, co zmniejsza atrakcyjność takich biznesów jak choćby – bardzo popularny w dużych miastach – wynajem krótkoterminowy apartamentów.

Ogródek nie do końca własny

Na koniec jeszcze jeden aspekt dotyczący zakupów mieszkań z ogródkiem. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że  niekoniecznie są one własnością osób, które podpisały akt notarialny. Wszystko zależy od tego, czy ogródek należy do części wspólnej budynku, czy został wyodrębniony jako osobna działka.

W przypadku budynków wielorodzinnych z ogródkami na parterze, najczęściej mamy do czynienia z przynależnością do części wspólnej. To oznacza, że ogródek formalnie NIE JEST własnością posiadacza mieszkania.

By uniknąć sytuacji, że na ogródek przypisany do danego lokalu, każdy może sobie wejść i korzystać jak z części wspólnej, deweloperzy stosują tzw.  umowy quoad usum, czyli o podziale nieruchomości do korzystania. Taka umowa pozwala ustalić części, które będą przeznaczone do użytku poszczególnym współwłaścicielom. Współwłaściciele mogą ze wskazanych części korzystać samodzielnie i bez ingerencji ze strony pozostałych. Reguluje to art. 206 k.c.

Warto pamiętać, że o ile nie kupujemy mieszkania wraz z wyodrębnioną działką, którą stanowi ogródek, to nie możemy go sprzedać, czy też nawet wynająć. Należy tu wspomnieć, że status ogródka różni się choćby od statusu piwnicy w bloku. Ta ostatnia funkcjonuje jako pomieszczenie przynależne do mieszkania. Ogródek mimo że przeznaczony do użytkowania konkretnemu właścicielowi, nadal stanowi element nieruchomości wspólnej.

Opracowanie: Marcin Moneta, ekspert portalu GetHome

Pandemia zmienia nastawienie konsumentów do kas samoobsługowych. Polacy chcą ich więcej

Ponad 66% konsumentów chce, żeby sieci handlowe wprowadziły więcej kas samoobsługowych zastępujących kasjerów. Prawie 22% jest przeciwnego zdania, a ok. 12% nie ma opinii na ten temat. Eksperci przekonują, że w obliczu zagrożenia drugą falą epidemii to jedno z najlepszych narzędzi usprawniających zakupy stacjonarne. Obniża też koszty, co jest ważne w sytuacji zamkniętych placówek czy zmniejszonych obrotów. Potrzebny jest tylko dobrze wdrożony system, prezentujący pełną gamę produktów w czytelny sposób. Do tego trzeba opracować prawidłowo działające procesy wsparcia klientów. Wówczas odsetek przeciwników i osób niezdecydowanych zacznie się wyraźnie zmniejszać.

Z badania UCE RESEARCH i SYNO Poland wynika, że łącznie 66,1% Polaków chce wprowadzenia większej ilości kas samoobsługowych w sklepach. Przeciwnego zdania jest 21,8% badanych. 12,1% jest niezdecydowanych. Jak komentuje Karol Kamiński z Grupy AdRetail, chęć przyspieszenia automatyzacji w sklepach jest konsekwencją pandemii. Niemniej ta technologia przypadła do gustu konsumentom już wcześniej. Dlatego w ub.r. intensywnie wprowadzały ją takie sieci, jak m.in. Auchan, Tesco czy Carrefour. Natomiast w tym roku decyzję o szerokim wdrożeniu podjęła Biedronka.

– Popularyzacji kas samoobsługowych sprzyja wysoki poziom stosowania przez Polaków kart płatniczych. Z sanitarnego punktu widzenia, podnoszą poziom bezpieczeństwa transakcji. Konsumenci w czasie pandemii mocniej niż wcześniej zetknęli się z nowoczesnymi technologiami w handlu i polubili je, o czym świadczy dynamiczny rozwój nie tylko tego rozwiązania, ale również e-commerce – mówi dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Zespołu Foresightu Gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Dobrze wdrożone systemy kas samoobsługowych mają wiele pozytywnych konsekwencji dla sieci i klientów. Usprawniają sprzedaż, rozładowują kolejki, a ich utrzymanie i serwisowanie jest tańsze niż zlecanie podobnych zadań pracownikom. Co ciekawe, niektóre badania, przeprowadzone na przestrzeni ostatnich lat, potwierdzają, że źle zoptymalizowane interfejsy i działające niesprawnie tego typu urządzenia mogą prowadzić do spadku obrotów.

– Niedopracowanie technologii powoduje szereg trudności, np. ze znalezieniem kodu kreskowego. Konsumenci mogą też błędnie nabijać ceny lub celowo szukać oszczędności poprzez wybór podobnych, ale tańszych produktów. To może generować realne straty finansowe. Nie ma jednak wątpliwości, że kasy samoobsługowe to przyszłość handlu detalicznego – podkreśla Karol Kamiński.

Dr Maria Andrzej Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego zauważa, że koronawirus przyspiesza, ale nie radykalizuje projektów eliminujących tradycyjne kasy. Handel tak czy inaczej będzie wprowadzał automatyczne formy płatności – zdalne i dokonywane w sklepie. Natomiast ekspert z Grupy AdRetail dodaje, że w obliczu zagrożenia drugą falą pandemii kasy samoobsługowe są jednym z najlepszych narzędzi porządkujących i poprawiających proces zakupowy w sklepach stacjonarnych. Nie powinno to być problem dla pracowników, którzy nadal są potrzebni, nie tylko jako kasjerzy. Wciąż asystują klientom korzystającym z kas samoobsługowych i wykonują inne czynności.

– Kasy samoobsługowe obniżają koszty handlowe, co jest ważne w sytuacji zamkniętych placówek lub zmniejszonych obrotów. Sieci, które wprowadziły je przed pandemią, mogły lepiej przystosować się do nowych wyzwań. Rozwiązanie okazało się użyteczne, gdy zamknięto szkoły i przedszkola. Wówczas w sklepach zaczęło brakować pracowników z powodu zwolnień z tytułu opieki nad dziećmi. Problem spotęgowały także obawy kasjerów przed chodzeniem do pracy. Ponadto z kraju wyjechali cudzoziemcy pracujący w wielu punktach sprzedaży – przypomina dr Kłosiewicz-Górecka.

Jak stwierdza dr Faliński, ww. odsetek przeciwników kas samoobsługowych to w rzeczywistości wskaźnik analfabetyzmu cyfrowego. Reprezentuje go aż 1/3 Polaków. Jednak pocieszające jest to, że osób będących zdecydowanie na nie jest dużo mniej (5,8%) niż tych, którzy są raczej przeciwko (16,5%). Ci drudzy, kupując na co dzień produkty, z czasem zaczną korzystać w nowoczesnych rozwiązań.

– Dotychczas ten rodzaj innowacji został zaimplementowany głównie w dużych miastach. To kwestia czasu, kiedy zostanie wprowadzony w pozostałych placówkach w zoptymalizowanych wersjach. Odsetek przeciwników zacznie się zmniejszać, gdy więcej osób zdobędzie pozytywne doświadczenia w tym zakresie. Potrzebny jest dobrze wdrożony system kas samoobsługowych, prezentujący pełną gamę asortymentu w przejrzysty sposób, wraz z rzetelnie opracowanymi procesami wsparcia klientów. To zredukuje kolejki w sklepach i zostanie docenione – uważa ekspert z Grupy AdRetail.

Brak opinii 12% badanych na ww. temat może wynikać z różnych względów, co zaznacza dr Faliński. Dla niektórych osób kasa z obsadą lub bez niej nie jest problemem. Płacą tam, gdzie sytuacja sprzyja np. oszczędności czasu. Są też tacy konsumenci, którzy sami przed sobą ukrywają, że automat nie jest dla nich do końca „oswojonym” urządzeniem. Zdaniem Karola Kamińskiego, kontakt z niezoptymalizowanym rozwiązaniem pod kątem „user experience” może rodzić mieszane uczucia i dystans do takiej innowacji.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland na zlecenie Grupy AdRetail w połowie lipca 2020 roku na reprezentatywnej próbie 1 032 dorosłych Polaków.

Sprzedaż chińskich smartfonów wzrosła o ponad 100% w ciągu ostatnich 5 lat

Od dłuższego czasu można zaobserwować ofensywę chińskich producentów smartfonów. Marki z Kraju Środka podbijają nie tylko światowe rynki – są też wiodącymi graczami w Polsce. W przeciwieństwie do dotychczasowych hegemonów większość chińskich producentów powstało w XXI wieku. 

7 na 10 największych producentów pochodzi z Chin

Eksperci komorkomat.pl sprawdzili, jak wyglądała sprzedaż smartfonów w ciągu ostatnich 5 lat (2015 – 2019). Okazuje się, że w tym czasie spośród liczących się marek, jedynie chińscy producenci smartfonów notują rosnący trend sprzedaży. Dotychczasowy wieloletni lider, Samsung, ma już niewielką przewagę nad Huaweiem, który przy obecnych trendach może stać się numerem 1 w 2021 roku. Z danych za 2019 roku wynika, że na 10 największych producentów smartfonów aż 7 pochodzi z Chin. Sprzedaż telefonów z Kraju Środka powiększyła się w ciągu 5 lat ponad dwukrotnie.

  • chińscy producenci w 2015 – 336,7 mln sztuk
  • chińscy producenci w 2019 – 683,3 mln sztuksprzedaż smartfonów na świecieJak zmienia się popularność marek smartfonów na świecie_v2Zadziwia nie tylko duży intensywny napór marek z Kraju Środka na rynku smartfonów, ale również tempo ich rozwoju. Większość największych i najpopularniejszych chińskich producentów (a także ich submarek) powstało w przeciągu ostatnich 20 lat.Rozpoczęcie działalności chińskich producentów na rynku_v3

    Średni wiek chińskich producentów smartfonów wynosi 16 lat. Dla porównania, średnia największych i najbardziej znanych producentów z innych krajów (Samsung, Apple, LG, Nokia, Sony, Motorola i HTC) przekracza 77 lat.

    Xiaomi i Huawei mają niemal 60% polskiego rynku smartfonów

    Firmy z Chin świetnie radzą sobie również na polskim rynku. Przez kilka lat najpopularniejsze urządzenia pochodziły od Samsunga i Huaweia. Koreańczycy – jako wieloletni lider sprzedaży smartfonów pod względem ilościowym w Polsce – musieli ustąpić w I kwartale bieżącego roku Huaweiowi i Xiaomi. Na szczególną uwagę zasługuje ten ostatni, który oficjalnie rozpoczął sprzedaż w naszym kraju na początku 2017 roku. To właśnie jego smartfony sprzedawały się najczęściej w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku, osiągając ponad 31% udziału rynku.Udział marek smartfonów na polskim rynku w -_v2

    Polacy płacą za smartfona ponad 1200 zł

    Czołowe trio producentów smartfonów w Polsce różni się od pierwszej trójki na całym świecie. W ciągu ostatnich 3 lat Apple nie był w stanie przekroczyć 11% w skali kwartału (9% w 2019 wobec 13% udziału na świecie). Wynika to z wyceny jego urządzeń – najtańszy model z obecnej generacji, iPhone SE 2020, kosztuje w najniższej konfiguracji 2199 zł. Co prawda Polacy wydają na smartfony coraz więcej (w I połowie 2019 roku 1230 zł, w 2017 było to średnio 1100 zł wg raportu GfK dla Rzeczpospolitej), to jest to wciąż niemal dwukrotnie mniej niż najtańszy obecnie produkowany iPhone. Średnia arytmetyczna modeli dostępnych na apple.com.pl (stan na 09.06.2020) przekracza 4000 zł, choć w niektórych sklepach online można kupić nieużywanego iPhone’a 7 za nieco ponad 1500 zł, lecz jest to model z 2016 roku.

    Znacznie szerszy wybór mają chińscy producenci, którzy dominują w niższej i średniej półce, a w dodatku mają w swojej ofercie bardzo atrakcyjne modele premium.

Plany finansowe, wydatki i nastroje gospodarstw domowych po lockdownie – wyniki badania

Prawie ¾ Polaków pozytywnie ocenia sytuację swojego gospodarstwa domowego, ale większość nie planuje wyjazdu wakacyjnego.

Ponad połowa Polaków (54 proc.) deklaruje, że pandemia nie miała wpływu na zmianę sytuacji finansowej ich gospodarstw domowych. Jednocześnie, 58 proc. pytanych uważa za nieprawdopodobną możliwość odłożenia jakichkolwiek pieniędzy w ciągu najbliższego kwartału, a taki sam odsetek nie planuje żadnego wyjazdu wakacyjnego. Rosną również wydatki Polaków na podstawowe potrzeby. Połowa badanych (50 proc.) deklaruje wzrost wydatków na żywność, a 44 proc. wskazuje na wzrost wydatków związanych z utrzymaniem mieszkania – wynika z badania nastrojów gospodarstw domowych Polskiego Funduszu Rozwoju i Polskiego Instytutu Ekonomicznego.     

Ponad połowa (58 proc.) Polaków nie planuje wyjazdu wakacyjnego, a 42 proc. ma go w planach. Dla niemal co trzeciego z nich (32 proc.) będzie to wyjazd krajowy, 6 proc. wybiera się za granicę, a 4 proc. planuje zarówno wyjazd krajowy, jak i zagraniczny. Decyzja o wyjeździe jest skorelowana z samooceną sytuacji finansowej gospodarstwa domowego. Na wakacje wyjedzie 64 proc. badanych z grupy o najlepszej sytuacji finansowej oraz 29 proc. z grupy deklarującej najgorszą sytuację.Nastroje gospodarstw domowych po lockdownie

Zanotowano istotny wzrost wydatków na podstawowe potrzeby życiowe gospodarstw domowych. 50 proc. badanych zadeklarowało wzrost wydatków na żywność, zaś 44 proc. wzrost wydatków związanych z użytkowaniem mieszkania. Duża grupa badanych wskazywała na zmniejszony strumień wydatków na rekreację i kulturę (48 proc.), podróże (45 proc.), restauracje i hotele (40 proc.) oraz na paliwo (39 proc.).wydatki

Polacy podzieleni w ocenie sytuacji gospodarczej

36 proc. Polaków pozytywnie ocenia sytuację gospodarczą kraju, a 33 proc. deklaruje ocenę negatywną. Ocenę pozytywną częściej wydają mężczyźni (38 proc.), osoby w wieku 60+ (49 proc.), a także badani z wykształceniem podstawowym (48 proc.) oraz mieszkańcy wsi i małych miast (39 proc.). Negatywne opinie częściej prezentują kobiety (37 proc.), ludzie przed 40-tym rokiem życia (36 proc.) oraz respondenci z wykształceniem wyższym (39 proc.) i mieszkańcy dużych miast (37 proc.).

73 proc. Polaków pozytywnie ocenia sytuację finansową swojego gospodarstwa domowego, negatywnie ocenia ją 22 proc.

Nasze badanie wykazało ciekawy podział na dwie rozłączne grupy Polaków. W jednej z nich respondenci częściej negatywnie oceniający sytuację gospodarczą kraju mają jednocześnie tendencję do pozytywnego spojrzenia na swoje własne położenie. W tej grupie 89 proc. osób z wyższym wykształceniem pozytywnie ocenia sytuację finansową swojego gospodarstwa domowego Na drugim biegunie znalazła się druga grupa, w której są osób z wykształceniem podstawowym, wśród których 41 proc. widzi swoją sytuację negatywnie. Co ciekawe, w tej grupie 48 proc. badanych pozytywnie ocenia sytuację gospodarczą w kraju i częściej niż inni dostrzegają perspektywy poprawy – mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Jak pandemia wpłynęła na sytuację gospodarstw domowych?

Ponad połowa badanych (54 proc.) deklaruje, że pandemia nie miała wpływu na zmianę sytuacji finansowej ich gospodarstw domowych. Z kolei dla 1/3 ten wpływ okazał się negatywny. Pogorszenie sytuacji finansowej w stosunku do lutego 2020 r. częściej wskazywały kobiety (57 proc.), a także osoby z wykształceniem wyższym (39 proc.) oraz mieszkańcy dużych miast (41 proc.).

Według 44 proc. pytanych, pandemia nie wpłynęła na stan ich oszczędności, przy czym 15 proc. Polaków deklarowało, że nie miało przed pandemią żadnych oszczędności. Zmniejszenie oszczędności dotknęło niemal co trzeciego badanego (33 proc.), zaś zwiększenia doświadczyło 8 proc.oszczędności

40 proc. pytanych widzi możliwość oszczędności w perspektywie najbliższych 3 miesięcy, za nieprawdopodobną możliwość odłożenia uważa 58 proc. badanych. Częściej pesymistkami są kobiety (63 proc.), osoby starsze (61 proc.) oraz osoby z wykształceniem podstawowym (69 proc.). Relatywnie optymistyczni są posiadacze wyższego wykształcenia, wśród których 48 proc. dostrzega możliwość oszczędności.

Znany serwis randkowy mógł paść ofiarą hakerów

Jedna z najpopularniejszych platform randkowych – OKCupid, posiadała liczne luki pozwalające na dostęp do danych wrażliwych użytkowników, w tym profili, wiadomości i list kontaktów – informują eksperci Check Point. Choć zostały szybko usunięte, pada pytanie o bezpieczeństwo innych tego typu usług.

Uruchomiony w 2004 roku serwis OkCupid jest obecnie, obok Badoo i Tindera, jednym z wiodących bezpłatnych portali randkowych na świecie, z ponad 50 milionami zarejestrowanych użytkowników w 110 krajach. Podczas pandemii Covid-19 OkCupid odnotował około 20% wzrost liczby rozmów, sprawiając, że -podobnie jak inne media społecznościowe – stał się obiektem zainteresowania cyberprzestępców.

W związku z jej rosnącą popularnością serwisu, analitycy firmy Check Point postanowili zbadać bezpieczeństwo tej usługi. Wnioski okazały się zatrważające – luki w witrynie internetowej oraz aplikacji pozwalały potencjalnym hakerom na dostęp do pełnych danych profilowych użytkownika, prywatnych wiadomości, adresów czy ankiet profilujących. Odkryte podatności pozwalały również na manipulowanie danymi profilu docelowego i wysyłanie wiadomości do innych użytkowników, umożliwiając podszywanie się w celach dalszych złośliwych działań.

Badacze szczegółowo opisali trzystopniową metodę ataku, która umożliwiłaby hakerowi atakowanie użytkowników:

  1. Haker generuje złośliwy link zawierający „ładunek” inicjujący atak
  2. Haker wysyła link do bezpośrednio do użytkownika lub publikuje go na forum publicznym
  3. Gdy ofiara otworzy link, wykonywany jest złośliwy kod, umożliwiając hakerowi dostęp do konta ofiary.

– Nasze badanie nad OKCupid, jednej z najpopularniejszych platform randkowych, skłania nas do postawienia poważnego pytania dotyczącego bezpieczeństwa wszystkich aplikacji i witryn randkowych. Udowodniliśmy, że haker może uzyskać dostęp do prywatnych danych, wiadomości i zdjęć użytkowników. Zapewniam jednak, że OKCupid natychmiastowo zareagował na nasze ustalenia, łatając wskazane luki w swojej aplikacji mobilnej i witrynie – mówi Oded Vananu, szef dział badania podatności produktów w Check Point.

OkCupid potwierdził i naprawił luki bezpieczeństwa na swoich serwerach, więc użytkownicy nie muszą podejmować żadnych dodatkowych działań. Po ujawnieniu i naprawieniu luk OkCupid wydał następujące oświadczenie:

Firma Check Point Research poinformowała programistów OkCupid o lukach w zabezpieczeniach ujawnionych w tym badaniu, a rozwiązanie zostało wdrożone w sposób odpowiedzialny, aby zapewnić użytkownikom bezpieczne korzystanie z aplikacji OkCupid. Potencjalna luka w OkCupid nie dotknęła ani jednego użytkownika i byliśmy w stanie ją naprawić w ciągu 48 godzin. Jesteśmy wdzięczni partnerom takim jak Check Point, którzy dzięki OkCupid stawiają bezpieczeństwo i prywatność naszych użytkowników na pierwszym miejscu.

Brak planów powrotów pracowników do biur utrudnia optymalizację kosztów

  • Rośnie presja na optymalizację kosztów utrzymania nieruchomości komercyjnych. Tam, gdzie brakuje wiedzy o stopniu wypełnienia biurowca latem będzie o nią trudniej.
  • Odpowiednie zaprojektowanie ilości zużywanej energii i niższe koszty są możliwe, jeśli prowadzone są odpowiednie analizy zużycia, a przepływ informacji pomiędzy najemcami, zarządzającym obiektem, a zespołem facility management (FM) jest dobry.
  • Specjaliści FM uważają, że na koniec czerwca w parkach biurowych było nie więcej niż około 30% pracowników sprzed pandemii.
  • Wielu z nich nie wróci do biur przynajmniej do września. Na pracę zdalną związaną z Covid-19 nakłada się okres urlopowy.

Rośnie presja na obniżanie kosztów

Obecna sytuacja będąca następstwem pandemii zwiększa presję na obniżanie kosztów. Dotyczy to także nieruchomości komercyjnych. Szczególnie parków biurowych, gdzie do pracy przychodzi niewielu zatrudnionych. Wyzwaniem dla zarządzających budynkami jest teraz prognozowanie liczby pracowników, którzy będą na miejscu latem, a co za tym idzie – odpowiednie zaprojektowanie ilości zużywanej energii i osiągnięcie optymalizacji kosztów.

– Lato to czas dużego zużycia prądu w związku z potrzebą schładzania pomieszczeń. Klimatyzacja mocno obciąża instalacje energetyczne (znacznie bardziej niż ogrzewanie). W tym roku na zużycie prądu duży wpływ mają też zalecenia antycovidowe, wg których wskazane jest intensywne przewietrzanie obiektów – zazwyczaj powietrzem wcześniej przygotowanym. Odpowiednio zoptymalizowane parametry temperatury powietrza też wpłyną na poziom zużycia mediów. Innym przykładem działań zapobiegających szerzeniu się epidemii może być ingerencja w pracę wind. Dźwigi (jeśli to możliwe) powinny być programowane tak, aby nieużywane kabiny automatycznie zjeżdżały na dół, a drzwi pozostawały otwarte. Po pierwsze zwiększa to wymianę powietrza w kabinie, po drugie ogranicza kontakt pracowników z przyciskami. Takie zalecenia podnoszą jednak zużycie energii elektrycznej i finalnie mogą wpłynąć na ewentualną konieczność zmiany mocy zamówionej, celem uniknięcia kary za jej możliwe przekroczenia– mówi Marta Lenarczyk Kierownik Grupy Projektowej w SPIE Building Solutions.

Firmy zajmujące się utrzymaniem obiektów (FM) w porozumieniu z właścicielami budynków mogą przeprowadzać audyty zużycia energii w nowej rzeczywistości. Prognozują także zapotrzebowanie na miesiące letnie. Dobrze zaplanowana ilość zamówionej mocy to niższa opłata stała. Zbyt niska prognoza to jednak ryzyko, że podczas gorącego lata zużycie prądu okaże się wyższe i konieczna będzie spora dopłata. Optymalizacja kosztów najlepsze efekty daje tam, gdzie komunikacja na linii najemcy – zarządzający obiektem i zespół FM funkcjonuje dobrze, a plany powrotów pracowników są rzetelne.

Najemcy nie wrócą do biurowców co najmniej do września

Nie jest to jednak łatwe. Trwająca już 4 miesiące pandemia powoduje stopniowe przyzwyczajanie się do kryzysowej sytuacji. Dotyczy to także pracy zdalnej. Jest bezpieczniejsza z punktu widzenia epidemiologicznego, a dla wielu zatrudnionych także wygodna – powroty do biur następują więc stopniowo i powoli.

Według badania firmy JLL z 8 maja, do biur wróciło wtedy tylko 5% pracowników. Wg raportu Knight Frank z 19 maja większość najemców podchodzi do wznowienia pracy stacjonarnej bardzo ostrożnie. Jedynie firmy, które funkcjonują w systemie gabinetowym pozwalają na powrót do biur od 50 do 80% pracowników. Wg raportu Deloitte, 31% organizacji nie podjęło jeszcze żadnych kroków w kierunku powrotu do biura.

– Takie dane są zbieżne z moimi obserwacjami i rozmowami z zarządzającymi budynkami – do końca czerwca do parków biurowych wróciło nie więcej niż 50% stałej załogi (zazwyczaj stała obecność jest zdecydowanie poniżej połowy, a wielokrotnie nie sięga nawet 20%). Podobne, choć wahające się zapełnienie może potrwać do września. Latem na pracę zdalną z powodu koronawirusa nakładają się absencje urlopowe. Taka niepewność to duże wyzwanie dla właścicieli budynków. Wiedza o tym, jaki jest plan obłożenia obiektu jest kluczowa dla obniżania kosztów funkcjonowania np. w związku z ilością zamawianej mocy oraz zużycia energii – mówi Marta Lenarczyk ze SPIE Building Solutions.

Powroty na masową skalę nastąpią najwcześniej we wrześniu. Wtedy nałożą się na siebie dwa istotne czynniki. Po pierwsze skończy się okres urlopowy, a po drugie wygasną przepisy „tarczy antykryzysowej” regulujące pracę zdalną. Wykonywanie jej dalej będzie możliwe, ale pod warunkiem, że pracownik ma odpowiednie możliwości techniczne oraz lokalowe. Pracodawca przed zleceniem trybu zdalnego będzie musiał to ustalić. Spełnienie wymogów może oznaczać dodatkowe koszty.

Nie można zaniedbać przeglądów

Wiedza o liczbie osób, które latem będą pracowały w budynku, jest przydatna także z innego powodu. Jeśli obiekt jest pusty, przeprowadza się więcej remontów i przeglądów, bo technicy są mniej potrzebni na powierzchniach najmu.

– Nie ma obecnie żadnych ograniczeń w realizacji prac utrzymaniowych i serwisowych. Zarządzający nieruchomościami są świadomi, że takie działania trzeba prowadzić w trybie ciągłym, nawet w przypadku połowicznego zapełnienia budynku. Optymalizacja tak, ale na pewno nie kosztem bieżącej obsługi urządzeń technicznych. Nieco inaczej jest z inwestycjami kapitałowymi. W tym momencie często trwają ponowne analizy poczynionych wcześniej założeń. Właściciele budynków dostosowują plany i działania do zmieniającego się rynku – Marta Lenarczyk ze SPIE Building Solutions.

Przeprowadzka biura – jak ją zaplanować?

Zmiana siedziby firmy może przyprawić o zawrót głowy. Wszechobecne sterty pudeł, plątanina kabli, chaos, a przecież twoje przedsiębiorstwo musi nadal funkcjonować i obsługiwać klientów. Przygotowanie do przewozu sprzętów, ważnych dokumentów czy sejfów to czasochłonny i skomplikowany proces. Do tego doliczyć należy meble, elementy wystroju i rzeczy pracowników, których w biurze może być zatrudnionych nawet kilkuset. O ile więc przenosiny do nowego mieszkania stanowią poważne wyzwanie, o tyle zmiana biura to już prawdziwy koszmar. Jeżeli właśnie sam zmagasz się z tym problemem i zastanawiasz się w jaki sposób zorganizować to trudne przedsięwzięcie, mamy dla ciebie kilka wskazówek, które pozwolą ci zaoszczędzić mnóstwo czasu i nerwów.pakowanie

  1. Nie błądzi kto… planuje.

Plan działania należy sporządzić na wiele tygodni przed samą przeprowadzką. Przygotuj listę rzeczy, które zamierzasz zabrać do nowej siedziby, wybierz firmę przeprowadzkową i poinformuj o swoich zamierzeniach wszystkich pracowników. Oni także muszą mieść czas na przystosowanie się do zmian, chociażby tych związanych z kwestią dojazdów do pracy i reorganizacją życia prywatnego. Należy również na bieżąco kontrolować stan przygotowań w nowym lokalu. Jakiekolwiek kłopoty z okablowaniem lub łączem internetowym mogą spowodować wielodniowy przestój w twojej firmie, a w konsekwencji duże straty finansowe. Zamów także pieczątki, druki i gadżety firmowe z nowym adresem. Na ich przygotowanie musisz czekać co najmniej kilka dni. Ważną kwestią jest również poinformowanie klientów o nowym adresie siedziby. Zrób to z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym.

  1. Jaką firmę przeprowadzkową wybrać?

Nie ma się co łudzić. Przeprowadzka biura bez korzystania z usług specjalistycznej firmy wymaga dużego zaangażowania, a przede wszystkim czasu. Ten zaś, w przypadku prowadzenia własnej działalności jest bardzo cenny. Dlatego lepiej skorzystać z pomocy profesjonalistów. Najlepiej sprawdzi się firma przeprowadzkowa, która działa na rynku od wielu lat i oferuje szeroki wachlarz usług począwszy od pakowania, a na ustawianiu mebli w nowym miejscu skończywszy. Niektóre firmy mają w swojej ofercie także kompleksowe sprzątanie lokalu i zapewniają skrzynki na dzieła sztuki i rzeczy kruche. Nie musisz się o nic martwić nawet jeżeli wybierasz siedzibę oddaloną o kilkaset czy kilka tysięcy kilometrów. Na rynku istnieją przedsiębiorstwa, które organizują przeprowadzki biur w Warszawie, ale także w całej Polsce i Europie.

  1. Określ odpowiednią datę.

Przeprowadzka zorganizowana w standardowych godzinach pracy uniemożliwi sprawne funkcjonowanie firmy, powodując dodatkowe komplikacje np. konieczność odwołania spotkań z kontrahentami i klientami. Lepiej więc zaplanować to przedsięwzięcie na weekend lub zorganizować je w godzinach nocnych. W przypadku niektórych firm dobre rozwiązanie może stanowić przeprowadzka w okresie urlopowym.

  1. Zabezpiecz dokumenty.

Kluczową kwestię stanowi ochrona danych. W trakcie przeprowadzki należy w szczególny sposób zadbać o odpowiednie zabezpieczenie dokumentów i dysków, na których znajdują się wrażliwe dane klientów, pracowników lub kontrahentów. Najlepiej przewozić je w zaplombowanych opakowaniach, aby nie trafiły w ręce osób trzecich.

  1. Pierwsze dni w nowej siedzibie.

Pracownicy firmy przeprowadzkowej rozpakują przewożone przedmioty. Musisz jednak pamiętać o zatrudnieniu informatyka, który zadba o prawidłowe podłączenie wszystkich urządzeń. Zapewnij  pracownikom chwilę czasu na przystosowanie nowych miejsc pracy do swoich potrzeb i zadbaj o podział obowiązków związanych z organizacją siedziby.

Sprawna organizacja przeprowadzki biura stanowi ogromne wyzwanie. To mało komfortowa sytuacja zarówno dla ciebie, jak i dla twoich pracowników. Warto zadbać więc o zminimalizowanie stresu i zdecydować się na wynajęcie profesjonalnej firmy przeprowadzkowej. Doświadczeni pracownicy pomogą ci utrzymać wszystko pod kontrolą i zadbają o najdrobniejszy szczegół.

Polacy coraz mniej boją się koronawirusa

Z coraz mniejszymi obawami Polacy mierzą się z epidemią koronawirusa SARS-CoV-2. O 6 pp. spadł opracowany przez firmę doradczą Deloitte indeks niepokoju konsumentów związany z COVID-19 i jak wynika z najnowszej edycji badania Global State of the Consumer Tracker, utrzymuje się on na poziomie -11 proc. Wyraźnie zmieniły się także deklaracje dotyczące wakacyjnych podróży. Aż 40 proc. konsumentów w Polsce zamierza w najbliższym czasie zatrzymać się w hotelu. To oznacza wzrost o 3 pp. w ciągu dwóch tygodni i trzeci wynik w Europie.

Badanie „Global State of the Consumer Tracker” jest przeprowadzane co dwa tygodnie wśród respondentów z 18 krajów: Australii, Belgii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz Polski. Najnowsza analiza reakcji i obaw konsumentów związana z epidemią koronawirusa SARS-CoV-2 została przeprowadzona w pierwszej połowie lipca 2020 r.

Najlepiej od tygodni

Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju konsumentów to różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły temu stwierdzeniu. Z 35,4 proc. do 37,5 proc. wzrosła liczba polskich konsumentów, którzy nie zgadzają się z tym stwierdzeniem, natomiast z 30,2 proc. do 26,9 proc. spadła liczba osób, które odczuwają większe obawy niż przed tygodniem. Indeks niepokoju dla Polski osiągnął zatem poziom -11 proc. To oznacza poprawę o 6 pp. w ciągu dwóch tygodni.

– To duży skok, tym bardziej, że od miesiąca, a więc przez dwie poprzednie edycje badania, indeks utrzymywał się na poziomie -5 proc. Jeszcze pod koniec czerwca byliśmy na dziesiątym miejscu wśród wszystkich badanych krajów i na szóstym w Europie. Teraz mniejszy poziom lęku mają tylko Niemcy, Holendrzy i Belgowie – mówi Michał Pieprzny, Lider branży Consumer w Polsce, Partner Deloitte.

Odpoczynek podczas epidemii

Od początku badania podróże pociągami cieszyły się zaufaniem Polaków, jednak w ciągu ostatnich dwóch tygodni liczba Polaków, którzy w ciągu najbliższych trzech miesięcy planują wybrać się w podróż koleją wzrosła do 47 proc. To najwyższy wynik spośród wszystkich osiemnastu badanych krajów. Za Polską plasują się Indie (45 proc.) oraz Chiny (39 proc.). Podróż pociągiem planuje w najbliższych tygodniach tylko 34 proc. Francuzów i jeszcze mniej, bo nieco ponad jedna czwarta Niemców. Najniższy wynik odnotowała Kanada, gdzie taką formę podróżowania wybierze tylko 7 proc. badanych.

Badanie przeprowadzone pod koniec czerwca pokazało spadek poziomu poczucia bezpieczeństwa Polaków podczas rejsów samolotem. Najnowsza ankieta wskazuje jednak odbicie z 22 proc. do jednej czwartej konsumentów, którzy podczas lotu nie czują niepokoju. Najwięcej osób, które czują się bezpiecznie wsiadając do samolotu jest w Indiach (44 proc.), natomiast najmniej w Korei Południowej (15 proc.), Kanadzie i Chile (po 18 proc.)

Zdecydowanie częściej będziemy wybierać w najbliższych tygodniach loty międzynarodowe (19 proc.) niż krajowe (12 proc.). Zainteresowanie podróżami międzynarodowymi utrzymuje się na zbliżonym poziomie, ostatnio natomiast minimalnie spadło (-1 pp.) zainteresowanie rejsami krajowymi.

Połowa ankietowanych o średnich dochodach ma w planach podróż pociągiem. Osoby o wysokich zarobkach znacznie częściej wybiorą w najbliższych trzech miesiącach loty międzynarodowe (23 proc.) i krajowe (16 proc.) albo wypożyczą samochód (18 proc.).

Wziąwszy pod uwagę obawy związane ze zdrowiem, zdecydowanie poprawił się poziom zaufania polskich konsumentów do hoteli. Ponad jedna trzecia z nas zapewnia, że nie obawia się pobytu w nich. To wzrost o 3 pp. z 31 proc. dwa tygodnie temu. Najmniejsze obawy mają ludzie młodzi, w wieku 18-34 lata. Aż 43 proc. z nich deklaruje, że czuje się w hotelach bezpiecznie, podczas gdy w grupie osób w wieku 55+ odpowiada tak tylko niespełna jedna czwarta badanych. – Znacznie większy jest odsetek osób, które planują w ciągu najbliższych trzech miesięcy zatrzymać się w hotelu. Taki zamiar ma aż 40 proc. naszych respondentów i aż 57 proc. badanych do 34 roku życia. Trzeba też zauważyć, że jednak najczęściej w planach mamy prywatne zakwaterowanie na wakacjach. Taką formę wybrało aż 43 proc. naszych respondentów – mówi Natalia Załęcka, CMO Advisory Leader, Deloitte. 21 proc. polskich konsumentów przyznaje, że obecnie aktywnie szuka ofert hoteli i lotów.

Wakacje „w mieście”

Z badania firmy doradczej Deloitte wypływa także wniosek, że konsumenci, którzy nie wyjadą na wakacje, najwięcej czasu spędzą na spotkaniach w sieci z rodziną i przyjaciółmi. Odpowiedziało tak aż 60 proc. ankietowanych. 30 proc. odbędzie kursy e-learningowe, a 29 proc. skorzysta z programów do ćwiczeń w domu.

W ciągu najbliższego miesiąca prawie jedna trzecia Polaków planuje więcej czasu poświęcić na czytanie i oglądanie wiadomości w Internecie, a 21 proc. polskich konsumentów na granie w gry video. 20 proc. będzie częściej korzystać z płatnych serwisów streamingowych, a 17 proc. z serwisów bezpłatnych. 16 proc. skupi się natomiast na oglądaniu rozgrywek, w którch profesjonaliści konkurują w sportowych grach wideo.

– Sezon wakacyjny sprawił, że po małym spadku w przedostatniej edycji badania, teraz sporo, bo o 5 pp., do 25 proc. wzrosła liczba osób, które deklarują, że czują się bezpiecznie biorąc udział w większych wydarzeniach. To zdecydowanie najwyższy wynik w Europie. Za nami są Holendrzy i Niemcy. Odpowiedziała tak ponad jedna trzecia badanych w wieku 18-34 lata i jedynie 17 proc. ankietowanych w wieku 55+ – mówi Krzysztof Łagowski, Dyrektor, Strategy, Analytics and M&A, Consulting, Deloitte. Najpewniej podczas większych wydarzeń czują się mieszkańcy Indii (39 proc.). Najmniej jest takich osób w Japonii (7 proc.) i Chile (6 proc.).

Jak poradzić sobie z nadmiarem powierzchni biurowej? Najemcy powinni skorzystać z oferty podnajmu

W związku z pandemią koronawirusa zapotrzebowanie na powierzchnię biurową spada. Wraz z nadchodzącą recesją wiele firm szuka możliwości redukcji ponoszonych kosztów poprzez zmniejszenie wynajmowanej powierzchni biurowej. Jednocześnie nowi najemcy oczekują elastycznych przestrzeni dostępnych krótkoterminowo. W odpowiedzi na nowe wyzwania rynkowe, New Work, jeden z wiodących dostawców elastycznej powierzchni biurowej w Europie Środkowo-Wschodniej, wprowadza usługę podnajmu serwisowanego.

Pandemia COVID-19 z dnia na dzień wymusiła zmianę modeli biznesowych. Aż 90 proc. pracowników pracuje w systemie home office. Firmy zostały zmuszone do szybkiej zmiany swoich struktur i modeli organizacyjnych. Według danych PwC, 74 proc. przedsiębiorstw planuje rozszerzenie zakresu pracy zdalnej po pandemii. Wydaje się, że wraz z jej końcem będzie to nowy, obowiązujący standard.

Widząc nadchodzącą recesję, wiele korporacji wdraża plan zmniejszenia wydatków i zobowiązań, aby zabezpieczyć środki na swoją podstawową działalność. W przypadku posiadania długoterminowych umów najmu biur, coraz częściej decydują się podnająć nadwyżkę powierzchni. Potwierdzają to opublikowane w lipcu badania Colliers International, które wskazują, że już teraz zauważalny jest wzrost liczby oferowanej powierzchni podnajmu. Eksperci szacują, że segment podnajmu znacznie wzrośnie w ciągu najbliższych kilku miesięcy.

Wiele z firm poszukujących obecnie powierzchni biurowej chce uniknąć długoterminowych zobowiązań. Ewentualne zmiany siedzib są rozważane jedynie w kontekście szukania potencjalnych oszczędności. Eksperci są zgodni co do tego, że elastyczne lub hybrydowe rozwiązania są przyszłościowe, a pandemia tylko przyspiesza ten proces. Według Marka Dixona, światowego eksperta w dziedzinie biur serwisowanych, ten segment obejmie do 70 proc. wszystkich nowych umów najmu podpisywanych w niedalekiej przyszłości.

–Pandemia pokazała, że możemy pracować zdalnie z domu i innych miejsc. Firmy wdrażają modele rotacyjne, tylko od 30 do 50 proc. pracowników wraca do biura. W ten sposób powstaje nadwyżka przestrzeni, którą można podnająć. – mówi Hubert Abt, założyciel i dyrektor generalny firmy New Work. – Szacujemy, że co najmniej 20 proc. obecnie zajmowanej powierzchni trafi na rynek podnajmu. W połączeniu ze wszystkimi czynnikami społecznymi i gospodarczymi, wraz ze zbliżającą się recesją, firmy mają teraz chwilę na przemyślenie oraz przeprojektowanie potrzeb biurowych. Jedni muszą ciąć koszty, rezygnując z powierzchni, a inni, którzy mają szczęście rozwijać teraz swój biznes – szukają dodatkowej przestrzeni. Dzięki elastycznym biurom i ofercie podnajmu serwisowanego oferujemy rozwiązanie dla obu tych grup – podkreśla Hubert Abt.

Korporacje potrzebują wsparcia, aby podnająć biura

New Work, posiadając międzynarodowe doświadczenie w zakresie komercjalizacji nieruchomości, nieustannie rozwija swoje elastyczne rozwiązania biurowe. Firma wychodzi teraz z ofertą podnajmu serwisowanego nie tylko do właścicieli budynków, ale również do korporacji, które potrzebują wsparcia w zakresie podnajmu przestrzeni.

Z jednej strony właściciele nieruchomości muszą dostosować się do nowych wymagań. Z drugiej – duże korporacje posiadające niewykorzystaną powierzchnię, którą mogą podnająć – szukają partnera zarządzającego procesem komercjalizacji takiej przestrzeni. Pomoże im w tym platforma 360° Workspace Solution, pozwalająca na maksymalizację rentowności powierzchni biurowej. W ramach swojej usługi New Work przygotowuje szczegółową analizę przestrzeni, dostosowuje projekt do norm w nowej rzeczywistości po pandemii COVID-19 i komercjalizuje powierzchnie wspólne, zwiększając ich atrakcyjność dla użytkowników, a jednocześnie tworząc nowe źródła przychodów. Platforma Space as a Service umożliwia właścicielom nieruchomości monitorowanie wyników w czasie rzeczywistym. Dodatkowo pozwala firmie New Work skrócić czas realizacji transakcji z ponad pół roku do zaledwie kilku tygodni.

– Planujemy oferować swoje usługi Space as a Service w dużo większej liczbie lokalizacji. Wychodzimy naprzeciw najemcom, którzy chcą uniknąć pustych przestrzeni i decydują się na podnajem swoich biur. Rozmawiamy również z właścicielami budynków, którzy chcieliby wdrożyć u siebie model Space as a Service – podkreśla Hubert Abt.

Woda butelkowana dla pracowników – obowiązek pracodawcy

Pracodawca ma obowiązek zapewnić swoim pracownikom dostęp do wody pitnej. Pracownicy, którzy wykonują prace na otwartej przestrzeni przy temperaturze otoczenia powyżej 25°C albo ci, którzy przebywają w biurze w temperaturze spowodowanej warunkami atmosferycznymi przekraczającej 28°C muszą mieć zapewnione napoje.

Zgodnie z:

  • rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 28 maja 1996 r. w sprawie profilaktycznych posiłków i napojów
  • rozporządzeniem Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z 26 września 1997 r. w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy
  • rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 27 listopada 2015 r. w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożywania przez ludzi
  • Kodeksem Pracy

pracodawca ma obowiązek zapewnić swoim pracownikom dostęp do wody pitnej. Pracownicy, którzy wykonują prace na otwartej przestrzeni przy temperaturze otoczenia powyżej 25°C albo ci, którzy przebywają w biurze w temperaturze spowodowanej warunkami atmosferycznymi przekraczającej 28°C muszą mieć zapewnione napoje.

W warunkach temperaturowych opisanych w aktach prawnych, napoje powinny być dostępne dla pracowników nieodpłatnie (art. 232 Kodeksu pracy) i w ciągu całej zmiany roboczej (§ 6, pkt 3 rozporządzania). Jeśli pracodawca ma obowiązek zapewnienia swoim pracownikom napojów, a mimo tego ich nie dostarczy, pracownicy mogą zażądać od niego zwrotu poniesionych na nie wydatków.

W dni chłodniejsze napoje pracownikom nie przysługują, co nie oznacza jednak, że pracodawca nie powinien rozważyć stałego dostępu do butelkowanej wody pitnej przez cały rok. Przepisy nie definiują jaki rodzaj napojów powinien być udostępniany pracownikom z mocy prawa, ale dobry pracodawca zawsze bierze pd uwagę specyfikę miejsca pracy i wraz z pracownikami decyduje, czy wystarczy automat z wodą, czy zasadnym będzie także dostęp np. do wysokoenergetycznych soków lub napojów izotonicznych.

dystrybutor wody
pgv.com.pl

Dystrybutory wody dla firm

Woda butelkowana dla firm to rozwiązanie ergonomiczne i maksymalnie higieniczne. Nowoczesne samosprzedające automaty vendingowe zapewniają dostęp do najwyższej jakości polskich wód mineralnych i źródlanych we wszystkich postaciach: niegazowanych, lekko gazowanych i gazowanych. Dystrybutor wody dla firm (https://www.pgv.com.pl/info/lato-z-vendingiem) przyjmuje każdy rodzaj płatności: gotówkę, płatności bezdotykowe kartami Visa/MasterCard, karty pracownicze (opcja na limitowaną dystrybucję wody mineralnej wśród pracowników).

Automat z wodą wyraźnie wyróżnia się na tle innych automatów z napojami: jest perfekcyjnie oznakowany, a charakterystyczna biało-niebieska kolorystyka oraz wyraźnie wyeksponowanie walorów wód mineralnych (krople z symbolami pierwiastków) nie budzą żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z dystrybutorem wody.

Woda mineralna dla firm dostępna w automatach vendingowych to woda bogata w najcenniejsze i łatwo przyswajalne dla ludzkiego organizmu pierwiastki. Bogactwo minerałów i mikroelementów sprawia, że pracownicy mający stały dostęp do wód mineralnych utrzymują optymalne zaangażowanie w wykonywane zadania o wiele dłużej niż ci, u których na skutek nadmiernego spożycia kawy i mocnej herbaty zachwiana zostaje gospodarka wodno-elektrolitowa. Tak proste i skuteczne rozwiązanie jak dystrybutor wody butelkowanej dla firm może więc nie tylko rozwiązać kwestię obowiązku zapewnienie swoim pracownikom dostępu do wody pitnej w określonych warunkach, ale także wyraźnie wpływa na efektywność pracy osób, które mogą bez ograniczeń uzupełniać brakujące minerały i mikroelementy.

woda dla firm
pixabav.com

Wynajem dystrybutorów do wody

Automat “Vending Zdrój” to nowy projekt prozdrowotny Polskiej Grupy Vendingowej. To nowoczesne urządzenie samosprzedające, w którym dostępne są najlepsze polskie wody mineralne oraz źródlane:

  • Muszynianka
  • Żywiec Zdrój
  • Kinga Pienińska
  • Nałęczowianka
  • Ostromecko
  • Staropolanka

Każdy litr wody mineralnej zawiera co najmniej 1000 mg różnych składników mineralnych. Cała paleta minerałów występująca w wodzie mineralnej jest zjonizowana, dzięki czemu łatwo przyswaja ją organizm. Mineralna woda butelkowana serwowana dzięki dystrybutorom wody na wynajem to nieocenione źródło wysokoprzyswajalnych minerałów i mikroelementów dla wszystkich pracowników o każdej porze roku i w każdych warunkach temperaturowych. Wody mineralne w urządzeniu “Vending Zdrój” są schładzane do optymalnej dla organizmu temperatury 5-10 °C.

Odpowiednie nawodnienie organizmu jest kluczowe dla funkcjonowania każdego człowieka. Brak wody często powoduje osłabienie, bóle głowy i ogólne złe samopoczucie. Ilość zalecanego spożycia wody zależy od trybu życia jaki prowadzimy raz od rodzaju wykonywanej pracy.

Google ogłosił wyniki konkursu Indie Games Festival 2020

Google ogłosił zwycięzców europejskiej edycji Indie Games Festival 2020 – konkursu organizowanego przez Google Play dla niezależnych twórców gier. W tym roku wielkim zwycięzcą są polskie studia deweloperskie – z trzech nagrodzonych tytułów aż dwie gry zostały przygotowane przez twórców z Polski.

Czym jest Google Play Indie Games Festival?

Tegoroczna edycja to trzy konkursy skierowane dla niezależnych twórców gier z Japonii, Korei Południowej oraz Europy. Festiwal co roku wyłania autorów najciekawszych niezależnych gier i pomaga im w osiągnięciu międzynarodowego  sukcesu.

W każdej z trzech regionalnych edycji konkursu spośród setek zgłoszeń wybranych zostało 10 finalistów, którzy następnie prezentowali swoje gry przed jury. W tym roku finał europejskiej edycji konkursu miał odbyć się w Warszawie. Jednak ze względu na wyjątkową sytuację na świecie, jury obradowało online. Głównymi kryteriami, branymi pod uwagę przy ocenie gier były m. in. innowacyjność, radość z gry, projekt oraz jakość techniczna i produkcyjna.

W tegorocznej edycji wśród finalistów (wybranych spośród zgłoszeń z 29 krajów) znalazły się 3 studia z Polski, a 2 z nich zostały wskazane przez jury jako laureaci.

Oto zwycięskie gry Indie Games Festival 2020 w Europie:

  • Cookies Must Die, studio Rebel Twins (Polska)

Humorystyczna gra małżeńskiego duetu z Rebel Twins, w której tajny super-agent Jacek musi powstrzymać gangi zmutowanych ciastek oraz ich przerażających Bossów zanim obrócą całe miasto w garść gruzu. Gra urzekła jury animacjami oraz wciągającą mechaniką która gwarantuje dobrą zabawę, niezależnie od tego, czy gra się przez 5 minut czy przez 5 godzin.

  • inbento, studio Afterburn (Polska)

Lunch jedzony w biurze zainspirował twórców gry do stworzenia rodzinnej rozgrywki pełnej łamigłówek, polegających na układaniu wzorów niczym japońskiego bento. Gracz musi pomóc przyjaznej rodzinie kotów stworzyć swój posiłek, jednocześnie rozwiązując nietypowe puzzle. Aplikacja dostępna jest aż w 17 językach.

  • The White Door, studio Second Maze (Holandia)

The White Door to nowa gra przygodowa typu point-and-click, stworzona przez twórców serii Cube Escape i Rusty Lake. Inspirowana jest prawdziwą historią. Gracz musi pomóc mężczyźnie, który budzi się w Ośrodku Zdrowia Psychicznego i cierpi na utratę pamięci. Jego celem jest odzyskanie wspomnień.

Pozostali finaliści:

  • 60 Parsecs!, Robot Gentleman (Polska)
  • Alien Escape, KORION Interactive (Niemcy)
  • Alt-Frequencies, Accidental Queens (Francja)
  • Doors: Awakening, Big Loop Studios (Bułgaria)
  • My Diggy Dog 2, King Bird Games (Rosja)
  • Traffix, WebAvenue Unipessoal Lda (Portugalia)
  • Void Tyrant, Quite Fresh Ltd. (Wielka Brytania)

Finaliści konkursu otrzymali nagrody, dzięki którym będą mogli zaprezentować swoje aplikacje szerokiemu gronu potencjalnych graczy, m.in. kampanie promocyjne w Sklepie Play, indywidualne konsultacje biznesowe z ekspertami Google, promocję gry w kanałach marketingowych Google Play oraz Android Developers, a także przygotowaną przez agencję SuperScale skalowaną kampanię reklamową gry o wartości 100 000 euro. Nagrodzeni otrzymają także najnowszy sprzęt, który pomoże im w rozwoju swoich produktów.

Fałszywe leki w sieci

Problem fałszywych leków jest poważnym wyzwaniem w ujęciu globalnym i trzeba o nim mówić głośno. Przyjmowanie specyfików z niepewnych źródeł oprócz tego, że może najzwyklej szkodzić, poprzez brak substancji aktywnych odwleka w czasie prawdziwą, niekiedy ratującą życie kurację. Czy zjawisko fałszowania jest powszechne? Czy możemy natknąć się na podrobione leki w aptece? Na te i inne pytania odpowiada KOWAL – Krajowa Organizacja Weryfikacji Autentyczności Leków, która czuwa nad systemem kontroli w Polsce.

Jaka jest skala fałszowania leków na świecie?

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia podrobione leki mogą stanowić około 10% globalnego rynku. Liczby te jednak różnią się znacząco zależnie pomiędzy państwami. W krajach rozwiniętych zaledwie 1% leków w sprzedaży może być podrobionych, ale już w krajach rozwijających się ta wartość dochodzi do 30%. Co ważne, około 50% leków oferowanych za pośrednictwem internetu jest sfałszowanych i zjawisko to nasila się z każdym rokiem.

Stąd pochodzą sfałszowane leki?

Nielegalne produkty najczęściej wytwarzane są w Azji (Chinach, Singapurze i Indiach), następnie stamtąd trafiają głównie do Europy, Ameryki Północnej i Afryki. Tranzyt odbywa się drogą morską, często zahaczając o Zjednoczone Emiraty Arabskie, Singapur, Jemen czy Iran. Jak wynika z raportu Europolu, większość fałszywych leków sprzedawanych w Unii Europejskiej pochodzi z Chin i Indii. Zanim dotrą do UE, najczęściej mają swój przystanek w Turcji lub Ukrainie. Podrobione produkty farmaceutyczne są prawdopodobnie wysyłane do wszystkich państw członkowskich.

Przyczyny zjawiska

Sektor farmaceutyczny to wielomiliardowy przemysł, który obecnie szacowany jest na 1,3 biliona dolarów amerykańskich – czyli ponad 5 bilionów złotych. Dla porównania wartość całej polskiej gospodarki to mniej niż 600 miliardów dolarów, co przeliczyć można na mniej niż 2,3 biliona złotych. Rynek leków na świecie to zatem ponad dwukrotność wartości całej polskiej gospodarki. Obrót podrobionymi lekami jest niezwykle lukratywny, opłaca się bardziej niż produkcja narkotyków. Jak podaje organizacja IRACM, przestępczy biznes farmaceutyczny daje 450-krotny zwrot z inwestycji, podczas gdy handel narkotykami „zaledwie” 20-krotny.

Te leki są fałszowane najczęściej

Nie istnieją leki wolne od ryzyka falsyfikacji, nie ma też w tym wypadku znaczenia, czy są to produkty drogie czy tańsze. Najczęściej fałszowane są:

  • antybiotyki,
  • leki chorób układu moczowo-płciowego,
  • leki przeciwbólowe,
  • leki antymalaryczne,
  • leki przeciwcukrzycowe,
  • leki kardiologiczne,
  • suplementy diety,
  • leki przeciwalergiczne,
  • leki na nadciśnienie.KOWAL_Najczęściej fałszowane farmaceutyki– Dzięki Europejskiemu Systemowi Weryfikacji Autentyczności Leków legalny łańcuch ich dystrybucji w Europie stał się o wiele bezpieczniejszy – mówi Michał Kaczmarski, prezes zarządu Krajowej Organizacji Weryfikacji Autentyczności Leków (KOWAL). – Dzięki systemowi wykryto już pierwsze przypadki usiłowania wprowadzenia do obrotu opakowań leków sfałszowanych. System sprawił, że nigdy nie trafiły one na półki apteczne.

    Ze względu na obecną sytuację pandemii COVID-19 fałszowane są też wyroby medyczne takie jak rzekome testy na obecność COVID-19, maski bez atestów oraz rękawiczki ochronne, środki dezynfekujące – płyny, mydła antybakteryjne itd., leki antywirusowe, antymalaryczne, na artretyzm oraz fikcyjne szczepionki na COVID-19.

    Jak nie kupić fałszywego leku?

    Sprzedaż sfałszowanych produktów odbywa się poza legalnym łańcuchem dystrybucji, najczęściej w internecie. Dlatego na zakupy w sieci powinniśmy wyjątkowo uważać – szczególnie w dobie pandemii. Oczywiście istnieją legalnie działające apteki internetowe, ale przestępcy potrafią się pod nie podszywać. W Polsce apteki internetowe mogą działać tylko wtedy, jeśli jednocześnie prowadzą działalność stacjonarną – i jest to najprostsza droga ich weryfikacji. Tylko oficjalna apteka daje nam pewność legalnego leku.

Fotel biurowy do pracy w domu – kilka rzeczy, które warto wziąć pod uwagę przy zakupie

Pandemia zmieniła tryb naszej pracy, więc ostatnio wiele godzin spędzamy przed komputerem na wykonywaniu obowiązków zawodowych. Skoro nasze mieszkania stają się miejscem wykonywania obowiązków zawodowych lub szkolnych warto zadbać o wygospodarowanie przeznaczonej do tego celu przestrzeni. Musimy kupić więc odpowiednie biurko, sprzęty elektroniczne i oczywiście fotel biurowy. Wbrew pozorom wybór tego ostatniego wcale nie jest taki prosty. Idealny fotel do siedzenia przy biurku powinien dobrze się prezentować, być funkcjonalny, dostosowany do naszych potrzeb, a przede wszystkim wygodny. Na co należy zatem zwrócić uwagę przy wyborze odpowiedniego fotela biurowego?Fotel biurowy do pracy w domu

Co mamy do wyboru?

Gdy aranżujemy miejsce do pracy czy nauki możemy wybrać krzesło biurowe lub fotel. Krzesła doskonale sprawdzą się w mniejszych pomieszczeniach, ale jeżeli zależy nam na komforcie w trakcie wielogodzinnego siedzenia lepiej zdecydować się na drugie rozwiązanie. Tradycyjne fotele biurowe na kółkach są wysokie i odpowiednio wyprofilowane, co gwarantuje nam możliwość swobodnego oparcia pleców i odciążenia kręgosłupa. Ostatnio dużym zainteresowaniem cieszą się także fotele gamingowe. Mimo że są dedykowane graczom, coraz więcej osób kupuje je także do domowych biur i pokojów młodzieżowych ze względu na nowoczesny styl i ergonomiczny kształt.

Jakie funkcje powinien posiadać fotel?

Kupując fotel, nie należy kierować się liczbą zaawansowanych funkcji. Wyznacznikiem jakości nie są w tym przypadku wymyślne udziwnienia, lecz regulacje, które umożliwią nam dostosowanie elementów do naszych potrzeb. Wystarczy kilka podstawowych udogodnień. Jeżeli często piszesz na klawiaturze wybierz fotel wyposażony w podłokietniki. Podparcie łokci odciąży mięśnie rąk. Warto wybierać modele z wbudowaną podporą odcinka lędźwiowego, dzięki czemu zredukujesz napięcia pleców. W sklepach dostępne są fotele na cztero- lub pięcioramiennej podstawie. Te drugie zapewniają większą stabilność w trakcie siedzenia. Siedzisko i oparcie wykonane z trwałej siatki zapewnią stałą cyrkulację powietrza, co jest szczególnie ważne w pomieszczeniach nieklimatyzowanych. Dobre fotele powinny posiadać regulację wysokości siedzenia. Niektóre, zwłaszcza gamingowe, mają także wbudowany mechanizm TILT, zapewniający możliwość kołysania się i swobodnego odchylania oparcia, a niekiedy nawet rozłożenia fotela do pozycji leżącej. Należy również sprawdzić maksymalne obciążenie siedziska. Ograniczenia wagowe mają duże znaczenie zwłaszcza w przypadku foteli dla dzieci i młodzieży.

Wybierz odpowiedni styl

Wygoda jest najważniejsza, ale istotny jest również wygląd. W estetycznym pomieszczeniu pracuje się lepiej, dlatego wybierz fotel, który jest nie tylko ergonomiczny, lecz także dobrze się prezentuje. Dopasuj go do stylu swojego wnętrza. Jeżeli poszukujesz uniwersalnego rozwiązania wybierz kolor biały lub czarny. Jeżeli wolisz natomiast wyraziste barwy zdecyduj się na róż lub turkus. W nowoczesnych pomieszczeniach idealnie sprawdzą się fotele gamingowe. Stanowią dobry wybór dla wszystkich osób, które nie chcą wprowadzać stylu biurowego do swojego mieszkania. Na stronie eHokery.pl znajdziesz wiele stylowych foteli w korzystnych cenach. Z łatwością znajdziesz tam interesujący cię model, który idealnie wkomponuje się w styl twojego wnętrza. W ten sposób zapewnisz sobie nie tylko nowy fotel, lecz także wspaniałą ozdobę.

Kupno fotela biurowego powinno być wynikiem przemyślanej decyzji. W trakcie pracy czy nauki spędzimy w nim wiele czasu, dlatego warto zwrócić uwagę na kilka podstawowych kwestii związanych z jego funkcjonalnością i wyglądem. Teraz już wiesz, że nie jest to wyłącznie inwestycja w nowy mebel, ale również w wystrój mieszkania, a przede wszystkim w zdrowie.

„Jak uczyć dzieci finansów” podpowiada Fundacja Banku Millennium

Fundacja Banku Millennium rozpoczyna cykl poradników dla rodziców o edukacji finansowej przedszkolaków.

Jak uczyć dzieci finansów w domowym zaciszu? Jak ciekawie zachęcić przedszkolaki do poznawania zasad przedsiębiorczości? Czy warto dawać dzieciom kieszonkowe? Podpowiedzi udziela Fundacja Banku Millennium, która przygotowała zestaw artykułów poradnikowych o tym, jak uczyć dzieci finansów. Udostępnione w internecie teksty mogą stanowić istotną pomoc dla rodziców i opiekunów zaangażowanych w domową edukację, nie tylko podczas pandemii.

Edukacja finansowa jest ważnym elementem nauki i poznawania świata przez dziecko. Dzięki odpowiednim narzędziom może być łatwa i przyjemna. Jak to robić, podpowiada Fundacja Banku Millennium w specjalnym poradniku dla rodziców „Jak uczyć dzieci finansów”, przygotowanym z myślą o domowej edukacji. Jak wynika z badań, w Polsce zidentyfikowano lukę w edukacji finansowej dzieci i młodzieży. Potwierdza to najświeższe badanie przeprowadzone przez GfK na zlecenie Fundacji Banku Millennium, w którym respondenci – rodzice dzieci w wieku przedszkolnym – zadeklarowali, że odczuwają potrzebę edukacji dzieci w dziedzinie finansów. Trzy czwarte rodziców przedszkolaków jest zdania, że wiek 3-7 lat to najlepszy moment na rozpoczęcie edukacji finansowej dzieci. Celem poradnika jest odpowiedź na tę potrzebę i nauka dobrych nawyków związanych z oszczędzaniem, szacunkiem dla pracy i pieniędzy.

Artykuły zawierają ciekawe zadania oraz gry, które angażują dzieci i dorosłych. Wyróżnia je lekki styl i przystępny język oraz praktyczny charakter. Wielu dorosłych, nawet jeśli chce nauczyć swoje dzieci finansów, odczuwa brak narzędzi lub… pomysłów. Dlatego z przyjemnością oferujemy im gotowy przewodnik i zestaw instrukcji dotyczących tego, jak zacząć, jak zaangażować i zainteresować dzieci tematem – mówi Paulina Wołosz-Sitarek, członek Zarządu Fundacji Banku Millennium. – Nasz poradnik to wyjątkowa oferta dla dorosłych oraz kolejna odsłona prowadzonego od lat programu edukacji finansowej dzieci w ramach projektu „Finansowy Elementarz”. Wierzymy, że tego typu wiedza jest istotna już od najmłodszych lat, a mądre zarządzanie pieniędzmi pomaga w osiąganiu sukcesów w dorosłym już życiu – podkreśla.

Poradnik dla rodziców „Jak uczyć dzieci finansów” jest dostępny na stronie Fundacji https://www.bankmillennium.pl/o-banku/fundacja/wydarzenia/finansowy-elementarz-poradnik-dla-rodzicow. Można w nim znaleźć między innymi teksty: „A gdyby nie było pieniędzy…, czyli handel wymienny”, „Trudne słowo oszczędzanie”, „Liczby mieszkają w głowie, czyli dlaczego mózg lubi grę w piłkę i taniec” i „Mało, mniej, jeszcze mniej…, czyli jak zaplanować budżet”. Zapraszamy!

Artykuły powstały we współpracy z dr Małgorzatą Chojak, pracownikiem badawczo-dydaktycznym na Wydziale Pedagogiki i Psychologii UMCS w Lublinie oraz kierownikiem Interdyscyplinarnego Zespołu Badawczego „NeuroEduLab”. Kolejną odsłoną projektu będą webcasty na tematy związane z edukacją finansową dzieci.

„Finansowy Elementarz” Fundacji Banku Millennium to autorski program edukacji finansowej przedszkolaków rozpoczęty w 2016 roku i realizowany pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka. W ramach programu, podczas 2 200 warsztatów przeszkolono już ponad 53 tys. dzieci w 630 przedszkolach w całej Polsce. Częścią oferty programu jest cykl książeczek „Finansowy Elementarz” do nauki finansów dla najmłodszych. Składa się z trzech części: „Pierwsze zakupy”, „Pierwsze oszczędności” i „Opowieść o banku”. Czwarta część o bezpiecznym bankowaniu w sieci ukaże się wkrótce. Głównym bohaterem elementarza i przewodnikiem po tematach związanych z finansami jest pies – Pan Sebastian.

Fundacja udostępnia także materiały edukacyjne w wersji cyfrowej. Wszystkie odcinki „Finansowego Elementarza” w formie animowanego filmu są dostępne na kanale YouTube Fundacji https://bit.ly/3hGp8rG. Ta nowa formuła zajęć edukacyjnych jest specjalną propozycją Fundacji Banku Millennium na czas trwającej nadal sytuacji związanej z koronawirusem.

Misją Fundacji Banku Millennium jest kształtowanie postaw finansowych już od wczesnych lat dziecięcych. Program „Finansowy Elementarz” jest wkładem w rozwiązanie ważnego problemu społecznego, jakim jest niska świadomość finansowa Polaków. Program jest lubiany i doceniany nie tylko przez przedszkola, ale i przez niezależne instytucje. W 2019 roku Finansowy Elementarz zajął 1. miejsce w konkursie „Złoty Bankier” w kategorii „Bank wrażliwy społecznie”.

Cytowane dane pochodzą z badania przeprowadzonego przez instytut GfK dla Fundacji Banku Millennium w maju 2020 r. na 1000-osobowej ogólnopolskiej próbie rodziców dzieci w wieku 3–7 lat, metodą CAWI.

Anonimowa bankowość – jaką ma historię? Czy jest możliwa obecnie?

Bankowość anonimowa posiada wiele niewątpliwych zalet. Chociaż części społeczeństwa może kojarzyć się z działaniami o charakterze przestępczym, częściej była i jest wykorzystywana jako skuteczna ochrona przed wścibskimi spojrzeniami rodziny oraz niepożądanych osób trzecich. Czy anonimowa bankowość w XXI wieku jest wciąż możliwa? Jeśli tak, to jakie kroki trzeba podjąć, aby z niej skorzystać?

Bankowość anonimowa opera się na założeniu obrotu środkami pieniężnymi w sposób, który uniemożliwiałby zidentyfikowanie nadawcy lub odbiorcy, tudzież obu podmiotów uczestniczących w transakcji. Chociaż dawniej istniały mechanizmy umożliwiające tego typu działalność, obecnie zachowanie całkowitej anonimowości jest właściwie niemożliwe. 

Bankowość anonimowa w XX wieku

Początki europejskiej bankowości anonimowej sięgają drugiej połowy XX wieku. Wtedy to dużą popularnością cieszyły się anonimowe rachunki bankowe na hasło. Głównymi usługodawcami zapewniającymi całkowitą dyskrecję lokowania i przepływu środków pieniężnych były systemy bankowe trzech europejskich krajów – Szwajcarii, Liechtensteinu i Austrii. W wypadku anonimowych rachunków bankowych dane posiadacza rachunku zastępował pseudonim. Osoba posługująca się nim, aby się zidentyfikować, podawała ustalone wcześniej hasło. Nikt więc, włącznie z bankiem, nie znał tożsamości osoby władającej środkami. Nierzadko właściciele rachunków dodatkowo zabezpieczali się zapisem w umowie, który obligował bank do przelania środków na inne wskazane przez klienta konto, w momencie gdyby osoby trzecie, na przykład organy ścigania, zaczęły się nimi interesować.

W Polsce bankowy oraz pozabankowy system obrotu i deponowania środków pieniężnych niemal od samego początku bezwzględnie wymagał, aby osoba zakładająca konto osobiste – bądź inny rachunek bankowy – ujawniła swoją tożsamość. Obecnie posiadanie konta na własne nazwisko jest też podstawowym kryterium weryfikacyjnym przy wnioskowaniu o kredyt, nawet w firmach pożyczkowych, takich jak Net Credit, które znane są z tego, że wymagają dopełnienia minimum formalności w procesie starania się o pożyczkę.

Anonimowa bankowość – czy jest możliwa obecnie?

Współczesna bankowość anonimowa posiada wiele twarzy, ale większość z obecnie dostępnych rozwiązań, nie gwarantuje tak głębokiej anonimowości, jak systemy z XX wieku. Regulacje prawne zmierzające do ukrócenia nadużyć wynikających z braku dostępu do danych klientów instytucji bankowych, sprawiły, że nawet wspomniany wcześniej szwajcarski system bankowy, wprowadził obowiązek podawania danych osobowych przy zakładaniu rachunków rozliczeniowych. Dostęp do imion, nazwisk i adresów nadal jest pilnie strzeżony, ale nie niemożliwy – elitarne grono pracowników banku oraz organy ścigania mogą do nich sięgnąć, ale tylko w ściśle określonych sytuacjach.

W Polsce dane z kont osobistych i innych rachunków o charakterze oszczędnościowo-rozliczeniowym, co prawda, chronione są przed dostępem osób trzecich, ale bank, urząd skarbowy czy inne organy państwa mogą na mocy odpowiedniego postępowania administracyjnego uzyskać do nich dostęp bez zgody, a nawet wiedzy właściciela. Nie istnieją więc anonimowe konta, które można by założyć w placówce banku czy parabanku zarejestrowanego i legalnie działającego w Polsce.

Współczesna bankowa anonimowa – możliwa tylko częściowo?

Systemy bankowe większości krajów na świecie nie dają możliwości uruchomienia rachunku bankowego bez podania danych osobowych. Wyjątkami mogą być kraje Trzeciego Świata, takie jak Somalia, ale deponowanie środków w podmiotach kontrolowanych przez państwo od lat ogarnięte wojną jest bardziej niż ryzykowne.

Całkowita anonimowość jest w praktyce nieosiągalna, natomiast z powodzeniem można znacznie ograniczyć dostęp osób trzecich do własnych danych osobowych. Jednym ze sposobów jest założenie rachunku w banku pochodzącym z raju podatkowego, chociażby w Belize. Tamtejsze instytucje bankowe gromadzą dane klientów, ale zgodnie z wewnętrzną polityką – w przeciwieństwie do banków szwajcarskich – nie udostępniają ich nawet międzynarodowym organom ścigania. Belize jest państwem w miarę stabilnym, ale działające tam banki nie gwarantują zwrotu środków, gdy dojdzie do ich upadłości. Pieniądze znajdujące się na rachunku mogą więc w każdym momencie bezpowrotnie przepaść.

Namiastką anonimowej bankowości są natomiast karty przedpłacone. Jest to techniczny rachunek bankowy, na który można przelać pieniądze i korzystać z nich na takich samych zasadach, jak w przypadku kont bankowych. W Polsce do niedawna można było uruchomić taki rachunek całkowicie anonimowo. Obecnie ze względu na rozporządzenie Komisji Nadzoru Finansowego, przed jego otwarciem, trzeba podać dane z dowodu osobistego. Jednak w wielu krajach Unii Europejskiej, między innymi w Wielkiej Brytanii, nadal działają instytucje umożliwiające korzystanie z anonimowych kart przedpłaconych. Jeśli nie podamy danych osobowych, jedynym ograniczeniem będzie miesięczny limit wpłat na rachunek, który obecnie oscyluje w granicach 150 funtów.

Warto wspomnieć także o pozabankowych systemach obrotu gotówką, opartych chociażby na kryptowalutach. Gwarantują one wysoki poziom anonimowości, ale nie zawsze mogą zapewnić zadowalający poziom bezpieczeństwa, dlatego z podobnych form płatności zawsze należy korzystać z rozwagą. 

REMONDIS na rynku mocy z ENEL X

Grupa REMONDIS, największy dostawca usług komunalnych w Polsce, podsumowała dotychczasowy udział w rynku mocy. Po zakończonym sukcesem etapie pilotażowym zapowiada zwiększenie swojego udziału w programach DSR i rozszerzenie ich na kolejne zakłady przetwórcze. Partnerem REMONDIS w programach DSR jest agregator Enel X.

Rynek mocy to mechanizm mający wspierać stabilność systemu elektroenergetycznego w kraju. Jednym z jego elementów jest udział w nim odbiorców energii, czyli tzw. programy Demand Side Response (DSR). W programach DSR przedsiębiorstwa – szczególnie te z energochłonnych branży – w zamian za gotowość do czasowego ograniczenia poboru mocy otrzymują wynagrodzenie finansowe.

Udział REMONDIS w rynku mocy

Grupa REMONDIS bierze udział w programach DSR od 2020 roku. Do tej pory udział ten miał charakter pilotażowy i obejmował pięć z 24 zakładów przetwarzania odpadów komunalnych. Deklarując możliwość redukcji poboru mocy na poziomie 0,8 MW, w roku 2020 REMONDIS uzyska kilkadziesiąt tys. złotych wynagrodzenia. Od momentu dołączenia do programu DSR do tej pory żaden zakład nie był wzywany do redukcji, a zatem nie było potrzeby faktycznego ograniczania poboru energii.

REMONDIS zdecydował się na udział w programie DSR przy wsparciu i za pośrednictwem agregatora, firmy Enel X. Taka decyzja podyktowana była m. in. brakiem wcześniejszego doświadczenia grupy w realizacji usług DSR oraz korzyściami wynikającymi z takiego pośrednictwa. Są to m. in. możliwość zgłaszanie okresów niedyspozycji, ochrona przed karami PSE za niewykonanie ograniczenia poboru energii czy przejęcie przez agregatora ryzyka związanego z zarządzaniem całym procesem redukcji poboru energii. Przy wsparciu Enel X przeprowadzono ocenę możliwości ograniczenia poboru mocy poszczególnych zakładów i pomyślnie przeprowadzono tzw. testy redukcji, będące warunkiem przystąpienia do programu.

Ciągła optymalizacja kosztów

Grupa jest największym dostawcą usług komunalnych w Polsce, działając w zakresie odbioru i zagospodarowania odpadów i gospodarki wodno-ściekowej. Podmioty z grupy obsługują ok. 4 mln mieszkańców w piętnastu województwach, a roczny obrót grupy w roku 2019 wyniósł 1,4 mld złotych.

REMONDIS nieprzerwanie inwestuje w instalacje zagospodarowujące odpady, w tym w instalacje granulacji styropianu, kompostowania odpadów zielonych, produkcji paliwa alternatywnego, przetwarzania sprzętu elektronicznego i elektrycznego, sortownie surowców wtórnych i szkła czy przetwarzanie mechaniczno-biologiczne. Wraz z rozwojem i kolejnymi instalacjami rośnie zapotrzebowanie grupy na energię – obecnie w ramach centralnego zakupu REMONDIS zamawia jej ok. 15 GW rocznie.

Grupa nieustannie poszukuje możliwości obniżenia kosztów energii. Od roku 2014 zapoczątkowała zakup grupowy. W trybie ciągłym prowadzona jest analiza zużycia, dobór taryf, optymalizacja zamawianej mocy i opłat stałych oraz kompensacja mocy biernej. Prowadzane są też zaawansowane analizy inwestycji we własne instalacje fotowoltaiczne.

Po udanym wdrożeniu pilotażowym, REMONDIS planuje dalsze rozszerzenie programu DSR o kolejne zakłady oraz zwiększenie przychodów z tytułu udziału w rynku mocy.

Komentarz Małgorzaty Błaszczykiewicz odpowiadającej za projekty energetyczne w grupie REMONDIS

Po wprowadzeniu grupowego zakupu energii i optymalizacji kosztów dystrybucji, udział w programie DSR jest kolejnym krokiem dającym nam możliwość ograniczenia cen zakupu oraz minimalizowania skutków wzrostu cen energii w ostatnich latach.

Jesteśmy zadowoleni ze współpracy w Enel X i udziału w programie DSR. Wszystkie zakłady w nim uczestniczące zamierzają go kontynuować. Jesteśmy na etapie szczegółowego omawiania wyników testów w celu kontynuacji i bardziej efektywnych możliwości redukcji, rozważamy też rozszerzenie współpracy o kolejne zakłady.

Rozpoczęliśmy współpracę z Enel X w momencie, kiedy warunki zdania testów były trudniejsze i bardziej wymagające pod względem organizacyjnym niż te, które będziemy musieli spełnić w przyszłości. Chociażby ze względu na ograniczenie długości testów redukcji. Mając na uwadze te zmiany oraz zdobyte już doświadczenia, zamierzamy rozwijać programy DSR w naszych zakładach, i zwiększać związane z nimi przychody.

Polska ma szansę zostać wiodącym producentem konopi w Europie. Nasze produkty mają renomę za granicą

Konopie przemysłowe są coraz częściej uprawiane przez polskich rolników. W ubiegłym roku obszar zasiewów zwiększył się o prawie 80 proc., do ponad 3 tys. hektarów. Rozwój tej branży może mieć pozytywne przełożenie na całą gospodarkę, a Polska ma potencjał, żeby zostać jednym z głównych producentów wyrobów z konopi w Europie. Według ekspertów rozwój krajowej branży wymaga wprowadzenia norm zapewniających większą konkurencyjność produkcji.

Surowce pozyskiwane z konopi przemysłowych (kwiatostany, nasiona i łodygi) mogą być wykorzystywane m.in. w przemyśle spożywczym, kosmetycznym, włókienniczym, motoryzacyjnym, papierniczym czy budowlanym.

 Konopie przemysłowe mają szereg zastosowań, ostatnio także w branży weterynaryjnej. W związku z tym mamy olbrzymi przyrost liczby plantacji i zainteresowania tą rośliną. Jest bardzo duże grono konsumentów i przedsiębiorców – zarówno w Polsce, jak i na świecie – którzy doceniają konopie przemysłowe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Witold Czeszak, kierownik Programu Konopnego w Instytucie Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich w Poznaniu.

Zarówno w Polsce, jak i Europie rynek detaliczny produktów konopnych jest zdominowany przez olejki z CBD i kosmetyki konopne, które razem stanowią ponad połowę asortymentu sklepów internetowych oferujących produkty z tej rośliny. Na trzecim miejscu ex aequo plasuje się żywność konopna i susz z kwiatostanów konopi. Polska ma potencjał, żeby zostać jednym z głównych producentów wyrobów z konopi w Europie. Tu mieści się jeden z najważniejszych na kontynencie ośrodków badawczych zajmujących się konopiami przemysłowymi, a polskie produkty konopne cieszą się uznaniem na rynkach zagranicznych.

– Są w Polsce firmy, które produkują leki CBD lub inne wyroby z konopi przemysłowych. Kierują się zasadą, że jakość jest najważniejsza i nieźle sobie radzą. Spotykamy się na wielu targach zagranicznych i wiem, jakie są opinie lokalnych przedsiębiorców i konsumentów co do polskich produktów – mówi Witold Czeszak.

Dzięki niskim wymaganiom roślina ta może być uprawiana praktycznie na każdym gruncie, bez stosowania nawozów i niezależnie od warunków klimatycznych. Te zalety sprawiają, że konopie przemysłowe są rośliną coraz częściej uprawianą także w Polsce. Z raportu „Rozwój rynku uprawy i przetwarzania konopi przemysłowych w Polsce” think tanku Polityka Insight wynika, że gospodarstwa rolne w 2019 roku zgłosiły do dopłat bezpośrednich przeszło 3 tys. hektarów obszaru zasiewów. W ujęciu rocznym daje to wzrost o 78 proc. Największe pola upraw odnotowano w województwach mazowieckim i dolnośląskim, zaś w lubelskim rekordowa liczba rolników obsiewa pola konopiami. Pomimo tego konopie przemysłowe w Polsce stanowią jednak 0,3 proc. całego areału upraw roślin przemysłowych. Dla porównania, w całej UE już ok. 7 proc. wszystkich pól jest obsianych konopiami.

Analitycy Polityka Insight szacują, że w ubiegłym roku rolnicy wykazali 36 mln zł przychodów z upraw konopi przemysłowych. Z tego 82 proc. stanowiły wpływy ze sprzedaży kwiatostanów, zaś 13 proc. ze sprzedaży ziaren. Dzięki stosunkowo niskim kosztom upraw większość tych przychodów stanowiła zysk. Rozwój rolnictwa powinien pociągnąć za sobą także rozwój branż zajmujących się przetwarzaniem łodyg konopi – od włókiennictwa, przez sektor spożywczy, kosmetyczny, po budowlany.

 Ta roślina może przynieść dużo dobrego gospodarce, szczególnie rolnictwu. Wraz ze wzrostem upraw jak grzyby po deszczu pojawiają się także firmy czy inicjatywy związane np. ze zbiorem, suszeniem, czyszczeniem materiału nasiennego czy suszu, więc to jest też wartość dodana dla całej gospodarki – mówi kierownik Programu Konopnego w Instytucie Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich w Poznaniu. – W innych krajach konopie stanowią istotną siłę napędową gospodarki. W Stanach Zjednoczonych branża konopna jest czwartą najszybciej rozwijającą się branżą. W tym kierunku należałoby pójść, czyli zebrać nasz potencjał, zintegrować się i rozwijać ten sektor bardzo dynamicznie.

Mimo stałego wzrostu obszaru zasiewanego konopiami Polska wciąż pozostaje importerem praktycznie wszystkich surowców pozyskiwanych z konopi przemysłowych. Większość sprowadzana jest z krajów UE, głównie z Niemiec, Litwy i Holandii, ale część importu pochodzi też z Kanady, Ukrainy i Kazachstanu. W 2019 roku do kraju sprowadzono blisko 900 ton nasion, 220 ton konopi suszonych i roszowanych (czyli podzielonych wstępnie na włókno i paździerz) oraz 158 ton konopi niskoprzetworzonych. W tym samym czasie eksport tych surowców z Polski wyniósł 281 ton nasion, 34 tony konopi suszonych i roszowanych oraz 2 tony konopi niskoprzetworzonych.

 Mamy potencjał, aby stać się istotnym eksporterem dóbr związanych z konopiami przemysłowymi. Jako instytut większość swojej produkcji eksportujemy głównie do Ameryki Północnej, ale jesteśmy też aktywni w Ameryce Południowej, Europie, Japonii, a za chwilę będziemy też w Australii. Apeluję do przedstawicieli grupy tego sektora w Polsce, żeby się integrować i wspólnie eksportować krajowe produkty. Proponuję nie obawiać się kwestii cenowych, ale postawić na jakość. Nasz materiał nasienny jest wysokiej jakości i przez to jest tak bardzo poszukiwany na całym świecie – mówi Witold Czeszak.

Przeszkodą w rozwoju branży konopnej w Polce są jednak niejasności regulacyjne i możliwość różnych interpretacji przepisów. Problemem jest między innymi rozproszenie regulacji, które znajdują się w różnych aktach prawnych lub podlegają różnym ministrom. Przykładowo, w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii i ustawie o bezpieczeństwie żywności i żywienia nakładają się na siebie kompetencje resortów zdrowia, spraw wewnętrznych, sprawiedliwości oraz rolnictwa i rozwoju wsi. To prowadzi do niespójności, trudności z interpretacją przepisów i w efekcie nie sprzyja branży.

– Akty prawne, które obowiązują w naszym kraju i UE, trochę nie nadążają za zmianami, które dyktuje nam gospodarka. Ograniczeniem w rozwoju branży jest już sam proces uzyskania zgody przez rolnika. Jest to dość skomplikowane i wymaga decyzji z półrocznym wyprzedzeniem. Dlatego złagodzenie czy uproszczenie procedury uzyskania zgody na uprawę to pierwsza sprawa – mówi ekspert z Instytutu Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich w Poznaniu. – Druga sprawa to stworzenie jasnych zasad interpretacji dotyczących poziomu CBD czy THC w produktach. Tutaj mamy do czynienia z bardzo różnymi i często odmiennymi interpretacjami, nawet radców czy prawników. To wywołuje niepewność.

W aktualnym stanie prawnym przedsiębiorcy zajmujący się uprawą konopi przemysłowych są narażeni na duże ryzyko. Jeżeli limit substancji psychoaktywnej THC zostanie przekroczony w cząstkach konopi pozostałych po ich przetworzeniu lub w gotowych produktach, wówczas mogą być pociągnięci do odpowiedzialności karnej. To zaś odstrasza potencjalnych inwestorów, dlatego w raporcie Polityka Insight „Rozwój rynku uprawy i przetwarzania konopi przemysłowych w Polsce” eksperci postulują, żeby ustawodawca jasno określił, w jakich okolicznościach i produktach należy uwzględniać zapisany w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii limit 0,2 proc. obecności THC.

W ocenie ekspertów ustawodawca powinien też podnieść dopuszczalny limit THC – jego zwiększenie do 0,5 lub 0,6 proc. (jak np. we Włoszech) wciąż byłoby bezpieczne i uniemożliwiało wykorzystywanie konopi przemysłowych do produkcji narkotyków. Z drugiej strony mogłoby znacząco zwiększyć konkurencyjność polskich producentów.

– Kolejna sprawa to infrastruktura przetwórcza, której budowa wymaga czasu i pieniędzy. Jesteśmy na początku drogi, pomimo że mamy olbrzymie doświadczenie w tej branży. Polska jest fenomenalnym krajem, jeżeli chodzi o uprawę konopi przemysłowych, również z uwagi na historię i potencjał – mówi Witold Czeszak.

Na wrzesień zapowiadana jest nowelizacja budżetu na 2020 rok. Deficyt może być niższy, niż oczekiwano

Tarcze antykryzysowe i finansowa zwiększą tegoroczny deficyt budżetowy, choć początkowo – przed koronawirusem – mieliśmy mieć po raz pierwszy zrównoważony budżet, czyli taki, w którym wydatki i dochody się bilansują. – Jeżeli sytuacja budżetu do końca roku byłaby taka jak w czerwcu, to po odjęciu efektów sezonowych deficyt budżetu państwa wyniósłby w całym roku ok. 60 mld zł – szacuje ekonomista Ignacy Morawski. Trzeba jednak pamiętać, że to nie jest cały deficyt finansów publicznych. Ich stabilność w dużej mierze będzie zależna od tempa wzrostu PKB. Rząd w założeniach do budżetu na 2021 rok szacuje, że sięgnie ono 4 proc.

Rząd prawdopodobnie będzie zmuszony wystąpić do parlamentu o nowelizację ustawy budżetowej ze względu na fakt, że deficyt w budżecie w tym roku będzie dużo większy od oczekiwań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData. – Czerwiec był dla budżetu państwa dużo lepszy niż poprzednie miesiące i widać to szczególnie po dochodach podatkowych. O ile jeszcze w maju dochody z podatków pośrednich, czyli VAT i akcyzy, najbardziej wrażliwych na koniunkturę, były o 30 proc. niższe niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku, o tyle już w czerwcu ten spadek wyniósł tylko około 7 proc. Sytuacja się poprawiła. Wciąż jest on w stanie deficytu, nie licząc jednorazowych dochodów z Narodowego Banku Polskiego, ale deficyt ten jest niższy od oczekiwań.

Czerwiec był pierwszym pełnym miesiącem bez lockdownu. Wyraźnie przyspieszyła w nim produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna, poprawiły się nastroje konsumentów. Według ekonomisty widać to również po wykonaniu budżetu. Jeżeli sytuacja budżetu do końca roku byłaby taka jak w poprzednim miesiącu – po odjęciu efektów sezonowych (do których należy m.in. wypłata zysku NBP) – to deficyt budżetu państwa wyniósłby w całym roku ok. 60 mld zł.

– Taki wniosek można wysnuć, patrząc na dotychczasowe trendy i przyjmując założenie, że nie będzie powrotu recesji w drugiej połowie roku, nawet jak będzie fala pandemii – szacuje Ignacy Morawski. – To dużo, ale pamiętajmy, że to jest 3 proc. PKB., czyli to nie jest poziom, z którym kraj prawie rozwinięty, taki jak Polska, nie może sobie poradzić.

Jednak budżet państwa to tylko część sektora instytucji rządowych i samorządowych. Deficyt w całym sektorze będzie znacznie większy.

W budżecie nie ma wielu ważnych instytucji, takich jak Polski Fundusz Rozwoju, który prowadzi akcje pomocy firmom, nie ma samorządów, sektora ubezpieczeń społecznych. Kiedy weźmiemy cały sektor instytucji rządowych i samorządowych, to ten deficyt może wynieść około 200 mld zł, czyli około 10 proc. PKB, zatem będzie pewnie najwyższy w najnowszej historii Polski. Ale jednocześnie recesja jest tak głęboka, że absolutnie wymaga powiększenia deficytu ­– mówi dyrektor SpotData.

Jak wskazuje ekspert w swojej analizie, dla stabilności finansów publicznych istotne będzie to, w jaki sposób będziemy radzić sobie z deficytem i długiem po kryzysie gospodarczym. Do tego potrzebny jest dobry plan, który będzie realizowany od 2022 roku. Drugi istotny czynnik to wzrost gospodarczy. Zgodnie z przyjętymi we wtorek założeniami do projektu budżetu państwa na 2021 rok rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB wzrośnie o 4 proc.

W czerwcu br. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 0,5 proc. w porównaniu z czerwcem ub.r., natomiast w porównaniu z majem br. wzrosła o 13,9 proc. Sprzedaż detaliczna w cenach stałych w czerwcu br. spadła o 1,3 proc. względem czerwca 2019 roku, za to w porównaniu z majem br. miał miejsce wzrost o 8,4 proc.

W lipcu poprawiły się także nastroje konsumenckie w stosunku do poprzedniego miesiąca. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej, syntetycznie opisujący obecne tendencje konsumpcji indywidualnej, wyniósł -13,4 i był o 6,0 pkt proc. wyższy w stosunku do maja. Wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej wzrósł o 10,3 pkt proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca i ukształtował się na poziomie -13,6.

Od września LOT chce wrócić na trasy biznesowe i na Daleki Wschód. W wakacje liczba sprzedanych biletów przekroczyła ćwierć miliona

Podstawą siatki połączeń PLL LOT od września nadal mają być kierunki europejskie, ale przewoźnik chce się otworzyć na trasy biznesowe i stopniowo wracać na Daleki Wschód. W ramach trwającej akcji HASHLOTnaWakacje w ciągu miesiąca sprzedało się ponad 260 tys. biletów do popularnych turystycznych miejsc w Europie, głównie Chorwacji, Grecji i Bułgarii. Mimo stopniowego powrotu do normalności lockdown mocno odbił się na kondycji finansowej spółki, która przestała zarabiać, jednocześnie ponosząc koszty wynagrodzenia czy umów leasingowych. Jak zapewnia wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń, dziś nie ma żadnego ryzyka, że narodowy przewoźnik przestanie nim być.

 LOT musi dzisiaj sukcesywnie, twardo negocjować umowy ze swoimi kontrahentami. Nie wykluczamy również wsparcia ze strony państwa – mówi agencji Newseria Biznes Artur Soboń, wiceminister aktywów państwowych. – To nie jest mój bezpośredni nadzór, więc nie chcę wychodzić przed szereg, ale mogę zapewnić, że dzisiaj nie ma żadnego zagrożenia, że nasz narodowy przewoźnik przestanie nim być.

Pandemia SARS-CoV-2 i decyzja rządu o zawieszeniu międzynarodowych połączeń lotniczych od 15 marca br. mocno uderzyły w kondycję przewoźnika. W marcu ruch lotniczy w Polsce spadł o blisko 90 proc., flota LOT-u została uziemiona, a przychody gwałtownie spadły, zmuszając przewoźnika do cięcia kosztów. Spółka nie zdradziła dotąd, jak pandemia odbiła się na jej kondycji finansowej, ale skalę spadków dobrze oddaje liczba obsłużonych pasażerów. W ubiegłym roku narodowy przewoźnik pobił rekord i po raz pierwszy w historii przewiózł na pokładach 10 mln pasażerów w ciągu jednego roku. Dla porównania – w okresie od 15 marca do 5 kwietnia br. z LOT-em podróżowało raptem niewiele ponad 54 tys. Polaków, którzy wrócili do kraju w ramach zorganizowanej akcji HASHLOTdoDomu. Jednocześnie LOT musi poradzić sobie z anulacjami i wnioskami od klientów o zwrot środków za zakupione bilety, których jeszcze w połowie czerwca było ponad 100 tys.

Z podobnymi problemami borykają się zresztą linie lotnicze na całym świecie, z których kilka ogłosiło już bankructwo, a większość liczy na pomoc publiczną, tnąc koszty i zatrudnienie. W czerwcu pojawiły się także spekulacje dotyczące możliwej kontrolowanej upadłości PLL LOT po tym, jak w Polskiej Grupie Lotniczej zarejestrowano nową spółkę LOT Polish Airlines, starającą się w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego o certyfikat przewoźnika lotniczego. Minister aktywów państwowych Jacek Sasin poinformował, że taki scenariusz nie jest wykluczony, ale byłaby to „absolutna ostateczność”, a spółka jest w trakcie wdrażania planu ratunkowego. Niewykluczona jest również pomoc publiczna, ale na to zgodę musiałaby wydać Komisja Europejska. LOT w 2012 roku skorzystał już z pomocy publicznej, a zgodnie z unijnymi przepisami kolejną może otrzymać po 10 latach, czyli w 2022 roku.

W tej sytuacji spółka musi wypracować na nowo swój model biznesowy. Wszystkie te działania służą temu, aby LOT był biznesem opłacalnym i wrócił do tego czasu, w którym planowaliśmy tak daleko idące fuzje jak ta z niemieckim Condorem. To jest oczywiście realne, ale cała branża jest dzisiaj w trudnej sytuacji – mówi wiceminister aktywów państwowych.

PLL LOT od czterech lat sukcesywnie wdrażał strategię rentownego wzrostu, dzięki której podwoił flotę, pozyskując nowoczesne samoloty (w listopadzie ub.r. do floty dołączył 15. Boeing 787 Dreamliner), odzyskał udział w polskim rynku i odbudował pozycję stabilnej linii lotniczej. Ubiegły rok był trzecim z rzędu, w którym spółka zanotowała zysk (45 mln zł netto).

W styczniu Polska Grupa Lotnicza, do której należą PLL LOT, zawarła z liniami czarterowymi Condor Airlines umowę inwestycyjną, która zakładała objęcie udziałów w niemieckiej spółce, ale pandemia przyczyniła się do zmiany tych planów. W połowie kwietnia PGL poinformowała, że odstępuje od transakcji. W tej chwili narodowe linie lotnicze skupiają się na wychodzeniu z kryzysu. LOT zaczął od cięcia kosztów stałych i obniżenia wynagrodzeń personelu. Pod koniec maja udało mu się porozumieć w tej kwestii z większością pilotów i stewardes (na pokładach samolotów LOT-u pracuje ok. 1,7 tys. stewardes i ok. 900 pilotów), a w czerwcu wypracował porozumienie z trzema spośród pięciu działających w spółce związków zawodowych.

Narodowy przewoźnik z początkiem czerwca wznowił połączenia krajowe, a miesiąc później także loty międzynarodowe. Obecnie rozkład rejsów międzynarodowych LOT-u obejmuje ponad 70 popularnych kierunków, z czego ponad 30 oferowanych w ramach akcji HASHLOTnaWakacje. W ciągu miesiąca przewoźnik sprzedał ćwierć miliona biletów. Część typowo turystycznych kierunków zostanie utrzymana także jesienią, ale od 1 września przewoźnik wróci także na popularne przed pandemią trasy biznesowe.

Uzupełnimy ofertę połączeń do Europy Zachodniej i zwiększymy częstotliwości rejsów m.in. do Brukseli, Paryża, Kopenhagi czy Frankfurtu. W ramach naszego regionu CEE zaoferujemy pasażerom więcej regularnych lotów do Pragi, Sofii, Lwowa czy Wilna. Nadal nie jest to pełna skala możliwości LOT-u sprzed pandemii, ponieważ uruchamiając kolejne połączenia, bardzo uważnie analizujemy sytuację epidemiczną w danym kraju. W planach mamy kolejne kierunki, m.in. Stambuł, Tel Awiw i Sztokholm, ale decyzje o ich uruchomieniu uzależnione są od stabilizacji sytuacji epidemicznej w tych regionach. Będziemy uzupełniać siatkę o nowe połączenia, gdy tylko pojawi się taka możliwość – podkreśla cytowany w komunikacie Krzysztof Moczulski, zastępca dyrektora komunikacji korporacyjnej i rzecznik prasowy LOT-u.

W zależności od rozwoju sytuacji epidemicznej przewoźnik chce także wracać na wybrane trasy na Dalekim Wschodzie, m.in. do Pekinu czy New Delhi.

Ruch turystyczny we Wrocławiu o połowę mniejszy niż w sezonie 2019. Miasto w kampaniach zachęca turystów do przyjazdu i realizacji bonu na wakacje w Polsce

– Obłożenie atrakcji turystycznych, restauracji i barów kształtuje się między 45 a 60 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku – mówi Radosław Michalski, dyrektor Biura Promocji Miasta i Turystyki Urzędu Miejskiego we Wrocławiu. Promocja miasta w okresie lockdownu bazowała na wirtualnych spacerach, które obejrzało ponad milion widzów, a obecnie do odwiedzenia Wrocławia mają zachęcać turystów kolejne kampanie skierowane nie tylko do Polaków, ale także do Niemców i Czechów.

Sytuacja jest raczej trudna. Wszyscy jesteśmy na etapie odbudowywania ruchu turystycznego – mówi agencji Newseria Biznes Radosław Michalski. – Na początku marca liczba turystów była 10 proc. większa niż w roku ubiegłym, a potem dramatycznie spadła. Według tego, co raportują nam atrakcje turystyczne i bary, brakuje połowy ruchu turystycznego w porównaniu z tym samym okresem 2019 roku, a pamiętajmy, że jesteśmy w szczycie sezonu.

W czasie lockdownu promocja miasta przeniosła się do internetu. Wirtualną formę przybrała m.in. tegoroczna Noc Muzeów czy festiwal Europa na Widelcu.

– W okresie lockdownu staraliśmy się podtrzymać zainteresowanie wśród osób, które nie mogły przyjechać do Wrocławia. Przygotowaliśmy 67 wirtualnych spacerów po mieście z udziałem wrocławskich przewodników turystycznych. Były one transmitowane na żywo, a potem pozostawione w internecie. Do tej pory miały ponad milion widzów, co pokazało tylko, że nie sami wrocławianie, ale też osoby spoza miasta były zainteresowane tym, jakie miejsca będzie można zwiedzić po pandemii – mówi dyrektor Biura Promocji Miasta i Turystyki Urzędu Miejskiego we Wrocławiu.

Jak podkreśla, wrocławska branża turystyczna wciąż jest na etapie wychodzenia z kryzysu i odbudowy ruchu turystycznego. Sytuacja jest trudna, dlatego miejscy specjaliści od promocji przygotowali dwa programy, które mają na celu zachęcić turystów do odwiedzenia Wrocławia – zwiedzania miasta w ramach rodzinnych wakacji i wykorzystania bonu turystycznego.

– Pierwsza kampania jest prowadzona pod hasłem „Bądź bezpieczny we Wrocławiu” i pokazuje, jak zadbać o swoje bezpieczeństwo w mieście w związku z pandemią – wyjaśnia Radosław Michalski. – W wielu miejscach atrakcyjnych turystycznie do biletów dodajemy żele do dezynfekcji rąk i staramy się instruować, gdzie należy nosić maseczkę, jak ją zakładać itp. Druga akcja promocyjna pod tytułem „Dawno Cię tu nie było – spotkajmy się we Wrocławiu” ma skusić Polaków do przyjazdu do Wrocławia na wakacje. W całej Polsce pojawiło się 300 billboardów reklamujących Wrocław.

Dyrektor Biura Promocji Miasta i Turystyki podkreśla, że hasło „Dawno Cię tu nie było” to celowy zabieg marketingowy, bo Wrocław jest miastem, które wielu ludzi darzy dużym sentymentem i kojarzy z pozytywnym klimatem. Z kolei hasło „Spotkajmy się we Wrocławiu” jest sloganem promocyjnym Wrocławia od 1997 roku i doskonale się sprawdza.

Miejskie akcje promocyjne mają również zachęcić wrocławian do wyjścia z domu i odwiedzania miejskich atrakcji, muzeów, ogrodu zoologicznego, restauracji, pubów, a mieszkańców regionu Dolnego Śląska do jednodniowych lub weekendowych wizyt we Wrocławiu. Miejscy urzędnicy są w kontakcie z Niemcami i Czechami w ramach projektów Visit Berlin i Visit Czechia.

Staramy się adresować nasze kampanie do mieszkańców trzech krajów: Polski, Czech i Niemiec. Zakładamy, że po okresie zamknięcia granic turystom będzie najłatwiej przyjechać do kraju ościennego – uściśla Radosław Michalski. – Badania pokazują, że Polacy będą chcieli spędzić urlop poza miejscem zamieszkania oraz że będą preferowali morze bądź góry, czyli miejsca poza dużymi miastami. Ale wszyscy pojadą nad morze lub w góry, więc może się okazać, że właśnie miasta staną się mniej zatłoczone niż plaże i szlaki górskie.

Lockdown spowodował, że nie odbyły się imprezy organizowane przez miasto, które co roku uatrakcyjniały ofertę turystyczną Wrocławia. W kalendarzu pojawiły się już pierwsze imprezy plenerowe do 150 osób. Przykładem jest Vertigo Summer Jazz Festival, który trwa przez cały lipiec.

Ten festiwal odbywa się w miejscach, w których rzeczywiście można zachować dystans społeczny bądź też zadbać o bezpieczeństwo uczestników. W tym roku ma to dla nich duże znaczenie – dodaje dyrektor Biura Promocji Miasta i Turystyki Urzędu Miejskiego we Wrocławiu. – Obserwujemy sytuację pandemiczną i przygotowujemy się na wrzesień. Chcemy zainaugurować sezon imprez muzycznych 25 września, ale też uatrakcyjnić ofertę kulturalną miasta na jesień. Jednak dziś nie sposób zapewnić, że będzie to możliwe i koronawirus znów nie pokrzyżuje nam planów.

Komputery przyszłości będą przesyłać informacje z prędkością światła. Naukowcy wykonali pierwszy krok w kierunku stworzenia układów fotonicznych

Wraz z rozwojem sektora sztucznej inteligencji oraz Big Data rośnie zapotrzebowanie na komputery o wysokiej mocy obliczeniowej. Urządzenia oparte na architekturze krzemowej stanowią przeszkodę na drodze do skalowania rozwiązań tego typu. Branża technologiczna poszukuje rozwiązań, które pozwolą szybciej i sprawniej przetwarzać duże zasoby informacji. Z pomocą mogą przyjść nie tylko komputery kwantowe, lecz także układy fotoniczne wykorzystujące do przesyłania informacji wiązkę światła, a nie sygnał elektryczny.

Zaawansowane systemy sztucznej inteligencji oraz algorytmy analizy Big Data wymagają technologii zdolnej do przetwarzania dużych zasobów informacji przy niskim nakładzie energetycznym oraz wysokiej wydajności. W odpowiedzi na rozwój tego sektora gospodarki inżynierowie Google opracowali specjalizowane układy scalone Tensor Processing Unit przystosowane do pracy w głębokich sieciach neuronowych oraz systemach uczenia maszynowego. Jednak nawet tak wyspecjalizowane jednostki mogą okazać się niewystarczające do stworzenia wydajnych sieci neuronowych nowej generacji z powodu zbyt archaicznej architektury bazującej na rozwiązaniach krzemowych.

Naukowcy z George Washington University znaleźli sposób na znaczące przyspieszenie wyspecjalizowanych układów obliczeniowych.

– Odkryliśmy, że zintegrowane platformy fotoniczne, które integrują wydajną pamięć optyczną, mogą uzyskiwać te same operacje, co jednostka przetwarzająca tensor, ale zużywają one ułamek mocy i mają wyższą przepustowość, a po odpowiednim wytrenowaniu mogą być używane do wykonywania wnioskowania z prędkością światła – podkreśla Mario Miscuglio, adiunkt na Wydziale Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej Uniwersytetu George’a Washingtona.

Na łamach magazynu „Applied Physics Reviews” zaproponowali skonstruowanie sieci neuronowej, która przesyłałaby informacje za pośrednictwem wiązki światła, a nie impulsu elektrycznego. Fotoniczne TPU miałoby umożliwić symultaniczne gromadzenie, przesyłanie i przetwarzanie danych. Wdrożenie nowej architektury pozwoliłoby dwu–trzykrotnie zwiększyć przepustowość komputerów pracujących w ramach sieci neuronowych.

– Wyspecjalizowane procesory fotoniczne mogą zaoszczędzić ogromne ilości energii, skrócić czas reakcji i zmniejszyć ruch w centrum danych – przekonuje Mario Miscuglio.

Technologia fotonicznego przetwarzania danych jest jednak dopiero we wczesnej fazie rozwoju. Choć dysponujemy światłowodami zdolnymi do przesyłania danych w formie wiązki światła, do stworzenia komputera optycznego potrzebne są jeszcze układy optyczne przystosowane do fotonicznego przetwarzania informacji.

Ważny krok na drodze do urzeczywistnienia tej technologii wykonali naukowcy z IBM Research Zurich, którzy w 2019 roku zaprezentowali optyczny tranzystor organiczny, przetwarzający dane z 1000-krotnie wyższą prędkością niż układy krzemowe. Wstępne eksperymenty wykazały, że tranzystory tego typu mogą pracować z częstotliwością dochodzącą do teraherca. Do upowszechnienia technologii tego typu niezbędne jest jednak zminiaturyzowanie układu fotonicznego – tranzystor IBM Research Zurich jest 1000-krotnie większy niż współczesne tranzystory krzemowe.

Nowe odkrycia naukowców mogą zrewolucjonizować fotowoltaikę. Z tej samej ilości światła powstanie znacznie więcej energii

To przełom w wykorzystaniu energii słonecznej i wytwarzaniu z niej prądu. Naukowcom z Australii i Stanów Zjednoczonych udało się przekształcić światło niskoenergetyczne w światło wysokoenergetyczne, wykorzystując w tym celu m.in. cząsteczki tlenu. W ten sposób można wytworzyć większą ilość energii elektrycznej z tej samej ilości światła słonecznego.

Obecnie ogniwa słoneczne działają poprzez pochłanianie fal świetlnych i wykorzystywanie energii fotonów do wybijania elektronów z atomów, a tym samym do wytwarzania energii elektrycznej. Różne fale świetlne mają różne poziomy energii, a obecne ogniwa słoneczne nie mogą wykorzystywać długości fal światła o niskiej częstotliwości, np. podczerwieni.

Grupie naukowców z Uniwersytetu RMIT, Uniwersytetu UNSW w Australii oraz Uniwersytetu Kentucky w USA udało się przekształcić światło niewidzialne o niskiej energii w światło wysokoenergetyczne. W ten sposób można wytworzyć większą ilość energii elektrycznej z tej samej ilości światła słonecznego.

– Energia słoneczna to nie tylko światło widzialne – podkreśla prof. Tim Schmidt z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii (UNSW) w Sydney. – Widmo jest szerokie, zawiera m.in. światło podczerwone, które daje nam ciepło, i ultrafiolet, który może spalić naszą skórę. Większość ogniw słonecznych, kamer CCD i fotodiod (półprzewodniki, które przekształcają światło w prąd elektryczny – przyp. red.) jest wykonanych z krzemu, który nie reaguje na światło mniej energetyczne niż bliska podczerwień. Oznacza to, że niektóre części widma światła nie są wykorzystywane przez wiele naszych obecnych urządzeń i technologii .

Aby rozszerzyć zakres czułości obecnie stosowanych urządzeń i tym samym zwiększyć wydajność ogniw słonecznych, niezbędna jest konwersja światła w górę, czyli przekształcenie światła o niskiej energii w bardziej energetyczne, widzialne światło, które może wzbudzać krzem.

– Jednym ze sposobów na to jest wychwycenie wielu mniejszych fotonów energii światła i ich sklejenie – wskazuje prof. Schmidt. – Można tego dokonać poprzez oddziaływanie ekscytonów – kwazicząsteczek powstałych z elektronów i dziur elektronowych, które mogą przenosić energię bez przenoszenia ładunku elektrycznego netto – w cząsteczkach organicznych.

Dotychczas jeszcze nigdy nie udało się tego osiągnąć poza krzemową przerwą energetyczną, czyli minimalną energią potrzebną do wzbudzenia elektronu w krzemie do stanu, w którym może on uczestniczyć w przewodzeniu. Naukowcy z ARC Centre of Excellence in Exciton Science, z siedzibą w UNSW w Sydney, wraz ze współpracownikami z Uniwersytetu RMIT i Uniwersytetu Kentucky wykorzystali półprzewodnikowe kropki kwantowe do pochłaniania światła o niskiej energii oraz tlen cząsteczkowy do przenoszenia światła na cząsteczki organiczne. Tym samym tlen umożliwia cząsteczkom organicznym emitowanie światła widzialnego.

– To tylko wczesna demonstracja, a do wyprodukowania komercyjnych ogniw słonecznych potrzeba sporo materiałów do opracowania, ale testy pokazują, że jest to możliwe – podkreśla prof. Schmidt.

Polski Instytut Ekonomiczny: Estoński CIT dla Polski. Potencjał, model wdrożenia i oczekiwane efekty

W 2018 r. firmy w Unii Europejskiej przeznaczyły na inwestycje 12,9 proc. PKB, a w Polsce – jedynie 9,8 proc. PKB. Wprowadzenie estońskiego CIT ma zmienić tę sytuację. Liczba polskich spółek, które będą mogły korzystać z rozliczenia w ramach estońskiego CIT sięga 200 tys. już w 2021 r., a potencjalnie takich przedsiębiorstw jest 2 mln. Dzięki temu innowacyjnemu rozwiązaniu podatkowemu w Polsce przybędzie nawet 120 tys. nowych miejsc pracy, a średnia kwota, jaką zaoszczędzą firmy, jest szacowana na ok. 118 tys. zł – twierdzą autorzy raportu „Estoński CIT dla Polski. Potencjał, model wdrożenia i oczekiwane efekty”.

Według badań OECD z 2017 r. co trzecia mała i średnia firma w Polsce nie pozyskała potrzebnego jej finansowania dłużnego (wartości dla pozostałych państw zawierają się w przedziale: od 3,17 proc. w Austrii do 49,20 proc. na Węgrzech). Dlatego niezbędne stało się wprowadzenie do systemu podatkowego narzędzia wspierającego inwestycje.

Jak pokazują doświadczenia Estonii, odejście od tradycyjnego CIT polegającego na opodatkowaniu dochodów w momencie ich powstania na rzecz nałożenia podatku dopiero w chwili wypłaty zysków ma silnie proinwestycyjny charakter i przyczynia się do wzrostu kapitałów własnych przedsiębiorstw, poprawy ich płynności, zdolności kredytowej i produktywności, a tym samym stanowi akcelerator wzrostu gospodarczego i konkurencyjności całej gospodarki.Estoński CIT zwiększy wydatki inwestycyjne w Polsce aż o 2% PKB i stworzy dodatkowe 120 tys. miejsc pracy

Estoński CIT to rozwiązanie wzmacniające konkurencyjność i napędzające inwestycje. Dzięki wprowadzeniu tego narzędzia, długookresowa stopa inwestycji wzrosła w Estonii o ponad 17 pp. Reforma podatkowa doprowadziła także do 9,1 proc. wzrostu w bilansie obrotów kapitałowych, wzrostu konsumpcji o 1,4 proc. i wzrostu PKB o 2,9 proc. Estoński CIT okazał się również skuteczną tarczą antykryzysową. Stało się tak dlatego, że wzrost stopy oszczędności i zwiększenie płynności firm poprawiło ich sytuację w okresie wahań koniunktury, zwłaszcza w czasach kryzysu finansowego lat 2007-2009 oraz dobie pandemii koronawirusa – mówi Jan Sarnowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, fellow Polskiego Instytutu Ekonomicznego i autor raportu.

Co to jest i jak działa estoński CIT?

Istotą estońskiego CIT jest zaniechanie poboru podatku tak długo, jak długo dochód pozostaje w firmie, wzmacniając jej płynność i ułatwiając inwestycje. Jego efektem jest również zredukowanie sprawozdawczości podatkowej do minimum.

Estoński CIT przyczynił się do skokowej poprawy konkurencyjności tamtejszych firm oraz całej gospodarki. Po pierwsze, jego wprowadzenie zwiększyło płynność przedsiębiorstw. Niemal 1/3 z nich posiadała w 2011 r. ponad 50 proc. wskaźnik płynności gotówkowej, a ta „poduszka bezpieczeństwa” uczyniła je znacznie odporniejszymi na dekoniunkturę.

Skutkiem wprowadzenia innowacyjnej formy opodatkowania w Estonii był także skokowy wzrost napływu kapitału inwestycyjnego i nieproporcjonalnie szybki, szczególnie wobec innych państw regionu, wzrost konkurencyjności i produktywności firm. Z podobną sytuacją będziemy mieć do czynienia w polskim przypadku. Szacuje się, że już w 2021 r. nawet ponad połowa firm na świecie stosujących tę nowoczesną formę opodatkowania dochodów będzie zarejestrowana w Polsce.

Estoński CIT przyczynia się też do uszczelnienia systemu podatkowego. Odejście od roczności poboru podatku znacznie zmniejszyło opłacalność agresywnej optymalizacji podatkowej. Efektem ubocznym była istotna poprawa jakości dokonywanej przez firmy sprawozdawczości i znaczne ograniczenie praktyki ukrywania zysków w sprawozdaniu finansowym.

Przekłada się to na zwiększenie atrakcyjności inwestycyjnej Estonii. W rankingu Paying Taxes 2020 Estonia zajęła 12. miejsce spośród 189 badanych państw, a w rankingu International Tax Competitiveness Index 2019 – drugie miejsce na 36. Zgodnie z badaniem Doing Business 2020, Estonia zajęła 12. miejsce spośród wszystkich wysoko rozwiniętych gospodarek krajów OECD pod względem płacenia podatków. Estonia zajęła również czwarte miejsce pod względem średniej ilości czasu potrzebnego do wypełnienia obowiązków podatkowych.

Estoński CIT w polskiej wersji

W projekcie mającym wdrożyć estoński CIT w polskich warunkach znalazła się propozycja stworzenia systemu, w którym podatnik wybiera możliwość rozliczania się w ramach estońskiego CIT przez okres czterech bezpośrednio po sobie następujących lat podatkowych. Jeśli podatnik po upływie tego okresu nadal spełnia wymienione w ustawie warunki, opodatkowanie przedłuża się automatycznie na kolejne okresy czteroletnie, chyba że podatnik złoży informację o rezygnacji z tego opodatkowania w deklaracji składanej za ostatni rok podatkowy, w którym podatnik stosował to opodatkowanie.

Przekroczenie przez przedsiębiorcę progu 50 mln zł w trakcie czteroletniego okresu nie oznacza automatycznego opuszczenia systemu i konieczności wstecznej korekty rozliczeń. Podatnik może podjąć decyzję o opuszczeniu systemu lub kontynuować rozliczenia na zasadach „estońskich”: do końca czwartego roku i po tym okresie obliczyć wartość przychodów średnich. Jeśli średni przychód mieści się w progu 50 mln zł, wówczas warunek przychodowy uznaje się za spełniony.

W polskiej wersji estońskiego CIT nie tylko sposób rozliczania ulegnie radykalnemu uproszczeniu. Niższe będą także stawki podatkowe. W tej chwili prowadzenie działalności przez spółkę kapitałową powoduje łączne obciążenie w wysokości 34,39 proc. dla większego podatnika oraz 26,29 proc. w przypadku małego podatnika. W zgłoszonej propozycji łączne obciążenie wypłaconych dywidend przyjmie formę preferencyjną, ze stawką podatku 30 proc. w przypadku większej spółki (z możliwością jej obniżenia do 25 proc. na wyjściu z systemu w przypadku gdy spółka poniesie określone nakłady inwestycyjne) i 25 proc. w przypadku małego podatnika (z możliwością obniżenia do 20 proc.). Oznacza to, że zdecydowana większość wspólników w przypadku wypłaty dywidendy otrzyma 75 proc. dystrybuowanej kwoty.

Obniżona stawka na wyjściu będzie nie tylko zachęcać do szybkiego rozwoju spółki, ale także przeciwdziałać pokusie pozostawania w systemie estońskim jedynie ze względów podatkowych. Gdyby efekty reformy CIT były w Polsce takie jak w Estonii, skutkowałaby ona wzrostem zatrudnienia o blisko 120 tys. osób – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

– Byłaby także źródłem dodatkowych inwestycji, których roczna wartość odpowiadałaby blisko 2 proc. PKB. System estoński to także potencjalna oszczędność ok. 11 mln roboczogodzin poświęcanych rocznie przez małe firmy na rozliczanie CIT w Polsce – wylicza Jan Sarnowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, fellow Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Co istotne, estoński CIT to także zbliżenie regulacji prawa podatkowego i bilansowego. Dla podatników będzie to oznaczać konieczność prowadzenia jednej tylko ewidencji dla celów podatkowych, zamiast, jak jest to obecnie, dwóch odrębnych.

Obok estońskiego CIT otwarta będzie możliwość rozliczania w ramach ściślej zintegrowanej z obecnym modelem CIT rezerwy inwestycyjnej, stworzonej na wzór rozwiązania, które od wielu lat funkcjonuje w Niemczech. W tym przypadku, zasady opodatkowania pozostają takie jak dotychczas, ale podatnik otrzyma możliwość szybszego rozliczenia inwestycji w kosztach podatkowych, poprzez ujęcie w kosztach uzyskania przychodów odpisów na dedykowany rachunek inwestycyjny. Niewydatkowanie środków z rachunku lub ich przeznaczenie na cele inne niż inwestycyjne (lub wydatkowanie ich po upływie określonego terminu), będzie dla podatnika oznaczać powiększenie dochodu do opodatkowania.

Dla kogo estoński CIT

Warunkiem skorzystania z nowych zasad opodatkowania jest zatrudnianie co najmniej 3 pracowników. Jak wskazują dane PARP, przeciętna wielkość przedsiębiorstwa w Polsce to 4,7 osoby pracujące i 3,3 osoby zatrudnione, zatem warunek ten nie będzie stanowił przeszkody dla spółek, które chcą się intensywnie rozwijać. Co istotne, kryterium to zostało w sposób istotny złagodzone dla przedsiębiorstw rozpoczynających działalność. Wystarczy, aby taki podatnik osiągnął docelowy poziom zatrudnienia w ciągu okresu czteroletniego.

Prolongaty receptą na długi? Zmienia się nastawienie firm do windykacji

  • Przedsiębiorcy są zdeterminowani, żeby odzyskać środki od dłużników, ale nie chcą ich upadku. Część firm odstępuje od natychmiastowej windykacji, stosując prolongaty długów czy rozkładając je na raty.
  • Prowadzący biznes są jednak ostrożni i w gospodarce postcovidowej częściej decydują się na pieczęć prewencyjną czy monitoring płatności jeszcze przed terminem zapłaty.
  • Wśród branż zlecających windykację królują obecnie: transportowa, budowlana, farmaceutyczna oraz szkoleniowa. Nowe kategorie dłużników to tzw. branża beauty, turystyka, hotele czy restauracje.

Pełzająca pandemia uderza w biznes. Nie we wszystkich jednak tak samo mocno. Przedsiębiorcy, którzy jeszcze „mają z czego brać”, odstępują od natychmiastowej windykacji i zlecając odzyskanie długów oczekują od firmy windykacyjnej wypracowania formuły korzystnej dla obydwu stron. Często wiążą ich wieloletnie kooperacje, od lat przynoszące obopólne korzyści. Część przedsiębiorców ma świadomość, że jakaś forma kompromisu z dłużnikiem jest potrzebna po to, aby nie stracić perspektyw współpracy po kryzysie.

Przedsiębiorcy zlecający nam windykację zaległych zobowiązań są zdeterminowani, żeby jak najszybciej odzyskać jak największą część środków, które im się należą. Od czerwca obserwujemy jednak bardziej ugodowe podejście części wierzycieli. Niektórzy przedsiębiorcy zaznaczają, że zależy im na przetrwaniu windykowanego partnera. Pomimo niezapłaconych faktur, a więc nie dotrzymania słowa przez dłużnika, wiążą z nim nadzieje na przyszłość. To powoduje, że są gotowi prolongować zobowiązanie czy rozkładać je na raty. Czasem nawet doradzają dłużnikom, skąd mogą pozyskać pieniądze na spłatę zobowiązań (np. z mechanizmów wsparcia rządowego). My w procesie windykacyjnym staramy się działać stosownie do oczekiwań przedsiębiorcy zlecającego odzyskanie długu i jego nastawienia wobec kontrahenta, który nie płaci w terminie. Najbardziej skuteczna windykacja polega na negocjacjach i wspólnym wypracowywaniu akceptowalnej formuły zwrotu zaległości. Takiej, która nie pomija okoliczności i możliwości dłużnika – mówi Piotr Maciągowski, Prezes Zarządu w e-Kancelaria.

Ostrożnie z fakturami

Zlecenia miękkiej windykacji dostosowanej do postcovidowej sytuacji i możliwości zadłużonej firmy są warte uznania i być może pozwolą wielu biznesom przetrwać trudny okres. Niestety, jest też druga strona medalu – liczba firm nieregulujących swoich zobowiązań rośnie. Wielu przedsiębiorcom zapewne nie uda się przetrwać kryzysu, a wraz z upływającym czasem maleją szanse na odzyskanie istotnej części zobowiązania.

– Większość firm zdaje sobie z tego sprawę, dlatego bardzo „dba” o wystawione faktury. Może to mieć formę pieczęci prewencyjnej, która jest sygnałem dla odbiorcy usługi czy towaru, że płatności pilnuje wyspecjalizowana instytucja finansowa. Jesteśmy też coraz częściej proszeni o monitoring i przypominanie, że zbliża się data przelewu czy raty – Aleksandra Linda – Kierownik Działu Windykacji B2B w e-Kancelaria.

+ 500 mln do długów – te branże trafiają do windykatorów podczas pandemii

Małe i średnie przedsiębiorstwa w kwietniu zalegały z oddaniem 24 mld zł (dane NBP). W kolejnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła. Długi rosną szczególnie w branżach takich jak transport, gastronomia czy turystyka – tam w wyniku zamrożenia gospodarki zdolność do spłaty znacznie spadła. W całej gospodarce nieobsługiwane zadłużenie wzrosło w kwietniu (pełnym miesiącu lockdownu) o 572 mln zł. Największy wzrost, bo aż 12% dotyczy sektora kulturalno-rekreacyjnego (wg BIG InfoMonitor).

– Te dane są zbieżne z naszymi statystykami. Wśród branż zlecających windykację królują transportowa, budowlana, farmaceutyczna oraz szkoleniowa. Bardzo zadłużona jest też tzw. branża beauty – szczególnie salony piękności. Firmy na dużą skalę starają się też odzyskiwać długi od restauracji, hoteli i podmiotów zajmujących się turystyką. Trwający sezon urlopowy daje nadzieję, że w tym przypadku uda się odzyskać większą część zobowiązań. Przedsiębiorcy funkcjonujący w turystyce w wakacje mają szanse stanąć na nogi, ale potrzebują czasu. Obserwujemy też wzrastającą liczbę zleceń przekazywanych przez firmy faktoringowe. Faktoring (chętniej niż banki) w koronawirusie finansował biznes, ale niestety nie wszystkie faktury zostały terminowo uregulowane – mówi Piotr Maciągowski z e-Kancelaria.

Zaległości turystyki podwyższyły się w kwietniu o prawie połowę – z 81,2 mln zł do 117,5 mln zł, natomiast opóźnienia w spłatach obiektów sportowych o więcej niż połowę, bo z 28,3 mln zł do 44,3 mln zł.

W latach 2018-2019 z GPW wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutach

Lata 2018-2019 były kolejnym okresem, w którym zmalała liczba spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Przy zaledwie 14 debiutach, odnotowano aż 47 wycofań z obrotu publicznego – co spowodowało spadek liczby notowanych spółek aż o 33 podmioty. Łączna kapitalizacja spółek, które zniknęły z GPW wynosiła ok. 43 mld złotych.

W latach 2018-2019 z warszawskiego parkietu wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutachDuża liczba wycofań utrzymująca się niezmiennie od 2016 roku (łącznie 86 podmiotów) oraz bardzo niska łączna wartość ofert publicznych w ostatnich dwóch latach, która wyniosła 302 mln złotych w 2018 roku oraz zaledwie 45 mln złotych w 2019 roku są oznaką marazmu panującego na GPW, a kryzys wywołany pandemią koronawirusa może jeszcze zwiększyć liczbę wezwań przy znikomej liczbie debiutów.

Biorąc pod uwagę zwiększoną liczbę wezwań, jeszcze bardziej istotne staje się prawidłowe określenie odpowiedniej ceny, która umożliwi zakończenie wezwania sukcesem. Ustawowe ograniczenia wskazują jedynie cenę minimalną, jaka musi zostać zaoferowana za jedną akcję w wezwaniu, co w żadnym stopniu nie definiuje wartości godziwej akcji, która jest w takim wezwaniu wymagana. Cena minimalna to przeważnie także zbyt mało, aby skłonić akcjonariuszy do sprzedaży posiadanych przez nich papierów wartościowych.

W latach 2018-2019 z warszawskiego parkietu wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutach 2W pierwszych latach analizowanego okresu można zaobserwować znaczne wahania wysokości premii płaconej w przypadku udanych wezwań. W 2018 roku średnia premia ponad cenę minimalną wyniosła 14%, a ponad cenę minimalną ważoną wartością wezwania – 17%. Natomiast w 2019 roku średnia premia płacona ponad cenę minimalną w udanych wezwaniach wyniosła jedynie 10%, praktycznie zrównując się z premią ważoną wartością wezwania. W 2019 roku przeprowadzono osiem wezwań, w których wartości wezwania przekroczyły 200 mln złotych, z czego dwa przekroczyły wartość 3 mld złotych.

Wraz z rosnąca liczbą wezwań oraz malejącą aktywnością inwestorów, poziom premii w ostatnich latach ustabilizował się na poziomie kilkunastu procent, spadając do zaledwie 10% w 2019 roku, co jest wartością istotnie niższą od tej spotykanej na dojrzałych rynkach kapitałowych, takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, gdzie premie na poziomie 20-30% nie należą do rzadkości – mówi Tomasz Wiśniewski, partner w dziale Deal Advisory, szef zespołu wycen w KPMG w Polsce.

Inwestor finansowy vs. branżowy – różne interesy, różne premie

W analizowanym okresie 2018 i 2019 roku można również zauważyć różnice w premiach płaconych przez inwestorów branżowych oraz finansowych. W tym czasie inwestorzy branżowi przeprowadzili 33 wezwania, z czego aż 32 zakończyły się sukcesem, a średnia arytmetyczna premia (w udanych wezwaniach) wyniosła 14%. Inwestorzy finansowi wzywali z kolei na akcje 20 spółek (17 wezwań zakończyło się powodzeniem), a oferowana premia w przypadku udanych wezwań wyniosła jedynie 8%. W ostatnich dwóch latach różnica w premii ważonej wartością wezwania, pomiędzy inwestorem finansowym i branżowym, utrzymywała się w granicach 7-8 p.p. W 2018 roku, za powodzenie w wezwaniu więcej zapłacili inwestorzy branżowi, a w 2019 roku, inwestorzy finansowi.

Pierwsza cena to nadal często za mało

W okresie od 2010 do 2017 roku z 222 wezwań w ponad 75% przypadków pierwsza zaproponowana cena była ceną ostateczną. W pozostałych przypadkach inwestorzy zdecydowali o podniesieniu ceny w trakcie wezwania, z czego w niemal 75% przypadków umożliwiło to powodzenie wezwania.

Z 53 przeprowadzonych wezwań w latach 2018- 2019, w dwóch na trzy przypadki, pierwsza zaproponowana cena była również ostateczną, co w ponad 90% przypadków okazało się wystarczające, aby nabyć akcje. W pozostałych wezwaniach po podniesieniu ceny znów ponad 90% zakończyło się sukcesem.

W latach 2018-2019 z warszawskiego parkietu wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutach 3W ujęciu historycznym, podnoszenie ceny w wezwaniu często okazywało się bardziej kosztowne, niż zaproponowanie odpowiednio wysokiej premii już na samym początku. Podczas ostatniej dekady w przypadku wezwań gdzie pierwsza zaproponowana cena była jednocześnie ostateczną, aby przekonać akcjonariuszy do sprzedaży swoich akcji wystarczyła premia w wysokości ok. 15%. W przypadku wezwań z podniesieniem ceny, pierwsza zaproponowana premia wynosiła średnio ok. 5%, ostatecznie jednak, aby osiągnąć sukces, inwestor musiał zapłacić łącznie prawie 19% premii – mówi Tomasz Regulski, dyrektor w dziale Deal Advisory w zespole wycen w KPMG w Polsce.

Wyższa premia za przejęcie kontroli i wycofanie spółki z giełdy

Plany przejęcia kontroli oraz wycofania spółki z giełdy wymagają zwykle od wzywającego zaoferowania wyższej premii. W 2018 roku na GPW przeprowadzono jedynie dwa wezwania, w których intencją wzywającego było przejęcie kontroli i wycofanie spółki z obrotu giełdowego. W 2019 roku takich wezwań było sześć. Średni pakiet akcji objęty wezwaniem wyniósł ok. 92%, a średni pakiet akcji faktycznie zakupionych w ramach wezwania ok. 86%. Za sukces wystarczyło zapłacić średnio 12% premii, najmniej od 2010 roku kiedy powodzenie w podobnych wezwaniach kosztowało tylko 8% premii.
W latach 2018-2019 z warszawskiego parkietu wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutach 4Pomimo niskich premii w wezwaniach z zamiarem przejęcia kontroli i wycofania akcji spółki z obrotu publicznego w 2019 roku, prawidłowość dotycząca wyższej premii w przypadku takich wezwań jest widoczna w całym analizowanym okresie tj. w latach 2010- 2019. Inwestor chcąc wycofać spółkę z giełdy musi zapłacić więcej. Taka prawidłowość występuje również w przypadku średniej ważonej minimalną wartością wezwania, jednak różnica w tym przypadku jest znacznie niższa (ok. 2 p.p.). Oznacza to, że wyższe premie płacone w przypadku planów wycofania spółki z giełdy są bardziej istotne w mniejszych wezwaniach – mówi Marcin Łągiewka, dyrektor w dziale Deal Advisory w zespole wycen w KPMG w Polsce.

77,5 mln zł na wspólne projekty jednostek naukowych i przedsiębiorców. NCBR rozstrzygnęło konkurs „Projekty aplikacyjne”

Szkolenia dla personelu kolejowego z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości, system do wykrywania zaburzeń smaku i węchu, redukcja zanieczyszczeń powietrza dzięki produkcji proekologicznych materiałów – współpraca biznesu i nauki w ramach konkursu „Projekty aplikacyjne” po raz kolejny odpowiada na konkretne potrzeby społeczne i gospodarcze. Tym razem NCBR, agencja wykonawcza ministra nauki i szkolnictwa wyższego, wybrało do dofinansowania 19 projektów.

Nauka i biznes „skazane” na siebie

Rozstrzygnięcie dotyczy szóstego konkursu w historii programu „Projekty aplikacyjne”, którego celem jest zwiększenie skali wykorzystania nowych, rodzimych technologii przez polskie firmy. Konkurs realizowany dzięki środkom z Funduszy Europejskich w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój umożliwia wspólną realizację inicjatyw badawczo-rozwojowych przez przedsiębiorstwa i jednostki naukowe. Na opublikowanej właśnie liście projektów rekomendowanych do dofinansowania znalazło się 19 pozycji. Łączna kwota dofinansowania wynosi prawie 77,5 mln zł, przy czym wsparcie, na które mogły liczyć pojedyncze projekty waha się od ponad 10 mln zł do ponad 1 mln zł.

Współpraca nauki z biznesem to jeden z priorytetów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To warunek transferu wiedzy i technologii do przemysłu. Dlatego znaczenie ma każdy program nakłaniający te dwa środowiska do kooperacji. Program „Projekty aplikacyjne” to podobnie jak doktoraty wdrożeniowe esencja takiego podejścia. Na prace badawczo-rozwojowe przeznaczyliśmy w nim już ponad 680 mln zł – mówi Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Na co tym razem postawiły konsorcja

W obecnie rozstrzygniętym konkursie dofinansowanie przyznano 19 konsorcjom, które będą pracowały między innymi nad: innowacyjnym zestawem terapeutycznym dla dzieci i młodzieży z niepełnosprawnościami i dysfunkcjami znoszącym bariery w edukacji, systemem do wykrywania zaburzeń smaku i węchu opartym na badaniu wykonywanym samodzielnie w domu pacjenta, redukcją zanieczyszczeń powietrza atmosferycznego w wyniku produkcji proekologicznych materiałów elastomerowych, immersyjnym systemem szkoleniowym dla personelu kolejowego wykorzystującym technologię VR, innowacyjnym systemem do diagnostyki, terapii i treningu zaburzeń funkcjonalnych i uszkodzeń części szyjnej i szyjnopiersiowej kręgosłupa.

Sektor zdrowia i transportu jest mocno reprezentowany na wybranej przez ekspertów liście projektów aplikacyjnych. Innowacje w tych branżach są bardzo potrzebne, ponieważ właśnie w nich chcemy zająć jedno z czołowych miejsc w Europie. Polskiej gospodarce udało się być dość odporną na koronakryzys. Z pomocą funduszy europejskich chcemy powrócić na pozycję lidera rozwoju. Chcemy też pokonać barierę, jaką dla polskich firm było wykorzystanie innowacji w rozwijaniu przedsiębiorczości – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Jak zawsze do konkursu „Projekty aplikacyjne” zgłosiła się liczna i różnorodna grupa wnioskodawców. To kolejna okazja do wsparcia najbardziej wartościowych projektów, które powstały dzięki połączeniu wiedzy naukowej oraz potrzebnej do jej wdrożenia technologii. Ostatnie miesiące pokazały jak dużo przed nami wyzwań społeczno-gospodarczych w różnych dziedzinach życia. W trudnym czasie epidemii najlepiej widać jak procentują efekty współpracy przedsiębiorców i naukowców – projekty z obszaru medycyny i farmacji, ale także np. narzędzia ułatwiające nam zdalną pracę i edukację – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Szansa dla kolejnych

Czekając na wyniki szóstego konkursu, do którego nabór był wydłużony ze względu na epidemię koronawirusa, NCBR ogłosiło kolejny, siódmy już konkurs w programie „Projekty aplikacyjne”. Konsorcja mogą zgłaszać się w nim do 31 lipca br. Budżet konkursu to 100 mln zł.

Regulamin konkursu nie wskazuje konkretnego obszaru badawczego, ale niezbędne jest, aby projekty wpisywały się w tzw. „krajową inteligentną specjalizację”. Eksperci ocenią także opłacalność wdrożenia pod kątem tego, czy pomysły mają potencjał rynkowy i czy znajdą klientów. Wartość kosztów kwalifikowalnych projektu musi wynosić co najmniej 1 mln zł.

O dofinansowanie mogą starać się wyłącznie konsorcja, złożone maksymalnie z pięciu podmiotów, w skład których wejdzie co najmniej jedna jednostka naukowa i co najmniej jedno przedsiębiorstwo. Ubiegające się o wsparcie projekty powinny obejmować realizację zarówno badań przemysłowych, jak i eksperymentalnych prac rozwojowych lub wyłącznie tych ostatnich. Elementem projektu mogą być również prace przedwdrożeniowe. Podobnie jak w przypadku innych konkursów NCBR, finansowanych z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, miejsce realizacji projektu musi znajdować się w regionie słabiej rozwiniętym (tj. poza województwem mazowieckim).

PKN Orlen po przejęciu Grupy Lotos będzie kontrolował rafinerie, stacje benzynowe, gaz i elektrownie

Komisja Europejska wydała warunkową zgodę na przejęcie Grupy Lotos przez PKN Orlen. W praktyce oznacza to zgodę na stworzenie w Polsce pierwszego koncernu multienergetycznego. Koncern multienergetyczny opiera swoją działalność na więcej niż jednym segmencie energetycznym. Po przejęciu przez PKN Orlen Grupy Lotos, wszystkie polskie rafinerie i stacje benzynowe zarządzane będą z ramienia jednej spółki. Dodatkowo PKN Orlen przejmie PGNiG – czyli polską spółkę gazową, a już od kwietnia kontroluje koncern Energa, działający w segmencie elektroenergetycznym. To sprawia, że pod sztandarem PKN Orlen działać będą zarówno rafinerie i stacje paliw, jak też elektrownie i produkcja gazu. Tak gruntowne przebudowanie systemu energetycznego w Polsce wymagało zgody Unii Europejskiej. Nad sprawą pochyliła się Komisja Europejska i 14 lipca wydała warunkową zgodę na przejęcie Grupy Lotos przez PKN Orlen. Nowa spółka musi jednak spełnić postawione przez KE warunki. 

– Mamy do czynienia z powstawaniem jednego, multienergetycznego koncernu, którego głównym udziałowcem będzie Skarb Państwa. Zgoda Komisji Europejskiej jest jednak warunkowa. Obok PKN Orlen na polskim rynku energetycznym musi działać szereg innych koncernów, które będą stanowić jego konkurencję. Ma to nie dopuścić do monopolu jednej spółki, czyli w tym przypadku PKN Orlen – a co za tym idzie, do monopolu państwa – powiedział agencji eNewsroom Mariusz Marszałkowski, redaktor serwisu Biznesalert.pl. – Szczegółowe warunki zgody dotyczą również liczby stacji benzynowych. Grupa Lotos musi pozbyć się 380 stacji benzynowych i udostępnić nowemu podmiotowi swoje magazyny. PKN Orlen zobowiązał się zaś do wybudowania terminala importowego paliwa odrzutowego do samolotów oraz udostępnienia infrastruktury związanej z produkcją bituminu. To wszystko sprawia, że prawdopodobnie nie dojdzie do dużej koncentracji nowej grupy kapitałowej – co mogłoby zaburzyć sytuację na polskim rynku paliw i wpłynąć na zwiększenie cen na stacjach benzynowych – przewiduje Marszałkowski.

Warszawskie biura przełamały złą passę? Analitycy REDD przedstawiają trzy obserwacje warte uwagi

O 3,4 proc.​ zmalała od 9 lipca do dziś liczba wolnych modułów biurowych w Warszawie.​ To może być przełom.​ W drugim kwartale roku zasoby dostępnych modułów biurowych w Warszawie przyrastały w średnim tempie 22 biur tygodniowo, ale po 9 lipca doszło do odwrócenia trendu.

#1. Zasoby wolnych biur spadają po raz pierwszy od końca marca

  • W drugim kwartale roku zasoby dostępnych modułów biurowych w Warszawie przyrastały w średnim tempie 22 biur tygodniowo, co w ciągu trzech miesięcy wygenerowało ok. 12,000 m2 powierzchni biurowej, która nie została zaabsorbowana przez nowe umowy najmu.
  • Dane REDD wskazują na szczyt przyrostu w dniu 9 lipca, po którym doszło do odwrócenia trendu, co do dnia dzisiejszego spowodowało spadek liczby dostępnych modułów o 3.4%.
  • Dla porównania, w tym samym czasie liczba wszystkich dostępnych modułów biurowych w Polsce uległa zmianie o 1.2% (spadek).Zasoby wolnych biur spadają po raz pierwszy od końca marca

    #2. Najwięcej nowych umów najmu w Warszawie

    • W ciągu ostatnich dwóch tygodni w Warszawie odnotowano rekordową liczbę nowych umów najmu (105) na łączną powierzchnię 23,211 m2. Ponad 45% tej powierzchni zostało wynajętej tylko w ramach 6 umów, dla których średnia wielkość biura wyniosła 1722 m2.
    • Stołeczne transakcje stanowiły 67.8% wszystkich umów najmu zawartych na 27 rynkach regionalnych w Polsce (155).Najwięcej nowych umów najmu w Warszawie
    • Na uwagę zasługuje również spadek współczynnika Months of supply (MoS), który opisuje aktualną dynamikę relacji popytu do podaży.
    • Współczynnik MoS dla Warszawy zanotował prawie dwukrotny spadek i wynosi obecnie 9.5 miesiąca (w porównaniu do 18.1 miesiąca w czerwcu).
    • Wynik rynku stołecznego jest o prawie 5 miesięcy niższy niż średnia dla wszystkich głównych rynków w Polsce.REDD3

      #3. Średnia wielkość wolnego biura wraca do poziomu z początku czerwca

      • Od końca marca obserwowaliśmy silny trend spadkowy dla średniej powierzchni dostępnych biur do wynajęcia w Warszawie, która na koniec czerwca wynosiła 457 m2 (w porównaniu do 532 m2 w marcu). Tendencję należało interpretować jako stałe zasilanie podaży przez coraz mniejsze moduły biurowe, których wielkość obniżała średnią.
      • Widoczny na poniższym wykresie trend został przełamany na początku lipca i od tego czasu wskaźnik średniej powierzchni wzrósł o 2.4%.
      • Obecny wskaźnik można odczytywać jako dobry sygnał — coraz więcej małych i średnich modułów jest wynajmowanych, co podnosi średnią powierzchnię pozostałych, wolnych biur i zbliża ją w kierunku wyników sprzed pandemii COVID-19.Średnia wielkość wolnego biura wraca do poziomu z początku czerwca

Zasady ustalania wartości świadczeń częściowo odpłatnych w podatku dochodowym od osób prawnych

Na potrzeby prowadzonej działalności przedsiębiorcy nabywają różnego rodzaju towary lub usługi. Zdarza się, że takie świadczenia są nabywane nieodpłatnie lub za poniesieniem jedynie częściowej odpłatności. Na wstępie warto wskazać, że temat nie dotyczy jedynie umów sprzedaży, ale każdego rodzaju umów, w ramach których podatnik może nabyć świadczenia rozumiane bardzo szeroko.

Świadczenia częściowo odpłatne

Zgodnie z art. 12 ust. 1 pkt 2 ustawy o CIT przychodem są również wartości rzeczy, praw, a także innych świadczeń otrzymanych częściowo odpłatnie. Ustawa nie wskazuje, co należy rozumieć jako świadczenia nieodpłatne lub częściowo odpłatne. Jednocześnie ustawa w żadnym miejscu nie definiuje pojęcia „świadczeń nieodpłatnych” lub „świadczeń częściowo odpłatnych”, pozostawiając te zagadnienia do ukształtowania przez orzecznictwo i doktrynę.

Przykładowo organy podatkowe za świadczenia częściowo nieodpłatne nie uznają okresu bezczynszowego najmu w sytuacji zawarcia umowy na dłuższy okres. Innymi słowy, wynegocjowany okres bezczynszowego najmu nie będzie świadczeniem częściowo nieodpłatnym, lecz zmniejszeniem należności za czynsz za przyszłe okresy (por. interpretacja Dyrektora KIS z dnia 18 stycznia 2018 r., sygn. 0111-KDIB1-3.4010.460.2017.2.IZ).

Za świadczenia częściowo odpłatne nie można uznać przypadku czynności, których cechą charakterystyczną jest brak odpłatności. Stanowisko to jest potwierdzane przez sądy administracyjne. Przykładowo Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 29 września 2017 r. wskazał, że w przypadku nieodpłatnej służebności przesyłu ustanowionej zgodnie z przepisami Kodeksu Cywilnego nie można mówić o nieodpłatnym lub częściowo odpłatnym świadczeniu.

Ustalenie wartości

Wartość rzeczy, praw lub innych świadczeń otrzymanych częściowo odpłatnie określa się poprzez odniesienie się do różnicy w wartości rynkowej rzeczy, praw lub świadczeń nabytych przez podatnika a ponoszoną odpłatnością. Przykładowo, jeżeli podatnik zaciągnie pożyczkę oprocentowaną 4% w skali roku, a średnie oprocentowanie banków to 11%, to różnica ta może być przychodem z częściowo nieodpłatnego świadczenia. Z kolei w przypadku, gdy takie odsetki uległyby przedawnieniu i podatnik nie byłby zmuszony do ich zwrotu, wówczas zgodnie z ostatnim podejściem organów podatkowych przychód z tytułu częściowo nieodpłatnego świadczenia nie powstanie (por. interpretacja z dnia 2 sierpnia 2018 r., sygn. 0111-KDIB1-2.4010.234.2018.1.DP).

Ustawa precyzuje również szczególne sytuacje ustalania wartości rynkowej. W przypadku, gdy takie świadczenie dotyczy czynności wykonywanych w ramach działalności gospodarczej, miernikiem jest wartość tych świadczeń w innych sytuacjach. Jeżeli z kolei przedmiotem świadczenia są usługi zakupione, wartość rynkowa tych świadczeń powinna zostać określona w wartości zakupu. W przypadku udostępnienia lokalu wartość rynkową stanowi równowartość czynszu, jaki przysługiwałby w chwili zawarcia umowy.

Świadczenia trudne do wyceny

Omówione powyżej reguły dotyczą sytuacji, gdy istnieje możliwość stosunkowo prostego ustalenia ceny rynkowej, odnosząc się do znanych informacji. Powstaje natomiast pytanie, co zrobić w sytuacji, gdy przedmiotem świadczenia są rzeczy, usługi lub prawa trudne do wyceny. Jednym z takich przykładów może być znak towarowy i obciążenie z tytułu prawa do korzystania z tego znaku. Określenie wartości takiego świadczenia jest bardzo trudne i wymaga specjalistycznej wiedzy. Dlatego dobrą praktyką w tym zakresie jest wystąpienie o wcześniejsze wydanie opinii biegłych lub ekspertów, tak aby mieć argumenty w dyskusji z urzędem. Innym rozwiązaniem występującym w praktyce gospodarczej jest wliczenie wartości znaku towarowego w wartość sprzedawanych towarów lub usług. Należy jednak pamiętać, że nie można takiego świadczenia wyodrębnić, lecz powinno ono być wkalkulowane w cenę. W takim przypadku nie można mówić o świadczeniach częściowo nieodpłatnych.

Świadczenia wzajemne różnej wartości

Problematyka ustalania wartości świadczeń częściowo odpłatnych komplikuje się w sytuacji, gdy każda ze stron dokonuje świadczeń na rzecz drugiej strony (świadczenia wzajemne). Przykładowo w sytuacji udzielenia wzajemnych poręczeń przez spółki o nierównej wartości dochodzi do powstania przychodu z tytułu częściowo nieodpłatnych świadczeń dla jednej spółki (por. Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 31 lipca 2019 r., sygn. II FSK 2908/17). W wyroku tym NSA wskazał, że nie można mówić o równej wartości poręczeń w sytuacji, gdy dotyczą one innych, nierównych zobowiązań kredytowych. W efekcie można przyjąć, że uproszczenia stosowane przez podatników polegające na świadczeniu wzajemnych usług i braku dodatkowych obciążeń z tego tytułu powinny być analizowane pod kątem możliwości powstania świadczenia częściowo nieodpłatnego. Taka sytuacja może wystąpić w szczególności pomiędzy podmiotami powiązanymi, gdzie przesłanki ekonomiczne nie zawsze determinują podejmowane decyzje i może zaistnieć różnica w wysokości świadczeń wzajemnych, za którymi nie idzie rozliczenie.

Ustalenie wartości przez organ podatkowy

Zgodnie z przepisami ww. ustawy w przypadku, gdy ustalona wartość świadczeń częściowo odpłatnych znacznie odbiega od wartości rynkowych, organ podatkowy wzywa strony do jej zmiany lub do wskazania przyczyn uzasadniających przyjęcie takiej ceny. Jeżeli strony nie zareagowałyby na takie wezwanie organu, wtedy organ ma prawo skorzystać z opinii biegłego. W sytuacji, gdy wartość wynikająca z opinii odbiega o więcej niż 33% od wartości transakcji ustalonej przez strony, organ podatkowy może wykorzystać opinię biegłego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

MŚP odważnie wkraczają w chmurę

Z raportu Deloitte, ICAN Institute i Google Cloud wynika, że 31 procent polskich firm korzysta już z usług chmurowych. Wśród MŚP odsetek ten jest nieco mniejszy, ale pandemia koronawirusa znacznie przyśpieszyła proces ich przejścia do chmury. Według Deloitte, tylko 26% badanych firmy zadeklarowało gotowość do powrotu do pracy w dawnym, biurowym wymiarze. Chmura może okazać się więc największym wygranym pandemii.

COVID-19 oraz wprowadzony lockdown spowodował konieczność przestawienia się wielu firm na tryb pracy zdalnej. W widoczny sposób przełożyło się to na wzrost zainteresowania rozwiązaniami chmurowymi w każdym sektorze, w tym także wśród MŚP. „Mniejsze podmioty rozumieją nie tylko korzyści wynikające z dostarczanych usług chmurowych, które mogą poprawiać efektywność pracy oraz usprawniają komunikację między pracownikami, ale teraz częściej dostrzegają, że chmura może być łatwo osiągalna także dla nich, a nie tylko dla największych firm. Olbrzymią popularnością cieszą się wszelkie rozwiązania chmurowe wspierające pracę zdalną. Najlepszym przykładem usługi, która ma wysoki potencjał jest Microsoft Teams. Sprawia ona, że komunikacja między pracownikami w czasie pandemii stała się dużo łatwiejsza, a dla części firm w ogóle możliwa do utrzymania. Oczywiście, aplikacje służące do komunikacji to tylko czubek góry lodowej możliwości, które daje nam chmura. Warto jednak zaznaczyć, że biznes, który do tej pory prowadzony był w tradycyjnym modelu – zastosował jako pierwsze właśnie narzędzia do efektywnego porozumiewania się z pracownikami oraz nadzoru ich pracy w domu” – mówi Grzegorz Przebieracz, Chief IT Solutions Architect w ITBoom Sp. z o.o.

Wśród MŚP około 20-30 procent korzysta obecnie z usług chmurowych. Jednak w dobie pandemii coraz więcej firm decyduje się na wdrożenie rozwiązań zapewniających ciągłość działalności. Nowe narzędzia są doceniane, ponieważ wpływają na wzrost efektywności pracy, rozwój i modernizację przedsiębiorstwa. Rozwiązaniem, które szczególnie sprawdza się w przypadku MŚP jest PaaS, które nie wymaga zaangażowania znacznych środków inwestycyjnych. „Model działania MŚP jest zazwyczaj bardziej elastyczny i PaaS dobrze przystaje do ich potrzeb. Szczególne zainteresowanie usługami PaaS można zauważyć wśród MŚP, które decydują się na wprowadzenie pracy zdalnej ze względu na brak konieczności inwestowania we własną infrastrukturę oraz dostarczenie gotowych rozwiązań, szeregu możliwości analiz biznesowych czy zarządzania bazami danych. MŚP najczęściej decydują się na uruchomienie środowiska informatycznego w chmurze publicznej. Pozwala ono ograniczyć lub całkowicie wyeliminować koszty związane z utrzymywaniem swojej lokalnej infrastruktury. Podejście to daje im także dostęp do szerokiej gamy usług bez konieczności poniesienia dodatkowych nakładów wejścia w konkretne, specjalistyczne rozwiązanie” – wyjaśnia Przebieracz.

Praca integratorów i specjalistów jest więc nie do przecenienia. Nawet z punktu widzenia dużych podmiotów, ważna jest odpowiednia obsługa klienta i wdrożenie rozwiązań w taki sposób, aby przedsiębiorcy aktywnie z nich korzystali. W tym aspekcie lokalni integratorze sprawdzają się o wiele lepiej.  Są bardziej skoncentrowani na obsłudze i indywidualnym podejściu do klienta. Takie podmioty mogą dostarczać rozwiązania atrakcyjniejsze pod względem kosztów, przy jednoczesnym zachowaniu jak najwyższej jakości i profesjonalnej obsługi. Dodatkowo mogą zaoferować usługi w 100% dopasowane do indywidualnych potrzeb klientów, którzy nie potrzebują rozbudowanych, skomplikowanych rozwiązań. „Sprawne podmioty z wieloletnim doświadczeniem – takie jak ITBoom – potrafią adekwatnie zaadresować rozwiązanie w odpowiedzi na problem i potrzebę zgłoszoną przez kontrahenta. Duże podmioty i dostawcy koncentrują się na wzrostach liczby użytkowników i licencji, nie na ciągłości i dostosowaniu narzędzi w formie odpowiedniej konfiguracji. To zadanie właśnie leży po stronie specjalistów i integratorów. Dlatego tak ważne i unikalne jest doświadczenie jakie w ITBoom zbieraliśmy od ponad 15 lat” – podkreśla specjalista ITBoom.

Wynajmować z przerwami czy sprzedać mieszkanie i wpłacić pieniądze na lokatę terminową

Niektóre osoby zastanawiają się, na jakie oprocentowanie lokaty mogłyby liczyć po sprzedaży mieszkania. Odpowiadamy na tak zadane pytanie.

Najniższy w historii poziom stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego dwojako wpływa na rynek nieruchomości. Po pierwsze, skutkuje on bardzo niskim oprocentowaniem nowych kredytów mieszkaniowych w PLN wynoszącym np. 2,20% – 2,50%. Obniżka stóp procentowych NBP oraz WIBOR-u w marcu, kwietniu i maju br. tylko po części została skompensowana przez wzrost bankowych marż. Taka sytuacja zachęca do zaciągania kredytów mieszkaniowych pomimo kryzysu związanego z epidemią koronawirusa. Warto również pamiętać, że sytuacja dotycząca stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego ma jeszcze inny wpływ na rynek nieruchomości. Chodzi o to, że bardzo niskie oprocentowanie depozytów zniechęca do sprzedaży mieszkania i założenia lokaty z użyciem otrzymanych pieniędzy. Sprawdziliśmy, na jakie oprocentowanie lokaty może liczyć osoba wybierająca takie rozwiązanie.  

Banki nie cenią posiadaczy dużych depozytów

Osoby znające ofertę depozytową krajowych banków dobrze wiedzą, że te instytucje oferują najciekawsze promocje w przypadku niewielkich lokat o wartości 5000 zł – 10 000 zł i okresie spłaty wynoszącym zwykle 3 miesiące. Opisywana sytuacja wynika z faktu, że przeciętne polskie gospodarstwo domowe posiada lokaty o łącznej wartości wynoszącej zaledwie 10 000 zł – 15 000 zł. „Warto również pamiętać, że krótki czas trwania promocyjnych depozytów oraz ich niewielka wartość chroni banki przed koniecznością wypłacania dużych odsetek” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Lokaty o wartości typowej dla przeciętnego polskiego mieszkania (np. 300 000 zł – 400 000 zł) są dość rzadkie w rodzimych warunkach, a ich posiadacze raczej nie mogą liczyć na szczególnie wysokie oprocentowanie. „Trzykrotna obniżka głównej stopy procentowej Narodowego Banku Polskiego (w marcu, kwietniu i maju 2020 r.) oczywiście dodatkowo pogorszyła sytuację” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Lokata na kwartał lub półrocze nie jest lepsza

Jeżeli sprawdzimy aktualną ofertę lokat z krajowych banków, to okaże się, że osoba deponująca 200 000 zł, 300 000 zł lub 400 000 zł na rok (w ramach jednej lokaty), może liczyć na oprocentowanie wynoszące co najwyżej 1,60%. Najbardziej zyskowna jest Lokata Facto z Banku Facto, który funkcjonuje w formie oddziału włoskiej instytucji kredytowej. „Osoby zainteresowane lokatą gwarantowaną przez krajowy system ochrony depozytów, mogą liczyć na stawkę wynoszącą co najwyżej 1,25% pod warunkiem założenia konta osobistego i aktywności na nim (patrz: ekolokata Plus z Banku Ochrony Środowiska)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wybór kilku mniejszych, rocznych lokat z różnych banków (np. 4 x 100 0000 zł) nie pozwoli zwiększyć analizowanego oprocentowania. Lokaty półroczne i kwartalne o wartości 200 000 zł – 400 000 zł zapewniają natomiast zbliżone lub jeszcze gorsze wyniki pod względem zyskowności. Dzielenie dużej kwoty (np. 300 000 zł) na wiele trzymiesięcznych lokat o niskiej wartości może nieco poprawić poziom zysków, ale jest bardzo kłopotliwe. „W tym kontekście warto pamiętać, że praktycznie każdy bank przewiduje ograniczenie dotyczące liczby i wartości promocyjnych lokat” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nie warto uwzględniać podczas analizy pojedynczego depozytu o wartości większej niż 100 000 euro, ponieważ nie będzie on w całości objęty ochroną zapewnianą przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Wyjątek dotyczy tylko pierwszych trzech miesięcy od wpłaty środków pochodzących ze sprzedaży prywatnego domu lub prywatnego mieszkania. „W tym okresie, limit ochrony oszczędności przez BFG wynosi 200 000 euro minus suma innych środków w danym banku lub SKOK-u” – informuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Lepiej wynajmować z przerwami niż sprzedać

Wyniki powyższej analizy dobrze tłumaczą, dlaczego wiele osób nie kwapi się do sprzedaży mieszkania i wpłaty pieniędzy na lokatę terminową. Istnieje bowiem pewność, że oprocentowanie takiego depozytu będzie znacznie mniejsze od poziomu aktualnej inflacji. Inwestycje na rynkach kapitałowych w obecnej sytuacji gospodarczej zniechęcają natomiast osobę unikającą ryzyka. Trudno się zatem dziwić, że wielu inwestorów mieszkaniowych woli jednak wynajmować „M” i czekać na poprawę koniunktury rynkowej w 2021 roku oraz 2022 roku. „Dotyczy to zwłaszcza inwestorów, których lokale dużo zyskały na wartości w czasie poprzednich 4 lat – 5 lat” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Osoba posiadająca mieszkanie na wynajem w metropolii nadal może osiągnąć roczną rentowność przekraczającą poziom inflacji – nawet jeśli uwzględnimy przerwę w najmie trwającą np. 2 – 3 miesiące rocznie. W pewnych sytuacjach, może się nawet okazać, że wynajem tylko przez 5 – 6 miesięcy rocznie nadal generuje wyższą stopę rocznego zysku niż najlepsze lokaty na jeden rok. W tym kontekście warto pamiętać, że powyżej analizowaliśmy tylko najlepsze depozyty terminowe. „Tymczasem na rynku jest dostępnych również wiele lokat o dużej wartości, których stawka oprocentowania nawet nie przekracza 1,00%. Chodzi oczywiście o roczny poziom zysku bez uwzględnienia podatku Belki” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Grow Uperion rozpoczyna II etap emisji akcji

Grow Uperion, technologiczna spółka oferująca platformę grywalizacyjną, mającą na celu wzrost motywacji i zaangażowania pracowników w realizacji celów i zadań, dzisiaj rozpoczyna drugą, otwartą dla wszystkich transzę zapisów w prowadzonej emisji akcji. Obejmuje ona 150 tys. akcji o wartości 0,5 mln zł. W pierwszej transzy spółka już uzyskała zapisy na maksymalną zakładaną kwotę 0,5 mln zł. Środki z oferty będą dedykowane rozwojowi oprogramowania oraz globalnych kanałów sprzedaży. Dziś rozpoczynane zapisy będą przyjmowane bezpośrednio na stronie internetowej spółki. Szczegóły, w tym dokument ofertowy i prezentacja inwestycyjna są opublikowane na platformie CrowdConnect.pl. Minimalny zapis może obejmować 100, maksymalny 10 tys. akcji.  

Model biznesowy Grow Uperion opiera się na kilku filarach – oferowaniu platformy w formie modułu SaaS/Customized Saas, w formie narzędzia do obsługi programów ESOP (Plany Pracowniczej Własności Akcji), na potrzeby szkół i sektora edukacyjnego oraz w szytej na miarę formule dla Partnerów z szeregu branż.

W dniach 28 lipca – 10 sierpnia na platformie CrowdConnect.pl wszyscy inwestorzy będą mogli złożyć zapisy w II transzy, obejmującej do 150 tys. akcji w ww. cenie. W I transzy Grow Uperion uzyskał 500 tys. zł. Wycena spółki przed ofertą wynosi 10 mln zł

– Dzisiaj rozpoczynamy zapisy w II transzy emisji akcji, licząc na zainteresowanie kolejnych inwestorów naszą spółką. Jednocześnie dziękujemy inwestorom, którzy już nam zaufali. Grow Uperion zakończył główne prace B+R nad platformą grywalizacyjną, osiągając gotowość do jej szerszej komercjalizacji. Jednocześnie pozyskane środki pozwolą nad w dalszym stopniu rozwijać ofertę Grow Uperion, rozszerzając ją o kolejne funkcjonalności oraz budując międzynarodowe kanały sprzedaży. Prowadzony proces, a w dalszym etapie planowane upublicznienie spółki na rynku NewConnect ułatwią budowę silnego niezależnego brandu i rozpoznawalności w branży HR Tech – mówi Przemysław Śnioszek, Prezes Zarządu Grow Uperion.

Grow Uperion identyfikuje dwa cele emisyjne – rozwój oprogramowania oraz globalnych kanałów sprzedaży. W pierwszym obszarze, którego potrzeby kapitałowe wynoszą ok. 0,65 mln zł, zamiarem firmy jest rozwój kolejnych technologicznych funkcjonalności na platformie oraz prace nad implementacją tzw. lejków motywacyjnych. Drugi cel pozwoli rozwijać sprzedaż na najbardziej atrakcyjnych europejskich rynkach w obszarach HR Tech i grywalizacji (m.in. Niemcy, Francja, Szwecja, Wielka Brytania) i zawiera m.in. przeprowadzenie kampanii lead generation oraz rozbudowę działu sprzedaży.

Sytuacja epidemiologiczna skłoniła nas do przystosowania platformy Grow Uperion na potrzeby pomocy uczniom, nauczycielom i rodzicom w wyzwaniach zdalnego nauczania. W ten niekomercyjny sposób, mogąc pomóc potrzebującym, wypełniamy założenia wewnętrznej społecznej odpowiedzialności biznesu. Z drugiej strony, prowadząc pilotażowe wdrożenia w szkołach województwa podlaskiego i mazowieckiego, testujemy przydatność platformy w sektorze edukacji, który w dalszej przyszłości może stać się odrębną nogą biznesową spółki – podsumowuje  Przemysław Śnioszek.

Inicjatywa Grow Uperion została doceniona poprzez wsparcie ze strony Microsoft oraz GovTech, będąc włączoną do ogólnopolskiego projektu #akcjaedukacja. Projekt zaowocował podpisaniem listu intencyjnego z przedstawicielem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów  wyrażającego gotowość Grow Uperion do wdrożenia platformy spółki w szkołach dla 5,5 mln uczniów.

Rozwiązanie Grow Uperion wpisuje się w obszar technologii grywalizacyjnych znanych z gier wideo, których rynek eksperci States Fortune Business Insights szacują na 37 mld USD w 2027 roku wobec kilkukrotnie niższej wartości w minionym okresie. Światowe koncerny coraz częściej korzystają z systemów szkoleniowych, rekrutacyjnych i motywacyjnych i opartych na narzędziach grywalizacyjnych, zwłaszcza lokowanych w chmurze w modelach SaaS. W naszej ocenie zbieżność oferty spółki z obserwowanymi trendami na jej rynku to dobry punkt wyjścia do osiągania zakładanych etapów milowych oraz wyznaczania kolejnych w następnych latach z korzyścią dla obecnych i przyszłych akcjonariuszy Grow Uperion – podsumowuje Przemysław Śnioszek.

Grow Uperion oferuje innowacyjną platformę do realizacji celów, podnoszenia motywacji i doceniania pracowników. Jej założenia powstały w oparciu o połączenie technik grywalizacyjnych znanych w sektorze gamingowym, psychologii motywacji oraz elementów z dziedziny automatyzacji marketingu. Rozwiązanie to pozwala osiągać zakładane KPIs pracowników i całych zespołów bez zwiększania nakładów na benefity finansowe i pozafinansowe w organizacji. Grow Uperion stanowi odpowiedź na zapotrzebowanie rynkowe – wg badań przeprowadzonych przez ośrodek Randstad w 2019 roku, aż 87 proc. pracowników w Polsce nie angażuje się wystarczająco w swoją pracę. Spółka, w oparciu o elementy  grywalizacyjne, wykorzystuje prostą i uniwersalną symbolikę rosnącego obiektu, np. drzewa lub budynku, w wizualizacji poziomu rozwoju pracownika. Każdy pracownik ma własny obiekt osiągnięć, wskazujący na realizację celów indywidualnych lub grupowych.

Rajd ryzykownych aktywów

Ostry spadek cen kontraktu futures na złoto w chwilę po dotknięciu 2000 USD za uncję wywołało lawinowe odbicie dolara w relacji do metali i innych walut. Szybkość zmian uwidacznia sposób myślenia inwestorów, którzy gdy tylko cena docelowa zostanie osiągnięta, zabezpieczają zyski. W szerszym ujęciu przyczyny słabości dolara i przesiadki na ryzykowne aktywa pozostają w mocy.

Każdy dzień rajdu to wzrost ryzyka korekty, więc naturalnym jest, że inwestorów świerzbią palce w sytuacji najmniejszego zawahania trendu. A mało co jest lepszym pretekstem do zwrotu i powiedzenia „dość” niż osiągnięcie okrągłego poziomu. Cena kontraktu futures na złoto zawróciła 70 USD, podobnie cena srebra zawróciła od 26 USD, odpadając od szczytu o ponad 12 proc. Realizacja zysków dosięgnęła też crossów USD z EUR, GBP i JPY. Zmiany prawdopodobnie podsycane są perspektywą końca miesiąca, ale też niepewnością odnośnie tego, co przyniesie jutrzejszy komunikat FOMC. Oczywistym jest, że Fed pozostanie gołębi, pytanie tylko, czy może być bardziej gołębi niż rynek już oczekuje? Oczekuję, że lipcowe posiedzenie nie przyniesie przełomowych decyzji i powinno być neutralne dla USD, choć w szerszym kontekście oznacza długotrwałość ekspansywnej polityki monetarnej. Tylko czy potwierdzenie tego, co już wiadomo, wystarczy, by nie wywołać niedosytu wśród sprzedających USD? Wątpliwości są największym zagrożeniem dla popularnych trendów, nawet jeśli nie kwestionują generalnych podstaw osłabienia dolara. Wtorek odwrotu kolejny raz potwierdza swój mit.

Rozwój wydarzeń w temacie pakietu fiskalnego USA także nie pomaga dolarowi. Republikanie w porozumieniu z Białym Domem przedstawili pakiet w ramach Fazy 4. w wysokości 1 bln USD. Teraz chcą przed końcem miesiąca przekonać do niego Demokratów, którzy jednak mają własne propozycje warte 3,5 bln USD. Powodzenia w znalezieniu w 4 dni kompromisu między różnicą zdań za 2,5 bln USD. Bez tego od 1 sierpnia wygaśnie wiele z programów wspierających finansowo Amerykanów. Kolejny powód, by wątpić w wyjątkowość ożywienia gospodarczego USA i jego pozytywnego wyróżniania się na tle reszty świata.

Grupowe umocnienie ryzykownych aktywów podsycane słabością dolara jest głównym motorem umocnienia złotego. Podpina się pod to też lepsze dane z Polski i silniejsze PMI z Eurolandu, ale osobiście mam wątpliwości – jakkolwiek na papierze umocnienie złotego w reakcji na pozytywne dane ma sens, w rzeczywistości występuje tak sporadycznie, że ekscytowanie się tą zależnością teraz wydaje się szukaniem na siłę dodatkowego wytłumaczenia. Ważniejsze jest zachowanie rynków globalnych. Jeśli przecena USD się utrzyma, razem z nią pozostanie rajd walut rynków wschodzących. Fundamentalnie złoty po 4,39 za euro jest za mocny a nasze modele wyznaczają kurs fair value kilka groszy wyżej. Jednak póki pociąg jest rozpędzony, nie należy stawać mu na drodze i w tym kontekście czerwcowy dołek na 4,37 nie jest on poza zasięgiem. Dalej jednak sceptycznie podchodzę do tego, że tak silny złoty utrzyma się trwale.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy ostrożniej zarządzają budżetem, ale nie rezygnują z inwestycji – pokazuje badanie ING

Niepewność zmotywowała nas do zweryfikowania podejścia do pieniędzy i uważniejszego oraz bardziej efektywnego planowania ich wydawania – skomentowała wynik badania ING Maria Rotkiel.

Wysoki poziom niepewności konsumenckiej obserwowany w badaniach, związany z silną presją i atmosferą niepokoju, sprawił, że zarządzanie finansami stało się ważnym tematem rozmów. To właśnie niepewność zmotywowała nas do zweryfikowania podejścia do pieniędzy i uważniejszego oraz bardziej efektywnego planowania ich wydawania, inwestowania i codziennego zarządzania budżetem. Badanie potwierdza, że stres to również stan mobilizacji i otwarcia na nowe rozwiązania i strategie finansowe. – Maria Rotkiel, psycholog, terapeutka i trenerka biznesu

Aby lepiej zrozumieć zmieniające się tendencje w zakresie zarządzania finansami w dobie koronawirusa, ING wspólnie z firmą GFK przeprowadziło w maju tego roku badanie nastrojów społecznych. Wynika z niego, że Polacy będą wydawać pieniądze ostrożniej, ale nie zamierzają całkowicie rezygnować z zakupów i inwestowania.

Robimy swoje, tylko inaczej

Obecna sytuacja gospodarcza skłoniła wielu z nas do uważniejszego planowania wydatków i racjonalnego robienia zakupów. Najczęstszą strategią praktykowaną przez Polaków jest powstrzymanie się od kupowania rzeczy, które nie są niezbędne (72%). Jesteśmy również bardziej skłonni oszczędzać na produktach spożywczych (72%), niż na dobrach trwałych i usługach (66%). O tym, że nasze zakupy będą miały bardziej przemyślany charakter, świadczy również fakt, że zdecydowanie mniej osób (39%) chce rezygnować z jakości i sprawdzonych marek, szukając tańszych zamienników, za to 48% częściej niż do tej pory będzie szukało promocji.

Mimo że w miarę uwalniania gospodarki Polacy zaczynają patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość, jesteśmy cały czas ostrożni i uważnie planujemy wydatki. Ta ostrożność może być bardzo pomocna w nauce zrównoważonego zarządzania zasobami finansowymi. Badanie pokazuje, że wielu z nas chce wprowadzić w życie racjonalne ograniczenia w sferze finansowej i planuje powstrzymanie się od zakupu rzeczy nie traktowanych jako niezbędne. Co ważne, większość z nas będzie kupowała produkty spożywcze, mając na uwadze polskie lub lokalne ich pochodzenie, zamierzamy również kupować w sposób bardziej przemyślany i oszczędny, wdrażając jednocześnie różne strategie oszczędzania. To ważna i pozytywna zmiana, która na przykład ograniczy marnowanie jedzenia i pozwoli na efektywniejsze zarządzanie domowym budżetem. Cały czas realizując cele, rozwijając się i ciesząc życiem, będziemy uważniejsi i bardziej świadomi codziennych wyborów. – Maria Rotkiel, psycholog, terapeutka i trenerka biznesu

Polacy planują zakup nieruchomości i elektroniki

Po kwietniowym spadku z każdym miesiącem wracają plany związane z zakupem dóbr stałych. Wśród najczęściej wymienianych produktów, na które będziemy wydawać pieniądze, znalazły się smartfony, sprzęt komputerowy i telewizory. Z pewnością nie bez znaczenia jest tu fakt, że coraz więcej spraw załatwiamy zdalnie i więcej pracujemy z domu. Pieniądze będziemy wydawać również na wyposażenie warsztatu i sprzęt AGD. Ponadto Polacy coraz częściej rozważają nabycie nieruchomości, przy czym wciąż rośnie liczba tych, którzy wcześniej takich planów nie mieli.

Planowanie inwestycji z jednoczesnym uważniejszym i lepiej przemyślanym podejściem do finansów to najlepszy przykład pozytywnej odpowiedzi na finansowe wyzwania ostatnich miesięcy. To dowód na to, że trudne okoliczności ostatnich kilku miesięcy pomogły nam wrócić do sprawdzonych strategii zarządzania finansami, również takich jak zapisywanie i kontrolowanie wydatków, wyznaczanie limitów, bardziej przemyślane planowanie wydatków. Jest szansa, że zaczniemy rezygnować z tych wydatków, które nie są niezbędne, a zaczniemy oszczędzać i inwestować, jednocześnie uważniej i ostrożniej wydając pieniądze. – Maria Rotkiel, psycholog, terapeutka i trenerka biznesu

Nowe oczekiwania – nowe narzędzia

Zmieniające się podejście do kwestii finansów to również wyzwanie dla banków, które powinny dostosować dostępne dla klientów narzędzia do aktualnych potrzeb i oczekiwań konsumentów, przyczyniając się tym samym do redukowania stresu wywołanego niepewną sytuacją gospodarczą.

Konsumenci będą wydawali pieniądze z większą uważnością, dlatego potrzebują rozwiązań, które będą wspierały ich aktywność w nowej sytuacji, ułatwią ogarnianie finansów i zaproponują im spersonalizowane rozwiązania. Takim rozwiązaniem jest aplikacja Moje ING. Z banku w telefonie staje się ona narzędziem, które aktywnie podpowiada, przypomina, proponuje spersonalizowane rozwiązania. Dzięki wysyłanym w aplikacji powiadomieniom typu push, klienci wiedzą jaki jest poziom wykorzystania zaplanowanego miesięcznego budżetu, mają informację co dzieje się na kontach ich dzieci czy ile mają pieniędzy na kontach w innych bankach. – Barbara Pasterczyk, Dyrektor Banku odpowiedzialna za komunikację marketingową w ING Banku Śląskim.

Badanie Corona Mood GFK zostało zrealizowane w maju 2020 roku, jego wyniki dotyczą więc nastrojów społecznych, jakie panowały w trakcie wychodzenia z najtrudniejszej fazy pandemii w Polsce. Jak wynika z komentarza Marii Rotkiel widoczne już wówczas pozytywne trendy nasilały się w kolejnych miesiącach po wybuchu pandemii.

Ożywienie gospodarcze w Europie postępuje

Miniony tydzień przyniósł wysyp pozytywnych informacji z Europy. We wtorek europejscy decydenci uchwalili pakiet odbudowy gospodarki o łącznej wartości 750 miliardów dolarów. Państwa europejskie pierwszy raz w historii zdecydowały o emisji wspólnego długu, co przez rynki zostało przyjęte pozytywnie. Z kolei w piątek odczyty PMI z głównych europejskich gospodarek pokazały, że na rynku postępuje ożywienie, szczególnie pozytywnie zaskoczyły odczyty z sektora usług, gdzie wyraźnie zostały przebite prognozy analityków. Ten pozytywny obraz zakłócały napięte relacje na linii USA-Chiny, gdzie wzajemne agresywne działania dyplomatyczne wpłynęły na osłabienie sentymentu na rynkach akcji. Ostatecznie rynki akcyjne w Europie i USA zakończyły tydzień niewielkim spadkiem. W Polsce dane o sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej oraz bezrobociu również zaskoczyły pozytywnie. Widać, że sytuacja gospodarcza poprawia się szybciej niż przewidywali ekonomiści, co zwiększa prawdopodobieństwo odbicia gospodarki w kształcie litery V.

W zeszłym tygodniu srebro oraz złoto w środowisku osłabiającego się dolara wzrosły do najwyższych poziomów w tym roku. Srebro wybiło się z ponad 6-letniej konsolidacji z impetem kończąc tydzień powyżej 24$ za uncję. Hossa na metalach szlachetnych rozkręca się i przyspiesza.

W nadchodzącym tygodniu oczy inwestorów będą skupione na posiedzeniu FOMC, które zdecyduje o poziomie stóp procentowych w USA. Inwestorzy z uwagą będą śledzić słowa przewodniczącego FED J. Powella, szukając wskazówek pozwalających przewidzieć dalsze kroki decydentów w walce ze skutkami pandemii COVID-19. W czwartek poznamy wstępne dane PKB za II kw. w USA. Będzie to ważny odczyt, który pokaże skutki zamrażania gospodarki, które miało miejsce w II kwartale. W piątek poznamy wstępny odczyt inflacji CPI w Polsce, po ostatnich zaskoczeniach w górę można spodziewać się utrzymania wzrostu poziomu cen na wysokich poziomach.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Biura w nowej rzeczywistości. Co dalej?

Na początku roku tętniące życiem, w drugim kwartale – szczególnie w czasie lockdown’u – w większości opustoszałe i z zupełnie inaczej zorganizowaną pracą. Dziś wiele biur wróciło już do życia, choć duża część pracowników wciąż pracuje zdalnie w pełnym wymiarze miesięcznym lub pojawia się w biurze jedynie w trybie rotacyjnym. Autorzy raportu „Rynek biurowy w Warszawie, At A Glance 2020 Q2” w kryzysowym czasie zwracają uwagę na solidną podaż i popyt, rekordową umowę najmu, ale także na dużą niepewność w nadchodzących kwartałach.

To, jak biurowce poradzą sobie w zupełnie nowych realiach pokażą najbliższe trzy kwartały. Uczestnicy rynku dziś skupiają się na ocenie minionych trzech miesięcy. Zarówno najemcy, deweloperzy jak i inwestorzy wnikliwie analizują negatywne oraz pozytywne skutki lockdown’u planując obecną oraz przyszłą perspektywę biznesową włączając do swych analiz pracę zdalną. W najbliższej perspektywie koronawirus i spodziewane spowolnienie gospodarcze z pewnością znajdą swoje odzwierciedlenie w decyzjach uczestników rynku biurowego. Często dziś zadawane pytanie, czy część powierzchni biurowej nie okaże się zbędna ze względu na szerokie możliwości świadczenia pracy w trybie zdalnym, jest w głównej mierze podstawą do szukania odpowiedzi na to jak realnie taka decyzja wpłynie na codzienne funkcjonowanie firmy oraz jej konkurencyjność w długiej perspektywie czasu.

Pomimo ogólnej fascynacji szerokimi możliwościami pracy zdalnej patrzymy optymistycznie na kolejne kwartały bieżącego roku na rynku biurowym. Sytuacja związana z globalną pandemią obnażyła słabości organizacyjne tego rozwiązania szczególnie w krajach azjatyckich, gdzie dostęp do Internetu, niekiedy również i do prądu, poza budynkiem biurowym jest mocno ograniczony. W związku z tym upatrujemy szansę dla naszego regionu w przeniesieniu części procesów i kompetencji firm właśnie do Polski. Aktualnie przedsiębiorstwa przeprowadzają wnikliwą analizę możliwości szerszego zastosowania pracy zdalnej. Analizowane są aspekty prawne, przepisy prawa pracy oraz bieżąca wymiana informacji wśród pracowników, którzy są podstawą sprawnego i efektywnego funkcjonowania firmy w długim okresie czasu – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Mimo pandemii świat warszawskich biur nie stanął w miejscu. Analitycy z BNP Paribas Real Estate Poland podsumowali, że w okresie maj – czerwiec zasoby rynku biurowego w Warszawie powiększyły się o ok. 100 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni. To wynik, który reprezentuje ok. 62 proc. całej ubiegłorocznej nowej podaży. Do końca czerwca swoje podwoje otworzyły m.in.: drugi z kompleksu trzech biurowców w Varso Place (40 tys. m kw.) i biurowa piramida przy Chmielnej 89 (25 tys. m kw.).

W ostatnich latach popyt na biura był bardzo wysoki, i to nie tylko w stolicy. To właśnie dlatego w pierwszych miesiącach pandemii deweloperzy nie wcisnęli hamulca, a wszystkie znaczące projekty były realizowane niemal zgodnie z planem lub z niedużym opóźnieniem powodowanym mniejszą dostępnością i mobilnością pracowników budowlanych bądź czasowymi problemami w łańcuchach dostaw materiałów z zagranicy. Zakładając, że w drugiej połowie roku żadna z większych budów nie stanie, czego deweloperzy na razie nie sygnalizują, to do końca grudnia Warszawa może wzbogacić się o kolejne ok. 219 tys. m kw. powierzchni. Tym samym w całym 2020 r. sektor biurowy w Warszawie może powiększyć się o ok. 330 tys. m kw. nowej powierzchni, ponad dwukrotnie więcej niż w ubiegłym roku – Klaudia Okoń, Konsultant w Dziale Analiz i Doradztwa BNP Paribas Real Estate Poland, współautorka analizy

Z podsumowania drugiego kwartału wynika, że w porównaniu z okresem styczeń-marzec zaskakująco dobrze wyglądał popyt brutto na stołeczne biura. Wyniósł on prawie 196 tys. m kw., z czego ok. 29 proc. przypadło na renegocjacje i przedłużenia dotychczasowych kontraktów. Analitycy BNP Paribas Real Estate Poland podkreślają, że najwięcej przedłużonych umów podpisano w biurowcach, które mieszczą się w strefach Centrum, COB oraz na Mokotowie. Niepewność związana z ewentualną drugą falą COVID-19 i spowolnieniem gospodarczym sprawia, że część firm wstrzymuje nadal swoje plany rozwojowe, co w krótkiej perspektywie przekłada się na przesunięcia decyzji o wynajęciu nowego biura. W drugim kwartale padł też kolejny biurowy rekord. Grupa PZU wynajęła cały biurowiec Generation Park Y przy rondzie Daszyńskiego, podpisując umowę najmu na 46,5 tys. m kw. powierzchni. W 140-metrowym wieżowcu wybudowanym przez Skanska, w ciągu dwóch lat ubezpieczeniowy gigant urządzi swoją nową siedzibę skupiając jednocześnie miejsca pracy dla kilku tysięcy osób, którzy dotychczas pracowali w kilku rozproszonych lokalizacjach.

Analiza drugiego kwartału sygnalizuje też nieznaczny wzrost wskaźnika pustostanów, który od 5 lat systematycznie spadał, aby na koniec pierwszego kwartału osiągnąć rekordowo niski pułap 7,5 proc. Na koniec czerwca powierzchnia niewynajęta stanowiła 7,9 proc., co i tak jest bardzo dobrym wynikiem biorąc pod uwagę znaczny wolumen dostarczonej nowej powierzchni. Warto zauważyć, że w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku wskaźnik wakatów obniżył się o 0,6 p.p. Dodatkowo zaobserwować można wzrostowy trend pojawiających się powierzchni do podnajęcia. Analitycy podkreślają, że najchętniej podnajmowane są moduły biurowe o wielkości od 300 do800 m kw. Na tę chwilę decyzje dużych, stabilnych, globalnych firm z podpisanymi wieloletnimi umowami najmu nie mają wpływu na rozwój sytuacji podnajmów powierzchni. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland dodają, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy najwięcej wakatów zostało zasiedlonych w strefie korytarzy Żwirki i Wigury (spadek o 3,8 p.p.) i Puławska (spadek o 3,2 p.p.). Ze wzrostem pustostanów, w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku, musi radzić sobie strefa Zachód, w której w drugim kwartale poziom wakatów urósł o 2,6 p.p. Autorzy analizy zaznaczają, że obecna sytuacja może nasilić trend spadku popularności obiektów starszych, niespełniających nowoczesnych parametrów technicznych, leżących w mało dogodnej lokalizacji, a także biurowców wymagających gruntownej modernizacji. Pandemia może przyspieszyć konieczność modernizacji oraz ewentualnej konwersji takich budynków na funkcje inne niż biurowa.

Najbliższe miesiące będą dla sektora biurowego czasem reorganizacji. Wymogi sanitarne sprawią, że większość pracowników wróci do przearanżowanych biur. Zachowanie dystansu społecznego łatwiejsze będzie w otwartych przestrzeniach, w których zmniejszy się liczba zajmowanych biurek, a w niektórych przypadkach przestrzenie będą wygrodzone. Część najemców może zdecydować się na ustalenie liczby pracowników, którzy w jednym czasie będą mogli przebywać w biurze. W wielu przypadkach będzie oznaczać to kontynuowanie pracy zdalnej w systemie rotacyjnym. Przed zarządcami stoi natomiast zadanie polegające na zmniejszeniu porannych i popołudniowych szczytów w głównych ciągach komunikacyjnych.
W nowej biurowej rzeczywistości słowem kluczem będzie elastyczność, zarówno jeśli chodzi o prawa i obowiązki stron w umowach najmu, jak również o dostosowywanie w szybkim czasie powierzchni pod kątem pojawiających się potrzeb – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Odwilż w bankach – czy warto już wnioskować o kredyt hipoteczny?

  • Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w czerwcu popyt na kredyty hipoteczne wzrósł o blisko 26% w stosunku do maja.
  • Eksperci podchodzą z rezerwą do tych wyników, nadal są one słabsze niż w 2019 r.
  • Z rynku dochodzą już jednak pozytywne sygnały – banki zaczynają łagodzić swoją politykę, pojawiają się też pierwsze oferty promocyjne.

Zdaniem ekspertów, rok 2020 miał być rekordowy pod względem liczby i wartości udzielanych kredytów hipotecznych. Niskie oprocentowanie i dobra sytuacja finansowa polskich gospodarstw domowych sprzyjałyby chętnemu podejmowaniu decyzji o inwestycjach w nieruchomości. Jednak tak jak w przypadku wielu innych branż i dziedzin życia, sytuację skomplikował wybuch pandemii.

Od marca kredyty pod kreską

Pierwsze miesiące 2020 r. zapowiadały bardzo dobry rok dla branży kredytowej. Biuro Informacji Kredytowej informowało wtedy, że wartość udzielonych kredytów hipotecznych wzrosła w styczniu o 24,5%, a w lutym o 27,7% – w porównaniu z tym samym okresem w 2019 r. W marcu sytuacja uległa diametralnej zmianie i po raz pierwszy od pół roku, w odniesieniu do popytu na kredyty, pojawiły się wartości ujemne.

W połowie marca zaczęliśmy dostrzegać pierwsze negatywne skutki pandemii, jednak sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu dopiero w kwietniu. Zgłaszali się do nas przede wszystkim klienci, którzy – głównie z powodu utraty lub zmniejszenia wynagrodzenia – mieli problemy z terminową spłatą zobowiązań. Nasza praca dotyczyła więc przede wszystkim szukania dla nich korzystnych rozwiązań, zanim jeszcze pojawiła się realna pomoc dla kredytobiorców od rządu – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Polacy wracają do banków

Z danych BIK wynika, że w czerwcu odnotowano o 2,6% więcej wniosków kredytowych w stosunku do czerwca 2019, jednak ich wartość była niższa o 6,7%. Najistotniejszy jest jednak fakt, że w stosunku do poprzedniego miesiąca liczba wnioskujących wzrosła aż o ¼, co może świadczyć o odwilży na rynku kredytowym. Poprawę sytuacji potwierdzają doniesienia o pojawieniu się pierwszych ofert promocyjnych.

Przez ostatnie miesiące banki zaostrzały swoją politykę udzielania kredytów hipotecznych. Wzrosła m.in. wymagana minimalna wartość wkładu własnego – nawet do 30%, mniejsze szanse na kredyt miały też osoby prowadzące własną działalność. Obecnie mamy więcej klientów niż możliwości znalezienia dla nich finansowania odpowiadającego ich oczekiwaniom i możliwościom. W ostatnim czasie zaczęły jednak docierać do nas z banków optymistyczne sygnały o łagodzeniu tych restrykcji i pojawianiu się promocji na kredyty hipoteczne. Nie dotyczy to jednak wszystkich banków, dlatego polecam skorzystanie z usług pośrednika kredytowego, który jest na bieżąco informowany o wszelkich zmianach i promocjach obowiązujących w większości banków. W każdym przypadku klienci muszą uzbroić się w cierpliwość, ponieważ z związku z ograniczeniami w postaci pracy zdalnej czasy procesowe w bankach są mocno wydłużone – dodaje Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Ze względu na trudną sytuację Polaków spowodowaną pandemią, Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe do zaledwie 0,1%. Zgodnie z przepisami, oprocentowanie kredytu hipotecznego nie może być wyższe niż dwukrotność sumy stopy procentowej i 3,5%, co oznacza, że nie przekracza obecnie 7,2%. Przy ustalaniu warunków spłaty kredytu należy jednak pamiętać o tym, że te warunki mogą się w każdej chwili zmienić, a po podwyższeniu wysokości stóp procentowych, miesięczna rata kredytu wzrośnie nawet o kilkaset zł.

Dane NBP: Na rynek trafia coraz mniej monet. Wraca dyskusja o likwidacji najmniejszych nominałów

Narodowy Bank Polski przekazał przeszło 278 milionów sztuk monet powszechnego obiegu w stanie zachowania „producenckim”. Odbyło się to od stycznia do czerwca 2020 roku w ramach zaopatrywania banków i Poczty Polskiej. Z kolei po danych z analogicznego okresu ubiegłego roku widzimy ponad 395 milionów sztuk takich monet. Wraz z nimi dostarczono też środki, które wcześniej powróciły z rynku i po przesortowaniu posiadały status obiegowych. W tym roku było ich łącznie z „producenckimi” – 561 milionów sztuk, a wcześniej – 749 milionów. W analizowanych okresach najwięcej wydano pojedynczych groszy.

Jak informuje NBP, od stycznia do czerwca br. przekazano ponad 278 milionów sztuk monet powszechnego obiegu w stanie zachowania „producenckim”. Zrobiono to w ramach zaopatrywania banków i Poczty Polskiej S.A. Natomiast w analogicznym okresie 2019 roku wprowadzono przeszło 395 milionów sztuk. Jak podkreśla dr Wojciech Świder z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, w Polsce i w wielu krajach systematycznie spada udział gotówki w płatnościach. Coraz popularniejsze stają się kanały elektroniczne, takie jak karty czy płatności mobilne. W tym roku wiele sklepów zachęcało do korzystania z tych form ze względu na koronawirusa.

– Pandemia spowodowała, że Polacy chętniej i częściej korzystają z płatności bezgotówkowych. To wynika trochę ze strachu, ponieważ monety czy banknoty powszechnie uważane są za brudne. Mogą przenosić różne wirusy itd. To jest paradoks, bo szczególnie w marcu i w kwietniu było spore zapotrzebowanie na gotówkę. Ludzie wypłacali z bankomatów po kilka tysięcy złotych, zwłaszcza w dużych nominałach. Dzięki temu chcieli zyskać poczucie bezpieczeństwa. Badania pokazują, że w czasach kryzysu czy niepewności to gotówka jest królem – komentuje Marcin Matyja z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, wykładowca psychologii pieniądza i zachowań konsumenckich.

Według danych NBP, od stycznia do czerwca br. przekazano ponad 561 milionów sztuk monet, zarówno w stanie zachowania „producenckim”, jak i tych, które wcześniej powróciły z rynku i po przesortowaniu posiadały status obiegowych. Z kolei rok wcześniej wprowadzono przeszło 749 milionów sztuk takich monet.

– Na podstawie tych informacji widzimy tylko ewidentny spadek. Ale z danych z poprzednich lat wynika, że monety są wprowadzane w seriach. Jednocześnie wiemy o trendach konsumenckich. Na początku pandemii Polacy rzadziej wychodzili na zakupy, ale robili je większe. Ponadto cały czas rośnie popularność e-commerce, a tym samym – wartość dokonywanych transakcji w Internecie – mówi ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego.

Patrząc na dane dot. monet przekazanych w 2020 roku, można zauważyć, że najwięcej było tych o nominale 1 grosza – ponad 152 mln sztuk (w 2019 roku – ponad 209 mln sztuk). Dalej znalazło się 10 groszy – 72,5 mln sztuk (ponad 93 mln sztuk). Potem był 1 złoty – 63,1 mln sztuk (ok. 80,6 mln sztuk), a za nim uplasowały się 2 złote – 56,1 mln sztuk (ponad 67 mln sztuk).

– Jedną z klasycznych cech pieniądza jest jego podzielność. Występowanie monet jednogroszowych ją gwarantuje. Oczywiście należy zadać sobie pytanie, czy nie jest ona zbyt duża. Jak można przeczytać na stronie NBP, groszówki wykonane są z mosiądzu manganowego. Koszt produkcji jest wyższy niż ich wartość nominalna. To argument za ograniczeniem emisji – zaznacza dr Świder.

Natomiast Marcin Matyja powołuje się na raporty Związku Banków Polskich. Z nich wynika, że regularnie maleje średnia wartość transakcji bezgotówkowej. Ludzie płacą elektronicznie za coraz mniejsze zakupy, również za przysłowiową bułkę i gazetę. Wcześniej zazwyczaj wyciągali w takich sytuacjach banknoty lub monety. Drobne nominały są po to, aby ułatwić przeprowadzenie niewielkich transakcji. Ale ekspert ma wątpliwości, czy akurat do tego służą jednogroszówki. Wielokrotnie w sklepach można usłyszeć od sprzedawców, że będą dłużni 1 gr itd.

– Moim zdaniem, należałoby poważnie pomyśleć nad likwidacją 1 i 2 gr, ewentualnie zmniejszyć ich emisje. W Belgii niedawno wycofano jednocentówki i dwucentówki. Najniższym nominałem jest 5 eurocentów. Z najdrobniejszych pieniędzy wcześniej zrezygnowały Czechy, Dania, Holandia, Izrael, Rosja i Szwecja. Nie spowodowało to zauważalnych negatywnych skutków u detalistów – dodaje ekspert z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Z kolei Marcin Matyja stwierdza, że jako społeczeństwo nie doszacowujemy wartości monet. Ma to też swoje konsekwencje konsumenckie. Oznacza to, że np. cena 1,99 zł za 100 gramów wydaje się tańsza niż 19,90 za kg. Wychodzimy z założenia, że to niespełna 2 zł. Zazwyczaj o monetach myślimy dopiero wtedy, kiedy portfel staje się cięższy. Nasz szacunek do tego rodzaju gotówki, zwłaszcza najniższych nominałów, jest ograniczony i jeszcze będzie maleć.

– Badania Humphreya i in. z 2006 roku wykazały, że dany kraj może zaoszczędzić na produkcji kwotę wynoszącą co najmniej 1% PKB. Taki byłby efekt przejścia z systemu bazującego jedynie na gotówce na model w pełni elektroniczny. Moim zdaniem, trzeba aktywnie zachęcać ludzi do używania metod bezgotówkowych ze względu na niższy koszt i wygodę. Jednak nie należy likwidować gotówki jako metody płatności – podkreśla ekspert z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Monety będą traciły na znaczeniu, o czym przekonuje Marcin Matyja. I zaznacza, że one są niewygodne i o niewielkich nominałach. Nie są więc atrakcyjne z punktu widzenia dokonywania transakcji. W obecnych czasach zdecydowanie idziemy w kierunku płatności elektronicznych.

Finiata rozszerza swoją ofertę i dołącza do ZPF

  • Wsparcie finansowe jest obecnie kluczowe dla przetrwania małych i średnich przedsiębiorstw.
  • Według badań obecnie co czwarta firma w ogóle nie ma szans na kredyt, a co trzecia – uzyskałaby go na gorszych warunkach. Zagrożone przedsiębiorstwa powinny szukać rozwiązania wśród ofert fintechów.
  • Finiata dołączyła właśnie do Związku Przedsiębiorstw Finansowych, w celu wymiany wiedzy i dbania o poszanowanie etycznych relacji z klientami i kontrahentami.

Tegoroczne lato dla przedsiębiorców niewiele ma wspólnego ze spokojem i wypoczynkiem, czego efektem jest  kryzys ekonomiczny po lockdownie. Małe i średnie przedsiębiorstwa są zmuszone do poszukiwań nowoczesnych narzędzi finansowych, które szybko i bez zbędnych formalności pomogą im w utrzymaniu płynności finansowej.

Dla zagrożonych firm z sektora MŚP prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem jest poszukiwanie wsparcia ze strony fintechów. Nowoczesne narzędzia oferowane przez tego typu podmioty charakteryzują się szybką decyzyjnością, bez procesowania wielu formalności. To odpowiedź na głosy właścicieli firm, którzy coraz częściej zgłaszają problemy związane z uzyskaniem wsparcia od banków działających na polskim rynku. Tradycyjne instytucje finansowe zaostrzyły regulacje przyznawania kredytów, uderzając tym samym w małych przedsiębiorców. Według badań co czwarta firma w ogóle nie ma szans na kredyt, a co trzecia – uzyskałaby go na gorszych warunkach.[1]

Podczas gdy inne firmy odczuwają ograniczenia kapitałowe i nawet zaprzestają udzielania pożyczek, nasze drzwi są wciąż otwarte dla wszystkich, którzy mają obecnie problem z płynnością: przedsiębiorców, freelancerów/wolnych strzelców i samozatrudnionych. – mówi Jan Enno Einfeld, CEO Finiata Group.

Innowacyjny fintech o niemieckich korzeniach, Finiata, wyszła naprzeciw potrzebom przedsiębiorców, którzy mogą w szybki sposób otrzymać finansowanie bieżących potrzeb, a te w zależności od branży mogą się diametralnie różnić. Co więcej Finiata chcąc pomóc firmom z sektora MŚP wprowadziła nowe narzędzie, Finiata Analityka. Oparto je na samouczącym się algorytmie sztucznej inteligencji Copernicus, wykorzystywanym dotychczas przy udzielaniu elastycznej linii kapitałowej, FlexKapitał. Ten algorytm całkowicie zdigitalizował i zautomatyzował udzielanie przez Finiatę krótkoterminowych małych pożyczek. Jak dotąd Copernicus działa tak samo dokładnie, jak przed COVID-19, podobnie jak spłaty przez klientów.

Produkt, który zaoferowaliśmy pomoże przedsiębiorcom dobrze zmapować (zdefiniować) ich problemy. Jest to nowość na rynku dla polskich przedsiębiorców, dlatego zdecydowaliśmy o udostępnieniu tego narzędzia bezpłatnie. Tak, aby każdy mógł w tych trudnych czasach sprawnie kontrolować przepływy pieniężne w swojej firmie. Uważamy, ze to kluczowe zadanie, abyśmy wszyscy przetrwali obecny kryzys gospodarczy. – dodaje Jan Enno Einfeld.

W ostatnich dniach Finiata dołączyła również do Związku Przedsiębiorstw Finansowych (dawniej Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych). Fintech chce wspólnie z innymi przedsiębiorstwami uczestniczyć w programie wymiany wiedzy oraz dbać poszanowanie etycznych relacji z klientami i kontrahentami. W obecnej sytuacji takie podejście jest szczególnie cenne dla małych i średnich przedsiębiorstw, ponieważ buduje ponowną szansę na powrót do normalnego funkcjonowania rynku.

[1] Raport BGK, luty 2020

Revolut uzupełnia ofertę kryptowalut o Stellar Lumens

  • Stellar Lumens (XLM) to szósta kryptowaluta, którą można kupić przez Revolut
  • Fintech planuje dodać kolejne kryptowaluty do swojej oferty w bliskiej przyszłości 
  • Revolut przekazał niedawno prawo własności kryptowalut, które przechowuje klientom

Revolut, globalna platforma usług finansowych, z której korzysta ponad 12 milionów użytkowników, dodał dziś oficjalnie Stellar Lumens (XML) do rosnącej listy oferowanych kryptowalut. Tym samym fintech oferuje obecnie 6 różnych kryptowalut, w tym: Bitcoin (BTC), Ethereum (ETH), Litecoin (LTC), Bitcoin Cash (BCH) i XRP. Revolut pracuje już nad dołączeniem do platformy kolejnych kryptowalut.

Obecnie, klienci Revolut mogą wymieniać błyskawicznie do 30 walut FIAT bezpośrednio na 6 kryptowalut, które mogą być przechowywane w aplikacji lub szybko sprzedane. Aplikacja pozwala na ustawianie alertów cenowych gdy tylko wybrana kryptowaluta osiąga oczekiwaną wartość.

Dołączenie do oferty XML wynika z dużego popytu na tą kryptowalutę wśród społeczności klientów Revolut i renomy jej założycieli. Stellar to sieć open-source dla walut i płatności, która umożliwia tworzenie, przesyłanie oraz cyfrowy handel wszelkiego rodzaju walutami. Jest zaprojektowana tak, by wszystkie systemy finansowe na świecie mogły współpracować w ramach jednej sieci. Stellar Lumens to jedna z 15 kluczowych kryptowalut na świecie, której łączna wycena przewyższa obecnie 1,2 miliarda dolarów.

Stały rozwój technologii Stellar wspierany jest przez fundację Stellar Development Foundation, która utrzymuje kod, wspiera społeczności i rozwija relacje z partnerami instytucjonalnymi i regulatorami rynku. Fundacja nie ma udziałowców, jest więc w całości ukierunkowana na sukces Stellar jako neutralnej, niezależnej, publicznej sieci. Jej dogmatem pozostaje transparentność, a kod open source dostępny jest dla każdego do wglądu i kontrybucji.

“Dodanie Stellar do oferty Revolut i przekazanie prawa własności handlowanych kryptowalut na rzecz naszych klientów to początek zmian i nowej odsłony naszej oferty kryptowalut. Docierają do nas liczne, powtarzające się zapytania od klientów zainteresowanych kryptowalutami. Mamy ich świadomość i dołożymy starań, by zaspokoić oczekiwania naszych klientów” – powiedział Ed Cooper, Head of Crypto w Revolut.

Revolut zaoferował ekspozycję na kryptowaluty w grudniu 2017 roku, aby udostępnić kryptowaluty wszystkim osobom zainteresowanym handlem walutami cyfrowymi. Od tego czasu, funkcja stała się popularną usługą na platformie Revolut, ostatnio firma przekazała klientom prawo własności przechowywanych kryptowalut.