Uwaga inwestorów skupiona na danych z amerykańskiego rynku pracy

W najbliższych dniach w centrum uwagi inwestorów znajdzie się kumulacja danych z amerykańskiego rynku pracy. Koniec kwartału, tradycyjnie, może charakteryzować się większą zmiennością na rynku.

Miniony tydzień dla globalnych rynków finansowych był okresem dość mieszanym. Z jednej strony optymizm budziły w większości dobre – jak na sytuację, w jakiej się znajdujemy – dane z globalnej gospodarki. Z drugiej zaś, popłoch wśród inwestorów wywołały niepokojące wieści z frontu walki z koronawirusem w USA.

W tym tygodniu uwaga inwestorów ponownie skupi się na danych z amerykańskiego rynku pracy – interesuje nas tempo w jakim sytuacja amerykańskich pracowników będzie wracać do normy po tym jak minęło największe uderzenie w gospodarkę USA. Oprócz cotygodniowych danych o liczbie bezrobotnych zgłaszających się po zasiłek, rynek skupi się na czerwcowych „payrollsach” (najważniejszych, comiesięcznych odczytach z amerykańskiego rynku pracy), które wyjątkowo opublikowane zostaną tego samego dnia co wspomniane wyżej dane. Warto też pamiętać, że przed nami koniec miesiąca, czyli okres, w którym może wystąpić większa zmienność w związku z rebalansowaniem portfeli inwestycyjnych.

PLN

W relacji do euro, polski złoty zakończył miniony tydzień niemal w tym samym miejscu, w którym go rozpoczął, aczkolwiek radził sobie lepiej od kluczowych walut regionu (szczególnie forinta, którego osłabiła niespodziewana obniżka stopy referencyjnej węgierskiego banku centralnego).

Pierwsza tura wyborów prezydenckich w Polsce charakteryzowała się niezwykle wysoką frekwencją, jednak nie przyniosła rozstrzygnięcia. Rynek wynikami niespecjalnie się przejął – być może reakcja jeszcze nadejdzie, jednak w momencie, gdy któryś z dwóch liderów zacznie wykazywać istotną przewagę nad drugim albo dopiero po drugiej turze. Wygrana obecnego prezydenta prawdopodobnie nie miałaby istotnego znaczenia dla inwestorów – kolejne pięć lat charakteryzowałyby się tym, co już znają. Zwycięstwo kandydata opozycji mogłoby wywołać ciekawszą reakcję, jednak w tym kontekście sytuacja też nie jest jednoznaczna. Z jednej strony wygrana oznaczałaby zburzenie status quo (nie wiadomo jak wyglądałaby jego współpraca z rządem), z drugiej zaś, kandydat ten wydaje się bardziej proeuropejski.

Dane dot. sprzedaży detalicznej i bezrobocia w maju, jakie poznaliśmy w zeszłym tygodniu, w normalnej sytuacji mogłyby zostać uznane za bardzo złe, jednak biorąc pod uwagę gdzie znajduje się kraj, można uznać je za dość optymistyczne. W kontekście danych z rynku pracy warto jednak poczekać na publikacje dot. czerwca i lipca. Dane te lepiej pokażą  wpływ pandemii na rynek pracy, gdyż uwzględnią wygasanie dłuższych okresów wypowiedzenia.

W tym tygodniu poznamy inne odczyty – we wtorek opublikowane zostaną wstępne dane o inflacji CPI w czerwcu, w środę z kolei odczyt PMI dla przemysłu w tym samym miesiącu.

EUR

Indeksy aktywności biznesowej PMI w strefie euro w czerwcu istotnie wzrosły w relacji do maja i znalazły się na podobnych poziomach, co te w Wielkiej Brytanii – również przekraczając oczekiwania konsensusu. Wspólnej europejskiej walucie sprzyja różnica w kontekście walki z pandemią koronawirusa po obu stronach Atlantyku. W Europie obserwuje się malejącą liczbę przypadków zakażeń koronawirusem, podczas gdy w USA nowych zakażonych przybywa w niepokojącym tempie. Niemniej jednak, ogólne poczucie nerwowości i niepewność w kontekście rebalansowania portfeli na koniec kwartału sprawiło, że kurs EUR/USD zakończył tydzień w dość niewielkiej odległości od poziomu, na jakim go rozpoczął.

Obecnie, w momencie gdy ryzyko potencjalnego wystąpienia kolejnego kryzysu strefy euro nie zaprząta już głowy inwestorom, oczekujemy, że euro ponownie będzie stopniowo umacniać się w relacji do wielu światowych walut, aczkolwiek nie w parze ze złotym.

USD

Jednym z najciekawszych zagadnień zajmujących rynek walutowy przy wejściu w drugą połowę 2020 roku jest to, czy dolar amerykański zdoła utrzymać swój status waluty bezpiecznej pomimo tego, że sytuacja w kontekście pandemii jest tam gorsza niż w większości pozostałych krajów rozwiniętych.

W ostatnim tygodniu osiągnięty został rekord liczby nowych dziennych przypadków zakażeń, jednak na szczęście gwałtownemu wzrostowi zakażeń nie towarzyszyła rosnąca liczba zgonów. Sugeruje to, że przynajmniej w części wzrost liczby nowych zakażeń jest związany ze wzrostem liczby przeprowadzanych testów. Niemniej, hamowanie albo stopowanie procesu łagodzenia obostrzeń w części stanów nie jest pozytywnym sygnałem dla rynku pracy. Powrót do normalności na tym froncie zajmie więcej czasu. Do tej pory niezwykle szczodra polityka władz (ogólna stymulacja fiskalna oraz szczególnie zwiększone zasiłki dla bezrobotnych) skutecznie zapobiegały spadkowi dochodów pracowników. Program zakładający wypłatę dodatkowych 600 USD, jakie co tydzień otrzymywali bezrobotni wygasa jednak pod koniec lipca, stąd wydłużenie okresu funkcjonowania nadzwyczajnych środków obecnie zależy od decydentów.

Czerwcowy raport z amerykańskiego rynku pracy, który poznamy w czwartek, powinien pokazać trwającą poprawę sytuacji na rynku pracy, aczkolwiek o ograniczonej skali.  Niemniej jednak, sądzimy, że w związku z niezwykle wysokim poziomem niepewności, równie istotnych informacji jak „payrollsy” powinny dostarczyć nam cotygodniowe dane o zasiłkach, które również poznamy w czwartek.

GBP

Podobnie jak w przypadku większości pozostałych krajów dla których poznaliśmy dane, w czerwcu indeksy PMI dla Wielkiej Brytanii pokazały silniejsze odbicie w relacji do odczytów z maja niż oczekiwano. Wskaźnik zbiorczy znalazł się na poziomie 47,6 pkt, sugerując, że niewiele brakuje, aby gospodarka ponownie rosła. Drugi kwartał prawdopodobnie będzie okresem, w którym osiągnięte zostało minimum aktywności gospodarczej.

Wykres 1: Indeksy PMI dla Wielkiej Brytanii (2017 – 2020)

Indeksy PMI dla Wielkiej Brytanii
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 29/06/2020

We wtorek minie termin, do którego Wielka Brytania może złożyć wniosek o przedłużenie okresu przejściowego, jednak brytyjski rząd już zadeklarował, że nie będzie o to wnosił. Stąd też nie spodziewamy się większej zmienności ponad typową związaną z rebalansowaniem portfeli na koniec kwartału. Obie strony brexitowych negocjacji w ostatnim czasie wyrażały ostrożne, acz optymistyczne komunikaty. W związku z tym spodziewamy się, że w najbliższych tygodniach funt powinien zacząć ponownie się umacniać.

CHF

Para EUR/CHF zakończyła miniony tydzień w niewielkiej odległości od poziomu, na jakim go rozpoczęła. Po początkowym wzroście utraciła zyski po tym, jak wieści dotyczące ekspansji koronawirusa w USA uderzyły w sentyment rynkowy. Opublikowane dziś, najbardziej bieżące dane na podstawie których można szacować skalę interwencji na rynku walutowym ze strony Szwajcarskiego Banku Narodowego, czyli te opisujące zmianę wartości depozytów na żądanie, pokazały ich wzrost o 2,9 mld CHF w zeszłym tygodniu. Skala tego wzrostu jest dość ograniczona w porównaniu ze zmianami jakie obserwowaliśmy w okresie marzec-czerwiec jednak sugeruje, że SNB nie zrezygnował z prób ograniczania siły franka na obecnie chwiejnym rynku.

Najbliższe dni przyniosą zatrzęsienie danych ze Szwajcarii. Mimo, że naszym zdaniem nie będą miały tak istotnego wpływu na franka jak zmiany sentymentu, warto je jednak obserwować. Najbardziej bieżące odczyty, za czerwiec, obejmą wyprzedzające wskaźniki KOF, dane PMI dla przemysłu oraz dane o inflacji konsumenckiej.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Złoty ignoruje wybory

Pierwsza tura wyborów została niemal zignorowana przez rynki walutowe. Patrząc na to, jak bardzo jest ona zgodna z oczekiwaniami, nie można się zbytnio dziwić. Rynki reagują najsilniej na niespodzianki, a tej nie było.

Pierwsza tura bez wpływu na waluty

W weekend odbyły się wybory prezydenckie w Polsce. Pierwsza tura zgodnie z przewidywaniami nie przyniosła rozstrzygnięcia. W drugiej spotkają się urzędujący prezydent Andrzej Duda oraz jeden z kandydatów opozycji Rafał Trzaskowski. Wynik ten nie jest dla większości obserwatorów zaskoczeniem. Dla rynków istotniejszym pytanie jest, czy podczas tych dwóch tygodni nie padnie jakaś ryzykowna dla budżetu propozycja. Przed pierwszą turą wbrew obawom sporej części analityków (oprócz bonu wakacyjnego) nie pojawiło się zbyt wiele kosztownych obietnic.

Problemy Wirecard

Jeszcze dwa tygodnie temu Wirecard był modelowym przykładem sukcesu w branży fintech. Toczyły się dziennikarskie śledztwa, ale te często mają miejsce w przypadku odpowiednio dużych organizacji. Dzisiaj mamy niemiecki Enron. Co takiego się stało w międzyczasie? Spółka Wirecard nie tylko nie przeszła audytu, ale również okazało się, że zniknęły niemal 2 mld euro, które miały znajdować się na kontach powierniczych w Azji. Oprócz dymisji zarządu pojawił się również wniosek o postępowanie likwidacyjne. Sytuacja ta odbija się negatywnie na niemieckim parkiecie, gdzie jeszcze niedawno spółka była istotnym podmiotem. Pośrednio rzutuje to również negatywnie na walutę euro

USA znów ponad stan?

Piątkowe dane pokazują, że w USA pomimo tego, że dochody Amerykanów spadły o 4,2% w maju to ich wydatki wzrosły o 8,2%. Kraj ten ma tendencje do życia na kredyt, a niskie stopy procentowe to ułatwiają. Jednak łatwo się domyślić, że prędzej czy później zrobi się z tego problem. Rynki przyjęły to w miarę neutralnie. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że spadek zakupów byłby tutaj znacznie bardziej niepokojący niż wzrost zadłużenia. Gospodarka wolniej wychodziłaby z kryzysu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wirus zmieni gospodarkę – rozmowa z Jackiem Giedrojciem

Pandemia odcisnęła znaczące piętno niemal na każdym sektorze gospodarki. Wiele przedsiębiorstw, np. z branży gastronomicznej i hotelarskiej, musiało ograniczyć lub całkiem zaprzestać prowadzenia swojej działalności. W innych przypadkach udało się zachować ciągłość pracy firmy, dzięki zmianie trybu ze stacjonarnego na zdalny. Skutki takiego rozwiązania widzimy już teraz, jednak dr Jacek Giedrojć tłumaczy, że od lat obserwuje się tendencję wzrostową w zakresie przyjmowania takiego modelu pracy. Ekonomista dodaje, że o ile bardzo trudno jest przewidywać najbliższą przyszłość gospodarczą Polski, tak nieunikniony wydaje się wzrost podatków, zwłaszcza dla najzamożniejszych obywateli i globalnych korporacji.

Jacek Giedrojć – założyciel Warsaw Equity Group, od 1992 roku prowadzi w Polsce działalność inwestycyjną. Na podstawie swoich kwalifikacji, wieloletniego doświadczenia zawodowego oraz obserwacji bieżących wydarzeń, wyjaśnia w rozmowie następstwa pandemii w polskiej gospodarce i radzi, w jaki sposób skutecznie zarządzać firmą, nie tylko w czasie korona kryzysu.

Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana – po pandemii czeka nas ewolucja czy rewolucja?

Historycznie wielkie epidemie skutkowały spłaszczeniem struktury społecznej, a w szczególności zmniejszeniem nierówności ekonomicznych. Najlepiej znanym przykładem jest czarna śmierć, czyli epidemia dżumy, która przybyła do Europy jedwabnym szlakiem w połowie XIV wieku. Wielka śmiertelność poskutkowała brakiem rąk do pracy w stosunku do kapitału (wtedy przede wszystkim ziemi). W efekcie płace wzrosły, a renty spadły.

Szczęśliwie śmiertelność COVID-19 jest niewspółmiernie mniejsza. Można sobie jednak wyobrazić inny mechanizm niwelowania nierówności. Na wiele tygodni zostaliśmy wszyscy, biedni i bogaci, zamknięci w domach. Ciężka ręka państwa ograniczyła różne wolności, również gospodarcze. Psychologicznie to wyrównujący czynnik, który może z nami pozostać na dłużej. Co więcej, skoro w czasach pandemii od wszystkich oczekuje się wyrzeczeń, to trzeba wszystkich dowartościować. Powszechne prawo wyborcze i państwo dobrobytu jest produktem światowych wojen z pierwszej połowy XX wieku. W następstwie pandemii wyborcy również mogą domagać się bardziej egalitarnych rozwiązań w różnych sferach życia.

Czy kryzys związany z epidemią może przyspieszyć proces przestawiania się polskiej gospodarki na bardziej innowacyjną, oferującą nowoczesne rozwiązania?

Pandemia niewątpliwie przyspiesza cyfryzację, ale to głównie adopcja cudzych innowacji. Obawiam się, że w czasie kryzysu firmy przede wszystkim skupią się na przetrwaniu. Innowacyjne przedsięwzięcia są obarczone ryzykiem i dlatego są odsuwane na dalszy plan. Oczywiście wiele będzie zależało od tego, na ile publiczne środki pomocowe dla firm będą wspierały innowacyjne projekty, np. związane z dekarbonizacją.

Szansą jest oczekiwany proces przenoszenia działalności, zwłaszcza R&D (od ang. research and development), przez wielkie koncerny z Dalekiego Wschodu, tzw. reshoring. Niestety, w tej kwestii wytworzona przez obecną władzę atmosfera oblężonej twierdzy, nieustannie zagrożonej zepsuciem płynącym z zachodu, wyraźnie nam szkodzi. Homofobiczne wypowiedzi prezydenta Dudy odbiły się w świecie szerokim echem. Trzeba by bowiem przekonać światowych, kreatywnych ludzi, z różnych stron świata, niekoniecznie białych, heteroseksualnych katolików, żeby zechcieli w Polsce przez jakiś czas pomieszkać i wspomniane centra R&D organizować. Zresztą, rodzima kreatywność również kwitnie w warunkach tolerancji, otwartości. Kilka lat temu w czasie jednej z konferencji oprowadzałem Rosjanina po mojej alma mater i opowiadałem o tym, jak w miejscu, gdzie kiedyś rosły sady brzoskwiniowe, powstał Harvard. Mężczyzna pokiwał głową i skonstatował — tak, wystarczy, że władza ogrodzi kawałek terenu, wyznaczy cele i da dużo pieniędzy. Nie przyszło mu do głowy, że wielkie rzeczy nie muszą być państwowe, narodowe, ani centralnie organizowane, lecz wystarczy, że będą powstawać w klimacie tolerancji, sporu i otwartości na różne, nawet uznawane przez niektórych za obrazoburcze, poglądy.

W ciągu ostatnich miesięcy byliśmy świadkami znacznych zmian w sposobie prowadzenia działalności przez liczne przedsiębiorstwa: zmiana trybu pracy na zdalny, ograniczenie lub przerwanie pracy, dostosowanie się do panujących obostrzeń. Jaki to będzie miało wpływ na dalsze prosperowanie firm?

Nie demonizowałbym tych zmian. Jedni przedsiębiorcy zyskają, inni stracą. Od lat obserwujemy tendencję wzrostową w zakresie przyjmowania modelu pracy zdalnej. Dyslokacje są nieuniknione, a kreatywna destrukcja to wręcz znak firmowy kapitalizmu czy wolnego społeczeństwa w ogóle.

Czeka nas zmiana komunikacji i paradygmatu zarządzania?

Od mniej więcej 80. lat paradygmat zarządzania został podporządkowany tzw. wartości akcjonariuszy (shareholder value paradigm). W jego myśl korporacje są własnością akcjonariuszy i istnieją po to, aby im przysparzać zysków. To fatalny sposób myślenia o firmach, który, co gorsza, zakorzenił się w prawie, regulacjach i różnych kodeksach dobrych praktyk giełdowych. W efekcie spadły inwestycje i innowacyjność. Zastanówmy się przez moment jak to wygląda z punktu widzenia pojedynczego akcjonariusza – lepiej przymusić spółkę do wypłaty dywidendy albo wykupu akcji własnych, niż czekać lata na zwroty z dalekosiężnych przedsięwzięć. Dlaczego wspomniany akcjonariusz miałby się przed tym powstrzymać skoro zyski tu i teraz są pewne, a rezultaty inwestycji i innowacji odległe w czasie i niepewne? Co więcej, ten udziałowiec może zainwestować uzyskane środki w kolejną spółkę i powtórzyć proces wyciskania gotówki. Jednak na poziomie systemu jako całości takie działania są przeciw produktywne. Zyski akcjonariuszy jako grupy, nie mówiąc o innych interesariuszach i społeczeństwie jako całości, w długim okresie wynikają z ryzykownych inwestycji firm. Ktoś trafnie porównał shareholder value paradigm do łowienia ryb dynamitem. Można szybko wyłowić wszystkie ryby, ale kosztem ekosystemu, dzięki któremu ryby w ogóle istnieją.

Od paru lat w wysoko rozwiniętych krajach narasta krytyka paradygmatu. Pandemia uwypukla jego słabości jak np. wydrążanie zdolności produkcyjnych i innowacyjnych firm poprzez offshoring do Chin. Mam nadzieję, że pandemia przyspieszy odchodzenie od tego szkodliwego paradygmatu.

Jaki model zarządzania najlepiej sprawdzi się w dzisiejszych czasach?

Trzeba myśleć o firmach jak o organizacjach budujących kompetencje przez lata, a nie chwilowych splotach relacji, które mogą zostać rozerwane, wykorzystane po to, aby zyskali ci, którzy w danym momencie są akcjonariuszami. Takie myślenie każe zarządzającym uwzględniać interesy nie tylko akcjonariuszy, ale również klientów, pracowników i szerszego otoczenia.

Dziś modne jest obwinianie korporacji o wszelkie problemy świata. Wszakże większość korporacji robi to, czego od nich w obecnym klimacie intelektualnym oczekujemy — maksymalizują zwroty akcjonariuszy. Nie zawsze tak jednak było. Korporacja, byt zawieszony między tym co prywatne i publiczne, jest jedną z najważniejszych innowacji organizacyjnych zachodu. Jak pokazują badania, firmy, które przez wiele dekad systematycznie odnosiły sukcesy (odzwierciedlone we wzroście cen ich akcji), bez wyjątku stawiają̨ na pierwszym miejscu nie akcjonariuszy, lecz albo klientów, albo pracowników.

Jakie są perspektywy na najbliższe miesiące?

Paradoksalnie dziś najtrudniej przewidywać najbliższą przyszłość. Tak dużo zależy od rozwoju epidemii. W średnim okresie rysuje się kilka trendów. Nieunikniony wydaje się wzrost podatków, zwłaszcza dla najzamożniejszych obywateli oraz globalnych korporacji. Ratowanie poziomu życia gospodarstw domowych i zdolności organizacyjnych oznacza wzrost wydatków fiskalnych w czasie, gdy dochody spadają. Powoduje to wzrost długu publicznego, który kiedyś trzeba będzie spłacić. Patrząc bardziej długoterminowo, pandemia uświadomiła nam zaniedbania w usługach publicznych, które w przyszłości będą wymagały większych nakładów. Drugi trend jest związany ze wspomnianymi skutkami pracy zdalnej. Ostatnio wszyscy wiele się nauczyliśmy i te nowe praktyki z nami zostaną. Wynikają z tego szanse i ryzyka dla firm technologicznych, nieruchomościowych, służby zdrowia, a w dłuższej perspektywie nawet urbanistyki i transportu. Warto wreszcie jeszcze raz wspomnieć o deglobalizacji. Pandemia pokazała ryzyka długich, globalnych łańcuchów dostaw i uzależnienie od wątpliwych partnerów w tak wrażliwych aspektach jak lekarstwa i sprzęt medyczny.

Zagrożenie: 9 milionów miejsc pracy „zombie” w Europie

W Europie, w przeciwieństwie do USA, powszechne programy zachowania miejsc pracy pomogły zapobiec masowemu bezrobociu w krótkim okresie czasu. Blisko jedna trzecia siły roboczej Europy lub 45 milionów miejsc pracy w pięciu największych gospodarkach korzysta obecnie z krajowych programów wsparcia zatrudnienia (zob. Rysunek 1). Sukces niemieckiego Kurzarbeit podczas wielkiego kryzysu finansowego z pewnością skłonił wiele rządów europejskich do przyjęcia rozwiązań dotyczących skróconego czasu pracy, aby złagodzić powiązane z Covid-19 uderzenie w rynki pracy. Firmy mogły zredukować godziny pracy pracowników, przy czym rząd pokrywał dużą część utraconego dochodu (od 60% do 100%, zob. Aneks do raportu dla uzyskania dalszych informacji). Pomimo nadzwyczajnych środków wsparcia, ekonomiści Allianz i Euler Hermes spodziewają się jednak w 2020 roku 4,3 mln dodatkowych bezrobotnych tylko w pięciu największych gospodarkach europejskich.

Rysunek 1: Stopa bezrobocia i liczba pracowników biorących udział w programach skróconego czasu pracy (% siły roboczej w 2019 r.)

Stopa bezrobocia i liczba pracowników biorących udział w programach skróconego czasu pracy
Źródła: Refinitiv, Allianz Research

Obecnie Europejscy decydenci przekształcają pierwotny program częściowego skrócenia czasu pracy w kierunku dłuższych, lecz mniej szczodrych programów. Priorytetowo będą traktowana tzw. sektory „późnych kwiatów”. W większości krajów szczodrość programu jest redukowana, z wyjątkiem najbardziej dotkniętych sektorów, aby uniknąć wyciągnięcia wtyczki zbyt wcześnie. Po drugie, wiele krajów ogłosiło przedłużenie programów zachowania miejsc pracy, aby na krótszą metę zmniejszyć niepewność firm, przekształcając je w de facto programy subsydiów płacowych w celu wsparcia ożywienia gospodarki. Ostatecznie, wygląda na to, że to w sześciu sektorach „późnych kwiatów” (transport i magazynowanie, zakwaterowanie i usługi gastronomiczne, sztuka, rozrywka i rekreacja, handel detaliczny i hurtowy oraz przemysł i budownictwo) rządy będą koncentrować największy wysiłek na ochronie miejsc pracy, ponieważ nie ma widoków na powrót w nich do poziomu działalności sprzed kryzysu przed końcem 2021 r. z czterech powodów:

  1. bieżące ograniczenia sanitarne wpływają bezpośrednio na działalność tych sektorów – począwszy od zasad dystansowania społecznego, które ograniczają liczbę osób w restauracjach i sklepach, do faktycznych zakazów podróży międzynarodowych i udziału w wydarzeniach;
  2. ustanowione samoistnie dystansowanie społeczne ze względu na utrzymujące się obawy zarażenia, nawet po zniesieniu obostrzeń, będą wpływać zwłaszcza na konsumpcję towarów i usług, które wymagają bezpośredniego kontaktu klienta/interakcji społecznych, w tym podróże, handel detaliczny i działalność rekreacyjna;
  3. zwiększona krajowa niepewność gospodarcza, napędzana przez powszechne obawy dotyczące miejsc pracy i niewypłacalności, będzie wstrzymywać plany w zakresie zatrudnienia i inwestycji;
  4. zależność od ożywienia popytu zewnętrznego dotknie kilka sektorów – od przemysłu i transportu do działalności powiązanej z turystyką – pozostających w ogonie, ponieważ nierówne ożywienie gospodarcze w poszczególnych krajach będzie ograniczać globalną dynamikę wzrostu do co najmniej 2022 r.

Rysunek 2: Trudności dotyczące ożywienia i przeszkody sektorowe

Trudności dotyczące ożywienia i przeszkody sektorowe
Źródło: Allianz Research

Ekonomiści Allianz i Euler Hermes szacują, że w pięciu największych krajach europejskich 9 mln pracowników lub 20% obecnie biorących udział w programach dotyczących skróconego czasu pracy stanie w obliczu podwyższonego ryzyka utraty pracy w 2021 r. ze względu na umiarkowane ożywienie w sektorach późnych kwiatów i efektu klifu politycznego. Nazwaliśmy je miejscami pracy „zombie” (czy też „widmo” – sprawiających pozorne wrażenie normalnych perspektyw zatrudnienia) gdyż wymagaj polityki ad hoc, aby uniknąć odroczonego masowego bezrobocia. W rzeczywistości, sektory „późnych kwiatów” zatrudniają okrągłe 115 mln pracowników w UE27, co stanowi 49% całkowitego zatrudnienia. Na poziomie krajowym, udział całkowitego zatrudnienia w sektorach „późnych kwiatów” waha się od 42% we Francji do 50% we Włoszech. Wykorzystując intensywność zatrudnienia według sektorów w stosunku do wartości dodanej, w połączeniu z oczekiwaniami dotyczącymi ożywienia według sektorów w 2021 r., poprzestajemy na wskaźniku zastępczym miejsc pracy „zombie”, w odniesieniu do których programy typu Kurzarbeit mogą w najlepszym przypadku odroczyć utratę pracy. Według obliczeń, takie „zombie” miejsca pracy równają się 6% całkowitego zatrudnienia. Miejsca pracy widmo są najliczniejsze w Zjednoczonym Królestwie, a także we Włoszech i Hiszpanii – ponieważ te kraje szczycą się względnie większymi udziałami sektorów wymagających dużych nakładów pracy, takich jak budownictwo, handel detaliczny oraz zakwaterowanie i usługi gastronomiczne – i mniejszymi w Niemczech. Jedną z kwestii, którą decydenci będą musieli rozwiązać, jest ryzyko, że pozornie stabilne miejsca pracy dotyczyć będą części pracowników, którzy pozostali w sektorach „późnych kwiatów” ze względu na ochronę dochodu jaką dawały im publiczne programy pomocowe, zamiast przenieść się do sektorów „szybkich kwiatów” (takich jak zdrowie i IT) z lepszymi możliwościami pracy w warunkach niesymetrycznego ożywienia gospodarczego. W tym kontekście połączenie aktywnych polityk rynku pracy (podnoszenie kwalifikacji, pośrednictwo) z subsydiami płacowymi jest zarówno pilne, jak i ważne. Programy uzupełniające, mające na celu dotowanie nowych miejsc pracy (zwłaszcza dla młodszych osób, ze względu na brak doświadczenia bardziej narażonych na niepowodzenie w procesie przejścia ze szkoły do pracy), pracowników wybierających mobilność i przekwalifikowanie zawodowe oraz osób rozpoczynających swoją własną działalność, należy również kontynuować, aby zmniejszyć ryzyko odroczonego bezrobocia.

Rysunek 3: Zatrudnienie (% całkowitego zatrudnienia) w sektorach „późnych kwiatów”

  Transport i magazynowanie Zakwaterowanie
i usługi gastronomiczne
Budownictwo Sztuka, rozrywka, rekreacja Handel detaliczny i hurtowy Przemysł (oprócz budownictwa) Łączny udział zatrudnienia Razem (mln)
UE27 5,1% 4,9% 6,3% 1,6% 14,4% 16,3% 48,6% 115
Strefa Euro 4,9% 5,4% 6,0% 1,7% 14,5% 14,6% 47,1% 73
Niemcy 5,2% 4,2% 5,6% 1,5% 13,3% 18,5% 48,3% 22
Francja 5,0% 4,4% 6,2% 2,2% 13,4% 10,3% 41,5% 12
Włochy 4,7% 6,5% 6,0% 1,3% 14,7% 16,9% 50,2% 13
Hiszpania 4,6% 7,9% 6,2% 2,2% 17,2% 11,3% 49,3% 10
Zjednoczone Królestwo 4,8% 6,7% 7,2% 2,8% 14,7% 9,0% 45,2% 14

 

Źródła: Eurostat, Allianz Research.

Rysunek 4: Prognozowana utrata zatrudnienia (% zatrudnienia sektorowego) w oparciu o oczekiwane straty w wydajności do końca 2021 r.

Prognozowana utrata zatrudnienia (% zatrudnienia sektorowego) w oparciu o oczekiwane straty w wydajności do końca 2021
Źródło: Allianz Research

Rysunek 5: Szacunki zatrudnienia „zombie”

  % całkowitego zatrudnienia w mln
Niemcy 4,0% 1,8
Francja 6,3% 1,8
Włochy 6,9% 1,7
Hiszpania 6,5% 1,3
Zjednoczone Królestwo 7,6% 2,5
Europa – Wielka 5 6,0% 9,1

 

Źródła: Eurostat, Allianz Research

ANEKS: Przegląd wybranych programów dotyczących skróconego czasu pracy w Europie

Kraj Nazwa Kwalifikowalność Świadczenia Pułap wynagrodzenia Czas trwania
Niemcy Kurzarbeit Wszyscy pracownicy, którzy płacą składki na ubezpieczenie społeczne są uprawnieni do dodatków za pracę systemie skróconego czasu pracy, w tym pracownicy tymczasowi oraz osoby zatrudnione na podstawie umowy na czas określony. Pracodawca płaci za efektywny czas pracy, a Federalna Agencja Zatrudnienia pokrywa dodatek za pracę systemie skróconego czasu pracy w wysokości 60-67% płacy przed zamrożeniem gospodarki i do 87% w 2020 r. pod specjalnymi warunkami. Miesięczny próg dochodu wynosi 6900 EUR w Niemczech zachodnich i 6450 EUR w Niemczech wschodnich. Do 12 miesięcy (lub 21 miesięcy pod specjalnymi warunkami) i do 24 miesięcy w przypadkach wyjątkowych okoliczności na ogólnym rynku pracy.
Francja Chômage partiel / activité partielle Działalność częściowa jest skierowana do przedsiębiorstw doświadczających: albo redukcji swojego zwykłego czasu pracy, albo czasowego zamknięcia całego lub części przedsiębiorstwa.

Istnieje możliwość wdrożenia działalności częściowej, gdy redukcja lub czasowe zawieszenie działalności nastąpiło z powodu: sytuacji gospodarczej; trudności w dostawach; katastrowy lub warunków pogodowych o wyjątkowym charakterze; przekształcenia, restrukturyzacji lub modernizacji przedsiębiorstwa lub jakichkolwiek innych wyjątkowych okoliczności, takich jak utrata głównego klienta.

84% płacy netto (70% uposażenia brutto), z 100% dla tych na płacy minimalnej, i 71% po 1 czerwca.

W przypadku przedsiębiorstwa zatrudniającego mniej niż 250 pracowników pracodawca otrzymuje 7,74 EUR na godzinę na pracownika. W przypadku przedsiębiorstwa zatrudniającego więcej niż 250 pracowników pracodawca otrzymuje 7,23 EUR na godzinę na pracownika.

Redukcja pracy objęta programem dotyczącym skróconego czasu pracy ograniczona jest do 100% legalnego czasu pracy i 1607 godzin rocznie i na pracownika. Działalność częściowa jest dopuszczalna na maksymalny okres sześciu miesięcy, ale rząd wydłuży ją do 1,2 lat.

W ramach środków pomocowych dedykowanych sektorowi kultury, sportu i branży hotelarskiej częściowe bezrobocie będzie nadal w pełni dostępne po 01 czerwca 2020 r., tak jak było od kwietnia.

Włochy Cassa Integrazione Guadagni Firmy mające więcej niż pięciu pracowników. Wszystkie osoby zatrudnione 23 lutego 2020 r.. 80% miesięcznej płacy sprzed zamrożenia gospodarki Od 939 do 1129 EUR w zależności od uposażenia sprzed zamrożenia gospodarki.

 

Początkowo dziewięć tygodni, ale plan został przedłużony o 5 tygodni, do 31 sierpnia. Przedsiębiorstwa działające w branży turystycznej, organizacji wydarzeń, parkach rozrywki i sektorze rozrywkowym mogą stosować program do końca października.
Hiszpania ERTE Plan zwolnienia czasowego jest specjalną administracyjną procedurą pracowniczą, którą można wdrożyć z powodu niewykonywania działalności gospodarczej w wyniku problemów gospodarczych, technicznych, organizacyjnych lub produkcyjnych. Może zostać wprowadzony bez względu na liczbę dotkniętych pracowników. Zasiłek dla bezrobotnych do 70% pierwotnego uposażenia za pierwsze sześć miesięcy, następnie 50%. 85% poprzedniego uposażenia, minimalnie 501,98 EUR i maksymalnie 1411,83 EUR. Nadzwyczajny czasowy program urlopowy ma wygasnąć w końcu czerwca, oczekiwane jest ogłoszenie przedłużenia wkrótce.
Zjednoczone Królestwo Przymusowy urlop Skierowany do przedsiębiorstw, których działalność ucierpiała z powodu Covid-19. 80% miesięcznej płacy sprzed zamrożenia gospodarki do sierpnia, obniżona do 60% do października. Do 2500 GBP na miesiąc, plus powiązane składki na Krajowe Ubezpieczenie Pracodawców i składki emerytalne na tą subsydiowaną płatność z tytułu przymusowego urlopu. Program czasowy obowiązuje do końca października od 1 marca 2020 r.

Źródła: Eurofound, Allianz Research.

KATHARINA UTERMÖHL, CFA
Starszy Ekonomista, Allianz i Euler Hermes
SELIN OZYURT
Starszy Ekonomista, Allianz i Euler Hermes
LUDOVIC SUBRAN
Główny Ekonomista, Allianz i Euler Hermes

Analiza behawioralna podstawą skutecznej strategii centrum handlowego

Obecnie nie wystarczy wiedzieć, kto jest naszym klientem – budowanie profili tylko w oparciu o potrzeby, oczekiwania czy wartości konsumentów to za mało, by być konkurencyjnym na coraz dynamiczniej zmieniającym się rynku. Aby podejmować trafne decyzje biznesowe, konieczne jest wykorzystanie narzędzi związanych z analizą zachowań konsumenckich (behavioral data analytics). Wnioski płynące z analiz behawioralnych dają o wiele bardziej precyzyjne informacje ilościowe i jakościowe o tym, czego potrzebują klienci i jak żyją, niż ich deklaracje zbierane tradycyjnymi metodami badawczymi. Dane te połączone z algorytmami wykorzystującymi technologie AI pozwalają także przewidywać te potrzeby w przyszłości.

Catchmenty behawioralne

Opracowanie dobrej strategii centrum handlowego wymaga zrozumienia zachowań konsumentów w szerszym kontekście całego lokalnego rynku. W praktyce oznacza to konieczność poznania wyborów zakupowych klientów danego centrum, ale również tych, którzy jeszcze nimi nie zostali, szczególnie jeżeli zamieszkują oni obszar wyznaczony jako strefa oddziaływania analizowanego obiektu. O ile zdobycie danych na temat pierwszej grupy jest stosunkowo łatwe, o tyle wiedza o tych drugich jest ograniczona, a to właśnie ona może być kluczowa dla wzrostu odwiedzalności i poprawy wyników centrum handlowego.

Catchmenty behawioralne pokazują, jak klienci zachowują się w ramach wyznaczonych obszarów, nie tylko tam, gdzie mieszkają (home zone), ale również tam, gdzie pracują (work zone). Badania mogą na przykład pokazać, że w catchmencie analizowanego centrum większość stanowią osoby pracujące w pobliżu (ale nie mieszkające) oraz wskazać, jaki potencjał one stanowią. Osoby te będą z założenia pojawiać się w obiekcie od poniedziałku do piątku, zazwyczaj w określonych przedziałach czasowych – rano przed pracą, w godzinach lunchowych oraz bezpośrednio po pracy. Kolejnym charakterystycznym wzorcem zachowania będzie to, że osoby pracujące w okolicy zazwyczaj na zakupy przychodzą same, ale z oferty lunchowej mogą korzystać ze znajomymi z pracy.

Posiadanie takiej wiedzy daje podstawę do podejmowania odpowiednio skierowanych działań marketingowych oraz trafnych decyzji operacyjnych, np. przygotowania zróżnicowanej oferty lunchowej oraz serwisowej w przypadku dużego potencjału pracowników biurowych w okolicy lub odpowiedniej strategii komunikacji.

Technologie wybierz mądrze

Sklepy działające wyłącznie online dokładnie analizują ruch klientów w sieci, zaś w realnym świecie sklepów stacjonarnych i centrów handlowych w analizie zachowań konsumenckich pomocne są inne technologie.

Na rynku funkcjonuje kilka metod badawczych wykorzystujących szeroko rozumiane dane mobilne. Większość z nich oparta jest o GPS i sygnał internetowy pochodzący głównie z różnych aplikacji. W tym podejściu wyniki mogą być niereprezentatywne, w analizie występuje nadreprezentacja smartfonów i osób korzystających z wybranych aplikacji, co zawęża badaną grupę lub zmienia profil demograficzny w kierunku ludzi młodszych.

Skuteczniejsza i wiarygodniejsza jest metodologia oparta o technologię GSM. Jest ona bardziej precyzyjna, obejmuje wszystkie typy telefonów, nie wymaga połączenia z internetem czy korzystania z aplikacji, tym samym ma większy zasięg, a próba jest szersza i bardziej reprezentacyjna. Dzięki takiej metodologii można między innymi precyzyjnie wyznaczyć catchmenty behawioralne, czyli rzeczywiste strefy oddziaływania centrum, które pozwalają poznać faktyczne wzorce przemieszczania się ludzi w przestrzeni miejskiej, a tym samym zbadać realne przepływy klientów w ramach wybranych obiektów handlowych i analizować ich potencjał.

Wychodząc naprzeciw takim potrzebom, Colliers International wspólnie z DataWise opracował narzędzie badawcze wykorzystujące dane operatora komórkowego oraz dane mikrostatystyczne kilku milionów abonentów w Polsce, którzy wyrazili zgody na przetwarzanie informacji behawioralnych. Dzięki niemu właściciele zyskują dostęp do kluczowej wiedzy użytecznej przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych.

Takie zaawansowane metody połączone z wiedzą ekspercką oraz systemami będącymi w posiadaniu klienta, poprzez łączenie różnych źródeł i typów danych pozwalają na stałe monitorowanie zmian, a tym samym bieżące wsparcie decyzji biznesowych. Właściciele obiektów handlowych posiadają np. urządzenia mierzące odwiedzalność i liczbę samochodów czy programy lojalnościowe, zaś najemcom takie możliwości daje łączenie danych behawioralnych na bazie GSM z danymi z systemów POS, metek wykorzystujących technologię RFID czy programy lojalnościowe.

Dobrze wykorzystane dane

Na podstawie danych mobilnych można monitorować częstotliwość odwiedzin klientów w centrum oraz okoliczności ich wizyt, ocenić skuteczność prowadzonych działań marketingowych, precyzyjniej targetować kolejne akcje, a także odpowiedzieć sobie na pytanie, czy budżet marketingowy jest efektywnie wydany. Ponadto, narzędzie umożliwia monitorowanie zachowań na całym lokalnym rynku, a tym samym pozwala określić, jaką pozycję zajmuje centrum w wyborach klientów oraz kto jest jego największą konkurencją.

Narzędzie bazujące na danych z GSM może stanowić punkt wyjścia do budowy strategii obiektu, ale co istotniejsze, daje również możliwość bieżącego monitorowania zmian i ich efektów. Stanowi to przewagę nad tradycyjnymi badaniami statycznymi, które zazwyczaj są wykonywane jednorazowo i często wykorzystują dane deklaratywne klientów. Analizy Big Data dają możliwość oceny realnego potencjału w strefie oddziaływania centrum, w tym wskazanie ilu mamy jeszcze potencjalnych klientów i jakie są szanse na ich przyciągnięcie.

Komentarz Agnieszki Winkler, dyrektor w Dziale Doradztwa i Rozwoju Projektów Handlowych, Colliers International

Życie bez pensji. Czy Polacy mają plan B? Badanie InterviewMe 2020

Aż 24% Polaków przyznało, że nie posiada żadnych oszczędności, a u 22% wystarczyłyby one na maksymalnie dwa tygodnie życia. Jednocześnie ponad połowa z nas boi się utraty pracy na skutek pandemii koronawirusa — lub już ją straciła.

Serwis kariery InterviewMe.pl przeprowadził badanie “Życie bez pensji”, w którym zapytano ponad 1400 respondentów o ich oszczędności, plany awaryjne na wypadek utraty pracy oraz obawy o pogorszenie ich sytuacji finansowej z powodu pandemii  koronawirusa. Wyniki sugerują, że większość z nas nie jest przygotowana na funkcjonowanie bez bieżącego dochodu.

Wojciech Martyński, ekspert kariery InterviewMe.pl i autor badania, w ten sposób podsumowuje jego wyniki: Eksperci sugerują, że każdy z nas powinien posiadać oszczędności, z których moglibyśmy przeżyć co najmniej 6 kolejnych miesięcy. Niestety z naszego badania wynika, że takie zabezpieczenie ma zaledwie 19% Polaków. Na dodatek ponad połowa z nas nie ma planu awaryjnego na wypadek utraty pracy. Okazuje się więc, że jesteśmy zupełnie nieprzygotowani na różnego rodzaju sytuacje kryzysowe.

W badaniu aż 25% ankietowanych osób przyznało, że co miesiąc wydaje ponad 90% pensji, a 4% respondentów wydaje nawet aż 100% wynagrodzenia. Do tego ponad połowa badanych Polaków przyznała, że miesięcznie oszczędza mniej niż 500 zł, a 67% ankietowanych ma zaoszczędzone mniej niż 5000 zł.

Aby zdobyć środki do życia, Polacy w pierwszej kolejności sprzedawaliby swoją biżuterię, ubrania i buty oraz sprzęt elektroniczny. Ponad 60% osób zrezygnowałoby również z wyjazdu wakacyjnego, Netflixa czy też jedzenia na mieście. Co ciekawe, 1/3 ankietowanych deklaruje, że nie unikałaby obowiązkowych opłat — np. za wodę czy internet. Pozostali rezygnowaliby przede wszystkim z płacenia za transport, samochód oraz abonament telefonii komórkowej.

Za niepokojące można uznać to, że 55% badanych nie ma planu awaryjnego na wypadek utraty pracy — np. alternatywnego źródła zarobku. Aż 76% osób po prostu zaczęłoby natychmiast szukać nowego miejsca zatrudnienia.

Jednocześnie aż 43% Polaków obawia się utraty pracy, a 9% już ją straciło na skutek pandemii koronawirusa. 58% ankietowanych przyznaje, że wybuch pandemii już pogorszył ich sytuację finansową.

Obecna trudna sytuacja gospodarcza oraz wyniki naszego badania powinny być ostatecznym sygnałem, że warto bliżej przyjrzeć się swoim wydatkom i spróbować opracować plan oszczędzania. Tym bardziej że wciąż nie wiadomo, kiedy pandemia się skończy i jak długo będziemy na własnej skórze odczuwać jej skutki dla gospodarki. — komentuje Marta Rojewska, ekspertka kariery InterviewMe.pl.

W badaniu „Życie bez pensji” znalazły się również inne ciekawe wnioski. Oto niektóre z nich:

  • tylko 23% Polaków ma zaoszczędzone powyżej 10 000 zł
  • po utracie pracy nieco więcej mężczyzn (4%) niż kobiet (2%) chciałoby utrzymywać się z pieniędzy partnerki lub partnera
  • 80% Polaków obawia się skutków kryzysu gospodarczego, który może spowodować pandemia koronawirusa
  • pandemia koronawirusa najbardziej dotknęła osoby poniżej 25. roku życia — pracę straciło 15% z nich.

Uzgodniono pakiet zabezpieczający miejsca pracy w Volkswagen Poznań. Zarząd Spółki zawarł porozumienie ze związkiem zawodowym OM NSZZ Solidarność

  • Umowy na czas nieokreślony dla 8500 pracowników do 2024 roku
  • Utrzymanie bonusów, premii, dodatków, programu emerytalnego i pakietu zdrowotnego oraz wzrost wynagrodzeń od połowy 2021 roku
  • Wdrożenie programu offboardingowego

Po ponad 6 tygodniach negocjacji zarząd Volkswagen Poznań i reprezentacja pracowników OM NSZZ Solidarność podpisały porozumienie regulujące najważniejsze kwestie dotyczące zatrudnienia i wynagrodzeń w Volkswagen Poznań

Główne ustalenia porozumienia:

Gwarancje zatrudnienia i umów na czas nieokreślony dla 8 500 pracowników do stycznia 2024 roku, tym samym zwiększenie ilości osób zatrudnionych na czas nieokreślony o min. 1000 pracowników w 2021 roku.

Utrzymanie dotychczasowych warunków płacowych zawartych w układzie zbiorowym oraz waloryzacja  płac o wskaźnik inflacji od 1.07.2021. Powyższe oznacza utrzymanie wszystkich dotychczasowych świadczeń tj. bonusu wakacyjnego (100% wynagrodzenia), bonusu świątecznego (max.70% wynagrodzenia), premii miesięcznej (200 pln), premii rocznej (3,5% wynagrodzenia), pozostałych dodatków, pakietu medycznego. Ponadto przedłużony został na czas nieokreślony Pracowniczy Program Emerytalny (3,5% rocznego wynagrodzenia – opłacane w całości przez pracodawcę.)

Wdrożenie programu offboardingowego dla osób, których umowy zgodnie z wcześniejszymi komunikatami dot. automatyzacji i spadku zamówień, nie zostaną przedłużone. Osoby te otrzymają  wsparcie w ponownym wejściu na rynek pracy oraz w postaci wypłaty bonusu finansowego w wysokości 3800 pln brutto oraz zostaną rozliczone dni wolne od pracy wynikające z wcześniejszych porozumień, w wysokości 300 pln brutto za każdy dzień.

Jens Ocksen, prezes zarządu Volkswagen Poznań : „To były szczególnie trudne negocjacje, ale udało się zagwarantować bezpieczeństwo zatrudnienia oraz wynagrodzeń dla tysięcy naszych pracowników.”

Wypowiedź prezesa, dopełnia Jolanta Musielak, członek zarządu ds. personalnych i organizacji mówiąc: „Stabilne zatrudnienie to kwestia ważna tak dla związku zawodowego jak i pracodawcy. Dzięki stałej, zmotywowanej załodze nie tylko budujemy najlepsze samochody i komponenty, ale efektywniej wykorzystujemy zasoby finansowe, chociażby na programy szkoleniowe i doskonalenie zawodowe naszej załogi. Chciałabym także podkreślić, że duże znaczenie dla powodzenia tych negocjacji miało odpowiedzialne podejście związku zawodowego do rozwiązań z zakresu elastyczności czasu pracy. Ten pakiet rozwiązań pozwala nam zarządzać czasem pracy na bieżąco, uwzględniając zmienne prognozy produkcyjne.

Międzynarodowa współpraca oraz konsekwentnie realizowana strategia pozwala skutecznie radzić sobie z globalnymi wyzwaniami. W kwestii kooperacji marki Volkswagen Samochody Dostawcze z Fordem Jens Ocksen dodaje: „Budowa miejskich samochodów dostawczych na bazie nowego Caddy dla Forda pozwala nam dodatkowo lepiej planować dalszą przyszłość dla zakładów Volkswagen Poznań”.

Piotr Olbryś, Przewodniczący zakładowej Solidarności podkreśla, że dialog nawet w trudnych czasach ma sens i prowadzi do konstruktywnych rozwiązań: „Mogłoby się wydawać, że negocjacje w warunkach pandemii, są ryzykowne, czy skazane na niepowodzenie. Mieliśmy 2 główne postulaty. Pierwszy dotyczył zabezpieczenia stałych miejsc pracy, drugi utrzymania poziomu wynagrodzeń.  Walczyliśmy do samego końca, przy stole, odpowiedzialnie forsując argumenty. Mamy poczucie, że w tej sytuacji osiągnęliśmy wszystko to co było realne aby zagwarantować naszej załodze bezpieczeństwo. Rozmawialiśmy także o redukcji zatrudnienia. Nie wszystkie umowy na czas określony zostaną przedłużone. Staraliśmy się aby pracodawca zapewnił naszym kolegom, którzy nie mogą z nami zostać możliwie dobre warunki startu na rynku pracy. Efektem wspólnego wysiłku związku zawodowego i pracodawcy są dzisiaj wypracowane rozwiązania: gwarancje zatrudnienia, bezpieczeństwo płac i ochrona finansowa oraz wsparcie dla tych, którzy nie będą z nami pozostać.”

Kredyt hipoteczny a utrata pracy – co zrobić, aby nie stracić także mieszkania?

  • Z powodu pandemii pracę w Polsce straciło dotychczas 660 tys. osób – wynika z badania Uniwersytetu Warszawskiego, Diagnoza+.
  • Wiele osób, choć nie straciło pracy, musi radzić sobie ze zmniejszonymi pensjami; aż 1/3 gospodarstw domowych zanotowała spadek dochodów.
  • Banki oferują szereg rozwiązań, by ułatwić klientom spłatę kredytu w trudnym okresie, m.in. zawieszenie lub zmniejszenie miesięcznych rat czy konsolidację zobowiązań.

Pandemia koronawirusa w znaczny sposób wpłynęła na finanse Polaków. Związane z nią zamrożenie gospodarki wiele osób pozbawiło pracy, premii lub części dochodów. W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się kredytobiorcy. Z raportu AMRON-SARFiN wynika, że w 2019 r. banki udzieliły Polakom rekordową liczbę 225 tys. kredytów hipotecznych. Teraz wielu kredytobiorców boryka się z problemem spłaty należności. Jest jednak kilka sposobów na poradzenie sobie z tego typu kłopotami.

Zmniejszenie miesięcznej raty, czyli wydłużenie okresu spłaty kredytu

Z badania Diagnoza+ przeprowadzonego przez Uniwersytet Warszawski wynika, że z powodu pandemii pracę w Polsce straciło do tej pory 660 tys. osób. Jednak problemy finansowe nie dotyczą tylko osób zwolnionych. Pracodawcy zmniejszają wymiar pracy, przez co pensje bywają obcinane nawet o 20%. Aż 1/3 gospodarstw domowych musi sobie radzić ze spadkiem dochodów. Jednym ze sposobów na zmniejszenie miesięcznych zobowiązań – chociaż wobec banku – jest wydłużenie okresu spłaty kredytu. Dzięki temu obniżona zostanie wysokość jego rat, ale niestety wzrośnie całkowity koszt.

– Przyjmijmy, że dwa lata temu zaciągnęliśmy kredyt na kwotę 250 000 zł na okres 20 lat, z oprocentowaniem na poziomie 3,6%. W takiej sytuacji  mamy ratę równą w wysokości ok. 1463 zł. Przy 20-letnim okresie kredytowania spłacilibyśmy 101 066 zł odsetek. Jeżeli po tych dwóch latach zdecydowalibyśmy się na przedłużenie kredytu do 30 lat, to nasza miesięczna rata wynosiłaby ok. 1098 zł, a łącznie w całym okresie kredytowania odsetki wyniosą 154 135 zł. Taka operacja daje nam oszczędność na racie miesięcznej 365 zł, ale za to spowoduje wzrost całkowitej kwoty do spłaty o ponad 53 tys. zł – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Z tej opcji nie może jednak skorzystać każdy. Pozytywna decyzja zależy m.in. od maksymalnego okresu kredytowania obowiązującego w danym banku. W większości przypadków wynosi on do 30 – 35 lat. Nie przedłużymy zatem kredytu, jeżeli obecne warunki już przewidują taki okres spłaty. Innym czynnikiem decydującym o możliwości przedłużenia okresu spłaty jest wiek kredytobiorcy. Również w tej kwestii banki wewnętrznie ustalają limity. W większości przypadków, bank nie przedłuży kredytu, jeśli w momencie spłaty ostatniej raty wiek kredytobiorcy będzie wynosił 70 lat.

Konsolidacja kredytów możliwa, ale tylko w tym samym banku

Osoby, które posiadają więcej niż jedno zobowiązanie wobec banku, mogą je skonsolidować. Ta opcja pozwala na przekształcenie wszystkich posiadanych zobowiązań – pożyczek, kredytów czy debetów na karcie płatniczej w jedno, z jedną ratą. Największą zaletą takiego kredytu jest często niższa miesięczna rata niż suma wszystkich rat, jakie do tej pory musieliśmy płacić. Niestety sprawa znacznie się komplikuje po utracie pracy. Wtedy konsolidacja możliwa jest tylko w przypadku należności posiadanych w jednym banku.

Zawieszenie całości lub części raty

Zawieszenie obowiązku spłaty rat, czyli tzw. wakacje kredytowe, to najpopularniejsza w ostatnim czasie propozycja banków na poradzenie sobie z przejściowymi problemami finansowymi. Mamy do wyboru dwie opcje.

– Pierwsza, to zawieszenie raty kapitałowej, co oznacza, że musimy zapłacić jedynie odsetki. Jest to mniej opłacalne dla stosunkowo niedawno zaciągniętych kredytów ze stałą ratą, ponieważ na początku kredytowania dużą część raty stanowią właśnie odsetki. Drugą opcją jest zawieszenie raty kapitało – odsetkowej. W przyjętej w ostatnim czasie Tarczy Antykryzysowej 4.0. wprowadzono nowe przepisy dotyczące wakacji kredytowych, dzięki którym będzie można zawiesić spłatę zarówno części odsetkowej, jak i kapitałowej maksymalnie do trzech miesięcy. Rozwiązanie przeznaczone jest dla osób, które straciły pracę lub główne źródło dochodu po 13 marca. Jeżeli jednak kredytobiorca ma więcej kredytów u jednego kredytodawcy, będzie musiał wybrać jeden, w którym chce skorzystać z wakacji kredytowych –dodaje Katarzyna Dmowska.

Zmniejszenie lub zawieszenie rat kredytu, a także konsolidacja to dobre opcje dla tych osób, które faktycznie mają przejściowe kłopoty finansowe i problem z zapłatą miesięcznych należności. Korzystanie z tych możliwości przez pozostałe osoby nie jest opłacalne, ponieważ zwiększa koszt całkowity kredytu.

Źródło: ANG Spółdzielnia

ERP w trybie zdalnym – zmiany i trendy we wdrażaniu oprogramowania biznesowego

Dla wielu organizacji praca zdalna stała się w ostatnich miesiącach codziennością. Niektóre firmy jeszcze przed koniecznymi zmianami trybu pracy, rozważały wdrożenie oprogramowania biznesowego, inne właśnie teraz poszukują narzędzi, które mogą im pomóc w budowaniu efektywności i lepszym zarządzaniu firmą. Czy wdrożenie systemów ERP podczas home office jest jednak możliwe?

„W ostatnim czasie, zaobserwowaliśmy dwa podejścia do kwestii wdrożeń oprogramowania. Niektóre firmy zostały zmuszone do odłożenia tych planów na przyszłość. Są jednak również organizacje, dla których obecna sytuacja stała się motorem przyspieszającym cyfrową transformację. W tych przypadkach, przejście na tryb zdalny nie tylko nie przeszkodziło we wdrożeniu oprogramowania biznesowego, ale tak naprawdę przyspieszyło ten proces” – mówi Wojciech Wileński, Consultancy Manager CEE w Exact Software Poland.

Korzyści, jakie daje wprowadzenie elektronicznego obiegu dokumentów, a tym samym znacznie łatwiejszego dostępu do informacji czy też efektywna możliwość zarządzania procesami produkcyjnymi, logistycznymi i biznesowymi, mogą teraz dodatkowo zyskać na znaczeniu. Niezależnie od poszczególnych sytuacji, kluczem do sukcesu staje się elastyczność.

Zmiana podejścia

Nie ulega wątpliwości, że wdrożenie ERP w trybie zdalnym wymusza zmiany zarówno z punktu widzenia dostawcy, jak i przedsiębiorstwa. Część trudności i ograniczeń wynika z samej mentalności i przekonań. „Ważną rolą konsultanta staje się pokazanie klientom, że wdrożenie oprogramowania jest obecnie możliwe, a także przekonanie go o nowych kompetencjach firmy. Zmiana konieczna jest po obu stronach – zarówno konsultanci, jak i organizacje, muszą przyzwyczaić się do nowej sytuacji, gdzie dotychczasowe spotkania przekształcają się w wideokonferencje i wyłącznie zdalne odwiedzenie hali produkcyjnej, magazynu czy firmy klienta” – dodaje Wojciech Wileński. Podobnie jak wszędzie indziej, we wdrożeniach ERP dużą rolę odgrywają teraz narzędzia umożliwiające spotkania zdalne, a szczególnie możliwość realizacji wideokonferencji.

Obecna sytuacja może mieć wpływ również na sam proces wyboru dostawcy oprogramowania. Do niedawna dla wielu klientów bardzo istotne były referencje. Dzisiaj jednym z najważniejszych pytań może okazać się to, czy dostawca potrafił dostosować się do nowej rzeczywistości. Dotychczasowe standardy, w postaci wielogodzinnych spotkań z konsultantem bezpośrednio w siedzibie firmy czy hali produkcyjnej, być może nigdy już nie wrócą w takiej samej formie. W kontekście wdrożenia systemów ERP, część zadań realizowanych w trybie zdalnym jest nie tylko uproszczona, ale również bardziej efektywna kosztowo – oszczędności wynikają m.in. z braku konieczności dojazdów czy zakwaterowania konsultanta.

Od waterfall do agile

W trybie zdalnym, jednym z najważniejszych zadań dla obu stron: klienta oraz dostawcy, jest upewnienie się, czy wszystkie potrzeby zostały precyzyjnie zdefiniowane. Do tej pory przy wdrożeniach bardzo popularna była metodyka pracy „waterfall”. Dokładnie określała ona kolejne kroki i była świetnym rozwiązaniem w sytuacjach, gdzie oczekiwania i potrzeby klienta mogły być jasno sprecyzowane. Obecnie ogromne znaczenie zyskują metodyki agile. Dostawcy, którzy są otwarci na działania „zwinne” mają szansę lepiej odpowiedzieć na dynamicznie zmieniające się potrzeby klientów. To podejście ułatwia również pracę w trybie zdalnym, gdzie precyzyjne określenie potrzeb może okazać się trudniejsze. Nie jest to nowa koncepcja – jednak być może aktualna sytuacja może przyspieszyć jej popularyzację.

Zdalne wdrożenie = zdalny dostęp

Co jest konieczne, aby w trybie zdalnym przeprowadzić wdrożenie systemów ERP? W skrócie, wystarczy laptop oraz połączenie internetowe. Z tego punktu widzenia, lokalizacja klienta oraz konsultanta nie ma znaczenia. Aby takie wdrożenie było jednak możliwe, w przypadku niektórych firm istnieje konieczność zmiany restrykcyjnych zasad bezpieczeństwa. Do tej pory zdarzały się obawy z przyznaniem zdalnego dostępu, które nie zawsze było uznawane przez klientów za wystarczająco bezpieczne. Takie sytuacje wymagały obecności konsultanta w siedzibie klienta, a nawet korzystania z wydzielonych sieci wewnętrznych. „Klienci coraz częściej widzą, że aktualne technologie pozwalają na znacznie więcej w zakresie bezpieczeństwa w połączeniach zdalnych. Jeśli dotychczas z ważnych powodów nie chcieli oni rezygnować z wdrożenia systemów ERP, a byli ograniczeni politykami bezpieczeństwa – zaczęli dostosowywać wewnętrzne regulacje, aby bezpiecznie realizować projekty w trybie spotkań zdalnych. Z naszego punktu widzenia może to być trend, który trwale zmieni podejście do realizowania projektów. Wdrożenia mają szansę stać się łatwiejsze i szybsze do przeprowadzenia, co odbędzie się tylko z korzyścią dla klientów” – mówi Wojciech Wileński, Consultancy Manager CEE w Exact Software Poland.

Chmura, chmura i jeszcze raz chmura

Już od jakiegoś czasu, w kontekście ERP wiele się mówi o rosnącym znaczeniu wdrożeń w modelu chmurowym. Przyczyn było wiele: od rosnących kosztów utrzymania własnej infrastruktury, po coraz większą ilość przetwarzanych danych. Obecna sytuacja sprawia, że trend ten jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu. Oczywiście, wciąż są branże, które nie mogą sobie pozwolić na pełne przejście na infrastrukturę chmurową i przynajmniej część danych muszą przechowywać we własnych zasobach. Tam jednak, gdzie przepisy na to pozwalają, firmy redefiniują swoje podejście. Znaczenie ma utrudniony obecnie dostęp do infrastruktury. Wiele organizacji zostało zmuszonych do inwestycji w sprzęt, np. masową zamianę komputerów stacjonarnych na laptopy. Aby umożliwić zdalną pracę, część firmy potrzebowała szybkiego zwiększenia możliwości swojego korporacyjnego centrum danych, co spowodowało na rynku problemy z dostępnością sprzętu. Wdrożenia chmurowe przenoszą odpowiedzialność za utrzymanie infrastruktury, inwestycje sprzętowe, a także odpowiednią skalowalność na dostawcę. Klienci coraz częściej zaczynają dostrzegać znaczne korzyści wynikające z tego modelu, zwłaszcza w długoterminowej perspektywie.

Patriotyzm konsumencki – akcja #WspierajmyNasze

Pandemia dała się we znaki polskim przedsiębiorcom. Firmy musiały z dnia na dzień przystosować się do panującej sytuacji, niestety nie wszystkim udało się utrzymać na rynku. Dlatego Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Radomsku rozpoczęła działania mające na celu zjednoczenie, a w zasadzie solidaryzację z innymi polskimi przedsiębiorstwami. OSM postanowiła przeprowadzić akcję marketingową pro bono, której motywem przewodnim został hashtag #WspierajmyNasze

Pierwszym krokiem ze strony OSM w Radomsku było dołączenie do ogólnopolskiej kampanii #KupujŚwiadomie, następnym rozpoczęcie własnej akcji, na którą zdecydowano się po rozmowach z partnerami biznesowymi. Jak wyjaśnia firma, wspólnym mianownikiem okazała się potrzeba wzajemnego wsparcia między  przedsiębiorcami, zwłaszcza w dobie kryzysu wywołanego epidemią. Wtedy też powstał hashtag #WspierajmyNasze symbolizujący całą kampanię. OSM w Radomsku zaprosiło do akcji partnerów, w celu integracji na stronie internetowej Spółdzielni. Początkowo działania miały na celu pokazanie solidaryzmu między polskimi biznesami, jednak wraz z rosnącym zainteresowaniem, challenge znajdował nowe grona odbiorców, a akcja przerodziła się w kampanię marketingową.

Jak działa #WspierajmyNasze

Akcja opiera się na obustronnych korzyściach – partnerów i pomysłodawców przedsięwzięcia, a udział jest bezpłatny. OSM w Radomsku reklamuje na swojej stronie internetowej polskie firmy, które dołączają do kampanii. W zamian przedsiębiorstwa udostępniają na swoich platformach i portalach informacje o akcji wzajemnego wsparcia. Poprzez wykorzystanie mechanizmu rekomendacji Spółdzielnia buduje grono firm i odbiorców.  Cały kontent jest tworzony zarówno przez OSM w Radomsku, jak i przez partnerów kampanii, dzięki temu jest on dostosowany do obecnej sytuacji i przedstawia polskie przedsiębiorstwa w pozytywnym świetle, promując kupowanie rodzimych produktów oraz wspieranie polskich firm.

Promotorom akcji zależy głównie na zachęcaniu Polaków do patriotyzmu konsumenckiego oraz przekonaniu kupujących, że warto sięgać po polskie produkty, gdyż są zdrowe, smaczne, a przede wszystkim pochodzą z naszego kraju, od polskich producentów.

Firmy, które dołączyły do akcji solidaryzują się na różne sposoby. Niektóre promują ją na swoich kanałach społecznościowych, inne zamieszczają linki do strony kampanii na własnych platformach internetowych. Część polskich przedsiębiorstw, głównie tych większych, występuje jako marka w kontekście hashtagu #WspierajmyNasze we wpisach reklamowych na stronie akcji :http://osmradomsko.pl/aktualnosci/wspierajmynasze/

Oprócz tego, w celu urozmaicenia kampanii na stronie OSM w Radomsku, pojawiły się Portrety [nie]zwykłych Polaków. Każdy portret to profil osobowości. Dzięki temu akcja oprócz instytucjonalnego charakteru, poszerzyła się o perspektywę zwykłego obywatela. Do akcji dołączają się także pojedyncze osoby, np. blogerzy.

Działalność kampanii można śledzić na stronie facebookowej: https://www.facebook.com/wspierajmynasze

oraz na profilu instagramowym: https://www.instagram.com/wspierajmynasze/

Warto zwrócić uwagę na to, co i od kogo kupujemy, gdyż konsumencki patriotyzm, zwłaszcza w dobie kryzysu wywołanego pandemią, pomaga wesprzeć polskich przedsiębiorców.

Branża e-papierosów na skraju bankructwa. Pisze list do premiera

Od początku lipca na wyroby w postaci płynów do elektronicznych papierosów nałożona zostanie akcyza, co dla polskich firm produkujących i dystrybuujących e-papierosy i liquidy oznacza stanięcie na skraju bankructwa. Branża, zrzeszona w stowarzyszeniu walczy o przetrwanie i przedstawia premierowi swój apel.

Wraz z początkiem lipca wprowadzona ma zostać akcyza na e-papierosy oraz tzw. wyroby nowatorskie, która zdaniem przedstawicieli branży mocno uderzy w już osłabiony przez pandemię biznes. Co prawda dotychczas produkty te nie były objęte akcyzą, aczkolwiek moment wprowadzenia jej po raz pierwszy jest wyjątkowo niekorzystny, gdyż zbiega się w czasie ze spadkami wynikającymi z lockdownu gospodarczego.

Akcyza – co to oznacza w praktyce?

Wprowadzenie podatku akcyzowego to kolejny czynnik, który negatywnie wpłynie nie tylko na branżę, lecz też na użytkowników końcowych.

– Liczbę osób korzystających z e-papierosów w Polsce szacuje się na około 1,5 miliona. Wprowadzenie akcyzy wiązać się będzie z koniecznością podniesienia cen o około 100 %., gdyż tylko w ten sposób możemy spróbować zniwelować straty wynikające z pandemii oraz dodatkowego podatku – mówi Jacek Golenia, Dyrektor Handlowy VAPE RIDE, firmy produkującej płyny.

Według danych Komisji Europejskich 10 proc. Polaków spróbowało w przeszłości e-papierosa, co jest siódmym wynikiem w Europie. Wprowadzenie akcyzy oznacza również dla użytkowników niepewną przyszłość. Zdaniem przedstawicieli branży nowy podatek to prosta droga do powstania i powiększania się szarej strefy, w której krążyć będą produkty. – Zjawisko to będzie niekorzystne zarówno dla branży, jak i dla rządu, który utraci wpływy z podatków od towarów i usług oraz podatku dochodowego. W efekcie branża e-papierosów zatrudniająca w kraju kilka tysięcy ludzi znajdzie się na skraju bankructwa, co będzie oznaczać wzrost bezrobocia i potrzebę wypłaty ewentualnych zasiłków czy zapomóg – dodaje Justyna Lipowicz ze Stowarzyszenia „NIE dla tytoniu!”, zrzeszającego członków działających w branży elektronicznych inhalatorów nikotyny propagujących mniej szkodliwy styl życia dla uzależnionych nałogowych palaczy tradycyjnego tytoniu.

Apel do premiera

Biorąc pod uwagę negatywne skutki pandemii i wprowadzenie nowego podatku, branża zrzeszona w Stowarzyszeniu „NIE dla Tytoniu!” zaznacza, w jak trudnym znalazła się położeniu. W tym celu napisano list do Premiera Mateusza Morawieckiego.

„(…) Branża e-papierosów za sprawą realnej stawki akcyzy na poziomie nigdy niespotykanym na rynku tradycyjnych wyrobów tytoniowych, tj. podwyższającym wielokrotnie o 100% ceny jej produktów, stanie lada dzień na skraju bankructwa (…)” – czytamy w apelu wystosowanym przez  branżowe Stowarzyszenie „NIE dla Tytoniu!”.

„Najlepszym, ale nie jedynym negatywnym przykładem są Włochy, gdzie wprowadzenie realnej akcyzy na e-papierosy załamało totalnie branżę, pozbawiając tym samym Budżet nie tylko oczekiwanych wpływów, ale również generując dodatkowe wydatki natury socjalnej (wypłata zasiłków) oraz zdrowotnej (na rynku pojawiły się wyroby z szarej strefy, niezweryfikowane pod kątem zdrowotnym).”– piszą w liście przedstawiciele branży.

Jakie zatem rozwiązanie proponuje branża?

– Jesteśmy za rozważnie wprowadzonym podatkiem akcyzowym, więc koniecznie równo z banderolowaniem, czyli od stycznia 2021 roku, jak podaje niedawno wprowadzone rządowe rozporządzenie do ustawy. Wówczas powinna się unormować sytuacja gospodarcza z koronawirusem, więc nie wzrośnie bezrobocie z powodu podupadających firm, a rząd będzie pewny wpływów pieniężnych – podsumowuje Justyna Lipowicz.

Tarcza Antykryzysowa pozwoli fiskusowi sprawdzać, czy przedsiębiorcy mieli prawo z niej skorzystać

Celem ratowania gospodarki, w tym przede wszystkim miejsc pracy, w ramach Tarczy Antykryzysowej państwo oferuje pomoc finansową przedsiębiorcom. Okazuje się jednak, że Tarcza ma też kolce. Wciąż nowelizowane przepisy mają pozwolić skarbówce na łatwiejszy dostęp do kont podatników, by sprawdzić, czy kryzys rzeczywiście ich dotknął.

Najpierw 212 mld zł, a później dodatkowe 100 mld zł – tyle rząd przeznaczył na ratowanie polskich przedsiębiorstw i miejsc pracy. To ok. 15% Produktu Krajowego Brutto, czyli pod tym względem poziom zbliżony do wielu innych europejskich państw. Dla przykładu na walkę z negatywnymi skutkami gospodarczymi wywołanymi pandemią COVID-19 Niemcy przeznaczyły ok. 20% swojego PKB (ok. 3,4 bln zł), Czechy ok. 18% PKB (ok. 167 mld zł), Węgry ok. 17% PKB (ok. 115 mld zł), Hiszpania ok. 15% PKB (ok. 900 mld zł), Wielka Brytania ok. 14% PKB (ok. 1,7 bln zł). Rekordzistą w tym zestawieniu są Włochy, które na ekonomiczną walkę z koronawirusem przeznaczyły aż 37% swojego PKB (ok. 3,4 bln zł).

Kryzysowa pomoc państwa

By starać się o państwową pomoc, przedsiębiorcy w Polsce muszą spełniać określone wymagania. Czasem niewielkie, takie jak uzyskanie wsparcia przez pracodawcę/przedsiębiorcę zatrudniającego, wraz z samym sobą, do 10 osób. Taki przedsiębiorca może tylko w oparciu o posiadany przed 1 kwietnia 2020 r. wpis do ewidencji osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarcza, jak i opłacając przed tą datą składki na własne ubezpieczenia lub będąc ich płatnikiem, uzyskać trzymiesięczne zwolnienie z opłacania składek ZUS za siebie i pracowników.

Ale w przypadku większości innych programów pomocowych, przedsiębiorca występując o ich przyznanie deklaruje spowodowany przez pandemię COVID-19 spadek obrotów. Tak np. w przypadku świadczenia postojowego dla osób prowadzących działalność gospodarczą, muszą one wykazać co najmniej 15% spadek przychodu w miesiącu poprzedzającym miesiąc złożenia wniosku. Podobnie warunkiem przyznania dofinansowania wynagrodzeń pracowników ze środków unijnych jest co najmniej 30% spadek obrotów w stosunku do porównywanego okresu roku 2019.

Śledzenie kont bankowych firmy

W trakcie panującej pandemii COVID-19, na etapie składania wniosku o pomoc państwa, nie wymaga ono potwierdzenia spadku przychodów, czy obrotów, w dokumentach. Wszystko odbywa się w oparciu o złożoną pod rygorem odpowiedzialności za składanie fałszywych oświadczeń deklarację podatnika. Wraz z kolejną nowelizacją przepisów dotyczących Tarczy Antykryzysowej, Ministerstwo Finansów chce jednak zapewnić sobie możliwość sprawdzenia szczerości zamiarów przedsiębiorcy i prawdziwość twierdzeń o jego pogarszającej się sytuacji. Wykorzysta do tego STIR.

STIR, czyli System Teleinformatyczny Izby Rozliczeniowej, to zgodnie z Ordynacją podatkową (dalej: O.p.) narzędzie do odbioru i przetwarzania danych w celu ustalenia wskaźnika ryzyka, czyli wskaźnika wykorzystywania działalności banków i spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych do celów mających związek z wyłudzeniami skarbowymi. System nadzoruje Krajowa Izba Rozliczeniowa i wykorzystywany jest głównie do analizy i blokowania przez Szefa Krajowej Administracji Skarbowej kont przedsiębiorców w przypadku podejrzenia o nieprawidłowości.

Ustawą z dnia 16 kwietnia 2020 r. o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2 (Dz.U.2020, poz. 695) do Ordynacji wprowadzono zapis, zgodnie z którym Minister Finansów może zlecać izbie rozliczeniowej analizę skutków zachodzących zjawisk gospodarczych, w tym w szczególności ich wpływu na płynność finansową przedsiębiorców i innych podmiotów (art. 119zhb O.p.). Oznacza to, że Minister Finansów będzie mógł, za pośrednictwem KIR, badać konta firmowe przedsiębiorców, celem ustalenia, czy faktycznie i w sposób niesztuczny spadły im obroty. A jeśli przepisy te nie zostaną uchylone po zakończeniu pandemii koronawirusa, fiskus będzie mógł przyglądać się w ten sposób rozliczeniom firmy już zawsze.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

Dziesięć lat od ataku Stuxnet. Jak obecnie rozwijają się zagrożenia wobec infrastruktury fizycznej?

Wraz z rozwojem przemysłowego Internetu rzeczy (IIoT) oraz związanym z tym coraz częstszym łączeniem technologii operacyjnych (OT) z informacyjnymi (IT), infrastruktura fizyczna stała się podatna na przeprowadzane zdalnie cyberataki. Jednym z pierwszych złośliwych narzędzi, które zostały wykorzystane przeciwko niej, był robak Stuxnet, odkryty dziesięć lat temu – w czerwcu 2010 roku. Korzystając z tej okazji analitycy z FortiGuard Labs firmy Fortinet przypominają historię najważniejszych ataków na systemy przemysłowe.

Stuxnet pojawił się na czołówkach gazet, ponieważ atakował przemysłowe systemy sterujące SCADA, a konkretnie programowalne sterowniki logiczne (PLC), które umożliwiają automatyzację procesów elektromechanicznych. Jego kod był wyjątkowo skomplikowany i miał rozmiar ponad 500 kilobajtów, co jest unikalne wśród złośliwych narzędzi. Zdołał przedostawać się do urządzeń fizycznych i systemu Windows, a następnie kilkukrotnie replikować w celu poszukiwania oprogramowania, które docelowo miał zaatakować.

Od czasu odkrycia Stuxnetu na całym świecie miało miejsce wiele innych przypadków ataków wymierzonych w systemy technologii operacyjnych. Według raportu Fortinet  o stanie bezpieczeństwa OT, aż 74% przedsiębiorstw doświadczyło w ciągu ostatnich 12 miesięcy naruszenia ochrony systemów przemysłowych.

Przegląd najważniejszych cyberataków na systemy przemysłowe

Obserwując najważniejsze cyberataki na systemy przemysłowe w ciągu ostatniej dekady, łatwo zauważyć, jak rozwinęły się umiejętności i możliwości techniczne cyberprzestępców. Znacznie bardziej niepokojąca jest jednak ich gotowość do wyrządzania szkód nie tylko w środowiskach cyfrowych, ale i w infrastrukturze fizycznej. Może mieć to wpływ na bezpieczeństwo publiczne oraz ludzkie zdrowie i życie.

Stuxnet jest jednym z pierwszych przykładów, które pokazały światu, jaki wpływ mogą mieć cyberataki na infrastrukturę fizyczną. Wzrost liczby nowych zagrożeń radykalnie zmienił sposób funkcjonowania przemysłowych systemów ICS/SCADA. Specjaliści z FortiGuard Labs przeanalizowali niektóre z najważniejszych cyberataków na systemy przemysłowe, które miały miejsce w ciągu ostatniej dekady.

2011: Duqu

Złośliwe oprogramowanie, odkryte przez węgierskich analityków, które pod względem struktury bardzo przypominało Stuxnet. Duqu został zaprojektowany w celu kradzieży informacji (tzw. infostealer) poprzez ukrycie transmisji danych w ruchu HTTP i przesyłanie złośliwych plików w formacie jpg. Odkrycie tego narzędzia unaoczniło jak w procesie ataku ważny jest etap rekonesansu, w trakcie którego złośliwy kod wykrada informacje. Bardzo często bowiem jest to pierwszy krok z zaplanowanej wcześniej serii kolejnych etapów ataku.

2013: Havex

Havex jest złośliwym oprogramowaniem typu Remote Access Trojan (RAT), które zostało odkryte w 2013 r. Stworzone przez grupę przestępczą znaną jako Grizzly Steppe, Havex atakował systemy kontroli przemysłowej (ICS) i komunikował się z serwerem nadzorującym pracę złośliwego kodu (Command&Control, C2), z którego dostarczane były kolejne moduły zawierające niebezpieczne narzędzia.

Kod tego narzędzia, specjalnie dostosowany do atakowania systemów ICS, gromadził dane przesyłane przez różne serwery z wykorzystaniem standardu otwartej platformy komunikacyjnej (Open Platform Communication, OPC), w tym takie informacje jak identyfikator klas CLSID, nazwę serwera, identyfikator programu, wersję OPC, informacje o producencie atakowanej platformy, stan pracy, liczbę grup i przepustowość serwera, a także był w stanie wyliczyć znaczniki OPC. Komunikując się z infrastrukturą C2, Havex otrzymywał instrukcje, które dawały możliwości nieznane dotąd złośliwemu oprogramowaniu.

2015: BlackEnergy

Odkryte w 2015 r. oprogramowanie BlackEnergy wykorzystywało makra w dokumentach Microsoft Excel. Złośliwe narzędzie dostawało się do sieci za pośrednictwem wiadomości e-mail typu spear-phishing, wysyłanych do konkretnych, starannie wybranych jako cel, pracowników. Kampania ta udowodniła, że cyberprzestępcy mogą manipulować infrastrukturą krytyczną na dużą skalę.

2017: TRITON

Złośliwe oprogramowanie, które jest ukierunkowane szczególnie na systemy zapewniające ochronę rozwiązań przemysłowych (Safety Instrumented System, SIS). Triton modyfikuje oprogramowanie układowe w pamięci, aby dodać do niego złośliwe funkcje. Pozwalało to przestępcom odczytać lub zmodyfikować zawartość pamięci i zaimplementować niestandardowy kod wraz z dodatkowymi instrukcjami, które miały na celu wyłączenie, spowolnienie pracy lub zmodyfikowanie rozwiązań umożliwiających bezpieczne wstrzymanie pracy procesu przemysłowego. Triton to pierwsze znane złośliwe oprogramowanie zaprojektowane specjalnie do atakowania systemów bezpieczeństwa przemysłowego, chroniących ludzkie życie.

W 2020 roku konieczna szeroka świadomość ryzyka

Bezpieczeństwo systemów ICS/SCADA powinno być traktowane priorytetowo ze względu na możliwe konsekwencje takiego ataku. Bardzo ważne również jest, aby reguły polityki bezpieczeństwa w przedsiębiorstwach były zgodne z obowiązującymi przepisami prawa.

Ryzyko związane z systemami przemysłowymi jest coraz szerzej znane i coraz bardziej priorytetowo traktowane. Istnieją instytucje rządowe, jak ICS-CERT w USA czy Centrum Ochrony Infrastruktury Narodowej (CPNI) w Wielkiej Brytanii, które publikują porady i wytyczne dotyczące najlepszych praktyk w zakresie bezpieczeństwa systemów ICS.

Odpowiednie normy zostały również opracowane przez Międzynarodowe Towarzystwo Automatyki (ISA). Natomiast organizacja non-profit ICS-ISAC podejmuje działania edukacyjne dotyczące świadomości zagrożeń i najlepszych praktyk, aby pomóc obiektom rozwijać świadomość dotyczącą sytuacji, w których może być zagrożone bezpieczeństwo lokalne, narodowe i międzynarodowe.

Sektor MŚP potrzebuje rok na rekonwalescencję po koronawirusie

Pod koniec maja br., czyli po prawie trzech miesiącach od wybuchu epidemii koronawirusa w Polsce, widać zdecydowanie więcej optymizmu w sektorze MŚP niż jeszcze miesiąc wcześniej. Na szybką rekonwalescencję branży, jeszcze w tym roku, liczy 18 proc. firm, podczas gdy w kwietniu ten odsetek był ponad dwa razy niższy (8,5 proc.). Najwięcej zapytanych przedsiębiorców – 58 proc. – jest zdania, że optymistyczny scenariusz ziści się w przyszłym roku (w kwietniu uważało tak 45 proc. zapytanych).Barometr COVID-19 sektor MŚP

19 proc. uważa, że nastąpi to najwcześniej za 2-3 lata (40 proc. w kwietniu). Trzecia edycja Barometru COVID-19 zrealizowana przez EFL przynosi także pesymistyczny wniosek – wciąż ponad połowa przedsiębiorców uważa, że koronawirus spowoduje upadłość wielu firm.

We wszystkich branżach powrót koniunktury spodziewany jest raczej w przyszłym roku – uważa tak 81 proc. przedstawicieli budownictwa (poprzednio 52 proc.), 67 proc. sektora HoReCa (poprzednio 33 proc.), 62 proc. branży produkcyjnej (poprzednio 45 proc.), 61 proc. – transportowej (poprzednio 48 proc.) i 47 proc. – handlowej (poprzednio 51 proc.). Także w branży usług to przekonanie jest minimalnie powszechniejsze (45 proc.) w porównaniu z przeświadczeniem, że nastąpi to w ciągu 2-3 lat (44 proc.). Nadal na lata 2022-2023 stawia najwięcej szefów hoteli restauracji i firm cateringowych (27 proc.), jednak w kwietniu było to aż 49 proc. Najwięcej optymistów, którzy stawiają jeszcze na rok 2020, jest wśród przedstawicieli handlu (33 proc., poprzednio 8 proc.) oraz przemysłu (21 proc., poprzednio 8 proc.).

Będzie lepiej niż się spodziewaliśmy?

– EFL już po raz trzeci w badaniu Barometr COVID-19, pod koniec maja br., zapytał przedsiębiorców o wpływ kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa na kondycję branży, w jakiej działa firma w perspektywie następnych sześciu miesięcy. W porównaniu do dwóch poprzednich edycji (koniec marca i koniec kwietnia) wśród przedstawicieli mikro, małych i średnich przedsiębiorstw przybyło optymistów. Choć wciąż najwięcej zarządzających biznesem oceniło, że sytuacja pogorszy się (40 proc.), to jednak jest to grupa znacznie mniejsza niż miesiąc wcześniej (77 proc.). Przybyło zatem przedsiębiorców z optymizmem spoglądających w przyszłość.  Co czwarty twierdzi, że sytuacja firmy poprawi się, w kwietniu tego zdania było tylko 1,5 proc. Ponadto dwa razy więcej zapytanych uważa, że nic się nie zmieni – komentuje Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Im mniejsza firma, tym większy pesymizm w odniesieniu do wpływu pandemii na kondycję branży – ta zależność jest identyczna jak w kwietniowym pomiarze, jednak odsetki pesymistów są dwukrotnie niższe wśród mikroprzedsiębiorców (spadek z 90 proc. do 44 proc.) oraz niższe w małych (spadek z 74 proc. do 43 proc. w maju) i średnich firmach (spadek z 63 proc. do 26 proc. w maju).

W trzech branżach (handel, transport, usługi) nadal przeważają ci, którzy uważają, że sytuacja zmieni się na gorsze, chociaż odsetki pesymistów są o wiele niższe w porównaniu z kwietniem (np. w branży usługowej różnica wyniosła aż 46 pkt. proc.). W budownictwie i przemyśle najwięcej jest respondentów, którzy nie spodziewają się zmian i tutaj też nastąpił największy spadek liczby optymistów – w budownictwie z 31 proc. do 19 proc., w branży produkcyjnej z 24 proc. do 20 proc. Co ciekawe, HoReCa, która na początku epidemii była najbardziej pesymistycznie nastawiona do swojej przyszłości, jest jedyną branżą, w której więcej przedsiębiorców uważa, że sytuacja ulegnie poprawie. Taką opinię wyraził 1 na 4 zarządzających hotelem, restauracją lub firmą cateringową (40 proc.).  Jednak wciąż 38 proc. obawia się pogorszenia kondycji w ciągu kolejnych sześciu miesięcy.

Mniej firm w Polsce?

Trzecia fala badania Barometr COVID-19  potwierdziła, że w ciągu najbliższych miesięcy polski sektor MŚP może się skurczyć. Wciąż ponad połowa przedsiębiorców uważa, że najpoważniejszym skutkiem epidemii koronawirusa będą upadki firm (54 proc. wskazań, w kwietniu – 51 proc.). Co piąty ankietowany (20 proc.) uważa, że jej konsekwencją będzie aktywne poszukiwanie innych rynków, dywersyfikacja obszarów działania lub zmiana profilu działalności (w kwietniu – 25 proc.). Im mniejsza firma, tym większa obawa, że pandemia spowoduje upadki firm. Im większa firma, tym częściej pojawia się oczekiwanie, że koronawirus spowoduje poszukiwanie innych rynków, dywersyfikację lub zmianę profilu działalności.

W pięciu branżach przewagę mają ci, którzy uważają, że pandemia spowoduje upadki firm. Tak jak w kwietniu najwięcej pesymistów znajduje się w branży HoReCa (83 proc., poprzednio 85%). W branży handlowej tego zdania jest 2 na 3 przedstawicieli (64 proc., poprzednio 49 proc.), usługowej – 58 proc. (w kwietniu – 71 proc.) i transportowej – 46 proc. (poprzednio 48 proc.). W maju br. dołączyło do nich budownictwo (47 proc., poprzednio 29 proc.). Tylko w branży produkcyjnej najwięcej osób uważa, że sytuacja nie zmieni się (33 proc.), chociaż nadal niewiele rzadziej odpowiadano, że koronawirus wpłynie pozytywnie  na aktywne poszukiwanie innych rynków (29 proc., poprzednio 46 proc.).

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm.

Pierwsza edycja badania Barometr COVID-19 odbyła się w dniach 17 marca-1 kwietnia 2020 roku. Druga edycja została przeprowadzana w dniach 20-30 kwietnia 2020 roku. Aktualna, trzecia edycja, odbyła się w dniach 18-30 maja 2020 roku.

GMC Live! vol. 2 transmitowana bezpłatnie dla wszystkich zainteresowanych

Na fali sukcesu i Waszego zainteresowania pierwszą edycją Golden Marketing Conference online – GMC Live!,  Grupa MTP postanowiła pójść za ciosem i już 15 lipca zorganizować GMC Live! vol. 2.

Kolejna odsłona również będzie transmitowana bezpłatnie dla wszystkich zainteresowanych na kanałach Facebook oraz YouTube GMC:
FB –
https://www.facebook.com/GoldenMarketingConference/          
YT –
https://www.youtube.com/channel/UCq5BqQRFge4ya7symJ527qQ

Projekt GMC Live! powstał w odpowiedzi na potrzeby rynku marketingowo-eventowego,
który w czasie największych obostrzeń wynikających ze światowej pandemii został zobligowany do przeniesienia swoich stacjonarnych spotkań na inne terminy. By móc kontynuować swoją misję prowadzenia rozmów o najnowszych trendach w branży oraz dzielić się dobrymi praktykami marketingowymi stworzyliśmy formułę spotkań online, które mają zagwarantować możliwość nieustannego wzbogacania wiedzy marketingowców i bezpłatnego podnoszenia kwalifikacji.

Pierwsza edycja GMC Live! miała w sobie to do czego Golden Marketing Conference w wersji stacjonarnej przyzwyczaiła swoich odbiorców: merytoryczne i inspirujące wystąpienia, tempo i zaangażowaną społeczność marketingowców oraz branżowych ekspertów z największych polskich i międzynarodowych firm. Wydarzenie zorganizowane przez Grupę MTP to doskonały benchmark, jak przenosić konferencję do sieci. Wersja online Golden Marketing Conference zdecydowanie  wyróżni się na tle podobnych, konkurencyjnych spotkań w wirtualnym świecie. Wysoka jakości wizualna i streamingowa oraz brak zamazanych kamerek internetowych pozwala na stworzenie poczucia fizycznego uczestnictwa w konferencji.

Pierwsza edycja GMC Live! w liczbach:

  • 99 169 – Tyle minut widzowie konferencji live obejrzeli łącznie.
  • 8 481 – Unikalnych użytkowników relacji live.
  • 2783 – Stałych widzów w trakcie całej transmisji na FB oraz YouTube.
  • 844 – Reakcji pod relacją live.
  • 84 – Udostępnienia transmisji online.*

Do udziału w GMC Live! vol. 2 zaproszono prelegentów, których wykłady poruszą najistotniejsze w ostatnich miesiącach obszary real-time marketingu, e-commerce, marketing automation, power generation, social mediów w kontekście B2B czy komunikacji marek. Na wirtualnej scenie wystąpią m.in.: Aleksander Skałka, Marketing Automation Strategy Director, SALESmanago, Magdalena Olak, Managing Director / Executive Producer, TANK, Przemysław Jończyk, Chief Executive Officer, Jaaqob,  Anna Robotycka, CEO, Agency F11, Dimaq Trainer oraz Grzegorz Borowiecki, Nadsztygar, WUNDERTEAM.

Całość zrealizowana zostanie w specjalnie wybudowanym studio nagraniowym Grupy MTP wyposażonym w najnowsze rozwiązania techniczne, co umożliwia przeprowadzenie transmisji live w najwyżej jakości, co zapewni uczestnikom możliwe najlepszy odbiór oglądanych prelekcji. Wydarzenie całkowicie bezpłatnie będzie można śledzić na żywo na Facebooku oraz kanale YouTube Golden Marketing Conference już 15 lipca. Wystarczy narzędzie z dostępem do internetu i wygodny fotel.

Wydarzenie objęte jest akredytacją programu DIMAQ. Osoby z certyfikatem uczestniczące
w konferencji GMC Live! vol. 2 otrzymają punkty recertyfikacyjne:

➡️ uczestnik – 10➡️ prelegent – 30

Uczestnicy GMC Live vol. 2 będą mieć także możliwość uzyskać certyfikat uczestnictwa właśnie w tym wydarzeniu.

Bądź na bieżąco i śledź profil Golden Marketing Conference na Facebooku.

*Dane przedstawiają moment zakończenia transmisji live w dniu 1 czerwca.

Biura turystyczne idą z torbami

Branża turystyczna jest jedną z tych, które najmocniej ucierpiały wskutek pandemii. Zakaz podróżowania spowodował, że tylko samo wykorzystanie bazy noclegowej w Polsce w kwietniu spadło o 97,5 proc. względem analogicznego miesiąca ubiegłego roku. Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, przez ponad rok zadłużenie firm turystycznych wzrosło dwukrotnie, do prawie 118 mln zł. Czy uda im się przekonać klientów, że już jest bezpiecznie i można wyjeżdżać? Wpływ na decyzje wakacyjne będą z pewnością miały zarówno niepewne prognozy dotyczące drugiej fali zachorowań, jak i zwyżkujące ceny w polskich kurortach.  

Część dużych biur zapowiedziała, że w związku ze znoszeniem ograniczeń w podróżowaniu z początkiem lipca wznawia funkcjonowanie. Oczywiście odbywać się to ma w bardzo ograniczonym zakresie, ale dla wielu wczasowiczów stęsknionych zagranicznych wojaży zaświtał promyk nadziei. Czy rzeczywiście uda im się wyjechać? Firmy turystyczne bardzo na to liczą, bo jeśli nie zaczną wreszcie zarabiać, ich sytuacja będzie jeszcze bardziej dramatyczna.

Skalę zapaści tej branży w Polsce pokazują dane GUS. W marcu 2020 r. z turystycznych obiektów noclegowych skorzystało 881,4 tys. turystów, którym udzielono 2,5 mln noclegów. W porównaniu z marcem 2019 r. było to mniej odpowiednio o 63,3 proc. i o 56,7 proc. Kwiecień tylko pogłębił kryzys. Według szacunków liczba osób korzystających z noclegów w porównaniu z analogicznym miesiącem roku poprzedniego była niższa o ok. 97,5 proc.

– To katastrofa. Obłożenie miejsc noclegowych spadło w zasadzie do zera, co musiało odbić się na kondycji finansowej całej branży, nie tylko właścicieli pensjonatów czy hoteli. Jak wynika z naszych danych, zadłużenie podmiotów turystycznych między marcem a majem wzrosło o blisko 37 mln zł, do 118 mln zł. Jeśli weźmiemy pod uwagę zmianę od marca zeszłego roku do kwietnia 2020 r., to mówimy już o blisko 59 mln zł – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Kłopoty branży turystycznej ze spłatą zaległych zobowiązań

turystyka.PNG

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

Dane BIG InfoMonitor pokazują też, że choć w ciągu roku udział firm, które mają zaległości w całej branży spadł nieznacznie z 5,9 proc., czyli wartości średniej dla ogółu gospodarki, do 5,7 proc. (w zestawieniu bierzemy pod uwagę firmy aktywne, zawieszone i zamknięte), to jednak liczba przedsiębiorstw doświadczających problemów z terminową spłatą zobowiązań wzrosła z 919 do 939. Kwotowo największe zadłużenie mają organizatorzy turystyczni (56,1 mln zł), pozostałe firmy zajmujące się rezerwacją (43,6 mln zł) oraz agenci (11,9 mln zł). Na pośrednikach turystycznych ciąży 5,2 mln zł.

Wakacyjne powroty

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa sprawił, że ten początek wakacji wcale nie oznacza nagłej fali wyjazdów urlopowych. Wielu potencjalnych urlopowiczów w tym roku nie zdecyduje się na wyjazd. Po części dlatego, że mimo zapewnień decydentów obawiają się o swoje zdrowie, po części, bo kryzys odbił się na możliwościach ich domowych budżetów. Po miesiącach koniecznej bezczynności do gry wracają jednak biura podróży, choć z poważnie ograniczoną ofertą. Kilku dużych operatorów od początku lipca zamierza uruchomić zorganizowane wyjazdy, przede wszystkim w europejską część basenu Morza Śródziemnego – do Grecji, Hiszpanii czy Chorwacji.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w przypadku małych organizatorów, szczególnie tych, którzy oferują wyjazdy w odległe regiony świata dla niewielkich grup, często właśnie pod specjalne wymagania konkretnych klientów.

– Jesteśmy w kropce. Aby zarabiać, musimy organizować wyjazdy, a to oznacza ponoszenie kosztów, np. zaliczek usług za granicą. Jeśli imprezę trzeba będzie odwołać z powodu nagłego nawrotu epidemii, to zgodnie z ustawą o usługach turystycznych musimy klientom zwrócić całość wniesionych wpłat. Pełna odpowiedzialność finansowa za odwołane lub przerwane wycieczki ciąży na organizatorach turystyki. Dlatego samo otwarcie granic nie powoduje, że firmy turystyczne takie jak nasza będą od razu odrabiać straty. Wprost przeciwnie. Organizacja kolejnych wyjazdów może wpędzać w jeszcze większe kłopoty. Żeby branża bezpiecznie ruszyła, jest potrzebna natychmiastowa zmiana ustawy o usługach turystycznych – mówi Jarosław Poniewiera z Klubu Laurazja.

Droga niepewność

Przedstawiciele branży turystycznej nie mogą być pewni, jak będzie wyglądała sytuacja epidemiologiczna na świecie i w jaki sposób poszczególne kraje będą na nią reagowały. Dotychczasowe doświadczenia nie napawają optymizmem. O pewnym zagubieniu i rozgoryczeniu może świadczyć, że część przedsiębiorców branży turystycznej czuje się pokrzywdzona przez – ich zdaniem – niezgodne z prawem zakazy i ograniczenia nałożone przez rząd w związku z epidemią koronawirusa. 84 firmy chcą w sumie 141 mln zł odszkodowań od państwa, a według szacunków takich poszkodowanych może być nawet 10 tys. w całym sektorze.

Na rynku krajowym daje się zauważyć, że wiele firm turystycznych, ale też z turystyką powiązanych, chce skorzystać na zniesieniu ograniczeń, nawet jeśli, a może właśnie dlatego, że mogą one powrócić. Rachunek za posiłek i nocleg w kurortach w Polsce niejednokrotnie przewyższa już więc ten, który trzeba by było zapłacić w którejś z europejskich wakacyjnych destynacji.

– To zrozumiałe, że po kilku miesiącach kompletnego zastoju firmy branży turystycznej usiłują odbić się od dna i poprawić swoją sytuację finansową. Przepadł im początek sezonu, kilka kolejnych długich weekendów, dotychczas tradycyjnie mocno obleganych, więc teraz, gdy wreszcie mogą, starają się nadrobić zaległości. Niestety dzieje się to częściowo kosztem tych wszystkich, którzy wakacje chcieliby spędzić w kraju, a budżety domowe ok. 40 proc. Polaków również ucierpiały w czasie pandemii – mówi Sławomir Grzelczak.

Jak więc w praktyce będzie wyglądał powrót do aktywności przedsiębiorstw zajmujących się turystyką? Nie wiadomo, ale np. bałagan wywołany przez brytyjski rząd, który ogłosił, że znosi ograniczenia w podróżowaniu do kraju, a następnie doprecyzował, że będzie się to wiązało z 14-dniową kwarantanną po przekroczeniu granicy, z pewnością ani operatorom turystycznym, ani liniom lotniczym w planowaniu powrotu do względnie normalnej działalności nie pomógł.

Co jesienią ubiorą miliony Polaków? O tym zdecydują maszyny

Branża modowa przez lata rozwijała się bardzo dynamicznie, wielkie domy mody i sieci sklepów rosły w siłę, zwiększały liczbę kolekcji wypuszczanych w jednym roku i podkręcały sprzedaż. Jednocześnie przybywało mniejszych graczy, którzy chcieli coś uszczknąć z tego olbrzymiego tortu. Pandemia wstrząsnęła jednak tą branżą i nie wiadomo, jak potoczą się jej dalsze losy. Wydaje się jednak pewne, że przewagę w nowym rozdaniu zyskają ci, którzy zwrócą się w stronę nowych technologii.

Eurostat, czyli Europejski Urząd Statystyczny, opublikował niedawno dane dotyczące handlu detalicznego w kwietniu 2020 roku. W porównaniu z marcem, w szczycie pandemii obroty w państwach unijnych spadły o ponad 11 proc. Dużo, ale w niektórych segmentach rynku było znacznie gorzej. W przypadku odzieży i obuwia sprzedaż skurczyła się o ponad 63 proc. w porównaniu z marcem. Dla wielu firm oznacza to katastrofę. Dane dotyczą obszaru UE, ale lockdowny wprowadzono w wielu innych regionach świata, więc można założyć, że branża modowa poważnie ucierpiała w skali globalnej. Sprawa jest bardzo poważna, ponieważ sektor ten już kilka lat temu wart był 3 biliony dolarów, o czym donosił Forbes. Moda odpowiada za kilka procent światowego PKB i miliony miejsc pracy.

Kryzys to nic nowego

Rynek skupiający odzież i obuwie jeszcze przed pandemią koronawirusa zmagał się z różnymi problemami. Branżowy serwis Fashion United już w 2017 roku informował, że nad blisko połową brytyjskich detalistów branży modowej zawisło widmo bankructwa, na co wpływ miały m.in. ostra konkurencja, wahania na rynku walutowym i konieczność wprowadzania wysokich przecen. To nie był wyłącznie problem Brytyjczyków – za oceanem już rok temu informowano o firmach modowych, które likwidują kilka, kilkanaście, a czasem znacznie więcej sklepów. Serwis Pennlive donosił wręcz o „apokalipsie sprzedaży detalicznej”. Pandemia i wynikający z niej kryzys spotęgują i przyspieszą procesy, które zaczęły się już wcześniej.

Dla większości firm nastały trudne czasy. To może oczywiście oznaczać koniec biznesu, ale taka sytuacja staje się też szansą. Podjęcie radykalnych działań może przynieść wymierne korzyści. Często słychać głosy, że epidemia SARS w 2003 roku pomogła rozkręcić się chińskiemu e-commerce i stoi m.in. za sukcesem potentata tego rynku, czyli Alibaby – tłumaczy Aleksandra Szarmach, CMO Nethansy, która wprowadza polskie i niemieckie firmy na Amazona, gdzie przy pomocy opatrzonego w algorytmy sztucznej inteligencji autorskiego systemu Clipperon, kompleksowo zarządza ich sprzedażą. – Teraz może być podobnie, kryzys da impuls do zmian. To już się dzieje, z całego świata płyną doniesienia o dynamicznym wzroście branży e-commerce. Jednak samo posiadanie sklepu w Internecie już dzisiaj nie wystarczy, trzeba być otwartym na nowe rozwiązania, np. sztuczną inteligencję – dodaje Szarmach.

Za jej słowami przemawiają dane i prognozy. Już dwa lata temu firma badawcza Juniper Research przewidywała, że wydatki detalistów na sztuczną inteligencję wzrosną z 2 mld dolarów w 2018 roku do 7,3 mld dolarów w roku 2022. Gdzie konkretnie te nowe technologie mogą znaleźć zastosowanie w sektorze modowym? Wszędzie! Od projektowania, przez produkcję, logistykę i łańcuch dostaw, po marketing i sprzedaż. Już na etapie określania trendów SI może się okazać bardzo przydatna. Na podstawie olbrzymiej ilości danych jest w stanie określić nie tylko, co ludzie będą chcieli nosić, ale też jak dużym powodzeniem będzie się cieszyć dana kolekcja. To pomaga stworzyć prognozy sprzedaży i produkcji. Im bliżej będą one późniejszych wyników, tym mniejsze straty poniosą firmy, co w dobie kryzysu ma olbrzymie znaczenie.

Nadzieja w sztucznej inteligencji

Kilka kwartałów temu głośno zrobiło się o startupie Designovel, który do projektowania ubrań wykorzystuje właśnie SI. To komputer zasilony olbrzymią ilością danych wskazuje człowiekowi, jakie wzory i kolory mogą przyciągać uwagę ludzi. Z kolei wywodząca się z Turynu firma iCoolhunt dostarcza narzędzie do przewidywania trendów, zmian w zachowaniach klientów i ich stylu życia. I najwyraźniej robi to dobrze, bo z jej rozwiązań korzystają dziesiątki znanych marek, w tym potentaci branży odzieżowej: Adidas, Prada czy Timberland. Inne firmy pracują nad tym, by z pomocą SI dobrać odpowiednie materiały, wykryć uszkodzenia tkanin albo dopasować kolory. Pochodzący z Portugalii startup HUUB dostarcza markom modowym platformę logistyczną, dzięki której mogą zarządzać procesami magazynowania, pakowania i wysyłki produktów. Narzędzie ma po prostu pomóc utrzymać zatowarowanie na właściwym poziomie.

Ale czy za zmianami stoją wyłącznie startupy, które opracowują rozwiązania dla wielkich firm modowych? – Z rozmiaru branży modowej i potencjału drzemiącego w jej unowocześnianiu sprawę już dawno zdał sobie np. Amazon. Jeszcze w 2009 roku firma Jeffa Bezosa zapłaciła ponad miliard dolarów – wtedy naprawdę duże pieniądze w branży e-commerce – za sklep Zappos.com oferujący odzież i obuwie – przypomina Aleksandra Szarmach. – W biznesie nie chodzi jednak tylko o to, by przejmować innych, trzeba się też skupić na innowacjach i Amazon to robi. Wystarczy wspomnieć zaprezentowaną kilka lat temu funkcję Style Snap wykorzystującą sztuczną inteligencję. Użytkownik aplikacji Amazona wrzuca do niej zdjęcie albo zrzut ekranu przedstawiający jakiś produkt, a program umożliwia mu nie tylko nabycie tej konkretnej rzeczy, ale też proponuje podobne przedmioty, reprezentujące np. ten sam styl. Właśnie tego oczekują dzisiaj klienci – konkluduje CMO Nethansy.

SI przechodzi do mainstreamu

Niedawno Amazon poinformował, że rezygnuje z rozwijania urządzenia Echo Look, wprowadzonego na rynek w roku 2017. Sprzęt posiadał aparat fotograficzny i w połączeniu z asystentem głosowym Alexa, rozwijanym przy użyciu sztucznej inteligencji, pełnił rolę stylisty modowego. W oparciu o zdjęcia i filmy użytkownika, Echo Look podpowiadał, która kreacja jest najlepsza, czy odpowiada najświeższym trendom i co można w niej zmienić. Oczywiście wskazywał też, co można kupić, by wyglądać lepiej. Czy firma zrezygnowała z tego rozwiązania, bo uznała, że jest niepotrzebne? Nie, po prostu jego funkcje w znacznej mierze są już dostępne aplikacji sprzedażowej Amazona. Firma nadal pracuje nad innowacjami, o czym mogą świadczyć niedawne doniesienia z Lab126, zespołu badawczo-rozwojowego wielkiej platformy e-commerce. Stworzył on narzędzie o nazwie Outfit-VITON, które w wielkim skrócie można określić mianem wirtualnej przymierzalni.

Idea wirtualnych przymierzalni jest realizowana nie tylko w środowisku e-commerce. Od kilku lat firmy pracują także nad lustrami przyszłości, które z pomocą SI mogłyby wesprzeć sprzedaż w tradycyjnych sklepach. Na czym to polega? Klient nie musi ubierać każdej rzeczy, która przypadła mu do gustu, by dowiedzieć się, jak będzie w niej wyglądał – lustro załatwi przymierzanie za niego i wyświetli jedynie efekty. Takimi rozwiązaniami chwaliły się już firmy Intel czy Van Heusen. A skoro już o sklepach stacjonarnych mowa, warto przywołać brytyjski startup Aura Vision, który wykorzystuje działające już w sklepach kamery bezpieczeństwa i na podstawie obrazu dostarcza informacje na temat klientów: ich wieku, płci, zachowań zakupowych i preferowanego stylu. Wszystko odbywa się z poszanowaniem ich prywatności, a możliwe jest oczywiście za sprawą rozwoju algorytmów.

Sztuczna inteligencja w tradycyjnym handlu będzie odgrywać coraz większą rolę, ale nie ulega wątpliwości, że to e-commerce najbardziej czeka na jej rozkwit. Dotyczy to zarówno sprzedawców, jak i klientów. Wystarczy spojrzeć na kwestię zwrotów. Serwis Essential retail donosił przed rokiem, że średnio 40 proc. zakupów modowych dokonanych online jest ostatecznie zwracanych. Powody są różne: od złego rozmiaru, przez kiepskie odwzorowanie kolorów w sklepie internetowym, po niedopasowanie do preferowanego stylu. Generuje to wielkie koszty dla firm z sektora, obciąża środowisko naturalne i zniechęca klientów. Dlatego coraz większą rolę odgrywać będą wirtualni doradcy zakupowi, którzy uchronią przed nieudanymi zakupami. Dobrym przykładem prac na tym polu jest duńska platforma Easysize, która za zadanie postawiła sobie ograniczenie marnotrawstwa związanego z produkcją i wysyłką towarów.

– Kwestia ochrony środowiska może iść w parze z rozwojem biznesu i to właśnie sztuczna inteligencja jest w stanie połączyć te dwa, pozornie sprzeczne, cele – komentuje Aleksandra Szarmach. – Jeżeli firma przy pomocy nowoczesnych rozwiązań ograniczy swój negatywny wpływ na planetę, może tego użyć również w celach promocyjnych. Rośnie grupa klientów, którzy stawiają na świadome i jak najmniej szkodliwe marki, w kryzysie ów trend powinien nawet wzrosnąć. Ten, kto zrozumie to jako pierwszy i pójdzie tym tropem, może naprawdę dużo zyskać.

 

Wzrosła liczba ofert pracy zdalnej

Liczba ofert pracy z możliwością pracy zdalnej wzrosła średnio o 30%. Tylko po wybuchu pandemii koronawirusa 3-krotnie zwiększyła się liczba firm, które wdrożyły taki model funkcjonowania (65% z nich) – wynika z raportu Devire „Wpływ koronawirusa na polskie przedsiębiorstwa”. Co więcej oferta, która umożliwia świadczenie pracy zdalnie, cieszy się większym zainteresowaniem kandydatów.

Znaczenie pracy zdalnej rośnie od kilku lat, a obecny kryzys wzmacnia ten trend. Pod koniec 2019 roku blisko 2 mln osób z 16,4 mln pracujących, wykonywało obowiązku zawodowe z domu (dane GUS). W tym w kawiarni, u klienta lub we własnej siedzibie.

W ostatnich miesiącach, pracodawcy musieli zupełnie przetransformować modele funkcjonowania swoich przedsiębiorstw. Choć 35% z nich spotkało się z barierami, które uniemożliwiły wprowadzenie pracy zdalnej, to nadal 65% zdecydowało się na taki krok.

Dziś firmy stopniowo wracają do swoich siedzib, wdrażając hybrydowe modele pracy (naprzemienna obecność ludzi/poszczególnych zespołów w biurze). Jednak praca zdalna nie jest już świętym Graalem, zarezerwowanym wyłącznie dla branży IT.

Obserwujemy, że pracodawcy przestali postrzegać pracę zdalną jako ostateczność lub zło konieczne. Dotychczas tylko w niektórych branżach pracownicy mogli średnio raz w miesiącu korzystać z takiego przywileju. Dziś rośnie nie tylko liczba rekrutacji przeprowadzanych wirtualnie, ale również ofert pracy, gwarantujących pełny wymiar wykonywania swoich obowiązków z dowolnego miejsca na świecie – podkreśla Łukasz Dłuski, dyrektor pionu rekrutacji stałej w Devire.

Elastyczna oferta bardziej atrakcyjna

Z procesów rekrutacyjnych przeprowadzanych przez Devire wynika, że 2. na 3. kandydatów chętniej wybierze ofertę, która zapewnia częściowy lub pełny wymiar pracy zdalnej. Jak dodaje Łukasz Dłuski:

Nawet 30% naszych ofert pracy w branżach takich jak: Ubezpieczenia, Nieruchomości, Administracja, e-Commerce, Marketing oraz dynamicznie rozwijający się sektor usług dla biznesu (SSC/BPO) – już dziś zapewnia częściowy lub pełny wymiar pracy zdalnej. Na elastyczność coraz częściej mogą również liczyć pracownicy HR i Księgowości.

Pandemia to czas, w którym zarówno pracownicy, jak i pracodawcy mogli oswoić się z pracą zdalną. Pomimo wielu barier, takich jak: brak sprzętu dla wszystkich zespołów, brak definicji pracy zdalnej w polskim prawie czy nierzadko brak zaufania – transformacja rynku w kierunku pracy w zespołach rozproszonych nabrała tempa.

– Dzięki pandemii pracodawcy zrozumieli zalety płynące z pracy zdalnej. To przede wszystkim oszczędność zarówno dla firmy, jak i pracownika. Firma nie płaci chociażby za organizację miejsca pracy, z kolei pracownik nie wydaje pieniędzy na dojazdy czy lunche – podsumowuje Łukasz Dłuski z Devire.

Te e-sklepy generują najwięcej ruchu z contentu – ranking

Dobrze prowadzone działania SEO są źródłem taniego i wysoko konwertującego ruchu. Ile e-sklepów prowadzi działania content marketingowe i które z nich najwięcej na nich zyskują? Oto wyniki analizy artykułów poradnikowych na stronach e-commerce przeprowadzonej przez Senuto.

Apteki na podium widoczności

Poniższe zestawienia prezentują pierwszą dziesiątkę e-sklepów, które prowadzą najaktywniejsze działania content marketingowe i wyróżniają się pod tym względem na tle innych e-commerce.

Sklep, w którym content osiąga największy ruch organiczny spośród wszystkich analizowanych serwisów e-commerce, to strona apteki doz.pl. Widoczność contentu na tej stronie, rozumiana jako estymowana miesięczna liczba wizyt osiąganych przez treści poradnikowe, przekracza milion. Drugi w zestawieniu serwis z podobnej kategorii – medme.pl ma wynik o prawie 200 tysięcy wizyt mniejszy. Podium zamyka kolejna apteka internetowa – apteline.pl z wynikiem widoczności contentu na poziomie 516 990. Dalej w zestawieniu znalazły się e-sklepy reprezentujące m.in. sprzęt RTV i AGD oraz artykuły domowe i budowlane.1 – najwięcej rychu z contentu

 

 

Zdrowie i parenting w wynikach TOP10

Jeśli natomiast spojrzymy na zestawienie sklepów z najwyższą średnią liczbą fraz w wynikach TOP10 na artykuł, podium otwiera tutaj wspomniana wcześniej apteka apteline.pl (37,86), tuż za nią plasuje się serwis z produktami dla niemowląt dla świeżo upieczonych mam  – bebiklub.pl (35,97) a na trzecim miejscu znajduje się hairstore.pl, czyli sklep fryzjerski i hurtownia online (34,44). Warto zwrócić uwagę, że sklep notowany na pierwszym miejscu zestawienia, posiada łącznie aż 1052 opublikowane artykuły. Dla porównania bebiklub.pl ma ich zaledwie 32, przy jednoczesnej wysokiej pozycji średniej liczby fraz w TOP10.2 – największa śr liczba fraz top10

Artykuły dla mam z największą liczbą wizyt

Niewielka liczba artykułów na stronie, nie przeszkodziła bebiklub.pl uplasować się na pierwszym miejscu w zestawieniu e-commerce z największą średnią widocznością artykułu, czyli estymowanej miesięcznej liczbie wizyt, jakie osiąga tekst. Portal dla młodych mam osiągnął wynik 1 508,1. Druga w zestawieniu  e-zikoapteka.pl ma wynik dużo mniejszy – 592,7. Na trzecim miejscu uplasowała się natomiast apteline.pl 491,4.3- top10 z największą śr widocznością art.

Content marketing w e-commerce

Pełne wyniki analizy Senuto pozwalają na wyciągnięcie istotnych wniosków dotyczących branży e-commerce i prowadzonych przez nią działań content marketingowych. Spośród 2067 sklepów, które generują ponad 10 tys. wizyt organicznych miesięcznie, zidentyfikowanych zostało zaledwie 786 takich, które aktywnie prowadzą działania content marketingowe, czyli zaledwie 38% największych sklepów internetowych w Polsce. Pozostałe 62% serwisów e-commerce nie prowadzi obecnie aktywnych działań tego typu.

Zdecydowana większość serwisów prowadzących działania contentowe (84,5%) posiada zaledwie od 10 do 100 artykułów w serwisie. Oznacza to, że realnie na dużą skalę content tworzy jedynie około 5% sklepów. Widać zatem, że w przypadku e-commerce konkurencja w kontekście contentu nie jest jeszcze wysoka. Wydaje się, że posiadając sklep, w oparciu o strategię content marketingową można w dość prosty sposób wytworzyć przewagę konkurencyjną – komentuje Damian Sałkowski, CEO Senuto.

Założenie badania

Eksperci Senuto przyjrzeli się artykułom publikowanym przez sklepy internetowe na ich blogach. Badanie powstało w oparciu o analizę sklepów, które generują ponad 10 000 wizyt z wyszukiwarki miesięcznie. W maju 2020 roku było ich w Polsce 2067 – to 3,8% wszystkich sklepów internetowych funkcjonujących w kraju. Senuto przeanalizowało łącznie 78 953 artykułów. Eksperci uwzględnili wyłącznie treści poradnikowe, czyli te publikowane w ramach bloga – bez opisów produktów czy kategorii. Pod lupę wzięto jedynie te artykuły, które są widoczne w wyszukiwarce chociaż na jedno słowo kluczowe. Rzeczywista liczba artykułów w każdym z serwisów może być zatem nieco inna.

W tym roku o 30% mniej sezonowych ofert pracy. W wakacje czeka nas boom?

Co roku już w kwietniu widać było delikatny spadek bezrobocia związany z pojawianiem się prac sezonowych. W tym roku jednak, jak wynika z danych GUS, bezrobocie w kwietniu wzrosło o 0,4 pkt proc. w porównaniu do marca. Podobną tendencję odnotowano w maju. Było to związane z epidemią koronawirusa, która wpłynęła na ograniczenie liczby miejsc pracy sezonowej o ok. 30%. Odbicie może nastąpić w wakacje, bo ruszyła turystyka. Eksperci Personnel Service wskazują, że osoby wykonujące wakacyjne prace sezonowe, takie jak instruktor, opiekun czy kelner, mogą zarobić od 13 do 25 zł netto za godzinę.

Pierwsze letnie prace sezonowe w Polsce zazwyczaj pojawiają się już w kwietniu i dotyczą głównie zbioru owoców czy warzyw. Kolejne możliwości do zarobku przynoszą miesiące wakacyjne, gdy obroty zwiększa branża turystyczna. Zdaniem ekspertów Personnel Service ten rok będzie wyjątkowy – na skutek epidemii koronawirusa liczba miejsc pracy sezonowej spadła o ok. 30% w porównaniu rok do roku. To może jednak zwiastować zatrudnieniowy boom w okresie lipiec-sierpień.

Pandemia wyhamowała wiele branż, w tym przede wszystkim handel i turystykę, które jako pierwsze odczuły skutki trwającej izolacji społecznej. Obecnie obostrzenia są luzowane, gospodarka stopniowo odmrażana, a chęć Polaków do wybrania się na wakacje w kraju większa niż zazwyczaj. Dlatego już teraz pojawia się wiele ofert pracy sezonowej właśnie w miejscowościach turystycznych. Kelnerzy, instruktorzy, opiekunki do dzieci, hostessy czy ratownicy nie będą mieli problemów z pracą. Nadal też można znaleźć zatrudnienie w rolnictwie i ogrodnictwie. Ze względu na ograniczony napływ pracowników z Ukrainy, zapotrzebowanie na Polaków do wykonywania prac sezonowych w tych sektorach wzrosło – zauważa Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Kto w wakacje zarobi najwięcej?

Eksperci Personnel Service przyjrzeli się strukturze zarobków w najpopularniejszych zawodach sezonowych – nie ma bowiem wątpliwości, że urlopowicze nie zrezygnują z ulubionych, wakacyjnych aktywności. Oferowane stawki są na zbliżonym poziomie do lat ubiegłych. Na najwyższe zarobki, ok. 25 zł netto/h mogą liczyć instruktorzy surfingu lub kitesurfingu. Od pozostałych profesji dzieli ich przepaść, ponieważ kolejny na liście – kelner – może liczyć na ok. 20 zł netto/h i to już uwzględniając napiwki. Opiekun lub opiekunka do dziecka zarobią ok. 18 zł netto/h, a pomocnik kucharza w małej gastronomii 15 zł netto/h.Inforgrafika_W tym roku o 30% mniej sezonowych ofert pracy

Prace sezonowe często są podejmowane przez studentów, którzy w okresie wakacyjnym chcą sobie dorobić. Praca w małej gastronomii, punktach sprzedaży, kelnerowanie czy opieka nad dziećmi to dobry sposób na odłożenie pieniędzy, potrzebnych do utrzymania się przez kolejne miesiące. Jeżeli taka młoda osoba ma odpowiednie uprawnienia np. instruktora sportu ekstremalnego, może liczyć na naprawdę wysoką stawkę – mówi Krzysztof Inglot.

Na drugim biegunie pod względem zarobków znajdują się takie zawody sezonowe, jak uliczny sprzedawca (13 zł netto/h), pokojówka (13 zł netto/h) czy pomocnik przy zbiorach (13,5 zł netto/h). Niewiele więcej zarobią także ratownicy (13,75 zł netto/h), hostessy/promotorzy (14 zł netto/h) czy opiekunowie kolonijni (14,5 zł netto/h).

Gospodarka odbiła, ale przedsiębiorcy są ostrożni

  • Po kwietniowej zapaści w maju działalność firm rozkwitła – wg danych Faktura.pl wystawiono o 26% faktur więcej niż miesiąc wcześniej.
  • Największy wzrost liczby wystawianych faktur miał miejsce w przypadku firm działających na 8% i 5% stawce VAT (odpowiednio o 62% i 70%). To sektor budowlany i gastronomia.
  • Odmrożenie działa, ale przedsiębiorcy są ostrożni – nie chcą podejmować długoterminowych zobowiązań, wartość faktur wystawionych z maju jest niższa niż tych z kwietnia.
  • W postepidemicznej gospodarce narasta problem terminów płatności – zamawiający chce szybko otrzymać towar, ale zapłacić później. Wykonawca nie może jednak czekać na pieniądze.

Majowe odmrożenie gospodarki umożliwiło powrót do działania wielu przedsiębiorcom. Widać to w danych Faktura.pl. Serwis działa od 19 lat, a obecnie korzysta z niego blisko 50 tysięcy polskich firm, w znacznej większości mikroprzedsiębiorców (serwis udostępnia program do faktur online pozwalający na szybkie wystawienie dokumentu).

– W maju za pomocą naszego serwisu wystawiono o 26% więcej faktur niż w kwietniu – wzrost jest znaczący, to więcej niż ¼. Firmy wznawiają działalność i zaczynają wystawiać faktury. Największy wzrost ich liczby dotyczy przedsiębiorców działających na 8% i 5% stawce VAT (odpowiednio o 62% i 70%). W pierwszym przypadku są to często małe firmy remontowo-budowlane. W kwietniu nie pracowały, bo w obawie przed zakażeniem ludzie niechętnie wpuszczali fachowców do domów. W maju te obawy zmniejszyły się, a Polacy otworzyli drzwi dla usług remontowo-budowlanych. 70% wzrostu liczby faktur ze stawką 5% (w maju w stosunku do kwietnia) to naturalnie efekt odmrożenia turystyki i gastronomii – ocenia Grzegorz Grodek, Prezes Zarządu Faktura.pl

Wg badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Państwowego Funduszu Rozwoju przeprowadzonego w ostatnich dniach maja, 31% firm odczuło poprawę sytuacji. W maju 28,7 tys. firm wznowiło działalność i zaczęło ponownie wystawiać faktury.

Przedsiębiorcy boją się podejmowania długoterminowych zobowiązań

Odbicie w gospodarce jest jednak bardzo ostrożne i niejednoznaczne – wg badania „KoronaBilans MSP”, przeprowadzonego przez IMAS na zlecenie KRD, 77,6% firm MSP nie planuje inwestycji w najbliższych 3 miesiącach. Wg Deloitte, jedynie 2% przedsiębiorców uważa, że pandemia nie będzie ingerować w plany inwestycyjne. Ostrożność widać też w danych Faktura.pl – pomimo większej liczby dokumentów wartość wystawionych w maju faktur była mniejsza niż w tych z kwietnia (o 18%).

– Optymizm jest stonowany, a wartość wystawianych faktur jest daleka od tej sprzed epidemii. W lutym, czyli ostatnim pełnym miesiącu funkcjonowania przedcovidowej gospodarki, wartość faktur była o 23% większa niż w maju. Nasze rozmowy z przedsiębiorcami wskazują, że boją się zobowiązań długoterminowych. Widać to także w naszej branży. W faktoringu standardowym modelem jest przekazywanie do finansowania pakietów faktur. To bezpieczniejsze dla faktora, bo przy kilku dokumentach ryzyko nieuregulowania zobowiązań przez zamawiającego towar czy usługę rozkłada się. Teraz wiele firm – szczególnie tych bez długiej historii współpracy z faktorem – niechętnie przekazuje do finansowania pakiety faktur, nie chcąc wiązać się długoterminowo. Wolą przynosić pojedyncze zobowiązania. My nie obrażamy się na takie realia i odpowiednio dostosowaliśmy naszą ofertę, tak aby móc finansować pojedyncze faktury– mówi Aneta Radomska, Dyrektor Sprzedaży eFaktor.

Towar na już, płatność w przyszłości

Problemem pozostają terminy płatności faktur – zamawiający chce otrzymać towar, ale z odroczonym terminem przelewu. Wykonawca też nie ma możliwości czekać na pieniądze – po trudnym kwietniu potrzebuje ich na płace, surowce czy materiały. Taka rozbieżność w oczekiwaniach sprzedających i kupujących zwiększa rolę i znaczenie faktoringu – modelu finansowania łączącego przeciwstawne oczekiwania biznesu. Konkurencyjne formy pozyskiwania środków, jak kredyty dla firm, w dalszym ciągu funkcjonują w niewielkim zakresie, a odmrożenie akcji kredytowej na dużą skalę spodziewane jest dopiero na wrzesień, październik.

 – W kwietniu większość korzystających z faktoringu (w naszym przypadku było to 70%) stanowiły firmy transportowe. W maju i czerwcu to się zmieniło. Pojawiają się przedstawiciele branż, których wcześniej nie widzieliśmy u siebie np. reklamowej, edukacyjnej, kosmetycznej czy z farmacji. Równocześnie spada udział firm transportowych. Biznes restartuje, ale na rynku brakuje pieniędzy. Producenci i usługodawcy chcieliby jak najszybciej sprzedawać i otrzymywać wynagrodzenie, ale kupujący negocjują możliwie najdłuższe terminy zapłaty. To sprawia, że tacy przedsiębiorcy trafiają do nas – mówi Piotr Więcek, Dyrektor ds. Rozwoju i Bezpieczeństwa z Finea.

Liczba wystawionych faktur wg różnych stawek w odniesieniu do kwietnia, w przeliczeniu na procenty. Dane Faktura.pl

Przykład (ostatnia kolumna – wszystkie faktury): w maju wystawiono 126% faktur w stosunku do liczby faktur wystawionych w kwietniu. W marcu wystawiono 127% faktur w stosunku do liczby wstawionych w kwietniu.

Miesiąc 23% 8% 5% Wszystkie

faktury

marzec 124% 136% 231% 127%
kwiecień 100% 100% 100% 100%
maj 121% 162% 170% 126%

Więcej niezdecydowania

Przekroczenie progu 10 milionów przypadków zakażenia koronawirusem globalnie jest najnowszym przypomnieniem, że problem nie zniknął i zagraża oczekiwanemu przyspieszeniu ożywienia gospodarczego. Obawy przyniosły w nocy nasilenie sprzedaży akcji, choć Europa ma plan na odbicie, biorąc pod uwagę, ile defensywnego nastawienia jest już w cenach. Niezdecydowanie przynosi stabilizację na rynek walutowy. Lokalnie zgodne z sondażami wyniki I tury wyborów są neutralne dla złotego.

Inwestorzy pozostają z wątpliwościami, na ile słuszne było wcześniejsze dyskontowanie szybkiego odbicia gospodarczego, kiedy na nowo rozpędza się liczba nowych przypadków zachorowań na koronawirusa. USA pozostają epicentrum drugiej fali (choć są już początkowe oznaki w Europie, aczkolwiek mniej groźne). Wraca temat niewystarczającej liczby dostępnych łózek szpitalnych, a kolejnej stany wstrzymują plany ponownego otwarcia działalności gospodarczej lub przywracają ograniczenia. Ponowny pełny lockdown jest mało prawdopodobny w związku z poważnymi jego kosztami, ale strach przed chorobą i nowe obostrzenia będą ciążyć na nastrojach konsumentów, planach rozwoju biznesów, a wreszcie i nastawieniu inwestorów. Z drugiej strony rynki już od kilkunastu dni zaznajamiają się z ryzykiem drugiej fali, jak również są świadome poprawy w danych makro oraz deklarowanego wsparcia władz fiskalnych i monetarnych. Stąd jakkolwiek presja na ceny aktywów ryzykownych może się utrzymywać, może być potrzeba silniejszego impulsu, by wywołać głębszą korektę.

Takie podejście („potrzebujemy więcej, by się naprawdę przestraszyć”) hamuje wyprzedaż, ale też nie daje podstaw do solidnego odbicia, co skutkuje podtrzymaniem niezdecydowania. Najbliższe dni mogą być jeszcze trudniejsze do ustalenia panujących nastrojów, biorąc pod uwagę koniec kwartału oraz skrócony tydzień handlowy w USA (wolny piątek związany z obchodami 4 lipca) zwieńczony raportem z rynku pracy (wyjątkowo w czwartek). Na razie brak przekonania może ograniczać płynność na rynku akcji, potęgując szarpane ruchy. Na FX ostrożne podejście do ryzyka i nagromadzenie krótkich pozycji stwarzają możliwości dla odbicia USD. EUR, GBP, CAD i NZD będą najbardziej narażone na korektę. Ropa naftowa pozostaje silnie wrażliwa na perspektywy popytu na paliwa, więc każde zagrożenie dla odbicia ożywienia gospodarczego uderzy w cenę surowca.

Pogorszenie nastrojów na rynkach zewnętrznych to nie jest środowisko, w którym złotemu łatwo będzie zyskiwać na wartości. Chociaż w ostatnim czasie EUR/PLN zamknął wahania w trendzie bocznym mniej więcej 4,41-4,48, presja z rynków zewnętrznych może przynieść powrót do 4,50. Dotychczas zwlekanie z podejściem wyżej mogło być związane z unikaniem przez inwestorów ekspozycji w złotym w obliczu wyborów prezydenckich, jednak wyniki I tury nie zmieniły bilansu czynników. Zgodnie z przewidywaniami sondaży Andrzej Duda wygrał z dwucyfrową przewagą nad Rafałem Trzaskowskim (45,2 proc. vs 28,9 proc. na podstawie częściowych wyników z 87 proc. obwodów). W drugiej turze ta przewaga stopnieje, gdyż Trzaskowski zyska na usunięciu innych kandydatów. Nic nie jest pewne w tym momencie, co pokazały wyniki wyborów prezydenckich w 2015 r., ale jednocześnie rynek nie przypisuje istotnej premii za ryzyko ewentualnej zmianie prezydenta na takiego, który nie jest powiązany z obecnym rządem. Dlatego w kontekście złotego bardziej obserwujemy sytuację na rynkach zewnętrznych niż nowe sondaże.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

JR HOLDING ASI S.A. ma podmiot z RPA zainteresowany zakupem testów smakowych na COVID-19

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., otrzymała list intencyjny od podmiotu z Republiki Południowej Afryki, w którym wyraża on zainteresowanie zakupem 100.000 szt. produktu Tastein tester – testów smakowych na COVID-19. Spółka dokonała również inwestycji w kolejny podmiot z branży biotechnologii – HELIX IMMUNO-ONKOLOGY S.A.

JR HOLDING ASI S.A. otrzymała list intencyjny AFRICA VISION DISTRIBUTORS CC z Republiki Południowej Afryki, w którym wskazany podmiot wyraża zainteresowanie zakupem 100.000 sztuk produktu Tastein tester (masowy test przesiewowy) w pierwszej partii z prognozą zwiększenia zamówienia do około 500.000 jednostek w ciągu kolejnych 30 dni oraz 1.000.000 jednostek w kolejnych miesiącach. Mają być one dostarczone rządom Państw afrykańskich w tym RPA, strategicznym regionalnym partnerom handlowym, agencjom i podmiotom z sektora prywatnego oraz organizacjom charytatywnym w Republice Południowej Afryki i w całym regionie. Kluczowym warunkiem koniecznym całego przedsięwzięcia jest spełnienie odpowiednich wymagań medycznych i certyfikatów w zakresie każdej dostawy produktów zdrowotnych. Obecnie przedstawiciel grupy badawczej oraz Spółka prowadzą negocjacje dotyczące szczegółów zamówienia, które zostaną ujawnione po wynegocjowaniu szczegółów kontaktu.

Emitent podpisał również aneks do przedwstępnej umowy sprzedaży praw własności intelektualnej, zgodnie z którą Sprzedający zobowiązali się do przeniesienia na Spółkę praw do uzyskania dwóch patentów na wynalazek w przygotowaniu oraz koncepcji produktu rynkowego w postaci zestawów testowych do badań klinicznych i przesiewowych populacji na COVID-19. Zgodnie z aneksem Strony zmieniły termin zawarcia umowy przyrzeczonej i ustaliły go do dnia 31 lipca 2020 r.

„Zainteresowanie testami przez podmiot z RPA powoduje, że pojawiają się realne szanse na komercjalizację testu na rynkach afrykańskich. Potencjał sprzedażowy w tamtym regionie wydaje się być bardzo duży. Liczymy, że uda nam się sfinalizować pierwsze dostawy i nawiązać w ten sposób nowe relacje handlowe.” – mówi January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.

Emitent w maju br. poinformował o podpisaniu z sześcioma osobami fizycznymi, będącymi jedynymi właścicielami, posiadającymi pełne autorskie prawa majątkowe do zgłoszeń patentowych,. Zgodnie z nią osoby fizyczne zobowiązały się do przeniesienia na Emitenta prawa do uzyskania dwóch patentów. Pierwszym z nich jest patent na wynalazek w przygotowaniu pod tytułem „System oraz sposób wykrywania zaburzeń smaku u osób z zakażeniem wirusowym w szczególności wirusem SARS-CoV-2”, zgłoszony do ochrony w dniu 06.04.2020 r. Wynalazek ten dotyczy wykorzystania stymulacji prądowej receptorów smaku w celu wyznaczania wysokości progów czuciowych. Z kolei drugim jest patent na wynalazek w przygotowaniu pod tytułem: „Sposób do przesiewowej identyfikacji osób o zwiększonym ryzyku zakażenia wirusem SARS-CoV-2, diagnostyczny zestaw testowy oraz urządzenie do realizacji tego sposobu” zgłoszony do ochrony w dniu 21.05.2020 r. Wynalazek dotyczy zastosowania gustometrii chemicznej w celu ilościowej i jakościowej oceny zaburzeń smaku w przebiegu COVID-19. Sprzedający zobowiązali się również do przeniesienia na Spółkę prawa do koncepcji produktu rynkowego w postaci zestawów testowych do badań klinicznych i przesiewowych populacji.

JR HOLDING ASI S.A. dokonała również inwestycji w kolejny podmiot z branży biotechnologii. Emitent objął 2.200.000 spółki HELIX IMMUNO-ONKOLOGY S.A. za łączną kwotę 2.970 tys. zł. Objęte akcje stanowią 16,64% udziału w podwyższonym kapitale zakładowym Spółki oraz w ogólnej liczbie głosów. Podmiot ten został powołany w 2013 r. i działa w branży biotechnologii. Specjalizuje się on w rozwoju technologii w zakresie immunoterapii przeciwnowotworowej we współpracy z wiodącymi ośrodkami akademickimi. HELIX IMMUNO-ONKOLOGY S.A. wspiera badania nad lekami onkologicznymi przeprowadzane w Polsce, Kanadzie oraz w USA. Spółka we współpracy ze swoją spółką-matką oraz ProMab Biotechnologies Inc. – zewnętrznym partnerem z Doliny Krzemowej – rozwija technologię CAR-T (Chimeric Antigen Receptor T-cell) do leczenia nowotworów hematologicznych (szpiczak mnogi) stanowiących 4% wszystkich nowotworów złośliwych oraz nowotworów litych (nowotwór trzustki, żołądka i jelita grubego).

„Helix Immuno-Oncology S.A. posiada w pełni wyposażone, autonomiczne laboratoria. Jej celem jest dostarczanie konkurencyjnych, zarówno cenowo, jak i technologicznie, rozwiązań CAR-T, do sieci klinik i oddziałów onkologicznych w szpitalach w Polsce, Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Hiszpani. Spółka pozyskany kapitał przeznaczy na dalszy rozwój i komercjalizację swoich produktów. W przyszłości będziemy chcieli zwiększyć nasze zaangażowanie w tym podmiocie.” – dodaje Prezes Ciszewski.

JR HOLDING ASI S.A. zakończyła 1 kw. 2020 r. zyskiem netto w wysokości 15,88 mln zł, który wynikał z zastosowania nowej metodę wyceny posiadanych aktywów, do czego Emitent jest zobowiązany jako Alternatywna Spółka Inwestycyjna. Osiągnięty wynik finansowy należy uznać za bardzo dobry, szczególnie w kontekście trudnej sytuacji rynkowej na giełdach, wynikającej z pandemii koronawirusa. W najbliższym czasie JR HOLDING ASI S.A. zamierza przeprowadzić aktualizację strategii rozwoju na lata 2020-2022. Jednym z nowych obszarów działalności inwestycyjnej Emitenta będzie realizowanie inwestycji w fundusze Alfa Bridge z dofinansowaniem z NCBiR-u oraz PFR Starter FIZ. Z kolei drugim kierunkiem inwestycji będą spółki z szeroko pojętego sektora Life Science.

Spółka wypracowała w 2019 r. ponad 165 mln zł zysku brutto, co jest rekordowym wynikiem w jego wieloletniej historii. W minionym roku JR HOLDING ASI S.A. została wpisana przez Komisję Nadzoru Finansowego do Rejestru Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi.

Spektakularny rozwój e-commerce w czasie koronawirusa

Epidemia wirusa COVID-19 zmusiła wielu ludzi do robienia zakupów przez internet. Wśród nich znalazła się duża grupa, która nigdy wcześniej nie korzystała ze sklepów internetowych i usług e-commerce – czyli internetowej sprzedaży i marketingu. Jest też wielu klientów, którzy co prawda korzystali z zakupów przez internet – ale teraz zaczęli kupować w ten sposób również produkty spożywcze i pierwszej potrzeby. W wyniku tego liczba transakcji internetowych i przesyłanych paczek zwiększyła się nawet dwa razy. Eksperci przewidują, że większe zainteresowanie usługami e-commerce przeżyje koronawirusa – klienci polubią kupowanie przez internet, a kolejne sklepy uruchomią tę usługę, by nadążyć za konkurencją. Będzie to jednak wymagało dobrej organizacji i większej przepustowości firm kurierskich, a także lepszej logistyki ze strony sklepów. W tym mogą pomóc firmy takie jak Last Mile.

– Często firmy kurierskie miały dwa razy więcej paczek niż normalnie. Wygrali ci sprzedawcy i dostawcy, którzy korzystali z mocno skalowalnych paczkomatów. Podczas podwyższonej aktywności bardzo ważne były również dobre systemy interaktywnej komunikacji z klientami – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Różycki, partner zarządzający Last Mile Prophets. – Last Mile wspiera klientów w logistyce i organizacji dostaw. Jeśli utrzyma się duża część tych zmian, które COVID-19 wprowadził na rynek – znacznie więcej osób będzie korzystać z zakupów e-commerce. To oznacza więcej klientów, więcej paczek i większą skalę dostaw na rynku – analizuje Różycki.

Systemy do zdalnego mierzenia temperatury coraz bardziej popularne w firmach. Mogą ograniczyć ryzyko strat związanych z koronawirusem

Detekcja twarzy i pomiar temperatury w kącikach oczu to najczęściej stosowana metoda w systemach termograficznych. W dobie koronawirusa zdalne pomiary w tłumie ludzi mogą ułatwić wykrywanie osób potencjalnie chorych. Dla firm ma to niebagatelne znaczenie, bo wstrzymanie lub ograniczenie produkcji w wyniku wykrycia koronawirusa u pracowników może narazić je na znaczne straty. – Inwestycja w system, który wykryje podwyższoną temperaturę wśród wielu osób i zaalarmuje odpowiednie służby, może okazać się mniej kosztowna – przekonuje Jędrzej Kowalewski z firmy Scanway.

– Znam przykłady kilku fabryk w Polsce, które niestety musiały ograniczyć swoje moce produkcyjne, a ich straty są liczone w setkach tysięcy złotych. System termograficzny pozwala zminimalizować ich ryzyko przy znacznie mniejszych nakładach  – dodaje Jędrzej Kowalewski, prezes zarządu Scanway, firmy tworzącej wizyjne systemy pomiarowe. – W najtańszej wersji jest to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Choć systemy, które mogą się np. automatycznie kalibrować oraz dokonywać wielu pomiarów, a nawet pracować w jednej sieci sprzężonej z różnymi kamerami, kosztują więcej, ponad 100 tys. zł, to jednak wciąż nieporównywalny wydatek wobec strat, jakie mogą ponieść duże zakłady produkcyjne w związku z wykryciem koronawirusa u pracowników.

– Systemy termograficzne są już stosowane np. w Azji i w krajach Europy Zachodniej – zaznacza prezes Scanway. – W Polsce zainteresowanie rośnie i ostatnio otrzymujemy bardzo dużo pytań o efektywność i zasady działania takiego systemu. Jest on przydatny wszędzie tam, gdzie pracuje wiele osób i możliwa jest interakcja między ludźmi. Czasami trudno jest wyegzekwować wszystkie zasady związane z unikaniem zakażenia koronawirusem – zachowanie dystansu, noszenie maseczki i stosowanie wszelkich innych środków ochrony osobistej. Często sami pracownicy proponują, żeby taki system zainstalować w firmie, ponieważ obawiają się o własne bezpieczeństwo.

Urządzenia termograficzne powinny być montowane przy wejściach do fabryk i biurowców, czyli tam, gdzie pracownicy przekraczają próg firmy. Jednak uzasadnienie ma także instalacja takich systemów w stołówkach zakładowych, salach zebrań i innych miejscach, w których przebywa wiele osób.

Jak informuje Jędrzej Kowalewski, skuteczność systemu termograficznego można ocenić na dwa sposoby. Po pierwsze, należy określić, w jaki sposób wykrywa on każdą osobę, która ma podwyższoną temperaturę, a po drugie, ustalić, jak wiele osób jest on w stanie poddać pomiarom jednocześnie.

– Najnowsze technologie przetwarzania danych pozwalają na zbadanie nawet tłumu ludzi przechodzącego w oku kamery, pod warunkiem że każda z tych osób przez chwilę zostanie przez nią uchwycona. Nie ma lepszego systemu, który mógłby zmierzyć temperaturę ciała tak wielu ludzi w tak krótkim czasie. Dokładność pomiaru zależy od zastosowanego sensora, co wpływa na cenę urządzenia – wyjaśnia.

System termograficzny opiera się na detekcji twarzy, która odbywa się albo w paśmie podczerwonym, bo to ono jest potrzebne do zmierzenia temperatury, albo dzięki dodatkowej kamerze, która monitoruje w paśmie widzialnym.

– Kiedy twarz zostanie zidentyfikowana, system dokonuje pomiarów. Albo jest to pomiar całości twarzy, albo w wybranych punktach, np. w kącikach oczu, gdzie temperatura jest najwyższa. Warto dodać, że pomiar powinien być możliwy do zrealizowania nawet wtedy, gdy ktoś nosi okulary albo maseczkę. Wykrycie podwyższonej temperatury nie musi oznaczać automatycznego wskazania pracownika i uruchomienia alarmu. Można zaprogramować system tak, aby informacja o podwyższonej temperaturze była przekazywana do pracownika ochrony, który może wykonać dodatkowy pomiar z bliskiej odległości i możliwie dyskretnie podjąć dalsze kroki – tłumaczy prezes Scanway.

Taka metoda eliminuje sytuacje, które mogą stresować pracowników, ale umożliwia stuprocentową kontrolę. System gromadzi ogromną ilość danych, m.in. zdjęcia twarzy pracowników. Od administratora systemu zależy, co się z nimi stanie – mogą być automatycznie kasowane lub magazynowane, co wymaga jednak dodatkowych zgód od kadry pracowniczej.

UFG: Polski turysta lepiej chroniony niż niemiecki. Systemem nie zachwiały nawet problemy spowodowane pandemią

W kwietniu i maju Polacy odwołali blisko pół miliona wycieczek. W efekcie Turystyczny Fundusz Gwarancyjny nie tylko otrzymał mniej składek, ale musi też zwrócić biurom ok. 4–5 mln zł. – To równowartość miesięcznych wpływów z ubiegłego roku, więc system jest stabilny – podkreśla Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za TFG. Jak pokazały doświadczenia ostatnich lat, działa on sprawnie i lepiej chroni turystów niż chociażby system niemiecki. Wątpliwości organizatorów wypoczynku budzą niektóre zasady działania wprowadzonych w tarczy antykryzysowej rozwiązań.

– W kwietniu i maju mieliśmy po 200 tys. rozwiązanych umów, czyli łącznie jest to ponad 400 tys. To oznacza konieczność zwrotu składek na TFG, dla nas są to koszty równe mniej więcej miesięcznej składce, która w normalnych miesiącach wpływała do TFG, czyli 4–5 mln zł – mówi agencji Newseria Biznes Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za Turystyczny Fundusz Gwarancyjny.

Funkcjonowanie TFG, który działa od końcówki 2016 roku, jest kluczowe z punktu widzenia klientów touroperatorów jako dodatkowe zabezpieczenie ich interesów. W przypadku niewypłacalności biura podróży ubezpieczyciele, u których dany podmiot miał wykupioną gwarancję, zajmują się organizacją powrotu turystów z wakacji i zwrotem kosztów wycieczek (I filar systemu). Jeśli środków z gwarancji zabraknie, do gry wchodzi TFG (II filar). Jego zasoby finansowe pochodzą od biur podróży, które opłacają składkę za każdego uczestnika imprezy turystycznej. Jej wysokość zależy m.in. od kraju wyjazdu czy środka transportu, którym przemieszczają się turyści.

– W Polsce turysta, który wyjeżdża z biurem podróży, jest bardzo dobrze chroniony, lepiej niż w Niemczech. Gdy tam upadło biuro Neckermann, to okazało się, że gwarancje są za małe – wyjaśnia członek zarządu UFG. – Czy państwo słyszeli o tym, że w ostatnich dwóch latach zbankrutowało 12 biur podróży? O Neckermannie słyszeliśmy, bo to był przypadek międzynarodowy, ale o tym, żeby były jakieś kłopoty, żeby polscy turyści koczowali pod hotelami czy że specjalny samolot rządowy po nich leci, nie słyszeliśmy. Dlaczego? Bo system zadziałał. Tylko w trzech przypadkach środków z gwarancji nie starczyło i musiał być zaangażowany Turystyczny Fundusz Gwarancyjny, który łącznie wypłacił mniej więcej 2–3 mln zł. Dotyczyło to dwóch–trzech biur podróży.

Z danych TFG wynika, że tylko w pierwszym kwartale tego roku sprzedaż imprez turystycznych spadła o ok. 30 proc. r/r. Sprzedano ponad 700 tys. imprez mniej. Po raz pierwszy, od kiedy działa fundusz, wpłynęło do niego mniej składek, niż musiał zwrócić biurom podróży z powodu rozwiązywania umów z klientami. Jak jednak przekonuje ekspert, sytuacja TFG jest stabilna, a klienci mogą czuć się bezpiecznie.

 System jest nadal bezpieczny, bo środków jest dużo. To ok. 160 mln zł, a sprzedaż na lato 2020 roku przed pandemią jeszcze nie zdążyła się rozwinąć. W związku z tym zobowiązania firm turystycznych są względnie małe w stosunku do zwykłego sezonu. Gdyby pandemia wybuchła w czerwcu, kiedy wszyscy już kupili wycieczki, a nie tylko wpłacili zaliczki, to wtedy rzeczywiście system byłby bardziej narażony – ocenia Marek Niechciał.

Zgodnie z przepisami TFG jest zobowiązany zwrócić touroperatorowi środki w przypadku rozwiązania umowy z klientem. Tarcza antykryzysowa wydłużyła czas, jaki biura podróży mają na zwrot wpłaconych środków turystom, z 14 do 180 dni i umożliwiła im – za zgodą konsumenta – wymianę odwołanego wyjazdu na voucher ważny przez rok. To ułatwienia dla organizatorów, ale zasady działania wciąż budzą ich wątpliwości.

– Firmy myślą, że mogą od razu przyjść do nas i prosić o zwrot składek, ale najpierw muszą zwrócić koszty konsumentom i dopiero wówczas starać się u nas o zwrot. Nie może być tak, że do nas przychodzą od razu, a konsumentom wypłacą środki po 180 dniach. Tak samo jeśli zamieniają wycieczkę na voucher za zgodą konsumenta, to też nie mogą przyjść do nas po zwrot składki. Ryzyko w systemie nadal istnieje, bo za pół roku może się okazać, że konsument nie będzie miał z kim wyjechać, ponieważ biuro będzie miało kłopoty – podkreśla przedstawiciel UFG.

Poważne problemy na rynku pracy mogą się zacząć dopiero jesienią. W tym roku nie ma też co liczyć na wzrost płac

Według danych GUS bezrobocie rośnie wolno, ale prawdopodobnie przyspieszy pod koniec tego roku. – Stopa bezrobocia w grudniu wyniesie 8–9 proc., a poziom jednocyfrowy będzie można uznać za sukces – prognozuje doradca Konfederacji Lewiatan, prof. Jacek Męcina z Uniwersytetu Warszawskiego. Jak ocenia, druga fala pandemii lub wzrost zachorowań na grypę jesienią może wywołać falę zwolnień grupowych, choć nie będzie ona duża. Jednak w tym roku nie należy spodziewać się ani wzrostu zatrudnienia, ani wzrostu płac. Po wygaśnięciu pandemii rynek pracy czeka natomiast transformacja i masowa cyfryzacja, do której należałoby już w tej chwili przygotowywać zarówno firmy, jak i pracowników.

– Pandemia mocno zmroziła gospodarkę, co trwało na szczęście dość krótko i przypadło na okres ożywienia na rynku pracy i prac sezonowych. Niebagatelne znaczenie miały też tarcze antykryzysowe. Prawie każdy potrzebujący: zarówno przedsiębiorca – zwłaszcza mikro- i mały, jak i obywatel, który był na kwarantannie czy stracił pracę z powodu zamknięcia firmy lub wstrzymania działalności, mógł się odnaleźć w systemie świadczeń. Jednak – mimo że ostatnie dane GUS na temat zatrudnienia i wynagrodzeń nie są wcale pesymistyczne – to niestety wydaje się, że najgorsze na rynku pracy jeszcze przed nami – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Jacek Męcina.

W tej chwili polska gospodarka jest na etapie stopniowego odmrażania po lockdownie wywołanym pandemią SARS-CoV-2. Jednak – jak podkreśla ekspert – nieprędko wróci do pełnego potencjału. Po pierwsze, wyraźnie widać już kryzys popytowy spowodowany tym, że gospodarstwa domowe nie są skore do wydawania i inwestowania pieniędzy, trzymając gotówkę na „czarną godzinę” w obawie przed spodziewaną recesją. Przerwy w łańcuchach dostaw powodują też, że wiele branż odmraża swoją działalność bardzo powoli, a przez rządowe obostrzenia, które zostały utrzymane w obawie przed dalszym rozprzestrzenianiem się koronawirusa, wydajność firm produkcyjnych czy usługowych nie jest tak wysoka jak przed pandemią.

– W okolicach września lub października niestety uderzy w nas kolejna fala pandemii albo ze względu na warunki atmosferyczne ludzie będą po prostu częściej chorować. A trzeba pamiętać, że w warunkach pandemii każdy katar czy podwyższona temperatura będzie oznaczać troskę o zdrowie własne i najbliższych i udanie się na L4. To wszystko powoduje, że w IV kwartale możemy mieć do czynienia ze zwolnieniami grupowymi. One nie powinny być duże, ale jednak sukcesem będzie, jeżeli bezrobocie zamknie się na poziomie jednocyfrowym. Przewiduję ok. 8–9 proc. stopy bezrobocia – mówi doradca Konfederacji Lewiatan.

Polski rynek pracy w momencie wejścia w okres pandemii i lockdownu był w bardzo dobrej kondycji, a stopa bezrobocia w lutym wynosiła 5,5 proc. Według danych GUS za maj br. obecnie zwiększyła się do 6 proc. (wzrost o 0,2 pkt proc. wobec kwietnia), a liczba bezrobotnych zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy wyniosła 1011,7 tys. To oznacza, że od początku pandemii wzrost bezrobocia jest stosunkowo niewielki. Po części wynika to jednak z ostrożnych ruchów kadrowych w firmach, które czekają na rozwój sytuacji gospodarczej i na razie wciąż korzystają z rządowych form wsparcia, próbując uniknąć radykalnych zwolnień.

– Nastroje wśród przedsiębiorców są umiarkowane. Panuje pesymizm i troska o przyszłość. Na pewno skłonność do inwestycji, a więc także skłonność do zwiększania zatrudnienia, jest bardzo niewielka. Oczywiście te wzrosty będziemy obserwować w branżach sezonowych, np. w turystyce czy rolnictwie, ale nie należy spodziewać się znaczącego wzrostu zatrudnienia w produkcji czy usługach. Ono będzie raczej maleć. Co za tym idzie, na wzrost płac w 2020 roku także nie ma co liczyć – mówi prof. Jacek Męcina.

Ostrożność przedsiębiorców potwierdzają też dane Grant Thornton („Rynek pracy w czasie COVID-19”), które pokazują, że w maju tego roku na 50 największych portalach rekrutacyjnych w Polsce pracodawcy opublikowali 195,1 tys. nowych ofert pracy. To aż 42-proc. spadek w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W kwietniu spadek był jeszcze większy i wyniósł aż 50,7 proc.

Co istotne, zdaniem części ekspertów dane GUS dotyczące stopy bezrobocia mogą być zaniżone, ponieważ po utracie pracy wskutek pandemii część osób nie zarejestrowała się jako bezrobotne, ale od razu zaczęła szukać nowego zajęcia na własną rękę, ponieważ urzędy pracy przez kilka tygodni pozostawały zamknięte. Według badania „Diagnoza+”, przeprowadzonego przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, UW i ośrodek badawczy GRAPE, stopa bezrobocia już w kwietniu była dużo wyższa i sięgała 10,3 proc., a bez pracy pozostawało około 1,5 mln Polaków.

– Ostatni pomiar GUS pokazuje też, że i wzrosty wynagrodzeń są bardzo niewielkie. W ubiegłym roku obserwowaliśmy ponad 7-proc. wzrost, a w tym na pewno będzie on co najmniej o połowę niższy. Płace mogą spadać też ze względu na fakt, że firmy, chroniąc miejsca pracy, ograniczyły premie i bonusy. To wpłynie na pomiar przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce – mówi ekspert.

Prawdziwej recesji na dużą skalę w II połowie tego roku, kiedy wygaśnie pomoc z rządowych tarcz antykryzysowych, spodziewają się też analitycy Euler Hermes, którzy na jesień prognozują dużą falę upadłości polskich firm.

– Analiza tarcz antykryzysowych pokazuje, że rzeczywiście dla każdego znalazło się w nich coś fajnego, ale firmy bardzo narzekają, że spowodowały one straszny bałagan legislacyjny. Tych instrumentów wsparcia pojawiło się tak wiele, że przedsiębiorcy zaczęli się w nich gubić – mówi prof. Jacek Męcina. – Przypomnijmy, że sytuacja finansów publicznych na pewno też będzie trudna. Kiedy na koniec lipca rząd pokaże założenia budżetu na rok 2021, wtedy odkryjemy, jak duży będzie planowany deficyt, i dowiemy się, jakie było wykonanie budżetu, przynajmniej w pierwszej połowie tego roku.

Ekspert Konfederacji Lewiatan prognozuje też, że rynek pracy po pandemii SARS-CoV-2 czeka transformacja i masowa cyfryzacja, do której należałoby już w tej chwili przygotowywać zarówno firmy, jak i pracowników.

– Ta powszechność zdalnych usług i pracy zdalnej spowoduje z jednej strony spadek zapotrzebowania na część pracowników, a z drugiej – wzmożone inwestycje w usługi cyfrowe, być może też szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji w niektórych sektorach. W efekcie część pracowników może stracić zatrudnienie, a część będzie się musiała przekwalifikować. Dlatego trzeba się zastanowić nad przygotowaniem specjalnych instrumentów restrukturyzacyjnych, aby nie bronić bez sensu miejsc pracy, które i tak trzeba będzie zlikwidować, i pomóc pracownikom przejść przez tę transformację na rynku pracy – mówi.

Spadek czytelnictwa wyhamował. W okresie izolacji Polacy częściej sięgali po e-booki i audiobooki

Według badań Biblioteki Narodowej 39 proc. Polaków przeczytało w ubiegłym roku co najmniej jedną książkę. W ostatnich pięciu latach odsetek ten mieścił się w przedziale 37–38 proc., co oznacza, że poziom czytelnictwa jest stabilny, a nawet nieznacznie rośnie. – Czas pandemii zdecydowanie sprzyja zainteresowaniu książką. Było to widoczne szczególnie w początkowym okresie, kiedy Polacy pozostawali w izolacji domowej i poszukiwali alternatywy dla  telewizji – mówi Agnieszka Stankiewicz-Kierus, dyrektor wydawnicza w Wydawnictwie Kobiecym.

Od trzech lat na niezmienionym poziomie plasuje się także odsetek badanych, którzy deklarują, że przeczytali siedem lub więcej książek rocznie – wynosi on 9 proc. Jak podkreślają analitycy Biblioteki Narodowej, jest to w pewnym stopniu efekt dobrej koniunktury, która pozwoliła na wzmożone zakupy nowości książkowych, ale również rozwijania zainteresowań czytelniczych dzięki ekranizacjom, serialom czy grom komputerowym.

Najnowsze dane dotyczące czytelnictwa napawają wszystkich wydawców i sprzedawców książek optymizmem, ponieważ jeszcze do 2015 roku wskaźnik ten systematycznie spadał. Liczymy na to, że teraz przyszedł czas, w którym spadek czytelnictwa trwale się zatrzyma – przyznaje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Stankiewicz-Kierus, współwłaścicielka księgarni internetowej TaniaKsiazka.pl, dyrektor wydawnicza w Wydawnictwie Kobiecym.

Jej zdaniem także okres izolacji podczas pandemii koronawirusa może zmienić zarówno nawyki zakupowe, jak i przyzwyczajenia czytelnicze Polaków. Osoby, które wcześnie nie korzystały ze sklepów internetowych, zostały niejako zmuszone do zakupów online, a klienci księgarni internetowych częściej sięgali po e-booki i audiobooki.

– W innych okolicznościach nie osiągnęlibyśmy takich wzrostów sprzedaży. Nawet w perspektywie pięciu lat nie doszlibyśmy do takich poziomów, jakie udało nam się osiągnąć w ciągu dwóch miesięcy – ocenia ekspertka. – Obecnie, po otwarciu tradycyjnych księgarni, zapewne sprzedaż e-booków i audiobooków się zmniejszy, ale doświadczenia czytelników z nowym formatem pozostaną.

Badania Biblioteki Narodowej pokazują, że e-booki i audiobooki nie konkurują z tradycyjnymi książkami papierowymi, lecz stanowią ich uzupełnienie. Jednak wśród książek wymienianych w 2019 roku przez badanych wciąż dominują wersje papierowe – publikacje w tej formie wymieniło 98 proc. czytelników (39 proc. w całej populacji), podczas gdy e-booki wskazało 6 proc. czytelników (2,5 proc. w całej populacji). Korzystanie z audiobooków zadeklarowało natomiast 3 proc. badanych w całej populacji. Z kolei 6 proc. czytelników łączy czytanie ze słuchaniem – tylu respondentów wskazało zarówno na książki w formie tekstowej (papierowe i e-booki), jak i audiobooki.

Jak podkreśla Agnieszka Stankiewicz-Kierus, okres izolacji domowej wpłynął także na większe zainteresowanie konkretnymi kategoriami książek. Wśród pozycji, które zaczęły budzić zainteresowanie kupujących, a wcześniej nie wywoływały takich emocji, są np. książki kucharskie. Ludzie więcej czasu spędzali w domu i musieli zmierzyć się z gotowaniem, a przy okazji poszukiwali kulinarnych inspiracji.

– Kolejna kategoria, która zyskała na znaczeniu w czasie pandemii, to książki o zabawach z dziećmi i kreatywnym wykorzystaniu wspólnie spędzonego czasu. Zaobserwowaliśmy również większe zainteresowanie poradnikami, które wyjaśniały, jak radzić sobie z przygnębieniem i pozostać optymistą w trudnych czasach. Na sprzedaż danego tytułu wpływa zazwyczaj wiele czynników, ale popularność konkretnej kategorii książek zależała w znacznym stopniu od sytuacji i potrzeb społecznych – uściśla współwłaścicielka księgarni internetowej TaniaKsiazka.pl.

W czasie pandemii dobre wyniki sprzedaży osiągały książki dla kobiet. Co więcej, czytelnictwo wśród pań wpływa w pewnym stopniu na cały popyt na rynku książki. Decyzje zakupowe w polskich domach podejmują głównie kobiety, więc kupują książki zarówno dla siebie, jaki i dla pozostałych członków rodziny.

W kategorii książek dla kobiet mieści się szeroko pojęta literatura obyczajowa, np. romanse, książki erotyczne lub po prostu powieści obyczajowe. Mogą to być też kryminały i różnego rodzaju poradniki. Tematyka tych pozycji jest bardzo szeroka – wyjaśnia Agnieszka Stankiewicz-Kierus. – Literatura erotyczna od pewnego czasu cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem czytelników. Na pewno przyczynił się do tego najpierw wielki sukces Greya, czyli książek E.L. James, a teraz z kolei Blanki Lipińskiej. I rzeczywiście, pozycji książkowych o tematyce erotycznej przybywa i cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem czytelniczek. Zapewne mężczyźni również czytają książki erotyczne, ale jest ich zdecydowanie mniej niż kobiet.

W dobie pandemii zyskują inteligentne rozwiązania do zdalnej obsługi i monitoringu. Może być to rewolucja w najmie krótkoterminowym i hotelach

Dynamiczny rozwój branży internetu rzeczy zwiększył zainteresowanie inteligentnymi systemami ze strony właścicieli mieszkań oraz nieruchomości przeznaczonych do wynajmu krótkoterminowego. Czujniki i zamki elektroniczne automatyzują proces obsługi gości i dbania o nieruchomość bez konieczności instalowania kamer CCTV, a inteligentne systemy komunikacyjne usprawniają komunikację z zarządcami obiektu. Technologia tego typu może zwiększyć także bezpieczeństwo zakładów pracy oraz części wspólnych spółdzielni mieszkaniowych.

Technologie z sektora internetu rzeczy automatyzują branżę wynajmu krótkoterminowego na wszystkich płaszczyznach. Dobrym przykładem rozwiązań tego typu są inteligentne zamki przystosowane do udzielania gościom dostępu do pomieszczeń bez konieczności korzystania z kluczy bądź kart RFID. W produkcji sprzętu tego typu wyspecjalizowała się m.in. firma smartLock, projektant elektronicznego zamka sterowanego z poziomu aplikacji mobilnej. Zarządca nieruchomości może za jego pośrednictwem zdalnie przydzielać gościom kody dostępowe, dezaktywować je oraz monitorować, jak często i przez kogo otwierany był dany zamek. Dzięki temu system pozwoli sprawdzić, czy goście wymeldowali się z obiektu o określonej godzinie.

– Proces automatyzacji wynajmu krótkoterminowego odbywa się od początku powstania tej branży. Udostępnia się klucze w sposób autonomiczny czy organizuje odbieranie zgłoszeń chętnych przez tzw. channel managery. W RentEye monitorujemy zadymienie, hałas, temperaturę i wilgotność. O wszystkich tych parametrach administrator jest informowany w sposób ciągły w czasie rzeczywistym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Kondracki, prezes RE.

Firma RentEye zaprojektowała system elektronicznego nadzoru nad nieruchomością nieingerujący w prywatność osób wynajmujących. Urządzenie wyposażono w szereg inteligentnych czujników do monitoringu, które nie zbierają danych wrażliwych. System śledzi wyłącznie parametry w pełni zanonimizowane, takie jak np. natężenie dźwięku. Może wychwycić zbyt głośne zachowanie gości, ale już nie dokładną treść rozmów prowadzonych w wynajmowanych pomieszczeniach.

– Właściciel powinien poinformować wynajmującego o tym, że mieszkanie jest monitorowane, może to zrobić przez odpowiedni punkt w regulaminie. System o jakichkolwiek naruszeniach informuje właściciela w postaci SMS-ów, maili oraz push notyfikacji w aplikacji mobilnej. Jest obsługiwany przez aplikację mobilną, dzięki której właściciel na żywo widzi, jaka jest sytuacja w mieszkaniu, oraz może korygować poziomy alarmów – tłumaczy ekspert.

Systemy inteligentne przyspieszają także wykonywanie niektórych czynności, które do niedawna wymagały bezpośredniego kontaktu z personelem. SmartHotel to narzędzie do zdalnej komunikacji z personelem hotelowym. Goście ośrodków wyposażonych w technologię od tego start-upu mogą skorzystać m.in. z chatbotów oraz systemów smart TV, aby zgłosić usterki czy zamówić usługi, bez konieczności nawiązywania kontaktu z obsługą hotelu. Zgłoszenia przyjmowane są bezpośrednio przez system informatyczny przez 24 godziny na dobę.

Rozwiązania takie jak RentEye znajdą jednak zastosowanie w znacznie większej liczbie branż.

– Rozmawiamy z rolnikami, którzy chcieliby monitorować swoje uprawy. Wykorzystamy cały system do zbierania danych, wysyłania notyfikacji i alarmów, a czujnik zmieni się w jakimś stopniu, żeby dostosować się do odbiorcy. Świetnym miejscem do wykorzystania systemu jest duży przemysł, gdzie należy monitorować nawet same maszyny, oraz także wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe zainteresowane monitorowaniem części wspólnych. Dzięki niemu  dokładnie wiedzą, co się w nich dzieje i którzy lokatorzy nadużywają możliwości, jakie daje mieszkanie w danej nieruchomości – wskazuje Robert Kondracki.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku domowych systemów bezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 45,6 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie do 74,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.

Japończycy zbudowali najszybszy superkomputer świata. Ma pomóc w rozwiązaniu wyzwań dotyczących m.in. COVID-19

Od lat firmy technologiczne konkurują ze sobą na rynku superkomputerów. Konstruują coraz to wydajniejsze maszyny, które mają sprawniej i szybciej przeprowadzać skomplikowane operacje matematyczne na potrzeby nauk biologicznych, fizycznych czy astronomicznych. Zwieńczeniem starań inżynierów jest coroczny ranking TOP500 kategoryzujący najszybsze komputery świata. W 55. edycji na szczyt listy trafiła japońska maszyna Fugaku, deklasując dotychczasowego lidera, superkomputer Summit od firmy IBM.

– Dziesięć lat po zaproponowaniu początkowej koncepcji i sześć lat po oficjalnym rozpoczęciu projektu Fugaku jest już prawie ukończone. Superkomputer został opracowany zgodnie z ideą osiągnięcia wysokiej wydajności w różnych aplikacjach o dużym znaczeniu społecznym, takich jak osiągnięcia Społeczności 5.0. Cieszymy się, że okazał się znakomity we wszystkich głównych testach superkomputerowych – mówi Satoshi Matsuoka, dyrektor Centrum Nauk Obliczeniowych Riken (R-CCS).

Fugaku oparto na 48-rdzeniowym układzie Fujitsu A64FX SoC i jest to pierwsza maszyna wykonana w architekturze ARM, która wspięła się na szczyt listy najwydajniejszych superkomputerów świata. W testach High Performance Linpack urządzenie osiągnęło wynik rzędu 415,5 petaflopsów, 2,8-krotnie wyższy niż dotychczasowy lider, Summit IBM. Szczytowa wydajność Fugaku jest jeszcze wyższa – w teorii superkomputer może osiągnąć moc jednego eksaflopsa.

– Oprócz wykorzystania go jako superkomputera mam nadzieję, że opracowana dla niego najnowocześniejsza technologia informatyczna przyczyni się do znacznych postępów w trudnych wyzwaniach społecznych, takich jak SARS-CoV-2 – wskazuje Satoshi Matsuoka.

Choć Fugaku ma osiągnąć pełną moc obliczeniową dopiero w przyszłym roku, prawdopodobnie nie utrzyma zbyt długo swojego rekordu. W niedalekiej przyszłości na szczycie listy TOP500 mogą zadebiutować komputery oparte na procesorach AMD Epyc, które mogą zdominować ten ranking. Pierwszą maszyną, która spróbuje pobić rekord Fugaku, będzie superkomputer Frontier opracowany przez inżynierów AMD oraz Cray. Według wstępnych założeń maszyna pojawi się na rynku w 2021 roku i będzie pracować przy wydajności rzędu 1,5 eksaflopsa.

Dwa lata później poprzeczkę wydajnościową ma podnieść El Capitan pracujący na podzespołach Epyc Genoa i Radeon Instinct. Superkomputer powstanie na zamówienie amerykańskiej Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Jądrowego i ma sprawdzić się w roli narzędzia do przeprowadzania symulowanych reakcji jądrowych. Wstępne plany zakładają, że El Capitan rozpocznie funkcjonowanie w 2023 roku i będzie w stanie przetwarzać dane z wydajnością ok. 2 eksaflopsów.

Warto zauważyć, że granicę 2 eksaflopsów już teraz udało się przekroczyć dzięki wirtualnemu superkomputerowi Folding@home. Ta platforma naukowa wykorzystywana m.in. do badań nad pozyskaniem leku na COVID-19 odchodzi od idei tworzenia zintegrowanej jednostki i stawia na działania rozproszone. Sieć działa w formie chmury obliczeniowej, do której mogą dołączyć się użytkownicy przemysłowi i domowi z całego świata, łącząc moc wielu komputerów w jeden, wysoce wydajny wirtualny komputer. Obecnie Folding@home może pochwalić się mocą obliczeniową rzędu 2,4 eksaflopsów.

Obecnie to jednak ARM króluje w segmencie superkomputerów. Dobra passa amerykańskiego producenta obejmuje również procesory konsumenckie. Apple właśnie ogłosiło przejście z układów Intela na procesory własnej produkcji, oparte właśnie na architekturze ARM. Transformacja ma potrwać dwa lata. ARM jest już także szeroko wykorzystywany w smartfonach, co wskazuje na wszechstronność platformy.

– Fugaku wskazuje na radykalną zmianę w rodzaju obliczeń tradycyjnie stosowanych w superkomputerach i jest dowodem innowacyjności, która może nastąpić w przypadku elastycznych rozwiązań obliczeniowych napędzanych silnym ekosystemem. W przypadku ARM to osiągnięcie pokazuje energooszczędność, wydajność i skalowalność naszej platformy obliczeniowej, która obecnie obejmuje zarówno smartfony, jak i najszybszy superkomputer na świecie – mówi Rene Haas, prezes IP Group w ARM.

Według firmy badawczej Technavio globalny rynek superkomputerów do 2024 roku ma się rozwijać w tempie 28 proc. w skali roku.

Ulga B+R powinna uwzględniać transformację cyfrową

Pandemia nie zmieniła trendu, ona go tylko podkreśliła. Biznes wymaga niezwłocznej transformacji cyfrowej – zarówno w relacji z klientami i dostawcami, jak również w relacji z pracownikami. Polscy przedsiębiorcy, jeśli chcą skutecznie konkurować na rynkach światowych i jeśli chcą być przygotowani na amortyzację długofalowych skutków epidemii, powinni ponieść ten wysiłek i wesprzeć realizację procesów w organizacji w sposób zdalny. Jaką rolę w tym procesie może odegrać państwo?

Transformacja ma być podstawą innowacji produktowej i usługowej, jak również odpowiedzią na konieczność dywersyfikacji sprzedaży czy zakupów. Drastycznie zmieniające się przyzwyczajenia konsumentów powodują, że czas na zmianę modeli biznesowych kurczy się niebywale. Jeśli biznes ma przetrwać w nowym otoczeniu, niezwłocznie powinien przejść przemianę i się do niego dostosować.

Rolą państwa jest maksymalne wsparcie transformacji cyfrowej polskich przedsiębiorców. Powinna być to odpowiedź na wyjście z kryzysu i powrót gospodarki na ścieżkę wzrostu gospodarczego. W tym zakresie można wykorzystać dostępne już narzędzia fiskalne, w szczególności ulgę na badania i rozwój. Wprowadzenie – np. na okres 3 lat – dodatkowego odpisu od podstawy opodatkowania dla wydatków, zarówno kosztów wewnętrznych, jak i kosztów podwykonawców, poniesionych celem digitalizacji procesów gospodarczych, mogłoby stanowić dodatkowy impuls dla polskiego biznesu do ponoszenia wydatków inwestycyjnych w kierunku cyfryzacji. Możliwe byłoby włączenie krajowych jednostek badawczych w certyfikację kwalifikowalności wydatków, jako ukierunkowanych na digitalizację.

Celem takiej zmiany byłoby wykreowanie chęci i potrzeby inwestycyjnej po stronie przedsiębiorców, aby w najbliższych kilku latach ponieśli wydatki na informatyzację procesów sprzedaży, zakupów czy procesów wsparcia. Z jednej strony korzyść mieliby sami podatnicy, w postaci dywersyfikacji procesów i wykreowania nowych opcji biznesowych, z drugiej gospodarka, w postaci zwiększonych wydatków inwestycyjnych, a z trzeciej Skarb Państwa, który w długim horyzoncie mógłby liczyć na dodatkowe wpływy budżetowe i zwiększenie poziomu kontroli fiskalnej biznesu poprzez dostępne rozwiązania informatyczne.

Kluczem jest wykreowanie szerszej potrzeby inwestowania w nowe technologie. Ulga jest zawsze dobrym rozwiązaniem – nie tylko z uwagi na chęć partycypacji państwa w pewnym trendzie, ale w zwracaniu uwagi na naprawdę konieczne działania z perspektywy makro. Gdyby obecna ulga B+R została wzbogacona o komponent transformacji cyfrowej, nawet wydatki na dość oczywiste rozwiązania, które jednak wciąż nie są powszechne, takie jak wdrożenie aplikacji gromadzących i dostarczających e-paragony, oprogramowania do rozliczania delegacji pracowniczych czy elektroniczny obieg faktur, mogłyby liczyć na preferencję. Jeśli pojawiłoby się ograniczenie czasowe na skorzystanie z ulgi, to byłby jasny sygnał – teraz albo nigdy.

Autor/Źródło: PwC Polska

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 29.06-3.07.2020

Rynki znalazły się w stanie zawieszenia, a inwestorzy nie mają przekonania do żadnego kierunku. Coraz więcej wątpliwości narasta wokół nadziei na szybsze odbicie ożywienia gospodarczego, gdy uwagę skupia rosnąca liczba przypadków zachorowań na COVID-19 w USA. Napływające dane raczej nie będą w stanie poprawić nastrojów, podczas gdy gotowość banków centralnych i rządów do działania ogranicza potencjał spadków. Tworzy się środowisko dla rwanych reakcji na pojedyncze informacje z dodatkowym wpływem zamknięcia kwartału i skróconego tygodnia w USA.

Przyszły tydzień: NFP, ISM, minutki FOMC, PMI z Eurolandu/Wlk. Brytanii/Polski/Chin, CPI z Eurolandu/Polski, PKB z Kanady, sprzedaż detaliczna z Australii

USA

W USA w dalszym ciągu najważniejszymi danymi będą statyki o trajektorii nowych przypadków zachorowań na COVID-19. Im bardziej sytuacja będzie wydawać się poza kontrolą, tym większe będą wątpliwości dotyczące perspektyw przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Rynek akcji będzie pod presją, szczególnie że inwestorzy mogą chcieć chronić zyski pod rozliczenie kwartału. Dla USD oznacza to zwiększony popyt przy redukcji ryzykownych pozycji w innych walutach. Od strony danych makro główna uwaga będzie na raporcie z rynku pracy (wyjątkowo w czwartek!). Tym razem może być problem z interpretacją danych, biorąc pod uwagę, jak rządowe programy mogły zniechęcać Amerykanów do powrotu do pracy. Mimo to spadek stopy bezrobocia i wzrost zatrudnienia będą miały pozytywny efekt. Interesujące będzie też tempo odbicia ISM dla przemysłu (śr). Minutki FOMC (śr) powinny potwierdzić, że aktualnie na uboczu zostawione są tematy ujemnych stóp procentowych i kontroli krzywej dochodowości.

Strefa euro

W strefie euro na pierwszym planie będą szczegóły odbicia koniunktury w Hiszpanii i Włoszech (śr, pt) i czy pokażą podobną poprawę co już opublikowane wstępne szacunki z Francji i Niemiec. Im wyżej indeksy PMI odbiją, tym silniejsze będzie zaufanie do siły ożywienia w całym bloku. CPI (wt) i PPI (czw) pokażą skalę presji deflacyjnej wynikającej z załamania popytu i zapaści w globalnym handlu. Lepsze dane mogą być bardziej wsparciem dla europejskich giełd niż EUR, które w ostatnim czasie stało się barometrem sentymentu. Bez uciszenia obaw o nowy rozdział w ekspansji koronawirusa, EUR/USD może dalej tkwić w miejscu.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii finalne szacunki PMI dla przemysłu (śr, pt) będą uzupełnione o informacje z drugiej połowy czerwca, kiedy dalej łagodzono obostrzenia w poruszaniu się i odwiedzaniu punktów usługowych. Stąd stwarza to okazję do rewizji w górę wskaźników. Z perspektywy GBP nie powinno być to źródłem dla silniejszej reakcji. Podobnie bez echa przejdzie finalna rewizja PKB za I kw. (wt). Funt pozostaje silnie związany z nastrojami rynkowymi głównie poprzez GBP/USD – skok awersji do ryzyka będzie premiował ucieczkę w dolara, co będzie szkodzić funtowi.

Polska

W Polsce tydzień rozpocznie się od analizy wyników pierwszej tury wyborów. Ostatnie sondaże przedwyborcze wskazywały na stabilny rozkład poparcia dający najwyższy wynik prezydentowi Andrzejowi Dudzie w pierwszej turze, ale z niepewną wygraną nad Rafałem Trzaskowskim w drugiej turze. Rynek dotychczas ignorował potencjalne ryzyko osłabienia pozycji rządu w przypadku utraty „swojego” prezydenta i po wynikach pierwszej tury wyborów (jeśli będą zgodne z sondażami) nie powinno się to zmienić. Jest bardziej prawdopodobne, że w przypadku pogorszenia nastrojów na rynkach zewnętrznych kwestia przegranej prezydenta Dudy może być wykorzystana jako dodatkowy pretekst do sprzedaży złotego. Z danych inflacja CPI (wt) powinna być mixem słabnięcia popytu i odbicia cen paliw. Indeks PMI dla przemysłu (śr) powinien wskazać na kontynuację poprawy sytuacji po wcześniejszym załamaniu, choć prognozowany odczyt na 46,8 będzie świadczyć, że sektor dalej się kurczy.

Chiny

Na pozostałych rynkach uwaga może skupiać się głównie na PMI z Chin (wt, śr, pt), PKB z Kanady (wt) i sprzedaży detalicznej z Australii (pt). PMI z Chin będą interesujące pod kątem oceny, jak szybko globalne łańcuchy dostaw mogą być odbudowane i jak szybko odradza się popyt wewnętrzny. Trzeba pamiętać, że odczyty trochę powyżej 50 pkt. nie oznaczają, że wszystko jest już w porządku.

Kanada

W Kanadzie kwiecień był kulminacyjnym puntem lockdownu, co zostanie wyraźnie odzwierciedlone w spadku PKB o prawie 20 proc., choć aktualnie dla nikogo nie będzie to zaskoczeniem, gdyż ważniejsza jest skuteczność z jaką gospodarka poradziła sobie z opanowaniem kryzysowej sytuacji.

Australia

W Australii sprzedaż w maju powinna silnie odbić w związku z poluzowaniem zakazów poruszania się. Jednak dla CAD, AUD, ale też innych walut ryzykownych, kształtowanie się globalnych nastrojów będzie miało większe znaczenie. Przygasanie nadziei na dynamiczne odbicie ożywienia stwarza warunki dla korekty.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wzrost zachorowań w USA nie wystraszył inwestorów. Amazon z rekordową ceną docelową

Liczba nowych przypadków zakażenia koronawirusem wzrosła w Stanach Zjednoczonych o co najmniej 39 818 w czwartek, co stanowi największy jednodniowy wzrost infekcji jak dotąd. Gubernator Teksasu tymczasowo wstrzymał ponowne otwarcie stanu w czwartek w związku z nasileniem się infekcji i hospitalizacji. Stany, w których niepokojąco prezentują się nowe przypadki COVID-19 to również Floryda czy Kalifornia.

 

Jednak możliwość wystąpienia drugiej fali koronawirusa i ponownych blokad gospodarczych ma ograniczony wpływ na rynek akcji, ponieważ jeśli restrykcje zostaną wznowione, to rynki będą się spodziewać, że zwiększy to prawdopodobieństwo jeszcze większego wsparcia fiskalnego dla gospodarek. W rezultacie myślenie na Wall Street może być następujące: czym jest lepiej, tym jest lepiej, a czym jest gorzej, tym będzie lepiej. Mówi się zresztą już od dawna o tym, że Fed stał się już zakładnikiem rynku, a teraz jeszcze politycy dołączyli się aktywnego wspierania gospodarki.

Z punktu widzenia danych makroekonomicznych wydatki konsumenckie w USA gwałtownie wzrosły w maju. Departament Handlu powiedział w piątek, że wydatki konsumpcyjne, które stanowią ponad dwie trzecie aktywności gospodarczej USA, wzrosły w ubiegłym miesiącu o 8,2 proc. Warto przypomnieć, że wydatki konsumenckie spadły w kwietniu aż o 12,6 proc., co stanowi największy spadek od czasu, gdy zaczęto zbierać te dane w 1959 r.

Z punktu widzenia nowego podejścia do prowadzenia biznesu warto zwrócić uwagę na działania dawnej spółki Billa Gatesa, czyli Microsoft. Microsoft zamknie swoje sklepy fizyczne w ramach strategicznej zmiany w działalności detalicznej. Członkowie zespołu sprzedaży detalicznej będą obsługiwać klientów, małe firmy, edukację i klientów korporacyjnych.

Warto również spojrzeć na spółkę Jeffa Bezosa, czyli Amazon. Analitycy firmy SunTrust Robinson Humphrey podnieśli cel ceny akcji dla Amazon.com Inc. do 3400 USD z 2700 USD, podtrzymując rekomendację kupna. SunTrust przeniósł swój cel na górną granicę zakresu wyznaczonego na Wall Street, co oznacza wzrost o 23 proc. w stosunku do ostatniej ceny zamknięcia. Średni poziom ceny docelowej dla Amazon wynosi 2 749,83 USD. Amazon miał 51 rekomendacji kupna, 4 trzymaj, 1 sprzedaj – wynika z danych agencji Bloomberg.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Zasady skracania okresu wypowiedzenia umowy o pracę a kwestie prawne

Kodeks pracy przewiduje i reguluje zasady rozwiązywania umów o pracę, zarówno tych zawartych na czas nieokreślony jak i terminowych umów o pracę czyli na czas określony i na okres próby. Rozwiązanie umowy o pracę może mieć charakter natychmiastowy (np. tzw. zwolnienie dyscyplinarne) jak i odroczony w czasie polegający na wypowiedzeniu umowy o pracę.

Okres wypowiedzenia umowy o pracę

Okresem wypowiedzenia umowy o pracę jest przedział czasu jaki upływa od złożenia oświadczenia woli o wypowiedzeniu tej umowy do faktycznego jej rozwiązania, czyli do zakończenia stosunku pracy które jest następstwem dokonanego wypowiedzenia. wypowiedzenia umowy, niezależnie od tego która strona dokonuje czynności, nie jest podstawą do zaprzestania wykonywania obowiązków wynikających ze stosunku pracy. W okresie wypowiedzenia pracownik świadczy dalej pracę zgodnie z umową.

Wypowiedzieć umowę o pracę mogą obie strony tego stosunku a więc zarówno pracodawca jak i jego pracownik. Dla przypomnienia – poniżej okresy wypowiedzenia umów o pracę różnych typów

W przypadku umowy na okres próbny okresy wypowiedzenia kształtują się następująco: 3 dni robocze, jeżeli okres próbny nie przekracza 2 tygodni; 1 tydzień, jeżeli okres próbny jest dłuższy niż 2 tygodnie; 2 tygodnie w przypadku umowy 3-miesięcznej. Z kolei wypowiadając umowa zawartą na czas określony (podobnie jak umowę o zastępstwo) wspomniane okresy to odpowiednio 2 tygodnie, gdy pracownik jest zatrudniony krócej niż 6 miesięcy i miesiąc, jeżeli pracownik jest zatrudniony co najmniej 6 miesięcy. Umowa na czas nieokreślony skutkuje zwykle dłuższymi okresami wypowiedzenia a więc 2 tygodniowym, gdy pracownik jest zatrudniony krócej niż 6 miesięcy, miesięcznym, gdy pracownik jest zatrudniony co najmniej 6 miesięcy i wreszcie 3 miesięcznym, o ile pracownik jest zatrudniony co najmniej 3 lata.

Jak wskazano Kodeks pracy te ogólne zasady modyfikuje na dwa odrębne sposoby które są albo wynikiem problemów ekonomiczno-organizacyjnych pracodawcy (przedsiębiorstwa) albo rezultatem umowy pomiędzy pracownikiem a jego pracodawcą a tym samym stanowią formę porozumienia stron.

Zasady wypowiedzenia umowy o pracę

Jeżeli pracownik i pracodawca dochodzą do porozumienia i ustalają krótszy okres wypowiedzenia stosunku pracy – niezależnie od tego czy wypowiedzenie umowy wynika z decyzji pracodawcy czy też jest wolą pracownika, temu ostatniemu nie przysługuje prawo do odszkodowania określonego ustawowo. Oczywiście strony zawierając porozumienie mogą kwestie odszkodowawcze określić dowolnie i odmiennie niż ogólne zasady niż to przewidują kodeksowe.

Zasadniczą, najbardziej istotną sytuacją gdzie dochodzi do skrócenia okresu wypowiedzenia jest wskazany powód ekonomiczno-organizacyjny. Zgodnie z regulacją kodeksową pracodawca może jednostronnie skrócić okres wypowiedzenia umowy o pracę, gdy przedsiębiorstwo ogłasza upadłość, zostaje postawione w stan likwidacji albo zachodzą inne nie leżące po stronie pracownika przyczyny – mające charakter zmian organizacyjnych i ekonomicznych (typową przyczyną indywidualną jest likwidacja indywidualnego stanowiska pracy).

Skrócenie przez pracodawcę okresu wypowiedzenia pracy oznacza rozwiązanie umowy o pracę z upływem skróconego okresu wypowiedzenia – jak to wskazał w swej uchwale Sąd Najwyższy (uchwała SN z 9 lipca 1992 r., I PZP 20/92).

W opisanych wyżej przypadkach pracodawca skracać może okresy wypowiedzenia o ile te wynoszą 3 miesiące (czyli najdłużej trwające). Każdorazowo utracie przez pracownika pełnego okresu wypowiedzenia towarzyszyć musi stosowne odszkodowanie.

Wysokość tego odszkodowania powinna być ustalona w oparciu o rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej w sprawie sposobu ustalania wynagrodzenia w okresie niewykonywania pracy oraz wynagrodzenia stanowiącego podstawę obliczania odszkodowań, odpraw, dodatków wyrównawczych do wynagrodzenia oraz innych należności przewidzianych w Kodeksie pracy.

Wartość odszkodowania, odpowiada wysokości przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (tudzież jego wielokrotności) obejmującego:

  1. stałe miesięczne składniki wynagrodzenia – w wysokości należnej w miesiącu nabycia prawa do odszkodowania,
  2. składniki wynagrodzenia za okresy miesięczne w zmiennej wysokości, wypłacane pracownikowi w okresie 3 miesięcy poprzedzających miesiąc nabycia prawa do odszkodowania – w przeciętnej wysokości z tego okresu,
  3. składniki wynagrodzenia przysługujące pracownikowi za okresy dłuższe niż miesiąc, wypłacone w okresie 12 miesięcy bezpośrednio poprzedzających miesiąc nabycia prawa do odszkodowania – w średniej wysokości z tego okresu.

Skrócenie powyższe obwarowane jest warunkami dwojakiego rodzaju: po pierwsze okres wypowiedzenia nie może być skrócony poniżej jednego miesiąca a po wtóre za okres, o który wypowiedzenie zostało skrócone pracownikowi ustawowo przysługuje odszkodowanie w wysokości zarobku należnego za ten właśnie okres.

Oznacza to ni mniej ni więcej, iż pracownikowi, którego okres wypowiedzenia jest ustawowo krótszy niż 3 miesiące nie można jednostronnie tegoż okresu dodatkowo skrócić. Skrócenie okresu wypowiedzenia dotyczy tak umowy na czas nieokreślony jak i na czas określony

Warto zwrócić uwagę, iż skrócenie okresu wypowiedzenia wynikające z porozumienia  stron jest czynnością odrębną od samego wypowiedzenia a więc może do niego dojść zarówno w chwili podejmowania decyzji o samym wypowiedzeniu umowy (rozwiązaniu stosunku pracy) jak i później – odrębnie.

Należy jedynie pamiętać, że porozumienie skracające okres wypowiedzenia, przeciwnie niż jednostronna decyzja pracodawcy, pozbawia pracownika ustawowego uprawnienia do otrzymania odszkodowania.

Z kolei skrócenie okresu wypowiedzenia decyzją pracodawcy – powinno zostać wyartykułowane wraz z samym oświadczeniem o wypowiedzeniu umowy o pracę.

Zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego jest niedopuszczalne aby pracodawca już w umowie o pracę (lub innym dokumencie) zastrzegł na przyszłość opcję skrócenia okresu wypowiedzenia (wyrok z 19 grudnia 1990 r. I PR 391/90). Oświadczenie pracodawcy o skróceniu okresu wypowiedzenia może być złożone tylko łącznie z wypowiedzeniem umowy o pracę lub później (nigdy wcześniej).

Podsumowanie

Podsumowując stwierdzić można, iż porozumienie stron o rozwiązaniu umowy o pracę, samo w sobie może skracać okres wypowiedzenia a nawet go wyłączyć całkowicie. Z kolei gdy dojdzie do złożenia oświadczenia o wypowiedzeniu umowy o pracę – tak przez pracodawcę jak i przez pracownika – ten ostatni może umownie ustalić ze swoim pracodawcą krótszy niż ustawowy okres wypowiedzenia, któremu nie towarzyszą jednak warunki dotyczące minimalnej długości trwania skróconego wypowiedzenia jak i warunki finansowe.

Istotna z punktu widzenia stron rozwiązywanego stosunku pracy modyfikacja ustawową jest to, że wedle rozporządzenia regulującego zasady ustalania wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe, kwota odszkodowania za skrócony okres wypowiedzenia nie podlega składkom socjalnym. Jest ona jednak (co oczywiste) standardowo opodatkowana podatkiem dochodowym PIT co skutkuje koniecznością odprowadzenia zaliczki.

Odpowiednia adnotacja o skróceniu okresu wypowiedzenia powinna zostać zawarta w świadectwie pracy. Dla pracownika ważnym elementem jest także i to, że kodeks pracy wyraźnie statuuje, iż okres o który skrócono wypowiedzenie (okres za który otrzymał odszkodowanie) wliczany jest do okresów zatrudnienia.

Warto też przytoczyć uchwałę Sądu Najwyższego sygn. akt I PZP 20/92 wskazującą, że „Zastosowanie /skrócenia okresu wypowiedzenia/ nie oznacza możliwości nabycia przez pracownika prawa do urlopu wypoczynkowego za okres nieprzepracowany, nawet jeżeli pracownik nabył prawo do odszkodowania. W okresie, za który wypłacono odszkodowanie, stron nie wiąże już stosunek pracy, a należne odszkodowanie nie jest wynagrodzeniem. Tym samym za ten okres pracownik nie nabywa prawa do urlopu wypoczynkowego”.

O autorze:

Piotr Rorbach – Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Skończył aplikację prokuratorską w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach. Pracował jako asesor w Prokuraturze Rejonowej w Mysłowicach a od 1999 do 2003 tamże jako prokurator.

Od 2004 do 2010 jako prokurator Prokuratury Rejonowej w Brzesku. Prowadził postępowania karne, w szczególności z zakresu przestępczości gospodarczej, a także kierował referatem cywilno-administracyjnym, zapewniając prokuratorską kontrolę przestrzegania prawa i udział prokuratora w postępowaniach „pozakarnych”. Od 2010 jest adwokatem wpisanym na listę Okręgowej Izby Adwokackiej w Krakowie. Obecnie zajmuje się sprawami pracowniczymi i prawem rodzinnym.

Oszczędności w firmie: 6 kroków do zmian w systemie premiowania

Pracodawcy poszukający oszczędności w kosztach zatrudnienia powinni wziąć pod uwagę ograniczenia w programach premiowania pracowników. W firmach, w których obowiązuje regulamin wynagradzania wystarczy spełnienie kilku wymogów, od których zależy skuteczność wprowadzenia nowych rozwiązań.

  1. Uzgodnienia ze związkami zawodowymi. Pracodawca, u którego działa zakładowa organizacja związkowa jest zobowiązany uzgodnić z nią zmiany w regulaminie wynagradzania. Warto włączyć związek zawodowy w opracowanie nowych zasad premiowania, aby było ono efektem porozumienia, co do którego przekonane są obie strony. Pracodawca powinien przedstawić argumenty uzasadniające potrzebę wprowadzenia zmian, porównując na przykład dotychczasowe koszty premiowania przed i po wprowadzeniu ograniczeń, wraz z uzasadnieniem ekonomicznym (wykazując np. spadek obrotów wywołany epidemią).
  2. Gdy w firmie nie ma organizacji związkowej. Jeżeli u pracodawcy nie działa organizacja związkowa, może on doprowadzić do zmian w regulaminie samodzielnie, bez potrzeby ich uzgadniania z partnerem pracowniczym. Dobrą praktyką w przypadku poważnych zmian w systemie płacowym, jest zaangażowanie przedstawicieli pracowników w formułowanie nowych reguł. Pozwala to na lepszą komunikację z zespołem, a także stwarza możliwość zaprezentowania argumentów pracodawcy przemawiających za zmianami.
  3. Powiadomienie o zmianach. Kolejnym etapem jest ustalenie, czy do wprowadzenia zmian wystarczy ich ogłoszenie, czy też będą potrzebne działania prowadzone w stosunku do każdego pracownika indywidualnie. Sprawa jest prosta, gdy pracodawca planuje wprowadzić korzystniejsze niż dotychczas postanowienia w regulaminie wynagradzania. Wówczas do ich wejścia w życie wystarczy ogłoszenie. Jeśli jednak planowane zmiany są dla pracowników mniej korzystne niż te dotychczas stosowane (przykładowo, pracownicy tracą prawo do premii albo zostanie zmniejszona jej wysokość), to konieczne jest zastosowanie, obok ogłoszenia, wypowiedzeń zmieniających. W treści wypowiedzenia pracodawca musi wskazać, które z obowiązujących dotychczas zasad premiowania ulegają wypowiedzeniu i jaka jest jego propozycja odnośnie nowych reguł. Konstrukcja wypowiedzenia zmieniającego powoduje, że po pierwsze, zmiany będą mogły być stosowane wobec poszczególnych pracowników w różnych terminach, w zależności od tego, kiedy komu upłynie okres wypowiedzenia. Po drugie, pracownik może nie zgodzić się na nowe warunki do upływu połowy okresu wypowiedzenia – i w takiej sytuacji jego umowa, po upływie okresu wypowiedzenia, rozwiąże się. Przepisy Kodeksu pracy wprowadziły jednak pewne ułatwienie w tej sytuacji: w przypadku wypowiedzenia zmieniającego składanego w związku ze zmianą w regulaminie wynagradzania nie stosuje się przepisów chroniących niektórych pracowników przed zmianami. Oznacza to, że takie wypowiedzenie zmieniające może być złożone nawet kobiecie w ciąży, czy pracownikowi w wieku przedemerytalnym.
  4. Indywidualne porozumienia z pracownikami. Niekorzystne dla zatrudnionych zmiany mogą być wprowadzone także w drodze zawieranych z nimi indywidualnych porozumień. W takiej sytuacji, wypowiedzenie zmieniające nie jest potrzebne, a strony mogą określić w porozumieniu datę, od której zaczną obowiązywać nowe reguły.
  5. Ogłoszenie zmian. Niezależnie od procedury indywidualnych uzgodnień z pracownikami, potrzebne jest też ogłoszenie zmian. Wejdą one w życie po upływie 2 tygodni od ogłoszenia w sposób zwyczajowo przyjęty u pracodawcy (na przykład na tablicy ogłoszeń czy w Intranecie). Oznacza to, że nowi pracownicy przyjmowani do pracy już po wejściu w życie zmian, będą premiowani według nowych zasad.
  6. Sprawdzenie umów o pracę. Na koniec trzeba też pamiętać o skontrolowaniu umów o pracę, czy przypadkiem nie wprowadzają korzystniejszych zasad premiowania niż regulamin wynagradzania. Jeśli tak, to pracodawca chcący je zmienić, musi doprowadzić do zmiany umowy o pracę – w drodze porozumienia lub wypowiedzenia zmieniającego.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

PFR: Ruszył konkurs Solidarni Zwyciężymy – szukamy bohaterów czasu pandemii

Ruszył konkurs “Solidarni Zwyciężymy” organizowany przez Polski Fundusz Rozwoju oraz Fundację PFR. Jego celem jest promowanie i uhonorowanie historii radzenia sobie z kryzysem, współpracy międzyludzkiej i bohaterskich postaw Polaków w czasie walki ze skutkami pandemii COVID-19. Zwycięzcy – zarówno osoby indywidualne jak i firmy – będą mogli wesprzeć kwotą w wysokości 10 000 zł wybraną fundację, lub skorzystać z bezpłatnej promocji w mediach. Zgłoszenia można wysyłać od 26 czerwca do 3 sierpnia poprzez stronę konkursową www.solidarnizwyciezymy.pl

Do konkursu można zgłaszać inspirujące historie wyjątkowej i bezinteresownej pomocy oraz pomysłowego radzenia sobie w biznesie w okolicznościach pandemii. Zgłoszenie może wysłać każdy, a zaproponowana historia może dotyczyć nas samych, jak i kogoś, kogo działanie uznaliśmy za warte dostrzeżenia i naśladowania.

Inspiracją do ogłoszenia konkursu stały się historie przedsiębiorców i pracowników, którzy dzięki wsparciu finansowemu, otrzymanemu w ramach Tarczy Finansowej PFR, poradzili sobie z wyzwaniami jakie przyniosła trudna rzeczywistość, utrzymali działalność firm oraz miejsca pracy, a często również dzięki wspólnej determinacji zmienili model biznesowy lub pomogli innym.

„W ramach przygotowanej przez nas Tarczy Finansowej wsparliśmy już blisko 300 000 polskich mikro, małych i średnich firm. Każda z nich to indywidualna historia radzenia sobie ze skutkami największego od 100 lat kryzysu ekonomicznego. Historia walki nie tylko o sferę finansową, ale także o wymiar czysto ludzki – o miejsca pracy, bezpieczeństwo i wspólną przyszłość. To historia tego, jak podejmować niezwykle trudne decyzje: zwalniać czy nie zwalniać pracowników, jak radzić sobie w kryzysowej sytuacji na rynku. Dlatego podjęliśmy decyzję o zainicjowaniu kampanii społecznej „Solidarni Zwyciężymy”. Chcemy w ten sposób uhonorować wszystkich tych, którzy wspólnie, pomagając sobie nawzajem przeszli przez ten trudny moment w otoczeniu gospodarczym. Pracodawców, którzy nie zwalniali w tym czasie pracowników, ale również ludzi, którzy w tym trudnym czasie podjęli nadzwyczajne działania na rzecz innych. Chcemy w ten sposób pokazać, że my Polacy w tak trudnych momentach potrafimy się zjednoczyć, wspierać nawzajem i wspólnie pokonać nawet największe wyzwania.” – mówi Paweł Borys, Prezes PFR.

Najciekawsze historie zgłoszone w konkursie opublikowane zostaną na stronie kampanii. Co dwa tygodnie będziemy nagradzać trzy firmy i trzy osoby indywidualne, które otrzymają nagrodę w wysokości 10 000 zł do przeznaczenia na wsparcie wybranej organizacji charytatywnej. Tym samym będą mieli szansę na pomoc kolejnym osobom! Komisja Konkursowa oceniając historie przede wszystkim będzie brała pod uwagę stopień zmian wprowadzanych na potrzeby nowych okoliczności, kreatywność i innowacyjność w działaniach, jak i pomysłowość zgłoszenia oraz pomocniczo liczbę polubień pod zamieszczonym na stronie Konkursu zgłoszeniem. Więcej informacji nt. akcji, formularz zgłoszeń oraz regulamin konkursu dostępne są pod adresem www.solidarnizwyciezymy.pl.

Branża spożywcza patrzy na kryzys jako na szansę do rozwoju swoich przedsiębiorstw – wnioski z debaty eksperckiej

Spadek popytu na polską żywność spowodowany lockdownem, zmiany konsumenckie oraz szanse i zagrożeniach dla sektora spożywczego w związku z pandemią – m.in. o tych zagadnieniach w kontekście krajowej branży spożywczej dyskutowali eksperci podczas debaty online „Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19”, zorganizowanej przez Santander Bank Polska i SpotData.pl, 16 czerwca br.

Nowe zasady bioasekuracji i odpowiedni podział zespołów pracowniczych – to zdaniem przedstawicieli sektora spożywczego kluczowe zagadnienia w czasie pandemii. Za równie istotne uznali oni także bezpieczeństwo finansowe, zwłaszcza w kontekście rozliczeń z kontrahentami, a także osłabienie walut, wzrost sprzedaży kategorii rodzinnych wraz ze wzrostem znaczenia znanych marek w koszyku zakupowym konsumentów. Paneliści podkreślali również, że pandemia to czas odpowiedzialności za pracowników i dużej roli managerów i liderów.

Wprowadzeniem do debaty była prezentacja Ignacego Morawskiego, dyrektora SpotData na temat wpływu pandemii na eksport produktów rolno-spożywczych z Polski.

Branża spożywcza powinna być w grupie najmniej narażonych na kryzys, ponieważ kryzysy wynikają zwykle z wahania popytu na dobra trwałe, a nie na żywność. Sektor ten nie jest jednak zupełnie odporny na kryzys. Wpływ pandemii widać choćby w danych GUS dotyczących oceny wielkości zamówień od zagranicznych firm – podkreślał Ignacy Morawski.  W maju br. wśród ankietowanych przedsiębiorstw spożywczych odsetek raportujących spadek sprzedaży zagranicznej był wyższy o 36 p.p. od tych raportujących wzrost. Jednocześnie odsetek firm zgłaszających wzrost sprzedaży był najniższy w historii jego publikacji.

Sytuacja przedsiębiorstw w dobie COVID-19

Choć dla branży spożywczej pandemia nie stanowiła wstrząsu porównywalnego do tych z innych sektorów gospodarki, to jednak i tutaj znacząco zmieniła sytuację. Piotr Kulikowski, prezes Indykpolu, zauważył, że integracja pionowa branży drobiarskiej pokazała swoje dwa oblicza w nowej dla zakładów przetwórczych sytuacji: „Z jednej strony zakład zobowiązany umowami odbierał żywiec od rolników, nawet w sytuacji silnego spadku eksportu. Według szacunków ok. 80% eksportowanego mięsa drobiowego, czyli ponad 30% produkcji, trafiało do branży gastronomiczno-hotelarskiej. Jej działalność została mocno ograniczona. W efekcie znaczna część produktów musiała zostać zmagazynowana w mroźniach. Ale z drugiej strony, siłą kontraktacji i integracji jest to, że duży zakład wraz z hodowcami oznacza stabilność działania w łańcuchu produkcji i większą odporność na zawirowania gospodarcze”.

Inną perspektywę przedstawił Jan Kolański, prezes Colian i reprezentant producentów słodyczy: „Generalnie po bardzo dobrym marcu sprzedaż obniżyła się w kwietniu i dotyczyło to zarówno rynku krajowego, jak i eksportu. Dane są jednak zróżnicowane w zależności od asortymentu. Duże spadki zanotowano w przypadku kategorii prezentowych. Izolacja domowa, w której przez długi czas pozostawali Polacy oraz obywatele w innych krajach spowodowała, iż nie organizowano wesel, przyjęć urodzinowych i innych spotkań okolicznościowych. Spadek nastąpił też w dziale lodów. W kwietniu i maju ich sprzedaży nie sprzyjała pogoda. W dodatku lody z reguły konsumuje się na zewnątrz, w czasie spotkań czy spacerów. A przecież możliwości wyjścia były ograniczone – zauważył Kolański.

Przemysław Cieślik, dyrektor zarządzający Contimax, przetwórstwa rybnego, podkreślał znaczenie długoletniej współpracy z kontrahentami, która powinna wspierać funkcjonowanie firmy w trudniejszym okresie: „Dzięki silnym relacjom Contimax przez ostatnie miesiące nieprzerwanie miał dostęp do surowca, a dzięki sprawdzonym dostawcom usług udało się istotnie zmniejszyć problemy z transportem w najtrudniejszym okresie marca i kwietnia”. Przemysław Cieślik zwrócił też uwagę na wysoką presję na marże ze strony odbiorców produktów, która uległa natężeniu w okresie pandemii.

Potencjał polskiej branży spożywczej

Realia związane z pandemią mogą być jednak dla firm spożywczych także okazją do rozwoju. W drugiej części spotkania Ignacy Morawski zwrócił uwagę na szanse, jakie dla polskiej żywności wiążą się z gorszą koniunkturą w europejskiej gospodarce: „Historyczne dane pokazują, że w poprzednich kryzysach polska żywność radziła sobie nieźle. W czasie kryzysów z lat 2007-2009 oraz 2012-2013 firmy zagraniczne poszukiwały tańszych dostawców z Europy Środkowej. Dzięki temu polskie przedsiębiorstwa awansowały w łańcuchu produkcji. Obecnie również jest możliwy taki scenariusz”. Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego w Santander Bank Polska dodał, iż już dzisiaj polska branża ma silną pozycję na unijnym rynku żywności: „Po wielu latach systematycznego zwiększania eksportu żywności, Polska jest obecnie istotnym dostawcą produktów żywnościowych na rynek unijny w większości głównych kategorii. Jest to silna podstawa do rozwoju eksportu w kolejnych latach”.

Budowanie polskiej marki i rozwój poza Unią

Nowa rzeczywistość wymaga nowych rozwiązań. Uczestnicy debaty wyrazili obawy o możliwy wzrost protekcjonizmu w Europie i na świecie, co może oznaczać utrudnienia w handlu międzynarodowym. W tym kontekście Przemysław Cieślik zwrócił uwagę na konieczność wyjścia poza Unię Europejską: „Obecnie można wskazać wiele segmentów rynku, w których polskie firmy coraz mocniej konkurują ze sobą w innych krajach UE. Rynek europejski w niektórych przypadkach stał się za mały”. Ekspert zauważył też, że polska branża spożywcza ma za granicą wyrobioną pozycję w segmencie produktów tańszych. Wiąże się z tym pewne ryzyko, ponieważ są w UE kraje, które mogą produkować taniej niż Polska. Konieczne są więc próby zdobycia miejsca w sektorze premium, w którym można uzyskać wyższe marże.

Temat marż w eksporcie pojawiał się również w wypowiedziach pozostałych panelistów. Piotr Kulikowski zwracał uwagę na rosnące koszty w Polsce. „Z jednej strony: rosnące koszty pracy, nowe wymagania środowiskowe w Unii Europejskiej, a z drugiej strony – nadal otwarta kwestia rosnącego importu żywności spoza UE, czyli towarów, które nie będą spełniały wysokich wymagań postawionych żywności unijnej” – tłumaczył prezes Indykpolu.

Na konieczność budowy polskiej marki oraz na kwestie wysokości marż zwracał też uwagę Jan Kolański: „Rozwijanie marek i konkurowanie wysoką jakością – to podstawy modelu biznesowego Colian. Fakt, że polskie przedsiębiorstwa coraz częściej oferują produkty wysokiej jakości bardzo cieszy. Należy jednak pamiętać, że wysoka jakość pozostaje w sprzeczności z niską ceną. Ten problem blokuje rozwój wielu firm, gdyż brak wystarczających środków ogranicza możliwości inwestowania w innowacje. Co więcej, polscy producenci często sprzedają swoje produkty do innych podmiotów jako podwykonawcy, ograniczając tym samym rozwój własnych marek.

Mimo tak wielu wyzwań stojących przed branżą spożywczą, wśród panelistów pojawił się optymizm. Przedstawiciele branży patrzą z nadzieją w przyszłość, próbując wykorzystać ten czas na wzmocnienie swoich przedsiębiorstw. Zastanawiają się taż nad działaniami, które pozwoliłyby polskim produktom zagościć na zagranicznych rynkach na dłużej, a nie tylko jako uzupełnienie braków spowodowanych zawirowaniami w łańcuchu dostaw. To duża szansa dla polskich przetwórców, ale też nowe wyzwania, które mogą przyczynić się nie tylko do odbudowy, ale i do wzrostu znaczenia polskiej żywności na arenie międzynarodowej.

Po pandemii marki będą wykorzystać influencerów na potęgę, ale nie po to by nakręcać sprzedaż

Kulminacyjny punkt pandemii za nami, teraz firmy ruszą na łowy. Na co będą polować? Jak twierdzi agencja Lingia, w orbicie zainteresowań biznesu znajdą się influencerzy. Aż 41% ankietowanych przyznaje, że w ciągu najbliższych 2 miesięcy ma zamiar skorzystać z usług wpływowych postaci świata social media. Po co? Na pewno nie po to, by zwiększyć sprzedaż. Czego więc w sumie oczekuje biznes? Przede wszystkim liczy na stworzenie kreatywnego, właściwego przekazu, a w dalszej kolejności na wzbudzanie zaangażowania i świadomości marki i jej oferty.

W swoim najnowszym raporcie agencja influencer-marketingowa Linqia postanowiła przyjrzeć się, jak pandemia zmieniła strategię i plany marketingowe przedsiębiorstw. Do tego celu firma wykorzystała dane, jakie udało się jej zebrać i przeanalizować na podstawie wywiadów, które przeprowadziła w maju 2020 z przedstawicielami branży marketingu.

W przeprowadzonym przez Linqia badaniu niemal wszyscy ankietowani marketerzy przyznają, że w wyniku pandemii, byli zmuszeni zmienić swoją strategię marketingową w drugim kwartale 2020. Teraz gdy świat powoli zaczyna wracać do normy, marki rozpoczynają planowanie nadchodzących kampanii, ale pojawiają się też pewne obawy. Aż 32% ankietowanych marketerów stwierdziło, że ich głównym zmartwieniem przy planowaniu nowej strategii promocyjnej jest brak wrażliwości odbiorców na wykorzystywane narzędzia komunikacji.

To nie zniechęca ich jednak do inwestowania w nowe formy promocji, aż 41% respondentów stwierdziło, że w ciągu najbliższych dwóch miesięcy planuje przeprowadzić kampanię promocyjną z udziałem influencerów. Czego oczekują po takiej inicjatywie? Najwięcej, bo aż 63% ma nadzieję na stworzenie prawidłowego i kreatywnego komunikatu. O wiele mniej, bo zaledwie co piąty z ankietowanych, liczy na wywołanie zaangażowania, zaś najmniej, czyli około 17% chce budować świadomość brandu i jego produktów. Co ciekawe, nikt nie liczy na wsparcie sprzedaży.

Wpływowi ludzie

Zanim w drugim kwartale roku doszło do globalnego lockdownu, marki prześcigały się w wykorzystywaniu wpływowych osób ze świata social media. Wydawać by się mogło, że niemal każdy chciał mieć swojego ambasadora, który wzmocni komunikację firmy, wesprze sprzedaż jej produktów i wykorzystując efekt aureoli, przeniesie część wykreowanego wizerunku na pełny nadziei biznes. Popularność tych zabiegów rosła lawinowo, do tego stopnia, że z czasem zaczęto posługiwać się terminem social selling, który polegał na dystrybucji i promocji dóbr produkowanych przez firmę, wyłącznie za pośrednictwem mediów społecznościowych.

Wybuch pandemii wyhamował dynamiczny rozwój tej niekonwencjonalnej gałęzi świata promocji. Brak możliwość realizowania większości aktywności, zawieszenie budżetów promocyjnych i atmosfera strachu i niepewności były jak kolejne ciosy, wymierzone wprost w świat internetowych celebrytów. Jednak jak pokazują badania – nie ma mowy o knock-outcie, influencer marketing przygotowuje się do następnej rundy i jako jeden z elementów nowej matrycy narzędzi marketingu, do spółki z analityką i big data, szykuje się na decydujące starcie: stare kontra nowe – to wizerunkowy pojedynek stulecia.

Pandemia pokazała nam jedno, chcesz być na szczycie, musisz korzystać ze szczytowych osiągnięć technologii, również w promocji. Influencer marketing, mimo obecności określenia “marketing” w nazwie, ma więcej wspólnego z dziedziną Public Relations niż z klasycznymi formami wspierania sprzedaży. Sprawnie realizowany, tworzy lub wzmacnia wizerunek marki, pozwala na dotarcie do nowej grupy odbiorców oraz odpowiada za budowanie sympatii w odniesieniu do brandu, ale o czym część osób wydaje się zapominać, nie zawsze przynosi wymierne korzyści finansowe w krótkoterminowej perspektywie. Bardziej powinniśmy go traktować jako inwestycję o profilu strategicznym.

Rewolucja Made in Poland

Najlepszym przykładem jak skutecznie realizować strategię influencer marketingu i czerpać z siły, jaką oferuje wizerunek ambasadora, są sukcesy młodych polskich marek, które wykorzystały adekwatne osoby do swojej komunikacji i w ten sposób cieszą się z efektów wizerunkowych i sprzedażowych. Rodzima firma produkująca odzież sportową, Gym Glamour, postawiła na interakcję ze swoimi klientami, wyłącznie za pośrednictwem postaci, które błyszczą w mediach społecznościowych.

Odmienna strategia komunikacji, opierająca się wyłącznie o social media, okazała się przynieść ponadprzeciętne rezultaty. Marka, mimo braku stacjonarnych sklepów, reklam w telewizji czy w prasie, stała się rozpoznawalnym brandem na polskiej scenie medialnej. Polska firma odzieżowa przetarła szlaki, jej śladami chcą pójść kolejni, jednak czy im również uda odnieść się sukces? Anna Gontarek, odpowiedzialna za marketing w Gym Glamour wskazuje, że to nowatorski i odważny model, który w ich przypadku okazał się doskonałą receptą na sukces. – Wiele osób do niedawna powątpiewało w tę formę promocji naszej marki. Dziś nam zazdroszczą i dopytują o wskazówki. Nasz profil na portalu Instagram ma już ponad 200 tys. obserwujących, a poszczególne zdjęcia “polubiło” nawet 20 tys. osób.

Wizerunek i renoma, wszystko to jest ważne, ale znane są nam przecież przykłady marek, które mimo to odnotowują straty, bądź w najlepszym wypadku, działają na granicy rentowności. – Liczby bez przełożenia na sprzedaż, pozostałyby jedynie odznaczeniami bez historii. To, co się dla nas liczy to fakt, że w naszym przypadku, influencer marketing ma sens i poza sprzedażą, realnie wpływa też na rozpoznawalność marki. Co więcej, dzięki kodom promocyjnym jesteśmy w stanie śledzić stopień konwersji, czyli to ile dana współpraca z ambasadorem, przyniosła nam zysku. – mówi Anna Gontarek z Gym Glamour.

Sytuacja kryzysowa, w jakiej znalazł się świat na skutek globalnego lockdownu, wciąż ma wpływ na kształt biznesu i komunikacji. Dlatego wiele podmiotów zdecydowało się obciąć swoje wydatki na marketing. Mniejsze budżety wymagają większej dozy ostrożności przy podejmowaniu kluczowych decyzji i planowaniu strategii komunikacji brandu z otoczeniem. I tą ścieżką podąża rynek, jak pokazują dane zebrane przez Socialbakers w raporcie State of Influencer Marketing Report, marki coraz chętniej angażują się we współpracę z mniejszymi influencerami, którzy posiadają mniej, liczne grono obserwujących. Wskazuje to na przekonanie wśród marketerów, że pozytywne wyniki kampanii można osiągnąć dzięki mniejszym, bardziej autentycznym ambasadorom, którzy są bliżej swoich prawdziwych odbiorców. Jak twierdzi Anna Gontarek z Gym Glamour – Realne zainteresowanie i identyfikowanie się z marką, jej działalnością i promowanymi produktami to główny klucz do sukcesu w świecie influencer marketingu.

Obecna sytuacja internetowych celebrytów nieco się skomplikowała, głównie ze względu na zachowawczość marek w wydatkowaniu środków. Firmy rekompensują sobie ryzyko, inwestowaniem w bardziej bezpośrednie formy promocji, które są w stanie przynieść szybki, łatwo mierzalny rezultat. Ta ostrożność może mocno wpłynąć na koniunkturę i rozkład sił w polskim świecie influencer marketingu. Czy będziemy świadkami przebiegunowania w ekosystemie internetowych ambasadorów? Takie osądy byłby dziś zbyt pochopne i więcej w tym wróżenia z fusów i życzeniowości niż realnej prognozy. Kto rzeczywiście straci, a kto zyska, okaże się dopiero w drugim półroczu. Influencerzy muszą być gotowi na prawdziwą wojnę nerwów.

Estoński startup Woola zwyciężył w Wielkim Finale konkursu PowerUp! Challenge organizowanym przez fundusz EIT InnoEnergy

Jury szóstej edycji PowerUp! Challenge ogłosiło zwycięzcę najważniejszego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej konkursu skierowanego do innowacyjnych startupów. Zwycięzca rywalizacji, firma Woola z Estonii, otrzymała nagrodę pieniężną oraz możliwość dołączenia do programu akceleracyjnego EIT InnoEnergy. Nagrody specjalne ufundowali także partnerzy programu, Amazon Web Services, Vestbee i SpeedUp Group. Tegoroczna edycja okazała się rekordowa pod względem liczby uczestników. Do rywalizacji o nagrody i tytuł Startupu Roku Europy Środkowo-Wschodniej włączyło się ponad 360 firm z 20 krajów.

Triumfatorem tegorocznej edycji największego konkursu w regionie skierowanego do startupów okazała się estońska firma Woola. Zdobyła tytuł Startupu Roku Europy Środkowo-Wschodniej oraz nagrodę pieniężną w wysokości 50 tys. €. Ma też szansę otrzymać zaproszenie do sieci partnerów EIT InnoEnergy, reprezentujących najważniejsze branże gospodarki, ośrodki badawcze i uniwersytety w całej Europie. Jeden z partnerów konkursu, Amazon Web Services, dodatkowo przekazał zwycięzcy pakiet usług w ramach dedykowanego startupom programu AWS Activate, obejmującego szereg narzędzi informatycznych oraz wsparcie doradcze i szkoleniowe. Korzyści w postaci grantów i dostępu do usług zapewnili także Vestbee oraz SpeedUp Group.

Estoński startup Woola, którym kieruje Anna-Liisa Palatu, stworzył technologię wytwarzania folii bąbelkowej z owczej wełny. Produkt może konkurować nie tylko z innymi biodegradowalnymi zamiennikami, od których jest wielokrotnie tańszy w wytworzeniu, ale także z tradycyjną, plastikową folią bąbelkową. Mimo niskiej ceny produkt firmy Woola, po wykorzystaniu, może trafić do bioodpadów, bo ulega procesowi pełnej biodegradacji.

Regionalni liderzy innowacji

Dokonując wyboru, jury konkursu oceniało rynkowy potencjał prezentowanego rozwiązania, szansę na międzynarodowy sukces oraz perspektywy długoterminowego rozwoju usług i produktów tworzonych przez zwycięski zespół.

 „Proces oceny finalistów był bardzo wymagający, ponieważ wszystkie rywalizujące start-upy prezentowały wysoki poziom merytoryczny. W tegorocznej edycji uznaliśmy, że największą szansę na międzynarodowy sukces rynkowy ma estońska Woola. Z wielkim zainteresowaniem będziemy śledzili dalsze biznesowe sukcesy nagrodzonego zespołu.”- podkreśla Oksana Prykhodko, członkini jury konkursowego i Innovation Manager w DTEK.

„Aż 90 proc. wełny w Europie nie jest wykorzystywane ponieważ większość owiec w Europie produkowane jest dla mięsa, a nie dla wełny. Dlatego koszt wełny wykorzystywanej do produkcji naszej folii bąbelkowej jest bardzo niski. To w połączeniu w wysokim stopniem automatyzacji naszego procesu produkcji czyni produkt konkurencyjnym w stosunku do plastikowej foli bąbelkowej.” – mówi Anna-Liisa Palatu, twórczyni estońskiej firmy Woola.

Drugie miejsce w międzynarodowej rywalizacji zajęła litewska firma Viezo, do której trafiła nagroda pieniężna w wysokości 10 tys. €. Twórcy startupu rozwijają technologię przekształcania wibracji powstających w zakładach produkcyjnych w energię elektryczną, która może zasilać wykorzystywane w zakładzie urządzenie. Innowacja pozwala wydłużyć żywotność zasilanych w ten sposób urządzeń i ogranicza zużycie energii elektrycznej.

Trzecie miejsce i nagroda wysokości 5 tys. €, przypadła czeskiej firmie Pocket Virtuality, która stworzyła system ułatwiający pracę rozproszonych zespołów i umożliwiający sprawną komunikację między człowiekiem, a maszyną. Rozwiązanie wykorzystuje technologię rozszerzonej (AR) i wirtualnej (VR) rzeczywistości.

Największy konkurs w regionie mimo wymuszonej zmianie formuły

Tegoroczna, szósta już edycja PowerUp! Challenge okazała się pod wieloma względami wyjątkowa. W rywalizacji wzięła udział rekordowa liczba ponad 360 startupów z 20 krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W centrum zainteresowania organizatorów znalazły się projekty związane z magazynowaniem energii, dekarbonizacją przemysłu i zrównoważonym rozwojem miast. Ze względu na ograniczenia wynikające z pandemii koronawirusa tegoroczny Wielki Finał został zorganizowany jako wydarzenie online.

W czasie wydarzenia, które zgromadziło uczestników w całej Europie, odbyła się także premiera raportu Urban Impact 2020. Raport obejmuje analizę rozwiązań technologicznych poprawiających organizację nowoczesnych miast i usprawniających różne aspekty miejskiego życia. Zawiera także informację o polskich startupach działających w tym obszarze. Wnioski z raportu w umówił Dominik Zalewski, jeden z jurorów konkursu i współzałożyciel Urban Impact.

Organizator, fundusz EIT InnoEnergy, świadomie zdecydował się zbudować zespół tegorocznych jurorów w oparciu o kobiety. W skład jury konkursowego weszli: Oksana Prykhodko (kierownik ds. Innowacji w DTEK), Marzena Bielecka (partner zarządzający i założyciel Experior Venture Fund), Jennifer Dungs (lider ds. Transportu i mobilności w EIT InnoEnergy) oraz Dominik Zalewski (współzałożyciel z miejskiej agencji technologicznej, Urban Impact) i Jakub Miler (zarządzający środkowoeuropejskim oddziałem EIT InnoEnergy.

„Pandemia postawiła wszystkie rządy w naszym regionie świata w zupełnie nowej sytuacji. Działania mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa, podejmowane na szczeblu poszczególnych państw, doprowadziły do ograniczenia działalności gospodarczej większości firm. Z wyjątkową siłą kryzys uderzył w małe i średnie przedsiębiorstwa, w tym także startupy. Mając to na uwadze, w EIT InnoEnergy podjęliśmy decyzję o kontynuacji naszego programu PowerUp!, którego celem jest wspieranie rozwoju najbardziej innowacyjnych firm w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednocześnie dołożyliśmy starań, żeby kolejne etapy rywalizacji, w tym także Wielki Finał, odbyły się w możliwie bezpieczny sposób. Stąd decyzja o przeniesieniu rywalizacji do świata wirtualnego.” – mówi Jakub Miler, CEO EIT InnoEnergy Central Europe.

„Podczas gdy tradycyjne źródła finansowania wysychają, a wśród przedsiębiorców narastają obawy o przyszłość, EIT InnoEnergy, ze wsparciem Europejskiego Instytutu Innowacji i Technologii, chce być stabilnym partnerem i nadal zapewniać przedsiębiorcom niezbędne finansowanie, unikatowe know-how i dostęp do sieci wartościowych partnerów”. – dodaje Jakub Miler.

Partnerzy i laureaci na wspólnej platformie

W gronie partnerów Wielkiego Finału znaleźli się zarówno przedstawiciele sektora publicznego jak i prywatne firmy. Tegorocznym Złotym partnerem była wiodąca ukraińska firma energetyczna DTEK, która wydobywa gaz ziemny, wytwarza energię elektryczną w elektrowniach słonecznych, wiatrowych i cieplnych, dystrybuuje oraz dostarcza prąd do odbiorców końcowych. DTEK zapewnia także energooszczędne rozwiązania i rozwija sieć stacji ładowania pojazdów elektrycznych na terenie całej Ukrainy.

 „Technologia podlega ciągłej zmianie. My zaś potrzebujemy innowacyjnych partnerów, którzy pomogą nam utrzymać i wzmacniać naszą pozycję na rynku. Z ich wsparciem możemy uczyć jak zwiększać nasze możliwości i wykorzystywać potencjał.” – mówi Emanuele Volpe, dyrektor ds. Innowacji w DTEK.

„Wierzymy, że EIT InnoEnergy to wyjątkowa platforma, która daje nam dostęp do unikatowego biznesowego ekosystemu – fantastycznej mieszanki najlepszych startupów w Europie. Współpraca z EIT InnoEnergy to także dostęp do sieci partnerów dysponujących międzynarodowym know-how, którzy mogą pochwalić się wieloma osiągnięciami w podnoszeniu wartości i zwiększaniu skali działania innowacyjnych firm.” – dodaje Emanuele Volpe.

PowerUp! Challenge to nie tylko najważniejszy w regionie konkurs skierowany do innowacyjnych starupów, scaleupów oraz małych i średnich firm. Udział w programie to także szansa na wielomilionowe inwestycje w rozwój. Program daje dostęp do narzędzi wspomagających rozwijanie produktów i usług oraz ich późniejszą komercjalizację, takich jak wsparcie realizacji projektów pilotażowych, pomoc w tworzeniu strategii rozwoju, pomoc w ekspansji zagranicznej czy w finansowaniu.

Fundusz EIT InnoEnergy powstał w 2010 roku i jest wspierany przez Europejski Instytut Innowacji i Technologii (EIT), organ Unii Europejskiej.

Dolar odrabia straty

Po ostatnich spadkach przyszedł czas na lepsze dane z USA. Dolarowi pomagają również pozytywne dane z rynku finansowego. W tle wciąż straszy koronawirus i widmo ponownego lockdownu.

Dane z USA

Wczoraj poznaliśmy duży pakiet danych z USA. Lepiej od oczekiwań wypadły zamówienia na dobra. Gorsze dane są w przypadku wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Dane na temat PKB były natomiast zgodne z oczekiwaniami. Na szczególną uwagę zasługują zamówienia na dobra. Skoro rośnie konsumpcja powinno to pociągnąć za sobą inne wskaźniki. Dane te są dodatkowo poparte rosnącymi wydatkami z kart kredytowych. Dolar zyskiwał na wartości po tych informacjach.

Banki za oceanem w dobrej kondycji

Pomimo słabych danych w kwestii pandemii za oceanem nie brakuje dobrych wiadomości by je neutralizować. Stress testy, czyli sprawdzenie jak w negatywnych scenariuszach zachowają się banki, wypadły wyjątkowo dobrze. Szczególnie zaskoczyło analityków luzowanie ograniczeń w ramach ryzykownych inwestycji, które wprowadzono po poprzednim kryzysie. Jak widać, próba pobudzenia gospodarki jest obecnie ważniejsza niż stabilizacja systemu na przyszłość.

EBC zainwestuje też w Polskę?

Europejski Bank Centralny nie zaskoczył rynków niczym, oprócz jednego dość istotnego detalu. Program skupu nie będzie bowiem ograniczony do strefy euro. W rezultacie EBC skupi również papiery wartościowe z innych systemów walutowych Unii Europejskiej. Patrząc na to, że Wielka Brytania opuszcza Unię mamy szansę stać się największym beneficjentem tego posunięcia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl