Koronawirus boleśnie uderza w rynek lotniczy

Ponad połowa Polaków, którzy w ciągu ostatnich 12 miesięcy latali samolotem, już odwołała, przełożyła lub zamierza odstąpić od zaplanowanej wcześniej podróży lotniczej – wynika z badania Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRIS na zlecenie Portu Lotniczego Lublin. Prawie co piąty ankietowany w ogóle zrezygnuje z latania samolotami, zaś blisko połowa z podróżujących obawia się zakażenia koronawirusem. Eksperci Portu Lotniczego Lubin zwracają uwagę na to, że niepewność co do skali kryzysu jeszcze bardziej destabilizuje sytuację na rynku.

Polską branżę lotniczą czeka wstrząs. Nasza mobilność w najbliższych 12 miesiącach spadnie dramatycznie. Nic dziwnego, światowy kryzys gospodarczy, który nie ominie także Polski, oznaczać będzie miliony bezrobotnych, pozbawiając ludzi środków na podróżowanie. Z kolei firmy, które zdołają się utrzymać na rynku, z całą pewnością będą redukować swoje koszty, stawiając na prace zdalną i ograniczanie wyjazdów służbowych – mówi Krzysztof Wójtowicz, Prezes Portu Lotniczego Lublin.

Polacy masowo odwołują planowane wcześniej loty

Aż 45% Polaków deklaruje, że już musiało przełożyć albo odwołać swój lot. Najczęściej odpowiadali tak ankietowani w przedziale wiekowym 40-49 lat (63%). Kolejnych 10% badanych planuje rezygnację z zaplanowanego lotu. Zaledwie 15% respondentów nie zamierza odwoływać swojej podróży. Najczęściej odpowiadały tak osoby w przedziale wiekowym 50-69 lat (23%) oraz co czwarty mieszkaniec średnich miast o populacji 50-250 tyś. 27% latających samolotem w ogóle nie planowało podróży lotniczej w tym roku.

Prawie co piąty ankietowany w ogóle zrezygnuje z podróżowania samolotem. W tej grupie dominują seniorzy w wieku 70+ (33%). Siedmiu na dziesięciu respondentów nie zamierza porzucać latania – to głównie osoby w wieku 30-39 lat (78%) oraz mieszkańcy miast o populacji 250-500 tyś. (93%).

Boimy się wirusa i zamkniętych granic

Niemal co drugi ankietowany (45%) pytany o bariery związane z lataniem w dobie pandemii wskazuje obawę przed zakażeniem się koronawirusem. Zachorowania boją się częściej kobiety (51%) niż mężczyźni (35%) oraz osoby w wieku 40-49 lat (55%), u których obawa ta występuje znacznie częściej niż u seniorów 70+ (25%). 38% respondentów niepokoi się zamknięciem granic i infrastruktury turystycznej oraz ewentualnym brakiem możliwości powrotu z zagranicy. Marek Serafin – ekspert rynku lotniczego z pasazer.com ocenia, że rynkiem rządzą teraz emocje pasażerów i niepewność co do rozmiarów kryzysu. – Ten stan niepewności, z którym mamy do czynienia, jest czynnikiem dodatkowo destabilizujących sytuację na rynku lotniczym. Trudno w takim momencie o rzetelne prognozy, bez których żadna branża nie jest w stanie budować strategii działania – podsumowuje Marek Serafin.

Linie lotnicze chcą mniejszych restrykcji w samolotach

Sytuacja branży lotniczej w naszym kraju – biorąc pod uwagę dzisiejsze statystyki – odpowiada kryzysowi w sektorze światowym. Większość krajów, w tym również Polska, zamknęło swoje granice. Ruch lotniczy zmniejszył się więc aż o 80 proc. Wszystkie analizy pokazują, że jego odbudowa potrwa nie krócej niż 2-3 lata. Będzie to następowało stopniowo – zaczynając od połączeń krajowych, przez regionalne, aż obejmie także loty międzykontynentalne. Dzisiaj jednak największym znakiem zapytania jest otwarcie granic. Bardzo wiele zależy od sytuacji w poszczególnych regionach i państwach. Loty z Unii Europejskiej blokują Stany Zjednoczone, które dla Polski są dużym i ważnym rynkiem. Tymczasem Polskie Linie Lotnicze LOT oczekują na wsparcie ze strony rządu. Dotychczas, przez długi okres, radziły sobie bez pomocy państwowej. Obecnie trwa jeszcze dyskusja w jakiej formie zostanie ona przekazana – być może będzie to gotówka, kredyty z banków państwowych, czy też inny wariant. Nie można na razie wykluczyć żadnego scenariusza.

– Nie wiadomo też jak będzie to wyglądało między, chociażby, naszymi sąsiednimi krajami – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes zespołu doradców gospodarczych TOR. – Dziś LOT realizuje już połączenia krajowe, które z założenia były deficytowe, chyba że dotyczyły pasażerów tranzytowych. Obecnie opcja ta odpadła, dlatego linie lotnicze muszą dopłacać do wykonywania operacji. To rodzi pytanie o słuszność i przesłanki do podjęcia decyzji o zakazie zajmowania wszystkich miejsc w samolocie. Wprowadzono przecież możliwość korzystania ze wszystkich miejsc siedzących w pociągach. Nie stanowi to problemu, dopóki obłożenie nie jest pełne – nawet po uwzględnieniu limitów. Sytuacja zmieni się jednak po wznowieniu lotów zagranicznych. Utrzymanie 50-procentowego rygoru dostępnych miejsc jest niemożliwe. Wtedy rejs jest nieopłacalny. Zwrot kosztów lotu wymaga obłożenia na poziomie 77 proc., a nawet 80 proc. w przypadku lotów kontynentalnych. Takie restrykcje nie są spotykane w innych miejscach na świecie. Decyzja ta budzi jeszcze więcej wątpliwości – biorąc pod uwagę warunki panujące w samolotach. Powietrze jest tam stale filtrowane, a zarazki zabijane. Lotnictwo z takimi ograniczeniami nie może funkcjonować, a linie obecne w Polsce poza LOT-em zrezygnują z uruchamiania komunikacji, jeśli takie warunki zostaną utrzymane dłużej. Przynosiłaby wtedy zbyt duże straty – wskazał Furgalski.

Wakacje 2020 – więcej niepewności niż planów

Wielu Polaków wciąż nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak będą wyglądać tegoroczne wakacje. Niezdecydowanych, co robić jest więcej – 39 proc. niż tych, którzy planują letni wypoczynek – 34 proc. Przybyło też chętnych, by tym razem zostać w domu. Wszystko przez koronawirusa, który mocno zachwiał naszym poczuciem bezpieczeństwa i finansami – wynika  z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Czy jesteśmy skazani na siedzenie w domu, a jeśli już będziemy mogli wyjechać, to jakie formy wypoczynku są bezpieczne w dobie pandemii koronawirusa? Nad tym jak będą wyglądać tegoroczne wakacje zastanawia się wiele osób. Najczęstszy pomysł to wyjazd z dala od większych skupisk ludzi, w gronie najbliższych domowników. Będzie bardziej swojsko, rodzinnie, bez ekstrawagancji i dalekich podróży – te wakacje będą inne, co wcale nie oznacza, że gorsze.

Wakacje 2020
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Taka formuła może też pomóc ograniczyć urlopowe wydatki, a nie ma się co dziwić, że Polacy mocno zastanawiają się, czy w tym roku będzie ich stać na wypoczynek. – Z naszych badań wynika, że co trzeci pytany z powodu koronawirusa stracił część swoich zarobków, a co dwudziesty został całkowicie pozbawiony dochodów. Dlatego do wszelkich wydatków podchodzimy bardziej roztropnie. Jeśli nie mamy oszczędności, a nasze bieżące dochody są niewystarczające, szukamy innych rozwiązań. Te należy również poważnie przemyśleć i nie sięgać pochopnie po kolejne kredyty i pożyczki – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – W kryzys wkraczamy bowiem w nie najlepszej sytuacji. W pierwszym kwartale nasze przeterminowane zadłużenie zwiększyło się o 2 mld zł, a w kwietniu o kolejne 0,75 mld zł – do 80,5 mld zł. Są to długi związane np. z niepłaceniem rat kredytów, rachunków czy czynszów. Nieopłacone w terminie zobowiązania ma już ponad 2,83 mln Polaków. Średnio na osobę przypada  28,2 tys. zł długu – dodaje.

Patrząc przez pryzmat branży, ten rok będzie stał pod hasłem wspierania polskiej turystyki, bo zdecydowana większość tych, którzy już podjęli decyzję w sprawie wyjazdu, planuje spędzić urlop w Polsce. Jak wynika z badania Quality Watch zrealizowanego na zlecenie BIG InfoMonitor, spośród 34 proc. planujących dłuższy letni wypoczynek, 26 proc. chce odpoczywać w kraju, a jedynie 8 proc. za granicą. Polscy usługodawcy mają więc szansę, aby zacząć odrabiać zaległości, które spowodowały ograniczenia w czasie wiosennych długich weekendów. Tym bardziej, że tradycyjnie już zdecydowana większość badanych (67 proc.) swój urlop planuje spędzić właśnie w okresie wakacyjnym, w lipcu lub w sierpniu.

Oszczędności i bieżące dochody głównymi źródłami finansowania urlopu

Okres wakacyjny dla wielu z nas często oznaczał dotychczas poluzowanie dyscypliny domowych budżetów. Choć warunki się zmieniły i mamy na uwadze finansowe konsekwencje koronawirusa, to ponad połowa osób, które już wiedzą, że wyjadą w tym roku (59 proc.), nie zamierza oszczędzać podczas wypoczynku, a kolejne 8 proc. wyda więcej niż zwykle, aby zrekompensować sobie czas domowej kwarantanny. Co trzeci badany wskazuje jednak, że będzie musiał na urlopie żyć oszczędnie i zrezygnuje z dodatkowych atrakcji.

Oszczędności i bieżące dochody głównymi źródłami finansowania urlopu
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Wydatki wakacyjne będą się dla większości wiązały z wykorzystaniem oszczędności. Co drugi Polak (53 proc.) to z nich sfinansuje wyjazd. 43 proc. pytanych przeznaczy na ten cel bieżące dochody, a 12 proc. deklaruje, że dorobi specjalnie na wakacje – częściej są to osoby młode 18-24 lata (24 proc. vs 10 proc. 25-34 lata). Co dwunasty badany liczy na zapowiedzianą w kwietniu pomoc ze strony rządu. Ostatecznie, jak poinformował prezydent, dofinansowany zostanie wypoczynek dzieci. Elektroniczne bony, z których można będzie dokonać wypłaty tylko na cele turystyczne mają mieć wartość 500 zł. Termin ich realizacji upływnie z końcem 2021 r.  Dostanie je każde dziecko, niezależnie od dochodów rodziny. O zapożyczeniu się na wyjazd, czy to u rodziny, czy w banku lub firmie pożyczkowej mówią nieliczni.

Wydatki wakacyjne
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Co czwarty Polak zostanie w domu, a niemal co drugi jeszcze się zastanawia

Koronawirus sprawił, że obok wyjątkowo dużej rzeszy niezdecydowanych, co robić, wyjeżdżać czy też nie, a jeśli tak, to dokąd, zwiększyła się również grupa, która w tym roku nie ruszy się z domu. Podczas gdy nigdy na dłuższe wakacje według nie jeździ 22 proc. badanych, tym razem nie wybiera się wypoczywać 27 proc. Główny powód to oszczędności, które wymieniane są na pierwszym miejscu. Druga z przyczyn to strach przed zarażeniem – częściej wskazywana przez osoby w wieku 55-65 lat (33 proc. vs 19 proc. osoby 65+ i 22 proc. osoby 45-54 lata). Nieliczni wolą też nie wypoczywać wcale w sytuacji, gdy nie ma większych szans na wyjazd w wymarzone miejsce zagranicą. Są też osoby, którym czas lockdownu odebrał urlop.

Co czwarty Polak zostanie w domu, a niemal co drugi jeszcze się zastanawia
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Jak wynika z badania, aż 39 proc. osób nadal nie może się określić co do własnych planów urlopowych. Niezdecydowanie to w równym stopniu (po 36 proc.) jest motywowane obawami, że na wyjeździe trudniej będzie zadbać o higienę i bezpieczeństwo związane z koronawirusem oraz niepewną sytuacją finansową rodziny. Ponad jedna czwarta pytanych czeka na rozstrzygnięcia odnośnie możliwości wyjazdów zagranicznych, a co dwunasty nie rozpoczął jeszcze rozmów na ten temat z rodziną.

plany urlopowe 2020
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Badanie przeprowadzone prze Quality Watch, metodą CAWI na panelu internetowym na próbie 1076 osób, 15-18 maja 2020.

Eksport żywności z Polski spadnie w II kwartale o 20–30 proc. W drugiej połowie roku znowu zacznie rosnąć

W tym roku wartość eksportu polskiej żywności wyniesie 28,9 mld euro, co oznacza spadek o 8 proc. w ujęciu rocznym – prognozują analitycy SpotData w raporcie przygotowanym na zlecenie Santander Bank Polska. Widoczne od marca osłabienie popytu na rynkach zagranicznych uderzyło głównie w eksport mięsa wołowego, drobiowego i wieprzowego oraz przemysł mleczarski. W III lub IV kwartale 2021 roku eksport polskiej żywności wróci jednak do poziomu sprzed kryzysu, czemu sprzyjać będzie konkurencyjność cenowa i jakościowa polskich artykułów rolno-spożywczych. W długiej perspektywie polskie firmy mogą nawet umocnić pozycję na zagranicznych rynkach.

Przez wiele lat przyzwyczailiśmy się do ciągłych wzrostów eksportu polskiej żywności. Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej tylko raz, w 2009 roku, odnotowaliśmy spadek w relacji rocznej i był on niewielki, bo zaledwie 2-proc. W ciągu tych kilkunastu lat eksport polskiej żywności zwiększył się aż sześciokrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Santander Bank Polska.

Również początek tego roku był pod tym względem bardzo dobry: w pierwszych dwóch miesiącach wartość eksportu polskiej żywności była o 8 proc. wyższa w relacji rocznej. Sytuację zmieniła jednak pandemia koronawirusa, ponieważ w marcu i kwietniu nastąpił duży spadek sprzedaży eksportowej.

Wszystko wskazuje na to, że w II kwartale wartość eksportu w relacji rocznej może być niższa o 20–30 proc. – wskazuje Grzegorz Rykaczewski.

Gwałtowne osłabienie popytu eksportowego jest wynikiem załamania gospodarki w krajach, które są dla Polski największymi partnerami handlowymi. To efekt administracyjnego zablokowania kanałów sprzedaży w związku z pandemią. W tej chwili poszczególne kraje Unii Europejskiej stopniowo znów je uruchamiają i odmrażają swoje gospodarki. Mimo to skutki pandemii mogą być odczuwalne jeszcze przez dłuższy czas – wskazują analitycy w raporcie „Szok. I co dalej? Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19”, przygotowanym na zlecenie Santander Bank Polska przez SpotData.

Otoczenie międzynarodowe dla eksportu jest obecnie dosyć trudne. Mówimy o spowolnieniu, a nawet o recesji gospodarczej zarówno w Unii Europejskiej, jak i na świecie. To wszystko będzie przekładać się na sprzedaż eksportową, w tym eksport żywności, i będzie mieć wpływ zarówno na jej wolumen, jak i na wartość – mówi analityk Santander Bank Polska.

Widoczne od marca osłabienie popytu na rynkach zagranicznych, spowodowane m.in. przez zamrożenie branży gastronomicznej, uderzyło głównie w eksport mięsa wołowego i drobiowego, a po części także w przemysł mleczarski. W wyniku zmian na światowych rynkach ucierpiała również sprzedaż wieprzowiny. Co istotne, w ubiegłym roku te cztery podsektory krajowej branży spożywczej odpowiadały za prawie 25 proc. całego eksportu żywności.

Odczuły to wszystkie sektory, które produkowały towar wykorzystywany bezpośrednio przez branżę HoReCa. W mniejszym stopniu natomiast dotknięte zostały zakłady produkujące towary przetworzone, które w tej formie trafiały bezpośrednio do sprzedaży detalicznej w innych krajach. Sektorem, który bardzo dobrze poradził sobie w tej sytuacji, okazał się sektor zbóż, notując w I kwartale br. rekordowe wyniki eksportu – wskazuje Grzegorz Rykaczewski.

Oprócz producentów wyrobów mącznych na skutki pandemii najmniej narażeni są także producenci przetworów z mięsa oraz wyrobów z czekolady.

Analitycy prognozują, że w sumie eksport polskiej żywności spadnie w tym roku o 8 proc. do wartości ok. 28,9 mld euro. Do poziomu sprzed kryzysu wróci natomiast w III lub IV kwartale 2021 roku.

Naszym zdaniem eksport żywności w kolejnych kwartałach będzie się odbudowywał, jednak będzie to proces stopniowy – wskazuje ekspert. – Pamiętajmy, że, po pierwsze, spodziewany w tym roku 8-proc. spadek wartości eksportu – choć wydaje się wysoki –  oznacza powrót do poziomu z lat 2018–2019. Wciąż mówimy więc o utrzymaniu wysokiego poziomu. Po drugie, żywność jest dość odporna na wahania koniunktury gospodarczej na świecie. Dane historyczne pokazują, że spadek PKB o 1 proc. obniża łączny eksport z Polski o około 2,5 pkt proc. W przypadku żywności natomiast ten spadek jest jeszcze niższy i wynosi ok. 1,4 pkt proc. Dzięki temu polskie artykuły rolno-spożywcze mogą się obronić w tej trudniejszej sytuacji.

Światowa Organizacja Handlu prognozuje w tym roku spadek aktywności handlowej na świecie rzędu 15–35 proc., co oznacza, że eksport polskiej żywności ucierpi mniej niż cały handel międzynarodowy. Jego odbudowie powinna sprzyjać konkurencyjność cenowa i jakościowa polskich artykułów rolno-spożywczych. Z kolei głównym czynnikiem ryzyka cały czas pozostaje sytuacja epidemiologiczna. Jeśli będzie się poprawiać, warunki do wzrostu eksportu będą dobre. W przypadku drugiej fali pandemii sprzedaż żywności z Polski znów napotka poważne problemy.

Co jednak istotne, państwa w Europie i na świecie mają już dziś większe doświadczenia w walce z pandemią. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że będą lepiej przygotowane do drugiej fali i nawet jeśli ona wystąpi, to nie spowoduje zamrożenia gospodarek – ocenia Grzegorz Rykaczewski.

Analitycy wskazują, że w warunkach cięcia kosztów przez zachodnich producentów firmy z Polski mają wręcz możliwość awansowania w łańcuchach dostaw. Są konkurencyjne cenowo i  jakościowo, co działa na ich korzyść w czasach, gdy duże koncerny szukają oszczędności. Co istotne, mają już także doświadczenie funkcjonowania w szybko zmieniającej się rzeczywistości na rynkach zagranicznych i – jak pokazała ostatnia dekada – kryzysy mogą w dłuższym okresie wychodzić im na dobre.

– Dochody konsumentów w krajach Europy Zachodniej i Środkowej będą kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na sprzedaż artykułów spożywczych w krótkim terminie. Spadek dochodów konsumentów w UE z pewnością odbije się w jakimś stopniu na popycie na polską żywność, ale będzie to raczej czynnik krótkoterminowy. Jednak długofalowo może on wspierać sprzedaż, ponieważ europejski konsument – pod presją niższych dochodów, a wyższych wydatków – będzie szukać towarów tańszych, ale wysokiej jakości. Polskie artykuły spożywcze świetnie wpisują się w te oczekiwania – mówi ekspert Santander Bank Polska.

Analitycy wskazują, że w długiej perspektywie istotne ryzyko dla eksportu żywności z Polski mogą też stwarzać tendencje protekcjonistyczne pojawiające się w niektórych krajach rozwiniętych. Część polityków zapowiada już w tej chwili zmniejszenie roli importu w dostawach żywności.

Pandemia spowodowała, że w wielu krajach Unii Europejskiej głośna stała się narracja dotycząca przeniesienia części produkcji na rynek lokalny. Mówimy też o produkcji żywności. Tymczasem Polska jest ważnym dostawcą żywności na rynek UE, która jest naszym największym rynkiem zbytu – wskazuje Grzegorz Rykaczewski.

Analityk Santander Bank Polska podkreśla też, że w tym roku można spodziewać się zmiany struktury eksportu polskiej żywności. Polskie firmy będą raczej szukały rynków zbytu tam, gdzie zamrożenie gospodarki trwało najkrócej, a negatywny wpływ społeczny pandemii był najmniejszy. Dlatego eksport do krajów takich jak Włochy, Hiszpania czy Wielka Brytania może chwilowo spaść.

– Wzrost może nastąpić z kolei w naszym rejonie Europy Środkowej, w tym również w Niemczech – mówi.

Wyzwania stojące przed branżą spożywczą, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii eksportu, będą głównym tematem bezpłatnego webinaru dla przedsiębiorców „Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19”, organizowanego 16 czerwca przez Santander Bank Polska i SpotData.

Pandemia koronawirusa zmieniła postrzeganie pracy personelu medycznego. Wciąż jednak potrzebna jest większa solidarność społeczna

Z powodu zakażenia SARS-CoV-2 zmarły cztery pielęgniarki i ratownik medyczny, a zakażonych zostało ponad 2,4 tys. członków personelu medycznego, który stanowi dziś pierwszy front na wojnie z koronawirusem. Ich praca wcześniej niezbyt wysoko lokowana w rankingu społecznego szacunku teraz jest postrzegana jako służba publiczna. Jednak lekarze, pielęgniarki, diagności czy ratownicy obok obciążającej pracy i niedostatecznej ochrony muszą mierzyć się z obawą przed zakażeniem, a często także z ostracyzmem albo wręcz agresją ze strony sąsiadów czy pacjentów. Potrzebne są instytucjonalne rozwiązania społecznej solidarności z medykami, niosącymi pomoc na wojnie z SARS-CoV-2 – i taki jest cel tworzącej się właśnie inicjatywy My, Solidarni.

– Jako lekarze nie oczekujemy oklasków, pielęgniarki też nie. Znamy swój zawód, wykonujemy go z pasją i wiemy, jak się zachować. Jednak jako środowisko medyczne potrzebujemy konkretnych działań rządzących, polegających na wsparciu moralnym, ale przede wszystkim działań prawnych, które by gwarantowały bezpieczne wykonywanie zawodu. Bezpieczeństwo lekarza i pielęgniarki to bezpieczeństwo naszych pacjentów – podkreśla prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Według danych Ministerstwa Zdrowia od wybuchu w Polsce pandemii SARS-CoV-2 do 3 czerwca zakażenie stwierdzono u ponad 2,4 tys. pracowników ochrony zdrowia, w tym 660 lekarzy i 1659 pielęgniarek oraz 85 położnych, a 428 osób było hospitalizowanych lub w trakcie kwarantanny. To oznacza, że personel medyczny stanowi ok. 10 proc. chorujących na koronawirusa. Statystyki są jednak niepełne, ponieważ nie uwzględniają zakażeń wśród ratowników medycznych czy diagnostów laboratoryjnych.

– Nie tylko lekarze, ale też cały personel medyczny jest nawet 40-krotnie bardziej narażony na konsekwencje wynikające z zakażenia koronawirusem niż pozostali obywatele – mówi prof.  Andrzej Matyja.

Pracownicy służby zdrowia są również szczególnie narażeni na psychologiczne skutki pandemii SARS-CoV-2 – co podkreśla też w swoim ostatnim raporcie ONZ („COVID-19 and the Need for Action on Mental Health”). Według danych przytaczanych przez Medicover 35 proc. z nich odczuwa wręcz traumatyczny stres, 15 proc. cierpi na depresję, a 12 proc. odczuwa silny niepokój związany z aktualną sytuacją. Ich położenie jest szczególnie trudne, bo obok obciążającej pracy i niedostatecznego wsparcia muszą mierzyć się z lękiem przed zakażeniem, a często także z ostracyzmem albo wręcz agresją sąsiadów i pacjentów, powodowaną lękiem przed zakażeniem. Jej przejawem były zdewastowane samochody czy obraźliwe wiadomości zostawiane medykom na klatkach schodowych.

– W każdym okresie zagrożenia czy wojny a pandemia poniekąd przypomina stan wojny my się wszyscy solidaryzujemy, łączymy, jesteśmy odpowiedzialni. Ale po pewnym czasie zaczynamy szukać ofiar i niestety teraz co mówię z przykrością tą ofiarą stało się środowisko medyczne – mówi prof.  Andrzej Matyja.

Lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, diagności, laboranci, salowe i salowi oraz pozostały personel pomocniczy i techniczny stanowią pierwszy front w walce z pandemią koronawirusa. Ich praca – wcześniej dość nisko lokowana w rankingu społecznego szacunku – teraz urasta do rangi służby publicznej i jest utożsamiana wręcz z heroizmem.

– Nagle okazało się, że możemy przetrwać krótki czas, gdy przedstawiciele zawodów kreatywnych zostaną w domu. Ludzie, którzy organizowali spotkania, tworzyli siatki kontaktów i myśleli, że bez nich nie da się kontynuować życia na świecie – zostali w domach wystraszeni, co z nimi będzie. Pewne sprawy mogły zaczekać. Zobaczyliśmy natomiast pracę ekspedientek, aptekarzy, pracę osób, które są na pierwszej linii, bez których życie nie może toczyć się nawet przez jeden dzień. I zaczęliśmy inaczej patrzeć na ich pracę i pracę w ogóle. W szczególny sposób skoncentrowało się to właśnie na pracy medyków, lekarek i lekarzy, pielęgniarzy i pielęgniarek. Nagle się okazało, że ta ochrona zdrowia znowu stała się służbą, bo trzeba było coś poświęcić, także osobiście. I już się nie da ukryć, że to jednak jest służba publiczna – mówi prof. Paweł Kowal.

Pandemia SARS-CoV-2 pokazała, jak duże znaczenie dla ludzkiego zdrowia i bezpieczeństwa publicznego ma praca personelu medycznego. Zapewne nie po raz ostatni, bo eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą jednym z głównych problemów nowoczesnego świata. Dlatego potrzebna jest zmiana postrzegania systemu ochrony zdrowia zarówno przez rządy, jak i społeczeństwo. Sami medycy – pracujący na co dzień w ciężkich warunkach – potrzebują gestów wsparcia, żeby przetrwać spiralę niepokoju i napięcia, które towarzyszą w ich pracy.

– Medycy przede wszystkim chcieliby, żeby ich nie atakowano, a jeśli ktoś zaatakuje niesłusznie to żeby przeprosił. Po drugie, miłym gestem byłoby dostać dyplom czy odznaczenie, ale to powinno być oczywiste i nie ma co nad tym dyskutować. W przypadku medyków ekspozycja na zakażenie wirusem była znacznie większa, niż kiedy my szliśmy do sklepu po kawałek sera czy bułkę. Za to i za ich bezprzykładne poświęcenie chorym powinny być gratyfikacje finansowe, np. zwiększony wymiar podstawy do emerytury, być może dwukrotność pensji na czas pandemii SARS-CoV-2. Pani salowej, która ryzykowała zdrowiem i życiem swoim i swoich bliskich, fajnie dać dyplom, ale przydałoby się też parę groszy jako gest pokazujący, że doceniamy ich pracę. A praca łączy się z płacą – mówi Anna Jasińska, rzeczniczka Medycznej Racji Stanu.

Jak podkreśla, medycy oczekują dziś przede wszystkim bezpieczeństwa wykonywania swojego zawodu – przejawiającego się m.in. we współpracy i dobrej komunikacji z pacjentami, odpowiednich rozwiązaniach prawnych czy dostępności środków ochronnych.

– Źle się stało, że w mediach rozeszła się nazwa: środki ochrony osobistej. To wcale nie są środki ochrony osobistej, to nie jest luksus dla medyka czy lekarza. To jest bezpieczeństwo naszych pacjentów – podkreśla prof. Andrzej Matyja. – My jako grupa zawodowa nie chcemy być uprzywilejowani. Chcielibyśmy tylko być szanowani i mieć bezpieczeństwo prawne. Bardziej niż wsparcia finansowego chcielibyśmy moralnego i gwarantującego nam bezpieczne wykonywanie zawodu. To jest podstawa funkcjonowania ochrony zdrowia.

– Proszę zauważyć, jak często złym spojrzeniem oplatamy matkę dwójki dzieci czy ciężarną, która staje w aptece i chce skorzystać z przysługującego jej prawa pierwszeństwa. Medykom raczej nie zależy dziś na tym, żeby mieć pierwsze miejsce w kolejce do apteki czy po jajka. Podkreślają najbardziej, abyśmy  wszyscy byli rozsądni i nie rozsiewali zagrożenia. Oni chcieliby wiedzieć, że myjemy ręce, i mieć dostęp do środków ochronnych. Najbardziej oczekują bezpieczeństwa swojej pracy – dodaje Anna Jasińska.

Medyków walczących na pierwszej linii frontu z koronawirusem można dziś porównać do żołnierzy na pierwszej linii walk w masowej wojnie, w której wszyscy mogą zachorować i umrzeć. Dziś już nie wystarczą oklaski i śpiewanie na ich cześć na balkonach.

– Statystyki są bezwzględne, medycy są najbardziej narażeni. Nagle powstał pomysł: „no dobrze, to trzeba być wdzięcznym, to może uchwała w Sejmie?”. No więc przeprowadziliśmy tę uchwałę, ale w pewnym momencie przyszła refleksja, że uchwała w Sejmie, oklaski i śpiewanie na balkonach mijają, bo pojawiły się też efekty paniki społecznej, braku wiedzy, zdenerwowania ludzi. Dostawaliśmy informacje, że lekarze czy pielęgniarki mają kłopoty, bo pracują w szpitalu przy chorych na koronawirusa – mówi prof. Paweł Kowal.

Jak podkreśla Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG, potrzebne są instytucjonalne rozwiązania społecznej solidarności z medykami, niosącymi pomoc na wojnie z SARS-CoV-2. Taki jest cel społecznej inicjatywy My, Solidarni.

– W czas pandemii wkroczyliśmy już mocno poturbowani. Według badania CBOS prawie 70 proc. Polaków ma problem z zaufaniem do innych, jak również do instytucji. Doświadczenia graniczne, takie jak zagrożenie życia i zdrowia, radykalne zubożenie oraz brak wiary w przyszłość, spowodują bardzo głęboki pesymizm w społeczeństwie. W wymiarze społecznym intencją idei My, Solidarni jest w pewnym sensie rzucenie koła ratunkowego dla nas samych – żebyśmy w tych trudnych czasach COVID-19 byli świadomi i w jakimś stopniu przygotowani na pojawienie się traumy społeczno-kulturowej – mówi.

Inicjatywa My, Solidarni jest wzorowana na systemowych rozwiązaniach stosowanych np. wobec weteranów wojennych. Ma zapewnić pomoc i wsparcie medykom pełniącym służbę na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem. Wśród pomysłów na okazanie im społecznej solidarności są m.in. darmowe przejazdy środkami transportu publicznego czy zniżki do instytucji kultury, sportu czy rekreacji.

Inicjatywa opiera się na czterech filarach: administracji rządowej, samorządowej, przedsiębiorstwach i obywatelach. Niedługo do Sejmu ma trafić projekt ustawy, na podstawie której państwowe podmioty będą mogły zaoferować swoje zniżki, przykładowo na stacjach benzynowych czy w instytucjach kultury. Ustawa da też możliwość podobnych działań innym instytucjom publicznym, szczególnie samorządowym. W ramach akcji zostanie też stworzona baza firm i podmiotów oferujących zniżki i specjalne oferty na swoje towary i usługi. Wiele takich rozwiązań mogą zaproponować duże, polskie firmy rodzinne.

Kryzys dopiero przed polską gospodarką. Fala upadłości firm spodziewana w drugiej połowie roku

– Popandemiczna recesja na dobre rozpocznie się dopiero wtedy, kiedy skończą się pieniądze z rządowych tarcz, a pierwszej fali upadłości firm można spodziewać się w III kwartale tego roku – oceniają ekonomiści Euler Hermes. Wśród najbardziej zagrożonych branż są m.in. HoReCa i transport międzynarodowy. Branża meblarska i odzieżowa też mogą spisać bieżący rok na straty. Cały handel, w tym także żywność i środki czystości, spowalnia, a konsumenci i firmy ograniczają zakupy, bo czekają na rozwój wydarzeń gospodarczych w obawie przed recesją.  Niepewność zmieni też zwyczaje zakupowe Polaków: konsumenci będą wybierać produkty tańsze, powróci presja na ceny i obniżki marż.

Prawdziwy kryzys wywołany pandemią pokaże się dopiero, kiedy skończą się pieniądze ze wszystkich tarcz. Te transfery gotówkowe, które firmy dostały i wciąż dostają, to są co prawda duże pieniądze, ale one służyły głównie temu, aby przedsiębiorstwa przetrwały w momencie, kiedy gospodarka stała w miejscu i w wielu branżach w ogóle nie było sprzedaży – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka.

W tej chwili polska gospodarka jest w trakcie odmrażania, ale w wielu branżach firmy nadal notują obroty o 30–50 proc. niższe niż przed kryzysem epidemiologicznym. To oznacza, że kiedy skończy się finansowe wsparcie od rządu, będą musiały radzić sobie samodzielnie, pokrywając wciąż wysokie koszty działalności (czynsze, koszty pracownicze etc.) z własnych, dużo mniejszych przychodów. Wiele z nich temu nie podoła, a efektem będzie zwiększenie skali zatorów płatniczych, presja na redukcję zatrudnienia i obniżki wynagrodzeń.

– Wiele firm będzie musiało odpowiedzieć sobie na pytanie, czy mają siłę i moc finansową, żeby dalej działać. To będzie taki moment, kiedy gospodarka powie: „sprawdzam!”. Pewnie w okolicach III kwartału możemy spodziewać się wynikającej z tego lawiny upadłości firm. Zresztą pierwsze obserwujemy już w tej chwili. Wiele przedsiębiorstw, w szczególności nastawionych na działalność, która wciąż jest zamrożona, jak np. turystyka czy wynajem apartamentów, już upada – mówi Tomasz Starus.

Wśród branż najbardziej zagrożonych niewypłacalnością i ryzykiem upadłości jest m.in. HoReCa, czyli hotelarstwo, restauracje, catering oraz eventy i targi. Te zostały najmocniej dotknięte obecnym kryzysem i tak zapewne pozostanie w kolejnych kwartałach. Co więcej, problemy dotkną nie tylko firmy, które działają w tych branżach, ale także ich dostawców, podwykonawców i powiązane z nimi podsektory.

 Takie wydarzenia jak koncert czy kongres obsługuje wiele firm. To jest duża operacja logistyczna, na którą składa się m.in. ochrona, catering, dźwiękowcy, oświetleniowcy. Wszyscy ci ludzie w tej chwili nie mają pracy. W wakacje pewnie również nic wielkiego się nie zadzieje. Owszem, wszyscy spędzimy urlopy w kraju, bo granice są zamknięte i nie wyjedziemy na zagraniczne wakacje, ale to też oznacza, że nie przyjadą do nas turyści z zagranicy, którzy wydają w Polsce dużo większe pieniądze niż my sami – mówi Tomasz Starus.

Z perturbacjami musi liczyć się też transport, w szczególności międzynarodowy. Z kolei w branży spożywczej i FMCG obostrzenia wprowadzone w związku z pandemią SARS-CoV-2 przyniosły chwilowy boom i wzrost sprzedaży związany z gromadzeniem zapasów. Jednak euforia zakupowa trwała tylko do Wielkanocy. Po niej przychody spadły, za to uwypukliły się problemy branży, takie jak niska marżowość i chroniczne opóźnienia w spłacie należności.

 Styczeń i luty to był czas, kiedy w płatnościach i przeterminowaniach niewiele się działo, był porównywalny z zeszłym rokiem. W marcu zauważyliśmy już pierwsze sygnały pogorszenia w branży spożywczej i AGD. Tutaj średni udział długów trudnych, czyli przeterminowanych ponad 120 dni, wzrósł z 2 do ponad 4 proc., czyli ponad dwukrotnie. To niemało, biorąc pod uwagę, że firmy z tej branży mają dość niską marżę. Te 2 proc. nieodzyskanych pieniędzy może powodować, że wcale nie będą mieć zysku – mówi Tomasz Starus. – W branży spożywczej udział trudnych długów wzrósł jeszcze bardziej. Do lutego utrzymywał się w granicach 2 proc., a obecnie to już 4,5 proc. To branża o bardzo dużych obrotach, więc ten odsetek przekłada się na duże pieniądze, które pewnie są już nie do odzyskania.

Ekspert Euler Hermes ocenia jednak, że żywność ma i będzie miała dobre perspektywy zbytu jako towar pierwszej potrzeby, a handel spożywczy generalnie radzi sobie na razie dość dobrze. Jednak nadchodzące miesiące przyniosą też nowe wyzwania, których wiele przedsiębiorstw może nie przetrwać, takie jak brexit, susza czy planowany podatek cukrowy.

Problem również w tym, że w Polsce zarówno konsumenci, jak i firmy w obawie przed recesją ograniczają zakupy i czekają na rozwój wydarzeń gospodarczych. Niepewność zmniejszy liczbę zakupów okazjonalnych, a konsumenci wybierać będą produkty tańsze. Powróci więc presja na ceny i niskie marże, także w sektorze spożywczym. Po pandemii zostanie z nami również skłonność do zakupów w internecie, również w poszukiwaniu bardziej atrakcyjnych cen.

 Internetowy handel szczególnie dobrze radzi sobie w tych branżach, które już wcześniej odrobiły pracę domową, czyli np. w elektronice i AGD. Tam jest kilku mocnych graczy, którzy istnieją w internecie od dawna i ten czas był dla nich dodatkowym bodźcem, żeby jeszcze bardziej usprawnić e-handel. Oni zyskali, ponieważ nauczyli tę część społeczeństwa, która do tej pory pozostawała niechętna zakupom w internecie, że jest to łatwe i bezpieczne – mówi Tomasz Starus.

Konieczność zdalnej pracy i nauki wywołała impuls do zakupów nowego sprzętu elektronicznego, który nabyło online 35 proc. konsumentów. Jednak i tutaj boom skończył się wraz ze znoszeniem ograniczeń. Aktualnie zarówno klienci indywidualni, jak i firmy ograniczają takie zakupy, czekając na rozwój sytuacji gospodarczej, a pierwsze dni otwarcia sklepów nie wskazują na duże zainteresowanie ofertą RTV/AGD. Euler Hermes wskazuje, że na tle innych branż ten sektor doświadczył jak na razie umiarkowanego spadku (-16,7 proc. rok do roku), jednak wiele wskazuje na to, że większe załamanie i problemy z płynnością jeszcze nadejdą.

Analitycy oceniają, że pandemia i jej konsekwencje zmienią zwyczaje zakupowe Polaków, co zakończy obserwowany w ostatnich latach trend kupowania sprzętu droższego, bardziej funkcjonalnego i o lepszym designie. Pojawi się za to zainteresowanie tańszą ofertą i presja na jak najniższe ceny.

Wśród sektorów handlowych, które na kryzysie straciły najmocniej, są m.in. meble oraz ubrania.

Branża meblarska może uznać ten rok za stracony, ponieważ sprzedaż mieszkań spada i będzie spadać. Bezrobocie będzie rosnąć, koszt kredytów hipotecznych jest dużo wyższy i potrzebny jest większy wkład własny. Na razie więc ludzie nie będą kupować mebli, a przynajmniej nie w takiej skali jak wcześniej – ocenia Tomasz Starus. – Z kolei cała reszta konsumpcji, czyli m.in. odzież i obuwie, odnotowała totalną zapaść. W tej chwili trwa mozolne odbudowywanie, ale dopóki ludzie wciąż w większości siedzą w domach, to nie będą też zaopatrywać się w taką liczbę ubrań.

Ekspert Euler Hermes wskazuje, że są też branże, które na obecnym kryzysie ewidentnie zyskują. Jest wśród nich m.in. branża opakowaniowa – popyt na opakowania się zwiększył i pojawiła się możliwość podniesienia marż. Zwiększonemu popytowi towarzyszy też spadek cen surowców do ich produkcji, wynikający ze spowolnienia gospodarki.

depresja i zaburzenia psychiczne będą długotrwałym efektem pandemii SARS-CoV-2. Szczególnie narażeni są pracownicy medyczni

<a title=depresja i zaburzenia psychiczne będą długotrwałym efektem pandemii SARS-CoV-2. Szczególnie narażeni są pracownicy medyczni" title="depresja i zaburzenia psychiczne będą długotrwałym efektem pandemii SARS-CoV-2. Szczególnie narażeni są pracownicy medyczni" />

Pandemia SARS-CoV-2 i kilka tygodni społecznej izolacji przyczyniły się do spotęgowania lęków i zaburzeń depresyjnych. Szereg badań pokazuje, że Polacy dość powszechnie skarżą się na silny stres, niepokój i samotność, a dla wielu osób pandemia jest zdarzeniem wręcz traumatycznym, które wywołuje objawy stresu pourazowego. – Zaburzenie i choroby psychiczne zostaną z nami na dłużej, podobnie jak pewna ostrożność, dystans społeczny oraz uzależnienie od internetu – wskazuje psycholog dr Beata Rajba.

– Kilka tygodni, które spędziliśmy na home office i home learning, sprawiło, że staliśmy się bardziej zdezorganizowani, że w pewien sposób skonfliktowała i nałożyła się na siebie sfera zawodowa i prywatna. Do tego doszło zmęczenie i monotonia, więc teraz powoli wchodzimy w fazę wypalenia, wyczerpania – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes psycholog dr Beata Rajba, wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Pandemia koronawirusa i związane z nią obostrzenia mocno wpłynęły na życie społeczne. Wymusiły pracę zdalną, ograniczenia w przemieszczaniu się i kontaktach ze znajomymi czy rodziną. Polacy sumiennie podeszli do rządowych zaleceń: więcej niż 7 na 10 osób ograniczyło wyjścia z domu do niezbędnego minimum, a 14 proc. w pierwszych miesiącach pandemii w ogóle nie opuszczało swojego domu (badanie „Życie Polaków podczas epidemii” VOX). Zamknięcie w czterech ścianach odbiło się jednak na naszej kondycji psychicznej: dla blisko połowy (47 proc.) życie w ostatnich miesiącach stało się bardziej stresujące, a dla co trzeciego – bardziej chaotyczne.

– Podczas tych tygodni odosobnienia przeżyliśmy trzy fazy radzenia sobie z kryzysem. Pierwsza była faza dezorganizacji, kiedy w sposób chaotyczny rzucaliśmy się do sklepów, kupowaliśmy zapasy makaronu i  papieru toaletowego. Później przyszła faza adaptacji, która wbrew pozorom wymaga ogromnego wysiłku organizacyjnego. I wreszcie teraz ten wysiłek zaowocował fazą wypalenia – tłumaczy ekspertka.

Szereg badań pokazuje, że pandemia i jej konsekwencje – w tym kilka tygodni społecznej izolacji – przyczyniły się do spotęgowania lęków, niepokojów i zaburzeń depresyjnych. Opublikowany w połowie maja raport ONZ („COVID-19 and the Need for Action on Mental Health”) pokazuje, że jeszcze przed wybuchem globalnej epidemii na depresję cierpiało 264 mln ludzi, a obecna sytuacja znacznie te statystyki pogorszy. Strach przed zakażeniem, obawy o zdrowie swojej rodziny, przymusowa izolacja i samotność, a do tego problemy ekonomiczne, groźba utraty pracy i dochodów oraz widmo kryzysu gospodarczego i niemożność zaplanowania przyszłości – wszystkie te czynniki powodują, że w wielu krajach ONZ notuje dużo wyższy niż zwykle poziom depresji i lęku.

– Wraz z moimi studentami przeprowadziłam badania w dwóch panelach. Pierwszy zakończył się tuż przed Wielkanocą i już pokazywał alarmujące informacje: 1/3 dorosłych i 44 proc. nastolatków mierzyło się z objawami depresji, przy czym 1/5 miała myśli samobójcze, więc był to katastrofalny wynik. Drugi panel zakończył się 15 maja i wyniki były jeszcze gorsze: wśród dorosłych z objawami depresji mierzyło się już 39,5 proc. osób. Młodzież jest w tej chwili w szczególnie trudnej sytuacji, a poprzez brak bezpośredniego kontaktu nauczycielom trudniej zauważyć, że coś jest nie tak, i pomóc. Również rodzice są zestresowani, wystraszeni, mają swoje kłopoty, na których się skupiają. Jeśli obdarzają nastolatka uwagą, to często negatywną. W efekcie zostaje on pozostawiony sam sobie – mówi dr Beata Rajba. – Bardzo ważne jest teraz, żeby rozmawiać z nastolatkami w domu o ich obawach, zwrócić na nich uwagę, a w razie, gdy coś nas zaniepokoi, szukać pomocy, np. skontaktować się przez wirtualny dziennik z pedagogiem czy psychologiem szkolnym, który doradzi, co dalej zrobić.

Raport opracowany przez VOX pokazuje, że w ostatnich tygodniach ponad połowa Polaków negatywnie ocenia swój nastrój, przy czym 14 proc. źle lub bardzo źle. Izolację najgorzej znosiły osoby w wieku 25–34 lata. Konieczność pozostania w domu wzmagała stres i niepokój (25 proc.), a co piąta osoba negatywnie oceniająca swój nastrój narzekała na samotność i brak kontaktu z innymi ludźmi (18 proc.). Z kolei badania prowadzone przez zespół naukowy z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego pokazały, że dla wielu Polaków pandemia jest zdarzeniem wręcz traumatycznym, które u 37 proc. badanych powoduje objawy stresu pourazowego (PTSD). Podobny odsetek (38 proc.) zgłasza nasilone objawy depresyjne, a aż 62 proc. – nasilone objawy lęku uogólnionego, który znacząco wpływa na codzienne funkcjonowanie.

Szczególnie narażeni na psychologiczne skutki pandemii SARS-CoV-2 są pracownicy służby zdrowia – podkreśla ONZ w swoim raporcie. Według danych przytaczanych przez Medicover 35 proc. pracowników medycznych odczuwa wręcz traumatyczny stres, 15 proc. cierpi na depresję, a 12 proc. odczuwa silny niepokój związany z aktualną sytuacją. Ich położenie jest szczególnie trudne, bo obok obciążającej pracy i niedostatecznego wsparcia muszą się mierzyć z lękiem o siebie i rodziny oraz ostracyzmem otoczenia powodowanym obawą przed zachorowaniem albo wręcz agresją sąsiadów, pacjentów czy ich rodzin, u której źródła leżą lęk i bezsilność. Większa skłonność do agresji jest wpisana w fazę wyczerpania sytuacją pandemii, w jaką wchodzimy teraz jako społeczeństwo. Łatwiej nam wówczas depersonalizować innych ludzi, traktować ich przedmiotowo i bez empatii.

– Nasilenie lęku szczególnie dotyczy też osób z wszelkiego rodzaju fobiami, zwłaszcza fobiami czystości, które boją się zachorować. Trudno do normalności wrócić również osobom z fobią społeczną, które odzwyczaiły się od kontaktów z innymi ludźmi. Choroby i zaburzenia psychiczne pewnie zostaną z nami na dłużej – przewiduje dr Beata Rajba.

Psycholog z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej wskazuje, że długotrwałą konsekwencją pandemii może być także zmiana relacji społecznych: większy dystans i ostrożność w kontaktach międzyludzkich.

– Na pewno na dłużej zostanie z nami także uzależnienie od internetu, będzie nam trudniej wrócić do normalności. Porzucimy też podawanie ręki na rzecz innych bezdotykowych form powitania. Wreszcie wiele relacji przeniesiemy do sieci, to zaś niesie ryzyko, że ulegną one spłyceniu, a wreszcie wygasną, pozostawiając nas z mniejszym kręgiem przyjaciół, ale też wsparcia społecznego – mówi.

Pandemia i kwarantanna sprawiły, że życie społeczne i zawodowe Polaków przeniosło się do internetu. Urząd Komunikacji Elektronicznej pokazał na Twitterze statystyki, z których wynika, że już w kwietniu natężenie transmisji danych w sieciach stacjonarnych wzrosło o 140 proc. w szczytowym okresie miesiąca. Operatorzy telekomunikacyjni informowali o kilkudziesięcioprocentowych wzrostach mobilnej transmisji danych, a największe serwisy streamingowe – o dużych wzrostach oglądalności. Polacy w trakcie pandemii wykorzystywali internet do pracy, nauki, rozrywki, a także zakupów. Według Nielsena 31 proc. zwiększyło swoją aktywność zakupową w kanale online w kategorii produktów spożywczych i kosmetyczno-chemicznych.

Kamery termowizyjne są coraz skuteczniejsze, choć ciągle można je oszukać

Drony wyposażone w kamery termiczne były używane w Wuhanie w czasie szczytu pandemii. Amerykańska firma opracowała kamery, które mogą wykrywać zmiany temperatury skóry nawet o 0,01 stopnia Celsjusza. Niedawno opracowano zautomatyzowany system, który wykorzystuje kamery termiczne do dokładnego, bezdotykowego pomiaru temperatury skóry. To tylko przykłady termografii, która może okazać się pomocna w walce z koronawirusem. Systemy monitorowania można jednak łatwo oszukać. Polska firma Scanway opracowała kamery, które mierzą temperaturę przy kącikach oczu. Dzięki temu system działa praktycznie bezbłędnie.

– Systemy termograficzne to przede wszystkim wysokiej rozdzielczości kamera termowizyjna, czyli taka, która pracuje w paśmie podczerwonym. To jest pasmo światła, którego nie widzą nasze oczy, a jest generowane przez każdy obiekt, który ma jakiekolwiek ciepło. Człowiek generuje to pasmo, słońce oczywiście też. System zbiera dane na temat tego, na ile obiekty są ciepłe i z jaką ciepłotą emitują to promieniowanie podczerwone – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jędrzej Kowalewski, prezes Scanway.

Kamery termowizyjne są już stosowane od lat, jednak w czasie pandemii koronawirusa zapotrzebowanie na nie znacznie wzrosło. Drony wyposażone w kamery termiczne były używane w chińskim Wuhanie. Amerykańska firma Flir odnotowała olbrzymi wzrost zapotrzebowania na kamery termowizyjne, które mogą wykrywać zmiany temperatury skóry o 0,01 st. C. Athena Security uruchomiła system wykrywania gorączki, który łączy się bezpośrednio z istniejącym systemem kamer bezpieczeństwa w celu uzyskania wyników w czasie rzeczywistym. Vodafone UK wprowadził na rynek kamerę do wykrywania ciepła wyposażoną w łączność IoT. Według firmy może sprawdzić temperaturę 100 osób na minutę. W czasach pandemii istotna jest skuteczność tego typu rozwiązań.

– Skuteczność kamer termowizyjnych jest już udowodniona w wielu aplikacjach przemysłowych – przekonuje prezes Scanway. – Jeśli natomiast chodzi o termografię ludzkiego ciała, jest kilka problemów i ich skuteczność zależy od tego, w jaki sposób podejdzie się do tego pomiaru. Trzeba ocenić np., czy człowiek faktycznie ma całkowicie odsłoniętą twarz, czy nie jest obarczony jakąś chorobą przewlekłą. Jednak ich skuteczność w 90 proc. przypadków, dla tłumu ludzi, jest bardzo wysoka.

Według ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia, chociaż kamery termowizyjne mogą być pomocne w badaniach przesiewowych, nie są wystarczające do faktycznej diagnozy. Obrazowanie termiczne mierzy jedynie temperaturę skóry, a nie temperaturę wewnętrzną.

– Zrobiliśmy wiele testów, żeby ocenić, co wpływa na pomiar temperatury, i wiemy już, że nie są to wysiłek fizyczny, stres, nasłonecznienie twarzy czy przebywanie w ciepłym samochodzie. Mogą go oszukać takie rzeczy jak picie gorącego napoju zaraz przed wejściem w oko takiej kamery, jak również  to, czy np. ktoś jest w ciąży, wtedy automatycznie temperatura ludzkiego ciała jest podniesiona. Na pomiar może wpływać również gorąca kąpiel, która na pół godziny podnosi o kilka stopni naszą temperaturę ciała  –  wymienia Jędrzej Kowalewski.

Polska firma Scanway opracowała system zdalnego pomiaru temperatury ciała do stosowania np. w zakładach pracy, który archiwizuje wyniki i łatwiej pozwala kontrolować stan zdrowia pracowników. Tradycyjne kamery wykrywają miejsca z najwyższą temperaturą i tam przeprowadzają pomiar. Kamery Scanway mierzą natomiast temperaturę w kącikach oczu, dzięki czemu system jest bardzo precyzyjny.

– Aby oszukać system termowizyjny, schładzając swoje ciało, musielibyśmy przykładać lód do swojej twarzy przez kilka minut, natomiast większość systemów wykrywa najcieplejsze miejsca na twarzy. Jeśli np. schłodzimy lodem czy zimną łyżką nasze czoło, to w tym momencie system automatycznie sprawdzi też inne rejony. Pomagamy też tak skonfigurować systemy, żeby jak najlepiej wykrywały osoby gorączkujące – dodaje prezes Scanway .

Pandemia nie zatrzymała 5G. Kraje UE dynamicznie rozwijają infrastrukturę telekomunikacyjną kolejnej generacji

Koronawirus nie wpłynął na spadek zainteresowania siecią 5G w Unii Europejskiej. Kraje członkowskie aktywnie inwestują w rozwój infrastruktury, a operatorzy uruchamiają pierwsze oferty z dostępem do 5G. W Polsce, pomimo odwołania aukcji pasm 5G, do końca roku wszyscy operatorzy będą mieli w swojej ofercie abonamenty kompatybilne z telefonami z 5G, a w Niemczech na rozwój tej sieci przeznaczono miliardy euro w ramach pakietu stymulacyjnego.

– Pandemia COVID-19 stanowi wyzwanie dla operatorów telefonii komórkowej, ponieważ chcą oni zwiększyć liczbę abonamentów 5G. Tymczasem aż 26 proc. Niemców prawdopodobnie zacznie korzystać z 5G zgodnie z planem lub wcześniej, niż planowano, pomimo pandemii – wskazuje Susan Welsh de Grimaldo, dyrektor firmy analitycznej Strategy Analytics.

W ramach odmrażania niemieckiej gospodarki po pandemii koronawirusa rząd kanclerz Angeli Merkel przeznaczy 130 mld euro na realizację pakietu stymulacyjnego. Środki te mają posłużyć do pobudzenia konsumpcji oraz sektora inwestycji. Część tej kwoty trafi do firm zajmujących się rozbudową sieci 5G. Niemiecki rząd liczy na to, że inwestycje m.in. w infrastrukturę nowej generacji pozwolą złagodzić skutki pandemii, której efektem są chociażby mniejsze wydatki na nowe smartfony.

– W Niemczech 37 proc. konsumentów kupi nowy smartfon zgodnie z planem lub nawet wcześniej, pomimo pandemii koronawirusa – przekonuje David Kerr ze Strategy Analytics. – Z drugiej strony niemal 25 proc. posiadaczy smartfonów Apple i Huawei oraz 15 proc. posiadaczy telefonów Samsung planuje wydać mniej pieniędzy na zakup nowego smartfona.

Potencjał technologii 5G docenili również polscy operatorzy. Mimo iż Urząd Komunikacji Elektronicznej anulował aukcje pasm 5G, największe sieci komórkowe albo już oferują klientom dostęp do szybkiej infrastruktury sieciowej, albo przygotowują się do uruchomienia takiej usługi. W okresie przejściowym, do czasu przyznania nowych częstotliwości, polscy operatorzy będą świadczyć usługi 5G w ramach częstotliwości LTE.

Największą liczbą nadajników przystosowanych do współpracy z urządzeniami 5G na polskim rynku dysponuje sieć T-Mobile, która uruchomiła 1600 stacji bazowych. Play ma obecnie do swojej dyspozycji 500 nadajników tego typu, a Polkomtel 100, choć firma zapowiada, że w najbliższej przyszłości uruchomi 600 nowych stacji bazowych przystosowanych do komunikacji w ramach sieci 5G. Jedynym dużym polskim operatorem, który na razie nie oferuje swoim klientom dostępu do 5G, jest Orange. Firma planuje wejść na ten rynek od 1 lipca i według wstępnych założeń w zasięgu jej infrastruktury 5G znajdzie się 6 mln obywateli.

Tymczasem możliwość dostępu do technologii 5G dla wielu konsumentów może być przyczyną zmiany operatora.

– Konsumenci w grupach wiekowych 18–24 i 25–34 lata są najmniej lojalni wobec obecnego operatora, a ponad jedna trzecia generacji Z i milenialsów prawdopodobnie zmieni operatora, aby uzyskać niższe ceny. Ryzyko odejścia jest szczególnie wysokie wśród abonentów, którzy najprawdopodobniej przejdą na 5G: prawie połowa z osób rezygnujących aktywnie planuje przejście na 5G, podczas gdy prawie trzy czwarte bardziej lojalnych subskrybentów nie ma obecnie zamiaru przejść na tę sieć – wskazuje Susan Welsh de Grimaldo, dyrektor Strategy Analytics.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

Więcej dzieł sztuki na rynku komercyjnym to efekt koronawirusa

W ubiegłym tygodniu opinię publiczną w Szczecinie rozgrzał temat dwóch cennych dzieł sztuki, które znajdowały się w depozycie Muzeum Narodowego w Szczecinie, a ich właściciel, czyli mBank zdecydował się na wystawienie ich na licytacji. Sprawa na pewno nie jest przyjemna dla naszego miasta, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że cenne płótna, mocno związane tożsamościowo ze Szczecinem zmienią właścicieli. Czy z punktu widzenia gospodarczego należy być zaskoczonym taką decyzją? Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy i jednocześnie ekspert z zakresu obrotu handlowego dziełami sztuki przyznaje, że nie. Dlaczego? Bo kiedy firmy dotyka kryzys, najpierw decydują się na spieniężenie aktywów, które nie dotyczą ich wiodącej działalności. Czas po pandemii koronawirusa to więc czas kiedy na rynku pojawił się ogrom dzieł sztuki, często w bardzo okazyjnych cenach.

Sprzedaż dzieł to często efekt pandemii koronawirusa.  „Wsparcie bieżącej płynności poprzez upłynnienie aktywów”

Czas po pandemii koronawirusa spowodował duży ruch na rozmaitych portalach aukcyjnych zajmujących się dystrybucją dzieł sztuki. Wiele ciekawych ofert trafiło także do firm oraz doradców, którzy zajmują się inwestycjami.  Jak mówi Katarzyna Michalska to dobry czas dla pasjonatów dzieł sztuki, bo można zakupić niezwykłe obrazy w cenach, które są atrakcyjniejsze niż przed pandemią koronawirusa. To właśnie sytuacja gospodarcza i chęć zachowania płynności finansowej powoduje, że wielu kolekcjonerów lub firm decyduje się na sprzedaż swoich zasobów.

Sprzedaż obrazów znajdujących się w depozycie Muzeum Narodowego w Szczecinie to zła wiadomość dla szczecińskiej kultury, ale dobra dla… kolekcjonerów. To naprawdę cenne dzieła.  – Na aukcji 25 czerwca pojawią się oprócz dzieł ze szczecińskiego muzeum również obrazy takich mistrzów jak Alfred Wierusz-Kowalski, Włodzimierz Tetmajer, Józef Brandt, to będzie szczęśliwy dzień dla nabywcy, jednak utrata tak wielkich nazwisk z ekspozycji muzealnych jest nieocenioną stratą dla nas – odbiorców, widzów – mówi Katarzyna Michalska.

Sprzedaż obrazów oraz zamieszanie medialne spowodowane decyzją mBanku może być dla korporacji dużym problemem wizerunkowym: – Myślę, że wielu klientów korporacyjnych będzie czuło niepokój i będzie doszukiwało się drugiego dna w działaniach banku. Wielu obserwatorów może odczytywać sprzedaż tak znaczącej kolekcji jako wsparcie bieżącej płynności poprzez upłynnienie aktywów. Będą nasuwać się pytania, dlaczego mBank pozbywa się tak cennych dzieł sztuki kiedy Santander, Deutsche bank czy ING również mając swoje wielkie kolekcję nie sprzedają ich, a wręcz traktują jako dobro kultury, które zostanie przekazane potomnym – dodaje Katarzyna Michalska.

„Nie spodziewam się by dzieła były licytowane poniżej swojej wartości, ale cena wywoławcza może być nawet lekko zaniżona”

Jak mówi Katarzyna Michalska do jej kancelarii trafia coraz więcej osób, które pytają o możliwość spieniężenia dzieł sztuki. – Pamiętam rok 2008 i działało to podobnie. Osoby, które miały dzieła sztuki decydowały się na ich spieniężenie. Nie spodziewam się by dzieła były licytowane poniżej swojej wartości, ale cena wywoławcza może być nawet lekko zaniżona, bo domy aukcyjne będą liczyć na zaciekłą licytację chętnych do zakupu. To okazja dla kolekcjonerów, choć przyznaje, że jeżeli sprzedaż nie odbywa się „kanałem oficjalnym” to często mamy do czynienia ze sprzedażą dzieł poniżej pewnego poziomu cenowego – mówi doradca gospodarczy.

Specjalistka  nie chce komentować konkretnej decyzji mBanku, który zdecydował się na wystawienie na aukcji dzieł, które przez lata znajdowały się w depozycie Muzeum Narodowego w Szczecinie. Sytuacja jednak może budzić pewne zaniepokojenie: – Ta decyzja jest zaskakująca i wiele środowisk kultury jest nastawiona do sytuacji bardzo sceptycznie. Klienci domu aukcyjnego są jednak na pewno zadowoleni – mówi Katarzyna Michalska. – W czasie ostatnich kilku tygodni trafiło do nas czterech różnych klientów, którzy oferują swoją kolekcje albo dzieła sztuki z pytaniem czy jest szansa na ich sprzedaż – dodaje.

PARP rozdysponuje 2,5 mld bezzwrotnej pomocy dla średnich przedsiębiorstw

„Dotacje na kapitał obrotowy to kolejne wsparcie dla przedsiębiorców w trudnej sytuacji ekonomicznej wywołanej epidemią” – powiedziała w trakcie webinarium Ministerstwa Rozwoju i PARP wicepremier Jadwiga Emilewicz. Od 15 czerwca na stronie Agencji rusza nabór wniosków o pomoc dla średnich przedsiębiorstw. By ją otrzymać, wystarczy udowodnić spadek obrotów o 30 proc. podczas epidemii.

Dotacje na kapitał obrotowy były tematem kolejnego webinarium z cyklu „Tarcza Antykryzysowa dla Biznesu” organizowanego przez Ministerstwo Rozwoju i Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Ma to być łatwo dostępna, bezzwrotna pomoc na zaspokojenie pilnych potrzeb przedsiębiorcy w zakresie utrzymania płynności i przezwyciężenia trudności finansowych, które zaistniały wskutek epidemii COVID-19. Skorzystanie z niej nie pozbawia właścicieli firm możliwości ubiegania się o inne formy pomocy zawarte w tarczy antykryzysowej.

„Upraszczane są maksymalnie procedury po to, aby po te środki sięgnąć. Mam nadzieję, że będzie to taka zmiana w procesach aplikacyjnych, która zostanie z nami i po pandemii, oraz że ośmielimy wiele firm, aby sięgały po środki europejskie i uwierzyły, że to nie są szczyty nie do zdobycia” – mówiła w trakcie webinarium Jadwiga Emilewicz, wicepremier i minister rozwoju.

Dotacje na kapitał obrotowy to bezzwrotne dofinansowanie przeznaczone na wydatki związane z bieżącą działalnością średnich firm. Średnie przedsiębiorstwa to podmioty zatrudniające co najmniej 50, lecz mniej niż 250 pracowników. Ich roczne obroty nie mogą przekraczać 50 mln euro lub rocznej sumy bilansowej – 43 mln euro.

Środki przeznaczone na dotacje pochodzą z dwóch europejskich programów operacyjnych. 500 mln zł z programu Polska Wschodnia trafi do średnich firm z pięciu województw położonych na wschodzie naszego kraju: lubelskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego. Kolejne 2 mld zł z programu Inteligentny Rozwój przeznaczone jest dla średnich przedsiębiorstw z pozostałych 11 województw.

„Będzie można je przeznaczyć na bieżącą działalność firmy, czyli pokrycie kosztów gazu, prądu, paliwa, wynajmu powierzchni, zakupu towarów, ubezpieczeń. Z dotacji na kapitał obrotowy będą mogli skorzystać ci przedsiębiorcy, którzy odnotowali spadek dochodów co najmniej o 30 proc. w dowolnym miesiącu po 1 lutego 2020 r., porównując ten spadek do poprzedniego miesiąca lub też analogicznego miesiąca ubiegłego roku” – mówiła Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. Innymi słowy, to przedsiębiorcy sami zadecydują, na co przeznaczą otrzymane pieniądze.

Minister Jarosińska-Jedynak podkreśliła, że wypełnianie wniosków na stronie PARP jest proste – intuicyjne i przejrzyste. Tak naprawdę trzeba będzie jedynie podać dane teleadresowe plus podstawowe informacje o firmie. Agencja wymaga zaledwie kilku dokumentów, ponieważ chce przyspieszyć wypłatę pieniędzy. Cała korespondencja, jak i zawarcie umowy z beneficjentem będzie się odbywać drogą elektroniczną, dlatego bardzo ważne jest podanie działającego adresu e-mail.

„Mamy nadzieję, że będzie to wsparcie, które pomoże Państwu w tych trudnych chwilach. Pomoże, ponieważ będziemy mogli finansować te wydatki, które Państwo muszą ponosić codziennie na swoją zwykłą działalność’ – powiedziała w trakcie webinarium Małgorzata Oleszczuk, prezes PARP.

Pomoc można będzie otrzymać na jeden, dwa lub trzy miesiące. Ma ona umożliwić przetrwanie firmy w najtrudniejszym okresie. „Ważne, by wnioskujący o pomoc przedsiębiorcy na koniec grudnia 2019 r. nie znajdowali się w trudnej sytuacji ekonomicznej. To znaczy, by nie zalegali z podatkami i płacili na czas wszystkie składki oraz zobowiązania u kontrahentów” – wyjaśniała Małgorzata Szczepańska, ekspert Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

Maksymalne dofinansowanie w ramach dotacji na kapitał obrotowy wynosi 429.827 zł.

„Ta liczba to iloczyn okresu i liczby pracowników z uwzględnieniem stawki dla każdego poziomu zatrudnienia, odpowiednik liczby etatów. To, co tu istotne i zachęcające, to zerowy wkład własny. Nie przewidujemy innego wariantu dofinansowania tego konkursu niż 100 proc.” – stwierdził Arkadiusz Dewódzki, ekspert PARP. Podkreślił, że przedsiębiorcy nie ponoszą żadnych kosztów w związku z realizacją projektów w ramach opisywanych instrumentów.
Więcej informacji o dotacjach na stronie PARP. Nabór wniosków trwa od 15 czerwca do 31 lipca 2020 r. Konkurs zostanie wcześniej zamknięty, jeśli pula środków się wyczerpie.

Na przedsiębiorców czekają kolejne wideokonferencje z cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu”. W poniedziałek 15 czerwca przedstawiciele Ministerstwa Rozwoju podejmą temat „Pakiet mieszkaniowy jako impuls dla gospodarki”.

Więcej informacji oraz szczegółowy harmonogram webinariów: www.parp.gov.pl/tarcza.

Partnerami cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu” są Ministerstwo Finansów, Krajowa Administracja Skarbowa, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Agencja Rozwoju Przemysłu, Polski Fundusz Rozwoju, Urząd Zamówień Publicznych, Bank Gospodarstwa Krajowego, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Krajowy Punkt Kontaktowy ds. Instrumentów Finansowych Programów Unii Europejskiej.

Pożyczka płynnościowa. Dla kogo? Na co? Za ile? – podsumowanie webinaru PARP i MR

Przedsiębiorcy, których biznesy ucierpiały na skutek pandemii COVID-19, mogą zwrócić się o pomoc finansową do różnych instytucji. Dostępnych jest szereg rozwiązań, które mają na celu zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorstw lub wsparcie inwestycyjne. Kto może złożyć wniosek o pożyczkę płynnościową i jakie są zasady jej przyznawania? O tym 2 czerwca 2020 r. rozmawiali eksperci z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Banku Gospodarstwa Krajowego, podczas webinaru w ramach cyklu konferencji „Tarcza antykryzysowa dla biznesu”.

Podczas wideokonferencji omówiono m.in. zasady, jakie obowiązują przedsiębiorców przy składaniu wniosków o pożyczkę płynnościową. Ekspertami, którzy wzięli udział w webinarze był Daniel Szczechowski, Naczelnik Wydziału Instrumentów Finansowych i Projektów z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Przemysław Derwich, Dyrektor Biura Projektów i Produktów Kapitałowych z Banku Gospodarstwa Krajowego.

Instrumenty w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej przygotowało szereg mechanizmów, działań i inicjatyw, które mają na celu pomoc w przetrwaniu przedsiębiorstw w czasach pandemii COVID-19. Do wyboru jest kilka dostępnych instrumentów – zaspokajają one różne potrzeby oraz adresowane są do różnych odbiorców.

Wśród priorytetowych obszarów jest wsparcie przedsiębiorstw w finansowaniu bieżących wydatków. Narzędzia, które mogą w tym pomóc to m.in. gwarancje na kredyt obrotowy oraz pożyczki płynnościowe.

Na rynku dostępne są również instrumenty inwestycyjne, skierowane do przedsiębiorców, którzy w czasach pandemii znaleźli niszę na rynku i chcą się w niej rozwijać. Dla takich firm dostępne jest wsparcie w postaci – obecnego od wielu lat – kredytu na innowacje technologiczne. Jego wymogi w czasie pandemii zostały złagodzone (rozszerzony katalog kosztów kwalifikowalnych, zmieniona minimalna wartość oraz bardziej korzystne warunki dotyczące wkładu własnego).

Kolejną pomoc dla firm niesie działanie 2.1 POIR tj. „Wsparcie inwestycji w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw”. Instrument jest skierowany do organizacji, które planują projekty inwestycyjne polegające na budowie (lub unowocześnieniu) infrastruktury w przedsiębiorstwie, służącej do opracowania, testowania czy przygotowania do masowej produkcji produktów służących do zwalczania epidemii – produktów leczniczych, medycznych czy surowców chemicznych.

Pożyczki płynnościowe – dla kogo?

Skierowane są dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, które zatrudniają mniej niż 250 osób. Warunkiem przy składaniu wniosku jest wystąpienie problemu płynności finansowej, który nastąpił na skutek pandemii COVID-19. W tym przypadku, ważne jest indywidualne uzasadnienie wniosku, który podlega weryfikacji przez pośrednika finansowego. Po stronie ubiegającego się o pożyczkę leży uargumentowanie, jak sytuacja związana z pandemią wpłynęła na funkcjonowanie jego przedsiębiorstwa.

Na co można przeznaczyć środki?

Przedsiębiorca może przeznaczyć uzyskane fundusze na poprawę płynności finansowej, utrzymanie działalności czy uregulowanie bieżących kosztów działalności. Może je przeznaczyć na m.in. wynagrodzenia dla pracowników (w tym także dla osób samozatrudnionych), uregulowanie zobowiązań handlowych lub publiczno-prawnych, wydatki związane z użytkowaniem infrastruktury danego przedsiębiorcy czy kupnem surowców i półproduktów.

Pożyczka płynnościowa nie koliduje z innymi formami pomocy publicznej, którą przedsiębiorca uzyskał w przeszłości lub planuje dopiero uzyskać, np. pożyczka o charakterze inwestycyjnym – powiedział Daniel Szczechowski z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej. – Fakt, że firma skorzysta z pożyczki płynnościowej nie ma wpływu także na limit pomocy de minimis – dodaje.

Na jakich warunkach?

Wysokość pożyczki ustalana jest indywidualnie dla każdego przedsiębiorcy. Pod uwagę brane jest 25% wysokości obrotu lub dwukrotność wynagrodzeń za 2019 rok. Kredyt jest bezpłatny, tzn. klienci nie płacą oprocentowania, nie ma również żadnych innych dodatkowych kosztów (np. prowizji). Nie ma także wymogu wkładu własnego. Z pożyczki można finansować 100% wszystkich kosztów, na które jest ona przeznaczona. Zobowiązanie do 100 tys. zł zabezpiecza się w pierwszej kolejności wekslem in blanco.

– Bank Gospodarstwa Krajowego działa za pomocą pośredników finansowych. W celu dystrybucji pożyczki, wybraliśmy kilkanaście firm, które w poszczególnych regionach udzielają wsparcie – mówi Przemysław Derwich z Banku Gospodarstwa Krajowego.

Nabór wniosków

Od maja, czyli od momentu wprowadzenia pożyczki płynnościowej, cieszyła się ona dużym zainteresowaniem, przez co środki zostały rozdystrybuowane już w kilkanaście dni. Stąd rozwiązanie Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej, aby zwiększyć pulę o dodatkowe kilkaset milionów złotych.

– Planujemy uruchomić kolejne nabory na nowe instytucje finansujące. Zwiększy się też kwota alokacji całego przedsięwzięcia. Ma to poprawić dostępność pożyczek w skali całego kraju. Nowa pula ma być dostępna na początku wakacji, prawdopodobnie w lipcu – dodaje Przemysław Derwich.

Kooperacja pomiędzy Volkswagen Samochody Dostawcze i firmą Ford przechodzi na kolejny poziom

  • Pickup na bazie Forda Ranger – ukaże się na rynku jako nowy Amarok w roku 2022
  • Volkswagen Samochody Dostawcze będzie produkować dostawczy pojazd miejski na bazie Caddy 5 dla Forda
  • Ford rozpoczyna prace w zakresie rozwoju Transportera w segmencie do 1 Tony ładowności
  • Kooperacja obejmować będzie do 8 milionów pojazdów w ramach całego cyklu życia produktów

Poznań, Hanower 10.06.2020 –  w ubiegłym roku koncerny Volkswagen i Ford ogłosiły szeroko zakrojoną kooperację, zakładającą współpracę w obszarach pojazdów elektrycznych i lekkich samochodów dostawczych oraz współdziałanie w ramach rozwoju systemów autonomicznych. Podpisane aktualnie umowy pomiędzy firmami Ford i Volkswagen są ważnym krokiem milowym w kooperacji tych koncernów. Tworzą bazę dla trzech projektów pojazdów Forda i Volkswagen Samochody Dostawcze (VWN) i będą obejmować wolumen w wysokości do 8 milionów aut w całym cyklu życia tych pojazdów. Oprócz ustalonej już współpracy w ramach Pickupa średniej wielkości biegną również projekty dla miejskiego pojazdu dostawczego oraz Transportera w segmencie do 1 tony ładowności.

Thomas Sedran, Prezes Marki Volkswagen Samochody Dostawcze: „Strategiczna współpraca z Fordem jest ważnym elementem naszej strategii przyszłości GRIP 2025+ i tym samym częścią transformacji, w której znajduje się Marka. Kooperacja wzmacnia naszą silną pozycję w obszarze lekkich samochodów dostawczych w kolejnych latach, przede wszystkim jeśli chodzi o europejskie rynki zbytu. Partnerstwo z Fordem ma charakter długofalowy, a teraz podpisane umowy są dla mnie potwierdzeniem, że z powodzeniem krok po kroku realizujemy nasz plan.”

Ford Ranger i Volkswagen Amarok

W przyszłości Ford jako partner wiodący będzie produkował dla Volkswagen Samochody Dostawcze nową wersję Amaroka na bazie Rangera. Następca Amaroka od roku 2022 będzie produkowany w zakładzie Forda w Silverton w RPA. Sedran: „Dla obu partnerów ważne jest wykorzystanie tej samej platformy, jednocześnie oboje będziemy chcieli uwydatnić w pełni nasze mocne strony poprzez dopasowanie i indywidualny design, jak również interfejs i tym samym wyraźnie podkreślić różnice między modelami. Z kolei dla Volkswagen Samochody Dostawcze, i następcy Amaroka głównymi rynkami zbytu będą kraje z obszaru EMEA (Europa-Arabia-Afryka). Skorzystają z tego ostatecznie nasi klienci, ponieważ bez tej kooperacji nie stworzylibyśmy nowego Amaroka.”

Miejskie auto dostawcze i Transporter

Podpisy pod aktualnymi umowami o kooperację są podstawą dla dwóch kolejnych projektów: Volkswagen Samochody Dostawcze na bazie zaprezentowanego w lutym tego roku Caddy 5 rozwinie miejski samochód dostawczy i będzie go produkował dla Forda w Polsce pod nazwą Transit Connect od 2021. Tym samym Ford wypuści na rynek pierwszy pojazd w ramach kooperacji z Volkswagen Samochody Dostawcze. Produkcja nowego Caddy 5, który po premierze światowej w lutym 2020 został bardzo pozytywnie przyjęty przez międzynarodowe media, rozpocznie się w drugiej połowie 2020 w Poznaniu.

Ważnym segmentem w obszarze lekkich samochodów dostawczych są Transportery z ładownością do jednej tony. Volkswagen Samochody Dostawcze oraz Ford postanowiły również w ramach tego segmentu rozpocząć kooperację, u której podstaw leży umowa między stronami. W ramach współpracy nad Transporterami firma Ford przejmie rolę wiodącą w zakresie rozwoju technicznego oraz produkcyjnego. Thomas Sedran: „Projekt ‘1Ton’ będzie dla Volkswagen Samochody Dostawcze dodatkowym wzmocnieniem w obszarze klientów firmowych, ponieważ będziemy w stanie stworzyć silną ofertę z bardzo dobrymi warunkami kosztowo-użytkowymi. Jednocześnie w naszych rękach nadal na wyłączność pozostaje rozwój techniczny, produkcja oraz marketing następcy naszej dzisiejszej serii 6.1 dla klientów prywatnych, czyli modeli Multivan, Caravella i California. Można by rzec – łączymy to co najlepsze z dwóch światów motoryzacyjnych dla naszych klientów”

Rozwój jazdy autonomicznej

Z początkiem miesiąca podpisane zostały umowy w ramach kooperacji w obszarze rozwoju jazdy autonomicznej, a spółka siostrzana Volkswagena AID została wcielona do przedsiębiorstwa ARGO AI. W ten sposób stworzono podstawę dla globalnie działającego przedsiębiorstwa w zakresie rozwoju jazdy autonomicznej. Obaj partnerzy w przyszłości będą mogli indywidualnie korzystać z oprogramowania oraz systemu SDS (Self Driving System). W ramach koncernu Volkswagena, VWN jest odpowiedzialny za rozwój techniczny jazdy autonomicznej w obszarze MaaS/TaaS dla poziomu automatyzacji Level 4. Thomas Sedran: „W roku 2022 po raz pierwszy będziemy mogli wykorzystać flotę pojazdów autonomicznych w warunkach realnych. Będzie to pierwszym testem z wykorzystaniem pojazdów w pełni elektrycznych, z serii ID-BUZZ na poziomie Level 4. W tym celu ściśle będziemy współpracować z firmą ARGO. Ponadto jestem przekonany, że ARGO przejmie rolę wiodącą w całym przemyśle, z której zarówno Ford oraz my mocno skorzystamy.”

Kooperacja między koncernami Volkswagena i Forda nie spowoduje powiązania kapitałowego przedsiębiorstw, a wszystkie pojazdy będą dystrybuowane na rynkach niezależnie od siebie.

Korekta na rynkach trwa

Kończący się tydzień był jednym z najsłabszych od początku kryzysu. Po bardzo dobrym odbiciu przyszedł czas na korektę, a ta jest dotkliwa.

Rekordowo niskie stopy do 2022 roku

Na środowym posiedzeniu FED padło zapewnienie, że do 2022 roku nie zobaczymy podwyżek stóp procentowych w USA. Prognoza ta bazuje oczywiście na dzisiejszych modelach makroekonomicznych, które (jak pokazuje obecne półroczne) mogą się zmieniać w wyniku nagłych wydarzeń. Spodziewany jest ponad 6% spadek PKB. Do wartości tej należy jednak podejść z pewnym dystansem, bo na kolejne lata zapowiadany jest wzrost o 5% i 3,5%. Warto jednak zwrócić uwagę, że pomimo silnego odbicia w dwóch kolejnych latach lata 2020-2022 powinny łącznie spowodować wyraźnie niższy od średniej wzrost PKB w USA. Pozytywnie wyglądają też projekcje rynku pracy. Jeszcze w tym roku bezrobocie ma spaść poniżej 10%. Patrząc jednak na poziom tego wskaźnika w przeszłości w USA można odnieść wrażenie, że jest to bardzo ostrożna prognoza.

Święto niekorzystne dla złotego

Jak to niestety często bywa w dni wolne od pracy, kiedy to rynki działają, złoty traci na wartości. Inwestorzy nie mają bowiem tego dnia zbytnio powodu by kupować złotego, za to inne okazje za granicą dalej istnieją, co powoduje, że go sprzedają. Efekt tej prawidłowości nie jest przeważnie zbyt silny, ale w szczytowym momencie w Boże Ciało euro drożało o 3 grosze. Dzisiaj sytuacja wrócił już w okolice zamknięcia rynków w środę.

Spadki na rynkach trwają

Złoty trzyma się na razie wyjątkowo dobrze, ale na rynkach widać, że po ostatnim umocnieniu przyszedł czas na korektę. Jest ona widoczna w wielu aspektach. Giełdy od początku tygodnia są w wyraźnym odwrocie. Niemiecki DAX stracił ponad 7%, francuski CAC niewiele poniżej tej wartości, nawet polski WIG, który do środy był stabilny dzisiaj otworzył się około 3% spadkiem. Podobnie wygląda sytuacja na rynku ropy, gdzie baryłka staniała od początku tygodnia o 12%. Awersję do ryzyka widać również na parze euro do franka, gdzie frank wyraźnie się umocnił. Odczuli to dotkliwie kredytobiorcy frankowi.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Śledzenie rozpowszechniania się Covid-19 za pomocą smartfonów? Są poważne obawy dotyczące bezpieczeństwa

Eksperci cyberbezpieczeństwa wyrażają poważne obawy związane z wdrażaniem aplikacji śledzących kontakty z koronawirusem. Specjaliści firmy Check Point powołują się m.in. na możliwości tropienia urządzeń, naruszenia bezpieczeństwa danych osobowych, przechwytywania ruchu przez aplikacje i generowania fałszywych raportów zdrowotnych. W Polsce tego typu aplikacja – ProteGO Safe, stworzona przez Ministerstwo Cyfryzacji, już w dniu premiery wywołała niemałe kontrowersje, w związku z akcją promocyjną przeprowadzoną przez boty internetowe.

Analitycy firmy Check Point w ostatnim czasie dokładnie badają różnego rodzaju aplikacje stworzone do śledzenia kontaktów międzyludzkich w związku z pandemią Covid-19. Po wstępnym przeglądzie eksperci zgłosili szereg obaw dotyczących sposobu wdrażania aplikacji do śledzenia kontaktów. Badacze przedstawili swoje obawy m.in. w związku z możliwością śledzenia urządzeń przez osoby postronne.

Niektóre z aplikacji bazują na technologii Bluetooth Low Energy (BLE) – urządzenia nadają pakiety typu handshake, które ułatwiają identyfikację kontaktu z innymi urządzeniami. Jeśli nie zostaną one prawidłowo zaimplementowane, hakerzy mogą śledzić urządzenie danej osoby poprzez korelację urządzeń z odpowiednimi pakietami identyfikacyjnymi.

Wspomniane aplikacje przechowują dzienniki kontaktów, klucze szyfrujące i inne poufne dane na urządzeniach. Tego typu dane wrażliwe powinny być zaszyfrowane i przechowywane w tzw. „piaskownicy” (sandbox) aplikacji, a nie w lokalizacjach współdzielonych. Jednak nawet w sandboksie, przy uzyskaniu uprawnień roota lub fizycznego dostępu do urządzenia, dane mogą być zagrożone!

Co więcej, użytkownicy mogą być podatni na ataki „man-in-the-middle” i przechwytywanie ruchu generowanego przez aplikację, jeżeli cała komunikacja z serwerem pomocniczym aplikacji nie będzie prawidłowo zaszyfrowana. Eksperci twierdzą, że ważne jest, aby aplikacje kontaktowe dokonywały odpowiedniego uwierzytelnienia, gdy informacje są wysyłane na serwery, np. gdy użytkownik umieszcza swoją diagnozę i dzienniki kontaktów. Bez niej może się okazać, że serwery zostaną zalane fałszywymi raportami o stanie zdrowia, podważając tym samym wiarygodność całego systemu.

– Nasi eksperci wciąż zastanawiają się, czy aplikacje śledzące kontakty międzyludzkie są rzeczywiście bezpieczne. Po wstępnej ocenie, mamy pewne obawy. Tego typu programy muszą zachować delikatną równowagę między prywatnością a bezpieczeństwem, ponieważ niewłaściwe wdrożenie norm bezpieczeństwa może stanowić poważne zagrożenie dla danych użytkowników. Problem sprowadza się również do pytań o to, jakie dane są gromadzone, jak są przechowywane i w jaki sposób są one rozpowszechniane – mówi Jonathan Shimonovich, menedżer działu badań urządzeń mobilnych w firmie Check Point.

Jak informują przedstawiciele firmy, w najbliższych tygodniach badania nad tego typu aplikacjami będą intensywnie i skrupulatnie prowadzone, by uzyskać pewność, że dane użytkowników pozostaną bezpieczne. Wśród badanych aplikacji jest również ProteGO Safe, zaprezentowana przez polskie Ministerstwo Cyfryzacji.

RICS uruchomił usługę mediacji online

W odpowiedzi na rosnącą na tle pandemii Covid-19 liczbę sporów na rynku budownictwa i nieruchomości, m.in. w zakresie opłat za czynsz, RICS uruchomił usługę mediacji online.

Organizując ponad 5 tys. spotkań mediacyjnych rocznie, RICS jest największym i mającym najdłuższe doświadczenie dostawcą usług polubownego rozstrzygania sporów (DRS) w branży budownictwa, infrastruktury i nieruchomości na świecie. Od ponad 40 lat wyznaczeni przez RICS eksperci pomagają w rozwiązywaniu różnorodnych, niekiedy bardzo kompleksowych konfliktów wpisanych w codzienną praktykę rynku.

„Nałożone przez rządy poszczególnych państw ograniczenia w funkcjonowaniu gospodarki w związku z pandemią Covid-19 wywarły negatywny wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych, jak i mieszkaniowych, m.in. w zakresie opłat czynszowych i odcisnęły się piętnem na wzajemnych relacjach na linii najemca-wynajmujący, wprowadzając w nie ogromny chaos. Obowiązek zapłaty czynszu pozostaje kwestią bezsporną, problemem jest jednak to, że najemcy nagle przestali i często nadal nie są, pomimo stopniowego odmrażania gospodarek, w stanie go płacić. Właściciele nieruchomości muszą jednak wywiązywać się ze swoich zobowiązań, w tym finansowych, co tworzy błędne koło, które można zatrzymać jedynie poprzez pragmatyczne i biznesowo przemyślane negocjacje”, przekonuje dr John Fletcher, dyrektor departamentu ds. polubownego rozwiązywania sporów w RICS.

Tradycyjne mediacje odbywają się w formie osobistego, bezpośredniego kontaktu skonfliktowanych stron, w odpowiedzi jednak na obecną, pilną potrzebę rynku RICS uruchomił usługę mediacji online. Dzięki temu każdy, kto chce rozwiązać sporną sprawę, będzie mógł z niej skorzystać kontaktując się z działem DRS w RICS, pełniącym rolę centralnego koordynatora procesu poprzez dopasowanie odpowiednio doświadczonego mediatora do konkretnego sporu; kontaktowanie się z drugą stroną; zarządzanie dokumentami i dowodami w ramach procesu mediacji oraz organizację internetowych sesji mediacyjnych.

Mediacja może być bardzo pomocna we wszystkich rodzajach konfliktów związanych z własnością nieruchomości. Szczególnie sprawdza się również w sektorze budownictwa, zapewniając ciągłość projektów budowlanych i umów z podwykonawcami.

Joanna Plaisant LLM, Country Manager RICS w Polsce: “Zastosowanie mediacji staje się coraz ważniejsze dla zapobiegania konfliktom związanym z kryzysem wywołanym pandemią Covid-19. Mediacja to skuteczne narzędzie w rękach uczestników rynku, które może mieć zastosowanie do szerokiego wachlarza zagadnień tak, aby znaleźć szybkie i opłacalne rozwiązanie sporów przy jednoczesnym przywróceniu zaufania między stronami”.

Pomoc antykryzysową dla firm trzeba zwolnić z podatku

Jedne instrumenty pomocowe są objęte podatkiem, inne nie, a nie ma żadnego powodu, by stosować wobec nich różne standardy – wynika z analizy Pracodawców RP. Dlatego należy zwolnić wszystkie instrumenty z podatku i skończyć z sytuacją, w której państwo wypłaca pieniądze z jednej kieszeni, a potem zabiera jako podatek do drugiej. 

W walce z gospodarczymi skutkami pandemii uchwalono już cztery Tarcze Antykryzysowe oraz Tarczę Finansową. Ich generalnym celem jest  przeciwdziałanie głębokiej recesji gospodarczej oraz likwidacji miejsc pracy. „Okazuje się jednak, że zależnie od tego, w jakiej tarczy znalazł się dany instrument pomocowy, jest lub nie jest on obłożony podatkiem” – mówi Łukasz Czucharski, ekspert podatkowy Pracodawców RP.

I tak ustawowe zwolnienie z podatku dochodowego obejmuje przede wszystkim umorzenie mikropożyczki wraz z odsetkami (art. 15 zzd ust. 10 specustawy COVID-19), świadczenia postojowe (art. 52m pkt 1 ustawy o PIT) czy zwolnienie z obowiązku płacenia składek (art. 31zo specustawy COVID-19).

Zgodnie z przekazaną do Senatu Tarczą Antykryzysową 4.0 również dopłaty do oprocentowania kredytów bankowych nie stanowią  przychodu w rozumieniu przepisów o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych.

Wsparcie a podatek dochodowy

Inaczej jednak wygląda kwestia wsparcia otrzymywanego w ramach Tarczy Finansowej, określanego jako subwencja finansowa. Subwencja ta co do zasady podlega zwrotowi, jednakże w określonych przypadkach może zostać umorzona nawet do wysokości 75 proc. Na stronach rządowych wskazuje się, że dla celów podatku dochodowego pomoc finansowa z PFR traktowana jest jak pożyczka. Przedsiębiorcy po otrzymaniu środków z Tarczy Finansowej nie zaliczają ich więc do przychodów podatkowych. „W obecnym stanie prawnym do przychodów zalicza się jednak wartość umorzonych zobowiązań, w tym z tytułu uzyskanego finansowania. Zatem umorzenie kwoty subwencji stanowić będzie przysporzenie dla przedsiębiorcy, co paradoksalnie, biorąc pod uwagę przeznaczenie przyznawanych środków, będzie się wiązać z powstaniem zobowiązania podatkowego i koniecznością zapłaty podatku z tego tytułu” – tłumaczy Łukasz Czucharski. „Podatek zmniejszy więc wydatnie faktyczną wartość pomocy, jaką dana firma otrzyma i może zniweczyć jej efekty” – dodaje.

Jego zdaniem biorąc pod uwagę cel działań osłonowych i potrzebę wsparcia przedsiębiorców w dobie kryzysu, zwolnienie z podatku powinno zostać wprowadzone jako ogólna zasada w odniesieniu do wszystkich instrumentów mających zapobiegać skutkom COVID-19. Trudno bowiem znaleźć uzasadnienie dla opodatkowywania środków wypłacanych w związku epidemią, których przeznaczeniem jest utrzymanie miejsc pracy i zapobieganie fali upadłości.

„Pracodawcy RP apelują więc do rządu o ujęcie wprost w ustawie zwolnienia z opodatkowania wszystkich środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku z przeciwdziałaniem skutkom pandemii COVID-19. Takie działanie wpłynie pozytywnie przede wszystkim na płynność finansową przedsiębiorstw, co jest kwestią fundamentalną w dobie kryzysu” – mówi Łukasz Czucharski.

Niezbędne w ocenie Pracodawców RP jest również wydanie przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej przepisów prawa podatkowego w zakresie opodatkowania środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku ze skutkami COVID-19 w celu jednoznacznego rozwiania wszelkich wątpliwości dot. rozliczeń z administracją skarbową. Pozwoli to uniknąć ewentualnych sporów z administracją w przyszłości i zapewni przedsiębiorcom poczucie pewności prawa.

Pracodawcy RP

Rzecznik MŚP zwraca uwagę na sytuację przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne

Uchwalona 4 czerwca 2020 r. ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o zmianie niektórych innych ustaw przewiduje m.in. (na dzień 8 czerwca 2020 r. trwają prace w Senacie RP) ograniczenie wysokości wypłacanych pracownikowi wynagrodzeń przez pracodawcę, u którego wystąpił spadek obrotów gospodarczych lub istotny wzrost obciążenia, w związku z rozwiązaniem umowy o pracę, do kwoty wynoszącej dziesięciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Powyższe rozwiązanie rozciągnięto na wypowiedzenie albo rozwiązanie umowy agencyjnej, umowy zlecenia (lub innej umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy dotyczące zlecenia), umowy o dzieło albo w związku z ustaniem odpłatnego pełnienia funkcji.

Rzecznik MŚP w związku z sygnałami otrzymanymi od przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne zwrócił się o dokonanie stosownych korekt i nierozciąganie na nich problematycznej regulacji.

Obecnie polski rynek składa się w przeważającej większości z agentów będących mikroprzedsiębiorcami, podczas gdy dającymi zlecenie są najczęściej duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Ponadto dysproporcje te znacząco utrudniają dochodzenie roszczeń agentom od ich kontrahentów. W efekcie przedmiotowa regulacja powoduje nie tylko rozciągnięcie na umowę agencyjną zasad, które dotyczyć mają docelowo stosunku pracy, co powodować może problemy interpretacyjne, ale także utrudnia już i tak niełatwą ścieżkę dochodzenia roszczeń przez agentów.

Rzecznik MŚP w swojej opinii z 2 czerwca 2020 r. oraz w wystąpieniu do Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Rozwoju zwrócił ponadto uwagę na długi czas tych ograniczeń (mają obowiązywać przez czas stanu epidemii lub stanu zagrożenia epidemicznego ogłoszonego z powodu COVID-19) oraz potencjalną niezgodność z regulacjami Unii Europejskiej.

Europejski przemysł bateryjny – PW i UW podpisały porozumienie z ENERIS Polbatt

9 czerwca 2020 r. władze dwóch wiodących uczelni, Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Warszawskiego, podpisały porozumienie o współpracy z ENERIS PolBatt, członkiem europejskiego programu Important Projects of Common European Interest on Batteries.

Podpisane porozumienie w pełni wpisuje się w plan Europejskiego Zielonego Ładu i opiera się na głębokiej integracji nauki i przemysłu. Jego celem jest powstanie Kampusu ENERIS Magazynowania Energii i Ekonomii Cyrkularnej, począwszy od wykorzystania wspólnej inicjatywy PW i UW tj. Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii CEZAMAT.

prof. ucz. dr hab. Marcin Pałys, Rektor Uniwersytetu Warszawskiego
prof. ucz. dr hab. Marcin Pałys, Rektor Uniwersytetu Warszawskiego
prof. dr hab. inż. Jan Szmidt, Rektor Politechniki Warszawskiej
prof. dr hab. inż. Jan Szmidt, Rektor Politechniki Warszawskiej
Artur Gadziomski, Członek Zarządu spółki ENERIS Polbatt
Artur Gadziomski, Członek Zarządu spółki ENERIS Polbatt

Zespoły naukowców z Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej (reprezentowanego przez prof. dr. hab. inż. Władysława Wieczorka i prof. dr. hab. inż. Marka Marcinka) oraz Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego (pod kierunkiem prodziekana ds. finansów i rozwoju dr. hab. Zbigniewa Rogulskiego) od roku współpracują z ENERIS Polbatt w celu przygotowania efektywnego modelu działań i określenia pożądanych programów badawczych w zakresie magazynów energii. Efektem współpracy jest podpisane porozumienie, które tworzy ramy do efektywnej integracji nauki i przemysłu. Wpisuje się ono w politykę Unii Europejskiej, która zdecydowała się zdynamizować europejski przemysł bateryjny, kluczowy dla elektromobilności, bezpieczeństwa energetycznego oraz ochrony środowiska.

Przypomnijmy, że na przykładzie sukcesu europejskiej inicjatywy Airbus powstał unijny mechanizm IPCEI (Important Projects of Common European Interest), notyfikowany przez Komisję Europejską w grudniu 2019 r. Uczestniczy w nim 17 firm z 7 krajów, z czego cztery z nich (Francja, Niemcy, Polska, Włochy) ma wiodącą rolę.

Polska spółka ENERIS PolBatt jako jedyna przedłożyła projekt obejmujący pełen łańcuch wartości od produkcji do recyklingu nowej generacji baterii, oparty na integracji badań i pełnego wdrożenia przemysłowego. Jest ona częścią Grupy ENERIS, której misją jest „czysta ziemia, woda i powietrze” oraz koncentracja działań na dostarczaniu innowacyjnych rozwiązań w zakresie ochrony środowiska, od gospodarowania odpadami i recyklingiem, poprzez niskoemisyjną energetykę rozproszoną i magazynowanie energii.

Rośnie eksport śliwki kalifornijskiej. W okresie pandemii częściej sięgamy po zdrowe produkty o długim terminie ważności

W czasie pandemii rośnie sprzedaż naturalnych produktów spożywczych o długim terminie ważności. Na popularności zyskują suche artykuły spożywcze, ale też produkty prozdrowotne. Taki trend sprzyja producentom suszonych owoców, którzy już przed koronawirusem dynamicznie zwiększali sprzedaż. Eksport śliwki kalifornijskiej do Polski od sierpnia 2019 do marca 2020 roku wzrósł prawie dwukrotnie. – Konsumenci częściej wybierają produkty, które w naturalny sposób pomagają im zachować zdrowie – mówi Kevin Verbruggen z California Prune Board i podkreśla, że suszone śliwki mają między innymi dobroczynny wpływ na układ trawienny.

– Bez wątpienia koronawirus wywiera ogromny wpływ na wielu kupujących, konsumentów i przedsiębiorstwa na całym świecie. W przypadku śliwki kalifornijskiej na wielu rynkach obserwujemy znaczny wzrost sprzedaży – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Kevin Verbruggen, European Marketing Director w California Prune Board (CPB).

Z danych Nielsena wynika, że w ostatnich tygodniach więcej kupujemy produktów zdrowotnych oraz suchych artykułów spożywczych. Na tym trendzie korzystają producenci suszonych owoców. Dane CPB z USA, Japonii czy Włoch wskazują, że w okresie pandemii konsumenci chętniej sięgali po takie artykuły.

 Konsumenci wybierają produkty, które w naturalny sposób pomagają im zachować zdrowie. Zależy im też na produktach, które można dłużej przechowywać w domu, dlatego istotny wzrost sprzedaży odnotowały m.in. mrożonki. Ten trend jest korzystny dla śliwki kalifornijskiej, która z uwagi na swój długi termin przydatności do spożycia może być przechowywana w domu nawet przez rok – wskazuje ekspert.

Już dane za okres sprzed pandemii wskazują, że w Polsce zainteresowanie śliwkami kalifornijskimi rośnie. Od sierpnia 2019 do marca 2020 roku wolumen eksportu tych owoców z USA wzrósł o 97 proc., zaś jego wartość – o 84 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku obrotowego California Prune Board. Taka tendencja, w opinii ekspertów CPB, powinna utrzymać się także w kolejnych miesiącach.

 Wierzymy, że suszone owoce mają w sobie potencjał w zakresie rozwoju biznesowego. Szczególnie biorąc pod uwagę możliwe problemy ze świeżymi owocami. Radzilibyśmy zatem wszystkim sprzedawcom, którzy przewidują ewentualne problemy z dostawami lub wzrostem cen świeżych owoców, aby zrobili zapasy i odpowiednio wyeksponowali owoce suszone – tłumaczy Kevin Verbruggen.

Do sukcesu sprzedażowego śliwek kalifornijskich przyczynia się rosnąca świadomość konsumentów na temat właściwości odżywczych tych owoców. Garść suszonych śliwek może być jedną z pięciu zalecanych do spożycia dziennych porcji warzyw i owoców. Owoce te można spożywać w ramach zróżnicowanej i zbilansowanej diety oraz zdrowego stylu życia.

– Suszone śliwki są bogate w błonnik. Według badań codzienne spożycie 100 gramów przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania jelit. Suszona śliwka jest także źródłem witaminy K i manganu, które pomagają w zachowaniu zdrowych kości. Poza tym są źródłem witaminy B6 i miedzi, które z kolei mają wpływ na prawidłowe funkcjonowanie układu odpornościowego – mówi ekspert z California Prune Board.

Ponadto zawarty w suszonych śliwkach mangan chroni komórki przed stresem oksydacyjnym, a potas pomaga utrzymywać właściwe ciśnienie we krwi.

 Zaletą śliwek kalifornijskich jest także ich uniwersalność – mogą być spożywane jako przekąska, a także używane w kuchni do przyrządzania zarówno dań na słodko, jak i na słono – mówi Kevin Verbruggen.

Rdzeniowy zanik mięśni jest najczęstszą przyczyną śmierci dzieci do 2. roku życia. Chorobę tę można skutecznie leczyć zarówno u dzieci, jak i dorosłych

Postępujące osłabienie i wiotczenie mięśni, które prowadzi do utraty oddechu i śmierci – to objawy SMA, czyli rdzeniowego zaniku mięśni. Z tą poważną chorobą genetyczną rodzi się około 50 dzieci rocznie. Obecnie w Polsce choruje na nią ok. 900 pacjentów w różnym wieku. Od półtora roku w naszym kraju refundowany jest innowacyjny, pierwszy na świecie lek, który pozwala uchronić chorych przed przedwczesną śmiercią i niepełnosprawnością. Wyniki ostatnich badań obserwacyjnych niemieckich lekarzy przeprowadzone wśród dorosłych pacjentów potwierdziły jego skuteczność. Lekarze podkreślają jednak, że aby terapia przyniosła jak najlepsze rezultaty, musi zostać wdrożona jak najwcześniej. 

SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni, to ciężka choroba z grupy schorzeń nerwowo-mięśniowych. Dotyka osoby w różnym wieku, ale w ponad 50 proc. przypadków objawy pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Szacuje się, że obecnie w Polsce jest ok. 850–900 chorych z SMA, a każdego roku rodzi się około 50 dzieci z tym schorzeniem. W przebiegu SMA lekarze wyróżniają kilka podtypów.

– Rdzeniowy zanik mięśni dzieli się na kilka typów. Pacjent z SMA 1 nie nabył umiejętności siedzenia. Pacjent z typem SMA 2 to dziecko, które potrafi siedzieć, ale nigdy nie chodziło. Natomiast pacjent z typem SMA 3 chodził, ale później mógł zatracić tę umiejętność. Z kolei najcięższy przebieg ma typ SMA 1, w którym często dziecko rodzi się zdrowe, ale szybko zaczyna stawać się bardzo wiotkie. Czasami te objawy są widoczne już od urodzenia i wtedy bardzo ważne jest, żeby jak najszybciej postawić diagnozę, ponieważ wiotkość i osłabienie siły mięśniowej narasta – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

SMA wywołuje wada genetyczna, wskutek której obumierają neurony w rdzeniu kręgowym odpowiadające za skurcze i rozkurcze mięśni. Brak impulsów nerwowych prowadzi do ogólnego osłabienia i postępującego zaniku mięśni. Mutacja występuje w genie odpowiedzialnym za kodowanie SMN – białka niezbędnego do prawidłowego funkcjonowania neuronów motorycznych. Taką mutację ma w Polsce średnio jedna na 35 osób. Jeżeli oboje rodziców są nosicielami tej wady genetycznej, istnieje 25 proc. ryzyka, że ich dziecko będzie miało SMA.

– Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni powinno rozpocząć się jeszcze przed wystąpieniem objawów chorobowych. Jest to możliwe tylko dzięki badaniom przesiewowym noworodków. Są to badania genetyczne, czyli szukamy mutacji odpowiedzialnej za powstanie SMA. Dzięki nim będziemy wiedzieć, który noworodek jest chory lub predysponowany do tego, żeby wystąpiły u niego objawy rdzeniowego zaniku mięśni. Wtedy po konsultacji z rodzicami mamy obowiązek włączyć leczenie – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

SMA jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia, o ile nie wprowadzi się leczenia. Jednak w przypadkach, kiedy zostało ono wdrożone jeszcze przed pojawieniem się objawów bądź na ich wczesnym etapie, dzieci z tym schorzeniem rozwijają się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy.

– Rdzeniowy zanik mięśni – szczególnie ten wczesnodziecięcy, typu 1 – jest chorobą szybko postępującą. Bywa, że w ciągu dosłownie kilku tygodni na naszych oczach dochodzi do bardzo szybkiego pogorszenia funkcji ruchowych. Dlatego absolutnie kluczowe jest wczesne rozpoznanie i podanie leku. Wprowadzenie w Polsce – wzorem krajów Europy Zachodniej – powszechnego screeningu noworodków byłoby idealnym rozwiązaniem i pozwoliłoby uchronić dzieci przed niepełnosprawnością – mówi prof. dr hab. n. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

– Leczenie zapobiega pojawieniu się objawów. Jeżeli już się pojawiły, to znaczy, że mięśnie zaczęły zanikać. Chory będzie słabł i w mniejszym lub większym stopniu będzie niepełnosprawny. Wprowadzenie badań przesiewowych w kierunku SMA jest względnie niedrogie i mogłoby uratować przed niepełnosprawnością kilkadziesiąt dzieci rocznie. Zwłaszcza że w Polsce mamy bardzo dobre refundowane leczenie i te dzieci mogłyby być leczone na wczesnym etapie choroby, kiedy tylko wada genetyczna zostanie zidentyfikowana – dodaje Kacper Ruciński, założyciel i członek Rady Strategicznej Fundacji SMA.

Dzięki nowym lekom pacjenci nawet z najcięższym przebiegiem choroby osiągają zdolność samodzielnego siedzenia, a niektórzy – chodzenia. To ogromny przełom w leczeniu SMA.

– Jeszcze dwa lata temu rozpoznanie SMA było wyrokiem. Mogliśmy opiekować się pacjentem tylko w ramach rehabilitacji, wsparcia gastroenterologicznego, oddechowego itd. Jednak neurologicznie nie potrafiliśmy zrobić nic – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska. – W tej chwili dysponujemy nieprawdopodobnymi środkami do leczenia takich pacjentów. W Polsce dostępny jest nusinersen w ramach programu lekowego. Do leczenia zakwalifikowanych jest obecnie ponad 600 pacjentów. W populacji dziecięcej tym leczeniem objęta jest znakomita większość i widzimy na co dzień, że efekty są bardzo zadowalające.

Nusinersen jest pierwszym na świecie lekiem zatwierdzonym do leczenia rdzeniowego zaniku mięśni we wszystkich postaciach, u pacjentów w każdym wieku. Ministerstwo Zdrowia objęło go refundacją od stycznia 2019 roku. Już pod koniec tego roku z tej formy leczenia korzystało ok. 60 proc. pacjentów z SMA – zarówno dzieci, jak i dorosłych.

– Mamy lek na chorobę, o której jeszcze na studiach mówiono nam, że jest nieuleczalna. Im wcześniej włączone leczenie, tym postępy chorych są większe – mówi przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych.

– W klinice, którą kieruję, nusinersenem leczonych jest ponad 60 dorosłych pacjentów i nasze własne obserwacje, chociaż krótkie, dają bardzo dobre wyniki. Obserwujemy poprawę, która znacząco przekłada się na jakość życia naszych pacjentów i ich opiekunów. Różni się ona w zależności od tego, jaki jest początkowy stan pacjenta. Są pacjenci, którzy odzyskują utracone funkcje i praktycznie wracają do pełnej samodzielności – dodaje prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

– Szacujemy, że na włączenie leczenia czeka jeszcze około 150–200 chorych. Warto podkreślić, że najmłodsze dzieci z SMA typu 1 przebiegającym bardzo gwałtownie są włączane natychmiast. Jednak są i będą uruchamiane kolejne ośrodki leczące pacjentów dorosłych, żeby dostęp do terapii był jak najlepszy – mówi.

Do tej pory dzięki badaniom klinicznym lekarze dysponowali danymi o znaczącej poprawie funkcji ruchowych u niemowląt i dzieci leczonych nusinersenem. Takich danych brakowało jednak w odniesieniu do nastolatków i osób dorosłych. Dostarczyły ich jednak niezależne badania obserwacyjne przeprowadzone przez klinicystów z 10 akademickich ośrodków klinicznych w Niemczech, których wyniki zostały opublikowane w kwietniu tego roku w „The Lancet Neurology”.

– Jedno z najbardziej prestiżowych pism neurologicznych opublikowało w kwietniu pierwszą długotrwałą obserwację pacjentów dorosłych z SMA leczonych nusinersenem. Analizie poddano około 140 pacjentów, z których część była leczona przez 14 miesięcy. Badanie to potwierdziło skuteczność leku u ludzi dorosłych z dużą rozpiętością wieku, od 16. do 65. roku życia. Ta skuteczność dotyczyła zarówno funkcji ruchowych kończyn górnych, jak i całościowych skal oceniających sprawność motoryczną. Wyraźnie wydłużył się też dystans samodzielnego chodzenia u tych pacjentów, którzy na początku byli w stanie słabiej poruszać się samodzielnie – podkreśla prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

Do pracy na hulajnogach zamiast komunikacją miejską. Firmy wykazują się kreatywnością w organizacji bezpiecznego powrotu do biur

0

Większość przedsiębiorstw albo już wróciła do normalnego trybu pracy, albo planuje to zrobić jeszcze w czerwcu – to wniosek z badania przeprowadzonego przez społeczność CIONET we współpracy z Deloitte Polska i VMware. – Prawdopodobnie większość z firm będzie funkcjonować w trybie zmianowym, z zachowaniem dystansu między pracownikami, a niektórzy pracodawcy – poza standardowymi środkami ochrony osobistej – proponują oryginalne rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa pracowników, jak dojazdy do pracy hulajnogami – mówią autorzy raportu.

Badanie zostało przeprowadzone wśród dyrektorów IT oraz dyrektorów HR. Autorzy wyjaśniają, że wybór nie był przypadkowy – informatycy nie mieli problemów z przejściem na pracę zdalną, a celem badania było sprawdzenie, jak ten model sprawdził się w czasach izolacji i jak będzie ewoluował w kolejnych miesiącach. Zmiany są już zauważalne.

– Polskie firmy przywracają funkcjonowanie tradycyjnych biur, ale nie ma jednej uniwersalnej metody na powrót do stacjonarnej formy pracy. W naszym badaniu ujawniliśmy kilka scenariuszy, które powtarzają się w nich najczęściej. Zależą one oczywiście od branży i liczby pracowników. Niektóre firmy są zmuszone wrócić do pracy w biurach wcześniej z uwagi na charakter ich działalności, a inne przedłużają maksymalnie pobyt w izolacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Frydrychowicz, partner zarządzający CIONET Polska.

W pierwszym scenariuszu realizowanym przez ankietowane firmy do pracy wracają wszyscy, którzy mogą, są zdrowi, nie należą do grupy ryzyka i nie muszą opiekować się dziećmi (20 proc. firm). W drugim scenariuszu wracają wszyscy, którzy nie mają warunków do pracy w domu albo infrastruktura wymaga pracy on premise, muszą pracować z klientem lub są pracownikami produkcji, pracują w terenie (26 proc. firm). Trzeci scenariusz dotyczy 41 proc. przedsiębiorstw i polega na założeniu, że obecnie nikt nie musi wrócić do pracy w biurze.

– Z naszego badania wynika, że firmy nie narzekają na model pracy zdalnej, a prawie 90 proc. ankietowanych powiedziało, że ta forma pracy będzie kontynuowana po czasie izolacji – dodaje Krzysztof Frydrychowicz.

Co ciekawe, zdania ankietowanych dotyczące oddziaływania pracy zdalnej na jakość komunikacji, relacji i współpracy w zespole są bardzo podzielone. 21 proc. ankietowanych uznaje, że te trzy aspekty się pogorszyły, 27 proc. dostrzega poprawę, a 26 proc nie widzi zmian w tych kwestiach. Nieco większe dysproporcje ujawniają się w odpowiedziach na pytanie o wpływ pracy zdalnej na stan emocjonalny i work–life balance pracowników. 15 proc. odczuwa poprawę w tym zakresie, a pogorszenie – dwa razy więcej badanych.

Badanie pokazało także kilka dominujących modeli w zakresie zarządzania przestrzenią i czasem pracy w biurze. Firmy, które już otworzyły biura dla pracowników, w większości przestrzegają zasad zachowania dystansu, np. pracownicy siedzą przy co drugim biurku, podobnie jak klienci w restauracjach. Takie same reguły obowiązują w windach i w przestrzeniach otwartych biur.

Sporym zaskoczeniem był dla nas fakt, że firmy decydują się pozostawić dość dużą dowolność swoim pracownikom w kwestii powrotu do pracy – ujawnia partner zarządzający CIONET Polska. – Aż cztery firmy na dziesięć powiedziały, że to od woli pracowników będzie zależało, czy wrócą do pracy w biurze. Wiele z nich zdecydowało się na model pracy zmianowej i obecnie dominuje praca w biurze na zmiany tygodniowe.

Kluczowym czynnikiem sprawnego powrotu do pracy w biurach jest bezpieczeństwo. Przez wiele tygodni na znaczeniu zyskiwało bezpieczeństwo informatyczne, ale wraz z powrotem do normalności równie ważne stają się kwestie związane z minimalizowaniem ryzyka zakażenia koronawirusem, zarówno w miejscu pracy, jak i podczas drogi do niego.

Wiele firm wykazało się niemałą kreatywnością również na tym polu – ocenia Krzysztof Frydrychowicz. – Jednym z nich jest uruchomienie specjalnych autobusów dowożących pracowników do pracy, a w innym przypadku zakup dla nich hulajnóg elektrycznych, aby nie musieli korzystać z komunikacji publicznej.

Sztuczna inteligencja i mixed reality to przełomowe technologie w dobie pandemii. Ułatwią utrzymanie dystansu społecznego i przyspieszą opracowanie szczepionki na SARS-CoV-2

W dobie kryzysu pandemicznego start-upy technologiczne wyspecjalizowane w nowych, przyszłościowych technologiach mogą zyskać na znaczeniu, przełamując ograniczenia związane z koniecznością zachowania dystansu społecznego. Rozwój usług z zakresu mixed reality ułatwi prowadzenie biznesu na odległość, a wdrożenie algorytmów uczenia maszynowego pozwoli zautomatyzować część procesów, które dotychczas wykonywali ludzie.

– Mixed reality przeżywa wielki boom, bo może m.in. umożliwiać lekarzom diagnozowanie pacjentów bez potrzeby bezpośredniego kontaktu, tym samym zmniejszając ryzyko zakażenia. Mówi się nawet o operacjach przeprowadzanych za pomocą tej technologii. Rozmawiamy z podmiotami, które proszą nas o stworzenie tzw. wirtualnych control rooms czy zwirtualizowanie treningów fizycznych, gdzie trener jest obecny wirtualnie, a dane przesyłane są za pomocą opaski na rękę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Konrad Weiske, prezes zarządu SpyroSoft SA.

Potencjał mixed reality doceniła m.in. firma Holo4Labs, która wykorzystała tę technologię do unowocześnienia branży laboratoryjnej. Eksperci zastosowali gogle Microsoft HoloLens 2 oraz oprogramowanie Thermo Scientific SampleManager LIMS do stworzenia systemu digitalizacji pracy w laboratorium. System ten pozwala nie tylko korzystać z wirtualnych pomocy naukowych wyświetlanych w polu widzenia pracownika, ułatwi także zdalną współpracę pomiędzy laboratoriami.

Gogle HoloLens wykorzystywane są także przez pracowników londyńskich szpitali zrzeszonych w organizacji Imperial College Healthcare NHS Trust. Personel medyczny wykorzystuje oprogramowanie Dynamics 365 Remote Assist do zdalnej, bezkontaktowej komunikacji pomiędzy specjalistami. Gogle przechwytują obraz z kamery lekarzy zajmujących się pacjentami z objawami COVID-19 i przesyłają go do pracowników w zespole analitycznym, dzięki czemu ograniczają ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa wśród personelu medycznego aż o 83 proc.

Z walką z wirusem bezpośrednio związana jest także sztuczna inteligencja, która przyśpiesza np. powstawanie szczepionek. Również przez to, że pandemia nakłada się na amerykańsko-chińską wojnę handlową, na pewno nastąpi przeniesienie produkcji do krajów, gdzie siła robocza będzie droższa. Pojawi się więc potrzeba większej automatyzacji, co oznacza, że będzie potrzeba wykorzystania więcej sztucznej inteligencji, choćby w postaci autonomicznych maszyn, które będą w takich fabrykach pracowały – przewiduje ekspert.

Z narzędzi automatyzujących pracę korzystają m.in. eksperci z OECD, którzy we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa stworzyli interaktywną platformę do śledzenia ognisk pandemicznych. System wykorzystuje sztuczną inteligencję do analizy zasobów sieci i monitorowania potwierdzonych przypadków zakażeń i zgonów w poszczególnych rejonach świata.

Automatyzacja wkrada się także do rolnictwa. Firma Mantle Labs udostępniła brytyjskim rolnikom darmowy, trzymiesięczny dostęp do platformy umożliwiającej analizę kondycji upraw przy wykorzystaniu zdjęć satelitarnych. Sztuczna inteligencja dokonuje dogłębnej analizy obrazu, aby wykryć wstępne oznaki nieprawidłowości w rozwoju konkretnych upraw, które mogą wpłynąć na jakość zbiorów. Firma liczy na to, że dzięki temu uda się zapobiec klęsce nieurodzaju w dobie pandemii i usprawnić łańcuchy dostaw żywności.

– Pandemia w końcu się skończy albo przyzwyczaimy się do życia z koronawirusem. Dla branży dużo ciekawsze jest to, co nastąpi w jej efekcie. Rozwiązania, które teraz wypracujemy, będą wdrażane w przyszłości, łącznie np. z mixed reality i sztuczną inteligencją. To się nie zmieni, bo kryzys spowodowany przez tę pandemię będzie ciągnął się za nami latami – prognozuje Konrad Weiske.

Sztuczna inteligencja może przyczynić się do przemodelowania całego rynku pracy. Wdrażane w dobie pandemii narzędzia automatyzujące pozwolą zredukować ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa, a w przyszłości umożliwią wyeliminowanie części zawodów poprzez zastąpienie pracowników maszynami. Pierwsze symptomy automatyzacji pracy można dostrzec m.in. na rynku amerykańskim, gdzie powstaje sieć sklepów Amazon Go Grocery, w których maszyny przejęły zadania wykonywane dotychczas przez ludzi. Placówki wyposażono w systemy monitoringu oraz skanowania produktów, które umożliwiają wdrożenie modelu bezobsługowej obsługi klienta. W dobie pandemii placówki tego typu ułatwią zachowanie dystansu społecznego.

– Pandemia jest tragedią, ale ta tragedia daje możliwość sprawdzenia w praktyce pewnych technologii. W momencie, kiedy zostaną przetestowane, do dużej części z nich ludzie się przekonają i będą chcieli je wprowadzić. Branża IT w większości przypadków dopuszczała pracę z domu, lecz niektóre branże dopiero teraz przekonały się, że tak można pracować. Na przykład musiały zainwestować w pewne rozwiązania do telekonferencji, a teraz już z nich nie zrezygnują i będą ich już zawsze używać – twierdzi prezes SpyroSoft SA.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.

Liczba bezrobotnych wzrosła do 1 mln 117 tys. osób

Stopa bezrobocia wzrosła w maju o 0,2 pkt procentowego, do 6%. Jest to, co prawda, niższy procentowo wzrost niż pomiędzy marcem a kwietniem, ale należy mieć na uwadze również to, że dane dotyczą okresu, w którym corocznie mieliśmy do czynienia ze spadkiem bezrobocia, głównie za sprawą rozpoczęcia prac sezonowych (budownictwo, rolnictwo, gastronomia i turystyka). Warto zauważyć, że gastronomia i turystyka, dla których maj dotychczas był rozpoczęciem sezonu zwiększonego napływu klientów, obecnie – z uwagi na sytuację epidemiczną – mają ograniczone możliwości sprzedaży swoich usług. Tym samym raczej nie będą zatrudniać nowych, sezonowych pracowników.

Na koniec maja liczba osób bezrobotnych wynosiła 1 mln 117 tys. osób. W urzędach pracy było zarejestrowanych o 157 tys. więcej niż miesiąc wcześniej. Tak znaczny wzrost liczby bezrobotnych ma miejsce w okresie obowiązywania tarcz antykryzysowych, których głównym celem jest wspieranie zatrudnienia. Napływ bezrobotnych oznacza, że obecny projekt tarcz dla części podmiotów okazał się niewystarczający lub też nie zostały one objęte rozwiązaniami antykryzysowymi.

Proponowane przez rząd podwyższenie zasiłku dla bezrobotnych do 1200 zł i wprowadzenie na trzy miesiące zasiłku solidarnościowego (1400 zł) niewątpliwie skłoni osoby pozostające bez pracy, a do tej pory bez statusu bezrobotnego, do rejestracji w urzędzie pracy. Podwyższenie kwoty wsparcia jest dobrą decyzją, gdyż nie tylko w większym stopniu zapewnia dochód osobie, która utraciła pracę, ale również jest czynnikiem podtrzymującym konsumpcję. Zasiłki są ważnym elementem pasywnej polityki rynku pracy, ale ważniejsze chyba w tej sytuacji jest skuteczne wsparcie w powrocie na rynek pracy osób, które ją utraciły. Wydaje się, że to wyzwanie kierowane przede wszystkim do ministerstwa rodziny, pracy i polityki społecznej. Dotychczasowa lista instrumentów aktywizacji powinna być wnikliwe przejrzana i zmodyfikowana pod kątem dzisiejszych wyzwań.

Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Nowy JPK_VAT dopiero od 1 października 2020 r.

Obowiązek stosowania nowego JPK_VAT zostanie przesunięty, dla wszystkich podatników, z 1 lipca na 1 października 2020 r. Taki zapis znalazł się w tarczy 4.0 przyjętej przez Sejm.

– Cieszymy się, że ministerstwo finansów wsłuchało się w głos przedsiębiorców i opóźniło wprowadzenie nowego JPK_VAT. Przesunięcie terminu było konieczne, ponieważ składanie nowych plików JPK_V7K i JPK_V7M nie dotyczy, wbrew powszechnie panującemu przekonaniu, tylko połączenia JPK_VAT z formularzem deklaracji VAT, ale przede wszystkim wymusza dokonanie czasochłonnej i wielowymiarowej analizy. Dotyczy ona grup produktów i usług, typów (procedur) transakcji oraz typów dokumentów w celu oznaczenia ich w systemach księgowych w nowy, niespotykany wcześniej sposób. W sytuacji pandemii byłoby to wielkie utrudnienie i obciążenie dla firm. Mamy nadzieję, że senatorowie zaakceptują zmiany – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Coraz więcej firm będzie upadać. Głównie zagrożone są firmy na Śląsku i w Małopolsce

W tym roku do sądów w całej Polsce wpłynie znacznie więcej wniosków o ogłoszenie upadłości niż w poprzednich latach. Podobnie będzie w przypadku otwierania postępowań restrukturyzacyjnych, o czym przekonują znawcy tematu. I zaznaczają, że liczba tego typu spraw wzrośnie przede wszystkim na terenie Śląska i Małopolski. W pierwszym z tych regionów sądy już otrzymują więcej wniosków o ogłoszenie upadłości. Potwierdzają to dane zebrane od stycznia do kwietnia tego roku, porównane z analogicznym okresem ub.r. W tym samym okresie spadła natomiast liczba wnioskujących o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego.

Dwa regiony zagrożone

Jak wynika z danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w 2018 roku do sądów w całej Polsce wpłynęło 16 309 wniosków o ogłoszenie upadłości. To o 1 841 więcej niż w 2017 roku, kiedy było ich 14 468. Natomiast 2 lata temu załatwiono 15 240 spraw, a upadłość ogłoszono w 7 164 przypadkach. Rok wcześniej te statystyki wyniosły odpowiednio 13 371 i 6 044. Z kolei w 2018 roku do sądów wpłynęły 863 wnioski z zakresu postępowania restrukturyzacyjnego, a rok wcześniej – 752.  Załatwiono tych spraw 825 i 708. Z informacji uzyskanych w resorcie wynika, że dane za 2019 rok są dopiero weryfikowane i będą dostępne w późniejszym terminie.

– Z pewnością w tym roku będzie znacznie więcej upadłości niż w poprzednich latach. Nastąpi to zwłaszcza w takich branżach, jak hotelarstwo, gastronomia, organizacja imprez masowych czy kultura. Oczywiście trwa odmrażanie gospodarki i są środki dla przedsiębiorstw, które znajdują się w trudnej sytuacji. Jednak te pieniądze wystarczą np. na 4 miesiące. A później nie będzie tak, że od razu wróci poziom PKB z grudnia ub.r. Moim zdaniem, to nastąpi najwcześniej za 2 lata. W związku z tym wiele firm, pomimo ponownego rozpoczęcia działalności nie będzie w stanie funkcjonować i w konsekwencji upadnie – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Jeśli skutki kryzysu wywołanego koronawirusem nie zostaną szybko zniwelowane, to w ciągu kilku miesięcy znacząco wzrośnie liczba wniosków o upadłość lub restrukturyzację. Zdaniem Marka Niczyporuka, radcy prawnego z bielskiej Kancelarii Ars AEQUI, będzie to bowiem jedyny rozsądny sposób na zatrzymanie spirali niechcianego zadłużenia. Szczególnie problem ten może dotyczyć województwa śląskiego, gdzie obecnie liczba zachorowań jest większa niż w innych częściach Polski.

– Wzrostu liczby składanych wniosków o ogłoszenie upadłości lub otwarcie postępowania  restrukturyzacyjnego należy się spodziewać również w innych województwach. Natomiast na samym Śląsku będzie to bardziej widoczne z uwagi na dużą liczbę funkcjonujących przedsiębiorstw – stwierdza Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z Jaworzna.

Jak zaznacza Marek Zuber, na Śląsku będzie najwięcej wniosków o upadłość. Tam, w porównaniu z innymi regionami, jest więcej zarejestrowanych przedsiębiorstw. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę procent złożonych wniosków w stosunku do liczby firm w danym regionie, to gorsza sytuacja może być w Małopolsce. Jej przychody ściśle związane są z turystyką, co już boleśnie odczuwa nie tylko Kraków, ale całe Południe. Natomiast Śląsk jest najbardziej rozwiniętym gospodarczo województwem, ze sporym udziałem przemysłu. Tam, poza Warszawą, są najatrakcyjniejsze wynagrodzenia w kraju.

– Sporo przedsiębiorców uzyskało z PFR znaczne subwencje na ochronę miejsc pracy. Jednak nie wszyscy mają świadomość tego, że minimum 25% tych środków będzie do zwrotu, a dalsza część – w zależności od utrzymania stanu zatrudnienia oraz osiągniętych wyników finansowych. Paradoksalnie może to wpłynąć na zwiększenie liczby upadłości lub restrukturyzacji – dodaje mec. Niczyporuk.

Na Śląsku już jest źle

Od stycznia do kwietnia br. do Sądu Rejonowego Katowice-Wschód w Katowicach wpłynęło 75 wniosków o ogłoszenie upadłości przedsiębiorców. To o 10 więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Natomiast w SR w Gliwicach ostatnio było 35 takich przypadków, a wcześniej – 33. Z kolei w Bielsku-Białej statystyki wyniosły odpowiednio 204 i 87, przy czym uwzględniają firmy i osoby nieprowadzące działalności gospodarczej. W ciągu czterech miesięcy br. do Sądu Rejonowego w Częstochowie dotarło 136 wniosków o ogłoszenie upadłości, w tym 19 dot. przedsiębiorców i 117 – osób fizycznych. W analogicznym okresie roku poprzedniego było to łącznie 121 i odpowiednio – 22 oraz 99.

– Z danych z sądów wynika, że na początku tego roku wniesiono znacząco więcej wniosków o upadłość niż w analogicznych miesiącach zeszłego roku. Warto dodać, że dostępne statystyki odnoszą się do okresów, w których nie ujawniły się jeszcze pełne skutki epidemii COVID-19, a to z pewnością sporo może zmienić w tych statystykach. Obecnie widać wzrost liczby wniosków o upadłość – komentuje ekspert z bielskiej Kancelarii Ars AEQUI.

Inaczej wyglądają statystyki wniosków o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. W pierwszych czterech miesiącach br. do Sądu Rejonowego Katowice-Wschód w Katowicach wpłynęło ich 13, a w analogicznym okresie ub.r. – 18. Patrząc na dane z sądu w Gliwicach, odnotowano po 9 takich wniosków. Natomiast w Bielsku-Białej ich liczba wyniosła ostatnio 4, czyli o 2 mniej niż rok wcześniej. Z kolei w Sądzie Rejonowym w Częstochowie zarejestrowano w tym roku jeden taki przypadek, a w ubiegłym – 8.

– Dane te wyraźnie pokazują, iż nie odnotowano wzrostu wpływu wniosków o otwarcie postępowań restrukturyzacyjnych. Moim zdaniem, wynika to z braku wiedzy dłużników o możliwościach, jakie daje im ustawa z 15 maja 2015 roku – Prawo restrukturyzacyjne. Ponadto dłużnicy pozyskują pomoc w ramach tarczy antykryzysowej. Niemniej wsparcie ma charakter doraźny. Dla wielu przedsiębiorców to tylko odroczenie decyzji dotyczącej upadłości albo restrukturyzacji – mówi Adrian Parol.

Na obszarze Śląska liczba wniosków o upadłość i restrukturyzację może wzrosnąć dwukrotnie lub nawet trzykrotnie. Według Marka Niczyporuka, stanie się tak, jeżeli sytuacja w górnictwie nie ulegnie poprawie i nie zostanie przywrócona pełna produkcja w branży automotive. Ta ostatnia zapewnia bowiem zatrudnienie nie tylko w koncernach samochodowych, ale również w wielu innych z nią powiązanych sektorach.

– Najbardziej zagrożona jest branża motoryzacyjna, wobec spadku popytu na nowe samochody, spowodowanego spowolnieniem gospodarczym. Stosunkowo duża liczba zarażonych górników nie ma wpływu na kondycję śląskiej gospodarki. Natomiast na liczbę składanych wniosków przez dłużników na pewno będzie miała wpływ zła sytuacja branży górniczej. To będzie rzutowało na sytuację finansową firm powiązanych z nią, które świadczą na jej rzecz usługi. Te przedsiębiorstwa staną wkrótce przed wyborem pomiędzy upadłością lub restrukturyzacją – stwierdza ekspert ds. restrukturyzacji z Jaworzna.

Jeśli kryzys okaże się szczególnie dotkliwy dla niektórych branż, konieczna będzie zmiana rodzaju prowadzonej działalności. Jak podkreśla Marek Niczyporuk, na szczęście śląska gospodarka nie jest już uzależniona od przedsiębiorstw państwowych i przemysłu ciężkiego. Bardzo rozwinięty jest sektor prywatny. Dodatkowo niepewna od lat sytuacja w górnictwie spowodowała, że przedsiębiorcy prowadzą działalności również w branżach z nim niepowiązanych. To zróżnicowanie będzie obecnie siłą tego regionu.

– Przychody Śląska są powiązane przede wszystkim z przemysłem i usługami pracującymi dla niego. Mamy już zapowiedziane zwolnienia, choćby w zakładach automotive, ale sądzę, że w drugiej połowie roku będzie dynamiczne odbicie. Wiele firm ma nadzieję, że dzięki środkom pomocowym uda się powrócić na ścieżkę wzrostu. Ale jeśli kłopoty pojawiły się kilka miesięcy przed pandemią, to można zapytać, dlaczego akurat pieniądze od państwa miałyby pomóc. Tam prawdopodobnie konieczna będzie restrukturyzacja. Pytanie, czy koronawirus spowoduje zmianę tego modelu biznesowego. Myślę, że w większości przypadków jednak nie – podsumowuje Marek Zuber.

Buty odbiły szybciej niż ubrania, gastronomia wraca, hotele i turystyka szorują po dnie, dyskonty i markety radzą sobie dobrze

  • Analiza transakcji kartami płatniczymi, dokonywanymi przez klientów Santander Bank Polska od pierwszego tygodnia poluzowania obostrzeń do 24 maja[1] wskazuje, że branże turystyczna, hotelarska i rozrywkowa nadal mierzą się z wyzwaniami związanymi z zamrożeniem gospodarki
  • Po majowym zniesieniu kolejnych obostrzeń sklepy z odzieżą i obuwiem oraz salony fryzjerskie i kosmetyczne odnotowują powrót do średnich wartości transakcji z analogicznych okresów 2019 r.
  • Na podstawie danych banku o dobrym okresie mogłyby mówić markety budowlane i sklepy z asortymentem RTV AGD, markety i dyskonty spożywcze oraz płatne kanały telewizyjne i platformy streamingowe

Sytuacja związana z epidemią Covid-19 sprzyja przejściu na transakcje bezgotówkowe. Wprowadzone obostrzenia sprawiły, że z pewnością częściej korzystamy z kart płatniczych i dlatego przedstawione przez nas dane powinny być traktowane jedynie jako wskazówka dla trendów w wybranych branżach. Sprawdziliśmy wartość transakcji dokonanych przez naszych klientów kartami w podziale na główne kategorie, w okresie od początku bieżącego roku do połowy maja, a także w 3 minionych latach. Dane sugerują, że w dyskontach spożywczych, marketach, sklepach budowlanych i RTV AGD oraz w drogeriach, wartość zakupów dokonywanych kartami przez klientów Santander Bank Polska po marcowych spadkach przekroczyła już poziomy z ubiegłych lat. Branża turystyczna nadal pozostaje w bardzo trudnej sytuacji. Pierwsze sygnały poprawy, czyli wzrostu wartości wydatków ze strony klientów, obserwujemy w branży hotelarskiej oraz rekreacji. Wśród branż dotkniętych niemal całkowitym zamrożeniem w czasie pandemii znalazła się również gastronomia, jednak jej łączny wynik w połowie maja to ok. 63% wartości transakcji z analogicznego okresu roku 2019 – mówi Przemysław Chojecki, data scientist w Santander Bank Polska.

Analitycy Santander Bank Polska porównali sumę transakcji dokonywanych kartami płatniczymi z analogicznym okresem minionego roku. Nie jest zaskoczeniem, że największe spadki odnotowano wśród biur podróży, hoteli oraz punktów rozrywki, obejmujących m.in. kina i kluby fitness. W przypadku tych trzech kategorii, na podstawie analizy transakcji, nadal można mówić wręcz o zamrożeniu biznesu spowodowanym przez obostrzenia nałożone w związku z pandemią. W branży hotelarskiej wartość transakcji spadła o 96%. Pierwsze, delikatne sygnały odbicia w transakcjach kartami pojawiły się po 4 maja, gdy poluzowano obostrzenia. Jednak nadal w drugiej połowie maja br. wartość transakcji kartami w hotelach utrzymywała się na poziomie 20% obrotów sprzed roku. Ponadto w bieżącym roku nie odnotowano znaczącego skoku wartości transakcji, charakterystycznego dla okresu długiego weekendu majowego – w 2020 r. wartość transakcji kartami w hotelach niewiele różniła się od zera. Także w biurach podróży, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych, po gwałtownych spadkach z końcem marca nie odnotowano jeszcze odbicia, a wolumeny transakcji kształtują się na poziomie 5-6% wartości z początku br. czy początku maja minionego roku.

Nieco lepiej w restauracjach i barach fast food

Analiza danych transakcji kartami płatniczymi klientów Banku wskazuje, że w tej branży od połowy kwietnia widać trend wzrostowy, a połowa maja przyniosła wzrost wartości transakcji do ok. 63% notowanych w tym samym okresie 2019 roku.

Dane dotyczące sklepów z odzieżą i obuwiem, usług oraz salonów prasowych i sklepów z książkami wskazują na spadek liczby transakcji na poziomie od 23% do 33% dla średnich transakcji w tygodniach 24.04-17.05, mimo okresu całkowitego zamknięcia tego typu placówek w centrach handlowych. Z kolei analizując dane z trzytygodniowego okresu od 4.05 do 24.05, można już mówić o powrocie do wartości z minionego roku. Ponadto, zgodnie z najnowszymi szacunkami Polskiej Rady Centrów Handlowych[2], w dniach 18-24 maja br. liczba osób odwiedzających centra handlowe utrzymywała się na poziomie od 73% do 79% w stosunku do analogicznego okresu roku 2019. Dane z maja, wskazują, że z chwilą złagodzenia obostrzeń zdecydowanie dynamiczniej „odbiła się” sprzedaż w sklepach z obuwiem niż z odzieżą.

Wzrosty transakcji kartowych odnotowują markety budowlane i sieciowe sklepy z RTV i AGD oraz dyskonty i markety spożywcze

W tym przypadku liczba transakcji klientów banku jest o ponad 60% wyższa niż w pierwszych tygodniach maja minionego roku. Szczególnie w przypadku sieciowych sklepów z meblami widać wyraźny spadek od 9 marca i błyskawiczne odbicie do poziomów ze stycznia i lutego br. w 17. tygodniu 2020, gdy 20 kwietnia istotnie złagodzono limity liczby osób w sklepach. Natomiast, jak wskazują dane dotyczące wartości transakcji kartami w największych marketach budowlanych, doświadczyły one spadku (rzędu 20%) transakcji kartami od początku pandemii i niezwykle dynamicznego odbicia od 20 kwietnia, wraz z poluzowaniem obostrzeń. Obecnie wartość transakcji kartami średnio w tygodniu, w tego typu sklepach, jest od 40% do 70% większa niż przed pandemią.

Dużym zainteresowaniem cieszą się płatne kanały telewizyjne i platformy streamingowe

Od początku marca, wraz z pojawieniem się w Polsce pierwszych przypadków koronawirusa i pierwszych obostrzeń, niemal dwukrotnie wzrosła wartość transakcji za mikropłatności np. w grach online. Co ciekawe, wartość tych zakupów kartami błyskawicznie spadła do średnich poziomów w 17. tygodniu roku, czyli gdy od 20 kwietnia zostały otwarte lasy i parki, a także złagodzono ograniczenia dotyczące liczby osób w sklepach.

Analiza na podstawie danych własnych Santander Bank Polska, porównujących tygodnie 24.04-17.05 i 4.05-24.05 2020 do analogicznych okresów roku 2019.

[1] Dane za okres 27.04-24.05

[2] https://prch.org.pl/pl/aktualnosci/695-odwiedzalnosc-po-otwarciu-gastronomii-i-uslug

Czy zdołamy zachować ryby dla przyszłych pokoleń? – najnowszy raport ONZ

Najnowszy raport Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) pokazuje, że zapotrzebowanie na ryby i owoce morza jest obecnie większe niż kiedykolwiek i stanowi kluczowy element w zapewnieniu globalnego bezpieczeństwa żywnościowego. Jeśli jednak chcemy sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu także w przyszłości, musimy przyspieszyć wdrażanie zrównoważonego zarządzania rybołówstwem na całym świecie.

Według opublikowanego 8 czerwca br. raportu FAO „The State of World Fisheries and Aquaculture 2020” mieszkaniec Ziemi zjada przeciętnie 20,5 kg ryb i owoców morza rocznie, a przewiduje się, że do 2030 r. liczba ta wzrośnie do 21,5 kg per capita. To ponad 3 razy więcej niż jeszcze na początku lat 60-tych XX wieku.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat tempo wzrostu światowej konsumpcji ryb dwukrotnie przewyższało tempo wzrostu liczby ludzi na świecie. Konsumpcja ryb i owoców morza rosła także szybciej niż innych produktów, będących źródłem białka zwierzęcego, takich jak mięso, jajka czy mleko[1].

Trend ten wyraźnie pokazuje jak ważne jest odpowiedzialne rybołówstwo w osiągnięciu wyznaczonych przez ONZ Celów Zrównoważonego Rozwoju, w szczególności wyeliminowania głodu i zapewnienia wszystkim ludziom dostępu do żywności.

Z powodu niedożywienia cierpi obecnie 815 milionów ludzi, a więc co dziewiąta osoba na świecie[2]. Tymczasem ryby i owoce morza stanowią ważne źródło białka dla ponad 3 miliardów ludzi oraz zapewniają dochody dla blisko 60 mln osób zatrudnionych w rybołówstwie i akwakulturze[3].

Jak zmieniają się światowe połowy?

Według raportu FAO w 2018 r. światowe połowy osiągnęły rekordowy poziom 96,4 mln ton. Dla zobrazowania: ilość ta wystarczyłaby, żeby 160 razy wypełnić Stadion Narodowy w Warszawie po sam sufit. Połowy morskie odpowiadały za 84,4 mln ton, a śródlądowe za 12 mln ton[4]. Wśród krajów, które poławiają najwięcej zdecydowanym liderem są Chiny (15% światowych połowów), następnie Indonezja, Peru (w tym zdecydowana większość to połowy sardeli), Indie, Rosja, USA, Wietnam, Japonia, Norwegia, Chile. Ogółem 20 państw poławiających najwięcej odpowiada za aż 74% światowych połowów[5].

Do najczęściej poławianych gatunków w 2018 r. należały: sardela – 7,04 mln ton, mintaj – 3,39 mln ton, tuńczyk bonito – 3,16 mln ton, śledź – 1,8 mln ton, błękitek – 1,71 mln ton[6].

Niestety najnowsze dane FAO wskazują, że z roku na rok coraz więcej światowych zasobów ryb jest przełowionych. Nadmierne połowy dotyczą już ponad 1/3 stad ryb (34,2% w 2017 r.), a odsetek ten jest ponad 3 razy wyższy niż w połowie lat 70-tych XX wieku[7].  Problem przełowienia jest szczególnie alarmujący na obszarach: Morza Śródziemnego i Morza Czarnego (62,5%), południowo-wschodniego Pacyfiku (55%) czy południowo-zachodniego Atlantyku (53,3%)[8].

Raport-SOFIA-2020-grafikaRaport pokazuje jednak także optymistyczny fakt: gatunki, przy połowach których wdrożono skuteczne zarządzanie, takie jak tuńczyk bonito, mintaj czy dorsz atlantycki, wykazują poprawę, jeśli chodzi o odbudowę stad.

Na szczególną uwagę zasługują połowy tuńczyka, które w 2018 r. osiągnęły najwyższy dotąd poziom ok. 7,9 mln ton (dotyczy to stad wszystkich gatunków tuńczyka). Dwie trzecie tych stad są obecnie poławiane na biologicznie zrównoważonym poziomie, co oznacza duży wzrost – aż o 10 pkt. procentowych – w ciągu zaledwie 2 lat[9]. Świadczy to o rosnącym zaangażowaniu rybołówstwa w zrównoważone korzystanie z zasobów tuńczyka. Jest to szczególnie ważne biorąc pod uwagę wartość ekonomiczną oraz ogromne znaczenie tej ryby w handlu międzynarodowym, jak również wyzwania w zarządzaniu połowami, związane z migracjami tuńczyków. Więcej na ten temat można przeczytać w raporcie MSC „Tuńczyk – kompendium wiedzy o zrównoważonych połowach”.

Przyszłość oceanów w rękach konsumentów

Jak pokazują najnowsze badania konsumenckie przeprowadzone przez agencję GlobeScan co trzeci konsument na świecie obawia się, że do 2040 r. jego ulubiona ryba na zawsze zniknie z naszego menu[10].

Wzrastający popyt na produkty rybne wywiera trwały wpływ na kondycję ekosystemów morskichpowiedziała Anna Dębicka, Dyrektor Programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – Przez stulecia ludziom wydawało się, że morza i oceany stanową niewyczerpane źródło ryb i owoców morza, tymczasem nadmierne połowy mogą prowadzić do zachwiania równowagi ekosystemów morskich i wymierania gatunków. Nie jest to tylko problem ekologiczny, ale również ekonomiczno-społeczny. Jego konsekwencje odczuwają miliony ludzi, których byt zależy od gospodarki rybnej.

Zrównoważone połowy są kluczowe, by zagwarantować dostawy ryb i owoców morza niezbędne dla wyżywienia ludzi także w przyszłości. Dlatego od ponad 20 lat organizacja pozarządowa MSC walczy z problemem nieodpowiedzialnego rybołówstwa, mającego destrukcyjny wpływ na środowisko naturalne, jednocześnie doceniając wysiłki tych, którzy starają się chronić zasoby mórz i oceanów. Rybacy, którzy spełnią rygorystyczne wymogi określone w Standardzie Zrównoważonego Rybołówstwa MSC, mogą posługiwać się niebieskim certyfikatem MSC. Certyfikat MSC na produktach rybnych daje konsumentom gwarancję, że ryby pochodzą ze stabilnych, dobrze zarządzanych łowisk, a połowy nie szkodzą także innym organizmom morskim i ich siedliskom.

Dzięki certyfikatowi MSC możemy z łatwością dokonywać odpowiedzialnych decyzji przy zakupie dzikich ryb i owoców morza. Jest to niezwykle ważne, ponieważ nawet bardzo niewielkie działania, mogą przyczynić się do ważnych pozytywnych zmian. W ten sposób wspieramy rybaków, którzy poławiają w odpowiedzialny sposób oraz całą branże rybną, która wykonała pracę w celu uzyskania certyfikacji. Jest to szczególnie ważne zwłaszcza teraz, gdy sektor rybołówstwa stawia czoła trudnym wyzwaniom będącym bezpośrednimi skutkami pandemii COVID-19 – dodała Dębicka.

Światowy przemysł w ostatnim czasie musiał szybko dostosować się do zmieniających się warunków wywołanych pandemią COVID-19. Kluczowym jest, by plan odbudowy po kryzysie uwzględniał zrównoważony rozwój, także w kontekście połowów i przemysłu rybnego.

[1] Raport „The State of World Fisheries and Aquaculture 2020” str. 65

[2] https://www.un.org.pl/cel2

[3] Raport „The State of World Fisheries and Aquaculture 2020” str. 36

[4] Ibidem, str. 3, 9

[5] Ibidem, str. 10, 12

[6] Ibidem, str. 14

[7] Ibidem, str. 47

[8] Ibidem, str. 51, 53

[9] Ibidem, str. 8, 10

[10] Badanie przeprowadzone na zlecenie MSC przez niezależną agencję badawczą GlobeScan od stycznia do marca 2020 r. W badaniu wzięło udział 20 876 konsumentów z 23 krajów (Australia, Austria, Belgia, Kanada, Chiny, Dania, Finlandia, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Niderlandy, Nowa Zelandia, Norwegia, Polska, Portugalia, Singapur, Republika Południowej Afryki, Hiszpania, Szwecja, Szwajcaria, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone).

Biznes szuka pieniędzy na ponowny start u swoich dłużników

W marcu, w pierwszym miesiącu epidemii, mały i średni biznes ruszył odzyskać stare długi – liczba przyjętych wniosków o windykację zobowiązań była wyższa o 375% niż w lutym.

Zamrożenie gospodarki i ogólna niepewność spowodowały, że w kwietniu takich wniosków było o 21% mniej (niż w marcu), wzrosła za to łączna wartość przedmiotu sporu, czyli kwota zlecona do windykacji. Maj to znowu wzrost liczby zleceń windykacji długów – o 27%. Mały i średni biznes szuka pieniędzy na ponowny start w zaległych zobowiązaniach.

Dane pochodzą z e-Kancelaria Grupa Prawno – Finansowa sp. z o.o., która jest członkiem Związku Przedsiębiorstw Finansowych (ZPF). Prowadzi windykację na wszystkich etapach: monitoringu, polubownym, sądowym i egzekucyjnym. Działa na zlecenie firm pożyczkowych, a także branż TSL, HORECA oraz budownictwa.

Niepokój biznesu o swoją płynność finansową poskutkował w pierwszym okresie zamrożenia gospodarki podejmowaniem przez przedsiębiorców wielu działań zabezpieczających środki na niepewną przyszłość. Jednym z nich była windykacja starych długów.

– W marcu notowaliśmy niespotykaną wcześniej liczbę zgłaszanych do nas długów do windykacji. Przyjęliśmy o 375% więcej takich spraw niż w lutym. Wiele z nich było starymi zobowiązaniami wyjmowanymi „z dna szuflady”. Niektóre z tych faktur zostało już spisane na straty, ale niepewne perspektywy spowodowały próbę odzyskania tych środków. Rzeczywiście – w wielu przypadkach okazało się to możliwe. Niektórzy dłużnicy, widząc kłopoty przed sobą, starali się porządkować stare zaległości, podpisywać porozumienia lub oddawać chociaż część środków – mówi Aleksandra Linda – Kierownik Działu Windykacji B2B w e-Kancelaria.

Masowe „czyszczenie” starych zobowiązań w marcu spowodowało, że liczba zgłoszony spraw windykacyjnych do e-Kancelarii w kwietniu była mniejsza o 21% niż w marcu. O prawie połowę wzrosła za to wartość przedmiotu sporu, czyli kwota zlecona do windykacji (o 48%).

– Podczas pandemii zwiększyły się salda średniej sprawy, ale jest też więcej małych spraw, które dla small biznesu są ważne – dla jednego przedsiębiorcy 1000 zł to niewiele, a dla innego to być albo nie być dla jego firmy, a czasem także rodziny – mówi Aleksandra Linda.

W maju biznes budzi się do życia

Majowe odmrażanie i ponowne uruchamianie gospodarki spowodowało przyrost liczby spraw o windykację długów – o 27%. Mały i średni biznes szuka pieniędzy na ponowny start w zaległych zobowiązaniach, traktując to jak formę dywersyfikacji przychodów dostosowaną do trudnych czasów.

– Wiele firm na ponowne uruchomienie działalności potrzebuje kapitału, który pozwoli im na inwestycje, chociażby w środki czystości, które muszą kupić właściciele sklepów czy punktów usługowych. W sytuacji kiedy trudno liczyć na kredyt w banku, jedną z realnych możliwości pozyskania takiego kapitału jest otrzymanie go z niespłaconych zobowiązań partnerów biznesowych. Nawet jeśli do przedsiębiorcy trafi tylko część długu, może to być dla niego istotne „na przednówku”, w pierwszej fazie rozruchu. Widać aktywność biznesu w przekazywaniu do windykacji tych młodszych zobowiązań, już na wczesnym etapie. Teraz nikt nie chce czekać miesiącami na pieniądze – mówi Piotr Maciągowski, Prezes Zarządu w e-Kancelaria.

Nową branżę, która w związku z COVID-19 stara się odzyskać pieniądze z faktur, stanowią dystrybutorzy kosmetyków, którzy wcześniej nie pojawiali się na taką skalę z zaległymi płatnościami. Dotyczy to także hurtowni dostarczających towar do „zamrożonych branż”, czyli gastronomii, hoteli czy właśnie gabinetów kosmetycznych.

Kredyt dla firm na oświadczenie – niekoniecznie w banku

Kredyt dla firm na oświadczenie znajdziemy zarówno w tradycyjnych instytucjach finansowych, jak i w instytucjach pożyczkowych. Te drugie oferują pożyczki dla firm już od pierwszego dnia działalności, kuszą minimalną liczbą formalności i szybką decyzją kredytową. To, czym jest kredyt dla firm na oświadczenie i kiedy warto po niego sięgnąć, wyjaśniamy w poniższym artykule.

Kredyt dla firm na oświadczenie – definicja

Kredyt dla firm na oświadczenie może być definiowany zarówno jako kredyt dla małych firm, jak i jako kredyt skierowany do większych przedsiębiorstw. Na to, czy taka forma finansowego wsparcia zostanie nam przyznana nie ma bowiem znaczenia ani, to jak wielką firmą zarządzamy, ani to jak długo istniejemy na rynku. Ważniejsza jest zdolność kredytowa, jak i wiarygodność finansowa. Podobnie, jak kredyt gotówkowy, tak i kredyt dla firm na oświadczenie wiąże się bowiem z badaniem zdolności kredytowej i ze zweryfikowaniem przyszłego kredytobiorcy w bazach dłużników.

Kredyt dla firm na oświadczenie – najważniejsze informacje

Kredyt dla firm na oświadczenie może zostać przyznany już od pierwszego dnia działalności. Tym samym, to korzystny instrument zewnętrznego finansowania również dla nowych firm, które dopiero walczą o pozycję na rynku. Kredyt dla firm na oświadczenie może zostać przeznaczony na inwestycje i rozwój działalności, na spłatę faktur czy też na uregulowanie zobowiązań wobec ZUS czy urzędu skarbowego.

Kredyt na oświadczenie nie oznacza jednak, że wypełniając informację o tym, jakie dochody uzyskujemy z prowadzonej działalności, możemy wpisać tam dowolną kwotę. Wprawdzie wysokość zarobków ma istotny wpływ na to, czy otrzymamy upragnione zobowiązanie, należy jednak pamiętać, że wypełniając formularz pożyczkowy, musimy podawać tam prawdziwe i zgodne ze stanem faktycznym informacje. Za zawyżenie dochodów czy inne, celowe wprowadzenie w błąd kredytodawcy czy pożyczkodawcy, może grozić nam odpowiedzialność karna. Ponadto, jakiekolwiek błędy formalne we wniosku sprawią, że zamiast zastrzyku gotówki, otrzymamy negatywną decyzję kredytową. Fakt ten jest również o tyle istotny, że każde zapytanie o naszą historię kredytową, obniży naszą zdolność kredytową. W praktyce oznacza to, że im więcej podmiotów na początku odmówi nam kredytu czy pożyczki, tym mniejsza jest szansa na to, że gdziekolwiek je otrzymamy.

Pamiętajmy też, że kredyt dla firm na oświadczenie nie oznacza, że instytucja pożyczkowa zrezygnuje z weryfikacji przyszłego klienta. Jego zdolność kredytowa i historia kredytowa również zostaną sprawdzone. Jedyna różnica polegać będzie na tym, że do obu wymienionych kwestii firma pożyczkowa podejdzie nieco przychylniej niż bank. Ponadto, sprawdzi klienta samodzielnie i poza szczególnymi przypadkami, nie będzie wymagać od niego dodatkowych dokumentów czy zaświadczeń.

Kredyt dla firm na oświadczenie – dlaczego warto?

Największą zaletą takiego instrumentu zewnętrznego finansowania jak kredyt dla firm na oświadczenie jest mniejsza ilość formalności koniecznych do otrzymania kredytu. Ponadto o kredyt dla firm na oświadczenie możemy ubiegać się przez internet, a na wstępną decyzję kredytową poczekamy nie dłużej niż kilka minut. Czas oczekiwania na przyznanie środków pieniężnych jest szczególnie istotny w przypadku małych firm, gdyż to zazwyczaj one zwłaszcza w pierwszych latach działalności mają największe trudności z utrzymaniem się na rynku. Kolejną zaletą kredytu na oświadczenie jest to, że wypełnienie wniosku jest bardzo proste i nie powinno zająć dłużej niż 5 minut. Co ciekawe, kredyt dla firm na oświadczenie w wielu przypadkach możemy otrzymać już tego samego dnia, w którym się o niego ubiegamy.

Pożyczka dla firm bez BIK – czy jest możliwa?

Nazwa kredyt dla firm na oświadczenie może wprowadzać potencjalnych kredytobiorców w błąd. Podobnie jest z takim produktem jak pożyczka dla firm bez bik. Wprawdzie kredyt na oświadczenie, podobnie jak pożyczka dla firm na oświadczenie, wiążą się z mniejszą ilością formalności, nie znaczy to jednak, że banki czy instytucje pożyczkowe, zrezygnują z weryfikacji potencjalnych klientów.

Warto zaznaczyć, że firmy z sektora pozabankowego, które działają zgodnie z zasadami odpowiedzialnego pożyczania, również przyglądają się takim kwestiom jak wiarygodność finansowa i dobra historia kredytowa swoich przyszłych klientów. Dobrą informacją jest natomiast ta, że pożyczkę dla nowych firm możemy dostać nawet wówczas, gdy np. mamy już kredyt w banku. Istotne jest jednak to byśmy już posiadane zobowiązanie, spłacali zgodnie z harmonogramem. Hasło pożyczka dla firm bez bik zakładając, że gdzieś ją znajdziemy, nie jest produktem, po który powinniśmy sięgać. Po pierwsze, firmy, które oferują taki instrument finansowego wsparcia jak pożyczka dla firm bez bik, „zrekompensują” to sobie wyższymi kosztami zobowiązania takimi jak prowizja, wysokość opłaty, przygotowawczej, opłaty administracyjne itd. Po drugie, brak weryfikacji przyszłego klienta w bazach dłużników, to dla niego jedynie pozorne ułatwienie. Pamiętajmy, że nawet jeśli pożyczka dla firm bez bik zostanie nam przyznana, to nadal jest to dług, który będziemy musieli spłacić. Jeśli tego nie zrobimy, to przyznane nam środki pieniężne zamiast pomóc nam zachować płynność finansową, mogą przyczynić się do zwiększenia ogólnego stanu zadłużenia. Ponadto, brak płatności w wyznaczonym terminie, wiąże się z kosztami kolejnych wezwań do zapłaty, które również obciążą nasz budżet. I po trzecie, firma pożyczkowa, która nie współpracuje z BIK czy KRD z pewnością nie jest rzetelnym i wiarygodnym pożyczkodawcą.

Pożyczka dla firm na oświadczenie – warunki

Chociaż warunki, które musimy spełnić, by pożyczka dla firm na oświadczenie została nam przyznana są zwłaszcza w porównaniu z bankową procedurą nieliczne, to istnieje kilka kwestii o których warto pamiętać.

Pożyczka dla firm na oświadczenie w Aasa może trafić na nasze konto, jeśli:

  • Mamy zarejestrowaną działalność gospodarczą na terenie Polski – o kredyt dla firm na oświadczenie możemy ubiegać się już od pierwszego dnia prowadzania swojego biznesu.
  • Posiadamy stały adres zameldowania w Polsce – w chwili składania wniosku o pożyczkę dla firm.
  • Nie widniejemy w rejestrze dłużników BIG (InfoMonitor, ERIF lub KRD).

Cały proces ubiegania się o pożyczkę dla firm jest niezwykle prosty i szybki i odbywa się w 100% online. Od tego, by otrzymać pożyczkę na rozwój swojego biznesu dzielą nas tak naprawdę trzy kroki. Po pierwsze, korzystając z zamieszczonego na stronie pożyczkodawcy kalkulatora, musimy wybrać kwotę i okres pożyczki. Po drugie, czeka nas również wypełnienie wniosku o pożyczkę, co powinno nam zająć około 5 minut. Po trzecie, gdy już to zrobimy, pozostaje nam czekać na decyzję kredytową. Prawidłowo wypełniony wniosek przyspieszy całą procedurę. Jeśli jest kompletny i nie zawiera błędów, decyzję kredytową otrzymasz telefonicznie lub mailowo tak szybko, jak to możliwe. Z tego względu pamiętaj o tym, by wypełniając wniosek o pożyczkę dla firm, podać taki numer telefonu, pod którym będzie się można z Tobą skontaktować. To samo dotyczy adres mailowego, powinien to być taki adres, z którego rzeczywiście korzystasz. Do ubiegania się o pożyczkę w Aasa nie są natomiast konieczne dokumenty rejestracyjne, dokumenty księgowe, poręczenia czy dodatkowe zabezpieczenia.

Branża turystyczna nad przepaścią. Hotele z Pomorza Zachodniego szykują się do wakacji, ale nie są pewne swojej przyszłości

Pandemia koronawirusa wywróciła polską gospodarkę do góry nogami – to sprawa bardziej niż oczywista. Następujące krok po kroku odmrożenie, tylko w niewielkim stopniu pomogło w odradzaniu się branży turystycznej. Przedsiębiorcy z Pomorza Zachodniego zwracają uwagę, że bez wizyt turystów z zagranicy, nie mają szans na zakończenie sezonu wakacyjnego z zyskiem. Straty liczone są każdego tygodnia w setkach tysięcy złotych, a deklarowane przez Rząd wsparcie nie obejmuje wszystkich.  – Patrząc na obecne obłożenie hoteli w kurortach nadmorskich to w lipcu mamy ok. 30%, a w sierpniu jest jeszcze mniej – mówi Roman Kucierski, dyrektor zarządzający Hotelu Hamilton w Świnoujściu.  Przedsiębiorcy obawiają się o sezon jesienny i zimowy, kiedy z oczywistych powodów turystów jest mniej.

  • Przedsiębiorcy działający w pasie nadmorskim mówią wprost: bez turystów z zagranicy czeka nas niemal martwy sezon. Przyznają jednocześnie, że robią wszystko by pozyskać gości krajowych
  • Bon turystyczny traktowany jest bardziej jako „polityka” niż realne wsparcie. Nie wiadomo kiedy wejdzie on w życie i w jakiej formule
  • Przedsiębiorcy chcą spotkania z Wicepremier Jadwigą Emilewicz. Jak mówią, z perspektywy Warszawy trudno dostrzec problemy tak wyspecjalizowanych branż jak turystyka
  • Północna Izba Gospodarcza od początku pandemii koronawirusa wspiera przedsiębiorców w artykułowaniu ich postulatów

Priorytet dla branży turystycznej? Jak najszybsze otwarcie granic!

Czas pandemii koronawirusa najmocniej dotknął branżę turystyczną, w tym gastronomię i hotelarstwo. Odmrożenie gospodarki i możliwość korzystania z obiektów hotelowych przez turystów krajowych należy nazwać krokiem w dobrą stronę, ale przedsiębiorcy nadal są niepewni przyszłości. Powodów problemów jest co najmniej kilka – najpoważniejszym jest oczywiście zablokowanie ruchu międzynarodowego. Bez turystów z Niemiec i Skandynawii obłożenie w hotelach jest na poziomie niegwarantującym rentowności. Obecne obłożenie hoteli na miesiące wakacyjne w kurortach nadmorskich waha się od 25-40%, o tej porze roku było zwykle powyżej… 80%. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że przedsiębiorcy wypatrują kolejnych informacji o planowanym wsparciu gospodarczym w formie np. bonu turystycznego.

– Patrząc na perspektywę ostatnich miesięcy, po analizie bieżącej sytuacji i planów na najbliższy czas, muszę ze smutkiem stwierdzić, że trudno o optymizm  – mówi Roman Kucierski, dyrektor zarządzający hotelu Hamilton w Świnoujściu.  – Dla branży turystycznej Pomorza Zachodniego priorytetem jest otwarcie granic z Niemcami, Skandynawią i Czechami. Patrząc na obecne obłożenie hoteli w kurortach nadmorskich to w lipcu mamy ok. 30%, a w sierpniu jest jeszcze mniej. Czerwiec jest troszkę lepszy, ale wynika to z obniżonych cen oraz długiego weekendu, który jest przed nami i wygenerował on duże zainteresowanie krajowych turystów po kilkumiesięcznym czasie zamrożenia – dodaje dyrektor Kucierski.

Otwarcie granic jest według informacji przekazywanych przez członków Rządu kwestią najbliższych dni. Przedsiębiorcy przekonują jednak, że przybycie turystów z zagranicy nie nastąpi z godziny na godzinę. Jeżeli ruch zostanie przywrócony w połowie czerwca, to pierwszych gości spoza Polski hotele spodziewają się po kilku dniach lub tygodniach: – Jest grupa turystów z zachodniej granicy, która czeka na nasz sygnał i chce spędzić w Polsce w wakacje, ale zdajemy sobie sprawę, że i tak milionów turystów w tym sezonie nie będzie. Boimy się jesieni, to zawsze okres trudny dla branży turystycznej, żyjemy wtedy z zysków z lata, a tych może nie być – dodaje Roman Kucierski.

Bon turystyczny nie budzi entuzjazmu branży hotelarskiej. „Trudno komentować coś, co jest tylko hasłem”

Bon turystyczny, o którym głośno mówi się w ostatnich tygodniach jest traktowany przez przedsiębiorców jako obietnica miła, ale póki co bardzo niekonkretna. Każde wsparcie jest doceniane, ale pojawiają się obawy co do formuły tego bonu, jego wartości oraz terminu, w którym będzie można z niego skorzystać. – Najpierw miało to być tysiąc złotych dla pracownika zatrudnionego na umowę o pracę, teraz mówimy, że to 500 złotych na każde dziecko. Trudno jest komentować coś, co jest hasłem rzuconym do opinii publicznej, bez żadnej mocy prawnej i bez żadnych konkretów. Bon na sezon letni nie jest dla nas optymistyczny, bo wakacje jesteśmy w stanie jakoś przeżyć, dobrze byłoby by osoby przygotowujące projekt pomyślały o jesieni czy o zimie, czyli czasie dla nas trudniejszym – dodaje Roman Kucierski.

Hotele przygotowują swoje strategie marketingowe i zamierzają przyciągać klientów, którzy z powodu pandemii koronawirusa nie zdecydują się na wakacje zagraniczne. Niektóre obiekty zweryfikowały swoje ceny, inne planują kampanie reklamowe oraz zwiększenie aktywności w mediach społecznościowych. – Hotele chcą by ich oferta była bardziej przyjazna dla klientów. Polska ma bardzo dobrą ofertę turystyczną. Powiedziałbym, że jedną z najlepszych w Europie. Większość hoteli w pasie nadmorskim powstała w ciągu ostatnich lat, mają zwykle cztery lub pięć gwiazdek. Jakość obsługi, standard usług dodatkowych, wygląd hotelu, to poziom wysoki i gwarantujący najwyższą formę wypoczynku. Proszę mi uwierzyć, w Świnoujściu nie mamy się czego wstydzić – dodaje Roman Kucierski, dyrektor zarządzający hotelu Hamilton.

Przedsiębiorcy branży turystycznej z regionu chcą spotkania z Wicepremier Jadwigą Emilewicz

Przedsiębiorcy z naszego regionu czują, że Rząd nie rozumie ich problemów. Jak mówią to kwestia „perspektywy warszawskiej”, która nie obejmuje swoim polem widzenia problemów miejscowości nadmorskich oraz przedsiębiorców funkcjonujących przy granicy polsko-niemieckiej. Według dyrektora Kucierskiego sposobem na lepsze funkcjonowanie branży jest większa solidarność oraz spotkanie z przedstawicielami Rządu i wyartykułowanie im problemów, z którymi borykają się przedsiębiorcy nad Bałtykiem. Przedsiębiorcy ze Świnoujścia chętnie spotkaliby się z Wicepremier i Ministrem Przedsiębiorczości Jadwigą Emilewicz.

– Płacimy podatki, zatrudniamy ludzi, ale jak spojrzymy na ostatni kwartał, to okazuje się, że częściowo nie kwalifikujemy się do wszystkich programów pomocowych. Turystyka to nie tylko hotelarstwo, ale i tour-operatorzy, piloci wycieczek, firmy przewozowe, wiele osób zostało bez środków do życia. Nikt nie myśli o tym, co się będzie działo za kilka miesięcy. To jest przerażające – mówi Roman Kucierski. – Musimy tworzyć swoje lobby, musimy się zrzeszać jako hotelarze i pracownicy branży turystycznej, nasz głos musi być bardziej słyszalny. Między organizacjami nie widać współdziałania i niestety efekt jest taki, że wszyscy mówimy, że nie jest dobrze, mając jednocześnie poczucie, że nasz głos jest ignorowany – dodaje Roman Kucierski.

Roman Kucierski jest dyrektorem zarządzającym Hotelu Hamilton w Świnoujściu. Firma jest członkiem Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Komentarz Prezesa Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosława Tarczyńskiego:

Jesteśmy świadomi z jak wielkimi problemami boryka się branża turystyczna na Pomorzu Zachodnim. Turystyka to 15% PKB całego regionu, a ostatnie lata to szereg inwestycji zwiększających atrakcyjność naszego pasa nadmorskiego. Jeżeli stracimy ten sezon, to będzie oznaczało falę bankructw i zwolnień, bo hotelarze i gastronomicy nie mogą pozwolić sobie na lato bez klientów. Po szczycie sezonu przychodzi jesień, zima i wiosna, gdzie klientów z oczywistych powodów jest mniej.

Jako Północna Izba Gospodarcza apelujemy do Wicepremier Jadwigi Emilewicz – Pani Premier, prosimy o spotkanie! Przedsiębiorcy z naszego regionu bardzo proszą o wsparcie, otwarcie granic jest dla nich sprawą dalszego funkcjonowania i rozwoju albo stagnacji, a potem pewnie w przypadku wielu firm bankructwa. Proszę przyjechać nad Bałtyk i zobaczyć z jak trudną sytuacją radzą sobie nasi przedsiębiorcy i jak dzielnie starają się walczyć o klientów, oferując im najlepszej jakości usługi. Dlaczego nie mamy przygotowanej strategii otwierania granic? Większość krajów żyjących z turystyki już ją ma i szykuje się na przyjęcie gości. My czekamy, a każdy dzień zwłoki to stracone pieniądze.

Synerise umacnia pozycję w Polsce i regionie DACH dzięki partnerstwu z Hycom.digital

Firma technologiczna Synerise podpisała umowę partnerską z firmą doradztwa biznesowego IT Hycom.digital. Jako oficjalny partner Synerise, Hycom.digital wesprze akwizycję nowych klientów w Polsce, a także implementację rozwiązań Synerise AI Growth Ecosystem w regionie DACH.

Synerise dynamicznie rozwija swoją działalność globalną, koncentrując się na budowaniu szerokiej sieci partnerskiej na kluczowych rynkach. Nowy partner Synerise w Polsce i regionie DACH posiada bogate doświadczenie w projektowaniu i rozwijaniu systemów dla najbardziej złożonych cyfrowych projektów biznesowych, które działają w ogromnej skali. Dostarcza rozwiązania, które umożliwiają osiąganie lepszych wyników biznesowych oraz usprawnianie doświadczeń konsumentów.

Raport Vertiv: przetwarzanie na brzegu sieci szansą dla operatorów telekomunikacyjnych

Vertiv, globalny dostawca rozwiązań z zakresu infrastruktury dla centrów danych, opublikował stworzony wraz z firmą analityczną Omdia, nowy raport dotyczący możliwości wykorzystania przetwarzania danych na brzegu sieci (edge computing) przez operatorów telekomunikacyjnych oraz prezentujący najlepsze strategie i taktyki związane z tą technologią.

Raport Telcos and edge computing: opportunity, threat or distraction? udowadnia, że wzrost ilości przetwarzanych danych w sieciach brzegowych przełoży się na zyski dla operatorów. Analitycy firmy Omdia (dawniej Ovum) wskazują, że operatorzy telefonii stacjonarnej i komórkowej mogą zbudować platformę do rozwoju usług przetwarzania brzegowego, a jednocześnie uzyskać znaczne oszczędności kosztów dzięki wykorzystaniu posiadanej infrastruktury (istniejących masztów telekomunikacyjnych sieci komórkowych, punktów agregacyjnych, biur itp.).

Wzrost popularności przetwarzania brzegowego otwiera przed dostawcami usług telekomunikacyjnych możliwości rozwoju oferty związanej z 5G, IoT i innymi innowacyjnymi technologiami – mówi Gary Niederpruem, dyrektor ds. strategii i rozwoju w Vertiv. – Operatorzy będą potrzebowali partnerów o międzynarodowym zasięgu, jak również szerokiej gamy rozwiązań, aby rozwijać się na rynku usług brzegowych.

Raport Omdia pokazuje również, że rozwój usług przetwarzania brzegowego wpłynie na powstawanie nowych obszarów konkurencyjnych. 36% ankietowanych twierdzi, że operatorzy sieciowi będą najbardziej pomocni w uzyskaniu przychodów z tego typu usług. Jako potencjalni kluczowi partnerzy w tym zakresie postrzegani są też twórcy aplikacji (30%) oraz dostawcy usług w chmurze publicznej (25%).

Dostawcy usług komunikacyjnych widzą wyraźną szansę na wschodzącym rynku przetwarzania na brzegu sieci, ale inni gracze, w tym dostawcy chmury publicznej i specjalizujący się w przesyłaniu treści multimedialnych, także potencjalnie mogą być zainteresowani usługami brzegowymi – powiedział Julian Bright, starszy analityk telekomunikacyjny Omdia i autor badania. – Wielkość udziału na rynku usług przetwarzania brzegowego, jakiego dostawcy tego typu usług mogą się spodziewać, będzie zależeć od kilku czynników. Wśród nich jest skuteczność i efektywność rozwoju swoich sieci, aby móc świadczyć pełen zakres usług brzegowych, a nie pozostać zwykłym dostawcą usług łączności.

Raport Omdia wskazuje szczególnie na wsparcie, jakie prefabrykowane modułowe centra danych (PFM) będą zapewniać operatorom telekomunikacyjnym w dostarczaniu infrastruktury przetwarzania brzegowego w przyszłości. Raport przedstawia prognozę się, że rynek PFM wzrośnie z 1,2 mld USD w 2018 r. do 4,3 mld USD w 2023 r., co będzie spowodowane większym zainteresowaniem operatorów telekomunikacyjnych przetwarzaniem na brzegu sieci, jak też ogólnym wzrostem popularności usług brzegowych.

Oprócz szybkiego wdrożenia, dla operatorów sieci kluczowym zagadnieniem jest również efektywność energetyczna. W niedawno opublikowanej aktualizacji zleconego przez Vertiv przełomowego badania z 2019 r. (2020: Same Hopes, More Fears) analitycy technologiczni firmy badawczej 451 Research stwierdzili, że koszty energii związane z przetwarzaniem na brzegu sieci oraz transmisją w technologii 5G pozostają poważnym problemem dla operatorów.

Zużycie energii jest dużym problemem dla operatorów sieci 5G, ponieważ stanowi aż 20-40% kosztów operacyjnych obsługi sieci – powiedział Brian Partridge, wiceprezes 451 Research. – Z szacunków przeprowadzonych przez Vertiv wynika, że technologia 5G prawdopodobnie zwiększy całkowite zużycie energii w sieci o 150-170% do 2026 r. Dlatego przemysł rozpaczliwie potrzebuje energooszczędnych rozwiązań 5G, które zastąpią urządzenia o dużym poborze mocy, takie jak anteny MIMO czy inne systemy stosowane w centrach danych.

Czekając na FED

Po ostatnim posiedzeniu EBC i podwyżce programu skupu aktywów analitycy patrzą uważnie na dalsze działania FED. Skupiamy się jednak na krótkotrwałych korzyściach tego rozwiązania z założeniem, że jakoś to będzie w przyszłości.

Co zrobi FED?

Dzisiaj decyzja Rezerwy Federalnej w sprawie stóp procentowych. O ile analitycy są zgodni, że pozostaną one na zbliżonych poziomach, o tyle nie są zgodni co do dalszych decyzji. Chodzi tutaj głównie o program skupu aktywów z rynku. Metoda ta nazywana jest przez wielu drukiem pieniądza. Nie jest to aż tak bezczelne jak zasilanie budżetu pieniądzem bez pokrycia, ale wiele efektów gospodarczych ma niestety zbliżonych. Patrząc na skuteczność tego mechanizmu w poprzednim kryzysie widać, że prawdopodobnie podobnie jak UE USA nie zamierzają się cofać.

Dane z Chin

Gospodarka chińska już kilkukrotnie zaskoczyła nas danymi. W przypadku inflacji nie było większych zaskoczeń, ale utrzymuje się tendencja do poprawy konkurencyjności. O ile ceny dla konsumentów rosną, o tyle te dla producentów spadają. Jak widać największa fabryka świata mocno walczy o swoją konkurencyjność.

Dobre dane z Czech

Poznaliśmy dzisiaj odczyt inflacji konsumenckiej dla naszego południowego partnera. Jest to o tyle specyficzny parametr, że z punktu widzenia rynków zarówno jego zbyt niski jak i zbyt wysoki poziom są problemem dla gospodarki. Stabilizacja poziomu cen (pomimo oczekiwań deflacji w długim okresie) jest bardzo dobrze przyjmowany przez inwestorów. Gdyby ceny przestawały rosnąć oznaczałoby to potencjalne problemy dla gospodarki. Nie może zatem dziwić, że po danych danych czeska korona odbiła delikatnie w górę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw,
20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polscy CFO: kluczowym celem w ciągu najbliższych 12 miesięcy będzie redukcja kosztów

Prawie dwie trzecie dyrektorów finansowych w Polsce twierdzi, że epidemia SARS-CoV-2 nie zakłóciła płynności finansowej w ich firmach. Jednocześnie menedżerowie, którzy wzięli udział w badaniu Deloitte „CFO Survey 2020 – spring edition” przeprowadzonym przez firmę doradczą Deloitte, dostrzegają destrukcyjny wpływ koronawirusa na biznes, co odbije się na przychodach, zatrudnieniu i planowanych inwestycjach. Ponad 90 proc. CFO uważa, że nie jest to dobry czas na podejmowanie ryzyka, a ich działania będą koncentrować się przede wszystkim wokół redukcji kosztów.

W kolejnej edycji badania Deloitte udział wzięło 309 dyrektorów finansowych z 6 krajów Europy Środkowej. Badanie zostało przeprowadzone w okresie od marca do połowy maja 2020 r., czyli w czasie kiedy panowała już w Polsce epidemia wirusa SARS-CoV-2.
Dyrektorzy finansowi jako jedni z pierwszych w swoich firmach musieli zmierzyć się ze skutkami epidemii. To w ich rękach leżały zarówno strategiczne wyzwania dotyczące właściwego zarządzania płynnością firmy jak i takie zagadnienia jak weryfikacja planów finansowych. Uważamy, że spostrzeżenia i refleksje CFO po tym, jak ich przedsiębiorstwa zderzyły się z kryzysem, wskażą kierunek strategii, w którym podąży polski biznes – mówi Paweł Spławski, Partner w zespole ryzyka finansowego, Deloitte.

Koronawirus zdominował życie gospodarcze

Aż 58 proc. polskich CFO uważa, że wpływ epidemii SARS-CoV-2 na ich firmy jest negatywny, a 6 proc., że pozytywny. Interesujący jest relatywnie wysoki odsetek badanych, którzy oceniają go jako neutralny (35 proc.). Co ważne, niemal dwie trzecie dyrektorów finansowych (63 proc.) uważa, że koronawirus nie zakłócił płynności finansowej. Jednak 34 proc. przyznało, że do takiego zakłócenia doszło. Ponad połowa badanych (56 proc.) stwierdziła, że koronawirus nie spowodował opóźnień w płatnościach ze strony kontrahentów ani zatorów płatniczych. Z kolei 39 proc. menedżerów przyznało, że ich firmy borykają się z takimi problemami.

Obecny kryzys będzie miał wpływ na podejmowane przez polskie firmy inwestycje. Ponad trzy czwarte badanych ocenia go jako duży. Jedynie 2 proc. uważa, że pandemia nie będzie ingerować w plany inwestycyjne. Wśród ankietowanych nie znalazła się ani jedna osoba, w której opinii obecna sytuacja pozostanie bez wpływu na przychody. Niemal ośmiu na dziesięciu CFO uważa natomiast, że wpływ ten będzie duży. Dyrektorzy finansowi z Polski oceniają także, że zmiany w poziomie bezrobocia spowodowane przez koronawirusa 2019-nCoV będą istotne. Według 60 proc. badanych w Polsce koronawirus będzie miał duży wpływ na zatrudnienie, a według 29 proc. średni, co oznacza, że uzależnienie poziomu bezrobocia od pandemii podkreśla prawie 90 proc. respondentów.

Inflacja w górę, poziom ryzyka w dół

W ocenie polskich CFO przewidywany wskaźnik inflacji sięgnie w Polsce 5,2 proc., a w strefie euro 3,3 proc. Jesienią 2019 roku proporcje te wynosiły odpowiednio 3,3 proc. dla Polski oraz 1,8 proc. dla strefy euro. Polscy CFO są najbardziej pesymistyczni, jeżeli chodzi o wskaźnik inflacji. Niższe przewidywania w tym zakresie mają dyrektorzy finansowi z Rumunii – 4,7proc., Czech – 2,9 proc. i Estonii – 2 proc. CFO z Łotwy są zdania, że w ich kraju inflacja wyniesie 0,2 proc. Dyrektorzy finansowi z Litwy z kolei spodziewają się deflacji na poziomie -3,6 proc.

Na takie prognozy może mieć wpływ polityka luzowania ilościowego stosowana zarówno przez NBP jak i inne czołowe banki centralne (EBC, FED) oraz wzrost cen usług wynikający z dodatkowych obostrzeń sanitarnych – mówi Julia Patorska, liderka zespołu analiz ekonomicznych Deloitte.

Polscy respondenci bardzo krytycznie postrzegają perspektywy finansowe swoich spółek. Niemal 80 proc. ocenia je pesymistycznie w porównaniu do sytuacji obserwowanej na koniec 2019 roku, a tylko 5 proc. optymistycznie. Pod tym względem nie różnią się oni od swoich kolegów z innych krajów, choć należy zaznaczyć, że poziom pesymizmu w Polsce jest najwyższy.

Przyglądając się poszczególnym branżom widać, że te złe nastroje są szczególnie widoczne w budownictwie, energetyce, wydobyciu oraz przemyśle. Nieco bardziej optymistycznie o przyszłości myślą dyrektorzy finansowi związani z sektorem chemicznym, farmaceutycznym, usług finansowych i profesjonalnych – mówi Julia Patorska.

Obawiając się kolejnych obciążeń finansowych, aż 92 proc. CFO nie jest skłonnych do podejmowania ryzyka. Równie niechętni do takiej aktywności są Estończycy i Rumuni. Dyrektorzy finansowi z krajów bałtyckich i Czech są nieco bardziej optymistyczni. Ponad 40 proc. litewskich CFO, prawie 30 proc. na Łotwie oraz co piąty respondent z Czech uważa, że jest to dobry czas na podejmowanie większego ryzyka dla ich firm.

W ocenie poziomu finansowej i gospodarczej niepewności w swoich firmach polskich CFO cechuje duża rozbieżność opinii. Jako wysoki postrzega go 69 proc., a jako niski 6 proc. Natomiast, jako normalny określa blisko jedna czwarta CFO. Jesienią 2019 roku taką opinię wyrażała ponad połowa dyrektorów finansowych. Jako wysoki określa poziom niepewności większość dyrektorów finansowych z Estonii (75 proc.), Rumunii (71proc.), Litwy (70 proc.), Czech (62 proc.) oraz Łotwy (61 proc.).

Koncentracja na przetrwaniu

Niewypłacalność i ograniczenia związane z płatnościami oraz spadek popytu krajowego lub recesja to najczęściej wskazywane ryzyka dla rozwoju lub stabilności finansowej firmy. Wymieniło je odpowiednio 74 proc. i 60 proc. respondentów. Polscy CFO obawiają się także spadku popytu za granicą (39 proc.). Jesienią 2019 roku jednym z najczęściej wymienianych ryzyk był niedobór wykwalifikowanych pracowników. Wskazało go wtedy 39 proc. respondentów, trzy razy więcej niż obecnie.

Pandemia koronawirusa, z jednej strony zupełnie nieoczekiwana, a z drugiej pojawiająca się niemalże w tym samym czasie w większości krajów na świecie, diametralnie zmieniła optykę zarządzających firmami. Nastąpiło całkowite przewartościowanie dotychczasowych obaw i pojawiły się zupełnie nowe – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

CFO w Polsce uważają, że rentowność, marże operacyjne, poziom wydatków inwestycyjnych oraz poziom zatrudnienia w ich firmach zmaleją. Wzrost wspomnianych wskaźników przewiduje niewielka liczba badanych (zaledwie pomiędzy 8 a 13 proc.). W przypadku poziomu zatrudnienia na jednakowym poziomie znajduje się liczba głosów przewidująca jego niezmienność (47 proc.), jak i spadek (45 proc.). Wzrost deklaruje jedynie 8 proc., co jest o tyle istotne, że jeszcze jesienią ubiegłego roku taką możliwość wskazywało cztery razy więcej badanych. Ankietowani menedżerowie za atrakcyjne źródła finansowania inwestycji uważają środki własne – 55 proc. oraz kredyty bankowe – 40 proc.

Dla porównania jesienią kredyty bankowe pozytywnie oceniało niemal 60 proc. respondentów. Za nieatrakcyjne postrzegają natomiast instrumenty kapitałowe – 45 proc. i obligacje korporacyjne – 37 proc. badanych.

Redukcja kosztów to kluczowa strategia najczęściej wybierana przez CFO z Polski.
Taką odpowiedź wybrało aż 50 proc. naszych ankietowanych. Następne ważne cele: wzrost przychodów na obecnych rynkach, wzrost organiczny oraz zwiększenie wartości przepływów pieniężnych mają znacznie mniej wskazań i utrzymują się na poziomie kilkunastu procent. To pokazuje, gdzie i jak bardzo koncentruje się obecnie uwaga dyrektorów finansowych – mówi Paweł Spławski.

Polska gospodarka, i tym samym polskie firmy, mają przed sobą największe wyzwanie od początku transformacji. Weszliśmy w okres recesji, która potrwa do końca bieżącego roku, i oby nie okazała się ona dłuższa. Jest to zupełnie nowa sytuacja dla polskich firm, gdyż poza tymi ściśle ukierunkowanymi na eksport, nigdy dotąd nie doświadczyły one recesji – mówi Monika Kurtek.

Europejskie firmy w obliczu niepewności tną inwestycje i zaczynają oszczędzać

Euler Hermes i Allianz szacują, że na koniec I poł. 2020 r. oszczędności netto przedsiębiorstw niefinansowych UE, tj. środki pieniężne z działalności operacyjnej, zwiększą się dwukrotnie do ponad 700 mld EUR, czyli więcej niż 4,5% PKB. W czasach kryzysów przychody przedsiębiorstw spadają, ale występują również znaczące cięcia w planach inwestycyjnych, niższe koszty wynagrodzeń, niższe podatki i cięcia dywidend. Wszystkie te czynniki umożliwiają przedsiębiorstwom niefinansowym zwiększyć oszczędności netto, które nazywamy środkami pieniężnymi z działalności operacyjnej. W kryzysie związanym z Covid-19 zauważamy, że przedsiębiorstwa robią dokładnie to samo.

W I poł. 2020 r. systemy częściowych zasiłków zapobiegających wzrostowi bezrobocia w większości krajów UE zdołały uchronić EBITDA przedsiębiorstw przed znacznie silniejszym spadkiem, biorąc pod uwagę, że szacuje się, iż ich dochody mierzone wartością dodaną brutto spadły średnio o -13%. Eksperci Euler Hermes i Allianz spodziewają się, że EBITDA straci -13% w II kw. po okresie stabilności w I kw. Niższe ceny ropy naftowej również pomogły przedsiębiorstwom zredukować ich konsumpcję pośrednią i ochronić ich EBITDA. Ponadto, niższe płatności z tytułu podatków, szacowne na -30% w porównaniu do końca 2019 r., pozwoliły przedsiębiorstwom poprawić ich dochód brutto do dyspozycji lub oszczędności brutto o +30% tj. około 360 mld EUR, do 1,5 bln EUR w I poł. 2020 r. (zob. Rysunek 1). Dlatego też można oczekiwać, że w I poł. 2020 r. oszczędności netto, tj. oszczędności brutto minus amortyzacja kapitałowa lub środki pieniężne z działalności operacyjnej zwiększą się dwukrotnie, do ponad 700 mld EUR. Dla porównania, w 2009 r., oszczędności netto zwiększyły się o +25% do 160 mld EUR w UE (zob. Rysunek 2).

Od marca 2020 r. nie tylko wspomniane zewnętrzne czynniki sprzyjały gromadzeniu środków, ale przedsiębiorstwa niefinansowe UE również z własnej inicjatywy pospiesznie kumulowały środki pieniężne jako zabezpieczenie przed niepewnością. Zachętą do gromadzenia gotówki było ponad 1 bln EUR gwarancji publicznych wprowadzonych przez rządy europejskie w celu ożywienia pożyczek bankowych dla przedsiębiorstw i uniknięcia kryzysu związanego z płynnością (zob. Rysunek 3). W kwietniu wzrost pożyczek dla przedsiębiorstw osiągnął najwyższy poziom od 2009 r., tj. +6.6% r./r. (wzrost o 73 mld EUR w kwietniu po 121 mld EUR w marcu). We Francji, ogólna kwota pożyczek gwarantowanych przez państwo przekroczyła pożyczki udzielane przez inne kraje europejskie. Oczekuje się, że do września osiągną one wartość 120 mld EUR z bieżących 85 mld EUR (i z gwarancji ogółem 300 mld EUR). Relatywnie niski szacunek wskaźnika niedotrzymania przez kredytobiorców zobowiązań, wynoszący od 5% do 10% w ciągu kolejnych trzech do czterech lat może sugerować, że duża część tych pożyczek to środki ostrożności związane z potencjalnym ryzykiem utraty płynności (a nie środki na inwestycje).

Nadwyżka środków pieniężnych – tj. oszczędności netto plus nowe pożyczki bankowe dla przedsiębiorstw niefinansowych minus inwestycje trwałe brutto – zwiększyła się w 2009 r. i od tego czasu tylko nieznacznie malała. To konsekwencja wolnego wzrostu popytu krajowego, ale również dowód ostrożności przedsiębiorstw niefinansowych. Niższe ceny surowców, niższe podatki od osób prawnych i wolny wzrost wynagrodzeń od 2009 r. umożliwiły przedsiębiorstwom niefinansowym UE zachować relatywnie wysokie oszczędności netto w ciągu ostatnich lat (zob. Rysunek 4). Ponadto, przedsiębiorstwa korzystały z bardzo akomodacyjnej polityki pieniężnej. Umożliwiło to im zwiększenie zaciągniętych pożyczek bankowych, zwłaszcza od 2015 r., gdy EBC wdrożył swój program luzowania ilościowego (zob. Rysunek 3).

W momencie, gdy połączymy oba elementy – tj. oszczędności netto i nowe pożyczki bankowe, ale odejmiemy inwestycje trwałe brutto – otrzymamy to, co moglibyśmy nazwać nadwyżką środków pieniężnych – przedsiębiorstwa niefinansowe, przede wszystkim niemieckie, zbudowały znaczne bufory gotówkowe w swoich bilansach (zob. Rysunek 5). W ciągu ostatnich kilku lat, akumulacja świeżej gotówki przez przedsiębiorstwa niefinansowe, wraz ze wzrostem oszczędności gospodarstw domowych i spadkiem obrotu pieniężnego mierzonego jako wzrost M2 w stosunku do wzrostu PKB, budzi nasze obawy o to, że takie „chomikowanie” środków pieniężnych w sektorze prywatnym w UE staje się chorobą endemiczną. Jako forma samozabezpieczenia przed zakłóceniami w dochodach, odzwierciedla niską ufność w przyszły wzrost i stanowi ważny przyczynek do wyjaśnienia przytłumionej działalności inwestycyjnej w ciągu ostatnich kilku lat. Niestety, chomikowanie środków pieniężnych może potencjalnie prowadzić także do opóźnień w płatnościach i pewnej liczby upadłości przedsiębiorstw.

W II poł. 2020 r. ekonomiści Euler Hermes i Allianz spodziewają się, że oszczędności netto przedsiębiorstw będą ulegały pewnej redukcji wraz z wycofaniem wsparcia państwowego i wyższymi kosztami stałymi, ale nadal pozostaną powyżej średniej z 2019 r., na poziomie 280 mld EUR (+180 mld EUR lub 1,2% PKB UE). Poprawa w pozycjach środków pieniężnych wraz z bardzo akomodacyjną polityką pieniężną również w 2021 r. powinny umożliwić przedsiębiorstwom zwiększenie płynności en bloc. Dlatego przedsiębiorstwa powinny być w stanie zwiększyć swoje inwestycje w fazie ożywienia gospodarczego. Wzrosty oszczędności netto w 2020 r. są najwyższe we Włoszech, Zjednoczonym Królestwie i Francji (zob. Rysunek 4). Szczególnie pod uwagę jako cel inwestycji będą brane cyfryzacja procesów produkcji, dostosowanie łańcuchów wartości, a także poprawa dystrybucji. Jednak będzie do zależało od wzrostu zaufania w stałość ożywienia w Europie.

Decyzje dotyczące polityki (gospodarczej) w ciągu następnych kilku miesięcy będą więc miały żywotne znaczenie, o większej wadze niż zwykle. Publiczne wsparcie w obniżaniu kosztów stałych przedsiębiorstw (niższe składki społeczne, niższe podatki od osób prawnych i/lub zachęty fiskalne do inwestowania) będzie kluczowe, w przeciwnym razie przedsiębiorstwa mogą skoncentrować się na ochronie przepływu swoich środków pieniężnych, co może również oznaczać zwolnienia w celu redukcji kosztów powiązanych z wynagrodzeniami. To mogłoby zredukować przyszłe inwestycje i/lub wypłaty dywidendy, zwiększając ryzyko fiaska ożywienia gospodarczego, niwecząc osiągnięcie poziomu sprzed kryzysu. Rozszerzenie systemów pożyczkowych gwarantowanych przez państwo na I poł. 2021 r. również mogłoby być wsparciem dla przyszłych inwestycji przedsiębiorstw.

Rysunek 1 – Szacunki rachunków przedsiębiorstw niefinansowych według kwartałów

  2000-08 2009 2010-18 2019 I kw. 2020 II kw. 2020 III kw. 2020 IV kw. 2020 2020
Wartość dodana brutto 4% -7% 3% 4% -5% -20% 5% 15% -10%
Wynagrodzenia pracowników 4% -5% 3% 4% -10% -30% 20% 30% -6%
Nadwyżka operacyjna brutto (zmiana EBITDA) 5% -10% 3% 3% 0% -13% -14% -12% -15%
Bieżące podatki od dochodu, podatki majątkowe itd. 6% -32% 4% 3% -20% -50% 20% 40% -24%
Oszczędności brutto (mld EUR) 1207 1310 1691 1996 792 713 595 494 2594
Oszczędności netto (środki pieniężne z działalności operacyjnej, mld EUR) 212 160 320 399 386 327 201 81 995

Źródła: Eurostat, Euler Hermes, Allianz Research

Definicje: 1/ Sprzedaż – konsumpcja pośrednia = wartość dodana brutto – wynagrodzenia pracowników – wypłacone odsetki netto – wypłacona dywidenda netto – podatki = oszczędności korporacyjne (lub oszczędności brutto) = inwestycje + amortyzacja netto papierów wartościowych + nabycie netto papierów wartościowych + wzrost netto depozytów bankowych; 2/ Oszczędności netto = oszczędności brutto – zużycie środków trwałych (capex)

Autorzy : Eksperci Euler Hermes i Allianz

LUDOVIC SUBRAN
Główny Ekonomista
ANA BOATA
Szef Badań Makroekonomicznych
ERIC BARTHALON
Szef Badań Rynków Kapitałowych
ARNE HOLZHAUSEN
Szef Badań Trendów Ubezpieczeń i Zamożności
MAXIME LEMERLE
Szef Badań Sektorów i Upadłości

Wpływ pandemii na produkcję energii elektrycznej – mniej węgla więcej importu

Pandemia koronawirusa i związane z nią obostrzenia w sposób znaczący odbiły się na rynku energii elektrycznej. W okresie od wprowadzenia pierwszych ograniczeń w połowie marca br. do początku czerwca widoczny jest spadek zapotrzebowania, który mimo pewnych odchyleń w okresie wielka-nocnym i na początku maja, utrzymuje się w przedziale 90-95 proc. w stosunku do poziomu z analogicznego okresu 2019 r.

Mniejsze zapotrzebowanie odbiło się przede wszystkim na produkcji energii elektrycznej ze źródeł konwencjonalnych. W kwietniu 2020 r., w porównaniu do kwietnia 2019 r., elektrownie zawodowe wyprodukowały o 14,6 proc. mniej energii. Największy spadek dotknął elektrownie oparte na węglu kamiennym: 18,77 proc. spadek z ok. 6 TWh do 4,8 TWh, oraz oparte na węglu brunatnym: 10,9 proc. spadek z blisko 3,2 TWh do niecałych 2,85 TWh. Niższą produkcję zanotowały także elektrownie wodne: blisko 30 proc. spadek z 238 GWh do 184 GWh [18].

Zapotrzebowanie na energię elektryczną w 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. (proc. średnia ruchoma, 7-dniowa)

Zapotrzebowanie na energię elektryczną w 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019
Uwaga: dużą zmienność danych z połowy kwietnia należy przypisać Świętom Wielkanocnym, które wypadały w różnych okresach w latach 2019 i 2020.
Źródło: opracowanie własne PIE na podstawie danych PSE.

Struktura produkcji energii elektrycznej w elektrowniach krajowych

Struktura produkcji energii elektrycznej w elektrowniach krajowych
Źródło: opracowanie własne PIE na podstawie danych PSE.

W przypadku danych od stycznia do kwietnia, w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r., zdecydowanie największe spadki produkcji dotknęły elektrownie oparte na węglu brunatnym (o 15,5 proc.), mniejsze natomiast elektrownie oparte na węglu kamiennym (nieco pow. 9 proc.) oraz wodne (7 proc.). Z kolei wzrost produkcji zanotowały elektrownie gazowe (o 19 proc.), wiatrowe (9,3 proc do kwietnia włącznie oraz 10,1 proc. do maja) oraz inne mniej popularne elektrownie oparte na źródłach odnawialnych (wzrost o 121 proc., ze 146 GWh do 323 GWh).

Udział energii importowanej w ogóle zapotrzebowania na energię elektryczną (w proc. średnia ruchoma 7-dniowa)Udział energii importowanej w ogóle zapotrzebowania na energię elektryczną

Braki wynikające ze spadku produkcji w elektrowniach węglowych w dużej mierze uzupełniono energią pochodzącą z importu. Od marca do połowy maja udział importu w za-potrzebowaniu na energię elektryczną utrzymywał się przez większość czasu w prze-dziale 8-10 proc., by w drugiej połowie maja osiągnąć nawet 12 proc. Jest to wyraźny wzrost w porównaniu do lat poprzednich – w analogicznym okresie w 2019 r. udział im-portu w zapotrzebowaniu utrzymywał się mię-dzy 4 a 8 proc., podczas gdy w 2018 r. oscylował w przedziale od 2 do 7 proc.

Autor/Źródło: Polski Instytut Ekonomiczny

PSE (2020), Miesięczne raporty z funkcjonowania Krajowego Systemu Elektroenergetycznego i Rynku Bilansującego, https://www.pse.pl/ dane-systemowe/funkcjonowanie-kse/ raporty-miesieczne-z-funkcjonowania-kse/raporty -miesieczne [dostęp: 08.06.2020].

PIE: Trudne lato przed niektórymi regionami

Przed nami tzw. długi weekend, a za dwa tygodnie oficjalnie rozpoczną się wakacje szkolne. W normalnych warunkach wielu przedsiębiorców przygotowywałoby się do najintensywniejszego okresu w roku. Przez restrykcje epidemiczne w 2020 r. aktywność turystyczna i rekreacyjna będzie jednak ograniczona. Wciąż zakazane są niektóre wydarzenia, np. duże koncerty, a przedsiębiorców obowiązują limity klientów i reżim sanitarny. Nie-wiadomą pozostają nastroje konsumentów, którzy, mimo znoszenia zakazów, mogą unikać niektórych form rozrywki i wypoczynku.

Na ograniczeniach mogą stracić nie tylko sektory, ale też te regiony Polski, w których turystyka i rekreacja odgrywają znaczącą rolę. Jedną z miar określających znaczenie danego sektora dla regionalnej gospodarki jest tzw. iloraz lokalizacji (Location Quotient), nazywany także wskaźnikiem specjalizacji regionalnej. Pozwala porównać regionalny udział zatrudnienia w danym sektorze (jaka część siły roboczej regionu pracuje w określonej branży) z udziałem w gospodarce krajowej (jaka część pracujących w kraju zatrudniona jest w danej branży).

Zastanawiając się nad potencjalnymi konsekwencjami ograniczeń dla regionalnych gospodarek, warto poznać wskaźnik LQ dla Sekcji I, tj. działalności związanej z zakwaterowaniem usługami gastronomicznymi, oraz Sekcji R, tj. działalności związanej z kulturą, rozrywką i re-kreacją. Wartość wskaźnika wyższa niż 1 oznacza, że w danym regionie udział zatrudnionych badanej sekcji jest wyższy niż dla całego kraju. Niekiedy jest to zjawisko pozytywne, może np. oznaczać koncentrację określonych przemysłów

ich potencjał eksportowy. W sytuacji, w której część sektorów zaczyna podlegać silnym ograniczeniom epidemicznym (zakwaterowanie, gastronomia, rozrywka), a w konsekwencji przychody spadają, taki wyższy udział stanowi duże wyzwanie dla regionalnych rynków pracy regionalnej gospodarki ogółem. Na wykresie 1 pokazujemy polskie regiony najwyższą koncentracją zatrudnienia, w po-równaniu a ogólnopolską, w dwóch wymienionych Sekcjach.

Wykres 1. Wskaźnik specjalizacji regionalnej (LQ) zatrudnienia w Sekcjach I oraz R w 2018 r.

Wskaźnik specjalizacji regionalnej (LQ) zatrudnienia w Sekcjach I oraz R
Źródło: opracowanie własne na podstawie Banku Danych Lokalnych GUS.

Wyniki nie są zaskoczeniem dla osób, które znają topografię Polski. Najwyższy iloraz lokalizacji działalności związanej z za-kwaterowaniem i gastronomią występuje w regionach nadmorskich, górskich oraz z dużymi pojezierzami, tj. w województwach zachodniopomorskim, pomorskim, dolnośląskim, małopolskim i warmińsko-mazurskim. Niektóre z tych województw, zachodniopomorskie, małopolskie, dolnośląskie i warmińsko-mazurskie odnotowują także wyższe od 1 wartości dla działalności związanej z kulturą, rozrywką i rekreacją. Można się zatem spodziewać, że to tych województwach konsekwencje restrykcji będą miały największy wpływ na regionalne gospodarki, zwłaszcza w układach lokalnych poza obszarami metropolitalnymi, czyli poza stolicami regionów i ich najbliższym otoczeniem.

Źródło: Polski Instytut Ekonomiczny

PIPT: Wytyczne dla organizatorów targów to krok naprzód. Potrzebne wsparcie dla firm targowych

Są już wytyczne sanitarne i dotyczące bezpieczeństwa dla targów. Przygotowało je Ministerstwo Rozwoju wraz z Głównym Inspektoratem Sanitarnym przy ścisłej współpracy z Polską Izbą Przemysłu Targowego. Zasady te mają precyzować, co wolno, a czego nie wolno podczas organizacji targów w trakcie epidemii koronawirusa. – Odmrożenie to dla branży nadzieja na odzyskanie przychodów, które od lutego 2020 wynoszą 0 zł. Potrzebne jest jeszcze przedłużenie działania wsparcia z tarcz do całkowitego odblokowania imprez targowych – uważa Beata Kozyra – prezes Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

  • Celami wprowadzenia wytycznych są m.in. ograniczenie liczby osób przebywających na terenie targów czy kompleksowe działanie dostosowane do etapu zaawansowania stanu epidemicznego.
  • Polska Izba Przemysłu Targowego podkreśla bardzo udaną współpracę z Ministerstwem Rozwoju przy tworzeniu wytycznych dla targów.
  • Izba zwraca się również do rządu o wsparcie dla firm najbardziej poszkodowanych sektorów, w tym dla targowego. Mogą one nie doczekać całkowitego odmrożenia imprez targowych lub z powodu uszczuplenia ich zasobów nie będzie można odtworzyć targów w takiej formie i jakości, jakie znamy.
  • Dotychczasowe straty branży targowej wynoszą około 500 mln złotych.

Wytyczne ukazały się kilka dni temu w ślad za rozporządzeniem od 06 czerwca b. r. „odmrażającym”  m.in. targi. Prace nad nimi trwały ponad miesiąc temu, w nieco innej rzeczywistości, z dużo ostrzejszymi restrykcjami sanitarnymi i być może dzisiaj, zdaniem Beaty Kozyry – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego (PIPT), wydają się nieco zbyt rygorystyczne, jednak z pewnością dają one gwarancję możliwie maksymalnego zabezpieczenia – bo, jak podkreśla, bezpieczeństwo uczestników targów (wystawców i zwiedzających, a także pracowników firm targowych) to dla  Izby i jej Członków  sprawa priorytetowa.

– Możemy już organizować targi. Odmrożenie, to dla branży nadzieja na odzyskanie przychodów, które od lutego 2020 wynoszą 0 zł, choć, jak wiadomo, każda impreza wymaga poprzedzających ją przygotowań, czyli np. zbudowania całej przestrzeni wystawienniczej czy opracowania szczegółowego planu bezpieczeństwa – mówi Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego i dodaje, że większość  targów będzie mogła realnie ruszyć dopiero za kilka tygodni.

Autorzy wytycznych podzielili je na 4 części:

  • Zapewnienie bezpieczeństwa pracowników/osób świadczących usługi na targach
  • Zapewnienie bezpieczeństwa na targach
  • Procedury zapobiegawcze: podejrzenie zakażenia koronawirusem pracowników/osób świadczących usługi
  • Procedury postępowania w przypadku podejrzenia u osoby/klienta zakażenia koronawirusem

Jako główne cele wprowadzonych procedur wymieniają także m.in. ograniczenie liczby osób przebywających na terenie targów w danym przedziale czasowym czy kompleksowe działanie dostosowane do etapu zaawansowania stanu epidemicznego.

– Sytuacja pokazuje, że rzeczywistość epidemiologiczna cały czas się zmienia, a wytyczne nie zawsze za nią nadążają. Warto również zwrócić uwagę na to, że w większości najbardziej rygorystycznych zapisów  pojawia się sformułowanie „zgodnie z aktualnie obowiązującymi przepisami i zaleceniami GIS”, co oznacza, że wytyczne te względnie elastycznie dostosowują się do bieżących zmian w  obostrzeniach. Wierzymy, że wraz z poprawą ogólnej sytuacji epidemiologicznej z tygodnia na tydzień restrykcje będą „się luzowały”, a wraz z nimi wytyczne dla targów oraz innych sektorów – ma nadzieję prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

– Raz jeszcze muszę podkreślić bardzo udaną współpracę Polskiej Izby Przemysłu Targowego z Ministerstwem Rozwoju przy tworzeniu wytycznych dla targów. Jesteśmy pełni uznania dla Pani Premier Emilewicz oraz Pani Minister Olgi Semeniuk za wykazanie się zrozumieniem tematu potrzeby i sposobu odmrażania targów – wyraża Beata Kozyra. Zapowiada już, że targi zaczną wkrótce działać, chociaż na razie w – ograniczonym zakresie.

– Z pewnością w najbliższym czasie pojawi się kilka mniejszych imprez targowych lub para targowych. Organizatorzy będą mieli możliwość sprawdzenia zarówno swojego przygotowania do realizacji wytycznych, jak i… poziomu popytu na imprezy targowe – spodziewa się Beata Kozyra. Jak wskazuje, organizację swoich pierwszych targów zapowiedziały już Międzynarodowe Targi Poznańskie, Targi w Krakowie czy Targi Kielce.

– Jednak targi pełną parą – jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie – ruszą dopiero pod koniec sierpnia 2020. Wakacje są „martwym sezonem” w branży targowej – opisuje sytuację prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego, według której oznacza to, że przed branżą targową kolejne miesiące praktycznie bez przychodów: czerwiec, lipiec i co najmniej połowa sierpnia 2020 r. A miesięczne straty branży to ponad . 150 mln. zł.

– Doceniamy instrumenty wsparcia biznesu, które są dostępne dla przedsiębiorców. Jednak, czas „działania” dotychczasowych rozwiązań wkrótce się kończy, a firmy z branży targowej nie będą mogły rozpocząć w 100% swojej działalności co najmniej do połowy sierpnia – uważa Beata Kozyra i przestrzega, że nadal istnieje realne
i bardzo wysokie ryzyko, iż część organizatorów targów, jak również większa część z kilkuset firm projektujących i budujących stoiska targowe, firm spedycji i transportu targowego oraz dostawców wielu innych usług na rzecz targów nie przetrwa do czasu odmrożenia imprez targowych lub ich zasoby zostaną na tyle uszczuplone, że nie będzie możliwe odtworzenie targów w takiej formie i jakości, jakie znamy. Dlatego właśnie Polska Izba Przemysłu Targowego zwraca się do rządu o rozważenie propozycji wsparcia dla najbardziej poszkodowanych sektorów, które będą wracały do „normalności” jeszcze przez kilka miesięcy, w tym dla branży targowej.

Izbie zależy przede wszystkim na:

  1. Wydłużeniu abolicji dla składek ZUS dla firm o 3 miesiące lub do czasu pełnego odmrożenia.
  2. Wydłużeniu dopłat do pensji pracowników o 3 miesiące lub do czasu pełnego odmrożenia.
  3. Wydłużeniu terminów ubiegania się o subwencje z Tarczy Finansowej PFR o 3 miesiące lub do czasu pełnego odmrożenia.

– Powyższe instrumenty wsparcia pozwolą firmom targowym utrzymać pracowników
i przygotować się w pełni nie tylko do bezpiecznego odmrażania targów, ale i odmrożenia całej gospodarki. Odzyskanie przez firmy targowe 100% formy organizacyjnej, merytorycznej i jakościowej przy jednoczesnym zapewnieniu bezpieczeństwa pozwoli wykorzystać targi jako dźwignię dla odbudowy polskiej gospodarki, a polskim firmom – powrócić na ścieżkę rozwoju sprzed epidemii koronawirusa
– uzasadnia sformułowany przez Polską Izbę Przemysłu Targowego apel kierująca nią prezes Beata Kozyra.

Branża ma nadzieję, że do stałego kalendarza targów wrócą wkrótce wszystkie najważniejsze imprezy, choć są takie, które już zostały przesunięte na rok 2021. Poniesione w wyniku odwołanych przez pandemię wydarzeń straty branża szacuje dziś na około pół miliarda zł, a każdego dnia kwota ta się jeszcze zwiększa.

Akcje polskich producentów kontynuują odrabianie strat

W maju akcje polskich producentów kontynuowały odrabianie strat po gwałtownym tąpnięciu wywołanym przez kryzys epidemiologiczny. Wartość Giełdowego Indeksu Produkcji wzrosła do poziomu 690,75 punktów czyli 6,04% powyżej wartości z końca kwietnia. Od 17 marca 2020 roku, czyli od historycznego minimum na poziomie 492 punktów, indeks GIP60 wzrósł już o ponad 40% i obecnie znajduje się niecałe 100 punktów od poziomów z pierwszego kwartału bieżącego roku.

W ubiegłym miesiącu zarysowały się wyraźnie dwa okresy, w których zaobserwowano odmienne oblicza akcji polskich producentów. W pierwszej połowie miesiąca GIP60 przeplatał sesje wzrostowe ze spadkowymi, przy czym te drugie były znacznie silniejsze, co w konsekwencji przełożyło się na spadek wartości indeksu o 30 punktów. Równo w połowie miesiąca nastąpiło przełamanie negatywnego trendu i od tego momentu indeks GIP60 notował już prawie same sesje wzrostowe windując kurs o 70 punktów w górę, co pozwoliło odrobić straty z pierwszych dwóch tygodni i zamknąć cały miesiąc z 6,04% wzrostem wartości.

Podobne zachowanie zaobserwowano na całej GPW, która po pierwszej, słabszej połowie miesiąca zwróciła uwagę inwestorów zagranicznych, co przełożyło się na solidne wzrosty cen akcji w drugiej połowie i umocnienie złotówki względem największych walut – głównie USD i EUR.

Materiały budowlane odbiły najmocniej

W perspektywie branżowej największe zainteresowanie inwestorów wzbudziły akcje producentów materiałów budowlanych, które rosły średnio o 24,71% m/m. Niewiele mniej zyskiwały akcje producentów z branży motoryzacyjnej (22,75% m/m). W cenie były również spółki farmaceutyczne (11,93% m/m) oraz producenci z branży elektromaszynowej (11,81% m/m). Na przeciwległym biegunie znalazły się natomiast producenci odzieży (-4,73%) oraz producenci z przemysłu lekkiego (-2,11% m/m).

W trzech przypadkach kurs akcji wzrósł niemal dwukrotnie. Najwięcej u producenta materiałów budowlanych Pozbud T&R S.A., gdzie cena akcji wzrosła z 0,84 zł do 1,63 zł, co dało miesięczny zwrot na poziomie 94,05% i pierwsze miejsce w majowym rankingu GIP60. Akcje spółki z siedzibą w podpoznańskim Przeźmierowie pozytywnie zareagowały na przejęcie spółki Agnes S.A., co wzmocniło pozytywne nastawienie inwestorów do spółek związanych z branżą budowlaną.

Drugie miejsce w tym rankingu przypadło spółce Rafako S.A. za miesięczny wzrost na poziomie 87,90%. Akcje spółki, która zaliczyła solidną stratę w ubiegłym roku odżyły po kolejnych przetasowaniach w zarządzie spółki, które najwidoczniej zostały dobrze odebrane przez inwestorów. Najniższy stopień na podium należał do kolejnego producenta materiałów budowlanych spółki Libet S.A., której wartość rynkowa wzrosła w maju o 84,76%. Warto jednak pamiętać, że wszystkie te trzy spółki od dłuższego czasu systematycznie tracą wartość rynkową i znalazły się znacznie poniżej historycznych maksimów, osiągając w praktyce poziom akcji groszowych.

Perspektywy producentów coraz jaśniejsze

Jak szacuje GUS, produkcja sprzedana przemysłu spadła w kwietniu o jedną czwartą w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Produkcja spadała w 30 działach przemysłu (spośród 34), m.in. w produkcji pojazdów samochodowych i naczep (-78,9% r/r), maszyn (-34% r/r) i urządzeń elektrycznych (-28,1% r/r). Są to najświeższe dane z GUS, ale ekonomiści ankietowani przez „Parkiet” przeciętnie szacują, że w maju produkcja sprzedana przemysłu zmalała o kolejne 17,6% r/r.

Od początku kryzysu epidemiologicznego badanie nad kondycją dużych spółek produkcyjnych prowadzi spółka DSR S.A. w ramach projektu BAROMETR 4FACTORY. Badania obejmujące ponad 100 dużych spółek produkcyjnych potwierdzają, że mimo pogłębiającej się fali spadków zamówień, sytuację spółek produkcyjnych ciągle można oceniać jako stabilną.

Do 25,5% zwiększyła się ilość spółek określających produkcję w maju jako dużo mniejszą niż w styczniu/lutym. 63% respondentów potwierdziło w ogóle mniejszą produkcję w maju w porównaniu z pierwszymi miesiącami bieżącego roku. Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy najczęściej wskazywano spadek nowych zamówień (69% przypadków), a jedynie w 3% przypadków zaobserwowano problem z dostępnością pracowników.

Jednocześnie ponad połowa respondentów oczekuje, że w czerwcu poziom produkcji w ich spółkach będzie wyższy niż w pierwszych miesiącach br. a co piąty oczekuje, że produkcja będzie znacznie wyższa.

Przeprowadzone pod koniec maja badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego ujawniły, że tylko 35% firm deklaruje spadek nowych zamówień w porównaniu do końca kwietnia (poprawa o 6 pkt. proc. względem poprzednich badań), więc wygląda na to, że popyt na produkty spółek produkcyjnych zmniejsza negatywną dynamikę z poprzednich miesięcy. Odsetek przedsiębiorstw, które zadeklarowało powrót do sytuacji finansowej sprzed pandemii wzrósł do 18%. Te sama badania wykazały, że 31% firm produkcyjnych zadeklarowało poprawę sytuacji w wyniku kolejnego etapu odmrażania gospodarki, a odsetek firm oceniających swoją płynność finansową jako wystarczającą do przetrwania ponad 3 miesięcy wzrósł z poziomu 39% w kwietniu do 54% na koniec maja.

Kluczowe najbliższe miesiące

Dane z kolejnych badań sektora przemysłowego, jak również tych szerszych dotyczących całej gospodarki potwierdzają, że najtrudniejszy okres był w kwietniu i obecnie doświadczamy systematycznego wzrostu aktywności gospodarczej. Sytuacja poprawia się z każdym tygodniem i jeżeli nie doświadczymy ponownej eskalacji problemu epidemiologicznego, to w najbliższych miesiącach powinniśmy oczekiwać dalszej poprawy sytuacji producentów. Stosunkowo szybka odbudowa wartości rynkowej wielu polskich spółek produkcyjnych w ostatnim czasie potwierdza, że inwestorzy – w przeważającej większości – traktują taki scenariusz jako najbardziej prawdopodobny. Bardzo wiele zależy więc od skuteczności dalszej walki z koronawirusem, ale tym razem największa odpowiedzialność spoczywa na społeczeństwie i podejściu do kwestii bezpieczeństwa każdego z nas. Myjmy więc ręce i kupujmy akcje polskich producentów.