Bez podjęcia natychmiastowych działań, pod koniec roku nawet 672 mln dzieci może żyć w ubóstwie w krajach o niskich i średnich dochodach. Analizę przygotował UNICEF i organizacja Save the Children.
Kryzys ekonomiczny spowodowany pandemią COVID-19 może spowodować, że pod koniec roku liczba dzieci żyjących w ubóstwie zwiększy się o 86 mln, czyli o 15%. Niemal 2/3 z nich żyje w Afryce Subsaharyjskiej i Azji Południowej.
Pandemia koronawirusa wywołała bezprecedensowy kryzys społeczno-gospodarczy, który powoduje, że wyczerpują się zasoby finansowe rodzin na całym świecie, powiedziała Henrietta Fore, Dyrektor Generalna UNICEF. Skala trudności finansowych jest tak duża, że grozi zaprzepaszczeniem osiągnięć w ograniczaniu ubóstwa wśród dzieci. Najuboższe rodziny mogą stanąć w obliczu niedostatku, którego nie obserwowano od dziesięcioleci, dodaje Henrietta Fore.
UNICEF i Save the Children ostrzegają, że wpływ globalnego kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią i wprowadzona polityka ograniczająca przemieszczanie się, mają dwojaki skutek. Natychmiastowa utrata dochodów oznacza, że rodziny nie są w stanie pozwolić sobie na podstawowe wydatki, w tym na żywność i wodę. Rzadziej mają dostęp do opieki zdrowotnej lub edukacji. W dłuższej perspektywie, dzieci są narażone na wczesne małżeństwa, przemoc i wykorzystanie. Dla najuboższych rodzin, brak dostępu do opieki społecznej lub środków rekompensujących straty finansowe dodatkowo ogranicza ich zdolność do utrzymania dystansu społecznego.
Dzieci-ciche ofiary pandemii
Skutki ubóstwa wywołanego pandemią COVID-19 mocno uderzą w dzieci. Nawet krótki okres głodu może bardzo negatywnie wpłynąć na dzieci. Skutki niedożywienia odcisną piętno na całym ich życiu, powiedziała Inger Ashing, Dyrektor Save the Children International.
Jeszcze przed pandemią, 2/3 dzieci na świecie nie miało dostępu do jakiejkolwiek formy opieki społecznej. Teraz, kiedy rodziny stawiają czoła trudnościom finansowym, może utrwalić się błędne koło ubóstwa. Tylko 16% dzieci w Afryce jest objętych opieką socjalną. Setki milionów dzieci dotyka wielowymiarowe ubóstwo, co znaczy, że nie mają dostępu do opieki medycznej, edukacji, odpowiedniego żywienia lub miejsca zamieszkania. Często jest to efekt niewystarczających inwestycji rządowych w opiekę społeczną.
Najgorsza jest sytuacja w krajach ogarniętych konfliktem i przemocą. Pandemia jeszcze bardziej zwiększa tam ryzyko ubóstwa i niestabilności. Kraje Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej są domem dla największej liczby dzieci potrzebujących pomocy humanitarnej.
UNICEF i Save the Children apelują o natychmiastowe zwiększenie skali pomocy dla najbardziej potrzebujących dzieci i ich rodzin. Rządy państw powinny zainwestować w opiekę społeczną, politykę fiskalną i rynek pracy. Kluczowe jest inwestowanie w rodziny i ich wsparcie finansowe.
UNICEF w Polsce prowadzi akcję „Walka z koronawirusem”, aby wesprzeć najbardziej potrzebujące dzieci na świecie i ochronić je przed skutkami pandemii. Każdy może wesprzeć akcję, przekazując darowiznę jednorazowo lub miesięcznie poprzez stronę unicef.pl/koronawirus. Kampanię wspiera Artur Żmijewski, Ambasador Dobrej Woli UNICEF.
Jak podaje największe portale, w 2019 roku Polacy wzięli w bankach i SKOK-ach ponad 7,5 mln kredytów gotówkowych na łączną kwotę niemal 85 mld zł. Popularniejsze od kredytów gotówkowych były jedynie kredyty hipoteczne, co świadczy o tym, że nasi rodacy chętnie zaciągali zobowiązania, a co ważniejsze, banki i SKOK-i równie chętnie ich udzielały. Dlaczego Polacy tak ufają kredytom gotówkowym i czy rzeczywiście warto je brać?
Czym jest kredyt gotówkowy?
Kredyt gotówkowy, nazywany również kredytem konsumpcyjnym, to zobowiązanie finansowe, które klient może uzyskać w banku lub SKOK-u po spełnieniu wszystkich określonych w ofercie warunków. Od pożyczki różni się tym, że przy zawieraniu umowy należy podać, na co zostaną wydane pieniądze z kredytu, a więc określić jego cel. Cechą charakterystyczną kredytu gotówkowego jest wypłata kwoty kredytu w gotówce – fizycznie w placówce banku lub na konto kredytobiorcy.
Wybieramy najlepszy kredyt gotówkowy
Aby wybrać najlepszy kredyt gotówkowy, można sprawdzać samodzielnie oferty banków lub pójść na skróty i skorzystać z rankingu kredytów, np. www.darmopozyczka.pl/kredyt-gotowkowy-ranking-pozyczka-gotowkowa – ranking!. Drugie rozwiązanie pozwala szybko i skutecznie porównać ze sobą poszczególne oferty. Ranking dostępny jest online, można więc z niego skorzystać o każdej porze. Zawiera też aktualne informacje o ofertach sprawdzonych i rzetelnych banków, takich jak Santander, Alior Bank, PKO BP czy BNP Paribas.
Mając wszystkie najważniejsze informacje zebrane w jednym miejscu, łatwo jest zdecydować, która oferta jest interesująca. Bezpośrednio z rankingu można też przejść na stronę banku, na której dostępny jest wniosek do wypełnienia online lub informacja o szczegółach oferty.
Dokumenty potrzebne do uzyskania kredytu
Podstawą uzyskania kredytu gotówkowego jest wniosek o udzielenie kredytu, który klient składa w banku lub przez internet. Do wniosku często należy dołączyć wymagane załączniki. Mogą to być zaświadczenia o zarobkach lub zatrudnieniu, poręczenie majątkowe, a nawet zaświadczenie o dochodach małżonka. Banki coraz częściej udzielają również kredytów osobom pracującym na podstawie umowy cywilno-prawnej lub uzyskującym dochód z tytułu emerytury lub renty. W tym wypadku konieczne będzie dostarczenie zaświadczenia o wysokości uzyskiwanych świadczeń. Osoby prowadzące działalność gospodarczą zwykle muszą zaświadczyć o źródle swojego dochodu. Najłatwiej jest uzyskać kredyt w banku, w którym klient posiada już ROR – wtedy banki zwykle sprawdzają dochody na podstawie wyciągów bankowych z ostatnich kilku miesięcy. Wnioskując o udzielenie kredytu należy też przygotować się na konieczność potwierdzenia podstawowych danych, trzeba więc posiadać przy sobie dowód osobisty.
Na podstawie złożonych dokumentów bank sprawdzi zdolność kredytową klienta. Banki weryfikują też potencjalnych kredytobiorców w bazach dłużników – BIK i KRD. Warunkiem uzyskania finansowania jest pozytywna historia kredytowa, a więc brak adnotacji o niespłaconym zadłużeniu lub o opóźnieniach w spłatach wcześniej zaciągniętych zobowiązań. Jeśli bank stwierdzi, że zdolność kredytowa klienta jest na właściwym poziomie, zwykle wydaje pozytywną decyzję kredytową. Cała procedura może trwać kilka dni – w zależności od banku.
Z jakich elementów składa się kredyt?
Każdy kredyt składa się z dwóch głównych części – raty kapitałowej i odsetkowej. Część kapitałową stanowi kwota zaciągniętego kredytu, a odsetkową pozostałe opłaty. Aby obliczyć całkowity koszt kredytu, trzeba wziąć pod uwagę również inne parametry. Ważna jest nie tylko wysokość odsetek, ale również wartość kosztów pozaodsetkowych. Na te ostatnie składają się:
opłaty i prowizje,
najczęściej opłata przygotowawcza,
prowizja za udzielenie kredytu,
ubezpieczenie.
Ostatni element jest często fakulatatywny. Nie trzeba kupować ubezpieczenia, jednak w większości banków jest to zalecane. Dobrym wyznacznikiem tego, ile tak naprawdę kosztuje kredyt, jest RRSO. Rzeczywista roczna stopa oprocentowania pokazuje, ile rocznie klient zapłaci za kredyt w danym banku.
Kredyt czy pożyczka gotówkowa?
Oba produkty są do siebie podobne, jednak występuje między nimi subtelna różnica. Kredyt udzielany jest jedynie przez banki i SKOK-i, natomiast pożyczka gotówkowa jest dostępna również w firmach pozabankowych. W przypadku niewielkich kwot można wziąć pod uwagę tzw. „parabanki”, czyli firmy pozabankowe, które udzielają pożyczek na raty na dowód. Jednak jeśli klient jest zainteresowany wyższą kwotą, np. do 300 tysięcy złotych, bezpieczniej będzie udać się do banku. Kwoty, które pożyczają firmy pożyczkowe dochodzą zresztą maksymalnie do 50 – 60 tysięcy złotych.
Z perspektywy klienta istotny jest fakt, że banki działają w oparciu o Ustawę o kredycie konsumenckim i ustawę Prawo bankowe. Akty te jasno określają ramy współpracy oraz prawa i obowiązki obu stron transakcji. Pożyczka w banku jest też zwykle dużo tańsza niż ta w firmie pozabankowej. Na niekorzyść banków działa dłuższa i bardziej skomplikowana procedura uzyskania pieniędzy niż ta stosowana w parabankach. Klient musi dostarczyć więcej dokumentów oraz dłużej poczekać na decyzję. Może jednak zyskać niższe oprocentowanie i opłaty pozaodsetkowe, a więc ostatecznie uzyskać tańszy kredyt.
1 mln EUR w postaci środków pieniężnych i innych korzyści dla 20 projektów oferujących najlepsze rozwiązania dla problemów, z jakimi będziemy musieli zmierzyć się w nowej rzeczywistości po zakończeniu pandemii COVID-19.
Konkurs „Santander X Tomorrow Challenge” jest jednym z elementów globalnego planu walki z kryzysem COVID-19 w ramach programu Santander Universidades o łącznym budżecie 30 mln EUR.
Przedsiębiorcy, startupy mogą przesyłać zgłoszenia na adres santanderx.com do 2 lipca 2020 r.
Koronawirus zmienia nasze życie i jest źródłem wielu wyzwań, z jakimi nasze społeczeństwo mierzy się teraz i będzie musiało stawić czoła w niedalekiej przyszłości.
Grupa Santander, działając za pośrednictwem Santander Universidades, ogłasza globalny konkurs Santander X Tomorrow Challenge, w ramach którego przedsiębiorcy z 14 krajów (Polski, Argentyny, Niemiec, Brazylii, Chile, Kolumbii, USA, Hiszpanii, Meksyku, Peru, Portugalii, Portoryko, Wielkiej Brytanii i Urugwaju) mogą zgłaszać innowacyjne rozwiązania pomocne w przezwyciężaniu społeczno-ekonomicznych skutków pandemii.
„Koronawirus zmienia nasz świat, ale możemy wpływać na kształt tych zmian. To czas dla przedsiębiorców, którzy dostrzegając wyzwania potrafią wymyślić dla nich nowe rozwiązanie. Ogłaszamy konkurs Santander X Tomorrow Challenge, ponieważ wierzymy w nich i ich umiejętność znajdowania odpowiedzi na problemy dnia dzisiejszego oraz te, przed jakimi staniemy w najbliższej przyszłości,” powiedziała Ana Botín, Przewodnicząca Grupy Santander.
Konkurs obejmuje cztery kategorie odpowiadające wybranym, najistotniejszym wyzwaniom związanym z nową sytuacją:
tworzenie miejsc pracy;
transformacja umiejętności;
zmiana modelu biznesowego;
nowe szanse w nowej rzeczywistości;
Przedsiębiorcy mogą nadsyłać zgłoszenia do 2 lipca na adres www.santanderx.com/tomorrowchallenge. Zgłoszenia będą oceniane przez jury złożone z 12 przedstawicieli świata biznesu i członków kierownictwa banku.
Jurorzy wybiorą 20 najlepszych projektów, po pięć z każdej kategorii. Wyłonionych 20 laureatów, których lista zostanie ogłoszona 16 lipca, otrzyma łącznie 1 mln EUR w postaci środków pieniężnych i innych korzyści. Oprócz kwoty 20 000 EUR dla każdego nagrodzonego, przedsiębiorcy uzyskają także kompleksowe wsparcie ze strony banku i innych zaangażowanych podmiotów, w tym 100 godzin mentoringu z ekspertami; prezentacje typu roadshow z udziałem co najmniej pięciu inwestorów na każdy projekt, aby ułatwić dostęp do finansowania; wsparcie MIT Innovation Initiative w zakresie technologii i innowacji; oraz dostęp do licencji na oprogramowanie i usługi.
Konkurs Santander X Tomorrow Challenge to przykład zaangażowania banku w szeroko zakrojone działania na rzecz promowania przedsiębiorczości akademickiej. Za pośrednictwem Santander X realizowane są projekty łączące narzędzia i programy z głównym celem, jakim jest wspieranie przedsiębiorców na każdym etapie ich działalności konkretną ofertą, zapewnianie im dostępu do zasobów potrzebnych do osiągnięcia sukcesu i pomoc w przejściu do kolejnego etapu.
Ta nowa inicjatywa stanowi jeden z elementów globalnego planu przeciwdziałania COVID-19 w ramach programu Santander Universidades. Budżet planu, wynoszący 30 mln EUR, przeznaczony jest na zwalczanie pandemii i jej skutków na całym świecie. Środki trafią do projektów badawczych zajmujących się rozwojem szczepionki, leków i nowych testów diagnostycznych; zapewnią wsparcie studentom w trudnej sytuacji, aby mogli kontynuować naukę; posłużą do sfinansowania badań nad scenariuszami wyjścia z kryzysu, a także prac nad transformacją cyfrową systemu edukacji uniwersyteckiej.
Więcej informacji na temat Santander X Challenge można znaleźć na stronie: www.razempokonamy.pl
Odporność, siła ducha, elastyczność, zachowanie klasy w obliczu dylematów, łączenie przytomności biznesowej z empatią i wyczuciem… Te oraz inne kwestie związane z zarzadzaniem w nieprzewidywalnych okolicznościach społecznych i gospodarczych omówią Jacek Santorski oraz Wojciech Eichelberger, wykładowcy Akademii Psychologii Przywództwa w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, podczas spotkania online „Lider w czasie próby, które odbędzie się 2 czerwca, o godzinie 17.00.
W czasie kryzysu lub nieprzewidywalnych zmiennych rządzących życiem społecznym i gospodarczym, zarządzanie firmą to jak wpłynięcie statkiem na nieznane i wzburzone wody. Tylko najlepsi liderzy potrafią płynnie sterować organizacją i obrać kurs, który zapewni stabilizację w przyszłości. – „Lider w czasie sztormu działa tak, jak dobry lider w każdym czasie, kierując się trzema podstawowymi zasadami w zarządzaniu firmą: cel, ochrona i porządek” – podkreśla Jacek Santorski, ceniony psycholog biznesu i twórca Akademii Psychologii Przywództwa realizowanej w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej. – „W czasie turbulencji lider musi zachować „zimną krew” i pewnie podejmować decyzje, nie zapominając przy tym o obranym wcześniej przez organizację strategicznym celu. Jednocześnie zapewnia swoim pracownikom poczucie bezpieczeństwa oraz dba o elementy porządku i struktury w firmie” – dodaje Santorski.
Zarządzanie zespołem i firmą w trudny czasie, często przypadkowych wydarzeń, które wpływają na rynek i przedsiębiorstwo wymaga dodatkowego zaangażowania i uwagi, ale też wiąże się ze stresem dla samych zarządzających organizacjami. I choć lider, jak każdy człowiek, może mieć chwile zwątpienia, to kierując firmą, pokazywanie niepokoju i zdenerwowania na zewnątrz nie pomoże w zwalczaniu trudności. Dlatego podstawą jest opanowanie własnego lęku i racjonalnie działanie w sytuacji kryzysowej. Jacek Santorski sugeruje również, aby wszystkie działania lidera były rozważne i w jasny sposób komunikowane. – „Sposób komunikacji, a także więź mentalna, emocjonalna i egzystencjalna są szczególnie ważne w sytuacji, kiedy bezpośrednie relacje są przerwane, a niepewność i obawa o przyszłość towarzyszy nam każdego dnia” – dodaje psycholog.
Santorski rozmawia z Eichelbergerem
Światowi intelektualiści opisują obecny model świata akronimem BANI, za którym kryją się słowa: Brittle, Anxious, Non-linear, Incomprehensible, czyli krucha, zatrważająca, niezrozumiała rzeczywistość. W ramach Akademii Psychologii Przywództwa w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, Jacek Santorski wraz z Wojciechem Eichelbergerem porozmawiają o możliwym remedium na BANI. Zastanowią się, czy „mental resilience” może być odpowiedzią na kruchość? Czy niepokój można opanować empatią i mindfulness, a nielinearność wyczuciem kontekstu i elastycznością odpowiedzi? A w tym co niepojęte zdać się intuicję? Pokażą, jakie codzienne praktyki i techniki oraz otwartość umysłu, wartości, odwaga i wzajemne wsparcie mogą pomóc liderowi sprostać wyzwaniom biznesowej codzienności. Wskażą sposoby na mobilizowanie i wspieranie pracowników przy jednoczesnym dzieleniu odpowiedzialności. Podpowiedzą, jak działać skutecznie i z klasą.
Spotkanie online pt. „Lider w czasie próby” odbędzie się online 2 czerwca (wtorek) o godzinie 17.00. Wymagana jest rejestracja na biznes.edu.pl
Grupa Kapitałowa Transition Technologies (GK TT) – lider IT w obszarze energii, gazu, informatyki medycznej i przemysłu, podsumowuje wyniki 1Q 2020 i prognozy pierwszego półrocza b.r. Przychody wyniosły ponad 100 mln złotych i były wyższe o 25% od analogicznego okresu ubiegłego roku. Ten trend będzie utrzymany przez całe pierwsze półrocze 2020 i grupa osiągnie przychody brutto ponad 210 mln złotych. GK TT ocenia, że koronawirus nie miał do tej pory negatywnego wpływu na działalność organizacji i ma ona szansę przejść przez obecną recesję kontynuując trend wzrostowy przychodów w całym roku 2020.
Wielokrotnie prognozowaliśmy nadchodzący kryzys, choć oczywiście nikt nie mógł przewidzieć samego koronowirusa i obecnej skali problemów. Przygotowane plany kryzysowe zadziałały,
a samo przejście prac firmy w tryb zdalny w praktyce trwało jeden dzień – mówi Konrad Świrski, prezes zarządu Transition Technologies. Na razie wciąż przychody są rekordowo wysokie, a nasza baza klientów jest stosunkowo mniej dotknięta spowolnieniem, choć w drugim kwartale, podobnie do całego sektora IT w Polsce, widzimy postępujące sygnały zmniejszania zamówień. Bardziej dotyczy to przychodów z gospodarki światowej, mimo, że koniunktura jest radykalnie słabsza także w kraju. Widzimy też symptomy powrotu do quasi-normalności, co budzi nadzieję na ożywienie gospodarcze, szczególnie na rynkach europejskich, gdzie uruchomiono znacznie większe pakiety pomocowe dla biznesu – dodaje prof. Świrski.
Gwałtowna cyfryzacja kolejnych obszarów gospodarki przyniosła GK TT w 1Q 2020 znaczny wzrost biznesu w obszarze managed services (w tym z sektora public) oraz medycznym – np. nowe rozwiązania dla pacjentów onkologicznych. Firma kontynuowała realizację kluczowych projektów dla sektora energetycznego i przemysłowego, w których analityka informatyczna oraz zaawansowane rozwiązania cyberochrony infrastruktury krytycznej są w trendzie wzrostowym. Grupa Transition Technologies cały czas nieprzerwanie obsługuje rynki globalne ze swoich 14 biur w Polsce, tak aby zapewnić bezpieczeństwo pracy zatrudnionych ponad 1800 osób.
Kwestie pracy zdalnej i systemów informatycznych decydują dziś o odporności biznesu na ograniczenia. Spowolnienie gospodarcze postrzegamy jako niepowtarzalną szansę dla sektora IT – dodaje Konrad Świrski. Przyszłość wciąż jest niepewna, ale liczymy na uspokojenie globalnej sytuacji gospodarczej i utrzymanie naszego dwucyfrowego trendu wzrostowego w pierwszym półroczu roku 2020 – możemy osiągnąć nawet ponad 25 procentowy wzrost obrotów.
Nerwowy piątek na rynkach w obliczu powracających na pierwszy plan napięć na linii USA-Chiny. Prezydent Trump zakomunikował, że dziś przedstawi nowe stanowisko Białego Domu w sprawie Chin, co może oznaczać nowe sankcje. Optymizm ulatuje z rynków finansowych. Złoty dodatkowo musi przetrawić obniżkę stóp procentowych NBP.
W zaskakującej decyzji Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała o obniżce stopy referencyjnej o 40 pb do 0,1 proc., stopy lombardowej o 50 pb do 0,5 proc., a stopa depozytowa pozostała na 0 proc. Tym samym oprocentowanie w Polsce sięgnęło swojego „technicznego” minimum. W uzasadnieniu Rada napisała, że luzowanie polityki pozwoli zagłodzić negatywne skutki pandemii oraz ograniczy ryzyko obniżenia się inflacji poniżej celu inflacyjnego NBP w średnim okresie. Jakkolwiek w teorii można zgodzić z argumentacją, tak moment decyzji jest niezrozumiały i to z kilku powodów. Po cięciach z marca i kwietnia łącznie o 100 pb oraz uruchomieniu programu skupu aktywów przekaz ze strony członków RPP przybrał neutralny ton, co mogło sugerować, że teraz Rada poczeka na efekty dotychczasowych decyzji. Dodatkowo zakończenie lockdown’ów w Europie i pierwsze oznaki stabilizacji sytuacji gospodarczej w strefie euro nie wymuszały ze strony banku centralnego kontynuacji luzowania polityki. Co więcej, po stanowczych decyzjach z poprzednich miesięcy, dodatkowe cięcie stopy referencyjnej o 40 pb przynosi niewielkie wsparcie dla gospodarki. Wszelkie dostosowania po stronie kredytobiorców i kredytodawców w reakcji na pandemię już się dokonały i wczorajsza obniżka istotnie sytuacji nie odmieni. Sporo znaków zapytania pozostaje po majowej decyzji, stąd tym bardziej rozczarowujący jest brak konferencji prasowej, która mogłaby rozjaśnić sytuację.
Możliwym wytłumaczeniem zachowania RPP jest wcześniejsza chęć sprowadzenia stóp procentowych do zera w jednym kroku, jednak członkowie Rady mogli obawiać się silnego negatywnego wpływu na złotego i destabilizacji krajowego rynku finansowego. Stąd zdecydowali się na „badanie” rynku i rozbicia strategii na kilka kroków. Brak nasilenia deprecjacji złotego pomimo cięcia o 100 pb, a także ostatnia fala aprecjacji o ok. 3 proc. mogły dać sygnał do kontynuowania luzowania według wcześniej założonego planu.
Decyzja o obniżce nie przyniosła wyraźnego wzrostu EUR/PLN, co bierze się z faktu, że rynek stopy procentowej już wcześniej wyceniał cięcie w kierunku zera. Inwestorzy na rynku walutowym jeszcze do ubiegłego tygodnia utrzymywali strategie na osłabienie złotego i dopiero pod wpływem generalnej poprawy apetytu na ryzyko skapitulowali. Teraz to oni wydają się najbardziej pokrzywdzeni, szczególnie, że decyzja RPP podnosi ryzyko powrotu negatywnej presji na złotego. Zakładamy, że RPP nie zdecyduje się na ujemne stopy procentowej (sugeruje to zatrzymanie na niestandardowym poziomie 0,1 proc.), ale też nie uznajemy obniżek jako tymczasowych, które zostaną szybko odwrócone, jak tylko sytuacja gospodarcza ulegnie poprawie. Spodziewamy się utrzymania rekordowo niskich stóp przez długi czas, najprawdopodobniej do końca kadencji Rady w czerwcu 2022 r. Oznacza to długoterminowe utrzymanie ujemnych realnych stóp procentowych w Polsce, które aktualnie na -2,8 proc. są czwarte najniższe na świecie. To może być dużą skazą na wizerunku złotego w przyszłości i stanowi ryzyko dla naszych dotychczasowych prognoz.
W porównaniu z krajami najbardziej rozwiniętymi polski sektor innowacyjnych finansów rozwija się znacznie wolniej. Tym czasem jego rozwój jest konieczny i nieuchronny. Firmy z tej branży poszukujące kapitału na rozwój swoich technologii to obecnie jedna z najlepszych okazji inwestycyjnych.
W wielu krajach wysoko rozwiniętych przedsiębiorstwa z sektora innowacyjnych finansów stają się znaczącą siłą przyczyniającą się do wzrostu gospodarczego. Ich działalność jest wspierana przez rządy oraz finansowe władze regulacyjne. W skali świata za wzór przyjaznego otoczenia regulacyjnego uznawane są Wielka Brytania i Singapur. W porównaniu z nimi polskie przepisy są znacznie bardziej restrykcyjne. Nasz sektor finansowy, wart ponad 68 miliardów złotych i wytwarzający prawie 4% PKB jest skazany na obniżoną konkurencyjność z powodu działań regulacyjnych. Szczególnie dotkliwe są przepisy dotyczące podatku bankowego i Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.
Tymczasem w światowej gospodarce występuje wiele czynników, które negatywnie wpływają na sytuację sektora bankowego. Wolne tempo rozwoju najlepiej rozwiniętych gospodarek ogranicza popyt na kredyt. Niskie, lub nawet ujemne stopy procentowe, które w założeniu mają ten popyt pobudzać, nie spełniają swojego zadania, co więcej, wpływają na ograniczenie dochodów banków. Tani pieniądz umożliwia pozostanie na rynku przedsiębiorstwom o bardzo niskiej rentowności, co zwiększa ryzyko kredytowe.
Z pomocą całej branży przychodzą innowacyjne i dynamiczne przedsiębiorstwa z sektora fintech. Mogą one działać na dwa sposoby: być dostawcą technologii dla tradycyjnych banków lub konkurować z nimi samodzielnie pozyskując klientów. W pierwszym przypadku najczęściej zajmują się systemami bankowości elektronicznej. W drugim, obsługują określone nisze rynkowe przy pomocy unikalnych technologii.
Czasy, gdy instytucje finansowe zajmowały się głównie pozyskiwaniem depozytów i udzielaniem kredytów minęły bezpowrotnie. Dzisiejsze startupy z branży fintech, dzięki wyspecjalizowanym technologiom, zajmują się między innymi: zbiórkami pieniężnymi, tworzeniem i analizą dużych zbiorów danych dzięki użyciu sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, technologią blockchain i kryptowalutami. Trwa też rewolucja w zakresie zarządzania finansami osobistymi i rodzinnymi, zmieniają się strategie wyboru instrumentów finansowych czy zarządzania inwestycjami kapitałowymi. Technologia dostarcza też nowych narzędzi dla rozwoju finansów behawioralnych.
Startupy technologiczne opanowały rynek drobnych pożyczek konsumenckich eliminując wykluczenie finansowe znacznej części społeczeństwa. Podobnie jest z pośrednictwem w zakresie produktów inwestycyjnych czy ubezpieczeń, praktycznie cały detaliczny handel na rynkach kapitałowych i walutowych odbywa się za pomocą platform transakcyjnych zbudowanych przez technologiczne startupy.
Wsparcie rozwoju technologii przez państwo to często duża szansa dla młodych finansowych firm technologicznych. Państwo może działać na dwa sposoby. Pierwszy to dostarczanie wiedzy i kapitału. Drugi to rola klienta dla instytucji finansowych. Niestety, w obu obszarach polski rząd współpracuje głównie z tradycyjnymi bankami zapominając o fintechach. Współpraca często układa się bardzo dobrze. Pozytywnym przykładem może być współpraca administracji z bankami w ramach programu 500+. Podobnie jest w przypadku obsługi systemu ePUAP. Poważne rządowe programy wspierające gospodarkę nie są obecnie możliwe do przeprowadzenia bez udziału sektora bankowego. Tak jest na przykład z wartym 100 miliardów złotych programem „Czyste powietrze”, czy działaniami wspierającymi gospodarkę w związku z epidemią koronawirusa.
Również w zakresie tego ostatniego projektu instytucje rządowe nawiązują współpracę wyłącznie z tradycyjnymi bankami. Tymczasem przy dystrybucji niewielkich kwot dla dużej ilości potencjalnych beneficjentów znacznie badziej efektywnymi partnerami byłyby pozabankowe instytucje pożyczkowe. Taka współpraca rządów z fintechami funkcjonuje z powodzeniem w Stanach Zjednoczonych czy w Wielkiej Brytanii. W Polsce dopiero będzie się rozwijać w najbliższych latach.
Autor: Grzegorz Mizera – wiceprezes zarządu w polskim fintechu Provema
Najnowsze dane firmy doradczej Colliers International wskazują, że całkowite zapotrzebowanie na powierzchne biurowe na ośmiu rynkach regionalnych w pierwszym kwartale tego roku wyniosło ponad 220 tys. mkw. Ponad 47 tys. mkw. wynajęto we Wrocławiu, co stawia stolicę Dolnego Śląska na drugim miejscu zaraz po Krakowie.
– Największy udział w popycie miały przeprowadzone renegocjacje umów najmu (36%), podczas gdy ekspansje stanowiły 22%. Warto zaznaczyć, że aż 23% udziału w rynku dotyczyło najmu powierzchni w budynkach przeznaczonych na użytek własny właściciela. Nowe umowy najmu obejmowały 17% popytu, a umowy przednajmu w pierwszym kwartale tego roku stanowiły 10% – mówi Dorota Kościelniak, dyrektor regionalny Colliers International we Wrocławiu.
Istniejąca powierzchnia biurowa na rynku wrocławskim to blisko 1,2 mln mkw., co plasuje miasto na drugim miejscu wśród biurowych rynków regionalnych. W 2019 r. deweloperzy oddali do użytku rekordową ilość niemal 147,3 tys. mkw. powierzchni biurowej. W pierwszym kwartale br. zakończono projekt Techland HQ o powierzchni 8250 mkw., zaś w budowie nadal pozostaje prawie 130 000 mkw. Współczynnik pustostanów od początku 2019 r. systematycznie wzrastał. W pierwszych miesiącach 2020 roku nieznacznie (o 0,7 p.p.) spadł i wynosi obecnie 11,8%.
– Pierwszy kwartał 2020 roku zbiegł się z początkiem pandemii COVID-19. Wprowadzone zmiany w normalnym funkcjonowaniu i organizacji życia spowodowały chwilowe zamieszanie niemalże we wszystkich sektorach gospodarki, również na rynku nieruchomości. Pomimo tego ruch na rynku nowoczesnych powierzchni biurowych we Wrocławiu pozostał duży – do końca marca wynajęto ponad 47 tys. mkw., z czego aż w 83% transakcji brały udział firmy z sektora IT. Na tę chwilę trudno podać dokładną prognozę rynku biurowego na najbliższe miesiące. Można jednak stwierdzić, że zmiany spowodowane globalnym rozprzestrzenianiem się koronawirusa wpływają w ogromnym stopniu na kształtowanie się nowych trendów rynkowych oraz społecznych. Tym samym wszyscy będą mieli do czynienia z nowymi standardami odmienionej rzeczywistości – mówi Dorota Kościelniak.
Jeśli chodzi o transformację energetyczną w Polsce przyjąć można, że żyjemy w pewnego rodzaju bańce. Jesteśmy białą plamą na mapie postępujących zmian. Na świecie mamy do czynienia z powstającym nie tylko rynkiem, ale tzw. cywilizacją wodorową. W tej kwestii wszystkie kraje europejskiej, również w naszym regionie są już bardziej zaawansowane. Co jest tego przyczyną? Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Nie ulega jednak wątpliwości, że konieczne jest pilne wprowadzenie wodoru do legislacji. Dzisiaj, według polskiego prawa nie jest on paliwem, ale gazem technicznym. Takie zmiany mają nastąpić już niebawem. W tym roku powinny rozpocząć się prace w tym zakresie. Jeśli chodzi o pozostałe formy czystej energii, należy otworzyć z powrotem możliwość szybkiego rozwoju źródeł odnawialnych.
– Nie chodzi jedynie o fotowoltaikę, która obecnie przeżywa swoisty boom na rynku. Potrzebny jest także wzrost energetyki wiatrowej lądowej, chociaż obiecującym sektorem staje się również ta wielkoskalowa, morska. To właśnie ona będzie ogromnym źródłem zielonej energii – powiedział serwisowi eNewsroomTomoho Umeda, Przewodniczący Komitetu Technologii Wodorowych KIG. – Pierwsze elektrownie wiatrowe morskie mają powstać niebawem, w latach 2024-2025. Fotowoltaika zaś rozwija się już teraz. Obecnie trudno jest znaleźć producenta czy dostawcę paneli słonecznych, który może je dostarczyć w terminie krótszym niż pół roku. Ogromny popyt potwierdza, że rewolucja w tym sektorze rzeczywiście ma dzisiaj miejsce.Za tym powinny następować kolejne duże zmiany – w zakresie elektrolizy z paneli fotowoltaicznych. Już dziś mówi się o pierwszej elektrociepłowni, która będzie oparta o ogniwa wysokotemperaturowe zasilane wodorem z elektrolizy. Jej zasilaniem ma być zaś stumegawatowa farma fotowoltaiczna. Taka konstrukcja generowałaby koszt energii na poziomie 250 złotych – czyli nieodbiegający od ceny, którą można uzyskać z węgla. Na ten pierwszy projekt należy zdecydować się już w tym roku. Jeśli okaże się udany, takich elektrociepłowni mogą być setki. Chociaż nie można określić konkretnych dat, kiedy takie przedsięwzięcia powstaną – może to być zdecydowanie szybciej, niż wszyscy się tego spodziewamy – podkreślił Umeda.
Grupa BIK opublikowała wyniki finansowe, zgodnie z którymi w pierwszym kwartale br. osiągnęła 3,7 mln zł skonsolidowanych przychodów. Wypracowała jednocześnie 5,5 mln zł zysku netto, co było ponad trzykrotnie lepszym wynikiem od uzyskanego rok wcześniej. Wartość kapitałów własnych przez pierwsze trzy miesiące roku wzrosła o 6% do 97,7 mln zł.
„W pierwszym kwartale br. w pełni zrealizowaliśmy założenia biznesowe finalizując budowę pierwszego etapu nowego centrum logistycznego pod Wrocławiem i przekazując gotowe powierzchnie głównemu najemcy. Wpływ pandemii koronawirusa na dotychczasową działalność operacyjną oceniamy jako bardzo ograniczony. Towarzysząca pandemii deprecjacja naszej waluty względem euro miała istotny wpływ na wzrost wartości nieruchomości ale jednocześnie wpłynęła również na wzrost zobowiązań kredytowych wyrażonych w euro” – powiedział Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.
Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych i handlowych w pierwszym kwartale 2020 roku osiągnął 3,7 mln zł skonsolidowanych przychodów, względem 5,3 mln zł w tym samym okresie poprzedniego roku. Spadek przychodów to głównie efekt zmian w strukturze aktywów, gdzie po sprzedaży w ub.r. „Centrum Logistycznego Sosnowiec 1”, nowy obiekt – „BIK Park Wrocław 1” nie rozpoczął jeszcze pełnej działalności operacyjnej. Grupa w pierwszych trzech miesiącach br. zanotowała 13,7 mln zł zysku operacyjnego względem 2,7 mln zł rok wcześniej . Wykazała jednocześnie ponad 5,5 mln zł zysku netto co jest ponad trzykrotnie lepszym wynikiem niż w analogicznym okresie poprzedniego roku kiedy wypracowała blisko 1,8 mln zł.
Wartość kapitałów własnych (aktywów netto) wzrosła w pierwszych trzech miesiącach roku o 6% do 97,7 mln zł. Z kolei wycena nieruchomości inwestycyjnych zwiększyła się o 8% do poziomu 191,4 mln zł. W pierwszym kwartale br. Grupa BIK zakończyła budowę pierwszego etapu centrum logistycznego BIK Park Wrocław I w Kątach Wrocławskich. Gotowa powierzchnia liczy 25 tys. m2 z czego głównemu najemcy przekazano 15,5 tys. m2.
Największa polska premiera ubiegłego roku, Blair Witch, zadebiutuje na Nintendo Switch już 25. czerwca. Z tej okazji został wyemitowany nowy trailerna popularnym kanale Nintendolife. Edycja na popularną konsolę przenośną będzie zawierała wszystkie dotychczasowe usprawnienia, włączając DLC – Good Boy Pack. Za wydanie odpowiada spółka zależna – Bloober Team NA. Cena gry została ustalona na 29.99 USD
Największa dotychczasowa gra Bloober Team będzie wspierała wszystkie możliwości Nintendo Switch, w tym HD Rumble, tryby TV, tabletop i handheld oraz ekran dotykowy w menu gry.
Został przygotowany też specjalny trailer, wyemitowany w popularnym serwisie Nintendolife, który jako pierwszy promował edycję na konsolę japońskiego giganta.
– Mamy od lat bardzo dobre relacje z częścią rynku związaną z platformami Nintendo. Najpierw gra została zapowiedziana przez Nintendo na ich cyfrowym wydarzeniu, a teraz największy portal społeczności Nintendo na Świecie – Nintendolife pokazuje ekskluzywnie materiał z wersji Switch. Wierzymy, że to znakomity fundament dla dobrej sprzedaży gry – komentuje Piotr Babieno, prezes Bloober Team.
Jest to kolejny tytuł krakowskiej spółki, który znajdzie się w Nintendo eShop – w poprzednich latach zostały przeportowane gry z serii Layers of Fear oraz Observer. Cena Blair Witch w dniu premiery będzie wynosiła 29.99 USD.
Jest to ważny krok w kierunku optymalizacji naszego portfolio – dzięki niemu wszystkie nasze gry znajdują się na każdej z popularnych konsol. Pamiętamy zarazem o fanach naszych produkcji i chcemy wynagrodzić najbardziej oddanych z nich. – kończy Prezes.
Przypominamy, że spółka pracuje również nad produkcją, która rozmachem przewyższa dotychczasowe tytuły studia. The Medium, które pojawi się na konsole nowej generacji Xbox series X i komputery PC w okresie świątecznym 2020 jest trzymającym w napięciu thrillerem psychologicznym. Gracze będą mogli wcielić się w Mariannę – medium żyjące w dwóch światach: fizycznym i duchowym. W produkcji biorą udział Marcin Dorociński i Weronika Rosati, a za muzykę współodpowiedzialny jest Akira Yamaoka znany m.in. z serii Silent Hill.
T-Bull, wrocławski producent gier na platformy mobilne, zanotował w 2019 roku 9,6 mln zł przychodów i 2,1 mln zł zysku netto. Gry studia są znane na całym świecie i pobrano je już prawie pół miliarda razy.
Ubiegły rok był dla wrocławian czasem wypełnionym pracą, którą dzisiaj spółka podsumowuje raportem za rok 2019. Wyniki wskazują na bardzo stabilną sytuację finansową T-Bull S.A. Firma uzyskała przychód w wysokości 9,6 miliona zł, co przekłada się na zysk 2,1 miliona netto. To ponad czterokrotnie wyższa kwota niż w roku 2018. Sukcesem jest również stała liczba pobrań gier od T-Bull S.A., która zgodnie z kwietniowym raportem wynosi blisko 485 milionów. Granica pół miliarda jest już na wyciągnięcie ręki.
T-Bull zakończył 2019 r. z wynikiem 2,1 mln zł, co stanowi aż 400% zysku z 2018 r. Niewielki spadek nastąpił w liczbie pobrań produkcji rodzimego studia. Rok 2018 firma zakończyła liczbą 86 milionów, natomiast ubiegły zaowocował nieco ponad 74 milionami. Przyczyną tego wyniku jest zmiana w podejściu do procesu tworzenia gier – studio wydaje mniej produkcji, skupiając się na stabilnym rozwoju portfolio przy równoczesnym poszerzaniu gamingowych horyzontów poprzez wdrożenia na nowe platformy, co da wrocławianom możliwość dotarcia do nowej grupy entuzjastów wirtualnej rozgrywki.
– Jesteśmy firmą o zasięgu międzynarodowym, która stale utrwala stabilną i silną pozycję na rynku, nasze wyniki finansowe są tego potwierdzeniem. – komentuje Damian Fijałkowski, Członek zarządu i współzałożyciel T-Bull S.A. – To szczególnie ważne w odniesieniu do roku 2019, kiedy jeszcze mocniej skupiliśmy się na realizacji ogłoszonej przez nas w 2017 roku strategii i rozszerzaniu naszego portfolio o produkcje dedykowane na inne platformy niż tylko te mobilne – dodaje.
W zeszłym roku Spółka poinformowała o znacznym rozgałęzieniu swojej działalności na rynku gamingowym – T-Bull S.A. rozpoczął pracę nad największym dotychczas projektem gry komputerowej, która ma być dostępna w trybie „Early Access” pod koniec bieżącego roku. Projekt o roboczej nazwie „Space Simulator” ma być dla studia produkcją przełomową – rozbudowana i zaawansowana technologicznie gra to pierwszy tytuł zaprojektowany docelowo na komputery osobiste. Oprócz tego spółka poszerza swoje horyzonty o nowe pola dotarcia. Już teraz na platformie Steam można znaleźć kilka produkcji wrocławian. Są to między innymi: Top Speed 2 czy najnowszy tytuł InfiniteCorp. To również w ubiegłym roku rozpoczęto prace nad wdrożeniem pierwszej produkcji na popularną konsolę Nintendo Switch – owocem jest premiera gry Top Speed w sklepie Nintendo eShop.
Niezmiennymi liderami popularności w portfolio Spółki są gry Moto Rider GO oraz Top Speed. Obie produkcje świętowały przekroczenie okrągłych wyników odpowiednio 100 milionów dla Moto Rider GO oraz 50 milionów dla Top Speed. Znacznym uznaniem cieszą się też, inne produkcje studia, jak Top Speed 2 czy Tank Battle Heroes.
Zeszły rok to także sukces w postaci przyznania Spółce kolejnego już dofinansowania w ramach konkursu GameINN na projekt iDe-Tox, którego celem jest zapewnienie kompleksowej ochrony graczy przed toksycznymi zachowaniami w cyberprzestrzeni.
Najbliższe miesiące to dla wrocławian bez wątpienia ogromne wyzwanie, jednak biorąc pod uwagę dotychczasowe wyniki Spółki, T-Bull S.A. może patrzeć w przyszłość z podniesioną głową.
Po pierwszym kwartale 2020 roku Grupa J.W. Construction osiągnęła przychody ze sprzedaży na poziomie 45,6 mln zł, wobec 101,3 mln zł w pierwszym kwartale ubiegłego roku, co oznacza spadek o 55 proc. Zysk brutto ze sprzedaży osiągnął poziom 11,6 mln zł, wobec 25,7 mln zł rok wcześniej (spadek również o 55 proc.). Taki spadek przychodów i zysku brutto spowodował, że Spółka odnotowała stratę netto w wysokości 4,5 mln zł (wobec zysku netto na poziomie 6,8 mln zł w pierwszym kwartale 2019 roku). W ujęciu jednostkowym Spółka osiągnęła zysk netto równy 2,7 mln zł. Powyższe wyniki spowodowane są przekazaniem małej liczby lokali wynikającym z harmonogramu realizacji inwestycji. Marża brutto niezmiennie utrzymuje się na tym samym poziomie 25 proc.
Wyniki Spółki komentuje Małgorzata Szwarc-Sroka, członek Rady Nadzorczej J.W. Construction S.A.:
Pandemia wirusa COVID-19 miała wpływ na działalność deweloperską, może nie tak dużą, jak na inne branże, niemniej jednak znacząco wpłynęła na wiele procesów przebiegających w Grupie.
W obszarze realizacji prowadzonych inwestycji Spółka nie odnotowała znaczących opóźnień i istotnego spadku tempa prac jednak w zakresie sprzedaży odnotowano znaczny spadek. W marcu, w stosunku do lutego Spółka odnotowała spadek liczby zawieranych nowych umów o ok. 45 proc., co – w naszej ocenie – spowodowane jest wyłącznie epidemią COVID-19.
Nie odnotowaliśmy natomiast, co dobrze rokuje na przyszłość, rezygnacji z zawartych umów.
Spółka odnotowała również wpływ pandemii na działanie organów administracji publicznej. Wydawanie decyzji, zaświadczeń, postanowień w procesach administracyjnych zostało istotnie utrudnione przez brak możliwości bezpośredniego kontaktu w urzędzie, co spowodowało nawet dwu-, trzykrotne wydłużenie czasu niezbędnego do uzyskania danego dokumentu, w stosunku do normalnych procedur.
W okresie pandemii posiadane przez Spółkę hotele były zamknięte, a pracownicy w większości przebywali na postojowym, dzięki czemu Spółka skorzystała z programów tarczy antykryzysowej. Od czerwca planowane jest wznowienie działalności w tym obszarze.
Pomimo trudnej i niepewnej sytuacji Spółka posiada duży potencjał związany z możliwością rozpoznawania wyników ponieważ dysponuje ponad 2 tys. lokali sprzedanych, ale nieprzekazanych, które zostaną rozpoznane w przyszłych okresach rozliczeniowych. Ponadto w sytuacji odmrażania procesów gospodarczych Spółka na bazie posiadanego banku ziemi, może w krótkim czasie uruchomić budowy na ponad 5 tysięcy lokali oraz obiektów magazynowo-komercyjnych o łącznej powierzchni ponad 400 tysięcy metrów kwadratowych.
W 1. kwartale 2020 r. wpływy reklamowe Grupy Agora rosły szybciej niż na rynku, a przychody ze sprzedaży wydawnictw zwiększyły się m.in. dzięki intensywnie rozwijającej się prenumeracie cyfrowej „Gazety Wyborczej”. Działalność internetowa1, prasowa i radiowa Grupy odnotowały poprawę wyników, a oferty subskrypcyjne Wyborcza.pl i TOK FM osiągnęły kolejne rekordowe poziomy. O wynikach operacyjnych spółki przesądziły zdarzenia jednorazowe, związane zwłaszcza z odpisami wartości aktywów spółek zależnych, a także odczuwalne już od połowy marca br. skutki pandemii COVID-19, przede wszystkim związane z zamknięciem kin i narastającym ograniczaniem budżetów reklamowych.
W 1. kw. 2020 r. całkowite przychody Grupy Agora wyniosły 289,6 mln zł i były niższe o 6,1% w porównaniu do 1. kw. 2019 r. W największym stopniu zdecydował o tym prawie 20-procentowy spadek wpływów ze sprzedaży biletów do kin sieci Helios, które zostały zamknięte decyzją administracyjną 12 marca br. ze względu na pandemię koronawirusa. Przełożyło się to również na zmniejszenie wpływów ze sprzedaży barowej i z reklam wyświetlanych w kinach, a także z działalności filmowej Grupy. Niższe były również przychody ze sprzedaży usług poligraficznych.
Przychody reklamowe Grupy Agory rosły szybciej niż rynkowe wydatki na promocję produktów i usług i zwiększyły się o ponad 3%. To głównie zasługa wyższych wpływów ze sprzedaży reklam internetowych, zwłaszcza spółki Yieldbird, oraz radiowych. Przychody ze sprzedaży wydawnictw również nieco się zwiększyły, o czym zdecydowały rosnące wpływy z prenumeraty cyfrowej „Gazety Wyborczej”, przy jednoczesnych stabilnych przychodach Wydawnictwa Agora. Liczba subskrypcji treści Wyborcza.pl na koniec marca 2020 r. wyniosła 236,5 tys., co oznacza wzrost o ponad 34% w stosunku do analogicznego okresu 2019 r., a łączne wpływy cyfrowe dziennika sięgnęły 11,2 mln zł, co stanowi 30,0% całkowitych wpływów dziennika. Warto też zauważyć skok liczby wykupionych dostępów Premium TOK FM do 23 tys. na koniec marca 2020 r. Do wzrostu przychodów z pozostałej sprzedaży w okresie styczeń–marzec 2020 r. przyczyniło się zwłaszcza zwiększenie wpływów z działalności gastronomicznej Grupy, przede wszystkim dzięki rozwojowi marki Pasibus.
Koszty operacyjne Grupy Agora w 1. kw. 2020 r. nieznacznie wzrosły i stanowiły 309,1 mln zł. Warto zauważyć, że znaczny wpływ na ich poziom miały koszty odpisów aktualizujących wartość aktywów. W analogicznym okresie 2019 r. Grupa poniosła koszty rezerwy restrukturyzacyjnej, związane głównie z optymalizacją działalności w segmencie Druk, które wyniosły 5,6 mln zł. Bez uwzględnienia negatywnego wpływu zdarzeń jednorazowych w łącznej wysokości 14,7 mln zł koszty operacyjne Grupy Agory byłyby niższe niż przed rokiem.
Rosnącą kategorią kosztową w omawianym czasie była amortyzacja, zaś w pozostałych pozycjach Grupa odnotowała spadki. Najistotniejszy – spadek kosztów zużycia materiałów i energii oraz wartości sprzedanych towarów i materiałów – wiązał sie głównie ze zmniejszeniem skali działalności poligraficznej. Proces ten wpłynął również na spadek kosztów wynagrodzeń i świadczeń na rzecz pracowników.
Grupa Agora zakończyła 1. kw. 2020 r. wzrostem wyniku EBITDA do 44,6 mln zł. Strata na poziomie EBIT wyniosła 19,5 mln zł, a strata netto przypadająca na akcjonariuszy jednostki dominującej wyniosła 42,7 mln zł2.
– Po wybuchu pandemii COVID-19 skupiliśmy się na zapewnieniu bezpieczeństwa naszym pracownikom i przestawieniu Agory na pracę zdalną. Podjęliśmy też zdecydowane kroki, żeby zabezpieczyć Grupę finansowo. Teraz, wraz z „odmrażaniem” kolejnych sektorów gospodarki, realizujemy plan powrotu do działalności operacyjnej w nowej rzeczywistości. Przed nami jeszcze co najmniej kilka trudnych kwartałów, ale wierzę, że ten najgorszy skończy się w czerwcu i rozpoczniemy proces odbudowywania wyników Grupy – komentuje Bartosz Hojka, prezes zarządu Agory.
Już w marcu br. Agora rozpoczęła działania zmierzające do zminimalizowania negatywnego wpływu pandemii na wyniki całej Grupy. Wstrzymana została większość wydatków inwestycyjnych i ograniczone zostały niemal wszystkie kategorie kosztów operacyjnych. Agora podjęła również decyzję o optymalizacji portfela projektów inwestycyjnych – o sprzedaży Domiporta Sp. z o.o., ograniczeniu skali działalności Goldenline Sp. z o.o. oraz złożeniu wniosku o upadłość Foodio Sp. z o.o. Spółka zweryfikowała również bibliotekę wydawnictw papierowych i zrezygnowała z wydania dwóch miesięczników oraz zmniejszyła objętość i wolumen publikowanego dziennika. W ramach działań oszczędnościowych Agora zrezygnowała też z części biur lokalnych, w których praca odbywa się obecnie zdalnie i w tej formule już pozostanie, także po ustaniu pandemii. Dodatkowo, zarząd prowadzi wzmożony monitoring spływu należności w celu zabezpieczenia płynności finansowej Grupy. Spółka zabezpieczyła finansowanie Grupy Agora do końca września i pracuje nad jego dalszym przedłużeniem. W ramach współpracy z instytucjami finansowymi zapewniła sobie karencję spłat dotychczas wykorzystanego kredytu. Zarówno Agora, jak i jej spółki zależne starają się również o dostępne formy wsparcia publicznego dla przedsiębiorstw.
Według szacunków Spółki efektem tych działań będą oszczędności na poziomie blisko 185,0 mln zł w 2. i 3. kw. 2020 r. Decyzje w sprawie kolejnych działań będą dostosowane do dalszego rozwoju sytuacji.
Źródło danych: skonsolidowane sprawozdanie finansowe wg MSSF, 1. kw. 2020 r.
Przypisy:
1 Po eliminacji wpływu zdarzeń jednorazowych.
2 Strata Grupy Agora na poziomie EBIT w ujęciu bez wpływu standardu MSSF 16 wyniosła w 1. kw. 2020 r. 18,4 mln zł. W tym ujęciu wynik Grupy na poziomie EBITDA wzrósł do 27,2 mln zł.
Na całym świecie rządy zdecydowały się na wykorzystanie technologii i innych środków nadzoru w walce z pandemiąSARS-CoV-2.Ta wyjątkowa sytuacja wiąże się też z ograniczeniami dotyczącymi przemieszczania się, prawa zgromadzeń czy prawa do prywatności. To, jak długo zostaną utrzymane, zależy w dużej mierze od społecznego przyzwolenia na takie działania. – Opinia publiczna skupiona na pandemii koronawirusa często bezrefleksyjnie się na nie godzi – podkreśla prawnik i ekspert Fundacji Panoptykon Wojciech Klicki.
– Koronawirus w takiej lub innej formie zostanie z nami na wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat. Dla rządzących pokusa, żeby pod pretekstem walki z nim ograniczać nasze prawa i wolności, będzie cały czas aktualna. To bardzo duże wyzwanie, żebyśmy – mimo zagrożenia, z jakim się mierzymy – nie godzili się na kolejne ograniczenia pod pretekstem walki z pandemią – mówi agencji Newseria Biznes prawnik i aktywista Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon.
Jak podkreśla, chociaż rząd nie zdecydował się na wprowadzenie w Polsce stanu nadzwyczajnego w związku z pandemią SARS-CoV-2, to sytuacja była i jest wyjątkowa. Wprowadzone zostały ograniczenia dotyczące przemieszczania się, prawa zgromadzeń czy prawa do prywatności. Powstała także aplikacja śledząca kontakty społeczne do kontroli rozprzestrzeniania się wirusa.
– Wiele osób godzi się, że aby skutecznie walczyć z koronawirusem, muszą zrzec się swojej prywatności i np. zainstalować specjalne aplikacje służące śledzeniu ich aktywności. Ta społeczna zgoda jest dużym problemem, ponieważ jeśli będzie się utrzymywać, to ograniczenia praw i wolności zostaną z nami na dłużej, nawet kiedy zagrożenie zniknie – mówi prawnik z Fundacji Panoptykon.
Takie aplikacje zostały wprowadzone w wielu krajach. Również w Polsce Ministerstwo Cyfryzacji zaproponowało ProteGo Safe, które z założenia ma pomóc w kontroli rozprzestrzeniania się koronawirusa. Smartfony z zainstalowaną aplikacją emitują za pośrednictwem Bluetootha sygnał odbierany przez inne urządzenia, wymieniając się tymczasowymi kodami – przypadkowymi ciągami znaków, które nie ujawniają tożsamości ich właścicieli. Aplikacja automatycznie szacuje ryzyko zarażenia się SARS-CoV-2 dla każdego użytkownika na podstawie jego historii napotkanych urządzeń i zweryfikowanych medycznie przypadków zarażenia wirusem.
Według resortu aplikacja nie inwigiluje, nie zbiera i nie udostępnia danych użytkowników, a gromadzone informacje są anonimowe, zakodowane i przechowywane w telefonie tylko przez dwa tygodnie. Eksperci wskazywali jednak m.in. na ryzyko deanonimizacji danych czy zagrożenie dla bezpieczeństwa użytkowników, jakie stwarza stale włączony Bluetooth.
Na podobne problemy eksperci fundacji wskazują również we Francji, gdzie częściowo zniesiono zakaz przemieszczania się, ale wiele ograniczeń pozostało w mocy. Ustawa przedłużająca stan wyjątkowy przewiduje stworzenie systemu informatycznego pozwalającego na przetwarzanie danych osób dotkniętych SARS-CoV-2 (lub mających z nimi kontakt) bez ich zgody. Ma powstać także aplikacja śledząca StopCovid umożliwiająca odtworzenie sieci kontaktów za pomocą połączenia Bluetooth. Pomysły władz budzą jednak wątpliwości prawników i organizacji pozarządowych, podkreślających ryzyko trwałego ograniczenia praw i wolności obywatelskich.
Prawnik Fundacji Panoptykon podkreśla, że największym ryzykiem dla praw i wolności obywatelskich jest społeczna zgoda na ich ograniczanie. Opinia publiczna – skupiona na pandemii koronawirusa – często bezrefleksyjnie godziła się na kolejne ograniczenia, nawet te nie do końca racjonalne.
– Przykładem jest choćby zakaz wejścia do lasów, od samego początku wskazywane jako działanie, które w żaden sposób nie pomoże w walce z pandemią, a mimo to część osób bezrefleksyjnie je akceptowała – mówi Wojciech Klicki.
Kluczowe jest pytanie, czy te ograniczenia będą tylko czasowe, czy zostaną utrzymane na stałe.
– Można wysnuć analogię do tego, co stało się w ramach stanu nadzwyczajnego spowodowanego 20 lat temu przez zamachy na World Trade Center. Wtedy w imię bezpieczeństwa w Stanach Zjednoczonych, ale też w Unii Europejskiej przyjęto wiele rozwiązań, które miały pomóc w walce z terroryzmem. Problem polega na tym, że zostały one z nami już na zawsze – mówi ekspert.
Fundacja Panoptykon wskazuje, że na całym świecie rządy zdecydowały się na wykorzystanie środków nadzoru w walce z pandemią COVID-19. Dla przykładu, Izrael do śledzenia chorych wykorzystuje technologie, jakimi dysponują tamtejsze siły wywiadowcze i agencja bezpieczeństwa, stosowane dotąd w celu walki z terroryzmem. Izraelska służba kontrwywiadu Szin Bet zyskała m.in. nieskrępowany dostęp do danych telekomunikacyjnych obywateli, które może wykorzystywać do celów monitorowania ich kontaktów społecznych.
Korea Południowa zwróciła się do operatorów telekomunikacyjnych z prośbą o udostępnienie danych abonentów do monitorowania ich kontaktów społecznych i stworzyła na ich podstawie interaktywną mapę pozwalającą na śledzenie nowo wykrytych zakażeń. Z kolei Chiny skorzystały m.in. z możliwości śledzenia telefonów komórkowych i systemów rozpoznawania twarzy, doposażonych w funkcję odczytu temperatury ciała, oraz dronów, które pilnowały zasad przestrzegania kwarantanny.
Na blisko 400 mld dol. szacowane są globalne straty przewoźników lotniczych spowodowane pandemią koronawirusa. Zagrożonych jest ok. 25 mln miejsc pracy związanych z lotnictwem. Straty liczą także polskie lotniska i działający w kraju przewoźnicy. Terminal pasażerski Portu Lotniczego w Gdańsku obsługiwał dziennie 14 tys. pasażerów, dziś jest to znacznie poniżej 100 osób. – Każdy miesiąc postoju generuje kilkanaście milionów złotych kosztów, a niestety nie wiadomo, jak długo będzie trwał powrót do normalności – mówi Michał Dargacz, rzecznik prasowy Portu Lotniczego Gdańsk.
Jak wynika z raportu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR „Pomoc publiczna dla linii lotniczych w czasie pandemii”, do przewoźników lotniczych trafi ponad 100 mld dol. Do tej pory rządy zgodziły się na ok. 87 mld dol. Wielomiliardowe wsparcie otrzymają najwięksi: Singapore Airlines, Air France-KLM oraz Lufthansa – każda z tych firm może liczyć na wsparcie przekraczające 10 mld dol., a przewoźnicy ze Stanów Zjednoczonych Ameryki już uzyskali pomoc na poziomie 58 mld dol. oraz dodatkowe 3 mld dol. dla podwykonawców.
Eksperci ZDG TOR podają, że wiele państw docenia strategiczną rolę sektora lotniczego oraz jego ogromną rolę w gospodarce, dlatego zdecydowało się na udzielenie im pomocy publicznej. Tym bardziej że koszty społeczne braku takiego wsparcia byłyby znacznie większe. Obecnie globalnie zagrożonych jest 25 mln, a w samej Europie 6,7 mln miejsc pracy związanych z lotnictwem. Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) szacuje, że negatywny wpływ na gospodarkę może sięgnąć 452 mld dol.
– W Polsce nie ma specjalnej tarczy antykryzysowej dla branży lotniczej. Lotniska jako przedsiębiorstwa mogą korzystać z rozwiązań przygotowanych dla wszystkich podmiotów gospodarczych w naszym kraju. Oczywiście są informacje o tym, że zostanie wprowadzona specjalna tarcza dla lotnisk, ale obecnie nie znamy szczegółów – mówi agencji Newseria Biznes Michał Dargacz, rzecznik Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Gdańsku.
Specjaliści ZDG TOR podkreślają, że wsparcie ze strony państw wydaje się dziś jedynym ratunkiem dla branży lotniczej. Ucierpieć na tym mogą wszystkie firmy zaangażowane w proces organizacji podróży i przewozu ładunku – logistyczne, handlingowe, dostawcy usług i sprzedawcy z lotnisk, podmioty zajmujące się produkcją, wynajmem i obsługą techniczną samolotów, agencje żeglugi, sektor turystyczny czy podmioty zajmujące się usługami IT, finansowymi czy księgowymi na potrzeby branży.
Według dotychczasowych informacji Ministerstwa Infrastruktury przygotowano nowy instrument wsparcia dla 14 portów lotniczych w Polsce na łączną kwotę ponad 140 mln zł. Na mocy rozporządzenia będą one mogły otrzymać dotację z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. Dotyczy to zarówno lotnisk prowadzonych przez władze samorządowe, jak i obiektów, w których udział ma podmiot państwowy. Wśród nich jest Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy.
– W dalszym ciągu obowiązują ograniczenia w działaniu lotnisk, zarówno w ruchu krajowym, jak i międzynarodowym. Miesięcznie nasze funkcjonowanie kosztuje kilkanaście milionów złotych. To są stałe koszty – mówi rzecznik Portu Lotniczego Gdańsk.
Branża lotnicza jest jednym z sektorów, w który pandemia uderzyła najmocniej. ZDG TOR podaje, że ostatnie lata to dynamiczny rozwój lotnictwa w Polsce, napędzany przede wszystkim wzrostem liczby pasażerów. W 2015 roku polskie lotniska obsłużyły 30 mln osób, a w ubiegłym roku było to prawie 49 mln pasażerów (43,8 mln w ruchu regularnym).
– W 2019 roku Port Lotniczy Gdańsk obsłużył przeszło 5 mln osób. Dziennie było to średnio 14 tys. pasażerów, a obecnie liczba ta spadła do nawet kilku lub kilkunastu osób dziennie – uściśla Michał Dargacz. – Staramy się przetrwać i czekamy na rozwiązania, które zostaną zaproponowane przez polski rząd.
Jak podkreśla, zyski wypracowane w ostatnich latach teraz służą temu, żeby finansować straty spowodowane praktycznym wstrzymaniem działalności portów lotniczych. Lotniska przygotowują się na start lotów krajowych od 1 czerwca. Ich wznowienie zapowiedziały PLL LOT.
– Obecnie koncentrujemy się na dostosowaniu terminala do nowych wytycznych epidemiologicznych, aby możliwe były: kontrola temperatury ciała pasażerów, zachowanie dwumetrowego dystansu oraz higiena rąk. Przygotowujemy odpowiednie oznakowanie pionowe i poziome oraz stanowiska ze środkami do dezynfekcji na terenie terminala, sklepów i punktów gastronomicznych – wymienia rzecznik.
Zmiany będą dotyczyły samego latania. Możliwe są ograniczenia w liczbie sprzedawanych miejsc w samolotach, obowiązek zakrywania ust i nosa maseczką czy obostrzenia w wydawanych posiłkach i napojach.
– Pamiętajmy jednak, że latanie pozostaje jednym z najbezpieczniejszych środków transportu. W czasie jednego lotu wymiana powietrza w samolocie, czyli wewnątrz kabiny pasażerskiej, następuje co najmniej kilkadziesiąt razy. Przechodzi ono przez odpowiednie filtry i jest oczyszczane. Ponadto statki powietrzne i ich kabiny są obecnie dezynfekowane dużo częściej, niż było to przed pandemią – zauważa Michał Dargacz.
To od zaufania pasażerów i ich chęci podróżowania będzie zależeć tempo powrotu do sytuacji sprzed pandemii.
– Dziś cały czas nie mamy informacji o tym, kiedy ruch międzynarodowy zostanie w pełni otwarty, a wiadomo, że pasażer nie planuje podróży z dnia na dzień, tylko z dużo większym wyprzedzeniem. Dziś jednak nie wie, czy za miesiąc będzie mógł skorzystać z połączenia samolotem, czy też nie. Nie wiedzą tego nawet przewoźnicy, którzy z jednej strony starają się sprzedawać bilety, ale nie wiedzą, czy nie będą musieli tych połączeń odwoływać – mówi rzecznik Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy. – Mimo że są głosy o tym, że powrót do normalności potrwa przynajmniej rok albo dwa lata, to czasami rynek nas bardzo zaskakuje.
Mimo tradycyjnego rozdźwięku między związkowcami a pracodawcami w obliczu pandemii obie strony starają się zgodnie działać w celu uratowania firm, a co za tym idzie, miejsc pracy. – Nalegamy na to, aby już dzisiaj, zanim wejdziemy w III kwartał, jak najszybciej zbudować przepisy, które umożliwią pracownikom i pracodawcom przetrwanie tego najcięższego okresu – mówi przedstawiciel Forum Związków Zawodowych. Wśród niezbędnych regulacji wymienia te promujące powrót przedsiębiorstw do pełnego funkcjonowania i utrzymywania zatrudnienia, a także konieczność dostosowywania rozwiązań do poszczególnych branż.
– Prowadzimy bardzo zaawansowane rozmowy z organizacjami pracodawców na temat tzw. paktu społecznego, czyli porozumienia pomiędzy związkami a pracodawcami w zakresie wyjścia z tarcz i budowania nowej normalności gospodarczo-społecznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Sikora, rzecznik prasowy Forum Związków Zawodowych. – Dzisiaj najważniejszym elementem nie powinno być centralne sterowanie przez rząd nową normalnością, zresztą to nie idzie w parze z oczekiwaniami obydwu stron dialogu. Jeżeli mówimy wspólnym głosem z pracodawcami, to przede wszystkim o tym, żeby indywidualizować nowe rozwiązania, dostosowywać je do poszczególnych branż, wdrażać ponadzakładowe układy zbiorowe pracy.
Związkowcy postulują, by minimalne wynagrodzenie wynosiło 50 proc. średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej za poprzedni rok. Dziś wynosi ono 2600 zł brutto. Jeśli ta zasada miałaby obowiązywać od przyszłego roku, powinno wzrosnąć, bo w grudniu ub.r. średnia płaca brutto wynosiła nieco ponad 5600 zł. W ciągu 12 miesięcy 2019 roku przeciętne miesięczne wynagrodzenie w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku wzrosło we wszystkich sekcjach Polskiej Klasyfikacji Działalności – od 3,6 proc. w sekcji „rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo” do 9,3 proc. w sekcji „administrowanie i działalność wspierająca”, co dało ogółem wzrost w sektorze przedsiębiorstw o 6,5 proc.
Kolejnym zagadnieniem postulowanym zarówno przez związki, jak i pracodawców jest upowszechnienie nawiązywania ponadzakładowych układów zbiorowych pracy dotyczące poszczególnych branż. Tym bardziej w obliczu zgłaszanej przez pracodawców potrzeby uelastyczniania czasu pracy.
– Rozmawiajmy o tym, ale pod warunkiem że za ewentualną elastycznością pójdzie coś, co będzie dla pracowników dobre. A tego typu rozwiązania, które są zindywidualizowane wobec poszczególnych branż, są uregulowane przez ponadzakładowe układy zbiorowe pracy – mówi rzecznik Forum Związków Zawodowych. – Trzeci postulat to kwestia dofinansowania służby zdrowia. Dzisiaj już nie mamy wątpliwości, że zdrowie jest najważniejsze.
Zdaniem FZZ w ostatnim czasie zabrakło rozwiązań, które miałyby na uwadze dobro osób walczących na pierwszej linii frontu z koronawirusem. Kolejne rozwiązanie polega na ponownym ukształtowaniu systemu podatków i danin, również odnoszących się do systemu emerytalnego i ochrony zdrowia.
– To wszystko dzisiaj powinno być przedmiotem dyskusji, ale opartej na dialogu, a nie na quasi-konsultacjach na zasadzie: wy mówicie swoje, a my i tak zrobimy swoje – mówi Grzegorz Sikora.
Jego zdaniem trzeba zrobić wszystko, żeby – zgodnie z zasadami bezpieczeństwa, utrzymania dystansu społecznego – jak najszybciej odmrozić całą gospodarkę, aby spadek tempa rozwoju gospodarczego miał kształt litery „U”, czyli żeby nastąpiło odbicie, a relacje popytowo-podażowe wróciły do wzrostowej dynamiki. Ekspert ocenia, że dotychczas przyjęte rozwiązania pomocowe w pewnym stopniu odpowiadają na potrzeby podmiotów gospodarczych, ale wkrótce formuła ta się wyczerpie.
– Budżet też ma swoje możliwości, w związku z tym nalegamy na to, abyśmy już dzisiaj – zanim ten etap się skończy, zanim wejdziemy w III kwartał 2020 roku, jak najszybciej stworzyli przepisy, które umożliwią pracownikom i pracodawcom przetrwanie tego najcięższego okresu, oraz propozycje, które będą w dalszym ciągu budować transfer kapitału pomiędzy gospodarką a pracownikami i pracodawcami – mówi rzecznik Forum Związków Zawodowych.
Podkreśla, że jeśli przepisy, które są ustalone w poszczególnych tarczach, znacząco się nie zmienią i nie uruchomią dynamiki rozwoju przedsiębiorstw, to będziemy mieli do czynienia z tąpnięciem w postaci zwolnień.
W kwietniu stopa bezrobocia wyniosła 5,8 proc., najwięcej od grudnia 2019 roku. I choć w kwietniu 2019 roku była o 0,2 pkt proc. niższa, to poza tym odczytem był to najniższy kwietniowy odczyt od 1990 roku.
– Widzimy, że w tej chwili rząd niekoniecznie przychyla się do tego, żeby odbudowywać dynamikę zatrudnienia, tylko raczej tworzy bardzo doraźne rozwiązania, które w efekcie będą zachęcać pracodawców do tego, żeby zwalniać – przekonuje Grzegorz Sikora.
Przedstawiciele Forum Związków Zawodowych podkreślają, że instrumenty zawarte w tarczach antykryzysowych są zbudowane na nierównoważnych relacjach pomiędzy pracownikiem a pracodawcą, bo ten pierwszy jest skazany na łaskę tego drugiego. Wiele regulacji nie tylko nie chroni pracowników, ale nawet promuje redukowanie stanowisk pracy.
– Jeśli nic się nie zmieni pod względem możliwości i instrumentów Państwowej Inspekcji Pracy, to choćbyśmy nie wiem jak bardzo propracownicze prawo uchwalali, to i tak zawsze się znajdzie ktoś nieuczciwy, kto będzie próbował omijać Kodeks pracy – mówi rzecznik Forum Związków Zawodowych. – W związku z tym rola Państwowej Inspekcji Pracy jest nieoceniona i jako Forum Związków Zawodowych będziemy robić wszystko, żeby miała ona odpowiedni instrument do tego, by respektować prawo w sposób efektywny.
Jeśli statek kosmiczny będzie latał w odległości 10 mil morskich od burzowych chmur, misja powinna zostać odwołana – tak wynika z przepisów NASA. To właśnie ze względu na bezpieczeństwo załogi start rakiety Falcon 9 i zamontowanej na niej kapsuły Crew Dragon został przełożony z 27 na 30 maja. – Ryzyko było zbyt duże, podjęliśmy dobrą decyzję – mówi Jim Bridenstine, administrator NASA.
Misja Crew Dragon Demo-2 miała być pierwszą od niemal dekady próbą wysłania astronautów w kosmos z terenu Stanów Zjednoczonych. Od 2011 roku załogi z tego kraju były wysyłane do stacji kosmicznych za pomocą rosyjskich statków Sojuz z Bajkonuru w Kazachstanie (wcześniej były do tego wykorzystywane wahadłowce kosmiczne). Start rakiety Falcon 9 i zamontowanej na niej kapsuły Crew Dragon, wykonanej na zlecenie NASA przez firmę Elona Muska SpaceX, pokrzyżowała jednak tropikalna burza, która utworzyła się w okolicach Florydy. W efekcie, 16 minut przed zaplanowanym startem, NASA go odwołało
– Wiem, że wielu ludzi jest rozczarowanych brakiem startu, niestety pokonała nas pogoda. Chcę jednak podkreślić, że to był wspaniały dzień dla NASA i SpaceX, a nasze zespoły współpracowały ze sobą w niesamowity sposób, podejmując dobre decyzje od początku do końca. W tym konkretnym przypadku było po prostu zbyt duże wyładowanie elektryczne w atmosferze, nie było co prawda burzy, ale było ryzyko, że nasz start może wyzwolić błyskawicę, więc podjęliśmy dobrą decyzję – mówi Jim Bridenstine, administrator NASA.
Zgodnie z zasadami NASA, jeśli statek kosmiczny będzie leciał w odległości 10 mil morskich od burzowych chmur, które mogą wytwarzać wyładowanie elektryczne, misja może zostać odwołana. Rakiety przedzierające się przez chmury burzowe mogą spowodować uderzenie pioruna, a przykładem może być sytuacja z 1969 roku podczas misji Apollo 12. Błyskawica uderzyła w pojazd startowy Saturn V w 36,5 sekundy i ponownie po 52 sekundach od startu. Analiza wykazała później, że prąd zimnego frontu, choć zbyt słaby, aby wytworzyć naturalne błyskawice, był wystarczająco silny, aby rakieta i zjonizowana smuga spalin wytworzyły ładunek i wygenerowały dwa uderzenia pioruna.
Dlatego też w przypadku misji Crew Dragon Demo-2, ze względu na bezpieczeństwo załogi, NASA podjęło decyzję o przełożeniu startu z 27 na 30 maja.
– Patrzymy optymistycznie w przyszłość i już w sobotnie popołudnie zrobimy to znowu. Wyślemy amerykańskich astronautów w amerykańskiej rakiecie z amerykańskiej ziemi. Uda nam się – przekonuje ekspert NASA.
– Zespoły SpaceX i NASA spisały się świetnie i podjęto bardzo dobre decyzje w tej dynamicznie zmieniającej się sytuacji pogodowej. To może być frustrujące, ale czasem tak wygląda rzeczywistość, gdy chcesz polecieć w kosmos. Obaj z Bobem (Bob Behnken – przyp. red.) tego już doświadczaliśmy. W sobotę startujemy znowu – dodaje astronauta Doug Hurley.
Misja Crew Dragon ma ogromne znaczenie dla USA. Może pozwolić NASA na uwolnienie się od monopolu Rosji i większą swobodę w działaniu. Powodzenie misji istotne jest też dla firmy SpaceX, która w ten sposób udowodniłaby, że jest w stanie wysłać ludzi na okołoziemską orbitę, a w przyszłości – zgodnie z planami – zorganizować załogową misję na Marsa.
Od 1962 roku NASA wystrzeliła w sumie 164 statki kosmiczne z astronautami na orbitę, średnio mniej niż trzy rocznie. Dwa starty zakończyły się katastrofą – loty promem Challenger (w 1986 roku) i Columbia (w 2003 roku), w których zginęło 14 osób.
Naukowcy od lat próbują opracować przeciwciała do nowych metod leczenia infekcji bakteryjnych i wirusowych. Poszukują też cząsteczek, które pozwoliłyby szybciej zwalczać choroby. Odkryte niedawno przez polskich badaczy właściwości cząsteczki 1-MNA pomagają m.in. w walce z miażdżycą czy zakrzepami. Najnowsze badania wskazują, że może być pomocna także przeciw koronawirusowi, gdyż wykazujee właściwości przeciwzapalne.
Prace nad nowymi cząsteczkami przyspieszają, kiedy pojawia się nowe zagrożenie – tak było w przypadku epidemii SARS czy eboli. Naukowcy z University of Texas w Austin niedawno poinformowali, że przeciwciała tworzone przez komórki odpornościowe lam, wielbłądów i rekinów mogą okazać się pomocne w zwalczaniu części wirusów, także koronawirusa. Badania jednak wciąż trwają.
W walce z SARS-CoV-2 przydatna może okazać się cząsteczka 1-MNA (1-metylonikotynamid), niedawno odkryta przez polskich naukowców. Ten związek, który występuje naturalnie w organizmie człowieka, powstaje w wyniku metabolizmu witaminy B3. Cząsteczka pobudza produkcję prostacykliny, która chroni układ sercowo-naczyniowy przed tworzeniem się̨ zakrzepów i zawałów serca, a także obniża poziom markerów stanu zapalnego i zmniejsza ryzyko miażdżycy. Zakończone w ubiegłym roku badania przedkliniczne wykazały także, że cząsteczka 1-MNA może być skuteczna w niealkoholowym stłuszczeniowym zapaleniu wątroby. Teraz do tej listy doszło kolejne zastosowanie.
– Dotychczas badania nad cząsteczką 1-MNA skupiały się przede wszystkim na jej korzyściach w obszarze układu sercowo-naczyniowego. Najnowsze dane potwierdzają jednak zdecydowanie większe spektrum działania cząsteczki, w tym właściwości przeciwzapalne – mówi Marzena Wieczorkowska, wiceprezes, dyrektor ds. badań i rozwoju Pharmeny, spółki biotechnologicznej wytwarzającej produkty na bazie 1-MNA. – Poziom cząsteczki 1-MNA w niektórych chorobach wirusowych może być obniżony, na przykład w przypadku ostrej infekcji wirusem RSV u niemowląt może to być przyczyną osłabienia zdolności organizmu do zwalczania stanu zapalnego.
W efekcie przemiany cząsteczki 1-MNA powstaje związek (H202 – nadtlenek wodoru), który jest ważny w procesie odpowiedzi organizmu na infekcje bakteryjne i wirusowe.
– Zgodnie z najnowszą pracą naukową opublikowaną przez chińskich i włoskich naukowców powinniśmy przyjmować witaminę B3, by zmniejszać ryzyko następstw COVID-19. 1- MNA jest głównym metabolitem witaminy B3 – wskazuje Marzena Wieczorkowska. – Z tego powodu opublikowana praca stanowi dla nas również punkt odniesienia do dalszej analizy cząsteczki 1-MNA w nowym wskazaniu.
Przez lata rola 1-MNA była bagatelizowana, jednak obecnie wiele badań wskazuje na jej kluczową rolę w organizmie, a badania prowadzone przez najbardziej renomowane ośrodki naukowe na świecie dowodzą, że może ona przyczyniać się do wydłużenia życia.
– Chcemy uzyskać ochronę patentową na zastosowanie 1-MNA w leczeniu i suplementacji w nowo zdefiniowanych wskazaniach obejmujących infekcje wirusowe, w szczególności skutkujące powstaniem zapalenia dróg oddechowych. To m.in. infekcja wirusem SARS-CoV-2, lecz także grypa, zapalenie płuc czy oskrzeli oraz choroby alergiczne, w tym astma – wymienia wiceprezes Pharmeny.
Cząsteczka występuje naturalnie w żywności, np. algach wakame czy liściach zielonej herbaty. Jednak badania wykazały, że nie jest to najbardziej efektywne źródło pozyskiwania 1-MNA dla organizmu. Tym bardziej wśród osób starszych, ponieważ wraz z wiekiem obniża się zdolność przekształcania witaminy B3.
Ostatnie dni upływają na rynkach w szampańskich nastrojach. Europejscy inwestorzy ekscytowali się nowym programem unijnym, który w ciągu czterech lat przewiduje granty na kwotę 500 mld euro. Największą pomoc mają dostać Włochy, Hiszpania, Polska i Francja
Unia krytykowana była za brak solidarności i nieumiejętność odpowiedzi na kryzys gospodarczy wywołany pandemią.
– Dziesięć lat temu brak jednomyślności i niechęć do pomocy słabszym krajom doprowadził do poważnego kryzysu, gdzie na poważnie mówiło się o rozpadzie strefy euro – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Nauczona tymi doświadczeniami Unia tym razem postanowiła działać szybciej.
Efektem jest zaproponowany przez Komisję (na szkielecie porozumienia niemiecko – francuskiego) ogromny program stymulacyjny o wartości 750 mld, z czego 500 mld euro to granty, a zatem środki bezzwrotne z unijnego budżetu.
Co wiemy o tym programie? Wystartuje od początku przyszłego roku, środki będą do dyspozycji przez cztery lata i finansowane będą z emitowanego przez Unię długu, który spłacany będzie z dodatkowych składek wpłacanych do budżetu, ale dopiero poczynając od 2028 roku!
Polska ma dostać aż 36 mld euro i jest to czwarta najwyższa suma w UE – więcej dostaną tylko Włochy, Hiszpania i (bardzo nieznacznie) Francja.
– Jeśli uwzględnimy naszą niską składkę, to bilans przepływów jest dla Polski wyjątkowo korzystny. Brzmi świetnie? Z pewnością program ma wiele zalet. Wydatki inwestycyjne powinny istotnie napędzić koniunkturę w Polsce. Dodatkowo zmniejszy to obciążenie krajowych potrzeb pożyczkowych, zmniejszając presję na rentowności polskiego długu – wyjaśnia ekspert XTB.
Co jednak równie ważne, Unia zapowiada mocny nadzór nad wydawanymi środkami i od 2022 roku mają one uwzględniać cele klimatyczne, a z tym Polsce jak dotąd nie było po drodze. Mogą pojawić się też głosy, że fakt dopłacania do programu przez bogate kraje (głównie Niemcy) jest ceną za uzyskanie większego wpływu na kierunek Unii kosztem krajów z pomocy korzystających.
Warto też odnotować, że idea spłat obligacji w latach 2028-2058 naiwnie zakłada, że wtedy sytuacja będzie lepsza – jak dotąd takie założenia okazywały się mylne i w konsekwencji dług był coraz wyższy.
Na ten moment wydaje się, że EBC nie będzie mógł nabywać tych obligacji, ale zapewne tak zwiększy zakupy krajowych obligacji, aby „zwolnić” na rynku pieniądze potrzebne do zakupu unijnych obligacji przez sektor finansowy. Na koniec warto dodać, że program nadal musi uzyskać akceptację wszystkich krajów – jak na razie przedstawiciele Austrii sugerują, że taka skala transferów nie może być zaakceptowana.
Natomiast na rynkach globalnych nic nie jest w stanie zepsuć nastrojów – przynajmniej jak na razie. Inwestorzy kompletnie ignorują coraz mocniejsze napięcie pomiędzy Chinami a USA. Wypowiedzi Donalda Trumpa o działaniach mających kontrolować social media spowodowały tylko chwilową negatywną reakcję na Wall Street, nie przeszkodziło to jednak ostatecznie w dalszych wzrostach.
W ciągu dwóch miesięcy pandemii zostało wszczętych ponad 700 kontroli podatkowych. Według danych pochodzących z Krajowej Administracji Skarbowej, to blisko 4,5 razy mniej niż w marcu i kwietniu ub.r. Spadła też liczba zakończonych tego typu działań. Ostatnio było ich ponad 1300, a wcześniej – prawie 2,5 razy więcej. W wyniku kontroli, które zostały doprowadzone do końca w trakcie izolacji, stwierdzono uszczuplenia w wysokości 344 mln zł. Natomiast w analogicznych miesiącach 2019 roku były to 742 mln zł.
Mniej kontroli
Z danych Krajowej Administracji Skarbowej wynika, że w okresie od 1 marca do 30 kwietnia br. w Polsce zostało zakończonych 1301 kontroli podatkowych, a wszczętych – 708. To znacznie mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku, kiedy było ich odpowiednio 3018 oraz 3183. Przy tym dane z br. mogą nie być pełne, ponieważ trwa jeszcze wprowadzanie ich do systemu.
– Patrząc tylko na to co już mamy, można wyciągnąć wniosek, że doszło do znaczącego zmniejszenia liczby kontroli. Jednak mocno ograniczona była też aktywność gospodarcza przedsiębiorców. W wielu branżach wolumen sprzedaży towarów i usług nie tyle się zmniejszył, co wręcz spadł do zera. To z kolei oznacza, że nie było konieczności prowadzenia tak wielu tego typu czynności – komentuje Marek Niczyporuk, doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.
W województwie śląskim liczba zakończonych kontroli podatkowych spadła w analizowanych okresach z 427 do 144, w mazowieckim – z 420 do 150, w dolnośląskim – z 312 do 126, a w wielkopolskim – z 311 do 112. W przypadku danych dot. łódzkiego widzimy odpowiednio 291 i 71, podlaskiego – 132 i 52, podkarpackiego – 161 i 78, kujawsko-pomorskiego – 139 i 112, a pomorskiego – 112 i 69. Z kolei w opolskim było to 80 i 33, zachodniopomorskim – 77 i 46, warmińsko-mazurskim – 76 i 25, a lubuskim ¬– 58 i 19.
– W marcu i kwietniu br. małopolskie urzędy skarbowe przeprowadziły i zakończyły 13 kontroli, a rok wcześniej – 241. Nowych działań nie wszczynano, chyba że były konieczne. Podejmowano czynności niezbędne do zapewnienia przestrzegania prawa przez kontrolujących. Dotyczyły one np. rozszerzenia kontroli podatkowej i prowadzenia jej w oparciu o zgromadzony wcześniej materiał – informuje Konrad Zawada, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.
W województwie mazowieckim liczba kontroli rozpoczętych w marcu i kwietniu ub.r. wyniosła 459, a rok później – 106. W przypadku dolnośląskiego mówimy o spadku z 335 do 54, a w pomorskim – ze 116 do 30. Z kolei w świętokrzyskim podjęto odpowiednio 93 i 38 czynności, w warmińsko-mazurskim – 88 i 15, a w lubuskim – 72 i 18.
– Z uwagi na pandemię zmianie uległa organizacja pracy poszczególnych urzędów. Duża część pracowników skorzystała z urlopów. Z kolei wiele osób pracowało zdalnie, a zatem przy ograniczonym dostępie do dokumentacji oraz innych narzędzi wykorzystywanych w toku kontroli. A przeprowadzenie jej w sposób kompleksowy i rzetelny wiąże się często z koniecznością odwiedzenia podatnika. A to w warunkach epidemii jest zwyczajnie niemożliwe – podkreśla Marek Niczyporuk.
Analiza ryzyka
Jak informuje Anita Wielanek, rzecznik prasowy Krajowej Administracji Skarbowej, zadania kontrolne są realizowane w sposób ciągły, w tym również w czasie epidemii. W marcu oraz kwietniu br. były one prowadzone w sprawach, w których doszło do istotnego i bezspornego, w ocenie organu, jednoczesnego naruszenia przepisów. Dotyczy to prawa podatkowego i karno-skarbowego lub karnego, w szczególności w sprawach oszustw karuzelowych.
– Kontrole podatkowe i celno-skarbowe podejmowane są w oparciu o wyniki analizy ryzyka. Działania dotyczą podmiotów, w których istnieje największe prawdopodobieństwo występowania nieprawidłowości. W zainteresowaniu KAS leży m.in. prawidłowość wywiązywania się z obowiązków w zakresie VAT. Dotyczy to zwłaszcza wykorzystywania konstrukcji tego podatku do oszustw karuzelowych, w tym próby wyłudzenia nienależnych zwrotów podatku – stwierdza Grażyna Kmiecik, rzecznik prasowy IAS w Katowicach.
Z kolei jak podkreśla Jolanta Rybakowska z IAS w Gdańsku, działania wykonywane były w sposób gwarantujący bezpieczeństwo zarówno kontrolującym, jak i kontrolowanym. Przede wszystkim wykorzystywano narzędzia analityczne oraz informacje z baz danych. Ponadto w jak najmniejszym stopniu angażowano w kontrole podatników. Zalecenia te pozostają aktualne na czas odmrażania gospodarki. Natomiast Agnieszka Pawlak, rzecznik prasowy IAS w Łodzi, zaznacza, że tylko w szczególnie uzasadnionych przypadkach i za zgodą podatników organy podatkowe proszą o kontakt osobisty.
– W toku kontroli dokumenty stanowiące podstawę rozliczeń są przekazywane w formie elektronicznej. Takie podejście wyeliminowało bezpośredni kontakt z podatnikiem. Przesyłanie dowodów i ewidencji podatkowych w takiej formie umożliwia przeprowadzenie analizy zapisów ksiąg oraz poprawności i rzetelności dokumentów w siedzibie urzędu. Wyjaśnienia przekazywane są na piśmie za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej lub operatora pocztowego – opisuje Radosław Hancewicz, rzecznik prasowy IAS w Białymstoku.
Mniej uszczupleń
W wyniku kontroli podatkowych zakończonych w marcu i kwietniu br. zostały stwierdzone uszczuplenia w wysokości 344 mln zł. Z danych KAS wynika, że w analogicznym okresie 2019 roku były to 742 mln zł. Jak przekonuje Marek Niczyporuk, niższa liczba kontroli musi oznaczać mniej stwierdzonych nieprawidłowości, zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym. Ekspert podkreśla, że stwierdzone uszczuplenia nie przekładają się w 100% na wpływy do budżetu. W ostatnich latach wskaźnik skuteczności egzekucji wynosił ok. 40%, na co wskazują dane NIK-u.
– Powoli przywracany stan sprzed pandemii będzie dotyczył całego życia gospodarczego, w tym oczywiście weryfikacji rozliczeń podatkowych. Obecnie działania kontrolne są ograniczone, więc dalsze znoszenie obostrzeń będzie miało wpływ również na nie. Nadal kontakt podatnika z urzędnikami w trakcie kontroli będzie ograniczany do sytuacji niezbędnych do jej prawidłowego przeprowadzenia – mówi Bartosz Stróżyński, rzecznik IAS w Bydgoszczy.
Natomiast jak informuje Barbara Bętkowska-Cela, dyrektor IAS w Opolu, czynności kontrolne będą realizowane podobnie jak do tej pory. To znaczy, będą odbywały się w sposób gwarantujący bezpieczeństwo zarówno kontrolującym, jak i kontrolowanym. W działaniach przede wszystkim zostaną wykorzystane narzędzia analityczne i posiadane bazy danych.
– Mam nadzieję, że reakcją na zmniejszone wpływy budżetowe będą przede wszystkim decyzje o poszukiwaniu oszczędności, a zatem redukcja wydatków. Nie powinno to oczywiście oznaczać rezygnacji ze ścigania przez organy państwowe rzeczywistych przestępców podatkowych. Ale to nie może też wiązać się ze stosowaniem wobec podatników dowolnej interpretacji przepisów, byle tylko zwiększyć ogólne kwoty tzw. przypisów – podsumowuje ekspert z Kancelarii Ars AEQUI.
Pandemia coraz mocniej wpływa na światową gospodarkę. Nowe dane zebrane w trakcie międzynarodowych badań Salesforce Research Consumer i Salesforce Workforce Research pokazują ogromną skalę zjawiska. Z jednej strony widać, że przedsiębiorcy zdwoili siły we wdrażaniu innowacji i przemodelowaniu metod działania. Większego znaczenia nabiera technologia, potrzebna do pracy zdalnej, rozwoju e-commerce i płatności elektronicznych. Z drugiej jednak strony widać, że nadchodzą duże zmiany na rynku pracy. Ponad 50% pracowników pracuje zdalnie, a niewiele mniej (48%) boi się zwolnień. Tyle samo planuje zmienić pracodawcę, by pracować w stabilniejszej w czasie pandemii branży.
PKB większości krajów w tym roku będzie znacznie niższy od prognoz ustalonych na początku roku. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego w 2020 r. światowa gospodarka zamiast się rozwijać, może odnotować spadek o 3%. Jak głęboki to będzie spadek, zależy od tego, kiedy wygaśnie pandemia i jak szybko gospodarki w poszczególnych krajach będą wychodzić z kryzysu.
Salesforce prowadzi systematyczne obserwacje zmian wywołanych przez pandemię – analizuje dane, opinie i zachowania klientów z różnych branż z wielu krajów świata. Wnioski i dane z badań publikowane są w cyklicznych opracowaniach Salesforce Research Consumer oraz Salesforce Workforce Research. Aby oddać choć część obrazu, jaki wyłania się po kilku miesiącach od wybuchu pandemii, warto podać przynajmniej te kluczowe informacje pochodzące z ogólnoświatowych badań:
Wpływ COVID-19 na rynek pracy
69% pracowników uważa, że pandemia na trwałe zmieniła charakter pracy,
od czasu ogłoszenia pandemii 62% pracowników pracuje zdalnie, w tym 51% z domu,
86% pracowników ocenia swoją produktywność w pracy zdalnej jako dobrą, w tym 37% jako bardzo dobrą,
79% pracowników twierdzi, że pracodawca dostarcza odpowiednią technologię, w tym 34% ocenia ją jako świetną,
24% pracowników przyznaje, że ich firmy zainwestowały w nowe technologie lub ulepszyły dotychczasowe rozwiązania, by usprawnić pracę zdalną,
48% osób zatrudnionych boi się, że straci pracę,
43% chce zmienić pracę i pracować w stabilniejszej, bezpiecznej branży,
aż 36% pracowników obawia się, że ich praca zostanie zautomatyzowana.
Wpływ COVID-19 na handel detaliczny
Metody zakupów stosowane obecnie częściej w porównaniu do okresu sprzed pandemii:
38% wzrost bezkontaktowych dostaw,
37% wzrost liczby elektronicznych płatności,
23% wzrost wykorzystania kas samoobsługowych,
23% wzrost zakupów przez Internet do odbioru osobistego w sklepie (buy online, pick-up in store – BOPIS),
20% wzrost obrotów w segmencie subskrypcji usług,
16% wzrost zamówień w kanale social media.
Wpływ COVID-19 na biznes
45% badanych przedstawicieli MSP twierdzi, że zmienia dotychczasowy model biznesowy,
38% zmienia również taktykę obsługi klienta i działania marketingowe (35%),
35% ankietowanych osób zna właścicieli małych firm, które ucierpiały z powodu pandemii,
27% ankietowanych osób zna firmy, które zostały zamknięte na stałe w wyniku pandemii.
Zmiana modelu biznesowego zazwyczaj wiąże się z koniecznością wykorzystania odpowiednich technologii. Pozytywnym skutkiem kryzysu będzie więc przyspieszenie cyfryzacji także w niewielkich firmach.
Gospodarka po pandemii – cztery scenariusze
Dziś nie wiadomo, jakie straty poniosą firmy i co nas czeka, niemniej przedsiębiorcy mają pewne możliwości, by przygotować się na różne scenariusze. COVID-19 spowodował zmiany w sposobie świadczenia pracy i prowadzenia biznesu – m.in. wymusił na firmach większe wykorzystanie technologii. Wiele z nowych trendów, które pojawiły się w okresie pandemii, zostanie z nami na stałe, jak choćby rozpowszechnienie pracy zdalnej. Przyspieszona cyfryzacja to trend widoczny we wszystkich krajach, również w Polsce. Według danych Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii 3 lata temu usługi cyfrowe miały 6,2% udział w PKB Polski. W 2020 r. wpływ cyfryzacji na PKB może być dwukrotnie większy.
Raport opracowany przez Salesforce i Deloitte „The world remade by COVID-19. Scenarios for resilient leaders, 3-5 years” (Świat zmieniony po COVID-19, Scenariusze dla elastycznych przywódców na następne 3 – 5 lat”) przedstawia cztery scenariusze rozwoju wydarzeń. W wariancie optymistycznym ożywienie gospodarki nastąpi pod koniec 2020 r., w najbardziej pesymistycznym – dopiero w drugiej połowie 2022 r.
Scenariusz 1, Przelotna burza – Gospodarka ożywia się pod koniec 2020 r. i przyspiesza w drugiej połowie 2021. Wirus zostaje wyeliminowany wcześniej niż oczekiwano dzięki skoordynowanym działaniom globalnych graczy. Mimo iż pandemia jest stosunkowo krótkotrwała, wywołuje długoterminowe skutki gospodarcze. Tarcze finansowe pomagają doraźnie, lecz nie mogą odwrócić strat, które najdotkliwiej odczuwają małe firmy i osoby o względnie niskich dochodach.
Scenariusz 2, Późniejsze odbicie zmienia dotychczasowe modele działania – ożywienie gospodarcze rozpoczyna się pod koniec 2021 r. Jest niewielkie na początku 2022 r., ale przyspiesza w drugiej połowie 2022 r. Pandemia utrzymuje się, co stanowi coraz większe obciążenie dla rządów na całym świecie. Pojawiają się nowe ekosystemy i partnerstwa publiczno-prywatne, które podejmują współpracę, by reagować na kluczowe potrzeby i wprowadzać potrzebne innowacje.
Scenariusz 3, Kierunek Daleki Wschód – odbicie gospodarcze rozpoczyna się pod koniec 2021 r., przy czym na Wschodzie jest szybsze i bardziej zdecydowane. Zachód radzi sobie z wirusem wolniej i mniej konsekwentnie niż Wschód, co powoduje, że światowe centrum władzy przenosi się do Chin i Azji Wschodniej. Wschód staje się liderem w globalnej koordynacji systemów opieki zdrowotnej i biznesu.
Scenariusz 4, Samotne wilki – światowe ożywienie gospodarcze pojawia się w połowie 2022 r. Wirus mutuje, a pandemia trwa dłużej niż się spodziewano. Kraje izolują się, współpraca między nimi jest utrudniona, co skutkuje m.in. wprowadzaniem ścisłej kontroli nad importem. Rządy państw przejmują większą kontrolę nad biznesem, wywierając duży wpływ na wewnętrzne przepływy kapitału. Kraje koncentrują się na niezależności energetycznej i żywnościowej. Przedsiębiorstwa i konsumenci coraz bardziej boją się częstych wstrząsów rynkowych, a ich oszczędności maleją z powodu wzrostu cen towarów.
W obliczu niepewnej przyszłości przedsiębiorcy powinni zadać sobie następujące pytania:
Jakie są największe zagrożenia dla obecnego biznesu?
Jacy nowi dostawcy, modele biznesowe i ekosystemy mogą się pojawić w zarysowanych okolicznościach?
Jakie możliwości, relacje i aktywa są najważniejsze w każdym ze scenariuszy?
Firmy, które odnajdą miejsce dla siebie w tych czterech odrębnych wersjach zdarzeń, będą mieć szanse rozwoju, a nie tylko przetrwania złych czasów.
Pracownicy chcą pracować zdalnie i uciekają z branż dotkniętych kryzysem
Podczas pandemii pracownicy spędzają znacznie mniej czasu na dojazdach do pracy, ponieważ 51% z nich pracuje zdalnie. Aż 86% pracujących zdalnie wysoko ocenia swoją produktywność. 67% ankietowanych przez Salesforce pracowników chciałoby mieć możliwość wykonywania pracy zdalnej także po zakończeniu kryzysu, co rodzi konsekwencje dla pracodawców. Wielu pracodawców już wyposażyło pracowników w odpowiednie narzędzia IT. Aż 79% pracowników przyznaje, że pracodawca dostarczył im świetną (34%) lub dobrą (45%) technologię. Możliwość zdalnej pracy, którą można wykonywać z każdego miejsca, nie tylko w rejonie zamieszkania, może również ułatwić znalezienie zatrudnienia w związku z oczekiwaną dużą falą zwolnień – 48% pracowników obawia się utraty stanowiska pracy. Najbardziej o utratę posad boją się przedstawiciele najmłodszego pracującego pokolenia (millenialsi). W niektórych branżach pracownicy czują się stosunkowo pewnie, podczas gdy wielu szuka nowych możliwości zatrudnienia. Najbardziej zainteresowani zmianą pracy są pracownicy, którzy znaleźli się na pierwszej linii walki z epidemią oraz ci, których miejsca pracy dotknęły problemy. Obecnie o zmianie pracy lub jej podjęciu myślą pracownicy z sektora turystycznego i hotelarskiego (52%), z branży transportowej (52%), służby zdrowia (49%), handlu (47%) i produkcji (47%).
Coraz więcej ułatwień dla konsumentów kupujących online
Niewątpliwym „zwycięzcą” w trudnych czasach okazuje się handel elektroniczny. Tradycyjny handel odniósł spore straty. Jak podaje Salesforce Q1 Shopping Index z 2020 r. ogólna sprzedaż detaliczna w USA spadła w marcu o 8,7% w stosunku do ubiegłego roku (w Polsce według GUS zmniejszyła się w tym czasie o 9% rok do roku). Natomiast handel elektroniczny w tym czasie wzrósł średnio o 20%, a w okresie od początku pandemii do końca marca zakupy w sklepach internetowych wzrosły o 200%.
W okresie pandemii dla handlowców głównym wyzwaniem są dostawy i zaopatrzenie. Dlatego coraz częściej pojawiają się różne opcje odbioru zamówienia, które do minimum skracają czas dostarczenia towaru. Należą do nich odbiór w sklepie, a także dostawa tego samego dnia – zazwyczaj realizowana za pośrednictwem firm trzecich. Największym powodzenie wśród klientów cieszyła się opcja zakupów w sieci z odbiorem w fizycznym sklepie (BOPIS). Detaliści oferujący zakupy online i odbiór w systemie BOPIS osiągnęli największe wzrosty przychodów z e-commerce w czasie pandemii. Według danych z Salesforce Shopping Index w I kwartale br. sklepy oferujące model zakupów z opcją BOPIS zwiększyły sprzedaż o 27%, w porównaniu do 13% wzrostu sklepów nieoferujących BOPIS.
Według przygotowanego przez EY dorocznego raportu „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” w ubiegłym roku w 47 krajach starego kontynentu zaplanowano 6 412 bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Pandemia COVID-19 spowodowała znaczący spadek realizowanych inwestycji. Według danych EY tylko 65% zaplanowanych w ubiegłym roku przedsięwzięć jest realizowanych zgodnie z planem, 25% zostało opóźnionych, a 10% odwołanych. EY zapytał kluczowych menedżerów w firmach realizujących inwestycje transgraniczne, jak COVID-19 wpłynie na BIZ w 2020 r. i w latach następnych. 66% ankietowanych spodziewa się ich spadku, jednocześnie 80% wskazuje, że lokalne pakiety pomocowe będą kluczowym czynnikiem wyboru miejsca na realizację takich przedsięwzięć.
Rok 2019 był w Europie jednym z najlepszych w historii pod względem liczby zaplanowanych, bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Analiza EY pokazuje, że w ubiegłym roku ogłoszono w Europie 6 412 projektów BIZ, co stanowi wzrost o 0,9% w stosunku do 2018 r. Znaczący wzrost inwestycji zagranicznych i pierwsze miejsce, jeśli chodzi o liczbę inwestycji, przypadło Francji, która odnotowała 1 197 nowo ogłoszonych BIZ (+17% r/r). Na kolejnych stopniach podium znalazły się: Wielka Brytania z 1 109 inwestycjami (+5% r/r) oraz Niemcy, które odnotowały 3% spadek liczby BIZ do 1 109. Polska, z 200 nowymi przedsięwzięciami zaplanowanymi przez inwestorów zagranicznych, zajęła 7 miejsce w Europie.
W normalnych warunkach rynkowych większość planowanych inwestycji byłaby realizowana. Obecnie, w wyniku dużej niepewności i zamrożenia gospodarki europejskiej, 25% przedsięwzięć jest opóźnionych, a z 10% w ogóle zrezygnowano. Tylko 65% projektów ogłoszonych w 2019 r. jest realizowanych zgodnie z harmonogramem.
Badanie EY pokazało różnice pomiędzy krajami i branżami we wpływie COVID-19 na realizację zaplanowanych wcześniej inwestycji. W konkurencyjnych gospodarkach i tam, gdzie projekty dotyczyły budowy centrów usług wspólnych, inwestycji w sektor IT lub budowy zaplecza badawczo-rozwojowego prawie 80% zaplanowanych inwestycji jest realizowanych. To znacząco wyższy odsetek od średniej europejskiej wynoszącej 65%. Do grona krajów z wyższym wskaźnikiem realizacji inwestycji EY zalicza Polskę, Irlandię i Portugalię.
Dane za 2019 r. to niestety historia, która długo się nie powtórzy. Mimo obawy przed twardym brexitem i napięciami w światowym handlu udało się w Europie osiągnąć symboliczny, ale jednak wzrost planowanych BIZ. Perspektywy na następne lata nie są dobre, a bez inwestycji zagranicznych powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego może być trudniejszy. 49% ankietowanych przez EY przedsiębiorców uważa, że w erze post-COVID atrakcyjność inwestycyjna Europy będzie mniejsza lub nawet dużo mniejsza niż dotychczas. Pandemia nasiliła trend antyglobalistyczny i gospodarczy protekcjonizm, co też ograniczy popularność Starego Kontynentu, jako miejsca realizacji transgranicznych projektów inwestycyjnych. Aż 83% przebadanych przez EY menedżerów uważa, że w odpowiedzi na zaburzenia w globalnych łańcuchach dostaw ich firmy będą przenosiły produkcję do niskokosztowych gospodarek blisko zewnętrznych granic UE – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY. Dobrą wiadomością – również dla Polski – jest to, że zarządzający firmami nie skupiają się wyłącznie na kosztach pracy, ale coraz większą wagę przykładają również do kompetencji cyfrowych potencjalnych pracowników. Polska może pochwalić sięinfrastrukturą techniczną na zadawalającym poziomie, a także zasobem dobrze wykształconych, utalentowanych inżynierów, programistów i informatyków. Pozwala nam to liczyć, że pociąg czwartej rewolucji przemysłowej nie odjedzie bez nas – dodaje Jacek Kędzior.
Według EY w 2019 r. najwięcej BIZ zostało ogłoszonych właśnie w sektorach technologicznych i usług dla biznesu. Odpowiadały za, odpowiednio, 31% ogólnej liczby projektów i 24% planowanych, nowych miejsc pracy. Tego typu inwestycje były najmniej narażone na negatywny wpływ zamrożenia gospodarki w związku z pandemią. Jednocześnie bardzo duża część ogłoszonych w Europie w 2019 r. inwestycji zagranicznych – odpowiadająca aż za 23% wszystkich planowanych miejsc pracy – była w sektorze transportowym, który jest wyjątkowo wrażliwy na konsekwencje działań związanych z walką z COVID-19.
Bezpośrednie inwestycje zagraniczne po COVID-19
W kwietniu 2020 r. EY zapytał zarządzających firmami, jakie czynniki skłoniłyby ich do lokalizacji inwestycji w konkretnym miejscu. Aż 80% ankietowanych odpowiedziało, że decydujące znaczenie będzie mieć wielkość lokalnego, rządowego pakietu pomocowego, 71% wskazało na rozpowszechnienie umiejętności cyfrowych, a dla 62% menedżerów ważne są wysokie kwalifikacje potencjalnych pracowników. Na kolejnych miejscach ankietowani wskazali siłę danego rynku oraz nastawienie rządów do przeciwdziałania zmianom klimatycznym.
Dodatkowe badanie pozwoliło EY na zidentyfikowanie trzech głównych trendów, które mogą wpływać na decyzje lokalizacyjne nowych inwestycji:
Przyspieszenie zmian technologicznych służących redukcji kosztów i zwiększeniu dostępu do klientów,
Większy udział kwestii związanych z przeciwdziałaniem zmianom klimatu i zrównoważonym rozwojem w decyzjach inwestycyjnych,
Reorganizacja łańcuchów dostaw z nowymi proporcjami reshoringu, nearshoringu i offshoringu.
82% ankietowanych przez EY menedżerów spodziewa się, że w najbliższych trzech latach coraz ważniejszy stanie się trend wdrażania cyfrowych technologii, których celem będzie automatyzacja procesów i uniezależnianie się od pracy człowieka. W związku z tym konkurencyjność cyfrowa krajów będzie jeszcze ważniejszym czynnikiem determinującym decyzje inwestycyjne. 57% badanych przez EY potwierdziło, że zrównoważony rozwój z poszanowaniem aspektów społecznych, ochrony środowiska i ograniczaniem zmian klimatycznych będzie priorytetem, podobny odsetek (56%) menedżerów przewiduje odwrócenie trendów globalizacyjnych.
Jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19, dostęp do szeroko rozumianej infrastruktury cyfrowej, w tym wysoko wykwalifikowanych w kwestach technologicznych pracowników, był tylko jednym z ważniejszych czynników decydujących o lokalizacji inwestycji. Teraz to jeden z najważniejszych trendów. Ważne jest także to, że poza infrastrukturą respondenci podkreślają zdolność zespołów do szybkiego adaptowania i wdrażania nowych rozwiązań technologicznych. Kolejnym trendem, który zidentyfikowało badanie EY, jest dalsze osłabienie procesów globalizacyjnych. Zamknięte granice spowodowały przerwanie łańcuchów dostaw, co w naturalny sposób zmusiło menedżerów do przemyślenia swoich strategii. Nie oznacza to masowego wycofywania się inwestorów z Chin, tylko poszukiwanie bardziej zrównoważonej polityki logistycznej, z nastawieniem na niskokosztowe miejsca produkcji, zaraz za granicami Unii Europejskiej oraz Afrykę, a także przenoszenie do krajów europejskich kluczowych elementów procesu produkcji. Trzecim zidentyfikowanym przez EY trendem jest większe skupienie się na aspektach społecznych związanych z prowadzoną działalnością, wpływie inwestycji na zmiany klimatu oraz na środowisko naturalne – mówi Paweł Tynel Partner EY i lider Działu Ulg i Dotacji EY.
Wybuch w Chinach epidemii COVID-19 i zamknięcie granic miało dewastujący wpływ na międzynarodowy handel. W związku z zerwaniem łańcuchów dostaw wiele europejskich firm musiało wstrzymać działalność. Dzisiaj 61% badanych chce uniezależnić się od dominujących obecnie dostawców i krajów. Co ciekawe 77% ankietowanych zamierza mocniej skoncentrować się na technologii, np. druku 3D, aby móc produkować szybciej i taniej.
Przyszłość Europy w erze post-COVID-19
Perspektywy Europy po COVID-19 są jednak pesymistyczne: 49% ankietowanych menedżerów uważa, że kontynent jest zagrożony mniejszą lub poważnie zmniejszoną atrakcyjnością jako miejsce lokowania inwestycji zagranicznych.
O raporcie EY „Atrakcyjność Inwestycyjna Europy 2020”
Badanie EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2020” (How can Europe reset the investment agenda now to rebuild its future?) składa się z dwóch części. Pierwsza to dane gromadzone w ramach EY European Investment Monitor (EIM), we współpracy z OCO, o inwestycjach zagranicznych w Europie w roku 2019. Druga to badanie postrzegania przez inwestorów zagranicznych poszczególnych krajów oraz miast. Badanie telefoniczne zostało przeprowadzone przez Instytut CSA w styczniu i lutym 2019 r. Na pytania EY dotyczące postrzegania atrakcyjności Europy odpowiedziało 504 respondentów – decydentów biznesowych odpowiedzialnych za inwestycje.
Badanie wpływu COVID-19 na Bezpośrednie Inwestycje Zagraniczne zostało przeprowadzone w kwietniu 2020 przez agencję Euromoney w formie ankiety internetowej przeprowadzonej wśród reprezentatywnego panelu 113 międzynarodowych menedżerów.
Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), branża wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce odnotowała w pierwszym kwartale 2020 roku wzrost na poziomie 7,7% r/r. Biorąc pod uwagę pandemię COVID-19 i wynikające z niej negatywne skutki gospodarcze, rezultat ten jest stosunkowo dobry i wyróżnia wynajem długoterminowy na tle nie tylko rynku motoryzacyjnego w kraju, ale również na tle całej gospodarki. W pierwszym kwartale spowolnienie dotknęło wynajem długoterminowy relatywnie mniej niż konkurencyjne rodzaje finansowania samochodów firmowych. Branża zakupiła nieznacznie mniej, bo o 1,5%, nowych aut osobowych, niż przed rokiem, podczas gdy cały rynek sprzedaży samochodów do firm zanotował ponad 20-procentowy spadek, a w przypadku zakupu, kredytu i klasycznego leasingu finansowego łącznie, spadek ten wyniósł blisko 26%. W wyniku tych spadków konkurencyjnych form finansowania, branża zwiększyła swój udział w sprzedaży nowych aut do firm o ponad 5% i w efekcie w wynajmie długoterminowym znalazł się już więcej niż co czwarty nowy samochód osobowy nabywany w pierwszym kwartale przez firmy i przedsiębiorców w Polsce. Zdaniem ekspertów PZWLP jednak, pełne efekty spowolnienia mogą być w przypadku wynajmu długoterminowego aut bardziej widoczne w danych dotyczących drugiego kwartału roku.
Po rekordach sprzedaży w polskich autosalonach w ostatnich latach, pierwszy kwartał 2020 roku przyniósł poważne spadki, a o wynikach osiąganych rok, czy dwa lata temu, rynek motoryzacyjny w Polsce może niestety w tym roku zapomnieć. Pandemia koronawirusa i wywołane przez nią wielotygodniowe zamrożenie działalności gospodarczej w wielu branżach, odcisnęła swoje piętno także na rynku motoryzacyjnym w kraju. W pierwszym kwartale 2020 roku z salonów wyjechało o 23% nowych aut osobowych mniej niż w porównywalnym okresie rok wcześniej. Za sprzedaż samochodów nadal w większości odpowiadali klienci instytucjonalni (firmy), nabywając w pierwszym kwartale aż 2/3 wszystkich nowych aut, ale i w przypadku tego segmentu rynku nastąpił spadek sprzedaży na poziomie 20,7% r/r. Zgodnie z danymi IBRM Samar, firmy nabyły w salonach 72,5 tys. samochodów osobowych, wobec 91,5 tys. w pierwszym kwartale roku ubiegłego. Zdaniem wielu ekspertów, negatywne efekty COVID-19 mogą być jeszcze bardziej dotkliwe dla rynku motoryzacyjnego w drugim kwartale roku. Ciężko jednak wydawać jednoznaczne prognozy dotyczące efektów pandemii, sytuacja nie ma bowiem żadnego precedensu ani na rynku polskim, ani też żadnym innym na świecie.
COVID-19 w wynajmie długoterminowym aut – na razie objawy są łagodne
Wpływ gospodarczy koronawirusa był już także w pierwszym kwartale roku widoczny w branży wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce. Branża ta, rozwijająca się w ostatnich latach w tempie dwucyfrowym, zwolniła na koniec marca 2020 r. do dynamiki wzrostu sięgającej 7,7% r/r. Warto przy tym podkreślić słowo „wzrost”, ponieważ zarówno w bliższym, jak i dalszym otoczeniu rynkowym branży, notowane były w tym czasie już spadki. Wynajem długoterminowy rozwijał się na przestrzeni wielu ostatnich lat znacząco szybciej od konkurencyjnych form finansowania samochodów służbowych, co w sytuacji pandemii ma kontynuację i skutkuje na razie łagodniejszym przechodzeniem przez kryzys wywołany pandemią. Wyhamowanie dynamiki wzrostu jest już jednak widoczne – dla porównania, po pierwszym kwartale 2019 roku wynajem długoterminowy rozwijał się w tempie 14% r/r.
Obserwując drugi z kluczowych wskaźników dotyczących rozwoju branży, a więc liczbę rejestrowanych nowych aut osobowych na potrzeby oferowanych usług (zarówno nowych umów, jak i odnowień istniejących kontraktów), wynajem długoterminowy zanotował w pierwszym kwartale roku 2020 r. już nieznaczny spadek – na poziomie 1,5% r/r – ale branża nadal prezentowała się pod tym względem lepiej niż konkurencyjne formy finansowania samochodów dla firm i przedsiębiorców w Polsce. W przypadku zakupu, kredytu i klasycznego leasingu finansowego liczonych łącznie zanotowany został bowiem spadek nowych rejestrowanych aut osobowych sięgający 25,9% r/r.
Wynajem długoterminowy hamuje wolniej od konkurencji – wzrost udziału branży w sprzedaży nowych aut do firm w pierwszym kwartale
W pierwszym kwartale 2020 roku branża wynajmu długoterminowego nabyła łącznie 19,1 tys. nowych samochodów osobowych, wobec 19,4 tys. w tym samym okresie rok wcześniej (spadek o 1,5%). Relatywnie niewielki spadek liczby rejestrowanych nowych aut, w zestawieniu z gorszymi wynikami w tym zakresie pozostałych, konkurencyjnych rodzajów finansowania pojazdów służbowych (kredyt, zakup, klasyczny leasing finansowy), pozwolił na wzrost udziału wynajmu długoterminowego w liczbie wszystkich nowych samochodów osobowych nabywanych w pierwszym kwartale roku przez firmy i przedsiębiorców w Polsce do nienotowanego do tej pory w historii analiz statystycznych PZWLP poziomu 26,3%. Oznacza to w uproszczeniu, że więcej niż co czwarte nowe auto osobowe kupowane w tym czasie przez firmy w kraju, znajdowało się w wynajmie długoterminowym. W ciągu roku udział wynajmu długoterminowego w całkowitej sprzedaży nowych aut do firm zwiększył się raptownie – w niespotykanym do tej pory tempie – aż o 5,1% r/r.
Zdaniem ekspertów PZWLP, aż tak duży wzrost udziału branży w tym zakresie może nie utrzymać się w dłuższej perspektywie i może być efektem chwilowego zachwiania rynku motoryzacyjnego wywołanego pandemią, w połączeniu ze specyfiką branży wynajmu długoterminowego. Dla porównania, w ostatnich latach udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży nowych aut osobowych do firm rósł w Polsce średnio o 1-2% rocznie.
Co czwarte nowe firmowe auto osobowe w wynajmie długoterminowym oraz relatywnie umiarkowany wpływ COVID-19 w pierwszym kwartale 2020 r. na branżę wynajmu długoterminowego samochodów, to w tej sytuacji pozytyw godny zauważenia – mówi
Robert Antczak, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska. – Zdajemy sobie sprawę, że pełen wpływ pandemii będzie widoczny dopiero w wynikach po drugim kwartale, niemniej cieszy fakt, że nasza branża łagodniej od pozostałych rodzajów finansowania aut służbowych weszła w kryzys wywołany pandemią. Wynajem długoterminowy nadal zachował wzrost rok do roku, choć dużo niższy niż do tej pory, to nadal warty odnotowania. Pełen obraz sytuacji pokażą wyniki po drugim kwartale, ale już dziś widzimy jak mocno ucierpiała branża Rent a Car oraz obserwujemy cząstkowe na razie dane dotyczące liczby rejestrowanych pojazdów w kwietniu i maju. Dodatkowo, należy zauważyć, że w wyniku pandemii mocno ucierpią firmy z sektora MŚP, a to one od dłuższego czasu były głównym motorem napędzającym wzrost branży wynajmu długoterminowego w Polsce. Z drugiej strony, z otoczenia gospodarczego i rynku motoryzacyjnego napływają optymistyczne informacje, na przykład producenci samochodów wznawiają produkcję w fabrykach, restrykcje i ograniczenia w funkcjonowaniu firm i społeczeństwa, związane z wirusem, są sukcesywnie znoszone, cała gospodarka jest poddawana procesowi stopniowego odmrażania, a także przywrócony do niemalże normalności został proces rejestracji pojazdów, co sprzyja odmrożeniu rynku wtórnego pojazdów. W obecnej sytuacji, która nie ma absolutnie żadnego precedensu, niezwykle ciężko jest jednoznacznie prognozować rozwój i trendy, jakie pojawią się na rynku motoryzacyjnym i w naszej branży w najbliższej przyszłości. Z dużym prawdopodobieństwem zakładamy większy niż do tej pory negatywny wpływ spowolnienia spowodowanego koronawirusem na wynajem długoterminowy samochodów. Oczywiście pozostaje nam mieć nadzieję, że ten czarny scenariusz nie do końca się sprawdzi.
Zdecydowanie najchętniej wykorzystywaną przez firmy i przedsiębiorców w Polsce usługą zaliczaną do tzw. wynajmu długoterminowego samochodów jest Full Serwis Leasing (FSL). W łącznej flocie firm należących do PZWLP*, liczącej na koniec pierwszego kwartału 2020 r. blisko 180 tys. aut, samochody w usłudze Full Serwis Leasing stanowiły aż 89,3%.
Auta w wynajmie długoterminowym coraz bardziej przyjazne dla środowiska – znacząco spada poziom emisji dwutlenku węgla
Dane PZWLP na koniec pierwszego kwartału 2020 r. po raz kolejny potwierdzają obserwowaną od dłuższego czasu tendencję – aut z silnikami Diesla sukcesywnie i dość szybko ubywa w wynajmie długoterminowym. Na koniec marca Diesle stanowiły już niewiele ponad połowę wszystkich pojazdów, bo 56,3%, a ich udział w łącznej flocie zmniejszył się w ciągu roku o 6,1%. Samochody z silnikami wysokoprężnymi są wypierane przede wszystkim przez auta z benzynowymi jednostkami napędowymi, które na koniec pierwszego kwartału stanowiły już 40% ogółu. Udział aut z silnikami benzynowymi zwiększył się w ciągu roku o 4,9%. Powoli, ale nieprzerwanie rośnie również udział samochodów z ekologicznymi, a więc hybrydowymi i elektrycznymi, jednostkami napędowymi. Na koniec marca auta ekologiczne reprezentowały już 3,7% łącznego parku pojazdów w wynajmie długoterminowym, o 1,2% więcej niż rok wcześniej. Wśród ekologicznych pojazdów dominują hybrydy, których we flocie w wynajmie długoterminowym firm PZWLP (liczącej prawie 180 tys. aut) było na koniec pierwszego kwartału prawie 6 tys. (dokładnie 5.866), a samochodów elektrycznych było 508.
Utrzymującym się już od dłuższego czasu, bardzo pozytywnym trendem, jest fakt, że auta nabywane na potrzeby wynajmu długoterminowego w Polsce są coraz bardziej przyjazne dla środowiska naturalnego i emitują do niego coraz mniejsze ilości dwutlenku węgla. Średnia emisja dwutlenku węgla samochodów osobowych zakupionych w pierwszym kwartale 2020 roku była o 21,4% i 34,3 g/km niższa niż rok wcześniej i wyniosła 125,9 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 124,2 g/km i była niższa o 26,2% i 44 g/km w stosunku do stanu sprzed roku.
Branża Rent a Car najszybciej i najmocniej odczuła wpływ pandemii COVID-19
Branża Rent a Car w Polsce (wypożyczalnie samochodów) odnotowała na koniec pierwszego kwartału 2020 roku spadek na poziomie 16,2% r/r.
Maciej Tórz, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Rentis SA
Dane PZWLP potwierdzają, że branża Rent a Car najszybciej i najmocniej odczuła efekt spowolnienia wywołany pandemią COVID-19 i to nie tylko w Polsce, ale na większości rynków na całym świecie – mówi Maciej Tórz, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Rentis SA. – Zamknięcie granic naszego kraju, całkowite zamrożenie ruchu lotniczego i działalności lotnisk, wstrzymanie podróży turystycznych i biznesowych oraz zamrożenie w praktyce obrotu autami na rynku wtórnym, to główne czynniki, które przyczyniły się do bardzo trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się z powodu pandemii branża Rent a Car. W ramach PZWLP podjęliśmy natychmiastowo działania, mające na celu wsparcie w pierwszej kolejności właśnie wypożyczalnie samochodów, m.in. zabiegaliśmy o zwolnienie firm Rent a Car z kosztów związanych z wynajmem powierzchni komercyjnych i parkingów na lotniskach, przyczyniliśmy się również do przywrócenia normalnego procesu rejestracji aut nowych oraz używanych w urzędach komunikacji. Wyniki odnotowane przez branżę Rent a Car w pierwszym kwartale potwierdzają już znaczny spadek koniunktury, ale podobnie jak
w przypadku wynajmu długoterminowego, obawiamy się, że gorszy obraz może się wyłonić
w drugim kwartale bieżącego roku. Do powrotu do normalności i poprawy sytuacji w branży Rent a Car konieczne jest wznowienie działalności lotnisk i przywrócenie ruchu lotniczego, przede wszystkim międzynarodowego, a także zwiększenie popytu na rynku wtórnym samochodów w Polsce. Bez zaistnienia tych okoliczności, niezależnie od różnego rodzaju działań pomocowych oraz działań wdrażanych przez same wypożyczalnie samochodów, sytuacja w branży Rent a Car będzie bardzo trudna. Ciekawym rozwiązaniem może być zaproponowany przez rząd tzw. bon turystyczny, który gdyby objął także usługi wynajmu krótkoterminowego samochodów w wypożyczalniach na wyjazdy turystyczne Polaków, mógłby choć po części zrekompensować zamrożone z powodu pandemii COVID-19 obroty firm Rent a Car.
Branża Rent a Car jest obecnie reprezentowana w PZWLP przez 6 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów, których łączna flota** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła na koniec marca 2020 r. prawie 12,5 tys. aut (12.348).
ponad 0,6 proc. Jedynie technologiczny Nasdaq 100 traci ponad 0,8 proc. w oczekiwaniu na rozporządzenie Donalda Trumpa.
Donald Trump ma w czwartek podpisać rozporządzenie wykonawcze w sprawie spółek social media, w tym Twittera, z którym Trump ma na pieńku. Twitter, którego zagorzałym użytkownikiem jest prezydent USA, oznaczył niektóre posty Trumpa, jako tweety do weryfikacji. To rozzłościło głowę największego mocarstwa na tyle, że zadeklarował albo uregulowanie spółek social media albo wręcz zamknięcie. Akcjonariusze Twittera w oczekiwaniu na decyzję sprzedają akcje i w handlu przed sesją tracą one prawie 5 proc. Jeśli jednak działania względem spółek nie będą tak stanowcze, jak zapowiedzi, to korekta może być dobrą okazją ponownie dla kupujących.
Dziś zostały opublikowane kolejne dane dotyczące nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, których w ubiegłym tygodniu przybyło ponownie ponad 2 mln. Niemniej jednak w USA są firmy, które w tym czasie zatrudniają. Jedną z nich jest spółka Jeffa Bezosa. Amazon planuje zaoferować stałe miejsca pracy około 70 proc. pracownikom zatrudnionych w USA tymczasowo w celu zaspokojenia popytu konsumentów podczas pandemii koronawirusa.
Największy na świecie sprzedawca online zacznie w czerwcu oferować 125 000 pracowników, że mogą utrzymać swoje miejsca pracy w dłuższej perspektywie. Jak powiedziała rzeczniczka firmy, pozostałych 50 000 pracowników, których zatrudnia firma, pozostanie na sezonowych umowach trwających do 11 miesięcy.
Decyzja jest znakiem, że sprzedaż Amazona wzrosła wystarczająco, aby uzasadnić zwiększenie siły roboczej do realizacji zamówień, nawet gdy obostrzenia zostaną złagodzone, a firmy konkurencyjne otworzą swoje sklepy detaliczne.
Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.
Złoty korzysta na poprawie nastrojów na rynkach finansowych związanych ze spadkiem obaw o to, jak pandemia koronawirusa może przełożyć się na perspektywy gospodarcze na świecie. Sygnały otwierania kolejnych gospodarek oraz spadek liczby zachorowań powodują, że inwestorzy wyceniają szanse szybszego odbicia gospodarczego, a w konsekwencji śmielej podchodzą do inwestycji w aktywa ryzykowne, takie jak akcje czy waluty rynków wschodzących.
Dotychczas sądzono, że rozdmuchanie deficytu przez tarczę antykryzysową, czy obniżki stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego będą tymi czynnikami, które powinny wprost złotego osłabiać, natomiast ostatnie tygodnie pokazały, że do takich tendencji nie dochodziło. Zmieniło się to, gdy wbrew rynkowemu konsensusowi RPP – na dzisiejszym posiedzeniu przesuniętym z pierwszych dni maja – ścięła stopy procentowe.
Stopa referencyjna NBP została ustanowiona na poziomie 0,10 proc. w skali rocznej (do tej pory 0,5 proc., a przed wybuchem pandemii główna stopa wynosiła 1,5 proc.). Niespodziewana decyzja Rady Polityki Pieniężnej spowodowała spadek notowań złotego i giełdowych banków.
Spadek notowań PLN
– Po zaskakującej decyzji (ostatnie posiedzenia odbywały się bez konferencji prasowych ze względu na pandemię) EUR/PLN rośnie z okolic 4,42 do 4,44 i testuje wczorajsze, popołudniowe maksima. Ich wybicie zdjęłoby presję z wczorajszych dołków – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.
Decyzja była zaskoczeniem, gdyż rajd złotego zbiegł się rosnącymi akcjami i informacjami o zdejmowaniu kolejnych restrykcji wprowadzonych w związku z koronawirusem oraz o propozycji Komisji Europejskiej zakładającej przeznaczenie na odbudowę gospodarczą dla Polski blisko 64 mld euro. Mówiło się nawet o powrocie na polski rynek inwestorów zagranicznych, a także o tym, że tak dynamicznego umocnienia złotego nie obserwowano od wielu lat.
Efekt tsunami zostanie?
Należy pamiętać o tym, że pandemia COVID-19 wywołała ogólnoświatowe gospodarcze tsunami. To tsunami najdotkliwiej odczuły rynki wschodzące, w tym Polska.
Marzec 2020 roku był miesiącem najsilniejszych w historii odpływów kapitału ze świata gospodarek wschodzących. Tylko w tym jednym miesiącu inwestorzy zagraniczni z rynku w akcji i obligacji emerging markets wycofali przeszło 83 miliardy dolarów, czyli więcej niż w całym globalnym kryzysie finansowym. Od połowy marca na rynkach globalnych wyraźnie poprawiły się nastroje, co wynika między innymi z faktu, że do walki ze skutkami i pandemii ruszyły banki centralne i władze, które w sposób bezprecedensowy luzowały politykę na polu fiskalnymi i monetarnym.
Mimo to Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostrzega, że wywołana przez Covid-19 recesja będzie dotkliwsza niż globalny kryzys finansowy z lat 2008–2009.
– W tamtym czasie złoty w kilka miesięcy osłabił się do euro o ponad 50 proc. Kurs dolara z 2 zł wystrzelił niemal do 3,9 zł. Wielu inwestorów i przedsiębiorców pamiętających tamten okres patrzy w przyszłość ze zrozumiałym niepokojem – tłumaczy Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.
Większość branż w Polsce i na Świecie zmaga się z konsekwencjami pandemii COVID-19. Wiele podmiotów odczuwa braki personalne czy płynność dostaw. Ci, którzy odpowiednio zabezpieczyli swój biznes na chude czasy, zyskują nie tylko płynność finansową, stabilność firmy i personelu, ale także zaufanie Klientów, którzy nie zostali pozostawieni bez opieki nawet w trudnych czasach. Czy można było przygotować biznes na taki scenariusz? Jak radzi sobie branża OZE na rynku polskim? O sytuacji w branży opowiada Michał Skorupa, Prezes zarządu FOTON Technik, Grupa innogy.
Czy na ten kryzys można było się przygotować?
Sytuacja zaskoczyła z pewnością wiele firm, nie tylko z naszej branży. Zawsze trzeba mieć opracowany plan B, a nawet C. W naszym przypadku zadziałały już istniejące procedury, które dopasowaliśmy do nowej rzeczywistości. Przewagą FOTON Technik jest odpowiednie zaplecze magazynowe, świetnie przygotowani Doradcy, Konsultanci oraz ekipy instalatorów. Ponadto działamy aktywnie w zmieniających się warunkach na rynku. Wprowadziliśmy system zamówień online i telefonicznych z możliwością zdalnego i bezpiecznego podpisywania umów. Nasi Konsultanci płynnie umawiają doradców techniczno-handlowych z naszymi Klientami, a wszystkie formalności realizowane są zdalnie. Dzięki temu, że nie jesteśmy w pełni zależni od dostaw z Chin i mamy spore zasoby magazynowe na miejscu jesteśmy w stanie płynnie i kompleksowo wykonać projekt, podpisać umowę i wykonać instalację u Klienta.
Czy koronawirus wpłynął na ceny instalacji?
W FOTON Technik ceny instalacji fotowoltaicznych nie zmieniły się ze względu na panujący kryzys. Korzystając z programów dofinansowań możemy jeszcze bardziej skrócić czas zwrotu inwestycji. Ponadto w FOTON Technik oferujemy Klientom specjalną linię kredytową od Partnerów FOTON Technik, która pozwala na zmianę kosztu miesięcznego rachunku za energię na ratę kredytu. Takie udogodnienie pozwala jeszcze lepiej dostosować się do obecnych potrzeb Klientów, którzy stoją przed decyzją zakupową.
Na co dzisiaj zwracają uwagę Klienci?
Na bieżąco zbieramy informacje od naszych Konsultantów czy Instalatorów. Klienci najbardziej cenią sobie wygodę, przejrzystość umów, jakość wykonania i pełne wsparcie techniczne. To dzięki kompleksowości usług jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby Klienta, a dodatkowo wesprzeć go w procesie poinstalacyjnym podczas przeglądów czy wymian gwarancyjnych. Wszyscy lubimy być pod opieką stabilnej firmy. Dzięki temu mamy pewność, że niezależnie od sytuacji, zawsze pomoże nam rozwiązać problem. W taki sposób działamy w FOTON Technik i dzięki tym wartościom udaje nam się nie tylko walczyć z kryzysem, ale udowadniamy naszym Klientom, że mogą na nas liczyć w każdych warunkach.
Co zyskują Klienci korzystając z usług FOTON Technik?
Nasi Klienci mają pewność, że zostaną przeprowadzeni przez cały proces zamówienia i instalacji w sposób profesjonalny. To właśnie dzięki tej kompleksowości usług jesteśmy w stanie poprowadzić naszego Klienta od przygotowania planu instalacji, aż po finalną realizację. Dzięki świetnemu zapleczu wykwalifikowanych pracowników i dobrze przygotowanym zasobom magazynowym jesteśmy w stanie bez przeszkód i opóźnień wykonywać zlecane nam instalacje szybko, profesjonalnie, zachowując najwyższe standardy w taki sam sposób, jak miało to miejsce przed wybuchem pandemii. Instalacje dla Klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorstw (do 50kWp) realizujemy na bieżąco, dostosowując je do potrzeb i wymagań Klientów.
Kto ma szanse przetrwać kryzys?
Przetrwają najsilniejsi, ale też najbardziej przedsiębiorczy. Kryzys z pewnością wyrządzi wiele szkód. Zauważamy, że popyt na moduły fotowoltaiczne w Polsce zmalał w trakcie pandemii, ale nie ustał zupełnie. Dziś obserwujemy wzrost sprzedaży, to dobry znak. Szczególnie narażone na kryzys są firmy, które w dużej mierze zależne były od płynności dostaw modułów i elementów od lokalnych dystrybutorów i hurtowników. Ten model biznesowy może utrudnić rozwój, a nawet zamknąć dużo mniejszych przedsiębiorstw. W naszej branży aktualnie produkcja z Chin stanowi ok. ¾ dostaw. W FOTON Technik jesteśmy długoterminowo zabezpieczeni w dostęp do wszelkich potrzebnych w naszej działalności komponentów.
Jaki wpływ długoterminowy może mieć wirus na sektor OZE?
Na bieżąco analizujemy sytuację. Tak naprawdę każdego dnia sprawdzamy, jak COVID-19 wpływa na nasz biznes i decyzje Klientów. Ten rok w prognozach był bardzo optymistyczny. Trudno jest odpowiedzialnie powiedzieć, co będzie dalej. To nowa i nieznana sytuacja. Klienci, co nie jest bez znaczenia dla nas, uczą się żyć w tej nowej rzeczywistości, ale też zmagają się z problemami finansowymi, co ma przełożenie na decyzje zakupowe. Na bieżąco monitorujemy i tworzymy taki model działania, aby odpowiadał aktualnej sytuacji i pozytywnie wpływał na prowadzenie biznesu, a nie go zamrażał. W prowadzonym przez nas biznesie możliwe jest wdrażanie i przestrzeganie takich procedur, które umożliwiają w pełni realizowanie przez nas dalszej działalności, która się od początku opiera się na jakości i bezpieczeństwie.
Czy obecna sytuacja ma wpływ na realizowanie programu Mój Prąd dla Klientów?
W tym momencie nadal realizowane są rządowe projekty wspierające inwestowanie w systemy fotowoltaiczne zarówno dla Klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorców oraz rolników. Rządowy program „Mój Prąd” pozwala na zmniejszenie kosztu inwestycji o 5000 tys. złotych. Dodatkowo można skorzystać z ulgi termomodernizacyjnej, która jest wyliczana indywidualnie. Dzięki temu czas zwrotu z inwestycji w domową fotowoltaikę może wynieść jedynie 6 lat.
Rada Polityki Pieniężnej podjęła dziś decyzję mającą znaczenie dla oszczędzających i kredytobiorców, a także dla polskiego złotego.
Podczas dzisiejszego, jednodniowego spotkania decyzyjnego Rada Polityki Pieniężnej postanowiła obniżyć stopy procentowe, ścinając stopę referencyjną o 40 pb. do poziomu 0,1%. Jednocześnie ścięto stopę lombardową z 1% do 0,5% (Wykres 1), stopę redyskonta weksli z 0,55% do 0,11%, stopę dyskonta weksli z 0,60% do 0,12%. Na niezmienionym poziomie 0% pozostała natomiast stopa depozytowa.
Wykres 1: Stopa referencyjna NBP (2011 – 2020)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 28/05/2020
Decyzja o obniżce kosztów pieniądza stanowi spore zaskoczenie. Żaden z 24 ekonomistów ankietowanych przez agencję Bloomberg nie spodziewał się zmian stóp procentowych podczas dzisiejszego spotkania, my również nie oczekiwaliśmy takiego obrotu spraw. Obniżka o takiej skali była też zaskoczeniem dla rynku. Na podstawie wyceny kontraktów FRA 1×4 w PLN jesteśmy w stanie powiedzieć, że rynek przed spotkaniem w horyzoncie jednego miesiąca spodziewał się spadku stopy WIBOR 3M o mniej więcej 10-20 pb. co można interpretować jako nie wykluczanie przez rynek ruchu stóp w dół, jednak na niewielką skalę lub rozważanie przez rynek obniżki o podobnej skali, ale z dość niewielkim przekonaniem.
Dlaczego RPP obniżyła stopy procentowe?
Niestety, po raz kolejny po spotkaniu decyzyjnym RPP nie odbyła się konferencja prasowa, w związku z czym informacje o przesłankach do dzisiejszej decyzji ze strony Rady możemy uzyskać jedynie z treści komunikatu po spotkaniu. Zgodnie z nim, na decyzji RPP zaważyło ryzyko głębszego spadku inflacji:
“Niższa aktywność gospodarcza na świecie, w tym w Polsce, wraz z niższymi cenami surowców na rynkach międzynarodowych będą oddziaływały w kierunku dalszego obniżenia inflacji. W efekcie, utrzymuje się ryzyko spadku inflacji poniżej celu inflacyjnego NBP w horyzoncie oddziaływania polityki pieniężnej. Biorąc to pod uwagę Rada zdecydowała o ponownym obniżeniu stóp procentowych NBP”.
Rynek zareagował
Reakcja rynku na dzisiejszą decyzję Rady jest dość typowa. Obserwowaliśmy zauważalne osłabienie polskiego złotego – kurs EUR/PLN w pierwszej chwili wzrósł z okolic 4,42 do 4,45. Skala osłabienia jest zauważalna, niemniej decyzja Rady wymazała jedynie niewielką część ostatnich zysków złotego – kurs EUR/PLN rozpoczął tydzień nieznacznie poniżej poziomu 4,52 (Wykres 2).
Wykres 2: Kurs EUR/PLN (22/05/20 – 28/05/20)
Źródło: Refinitiv Data: 28/05/2020
W konsekwencji decyzji doszło do istotnego spadku rentowności polskich obligacji. W przypadku 10-letnich papierów skarbowych spadły one o ok. 20 pb, schodząc do rekordowo niskiego poziomu, poniżej 1,15%. Decyzja w istotny sposób przełożyła się również na sytuację na polskim rynku akcji – WIG20 w momencie przygotowywania niniejszego komentarza stracił większość zysków, jakie był w stanie dziś wypracować. Należy to powiązać przede wszystkim z silnymi spadkami cen akcji banków, dla których zyskowności obniżka stóp procentowych nie jest korzystna, a które mają istotny udział w indeksie WIG20 (ok. ¼).
Co dalej?
Decyzja RPP przełoży się na spadek kosztów obsługi zadłużenia, który ucieszy kredytobiorców. Jednocześnie oszczędzający otrzymali właśnie kolejny cios. Co tyczy się złotego – nie oczekujemy, żeby dzisiejsza decyzja RPP miała w istotny i trwały sposób przyczynić się do osłabienia waluty. Spodziewamy się, że w krótkim terminie na złotego największy wpływ będzie miała zmiana globalnego sentymentu. W perspektywie kolejnych kwartałów, m.in. w związku z silnymi fundamentami i w naszej ocenie dobrym zrównoważeniem zewnętrznym polskiej gospodarki przy stopniowej poprawie globalnej sytuacji gospodarczej, spodziewamy się dalszego umocnienia polskiego złotego, o ile sytuacja w kontekście pandemii nie ulegnie istotnemu pogorszeniu.
W kontekście dzisiejszego spotkania warto dodać, że zgodnie z harmonogramem posiedzeń RPP następne spotkanie decyzyjne ma odbyć się w dniach 2-3 czerwca. Być może w jego kontekście poznamy więcej szczegółów dotyczących ostatniej decyzji. Mamy nadzieję, że po długiej przerwie wrócą konferencje prasowe (być może w formie wideokonferencji), które stanowią wymierną wartość i dają nam więcej punktów zaczepienia w kontekście interpretacji działań banku centralnego.
Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
Rada Nadzorcza Spółki w porozumieniu z jej Dyrektorem Generalnym, Amanem Khanem, postanowiła zakończyć z nim współpracę ze względu na niespodziewaną dla firmy sytuację wywołaną przez COVID-19. Pandemia spowodowała, że Aman Khan nie może być obecny
w Polsce i osobiście nadzorować strategicznego projektu firmy, jakim jest rozwój
i rozbudowa Kampusu Data Center Beyond.pl. Decyzją Rady nowym Prezesem Beyond.pl został Wojciech Stramski, który związany ze spółką był od pięciu lat, zasiadając do tej pory w Radzie Nadzorczej.
W skład trzyosobowego zarządu wchodzą także Wiceprezes i założyciel Beyond.pl – Michał Grzybkowski oraz Piotr Cegieła, CFO.
– Infrastruktura kolokacyjna i chmurowa Beyond.pl wyznacza branżowe standardy na rynku polskim. Nasze flagowe centrum danych DC2 posiada najwyższą klasę bezpieczeństwa, potwierdzoną międzynarodowym certyfikatem Rated 4 ANSI/TIA 942. Kampus Beyond.pl
w Poznaniu jest jednym z niewielu miejsc w Polsce, które umożliwia świadczenie usług kolokacyjnych o dużej gęstości mocy. Pozwala nam to wspierać międzynarodowych graczy świadczących usługi w modelu Software as a Service (SaaS) oraz globalnych dostawców chmury obliczeniowej, dla których Polska to strategiczny punkt wejścia do Europy Środkowej i Wschodniej, mówi Wojciech Stramski.
– Kampus Beyond.pl tworzą obecnie dwa centra danych z 8 MW mocy dostępnej dzisiaj
i dodatkowymi 30 MW w obiekatch w fazie rozbudowy. Beyond.pl to idealne miejsce do lokowania infrastruktury IT globalnych dostawców chmury i świadczenia przez nich usług dla całej Centralnej Europy, podkreślił nowy Prezes Beyond.pl.
Wojciech Stramski jest obsolwentem University od Southern Califiornia, gdzie ukończył kierunek Business Administration Global Management. Karierę rozpoczynał
w międzynarodowej korporacji doradczej KPMG, przechodząc później do globalnych korporacji Altria oraz Honeywell. Przez ostatnie lata pełnił szereg funkcji zarządczych
i nadzorczych. Pracował dla takich firm jak Kulczyk Holding, Kulczyk Tradex, PEKAES S.A., Ciech S.A., Stanusch Technologies. Prywatnie inwestuje w ekosystem startupowy w Polsce, prowadząc z sukcesem ostatnio projekt Lab4Motion. Jest założycielem funduszu DeepChange Ventures, który specjalizuje się w inwestowaniu w technologie wspierające zrównoważony rozwój.
W Sejmie trwają prace nad przepisami zawartymi w tarczy 4.0, umożliwiającymi zawieszenie spłaty kredytu, maksymalnie do 3 miesięcy.
– Bezpośrednim skutkiem wprowadzenia nowych przepisów będzie opóźnienie przepływów pieniężnych, znaczące obniżenie płynności kredytodawców, zagrożenie bezpieczeństwa depozytów klientów, ograniczenie możliwości kontynuowania akcji kredytowej na rzecz przedsiębiorców oraz osób prywatnych, a także ograniczenie skali prowadzenia działalności gospodarczej wynikające ze zmniejszenia dochodów, a także dodatkowego obciążenia banków kosztami operacyjnymi. Jednocześnie banki wciąż zobowiązane będą do wypłaty odsetek z tytułu depozytów. Istotne jest także, że kredytodawcy przyjęli już samoregulację, która obowiązuje od 16 marca tego roku- zauważa mec. Adrian Zwoliński, ekspert Konfederacji Lewiatan.
W przypadku, gdyby posłowie odrzucili apel o rezygnację z wprowadzenia wakacji kredytowych w formie zaproponowanej przez rząd, Lewiatan postuluje zmiany do ustawy, które ograniczą ryzyko negatywnych skutków regulacji. Chodzi m.in. o wydłużenie vacatio legis, czy ustalenie okresu obowiązywania przepisów.
Według danych GUS-u najwięcej odpadów podlegających składowaniu produkuje sektor górniczy i wydobywczy – prawie 37 mln ton. Zwiększenie inwestycji w OZE pozwoli zmniejszyć te liczbę. Odpady fotowoltaiczne mogą okazać się też nowym źródłem zysku.
Jednym z podstawowych problemów współczesnej ekologii jest nadmierna produkcja śmieci. Świadomość społeczna kształtowana jest przede wszystkim względem walki z nimi na poziomie gospodarstw indywidualnych. Jednak to, co wytwarzamy w domowym zaciszu to niecałe 10 proc. wszystkich odpadów, jakie rocznie produkujemy w naszym kraju (dane GUS z 2018 roku). Pozostałe 90 proc. niemal w całości należą do sektora odpadów poprodukcyjnych, wśród których prym wiedzie właśnie górnictwo i przemysł wydobywczy. W 2018 r. ten dział gospodarki był odpowiedzialny za wytworzenie aż 61,4 mln ton odpadów, z czego tylko niecałe 40 proc. zostało poddane odzyskowi. Wydaje się, że przejście na odnawialne źródła energii rozwiąże ten problem, bowiem brak wydobywania surowców to brak odpadów, które przy tym powstają.
Fotowoltaika – 15 mld do odzyskania
Dyskusja publiczna na temat pozyskiwania energii słonecznej toczy się najczęściej wokół zalet tego rozwiązania – zeroemisyjność, tanie pozyskiwanie prądu, coraz nowocześniejsze i bardziej wydajne konstrukcje. Panele słoneczne nie są jednak wieczne – co z nimi zrobić, gdy ich żywotność się skończy?
To pytania należy zadać sobie już dziś, bowiem boom na ich montaż przypada na rok 2000, a okres użytkowania paneli przewidziano na ok. 25-30 lat. To oznacza, że z przestarzałymi panelami fotowoltaicznymi trzeba będzie się rozprawić dosłownie już za chwilę. W perspektywie następnych kilkudziesięciu lat sposób na radzenie sobie z tego typu odpadami będzie tylko coraz bardziej potrzebny, bo popularność fotowoltaiki wciąż rośnie.
– Odpady w postaci paneli fotowoltaicznych to nowe wyzwanie dla wielu gospodarek. Będą się z nim musiały mierzyć przede wszystkim kraje, które intensywnie inwestują w ten model pozyskiwania energii np. Chiny, USA czy Japonia. Systemowe rozwiązania są tym bardziej potrzebne, bo przestarzałe panele muszą być odpowiednio składowane, żeby nie stanowiły zagrożenia dla środowiska – mówi Sebastian Biela, wiceprezes firmy Energia Polska.
Drogi rozwiązania sprawy wyłączanych z użytku elementów fotowoltaiki są dwie – recykling albo utylizacja.
– Zniszczenie paneli, tak by nie zalegały na składowiskach odpadów i jednocześnie nie stanowiły zagrożenia dla środowiska jest w mojej opinii rozwiązaniem nieefektywnym w sytuacji, gdy dążymy do zminimalizowania produkcji odpadów. Jeśli chodzi jednak o powtórne wykorzystanie śmieci to wracamy tu do mocno promowanej w Europejskim Zielonym Ładzie idei, jaką jest obieg zamknięty. Odpady fotowoltaiczne można poddać recyklingowi i wprowadzić z powrotem do gospodarki. Estymację, jakiego rzędu może to przynieść zyski przeprowadziła Międzynarodowa Agencja Energii Odnawialnej. Według jej danych do 2050 r. na rynek światowy może wrócić nawet 78 mln ton surowców. Jeśli tak się stanie to ich wartość będzie sięgać ponad 15 mld dolarów. To potężna kwota, którą – w myśl idei obiegu zamkniętego – można wykorzystać na kolejne inwestycje w rozwój OZE – mówi Tomasz Żołyniak, prezes firmy Energia Polska.
Recykling fotowoltaiki pozwala na nowo pozyskać przede wszystkim takie materiały jak szkło, plastik czy metal. Proces ich odzyskiwania może wpłynąć pozytywnie na gospodarkę międzynarodową nie tylko ze względu na wartość materiałów. Ponieważ wcześniej nie musieliśmy mierzyć się z odpadami fotowoltaicznymi to ich pojawienie się wymusza zbudowanie zupełnie nowej infrastruktury dla tego procesu. To w naturalny sposób stanie się przepustką do opracowania nowych technologii i budowy zakładów, a wiec i stworzenia nowych miejsc pracy. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że fotowoltaika przyczynia się do wzrostu gospodarczego na każdym etapie swojej żywotności.
Jak pokazuje najnowszy raport ONZ, Polska dalej ignoruje kwestie środowiska i stanowczo za mało wydaje na osiągniecie celów zrównoważonego rozwoju. Nie jesteśmy w tym odosobnieni. Niemcy, Francuzi, Amerykanie, a nawet Finowie też „oszczędzają” na środowisku. Jak tak dalej pójdzie to za 50 lat 3 mld ludzi będą zmuszone codziennie walczyć o przetrwanie. A potrzeba tak niewiele. Zdaniem ekspertów wystarczy 0,7% PKB, by w ciągu najbliższych 10 lat zatrzymać nieodwracalne zmiany na Ziemi.
Co 10 osoba w Polsce nie wierzy w zmianę klimatu, wskazują badania Pew Research Center, przeprowadzone z okazji Światowego Dnia Ziemi. To wynik bliski średniej światowej. Czy to znaczy, że człowiek nie ma wpływu na zmianę klimatu? Dowody są… odczuwalne. Jednym z nich jest susza, która grozi Polsce. Hydrolodzy biją na alarm: jeżeli lada dzień nie pojawią się długotrwałe opady deszczu, to nasz kraj będzie borykał się z niedoborem wody. – Na jednego Polaka rocznie przypada ok. 1,6 tys. m³ wody. To trzykrotnie mniej, niż statystyczna wartość dla mieszkańca Europy. Deficyt wody to efekt degradacji klimatu i zaniedbań kilku ostatnich dekad, jeśli chodzi o zarządzanie zasobami wodnymi – twierdzi Wojciech Stramski, kierujący funduszem Deep Change Ventures, który wspiera i finansuje projekty zgodne z celami zrównoważonego rozwoju ONZ.
Bezdeszczowe dni są dobre dla turystów, ale fatalne dla rolników. Wysuszona gleba, wyda mniej plonów, a to wpłynie na wzrost cen owoców i warzyw. To nie koniec złych wieści. Wyższe rachunki zauważymy nie tylko w sklepie, ale również na fakturach za energię. Prądu nie zabraknie, ale wizja podwyżki cen jest bardzo realna. Niski stan rzek to poważne problemy dla sektora energetycznego, który wody potrzebuje do wytwarzania prądu. W polskich warunkach jednym z największych klientów elektrowni jest branża przemysłowa. Sektor wytwórczy konsumuje jej dużo, ale jednocześnie napędza gospodarkę. Za 1/4 polskiego PKB odpowiadają przedsiębiorstwa przemysłowe, które produkują głównie na eksport. Wzrost cen prądu, to wyższe koszty produkcji, które mogą wpłynąć na konkurencyjność naszych eksporterów.
W okresie wychodzenia z zapaści spowodowanej koronawirusem, nie są to dobre informacje. – Za chwilę może okazać się, że zakaz wstępu do lasu ze względu na brak opadów, będzie dla nas najmniejszym zmartwieniem – ironizuje CEO Deep Change Ventures i dodaje – Coraz częściej mamy ciepłe i bezśnieżne zimy, a to powoduje, że wiosną pojawiają się problemy z brakiem wody. Jeżeli w najbliższym czasie nie nastąpią zmiany, to czeka nas nieciekawa przyszłość. – dodaje Stramski. Według naukowców, za zmiany klimatu – w tym suszę w Polsce – odpowiada stale rosnąca emisja gazów cieplarnianych, za co częściowo odpowiada nasz przestarzały sektor energetyczny, uzależniony od węgla, do spółki z nadmiarem transportu, czy nieefektywnej produkcji żywności – w szczególności bydła .
Koronawirus zbawienny dla klimatu?
Okazuje się, że czas pandemii to moment na długi oddech dla planety. Żadna wojna w XX wieku, a tym bardziej żadna z gospodarczych recesji z obecnego i ubiegłego stulecia nie miały tak dużego wpływu na redukcję emisji CO2, jak COVID-19 w ciągu kilku miesięcy. Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) szacuje, że do końca 2020 roku na całym globie emisja spadnie o około 6%. Czyli tyle, ile emituje przemysł energetyczny drugiego pod względem zaludnienia państwa świata – Indii. – Nie tak dawno mogliśmy oglądać zdjęcia z Wenecji w której przyroda mogła „odpocząć” od człowieka. To obrazuje, jak bardzo ingerujemy w ekosystem – zauważa Wojciech Stramski i dodaje – Nawet jeśli w tym roku zobaczymy spadek stężenia CO2 w atmosferze, to nie mamy powodów do radości. Celem musi być osiągniecie neutralności klimatycznej. Bez tego nie zatrzymamy ocieplenia. – tłumaczy CEO Deep Change Ventures.
Naukowcy z University of Exeter zaprezentowali niedawno predykcje, co nas czeka, jeżeli zostanie tak, jak jest i ludzkość nie ograniczy emisji dwutlenku węgla i innych szkodliwych gazów do atmosfery. Według brytyjskich ekspertów w 2070 roku ponad 3 miliardy ludzi – prawie połowa dzisiejszej populacji Ziemi – będzie mieszkać w miejscach w których temperatura została określona jako „prawie niemożliwa do zamieszkania”. Za 50 lat w północnej Australii, na całym subkontynencie indyjskim oraz Afryce, ale także w Ameryce Południowej i części Bliskiego Wschodu przez niemal cały rok panować będą upały, a ludzie nie będą mogli żyć tak, jak obecnie. Średnia roczna temperatura przekroczy tam 29°C. Dla porównania, obecnie średnia roczna temperatura w Polsce wynosi około 7°C, a we Francji w granicach 11°C.
Make love not war
Według Organizacji Narodów Zjednoczonych, by odwrócić proces ocieplania klimatu, wystarczy, że kraje rozwinięte przeznaczą na ten cel równowartość 0,7% rocznego PKB. To ostatni z 17 celów zrównoważonego rozwoju, o które walczy ONZ. – Walka z ociepleniem klimatu kosztuje, ale jest ona i tak dużo tańsza niż rachunek, jaki możemy zapłacić za postępujące zmiany. – twierdzi Wojciech Stramski. Czy nasz kraj dysponuje odpowiednim budżetem do walki o Ziemię? Jak wynika z danych OECD, nie. Jesteśmy na szarym końcu. Wydajemy 5 razy mniej niż absolutne minimum określone przez Narody Zjednoczone. Polska na ochronę klimatu wydaje 14 razy mniej, niż na wojsko. Z wynikiem 0,14% PKB jesteśmy w gronie 5 członków OECD, którzy wydają najmniej na walkę ze zmianami na naszej planecie.
Tyle samo co Polacy, wydają Czesi i Węgrzy. Mniej od nas tylko Grecy i Słowacy: po 0,13% PKB. Co ciekawe niewiele więcej niż Polska, wydają… Amerykanie! Rocznie USA przeznacza zaledwie 0,17% PKB, podczas gdy osławiona US Army może liczyć na budżet rzędu 3,1% PKB, czyli 18 razy więcej. Spośród 25 krajów tylko 5 spełnia docelowy poziom 0,7%: Szwecja, Luksemburg, Norwegia, Dania i Wielka Brytania.
Społeczność międzynarodowa oszczędza na ekologii, ale czy nam wszystkim nie odbije się to czkawką? – Oszczędności na ekologii są złudne. Każdy kraj ogląda się na sąsiada i wykorzystuje ten argument by nic nie robić. Granic państw nie wytyczyła natura, z kosmosu ich nie widać. Mamy jedną planetę – zacznijmy po prostu działać i robić to co powinniśmy, by swoją przyszłość ocalić. – mówi Wojciech Stramski i dodaje – Dziś zaciągamy pożyczkę, którą będą musiały spłacić kolejne pokolenia. Za kilka lat ratowanie planety może kosztować znacznie więcej niż 0,7% PKB. Biednych ludzi nie jest stać na tanie rozwiązania. – kończy CEO Deep Change Ventures.
90% płatności bezgotówkowych w Polsce realizowanych jest zbliżeniowo
68% polskich konsumentów pozytywnie ocenia podniesienie limitu płatności zbliżeniowych bez konieczności podawania PIN-u z 50 do 100 zł
Według najnowszych danych Mastercard, 90% płatności kartą w Polsce realizowanych jest zbliżeniowo. Polacy uważają je za bezpieczniejszą formę płatności niż gotówka, co ma duże znaczenie w trakcie trwającej epidemii. Ponad połowa ankietowanych przyznała, że to właśnie panujące okoliczności zainspirowały ich do używania tej metody płatności, a zdecydowana większość deklaruje, że będzie z niej korzystać również po ustaniu zagrożenia epidemicznego.
Płatności zbliżeniowe w pandemii: proste i bezpieczne
Polacy od lat są zwolennikami płatności zbliżeniowych. W pierwszym kwartale tego roku 90% płatności kartami Mastercard w Polsce zrealizowanych zostało zbliżeniowo, podczas gdy w Europie udział ten wyniósł 78%.[1] Potrzeba dbania o higienę i zdrowie sprawia, że Polacy chętniej wybierają zakupy online, a w sklepach stacjonarnych – płatności zbliżeniowe. Niemal wszyscy badani (90%), zgadzają się, że są one bardziej higieniczne, a 85% uważa, że to bezpieczniejsza metoda płatności niż gotówka. Dla 70% spośród nich to pierwszy wybór przy płaceniu za zakupy w czasie epidemii Covid-19, a 54% przyznaje, że to aktualna sytuacja zachęciła ich do częstszego płacenia zbliżeniowo. 89% badanych twierdzi, że będzie nadal korzystać z płatności bezdotykowych, nawet po zakończeniu pandemii.
Poza kwestią bezpieczeństwa, konsumenci cenią płatności zbliżeniowe także za wygodę i szybkość. Miejscami, w których konsumenci korzystają z nich najczęściej są sklepy spożywcze (98%), apteki (81%) i inne sklepy detaliczne (46%).
Wychodząc naprzeciw potrzebom konsumentów, Mastercard niedawno podwyższył limit transakcji zbliżeniowych bez konieczności podawania kodu PIN w 42 krajach. W Polsce, podniesienie limitu z 50 zł do 100 zł pozytywie ocenia 68% użytkowników kart.[2]
„Polscy konsumenci z dużym entuzjazmem podchodzą do płatności zbliżeniowych. Umożliwiając podniesienie limitu płatności bez PIN, Mastercard pomaga im zadbać o zdrowie w czasie pandemii, ale też dodatkowo zwiększa ich wygodę w czasie zakupów. Już wszystkie terminale płatnicze w Polsce obsługują technologię zbliżeniową. Dzięki temu konsumenci mogą dziś powszechnie korzystać z tej bezpiecznej formy płatności bezgotówkowych, która nie wymaga podawania z rąk do rąk nie tylko gotówki, ale również karty płatniczej” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.
Wśród polskich konsumentów najpopularniejszą metodą płatności zbliżeniowych pozostaje wciąż użycie plastikowej karty debetowej lub kredytowej (96%). 36% ankietowanych deklaruje korzystanie z płatności telefonem, a 2% z urządzeń „ubieralnych”, takich jak inteligentny zegarek czy opaska fitness. 4 na 5 (82%) polskich konsumentów deklaruje, że zmieniło kartę, której używa najczęściej, aby mieć możliwość płacenia zbliżeniowo. Z kolei 95% badanych uważa, że przestawienie się na płatności zbliżeniowe jest łatwe.
[1] Wyniki opracowane na podstawie danych transakcyjnych Mastercard (źródło: Mastercard Data Warehouse) oraz badań konsumenckich prowadzonych internetowo w 8 krajach europejskich (1000 osób z każdego kraju) między 10 a 12 kwietnia 2020
[2] Badanie zrealizowane na panelu internetowym (metodą CAWI), wśród ogółu ubankowionych w wieku 18-60 lat; Kantar, kwiecień 2020
Eksperci bezpieczeństwa cybernetycznego z firmy Check Point namierzyli i złapali jednego z najaktywniejszych hakerów na świecie. Przestępca podczas swoich działań rozpowszechniał m.in. polityczne manifesty na stronach internetowych rządów, kradł numery kart kredytowych oraz poufne dane setek tysięcy osób. Działając w ponad 40 krajach na świecie, zhakował łącznie 4820 stron, stając się prawdopodobnie najbardziej aktywnym hakerem świata.
Od 2013 r. setki oficjalnych stron internetowych należących do rządów na całym świecie zostało zhakowanych i zniszczonych przez hakera, znanego jako „VandaTheGod”.
Zdaniem analityków Check Pointa, motywem działania hakera haker nie była chęć wzbogacenia się lecz haktywizm – szerzenie określonej ideologii lub walki z systemem. „VandaTheGod” skupił się na niesprawiedliwości społecznej i protestach antyrządowych. Jednym z jego działań było usunięcie brazylijskiej witryny rządowej i zastąpienie jej hasłem #PrayforAmazonia. Miała to być odpowiedź na rzekome wypalenie lasów deszczowych Amazonii przez brazylijskie instytucje rządowe.
Po tym jak jego aktywność zyskała dużą uwagę społeczną, postanowił skorzystać ze swoich umiejętności w celu wykradania danych kart kredytowych i poufnych danych uwierzytelniających. „VandaTheGod” wykradał m.in. poufne dane z uniwersytetów, urzędów czy szpitali na całym świecie.
W zeszłym roku głosno o nim było po tym, jak w jednej ze swoich kampanii ogłosił w mediach społecznościowych, że uzyskał dostęp do dokumentacji medycznej miliona pacjentów z Nowej Zelandii. Wskazał również, że zamierza wystawić dokument na sprzedaż, w cenie po 200 dolarów za każdy rekord.
Firma Check Point, śledząc działalność hakera na przestrzeni ostatnich lat odkryła sposób działania przestępcy. Każdy jego sukces ogłaszany był na koncie Twitter. Ukrywając się pod pseudonimami, takimi jak „Vanda de Assis” i „SH1N1NG4M3”, haker pisał m.in. tweety o społecznym celu włamań na różne strony internetowe. „VandaTheGod” swój cel ustalony na zhakowanie 5000 stron prawie osiągnął – wg. ekspertów firmy Check Point haker w sumie zaatakował ich około 4820.
W swoim śledztwie analitycy Check Point wykorzystali konta VandaTheGod na Twitterze oraz Facebooku do zebrania wskazówek na temat prawdziwej tożsamości hakera. Po zeskanowaniu postów i tweetów z ostatnich lat, badacze z Check Point dowiedzieli się, że jest mieszkańcem miasta Uberlandia (Stan Minas Gerais) w Brazylii.
– Sprawa ta pokazuje skalę problemu jaki pojedyncza, zdeterminowana osoba może spowodować na arenie międzynarodowej. Chociaż „VandaTheGod” początkowo wydawał się protestować przeciwko domniemanej niesprawiedliwości, to granica między haktywizmem, a prawdziwą cyberprzestępczością okazała się niewielka – podkreśla Lotem Finkelsteen, z działu wywiadu zagrożeń firmy Check Point. – Często widzimy, jak hakerzy podążają podobną drogą rozwijając swoje techniki: od wandalizmu cyfrowego do kradzieży pieniędzy i danych uwierzytelniania. Ujawnienie prawdziwej tożsamości osoby i przekazanie jej organom ścigania powinno położyć kres jego szeroko zakrojonym działaniom przestępczym.
Działając od 2013 roku, VanadaTheGod atakował zarówno rządy, korporacje jak i osoby prywatne. Haker, poza niszczeniem stron rządowych, trudnił się sprzedawaniem informacji firmowych oraz publikowaniem danych z kart kredytowych. VandaTheGod przeprowadził wiele udanych ataków hakerskich, ale ostatecznie poniósł porażkę pozostawiając wiele poszlak, które doprowadziły do wskazania jego prawdziwej tożsamości i przekazania jej brazylijskiej policji.
Firmy związane z branżą winiarską i spirytusową także odczuwają skutki sytuacji związanej z pandemią COVID-19. Europejskie i krajowe restrykcje spowodowały, że sprzedaż dla gastronomii praktycznie stanęła, natomiast okresowe wzrosty zakupów w sklepach nie zrównoważyły spadków. Czy lato pozwoli nadrobić straty?
W Polsce rynek importerów alkoholu jest bardzo rozdrobniony, a dużą ich część stanowią małe, rodzinne firmy. Są one szczególnie podatne na wszelkie zawirowania rynku, co błyskawicznie przekłada się chociażby na opóźnienia w płatnościach. To rozdrobnienie szczególnie widoczne jest w kategorii firm importujących wino – w Polsce mamy tysiące podmiotów, często prowadzonych przez pasjonatów, zajmujących się sprowadzaniem win z włoskich, francuskich czy hiszpańskich winnic.
Sprzedaż alkoholu jak wykres EKG
Restrykcje mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się koronawirusa szczególnie uderzyły w restauracje, puby i hotele. Najbardziej ucierpieli więc ci dystrybutorzy alkoholi, którzy swoją działalność opierali głównie na współpracy z branżą HoReCa (hotelarstwo i gastronomia). W niektórych kategoriach aż 20% sprzedaży dokonywało się właśnie w formie konsumpcji w lokalach. Zamknięcie miejsc, w których goście sięgali po trunki z wyższej półki nie spowodowało, że klienci wybrali się po te same alkohole do sklepów.
Na stagnację w branży alkoholowej wpłynęło także odwołanie imprez branżowych, targów czy festiwali. Różnego rodzaju wydarzenia masowe były doskonałym miejscem promocji dla importerów i dystrybutorów alkoholi. Obecnie z takich możliwości korzystać nie można, a inne formy promocji, dostępne dla innych przedsiębiorców, w branży winiarskiej i spirytusowej są mocno ograniczone prawem.
Życie towarzyskie zamarło jednak nie tylko w miejscach publicznych. Spotkania w gronie znajomych lub w szerszych kręgach rodzinnych skończyły się także w domach. Co prawda Polacy przez cały okres narodowej kwarantanny sięgali po piwo czy wino i spożywali je w domowym zaciszu, ale sumarycznie ilość sprzedawanego alkoholu była niższa niż w normalnych warunkach.
– Zamknięcie galerii handlowych oraz utrudniony dostęp do dyskontów czasowo zmienił koszyk zakupowy. Konsumenci koncentrowali się w pierwszej kolejności na żywności oraz środkach higienicznych – mówi Remigiusz Zdrojkowski z firmy PRO-LOG, wyspecjalizowanej w logistyce towarów akcyzowych. – Sprzedaż alkoholu przypominała diagram EKG. Po pierwszych wzmożonych zakupach nastąpił duży spadek. Czy koniec kwarantanny spowoduje odbicie trendu, w konsekwencji czego średnia sprzedaż powróci do normy? To będzie można ocenić najwcześniej po podsumowaniu wyników za pierwsze półrocze – podkreśla.
Niestabilność w całej Europie
Zawirowania na rynku alkoholi mają związek nie tylko z sytuacją w Polsce. Wina sprowadzane są do Polski przede wszystkim z Włoch, Francji i Hiszpanii, a więc z krajów szczególnie dotkniętych epidemią COVID-19. Tam także wprowadzano restrykcje, które powodowały przerwy w pracy winnic, magazynów i biur. Poza tym drogowy transport międzynarodowy był okresowo ograniczony, a niektórzy przewoźnicy niechętnie wysyłali swoich kierowców na południe Europy.
Teoretycznie ograniczenia w transporcie samochodowym mogłyby spowodować lepsze wykorzystanie możliwości, jakie daje transport kolejowy. W praktyce jednak zmiany w tym zakresie nie były znaczące.
– Z uwagi na rozdrobnienie importerów wina w Polsce, cześć z nich realizuje zakupy spontanicznie w małych ilościach. Na transport kolejowy mogłyby przejść tylko największe firmy, które sprowadzają wino masowo. Należy także pamiętać o konieczności organizacji przeładunku z wagonu na samochód, co przy obecnej siatce terminali znacznie ogranicza elastyczność. Kolejna kwestia to zasady dotyczące odpowiedniej temperatury przewozu. Wagony z możliwością utrzymania kontrolowanej temperatury są trudniej dostępne i droższe niż tradycyjne. W transporcie kolejowym można wykorzystywać także cysterny, ale takie rozwiązanie miałoby uzasadnienie przy jeszcze większych ładunkach – mówi Remigiusz Zdrojkowski.
Sytuacja winiarzy z południa Europy nie jest jednoznaczna. Z jednej strony pojawiają się informacje o dużej ilości niesprzedanych beczek zalegających w winnicach we Włoszech czy Francji, ale z drugiej – w okresie przymusowej izolacji wiele winnic nie mogło normalnie funkcjonować. Jedne źródła donoszą, że czeka nas zalew win w niskich cenach, inne przewidują, że po chwilowym nasyceniu rynku ceny wzrosną, a dostępność win spadnie.
Niespójne informacje mogą po części wynikać z prób forsowania swoich interesów przez różne grupy producentów. W Unii Europejskiej funkcjonuje system dopłat do produkcji oraz przetwórstwa towarów rolnych, więc rolnicy usiłują wpłynąć na rządzących w taki sposób, aby uzyskać jak najkorzystniejsze rekompensaty. A jak wygląda faktyczna sytuacja?
– Koszty związane z produkcją wina (i nie tylko wina) rosną. Od dłuższego czasu na rynku brakuje butelek, co także wpływa na wzrost cen. Koszty transportu to kolejny istotny element. Dla krajów strefy euro nie jest też korzystny aktualny kurs walut, który hamuje eksport na rynki takich jak Rosja, Ukraina, czy Polska – mówi przedstawiciel PRO-LOG-u. – Ale z drugiej strony, za kilka miesięcy możemy spodziewać się następnych zbiorów winogron w Europie. Pojawi się zatem kolejna partia produktów, które będzie trzeba sprzedać. Dlatego w dłuższej perspektywie, zarówno ceny, jak i dostępność nie powinny ulec radykalnym zmianom – podkreśla ekspert.
Pamiętać też trzeba o tym, że wina z Europy konkurują z tymi, które docierają do nas z innych kontynentów. Włoskie czy hiszpańskie winnice nie będą więc mogły pozwolić sobie na utrzymywanie zbyt wysokich cen. Ostatecznie ceny zostaną uregulowane przez rynkowe prawa popytu i podaży, a wino produkowane masowo nadal będzie sprzedawane w dużych ilościach.
Jak radzą sobie firmy w Polsce?
Importerzy i dystrybutorzy w Polsce próbują radzić sobie z sytuacją na rozmaite sposoby. Ich sytuacja nie jest łatwa, szczególnie, że część towaru została „zablokowana” w praktycznie nieczynnym sektorze HoReCa. Płatności regulowane bywają z dużymi opóźnieniami, a na odbiór niesprzedanego towaru oraz jego utylizację związaną z upływem terminu do spożycia pozwolić sobie mogę jedynie najsilniejsi finansowo.
Ratując się, niektórzy dystrybutorzy uruchomili sklepy internetowe, pomimo że na gruncie obowiązującego w Polsce prawa sprzedaż alkoholu na odległość może okazać się ryzykowna. Poza tym na efekty otwarcia e-sklepu trzeba będzie zaczekać prawdopodobnie dłużej niż na zniesienie restrykcji dla gastronomii.
Uruchomienie, a następnie wypromowanie sklepu internetowego może okazać się dużo bardziej czasochłonne i dużo droższe niż wielu przedsiębiorcom się wydaje. Uwzględnić trzeba chociażby koszty obsługi kurierskiej, potrzebę bezpiecznego pakowania pojedynczych butelek, koszty obsługi zwrotów oraz wiele innych kwestii, które nie dotyczą handlu w kanałach tradycyjnych. Należy też pamiętać o tym, że polski klient nie jest przyzwyczajony do kupowania wina ani innych trunków na odległość, a na zmianę gustów czy mentalności także trzeba poczekać.
– Statystyki pokazują, że za 80% sprzedaży w Polsce odpowiadają wina w cenie do 25 zł, kupowane najczęściej ad hoc, a nie kartonami. Czy dorośliśmy do zakupów alkoholu on-line, czas pokaże. Trudno jednak oczekiwać, że Polacy przestawią się na takie zakupy z dnia na dzień – zauważa Remigiusz Zdrojkowski.
Póki co, dla firm znacznie bardziej przyziemnym ratunkiem może być odroczona płatność podatku akcyzowego. W przypadku, gdy alkohol trafia do składu podatkowego lub składu celnego, podatek akcyzowy zostaje odroczony do czasu, kiedy towar opuści taki skład. Posiadanie własnego składu jest kosztowne, jednak na rynku działają także firmy zewnętrzne, które świadczą usługi tego typu również dla małych i średnich firm. Takie rozwiązanie ułatwia importerom zachowanie płynności finansowej. Dopóki bowiem towar pozostaje w składzie, nie pojawia się konieczność zapłaty podatku. Gdy jednak trafi już na sklepowe półki, do zapłaty będzie podatek większy aż o 10% (o tyle od stycznia wzrosła akcyza).
W praktyce, bariery prawne, administracyjne i podatkowe dla firm z branży alkoholowej wciąż pozostają w naszym kraju bardzo wysokie. Dostęp do administracji jest utrudniony, a terminy rozpatrywania wniosków nie uległy skróceniu. Aby więc sytuacja firm z branży uległa poprawie, potrzebne są nie tyle doraźne działania związane z kryzysowymi formami pomocy, co działania systemowe i długofalowe, np. związane z uproszczeniem procedur i jednoznacznym uregulowaniem sprzedaży on-line.
Póki co, importerom alkoholi pozostaje czekać na poprawę koniunktury. Optymizmem napawa fakt, że w nadchodzące wakacje większość Polaków planuje pozostać w kraju, ratując gospodarkę swoimi zakupami. A ponieważ Polska postrzegana jest jako państwo, które zostało w niewielkim stopniu dotknięte przez epidemię, jest szansa także na zwiększony napływ turystów z zagranicy. Oni także będą robili w Polsce zakupy, a będzie to dla nich tym łatwiejsze, że złotówka w stosunku do euro i dolara pozostaje walutą bardzo słabą.
W efekcie jest szansa, że sprzedaż alkoholu w Polsce po koronawirusie odbije się, a firmy związane z branżą winiarską i spirytusową odrobią straty.
Z badań przeprowadzonych przez MJCC, agencję specjalizującą się w obszarze marki pracodawcy, wynika, że koronawirus znacząco wpłynie na postrzeganie polskich firm jako atrakcyjnych miejsc pracy.
Pracodawcy w obliczu pandemii stanęli wobec ogromnego wyzwania, związanego z zapewnieniem bezpieczeństwa i wdrożeniem niezbędnych ograniczeń, aby zmniejszyć ryzyko szerzenia się wirusa. Jest to szczególna sytuacja, ponieważ zagrożenie dotyczy nas wszystkich. Pracownicy nie są więc tutaj wyłącznie biernymi obserwatorami czy nawet wykonawcami decyzji administracyjnych, ale odbierają je na bardzo osobistym poziomie, niejednokrotnie emocjonalnie. Pandemia od dwóch miesięcy nie schodzi z czołówek mediów i jest pierwszym tematem podejmowanym w rozmowach ze znajomymi. Jak się okazuje, stanowi też nowy punkt odniesienia w tym, jak oceniamy naszych pracodawców: według raportu „Marka pracodawcy w obliczu pandemii” opublikowanego przez MJCC aż ¾ badanych śledzi działania firm podczas pandemii.
Ogólny obraz wydaje się pocieszający: aż 84 proc. respondentów uważa, że w ich firmie wprowadzono odpowiednie rozwiązania, aby chronić pracowników. Warto jednak zauważyć, że zgadzały się z tym twierdzeniem głównie osoby, które w obecnej sytuacji mogą pracować zdalnie, natomiast wśród tych, którzy nie mają takiej możliwości, już 22 proc. uważa że ich pracodawca nie poradził sobie w tym aspekcie.
– Rozdźwięk w perspektywie osób pracujących zdalnie oraz tych, których praca na to nie pozwala, jest widoczny w całym badaniu. Długoterminowo szczególnie dotkliwy dla pracodawców może okazać się fakt, że wśród osób pracujących w bezpośrednim kontakcie z innymi blisko 30 proc. ocenia, że firma chce zachować ciągłość przychodów, nawet kosztem narażania zdrowia pracowników i w efekcie tracą oni zaufanie do swojego pracodawcy – mówi Urszula Płosarek, Menedżer ds. Strategii w MJCC.
Pracownicy oczekują edukacji i wsparcia emocjonalnego
Kiedy media borykają się z fake newsami, a media społecznościowe pozwalają zaistnieć nieskończenie wielkiej liczbie „ekspertów”, odbiorcy szukają wiarygodnych źródeł informacji. I pod tym kątem oceniają też komunikację firmy, w której są zatrudnieni: 67 proc. respondentów przyznało, że czują się spokojniejsi dzięki komunikatom płynącym od ich pracodawcy. Czego w takim razie oczekują w tych komunikatach? Przede wszystkim edukacji: w zakresie higieny i zapobiegania zakażeniu COVID-19. Ważne okazało się także zapewnienie wsparcia emocjonalnego pracownikom oraz komunikacja o aktualnym rozwoju pandemii. Respondenci zwracali jednak uwagę, aby nie obciążyć komunikacji wewnętrznej nadmiarem informacji, które nie są kluczowe z punktu widzenia pracy. – Wyniki naszych badań dają ciekawy punkt odniesienia dla osób zajmujących się komunikacją wewnętrzną i kształtowaniem polityk HR w firmach: osoby z działów HR i komunikacji nie tylko lepiej oceniają podjęte przez pracodawcę działania i samą komunikację, lecz także są bardziej przychylne w interpretacji jego intencji. Z jednej strony jest to zrozumiałe z racji pełnionej przez nie roli, z drugiej jednak warto pamiętać o tym specyficznym zakrzywieniu perspektywy, bo nawet dobrze zrealizowane działania, jeżeli nie będą skutecznie zakomunikowane w firmie, mogą przyczynić się do spadku zaangażowania i wzrostu wskaźników rotacji, gdy kryzys przeminie – dodaje Adrian Juchimiuk, Partner w MJCC.
Badani obserwują, jak w obliczu pandemii zachowali się inni pracodawcy
To, jak firmy poradziły sobie w obliczu pandemii, z pewnością znajdzie odbicie w postrzeganiu ich marki pracodawcy: co trzeci z badanych przyznaje, że działania innego pracodawcy w okresie pandemii zachęciły ich do wysłania aplikacji (w największym stopniu dotyczy to osób pracujących w bezpośrednim kontakcie z klientami lub innymi pracownikami oraz zatrudnionych w małych firmach do 50 pracowników). Interesujące jest to, że podczas wskazania czynników wypływających na wybór pracodawcy, obok umowy o pracę, wynagrodzenia i stabilności, pojawiły się też m.in. możliwość pracy zdalnej, podejście do pracowników w czasie pandemii, a także bezpieczeństwo i higiena pracy.
Badanie „Marka pracodawcy w obliczu pandemii” było przeprowadzone od 4 do 13 maja 2020 roku i wzięło w nim udział 607 osób, które udzieliły odpowiedzi za pośrednictwem ankiety internetowej CAWI. Wśród respondentów były zarówno osoby pracujące zdalnie (37%), jak i wykonujące pracę związaną z bezpośrednim kontaktem z klientami (34%) lub w bezpośrednim kontakcie z innymi pracownikami (25%). Najwięcej badanych było zatrudnionych w obsłudze klienta (24%), obszarze sprzedaży (16%) oraz HR, komunikacji i PR (16%).
Ostatnie miesiące były wyjątkowym czasem próby dla nas wszystkich – zarówno dla polskich banków, przedsiębiorstw, pracodawców, jak i pracowników. W tym trudnym okresie dla polskiej gospodarki dyskusja o powinności instytucji finansowych jest jeszcze bardziej istotna niż wcześniej, dlatego wychodząc naprzeciw zmieniającej się rzeczywistości postanowiliśmy zorganizować EKF Online – pierwszą konferencję EKF przeprowadzoną w całości w sieci!
EKF Online to 3 dni wystąpień, debat i paneli dyskusyjnych, które będą transmitowane na żywo z naszego studia w Warszawie – łącznie aż 18godzin rozmów i dyskusji. Ponad 60 czołowych ekspertówekonomicznych i managerów najwyższych szczebli będzie rozmawiać o odpowiedzialnych finansach i roli instytucji finansowych w czasie kryzysu, innowacyjności w procesie odbudowy gospodarki i o restrukturyzacji finansowej przedsiębiorstw i banków.
To, czego potrzebuje sektor finansowy, a także realna gospodarka w obecnym czasie to przede wszystkim praktyczne rozwiązania, dlatego wraz z naszymi partnerami zapraszamy na całą serię rozmów o tym, jak funkcjonować w nowej rzeczywistości. Z naszymi ekspertami będziemy rozmawiać o narzędziach wsparcia w procesie wychodzenia z kryzysu, innowacyjności w okresie post-Covid, aspektach związanych z Tarczą Antykryzysową, wiarygodności systemu finansowego, zmianach zachowań konsumentów i o najnowszych rozwiązaniach cyfrowych.
Wsród prelegentów EKF online znajdą się m.in.: Valdis Dombrovskis, Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, prof. Teresa Czerwińska, Wiceprezes Europejskiego Banku Inwestycyjnego, Paweł Borys, Prezez Zarządu PFR, György Matolcsy, Gubernator Magyar Nemzeti Bank, Jean Lemierre, Przewodniczący Rady BNP Paribas Group, Daniel Gros, Dyrektor CEPS, Paul De Grauwe, John Paulson Chair in European Political Economy, European Institute, London School of Economics and Political Science i wielu innych.
EKF online jest inicjatywą otwartą i bezpłatną. Serdecznie zapraszamy do uczestnictwa. Po więcej szczegółów zapraszamy na stronę: www.efcongress.com.
Jubileuszowe dziesiąte spotkanie Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie w formie stacjonarnej odbędzie się z kolei jesienią, 12 ‒ 14 października br.
Dzisiaj decyzja w sprawie stóp procentowych w Polsce. Analitycy nie są zgodni w którą stronę pójdzie Rada Polityki Pieniężnej. Na stole jest wiele różnych scenariuszy.
Co zrobi Rada?
Temat posiedzenia RPP od dawna nie był taki gorący. Analitycy zastanawiają się, co dzisiaj może się wydarzyć na posiedzeniu. Na stole jest wiele wariantów, a zbliżające się nieubłaganie do ujemnych poziomów stopy procentowe powodują, że w obiegu są również coraz bardziej egzotyczne koncepcje w sprawie alternatywnych metod wpływu na rynek względem obniżki stóp procentowych. Wielu analityków wskazuje, że programy skupu, szczególnie obligacji rządowych, pozwoliłyby finansować rosnące potrzeby pożyczkowe naszego kraju.
Optymizm na rynkach trwa
Kolejny dzień na rynkach bez korekty powoduje, że złoty zadomowił się już na nowych poziomach. Inwestorzy czekają obecnie na sygnał co dalej. Z jednej strony po silnym ruchu przeważnie przychodzi czas na korektę. Z drugiej warto zwrócić uwagę, że dzisiejsze posiedzenie RPP może być tym elementem wskazującym dalszy kierunek zmian. Gdyby nie doszło do decyzji Rady mogłoby to spowodować dalsze umocnienie złotego. Z drugiej strony obniżka stóp może być sygnałem do realizacji zysków.
Co słychać w EBC?
Wczorajsze wystąpienie Christine Lagarde poruszyło kilka tematów, o których się już wcześniej mówiło na rynkach. Potwierdziła ona pesymistyczną prognozę spadku gospodarki europejskiej o 8-12% w tym roku. Biorąc pod uwagę obecne dane makroekonomiczne prognoza taka uwzględnia prawdopodobnie drugą falę koronawirusa w końcu tego roku. Obecne spowolnienie nie powinno bowiem wywołać aż takiego spadku. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę szczególnie na gigantyczne programy pomocowe, które akurat powinny, kosztem zadłużenia, mocno popchnąć wzrosty.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Producentów może czekać najmocniejsze, od wejścia Polski do UE, załamanie eksportu żywności
Polska branża spożywcza posiada jednak wiele atutów, które powinny sprzyjać szybkiej odbudowie sprzedaży zagranicznej
Według MFW PKB ważony udziałami krajów w polskim eksporcie żywności obniży się o 7 proc. Środowisko międzynarodowe dla eksportu jest zatem bardzo niesprzyjające. Szacunki z raportu SpotData na zlecenie Santander Bank Polska: „Szok. I co dalej? Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19” wskazują, że w tym roku eksport żywności może spaść ogółem o 8 proc. – do 28,9 mld euro, z 31,4 mld euro odnotowanych w 2019 r. Dla polskich producentów to pierwszy tak mocny wstrząs od czasu wejścia kraju do Unii Europejskiej.
Prognozy MFW wskazują, że światowy PKB obniży się w tym roku o 3 proc. Ale już PKB ważony udziałami krajów w polskim eksporcie zmniejszy się o 6 proc. Natomiast PKB ważony udziałami krajów w polskim eksporcie żywności obniży się o 7 proc.
Rozkład ryzyka jest asymetryczny, co oznacza, że większe jest niebezpieczeństwo, że ostateczny wynik będzie gorszy od prognozy ekspertów niż szansa, że będzie lepszy. Wiele wskazuje na to, że naszych eksporterów żywności czeka najgorszy rok od czasu przystąpienia Polski do struktur Unii Europejskiej.
– Branża spożywcza przyzwyczaiła nas do pobijania kolejnych rekordów w zakresie wzrostu exportu r/r. Obecna sytuacja jest bezprecedensowa i niepodobna do poprzednich. Na kanwie tej wyjątkowości, z jaką się mierzymy oraz na bazie doświadczeń z poprzednich kryzysów, z których branża wychodziła obronną ręką, sądzę, że nawet wysoki spadek zostanie szybko odrobiony – komentuje Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora spożywczego w Santander Bank Polska.
Producenci żywności – zwykle w miarę odporni na wstrząsy makroekonomiczne – mierzą się obecnie z wyzwaniem, z którym wcześniej się nie spotkali. Badania ankietowe prowadzone przez GUS pokazują, że skala spadku zamówień nie ma precedensu w ostatnich dwóch dziesięcioleciach. W kwietniu br. wśród ankietowanych przedsiębiorstw spożywczych, odsetek firm raportujących spadek sprzedaży zagranicznej był wyższy o 27 p.p. od raportujących wzrost. Z kolei w maju ta różnica zwiększyła się do 36 p.p.
Wykres 1. Ocena zamówień zagranicznych w sektorze produkcji żywności
Źródło: „Szok. I co dalej? Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19”
Bardzo możliwe, że tak głęboki spadek w ocenie popytu zagranicznego jest w części efektem ogólnego spadku nastrojów, który wystąpił w warunkach kwarantanny społecznej. Ale nie ulega wątpliwości, że pandemia ma realny negatywny wpływ na prowadzony biznes.
– Co istotne, sytuacja jest zróżnicowana w zależności od sektorów branży spożywczej w jakich działają nasi przedsiębiorcy oraz w jakim stopniu ich sprzedaż jest zdywersyfikowana. Mam tu na myśli na przykład udział sprzedaży do sektora HoReCa. W tym przypadku, w związku z ograniczeniem funkcjonowania tej branży w Unii Europejskiej, nastąpił silny spadek sprzedaży eksportowej z Polski. Zamknięte rynki w Niemczech, Francji, Włoszech, UK zastopowały sprzedaż, a część firm do tej pory ma zapasy niesprzedanych towarów na te rynki – zauważa Renata Dutkiewicz.
Ścieżki gospodarki
Eksperci podkreślają, że epidemia jest zjawiskiem na tyle wyjątkowym, że opisanie zachowania gospodarki w czasie jej trwania jest znacznie trudniejsze niż zwykle. Przyjmuje się dwie najbardziej prawdopodobne wersje w analizach ekonomicznych.
Pierwsza z nich zakłada, że duża fala epidemii nie wróci, ale środki ostrożnościowe jeszcze przez 2-3 kwartały po epidemii będą tłumiły wzrost gospodarczy. Czas potrzebny do przywrócenia produkcji też będzie dłuższy niż kwartał. Według ekspertów w tym momencie jest to scenariusz umiarkowanie optymistyczny.
Z kolei w drugiej wersji fala epidemii na jesieni może powrócić i wywołać konieczność wprowadzania kolejnych „lockdown’ów”. Potem gospodarka zacznie powoli wracać do normalnej ścieżki, ale szkody wywołane epidemią nie prędko da się naprawić – ścieżka PKB będzie długo poniżej normy.
– Biorąc pod uwagę ryzyko nawrotów epidemii oraz wzrost skłonności do oszczędzania przezornościowego wśród firm i konsumentów, trudno liczyć na szybką odbudowę popytu w gospodarce i powrót do stanu sprzed kilku miesięcy. Czeka nas trudny czas w gospodarce. Ale jednocześnie można założyć, że instrumenty polityk publicznych stosowane w krajach UE czy USA i zabezpieczające przed czarnymi scenariuszami będą efektywne. Podniesienie zdolności reakcji systemu ochrony zdrowia powinno pozwolić na szybsze ograniczanie ognisk epidemii. A reakcja polityki fiskalnej i monetarnej może zapobiegać trwałemu załamaniu popytu. Zakładam więc ostrożnie, że w ciągu paru kwartałów zacznie się dynamiczne odrabianie strat po kryzysie – mówi Ignacy Morawski, dyrektor SpotData.
Sukces jest możliwy
Polska branża spożywcza ma silne fundamenty oraz posiada wiele atutów, aby odbudowywać sprzedaż za granicę.
Od momentu wejścia do Unii Europejskiej eksport artykułów rolno-spożywczych z Polski wzrósł ponad pięciokrotnie (o 450 proc.). Udział sektora żywności w całym polskim eksporcie zwiększył się dzięki temu z 8,6 proc. do 13,3 proc. i jest znacznie wyższy niż średnia dla wszystkich krajów UE (10 proc.).
Dziś Polska jest 17. eksporterem żywności na świecie. Tempo ekspansji, obserwowane w ostatnich latach, wskazuje, że do 2030 r. Polska powinna wejść do grupy dziesięciu największych eksporterów. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że kraj posiada w tej dziedzinie istotne przewagi konkurencyjne – dobre warunki, solidne firmy, utarte szlaki handlowe, wciąż atrakcyjne koszty pracy. Sukces jest nadal możliwy, jeżeli tylko obecny kryzys nie zaburzy trwale handlu międzynarodowego.
Doświadczyliśmy wolnego czasu, wspólnego przygotowywania posiłków i jedzenia w rodzinnym gronie. Sięgnęliśmy po stare przepisy i przetwory. To jest impuls do poprawy naszej diety. Szansą na utrwalenie tych dobrych nawyków jest pojawianie się świeżych warzyw i sezon na polskie superowoce – to wnioski z realizowanych przez Kantar dla KZGPOiW „Narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców”.
„Nie zmienialiśmy diety w celu zwiększenia odporności i nie dostosowywaliśmy jej do sytuacji epidemii. Konsumenci ograniczyli ilość wyjść na zakupy. Często na stołach pojawiały się przetwory, także te własnej roboty. Niektórym badanym epidemia dała impuls do zmiany diety i zwiększenia udziału w niej warzyw i owoców. Argumentowali to większą ilością czasu i powrotem do gotowania w domu” – dodaje Agata Zadrożna, ekspert Kantar.
„Doświadczenia pandemii mogą pomóc oprzeć dietę na bardziej tradycyjnych sposobach odżywiania. Nie tylko chodzi tu o skład posiłków, to także styl życia obejmujący aktywności fizyczne, odpowiedni odpoczynek i aktywność społeczną, choćby podczas przygotowywania i wspólnego jedzenia posiłków” – wyjaśnia prof. Ewa Stachowska, specjalistka z dziedziny żywienia człowieka i dietetyki Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.
„Powrót do bardziej tradycyjnej diety jest widoczny w sprzedaży owoców jagodowych. Owoce jagodowe są wpisane w tradycję polskiego sadownictwa. Nasz sezon zaczął się od truskawek, jeszcze w maju. Następne na stoły trafiają maliny, borówki, porzeczki (czarne i czerwone), aronia i na koniec, w październiku, czy też na początku listopada, późne odmiany malin, popularnie zwane +jesiennymi+. Na wypracowanie nawyku codziennej konsumpcji świeżych owoców mamy pół roku” – powiedział dr Paweł Krawiec z Horti Team.
„W porównaniu z czasem sprzed epidemii COVID-19 wzrosło znaczenie przetworów. Łatwiej jest je przechowywać, a charakteryzują się podobnym poziomem wartości odżywczych co świeże warzywa i owoce” – komentuje dr Barbara Groele, sekretarz generalny KUPS.
„To czy warzywa, owoce i ich przetwory trwale zwiększą swój udział w diecie Polaków bardziej zależy od pomysłowości producentów i żywieniowych edukatorów, niż od samej pandemii. Przed nami ważny okres, wiosna to nowalijki, a lato to świeże polskie superowoce. Czas kluczowy dla promocji postaw i diety, w której warzywa i owoce powinny stanowić połowę tego co spożywamy” – podsumowuje Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.
„Narodowe badania konsumpcji warzyw i owoców” realizowane są przez KANTAR dla Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw. Projekt realizowany jest we współpracy z agencją INSPIRE smarter branding.
Zadanie finansowane jest ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw.
Patronat honorowy: Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.