JR HOLDING ASI S.A. chce skomercjalizować testy smakowe na COVID-19

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., podpisała przedwstępną umowę sprzedaży praw własności intelektualnej, zgodnie z którą Sprzedający zobowiązali się do przeniesienia na Spółkę praw do uzyskania dwóch patentów na wynalazek w przygotowaniu oraz koncepcji produktu rynkowego w postaci zestawów testowych do badań klinicznych i przesiewowych populacji na COVID-19.

Emitent poinformował o podpisaniu z sześcioma osobami fizycznymi, będącymi jedynymi właścicielami, posiadającymi pełne autorskie prawa majątkowe do zgłoszeń patentowych, przedwstępną umowę sprzedaży praw własności intelektualnej. Zgodnie z nią osoby fizyczne zobowiązały się do przeniesienia na Emitenta prawa do uzyskania dwóch patentów. Pierwszym z nich jest patent na wynalazek w przygotowaniu pod tytułem „System oraz sposób wykrywania zaburzeń smaku u osób z zakażeniem wirusowym w szczególności wirusem SARS-CoV-2”, zgłoszony do ochrony w dniu 06.04.2020 r. Wynalazek ten dotyczy wykorzystania stymulacji prądowej receptorów smaku w celu wyznaczania wysokości progów czuciowych. Z kolei drugim jest patent na wynalazek w przygotowaniu pod tytułem: „Sposób do przesiewowej identyfikacji osób o zwiększonym ryzyku zakażenia wirusem SARS-CoV-2, diagnostyczny zestaw testowy oraz urządzenie do realizacji tego sposobu” zgłoszony do ochrony w dniu 21.05.2020 r. Wynalazek dotyczy zastosowania gustometrii chemicznej w celu ilościowej i jakościowej oceny zaburzeń smaku w przebiegu COVID-19. Sprzedający zobowiązali się również do przeniesienia na Spółkę prawa do koncepcji produktu rynkowego w postaci zestawów testowych do badań klinicznych i przesiewowych populacji. Zawarcie umowy przyrzeczonej powinno nastąpić w terminie do dnia 25 czerwca 2020 r. Zarząd JR HOLDING ASI S.A. widzi bardzo duży potencjał w komercjalizacji powyższej technologii na masową i globalną skalę.

„Mamy bardzo ambitne plany w zakresie komercjalizacji tych zestawów testowych jako pierwszych na świecie, które wykrywają zaburzenia smaku w przebiegu COVID-19. Zgodnie z założeniami komercjalizacja ma odbywać się na skalę masową oraz na rynkach globalnych. Istotną przewagą konkurencyjną tych zestawów testowych będzie ich niska cena, która wpłynie na wyższą dostępność dla klientów. Cały projekt będzie realizowany albo poprzez spółkę celową albo w ramach kooperacji z globalnym podmiotem z branży FMCG, z którym partnerstwo przyniesie wymierne korzyści.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.

Badania kliniczne polskiego zespołu badawczego jako jedne z pierwszych na świecie odpowiadają na globalną potrzebę opracowania wiarygodnej technologii masowych testów przesiewowych, pozwalających na szybką identyfikację osób zarażonych. Wyniki badań prowadzonych w Polsce na osobach zarażonych SARS-CoV-2 zostaną w tym tygodniu przekazane do publikacji w międzynarodowych periodykach medycznych.

„Dotychczas w badaniach zaburzeń smaku upatrywano głównie nadziei na diagnozowanie wczesnych stadiów choroby Parkinsona. Sytuację diametralnie zmienił wybuch pandemii SARS-CoV-2 wywołującego chorobę COVID-19. Pojawiły się doniesienia o związku zaburzeń smaku i węchu z zakażeniem koronawirusem. Wielka Brytania i USA z czasem uznały je za jedne z najbardziej charakterystycznych wczesnych objawów choroby. Na podstawie moich badań nad obiektywną oceną smaku, które prowadzę od 2011 r., opracowałem technologię wykrywania jego zaburzeń, która została z sukcesem przetestowana w warunkach klinicznych na pacjentach zakażonych SARS-CoV-2. Badania z wykorzystaniem stymulacji prądowej były następnie podstawą do opracowania jeszcze prostszej i tańszej metody z wykorzystaniem substancji chemicznych. Wypracowana przez nas metoda ma olbrzymi potencjał w badaniach przesiewowych populacji.” – komentuje Janusz Frączek, inżynier elektronik, absolwent Politechniki Warszawskiej, autor pionierskich międzynarodowych publikacji naukowych z dziedziny elektrogustometrii.

„W obecnej sytuacji, w której nie ma jeszcze opracowanej szczepionki na SARS-CoV-2, jedyną skuteczną metodą opanowania pandemii jest wykonywanie masowych testów na obecność koronawirusa, izolacja oraz wdrożenie wczesnego leczenia u osób zarażonych. Pomimo, iż dysponujemy coraz doskonalszymi metodami badań serologicznych i genetycznych, metody te ze względu na czas oczekiwania na wyniki i koszt nie są w praktyce wykorzystywane do badań przesiewowych. Według naszej wiedzy, przeprowadziliśmy jedno z pierwszych na świecie badań zaburzeń smaku na populacji przedszpitalnej, z grupą kontrolną.” – dodaje Kamil Adamczyk, lekarz, na co dzień pracujący w jednoimiennym szpitalu zakaźnym.

JR HOLDING ASI S.A. zakończyła 1 kw. 2020 r. zyskiem netto w wysokości 15,88 mln zł, który wynikał z zastosowania nowej metodę wyceny posiadanych aktywów, do czego Emitent jest zobowiązany jako Alternatywna Spółka Inwestycyjna. Osiągnięty wynik finansowy należy uznać za bardzo dobry, szczególnie w kontekście trudnej sytuacji rynkowej na giełdach, wynikającej z pandemii koronawirusa.

W najbliższym czasie JR HOLDING ASI S.A. zamierza przeprowadzić aktualizację strategii rozwoju na lata 2020-2022. Jednym z nowych obszarów działalności inwestycyjnej Emitenta będzie realizowanie inwestycji w fundusze Alfa Bridge z dofinansowaniem z NCBiR-u oraz PFR Starter FIZ. Z kolei drugim kierunkiem inwestycji będą spółki z szeroko pojętego sektora Life Science. JR HOLDING ASI S.A. posiada już w swoim portfelu inwestycyjnym kilka podmiotów z tego sektora m.in. Adelante Sp. z o.o. (w trakcie zmiany nazwy na Ongeno Sp. z o.o.), Medcamp S.A. oraz GenXone S.A.

Portfel inwestycyjny JR HOLDING ASI S.A. cechuje duża dywersyfikacja, która powinna umożliwić odporność na zmiany rynkowe. Jedną ze spółek portfelowych jest notowana na rynku NewConnect Columbus Energy S.A. będąca liderem na rynku nowoczesnej energetyki, w tym fotowoltaiki w Polsce. JR HOLDING ASI S.A. jest także największym akcjonariuszem Setanta S.A. – spółki notowanej na Głównym Rynku GPW w Warszawie, która jest w trakcie połączenia z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Kolejnym podmiotem portfelowym jest notowany na rynku NewConnect producent gier komputerowych ONE MORE LEVEL S.A., pracujący aktualnie nad swoją największą produkcją – grą „Ghostrunner”. W portfelu inwestycyjnym Emitenta znajduje się również notowana na rynku NewConnect spółka TopLevelTennis.com S.A., która buduje globalną platformę szkoleniowo-edukacyjną TopLevelTennis.com, na której zamieszczane będą nagrania z największymi światowymi gwiazdami tenisa ziemnego. JR HOLDING ASI S.A. posiada też pakiet akcji Premium Fund S.A. z rynku NewConnect, która nabyła 100% udziałów Mousetrap Games Sp. z o.o. działającej w branży gier mobilnych. Z kolei spółka portfelowa, notowana na rynku NewConnect, Synerga.fund S.A. posiada 8% udziałów w spółce ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Będzie również odpowiadać za marketing i skalowanie terapii na świecie, a także budowę globalnej marki w przedsięwzięciu polegającym na wdrożeniu terapii leczenia stwardnienia rozsianego, które jest realizowane w spółce Adelante Sp. z o.o. (w trakcie zmiany nazwy na Ongeno Sp. z o.o.), w której JR HOLDING ASI S.A. jest wiodącym inwestorem. JR HOLDING ASI S.A. jest również największym akcjonariuszem notowanej na rynku NewConnect Spółki MEDCAMP S.A. zajmującej się realizowaniem innowacyjnych projektów medycznych oraz biotechnologicznych, ze szczególnym uwzględnieniem genetyki.

Spółka wypracowała w 2019 r. ponad 165 mln zł zysku brutto, co jest rekordowym wynikiem w jego wieloletniej historii. W minionym roku JR HOLDING ASI S.A. została wpisana przez Komisję Nadzoru Finansowego do Rejestru Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi.

Branża lotnicza w głębokim kryzysie. Po uruchomieniu połączeń ceny biletów mogą wzrosnąć

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych dniach i tygodniach powróci część połączeń lotniczych, a na lotniskach i w samolotach będą obowiązywały nowe zasady bezpieczeństwa. – Cała branża czeka na odmrożenie, bo dotychczasowe straty przewoźników globalnie szacowane są na 350 mld dol. – mówi Eryk Kłopotowski, ekspert ds. lotnictwa. Pytanie tylko, czy popyt na ich usługi będzie wystarczający, żeby zapewnić rentowność. Tym bardziej że ograniczenia w sprzedaży mogą spowodować wzrost cen biletów.

Nie ma jednolitych standardów, które będą obowiązywały pasażerów linii lotniczych podczas pobytu na lotnisku i podróży. Wszystko wskazuje na to, że każda linia i port będą miały swoje wymogi. Przykładowo Islandia ogłosiła, że pierwszych kilka tysięcy turystów zostanie za darmo przetestowanych na obecność koronawirusa. Obecnie głównym zadaniem dla całej branży lotniczej jest opracowanie jednolitego schematu, który będzie obowiązywał we wszystkich krajach – mówi agencji Newseria Biznes Eryk Kłopotowski, ekspert rynku lotniczego.

LOT opracował wytyczne dla pracowników i pasażerów związane z zagrożeniem epidemiologicznym, m.in. ograniczenie kontaktów z załogą, zachowanie dystansu w terminalu, noszenie maseczek i rękawiczek, używanie chusteczek i płynów dezynfekcyjnych czy podawanie napojów i przekąsek w indywidualnych opakowaniach. Podobne zasady wprowadzają linie lotnicze w Europie. Komisja Europejska wydała wytyczne w sprawie korzystania ze środków transportu, w tym z samolotów. Zaleca m.in. regularne czyszczenie i wentylację pomieszczeń, ograniczenie kontaktów między pasażerami i załogą oraz stosowanie środków ochrony osobistej.

Jak podkreśla ekspert, na pewno możemy się spodziewać mniejszej aktywności ze strony obsługi, toalety zostaną zapewne zamknięte na czas lotu i będą otwierane tylko przez załogę oraz dezynfekowane po każdym użyciu.

Mówi się o maseczkach, ale nie ma jeszcze jasnych wytycznych, czy wystarczą jednorazowe na cały lot, czy też pasażerowie na dłuższych trasach będą musieli je zmieniać. Mówi się także o tym, że każdy pasażer będzie zobowiązany nosić rękawiczki, ale nie wiadomo, czy mają one być udostępnione i założone na pokładzie, czy mogą to być rękawiczki, w których wejdzie on do portu lotniczego – dodaje ekspert.

Z pewnością pasażerowie muszą liczyć się z tym, że czas kontroli i oczekiwania na lotniskach znacznie się wydłuży.

W Polsce przywracanie połączeń lotniczych ma się odbywać w trzech fazach. Pierwsza dotyczy połączeń krajowych i ruszy od 1 czerwca. PLL LOT będą latać między ośmioma portami lotniczymi: w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Wrocławiu i Zielonej Górze. Nowy rozkład lotów obejmuje około 30 połączeń dziennie. Kolejne terminy odmrażania połączeń będą zależały od rozwoju sytuacji epidemiologicznej. W drugiej fazie mają powrócić loty do krajów europejskich, a trzecia ma dotyczyć połączeń międzykontynentalnych. Przy czym loty będą się odbywały wyłącznie do tych krajów, w których sytuacja związana z pandemią COVID-19 jest pod kontrolą. Na odmrożenie podróży czeka branża na całym świecie.

– Pozytywny w tej sytuacji jest jedynie fakt, że kryzys dotyka wszystkich mniej więcej w takim samym stopniu. Chociaż zapewne ci, którzy byli w kłopotach finansowych przed pandemią, dzisiaj cierpią najbardziej. Linie lotnicze mogą liczyć na większe wsparcie rządów i organizacji ponadrządowych, np. Unii Europejskiej, i tej pomocy nikt nie będzie kwestionował. To jest dobra wiadomość dla przewoźników, którzy są uzależnieni od budżetu państwa. Dodatkowo linie lotnicze mogą wykorzystać ten czas na głęboką restrukturyzację, która w niektórych przypadkach jest od wielu lat konieczna. Tym bardziej że teraz nie ma zagrożenia strajku. Na pewno należy spodziewać się zwolnień na tych stanowiskach, które nie zostaną przywrócone po powrocie do normalnego funkcjonowania linii lotniczych – uważa Eryk Kłopotowski.

Jego zdaniem ograniczenia w podróżowaniu samolotem raczej nie powinny oznaczać końca taniego latania, ale takiego scenariusza nie można wykluczyć. Grozi nam on w dwóch przypadkach.

– Po pierwsze, kiedy ograniczona będzie podaż, czyli na przykład w sytuacji, kiedy nie będzie możliwa sprzedaż środkowego fotela. Po drugie, kiedy popyt spadnie tak bardzo, że istotnie wpłynie na ograniczenie podaży. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie i uda się zachować rozsądek w kwestii zasad sprzedaży i korzystania z pokładów samolotów – dodaje ekspert. – Liczę na to, że pasażerowie, którzy lubią podróże, będą latali jeszcze chętniej, zmęczeni siedzeniem w domu. Z drugiej strony możliwe, że również osoby, które rzadko podróżowały, będą chciały to zmienić, zanim pojawi się kolejna fala zachorowań i restrykcji lub zupełnie nowa epidemia.

Likwidacja tanich lotów oznaczałaby wykluczenie ekonomiczne części pasażerów, a w dużej części dotyczyłoby to Polaków. W Polsce znaczna część rynku lotniczego należy do przewoźników niskokosztowych. Wśród trzech największych linii lotniczych na krajowym rynku są dwie tanie linie – Ryanair i WizzAir.

Trudniej o kredyt mieszkaniowy. Banki zaostrzają wymagania dotyczące wkładu własnego i wiarygodności kredytowej

Dane BIK pokazują, że w kwietniu spadła liczba i wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych. Banki udzieliły ich o 23 proc. mniej. Na początku maja jednak liczba zapytań o nowe kredyty hipoteczne wzrosła o 25 proc. w porównaniu do tygodnia wcześniej. W związku z pandemią polityka kredytowa banków się zaostrza, więc o kredyt będzie trudniej. Z drugiej strony kredytobiorcom sprzyja dwukrotna obniżka stóp procentowych do rekordowo niskiego poziomu, która oznacza, że z banku będzie można pożyczyć więcej. Nie ma jednak co liczyć, że ceny nieruchomości spadną.

 – Banki bardzo dokładnie prześwietlają kredytobiorców i sprawdzają ich wiarygodność kredytową. Jeżeli ktoś może przedstawić roczne zeznanie PIT za ubiegły rok z wysokimi dochodami, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że analityk bankowy poprosi też o pokazanie przelewów z ostatnich miesięcy. Jeżeli okaże się, że przykładowo wynagrodzenie spadło w marcu, będzie to mocno rzutowało na ocenę zdolności kredytowej takiego kredytobiorcy – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Turek, analityk HRE Investments.

Jak wynika z danych zebranych przez HRE Investments na początku maja, drogę do zakupu własnego M blokują teraz przede wszystkim wymagania co do wkładu własnego (minimum 15–20 proc., ale są też wymogi posiadania 30 proc.). Większe trudności z uzyskaniem kredytu mieszkaniowego mogą mieć także osoby prowadzące działalność gospodarczą, zatrudnione na umowach cywilnoprawnych lub na umowach na czas określony, które niedługo wygasają. Szczególnie jeśli są pracownikami branż najbardziej dotkniętych skutkami pandemii

– Banki bez wątpienia będą utrzymywały oferty kredytów mieszkaniowych w mocy i wciąż będą chciały ich udzielać. Powód jest bardzo prosty: z ich punktu widzenia kredyty hipoteczne są relatywnie bezpiecznymi produktami. Dlatego też, jeśli banki mają w tej chwili jakieś obawy o przyszłość, to raczej będą wolały udzielać bezpieczniejszych kredytów niż np. kredytów gotówkowych, które w większym stopniu mogą im popsuć portfel w przyszłości – mówi Bartosz Turek.

Kwietniowe dane pokazują też, że mocno (o 23 proc.) spadła nie tylko liczba, ale i wartość udzielanych kredytów mieszkaniowych (o 14,6 proc.). Jednak nie do końca pokazują one, jaki wpływ pandemia SARS-CoV-2 będzie mieć na rynek, ponieważ kredyty mieszkaniowe są procesowane w bankach około dwóch miesięcy, co oznacza, że ich sprzedaż widoczna w kwietniu jest efektem wniosków składanych jeszcze w lutym i początku marca br.

– Zaciągnięcie kredytu w tym momencie będzie trudniejsze. Polacy po pierwszym ataku niepewności związanym z pandemią ograniczali składanie nowych wniosków kredytowych, ale najnowsze dane BIK pokazują, że ten popyt na kredyty już rośnie. Zatem jest to ciekawa sytuacja, którą warto obserwować. Bez wątpienia banki będą stawiały większe wymagania kredytobiorcom – mówi analityk HRE Investments.

Majowa ankieta HRE Investments wskazała, że w maju modelowa trzyosobowa rodzina (w której oboje dorosłych pracują i zarabiają po średniej krajowej) mogłaby pożyczyć na zakup mieszkania 636 tys. zł. To o ponad 50 tys. zł mniej niż w kwietniu, ale o 15 tys. zł więcej niż rok temu. To w głównej mierze wynika z podwójnej obniżki stóp procentowych, która wpłynęła na spadek oprocentowania kredytów. Przy mniej optymistycznych założeniach w tym modelu – np. rodzice pracują na umowach cywilnoprawnych lub zarabiają 20 proc. mniej, niż wynosi średnia krajowa – zdolność kredytowa spadłaby do ok. 466 tys. zł.

Analityk HRE Investments szacuje, że dzięki obniżce stóp procentowych rata przeciętnego, typowego kredytu mieszkaniowego zaciągniętego w złotych powinna zmniejszyć się o około 150 zł miesięcznie.

Do zakupów nieruchomości raczej nie zachęcą Polaków niższe ceny. Zdaniem Bartosza Turka możliwe są drobne przeceny, ale to nic pewnego. Tym bardziej że część sprzedających mieszkania na rynku wtórnym – ze względu na dużą niepewność – wstrzymała transakcje, przez co ograniczona została podaż na rynku.

– Popyt też jest ograniczony, ale to powinno skutkować w miarę stabilnymi cenami. Nie spodziewam się przecen większych niż 5 do maksymalnie 10 proc., przy czym raczej w dłuższym terminie. Jeżeli koronawirus będzie męczył nas dłużej, przecena rzędu 10 proc. faktycznie jest możliwa. Ale jeśli odpuści nam wcześniej, to nie spodziewam się większych przecen. Wynika to m.in. z faktu, że Polacy upatrują w tym rynku bezpieczną przystań dla kapitału. Widząc oprocentowanie lokat na poziomie 0,5 proc. albo mniej, bez wątpienia sporo osób rozważa teraz zakup mieszkań w celach inwestycyjnych – mówi Bartosz Turek.

Z danych NBP przytaczanych przez HRE Investments wynika, że tuż przed wybuchem pandemii w Polsce nieruchomości w miastach drożały średnio o 13,6 proc.

Pandemia koronawirusa powodem najgłębszego w historii spadku produkcji przemysłowej w Polsce

Kwietniowe dane dotyczące produkcji przemysłowej mocno zaskoczyły analityków. Mimo, że oczekiwania i tak były pesymistyczne, rzeczywistość okazała się bezwzględną. Odnotowano historyczny rekord jednomiesięcznego spadku, który wyniósł -24,6%. Przyczyn dla takiego rozwoju wydarzeń, niestety, było bardzo dużo. Zarówno spadek zamówień, jak i inny tryb pracy zakładów produkcyjnych uniemożliwiły polskiemu przemysłowi uzyskanie wyników zbliżonych do danych z okresu przed pandemią.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 3,53%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały 3,68%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 wzrósł o 3,33%, a mWIG40 o 2,98%.

Nadchodzący tydzień nie będzie obfitował w ważne odczyty danych makroekonomicznych. We wtorek (26.05.2020) poznamy stopę bezrobocia w Polsce, indeks zaufania konsumentów – Conference Board oraz dane dotyczące sprzedaży nowych domów w USA. W czwartek (28.05.2020) poznamy dane o zamówieniach na dobra trwałe w USA, zrewidowane dane o PKB w I kwartale 2020 oraz liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, złożonych w Stanach Zjednoczonych. Poza tym, w czwartek (28.05.2020) będziemy mogli zapoznać z decyzją RPP dotyczącej poziomu stóp procentowych Polsce. W piątek (29.05.2020) poznamy dane o dochodach i wydatkach Amerykanów, saldo obrotów towarowych USA, wstępne dane o majowej inflacji CPI w Polsce oraz ostateczne dane o PKB Polski w I kwartale 2020.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Przez pandemię europejska branża motoryzacyjna nie wyprodukowała co najmniej 2 mln samochodów. Producenci aut i części mogą odczuwać skutki kryzysu przez kilka lat

Od popytu konsumenckiego na nowe samochody zależy to, jak szybko europejska branża motoryzacyjna poradzi sobie z kryzysem wywołanym pandemią. – Branża motoryzacyjna jest szczególnie poszkodowana z uwagi na spadek popytu i zamknięcie fabryk. Niewykluczone, że firmy będą zmuszone zwalniać pracowników, a powrót do poziomu produkcji z czasów przed pandemią będzie trudny i długotrwały – mówi Jakub Faryś, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. Ratunkiem dla branży może być wsparcie ze strony rządów oraz Unii Europejskiej, które pobudzi popyt rynkowy na nowe samochody.

Przestój w produkcji samochodów wywołany koronawirusem spowodował zmniejszenie wolumenu wytworzonych aut o co najmniej 2 mln sztuk, a zapewne liczba ta jeszcze się zwiększy. Średnio fabryki samochodów były zamknięte przez prawie miesiąc, a kłopoty mieli także producenci części i podzespołów którzy dostarczają je w modelu just-in-time. Nawet jeżeli dostawcy mogli produkować, to pojawiły się problemy z transportem – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Jak podkreśla, branża motoryzacyjna jest jednym z najważniejszych sektorów gospodarki europejskiej. Pracuje w niej 12 mln osób, a przez zastój w sprzedaży i produkcji, spowodowany przez pandemię, ich miejsca pracy są zagrożone. Z danych ACEA (Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów), przytaczanych przez PZPM, wynika, że w kwietniu br. odnotowano blisko 80-proc. spadek liczby rejestracji nowych samochodów osobowych i dostawczych w Unii Europejskiej w porównaniu do sytuacji sprzed roku. Był to pierwszy pełny miesiąc obowiązywania ograniczeń i zamknięcia salonów samochodowych. Sprzedaż spadła z ponad 11,1 mln sztuk w kwietniu 2019 roku do niecałych 271 tys. w kwietniu 2020 roku. Tak silnego tąpnięcia nie było w historii badania rynku. Jeśli w najbliższych miesiącach popyt na nowe samochody nie powróci do poziomu sprzed pandemii i plany produkcyjne nie zostaną zrealizowane, producenci będą zmuszeni zwalniać pracowników.

Poziom ewentualnych zwolnień zależy od tego, jak dalej potoczy się sytuacja – mówi prezes PZPM. – Jeżeli wygaszanie wszystkich ograniczeń i powrót do normalności – nawet jeżeli nie będzie taka sama jak przed koronawirusem – potrwa stosunkowo krótko, to mam nadzieję, że uda się utrzymać porównywalny poziom produkcji i wielkość zatrudnienia. Jeżeli produkcja zmniejszy się o 10, 20 czy nawet 30 proc., trzeba będzie rozważyć zwolnienia pracowników, także u producentów części i podzespołów. Dlatego też ważny jest szybki powrót optymizmu wśród konsumentów, aby ludzie odwiedzali salony i kupowali samochody.

W Polsce skala spadku sprzedaży nowych samochodów w kwietniu była nieco mniejsza niż w UE. Liczba rejestracji aut osobowych i dostawczych wyniosła 17 865 sztuk, czyli o 65,8 proc. mniej niż przed rokiem. Od początku do końca kwietnia spadek wyniósł 33,6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Dane Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców za pierwsze 20 dni maja pokazują, że sprzedaż zaczyna odbijać w stosunku do kwietnia, ale wciąż jest o połowę niższa niż przed rokiem.

– Trudno ocenić, kiedy branża motoryzacyjna wróci do sytuacji sprzed koronawirusa. Odbudowanie rynku po kryzysie finansowym z 2008 roku zajęło blisko 10 lat. Dziś mamy znacznie głębszy problem – ludzie obawiają się o swoją przyszłość zarówno w kwestii zdrowia, jak i w wymiarze finansowym. Zastanawiają się, czy będą mieli za co kupić podstawowe artykuły, a co dopiero nowy samochód. Z całą pewnością powrót do normalności zajmie lata, a nie miesiące – przewiduje Jakub Faryś.

Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów, którego Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego jest członkiem, ogłosiło wspólnie z kilkoma innymi organizacjami motoryzacyjnymi 25-punktowy plan powrotu do normalności. Jednym z jego punktów jest zaangażowanie ze strony rządów europejskich krajów oraz organów Unii Europejskiej w odbudowę popytu na rynku.

To mogą być dopłaty do zakupu nowych samochodów, ale niekoniecznie – ocenia prezes PZPM. – Wiele różnych działań stymuluje popyt, np. preferencje przy zakupie nowego auta dla tych, którzy oddadzą stary samochód. Tego typu programy były już prowadzone z sukcesem, szczególnie w latach 2008–2009, w okresie kryzysu finansowego. Wtedy okazało się, że wpływy do budżetu poszczególnych krajów były większe niż w sytuacji, gdyby tych programów nie było.

Duże możliwości kreowania popytu na rynku ma Unia Europejska, która mogłaby uruchomić jeszcze inne mechanizmy wsparcia dla branży motoryzacyjnej, np. przesunięcie w czasie niektórych wymagań wobec producentów, uchylenie albo złagodzenie niektórych obowiązków nałożonych na nie.

– Nowe obowiązki na ogół oznaczają większe koszty, a większe koszty to większe wydatki i tu się koło zamyka. Dlatego apelujemy do Brukseli, żeby niektóre obowiązki zostały albo przesunięte w czasie, albo przynajmniej złagodzone – podkreśla Jakub Faryś.

Chodzi m.in. o nowe rozporządzenie homologacyjne, nowe wymagania dla norm Euro 6, kolejnej generacji tachografów oraz radia cyfrowego. Europejskie organizacje podkreślają, że niezbędne jest także wydłużenie terminów ważności decyzji dla końcowych partii produkcji. Szefowie organizacji motoryzacyjnych podkreślili w apelu, że branża motoryzacyjna popiera konieczność ograniczenia emisji szkodliwych substancji do środowiska, ale poziom redukcji wyznaczony na lata 2025 i 2030 jest bardzo ambitny. W obecnej sytuacji realizacja tych zamierzeń stała się trudna, dlatego należy ocenić, czy będzie to realne.

Pandemia przyspiesza rozwój w biometrii. Czeka nas wysyp bezdotykowych technologii wspieranych przez sztuczną inteligencję

Z najnowszych analiz ekspertów ABI Research wynika, że pandemia koronawirusa przyczyni się do spadku dochodu ze sprzedaży urządzeń biometrycznych w 2020 roku o 2 mld dol. Korzystanie z dotykowych interfejsów weryfikacji tożsamości w dobie pandemii zwiększa ryzyko rozprzestrzenienia się wirusa, dlatego na popularności zyskają zabezpieczenia biometryczne wykorzystujące bezdotykowe systemy wizyjne wspierane sztuczną inteligencją.

Pandemia koronawirusa wymusza zmiany w wielu branżach. Jedną z nich jest biometria, której technologia polegała do tej pory zwykle na kontakcie palca ze skanerem. W dobie pandemii takie rozwiązania, stosowane m.in. na lotniskach, mogą zwiększyć ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa.

– Kontaktowe technologie biometryczne, takie jak identyfikacja odcisków palców czy żył, muszą się mierzyć z poważnymi spadkami z powodu nowych przepisów rządowych dotyczących kontaktów i interakcji w bliskiej odległości. Producenci technologii biometrycznych walczą o utrzymanie nowych, rygorystycznych zasad higieny i kontroli zakaźnej. Przepisy te zostały wprowadzone dla bezpieczeństwa użytkowników i personelu, ale wpłynęły również na sprzedaż w niektórych branżach – wyjaśnia Dimitrios Pavlakis, analityk ds. bezpieczeństwa cyfrowego w ABI Research.

Zagadnieniem funkcjonowania systemów biometrycznych w erze post-COVID-owej zainteresowali się m.in. specjaliści z Biometric Institute, zrzeszającego przeszło 240 organizacji wyspecjalizowanych w zabezpieczeniach biometrycznych. Efektem prac ekspertów instytutu jest raport „COVID-19: Effective and responsible biometrics solutions and concepts in a time of pandemic – building a resilient response”. Wyznacza on strategię rozwoju tej branży i opisuje problemy, z którymi w najbliższym czasie będą zmagać się eksperci ds. cyberbezpieczeństwa. Jednym z najważniejszych spostrzeżeń zawartych w raporcie jest konieczność rozwoju technologii rozpoznawania twarzy. Instytut liczy także na upowszechnienie bezstykowych metod analizy odcisków palców.

W upowszechnieniu nowych narzędzi biometrycznych mogą pomóc m.in. inwestycje w publiczne systemy bezpieczeństwa. Dobrym przykładem takich działań jest współpraca rosyjskiego rządu z chińską firmą Hikvision, która dostarczy oprogramowanie do rozpoznawania twarzy na potrzeby systemu miejskiego monitoringu. Narzędzie analizuje w czasie rzeczywistym twarze mieszkańców Moskwy i porównuje je z bazą pandemiczną, aby wyłapać osoby, które łamią zasady kwarantanny.

– Firmy zajmujące się inteligentną biometrią dostosowują się do zagrożenia biologicznego. Technologie biometryczne przechodzą obecnie ewolucję wymuszoną zamiast organicznej, a firmy biometryczne zajmujące się sztuczną inteligencją są liderami. Nowe zastosowania internetu rzeczy i inteligentnych miast umożliwią monitorowanie infekcji w czasie rzeczywistym, a nawet wdrożenie behawioralnych modeli sztucznej inteligencji do przewidywania nowych epidemii – wskazuje Dimitrios Pavlakis.

Amerykański Narodowy Instytut Standaryzacji i Technologii (NIST) prowadzi z kolei szeroko zakrojone testy bezstykowych czytników linii papilarnych, które mogłyby trafić do komercyjnego użytku. Ze wstępnych badań wynika, że żaden z testowanych skanerów nie wykazuje zadowalającej skuteczności w rozpoznawaniu linii papilarnych pojedynczego palca (60–70 proc.) Za to jedna z technologii oparta na skanie wielu palców cechuje się wysoką skutecznością rzędu 99,5 proc., podobną do klasycznych skanerów dotykowych. W raporcie „Interoperability Assessment 2019: Contactless-to-Contact Fingerprint Capture” opracowanym przez NIST dane producentów skanerów zanonimizowano, ale zastrzeżono, że wszystkie przebadane technologie są dostępne na rynku komercyjnym co najmniej od maja 2019 roku.

Według ekspertów z ABI Research w 2020 roku wartość globalnego rynku rozwiązań biometrycznych wyniesie 28,2 mld dol.

Jacek Santorski: Koronawirus zmieni nas jako społeczeństwo?

W sytuacjach wielkich kryzysów spodziewamy się, że świat jaki znamy diametralnie się zmieni. Pytamy: jak będzie wyglądało nasze życie, gdy to wszystko się skończy? W dobie epidemii koronawirusa przewidujemy, że zakończy ona tradycję podawania rąk, a nasza praca w większej części przeniesie się do przestrzeni cyfrowej. To pytanie można jednak rozumieć głębiej. Czy sytuacja powszechnej, społecznej tragedii zmieni ludzkie postępowanie i zachowania?

– Buddzie przypisywane jest powiedzenie, że cierpienie, które ludzie zadają sobie nawzajem, wynika z gniewu, chciwości i niewiedzy. Wygląd współczesnego świata dowodzi, że wiele w tym powiedzeniu prawdy. Czy możemy liczyć na to, że epidemia to zmieni? Czy może przeciwnie: szczęśliwcy ocalali z epidemii będą chcieli powrócić do starych relacji i układów – w których gniew, chciwość i niewiedza decydują o tym, jak jest urządzony świat? – powiedział serwisowi eNewsroom Jacek Santorski, twórca Akademii Psychologii Przywództwa w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej. – Historia pokazuje, że rzadko wielkie katastrofy trwale zmieniają ludzkie zachowania. Nadzieja każe nam szukać wyjątków od tej zasady. Być może to nie wielka katastrofa, ale jakiś wielki cud społeczny zmieni nasz kurs? Rzadkie, znaczące wydarzenia społeczne i ekonomiczne to nie tylko tragedie. To także zjawiska cudowne. Może w tej całej sytuacji uda nam się dokonać społecznego cudu? – zastanawia się Santorski.

Pracownicze plany kapitałowe 2020 – Czy warto przystąpić?

Pracownicze plany kapitałowe, czyli część III filaru polskiego systemu emerytalnego stopniowo wdrażana jest w różnych firmach. Choć w tym roku działanie wielu spółek zaburzyła pandemia COVID-19, firmy nadal pracują nad wprowadzaniem możliwości odkładania środków dla pracowników. Wszystko po to, aby niezależnie od decyzji przejścia na emeryturę, po skończonym 60 roku życia cieszyć się dodatkowymi środkami.

Czym są pracownicze plany kapitałowe (PPK)?

Pracownicze plany kapitałowe to prywatny system oszczędzania, do którego pracownicy przystępują dobrowolnie. PPK jest współtworzone przez pracownika, pracodawcę i państwo. Na odkładaną co miesiąc sumę składa się 2% wynagrodzenia brutto pobierane z pensji pracownika, które dobrowolnie zwiększyć on może do 4%. Pracodawca ma obowiązek wpłaty 1,5% wynagrodzenia brutto, które może z własnej woli zwiększyć maksymalnie do 4%. Do tego raz w roku państwo wpłaca 240 zł każdemu, kto przystąpił do PPK.

Do pracowniczych planów kapitałowych automatycznie przystępuje każda osoba zatrudniona i objęta ubezpieczeniem emerytalno-rentowym. Zgromadzone środki z założenia mogą zostać wypłacone po skończeniu przez pracownika 60 roku życia. Wypłaty można dokonać wcześniej, jednak wówczas zgromadzona suma zostaje pomniejszona o podatek Belki, wszystkie wpłaty uzyskane od państwa, jak i 30% kwoty wpłaconej przez pracodawcę. Co ważne, aby wypłacić zebrane środki z PPK, nie jest konieczne przejście na emeryturę – to dwa całkowicie niezależne świadczenia.

System PPK został powołany ustawą o pracowniczych planach kapitałowych z dnia 4 października 2018 roku. Jego wdrożeniem zajmuje się Polski Fundusz Rozwoju, natomiast nadzór sprawuje Komisja Nadzoru Finansowego. PPK wchodzi w skład III filaru polskiego systemu emerytalnego.

Kto może przystąpić do PPK? Terminarz 2020

Do systemu pracowniczych planów kapitałowych automatycznie zapisywani są wszyscy pracownicy pomiędzy 18 a 55 rokiem życia. Uczestnictwo jest dobrowolne, a zrezygnować z niego można składając odpowiedni wniosek do pracodawcy. Pracownicy, którzy ukończyli 55 rok życia, lecz nie przekroczyli 70, mogą przystąpić do PPK na swój wniosek. Ci, którzy ukończyli 70 rok życia, nie mogą przystąpić do systemu.

1 lipca 2019 roku firmy zatrudniające co najmniej 250 pracowników przystąpiły do pracowniczych planów kapitałowych jako pierwsze.

1 stycznia bieżącego roku przystąpić do niego miały firmy, które zatrudniają co najmniej 50 pracowników. Ze względu na nieprzewidzianą pandemię COVID-19 terminy dla tych przedsiębiorstw zostały wydłużone. Do dnia 27 października br. muszą one zawrzeć umowę o zarządzanie PPK, natomiast do 10 listopada umowę o prowadzenie PPK. Terminy te są takie same dla firm zatrudniających co najmniej 20 osób, które do systemu mają przystąpić 1 lipca tego roku.

1 stycznie 2021 roku do systemu przystępują wszystkie inne firmy zatrudniające pracowników wraz z sektorem finansów publicznych.

Aktualne publikacje ekspertów na temat PPK 2020

Doświadczenie firm, które w minionym roku dołączały do systemu PPK, pokazuje jasno, że przygotowania do tego przedsięwzięcia najlepiej jest rozpocząć tak wcześnie, jak to możliwe. Niezwykle ważne jest odpowiednie rozeznanie w temacie zasad i terminów wdrożenia, wypłat środków i rozliczania wynagrodzeń pracowników. Księgarnia internetowa Fabryka Wiedzy w swojej ofercie posiada publikacje, dzięki którym tematyka pracowniczych planów kapitałowych może stać się bliższa każdemu pracodawcy.

Szczególnie warta uwagi jest pozycja pod tytułem „PKK w firmie. Tworzenie, obowiązki informacyjne, rozliczanie wpłat”, którą wspólnymi siłami opracowali dr Antoni Kolek, dr Marcin Wojewódka i Oskar Sobolewski. Z tej obszernej lektury można wynieść cenną wiedzę na temat wdrożenia PPK w firmie, obowiązków pracodawcy i zasad wypłat zebranych środków.

Pomocna będzie także krótka książka Jak rozliczać wynagrodzenie pracownika-uczestnika PPK autorstwa Izabeli Nowackiej. Ekonomistka specjalizująca się w prawie pracy w pozycji wydanej w styczniu tego roku podaje przydatne informacje na temat dokonywania wpłat i rozliczania wynagrodzeń pracowników.

Eksperci prognozują: Rząd raczej nie będzie dłużej zwalniał z ZUS-u. W grę wchodzi tylko odroczenie

ZUS uzyskał w tym roku ponad 92 mld zł ze składek i ocenia swoją kondycję jako dobrą. Natomiast eksperci przekonują, że już od dawna nie starcza na wypłatę emerytur i rent, a dziury są łatane z budżetu państwa. I przewidują, że rząd nie zaakceptuje zwolnienia firm z opłacania składek na dłuższy okres niż 3 miesiące. Bardziej realne jest odraczanie płatności w związku z trudną sytuacją, wywołaną pandemią. Z jednej strony warto dawać zachęty do utrzymania zatrudnienia, ale to może oznaczać pogorszenie się stanu finansów państwa.

Finanse pod lupą

Przedsiębiorcy wciąż mogą złożyć do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wniosek o zwolnienie z opłacania składek za okres od marca do maja 2020 roku. Natomiast w przestrzeni publicznej już pojawiają się pytania o dalsze ułatwienia w tym zakresie. Pomimo obecnej sytuacji, Zakład jest nadal w dobrej kondycji finansowej, o czym przekonuje rzecznik ZUS-u, Paweł Żebrowski. Od początku roku uzyskano ponad 92 mld zł ze składek. To o ok. 35 mln zł więcej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. W kwietniu br. pobrano na wszystkie fundusze ok. 19,5 mld zł. To o 4,6 mld zł niższa kwota niż 12 miesięcy wcześniej, a także mniejsza o 6,4 mld zł w porównaniu z marcem br.

– Od dawna ZUS korzysta z dopłat z budżetu, ponieważ nie wystarcza mu środków na renty i emerytury. To nie jest tak, że te świadczenia są zagrożone, bo państwo zawsze jest ostatecznym gwarantem. Jednak w tej chwili mamy dylemat, czy ratować życie czy budżet. Priorytet powinien być dla ludzi. I to nawet kosztem powiększania długu publicznego, którego udział w PKB jest prawie 2 razy niższy w Polsce niż w UE. Przestrzeń do zadłużania się jest szacowana na około 300 mld złotych – komentuje prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

W kwietniu br. na Fundusz Ubezpieczeń Społecznych pobrano ok. 13 mld zł. To o 3,2 mld zł mniej niż rok wcześniej, o czym informuje Paweł Żebrowski. Z danych za styczeń i luty wynika, że w funduszu emerytalnym zanotowano deficyt 6,8 mld (wpływy ze składki – 21,9 mld zł, wydatki – 28,7 mld zł). Z kolei na funduszu rentowym była nadwyżka 1 mld zł (odpowiednio 8,9 mld zł i 7,9 mld zł). Natomiast 1,5 mld zł na minusie był fundusz chorobowy (2,7 mld zł i 4,2 mld zł), a 0,6 mld na plusie wypadkowy (1,4 mld zł i 0,8 mld zł).

Możliwe scenariusze

– Prezydent zaproponował rozszerzenie tego programu. Przedsiębiorcy również tego oczekują. Problem jednak polega w tym, że składki emerytalne to więcej niż dochody VAT, ponad 200 mld zł. Wydaje się też, że rząd po prostu nie będzie skłonny zaakceptować takiego totalnego zwolnienia np. do końca roku. Najkorzystniejsze dla budżetu państwa jest odroczenie płatności. Ale to też rozwiązanie, które najmniej interesuje firmy – mówi prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów.

Z punktu widzenia firm najlepsze byłoby niepłacenie składek przez wiele miesięcy, co podkreśla = prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce. Ale dodaje, że to rozwiązanie byłoby dramatyczne z punktu widzenia finansów publicznych. Trwa odmrażanie gospodarki, więc pewna grupa przedsiębiorców będzie w stanie za 3 miesiące płacić składki. Nawet jeśli nie tyle, co dzisiaj, to przynajmniej część zobowiązań. Zdaniem eksperta, trzeba więc znaleźć rozsądny kompromis. Rząd powinien oczywiście zaniechać poboru, ale z możliwością częściowego ściągnięcia tych pieniędzy później, kiedy kryzys złagodnieje.

– Do tej pory działania rządu są reaktywne i spóźnione wobec tego, co dzieje się w przedsiębiorstwach. Dopiero po długich dyskusjach zrozumiano, że skoro firma nie ma dziś środków na zapłacenie składek, to nie będzie miała ich również za 3 miesiące i to w wysokości za cały kwartał. W procesach gospodarczych krytyczne znaczenie ma czas, a jego nie można kupić, nawet za dodrukowane pieniądze – stwierdza Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Według prof. Mączyńskiej, polityka antykryzysowa musi być intensywna, żeby nie dopuścić do likwidacji czy bankructw przedsiębiorstw. Firmy, które obecnie są w trudnej sytuacji, muszą dostać pomoc. I dlatego rząd powinien sygnalizować te możliwości wsparcia. Działania powinny być dostosowane do rozwoju sytuacji. Jeżeli jesienią nasili się atak wirusa, to wtedy ulgi, miałyby uzasadnienie. Natomiast jeżeli koniunktura zacznie się poprawiać, to takie rozwiązania powinny być stopniowo wygaszane.

– Dziś mamy zapaść, która przy braku mądrych decyzji może przerodzić się w głęboki i długotrwały kryzys. Skoro świadczenie po 500 zł na dziecko obywatele dostają bez żadnych podatków, to wynagrodzenie za pracę też można wypłacać bez obciążeń ZUS itp. daninami. Gospodarka i przedsiębiorcy nie podniosą się przy dotychczasowych ciężarach opodatkowania pracy. Uwolnienie musi być proste, jednokryteriowe i powszechne – przekonuje Andrzej Sadowski.

Jak zaznacza prof. Orłowski, istnieją firmy, które jeszcze długo nie będą miały możliwości prowadzenia normalnej działalności. Jednak przesadne jest zakładanie, że np. za pół roku żaden przedsiębiorca nie będzie mógł płacić składek. Wiele sektorów zacznie względnie normalnie funkcjonować, choć w warunkach recesyjnych. Z kolei według prof. Gomułki, jednym z rozwiązań mogłoby być zwolnienie z obowiązku płacenia składek tylko w 2020 roku i jedynie przez przedsiębiorstwa, które odczuwają spore spadki dochodów i ubiegają się o pomoc finansową.

Ryzykowny ratunek

– Jest potrzeba zachęcenia przedsiębiorców do utrzymania firm i zatrudnienia. I czymś takim jest rozwiązanie ze składkami ZUS. Z drugiej strony, rząd musi się liczyć jednak z tym, ile to kosztuje i jak bardzo wzrośnie dług publiczny. To nie jest tak, że państwo nie chce przeznaczyć wielkiego wsparcia. Mówimy o kwotach, które mogą zachwiać w ogóle finansami publicznymi – analizuje prof. Orłowski.

Jak zauważa prof. Stanisław Gomułka, jest niemal pewne, że w tym roku dług publiczny liczony wg metodologii unijnej przekroczy 55% PKB. Ale przy dużym spadku i bardzo dużym wzroście transferów, ten wynik może być większy niż 60%. Na razie jeszcze to nie jest sytuacja kryzysowa, jak kiedyś w Grecji czy Argentynie. Pierwsze z tych państw otrzymało ogromne wsparcie ze strony innych krajów i banku centralnego strefy euro. Jednak Polska nie mogłaby liczyć na tego typu pomoc. Tym bardziej potrzebne jest wycofanie się z dodatkowych świadczeń emerytalnych (trzynasta i czternasta emerytura) i z podwyższenia płacy minimalnej. Ponadto należy już w tym roku wykorzystać niezagospodarowane w ubiegłych latach, całkiem duże środki UE, zgodnie z ofertą Komisji Europejskiej.

– Zapaść sprawia, że wybór jest prosty. Rząd nie jest i nie powinien być konkurującą z obywatelami. Czerpie zyski z naszej pracy, których w czasie zapaści nie otrzymuje i nie otrzyma, bo za chwilę po wielu pracodawcach może nie być śladu. Nie da się utrzymać poprzedniego stanu opodatkowania pracy i przedsiębiorczości, jeżeli władza uczciwie chce, aby gospodarka szybko wyszła z kryzysu, a nie wyczołgiwała się z niego latami. Mniej szkodliwe jest zwiększenie długu publicznego i finansowanie długiem zobowiązań wobec ZUS-u niż utrzymanie obciążeń podatkowych, zwłaszcza pracy w dotychczasowej wysokości – dodaje prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Jak podsumowuje prof. Mączyńska, jeżeli zaniedbamy pomoc, to może zwiększyć się ryzyko śmierci ludzi, a także stracimy przedsiębiorstwa. Natomiast w przypadku, gdy dojdzie do zwiększenia długu publicznego, ale uratowane zostaną ludzkie istnienia i firmy, to jest szansa na szybsze odbicie w przyszłości. Wówczas do budżetu wpłyną środki z podatków, a pracownicy i pracodawcy wniosą składki zusowskie. Takie zadłużanie się państwa jest usprawiedliwione wyłącznie nadzwyczajną sytuacją.

Pogarszają się wyniki finansowe przedsiębiorstw

Jak podaje w poniedziałkowym komunikacie GUS, wyniki finansowe przedsiębiorstw niefinansowych w I kwartale 2020 uległy pogorszeniu. Wzrostowi przychodów (4,3% r/r) towarzyszył nieproporcjonalny wzrost kosztów (5,7% r/r), tym samym zmniejszając przestrzeń zysku.

W odniesieniu do działalności sprzedażowej te proporcje nie są znacząco lepsze: (3,8% wobec 4,5%). W analizowanej populacji (firmy średnie i duże z wybranych sektorów) wynik finansowy ze sprzedaży odnotowuje tąpnięcie (-9,9%). Głębokie pogorszenie odnotował wynik na operacjach finansowych (niemal czterokrotny spadek na minusie), co należy w dużym stopniu przypisywać dużemu osłabieniu złotego.

W efekcie drastycznie pogarszających się warunków gospodarczych wynik finansowy netto firm spadł o 28,6%, co stanowi skalę bez precedensu. Wyraźnie obserwowana jest polaryzacja podmiotów. Zysk netto wykazało 67,6% firm (o 1,9 pkt proc. mniej przed rokiem), a ich przychody z całości działalności zdecydowanie spadły (72,7% wobec 79,7%). Łączny zysk wśród firm z dodatnim wynikiem wzrósł o 5,7%, natomiast skala strat wśród podmiotów notujących stratę wzrosła o 87,3% r/r.

W obliczu piątkowych danych o koniunkturze w przemyśle, potwierdzają się trendy spadkowe: odsetek firm zyskownych spadł do 73,4% (o 2,6 pkt proc.), podobnie jak udział ich przychodów – 70,3% (spadek aż o 15 pkt proc.). Podobny obraz daje wskaźnik rentowności netto – obniży się on z 3,4% do 2,4%, a w niektórych gałęziach był ujemny. Wynik pod kreską odnotowały m.in. hotelarstwo i gastronomia (-7.9%), ograniczone administracyjnie przez 2 tygodnie I kwartału oraz doświadczające topniejącego popytu zagranicznego w niemal całym kwartale, czy transport i logistyka (-0,2%), wtórne wobec skali aktywności w całej gospodarce. Poprawę rentowności odnotowały m.in. działalność profesjonalna (5,4%) oraz handel (1,7%).

Wskaźnik płynności uległ poprawie, co prawdopodobnie związane jest z ostrożnością. Ograniczenie aktywności niektórych branż odzwierciedla się w strukturze rodzajowej kosztów: spadku zużycia materiałów oraz wzroście wynagrodzeń i usług obcych.

Bieżąca sytuacja gospodarcza nie sprzyja działalności eksportowej – wykazało ją nieznacznie mniej podmiotów (51%, spadek o 0,5 pkt proc.), poziom sprzedaży oraz udział przychodów eksportowych spadły. Niezmiennie jednak, podmioty realizujące taką działalność, mają lepsze charakterystyki ekonomiczno-finansowe, niż produkujący wyłącznie na kraj.

Nakłady inwestycyjne były wyższe o 4,3% od notowanych w I kwartale 2019 roku (przed rokiem wzrost sięgnął 22,8%), za co odpowiadały wyłącznie budynki – należy się więc spodziewać, że skala realizowanych inwestycji będzie wygasać. Nakłady inwestycyjne odnotowano m.in. przetwórstwie i handlu, natomiast ich wyraźny spadek dotknął logistyki.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Co dolega polskim sądom – czy pozywać w dobie pandemii? Diagnoza i opinie Auxilia

Prawo do sądu jest zagwarantowane każdemu obywatelowi Polski konstytucyjnie. Tymczasem wprowadzenie stanu epidemii, w związku z zakażeniami koronawirusem, wywarło olbrzymi wpływ na funkcjonowanie wielu różnych instytucji, w tym także sądów. Czy ograniczony zakres ich działania może zagrażać jednemu z najbardziej fundamentalnych praw obywateli? Opinie Auxilia nie pozostawiają wątpliwości – warto podjąć starania, np. o należne odszkodowanie lub zadośćuczynienie, także teraz, mimo utrudnień organizacyjnych.

Obecnie co do zasady odbywają się tylko sprawy niecierpiące zwłoki, chociaż od sądów – poza rozprawami – wymaga się względnie niezakłóconej działalności. Ta jest jednak nie do końca możliwa z uwagi chociażby na ograniczenia natury technicznej. Przykładowo, brak e-akt powoduje brak możliwości pracy zdalnej. Przytaczając opinie Auxilia za Kamilą Barszczewską, V-ce Prezes Zarządu Spółki oferującej pomoc prawną w przypadku najpoważniejszych wypadków komunikacyjnych – „Informatyzacja i nowe technologie, oczywiście z zachowaniem zasad cyberbezpieczeństwa, byłyby szansą na znacznie sprawniejsze funkcjonowanie sądów w ogóle”. Niestety, terminy wdrożenia systemu teleinformatycznego w sądach są z różnych powodów nieustannie odwlekane.

Przewlekła choroba polskiego wymiaru sprawiedliwości

Ograniczenia, które w związku z pandemią dotknęły pracowników wymiaru sprawiedliwości, przekładają się niestety na możliwość realizowania konstytucyjnego prawa do sądu przez obywateli. Obecnie następuje stopniowy powrót do normalności. Często słyszy się przy tej okazji pojęcie „odmrażania”, oznaczające uruchomienie gospodarki zatrzymanej przez pandemię. Jak wiadomo każda rzecz po zamrożeniu może zostać rozmrożona. Nie znaczy to jednak, że zostanie przywrócona do stanu wyjściowego. Ten zaś, w przypadku polskiego sądownictwa, nawet na etapie „normalności” pozostawiał wiele do życzenia. Szczególną bolączką była i jest opieszałość polskich sądów. Z najnowszych danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w zeszłym roku w sądach toczyło się ponad 20 mln spraw. Ta liczba robi wrażenie. „Pomagając poszkodowanym w wypadkach komunikacyjnych, czy ich rodzinom, uprzedzamy, by na wszelki wypadek uzbroili się w cierpliwość. Opinie Auxilia, przekazywane klientom, to pokłosie lat doświadczeń w postępowaniach sądowych” – tłumaczy Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki Auxilia S.A.

Reformy sądownictwa – skuteczny lek, czy raczej placebo?

Już od kilku lat reformy polskiego wymiaru sprawiedliwości budzą ogromne zainteresowanie i spore emocje. O ile co do zasady ich wprowadzenie jest konieczne, trudno stwierdzić, w jaki sposób te faktycznie wcielone w życie poprawiły funkcjonowanie polskiego sądownictwa. Zwłaszcza, że w ciągu ostatnich lat długość prowadzenia spraw zamiast ulec skróceniu, jeszcze się wydłużyła. Z najnowszych, opublikowanych w tym roku analiz Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości wynika, że w 2010 r. czas potrzebny na rozpoznanie jednej sprawy sądowej wynosił 54 dni, a w 2016 r. już 88. Dziś wskaźnik ten z pewnością jest jeszcze wyższy. Tymczasem sytuacja wielu osób jest w dużej mierze uzależniona właśnie od pracy sądów. „Zdecydowanie jest tak w przypadku osób poważnie poszkodowanych w wypadkach drogowych lub ich rodzin, którym udzielamy pomocy w celu odzyskania sprawiedliwego odszkodowania od firm ubezpieczeniowych.” – zauważa V-ce Prezes Zarządu Spółki, Kamila Barszczewska. Przekazując dalsze opinie Auxilia dodaje „Kiedy nie ma szans na korzystną dla poszkodowanego ugodę z ubezpieczycielem, pozostaje wejście na drogę sądową. Niestety wydłużenie prowadzenia spraw powoduje, że duża część odszkodowania bądź zadośćuczynienia jest wypłacana później”.

Pozywać czy przeczekać?

Cytując opinie Auxilia za Kamilą Barszczewską: „Rekomendujemy klientom by nie odkładali decyzji o wejściu na drogę postępowania sądowego”. Wiele osób, także teraz, z niecierpliwością czeka na odszkodowania i zadośćuczynienia związane z wypadkami komunikacyjnymi. Uzyskane pieniądze są im niezbędne, np. w leczeniu. Bywa i tak, że osoba zmarła w wypadku drogowym była jedynym, albo głównym żywicielem rodziny. Dlatego warto skierować sprawę do sądu także teraz, zwłaszcza jeśli chodzi o zabezpieczenie interesów majątkowych. Tym bardziej, że chociaż zawieszono bieg terminów procesowych i sądowych, to terminy przedawnienia roszczeń cywilnych cały czas biegną. Poza tym, kiedy tryby machiny sądowej ruszą ponownie na dobre, może nastąpić prawdziwa epidemia pozwów, co biorąc pod uwagę kondycję polskiego sądownictwa, może się skończyć dla wymiaru sprawiedliwości dłuższą niewydolnością, a nie tylko krótką zadyszką.

Testy w kierunku COVID-19 dla wszystkich

Warsaw Genomics umożliwia realizację testów w kierunku koronawirusa SARS-CoV-2 pacjentom indywidualnym i pracodawcom. Wszystkie testy wykonywane są metodą molekularną (RT-PCR w czasie rzeczywistym) rekomendowaną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Warsaw Genomics uruchamia jednocześnie program badań przesiewowych, wspierający pracodawców w organizowaniu bezpiecznych powrotów do pracy.

Laboratorium Warsaw Genomics rozpoczęło realizację testów w kierunku koronawirusa SARS-CoV-2 20 marca br. Zespół diagnostyczno-laboratoryjny warszawskiej firmy zrealizował dotychczas ponad 100 000 badań dla systemu ochrony zdrowia – pacjentów, lekarzy, personelu medycznego i podopiecznych domów opieki społecznej. Potencjał zaplecza laboratoryjnego – wyposażenie w specjalistyczne roboty oraz ekspertyza zespołu – umożliwia dziś przyjmowanie i realizację badań również dla pacjentów indywidualnych oraz pracodawców.

– Uruchomienie zakupu testów dla pacjentów indywidualnych oraz pracodawców jest naturalnym krokiem, w sytuacji, gdy potencjał laboratorium wykracza poza zgłaszane do nas potrzeby systemu ochrony zdrowia. W pierwszej kolejności niezmiennie realizujemy badania zlecane przez służby medyczne – mówi prof. dr hab. n. med. Krystian Jażdżewski, współzałożyciel Warsaw Genomics.

Zadbaj o swoje bezpieczeństwo

Warsaw Genomics umożliwia wykonanie testu w kierunku SARS-CoV-2 metodą RT-PCR, która jako jedyna formalnie potwierdza lub wyklucza aktywne zakażenie SARS‑CoV‑2. Cena testu w kierunku koronawirusa to 439 złotych (cena obejmuje koszt dostarczenia i odbioru wymazu).

Osoby, które zdecydują się na skorzystanie z planu profilaktyki Programu Badamy Geny, będą mogły wykonać test w kierunku koronawirusa bezpłatnie.

– W ramach Programu Badamy Geny umożliwiamy wykonanie testu w kierunku SARS-CoV-2, jak również włączamy test do pakietów badań genetycznych, oceniających ryzyko zachorowania na nowotwory dziedziczne, szczególnie raka piersi, jajnika i prostaty oraz raka jelita grubego, nerki, macicy, żołądka, tarczycy, trzustki. W Programie Badamy Geny, dzięki możliwościom precyzyjnych badań genetycznych oraz na podstawie informacji o chorobie nowotworowej w rodzinie można określić indywidualne ryzyko zachorowania i dostosować plan działań ochronnych. Test w kierunku koronawirusa włączyliśmy do obu pakietów badań Programu Badamy Geny bezpłatniemówi dr hab. n. med. Anna Wójcicka, współzałożycielka Warsaw Genomics.

Plan pełny obejmuje ocenę ryzyka wszystkich nowotworów dziedzicznych (70 genów, 23 000 chorobotwórczych mutacji) w cenie 689 złotych. Plan rozszerzony zawiera dodatkowo ocenę reakcji na leki w łącznej cenie 989 złotych.

Jak zlecić test?

Test można zlecić poprzez stronę badamygeny.pl/zamow. Pakiet wymazowy zostanie bezkontaktowo dostarczony (wraz ze szczegółową instrukcją) i odebrany przez kierowcę iTaxi bądź kuriera. Wynik badania zostanie przesłany na wskazany adres e-mail w ciągu 24 godzin od dostarczenia materiału do laboratorium Warsaw Genomics. Cały proces przebiega bez wychodzenia pacjenta z domu i narażania na kontakt z osobami trzecimi.

Bezpieczny transport, czyli jaki?

Procedura transportu obowiązująca w Warsaw Genomics jest zgodna z wymogami prawnymi: ustawą z dnia 19 sierpnia 2011 r. o przewozie towarów niebezpiecznych (Dz.U.2020.154), umową europejską dotyczącą międzynarodowego przewozu drogowego towarów niebezpiecznych (ADR), sporządzoną w Genewie dnia 30 września 1957 r. (Dz.U.2017.1119) oraz wytycznymi WHO dotyczącymi przepisów transportu substancji zakaźnych 2019–2020.

Zasady pakowania są zgodne z instrukcją P650. Naczynie pierwotne stanowi plastikowa, szczelnie zamknięta probówka z wymazem, opakowanie pośrednie – szczelnie zamknięta torebka plastikowa, dodatkową ochronę stanowi koperta oraz opakowanie zewnętrzne w postaci zamykanego, oznakowanego plastikowego pudełka, do którego osoba badana wrzuca pobrany materiał. Łącznie są to cztery warstwy ochronne.

Wzmożony reżim sanitarny i odpowiednie procedury postępowania to kolejne elementy zwiększające bezpieczeństwo kierowców iTaxi.

Odpowiednio przeszkoliliśmy kierowców w zakresie bezpieczeństwa – każdy z nich otrzymał dodatkowe środki ochrony osobistej. Co ważne, nasi kierowcy nie mają bezpośredniego kontaktu z osobami, którym dostarczają testy. Próbki testów na czas transportu przechowywane są w przestrzeni bagażowej, w dezynfekowanych, zamkniętych pojemnikach. Przekazywanie testów i odbiór próbek realizowane są bezkontaktowo. Wszystkie auta po transporcie testów są ozonowane, więc szansa na kontakt z wirusem osoby postronnej jest praktycznie niemożliwa – mówi Andrzej Padziński, członek Zarządu iTaxi, dyrektor ds. floty.

Jak bezpiecznie przywrócić firmę do pracy?

Stopniowy powrót do normalnego funkcjonowania przedsiębiorstw i zakładów pracy jest nieuchronny. W odmrażaniu gospodarki kluczowi są pracownicy, ich zdrowie i bezpieczeństwo.

– Zależy nam na wsparciu przedsiębiorców w wypracowaniu odpowiedzialnej i bezpiecznej ścieżki powrotu pracowników do aktywności zawodowej. Każde przedsiębiorstwo jest inne, ma inną strukturę i wyzwania, dlatego skupiamy się na indywidualnym podejściu do każdego partnera tak, aby odpowiadać na jego realne potrzeby związane z funkcjonowaniem firmy w czasie pandemii – tłumaczy prof. dr hab. med. Krystian Jażdżewski, współzałożyciel Warsaw Genomics.

W ramach procesu przywracania firmy do pracy, zespół Warsaw Genomics wypracował kroki, które pomogą w przeprowadzeniu go w bezpieczny sposób. Pierwszym elementem jest identyfikacja, do jakiej grupy ryzyka należą pracownicy (na podstawie profilu wykonywanych zadań). Drugim – badania przesiewowe wszystkich pracowników przed powrotem do pracy.

– Badania przesiewowe obejmują dwa rodzaje testów. Test wykluczający aktywne zakażenie – pobranie wymazu z gardła i nosa w celu wykonania testu genetycznego RT-PCR na obecność SARS-CoV-2 oraz test przeciwciał IgG ELISA wykonywany w laboratorium z pobranej próbki krwi w celu identyfikacji osób uodpornionych, które świadomie lub nieświadomie przeszły chorobę– wyjaśnia dr hab. n. med. Anna Wójcicka.

Kolejne elementy procesu to podział pracowników na dwie lub więcej grup niestykających się ze sobą, w celu zapewnienia ciągłości działania firmy, w przypadku wystąpienia zakażenia wśród pracowników, cykliczne testowanie z częstotliwością odpowiednią do ustalonego ryzyka oraz każdorazowe wykonanie testu, gdy wystąpią objawy lub styczność z osobą z potwierdzonym zakażeniem koronawirusem.

Kto może skorzystać?

Wsparcie Warsaw Genomics w bezpiecznym powrocie do pracy jest kierowane zarówno do małych i średnich przedsiębiorstw, jak i korporacji. Więcej informacji znajduje się na dedykowanej stronie internetowej warsawgenomics/pracodawcy.

Całkowita aktywność najemców na dziewięciu rynkach biurowych w Polsce w pierwszym kwartale 2020 roku osiągnęła drugi najwyższy poziom od początku prowadzenia statystyk

  • W pierwszym kwartale 2020 roku wolumen inwestycyjny w sektorze biurowym w Polsce wyniósł 618,1 milionów euro i był wyższy o 15% w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym.
  • Wskaźnik pustostanów wyniósł 8,3%, co oznacza spadek o 1 pp. w porównaniu do roku 2019.
  • Popyt brutto wyniósł 359 tys. mkw., co stanowi wzrost o 33% w stosunku do poprzedniego roku.

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na dziewięciu największych rynkach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia, Poznań, Łódź, Lublin i Szczecin) w pierwszym kwartale 2020 roku wyniosły blisko 11,3 miliona mkw. i wzrosły o 5% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku.

Podaż

Nowa podaż w Warszawie w pierwszym kwartale 2020 roku wyniosła 6 700 mkw. w jednym budynku. W miastach regionalnych oddano do użytku łącznie 79 800 mkw. w pięciu projektach, z czego do największych możemy zaliczyć: czwarty budynek wchodzący w skład kompleksu High 5ive w Krakowie (23 500 mkw. – Skanska), pierwszy budynek kompleksu Face2Face w Katowicach (19 600 mkw. – Echo Investment) oraz Giant Office w Poznaniu (Giant – 15 300 mkw.). Na koniec marca 2020 roku w budowie znajdowało się 108 projektów o łącznej powierzchni 1.7 miliona mkw., z czego największa liczba nowych inwestycji powstaje w Warszawie (29), Krakowie (22), Trójmieście (17), Łodzi (14) oraz Katowicach (12).

Popyt

W pierwszym kwartale 2020 roku najemcy wynajęli łącznie 359 000 mkw., co jest wartością o 33% wyższą niż w analogicznym okresie 2019 roku. Z kolei popyt netto na ośmiu rynkach regionalnych wyniósł aż 220 100 mkw., co jest wartością wyższą o 70% w porównaniu do pierwszego kwartału 2019 roku.

Obecna sytuacja w niewielkim stopniu wpłynęła na liczbę zawartych umów, ponieważ pierwsze ograniczenia mające na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się pandemii Covid-19 wprowadzono 18 marca, a znacząca większość transakcji planowanych na pierwszy kwartał została już sfinalizowana lub była na ostatnim etapie procesu transakcyjnego. Dopiero w kolejnych miesiącach zobaczymy realny wpływ obecnej sytuacji na stronę popytową sektora nieruchomości biurowych, ponieważ rynek nieruchomości reaguje z dużo większym opóźnieniem na wszelkie zmiany w gospodarce niż np. rynek akcji czy obligacji – mówi Katarzyna Lipka-Nawrocka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Pustostany

W pierwszym kwartale 2020 roku, średni wskaźnik powierzchni niewynajętej dla wszystkich rynków kształtował się na poziomie 8.3%, co odzwierciedla spadek o 0,4 pp. w ujęciu kwartalnym i o 1,0 pp. w ujęciu rocznym. Stopa pustostanów na poszczególnych rynkach znajdowała się w przedziale od 4,1% w Trójmieście do 12,9% w Poznaniu. Poziom absorpcji odnotowany w pierwszym kwartale 2020 na dziewięciu największych rynkach w Polsce wyniósł 100 000 mkw. i był blisko dwukrotnie wyższy niż w analogicznym okresie 2019 roku.

Czynsze

Stawki czynszów utrzymały się na stabilnym poziomie w większości analizowanych lokalizacji i wynosiły między 12 a 15 EUR/ mkw. miesięcznie. Stawki bazowe za najlepsze powierzchnie biurowe w Warszawie wyniosły 24 EUR/ mkw./ miesięcznie.

Prognozy

Ze względu na szybko zmieniającą się sytuację trudno jednoznacznie przewidzieć wpływ, jaki pandemia COVID-19 będzie miała na rynek nieruchomości w Polsce. Polski rząd nie wprowadził żadnych przepisów ograniczających prace budowlane, niemniej jednak wydłużenie procesów administracyjnych, ograniczona dostępność pracowników, możliwość przerwania łańcucha dostaw, a co za tym idzie wzrost kosztów budowy mogą wpłynąć w krótkim okresie na nieznaczne przesunięcie terminów ukończenia części projektów biurowych będących obecnie w budowie. Obecna sytuacja wpłynie jednak na decyzje deweloperów o rozpoczęciu realizacji projektów planowanych do oddania na lata 2022-2023, co może doprowadzić do luki podaży w tym okresie – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Cushman & Wakefield.

Korekta na rynku polskich obligacji

Od połowy maja obserwujemy zwiększoną podaż na polskim rynku długu, a spadek cen powoduje, że rośnie rentowność obligacji na rynku wtórnym. Mowa o 10-letnich obligacjach Polski, które 15 maja miały oprocentowanie na poziomie 1,230, aby następnie wzrosnąć do poziomu 1,442 proc. Niemniej jednak ostatnia historia z końca kwietnia pokazuje, że tego typu korekty nie są czymś nadzwyczajnym, a obecne cofnięcie jest bardzo podobne do kwietniowego.

Z punktu widzenia danych makroekonomicznych inwestorzy poznali nienajlepsze wskaźniki dla polskiej gospodarki. Opublikowana w ubiegłym tygodniu produkcja przemysłowa za miesiąc kwiecień pokazała spadek aż o 24,6 proc. w ujęciu rocznym. Konsensus rynkowy wskazywał w tym przypadku na cofnięcie o “tylko” 10 proc. W relacji miesięcznej produkcja spadła o 25,5 proc. w kwietniu przy szacunkach na poziomie cofnięcia o 11,2 proc.

Negatywnych zaskoczeń było więcej. W czwartym miesiącu 2020 r. sprzedaż detaliczna w relacji rocznej zmniejszyła się aż o 22,6 proc. przy konsensusie na poziomie spadku o 16,9 proc. Również zatrudnienie spadło w kwietniu bardziej, niż sądzono. Zmiana rok do roku wyniosła -2,1 proc. wobec oczekiwanych -0,5 proc. Tylko jedna dana makroekonomiczna, z tych istotnych, była powyżej konsensusu i była to niestety inflacja bazowa, która wyniosła 3,6 proc. wobec oczekiwanych 3,5 proc. Szybciej rosnące ceny z wolniej rosnącymi płacami i spadkiem zatrudnienia, to nie jest najlepszy mix dla gospodarki i gospodarstw domowych.

Mimo ostatniego wzrostu rentowności w Polsce zmiana spreadu wobec 10-letnich obligacji Niemiec jest kosmetyczna. Różnica wynosi nadal około 190 p.b., co jest najniższą wartością od lat. Z kolei względem Stanów Zjednoczonych spread wciąż wynosi około 70 p.b. i również nie uległ większym zmianom. Także żadnych istotnych zmian nie obserwujemy na rynku ubezpieczenia od niewypłacalności państwa, a wartość 5-letniego CDS znajduje się poniżej 60,00.

W tym tygodniu wydarzeniem, które może wpłynąć na rynek obligacji, będzie decyzja Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych oraz oświadczenie do decyzji. Rynek stopy procentowej nadal wycenia nieco niższy poziom kosztu pieniądza w naszym kraju i może czekać na potwierdzenie lub zaprzeczenie tym oczekiwaniom. Kluczowa może być także opinia o prowadzonym w Polsce programie QE i jego kontynuacji, w jakim zakresie i w jakiej skali będzie nadal prowadzony.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Złoty znów silny. Przecena kryptowalut

Ostatnie dni pozwoliły złotemu dalej zbliżyć się do granicy 4,50 zł za euro. Na razie jeszcze jesteśmy grosz powyżej tej bariery, ale patrząc na zmienność na rynkach walutowych,, jeżeli ruch będzie kontynuowany, jeszcze dzisiaj możemy zobaczyć ten poziom.

Po słabszych danych złoty odzyskał wartość

Piątkowe dane na temat sprzedaży detalicznej i produkcji budowlano-montażowej nie zachwyciły rynków. Początkowo polska waluta była w odwrocie. Do końca dnia złoty odzyskał jednak całe straty i ponownie euro było w okolicach 4,51 zł, czyli najniższych poziomów względem złotego od marca tego roku. Podobnie ma się sytuacja względem innych walut. Franka oglądaliśmy przez chwilę w piątek po 4,25 zł. Dolar nie stracił na cenie tak dużo i oscyluje około 4,15 zł. Powodem tego są zmiany na rynkach globalnych i umocnienie dolara względem europejskich walut. Funt znajduje się na poziomie 5,05 zł.

Finalne dane z Niemiec

Potwierdziły się dane od naszego zachodniego sąsiada na temat PKB. Są one dokładnie takie same jak dane wstępne. Potwierdził się zatem spadek w pierwszym kwartale tego roku o 2,2% względem poprzedniego kwartału. Strach pomyśleć jakim wynikiem zamkniemy drugi kwartał, ale na te dane przyjdzie nam jeszcze poczekać. Biorąc pod uwagę odmrażanie gospodarki możemy mieć ponownie sytuację taką jak teraz, gdzie oglądamy dane już trochę historyczne z innych realiów.

Przecena kryptowalut

Po wyraźnych wzrostach i próbach sforsowania psychologicznej granicy 10 000 USD bitcoin odbił się i po spadkach w weekend znajduje się już poniżej 9 000 dolarów. Jest to mocno reprezentatywne aktywo odnośnie kryptowalut, gdyż stanowi obecnie około ⅔ tego rynku pod kątem kapitalizacji.

Dzisiaj dzień wolny zarówno w USA (gdzie świętowany jest Dzień Pamięci) jak i w Wielkiej Brytanii (gdzie obchodzimy Wiosenne Święto Bankowe) oraz w Turcji (z powodu Ramadanu).

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Stabilizująca Reguła Wydatkowa nie może być tylko fasadą – trzeba ją uszczelnić

– Projekt zmian w ustawie o finansach publicznych niestety rozszerza katalog zdarzeń pozwalających na stosowanie klauzuli wyjścia dla stabilizującej reguły wydatkowej (SRW) o stan epidemii. Jest to  niespójne z analogicznym artykułem odnoszącym się do reguły długu publicznego. Klauzule wyjścia dla SRW powinny bazować na stanach konstytucyjnych. Pozytywne jest jednak uzależnienie stosowania klauzuli wyjścia od dodatkowych warunków. Propozycja ścieżki powrotu też jest akceptowalna – ocenia główny ekonomista Pracodawców RP dr Sławomir Dudek.

– Niestety nadal nie wprowadzano w Polsce stanu klęski żywiołowej, co stawia urzędników Ministerstwa Finansów pod ścianą. Przygotowując nowelizację budżetu, muszą oni bowiem wprowadzić szybkie zmiany w ustawie o finansach publicznych, aby móc zastosować tzw. klauzulę wyjścia, pozwalającą na zaplanowanie w nowelizacji budżetu wydatków większych niż limit wynikający z reguły wydatkowej – wyjaśnia.

Główny ekonomista Pracodawców RP pozytywnie ocenia jednak uzależnienie stosowania klauzuli wyjścia od dodatkowych warunków: spadku PKB i wysokości deficytu. – Dobrze, że w Ministerstwie Finansów żyje jeszcze duch „strażnika” finansów publicznych. Jestem pozytywnie zaskoczony, gdyż dotychczasowa retoryka wysokich urzędników ministerstwa marginalizowała znaczenie reguł budżetowych i mocno zaszkodziła ich wiarygodności – komentuje dr Dudek.

– Nie nazywajmy zastosowania klauzuli wyjścia „zawieszeniem” SWR. Klauzule wyjścia są integralnym elementem reguły wydatkowej. Może to semantyka, ale ważna z punktu widzenia wiarygodności reguł w odbiorze publicznym i rynkowym – dodaje.

Ponadto projekt zawiera warunki, na podstawie których można określić długość ścieżki związanej z powrotem do pierwotnej stabilizującej kwoty wydatków na kolejne lata. – Ten element jest oczywiście konieczny, gdyż nie możemy od razu wrócić do reguły w kolejnym roku po kryzysie. Konsolidacja musi być adekwatna z punktu widzenia ekonomicznego, ale też nie może naruszać stabilności finansów publicznych. Problem w tym, że czas powrotu do reguły bazuje na prognozie wzrostu gospodarczego sporządzonej przez rząd. Istnieje więc ryzyko, że ta prognoza zostanie opracowana tak, by uzasadnić wydłużenie okresu dostosowawczego, choć to tylko spekulacja. Mam nadzieję, że ta prognoza nie będzie odbiegać od prognoz rynkowych. Zwłaszcza, że chcąc wydłużyć ten okres, rząd musiałby przygotować pesymistyczną prognozę, co oczywiście byłoby ryzykowne wizerunkowo – komentuje Sławomir Dudek.

– Kluczowe jest tutaj również oszacowanie kosztów walki z COVID-19, (parametr „S”), o które można przekroczyć SRW. Brakuje mi przepisu, który precyzowałby konieczność dokładnego rozliczenia tych kosztów w uzasadnieniu do ustawy budżetowej. To powinien być obowiązek zapisany w ustawie o finansach publicznych. Ponadto mam nadzieję, że te koszty będą zgodne z tymi, które raportujemy do Komisji Europejskiej – zaznacza główny ekonomista Pracodawców RP.

– Co do samych warunków określających czas powrotu, to propozycja urzędników MF jest akceptowalna. Czas powrotu jest wypadkową scenariuszy makroekonomicznych. Bezdyskusyjnie przesądzone jest, że w 2020 r. będzie recesja. Ekonomiści proponują różne scenariusze co do jej głębokości, ale szczególnie ważne jest, jakie będzie odbicie w 2021 r. Większość prognoz rynkowych zakłada, że wzrost PKB w 2021 r. będzie większy co do tempa niż tempo spadku w 2020 r. Przy tym scenariuszu do reguły powrócimy w ciągu dwóch lat (czyli w 2022), bo średnie tempo z lat 20/21 będzie dodatnie. Jednak np. Komisja Europejska prognozuje w tym roku recesję 4,3 proc., a odbicie w 2021 r. na 4,1 proc. W tym scenariuszu do reguły powrócimy w 2023 r. Aby wykorzystać 4-letni okres powrotu, wzrost PKB w 2021 r. musiałby być bardzo niski. Moim zdaniem najbardziej prawdopodobne scenariusze makroekonomiczne wskazują, że do SRW będziemy mogli wrócić w dwa lata – ocenia.

– Jest jeszcze aspekt europejski. Musimy mieć na uwadze, że reguła jest implementacją Dyrektywy Rady UE 2011/85/UE, co oznacza, że zmiany będą musiały być notyfikowane do Komisji Europejskiej – dodaje.

– Ostatnio reguła była mocno deprecjonowana i omijana, m. in. poprzez przesuwanie wydatków do funduszy pozabudżetowych. Widać jednak, że presja rynkowa i fakt, że reguła jest wymagana przez dyrektywę Rady UE, zmusiły rząd do jej utrzymania. Nie może ona jednak pozostać fasadowa i dziurawa. Moim zdaniem tylko i wyłącznie równoczesne uszczelnienie reguły pozwoli na zachowanie jej wiarygodności, a ta wiarygodność jest potrzebna w okresie wychodzenia z kryzysu, aby pozwolić sobie na optymalną ścieżkę konsolidacji – zaznacza główny ekonomista Pracodawców RP.

– Towarzystwo Ekonomistów  Polskich, którego jestem członkiem, w ramach konstruktywnej debaty, opracowało gotowy projekt uszczelnienia reguły jako komplementarny do proponowanych przez Ministerstwo Finansów zmian. Projekt został przekazany Premierowi, Ministrowi Finansów oraz do Sejmu i Senatu. Jako TEP uważamy, że reguła wydatkowa jest istotnym elementem wiarygodności i przewidywalności polityki budżetowej. W celu zachowania wiarygodności polskich ram fiskalnych postulujemy o pilne uzupełnienie projektu zmiany ustawy o finansach publicznych o zapisy uszczelniające – mówi dr Dudek.

Kraków na czele regionalnych rynków biurowych

Według najnowszych danych firmy doradczej Colliers International, pierwszy kwartał 2020 r. na rynku powierzchni biurowych w miastach regionalnych, w porównaniu do analogicznego kwartału w ubiegłym roku, zakończył się popytem o 69% wyższym. Całkowity popyt na powierzchnię biurową na ośmiu regionalnych rynkach wyniósł ponad 220 tys. mkw. Najwięcej powierzchni biurowej, bo aż 62 tys. mkw., wynajęto w Krakowie. To około 10% wzrost w porównaniu do pierwszego kwartału 2019 r. Spośród krakowskich transakcji aż 52% stanowiły umowy typu pre-let.

Stały lider

– Pierwszy kwartał był dla nas rekordowy, w odniesieniu do poprzednich lat. W pierwszych miesiącach roku reprezentowaliśmy pięciu klientów, którzy łącznie wynajęli ponad 18,6 tys. mkw., co przyczyniło się do uzyskania przez nas pozycji lidera na krakowskim rynku pod względem reprezentacji najemców – mówi Anna Galicka-Bieda, partner, dyrektor regionalny Colliers International w Krakowie.

Kraków nieustannie przoduje wśród miast regionalnych pod względem podaży nowoczesnej powierzchni biurowej. Na koniec pierwszego kwartału br. całkowita podaż istniejącej powierzchni w tym regionie wyniosła prawie 1,5 mln mkw. W pierwszych trzech miesiącach tego roku na rynkach regionalnych oddano do użytkowania obiekty o łącznej powierzchni 79,8 tys. mkw. Największy z nich, budynek 4 w kompleksie High5ive, o powierzchni 23,5 tys. mkw. znajduje się właśnie w Krakowie.

Efekt pandemii

Według ekspertów Colliers krakowski rynek biurowy w pierwszym kwartale roku jeszcze nie odczuł wpływu pandemii COVID-19. Bardzo prawdopodobne jest jednak, że sytuacja w następnych miesiącach ulegnie zmianie.

– Prognozujemy, że w kolejnych kwartałach pandemia znajdzie odzwierciedlenie w znacznym wzroście transakcji renegocjacji. Obecna sytuacja sprawia, że najemcy skupiają swoją uwagę na optymalizacji kosztów, a ewentualne relokacje rozpatrywane są głównie przez pryzmat potencjalnych oszczędności – komentuje Anna Galicka-Bieda.

– Ponadto w najbliższym czasie najemcy z większą uwagą będą podchodzić do inwestowania w wykończenie swojej powierzchni biurowej, a dodatkowe nakłady, jakie firma będzie musiała ponieść w związku z zawarciem transakcji relokacji, będą przedmiotem negocjacji z wynajmującymi w nowych projektach – dodaje ekspertka Colliers.

Jednym z efektów pandemii może być wzrost zainteresowania elastycznymi rozwiązaniami takimi, jak podnajem lub najem powierzchni typu flex.

– Spodziewamy się również wzrostu liczby pracodawców oferujących, jako benefit, możliwość pracy zdalnej. W momencie planowania powrotu firm do biur dla części pracowników może się ona okazać najlepszą, a być może nawet jedyną możliwością na zachowanie szczególnych środków ostrożności w sytuacji, kiedy niezbędne będzie zachowanie dystansu przez dłuższy czas – mówi Adam Florczyk, ekspert z krakowskiego biura Colliers International.

Już jutro pierwszy webinar PARP i MR w ramach cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu”

Już od jutra rozpocznie się cykl wideokonferencji dla przedsiębiorców organizowanych przez Ministerstwo Rozwoju oraz Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Jak pozyskać środki finansowe działając w branży turystycznej? Jakie terminy obowiązują przedsiębiorców w zakresie składania zeznań i zapłaty podatków? Na czym polegają zmiany w Prawie zamówień publicznych wprowadzone w związku z epidemią? Odpowiedzi na te i inne pytania dotyczące poruszanych zagadnień udzielą eksperci m.in. z Ministerstwa Rozwoju, Ministerstwa Finansów oraz Urzędu Zamówień Publicznych.

Cykl „Tarcza antykryzysowa dla biznesu” to 20 spotkań online poświęconych wybranym narzędziom z tarczy antykryzysowej i finansowej. Przez najbliższe siedem tygodni eksperci z dziedzin prawa, finansów i ekonomii podzielą się z przedsiębiorcami wiedzą i praktycznymi wskazówkami na temat korzystania z rozwiązań osłonowych proponowanych firmom przez rząd.

Tarcza antykryzysowa przewiduje szereg rozwiązań dla branż poszkodowanych wskutek COVID-19, w tym turystycznej. Cykl naszych konferencji będzie dla biznesu okazją do tego, by poznać odpowiedzi na pytania dotyczące korzystania z tarczy – mówi wicepremier, minister rozwoju Jadwiga Emilewicz.

Jak zaznacza – Obędą się również spotkania skierowane do wykonawców przetargów oraz zamawiających. Oprócz zmian w PZP przeprowadzonych w związku z COVID-19, opowiemy też o nowym Prawie zamówień publicznych. Wejdzie ono w życie już w styczniu 2021 r. Uchwaliliśmy je jesienią ubiegłego roku. Dzięki temu rynek zamawiający i wykonawcy dostał dużo czasu na to, by przygotować się do stosowania tych przepisów. Nasza ustawa odpowiada na kluczowe bolączki obecnego systemu. Wychodzi naprzeciw interesowi wykonawców. Ułatwi też życie zamawiających.

Spotkania w tygodniu 25-29.05.2020 r.:

  • wtorek 26 maja, godz. 13:00 „Pozyskiwanie środków finansowych dla branży turystycznej”
  • wytyczne dla podmiotów z branży turystycznej w związku z wprowadzeniem stanu epidemii,
  • szczególne rozwiązania tarczy antykryzysowych dedykowane turystyce,
  • działania POT podejmowane w celu wsparcia rodzimej turystyki,
  • środa 27 maja, godz. 13:00 „Wydłużony termin na złożenie zeznań przez przedsiębiorców i zapłaty podatków”
  • obowiązujące terminy składania zeznań PIT, CIT, VAT oraz wpłaty należnego podatku,
  • kto i kiedy może złożyć wniosek o ulgę w zapłacie podatku,
  • zaliczki na podatek dochodowy – ograniczenie poboru, możliwość rezygnacji z uproszczonych zaliczek, termin przekazania zaliczek od wynagrodzeń,
  • kiedy złożyć deklarację VAT, gdy przedsiębiorstwo ubiega się o środki z programu pomocowego dla firm,
  • czwartek 28 maja, godz. 13:00 „Zmiany w Prawie zamówień publicznych w celu przeciwdziałania epidemii oraz nowe PZP jako impuls dla gospodarki”
  • najważniejsze zmiany wprowadzone do ustawy Prawo zamówień publicznych w związku
    z epidemią,
  • kluczowe zmiany w nowym PZP i korzyści dla wykonawców.

Przebieg konferencji

Każde spotkanie podzielone jest na trzy części. Pierwsza to indywidualne prelekcje zaproszonych ekspertów. Druga ma charakter moderowanej dyskusji, w której paneliści będą rozmawiać o zagadnieniach poruszonych w trakcie spotkania. Podczas trzeciej, ostatniej części, eksperci odpowiedzą na pytania nurtujące internautów . Dodatkowo, po zakończeniu każdego wydarzenia uruchomiony zostanie dyżur ekspercki, podczas którego będzie można skorzystać z telefonicznych konsultacji.

Konferencje będą transmitowane na żywo na stronie internetowej www.parp.gov.pl/tarcza. Już teraz można na niej wypełnić aktywny formularz do zadawania pytań. Odpowiedzi na te zagadnienia postaramy się udzielić trakcie wideokonferencji. Udział w wydarzeniach jest bezpłatny. Wcześniejsza rejestracja nie jest wymagana.

Webinaria poprowadzi dziennikarz „Pulsu Biznesu” Paweł Sołtys.

Odwołanie od decyzji zabezpieczającej

Organy podatkowe zgodnie z treścią art. 33 Ordynacji podatkowej w określonych sytuacjach mogą dokonać zabezpieczenia zobowiązania podatkowego na majątku podatnika lub majątku wspólnym przed terminem płatności, jeżeli zachodzi uzasadniona obawa, że nie zostanie ono wykonane. Przepis ten wskazuje przykładowe sytuacje, które mogą przemawiać za stwierdzeniem, że wykonanie zobowiązania jest zagrożone. Będzie to m.in. trwałe nieuiszczanie wymaganych zobowiązań o charakterze publicznoprawnym, a także zbywanie majątku mogące utrudnić lub udaremnić późniejszą egzekucję. Decyzja organu nie jest ostateczna i podatnik może, a w niektórych sytuacjach powinien się od niej odwołać.

Uzasadniona obawa

Sformułowanie „uzasadniona obawa” jest ogólnym stwierdzeniem, umożliwiającym organom podatkowym dokonanie subiektywnej oceny i kwalifikacji sytuacji. Ordynacja podatkowa nie przewiduje zamkniętego katalogu przypadków spełniających przesłanki „uzasadnionej obawy”, jednakże, jak wskazują sądy administracyjne, ocena organu podatkowego nie może być dokonana w sposób dowolny. Jak wskazał WSA w Gdańsku w wyroku z 29 stycznia 2020 r., sygn. I SA/Gd 1752/19, „«uzasadniona obawa» to stan, w którym w oparciu o obiektywne przesłanki, zachodzi niepewność co do skutku bądź następstwa czegoś”. Zatem podstawą subiektywnej oceny sytuacji dokonywanej przez organ podatkowy i w konsekwencji uznania, że podatnik nie wykona zobowiązania podatkowego, powinny być obiektywne okoliczności, także te ustalone w ramach innych postępowań.

W praktyce organy podatkowe często wykraczają poza dwa przypadki wymienione explicite w przepisie i wskazują inne sytuacje uzasadniające obawę niewykonania zobowiązania. Należy jednak pamiętać, iż powinny one wówczas przedstawić konkretne okoliczności oparte o zebrany materiał dowodowy w zakresie sytuacji finansowej podatnika. Jak słusznie wskazał WSA w Gliwicach w wyroku z dnia 14 stycznia 2020 r., sygn. I SA/Gl 1335/19, pomimo tego że jest to postępowanie uproszczone, nie zwalnia to organów z konieczności podejmowania decyzji w oparciu o posiadane informacje.

Przykładowe, niewymienione w treści przepisu okoliczności wskazujące na „uzasadnioną obawę” to wielkość majątku podatnika, nieprzewyższająca wielkości zobowiązania podatkowego czy posługiwanie się w rozliczeniach podatkowych nierzetelnymi fakturami (por. wyrok NSA z dnia 22 listopada 2019 r., sygn. I FSK 1253/17). Z kolei w wyroku WSA w Łodzi z dnia 28 stycznia 2020 r., sygn. I SA/Łd 696/19, Sąd uznał, że nierzetelne prowadzenie ksiąg i ewidencjonowanie tzw. pustych faktur nie stanowią przesłanek zabezpieczenia wykonania zobowiązania.

Podsumowując, z uwagi na subiektywny charakter decyzji zabezpieczającej organ podatkowy powinien w szczególny sposób ją uzasadnić w zakresie istnienia „uzasadnionej obawy” oraz przedstawić obiektywne okoliczności i swoje argumenty podatnikowi. Brak w tym zakresie jest brakiem formalnym decyzji i może być podstawą odwołania. Ponadto w sytuacji, gdy podatnik nie zgadza się z argumentacją organu, także powinien ją zaskarżyć.

Wysokość zabezpieczenia

Postępowanie zabezpieczające nie jest postępowaniem wymiarowym i co do zasady organ podatkowy nie musi określać dokładnej wartości zobowiązania podatkowego. Warto podkreślić za Naczelnym Sądem Administracyjnym (wyrok z 15 stycznia 2020 r., sygn. II FSK 461/18), że w toku postępowania zabezpieczającego organ podatkowy nie musi prowadzić całego postępowania dowodowego w celu określenia obowiązku podatkowego i jego wymiaru, gdyż wymagane jest tylko uprawdopodobnienie, że zobowiązanie w określonej wysokości istnieje.

Pomimo uproszczonego charakteru decyzja o zabezpieczeniu powinna zawierać w szczególności okoliczności decydujące o dokonaniu zabezpieczenia oraz określać sposób ustalenia jego wysokości (por. wyrok NSA z dnia 23 września 2016 r., sygn. I FSK 1719/14). Brak dokładnego sprecyzowania okoliczności oraz sposobu ustalenia wysokości zabezpieczenia może być jedną z podstaw odwołania. Nie chodzi tu jedynie o wskazanie konkretnej kwoty, lecz także o przedstawienie danych, na podstawie których ta kwota została skalkulowana (wyrok NSA z dnia 14 listopada 2019 r., sygn. II FSK 3903/17).
Brak wskazania w uzasadnieniu decyzji, w jaki sposób została ustalona kwota zabezpieczenia lub ustalenie tej kwoty w oparciu o błędne dane/założenia, może być zatem podstawą zarzutu w odwołaniu od decyzji.

Skutki decyzji zabezpieczającej

W następstwie wydania decyzji zabezpieczającej wystawiany jest tytuł wykonawczy, na podstawie którego dokonuje się egzekucji. Podatnik ma prawo wystąpić z wnioskiem do organu podatkowego o przyjęcie zabezpieczenia zaproponowanego przez stronę (np. gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej, poręczenia banku, czeku, zastawu rejestrowego), jednak organ podatkowy nie musi się na zaproponowaną formę zgodzić. Dlatego w wielu przypadkach organ podatkowy może zablokować rachunek bankowy i dokonać na nim zajęcia do wysokości zabezpieczenia, co znacznie wpływa na funkcjonowanie przedsiębiorstwa i jego płynność finansową.

Biorąc pod uwagę powyższe skutki oraz fakt, że decyzja zabezpieczająca jest wydawana w oparciu o subiektywną analizę organu podatkowego, należy się od niej odwołać. Odwołanie powinno zawierać konkretne argumenty i podstawy prawne, a także wniosek o wstrzymanie czynności. Termin na wniesienie odwołania to 14 dni od daty doręczenia decyzji o zabezpieczeniu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

ABC Windykacji – Jak spłacić zadłużenie w czasach pandemii? PORADNIK ZPF

Z badania opinii przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że połowa Polaków płaci swoje zobowiązania finansowe w
terminie – tak odpowiedziało 49 proc. ankietowanych. Ponad 40 proc. twierdzi natomiast, że spóźnia się z płatnościami. Niektórzy raz na jakiś czas (28 proc.), a inni regularnie (6 proc.). Co ciekawe, część z badanych ma opóźnienia w spłacie, ale tylko w przypadku niektórych zobowiązań (5 proc.). Badanie ZPF było realizowane w ramach kampanii „Windykacja? Jasna Sprawa” w ubiegłym roku. Jak konsumenci odpowiedzieliby dzisiaj, gdy pandemia wpływa na sytuację ekonomiczną oraz finanse wielu Polaków? Jak radzić sobie z zadłużeniem w obecnej sytuacji? Oto krótki poradnik.

Krok 1: Przyjrzyj się domowym finansom raz jeszcze

Zarządzanie domowym budżetem przed pandemią wyglądało zapewne inaczej niż teraz. Dlatego warto zmienić podejście do niektórych wpływów i wydatków. Wiele gospodarstw domowych planowało dotychczas każdy miesiąc, przeznaczając pewną kwotę na opłaty stałe, kolejną na spłatę zobowiązań takich, jak np. pożyczki, jeszcze inną na zakupy spożywcze, artykuły medyczne, przyjemności etc. Część ze środków, o ile to możliwe, konsumenci oszczędzali, by w przyszłości móc dokonać większego zakupu lub mieć gotówkę „na wszelki wypadek”.

– Scenariusze finansowe, które dotychczas sprawdzały się idealnie, trzeba teraz napisać od nowa. W czasach pandemii warto nie tylko zrewidować domowy budżet, ale też zmienić podejście do niektórych wpływów i wydatków. Jeżeli mamy niższe wpływy, warto zastanowić się nad tym, które wydatki możemy ograniczyć. Policzmy też, ile pieniędzy „zaoszczędziliśmy”, gdy nie korzystaliśmy z usług kosmetycznych, nie podróżowaliśmy i nie jedliśmy w restauracjach. Te wszystkie środki, których nie wydaliśmy (lub wciąż nie wydajemy), paradoksalnie zasilają nasz budżet i mogą być przeznaczone na inne, potrzebne w tej chwili, wydatki. Chociażby spłatę zaległych zobowiązań – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF. – Jeżeli, z powodu pandemii, część wydarzeń kulturalnych, planów podróżniczych, edukacyjnych, w których mieliśmy brać udział jest odwołana, a organizatorzy zwracają nam wcześniej zainwestowane środki, również potraktujmy je jak wpływ do domowego budżetu i zastanówmy się jaką najpilniejszą potrzebę mogą sfinansować te pieniądze – dodaje.

Krok 2: Wstrzymaj się z dużymi wydatkami, nawet jeśli planowałeś je od dawna

Na rynkach finansowych panuje niepewność, dlatego większość ekspertów przestrzega, by w tej chwili wstrzymać się z inwestowaniem pieniędzy oraz planowaniem większych wydatków, takich, jak zakup samochodu, mieszkania czy remont. – Jeżeli planowaliśmy większe wydatki będąc w dobrej kondycji finansowej, warto wstrzymać się z ich realizacją, zwłaszcza gdy nie wiadomo jak ta kondycja finansowa będzie kształtować się w przyszłości. Jeżeli zamierzaliśmy sfinansować część zakupów kredytem, zastanówmy się dwa razy zanim go zaciągniemy. W tej chwili lepiej „trzymać” środki na spłatę aktualnych zobowiązań, aniżeli zaciągać kolejne. Może okazać się, że nasz budżet będzie, w pewnym momencie, zbyt nadwerężony – przypomina Andrzej Roter.

Krok 3: Zrób tabelę i zsumuj w niej wydatki. Dopisz terminy spłat

Warto podsumować wszystkie opłaty, które w danym miesiącu trzeba opłacić. W tabeli dobrze pogrupować, które z nich opiewają na mniejsze kwoty, a które na większe. Warto też zapisać terminy spłaty, a jeśli przekroczyliśmy je – zanotować również tę informację. Jeżeli zobowiązania nie były regulowane przez dłuższy czas możliwe, że wierzyciel rozpoczął naliczanie odsetek lub będzie chciał dopisać do danego zobowiązania tzw. kary umowne, a to będzie wiązało się z dodatkowymi wydatkami po stronie konsumenta. – Jeżeli nie mamy wystarczających środków na koncie i musimy „wybierać” które zobowiązania zapłacić jako pierwsze, lepiej zacząć od tych najstarszych, z którymi spóźniamy się ponad trzy miesiące, ponieważ to one będą generowały dodatkowe koszty, chociażby z tytułu odsetek. Jeżeli udało nam się zaoszczędzić jakiekolwiek pieniądze, warto uregulować też zobowiązania, które opiewają na niższe kwoty nieobciążające w dużym stopniu domowego budżetu. Spłatę tych zobowiązań, które są wyższe i mamy przekonanie, że w tej chwili nie jesteśmy w stanie ich uregulować, trzeba dobrze zaplanować, przygotowując harmonogram spłat, odkładając środki systematycznie i w dłuższej perspektywie czasu. Przykładowo, jeżeli będziemy odkładać 5 zł dziennie, to pod koniec miesiąca uzbieramy 150 zł – mówi Andrzej Roter, Prezes ZPF.

Krok 4: Nie unikaj kontaktu z firmą windykacyjną

Jeżeli konsument przez dłuższy spóźniał się ze spłatą, możliwe, że wierzyciel (np. spółdzielnia, firma telekomunikacyjna lub bank) przekazał sprawę do firmy windykacyjnej, by to ona kontaktowała się z konsumentem celem spłaty. Warto przypomnieć ciekawe badanie. Blisko połowa Polaków – jak wynika z badania ZPF – miała kiedyś kontakt z firmą windykacyjną (48 proc.). Zdecydowana większość z nich ocenia to doświadczenia jako neutralne lub dobre (72 proc.). Z tego samego badania wynika, że mimo to, wiele osób unika kontaktu z firmą windykacyjną, a gdy dzwoni windykator nie wie jak się zachować, co powiedzieć, w jaki sposób rozmawiać. – Pamiętajmy, że celem profesjonalnych firm windykacyjnych jest realne wsparcie konsumenta w spłacie zadłużenia, a to oznacza, że najważniejszy jest dialog, rozmowa i znalezienie rozwiązania, które będzie korzystne zarówno dla osoby zadłużonej, jak i dla wierzyciela. W dobie pandemii ta rozmowa jest szczególnie ważna. Zachęcam zatem, by odbierać telefony od windykatora, powiedzieć otwarcie o trudnej sytuacji materialnej lub innych problemach życiowych, z którymi się borykamy. Firma, która zarządza wierzytelnościami dysponuje szeregiem narzędzi, które mogą wesprzeć konsumenta w spłacie zobowiązań i dopasować rozwiązania do jego możliwości finansowych, nawet jeśli te są akurat mniejsze – przekonuje Andrzej Roter. Dodaje, że ponad 70 proc. konsumentów, którzy brali udział w badaniu opinii realizowanym w ramach kampanii „Windykacja? Jasna Sprawa”, przyznawało otwarcie, że nie wie, w jaki sposób firma windykacyjna może ich wesprzeć w spłacie zadłużenia, zatem ich uświadamianie w tej kwestii jest kluczowe.

Krok 5: Dowiedz się jak firma windykacyjna może ci pomóc

O jakich narzędziach mowa? Po pierwsze, można przesunąć termin spłaty zadłużenia. Jeżeli konsument nie dysponuje w tej chwili środkami i jest w trudnej sytuacji finansowej – wierzyciel może w porozumieniu z osobą zadłużoną zmienić termin spłaty na bardziej dogodny. Po drugie, zadłużenie można rozłożyć na przystępne raty. Ich wysokość powinna być dopasowana do możliwości finansowych konsumenta. Nawet jeżeli strony ustaliły harmonogram spłat i wysokość rat, a sytuacja osoby zadłużonej uległa pogorszeniu, warto wznowić rozmowy i ustalić nowe warunki. Po trzecie – w wyjątkowych przypadkach możliwe jest częściowe wstrzymanie naliczania odsetek.

Osoby, które regulują płatności na poczcie lub w banku, a w dobie pandemii nie chcą wychodzić z domu mogą spłacić zadłużenie online. Wiele firm zarządzających wierzytelnościami daje taką możliwość. – Podsumowując, chciałbym raz jeszcze podkreślić, że pierwszym krokiem do skorzystania z powyższych narzędzi jest otwarta rozmowa z windykatorem. Firmy zarządzające wierzytelnościami chcą się dogadać z osobą zadłużoną polubownie – mówi A. Roter.

Szacowanie ryzyk

Optymizm związany z łagodzeniem zakazów lockdownu jest równoważony przez narastające napięcia między USA i Chinami. Po zeszłotygodniowym rajdzie ryzykownych aktywów podatność na negatywne informacje jest podwyższona. Ale dziś prezent w postaci święta w Wielkiej Brytanii i USA pozwala na podtrzymanie spokoju.

Wyciągnięcie się Wall Street na finiszu piątkowej sesji pozwoliło wymazać pesymizm, jaki dominował na koniec ubiegłego tygodnia i był związany z obawami o eskalację sporu między USA i Chinami. Weekend przyniósł świeże protesty w Hongkongu przeciwko nowym przepisom bezpieczeństwa zagrażającym autonomii miasta, a USA wpisały na czarną listę 33 firmy i instytucje z Chin. Jednak rynki dla przeciwwagi mają pozytywne doniesienia z frontu walki z wirusem. M.in. Japonia znosi stan wyjątkowy w Tokio i okolicznych regionach, a kraje i regiony w Europie donoszą o kolejnych dniach bez nowych przypadków śmiertelnych. W pamięci pozostają też raporty o postępujących pracach nad szczepionką, nawet jeśli data publicznej dystrybucji leku wciąż jest odległa. Piątkowe odbicie w drugiej części dnia pokazuje, że inwestorzy nie chcą rezygnować z podtrzymania trybu risk-on. Ale jeśli szum informacyjny się nie poprawi i będą przeważać negatywne impulsy, kapitulacja w końcu nastąpi.

Geopolityka będzie na pierwszym planie z główną uwaga na kroki, jakie podejmie Biały Dom i Kongres w stosunku do Chin w sprawie Hongkongu. Podsycanie awersji do ryzyka będzie siłą umacniającą dolara. W Europie inwestorzy z większym zainteresowaniem będą przyglądać się projektowi KE odnośnie unijnego pakietu fiskalnego (środa) i ile w nim zostanie zawarte z propozycji Niemiec i Francji (m.in. euroobligacje). Podchodzimy ostrożnie do sprawy, spodziewając się oporów niektórych państw dla wspólnej emisji długu. Rozczarowanie będzie ciążyć na wycenie EUR.

Poza tym od strony danych makro ostatni tydzień maja nie rozpieszcza. Dziś zaczynamy dniem wolnym w Wielkiej Brytanii i USA, co mocno ograniczy zmienność. Publikowany dziś niemiecki indeks Ifo powinien odzwierciedlać sygnały z już opublikowanego indeksu ZEW: ocena bieżącej sytuacji ulega dalszej deterioracji, jednak przedsiębiorcy z optymizmem patrzą na poprawę perspektyw w przyszłości. Podobne wnioski powinny płynąć z indeksów nastrojów od Komisji Europejskiej (czwartek). Dane będą miały bardziej charakter informacyjny niż mogłyby wpłynąć na EUR. W USA indeks nastrojów konsumentów (wtorek), Beżowa Księga Fed (środa) i Chicago PMI (piątek) pozwolą ocenić tempo z jakim gospodarka odbudowuje się po przestoju. Brak danych z Wielkiej Brytanii pozostawi funta na łasce spekulacji odnośnie przyszłości brexitu i szansach na ujemne stopy procentowe Banku Anglii. Wygląda na to, że Wielka Brytania zmierza do nieprzedłużenia negocjacji handlowych i przygotowuje się na zerwanie negocjacji. Jest to obecnie największe ryzyko dla GBP, które powoli rynek zaczyna wyceniać.

W Polsce w przyszłym tygodniu głównym wydarzeniem będzie przesunięte posiedzenie decyzyjne Rady Polityki Pieniężnej (czwartek). My i rynek nie oczekujemy zmiany stóp procentowych. O ile sytuacja ekonomiczna nie ulegnie wyraźnemu pogorszeniu względem aktualnych oczekiwań, polityka stóp procentowych sięgnęła dolnego limitu i RPP powinna teraz skupić wysiłki na zarządzaniu programem skupu aktywów i wsparciu programów pożyczkowych rządu. Nie zakładamy wpływu decyzji na złotego, który utrzymuje spokojną konsolidację względem euro w pasmie 4,51-4,57.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deloitte: Co czwarta firma rodzinna przygotowana na sukcesję

Udany biznes rodzinny powinien być dziś, w dobie epidemii SARS-CoV-2 jeszcze bardziej niż zwykle nastawiony nie tylko na pomnażanie zysku, lecz na wspólny cel i dobro interesariuszy. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Firmy prywatne – wyzwania i możliwości 2020”, podobne podejście staje się motorem działań większości firm na świecie. Co ciekawe, tradycja przekazywania młodszym pokoleniom przedsiębiorstw rodzinnych, to wciąż wyzwanie dla większości właścicieli. Tylko 26 proc. firm jest gotowe na sukcesję na stanowiska dyrektora, a 18 proc. w przypadku pozostałych funkcji kierowniczych.

W najnowszej edycji raportu eksperci Deloitte poddali analizie główne cele działalności firm rodzinnych na całym świecie. Pod uwagę wzięli również różnice kulturowe i regionalne przedsiębiorstw w różnych krajach, które często w sposób zasadniczy wpływają na ich funkcjonowanie.

Firma rodzinna – coś więcej niż zysk

Znalezienie równowagi pomiędzy celami i potrzebami firmy a poszczególnych członków rodziny od zawsze było jednym z głównych wyzwań przedsiębiorstw rodzinnych. Jak zauważają eksperci Deloitte, określenie celu, który będzie przyświecać kolejnym pokoleniom oraz przejrzystość w funkcjonowaniu firmy ma zasadnicze znaczenie i często decyduje o sukcesie zarówno na rynku rodzimym, jak i zagranicznym. Jedną z najstarszych firm rodzinnych na świecie jest zbudowany w 718 roku hotel Hoshi Ryokan w Japonii, którego sukcesja sięga w tym momencie 50 pokoleń. Jego sukces ma swoje podłoże m.in. w azjatyckiej kulturze, gdzie rodzina wciąż pozostaje kluczową wartością. Dlatego firma rodziny Hoshi jest postrzegana jako wzorcowo prosperujące przedsiębiorstwo, którego przyszłość nie jest zagrożona, dzięki kontynuowaniu misji rodziny przez kolejne pokolenia. Inaczej sytuacja wygląda jednak na Zachodzie w Stanach Zjednoczonych do trzeciego pokolenia przetrwało niecałe 30 proc. firm rodzinnych. Wiąże się to przede wszystkim z brakiem wizji, która jednoczyłaby założycieli i przyszłych sukcesorów. Przykładem dobrze przygotowanej i przeprowadzonej sukcesji, w firmie w której spójna i jasna misja to podwaliny jej działania, jest Dr Irena Eris. Henryk Orfinger, wiceprezes zarządu spółki, przekazał stery synowi Pawłowi Orfingerowi, jednak zanim do tego doszło zostały spisane kluczowe zasady i cele firmy. U ich podstaw są ludzie, którzy tworzą firmę oraz tradycja i historia, bo firma to dzieło życia dr Ireny Eris.

Ktoś mógłby powiedzieć, że co mnie obchodzi, co się stanie z naszą firmą, gdy mnie już nie będzie. Ale moim najważniejszym życiowym celem jest, by firma została po mnie, jako pamiątka. Zbudowaliśmy silną markę i chcemy, by ona zaistniała w sposób ciągły, żeby moje dzieci, moje wnuki i prawnuki korzystały z tego, co ta firma buduje, jako beneficjenci, ale sukcesywnie. Pragnąłbym, żeby to trwało jak najdłużej, przez dziesiątki, setki lat – mówi Henryk Orfinger, wiceprezes Dr Irena Eris.

Spójna wizja i wspólny cel ochronią przed kryzysem

Dzisiaj, w obliczu pandemii SARS-CoV-2, wiele firm staje w obliczu trudnych decyzji o restrukturyzacji, ograniczeniu inwestycji czy ogłoszeniu upadłości. Z drugiej strony ta sytuacja mobilizuje przedsiębiorców do szukania nowych rozwiązań tak, by firma mogła funkcjonować i była możliwie najlepiej zabezpieczona na przyszłość. Wnioski z raportu Deloitte potwierdzają tezę, że liderami na rynku są te firmy, które działają nie tylko tu i teraz, ale przewidują też, jak ich firma będzie funkcjonowała w przyszłości. Przedsiębiorstwo posiadające spójną wizję, poczucie misji, oparte na silnej i rozumiejącej swoje potrzeby oraz cele rodzinie jest bardziej odporne na kryzysy i zmiany. Ma to istotne znaczenie nie tylko dla ciągłości działania, ale coraz częściej wpływa na relacje z inwestorami. Kontrahenci nierzadko wymagają w umowach zapisów strategii kontynuacji właścicielskiej, celem zabezpieczenia swoich interesów.

– W dobie tak radykalnie postępujących zmian ekonomicznych, rynkowych i technologicznych, planowanie i przygotowanie sukcesji powinno stać się jednym z kluczowych działań każdej firmy rodzinnej. Hotel rodziny Hoshi, istniejący od 1302 lat, jest najlepszym przykładem, że kryzysy takie, jak SARS-CoV-2, przetrwają ci, którzy mają swoją wizję oraz wartości, które pomagają odbudować i rozwijać firmę dla wielu pokoleń – mówi Tadeusz Dulian, doradca firm rodzinnych, Deloitte.

Walka o biznes

Zaangażowanie w prowadzenie firmy rodzinnej coraz większej liczby członków rodziny prowadzi często do konfliktów międzypokoleniowych, zwykle na podłożu osobistym, zupełnie niezwiązanym z biznesem. Konflikty te mogą stać na drodze do pełnego wykorzystania potencjału firmy, a z czasem mogą doprowadzić do jej podziału lub sprzedaży. Wiele problemów firm rodzinnych bierze się z nieumiejętności budowania właściwych relacji. Dotyczy to w szczególności przedsiębiorstw, które muszą zmienić swój model biznesowy lub wprowadzić innowacje, aby móc dalej się rozwijać. Założyciele, którzy kształtowali firmę przez dziesięciolecia, są do niej emocjonalnie przywiązani i mają tendencję do podważania opinii młodszych, jeśli chodzi o nowe, oparte na technologii inicjatywy biznesowe. To z kolei negatywnie wpływa na rozwój przedsiębiorstwa na konkurencyjnym rynku.

(Nie)dopuszczenie do głosu

Jak wynika z raportu Deloitte, jedynie otwarta i przejrzysta komunikacja jest szansą na złagodzenie konfliktów i przywrócenie zdrowych relacji wśród właścicieli firm rodzinnych. Dość często jest to jednak duże wyzwanie, gdyż brakuje im umiejętności poruszania trudnych tematów, zarówno tych dotyczących kwestii biznesowych, jak i osobistych. W przywróceniu skutecznej komunikacji pomiędzy właścicielami firm pomóc może zewnętrzny doradca. Opinia z zewnątrz pomaga zapewnić równe szanse w dyskusji, tak, aby wszyscy mieli poczucie, że są uprawnieni do udziału w niej.

– Komunikacja w ramach rodziny może być trudna m.in. w związku z różnymi wartościami, poziomem wiedzy czy odpowiedzialności członków rodziny, lub też brakiem jasnego podziału funkcji wewnątrz firmy. Zbudowanie sprawnego kanału komunikacji z pewnością wymaga czasu i wysiłku, ale w ostateczności staje się tym, co wyróżnia firmy rodzinnie spośród innych mówi Tadeusz Dulian.

Wywrócona hierarchia

Mimo że każda firma rodzinna posiada własną, wyróżniającą ją kulturę, to jak każdy biznes zmaga się z podstawowymi wyzwaniami rynku. Do takich należy m.in. walka o utalentowaną kadrę czy też dostosowanie do zmieniającego się środowiska pracy. W badaniu Deloitte pozyskanie wykwalifikowanych pracowników było jednym z pięciu priorytetów zarządów firm rodzinnych na najbliższy rok. Dodatkowo aż 23 proc. badanych wskazało, że największy wpływ na ich branżę w ciągu najbliższych 20 lat będą mieć zmieniające się dane demograficzne, czyli powszechna mobilność i starzenie się społeczeństw. Firmy rodzinne muszą ze zrozumieniem podchodzić do wymagań młodszych pracowników, akceptować podczas rekrutacji kompatybilność kulturową oraz zapewnić im stały rozwój.

Firmy rodzinne na celowniku hakerów

W środowisku dzisiejszych przedsiębiorstw obecność w sieci stała się czynnikiem niezbędnym, a to z kolei zwiększyło ryzyko cyberprzestępstw. Ataki mogą doprowadzić do zatrzymania produkcji, strat finansowych czy wizerunkowych nie tylko w przypadku światowych gigantów, lecz też mniejszych firm rodzinnych. Wiele z nich posiada stosunkowo słabą obronę przed próbami oszustw w sieci, co tylko uatrakcyjnia ich w oczach hakerów. Jak wynika z raportu, aż 32 proc. firm zadeklarowało straty spowodowane cyberprzestępczością. Mimo to jedynie 48 proc. przedsiębiorstw rodzinnych posiadało plany w zakresie bezpieczeństwa, które by uchroniły je przed wyciekiem danych poza firmę

Firmy rodzinne są nie mniej narażone na cyberataki niż inne komercyjne podmioty. Tymczasem często w pierwszych latach działalności skupiały się na dynamicznym rozwoju – nie zmieniając i rozwijając IT „bo działało”. Powstały w ten sposób dług technologiczny wpływa dziś istotnie na zwiększenie ekspozycji tych firm na ataki. Poza atakami socjotechnicznymi, które wykorzystują pandemię SARS-CoV-2, w świetle ostatnich wydarzeń istotne jest między innymi zaadresowanie ryzyk, wynikających ze zmiany modelu pracy na pracę zdalną. Chodzi o narzędzia do współdzielenia dokumentów, telekonferencje czy zapasowe urządzenia mówi Marcin Ludwiszewski, Dyrektor i Lider ds. cyberbezpieczeństwa w Deloitte. Ekspert dodaje, że firmy powinny również zagwarantować elastyczność rozwiązań, jak na przykład VPN, które zapewniają nieprzerwany dostęp zdalny do firmy.

W rękach następców

Dobrze prowadzona firma rodzinna może być źródłem utrzymania wielu pokoleń. Nie każdy przedsiębiorca jest jednak gotowy na przekazanie swojej wiedzy, władzy i własności w ręce młodych następców. Z najnowszych danych Deloitte wynika, że tylko 41 proc. właścicieli jest przygotowanych na przeprowadzenie udanej sukcesji. Ponadto zaledwie 26 proc. respondentów zadeklarowało, że posiada plan przekazania władzy, jeżeli chodzi o stanowisko dyrektora, a 18 proc. na pozostałe funkcje kierownicze. W przeprowadzaniu udanej sukcesji, ważne jest wspólne wypracowanie rozwiązań, warsztaty rodzinne, a także spisanie Konstytucji Rodzinnej. W pracy nad konstytucją kluczowe jest zderzenie wizji założyciela z wizją sukcesorów. Dzięki temu można zaplanować przyszłość firmy. Jedną z firm, która skutecznie przeprowadziła proces sukcesji jest podkarpacka spółka Fibrain.

– Nasza konstytucja zawiera zapisy, które regulują wejście w biznes i integrację rodziny w przyszłości. Żeby te zapisy miały sens, rodzina musi się utożsamiać z firmą i jej wartościami, musi posiadać misję, która określa działalność firmy na długie lata. Rodzina powinna traktować firmę jak dobro rodowe. Nie tylko chodzi o wartości materialne, ale ideologię. Firma to nie tylko zysk, ale też źródło integracji społecznej, odpowiedzialny pracodawca czy choćby innowator technologiczny. Planując sukcesję i pisząc konstytucje, tymi wartościami właśnie kierowaliśmy się – mówi Jan Kalisz, założyciel firmy Fibrain.

O raporcie:

Raport Deloitte „Private company issues and opportunities 2020” został przygotowany w I kw 2020 r., przedstawia perspektywę dwudziestu krajów.

HoReCa na odbudowę sektora może potrzebować nawet 3 lata. Najwięcej optymistów, którzy stawiają na ten rok, jest w transporcie

Najwcześniej w przyszłym roku nastąpi powrót koniunktury w naszej branży – tak uważa 45 proc. zapytanych firm z sektora MŚP. W opinii 40 proc. na pozytywny obraz branży będziemy musieli poczekać co najmniej 2-3 lata. Tylko niecałe 9 proc. przedsiębiorców liczy, że optymistyczny scenariusz ziści się jeszcze w tym roku. Z drugiej edycji Barometru COVID-19 zrealizowanego przez EFL wynika także, że ponad połowa przedsiębiorców uważa, że koronawirus spowoduje upadłość wielu firm.

EFL w drugiej fali badania Barometr COVID-19 pod koniec kwietnia br. zapytał przedsiębiorców o wpływ kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa na kondycję branży, w jakiej działa firma w perspektywie następnych 6 miesięcy. Przeważająca większość przedsiębiorców (77 proc.) oceniła, że sytuacja pogorszy się, w opinii 15 proc. pozostanie bez zmian.

Po raz kolejny badanie wykazało, że im mniejsza firma, tym wykazuje większy pesymizm w odniesieniu do wpływu pandemii na kondycję branży. Podczas gdy 6 na 10 średnich firm pesymistycznie spogląda na najbliższe 6 miesięcy, wśród najmniejszych podmiotów zatrudniających do 9 pracowników pogorszenia spodziewa się aż 9 na 10 zapytanych.

Spoglądając na poszczególne sektory, najbardziej przyszłości obawia się HoReCa – niemal wszyscy zarządzający hotelami, restauracjami i firmami cateringowymi są zdania, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy sytuacja się pogorszy (95 proc. wskazań). Bardzo wysokie odsetki pesymistycznych odpowiedzi odnotowano także w branży usługowej (85 proc.), handlowej (79 proc.) i transportowej (76 proc.).

Rok, dwa, trzy?

Pod koniec kwietnia br., czyli półtora miesiąca od wybuchu epidemii koronawirusa w Polsce, przedstawiciele MŚP zostali zapytani, kiedy ich zdaniem nastąpi powrót koniunktury w branży, w której działają. Na szybką rekonwalescencję branży, jeszcze w tym roku, liczy 8,5 proc. firm. Najwięcej zapytanych przedsiębiorców – 45 proc. – jest zdania, że optymistyczny scenariusz ziści się w przyszłym roku. 40 proc. uważa, że nastąpi to najwcześniej za 2-3 lata.

Powrotu koniunktury w przyszłym roku spodziewa się najwięcej przedstawicieli budownictwa (52 proc.), handlu (51 proc.), transportu (48 proc.) i produkcji (45 proc.). Za mniej optymistycznym scenariuszem przewidującym odbicie branży w latach 2022-2023 opowiadają się najczęściej przedstawiciele sektora HoReCa (48 proc.) i usług (44 proc.). Najwięcej optymistów, którzy stawiają jeszcze na ten rok, jest wśród przedstawicieli transportu (18 proc.), ale liczy na to także po 8 proc. przedstawicieli handlu, budownictwa i przemysłu oraz 7 proc. firm usługowych.

Mniej firm w Polsce?

Z Barometru COVID-19 wynika, że w ciągu najbliższych miesięcy polski sektor MŚP może się skurczyć. Nieco więcej niż połowa przedsiębiorców uważa, że najpoważniejszym skutkiem epidemii koronawirusa będą upadki firm (51 proc. wskazań). Co czwarty ankietowany (25 proc.) uważa, że jej konsekwencją będzie aktywne poszukiwanie innych rynków, dywersyfikacja obszarów działania lub zmiana profilu działalności.

Najwięcej obaw o upadki firm jest wśród najmniejszych firm – aż 7 na 10 mikrofirm uważa, że pandemia spowoduje wiele upadłości. Wśród małych podmiotów tego zdania jest niemal połowa zapytanych, a wśród średnich już tylko 3 na 10 respondentów. Natomiast im większa firma, tym częściej pojawiało się oczekiwanie, że koronawirus spowoduje poszukiwanie innych rynków, dywersyfikację lub zmianę profilu działalności. Taką opinię wyraziło 37 proc. średnich firm, 24 proc. małych firm i 19 proc. mikrofirm.

Spoglądając na branże, po raz kolejny najwięcej pesymistów jest wśród przedstawicieli hoteli, restauracji i firm cateringowych. Tutaj aż 85 proc. zapytanych uważa, że COVID-19 wywoła lawinę upadłości. Podobnego zdania jest 7 na 10 firm usługowych, 5 na 10 firm handlowych i 5 na 10 transportowych. W przemyśle i budownictwie częściej wskazywano na aktywne poszukiwanie innych rynków, dywersyfikację lub zmianę profilu działalności (odpowiednio 46 proc. i 38 proc. wskazań).

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm.

Prawie połowa firm zainwestuje więcej w outsourcing IT

Coraz więcej firm będzie szukać zewnętrznego wsparcia technologicznego, by przetrwać zarówno pandemię, jak i możliwe nowe kryzysy. Ponad 45 proc. organizacji zamierza w ciągu najbliższych 18 miesięcy zwiększyć nakłady na outsourcing usług IT – wynika z najnowszego raportu firmy NTT. Dla ponad połowy ankietowanych głównym powodem takiej inwestycji jest zwiększenie bezpieczeństwa.

Przez wiele lat na rynku panowało przekonanie, że outsourcing to przede wszystkim sposób na optymalizację czasu i pieniędzy. Według badań przeprowadzonych swego czasu przez Deloitte aż 59 proc. przedsiębiorców za główny powód zlecania procesów na zewnątrz wskazywała możliwość cięcia wydatków. Pandemiczna rzeczywistość zmusiła jednak wiele firm do zmiany tego myślenia. Outsourcing IT będzie zyskiwał na znaczeniu do 2022 r. według raportu NTT, a powodem nie będzie dążenie do zmniejszenia kosztów, a zapotrzebowanie na wiedzę specjalistyczną pomocną w dobie kryzysów i związanej z nimi niepewności.

Dostawcy cyfrowych usług muszą się przygotować na wzrost zapotrzebowania. Outsourcing IT to coś więcej niż tylko dostawa technologii. Firmy mierzące się z obecnymi wyzwaniami chcą czegoś więcej i szukają sprawdzonych partnerów i doradców, którzy pomogą im przejść sprawnie przez proces cyfrowej transformacji i wrócić do biznesowej normalności – twierdzi Damian Skendrovic, wiceprezes wykonawczy w NTT.

Speca od chmury wynajmę

Według badania „Global Managed Services Report 2020”, przeprowadzonego wśród 1250 przedstawicieli kadry kierowniczej z 29 krajów, w ciągu najbliższych lat firmy będą szczególnie szukać eksperckiego wsparcia w zakresie infrastruktury chmurowej. Ponad 77 proc. z nich zamierza postawić na outsourcing usług chmurowych. To zainteresowanie widać też w Polsce.

Rosnące zainteresowanie usługami outsourcingu, w tym także chmurowymi, zauważyliśmy zaraz po wybuchu pandemii. Masowe przejście na pracę zdalną czy gwałtowne wzrosty sprzedaży na platformach e-commerce zmusiły firmy do szukania rozwiązań, które pozwoliłyby funkcjonować w nowej rzeczywistości i zachować ciągłość działania. Gwarantują to właśnie usługi chmurowe, łącząc w sobie wydajność i elastyczność z bezpieczeństwem. Nawet instytucje finansowe, tradycyjnie bardzo wymagające, biorą pod uwagę wykorzystanie usług chmurowych, aby zdywersyfikować stosowane rozwiązania, lokalizacje i dostawców. Decyzje te wspierają też kolejne rekomendacje użycia usług chmurowych w sektorze finansowym – zwraca uwagę Adam Dzielnicki z Atmana, lidera rynku data center w Polsce.

Badania NTT nie są jedynym źródłem prognozującym szybki rozwój outsourcingu. Podobnymi prognozami podzielili się analitycy Grand View Research. Ich zdaniem w ciągu najbliższych 7 lat rynek outsourcingu IT osiągnie wartość prawie 940 mld dolarów, a w ujęciu globalnym odnotuje wskaźnik wzrostu (CAGR) na poziomie ponad 7,7 proc. Grand View Research zwraca uwagę na to, że za wzrost na rynku usług IT, szczególnie w zakresie takich technologii jak chmura, będą głównie odpowiedzialne branże handlowa i e-commerce.

Dla sektorów handlu tradycyjnego i internetowego kluczowe jest szybkie uruchamianie nowych środowisk i skalowalność zasobów IT wraz z rosnącym popytem. Budowanie infrastruktury we własnym zakresie byłoby w takim przypadku i kosztowne, i mało racjonalne – komentuje Adam Dzielnicki z Atmana.

Cyberochrona zyskuje na znaczeniu

Jak wynika z raportu NTT, firmy będą poszukiwać wsparcia technologicznego nie tylko w zakresie bieżącego działania IT, ale przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo. Praca zdalna i dostęp do firmowych danych z prywatnych urządzeń sprawiły, że firmy są dzisiaj znacznie bardziej podatne na cyberataki. Ogromna fala oszustw bazujących na strachu przed COVID-19 sprawia, że firmy samodzielnie mogą nie dać rady cyberprzestępcom.

Verizon podał niedawno, że w 2019 r. 71 proc. wycieków danych miało charakter wyłudzeń finansowych danych. W tym roku nastąpił ich wzrost o 15 punktów procentowych. To wyraźnie pokazuje rosnącą skalę problemu. Nasze komputery i smartfony stają się dziś furtką dla cyberprzestępców, i to na dużą skalę – mówi Adam Dzielnicki z Atmana. – Dlatego istotnym problemem jest fakt, że w Polsce wiele firm nadal polega na mechanizmach bezpieczeństwa budowanych przez wewnętrzne działy IT o bardzo różnych poziomach kompetencji, a nie wyspecjalizowanych w tym obszarze ekspertach – dodaje Adam Dzielnicki.

Tych ostatnich niestety, nadal jest jak na lekarstwo, i ten problem dotyka wiele krajów na świecie. Według raportu „Harvey Nash/KPMG CIO Survey 2019” prawie 3 na 4 firmy nie mogą znaleźć odpowiednio wykształconych pracowników zajmujących się między innymi cyberbezpieczeństwem czy sztuczną inteligencją. W Polsce to około 50 tysięcy ludzi z różnych dziedzin IT.

Data center urosną podwójnie

Renesans outsourcingu IT będzie miał w najbliższych latach pozytywny wpływ na całą branżę, także nad Wisłą. Według najnowszego raportu PMR, polscy operatorzy data center podwoją swoje zasoby do 2025 r. Szczególnie na rynku warszawskim pojawiają się nowe inwestycje. Jedną z nich jest trwająca rozbudowa centrum danych należącego do Atmana, który w 2021 r. powiększy swoją powierzchnię kolokacyjną do ponad 10,7 tys. mkw. Ponadto w kraju trwają procesy konsolidacyjne, zyskuje chmura, rośnie znaczenie certyfikacji – także tych nowych na polskim rynku, jak np. EPI-DCOS.

Sklepy coraz odważniej stawiają na wideorozmowy. Pandemia tylko przyspieszyła ten trend

W czasie pandemii wzrosło zainteresowanie narzędziami wideo. Handel dostrzegł w tym duży potencjał. W przyszłości z pewnością będzie chciał to lepiej wykorzystać, łącząc możliwości sprzedaży stacjonarnej i online. Prezentowanie produktów czy usług w tej formie to dla sklepów możliwość zwiększenia liczby transakcji. Z kolei klienci zyskają czas, wygodę, świadomy wybór produktu i bezpieczeństwo zakupu. Jak stwierdzają eksperci, firmy które nie zechcą lub nie będą potrafiły tego zapewnić, stracą unikalną szansę i zostaną zdystansowane przez konkurentów.

Zwiększone zainteresowanie

Na rynku od dłuższego czasu mówi się o tym, że wideorozmowy powinny być bardziej wykorzystywane zarówno w sklepach tradycyjnych, jak i w e-sklepach. Sprzedawcy mogliby w ten sposób prezentować produkty, łącząc się z klientami, pozostającymi w domach. Pomocnym narzędziem może być np. live chat, infolinia lub Facebook Messenger.

– Wzmożone zainteresowanie sklepów narzędziami wideo można już obserwować od ponad roku. Pandemia tylko to wzmocniła. Dzięki popularyzacji aplikacji typu Facebook Messenger, takie połączenia stały się codzienną praktyką użytkowników większości komórek. To właśnie zwróciło uwagę sklepów, które chcą włączyć wideorozmowy do tradycyjnie stosowanych kanałów obsługi klienta – mówi Marcin Strzałkowski, prezes firmy technologicznej InteliWISE.

O takich rozwiązaniach jeszcze niedawno mówiło się jako o swoistej „przyszłości handlu”, o czym przypomina Krzysztof Zych, główny analityk w firmie doradczej UCE GROUP LTD. Tymczasem przyszedł koronawirus i cała sprawa nabrała zupełnie innego znaczenia. Dlatego branża musi odważniej postawić na wideorozmowy. Inaczej sporo na tym straci. Nauczona ostatnimi doświadczeniami, będzie musiała się lepiej przygotować na tego typu scenariusze, które mogą również zaistnieć w przyszłości. Przecież już teraz głośno się mówi o powrocie epidemii na jesieni.

– Znajdujemy się w epoce ekspansji sprzedaży wspieranej i realizowanej zdalnie. Wskazane techniki już od kilku lat wchodzą na rynek. Izolacja społeczna tylko uwypukliła ich zalety. Po zakończeniu pandemii oferowanie tych instrumentów uruchomi bardzo efektywny, wielostronny sposób mieszania możliwości stacjonarnej placówki i różnych sklepów sprzedaży zdalnej – przewiduje dr Maria Andrzej Faliński, były Dyrektor Generalny POHiD-u.

Wsparcie sprzedaży

Jak stwierdza Andrzej Wojciechowicz, wieloletni obserwator rynku retailowego, każda metoda efektywnego wsparcia sprzedaży, która może pomóc klientowi w dokonaniu właściwego wyboru, jest na rynku pożądana. W e-commerce live chat jest używany już od dawna. Rozszerzenie tej funkcjonalności o obraz wideo pozwoli na zdecydowanie lepsze nawiązanie bliższej relacji z konsumentem. Natomiast warunkiem koniecznym jest przygotowanie personelu w obszarze autoprezentacji i kompetencji społecznych.

– Próba jednoczesnego angażowania sprzedawców w połączenia wideo i pracę w sklepie stacjonarnym zakończyłaby się katastrofą, jeżeli chodzi o obsługę klienta. Można nagrać  prezentacje i emitować je dla klientów w połączeniu z chatbotami. Takie rozwiązania na pewno sprawdziłyby się w sklepach online w przypadku klientów wymagających wielu dodatkowych informacji. Jednak w placówkach handlowych wymagałoby to dodatkowej infrastruktury – zwraca uwagę Maciej Ptaszyński, wiceprezes Polskiej Izby Handlu.

Natomiast Marcin Strzałkowski podkreśla, że zakupy o bardziej złożonym procesie decyzyjnym wymagają prezentacji towaru. Przy bardzo szerokich grupach asortymentowych i wielu SKU jest to często niemożliwe w pobliskiej lokalizacji. Połączenie się ze sprzedawcą poprzez wideo w trybie online jest często jedyną opcją „obejrzenia” produktu, bez konieczności podróżowania.

– Absolutnie wszystkie sektory handlu mogą być zainteresowane tego typu usługami, ze względu na wzmocnienie sprzedaży. Taka forma komunikacji z potencjalnym nabywcą tylko uwiarygadnia ofertę. Za prezentowanym towarem lub usługą stoi konkretna osoba. Konsument ma poczucie wsparcia ze strony sprzedawcy i nawiązuje bardziej otwarte relacje, co ułatwia mu podjęcie decyzji o zakupie – zaznacza Andrzej Wojciechowicz.

Prezes InteliWISE dodaje, że obecnie wideorozmowami na żywo interesują się przede wszystkim branże, w których obejrzenie produktu lub usługi, ma zasadniczy wpływ na ostateczną decyzję o zakupie. Wśród nich są m.in. nieruchomości, samochody, wyspecjalizowane artykuły sportowe czy nawet remonty. Rośnie też zainteresowanie tym narzędziem w innych sektorach, np. w jubilerskim.  Dla sklepów to szansa na więcej transakcji, niezależnie od lokalizacji. Długoterminową korzyścią jest ograniczenie wpływu fizycznej odległości na zakupy. Sklepy z najlepszą ofertą będą miały większe szanse na sprzedaż bez względu na to, jak daleko znajdują się zainteresowani klienci.

– Korzyści z takiego rozwiązania mogą odnosić przedsiębiorcy i sami konsumenci. Im więcej kanałów sprzedaży i komunikacji, tym lepiej dla wszystkich. Klienci zyskują czas, wygodę, świadomy wybór produktu oraz bezpieczeństwo zakupu – przekonuje dr Faliński.

Oprócz darmowych komunikatorów sprzedawcy mają też do wyboru narzędzia płatne, które dają więcej możliwości niż np. Facebook Messenger. Wtedy konsultant obsługuje wideopołączenie w powiązaniu z innymi kanałami, np. infolinią czy czatem. Może też podejrzeć kartę klienta w CRM. Rozwiązanie da się zainstalować na serwerze zainteresowanej firmy, mając pod kontrolą wszystkie dane. W każdej chwili sklep może też sprawdzić skuteczność działania wideoczatu w porównaniu z innymi kanałami i porównać dynamikę wykorzystania przez klientów.

Offline i online

– Wideoczat z klientem z pewnością podniesie efektywność pracy w sklepach stacjonarnych. W czasie mniej intensywnego ruchu klientów w placówce handlowej można wykorzystać ten kanał komunikacji do przekazania oferty spersonalizowanej – stwierdza Andrzej Wojciechowicz.

Z kolei Bartosz Kiełbiński, CEO w firmie eStore Media, uważa, że sprzedawca fizyczny może asystować tylko w takich sklepach, gdzie koszyk jest bardzo duży, a liczba klientów – mała, np. w salonach samochodowych. Rynek dóbr szybko zbywalnych, elektroniki oraz ubrań raczej nie będzie tworzyć nadmiernie rozbudowanej obsługi klienta.

– Wszystkie sklepy stacjonarne mogą być zainteresowane tego typu rozwiązaniem – od spożywczych, po komputerowe czy AGD. Natomiast e-sklepy otrzymają przetworzone instrumenty fizycznych placówek, np. możliwość dokładnego pokazania towaru i konsultacje z dowolnymi specjalistami w firmie handlowej – wskazuje dr Faliński.

W opinii Andrzeja Wojciechowicza, wzbogacenie live czatu w e-commerce o prezentację wideo humanizuje tę formę sprzedaży. Anonimowy kontakt sprzedawcy, ukrytego za witryną internetową, z reguły budzi obawy nabywcy. Fraudy w Internecie nie są rzadkością. Konsumenci podświadomie obawiają się takich transakcji. Natomiast wideoczat ze sprzedawcą zachęca do zakupu.

– Większość e-sklepów operuje na dość niskich marżach, a swoje potencjalne zyski czerpie ze skali. Droga obsługa klienta natychmiast by je ograniczyła i uniemożliwiłaby rozwój. Trzeba by było szybko zatrudniać dodatkowych fizycznych sprzedawców. Ponadto kluczową zaletą zakupów online jest możliwość robienia ich z domu, bez większego przygotowywania się do tego. Moim zdaniem, konsumenci raczej niechętnie będą odbywać wideokonferencje ze sprzedawcami – komentuje Bartosz Kiełbiński.

Tymczasem prezes Strzałkowski wyjaśnia, że przecież w części przypadków klient nie musi pokazywać swojej twarzy. Kluczowe dla obu stron jest obejrzenie produktu lub usługi w akcji. Konsument może na żywo dopytywać sprzedawcę o różne funkcjonalności produktu i błyskawiczne oglądać, jak działa. I to jest istotą sprawy. Chodzi o zwiększenie synergii i zmniejszanie dystansu pomiędzy światem online i offline. Rynek do tego dąży, a konsument chce mieć możliwość wyboru formy zakupu.

– Obserwując rynek mam wrażenie, że dystansowane będą firmy, które nie zechcą lub nie będą potrafiły połączyć doświadczenia i kompetencji sprzedaży stacjonarnej i elektronicznej. Za tym pójdą oczywiście ruchy modernizujące logistykę, komunikacje i obsługę. Jednak mimo wszystko branża musi odważniej postawić na wideorozmowy. Inaczej handel może na tym stracić – tłumaczy dr Faliński.

Jak podsumowuje Krzysztof Zych, wideorozmowy mogą przełożyć się na zwiększenie sprzedaży poza stacjonarnym miejscem. Placówki zaczną w tym kontekście mocno rywalizować z e-handlem. To oczywiście wyjdzie na dobre interesom konsumentów. Nie ma innego wyjścia, jak tylko takie, żeby branża odważniej postawiła na tego typu rozwiązania. I nie chodzi tutaj tylko o ewentualny powrót pandemii. Retail po koronawirusie sam w sobie się zmienił. Klienci nie będą chcieli żyć w strachu przed tym, że zarażą się, np. idąc do sklepowej przymierzalni. Wideorozmowa z żywym człowiekiem, ale jednak na odległość, na pewno w jakimś sensie może uspokoić sytuację.

Zwolnienia grupowe nie zawsze są potrzebne, czyli pracodawco postaw na mediacje

Jak przekazało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, stopa bezrobocia rejestrowanego w kwietniu br. w naszym kraju wzrosła do poziomu 5,7 proc. i będzie dalej rosnąć. Jak podaje Personnel Service, w nadchodzącym czasie nawet 2 mln osób może stracić pracę, a bezrobocie, przy potwierdzeniu się najczarniejszego scenariusza, może wzrosnąć nawet do 10 proc. Niestety, coraz więcej przedsiębiorców próbując radzić sobie ze skutkami finansowymi pandemii COVID-19, sięga po takie rozwiązania, jak np. redukcja etatów, obniżka pensji czy zmniejszenie wymiaru czasu pracy. Mimo wszystko wydaje się jednak, że mniejsze firmy radzą sobie lepiej z obecnym kryzysem, ale w przypadku większych przedsiębiorstw zahamowanie działalności może przekładać się na zwolnienia grupowe. Takie rozwiązanie powinno być traktowane jako ostateczność, bo wbrew pozorom tracą na nim obie strony: pracownicy i pracodawca. Można go uniknąć, jeżeli w firmie, która ma kłopoty finansowe, we właściwym czasie pojawi się mediator.

Mała firma – mały kłopot, duża firma… zwolnienia grupowe i redukcja etatów?

Chociaż kryzys finansowy związany z pandemią COVID-19 nie oszczędza nikogo, to jednak mniejsze firmy, szczególnie z branży usługowo-handlowej, zdecydowanie szybciej przystosowały się do nowej rzeczywistości. Część z nich zaczęła prowadzić działalność online. Reszta niestety z konieczności zawiesiła swoją aktywność, ale to właśnie najmniejszym podmiotom będzie najłatwiej powrócić na rynek, kiedy już to będzie możliwe.

Zupełnie w innej sytuacji są większe firmy, zakłady przemysłowe czy produkcyjne. Z powodu rozprzestrzeniania się koronawirusa i wprowadzonych restrykcji wiele z nich musiało wstrzymać działalność z dnia na dzień. Pracodawcy musieli dokonać takich kroków, jak np. obniżka pensji czy redukcja etatu. Krajowa Izba Gospodarcza prognozowała w kwietniu, że aż ok. 88 proc. firm oczekuje zmniejszenia zatrudnienia. W niektórych przypadkach sytuacja jest na tyle poważana, że przedsiębiorcy sięgnęli po grupowe zwolnienia. Niedawno pojawiła się w mediach informacja o kolejnym przypadku – jeden z największych zakładów pracy na Opolszczyźnie, fabryka motoryzacyjna, przymierza się do przeprowadzenia zwolnień grupowych. Pracę może stracić nawet 25 proc. załogi. W zwolnieniach grupowych pracodawcy szukają sposobu, który ma uchronić ich biznesy przed większymi problemami finansowymi, które mogą prowadzić do upadłości.

Czym są zwolnienia grupowe?

Kodeks Pracy określa, w jakich okolicznościach może do nich dojść i ile osób może jednocześnie stracić pracę, co jest uzależnione od wielkości przedsiębiorstwa. Przeprowadzenie zwolnień grupowych jest dla pracodawcy czasochłonnym oraz kosztownym procesem, w czasie którego musi spełnić szereg obowiązków.

– Pracodawca zobowiązany jest w szczególności do poinformowania o przyczynach przeprowadzenia zwolnień, grupach, których proces będzie obejmował, kryteriach wyboru pracowników, z którymi stosunek pracy zostanie rozwiązany, a także o kolejności dokonywanych zwolnień – chodzi o tzw. regulamin zwolnień grupowych. Oddzielną kwestią jest rozstrzygnięcie spraw finansowych związanych z dokonywaną redukcją etatów, czyli np. wypłata odpraw i ewentualnych świadczeń. Pracodawcę podejmującego taki krok czeka również zawarcie porozumienia ze związkami zawodowymi, jeżeli takie funkcjonują w danym przedsiębiorstwie. Ta ostatnia kwestia jest szczególnie ważna, ponieważ związki zawodowe działające w imieniu pracowników, mogą nie zgodzić się na zwolnienia grupowe i negocjować z pracodawcą warunki dalszego zatrudnienia pracowników – wyjaśnia Marzena Korzeniewska ze Stowarzyszenia Mediatorów Pactus.

Ten etap, jak i cały proces przeprowadzania zwolnień grupowych jest bez wątpienia stresującą sytuacją dla obu stron, wymagającą specjalnych kompetencji. Jednak nie każdy pracodawca musi je posiadać. Warto w takim przypadku skorzystać z pomocy mediatora, bezstronnej osoby, która pomaga w komunikacji na linii pracodawca – pracownicy. – To właśnie od niej w dużej mierze zależy, w jakiej atmosferze będą przebiegać zwolnienia i czy obie strony dojdą do porozumienia w kluczowych kwestiach. Jeżeli go zabraknie, zwolnienia zbiorowe zamiast być ratunkiem, mogą odbić się czkawką przedsiębiorcy – tzw. czarny PR, który będzie udziałem odchodzących pracowników, będzie dodatkowym problemem dla firmy w kryzysie – dodaje Marzena Korzeniewska.

Mediacje w firmie pilnie poszukiwane, czyli jak uniknąć zwolnień grupowych

Na Zachodzie mediacje są usługą, z której często korzysta się w biznesie. W Polsce stają się coraz bardziej popularne, choć sięgają po nie głównie osoby decydujące się na rozwód. A szkoda, bo to pomocne rozwiązanie, które usprawnia pewne procesy i pozwala rozwiązać wiele problemów. Mają charakter dobrowolny i pozasądowy. Kompetentny mediator pomaga w tym, by strony „sporu” czy posiadające po prostu odmienne interesy, porozumiały się na neutralnym gruncie, a nie na sali sądowej. To pozwala uniknąć ostatecznych rozwiązań i konsekwencji, które będą się nimi wiązać. Takimi rozwiązaniami z pewnością są grupowe zwolnienia.

– Pracodawcy może wydawać się, że dokonując zwolnień grupowych, poprawi sytuację finansową swojej firmy. Choć realnie może zyskać (warto również zaznaczyć, że sam proces zwolnień grupowych łączy się z pewnymi kosztami, które ponosi pracodawca), może również stracić – np. dobrą atmosferę i stosunki panujące w zespole, zaufanie pracowników. Traci również sprawdzoną kadrę, która doskonale zna wszelkie procesy występujące w firmie. Pracodawca, do którego przyczepi się łatka, tego, który zwolnił niemałą część pracowników, może mieć problem z rekrutowaniem kolejnych. To także wejście w dyskusję ze związkami zawodowymi. Warto więc skorzystać z wszelkich możliwości, by uniknąć konieczności przeprowadzania zwolnień grupowych, a jedną z nich jest wsparcie mediatora – podpowiada Marzena Korzeniewska, Stowarzyszenie Mediatorów Pactus.

Ochrona miejsca pracy i zmniejszenie pensji lub etatu pracownikowi

Mediator przede wszystkim pomaga, wspiera w znalezieniu przez pracodawcę alternatywnych rozwiązań, które poprawią kondycję finansową firmy i uchronią miejsca pracy, takich jak np. zmniejszenie wymiaru czasu pracy. Może wystarczy zrezygnować z części benefitów, obciąć cześć świadczeń czy zdecydować się na czasowe zmniejszenie pensji, by nie musieć przeprowadzać zwolnień grupowych. Negocjacje takich nowych warunków nie są prostą kwestią, ale pomóc mogą mediacje. Mediator niejako zapewnia platformę do komunikacji, na której zarówno pracodawca, jak i pracownicy mogą dojść do porozumienia.

Choć w danej firmie może funkcjonować osoba czy nawet cała struktura dedykowana rozwiązywaniu takich kwestii, warto jednak zaprosić do negocjacji osobę, która jest spoza środowiska i nie jest w relacjach z żadną ze stron. Emocje zazwyczaj nie są dobrym doradcą – a ich nie brakuje podczas omawiania kwestii związanych z pieniędzmi, dlatego ważne jest wsparcie mediatora.

Co nie jest oczywiste, zwolnienia zbiorowe to problem, który nie dotyka tylko dwóch wspomnianych stron – pracodawcy i pracownika. Problem sięga zdecydowanie głębiej.

– Skutki zwolnień grupowych mogą być nieodwracalne i wpłynąć na losy całych społeczności. Z taką sytuacją mamy do czynienia wtedy, gdy chodzi o zwolnienia w fabryce czy w dużym zakładzie, który daje zatrudnienie większości mieszkańców danej miejscowości. Tracą oni czasami jedyne źródło utrzymania w rodzinie. Przez to, że nie zarabiają, nie mogą wspierać lokalnych biznesów. Z powodu braku gotówki w obiegu tracą inne firmy, które z czasem również zaczynają mieć problemy finansowe. Zresztą, z historii wiemy – można, chociażby wymienić kwestię likwidacji PGR-ów – jak źle mogą się potoczyć losy lokalnych społeczności, gdy nie zadba się o ich interesy. Dla pracodawców, którzy podejmują decyzję o zwolnieniach grupowych, w pewnym sensie problemy się kończą, ale dla drugiej strony to dopiero ich początek. Dlatego ważne jest podjęcie próby ocalenia miejsc pracy i warto w tym procesie postawić na mediacje – stwierdza Marzena Korzeniewska, Stowarzyszenie Mediatorów Pactus.

Mediacje „przyjacielem” pracodawcy, czyli gdy nie chodzi tylko o zwalnianie pracowników

W związku z tym, że nie możemy z całą pewnością określić, jak rozległe będą dalsze skutki pandemii koronawirusa dla biznesu, warto, by nawet ci przedsiębiorcy, którzy nie stanęli (jeszcze) w obliczu problemów finansowych, zainteresowali się pomocą oferowaną przez mediatorów i tym, czym w ogóle są mediacje, by temat zwolnień pracowników nie stał się realną możliwością. Ostatnie tygodnie pokazały, że zawsze należy się spodziewać niespodziewanego, więc na ile jest to możliwe – warto przygotować się na różne scenariusze.

Co ważne – warto skorzystać z mediacji nie tylko wtedy, gdy w grę wchodzą tzw. duże problemy, sytuacje typu „być albo nie być”, jak wspomniane zwolnienia grupowe. – Mediacje mogą stanowić w firmie stałe narzędzie, wykorzystywane za każdym razem, gdy dokonywane są jakieś ważne decyzje, przeprowadza się zmiany, które będą wpływać na pracowników, co do których istnieje podejrzenie, że nie spotkają się z aprobatą. Mediacje bowiem nie tylko pomagają rozwiązywać już zaistniałe problemy, ale mogą pomóc w tym, by te w ogóle się nie pojawiły – stwierdza Marzena KorzeniewskaStowarzyszenie Mediatorów Pactus.

Mediator wspierając komunikację na linii pracodawca – pracownicy, pomaga w porozumieniu się obu stron. Te z kolei następnie mogą ustalić warunki pracy występujące w danej firmie w taki sposób, by nikt nie czuły się poszkodowany, a proces komunikacji przy dokonywaniu jakichkolwiek zmian w przyszłości przebiegał sprawniej.

Pracę i opiekę nad dziećmi łączy w pandemii połowa mam. Nie jest łatwo

Jednoczesna opieka nad dziećmi i praca, to spore wyzwanie. Z powodu koronawirusa podwójnej roli zmuszona jest sprostać połowa mam – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Co druga z nich przyznaje, że sprawia jej to poważne trudności, a niewiele mniej, że troska o dziecko i karierę oznacza stres i lęk o pozycję w firmie. Mimo tego listę najbardziej męczących obowiązków pracujących mam otwierają sprzątanie i zakupy, a nie obowiązki zawodowe.

Koronawirus przewrócił do góry nogami wiele dziedzin życia, zamknął żłobki, przedszkola i szkoły, uczniów odesłał na naukę zdalną, a część pracowników zmusił do pracy z domu. Pandemiczna rewolucja w największym stopniu zmieniła życie matek, które przeszły na pracę zdalną i w jednej chwili zostały zmuszone do spełniania w pełnym wymiarze kilku ról jednocześnie: opiekunki, nauczycielki, pracownicy, kucharki i sprzątaczki. W takiej sytuacji znalazła się co druga matka, podczas gdy wśród ojców łączenie ról jest udziałem co trzeciego – wynika z badań Quality Watch, zrealizowanych na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Najczęściej pracę zdalną z opieką godzą mamy w wieku 35-44 lat (63 proc.).

O ile rodzice dzieci do 8 lat mają możliwość skorzystania z zasiłku opiekuńczego, choć oczywiście nie wszyscy  decydują się na to rozwiązanie, to reszta własnymi siłami musi poradzić sobie z nowymi wyzwaniami. I to w co trzecim domu bez tak wcześniej częstej pomocy dziadków, bo ze względu na zalecaną izolację ci nie spotykają się teraz z wnukami. Co trzecia z mam, w tej trudnej sytuacji, nie może też liczyć na wsparcie partnera.

Nie da się podołać tylu wyzwaniom bez stresu

Wysyp obowiązków potrafi przytłoczyć. Połowa matek przyznaje wprost, że łączenie etatu w firmie z opieką nad dziećmi sprawia bardzo poważne trudności, bo ich zdaniem obowiązki domowe odrywają od pracy i obniżają wydajność. Owszem, jest szansa na poprawę efektywności pracy, ale pod warunkiem mobilizacji i zdyscyplinowania wszystkich członków rodziny. Przy takim podejściu 7 na 10 mamom udaje się pracować na 100 proc. możliwości. Koniec końców cztery z dziesięciu i tak stresują się, że mniejsze zaangażowanie w pracę może przełożyć się na utratę stanowiska, pogorszenie warunków finansowych czy też zwolnienie. Obawy nasila trudna sytuacja na rynku pracy.dzieci a praca

A posiadanie dzieci to przecież wyższe wydatki i większa odpowiedzialność za domowe finanse. Tę większą odpowiedzialność za budżet rodziców można zauważyć w badaniu  przeprowadzonym dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, jeszcze przed pandemią. Wynika z niego, że kłopoty z opłaceniem bieżących zobowiązań kilka razy w miesiącu lub co najmniej raz w miesiącu miało 16 proc. gospodarstw domowych, w których były dzieci i 22 proc. gospodarstw, w których potomstwa nie było. Co istotne, statystyk nie zawyżali seniorzy, bo ci radzili sobie jeszcze lepiej niż rodziny z dziećmi.

Nic nie dokucza bardziej pracującej matce niż bałagan

Odpowiedź na pytanie, jakie obowiązki sprawiają najwięcej problemów mamie na podwójnym etacie jest zaskakująca. Wcale nie jest to praca zawodowa, lecz… utrzymanie porządku w domu. Poza sprzątaniem bardziej uciążliwe niż obowiązki zawodowe okazują się też zakupy, opieka nad dzieckiem i pomoc dziecku w odrabianiu lekcji. Praca zawodowa znalazła się dopiero na piątym miejscu działań sprawiających trudności, tuż przed przygotowywaniem posiłków, które na tej liście postrzegane są jako najmniej męczące. obowiązki trudności

Czy w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na wolny czas, wypoczynek i rozwój matek? Tudno uwierzyć, ale tak. Czas dla siebie ma 84 proc. badanych pracujących mam. Mamy, po tym jak skończą pracę, posprzątają, odrobią z dziećmi lekcje i ugotują, najchętniej relaksują się przy czytaniu książek oraz oglądaniu filmów i słuchaniu muzyki. Po książki sięgają chętniej niż reszta społeczeństwa. Wychodzą też na spacery, ćwiczą, a także rozwijają się zawodowo korzystając ze szkoleń czy kursów i robią to częściej (14 proc.) niż ogół badanych (11 proc.), który nie ma na głowie pracy i pociech jednocześnie. wolny czas

Kobiety rzadziej mają nieopłacone rachunki, częściej jednak czekają na alimenty od partnerów

Według ostatnich danych, Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, na temat zaległości Polaków z tytułu nieopłaconych na czas bieżących zobowiązań i kredytów, kobiety stanowią mniej niż 39 proc. niesolidnych dłużników, a ich zaległości mniej niż 34 proc. całej kwoty. Z negatywnymi wpisami widnieje w bazach 1,09 mln pań i mają one do oddania niecałe 26,6 mld zł  z 79,8 md zł wszystkich zaległości. Przewaga mężczyzn w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor to m.in. rezultat niepłaconych alimentów. Na 285 764 dłużników alimentacyjnych ponad 94 proc. to panowie.  Jak apeluje Rzecznik Praw Dziecka, dzieci, którym należą się alimenty, nie powinny być w czasie pandemii pozbawione środków do życia. Pandemia unieruchomiła też sady, sprawy alimentacyjne stanęły, dlatego szansą na szybką pomoc dla najmłodszych jest pilne przyjęcie ustawy o alimentach natychmiastowych. Rzecznik zaproponował, by przepisy w tej sprawie zostały wprowadzone jako część kolejnej Tarczy Antykryzysowej. Przekonywał, że będą one mogły być przyznawane w uproszczonej procedurze w ciągu kilku dni, bez długotrwałych rozpraw.

Do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor dłużnika, tak jak wcześniej, można zgłosić bez wychodzenia z domu. Tylko w marcu tych alimentacyjnych przybyło niemal 2,6 tys. Łączne zaległości 286 tys. osób z tytułu nieuregulowanych alimentów zbliżają się do 11,5 mld zł.

Badanie Quality Watch, metodą CAWI przeprowadzone na panelu internetowym, na reprezentatywnej próbie 1084 osób; w tym 660 Polaków aktywnych zawodowo (276 Polaków łączących pracę z opieką nad domem i dziećmi). 8 – 11 maja 2020 r.

Straty gospodarcze maleją, ale widmo kolejnego lockdownu nie znika

W kwietniu, miesiącu najbardziej dotkniętym gospodarczym lockdownem, poziom dziennego wypracowywanego PKB spadł o ⅓. To oznacza, że każdego dnia polskie państwo i przedsiębiorcy notowali w sumie ponad 2 miliardy złotych strat. Po prawie dwóch miesiącach straty polskiej gospodarki osiągnęły więc poziom 132,5 miliarda złotych. To bardzo dużo. Na szczęście – dzięki powolnemu rozmrażaniu gospodarki – tempo wzrostu tych strat spowalnia. Dzisiaj, zamiast kwietniowych 2,2 miliarda, dzienne straty sięgają 1,4 miliarda złotych. Tak istotna poprawa pozwoli wielu firmom stanąć na nogi. Należy jednak pamiętać, że powtórny lockdown, jakiego można by się spodziewać przy kolejnym wzroście zachorowań, może być dla gospodarki bardzo niebezpieczny.

– Żadna, nawet najlepsza tarcza antykryzysowa, nie uchroni wszystkich miejsc pracy i firm, gdy zamknięte jest aż 33% polskiej gospodarki. Możliwości finansowe państwa po prostu nie wystarczają, by przez długie miesiące utrzymywać tak wiele firm i pracowników. Dlatego rzeczą absolutnie najważniejszą jest kontynuowanie odmrażania gospodarki w sposób odpowiedzialny i bezpieczny – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Musimy wracać do pracy w taki sposób, by przez ponownie otwartą działalność przedsiębiorców nie powstawały nowe ogniska zarażeń. Sprawą absolutnie fundamentalną w tych warunkach jest to, by konsekwentnie trzymać się planu rozmrażania gospodarki i formułować szczegółowe zasady bezpiecznego funkcjonowania kolejnych branż w warunkach reżimu sanitarnego. W ten sposób spowodujemy, że gospodarka powróci do swojego wcześniejszego poziomu aktywności, bez zagrożenia kolejnym lockdownem – zaleca Kozłowski.

Koronawirus: jak rząd chce chronić najemców?

Koronawirus stanowi problem dla części najemców. Postanowiliśmy sprawdzić, jak rząd zamierza ich chronić w ramach tarczy antykryzysowej.

W kontekście koronawirusa oraz rynku nieruchomości najczęściej mówi się o widocznym już spadku popytu na domy, lokale i działki. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że koronawirus znacznie szerzej oddziałuje na rodzimą „mieszkaniówkę”. Najlepszym przykładem jest rynek najmu krótkoterminowego, który mocno ucierpiał na skutek drastycznego osłabienia ruchu turystycznego. Niektórzy właściciele mieszkań wcześniej wynajmowanych krótkoterminowo, próbują szukać stałego lokatora na dłuższy okres. Wszyscy wynajmujący teraz powinni jednak pamiętać, że przejściowo obowiązują specjalne przepisy dotyczące najmu, które zostały wprowadzone w ramach Tarczy Antykryzysowej. Warto dowiedzieć się na czym polega ta rządowa pomoc dla najemców. Nie skorzystają z niej między innymi awanturniczy lokatorzy.

Zaległości z czynszem nie uzasadnią wypowiedzenia umowy

Tytułem wstępu warto wyjaśnić, że tymczasowe zmiany w zasadach najmu zostały wprowadzone na mocy ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz.U. 2020 poz. 374). „Ten akt prawny zwany czasem specustawą koronawirusową zmienił wiele aspektów działania krajowej gospodarki” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W związku z problemami finansowymi, jakie u wielu osób wywołał koronawirus, rząd postanowił wprowadzić trzy ważne rozwiązania dotyczące najmu mieszkań. Pierwsze z nich polega na warunkowym zakazie wypowiadania umowy najmu lub wysokości czynszu. Co ważne, taki zakaz obowiązujący do 30 czerwca 2020 r. dotyczy również sytuacji, w których zgodnie z ustawą o ochronie praw lokatorów miesięczne wypowiedzenie umowy byłoby uzasadnione na skutek zaległości czynszowych (wynoszących co najmniej równowartość czynszu za trzy miesiące). Wspomniany zakaz wypowiadania umowy najmu lub wysokości czynszu do końca czerwca 2020 r. nie dotyczy sytuacji, w której:

  • lokator bez wymaganej pisemnej zgody wynajął, podnajął lub oddał do bezpłatnego używania lokal/jego część
  • najemca (lokator) posiada tytuł prawny do innego lokum w tej samej lub pobliskiej miejscowości (spełniającego kryteria dla lokalu zamiennego) i może skorzystać z takiego lokalu
  • lokal wymaga opróżnienia w związku z koniecznością remontu lub wyburzenia budynku
  • lokator mimo pisemnego upomnienia nadal używa mieszkania w sposób sprzeczny z umową lub niezgodnie z przeznaczeniem, nie respektuje porządku domowego, dewastuje części wspólne albo doprowadza do szkód w mieszkaniu poprzez swoje zaniedbania

Tymczasowy zakaz wypowiadania umowy najmu nie będzie działał jeśli została wypełniona co najmniej jedna przesłanka z ostatniego punktu (patrz powyżej). „Dzięki temu koronawirus nie powoduje bezkarności agresywnych i niedbałych lokatorów” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wygasającą umowę najmu można przedłużyć do 30 czerwca

W ramach odpowiedzi na problemy finansowe najemców, jakie spowodował koronawirus, rząd wprowadził jeszcze jedno ważne rozwiązanie. Mowa o możliwości automatycznego przedłużenia do końca czerwca 2020 r. umowy najmu zawartej przed 31 marca 2020 r. Taka opcja przedłużenia (na dotychczasowych warunkach) dotyczy umów najmu wygasających przed 30 czerwca 2020 r. „Co ważne, do przedłużenia umowy wynajmu wystarczy samo oświadczenie woli najemcy. Lokator powinien je sporządzić w formie pisemnej i posiadać dowód doręczenia dokumentu wynajmującemu” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Automatyczne przedłużenie umowy najmu nie będzie możliwe w każdym spośród wymienionych poniżej przypadków. Chodzi o sytuacje, w których:

  • lokator bez wymaganej pisemnej zgody wynajął, podnajął lub oddał do bezpłatnego używania lokal/jego część
  • najemca (lokator) posiada tytuł prawny do innego lokum w tej samej lub pobliskiej miejscowości (spełniającego kryteria dla lokalu zamiennego) i może skorzystać z takiego lokalu
  • lokator używał mieszkania w sposób sprzeczny z umową lub niezgodnie z przeznaczeniem albo doprowadził do szkód w mieszkaniu poprzez swoje zaniedbania
  • najemca w czasie co najmniej ostatnich 6 miesięcy (przed 31 marca 2020 r.) lub całego okresu krótszego najmu (przed 31 marca 2020 r.) pozostawał w zwłoce z zapłatą czynszu oraz innych kwot należnych wynajmującemu za przynajmniej jeden miesiąc (o ile wartość zaległości przekroczyła wymiar jednomiesięczny)

Warto nadmienić, że koronawirus może mieć wpływ również na termin wypowiedzenia umowy najmu przez właściciela mieszkania lub wypowiedzenia wysokości czynszu. Wspomniany termin ulega ustawowemu przedłużeniu do 30 czerwca 2020 roku, o ile najemca złożył odpowiednie oświadczenie woli, a umowa została zawarta przed 31 marca 2020 r. Wspomnianego prawa do przedłużenia okresu wypowiedzenia nie mają osoby, którym jeszcze przed wejściem w życie zmodyfikowanej tarczy antykryzysowej (31 marca 2020 r.) wynajmujący wypowiedział umowę na skutek zaległości czynszowych, nielegalnego podnajmu, złego zachowania lub konieczności remontu (zobacz art. 11 ust. 2 ustawy o ochronie praw lokatorów). „Koronawirus nie wydłuży okresu wypowiedzenia umowy również wtedy, gdy lokator ma tytuł prawny do innego lokum w tej samej lub pobliskiej miejscowości (spełniającego kryteria dla lokalu zamiennego) i jednocześnie może skorzystać z takiego lokalu” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Pandemia przewartościuje układ sił w globalnej gospodarce i zmieni relacje handlowe między krajami. Spadnie znaczenie Chin jako globalnej fabryki świata

Światowy PKB spadnie w 2020 roku o 3 proc. – przewidywał w połowie kwietnia Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Mocniej ucierpią kraje rozwinięte, a spośród rynków rozwijających się te europejskie i południowoamerykańskie stracą bardziej niż azjatyckie. Nakładająca się na to wojna handlowa oraz poszukiwanie nowych relacji biznesowych spowodują, że świat może nie wrócić już do kształtu sprzed pandemii koronawirusa. Zdaniem Radosława Pyffela z Akademii Leona Koźmińskiego Polska będzie musiała odnaleźć się w tym nowym świecie nie tylko w aspekcie gospodarczym, ale też społecznym i psychologicznym.

 Już obserwujemy duże zmiany, natomiast nie jesteśmy w stanie oszacować siły ich wpływu. Za kilka czy kilkanaście miesięcy, kiedy zostanie wynaleziony lek albo szczepionka, albo być może wirus zmutuje i przestanie być niebezpieczny, wyjdziemy w zupełnie innej kondycji i prawdopodobnie na nowo ułożą się relacje między poszczególnymi gospodarkami, instytucjami i organizacjami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Pyffel, kierownik studiów biznes chiński w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. – Stosunkowo dobrze gospodarczo radzą sobie z tym Chiny, bo Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że zanotują wzrost gospodarczy PKB między 0 a 5 proc.

Zdaniem MFW najbardziej prawdopodobny jest wzrost chińskiej gospodarki w 2020 roku o 1,2 proc. i imponujące odbicie w 2021 roku – o 9,1 proc. Także Indie zwiększą PKB w obydwu latach, odpowiednio o 1,9 proc. oraz 7,4 proc. Dzięki temu rynki rozwijające się zanotują w tym roku tylko 1-proc. spadek, podczas gdy dojrzałe ekonomie stracą 6,1 proc. Dla strefy euro fundusz przewiduje spadek 7,5-proc., dla Stanów Zjednoczonych niemal 6-proc., przy czym są to prognozy opublikowane w połowie kwietnia. Według eksperta mogą być nawet głębsze.

– Bardzo dużo stracą Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia. To będą spadki powyżej 10 proc. PKB. Polska wyjdzie całkiem nieźle, bo między 5 a 10 proc., czyli też z dużym spadkiem, ale mniejszym niż kraje Europy Zachodniej czy USA. Nieźle wyglądają niektóre kraje afrykańskie, Indie, Azja Centralna czy niektóre kraje Azji Południowo-Wschodniej – szacuje. – Ale przed nami jeszcze kilka miesięcy, tu mogą być zwroty akcji, dopiero wtedy będziemy mogli podliczyć straty i zobaczyć, kto w jakiej kondycji z tego wychodzi. Wtedy zacznie się najciekawsze, bo prawdopodobnie na nowo będą się układać relacje gospodarcze pomiędzy poszczególnymi krajami.

Podkreśla, że znaczenie Chin jako globalnej fabryki świata spadnie. Kraj ten od kilku lat przekształca swoją gospodarkę z modelu produkcyjnego na konsumpcyjny. Przyczynami są też uniezależnianie się Stanów Zjednoczonych od chińskiego importu, czyli wojna handlowa, wzmocniona jeszcze kampanią prezydencką w USA, czy ograniczenie dostaw do Europy. Będą też kraje, które przejmą od Chin część zleceń, jak np. Wietnam. Ponadto Chińczycy sami przenoszą produkcję do innych krajów Azji, głównie południowo-wschodniej, czy do Afryki i tam inwestują. Jeśli państwa te zyskają na przewartościowaniu sił, zarobią też Chińczycy wbrew intencjom polityki Donalda Trumpa.

To jest pierwszy paradoks, jaki widzę, a drugi jest taki, że Chiny przechodzą na gospodarkę bardziej zaawansowaną. Mamy chińskie 5G, które jest powszechnie stosowane, także przez wiele krajów zachodnioeuropejskich, które nie posłuchały ultimatum Stanów Zjednoczonych w tej sprawie. Chiny chcą być liderem nowych technologii z elektrycznymi samochodami, sztuczną inteligencją, 5G, więc wynoszenie tej taniej produkcji może być im na rękę – tłumaczy ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego. – To jest czas dla wizjonerów gospodarczych, ludzi odważnych, z wyobraźnią, którzy w tym chaosie odnajdą jakiś porządek i zaproponują, w jaki sposób na nowo te łańcuchy układać. Pomyślność poszczególnych krajów będzie zależeć od tego, jak się odnajdą w  rzeczywistości, która dopiero się wyłoni, a której jeszcze dzisiaj nie znamy.

Powstaje pytanie, jak w tym nowym otoczeniu odnajdzie się Polska. Według MFW nasza gospodarka skurczy się w tym roku o 4,6 proc., zaś w 2021 roku wzrośnie o 4,2 proc. Mocniej ucierpią np. Czechy czy Słowacja (-6,0 proc. i -5,1 proc.), które zaliczane są już przez MFW do krajów rozwiniętych. Silnie odczują skutki pandemii kraje południa Europy, nie tylko Włochy, Grecja czy Hiszpania, ale też np. Chorwacja czy Czarnogóra, dla których istotną częścią gospodarki jest przemysł turystyczny. Kryzys uderzy też w małe gospodarki, takie jak np. estońska, które jednak jeszcze szybciej odbiją w przyszłym roku.

– Kryzys najbardziej uderzy w Europę Zachodnią, szczególnie Niemcy. My osłabniemy jako poddostawca i to jest jedno wyzwanie. Drugie ma charakter społeczny, bo Polska od 28 lat nieprzerwanie notowała wzrost gospodarczy, teraz wygląda na to, że nie uda się tej passy utrzymać. Uważaliśmy to za coś oczywistego, teraz tak nie będzie i trudno przewidywać, jakie to spowoduje skutki – komentuje Radosław Pyffel. – Trzecie wyzwanie jest takie, że Polska w ostatnich trzech dekadach obstawiała koniec historii – integracja europejska i przystąpienie do NATO właściwie miały załatwić sprawę. Wygląda na to, że historia się dopiero zaczyna, wyłania się zupełnie nowy świat i przed Polską stoi wielkie wyzwanie, żeby zrozumieć procesy, które teraz zachodzą, i wyjść z nich z trafnymi diagnozami i z dobrymi odpowiedziami. Świat, jaki znamy sprzed 2016 roku, a już na pewno sprzed 2020 roku, się bowiem skończył.

Ministerstwo Finansów planuje wprowadzenie wirtualnych kas fiskalnych w branży gastronomicznej, hotelarskiej i transportowej. Eksperci spodziewają się powiększenia szarej strefy.

Możliwość stosowania wirtualnych kas fiskalnych, zgodnie z projektem rozporządzenia Ministerstwa Finansów, miała mieć tylko branża transportowa, ale w maju rozszerzono katalog podmiotów również o branżę gastronomiczną, hotelarską i handlu węglem. – Nie powinniśmy zaczynać od takich wrażliwych podatkowo sektorów – podkreślają eksperci. Ich zdaniem wprowadzenie wirtualnych kas rodzi pole do nadużyć i unikania rejestracji transakcji, co może prowadzić do wzrostu szarej strefy i zmniejszenia wpływów z VAT do budżetu. Ze względu na łatwość ingerencji w oprogramowanie rośnie też ryzyko wycieku danych i szpiegostwa gospodarczego.

Kasy wirtualne mają być alternatywą dla użytkowanych dotychczas kas rejestrujących. W przeciwieństwie do nich wirtualna kasa nie wymaga zakupu sprzętu. Wystarczy oprogramowanie, które można zainstalować na dowolnym urządzeniu, np. na telefonie, tablecie czy laptopie.

– Przed rokiem w nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług nieopatrznie, nawet bezrefleksyjnie, dopisano do kas rejestrujących online możliwość stosowania również tzw. kas online niesprzętowych. Kasy online, połączone z tzw. Centralnym Repozytorium Kas, na bieżąco raportują do Ministerstwa Finansów, a jednocześnie zachowują dane dotyczące przeprowadzonych transakcji we własnej pamięci. Jednak rok temu dopisano możliwość, żeby kasa online była kasą nieistniejącą, czyli aplikacją – mówi agencji Newseria Biznes prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

To budzi szereg zastrzeżeń wśród ekspertów.

– Wprowadzenie wirtualnych kas fiskalnych będzie oznaczało chaos. Nie będzie wiadomo, kto i jak rejestruje te dane, nie będą one również wysyłane do Ministerstwa Finansów. Największy chaos będzie panował w Krajowej Administracji Skarbowej, ponieważ w tej chwili urzędy skarbowe, które prowadzą czynności sprawdzające, dokładnie wiedzą, co mogą sprawdzić, mogą zidentyfikować urządzenie i mają pełne dane. W przypadku wprowadzenia kas wirtualnych nikt nie będzie w stanie ich skontrolować. Poza tym, czy oprogramowanie, które może wyglądać dokładnie tak samo jak kasa software’owa, faktycznie nią będzie? – pyta Marcin Monkiewicz, prezes Organizacji Pracodawców Branży Fiskalnej.

Bez względu na rodzaj kasy przed rozpoczęciem jej użytkowania konieczne jest przeprowadzenie fiskalizacji i uzyskanie numeru ewidencyjnego. W przypadku kas online dzieje się to automatycznie, nie ma potrzeby zgłaszania jej do urzędu skarbowego jak w przypadku zwykłej kasy fiskalnej.

– Możemy na przykład zgubić telefon, na którym zainstalowana jest kasa, i co wtedy? Jak będziemy do tego podchodzić, skoro kasa nie będzie cały czas podłączona do repozytorium i nie będzie wysyłała danych? Co, jeśli kasa się sformatuje albo wirus zaatakuje dysk twardy? – zastanawia się prezes OPBF.

Problemem jest także bezpieczeństwo cyfrowe tego oprogramowania i ryzyko wycieku danych.

– Idąc krok dalej, trzeba się zastanowić nad możliwością wykorzystania takiego oprogramowania do szpiegostwa gospodarczego – ponieważ nie będziemy mieć pewności, jakie intencje miał twórca aplikacji – podkreśla Marcin Monkiewicz. – Poza tym, co w przypadku, kiedy kupimy kasę wirtualną, której twórca popełnił błąd? Mimo że to oprogramowanie będzie certyfikowane przez Główny Urząd Miar, może się okazać, że coś zostało niedopatrzone. Takie rzeczy się zdarzają. Czy wtedy podatnik będzie odpowiadał za błędy konstrukcyjne programu?

Z założenia wirtualne kasy fiskalne, ze względu na łatwą dostępność i obniżenie kosztów, miały zachęcić przedsiębiorców do wyjścia z szarej strefy. Zdaniem ekspertów może być jednak zupełnie inaczej.

– Przedsiębiorcy, którzy będą chcieli wyjść z szarej strefy za pomocą nieistniejących kas rejestrujących, czyli wirtualnych, zrobią to. To nie oni są problemem. Problemem są ci, którzy działają w złej wierze – ocenia prof. Witold Modzelewski .

Na zdrowy rozsądek Ministerstwo Finansów powinno być ostatnim podmiotem zainteresowanym, żeby kasy wirtualne wprowadzać szybko i na dużą skalę – mówi dr Marian Szołucha z Instytutu Prawa Gospodarczego.

Wirtualne kasy mogą więc oznaczać rozszczelnienie systemu rejestracji sprzedaży, a tym samym wzrost szarej strefy.

 To urządzenie pozwala ukryć przed kontrolerem fakt sprzedaży nieopodatkowanej. Czyli nic nie udowodnimy nawet temu, który będzie działał w złej wierze, a to znaczy, że będzie bezkarny – podkreśla prof. Witold Modzelewski. – Raz utracone pieniądze przez państwo, czyli raz niezapłacone podatki, są stratami bezpośrednimi i przede wszystkim bezpowrotnymi. Nigdy tych pieniędzy nie odzyskamy, to nie jest moment na taki eksperyment.

Ministerstwo Finansów podkreślało, że ze względu na to ryzyko pilotaż powinien być przeprowadzony na małej grupie podatników. Początkowo miała być to tylko branża transportowa, ale w maju resort rozszerzył katalog o sektory: gastronomiczny, hotelarski i handlu węglem. Tymczasem tylko w gastronomii szarą strefę szacuje się na 1–2 mld zł rocznie. Po wprowadzeniu wirtualnych kas fiskalnych skala ta może być znacznie większa. Jak wynika z danych Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, w dużych sieciach restauracji poziom szarej strefy sięga 5 proc. Tam, gdzie proces sprzedaży jest mniej sformalizowany, czyli np. w pojedynczych punktach gastronomicznych, nierejestrowane transakcje mogą odpowiadać nawet za połowę obrotów.

– Branża hotelarska, restauracyjna i cateringowa uważana jest przez samą administrację skarbową za wrażliwą. Wprowadzenie kas wirtualnych w takim trybie daje zielone światło do kolejnych nadużyć – mówi Stefan Kamiński, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.

Jak podkreślają eksperci, początkowo tego typu kasy powinny być przeznaczone dla branż, które do tej pory nie były objęte kasami fiskalnymi. Obszarem do przetestowania kas wirtualnych może być sprzedaż z automatów, sprzedaż internetowa czy przejazdy przy wykorzystaniu aplikacji.

90 mln zł trafi na działania wspierające zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży. Rusza nabór środków w konkursie ze środków unijnych

Od 25 maja do 31 lipca potrwa nabór wniosków w ramach konkursu na działania w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. 90 mln zł zostanie przeznaczone na uruchomienie co najmniej sześciu kolejnych Środowiskowych Centrów Zdrowia Psychicznego Dzieci i Młodzieży. Budowa takich ośrodków, do których mogą zgłaszać się młodzież i rodzice z dziećmi z problemami psychicznymi, to element szeroko zakrojonej reformy psychiatrii skierowanej do tej grupy pacjentów. Pandemia wstrzymała jednak prace nad budową kolejnych etapów opieki psychiatrycznej.

Z początkiem kwietnia wystartowała reforma systemu psychiatrii dla dzieci i młodzieży. Działalność rozpoczęły ośrodki środowiskowej opieki psychologicznej, czyli pierwszy poziom nowego systemu. Na razie jest ich ponad 130, docelowo ma być około 300.

Sytuacja w psychiatrii dzieci i młodzieży jest dużo lepsza niż jeszcze kilka lat temu. Ministerstwo Zdrowia wraz z Zespołem ds. zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży opracowało reformę, która jest teraz wdrażana. NFZ tuż przed pandemią ogłosił konkurs na pierwszy poziom i ponad 100 nowych ośrodków zostało zakontraktowanych, co w przypadku psychiatrii dzieci i młodzieży jest ewenementem. Udało nam się zbudować ten pierwszy poziom opieki, choć jeszcze nie w całej Polsce – mówi agencji Newseria Biznes dr Tomasz Rowiński, zastępca dyrektora Instytutu Psychologii UKSW, dyrektor Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Warszawa – Bielany EZRA UKSW.

Ośrodki środowiskowej opieki psychologicznej to placówki zatrudniające specjalistów – psychologów, psychoterapeutów i terapeutów środowiskowych. Mogą zgłaszać się do nich rodzice dzieci oraz młodzież poniżej 18. roku życia. W ramach pomocy oferowanej w ośrodkach można skorzystać m.in. z porad psychologicznych czy sesji psychoterapii rodzinnej.

W ośrodkach pierwszego poziomu główną zasadą jest praca środowiskowa, w której uwzględnia się zasoby szkoły i rodziny, tak aby pomóc dziecku w środowisku naturalnym. Jeżeli problemów nie uda się rozwiązać na tym poziomie, wówczas dziecko powinno zostać skierowane do opieki ambulatoryjnej, gdzie można zapewnić mu pobyt na oddziale dziennym, jeżeli wymaga tego sytuacja i rodzina się na to zgadza. Ostatnim poziomem jest szpital, czyli pobyt całodobowy. On powinien być zarezerwowany wyłącznie dla dzieci, które rzeczywiście wymagają hospitalizacji, czyli w sytuacji, kiedy objawy kliniczne i zaburzenia są już tak nasilone, że to zagraża życiu jego lub innych – mówi dr Tomasz Rowiński.

Ministerstwo Zdrowia chce, żeby docelowo w każdym powiecie lub grupie powiatów funkcjonował jeden taki ośrodek pierwszego poziomu. Każdy z nich otrzyma z NFZ w ramach ryczałtu w granicach 550 tys. zł w skali roku. Jak podkreśla ekspert, sukcesywnie rosnące nakłady na psychiatrię dzieci i młodzieży to druga, istotna zmiana, jaka zaszła w tym obszarze.

– Świadczenia są lepiej wyceniane i to też jest dobry kierunek zmian. Przed reformą budżet na usługi związane ze zdrowiem psychicznym dzieci i młodzieży wynosił około 230 mln zł. Po jej wdrożeniu NFZ wyda dodatkowo ponad 50 mln zł w skali roku na zakontraktowanie poradni pierwszego poziomu. To pokazuje, że w ciągu jednego roku zrobiliśmy prawie 20-proc. skok, jeżeli chodzi o finansowanie – mówi zastępca dyrektora Instytutu Psychologii UKSW,

Ośrodki środowiskowe będą udzielać wsparcia tym dzieciom, które nie potrzebują diagnozy psychiatrycznej ani farmakoterapii. Z ich pomocy młodzi pacjenci mogą skorzystać bez skierowania lekarskiego. Placówki zapewnią m.in. psychoterapię indywidualną i grupową, terapię rodzinną lub pracę z grupą rówieśniczą. Warunkiem jest wczesna reakcja na pojawiające się problemy. To pozwala nie dopuścić do pogorszenia stanu zdrowia psychicznego pacjenta i uniknąć hospitalizacji na oddziale psychiatrycznym.

Bardzo ważna jest wczesna interwencja: im szybciej zaczniemy reagować, tym mniejsze są później koszty. Druga rzecz to praca w środowisku lokalnym, czyli włączanie w pomoc dziecku i jego rodzinie lokalnych zasobów. Nie można efektywnie pomagać dziecku tylko i wyłącznie z perspektywy gabinetu. Praca z rodziną, szkołą czy z innymi instytucjami, gdzie dziecko przebywa, jest kluczowa dla jego efektywnego zdrowienia – mówi dr Tomasz Rowiński.

Ministerialna reforma zakłada, że – poza ośrodkami środowiskowymi – działać będą także ośrodki drugiego poziomu (środowiskowe centra zdrowia psychicznego), gdzie pracować będzie lekarz psychiatra. Pacjenci wymagający intensywniejszej opieki będą mogli w nich skorzystać ze świadczeń w ramach oddziału dziennego. Jeden taki ośrodek obejmowałby wsparciem kilka sąsiadujących ze sobą powiatów.

Z kolei na trzecim poziomie referencyjności będą funkcjonować ośrodki wysokospecjalistycznej całodobowej opieki psychiatrycznej, czyli szpitale i oddziały psychiatryczne. W nich pomoc znajdą pacjenci wymagający najbardziej specjalistycznej pomocy, w tym w szczególności osoby w stanie zagrożenia życia i zdrowia, przyjmowani w trybie nagłym. W każdym województwie ma funkcjonować przynajmniej jeden taki ośrodek.

Te trzy poziomy będą dobrze funkcjonować pod warunkiem, że pierwszy z nich, ten podstawowy, dobrze wykona swoją pracę środowiskową. Ośrodki środowiskowe pierwszego poziomu odgrywają kluczową rolę w zmniejszaniu hospitalizacji – mówi dyrektor Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Warszawa – Bielany EZRA UKSW. – Niestety sytuacja z pandemią spowodowała, że konkursy na drugi i trzeci poziom zostały wstrzymane i nie wiadomo, kiedy będą uruchomione, więc tworzenie tego systemu wsparcia dla dzieci i młodzieży zostało odłożone w czasie.

EZRA UKSW to spółka powołana przy Instytucie Psychologii UKSW w celu wdrożenia i prowadzenia Środowiskowych Centrów Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży. W marcu br. uruchomiła trzy ośrodki. Jednym z nich jest centrum na Bielanach, które jest modelowym ośrodkiem spełniającym założenia Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego na lata 2017–2022. Działania są finansowane z udziałem środków UE – projekt „Deinstytucjonalizacja szansą na dobrą zmianę” jest realizowany w ramach programu operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój.

Pandemia sprzyja większej brawurze na drogach. Bezpieczeństwo mają poprawić wyższe kary i ograniczniki prędkości w samochodach

Z powodu koronawirusa na niektórych drogach krajowych liczba aut spadła nawet o 80 proc. W czasie pandemii Polacy jeżdżą mniej, za to bardziej niebezpiecznie – tylko od 24 kwietnia do 6 maja w wypadkach zginęło 76 osób, czyli średnio sześć–siedem dziennie. Najczęstszą przyczyną wypadków jest nadmierna prędkość, bo puste ulice zachęcają do większej brawury. O bezpieczną jazdę apelują producenci samochodów. Volvo wprowadza automatyczne ograniczenie prędkości we wszystkich swoich autach do 180 km/h. Kierowca będzie też mógł zaprogramować dodatkowe ograniczenia prędkości maksymalnej.

– Podczas pandemii koronawirusa wyraźnie widać zmniejszenie ruchu drogowego, w związku z czym spadła liczba wszystkich wypadków, w tym także ofiar śmiertelnych. Jednak stosunek ofiar śmiertelnych do łącznej liczby wypadków niestety wzrósł. Czyli mamy mniej wypadków, ale jeśli się już wydarzą, najczęściej mają bardziej tragiczne skutki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR Manager w Volvo Car Poland.

Z danych GDDKiA wynika, że w okresie od 9 marca do 17 maja natężenie ruchu drogowego było mniejsze o 53 proc. niż w analogicznym okresie 2019 roku. Największy spadek nastąpił w okolicach Wielkanocy – ok. 80 proc. w stosunku do ubiegłorocznych danych. Spada też liczba wypadków. O ile w marcu 2019 roku w Polsce odnotowano 2079 wypadków drogowych, w których zginęło 189 osób, o tyle w 2020 roku w tym samym okresie wypadków było o 33 proc. mniej – 1423. Zginęło w nich natomiast 155 osób, czyli jedynie o 18 proc. mniej niż w roku ubiegłym.

Puste drogi zachęcają do większej brawury, przyczyną wypadków jest więc przede wszystkim nadmierna prędkość. Od dłuższego czasu kolejni producenci decydują się na ograniczenie prędkości maksymalnych wybranych modeli. Firma Volvo Cars poszła o krok dalej.

Zdecydowaliśmy się na wprowadzenie ograniczenia prędkości w swoich samochodach. To elektroniczny ogranicznik do 180 km/h, czyli prędkości, która jest znacznie powyżej dopuszczalnej w większości krajów europejskich, w Polsce też. To czytelny sygnał, że jako marka chcemy wziąć odpowiedzialność za zwiększenie bezpieczeństwa na drodze i choć niewielu kierowców w Europie decyduje się na jeżdżenie tak szybko, to my wysyłamy sygnał: koniec wyścigów na drodze – podkreśla Stanisław Dojs.

Wszystkie nowe modele Volvo mają mieć wbudowany ogranicznik prędkości. Choć decyzja producenta podzieliła kierowców, to koncern tłumaczy, że w ten sposób chce walczyć o ograniczenie śmiertelnych ofiar wypadków drogowych oraz ciężko rannych.

– Legislacja poszczególnych państw unijnych skłania kierowców do tego, żeby bardziej odpowiedzialnie korzystać z samochodów i żeby ograniczać prędkość – wskazuje przedstawiciel Volvo Car Poland.

Jak przekonuje, tylko niewielka liczba kierowców będzie próbowała demontować ogranicznik. Wpływ na to będą mieć nowe przepisy.

– Od 1 lipca 2020 roku w Polsce za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h poza terenem zabudowanym będzie czasowo zabierane prawo jazdy. Na autostradzie będziemy mogli stracić prawo jazdy za przekroczenie 190 km/h, na drodze ekspresowej za ponad 170 km/h, a na drodze krajowej – ponad 140 km/h. Zatem po zdjęciu naszej blokady nic nie zyskamy – ocenia ekspert.

Każdy samochód Volvo, oprócz ograniczenia prędkości do 180 km/h, będzie wyposażony w funkcję Care Key, dzięki której jego właściciel będzie mógł zaprogramować dodatkowe ograniczenia prędkości maksymalnej w przypadku, gdy np. pożyczy samochód innemu użytkownikowi.

Volvo pracuje też nad kolejnymi rozwiązaniami, które mają zwiększyć bezpieczeństwo na drogach i  wyeliminować kierowców wsiadających za kółko pod wpływem alkoholu czy środków zaburzających koncentrację. Mają być wprowadzane w przyszłości we wszystkich modelach samochodów.

– Będą to systemy monitorujące aktywność oczu kierowcy – czy są skierowane na drogę, czy ich ruch wskazuje na jego koncentrację. Jeżeli kierowca straci przytomność, osunie się na fotelu, te systemy będą w stanie zareagować, zatrzymać bezpiecznie samochód i sprawić, że nie dojdzie do najtragiczniejszych wypadków – zapowiada Stanisław Dojs.

Pandemia przyspiesza robotyzację polskich firm. Ludzie są coraz częściej zastępowani przez maszyny

Firmy rozszerzają sposób korzystania z robotów w celu zwiększenia dystansu społecznego i zmniejszenia liczby pracowników, którzy muszą fizycznie przyjść do pracy. Roboty są również stosowane do wykonywania zadań, których pracownicy nie mogą realizować zdalnie. W Polsce obecnie na 10 tys. zatrudnionych przy produkcji przemysłowej przypadają zaledwie 42 roboty. W sektorze bankowym, ubezpieczeniowym i telekomunikacyjnym należymy już jednak do europejskiej czołówki.

– Im większy kryzys gospodarczy, tym szybsza robotyzacja. Te zawirowania makroekonomiczne spowodują, że firmy zaczną szukać sposobów na optymalizację kosztów, zastąpią więc pracowników pewnymi rozwiązaniami informatycznymi i naturalnie będą to roboty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Andrzej Sobczak ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Firmy rozszerzają sposób korzystania z robotów. Pozwala to zwiększyć dystans społeczny i zmniejszyć liczbę pracowników, którzy muszą fizycznie przyjść do pracy. Roboty są również stosowane do wykonywania zadań, których pracownicy nie mogą realizować zdalnie. Amerykański Walmart używa ich do mycia podłóg. Roboty w Korei Południowej były wykorzystywane do pomiaru temperatur i dystrybucji środków dezynfekujących ręce.

W związku z koronawirusem do 2021 roku mogą być konieczne dalsze środki dystansowania społecznego, tym samym zwiększy się zapotrzebowanie na roboty.

– Pojawienie się SARS-CoV-2 może być przez wiele firm potraktowane jako przyczynek do rozważenia wdrożenia robotyzacji. Roboty nie chorują, nie chodzą na zwolnienia, nie trzeba zamykać firmy. Koronawirus może być czynnikiem wyzwalającym wdrożenie robotów w firmie, a przynajmniej pokazującym na poziomie zarządu, że jest taka alternatywa – podkreśla prof. Andrzej Sobczak. – Wiele firm, które się wahało, czy wdrażać robotyzację, może teraz przyspieszyć podjęcie finalnego wyboru – wskazuje ekspert.

Już teraz widać, że firmy produkujące środki czyszczące i odkażające odnotowały wzrost popytu. Duński UVD Robots, który produkuje roboty dezynfekujące światłem ultrafioletowym, wysłał setki maszyn do szpitali w Chinach i Europie.Także sieci spożywcze i restauracje coraz częściej korzystają z robotów. Sieci fast foodów, takie jak McDonald’s, testują roboty-kucharzy. Z kolei w magazynach Amazonu i Walmartu roboty były już używane do poprawy wydajności. Wybuch COVID-19 spowodował, że obie firmy chcą zwiększyć ich wykorzystanie do sortowania, pakowania i wysyłki towarów.

Międzynarodowa Federacja Robotyki wskazuje, że w Polsce na 10 tys. zatrudnionych przy produkcji przemysłowej przypadają średnio 42 roboty. Europejska średnia to zaś 114. Polska ma więc sporo do nadrobienia,  jednak nie we wszystkich branżach.

– W wykorzystaniu robotów w sektorze bankowym, ubezpieczeniowym i telekomunikacyjnym jesteśmy zdecydowanie bardziej zaawansowani. Średnio z badań wychodzi nam, że liderzy w tym  obszarze w Polsce mają od 30 do 50 robotów. Są też podmioty, które mają powyżej 100 robotów – wskazuje badacz z SGH.

Naukowcy z Oxford Economics szacują, że do 2030 roku roboty zabiorą 20 mln etatów. Międzynarodowa Federacja Robotyki podaje zaś, że w ciągu pięciu lat (2013–2018) globalna liczba wykorzystywanych robotów wzrosła o ok. 65 proc. – do 2,4 mln sztuk. Jednocześnie badania przeprowadzone przez OECD pokazują, że firmy, które skutecznie stosują technologię, są 10-krotnie bardziej wydajne niż te, które tego nie robią. Przedsiębiorstwa są jednak coraz lepiej przygotowane do robotyzacji, dla większości z nich – także polskich – to naturalny rozwój.

– Tempo wdrażania robotyzacji jest uzależnione od wcześniejszego przygotowania firm. Jeżeli przedsiębiorstwo nie działa procesowo, ma złej jakości dane, to wdrożenie robotyzacji jest projektem długotrwałym, ponieważ trzeba najpierw przygotować do tego organizację. Jednak jeżeli firma myśli procesowo, to robotyzacja może być zrealizowana w perspektywie kilku–kilkunastu tygodni i może bardzo szybko przynosić pierwsze rezultaty biznesowe – przekonuje prof. Andrzej Sobczak.

Ceny OC w kwietniu 2020 – ile płacimy za obowiązkowe ubezpieczenie?

508 zł w Rzeszowie i 808 zł w Poznaniu – tyle średnio za ubezpieczenie OC kierowcy płacili w kwietniu 2020 r. Zastanawiasz się, skąd ta różnica? Chcesz wiedzieć, ile kierowcy płacą za OC w Twoim mieście? Sprawdź, czy nie przepłacasz!

Średnia cena polisy OC w skali całego kraju nie jest miarodajnym wskaźnikiem, gdyż jednym z kluczowych czynników branych pod uwagę przy wycenie składki ubezpieczeniowej jest miejsce zamieszkania właściciela pojazdu. Nasz ranking przygotowaliśmy, opierając się na kalkulacjach, które przeprowadzili w kwietniu kierowcy z całej Polski, wykorzystując w tym celu kalkulator ubezpieczenia samochodu. Sprawdzamy, w których polskich miastach kierowcy za OC w kwietniu 2020 r. płacili najmniej, a w których najwięcej.

Rzeszów, Opole i Gliwice – tu kierowcy płacili najmniej

W kwietniu 2020 r. to właśnie Rzeszów, Opole i Gliwice znalazły się w pierwszej trójce miast, w których właściciele aut płacili najmniej za ubezpieczenie OC – odpowiednio 508 zł, 540 zł i 562 zł. Mniej niż 600 zł na polisę OC wydawali także kierowcy z Rybnika (563 zł), Częstochowy (569 zł), Lublina (572 zł) i Olsztyna (585 zł). W porównaniu z miesiącem wcześniejszym to sporo taniej. W marcu 2020 r. rzeszowianie za obowiązkowe ubezpieczenie pojazdu płacili 647 zł (o 139 zł więcej), opolanie 611 zł (o 71 zł więcej), a gliwiczanie 602 zł (o 40 zł więcej).

Dla porównania sprawdzając najniższe ceny OC, można się dowiedzieć, że najmniej za ubezpieczenia w I kwartale 2020 r. w dużych miastach płacili kierowcy z Białegostoku (612 zł), Kielc (618 zł) i Lublina (630 zł). Jeżeli chodzi o województwa, to średnio składka OC była najniższa dla województw: świętokrzyskiego, podlaskiego i podkarpackiego.

Skąd wynikają tak duże rozbieżności w średnich cenach polis OC w poszczególnych miastach? Trzeba pamiętać, że nie istnieje sztywny cennik OC, a miejsce zamieszkania kierowcy jest tylko jednym z wielu czynników branych pod uwagę przez firmy ubezpieczeniowe – innymi parametrami są m.in. wiek kierowcy, jego staż za kierownicą czy dane techniczne, wiek i przebieg pojazdu.

Poznań, Gdańsk i Warszawa w czołówce najdroższych miast

Na drugim krańcu kwietniowego zestawienia cen OC znalazły się Poznań, Gdańsk i Warszawa. Kierowcy z tych miast płacili odpowiednio 808 zł, 776 zł i 773 zł. Dla porównania w marcu 2020 r. średnie stawki polisy w tych miastach wyniosły 773 zł i 795 zł i 804 zł. Wymienione aglomeracje znalazły się też na ostatnim miejscu w rankingu przygotowanym dla I kwartału 2020 r. Nieco mniej, ale wciąż powyżej 700 zł, w kwietniu 2020 r. płacili zmotoryzowani mieszkańcy Wrocławia (767 zł), Rudy Śląskiej (759 zł), Łodzi (755 zł), Szczecina (718 zł), Koszalina (706 zł) i Zielonej Góry (703 zł).

Dlaczego w największych miastach Polski użytkownicy dróg płacą najwięcej? – Istnieje powiązanie między wielkością miasta a średnią ceną OC. Im większa aglomeracja, tym gęstsza sieć dróg. Jeżeli dodać do tego zwiększoną liczbę kierowców, to prawdopodobieństwo kolizji czy wypadku zwiększa się. Właśnie to prawdopodobieństwo i dane historyczne dotyczące szkód ubezpieczyciele uwzględniają w kalkulacji składki. W efekcie zmotoryzowani kierowcy największych miast Polski muszą spodziewać się wyższych cen – mówi Sławomir Bilik, prezes mfind.

Jak prezentowały się ceny w innych miastach? Jeżeli chcesz sprawdzić, czy za OC zapłacisz powyżej średniej, zapoznaj się z poniższym zestawieniem.srednia cena oc kwiecien 2020

Ceny OC – czego można spodziewać się w kolejnych miesiącach?

Sytuacja na rynku obowiązkowych ubezpieczeń zmienia się bardzo dynamicznie. W drugiej połowie 2019 r. zaczął się trend wzrostowy – ceny OC zaczęły wyraźnie rosnąć. W pierwszych trzech miesiącach 2020 r. zauważalna była stabilizacja. Średni wynik wyliczony dla kwietnia 2020 r. (647 zł) może świadczyć o początku tendencji spadkowej.

Mimo że średnia cena ubezpieczenia OC może spadać, to nie wszyscy klienci mogą liczyć na korzystne ceny. Przykładem może być pewien 25-letni kierowca z województwa wielkopolskiego, który za obowiązkowe ubezpieczenie Chevroleta Lacetti 1.4 16V z 2005 r.(benzyna/gaz) zapłacił 3481 zł. To właśnie młodzi i niedoświadczeni kierowcy są przez firmy ubezpieczeniowe postrzegani jako najbardziej skłonni do ryzyka i to oni muszą liczyć się z najwyższymi cenami.

Jest też dobra wiadomość dla wszystkich kierowców, których w tym roku czeka zakup lub odnowienie polisy OC. – Zakres ochrony oferowanej w ramach obowiązkowego ubezpieczenia OC został zapisany w ustawie o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. To oznacza, że kierowcy przy wyborze polisy OC mogą kierować się wyłącznie kryterium ceny – przypomina Bartłomiej Roszkowski, członek zarządu mfind.

Czarter z ukraińskimi pracownikami przyleciał do Polski

24 maja do Polski przyleciał wyczarterowany samolot z ukraińskimi pracownikami zorganizowany przez agencję zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal we współpracy z liniami lotniczymi „Ukraine International Airlines”. Zezwolenie na lot uzyskano od oficjalnych władz Polski i Ukrainy.

Na pokładzie samolotu znalazło się 178 obywateli Ukrainy. Jak mówi dyrektor generalny Gremi Personal Tomasz Bogdevic, lot był bezpłatny dla pracowników firmy. Po przybyciu pracownicy udali się do ośrodków kwarantanny uruchomionych dla nich przez Gremi Personal, aby odbyć dwutygodniową kwarantannę. Zgodnie z wymogami władz ukraińskich ze wszystkimi pracownikami zostały zawarte długoterminowe umowy o pracę w Polsce, a także zostali oni objęci ubezpieczeniem zdrowotnym, w tym na wypadek zachorowania na COVID-19.

„Do Warszawy przybyli nasi pracownicy, którzy tymczasowo wyjechali na Ukrainę przed zamknięciem granic i teraz postanowili wrócić. Wśród przybyłych znaleźli się również ci pracownicy, którym udało się uzyskać zezwolenia na pracę w Polsce przed zamknięciem konsulatów i centrów wizowych, ale nie mogli opuścić Ukrainy z powodu trudności z przekroczeniem granicy. Należy zauważyć, że około 40% pasażerów lotu czarterowego to Ukraińcy, którzy po raz pierwszy podejmą pracę w Polsce. Tak wysoki procent wskazuje na rosnące zainteresowanie Ukraińców wyjazdem do pracy w Polsce ”- oświadczył Tomasz Bogdevic, dyrektor generalny agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

W drodze powrotnej z Warszawy do Kijowa samolot ten zostanie wykorzystany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy jako samolot ewakuacyjny dla obywateli Ukrainy.

Lot został zorganizowany w związku z dużym zapotrzebowaniem na pracowników ze strony polskich pracodawców, ale także Ukraińców, którzy chcą przyjechać do Polski do pracy.

Według danych Centrum Analitycznego Gremi Personal 67% Ukraińców, którzy opuścili Polskę z powodu kwarantanny, chce wrócić. Liczba ta cały czas rośnie. Dlatego Gremi Personal rozważa możliwość zorganizowania serii lotów czarterowych dla swoich pracowników, a także Ukraińców, którzy chcą dostać się do pracy w Polsce i posiadają wizy pracownicze. Firma wznawia również transport dla swoich pracowników przez otwarte przejścia graniczne.

Jak pojawić się w Google ze swoją stroną internetową?

Dziś niemal każdy biznes ma swoją stronę internetową. Czasem jest to zaledwie wizytówka – przedstawienie firmy i jej oferty. Coraz częściej są to rozbudowane witryny z sekcją blogową, aktualnościami i sklepem internetowym. Jak dotrzeć do klientów? Trzeba pojawić się w wyszukiwarce Google.

Podstawa – stworzenie dobrej strony internetowej

Jeśli chcesz, aby Twoja strona internetowa była widoczna w sieci, powinna być dobrze zbudowana. Co to oznacza w praktyce?

  • Strona musi mieć różne zakładki, w zależności od Twojej branży. Na każdej podstronie powinna być unikalna treść.
  • Strona powinna być użyteczna, łatwa do poruszania się i przejrzysta.
  • Strona powinna działać szybko i być przygotowana pod urządzenia mobilne – to przez telefony komórkowe coraz więcej osób ma dostęp do internetu.
  • Powinna być widoczna dla robotów wyszukiwarek – inaczej Google nie będzie miało dostępu do Twojej strony, czyli nie pojawi się ona w wynikach wyszukiwania.

Pozycjonowanie, czyli pojawienie się wysoko w wynikach Google

Jeśli chcesz, aby Twoja strona pojawiała się na pierwszej stronie wyników wyszukiwania w Google na frazy, które wpisują Twoi potencjalni klienci – musisz zadbać o jej pozycjonowanie. Ten proces zwiększa widoczność strony w wyszukiwarce oraz sprawia, że jesteś wyżej w rankingu. Polega na optymalizacji technicznej i treści na stronie oraz na zdobywaniu wartościowych linków prowadzących do strony. Pozycjonowaniem zajmują się agencje SEO.

Jeśli zależy Ci na budowaniu znajomości swojej strony w konkretnej okolicy, na przykład w swoim mieście, zapytaj o lokalne pozycjonowanie. Katowice, Wrocław, Kraków – to przykładowe miasta, na które możesz pozycjonować się lokalnie. Dzięki temu, gdy użytkownicy będą szukać Twoich produktów lub usług na danym obszarze, będziesz pojawiać się w wynikach wyszukiwania wyżej niż konkurencja.

Płatna reklama to szybkie efekty

Jeśli zależy Ci na szybkim pojawieniu się na pierwszej stronie Google, rozważ usługi Google Ads. Jest to forma płatnej reklamy, która polega na wyświetlaniu sponsorowanych linków na górze wyników wyszukiwania. Dzięki temu osoby, które wpisują hasło związane z Twoimi produktami będą widzieli Twoją ofertę. W Google Ads płacisz tylko za kliknięcia, a nie za wyświetlenie.

Dzięki Google Ads możesz bardzo szybko dotrzeć do klientów. Jest to szczególnie ważne, jeśli startujesz z nową marką, nowym biznesem lub chcesz wzmocnić sprzedaż w konkretnym okresie – na przykład podczas wyprzedaży.

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla przedsiębiorców z sektora MŚP zmiany w przepisach dotyczących obowiązku stosowania nowego JPK_VAT

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla przedsiębiorców z sektora MŚP zmiany w przepisach dotyczących obowiązku stosowania nowego JPK_VAT. Zgodnie z wnioskiem legislacyjnym do Ministra Finansów, nowe obowiązki w tym zakresie powinny zostać przesunięte przynajmniej o 3 miesiące, tj. na dzień 1 października 2020 r.

Na podstawie art. 58 ustawy z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. z 2020 r. poz. 568) ustawodawca przesunął dla dużych przedsiębiorców o 3 miesiące termin wejścia w życie przepisów o nowym JPK_VAT z deklaracją, przewidziany pierwotnie na dzień 1 kwietnia 2020 r. Jednocześnie pozostawiono termin 1 lipca 2020 r. na wejście w życie tego obowiązku dla firm z sektora MŚP.

W ocenie Rzecznika MŚP, 3-miesięczne przesunięcie tego terminu powinno być zastosowane również wobec mikroprzedsiębiorców, małych i średnich przedsiębiorców, co byłoby zgodne z dotychczasowym zamysłem stopniowego obejmowania nowymi rozwiązaniami w zakresie jednolitego pliku kontrolnego firm o coraz mniejszej skali działalności. Jednocześnie byłoby to odpowiedzią na wyjątkowo trudną sytuację, w której obecnie znalazły się najmniejsze firmy. Należy spodziewać się również, że przy konieczności jednoczesnego dostosowywania systemów księgowych do nowych wymogów w zakresie JPK_VAT przez wszystkie firmy, mogą wystąpić dodatkowe trudności z dostępem do usług firm wdrożeniowych spowodowane spiętrzeniem zapotrzebowania na ich usługi.

W związku z powyższym, pismem z dnia 22 maja 2020 r. Rzecznik MŚP zawnioskował do Ministra Finansów o podjęcie działań legislacyjnych zmierzających do przesunięcia obowiązku stosowania nowego JPK_VAT z deklaracją wobec mikroprzedsiębiorców, małych i średnich przedsiębiorców przynajmniej o 3 miesiące, tj. z dnia 1 lipca 2020 r. na dzień 1 października 2020 r.

Naukowcy ostrzegają: koniec pandemii dopiero za 2 lata, COVID-19 jeszcze powróci. To kiepskie wieści dla biznesu

Koniec pandemii? Nie tak szybko! Amerykańskie Centrum Badań i Polityki Chorób Zakaźnych przestrzega organy państwowe przed zbytnim optymizmem. Eksperci twierdzą, że rządy muszą przestać sugerować, że koniec pandemii jest bliski. Zgodnie z ich opinią, powinno się uwzględniać scenariusz, zgodnie z którym w ciągu najbliższych 2 lat ludzie muszą być przygotowani na ewentualne okresowe nawroty choroby. Czy to oznacza, że najbliższe 24 miesiące spędzimy w zamknięciu przed ekranami komputerów? Jak nie stracić podczas lockdownu, prowadząc firmę?

Zabójcy nadziei

Koniec pandemii jest bliski, grzmią nagłówki gazet. To odpowiedź mediów na oczekiwania społeczeństwa, które jest już zmęczone narodowym lockdownem. Jak pokazuje analiza Google Trends, fraza “Kiedy koniec pandemii?” drastycznie zyskała na popularności, począwszy od początku marca do pierwszych tygodni kwietnia i wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie.

Niestety, optymistyczne nastroje hamują naukowcy z amerykańskiego Centrum Badań i Polityki Chorób Zakaźnych (CIDRAP), którzy twierdzą, że jest jeszcze za wcześnie na otwieranie szampana, a odważne deklaracje władz, są zbyt pochopne. – Poprawa sytuacji to efekt rygorystycznych działań, jakie podjęliśmy. Globalny lockdown to obecnie najskuteczniejsza metoda ograniczenia rozprzestrzeniania wirusa. A w tym postanowieniu byliśmy bardzo sumienni. Nic więc dziwnego, że rozwój choroby udało się ograniczyć. Przeprowadzone przez analityków Cloud Technologies analizy, badające mobilność mieszkańców Starego Kontynentu pokazują, że zarówno ruch transgraniczny, jak i mobilność zmniejszyły się o 50%. – zauważa Grzegorz Kosiński, prezes Audience Network, należącej do Cloud Technologies agencji, specjalizującej się w badaniu zachowań e-konsumenta i big data marketingu.

Amerykańscy eksperci, mówią wprost: to jeszcze nie koniec. Skąd ten pesymizm? Po pierwsze COVID-19 ma dłuższy okres inkubacji niż normalna grypa. Po drugie, bezobjawowe rozprzestrzenianie się czyni tę chorobę trudno wykrywalną. Biorąc pod uwagę między innymi te powody, naukowcy twierdzą, że koronawirus prawdopodobnie nie zostanie zatrzymany, dopóki 60% do 70% populacji nie zostanie zarażone i nie stanie się odporne, co zgodnie z ich obliczeniami może potrwać kolejne dwa lata. Dyrektor Mike Osterholm powiedział w wywiadzie z CNN: – Pomysł, że wkrótce to nastąpi (koniec pandemii), przeczy mikrobiologii. To kiepskie wieści, nie tylko dla społeczeństwa, ale i gospodarki, która zatrzymana w blokach startowych, zaczyna coraz poważniej odczuwać negatywne skutki.

3 prognozy – żadna dobra

Jeżeli nie teraz to kiedy? Specjaliści przygotowali 3 najbardziej prawdopodobne scenariusze rozwoju pandemii. Pierwszy zakłada, że tuż po fali wiosennych zachorowań, nastąpi seria mniejszych fal, trwających od tego lata i ciągnących się do dwóch lat. W drugim podejściu, po wiośnie 2020, ma nastąpić jeszcze większa fala tej jesieni lub zimy, a następnie po niej „jedna lub więcej mniejszych kolejnych fal w 2021 roku”. Ostatni scenariusz to ten najbardziej enigmatyczny, który zakłada, że nie będziemy w stanie przewidzieć rozwoju choroby. Po fali wiosennej pandemia wejdzie w fazę „powolnego wypalania”, w której rozprzestrzenianie się i kolejne przypadki zachorowań powrócą, ale bez przewidywalnego wzoru.

Jak twierdzą autorzy raportu: – Z tych trzech scenariuszy to właśnie ten drugi byłby najbardziej druzgocący, ponieważ spowodowałby, że służba zdrowia zostałaby przytłoczona jesienią tego roku jeszcze większą liczbą przypadków niż dotychczas. Ten scenariusz znamy z 1918 roku, gdy rozprzestrzeniała się epidemia grypy hiszpanki. Bez względu na scenariusz, CIDRAP ostrzega: – Musimy być przygotowani na co najmniej kolejne 18 do 24 miesięcy znaczącej aktywności COVID-19, z gorącymi punktami pojawiającymi się okresowo w różnych obszarach geograficznych.

Trwałe zmiany

Coraz więcej badań potwierdza, że eksperyment lockdown okazał się mieć długoterminowy wpływ na zachowanie ludzi. Eksperci z Accenture sugerują zmianę nawyków konsumenckich, która już wymusza modyfikację strategii biznesu. Powszechna jest opinia, że koronawirus zachęci sporą część konsumentów do porzucenia tradycyjnego modelu robienia zakupów na rzecz handlu online. Accenture ostrzega, że: – Ci, którzy postrzegali handel cyfrowy jako drugi kanał, muszą teraz zmienić priorytety swojej działalności, koncentrując się na handlu cyfrowym.

Co to oznacza dla przedsiębiorców? – Transformacja to coś więcej niż założenie strony internetowej czy profilu społecznościowego. To zmiana całego modelu komunikacji organizacji z otoczeniem. – zaznacza Marcin Filipowicz wiceprezes Audience Network i dodaje: – Chociaż początki bywają ciężkie, dla firmy to doskonała szansa na wypłynięcie na szerokie wody. Wybór między offline, a online to dziś zbędny kompromis. Działajmy dwukierunkowo, a oba kanały interakcji biznesu z odbiorcą, niech wspierają się wzajemnie, oferując klientowi kompletny wachlarz doświadczeń. – kwituje ekspert.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy mieliśmy do czynienia z upowszechnianiem zachowań opartych na technologii, które wcześniej uważane były za margines praktyk interakcji użytkownika z siecią. Na przykład zakupy artykułów spożywczych przez internet i ich dostarczenie do niedawna były postrzegane jako pewien luksus, dziś to powszechna i popularna forma uzupełniania zapasów. Amerykański Startup Instacart chwali się zatrudnieniem kolejnych 250 000 podwykonawców, zaś gigant handlu Amazon zatrudnia dodatkowe 175 000 osób do obsługi zamówień.

Rośnie również znaczenie pracy zdalnej, która zyskała podczas globalnego lockdownu. Aplikacja do telekonferencji Zoom gości codziennie 300 milionów uczestników, podczas gdy twórcy aplikacji Slack, służącej do organizacji pracy, chwalą się 10 mln podłączonych jednocześnie użytkowników. Ich konkurent, Microsoft Teams, ma obecnie ponad 75 milionów aktywnych użytkowników dziennie. Dzięki pandemii, narzędzia dedykowane firmom sektora rządowego lub hitec, nagle trafiły w dłonie Kowalskiego, a ten bardzo je polubił. Migracja z offline do online okazała się bardzo przyjemna.

Marcin Filipowicz z Audience Network twierdzi, że nie będzie łatwo przekonać ludzi do zmiany nawyków, nawet gdy zagrożenie zniknie – Wydawało się, że dotarliśmy do granic integracji człowieka z wirtualną siecią. A jednak na skutek pandemii, technologia stała się nam jeszcze bliższa. Ludzkość zaufała sieci, szukając tam rozwiązania problemów, jakich przysporzył nam koronawirus. – zauważa ekspert warszawskiej spółki i dodaje: – Według danych Forbes, od czasu wybuchu pandemii ruch w internecie wzrósł o około 50-70%. To wymusza na firmach zmianę całej strategii funkcjonowania, łącznie ze sposobem komunikacji. Poleganie wyłącznie na tradycyjnych formach interakcji z klientem to dziś poważne zaniedbanie. Jeżeli nie korzystasz dziś z narzędzi, jakie oferuje cyfrowy świat, jesteś niemy. Nikt nie decyduje się na otwarcie firmy bez szyldu czy wizytówki, czemu więc cyfrowe media traktujemy inaczej? – ostrzega Filipowicz.

Ryzyko, jakie niesie za sobą zakażenie COVID-19, wygrało z naszymi nawykami, być może trwale je zmieniając. Potrzeba bezpieczeństwa i ochrony zdrowia odcisnęły swoje piętno na konsumentach, tworząc trwałe odkształcenie, do którego będzie musiał dopasować się biznes. Przedsiębiorcy wreszcie mogą zaciągnąć powietrza, jednak nie na długo. Koronawirus jak Terminator Ridleya Scotta, zanim zniknie, rzuca ostatnią deklarację: – I will be back (z ang. Jeszcze tu wrócę) i pozwala nam się cieszyć pozornym zwycięstwem. Czy biznes będzie gotowy na powrót pandemii?

Microsoft z szansą na historyczny rekord – Goldman podnosi poziom ceny docelowej

Mimo rosnącego napięcia między Waszyngtonem a Pekinem jego wpływ na Wall Street jest znikomy, a amerykańskie indeksy wciąż znajdują się wysoko i nie do końca mają zamiar korygować ostatnią falę wzrostów. Sprzyja temu stopniowe otwarcie gospodarki USA, a także zapowiedź Donalda Trumpa, że nawet mimo ewentualnej drugiej fali zachorowań np. jesienią, nie zamknie on ponownie kraju. USA mają wtedy walczyć z poszczególnymi ogniskami choroby, co ma sprzyjać bardziej V-kształtnemu odbiciu.

Wracając do sytuacji na dalekim wschodzie, Chiny wycofały swój cel wzrostu gospodarczego na 2020 r. Ponadto zaproponowały ustawę o bezpieczeństwie narodowym, która położyłaby kres działalności secesyjnej i wywrotowej, która z kolei podważałaby autonomię Hongkongu. Powrót napięć między Pekinem a Waszyngtonem w okresie poprzedzającym nową rundę negocjacji handlowych pokazuje, że wojna gospodarcza między dwoma wiodącymi światowymi potęgami wraca na pierwszy plan. Jednak Wall Street mimo tych przeciwności trzyma się mocno.

Z punktu widzenia ciekawych spółek i wydarzeń Goldman Sachs podniósł cel dla ceny docelowej Microsoft Corp. do 198 USD z 185 USD. Nowy cel oznacza wzrost o 7,9% od ostatniej ceny zamknięcia. Gdyby został osiągnięty, to cena akcji dawnej spółki Billa Gatesa byłaby na najwyższym poziomie w historii. Średni poziom ceny docelowej firmy Microsoft na Wall Street wynosi 198,19 USD. Spółka ma 33 rekomendacje kupna, 4 wstrzymaj i 0 sprzedaj.

Tymczasem Nvidia Inc. nadal drożeje, ponieważ dzięki centrum danych i popycie na gry poprawiły się kwartalne zyski, co skłoniło Wall Street do podwyższenia celów cenowych dla akcji spółki. Przychody z centrów danych za I kwartał były napędzane dużym popytem wśród klientów. Citigroup podniósł poziom ceny docelowej do 392 USD z 315 USD, a atrakcyjność dla inwestorów pozostaje silna dzięki platformie Ampere nowej generacji.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.