Polscy naukowcy odkryli prawdziwe pochodzenie dinozaurów. Znaleziony w Polsce silezaur może służyć jako model do kolejnych badań

Ostatnie lata przynoszą wiele przełomowych odkryć w dziedzinie dinozaurów. Naukowcy w zasadzie co chwila podają informacje o nowych gatunkach, wiedzą, jak rozwijały się mózgi tych zwierząt,  a korzystając z kombinacji obrazowania, anatomii i analizy inżynierskiej, potrafią określić budowę ich kości. Polscy naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego, na podstawie pradinozaura odkrytego w Krasiejowie pod Opolem Silesaurus opolensis, odkryli, że dinozaury wywodziły się bezpośrednio z czworonożnych zwierząt. To odkrycie diametralnie zmienia spojrzenie na wczesne etapy ich ewolucji.

– Wbrew dotychczasowym hipotezom postulujemy, że przodkowie dinozaurów poruszali się na długich przednich kończynach, a więc były to zwierzęta czworonożne, nie dwunożne, jak dotychczas sądzono. Dwunożność u dinozaurów pojawiła się znacznie później w różnych ich liniach rodowych. Ta zmiana powoduje, że przyjmowana dotąd koncepcja o pochodzeniu dinozaurów rozsypuje się w drobny mak. Proponujemy nową koncepcję popartą długotrwałymi badaniami nad lokomocją silezaura – mówi agencji Newseria Innowacje Rafał Piechowski, doktorant z Zakładu Paleobiologii i Ewolucji Uniwersytetu Warszawskiego.

Każdego miesiąca naukowcy odkrywają coś, co przybliża szczegóły z życia dinozaurów. Niedawno eksperci z University of Missouri opublikowali badania, które udowadniają, że czaszka T. rexa była sztywna, podobnie jak czaszki hien i krokodyli, a nie elastyczna jak węży czy ptaków, jak wcześniej myśleli paleontolodzy. To tłumaczy fakt, że mógł gryźć wystarczająco mocno, aby miażdżyć kości ofiary bez łamania własnych kości czaszki. Z kolei naukowcy z Heritage Collegof Osteopathic Medicine Uniwersytetu Ohio udowadniają, że różne dinozaury rozwiązały na inne sposoby problem z przegrzewaniem organizmu. To tylko przykłady niedawnych odkryć.

Polacy doszli zaś do przełomowego wniosku i udowadniają, na podstawie pradinozaura odkrytego w Krasiejowie pod Opolem Silesaurus opolensis, że dinozaury nie wywodzą się z dwunożnych zwierząt, jak dotychczas sądzono, tylko z czworonożnych.

– Badaliśmy obie kończyny silezaura, które swoją budową przypominają kończyny przednie zauropodów. Opracowaliśmy również kończynę tylną, a zajmowaliśmy się, po pierwsze, analizą przyczepów mięśni w kończynach silezaura, następnie udało się zrobić rekonstrukcję umięśnienia lokomotorycznego obydwu kończyn. Doprowadziło nas to do zakwestionowania dogmatu pochodzenia dinozaurów jako wywodzących się od dwunożnych przodków – tłumaczy Rafał Piechowski.

Polacy twierdzą, że silezaur miał rozbudowane prostowniki i zginacze kolan. Kończyna tylna była przystosowana do pełnienia głównej funkcji napędowej, zaś kończyny przednie stanowiły podporę. To w wyniku ewolucji przednie kończyny zostały zwolnione z funkcji lokomotorycznych i mogły być wykorzystane do innych zadań.

– Nasze odkrycie diametralnie zmienia spojrzenie na wczesne etapy ewolucji dinozaurów. Jako pierwsi opisaliśmy i zrekonstruowaliśmy umięśnienie kończyny przedniej u pradinozaura. Nasz opis umięśnienia kończyny tylnej jest najdokładniejszy na świecie. Do tej pory uważaliśmy, że dinozaury wywodzą się z przodków dwunożnych. Dzięki naszym badaniom dowodzimy, że jest zupełnie inaczej – wskazuje ekspert.

Polacy postulują, by to właśnie silezaur, który żył ok. 230 mln lat temu, był traktowany jako model w badaniach nad dinozaurami. Dotychczas naukowcy badali budowę dinozaurów na podstawie tyranozaura.

– Na pewno będziemy kontynuować badania nad silezaurem, pojawił się taki zamysł, żeby badać różne aspekty jego anatomii i fizjologii. Chcemy, żeby nasz silezaur funkcjonował jako tzw. organizm modelowy, czyli wytrych do badania różnych hipotez, w tym przypadku na temat pochodzenia i ewolucji dinozaurów – zapowiada Rafał Piechowski.

Weterynaria eksperymentuje z komórkami macierzystymi. Nowoczesne leki pomogą psom chorym na zwyrodnienia stawów

Leki biologiczne są szansą dla psów cierpiących na choroby autoimmunologiczne. Stworzony z komórek macierzystych lek zrewolucjonizuje leczenie psów chorych m.in. na zwyrodnienia stawów. Podawany zamiast środków chemicznych może uchronić je przed powikłaniami i skutkami ubocznymi farmakoterapii. Naukowcy badają także możliwość wykorzystania toksyn z wąglika przy leczeniu raka pęcherza moczowego u psów. Potencjalnie mogą być także stosowane u ludzi. Coraz lepsze możliwości diagnostyczne i terapeutyczne pozwolą taniej i skuteczniej leczyć zwierzęta domowe.

– Zajmujemy się rozwojem leków biologicznych dla zwierząt towarzyszących, czyli psów i kotów. Zwierzęta te, podobnie jak ludzie, zmagają się z chorobami cywilizacyjnymi, do których należą głównie choroby o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym. Rozwijamy leki biologiczne, wykorzystując jako substancję aktywną komórki macierzyste – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Bzdzion, prezes zarządu i główny pomysłodawca start-upu Bioceltix.

Postępy w opracowywaniu metod diagnozowania weterynaryjnego pozwalają lepiej rozpoznawać choroby u zwierząt, również te o podłożu autoimmunologicznym. W drugim kwartale tego roku do sprzedaży trafi test diagnostyczny Antech, umożliwiający badanie przesiewowe krwi w kierunku nieswoistych zapaleń jelit u psów. Tradycyjne metody diagnozowania obejmują, podobnie jak u człowieka, badanie endoskopowe i histopatologiczne pobranych próbek tkanki jelita. Z uwagi na to, że koszty leczenia w przypadku zwierząt pokrywa właściciel, tego typu choroby były u psów i kotów diagnozowane, a co za tym idzie niezwykle rzadko właściwie leczone. Do innych chorób autoimmunologicznych najczęściej występujących u zwierząt można zaliczyć niedokrwistość hemolityczną, małopłytkowość i zapalenie stawów.

– Nasz pierwszy produkt, który rozwijamy, służy leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. 20 proc. populacji psów cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, które są główną przyczyną przewlekłego bólu u tych zwierząt. Obecnie złotym standardem leczenia w weterynarii chorób o podłożu zapalnym, jakimi są zmiany zwyrodnieniowe stawów, są klasyczne leki chemiczne, czyli głównie steroidowe i niesteroidowe leki przeciwzapalne, które mają ograniczoną skuteczność i powodują wiele skutków ubocznych – mówi Łukasz Bzdzion.

Leczenie farmakologiczne zwykle sprowadza się do próby wyłączenia działania układu odpornościowego, który atakuje komórki organizmu. Często zdarza się, że autoagresja organizmu ustępuje, ale spada też odporność na infekcje, co prowadzi do chorób towarzyszących. Jako substancję czynną polski start-up wykorzystuje zawiesinę żywych mezenchymalnych komórek zrębu, pochodzących z tkanki tłuszczowej. Zastosowanie leku tworzonego z komórek macierzystych ma wysoką skuteczność i pozwala uniknąć powikłań.

– Z naszym rozwiązaniem chcemy trafić zarówno do lekarzy weterynarii, którzy będą ten lek aplikowali, jak również pośrednio do właścicieli zwierząt, żeby mieli świadomość, że oprócz klasycznych leków chemicznych mają alternatywę w postaci leków biologicznych – mówi prezes start-upu Bioceltix.

Tymczasem leki biologiczne coraz skuteczniej radzą sobie też z nowotworami u zwierząt. Do walki z rakiem pęcherza moczowego u psów została wykorzystana teoretycznie śmiertelnie niebezpieczna laseczka wąglika. Naukowcy z Purdue University oparli się na modyfikacji toksyny wąglika, która została połączona z naturalnie występującym białkiem, zwanym naskórkowym czynnikiem wzrostu (EGF). Białko to występuje w nienaturalnie dużych stężeniach u pacjentów z rakiem pęcherza moczowego. Komórki rakowe pochłaniają toksynę wąglika, co wywołuje ich destrukcję przy jednoczesnym oszczędzeniu zdrowych komórek. Potencjalnie ten schemat leczenia może być zastosowany również u człowieka. Dokonania zarówno amerykańskich, jak i polskich badaczy są jednak w początkowej fazie rozwoju.

– Ścieżka rejestracyjna będzie realizowana w Europejskiej Agencji Leków i obejmie badania kliniczne. Z pierwszym naszym lekiem chcemy wejść na rynek z początkiem 2023 roku – zapowiada Łukasz Bzdzion.

Start-up Bioceltix wygrał konkurs Start-Up Challenge, jest jednym z pięciu finalistów w konkursie Chivas Venture oraz wziął udział w Akademii BioMed PFR.

Według Grand View Research światowy rynek leków weterynaryjnych był w 2018 roku wyceniany na 24,5 mld dol. Do 2026 roku będzie rósł w średniorocznym tempie przekraczającym 6 proc.

Jakie problemy sprawia przekształcenie użytkowania wieczystego gruntów pod domami i blokami?

Przekształcenie użytkowania wieczystego nie przebiega bez pewnych problemów. Wyjaśniamy, jakie utrudnienia są związane z tą operacją.

Przekształcenie użytkowania wieczystego pod domami i blokami to bezprecedensowa operacja, która dość zasadniczo zmienia stosunki własnościowe w wielu miastach. Ogólne szacunki mówią, że to gruntowe uwłaszczenie objęło nawet 2,5 miliona osób. Mowa o Polakach posiadających domy lub lokale wybudowane na gruncie wcześniej należącym do samorządów albo Skarbu Państwa. Tak duża skala operacji przekształceniowej sprzyja powstawaniu różnych problemów. Wbrew pozorom, są one związane nie tylko z tempem wydawania zaświadczeń o przekształceniu współużytkowania wieczystego we współwłasność. Warto wiedzieć, że przekształcenie użytkowania wieczystego jest kłopotliwe między innymi dla niektórych przedsiębiorców.

Wiele zaświadczeń wciąż jeszcze nie jest gotowych

Jeżeli chodzi o przekształcenie użytkowania wieczystego, to oczy dziennikarzy często są skierowane na Warszawę. Wynika to między innymi z bardzo dużej liczby zaświadczeń przekształceniowych, które musieli wydać stołeczni urzędnicy. Chodzi o mniej więcej 450 000 dokumentów. Już od dawna było wiadomo, że tych wszystkich zaświadczeń nie uda się przygotować do końca 2019 roku. Aktualne dane mówią, że w Warszawie zostało już wydanych niemal 90% zaświadczeń. Nie oznacza to jednak, że stołeczni urzędnicy zakończą pracę bardzo szybko. „Na koniec pozostawiono bowiem najbardziej kłopotliwe przypadki przekształcenia” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wbrew pozorom, Warszawa nie cechuje się największymi opóźnieniami, jeżeli chodzi o tempo wydawania potrzebnych zaświadczeń. Sytuacja wygląda o wiele gorzej między innymi we Wrocławiu oraz Częstochowie. „Urzędnicy nie bez racji tłumaczą, że dodatkową pracę, którą generuje przekształcenie użytkowania wieczystego muszą wykonać bez realnego wsparcia ze strony administracji centralnej” –  zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Na całe szczęście, opóźnienia w wydawania zaświadczeń przekształceniowych nie oznaczają poważnych kłopotów dla zdecydowanej większości zainteresowanych osób. Ustawa regulująca przekształcenie użytkowania wieczystego (Ustawa z 20 lipca 2018 r.  – Dz. U. z 2019 r. poz. 916 ze zm.) zapewnia bowiem dwumiesięczny termin na złożenie wniosku o bonifikatę przez te osoby, które otrzymały zaświadczenie po 30 listopada 2019 r. Ewentualne opóźnienie związane z dostarczeniem zaświadczenia może jedynie skutkować koniecznością uregulowania całej opłaty przekształceniowej za 2019 r. i/lub 2020 r. „Te wpłaty zostaną jednak później rozliczone po przyznaniu bonifikaty” – przypomina Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Zróżnicowanie bonifikat budzi pewne wątpliwości …

Nie tylko opóźnienia związane z wydawaniem potrzebnych zaświadczeń wzbudzają pewne wątpliwości. Warto również pamiętać o tym, że wysokość samorządowych bonifikat jest zróżnicowana. Wiele gmin w ramach swoich samodzielnych decyzji wprowadziło bonifikaty na standardowym poziomie przewidzianym również dla byłych gruntów Skarbu Państwa (60%). Mieszkańcy takich jednostek samorządu terytorialnego, z zazdrością patrzą między innymi na warszawskie stawki bonifikaty (98% – 99%). Duże zróżnicowanie samorządowych bonifikat powoduje kontrowersje – podobnie jak wcześniejsze wyceny gruntów. „Wspomniane wyceny wpływały na poziom opłat za użytkowanie wieczyste, a teraz stanowią podstawę do określenia wysokości rocznej i jednorazowej opłaty przekształceniowej” –  mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Zaletą aktualnych przepisów na pewno jest to, że zobowiązują one wojewodę do ustalenia na terenie danej gminy stawek bonifikaty dotyczących działek Skarbu Państwa nie niższych od tych, które mają zastosowanie do samorządowych gruntów. Jest to odpowiedź na wcześniejsze wątpliwości odnośnie bardzo różnej wysokości warszawskich bonifikat dla osób uwłaszczonych na samorządowych gruntach (98%/99%) oraz byłych współużytkowników wieczystych działek Skarbu Państwa (60%). „Obecnie taka różnica została już zlikwidowana (nie tylko w Warszawie)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Przedsiębiorcy muszą uważać na limit „de minimis”

Przekształcenie użytkowania wieczystego na pewno jest dość problematyczne dla tych przedsiębiorców, którzy ze względu na opisywaną operację przekroczą limit dopuszczalnej pomocy publicznej albo już go wykorzystali. „W nawiązaniu do tego tematu, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów opublikował nawet specjalne wyjaśnienia dla firm” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wspomniany limit pomocy publicznej (de minimis) wynosi 200 000 euro w ciągu trzech lat podatkowych. Firmy przekraczające limit, będą musiały wnieść dopłatę obliczaną w następujący sposób: poziom dopłaty = wartość rynkowa gruntu – (suma opłat przekształceniowych + wartość dostępnego przed przekształceniem limitu pomocy de minimis). Pomoc publiczna nie zostanie udzielona wtedy, gdy przedsiębiorca wybierze płatność przez:

  • 99 lat (przy stawce dawnej opłaty za użytkowanie wieczyste wynoszącej 1%) lub
  • 50 lat (dawna stawka: 2%) lub
  • 33 lata (dawna stawka: 3%)

Na całe szczęście, osiągniecie wspomnianego limitu de minimis nie grozi tysiącom osób, które posiadają część jednego mieszkania wydzieloną na potrzeby działalności gospodarczej. „Tacy drobni przedsiębiorcy muszą jednak wypełnić dodatkowe oświadczenie, w którym poinformują gminę o sposobie wykorzystania lokalu na potrzeby firmowe” –  podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

O pozytywnym rozstrzygnięciu mogą mówić również spółdzielnie mieszkaniowe. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wyjaśnił, że jako pomoc de minimis jest traktowana tylko przekształceniowa korzyść dotycząca lokali spółdzielni wykorzystywanych do działalności gospodarczej. „Inna interpretacja przepisów oznaczałaby spore kłopoty dla rodzimych spółdzielni mieszkaniowych” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Elektroniczny obieg dokumentów – co warto o nim wiedzieć?

Elektroniczny obieg dokumentów jest nowoczesnym i bardzo praktycznym rozwiązaniem, dzięki któremu firmy mogą skutecznie oszczędzać czas i pieniądze. Wdrożenie systemu do digitalizacji i automatyzacji obiegu zadań i dokumentów pozwala także podnieść wydajność pracowników oraz bezpieczeństwo przechowywanych w firmie danych i informacji. Na czym polega elektroniczny obieg dokumentów i jakie korzyści wiążą się z jego wdrożeniem w firmie?

Rola i rodzaje dokumentacji w firmie – na czym polega elektroniczny obieg dokumentów?

Dokumenty pełnią bardzo istotną rolę w działalności każdej firmy. Pod pojęciem dokumentacji kryją się nie tylko dokumenty w firmie papierowej, ale także e-maile, arkusze kalkulacyjne, dokumenty elektroniczne, skany, pliki graficzne, raporty, notatki odręczne i komputerowe oraz wiele innych danych. Aby dokumenty mogły właściwie spełniać swoją rolę i usprawniać pracę zawodową w firmie, muszą zostać odpowiednio uporządkowane, skatalogowane oraz udostępnione uprawnionym do ich odczytu (edycji) pracownikom. Wiele firm ma jednak trudności z przechowywaniem, udostępnianiem, przetwarzaniem i archiwizowaniem generowanej przez siebie i przychodzącej z zewnątrz dokumentacji. Specjalnie z myślą o nich powstały systemy elektronicznego obiegu dokumentów, które znacząco ułatwiają pracę z dokumentacją w firmie.

Elektroniczny obieg dokumentów polega na umożliwieniu przepływu dokumentów między pracownikami firmy wedle ściśle określonych procedur. Pozwala to na wyeliminowanie wielu zbędnych czynności, które mogą wprowadzać bałagan w firmie, zwiększają ryzyko pomyłek oraz wymagają od pracowników dodatkowego nakładu pracy oraz czasu. Elektroniczny obieg dokumentów pozwala na wyręczenie pracowników w zakresie zarządzania dokumentacją oraz automatyzuje proces jej obiegu. Sprawia ponadto, że praca z dokumentami jest wygodniejsza oraz bezpieczniejsza – wyeliminowane zostaje bowiem ryzyko zgubienia lub zniszczenia dokumentów.

Najważniejsze korzyści z korzystania z elektronicznego obiegu dokumentów

Dobrze wdrożony i wysokiej klasy system workflow sprawia, że po firmie krąży zdecydowanie mniej dokumentów w wersji papierowej. Pracownicy mogą więc skupić swoją uwagę na działaniach wnoszących większą wartość dodaną, a nie rozpraszają ich kolejne dokumenty, które pojawiają się na ich biurku. Wprowadzenie elektronicznego obiegu dokumentów daje także możliwość uzyskania szybkiego dostępu do dokumentów archiwalnych lub starszych zasobów, bez konieczności ich ręcznego wyszukiwania w archiwum firmy lub innym miejscu, w którym są one przechowywane. Wszystkie dokumenty są dostępne z poziomu przeglądarki internetowej (lub w intranecie), co pozwala uzyskać do nich szybki i wygodny dostęp, bez konieczności opuszczania stanowiska pracy.

Elektroniczny obieg dokumentów w firmie pozytywnie wpływa także na bezpieczeństwo pracy z danymi oraz zwiększa poufność i kontrolę nad przekazywanymi między pracownikami (lub poza firmę) informacjami. Dzięki automatyzacji procesu przekazywania dokumentów firma zyskuje pewność, że dokumenty będą trafiały wyłącznie w ręce osób uprawnionych do wglądu w nie, co pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo przekazywania i kontrolę nad edytowaniem informacji. Wreszcie, elektroniczny obieg dokumentów usprawnia pracę całej firmy, gdyż ułatwia dotrzymywanie terminów płatności i realizacji zleceń. Daje łatwy, szybki i wygodny dostęp do dokumentacji oraz pozwala na koordynację przepływu korespondencji w całym przedsiębiorstwie.

Firmy motoryzacyjne, elektroniczne, FMCG i logistyczne dostrzegają potencjał autonomicznych robotów mobilnych

Lider na rynku autonomicznych robotów mobilnych (ang. autonomous mobile robots, AMR), Mobile Industrial Robots (MiR), przeprowadził badania wśród amerykańskich firm motoryzacyjnych, elektronicznych, FMCG i logistycznych (3PL), dotyczące ich podejścia do automatyzacji procesów intralogistycznych (logistyki wewnątrz zakładowej). MiR zapytał respondentów między innymi o rzeczywisty okres, w którym roboty AMR mogłyby zostać włączone do wewnętrznej logistyki, o wpływ autonomicznych robotów mobilnych na przemysł oraz najważniejsze bariery w automatyzacji.2020_03_MiR_raport_infografika

„Automatyzacja pozwala stworzyć nowe możliwości bezpieczniejszych i wydajniejszych środowisk pracy. Dzięki niej firmy zachowują globalną konkurencyjność, oszczędzając czas, redukując koszty i skuteczniej reagując na potrzeby klientów. Badanie potwierdza to, co słyszymy od naszych klientów – autonomiczne  roboty mobilne mogą bardzo skutecznie i szybko zautomatyzować transport wewnętrzny” – mówi Jesper Sonne Thimsen, dyrektor sprzedaży w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, Mobile Industrial Robots.

Czy nadszedł czas na automatyzację intralogistyki z robotami AMR?

Na integrację AMR z transportem wewnętrznym w najbliższej przyszłości najbardziej optymistycznie spoglądają firmy motoryzacyjne. 88% respondentów z tego segmentu w ciągu kolejnych 2 lat planuje wdrożenie autonomicznych robotów mobilnych. W przypadku przemysłu elektronicznego 25% firm wskazuje okres 1 roku, 35% okres 1-2 lata, a 30% 3-5 lat. W sektorze FMCG odpowiedzi są następujące: 58% w ciągu 2 lat, 21% 3-5 lat, 7% ponad 5 lat, podczas gdy 14% nie bierze pod uwagę AMR. W przypadku firm logistycznych 58% respondentów wskazuje na okres 2 lat, a 42% 3-5 lat.

Wartość biznesowa

Wdrożenie AMR przekłada się na konkretną wartość biznesową. Korzyści obejmują optymalizację kosztów pracy i kosztów operacyjnych, zwiększenie produktywności, dokładności i wydajności. Wśród firm motoryzacyjnych 64% dostrzega potencjał robotów AMR w zakresie obniżenia kosztów, zwiększenia bezpieczeństwa i jakości. 16% twierdzi, że AMR mogą pomóc w uzyskaniu przewagi konkurencyjnej, a ta sama liczba wskazuje, że mogą one wspierać rozwój firmy. W przypadku branży FMCG 79% dostrzega potencjał obniżenia kosztów, zwiększenia bezpieczeństwa i jakości oraz poprawy konkurencyjności. 43% firm z branży elektronicznej postrzega AMR jako sposób na przyszły wzrost przedsiębiorstwa. Odpowiedzi tej udzieliła również 1/4 firm 3PL.

Brak wykwalifikowanego personelu

50% respondentów zarówno z branży motoryzacyjnej, jak i logistycznej twierdzi, że brak wykwalifikowanego personelu jest barierą w dalszych planach związanych z automatyzacją. Ten problem

wskazało także 35% przedstawicieli branży elektronicznej i prawie 30% w przypadku sektora FMCG. Ponad połowa respondentów z każdego segmentu stwierdziła, że zwrot z inwestycji w automatyzację nie jest wystarczająco szybki. Prawie 40% firm z branży FMCG i elektroniki oceniło swoje procesy jako zbyt zmienne lub o zbyt małej skali, by można je było poddać automatyzacji.

„Wdrażanie nowych technologii, takich jak AMR jest często klasyfikowane jako inwestycja w technologię. Należy ją natomiast postrzegać jako narzędzie wspomagające firmę jako całość. Jestem pewien, że doświadczenia naszych klientów, takich jak fabryka Whirlpool w Polsce lub Visteon na Słowacji, mogą pomóc innym firmom dostrzec ogromny potencjał skutecznej automatyzacji intralogistyki” – mówi Jesper Sonne Thimsen.

O raporcie

Ankieta została przeprowadzona pod koniec 2019 r. wśród 117 amerykańskich liderów biznesowych działających w różnych branżach, w tym m.in. w motoryzacji, elektronice, logistyce firm trzecich (3PL) i FMCG. Raport został uzupełniony o 20 wywiadów z przedstawicielami zarządów producentów i dystrybutorów. Dalsze informacje zebrano po przeprowadzeniu badań stacjonarnych i analiz publicznie dostępnych informacji istotnych dla celu badania. Więcej informacji na temat raportu: https://www.mobile-industrial-robots.com/pl/report/

Jak szybko wprowadzić alkohol na rynek?

Wprowadzanie na polski rynek wina, piwa lub innego alkoholu przywiezionego z zagranicy to proces skomplikowany i wymagający spełnienia wielu procedur. Istnieje jednak sposób, aby go uprościć, chociażby przez naklejenie banderol dopiero w Polsce.

Importem wina lub innych alkoholi do Polski może się zajmować wyłącznie zarejestrowana firma, która ma odpowiednie zezwolenia – czy to na hurtowy obrót alkoholem, czy to na jego sprzedaż detaliczną w konkretnych punktach sprzedaży.

Firma, która chce sprowadzać alkohol z zagranicy, musi też uzyskać „zezwolenie na nabywanie wyrobów akcyzowych”. Kolejny krok to złożenie w urzędzie celnym zabezpieczenia oraz założenie ewidencji znaków akcyzy.

Potem przychodzi czas na banderole, jednak zapotrzebowanie na kolejny rok zgłasza się w terminie do 30 października roku bieżącego. W związku z tym do sprzedaży alkoholu należy się przygotować z dużym wyprzedzeniem. A co, gdy wszystkie wstępne procedury zostaną już spełnione?

Import wina z zagranicy

Kluczowe będzie ustalenie, czy towar będzie sprowadzany z innego kraju Unii Europejskiej, czy spoza Unii. W obydwu przypadkach będziemy mieli do czynienia z zupełnie innymi procedurami.

Mogłoby się wydawać, że zakup alkoholu z Włoch czy Francji będzie wymagał mniejszej liczby dokumentów i procedur niż  np. import wina z Argentyny czy Chile. W praktyce, aby prowadzić obrót towarami akcyzowymi w ramach Unii w sposób możliwie łatwy, alkohol możemy sprowadzać w systemie zapłaconej akcyzy – wówczas wystarczy faktura lub dokument UDT (uproszczony dokument towarzyszący). Jest to jednak rozwiązanie, które można polecić głównie najmniejszym importerom.

Znacznie bardziej opłaca się jednak skorzystanie z procedury zawieszonej akcyzy. Dzięki niej podatek można zapłacić dopiero po tym, gdy alkohol opuści skład podatkowy i trafi do hurtowni lub na sklepowe półki. Aby jednak mieć taką możliwość, najpierw należy uzyskać status zarejestrowanego odbiorcy. Potem jeszcze należy zarejestrować się do bazy SEED, a następnie wszystkie czynności związane z importem rejestrować w systemie EMCS, czyli w Systemie Przemieszczania i Nadzoru Wyrobów Akcyzowych (Excise Movement and Control System).

Z kolei towary importowane spoza Unii, muszą przejść procedurę celną. W tym przypadku także można odroczyć zapłatę podatku, ale warunkiem jest sprowadzenie towaru do składu celnego.

Banderole dopiero w Polsce

Choć procedura wprowadzenia towaru do składu celnego jest czym innym niż wprowadzenie towaru do składu podatkowego, to jednak skutki dla importera będą podobne. Podstawową korzyścią będzie możliwość odroczenia zapłaty podatków (w przypadku importu spoza Unii – akcyzy, VAT, cła) aż do chwili wprowadzenia alkoholu do obrotu handlowego. Czas ten można wykorzystać np. na wypełnienie procedur niezbędnych do dopuszczenia towaru do obrotu na obszarze UE. Ale nie tylko!

– Szczególnie wiele korzyści daje współpraca z podmiotem prowadzącym usługowy skład podatkowy oraz skład celny. Dzięki nim można już w Polsce zlecić komplet usług dodatkowych. Jedną z zalet współpracy z taką firmą jest chociażby możliwość nałożenia dopiero na miejscu polskich znaków akcyzy (lub znaków akcyzy innego kraju przeznaczenia) – mówi Remigiusz Zdrojkowski z firmy PRO-LOG, świadczącej usługi tego typu.

Również w składzie celnym i podatkowym mogą zostać wydrukowane oraz naklejone na butelki nowe etykiety. Importerzy często decydują się na zastąpienie niezbyt ciekawych etykiet z kraju pochodzenia, polskimi – przetłumaczonymi i bardziej przykuwającymi uwagę na sklepowych półkach.  Etykietowanie odbywa się przy użyciu specjalistycznego sprzętu, dzięki czemu można okleić więcej butelek w krótszym czasie, w porównaniu z etykietowaniem ręcznym. To z kolei wpływa na obniżenie kosztów.

Firma zewnętrzna może również od razu w składzie celnym bądź podatkowym przygotować zestawy promocyjne produktów, a dodatkowo składować towar z opcją śledzenia poszczególnych partii produkcyjnych. Co istotne, spełniamy w ten sposób obowiązek wynikający z ustawy o bezpieczeństwie żywności. W wysokiej klasy magazynie wszystkie zadania objęte są odpowiednim systemem informatycznym, co przekłada się na sprawną realizację usług oraz porządek w dokumentacji.

Wino na półkę – akcyza do zapłaty

Zauważmy, że wszystkie wymienione wyżej usługi realizowane są już w Polsce, ale jeszcze przed odprawą celną. Można powiedzieć, że zarówno skład celny jak i podatkowy może stanowić rodzaj przechowalni oraz „przygotowalni” alkoholu do dalszego obrotu. Dopóki jednak towar znajduje się w składzie, nie występuje obowiązek zapłaty akcyzy za sprowadzony towar.

Odprawa celna czy też wyprowadzenie towaru ze składu podatkowego następuje dopiero wtedy, gdy alkohol ma wyjechać na sklepowe półki. Szczególną sytuacją jest procedura tranzytu, stosowana w sytuacji, gdy Polska jest tylko przystankiem dla towaru, który został przywieziony spoza Unii (do składu celnego) i ma trafić poza Unię. Wówczas nie występuje obowiązek zapłaty cła i akcyzy w naszym kraju. Jeśli natomiast alkohol pochodzi z Europy i ma zostać przemieszczony do kraju spoza Unii, wówczas obowiązuje klasyczna odprawa celna.

W każdym przypadku, korzystanie z usługowych składów celnych i podatkowych pozwala importerom zarówno odroczyć koszty podatkowe, jak również usprawnić cały proces przyjęcia alkoholu, jego przygotowania oraz wprowadzenia do obrotu.

Alternatywą może być posiadanie własnego składu celnego i podatkowego, jednak takie rozwiązanie jest na tyle kosztowne, że opłaca się jedynie dużym firmom. Mniejsi gracze na rynku alkoholi mają do wyboru albo płacenie akcyzy wcześniej i realizowanie usług dodatkowych na własną rękę (często w kraju pochodzenia alkoholu) lub współpracę z wyspecjalizowanymi podmiotami w Polsce.

Lek nie na całe zło

Kolejne banki centralne poszły śladem Fed i zapowiedziały gotowość do podjęcia działań łagodzących ekonomiczne skutki koronawirusa, a Bank Rezerwy Australii poszedł dalej i dziś rano ściął stopę procentową o 25 pb. Ministrowie finansów G7 będą dziś rozmawiać o skoordynowanych działaniach, choć doniesienia, że żadna decyzja na polu wydatków rządowych nie zostanie podjęta, przygasiły wstępny optymizm. Posunięcia banków centralnych oraz oczekiwania co do ich przyszłych działań pozwoliły opanować rynkową panikę, ale raczej nie doprowadzą do znaczącego odbicia. Strachu przed zakażeniem nie rozwiąże się wpuszczeniem na rynki dodatkowych pieniędzy.

Banki centralne mają teraz jedno zadanie – powstrzymać spiralę paniki na rynkach finansowych. Oceniając wyniki poniedziałkowych notowań można stwierdzić, że w pewnym stopniu plan się powiódł. Wall Street przeszło do kupowania przecenionych akcji, choć we wcześniejszych godzinach inwestorzy w Europie nie byli do końca przekonani. Udało się opanować jeden element strachu – pęd ku sprzedaży akcji w obawie, że zostanie się w tyle, kiedy inni będą porzucać papiery. Mimo to wciąż pozostaje aspekt ekonomiczny wycen – jak globalna gospodarka odczuje przerwy w dostawach towarów, wstrzymanie prac zakładów produkcyjnych i ograniczenie rekreacji i turystyki. Na tym froncie deklaracje uwolnienia kapitału poprzez obniżki stóp procentowych i inne narzędzia stymulujące nie ochroni ludzi przed zakażeniem się wirusem i nie zachęci ludzi do wychodzenia z domów. Tutaj potrzeba dowodów, że wirus został opanowany wszędzie tam, gdzie właśnie się rozprzestrzenia.

Dodatkowym zastrzykiem optymizmu byłyby decyzje o skoordynowanych działaniach na polu fiskalnym. Innymi słowy, jakiekolwiek szkody gospodarcze zostaną wyrządzone przez epidemię teraz, w kolejnych kwartałach zostaną naprawione z pomocą wydatków rządowych. Jeśli inwestorzy zyskaliby przekonanie, że gospodarka globalna dostanie pomoc, by szybciej stanąć na nogi, byłoby łatwiej już teraz dyskontować lepszą przyszłość. Nadzieje na taki scenariusz narosły w poniedziałek po zakomunikowaniu telekonferencji ministrów finansów G7, która odbędzie się dziś o 13:00. Niestety późniejsze doniesienia zasugerowały, że żadna decyzja na polu skoordynowanych wydatków rządowych nie zostanie podjęta. Ogólnikowe przyrzeczenia, że zostaną użyte odpowiednie środki do walki z wirusem to za mało, by przynieść wyraźną poprawę nastrojów na rynkach. Obawiam się, że jakkolwiek sesje giełdowe z przeceną w skali 4-5 proc. są teraz mniej prawdopodobne, indeksy nie odskoczą za bardzo z obecnych poziomów. Kotwicą pozostanie niepewność, w jakim tempie wirus będzie się dalej rozprzestrzeniać, podczas gdy dane makro dopiero zaczną pokazywać słabe wyniki.

Władze fiskalne muszą wziąć na siebie ciężar finansowego kontrataku i nawet zadeklarować więcej niż potrzeba, w przeciwnym wypadku strach przed recesją stanie się samospełniającą się prognozą. Spotkanie ministrów G7 może dziś rozczarować, jednak w tym gronie jest jeden członek, który lubi grać według własnych zasad. Prezydent USA Donald Trump może być najmniej ociągający się z wydawaniem środków rządowych, szczególnie mając na uwadze wybory prezydenckie w tym roku. Jeśli USA przygotują sobie tarczę ochronną na skutki ekonomiczne wirusa i Wall Street w to uwierzy, może to być wystarczający czynnik, by przynieść odbicie rynków. Mam nadzieję jednak, że liderzy innych państw tak nie myślą i nie chcą pasożytować na hojności Kongresu USA.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W Belgii niedługo zaczną obowiązywać nowe przepisy zabraniające umieszczania etykiet samoprzylepnych na owocach.

Stosowanie etykiet samoprzylepnych umieszczanych bezpośrednio na warzywach i owocach ma być zabronione na terenie Flandrii (Belgia) już od stycznia 2021 roku. To ważna informacja dla polskich sadowników i rolników. Eksperci ze Stowarzyszenia Unia Owocowa przewidują, że przepisy na wzór flamandzki może wkrótce wprowadzić więcej krajów UE.

Regulacje uchwalone w Belgii, w ramach flamandzkiego rozporządzenia w sprawie zrównoważonego zarządzania cyklami materiałowymi i odpadami (Flemish Regulation on the sustainable management of material cycles and waste, VLAREMA), mają zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2021 roku. Przewidują one, że stosowanie etykiet samoprzylepnych umieszczanych bezpośrednio na warzywach i owocach jest zabronione, chyba że informacje na etykiecie są funkcjonalne lub wymagane przez prawo. Jest to sygnał, że pierwsze kraje Europy, zaczynają samodzielnie i z wyprzedzeniem przepisów unijnych wprowadzać ograniczenia w znakowaniu owoców i warzyw.

Powodem deklarowanym jako przyczyna wprowadzenia powyższego zakazu jest negatywny wpływ naklejek na procesy kompostowania. Belgia ze względu na wysoki odsetek bioodpadów odbieranych przez służby komunalne, jak również kraj o istotnym udziale domowego kompostowania, może stać się jednym z liderów wyznaczających trendy dla legislacji w Unii Europejskiej. Według ekspertów z Unii Owocowej, belgijskie rozwiązania mogą stać się wzorcem do uchwalenia kolejnych podobnych legislacji w krajach starej Unii Europejskiej.

W uzasadnieniu do przepisów zamieszczonych w raporcie wyjaśniającym dla rządu flamandzkiego do VLAREMA 7 można przeczytać: „Czasami naklejki są umieszczane bezpośrednio na owocach i warzywach, by oznaczyć markę lub pochodzenie. Bardzo często naklejki te trafiają do kosza wraz z odpadami owocowymi i warzywnymi i w kolejnym kroku zakłócają proces kompostowania. Same naklejki zwykle nie ulegają rozkładowi lub ulegają degradacji bardzo powoli. Dodatkowym problemem jest klej z naklejek, który zanieczyszcza końcowy kompost. Ten przepis zabrania używania naklejek, chyba że informacje na naklejce są funkcjonalne lub obowiązkowe, lub że naklejki są certyfikowane jako kompostowalne. Wejście w życie przepisów przewidziane jest na 1 stycznia 2021 roku, aby dać sektorowi wystarczająco dużo czasu na dostosowanie”.

Przepisy wprowadzone w Belgii pokazują kierunek przyszłych zmian. W ciągu najbliższych trzech lat będą one błyskawicznie następowały w kolejnych krajach Unii Europejskiej. Wynikać to będzie z konieczności transpozycji kolejnych Dyrektyw UE do krajowych porządków prawnych – podkreśla Paulina Kopeć Sekretarz Generalny Stowarzyszenia Unia Owocowa.

Według Dyrektywy UE 851/2018 w sprawie odpadów, która ma zostać przez państwa członkowskie transponowana do narodowych porządków prawnych, najpóźniej do 5 lipca 2020 roku zostanie wprowadzony wymóg Unii Europejskiej dotyczący organizowania do 2023 r. przez państwa członkowskie selektywnej zbiórki bioodpadów. Planowane są również bardziej rygorystyczne przepisy w kwestii kryteriów jakościowych kompostu. Podobnie większe restrykcje zapowiada powszechne wdrożenie Dyrektywy w sprawie tworzyw sztucznych do jednorazowego użytku 2019/904.

– Obecnie flandryjski przepis powinniśmy traktować jako zapowiedź przeszkody handlu z Belgią (Flandria, Bruksela, Walonia) i możliwe pierwsze problemy w negocjacjach z sieciami handlowymi dotyczące zamówień na 2021 rok z ich sieci handlowych. Warto jednak cały czas monitorować rozwój sytuacji pod kątem podobnych zmian w innych krajach Europy. Powielanie wzorców belgijskich byłoby bowiem bardzo szkodliwe dla polskiego rynku sadowniczego. Z punktu widzenia producentów, znakowanie naklejkami na owocach uważamy za bardzo ważne. Naszym zdaniem przyczynia się ono do ograniczenia użycia plastiku i jest bardzo ważnym nośnikiem dla ważnych informacji funkcjonalnych takich jak: „gotowe do spożycia”, PLU, pochodzenie, kolor i śledzenie pochodzenia produktów. Zmiana sposobu znakowania żywności z zakazem używania naklejek niesie natomiast za sobą ogromne koszty dla producentów dodaje Paulina Kopeć.

– Doniesienia z Belgii są bardzo niepokojące. W przypadku, gdy większość krajów chciałaby wprowadzić podobne uregulowania to konieczne będą inwestycje w nowe maszyny i sposoby znakowania np. znakowanie laserowe znakowanie lub kompostowalne naklejki, oferowane dziś jedynie przez garstkę dostawców. Niestety unijne Stowarzyszenie Bioplastiku zapowiada, że naklejki na owoce staną się przedmiotem większej debaty w UE w 2020 roku. Mają zostać też opublikowane wyniki badań nt. unikania zanieczyszczenia bioodpadów i zastosowania kompostowalnych alternatyw do: herbacianych torebek, wkładek do ekspresów do kawy, torebek plastikowych i naklejek na owoce, wykonane na zlecenie UE. Potrzebne są działania uświadamiające skalę kosztów i inwestycji dla eksporterów, za nim kolejne rządy zdecydują się na tak restrykcyjne rozwiązania. Zdaniem unijnych ekspertów krótki żywot będą miały również naklejki o charakterze funkcjonalnym, gdyż przepisy te mają obowiązywać z dużymi obostrzeniami przekonuje Arkadiusz Gaik ze Stowarzyszenia Unia Owocowa.

G Suite vs darmowy Gmail – jakie są różnice, co warto wiedzieć?

Wśród użytkowników panuje przekonanie, że darmowa poczta Gmail jest wystarczająca do prowadzenia działalności. Nadal wiele firm nie zdaje sobie sprawy z rażących różnic jakie są pomiędzy bezpłatnym, a płatnym kontem Gmail. Na które z nich powinniśmy zwrócić szczególną uwagę?

Wersja darmowa – Gmail 

Wielu z nas spotkało się już z darmową wersją programu pocztowego Gmail, do którego otrzymujemy dostęp po założeniu darmowego konta w Google. Jest to rozwiązanie dla osób fizycznych, nieprowadzących działalności. Co więcej, adres mailowy zawiera @gmail.com, co sugeruje odbiorcy, gdzie posiadamy naszą skrzynkę email. 

Jeśli chcielibyśmy pracować i używać tego rodzaju adresu, prawdopodobnie zostalibyśmy odebrani jako osoby nieprofesjonalne. Brakuje nam wielu funkcjonalności, które możemy wykorzystać dzięki płatnej wersji G Suite. Mamy również inny sposób zabezpieczeń, który w przypadku osób fizycznych jest zadowalający, ale już dla firmy może być niewystarczający.

G Suite – Profesjonalny Gmail dla firm

Wiele możliwości skrzynki pocztowej G Suite wykracza poza podstawowy rodzaj poczty email. Podstawową różnicą jest możliwość utworzenia konta mailowego, który jest we własnej domenie. Po pierwsze, zwiększa to nasz profesjonalizm, po drugie, pozwala na pracę w prostym interfejsie, który dużej liczbie użytkowników jest znany. Co więcej, w G Suite można stosować filtry antyspamowe, przez co skrzynka firmowa nie będzie zaśmiecona wiadomościami wysyłanymi przez boty czy w tematach nie związanych z działalnością przedsiębiorstwa. 

Dodatkowo, w G Suite zwiększono ilość miejsca na Dysku Google, przez co można w poczcie gromadzić dużo więcej wiadomości oraz załączników czy innych plików. Większy limit zyskała również aplikacja Hangouts dzięki której możemy przeprowadzać wideorozmowy z nawet 250 osobami jednocześnie, udostępniając przy tym ekran jak również pisząc na czacie podczas rozmowy.

Wysoki poziom bezpieczeństwa z G Suite

Kolejną zaletą płatnej wersji Gmaila jest zaostrzenie bezpieczeństwa dostępu do danych czy też ochrony konta. Dzięki temu możemy spać spokojnie, nie martwiąc się, że do naszych skrzynek czy plików na Dysku dostęp będzie miał ktoś bez uprawnień, nawet jeśli wszystkie te dane są w chmurze. Dostęp do poczty na urządzeniach mobilnych jest zapewniony, a dodatkowo użytkownik może nimi administrować, mając całkowitą kontrolę. W razie kradzieży lub podejrzanej próby logowania do urządzenia, administrator otrzyma stosowną informację, by podjąć kolejne kroki, które mają uchronić przed utratą danych.

W przypadku problemów przy instalacji, łączenia maila z własną domeną, czy występującymi problemami, użytkownicy G Suite mają bezpośredni dostęp do wsparcia technicznego, które błyskawicznie stara się rozwiązać problem.  

Czy warto zapłacić za pakiet G Suite?

Patrząc na wszystkie zalety, które oferuje G Suite ze swoimi aplikacjami, można powiedzieć, że płatna wersja programu jest warta swojej ceny. To nie tylko zwykła  poczta e-mail. Poza możliwością odbierania i wysyłania wiadomości, pozwala na używanie aplikacji przyspieszających działania. Niektórzy będą korzystać z Hangouts, by na czatach móc korespondować z innymi. Kolejni połączą mail z kalendarzem, żeby móc umawiać spotkania i być na bieżąco z wszystkimi wydarzeniami w firmie. 

Patrząc na temat od strony finansowej, miesięczny koszt dostępu do maila nie jest wysoki, porównując go z wszystkimi możliwościami, jakie mamy korzystając z płatnej wersji G Suite. Zależnie od stopnia zaawansowania narzędzia, które potrzebujemy, możemy korzystać z różnych opcji G Suite.  Najtańsza wersja pakietu kosztuje mniej więcej tyle ile średnia kawa w jednej z popularnych kawiarni. 5,2 euro, bo tyle musimy zapłacić za pakiet Basic w porównaniu do ilości aplikacji biurowych oznacza niewielki koszt. Oczywiście cenę możemy obniżyć stosując specjalny kod promocyjny na G Suite, który obniży naszą cenę aż o 10%.

Banki muszą się zmienić, aby przeżyć

Sektor finansowy ma coraz większe problemy z oferowaniem atrakcyjnych produktów swoim klientom. Z jednej strony coraz niższe stopy procentowe powodują, że oszczędzanie w bankach przestaje mieć sens. Z drugiej, niskie tempo wzrostu gospodarczego większości państw rozwiniętych zwiększa ryzyko kredytowe. Coraz więcej firm funkcjonuje na rynku tylko dzięki bardzo taniemu finansowaniu. Każda podwyżka stóp procentowych może pociągnąć za sobą falę bankructw, która bezpośrednio przełoży się na sytuację banków.

Słabość sektora bankowego jest szczególnie dobrze widoczna na zyskownym rynku drobnych pożyczek konsumenckich. Tradycyjne instytucje bankowe, mimo ogromnej przewagi kapitałowej, nie są w stanie konkurować z dynamicznymi i elastycznymi firmami pożyczkowymi. Podobnie jest w przypadku rynków walutowych. Banki, mające ogromną wiedzę, dostęp do taniego kapitału i rynku międzybankowego ani przez moment nie były w stanie stawić czoła kantorom wymiany walut czy brokerom rynku forex.

Problemy te są widoczne również na giełdach. Polski indeks WIG-banki w ciągu ostatnich pięciu lat spadł z 7610 do 6895 punktów, czyli o ponad 9%. Dużo gorzej bywa za granicą. Na przykład niemiecki DAX-banks przez 5 lat zanurkował ze 197 do 85 punktów. Inwestorzy stracili ponad 56%. Niewykluczone więc, że już niedługo cały sektor bankowy będzie musiał szukać nowych pomysłów na swoje funkcjonowanie.

I nawet wiadomo, jakie to będą pomysły. Branża będzie musiała zwiększyć przychody i ograniczyć koszty. Przeniesienie bankowości do internetu jest krokiem w dobrą stronę, ale wyniki finansowe sektora pokazują, że niewystarczającym. Dzięki niemu banki zlikwidowały najmniej płatne miejsca pracy – kasjerów czy doradców kredytowych. Kolejny krok powinien polegać na automatyzacji kluczowych procesów.

Być może branża bankowa weźmie przykład ze swoich konkurentów, z którymi przegrała walkę o rynek drobnych pożyczek konsumenckich. Na przykład polska spółka Provema powierza podejmowanie decyzji kredytowych algorytmom opartym na sztucznej inteligencji. Zdaniem Grzegorza Mizery, wiceprezesa zarządu, takie rozwiązanie nie tylko obniża koszty funkcjonowania firmy, ale także jest znacznie skuteczniejsze od tradycyjnych metod oceny wniosków kredytowych. Oprogramowanie samodzielnie osiąga założone cele i uczy się na własnych błędach. Potrafi rozpoznać oszusta po ruchach kursora myszki na ekranie w czasie składania wniosku kredytowego. Dzięki temu ilość niespłacanych pożyczek spada z miesiąca na miesiąc, a w tej branży to kluczowy czynnik sukcesu.

Jak łatwo się domyślić, w przeciwieństwie do bankowych gigantów spółka bardzo dynamicznie się rozwija. Efekty przynosi strategia polegająca na koncentracji na wysoko zyskownym segmencie rynku i rozsądne podejście do zarządzania kosztami operacyjnymi. Problemu dla spółki nie stanowi też coś, czego do tej pory nie umiał naprawdę dobrze zrobić żaden polski bank – ekspansja międzynarodowa. We wrześniu 2019 roku firma wystartowała w Hiszpanii, wkrótce rusza oddział na Litwie, w dalszej perspektywie w Bułgarii i w Chorwacji.

Koronawirus uderza w światowe rynki. Na rynek walutowy powraca zmienność

Miniony tydzień przyniósł wyraźny wzrost wahań na rynkach finansowych. Inwestorzy nie spuszczają z oczu informacji o koronawirusie.

Wyprzedaż, którą w ostatnich dniach obserwowaliśmy na globalnych rynkach akcji, jest największym tego typu tygodniowym załamaniem od czasu kryzysu finansowego z 2008 roku. Za spadkami cen akcji stał niepokój inwestorów związany z ekspansją koronawirusa oraz niepewność, w jaki sposób środki wprowadzone w celu walki z epidemią wpłyną na kondycję gospodarki światowej.

Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average (luty ‘20)

Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average
Źródło: Refinitiv Data: 02/03/20

Rosnącą awersję do ryzyka na rynku walutowym najsilniej odczuły kraje rynków wschodzących, których waluty doświadczyły gwałtownej wyprzedaży w stosunku do większości walut G10. Niemniej warto też zwrócić uwagę na ciekawy przypadek juana chińskiego, który w ostatnich dniach doświadczył umocnienia w parze z dolarem amerykańskim. Inwestorzy zdają się wierzyć, że władze Chin zdołały opanować epidemię. Z kolei aprecjacja euro w relacji do głównych walut w ostatnim tygodniu zdaje się potwierdzać naszą hipotezę, że niedawna słabość tej waluty wynikała z wykorzystania jej w realizacji strategii „carry trade”. Obecnie, w obliczu wzrostu awersji do ryzyka, inwestorzy zdają się w pośpiechu zamykać tego typu pozycje.

 

W tym tygodniu na rynek walutowy wpływać będą trzy czynniki. Po pierwsze, znaczenie będą miały codzienne doniesienia o dalszej ekspansji koronawirusa oraz informacje o postępie w ograniczaniu tempa jego transmisji. Po drugie, istotne będą publikacje wskaźników aktywności ekonomicznej, które pozwolą na określenie wpływu epidemii na sytuację gospodarczą na świecie. Opublikowane w weekend oficjalne indeksy aktywności biznesowej PMI dla Chin okazały się słabe, wskazując na najszybsze tempo kurczenia się aktywności przedsiębiorstw w Chinach w historii tego badania. Po trzecie, istotnym czynnikiem będą komunikaty ze strony banków centralnych. Decydenci powinni określić, jakiego stopnia wsparcia można oczekiwać w związku z nadzwyczajną sytuacją związaną z wirusem. W międzyczasie należy spodziewać się podwyższonej zmienności na rynkach finansowych.

Indeksy PMI dla przemysłu Chin (2017 – 2020)

Indeksy PMI dla przemysłu Chin
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 02/03/20

PLN

Polski złoty był jedną z walut rynków wschodzących wyprzedawanych w kontekście obaw związanych z koronawirusem. W relacji do euro waluta znalazła się na najniższym poziomie od października. Opublikowane w zeszłym tygodniu informacje o wzroście PKB Polski w IV kwartale 2019 roku były istotne, jednak nie miały wyraźnego wpływu na zachowanie polskiego złotego. Wzrost okazał się nieco wyższy niż szacowano wstępnie, jednak w kontekście jego struktury martwić może słabość konsumpcji.

W tym tygodniu warto zwrócić uwagę na środową decyzję RPP. W związku z wysoką inflacją, ale też zagrożeniami z zewnątrz, trudno spodziewać się zmiany stóp procentowych w najbliższym czasie. Inwestorzy powinni jednak zwrócić uwagę na retorykę RPP w kontekście koronawirusa.

GBP

W zeszłym tygodniu funt brytyjski otrzymał ciosy z dwóch stron. Szterling mierzył się nie tylko z ogólną ucieczką od ryzyka w związku z obawami przed pandemią, ale też ostrą retoryką rządu Borisa Johnsona, który deklaruje gotowość do odstąpienia od negocjacji handlowych z Unią Europejską bez osiągnięcia porozumienia.

W tym tygodniu dodatkowym źródłem zmienności dla funta będzie publikacja projektu budżetu dla Wielkiej Brytanii. Zmiana reguł na umożliwiające rozluźnienie polityki fiskalnej jest prawdopodobna, zwłaszcza uwzględniając obecną sytuację. Nie bylibyśmy zaskoczeni, gdyby w tym kontekście doszło do odbicia kursu funta w tym tygodniu.

EUR

Aprecjacja euro w ubiegłym tygodniu była całkiem imponująca: wspólna europejska waluta umocniła się w stosunku do niemal każdej głównej waluty – jedynym wyjątkiem był jen japoński. Owo umocnienie waluty wspiera nasz pogląd, zgodnie z którym jej spadek w lutym był związany w większości z kwestiami technicznymi, a szczególnie wykorzystaniem euro jako waluty finansującej w tzw. transakcjach „carry trade”, a nie pogorszeniem fundamentów gospodarczych krajów wspólnego bloku. Pozycje te w obliczu paniki są zamykane, co wspiera euro. Tego typu sytuacja w najbliższym czasie raczej nie ulegnie zmianie, w związku z czym euro w tym tygodniu powinno zachowywać się podobnie jak waluty safe haven.

Kluczowym wydarzeniem dla euro w tym miesiącu będzie spotkanie Europejskiego Banku Centralnego zaplanowane na 12 marca. Inwestorzy będą obserwować komunikację EBC w odpowiedzi na epidemię koronawirusa.

USD

Głównie drugorzędne odczyty ekonomiczne z USA, opublikowane w zeszłym tygodniu, w większości okazały się dobre, jednak w dużym stopniu zostały one zignorowane przez rynki. Kontrakty fed funds futures wyceniają obecnie niemal cztery obniżki stóp FOMC o 25 pb. w odpowiedzi na sytuację związaną z koronawirusem. Rynki oczekują również, że do pierwszych cięć powinno dojść podczas najbliższych dwóch spotkań Rezerwy Federalnej. Będziemy uważnie obserwować najbliższe komunikaty ze strony Fedu, które mogłyby potwierdzić lub zmienić te oczekiwania.

W kalendarzu ekonomicznym dla tego tygodnia znajdują się publikacje danych ISM o aktywności biznesowej w przemyśle (w poniedziałek) i usług (w środę). Pozwolą one wstępnie ocenić, jaki był dotychczasowy wpływ koronawirusa na łańcuchy dostaw. Na piątek zaplanowana jest również publikacja raportu z amerykańskiego rynku pracy w lutym. Najpewniej nie odegra on tak istotnej roli, jak zazwyczaj ze względu na to, że niemal na pewno nie pokaże wpływu koronawirusa na amerykańską gospodarkę.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Grzegorz Chłopek odchodzi z zarządu Nationale-Nederlanden PTE

Grzegorz Chłopek z dniem 28 lutego br. złożył rezygnację ze stanowiska prezesa zarządu Nationale-Nederlanden Powszechne Towarzystwo Emerytalne S.A. Swoje obowiązki będzie pełnił do dnia 31 marca 2020 roku.

– W imieniu swoim oraz całego zespołu chciałbym podziękować Grzegorzowi za czas i energię, jaką poświęcił na rozwój Nationale-Nederlanden PTE. Nie mam wątpliwości, że jego wiedza i doświadczenie miały ogromny wpływ na działalność naszej firmy i przyczyniły się do tego, że Towarzystwo jest jednym z liderów rynku produktów emerytalnych w Polsce. Życzę Grzegorzowi dalszych sukcesów i powodzenia w dalszym rozwoju kariery – mówi Paweł Kacprzyk, prezes zarządu Nationale-Nederlanden.

Grzegorz Chłopek swoje obowiązki w roli prezesa zarządu będzie pełnił do dnia 31 marca 2020.

Grzegorz Chłopek to doświadczony menadżer. Stanowisko CEO Nationale-Nederlanden PTE objął w 2012 roku. Z Nationale-Nederlanden związany był od 1998 r., gdzie przeszedł ścieżkę kariery od starszego specjalisty ds. inwestycji, przez wicedyrektora i dyrektora departamentu inwestycyjnego, by w lutym 2004 dołączyć do zarządu firmy. Zdecydowanie przyczynił się do wzrostu i osiągnięcia przez Nationale-Nederlanden OFE pozycji lidera wśród funduszy emerytalnych w Polsce, pod względem liczby klientów, wysokości zarządzanych aktywów, a także stopy zwrotu, jak również rozwoju dobrowolnych funduszy emerytalnych.

Powszechna elektromobilność w Polsce dopiero po 2040 roku?

Zespół foresightu Polskiego Instytutu Ekonomicznego zainicjował i zrealizował badanie, dotyczące przyszłości naszego kraju. Grupę ekspertów, w której reprezentowane były nauka, biznes, organizacje pozarządowe i media, spytano o opinię na temat najważniejszych zagadnień z zakresu rozwoju naszej gospodarki. Wśród nich znalazło się pytanie o rozwój elektromobilności – czyli o upowszechnianie w Polsce samochodów o napędzie alternatywnym. W badaniu eksperci mieli odnieść się do wskazanej tezy, która twierdziła, że w 2035 roku pojazdy elektromobilne będą w Polsce powszechnie stosowane. Grupa ekspercka dosyć jednogłośnie opowiedziała się za tym, że rozwój elektromobilności będzie miał duże znaczenie dla naszego kraju. Zdania były podzielone, jeżeli chodzi o rozwój gospodarczy. Eksperci wątpią także, by ta zmiana zaszła w Polsce szybko.

– Połowa ekspertów wskazuje, że dopiero rok 2035 może być momentem, w którym nastąpi przełom w elektromobilności. Aż 75% ekspertów przewiduje jednak, że pojazdy o napędzie alternatywnym będą faktycznie upowszechnione dopiero w 2040 roku – powiedziała serwisowi eNewsroom Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Eksperci sceptycznie odnieśli się także do wpływu upowszechnienia elektromobilności na rozwój gospodarczy Polski. Tylko 34% z nich uważa, że upowszechnianie pojazdów o napędzie alternatywnym ma istotne znaczenie dla rozwoju naszego kraju, natomiast 14% badanych wskazało przeciwnie. Uważają, że produkcja pojazdów elektrycznych nie jest i nigdy nie będzie domeną naszej gospodarki – w związku z tym nie przełoży się na rozwój społeczno-gospodarczy. Większość badanych zgadza się jednak, że jest to bardzo istotne z punktu widzenia ochrony środowiska i klimatu. Podkreślają również, że podstawowym czynnikiem warunkującym rozwój elektromobilności będą nakłady państwa. Jednak rozmowa o rozwoju napędów alternatywnych w Polsce wciąż jest prowadzona czysto teoretycznie. Eksperci sceptycznie odnoszą się do czasu upowszechniania pojazdów elektrycznych w naszym kraju. Nie liczą na to, że ta idea się szybko zrealizuje – analizuje Dębkowska.

Wall Street liczy na pomoc Rezerwy Federalnej. Akcje drożeją

Pierwszy tydzień marca przynosi próbę uspokojenia rynku i inwestorów po korekcie, która pojawiła się pod koniec lutego. Już w piątek wieczorem pojawiła się optymistyczna wypowiedź przewodniczącego amerykańskiej Rezerwy Federalnej, w której Jerome Powell zaznaczył, że bank centralny Stanów Zjednoczonych jest gotowy do działania, jeśli będzie taka potrzeba. W handlu po sesji kontrakty na indeksy wskazywały na silne odreagowanie.

Dziś, po weekendowej publikacji rozczarowujących danych z Chin, kontrakty terminowe charakteryzowały się bardzo dużą zmiennością i to jeszcze nim wystartował rynek kasowy. Futures na przemian znajdowały się na zielonym i czerwonym terytorium. W weekend pojawiły się również uspokajające wypowiedzi płynące z administracji Trumpa. Wyżsi urzędnicy administracji prezydenta starali się zmniejszyć obawy związane z globalną recesją, mówiąc, że społeczeństwo USA zareagowało zbyt przesadnie. Stąd też, dla uspokojenia i obywateli i rynków, mówi się o możliwej obniżce podatków w USA oraz o cięciu stóp procentowych przez Fed 18 marca aż o 50 punktów bazowych. Taki właśnie ruch wyceniają kontrakty terminowe na stopę funduszy federalnych. Jeśli tak by się stało, to przedział dla stopy Fed znalazłby się na najniższym poziomie od końca 2017 r., a od szczytu łącznie oprocentowanie zostałoby ścięte o 1,25 punktu procentowego. Takie oczekiwania mogą uspokoić inwestorów i podnieść rynek po korekcie, zwłaszcza że Fed, oprócz stóp procentowych, ma jeszcze inne narzędzia, które może wykorzystać w tej nadzwyczajnej sytuacji.

Na Wall Street, po ostatniej korekcie, pojawią się nowe propozycje od analityków, którzy spoglądają na przecenione akcje, jako na być może dobrą okazję do inwestycji. Jedną z ciekawszych spółek z sektora gamingowego jest Activision Blizzard, dla której cena docelowa została podniesiona z 67 do 72 USD przez analityków Stephens. Po spadku od szczytu w lutym o około 10 proc. przecenione akcje mogą mieć potencjał, a katalizatorem może być gra Call of Duty Warzone i tryb gry „Battle Royale”, który może zostać uruchomiony w przyszłym tygodniu. Dzięki temu może zostać utrzymane silne zaangażowanie użytkowników, co może przełożyć się na monetyzację gry.

Również spółka Apple trafiła na listę mogących lepiej sobie radzić przedsiębiorstw w Oppenheimer. Zdaniem analityków tej firmy cena docelowa dla spółki z Cupertino została podniesiona do 320 USD, a rekomendacja zmieniona z „market perform” na „outperform”. Średni poziom ceny docelowej dla AAPL na Wall Street to 336,07 USD. Firma ma 28 rekomendacji kupna, 15 trzymaj i 4 sprzedaj. Obecna cena akcji to 282 USD, co oznacza wzrost o 3 proc. od piątkowego zamknięcia.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Tylko kilka procent pielęgniarek i położnych nie spotkało się z agresją w miejscu pracy. Konieczne jest wprowadzenie systemu szybkiego powiadamiania

Z agresją spotyka się zdecydowana większość pielęgniarek i położnych. Z ankiety Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych wynika, że tylko 6 proc. respondentek nie było narażonych na atak. – Koniecznie trzeba zapewnić personelowi odpowiednie środki bezpieczeństwa, np. możliwość szybkiego powiadomienia – przekonuje Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Niezbędna jest też edukacja społeczeństwa.

– Jeszcze trzy–cztery lata temu nie można było mówić o takiej skali agresywnych zachowań. W tej chwili praktycznie każdy tydzień przynosi bardzo nieprzyjemne sytuacje. Zrobiliśmy ankietę, którą można jeszcze wypełnić na stronie Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Na ponad 800 pielęgniarek tylko 50 nie było narażonych na agresywne zachowanie pacjenta – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Z badania przeprowadzonego w 2014 roku przez naukowców z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jagiellońskiego wynika, że 70 proc. pielęgniarek miało styczność z jakąś formą agresji w pracy ze strony przede wszystkim pacjentów, ich rodzin, a także członków personelu, przy czym 36 proc. doznało agresji fizycznej. Dziś ten odsetek może być znacznie większy. Na 817 pielęgniarek i położnych 768 doświadczyło agresji podczas wykonywania zawodu w placówkach ochrony zdrowia i innych instytucjach. To nie tylko szpitale i przychodnie, lecz także żłobki.

– Najwięcej agresywnych zachowań pacjentów obserwujemy w oddziałach szpitalnych, na SOR-ze, ale także oddziałach chirurgicznych i psychiatrycznych, gdzie są bardzo drastyczne przypadki, nawet niezwiązane z jednostką chorobową, na którą leczony jest pacjent. Również pielęgniarki i położne, które idą do domów pacjenta, stykają się z agresywnymi zachowaniami – wskazuje Zofia Małas.

Najczęściej agresywni są pacjenci i ich rodziny, ale także inni pracownicy medyczni. Niebezpieczne zachowania to m.in. groźby, szturchania i popychania. Dla większości pielęgniarek to właśnie zagrożenie bezpieczeństwa osobistego jest najbardziej obciążającym czynnikiem w pracy. Jednocześnie tylko niewielki odsetek może liczyć na wsparcie po ataku.

NRPiP apeluje o zmiany legislacyjne, które nakładałyby na pracodawców zobowiązania dotyczące zapewnienia odpowiednich środków bezpieczeństwa.

– Dobrze by było wyposażyć personel medyczny, w tym pielęgniarki i położne, w system szybkiego powiadamiania. Jeżeli pielęgniarka jest np. na sali chorego i tam zostanie zaatakowana, przydałby się jakiś sygnał dźwiękowy, żeby zawiadomić innych – mówi prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

W szpitalach brakuje systemu szybkiego powiadamiania o zagrożeniu. Nie ma żadnych rejestrów monitorujących agresywne zachowania. Brakuje także osób przeszkolonych, które mogłyby zareagować w sytuacji zagrożenia.

Jak podkreśla Zofia Małas, niezbędne są także: wprowadzenie procedur, które wskażą tryb postępowania w przypadku agresji, szkolenia dla personelu medycznego czy kursy samoobrony. Istotne może być także dofinansowanie monitoringu, ale i jasne informacje dla pacjentów o ewentualnych konsekwencjach za naruszenie nietykalności personelu.

– Konieczna jest też edukacja społeczeństwa, że nie wolno atakować personelu medycznego, bo ma status funkcjonariusza publicznego, tak jak policjant czy inne osoby na służbie – podkreśla prezes NRPiP.

Na podstawie nowelizacji ustaw o zawodach pielęgniarki i położnej z 2012 roku personel medyczny podczas wykonywania obowiązków służbowych korzysta z ochrony prawnej przewidzianej dla funkcjonariusza publicznego. Oznacza to, że naruszenie nietykalności cielesnej, zniewaga czy czynna napaść na pielęgniarkę lub położną może skutkować karą grzywny, ograniczenia lub pozbawienia wolności.

SoftwareHut i TenderHut na liście Financial Times

W rankingu wskazującym 1000 najszybciej rozwijających się firm w Europie jest aż 14 polskich spółek IT. Pierwsze miejsce wśród nich zajmuje SoftwareHut z Białegostoku. Polska spółka produkująca oprogramowanie ma wzrost przychodów na poziomie 3000%. Ten wynik zagwarantował SoftwareHut 34. miejsce w zestawieniu opiniotwórczego brytyjskiego dziennika Financial Times,

SoftwareHut to:

  • wzrost przychodów na poziomie 3090,2% w latach 2015 -2018
  • przychód 32,8 mln PLN na koniec 2019 r. (wynik niezaudytowany)
  • 8 oddziałów programistycznych w Polsce
  • 10 obsługiwanych rynków

Ranking Financial Times powstał na bazie porównania tempa wzrostu przychodów firm z 32 europejskich krajów. Dotyczy lat 2015 – 2018. Do finalnego zestawienia 1000 spółek trafiły 44 polskie firmy. W poprzednim roku było ich tylko 23. Najszybciej rozwijające się technologiczne spółki z Polski to: SoftwareHut, RTB House, Virtus Lab, Global Control 5, CSHARK, ITFS, AppUnite, TenderHut, Hostersi, Solwit, J-Labs, Future Mind, Codedose, Luxon. W rankingu trzeci rok z rzędu zostało ujętych 90 firm, w tym 4 spółki z Polski.

SoftwareHut na koniec 2018 roku odnotował przychód w wysokości 19,9 mln PLN (4,68 mln Euro), co w zestawieniu z rokiem 2015, gdzie przychód spółki wynosił 0,62 mln PLN (0,15 mln Euro), zaowocowało wzrostem na poziomie 3090,2%. Średni wskaźnik rocznego wzrostu (CAGR) w latach 2015-2018 wyniósł 217,2%. Większość obrotu firmy (95%) generowane jest na rynkach zagranicznych. – Naszą wizją było skonsolidowanie polskiej branży IT oraz tworzenie oprogramowania głównie dla zagranicznych klientów. Oba cele z założenia były ambitne, ale przez ostatnie 4 lata skutecznie, krok po kroku, realizowaliśmy tę wizję przejmując lokalne firmy IT. Założyliśmy SoftwareHut w 2015 roku jako firmę oferującą oprogramowanie i outsourcing IT wspierającą programistycznie inne spółki w grupie. Teraz to najprężniej rozwijająca się spółka w całej Grupie TenderHut i zgodnie z tym, co twierdzi Financial Times, również najszybciej rozwijająca się spółka IT w Polsce – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu SoftwareHut i Grupy Kapitałowej TenderHut.

Początki spółki sięgają 2015 roku. Dziś SoftwareHut ma programistów nie tylko w Białymstoku, ale również w Warszawie, Szczecinie, Wrocławiu, Poznaniu, Przemyślu, Olsztynie, Trójmieście, a także w duńskiej spółce SoftwareHut Nordic. – Był moment, że rośliśmy w takim tempie, że z dnia na dzień pojawiało się u nas kilkudziesięciu nowych pracowników. Wdrożenie strategii rozwoju przyjętej przez zarząd było dużym wyzwaniem. Ale dbając o pracowników i poziom technologiczny udało się nad tym zapanować – wspomina Marcin Bartoszuk, CTO SoftwareHut, odpowiedzialny w spółce za dobór najwłaściwszych programistów. Mierząc się z wyzwaniem dynamicznego wzrostu firma stworzyła swoją czołową aplikację do zarządzania biurem, czyli Zonifero. Obecnie obsługuje 10 globalnych rynków, a dla wielu klientów pełni rolę partnera i doradcy w cyfrowej transformacji.

Gdzie leży tajemnica sukcesu polskiego software house’u? – Podchodząc do projektu staramy się zawsze patrzeć przez pryzmat korzyści, jakie z wdrożenia może osiągnąć klient. Nowe oprogramowanie powinno usprawnić działanie firmy, przynieść jej wymierne korzyści, a nie stanowić tylko pozycję kosztową. Przejmując kolejne firmy na polskim rynku IT poszerzaliśmy swoje kompetencje technologiczne i zwiększaliśmy zakres usług dla klientów. W tym momencie jesteśmy dla nich miejscem, w którym mogą zaspokoić swoje wszystkie technologiczne potrzeby. Wyzwaniem było scalenie programistów z różnych środowisk w jedną efektywną organizację. Ale ten proces nadal trwa – tłumaczy Jacek Zadrąg, COO SoftwareHut, dbający o operacyjną efektywność organizacji. Według Roberta Strzeleckiego, prezesa GK TenderHut, oprócz kompleksowego podejścia do obsługi klienta, tajemnicą sukcesu jest globalne patrzenie na rynek oraz współpraca między spółkami należącymi do całej grupy.  

W ubiegłorocznej edycji rankingu FT1000 najwyższe miejsce z polskich firm zajęła spółka matka SoftwareHut, czyli Grupa Kapitałowa TenderHut. Firma wraz z 3 innymi polskimi spółkami znalazła się po raz trzeci w zestawieniu. Najlepsza polska spółka w rankingu FT1000 2020 – Domator24.com, która zajęła 30 miejsce, mimo, że została ujęta w kategorii meblarskiej, jest również w pewnym sensie powiązana z branżą technologiczną, ponieważ produkuje fotele dla graczy. Gratulacje.

Niskie stopy procentowe mocno napędzają rynek nieruchomości. Ich ewentualne podwyżki podniosłyby ratę kredytu o kilkanaście procent

Niskie realne stopy procentowe i wysoka inflacja powodują, że nie opłaca się oszczędzać na bezpiecznych instrumentach, takich jak lokaty. Z tego powodu Polacy coraz częściej inwestują gotówkę w nieruchomości. Zakupom mieszkań sprzyja też niskie oprocentowanie kredytów. – Gwałtowny wzrost cen nieruchomości to właśnie efekt zbyt niskich stóp procentowych – mówi ekonomista z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, dr hab. Bogusław Półtorak. Ich podwyżki mogłyby znacząco zwiększyć raty kredytów. Na razie RPP takich planów nie ma. Liczy, że inflacja sama wyhamuje, bo konsumenci zaczną bardziej wstrzemięźliwie podchodzić do zakupów.

Ze strony prezesa Narodowego Banku Polskiego słyszymy zapewnienia, że inflacja jest przejściową zwyżką cen wynikającą z jednorazowych przyczyn, np. ze wzrostu cen energii. Te do tej pory były jedne z najniższych w Europie, a ich podwyżki mają skompensować potrzeby inwestycyjne w energetyce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Bogusław Półtorak, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. – Jeżeli, powtarzając argumenty Rady Polityki Pieniężnej, przyczyny są również na zewnątrz, czyli np. po stronie wzrostu cen paliw, może się okazać, że rzeczywiście w ciągu roku–dwóch te ceny wyhamują. Ze strony Rady dochodzi sygnał, że czekamy i zobaczymy, co z tą inflacją w najbliższym czasie będzie.

Zaskakująco wysoki wstępny odczyt inflacji za styczeń 2020 roku – 4,4 proc. rok do roku – wobec i tak wysokich oczekiwań na poziomie 4,2 proc. i celu inflacyjnego 2,5 proc. z dopuszczalnymi odchyleniami +/-1 proc. rozpętał dyskusję na temat polityki pieniężnej RPP. Stopy procentowe pozostają na niezmienionym poziomie od niemal pięciu lat. Są więc dokładnie takie same, jak były przy deflacji na poziomie 1,6 proc., a to różnica 5 pkt proc. To powoduje niskie oprocentowanie depozytów i nieopłacalność trzymania oszczędności na bankowych lokatach.

– Na rynku nieruchomości mieszkaniowych blisko 60 proc. transakcji było dotychczas za gotówkę, co oznacza, że część osób wycofuje pieniądze z banków i szuka alternatyw inwestycyjnych, które pozwolą zrealizować wyższe stopy zwrotu, rekompensujące relatywnie wysoką inflację – komentuje ekonomista Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.

Z drugiej strony niskie stopy to niski WIBOR, czyli element zmienny kosztu kredytów hipotecznych. Gdyby więc ktoś chciał wykorzystać oszczędności jako wkład własny i wspomóc się kredytem, również ma do niego ułatwiony dostęp. Wiąże się z tym jednak ryzyko, że w razie podwyżki stóp – a taka może być konieczna, jeśli inflacja utrzyma się powyżej 3,5 proc. przez kilka miesięcy – raty zaczną szybko rosnąć.

Przyrost podstawowej stopy procentowej o 1 pkt proc. oznacza wzrost raty kredytu o kilkanaście procent, czyli to są już bardzo konkretne kwoty – mówi dr hab. Bogusław Półtorak. – Ten popyt na rynku mieszkaniowym tworzy formę bańki na rynku aktywów, która powoduje pytania, czy ceny mieszkań jeszcze będą rosły, czy mamy już syndrom przegrzania rynku.

Zdaniem ekonomisty najlepszy moment na podwyżki minął półtora roku temu, a w warunkach niskich stóp procentowych w strefie euro czy Stanach Zjednoczonych oraz spowolnienia gospodarczego podnoszenie ich teraz byłoby nieracjonalne.

– My w Polsce dzisiaj trochę ryzykujemy. Nie podnosząc stóp procentowych, godzimy się na to, że efekty popytowe napędzają nam inflację. RPP liczy, że inflacja jednak wyhamuje, ponieważ konsumenci sami w pewnym sensie zaczną wstrzemięźliwie podchodzić do zakupów – mówi ekonomista. – Gdyby inflacja styczniowa utrzymała się dłużej, musi pójść sygnał ze strony RPP i NBP, że coś z tym będą robić, że będą wpływać na to, żeby te ceny jednak ograniczać. Moim zdaniem ważny jest element psychologiczny – musimy się przekonać, że te wzrosty cen nie są uzasadnione.

Jak podkreśla, dziś jednak zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy liczą się ze wzrostem cen, np. żywności i usług. Jest to trend akceptowany przez rynek.

– Kupujemy szybko mieszkania, bo wierzymy, że ceny będą coraz wyższe. Świadczą o tym czynniki podażowe, wzrost kosztów usług, wynagrodzeń w budowlance, cen materiałów budowlanych. Jeśli wszyscy się przekonamy, że jednak musimy ceny naszych usług i nasze wynagrodzenia zmniejszać, czy przynajmniej pozostawić na takim samym poziomie, to uzyskamy takie podejście, że trzeba zacząć bardziej racjonalnie dysponować pieniędzmi i w związku z tym presja na wzrost cen się zmniejszy – podkreśla dr hab. Bogusław Półtorak.

Powrót ptasiej grypy zablokował wiele rynków eksportowych. Ucierpią na tym producenci i eksporterzy, ale dla konsumentów może to oznaczać niższą cenę

Powrót ptasiej grypy zablokował wiele rynków eksportowych. Ucierpią na tym producenci i eksporterzy, ale dla konsumentów może to oznaczać niższą cenę 1

W ciągu dwóch miesięcy 2020 roku stwierdzono już 26 ognisk grypy ptaków w ośmiu województwach. Spowodowało to zamknięcie lub ograniczenie eksportu do krajów pozaunijnych, zwłaszcza azjatyckich. Wirus przynoszony jest w chłodnych miesiącach przez dzikie ptactwo, od którego zaraża się drób. Zdaniem prezesa Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego na tym etapie trudno przewidzieć, jak choroba odbije się na cenach drobiu i jego przetworów, ale branża straci na pewno.

– Niestety ptasia grypa w Polsce w dalszym ciągu się rozwija, mamy kolejne przypadki w województwie łódzkim. Jest to dla polskiego rynku producentów drobiu trudny okres, bo niestety wszystkie rynki, na które można było eksportować drób, zostały dla nas zamknięte i do czasu ustąpienia tej choroby nie możemy go tam wysyłać –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. – Jest to dla nas duży cios, ale mam nadzieję, że te przypadki zostaną szybko usunięte z rynku i nie będzie nowych, będziemy czekali na okres kwarantanny od trzech do sześciu miesięcy i znowu zyskamy te rynki.

Niespełna półtora roku Polska miała status kraju wolnego od grypy ptaków. Zaraz po Nowym Roku Główny Inspektorat Weterynarii poinformował o wykryciu pierwszego ogniska wysoce zjadliwej ptasiej grypy na Lubelszczyźnie. Do końca lutego ujawniono łącznie 26 ognisk w połowie województw, tak jak było to podczas poprzedniej fali zachorowań między listopadem 2017 roku a marcem 2018 roku. Województwa, w których stwierdzono obecność choroby, to lubelskie, opolskie, warmińsko-mazurskie, śląskie, wielkopolskie, dolnośląskie i zachodniopomorskie, a ostatnio także łódzkie. Najwięcej ognisk zidentyfikowano na Lubelszczyźnie i w Wielkopolsce. Potwierdzono także obecność dzikiego ptactwa zarażonego wirusem grypy ptaków.

Już po pierwszym komunikacie pozaeuropejskie kraje zaczęły wprowadzać częściowy lub całkowity zakaz importu polskiego drobiu i jego przetworów. Te kraje to głównie państwa azjatyckie: Hongkong, Korea Południowa, Singapur, Japonia, Tajwan, Kazachstan, Armenia, ale także Białoruś, Rosja, Kuba, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy RPA. Wprawdzie Polska, która jest największym eksporterem drobiu w Europie, większość produktów eksportuje do innych krajów Unii, jednak odzyskanie wymienionych rynków kosztowało branżę sporo wysiłku.

– To wszystko może oznaczać  wzrost cen, jak również ich spadek. To zależy od tego, jak rynek Unii Europejskiej będzie reagował na takie przypadki, bo my nie żyjemy tylko i wyłącznie w kraju i nie działamy w tym zakresie tylko na terenie naszego rynku wewnętrznego, ale na rynku całej Unii. Stąd też te rzeczy są zależne od wielu innych zdarzeń, takich jak np. ptasia grypa w Niemczech czy też ptasia grypa w innych krajach UE, co spowoduje różnego rodzaju reperkusje, których jeszcze nie znamy – ocenia Wiesław Różański. – Na pewno to będzie ze szkodą dla polskiej branży i producentów. Myślę, że najmniej ucierpi na tym konsument, bo może zawsze kupić tańszy produkt, jeżeli go będzie więcej na rynku polskim, bo nie będzie można go wyeksportować, cena na rynku wewnętrznym może spaść.

W ciągu 12 miesięcy 2019 roku cena detaliczna mięsa drobiowego w Polsce wzrosła o 2,1 proc., czyli mniej, niż wyniosła inflacja ogółem (2,3 proc.), i dużo mniej niż średnio ceny żywności (5,3 proc.). Jednak w grudniu 2019 roku za drób trzeba było płacić już o 7,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Ceny tuszek spadły jednak, jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, o 6,8 proc. między styczniem a październikiem 2019 roku włącznie. Ich cena była o ponad 40 proc. niższa niż w Unii Europejskiej, przy czym na rynkach głównych odbiorców: Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji trzeba było za nie płacić odpowiednio o 68 proc., 34 proc. i 52 proc. więcej niż na rodzimym rynku. W ciągu trzech kwartałów 2019 roku eksport polskiego drobiu wzrósł rok do roku o 10,6 proc. do 1199 tys. ton.

– To jest niestety naturalny przypadek, że ptactwo, które przylatuje do Polski, takie choroby przynosi nam z zewnątrz i trudno jest nad tym zapanować. Gdyby to było zależne tylko od nadzoru i dobrostanu zwierząt, moglibyśmy nad tym panować – wyjaśnia prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. – Niestety to przychodzi do nas z zewnątrz i musimy z tym walczyć. Czekamy na zmianę pogody, nie będzie już takich słot, jak są teraz, lub też takiego chłodu. Będzie ciepło i sama temperatura zabije ten wirus.

Ministerstwo Klimatu przedstawi zaktualizowaną strategię energetyczną i klimatyczną. Będą nowe standardy w budownictwie

Wiceminister klimatu Ireneusz Zyska ocenia, że obecna ciepła zima jest pod pewnymi względami korzystna dla gospodarki i generuje mniejsze zapotrzebowanie na paliwa stałe, ograniczając niską emisję i smog, ale za to wiosną z problemami powinni liczyć się rolnicy. Resort klimatu pracuje nad zaktualizowaniem polityki energetyczno-klimatycznej. Ważnym jej punktem ma być budownictwo, które będzie oparte na odnawialnych źródłach energii.

– Podejmujemy działania w celu sformułowania nowej polityki klimatyczno-energetycznej i będzie to istotna zmiana jakościowa. Nie chciałbym jeszcze mówić o szczegółach, ale niebawem zostanie przedstawiony cały program zmierzający m.in. do tego, aby na obszarach miejskich stworzyć nową agendę dotyczącą urbanistyki, zagospodarowania terenów, nawodnienia i terenów zielonych, jak również wyznaczenia nowych, jakościowych standardów w zakresie budownictwa. Budynki będą obowiązkowo wyposażone w instalacje energetyczne oparte na źródłach odnawialnych – mówi agencji Newseria Biznes Ireneusz Zyska, wiceminister klimatu i pełnomocnik rządu ds. odnawialnych źródeł energii.

Jak podkreśla, zmiany klimatyczne są przez resort dostrzegane i oceniane poważnie i stąd właśnie działania zmierzające do sformułowania nowej polityki klimatyczno-energetycznej. Na obszarach wiejskich strategia ma skupić się m.in. na rozwoju biogazowni, wsparciu rozproszonej energetyki prosumenckiej i tworzeniu klastrów energii.

– Polska wieś może być zieloną doliną efektywności energetycznej i wytwarzania energii na potrzeby lokalne. Oznacza to przede wszystkim rozwój klastrów energii i spółdzielni energetycznych czy autonomicznych rejonów energetycznych. Dzisiaj są to określenia jeszcze niewypełnione treścią, ale po to właśnie został powołany pełnomocnik ds. OZE, aby wraz ze wszystkimi interesariuszami, w tym samorządami, podjąć działania zmierzające do osiągnięcia tych celów – mówi Ireneusz Zyska.

Resort wciąż pracuje nad aktualizacją Polityki energetycznej Polski do roku 2040 i Krajowego planu na rzecz energii i l klimatu 20212030, który choć z końcem grudnia ub.r. został przekazany do akceptacji Komisji Europejskiej, ma być przejrzany ponownie.

Pod koniec lutego wiceminister klimatu Ireneusz Zyska poinformował też, że resort pracuje nad kolejnym dokumentem strategicznym Polską Strategią Wodorową, która ma m.in. ułatwić pozyskiwanie środków unijnych na nowoczesne technologie w tym obszarze. Zgodnie z zapowiedziami Polska będzie chciała produkować „zielony” wodór z OZE w tym z morskich farm wiatrowych który będzie wykorzystywany m.in. w przemyśle, transporcie kołowym i kolejowym oraz w celu magazynowania energii.

– Ostatnie lata wskazują, że zmiany klimatu są bardzo głębokie i zaczynają się utrwalać. Ciepła zima wiąże się natomiast również z mniejszym zapotrzebowaniem na paliwa stałe w zakresie ogrzewania. Nie zmienia to faktu, że polskie miasta toną w smogu. Duże programy – takie jak Czyste Powietrze, Stop Smog czy AgroEnergia dla terenów wiejskich – zmierzają właśnie do tego, żeby wyeliminować zjawisko niskiej emisji na obszarach komunalnych. Z kolei w obszarze transportu zostanie niebawem uruchomione wsparcie w postaci dopłat do samochodów elektrycznych z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. To będzie silny bodziec dla rozwoju tego rynku i obniżenia emisji z transportu w miastach – zapowiada minister Ireneusz Zyska.

Jak ocenia, ciepła zima jest pod pewnymi względami korzystna dla gospodarki, ponieważ dodatnie temperatury pozwalają na prowadzenie prac budowlanych i drogowych, a tym samym przekładają się na większe możliwości inwestycyjne.

– Jednak z pewnością ciepła zima jest pewną anomalią, zaburzeniem, do którego dotychczas nie byliśmy przyzwyczajeni – stwierdza minister.

Według szacunków PGW Wody Polskie obecna zima jest trzecią z rzędu, w której opady śniegu nie występują prawie w ogóle, a od co najmniej siedmiu lat są znikome. Długotrwały brak opadów oznacza gorszy bilans wodny i słabe nawodnienie gleby, które w tej chwili wynosi poniżej 40 proc., a w niektórych regionach Polski nawet poniżej 35 proc. To z kolei oznacza złe prognozy dla rolników.

– Brak opadów jest większym zagrożeniem dla rolnictwa niż plusowa temperatura, bo generuje problemy z gospodarką wodną. Z kolei temperatury powyżej zera powodują, że część roślin już rozpoczęła wzrost. To może skutkować niekorzystnymi zjawiskami, bo wczesną wiosną może dojść do przymrozków i te rośliny ulegną uszkodzeniu, co byłoby niekorzystne dla zbiorów – mówi minister Ireneusz Zyska. – Mniejsze opady mogą mieć też negatywny skutek dla systemu elektroenergetycznego, który jest oparty na chłodzeniu wodą. Zarówno w elektrowniach węglowych, jak i innych systemach ciepłowniczych woda odgrywa istotne znaczenie. Stąd należałoby rozwijać na obszarach wiejskich magazynowanie energii, ale też magazynowanie wody i gospodarkę wodną. Chcemy się do tego wszystkiego przygotować, tworząc dobre otoczenie prawne i legislacyjne.

500 zawodników z niepełnosprawnością intelektualną powalczy o wyjazd na Światowe Zimowe Igrzyska Olimpiad Specjalnych w 2021 roku. Zawody zaczynają się 4 marca

0

W Polsce żyje około 1,2 mln osób z niepełnosprawnością intelektualną, w tym 200 tys. ze znaczną niepełnosprawnością. Sport uprawia już ponad 17 tys. zawodników zrzeszonych w kilkuset klubach Olimpiad Specjalnych. W Ogólnopolskich Zimowych Igrzyskach Olimpiad Specjalnych 2020 w Zakopanem i Bydgoszczy, które rozpoczną się 4 marca, o medale powalczy 500 polskich zawodników. – Polscy niepełnosprawni sportowcy mają wspaniałe wyniki – podkreśla Danuta Dmowska-Andrzejuk, minister sportu.

Milion osób w Polsce zmaga się z lekką niepełnosprawnością, a blisko 200 tys. ze znacznym stopniem niepełnosprawności. To właśnie z tą grupą Olimpiady Specjalne Polska prowadzą szeroko pojętą rehabilitację poprzez uprawianie sportu na miarę ich możliwości.

– Sport jest jeden. Musimy zatem wspierać wszystkich sportowców, doceniać ich trud i angażować w działalność sportową, aby angażować ich też społecznie. Ministerstwo Sportu przeznaczyło w tym roku ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej ponad 18,7 mln zł na sport osób z niepełnosprawnością intelektualną i ruchową, z czego na sport osób z niepełnosprawnością intelektualną ok. 5 mln zł  – mówi agencji Newseria Biznes Danuta Dmowska-Andrzejuk, minister sportu. – Warto wspomnieć, że Ministerstwo Sportu niebawem wystąpi o dodatkowe dofinansowanie – w wysokości 1 mln zł – w ramach Funduszu Solidarności, przeznaczone na promocję sportu osób niepełnosprawnych. Stabilność finansowa z pewnością pomoże naszym zawodnikom w osiąganiu jeszcze lepszych wyników  sportowych.

Osoby z niepełnosprawnością intelektualną są coraz bardziej aktywne sportowo. Obecnie w ruchu Olimpiad Specjalnych w Polsce zrzeszonych jest ok. 500 klubów i ponad 17 tys. zawodników. Na arenie międzynarodowej należą do najlepszych – w 2017 roku podczas Światowych Zimowych Igrzysk Olimpiad Specjalnych w Austrii polscy zawodnicy zdobyli 39 medali, w tym 10 złotych. Z ubiegłorocznych Światowych Letnich Igrzysk Olimpiad Specjalnych przywieźli rekordowe 69 medali.

Od 4 do 7 marca w Zakopanem i od 17 do 20 marca w Bydgoszczy polscy sportowcy powalczą o nominację do reprezentacji kraju na XII Światowe Zimowe Igrzyska Olimpiad Specjalnych w 2021 roku.

– To prawie 500 zawodników: narciarzy alpejskich, narciarzy biegowych, biegaczy na rakietach śnieżnych, hokeistów, unihokeistów i łyżwiarzy szybkich. Będzie ich obsługiwało przez kilka dni w Zakopanem i Bydgoszczy prawie 500 wolontariuszy, organizatorów, trenerów, obsługa medyczna i sędziowska – wskazuje Joanna Styczeń-Lasocka, dyrektor generalna Olimpiad Specjalnych Polska.

W Zakopanem o medale w narciarstwie alpejskim, zjazdowym i biegu na rakietach śnieżnych powalczy 230 zawodników. W bydgoskiej hali sportowcy spróbują swoich sił w łyżwiarstwie szybkim, hokeju halowym i unihokeju.

– Nasi zawodnicy to prawdziwi sportowcy. Zgodnie z ideą Pierre’a de Coubertina [ojca nowożytnych igrzysk olimpijskich – przyp. red.] ważny jest dla nich udział w zawodach. Chcą osiągać swoje cele, chcą stawać na najwyższym stopniu podium, więc łzy szczęścia lub porażki będą widoczne również na tych igrzyskach – zauważa Joanna Styczeń-Lasocka.

– W zdrowym ciele zdrowy duch, więc sport jest oczywiście ważny dla każdego. Kiedy nic nie robimy, przychodzą momenty melancholii. Ale trzeba pamiętać, że sport to często działanie w grupie, rywalizacja, zrzeszanie się osób, które są do siebie podobne, mogą złapać kontakt – mówi Marcelina Zawadzka, ambasadorka Olimpiad Specjalnych Polska.

Wspieranie osób niepełnosprawnych, kibicowanie ich zmaganiom sportowym i zachęcanie do tego społeczeństwa jest celem kampanii HASHGrajmyRazem prowadzonej wspólnie dzięki Państwowemu Funduszowi Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i Ministerstwa Sportu.

– Cel kampanii jest taki, żeby społeczeństwo nie zamykało się na osoby niepełnosprawne intelektualnie, tylko pomagało im, było na nie otwarte i przede wszystkim było z nimi – mówi Marcelina Zawadzka.

Jak podkreślają przedstawiciele kampanii, chodzi o to, by uzmysłowić społeczeństwu, że olimpiady specjalne są trzecim filarem ruchu olimpijskiego – obok zwykłych olimpiad oraz paraolimpiad – a sportowcy z niepełnosprawnością intelektualną reprezentują nasz kraj i zdobywają dla niego medale tak samo jak pełnosprawni olimpijczycy i paraolimpijczycy.

Ogólnopolskie Zimowe Igrzyska Olimpiad Specjalnych Zakopan –Bydgoszcz 2020 to pierwsze tak duże wydarzenie, które Olimpiady Specjalne Polska realizują wspólnie z nowym sponsorem głównym – Huawei Polska.

– Olimpiady specjalne budują wartość uczestników i udowadniają, że są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni. Chcielibyśmy, żeby ludzie, którzy nie są w żaden sposób upośledzeni, mieli trochę więcej serca dla osób niepełnosprawnych i ułatwiali im życie. Dlatego cieszymy się, że możemy być częścią tego wydarzenia – tłumaczy Radosław Kędzia, wiceprezes zarządu Huawei w regionie Europy Środkowo-Wschodniej i krajów nordyckich. – Musimy się skupiać na tym, co nas łączy, a nie na tym, co nas dzieli. Pomagamy niwelować bariery i wykluczenia.

Jak podkreśla, polski oddział Huawei, który działa na rynku od 15 lat, chętnie angażuje się w lokalne inicjatywy i wsparcie potrzebujących.

– W ubiegłym roku nasi pracownicy oddali część swojego podatku, w sumie ponad 700 tys. zł, na TOPR. Wspieramy również edukację poprzez programy takie jak Tysiąc Marzeń i Seeds for the Future (Ziarna Przyszłości). W ramach tego pierwszego przekazujemy książki dla szpitali i uczelni, natomiast w drugim programie identyfikujemy najlepszych studentów z polskich uniwersytetów i wysyłamy ich na program do Chin, żeby poszerzać ich horyzonty i wiedzę – wyjaśnia Radosław Kędzia.

Polska firma dzięki wirtualnej rzeczywistości pomoże leczyć wady wzroku u dzieci

Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na świecie żyje 253 mln ludzi z zaburzeniami widzenia. Ponad 80 proc. wszystkich problemów ze wzrokiem można wyleczyć lub im zapobiec. Może w tym pomóc wirtualna rzeczywistość – niedawne wyniki badań wskazują, że okulary VR poprawiają ostrość widzenia i zmniejszają wady wzroku. Polska firma opracowała technologię, która rozwiąże problem zeza i leniwego oka u dzieci.

– RemmedVR to telemedyczna platforma do zdalnych usług rehabilitacyjnych i za chwilę również diagnostycznych. Pierwszym obszarem, który zaczęliśmy komercjalizować, to terapia widzenia u dzieci, konkretnie chodzi o niedowidzenie i zeza. Jest to nasz pierwszy komercyjny projekt, jesteśmy w trakcie przygotowania metodologii pod rehabilitację pacjentów powylewowych i powstrząsowych – mówi agencji Newseria Innowacje Maciej Szurek, prezes RemmedVR.

Wirtualna rzeczywistość rewolucjonizuje medycynę. Pomaga walczyć z depresją, leczy fobie i lęki, pomocna jest także w terapii uzależnień. To właśnie dzięki VR lekarzom udało się usunąć guza mózgu u dwuletniego dziecka bez otwierania czaszki. Technologia ta pozwoliła lekarzom załadować obraz MRI i CT mózgu chłopca w 3D, a zespół dzięki temu mógł przećwiczyć chirurgiczne usunięcie jak największej części guza i ochronę krytycznych struktur. Narzędzia VR są też coraz częściej wykorzystywane przy porodach czy zabiegach wykonywanych u dzieci.

Ostatnie badania udowadniają też, że specjalne okulary VR mogą pomóc w leczeniu wad wzroku. Badanie kliniczne wykonane w Moorfields Eye Hospital wykazało, że urządzenie VR wykazuje 70-proc. skuteczność – poprawia się ostrość widzenia, znacznie zmniejsza się także wada wzroku. Polska firma opracowała natomiast rozwiązanie, które pomoże dzieciom w leczeniu zeza czy tzw. leniwego oka.

– VR jest głównym komponentem hardware’owym, którego używamy do wyświetlania różnego typu bodźców, zarówno w terapii widzenia, jak i w terapii neurologicznej, niezależnie dla prawego i lewego oka. VR jest do tego idealnie stworzone, ponieważ ma dwa niezależne wyświetlacze. Jeśli chodzi o diagnostykę, to mamy specjalne moduły pomiarowe, które z wykorzystaniem eyetrackingu i handtrackingu są w stanie zbierać dla nas odpowiednie informacje, których używamy przy optymalizacji procesów rehabilitacyjnych i diagnostycznych – tłumaczy Maciej Szurek.

Specjalne gogle VR pozwalają zmieniać ostrość widzenia na jednym z oczu, tzw. kontrolowane „oszukiwanie” mózgu, który steruje pracą narządów, co przyspiesza leczenie. Inną metodą jest wzmacnianie kontrastu – czyli 100 proc. kontrastu przy słabszym oku, a kilkanaście–kilkadziesiąt procent w mocniejszym oku. Pierwsze wyniki już pokazały, że takie leczenie jest znacznie szybsze i skuteczniejsze niż klasyczne metody.

Urządzenie obejmuje aplikację z zestawem ćwiczeń terapeutycznych oraz system zbierania i prezentowania danych dla terapeuty. W ten sposób może on nadzorować leczenie, które odbywa się zdalnie.

– Podstawową przewagą, którą dostarczamy na rynek, jest mobilność naszego rozwiązania. Cały system był od samego początku projektowany w taki sposób, żeby miał pełną funkcjonalność zarówno rehabilitacyjną, jak i wkrótce diagnostyczną w warunkach zdalnych – zaznacza ekspert.

Produkt jest skierowany przede wszystkim do odbiorców instytucjonalnych – przy leczeniu wymagana jest obecność terapeuty, który dopasuje rodzaj terapii do określonej wady. Obecnie RemmedVR już współpracuje z ośrodkami z państw Europy Środkowej i Wschodniej. Spółka ma też działać w USA i Indiach.

Docelowo platforma ma być rozbudowywana. Dzięki uczeniu maszynowemu i sztucznej inteligencji będzie można leczyć także osoby po udarach i wylewach mózgu, a na podstawie analizy superszybkich ruchów źrenic urządzenie przewidzi ryzyko zachorowania na choroby neurologiczne, m.in. chorobę Parkinsona czy Alzheimera.

– Będziemy dokładać kolejne usługi do naszej platformy. Już dzisiaj chętnie mówimy o naszym rozwiązaniu jako rozwiązaniu platformowym, które ma służyć dostarczaniu różnego typu usług właśnie w charakterze telemedycznym – podkreśla Maciej Szurek.

Najnowsze technologie wkraczają do telewizji. Standardem staje się rozdzielczość 4K, a nadawcy testują już 8K

W dobie rosnącej popularności serwisów VoD nadawcy telewizji linearnej muszą zadbać o poprawę atrakcyjności ramówki, aby przyciągnąć do siebie klientów. W tym celu inwestują w narzędzia do transmisji 4K, technologię dronową czy narzędzia wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości zwiększające immersyjność treści. Nadawcy eksperymentują już z nowymi technologiami, takimi jak 8K, które zarówno poprawią jakość obrazu, jak i zwiększą atrakcyjność transmisji.

– Telewizja 4K jest standardem formalnie przyjętym i używanym, chociażby w Polsce przez Canal+. Nasze systemy są kompatybilne z 4K i każdy nowy sprzęt, jaki kupujemy, jest z zasady 4K. Jest to również już standard, jeśli chodzi o odbiorniki telewizyjne, a wszystkie nowe seriale powstają w tej technologii. Pod tym względem jest to standard, choć nie jest on tak powszechny, jak byśmy chcieli. Z kolei 8K zaczyna funkcjonować już na pograniczu telewizji. Przy niektórych produkcjach używa się 8K po to, żeby później ułatwić montaż w postprodukcji – mówi agencji Newseria Innowacje Jarosław Kordalewski, wiceprezes zarządu Platformy Canal+.

Do wdrożenia technologii wysokich rozdzielczości zmusiła nadawców sytuacja na rynku telewizorów. W dobie rosnącej popularności inteligentnych odbiorników producenci sprzętu odchodzą od produkcji matryc Full HD i stawiają na bardziej perspektywiczną rozdzielczość 4K, która pozwoli w pełni wykorzystać potencjał serwisów VoD. Telewizja linearna podpina się pod ten trend i coraz więcej stacji inwestuje w tę technologię. Największą szansę na szybką adaptację ma w przypadku relacji z wydarzeń sportowych.

Punktem przełomowym w adaptacji tej technologii mogą okazać się letnie igrzyska olimpijskie w Tokio. Publiczna telewizja NHK zadecydowała, że wszystkie relacje z wydarzenia będą transmitowane albo w rozdzielczości 4K, albo w 8K. Dostęp do odbiorników pracujących w tej wyższej rozdzielczości jest dość ograniczony, ale już teraz na rynku dostępne są konsumenckie wersje urządzeń, które natywnie obsługują ten format obrazu.

Eksperymenty z nowymi technologiami na rynku telewizji linearnej nie ograniczają się jednak do zwiększania rozdzielczości materiału. Nadawcy coraz chętniej korzystają także z alternatywnych metod realizacji materiałów.

– Coraz więcej używamy dronów, to jest też dosyć istotna zmiana w produkcji outside casting. Mamy technologie z zakresu wirtualnej rzeczywistości, studia wirtualne, wszelkiego rodzaju mieszanie wirtualnych i rzeczywistych bytów. To nie jest nowy trend, ale ostatnio spektakularnie to wygląda. Te technologie są bardzo dojrzałe, są powszechnie stosowane i praktycznie każda stacja telewizyjna w jakimś zakresie ich używa – mówi ekspert.

Pionierskim podejściem do wykorzystania nowych metod transmisji wykazała się m.in. stacja Fox, która od kilku lat współpracuje z HeliVideo Productions nad realizacją materiałów telewizyjnych przy wykorzystaniu dronów. Jednym z jej najbardziej zaawansowanych i wymagających technologicznie projektów była realizacja nagrań z lotu ptaka na potrzeby wyścigów Daytona 500. Nadawca wykorzystał drona DJI Inspire 2 do realizacji i transmisji na żywo materiału na potrzeby kanału Fox Sports.

Popularność zyskują także transmisje realizowane przy wykorzystaniu wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, które pozwalają zwiększyć immersyjność odbioru treści. Potencjał tej technologii wykorzystuje m.in. stacja The Weather Channel, która wizualizuje efekty powodzi czy huraganów niszczących studio, aby w ten sposób zademonstrować zagrożenie związane z danym żywiołem.

W dość nietypowy sposób potencjał tej technologii postanowiła zaprezentować południowokoreańska telewizja Munhwa Broadcasting Corporation, która pomogła pewnej matce spotkać się ze swoją zmarłą córką. Kobietę wyposażono w gogle VR, za pośrednictwem których mogła zobaczyć dziecko. Widzowie mogli śledzić to spotkanie za pośrednictwem technologii rozszerzonej rzeczywistości, gdyż sylwetkę matki nałożono na cyfrowy świat, na który spoglądała przez gogle.

Na polskim rynku wirtualną rzeczywistość w pionierski sposób zastosowała telewizja TVN, która izraelski odcinek programu „Kobieta na krańcu świata” zrealizowała za pośrednictwem technologii VR i udostępniła do dystrybucji w kinach VR.

– Świętym Graalem telewizji jest przejście na telewizję holograficzną i w ogóle na telewizję trójwymiarową. Podjęto próbę jej wdrożenia 10 lat temu, ale była ona nieudana dlatego, że wymagała specjalnych narzędzi. Ta stereoskopia się nie sprawdziła. Jednak w zanadrzu jest jeszcze technologia trójwymiarowej telewizji holograficznej. Wierzę, że to kiedyś nastąpi, że to jest ten święty Graal telewizji, do którego kiedyś dojdziemy – przewiduje Jarosław Kordalewski.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku wirtualnej rzeczywistości w 2018 roku wyniosła 7,9 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 55,7 dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 33,5 proc.

Zlecasz pozycjonowanie swojej strony? Sprawdź, czego oczekiwać!

Decydując się na pozycjonowanie z pomocą profesjonalnej agencji, wielu właścicieli firm zadaje sobie pytania: czego mogę się teraz spodziewać? Czy usługa będzie błyskawiczna? Jakie działania będą na mojej stronie podejmować specjaliści? Kwestie te często są podstawą do rozpoczęcia rozmowy z opiekunem SEO i prowadzą do wyjaśnienia wielu wątpliwości. Jeżeli więc myślisz nad inwestycją w pozycjonowanie, przeczytaj poniższy artykuł. Znajdziesz w nim odpowiedzi na podstawowe pytania, z którymi w swojej pracy spotykają się eksperci SEO.

Spodziewaj się kompleksowych działań w witrynie i poza nią

Warto wiedzieć, że usługa pozycjonowania stron nie kończy się na jednorazowym działaniu mającym na celu wyniesienie strony Klienta do czołówki wyników wyszukiwania. Nie jest to też sam audyt połączony z zaleceniami optymalizacyjnymi. Specjalistyczna agencja marketingowa, taka jak INSEO (https://www.inseo.pl/), od audytu dopiero rozpoczyna pracę. Podczas sprawdzania witryny internetowej przygotowywana jest cała strategia pozycjonowania: optymalizacja techniczna, dobór słów kluczowych, wdrożenie skonstruowanych pod SEO treści, budowanie sieci wartościowych linków i wprowadzanie sugerowanych udoskonaleń. Na tym jednak nie koniec – wymienione czynności to tylko przykładowa praca, jaką wykonują specjaliści. Każda strona jest bowiem zbudowana inaczej i ma inne potrzeby, dlatego końcowy zestaw zalecanych działań jest zawsze przygotowywany indywidualnie.

Dostaniesz cennik idealnie dopasowany do Twoich potrzeb

Podejmując decyzję o pozycjonowaniu strony z pomocą wykwalifikowanej agencji, chcesz być pewien, że nie zaskoczą Cię żadne niespodzianki. Dlatego profesjonaliści tuż po przeprowadzeniu audytu prezentują ofertę i dostępne pakiety, a także informują, jakie prace wchodzą w ich zakres. Możesz zatem spać spokojnie – nawet, jeżeli będziesz chciał dodać jakąś usługę do wybranego pakietu, najpierw otrzymasz jej wycenę. Eksperci z Agencji INSEO zgodnie twierdzą, że wygląd pakietów pozycjonerskich nie jest przypadkowy. Znajduje się w nich bowiem wszystko, co ma wpływ na pozycję witryny w wynikach wyszukiwania, a wszelkie inne działania są wykonywane jedynie na wyraźne życzenie Klientów.

Otrzymasz wymierne efekty, na które warto było poczekać

Ostatnia kwestia, nad którą często zastanawiają się właściciele przedsiębiorstw i sklepów internetowych, to czas trwania współpracy z agencją SEO. Zdarza się, że niektóre z nich oferują szybkie wywindowanie strony firmowej do TOP3. To może zadziałać – ale na krótko. Pozycjonowanie jest inwestycją długofalową, a termin, w którym zauważysz rezultaty, uzależniony od wielu czynników. Są to na przykład: rozmiary konkurencji, wybrane słowa kluczowe, dotychczasowy wygląd strony i profil prowadzących do niej linków. Nietrudno się zatem domyślić, że pozycjonowanie, które w przypadku firmy Twojego kolegi trwało dwa miesiące, w Twoim sklepie internetowym może przynieść oczekiwane efekty dopiero po pół roku. Dobrą wiadomością jest fakt, że już samo wprowadzenie optymalizacji skutkuje stopniowym wzrostem ruchu w witrynie, co po pewnym czasie przekłada się na konwersje i wyższe pozycje w rankingu Google.

Źródło: https://www.inseo.pl/

JR HOLDING ASI S.A. rozpoczęła pracę nad rozwojem i wdrożeniem terapii leczenia stwardnienia rozsianego

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., poinformowała o podpisaniu przez spółkę portfelową Adelante Sp. z o.o. umowy z Dr n. med. Wojciechem Orłowskim. Jej przedmiotem jest wspólny rozwój projektu i wdrożenie w ośrodkach leczniczych terapii stwardnienia rozsianego.

Adelante Sp. z o.o. będąca spółką portfelową JR HOLDING ASI S.A. podpisała umowę z Dr n. med. Wojciechem Orłowskim, której przedmiotem jest rozwój projektu i wdrożenie w ośrodkach leczniczych terapii stwardnienia rozsianego. Współpraca będzie odbywać się pomiędzy Dr n. med. Wojciechem Orłowskim i Adelante na zasadach wyłączności w zakresie wykorzystania w terapii stwardnienia rozsianego w najszerszym możliwie zakresie metody autologicznego transferu komórek macierzystych szpiku kostnego oraz związanego z tą metodą patentu uzyskanego przez Doktora oraz wykorzystania w terapii stwardnienia rozsianego praw własności przemysłowej i autorskich praw majątkowych, które przysługują Doktorowi. Adelante wraz Dr n. med. Wojciechem Orłowskim zamierzają uzyskać w przyszłości patent pt. „Cell product for treating autoimmune diseases” oraz inne patenty opracowane w ramach realizacji zawartej umowy, a także wdrożyć terapię stwardnienia rozsianego w komercyjnym leczeniu klinicznym w oparciu o ww. metodę, patenty, inne prawa własności przemysłowej, majątkowe prawa autorskie, know-how, wiedzę i doświadczenie. Strony będą także dążyły do rozwoju terapii stwardnienia rozsianego autologicznym transferem komórek macierzystych szpiku kostnego oraz terapii innych schorzeń w tym schorzeń autoimmunologicznych. Zarząd JR HOLDING ASI S.A. bardzo dobrze ocenia potencjał pierwszego projektu z branży biotechnologicznej.

„Jestem niezwykle zadowolony, że nasza spółka portfelowa Adelante podpisała umowę o współpracy z Dr. n. med. Wojciechem Orłowskim. Jest to wybitny specjalista w swojej dziedzinie nauki, a dzięki połączeniu tego potencjału z naszym doświadczeniem na rynku kapitałowym, powinniśmy zbudować podmiot posiadający niesamowite perspektywy do dalszego rozwoju. W mojej opinii opracowana metoda leczenia stwardnienia rozsianego będzie stanowić przełom w medycynie. Gdy ją skomercjalizujemy to będziemy mogli wyleczyć wiele osób cierpiących na to schorzenie. W ten sposób oprócz samej misji wzrostu wartości Grupy dla naszych Akcjonariuszy będziemy mogli także stać się też Spółką społecznie odpowiedzialną za biznes.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.

Do podstawowych obowiązków Doktora Orłowskiego wynikających z umowy należy m.in. koordynowanie projektu i doradztwo w zakresie jego rozwoju w tym terapii stwardnienia rozsianego autologicznym transferem komórek macierzystych szpiku kostnego oraz komercyjnego wprowadzania jej w ośrodkach leczniczych na terenie Polski oraz zagranicą. Z kolei Adelante jest odpowiedzialne za zapewnienie niezbędnego wsparcia organizacyjnego, marketingowego, finansowego i prawnego dla projektu, zapewnienie usług pomocniczych dla jego realizacji oraz podpisanie umów z laboratoriami, bankami tkanek i komórek, ośrodkami leczniczymi i innymi podmiotami. Podstawową rolą JR HOLDING ASI S.A. jest zapewnienie finansowania pierwszego etapu projektu, wyznaczanie celów i kierowanie całością projektu. Operacyjnie projekt realizowany będzie w ramach Adelante.

„Cały projekt został bardzo dobrze przemyślany i podzieliliśmy kompetencje oraz obowiązki. Każdy doskonale wie, za jaki obszar odpowiada. Uważam, że w ten sposób możemy efektywnie wykorzystać potencjał drzemiący w poszczególnych podmiotach i osobach. Naszym celem jest stworzenie prężnie działającego globalnego podmiotu, który pomaga ludziom odzyskać sprawność i wrócić do normalnego funkcjonowania.” – zakończył Prezes Ciszewski.

Terapia polega na leczeniu stwardnienia rozsianego autologicznym przeszczepem komórek macierzystych szpiku kostnego. Przechodzi ona testy kliniczne, które zostaną uzupełnione o dodatkowe niezbędne dane oraz uzyska dopuszczenie do zastosowania jako zabiegi lecznicze wykonywane zgodnie ze wskazaniami, które wynikają z aktualnej wiedzy medycznej. Dzięki zastosowaniu terapii wszystkie osoby chore na stwardnienie rozsiane, które uczestniczyły w terapii, zostały bezpiecznie i skutecznie leczone, z wysokim stopniem obniżenia skali niepełnosprawności spowodowanej chorobą w ocenie neurologicznej (≥ 50%). Dodatkowo, w ramach projektu, prowadzone będą dalsze badania nad wykorzystaniem zastosowanych w terapii rozwiązań w leczeniu innych chorób, w tym autoimmunologicznych.

JR HOLDING ASI S.A. opublikowała w listopadzie ub. roku strategię rozwoju na lata 2020-2022, która przewiduje wyjście z segmentu nieruchomościowego i reinwestycję środków w nowe projekty inwestycyjne z obszaru odnawialnych źródeł energii, gier komputerowych oraz nowych technologii, zwłaszcza sztucznej inteligencji. Spółka planuje także przenieść notowania na rynek główny GPW w Warszawie. JR HOLDING ASI S.A. będzie prezentowała wartość portfela inwestycyjnego poprzez kwartalną aktualizację wyceny aktywów, w szczególności aktywów notowanych na giełdzie. Ambicją Zarządu Spółki jest osiągnięcie do końca 2022 r. aktywów o wartości 1 mld zł.

W portfelu inwestycyjnym JR HOLDING ASI S.A. znajduje się obecnie kilka spółek publicznych. Jedną z nich jest notowana na rynku NewConnect Columbus Energy S.A. będąca liderem na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. JR HOLDING S.A. jest także akcjonariuszem Setanta S.A. – spółki notowanej na Głównym Rynku GPW w Warszawie, która jest w trakcie połączenia z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Kolejną spółką portfelową z rynku NewConnect jest ONE MORE LEVEL S.A. będąca producentem gier komputerowych, która pracuje obecnie nad swoją największą produkcją – grą „Ghostrunner”. Innym podmiotem portfelowym JR HOLDING ASI S.A. jest spółka z rynku NewConnect – Thunderbolt S.A. Podmiot ten buduje globalną platformę szkoleniowo-edukacyjną TopLevelTennis.com, na której zamieszczane będą nagrania z największymi światowymi gwiazdami tenisa ziemnego. JR HOLDING ASI S.A. jest także akcjonariuszem notowanej na rynku NewConnect Spółki Premium Fund S.A., która podpisała Term Sheet w sprawie nabycia 100% udziałów Mousetrap Games Sp. z o.o. działającej w branży gier mobilnych. JR HOLDING ASI S.A. posiada też akcje notowanej na rynku NewConnect spółki Synerga.fund S.A., która posiada 8% udziałów w spółce ALL IN! GAMES Sp. z o.o. oraz podpisała Term Sheet, zgodnie z którym będzie odpowiadała za marketing i skalowanie terapii na świecie oraz budowę globalnej marki Adelante i produktu oraz terapii.

Jak trwoga to do…

Luzowanie przez banki centralne ponownie okazuje się jedynym panaceum na kolejne tarapaty światowej gospodarki i rynków finansowych. Najgorszy tydzień na Wall Street od 2008 roku zaktywizował Rezerwę Federalną. Na początku tygodnia murem z Fed staje Bank Japonii.

Skoordynowana odpowiedź na paraliż globalnych łańcuchów dostaw i spiralę wyprzedaży na rynkach akcji ratuje nastroje. W jej wyniku rynek zakłada, ze Fed zetnie w tym roku stopy o około 100 pb. Swoje trzy grosze, ale nie tylko werbalnie lada moment dorzuci Reserve Bank of Asutralia, który za 24 godziny będzie już prawdopodobnie po obniżce stóp procentowych. Jak szybko i z jaką mocą władze monetarne będą odpowiadać na zagrożenie , w dużej mierze będzie zależne od informacji napływających z gospodarek.

Naszym scenariuszem bazowym na początek tygodnia jest próba wygenerowania odbicia na rynkach akcji i poprawa nastrojów inwestycyjnych. W przypadku kontraktu na indkes DAX pozytywnym symptomem byłoby wyjście ponad 12000 pkt.

W obecnym środowisku, w szerszym horyzoncie powinno zyskiwać również złoto – o wzrostach rentowności długu należy zapomnieć. Nie widzimy natomiast dużej przestrzeni do dalszego osłabienia dolara względem euro. EUR/USD wyszedł nad 1,10, ale istnieje spore ryzyko, że z obecnych okolic będzie zawracać pomimo zwrotu w retoryce dokonywanego właśnie przez Fed. Amerykańska gospodarka nadal pozostaje znacznie silniejsza od pozostałych z grupy G-10 a może się okazać, że błyskawiczne zdyskontowanie silnego luzowania to kolejne w ostatnich tygodniach przestrzelenie fundamentów przez rozchwiane i niestabilne rynki finansowe. Złoty ma potencjał by nieco zyskać. EUR/PLN powinien dryfować do 4,30, ale nie sądzimy by możliwe było szybkie zejście do 4,25.

Przed indeksami ISM dla przemysłu (pon) i usług (śr) oczekiwania przeważają po stronie rozczarowania po tym, jak słabo wypadły wstępne szacunki PMI. Mimo to relatywnie dane z USA wypadają mocniej niż w pozostałych głównych gospodarkach, co od strony pływu na USD powinno być czynnikiem łagodzącym. Odczytem tygodnia będzie raport NFP (pt), gdzie spodziewane jest podtrzymanie silnego tempa przyrostu zatrudnienia (175 tys.) przy spadku stopy bezrobocia (3,5 proc.). Będzie interesujące czy dobre dane będą w stanie przywrócić stabilizację na rynki finansowe. W tle danych i doniesień o COVID-19 odbędzie się Super Wtorek, kiedy mieszkańcy 14 stanów będą głosować w prawyborach kandydata na prezydenta z Partii Demokratycznej. Sondaże wskazują na umocnienie się Berniego Sandersa na pozycji lidera. Jego program polityczny jest uznawany za negatywny dla gospodarki i rynku kapitałowego w USA i może to być czynnik ryzyka, który będzie ciążył na Wall Street, choć dopiero w drugiej połowie roku bliżej terminu wyborów prezydenckich.

Rewizje indeksów PMI w Europie (pon, śr) będą analizowane pod kątem wpływu COVID-19. Wstępne odczyty wypadły zaskakująco mocno, choć dane były oparte o ankiety z początku miesiąca, kiedy obawy o epidemię nie były tak duże. Ponadto wzrost indeksów brał się częściowo z wydłużonego czasu dostaw, co zwykle oznacza rosnący popyt na towary, ale tym razem odzwierciedla opóźnienia w realizacji dostaw z Chin, gdzie prace w zakładach produkcyjnych zostały wstrzymane w związku z epidemią. Zamówienia przemysłowe Niemiec (pt) raczej nie zaskoczą pozytywnie, biorąc pod uwagę załamanie popytu na samochody z Chin. Ostatnio EUR zyskało na wartości, ale by to skutek panicznego domykania krótkich pozycji i nie powinien być oznaką wewnętrznej siły waluty.

Podejście do finalnych odczytów PMI z Wielkiej Brytanii (pon-śr) jest takie samo, jak dla Eurolandu (patrz wyżej), zatem ryzyka dla GBP przeważają po negatywnej stronie.

W Polsce PMI dla przemysłu (pon) powinien wskazać skromny wzrost (prognoza TMS: 47,9, poprz. 47,4) na bazie poprawy sentymentu wśród firm na początku roku, zanim w gospodarkę globalną uderzył COVID-19. Jednak w związku z wydarzeniami ostatnich dni z danych nie będą wyciągane żadne znaczące wnioski, gdyż marcowa aktualizacja może przynieść zupełnie inne obraz. Po RPP nie spodziewamy się zmian stóp procentowych (śr) przy powtórzeniu przekazu o prawdopodobnej stabilizacji kosztu pieniądza co najmniej do połowy 2022 r. Komunikat powinien przyjąć ostrożnościowy ton w obliczu globalnej epidemii wirusa, choć bez sugestii rychłej zmiany polityki. Złoty pozostaje pod wpływem zmian w nastawieniu inwestorów do ryzyka.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Departament Analiz
Dom Maklerski TMS Brokers

W 2020 roku w Polsce zostanie przekroczony pułap 20 mln m kw. powierzchni magazynowej

Rynek magazynowo-logistyczny w Polsce jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów nieruchomości w Europie. Jak wynika z danych BNP Paribas Real Estate Poland, całkowita powierzchnia wszystkich obiektów w tym segmencie podwoiła się w ciągu zaledwie pięciu lat, a ilość projektów w budowie pokazuje, że w najbliższym czasie tempo rozwoju nie zamierza zwolnić. Niemniej, od początku ubiegłego roku obserwowany był stopniowy wzrost wskaźnika pustostanów.

Rekord nowej podaży

W ciągu dwunastu miesięcy ubiegłego roku oddano do użytku obiekty magazynowe o łącznej powierzchni 2,7 milionów m kw., czyli o 24% więcej niż w 2018 r. – wynika z najnowszego raportu BNP Paribas Real Estate Poland. Uzyskany wynik stanowi absolutny rekord rocznego wolumenu nowej podaży na polskim rynku. Najwięcej powierzchni magazynowej przybyło w rejonie Polski Centralnej (604 tys. m kw.) oraz na Górnym Śląsku (555 tys. m kw.), a do największych obiektów przekazanych w ręce najemców należały obiekty dedykowane gigantom branży e-commerce.

Światowi liderzy e-commerce inwestują w Polsce, skąd obsługują klientów w całej Europie
W 2019 r. ukończono budowę kilku dużych obiektów, które w całości zajmą światowi liderzy branży handlu elektronicznego. Na szczególną uwagę zasługuje centrum logistyczne położone w Gliwicach dedykowane firmie Amazon.

Na czterech kondygnacjach o łącznej powierzchni 210 tys. m kw. zatrudnienie znajdzie nawet tysiąc pracowników i niemal cztery tysiące robotów. Co ciekawe, nie była to jedyna inwestycja realizowana w Polsce dla amerykańskiego giganta e-commerce. W drugiej połowie zeszłego roku zakończono pracę nad dwoma innymi obiektami, które co prawda pod względem powierzchni nie dorównują lokalizacji w Gliwicach, ale mimo wszystko również imponują wielkością – Igor Roguski, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

Wspomniane centra logistyczne położone są w okolicach Bolesławca oraz Łodzi i powiększyły zasoby powierzchni magazynowej użytkowanej przez Amazona w Polsce o odpowiednio 60,5 tys. m kw. i 45 tys. m kw.

Drugim największym obiektem magazynowym oddanym w zeszłym roku do użytku był Distribution Park Olsztynek o łącznej powierzchni 120 tys. m kw. Jego najemcą został inny, światowy przedstawiciel branży e-commerce – firma Zalando. Nowy magazyn ma obsługiwać dostawy dla klientów klubu zakupowego Zalando Lounge, liczącego aktualnie około 15 milionów członków na 13 europejskich rynkach. Lokalizacja Zalando jest doskonałym przykładem potwierdzającym dwa z najsilniejszych obecnie trendów obserwowanych na polskim rynku. Po pierwsze to ogromne centrum dystrybucyjne obsługuje głównie klientów poza Polską. Inwestycja ta wpisuje się również w trend powstawania nowych lokalizacji logistycznych dzięki rozwojowi sieci dróg szybkiego ruchu oplatających cały kraj. Obiekt położony jest bowiem w bliskim sąsiedztwie niedawno oddanego fragmentu trasy S7. Jest to region, który do niedawna w ogóle nie był kojarzony z tego typu przedsięwzięciami.

Kolejne projekty w realizacji, główne rynki motorem napędowym

Rekordowy poziom nowej podaży w 2019 r. nie zniechęca deweloperów do rozpoczynania nowych inwestycji. Według raportu BNP Paribas Real Estate Poland, na koniec grudnia ubiegłego roku wolumen realizowanej powierzchni osiągnął poziom niemal 1,9 mln m kw. Najwięcej budowanej powierzchni przypada na rejon Górnego Śląska (478 tys. m kw.) oraz Warszawy II (425 tys. m kw). Hanna Milczarek, Dyrektor, Magazyny i Logistyka w dziale Rynki Kapitałowe z BNP Paribas Real Estate Poland, podkreśla wciąż dominującą rolę głównych klastrów magazynowych w całkowitej wielkości nowej podaży obiektów logistycznych.

Mają one duży, bo aż prawie 70-proc. udział w całkowitym wolumenie powierzchni w budowie. Za to wśród klastrów rozwojowych, czyli takich o wielkości nieprzekraczającej miliona m kw. powierzchni magazynowej, warto zwrócić uwagę na Trójmiasto. Budują się tam obiekty magazynowe o łącznej powierzchni przekraczającej 260 tys. m kw., w tym jeden z największych obecnie powstających w Polsce obiektów – Panattoni Park Gdańsk Airport (68,5 tys. m kw.). – Hanna Milczarek, Dyrektor, Magazyny i Logistyka w dziale Rynki Kapitałowe z BNP Paribas Real Estate Poland

Już wkrótce ma wprowadzić się tam pierwszy najemca – home&you, a docelowo kompleks ma składać się z czterech budynków magazynowych.

Jak szacują eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland, planowe przekazanie w ręce najemców wszystkich budowanych obecnie obiektów sprawi, że w 2020 roku zostanie złamana kolejna granica – całkowite zasoby powierzchni przemysłowo-logistycznej w Polsce przekroczą pułap 20 milionów m kw.

Popyt na magazyny nie słabnie

W raportowanym okresie popyt na powierzchnie magazynowo-przemysłowe utrzymywał się na stabilnym, bardzo wysokim poziomie. W efekcie, trzeci rok z rzędu łączny wolumen przekroczył granicę 4 milionów m kw. Największym zainteresowaniem cieszył się obszar Warszawa II, gdzie wynajęto prawie 1,1 miliona m kw. Dzięki bliskości stolicy, rozbudowanej sieci transportowej oraz atrakcyjnym kosztom najmu dużych powierzchni, obszar ten jest szczególnie popularny wśród firm logistycznych oraz sieci handlowych.

Wysoki poziom popytu w połączeniu z rosnącymi kosztami pracy i materiałów budowalnych przyczyniły się do systematycznego, aczkolwiek powolnego, wzrostu stawek czynszów, głównie tzw. stawek bazowych.

Z drugiej strony duża konkurencja na rynku zmuszała wynajmujących do walki o klienta poprzez oferowanie różnorodnych zachęt czynszowych, które w efekcie przyczyniają się do redukcji wysokości kosztów efektywnych po stronie najemców. Przed znaczącym wzrostem kosztów najmu powierzchni chroni wysoki poziom nowej podaży, zarówno tej zrealizowanej w roku minionym jak spodziewanej w ciągu najbliższych kwartałów. – Robert Pawłowski, Zastępca Dyrektora, Dział Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

Wskaźnik powierzchni niewynajętej powoli rośnie, branża na razie obserwuje rozwój sytuacji

W ciągu 2019 r. wskaźnik pustostanów w Polsce wzrósł o 2,3 p. proc. do 7,4% na koniec IV kwartału, w ten sposób osiągając poziom najwyższy od pięciu lat. Biorąc pod uwagę rekordowo szybki przyrost nowej podaży w ostatnich latach, udział dostępnej powierzchni pozostaje wciąż na relatywnie niskim poziomie. Duża w tym zasługa projektów typu BTS, czyli magazynów „szytych na miarę” oraz specyfiki całego segmentu, w którym obiekty w budowie wynajęte są średnio w 49%, a w momencie oddania do użytku są już często w całości zapełnione najemcami. Najwyższy odsetek niewynajętej powierzchni – 13% – zanotowano w rejonie Warszawa I, a najniższy w strefie Zachód obejmującej lokalizacje wzdłuż granicy polsko – niemieckiej, gdzie istniejące budynki są wynajęte w 100%. Niski poziom wskaźnika pustostanów odnotowano także w regionach: Wschód (1,9%), Szczecin (2,9%) i Dolny Śląsk (3,2%).

Produkty konopne mogą mieć zastosowanie w terapii wielu chorób. W Polsce wciąż brakuje dobrego prawa dla rozwoju tego rynku

Badania potwierdzają skuteczność leków z kannabidiolem (CBD), czyli substancją z konopi siewnych, w leczeniu padaczki, stwardnienia rozsianego, boreliozy, parkinsona i wielu dolegliwości bólowych. W Polsce rynek tego typu produktów wciąż jest w początkowej fazie rozwoju. Problemem jest brak odpowiedniego prawa, które pozwoliłoby się rozwijać w tym zakresie dużym podmiotom, ale również brak świadomości społeczeństwa. – Zanim w Polsce będą powszechne leki oparte na CBD i pacjenci będą mogli powszechnie korzystać ze zdrowotnych właściwości konopi, upłynie jeszcze kilka lat – przewidują specjaliści z Cannabis Poland.

Od wielu lat medycyna upatruje źródeł leczniczych substancji w konopiach siewnych. Na celowniku farmaceutów są dwa związki chemiczne – CBD i THC.

CBD to inaczej kannabidiol, czyli substancja organiczna pochodząca z konopi siewnych. Substancja ta działa prozdrowotnie. Ma pozytywny wpływ m.in. na układ nerwowy, pomaga w walce z depresjami, nerwicami, problemami ze snem, wszelkiego rodzaju bólami. Od THC różni się tym, że nie jest psychoaktywna i nie uzależnia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bartoszek, prezes Cannabis Poland SA.

Od niedawna prowadzone są intensywne badania dotyczące zastosowania CBD. Są już dowody na jego pozytywne działanie w przypadku takich chorób jak: parkinson, alzheimer, borelioza, wszelkiego rodzaju dolegliwości bólowe. Istnieją również dowody (głównie przedkliniczne) na to, że CBD może potencjalnie znaleźć zastosowanie w terapii co najmniej kilku innych jednostek chorobowych z uwagi na właściwości kannabidiolu: neuroochronne, dotleniające, anksjolityczne, antypsychotyczne, przeciwbólowe oraz przeciwzapalne, przeciwastmatyczne i przeciwnowotworowe.

Jesteśmy jeszcze na początku badań, ale niemal codziennie dowiadujemy się o nowych zastosowaniach CBD – dodaje Jakub Bartoszek

W raporcie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) czytamy, że kolejne prawdopodobne zastosowanie terapeutyczne CBD to leczenie uzależnienia od narkotyków. Wyniki badań sugerowały, że kannabidiol może być przydatny w leczeniu uzależnienia od opioidów, kokainy i stymulantów, marihuany i tytoniu. Jednak, aby prawidłowo  ocenić skuteczność takiej terapii, potrzebne są dalsze prace badawcze. Jak podaje WHO, kliniczne stosowanie CBD jest najbardziej zaawansowane w terapii padaczek. Udowodniono skuteczność kannabidiolu w terapii przynajmniej kilku form epilepsji.

– Na rynek brytyjski trafił lek oparty na CBD. Badania kliniczne wskazują, że jest on lepszy niż tradycyjne terapie. Mamy przykłady na to, że pacjenci chorzy na padaczkę lekooporną, przyjmując CBD, mieli dużo mniej jej napadów niż przy wcześniejszych sposobach leczenia – mówi prezes Cannabis Poland SA.

Lek został dopuszczony do obrotu przez Europejską Agencję Rejestracji Leków. W  najbliższej przyszłości ma być on dostępny w pozostałych krajach europejskich.

W Polsce leki CBD jeszcze nie są dostępne. W Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii możliwe było wprowadzenie takiego leku, ponieważ tamtejsze rynki są bardziej rozwinięte, a prawo lepiej przystosowane do tego typu działalności. Uważam, że w Polsce potrzebujemy jeszcze na to co najmniej kilku lat oraz zmiany prawa, ponieważ duży biznes nie może się rozwijać w momencie, kiedy rynek nie jest jeszcze do końca uregulowany – mówi Jakub Bartoszek.

W Polsce od listopada 2017 roku można legalnie kupić tzw. susz CBD z zawartością do 0,2 proc. THC, ale obowiązuje zakaz sprzedaży substancji psychoaktywnych, czyli THC, w produktach spożywczych. Trzeba jednak odróżnić produkty prozdrowotne zawierające substancje pochodzące z konopi od marihuany, czyli suszonych kwiatostanów konopi, które mają działanie narkotyczne.

Temat CBD zrobił się bardzo popularny w Polsce. Punkty sprzedające produkty konopne rosną jak grzyby po deszczu. Wyroby konopne możemy spotkać już nawet na stacjach benzynowych, w sklepach monopolowych czy popularnych drogeriach – mówi prezes Cannabis Poland SA.

Jak podkreśla, poza zmianą prawa potrzebna jest także zmiana podejścia do produktów konopnych. Polacy wciąż mylą je z marihuaną, która w przeciwieństwie do CBD jest psychoaktywna i uzależnia.

– Szybki rozwój branży nie idzie w parze z odpowiednią edukacją, co można zauważyć w sloganach firm sprzedających susz konopny jako legalną marihuanę. W grudniu 2019 roku został powołany Parlamentarny Zespół ds. Legalizacji Marihuany. Sama nazwa pokazuje, że problem ten nie jest rozumiany nawet przez nasze władze. Dlatego też do legalizacji marihuany jeszcze bardzo długa droga, a parlamentarzyści powinni skupić się na depenalizacji i poprawie prawa tak, żeby było mniej surowe dla konsumentów – podkreśla prezes Cannabis Poland. – Do rozwoju rynku potrzebujemy przede wszystkim zmian prawnych, by producenci oraz konsumenci nie bali się produktów konopnych, oraz świadomych sprzedawców tych produktów, którzy będą edukowali społeczeństwo.

Czy ekonomia współdzielenia zrewolucjonizuje gospodarkę?

Dzięki postępującej cyfryzacji społeczeństwa odrodziła się w ostatnich latach gospodarka współdzielenia. Sposób korzystania z dóbr, świadczenia usług i zakupu produktów – który wcześniej mógł istnieć tylko pomiędzy znajomymi lub członkami rodzin – dzięki platformom internetowym uzyskał drugie życie. Ekonomia współdzielenia przeciwstawia się zasadzie ekonomii klasycznej – w której jeden usługodawca lub producent obsługuje dużą ilość klientów, a jego działanie jest scentralizowane.

W ekonomii współdzielenia, zwanej także ekonomią współpracy, usługodawstwo jest rozproszone w sieci społecznej. Jeden człowiek świadczy usługę drugiemu. 

Przykładem nowoczesnego zastosowanie ekonomii współdzielenia są usługi Ubera, gdzie konkretny kierowca podwozi swojego klienta. Platforma cyfrowa pozwala na przeniesienie płatności do strefy uregulowanej, co pozwala na budowanie zaufania. Na takiej zasadzie działa również portal Airbnb – dzięki któremu właściciele mieszkań mogą wynająć krótkoterminowo swoje posiadłości turystom, bez konieczności zakładania działalności gospodarczej. Jednak eksperci wskazują na to, że ekonomia współdzielenia wcale nie jest taka neoliberalna, na jaką pozuje.

– Mimo zasady rozproszenia, dana platforma cyfrowa zawsze ma swojego właściciela. Również użytkownicy są też koniec końców twardymi posiadaczami tej czy innej akcji danej platformy. Podstawą ekonomii współdzielenia pozostaje więc własność – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowskiprezydent Centrum im. Adama Smitha. – Gospodarka własności, czyli liberalizm gospodarczy, zawsze będzie się dobrze trzymał. Kraje, które dochodzą do ściany w wyniku różnego rodzaju eksperymentów, na koniec przywracają wolność gospodarczą – aby móc się rozwijać. To był przypadek chociażby naszego kraju. Socjalizm skończył się przyjęciem najbardziej wolnościowej, liberalnej gospodarczo ustawy, która przywracała w Polsce wolność gospodarczą. Możliwość własności i samodzielności na wolnym rynku jest podstawą działania współczesnej gospodarki. Wątpliwe więc, żeby gospodarka współdzielenia zrewolucjonizowała kapitalizm – przewiduje Sadowski.

Branża budowlana ma coraz mniejsze problemy z brakiem kadr i drożejącymi materiałami. Ceny mieszkań będą rosły, ale wolniej

Mimo 6-proc. wzrostu produkcji budowlano-montażowej i poprawy średniej rentowności ubiegły rok był trudny dla branży budowlanej. Warunki kontraktowe między wykonawcami i zamawiającymi są wciąż na korzyść tych drugich, a na rynku zaostrza się konkurencja. Plusem jest poprawa kwestii braków kadrowych i stabilizacja cen materiałów budowlanych. W nadchodzących siedmiu latach polski rynek budowlany powinien rosnąć o kilka procent rocznie, napędzany głównie programami infrastrukturalnymi, których wartość sięgnie w tym czasie 500 mld zł. – Z kolei w segmencie deweloperskim ceny mieszkań będą nadal rosnąć, choć wolniej niż do tej pory – ocenia Dariusz Blocher, prezes giełdowego Budimeksu. 

Zapotrzebowanie na siłę roboczą zmalało. Jeszcze dwa lata temu szacowaliśmy, że brakuje nam w branży około 150 tys. pracowników. Dzisiaj te szacunki mówią już o 70–80 tys., czyli jest lepiej, choć pracowników w dalszym ciągu nam brakuje – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Blocher, prezes Budimex SA.

Brak kadr był w ostatnich latach jedną z kilku głównych bolączek branży. Spółka ocenia, że sytuacja związana z pozyskiwaniem pracowników, jak i współpracą z podwykonawcami znacząco się poprawiła, choć ryzyko stwarza zapowiedź otwarcia niemieckiego rynku pracy dla obywateli Ukrainy i Białorusi. Budimex szacuje, że w branży budowlanej może to spowodować 15-20-proc. odpływ pracowników, którzy wybiorą tamtejszy rynek. Niedobór kadr jest szczególnie dotkliwy w segmencie kolejowym.

Potrzebne są specjalistyczne, wysoko wykwalifikowane zawody i dziś na rynku nie ma takich pracowników – mówi Dariusz Blocher. – Jest też niższa presja na podwyżki. Oczywiście nadal spodziewamy się, że pracownicy będą chcieli zarabiać więcej, ale ta presja będzie mniejsza niż jeszcze dwa–trzy lata temu.

Pozytywem jest też stabilizacja cen materiałów budowlanych. Branża spodziewa się, że okres spektakularnych wzrostów ma już za sobą.

Ceny niektórych materiałów nawet spadają. Jest to związane z makrosytuacją i koronawirusem – ropa, stal czy miedź tanieją, bo Chiny przestają kupować, więc mamy chwilowy zastój. Jednak nie spodziewam się, żeby w nadchodzących latach ceny rosły w takim tempie jak do tej pory. Mieliśmy lata, w których asfalt podrożał o 50–60 proc. Teraz nastąpi stabilizacja, ceny niektórych materiałów być może spadną ze względu na trendy globalne. Z kolei ceny  materiałów wytwarzanych w Polsce będą lekko rosły, o kilka procent – ocenia prezes Budimeksu.

Firma wskazuje, że na rynku zaostrza się konkurencja: najtańsze oferty często odbiegają od rzetelnych kosztorysów nawet o 20–30 proc, co może wpłynąć destabilizująco na całą branżę i odbić się na jakości realizowanych projektów. Apeluje też o zrównoważenie ryzyk między wykonawcami i zamawiającymi, bo warunki kontraktowe wciąż się nie poprawiają.

Rok 2019 dla branży budowlanej był trudny ze względu na duży wzrost cen, kończenie kontraktów ze stratami. Rentowność dużych firm budowlanych, zatrudniających powyżej 250 osób, jest na poziomie 1 proc., czyli znacznie poniżej średniej dla rynku. Na tym tle Budimex poradził sobie dobrze – zanotowaliśmy wzrost sprzedaży, utrzymaliśmy rentowność w części budowlanej, bardzo dobrze rozwija się Budimex Nieruchomości i FBSerwis, który zaczynamy teraz konsolidować. Z optymizmem patrzymy na to, co będzie się działo w 2020 roku – mówi Dariusz Blocher.

Największa w Polsce grupa budowlana zamknęła ubiegły rok z 7,57 mld zł skonsolidowanych przychodów (wobec 7,39 mld zł na koniec 2018 roku), 318,4 mln zł zysku operacyjnego (417 mln zł rok wcześniej) i 226 mln zł zysku netto (305,4 mln zł rok wcześniej) przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej.

Prezes Budimeksu podkreśla, że w portfelu grupy są w tej chwili same „zdrowe” kontrakty – spółka zakończyła te, które przynosiły straty wynikające ze wzrostu cen materiałów, i negocjuje z zamawiającymi w sprawie zwrotu wzrostu kosztów za waloryzację cen. Jej wyniki w segmencie energetyki wciąż obciążają dwa kontrakty w Turowie i Wilnie. Budimex ma z ich tytułu kilkusetmilionowe roszczenie wobec klienta i rozważa wykazanie w pełnym raporcie rocznym rezerw na straty.

Zmiana sytuacji na rynku spowodowała, że część kontraktów znalazła się na ujemnych marżach. Wśród kluczowych, a mamy ich w sumie 350, zostały nam tylko dwa, które są jeszcze pod presją negatywnych marż, czyli kontrakt w Turowie i kontrakt w Wilnie na spalarnię śmieci. Oba te kontrakty zakończymy w tym roku. Mam nadzieję, że też porozumiemy się z zamawiającymi w Turowie i w Wilnie co do rozwiązania sporów finansowych, przynajmniej w pewnym zakresie – mówi Dariusz Blocher.

Spółka ocenia, że w kolejnych siedmiu latach polski rynek budowlany będzie rósł o kilka procent rocznie, do czego przyczynią się głównie rządowe i samorządowe programy infrastrukturalne o wartości sięgającej w sumie ok. 500 mld zł, co daje 60–70 mld zł rocznie.

Liczymy na to, że w kolejnych latach największe pieniądze będą w komponencie kolejowym związanym z Centralnym Portem Komunikacyjnym, a także z robotami hydrotechnicznymi – i tam Budimex będzie się znajdował – mówi Dariusz Blocher.

Budowa CPK ma obejmować również 1,6 tys. km nowych linii kolejowych, potrzebna będzie też autostrada Łódź – CPK – Warszawa i obwodnica metropolii warszawskiej. Największa w Polsce grupa budowlana upatruje też szans w rządowym programie budowy 100 obwodnic.

Mamy duży, około 20-proc. udział w rynku budowy i modernizacji dróg i kolei. Nie spodziewamy się, żebyśmy istotnie go zwiększyli. Cały rynek będzie rósł o kilka procent rocznie, Budimex chce rosnąć zgodnie z tym trendem rynkowym. Kładziemy natomiast większy nacisk na znacznie szybszy rozwój naszej części usługowej, czyli FBSerwis. Chcemy też utrzymać poziom sprzedaży w Budimeksie Nieruchomości. Taka jest strategia. Będziemy również przyglądali się rynkom ościennym typu Słowacja, Czechy czy Litwa i rozważali, czy opłaca nam się tam zaistnieć – mówi Dariusz Blocher.

W segmencie deweloperskim Budimex Nieruchomości sprzedał w ubiegłym roku 1655 mieszkań. Obecnie ma w ofercie nieco ponad 1,5 tys. lokali w pięciu lokalizacjach. Przychody z tego segmentu wzrosły w ubiegłym roku o 2 proc. i sięgnęły 558 mln zł. Prezes Budimeksu ocenia, że rynek jest w zdrowej kondycji, a w najbliższym czasie ceny mieszkań będą rosły. Ten trend mogłaby zahamować tylko większa dostępność działek budowlanych po odrolnieniu gruntów w miastach.

Nie ma żadnych podstaw, dla których ceny mieszkań w długiej perspektywie miałyby spadać. Nie dlatego, że deweloperzy chcą więcej zarabiać, ale dlatego, że wszystko drożeje: grunty, koszty wykonawstwa, koszty materiałów i ochrony środowiska. Udział płac w kosztach to ok. 1/3, więc przy 6–7-proc. wzroście płac, których się spodziewamy w najbliższych latach, ceny mieszkań z pewnością będą rosły, może już nie o 15 proc., ale 3–5  proc. – podkreśla Dariusz Blocher.

Co czwarta działalność gospodarcza jest zakładana online. Coraz częściej robimy to przez bankowość elektroniczną

Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników samozatrudnienia. Dzięki wprowadzonym na przestrzeni ostatnich lat ulgom prowadzenie mikrofirmy jest tańsze i prostsze. Uproszczono i przyspieszono również sam proces zakładania działalności. W tej chwili już co czwarta jest rejestrowana online, w tym jedna trzecia za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Wynika to z faktu, że proces zakładania firmy w tym kanale zajmuje kilka chwil, a banki oferują początkującym przedsiębiorcom dodatkowe ułatwienia na start.

Jak wynika z danych Banku Światowego za 2019 rok, samozatrudnieni stanowią w Polsce ponad 20 proc. pracujących i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie. Ubiegłoroczny „Indeks Przedsiębiorczości 2.0” TaxCare wskazuje, że w Polsce przybywa średnio 916 jednoosobowych firm dziennie. To o 130–150 nowych pomysłów na biznes więcej niż jeszcze pięć lat, a nawet dwa lata temu. Z badania wynika, że zdaniem mikroprzedsiębiorców praca „na swoim” w porównaniu z etatem oferuje lepsze zarobki (73 proc.) i możliwość robienia tego, co się lubi (65 proc.). Taka forma zatrudnienia daje dużą elastyczność, swobodę w działaniu i pozwala na dywersyfikację źródeł zatrudnienia. Przynosi też korzyści fiskalne, bo jednoosobowe działalności gospodarcze są w Polsce uprzywilejowane pod względami podatkowymi. Mogą liczyć m.in. na ulgę na start, mały ZUS czy mały ZUS plus. Coraz prostszy i szybszy jest również sam proces zakładania firmy.

– Zakładanie własnej działalności gospodarczej znacząco się zmieniło. Jeszcze na początku ubiegłej dekady przedsiębiorca, który chciał założyć firmę, musiał udać się do urzędu i spełnić szereg formalności. Było to czaso- i pracochłonne, jak również skomplikowane. Jednak od kilku lat ta droga została mocno zdigitalizowana, dzięki czemu przedsiębiorca może założyć firmę w pełni online, dowiadując się wcześniej, jak to zrobić, na biznes.gov.pl, a następnie korzystając z naszego systemu CEIDG czy poprzez stosunkowo nowy kanał, jakim jest bankowość elektroniczna – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Majda, ekspert Ministerstwa Rozwoju.

Statystyki resortu pokazują, że jeszcze na początku 2016 roku zaledwie co 25. działalność gospodarcza w Polsce była zakładana online. W tej chwili jest to już co czwarta. Znaczący jest w tym również udział banków, ponieważ blisko 1/3 mikrofirm rejestrowanych online jest zakładana właśnie za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Liderem jest ING Bank Śląski – w styczniu tego roku prawie połowa (49 proc.) działalności gospodarczych zakładanych w kanale bankowym została zarejestrowana w tym banku.

 Możliwość założenia firmy w ING Banku Śląskim wprowadziliśmy niecały rok temu. Od tego czasu skorzystało z niej około 6 tys. klientów, a około tysiąca tylko w styczniu tego roku. Wzrost, który obserwujemy, jest spowodowany wygodą tej usługi. Wystarczy mieć smartfon lub dostęp do Mojego ING i w prosty sposób można założyć firmę wraz z kontem firmowym. Jest to o tyle istotne, że zawsze przy zakładaniu działalności gospodarczej trzeba wskazać konto bankowe, więc przedsiębiorca może to zrobić w jednym procesie i od razu z niego aktywnie korzystać – mówi Wojciech Widenka, dyrektor Centrum Agile Przedsiębiorcy w ING Banku Śląskim.

Zakładanie działalności gospodarczej online poprzez bankowość elektroniczną jest opcją chętnie wybieraną zwłaszcza przez młodych przedsiębiorców. Wynika to z faktu, że formalności przejmuje bank, który na starcie przesyła wniosek do CEIDG.

 Chcemy wspierać naszych klientów-przedsiębiorców na każdym etapie prowadzenia firmy – od momentu, kiedy ją założą. Dotyczy to nie tylko produktów typowo bankowych, jak rachunki czy kredyty, ale również innych usług, które nasi klienci postrzegają jako związane z finansami, np. prowadzenia księgowości. Oferujemy naszym klientom możliwość skorzystania z usługi księgowości online, która do końca tego roku jest prowadzona za darmo – mówi Wojciech Widenka.

Jak wynika z danych GUS, na koniec 2019 roku w rejestrze REGON było prawie 2,8 mln osób fizycznych prowadzących działalność, w tym osób samozatrudnionych i zatrudniających do dziewięciu pracowników było 2,74 mln.

W Polsce będzie powstawać innowacyjne oświetlenie do samochodów. Nowa fabryka zatrudni 350 osób

Do końca roku około 350 osób znajdzie zatrudnienie w nowej fabryce produkującej oświetlenie do samochodów. Jest to warta 54 mln euro inwestycja firmy Varroc w podlubelskich Niemcach. Lokalizacja jest nieprzypadkowa – producent liczy, że w regionie bez problemu znajdzie wykwalifikowanych pracowników technicznych. Zapowiada także współpracę z lokalnymi szkołami, by wesprzeć kształcenie kadry przyszłych inżynierów. Zakład został zbudowany w koncepcji Przemysłu 4.0, a jedną z jego największych innowacji jest tzw. wirtualna fabryka, która pozwala usprawnić komunikację online w procesie produkcji w czasie rzeczywistym.

– Fabryka w Niemcach powstała, aby produkować przednie lampy do samochodów. Są to lampy budowane w różnej technologii, od halogenów oraz LED-ów, skończywszy na projektorach i lampach typu LED Matrix, które są inteligentne i wychodzą naprzeciw najbardziej aktualnym oczekiwaniom klientów – mówi agencji Newseria Biznes Artur Grudzień, dyrektor fabryki Varroca w Niemcach.

Wraz ze wzrostem liczby produkowanych aut rośnie zapotrzebowanie na zaawansowane technologicznie oświetlenie. Stąd decyzja o budowie 12. już fabryki firmy. Maksymalne możliwości produkcyjne zakładu wyniosą 3,6 mln lamp i modułów oświetleniowych rocznie. Pomóc ma w tym zainstalowanie 10 linii montażowych i budowa całej fabryki w koncepcji Przemysłu 4.0, w ramach której jedną z największych zastosowanych innowacji jest tzw. wirtualna fabryka. Program opracowany przez Varroca ma usprawnić w czasie rzeczywistym komunikację online w procesie produkcji.

– Virtual Factory to jest narzędzie wymyślone przez Varroca, które wychodzi naprzeciw zastosowaniom Przemysłu 4.0. Pomaga nam w doskonały sposób nadzorować proces produkcji, znaleźć wąskie gardła, poprawić wydajność oraz szybko reagować na pojawiające się problemy. Dzięki temu jesteśmy w stanie być bardziej efektywni i bardziej wydajni – przekonuje Artur Grudzień.

Docelowo w podlubelskiej fabryce znajdzie zatrudnienie kilkaset osób, a poza stanowiskami produkcyjnymi firma szuka ekspertów z wyższym wykształceniem technicznym i pracowników, którzy chcą się rozwijać zawodowo w obszarze technicznym.

 Niemce to dla nas logiczny wybór, ponieważ dzięki niemu znajdujemy się blisko naszych głównych klientów z Europy Środkowej i Wschodniej. Ponadto Lubelskie to dobry region, jeśli chodzi o możliwość znalezienia wykwalifikowanych pracowników technicznych – mówi Stephane Vedie, prezes Varroc Lighting Systems. – Wnosimy do regionu technologię, innowacje, produkty zaawansowane technicznie, więc potrzebujemy do pracy inżynierów, techników, osób ze specjalistycznymi umiejętnościami. Myślę, że możemy ich znaleźć w Niemcach i w Lubelskiem.

Jak podkreśla, wybór na Niemce padł ze względu na położenie, dobrą komunikację z innymi krajami regionu i wysoko wykwalifikowaną kadrę.

– Docelowo inwestycje Varroca dla regionu oznaczają niemal 400 miejsc pracy – podkreśla Stephane Vedie. – Będziemy też współpracować z lokalnymi szkołami, aby podnieść kompetencje w tym zakresie.

Fabryka w Niemcach to kolejna inwestycja Varroca w Polsce, po krakowskim centrum badawczo-rozwojowym.

 Stale rozwijamy naszą działalność. W ciągu ostatnich 10 lat nasz wzrost wyniósł 20 proc. rok do roku. Udało nam się nawiązać ścisłe relacje z naszymi klientami z globalnego sektora samochodów osobowych, dzięki czemu zyskaliśmy w ciągu dwóch i pół roku 1 mld euro w zamówieniach od nowych i dotychczasowych klientów. W związku z naszym rozwojem potrzebowaliśmy nowej lokalizacji, a Niemce okazały się najlepszym wyborem – przekonuje Tarang Jain, dyrektor zarządzający Varroc Group.

Działy finansowe nie są przygotowane na nowe technologie. Konieczne zwiększenie nakładów na rozwój kompetencji ich pracowników

Firmy coraz chętniej korzystają z technologii cyfrowych w obszarze finansów. 11 proc. działów finansowych już teraz stosuje automatyzację procesów, a 17 proc. zamierza zrobić to w perspektywie 3-5 lat. Z drugiej strony przedsiębiorstwa za mało inwestują w rozwój pracowników działów finansowych. Cyfrowa transformacja wymaga od nich nowych kompetencji, tymczasem większość nie rozwija swoich umiejętności na tyle szybko, żeby uwzględniały one wpływ, jaki mają na branżę sztuczna inteligencja, automatyzacja i nowe technologie. 76 proc. organizacji na szkolenia pracowników przeznacza mniej niż 10 proc. budżetu założonego na cyfrową transformację – wynika z badań Association of International Certified Professional Accountants.

– Specjaliści do spraw finansów muszą być odpowiednio przygotowani na to, co przyniesie przyszłość. Wymagane jest od nich posiadanie konkretnego zestawu umiejętności, które są niezbędne z punktu widzenia przedsiębiorstw i które pozwolą na podejmowanie decyzji biznesowych. Aby wypracować takie umiejętności, potrzebne jest nowe spojrzenie na rolę działu finansowego. To pozwoli przygotować specjalistów ds. finansów na wyzwania, jakie czekają ich w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Amal Ratnayake FCMA, CGMA, prezydent Instytutu Rachunkowości Zarządczej CIMA (The Chartered Institute of Management Accountants).

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu CIMA „Future of Finance”, już 54 proc. działów finansowych w firmach wykorzystuje rozwiązania chmurowe, 11 proc. – robotyzację, a 25 proc. – zaawansowaną analizę danych. Odsetek przedsiębiorstw, które zamierzają wprowadzić je w obszarze finansów w ciągu najbliższych trzech–pięciu lat, wynosi kolejno 23 proc., 17 proc. i 24 proc. To pokazuje, że firmy coraz powszechniej korzystają ze wsparcia cyfrowych technologii w obszarze finansowym.

W nadchodzących latach kluczowe w tym obszarze będą też sztuczna inteligencja i automatyzacja, które mogą być wykorzystane m.in. w celu usprawniania procesów czy wykrywania nieprawidłowości w sprawozdawczości.

– Zbieranie i analiza danych podlega automatyzacji. Nie ma w tym nic złego, bo to są żmudne, rutynowe czynności. Najbardziej interesujący jest dla nas obszar pracy związany z wykorzystywaniem zgromadzonych danych w celu wyciągania wniosków i podejmowania decyzji finansowych – mówi Amal Ratnayake.

Jak wynika z badań CIMA, zdaniem 74 proc. specjalistów z dziedziny finansów automatyzacja prostych procesów pozwoli im zaoszczędzić czas i skupić się na bardziej strategicznych zadaniach. Co więcej, może też zwiększyć ich rolę w organizacji – z księgowych i specjalistów ds. rachunkowości zarządczej staną się strategicznymi doradcami w biznesie.

Jednak cyfrowa transformacja i wdrażanie w firmach nowych technologii oznacza też, że finansiści muszą posiadać odpowiednie umiejętności, aby radzić sobie w nowej rzeczywistości. Ponad 50 proc. globalnych liderów z obszaru finansów uważa, że w ciągu najbliższych trzech lat kompetencje ich zespołów będą się musiały znacząco zmienić w wyniku przejmowania tradycyjnych zadań przez nowe technologie.

– W niedalekiej przyszłości będzie wymagane, aby specjaliści ds. finansów posiadali umiejętności inne niż te, którymi obecnie dysponują, a wszystko przez tempo zachodzących zmian. Jeśli nadal będzie ono tak szybkie, wpłynie to na konieczność ponownego zdefiniowania zakresu naszych zadań oraz rodzaju pracy, jaką wykonujemy – mówi Amal Ratnayake. – Potrzebujemy umiejętności analitycznych i cyfrowych oraz ciągłego ich doskonalenia. Musimy w miarę rozwoju technologii stale podnosić nasze kompetencje.

Prezydent CIMA podkreśla, że oprócz solidnych umiejętności cyfrowych specjalistom z obszaru finansów niezbędne są także kompetencje interpersonalne, które umożliwią sprawną współpracę w ramach całej organizacji.

– W nowym świecie, w którym specjaliści ds. finansów mają więcej czasu na wyciąganie wniosków i podejmowanie decyzji biznesowych, aby robić to naprawdę dobrze, musimy współpracować z innymi działami. Musimy umieć słuchać ludzi, wsłuchiwać się w to, co mówią, i rozumieć, w jaki sposób funkcjonuje przedsiębiorstwo. Potrzebne są także umiejętności przywódcze – podkreśla Amal Ratnayake.

W tej chwili większość zespołów finansowych i specjalistów z tej dziedziny nie rozwija swoich umiejętności na tyle szybko, żeby uwzględniały one wpływ sztucznej inteligencji, automatyzacji procesów i innych nowych technologii na branżę. Z drugiej strony same firmy również nie kładą na to nacisku. Jak pokazuje badanie przeprowadzone przez Association of International Certified Professional Accountants (Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości stworzone przez Instytut Rachunkowości Zarządczej CIMA i American Institute of CPAs) oraz KPMG International, 76 proc. z ponad 670 organizacji, które obecnie planują, opracowują lub realizują programy transformacji finansów, przeznacza mniej niż 10 proc. swojego budżetu na szkolenia, aby zaradzić najważniejszym brakom kompetencyjnym swoich pracowników.

– Może to być problematyczne, bo do rozwoju przedsiębiorstw potrzebujemy ludzi, którzy mają odpowiednie umiejętności. Bez tego transformacja w obszarze finansów się nie powiedzie – podkreśla prezydent CIMA. – W CIMA wierzymy w inwestycje w badania i rozwój oraz rozumiemy znaczenie nowych technologii. Opracowujemy narzędzia i zasoby edukacyjne, z których nasi członkowie korzystają w celu podnoszenia swoich kwalifikacji.

Rozszerzona rzeczywistość wkracza do biznesu. Rynek oczekuje łatwych we wdrażaniu narzędzi zapewniających szybką redukcję kosztów

Technologia rzeczywistości rozszerzonej wkracza do świata biznesu. Wykorzystanie gogli AR w parze ze spersonalizowanym oprogramowaniem przystosowanym do pracy w konkretnym środowisku pozwoli przyspieszyć i zautomatyzować wykonywanie niektórych rutynowych czynności. Pracownicy otrzymają narzędzie do zdalnego rozwiązywania problemów oraz komunikacji z ekspertami. Polski start-up stworzy narzędzie do optymalizacji procesów przemysłowych za pośrednictwem rozszerzonej rzeczywistości, które ma oferować błyskawiczne korzyści w postaci oszczędności czy zmniejszenia ryzyka błędu ludzkiego.

– Augmented Reality dopiero się rozwija, cały czas wchodzą nowe narzędzia. Do tej pory na rynku pojawiały się rozwiązania z branży retail, e-commerce, rozrywkowej czy wizualizacje przestrzeni. W AR Solutions chcemy położyć nacisk na to, żeby zaoferować przedsiębiorstwom możliwość wykorzystania tej technologii w prosty sposób. Chodzi o to, żeby to było skuteczne rozwiązanie, które pozwoli zobaczyć rezultaty wdrożenia tej technologii. Osiągać wymierne korzyści w postaci oszczędności, redukcji kosztów czy zmniejszenia ryzyka błędu ludzkiego – mówi agencji Newseria Innowacje Magdalena Chrzanowska, dyrektor ds. rozwoju biznesu i marketingu AR Solutions.

Upowszechnienie rozwiązań z zakresu rozszerzonej rzeczywistości pozwoli spersonalizować środowisko pracy i rozszerzyć je o cyfrowe elementy. Wykorzystanie gogli AR umożliwi nałożenie na rzeczywisty obraz obiektów wirtualnych, które wejdą w interakcje z otoczeniem. Potencjał tej technologii docenili m.in. inżynierowie firmy Microsoft odpowiedzialni za produkcję gogli HoloLens. Druga generacja tego urządzenia trafiła do dystrybucji pod koniec 2019 roku i będzie wykorzystywana m.in. przez amerykańską armię w ramach systemu IVAS do poszerzenia możliwości żołnierzy na polu walki.

Do gry włączyła się również firma HTC, która zapowiedziała, że pracuje nad hybrydowym, w pełni niezależnym zestawem VR/AR Vive Proton. Sprzęt ma pozwolić na dynamiczne przełączanie się pomiędzy rzeczywistością rozszerzoną i wirtualną, a zintegrowany układ przetwarzania danych uniezależni go od komputera, dzięki czemu będzie można swobodnie przemieszczać się w tych goglach. Z myślą o użytkownikach biznesowych firma opracowała także specjalne nakładki na stacjonarne gogle VR Vive Cosmos, które pozwolą skorzystać z potencjału rzeczywistości rozszerzonej. Właśnie na biznesie skupia się polski start-up AR Solutions.

– Oferujemy sprzęt pozwalający na nakładanie cyfrowych elementów, dzięki którym pracownik terenowy może widzieć, jak wykonać daną czynność. Minimalizuje to ryzyko wystąpienia błędu ludzkiego. Okulary umożliwią połączenie się ze zdalnym ekspertem czy przeprowadzenie wideokonferencji. Pracownik będzie widział to, co np. pracownik biurowy widzi na swoim ekranie. Będzie mógł przywołać schemat urządzenia, przesłać wskazówki i poinstruować, w jaki sposób wykonać dane zadanie – wyjaśnia ekspertka.

AR Solutions stawia sobie za cel stworzenie interaktywnej platformy rzeczywistości rozszerzonej, która usprawniłaby pracę w środowisku spełniającym standardy branży Przemysłu 4.0. Spersonalizowane oprogramowanie ma umożliwić m.in. przeprowadzanie zdalnych konsultacji z ekspertami czy dokonywanie napraw przy wsparciu zespołu wsparcia technicznego komunikującego się w ramach modułu AR.

Z narzędziami tego typu eksperymentuje także firma Apple, która opracowała platformę QuickLook do nakładania trójwymiarowych modeli na obraz przechwycony przez obiektyw w telefonie. Rozwiązanie to funkcjonuje natywnie w aplikacjach od Apple i pozwala renderować realistycznie wyglądające przedmioty w naszym otoczeniu. Firma zintegrowała QuickLook z usługą Apple Pay, dzięki czemu wirtualna rzeczywistość może zostać wykorzystana m.in. do zdalnego sprzedawania mebli posiadaczom iPhone’ów. Wykorzystując to narzędzie, klient może np. sprawdzić, jak meble ze sklepu internetowego prezentują się w jego mieszkaniu.

DHL wykorzystuje z kolei technologię AR w środowisku kurierskim. Dzięki niej pracownicy mogą np. zeskanować bryłę przesyłki, a oprogramowanie automatycznie zasugeruje, w jakim opakowaniu najlepiej ją przetransportować. To właśnie produkcją takich wyspecjalizowanych i spersonalizowanych narzędzi chce zajmować się polski start-up AR Solutions.

– Jesteśmy na etapie wstępnego prototypu, który walidujemy wraz z klientami. Produkt będzie miał wersję podstawową i rozszerzoną, dopasowane do potrzeb poszczególnych użytkowników. Chcemy zaoferować większą elastyczność zarówno w zakresie doboru sprzętu, inteligentnych okularów, jak i w zakresie funkcjonalności zakresu zastosowań u poszczególnych przedsiębiorców. W ciągu najbliższych trzech miesięcy planujemy przystąpić do fazy kodowania podstawowej wersji aplikacji, która będzie później testowana i walidowana ponownie w celu wykrywania błędów – tłumaczy Magdalena Chrzanowska.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rzeczywistości rozszerzonej w 2019 roku wyniosła 10,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 72,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 46,6 proc.

Przyszłością kolejnictwa jest wodór. Pierwsze polskie pociągi na paliwo wodorowe mogą się pojawić już w 2021 roku

Wodór to ekologiczne i wydajne paliwo. Idealnie wpisuje się także w plany Unii Europejskiej dotyczące redukcji poziomu emisji gazów cieplarnianych w gospodarce. Transport obecnie odpowiada za 25 proc. emisji w UE, dlatego wprowadzenie paliwa, którego jedyną pochodną jest woda, jest tak istotne. W planach polskich producentów są już także pierwsze pociągi zasilane wodorem. Choć udział transportu kolejowego w emisji CO2 jest marginalny, to plan Unii do 2050 roku zakłada osiągnięcie zeroemisyjności.

– Przewagi wodoru są oczywiste. Efektem jego spalania jest woda, co jest jego główną zaletą. Choć teraz trudno to przewidzieć, to wodór zmieni polską kolej. Jesteśmy na samym początku drogi, jednak wodór może dać kolei szansę na bardzo duży skok – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Mikulski, członek zarządu Stowarzyszenia Polski Wodór.

Eksperci podkreślają, że wodór nie zastąpi całkowicie pojazdów elektrycznych. Jednak w tych miejscach, w których dalej są używane napędy spalinowe w lokomotywach, już teraz można zastosować napędy wodorowe. Polska ma szansę zostać jednym z liderów wodorowej rewolucji.

– Mamy możliwości, mamy ekspertów. Możemy rozwijać własne technologie, warto również zrobić przegląd dorobku naukowego w naszych uczelniach politechnicznych i sprawdzić, gdzie i co możemy wykorzystać w naszej gospodarce – zaznacza Robert Mikulski.

W 2018 roku niemiecki tabor został rozszerzony o skład Coradia iLint zbudowany przez firmę Alstom. Zasilany przez ogniwa wodorowe pociąg może osiągnąć prędkość 140 km/h, a zasięg na jednym tankowaniu to 1000 km. Niemiecka kolej zamówiła w maju 2019 roku 27 kolejnych pociągów, które będą kursować w regionie Renu i Menu, a tankowanie wodorem będzie odbywało się we Frankfurcie nad Menem.

Polskie firmy nie chcą pozostawać w tyle. W grudniu bydgoska PESA zadeklarowała, że do połowy 2020 roku planuje opracować etapy rozwoju technologii napędu wodorowego dla kolei. Przy realizacji tego celu będzie współpracować z PKN Orlen. W 2021 roku wraz z koncernem paliwowym chce rozpocząć pierwsze próby tych pojazdów. Według zapowiedzi przedstawicieli polskiego producenta w planach jest już budowa pasażerskiego pociągu z napędem wodorowym. Tymczasem PKN Orlen już teraz otwiera wodorowe stacje tankowania dla samochodów.

– Pierwsza lokomotywa z napędem pochodzącym z ogniw wodorowych będzie bardzo szybko – wskazuje Robert Mikulski. – Oczywiście są problemy infrastrukturalne, jest kwestia stacji tankowania, magazynowania wodoru, przewożenia, czyszczenia, ale te rzeczy są na pewno przed nami, więc trzeba będzie się z nimi zmierzyć.

Według danych Unii Europejskiej 25 proc. emisji gazów cieplarnianych w jej krajach pochodzi właśnie z transportu. Niemal 72 proc. pochodzi z transportu drogowego. Udział kolei w emisji wynosi tylko 0,5 proc.

Co dalej z Mieszkaniem Plus?

We wtorek minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że na początku marca poinformuje o przygotowanym pakiecie tzw. „dziewięciopaku” dla budownictwa, który ma rozszerzyć program mieszkaniowy Mieszkanie Plus. Powtórzyła w nim o zamiarze rozszerzenia bezzwrotnej dotacji m.in. dla budownictwa społecznego. O zaproponowanych wcześniej udogodnieniach i zmianach w programie mieszkaniowym oraz jego perspektywach na przyszłość mówi Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Kolejne rekordy na rynku obligacji skarbowych

Rozszerzająca się panika na rynkach finansowych spowodowana epidemią koronawirusa powoduje, że inwestorzy szukają bezpiecznego sposobu na ulokowanie kapitału, dzięki czemu zyskują obligacje skarbowe i to od wschodu do zachodu, na całym globie, w tym w Polsce. Popyt na dług nie słabnie, dzięki czemu kolejne rekordy zostały ustanowione np. na papierach amerykańskich czy polskich.

Popyt na dług jest nie tylko spowodowany przetransferowaniem kapitału np. z rynku akcji do rynku obligacji, czyli z rynku uważanego za bardziej ryzykowny, na rynek uważany za bardziej bezpieczny. Istotnym czynnikiem jest to, że inwestorzy obawiają się o negatywne skutki dla gospodarki spowodowane epidemią i niższy wzrost PKB poszczególnych krajów i całego świata, a nawet możliwością wystąpienia recesji w niektórych krajach, jak w Japonii czy w Niemczech. W rezultacie rosną szanse na obniżki stóp procentowych. W Stanach Zjednoczonych, według rynku, szanse na cięcie stóp w tym roku są blisko 100-procentowe. Mowa jednak nie o jednej, a o dwóch obniżkach. Szanse na cięcie stóp w strefie euro również są w pełni wyceniane do 2021 roku. Dodatkowo na rynku stopy procentowej wzrosły szanse na obniżkę stóp procentowych również w Polsce.

Z reguły oczekiwania co do niższego poziomu stóp procentowych w przyszłości powodują, że inwestorzy wolą już dziś kupować dług, przez co rośnie jego cena, niż w przyszłości, gdy będzie już po obniżce stóp, a zatem i dług będzie niżej oprocentowany. To kolejny argument za hossą na rynku obligacji skarbowych. Stąd też w Stanach Zjednoczonych rentowności 10 i 30-letnich obligacji ustanowiły nowe historyczne minima. W Niemczech rentowność bundów spadła do -0,6 proc. Również w Polsce, na koniec lutego, został ustanowiony rekord na 10-letnich obligacjach Skarbu Państwa. Ich rentowność spadła do 1,65 proc.

Należy jednak odnotować również fakt wypłaszczenia polskiej krzywej na odcinku 2 do 5 lat. Jeszcze miesiąc temu spread wynosił 0,36 pkt proc., a obecnie spadł do 0,12 pkt proc. Wypłaszczanie krzywej rentowności jest obawą inwestorów o mniejszy wzrost gospodarczy w Polsce w najbliższej przyszłości, co również uzasadnia wycenę większego prawdopodobieństwa cięcia stóp procentowych przez RPP. Spread względem niemieckiego długu wynosi w piątek 232,9 p.b., a względem amerykańskiego 54,4 p.b.

Z danych makroekonomicznych, które pojawiły się w tym tygodniu, nie sposób nie wspomnieć o wzroście stopy bezrobocia w Polsce. W październiku 2019 r. stopa bezrobocia kształtowała się na poziomie 5 proc. Od tamtego momentu systematycznie rośnie, z miesiąca na miesiąc, do 5,5 proc. w styczniu. Jest to najwyższy poziom bezrobocia od kwietnia 2019 r., co także budzi obawy o przyszłą kondycję polskiej gospodarki i sytuację gospodarstw domowych oraz konsumpcji, która była jednym z głównych składników dla wzrostu PKB.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.

Pamiętnik Johna Boltona, byłego doradcy prezydenta Trumpa w rękach cenzury

John Bolton, niedawny doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego napisał wspomnienia o swojej pracy w Białym Domu, które, jak wynika z ujawnionych fragmentów, mogą okazać się prawdziwą bombą atomową w sprawie impeachmentu D. Trumpa. Zgodnie z obowiązującym prawem rękopis został przesłany do Białego Domu, do standardowej kontroli. Biały Dom może wykorzystać procedurę do opóźnienia publikacji albo nawet całkowicie ją zablokować. Wiadomo, iż Bolton zamieścił w swoim pamiętniku opis fatalnej decyzji prezydenta Trumpa o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Ukrainy w wysokości 400 mln dolarów. Jako urzędnik, który posiadał poświadczenie bezpieczeństwa, nie może publikować książki czy postów na blogu o swojej pracy w rządzie, bez uprzedniego przedstawienia materiału oficjalnym cenzorom.

Istniejące prawo umożliwia agencjom, takim jak CIA czy Departament Obrony, sprawdzanie pracowników, którzy piszą książki i inne materiały pod kątem ujawnienia tajemnic. Rząd argumentuje, że jest to uprawnione, ponieważ pracownicy podpisują stosowne umowy o nieujawnianiu informacji niejawnych.

Niektóre organizacje protestują przeciw takim rozwiązaniom, uważając, iż system cenzury jest niejasny, brakuje bowiem ograniczeń i gwarancji wymaganych przez sądy. Agencje wywiadowcze mogą kontrolować publikacje byłych pracowników, nawet osoby, które nigdy nie miały dostępu do informacji niejawnych. Standardy są trudne do ustalenia, nie ma wyznaczonych terminów, a cenzorzy agencji zwykle nie uzasadniają swoich decyzji. W przypadku pozwów sądy zwykle przychylają się do decyzji agencji.

Pomimo pozycji Johna Boltona Biały Dom nie dał gwarancji, że książka zostanie szybko oceniona i ukaże się drukiem. Wysłał natomiast list wyraźnie ostrzegający przed opublikowaniem książki. Przypadek Boltona jest szczególny, więc możliwe, że presja opinii publicznej i Kongresu zmusi Biały Dom do szybkiej i rzetelnej oceny rękopisu. O jego niebezpieczeństwie dla prezydentury Trumpa świadczyć może fakt, iż Senat przegłosował wniosek o niepowoływaniu kolejnych świadków w sprawie impeachmentu. Czołowi Republikanie próbują zaś przekonywać Boltona do „wycofania” książki lub przynajmniej do ograniczenia grona jej odbiorców do senatorów prowadzących sprawę przeciwko Trumpowi.

Według The New York Times przypadek Boltona pokazuje, jak doniosła jest potrzeba reformy cenzury rządowej.

Źródło: The New York Times z 31.01.2020 r.

Podsumowanie lutego 2020 na rynku walutowym

Wystarczył jeden weekend, by diametralnie odmienić postrzeganie wpływu koronawirusa na rynki. Wirus przestał być problemem wyłącznie Chin, a strach przed rozprzestrzenianiem dotyka całego świata. Wielką niewiadomą jest dalsza skala ewolucji epidemii i w jaki sposób wpłynie ona na globalną gospodarkę. W krótkim terminie powinniśmy obserwować defensywne podejście do ryzyka, a zmienność cen aktywów pozostanie podwyższona przy dużej wrażliwości na dobre i złe informacje.

Przed miesiącem zachowanie rynków finansowych w obliczu epidemii koronawirusa wyglądało zupełnie inaczej niż teraz. Na przełomie stycznia i lutego śledziliśmy wzrost liczby przypadków zachorowań w samych Chinach, konsekwencją czego było zamknięcie fabryk i badanie tego, jak to wpłynie na globalną gospodarkę od strony przerwania łańcucha dostaw. Jednak nagły wybuch epidemii w Korei Południowej i Włoszech, rosnąca liczba chorych w Iranie oraz ostrzeżenia o niemal pewnym rozprzestrzenieniu się wirusa w USA uświadomiły, że kryzys epidemiologiczny nie zakończy się w kilka tygodni, jak pierwotnie zapewniano.

Na tę chwilę nikt już nie podejmuje się określić, w jaki sposób będzie postępować dalsza ewolucja epidemii i na ilu płaszczyznach uderzy w światową gospodarkę. Wstępnie ryzyko leżało po stronie dostaw z Chin, osłabienia turystyki, spadku liczby lotów pasażerskich i ograniczeniu popytu na paliwa. Obecnie niepewność rozlewa się na interakcje handlowe i społeczne poza kontaktem z Państwem Środka. Przy otwartych granicach w Europie epidemia we Włoszech jest zagrożeniem dla całego kontynentu. Niewiele trzeba, by w USA podjęto decyzje o zamknięciu na transport i ruch pasażerski z Europy.

Ponieważ potencjalne postępy w opracowywaniu szczepionki na COVID-19 bardziej będą odpowiedzią na wybuch epidemii grypy w przyszłości, aktualnie bardziej prawdopodobna jest przewaga negatywnych informacji, które będą potęgować zmienność i awersję do ryzyka na rynkach. Przy opóźnionym odbiciu szkód ekonomicznych w danych, inwestorzy będą bardziej polegać na szacunkach i opiniach, w których przeważać będzie ostrożne i konserwatywne podejście do szans szybkiego odreagowania. Pocieszeniem powinny być działania banków centralnych i innych władz na rzecz przeciwdziałania wpływowi epidemii. Rekordowo niskie rentowności obligacji skarbowych implikują, że rynek przeszedł do dyskonta luzowania polityki Fed, ale też EBC, BoE, RBA, RBNZ i BoC. Wsparcie fiskalne (głównie w strefie euro) jest realne, choć na tym etapie trudne do oszacowania co do skali i momentu wdrożenia.

Na rynku walutowym rozwój wydarzeń i podwyższona zmienność powinny przemawiać za utrzymaniem siły USD względem walut ryzykownych/surowcowych. Jakkolwiek dalej zakładamy, że w kolejnych miesiącach Fed dokona obniżki stóp procentowych, nie powinno być to czynnikiem blokującym dolara, jeśli luzowanie polityki będzie się odbywać w środowisku podobnych działań innych banków centralnych. Przy rynku już dyskontującym 78 pb cięcia do końca roku, pole do dalszego negatywnego wpływu na USD z tego tytułu jest ograniczone. Jednocześnie USD powinien mieć solidniejsze fundamenty. USA przede wszystkim stoją rynkiem usług i są najbardziej zamkniętą gospodarką w G10, dlatego powinny być względnie odizolowane od globalnego spowolnienia w handlu i produkcji.

Sądzimy, że AUD, NZD, NOK i CAD mocno ucierpią na szoku gospodarczym Chin i konsekwencjach dla perspektyw surowców przemysłowych. Uważamy, że podwyższone jest ryzyko cięcia stóp procentowych w Australii, Nowej Zelandii i Kanadzie. JPY i CHF zachowają status bezpiecznej przystani w dobie awersji do ryzyka.

Jesteśmy zmuszeni zrewidować nasze oczekiwania w stosunku do EUR, gdyż globalna epidemia COVID-19 przekreśla szanse na wsparcie waluty poprzez odbicie ożywienia gospodarczego. Dane makro z Eurolandu były słabe jeszcze przed ujęciem skutków koronawirusa, a silne powiązanie gospodarki strefy euro z Chinami (szczególnie Niemiec) czyni ją narażoną na relatywnie mocniejsze odczuwanie negatywnego szoku. Chociaż wątpimy w rozszerzenie ekspansji monetarnej EBC, tak obawiamy się, że spekulacje rynkowe w tym temacie nie ucichną, co dodatkowo będzie ciążyć na wycenie EUR. Szybkie zgaszenie ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa lub zdecydowane działania na polu polityki fiskalnej w strefie euro mogłyby diametralnie odmienić perspektywy EUR, ale obecnie widzimy niewielkie szanse dla takiego scenariusza.

Pozostajemy z neutralnym nastawieniem do perspektyw złotego, ale z uwzględnieniem podwyższonej awersji do ryzyka na rynkach zewnętrznych. Pogorszenie krajowych fundamentów oraz pasywność RPP w stosunku do podwyższonej inflacji nie są czynnikami, które znajdują istotne przełożenie na rynek walutowy. Podobnie spór z KE o regułę praworządności czy kwestia kredytów frankowych pozostaje bladym tłem (choć z niezerowym ryzykiem eskalacji w pewnym momencie w przyszłości). Nie można wykluczyć, że spirala rynkowej paniki przyniesie rajd EUR/PLN ponad 4,35, ale tak, jak zwykle, powinny być to krótkotrwałe epizody.

Konrad Białas, DM TMS Brokers

Irakijski Turek na czele tzw. Państwa Islamskiego ISIS

Zachodnie agencje wywiadowcze potwierdziły, że przywódcą tzw. Państwa Islamskiego ISIS został po raz pierwszy człowiek spoza krajów arabskich. Pogłoski o nowym przywódcy zaczęły krążyć już w kilka godzin po zabiciu przez siły amerykańskie samozwańczego kalifa Abu Bakr al-Baghdadiego. 27 października 2019 r. magazyn Newsweek poinformował, że ISIS mianowało na swojego przywódcę człowieka znanego jako Abdullah Qardash. Według magazynu nazwisko Qardash było czasami pisane po angielsku jako Karshesh. Ponadto niekiedy występował on pod pseudonimem Hajji Abdullah al-Afari.

Początkowo nazwiska ujawniane przez Newsweek nie były rozpoznawalne dla zachodnich wywiadów i ekspertów, którzy monitorują Państwo Islamskie. Obecnie według The Guardian zachodnie służby wywiadowcze doszły do wniosku, że mężczyzna zwany Abdullah Qardash został istotnie w październiku ubiegłego roku nowym przywódcą ISIS. Gazeta ujawniła, że jego rodowe nazwisko brzmi Amir Mohammed Abdul Rahman al-Mawli al-Salbi. Prawdopodobnie nie jest Arabem, ale irackim Turkiem, którego rodzina pochodzi z Tal Afar, północno-zachodniego miasta irackiego, położonego blisko granic Syrii i Turcji.

Al-Salbi jest uważany za pierwszego nie-arabskiego przywódcę grupy bojowników ISIS. Podobnie jak większość jego założycieli, al-Salbi poznał Baghdadiego w 2004 r. w Camp Bucca, amerykańskim więzieniu w Umm Qasr. Al-Salbi ma wykształcenie islamskie, co umożliwiło mu szybkie awansowanie w szeregach ideologów ISIS i wywieranie znaczącego wpływu. Do 2018 r. Al-Salbi stał się głównym decydentem w grupie i był w stanie kształtować jej działalność i politykę na Bliskim Wschodzie oraz poza nim.

The Guardian twierdzi, że al-Salbi jest „zahartowanym weteranem w tym samym stylu, co al-Baghdadi”. To oznacza, że nie będzie większych zmian w strategii Państwa Islamskiego pod jego kierownictwem.

Źródło: The Guardian z 20.02.2020 r.

Dalszy wzrost płacy minimalnej to potencjalne źródło wysokiej inflacji i bezrobocia

Płaca minimalna wzrosła do 2 600 zł, a po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej jesteśmy wśród 10 krajów UE, w których wynagrodzenie minimalne jest najwyższe.

– Płaca minimalna to ok. 50 proc. średniego wynagrodzenia w Polsce. W porównaniu do mediany, czyli najczęściej wypłacanego wynagrodzenia jest to już poziom 60 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Sławomir Dudek, główny ekonomista, Pracodawcy RP.

To oznacza, że płaca minimalna w Polsce jest tym bardziej wysoka, a niepokojące jest, że rząd zaproponował jej wzrost do 4 000 zł od 2023 r.

– Po uwzględnieniu siły nabywczej byłby to wzrost do poziomów w Niemczech czy Luksemburgu, to byłby duży eksperyment i zagrożenie dla istnienia polskich przedsiębiorstw – komentuje ekspert Pracodawców RP.

Nadchodzące spowolnienie gospodarcze powinno ochładzać skłonność do podwyższania płacy minimalnej, tym ciekawsze jest jaki jej wzrost od początku 2021 r. rząd wkrótce zaproponuje.