Co czwarta działalność gospodarcza jest zakładana online. Coraz częściej robimy to przez bankowość elektroniczną

Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników samozatrudnienia. Dzięki wprowadzonym na przestrzeni ostatnich lat ulgom prowadzenie mikrofirmy jest tańsze i prostsze. Uproszczono i przyspieszono również sam proces zakładania działalności. W tej chwili już co czwarta jest rejestrowana online, w tym jedna trzecia za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Wynika to z faktu, że proces zakładania firmy w tym kanale zajmuje kilka chwil, a banki oferują początkującym przedsiębiorcom dodatkowe ułatwienia na start.

Jak wynika z danych Banku Światowego za 2019 rok, samozatrudnieni stanowią w Polsce ponad 20 proc. pracujących i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie. Ubiegłoroczny „Indeks Przedsiębiorczości 2.0” TaxCare wskazuje, że w Polsce przybywa średnio 916 jednoosobowych firm dziennie. To o 130–150 nowych pomysłów na biznes więcej niż jeszcze pięć lat, a nawet dwa lata temu. Z badania wynika, że zdaniem mikroprzedsiębiorców praca „na swoim” w porównaniu z etatem oferuje lepsze zarobki (73 proc.) i możliwość robienia tego, co się lubi (65 proc.). Taka forma zatrudnienia daje dużą elastyczność, swobodę w działaniu i pozwala na dywersyfikację źródeł zatrudnienia. Przynosi też korzyści fiskalne, bo jednoosobowe działalności gospodarcze są w Polsce uprzywilejowane pod względami podatkowymi. Mogą liczyć m.in. na ulgę na start, mały ZUS czy mały ZUS plus. Coraz prostszy i szybszy jest również sam proces zakładania firmy.

– Zakładanie własnej działalności gospodarczej znacząco się zmieniło. Jeszcze na początku ubiegłej dekady przedsiębiorca, który chciał założyć firmę, musiał udać się do urzędu i spełnić szereg formalności. Było to czaso- i pracochłonne, jak również skomplikowane. Jednak od kilku lat ta droga została mocno zdigitalizowana, dzięki czemu przedsiębiorca może założyć firmę w pełni online, dowiadując się wcześniej, jak to zrobić, na biznes.gov.pl, a następnie korzystając z naszego systemu CEIDG czy poprzez stosunkowo nowy kanał, jakim jest bankowość elektroniczna – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Majda, ekspert Ministerstwa Rozwoju.

Statystyki resortu pokazują, że jeszcze na początku 2016 roku zaledwie co 25. działalność gospodarcza w Polsce była zakładana online. W tej chwili jest to już co czwarta. Znaczący jest w tym również udział banków, ponieważ blisko 1/3 mikrofirm rejestrowanych online jest zakładana właśnie za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Liderem jest ING Bank Śląski – w styczniu tego roku prawie połowa (49 proc.) działalności gospodarczych zakładanych w kanale bankowym została zarejestrowana w tym banku.

 Możliwość założenia firmy w ING Banku Śląskim wprowadziliśmy niecały rok temu. Od tego czasu skorzystało z niej około 6 tys. klientów, a około tysiąca tylko w styczniu tego roku. Wzrost, który obserwujemy, jest spowodowany wygodą tej usługi. Wystarczy mieć smartfon lub dostęp do Mojego ING i w prosty sposób można założyć firmę wraz z kontem firmowym. Jest to o tyle istotne, że zawsze przy zakładaniu działalności gospodarczej trzeba wskazać konto bankowe, więc przedsiębiorca może to zrobić w jednym procesie i od razu z niego aktywnie korzystać – mówi Wojciech Widenka, dyrektor Centrum Agile Przedsiębiorcy w ING Banku Śląskim.

Zakładanie działalności gospodarczej online poprzez bankowość elektroniczną jest opcją chętnie wybieraną zwłaszcza przez młodych przedsiębiorców. Wynika to z faktu, że formalności przejmuje bank, który na starcie przesyła wniosek do CEIDG.

 Chcemy wspierać naszych klientów-przedsiębiorców na każdym etapie prowadzenia firmy – od momentu, kiedy ją założą. Dotyczy to nie tylko produktów typowo bankowych, jak rachunki czy kredyty, ale również innych usług, które nasi klienci postrzegają jako związane z finansami, np. prowadzenia księgowości. Oferujemy naszym klientom możliwość skorzystania z usługi księgowości online, która do końca tego roku jest prowadzona za darmo – mówi Wojciech Widenka.

Jak wynika z danych GUS, na koniec 2019 roku w rejestrze REGON było prawie 2,8 mln osób fizycznych prowadzących działalność, w tym osób samozatrudnionych i zatrudniających do dziewięciu pracowników było 2,74 mln.

W Polsce będzie powstawać innowacyjne oświetlenie do samochodów. Nowa fabryka zatrudni 350 osób

Do końca roku około 350 osób znajdzie zatrudnienie w nowej fabryce produkującej oświetlenie do samochodów. Jest to warta 54 mln euro inwestycja firmy Varroc w podlubelskich Niemcach. Lokalizacja jest nieprzypadkowa – producent liczy, że w regionie bez problemu znajdzie wykwalifikowanych pracowników technicznych. Zapowiada także współpracę z lokalnymi szkołami, by wesprzeć kształcenie kadry przyszłych inżynierów. Zakład został zbudowany w koncepcji Przemysłu 4.0, a jedną z jego największych innowacji jest tzw. wirtualna fabryka, która pozwala usprawnić komunikację online w procesie produkcji w czasie rzeczywistym.

– Fabryka w Niemcach powstała, aby produkować przednie lampy do samochodów. Są to lampy budowane w różnej technologii, od halogenów oraz LED-ów, skończywszy na projektorach i lampach typu LED Matrix, które są inteligentne i wychodzą naprzeciw najbardziej aktualnym oczekiwaniom klientów – mówi agencji Newseria Biznes Artur Grudzień, dyrektor fabryki Varroca w Niemcach.

Wraz ze wzrostem liczby produkowanych aut rośnie zapotrzebowanie na zaawansowane technologicznie oświetlenie. Stąd decyzja o budowie 12. już fabryki firmy. Maksymalne możliwości produkcyjne zakładu wyniosą 3,6 mln lamp i modułów oświetleniowych rocznie. Pomóc ma w tym zainstalowanie 10 linii montażowych i budowa całej fabryki w koncepcji Przemysłu 4.0, w ramach której jedną z największych zastosowanych innowacji jest tzw. wirtualna fabryka. Program opracowany przez Varroca ma usprawnić w czasie rzeczywistym komunikację online w procesie produkcji.

– Virtual Factory to jest narzędzie wymyślone przez Varroca, które wychodzi naprzeciw zastosowaniom Przemysłu 4.0. Pomaga nam w doskonały sposób nadzorować proces produkcji, znaleźć wąskie gardła, poprawić wydajność oraz szybko reagować na pojawiające się problemy. Dzięki temu jesteśmy w stanie być bardziej efektywni i bardziej wydajni – przekonuje Artur Grudzień.

Docelowo w podlubelskiej fabryce znajdzie zatrudnienie kilkaset osób, a poza stanowiskami produkcyjnymi firma szuka ekspertów z wyższym wykształceniem technicznym i pracowników, którzy chcą się rozwijać zawodowo w obszarze technicznym.

 Niemce to dla nas logiczny wybór, ponieważ dzięki niemu znajdujemy się blisko naszych głównych klientów z Europy Środkowej i Wschodniej. Ponadto Lubelskie to dobry region, jeśli chodzi o możliwość znalezienia wykwalifikowanych pracowników technicznych – mówi Stephane Vedie, prezes Varroc Lighting Systems. – Wnosimy do regionu technologię, innowacje, produkty zaawansowane technicznie, więc potrzebujemy do pracy inżynierów, techników, osób ze specjalistycznymi umiejętnościami. Myślę, że możemy ich znaleźć w Niemcach i w Lubelskiem.

Jak podkreśla, wybór na Niemce padł ze względu na położenie, dobrą komunikację z innymi krajami regionu i wysoko wykwalifikowaną kadrę.

– Docelowo inwestycje Varroca dla regionu oznaczają niemal 400 miejsc pracy – podkreśla Stephane Vedie. – Będziemy też współpracować z lokalnymi szkołami, aby podnieść kompetencje w tym zakresie.

Fabryka w Niemcach to kolejna inwestycja Varroca w Polsce, po krakowskim centrum badawczo-rozwojowym.

 Stale rozwijamy naszą działalność. W ciągu ostatnich 10 lat nasz wzrost wyniósł 20 proc. rok do roku. Udało nam się nawiązać ścisłe relacje z naszymi klientami z globalnego sektora samochodów osobowych, dzięki czemu zyskaliśmy w ciągu dwóch i pół roku 1 mld euro w zamówieniach od nowych i dotychczasowych klientów. W związku z naszym rozwojem potrzebowaliśmy nowej lokalizacji, a Niemce okazały się najlepszym wyborem – przekonuje Tarang Jain, dyrektor zarządzający Varroc Group.

Działy finansowe nie są przygotowane na nowe technologie. Konieczne zwiększenie nakładów na rozwój kompetencji ich pracowników

Firmy coraz chętniej korzystają z technologii cyfrowych w obszarze finansów. 11 proc. działów finansowych już teraz stosuje automatyzację procesów, a 17 proc. zamierza zrobić to w perspektywie 3-5 lat. Z drugiej strony przedsiębiorstwa za mało inwestują w rozwój pracowników działów finansowych. Cyfrowa transformacja wymaga od nich nowych kompetencji, tymczasem większość nie rozwija swoich umiejętności na tyle szybko, żeby uwzględniały one wpływ, jaki mają na branżę sztuczna inteligencja, automatyzacja i nowe technologie. 76 proc. organizacji na szkolenia pracowników przeznacza mniej niż 10 proc. budżetu założonego na cyfrową transformację – wynika z badań Association of International Certified Professional Accountants.

– Specjaliści do spraw finansów muszą być odpowiednio przygotowani na to, co przyniesie przyszłość. Wymagane jest od nich posiadanie konkretnego zestawu umiejętności, które są niezbędne z punktu widzenia przedsiębiorstw i które pozwolą na podejmowanie decyzji biznesowych. Aby wypracować takie umiejętności, potrzebne jest nowe spojrzenie na rolę działu finansowego. To pozwoli przygotować specjalistów ds. finansów na wyzwania, jakie czekają ich w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Amal Ratnayake FCMA, CGMA, prezydent Instytutu Rachunkowości Zarządczej CIMA (The Chartered Institute of Management Accountants).

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu CIMA „Future of Finance”, już 54 proc. działów finansowych w firmach wykorzystuje rozwiązania chmurowe, 11 proc. – robotyzację, a 25 proc. – zaawansowaną analizę danych. Odsetek przedsiębiorstw, które zamierzają wprowadzić je w obszarze finansów w ciągu najbliższych trzech–pięciu lat, wynosi kolejno 23 proc., 17 proc. i 24 proc. To pokazuje, że firmy coraz powszechniej korzystają ze wsparcia cyfrowych technologii w obszarze finansowym.

W nadchodzących latach kluczowe w tym obszarze będą też sztuczna inteligencja i automatyzacja, które mogą być wykorzystane m.in. w celu usprawniania procesów czy wykrywania nieprawidłowości w sprawozdawczości.

– Zbieranie i analiza danych podlega automatyzacji. Nie ma w tym nic złego, bo to są żmudne, rutynowe czynności. Najbardziej interesujący jest dla nas obszar pracy związany z wykorzystywaniem zgromadzonych danych w celu wyciągania wniosków i podejmowania decyzji finansowych – mówi Amal Ratnayake.

Jak wynika z badań CIMA, zdaniem 74 proc. specjalistów z dziedziny finansów automatyzacja prostych procesów pozwoli im zaoszczędzić czas i skupić się na bardziej strategicznych zadaniach. Co więcej, może też zwiększyć ich rolę w organizacji – z księgowych i specjalistów ds. rachunkowości zarządczej staną się strategicznymi doradcami w biznesie.

Jednak cyfrowa transformacja i wdrażanie w firmach nowych technologii oznacza też, że finansiści muszą posiadać odpowiednie umiejętności, aby radzić sobie w nowej rzeczywistości. Ponad 50 proc. globalnych liderów z obszaru finansów uważa, że w ciągu najbliższych trzech lat kompetencje ich zespołów będą się musiały znacząco zmienić w wyniku przejmowania tradycyjnych zadań przez nowe technologie.

– W niedalekiej przyszłości będzie wymagane, aby specjaliści ds. finansów posiadali umiejętności inne niż te, którymi obecnie dysponują, a wszystko przez tempo zachodzących zmian. Jeśli nadal będzie ono tak szybkie, wpłynie to na konieczność ponownego zdefiniowania zakresu naszych zadań oraz rodzaju pracy, jaką wykonujemy – mówi Amal Ratnayake. – Potrzebujemy umiejętności analitycznych i cyfrowych oraz ciągłego ich doskonalenia. Musimy w miarę rozwoju technologii stale podnosić nasze kompetencje.

Prezydent CIMA podkreśla, że oprócz solidnych umiejętności cyfrowych specjalistom z obszaru finansów niezbędne są także kompetencje interpersonalne, które umożliwią sprawną współpracę w ramach całej organizacji.

– W nowym świecie, w którym specjaliści ds. finansów mają więcej czasu na wyciąganie wniosków i podejmowanie decyzji biznesowych, aby robić to naprawdę dobrze, musimy współpracować z innymi działami. Musimy umieć słuchać ludzi, wsłuchiwać się w to, co mówią, i rozumieć, w jaki sposób funkcjonuje przedsiębiorstwo. Potrzebne są także umiejętności przywódcze – podkreśla Amal Ratnayake.

W tej chwili większość zespołów finansowych i specjalistów z tej dziedziny nie rozwija swoich umiejętności na tyle szybko, żeby uwzględniały one wpływ sztucznej inteligencji, automatyzacji procesów i innych nowych technologii na branżę. Z drugiej strony same firmy również nie kładą na to nacisku. Jak pokazuje badanie przeprowadzone przez Association of International Certified Professional Accountants (Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości stworzone przez Instytut Rachunkowości Zarządczej CIMA i American Institute of CPAs) oraz KPMG International, 76 proc. z ponad 670 organizacji, które obecnie planują, opracowują lub realizują programy transformacji finansów, przeznacza mniej niż 10 proc. swojego budżetu na szkolenia, aby zaradzić najważniejszym brakom kompetencyjnym swoich pracowników.

– Może to być problematyczne, bo do rozwoju przedsiębiorstw potrzebujemy ludzi, którzy mają odpowiednie umiejętności. Bez tego transformacja w obszarze finansów się nie powiedzie – podkreśla prezydent CIMA. – W CIMA wierzymy w inwestycje w badania i rozwój oraz rozumiemy znaczenie nowych technologii. Opracowujemy narzędzia i zasoby edukacyjne, z których nasi członkowie korzystają w celu podnoszenia swoich kwalifikacji.

Rozszerzona rzeczywistość wkracza do biznesu. Rynek oczekuje łatwych we wdrażaniu narzędzi zapewniających szybką redukcję kosztów

Technologia rzeczywistości rozszerzonej wkracza do świata biznesu. Wykorzystanie gogli AR w parze ze spersonalizowanym oprogramowaniem przystosowanym do pracy w konkretnym środowisku pozwoli przyspieszyć i zautomatyzować wykonywanie niektórych rutynowych czynności. Pracownicy otrzymają narzędzie do zdalnego rozwiązywania problemów oraz komunikacji z ekspertami. Polski start-up stworzy narzędzie do optymalizacji procesów przemysłowych za pośrednictwem rozszerzonej rzeczywistości, które ma oferować błyskawiczne korzyści w postaci oszczędności czy zmniejszenia ryzyka błędu ludzkiego.

– Augmented Reality dopiero się rozwija, cały czas wchodzą nowe narzędzia. Do tej pory na rynku pojawiały się rozwiązania z branży retail, e-commerce, rozrywkowej czy wizualizacje przestrzeni. W AR Solutions chcemy położyć nacisk na to, żeby zaoferować przedsiębiorstwom możliwość wykorzystania tej technologii w prosty sposób. Chodzi o to, żeby to było skuteczne rozwiązanie, które pozwoli zobaczyć rezultaty wdrożenia tej technologii. Osiągać wymierne korzyści w postaci oszczędności, redukcji kosztów czy zmniejszenia ryzyka błędu ludzkiego – mówi agencji Newseria Innowacje Magdalena Chrzanowska, dyrektor ds. rozwoju biznesu i marketingu AR Solutions.

Upowszechnienie rozwiązań z zakresu rozszerzonej rzeczywistości pozwoli spersonalizować środowisko pracy i rozszerzyć je o cyfrowe elementy. Wykorzystanie gogli AR umożliwi nałożenie na rzeczywisty obraz obiektów wirtualnych, które wejdą w interakcje z otoczeniem. Potencjał tej technologii docenili m.in. inżynierowie firmy Microsoft odpowiedzialni za produkcję gogli HoloLens. Druga generacja tego urządzenia trafiła do dystrybucji pod koniec 2019 roku i będzie wykorzystywana m.in. przez amerykańską armię w ramach systemu IVAS do poszerzenia możliwości żołnierzy na polu walki.

Do gry włączyła się również firma HTC, która zapowiedziała, że pracuje nad hybrydowym, w pełni niezależnym zestawem VR/AR Vive Proton. Sprzęt ma pozwolić na dynamiczne przełączanie się pomiędzy rzeczywistością rozszerzoną i wirtualną, a zintegrowany układ przetwarzania danych uniezależni go od komputera, dzięki czemu będzie można swobodnie przemieszczać się w tych goglach. Z myślą o użytkownikach biznesowych firma opracowała także specjalne nakładki na stacjonarne gogle VR Vive Cosmos, które pozwolą skorzystać z potencjału rzeczywistości rozszerzonej. Właśnie na biznesie skupia się polski start-up AR Solutions.

– Oferujemy sprzęt pozwalający na nakładanie cyfrowych elementów, dzięki którym pracownik terenowy może widzieć, jak wykonać daną czynność. Minimalizuje to ryzyko wystąpienia błędu ludzkiego. Okulary umożliwią połączenie się ze zdalnym ekspertem czy przeprowadzenie wideokonferencji. Pracownik będzie widział to, co np. pracownik biurowy widzi na swoim ekranie. Będzie mógł przywołać schemat urządzenia, przesłać wskazówki i poinstruować, w jaki sposób wykonać dane zadanie – wyjaśnia ekspertka.

AR Solutions stawia sobie za cel stworzenie interaktywnej platformy rzeczywistości rozszerzonej, która usprawniłaby pracę w środowisku spełniającym standardy branży Przemysłu 4.0. Spersonalizowane oprogramowanie ma umożliwić m.in. przeprowadzanie zdalnych konsultacji z ekspertami czy dokonywanie napraw przy wsparciu zespołu wsparcia technicznego komunikującego się w ramach modułu AR.

Z narzędziami tego typu eksperymentuje także firma Apple, która opracowała platformę QuickLook do nakładania trójwymiarowych modeli na obraz przechwycony przez obiektyw w telefonie. Rozwiązanie to funkcjonuje natywnie w aplikacjach od Apple i pozwala renderować realistycznie wyglądające przedmioty w naszym otoczeniu. Firma zintegrowała QuickLook z usługą Apple Pay, dzięki czemu wirtualna rzeczywistość może zostać wykorzystana m.in. do zdalnego sprzedawania mebli posiadaczom iPhone’ów. Wykorzystując to narzędzie, klient może np. sprawdzić, jak meble ze sklepu internetowego prezentują się w jego mieszkaniu.

DHL wykorzystuje z kolei technologię AR w środowisku kurierskim. Dzięki niej pracownicy mogą np. zeskanować bryłę przesyłki, a oprogramowanie automatycznie zasugeruje, w jakim opakowaniu najlepiej ją przetransportować. To właśnie produkcją takich wyspecjalizowanych i spersonalizowanych narzędzi chce zajmować się polski start-up AR Solutions.

– Jesteśmy na etapie wstępnego prototypu, który walidujemy wraz z klientami. Produkt będzie miał wersję podstawową i rozszerzoną, dopasowane do potrzeb poszczególnych użytkowników. Chcemy zaoferować większą elastyczność zarówno w zakresie doboru sprzętu, inteligentnych okularów, jak i w zakresie funkcjonalności zakresu zastosowań u poszczególnych przedsiębiorców. W ciągu najbliższych trzech miesięcy planujemy przystąpić do fazy kodowania podstawowej wersji aplikacji, która będzie później testowana i walidowana ponownie w celu wykrywania błędów – tłumaczy Magdalena Chrzanowska.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rzeczywistości rozszerzonej w 2019 roku wyniosła 10,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 72,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 46,6 proc.

Przyszłością kolejnictwa jest wodór. Pierwsze polskie pociągi na paliwo wodorowe mogą się pojawić już w 2021 roku

Wodór to ekologiczne i wydajne paliwo. Idealnie wpisuje się także w plany Unii Europejskiej dotyczące redukcji poziomu emisji gazów cieplarnianych w gospodarce. Transport obecnie odpowiada za 25 proc. emisji w UE, dlatego wprowadzenie paliwa, którego jedyną pochodną jest woda, jest tak istotne. W planach polskich producentów są już także pierwsze pociągi zasilane wodorem. Choć udział transportu kolejowego w emisji CO2 jest marginalny, to plan Unii do 2050 roku zakłada osiągnięcie zeroemisyjności.

– Przewagi wodoru są oczywiste. Efektem jego spalania jest woda, co jest jego główną zaletą. Choć teraz trudno to przewidzieć, to wodór zmieni polską kolej. Jesteśmy na samym początku drogi, jednak wodór może dać kolei szansę na bardzo duży skok – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Mikulski, członek zarządu Stowarzyszenia Polski Wodór.

Eksperci podkreślają, że wodór nie zastąpi całkowicie pojazdów elektrycznych. Jednak w tych miejscach, w których dalej są używane napędy spalinowe w lokomotywach, już teraz można zastosować napędy wodorowe. Polska ma szansę zostać jednym z liderów wodorowej rewolucji.

– Mamy możliwości, mamy ekspertów. Możemy rozwijać własne technologie, warto również zrobić przegląd dorobku naukowego w naszych uczelniach politechnicznych i sprawdzić, gdzie i co możemy wykorzystać w naszej gospodarce – zaznacza Robert Mikulski.

W 2018 roku niemiecki tabor został rozszerzony o skład Coradia iLint zbudowany przez firmę Alstom. Zasilany przez ogniwa wodorowe pociąg może osiągnąć prędkość 140 km/h, a zasięg na jednym tankowaniu to 1000 km. Niemiecka kolej zamówiła w maju 2019 roku 27 kolejnych pociągów, które będą kursować w regionie Renu i Menu, a tankowanie wodorem będzie odbywało się we Frankfurcie nad Menem.

Polskie firmy nie chcą pozostawać w tyle. W grudniu bydgoska PESA zadeklarowała, że do połowy 2020 roku planuje opracować etapy rozwoju technologii napędu wodorowego dla kolei. Przy realizacji tego celu będzie współpracować z PKN Orlen. W 2021 roku wraz z koncernem paliwowym chce rozpocząć pierwsze próby tych pojazdów. Według zapowiedzi przedstawicieli polskiego producenta w planach jest już budowa pasażerskiego pociągu z napędem wodorowym. Tymczasem PKN Orlen już teraz otwiera wodorowe stacje tankowania dla samochodów.

– Pierwsza lokomotywa z napędem pochodzącym z ogniw wodorowych będzie bardzo szybko – wskazuje Robert Mikulski. – Oczywiście są problemy infrastrukturalne, jest kwestia stacji tankowania, magazynowania wodoru, przewożenia, czyszczenia, ale te rzeczy są na pewno przed nami, więc trzeba będzie się z nimi zmierzyć.

Według danych Unii Europejskiej 25 proc. emisji gazów cieplarnianych w jej krajach pochodzi właśnie z transportu. Niemal 72 proc. pochodzi z transportu drogowego. Udział kolei w emisji wynosi tylko 0,5 proc.

Co dalej z Mieszkaniem Plus?

We wtorek minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że na początku marca poinformuje o przygotowanym pakiecie tzw. „dziewięciopaku” dla budownictwa, który ma rozszerzyć program mieszkaniowy Mieszkanie Plus. Powtórzyła w nim o zamiarze rozszerzenia bezzwrotnej dotacji m.in. dla budownictwa społecznego. O zaproponowanych wcześniej udogodnieniach i zmianach w programie mieszkaniowym oraz jego perspektywach na przyszłość mówi Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Kolejne rekordy na rynku obligacji skarbowych

Rozszerzająca się panika na rynkach finansowych spowodowana epidemią koronawirusa powoduje, że inwestorzy szukają bezpiecznego sposobu na ulokowanie kapitału, dzięki czemu zyskują obligacje skarbowe i to od wschodu do zachodu, na całym globie, w tym w Polsce. Popyt na dług nie słabnie, dzięki czemu kolejne rekordy zostały ustanowione np. na papierach amerykańskich czy polskich.

Popyt na dług jest nie tylko spowodowany przetransferowaniem kapitału np. z rynku akcji do rynku obligacji, czyli z rynku uważanego za bardziej ryzykowny, na rynek uważany za bardziej bezpieczny. Istotnym czynnikiem jest to, że inwestorzy obawiają się o negatywne skutki dla gospodarki spowodowane epidemią i niższy wzrost PKB poszczególnych krajów i całego świata, a nawet możliwością wystąpienia recesji w niektórych krajach, jak w Japonii czy w Niemczech. W rezultacie rosną szanse na obniżki stóp procentowych. W Stanach Zjednoczonych, według rynku, szanse na cięcie stóp w tym roku są blisko 100-procentowe. Mowa jednak nie o jednej, a o dwóch obniżkach. Szanse na cięcie stóp w strefie euro również są w pełni wyceniane do 2021 roku. Dodatkowo na rynku stopy procentowej wzrosły szanse na obniżkę stóp procentowych również w Polsce.

Z reguły oczekiwania co do niższego poziomu stóp procentowych w przyszłości powodują, że inwestorzy wolą już dziś kupować dług, przez co rośnie jego cena, niż w przyszłości, gdy będzie już po obniżce stóp, a zatem i dług będzie niżej oprocentowany. To kolejny argument za hossą na rynku obligacji skarbowych. Stąd też w Stanach Zjednoczonych rentowności 10 i 30-letnich obligacji ustanowiły nowe historyczne minima. W Niemczech rentowność bundów spadła do -0,6 proc. Również w Polsce, na koniec lutego, został ustanowiony rekord na 10-letnich obligacjach Skarbu Państwa. Ich rentowność spadła do 1,65 proc.

Należy jednak odnotować również fakt wypłaszczenia polskiej krzywej na odcinku 2 do 5 lat. Jeszcze miesiąc temu spread wynosił 0,36 pkt proc., a obecnie spadł do 0,12 pkt proc. Wypłaszczanie krzywej rentowności jest obawą inwestorów o mniejszy wzrost gospodarczy w Polsce w najbliższej przyszłości, co również uzasadnia wycenę większego prawdopodobieństwa cięcia stóp procentowych przez RPP. Spread względem niemieckiego długu wynosi w piątek 232,9 p.b., a względem amerykańskiego 54,4 p.b.

Z danych makroekonomicznych, które pojawiły się w tym tygodniu, nie sposób nie wspomnieć o wzroście stopy bezrobocia w Polsce. W październiku 2019 r. stopa bezrobocia kształtowała się na poziomie 5 proc. Od tamtego momentu systematycznie rośnie, z miesiąca na miesiąc, do 5,5 proc. w styczniu. Jest to najwyższy poziom bezrobocia od kwietnia 2019 r., co także budzi obawy o przyszłą kondycję polskiej gospodarki i sytuację gospodarstw domowych oraz konsumpcji, która była jednym z głównych składników dla wzrostu PKB.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.

Pamiętnik Johna Boltona, byłego doradcy prezydenta Trumpa w rękach cenzury

John Bolton, niedawny doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego napisał wspomnienia o swojej pracy w Białym Domu, które, jak wynika z ujawnionych fragmentów, mogą okazać się prawdziwą bombą atomową w sprawie impeachmentu D. Trumpa. Zgodnie z obowiązującym prawem rękopis został przesłany do Białego Domu, do standardowej kontroli. Biały Dom może wykorzystać procedurę do opóźnienia publikacji albo nawet całkowicie ją zablokować. Wiadomo, iż Bolton zamieścił w swoim pamiętniku opis fatalnej decyzji prezydenta Trumpa o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Ukrainy w wysokości 400 mln dolarów. Jako urzędnik, który posiadał poświadczenie bezpieczeństwa, nie może publikować książki czy postów na blogu o swojej pracy w rządzie, bez uprzedniego przedstawienia materiału oficjalnym cenzorom.

Istniejące prawo umożliwia agencjom, takim jak CIA czy Departament Obrony, sprawdzanie pracowników, którzy piszą książki i inne materiały pod kątem ujawnienia tajemnic. Rząd argumentuje, że jest to uprawnione, ponieważ pracownicy podpisują stosowne umowy o nieujawnianiu informacji niejawnych.

Niektóre organizacje protestują przeciw takim rozwiązaniom, uważając, iż system cenzury jest niejasny, brakuje bowiem ograniczeń i gwarancji wymaganych przez sądy. Agencje wywiadowcze mogą kontrolować publikacje byłych pracowników, nawet osoby, które nigdy nie miały dostępu do informacji niejawnych. Standardy są trudne do ustalenia, nie ma wyznaczonych terminów, a cenzorzy agencji zwykle nie uzasadniają swoich decyzji. W przypadku pozwów sądy zwykle przychylają się do decyzji agencji.

Pomimo pozycji Johna Boltona Biały Dom nie dał gwarancji, że książka zostanie szybko oceniona i ukaże się drukiem. Wysłał natomiast list wyraźnie ostrzegający przed opublikowaniem książki. Przypadek Boltona jest szczególny, więc możliwe, że presja opinii publicznej i Kongresu zmusi Biały Dom do szybkiej i rzetelnej oceny rękopisu. O jego niebezpieczeństwie dla prezydentury Trumpa świadczyć może fakt, iż Senat przegłosował wniosek o niepowoływaniu kolejnych świadków w sprawie impeachmentu. Czołowi Republikanie próbują zaś przekonywać Boltona do „wycofania” książki lub przynajmniej do ograniczenia grona jej odbiorców do senatorów prowadzących sprawę przeciwko Trumpowi.

Według The New York Times przypadek Boltona pokazuje, jak doniosła jest potrzeba reformy cenzury rządowej.

Źródło: The New York Times z 31.01.2020 r.

Podsumowanie lutego 2020 na rynku walutowym

Wystarczył jeden weekend, by diametralnie odmienić postrzeganie wpływu koronawirusa na rynki. Wirus przestał być problemem wyłącznie Chin, a strach przed rozprzestrzenianiem dotyka całego świata. Wielką niewiadomą jest dalsza skala ewolucji epidemii i w jaki sposób wpłynie ona na globalną gospodarkę. W krótkim terminie powinniśmy obserwować defensywne podejście do ryzyka, a zmienność cen aktywów pozostanie podwyższona przy dużej wrażliwości na dobre i złe informacje.

Przed miesiącem zachowanie rynków finansowych w obliczu epidemii koronawirusa wyglądało zupełnie inaczej niż teraz. Na przełomie stycznia i lutego śledziliśmy wzrost liczby przypadków zachorowań w samych Chinach, konsekwencją czego było zamknięcie fabryk i badanie tego, jak to wpłynie na globalną gospodarkę od strony przerwania łańcucha dostaw. Jednak nagły wybuch epidemii w Korei Południowej i Włoszech, rosnąca liczba chorych w Iranie oraz ostrzeżenia o niemal pewnym rozprzestrzenieniu się wirusa w USA uświadomiły, że kryzys epidemiologiczny nie zakończy się w kilka tygodni, jak pierwotnie zapewniano.

Na tę chwilę nikt już nie podejmuje się określić, w jaki sposób będzie postępować dalsza ewolucja epidemii i na ilu płaszczyznach uderzy w światową gospodarkę. Wstępnie ryzyko leżało po stronie dostaw z Chin, osłabienia turystyki, spadku liczby lotów pasażerskich i ograniczeniu popytu na paliwa. Obecnie niepewność rozlewa się na interakcje handlowe i społeczne poza kontaktem z Państwem Środka. Przy otwartych granicach w Europie epidemia we Włoszech jest zagrożeniem dla całego kontynentu. Niewiele trzeba, by w USA podjęto decyzje o zamknięciu na transport i ruch pasażerski z Europy.

Ponieważ potencjalne postępy w opracowywaniu szczepionki na COVID-19 bardziej będą odpowiedzią na wybuch epidemii grypy w przyszłości, aktualnie bardziej prawdopodobna jest przewaga negatywnych informacji, które będą potęgować zmienność i awersję do ryzyka na rynkach. Przy opóźnionym odbiciu szkód ekonomicznych w danych, inwestorzy będą bardziej polegać na szacunkach i opiniach, w których przeważać będzie ostrożne i konserwatywne podejście do szans szybkiego odreagowania. Pocieszeniem powinny być działania banków centralnych i innych władz na rzecz przeciwdziałania wpływowi epidemii. Rekordowo niskie rentowności obligacji skarbowych implikują, że rynek przeszedł do dyskonta luzowania polityki Fed, ale też EBC, BoE, RBA, RBNZ i BoC. Wsparcie fiskalne (głównie w strefie euro) jest realne, choć na tym etapie trudne do oszacowania co do skali i momentu wdrożenia.

Na rynku walutowym rozwój wydarzeń i podwyższona zmienność powinny przemawiać za utrzymaniem siły USD względem walut ryzykownych/surowcowych. Jakkolwiek dalej zakładamy, że w kolejnych miesiącach Fed dokona obniżki stóp procentowych, nie powinno być to czynnikiem blokującym dolara, jeśli luzowanie polityki będzie się odbywać w środowisku podobnych działań innych banków centralnych. Przy rynku już dyskontującym 78 pb cięcia do końca roku, pole do dalszego negatywnego wpływu na USD z tego tytułu jest ograniczone. Jednocześnie USD powinien mieć solidniejsze fundamenty. USA przede wszystkim stoją rynkiem usług i są najbardziej zamkniętą gospodarką w G10, dlatego powinny być względnie odizolowane od globalnego spowolnienia w handlu i produkcji.

Sądzimy, że AUD, NZD, NOK i CAD mocno ucierpią na szoku gospodarczym Chin i konsekwencjach dla perspektyw surowców przemysłowych. Uważamy, że podwyższone jest ryzyko cięcia stóp procentowych w Australii, Nowej Zelandii i Kanadzie. JPY i CHF zachowają status bezpiecznej przystani w dobie awersji do ryzyka.

Jesteśmy zmuszeni zrewidować nasze oczekiwania w stosunku do EUR, gdyż globalna epidemia COVID-19 przekreśla szanse na wsparcie waluty poprzez odbicie ożywienia gospodarczego. Dane makro z Eurolandu były słabe jeszcze przed ujęciem skutków koronawirusa, a silne powiązanie gospodarki strefy euro z Chinami (szczególnie Niemiec) czyni ją narażoną na relatywnie mocniejsze odczuwanie negatywnego szoku. Chociaż wątpimy w rozszerzenie ekspansji monetarnej EBC, tak obawiamy się, że spekulacje rynkowe w tym temacie nie ucichną, co dodatkowo będzie ciążyć na wycenie EUR. Szybkie zgaszenie ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa lub zdecydowane działania na polu polityki fiskalnej w strefie euro mogłyby diametralnie odmienić perspektywy EUR, ale obecnie widzimy niewielkie szanse dla takiego scenariusza.

Pozostajemy z neutralnym nastawieniem do perspektyw złotego, ale z uwzględnieniem podwyższonej awersji do ryzyka na rynkach zewnętrznych. Pogorszenie krajowych fundamentów oraz pasywność RPP w stosunku do podwyższonej inflacji nie są czynnikami, które znajdują istotne przełożenie na rynek walutowy. Podobnie spór z KE o regułę praworządności czy kwestia kredytów frankowych pozostaje bladym tłem (choć z niezerowym ryzykiem eskalacji w pewnym momencie w przyszłości). Nie można wykluczyć, że spirala rynkowej paniki przyniesie rajd EUR/PLN ponad 4,35, ale tak, jak zwykle, powinny być to krótkotrwałe epizody.

Konrad Białas, DM TMS Brokers

Irakijski Turek na czele tzw. Państwa Islamskiego ISIS

Zachodnie agencje wywiadowcze potwierdziły, że przywódcą tzw. Państwa Islamskiego ISIS został po raz pierwszy człowiek spoza krajów arabskich. Pogłoski o nowym przywódcy zaczęły krążyć już w kilka godzin po zabiciu przez siły amerykańskie samozwańczego kalifa Abu Bakr al-Baghdadiego. 27 października 2019 r. magazyn Newsweek poinformował, że ISIS mianowało na swojego przywódcę człowieka znanego jako Abdullah Qardash. Według magazynu nazwisko Qardash było czasami pisane po angielsku jako Karshesh. Ponadto niekiedy występował on pod pseudonimem Hajji Abdullah al-Afari.

Początkowo nazwiska ujawniane przez Newsweek nie były rozpoznawalne dla zachodnich wywiadów i ekspertów, którzy monitorują Państwo Islamskie. Obecnie według The Guardian zachodnie służby wywiadowcze doszły do wniosku, że mężczyzna zwany Abdullah Qardash został istotnie w październiku ubiegłego roku nowym przywódcą ISIS. Gazeta ujawniła, że jego rodowe nazwisko brzmi Amir Mohammed Abdul Rahman al-Mawli al-Salbi. Prawdopodobnie nie jest Arabem, ale irackim Turkiem, którego rodzina pochodzi z Tal Afar, północno-zachodniego miasta irackiego, położonego blisko granic Syrii i Turcji.

Al-Salbi jest uważany za pierwszego nie-arabskiego przywódcę grupy bojowników ISIS. Podobnie jak większość jego założycieli, al-Salbi poznał Baghdadiego w 2004 r. w Camp Bucca, amerykańskim więzieniu w Umm Qasr. Al-Salbi ma wykształcenie islamskie, co umożliwiło mu szybkie awansowanie w szeregach ideologów ISIS i wywieranie znaczącego wpływu. Do 2018 r. Al-Salbi stał się głównym decydentem w grupie i był w stanie kształtować jej działalność i politykę na Bliskim Wschodzie oraz poza nim.

The Guardian twierdzi, że al-Salbi jest „zahartowanym weteranem w tym samym stylu, co al-Baghdadi”. To oznacza, że nie będzie większych zmian w strategii Państwa Islamskiego pod jego kierownictwem.

Źródło: The Guardian z 20.02.2020 r.

Dalszy wzrost płacy minimalnej to potencjalne źródło wysokiej inflacji i bezrobocia

Płaca minimalna wzrosła do 2 600 zł, a po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej jesteśmy wśród 10 krajów UE, w których wynagrodzenie minimalne jest najwyższe.

– Płaca minimalna to ok. 50 proc. średniego wynagrodzenia w Polsce. W porównaniu do mediany, czyli najczęściej wypłacanego wynagrodzenia jest to już poziom 60 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Sławomir Dudek, główny ekonomista, Pracodawcy RP.

To oznacza, że płaca minimalna w Polsce jest tym bardziej wysoka, a niepokojące jest, że rząd zaproponował jej wzrost do 4 000 zł od 2023 r.

– Po uwzględnieniu siły nabywczej byłby to wzrost do poziomów w Niemczech czy Luksemburgu, to byłby duży eksperyment i zagrożenie dla istnienia polskich przedsiębiorstw – komentuje ekspert Pracodawców RP.

Nadchodzące spowolnienie gospodarcze powinno ochładzać skłonność do podwyższania płacy minimalnej, tym ciekawsze jest jaki jej wzrost od początku 2021 r. rząd wkrótce zaproponuje.

Strach, panika i zmiana oczekiwań związana z wpływem koronawirusa na globalną gospodarkę

Bieżący tydzień był jednym z najciekawszych okresów na rynkach od bardzo długiego czasu. Niezależnie od tego, jakie aktywa obserwowaliśmy, na wykresach wyraźnie widać było przeradzający się w panikę strach.

Strach związany z wpływem koronawirusa na globalną gospodarkę zupełnie zmienił dotychczasową sytuację – obserwowaliśmy drastyczne spadki aktywów postrzeganych za ryzykowne i wyraźne wzrosty tych uznawanych za bezpieczne. W ostatnich kilku dniach największe zmiany można było zaobserwować na rynkach akcji, a panikę można było odczuć zwłaszcza w trakcie sesji amerykańskich. Ostatnie pięć z nich przyniosło spadek kluczowych amerykańskich indeksów (S&P 500, Dow Jones Industrial Average, Nasdaq Composite) o ponad 10%. Pod presją znalazły się również akcje po naszej stronie Atlantyku, w tym polskie spółki – patrząc na sytuację rano wydawało się, że WIG20 zamknie tydzień ze stratą rzędu 15%.

Obawy te wpłynęły również na istotną zmianę oczekiwań względem działań światowych banków centralnych. Rynek spodziewa się, że spora część kluczowych banków, które mogą pozwolić sobie na rozluźnienie polityki pieniężnej, zdecyduje się na taki krok. Zgodnie z kontraktami fed funds futures, implikowane prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych podczas najbliższego spotkania FOMC wynosi ponad 100%. Oznacza to, że rynek jest obecnie przekonany, że dojdzie do obniżki stóp o 25 pb. i częściowo wycenia nawet większy ruch. Za ciekawostkę w tym kontekście uznać można to, że wyraźna zmiana oczekiwań względem działań banków centralnych nie ominęła również Polski. Kontrakty FRA 12×15 w PLN jeszcze kilka godzin temu sugerowały, że – nie zważając na wysoką tak bieżącą, jak i oczekiwaną inflację – rynek wyceniał dwie obniżki stóp procentowych w Polsce za rok (obecnie oczekiwania nieco spadły, rynek nadal wycenia jednak co najmniej jedno cięcie). Powyższe dane przywołuję nie po to, aby zasugerować, że taki scenariusz może nas czekać (w moim przekonaniu tego typu ruch ze strony RPP jest mało prawdopodobny), tylko aby pokazać skalę „przetasowań” na rynkach od nieco innej strony.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Premier Boris Johnson zaakceptuje wykonawstwo przez Huawei brytyjskiej sieci 5G

Johnson zasygnalizował, że wbrew sprzeciwom USA i zaniepokojeniu części członków swojej partii zaakceptuje realizację brytyjskiej sieci mobilnej 5G przez Huawei. Premier zapowiedział, że przedstawi plan kompromisowy ograniczający rolę chińskiej firmy w projekcie. Uważa się, że do oponentów należą minister spraw wewnętrznych Priti Patel, jak również minister obrony Ben Wallace. Jednak obserwatorzy twierdzą, iż ich sceptycyzm nie „zrobi różnicy”. Johnson bowiem już dawno zapowiedział, że krokiem naprzód będzie stworzenie systemu, który „zapewni obywatelom korzyści, jakich oczekują dzięki technologii 5G”.

Premier podkreślił, że projekt nie zagraża krytycznej infrastrukturze kraju, bezpieczeństwu ani brytyjskiej zdolności do współpracy z innymi potęgami wywiadu na całym świecie. Oczekuje się, że Wielka Brytania pozwoli Huawei dostarczyć sprzęt do projektu 5G, który zdaniem firm telefonicznych Vodafone i BT jest bardziej zaawansowany i tańszy niż jego rywali, ale z szeregiem ograniczeń mających na celu uspokojenie Waszyngtonu.

Źródła twierdzą, że Huawei zostanie określony jako dostawca wysokiego ryzyka i będzie podlegał pewnym ograniczeniom, m.in. ograniczeniu udziałowi w rynku i zakazowi dostarczania technologii 5G do wrażliwych części sektora publicznego i sektorów o strategicznym znaczeniu.

Debata w Izbie Gmin uwidoczniła niezadowolenie w szeregach konserwatystów. Tom Tugendhat stwierdził, że pozwolenie Huawei na dostarczenie technologii 5G „zagnieździ smoka” w sercu „krytycznej infrastruktury” Wielkiej Brytanii. Wielu innych wierzy, że rząd nie podejmie tej decyzji.

Jednak brytyjskie agencje wywiadowcze uspokajają, że wszelkie ryzyko ze strony Huawei, który już dostarczał sprzęt 3G i 4G, może być ograniczone. Nie ma natomiast pewności co do tego, czy kompromisowa pozycja Wielkiej Brytanii uspokoi Biały Dom, który intensywnie lobbował przeciwko umowie. Decyzja Wielkiej Brytanii może wpłynąć na rozmowy handlowe z USA po Brexicie. Sekretarz stanu Mike Pompeo powiedział, że „tylko narody zdolne do ochrony swoich danych będą suwerenne”, ale brytyjscy politycy są coraz bardziej poirytowani amerykańskim lobbingiem, który, jak twierdzą, był uproszczony i nie wskazał żadnych realnych alternatyw dla Huawei.

Huawei odmówił komentarza przed podjęciem decyzji, zaś jego głównym celem jest uniknięcie całkowitego zakazu inwestycji.

Źródło: The Guardian z 27.01.2020 r.

Rosyjski wywiad ujawnia tożsamość swoich agentów pracujących pod przykryciem

Szef rosyjskiej agencji wywiadowczej Siergiej Naryszkin z okazji obchodów 100-lecia służby ujawnił tożsamość kilku tajnych oficerów KGB i jego następcy, rosyjskiej służby wywiadu zagranicznego (SVR).

Przemawiając na konferencji prasowej w Moskwie, Naryszkin ujawnił nazwiska i przeczytał krótkie notatki biograficzne siedmiu oficerów tzw. nielegałów, określanych w języku rosyjskim jako „pазведчики-нелегалы”. Termin odnosi się do oficerów wywiadu, którzy są potajemnie delegowani do pracy za granicę, bez ochrony dyplomatycznej. Nie mają oficjalnych związków z rosyjską placówką dyplomatyczną, a niektórzy nawet udają obywateli państw trzecich.

Tzw. nielegałowie funkcjonują w KGB od 1922 r., a po 1991 r. w dyrekcji SVR „S”, której oficjalny tytuł to Pierwszy Główny Zarząd lub Pierwsza Naczelna Dyrekcja. Zwyczajem służb jest utrzymywanie w tajemnicy ich tożsamości, również po przejściu na emeryturę, a nawet po śmierci. Jednak jeszcze w grudniu ubiegłego roku Naryszkin zaskoczył wielu obserwatorów, ogłaszając, że wkrótce ujawni tożsamość wielu byłych członków, jak to określił „specjalnego personelu rezerwowego”.

Ujawnił nazwiska siedmiu osób i dość szeroko opisał ich pracę. Ujawnieni oficerowie to: Jurij Anatolijewicz Szewczenko (ur. 1939), Jewgienij Iwanowicz Kim (1932-1998), Michaił Anatoljewicz Wasenkow (ur. 1942), Witalij Wiaczesławowicz Nieetyksa (1946-2011) i jego małżonka Tamara Iwanowna Nieetyksa (ur. 1949), Władimir Josifowicz Lokhov (1924-2002) i Witalij Aleksiejewicz Nuykin (1939-1998).

Załączone biografie opublikowane przez SVR nie ujawniają żadnych szczegółów na temat krajów, w których działali, rodzaju realizowanych operacji i konkretnych dat, w których byli aktywni. Większość z nich działała od końca lat 60. do wczesnych lat 90. XX wieku.

Źródło: portal intelNews.org z 29.01.2020 r.

Zaskakujące spotkanie szefów wrogich wywiadów Turcji i Syrii w Moskwie

Szefowie wywiadu Turcji i Syrii – dwóch ostro rywalizujących państw w wojnie domowej w Syrii –spotkali się w poniedziałek 13 stycznia 2020 r. w Rosji, co zaskoczyło wszystkich obserwatorów. Spotkanie odbyło się w Moskwie, potwierdziły je obie strony. Jest to prawdopodobnie pierwszy od ponad dekady kontakt na tak wysokim szczeblu między wywiadem tureckim i syryjskim.

Turecki rząd prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana otwarcie wzywał do obalenia syryjskiego przywódcy Baszara al-Assada, a jego samego określał mianem „terrorysty” i obwiniał o tajne wspieranie paramilitarnych Kurdów, którzy od kilku dziesięcioleci toczą wojnę secesyjną z Turcją.

Jednak sytuacja w regionie jest dynamiczna, zwłaszcza od początku 2017 r., kiedy to Stany Zjednoczone zaczęły się wycofywać z konfliktu. W następnych miesiącach Waszyngton wycofał poparcie dla rebeliantów walczących z prezydentem Syrii. W ubiegłym roku wojsko amerykańskie opuściło północną Syrię i pozwoliło siłom tureckim najechać region i wyprzeć uzbrojone jednostki kurdyjskie z granicy syryjsko-tureckiej.

W tym okresie krążyły pogłoski o koordynacji działań wywiadowczych między Ankarą i Damaszkiem, ale nigdy nie wydano oficjalnego potwierdzenia. Dopiero 13 stycznia 2020 r. syryjska agencja informacyjna SANA ujawniła, że w Moskwie odbyło się spotkanie szefów wywiadu Syrii i Turcji. Niedługo potem wielu anonimowych tureckich urzędników potwierdziło te doniesienia.

Reuters, cytując tureckiego urzędnika, poinformował, że obie strony omówiły stan zawieszenia broni w północno-zachodniej prowincji Syrii oraz przyszłe kroki, mające na celu koordynację działań przeciwko kurdyjskim separatystom w północnych regionach Syrii.

Źródło: portal intelNews.org z 14.01.2020 r. [za:] syryjska agencja SANA i Reuters z 13.01.2020 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Krajowy przemysł pod presją

Ceny akcji wielu firm produkcyjnych nadal niskie mimo, że ich kondycja ekonomiczna jest dobra. Nie zaobserwowano spadku eksportu, a nawet w ostatnich miesiącach ubiegłego roku jego wartość pokonywała historyczne maksima. Czy to jest dobry moment na zakupy akcji polskich producentów?  

Rok 2019 zaczął się dla akcji największych polskich producentów bardzo dobrze. W pierwszym kwartale Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) wzrósł o 8,44% i z wartością 936,73 pkt zbliżył się do swojej wartości bazowej (1000 pkt) ustalonej na dzień 1 stycznia 2016 roku. Niestety w kolejnych kwartałach GIP60 już tylko tracił: w Q2 spadł o 6,61%, w Q3 o kolejne 5,56%, a w ostatnim kwartale zredukował swoją wartość o kolejne 4,11% do poziomu 792,21 pkt, co oznacza sumaryczny roczny spadek o 8,29%. Takie warunki doprowadziły do ustanowienia nowego historycznego minimum, które na początku grudnia wyniosło 778,95 pkt. Traciły głównie największe spółki, które zaważyły na słabym wyniku całego GIP60, co w znacznej mierze współgra z sytuacją panującą w ubiegłym roku na całej GPW – indeks SWIG80 zyskał 13,9% podczas, gdy WIG20 spadł o 5,6%.

Najlepsze spółki

W ubiegłym roku najczęściej na podium miesięcznych rankingów GIP60 trafiała spółka MERCATOR MEDICAL, która dwukrotnie znalazła się na pierwszym miejscu (w styczniu i w grudniu) i tyle samo razy zajęła trzecie miejsce tej klasyfikacji (w czerwcu i w październiku). I mimo, że spółka nie może zaliczyć ubiegłego roku do najlepszych pod względem budowy wartości rynkowej – masywny spadek wartości spółki, który trwał od połowy lutego do połowy maja był tak głęboki, że akcje spółki sumarycznie straciły w 2019 roku 7,87% – to wykazała duży potencjał do wzrostów. Na początku 2020 roku nastąpił skokowy wzrost popytu na produkty spółki w wyniku zataczającej coraz szersze kręgi epidemii koronawirusa. W konsekwencji akcje spółki są jedną z nielicznych bezpiecznych przystani inwestycyjnych w obecnej sytuacji kryzysowej, które od października podrożały już niemal trzykrotnie.

Na podiach comiesięcznych rankingów GIP60 w zeszłym roku gościliśmy aż 27 spółek, co stanowi prawie połowę całego portfela indeksu GIP60. Spektakularne wzrosty, jakich byliśmy świadkami w nienajlepszym przecież roku, mogą zdradzać niemały sentyment inwestorów do sektora produkcyjnego (dostanie się na podium GIP60 w 2019 roku wymagało przeważnie zwrotu przewyższającego 25% m/m), choć z drugiej strony część z tych „sukcesów” to było po prostu odreagowanie zbyt gwałtownych korekt, których doświadczały spółki.

Dlatego tradycyjnie o zwycięzcy rocznego rankingu GIP60 decyduje względna stopa wzrostu ceny akcji liczona od ceny otwarcia pierwszej sesji roku do ceny zamknięcia ostatniej. Największy roczny wzrost wartości rynkowej w 2019 roku zanotowała spółka ZPUE, dla której cena akcji wzrosła z 58,5 zł do 147 zł (+151,28%). Na drugim miejscu wrocławska SELENA FM za wzrost wartości akcji o 83,43%, a na trzecim miejscu spółka ES-SYSTEM, której wartość rynkowa w ciągu roku wzrosła o 65,71%. Warto w tym miejscu nadmienić, że spółki z branży elektromaszynowej zdominowały nie tylko podium rocznej klasyfikacji (1 i 3 miejsce), ale aż 6 spółek znalazło się w górnej dziesiątce rocznego rankingu, a średni roczny wzrost wartości rynkowej dla spółek z tej branży wyniósł 20%.

Przemysł zwalnia

Jak podaje GUS, w całym 2019 roku produkcja sprzedana przemysłu zwiększyła się o 4%. Zestawiając ten wynik z dynamiką na poziomie 5,8%, którą obserwowano w 2018 r. i 6,5% w 2017 r. nietrudno zauważyć spowolnienia w polskim przemyśle. Na szczęście skala tego spowolnienia jest mniejsza niż ma to miejsce np. w Niemczech, gdzie indeks produkcji obliczany przez niemiecki urząd statystyczny spadł do poziomów z początku 2015 roku (dane z końca listopada).

Osłabienie krajowego przemysłu, mimo że na tle naszych partnerów handlowych ciągle niewielkie, znajduje odzwierciedlenie w badaniach ankietowych przeprowadzanych regularnie na pracownikach działu logistyki wybranych spółek produkcyjnych. Wskaźnik PMI® pod koniec 2018 roku wynosił 47,6 pkt, a rok 2019 zakończył z wynikiem 48,0 pkt, zaliczając w październiku dołek na poziomie 45,6 pkt. Każdy odczyt poniżej neutralnego poziomu 50 pkt oznacza, że ankietowani zauważają spadek aktywności w branży produkcyjnej. Nie jest najlepiej, ale znowu nie najgorzej jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki analogicznych badań przeprowadzonych w Niemczech (spadek z 51,5 do 43,7 pkt). Powagi obecnej sytuacji dodaje jeszcze fakt, że fala negatywnych nastrojów opanowała pracowników niemalże wszystkich krajów europejskich uczestniczących w badaniach firmy IHS Markit z wyjątkiem Grecji, która utrzymała PMI w okolicach 54 pkt.

Sytuacja naszych sąsiadów niewątpliwie stawia krajowy przemysł pod presją, z którą jak już zauważyliśmy, radzi on sobie nie najgorzej. Jak dotąd nie zaobserwowano spadku eksportu, a nawet w ostatnich miesiącach ubiegłego roku jego wartość pokonywała historyczne maksima. Gdyby taka sytuacja utrzymała się w najbliższym roku, a popyt wewnętrzny zachowywał się stabilnie, to stworzyłoby to w przemyśle przyzwoite warunki do dalszego rozwoju. Nie trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że źródłem naszej przewagi konkurencyjnej są niskie koszty produkcji, a to oznacza, że należy przyglądać się również postępującym zmianom w poziomach cen. Rosnąca inflacja, która osiągnęła wysokie poziomy np. w usługach, prędzej czy później musi przełożyć się na wzrost cen wyrobów. Duże znaczenie będzie tu miała również sytuacja na rynku walutowym. Oczywiście nie można również zapominać o epidemii COVID-19, która doprowadziła już do paraliżu chińskiego przemysłu i paniki na rynkach akcji, więc w najbliższym czasie, a może nawet w całym roku, będzie to istotny czynnik zarówno dla wyników polskich spółek produkcyjnych, jak również ich wyceny rynkowej.

Na rynku jest coraz więcej adwokatów, radców prawnych i doradców podatkowych. Ale ceny usług nie spadają

W ciągu ostatnich 5 lat liczba czynnych adwokatów w Polsce wzrosła o prawie 5,5 tys. Przybyło też ponad 1,5 tys. tych, którzy nie wykonują zawodu. W przypadku aplikantów mówimy o spadku o blisko 1,8 tys. Z kolei grupa radców prawnych powiększyła się o przeszło 12 tys. Te dane dotyczą okresu od 2013 roku do połowy ub.r. Jeśli chodzi o doradców podatkowych, w styczniu br. było ich o ponad 200 więcej niż w 2015 roku. Teoretycznie przez ww. kwestie usługi powinny być tańsze. Jednak, jak podkreślają eksperci, dzieje się zupełnie odwrotnie.

Według danych Naczelnej Rady Adwokackiej, na koniec ubiegłego roku było dokładnie 19 142 adwokatów wykonujących zawód. Patrząc na ostatnie lata, liczba ta stopniowo wzrastała. W 2014 roku wyniosła 13 749, w 2015 roku – 15 028, a w 2016 roku – 16 094. Natomiast 3 lata temu adwokatów było 17 448, a 2 lata wstecz – 18 554.

– Dla rynku, w tym zwykłego Kowalskiego, to paradoksalnie niekoniecznie pozytywne wiadomości. Mitem jest bowiem to, że wraz ze wzrostem liczby adwokatów, spadają ceny. Dzieje się wręcz przeciwnie. Nasze usługi to nie jest bułka, którą trzeba sprzedać za wszelką cenę, bo inaczej się zeschnie. To jest uboczny skutek bardzo szerokiego otwarcia zawodu. Nie przewidzieli go ci, którzy wprowadzali zmiany, bo przecież zapowiadano więcej specjalistów i niższe ceny – komentuje Rafał Dębowski, sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej.

Z obserwacji NRA wynika, że od lat popyt jest na tym samym poziomie. W efekcie liczba spraw wpływających miesięcznie do danej kancelarii jest statystycznie mniejsza. Ponadto dane wskazują na rosnącą grupę adwokatów, którzy nie wykonują zawodu. W 2014 roku było ich 2515, a rok później – 2836. W kolejnych latach liczba ta stopniowo się zwiększała i wynosiła odpowiednio 3076 (2016 rok), 3544 (2017 rok), 3900 (2018 rok) i 4041 (2019 rok).

– Część osób traktuje aplikację jako dodatkowe wykształcenie umożliwiające alternatywną ścieżkę zawodową. Prawda jest też taka, że nie wykonują, nie rozpoczynają albo zawieszają swoją działalność ze względów ekonomicznych. Nie mają zbyt wielu klientów i spraw indywidualnych, więc szukają innych sposobów zarobkowania. Jak widać, dzieje się to ze skutkiem pozytywnym – wyjaśnia sekretarz Dębowski.

W latach 2014-2018 liczba aplikantów regularnie spadała, natomiast w ubiegłym roku już wzrosła. Na początku analizowanego okresu było ich 6556, a następnie – 6551 (2015 rok) i 6191 (2016 rok). Później ta grupa zmniejszyła się do 4543 (2017 rok) i 3904 (2018 rok). Natomiast w ubiegłym roku nastąpił wzrost do 4759.

– Młodzi adepci prawa, którzy obserwują rynek, wiedzą o tym, że po aplikacji nie zarabia się kokosów. Po niej trzeba się jeszcze mocno natrudzić, żeby osiągnąć satysfakcjonujący poziom rozwoju zawodowego. I z tego się bierze mniejsze zainteresowanie takim działem w ostatnich latach – stwierdza sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej.

Widać też wzrost liczby radców prawnych. Według stanu z 30 czerwca 2019 roku, było ich 46 838. Natomiast statystyki Krajowej Rady Radców Prawnych na koniec 2013 roku wskazywały na 34 576, a 12 miesięcy później – 36 582. Dane za 3 kolejne lata to odpowiednio – 39 321, 43 606 oraz 45 305.

– To bardziej zwiększa konkurencyjność samych kancelarii radców prawnych niż wpływa na rynek od strony klienta. Z badań wynika, że Polacy nie korzystają z usług prawnych i nie widzą takiej potrzeby. Wiele osób zwraca się o pomoc do radcy prawnego dopiero wtedy, kiedy problem urósł do ogromnych rozmiarów. Ciągle popyt na usługi prawne jest o wiele mniejszy niż podaż. Natomiast ceny usług są różne, zależą od renomy kancelarii, trudności sprawy czy miasta. Każdy klient znajdzie pomoc dostępną dla niego cenowo – mówi Grzegorz Furgał, doradca Prezydium Krajowej Rady Radców Prawnych ds. mediów i PR.

Jak informuje Krajowa Izba Doradców Podatkowych, w styczniu br. było 9017 doradców podatkowych. W 2015 roku ich liczba wyniosła 8792, a następnie wzrosła do 8837 (2016 rok) i 8858 (2017 rok). Natomiast 2 lata temu spadła do 8836, aby w ubiegłym roku podskoczyć do 8916.

– Dla klientów to bardzo dobra wiadomość, że jest coraz więcej doradców podatkowych. Usługi stają się dzięki temu bardziej dostępne. Wraz z rozwojem gospodarczym i wzrostem zainteresowania kwestiami podatkowymi, rośnie popyt na usługi profesjonalistów w tym zakresie. Z pewnością jest to pozytywne zjawisko – stwierdza Paweł Prus, rzecznik prasowy KIDP.

Na początku br. najwięcej doradców podatków było w województwie mazowieckim (2621). Wysokie liczby odnotowano kolejno w śląskim (1048), wielkopolskim (922), dolnośląskim (807) i małopolskim (753). Natomiast najmniej przedstawicieli tego zawodu znajdowało się w świętokrzyskim (117), opolskim (132), lubuskim (150), podlaskim (151) oraz warmińsko-mazurskim (189). W 2019 roku wpisano 327 nowych doradców wstępujących do zawodu. We wcześniejszych latach było ich mniej, 256 (2015 rok), 244 (2016 rok), 212 (2017 rok) i 185 (2018 rok).

– W teorii, zgodnie z prawami rynku, wzrost liczby doradców może wpłynąć na obniżenie cen tych usług. Ale prawidłowość rozliczeń podatkowych wpływa na bezpieczeństwo każdej firmy, również tej niewielkiej. Z punktu widzenia naszych klientów, cena jest ważna, ale większe znaczenie mają jakość i korzyści dla biznesu. Można zaryzykować stwierdzenie, że dobry doradca swoimi działaniami jest w stanie z dużą nadwyżką zarobić na siebie. Finalnie więc firma wręcz skorzysta finansowo na zatrudnieniu takiego eksperta – podsumowuje Paweł Prus z Krajowej Izby Doradców Podatkowych.

Dobre dane z USA a dolar traci

Amerykańska waluta ma już prawie za sobą jeden z najgorszych tygodni od dłuższego czasu. Cena dolara względem złotego nie pokazuje skali spadków, gdyż złoty w tym tygodniu również traci.

Dobre dane z USA a dolar traci

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z USA. Zamówienia na dobra nie są na wysokich poziomach, ale są wyraźnie powyżej oczekiwań analityków, którzy spodziewali się znacząco słabszych wyników. Delikatnie słabiej wypadły dane na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, ale są to dane tygodniowe, więc drobne zmiany nie mają przeważnie wpływu na rynki. Na koniec korzystnie wypadł również indeks podpisanych umów kupna domów. Pomimo tych wszystkich czynników wciąż trwała wczoraj ucieczka inwestorów od dolara. Na chwilę przerwana po dobrych danych. W ciągu tygodnia dolar stracił już dwa centy względem euro, odrabiając połowę strat poniesionych od początku roku.

Dobre dane z Japonii

W nocy poznaliśmy odczyty z Kraju Kwitnącej Wiśni. Z jednej strony wzrosło bezrobocie do poziomu 2,4%, z drugiej lepiej od oczekiwań zachowała się zarówno produkcja przemysłowa jak i sprzedaż detaliczna. Inwestorzy najwyraźniej uznali te ostatnie wskaźniki za ważniejsze od rynku pracy, gdyż zareagowali wzrostami na japońskim jenie. Zyskiwał on nie tylko względem mającego wyraźne problemy w tym tygodniu dolara, ale również względem innych głównych walut w tym euro. Drożał on też względem polskiego złotego od rana rosnąć z 3,59 zł na 3,62 zł.

Czy mocny frank naprawdę szkodzi?

Wielu analityków obawia się wpływu ostatnich wzrostów wartości franka szwajcarskiego na tamtejszą gospodarkę. Wpływ ten jest zdaniem komentatorów połączony ze wzrostem napięć na rynku w związku z epidemią Koronawirusa. Dane makroekonomiczne nie cierpią na razie aż tak bardzo. Delikatnie słabiej wypadła co prawda sprzedaż detaliczna, ale z drugiej strony indeks instytutu KOF osiągnął 100,9 pkt. Odczyty powyżej 100 sugerują pozytywne oczekiwania menedżerów związane z przyszłością. Analitycy spodziewali się 97,5 pkt, jednak jak widać Szwajcarzy pozytywnie patrzą w przyszłość.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Koronawirus szansą dla inwestorów?

Od kilku dni warszawska giełda odnotowuje ogromne spadki związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Wbrew powszechnej panice, praktycy rynkowi wskazują, że epidemia to nie czas na sprzedaż akcji, ale najlepszy moment na udane zakupy inwestycyjne “po przecenie”.

Wyprzedaż na Warszawskiej Giełdzie trwa już kilka dni. Jak podaje Gazeta Wyborcza, w miniony poniedziałek indeks WIG 20 stracił 4,2 proc. wartości, a akcje wielu polskich spółek notowanych na giełdzie osiągnęły najniższy poziom na przestrzeni ostatnich 52 tygodni. We wtorek obniżki były jeszcze wyższe. Przykładowo, akcje Orlenu spadły o 4,77 proc., a akcje Lotosu straciły w ciągu dwóch dni 7,9%.  Wczoraj po południu silne spadki odnotowały również takie spółki jak One More Level (-7,01), KGHM (-3,68), CCC (-5,80), TAURON (-3,11) czy Setenta, której akcje spadły aż o 13,17 proc.

Koronawirus jest czymś nowym i dlatego nie jesteśmy pewni, jak w danej sytuacji zachowa się rynek. Ludziom towarzyszy wszechobecna panika, która udziela się również inwestorom. Dochodzi do sytuacji, w której  giełdy dołują pomimo tego, że sytuacja spółek jest bardzo dobra. Powodem takiego stanu rzeczy jest zachowanie ludzi, którzy w panice wycofują pieniądze, aby zabezpieczyć się na tzw. czarną godzinę. Wypłacanie funduszy wpływa automatycznie na zwiększenie liczby transakcji sprzedaży. Więcej osób chce sprzedać, a mniej kupić, dzięki temu cena spada. Nazywając rzeczy po imieniu, mamy obecnie do czynienia z prawdziwymi przecenami akcji, które nie są spowodowane złą sytuacją spółki, tylko paniką rynkową. W związku z tym, jest to najlepszy moment na inwestycję dla osób, które dysponują wolnymi środkami oraz odpowiednim horyzontem czasowym – podkreśla Cezary Chybowski prezes Reliance Polska, właściciel portalu inwestycyjnego Obligain. – Spodziewamy się jeszcze większych przecen akcji w momencie, gdy koronawirus dotrze do Polski. Jednakże wierzymy, że z biegiem czasu sytuacja będzie się normowała, a w efekcie większość spółek wyjdzie z tej sytuacji obronną ręką – dodaje.

Złe wieści z chińskiego rynku – pękają łańcuchy dostaw

Jeśli obecny stan nadzwyczajny w chińskiej gospodarce potrwa dłużej, sytuacja wielu polskich firm wykorzystujących komponenty z Chin może stać się bardzo zła. Jak przewidują m.in. polscy przedsiębiorcy, można zakładać, że ze względu na braki komponentów najdalej za miesiąc sytuacja w wielu gałęziach gospodarki stanie się bardzo trudna – obecnie pracuje się jeszcze na resztkach zapasów, ale wymiana handlowa z Chinami zamiera.

Sytuacja na rynku chińskich komponentów zaczyna robić się bardzo zła, dotyczy to w szczególności elektroniki, niektórych substancji dla farmacji, części do produkcji maszynowej i motoryzacyjnej, a nawet odzieży roboczej. Dzieje się tak ze względu na wiele zamkniętych, czy z przyczyn sanitarnych operujących najwyżej na jedną trzecią swoich mocy przerobowych chińskich fabryk, jak również na zakorkowanie chińskich portów – mówi wiceprezydent Pracodawców RP Piotr Kamiński. – Największym problemem jest w tej chwili logistyka – w chińskich portach stoją statki załadowane kontenerami, w tym nierozładowane statki, na których są europejskie, w tym polskie towary, i takie, które miały wypłynąć z towarami chińskimi również do Polski. W szczególnie trudnej sytuacji są przedsiębiorcy, którzy wysłali do Chin produkty o krótkim terminie przydatności. Istnieje zagrożenie, że takie produkty, nierozładowane na czas, mogą ulec zepsuciu – często takie sytuacje nadzwyczajne nie są przewidziane w ochronie ubezpieczeniowej – wyjaśnia.

Problemem dla firm, w tym polskich, jest przerwanie łańcuchów dostaw i niemożność szybkiego przeniesienia produkcji do innych państw. Gdyby ograniczenia w produkcji i eksporcie z Chin miały się przedłużać, globalne koncerny i ich kooperanci znajdą się w wyjątkowo trudnej sytuacji. – Mogą pojawić się wzajemne roszczenia finansowe, a wielką karierę zrobi prawnicza koncepcja „siły wyższej”, na którą będą powoływać się strony niezrealizowanych kontraktów – przewiduje Piotr Wołejko, ekspert Pracodawców RP ds. społeczno-gospodarczych.

Do końca 2019 roku głównym problemem w zakresie wymiany handlowej z Chinami była wojna handlowa tego kraju ze Stanami Zjednoczonymi. Gdy strony osiągnęły już wstępne porozumienie i środowiska biznesowe oczekiwały ulgi, pojawił się koronawirus. Efektem tych dwóch zjawisk jest dalsze spowalnianie globalnej wymiany handlowej i pogarszające się nastroje przedsiębiorców. – Z racji silnego powiązania z gospodarką Niemiec, Polska powinna szczególnie uważnie obserwować sytuację za naszą zachodnią granicą – jeszcze przed pojawieniem się koronawirusa z niemiecką gospodarką nie było bowiem zbyt różowo – podkreśla Piotr Wołejko.

Holandia wprowadza obowiązek zgłaszania pracowników delegowanych w transporcie

Już od 1 marca 2020 r. zgłoszenie pracownika delegowanego w transporcie do pracy w Holandii dla przewozów kabotażowych, przewozów międzynarodowych i dla samozatrudnionych będzie obowiązkowe. Co to oznacza w praktyce? Kto będzie wyłączony spod tego obowiązku? Jakie kary grożą za niedopełnienie rejestracji? O nowym obowiązku przewoźników opowiada ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Holandia wprowadza nowy obowiązek dla przewoźników delegujących kierowców, którzy realizują przewozy kabotażowe i międzynarodowe na terytorium tego kraju. Od 1 marca 2020 r. frachty dokonywane na terenie Niderlandów należy zgłosić do elektronicznego systemu.

– Aby dokonać zgłoszenia kierowcy do delegowania należy po zalogowaniu się – za pośrednictwem portalu www.meldloket.postedworkers.nl uzupełnić formularz. Już teraz można dokonywać rejestracji wyjazdów, które będą realizowane po 1 marca 2020 r. – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Jeśli kierowca wyjedzie do Holandii przed tą datą, a formularz nie zostanie wysłany, to nie ma powodów do zmartwień. Pierwsza rejestracja powinna zostać dokonana przy pierwszym transporcie rozpoczynającym się po 1 marca – dodaje.

Kogo obowiązuje zgłaszanie delegowania?

Nowe przepisy obowiązują zagranicznych kierowców, którzy realizują na terenie Holandii przewozy kabotażowe oraz przewozy międzynarodowe. Zgłoszenia nie muszą składać przewoźnicy, którzy dokonują pasażerskiego transportu drogowego oraz tranzytu, czyli przejeżdżają przez Niderlandy, nie załadowując lub rozładowując ciężarówki na terenie tego kraju.

– Nowe przepisy mogą wydawać się dla przewoźników uciążliwe, jednak z pewnością dużym uproszczeniem w tym zakresie dla firm przewożących towary na terenie Niderlandów będzie możliwość skorzystania ze zgłoszenia rocznego – podpowiada ekspert OCRK.

Brak zgłoszenia delegowania równoznaczne z karą?

Niedopełnienie obowiązku elektronicznej rejestracji delegowania kierowcy może wiązać się z karą finansową o wartości nawet 12 tys. euro. Zaś w przypadku powtarzających się uchybień przewoźnicy powinni liczyć się z 50 proc. podniesieniem wartości wspomnianej kary.

Obowiązek zgłoszenia delegowania kierowcy do Holandii, to nie wszystkie nowości, które wiążą się z wprowadzeniem tego przepisu. Można spodziewać się również zaostrzenia kwestii związanych z wymaganą dokumentacją. Szczególny nacisk zostanie położony na dwie kwestie. Pierwszą z nich jest zaświadczenie A1, które kierowca powinien posiadać w ciężarówce. Kolejną istotnym obostrzeniem jest konieczność wyznaczenia osoby kontaktowej z adresem w Królestwie Niderlandów. W przypadku konieczności wskazania osoby pełniącej rolę reprezentanta firmy na terenie Holandii – może tę funkcję pełnić sam pracownik delegowany.

Uwaga! Wprowadzenie elektronicznego systemu rejestracji pracowników delegowanych z pewnością przyczyni się do szczegółowej weryfikacji kwestii wypłacania kierowcom holenderskiej płacy minimalnej.

Również warto przy tej okazji wspomnieć, że od 1 stycznia 2020 roku na terenie Niderlandów obowiązuje stawka minimalnego wynagrodzenie w wysokości 9,54 euro za godzinę pracy. Wprowadzenie konieczności rejestracji w systemie elektronicznym ułatwi proces egzekwowania minimalnych stawek holenderskich dla pracowników delegowanych. Jest to wyraźny znak, że jeszcze przed przyjęciem pakietu mobilności kolejne zachodnie kraje rozpoczynają walkę z konkurencyjnymi przewoźnikami z Europy Wschodniej – dodaje Bartłomiej Zgudziak.

Tab. 1 Wynagrodzenie minimalne za godzinę pracy na terenie Holandii

Tydzień pracy w pełnym wymiarze godzin w firmie 21 lat i więcej 20 lat 19 lat 18 lat 17 lat 16 lat 15 lat
40 godzin 9,54 euro / 1h 7,64 euro / 1h 5,73 euro / 1h 4,77 euro / 1h 3,77 euro / 1h 3,30 euro / 1h 2,87 euro / 1h

Źródło: Inelo

Turystyka zarażona koronawirusem. Odwołane loty, strach i zamknięte strefy

Aktualna sytuacja globalna związana z rozprzestrzenianiem się występowania zachorowań na COVID-19 (zapalenie płuc spowodowane nowym koronawirusem SARS-CoV-2) wywołuje bardzo duży niepokój w wielu dziedzinach życia społeczno-ekonomicznego. Informacje, które docierają za pośrednictwem mediów, w tym społecznościowych mają także wpływ na nastroje związane z podróżowaniem, a przez to konkretne zachowania konsumentów. Mówiąc dosłownie – zawieszeniu w wielu przypadkach ulegają plany wyjazdowe Polaków, a branża turystyczna stoi przez ryzykiem poważnych problemów i wielu niejasności. W praktyce wiąże się to z m.in. wstrzymaniem lotów przez linie lotnicze czy odwołaniem wycieczek. Pojawiające się najczęściej pytanie ze strony konsumentów dotyczy ewentualnej rezygnacji i odzyskania wpłaconych zaliczek lub wręcz całych kwot.

Kiedy możemy odstąpić od umowy z biurem podróży?

W tej sytuacji, w przypadku klientów, którzy wykupili pakiety turystyczne biur podróży swoje zastosowanie mogą znaleźć zapisy Ustawy z dnia 24 listopada 2017 r. o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych (Dz. U. 2017 poz. 2361).

W artykule 47 ust. 4 przywołanej ustawy zapisano bowiem, że „Podróżny może odstąpić od umowy o udział w imprezie turystycznej przed rozpoczęciem imprezy turystycznej bez ponoszenia opłaty za odstąpienie w przypadku wystąpienia nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności występujących w miejscu docelowym lub jego najbliższym sąsiedztwie, które mają znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej lub przewóz podróżnych do miejsca docelowego. Podróżny może żądać wyłącznie zwrotu wpłat dokonanych z tytułu imprezy turystycznej, bez odszkodowania lub zadośćuczynienia w tym zakresie.”

Podróże do Chin i północnych Włoch

Tak stanowi prawo, natomiast idąc krok dalej – sporą dyskusję wywołuje interpretacja zacytowanych powyżej zapisów. Nie ma bowiem wątpliwości, że zapisy te dotyczą niewątpliwie Chin i rejonu Wuhan, gdzie rozpoczęła się globalna ekspansja koronowirusa czy północnych Włoch – regionu Lombardii, gdzie również przez władze formalnie zostały odizolowane niektóre rejony. Znajduje to również swoje potwierdzenie w działaniach poszczególnych podmiotów – m.in. w odwołaniu połączeń przez PLL LOT do Pekinu i możliwości odzyskania pieniędzy za bilety lub ich przebukowania przez klientów czy anulacji wycieczek biur podróży, analogicznie – z możliwością pełnego zwrotu dla konsumentów.

Wyjazdy w regiony z pojedynczymi przypadkami zachorowań

W przypadku jednak wielu innych miejsc regionów, z których poprzez media płyną komunikaty o występowaniu pojedynczych przypadków zarażenia koronowirusem, sytuacja dotycząca prawa do rezygnacji i wyjazdu i automatycznego odzyskania całej wpłaconej kwoty pozostaje bardziej złożona. Warto bowiem zauważyć, że nie ma oficjalnego stanowiska np. rządu RP poprzez wytyczne MSZ lub władz danych krajów o formalnym zakazie wjazdu do miejsc, gdzie wystąpiły przypadki zachorowania koronowirusem. Do chwili obecnej nie pojawiły się bowiem formalne ogłoszenia o epidemii lub nie zostały w praktyce zamknięte granice. Ponadto od organów sanitarno-epidemiologicznych (w przypadku Polski Głównego Inspektora Sanitarnego) płyną komunikaty dla podróżujących (aktualizowane codziennie, na podstawie danych EDCC oraz WHO), mające jednak charakter ewidentnie doradczy, a nie wartość decyzji formalnej. Użyte w nich sformułowanie brzmi „GIS nie zaleca podróżowania… “. Ponadto w przypadku niektórych destynacji – dotyczy on nie jednoznacznie całego kraju, lecz szczególności wybranych regionów – tak jak ma to miejsce w przypadku Włoch, gdzie rekomendowane jest powstrzymanie się od podróży do przede wszystkim regionów północnych.

Co na to biura podróży?

Jak zatem może zostać rozwiązany sytuacja pojawiających się w ostatnich dniach zapytań klientów o możliwości rezygnacji z wycieczek do wielu innych miejsc? Jak zaznaczono powyżej – jest ona złożona i wręcz w pewnym momencie może stać się dosłownie „walką na argumenty”. Z perspektywy organizatora turystyki może pojawić się stanowisko, iż nie zachodzą wystarczające przesłanki do automatycznego anulowania całej wycieczki. Sytuacja klienta jest zatem określona przez tzw. „ogólne warunki uczestnictwa” każdego organizatora, stanowiące integralną część umowy z biurem podróży. Klient ma zawsze prawo do anulacji/rezygnacji z imprezy turystycznej, tylko pojawia się pytanie – jakie ma to konsekwencje w praktyce? W ramach poszczególnych zapisów organizatorzy turystyki wskazują konkretne graniczne terminy rezygnacji i wynikające z tego konsekwencje finansowe, na ogół wyrażone za pomocą procentowych potrąceń. Czy biura podróży uznają racje klientów i np. przychylą się do pozytywnej odpowiedzi poprzez zwrot całościowy kosztów lub zmianę terminu wyjazdu? To pytanie na tę chwilę wydaje się mocno subiektywne, bowiem zapewne każda sytuacja będzie rozpatrywana oddzielnie, biorąc pod uwagę konkretne warunki brzegowe itd.

Jeszcze inaczej wygląda sytuacja, gdy Klient ma wykupione ubezpieczenie od kosztów rezygnacji w formie konkretnej polisy. W tym przypadku za każdym razem należy weryfikować także zapisy „ogólnych warunków uczestnictwa” pod kątem zawarcia właśnie epidemii/sytuacji kryzysowych wśród wystarczających powodów do uznania roszczenia.

Dwie dodatkowe uwagi warte wspomnienia o charakterze praktycznym:

Przywołane powyżej zapisy ustawy mają charakter w miarę nowy, wynikają z implementacji do polskiego prawa zapisów dyrektywy unijnej. Oznacza to w praktyce, że nie ma jeszcze jednoznacznej interpretacji tych przepisów, poprzez m.in. wyroki sądów itd. Stąd powyższe komentarze o złożoności sytuacji itd.

Biura podróży z punktu ich funkcjonowania nie mogą od razu/w jednej chwili zwracać klientom środków, bowiem… są tak naprawdę ich dysponentami, przekazując wpłaty klientów do poszczególnych dostawców usług, a więc linii lotniczych, obiektów noclegowych, atrakcji turystycznych, a samemu pracując na często kilkuprocentowych marżach. Dopóki zatem formalnie np. na skutek anulacji lotów przez linię lotniczą nie odzyskają tych środków może zostać zaburzona ich płynność finansowa, co może wywołać kolejną lawinę, w najgorszym wypadku upadku organizatorów turystyki.

Może w tym kontekście potrzebna jest dyskusja o nie tylko zabezpieczeniu interesu klientów, ale i właśnie organizatorów turystyki od takich sytuacji, na wzór np. pomocy państwowej dla ofiar klęsk żywiołowych itd.?

O autorze: Dr Piotr Kociszewski, prodziekan Wydziału Turystyki i Rekreacji w Szkole Głównej Turystyki i Hotelarswa Vistula, jest ekspertem w zakresie turystyki i prawa turystycznego. Wykłada także na Uniewersytecie Warszawskiem i jest właścicielem Biura Podróży PITUR.

Pracodawco, przed wymierzeniem kary wysłuchaj pracownika!

Dlaczego w interesie pracodawcy leży prawidłowe przeprowadzenie wysłuchania pracownika przed wymierzeniem kary? Po pierwsze, pozwala ustalić obiektywne okoliczności naruszenia obowiązków. Po drugie, w razie sporu sądowego o uchylenie kary, może uchronić pracodawcę przed zarzutem niedopełnienia obowiązków.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci
Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci

Zastosowanie kary upomnienia, nagany, a w niektórych przypadkach kary pieniężnej, to powszechnie znany i stosowany środek dyscyplinowania pracowników. Pracodawcy często zapominają jednak o tym, że koniecznym elementem procedury gwarantującej skuteczność kary porządkowej jest wysłuchanie pracownika. Uniemożliwienie podwładnemu wypowiedzenia się lub też stworzenie fikcji wysłuchania ma poważne konsekwencje – w razie sporu sądowego jest podstawą uchylenia kary porządkowej.

Przykład:

Przełożony dowiaduje się o spóźnieniu pracownika. Podpisuje karę upomnienia i czeka z nią na spóźnionego podwładnego, wręczając mu ją natychmiast po pojawieniu się w pracy. Taki sposób postępowania jest błędny i w razie sporu sądowego – daje pracownikowi podstawy do żądania uchylenia kary.

Jak prawidłowo wymierzyć karę porządkową?

Przede wszystkim należy pamiętać, że możliwość zastosowania tego środka jest ograniczona w czasie. Kary nie można wymierzyć po upływie 2 tygodni od momentu, w którym pracodawca dowiedział się o naruszeniu obowiązku przez pracownika i po upływie 3 miesięcy od zaistnienia tego naruszenia. Ponadto kara może być zastosowana tylko po uprzednim wysłuchaniu pracownika. Wysłuchanie jest na tyle istotne, że jeśli z powodu nieobecności w miejscu zatrudnienia pracownik nie może być wysłuchany, bieg dwutygodniowego terminu na zastosowanie kary nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu. W pierwszym przypadku, pracodawca będzie miał na wymierzenie kary dwa tygodnie od chwili powrotu pracownika do pracy (ale nie więcej, niż 3 miesiące od momentu naruszenia obowiązku). W drugim przypadku termin dwóch tygodni biegnie na nowo dopiero od dnia powrotu pracownika.

Celem wysłuchania jest umożliwienie pracownikowi złożenia wyjaśnień i przedstawienia swoich racji. Pozwala jednocześnie pracodawcy zdobyć wiedzę o zdarzeniu z perspektywy pracownika. W trakcie wysłuchania często wychodzą na jaw okoliczności, których pracodawca nie mógł poznać z innych źródeł, a które mają wpływ na ocenę sytuacji. Zatem podjęcie decyzji o ukaraniu i o rodzaju zastosowanej kary przed wysłuchaniem pracownika jest nie tylko sprzeczne z przepisami Kodeksu pracy, ale także nieracjonalne. Pracodawca podejmuje wówczas decyzję bez pełnego oglądu sytuacji.

Przepisy Kodeksu nie regulują przebiegu wysłuchania. Z orzecznictwa natomiast wynika, że chodzi o stworzenie pracownikowi możliwości swobodnego zaprezentowania swojego stanowiska w sprawie. Do  podwładnego należy decyzja, czy z tej możliwości skorzysta. Nie ma wymogu protokołowania wysłuchania, ale na wypadek ewentualnego sporu warto sporządzić przynajmniej notatkę. Jeśli pracownik złoży wyjaśnienia, ich treść powinna znaleźć się w notatce, a w przypadku odmowy  – warto zamieścić wzmiankę na ten temat. Wiarygodność notatki będzie większa, gdy zostanie podpisana przez osobę, która ją sporządziła oraz przez obwinionego pracownika. W razie postępowania przed sądem taki dokument będzie stanowić dowód potwierdzający stworzenie pracownikowi możliwości wypowiedzenia się. Poza tym notatka może zawierać informacje potrzebne do weryfikacji późniejszych wersji przedstawionych przez strony w toku postępowania sądowego o uchylenie kary.

Kto może prowadzić wysłuchanie?

Wysłuchanie może być przeprowadzone przez każdą osobę wyznaczoną przez pracodawcę. Nie musi to być członek zarządu, czy dyrektor, ale na przykład bezpośredni przełożony, czy pracownik działu HR. Dobrą praktyką służącą zachowaniu obiektywizmu i bezstronności jest obecność podczas wysłuchania członka kadry kierowniczej, który nie jest bezpośrednio zaangażowany w relacje z pracownikiem. Jeśli decyzję o ukaraniu podejmuje inna osoba niż ta, która uczestniczyła w wysłuchaniu, należy jej przekazać informacje o wyjaśnieniach złożonych przez pracownika.

Pracownik może złożyć wyjaśnienia osobiście, na piśmie, w formie wiadomości e-mail lub telefonicznie. Ta ostatnia opcja uniemożliwia jednak potwierdzenie treści notatki przez pracownika bezpośrednio po zakończeniu wysłuchania.

SN a pozorne wysłuchanie

Zdarza się, że pracodawca organizuje wysłuchanie pracownika, ale na spotkanie z nim przychodzi z gotowym zawiadomieniem o ukaraniu. Takie postępowanie może wskazywać, że wysłuchanie ma charakter pozorny i nie realizuje celu, w jakim jest przeprowadzane. Wprawdzie Sąd Najwyższy w jednym z orzeczeń ocenił, że pracodawca może ostatecznie nie wręczyć pracownikowi dokumentu (np. go podrzeć), jeśli jednak tak się nie stanie i pracownik udowodni, że decyzja o ukaraniu zapadła już przed wysłuchaniem, to ma realną szansę na uchylenie kary przez sąd.

5 najczęściej popełnianych błędów przy wysłuchaniu pracownika

  1. Przełożony przedstawia pracownikowi wyłącznie własny punkt widzenia, nie dając mu szans na wyjaśnienia.
  2. Przełożony przychodzi na spotkanie z pracownikiem z gotowym zawiadomieniem o ukaraniu podpisanym przez dyrektora, który nie bierze udziału w wysłuchaniu, a następnie wręcza dokument pracownikowi na koniec spotkania.
  3. Przełożony nie daje pracownikowi dokończyć wypowiedzi.
  4. Wysłuchanie przeprowadza się po upływie terminu do zastosowania kary porządkowej.
  5. Przełożony przeprowadzający wysłuchanie nie przekazuje wyjaśnień pracownika pracodawcy, który podejmuje decyzję o ukaraniu.

Podsumowanie

Zanim pracodawca zdecyduje się na wymierzenie środka dyscyplinującego pracownika, powinien w prawidłowy sposób przeprowadzić wysłuchanie. Dzięki temu można zapobiec wystąpieniu przez podwładnego z pozwem o uchylenie przez sąd kary, a w razie zaistnienia sporu uchronić się przed zarzutem niedopełnienia obowiązków związanych ze stosowaniem kar porządkowych.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

Wyroki drugiej instancji bez rozprawy – szybciej, ale czy dokładniej

Od czasu sięgnięcia po władzę w 2015 r. partia rządząca obiecywała reformę systemu wymiaru sprawiedliwości, która usprawni działania sądów. Nie wdając się w oceny słuszności zmian w sądownictwie podjętych w pierwszej fazie tych reform, należy jedynie odnotować, że żadna z nich nie była nawet pozornie ukierunkowana na uproszczenie procedur i przyspieszenie załatwiania spraw zwykłych obywateli. Jednak w 2019 r. przyjęta została nowelizacja przepisów procedury cywilnej, która wprowadziła wiele nowych rozwiązań, w tym między innymi możliwość rozpoznawania spraw w drugiej instancji na posiedzeniu niejawnym. Czy ta zmiana znacząco przyspieszy postępowania odwoławcze? Czy jednocześnie będzie mieć wpływ na ich wynik?

Wolne sądy, najwolniejsze…

Długotrwałość postępowania sądowego, nadmierna biurokracja i formalizacja procedur – to jedne z najczęstszych skarg klientów, z jakimi styka się prawnik procesowy w Polsce. Trudno nie zgodzić się z taką tezą w sytuacji, gdy nawet w biurze obsługi interesanta Sądu Apelacyjnego w Warszawie można usłyszeć, że na wyznaczenie terminu rozprawy czeka się ponad rok, a postępowanie w drugiej instancji w tym sądzie, które w lwiej części składa się z wymiany dwóch pism procesowych – apelacji i odpowiedzi na nią – oraz jednego posiedzenia sądowego – rozprawy.

Mając na względzie wprowadzone zmiany, ustawodawca uznał, że to właśnie rozprawy są największym „hamulcowym” wymiaru sprawiedliwości i postanowił wprowadzić szereg zmian, które odwracają wcześniejszy trend kładzenia nacisku na ustność procesu cywilnego. Zmiany, które wprowadzono do Kodeksu Postępowania Cywilnego (dalej „KPC”) w 2012 r., zmierzały do ograniczania niczym wcześniej nielimitowanej liczby pism procesowych, którymi strony zasypywały sądy. I tak historia zatoczyła koło, bo po siedmiu latach obowiązywania tych przepisów wprowadzono nowe, które mają koncentrować proces cywilny w pismach, a rozprawy mają być wyznaczane tylko, gdy zachodzi taka potrzeba.

Druga instancja bez rozprawy – czy to dobrze?

Jednym z przepisów, który wszedł w życie 7 listopada 2019 r., jest art. 374 KPC w nowym brzmieniu. Wprowadza on uprawnienie sądu drugiej instancji do rozpoznania sprawy na posiedzeniu niejawnym, jeśli sąd nie widzi potrzeby wyznaczania rozprawy. Przyjmując tok rozumowania Ustawodawcy, że to odbywanie się rozpraw powoduje przedłużanie procesu cywilnego, odrzucenie tego modelu postępowania apelacyjnego wydaje się rozsądnym ruchem. Jednak czy aby na pewno? Skoro sądy pierwszej instancji wyznaczały rozprawy i trwało to kilkanaście miesięcy, to jeśli tę samą liczbę spraw będą musiały rozpoznać na posiedzeniach niejawnych, czy czas oczekiwania na rozstrzygnięcie skróci się zauważalnie?

Nie ulega wątpliwości, że sądom odpadnie kilka formalności do załatwienia. Nie będzie trzeba pisać i wysyłać zawiadomień do stron, rezerwować po przynajmniej 30 minut na każdą rozprawę czy ogłaszać wyroków. Sędziowie w zaciszach swoich gabinetów będą rozpatrywać sprawy, analizując wyłącznie dokumenty. Nie zmniejszy to jednak liczby spraw do rozpoznania.

Strona może jednak niejako przymusić sąd do wyznaczenia rozprawy, składając stosowny wniosek w apelacji lub odpowiedzi na apelację, ale czy strona niereprezentowana przez profesjonalnego pełnomocnika będzie o tej możliwości wiedziała?

Bez pełnomocnika, bez rozprawy, bez szans

Załóżmy na chwilę, że szybkość procedowania w postępowaniach w drugiej instancji rzeczywiście wzrośnie, ale czy nie odbędzie się to kosztem stron niezastępowanych przez profesjonalnych pełnomocników?

Weźmy pod rozwagę następujący przykładowy układ procesowy:

Powód działający samodzielnie w pierwszej instancji przegrał proces, jednak uważa, że wyrok nie odpowiada prawu i postanawia złożyć od niego apelację. Poniósł na początku koszty wpisu sądowego, następnie musi ponieść koszty wpisu od apelacji, składa odwołanie od wyroku, jednak nie wnosi o przeprowadzenie rozprawy. Po kilku miesiącach otrzymuje pocztą rozstrzygnięcie, od którego nie ma odwrotu i odwołania. Czy to dobrze? Czy strona niezastępowana przez profesjonalnego pełnomocnika na pewno wyraziła precyzyjnie wszystkie swoje zarzuty? Czy wychwyciła wszystkie uchybienia w subsumpcji normy prawnej, których mógł dopuścić się sąd pierwszej instancji? Patrząc natomiast z perspektywy pozwanego, czy precyzyjnie odpowiedział na wszystkie zarzuty? Czy mógł napisać więcej? Czy na pewno nie należało go dopytać o niektóre z użytych w piśmie sformułowań?

Odpowiedzi na postawione wyżej pytania nie są oczywiste. Ignorantia iuris nocet, można powiedzieć. Można, ale czy o to chodzi w wymiarze sprawiedliwości? Trzeba było czytać pouczenia, można powiedzieć. Można, ale ich konstrukcja jest taka, że bez biegłości w czytaniu i rozumieniu przepisów nie pomagają one zbyt efektywnie. Sędziowie będą wyznaczać rozprawy, jeśli będą mieć wątpliwości, można powiedzieć. Można, ale czy pokusa załatwienia sprawy bez oglądania stron nie zwycięży? Trzeba było wziąć pełnomocnika, można powiedzieć. Można, i do tego trzeba zachęcać, bo gąszcz przepisów, w których poruszać się musi strona procesu cywilnego, zdaje się gęstnieć z każdą kolejną zmianą.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Tylko co 10. polski eksporter inwestuje za granicą

Wartość polskich inwestycji bezpośrednich za granicą wyniosła na koniec 2018 r. 92,5 mld PLN. Według raportu „Zagraniczna ekspansja inwestycyjna polskich przedsiębiorstw – tendencje, perspektywy” przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny zdecydowanie najważniejszą motywacją (93 proc.) badanych eksporterów do inwestowania za granicą jest zwiększenie rynku zbytu. Tylko 9 proc. planuje inwestycje bezpośrednie za granicą w latach 2020-2021.

Pod względem największych skumulowanych wartości bezpośrednich inwestycji za granicą, Polska (28,5 mld USD) zajęła na koniec 2018 roku 3. miejsce wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wyprzedziły nas tylko Czechy (34,8 mld USD) i Węgry (29 mld USD). Za nami znalazły się m.in. Estonia (8 mld USD) i Słowenia (6,7 mld USD). Na koniec 2018 r. aż 90 proc. polskich inwestycji bezpośrednich za granicą zlokalizowanych było w Europie.Wartość polskich inwestycji bezpośrednich za granicą

Polski Instytut Ekonomiczny zaprezentował wyniki wieloletnich badań ankietowych prowadzonych we współpracy z Głównym Urzędem Statystycznym na grupie 600 wyselekcjonowanych polskich przedsiębiorstw eksportujących. Ostatnie badanie przeprowadzono w październiku 2019 r. Wynika z niego, że inwestycje bezpośrednie za granicą podejmują głównie duże przedsiębiorstwa, zatrudniające 250 i więcej pracowników. Inwestujących za granicą eksporterów cechuje na ogół wysoki stopień orientacji eksportowej – dodaje Hanna Kępka, analityk zespołu handlu zagranicznego PIE. – Połowa z nich eksportowała ponad 50 proc. swojej produkcji, zaś tylko w co piątym udział eksportu w sprzedaży nie przekraczał 10 proc. Blisko 60 proc. polskich inwestorów za granicą ocenia swój poziom techniki jako średniowysoki.

Na przestrzeni lat 2006-2019 przedsiębiorstwa zmieniały preferencje w zakresie kierunków geograficznych swoich inwestycji. W 2006 roku większe znaczenie niż kraje UE-28 miały dla nich Ukraina oraz Białoruś. Tendencje te odwróciły się po kryzysie finansowo-gospodarczym 2008 roku. W latach 2010-2012 wzrosło z kolei zainteresowanie eksporterów-inwestorów rynkiem chińskim. W latach 2016-2017 dla około 30 proc. planowanych inwestycji w UE jako lokalizację wskazywano państwa członkowskie UE z Europy Środkowej, w tym dla blisko 1/3 z nich Czechy.Wartość polskich inwestycji bezpośrednich za granicą – plany

Czemu przedsiębiorcy nie inwestują za granicą?

Zdecydowana większość badanych przedsiębiorstw nie inwestuje za granicą – wynik w badaniach ankietowych PIE utrzymuje się od lat w granicach 91-93 proc., z wyjątkiem 2010 r., kiedy wzrósł do 97 proc. Główną przyczyną jest niezmiennie brak potrzeby inwestycji. W 2019 roku nie inwestowało za granicą 90 proc. respondentów, a brak potrzeby takich inwestycji wskazało za przyczynę 68 proc. spośród nich. W przypadku 16 proc. inwestowanie nie mieści się w strategii grupy kapitałowej, a więc brakuje samodzielnej polityki inwestycyjnej.

Na przestrzeni lat brak środków finansowych był coraz mniejszą przeszkodą dla przedsiębiorstw w podejmowaniu decyzji o umiędzynarodowieniu. W latach 2007-2008 miało to znaczenie dla ok. 10 proc. respondentów – w 2014 r. już tylko dla 5 proc. W ostatnich dwóch badaniach odsetek wskazań nieco wzrósł (w 2017 r. – 6 proc., w 2019 r. – 7 proc.), jednak nie na tyle, by stwierdzać jednoznacznie, że sytuacja finansowa przedsiębiorstw uległa pogorszeniu.

Fala paniki, spirala wyprzedaży

Liczba potwierdzonych nowych przypadków Covid-19 w Chinach jest niższa niż liczba zachorowań poza Państwem Środka. Koronawirus dociera m.in. na Litwę, do Nowej Zelandii, czy Afryki Subsaharyjskiej. Łączna liczba przypadków przekracza 83 tysiące a zgonów 2 850.

Wall Street długo wierzyło i chciało wierzyć, że wirus nie jest problem amerykańskim. Typowe „nas to nie dotyczy.” 33 nowe przypadki w Kalifornii i konieczność przeprowadzenia badań na szerszą skalę powoduje paniczną reakcję rynków finansowych. Ewidentne staje się, że Covid-19 jest problemem ogólnoświatowym.

Od euforii do paniki. Amerykańskie indeksy są ponad 10 proc. poniżej szczytów wszechczasów ustanawianych jeszcze w drugiej połowie ubiegłego tygodnia. Kontrakt na frankfurcki indeks DAX jest 2000 punktów poniżej ostatnich szczytów, o sytuacji na GPW lepiej nawet nie wspominać. Ropa jest najtańsza od kilkunastu miesięcy. Na rynku walutowym zyskuje jen, zyskuje frank. Rośnie również EUR/USD. Kurs wychodzi w okolice 1,10. Jest to przede korekta pozycjonowania. Zaangażowanie spekulacyjne inwestorów finansowych netto było w ubiegłym tygodniu nie tylko najniższe od prawie roku, ale również krótka pozycja netto w miesiąc rozszerzyła się o ponad 40 tysięcy kontraktów.

Przy takiej skali zmienności, szoku, paniki, niepewności najpewniejszym rozwiązaniem jest wycofanie się z rynku. Część inwestorów może być też zmuszona do realizacji zysków na jednych rynkach by utrzymać pozycje na Wall Street. Dlatego też, choć w długim terminie widzimy potencjał do dalszych wzrostów kursu, to jesteśmy ostrożni z ogłaszaniem, że dołek został ustanowiony i czeka nas bezpośrednia kontynuacja wzrostów. Podobnie można postrzegać ostatnie kilka godzin na rynku złota, którego kurs spada dziś ponad 1 proc. Jeszcze mocniej przeceniane są srebro, pallad, czy platyna. Trwałej poprawy nastrojów inwestycyjnych wynikającej z woli zwiększenia zaangażowania w ryzykowne aktywa przed weekendem nie należy się spodziewać. Co, najwyżej redukcji ekspozycji, jakiejkolwiek. Inwestorzy bać się będą, że weekend może przynieść rozlanie się wirusa na nowe kraje, drastyczny wzrost liczby zainfekowanych w Stanach Zjednoczonych itd.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Departament Analiz
DM TMS Brokers S.A.

Chcesz z sukcesem pozycjonować stronę? Wiemy, jak to zrobić

Pozycjonowanie strony firmowej jest trochę jak prowadzenie auta: każdemu wydaje się, że zrobiłby to perfekcyjnie, dopóki nie usiądzie za kierownicą. Rzeczywistość pokazuje jednak, że nie każdy jest w stanie pokonać ostry zakręt nad przepaścią – a tym właśnie są nieprzemyślane działania SEO. Aby upewnić się, że prace podejmowane na stronie przyniosą oczekiwany efekt, dobrym wyjściem jest zwrócenie się do profesjonalistów, którzy, niczym wykwalifikowany kierowca rajdowy, poprowadzą Cię do mety, czyli wysokich pozycji w rankingu Google. A jeżeli już zacząłeś pozycjonować witrynę samodzielnie, sprawdź, na co zwrócić uwagę.

1. Struktura strony powinna być jasna i przejrzysta

To na witrynie firmowej opiera się internetowe życie Twojego przedsiębiorstwa, a także wszystkie działania SEO. Ona jest celem Twoich Klientów i na nią właśnie mają dotrzeć, a później pozostać tu na dłużej. Aby zatem na wstępie nie zniechęcić odbiorcy, zadbaj o hierarchiczną strukturę witryny, która doprowadzi zainteresowanego użytkownika prosto do celu. Pomogą Ci w tym specjaliści z Agencji IN. Zwykle do rozbudowy wystarczą trzy poziomy – to optymalna ilość pozwalająca zachować przejrzystość strony.

2. Treści muszą zainteresować odbiorcę

Twój serwis jest pełen rozbudowanych, przygotowanych pod SEO treści, ale i tak nie obserwujesz na stronie żadnego ruchu? Być może nie są one merytoryczne i nie przedstawiają dla odbiorcy żadnej wartości. Teksty, które publikujesz, powinny odpowiadać na pytania i potrzeby Twojej grupy docelowej. Zanim więc zamieścisz jakiś artykuł na stronie firmowej, upewnij się, że właśnie tego tematu będą szukać internauci.

3. Słowa kluczowe trzeba dobierać rozważnie

Opieranie tak ważnej kwestii, jaką jest dobór fraz pod pozycjonowanie, na domysłach, nie jest najlepszą strategią. Ty, jako przedsiębiorca na stałe związany z branżą, stosujesz chociażby profesjonalne słownictwo, którego nie znają Twoi odbiorcy. Przeciętny internauta nie wpisze raczej w pole wyszukiwania frazy „buty trekkingowe z membraną”, ale „buty górskie” czy „buty nieprzemakalne”. Planując słowa kluczowe, warto więc skorzystać z profesjonalnego planera, którego używa specjalistyczna agencja SEO (https://inpozycjonowanie.pl) – na przykład Agencja IN. Narzędzie to pokaże, jakie frazy z Twojej branży są najczęściej wpisywane w Google, a ekspert na bieżąco będzie się z Tobą konsultował w sprawie ich wyboru.

4. Teksty powinny być unikalne i niepowtarzalne

Zdarza się, że właściciele sklepów i stron internetowych umieszczają taki sam opis produktu czy kategorii na kilku różnych podstronach. I chociaż to rozwiązanie pozwala zaoszczędzić sporo czasu, to z punktu widzenia pozycjonowania lepiej go unikać. Roboty podczas indeksowania „rozpoznają” bowiem skopiowane treści i oznaczają je jako „duplicate content”, przez co strona znacznie traci w oczach Google. Często stosowanym zabiegiem jest powielanie opisu stworzonego przez producenta lub wytwórcę produktu albo technologii. Tej procedury algorytm wyszukiwarki również nie pochwala. Co zatem można zrobić? Jedynym i najlepszym wyjściem jest napisanie od zera własnych, unikalnych tekstów, których nie ma gdzie indziej.

Źródło – https://inpozycjonowanie.pl/

Niemcy upraszczają procedury zatrudniania cudzoziemców, ale Polska ma swoje „asy w rękawie”, by zatrzymać pracowników z Ukrainy

Co trzeci pracujący w Polsce obywatel Ukrainy planuje podjęcie zatrudnienia w Niemczech, które z początkiem marca złagodziły zasady zatrudniania obcokrajowców. Jednak Polska jest w stanie zawalczyć o pracowników zza naszej wschodniej granicy. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego „Pracownik z Ukrainy – między Polską a Niemcami”, przeprowadzonego przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.  Metodą bezpośrednich wywiadów indywidualnych przebadanych zostało 855 obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski w celu podjęcia pracy.

Mimo dużej popularności Polski jako kierunku migracji zarobkowej, zatrudnienie w Niemczech planuje co trzeci pracujący w Polsce obywatel Ukrainy. Na drugim miejscu uplasowały się Czechy (13%), a na trzecim – Szwecja (7%). Największą barierą w planach wyjazdu do Niemiec jest dla Ukraińców brak znajomości języka. W grupie pracowników z Ukrainy już planujących podjęcie pracy w Niemczech, jedynie 12% respondentów zadeklarowało znajomość języka niemieckiego na poziomach „średni”, „dobry” czy „bardzo dobry”, a niemal 2/3 przyznało się, że w ogóle go nie zna.Co trzeci pracujący w Polsce obywatel Ukrainy planuje podjęcie zatrudnienia w Niemczech

EWLWedług zebranych danych, ponad 2/3 respondentów, którzy już planują wyjazd do RFN, mogą zostać w Polsce, jeśli ich zarobki ulegną podwyższeniu. Niższa bariera językowa to z kolei argument dla co czwartego pracownika z Ukrainy. Bardzo istotnym atutem naszego rynku pracy jest możliwość uzyskania pozwolenia na pobyt w Polsce oraz obywatelstwa (22%), a także uproszczona procedura zatrudniania cudzoziemców (17%) .

„Bardziej otwarty na migrantów rynek europejski będzie stanowił dużą konkurencję dla polskich firm, jednak Polska także ma kilka „asów w rękawie”. Rokrocznie w naszym kraju obserwujemy wzrost wynagrodzeń, w tym wśród pracowników z Ukrainy, zaś polskim urzędom udało się zwiększyć liczbę wydanych zezwoleń na pracę. Idąc w tym kierunku, Polska będzie miała szansę powalczyć z Niemcami o pracowników ze Wschodu. Powinniśmy teraz skoncentrować się na zatrzymaniu specjalistów, którzy nauczyli się języka i zdobyli doświadczenie, ale muszą wyjechać z powodu problemów z przedłużeniem swojego pobytu” – uważa prezes EWL S.A. Andrzej Korkus.

1 marca – data exodusu Ukraińców z Polski?

1 marca Niemcy zmienią prawo migracyjne, otwierając się szerzej na pracowników z Ukrainy. Niemiecki rynek pracy jest atrakcyjniejszy od polskiego – czy polscy pracodawcy mogą obawiać się odpływu ukraińskich pracowników? Szanse naszego biznesu na wygraną w tej bitwie obniża wciąż brak polskiej polityki migracyjnej.

Nowe zasady w Niemczech nie oznaczają pełnego otwarcia tamtejszego rynku pracy. Chętni Ukraińcy będą m.in. musieli wykazać się znajomością języka niemieckiego (lub rozpocząć lektorat na miejscu), czy też uzyskać potwierdzenie dyplomu o posiadanych kwalifikacjach zawodowych. Jednak sam fakt zbliżających się zmian już został zauważony przez polskich przedsiębiorców. – Ukraińscy pracownicy pytają pośredników o szanse na rozpoczęcie pracy za Odrą – to budzi niepokój polskich pracodawców – wyjaśnia Katarzyna Siemienkiewicz, ekspert Pracodawców RP ds. prawa pracy. – Nawet niewykwalifikowani pracownicy mogą bowiem wyjechać z Polski i poszerzyć niemiecką szarą strefę. Exodusu jednak nie będzie, jako że niemiecka procedura nadal pozostaje dość restrykcyjna i stawia pewne wymogi – zaznacza ekspertka.

Niepokojąca jest jednak prognoza ujemnej – po raz pierwszy od 6 lat – dynamiki napływu ukraińskich pracowników na polski rynek pracy. Warto przypomnieć, że liczba Ukraińców ubezpieczonych w ZUS zmniejszyła się w IV kwartale 2019 r. o około 20 tysięcy. Pewne jest, że ukraińscy pracownicy wyjadą z Polski – nie wiadomo tylko na jaką skalę. Dane na ten temat pojawią się zapewne dopiero w połowie tego roku.

– Brak pracowników to obecnie najpoważniejszy problem polskiego rynku pracy, a zapowiedzi stworzenia polityki migracyjnej nadal pozostają wyłącznie zapowiedziami. Za złagodzeniem norm prawa migracyjnego w Niemczech lobbowali tamtejsi przedsiębiorcy – z kolei polscy biznesmeni nawet nie dostali szansy odniesienia się do jakiejkolwiek koncepcji polityki migracyjnej. Wciąż bowiem czekają na jej zaprezentowanie – podkreśla Katarzyna Siemienkiewicz.

Obecnie polscy przedsiębiorcy wciąż muszą zmagać się z długotrwałą, sformalizowaną procedurą, naszpikowaną biurokracją. Średni czas trwania uzyskiwania pozwoleń na pracę lub pobyt stały to np. 400 dni w województwie dolnośląskim, ponad 350 dni w pomorskim, 300 dni w lubuskim i zachodniopomorskim. Dlatego przedsiębiorcy, organizacje pracodawców oraz samorządy apelują o pilne przyspieszenie prac nad uproszczeniem przepisów dotyczących zatrudniania cudzoziemców. Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ) – członka Pracodawców RP, wskazuje na dwie główne kwestie do pilnego uregulowania: wydłużenie ważności oświadczeń do 12 lub nawet 18 miesięcy oraz przekazanie samorządom uprawnień urzędów wojewódzkich w zakresie rozpatrywania wniosków o zezwolenie na pracę.

Nietoperze są żywym barometrem zmian klimatycznych. W Polsce szybko ubywa gatunków zimnolubnych

Liczebność nietoperzy rośnie. Podczas tegorocznego badania w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym chiropterolodzy naliczyli ich o 300 więcej niż pięć lat temu. Niepokojąca jest jednak obserwacja poszczególnych gatunków, z której wynika, że szybko przyrasta populacja tych ciepłolubnych, natomiast liczba zimnolubnych spada. Ponadto dwudziestoletnie obserwacje naukowców wykazują istotny związek pomiędzy zmianami liczebności nietoperzy a pogarszaniem się stanu środowiska naturalnego.

– W tym roku odnotowaliśmy rekordową liczebność nietoperzy. Naliczyliśmy ich 38 910 z dziewięciu różnych gatunków. To o 300 więcej niż podczas poprzedniego rekordu, który padł w 2015 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Kokurewicz z Instytutu Biologii Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Zgodnie z zarządzeniem Unii Europejskiej chiropterolodzy co pięć lat dokonują przeliczenia nietoperzy w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym w województwie lubuskim. Wiedza na temat liczby poszczególnych gatunków tych ssaków jest niezbędna, aby ustrzec je przed ewentualnym wyginięciem.

Chociaż obliczenia dokonane przez ekipę 70 chiropterologów z całej Europy na pozór nie dają powodów do niepokoju, sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. Nietoperze dzielą się bowiem na ciepłolubne i zimnolubne. Nagły wzrost liczebności jednej z grup należy uznać za czynnik alarmujący.

– Rekordowa liczebność jest spowodowana głównie przyrostem jednego gatunku – ciepłolubnego nocka dużego. Jednak sytuacja gatunków zimnolubnych nie jest najlepsza. Do hibernacji potrzebują one temperatury w okolicy 3°C. Jednak temperatura zarówno na powierzchni ziemi, jak i w podziemiu rośnie. W konsekwencji nie mają one odpowiednich warunków. Liczebność gatunków takich jak mopek zachodni, gacek brunatny czy nocek wąsatek spada. To budzi niepokój – tłumaczy ekspert Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Nietoperze jesienią gromadzą tłuszcz, który pomaga im przetrwać okres zimowy w stanie hibernacji. Przebudzenia gatunków zimnolubnych, związane ze wzrostem temperatury otoczenia, powodują znacznie szybsze wyczerpanie się nagromadzonych zapasów. To z kolei może doprowadzić do śmierci głodowej zwierzęcia.

– Obecnie pozostało około 30 proc. nietoperzy z gatunków zimnolubnych w porównaniu do początku XXI wieku. Spadek liczebności może być spowodowany ich wymieraniem. Bardziej optymistyczny scenariusz zakłada jednak, że nietoperze przenoszą się do chłodniejszych miejsc, takich jak dziuple drzew czy bunkry nadziemne – wyjaśnia dr Tomasz Kokurewicz.

Nietoperze żywią się głównie motylami nocnymi, chrząszczami, świerszczami, meszkami i komarami. W ciągu nocy jeden nietoperz potrafi zjeść owady o masie równej 30 proc. masy własnego ciała, co może stanowić nawet 500 komarów. To sprawia, że zwierzęta te są sprzymierzeńcami w walce człowieka z insektami.

– Nietoperze są potrzebne do zachowania równowagi w ekosystemie – odpowiadają głównie za kontrolowanie liczebności owadów w środowisku. Ponadto są one również bioindykatorami. Oznacza to, że pomagają ocenić stopień zanieczyszczenia środowiska naturalnego. Zmniejszenie ich populacji należy zatem odbierać jako poważny sygnał ostrzegawczy – mówi badacz.

W Polsce wszystkie nietoperze są objęte ścisłą ochroną gatunkową. Ważne jest jednak, aby chronić również ich żerowiska, miejsca zimowania oraz rozrodu. Warto wspomnieć, że nie są zwierzętami niebezpiecznymi dla człowieka. Powiązanie ich z pojawieniem się koronawirusa jest niepotwierdzone.

– Nietoperze nie są żadnym wyjątkiem, jeśli chodzi o przenoszenie chorób. Jednak przez to, że mają bardzo złą opinię, zawsze obwinia się je jako pierwsze. To fatalnie odbija się przede wszystkim na skuteczności ich ochrony, za którą odpowiadają głównie ludzie. Lokalne społeczności muszą być przekonane, że warto chronić nietoperze. Pojawiające się doniesienia medialne dotyczące tego, że przenoszą one straszliwe choroby, utrudniają ich ratunek – tłumaczy dr Tomasz Kokurewicz.

Rząd chce zachęcać młodych do pielęgniarstwa i położnictwa. Plan rozwoju tych zawodów rozpisany jest do 2030 roku

Zwiększenie liczby pielęgniarek i położnych w polskim systemie opieki zdrowotnej oraz powstrzymanie emigracji zarobkowej – to tylko niektóre z najważniejszych celów rządowej polityki na rzecz rozwoju obu tych zawodów. Rząd chce również zmotywować młodych ludzi do wyboru tej ścieżki kariery i utrzymać na rynku pracy osoby, które nabywają uprawnienia emerytalne. – Ważny jest również rozwój kompetencji i samodzielności – mówi Greta Kanownik, dyrektor w Ministerstwie Zdrowia. Temu służyć ma wprowadzenie porad pielęgniarskich w przychodniach.

Ministerstwo Zdrowia już od 2015 roku realizuje bardzo wiele przedsięwzięć na rzecz środowiska pielęgniarek i położnych – mówi agencji Newseria Biznes Greta Kanownik, dyrektor Departamentu Pielęgniarek i Położnych w Ministerstwie Zdrowia. – Myślę, że najważniejszym elementem jest przyjęta niedawno przez rząd „Polityka na rzecz położnictwa i pielęgniarstwa w Polsce”. To jest bardzo ważny dokument rządowy, który określa zadania do 2030 roku. Zawiera działania, które mają przyczynić się przede wszystkim do rozwoju tych zawodów oraz zachęcić młode osoby do kształcenia na kierunkach pielęgniarskich i położniczych.

Jak zaznacza ekspertka, dokument ten został wypracowany przez resort zdrowia wspólnie ze środowiskiem pielęgniarek i położnych. Głównymi celami polityki przyjętej przez rząd są m.in.: zwiększenie liczby studentów oraz poprawa jakości kształcenia na kierunkach pielęgniarstwo i położnictwo, zmiany w systemie kształcenia podyplomowego oraz poprawa warunków pracy pielęgniarek i położnych. Ponadto strategia przewiduje wprowadzenie do systemu opieki zdrowotnej zawodu wspomagającego pracę pielęgniarek w bezpośredniej opiece nad pacjentem, a także określenie ról oraz kompetencji pielęgniarek i położnych. Niezbędne będzie także ustalenie faktycznej liczby personelu w systemie ochrony zdrowia (wraz z doprecyzowaniem docelowych wskaźników na 1 tys. mieszkańców). Osobnym zadaniem na liście priorytetów jest rozwój badań naukowych w pielęgniarstwie.

Środki finansowe na realizację programu mają pochodzić z budżetu państwa, jednostek sektora finansów publicznych, Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, Funduszu Pracy oraz z budżetu Unii Europejskiej.

– Oprócz kwestii finansowych, które są jednym z najważniejszych elementów tego programu, duże znaczenie mają także aspekty pozafinansowe, przede wszystkim te, które dotyczą rozwoju kompetencji zawodu pielęgniarki i położnej – uściśla Greta Kanownik. – Jedną z istotnych zmian jest wprowadzenie świadczenia porady pielęgniarskiej i porady położnej do zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej (AOS), a także – już niedługo – do podstawowej opieki zdrowotnej (POZ).

Umożliwia to pielęgniarkom i położnym wykonywanie bez zlecenia lekarskiego świadczeń zapobiegawczych, diagnostycznych, leczniczych i rehabilitacyjnych oraz samodzielne ordynowanie niektórych leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego, wyrobów medycznych oraz wypisywanie recept w realizacji świadczeń gwarantowanych z zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Dla pielęgniarek i położnych jest to szansa na większą samodzielność i niezależność, a dla pacjentów ułatwienie w dostępie do świadczeń medycznych. Nowe świadczenie pomoże także odciążyć w pracy lekarzy.

5 lutego 2020 roku zainaugurowano w Polsce międzynarodową kampanię Nursing Now, która ma podkreślić ogromną rolę pielęgniarek i położnych w ochronie zdrowia. Ma to związek z ogłoszeniem przez Światową Organizację Zdrowia roku 2020 Międzynarodowym Rokiem Pielęgniarki i Położnej.

Jest to bardzo ważny rok – podkreśla dyrektor Departamentu Pielęgniarek i Położnych w Ministerstwie Zdrowia. – Mając na uwadze problemy, które dotykają nie tylko Polski, ale też całego świata, czyli przede wszystkim brak kadry pielęgniarskiej i położniczej, decydenci, dyrektorzy szpitali i całe środowisko dołożą starań, aby je wspólnie rozwiązać.

Tendencje są optymistyczne. Rekrutacja na studia na kierunkach pielęgniarskich i położniczych zwiększa się od 2015 roku.

– Wynika to z faktu, że w ostatnim czasie zwiększyła się liczba szkół kształcących pielęgniarki i położne. Dla przykładu, w 2014 roku w Polsce działały 74 szkoły o takim profilu, a obecnie jest ich 105 – podkreśla Greta Kanownik. – Należy jednak pamiętać, że przez ostatnie 20 lat braki wykwalifikowanego personelu narastały, więc odbudowanie kadry będzie wymagało dłuższego czasu, ale idziemy w dobrym kierunku. 

PIE: Coroczna grypa bardziej spowalnia wzrost gospodarczy Polski, niż może to zrobić koronawirus. Wszystko zależy od skuteczności walki z tą epidemią

Wpływ koronawirusa na polską gospodarkę będzie zależał od tego, czy Chinom uda się zwalczyć epidemię w I kwartale roku, i od tego, kiedy dotrze on do Polski. Zdaniem Piotra Araka, dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego, epidemia może obniżyć wzrost chińskiego popytu o 2 proc., co oznaczałoby dynamikę PKB na poziomie 5 proc., niższą niż w Polsce w 2018 roku. To nie powinno być odczuwalne przez polską gospodarkę. Jednak poważniejsze spowolnienie w Chinach na pewno odbije się na zamówieniach dla europejskiego, w tym również polskiego przemysłu.

– Wzrost gospodarczy w tym roku będzie wynosił w granicach 3,3 proc. [jak prognozuje Komisja Europejska – przyp. red.], może nawet wynieść do 3,7 proc., jak zakładała pierwotnie ustawa budżetowa. Jestem bardziej zwolennikiem tezy o tym, że będziemy w granicach 3,5 proc., więc nadal będziemy jednym z czterech najszybciej się rozwijających państw w Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Sygnały dotyczące gospodarki niemieckiej z początku tego roku są dosyć optymistyczne i możemy się spodziewać, że ona będzie poprawiała swój standing finansowy. To oznacza, że polscy eksporterzy, którzy w zeszłym roku mówili, że mieli mniej zamówień z Niemiec, mogą zacząć otrzymywać ich więcej.

W ubiegłym roku PKB Polski wzrósł według wstępnych szacunków GUS o 4,0 proc., wyraźnie wolniej niż rok wcześniej, gdy gospodarka rozwijała się w tempie 5,1 proc. Nieznany jest jednak jeszcze wpływ epidemii koronawirusa na globalną gospodarkę. Niemiecki instytut Ifo zakłada, że popyt w Chinach zmniejszy się w skali roku o 2 proc., co odpowiada spadkowi wzrostu gospodarczego Państwa Środka o 1 pkt proc. Według PIE obniżyłoby to tempo wzrostu gospodarczego w Polsce w 2020 roku o 0,02 proc.

– Czynnikiem zmniejszającym szanse rozwojowe jest to, co się będzie działo z epidemią koronawirusa. Działa to negatywnie na trendy gospodarcze i zachowania inwestorów. Według chińskich danych mieliśmy już szczyt zachorowań, a teraz będziemy mieli szczyt śmiertelności, ale I kwartał tego roku ma, według zapowiedzi Chin, kończyć fazę zmniejszenia popytu i podaży produktów z gospodarki chińskiej – mówi Piotr Arak. – Szok zewnętrzny w postaci tej epidemii może być trochę większy niż w przypadku SARS w latach 2005–2006, ponieważ chiński rynek wewnętrzny jest o wiele ważniejszy dla globalnej konsumpcji. 

Wielu ekonomistów jest jednak zdania, że wpływ epidemii z Wuhanu na chińską gospodarkę będzie głębszy, co odbije się najmocniej na gospodarce niemieckiej, a za jej pośrednictwem także na polskiej. Według Markit Economics niemiecki PMI (wskaźnik nastrojów menedżerów ds. zakupów) w sektorze przemysłowym lekko wzrósł, choć ciągle pozostawał wyraźnie poniżej 50 punktów. Liczba zamówień w niemieckim przemyśle spadła najwolniej od 15 miesięcy, ale wciąż był to spadek.

W Polsce z kolei w styczniu poziom nowych zamówień otrzymanych przez producentów obniżył się 15. miesiąc z rzędu, a to najdłuższy okres spadków od niemal siedmiu lat. W obu krajach następują także cięcia zatrudnienia w sektorze produkcyjnym i ich tempo nie spada.

– Jeżeli wzrost gospodarczy w Chinach i konsumpcja wewnętrzna zwolnią bardziej, to już zaczniemy mówić nie o błędach statystycznych, tylko realnych kwotach, które mogą sprawić, że zapotrzebowanie na polskie produkty i półprodukty, które były oferowane na rynku niemieckim, a potem chińskim, rzeczywiście spadnie. To już będzie w granicach 0,1 proc. spadku dynamiki wzrostu gospodarczego – przewiduje dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Panuje rzeczywiście duży niepokój, na razie jeszcze medialny. Nie jest tak, że mamy pandemię chorobową, natomiast przez media wiele osób reaguje ponad realne zagrożenia. 17 osób umarło w tym roku od grypy w Polsce. Grypa występująca co roku w tym samym czasie ma o wiele większy impakt gospodarczy niż koronawirus miał i pewnie będzie miał w tym roku.

Przedsiębiorcy mają czas do poniedziałku na zgłoszenie się do tzw. małego ZUS-u plus. W ciągu kilku tygodni Ministerstwo Rozwoju zaproponuje firmom kolejne ulgi

Poniedziałek 2 marca to ostatni dzień przyjmowania zgłoszeń do tzw. małego ZUS-u plus, który wszedł w życie 1 lutego. W ciągu tego niespełna miesiąca skorzystało z tej możliwości 80 tys. małych firm, a łącznie małym ZUS-em objętych jest już 240 tys. podmiotów. Ministerstwo Rozwoju liczy na to, że część zaoszczędzonych pieniędzy przedsiębiorcy wykorzystają na rozwój działalności. W ciągu kilku tygodni resort ma zaproponować kolejny pakiet zachęt do inwestycji.

 Najmniejszym polskim przedsiębiorcom mały ZUS plus pozwoli na stabilny rozwój, ale pozwoli też dostosować obciążenia związane z ubezpieczeniami społecznymi do realnych rozmiarów ich biznesów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niedużak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju. – Nam najbardziej zależy na tym, żeby przedsiębiorcy rośli, żeby mali stawali się średni, a średni stawali się duzi. Na starcie, kiedy firma jest mniejsza, tego typu wsparcie może się okazać bardzo przydatne.

Według szacunków Ministerstwa Rozwoju do ulgi tej ma prawo około 360 tys. najmniejszych firm. W porównaniu z małym ZUS-em obowiązującym w 2019 roku podniesiony został z 63 tys. zł do 120 tys. zł limit przychodów, który uprawnia do opłacania niższej, bo powiązanej z uzyskanym dochodem, a nie przychodem, składki. Kolejnym warunkiem jest prowadzenie działalności w poprzednim roku przynajmniej przez 60 dni oraz niewykonywanie działalności na rzecz byłych pracodawców. Przedsiębiorca w ciągu każdych pięciu lat będzie mógł skorzystać z możliwości płacenia niższych składek przez łącznie trzy lata.

Mały ZUS plus automatycznie obejmie przedsiębiorców, którzy korzystali z małego ZUS-u w ubiegłym roku. Ci, którzy nie spełniali kryteriów lub dopiero rozpoczęli działalność, muszą się zgłosić do 2 marca, a w kolejnych latach – do końca stycznia każdego roku. Z szacunków resortu wynika, że w kieszeniach przedsiębiorców powinno pozostać 1,3–1,5 mld zł rocznie.

– Liczymy, że przedsiębiorcy tak zaoszczędzone pieniądze nie tylko po prostu schowają do kieszeni, ale również przeznaczą na rozwój swoich firm – podkreśla Marek Niedużak.

Mały ZUS plus to kolejny element tzw. pasa startowego dla firm: przez pierwsze sześć miesięcy prowadzenia działalności można korzystać z „ulgi na start”, która oznacza brak konieczności podlegania pod ubezpieczenia społeczne. Przedsiębiorca opłaca jedynie składkę zdrowotną. Następnie przez 24 miesiące opłaca preferencyjne składki na ZUS.

Ministerstwo obiecuje niebawem kolejne ułatwienia.

– Pracujemy nad pakietem proinwestycyjnym, tzw. pakietem robotyzacyjnym czy automatyzacyjnym. Chcemy nim zachęcić firmy do zakupu maszyn, oprogramowania, robotów czy kobotów, które pozwolą im rozwijać się nie tylko dzięki niskim kosztom pracy, ale także najnowocześniejszym technologiom – wyjaśnia podsekretarz stanu w MR. – To będą rozwiązania przede wszystkim o charakterze ulg podatkowych skierowanych właśnie na budowę Przemysłu 4.0.

Jak zapowiada, rozwiązanie zostanie zaprezentowane w ciągu najbliższych tygodni, możliwe, że jeszcze w marcu.

Trzeba jednak pamiętać, że to nie jest tylko i wyłącznie decyzja ministra rozwoju, ponieważ wszystkie projekty muszą najpierw przejść przez Zespół ds. Programowania Prac Rządu – mówi Marek Niedużak.

Ubój zwierząt w przydomowych rzeźniach nie zaszkodzi producentom mięsa. Nie powinien zagrażać także bezpieczeństwu żywności

– Ubój rolniczy w przydomowych rzeźniach nie zaszkodzi branży. Jeśli procedury będą przestrzegane, nic nikomu nie grozi – ocenia Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. Od połowy lutego każdy rolnik może otworzyć małą ubojnię i wprowadzać mięso na rynek na małą skalę, w ramach rolniczego handlu detalicznego czy działalności lokalnej. Dotychczas, jeśli chciał zabić zwierzę, musiał korzystać z pośrednictwa dużych zakładów. Teraz może to zrobić samodzielnie, ale konieczne jest jednak spełnienie szeregu kryteriów.

– Wprowadzenie nowych przepisów w zakresie uboju rolniczego oceniam pozytywnie. Podobnie w innych krajach europejskich takie procedury są dopuszczane. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to miało negatywnych skutków, np. rozwijania szarej strefy – mówi agencji Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego.

Od 18 lutego każdy rolnik może otworzyć przydomową rzeźnię. Rozporządzenie ministra rolnictwa wprowadziło ułatwienia w zakresie przepisów weterynaryjnych dla takich podmiotów i zniosło obowiązek pośrednictwa wielkich ubojni. Uproszczenia dotyczą m.in. liczby pomieszczeń w takiej rzeźni, sposobu i miejsca przechowywania mięsa pakowanego i niepakowanego, systemu urządzeń do odkażania narzędzi. Przed rozpoczęciem takiej działalności rolnicy będą musieli zatwierdzić projekt technologiczny pomieszczeń u powiatowego lekarza weterynarii, który skontroluje je po wybudowaniu lub adaptacji.

 Uważam, że ubój rolniczy nie zaszkodzi całej branży. Ważne tylko, żeby rolnicy robili to zgodnie z obowiązującymi przepisami – podkreśla Wiesław Różański.

Dziennie rzeźnia rolnicza może przerobić 25 sztuk drobiu, jedną krowę czy 10 świń (poniżej 15 kg). Zgodnie z rozporządzeniem można w niej dokonywać rozbioru, ale samo przetwarzanie ma się odbywać w ramach innych form działalności. Mięso z takich ubojni nie będzie specjalnie znakowane w sprzedaży. Rolnik może też ubijać zwierzęta na potrzeby innych gospodarstw, o ile znajdują się w tym samym powiecie. Rozporządzenie nie precyzuje, jak ma wyglądać ubojnia, będzie więc mogła składać się z tylko jednego pomieszczenia. Główny Lekarz Weterynarii ostrzega, że jeśli w jednym miejscu dokonuje się uboju i obróbki poubojowej, a jednocześnie przechowuje się w nim tusze, może to nie spełniać warunków higieny. Zdaniem Różańskiego, jeśli rolnicy będą przestrzegać wszystkich wymagań, nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa żywności.

– Procedury dotyczące całego procesu uboju, ochrony sanitarnej, bezpieczeństwa produkcji muszą dotyczyć wszystkich, również tych, którzy będą prowadzili ubój rolniczy. Ważne, żeby nie odstępować od żadnych reguł – przekonuje Wiesław Różański.

Wymagania dotyczą m.in. kryteriów mikrobiologicznych dla mięsa, łańcucha chłodniczego czy kwalifikacji osób dokonujących uboju. Aby móc założyć przydomową ubojnię, trzeba odbyć bezpłatne szkolenie organizowane przez powiatowego lekarza weterynarii oraz mieć trzymiesięczną praktykę na stanowisku ubojowym.

Główny Inspektorat Sanitarny zapowiada, że rzeźnie rolnicze będą podlegały nadzorowi i urzędowym kontrolom Inspekcji Weterynaryjnej. Ubijane zwierzęta będą poddawane badaniom przed- i poubojowym przeprowadzanym przez urzędowych lekarzy weterynarii.

Rośnie rola treści wideo w grafice komputerowej. Programiści także coraz chętniej eksperymentują ze sztuczną inteligencją i wirtualną rzeczywistością

Dynamiczny rozwój nowych technologii sprawił, że graficy komputerowi zyskali nowe narzędzia, które ułatwiają i usprawniają ich pracę. Powstają systemy sztucznej inteligencji automatyzujące wykonywanie rutynowych zadań, aplikacje ułatwiające tworzenie profesjonalnych grafik przez amatorów oraz narzędzia przystosowane do projektowania w wirtualnej rzeczywistości. Na znaczeniu zyskują treści wideo.

– Jednym z trendów, które możemy zaobserwować wśród użytkowników, jest odejście od obrazów w formie statycznych grafik w kierunku treści wideo. Świat internetu jest światem filmików, a nie statycznych obrazów. Obecnie wielu ludzi, zwłaszcza młodych – uczniów czy studentów – chce tworzyć treści wideo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Georgia Vidler, dyrektor produktu w firmie Canva.

W odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na treści wideo na popularności zyskują narzędzia do tworzenia spersonalizowanych filmów. Strony pokroju Placeit udostępniają szablony, które przy minimalnym wysiłku pozwalają błyskawicznie stworzyć intro do kanału na YouTubie bądź animowany banner internetowy. Wystarczy tylko podstawić pożądany tekst czy logo, a oprogramowanie automatycznie wyrenderuje i wygeneruje docelową animację.

Zmienia się także podejście do narzędzi projektowania przestrzennego. Pojawienie się konsumenckich zestawów VR doprowadziło do powstania oprogramowania graficznego funkcjonującego w wirtualnej rzeczywistości. Narzędzia tego typu ułatwiają tworzenie cyfrowych obiektów 3D w wysoce immersyjnym środowisku. Potencjał takiego oprogramowania doceniła m.in. firma Adobe, która pod koniec roku odkupiła od Facebooka narzędzie Oculus Medium. Uzupełni ono portfolio narzędzi graficznych korporacji i umożliwi twórcom projektowanie modeli 3D oraz wykonywanie trójwymiarowych malunków za pośrednictwem wirtualnej rzeczywistości.

– W przyszłości wiele się zmieni w kwestii grafiki. Teraz obserwujemy trend, w którym wiele rzeczy robi się automatycznie, coraz powszechniejsze jest wykorzystanie VR lub rozszerzonej rzeczywistości. W przyszłości będziemy żyli nie tylko w tej fizycznej rzeczywistości, lecz także w przestrzeniach cyfrowych. Graficy będą musieli się do tego dostosować i tworzyć projekty w nowej przestrzeni rozszerzonej rzeczywistości – przekonuje ekspertka.

Prawdziwą rewolucją może jednak okazać się upowszechnienie narzędzi automatyzujących pracę grafików przy wykorzystaniu systemów sztucznej inteligencji. Adobe opracowało narzędzie Sensei do realizacji projektów graficznych przy wsparciu algorytmów SI. Oprogramowanie poddaje statyczne i ruchome obrazy dogłębnej analizie, dzięki czemu jest w stanie w pełni automatycznie np. usunąć postaci z krajobrazu, uzupełnić przycięte elementy obrazu bądź wyretuszować obraz, znacząco przyspieszając pracę grafika.

Prace nad inteligentnymi narzędziami automatyzującymi pracę z obróbką obrazu prowadzi również firma Google. Korporacja opracowała framework AutoFlip, wykorzystujący sztuczną inteligencję do automatycznego kadrowania nagrań. Narzędzie ma ułatwić twórcom przystosowanie filmów do odtwarzania na różnych nośnikach i w różnych formatach. Po przepuszczeniu materiału przez algorytm oprogramowanie automatycznie przycina nagranie w taki sposób, aby dobrze wyglądało odtwarzane w trybie pionowym.

– Wiele elementów w projektowaniu grafiki da się zautomatyzować. Jest też jednak sporo rzeczy, których nie będziemy w stanie zautomatyzować, np. projektów, które są niesamowicie oryginalne. To może stanowić dla komputerów nie lada wyzwanie, choć chciałabym zobaczyć kiedyś, jak maszyny sobie z tym poradzą. Na razie zupełnie nie wyobrażam sobie tego, że będą powstawać piękne i unikatowe grafiki w sposób całkowicie zautomatyzowany. Jestem jednak ciekawa, dokąd ten trend nas zaprowadzi – mówi Georgia Vidler.

Według Credence Research globalny rynek grafiki komputerowej w najbliższych latach będzie rósł w tempie 7 proc. średniorocznie.

Nowe technologie pozwalają błyskawicznie przeanalizować skład produktów pod kątem zawartości substancji odżywczych czy alergenów

Przenośne urządzenia łatwo sprawdzają alergeny zawarte w żywności. Inne, niezależnie od daty podanej na opakowaniu, ocenią optymalny czas na spożycie produktów. Większość konsumentów odżywia się świadomie, a za zdrową, ekologiczną żywność jest w stanie zapłacić znacznie więcej. Nie zawsze jednak mamy pewność, że to, co kupujemy, faktycznie nie zawiera szkodliwych związków. Zespół LumiSep opracował technologię, która pozwala przeprowadzić szybką i skuteczną analizę żywności nawet w sklepie.

– Prowadzimy projekt badawczo-rozwojowy. Celem jest stworzenie urządzenia pomiarowego wraz z instrukcją dla użytkownika do oznaczania śladowych ilości związków szkodliwych w żywności, takich jak aflatoksyny oraz wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Gernand, prezes LumiSep.

Konsumenci jedzą coraz zdrowiej, sięgają po ekologiczne zamienniki, częściej czytają też skład produktów. Nie brakuje nowych rozwiązań technologicznych, które pomagają im żywić się świadomie. Na rynku dostępne są np. mobilne czujniki alergenów – wystarczy próbka jedzenia, by na smartfonie połączonym z aplikacją pojawiła się informacja o wszystkich alergenach. Start-up SCiO stworzył mikrospektrometr, który pochłania światło odbite od obiektu, rozkłada je na widmo i analizuje w celu określenia składu chemicznego. Umożliwia w ten sposób identyfikację składu chemicznego żywności, w tym informacji o wartościach odżywczych. Technologia pomaga też ocenić faktyczną świeżość produktu, niezależnie od daty podanej na opakowaniu. Inteligentne etykiety pokazują, kiedy żywność jest najlepsza do spożycia, ostrzegają zaś, kiedy kończy się termin przydatności.

LumiSep przeprowadza natomiast szybkie i dokładne analizy zawartości szkodliwych substancji w pożywieniu. Dzięki instrukcji i zestawowi do pomiaru użytkownik sam wykona analizę w dowolnym miejscu i w krótkim czasie bez wysyłania próbki do laboratorium.

– Nasz pomysł był taki, aby dać użytkownikom urządzenie, które sami mogą wykorzystywać, ale jego dokładność jest podobna do metod stosowanych przez laboratoria certyfikowane – tłumaczy Anna Gernand. – Żeby skorzystać z urządzenia, należy przygotować próbkę, włożyć ją do urządzenia pomiarowego, nacisnąć odpowiedni przycisk, a wynik pojawia się od razu na ekranie.

Z nowych rozwiązań technologicznych korzystają też firmy spożywcze. Firma ImpactVision opracowała np. nieinwazyjną technologię, która wykorzystuje rozpoznawanie obrazów i uczenie maszynowe. Zapewnia ona wgląd w jakość produktów spożywczych, w ich świeżość, trwałość lub zanieczyszczenie. Technologia pozwala producentom zapewnić stałą jakość żywności i zapobiega marnotrawstwu w łańcuchu dostaw. LumiSep sprawdzi się także w firmach branży spożywczej.

– Obecnie rozmawiamy ze średnimi i małymi przedsiębiorstwami związanymi z produkcją spożywczą. W tej chwili posiadamy już prototyp urządzenia, będziemy je testować wraz z końcowymi użytkownikami na wiosnę tego roku, a latem chcielibyśmy, aby było już dostępne w sprzedaży – zapowiada Anna Gernand.

Tankowanie będzie droższe

Zbliżające się wybory prezydenckie uruchomiły lawinę obietnic wyborczych, które jakoś trzeba sfinansować. Trzynasta emerytura jest tutaj dziwnym rozwiązaniem, ale efekt ten jest widocznie skuteczniejszy, niż po prostu podniesienie emerytur.

Będzie droższe tankowanie?

Mamy złą i dobrą wiadomość. Ta pierwsza to fakt, że minister infrastruktury podniósł opłatę paliwową o 12,3%. Dobra wiadomość dotyczy tego, że udział tej opłaty w cenie paliwa jest relatywnie niski i w rezultacie cena litra powinna wzrosnąć o trochę ponad 2 grosze. Jest to odważny ruch biorąc pod uwagę zbliżające się wybory. Jednak z czegoś trzeba finansować wypłatę trzynastej emerytury przed pierwszą turą wyborów prezydenckich.

Dolar wciąż w odwrocie

Pomimo dobrych danych z USA, gdzie liczba sprzedanych nowych domów jest o ponad 7% większa od oczekiwań, dolar w dalszym ciągu traci. W ciągu tygodnia jest już to 1,5 centa straty względem euro i wygląda na to, że najsilniejsza korekta w ruchu spadkowym może być powoli przełamaniem trendu. Warto zwrócić uwagę, że w dłuższym okresie analiza techniczna i tak wspiera scenariusz dalszego umacniania się dolara względem głównych walut światowych, w tym wspólnej europejskiej waluty. Efektem obecnego ruchu jest spadek ceny dolara poniżej poziomu 3,95 zł.

Ropa naftowa w odwrocie

Strach oraz spadające prognozy wzrostu gospodarczego na świecie powodują, że surowce energetyczne mają bardzo słabą passę. Ropa naftowa, która zaczynała ten rok w okolicach 66 dolarów za baryłkę, przez moment przekraczając nawet 70 dolarów, dzisiaj kosztuje zaledwie 52 dolary. Mowa tutaj o giełdzie w Londynie, w Nowym Yorku cena baryłki spadła już poniżej 50 dolarów. Nie pomagają (wolniej od oczekiwań) rosnące zapasy z USA, które zwyczajowo powodują wzrost cen surowca. Inwestorzy prawdopodobnie widząc tempo spadków, odkładają w czasie zakup, co tylko pogłębia spadki cen.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Pierwsze objawy koronawirusa na polskim rynku pracy

Według danych Grupy Progres 5 proc. firm twierdzi, że koronawirus jest obecnie realnym problemem dla ich biznesu. Wielu przedsiębiorców z branży produkcyjnej zakłada przymusowe przestoje czy ograniczenie czasu pracy. Niestety tylko część firm w Polsce jest przygotowana na konkretne scenariusze, które bardzo szybko mogą odczuć ich pracownicy. Inni szefowie, mimo że o tym mówią, dopiero szukają odpowiedniej recepty na walkę z wirusem.

Koronawirus nie dotarł jeszcze do Polski, a już zaczyna odbijać się echem na naszym rynku pracy. Niestety trafia na podatny grunt, bo kondycja polskich pracodawców była w ostatnim czasie wielokrotnie sprawdzana. Wzrost płacy minimalnej o 15,6 proc. w stosunku do 2019 r., wyższe koszty utrzymania pracownika czy spowolnienie gospodarcze nie wpływają dobrze na nastroje panujące w polskich firmach. Co więcej, utrudniają planowanie działań biznesowych pozwalających na stabilną sytuację przedsiębiorstw, ale też tworzenie planów awaryjnych. Są one niezbędne, by przetrwać w nagłych i dynamicznie zmieniających się realiach tj. pojawienie się koronawirusa.

Urlopy, przestoje, zwolnienia – każdy scenariusz zły?

Z naszej wiedzy i rozmów prowadzonych z polskimi przedsiębiorcami wynika, że dopuszczają oni kilka scenariuszy, niestety każdy z nich odczują zatrudnione u nich osoby. Te najczęściej wymieniane dotyczą m.in. znacznej i nagłej redukcji zatrudniania, która w pierwszej kolejności obejmie pracowników tymczasowych. Sytuacja dotknie nie tylko Polaków, ale też Ukraińców, dla których pracy w Polsce ostatnio było coraz mniej. Tylko w lutym z rynku zniknęło od 30 do 40 proc. ofert, którymi zainteresowani byli obcokrajowcy – nie rozpoczynali oni pracy w naszym kraju, mimo wydanych oświadczeń. Co więcej, z naszych danych wynika, że znacznie zwiększyła się podaż pracy, a czas rekrutacji skrócił się nawet o połowę – mówi Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres.

Według Cezarego Maciołka innym ze scenariuszy planowanych w firmach jest redukcja wszelkich nadgodzin. Oferowana będzie praca w systemie 8-godzinnym, na ¾ lub ½  etatu. Co spowoduje wzrost liczby osób zatrudnianych w niepełnym wymiarze godzin. Według Eurostatu w 2018 r. w Polsce stanowili oni 6,2 proc. w grupie wszystkich aktywnych zawodowo – pracowało tak 685 tys. kobiet oraz 315 tys. mężczyzn.

Firmy, które swój biznes opierają na towarach importowanych z Chin, Niemiec, czy Włoch zakładają grupowe urlopy i całkowite wstrzymanie lub ograniczenie produkcji, co wpłynie nie tylko na sytuację pracowników tymczasowych, ale też na tych etatowych. Niestety, to działanie pojawia się w planach rosnącej liczby pracodawców. Szczególnie, że w polskiej gospodarce ok. 40 proc. towarów importowanych z Chin jest wykorzystywanych w procesach produkcyjnych. Bez chińskich komponentów, prace przedsiębiorstw zostaną wyhamowane.

Kolejną z opcji rozważaną w firmach produkcyjnych, które działają na wielu rynkach jest migracja pracowników w ramach jednej organizacji, będą oni wysyłać delegacje tam, gdzie produkcja nie zostaje wstrzymana i pracownicy są potrzebni.

Które branże i regiony są najbardziej zagrożone?

Z danych Grupy Progres wynika, że 5 proc. firm określa koronawirusa jako realny problem. Sektory, których najbardziej on dotyczy to szeroko pojęty przemysł, produkcja, branża odzieżowa, turystyczna oraz budownictwo.  Zjawisko widoczne jest w całej Polsce, jednak w tym momencie powody do niepokoju mogą mieć firmy i pracownicy z województw, w których działa wiele firm z zagrożonych gałęzi gospodarki: pomorskiego, łódzkiego, wielkopolskiego, śląskiego i dolnośląskiego. Tam najczęściej wspomina się o tym, że koronawirus może mieć wpływ na ich sytuację i decyzje dotyczącą kadry.

Niepewny los pracowników

Bez względu na to, czy wirusa uda się szybko okiełznać czy nie polscy pracodawcy powinni być przygotowani na najgorsze, mieć kilka planów awaryjnych w zależności od rozwoju sytuacji.  Nasi partnerzy biznesowi rzadko pytają o procedury związane z postępowaniem na wypadek pandemii i to w jaki sposób zapewniamy zastępstwo i w jakim czasie. Obecnie koncentrują się na tym jak zachować płynność procesów organizacyjnych oraz przede wszystkim finansową – zaznacza Cezary Maciołek. – Z naszych obserwacji wynika, że wiele firm działających na polskim rynku szuka ratunku u innych dostawców, niż Chiny, Niemcy czy nawet Włosi. Niestety niektórzy chwytają się przysłowiowej brzytwy – przepłacają, podpisują niekorzystne dla nich umowy, a to z pewnością nie wpłynie na polepszenie ich sytuacji. Moim zdaniem optymalnym rozwiązaniem na niepewne czasy powinna być przede wszystkim dobrze zaplanowana elastyczność – zaznacza.

Koronawirus, wbrew pozorom, w zależności od rozwoju sytuacji, może wpłynąć na wzrost popularności pracy tymczasowej – firmy będą bardziej doceniać tę formę współpracy, szczególnie w czasach kryzysowych, w których nie będą w stanie zagwarantować stałego etatu, a bez kadry ich firma nie przetrwa.  Bardziej popularna może stać się również praca zdalna. Obecnie, jak wynika z badania Grupy Progres „Rynek pracy 360 stopni”, 63 proc. polskich firm dopuszcza pracę zdalną. Najczęściej praktykowana jest opcja raz w miesiącu – 34 proc. i kilka razy w miesiącu – 38 proc., raz w tygodniu można pracować zdalnie w 14 proc. firm, tylko zdalnie w 14 proc. organizacji.

Jak dodaje Cezary Maciołek, jeśli wymienione scenariusze zostaną wcielone w życie, a koronawirusa w krótkim czasie uda się opanować to w kwietniu lub maju pojawi się wysoki pik rekrutacyjny. Firmy będą chciały nadrobić straty, poszukiwanie pracowników będzie zintensyfikowane m.in. w branżach produkcyjnej, odzieżowej czy turystycznej. Wtedy może wrócić problem z rekrutacją pracowników i sytuacja znowu odwróci się na ich korzyść.

Na skróty do kieszeni płatnika – ZUS może żądać od pracodawcy zwrotu wyłudzonego zasiłku

Grudniowa uchwała Sądu Najwyższego[1] dała ZUS-owi potężny oręż do walki ze świadczeniami pobranymi nienależnie przez pracowników. Tym razem jednak wymierzyła go przeciwko pracodawcom.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci
Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci

Z uchwały Sądu Najwyższego (dalej – SN) wynika, że ZUS zamiast wystąpić o zwrot nienależnie pobranego zasiłku do pracownika, może skierować roszczenie bezpośrednio do płatnika (pracodawcy). Stanowisko wyrażone przez SN może zachęcić organy rentowe do wszczynania postępowań przeciwko przedsiębiorcom, którzy są z reguły łatwiej osiągalni i bardziej wypłacalni niż pracownicy.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych konsekwentnie tropi przypadki, w których świadczenia takie jak np. zasiłki chorobowe, są wypłacane pomimo braku podstaw. Zgodnie z przepisami ma to miejsce gdy:

  • świadczenia wypłacone są mimo zaistnienia okoliczności powodujących ustanie prawa do świadczeń albo wstrzymanie ich wypłaty w całości lub w części, jeżeli osoba pobierająca świadczenie była pouczona o braku prawa do ich pobierania;
  • świadczenia są przyznane lub wypłacone na podstawie nieprawdziwych zeznań lub fałszywych dokumentów albo w innych przypadkach świadomego wprowadzania
    w błąd organu wypłacającego świadczenia przez osobę pobierającą świadczenia.

W praktyce chodzi o sytuacje, w których wypłacany jest zasiłek chorobowy, a w tym samym czasie chory wykonuje pracę zarobkową albo umowa o pracę zawierana jest tylko po to, by zatrudniony mógł korzystać z zasiłku. Ten drugi przypadek jest zbliżony do okoliczności,
w których orzekał Sąd Najwyższy w grudniu ubiegłego roku. Chodziło o umowę o pracę zawartą przez pracodawcę z członkiem jego rodziny. Krótko po podpisaniu umowy opiewającej na wysokie wynagrodzenie, pracownik zaczął często przebywać na długotrwałych zwolnieniach lekarskich. W ocenie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych umowa została zawarta dla pozoru – nie miała być wykonywana, stała się natomiast sposobem na uzyskanie świadczenia. Jeśli umowa jest zawarta dla pozoru – aby ukryć rzeczywisty cel jej zawarcia, uznaje się ją za fikcyjną, a w konsekwencji za nieważną. To z kolei powoduje brak podstaw do ubezpieczenia społecznego i wypłaty zasiłku. Dlatego jeśli zasiłek został pobrany, musi być zwrócony.

Do tej pory wśród pracodawców powszechne było przekonanie, że zwrot świadczenia to problem tego, kto z zasiłku korzystał. I faktycznie – ZUS zwykle w pierwszej kolejności dochodził zwrotu od pracownika. Sąd Najwyższy przyjrzał się jednak dokładniej przepisowi zgodnie z którym, jeżeli pobranie nienależnych świadczeń zostało spowodowane przekazaniem przez płatnika składek nieprawdziwych danych mających wpływ na prawo do świadczeń lub na ich wysokość, obowiązek zwrotu tych świadczeń wraz z odsetkami obciąża tego płatnika składek lub inny podmiot. Orzekający w siedmioosobowym składzie SN uznał, że organ rentowy (tj. ZUS) jako podmiot zobowiązany do zwrotu świadczenia nienależnie pobranego przez świadczeniobiorcę, może wskazać płatnika składek. Nie ma bowiem przepisów, które narzucałyby ZUS-owi kolejność, w jakiej ma egzekwować należne kwoty.

Omawiana uchwała nie zmienia położenia ubezpieczonych – finalnie nadal obciąża ich obowiązek zwrotu świadczenia. Może natomiast znacząco wpłynąć na praktykę ZUS-u
i zmienić sytuację przedsiębiorców – płatników. Zakład ma teraz zielone światło na to, by żądać zwrotu świadczenia bezpośrednio do przedsiębiorcy (pracodawcy). To z kolei oznacza, że odzyskanie pieniędzy od pracownika stanie się zmartwieniem pracodawcy, a nie jak dotychczas, organu rentowego.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl). Ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener
i szkoleniowiec.

[1] Uchwała Sądu Najwyższego z 11.12.2019 r., III UZP 7/19.

Polskie REIT-y wciąż w martwym punkcie

Z początkiem bieżącego roku minęła pierwsza rocznica planowanego wejścia w życie zapisów ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości (FINN), czyli tzw. polskich REIT-ach. Niestety, po z górą roku oczekiwania praktycznie nic nie wskazuje na to, by FINN-y miały ujrzeć światło dzienne w przewidywalnej przyszłości. Czy ujrzą je kiedykolwiek?

Wielki znak zapytania

Proces wdrażania na krajowym rynku kapitałowym instytucji REIT, pod rodzimym pojęciem FINN, ruszył już ponad trzy lata temu i doczekał się już trzeciej wersji projektu. Jak tłumaczą eksperci z portalu RynekPierwotny.pl według pierwotnych założeń FINN-y miały inwestować wyłącznie w nieruchomości komercyjne. Następnie dołączono do nich mieszkaniowe, by w końcu, już w najnowszej wersji projektu ustawy z września 2018 roku, pozostawić tylko te ostatnie jako jedyny dopuszczalny cel inwestycyjny polskich REIT-ów.

Ministerstwo Finansów, instytucja odpowiedzialna za ostateczny kształt przedmiotowych przepisów, uzasadniała tego typu decyzję opinią Narodowego Banku Polskiego, który zdecydowanie odrzucił możliwość inwestowania w komercję przez FINN-y. Powodem miałoby być wysokie ryzyko inwestycyjne, wynikające z faktu zdominowania rodzimego rynku nieruchomości komercyjnych przez dużych inwestorów zagranicznych, z którymi ponoć trudno by było konkurować świeżo powołanym podmiotom. A to – zdaniem NBP – mogłoby rodzić niebezpieczeństwo strat nie tylko dla inwestorów, ale co gorsza dla krajowego systemu bankowego, który dla FINN-ów miałby stanowić jedno z głównych źródeł pozyskiwania kapitału.

Wg portalu RynekPierwotny.pl niestety wszystko wskazuje na to, że w jakiejkolwiek opcji FINN-y jako rodzime REIT-y nieprędko ujrzą światło dzienne, o ile ujrzą je kiedykolwiek. Oczywiście samo nasuwa się pytanie, dlaczego projekt rzekomo tak ważnej ustawy trafił na dobre do sejmowej „zamrażarki” w poprzedniej kadencji Sejmu, pomimo wręcz entuzjastycznych ocen i opinii wyrażanych przez rządowych notabli jeszcze na kilka tygodni przed planowanym wejściem w życie przepisów o FINN w styczniu 2019 roku.

Strach przed porażką?

Jedyną sensowną teorią, tłumaczącą zatrzymanie prac ustawodawczych poprzedniej kadencji Sejmu w przedmiotowym przypadku, jest po prostu obawa rządowych gremiów odpowiedzialnych za powstanie ustawy o FINN-ach przed legislacyjną porażką. Czy faktycznie istnieją uzasadnione obawy, że wejście w życie przepisów o firmach inwestujących w najem nieruchomości mogłoby okazać się wizerunkową klapą rządowych decydentów, co gorsza wypadającą w newralgicznym czasie tuż przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi?

Zasadniczy problem z FINN-ami, wg przyjętej w projekcie ustawy z września 2018 r. formuły, miałby polegać na tym, że od klasycznych REIT-ów odróżniałoby je to, co w inwestycjach absolutnie najważniejsze, czyli ich dywersyfikacja. Światowe REIT-y inwestują we wszelkiej maści obiekty komercyjne: biurowce, galerie handlowe, magazyny, hotele itp., natomiast mieszkaniówka stanowi margines ich zainteresowań albo wręcz wcale nie jest brana pod uwagę. W przypadku FINN-ów miało być dokładnie odwrotnie – przyjęto regułę inwestowania praktycznie tylko w mieszkania na wynajem, przy niemal całkowitym wykluczeniu obiektów komercyjnych.

Tymczasem jak wiadomo im słabsza dywersyfikacja portfela inwestycyjnego, tym wyższe jego ryzyko. FINN-y byłyby więc typowo rodzimym „wynalazkiem” o podwyższonym ryzyku, a ich wprowadzenie na rynek klasycznym eksperymentem z trudnym do przewidzenia efektem końcowym.

Poza tym wymogi jakie postawiono podmiotom aspirującym do instytucji FINN, czyli przede wszystkim wysoki poziom nieruchomościowych aktywów rzędu minimum 50 mln zł, mógłby ograniczyć wolumen kandydatów do jednej tylko pozycji – Funduszu Mieszkań na Wynajem BGK.

Powrót do korzeni?

Potwierdzeniem wyżej opisanej tezy jest praktycznie jedyny sygnał na przestrzeni kilkunastu miesięcy, jaki w spawie perspektyw FINN dotarł na rynek ze strony gremiów rządowych. Pojawił się on na spotkaniu wiceministra rozwoju Roberta Nowickiego z członkami Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych, jakie miało miejsce pod koniec ub. roku. Przy tej właśnie okazji wiceminister przyznał, że pomysł inwestowania przez FINN-y jedynie w mieszkania traci na aktualności na rzecz przywrócenia możliwości rozszerzenia ich opcji inwestycyjnych także na nieruchomości komercyjne. Oznaczałoby to swoisty powrót do korzeni, czyli zarówno wcześniejszych założeń ustawowych polskich REIT-ów, jak i wypracowanych przez dekady i sprawdzonych ich standardów światowych.

W tej sytuacji mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego. Zgodnie z zasadą dyskontynuacji ustawodawca wyrzuca do przysłowiowego kosza nieuchwalony w poprzedniej kadencji projekt ustawy o FINN, a następnie uruchamia procedowanie kolejnego, będącego wynikiem bieżących ustaleń i konsultacji. Sęk w tym, że od trzech już miesięcy nad kwestią polskich REIT-ów zapanowała ponownie cisza, która po raz kolejny potwierdza bardzo słabe perspektywy uruchomienia ich misji w kraju.

Polskich REIT-ów droga pod górkę

Wbrew dość powszechnej opinii o świetlanych perspektywach REIT-ów na rodzimym rynku kapitałowym oraz o ich wręcz zbawiennym znaczeniu dla rozwoju krajowej mieszkaniówki, sprawa zdaje się nie wyglądać aż tak optymistycznie i bezproblemowo.

Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl przede wszystkim podstawowym warunkiem sukcesu FINN-ów jest w pełni rozwinięty rynek kapitałowy z prężnie działającą giełdą papierów wartościowych. Tymczasem warszawska GPW wydaje się od dłuższego czasu bardziej zwijać niż podlegać pożądanemu rozwojowi. Co szczególnie deprymujące, kategoria tzw. „ulicy”, czyli szerokiej rzeszy inwestorów indywidualnych, ze szczególnym uwzględnieniem drobnych ciułaczy, w praktyce od lat tu nie istnieje.

Gwoździem do trumny zainteresowania giełdą przez przysłowiowego Kowalskiego był kazus GetBacku, który skutecznie wypłoszył resztki inwestorów indywidualnych, dla których warszawska giełda bardziej kojarzy się dziś z kasynem i hazardem aniżeli z cywilizowaną formą inwestowania. Tymczasem bez udziału na odpowiednią skalę giełdowej drobnicy marzenie o powodzeniu projektu wprowadzenia w Polsce REIT-ów może okazać się jedynie mrzonką.

Co gorsza, rodzima historia pośredniego inwestowania w nieruchomości za sprawą certyfikatów krajowych funduszy nieruchomości (tzw. FIZ), a więc podmiotów pod wieloma aspektami analogicznymi do FINN-ów czy REIT-ów, jest o tyle bogata, co zdecydowanie niechlubna. Przez długie lata kojarzyły się one w Polsce głównie z permanentnymi stratami idącymi w dziesiątki procent, co zapewne nie byłoby czynnikiem zachęcającym do inwestycji w udziały FINN, przynajmniej w początkowym okresie ich rynkowej misji.

I wreszcie wbrew pozorom, a nawet zwykłej logice, inwestycje bezpośrednie i pośrednie w nieruchomości to dwie zupełnie różne kwestie, zwłaszcza w warunkach krajowych, będących pochodną mentalności rodaków. Innymi słowy, argument, że wręcz owczy na dziś dzień pęd Polaków do lokowania oszczędności w mieszkania na wynajem jest gwarancją powodzenia spółek FINN na giełdzie, to zdecydowanie błędna kalkulacja, nie mająca wiele wspólnego z rzeczywistością.

Niestety wobec tych wszystkich wątpliwości widoczna dziś awersja rodzimych decydentów do jak najszybszego wprowadzenia w Polsce instytucji REIT-ów wydaje się jak najbardziej uzasadniona i zrozumiała. W tym przypadku ewentualnej porażki legislacyjnej, której skutki trudno byłoby przecenić, nie dało by się bowiem w żaden sposób zamaskować, zbagatelizować czy wytłumaczyć. W takim razie nasuwa się pytanie – jakie są perspektywy wprowadzenia FINN-ów do polskiego prawa w stosunkowo bliskiej perspektywie.

Niestety wygląda na to, że raczej iluzoryczne, i to pomimo bardzo popularnej tezy, że powołanie do życia tego typu podmiotów w kraju jest absolutnie niezbędne, a nawet nieuniknione w przewidywalnej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl