Allegro zainwestuje w tym roku 1 mld zł w rozwój platformy. 200 mln ofert i 20 proc. więcej sprzedawców do końca roku

– Przygotowaliśmy na ten rok długą listę innowacji – zapowiada François Nuyts, prezes Allegro. W tym roku ulubiony serwis e-zakupów Polaków​ zainwestuje w rozwój swojej platformy e-commerce’owej 1 mld zł. Skupi się głównie na ulepszeniach w obszarze dostaw i rozwoju usługi Allegro Smart!. Zaproponuje także lepszą wyszukiwarkę opartą na sztucznej inteligencji, uczeniu maszynowym i bardziej spersonalizowanych ofertach. Dla sprzedawców pojawią się nowe narzędzia, które ułatwią im rozpoczęcie biznesu i obniżenie jego kosztów. Dzięki temu liczba profesjonalnych sprzedawców w tym roku ma się zwiększyć o 20 proc., a liczba ofert wzrosnąć do 200 mln na koniec roku.

 W tym roku czeka nas jeszcze większe przyspieszenie na rynku e-commerce. Świetnie odnajdujemy się w obecnej sytuacji gospodarczej, co zawdzięczamy dużej aktywności zarówno konsumentów, jak i sprzedających – mówi agencji Newseria Biznes François Nuyts, prezes zarządu Allegro. – W ubiegłym roku zainwestowaliśmy 700 mln zł w cały ekosystem Allegro. W tym zamierzamy zainwestować 1 mld zł, żeby uczynić platformę jeszcze lepszym miejscem dla konsumentów i sprzedających. Przygotowaliśmy na ten rok długą listę innowacji. 

Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków internetowego handlu. Według danych Gemiusa w ubiegłym roku jego dynamika wyniosła 18 proc. wobec 15 proc. rok wcześniej. Zakupy w sieci robi już 62 proc. Polaków. Potencjał do rozwoju wciąż jest duży, bo udział e-commerce w branży handlu detalicznego wynosi w Polsce 6,7 proc., podczas gdy na bardziej rozwiniętych rynkach Europy Zachodniej sięga 9,9 proc., a w Wielkiej Brytanii – 17 proc.

Jednym z gigantów polskiego rynku jest Allegro, odwiedzane co miesiąc średnio przez 18 mln klientów. Do najbardziej popularnych i najszybciej rosnących kategorii na platformie należą Supermarket (wzrost o 50 proc. r/r), Dom i Ogród oraz Zdrowie i Uroda (obie wzrosły o 32 proc.). Wyszukiwarka Allegro przetwarza 1,6 tys. zapytań na sekundę, a według badań IRCenter z ubiegłego roku („Ścieżki zakupowe on-line w Polsce”) większość internautów od niej właśnie zaczyna wyszukiwanie produktów i zakupy w sieci.

– Liczba klientów rośnie z każdym rokiem, a przepis na to jest względnie prosty. Po pierwsze, trzeba dawać im coraz większe możliwości wyboru, a my będziemy mieć niedługo 200 tys. ofert dziennie. Po drugie, trzeba też dbać o to, żeby ceny zawsze były konkurencyjne, nie tylko podczas promocyjnych tygodni, ale i na co dzień. Niezależnie od dnia klient powinien znaleźć na Allegro najlepszą cenę. Po trzecie, cały proces zakupu musi być przewidywalny, a kupione produkty powinny jak najszybciej trafiać do klientów. Udaje nam się realizować te założenia, dlatego mamy coraz więcej klientów – mówi François Nuyts.

Mocny akcent Allegro postawi na rozwój usługi Smart! Umożliwia ona bezpłatną dostawę do ponad 20 tys. punktów odbioru w całej Polsce, a od zeszłego roku również dostawę kurierem. Jest dostępna w ponad 70 mln ofert, a dzięki jej wprowadzeniu – według wyliczeń Allegro – klienci zaoszczędzili już ok. 500 mln zł na kosztach dostawy. Rekordzista wydał na ten cel o 90 tys. zł mniej.

 Chcemy, żeby ta usługa była jeszcze prostsza w obsłudze, szybsza, przystępniejsza cenowo i bardziej niezawodna, co z kolei przełoży się na satysfakcję klientów. A zadowolony klient wraca – podkreśla François Nuyts.

Z wyliczeń Allegro wynika, że sprzedawcy, którzy udostępnili w swoich ofertach Allegro Smart!, odnotowali z kolei wzrost liczby transakcji średnio o 37 proc. W tym roku platforma wprowadzi dla nich nowe narzędzia ułatwiające zarządzanie dostawami. Będą oni mogli również skorzystać z umów z operatorami logistycznymi i obniżyć koszty wysyłki.

Allegro skupi się w tym roku także na innych ulepszeniach w obszarze dostaw: rozbuduje sieć punktów odbioru, umożliwi klientom śledzenie zakupów na każdym etapie dostawy i wprowadzi zautomatyzowany proces zwrotu zakupionych towarów.

– Polacy, podobnie zresztą jak klienci z innych państw, są bardzo wrażliwi na cenę. Każdy chce mieć pewność, że zarobione pieniądze wydaje właściwie i nie przepłaca. Dlatego Allegro bardzo dba o konkurencyjność cen, ale też stara się pomagać konsumentom w zakupie droższych produktów dzięki rozwiązaniom umożliwiającym późniejszą zapłatę czy rozłożenie na raty – mówi François Nuyts.

Na platformie jest zarejestrowanych ponad 140 tys. profesjonalnych sprzedawców i ta liczba stale rośnie – w ubiegłym roku blisko 20 tys. nowych sprzedawców zdecydowało się otworzyć konta firmowe. Z kolei liczba opublikowanych ofert wzrosła aż o 40 proc. – do 130 mln, co oznacza niemal 100 tys. nowych ofert dziennie. Cele, które Allegro chce osiągnąć w tym roku, to wzrost liczby sprzedających o 20 proc. i 200 tys. nowych ofert na platformie dziennie, co przełoży się na ok. 200 mln ofert na koniec roku. Ma się do tego przyczynić wprowadzenie nowych narzędzi sprzedażowych, jak i rozwój ekosystemu, który pozwala łatwo dołączyć do platformy i wystawiać przedmioty za darmo w niemal wszystkich kategoriach.

W ubiegłym roku najbardziej aktywni na Allegro sprzedawcy zwiększyli sprzedaż o 118 proc., a 80 nowym firmom udało się osiągnąć wartość sprzedaży na poziomie 1 mln zł w niecałe 12 miesięcy.

– Nie oglądamy się na konkurencję, skupiamy się na polskich konsumentach i sprzedających. W tym celu ciągle zatrudniamy nowe osoby – pracuje dla nas już 2 tys. osób, z których 500 dołączyło w ostatnim czasie. Każdego dnia wsłuchują się w uwagi od klientów i sprzedających, żeby usprawniać platformę. Jeśli nam się to udaje, klienci i sprzedawcy są zadowoleni, a my rozwijamy się dalej – mówi prezes Allegro.

Do zespołu technologii Allegro dołączy w tym roku 250 nowych inżynierów, wielu z doświadczeniem w obszarze sztucznej inteligencji i machine learning. Będą m.in. rozwijać wyszukiwarkę na platformie, opierając się na wyszukiwanych hasłach i metodach wyszukiwania (np. czy klient szuka określonego produktu, czy po prostu przegląda Allegro w poszukiwaniu inspiracji), oraz dostarczać dane o interakcjach klientów dokonujących zakupów. Dzięki temu będą oni otrzymywać trafniejsze wyniki wyszukiwania, spersonalizowane rekomendacje czy dodatkowe sugestie.

2019 kolejnym rekordowym rokiem pod względem wolumenu transakcji inwestycyjnych na krajowym rynku nieruchomości

Miniony rok był rekordowy pod względem wolumenu transakcji inwestycyjnych na krajowym rynku nieruchomości – wynika z raportu BNP Paribas Real Estate Poland. Osiągnięta wartość 7,65 mld euro jest o 6% wyższa niż rok wcześniej. Intensywne wzrosty to efekt dobrej dostępności różnych klas aktywów, co w połączeniu z wysokim popytem inwestorów oraz atrakcyjnymi stopami zwrotu stymulowało rynek do dalszego rozwoju.

Obszar Europy Środkowo-Wschodniej charakteryzował się w zeszłym roku dużą dostępnością kapitału. Jak przekonują eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland, inwestorzy wykazywali zainteresowanie szerokim spektrum aktywów we wszystkich sektorach – od najwyższej klasy nieruchomości po starsze budynki klasy średniej, o znaczącym potencjale wzrostu. W efekcie, w minionym roku w Polsce zrealizowano łącznie około 170 transakcji (pojedynczych i portfelowych) – o ponad 50% więcej niż w 2018 roku. Większość kapitału pochodziła z krajów europejskich, głównie z Wielkiej Brytanii i Niemiec. Systematycznie rośnie znaczenie inwestorów z Azji, którzy w zeszłym roku wygenerowali blisko 20% całego, wypracowanego wolumenu transakcyjnego. Zazwyczaj poszukiwali oni bezpiecznych aktywów z długoterminowymi umowami najmu, które zapewniają stabilny zwrot z inwestycji.

Biura najbardziej pożądane, Warszawa dominuje

W raportowanym okresie połowa całkowitego wolumenu inwestycji – ponad 3,8 mld euro – pochodziła z segmentu aktywów biurowych, gdzie zrealizowano blisko 70 transakcji – zarówno pojedynczych, jak i portfelowych, obejmujących prawie 100 budynków o łącznej powierzchni ponad 1,4 mln m kw. Warszawa odpowiadała za około 60% całego wolumenu, co dało ponad 2,4 miliarda euro. Do największych transakcji w stolicy zalicza się nabycie: Warsaw Spire A przez Immofinanz za 386 mln euro, Warsaw Financial Center przez CPI PG za 275 ml euro oraz Eurocentrum Office Complex również przez CPI PG – za 255 mln euro. Inwestorzy spoglądali także w kierunku rynków regionalnych.

Inwestorzy spoglądali także w kierunku rynków regionalnych. – Liderami pod względem wielkości aktywów są Kraków i Wrocław, ale również inne lokalizacje stały się obiektem zainteresowania inwestorów. Na rynkach regionalnych największe wolumeny generowały transakcje nabycia biurowców: Argon w Gdańsku przez ISOC Holding, Nowego Rynku w Poznaniu przez Franklin Templeton Investments, Business Garden we Wrocławiu przez ISOC Holding czy obsługiwana przez nas transakcja zakupu przez Globalworth kompleksu Podium Park w Krakowie – dr Piotr Goździewicz, Dyrektor, Dział Rynki Kapitałowe w BNP Paribas Real Estate Poland

Zainteresowanie sektorem handlowym mniejsze, ale nadal są chętni

W 2019 roku sektor nieruchomości handlowych wygenerował ponad ¼ wartości wszystkich transakcji (26%) – 1,9 mld euro. Wynik ten jest co prawda niższy niż w rekordowym 2018 roku, ale zdecydowanie lepszy od prognoz ekspertów, którzy biorąc pod uwagę globalne trendy przewidywali wstrzymanie się inwestorów od zakupów aktywów handlowych. W kręgu zainteresowań inwestorów znajdowały się obiekty handlowe różnych klas, o solidnych podstawach, gwarantujące stabilny zwrot z inwestycji. Popyt dotyczył również aktywów w regionie.

Znaczący udział w całym wolumenie transakcji w tym segmencie dotyczył nieruchomości handlowych będących przedmiotem repozycjonowania. Odświeżenie oferty czy poszerzenie zestawu najemców o nowe marki handlowe, operatorów usług czy element rozrywkowy pozwala zwiększyć wartość danego obiektu. Jedną z ważniejszych transakcji ubiegłego roku w tym sektorze było przejęcie przez Cromwell Property Group wszystkich udziałów inwestorów zewnętrznych w Cromwell Polish Retail Fund, obejmującym siedem centrów handlowych. – Mateusz Skubiszewski, Dyrektor zarządzający działem Rynki Kapitałowe w BNP Paribas Real Estate Poland

Duży popyt na aktywa przemysłowe

Apetyt inwestorów na nieruchomości przemysłowe i logistyczne w 2019 r. utrzymał się na wysokim poziomie. Dostępność aktywów w tym segmencie była jednak mniejsza niż w latach poprzednich, co przełożyło się na niższy wolumen transakcji, wynoszący około 1,45 mld euro. Największe zainteresowanie wzbudzały obiekty przeznaczone do obsługi operatorów e-commerce, gdzie ceny aktywów dochodziły do rekordowych, nieobserwowanych wcześniej poziomów.

Wschodzące gwiazdy na rynku inwestycyjnym

Warto wspomnieć, że w wolumenie transakcji inwestycyjnych jakie miały miejsce w 2019 udział odnotowały nowe segmenty nieruchomości. Pierwszy z nich to projekty mieszkań na wynajem i platformy najmu instytucjonalnego jakie są obecnie tworzone. Drugi to platformy prywatnych domów studenckich. Projekty mieszkań na wynajem obecnie realizują między innymi takie firmy jak Echo Investment (platforma Resi4Rent) czy Golub GetHouse, który w 2019 roku stworzył markę Inspirentals. W 2019 zawarto zaledwie kilka transakcji w segmencie najmu instytucjonalnego. Jedną z nich była transakcja funduszu Catella European Residential Fund, który w Krakowie kupił od firmy Hines za 20 mln EUR projekt złożony z mieszkań na wynajem i domu studenckiego. Rynek prywatnych domów studenckich mierzy się obecnie z ograniczoną liczbą tego typu produktów inwestycyjnych. Dlatego też liczba transakcji pomimo dużego zainteresowania inwestorów jest niewielka.

W 2019 r. Kajima Student Housing i Griffin RE zakupiły za około 60 milionów EUR od Oaktree Capital Management platformę prywatnych domów studenckich Student Depot. Należy oczekiwać, iż kolejne transakcje zarówno w segmencie mieszkań na wynajem jak i domów studenckich pojawią się niebawem na horyzoncie – Anna Baran, Dyrektor, Dział Rynki Kapitałowe w BNP Paribas Real Estate Poland

Stopy kapitalizacji na stałym poziomie

W czwartym kwartale zeszłego roku stopy kapitalizacji w sektorze biurowym i handlowym utrzymywały się na stałym poziomie. – W przypadku najlepszej klasy aktywów biurowych, w Warszawie wskaźnik ten oscylował wokół 4,50%, podczas gdy na głównych rynkach regionalnych wynosił od 5,50% do 6,00%. Stopa kapitalizacji w przypadku najwyższej klasy aktywów handlowych może oscylować od 4,25% w Warszawie do ok. 5,00% na innych, głównych rynkach – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz i Badań Rynkowych z BNP Paribas Real Estate Poland

Silny popyt inwestorów na aktywa w segmencie logistyczno-przemysłowym, zwłaszcza ze strony kapitału pochodzenia azjatyckiego, przyniósł dalszą kompresję stopy kapitalizacji o ok. 25 punktów bazowych. Na koniec 2019 r. dla tradycyjnych nieruchomości z tego sektora utrzymywała się ona w zależności od regionu w przedziale 5,75% – 6,50%. Spektakularny wzrost cen nastąpił w wyróżniającej się klasie obiektów dostarczonych na wyłączne potrzeby międzynarodowych graczy rynku e-commerce. Pod koniec ubiegłego roku chiński inwestor kupił dwie lokalizacje firmy Amazon – w Bolesławcu i Pabianicach, z rekordowo niską stopą kapitalizacji wynoszącą 4,25%, co oznacza kompresję o ok. 90 punktów bazowych w ciągu ostatnich miesięcy.

W 2020 r. zainteresowanie inwestorów lokowaniem kapitału w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce nie powinno ulec spadkowi, chociaż zauważalna jest kurcząca się dostępność produktu. Wzrost konkurencji pomiędzy inwestorami może przynieść dalszą, niewielką kompresję stóp kapitalizacji dla najlepszej klasy aktywów w segmencie biurowym oraz przemysłowym i logistycznym. Natomiast w sektorze handlowym stopy kapitalizacji powinny zostać na niezmienionym poziomie.

Samorządy walczą ze zmianami klimatycznymi. Zmuszają biznes do działań proekologicznych

Gdyby wszyscy Polacy zdecydowali się korzystać wyłącznie z zielonej energii, emisję CO2 można byłoby ograniczyć o 57 mln ton, czyli 17 proc. rocznej emisji Polski. Jak przekonują eksperci DNB Bank Polska i firmy PwC w raporcie „Kierunki 2020”, styl życia pojedynczych osób nie zmieni w znaczący sposób wpływu na środowisko. Ogromna rola spoczywa na biznesie, jednak to polityka, w tym samorządy, jest w głównej mierze odpowiedzialna za wprowadzanie proekologicznych inicjatyw. Polskie samorządy podpisały deklarację o współpracy na rzecz ochrony klimatu, a powołana koalicja klimatyczna pozwoli do 2050 roku osiągnąć im neutralność klimatyczną.

– Walka ze zmianami klimatycznymi to obowiązek nas wszystkich, zarówno samorządu, jak i biznesu – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania. – Jako władze Poznania staramy się wykorzystać dostępne narzędzia do tego, by poprawiać warunki  środowiskowe w naszym mieście, ale też by motywować do proekologicznych inwestycji przedsiębiorców. Wprowadzamy m.in. dodatkowe kryteria do specyfikacji przetargowych, premiując rozwiązania przyjazne środowisku. W przypadku usług transportowych np. absolutnym minimum określonym w warunkach przetargu jest norma Euro 5, dodatkowe punkty przyznajemy firmom, których samochody spełniają normę Euro 6, mają napęd elektryczny lub CNG. W zakresie usług kateringowych z kolei warunkiem jest wykorzystanie naczyń wielokrotnego użytku. Jako urząd staramy się ograniczać zużycie plastiku, nie kupujemy wody butelkowanej, propagujemy picie wody z kranu.

Jak wynika z raportu DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2020. Zielona odpowiedzialność biznesu. Czy biznes przyjazny środowisku się opłaca?”, 73,5 proc. firm wskazuje, że to politycy przede wszystkim mogą walczyć ze zmianami środowiskowymi. Dlatego też 7 listopada 2019 roku przedstawiciele największych samorządów w Polsce podpisali deklarację o współpracy na rzecz ochrony klimatu. Powołano także Klimatyczną Koalicję Polskich Miast i Gmin, której celem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej polskich miast do 2050 roku.

Tylko nieco mniejszy odsetek firm (70 proc.) podkreśla dużą rolę biznesu w obszarze walki ze zmianami klimatu. Ponad połowa dużych przedsiębiorstw wprowadziła już proekologiczne zmiany w swojej ofercie, a 67 proc. wdrożyło inicjatywy wewnętrzne, kierując się właśnie dobrem środowiska. W dużej mierze to wynik polityki prowadzonej przez samorządy i większej presji społecznej. Co trzeci konsument twierdzi, że biznes obecnie sprzyja życiu w zgodzie ze środowiskiem. 88 proc. oczekuje, że przedsiębiorcy będą wspierać taką postawę.

– Dzięki współpracy z Veolią udało nam się zredukować liczbę gospodarstw opalanych węglem z 55 proc. do kilkunastu. Inwestujemy w transport publiczny. W ciągu ostatnich sześciu lat zakupiliśmy 80 nowych tramwajów, w znacznej większości niskopodłogowych. Mamy autobusy, które spełniają normy Euro 6, kupiliśmy 21 autobusów elektrycznych, a zamierzamy kupić jeszcze 37. Przeprowadzamy termomodernizację szkół. Obszarów współpracy i działań, które możemy podejmować, jest bardzo dużo – wymienia Jacek Jaśkowiak.

Kolejnym przykładem może być sieć czujników smogu umieszczanych na szkołach i związana z nimi akcja edukacyjna dla dzieci i dorosłych. Innym może być rezygnacja z opalania węglem i wspieranie zielonych źródeł energii. Coraz więcej autobusów wykorzystywanych w transporcie miejskim jest niskoemisyjnych. Przykładowo władze Krakowa planują, że w 2025 roku już co trzeci autobus MPK będzie elektryczny, a pozostałe będą spełniały normę Euro 6.

– W najbliższym czasie rozstrzygać będziemy przetarg na obsługę GOAP-u, czyli związku międzygminnego, który zajmuje się odbiorem odpadów. Bardzo mocno dążyłem do tego, by używane do tego celu samochody spełniały przynajmniej normy Euro 5. W Poznaniu jeździ około 100 takich aut w ciągu dnia i to też emituje zanieczyszczenia – mówi prezydent Poznania. – W szkołach podstawowych zainstalowaliśmy 211 czujników smogu. Będziemy pierwszą metropolią, która będzie miała dokładną, całoroczną mapę zanieczyszczeń.

Innym przykładem współpracy samorządu i firmy prywatnej w celu zwiększenia interaktywności i wydajności infrastruktury miejskiej może być Piaseczno, które nawiązało współpracę z firmą Emitel przy tworzeniu systemów inteligentnego miasta przyjaznego środowisku. Jego elementami są m.in. czujniki mierzące poziom wody w kanałach melioracyjnych czy ultradźwiękowe czujniki wypełnienia koszy na śmieci.

– Wielkim wyzwaniem dla wszystkich: mediów, polityków, samorządu, polityków szczebla krajowego jest to, byśmy nie podejmowali decyzji pod publikę, tylko skupiali się na działaniach systemowych, a nie tylko pozornych i wizerunkowych. Do tego potrzebna jest przede wszystkim wiedza, rzetelna informacja i diagnoza. Jeżeli nie wiemy, jakie są źródła emisji zanieczyszczeń, to nie jesteśmy w stanie skutecznie ich likwidować. Tutaj trzeba działać nie intuicyjnie, ale  profesjonalnie, na podstawie dokładnych danych – przekonuje Jacek Jaśkowiak.

Tylko od lat 70. do 2012 roku emisja gazów cieplarnianych wzrosła o 94 proc., a ilość energii wykorzystywanej przeciętnie przez jedną osobę w latach 1971–2014 zwiększyła się o 44 proc. Według szacunków Komisji Europejskiej zeroemisyjna polityka UE skutkowałaby zmniejszeniem globalnej emisji CO2 o 9,1 proc.

Sześć na dziesięć mikro-, małych i średnich firm ma duży problem z pozyskaniem kredytu. Szansą dla nich są gwarancje BGK

Sześć na dziesięć mikro-, małych i średnich firm w Polsce miałoby utrudniony dostęp do kredytu bankowego, gdyby nie realizowany przez BGK program gwarancji de minimis. Co czwarta firma w ogóle nie miałaby szans na kredyt, a co trzecia – uzyskałaby go na gorszych warunkach. Program, z którego skorzystało już ok. 160 tys. firm, jak dotąd przyczynił się do utworzenia bądź utrzymania ponad 200 tys. miejsc pracy, a całkowita wartość kredytu objętego gwarancjami to blisko 120 mld zł. Zdecydowana większość przedsiębiorstw deklaruje też, że jego efektami były: stabilizacja sytuacji finansowej firmy, poprawa jej sytuacji rynkowej i wzrost obrotów.

Blisko 160 tys. mikro-, małych i średnich przedsiębiorców skorzystało już z programu gwarancji de minimis. BGK udzielił w tym programie gwarancji na ponad 70 mld zł. To jest ogromny zastrzyk pieniędzy, który napędza gospodarkę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Kocon, wiceprezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Gwarancje de minimis to instrument wsparcia dla przedsiębiorców z sektora MŚP, który ułatwia im dostęp do finansowania. Program jest realizowany z rządowego programu „Wspieranie przedsiębiorczości z wykorzystaniem poręczeń i gwarancji Banku Gospodarstwa Krajowego”, a gwarancje udzielane są w ramach pomocy de minimis. BGK udziela mikro-, małemu lub średniemu przedsiębiorcy gwarancji na zabezpieczenie spłaty kredytu obrotowego lub inwestycyjnego. Dla firm, które nie mają długiej historii kredytowej albo wystarczającego majątku na zabezpieczenie spłaty kredytu, gwarancje BGK są często jedyną drogą do jego uzyskania. Dodatkowo objęcie kredytu gwarancjami BGK pozwala firmie uzyskać korzystniejsze warunki kredytowania, np. dłuższy okres finansowania, niższą marżę lub prowizję.

W grudniu 2019 r. wartość kredytu objętego gwarancjami była bliska 120 mld zł, a od początku realizacji programu w gospodarce pojawiło się 32,7 mld zł dodatkowego kredytu, który nie powstałby bez gwarancji de minimis (2,2 mld zł inwestycyjnego i 30,5 mld zł kredytu obrotowego).

– Gwarancje są skutecznym instrumentem finansowania małych i średnich firm, ponieważ to zwłaszcza one cierpią na brak kapitału i zabezpieczenia, którego mogą użyć jako gwarancji spłaty swoich kredytów. Mikrofirmy, które często są biznesem rodzinnym, mogą uzyskać kredyt dzięki temu, że jego spłata jest zabezpieczona, przynajmniej częściowo, przez gwarancje de minimis – mówi Mateusz Walewski, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego.

Gdyby nie uczestnictwo w programie gwarancji de minimis, sześć na dziesięć polskich przedsiębiorstw miałoby ograniczony dostęp do finansowania.

Jedna czwarta firm bez tej gwarancji w ogóle nie dostałaby żadnego finansowania. Kolejne 36 proc. uzyskałoby finansowanie na gorszych warunkach: droższe, mniejsze albo na krótszy czas. Dla pozostałych gwarancja stanowi po prostu zabezpieczenie, możliwość oddechu, że w przypadku niepowodzenia ktoś przejmie za nich część zobowiązań – mówi Mateusz Walewski.

Z gwarancji de minimis najczęściej korzystają mikrofirmy (76 proc.) i małe przedsiębiorstwa (18 proc.).

Gwarancje de minimis pokrywają w tej chwili około 10 proc. całkowitej kwoty gwarancji dla MŚP na rynku. Można więc powiedzieć, że co dziesiąta złotówka kredytu bankowego w firmach jest pokryta z gwarancji de minimis. To pokazuje, że są one na rynku bardzo popularne – mówi Mateusz Walewski.

Jak pokazują badania BGK, program gwarancji de minimis ma ważne znaczenie dla finansowania rozwoju MŚP w Polsce i jest widoczny również w skali makro. Przyczynił się też do utworzenia lub utrzymania ponad 200 tys. miejsc pracy.

– Jeżeli spojrzymy na wszystkie gwarancje, którymi administruje i które oferuje BGK, to jest ok. 170 mld zł, więc są to już poważne środki. Kwota kredytu,  który wygenerowaliśmy dzięki gwarancjom, to w sumie ok. 1 proc. PKB – podkreśla główny ekonomista BGK.

Z badań banku wynika również, że program gwarancji de minimis znacząco przyczynia się do stabilizacji finansowej (tak deklaruje 83 proc. przedsiębiorstw) i zwiększenia obrotów firmy (68 proc.), które bez nich nie mogłyby liczyć na kredyt obrotowy. Prawie wszystkie przedsiębiorstwa deklarują też, że efektem kredytu obrotowego lub inwestycyjnego objętego gwarancjami była poprawa sytuacji rynkowej firmy, a co piąta (22 proc.) utworzyła dzięki temu dodatkowe miejsca pracy.

– Misją BGK jest wspieranie rozwoju gospodarczego Polski, a jednym z jego wymiarów jest rozwój tych podstawowych jednostek biznesowych, jakimi są małe, średnie i mikroprzedsiębiorstwa. Jest on możliwy dzięki istnieniu systemu, który wspiera finansowanie ich działalności. Dzięki współpracy sektora bankowego, reprezentowanego przez banki komercyjne i spółdzielcze, z Bankiem Gospodarstwa Krajowego przyczyniamy się do tego, że przedsiębiorstwa w Polsce się rozwijają – podkreśla Włodzimierz Kocon.

Skuteczne leczenie raka prostaty jest dostępne dopiero na etapie z przerzutami. Pacjentów z wcześniejszym stadium nowotworu nie obejmuje program lekowy

Rak prostaty jest już najczęściej występującym nowotworem u mężczyzn. Co roku diagnozuje się więcej zachorowań i w coraz młodszym wieku, nawet przed 50. rokiem życia. Ubiegły rok przyniósł pewną poprawę w leczeniu pacjentów z tym nowotworem, ale jest ono dostępne wyłącznie dla chorych z przerzutami. Pacjenci, u których rak prostaty jest oporny na kastrację, ale jeszcze nie dał przerzutów, nie mają dostępu do nowych leków. – Muszą więc czekać, aż ich stan się pogorszy – podkreślają lekarze i oceniają, że jest to nieetyczne. Polska w dalszym ciągu znacząco odbiega od państw Europy Zachodniej w leczeniu tego nowotworu.

– Patrząc na odsetek pięcioletnich przeżyć pacjentów z rakiem prostaty w Polsce i innych krajach, widzimy, że u nas ten wskaźnik się skraca. Pacjenci, którzy są leczeni poza Polską, żyją dłużej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim.

Przez lata rak prostaty był w Polsce drugim po raku płuca pod względem częstotliwości występowania nowotworem wśród mężczyzn. Ta kolejność się jednak odwróciła. Liczba zachorowań na raka prostaty zwiększyła się już kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dekad. Każdego roku diagnozuje się go u około 15 tys. mężczyzn i stwierdza 5–6 tys. zgonów z tego powodu.

– Pod względem skali zachorowań dogoniliśmy resztę świata. Coraz więcej zachorowań obserwujemy na szczęście również na wczesnym etapie. Mężczyźni szukają u siebie raka prostaty, jeszcze zanim on daje objawy i wtedy często jest on całkowicie uleczalny – mówi dr Iwona Skoneczna, onkolog ze Szpitala św. Elżbiety – Mokotowskie Centrum Medyczne.

Rak prostaty dotyka najczęściej mężczyzn po 60. roku życia, ale w grupie ryzyka znajdują się również dużo młodsi. W ostatnich latach lekarze obserwują szybki wzrost liczby zachorowań w grupie pacjentów przed 50. rokiem życia.

– Należałoby zacząć interesować się prostatą i badać ją już w wieku 50 lat, a jeśli w rodzinie ktoś chorował na ten typ nowotworu, to nawet przed 40. rokiem życia. Już wtedy można sprawdzić, czy poziom PSA jest podwyższony. To pierwszy wskaźnik w podstawowym badaniu krwi, które może zlecić każdy lekarz rodzinny. Zachęcamy też do tego, żeby 50-letni mężczyźni zaczęli się spotykać z urologiem, który pomoże im przejść ścieżkę diagnostyczną – ocenić, czy poziom PSA jest w normie i czy konieczna jest dalsza diagnostyka – mówi dr Iwona Skoneczna.

Leczenie raka prostaty opiera się na dwóch metodach: radioterapii, która niszczy komórki rakowe, albo chirurgicznym wycięciu nowotworu. W tym drugim przypadku coraz powszechniejsza staje się prostatektomia laparoskopowa, a od niedawna również zabiegi z wykorzystaniem robotów chirurgicznych.

– Osoby, u których w momencie diagnozy rozpoznajemy raka prostaty z przerzutami, powinny jak najszybciej trafić do onkologów. Możemy zastosować klasyczną chemioterapię, która polega na sześciu kroplówkach raz na trzy tygodnie, czyli właściwie po czterech i pół miesiącach mamy leczenie z głowy. Podanie chemioterapii jak najwcześniej daje dobre wyniki w przypadku choroby, która ma już przerzuty – mówi dr Iwona Skoneczna.

Lekarze podkreślają, że ubiegły rok przyniósł poprawę w leczeniu polskich pacjentów z rakiem prostaty. Po wielu miesiącach starań doczekali się oni zmian w programie lekowym i uzupełnienia opcji terapeutycznych dla pacjentów przed chemioterapią o enzalutamid. Nowoczesne leki hormonalne blokują syntezę androgenów (np. testosteronu) w organizmie pacjenta, dzięki czemu nowotwór się nie rozwija. Podany przed chemioterapią wydłuża życie pacjentów, nie osłabia organizmu i nie wywołuje długiej listy skutków ubocznych.

Wciąż jednak obowiązują pewne ograniczenia w jego dostępności, bo nowoczesnym leczeniem zostali objęci pacjenci z przerzutami. Z drugiej strony grupa chorych, u których nowotwór jest oporny na kastrację, ale jeszcze nie dał przerzutów, nie ma do niego dostępu.

– Tacy pacjenci de facto nie są w Polsce leczeni. Problem polega na tym, że u nas refundacja leków stosowanych w leczeniu raka prostaty pominęła etap, kiedy pacjent już nie reaguje na hormonoterapię, ale jeszcze nie ma przerzutów. Dochodzimy do paradoksalnej sytuacji, w której urolog czy uroonkolog musi siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż stan pacjenta się pogorszy – mówi dr Leszek Borkowski.

Jak podkreśla, taka sytuacja jest nieetyczna, podczas gdy jest już zarejestrowany skuteczny lek. Zwłaszcza w przypadku nowotworów, w których liczy się jak najszybszy czas wdrożenia leczenia.

– Na samym początku rozwoju choroby mamy większą szansę, żeby ta terapia przyniosła dobre efekty – twierdzi dr Leszek Borkowski. – Rak prostaty odżywia się testosteronem, więc odcięcie go od jedzenia, czyli tzw. kastracja chemiczna, powoduje jego zamieranie. Po pewnym czasie rak sam zaczyna produkować testosteron. Wtedy sytuacja robi się już trudniejsza i przydałby się drugi etap leczenia. Ale tutaj musimy czekać, aż u pacjenta pojawią się przerzuty. Blokowanie tego późniejszego etapu z przerzutami jest jednak bardzo istotne dla osiągania wysokich parametrów pięcioletnich przeżyć.

Jak ocenia, pod względem dostępności i skuteczności leczenia raka prostaty Polska w dalszym ciągu znacząco odbiega od państw Europy Zachodniej i krajów rozwiniętych.

– Polska nie może być zapóźnionym, zdyszanym chłopcem goniącym odjeżdżający tramwaj, bo nigdy go nie dogoni, a żniwo zgonów na nowotwór prostaty będzie rosło. Poza tym jeżeli mówimy ludziom, żeby się badali, by nowotwór można było wcześniej wykryć, a potem przerywamy leczenie i każemy czekać, aż on się rozwinie, to jest to sytuacja zła terapeutycznie dla pacjenta, ale też wizerunkowo dla naszej służby zdrowia – podkreśla dr Leszek Borkowski.

Ministerstwo Finansów: Wprowadzenie paragonów elektronicznych pozwoli na „uberyzację” płatności

Polacy lubią i chętnie korzystają z nowinek technologicznych. Także w płatnościach nie boimy się nowych rozwiązań. Dynamicznie rośnie liczba użytkowników Apple Pay czy Revoluta. Przyszłością są nie tylko rozwiązania, które pozwalają w pełni cyfrowo przeprowadzić proces włączania klienta do instytucji finansowej. Niedługo standardem może być też płatność twarzą, skanem tęczówki, za pomocą głosu, a nawet DNA. – Płatność bez płatności to jest coś takiego jak „uberyzacja” płatności. Zamawiam, wsiadam, wysiadam, wszystko dzieje się w tle – podkreśla Paweł Bułgaryn z Ministerstwa Finansów.

– Patrząc na polski sektor finansowy, mamy wiele ciekawych, innowacyjnych inicjatyw w tym obszarze. Przede wszystkim polską specjalizacją są płatności elektroniczne, jest to bardzo rozwinięty sektor. Wszystkie wiodące technologie, które są na świecie w zakresie płatności elektronicznych, w Polsce są wdrożone i są już pewnym standardem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Bułgaryn, kierownik zespołu systemu płatniczego w Departamencie Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów.

Polskie finanse stają się coraz bardziej cyfrowe. Na popularności zyskują płatności zbliżeniowe. Raport NBP wskazuje, że Polska należy do grona krajów o najwyższym użyciu kart zbliżeniowych na świecie. Na koniec I półrocza 2019 roku liczba kart płatniczych z funkcją zbliżeniową sięgnęła 36,1 mln, a karty zbliżeniowe stanowią blisko 85,7 proc. wszystkich kart płatniczych w Polsce. Z systemu BLIK korzysta już np. 10,6 mln użytkowników. W pierwszych trzech kwartałach 2019 roku dokonano 146 mln transakcji – dla porównania w pierwszych czterech latach funkcjonowania BLIKA było ich łącznie 135 mln.

– Technologie, takie jak blockchain, uczenie maszynowe czy sztuczna inteligencja, są coraz mocniej wykorzystywane przez różnych uczestników sektora finansowego, co przekłada się na szybszą i bardziej intuicyjną obsługę klientów. Testowane są np. rozwiązania, które pozwalają w pełni cyfrowo przeprowadzić proces włączania klienta do danej instytucji finansowej, czyli po prostu całkowicie cyfrowy proces obsługi klientów – wskazuje Paweł Bułgaryn.

Z raportu CFA Society Poland i SpotData „Przyszłość sektora finansowego. Ewolucje i rewolucje” wynika, że jednym z kluczowych trendów w sektorze finansowym, są nowe technologie. Na znaczeniu zyskuje więc chmura, która umożliwia rozwój technologii obliczeniowych, blockchain czy uczenie maszynowe. Rozwija się też system bezpiecznych i szybkich płatności opartych m.in. na fali dźwiękowej zawierającej zaszyfrowane dane.

–  To z jednej strony takie rozwiązania back office’owe, które ogólnie usprawniają działalność instytucji finansowych, a z drugiej strony też np. narzędzia do inwestowania na rynku finansowym czy też kolejne nowości płatnicze, portfele cyfrowe, rozwiązania á la Revolut – ocenia Paweł Bułgaryn.

Rozwój fintechów sprawia, że banki muszą wprowadzać nowe rozwiązania, by nie stracić klientów. Ci zaś stawiają na wygodę, stąd choćby popularność systemu Revolut. Polska jest trzecim największym rynkiem, na którym oferuje on swoje usługi.

Coraz popularniejsze staje się też zdalne uwierzytelnianie płatności – bezpieczne podpisy elektroniczne dla firm i indywidualnych użytkowników. To jednak dopiero początek. Przyszłością będzie biometryczne potwierdzenie płatności – skanem twarzy, tęczówki czy linii papilarnych.

– Klient wchodzi do danego miejsca, zabiera towary z półek i wychodzi. W tle przeprowadzane są identyfikacja tego klienta, powiązanie identyfikacji z płatnością i wystawienie dowodu sprzedaży, czyli np. paragonu elektronicznego, nad którym również w Ministerstwie Finansów pracujemy. Płatność bez płatności to jest coś takiego jak uberyzacja płatności. Zamawiam, wsiadam, wysiadam, wszystko dzieje się w tle, żeby klient miał jeszcze więcej swobody – tłumaczy ekspert.

Pierwsze tego typu sklepy powstały już w Polsce. Liderem w takich systemach są Chiny, gdzie skan twarzy wystarczy, by dostać się do biura, metra czy zrobić zakupy. W części punktów usługowych nie ma już terminali – zastąpiły je liczne kamery skanujące twarze klientów. Płatność zatwierdza się przez mrugnięcie.

– W sytuacji, w której wszystkie procesy dzieją się w świecie cyfrowym, to jest bardzo ważne, żeby mieć też zabezpieczenia cyfrowe. Mamy bardzo nowoczesną architekturę IT polskiego sektora finansowego i rozwiązania, które wdrażamy w obszarze cyberbezpieczeństwa również są bardzo bezpieczne – przekonuje Paweł Bułgaryn.

Produkcja wodoru w Polsce pozwoliłaby zasilić blisko 5 mln aut wyposażonych w odpowiednie ogniwa. Brak rozwiązań prawnych wstrzyma rozwój technologii i inwestycje zagraniczne

Polska odpowiada za 14 proc. europejskiej produkcji wodoru. To ogromna szansa na to, by nasz kraj stał się zagłębiem produkcji i rozwoju ogniw wodorowych, wykorzystywanych do napędzania zeroemisyjnych aut. Docelowo doliną elektromobilności ma się stać Dolny Śląsk. Już dziś w tej części kraju kluczowe dla tej gałęzi transportu inwestycje ulokowały m.in. Mercedes i Toyota.

– Chcielibyśmy stworzyć warunki, aby w Polsce zainwestował duży podmiot gospodarczy, żeby mogły być u nas produkowane ogniwa wodorowe. Będziemy również rozwijać odnawialne źródła energii w kontekście produkcji wodoru ze źródeł odnawialnych. Już dzisiaj Polska jest ogromnym producentem wodoru, tylko że jeszcze z technologii węglowych. Chcielibyśmy rozwinąć technologię z odnawialnych źródeł tak, żeby ten wodór był po prostu zielony – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Ireneusz Zyska, wiceminister klimatu i pełnomocnik rządu ds. odnawialnych źródeł energii.

Z danych zawartych w raporcie „wodorowa Alternatywa” opracowanym przez nową platformę debaty gospodarczej 300Gospodarka wynika, że łączna roczna produkcja wodoru w Polsce wynosi ok. miliona ton. Stanowi to 14 proc. europejskiej produkcji tego pierwiastka. Ta ilość jest w stanie zasilić niemal 5 mln samochodów.

– Polską interesują się globalni gracze. Musimy stworzyć dobre warunki prawne do zlokalizowania tego biznesu. Wierzę w to, że to się uda, na pewno zarówno premier, jak też minister klimatu uczynią wszystko, aby zmaterializował się ten wielki projekt gospodarczy, można nawet powiedzieć – cywilizacyjny – podkreśla Ireneusz Zyska.

Tymczasem inne kraje już zadeklarowały mocne wsparcie dla energetyki wodorowej. W czerwcu 2018 roku ówczesny francuski minister odpowiadający za transformację energetyczną przedstawił plan inwestycyjny zakładający inwestycję 100 mln euro w technologie energetyki wodorowej. Jesienią minionego roku region Owernia-Rodan-Alpy przeznaczył 200 mln euro na zakup tysiąca pojazdów napędzanych wodorem i 15 elektrolizerów.

W Polsce doliną elektromobilności ma się stać Dolny Śląsk. Kluczową rolę ma w tym odegrać właśnie wodór.

– Będą się tam skupiali producenci napędów zero- bądź niskoemisyjnych. Będzie tam rozwijana elektromobilność oparta na bateriach litowo-jonowych, lecz także napędy hybrydowe, w tym wodorowe. Dolny Śląsk już dzisiaj stwarza doskonałe warunki w zakresie infrastrukturalnym, a za chwilę będziemy świadkami budowy nowych dróg ekspresowych, przebudowy autostrady A4, powstawania drogi ekspresowej S8 i S5. Ten układ komunikacyjny w połączeniu z linią transportową kolejową, która będzie elementem Centralnego Portu Komunikacyjnego, pozwala na to, aby właśnie tam lokalizować te inwestycje – przekonuje wiceminister.

Na terenie Dolnego Śląska już dziś inwestują ważni gracze w dziedzinie elektromobilności. LG Chem wybudował pod Wrocławiem największą na świecie fabrykę baterii litowo-jonowych. W Jaworze Mercedes buduje fabrykę baterii elektrycznych, a Toyota postawiła na realizację w fabrykach w Wałbrzychu i Jelczu-Laskowicach sześciu projektów związanych z elektromobilnością. W Wałbrzychu w przyszłym roku mają ruszyć dwie linie elektrycznej przekładni hybrydowej (e-CVT). W 2022 roku rozpocznie się tam natomiast produkcja silnika o pojemności 1,5 litra. Oba mechanizmy stworzą elektryczny zespół hybrydowy.

– Stwarzając warunki do powstania łańcucha dostaw, zarówno w obszarze technologii, ale również podzespołów i części, jesteśmy w stanie zaprojektować i w perspektywie 15–20 lat stworzyć taką dolinę, która będzie przez cały świat identyfikowana jako dolina elektromobilności. To właśnie tutaj, w Europie, w Polsce, na Dolnym Śląsku będzie biło serce transportu – przekonuje minister Zyska.

Aby elektromobilność mogła się rozwijać w zakładany sposób, inwestycje bezpośrednio w nią muszą jednak zostać poprzedzone wsparciem odnawialnych źródeł energii. Najbardziej optymalny model konwersji transportu na elektryczny, zarówno w obszarze napędu z baterii litowo-jonowych, jak i ogniw wodorowych, opiera się na produkcji energii elektrycznej z OZE lub zasilania elektrolizerów czystą energią. Jednym z najbardziej obiecujących sposobów na pozyskiwanie zielonej energii jest morska energetyka wiatrowa.

– Jest już projekt ustawy o wspieraniu morskiej energetyki wiatrowej na Bałtyku. To wielkie zadanie, które chcemy zrealizować. Mamy szansę, aby w polskiej strefie ekonomicznej na Bałtyku powstały farmy offshore’owe o potencjale 10 GW, może nawet 12 GW. Będzie to istotny element na całej mapie elektroenergetycznej Polski – przewiduje Ireneusz Zyska.

Według analityków z KBV Research światowy rynek elektromobilności osiągnie do 2025 roku wartość niemal 497 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie niemal 25 proc.

Outsourcing IT czy zatrudnienie swojego informatyka – co sprawdzi się lepiej?

Przedsiębiorcy, którzy chcą zadbać o prawidłowe działanie obszaru IT, mogą zatrudnić informatyka, ale mogą zlecić także outsourcing w tym zakresie.

Małe i średnie przedsiębiorstwa także wymagają fachowej obsługi informatycznej. Nie zawsze jednak dysponują odpowiednimi kwotami na to, aby zatrudnić informatyka. Właśnie dlatego coraz większym zainteresowaniem cieszy się outsourcing IT.

Czy lepszym wyborem będzie zatrudnienie informatyka, a może opieka informatyczna w ramach outsourcingu? Zobacz najważniejsze zalety i wady każdego z tych rozwiązań i sprawdź, które będzie najlepsze dla Twojej firmy!

 

Własny dział IT

Stworzenie własnego działu IT nie jest tanie. Głównym kosztem jest zatrudnienie jednego lub kilku informatyków, którzy posiadają odpowiednie przygotowanie oraz doświadczenie. Niestety, firma musi liczyć się wtedy z naprawdę dużymi wydatkami, które będą rosły wraz z potrzebą zatrudnienia bardziej wyspecjalizowanych pracowników.

Głównym atutem jest jednak fakt, że opieka informatyczna jest w tym przypadku dostępna na wyciągnięcie ręki. Zatrudniony w firmie informatyk może od razu przystąpić do wykonania określonych prac, na przykład może on zaktualizować oprogramowanie, przeprowadzić serwis sprzętu czy też przeszkolić pracownika w ramach obsługi danego programu.

Dodatkowo, w przypadku własnego działu IT usługi te nie są limitowane – zatem informatyk może wykonywać je przez cały dzień pracy. To duży atut, ponieważ outsourcing IT limituje liczbę godzin obsługi informatycznej.

 

Outsourcing IT

Druga propozycja dla firm to outsourcing IT. Dzisiaj taka właśnie forma obsługi cieszy się rosnącym zainteresowaniem. Stanowi ona popularną propozycję dla firm w sektorze MŚP, które najczęściej posiadają trudności z wyłożeniem odpowiednich środków na założenie własnego działu IT.

Aktualnie takie właśnie usługi są oferowane w wielu różnych miastach, w tym między innymi w mieście Warszawa. Tutaj dostarcza je firma ITCenter, która od lat zajmuje się świadczeniem obsługi informatycznej dla firm.

Opieka informatyczna w tym własne przypadku przebiega jednak nieco inaczej niż wtedy, gdy firma zatrudnia własnego specjalistę w dziedzinie IT. Współpraca polega na dostarczaniu wybranych usług przez internet – czat, przez telefon, a w ostateczności osobiście, gdy konieczna będzie wykonanie prac na miejscu.

Umowa outsourcingu IT reguluje w tym przypadku zakres pomocy, a także czas reakcji na zgłoszenia oraz liczbę godzin obsługi, które obejmuje umowa. W przypadku ich przekroczenia konieczna będzie dopłata.

Warto zaznaczyć, że usługi dostępne są najczęściej 24 godziny na dobę – firma musi tylko skontaktować się z dostawcą usług i od razu może zlecić wykonanie konkretnych prac.

 

Przykładowy zakres usług w ramach outsourcingu IT:

  • zakładanie sieci informatycznych
  • administracja sieciami komputerowymi
  • instalacja – wdrażanie oprogramowania
  • aktualizacja oprogramowania
  • naprawa usterek oprogramowania
  • serwis sprzętu komputerowego
  • tworzenie polityki bezpieczeństwa IT
  • backup – kopia zapasowa danych
  • ochrona przeciwwirusowa
  • tworzenie stron internetowych
  • zakładanie skrzynek pocztowych e-mail
  • przeszkolenie pracowników
  • doradztwo IT
  • zamawianie sprzętu

 

Wobec tego opieka informatyczna obejmuje szeroką gamę różnych usług, które związane są w informatyką w firmie.

 

Co wybrać – własny informatyk czy outsourcing IT?

Podsumowując, zarówno opieka informatyczna świadczona przez własnego informatyka, jak również kompleksowy outsourcing IT świadczony przez zewnętrzną firmę posiadają swoje wady i zalety.

Gdy głównym celem jest zmniejszenie kosztów bez jednoczesnego obniżania jakości obsługi IT, zdecydowanie najlepszą propozycją będzie outsourcing IT. W tym przypadku opłaty za pełną pomoc będą znacznie niższe niż przy tworzeniu własnego działu IT. Z kolei własny informatyk jest zawsze dostępny na miejscu i od razu może przystąpić do wykonania konkretnych prac. Najlepiej zatem dobrać odpowiednią opcję do indywidualnych potrzeb firmy.

Mieszkania lokatorskiego się nie dziedziczy. Kiedy mieszkanie spółdzielcze może przejąć krewny?

Wiele osób zastanawia się, czy można zająć spółdzielcze mieszkanie po krewnym. Wyjaśniamy, w jakich okolicznościach jest to możliwe.

Spółdzielnie mieszkaniowe stopniowo tracą swoje znaczenie. Wynika to między innymi z kurczącego się zasobu lokali, które wspomniane instytucje posiadają na własność. W tym kontekście warto przypomnieć, że na początku bieżącego stulecia polskie spółdzielnie mieszkaniowe posiadały około 3,50 miliona mieszkań. Analogiczny wynik z końca 2018 roku oscylował na poziomie 2,03 miliona. Tym niemniej, nie można lekceważyć ponad dwumilionowej liczby lokali, które wciąż posiadają spółdzielnie. Praktyka pokazuje, że spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu cieszy się dużym zainteresowaniem. Niektóre osoby są zainteresowane również spółdzielczym lokatorskim prawem do mieszkania. W odpowiedzi na pytania internautów wyjaśniamy, czy można zająć spółdzielcze mieszkanie po krewnym i otrzymać spółdzielcze lokatorskie prawo do tego „M”.

Mieszkanie lokatorskie może przejąć krewny …

Pomimo wieloletniej popularności spółdzielni mieszkaniowych i dużej liczby lokali posiadanych przez te instytucje, spora część naszych rodaków nadal nie odróżnia dwóch wariantów użytkowania spółdzielczych „M”. Warto zatem przypomnieć, że członkowie spółdzielni nie będący właścicielami mieszkań, mogą użytkować lokale na podstawie prawa własnościowego oraz lokatorskiego. Pierwsze prawo (spółdzielcze własnościowe) jest bardziej zbliżone do prawa własności lokalu, choć znacząco różni się od niego w pewnych aspektach. Jeżeli natomiast chodzi o spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu, to trzeba stwierdzić, że ze względu na swoją specyfikę jest ono podobne do najmu.  Ustawa z dnia 15 grudnia 2000 r. o spółdzielniach mieszkaniowych (Dz.U. 2001 nr 4 poz. 27) jednoznacznie wskazuje, że prawo lokatorskie jest niezbywalne. Oznacza to m.in. brak możliwości sprzedania go albo dziedziczenia. „Obowiązujące przepisy nie wykluczają jednak tego, że lokatorskie, spółdzielcze mieszkanie po krewnym będą mogły zająć osoby bliskie” –  dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Spółdzielcze lokatorskie prawo do mieszkania wygasa wraz ze śmiercią jego posiadacza albo na wskutek orzeczenia sądu. Sąd na wniosek spółdzielni mieszkaniowej może orzec o wygaśnięciu wspomnianego prawa, jeżeli jego obecny posiadacz zalega z opłatami eksploatacyjnymi za co najmniej przez 6 miesięcy lub utrudnia życie swoim sąsiadom (zobacz art. 11 ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych). „Warto wiedzieć, że w sytuacji skutkującej wygaśnięciem spółdzielczego lokatorskiego prawa do lokalu, krewni zmarłego albo osoby usuniętej ze spółdzielni mogą wysuwać pewne roszczenia” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wspomniane roszczenia dotyczą ustanowienia spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania, które wcześniej zajmował krewny. „Chęć przejęcia wspomnianego lokalu i jego użytkowania na dotychczasowych zasadach, trzeba pisemnie zgłosić w ciągu roku od wygaśnięcia spółdzielczego lokatorskiego prawa, które dotyczyło bliskiej osoby” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Małżonkowie często mogą uniknąć formalności

Warto dodać, że spółdzielcze mieszkanie po krewnym bez dodatkowych wniosków i formalności przejmie małżonek (wdowiec lub wdowa), który również posiadał spółdzielcze lokatorskie prawo. Trzeba również podkreślić, że według orzeczenia sądu spółdzielcze lokatorskie prawo do „M” (na wskutek złego zachowania lub zaległości) może wygasnąć tylko wobec jednego z małżonków. W takiej sytuacji, drugi małżonek nadal może użytkować zajmowane lokum na podstawie spółdzielczego lokatorskiego prawa (bez dodatkowych formalności). „W tym kontekście kluczowa będzie decyzja sądu, który może uznać, że drugi małżonek nie jest odpowiedzialny za przewinienia wobec spółdzielni lub sąsiadów” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nowego lokatora wybiera sąd lub spółdzielnia

Warto nadmienić, że osobą bliską dla byłego spółdzielcy w rozumieniu ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, czyli uprawnioną do przejęcia lokatorskiego mieszkania jest:  zstępny (syn, wnuk, prawnuk), wstępny (ojciec, dziadek, pradziadek), brat lub siostra, dziecko rodzeństwa, mąż, żona, osoba przysposabiająca, osoba przysposobiona lub osoba, która pozostawała faktycznie we wspólnym pożyciu z byłym członkiem spółdzielni. Jeżeli mieszkaniem lokatorskim będzie zainteresowanych kilka osób, to wyboru lokatora wśród bliskich dokona sąd w postępowaniu nieprocesowym albo sama spółdzielnia. „Ten drugi wariant jest możliwy jeśli żadna z osób wysuwających roszczenia nie wystąpiła do sądu w terminie przewidzianym przez spółdzielnię” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Ważnym argumentem na korzyść osoby chcącej przejąć mieszkanie i otrzymać do niego spółdzielcze lokatorskie prawo, będzie wcześniejsze zamieszkiwanie z byłym spółdzielcą. Leszek Markiewicz podkreśla, że do momentu powzięcia przez spółdzielnię informacji o tym, komu przypadnie spółdzielcze mieszkanie po krewnym, wszystkie osoby zgłaszające roszczenia będą solidarnie ponosić odpowiedzialność za koszty utrzymania „M”.

W ramach podsumowania warto podkreślić, że mimo niezbywalności samego spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania, dziedziczeniu na zasadach ogólnych podlega wkład mieszkaniowy. Dziedziczenie wspomnianego wkładu należy odróżnić od uprawnienia do przejęcia lokatorskiego mieszkania. Bliski przejmujący spółdzielcze mieszkanie po krewnym, niekoniecznie musi również mieć prawo do otrzymania wkładu mieszkaniowego w ramach spadku. „Właśnie dlatego osoba przejmująca lokatorskie „M”, czasem będzie musiała spłacić krewnych, którzy odziedziczyli wkład mieszkaniowy albo uzupełnić wspomniany wkład” –   podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Od 15 lutego można rozliczać ulgę IP BOX. Kto skorzysta z 5% stawki podatku?

Niektórzy podatnicy, rozliczając podatek dochodowy za 2019 rok, po raz pierwszy będą mogli skorzystać z preferencyjnego opodatkowania dochodów z praw własności intelektualnej – IP BOX (Intellectual Property Box). Ulga dotyczy m.in. programistów. Jakie warunki należy spełnić, aby z niej skorzystać?

Ulga podatkowa IP BOX (Intellectual Property Box) obowiązuje od 2019 roku. Polega na obłożeniu podatkiem dochodowym według stawki w wysokości 5% kwalifikowanych dochodów uzyskanych przez podatnika z kwalifikowanych praw własności intelektualnej, w tym dochodów ze sprzedaży towarów i usług związanych z tymi prawami w części, w jakiej te prawa zostały wypracowane, rozwinięte lub ulepszone przez polskiego podatnika. Ulga dotyczy tylko osób prowadzących działalność gospodarczą.

Zgodnie z objaśnieniem podatkowym z dnia 15 lipca 2019 r. ulga może być zastosowana dopiero w rozliczeniu rocznym. Jednak w interpretacji 0115-KDIT3.4011.445.2019.2.AD Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej zgodził się z podatnikiem, że stawkę 5% będzie mógł on zastosować już do zaliczek za 2020 r. Jest to jednak odosobnione stanowisko i niezgodne z objaśnieniem podatkowym. Przypomnijmy, że zgodnie z wprowadzonymi zmianami, zeznania podatkowe za 2019 r. można składać od 15 lutego, a jeśli podatnik złoży je wcześniej, to i tak uznane będzie, że zostało złożone 15 lutego.

Prawa własności intelektualnej, do których można zastosować ulgę IP BOX, zostały szczegółowo wymienione przez ustawodawcę. Do tych praw, określanych w przepisach jako kwalifikowane prawa własności intelektualnej, jest zaliczane m.in. autorskie prawo do programu komputerowego. – Programy komputerowe nie są wynalazkami, więc w Polsce nie udziela się na nie patentów. Jednak nie oznacza to, że są pozbawione jakiejkolwiek ochrony – są one traktowane na mocy prawa autorskiego jako utwory – wyjaśnia Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt.

Możliwość zastosowania IP BOX na programy komputerowe budzi najwięcej kontrowersji. Przepisy są niejasne, a ich interpretacje niespójne. Minister Finansów zalecił programistom, aby przed zastosowaniem ulgi występowali do fiskusa z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej.

Kiedy programista może więc skorzystać z ulgi? Co wynika z przepisów i wydanych interpretacji? Oto trzy najważniejsze warunki:

  • podatnik jest zobowiązany od momentu rozpoczęcia uzyskiwania dochodów z praw własności intelektualnych prowadzić osobną ewidencję spełniającą wymogi określone w przepisach;
  • podatnik tworzy oprogramowanie, ulepsza i/lub rozwija, a w wyniku tego powstaje utwór podlegający ochronie prawnej z art. 74 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, a nadto przenosi całość autorskich praw majątkowych do wytworzonych przez siebie programów komputerowych na zleceniobiorcę, za co otrzymuje wynagrodzenie;
  • autorskie oprogramowanie przez podatnika tworzone jest w ramach działalności badawczo-rozwojowej.

Zdaniem eksperta inFakt największym wyzwaniem dla podatników jest prowadzenie odrębnej ewidencji IP BOX. Powinna ona zapewniać wyodrębnienie każdego kwalifikowanego prawa własności intelektualnej oraz ustalenie przychodów, kosztów uzyskania przychodów i dochodu (lub straty) przypadających na każde kwalifikowane prawo własności intelektualnej.

Jak wynika z objaśnienia, taka ewidencja może być prowadzona np. za pośrednictwem arkusza kalkulacyjnego. Ustalając wartość dochodu, jaki będzie podlegał preferencyjnemu opodatkowaniu, podatnik musi oprzeć go na tzw. wskaźniku nexus. Do jego wyliczania nie można zaliczać wydatków pośrednich takich np. jak opłaty za energię, telefon czy usługi księgowe. Ponadto należy wskazać, że nexus koncentruje się na wykazaniu związku między:

–    wydatkami poniesionymi przez podatnika w związku z wytworzeniem / rozwojem / ulepszeniem kwalifikowanych IP (ang. Intellectual Property – własność intelektualna) w ramach prowadzonej przez podatnika działalności badawczo-rozwojowej;

–    kwalifikowanymi IP;

–    dochodami uzyskanymi z kwalifikowanych IP.

Resumując, już od 15 lutego 2020 r. podatnicy staną przed nie lada wyzwaniem, które może być przez nich samych niewykonalne. Może okazać się, że ponownie będą musieli zatrudnić specjalistę takiego jak doradca podatkowy. Ponownie, gdyż wielu programistów skorzystało już z profesjonalisty na etapie przygotowywania wniosku o wydanie indywidualnej interpretacji. Jednak na etapie rozliczenia z fiskusem może okazać się, że to dopiero początek – przewiduje Piotr Juszczyk. – Nowa ulga miała być zachętą do prowadzenia działalności innowacyjnej, ale wdrożenie IP BOX przez podatnika może okazać się bardzo złożone i czasochłonne.

Przedsiębiorcy chcą wiedzieć więcej o IP BOX

Według przeprowadzonego przez inFakt badania przedsiębiorcy w większości deklarują, że wiedzą, na czym polega ulga IP BOX, za to nie wiedzą, czy można ją zastosować w ich przypadku. 55% badanych zapowiedziało, że zadecyduje, czy skorzystać z ulgi w rozliczeniu rocznym, gdy tylko dowie się o niej więcej.

Nvidia przy historycznych szczytach. Gaming i data center motorami wzrostu przychodów

Otwarcia piątkowej sesji na Wall Street nie przyniosło większych zmian względem wczorajszego zamknięcia. Na początku notowań Nasdaq Composite i S&P 500 zwyżkował o zaledwie 0,1 proc., a Dow Jones Industrial Average tylko o 6 punktów. Jednak bardzo pozytywnie na wyniki zareagowałą opisywana ostatnio spółka Nvidia, dla której podnoszono poziomy cely docelowej.

Po sesji 13 lutego Nvidia pochwaliła się wynikami za ostatni kwartał. Spółka, którą wszyscy możemy kojarzyć z kart graficznych, poinformowała, że sprzedaż w czwartym kwartale wzrosła aż o 41 proc. do 3,11 mld USD. Anality na Wall Street oczekiwali wzrostu sprzedaży o 2,96 mld USD. Co więcej, Nvidia pozytywnie wypowiedziała się o prognozach na bieżący kwartał, mimo że wybuch epidemii jest trudny do oszacowania. Jednym z ciekawszych biznesów, na którym Nvidia zyskała, było rosnące zainteresowanie sztuczną inteligencją. Wielcy gracze na tym rynku, jak Amazon czy Microsoft, korzystają z układów Nvidii, a zapotrzebowanie na moc obliczeniową wśród klientów tylko wzrasta. Głównym źródłem dochodów dla spółki pozostaje jednak gaming. Podzespoły firmy są używane m.in., w konsolach Nintendo Switch, których w ostatnim kwartale sprzedano prawie 11 mln sztuk. Przychody z gier Nvidii wzrosły do 1,49 mld USD, czyli o 56 proc. Cena akcji, zaraz po otwarciu, zbliżyłą się do historycznego szczytu na poziomie 292,76 USD, ustanowionego w październiku 2018 r.

Potencjał do dalszego wzrostu wartości ceny akcji spółki wyraził dziś Bank of America Global Research, podnosząc poziom docelowy z 300 do 350 USD. Jest to cena znajdująca się przy górnej granicy poziomów docelowych na Wall Street i znajdująca się o ponad 20 proc. od obecnej ceny. Na Wall Street Nvidia ma łącznie 32 rekomendacje kupna, 9 trzymaj i 3 sprzedaj.

Dziś również poznaliśmy, w jakiej cenie Tesla chce zaoferować nowy pakiet akcji. Wcześniej Elon Musk zaznaczał, że spółka nie potrzebuje nowego kapitału. Teraz jednak chce zebrać dzięki emisji około 2 mld USD. Jedna akcja w nowej ofercie ma kosztować 767 USD. Zatem jest niższa od ceny z czwartkowego zamknięcia, co nie przekłada się obecnie na notowania spółki, której akcje od początku roku zyskały ponad 90 proc. Sam Elon Musk ma objąć akcje z nowej emisji na kwotę 10 mln dolarów.

Departament Zarządzania Aktywami Copernicus Capital TFI S.A.

Ares Management i Griffin Real Estate nabywają pakiet większościowy w spółce Murapol

Spółka joint venture utworzona przez fundusz zarządzany przez Real Estate Group Ares Management Corporation (NYSE: ARES) oraz Griffin Real Estate podały do wiadomości informację o zakupie 98.04% akcji wiodącego polskiego dewelopera, spółki Murapol S.A. Wartości transakcji nie ujawniono.

Murapol jest jednym z najbardziej aktywnych polskich deweloperów w sektorze budownictwa mieszkaniowego, który tylko w 2019 roku podpisał blisko 3,7 tys. umów dot. sprzedaży mieszkań. Dzięki doskonale zintegrowanemu łańcuchowi dostaw, Murapol koncentruje się na budowie przystępnych cenowo lokali w największych polskich miastach. Obecnie portfel projektów spółki Murapol, w różnych fazach realizacji, to około 17,700 lokali.

John Ruane, Partner i Prezes działu European Real Estate Equity w funduszu Ares
John Ruane, Partner
i Prezes działu European Real Estate Equity w funduszu Ares

– Cieszymy się, że wraz z Griffin Real Estate, który jest naszym partnerem w tej transakcji, możemy nabyć jednego z najbardziej rozpoznawalnych  deweloperów mieszkaniowych
w Polsce. Murapol może się pochwalić imponującymi osiągnięciami związanymi
z dostarczaniem na rynek produktu dobrej jakości oraz dużą liczbą  projektów
w przygotowaniu, co  gwarantuje dalszy wzrost spółki – powiedział John Ruane, Partner
i Prezes działu European Real Estate Equity w funduszu Ares. – Polska jest rynkiem, gdzie wciąż występuje deficyt mieszkań, co zapewnia utrzymywanie się silnego popytu. 

Piotr Fijołek, Senior Partner w Griffin Real Estate
Piotr Fijołek, Senior Partner w Griffin Real Estate

– Murapol to spółka o ugruntowanej pozycji, z dobrymi perspektywami na dalszy wzrost na jednym z najbardziej aktywnych rynków mieszkaniowych w Europie – powiedział Piotr Fijołek, Senior Partner w Griffin Real Estate. – Ponadto, nabycie Murapolu oznacza dodanie do naszych platform kolejnego, ważnego partnera biznesowego. 

– Przez ostatnie dwa lata skupialiśmy się na naszej podstawowej działalności deweloperskiej i wierzymy, że nowe partnerstwo z Aresem i Griffinem pozwoli na jeszcze szybszy rozwój – powiedział Nikodem Iskra, Prezes Zarządu spółki Murapol.  

Walentynkowe trendy. Czego Polacy szukają w Google na Dzień Zakochanych?

Dzień świętego Walentego, który obchodzimy 14 lutego, jest znany na całym świecie jako święto miłości i zakochanych. Chociaż wiąże się z szeregiem różnych zwyczajów: od składania i odnawiania przysiąg małżeńskich po wysyłanie listów miłosnych do ukochanych osób, pary w Polsce często wybierają wspólne wyjście lub obdarowanie się prezentami. Co jest na szczycie popularności w 2020 roku? Sprawdzamy walentynkowe trendy według wyszukiwarki Google.

Analiza trendów w wyszukiwarce Google wskazuje, że liczba zapytań dotyczących Dnia Zakochanych czy podarunków z tej okazji, w 2020 roku zwiększyła się o 23,16% w porównaniu do poprzedniego roku. Polacy z roku na rok coraz więcej walentynkowych inspiracji czerpią właśnie z internetu. Dlatego poniższe dane mogą okazać się przydatne, jeżeli prowadzicie biznes związany z prezentami na Dzień Zakochanych lub aktywnościami, które bardzo często wybierają pary i chcecie dostosować swoją ofertę do wymagań klientów.

W listopadzie lub na dzień przed

Prezentów dla ukochanych zaczynamy szukać już od listopada. Wtedy pojawiają się pierwsze zapytania internautów w Polsce dotyczące Walentynek. Dla porównania: jeszcze 5 lat temu pierwsze takie wyszukiwania pojawiały się dopiero na początku stycznia. Na ten miesiąc przypada jednak prawdziwy szał dotyczący Święta Zakochanych, a w styczniu 2020 wzrost wyszukiwań w tej kategorii wyniósł aż 506,11%. Prezentów szukamy także zazwyczaj dzień przed Walentynkami: w 2019 roku 13 lutego było 195% więcej wyszukiwań niż 12 lutego.

Dla niej i dla niego

Co roku, w okolicach Walentynek na całym świecie zauważalny jest pik wyszukiwań związanych z prezentami “dla niej” lub “dla niego”. W tym roku prezenty dla mężczyzn (frazy “dla niego”, “dla chłopaka” itp.) była zdecydowanie częściej wyszukiwane niż prezenty dla kobiet (frazy “dla niej”, “dla dziewczyny”, “dla żony” itp.). We wcześniejszych latach pomiędzy kategoriami także zaznaczała się wyraźna różnica (np. w 2018 roku 65,9% wyszukiwań w kategorii dla mężczyzn w porównaniu do 34,1% w kategorii dla kobiet), która w tym roku jeszcze się pogłębiła (73% dla mężczyzn w porównaniu do 27% dla kobiet).

Prezenty od serca

Zazwyczaj nie szukamy konkretnego prezentu, jedynie 5% zapytań zawiera nazwę konkretnej marki. Wyszukiwarka Google staje się więc dla nas źródłem inspiracji i katalogiem możliwych prezentów. Pokazują to dane, według których w większości wpisujemy ogólne frazy: “prezent na walentynki”, “upominki na walentynki”, “prezent na walentynki dla niej” (23% wyszukiwań). Lubimy inspirować się także w temacie życzeń (22,5%) oraz kartek walentynkowych (4,5%).

Przed Walentynkami większą popularnością w wyszukiwarce niż w jakimkolwiek innym okresie cieszą się zapytania o “bieliznę” (wzrost kategorii o 53,31%). Okazuje się, że spośród konkretnych prezentów modne jest także “SPA” (wzrost o 52,35%). Listę prezentów, o które pytania rosną najszybciej zamykają “kwiaty” (wzrost o 41,89%). Co ciekawe, bardzo popularne w zeszłym roku “słoiki DIY z karteczkami z życzeniami” w tym roku zanotowały spadek o 36,86%.

Kolacja przy świecach

O porady w poszukiwaniu romantycznego nastroju także zwracamy się do Google. W planowaniu walentynkowego wieczoru dla dwojga najczęściej bierzemy pod uwagę kolację. To hasło w różnych wersjach: “kolacja walentynkowa”, “kolacja dla dwojga”, “romantyczna kolacja dla niej” zdecydowanie króluje we wpisywanych frazach. Jednak dla Polaków romantyczna może być nie tylko kolacja, ale również walentynkowy obiad. To hasło (“romantyczny obiad dla dwojga”, “obiad dla ukochanego”) zanotowało w okresie przed Świętem Zakochanych wzrost o ponad 50%. Podobnie popularne są “słodycze” (44,8%).

Poznanie walentynkowych zwyczajów Polaków może okazać się niezwykle przydatne podczas prowadzenia biznesu, który łączy się ze Dniem Zakochanych, np. kwiaciarni, restauracji, SPA czy sklepu z bielizną. W kolejnych latach może to wpłynąć na rozpoczęcie promocji czy kampanii w odpowiednim momencie, aby dotrzeć do klientów przed konkurencją lub właśnie podczas zakupów na ostatnią chwilę. Korzystając z AdWords, warto pamiętać, aby uwzględnić wymienione frazy, jako słowa kluczowe.

Ceny małpek praktycznie nie drgnęły. Analitycy twierdzą, że do czerwca nic się nie zmieni

Przez ostatnie dwa lata średnie ceny promocyjne tzw. małpek wzrosły tylko o 0,7%. Najbardziej zdrożały spirytusy – o 3,8%. Wódki czyste podskoczyły o 1,9%, a smakowe prawie stanęły w miejscu. Najmocniej potaniały butelki 50 ml – o 5,5%. Te o pojemności 100 ml miały spadek o 2,3%. Opakowania 200 ml poszły w górę o 1,4%. Ale ten stan wkrótce może się zmienić, bo rząd poszedł na starcie z branżą, chcąc wprowadzić tzw. podatek cukrowy. Jednak niektórzy analitycy uspokajają. Sklepy będą chciały jak najdłużej utrzymać wrażanie, że cen w promocji to nie dotknęło, a tym samym – kieszeni ich klientów. I co najmniej do czerwca tak powinno pozostać.

Analizę przeprowadzili eksperci z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland oraz platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH. Porównano średnie ceny promocyjne z lat 2018-2019. W tym celu sprawdzono wszystkie gazetki wydawane przez dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience, cash&carry i hurtownie. Łącznie przeanalizowano blisko 19 tys. publikacji.

– Z ogólnych danych wynika, że od początku 2018 r. do 2019 r. średnie ceny promocyjne tzw. małpek wzrosły zaledwie o 0,71%. Najbardziej podrożały spirytusy – o 3,85%. Wódki czyste podskoczyły o 1,97%, a smakowe – o 0,01%. Zatem można stwierdzić, że wskazane różnice są kompletnie niezauważalne dla konsumentów – mówi Krzysztof Zych z międzynarodowej firmy analityczno-doradczej UCE GROUP LTD.

Natomiast Katarzyna Grochowska z Hiper-Com Poland tłumaczy, że niewielkie wzrosty są nieuniknione prawie w każdym segmencie rynku ze względu na rosnące koszty produkcji i transportu. Wynikają one m.in. z coraz wyższych opłat za energię i cen paliw. Planowane podwyżki akcyz na wyroby alkoholowe podniosą ich ceny w sposób zauważalny. Najbardziej zdrożeją spirytusy, następnie – wódki czyste, a na końcu – smakowe.

– Ale to dalej może nie być powodem do tego, żeby sieci drastycznie podniosły ceny. Co istotne, wódki smakowe, które są przecież coraz częściej kupowane przez konsumentów, najmniej zdrożały. W mojej ocenie, dzięki temu zabiegowi sieci chciały pokazać, że tego typu alkohole, sprzedawane w małych butelkach, wciąż są w dobrych cenach, mimo widocznych podwyżek wielu innych towarów – komentuje ekspert z UCE GROUP LTD.

Biorąc pod uwagę poszczególne opakowania, widać, że najbardziej potniały butelki 50 ml, bo o 5,48%. Jednak w tym formacie to dość marginalny produkt. W tej kategorii wódki czyste odnotowały spadek o 7,91%, a smakowe – o 4,33%. Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland stwierdza, że najmniejsze małpki mogą być uznawane przez konsumentów za porcję gotową do degustacji. Łatwiej więc ulec impulsowi zakupu niż w przypadku większych pojemności. Do tego niska cena i promocja sprawiają, iż klienci odruchowo i często decydują się na kupno.

– Spadek zaliczyły też opakowania 100 ml – o 2,30%. Jednak w tej kategorii najbardziej poszły w dół wódki smakowe – o 3,25%, a mniej potaniały czyste – o 2,38%. Wzrost o zaledwie 0,91% odnotowały spirytusy, które właśnie w tej wielkości butelkach najczęściej służą do wzmacniania słabszych trunków, kaw czy deserów. Sieciom mniej zależy na ich promocji niż pięćdziesiątek, częściej kupowanych w celu szybkiego, samotnego spożycia – zaznacza dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego.

Z kolei opakowania 200 ml poszły w górę o 1,37%. Wśród nich wódki smakowe zdrożały o 1%, spirytusy – o 0,51%, a wódki czyste – o 0,14%. Beata Büttner-Clauss z platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH uważa, że sieci handlowe po raz kolejny sprytnie rozegrały sprawę. Zwyczajnie kuszą towarem w większym opakowaniu. To nic innego, jak tylko taktyka sprzedażowa. I oczywiście nie ma w tym nic złego.

– Po ostatnich ruchach rządu w kwestii obłożenia nowym podatkiem, konsumenci nie powinni martwić się na zapas i ulegać medialnym doniesieniom. Po pierwsze, sieci z pewnością mają spore zapasy, zrobione jeszcze niższym kosztem. Po drugie, średnie ceny promocyjne jeżeli już pójdą w górę, to dość minimalnie. Sklepy będą jak najdłużej chciały utrzymać wrażanie, że ich to w żaden sposób nie dotknęło, a przede wszystkim – klientów. I co najmniej do czerwca nic nie powinno się zmienić w tej kwestii – podsumowuje analityk z UCE GROUP LTD.

Nie samym wirusem rynki żyją

Zakażonych wirusem przybywa, ale ostatnie liczby po zmianie metodologii są już mniej niepokojące. Wiarygodność danych z Chin zaczyna być coraz bardziej kwestionowana, ale nie jest to temat, który wpływ na rynki. Na koniec tygodnia UER/USD zmierzy się z odczytami danych po obu stronach Atlantyku, funt znajduje wsparcie w politycznej burzy, a rynek złotego zdaje się nie obawiać danych z Polski.

EUR/USD jest coraz bliżej zahaczenia 1,08 i na horyzoncie nie widać powodu do odmiany tego stanu rzeczy. Problem leży głównie po stronie euro i obaw o to, że zakładane jeszcze pod koniec ubiegłego roku odbicie aktywności gospodarczej nie nastąpi. Opublikowane dziś rano dane o PKB z Niemiec w IV kw. pokazały brak zerową dynamikę, na co jednak zdołały inwestorów przygotować rozczarowujące odczyty z przemysłu w ostatnich dniach. To nie wróży dobrze zaplanowanemu na przedpołudnie odczytowi PKB dla całej strefy euro i rynek podtrzyma spekulacje o kolejnej obniżce stopy procentowej EBC – niezależnie czy takie spekulacje mają sens, czy nie (pisałem o tym wczoraj). Jednak przy porównaniu z sytuacją w USA, gdzie według najnowszych danych inflacja zaskakuje pozytywnie (2,5 proc. r/r), trudno argumentować odbicie EUR/USD. Kondycja gospodarki nie stanowi żadnego tematu do rozterek dla decydentów z Fed. Dziś po południu dane o sprzedaży detalicznej powinny odzwierciedlić USA utrzymujące się pozytywne nastroje konsumentów. Tylko chęć realizacji zysków z krótkich pozycji przed weekendem może przynieść odbicie. Tylko skoro żaden czynniki ryzyka nie są w stanie pociągnąć EUR/USD w górę, to po co zamykać pozycję?

W nieco zaskakujący sposób funt zareagował pozytywnie na roszady w brytyjskim rządzie, w tym na niespodziewaną rezygnację kanclerza skarbu Sajida Javida. Według doniesień prasowych powodem odejścia był sprzeciw wobec ultimatum postawionego przez premiera Johnsona, aby Javid odwołał swoich doradców. Javid i jego ekipa dbali o zrównoważone założenia budżetu i sprzeciwiali się ambitnym planom wydatkowym premiera i jego obozu. Po rezygnacji Javida jest bardziej prawdopodobne, że Johnson pójdzie w ślady Trumpa, przedstawiając bardziej szczodry pakiet fiskalny. Dla rynku perspektywa wzrostu PKB wspartego wydatkami rządowymi jest interpretowana jako zdjęcie z Banku Anglii presji na obniżkę stopy procentowej. Sądzę jednak, że to dość nietrwały impuls dla umocnienia funta. Fiskalne rozdawnictwo nie oferuje długofalowego rozwiązania na wyzwania stawiane przez brexit. A temat brexitu wciąż ciąży na funcie. Dla GBP/USD widzę solidniejsze podstawy, aby przed weekendem doszło do korekty wczorajszego rajdu.

W Polsce styczniowy CPI powinien pokazać dalszy wzrost do 4 proc. r/r, co będzie mieć związek z regulacyjną podwyżką cen energii. Wstępny szacunek PKB za IV kw. może wypaść poniżej 3 proc. r/r, co nie zdarzyło się od IV kw. 2016 r. Z konferencji prasowej po posiedzeniu RPP w mijającym tygodniu wiem, że Rada jest świadoma przejściowego przestrzelenie celu inflacyjnego, a także spowolnienia gospodarczego, ale nie zamierza zmieniać swojego nastawienia. To osłabia wpływ publikacji na złotego i skazuje walutę na wyłączne podleganie pod czynniki zewnętrzne. Złoty korzysta na postępującej bagatelizacji ryzyk związanych z wirusem, ale znów EUR/PLN jest blisko podłogi wielomiesięcznej konsolacji, która jeszcze niedawno potwierdziła swoje znaczenie jako solidna zapora. O ile nie przeniesiemy się do alternatywnej rzeczywiści globalnego prosperity, gdzie nikt nie słyszał o koronawirusie, spodziewałbym się, że okolice 4,23 będą kusić do spekulacyjnego grania pod odbicie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Szczepienia na choroby zakaźne powinny być standardem wśród seniorów. Na grypę szczepi się tylko 14 proc. z nich

Osoby w wieku 65+ z uwagi na choroby przewlekłe i towarzyszącą temu osłabioną odporność mogą być bardziej narażone na infekcje. W związku z tym szczepienia przeciw chorobom zakaźnym są ważnym, jeśli nie najważniejszym, elementem profilaktyki zdrowotnej. Zalecane są szczególnie regularne szczepienia przeciw grypie oraz pneumokokom. – Szczepienia pozwalają uniknąć choroby albo powodują, że ma ona łagodniejszy przebieg. Korzyści zdrowotne są ewidentne, a powikłania notuje się bardzo rzadko – przekonują lekarze.

– W przypadku seniorów, podobnie jak właściwie w przypadku całej populacji, szczepienia przeciwko chorobom zakaźnym są najistotniejszym elementem profilaktyki zdrowotnej – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Andrzej Fal, kierownik Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Jak podkreśla specjalista, seniorzy z uwagi na przewlekłe schorzenia związane z układem krążenia, oddechowym czy pokarmowym mają zaburzoną odporność, więc podatność na zarażenie jest u nich dużo wyższa.

W związku z tym wśród osób w wieku 65+ szczepienia powinny być równie powszechne jak w przypadku małych dzieci. Dotyczy to szczególnie patogenów, które występują masowo. Do tych najpowszechniej występujących należą pneumokoki, które są przyczyną większości infekcji osób w wieku 65+ – dodaje Andrzej Fal. – Senior powinien szczepić się przeciw pneumokokom według kalendarza szczepień. Oznacza to, że konieczne są co najmniej dwa szczepienia, choć Amerykanie zalecają trzy dawki w odstępach pięciu–siedmiu lat jako pełne zabezpieczenie, w szczególności u osób z istotnymi chorobami przewlekłymi.

W katalogu szczepień dla seniora powinno znaleźć się także szczepienie przeciwko grypie. Osoby starsze, które cieszą się średnim zdrowiem, czyli nie mają poważnych problemów zdrowotnych, ale statystycznie cierpią na przynajmniej jedną chorobę przewlekłą, powinny szczepić się przeciwko tej chorobie co roku.

Problem seniora, który nie zaszczepi się przeciwko grypie czy pneumokokom, a zachoruje, jest dwojaki. Po pierwsze, najprawdopodobniej przebieg infekcji będzie cięższy. Zdecydowanie większy odsetek nieszczepionych seniorów po zachorowaniu na grypę czy infekcję pneumokokową trafia do szpitala, co samo w sobie jest już niebezpieczne dla zdrowia, a tym bardziej dla seniora podczas infekcji. Po drugie, sam fakt pojawienia się infekcji – o łagodnym czy ciężkim przebiegu – jest związany bezpośrednio ze stopniem wyszczepialności populacji seniorów, czyli z odsetkiem osób w populacji, który się zaszczepił – przekonuje specjalista.

Wśród Polaków zainteresowanie szczepieniami przeciw grypie jest wciąż niewielkie. Pod tym względem jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Jak podaje Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego, w sezonie 2018/2019 przeciw grypie zaszczepiło się zaledwie 3,9 proc. Polaków, a w poprzednim – 3,64 proc. Najwyższy wskaźnik zaszczepienia odnotowano w Polsce w sezonie 2001/2002, kiedy szczepionkę otrzymało 10,57 proc. populacji. W kolejnych sezonach było już gorzej. W ostatnim sezonie epidemicznym najwyższy stan zaszczepienia – na poziomie 14,2 proc. – odnotowano właśnie wśród seniorów.

 Szczepienia są jednymi z bezpieczniejszych interwencji medycznych. Średnio w Polsce rejestruje się jedno powikłanie na 10 tys. podanych szczepionek. Wśród nich są najczęściej miejscowy obrzęk, dwutrzydniowa bolesność, zaczerwienienie. Z kolei poważne powikłanie notuje się średnio raz na pół miliona podanych szczepionek – dodaje Andrzej Fal. – Jeżeli ktoś używa penicyliny jako antybiotyku bądź aspiryny jako leku przeciwgorączkowego, też może doświadczyć bardzo ciężkich powikłań, ale to nie znaczy, że należy odradzić wszystkim używanie aspiryny.

Ryzyko powikłań poszczepiennych nie powinno być argumentem przeciw powszechnemu korzystaniu z profilaktycznych szczepień. Znacznie bardziej niepokojące są dane dotyczące zgonów w wyniku powikłań po grypie. Wprawdzie z danych epidemiologicznych NIZP – PZH wynika, że w sezonie 2018/2019 liczba zachorowań na grypę i zachorowania grypopodobne była niższa w porównaniu do lat poprzednich, ale odnotowano wyższą liczbę zgonów z powodu grypy i jej powikłań. W sezonie 2018/2019 było to 150 przypadków, czyli zmarło o ponad 100 osób więcej w porównaniu do sezonu 2017/2018. Zgony dotyczyły głównie osób po 65. roku życia.

Konopie włókniste mają 50 tys. zastosowań w przemyśle. Mogą zastąpić plastik, są też bardziej ekologicznym źródłem papieru

Do 1883 roku nawet 90 proc. papieru na świecie było produkowane z konopi. Na papierze konopnym spisano m.in. Biblię Gutenberga i dwa pierwsze projekty amerykańskiej Deklaracji niepodległości. To tylko jeden z przykładów przemysłowego wykorzystania konopi, a jest ich nawet 50 tys. Mają one najsilniejsze włókno roślinne na świecie i mogą niemal całkowicie zastąpić plastik. Konopie włókniste można uprawiać niemal na każdej glebie, dlatego areał ich upraw rośnie, także w Polsce.

– Konopie przemysłowe wykorzystuje się przede wszystkim jako materiał włókienniczy, czyli w pozyskiwaniu i produkcji włókna. Pozyskuje się z niego papier – są fabryki, przede wszystkim we Francji, które produkują papier konopny. Jego wytwarzanie jest zdecydowanie lepsze pod względem ochrony środowiska. Wykorzystuje się w nim mniej środków do pozyskania lignocelulozy – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Jan Nowak, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Przetwórców Konopi, członek zarządu w Orbis Cannabis.

W przeszłości konopie były już powszechnie stosowane. Szacuje się, że do 1883 roku blisko 90 proc. papieru na świecie było wyprodukowanych właśnie z włókna konopnego.

– Ciekawostką jest, że Deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych była stworzona na papierze konopnym – dodaje Dariusz Jan Nowak.

Szacuje się, że konopie włókniste mają około 50 tys. zastosowań w różnych dziedzinach przemysłu. Jak podaje portal National Hemp Association, konopie to plony o wysokiej wydajności. Z jednego akra produkuje się dwa razy więcej oleju niż z jednego akra orzeszków ziemnych i prawie czterokrotnie więcej miazgi włóknistej na papier niż z akra drzew. Ze względu na swoją wytrzymałość włókno konopne może być stosowane do materiałów kompozytowych, które mogą być użyte do wykonania np. samochodów czy myśliwców.

Czyli w pewien sposób zastępuje plastik – przekonuje Dariusz Jan Nowak.

Tworzywa sztuczne wykonane z połączenia konopi i innych roślin są już stosowane. Dzięki swojej wysokiej wytrzymałości i sztywności wykorzystuje się je w budowie samochodów, łodzi czy instrumentów muzycznych. Henry Ford już w 1941 roku stworzył plastikowy samochód napędzany konopiami i innymi paliwami roślinnymi, którego błotniki były wykonane z konopi. Planował „wyhodować” samochody tak, aby wszystkie jego materiały były pochodzenia roślinnego.

Na Zachodzie bardzo mocny jest trend budownictwa naturalnego, w którym wykorzystuje się konopie i tworzy się z nich beton konopny. Taki budynek jest zaś zdrowszy i bezpieczniejszy dla ludzi – mówi prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Przetwórców Konopi.

Eksperci podkreślają, że beton konopny jest niepalny, ma dobrą termoizolacyjność, dobrze reguluje temperaturę i wilgotność wewnątrz domu. Zapewnia także trwałość elementów drewnianych, chroni je przed pasożytami oraz jest odporny na pleśnie i grzyby.

Konopie wykorzystuje się we włókiennictwie, ponieważ ich włókno jest bardzo trwałe. Ubrania z lnu i konopi były trwałe, odporne na przetarcia, więc były często stosowane do ubrań roboczych. W USA było zalecenie, żeby dla żołnierzy produkować mundury z konopi ze względu na ich trwałość – wskazuje Dariusz Jan Nowak.

Konopie mogą szerzej wejść do przemysłu tekstylnego – tkanina konopna chroni przed promieniowaniem UV, ma też właściwości termodynamiczne i hipoalergiczne. W przyszłości z plastiku pochodzenia konopnego mogłyby być produkowane opakowania żywności czy zabawki. Największe koncerny spożywcze już eksperymentowały z plastikowymi butelkami z roślin.

Według raportu Grand View Research globalny rynek konopi przemysłowych do 2025 roku osiągnie wartość 10,6 mld dol. Dlatego też rośnie areał upraw konopi włóknistych. Instytut Gospodarki Rolnej podaje, że w 2017 roku w całej Unii Europejskiej zajmowały one ok. 35 tys. ha, z czego najwięcej we Francji (ok. 10 tys. ha). GUS podaje, że w 2018 roku łączna powierzchnia upraw przemysłowych konopi i lnu wynosiła ponad 5,3 tys. ha. Jak wynika z uchwały Rady Ministrów z 2017 roku wprowadzającej program „Odbudowa i zrównoważony rozwój produkcji oraz przetwórstwa naturalnych surowców włóknistych dla potrzeb rolnictwa i gospodarki na lata 2017–2020″, konopie włókniste wykorzystywane są głównie na cele papiernicze – 73 proc., w budownictwie – 11 proc., w produkcji kompozytów – 10 proc., tekstyliów – 3 proc. oraz 3 proc. do innych zastosowań. W latach 70. Polska była znaczącym producentem włókien naturalnych, m.in. konopi włóknistych. Powierzchnia upraw wynosiła wówczas ok. 15 tys. ha.

Nawet małe i średnie polskie firmy mogą konkurować na niemieckim rynku. Ich przewagą jest elastyczność i szybkość działania

0

Nawet małe i średnie polskie firmy mogą konkurować na niemieckim rynku. Ich przewagą jest elastyczność i szybkość działania 1

Niemcy to wciąż największy polski partner handlowy, odpowiadający za więcej niż jedną czwartą wartości naszego eksportu. Polska jest dla tego kraju szóstym największym kontrahentem, w ubiegłym roku przegoniła Wielką Brytanię. Niemieccy konsumenci mają coraz lepszą opinię o polskich towarach i usługach, które często wygrywają nie tylko ceną, ale też jakością i szybkością wykonania. Firmy, które chciałyby podjąć działalność w Niemczech, muszą jednak pamiętać o gruntownym zapoznaniu się z lokalnymi regulacjami.

– Niemieccy konsumenci bardzo sobie cenią polską innowacyjność, podejście do realizacji projektów, jesteśmy też znani z wysokiej jakości usług i produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Kasiubowski, prezes i założyciel serwisu Polando.de, współpracującego z polskimi firmami w Niemczech. – Niemieccy klienci cenią sobie elastyczność polskich przedsiębiorców, którzy są bardziej skoncentrowani na efekcie w przeciwieństwie do niemieckich, którzy są głównie skoncentrowani na procedurach.

Polskie firmy chwalone są również za kreatywność. Jak podkreśla Kasiubowski, tam, gdzie niemiecka firma widzi regulaminy i biurokrację, polska widzi po prostu pracę do wykonania.

– Polskie firmy nauczone są realizacji projektów na wczoraj, jesteśmy w stanie o wiele szybciej zrealizować pewne zadania i zlecenia, co jest pozytywnym zaskoczeniem dla niemieckich kontrahentów. Te elementy oczywiście przekładają się też na cenę – podkreśla prezes Polando.de.

W 2019 roku do Niemiec trafiło 27,6 proc. wartości polskiego eksportu, co oznacza sprzedaż na poziomie 279,6 mld zł, o 4,2 proc. wyższą niż rok wcześniej. Dodatnie jest też nasze saldo wymiany z zachodnim sąsiadem – w ubiegłym roku nadwyżka wyniosła 60,8 mld złotych.

– Polska jest zdecydowanym liderem w branży stolarki okiennej i budowlanej, również firmy budowlane cieszą się renomą. Polska coraz bardziej i coraz silniej jest postrzegana również na rynku szeroko rozumianej turystyki medycznej, czyli od zabiegów kosmetycznych, przez stomatologię, po bardziej zaawansowane operacje – mówi Artur Kasiubowski.

Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa szacuje, że nad Renem i Menem działa nawet 1,5 tys. polskich spółek, a jednoosobową działalność gospodarczą prowadzą dziesiątki tysięcy polskich przedsiębiorców. Z ankiety przeprowadzonej przez nią w październiku 2019 roku wśród polskich firm w Niemczech wynika, że mimo spowolnienia gospodarczego 93 proc. z nich powtórzyłoby swoją decyzję o podjęciu działalności na sąsiednim rynku.

– Rynek niemiecki jest atrakcyjny z perspektywy każdej firmy, zarówno wielkich graczy, jak i drobnych przedsiębiorców czy firm jednoosobowych – mówi Artur Kasiubowski. – Ważne jest, żeby to zrobić od samego początku dobrze i profesjonalnie.

Ekspert radzi, żeby osoby zainteresowane dotarciem do niemieckiego rynku gruntownie zapoznały się z lokalnymi przepisami i zwyczajami. Te pierwsze mogą się różnić nawet w zależności od kraju związkowego, a ich naruszenie grozi poważnymi konsekwencjami finansowymi. Szczególną ostrożność powinni zachować przedsiębiorcy działający w branży e-commerce. Nieznajomość mentalności i potrzeb lokalnych klientów może przyczynić się do biznesowej porażki.

– Kolejna kwestia to różnice kulturowe. Często błędnie oceniamy nasze szanse na rynku niemieckim, opierając się na naszych polskich realiach, nie zdając sobie sprawy z tego, że niemiecki klient kieruje się zupełnie innymi wartościami przy decyzji zakupowej – mówi Artur Kasiubowski. – Dostosowanie oferty do niemieckiej mentalności i oczekiwań jest kluczowe.

W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa. Często lepsza niż droga reklama jest dobrze wykonana usługa, dzięki czemu zleceniodawca poleci ją swojemu sąsiadowi.

Polando.de to działający od 2016 roku portal, który ma pokazać Niemcom zalety polskich przedsiębiorców. Zajmuje się kompleksową obsługą marketingową krajowych firm. W 2019 roku strona odnotowała 5 mln odsłon.

Na polskie domy przypada 87 proc. węgla spalanego w gospodarstwach domowych w Unii Europejskiej. W ciągu 10 lat możliwe jest odejście od tego surowca

W Polsce sektor ciepłownictwa zużywa ok. 26 mln ton węgla. Połowa z tego przypada na gospodarstwa domowe. Co więcej, spalamy w nich 87 proc. węgla wykorzystywanego w gospodarstwach domowych w całej Unii Europejskiej. Z tego powodu proces odchodzenia od tego surowca będzie długi i kosztowny. Polski Instytut Ekonomiczny i Forum Energii szacują, że dekarbonizacja całego sektora ciepłownictwa pochłonie ponad 550 mld zł do 2030 roku. Eksperci podkreślają, że niezbędna jest kompleksowa strategia dla rozwoju branży – bez niej Polska nie da rady wypełnić zobowiązań, jakie narzuca polityka klimatyczna UE.

Polskie ciepłownictwo bazuje na węglu. Zużywa go ok. 24–26 mln ton rocznie. Same gospodarstwa domowe spalają aż 12 ton węgla. Jeśli spojrzymy z perspektywy całej UE, okazuje się, że Polacy spalają w domach ponad 80 proc. węgla, który jest wykorzystywany we wszystkich gospodarstwach domowych w całej Unii Europejskiej. Czyli Polska jest całkowitym ekstremum pod względem spalania węgla w indywidualnych budynkach – mówi agencji Newseria Biznes dr Joanna Maćkowiak-Pandera, prezes Forum Energii.

Jak wynika z raportu Forum Energii i PIE, w Polsce 47 proc. gospodarstw domowych ogrzewa swoje domy paliwami stałymi, a w indywidualnych instalacjach grzewczych powstaje 76 proc. ciepła. Pozostałe 24 proc. jest wytwarzane w systemach ciepłowniczych, z których 80 proc. jest nieefektywnych. Rokrocznie ciepłownictwo emituje 68 mln ton CO2 (czyli 1/4 krajowej emisji).

Niska emisja (ze źródeł o wysokości poniżej 40 m), pochodząca z indywidualnych źródeł wytwarzania ciepła w ok. 5 mln budynków w Polsce, jest jedną z głównych przyczyn złej jakości powietrza. Około 3,5 mln budynków jest zaopatrywanych w ciepło z niskosprawnych źródeł opalanych węglem. Stare i nieefektywne energetycznie kotły i piece to natomiast główne źródło smogu, z którym borykają się polskie miasta i samorządy. Choroby będące jego skutkiem kosztują budżet państwa rokrocznie ok. 30 mld euro („Ciepłownictwo w Polsce 2019”).

– W okresie zimowym właśnie to, co spalamy w domach, we własnych piecach, jest największym problemem, szczególnie na południu Polski. Na to nakładają się również transport, przemysł i energetyka – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera.

W Polsce dużym problemem jest niska efektywność energetyczna budownictwa mieszkalnego. Z ubiegłorocznego „Barometru zdrowych domów” przygotowanego na zlecenie Velux wynika, że 58 proc. polskich zasobów budowlanych to budynki starsze niż 40 lat, a jedynie 10 proc. ma świadectwa energetyczne klasy A lub B. To oznacza, że przeważająca większość polskich domów jednorodzinnych ma niski bądź bardzo niski standard energetyczny, a tym samym wysokie zapotrzebowanie na ciepło.

Największym problemem są budynki jednorodzinne na terenach wiejskich. Jak podkreśla prezes Forum Energii, to wymaga uwzględnienia w rządowym programie Czyste Powietrze oraz wypracowania kompleksowej strategii poprawy efektywności energetycznej budownictwa mieszkaniowego.

Powinniśmy mieć konkretne cele, które chcemy osiągnąć. W tej chwili dzięki programowi Czyste Powietrze jesteśmy w stanie poprawić efektywność energetyczną o ok. 15 proc., natomiast to może być za mało, to powinno być co najmniej 30 proc. – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera. – Biorąc pod uwagę długofalową perspektywę i fakt, że dyskutujemy o neutralności klimatycznej, chcemy, aby gospodarstwa domowe nie płaciły więcej za ciepło i odchodziły od węgla, to jedynie dobra efektywność energetyczna może nam w tym pomóc.

Niska efektywność to również problem ciepłownictwa systemowego. Polska ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, która liczy blisko 21,5 tys. km. Jednak 80 proc. z nich jest nieefektywne energetycznie (w rozumieniu unijnej dyrektywy o efektywności energetycznej). To, że nie spełniają unijnych kryteriów, de facto eliminuje je ze wsparcia finansowego.

Koszty uprawnień do emisji CO2 wzrosły w ostatnim czasie o 250 proc. Zakład ciepłowniczy musi je ponieść samodzielnie, co oznacza, że trudno będzie im w tej sytuacji odchodzić od węgla. W Polsce systemy ciepłownicze w dalszym ciągu produkują z niego 75 proc. energii. Polskie ciepłownictwo systemowe, mimo że jest jednym z największych w Unii Europejskiej, jest na zakręcie – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera.

Forum Energii zaznacza, że Polska nie ma ani spójnej strategii rozwoju ciepłownictwa, ani jasnych deklaracji dotyczących ograniczania korzystania z węgla. To utrudnia systemowe działania. Tymczasem niekorzystny bilans paliwowy i wadliwy system taryfowania negatywnie odbijają się na konkurencyjności sektora, a Polska jest zobowiązana do uczestnictwa w osiąganiu wspólnych celów UE i redukcji emisji gazów cieplarnianych w ciepłownictwie i energetyce o 43 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 2005 roku). Bez reformy w obszarze ciepłownictwa nie będzie to możliwe.

Potrzebujemy strategii czystego ciepła, musimy postawić sobie cele odejścia od węgla na rzecz czystych źródeł energii. Uważamy, że 2030 rok dla gospodarstw indywidualnych i 2035 rok dla systemów ciepłowniczych to realne daty. Do tego oczywiście są potrzebne środki finansowe i plan wdrażania konkretnych mechanizmów. O tym powinniśmy w kolejnych miesiącach intensywnie rozmawiać z Brukselą, bo trudno nam będzie poradzić sobie z tą skalą wyzwań i kosztami – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera.

Z szacunków Forum Energii wynika, że na transformację ciepłownictwa w ciągu najbliższej dekady potrzeba ok. 558 mld zł, ale utrzymywanie status quo będzie równie kosztowne – pochłonie ok. 200 mld zł, nie przynosząc przy tym żadnych wymiernych korzyści ekonomicznych i zdrowotnych (raport „Czas na ciepłownictwo” Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Forum Energii).

– Koszty transformacji ciepłownictwa są duże, bo obejmują nie tylko koszt modernizacji i wymiany źródeł ciepła. Fundamentem tej transformacji jest też poprawa efektywności energetycznej. Najpierw trzeba w to zainwestować, a dopiero później wymieniać źródło ciepła. Te środki nie mogą pochodzić tylko z zewnątrz. Sami też musimy opracować odpowiednie mechanizmy finansowania – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera.

Urzędnicy boją się rozwiązywać spory publiczno-prywatne w drodze mediacji. Według nich bezpieczniej zdać się na wyrok sądu

Wzrosła liczba sporów publiczno-prywatnych rozwiązywanych w drodze mediacji, która kończy się ugodą. W ubiegłym roku zawarto ich  84, podczas gdy w 2018 roku – jedynie 22. Wciąż jednak przeważająca większość z ok. 3 tys. takich spraw rocznie trafia na długie lata do sądów. Konsekwencją jest strata czasu i pieniędzy – zarówno po stronie inwestora publicznego, jak i wykonawcy. Najczęściej wynika to z faktu, że urzędnicy boją się odpowiedzialności i są przekonani, że bezpieczniej jednak iść do sądu. Tymczasem prawo sprzyja mediacyjnemu rozstrzyganiu sporów, a odrzucenie racjonalnej propozycji ugody może wręcz być rozpatrywane przez NIK jako niegospodarność w zakresie wydatkowania środków publicznych.

Zaletą mediacji jest czas. Tą drogą można szybko rozwiązywać spory i to jest plus zarówno dla wykonawców, jak i dla zamawiających, bo nie marnujemy czasu na sprawy sądowe, które nierzadko trwają pięć–sześć lat. Czas to także pieniądze, które w trakcie spraw sądowych wykonawcy mają zamrożone. Oczywiście mediacje mają też ujemne strony, bo jest to forma porozumienia: zarówno wykonawca, jak i inwestor muszą pozbyć się swoich części roszczeń i rozwiązać spór za pomocą kompromisu – mówi agencji Newseria Biznes Robert Proczko, dyrektor biura eksperckiego w Warbud.

Spory publiczno-prywatne najczęściej pojawiają się przy inwestycjach infrastrukturalnych i drogowych. Zwykle są wynikiem opóźnień w realizacji kontraktu albo różnic w interpretacji postanowień zawartych w umowie. Co roku do Prokuratorii Generalnej RP, która reprezentuje Skarb Państwa przed sądami powszechnymi i polubownymi, trafia około 3 tys. takich spraw o łącznej wartości roszczeń sięgającej ok. 15 mld. W ostatnich latach częściej dochodzi do rozwiązania ich na drodze mediacji, która kończy się ugodą. Mimo to przeważająca większość spraw nadal trafia na długie lata do sądu.

Niestety z punktu widzenia generalnych wykonawców rozwiązywanie sporów poprzez mediacje nie jest w Polsce często stosowane. Nad czym ubolewamy, bo jesteśmy na to rozwiązanie bardzo otwarci – mówi Robert Proczko.

Strona publiczna, samorządowa stosunkowo rzadko sięga po mediacje. Podstawową przeszkodą jest po prostu decyzyjność. Na etapie mediacyjnym, przy ustalaniu warunków ugody, trzeba podjąć decyzję dotyczącą jej zawarcia, zejść trochę ze swoich roszczeń, wyjść naprzeciw drugiej stronie. Urzędnicy, których obowiązuje dyscyplina finansów publicznych i są odpowiedzialni za wydatkowanie środków publicznych, częściej wolą przesunąć tę odpowiedzialność na sąd – dodaje Ewelina Stobiecka, mediator, koordynator Międzynarodowego Centrum Mediacji.

To jednak oznacza stratę pieniędzy i czasu, bo spory sądowe w takich sprawach trwają długie lata.

W postępowaniach sądowych zawsze mamy do czynienia z długim czasem rozpatrywania, szczególnie przy sporach złożonych, wielowątkowych, o dużej wartości przedmiotu sporu. W mediacjach strony mogą dużo szybciej dojść do porozumienia. Dzięki temu sektor prywatny jest lepiej wypłacalny, a publiczny – nie wydaje pieniędzy podatników na przeciągający się konflikt w sądzie – podkreśla ekspertka.

Prawo sprzyja w tej chwili ugodom i mediacyjnemu rozstrzyganiu sporów pomiędzy sektorem publicznym a prywatnym. Rozwiązania legislacyjne wprowadzone w ostatnich kilku latach usprawniły prowadzenie mediacji pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym, a artykuł 54a ustawy o finansach publicznych z 2017 roku stwarza duże możliwości zawierania ugód, jeżeli te okazują się korzystniejsze niż przewidywany wynik postępowania sądowego. Jednak problemem pozostaje nieumiejętność zastosowania istniejących rozwiązań prawnych.

Przepisy są wystarczające do tego, aby osiągać porozumienie metodą mediacji. Nie widzę w nich jakichkolwiek trudnych kwestii, które przeszkadzałyby w takich rozstrzygnięciach – dodaje Robert Proczko.

W przypadku sektora publicznego i urzędników bezzasadne odrzucenie racjonalnej propozycji ugodowej, które będzie prowadzić do przegrania procesu i wydatkowania jeszcze większych kwot ze środków publicznych, może wręcz budzić wątpliwości w zakresie gospodarności.

Kontrolerzy NIK doskonale znają te przepisy i z pewnością będą oceniać postępowanie kontrolowanych jednostek pod kątem art. 54a. Wcześniej, kiedy tego przepisu jeszcze nie było, zawieranie ugód wydawało się takim jednostkom problematyczne. Jednak teraz mamy wyraźną podstawę prawną. To stwarza możliwość kontroli w drugą stronę – czy rezygnacja z tej formy rozwiązania sporu mieści się w granicach legalności, celowości, rzetelności i gospodarności – mówi Zbigniew Wrona, radca prezesa Najwyższej Izby Kontroli.

Potrzeba uregulowania jakości usług pralniczych dla placówek medycznych

Zdarza się, że podczas pobytu w szpitalu zarażamy się chorobą zakaźną. Najczęściej winimy za to narzędzia, używane bezpośrednio przy czynnościach zabiegowych lub przy leczeniu. Badania wskazują jednak, że za przenoszenie wirusów i bakterii w szpitalach często odpowiedzialna jest bielizna. Prześcieradła, pościel i poduszki – a także ubrania operacyjne lekarzy i chusty chirurgiczne – mogą być powodem zakażenia, gdy nie są odpowiednio prane i czyszczone. To poważny problem, gdyż nie ma w Polsce jednolitych regulacji dotyczących prania bielizny i asortymentu szpitalnego. Firmy świadczące takie usługi dla placówek medycznych nie są związane żadnymi obostrzeniami, wyznaczającymi standardy prania.

– Od 2008 roku w Polsce nie obowiązują żadne jednolite, powszechnie obowiązujące normy w wykonywaniu usług pralniczych dla szpitali – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Ponieważ bielizna szpitalna jest częstą przyczyną zarażenia chorobami, sposób jej prania powinien spełniać konkretne standardy. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniu, że ta luka prawna zostanie usunięta, Federacja Przedsiębiorców Polskich opracowuje rekomendacje uregulowania jakości usług pralniczych dla placówek medycznych. Dzięki temu wszystkie usługi pralnicze wykonywane w szpitalnictwie zapewniałyby należytą jakość prania i czystość bielizny, która trafia do szpitala – zapowiada Lang.

Jak przejść na zeroemisyjną gospodarkę? Wzrost cen energii może wymusić zmiany

Jak należy dzisiaj traktować brudne, węglowe źródła energii? Paradoksalnie mogą okazać się one szansą. Należy je postrzegać, jako czynnik, który otwiera możliwości – a nie odwrotnie. Obecnie słyszy się o zielonym wodorze w kontekście Unii Europejskiej – który wyklucza wodór ze źródeł konwencjonalnych, czyli jako produkt spalania węgla czy gazu. Niemniej mamy jednak jego ogromne ilości, które można spożytkować na ten cel. Oczywiście, nie dokonamy transformacji energetycznej z węgla do źródeł zeroemisyjnych bez zmiany polskiej gospodarki. Nie zmieni tego postawa, w której dopuszczalne będzie, aby samochody były zasilane energią wyprodukowaną przez elektrownie węglowe.

– Już dzisiaj wiadomo, że cena uprawnień do emisji CO2 wzrośnie ok. 50 euro za tonę. Docelowo może wzrosnąć nawet o 100 dolarów – powiedział serwisowi eNewsroom Tomoho Umeda, Przewodniczący Komitetu Technologii Wodorowych KIG. – Licząc ceny energii powiększone o koszty emisji dwutlenku węgla – wszelkie technologie i regulacje, które pomogą nam uniknąć ich poniesienia, będą na wagę złota. To przewidywana sytuacja nie tylko z punktu widzenia regulatora i rządu, ale przede wszystkim z perspektywy obywateli. Wspomniane podwyżki będą miały ogromny wpływ na ceny energii, co spowoduje dążenie do obniżenie jej kosztów. W tej sytuacji nie potrzeba jednak żadnych nowych regulacji w tym zakresie. Konieczna jest zmiana na rynku. Odpowiedzialność spoczywa przede wszystkim nie na rządzie, czy Komisji Europejskiej – ale na przedsiębiorcach. To oni muszą stworzyć rynek nowej energii, elektromobilności opartej na zielonej energii. Sprzyjać będzie temu środowisko prawne i koszty regulacyjne – co ma miejsce już teraz. Bez inicjatywy firm zmiana jednak nie nastąpi. Wygranymi zaś będą ci, którzy pojawią się na rynku pierwsi – wskazuje Umeda

Czeka nas druga rewolucja w elektromobilności. Wodór ma być przyszłością transportu, a Polska jest jednym z liderów tego rynku w Europie

Popularyzacja ogniw wodorowych będzie symbolem drugiej rewolucji w elektromobilności – twierdzą eksperci rynku. W pierwszej kolejności wodór posłuży do zasilania ciężarówek i autobusów, ale już dziś testowane są też auta osobowe o takim zasilaniu. Polska jest jednym z głównych graczy na tym rynku w Europie, a w ciągu kilku najbliższych lat rynek ogniw wodorowych zanotuje spektakularny, ponad 60-krotny wzrost.

– Polska jest jednym z pierwszych miejsc w produkcji wodoru w Europie, a wodór czysty nadaje się idealnie do tankowania samochodów elektromobilnych. Rewolucja, która za chwilę przyjdzie, będzie drugą rewolucją elektromobilności. Pierwsza była dwa lata temu, kiedy weszliśmy w samochody elektryczne, drugą będą samochody o napędzie wodorowym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Piotrowicz, ekspert ds. energii i systemów wodorowych w TÜV SÜD Polska.

Technologia pozwalająca na stosowanie wodoru jako napędu do samochodów elektrycznych znana jest od dawna, jednak na popularności zyskała w wyniku promowania zrównoważonego transportu. Elektrolizery, dzięki którym można produkować wodór w wyniku elektrolizy wody, mogą być zasilane z instalacji odnawialnych źródeł energii (OZE), które stają się coraz tańsze.

– Odbyły się już pierwsze przetargi na stacje wodorowe w Polsce. Rok 2021 przyniesie rozkwit stacji tankowania wodorem, ponieważ cała procedura ich instalacji trwa od 8 do 12 miesięcy, więc pierwsze stacje staną zapewne w 2021 roku. Obserwujemy też zainteresowanie ze strony przemysłu i firm prywatnych, które chciałyby taką stację postawić na potrzeby własnych flot samochodów wodorowych. Tutaj dużą rolę odgrywa transport. Pierwsze takie ciężarówki już jeżdżą po Niemczech – wskazuje Paweł Piotrowicz.

Zainteresowanie transportem wodorowym wykazuje także Norwegia. Przykładem może być pilotażowy program realizowany przez hurtownię Asko i organizację badawczą SINTEF. W ramach tego przedsięwzięcia na terenie firmy powstała stacja produkująca wodór. Energia elektryczna wytwarzana przez panele słoneczne zainstalowane na 9 tys. mkw. pokrycia dachu w regionalnym magazynie Asko jest wykorzystywana do elektrolizy wody. Powstały w ten sposób wodór tankowany jest do ciężarówki opracowanej we współpracy z firmą Scania. Ma ona silnik o mocy 290 kW, a do zasilania służą akumulator litowo-jonowy 56 kWh oraz ogniwo paliwowe PEM 90 kW. Na jednym tankowaniu ciężarówka może pokonać nawet 500 km.

– Zawsze w takich nowościach pierwszymi wykorzystywanymi samochodami będą autobusy bądź samochody ciężarowe. Dziś to są jeszcze dosyć drogie technologie, w związku z czym stać na nie będzie instytucje, przemysł lub firmy, które dużo zarabiają – twierdzi ekspert.

Nikola Motor Company, firma specjalizująca się w tworzeniu pojazdów ciężarowych zasilanych wodorem, zaprezentowała niedawno auto o nadwoziu pick-up. Auto zasilane jest przez akumulator oraz ogniwo paliwowe. Na samym akumulatorze jego zasięg wynosi ponad 480 km. Korzystanie z obu źródeł wydłuża zasięg dwukrotnie. Osobowe samochody o napędzie wodorowym jeżdżą już po drogach USA. Departament Energii otrzymał od marki Hyundai pięć egzemplarzy modelu Nexo. Południowokoreański koncern pomoże też w instalacji centrum tankowania wodoru, które ma stanąć w Waszyngtonie.

– W Polsce też mamy samochód wodorowy. Jest to pokazowa Toyota, czekamy natomiast na rozwój infrastruktury. Im szybciej ona powstanie, tym szybciej samochody wodorowe będą jeździć po polskich drogach – mówi Paweł Piotrowicz.

Według Allied Market Research rynek ogniw wodorowych w 2018 roku był wyceniany na niemal 652 mln dol. Do 2026 roku ma wzrosnąć do ponad 42 mld dol.

Potrzebujesz pieniędzy? Poproś sztuczną inteligencję

Wpływ sztucznej inteligencji na nasze życie przewidzieli już Stanisław Lem, Philip K. Dick oraz Steven Spielberg. Choć jej udział w rozwiązywaniu problemów finansowych nie prezentowałby się zbyt spektakularnie w hollywoodzkich produkcjach sci-fi, to w rzeczywistości staje się coraz silniejszy. Liderami w wykorzystywaniu sztucznej inteligencji w biznesie są branże: finansowa, hi-tech i telekomunikacja. Sztuczna inteligencja pozwala nie tylko na szybką analizę potrzeb klienta i dopasowanie najlepszej oferty. Dzięki AI firmy mogą mieć niższe koszty obsługi, wyższe przychody, sprawniejsze procesy i wyższą jakość. A to gwarantuje budowanie pozytywnych doświadczeń klienta. Czy gdzieś jest haczyk?

O sztucznej inteligencji (AI) słyszymy już od lat 50. ubiegłego wieku i jeszcze do niedawna kojarzyła się głównie z hollywoodzkimi superprodukcjami. Historia sztucznej inteligencji to jednak znacznie więcej. Termin ten zazwyczaj odnosi się do zdolności maszyn do uczenia się, i podejmowania słusznych decyzji, czy rozwiązywania problemów na podstawie zgromadzonych danych.

– Choć możemy sobie nie zdawać z tego sprawy, ze sztuczną inteligencją spotykamy się każdego dnia, bo znajduje zastosowanie w takich produktach jak np. aplikacja Siri stworzona przez Apple czy Google Assistant. AI odpowiada nam na zadawane pytania np. o prognozę pogody, wysyła SMS, czy uruchamia ulubiony program TV. Sztuczną inteligencję spotykamy też w autonomicznych samochodach, inteligentnych sieciach energetycznych, telewizorach, czy grach – mówi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna firmy Smartney należącej do francuskiej Grupy Oney Bank nazywanej często nie tyle fintechem, co smarttechem.

Potencjał jest ogromny

Wielkie i znane firmy przeznaczają ogromne pieniądze na badania i rozwój sztucznej inteligencji. Chociażby Microsoft, który uruchomił pięcioletni program AI for Health wspierający naukowców i organizacje non-profit w wykorzystaniu sztucznej inteligencji do poprawy zdrowia ludzi na świecie. Firma zamierza przeznaczyć na ten cel 40 milionów dolarów. W Wielkiej Brytanii AI jest już bardzo istotnym elementem opieki zdrowotnej, która wspiera diagnozę chorób oczu i nowotworów. Ponadto celem sztucznej inteligencji jest również zmniejszenie kolejek do lekarzy, odciążenie personelu tamtejszej służby zdrowia jak i spersonalizowanie leczenia. Na wszystkie te rzeczy brytyjski rząd w najbliższym czasie przeznaczył 250 milionów funtów. Dodatkowo zdaniem badaczy z pisma “Nature Biotechnology” sztuczna inteligencja ma wkrótce dobierać najodpowiedniejsze leki chorym na depresję. Już pokonuje lekarzy w odczycie badania mammograficznego, które pozwala wykryć wczesne, potencjalne groźne zmiany w piersiach. Nie wygrał z nią żaden z sześciu uczestniczących w eksperymencie specjalistów.

Pożyczka? Tak… z wykorzystaniem sztucznej inteligencji

Z badań przeprowadzonych przez NASK wynika, że świadomość codziennej styczności ze sztuczną inteligencją ma coraz więcej polskich internautów. Już ponad połowa respondentów (52,3 proc.) uważa, że sztuczna inteligencja wpływa na ich codzienne życie.

W jakich obszarach technologia wpływa na życie respondentów? Rozrywka i gry, transport, motoryzacja, komunikacja publiczna oraz media internetowe. Prawda jest jednak inna, co pokazuje raport „Artificial intelligence: The next digital frontier” przeprowadzony przez firmę doradczą McKinsey. Liderami w wykorzystywaniu sztucznej inteligencji są takie sektory jak finanse i bankowość oraz hi-tech i telekomunikacja. W pierwszej połowie 2018 r. w fintech, czyli wszelkiego rodzaju technologie finansowe, zainwestowano na świecie 60 miliardów dolarów. To o 70 proc. więcej niż przez cały 2017 r. Z tej sumy prawie 45 proc. przypadło na Europę – czytamy w raporcie firmy KPMG. Również polska branża fintech nie opiera się światowym trendom i dynamicznie rośnie – nasz rynek technologii finansowych wyceniany jest t na ok. 850 milionów dolarów.

– Szeroko rozumiana technologia to podstawowa siła która będzie napędzać rozwój rynku consumer finance w kolejnych 10 latach – twierdzi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney. Jej zdaniem przyszłość AI w branży pożyczkowej jest ogromna. Korzyści płynące z rozwoju, a następnie wykorzystania technologii będą zauważalne np. w zmniejszeniu strat kredytowych, wyższych przychodach, niższych kosztach obsługi i pozytywnym doświadczeniu klienta na wszystkich etapach kontaktu z pożyczkodawcą. Już dziś prawie 60 proc. polskich programistów przepytanych przez Fundację Infoshare uważa, że nie dalej niż za pięć lat to wyłącznie sztuczna inteligencja będzie oceniać naszą zdolność kredytową. Dzięki technologii otrzymamy pożyczkę szybciej, a AI dodatkowo zauważy o wiele więcej zależności w zebranych danych na temat klienta, które z kolei pozwolą stworzyć bardziej dokładny profil kredytobiorcy.

– Dzięki wykorzystaniu AI pożyczkodawca może estymować dochody i sytuacje finansowa klienta. O ile tradycyjnie klient musi mozolnie wypełnić wniosek i podać wiele szczegółowych danych, o tyle technologia pozwala wykonać dokładną analizę bez ręcznie wprowadzanych deklaratywnych danych. Analiza wspomaga zaproponowanie najrozsądniejszej kwoty pożyczki i warunków spłaty i chroni przed przekredytowaniem. Jednym z podstawowych założeń wykorzystania AI w ocenie ryzyka kredytowego jest to, że ludzie go konfigurujący robią to profesjonalnie – podkreśla Katarzyna Jóźwik.

Czy to bezpieczne?

Do wykrywania oszustów zaciągających pożyczki w internecie zaangażowano uczenie maszynowe, czyli mówiąc najprościej zapamiętanie wzorców i zachowań, których maszyna już kiedyś „doświadczyła”. Algorytm obserwuje jak pożyczkobiorca zachowuje się przy rejestracji na stronie, a także z jakiego oprogramowania i sprzętu korzysta. Następnie te informacje porównuje z danymi we wniosku o kredyt i ocenia prawdopodobieństwo oszustwa.

– W Smartney ponad 95 proc. wniosków kredytowych jest przetwarzana w pełni automatycznie. O ile w bankach często analityk kredytowy podejmuje decyzje kredytową, w Smartney taka funkcja w ogóle nie występuje. Co nie oznacza, że człowieka w procesie nie ma. Wszelkie wątpliwości zaznaczone przez automaty jako niejednoznaczne do podjęcia automatycznej decyzji trafiają pod opiekę doświadczonego specjalisty. Elementy uczenia maszynowego można spotkać w fintechach proponujących rozwiązania przeciwdziałające nadużyciom. Smartney z takich właśnie korzysta – podsumowuje Katarzyna Jóźwik.
Zanosi się więc na to, że w najbliższej perspektywie pożyczkodawcy online i dostawcy usług fintech będą nadal przewodzić w rozwoju sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Być może banki i inni tradycyjni pożyczkodawcy także z czasem poczynią znaczne postępy w tej dziedzinie.

Niemiecka giełda bije rekordy

Pomimo słabych danych z gospodarki główne indeksy giełdowe wydają się żyć własnym życiem. Główne indeksy największych państw Unii Europejskiej biją kolejne rekordy, co nie ma odzwierciedlenia w realnych danych. Czy czeka nas korekta?

Inflacja rośnie

Dzisiaj poznaliśmy inflację na Węgrzech. Wynik wyniósł 4,7%, jest to powyżej oczekiwań na poziomie 4,3%. Warto zwrócić uwagę, że Węgry (w przeciwieństwie do Polski) już w zeszłym roku miały odczyty inflacji na poziomie niemal 4%. Z drugiej strony stopa procentowa na Węgrzech wynosi 0,9%, zatem jest miejsce na jej podwyższenie. Ruch ten jednak nie jest wcale taki oczywisty, biorąc pod uwagę słabe dane z wielu państw europejskich, mogące zwiastować spowolnienie w gospodarce.

Niemiecka giełda lepsza niż gospodarka

Dysproporcje pomiędzy osiągami głównego niemieckiego indeksu DAX i osiągów gospodarczych krajów od dłuższego czasu dziwią analityków. Giełda jest historycznych maksimach, z kolei wskaźniki koniunktury, wzrostu gospodarczego, produkcji przemysłowej, czy sprzedaży detalicznej błądzą w okolicach wskazujących na recesję. Jedynym istotnym parametrem tamtejszej gospodarki, budzącym zaufanie inwestorów, jest gwałtownie spadające zadłużenie względem PKB. To właśnie rezerwa środków mogących w razie negatywnego scenariusza wesprzeć gospodarkę podnosi wiarygodność kraju. Dlaczego jednak giełda jest na maksimach? Pewną wskazówką mogą być alternatywy, ujemna stopa procentowa powoduje, że nie da się zarobić ani na lokatach, ani na obligacjach. Inwestorzy są więc niejako skazani na giełdę. W rezultacie kursy akcji rosną, mimo że część produkcji jest wstrzymana przez epidemię w Chinach.  

Budżet zrównoważony

Zdaniem Jadwigi Emilewicz będziemy mieć w tym roku pierwszy po 1989 roku zrównoważony budżet. Biorąc pod uwagę zadłużenie w poprzednich latach, śmiało można było ten rok przeciągnąć wcześniej. Pewnym problemem są jednak bardzo optymistyczne dane makroekonomiczne. PKB ma rosnąć 3,7% w skali roku, a inflacja o 2,5%. Oznacza to, że gospodarka musiałaby obecnie o 1% przyspieszyć, a inflacja spowolnić o tyle samo. Nie bez znaczenia są jednak sztuczki księgowe i zadłużanie się w funduszach. W ten sposób księgowo można dowieść każdy wynik. Pytanie brzmi, czy nadal jest to zrównoważony budżet.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Polacy opracowali nowoczesną technologię namnażania komórek odpowiedzialnych za młody wygląd. Nowe rozwiązanie trafi na rynek jeszcze w 2020 roku

Przybywa rozwiązań, które mają wygładzić, odmłodzić i poprawić koloryt skóry. Coraz więcej kobiet decyduje się na zabiegi medycyny estetycznej. Polacy opracowali bezpieczną i naturalną metodę, której efekty mogą utrzymywać się około siedmiu lat. Dzięki pobranym od pacjenta fibroblastom, czyli komórkom odpowiedzialnym za młody wygląd, naukowcy stworzyli preparaty ze 100120 mln fibroblastów na milimetr. Produkt, który zrewolucjonizuje medycynę estetyczną, może trafić na rynek w drugiej połowie 2020 roku.

– W naszej metodzie nie wstrzykujemy np. kwasu hialuronowego czy też botuliny, natomiast podajemy preparat przygotowany właściwie z komórek konkretnego pacjenta z określoną dużą ilością fibroblastów. One podejmują funkcje, do jakich służą skórze właściwej, przez to efekt odmłodzenia może się utrzymywać do pięciu–siedmiu lat, na co mamy kliniczne podstawy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Czynsz z BioCellLab.

Fibroblasty są głównym składnikiem komórkowym tkanki łącznej skóry. Pełnią w skórze wiele funkcji, m.in. kontrolują skład i strukturę składników macierzy zewnątrzkomórkowej skóry właściwej, jak kolagen czy elastyna. To właśnie fibroblasty są odpowiedzialne za młody wygląd, jednak ich liczba wraz z wiekiem spada. Według badań naukowców produkcja kolagenu w skórze osób starszych jest średnio o 75 proc. niższa niż u ludzi młodych, a całkowita liczba fibroblastów spada o 35 proc. Już w 1994 roku amerykańscy naukowcy wykazali, że wprowadzenie dodatkowych fibroblastów do skóry pomaga wypełnić zmarszczki. Polacy mogą jednak sprawić, że leczenie nimi stanie się łatwiejsze.

– Funkcjonowanie fibroblastów w medycynie estetycznej znane jest od dwudziestu kilku lat. Nasza innowacyjność polega na odpowiednio dużym namnażaniu populacji. Do tej pory była to populacja 40–60 mln, nasza technologia sprawia, że może to być 100–120 mln w jednym mililitrze. Kluczowa jest więc ilość fibroblastów do podania pacjentowi, ponieważ im jest ich więcej, tym element rozświetlenia i działania właściwego dla skóry jest pełniejszy – tłumaczy Piotr Czynsz.

Podczas projektu od pacjenta pobiera się fragment skóry, najczęściej zza ucha. Pobierane są z niego fibroblasty, które następnie są namnażane. Taki preparat można już zastosować u pacjenta. Jak przekonuje ekspert, na rozwiązaniu skorzystają nie tylko osoby pragnące przedłużyć młody wygląd, ale też te walczące z niedoskonałościami skóry czy np. bliznami potrądzikowymi.

– Badania trwały prawie dwa lata, zanim osiągnęliśmy efekt docelowy, czyli 100–120 mln fibroblastów w mililitrze. Stąd chęć zaprezentowania światu tego efektu, ponieważ to jest praktycznie dwa razy więcej niż dotychczasowe możliwości namnażania, czyli naprawdę dużo – przekonuje przedstawiciel BioCellLab.

Na rynku najczęściej stosowane są zastrzyki z botoksu, peelingi chemiczne czy wypełniacze tkanek miękkich. Coraz większą popularność zdobywa mikroneedling, czyli technika, w której lekarz wielokrotnie nakłada na skórę narzędzie zawierające wiele małych, cienkich i ostrych igieł. Powodują one drobne urazy, które stymulują produkcję kolagenu i elastyny. Dodatkowo można przy tym stosować kwas hialuronowy lub kwas askorbinowy. Metoda jest stosunkowo bezpieczna, jednak nie można jej porównywać z fibroblastami.

– Jest to bezpieczne, ponieważ uzyskujemy preparat, który powstał z komórek danego pacjenta. Nie mieszamy go z jakimkolwiek innym składnikiem, który może wywołać niepożądane reakcje. Tego preparatu jest podawana niewielka ilość, ponieważ koncentracja fibroblastów w danej jednostce objętości, czyli w 1 ml, jest bardzo wysoka. Stąd też nakłucia nie są tak duże jak przy klasycznych wypełnieniach i efekt utrzymuje się przez lata – tłumaczy Piotr Czynsz.

Jak zapowiada ekspert, produkt może pojawić się na rynku jeszcze w drugiej połowie 2020 roku.

Sztuczna inteligencja na rynku pożyczek konsumenckich

Najnowsze technologie wkraczają do sektora finansowego. O tym jak można zastosować sztuczną inteligencję na rynku drobnych pożyczek konsumenckich rozmawiamy z Bartoszem Tomczykiem – przewodniczącym rady nadzorczej spółki Provema.

Jak zmienia się rynek pożyczek konsumenckich? Jakie cechy, według Pana, powinna mieć nowoczesna firma pożyczkowa?

Naszym celem, od początku, było stworzenie firmy o wysokich standardach etycznych, przyjaznej i rozpoznawalnej marce oraz o najwyższej wiarygodności wśród inwestorów. Aby to osiągnąć, musimy oferować atrakcyjne produkty, spełniające oczekiwania i potrzeby klientów. Niezwykle istotne jest stosowanie jasnych i zrozumiałych dla klienta umów oraz etycznych metod windykacji. Z kolei inwestorów chcemy przyciągnąć wysoką stopą zwrotu i niskim ryzykiem inwestycji. Z punktu widzenia rentowności naszego biznesu kluczowe znaczenie mają koszty związane z niespłacanymi pożyczkami. Obniżamy je inaczej niż tradycyjne instytucje finansowe i moim zdaniem robimy to bardziej skutecznie. Dzięki temu ryzyko ponoszone przez inwestorów jest znacznie niższe. Nasz pomysł na biznes od początku polega na informatyzacji procesu podejmowania decyzji kredytowej. Robimy to dzięki naszym autorskim rozwiązaniom opartym na algorytmach z użyciem sztucznej inteligencji.

Co to właściwie jest sztuczna inteligencja? Czy nie ufają Państwo za bardzo rozwiązaniom informatycznym? Czy inwestorzy się tego nie przestraszą?

Nasz system informatyczny korzysta z ogromnych zbiorów danych. Chodzi tu nie tylko o sprawdzenie, czy dana osoba nie figuruje w bazach nierzetelnych dłużników, ale także analizę integralności podanych danych czy sposobu wypełniania wniosku na naszej stronie internetowej. Używamy wszystkich danych, które mamy i szukamy korelacji pomiędzy nimi a niespłaconymi później pożyczkami. Nasze oprogramowanie samodzielnie się uczy i samodzielnie osiąga stawiane mu cele. Właśnie te cechy decydują o tym, że mamy do czynienia ze sztuczną inteligencją a nie z zaawansowaną analizą statystyczną.

Pyta Pan, czy nie ufamy za bardzo sztucznej inteligencji. Moim zdaniem jest znacznie bardziej wiarygodna niż komisja kredytowa w tradycyjnym banku. Ludzki mózg bardzo często wpada w pułapki utrudniające mu podejmowanie racjonalnych decyzji. Tymczasem oprogramowanie podejmuje je bez emocji i tylko na podstawie danych statystycznych. Osobny temat to koszty. Dyrektorzy banków zasiadający w komitetach kredytowych pobierają z reguły bardzo wysokie wynagrodzenia. Natomiast nasze oprogramowanie pracuje za darmo, tym bardziej, że rozwijamy je we własnym zakresie. Inwestorzy z reguły bardzo lubią, gdy maszyna lub oprogramowanie zastępuje człowieka i w dodatku wykonuje jego pracę lepiej i taniej. Dzięki temu nasza szkodowość spada nie tylko z roku na rok, ale również z miesiąca na miesiąc. Z jednej strony ograniczamy koszty administracji a z drugiej koszty niespłacanych pożyczek.

Organiczne tempo rozwoju Pana biznesu jest bardzo wysokie. Dlaczego więc chcecie pozyskać inwestorów?

Rzeczywiście, rozwijamy się w tempie geometrycznym. W 2017 udzieliliśmy zaledwie 1.916 pożyczek, w 2018 było ich 6.5 tysiąca, a w zeszłym roku aż 17.184. Mamy bardzo ambitne plany rozwojowe. W najbliższym czasie rozpoczynamy działalność w Hiszpanii i na Litwie, do końca tego roku planujemy wystartować w Chorwacji i Bułgarii. Moim zdaniem polscy przedsiębiorcy za rzadko decydują się na ekspansję międzynarodową. Dane pokazują, że 60% polskich startupów nie ma w ogóle klientów za granicą. Tymczasem to właśnie tam są największe szanse na rozwój.

Rozwijamy też naszą aplikację mobilną, która już teraz zapewnia naszym klientom bardzo wysoki poziom obsługi. A planujemy dalsze usprawnienia. Chcielibyśmy też w przyszłości przekształcić się w Bank. Dzięki temu mielibyśmy łatwiejszy dostęp do kapitału, a nasze rozwiązania informatyczne mogłyby służyć do zaoferowania klientom znacznie większej gamy atrakcyjnych produktów finansowych.

Wywiadu udzielił Bartosz Tomczyk – Przewodniczący Rady Nadzorczej w firmie Provema, absolwent Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości w Poznaniu oraz Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Doświadczenie zawodowe zdobywał w bankach HSBC, Millennium i BGŻ BNP Paribas.

Coraz częściej sprzedajemy usługi IT za granicę

Eksport polskich usług rośnie ponad dwa razy szybciej niż eksport towarów. Tuż po transporcie, znaczący udział mają tutaj usługi z sektora technologii informatycznych. Istnieją firmy IT, które swoje usługi w większości eksportują, a kontrakty podpisują nie w Warszawie, a Berlinie.

Polskie firmy sprzedają coraz więcej usług związanych z technologiami informatycznymi za granicę. W okresie 2010-2018 wartość eksportu polskich usług IT wzrosła aż ponad 6-krotnie.  Zgodnie ze statystykami NBP, wzrost polskiego eksportu usług branży IT jest jednym z najwyższych w UE (po Niemczech i Belgii). Od dłuższego czasu w Polsce utrzymuje się także dodatni bilans wymiany handlowej, czyli więcej usług sprzedajemy za granicę, niż zza granicy kupujemy. Rola polskiego sektora usług IT na rynku globalnym rośnie.

Wąska specjalizacja sposobem na sukces?

W ramach unijnego programu monitorowania naszej planety – Copernicus – kilka lat temu powstał pomysł, aby dane, które na bieżąco są zbierane za pomocą szeregu urządzeń i czujników, w tym przez europejskie satelity z rodziny Sentinel, zostały udostępnione wszystkim zainteresowanym. Miały one służyć nie tylko prognozowaniu meteo i rozwojowi nauk o Ziemi, ale także europejskim firmom w celu tworzenia produktów i usług wykorzystujących dane z obserwacji naszej planety. Informacje miały być dostępne w ramach pięciu internetowych platform DIAS (Data and Information Access Services) z wyszukiwarką oraz możliwością przeglądania i pobierania danych. Pojawił się jednak problem związany z ilością tych informacji. Zdecydowano o rozpisaniu przetargu na stworzenie odpowiedniej chmury obliczeniowej. Ostatecznie zbudowanie dwóch z pięciu platform – CREODIAS i WEkEO – powierzono polskiemu CloudFerro wraz z partnerami.

Komisja Europejska stawia na chmurę w administracji publicznej i rozwój sektora kosmicznego, tymczasem Polska zmniejsza składki odprowadzane do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Dodatkowo wykorzystanie chmury w sektorze publicznym jest, póki co, znikome. Dla firmy takiej jak nasza, o wąskiej specjalizacji, wyjście za granicę okazało się więc znacznie korzystniejsze niż rozwój wyłącznie na rynku lokalnym na którym dzisiaj generujemy niewielką część przychodów. Dzięki tej odważnej decyzji ze startupu staliśmy się w ciągu kilku lat firmą średniej wielkości – tłumaczy Przemysław Mujta, menadżer technicznego wsparcia sprzedaży w CloudFerro.

Łatwiej sprzedawać za granicą niż w Polsce?

Nie tylko CloudFerro jest przykładem polskiej firmy IT, która podpisuje większe kontrakty poza Polską niż w kraju:   

– Za granicą sprzedaje się usługi informatyczne i wiedzę łatwiej niż w Polsce. Wynika to z jednej strony z większego zrozumienia nowoczesnych technologii i tego jaki wpływ ma to na rozwój firmy, co przekłada się na większą świadomość i rosnące potrzeby w zakresie informatyzacji. Niewystarczająca lokalna podaż rozwiązań IT powoduje, że firmy zachodnie poszukują innowacji na rynkach zewnętrznych. A jeżeli oprócz wysokiej jakości, polski podwykonawca jest w stanie zaoferować atrakcyjną cenę to wybór wydaje się prosty. Ma to duże znaczenie zwłaszcza w kontekście spowolnienia gospodarczego o którym mówi się coraz częściej. Ono sprawia, że firmy uważniej liczą pieniądze – zwraca uwagę Maciej Sawa, prezes OnAudience.com, należącej do grupy Cloud Technologies, specjalizującej się w Big Data marketingu.

Ale są też inne powody dla których sprzedaż polskich usług za granicę rośnie. To m.in. zasługa wysokich kompetencji polskich specjalistów, którzy są świetnie oceniani nie tylko w Europie. Polska, jako kraj kształcący świetnych specjalistów, jest jednocześnie miejscem tworzenia cenionych rozwiązań technologicznych, które znajdują zadowolonych nabywców na zachodzie. – Niedawno rozmawialiśmy z naszymi partnerami biznesowymi w Nowym Jorku i oni mówią tak: słuchajcie, tworzycie aplikacje na poziomie, którego nie powstydziliby się Amerykanie, ale jesteście od nich nawet kilkakrotnie tańsi. Powinniście bardziej się cenić, bo możecie. Zrozumieliśmy wtedy, że czasem brakuje nam odwagi, by sprzedawać więcej za granicą – wspomina Łukasz Karwacki, CEO Sunscrapers, firmy projektującej aplikacje głównie na rynek Stanów Zjednoczonych.  

Rozwój na rynkach zagranicznych

Export usług ułatwiają także dotychczasowe doświadczenia w wymianie handlowej. Tak jest w przypadku CloudFerro, dla której wielkim otwarciem na rynki zagraniczne był pierwszy duży kontrakt, podpisany z Europejską Agencją Kosmiczną. Dziś firma może pochwalić się już doświadczeniem na kilku rynkach:

Na rynku niemieckim, który od lat jest naszym największym partnerem handlowym, jest łatwiej o kontrakty niż np. we Francji, która promuje własne firmy i rozwiązania. W obszarze technologii sprzyja nam też europocentryzm – Komisja Europejska zwraca dużą uwagę na przetwarzanie danych cyfrowych lokalnie, ze szczególnym uwzględnieniem prawodawstwa EU oraz bezpieczeństwem danych, niechętnie patrząc np. na ofertę takich dostawców jak Amazon. Daje nam to możliwość startowania w największych przetargach na równych prawach z innymi dostawcami usług chmurowych z Europy – tłumaczy Przemysław Mujta z CloudFerro, która w ubiegłym roku pozyskała kontrakt na wdrożenie platformy chmurowej dla niemieckiej agencji aerokosmicznej – DLR.

Eksport bez transportu?

Nowe technologie oraz globalizacja procesów biznesowych to szansa dla polskich firm. Dziś nawet znacząca odległość czy różne strefy czasowe nie są przeszkodą w sprawnej współpracy. Co więcej, rozwój technologii umożliwia funkcjonowanie usług w zupełnie nowych modelach. Dobrym przykładem jest firma Pix Moving z chińskiego Guiyang, która przygotowuje się do sprzedaży autonomicznych aut w USA bez fizycznego ich eksportu. Model działania firmy ma opierać się na przesyłaniu do chmury obliczeniowej planów dla drukarek 3D dotyczących tworzenia poszczególnych komponentów. Klienci zagraniczni będą mogli pobrać instrukcje i na swoich drukarkach wyprodukować pojazdy lub części do samochodów. To kolejny krok w kierunku globalnego rozwoju handlu usługami.

Innowacyjne firmy, tworzące świetne technologie, mogą je dziś sprzedawać właściwie wszędzie. Kraje, które kilka dekad temu postawiły na edukację specjalistów IT, dziś są nie tylko ośrodkami outsourcingu dla globalnych gigantów, ale także miejscem tworzenia innowacyjnych rozwiązań. Granice nie mają już większego znaczenia. Dzięki nowoczesnym technologiom, produkcja i eksport wkrótce będą wyglądać zupełnie inaczej.

Pozytywna rekomendacja dla CAT od GS. Microsoft z podniesioną ceną docelową

Otwarcie na amerykańskim rynku, podobnie jak w Azji czy w Europie znajduje się niżej niż wczorajsze zamknięcie z racji skokowego wzrostu stwierdzonych nowych przypadków zachorowań spowodowanych przez koronawirusa. Ten gwałtowny przyrost jest spowodowany m.in. tym, że zmieniono metodologię klasyfikacji chorych, co może mieć jedynie jednorazowy wpływ na tak istotną zmianę.

Warto jednak pamiętać, że amerykański rynek akcji wciąż jest blisko ustanowionych wczoraj rekordów wszech czasów i nie brakuje pozytywnych informacji dla poszczególnych spółek. Dziś w handlu przed sesją wyróżniała się spółka Caterpillar, która była jedyną zyskującą w indeksie Dow Jones Industrial Average, skupiającego akcje 30 przedsiębiorstw. Caterpillar, Inc. (CAT) zajmuje się produkcją sprzętu budowlanego i wydobywczego, silników diesla i tych napędzanych gazem ziemnym, turbin gazowych czy lokomotyw spalinowo-elektrycznych. Pozytywny sentyment do CAT pojawił się po rekomendacji banku Goldman Sachs. GS podniósł cenę docelową dla ceny akcji spółki na 168 USD, czyli o ponad 20 proc. wyżej niż cena obecna.

Również pozytywne informacje pojawił się dla jednej z gwiazd obecnej hossy, czyli spółki Microsoft. MSFT, którego cena akcji w rok wzrosła o prawie 80 proc., a z kolei od początku tego roku o około 17 proc., otrzymał wyższą cenę docelową od analityków Evercore ISI. Została ona podniesiona z poziomu 190 USD do 2012 USD, co oznacza potencjał 15 proc. wzrostu od wczorajszego zamknięcia. Według danych zebranych przez Bloomberga Microsoft na Wall Street ma 39 rekomendacji kupna, 3 rekomendacje trzymaj i zero rekomendacji sprzedaży.

Tymczasem popularna sieć kawiarni Starbucks otrzymała od MKM Partners rekomendację kupna z ceną docelową na poziomie 105 USD, która znajduje się o 19 proc. powyżej środowego zamknięcia. Na Wall Street spółka ma 15 rekomendacji kupna, 17 trzymaj i tylko 1 sprzedaj. W tym miesiącu cena akcji Starbucks wzrosła o około 5 proc.

Warto odnotować, że środę 12 stycznia Apple odnotowało rekordową cenę zamknięcia. Dziś cena akcji nieznacznie zniżkuje, ale pozytywną informacją dla byków może być fakt, że Apple poinformowało, iż niektóre sklepy w Pekinie zostaną otwarte już jutro 14 lutego. Sklepy będą na razie czynne w specjalnych godzinach od 11 do 18.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Wystąpienie ze spółki cywilnej i jej likwidacja nie są obojętne podatkowo

Spółka cywilna jest jedną z najczęstszych form wspólnego prowadzenia działalności gospodarczej, zwłaszcza tej o niewielkiej skali. Zakłada ona stosunkowo proste uregulowania dotyczące relacji między wspólnikami, czytelne zasady podziału zysku oraz praw i obowiązków wspólników, a także stosunkowo niewielki formalizm przy zakładaniu i prowadzeniu biznesu w tej formule współpracy. Stosunkowo proste są także rozliczenia podatkowe w podatku dochodowym – podatnikami są tylko wspólnicy, nie sama spółka. Pewne komplikacje mogą jednak zaistnieć zwłaszcza w sytuacji wystąpienia ze spółki lub jej rozwiązania.

Spółka cywilna to rodzaj umowy

Spółka cywilna jest w istocie jedynie rodzajem stosunku zobowiązaniowego między podmiotami, które decydują się na wspólne prowadzenie działalności gospodarczej. W ujęciu prawnym nie jest ona odrębnym podmiotem praw i obowiązków, pozostając jedynie formą prowadzenia działalności przez wspólników. Tylko oni są też przedsiębiorcami. To oznacza, że spółka cywilna nie podlega wpisom do rejestrów prowadzonej działalności gospodarczej, nie jest też podatnikiem podatku dochodowego.

Przychody i koszty prowadzonej działalności w ujęciu podatkowym są rozpoznawane bezpośrednio po stronie wspólników i to ich dotyczą wszelkie obowiązki z tym związane. Tym samym w trakcie prowadzenia działalności w ramach spółki rozliczenia nie powinny rodzić szczególnych problemów związanych z tą formą współpracy – istotniejsze jest natomiast jej zakończenie.

Wystąpienie wspólnika i rozwiązanie spółki

Jeżeli umowa spółki została zawarta przez wspólników na czas nieokreślony, wspólnik ma prawo w dowolnym momencie, z zachowaniem właściwego terminu, wypowiedzieć swój udział. Wówczas, zgodnie z art. 871 kodeksu cywilnego, konieczne jest dokonanie z nim rozliczeń.

Rozliczenia są konieczne także w przypadku, gdy spółka ulega rozwiązaniu. Może to nastąpić m.in. w przypadku upływu terminu, na który spółka została zawarta, śmierci lub wystąpienia jednego ze wspólników (zwłaszcza gdy w spółce miałby pozostać tylko jeden z nich) lub decyzji wspólników o zakończeniu współpracy.

Dokonując rozliczeń, wspólnicy mogą kierować się zasadami określonymi w kodeksie cywilnym lub przyjąć inne rozwiązania. Nie ma to jednak kluczowego znaczenia dla rozliczeń podatkowych. Istotne jest natomiast to, co wspólnik wówczas otrzymuje – środki pieniężne czy inne składniki majątku spółki.

Otrzymanie pieniędzy

W przypadku otrzymania przez wspólnika środków pieniężnych w związku z likwidacją spółki, ich wartość nie stanowi przychodu. Dzięki temu nie powstaje problem podwójnego opodatkowania zysków wygenerowanych przez spółkę w trakcie jej działalności – przychód, a w konsekwencji także dochód podlegający opodatkowaniu powstawały u wspólników na bieżąco w trakcie prowadzenia przez spółkę działalności. Tym samym wypłata środków w momencie zakończenia działalności nie może być opodatkowana.

Inne zasady znajdują zastosowanie w przypadku wystąpienia wspólnika ze spółki, choć jedynie w ograniczonym zakresie.

Zgodnie z ogólną zasadą wyrażoną w art. 14 ust. 1 pkt 16 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej „u.p.d.o.f.”) otrzymane przez występującego wspólnika środki stają się dla niego przychodem w momencie ich otrzymania. Źródłem tego przychodu jest działalność gospodarcza. Jednocześnie do tego przychodu nie zalicza się wartości zysku wygenerowanego przez spółkę (i w odpowiedniej części wypłaconego wspólnikowi) w trakcie jej działalności, gdyż te środki już wcześniej zostały rozpoznane jako przychód wspólnika.

Dodatkowo nie całość tak określonego przychodu podlega opodatkowaniu. Przepisy w art. 23 ust. 4b u.p.d.o.f. określają bowiem także specyficzne zasady ustalania wysokości kosztów uzyskania przychodów, które sprawiają, że dochodem jest jedynie różnica między przychodem wspólnika a wydatkami na nabycie lub objęcie prawa do udziałów w takiej spółce.

Opodatkowaniu podlega więc tylko kwota, która nie jest jedynie spłatą jego udziału wniesionego do spółki i jednocześnie nie została już wcześniej rozpoznana jako przychód po stronie wspólnika w związku z prowadzeniem przez spółkę działalności. Dzięki temu wyeliminowane zostanie ryzyko podwójnego opodatkowania tego samego dochodu.

Otrzymanie składników majątkowych

Inaczej rzecz ma się w przypadku przyznania wspólnikowi innych składników majątku. Zasadą jest, że przychód z tego tytułu powstać może dopiero w momencie zbycia takiego składnika. Co jednak istotne, jeżeli zbycie nastąpi po upływie 6 lat od dnia nabycia, przychód w ogóle nie powstanie. Zasadę tę stosuje się zarówno w przypadku, gdy wspólnik występuje ze spółki, jak również w przypadku jej rozwiązania.

Kosztem uzyskania przychodów w takim przypadku są wydatki poniesione w celu nabycia lub wytworzenia określonego składnika majątkowego, które nie zostały wcześniej zaliczone do kosztów uzyskania przychodów. Co istotne, znaczenie ma tutaj rozpoznawanie takich kosztów przez wspólników spółki w czasie jej trwania. Tym samym, w ramach przykładu, jeśli określony środek trwały znajdujący się we wspólnym majątku wspólników spółki cywilnej podlegał dokonywanej przez nich amortyzacji, dla ustalenia dochodu wspólnika z tytułu sprzedaży takiego składnika po jego nabyciu do jego wyłącznego majątku należy uwzględnić niezamortyzowaną wartość tego środka.

Dodatkowo, jeżeli wspólnik po wystąpieniu ze spółki cywilnej kontynuuje prowadzenie działalności gospodarczej, do której wykorzystuje nabyty składnik majątku, ma on prawo kontynuować jego amortyzację według zasad stosowanych przez wspólników wcześniej.

Przy końcowych rozliczeniach należy zachować ostrożność

Zasady opodatkowania środków pieniężnych lub innych składników majątku przyznawanych wspólnikowi spółki cywilnej w chwili jego wystąpienia lub zakończenia działalności przez spółkę są analogiczne jak w przypadku spółek osobowych określonych w kodeksie spółek handlowych. Mimo to są to inne instytucje prawne, a odrębności między nimi na gruncie innych regulacji zawsze należy mieć na uwadze. Same kwestie opodatkowania nie powinny być przeszkodą we wspólnym prowadzeniu działalności w tym schemacie. Jednak zawsze należy zachować daleko idącą ostrożność, aby nie popełnić błędów przy rozliczeniach, zwłaszcza w momencie kończenia współpracy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

8. edycja Poland & CEE Digital Finance Summit coraz bliżej

Już 26 lutego rozpocznie się 8. edycja jednej z największych i najbardziej dynamicznych konferencji FinTech w Polsce. Wydarzenie potrwa 2 dni. Weźmie w nim udział 60 prelegentów, którzy opowiadać będą m.in. o strategiach po wdrożeniu PSD2, technologii chmury finansowej, big data, analityce, blockchain i AI.

– Innowacje w sektorze finansowym mają przełożenie na cały biznes. Nowoczesne metody płatności napędzają e-commerce, chmura zmienia bankowość, chatboty i technologie AI optymalizują procesy, a PSD2 sprawia, że na rynku pojawiają się nowe usługi i nowe modele biznesowe. Formuła konferencji pozwala na przedstawienie bardzo wielu przykładów zastosowania technologii fintech w praktyce. Zapraszam na Poland & CEE Digital Finance Summit – komentuje Łukasz Piechowiak, redaktor naczelny portalu Fintek.pl, członek Rady Programowej Poland & CEE Digital Finance Summit.

Poland & CEE Digital Finance Summit to jedno z najciekawszych wydarzeń FinTech w Polsce. Program konferencji jest przygotowywany przez osiemnastoosobową radę programową, w której skład wchodzą przedstawiciele najbardziej rozpoznawalnych przedsiębiorstw technologiczno-finansowych w kraju.

– Sektor cyfrowych finansów cały czas bardzo dynamicznie się zmienia, dlatego istotne jest, by być świadomym możliwości, jakie niesie ze sobą najbliższa przyszłość oraz umiejętnie korzystać z pojawiających się szans. Warto o tym rozmawiać, żeby odpowiednio przygotować rozwiązania wewnątrz swojej organizacji, tak by wychodzić naprzeciw oczekiwaniom i wartościom naszych klientów – komentuje Monika Charamsa, CEO Bancovo, członkini Rady Programowej Poland & CEE Digital Finance Summit. Udział w wydarzeniach, takich jak Digital Finance Summit daje szereg korzyści, niezależnie czy występujemy w roli prelegenta, członka rady programowej, czy uczestnika. Jest to zawsze szansa na wymianę doświadczeń, zdobycie dużej dawki inspiracji i branżowych kontaktów, dlatego zawsze chętnie uczestniczymy w konferencjach dotyczących sektora finansowego, w tym FinTech. Chcemy być na bieżąco z trendami – dodaje.

Uczestnicy konferencji będą mieli okazję zapoznać się z przykładami zastosowania przełomowych technologii w usługach finansowych, nowe źródła wartości i modele biznesowe oraz ich wpływ na szerszy ekosystem. Przeprowadzone zostaną również analizy strategii po wdrożeniu PSD2. Prelegenci będą przyglądać się dokładnie technologii chmury finansowej, big data, blockchain, AI i innym narzędziom wykorzystywanym zarówno w zakresie back office, jak i w rozwoju produktu.

Nowe technologie zmieniają branżę finansową na niespotykaną do tej pory skalę. Otwarta bankowość, rozwiązania chmurowe, blockchain, czy robotyzacja i sztuczna inteligencja dają nieograniczone możliwości tworzenia nowych usług, produktów finansowych oraz usprawniania istniejących procesów i narzędzi. Partnerstwa między instytucjami finansowymi a fintechami umożliwiają zwinne wdrażanie innowacji, a tym samym szybkie odpowiadanie na potrzeby klientów. Wierzę, że warto dzielić się doświadczeniami, pokazywać przykłady udanych kooperacji, a także prezentować synergie, które powstają we współpracy instytucji finansowych i startupów technologicznych – mówi Daniel Daszkiewicz, CIO w Alior Banku oraz członek Rady Programowej Poland & CEE Digital Finance Summit.

Kursy co 15 sekund i dojazd do klienta w 5 minut – iTaxi podsumowuje kolejny rok działalności

Miliony przejazdów zrealizowanych w 2019 roku, o 40% więcej kierowców, liczne inwestycje w rozwój oferty skierowanej do biznesu i powołanie Łukasza Wejcherta do Rady Nadzorczej firmy – tak zakończył się 2019 rok dla iTaxi, czołowego dostawcy usług związanych z podróżowaniem. W 2020 roku firma planuje w dalszym ciągu zwiększać zasięg o kolejne lokalizacje, w których będzie można skorzystać z coraz bardziej zaawansowanej technologicznie aplikacji, a także rozwijać ofertę dla klientów biznesowych. W styczniu br. iTaxi znalazło się na liście Top Polish startups to follow in 2020, przygotowanej przez Sifted, portal należący do Financial Times.

Szybciej i więcej

W ubiegłym roku klienci zamawiali kursy iTaxi średnio co 15 sekund, a 92% wszystkich kursów zrealizowano za pośrednictwem własnej floty pojazdów. Liczba aktywnych kierowców wzrosła o 40%, co przełożyło się na skrócenie czasu oczekiwania na kierowcę – w Warszawie wyniósł on średnio 5 min. (poprawa o 8% względem 2018 roku).

Firma znacznie zwiększyła flotę dostępną w Małopolsce. W listopadzie 2019 roku iTaxi podjęło współpracę z krakowską korporacją Radio-Taxi Barbakan, dzięki której liczba aut wzrosła do 500. Zainwestowano również w nową flotę aut premium, dzięki czemu w barwach iTaxi jeżdżą teraz m.in. najnowsze modele aut m.in. Mercedes-Benz Klasy E.

Biznes w górę

W 2019 roku zaobserwowano znaczny wzrost zainteresowania usługami iTaxi skierowanymi do biznesu. Firma podpisała umowę z ponad 2000 firmami z całej Polski i zyskała kilkadziesiąt tysięcy nowych użytkowników B2B. Największy przyrost klientów z tego sektora przypadł na ostatni kwartał ubiegłego roku – 55% nowych aktywacji.

Aplikacja na maxa

2019 rok był także czasem intensywnych prac nad rozwojem technologii. Kierowcy otrzymali zupełnie nową aplikację do obsługi przejazdów (za którą iTaxi otrzymało nominację do nagrody dla najlepszej aplikacji firmowej w konkursie Mobile Trends 2018). Jednym z przełomowych momentów było usprawnienie user experience w aplikacji pod kątem osób niewidomych, a drugim zupełnie nowa odsłona iTaxi 4.0 z innowacyjną usługą Biletu iTaxi, w której cena za przejazd jest znana z góry.

Dodatkowo pasażerowie mogą już płacić za przejazd za pośrednictwem BLIK, GPay czy Apple Pay. Pod koniec 2019 roku rozpoczęto prace nad nowym panelem biznesowym. Nowy panel jest responsywny dzięki czemu dopasowuje się do urządzenia logującego się klienta. Unowocześniliśmy jego wygląd, a także pojawiły się w nim w nowe funkcjonalności ułatwiające kontrolowanie kosztów przejazdów  pracowników. Nasi klienci na bieżąco mogą śledzić statystyki przejazdów, porównywać je z poprzednimi miesiącami. Nowy panel to także nowe możliwość zamawiania taksówek nie tylko dla pracowników, ale również dla gości danego klienta. Wszystko to sprawia że aktualnie iTaxi kreuje i wyznacza nowe trendy na rynku taxi.

– Uważam, że poprzedni rok zakończyliśmy z sukcesem. Wprowadziliśmy szereg usprawnień zarówno pod względem rozwoju aplikacji dla pasażerów, jak i usług dla biznesu. Cieszę się, że zainteresowanie naszymi usługami stale rośnie. W ostatnim kwartale ten wzrost był znaczący, co tylko potwierdza, że jakość świadczonych przez nas usług oraz dostępność naszej floty jest doceniana przez kolejnych Klientów. Na ten rok mamy ambitne plany, ale jestem przekonany, że jesteśmy w stanie je zrealizować, bo mamy wiedzę, doświadczenie i zaangażowany zespół. Firma to ludzie, a ja mam to szczęście, że na pokładzie iTaxi mam energiczny i przedsiębiorczy zespół  – mówi Jarosław Grabowski, CEO iTaxi.

Dalszy rozwój

W 2020 roku iTaxi planuje zwiększać zasięg działalności o nowe lokalizacje, w których będzie można skorzystać z zaawansowanej technologicznie aplikacji, a także rozwijać ofertę dla klientów biznesowych. Firma nadal będzie kłaść nacisk na rozwój oferty skierowanej do biznesu, jak również wprowadzi nowe rozwiązania dla klientów indywidualnych.

Konsekwencje Brexitu dla polskiego transportu

Oficjalnie Wielka Brytania nie jest już członkiem Unii Europejskiej. Brytyjska flaga zniknęła z siedziby Unii w Brukseli, jednak, poza tym niewiele się zmieniło. Tysiące firm transportowych z Polski wciąż czeka na prawdziwe oblicze Brexitu. Jaką widzą przyszłość? Czego się boją? Czy są gotowi? Odpowiadają przedstawiciele polskiego transportu drogowego.

Polski transport drogowy od lat jest znaczącą siłą na gospodarczej arenie całej Europy. To polskie firmy (według Eurostatu) przewożą najwięcej ton ładunków w transporcie drogowym w Unii Europejskiej. Ponadto, transport na trasach Polska-Wielka Brytania ma dla naszej gospodarki szczególne znaczenie. Wielka Brytania to czołowy partner eksportowy Polski, zajmujący trzecie miejsce po Niemczech i Czechach. Według GUS-u obroty handlu zagranicznego z UK wyniosły w 2018 prawie 20 miliardów euro.

Znaczenie Wielkiej Brytanii dla polskiego transportu widać na przykładzie serwisu aukcji transportowych Clicktrans.pl:

Od 10 lat, czyli początków Clicktrans.pl, obserwujemy, jak ogromne znaczenie ma Wielka Brytania dla naszego, rodzimego transportu. Duża liczba przewoźników współpracujących z Clicktrans obsługuje zlecenia od małych biznesów albo klientów indywidualnych, którzy chcą przewieźć coś większego bądź zorganizować przeprowadzkę na trasach pomiędzy Polską a Wielką Brytanią. Z ich perspektywy szczególnie ważne jest, aby Wielka Brytania i Unia Europejska zawarły korzystne porozumienia. Zwłaszcza, że zakończenie okresu przejściowego planowane jest do końca 2020 roku, a zapisy umów zagranicznych są ciągle nieznane. Każdego dnia polskie firmy transportowe tracą czas, który mogłyby przeznaczyć na przygotowanie do zmian, gdyż wciąż nikt nie wie, jak będą one wyglądać – mówi Michał Brzeziński, CEO Clicktrans.

Rynek mniejszych zleceń transportowych może jako pierwszy odczuć konsekwencje właściwego Brexitu. Przekonuje o tym właściciel firmy transportowej lublin-transport.pl, korzystający z Clicktrans:

Jeśli nastąpi tzw. „twardy” Brexit i powrócą opłaty celne oraz odprawy graniczne, to część przewoźników może zmienić kierunki transportu, a nawet zrezygnować z transportu. Z pewnością Brexit najbardziej odczują przewoźnicy zajmujący się transportem pojazdami do 3,5 t. Ich biznesy są oparte na zleceniach od mniejszych firm i klientów indywidualnych, których mogą przerosnąć stawki celne – tłumaczy Krzysztof Pawełczak, właściciel firmy lublin-transport.pl, specjalizującej się w transporcie na trasach Polska – Wielka Brytania.

Jednak zmiany idące za Brexitem dają także promyk nadziei:

Brexit niesie za sobą szansę dla firm, które działają zgodnie z literą prawa, ponieważ dodatkowe procedury i kontrole na granicach ograniczą działalność przewoźników, którzy naginają prawo, zatrudniając kierowców na wątpliwe umowy czy ukrywając ładunki w dokumentacji. Jednak na ten moment czekamy, zobaczymy co wydarzy się w okresie przejściowym. Brexit to wciąż jedna wielka niewiadoma – dodaje Pawełczak.

Podobnie uważa współwłaścicielka Monika-Trans – firmy regularnie obsługującej zlecenia transportowe na trasach Wielka Brytania-Polska:

Jeśli pojawi się nowe cło na towary, zapewne wzrosną ceny transportu. Większe kontrole to wydłużenie czasu transportu, więc trudniej będzie zrealizować priorytetowe zlecenia. Ciekawe, jak będzie wyglądać przepływ promów, pewnie wydłuży się wjazd na prom, możliwe że wzrosną także ceny biletów. Oczywiście za większą papierologią i kontrolami kryją się także plusy. Z rynku mogą zniknąć firmy, które nie posiadają wymaganych dokumentów, unikają opłat czy odprowadzania podatków. Jednak dopóki zmiany nie zaczną wchodzić w życie, trudno określić, co może się wydarzyć – mówi Monika Syrocka – współwłaścicielka firmy transportowej Monika-Trans.

Aman Khan nowym dyrektorem generalnym Beyond.pl

Aman Khan został nowym Prezesem Zarządu Beyond.pl, wiodącego międzynarodowego dostawcy rozwiązań i usług chmurowych i kolokacyjnych w Polsce i Europie Wschodniej. „Stawiamy na dynamiczny rozwój, a tym samym zwiększenie naszego udziału w rynku w Polsce i za granicą. W naszych dwóch centrach danych w Polsce oferujemy usługi kolokacji, chmury prywatnej i publicznej. Nasza oferta obejmuje również rozwiązania Hybrid Cloud, umożliwiające bezpieczne połączenie naszych usług z chmurami globalnymi m.in. Microsoft Azure i AWS, dzięki czemu Beyond.pl jest wiodącym dostawcą dla przedsiębiorstw, instytucji finansowych i sektora publicznego, w tym segmentu opieki zdrowotnej dla polskich i międzynarodowych klientów” – podkreślił Aman Khan.

Aman Khan ukończył studia MBA, pracuje w branży IT od ponad 30 lat, pełnił szereg międzynarodowych funkcji zarządczych wyższego szczebla na rynku rozwiązań i usług IT. Pracował dla takich firm jak Global Switch, Dimension Data, Star Alliance, PSINet i General Electric (GE).

Toyota TJ Cruiser może zadebiutować jeszcze w tym roku

TJ Cruiser, pomysłowy minivan i SUV w jednym, zaprojektowany z myślą o aktywnym stylu życia, podróżach i sportach outdoorowych, zadebiutował jako koncept ponad 2 lata temu. Teraz japoński magazyn Best Car donosi, że auto ma trafić do sprzedaży. Wersję produkcyjną poznamy najprawdopodobniej już w maju.Toyota TJ Cruiser (1) Toyota TJ Cruiser (2) Toyota TJ Cruiser (3) Toyota TJ Cruiser (4) Toyota TJ Cruiser (5)

W październiku 2017 roku na targach w Tokio Toyota pokazała oryginalny samochód koncepcyjny, który łączy w jednej bryle dwie wielkie motoryzacyjne miłości Wschodu i Zachodu – minivany i SUV-y. Tak jak Ameryka i Europa kochają SUV-y, tak w Azji symbolem statusu jest luksusowy minivan. Toyota połączyła je w jedno auto, dodając młodzieżowy styl rodem z Minecrafta i superpraktyczne rozwiązania w nadwoziu i wnętrzu. Kanciasty koncept nazwano TJ Cruiser, nawiązując do innego pomysłowego SUV-a Toyoty – FJ Cruisera.

TJ Cruiser na pierwszy rzut oka przypomina skrzynkę na kołach. To zresztą intencjonalny zabieg, na co wskazuje nazwa auta. Litera T oznacza bowiem „toolbox” czyli skrzynkę na narzędzia, zaś „j” to skrót od „joy” (radość). Jednak po bliższym przyjrzeniu się łatwo zauważyć zarówno hipsterski design w stylu retro, jak i bardzo oryginalne, nowoczesne rozwiązania stylistyczne, które trudno znaleźć gdziekolwiek indziej.

Auto zostało zbudowane na platformie TNGA, tej samej co nowa Corolla i Toyota C-HR. Ma długość 4300 mm, szerokość 1775 mm, wysokość 1620 mm i rozstaw osi 2750 mm. W środku mieszczą się 4 osoby, co jednak nie oznacza, że jest tam ciasno. Do samochodu można spakować przedmioty o długości 3 metrów, w tym rowery czy deski surfingowe. Po złożeniu foteli pasażerskich z przodu i z tyłu powstaje płaska podłoga. Auto łatwo zapakować dzięki szerokiej tylnej klapie i dużym wejściom bocznym.

TJ Cruiser powstał po to, by pomagać w realizowaniu pasji, dlatego otrzymał wzmocnione zawieszenie i duże opony, a maska, dach i błotniki są wykonane z materiałów odpornych na zadrapania. Auto będzie napędzane prawdopodobnie napędem hybrydowym TNGA z silnikiem 1,8 l lub 2,5 l oraz alternatywnie silnikiem benzynowym 2,0 l. Napęd ma być przenoszony na przód lub na obie osie za sprawą elektrycznego układu AWD-i.

Magazyn Best Car nie informuje, na których rynkach nowy model ma szanse się pojawić. Zapewne będzie to Japonia, gdzie klienci są przyzwyczajeni do niekonwencjonalnej stylistyki, ale co do Europy trudno powiedzieć. Na szczęście globalny charakter platformy TNGA sprawia, że wdrożenie produkcji w różnych częściach świata oraz dostosowanie auta do poszczególnych rynków jest bardzo łatwe. Wersja produkcyjna ma zawierać wiele rozwiązań pokazanych w koncepcie, jak składane siedzenia, elastyczne aranżacje bagażnika czy drzwi przesuwne. Prawdopodobnie w ofercie będą dostępne zarówno dwa, jak i trzy rzędy siedzeń.

Rynkowa euforia przygasła w odpowiedzi na doniesienia z Chin

Rynkowa euforia po kolejnym dniu rekordów na Wall Street przygasła w Azji, kiedy rynek przerzucił uwagę na niespodziewany skok liczby zakażonych w chińskiej prowincji Hubei. Jakkolwiek 15 tys. nowych przypadków jest szokującą liczbą, przyrost bierze się ze zmian w metodologii, ale sytuacja przypomina, że podstawy ostatniej poprawy nastrojów wciąż są kruche.

Sporo szumu narobiły doniesienia z Chin o zmianach w metodzie klasyfikacji przypadków zakażenia. Spośród 14840 nowych przypadków zarażenia odnotowanych wczoraj przez chińskie władze, aż 13332 pochodzi z doliczenia przypadków „zdiagnozowanych klinicznie” od 5 lutego. Są to osoby, które mają objawy zarażenia wirusem, ale z powodu braku sprzętu medycznego do wykonania testów nie można tego całkowicie potwierdzić. Istotne jest, że zmiany w klasyfikacji dotyczą tylko prowincji Hubei, a w reszcie Chin przypadki liczone są od początku tak samo. A tam tempo przyrostu nowych zakażonych systematycznie spada, co potwierdza, że punkt kulminacyjny epidemii już jest za nami.

Euforia rynkowa została ostudzona, ale nie ma co spodziewać się nawrotu paniki. Inwestorom zostało przypomniane, że koronawirus wciąż jest problemem, którego skutki jeszcze nie raz uderzą w rynki (np. w słabszych danych aż I kwartał). Dzisiejsza sesja na rynkach akcji w Europie i USA odbędzie się pod dyktando ostrożnego badania kierunku: czy potrzebna jest głębsza korekta, czy jednak można już wracać do śrubowania nowych szczytów na DAX i S&P500? O ile na rynek nie napłynie nowa niespodziewana informacja, jeden dzień przystanku wydaje się najbardziej sensownym scenariuszem.

Rynek FX rządzi się swoimi prawami i choć po nocy odznacza się umiarkowany zwrot w kierunku bezpiecznych przystani, to nie ma on znamion silnego risk-off. Na boku umocnienia JPY, CHF i USD względem AUD, NZD, NOK i SEK uwagę przyciąga EUR, które jest najsłabsze względem USD od maja 2017 r. Silny dolar jest tylko częściowym wytłumaczeniem. Euro cierpi przez obawy, jak spowolnienie gospodarcze Chin uderzy w strefę euro (głównie Niemcy), co w konsekwencji zmusi Europejski Bank Centralny do luzowania polityki monetarnej. Ten strach jest też powodem, dlaczego EUR, w porównaniu do innych walut z ujemnymi stopami procentowymi – CHF i JPY, nie może przyciągać kapitału w okresach skoku awersji do ryzyka. W efekcie unijna waluta jest sprzedawana, gdy nastroje są złe, ale też, gdy ulegają poprawie. A jednak mam wątpliwości, czy ten strach jest słuszny. W końcu już wrześniowa runda luzowania monetarnego spotkała się ze sprzeciwem niemal połowy członków Rady Zarządzającej, a nowa prezes EBC Christine Lagarde jest bardziej za fiskalnym wspieraniem ożywienia niż szukaniem cudownego naboju w arsenale banku centralnego. Ale żeby rynkowe oczekiwania się odmieniły, wpierw musi zostać oddalona wizja stagnacji/recesji gospodarczej. Nie nastąpi to z dnia na dzień, zatem i istotne odbicie EUR/USD jest odroczone.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wyzwania na rynku inwestycyjnym w 2020 r.

Rok 2019 był dla rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce pod wieloma względami rekordowy: odnotowaliśmy blisko 150 transakcji (w porównaniu do 100 w 2018), których wartość osiągnęła 7,7 miliarda euro (w 2018: 7,2 mld euro). 2020 może być jeszcze lepszy – szacujemy dalszy wzrost płynności. Jest to związane z napływem kapitału inwestycyjnego spoza Europy, przede wszystkim z Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz Ameryki Północnej, o zróżnicowanym profilu ryzyka – od core/core+ (Korea Południowa, Chiny, potencjalnie Japonia, Kanada, Australia, Izrael) do value-add (Singapur, Filipiny, Malezja, ale również Kanada i Izrael). Pojawią się też nowi inwestorzy z Europy Środkowo-Wschodniej, przede wszystkim z Czech, Węgier i ze Słowacji, którzy będą zwiększać swoje zaangażowanie w Polsce.

Stopy kapitalizacji nieruchomości komercyjnych nadal będą pod presją zniżkową. Wynika to z kilku czynników: dalszego napływu kapitału z zagranicy i związanej z tym rosnącej konkurencji między istniejącymi inwestorami, wciąż rosnących cen nieruchomości w Europie Zachodniej, deficytu produktów inwestycyjnych na sprzedaż w Warszawie i miastach regionalnych, a także bieżącej nadpłynności zarządzających funduszami w związku z zebranym kapitałem.

Duży popyt, niska podaż

Niewątpliwie na sytuację na rynku nieruchomości wciąż będzie miał wpływ problem z dostępnością działek. Już od kilku lat w dobrych lokalizacjach odnotowujemy deficyt gruntów inwestycyjnych pozbawionych wad prawnych i technicznych. Dotyczy to nie tylko stolicy, ale również miast regionalnych. Banki ziemi deweloperów szybko topnieją, dlatego coraz częściej pojawiają się wątpliwości, czy inwestorzy będą w stanie zapewnić grunty pod nowe projekty – zarówno komercyjne, jak i mieszkaniowe. Znalezienie atrakcyjne działki staje się wyzwaniem jeszcze poważniejszym niż problemy związane ze znalezieniem pracowników w sektorze budowlanym oraz rosnące koszty ich utrzymania. Siłą rzeczy odbija się to na cenach działek budowlanych, które wciąż rosną i wiele wskazuje, że w 2020 r. ten trend nie zostanie zahamowany, choć powinien się ustabilizować. Wpływ na taką sytuację mają także zagraniczni inwestorzy, m.in. z Dalekiego Wschodu i południowej Afryki, którzy chętnie inwestują w polską ziemię. Nie będą to już jednak tak spektakularne wzrosty, jak w ostatnich 3 latach, zbliżamy się do szklanego sufitu.

Inaczej sytuacja przedstawia się na rynku gruntów pod obiekty magazynowe, który rządzi się innymi prawami. Tam większym problemem od dostępności działek jest brak rąk do pracy, dlatego inwestorzy z coraz większą nadzieją spoglądają na Polskę wschodnią, która intensywnie nadrabia infrastrukturalne braki. Magazyny będą powstawać w niepopularnych dotąd lokalizacjach, takich jak: Białystok, Lublin czy Olsztyn. W zachodniej części kraju na znaczeniu nabierają małe i średnie miasta, m.in. Elbląg, Kalisz, Sulechów i Świebodzin. Umacniać będzie się również trend budowania magazynów miejskich w centralnych lokalizacjach, które będą obsługiwać rosnący na znaczeniu sektor e-commerce.

Multifunkcjonalność

Rozwój e-commerce w dalszym ciągu będzie miał również niebagatelny wpływ na branżę handlową. Właściciele centrów handlowych z jednej strony zmieniają podejście do zarządzania, z drugiej – dywersyfikują się na poziomie rozwoju czy nabywania kapitału. Coraz częściej będziemy mieć do czynienia z projektami nie stricte handlowymi, ale typu mixed-use, które łączą w sobie funkcje biurowe, usługowe, handlowe i mieszkalne. Ten trend obserwujemy już od kilku lat i jak widać na przykładzie istniejących inwestycji wpisał się w rynek. Jest popierany przez urbanistów, a co najważniejsze takie projekty są dobrze przyjmowane przez najemców i mieszkańców miast, ponieważ tworzą atrakcyjną tkankę miejską. Projekty mixed-use są też odpowiedzią deweloperów komercyjnych na sytuację na rynku gruntów. Taka inwestycja pozwala im skuteczniej rywalizować z deweloperami mieszkaniowymi i zachować wyższą rentowność. Przychylniej patrzą na nie też banki, które chętniej kredytują tego typu przedsięwzięcia. W 2020 roku zapowiadane jest otwarcie wielu kolejnych ciekawych inwestycji o takim charakterze, m.in. Browary Warszawskie czy Elektrownia Powiśle.

Wchodzący do Polski inwestorzy większą uwagę zaczynają zwracać na zespoły, które zarządzają lokalnym kapitałem. Nieruchomości w coraz większym stopniu postrzegane są jako usługa, dlatego jej jakość i partnerzy, z którymi nawiązuje się współpracę, zyskują kluczowe znaczenie. Dotyczy to wszystkich sektorów: biurowego, mieszkaniowego, hotelowego i alternatywnych, jak akademiki, senior housing i mieszkania na wynajem.

Zrównoważony rozwój

Nowym trendem obserwowanym w 2020 roku będzie oddziaływanie zmian klimatycznych na rynek inwestycyjny. Dla inwestorów będą one miały wpływ na politykę inwestycyjną i przeprowadzane due diligence. Właściciele budynków staną się coraz bardziej narażeni na negatywne skutki zmian klimatu, które pośrednio lub bezpośrednio im zagrażają. Jak chronić swoje aktywa i zmniejszać ryzyko utraty przez nie wartości? To jedno z kluczowych pytań, przed którymi współcześnie staje branża nieruchomości. W obliczu tych wyzwań, a także zaostrzających się przepisów w zakresie emisji dwutlenku węgla przez budynki, inwestorzy będą coraz większą wagę przywiązywać do ekologicznych rozwiązań stosowanych w budynkach, certyfikacji, a także ich właściwego zarządzania, aby jak najlepiej wpisywały się w politykę zrównoważonego rozwoju.

Dane, które jedna osoba produkuje w ciągu roku są warte tyle, ile dobry samochód

Ile danych tworzymy każdego dnia? Zastanówmy się nad tym i spróbujmy odpowiedzieć. Podana będzie jednak i tak prawdopodobnie niedoszacowana. Wszyscy łącznie na całym świecie wytwarzamy codziennie kwintyliony gigabajtów danych. Oczywiście nic się nie stanie, jeśli się pomylimy w naszych szacunkach. Dokładne określenie ilości danych generowanych przez każdego z nas jest bardzo trudne. Znacznie łatwiej jest oszacować ich wartość. Jak wynika z badań przeprowadzonych niedawno przez firmę Veeam, konsumenci brytyjscy uważają, że dane, które każdy z nich wytwarza niezależnie w ciągu roku, są warte średnio 27 000 funtów brytyjskich (około 136 tys. złotych). Wiele osób mogłoby za tę sumę opłacić wymarzone studia, kupić samochód,  a nawet spłacić kredyt hipoteczny.

Każdy z nas zauważył pewnie, że odwiedzając dla przykładu stronę z meblami, niemal natychmiast zostaniemy zaatakowani reklamami sklepów meblowych praktycznie na każdej stronie, którą odwiedzamy. Wygenerowaliśmy jakieś dane o sobie, które ktoś przeanalizował i na ich podstawie dopasował nam reklamę finalnie zarabiając na tym. Im więcej danych udaje się przeanalizować, tym bardziej rośnie ich wartość – ta realna, którą da się przekuć w zysk. A to tylko przykład wykorzystujący proste mechanizmy śledzenia naszej aktywności w sieci. Dużo więcej wartościowych danych kryje się danych, które już zostały wygenerowane, a których jeszcze nie poddano analizie – komentuje Andrzej Niziołek, dyrektor regionalny w Veeam Software, lidera w zakresie profesjonalnych rozwiązań do backupu danych.

Wielka niewiadoma

Ochrona danych osobowych i zmiany regulacji w tym zakresie to tematy, które często goszczą dziś na łamach mediów. Dzięki temu ludzie zauważyli, że mają swoją „cyfrową wartość” dla firm, i przywiązują do niej dużą wagę. Nie ulega więc wątpliwości, że świadomość rośnie, ale z drugiej strony przedsiębiorstwa i konsumenci wciąż jeszcze nie wiedzą o wielu sprawach. Choć wszyscy generujemy masę danych, jesteśmy w stanie efektywnie wykorzystać tylko 2% zgromadzonych informacji. 98% pozostaje niewykorzystane i cały czas czeka na analizę.

Mechanizmy sztucznej inteligencji są coraz doskonalsze i potrafią już z tej niewielkiej liczby danych trafnie odgadywać nasze potrzeby, zainteresowania czy preferencje polityczne. Wraz z przyrostem taniej i łatwo dostępnej mocy obliczeniowej efekty będą jeszcze lepsze. Głęboka analiza danych firmowych, poszukiwanie w nich zależności i związków stanie się kluczem do budowania przewagi konkurencyjnej, obniżania kosztów czy unikania kosztownych błędów. Aby jednak móc tego dokonać w przyszłości musimy zgromadzić i zabezpieczyć dane. Ich utrata pozbawia nas szans na rozwój i zyski, tym bardziej, że konkurenci również wiedzą o tym, jak wiele da się wywnioskować ze zgromadzonych informacji – dodaje Andrzej Niziołek.

Gdybyśmy mieli narzędzia do analizowania tych danych, moglibyśmy odczytywać informacje za pomocą metod, jakich jeszcze nie znamy. Pozwoliłoby nam to rozwiązać wiele problemów, z którymi dotąd nie mogliśmy sobie poradzić, lub zadawać nowe pytania, jakie wcześniej nie przyszłyby nam do głowy.

Dane znajdujące się już w naszych systemach moglibyśmy wykorzystać do rozwiązywania problemów z różnych dziedzin. Na przykład wykryć sprawcę niewyjaśnionej zbrodni sprzed lat, opracować lek na nieuleczalną chorobę, a nawet znaleźć planetę nadającą się do zamieszkania poza Układem Słonecznym. To ostatnie już się częściowo udało. Dzięki archiwalnym danym zgromadzonym przez należący do NASA teleskop Hubble’a odkryto parę wodną w atmosferze planety K2-18b, która ma podobną wielkość jak Ziemia i jest od nas oddalona o 110 lat świetlnych. Tym samym wzrosły nadzieje na znalezienie światów możliwych do zamieszkania poza naszym układem planetarnym.

Szczególna staranność

Nie jest tajemnicą, że technologie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, które szybko stają się coraz bardziej inteligentne, zwiększają naszą zdolność do interpretowania i przetwarzania danych. W oczekiwaniu na jeszcze większe możliwości tych technologii możemy zrobić ważną rzecz, a mianowicie zadbać o ochronę naszych danych ze szczególną starannością. Chodzi o ochronę nie tylko przed szkodliwym oprogramowaniem lub kradzieżą, lecz również przed przypadkowym uszkodzeniem. Firma, która nie zapewni ciągłej dostępności swoich danych, może w nadchodzących latach ponieść ogromne straty.

Co jednak oznacza „szczególna staranność”? Chodzi przede wszystkim zainstalowanie odpowiedniej technologii, dzięki której nasze dane na pewno nie znikną. Planując strategię efektywnego zabezpieczenia danych i zarządzania nimi, powinniśmy na pierwszym miejscu zadbać o właściwe rozwiązanie chroniące przed zagrożeniami cybernetycznymi. Równie ważne są jednak narzędzia do tworzenie kopii zapasowych oraz systemy pamięci masowej. Dzięki nim dane i usługi będą dostępne zawsze, niezależnie od okoliczności.

Niedawne problemy z aplikacjami WhatsApp, Facebook i TSB pokazały, że gdy przestają działać najważniejsze usługi, następuje chaos operacyjny. To nie przesada. Utrata dostępu do danych przynosi podobne skutki, ale może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje w długim terminie.

Niespodziewane korzyści

We współczesnym świecie biznesu każda firma musi szukać najlepszych sposobów zapewnienia ciągłej dostępności danych. Ma to zasadnicze znaczenie nie tylko dla utrzymania klientów. Gdy w wyniku szybkiego rozwoju technologii pojawią się nowe możliwości, może się okazać, że dane gromadzone i archiwizowane przez lata przyniosą nam korzyści, jakich wcześniej się nie spodziewaliśmy. Można więc śmiało stwierdzić, że każdy, kto ma duże zasoby zgromadzonych danych, siedzi na żyle złota.

Autor: Danny Allan, wiceprezes ds. strategii produktowej w firmie Veeam

Branża cyfrowa apeluje do polskiego premiera – więcej pieniędzy z UE na cyfryzację

Polska i europejska branża cyfrowa zaapelowała do premiera Mateusza Morawieckiego o poparcie podczas odbywającego się 20 lutego w Brukseli nadzwyczajnego szczytu postulatów o zwiększenie nakładów finansowych z unijnego budżetu na transformację cyfrową.

Z apelem wystąpił Digital Europe, organizacja reprezentująca europejską branżę cyfrową wraz ze Związkiem Cyfrowa Polska, skupiającym największe firmy sektora nowoczesnych technologii działających w naszym kraju. Sprawa dotyczy tworzonego po raz pierwszy w ramach unijnego budżetu specjalnego funduszu przeznaczonego na rozwój gospodarki cyfrowej. W projekcie na lata 2021 – 2027 zaplanowano 3 proc. wydatków na kwestie cyfryzacji. Europejskie organizacje cyfrowe postulują jednak., aby dokonać przesunięć w projekcie unijnego budżetu i zwiększyć środki na ten cel do nawet 10 proc.

Fundusze na wsparcie w cyfrową infrastrukturę i kompetencje

Zdaniem Digital Europe i Związku Cyfrowa Polska fundusze te są niezbędne do zapewnienia cyfrowego rozwoju dla Polski, jak i całej Europy. „Pilnie potrzebujemy wsparcia inwestycji w infrastrukturę i kompetencje, które umożliwią cyfrowo zaawansowanym firmom rozwijać się i pomagać nam w życiu w zgodzie z europejskimi standardami” – napisano w liście do polskiego premiera. I dodano: „Aby zrealizować ambitne założenia Europejskiego Zielonego Ładu, musimy skupić się na cyfryzacji gałęzi przemysłu najintensywniej wykorzystujących energię. Fundusze na cyfryzację pomogą Polsce także rozwijać e-usługi, poszerzać kompetencje cyfrowe obywateli, a także wspierać innowacyjne projekty polskich start-upów, by te mogły jeszcze śmielej i łatwiej komercjalizować swoje pomysły. To również szansa dla polskiej branży cyberbezpieczeństwa, która dziś ma wielki potencjał, ale potrzebuje wsparcia i impulsu do dalszego rozwoju”.

Jak podkreśla prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik postulat zwiększenia środków na cyfryzację jest tym bardziej kluczowy, że dziś trwają testy oraz prace nad wdrożeniem sieci piątej generacji. – Od tego, kiedy wdrożymy sieć 5G, od jej bezpieczeństwa oraz tego, jak dzięki niej będziemy rozwijać rynek innowacyjnych narzędzi czy usług będzie zależeć, czy Polska i Europa staną się realną konkurencją w wyścigu globalnym – mówi Michał Kanownik.

Więcej na badania i rozwój

Związek Cyfrowa Polska i Digital Europe zaapelowani również do premiera Morawieckiego o działania na szczycie europejskim zmierzające do zamierzające do poszerzenia programu unijnego Digital Europe (Cyfrowa Europa), który wystartuje w 2021 r. z 9,2 miliardów euro do 25 miliardów euro. To po to, aby – jak wyjaśniają w piśmie do premiera Morawieckiego – „zmaksymalizować krótko- oraz średnioterminowy wpływ na kompetencje, sztuczną inteligencję oraz cyfryzację MŚP w całej UE”. Zdaniem branży cyfrowej istotne są również wydatki na badania i rozwój. Te w ich opinii powinny zostać zwiększone z 2 proc. do 3 proc. PKB UE.

Niemcy spowalniają polski eksport towarów

Wartość polskiego eksportu towarów wyniosła w 2019 roku 235,8 mld euro i była o 5,5 proc. wyższa niż rok wcześniej. Import towarów miał zaś wartość 234 mld euro, co oznaczało wzrost o 2,6 proc. W porównaniu z 2018 r. nastąpiło zatem wyraźne spowolnienie obrotów towarowych: o 2,7 pp. w eksporcie i aż o 8,1 pp. w imporcie. Niższa dynamika wzrostu importu niż eksportu sprawiła, że Polska odnotowała nadwyżkę obrotów towarowych w wysokości 1,8 mld euro (w 2018 r. saldo to było ujemne i wyniosło -4,6 mld euro). Łukasz Ambroziak, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego, zauważa, że to czwarty rok od początku lat 90. XX wieku, kiedy Polska notuje dodatnie saldo w handlu towarami.

Do spowolnienia w polskim eksporcie przyczyniła się przede wszystkim niższa dynamika sprzedaży na rynku niemieckim. W 2019 r. eksport do Niemiec wzrósł zaledwie o 3,1 proc. (r/r), a udział tego kraju w polskim eksporcie zmniejszył się o 0,6 pp., do 27,6 proc. Blisko 2/3 polskiego eksportu trafiającego do Niemiec to dobra inwestycyjne oraz dobra przeznaczone na tzw. zużycie pośrednie – mówi Łukasz Ambroziak. Są one wykorzystywane w niemieckich fabrykach, produkujących głównie na eksport. Sprzedaż za Odrą zależy zatem w dużym stopniu od zagranicznego popytu na niemieckie towary i usługi, a ten w 2019 r. wyraźnie wyhamował. Niemiecki eksport towarów zwiększył się o zaledwie 0,8 proc. (r/r).

Dynamika polskiego eksportu i importu towarów, w proc. (r/r)

Dynamika polskiego eksportu i importu towarów
Źródło: Opracowanie własne PIE na podstawie danych GUS.

Zdaniem Łukasza Ambroziaka amerykańsko-chińska wojna handlowa w ograniczonym stopniu wpłynęła na bezpośredni eksport Niemiec do USA i Chin: eksport wyrażony w euro wzrósł w 2019 r. odpowiednio o 4,7 proc. oraz 3,2 proc., r/r. W większym stopniu – poprzez globalne łańcuchy wartości – przyczyniła się do spowolnienia w handlu światowym, od którego uzależniona jest gospodarka niemiecka. Niższa dynamika niemieckiego eksportu to także efekt niepewności związanej z brexitem (sprzedaż na Wyspy zmalała o ponad 4 proc., r/r) oraz zmniejszonego popytu ze strony ważnych gospodarek strefy euro, tj. Włoch, Francji i Holandii.

Analityk zauważa, że w świetle tych informacji, zaskakująco dobra dla polskiego eksportu do Niemiec była końcówka zeszłego roku. Mimo największego od czasu kryzysu finansowo-gospodarczego 2008/2009 spadku produkcji przemysłowej w Niemczech w grudniu ubiegłego roku, polski eksport do tego kraju zwiększył się o ponad 8 proc. w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Popyt na zagraniczne dobra konsumpcyjne jest w Niemczech nadal silny, co wynika ze stabilnej sytuacji gospodarstw domowych będącej efektem niskiej stopy bezrobocia i wzrostu wynagrodzeń.

Efekt brexitu był widoczny również w polskim eksporcie do Wielkiej Brytanii: wzrósł on zaledwie o 1,3 proc. (r/r) Tym samym udział Wielkiej Brytanii w eksporcie ponownie zmalał – o 0,2 pp., do 6,0 proc. Mimo to nadal pozostaje ona trzecim, po Niemczech i Czechach, największym odbiorcą polskich towarów.

W 2019 r. w tempie dwucyfrowym rósł zaś polski eksport do Stanów Zjednoczonych oraz Chin. Łukasz Ambroziak częściowo tłumaczy to efektem przesunięcia strumieni handlu w wyniku wojny handlowej. Po nałożeniu wzajemnych sankcji, USA i Chiny poszukiwały nowych dostawców towarów objętych tymi sankcjami. Wysoka dynamika eksportu na rynek amerykański i chiński cechowała wiele krajów Unii Europejskiej – mówi.

Ponad 10 proc. wzrost polskiego eksportu do Francji w 2019 r. to efekt m.in. zwiększonych dostaw części i akcesoriów motoryzacyjnych. Dotyczyło to głównie akumulatorów litowo-jonowych wykorzystywanych w samochodach elektrycznych oraz silników benzynowych nowej generacji. W ubiegłym roku Polska znalazła się bowiem w czołówce unijnych eksporterów baterii litowo-jonowych.

Amerykańsko-chińska wojna handlowa przyczyniła się w istotny sposób do wzrostu polskiego importu z Chin. W 2019 r. dostawy towarów z tego kraju zwiększyły się o 9,9 proc. (r/r), tj. o 2,6 mld euro. Cła nałożone przez amerykańską administrację na chińskie towary (w większości w wysokości 25 proc.) sprawiły, że ich przywóz do USA stał się praktycznie nieopłacalny, dlatego chińscy eksporterzy poszukiwali odbiorców na te towary w innych krajach. Największy wzrost w polskim imporcie z Chin odnotowano właśnie w przypadku tych towarów, na które Amerykanie nałożyli karne cła – tłumaczy Łukasz Ambroziak. Były to m.in. części do komputerów i laptopów, monitorów i odbiorników, lamp i pozostałego sprzętu oświetleniowego, transformatorów elektrycznych i przekształtników, mebli do siedzenia oraz ich części, a także urządzeń ciekłokrystalicznych.

Prognozy dla polskiego eksportu na 2020 r.

Analityk PIE upatruje potencjalnych zagrożeń dla wzrostu polskiego eksportu w 2020 r. w dalszych trudnościach w ekspansji eksportowej Niemiec, związanych z zakończeniem amerykańsko-chińskiej wojny handlowej oraz z problemami tamtejszej branży motoryzacyjnej. Umowa gospodarczo-handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, która wejdzie w życie 15 lutego, może nie być korzystna dla Polski oraz innych krajów UE – ostrzega Łukasz Ambroziak. Istnieje ryzyko, że aby wywiązać się ze zobowiązań, Chiny zwiększą z USA import towarów wymienionych w umowie (m.in. maszyny i urządzenia, samochody, leki, artykuły rolne) kosztem dostaw z innych krajów. Ucierpieć może na tym głównie niemiecki eksport towarów, wytwarzanych w ramach globalnych łańcuchów wartości, w których jako poddostawca części i komponentów uczestniczy również Polska – dodaje.

Również perspektywy wzrostu popytu zagranicznego na niemieckie samochody, do których polscy producenci dostarczają znaczny wkład w postaci części i podzespołów, nie są obiecujące. Wynika to z rosnącej w wielu krajach popularności samochodów zasilanych alternatywnymi źródłami energii i niedostatecznego dopasowania do preferencji nabywców oferty zgłaszanej przez niemieckie koncerny. Negatywny wpływ na polski eksport może mieć coraz wolniejszy wzrost gospodarczy w Chinach, który – już obecnie – w związku z epidemią koronawirusa i związanymi z tym perturbacjami w globalnych łańcuchach dostaw, szacowany jest w bieżącym roku na około 5 proc.

Pozytywnie na polski eksport może natomiast początkowo wpływać okres przejściowy związany z brexitem i uczestnictwo Wielkiej Brytanii w jednolitym rynku europejskim. Jednakże pod koniec roku, w sytuacji braku umowy handlowej, znowu może wzrosnąć niepewność związana z ryzykiem wyjścia bez umowy i powrotu do handlu na zasadach Światowej Organizacji Handlu.