Opieka psychiatryczna w Polsce zaczyna wychodzić z głębokiego kryzysu. Resort zdrowia znacząco zwiększył dostęp do psychiatrów

Niedofinansowanie, zła organizacja i brak lekarzy to główne bolączki polskiego systemu opieki psychiatrycznej. Dotyczy to zarówno leczenia dorosłych, jak również dzieci i młodzieży. Sytuacja jednak powoli się zmienia. Resort zdrowia realizuje pilotażowy projekt w opiece nad dorosłymi pacjentami, który już przynosi pierwsze efekty – znacząco zwiększył dostęp do psychiatrów. – Dzięki większym naborom na kierunek lekarski w ciągu czterech–pięciu lat powinien się zmniejszyć niedobór lekarzy, ale wciąż mamy niewykorzystany potencjał w postaci kadry psychologów – mówi Marek Balicki, zajmujący się reformą psychiatrii dorosłych.

Opieka psychiatryczna przeżywa kryzys od wielu lat, a dotyczy to psychiatrii dorosłych, dzieci i młodzieży, ale także psychiatrii sądowej oraz leczenia uzależnień – uściśla w rozmowie z agencją Newseria dr Marek Balicki, pełnomocnik ministra zdrowia ds. reformy psychiatrii dorosłych. – Od trzech lat jest realizowany program naprawy poszczególnych obszarów psychiatrii, na początek w obszarze leczenia osób dorosłych. W 2018 roku został uruchomiony pilotażowy projekt polegający na zmianie sposobu organizacji i finansowania opieki psychiatrycznej. Polega on na tym, że jeden podmiot leczniczy gwarantuje wszystkie formy opieki: szpitalną, ambulatoryjną, domową i dzienną.

Opieka ta jest realizowana w ramach jednego budżetu, często z udziałem partnerów, którzy funkcjonują jako podwykonawcy. Dotąd w takiej formie działało 27 Centrów Zdrowia Psychicznego, a wraz z początkiem tego roku zostało uruchomionych kolejnych siedem. Ministerstwo szacuje, że około 10 proc. dorosłych jest objętych nowymi rozwiązaniami z zakresu opieki psychiatrycznej. Marek Balicki podkreśla, że pierwsze efekty są bardzo pozytywne.

Zwiększyła się liczba świadczeń ambulatoryjnych, spadła liczba i długość hospitalizacji, poprawił się dostęp do świadczeń, nie ma kolejek – wymienia pełnomocnik ministra zdrowia. – Każde z Centrów Zdrowia Psychicznego prowadzi punkt zgłoszeniowo-koordynacyjny, czyli zapewnia pierwszy kontakt z profesjonalistą, psychologiem, terapeutą środowiskowym bez oczekiwania. Pacjent zgłasza się i zostaje przyjęty w zasadzie w tym samym momencie, a nie po wielu miesiącach oczekiwania, jak to bywa w niektórych dużych miastach.

W przyszłym roku ma zapaść decyzja o upowszechnieniu tego rozwiązania w całym kraju. Kolejnym krokiem mają być rozwiązania dotyczące psychiatrii dzieci i młodzieży – nowo uruchamiane poradnie psychologiczne, które będą miejscem pierwszego kontaktu z lekarzem. Wszystko po to, aby dziecko nie było kierowane od razu do szpitala psychiatrycznego. 10 lutego opublikowano zarządzenie NFZ o zmianie planu finansowego, które zakłada zwiększenie o ponad 242 mln zł wydatków planowanych w związku z uruchomieniem od 1 kwietnia nowego modelu opieki. Kolejnym etapem będą zmiany w psychiatrii sądowej. W ubiegłym tygodniu minister zdrowia powołał pełnomocnika, który zajmie się tym obszarem.

Jak podkreśla dr Marek Balicki, największą bolączką systemu opieki psychiatrycznej jest niedofinansowanie. Wydatki na psychiatrię stanowią mniej niż 3,5 proc. całkowitych wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia, podczas gdy w Niemczech przekraczają 10 proc., a dodatkowo są to nieporównanie większe kwoty.

 Opieka psychiatryczna przez wiele lat podlegała stygmatyzacji, była piętnowana, wypychana na margines do szpitali poza dużymi miastami, ze złymi warunkami dla pacjentów. Odwracamy ten proces i mamy nadzieję, że to będzie skuteczne, ale zdajemy sobie sprawę, że potrzebna jest nie tylko lepsza organizacja opieki psychiatrycznej, ale również większy udział zdrowia psychicznego w wydatkach publicznych na opiekę zdrowotną – zakłada dr Marek Balicki.

Istotną barierą ograniczającą dostęp pacjentów do opieki psychiatrycznej w Polsce są niedobory lekarzy psychiatrów. Według zestawienia Naczelnej Izby Lekarskiej z października 2019 roku mamy 4,5 tys. specjalistów psychiatrii, z czego 4,2 tys. aktywnie wykonuje zawód. W specjalizacji dla dzieci i młodzieży liczba specjalistów wynosi 477 (441 wykonuje zawód).

 Od kilku lat jest prowadzony większy nabór na kierunek lekarski i myślę, że za cztery–pięć lat zmniejszy się niedobór lekarzy w obszarze psychiatrii dzieci i młodzieży oraz dorosłych – ocenia dr Marek Balicki. – Na szczęście mamy jeszcze wielki zasób ludzki, do tej pory niewykorzystany, czyli wielu wykształconych psychologów. Wielu z nich poszukuje inspirującej pracy, a taką mogą zaoferować Centra Zdrowia Psychicznego oraz poradnie psychologiczne.

Nowy standard na polskim rynku telekomunikacyjnym. Można odstąpić od umowy nawet w ciągu 30 dni

Na polskim rynku telekomunikacyjnym pojawiła się możliwość, która jest już powszechna w wielu branżach, czyli 30-dniowy czas na rezygnację z zakupionych usług. Nowa oferta T-Mobile zapewnia możliwość przetestowania i zrezygnowania z usług bez konsekwencji, jeżeli klient nie będzie z nich zadowolony. – To jak jazda próbna przed zakupem samochodu – mówi prezes zarządu T-Mobile Polska. Operator zapowiada również komercyjne uruchomienie sieci 5G w połowie tego roku. Do tego czasu infrastruktura sieci nowej generacji ma objąć swoim zasięgiem ponad 6 mln klientów.

– Dla nowych klientów indywidualnych uruchamiamy ofertę „Gwarancja najlepszej sieci” – mówi agencji Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes zarządu T‑Mobile Polska. – Od teraz klienci mogą zdecydować się na plan taryfowy, przetestować go i zrezygnować, jeśli nie spełnia ich wymogów. Podobnie jak z jazdą próbną przed zakupem samochodu. To nowe podejście, które w branży telekomunikacyjnej w Polsce zastosowaliśmy po raz pierwszy. W tej chwili klienci muszą podpisać umowę, a jeśli nie są zadowoleni z usługi, nic nie mogą z tym zrobić. Chcemy wyróżnić się pod tym względem na tle konkurencji.

T-Mobile gwarantuje klientom pełny zwrot kosztów aktywacji, abonamentu i ceny telefonu w ofercie abonamentowej w przypadku rezygnacji z usług w ciągu 30 dni od jej zawarcia. Dotyczy to zarówno najpopularniejszych abonamentów, jak i oferty na kartę. Formalności są ograniczone do minimum, więc rezygnację można będzie złożyć, wypełniając krótki formularz zwrotu i dokument odstąpienia od umowy, a następnie wysłać je pocztą, e-mailem lub złożyć w punkcie sprzedaży. Operator podkreśla jednak, że mocno stawia zarówno na jakość sieci, jak i standard obsługi klientów, dzięki czemu jest w stanie zapewnić jak najlepszą usługę.

– Sieć jest fundamentem. Wprowadziliśmy możliwość przetestowania usługi i rezygnacji w przypadku, gdy nie spełnia ona oczekiwań. Jesteśmy jednak przekonani, że wymagania większości naszych klientów zostaną spełnione – mówi Andreas Maierhofer.

Operator przygotowuje się również do komercyjnego uruchomienia sieci 5G. Rozbudowa infrastruktury w tym zakresie jest jednym ze strategicznych kierunków rozwoju T-Mobile. W tej chwili w samej Warszawie operator ma już 800 stacji bazowych, które są gotowe do świadczenia usług w sieci piątej generacji. Do połowy tego roku ich liczba ma się już podwoić – do 1,6 tys. stacji w pięciu polskich miastach: w stolicy, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Katowicach.

– Pierwszych komercyjnych uruchomień sieci 5G możemy się spodziewać w połowie tego roku – zapowiada prezes zarządu T‑Mobile Polska. – Pod koniec czerwca planujemy mieć już 1,6 tys. stacji, co oznacza, że zasięg sieci 5G obejmie ponad 6 mln mieszkańców Polski.

Operator wstrzymuje się z komercyjnym uruchomieniem nowej usługi, czekając na pojawienie się telefonów i routerów kompatybilnych z siecią 5G.

– Mówimy o paśmie częstotliwości 2100 MHz, dla których nie ma jeszcze dostępnych urządzeń. Na tym etapie komercyjne uruchomienie nie miałoby sensu. Przeprowadzimy je, gdy tylko takie urządzenia będą dostępne, i będzie to pierwszy etap komercjalizacji technologii 5G. Jednocześnie po zakończeniu aukcji na pasmo 3,6 GHz rozpoczniemy uruchamianie sieci w tym paśmie – mówi Andreas Maierhofer.

Sieć 5G będzie rewolucją nie tylko dla klientów indywidualnych, lecz także biznesu, który dzięki temu będzie mógł oferować zupełnie nowy standard usług.

– Klienci indywidualni będą mogli skorzystać m.in. z architektury edge computing, która pozwoli na korzystanie z niezbędnej mocy obliczeniowej umieszczonej w chmurze. Takie rozwiązanie przypadnie do gustu np. graczom, którzy będą mogli grać w nawet najbardziej wymagające gry w jakości 4K na urządzeniach mobilnych. Z kolei w sektorze B2B pierwsze rozwiązania będą związane z sieciami prywatnymi. 5G zapewni także większą pojemność sieci, co pozwoli na wprowadzanie kolejnych usług – mówi Petri Pehkonen, członek zarządu ds. technologii i innowacji w T‑Mobile Polska.

Jak podkreśla, to właśnie nowe możliwości i usługi będą największą korzyścią dla użytkowników. W dodatku sieć ma być elastycznie konfigurowana, a w ramach jednej infrastruktury będzie można oferować różnym użytkownikom usługi dopasowane do ich potrzeb. Przykładem nowej usługi może być właśnie edge computing, dzięki któremu gracze nie będą musieli już kupować najnowszego sprzętu komputerowego, bo cała moc obliczeniowa zostanie umieszczona w chmurze.

Jerzy Buzek: Unia Europejska może dać przykład reszcie świata w walce o klimat. To też może napędzić europejską gospodarkę

– Przeciwdziałanie zmianom klimatycznym to największe wyzwanie dla polskiej i europejskiej gospodarki – ocenia Jerzy Buzek. Jak podkreśla, działania nastawione na przeciwdziałanie pogorszeniu klimatu mogą być dla Unii Europejskiej impulsem do rozwoju gospodarczego, zwłaszcza w obliczu spodziewanego spowolnienia. Unia jest jednym z globalnych liderów w zakresie obniżania emisji gazów cieplarnianych przy jednoczesnym utrzymywaniu wzrostu gospodarczego. Jak wynika z danych Komisji Europejskiej, w 2018 roku emisje tych gazów  były o 23 proc. niższe niż w 1990 roku, natomiast PKB Unii wzrósł w tym czasie o 61 proc.

Zmiany klimatu są zagrożeniem cywilizacyjnym. Europa ma tutaj szczególnie dużo do zrobienia. Mimo że w globalnej skali nie odpowiadamy za aż tak wielką emisję gazów cieplarnianych, bo bez Wielkiej Brytanii jest to około 8 proc., to Unia Europejska jest dzisiaj zapewne jedyną organizacją, która może dać przykład reszcie świata. Ważne, żeby inni poszli naszym śladem i żebyśmy zachowali konkurencyjność naszej gospodarki i miejsca pracy, nie powodując przy tym zanieczyszczenia środowiska. To może być największy wkład Europy w dzieło przetrwania, bo tak dzisiaj trzeba to oceniać – mówi agencji Newseria Jerzy Buzek, europoseł, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego i były premier.

Jak ocenia, przeciwdziałanie zmianom klimatycznym to w tej chwili największe wyzwanie zarówno dla polskiej, europejskiej, jak i globalnej gospodarki. Agencja ratingowa Moody’s, powołując się na raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), szacuje, że konsekwencje globalnego ocieplenia o 2°C będą kosztować światową gospodarkę 69 bln dol. do 2100 roku.

Wynika to z faktu, że wzrost liczby klęsk żywiołowych oznacza m.in. straty dla ubezpieczycieli, banków i przedsiębiorstw, które muszą liczyć się m.in. z zakłóceniami łańcuchów dostaw czy wzrostem cen energii. Ekstremalne zjawiska pogodowe będą też mieć przełożenie na biznes turystyczny, transport, branżę budowlaną, energetyczną czy rolną.

W Polsce kolejny rok z rzędu mamy suszę. Rolnicy najlepiej widzą realne, dramatycznie szybkie zmiany klimatyczne. Przyzwyczajamy się już do tajfunów czy nadzwyczajnych powodzi – mówi Jerzy Buzek.

Dane przytaczane przez KE pokazują, że w latach 2000–2016 częstotliwość występowania klęsk pogodowych w globalnej skali wzrosła o 46 proc., a w latach 2007–2016 spowodowane nimi straty ekonomiczne zwiększyły się o 86 proc. (117 mld euro w 2016 roku).

– Przeciwdziałając globalnemu ociepleniu, pomagamy również sami sobie. Mamy fatalne powietrze, w Polsce znajduje się ponad 30 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie, więc jesteśmy na szarym końcu. Stąd biorą się choroby nowotworowe, choroby układu oddechowego. Walko o klimat to też walka o czystsze powietrze, co jest ważne dla naszego zdrowia – mówi Jerzy Buzek.

W Polsce wpływ zmian klimatu na krajową gospodarkę podkreśla „Polityka ekologiczna państwa 2030”. Rządowy dokument strategiczny pokazuje, że ekstremalne zjawiska pogodowe – takie jak nasilające się fale upałów czy powodzie – będą w nadchodzących latach zakłócać funkcjonowanie transportu, branży budowlanej czy energetycznej, stanowiąc realne zagrożenie dla rozwoju gospodarczego.

– Trzeba się tym zająć na poważnie i inwestować w to środki finansowe. Europejski Bank Inwestycyjny, Bank Światowy, fundusze norweskie, fundusze szwajcarskie, nasz własny fundusz – wszystko to może złożyć się na wygraną w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym. Ale to wymaga również poważnego zaangażowania się w nowy Europejski Zielony Ład – mówi Jerzy Buzek.

Europejski Zielony Ład został w grudniu ubiegłego roku przyjęty przez Komisję Europejską. Zakłada, że do 2050 roku UE osiągnie neutralność klimatyczną (czyli gospodarka będzie emitować tyle samo dwutlenku węgla, ile pochłania) przy jednoczesnym wsparciu dla innowacyjnej gospodarki. Zgodnie z projektem przejście na zrównoważoną i neutralną emisyjnie gospodarkę będzie jednak wymagać inwestycji we wszystkich sektorach (m.in. w infrastrukturę mieszkaniową i przemysłową) w wysokości 260 mld euro rocznie do 2030 roku. To z kolei będzie wymagać mobilizacji zarówno sektora publicznego, jak i prywatnego.

30 lat temu w Polsce rzeki były tak zanieczyszczone, że do żadnej z nich nie można było wejść, bo to groziło po prostu egzemą, chorobami i zatruciem. Dzisiaj kąpiemy się niemal we wszystkich polskich rzekach. W ciągu 20–30 lat wydaliśmy setki miliardów złotych, żeby mieszkać w kraju, gdzie są czyste rzeki. Czy ktoś żałuje tych miliardów złotych? Nie, bo chcemy żyć w czystym kraju. I tak trzeba potraktować Europejski Zielony Ład – podkreśla Jerzy Buzek.

Unia Europejska już w tej chwili jest jednym z globalnych liderów w zakresie obniżania emisji gazów cieplarnianych przy jednoczesnym utrzymywaniu wzrostu gospodarczego. Jak wynika z danych KE, w 2018 roku emisje tych gazów były o 23 proc. niższe niż w 1990 roku, natomiast PKB Unii w analogicznym okresie wzrósł o 61 proc.

Jak ocenia były premier, nawet spodziewane w tym roku spowolnienie w polskiej i europejskiej gospodarce nie powinno opóźnić wdrażania rozwiązań i inwestycji, które mają przeciwdziałać zmianom klimatu.

Spowolnienie oczywiście jest zagrożeniem, ale z drugiej strony Europejski Zielony Ład może również napędzić gospodarkę. To przede wszystkim działania ukierunkowane na jej innowacyjność i konkurencyjność – podkreśla Jerzy Buzek.

Według danych przytaczanych przez Komisję Europejską przeważająca większość Europejczyków (95 proc.) uważa ochronę środowiska za bardzo istotną, a niemal 8 na 10 (77 proc.) jest zdania, że działania nastawione na ochronę środowiska mogą pobudzać wzrost gospodarczy.

Prawie 8,5 mld zł na gwarancje kredytowe dla polskich przedsiębiorstw. Z programu można skorzystać jeszcze przez półtora roku

Utrudniony dostęp do finansowania to jedna z największych barier dla rozwoju mikro-, małych i średnich firm. Zwykle mają one problem z zaciągnięciem kredytu obrotowego bądź inwestycyjnego, jeżeli nie dysponują wystarczającym zabezpieczeniem na jego spłatę. W takich przypadkach wsparciem są m.in. gwarancje COSME, udzielane przez Bank Gospodarstwa Krajowego, które zabezpieczają 80 proc. kredytu do wysokości 600 tys. zł. Umowa BGK podpisana z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym (EFI) umożliwia udzielenie gwarancji o łącznej wartości 8,4 mld zł, które zabezpieczą ok. 10,5 mld zł kredytów dla firm. Przedsiębiorcy mogą skorzystać z programu do października 2021 roku.

– Bank Gospodarstwa Krajowego we współpracy z całym sektorem szuka rozwiązań, które będą wspierały rozwój mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. Przykładem takiego rozwiązania jest gwarancja COSME, dzięki której firmy mające problem z pozyskaniem finansowania, z uwagi na brak odpowiednich zabezpieczeń kredytu, mogą wnioskować o zabezpieczenie kredytu tą gwarancją – mówi agencji Newseria Biznes Robert Kasprzak, dyrektor zarządzający pionem zarządzania produktami w Banku Gospodarstwa Krajowego.

Gwarancje COSME są finansowane z unijnego programu COSME oraz Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych ustanowionego na mocy planu inwestycyjnego dla Europy.

 W programie COSME przedsiębiorcy mogą uzyskać zabezpieczone gwarancjami finansowanie w formie kredytów obrotowych oraz kredytów inwestycyjnych – mówi Robert Kasprzak. – Wszystkie formalności związane z pozyskaniem kredytu z gwarancją są proste i, co ważne, załatwiane są w jednym miejscu, tj. w banku kredytującym. Gwarancje są dostępne w 12 największych bankach, w tym również w bankach spółdzielczych.

Program gwarancji COSME został właśnie wydłużony na mocy podpisanej z EFI umowy. Firmy z sektora MŚP mogą zaciągnąć kredyt z gwarancjami BGK do końca października 2021 roku.

– Podpisana umowa pomiędzy Bankiem Gospodarstwa Krajowego a Europejskim Funduszem Inwestycyjnym umożliwia wydłużenie okresu, w którym polscy przedsiębiorcy będą mogli pozyskiwać kredyty wsparte przez gwarancje COSME. Kwota gwarancji została podniesiona do wysokości 8,4 mld zł, co pozwoli na udzielenie kredytów zabezpieczonych tymi gwarancjami do wysokości aż 10,5 mld zł – mówi Robert Kasprzak.

Od początku realizacji przez BGK programu COSME łączny limit gwarancji dostępnych dla przedsiębiorców wzrósł już przeszło dziesięciokrotnie – z 800 mln zł do 8,4 mld zł. W ciągu czterech lat BGK udzielił 25 tys. gwarancji dla 22 tys. przedsiębiorstw na łączną kwotę prawie 4,5 mld zł.

– BGK jest państwowym bankiem rozwoju, którego misją jest wspieranie rozwoju społeczno-gospodarczego kraju. Realizujemy ją poprzez finansowanie polskich przedsiębiorstw, udzielanie wsparcia przy inwestycjach infrastrukturalnych, finansowanie handlu zagranicznego, budownictwa czy rozwoju transportu. Specjalnym obszarem naszej działalności są gwarancje dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw – podkreśla Robert Kasprzak.

Długoterminowy wynajem samochodów zdobywa coraz większą popularność. Przybywa rozwiązań dla klientów indywidualnych

0

Długoterminowy wynajem samochodów jest usługą, z której dotąd korzystały głównie duże firmy i korporacje. Coraz chętniej w ich ślady idą także MSP, a nawet indywidualni klienci. Dlatego też ubiegły rok był dla branży udany, bo zanotowała ponad 10-proc. wzrost, a ten zapowiada się jeszcze lepiej ze względu na podwyżki cen samochodów osobowych. Rynek wciąż jest jednak daleki od nasycenia i ma duży dystans do zachodnioeuropejskich, gdzie auta wykorzystywane w tej formule stanowią nawet 70–80 proc. wszystkich pojazdów służbowych.

Wynajem długoterminowy to druga – obok leasingu – forma finansowania samochodów służbowych przez firmy, które nie chcą inwestować własnych środków we flotę. Jak podaje Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów, z tego rozwiązania korzysta co piąty przedsiębiorca w Polsce, który decyduje się na służbowe auto.

– Miniony rok był udany dla rynku długoterminowego wynajmu aut. Pojawia się coraz więcej rozwiązań dostępnych również dla osób, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Jeszcze do niedawna usługa najmu była kierowana głównie do klientów biznesowych i korporacyjnych, wśród nich jest już w zasadzie pewnym standardem – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Domański, prezes Carsmile.

Z usługi dedykowanej dotąd głównie dużym korporacjom obecnie równie chętnie korzystają drobni przedsiębiorcy, a coraz częściej także klienci indywidualni.

 To pokazuje, że coraz bardziej świadomie podchodzimy do kwestii związanych z użytkowaniem samochodu – mówi Domański. – Wśród klientów indywidualnych rośnie świadomość, że samochód traci na wartości, a koszty ponoszone na wstępie, w momencie zakupu, nie są jedynymi. Na podstawie chłodnej kalkulacji są w stanie stwierdzić, że wynajem – mimo że klient fizycznie nie jest właścicielem tego samochodu – może być zdecydowanie bardziej opłacalny niż zakup auta za gotówkę. Dlatego widzimy rosnące zainteresowanie konsumentów tą usługą. W tym bądź przyszłym roku obie strony, czyli konsumenci i przedsiębiorcy, będą już równoważni na tym rynku – prognozuje Łukasz Domański.

Jak podaje PZWLP, w ubiegłym roku rynek wynajmu długoterminowego wzrósł o 10,6 proc. w  ujęciu rocznym. Liczba nowych aut osobowych kupiona na jego potrzeby wzrosła o 6,1 proc. r/r, podczas gdy całkowita sprzedaż aut do firm, uwzględniająca wszystkie formy finansowania, wzrosła tylko o 2,1 proc. Na 392,6 tys. zakupionych nowych samochodów osobowych za 86,8 tys. odpowiadała branża wynajmu długoterminowego i jej udział w ogólnej sprzedaży zwiększył się o 0,8 proc. r/r. Branża wynajmu radzi sobie zdecydowanie lepiej niż sektor leasingowy. Związek Polskiego Leasingu podał, że w 2019 roku wartość wyleasingowanych samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 tony była o ponad 11 proc. mniejsza niż w 2018 roku.

 Bieżący rok może być dla branży wynajmu długoterminowego równie udany co poprzedni, m.in. ze względu na spodziewane podwyżki cen nowych samochodów. Mogą one sięgnąć nawet 20 proc. Podwyżki będą dużo boleśniej odczuwalne w przypadku zakupu samochodu na własność, za gotówkę czy kredyt. Wynika to z faktu, że w przypadku wynajmu w miesięcznych ratach spłacamy jedynie pewną część całkowitego kosztu zakupu samochodu, a nie całość  – mówi Łukasz Domański.

Wynajem długoterminowy jest pod wieloma względami podobny do leasingu. Polega na wydzierżawieniu samochodu na okres wskazany w umowie. W obu przypadkach auto pozostaje własnością firmy leasingującej/wynajmującej, a klient jest tylko jego użytkownikiem. Różnica polega na tym, że wynajem zdejmuje z użytkownika konieczność pokrywania kosztów eksploatacji. Wydatki związane m.in. z ubezpieczeniem, naprawami i przeglądami są opłacane przez firmę wynajmującą.

Jednym z wyzwań, które stoją przed branżą w tym roku, są kwestie związane z legislacją i koniecznością zmiany wzorców umów wynajmu i leasingu dla przedsiębiorców. W drugiej połowie roku te umowy będą musiały być bardziej przyjazne. Dzisiaj konsument jest objęty szeroką ochroną, natomiast w przypadku przedsiębiorców już tak nie jest. Stąd kwestia związana z dostosowaniem wzorców umów będzie pewnym wyzwaniem dla branży. Z drugiej strony to dla rynku szansa, ponieważ część przedsiębiorców, która nie miała dotąd do czynienia z wynajmem, być może zastanowi się nad tą formą finansowania, widząc, że umowa jest zrozumiała i napisana przyjaznym językiem – mówi Łukasz Domański.

W Europie Zachodniej wynajem długoterminowy jest obecnie podstawową formą finansowania firmowych flot. W niektórych krajach auta nabywane w tej formule stanowią 70–80 proc. wszystkich pojazdów służbowych. W Polsce ta usługa wciąż jest stosunkowo młoda, a rynek – jak podaje PZWLP – wciąż daleki od nasycenia. To powoduje, że ma przed sobą dobre perspektywy. Tempo rozwoju utrzymuje się na wysokim poziomie już od wielu lat – każdego roku po polskich drogach jeździ średnio o 12–14 proc. więcej samochodów służbowych finansowanych w ten sposób.

Nowoczesne akumulatory zastąpią nawet tysiąc zwykłych baterii. Pełne ładowanie zajmie dwie godziny

Tylko w Stanach Zjednoczonych co roku wyrzuca się 3 mld baterii rocznie. Inne badania szacują, że przeciętne gospodarstwo domowe zużywa blisko 50 baterii każdego roku. Pojawiają się więc pierwsze ekologiczne baterie, bez szkodliwych substancji, litu i ołowiu. Innym rozwiązaniem mogą być akumulatory. Wprowadzone na rynek akumulatory AA i AAA Tenavolts mają stałą moc 1,5 V, a jeden akumulator zastępuje nawet tysiąc zwykłych baterii alkalicznych.

– Wiele urządzeń ma obecnie wbudowane baterie litowe, jednak nadal liczna grupa urządzeń jest zasilanych jednorazowymi bateriami alkalicznymi. Postawiliśmy sobie za cel wprowadzenie nowoczesnych akumulatorów litowych na rynek baterii do użytku domowego – mówi agencji Newseria Innowacje Lei Dong z Fujian Nanping Nanfu Battery.

Baterie litowo-jonowe wciąż jeszcze dominują na rynku, a ich użycie wzrasta. Tymczasem są one szkodliwe dla środowiska. Dlatego też na rynku baterie coraz częściej są zastępowane przez akumulatory, także te ładowane przez światło słoneczne czy wiatr.

– Zaprojektowaliśmy akumulator Tenavolts AA i AAA. Każdy z nich zapewnia stałe napięcie 1,5 V, co oznacza dla konsumenta jednakowe działanie w każdym z cykli ładowania, niezależnie od tego, ile razy korzystano z akumulatora czy ile pojemności pozostało. Każdego akumulatora Tenavolts można użyć 1000 razy, a jego pełne naładowanie zajmuje mniej niż 2 godziny – przekonuje Lei Dong.

Na rynku można już kupić także akumulatory litowe AA, które są powszechnie stosowane w urządzeniach gospodarstwa domowego. Dodatkowo akumulatory zawierają specjalną płytkę, która chroni przed przepięciem i przegrzaniem, a innowacyjny sterownik zapobiega ewentualnemu zwarciu.

– Innowacje nie ograniczają się do samych akumulatorów. Zaprojektowaliśmy również specjalną ładowarkę na USB, użytkownik może więc ładować akumulatory w dowolnym miejscu, korzystając z powerbanka – dodaje Lei Dong.

Na podstawie danych amerykańskiego Departamentu Recyklingu i Odzyskiwania Zasobów szacuje się, że co roku w USA zużywa się około 4 mld baterii. Tym samym średnie gospodarstwo domowe wyrzuca rocznie 47 baterii. Na rynku są więc już dostępne ekologiczne baterie, trwają też prace nad bateriami w całości wykonanymi z odnawialnych surowców.

Naukowcy z University of Illinois w Chicago wykazali, że akumulatory litowe węgla można zaprojektować tak, aby działały w pełni ładowalny sposób. Tym samym będzie można stworzyć pierwszą neutralną pod względem emisji dwutlenku węgla litową baterię o znacznie większej wydajności. IBM z kolei ogłosił, że jego dział badań opracował nowy rodzaj baterii, wykonany z nigdy wcześniej nieużywanych komponentów, które mogą być wydobyte z wody morskiej. Badacze z MIT opracowali zaś baterię, która może pochłaniać z powietrza dwutlenek węgla.

Rynek zmierza więc do ograniczania wpływu baterii na środowisko.

– Wiele osób nadal korzysta z baterii jednorazowych. Chcemy uświadomić im, że czas zmienić je na technologię akumulatorów litowych, zwłaszcza w urządzeniach, z których korzystają najczęściej. Tymczasem każdy akumulator Tenavolts równa się 1000 baterii jednorazowych. Wyobraźmy sobie, ile czasu i pieniędzy można dzięki temu zaoszczędzić. Dzięki tak dużej wydajności koszty będą znacznie ograniczone, ponieważ kupowanie kolejnych baterii okaże się zbędne – tłumaczy Lei Dong,

Tymczasem rynek baterii litowo-jonowych wciąż się rozwija. Według analityków firmy Fior Markets będzie się on rozwijał w najbliższych latach w tempie ponad 19 proc. średniorocznie, by w 2025 roku osiągnąć wartość blisko 108 mld dol.

Rynek logistyczny sięga po sztuczną inteligencję. Będzie obsługiwać klientów, oszacuje czas i wyliczy koszty dostawy

Inteligentne rozwiązania usprawniają procesy logistyczne. Rynkiem tym interesują się już giganci branży transportowej, tacy jak Uber. Pod koniec ubiegłego roku firma ogłosiła uruchomienie w Polsce usługi Uber Freight. Tymczasem opracowywana przez Polaków platforma pozwoli na bezpośrednią komunikację między zleceniodawcą i zleceniobiorcą, co pomoże ograniczyć koszty i przyspieszyć proces wysyłki.

– TransporterLink to tzw. cyfrowa spedycja. Jesteśmy firmą, która organizuje transport dla biznesu. Są to zazwyczaj ładunki mierzone w paletach. Naszą specjalnością są tzw. transporty ekspresowe, wożone zazwyczaj lekkimi ciężarówkami o łącznej masie z załadunkiem do 3,5 tony. Czyli są to takie transporty, które są potrzebne na zaraz, na już – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dawid Pacha z TransporterLink.

Rozwiązanie dostarczane przez polski start-up łączy bezpośrednio spedytorów z ich klientami, eliminując rolę pośredników. Dzięki temu oraz zautomatyzowaniu procesów związanych z obsługą klienta udaje się uzyskać znacznie krótszy czas dostawy, niż ma to miejsce w przypadku standardowych firm logistycznych. Dużo bardziej przejrzyste są też zasady współpracy.

– Zazwyczaj spedytorów po drodze jest trzech, a nawet pięciu. Do tego są jeszcze m.in. giełdy cyfrowe. My to wszystko integrujemy w jeden ekosystem i mamy konkretne zasady, np. transparentność. U nas firma transportowa wie, za ile wykonuje zlecenie, gdyż pobieramy przejrzystą prowizję. Wydaje się, że są to banalne rzeczy, ale na rynku spedycyjnym, który nie zmienił się od 20 lat, jest to absolutna nowość i czegoś takiego nie ma – przekonuje Dawid Pacha.

Na światowym rynku są jednak już dostępne aplikacje, które służą do zamawiania transportu bezpośrednio u spedytora i zarządzania flotą pojazdów. To m.in. All Ride Logistics. Stosowane przez twórców skalowalne rozwiązania w zakresie wysyłki i dostawy oparte na algorytmach sztucznej inteligencji pozwalają automatyzować szereg procesów. Aplikacja dla nadawcy pozwala np. wybrać miejsce dostarczenia czy oszacować czas dostawy. Aplikacja dla spedytora umożliwia z kolei uzyskanie zdalnego dostępu do szczegółów związanych z realizowaną trasą czy wyświetlić dane kierowcy. Dostawcy rozwiązania twierdzą, że dzięki automatyzacji procesów zarządzania opartej na sztucznej inteligencji ich klientom udaje się wypracować wzrost przychodów nawet o 50 proc.

Rozwiązanie opracowywane przez Polaków również łączy w sobie tego typu funkcje, a do tego zapewnia innowacyjny moduł obsługi klienta.

– Od strony technologicznej wchodzimy w zupełnie nowego rodzaju interfejsy. Znamy takie interfejsy jak aplikacja mobilna czy strona internetowa, a naszym podstawowym interfejsem dla użytkownika jest inteligentny, zautomatyzowany czat, działający 24 godz. na dobę. Zaprzęgamy do niego algorytmy sztucznej inteligencji. Zamawianie transportu i zgłaszanie swojego samochodu jest u nas tak proste jak rozmowa ze znajomym na Facebooku – twierdzi ekspert z TransporterLink.

Pod koniec roku w Polsce zainaugurowana została usługa Uber Freight, łącząca nadawców z przewoźnikami. Dzięki niej możliwe są: rezerwowanie transportu ładunku z poziomu aplikacji mobilnej, rozliczanie usługi zgodnie ze z góry ustaloną stawką oraz monitorowanie przewozu towaru w czasie rzeczywistym.

– Rynek transportu drogowego dla towarów w Europie jest warty ponad 300 mld euro rocznie. Polska jest liderem i zapewnia transport dla ładunków największej liczbie przedsiębiorstw. Nasz udział w rynku stanowi 54 mld euro. Nasza nisza, zwana potocznie busami, czyli szybkimi transportami, jeszcze bardziej jest opanowana przez Polaków. Jest to ogromny rynek, od którego zależy bardzo wiele firm. Tylko w Polsce jest ponad 100 tys. samochodów, które jeżdżą po Europie i rozwożą towary – wylicza Dawid Pacha.

Nieefektywne zarządzanie transportem i opieranie tej gałęzi gospodarki wyłącznie na flocie ciężarowej generuje nie tylko zwiększone koszty, lecz także stanowi obciążenie dla środowiska. Według Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami transport odpowiada za 8 proc. zanieczyszczeń powietrza. To jednak dane uśrednione dla całej Polski. W Warszawie z transportu pochodzi aż 60 proc. zanieczyszczeń.

Obawy związane z koronawirusem nieco zmalały

Tematem numer jeden na rynku walutowym pozostaje kwestia koronawirusa, która w dużym stopniu steruje zachowaniem rynkowego sentymentu i w tym kontekście również polskim złotym.

Napływające informacje dotyczące tej kwestii mogą budzić strach. Zgodnie z najnowszymi danymi liczba przypadków zakażenia wzrosła do ok. 45 tys., z czego blisko 5 tys. osób wyzdrowiało, natomiast nieco ponad tysiąc poniosło śmierć. Część firm w Chinach stoi, a część musiała ograniczyć skalę produkcji. Transport jest ograniczony, a chińscy konsumenci często wolą zostać w domu niż decydować się na wizyty w centrach handlowych. W związku z powyższym, sporo instytucji zajmujących się oceną sytuacji gospodarczej na świecie w ostatnich dniach obcięło prognozy wzrostu gospodarczego Chin w 2020 roku (skala tych cięć to często ok. 0,5 – 1 p.p.).

Niemniej rynek walutowy znajduje się obecnie w zupełnie innym miejscu niż jeszcze nieco ponad tydzień temu. Widać oznaki uspokojenia sytuacji. Kluczowy barometr ryzyka – czyli kurs USD/CNY – obniżył się poniżej psychologicznego poziomu 7,0. Kurs EUR/PLN również powrócił z okolic 4,30 do 4,25 obecnie.

Lepszy sentyment można powiązać z kilkoma kwestiami:

  • kryzys zdrowotny nie wykracza istotnie poza Chiny, gdzie zlokalizowana jest przytłaczająca większość nowych przypadków zakażenia koronawirusem,
  • liczba nowych przypadków zakażenia przestała rosnąć wykładniczo, a raczej stabilizuje się w okolicach 2-3 tys. dziennie,
  • wyraźnie rośnie liczba osób, które poradziły sobie z wirusem.

Uwzględniając poziomy, na których znajdowała się para EUR/PLN przed eskalacją sytuacji związanej z koronawirusem, i zakładając, że za osłabieniem złotego w istotnej części stał właśnie odwrót od ryzyka związany z nowym zagrożeniem, wygląda na to, że w przypadku uspokojenia sytuacji w kolejnych tygodniach można spodziewać się łagodnego umocnienia polskiej waluty. Potencjał głębszych ruchów w tym kontekście wydaje się jednak ograniczony.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,25-4,27. Para EUR/USD wczoraj zeszła na moment poniżej granicy 1,09, jednak przez większość dnia charakteryzowała się stabilnością, kończąc dzień na minimalnym plusie. Wczorajszym wydarzeniem dnia miało być przemówienie Christine Lagarde w Parlamencie Europejskim, jednak przeszło ono bez większego echa. Z rzeczy istotniejszych prezes EBC wspomniała jedynie, że niższa ekspansja gospodarcza działa ograniczająco na wzrost cen w strefie euro, podkreślając, że sama inflacja znajduje się „w pewnej odległości” od celu inflacyjnego.

Dziś natomiast kluczowym punktem w kalendarzu dla strefy euro jest publikacja danych o produkcji przemysłowej we wspólnym bloku. Dane te, jak zawsze, są dość wsteczne (dzisiejszy odczyt opisuje sytuację w grudniu), jednak warto je przytoczyć z uwagi na to, że to jedne z istotniejszych twardych danych opisujących faktyczną sytuację w gospodarce. Tym razem zawiodły – w ujeciu rocznym produkcja spadła o 4,1%, podczas gdy konsensus Bloomberga zakładał spadek o 2,5%. Odczyt rzędu -4,1% notowaliśmy ostatnio rok temu, a przed tym – w 2009 r. Dane wyglądają źle, jednak reakcja rynku walutowego w ich kontekście była bardzo ograniczona. Można to powiązać z faktem, iż pod koniec ubiegłego tygodnia poznaliśmy fatalne dane dla Niemiec, których korelacja z odczytem dla strefy euro jest istotna – obserwowaliśmy wtedy spadek pary EUR/USD.


Produkcja przemysłowa w strefie euro w ujęciu r/r (2015 – 2019)Produkcja przemysłowa w strefie euro

Źródło: Bloomberg Data: 12/02/20

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 5,04-5,06. Fakt, iż funt w parze ze złotym nie znalazł się na poziomie istotnie różnym od tego, na którym go rozpoczął, jest związany z tym, że wczoraj siłę funta balansowała podobna siła polskiej waluty. W parze z euro, jak i dolarem amerykańskim, brytyjska waluta doświadczyła umocnienia.

Kluczową wewnętrzną kwestią, z jaką można powiązać umocnienie, była publikacja danych o PKB w końcówce ubiegłego roku. Uwzględniając, jak słabe były dane opisujące ten sam okres, jednak poprzedzające wczorajszy odczyt, konsensus ekonomistów miał raczej niskie oczekiwania, spodziewając się dynamiki rzędu 0% w ujęciu kwartalnym i 0,8% w ujęciu rok-do-roku. O ile dynamika w ujęciu kwartalnym faktycznie była płaska, tak jednak wzrost w relacji do IV kwartału 2018 r. wyniósł 1,1%. Co więcej, w górę zaktualizowano odczyty za poprzedni okres. Różnica w danych okazała się na tyle duża, że przyćmiła słabe dane o produkcji przemysłowej w grudniu, które – podobnie jak dzisiejszy odczyt dla strefy euro – okazały się dużo gorsze od oczekiwań.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,89-3,91. W kontekście względnej stabilizacji pary EUR/USD, zmiany na USD/PLN były w istotnej mierze determinowane przez zachowanie złotego. Nie oznacza to jednak, że wczoraj brakowało istotnych wieści z USA.

Po pierwsze, wczorajszy raport JOLTS, opisujący sytuację amerykańskiego rynku pracy w grudniu, mocno rozczarował. Wpisał się tym samym w klimat pogorszenia sytuacji, który pokazały grudniowe dane NFP. Liczba nowych ofert pracy okazała się o 364 tys. niższa niż w poprzednim miesiącu i wyraźnie rozczarowała konsensus. Dane nie są pozytywne, jednak warto zwrócić uwagę, że są dość wsteczne, a styczniowy raport NFP z amerykańskiego rynku pracy miał pozytywny wydźwięk. Sugeruje to, że sytuacja na amerykańskim rynku pracy pozostaje dobra.

Po drugie, wczoraj obserwowaliśmy wystąpienie przewodniczącego Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella przed Izbą Reprezentantów. Jego retoryka w ujęciu ogólnym była dość optymistyczna. Sugerował on, że gospodarka USA znajduje się „w bardzo dobrym miejscu”, a polityka monetarna prowadzona obecnie przez amerykański bank centralny jest odpowiednia do sytuacji. Dziś Powell będzie przemawiał drugi raz, tym razem przed wyższą izbą Kongresu.

KLUCZOWE WYDARZENIA

16:00 – Jerome Powell przemawia przed amerykańskim Senatem

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Koronawirus słabnie. Giełdy na nowych szczytach

Ponownie spoglądając na notowania indeksów giełdowych od Azji, przez Europę po Stany Zjednoczone obserwujemy ogromny popyt na akcje, które windują indeksy giełdowe tamtejszych parkietów często na nowe historyczne maksima. Prym wiodą Stany Zjednoczone, a z nimi Niemcy z nowymi rekordami indeksu Dax. Szeroka hossa może być obecnie spowodowana tym, że zdecydowanie spada liczba nowych zachorowań spowodowanych koronawirusem. Jak poinformowała Chińska Narodowa Komisja Zdrowia, liczba nowych przypadków zachorowań jest najniższa od stycznia, co z kolei wzmaga nadzieje na to, że załamanie gospodarcze spowodowane wybuchem epidemii nie będzie aż tak duże, jak wcześniej szacowano. Inwestorzy najwyraźniej doszli do wniosku, że najgorsze jest już za nami. Chińskie władze informują również, że epidemia może zakończyć się do kwietna.

Przechodząc do poszczególnych spółek pozytywną informacją dla Apple, ale także innych producentów sprzętu elektronicznego, jest informacja mówiąca o tym, że firma Foxconn zamierza wznowić 50 proc. swojej produkcji w Chinach do końca lutego. Wcześniej, po wstępnym otwarciu fabryki moce przerobowe sięgały jedynie 10 proc., co kładło się cieniem na notowaniach Apple. Co więcej, Foxconn będzie dążyć do tego, aby w marcu produkcja działała już na 80 proc.

Na Wall Street robi się coraz goręcej i coraz więcej mówi się o spółce Nvidia, która poda wyniki po zamknięciu sesji w czwartek 13 lutego. W ostatnim czasie co najmniej trzy firmy podniosły poziom ceny docelowej dla akcji spółki, oczekując dobrych wyników. Jefferies podniósł poziom docelowy z 255 USD do 315 USD. Z kolei w Susquehanna Financial Group wyznaczono poziom docelowy na 310 USD (podwyżka z 285 USD). Tymczasem Wedbush podniósł swoją cenę docelową do 295 USD z 243 USD. Cena akcji spółki Nvidia znajdowała się na poziomie 268 USD na zamknięciu sesji 11 lutego.

Pozytywna rekomendacja pojawiła się również dla giganta w świecie gamingu, czyli spółki Activision Blizzard. Spółka z kapitalizacją przekraczającą 47 mld USD otrzymała wzrost ceny docelowej akcji od SunTrust o 7 USD do poziomu 68 USD. Decyzja jest podyktowana solidnymi wynikami producenta gier za czwarty kwartał oraz nowymi możliwymi tytułami, przyczyniającymi się do osiągnięcia jeszcze lepszych wyników finansowych, jak Battle Royale, czyli darmowy tryb gry w Call of Duty Modern Warfare czy oczekiwaniem na kolejne Call of Duty, które zostanie zaprezentowane na wiosnę lub na konferencji E3.

Indeksy giełdowe na otwarciu sesji na Wall Street w środę 12 lutego pną się górę. S&P 500 zyskało 0,5 proc., Nasdaq Composite 0,6 proc., a Dow Jones osiągnął rekordowy poziom po wzroście o 0,6 proc.

Marcin Bogusz, Zarządzający, Copernicus Capital TFI S.A.

Ewolucja rynku detalicznego a oczekiwania konsumentów

Handel detaliczny jest niewątpliwym filarem polskiej ekonomii. Firmy handlowe w Polsce, zgodnie z danymi GUS, stanowią 23% wszystkich przedsiębiorstw, ich udział w PKB szacowany jest na ponad 17%, a zatrudniają ok. 2,4 mln osób.

Filar ten rozwija się bardzo dynamicznie. Rosnąca konsumpcja sprzyja całej branży, która od 30 lat notuje rokroczne wzrosty. Jak podaje opublikowany niedawno przez ZPP raport pt. „Perspektywy poprawy konkurencyjności na rynku handlu detalicznego w Polsce” tylko w ciągu ostatnich dwóch lat (2017-2019) średnioroczne wzrosty w handlu spożywczym szacuje się na 4-5%, przy czym ogólne tempo rozwoju najbardziej sprzyja tym segmentom, które najszybciej dostosowują się do nowych wymagań konsumentów.

Szczególnie jest to widoczne w segmentach dyskontów (dużych sklepów sieciowych oferujących ograniczony asortyment, ale w bardzo agresywnych cenach) oraz convenience (niewielkich sklepów samoobsługowych oferujących produkty „do uzupełnienia w biegu” blisko miejsca zamieszkania, najczęściej również usieciowionych). Oba te segmenty odnotowały wzrosty trzykrotnie wyższe od średniej w sektorze i łącznie zwiększyły swój udział w rynku z 21% do 34%, głównie poprzez systematyczne wypieranie tradycyjnych sklepów niezależnych, dla których utrzymanie stabilnej pozycji staje się coraz poważniejszym wyzwaniem.

Smart shopping

Jednym z głównych motorów tej ewolucji rynku detalicznego są zmiany zachodzące wśród konsumentów. Dzisiejszy klient to coraz częściej tzw. „smart shopper”. Chce robić zakupy szybko i wygodnie, a jednocześnie ma wiedzę o tym, co kupuje i jest na bieżąco z ofertami promocyjnymi. Coraz ważniejsze staje się dla niego to, by punkt handlowy był blisko domu lub pracy, ale zarazem nie chce rezygnować z korzystnych cen i asortymentu dopasowanego do swoich indywidualnych potrzeb.

 

Jeszcze kilka lat temu klienci częściej robili zakupy w dużych dyskontach i hipermarketach, do których wybierali się kilka razy w miesiącu w poszukiwaniu najlepszych cen. Jednak coraz bardziej maleje znaczenie dużego formatu, gdyż „smart shopper” oprócz lepszych cen poszukuje również lepszego asortymentu i wygodniejszej lokalizacji, co powoduje, że zwraca się częściej ku mniejszym placówkom. Wielkopowierzchniowe sieci handlowe, podążając za tym trendem, inwestują więc intensywnie w nowe linie sklepów małoformatowych. Skutkiem tego staje się powolne wypieranie najmniejszych, niezależnych przedsiębiorstw detalicznych, które stanowiły (i nadal stanowią) tradycyjną siłę polskiego handlu.

Liczba małych sklepów detalicznych w Polsce, która oscyluje około stu tysięcy, stanowi ewenement na skalę europejską. W naszym kraju występuje średnio 25 placówek handlowych na każde 10 tysięcy mieszkańców, podczas gdy np. na Węgrzech jest ich 20, w Czechach 15, w Niemczech 4, a we Francji tylko 2. Polskie małe sklepy cały czas utrzymują blisko 40% udziału w łącznej wartości sprzedaży na rynku. Wiele z nich niestety nie wytrzymuje konkurencji. Co roku upada około 4 tysięcy najmniejszych sklepów, które nie są w stanie sprostać wyzwaniom rynkowym.

Przewaga handlu usieciowionego nad tradycyjnymi placówkami niezależnymi wynika częściowo ze skali, która umożliwia im negocjowanie korzystniejszych warunków zakupowych u producentów i hurtowników, ale nie należy zapominać też o przewadze w zakresie wdrażania innowacji technologicznych, które wpisują się w nowe trendy dyktowane przez „smart shoppera”. Warto zauważyć na przykład, że dziś już ponad 65% kupujących przygotowuje dokładne listy zakupów i wie, po co idzie do swojego ulubionego sklepu, a ponad połowa z nich czerpie dodatkowe informacje o ofercie z gazetek promocyjnych. Stąd coraz ważniejsze staje się zapewnienie nie tylko atrakcyjnej ceny w sklepie, ale też skuteczne i szybkie poinformowanie klientów o swojej ofercie.

Szansa dla drobnych detalistów

Właściciele niezależnych sklepów małego formatu, którzy nie chcą przystępować do sieci franczyzowych czy agencyjnych, mogą szukać wsparcia w nowoczesnych technologiach. Na rynku funkcjonują już rozwiązania cyfrowe, które pomagają drobnym przedsiębiorcom analizować sprzedaż, rozliczać płatności i raportować trendy zakupowe wśród swoich klientów. Pojawiają się też rozwiązania dla małych detalistów, które pozwalają im korzystać z ofert promocyjnych pochodzących bezpośrednio od producentów. To, co kiedyś było domeną dużych grup zakupowych, teraz może być wykorzystywane również w najmniejszych, niezależnych punktach sprzedaży. Nawet właściciel małego sklepu, który nie posiada rozbudowanego systemu informatycznego do analizy sprzedaży i rozliczania promocji, może korzystać z usług cyfrowych, w których to producent – w oparciu o wiarygodne dane sprzedażowe – może zdefiniować i zaproponować detaliście atrakcyjne promocje dopasowane do potrzeb jego sklepu. Przykład rozwiązania umożliwiającego realizację takich potrzeb detalistów wspomina w swoim raporcie ZPP. Producenci mogą poprzez platformę cyfrową proponować detaliście atrakcyjne promocje odsprzedażowe, które pomagają zwiększyć obrót sklepu skuteczniej niż zwykłe obniżki ceny,  na przykład stosując zaawansowane mechanizmy promocyjne takie jak „happy hours” czy zestawy promocyjne.

W przeciwieństwie do dużych sieci handlowych, w których promocje są ustalane zwykle na poziomie centralnym jednakowo dla kilku tysięcy sklepów, w przypadku platform cyfrowych dla małych sklepów, możliwe jest indywidualne dopasowanie oferty promocyjnej producenta do potrzeb każdego sklepu. Dzięki takim rozwiązaniom konsument dostaje produkt w atrakcyjnej cenie i w wygodnej dla siebie lokalizacji, a sklep może przyciągać dodatkowych klientów akcjami promocyjnymi, które do tej pory były dla niego nieosiągalne. Istotne przy tym jest to, żeby decyzja o przyłączeniu się sklepu do konkretnej promocji, pozostawała w gestii detalisty, gdyż tylko w ten sposób właściciel sklepu może zachować kontrolę nad swoją marżą na sprzedawanych towarach.

Szybka odpowiedź na potrzeby klientów i umiejętne wpisywanie się w trendy rynkowe to obecnie podstawa przetrwania dla niezależnych sklepów. Jeśli natomiast połączą je ze swoją tradycyjną przewagą – dużą elastycznością i łatwością wprowadzania szybkich zmian we własnym biznesie – to zdołają wzmocnić swoją pozycję na rynku. Szczególnie, że dane makroekonomiczne wskazują na stałą poprawę nastrojów konsumenckich, a minimalne bezrobocie, rosnące płace i niskie stopy procentowe sprawiają, że klienci będą kupować coraz więcej.

Tomasz Jasinkiewicz, Członek zarządu Comp Platforma Usług S.A.

Koronawirus obniży stopy procentowe w USA. Bitcoin powyżej 10 000 USD

Coraz więcej banków centralnych w swoich komentarzach porusza kwestię epidemii z miasta Wuhan. Nie wpływa ona w sposób bezpośredni, ale jej konsekwencje: wstrzymana produkcja i utrudnienia w logistyce z największej fabryki świata odbijają się powoli czkawką na wynikach.

Co dalej ze stopami procentowymi w USA

Wczorajszy półroczny raport na temat polityki monetarnej, przedstawiany przed Komisją ds. Usług Finansowych Izby Reprezentantów, nie wstrząsnął rynkiem. Nie pojawiło się tam nic, czego jeszcze byśmy nie wiedzieli. W dyskusji publicznej pojawia się za to coraz częściej kwestia obniżek stóp procentowych. Modne jest argumentowanie tego koronawirusem, aczkolwiek powód jest trochę inny. To strach przed jego eskalacją (objawiający się zamknięciem fabryk, czy utrudnieniami w logistyce morskiej) powoduje, że gospodarka światowa ma rozwijać się wolniej. Skoro spadają prognozy wzrostu, decyzja o obniżce stóp jest bardziej zasadna.

Bitcoin powyżej 10 000 USD

Najpopularniejsza kryptowaluta świata przekroczyła w tym tygodniu pierwszy raz od września bardzo ważną granicę 10 000 dolarów. Gdy spowalnia gospodarka i spadają stopy zwrotu, inwestorzy szukają alternatywnych miejsc do lokowania swoich środków. Okazuje się, że ostatnimi laty kryptowaluty są pewną alternatywą pomimo ich olbrzymiej zmienności.

Nowa Zelandia nie obniży stóp

Posiedzenie Królewskiego Banku Nowej Zelandii nie zaskoczyło inwestorów decyzją. Zaskoczyła ich natomiast deklaracja na konferencji prasowej. Przekazano informację, że nie jest planowana obniżka stóp, o ile epidemia koronawirusa nie będzie silniejsza od oczekiwań. Dodano do tego zmianę oczekiwań długoterminowych, które zamiast obniżek przewidują jedną podwyżkę przed końcem 2021 roku. W rezultacie tych danych dolar nowozelandzki szedł w górę. Wzrost wartości spowodowany był zmianą oczekiwań inwestorów co do stopy zwrotu z inwestycji o niskim ryzyku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – Raport prezesa FED nt. polityki monetarnej przed Komisją Bankową Senatu.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Bankrutuje coraz więcej dużych firm

  • Na szczycie trendu wzrostowego w niewpłacalnościach przedsiębiorstw Euler Hermes odnotował rekordowy poziom bankructw dużych przedsiębiorstw, których obroty przekraczają kwotę 50 mln EUR – z 342 poważnymi przypadkami niewypłacalności o łącznej wartości obrotów przekraczającej kwotę 205 mld EUR w 2019 r.
  • Wzrost liczby dużych bankructw przyspieszył w ostatnim kwartale 2019 r., z rekordową liczbą przypadków (94), i nowym najwyższym poziomem pod względem ciężaru (ich połączone obroty wzrosły +16% r/r do 60.4 mld EUR).
  • Ameryka Północna (+29 przypadków) była kluczowym czynnikiem przyczyniającym się do globalnego wzrostu liczby poważnych przypadków niewypłacalności, wraz z Azją (+5). Jednak to Europa Zachodnia (-9) pozostała najbardziej dotkniętym upadłościami regionem z 133 poważnymi przypadkami niewypłacalności (w porównaniu z 96 przypadkami w Azji).
  • Gorącymi punktami były handel detaliczny i usługi w Europie Zachodniej, sektor energetyczny i handel detaliczny w Ameryce Północnej i budownictwo w Azji.
  • Co to znaczy dla przedsiębiorstw? Większe ryzyko efektu domina z niekorzystnymi konsekwencjami dla wrażliwych dostawców w łańcuchach dostaw.

Działania monitorujące przeprowadzone przez ekspertów z Euler Hermes wskazują rekordowe poziomy liczby poważnych przypadków niewypłacalności i ich ciężaru. W IV kw. 2019 r. odnotowano rekordową liczbę poważnych niewypłacalności od 2016 r. z 94 przypadkami, stanowiącą wzrost +11% kw/kw (tj. +8% r/r). Zsumowane obroty upadłych, dużych przedsiębiorstw również osiągnęły rekordowy wysoki poziom 60,4 mld EUR (+11% kw/kw lub +18% r/r). Dla roku jako całości, liczba upadłości dużych przedsiębiorstw wyniosła 342 (+7 przypadków) z zsumowanymi obrotami na poziomie 205,6 mld EUR (+30% lub + 47.3 mld EUR). Ten wzrost pod względem ciężaru jest w szczególności wynikiem rosnącej liczby bankructw przedsiębiorstw, których obroty przekraczają 1 mld EUR (+19 wzrost do 49 przypadków).

Stany Zjednoczone były motorem wzrostu, podczas gdy Azja i Europa zwiększyły globalną liczbę. Mimo niewielkiego spadku (-9) Europa Zachodnia pozostała najpoważniejszym czynnikiem przyczyniającym się do globalnej liczby upadłości w 2019 r. z 133 przypadkami, przed Azją z 96 przypadkami (+5). Azja odnotowała najmocniejszy wzrost liczby bankructw przedsiębiorstw, których obroty przekraczają 1 mld EUR (+12 wzrost do 26 przypadków). Ameryka Północna odnotowała +29 więcej bankructw (w porównaniu z 2018 r.), ze znaczącym wzrostem liczby (+25) przedsiębiorstw, których obroty mieściły się w przedziale od 100 EUR mln do 1 mld EUR. Europa Środkowa i Wschodnia wyróżnia się spadkiem drugi rok z rzędu (z poziomu -20 w 2018 r. do poziomu -18 w 2019 r. z 41 przypadkami). USA i Chiny dzielą podium w odniesieniu do największych upadłości z odpowiednio 7 i 8 przypadkami z 20 największych bankructw zarejestrowanych w 2019 r.

Handel detaliczny i budownictwo były sektorami najbardziej dotkniętymi bankructwami w 2019 r., ale to sektor energetyczny wyróżniał się najmocniejszym wzrostem liczby dużych przypadków niewypłacalności. Dla 2019 r. jako całości, handel detaliczny (53 przypadków), budownictwo (44) i usługi (37) były sektorami najbardziej dotkniętymi bankructwami w porównaniu do 2018 r. – mimo znaczącego spadku odnotowanego w budownictwie (-16). Sektor energetyczny (+12) odnotował najmocniejszy wzrost liczby upadłości, wraz z pięcioma sektorami, które zarejestrowały więcej niż +6 dużych przypadków niewypłacalności: sektor metalurgiczny, elektroniczny, farmaceutyczny, papierniczy i tekstylny. Przeciwnie, budownictwo (-16) oraz sektor maszyn i urządzeń (-14), odnotowały najmocniejsze spadki w porównaniu do 2018 r. Największą średnią wielkość przedsiębiorstw niewypłacalnych pod względem obrotów zarejestrowano w sektorze elektronicznym, chemicznym, metalurgicznym i energetycznym/sektorze towarów.

W 2019 r. gorącymi sektorami w Europie Zachodniej były handel detaliczny i usługi, sektor energetyczny i handel detaliczny w Ameryce Północnej i budownictwo w Azji. Ostatni kwartał 2019 r. zarejestrował najwyższą liczbę dużych upadłości w sektorze detalicznym w Europie Zachodniej (7 przypadków), ale także znaczący wzrost zaobserwowano w Azji (+9) ze względu na sektor elektroniczny (+5) i sektor usług (+4), oraz w mniejszym stopniu w Ameryce Północnej (+6) ze względu na sektor rolno-spożywczy (+3) i papierowy (+3).

Dla całego roku, w Europie Zachodniej, gorącymi punktami pozostały handel detaliczny (+3 przypadków, wzrost do 27) i usługi (+2 to 20), lecz sektor energetyczny także odnotował znaczący wzrost (+5). Azja zarejestrowała największą liczbę dużych upadłości w budownictwie (17), usługach (10) i sektorze elektronicznym (9), który odnotował znaczący wzrost (+7). Jednak najmocniejszy wzrost wystąpił w Ameryce Północnej w sektorze energetycznym (+12), który odnotował najwyższą liczbę dużych upadłości (20), wyprzedzając handel detaliczny (14).

Rys. 1 Liczba dużych upadłości (obrót przekracza 50 mln EUR) według kwartałów i wielkości obrotów w mln EUR

Liczba dużych upadłości
Źródło: Źródło: Euler Hermes, Allianz Research

Rys. 2 Liczba dużych upadłości (obrót przekracza 50 mln EUR) według sektorów i regionów

Liczba dużych upadłości 2
Źródło: Euler Hermes, Allianz Research

Rys. 3 Liczba dużych upadłości (obrót przekracza 50 mln EUR) w 2019 r. według sektorów i wielkości obrotów w mln EUR

Liczba dużych upadłości 3
Źródło: Euler Hermes, Allianz Research

AUTOR ANALIZY: MAXIME LEMERLE, Szef Badań nad Sektorami i Upadłościami Euler Hermes

Zajęcie komornicze a obowiązkowy split payment

Przedsiębiorcy, dokonując zakupu towarów lub usług podlegających obowiązkowemu mechanizmowi podzielonej płatności, w razie niedochowania tej procedury przy dokonywaniu należnej dostawcy zapłaty narażają się na wysokie sankcje podatkowe i karno-skarbowe. A co powinien zrobić przedsiębiorca, gdy przed opłaceniem faktury otrzyma wezwanie komornika do uregulowania wynikającej z niej płatności bezpośrednio na rachunek bankowy komornika?

Z dniem 1 lipca 2018 r. wprowadzony został do obrotu gospodarczo-prawnego tzw. mechanizm podzielonej płatności, zwany również split payment, za pośrednictwem którego przedsiębiorcy mają dokonywać zapłaty za faktury na dwa odrębne rachunki bankowe dostawcy towaru lub usługi. Na jeden główny rachunek dostawcy trafiać ma kwota netto faktury, na drugi – wartość podatku VAT przeprowadzonej transakcji. Przedsiębiorca będący adresatem płatności ma bardzo ograniczony dostęp do środków zgromadzonych na tym drugim koncie. Może nimi jedynie regulować swoje zobowiązania VAT wobec fiskusa. Aby wykorzystać je w innym celu, musi na to uzyskać zgodę naczelnika urzędu skarbowego. Dla części rozliczeń dokonywanych do końca października 2019 r. split payment był dobrowolny. Od 1 listopada 2019 r. mechanizm podzielonej płatności dla transakcji, których wartość jest równa lub przekracza wartość 15 000 zł, stała się obowiązkowa. Rodzaj dóbr i usług objętych tym obowiązkiem określa Załącznik nr 15 do ustawy o VAT.

Grożące sankcje

Niezastosowanie obowiązkowego split payment przez przedsiębiorcę dokonującego płatności sprowadza na niego ryzyko poniesienia dotkliwych sankcji podatkowych i karno-skarbowych. W takiej sytuacji zgodnie z art. 108a ust. 7 ustawy o VAT: „…naczelnik urzędu skarbowego lub naczelnik urzędu celno-skarbowego ustala dodatkowe zobowiązanie podatkowe w wysokości odpowiadającej 30% kwoty podatku przypadającej na nabyte towary lub usługi wymienione w załączniku nr 15 do ustawy, wykazane na fakturze, której dotyczy płatność” (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.). Z kolei, jak stanowi przepis art. 57c § 1 Kodeksu karnego skarbowego:

„Podatnik, który wbrew obowiązkowi dokonuje płatności kwoty należności wynikającej z faktury z pominięciem mechanizmu podzielonej płatności, podlega karze grzywny do 720 stawek dziennych” (Dz.U. 1999 nr 83 poz. 930, ze zm.).

Zapłata na konto komornika

Spółka będąca czynnym, zarejestrowanym podatnikiem VAT w trakcie prowadzonej działalności otrzymuje od komornika sądowego albo skarbowego tytuł egzekucyjny informujący o zajęciu wierzytelności kontrahenta spółki będącego jej dostawcą towarów i usług, które znajdują się w wykazie towarów i usług objętych od dnia 1 listopada 2019 r. obowiązkowym mechanizmem podzielonej płatności. W tytule tym komornik zobowiązuje spółkę do zapłaty należnych dostawcy na podstawie prawidłowo wystawionych przez niego faktur kwot, bezpośrednio na swój rachunek.

Spółka powzięła wątpliwość, czy wykonując narzucony tytułem wykonawczym obowiązek przelewu należnych jej kontrahentowi środków na konto komornika, zobligowana jest przy tym do stosowania mechanizmu podzielonej płatności, a więc przelania kwoty wartości podatku VAT na celowy, kontrolowany przez skarbówkę rachunek. Będąc świadomą, że brak zastosowania obligatoryjnego od 1 listopada 2019 r. split payment może na nią ściągnąć wysokie sankcje podatkowe i karno-skarbowe, stanęła na stanowisku, że nie musi w tej sytuacji tego mechanizmu stosować. Zdaniem spółki przesądza o tym fakt, iż dokonywany w tych okolicznościach przelew nie stanowi zapłaty za dostawę na podstawie faktury, ale na podstawie tytułu egzekucyjnego, będąc realizacją obowiązku wynikającego z przepisów dotyczących postępowania egzekucyjnego. Dodatkowo komornik, nie prowadząc działalności gospodarczej, nie jest zobowiązany do posiadania rachunku dedykowanego do rozliczeń w ramach split payment.

Relacja prawna o szczególnym charakterze

W wydanej 17 grudnia 2019 r. interpretacji indywidualnej Dyrektor KIS zgodził się ze stanowiskiem spółki. Stwierdził, że w przedstawionym stanie faktycznym zachodzi relacja prawna o szczególnym charakterze, której nie dotyczy obowiązek realizacji płatności z zastosowaniem mechanizmu podzielonej płatności:

„W takiej sytuacji dokonywana na rzecz komornika płatność nie stanowi zapłaty za nabyte towary lub usługi. W tym przypadku, w miejsce obowiązku zapłaty kontrahentowi za nabyte towary lub usługi, wstępuje nowy tytuł płatności, czyli realizacja egzekucji z zajętej wierzytelności. Stąd w takiej sytuacji podatnik (nabywca) nie będzie miał obowiązku zapłaty do komornika w podzielonej płatności” (sygn. 0114-KDIP1-1.4012.592.2019.1.RR).

Przedsiębiorca uwolniony spod groźby sankcji

W przypadku płatności objętej obligatoryjnym mechanizmem podzielonej płatności, a dokonywanej przez przedsiębiorcę na rachunek bankowy komornika z powodu zajęcia jej tytułem egzekucyjnym, przedsiębiorca ten nie będzie podlegał sankcjom wynikającym z ustawy o podatku od towarów i usług ani z ustawy – Kodeks karny skarbowy, nawet jeśli wystawiona przez dostawcę faktura zawiera klauzulę: „mechanizm podzielonej płatności”. Dodatkowo ujęty na tej fakturze podatek VAT przedsiębiorca, w ramach prowadzonej działalności, będzie mógł odliczyć od podatku należnego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Trendy HR 2020 – na co stawiają rekruterzy?

Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej wskazuje trendy, które w najbliższych latach będą kształtowały obszar HR i pracę w organizacjach.

Firmy poszukują innowacyjnych rozwiązań, które pomogą wybrać utalentowanych kandydatów, a także zatrzymać najbardziej wartościowych pracowników. Kreatywny
i nowoczesny proces rekrutacji to jeden z podstawowych składników sukcesu
w organizacji. Nic więc dziwnego, że nowoczesne technologie, a nawet sztuczna inteligencja są wykorzystywane przez firmy w różnych obszarach jej funkcjonowania.
– mówi Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Cyfrowa rekrutacja

Realizacja procesów rekrutacyjnych z udziałem nowoczesnych technologii jest już bardzo popularna. Videorekrutacje i ATS (aplicant tracking systems)
to narzędzia, które na dobre przyjęły się w środowisku human resources. Cyfrowe narzędzia rekrutacyjne potrafią także wyszukać odpowiednich kandydatów w sieci, porównać CV wybranych osób oraz zweryfikować ich obecność w mediach społecznościowych. Mogą też przeprowadzić testy i oceny kompetencji oraz zarekomendować najlepszych kandydatów do pracy.

Oprócz pytań rekrutacyjnych coraz częściej wykorzystywane są również gry na urządzenia mobilne. Nowoczesne narzędzia poprawiają jakość oceny potencjalnego kandydata i zapewniają równie cenne informacje z zakresu psychodiagnostyki, co metody klasyczne. Dodatkową zaletą jest to, że wyniki rekrutacji uzyskujemy w ciągu kilku minut.

Wirtualna rzeczywistość (VR)

Możliwość przeniesienia się do innego wymiaru jest bardzo przydatna podczas wdrażania nowych pracowników (onboarding).

Dzięki VR zrekrutowany pracownik może łatwo poznać nowe miejsce pracy, czy zaznajomić się z informacjami o funkcjonowaniu poszczególnych działów, oraz pracujących w nich osób.

Wirtualna rzeczywistość jest szczególnie przydatna w szkoleniach pracowników zatrudnionych w działach produkcyjnych, gdzie praca ma określony schemat i jest powtarzalna. Dzięki VR nowi pracownicy znacznie szybciej przyswajają wiedzę o firmie i o przydzielonym im stanowisku, niż podczas tradycyjnych metod wdrażania.

Duże linie lotnicze, jak np. Lufthasa już wykorzystują wirtualną rzeczywistość do szkoleń personelu technicznego oraz personelu pokładowego. Ale to nie jest jedyny przykład. Wallmart w 2017 roku dzięki VR przeszkolił 140 000 pracowników. – komentuje Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Sztuczna inteligencja (AI)

Sztuczna inteligencja umożliwia automatyzację procesów w wielu obszarach firmy. Dzięki takim funkcjom jak wyszukiwanie informacji i symulacja danych, AI może pomóc w podejmowaniu ważnych decyzji pracownikom wyższego szczebla. Pozwala również na ograniczenie tzw. „papierkowej roboty”, a także w rozdzielaniu obowiązków pomiędzy pracownikami. Dzięki pomocy sztucznej inteligencji zwiększa się efektywność firmy, bo poszczególne działy mogą skupić się na najbardziej znaczących dla organizacji zadaniach.

Natomiast dla HR sztuczna inteligencja jest pomocnym narzędziem
do rekrutacji i szkoleń pracowniczych. AI potrafi wyszukać w Internecie potencjalnych kandydatów oraz przejrzeć i ocenić ich zawodowe życiorysy. Dzięki  wykorzystaniu chatbotów podczas procesów rekrutacyjnych, a także podczas szkoleń osoby mogą również zadawać i odpowiadać na pytania.

Według danych komisji europejskiej, szacuje się, że w Wielkiej Brytanii
10,4 miliona miejsc pracy, które stanowią około 30% ogółu, zostanie zautomatyzowanych do 2030 r. Natomiast brytyjska firma badawczo-doradcza Gartner twierdzi, że 69% czynności wykonywanych obecnie przez managerów zostanie zautomatyzowane do 2024 roku.
– wyjaśnia Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Work-life-balance i work-life-blend

Praca nadal jest ważnym ogniwem w życiu człowieka, ale powoli przestaje być jego najważniejszym czynnikiem, pod który wszystko jest podporządkowane.

Nie boimy się już zmiany pracodawcy, czy przekwalifikowania. Jesteśmy otwarci na elastyczne formy zatrudnienia. Firmom coraz trudniej będzie zatrzymać najbardziej wartościowych pracowników, ponieważ dla nich kluczową kwestią staje się „employee experience” – czyli oprócz doświadczenia zawodowego i możliwości rozwoju istotne są też komfortowe warunki i dobre samopoczucie.

Do poczucia szczęścia i dobrostanu pracowników przyczynia się autonomia w działaniu, możliwość decydowania o benefitach i o warunkach współpracy. Przeciwdziałanie wypaleniu zawodowemu i chęć zatrzymania najbardziej wartościowych pracowników to wyzwania działów HR i właścicieli firm. Dlatego coraz popularniejsze stają się szkolenia wyjazdowe oparte o immerse experience, takie jak np. „cyfrowy detoks”, które pozwalają skutecznie przeciwdziałać wyczerpaniu emocjonalnemu kadry zarządzającej. Dzięki tego typu szkoleniom nabywamy umiejętności radzenia sobie ze stresem
i komunikacji ze światem.
– wyjaśnia Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Lepsze perspektywy polskiego eksportu

Wzrost polskiego eksportu ma szansę na ożywienie w nadchodzących miesiącach – twierdzą ekonomiści Banku Pekao S.A. W swojej najnowszej analizie wskazują, że po spowolnieniu globalnego handlu, obserwowanym w ostatnich latach, w I kwartale 2020 r. zauważalna powinna być lekka poprawa koniunktury za granicą.

Eksport coraz silniej oddziałuje na polską gospodarkę i coraz mocniej stanowi o jej koniunkturze. Udział eksportu w polskim PKB to obecnie ponad 55 proc., co przekłada się na konieczność jeszcze ściślejszego monitorowania sytuacji w światowej gospodarce, a w szczególności u kluczowych partnerów handlowych Polski. Jednoczesne śledzenie koniunktury w kilku gospodarkach i odpowiednie skalibrowanie sygnałów płynących z różnych źródeł, może jednak stanowić wyzwanie.

Dlatego też eksperci Pekao opracowali dwa indeksy kompozytowe, obrazujące łączną koniunkturę w kluczowych dla polskiego eksportu gospodarkach. Oparte są one na wskaźnikach koniunktury z krajów o największym udziale w polskim eksporcie (Niemiec, Czech, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch). Pierwszy z nich pokazuje bieżący stan zagranicznej koniunktury, drugi zaś ma charakter wyprzedzający wobec popytu zagranicznego. Indeksy te pozwalają kompleksowo przyjrzeć się tendencjom panującym na rynkach zagranicznych i odpowiednio na nie reagować.

Najnowsze odczyty opracowanych przez nas wskaźników pokazują wyraźne wyhamowanie dotychczasowej tendencji spadkowej popytu zagranicznego, a jednocześnie sugerują lekką poprawę zagranicznej koniunktury w najbliższej przyszłości. Oznacza to, że polscy eksporterzy mogą liczyć na lepsze perspektywy w kolejnych kwartałach – mówi Piotr Piękoś, starszy ekonomista w Banku Pekao S.A.

Eksperci Pekao zaznaczają jednak, że nie powinniśmy popadać w nadmierny optymizm. Oba wyszczególnione wskaźniki wciąż znajdują się poniżej swojej długoterminowej średniej, a więc nadal mamy do czynienia ze względnie niewysokim popytem zagranicznym.

Split payment i NIP na paragonie najgorszymi zmianami w prawie

Obowiązkowy split payment to najgorsza zmiana w prawie wprowadzona w 2019 roku – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę inFakt wśród mikroprzedsiębiorców. Z kolei z regulacji, które weszły lub wejdą w życie w 2020 roku, najwięcej zastrzeżeń budzi konieczność wystawiania faktur tylko do paragonów z wprowadzonym NIP. Ponadto przedstawiciele małego biznesu uważają, że polityka rządu względem nich jest źle prowadzona.

Zmiany bez wpływu na prowadzenie działalności

Aż 62% przedsiębiorców, którzy wzięli udział w badaniu, wskazało, że zmiany prawne wprowadzone w 2019 roku pozostały bez wpływu na prowadzoną przez nich działalność gospodarczą. Za obciążające uznało je 34% ankietowanych, a jedynie pozostałe 4% przyznało, że zmiany wprowadzone w ubiegłym roku pomogły w prowadzeniu biznesu.

Jednocześnie mikroprzedsiębiorcy negatywnie ocenili politykę rządu wobec mikroprzedsiębiorców – 65% miało o niej złe lub bardzo złe zdanie. Przeciwnie uważało jedynie 8% ankietowanych.

Split payment, biała lista podatników, NIP na paragonie – na minus

Wśród nowych przepisów za wprowadzające najwięcej kłopotów zostały uznane: obowiązkowy split payment (25% wskazań), biała lista podatników (23%) czy limit amortyzacji przy pojazdach osobowych (12%). Co ciekawe, aż 20% uczestników badania stwierdziło, że nie zna żadnej spośród zmian prawnych, które zaczęły obowiązywać w 2019 roku.

Przedsiębiorcy wskazują, że załatwianie formalności prawno-podatkowych zajmują im zbyt wiele czasu. Stąd też trudno się dziwić, że w sytuacji, kiedy mają zaufanego księgowego, wolą skupić się na istocie swojego biznesu, a sprawy formalne pozostawić specjaliście. Posiadanie zaufanego księgowego to bardzo ważny czynnik wpływający na powodzenie biznesu – mówi Joanna Swatowska-Rybak, kierownik badania z firmy inFakt.

Warto też zauważyć, że łącznie 27% badanych odpowiedziało, że nie zna żadnej ze zmian planowanych na 2020 rok, a jeśli je zna – nie ocenia ich pozytywnie. Natomiast zdecydowanie najgorzej ocenianą zmianą w prawie jest obowiązek wystawiania faktur tylko do paragonów z wprowadzonym Numerem Identyfikacji Podatkowej – wskazało tak 34% badanych przedsiębiorców.

Trudno wskazać plusy

Aż dwie trzecie badanych uznało, że żaden z nowych przepisów nie pomógł im w 2019 roku w prowadzeniu biznesu. Z kolei przedsiębiorcy, którzy zdecydowali się wyróżnić niektóre regulacje, najczęściej wskazywali na białą listę podatników (7%) jako rozwiązanie, które pomoże zweryfikować wiarygodność kontrahentów oraz na możliwość rozliczania ZUS wg przychodu, co z kolei umożliwia obniżenie kosztów prowadzenia działalności (6%).

Oczekiwania przedsiębiorców na 2020 rok

Spośród zmian, które weszły lub wejdą w życie w bieżącym roku, przedsiębiorcy najlepiej oceniają wprowadzenie mikrorachunku podatkowego (49%), obniżenie stawki podatku dochodowego na 17%  oraz wprowadzenie ZUS+, a więc możliwości rozliczania składek uzależnionych od dochodu (22%). – Ta ostatnia regulacja odpowiada podnoszonemu od lat postulatowi przedsiębiorców, aby daniny na rzecz państwa były niższe. Można spodziewać się, że ZUS+ będzie cieszył się dużą popularnością wśród uprawnionych do niego osób – podsumowuje Joanna Swatowska-Rybak.

Zielona energia opanowuje świat. Państwa i biznes stawiają na odnawialne źródła

Szkocja w tym roku osiągnie miks energetyczny w całości oparty na OZE. Chiny i Indie inwestują ogromne sumy w rozwój tego sektora, a Google i Facebook razem z innymi technologicznymi gigantami już teraz nabyli zasoby zielonej energii, przewyższające moc takich krajów jak Wietnam czy Polska. Stawianie na OZE to nie kwestia wyboru, a konieczności – komentują eksperci.

Rozwój odnawialnych źródeł energii, a tym samym przeciwdziałanie klimatycznym zmianom to jeden z najważniejszych tematów ostatnich miesięcy. Redukcja CO2 nie jest już tylko przedmiotem dyskusji, ale czynnikiem determinującym politykę krajów zrzeszonych w krajach Unii Europejskiej. Z niedawno opublikowanego raportu autorstwa think-tanków Agora Energiewende i Sandbag wynika, że w 2019 roku we Wspólnocie po raz pierwszy wyprodukowano więcej energii elektrycznej z wiatru i słońca (18 proc.) niż z węgla (15 proc.). Autorzy opracowania wskazali, m.in. nasz kraj jako ten, który w niewystarczającym stopniu rozwija odnawialne źródła.

Polska, Republika Czeska, Rumunia i Bułgaria są nadal silnie uzależnione od energii węgla brunatnego i nie opracowały jeszcze planu, jak to zmienić. Jest to konieczne nie tylko po to, aby uwolnić Europę od tego surowca, ale też dlatego że wyższe ceny emisji dwutlenku węgla w 2019 roku miażdżyły ich ekonomię. – Dave Jones, Sandbag

Szkocja eko niemal na sto procent

Przykładem kraju, który od lat skutecznie inwestuje w zieloną energię jest Szkocja, której miks energetyczny w 2020 roku będzie w całości oparty na OZE. Metamorfoza od węgla do zielonej energii przebiegła znacznie szybciej niż planowano. W 2015 roku stanowiła ona 59 proc., w 2017 – 68,1 proc., a w 2018 już 74,6 proc. Bardzo aktywnie w sprawie energii odnawialnej lobbuje rząd, który planuje, m.in. intensywny rozwój farm wiatrowych. W pełni na ekologiczne źródła stawiają także takie pozaeuropejskie kraje jak Paragwaj, czy Kongo.

Chiny i Indie sięgają po zielone zasoby

Odnawialne źródła energii to temat, do którego coraz większą uwagę przykładają także najbardziej zaludnione kraje, narażone na jeszcze poważniejsze problemy środowiskowe niż ich sąsiedzi. W Chinach w latach 2005-2018 procent wykorzystywania OZE wzrósł o 10,6 proc. (z 16,1 do 26,7 proc.). Władze azjatyckiego państwa zainwestowały w specjalne programy badawcze i technologiczne, które pozwoliły osiągnąć ten cel, ponad 3 miliardy juanów (434,66 mln USD). Niedawno przyjęły plan pięcioletni obejmujący lata 2021-2015, który zakłada zrównanie kosztów produkcji energii wiatrowej i fotowoltaiczną z tradycyjną. Rząd chce powoli także wycofywać się z dotacji dla OZE i pobudzać w ten sposób konkurencyjność między producentami. W lutym 2020 Indie, które borykają się z ogromnym zanieczyszczeniem środowiska, przyjęły budżet, w którym na sektor energii i odnawialnych źródeł energii przeznaczyły ok. 3,8 mld dolarów. Dotychczas była to bardzo słabo rozwinięta gałąź, dlatego rządzący chcą go pobudzić.

W planach jest, m.in. rozbudowa infrastruktury (np. pomp solarnych), czy dekarbonizacja linii kolejowych. Szczególnie ważna jest ta druga sprawa. Pociągi to najpopularniejszy środek transportu w kraju – każdego dnia przewożą ponad 20 mln pasażerów, co pochłania potężne ilości energii. Dlatego też powstał pomysł, aby w sąsiedztwie torów montować instalacje zielonej energii i w ten sposób zmienić źródło zasilania. – Tomasz Żołyniak, prezes firmy Energia Polska

Australia w energetycznym rozkroku

Podejście do OZE po protestach mieszkańców próbuje zweryfikować również Australia, która dotąd prezentowała dwoiste spojrzenie na ten temat. Z jednej strony chwaliła się takimi programami jak Melbourne Renewable Energy Project (MREP), który zaspokaja zapotrzebowanie stolicy na energię z odnawialnych źródeł. Miasto kupuje ją z wybudowanej przez siebie i partnerów (instytucjonalnych oraz biznesowych) farmy wiatrowej o mocy 80 MW, stając się przykładem dla całego kraju. Z drugiej strony po masowych pożarach, które dotknęły kraj na początku 2020 roku, premier Scott Morrison bagatelizował przyczynę w postaci zmian klimatycznych, emisji dwutlenku węgla oraz wydobycia węgla kamiennego. Paradoksalnie katastrofa ekologiczna zaczęła działać na niekorzyść tego nieekologicznego przemysłu. Z powodu ciężkich warunków pracy górników, którzy dusili się od pyłu pochodzącego z płonącej dżungli, wydobycie w kopalni NSWEC należącej do koncernu BHP spadło o 13 proc.

Google i Facebook: OZE to opłacalna innowacja!

W stronę OZE coraz częściej zwracają się nie tylko państwa, ale też ponadnarodowe korporacje.

Tacy giganci jak Google, Facebook, Amazon i Microsoft w ciągu zaledwie dwudziestu czterech miesięcy potroili zakup zielonej energii, zasilającej ich siedziby oraz centra danych. Według szacunków organizacji Bloomberg NEF (New Energy Finance) przez ostatnie 12 lat nabyli ilość przewyższającą moc energetyczną takich krajów jak Wietnam czy Polska. To prawie ¼ energii z odnawialnych źródeł sprzedanej wszystkim korporacjom na świecie. – Sebastian Biela, wiceprezes firmy Energia Polska

Łącznie umowy na zakup OZE zwarło w 2019 roku 100 firm w 23 krajach, czyli o 40 proc. więcej niż w 2018 roku. Spółki nie poprzestają tylko na zakupach, ale coraz częściej same też inwestują w OZE. Google podpisało umowy o wartości ponad 2 mld dolarów na budowę nowej infrastruktury energetycznej, m.in. paneli słonecznych i turbin wiatrowych na 3 kontynentach.

Zrównoważony rozwój był od początku jedną z podstawowych wartości Google. Przez lata ciężko pracowaliśmy, aby zmniejszyć ślad węglowy naszych operacji oraz wprowadzać zmiany w naszych łańcuchach dostaw. Podstawą naszych działań jest działań jest zaangażowanie w czystą energię. Od 2007 roku jesteśmy firmą neutralną pod względem emisji dwutlenku węgla. W 2017 roku po raz pierwszy dopasowaliśmy nasze roczne zużycie energii elektrycznej do energii odnawialnej, w rezultacie stając się jej największym korporacyjnym nabywcą na świecie. – Sundar Pichai, prezes Google (fragment wpisu z firmowego bloga)

Działania państw i firm pokazują, że nie ma już odwrotu od odnawialnych źródeł energii. Również przedstawiciele polskiego Ministerstwa Aktywów Państwowych podczas lutowego kongresu Powerpol deklarowali, że są gotowi przebudować sektor energetyczny, ale pod warunkiem pomocy finansowej ze strony Unii Europejskiej.

Spokój bankierów centralnych

Rynki podtrzymują pozytywny nastrój, choć pod powierzchnią emocje tonują nieprzerwanie napływające informacje dotyczące koronawirusa. Banki centralne widzą ryzyko w efektach ekonomicznych epidemii, ale liczą, że wpływ będzie krótkotrwały. To pomaga podtrzymać optymizm.

We wczorajszym przemówieniu prezesa Fed Powella w Kongresie obyło się bez niespodzianek. Od strony oceny sytuacji ekonomicznej Powell w zasadzie powtórzył to samo, co przedstawiał na konferencji po styczniowym posiedzeniu FOMC – w skrócie: polityka monetarna jest odpowiednia do panujących warunków. Najbardziej interesujące miało być jednak to, co szef Fed myśli o skutkach koronawirusa. Tutaj Powella stwierdził, że bank monitoruje sytuację i widzi w nim największy czynnik zagrożenia dla perspektyw gospodarczych, ale też dodał, że na razie wirus nie zmienił bazowego scenariusza, jaki zakłada Fed i stopy powinny pozostać bez zmian do końca roku. Zaznaczył jednak, że ewentualne skutki są obecnie trudne do oszacowania. Ogólnie Powell starał się zapewnić kongresmenów, że obecnie nie ma powodów do niepokoju, a przynajmniej bank centralny nie widzi takiej potrzeby. Dla rynków to ważniejszy sygnał niż aktualizacje o spadku tempa przyrostu nowych zakażonych. Jeśli Fed zamierza utrzymywać politykę bez zmian, tzn. że pozostanie ona dalej akomodacyjna i sprzyjająca wzrostowi cen akcji. Z kolie brak sygnałów alarmowych z gospodarki wspiera USD.

Równie uspokajający ton płynął dziś w nocy od Banku Rezerwy Nowej Zelandii. RBNZ zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę OCR a 1 proc., a w komunikacie nie pojawił się ostrożnościowy ton, na którzy liczyli inwestorzy sprzedający w ostatnich dniach NZD. Bank spodziewa się słabszego wzrostu w pierwszej połowie roku z tytułu koronawirusa (osłabienia eksportu do Chin), ale liczy na silniejsze odreagowanie w drugiej części roku wsparte dodatkowymi wydatkami budżetowymi. Bank liczy, że epidemia zostanie opanowana do końca lutego, stąd i wpływ ekonomiczny zakłóceń wywołanych wirusem będzie krótkotrwały. Najsilniejszy wydźwięk miało jednak usunięcie z projekcji stopy procentowej gołębiego nastawienia (prognozy poniżej 1 proc. do II kw. 2021 r.), a bank teraz przewiduje jedną pełną podwyżkę o 25 pb do III kw. 2021 r. Jeśli którykolwiek bank centralny z G10 miałby się obawiać skutków koronawirusa dla Chin i reszty świata to właśnie RBNZ i RBA. Tymczasem oba banki (decyzja RBA była 4 lutego) postawiły na opanowanie i wyczekiwanie na nowe dane makro. Dziś rano NZD odreagowuje wcześniejszy pesymizm inwestorów i ciągnie za sobą AUD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Walentynkowe zawody i zarobki. Sprzedawca róż i kurier, czyli kto najwięcej zarobi na walentynkach?

Kurierzy, sprzedawcy róż, wizażyści i kelnerzy w walentynki zamiast świętować, pracują. Mogą wtedy liczyć na całkiem spory zarobek. Rekordziści zarobią nawet 65 zł brutto na godzinę – wynika z danych Personnel Service. Eksperci firmy wskazują, gdzie warto rozejrzeć się za sezonową pracą w okresie walentynkowym.

Prezenty, bukiety kwiatów, romantyczne kolacje, wyjazdy – właśnie w ten sposób zakochani okazują sobie uczucia 14 lutego, czyli w walentynki. Według badań portalu prezentmarzen.pl Polacy w 2019 roku wydali na to święto blisko 1,5 mld złotych. Już jedna trzecia świętujących w Dzień Zakochanych przeznaczyła na upominki od 100 do 300 zł.

Zwiększone wydatki na walentynki generują w naturalny sposób większy popyt na określone produkty i usługi. To znowu przekłada się na rynek pracy. 14 lutego widać zwiększone zapotrzebowanie na kurierów, sprzedawców róż, wizażystów czy kelnerów.

Z danych Personnel Service wynika, że jedną z najbardziej opłacalnych prac sezonowych w okresie walentynek jest sprzedaż kwiatów. W ten sposób można zarobić nawet do 55 zł brutto za godzinę, co trzykrotnie przewyższa stawkę minimalną. Jeszcze więcej zarobi kurier, bo nawet 65 zł brutto na godzinę. Boom przeżywają też salony kosmetyczne, gdzie zakochani przygotowują się na walentynkowe wyjście. Tym samym wizażyści i wizażystki mogą zarobić nawet 41 zł brutto na godzinę. Nieco mniejsze wynagrodzenie czeka hostessy, które mają zachęcić do zakupów – hostessa może liczyć na maksymalnie 19 zł brutto na godzinę.Sprzedawca róż i kurier, czyli kto najwięcej zarobi na walentynkach

W walentynki szczególnie dużo pracy ma także branża gastronomiczna. Restauracje są wówczas oblegane przez pary, na co pracodawcy przygotowują się z wyprzedzeniem, okresowo zwiększając zatrudnienie.

– Lokale gastronomiczne na walentynki chętnie rekrutują dodatkowych ludzi na stanowiska kelnerów oraz pomocy kuchennej. W przypadku tego pierwszego zawodu, oprócz określonej stawki godzinowej, można liczyć na napiwki, które czasem potrafią podwoić wynagrodzenie. Niewykluczone też, że w przypadku najlepszych pracowników, pracodawca zamiast krótkookresowej umowy, zaproponuje nam jej przedłużenie, co np. dla studentów jest świetną opcją dorobienia – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Jako pomoc kelnerska zarabia się średnio 13,5 zł brutto na godzinę. Na podobne zarobki mogą liczyć kasjerzy.

Klucz do BDO, czyli jak się odnaleźć w nowym świecie ewidencji odpadów

Przełom roku 2019 i 2020 upłynął dla wielu przedsiębiorców pod znakiem 3 liter – „BDO”. Mowa o bazie, która rozpoczęła funkcjonowanie 1 stycznia br. Zapoczątkowała niemal rewolucję w zakresie ewidencji odpadów, jak również zdezorientowanie wśród podmiotów, które muszą być wpisane do rejestru BDO.

Każda zmiana prawa generuje wiele wątpliwości i pytań przedsiębiorców, a tak szeroka jak w przypadku ewidencji odpadów – w szczególności. Pierwsze z nich to z pewnością…

Czy BDO mnie dotyczy?

Przypadek każdej firmy należy rozpatrzyć indywidualnie pod kątem wprowadzonych przepisów. Analiza kilku z nich naświetli odpowiednią perspektywę względem rejestru BDO.

– Znakomitym przykładem są odpady w postaci papieru biurowego, które, w ilościach zbliżonych do wytwarzanych przez gospodarstwa domowe, mają charakter odpadów komunalnych, czyli z grupy 20. Nie podlegają one wtedy pod obowiązek wpisu w rejestrze BDO oraz prowadzenia ewidencji. Natomiast jeśli odpady opakowań papieru i tektury są przekazywane nie jako komunalne i wytwarzane na poziomie przewyższającym 0,5 Mg/rok, to obowiązkowi już podlegają – podkreśla Sylwia Stankowska, specjalista ds. prawnych Akademii EcoMS, która prowadzi m.in. warsztaty dla podmiotów zarejestrowanych w elektronicznej ewidencji odpadów BDO.

Warto zaznaczyć, że odpady komunalne są zakresem zwalniającym z rejestru BDO jedynie w przypadku ich wytwarzania. Podmiot je odbierający musi dopełnić nowych obowiązków.

Nie powinna mieć wątpliwości firma, która wprowadza do obrotu produkty w opakowaniach, w tym sklepy internetowe. Są one jednoznacznie zobligowane do złożenia w tym zakresie wniosku o wpis do rejestru BDO.

A jak się ma do BDO korzystanie ze wspólnego lokalu przez kilka firm? Mogą one powołać się na artykuł 28. ustawy z 14 grudnia 2012 r. o odpadach i przenieść odpowiedzialność za wytworzone odpady na rzecz jednego z nich lub na rzecz wynajmującego lokal.

– Pamiętajmy jednak, że podmiot taki musi zapewnić postępowanie z przyjętymi odpadami w sposób zgodny z ustawą. Umowa o przeniesieniu odpowiedzialności powinna być zawarta, pod rygorem nieważności, w formie pisemnej. W art. 66 ust. 2 ustawy dodatkowo wskazano, że w takim przypadku podmiot, na rzecz którego przeniesiono tę odpowiedzialność, zobowiązany jest również do prowadzenia ewidencji – zauważa Anna Pięta, specjalista ds. prawnych Akademii EcoMS.

Zastosowanie przepisów BDO – kilka rad praktycznych

Zgodnie z art. 63 ustawy o odpadach podmiot jest obowiązany umieszczać numer rejestrowy BDO na dokumentach sporządzanych w związku z prowadzoną działalnością zgodnie z wpisem. Jest to swego rodzaju dodatkowy numer identyfikujący przedsiębiorcę, podobnie jak NIP czy REGON, ale w zakresie działalności na określonej grupie produktów. Koniecznie musi się on pojawić na dokumentach ewidencyjnych dotyczących odpadów czy związanych z ich transportem.

Warto zwrócić uwagę również na sporządzanie kart przekazania odpadów w BDO. Waga do ważenia odpadów, zgodnie z art.  8 ustawy z dnia 11 maja 2001 r. Prawo o miarach (Dz.U.2019.541 t.j.), podlega prawnej kontroli metrologicznej. Sankcją za brak legalizacji takiego urządzenia jest kara grzywny od 20 do nawet 5000 złotych. Ale w przypadku awarii lub braku wagi dopuszcza się oszacowanie masy odpadów na podstawie dotychczasowych doświadczeń, pojemności odbieranych pojemników, stosowanych wzorów i współczynników dot. wyliczenia ich masy.

Interesującym przypadkiem jest niewątpliwie przedsiębiorca, który wytwarza odpady w związku z wykonywaniem usług w zakresie konserwacji i napraw czy też budowy, rozbiórki, remontu obiektów, czyszczenia zbiorników lub urządzeń oraz sprzątania. Przy rejestracji w BDO (chyba że umowa o świadczenie usługi stanowi inaczej) wypełnia Dział I i Dział XII formularza rejestrowego oraz oświadczenie. W dziale XII formularza rejestrowego wpisuje nazwę województwa i gminy, na terenie których są wytwarzane odpady w związku z prowadzeniem działalności w zakresie świadczenia tych usług. Wtedy to zaistnieje możliwość wystawienia karty przekazania odpadów (KPO) z rzeczywistym miejscem prowadzenia działalności.

Niejasności jednak pozostają…

Niestety w niektórych przypadkach interpretacja przepisów nie jest spójna, szczególnie przy aktualizacji w dziale XII.

– W trakcie naszych warsztatów dotyczących BDO niejednokrotnie analizie poddajemy nieszablonowe przypadki. Większość z nich możemy w sposób jasny zinterpretować na bazie obowiązujących przepisów. Ale już na przykład posiadaczom pozwolenia zintegrowanego lub na wytwarzanie odpadów, ze względu na brak jednolitych interpretacji, zalecamy kontakt z właściwym Urzędem Marszałkowskim oraz przedłożenie wniosku aktualizacyjnego w zakresie dokonania wpisu w BDO właśnie w dziale XII – podpowiada Sylwia Stankowska. Część organów administracji publicznej wskazuje bowiem na konieczność uzyskania wpisu do rejestru w dziale XII dla odpadów, które są wytwarzane poza instalacją również przez powyższe podmioty.

W przepisach brak też wyraźnej definicji odpadów „pozainstalacyjnych”. Należy domniemywać, że obejmują one wszystkie inne, które nie powstają w związku z eksploatacją instalacji, np. zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny z biura.

Praktyka związana z wprowadzaniem nowych przepisów podpowiada, że nie są to ostatnie zapisy, które będą wymagały doprecyzowania. Udoskonalenia wymaga również baza pod kątem technicznym. Wciąż nie są dostępne moduły dotyczące sprawozdawczości. W związku z tym została wprowadzona kolejna nowelizacja ustawy o odpadach oraz o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, która weszła w życie 31 stycznia br. i wydłużyła do 30 czerwca 2020 r. możliwość sporządzania dokumentów dotyczących ewidencji odpadów w formie papierowej oraz sprawozdań za rok 2019 w wersji elektronicznej. Natomiast dokumenty ewidencyjne będą musiały być wprowadzone do elektronicznej bazy BDO najpóźniej do 31 lipca br.

W związku z mnogą liczbą wątpliwości możemy być pewni, że jeszcze niejeden warsztat dotyczący BDO będzie obfitował w interesujące, nietypowe zapytania.

Pojazdy połączone, aplikacje i autonomiczność. Oto kluczowe technologie wspierające mobilność osób w 2020 roku

Nowe technologie wywierają coraz większy wpływ na mobilność osób. Jak przewiduje Avis Polska – marka wynajmu samochodów – pojazdy połączone, aplikacje mobilne oraz autonomiczność to trzy rozwiązania, które najbardziej wpłyną na rynek w 2020 roku.

Mobilność osób wspierana przez aplikacje

Jak wynika z raportu Avis Budget Group „Droga przed nami: Przyszłość mobilności osób” 66% Polaków przynajmniej raz w tygodniu korzysta z aplikacji służących do planowania podróży. Przy użyciu smartfonów coraz chętniej zamawiamy przejazdy albo wynajmujemy środek transportu – na przykład auto. – Konsumenci coraz częściej korzystają z usług na żądanie za pośrednictwem platform takich jak Amazon Prime czy Netflix. Oczekują podobnych rozwiązań również od innych branż, między innymi dostawców usług mobilności osób. Rośnie popularność rezerwacji wynajmu samochodów przez aplikacje mobilne. Dotyczy to zarówno wyjazdów prywatnych i biznesowych. Konsumenci cenią szybkość i łatwość rezerwacji za pośrednictwem aplikacji Avis. Przewidujemy, że w 2020 roku i w kolejnych latach popularność aplikacji mobilnych służących do wynajmowania pojazdów będzie nadal rosła – mówi Martin Gruber, dyrektor zarządzający Avis Budget Group na Europę Centralną.

Wiele zastosowań danych z aut połączonych

Terminem „samochody połączone” (ang. connected cars) określa się pojazdy, które dzięki łączności z internetem i wykorzystaniu technologii chmurowej gromadzą, analizują i korelują dane o aucie i ruchu ulicznym. Jest to duże ułatwienie dla osób zajmujących się flotą – są w stanie lepiej nią zarządzać, optymalizować wykorzystanie pojazdów czy zlecać serwis w odpowiednim momencie. W przypadku wypożyczalni samochodów, anonimowe dane z poszczególnych aut ułatwiają dopasowywanie oferty do aktualnych potrzeb klientów. – Avis Budget Group posiada flotę ponad dwustu tysięcy samochodów połączonych na całym świecie. Aby zwiększyć dostępność takich pojazdów zarówno w Europie, jak i w ujęciu globalnym, współpracujemy z takimi markami jak Fiat, Ford czy Continental.  Dodatkowo, w USA posiadamy własne centrum badań i rozwoju pracujące nad tą technologią – podkreśla Martin Gruber.

Dane z samochodów połączonych mogą również znaleźć zastosowanie w optymalizacji ruchu miejskiego i rozwoju inteligentnych miast. Jak pokazują dane z raport Avis Budget Group, 73% ankietowanych Polaków uważa, że inteligentne miasta (tzw. smart cities) poprawiają jakość życia, usprawnią usługi transportowe. Informacje o korkach lub o warunkach pogodowych, przesyłane automatycznie przez samochody, optymalizują ruch i zapewniają szybsze oraz wygodniejsze przemieszczanie na obszarach miejskich. – Samochody połączone na ulicach inteligentnych miast pozwolą uzyskać oszczędność czasu, pieniędzy, będą też dostarczać dodatkowe informacje zarówno kierowcy, jak i właścicielowi floty – dodaje Martin Gruber.

Pojazdy autonomiczne

Samochody, które poruszają się bez kierowcy dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji (ang. artificial intelligence) i technologii chmurowej, nie staną się powszechne w 2020 roku czy nawet na przestrzeni kilku kolejnych lat. Możemy jednak spodziewać się, że w tym roku firmy technologiczne uczynią kolejny krok na drodze do rozwoju pojazdów autonomicznych, które coraz lepiej radzą sobie w prawdziwym ruchu ulicznym. Od 2017 r. Avis Budget Group współpracuje w Stanach Zjednoczonych z Waymo – firmą zajmującą się pojazdami autonomicznymi, aby wpierać rozwój floty aut autonomicznych i program Early Rider, dający możliwość publicznego testowania pojazdów samojezdnych. Współpraca koncentruje się na budowaniu wiedzy na temat rozwijającego się sektora pojazdów samojezdnych. Pojazdy samojezdne mogą stanowić swego rodzaju „ostatni etap” w programach udostępniania i wypożyczania samochodów.

Łagodna zima da zarobić hotelom i restauracjom?

Po najsłabszym w historii pomiarów Barometr EFL ostatnim kwartale ubiegłego roku, hotelarze i restauratorzy rozpoczynają 2020 rok z dużo lepszymi nastrojami. Subindeks dla sektora HoReCa w I kwartale wyniósł 53,5 pkt., co oznacza dynamikę 9,7 pkt. w porównaniu do poprzedniego kwartału. Eksperci EFL zauważają, że w perspektywie roku najnowszy wynik pozostaje jednym z najniższych. Optymistyczne jest jednak to, że odczyt jest wyższy niż w analogicznym okresie rok temu, kiedy wyniósł 51,9 pkt, co może być zapowiedzią dobrego sezonu zimowego.

– Kondycja branży HoReCa, czyli rynku usług hotelarskich i gastronomicznych, w największym stopniu jest uzależniona od dwóch czynników. Od zasobności portfeli Polaków oraz od pory roku. Wprowadzone benefity publiczne takie jak 500 plus, 13. emerytura i obniżka PIT spowodowały realny wzrost dochodu polskich gospodarstw domowych, co nie pozostaje bez wpływu na wydatki Polaków. Część z nich trafia właśnie do kieszeni restauratorów i hotelarzy. Po drugie, Polacy coraz częściej wyjeżdżają na ferie zimowe, co potwierdzają nasze badania. Subindeks Barometru EFL od kilku lat rośnie na przełomie roku, kiedy przedsiębiorcy z sektora HoReCa przygotowują się na sezon zimowy. Jeśli utrzymają się tendencje z lat ubiegłych, w II kwartale liczymy na jeszcze lepsze nastroje i przekroczenie poziomu 60 pkt. – mówi Radosław Woźniak, Prezes EFL.

Więcej klientów, więcej inwestycji

Na zdecydowanie lepsze nastroje restauratorów i hotelarzy największy wpływ mają prognozy dotyczące inwestycji. Co czwarty przedstawiciel HoReCa spodziewa się więcej inwestować (26,1 proc.). To o 16,1 p.p. więcej niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Więcej firm niż kwartał wcześniej liczy także na wzrost zamówień na swoje usługi i produkty w I kwartale br. (28,8 proc. vs. 21,3 proc.). Za planowanym wzrostem sprzedaży idzie prognozowana poprawa płynności finansowej firm działających w branży gastronomiczno-hotelarskiej. 27,5 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy w tym obszarze (IV kwartał 2019 – 20 proc.). Jest to związane ze specyfiką tej branży, w której obowiązują krótkie terminy płatności za usługi. Wzrost sprzedaży najczęściej sprawia, że przedsiębiorcy w krótkim okresie odczują poprawę płynności.

Nowy rok, stare problemy

Spoglądając na czynniki, które z jednej strony mogą wpłynąć pozytywnie na kondycję sektora HoReCa, a z drugiej na jej pogorszenie, zestaw pozostaje analogiczny do tych z ostatnich pomiarów. Na poprawę kondycji hoteli, restauracji i firm cateringowych, w opinii 65 proc. respondentów badania, największy wpływ powinien mieć sezonowy wzrost zainteresowania usługami i produktami. Co trzeci przedstawiciel HoReCa liczy na uzyskanie dotacji ze środków publicznych lub unijnych.

Ryzykowna gra z podnoszeniem akcyzy na alkohol. Eksperci: Finalnie budżet może na tym sporo stracić

Skutkiem podniesienia akcyzy na napoje alkoholowe powinno być zwiększenie wpływów budżetowych. Jednak, według znawców tematu, taki scenariusz nie jest przesądzony, zwłaszcza w pierwszym roku. Ma to związek ze zgromadzonymi zapasami wyrobów. Ponadto rosnące obciążenia fiskalne zachęcają do prowadzenia domowej produkcji. A w ten sposób legalnie mogą powstawać tylko wybrane trunki. Eksperci zwracają też uwagę na ewentualne powiększenie się szarej strefy i zwiększony przemyt.

Podstawowym założeniem ostatniej podwyżki podatku akcyzowego na napoje alkoholowe jest zwiększenie wpływów do budżetu państwa o ponad 500 mln zł w 2020 roku. Przekonuje o tym Witold Włodarczyk, prezes zarządu Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy. I dodaje, że tego typu działania przynosiły w przeszłości efekty zupełnie odwrotne. Ekspert powołuje się na dane Ministerstwa Finansów. Wynika z nich, że podniesienie akcyzy na wyroby spirytusowe w Polsce w 2014 roku spowodowało zmniejszenie wpływów do budżetu o przeszło 7,6%, tj. o ponad 0,5 mld zł.

– Z punktu widzenia budżetu wydawałoby się, że podniesienie akcyzy to pozytywne rozwiązanie, bo wpływy powinny być większe. Tak jednak nie musi być, przynajmniej w pierwszym roku, z uwagi na zapasy wyrobów, przede wszystkim spirytusowych. Dla słabszych trunków, czyli piwa i wina, nie opłaca się angażować powierzchni magazynowej. Natomiast w latach następnych wpływy mogą sukcesywnie się zwiększać – komentuje Wojciech Bronicki, partner w BBGTAX, doradca podatkowy i były dyrektor Departamentu Podatku Akcyzowego w Ministerstwie Finansów.

Jak zaznacza prezes Włodarczyk, tzw. krzywa Laffera pokazuje zależność pomiędzy stawką podatku a dochodami budżetowymi państwa. Od pewnego punktu podwyższanie akcyzy jest kontrproduktywne w stosunku do przychodów. Cała sztuka polega na znalezieniu tzw. punktu przegięcia. Według eksperta, wiele wskazuje na to, że rząd w podnoszeniu obciążeń fiskalnych związanych z alkoholem mocno „przegina”. W dłużnym okresie stracą na tym konsumenci, branża oraz sam budżet państwa. Zyska jedynie przestępczość gospodarcza.

– Rząd przekonuje, że wyższa akcyza ma ograniczyć spożycie alkoholu w społeczeństwie. Z przedstawianych szacunków wynika, że cena półlitrowej butelki wódki może wzrosnąć o ok.1,4 zł. Czy to rzeczywiście w istotny sposób zniechęci do zakupu? To jest kluczowe pytanie. Jeżeli nie będzie takiego skutku, to nałożenie wyższego podatku ma wyłącznie efekt fiskalny. Służy to zwiększeniu dochodów do budżetu – mówi ekonomista Marek Zuber.

Jak podkreśla prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów, są 3 różne, częściowo konkurencyjne rynki, tj. piwa, wina i wyrobów pośrednich, a także pozostałych napojów alkoholowych. Każde podnoszenie akcyzy musi uwzględniać relacje opodatkowania między nimi oraz spodziewany efekt fiskalny i popytowy. Nie należy selektywnie wprowadzać podwyżek, a więc tylko w jednym segmencie. Trzeba brać pod uwagę również to, że część popytu przeniesie się na rynki niżej opodatkowane lub w ogóle nieopodatkowane.

– W przypadku napojów słabszych przeważnie każdy grosz podwyżki akcyzy jest przenoszony w cenę, a z napojami wysokoprocentowymi – bywa różnie. Wynika to z historii. W 2003 roku mieliśmy obniżkę tej daniny o 30%, ale nie nastąpił ogólny spadek cen. To sprawiło, że przez 16 lat producenci mieli swojego rodzaju bonus w tym podatku w stosunku do innych wyrobów. On powodował, że pomimo kolejnych podwyżek akcyzy, ceny piwa i wina umiarkowanie rosły. Natomiast półlitrowa wódka jest od 2003 roku na poziomie 20 zł – analizuje Wojciech Bronicki.

Prof. Modzelewski stwierdza, że mamy relatywnie najtańsze napoje alkoholowe, przynajmniej patrząc na ciąg ostatniego stulecia. One potaniały w stosunku do wielkości dochodów. Zdaniem eksperta, obniżanie akcyzy w ogóle nie wchodzi w grę. Gdyby do tego doszło, to pieniądze nie wróciłyby do konsumenta. Byłyby zyskami tych, którzy przy niższym opodatkowaniu zachowaliby ten sam poziom ceny. Były wiceminister finansów zaznacza, że w okresie rządów Marka Belki udało się obniżyć akcyzę i jednocześnie zwiększyć sprzedaż alkoholu, ale obniżka akcyzy była prawnie powiązana z nakazem obniżki ceny detalicznej.

– Przykładowo, w krajach skandynawskich jest bardzo wysokie opodatkowanie alkoholu. Jednocześnie nie ma tam tak rozwiniętego nielegalnego obrotu i przemytu jak w Polsce. A zapowiadany u nas wzrost cen półlitrowej butelki wódki o ok. 1,4 zł nie zwiększy w istotny sposób szarej strefy. Myślę, że to zbyt mała zmiana. Ona musiałaby być na poziomie co najmniej 5-7 zł – twierdzi Marek Zuber.

Im wyższa wartość podwyżki akcyzy, tym większa chęć do prowadzenia własnej, domowej produkcji, o czym przekonuje prezes ZP PPS. Jego zdaniem, trudno określić, o ile to się zmieni. Nikt bowiem nie jest w stanie dziś oszacować, od jakiej bazy miałby być ten wzrost liczony. Nie wiemy, ile hektolitrów domowego alkoholu produkuje się rocznie. Można jedynie założyć, że te ilości, które są rekwirowane, stanowią niewielki procent produkcji. Natomiast Marek Zuber szacuje, że w domach będzie powstawać o kilka procent więcej trunków. Jednak będzie to bliżej 1-2% niż 8-9%.

– Domowym sposobem możemy wytwarzać dla własnych potrzeb wino, napoje fermentowane i piwo. Natomiast alkohole destylowane, czyli spirytusowe, nie mogą powstawać w ten sposób. Jeśli więc mówimy o legalnych działaniach, to decydują się na nie przeważnie pasjonaci. Dla nich cena tych wyrobów ma drugorzędne znaczenie, a podwyżka nie wpływa znacząco na wielkość wytwarzanych napojów – informuje były dyrektor Departamentu Podatku Akcyzowego w Ministerstwie Finansów.

Z kolei prezes Włodarczyk powołuje się na raport KPMG. Wynika z niego, że w 2011 roku szara strefa wyrobów spirytusowych stanowiła 9,5% całego rynku. Po podniesieniu akcyzy na wyroby spirytusowe w 2014 roku, wzrosła do poziomu 15-20% rynku w 2017 roku, na co wskazuje Raport Fundacji Republikańskiej. Według eksperta, kolejne podniesienie tego podatku doprowadzi zatem z dużym prawdopodobieństwem do istotnego rozwoju nielegalnego handlu alkoholem, pochodzącego z niepewnych źródeł.

– Jeśli rozpatrujemy wzrost przemytu lub nielegalnego nabycia wewnątrzwspólnotowego, to takiego zjawiska związanego z alkoholami słabszymi można obawiać się w krajach ościennych UE. U naszych sąsiadów akcyza na piwo czy wino pozostaje zdecydowanie mniejsza niż w Polsce. Natomiast w przypadku wyrobów spirytusowych ma to związek przede wszystkim z ich ceną. Jednak wielkość przemytu zależy w dużej mierze od sprawności działania służb granicznych i kontrolnych w kraju – podsumowuje Wojciech Bronicki.

W Polsce zanotowano największą umieralność na raka płuc w Unii Europejskiej. Sytuację pacjentów może zmienić innowacyjny lek zarejestrowany po 40 latach badań

0

W Polsce zanotowano największą umieralność na raka płuc w Unii Europejskiej. Sytuację pacjentów może zmienić innowacyjny lek zarejestrowany po 40 latach badań 1

W Polsce co roku nowotwór płuc rozpoznaje się u ok. 21 tys. pacjentów, a liczba chorych przekracza 25 tys. Roczna śmiertelność w wyniku tej choroby jest jednocześnie wyższa niż zachorowalność. Sytuacja pacjentów z tym typem nowotworu jest gorsza niż w innych krajach UE. O ile w przypadku niedrobnokomórkowego raka płuca, który stanowi zdecydowaną większość rozpoznań, w ostatnich latach na listy refundacyjne trafiło kilka nowoczesnych leków, o tyle pacjenci z rakiem drobnokomórkowym znajdują się w znacznie trudniejszej sytuacji, a ich rokowania są dużo gorsze. Szansę na wydłużenie i poprawę jakości życia stwarza im jednak pierwsza zarejestrowana niedawno immunoterapia.

– Sytuacja chorych z rakiem płuca jest w Polsce na tle Europy niestety nie najlepsza. Mamy ciągle najniższe nakłady na finansowanie leczenia raka płuca. Mimo że nastąpił wzrost z 2 do 4 proc., leczenie tego nowotworu jest pięciokrotnie mniej sfinansowane niż innych, a epidemiologicznie jest to największy zabójca polskiego społeczeństwa – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Chrostowski, prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie.

Rak płuca jest jednym z najczęściej diagnozowanych nowotworów. W Polsce rozpoznaje się go u ponad 21 tys. osób rocznie, a choruje na niego ok. 25 tys. W tej grupie ok. 15 proc., czyli ponad 3 tys. osób, choruje na drobnokomórkowego raka płuca (DRP). Pozostali to pacjenci z niedrobnokomórkową odmianą. O ile w jego przypadku zostało już zarejestrowanych wiele innowacyjnych terapii i również w Polsce miał w ostatnich latach ogromny postęp w leczeniu tego typu nowotworu, o tyle pacjenci z DRP wciąż mają bardzo złe rokowania.

 Drobnokomórkowy rak płuca to choroba, która do niedawna była bardzo poważnym wyzwaniem, ponieważ żadne nowoczesne metody postępowania się nie sprawdziły. Nie została potwierdzona jakakolwiek skuteczność w odniesieniu do grupy chorych z tym rozpoznaniem – mówi prof. Rodryg Ramlau z Katedry i Kliniki Onkologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

 W leczeniu raka drobnokomórkowego płuca przez ostatnie kilkadziesiąt lat panowała stagnacja, nic się nie działo. Dysponowaliśmy i nadal dysponujemy klasyczną chemioterapią, schematami dwulekowymi, a wszelkie metody, które były wprowadzane jako poprawa warunków leczenia, się nie sprawdziły – dodaje prof. Dariusz M. Kowalski z warszawskiego Centrum Onkologii, prezes Polskiej Grupy Raka Płuca.

Na DRP chorują zwykle osoby pomiędzy 65. a 70. rokiem życia, ale od kilku lat lekarze obserwują także występowanie tej choroby u młodszych pacjentów, nawet przed 40. rokiem życia. Co istotne, im młodsza osoba, tym bardziej agresywny przebieg ma choroba. 

 Cały czas spora część polskiego społeczeństwa pali papierosy i przebywa w niekorzystnych warunkach. Smog i inne uwarunkowania związane z zanieczyszczeniem środowiska również wpływają na rozwój raka płuca w Polsce – mówi Szymon Chrostowski.

Drobnokomórkowy rak płuca jest bardzo agresywny: szybko podwaja swoją masę, a jego leczenie nie przynosi oczekiwanych efektów, bo komórki nowotworowe szybko uodparniają się na leczenie chemioterapią. Ma też skłonność do przerzutów do kości, wątroby i przede wszystkim do centralnego układu nerwowego. Tylko 5 proc. chorych na ten typ nowotworu ma szansę przeżyć pięć lat od rozpoznania choroby. W całej grupie chorych na raka płuca pięcioletnie przeżycia uzyskuje się u 15 proc. osób.

W poszukiwaniu skutecznego leku firmy farmaceutyczne przebadały ponad 70 cząsteczek i żadna z nich dotąd nie okazała się przełomem w leczeniu drobnokomórkowego raka płuca. Sytuację zmienił atezolizumab – pierwsza immunoterapia w leczeniu DRP, zarejestrowana w UE jesienią ubiegłego roku.

 Mamy istotny postęp w leczeniu tej jednostki chorobowej. Na podstawie międzynarodowego badania klinicznego udowodniono, że połączenie standardowej dwulekowej chemioterapii z lekiem immunokompetentnym w sposób istotny wpływa korzystnie na leczenie chorych w pierwszej linii drobnokomórkowego raka płuca. Zarówno poprawia to jakość życia pacjentów, jak i wydłuża czas wolny od progresji procesu nowotworowego, ale również, co jest według mnie najistotniejsze, wydłuża znamiennie statystycznie czas przeżycia chorych z tą trudną w walce medycznej jednostką chorobową – podkreśla prof. Ramlau.

Immunoterapia zmusza układ odpornościowy pacjenta do tego, aby sam zwalczał komórki nowotworowe. Na świecie uważa się ją za medyczny przełom, który diametralnie zmieni leczenie m.in. wielu nowotworów czy chorób autoimmunologicznych.

W przypadku drobnokomórkowego raka płuca nowoczesna immunoterapia może wydłużyć życie średnio o dwa miesiące do ponad roku. To istotne zwłaszcza dla pacjentów z rozsianą postacią choroby, która dała już przerzuty do innych narządów, ponieważ ci mają najgorsze rokowania i zazwyczaj umierają nawet w ciągu kilku miesięcy od rozpoznania.

 W Polsce jest jeszcze kilka białych plam w leczeniu raka płuca drobnokomórkowego i niedrobnokomórkowego. Nadal są niezaspokojone potrzeby, ale na pewno zmiany w leczeniu raka drobnokomórkowego poprzez dołączenie immunoterapii do klasycznej chemioterapii to jedna z istotniejszych potrzeb do zaspokojenia w tej chwili – podkreśla prof. Dariusz M. Kowalski.

Jak ocenia Szymon Chrostowski, jeszcze przed 2018 rokiem można było mówić o „medycznej zapaści” w leczeniu raka płuca. W krótkim czasie pojawiły się nowe możliwości związane z diagnostyką molekularną, leczeniem sekwencyjnym, a na listę leków refundowanych trafia coraz więcej innowacyjnych preparatów. Problemem wciąż pozostaje jednak finansowanie.

 Narodowy Fundusz Zdrowia bardzo nisko wycenia te programy lekowe, szpitale ich nie kontraktują. Są placówki, gdzie nie leczy się raka płuca, ale są też takie ośrodki, które mają kontrakt w wysokości złotówki. Jest problem dużego zróżnicowania regionalnego pod względem leczenia tego nowotworu – mówi Szymon Chrostowski.

Rośnie rola firm rodzinnych w gospodarce. Wyzwaniem jest dla nich sprawne przekazanie biznesu młodszym pokoleniom

0

Przedsiębiorstwa rodzinne w Polsce są znaczącym eksporterem i pracodawcą. Podobnie jak pozostałe firmy borykają się z rosnącymi kosztami pracy czy zmianami podatkowymi, ale głównym wyzwaniem jest dla nich sukcesja pokoleniowa. Założyciele firm w okresie transformacji lat 90. zbliżają się do momentu, kiedy będą przekazywać funkcje operacyjne swoim następcom. Dlatego też potrzebują stabilnych ram prawnych, które będą im to umożliwiać. Problemem pozostaje również brak regulacji dotyczących fundacji firm rodzinnych i zagospodarowanie tych przedsiębiorstw, które nie znajdą sukcesorów, a mają istotne znaczenie w skali lokalnych rynków.

– Firmy rodzinne w polskiej gospodarce stanowią ponad 30 proc. wszystkich małych i średnich przedsiębiorstw. Trochę więcej w grupie mikro- i trochę mniej w grupie dużych firm, ale z pewnością jest to istotna populacja przedsiębiorstw w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Krzysztof Safin, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego.

W Europie, według European Family Businesses Organization, firmy rodzinne stanowią od 65 do 80 proc. wszystkich przedsiębiorstw, zapewniają 40–50 proc. miejsc pracy w sektorze prywatnym, a ich udział w tworzeniu europejskiego PKB sięga 80 proc. W Stanach Zjednoczonych firmy z własnością rodzinną generują 64 proc. PKB, 62 proc. zatrudnienia i co roku tworzą 78 proc. nowych miejsc pracy. Wśród przykładowych największych biznesów rodzinnych są niemiecki Volkswagen AG i amerykański Walmart.

Z kolei w Polsce ponad 2,3 mln działających firm jest własnością prywatną, z czego 828 tys. deklaruje, że są przedsiębiorstwami rodzinnymi – wynika z raportu Grant Thornton „Rodzinny biznes na Giełdzie”. Co istotne, gros właścicieli i zarządzających przedsiębiorstwami nie jest świadomych rodzinnego charakteru swojego biznesu albo nie identyfikują swojej działalności jako rodzinnej – szacuje się, że te stanowią aż 2,1 mln przedsiębiorstw. Podobne wnioski płyną z badań Instytutu Biznesu Rodzinnego, które pokazują, że w Polsce 92 proc. to firmy potencjalnie rodzinne (własność jest w rękach osoby lub rodziny), lecz tylko 36 proc. się za takie uważa.

Jak podkreśla ekspert wrocławskiej WSB, ta grupa przedsiębiorstw ma istotny udział w tworzeniu polskiego PKB, jest znaczącym eksporterem i pracodawcą oraz zapewnia istotne wpływy do budżetu państwa.

– Przedsiębiorstwa rodzinne to jest sól gospodarki rynkowej, podstawowa grupa firm. Te przedsiębiorstwa powstają tam, gdzie jest potrzeba i pomysł, gdzie próbuje się rodzinne pomysły przerodzić w biznes – mówi wykładowca WSB. – Wyzwania, które stoją przed firmami rodzinnymi w Polsce, są nieco inne niż dla ogółu przedsiębiorstw. Te podstawowe wiążą się z problemem sukcesji, która stanowi dla nich rzeczywisty problem – jak przekazać majątki, władzę i wartości, które tworzyły pokolenia.

Według danych Grant Thornton w latach 1989–1992 rokrocznie powstawało w Polsce ponad 600 tys. firm prywatnych. Pierwsze firmy rodzinne nadal funkcjonują w gospodarce. Potwierdza to też badanie Bisnode na zlecenie Fundacji Firmy Rodzinne. Według niego prawie 60 proc. firm prywatnych założonych w 1989 roku z powodzeniem działa do dziś.

Ich założyciele zbliżają się do momentu, kiedy będą przekazywać funkcje operacyjne swoim następcom, co oznacza, że polskie firmy rodzinne czeka fala sukcesji pokoleniowej. Z „Barometru firm rodzinnych” KPMG wynika, że 82 proc. właścicieli firm rodzinnych rozważa przekazanie własności firmy następnemu pokoleniu.

– Nie mamy dobrych wzorców, jak to robić. Nie wiemy, w jaki sposób docierać do młodych pokoleń, nie mamy odpowiednich modeli prawnych, finansowych i podatkowych. Z tego wynikają określone perturbacje i problemy – mówi dr hab. Krzysztof Safin. – Innym wyzwaniem sukcesyjnym jest to, że właściciele próbują jak najpóźniej przekazywać swoją władzę. W dalszym ciągu uważają swoje dzieci – mimo że mają po 40 lat – za niedostatecznie przygotowane i sądzą, że bez nich przedsiębiorstwa nie przetrwają. Narażają tym swoje firmy na perturbacje, a sukcesorów na pewien dyskomfort psychiczny.

Firmy rodzinne, podobnie jak pozostałe przedsiębiorstwa, borykają się z rosnącymi kosztami pracy, niedoborem pracowników, zmianami podatkowymi czy niestabilnym prawodawstwem, które przekłada się na ich niechęć do inwestowania. Oprócz rozwiązania tych problemów firmy rodzinne potrzebują też stabilnych ram prawnych, które będą im umożliwiać sprawne przekazanie biznesu kolejnemu pokoleniu. To istotne zwłaszcza w odniesieniu do najmniejszych mikroprzedsiębiorstw czy indywidualnej działalności gospodarczej.

– Pierwszy krok został zrobiony. Mamy zarząd sukcesyjny, istnieją już rozwiązania, które pozwalają przedsiębiorstwu nie upaść w sytuacjach krańcowych, czyli śmierci czy ciężkiej choroby właściciela – mówi dr hab. Krzysztof Safin.

Przez wiele lat śmierć właściciela firmy oznaczała m.in. wygaszenie kontraktów handlowych czy umów cywilnoprawnych, co rodziło poważne problemy nie tylko dla przedsiębiorstwa. Pod koniec 2018 roku zaczęła jednak obowiązywać ustawa o sukcesji firm rodzinnych, która umożliwia sprawne kontynuowanie działalności przedsiębiorstwa po śmierci jego właściciela. Zgodnie z nowymi przepisami właściciel może bezpłatnie zarejestrować w CEIDG swojego zarządcę sukcesyjnego, który po jego śmierci pokieruje firmą aż do momentu zakończenia formalności spadkowych.

– W Polsce zaczynamy dostrzegać istotny problem polegający na braku sukcesorów. Inne kraje, np. Niemcy czy Austria, doczekały się już pewnych rozwiązań prawnych, np. tworzenia platform, giełd dla tzw. przedsiębiorstw niechcianych, którym trudno znaleźć sukcesora. Te przedsiębiorstwa są ważne zwłaszcza dla rynków lokalnych, nie dlatego że są duże, ale ponieważ mają niebanalne kompetencje. Wraz z ich upadkiem te kompetencje, produkty czy usługi przepadają, a ludzie tracą pracę. Takie giełdy przedsiębiorstw rodzinnych tworzone są przez instytucje państwowe albo izby przemysłowo-handlowe. Są także chętnie odwiedzane przez naszych przedsiębiorców, którzy kupują niechciane firmy rodzinne i potrafią z nich zrobić wartościowych graczy lokalnych rynków – mówi wykładowca WSB.

Jak podkreśla, dla tej grupy przedsiębiorstw problemem wciąż pozostaje brak regulacji dotyczących fundacji firm rodzinnych.

– Powołujemy się często na przykłady Austrii czy Luksemburga, gdzie takie regulacje występują i – jak twierdzą przedsiębiorcy – przynoszą spodziewany efekt, bo wtedy cały majątek jest przenoszony do fundacji. Rodzina jest wówczas biernym uczestnikiem procesu zarządzania, a majątek oddaje się w ręce wyspecjalizowanych menadżerów, co zapewnia stabilność i ciągłość, o którą w przedsiębiorstwach rodzinnych przecież chodzi – mówi dr hab. Krzysztof Safin.

Dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego wrocławskiej WSB ocenia również, że dla firm rodzinnych, które mają własną specyfikę, bardzo istotne są współpraca, wzajemne wsparcie i wymiana doświadczeń.

– Dobrą okazją do skorzystania z tej formy współpracy i wsparcia będzie najbliższy Kongres Firm Rodzinnych, który odbędzie się we Wrocławiu w dniach 3–4 marca. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „Własność zobowiązuje” i szacujemy, że weźmie w niej udział 300–350 przedstawicieli firm rodzinnych, głównie z Dolnego Śląska – mówi dr hab. Krzysztof Safin.

Ministerstwo Klimatu: W ciągu kilku lat Polska stanie się wielkim placem budowy odnawialnych źródeł energii. Stabilność systemu ma gwarantować atom

Jak podkreśla Ireneusz Zyska, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu, w ciągu najbliższych kilku lat znacznie wzrośnie liczba inwestycji w odnawialne źródła energii. W zapewnieniu bezpieczeństwa energetycznego i stabilności systemu ważną rolę będą odgrywać projekty gazowe, mimo że Unia Europejska wycofuje się z ich finansowania, oraz energetyka jądrowa. Kolejny ważny filar to magazyny energii. – W kolejnych latach nowe technologie tak się rozwiną, że neutralność klimatyczna wcale nie jest wykluczona – mówi Zyska.

– Transformacja energetyczna trwa już od jakiegoś czasu, natomiast w tej chwili definiujemy jej kierunki, kładąc większy nacisk na rozwój odnawialnych źródeł energii. Jesteśmy po grudniowych aukcjach OZE, co pokazuje, że za rok, dwa, trzy Polska stanie się wielkim placem budowy w zakresie takich inwestycji. To zarówno generacja PV, jak i energia wiatrowa na lądzie i na morzu. Co istotne, na terenach wiejskich w projektach związanych z biogazem rolniczym, biogazem składowiskowym, ale też w miastach biogazem w ramach oczyszczalni komunalnych ścieków jesteśmy w stanie wygenerować kilka gigawatów energii, które też wpłyną na poprawę bilansu energetycznego – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ireneusz Zyska, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu.

Polska energetyka jest w tej chwili w blisko 80 proc. oparta na węglu. Rządowe strategie zakładają, że jego udział w produkcji energii elektrycznej będzie dominujący co najmniej w perspektywie dwóch kolejnych dekad, ale ma sukcesywnie spadać (do poziomu 55–60 proc. w 2030 roku). Równocześnie Polska będzie stawiać na dywersyfikację nośników energii, zwiększając udział OZE – z obecnego poziomu 14 proc. do ok. 21–23 proc. w 2030 roku.

Jednymi z najszybciej rozwijających się sektorów OZE są fotowoltaika oraz morska energetyka wiatrowa. Polskie wiatraki na Bałtyku mają zacząć produkować energię około 2025 roku, natomiast do 2040 roku planowane jest już oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w Polskiej Wyłącznej Strefie Ekonomicznej na Bałtyku.

Jak podkreśla sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu, dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski, jak i całej Unii Europejskiej w dalszym ciągu ogromne znaczenie będzie mieć gaz. Zdywersyfikować dostawy tego surowca na krajowy rynek ma budowany na dnie Morza Północnego gazociąg Baltic Pipe, który ma być gotowy pod koniec 2022 roku, ale w Polsce niezbędnych jest też szereg inwestycji w infrastrukturę gazową, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Tymczasem wraz z obecną perspektywą finansową UE mają skończyć się fundusze unijne na projekty gazowe. W listopadzie ub.r. Europejski Bank Inwestycyjny (EBI), którego akcjonariuszami są państwa UE, zadecydował o wycofaniu się z finansowania projektów gazowych od 2021 roku.

– Zarówno Niemcy, jak i inne kraje skazują się na import gazu. Budowa gazociągu Nord Stream 2 pokazuje, że w przyszłości ten surowiec będzie miał ogromne znaczenie dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego nie tylko Polski, ale też całej UE – mówi Ireneusz Zyska. – Jestem optymistą i wierzę, że uda się uzyskać zmianę stanowiska UE i Komisji Europejskiej w zakresie finansowania projektów gazowych. Gdyby się tak nie stało, to wszystkie dane ekonomiczne pokazują, że projekty gazowe są opłacalne, nawet dość szybko przynoszą dużą stopę zwrotu.

Jak podkreśla, dla zapewnienia stabilności systemu energetycznego niezbędne będzie też wprowadzenie do bilansu energetycznego energetyki jądrowej. Zgodnie z projektem Polityki energetycznej Polski do 2040 roku pierwszy blok elektrowni atomowej (o mocy ok. 1–1,5 GW) uruchomiony zostanie ok. 2033 roku. Kolejne pięć bloków ma być uruchamianych co dwa–trzy lata.

– Aby zapewnić stabilną energię dla przemysłu energochłonnego i dużych aglomeracji miejskich, musimy mieć stabilną energię w podstawie. Tu nie chodzi o pojedyncze domy czy małe społeczności miejskie, gdzie możemy i będziemy rozwijać klastry energii i cały system prosumencki. Atom jest nam niezbędny do zapewnienia stabilności dostaw energii w podstawie, ale też stabilizacji całego systemu, biorąc pod uwagę piki dostaw energii, które występują w przypadku niestabilnych OZE – mówi Ireneusz Zyska.

Kluczowe dla stabilności systemu będą również magazyny energii, które łagodzą obciążenia sieci elektroenergetycznej w szczytach, gromadząc energię, kiedy następuje jej nadprodukcja. Uregulowanie statusu prawnego instalacji magazynowania energii to cel nowelizacji Prawa energetycznego, zaproponowanej przez Ministerstwo Energii, która ma szansę trafić do Sejmu wiosną.

– W Gaju Oławskim, niedaleko Oławy na Dolnym Śląsku, rozwija działalność Energetyczny Klaster Oławski i budowany jest magazyn energii oparty na wodorze, który będzie produkowany w ramach elektrolizy bezpośrednio z energii odnawialnej – mówi Ireneusz Zyska.

Jak podkreśla, zaawansowane technologie wodorowe mogą być też wykorzystywane do wychwytywania i absorpcji dwutlenku węgla.

Jestem pewien, że do roku 2050 nowe technologie tak się rozwiną, że ta neutralność klimatyczna wcale nie jest wykluczona. Oczywiście Polska jest w innym momencie rozwoju przemysłowego niż Dania, Szwecja czy nawet Niemcy, ale paradoksalnie może być to wielką szansą dla naszego kraju, bo możemy od razu przeskoczyć na wyższy poziom cywilizacyjny – mówi sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu.

Polacy spożywają coraz więcej cukru. Winne są nie tylko złe nawyki, lecz także praktyki producentów żywności

Coraz więcej osób stara się unikać nadmiaru cukru w diecie poprzez ograniczenie słodzenia herbaty czy kawy. Mimo to spożywamy go ponad 6 kg więcej niż dekadę temu. Jak wskazuje raport Ministerstwa Zdrowia, za ten wzrost odpowiada cukier „ukryty” w różnego typu produktach, np. jogurtach. Wraz z coraz mniejszą aktywnością społeczeństwa skutkuje to problemami z nadwagą i otyłością oraz różnymi chorobami dietozależnymi, np. cukrzycą. – Trzeba nie tylko wpłynąć na nawyki społeczeństwa, lecz także na praktyki producentów żywności – podkreśla  Maria Libura z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

– Polacy są coraz bardziej świadomi, że cukier nie służy zdrowiu. Jednak z drugiej strony jego spożycie stale rośnie. Dzieje się tak ze względu na konsumpcję tzw. cukru ukrytego, który znajduje się głównie w wyrobach przetworzonych. Dosładzane bywają również produkty uznawane powszechnie za zdrowe, takie jak jogurty. Obecnie jedna osoba w ciągu roku może spożyć nawet do 44 kg cukru pod różnymi postaciami – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maria Libura, ekspert ds. zdrowia z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Ubiegłoroczny raport Narodowego Funduszu Zdrowia „Cukier, otyłość – konsekwencje” wskazuje, że w ciągu 10 lat spożycie „czystego” cukru spadło o 5,7 kg, ale o prawie 12 kg wzrosła konsumpcja cukru „ukrytego”. To efekt zmiany naszych nawyków – jemy coraz częściej gotowe potrawy, które często konserwowane są cukrem. Chętniej niż kiedyś kupujemy też słodkie napoje i przekąski.

– Zmiany nawyków żywieniowych jednostek nie rozwiążą problemu. Ważne jest, aby wpłynąć na producentów, czyli przemysł spożywczy. Oznakowania powinny być jaśniejsze dla przeciętnego konsumenta, ponieważ niewiele osób podczas zakupów uważnie czyta etykiety. Istotne są również regulacje, które doprowadzą do rzeczywistej redukcji zawartości cukru w produktach, w szczególności tam, gdzie nie jest potrzebny – zwraca uwagę Maria Libura.

Dodatkowo zdarza się, że producenci żywności nie są całkowicie szczerzy wobec konsumentów. Umieszczając na opakowaniu chwytliwe hasła, odwracają uwagę od jego zawartości.

– Cukier po prostu ludziom smakuje, jesteśmy tak zaprogramowani ewolucyjnie, że lubimy to, co słodkie, a przemysł spożywczy w jakimś sensie to wykorzystuje. Zdarzały się takie historie, jak np. dosypywanie cukru do produktów z warzyw, np. w puszkach. Kupując taki produkt, konsument nie ma bladego pojęcia, że ma on dodatkową wkładkę cukrową – podkreśla ekspertka ds. zdrowia. – Takie kwestie zależą od regulacji państwowych, a być może nawet na poziomie Unii Europejskiej, bardziej niż od zachowania konsumenta.

Jak podkreśla, nie chodzi tutaj o zakaz dosładzania produktów, tym bardziej że często cukier jest stosowany jako naturalny konserwant i alternatywa dla sztucznych.

– Ważne, żeby nie przesładzać produktów. Skuteczne wprowadzenie tego typu regulacji bywa niezwykle trudne, a nawet czasami jest zwyczajnie pułapką, bo może się okazać, że wyeliminujemy jakieś produkty tradycyjne, regionalne – mówi Maria Libura. – Potrzebujemy większego dialogu pomiędzy regulatorami, czyli państwami a przemysłem spożywczym, który sam z siebie niekoniecznie narzuca sobie ograniczenia.

To może się zmienić ze względu na skalę problemów zdrowotnych wynikających ze złej diety i niewystarczającej aktywności fizycznej. Dane przywoływane przez NFZ wskazują, że osoby, których zgon można powiązać z konsekwencjami spożycia napojów słodzonych, żyły średnio o 15 lat krócej niż pozostałe osoby w ich wieku.

– W Polsce nawet 60 proc. dorosłych mężczyzn i 40 proc. kobiet cierpi z powodu nadwagi, a wśród nastolatków te proporcje wynoszą 30 proc. w przypadku chłopców i 15 proc. w przypadku dziewczyn – mówi Maria Libura.

W związku z rosnącym problemem nadwagi i otyłości będzie wzrastać także liczba chorych na cukrzycę i inne choroby dietozależne, a wraz z nimi – również wydatki na ich leczenie.

– Cukrzyca, która jest chorobą metaboliczną, dotyka już prawie 3 mln Polaków. Narodowy Fundusz Zdrowia kosztuje ona około 2 mld zł rocznie, natomiast gdyby popatrzeć na całkowite koszty pośrednie i bezpośrednie, to wedle wyliczeń niektórych badaczy, np. Instytutu Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej, to może być nawet 7 mld zł – mówi Maria Libura.

Otyłość u młodych osób często jest powodem występowania zaburzeń psychicznych oraz psychologicznych. Przez kompleksy związane z tuszą wielokrotnie dochodzi do obniżenia własnej samooceny i unikania kontaktów społecznych. Problem nadmiernego spożycia cukru ma swoje konsekwencje również w powiększającej się liczbie osób cierpiących na schorzenia wynikające bezpośrednio ze złych nawyków żywieniowych: nadciśnienia, bólu stawów i pleców, a także duszności.

– W krajach, które mają skuteczne programy redukcji otyłości, opierają się one na dwóch filarach. Pierwszym jest zdrowe odżywianie. Tutaj nie możemy się ograniczać do samej edukacji i przekazu: „żyj zdrowo”, ale trzeba wprowadzać określone programy, które obejmują np. stołówki szkolne. Drugim filarem musi być zwiększona aktywność. Dzieci często chcą się zwalniać z lekcji WF-u, a rodzice im na to pozwalają. Problemem może być też nie do końca atrakcyjna dla dzisiejszego młodego człowieka forma tych zajęć – mówi ekspertka Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Rośnie zapotrzebowanie na pracowników branży utrzymania czystości. Sektor zatrudnia już 700 tys. osób

Rozwój sektora budowlanego napędza koniunkturę w profesjonalnych usługach utrzymania czystości. W Europie zatrudnienie w sektorze wzrosło w ciągu 20 lat dwukrotnie, do ok. 4 mln osób. W Polsce w branży czystości pracuje ich 700 tys., z czego co siódma w sektorze sprzątania domowego. Zapotrzebowanie na ich usługi dynamicznie rośnie. – Branża poszukuje dzisiaj w zasadzie każdego pracownika, zaczynając od personelu liniowego, kończąc na menadżerach – mówi Marek Krzemieniewski, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Czystości.

Z danych European Cleaning and Facility Services Industry wynika, że w Europie w branży utrzymania czystości działa 277 tys. firm,  a zatrudnienie sięga 4 mln osób. Średnie roczne obroty od 25 lat rosną o ok. 9 proc., a łączny obrót w branży w ciągu ostatnich 20 lat wzrósł trzykrotnie i sięga już 107 mld euro.

– W Polsce ten rynek rozwija się jeszcze bardziej dynamicznie. Jego wartość szacujemy na 17 mld zł, a zatrudnienie na 700 tys. osób. Branżę można podzielić na dwie grupy: profesjonalne firmy, które świadczą usługi na rzecz biznesu przemysłowego, i około 100 tys. osób, które pracują w sektorze sprzątania domowego – mówi agencji Newseria Biznes Marek Krzemieniewski, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Czystości.

Jak przypomina prezes PIGC, branża utrzymania czystości to nie tylko firmy sprzątające, ale też producenci chemii, maszyn i sprzętu.

– Rozwój sektora budowlanego napędza koniunkturę w usługach utrzymania czystości. W Polsce budują się nowe centra handlowe, logistyczne, szpitale, biurowce i tutaj jest największy potencjał rozwoju tego rynku – mówi Marek Krzemieniewski. – Kilka lat temu mieliśmy bardzo dużo firm usługowych, które rywalizowały między sobą o kontrakty. Teraz są kontrakty, ale jest problem z realizacją usług.

Firma doradcza Savills prognozuje, że w 2019 roku powstało ok. 745 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej (łącznie w całej Polsce wynosi ona 11,1 mln mkw.). Powierzchnia handlowa zyskała dodatkowe 315 tys. mkw. i dziś wynosi 12,4 mln, z kolei powierzchnia magazynowo-przemysłowa zwiększyła się o 2,7 mln mkw. (do 18,4 mln mkw.). Dynamiczny rozwój nieruchomości komercyjnych sprawia, że szybko rośnie także zapotrzebowanie na usługi utrzymania czystości. Branża cierpi jednak na braki kadrowe.

– Branża utrzymania czystości poszukuje dzisiaj w zasadzie każdego pracownika, którego można zaadaptować pod dane potrzeby tego rynku, zaczynając od personelu liniowego, a kończąc na menadżerach – przekonuje Krzemieniewski.

Jak podkreślają eksperci PIGC, sektor staje się ważnym pracodawcą nie tylko w skali lokalnej, lecz również w kontekście makroekonomicznym. Tym bardziej że przyczynia się do aktywizacji osób wcześniej biernych zawodowo lub tych, które mają trudny start zawodowy. Dodatkowo personel sprzątający staje się coraz bardziej wykwalifikowany, a co za tym idzie – praca jest bardziej rozwojowa. Pojawia się nowy sprzęt, techniki usprawniające prace, a personel może korzystać z odpowiednich szkoleń.

– Dobre wyedukowanie pracownika liniowego trwa około trzech dni roboczych. Jeżeli weźmiemy pod uwagę kadrę menadżerską, profil szkolenia przewiduje około dwóch tygodni ciężkiej pracy – wskazuje Marek Krzemieniewski.

Zielona energia w Polsce – legislacja musi nadążać za zmianami technicznymi

W ubiegłych latach można było obserwować w Polsce pewne zmiany legislacyjne w zakresie rozwoju energetyki odnawialnej, czy szeroko rozumianej energetyki rozproszonej. Wydaje się jednak, że jeszcze wiele przed nami. W ostatnich miesiącach rząd bardzo intensywnie myśli o wsparciu tego sektora energetyki. Niedawno ogłoszono projekt tzw. ustawy offshorowej, dotyczącej rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. To zdecydowanie pozytywny sygnał. Coraz więcej ministrów podejmuje temat zmian w zakresie energetyki rozproszonej, czyli spółdzielni energetycznych i klastrów energii. Ich efektywne działanie wymaga jednak jeszcze podjęcia wielu działań i impulsów rozwojowych. Długo oczekiwana ustawa offshore powinna stworzyć solidną bazę do rozwoju zielonej energii w Polsce.

– Cieszy również postawa rządu, który kładzie nacisk na kolejne aukcje dla odnawialnych źródeł energii, co daje pewną perspektywę dla inwestorów – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Szambelańczyk, partner, WKB Lawyers. – Całościowe spojrzenie pozwala więc stwierdzić, że w zakresie zielonej energii Polska jest już dość daleko. Nadal jednak są działania, które należy podjąć. Dotyczą one wdrażania operatora informacji pomiarowych, uporządkowania baz prawnych dla rozwoju magazynów energii rozproszonej. Pozostaje jeszcze kwestia elektromobilności w Polsce. Ustawa w tym zakresie już działa, chociaż ma pewne mankamenty. Niektóre kwestie zdecydowanie powinny zostać uzupełnione i doprecyzowane. Projekt nowelizacji prawa energetycznego również zawiera pewne poprawki w jej zakresie, które mają usprawnić jej funkcjonowanie. W przypadku tego rodzaju technologii legislator zawsze będzie jednak pół kroku za rozwiązaniami technicznymi. Ważne jest, aby nie zwiększać tego dystansu i starać się dostosowywać się do tempa zmian. Sytuacja mogłaby więc być lepsza, jednak działania rządu i ministerstwa zmierzają w dobrym kierunku. Legislacja musi bowiem nadążać za zmianami technicznymi – wyjaśnił Szambelańczyk.

Dr Sławomir Dudek głównym ekonomistą Pracodawców RP

Dr Sławomir Dudek, ekspert ds. finansów publicznych i wieloletni pracownik Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie został głównym ekonomistą Pracodawców RP. Jest też m.in. członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Cieszę się, że swoją wiedzę, kompetencje i doświadczenie zdobyte podczas wieloletniej pracy w Ministerstwie Finansów oraz jako pracownik naukowy Szkoły Głównej Handlowej będę mógł wykorzystać dla dobra debaty publicznej i dialogu społecznego – powiedział dr Sławomir Dudek komentując objęcie funkcji głównego ekonomisty w Pracodawcach RP, najstarszej i największej organizacji pracodawców w Polsce – Chciałbym również uczestniczyć w integracji środowiska naukowego, think-tanków analitycznych i partnerów dialogu społecznego na rzecz podnoszenia jakości debaty publicznej – niech ta debata będzie „tłoczona z danych”. Chcę też mówić w sposób zrozumiały dla każdego o konsekwencjach działań w zakresie polityki społeczno-gospodarczej.

Szczególnym wyzwaniem jest w najbliższym okresie spowolnienie gospodarcze, które stawia przed nami zadanie dostarczenia możliwie najlepszych analiz i prognoz, aby polski biznes mógł jak najlepiej  przygotować się na tę okoliczność i dobrze wejść w fazę następnego ożywienia. Przed nami również dyskusja nad bardzo trudnym budżetem na 2021 rok i ścieżką wzrostu płacy minimalnej, która budzi niepokój przedsiębiorców – dodał główny ekonomista Pracodawców RP.

Od 2003 r. dr Dudek jest związany z Instytutem Rozwoju Gospodarczego warszawskiej SGH, której rektor kilkukrotnie nagradzał go za badania naukowe. W latach 2012-2019 przewodniczył polskiej delegacji na posiedzenia Economic Policy Committee (Komitetu Polityki Gospodarczej) przy OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).

W latach 1996-2019 Sławomir Dudek był pracownikiem Ministerstwa Finansów, gdzie m.in. kierował Wydziałem Symulacji i Prognoz Makroekonomicznych (2001-2008), a następnie zajmował stanowiska zastępcy dyrektora (2008-2012) i dyrektora Departamentu Polityki Makroekonomicznej (2012-2019). W resorcie zajmował się m.in. analizami i prognozami makroekonomicznymi oraz fiskalnymi i budżetowymi, a także analizą ekonomiczno-finansową najważniejszych reform i zmian w zakresie polityki społeczno-gospodarczej. Uczestniczył również w budowie modeli ekonomicznych i ekonometrycznych.

W swojej działalności naukowej dr Dudek koncentruje się na finansach publicznych, wahaniach cyklicznych w gospodarce, prognozach gospodarczych, systemie podatkowym i badaniach nastrojów gospodarstw domowych. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu publikacji i referatów.

Opracowano pierwsze przenośne urządzenie z interfejsem mózg–komputer. Pomoże m.in. w sterowaniu telewizorem i samochodem

Na rynku są już dostępne interfejsy mózg–komputer, które pozwalają kontrolować roboty przy użyciu samych myśli. Naukowcy opracowali bezprzewodowy i przenośny interfejs tego typu, który wykorzystuje algorytm głębokiego uczenia się do sterowania wózkiem inwalidzkim. Francuski start-up wprowadza zaś na rynek pierwsze urządzenie do noszenia z interfejsem mózg–komputer, które zapewnia kontrolę w czasie rzeczywistym. Może ono zrewolucjonizować branżę rozrywkową, pomóc w obsłudze telewizora czy samochodu.

– NextMind to elektronika do noszenia, której głównym zadaniem jest umożliwienie użytkownikowi kontrolowanie danego urządzenia lub komputera za pomocą mózgu – mówi agencji Newseria Innowacje Sune Alstrup ze start-upu NextMind. – Wcześniej nie mieliśmy dostępu do interfejsu mózg–komputer bez ogromnego zestawu okularów ani kontroli nad urządzeniem w czasie rzeczywistym. To pierwsze takie urządzenie do noszenia z interfejsem tego typu, które zapewnia kontrolę interfejsu w czasie rzeczywistym.

NextMind opracował interfejs mózgkomputer (BCI), który tłumaczy sygnały z kory wzrokowej na polecenia cyfrowe. To elektroencefalogram do noszenia – osiem elektrod przyczepionych do tylnej części głowy za pomocą prostego paska na czoło odbiera fale mózgowe z kory wzrokowej. Aby korzystać z urządzenia, użytkownik musi skoncentrować się na określonym obiekcie. Dzięki reakcji w korze wzrokowej generowane są wzorce fal mózgowych do odczytu maszynowego. Taki neurosynchronizm jest następnie wykorzystywany do przełożenia uwagi wzrokowej na polecenia komputera. W przyszłości, jak zapowiadają twórcy, urządzenie ma działać nawet przy zamkniętych oczach.

– Interfejs może być wykorzystywany w samochodzie, można także zmieniać kanały telewizyjne lub kontrolować za pomocą mózgu różne opcje w komputerze. Można sobie również wyobrazić grę, i to w dość niedalekiej przyszłości. Zestaw może mieć wbudowany czytnik, co pozwala zagrać w grę w wirtualnej rzeczywistości za pomocą mózgu, bez użycia rąk czy głosu, z wykorzystaniem do tego różnych metod obsługi jednocześnie. Używamy więc razem umysłu, głosu i gestów – tłumaczy Sune Alstrup.

Urządzenie umożliwia przełączanie kanałów telewizyjnych za pomocą umysłu, zmianę dźwięku czy wydawanie poleceń podczas gier. NextMind opracował też aplikację dla okularów rzeczywistości rozszerzonej. Wykorzystuje śledzenie wzroku, gesty i mowę w celu uzupełnienia sygnałów mózgowych.

– Będzie ono dostępne już niedługo, bo w drugim kwartale tego roku, za 399 dol. Jeśli ktoś posiada zestaw Oculus, będzie mógł tworzyć własną grę za pośrednictwem umysłu. To bardzo niedaleka przyszłość – przekonuje Sune Alstrup.

Interfejsy mózg–komputer pozwalają na coraz więcej. Ctrl-labs, nowojorski start-up, rozwija opaskę na rękę, która tłumaczy sygnały mięśniowo-mózgowe na polecenia interpretowane maszynowo. We wrześniu 2019 roku firmę przejął Facebook. Zespół naukowców z Carnegie Mellon University, we współpracy z University of Minnesota, korzystając z nieinwazyjnego interfejsu tego typu, opracował pierwsze w historii sterowane umysłem ramię robota. Dotychczas kontrola była możliwa tylko dzięki implantom. W przyszłości interfejs mózg–komputer mógłby zastąpić uwierzytelnianie za pomocą tradycyjnych haseł.

– Przez następne lata będziemy obserwować, jak technologia zmienia swoje zastosowania, zaczynając od sterowania telewizorem, a kończąc na byciu nieodłączną częścią naszej interakcji z urządzeniami – ocenia Sune Alstrup. – Sądzimy, że urządzeń z wbudowanym interfejsem będzie coraz więcej. Klienci będą potrzebowali różnych sposobów interakcji z takimi urządzeniami i będzie to możliwe dzięki interfejsowi mózg–komputer.

Sztuczna inteligencja uchroni uprawy przed szkodnikami. Opryski będą stosowane tylko tam, gdzie występują

Nowe technologie coraz skuteczniej wspierają pracę rolników. Dzięki inteligentnej platformie tworzonej przez polski start-up uda się uchronić uprawy przed działaniem szkodników poprzez stosowanie chemicznych oprysków wyłącznie w miejscach, w których jest to konieczne. Wykonywane przez autonomiczne drony fotografie zastąpią zdjęcia satelitarne w procesie planowania obfitości wysiewów nasion, a oparty na działaniu robotów system wykona za rolnika szereg prac, począwszy od przygotowania gleby, aż po umieszczenie sadzonek na grządkach.

– System SmartGrow będzie się składał z platformy obliczeniowej ze specjalistycznym algorytmem oceny i predykcji danych, systemu czujników mierzących parametry środowiska wzrostu roślin oraz w pełni zautomatyzowanej cyfrowej pułapki feromonowej – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Piech, członek zarządu SmartGrow.

Projekt realizowany przez polski start-up ma na celu optymalizację procesów ochrony roślin. Dzięki powstającemu systemowi SmartGrow plantatorzy będą mogli w optymalny sposób stosować preparaty chemiczne. Dzięki temu ich skuteczność będzie dużo większa, a rośliny będą mniej obciążone pozostałościami chemicznymi.

– Informacje z czujników będą spływały do naszej platformy, dzięki czemu będziemy mogli uzyskać informacje o momencie pojawienia się szkodnika, jego ilości oraz tendencji rozwojowej. Plantator mając takie informacje, będzie mógł dynamicznie i racjonalnie podejmować działania odnośnie do ochrony roślin, przez co zwiększy się jego ekonomia w gospodarstwie, zaoszczędzi czas, a co najważniejsze, rośliny będą mniej obciążone chemią – wyjaśnia Grzegorz Piech.

Jak zapowiadają twórcy, rozwiązanie już niebawem może zacząć być testowane na plantacjach jednej z największych grup producenckich w Polsce.

Tymczasem inteligentne rozwiązania w coraz bardziej zaawansowany sposób zmieniają obraz współczesnego rolnictwa. Jedną z firm mocno promujących wdrożenia nowych technologii w rolnictwie jest Peterson Farms Seed, która specjalizuje się w nasionach kukurydzy i soi. Zdjęcia satelitarne są przez nią wykorzystywane do racjonalizacji wysiewu i nawożenia. Proces ten znacznie przyspieszają metody takie jak obrazowanie wielospektralne i urządzenia takie jak autonomiczne drony. Firma korzysta z platformy analitycznej Sony Electronics Professional Solutions of America. System zamontowany jest na dronie Quadcopter Phantom 4 firmy DJI, który po utworzeniu planu lotu sam startuje i zaczyna rejestrować obrazy pola. Mapę umożliwiającą zróżnicowanie obfitości wysiewu można wygenerować w ciągu kilku minut po locie, również w trybie offline.

Innowacyjne podejście do rolnictwa wykazuje też Small Robot Company, brytyjski start-up agrotechniczny, oferujący model „rolnictwa jako usługi” (FaaS). W jego ramach mały robot zbiera dokładne i aktualne informacje o uprawach poszczególnych roślin w gospodarstwie, drugi analizuje te dane i podaje instrukcje kolejnym dwóm robotom. Trzeci odpowiada za wysiew i ochronę przed chwastami poprzez mikrooprysk, spalanie lub kruszenie. Czwarty wyposażony jest natomiast w zrobotyzowane wiertło służące do sadzenia nasion i rejestruje, gdzie zostały posadzone nasiona.

–  Każde rozwiązanie, które optymalizuje procesy w strefie agro, jest oczekiwane na rynku. Nasi odbiorcy to producenci środków ochrony roślin, dystrybutorzy oraz profesjonalni plantatorzy. To świadomi klienci, który oczekują tego typu rozwiązań – twierdzi członek zarządu SmartGrow.

Według MarketsandMarkets rynek inteligentnego rolnictwa został wyceniony w 2017 roku na 6,34 mld dol. Do 2023 r. ma osiągnąć wartość 13,50 mld dol.

Jak koronawirus wpływa na rynek walutowy? Co może wydarzyć się dalej?

Przez ostatnie kilka tygodni rynki finansowe nie traciły z oczu doniesień dotyczących trwającej w Chinach epidemii Covid-19 (wcześniej określanego jako 2019-nCoV). Obawy związane z koronawirusem nie pozostały bez wpływu na zachowanie rynków finansowych, w tym rynku walutowego.

Do momentu powstania niniejszego raportu odnotowano około 43 tys. przypadków zarażenia koronawirusem w 28 krajach świata. W konsekwencji śmierć poniosło nieznacznie ponad 1000 osób*. Blisko 60 mln osób znajduje się w izolacji, część najbardziej ruchliwych punktów komunikacyjnych w chińskich miastach jest niemalże pusta. Początek epidemii zbiegł się w czasie z jednym z kluczowych momentów w roku dla Chin, czyli Chińskim Nowym Rokiem. Co roku w tym okresie zwiększone przychody notują firmy zajmujące się transportem, turystyką i sprzedażą detaliczną. W związku z powyższym, efekt negatywnego wpływu na chińską gospodarkę z tytułu rozprzestrzeniania się wirusa w tym okresie może być znaczący.

W okolicy Chińskiego Nowego Roku odbywa się średnio 3 mld podróży, co czyni ten czas najbardziej wzmożonym tego typu okresem w roku. Niepokój związany z rozprzestrzenianiem się koronawirusa bez wątpienia zniechęcił do podróży odwiedzających z zagranicy, jak również ograniczył ruch wewnętrzny w Chinach (ograniczając podróże służbowe oraz ruch towarów i usług). W związku z powyższym, epidemia odbije się szczególnie na przedsiębiorstwach świadczących usługi transportowe, sklepach detalicznych oraz hotelach. Rozprzestrzenianie się wirusa najpewniej zakłóci również międzynarodowe łańcuchy dostaw, co jest dość niepokojącym zjawiskiem z uwagi na istotną rolę, jaką Chiny odgrywają w handlu międzynarodowym.

Negatywny wpływ koronawirusa na aktywność biznesową w Chinach, najpewniej zostanie jednak ograniczony przez fakt, że większość fabryk i przedsiębiorstw w kraju była i tak przygotowana na wstrzymanie działalności ze względu na wspomniane święto. Większość z nich planowała przerwę o długości od dwóch do czterech tygodni.

Przez znaczną część stycznia szkodliwy potencjał koronawirusa nie był jeszcze oczywisty. Indeks aktywności biznesowej w przemyśle – Caixin PMI – znalazł się w tym okresie na dość dobrym poziomie, pozostając powyżej wartości 50 pkt oddzielającej ekspansję od kurczenia się sektora. Mimo to sądzimy, że właściwym pytaniem, które należy obecnie zadać, nie jest to, czy epidemia koronawirusa wpłynie negatywnie na gospodarkę Chin, a to, jak dużych szkód można się spodziewać z tego tytułu. W ostatnich dniach agencja ratingowa S&P, podobnie jak wiele innych ośrodków, zdecydowała się obciąć prognozy wzrostu gospodarczego Chin w 2020 roku. Obecnie agencja spodziewa się wzrostu na poziomie 5%, wobec wcześniejszego szacunku zakładającego ekspansję gospodarczą rzędu 5,7%.

Konsekwencją epidemii było pozbywanie się akcji przez inwestorów: porzucali oni bardziej ryzykowne inwestycje na rzecz bezpieczniejszych obligacji rządowych. Po otwarciu giełd po Księżycowym Nowym Roku, indeks Shanghai Composite odnotował największy dzienny spadek od czterech lat, kończąc sesję spadkiem o 8% (Wykres 1).

Wykres 1: Indeks Shanghai Composite (luty ‘19 – luty ‘20)

Indeks Shanghai CompositeŹródło: Refinitiv Datastream Data: 11/02/2020

Inwestorzy na rynku walutowym zachowali się w przewidywalny sposób, kupując waluty uznawane powszechnie za bezpieczne oraz wyprzedając waluty krajów, których gospodarki są najsilniej uzależnione od chińskiego popytu. Jak zwykle w sytuacji, gdy na rynkach finansowych panuje niepewność, aprecjacji doświadczyły jen japoński i frank szwajcarski. Ten ostatni w parze ze złotym na przełomie stycznia i lutego znalazł się najwyżej od blisko czterech miesięcy, przekraczając psychologiczną barierę 4,0. Miało to związek nie tylko z siłą franka szwajcarskiego, ale też słabością polskiego złotego, który w parze z euro na przełomie stycznia i lutego znalazł się na poziomie 4,30, właśnie m.in. w związku z koronawirusem.

Wykres 2: Kurs CHF/PLN (listopad ‘19 – luty ‘20)

Kurs CHFŹródło: Refinitiv Datastream Data: 11/02/2020

Nie jest zaskoczeniem, że w ostatnich tygodniach agresywnej wyprzedaży doświadczył też juan chiński, którego kurs w stosunku do dolara amerykańskiego przekroczył psychologiczną barierę 7 juanów za dolara. Waluta Chin osłabiła się również w relacji do szeregu walut gospodarek wschodzących, w tym w relacji do części innych walut Azji, które też doświadczyły deprecjacji w kontekście koronawirusa. M.in. ze względu na istotną rolę, jaką dla rynku ropy naftowej odgrywa chiński popyt, ceny tego surowca również zaczęły spadać, od początku roku obniżając się o blisko 20%. Spadające ceny ropy przyczyniły się do osłabienia walut krajów, dla gospodarek których istotną rolę odgrywa eksport surowca. Tym samym deprecjacji doświadczyły korona norweska oraz dolar kanadyjski. Epidemia koronawirusa miała również pośredni wpływ na waluty krajów, które w istotnym stopniu są zależne od popytu z Chin – z tego względu deprecjacji doświadczył dolar australijski.

Niemniej należy zwrócić uwagę, że rynek walutowy przez większość czasu pozostawał względnie stabilny. W ostatnich dniach zaczęliśmy obserwować poprawę sentymentu i stopniowe odwracanie wcześniejszych trendów. W tym kontekście warto podkreślić niedawne ożywienie juana chińskiego, którego kurs zbliżył się do poziomu dość bliskiego notowanemu na początku tego roku, oraz wygaszanie przepływów w kierunku safe-haven. Ożywienia doświadczają również rynki papierów wartościowych. Zarówno indeks S&P 500, jak i Dow Jones Industrial Average znajdują się obecnie wyżej niż na początku roku kalendarzowego, jak i rok temu. Wspomniany wcześniej indeks Shanghai Composite obecnie nie kontynuuje spadków, a raczej stabilizuje się po odrobieniu części strat. Może to sugerować, że niepewność dotycząca potencjalnych ekonomicznych skutków epidemii koronawirusa zaczyna zanikać.

Inwestorów może uspokajać fakt, że zasięg wirusa przynajmniej dotychczas był ograniczony głównie do granic Chin. Z 43 129 potwierdzonych przypadków koronawirusa (stan na 09:53 GMT 11 lutego 2020) 42 658 (98,9%) odnotowano w Chinach. Poza granicami kraju zaobserwowano jedynie dwa przypadki śmiertelne (0,2% wszystkich zgonów). Większość przypadków potwierdzonych zachorowań oraz zgonów (odpowiednio 73,6% i 95,7%) zarejestrowano w chińskiej prowincji Hubei, która uznawana jest za ognisko epidemii. Zgodnie z najnowszymi doniesieniami liczba nowych zakażonych stabilizuje się. Na podstawie danych o liczbie zachorowań na koronawirusa oraz przypadków śmiertelnych przekształconych w wykres logarytmiczny (co pozwala ograniczyć wykładniczy charakter wzrostów z początku wybuchu epidemii) można zaobserwować, że tempo transmisji choroby zdaje się zwalniać (Wykres 3).

Wykres 3: Potwierdzone zachorowania na koronawirusa oraz potwierdzone przypadki śmiertelne [skala logarytmiczna] (21/01/20 – 11/02/20)

Potwierdzone zachorowania na koronawirusa oraz potwierdzone przypadki śmiertelneŹródło: Bloomberg Data: 11/02/2020

Należy również zaznaczyć, że 80% przypadków, w których infekcja kończyła się śmiercią, dotyczyło osób powyżej 60 roku życia, wśród których 75% wykazywało inne dolegliwości zdrowotne. Co więcej, w ostatnim czasie poprawił się stosunek wyzdrowień do zgonów. Obecnie wynosi on ok. 4 do 1. Pod koniec stycznia stosunek ten wynosił 1:1.

Co może wydarzyć się dalej?

Sądzimy, że zachowanie rynków finansowych w krótkim okresie będzie zależało przede wszystkim od tego, jak chiński rząd poradzi sobie z opanowaniem epidemii wirusa, a szczególnie jak długo utrzymywane będę restrykcje dotyczące podróży. Jeżeli wirus ponownie zacznie się agresywnie rozprzestrzeniać, a liczba zachorowań poza granicami Chin zacznie rosnąć, spodziewalibyśmy się powrotu trendów, które nastąpiły w momencie wybuchu epidemii. W takim wypadku oczekiwalibyśmy wzmożonych przepływów w stronę safe-haven (szczególnie w kierunku jena japońskiego), oraz powtórnej wyprzedaży aktywów uznawanych za ryzykowne, która dotknie zwłaszcza chiński rynek akcji oraz juana chińskiego.

Naszym zdaniem, w dłuższym okresie wiele zależeć będzie od tego, jak istotny będzie wpływ epidemii na sytuację gospodarczą. Jeżeli w najbliższych tygodniach stanie się jasne, że epidemia koronawirusa miała na chińską gospodarkę bardziej dotkliwy wpływ, niż oczekiwano, należy liczyć się ze wzrostem presji na ryzykowne aktywa. W tym kontekście będziemy zwracać szczególną uwagę na dane napływające z Chin, w tym na oficjalne wskaźniki aktywności biznesowej PMI (29/02) w styczniu. Jeszcze istotniejsze będą odczyty, które poznamy w przyszłym miesiącu, na podstawie których będzie można lepiej oszacować skalę spowolnienia. Na tę chwilę rynek jest jednak dużo bardziej spokojny niż w ostatnich dwóch tygodniach, a globalne banki centralne, póki co nie są skłonne do podjęcia działań w kontekście wirusa. Wyjątek stanowi Ludowy Bank Chin, który podjął kroki w celu złagodzenia potencjalnych negatywnych konsekwencji związanych z wirusem, obcinając 7-dniową stopę procentową reverse repo o 10 punktów bazowych (do 2,4%) oraz dostarczając na rynek bankowy równowartość 175 mld dolarów płynności.

Jeśli chodzi o reakcję rynków finansowych, w tym momencie jesteśmy optymistycznie nastawieni do sytuacji, sądząc, że najgorsze już za nami. Obecna sytuacja przypomina nam historię wirusa SARS. W momencie epidemii pojawił się szereg negatywnych nagłówków, mimo to wpływ wirusa na rynki finansowe i gospodarkę światową w dłuższym terminie nie był istotny. Światowe indeksy giełdowe doświadczają ożywienia (w tym chiński parkiet), waluty safe-haven nie zyskują, a waluty gospodarek wschodzących stabilizują się.

Opinie sugerujące, że wzrost gospodarczy w Chinach spadnie poniżej 5% uznajemy za przesadnie pesymistyczne. Jesteśmy zdania, że negatywne skutki ekonomiczne dla gospodarki Chin okażą się krótkotrwałe, a chińska gospodarka podniesie się po tym, jak epidemia koronawirusa zostanie zażegnana, co miejmy nadzieję nastąpi jak najszybciej.

*stan na 11/02/2020

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Czy powinieneś pozycjonować swoją stronę lokalnie? Oczywiście! Mamy na to dowody

Jeszcze przed kilkunastoma laty promowanie usług w mniejszej społeczności nie było konieczne. Każdy wiedział, gdzie jest najlepszy fryzjer w mieście, a do kogo warto pójść po świeży chleb. Dziś punktów sprzedaży oraz usługodawców jest tak wiele, że trudno zdecydować się na jednego z nich. Większa konkurencja spowodowała też, że właściciele firm, chcąc wyprzedzić rywali i zdobyć jak największą liczbę Klientów, promują się w każdym dostępnym miejscu. Jednym z najpowszechniejszych mediów, w którym można zamieścić reklamę, jest internet. Zanim jednak pojawisz się w sieci, poznaj siłę pozycjonowania lokalnego. Czym ono jest? Znamy odpowiedź na to pytanie!

Pozycjonowanie lokalne wspiera małe firmy w dążeniu do zwiększonej sprzedaży

Gdy Twój potencjalny Klient szuka interesujących go usług, jest nastawiony na to, że szybko znajdzie to, co go interesuje. Mało tego – chce, żeby dany sklep czy firma znajdowały się jak najbliżej niego i miały doskonałe opinie oraz korzystny cennik. Z pomocą przychodzi wyszukiwanie lokalne, które pozwala na przeszukanie najbliższej okolicy pod kątem wpisanego w wyszukiwarkę zapytania. Jak mówią specjaliści z Agencji ESEO, korzyści są obustronne: internauta skorzysta z konkretnej usługi blisko miejsca, w jakim się aktualnie znajduje, a firma odnotuje zyski, nie wydając zbyt wiele na reklamę. Jak to działa? W urządzeniach, którymi posługujemy się na co dzień, zainstalowano nadajniki GPS lub lokalizatory oparte na używanym IP. To one odgadują nasze położenie i na tej podstawie dopasowują reklamy, firmy i usługi do naszych potrzeb. Wykorzystując więc lokalne pozycjonowanie stron, możesz precyzyjnie dotrzeć do Klienta, a jednocześnie nie martwić się rozbudowaną konkurencją. Potentaci branżowi będą promować się na frazy ogólne, a Twoimi rywalami okażą się jedynie lokalne firmy obejmujące swoim działaniem podobny obszar. Masz więc dużo większą szansę na zawarcie intratnych transakcji, niż w przypadku reklamy zawężonej wyłącznie do ogólnopolskich fraz.

Dowiedz się, jak możesz przygotować swoją stronę pod lokalne pozycjonowanie

Jeżeli prowadzisz małą, lokalną firmę nastawioną na konsumentów z danego regionu, lokalne pozycjonowanie stron to dla Ciebie doskonałe wyjście. Odpowiednio skonstruowane zapytania lokalne wyświetlające się wysoko w wynikach wyszukiwania sprawią, że potencjalny Klient zainteresuje się Twoją ofertą i chętnie z niej skorzysta. W przypadku, gdy masz już witrynę firmową, konieczne okaże się jej zoptymalizowanie. Niezbędne jest zastosowanie fraz w opisach kategorii, na stronie „O mnie”, podanie dokładnego adresu (ze znacznikiem na Mapach Google), optymalizacja nagłówków i meta tagów, a także nasycenie słowami kluczowymi tekstu na stronie. Niezwykle istotne jest naturalne wprowadzenie do treści nazwy miasta lub regionu. Proces ten jest trudny, gdyż obecnie Google kładzie nacisk na wysoką merytoryczność tekstu i odrzuca nienaturalne według algorytmu zdania. Warto zatem poprosić o wsparcie specjalistów z ESEO, którzy pomogą Ci stworzyć treści wysokiej jakości, z zachowaniem wszelkich wytycznych istotnych dla wyszukiwarki.

źródło – https://www.eseo.pl/

Biurokracja przytłacza polskich przedsiębiorców

  • Średniej wielkości firma w Polsce musi rocznie wysłać do urzędów 208 różnego rodzaju formularzy, druków i sprawozdań.
  • Pomimo prób ograniczenia sprawozdawczości, przez ostatnie pięć lat niewiele się w tej kwestii zmieniło – wynika z raportu przygotowanego przez Grant Thornton, pod patronatem Konfederacji Lewiatan.

Biurokracja kojarzy się przedsiębiorcom głównie z nadmiernym prawodawstwem: gąszczem przepisów, które w dodatku stale się zmieniają. Jednak biurokracja ma też drugie, również uciążliwe oblicze – sprawozdawczość. Ponieważ instytucje publiczne muszą wiedzieć, jak wygląda sytuacja w przedsiębiorstwach (choćby na potrzeby prowadzenia polityki gospodarczej rządu czy w celu kontrolowania ściągalności podatków), firmy zmuszone są do regularnego przekazywania odpowiednim organom dokumentów i danych.

Ile dokładnie? Jak wynika z raportu przygotowanego przez firmę audytorsko-doradczą Grant Thornton pod patronatem Konfederacji Lewiatan, średnia firma w Polsce powinna przesłać do urzędów przeciętnie 208 dokumentów, tzw. elementów sprawozdawczych. W scenariuszu skrajnie optymistycznym (kiedy prowadzi maksymalnie uproszczoną działalność od strony prawnej i biznesowej) musi przekazać 55 tego rodzaju sprawozdań, a w skrajnie pesymistycznym – nawet 360.

Co może być jeszcze bardziej niepokojące, na małych i mikroprzedsiębiorstwach również spoczywa duży ciężar obowiązku sprawozdawczego. Małe firmy (10-49 pracowników) muszą rocznie przekazywać urzędom przeciętnie 191 druków, a mikro (do 9 osób) – 114. Oznacza to, że każdego tygodnia mikrofirma powinna wypełnić i przesłać polskiemu państwu dwa formularze. W skrajnym przypadku może być zobowiązana do przesłania instytucjom publicznym nawet 198 druków, a więc powinna składać sprawozdania niemal każdego dnia roboczego. O ile duże firmy przy pewnych nakładach finansowych są w stanie poradzić sobie z tymi wymogami, ponieważ dysponują zapleczem eksperckim i administracyjnym, o tyle dla najmniejszych firm (gdzie za księgowość czy kwestie administracyjnie odpowiada zwykle jedna osoba lub sam właściciel) jest to nie tylko znaczący koszt, ale też często istotna bariera w prowadzeniu biznesu.

– Jako audytorzy doskonale rozumiemy, jak ważna i potrzebna dla bezpieczeństwa obrotu gospodarczego jest rzetelna sprawozdawczość. Uważamy jednak, że skala obowiązku sprawozdawczego jest w Polsce zbyt duża. W wielu miejscach obowiązek ten jest niepotrzebny lub dane przekazywane urzędom dublują się. Niepokojąca jest nie tylko sama ogromna liczba pism, jakie firmy muszą składać w urzędach, ale też stopień szczegółowości informacji, jakich żąda państwo. Aby prawidłowo wypełnić niektóre formularze trzeba posiadać głęboką, specjalistyczną wiedzę finansową czy księgową, a ponadto, niektóre dane są dość trudno dostępne, bo na przykład wymagają pozyskania ich z innych działów – personalnego, produkcji, sprzedaży, magazynów czy specjalistów BHP – komentuje Marcin Diakonowicz, partner w Departamencie Audytu w Grant Thornton.

Największym odbiorcą danych jest aktualnie Narodowy Bank Polski – przeciętnie duża firma powinna mu przesłać 151 druków rocznie. Potrzebuje on przede wszystkim danych finansowych, na podstawie których liczy tzw. bilans płatniczy polskiej gospodarki, a więc rachunki pokazujące przepływy kapitałowe między polską gospodarką a zagranicą. Łącznie duża firma w skrajnym scenariuszu (jeśli prowadzi aktywnie transakcje z podmiotami zagranicznymi) powinna co miesiąc przekazywać NBP zestaw 25 krótkich formularzy i dwa sprawozdania roczne.

Drugim co do wielkości odbiorcą danych od polskich przedsiębiorstw jest obecnie Główny Urząd Statystyczny. W minionym roku średniej wielkości firma powinna wysłać do niego przeciętnie 72 dokumenty. GUS wymaga od firm m.in. regularnego kwartalnego raportowania na temat środków trwałych, warunków pracy, zatrudnienia i wynagrodzeń, wyników finansowych czy należności i zobowiązań.

– Istnieje pokusa, by myśleć o zbieraniu danych wyłącznie w kategoriach biurokratycznych: jako o czasie bezpowrotnie straconym na gromadzeniu, raportowaniu i wysyłce liczb do organów administracji. Warto jednak spojrzeć na te pojedyncze punkty danych w makroskali: zebrane dane dają podstawę do lepszego rozumienia otaczającej rzeczywistości biznesowej. Z danych należy jednak korzystać mądrze. W pierwszej kolejności, należy regularnie dokonywać diagnozy i prognozy zapotrzebowania na wiedzę. Po drugie, należy zorganizować system ich zbierania tak, by obowiązki sprawozdawcze były możliwie mało dotkliwe. Po trzecie, zasadnym byłoby faktycznie korzystać z posiadanej wiedzy, dzielić się nią poprzez statystykę publiczną (o ile nie ma istotnych przeciwwskazań) i na tej podstawie określać, które dane należy zbierać (a z których można zrezygnować). W tym zakresie Polska ma dużą przestrzeń do poprawy – mówi dr Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan.

Grant Thornton podobne badanie przeprowadził pięć lat temu. Niestety, od tego czasu niewiele się zmieniło. W przypadku średnich i dużych firm liczba wymaganych sprawozdań pozostała niemal bez zmian. Ograniczony został, na szczęście, obowiązek sprawozdawczy dla firm dużych (o 18 proc.) i mikro (o 12 proc.). Krok naprzód jest więc widoczny, ale skala tych zmian z pewnością nie należy uznać za zadowalającą.

Pełen raport dostępny jest na www.GrantThornton.pl .

Novaturas podsumowuje wyniki finansowe za rok 2019

Zeszły rok upłynął w branży turystycznej krajów bałtyckich pod znakiem zaostrzonej konkurencji oraz zmian w preferencjach klientów, w reakcji na zmieniającą się charakterystykę pór roku. Czynniki te wpłynęły na działalność wszystkich organizatorów wycieczek, w tym Grupy Novaturas i miały odbicie w wynikach finansowych Grupy za dziewięć miesięcy 2019 roku.

Lider branży turystycznej w krajach bałtyckich zmierzył się skutecznie z tymi wyzwaniami, kończąc rok 2019 mocnym ostatnim kwartałem. Do optymizmu co do przyszłych wyników skłaniają dane dotyczące wczesnych rezerwacji na lato 2020 roku.

Cieszę się, że wymagający rok 2019 skończyliśmy z zyskiem za ostatni kwartał. To świadczy o naszym wieloletnim doświadczeniu i znajomości branży turystycznej, a także o zdolności do szybkiego wprowadzania zmian. — powiedziała Audronė Keinytė, prezes Grupy Novaturas.

Jak dodała, wczasy zorganizowane pozostają najważniejszym produktem i najpopularniejszym wyborem turystów z krajów bałtyckich, ale nawyki klientów zmieniają się Grupa dostosowuje swą ofertę do nowych oczekiwań. — Rosnąca liczba turystów wybiera wyjazdy krajoznawcze, egzotyczne kierunki czy choćby dodatkowe aktywności podczas stacjonarnych wakacji —zauważa Keinytė.

Grupa Novaturas nieustannie pracuje nad swoją ofertą, koncentrując się na zapewnianiu najlepszych wspomnień z podróży. W zeszłym roku klienci po raz pierwszy mogli zaplanować letnie wakacje w tak egzotycznych lokacjach, jak Bali czy Seszele. W ubiegłym roku do oferty wakacyjnej na rok 2020 dołączyła także grecka wyspa Kefalonia, szmaragdowa Słoweńska Riwiera czy półwysep Istria w Chorwacji.

Wzrost rentowności w ostatnim kwartale 2019 roku

W IV kwartale 2019 r. obroty firmy wyniosły 40,3 mln euro (czyli o 3,6% mniej niż w analogicznym okresie 2018 r.). Liczba obsłużonych w tym czasie klientów, która wyniosła 56 tysięcy, była o 10,3% niższa w porównaniu do ostatniego kwartału 2018 r. Mimo to firma wykazała się wzrostem rentowności w ostatnim kwartale 2019 r. Wynik EBITDA osiągnął 1,4 mln euro w porównaniu z 0,5 mln euro w analogicznym okresie 2018 r., a skonsolidowany zysk netto wyniósł 1,0 mln euro (w IV kwartale 2018 roku był on ujemny).

Roczne przychody Grupy Novaturas za 2019 r. wyniosły 179,9 mln euro i były nieznacznie (1,2%) niższe niż w 2018 r. Roczna EBITDA za 2019 r. wyniosła 4,4 mln euro, czyli o 44,2% mniej w porównaniu z 2018 r. Skonsolidowany zysk netto w 2019 r. był o 57% niższy niż w 2018 r. i osiągnął 2,3 mln euro.

Firma skutecznie zarządzała kosztami operacyjnymi: w ubiegłym roku zostały one zmniejszone o 3,5% i osiągnęły poziom 18 milionów euro. Od kilku lat grupa Novaturas przykłada szczególną wagę do kontroli kosztów operacyjnych.

W ubiegłym roku z usług Grupy Novaturas skorzystało 294 tys. osób, co oznacza spadek o 3,9% w stosunku do 2018 r. Dotyczył on głównie rynków litewskiego i estońskiego. Na Łotwie odnotowano natomiast wzrost liczby klientów o 6%.

Oferta dopasowana do zmieniających się potrzeb klientów

Grupa Novaturas z zadowoleniem obserwuje, że oprócz stacjonarnych wakacji na plaży, ​​coraz więcej turystów wybiera także wycieczki krajoznawcze. Sprzedaż wycieczek samolotowych ze zwiedzaniem wzrosła o 31,7%, natomiast autobusowych – o 11,8%. Podróże objazdowe z transportem lotniczym oferowane są klientom ze wszystkich rynków bałtyckich i stają się popularne jako propozycja na weekend.

Jednak kluczowym produktem Spółki, jeśli chodzi o przychody ze sprzedaży i zysk, pozostają wczasy zorganizowane. Inne produkty (zakup samych biletów lotniczych lub noclegów w hotelach) miały niewielki wpływ na wyniki.

Grupa Novaturas niezmiennie zarządza zróżnicowanym systemem dystrybucji. Kluczowym kanałem pozostają biura podróży (72,7% sprzedaży), natomiast bezpośrednia sprzedaż online odnotowała wzrost o 0,2%.

Największą popularnością wśród klientów z krajów bałtyckich wybierających się na letnie wakacje niezmiennie cieszy się Turcja. Inne popularne kierunki to Grecja, Bułgaria i Hiszpania. Zimą najczęściej wybierano Egipt, a następnie Wyspy Kanaryjskie. Coraz większą popularnością cieszą się także wyjazdy narciarskie, a także egzotyczne kierunki turystyczne.

Grupa Novaturas – wybrane wyniki finansowe

(w tys. euro) 12M 2019 12M 2018 Zmiana rok do roku
Przychody 179 858 182 032 -1.2%
Zysk brutto 22 092 26 279 -15.9%
EBITDA 4 409 7 908 -44,2%
Zysk netto 2 328 5 415 -57%

 

Tłumaczyć samodzielnie czy oddać do tłumaczenia?

Ubrań sami sobie nie szyjemy, mało kto piecze chleb na własne potrzeby, nie wyręczamy też producentów obuwia, tylko kupujemy buty – dlaczego więc wydaje się nam czasami, że za pomocą słownika uda nam się wyręczyć prawdziwego tłumacza? Często nasze umiejętności językowe i praca ze słownikiem, które sprawdzają się przy tłumaczeniu tekstów piosenek ulubionego zespołu, nijak nie sprawdzają się przy tłumaczeniu ważnych i wiążących dokumentów – pozostają one dla nas niezrozumiałe lub nieudolnie je tłumacząc, rozmijamy się z treścią oryginału.

Współcześnie niezwykle trudne, niemalże niemożliwe, jest egzystowanie bez znajomości choć jednego języka obcego: Internet pełen jest obcojęzycznych treści, w kinach i telewizji emitowane są zagraniczne filmy i programy, słuchamy tworzonych poza granicami naszego kraju piosenek, a wielu z nas współpracuje z koncernami czy parterami biznesowymi, mającymi swoje siedziby we Francji lub w Sztokholmie. Czy tego chcemy czy nie, jesteśmy skazani na życie w świecie nie tylko multikulturowym, ale również wielojęzycznym. Zjawisko to wymaga na wszystkich ludziach konieczność władania co najmniej dwoma językami – dzięki temu można choćby świadomie uczestniczyć w międzynarodowej kulturze czy prowadzić interesy z zagranicznymi partnerami.

Często jednak nasza znajomość obcych języków jest niezadowalająca – sprawdza się w przypadku maili czy rozmów bezpośrednich, ale może zawodzić, gdy trzeba przetłumaczyć umowę handlową, techniczny opis czy skomplikowane akty notarialne. W takiej sytuacji mamy dwa wyjścia: samodzielnie, wspomagając się słownikiem, postarać się wyjaśnić obcojęzyczne treści lub oddać zawierający je dokument w ręce specjalisty – tłumacza. Co więc wybrać? Odpowiedź jest oczywista: skorzystanie z pomocy osoby zawodowo tłumaczącej teksty z języków obcych i na języki obce to najlepsze rozwiązanie.

Krakowskie Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. gwarantuje swoim Klientom możliwość skorzystania z usług profesjonalnych tłumaczy niemalże wszystkich języków świata.

Fachowe, przeprowadzone przez specjalistę w tej dziedzinie, tłumaczenie tekstów to gwarancja nie tylko wysokiej zgodności treści tłumaczenia z oryginałem, ale także pewność, że przekład tekstu dokonany został z niezwykłą precyzją językową, gramatyczną i stylistyczną.

Zalety korzystania z usług profesjonalnych biur tłumaczeń to także prestiż, wynikający z możliwości przedstawiania zagranicznym kontrahentom tekstów w pełni zrozumiałych, pozbawionych jakichkolwiek błędów oraz zawierających fachowe, charakterystyczne dla danego rodzaju tekstu wyrazy i zwroty. Profesjonalne biuro tłumaczeń współpracuje jedynie z posiadającymi stosowne wykształcenie i odpowiednie doświadczenie tłumaczami, dzięki czemu może zapewnić dostęp do najwyższej jakości profesjonalnych tłumaczeń.

Chcesz być poważnym partnerem dla swoich pracujących poza granicami Polski partnerów? Nie ryzykuj, samodzielnie tłumacząc firmowe teksty – zaufaj w tej kwestii profesjonalnym tłumaczom.

Jak wygląda rozliczenie PIT w 2020 roku?

Zastanawiasz się jak rozliczyć PIT w 2020 roku? Całość działań reguluje ustawa o podatku dochodowym. Przeczytaj poniższy artykuł, aby dowiedzieć się m.in.:

  • jak dokonać rozliczenia podatku przez internet,
  • jak wygląda wypełnienie deklaracji PIT,
  • jak długo czeka się na zwrot podatku,
  • jak sprawdzić status rozliczenia.

Czym jest PIT?

PIT jest skrótem z angielskiego “Personal Income Tax”, zwany inaczej podatkiem dochodowym.PIT-y rozlicza się na podstawie rocznego podatku, uwzględniając dochody z roku poprzedniego, czyli PIT 2019. Podczas rozliczenia podatku może wyjść nam niedopłata lub nadpłata. W związku tym Urząd Skarbowy, albo musi zwrócić pieniądze, ale podatnik musi zapłacić np. w banku, na poczcie lub w kasie urzędu.

Najpopularniejsze PITY – PIT 37 & PIT 36

Zasady rozliczenia podatku tych dwóch najbardziej popularnych PIT-ach wzajemnie się wykluczają. Podatnik może rozliczać obydwa te PITY z urzędem skarbowym. Zadaniem PITu-37 jest wykazanie wszystkich dochodów np. z pracy, emerytur, rent, umów o dzieło, umów zlecenie, czy z działalności wykonywanej osobiście. PIT-36 pokazuje dochody z działalności gospodarczej oraz działów specjalnych produkcji rolnej. Są one opodatkowane na ogólnych zasadach. Dodatkowo wzięte pod uwagę są dochody zagraniczne oraz dochody niepełnoletnich dzieci.

Co zawiera ustawa o podatku dochodowym?

Ustawa określa właściwe opodatkowanie: podatek dochodowy od osób fizycznych, jak również daninę solidarnościową. Regulowane są również dochody przedsiębiorstwa w spadku. Istnieje również wiele powodów zwolnień od podatku. Dokładnie zostały wskazane w ustawie.

Nowości w deklaracji PIT

Nowością w PIT 2020 jest ulga na działalność badawczo-rozwojową. W tegorocznym rozliczeniu wzrosła również kwota wolna od podatku. Wynosi ona 1 440 złotych. Fiskus wprowadził również zmianę w limicie stosowanych 50% kosztów uzyskanych przez twórców.

Jak sprawdzić status deklaracji?

W celu sprawdzenia, czy rozliczenie PIT trafiło do urzędu należy obserwować status UPO, jeżeli deklaracja została wysłana przez internet, lub przez potwierdzenie odbioru, gdy zostało ono dołączone do zeznania wysyłanego z pomocą poczty. Status podatku można również sprawdzić na portalu podatkowym Ministerstwa Finansów. Zwrot podatku urząd ma obowiązek dostarczyć w trzy miesiące od otrzymania przez urząd PIT. Jeżeli deklaracja została złożona po 15 lutym 2020 roku za pomocą internetu, urząd ma 45 dni. Zasada jest prosta im szybciej złożony zostanie wniosek, tym szybciej zostaną zwrócone pieniądze.

A wy jak zdecydujecie rozliczać się PIT 2020, za pomocą internetu, czy może osobiście w urzędzie?

UFG coraz lepiej wychwytuje pojazdy bez OC. Padł kolejny niechlubny rekord

W ciągu minionego roku liczba wezwań o zapłacenie kary za brak OC wzrosła o ponad 30 tysięcy. Z danych wynika, że Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny jest coraz bardziej skuteczny. Rozwinął własne narzędzia do identyfikowania problemu. Wiele przypadków wykrywanych jest już bez fizycznego kontaktu z właścicielem auta. W 2019 roku do UFG wpłynęło ok. 130 mln zł z tego tytułu. Z kolei jak podkreślają eksperci, zachowanie kierowców jest dość niezrozumiałe, bo kary są dużo wyższe niż ceny polis. Ostatnio trzeba było wydać średnio niespełna 700 zł na takie ubezpieczenie.

W ubiegłym roku było ok. 126 tysięcy wezwań o zapłacenie kary za brak komunikacyjnego OC. Tak wynika ze wstępnych danych Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego (UFG). Jednak na ostateczne podsumowanie trzeba będzie poczekać do zakończenia prac audytora, czyli bliżej  wiosny, ale już widać wzrost w porównaniu z 2018 rokiem. Wówczas takich przypadków odnotowano 93,1 tys. Z kolei 3 lata temu zdarzyło się to 79,9 tys. razy.

– To efekt doskonalenia systemowych kontroli dokonywanych w oparciu o dane z CEPiK-u i ogólnopolskiej bazy polis komunikacyjnych OI UFG. Fundusz rozwinął własne narzędzia do identyfikowania nieubezpieczonych, przede wszystkim właśnie dzięki informacjom z bazy polis. W ten sposób, tj. bez bezpośredniego kontaktu z właścicielem auta, wykrywanych jest rocznie już ponad 75 procent przypadków braku polisy OC – komentuje Aleksandra Biały, rzecznik prasowa UFG.

W ciągu trzech kwartałów ub.r. UFG wystawił 93 tysiące wezwań do zapłacenia kary za brak OC, tj. o blisko 25 tysięcy więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Ten skok wynika przede wszystkim ze wzrostu o 52% liczby nowych spraw, wykrytych na podstawie informacji z ogólnopolskiej bazy polis. W tym czasie liczba zawiadomień od policji zwiększyła się o 24%.

– Dla wielu ludzi kontrola ubezpieczenia za pośrednictwem systemu to abstrakcja. Oni łączą sprawdzanie OC z działaniami policji. Zapewne część wezwań ma związek z pojazdami, które przestały być używane, a nie zostały wyrejestrowane. Natomiast nie bardzo sobie wyobrażam, żeby kierowców nagle przestało być stać na ubezpieczenie – stwierdza prof. Adam Tarnowski, psycholog transportu z Uniwersytetu Warszawskiego.

Z kolei Aleksandra Biały zaznacza, że baza przeszukiwana jest przez specjalne algorytmy. One wykrywają brak ochrony ubezpieczeniowej oraz opóźnienia w zawarciu ubezpieczenia OC przy pierwszej rejestracji auta w Polsce, zarówno nowego, jak i sprowadzonego z innego kraju. Jak zaznacza Patryk Juchniewicz z porównywarki Mubi.pl, jeszcze kilka lat temu kontrole odbywały się tylko w warunkach drogowych. Natomiast dziś są przeprowadzane głównie przy użyciu systemu informatycznego UFG. To oznacza znacznie większą skuteczność działań.

– Więcej wezwań nie ma związku z ceną OC. W 2019 roku średnia stawka za obowiązkowe ubezpieczenie była relatywnie niska. Z analizy polis sprzedanych za naszym pośrednictwem wynika, że w ubiegłym roku kierowcy przeciętnie płacili za nie 664 zł – mówi Bartłomiej Roszkowski, członek zarządu Punkty, internetowej multiagencji.

Fundusz szacuje, że w Polsce ok. 0,4% wszystkich pojazdów dopuszczonych do ruchu może nie posiadać stale lub czasowo obowiązkowej polisy OC. Według Patryka Juchniewicza, świadoma rezygnacja z zakupu tego ubezpieczenia to zjawisko marginalne. Znacznie częściej dochodzi do zwykłego gapiostwa. Przykładowo, klienci, którzy kupili samochód z ważnym OC, zapominają lub nie wiedzą o tym, że w ich przypadku polisa nie przedłuży się automatycznie. Jak przekonuje ekspert, argument zbyt wysokiej ceny pada rzadko. Natomiast kary za brak OC są relatywnie wysokie, bo już 1 dzień przerwy może oznaczać 1030 zł kary w 2020 roku. Kwota ta znacznie przewyższa średni koszt rocznej polisy OC.

– Kara za brak OC rośnie rok do roku. Aktualnie najwyższa z nich to aż 7800 złotych i grozi ona właścicielom aut ciężarowych. To aż o ponad 1050 złotych więcej niż w roku ubiegłym. Zapominalscy kierowcy osobówek zapłacą maksymalnie 5200 złotych, czyli o 700 złotych więcej niż poprzednio. Natomiast posiadacze motocykli, motorowerów i skuterów muszą się liczyć z grzywną o 120 złotych wyższą, czyli 870 złotych – wyjaśnia Bartłomiej Roszkowski.

Według wstępnych danych, ok. 130 mln zł wpłynęło w ubiegłym roku do kasy UFG tytułem kar za brak komunikacyjnego OC. W porównaniu z 2018 rokiem, kwota ta wzrosła o blisko 36 mln zł, z 94,1 mln zł. Z kolei 3 lata temu była na poziomie 83,7 mln zł. Jak stwierdzają eksperci, wzrost wpływów kasowych UFG w głównej mierze jest konsekwencją dwóch elementów. Pierwszy to sukcesywny wzrost wysokości kar za brak OC, które rosną wraz z płacą minimalną. Drugim czynnikiem jest skuteczniejsze wyłapywanie osób bez ważnej polisy.

– Jeśli kierowca bez ważnej polisy OC spowoduje wypadek, UFG wypłaci odszkodowanie poszkodowanym, będzie jednak oczekiwać od sprawcy zwrotu tej kwoty.  Należy zauważyć, że przeciętne koszty likwidacji szkody przekraczają kilka tysięcy złotych, ale mogą też wynieść kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy złotych – informuje Patryk Juchniewicz.

Jak wskazuje rzecznik UFG, najwyższe regresy, dochodzone przez Fundusz od nieubezpieczonych sprawców wypadków, przekraczają milion złotych. Rekordzista ma do zwrotu ponad 1,4 mln złotych za wypadek spowodowany nieubezpieczonym motocyklem, w którym potrącił rowerzystkę. W wyniku odniesionych obrażeń kobieta zmarła. Kolejny sprawca ma do oddania 1,37 mln złotych za wypadek, w wyniku którego pasażer nieubezpieczonego pojazdu doznał złamania kręgosłupa i jest sparaliżowany.

Najwięcej zaległości w całej gospodarce ma handel. Zadłużenie sklepów przekroczyło 7,4 mld zł

Co czeka handel w roku 2020? Nie tylko wiele nowych wyzwań, ale także konieczność uporania się z przeszłością. Przeterminowane zadłużenie branży wobec kontrahentów i banków wynosi ponad 7,4 mld zł. Jest to najwyższy wynik ze wszystkich sektorów gospodarki. Tylko w ostatnim roku dług wzrósł o ponad 1,3 mld zł. Dziś problem dotyczy ponad 74 tys. podmiotów. – wskazuje raport Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor „Handel w obliczu wyzwań”.

Początek 2020 to zapowiedź ciężkich dwunastu miesięcy dla handlu. Tylko w styczniu koszyk cenowy podstawowych produktów spożywczych w niektórych sklepach wzrósł względem grudnia nawet o kilkanaście złotych. Może przełożyć się to na spadek konsumpcji. Podniesienia płacy minimalnej o 15,6 proc. względem 2019 i niedobory na rynku pracy dodatkowo podwyższą koszty prowadzenia działalności, podniesie je również wzrost cen prądu. Do serii wyzwań dochodzi również przechodzenie klientów do sklepów internetowych, automatyzacja, obowiązujący już od tego roku pełny zakaz handlu w niedzielę oraz ryzyko wejścia w życie podatku handlowego. Wszystko to odbije się na kondycji branży, a ta w ostatnim czasie nie była najlepsza.

Jak wskazuje raport „Handel w obliczu wyzwań” w bazach Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK na koniec III kw. 2019 r. ponad 74 tys. podmiotów (działających, zawieszonych i zamkniętych) miało przeterminowane zobowiązania wobec partnerów biznesowych i banków. W całym sektorze zaległe zobowiązania ma 5,7 proc. firm i pod tym względem akurat handel nie wypada wyjątkowo źle, bo w całej gospodarce udział niesolidnych płatników wynosi 6,2 proc. Dla porównania w najsłabiej prezentującym się sektorze transportowym jest to w granicach 9 proc. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika natomiast, że handel ma najwięcej przeterminowanych zobowiązań wśród wszystkich sektorów gospodarki, bo ponad 7,4 mld zł. W ciągu roku, od września 2018 do września 2019, zaległości te podniosły się o ponad 1,3 mld zł, czyli o niemal 22 proc. W tym czasie wszystkie sektory odnotowały wzrost o blisko 12 proc.

– W ciągu roku najbardziej podwyższyła się kwota zaległości handlu detalicznego, o 25 proc. Zaległości handlu hurtowego wzrosły o 21 proc. podczas gdy przeterminowane zobowiązania wszystkich firm widocznych w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK zwiększyły się o niecałe 12 proc. Handel ma problemy z regulowaniem zobowiązań, bo jego partnerzy biznesowi również dają mu się we znaki. M.in. ze względu na opóźnienia płatności od odbiorców firmy handlowe oceniają miniony rok gorzej niż pokazuje przeciętna ocen z całej gospodarki. Trudno na razie stwierdzić, jaki wpływ na kondycję branży będzie miała obowiązująca od stycznia tego roku ustawa „antyzatorowa”, która uniemożliwia odbiorcom drastyczne wydłużanie terminów płatności. Dla niektórych hurtowni, sklepów czy sieci handlowych może to oznaczać konieczność znalezienia dodatkowego finansowania obrotowego i spadek rentowności – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

– Wyliczany przez KUKE dla branży handlowej indeks upadłości (na podstawie informacji z Monitora Sądowego i Gospodarczego) wynosił na koniec grudnia 2019 r. 0,88 proc., co oznacza, że 9 na 1000 firm zajmujących się szeroko pojętą działalnością handlową (spośród firm zatrudniających co najmniej 10 osób) nie jest w stanie spłacić swoich zobowiązań wobec dostawców. Rok wcześniej ten wskaźnik sięgał 0,80 proc. W przypadku segmentu handlu detalicznego indeks upadłości wzrósł w ciągu roku do 0,70 proc. z 0,48 proc., natomiast w przypadku handlu hurtowego sytuacja była bardziej stabilna, gdyż indeks upadłości zakończył rok na poziomie 1,04 proc. w porównaniu z 1,02 proc. w 2018 r. – mówi Grzegorz Kwieciński, dyrektor Departamentu Ryzyka Ubezpieczeniowego KUKE.

Zdecydowanie częściej nie płacą dostawcom hurtownie niż detaliści

W podziale na typy działalności, w kategorii przeterminowanych płatności zdecydowanie najgorzej wypada handel hurtowy. Hurtownie mają 4,13 mld zł opóźnionych zobowiązań, które rozkładają się na 25 tys. podmiotów. Oznacza to, że problem dotyczy 8,4 proc. firm zajmujących się handlem hurtowym. W przypadku detalistów zaległości dotyczą 36,3 tys. podmiotów i wynoszą niecałe 2,26 mld zł. Zaległe zobowiązania ma 4,6 proc. podmiotów.Rozkład zadłużenia w regionach

Rozkład zadłużenia w regionach

W ujęciu regionalnym największe zaległe zobowiązania mają firmy z Mazowsza i Śląska, odpowiednio 1,73 mld zł oraz 1,15 mld zł. To kwoty wybijające się ponad resztę. Również udział firm niespłacających w terminie zadłużenia jest tu najwyższy w Polsce. W woj. mazowieckim zaległości ma 6,4 proc. podmiotów, a w woj. śląskim 6,8 proc. Trzecim najbardziej zadłużonym regionem jest Wielkopolska. Tam przeterminowane długi wynoszą ponad 720 mln zł, w przeliczeniu na podmioty, zaległości ma 5,6 proc. wszystkich działających tam firm.

Na drugim końcu skali są woj. opolskie, świętokrzyskie i podlaskie. Na Opolszczyźnie firmy handlowe mają do oddania 96,5 mln zł i problem dotyczy 5,4 proc. wszystkich w regionie. W Świętokrzyskiem to prawie 106,8 mln zł, a na Podlasiu 114,8 mln zł. Zaległości ma tam odpowiednio 4,1 proc. i 4,3 proc. przedsiębiorców handlowych.Zdecydowanie częściej nie płacą dostawcom hurtownie niż detaliści

Rekordowe przeterminowane zadłużenie należy do firmy z woj. śląskiego i wynosi 181 mln zł. Drugie co do wielkości zadłużenie to ponad 136 mln zł i należy do podmiotu z Mazowsza. Tam znajduje się także trzecia najbardziej zadłużona firma handlowa w Polsce, której zobowiązania sięgają 74 mln zł. W pierwszej piątce znalazł się także podmiot z woj. kujawsko-pomorskiego – dług w wysokości 71,6 mln zł, oraz jeszcze jedna firma z woj. mazowieckiego – zaległości na poziomie nieco poniżej 61,5 mln zł.

Top 10 firm z zaległościamiTop 10 firm z zaległościami

Z pewnością na korzyść handlu i jego stabilności finansowej nie działa nasycenie sklepami polskiego rynku. W naszym kraju należy ono do najwyższych w Europie. Średnio na 10 tys. mieszkańców przypada w Polsce 25 sklepów. W Hiszpanii jest to 11 a, we Francji 2 placówki. Mocno rozwinięty handel sprawia, że sektorze tym pracuje dziś ponad 1,3 mln osób, więcej zatrudnionych jest tylko w przemyśle.