Łagodna zima da zarobić hotelom i restauracjom?

Po najsłabszym w historii pomiarów Barometr EFL ostatnim kwartale ubiegłego roku, hotelarze i restauratorzy rozpoczynają 2020 rok z dużo lepszymi nastrojami. Subindeks dla sektora HoReCa w I kwartale wyniósł 53,5 pkt., co oznacza dynamikę 9,7 pkt. w porównaniu do poprzedniego kwartału. Eksperci EFL zauważają, że w perspektywie roku najnowszy wynik pozostaje jednym z najniższych. Optymistyczne jest jednak to, że odczyt jest wyższy niż w analogicznym okresie rok temu, kiedy wyniósł 51,9 pkt, co może być zapowiedzią dobrego sezonu zimowego.

– Kondycja branży HoReCa, czyli rynku usług hotelarskich i gastronomicznych, w największym stopniu jest uzależniona od dwóch czynników. Od zasobności portfeli Polaków oraz od pory roku. Wprowadzone benefity publiczne takie jak 500 plus, 13. emerytura i obniżka PIT spowodowały realny wzrost dochodu polskich gospodarstw domowych, co nie pozostaje bez wpływu na wydatki Polaków. Część z nich trafia właśnie do kieszeni restauratorów i hotelarzy. Po drugie, Polacy coraz częściej wyjeżdżają na ferie zimowe, co potwierdzają nasze badania. Subindeks Barometru EFL od kilku lat rośnie na przełomie roku, kiedy przedsiębiorcy z sektora HoReCa przygotowują się na sezon zimowy. Jeśli utrzymają się tendencje z lat ubiegłych, w II kwartale liczymy na jeszcze lepsze nastroje i przekroczenie poziomu 60 pkt. – mówi Radosław Woźniak, Prezes EFL.

Więcej klientów, więcej inwestycji

Na zdecydowanie lepsze nastroje restauratorów i hotelarzy największy wpływ mają prognozy dotyczące inwestycji. Co czwarty przedstawiciel HoReCa spodziewa się więcej inwestować (26,1 proc.). To o 16,1 p.p. więcej niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Więcej firm niż kwartał wcześniej liczy także na wzrost zamówień na swoje usługi i produkty w I kwartale br. (28,8 proc. vs. 21,3 proc.). Za planowanym wzrostem sprzedaży idzie prognozowana poprawa płynności finansowej firm działających w branży gastronomiczno-hotelarskiej. 27,5 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy w tym obszarze (IV kwartał 2019 – 20 proc.). Jest to związane ze specyfiką tej branży, w której obowiązują krótkie terminy płatności za usługi. Wzrost sprzedaży najczęściej sprawia, że przedsiębiorcy w krótkim okresie odczują poprawę płynności.

Nowy rok, stare problemy

Spoglądając na czynniki, które z jednej strony mogą wpłynąć pozytywnie na kondycję sektora HoReCa, a z drugiej na jej pogorszenie, zestaw pozostaje analogiczny do tych z ostatnich pomiarów. Na poprawę kondycji hoteli, restauracji i firm cateringowych, w opinii 65 proc. respondentów badania, największy wpływ powinien mieć sezonowy wzrost zainteresowania usługami i produktami. Co trzeci przedstawiciel HoReCa liczy na uzyskanie dotacji ze środków publicznych lub unijnych.

Ryzykowna gra z podnoszeniem akcyzy na alkohol. Eksperci: Finalnie budżet może na tym sporo stracić

Skutkiem podniesienia akcyzy na napoje alkoholowe powinno być zwiększenie wpływów budżetowych. Jednak, według znawców tematu, taki scenariusz nie jest przesądzony, zwłaszcza w pierwszym roku. Ma to związek ze zgromadzonymi zapasami wyrobów. Ponadto rosnące obciążenia fiskalne zachęcają do prowadzenia domowej produkcji. A w ten sposób legalnie mogą powstawać tylko wybrane trunki. Eksperci zwracają też uwagę na ewentualne powiększenie się szarej strefy i zwiększony przemyt.

Podstawowym założeniem ostatniej podwyżki podatku akcyzowego na napoje alkoholowe jest zwiększenie wpływów do budżetu państwa o ponad 500 mln zł w 2020 roku. Przekonuje o tym Witold Włodarczyk, prezes zarządu Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy. I dodaje, że tego typu działania przynosiły w przeszłości efekty zupełnie odwrotne. Ekspert powołuje się na dane Ministerstwa Finansów. Wynika z nich, że podniesienie akcyzy na wyroby spirytusowe w Polsce w 2014 roku spowodowało zmniejszenie wpływów do budżetu o przeszło 7,6%, tj. o ponad 0,5 mld zł.

– Z punktu widzenia budżetu wydawałoby się, że podniesienie akcyzy to pozytywne rozwiązanie, bo wpływy powinny być większe. Tak jednak nie musi być, przynajmniej w pierwszym roku, z uwagi na zapasy wyrobów, przede wszystkim spirytusowych. Dla słabszych trunków, czyli piwa i wina, nie opłaca się angażować powierzchni magazynowej. Natomiast w latach następnych wpływy mogą sukcesywnie się zwiększać – komentuje Wojciech Bronicki, partner w BBGTAX, doradca podatkowy i były dyrektor Departamentu Podatku Akcyzowego w Ministerstwie Finansów.

Jak zaznacza prezes Włodarczyk, tzw. krzywa Laffera pokazuje zależność pomiędzy stawką podatku a dochodami budżetowymi państwa. Od pewnego punktu podwyższanie akcyzy jest kontrproduktywne w stosunku do przychodów. Cała sztuka polega na znalezieniu tzw. punktu przegięcia. Według eksperta, wiele wskazuje na to, że rząd w podnoszeniu obciążeń fiskalnych związanych z alkoholem mocno „przegina”. W dłużnym okresie stracą na tym konsumenci, branża oraz sam budżet państwa. Zyska jedynie przestępczość gospodarcza.

– Rząd przekonuje, że wyższa akcyza ma ograniczyć spożycie alkoholu w społeczeństwie. Z przedstawianych szacunków wynika, że cena półlitrowej butelki wódki może wzrosnąć o ok.1,4 zł. Czy to rzeczywiście w istotny sposób zniechęci do zakupu? To jest kluczowe pytanie. Jeżeli nie będzie takiego skutku, to nałożenie wyższego podatku ma wyłącznie efekt fiskalny. Służy to zwiększeniu dochodów do budżetu – mówi ekonomista Marek Zuber.

Jak podkreśla prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów, są 3 różne, częściowo konkurencyjne rynki, tj. piwa, wina i wyrobów pośrednich, a także pozostałych napojów alkoholowych. Każde podnoszenie akcyzy musi uwzględniać relacje opodatkowania między nimi oraz spodziewany efekt fiskalny i popytowy. Nie należy selektywnie wprowadzać podwyżek, a więc tylko w jednym segmencie. Trzeba brać pod uwagę również to, że część popytu przeniesie się na rynki niżej opodatkowane lub w ogóle nieopodatkowane.

– W przypadku napojów słabszych przeważnie każdy grosz podwyżki akcyzy jest przenoszony w cenę, a z napojami wysokoprocentowymi – bywa różnie. Wynika to z historii. W 2003 roku mieliśmy obniżkę tej daniny o 30%, ale nie nastąpił ogólny spadek cen. To sprawiło, że przez 16 lat producenci mieli swojego rodzaju bonus w tym podatku w stosunku do innych wyrobów. On powodował, że pomimo kolejnych podwyżek akcyzy, ceny piwa i wina umiarkowanie rosły. Natomiast półlitrowa wódka jest od 2003 roku na poziomie 20 zł – analizuje Wojciech Bronicki.

Prof. Modzelewski stwierdza, że mamy relatywnie najtańsze napoje alkoholowe, przynajmniej patrząc na ciąg ostatniego stulecia. One potaniały w stosunku do wielkości dochodów. Zdaniem eksperta, obniżanie akcyzy w ogóle nie wchodzi w grę. Gdyby do tego doszło, to pieniądze nie wróciłyby do konsumenta. Byłyby zyskami tych, którzy przy niższym opodatkowaniu zachowaliby ten sam poziom ceny. Były wiceminister finansów zaznacza, że w okresie rządów Marka Belki udało się obniżyć akcyzę i jednocześnie zwiększyć sprzedaż alkoholu, ale obniżka akcyzy była prawnie powiązana z nakazem obniżki ceny detalicznej.

– Przykładowo, w krajach skandynawskich jest bardzo wysokie opodatkowanie alkoholu. Jednocześnie nie ma tam tak rozwiniętego nielegalnego obrotu i przemytu jak w Polsce. A zapowiadany u nas wzrost cen półlitrowej butelki wódki o ok. 1,4 zł nie zwiększy w istotny sposób szarej strefy. Myślę, że to zbyt mała zmiana. Ona musiałaby być na poziomie co najmniej 5-7 zł – twierdzi Marek Zuber.

Im wyższa wartość podwyżki akcyzy, tym większa chęć do prowadzenia własnej, domowej produkcji, o czym przekonuje prezes ZP PPS. Jego zdaniem, trudno określić, o ile to się zmieni. Nikt bowiem nie jest w stanie dziś oszacować, od jakiej bazy miałby być ten wzrost liczony. Nie wiemy, ile hektolitrów domowego alkoholu produkuje się rocznie. Można jedynie założyć, że te ilości, które są rekwirowane, stanowią niewielki procent produkcji. Natomiast Marek Zuber szacuje, że w domach będzie powstawać o kilka procent więcej trunków. Jednak będzie to bliżej 1-2% niż 8-9%.

– Domowym sposobem możemy wytwarzać dla własnych potrzeb wino, napoje fermentowane i piwo. Natomiast alkohole destylowane, czyli spirytusowe, nie mogą powstawać w ten sposób. Jeśli więc mówimy o legalnych działaniach, to decydują się na nie przeważnie pasjonaci. Dla nich cena tych wyrobów ma drugorzędne znaczenie, a podwyżka nie wpływa znacząco na wielkość wytwarzanych napojów – informuje były dyrektor Departamentu Podatku Akcyzowego w Ministerstwie Finansów.

Z kolei prezes Włodarczyk powołuje się na raport KPMG. Wynika z niego, że w 2011 roku szara strefa wyrobów spirytusowych stanowiła 9,5% całego rynku. Po podniesieniu akcyzy na wyroby spirytusowe w 2014 roku, wzrosła do poziomu 15-20% rynku w 2017 roku, na co wskazuje Raport Fundacji Republikańskiej. Według eksperta, kolejne podniesienie tego podatku doprowadzi zatem z dużym prawdopodobieństwem do istotnego rozwoju nielegalnego handlu alkoholem, pochodzącego z niepewnych źródeł.

– Jeśli rozpatrujemy wzrost przemytu lub nielegalnego nabycia wewnątrzwspólnotowego, to takiego zjawiska związanego z alkoholami słabszymi można obawiać się w krajach ościennych UE. U naszych sąsiadów akcyza na piwo czy wino pozostaje zdecydowanie mniejsza niż w Polsce. Natomiast w przypadku wyrobów spirytusowych ma to związek przede wszystkim z ich ceną. Jednak wielkość przemytu zależy w dużej mierze od sprawności działania służb granicznych i kontrolnych w kraju – podsumowuje Wojciech Bronicki.

W Polsce zanotowano największą umieralność na raka płuc w Unii Europejskiej. Sytuację pacjentów może zmienić innowacyjny lek zarejestrowany po 40 latach badań

0

W Polsce zanotowano największą umieralność na raka płuc w Unii Europejskiej. Sytuację pacjentów może zmienić innowacyjny lek zarejestrowany po 40 latach badań 1

W Polsce co roku nowotwór płuc rozpoznaje się u ok. 21 tys. pacjentów, a liczba chorych przekracza 25 tys. Roczna śmiertelność w wyniku tej choroby jest jednocześnie wyższa niż zachorowalność. Sytuacja pacjentów z tym typem nowotworu jest gorsza niż w innych krajach UE. O ile w przypadku niedrobnokomórkowego raka płuca, który stanowi zdecydowaną większość rozpoznań, w ostatnich latach na listy refundacyjne trafiło kilka nowoczesnych leków, o tyle pacjenci z rakiem drobnokomórkowym znajdują się w znacznie trudniejszej sytuacji, a ich rokowania są dużo gorsze. Szansę na wydłużenie i poprawę jakości życia stwarza im jednak pierwsza zarejestrowana niedawno immunoterapia.

– Sytuacja chorych z rakiem płuca jest w Polsce na tle Europy niestety nie najlepsza. Mamy ciągle najniższe nakłady na finansowanie leczenia raka płuca. Mimo że nastąpił wzrost z 2 do 4 proc., leczenie tego nowotworu jest pięciokrotnie mniej sfinansowane niż innych, a epidemiologicznie jest to największy zabójca polskiego społeczeństwa – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Chrostowski, prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie.

Rak płuca jest jednym z najczęściej diagnozowanych nowotworów. W Polsce rozpoznaje się go u ponad 21 tys. osób rocznie, a choruje na niego ok. 25 tys. W tej grupie ok. 15 proc., czyli ponad 3 tys. osób, choruje na drobnokomórkowego raka płuca (DRP). Pozostali to pacjenci z niedrobnokomórkową odmianą. O ile w jego przypadku zostało już zarejestrowanych wiele innowacyjnych terapii i również w Polsce miał w ostatnich latach ogromny postęp w leczeniu tego typu nowotworu, o tyle pacjenci z DRP wciąż mają bardzo złe rokowania.

 Drobnokomórkowy rak płuca to choroba, która do niedawna była bardzo poważnym wyzwaniem, ponieważ żadne nowoczesne metody postępowania się nie sprawdziły. Nie została potwierdzona jakakolwiek skuteczność w odniesieniu do grupy chorych z tym rozpoznaniem – mówi prof. Rodryg Ramlau z Katedry i Kliniki Onkologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

 W leczeniu raka drobnokomórkowego płuca przez ostatnie kilkadziesiąt lat panowała stagnacja, nic się nie działo. Dysponowaliśmy i nadal dysponujemy klasyczną chemioterapią, schematami dwulekowymi, a wszelkie metody, które były wprowadzane jako poprawa warunków leczenia, się nie sprawdziły – dodaje prof. Dariusz M. Kowalski z warszawskiego Centrum Onkologii, prezes Polskiej Grupy Raka Płuca.

Na DRP chorują zwykle osoby pomiędzy 65. a 70. rokiem życia, ale od kilku lat lekarze obserwują także występowanie tej choroby u młodszych pacjentów, nawet przed 40. rokiem życia. Co istotne, im młodsza osoba, tym bardziej agresywny przebieg ma choroba. 

 Cały czas spora część polskiego społeczeństwa pali papierosy i przebywa w niekorzystnych warunkach. Smog i inne uwarunkowania związane z zanieczyszczeniem środowiska również wpływają na rozwój raka płuca w Polsce – mówi Szymon Chrostowski.

Drobnokomórkowy rak płuca jest bardzo agresywny: szybko podwaja swoją masę, a jego leczenie nie przynosi oczekiwanych efektów, bo komórki nowotworowe szybko uodparniają się na leczenie chemioterapią. Ma też skłonność do przerzutów do kości, wątroby i przede wszystkim do centralnego układu nerwowego. Tylko 5 proc. chorych na ten typ nowotworu ma szansę przeżyć pięć lat od rozpoznania choroby. W całej grupie chorych na raka płuca pięcioletnie przeżycia uzyskuje się u 15 proc. osób.

W poszukiwaniu skutecznego leku firmy farmaceutyczne przebadały ponad 70 cząsteczek i żadna z nich dotąd nie okazała się przełomem w leczeniu drobnokomórkowego raka płuca. Sytuację zmienił atezolizumab – pierwsza immunoterapia w leczeniu DRP, zarejestrowana w UE jesienią ubiegłego roku.

 Mamy istotny postęp w leczeniu tej jednostki chorobowej. Na podstawie międzynarodowego badania klinicznego udowodniono, że połączenie standardowej dwulekowej chemioterapii z lekiem immunokompetentnym w sposób istotny wpływa korzystnie na leczenie chorych w pierwszej linii drobnokomórkowego raka płuca. Zarówno poprawia to jakość życia pacjentów, jak i wydłuża czas wolny od progresji procesu nowotworowego, ale również, co jest według mnie najistotniejsze, wydłuża znamiennie statystycznie czas przeżycia chorych z tą trudną w walce medycznej jednostką chorobową – podkreśla prof. Ramlau.

Immunoterapia zmusza układ odpornościowy pacjenta do tego, aby sam zwalczał komórki nowotworowe. Na świecie uważa się ją za medyczny przełom, który diametralnie zmieni leczenie m.in. wielu nowotworów czy chorób autoimmunologicznych.

W przypadku drobnokomórkowego raka płuca nowoczesna immunoterapia może wydłużyć życie średnio o dwa miesiące do ponad roku. To istotne zwłaszcza dla pacjentów z rozsianą postacią choroby, która dała już przerzuty do innych narządów, ponieważ ci mają najgorsze rokowania i zazwyczaj umierają nawet w ciągu kilku miesięcy od rozpoznania.

 W Polsce jest jeszcze kilka białych plam w leczeniu raka płuca drobnokomórkowego i niedrobnokomórkowego. Nadal są niezaspokojone potrzeby, ale na pewno zmiany w leczeniu raka drobnokomórkowego poprzez dołączenie immunoterapii do klasycznej chemioterapii to jedna z istotniejszych potrzeb do zaspokojenia w tej chwili – podkreśla prof. Dariusz M. Kowalski.

Jak ocenia Szymon Chrostowski, jeszcze przed 2018 rokiem można było mówić o „medycznej zapaści” w leczeniu raka płuca. W krótkim czasie pojawiły się nowe możliwości związane z diagnostyką molekularną, leczeniem sekwencyjnym, a na listę leków refundowanych trafia coraz więcej innowacyjnych preparatów. Problemem wciąż pozostaje jednak finansowanie.

 Narodowy Fundusz Zdrowia bardzo nisko wycenia te programy lekowe, szpitale ich nie kontraktują. Są placówki, gdzie nie leczy się raka płuca, ale są też takie ośrodki, które mają kontrakt w wysokości złotówki. Jest problem dużego zróżnicowania regionalnego pod względem leczenia tego nowotworu – mówi Szymon Chrostowski.

Rośnie rola firm rodzinnych w gospodarce. Wyzwaniem jest dla nich sprawne przekazanie biznesu młodszym pokoleniom

0

Przedsiębiorstwa rodzinne w Polsce są znaczącym eksporterem i pracodawcą. Podobnie jak pozostałe firmy borykają się z rosnącymi kosztami pracy czy zmianami podatkowymi, ale głównym wyzwaniem jest dla nich sukcesja pokoleniowa. Założyciele firm w okresie transformacji lat 90. zbliżają się do momentu, kiedy będą przekazywać funkcje operacyjne swoim następcom. Dlatego też potrzebują stabilnych ram prawnych, które będą im to umożliwiać. Problemem pozostaje również brak regulacji dotyczących fundacji firm rodzinnych i zagospodarowanie tych przedsiębiorstw, które nie znajdą sukcesorów, a mają istotne znaczenie w skali lokalnych rynków.

– Firmy rodzinne w polskiej gospodarce stanowią ponad 30 proc. wszystkich małych i średnich przedsiębiorstw. Trochę więcej w grupie mikro- i trochę mniej w grupie dużych firm, ale z pewnością jest to istotna populacja przedsiębiorstw w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Krzysztof Safin, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego.

W Europie, według European Family Businesses Organization, firmy rodzinne stanowią od 65 do 80 proc. wszystkich przedsiębiorstw, zapewniają 40–50 proc. miejsc pracy w sektorze prywatnym, a ich udział w tworzeniu europejskiego PKB sięga 80 proc. W Stanach Zjednoczonych firmy z własnością rodzinną generują 64 proc. PKB, 62 proc. zatrudnienia i co roku tworzą 78 proc. nowych miejsc pracy. Wśród przykładowych największych biznesów rodzinnych są niemiecki Volkswagen AG i amerykański Walmart.

Z kolei w Polsce ponad 2,3 mln działających firm jest własnością prywatną, z czego 828 tys. deklaruje, że są przedsiębiorstwami rodzinnymi – wynika z raportu Grant Thornton „Rodzinny biznes na Giełdzie”. Co istotne, gros właścicieli i zarządzających przedsiębiorstwami nie jest świadomych rodzinnego charakteru swojego biznesu albo nie identyfikują swojej działalności jako rodzinnej – szacuje się, że te stanowią aż 2,1 mln przedsiębiorstw. Podobne wnioski płyną z badań Instytutu Biznesu Rodzinnego, które pokazują, że w Polsce 92 proc. to firmy potencjalnie rodzinne (własność jest w rękach osoby lub rodziny), lecz tylko 36 proc. się za takie uważa.

Jak podkreśla ekspert wrocławskiej WSB, ta grupa przedsiębiorstw ma istotny udział w tworzeniu polskiego PKB, jest znaczącym eksporterem i pracodawcą oraz zapewnia istotne wpływy do budżetu państwa.

– Przedsiębiorstwa rodzinne to jest sól gospodarki rynkowej, podstawowa grupa firm. Te przedsiębiorstwa powstają tam, gdzie jest potrzeba i pomysł, gdzie próbuje się rodzinne pomysły przerodzić w biznes – mówi wykładowca WSB. – Wyzwania, które stoją przed firmami rodzinnymi w Polsce, są nieco inne niż dla ogółu przedsiębiorstw. Te podstawowe wiążą się z problemem sukcesji, która stanowi dla nich rzeczywisty problem – jak przekazać majątki, władzę i wartości, które tworzyły pokolenia.

Według danych Grant Thornton w latach 1989–1992 rokrocznie powstawało w Polsce ponad 600 tys. firm prywatnych. Pierwsze firmy rodzinne nadal funkcjonują w gospodarce. Potwierdza to też badanie Bisnode na zlecenie Fundacji Firmy Rodzinne. Według niego prawie 60 proc. firm prywatnych założonych w 1989 roku z powodzeniem działa do dziś.

Ich założyciele zbliżają się do momentu, kiedy będą przekazywać funkcje operacyjne swoim następcom, co oznacza, że polskie firmy rodzinne czeka fala sukcesji pokoleniowej. Z „Barometru firm rodzinnych” KPMG wynika, że 82 proc. właścicieli firm rodzinnych rozważa przekazanie własności firmy następnemu pokoleniu.

– Nie mamy dobrych wzorców, jak to robić. Nie wiemy, w jaki sposób docierać do młodych pokoleń, nie mamy odpowiednich modeli prawnych, finansowych i podatkowych. Z tego wynikają określone perturbacje i problemy – mówi dr hab. Krzysztof Safin. – Innym wyzwaniem sukcesyjnym jest to, że właściciele próbują jak najpóźniej przekazywać swoją władzę. W dalszym ciągu uważają swoje dzieci – mimo że mają po 40 lat – za niedostatecznie przygotowane i sądzą, że bez nich przedsiębiorstwa nie przetrwają. Narażają tym swoje firmy na perturbacje, a sukcesorów na pewien dyskomfort psychiczny.

Firmy rodzinne, podobnie jak pozostałe przedsiębiorstwa, borykają się z rosnącymi kosztami pracy, niedoborem pracowników, zmianami podatkowymi czy niestabilnym prawodawstwem, które przekłada się na ich niechęć do inwestowania. Oprócz rozwiązania tych problemów firmy rodzinne potrzebują też stabilnych ram prawnych, które będą im umożliwiać sprawne przekazanie biznesu kolejnemu pokoleniu. To istotne zwłaszcza w odniesieniu do najmniejszych mikroprzedsiębiorstw czy indywidualnej działalności gospodarczej.

– Pierwszy krok został zrobiony. Mamy zarząd sukcesyjny, istnieją już rozwiązania, które pozwalają przedsiębiorstwu nie upaść w sytuacjach krańcowych, czyli śmierci czy ciężkiej choroby właściciela – mówi dr hab. Krzysztof Safin.

Przez wiele lat śmierć właściciela firmy oznaczała m.in. wygaszenie kontraktów handlowych czy umów cywilnoprawnych, co rodziło poważne problemy nie tylko dla przedsiębiorstwa. Pod koniec 2018 roku zaczęła jednak obowiązywać ustawa o sukcesji firm rodzinnych, która umożliwia sprawne kontynuowanie działalności przedsiębiorstwa po śmierci jego właściciela. Zgodnie z nowymi przepisami właściciel może bezpłatnie zarejestrować w CEIDG swojego zarządcę sukcesyjnego, który po jego śmierci pokieruje firmą aż do momentu zakończenia formalności spadkowych.

– W Polsce zaczynamy dostrzegać istotny problem polegający na braku sukcesorów. Inne kraje, np. Niemcy czy Austria, doczekały się już pewnych rozwiązań prawnych, np. tworzenia platform, giełd dla tzw. przedsiębiorstw niechcianych, którym trudno znaleźć sukcesora. Te przedsiębiorstwa są ważne zwłaszcza dla rynków lokalnych, nie dlatego że są duże, ale ponieważ mają niebanalne kompetencje. Wraz z ich upadkiem te kompetencje, produkty czy usługi przepadają, a ludzie tracą pracę. Takie giełdy przedsiębiorstw rodzinnych tworzone są przez instytucje państwowe albo izby przemysłowo-handlowe. Są także chętnie odwiedzane przez naszych przedsiębiorców, którzy kupują niechciane firmy rodzinne i potrafią z nich zrobić wartościowych graczy lokalnych rynków – mówi wykładowca WSB.

Jak podkreśla, dla tej grupy przedsiębiorstw problemem wciąż pozostaje brak regulacji dotyczących fundacji firm rodzinnych.

– Powołujemy się często na przykłady Austrii czy Luksemburga, gdzie takie regulacje występują i – jak twierdzą przedsiębiorcy – przynoszą spodziewany efekt, bo wtedy cały majątek jest przenoszony do fundacji. Rodzina jest wówczas biernym uczestnikiem procesu zarządzania, a majątek oddaje się w ręce wyspecjalizowanych menadżerów, co zapewnia stabilność i ciągłość, o którą w przedsiębiorstwach rodzinnych przecież chodzi – mówi dr hab. Krzysztof Safin.

Dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego wrocławskiej WSB ocenia również, że dla firm rodzinnych, które mają własną specyfikę, bardzo istotne są współpraca, wzajemne wsparcie i wymiana doświadczeń.

– Dobrą okazją do skorzystania z tej formy współpracy i wsparcia będzie najbliższy Kongres Firm Rodzinnych, który odbędzie się we Wrocławiu w dniach 3–4 marca. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „Własność zobowiązuje” i szacujemy, że weźmie w niej udział 300–350 przedstawicieli firm rodzinnych, głównie z Dolnego Śląska – mówi dr hab. Krzysztof Safin.

Ministerstwo Klimatu: W ciągu kilku lat Polska stanie się wielkim placem budowy odnawialnych źródeł energii. Stabilność systemu ma gwarantować atom

Jak podkreśla Ireneusz Zyska, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu, w ciągu najbliższych kilku lat znacznie wzrośnie liczba inwestycji w odnawialne źródła energii. W zapewnieniu bezpieczeństwa energetycznego i stabilności systemu ważną rolę będą odgrywać projekty gazowe, mimo że Unia Europejska wycofuje się z ich finansowania, oraz energetyka jądrowa. Kolejny ważny filar to magazyny energii. – W kolejnych latach nowe technologie tak się rozwiną, że neutralność klimatyczna wcale nie jest wykluczona – mówi Zyska.

– Transformacja energetyczna trwa już od jakiegoś czasu, natomiast w tej chwili definiujemy jej kierunki, kładąc większy nacisk na rozwój odnawialnych źródeł energii. Jesteśmy po grudniowych aukcjach OZE, co pokazuje, że za rok, dwa, trzy Polska stanie się wielkim placem budowy w zakresie takich inwestycji. To zarówno generacja PV, jak i energia wiatrowa na lądzie i na morzu. Co istotne, na terenach wiejskich w projektach związanych z biogazem rolniczym, biogazem składowiskowym, ale też w miastach biogazem w ramach oczyszczalni komunalnych ścieków jesteśmy w stanie wygenerować kilka gigawatów energii, które też wpłyną na poprawę bilansu energetycznego – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ireneusz Zyska, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu.

Polska energetyka jest w tej chwili w blisko 80 proc. oparta na węglu. Rządowe strategie zakładają, że jego udział w produkcji energii elektrycznej będzie dominujący co najmniej w perspektywie dwóch kolejnych dekad, ale ma sukcesywnie spadać (do poziomu 55–60 proc. w 2030 roku). Równocześnie Polska będzie stawiać na dywersyfikację nośników energii, zwiększając udział OZE – z obecnego poziomu 14 proc. do ok. 21–23 proc. w 2030 roku.

Jednymi z najszybciej rozwijających się sektorów OZE są fotowoltaika oraz morska energetyka wiatrowa. Polskie wiatraki na Bałtyku mają zacząć produkować energię około 2025 roku, natomiast do 2040 roku planowane jest już oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w Polskiej Wyłącznej Strefie Ekonomicznej na Bałtyku.

Jak podkreśla sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu, dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski, jak i całej Unii Europejskiej w dalszym ciągu ogromne znaczenie będzie mieć gaz. Zdywersyfikować dostawy tego surowca na krajowy rynek ma budowany na dnie Morza Północnego gazociąg Baltic Pipe, który ma być gotowy pod koniec 2022 roku, ale w Polsce niezbędnych jest też szereg inwestycji w infrastrukturę gazową, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Tymczasem wraz z obecną perspektywą finansową UE mają skończyć się fundusze unijne na projekty gazowe. W listopadzie ub.r. Europejski Bank Inwestycyjny (EBI), którego akcjonariuszami są państwa UE, zadecydował o wycofaniu się z finansowania projektów gazowych od 2021 roku.

– Zarówno Niemcy, jak i inne kraje skazują się na import gazu. Budowa gazociągu Nord Stream 2 pokazuje, że w przyszłości ten surowiec będzie miał ogromne znaczenie dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego nie tylko Polski, ale też całej UE – mówi Ireneusz Zyska. – Jestem optymistą i wierzę, że uda się uzyskać zmianę stanowiska UE i Komisji Europejskiej w zakresie finansowania projektów gazowych. Gdyby się tak nie stało, to wszystkie dane ekonomiczne pokazują, że projekty gazowe są opłacalne, nawet dość szybko przynoszą dużą stopę zwrotu.

Jak podkreśla, dla zapewnienia stabilności systemu energetycznego niezbędne będzie też wprowadzenie do bilansu energetycznego energetyki jądrowej. Zgodnie z projektem Polityki energetycznej Polski do 2040 roku pierwszy blok elektrowni atomowej (o mocy ok. 1–1,5 GW) uruchomiony zostanie ok. 2033 roku. Kolejne pięć bloków ma być uruchamianych co dwa–trzy lata.

– Aby zapewnić stabilną energię dla przemysłu energochłonnego i dużych aglomeracji miejskich, musimy mieć stabilną energię w podstawie. Tu nie chodzi o pojedyncze domy czy małe społeczności miejskie, gdzie możemy i będziemy rozwijać klastry energii i cały system prosumencki. Atom jest nam niezbędny do zapewnienia stabilności dostaw energii w podstawie, ale też stabilizacji całego systemu, biorąc pod uwagę piki dostaw energii, które występują w przypadku niestabilnych OZE – mówi Ireneusz Zyska.

Kluczowe dla stabilności systemu będą również magazyny energii, które łagodzą obciążenia sieci elektroenergetycznej w szczytach, gromadząc energię, kiedy następuje jej nadprodukcja. Uregulowanie statusu prawnego instalacji magazynowania energii to cel nowelizacji Prawa energetycznego, zaproponowanej przez Ministerstwo Energii, która ma szansę trafić do Sejmu wiosną.

– W Gaju Oławskim, niedaleko Oławy na Dolnym Śląsku, rozwija działalność Energetyczny Klaster Oławski i budowany jest magazyn energii oparty na wodorze, który będzie produkowany w ramach elektrolizy bezpośrednio z energii odnawialnej – mówi Ireneusz Zyska.

Jak podkreśla, zaawansowane technologie wodorowe mogą być też wykorzystywane do wychwytywania i absorpcji dwutlenku węgla.

Jestem pewien, że do roku 2050 nowe technologie tak się rozwiną, że ta neutralność klimatyczna wcale nie jest wykluczona. Oczywiście Polska jest w innym momencie rozwoju przemysłowego niż Dania, Szwecja czy nawet Niemcy, ale paradoksalnie może być to wielką szansą dla naszego kraju, bo możemy od razu przeskoczyć na wyższy poziom cywilizacyjny – mówi sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu.

Polacy spożywają coraz więcej cukru. Winne są nie tylko złe nawyki, lecz także praktyki producentów żywności

Coraz więcej osób stara się unikać nadmiaru cukru w diecie poprzez ograniczenie słodzenia herbaty czy kawy. Mimo to spożywamy go ponad 6 kg więcej niż dekadę temu. Jak wskazuje raport Ministerstwa Zdrowia, za ten wzrost odpowiada cukier „ukryty” w różnego typu produktach, np. jogurtach. Wraz z coraz mniejszą aktywnością społeczeństwa skutkuje to problemami z nadwagą i otyłością oraz różnymi chorobami dietozależnymi, np. cukrzycą. – Trzeba nie tylko wpłynąć na nawyki społeczeństwa, lecz także na praktyki producentów żywności – podkreśla  Maria Libura z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

– Polacy są coraz bardziej świadomi, że cukier nie służy zdrowiu. Jednak z drugiej strony jego spożycie stale rośnie. Dzieje się tak ze względu na konsumpcję tzw. cukru ukrytego, który znajduje się głównie w wyrobach przetworzonych. Dosładzane bywają również produkty uznawane powszechnie za zdrowe, takie jak jogurty. Obecnie jedna osoba w ciągu roku może spożyć nawet do 44 kg cukru pod różnymi postaciami – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maria Libura, ekspert ds. zdrowia z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Ubiegłoroczny raport Narodowego Funduszu Zdrowia „Cukier, otyłość – konsekwencje” wskazuje, że w ciągu 10 lat spożycie „czystego” cukru spadło o 5,7 kg, ale o prawie 12 kg wzrosła konsumpcja cukru „ukrytego”. To efekt zmiany naszych nawyków – jemy coraz częściej gotowe potrawy, które często konserwowane są cukrem. Chętniej niż kiedyś kupujemy też słodkie napoje i przekąski.

– Zmiany nawyków żywieniowych jednostek nie rozwiążą problemu. Ważne jest, aby wpłynąć na producentów, czyli przemysł spożywczy. Oznakowania powinny być jaśniejsze dla przeciętnego konsumenta, ponieważ niewiele osób podczas zakupów uważnie czyta etykiety. Istotne są również regulacje, które doprowadzą do rzeczywistej redukcji zawartości cukru w produktach, w szczególności tam, gdzie nie jest potrzebny – zwraca uwagę Maria Libura.

Dodatkowo zdarza się, że producenci żywności nie są całkowicie szczerzy wobec konsumentów. Umieszczając na opakowaniu chwytliwe hasła, odwracają uwagę od jego zawartości.

– Cukier po prostu ludziom smakuje, jesteśmy tak zaprogramowani ewolucyjnie, że lubimy to, co słodkie, a przemysł spożywczy w jakimś sensie to wykorzystuje. Zdarzały się takie historie, jak np. dosypywanie cukru do produktów z warzyw, np. w puszkach. Kupując taki produkt, konsument nie ma bladego pojęcia, że ma on dodatkową wkładkę cukrową – podkreśla ekspertka ds. zdrowia. – Takie kwestie zależą od regulacji państwowych, a być może nawet na poziomie Unii Europejskiej, bardziej niż od zachowania konsumenta.

Jak podkreśla, nie chodzi tutaj o zakaz dosładzania produktów, tym bardziej że często cukier jest stosowany jako naturalny konserwant i alternatywa dla sztucznych.

– Ważne, żeby nie przesładzać produktów. Skuteczne wprowadzenie tego typu regulacji bywa niezwykle trudne, a nawet czasami jest zwyczajnie pułapką, bo może się okazać, że wyeliminujemy jakieś produkty tradycyjne, regionalne – mówi Maria Libura. – Potrzebujemy większego dialogu pomiędzy regulatorami, czyli państwami a przemysłem spożywczym, który sam z siebie niekoniecznie narzuca sobie ograniczenia.

To może się zmienić ze względu na skalę problemów zdrowotnych wynikających ze złej diety i niewystarczającej aktywności fizycznej. Dane przywoływane przez NFZ wskazują, że osoby, których zgon można powiązać z konsekwencjami spożycia napojów słodzonych, żyły średnio o 15 lat krócej niż pozostałe osoby w ich wieku.

– W Polsce nawet 60 proc. dorosłych mężczyzn i 40 proc. kobiet cierpi z powodu nadwagi, a wśród nastolatków te proporcje wynoszą 30 proc. w przypadku chłopców i 15 proc. w przypadku dziewczyn – mówi Maria Libura.

W związku z rosnącym problemem nadwagi i otyłości będzie wzrastać także liczba chorych na cukrzycę i inne choroby dietozależne, a wraz z nimi – również wydatki na ich leczenie.

– Cukrzyca, która jest chorobą metaboliczną, dotyka już prawie 3 mln Polaków. Narodowy Fundusz Zdrowia kosztuje ona około 2 mld zł rocznie, natomiast gdyby popatrzeć na całkowite koszty pośrednie i bezpośrednie, to wedle wyliczeń niektórych badaczy, np. Instytutu Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej, to może być nawet 7 mld zł – mówi Maria Libura.

Otyłość u młodych osób często jest powodem występowania zaburzeń psychicznych oraz psychologicznych. Przez kompleksy związane z tuszą wielokrotnie dochodzi do obniżenia własnej samooceny i unikania kontaktów społecznych. Problem nadmiernego spożycia cukru ma swoje konsekwencje również w powiększającej się liczbie osób cierpiących na schorzenia wynikające bezpośrednio ze złych nawyków żywieniowych: nadciśnienia, bólu stawów i pleców, a także duszności.

– W krajach, które mają skuteczne programy redukcji otyłości, opierają się one na dwóch filarach. Pierwszym jest zdrowe odżywianie. Tutaj nie możemy się ograniczać do samej edukacji i przekazu: „żyj zdrowo”, ale trzeba wprowadzać określone programy, które obejmują np. stołówki szkolne. Drugim filarem musi być zwiększona aktywność. Dzieci często chcą się zwalniać z lekcji WF-u, a rodzice im na to pozwalają. Problemem może być też nie do końca atrakcyjna dla dzisiejszego młodego człowieka forma tych zajęć – mówi ekspertka Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Rośnie zapotrzebowanie na pracowników branży utrzymania czystości. Sektor zatrudnia już 700 tys. osób

Rozwój sektora budowlanego napędza koniunkturę w profesjonalnych usługach utrzymania czystości. W Europie zatrudnienie w sektorze wzrosło w ciągu 20 lat dwukrotnie, do ok. 4 mln osób. W Polsce w branży czystości pracuje ich 700 tys., z czego co siódma w sektorze sprzątania domowego. Zapotrzebowanie na ich usługi dynamicznie rośnie. – Branża poszukuje dzisiaj w zasadzie każdego pracownika, zaczynając od personelu liniowego, kończąc na menadżerach – mówi Marek Krzemieniewski, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Czystości.

Z danych European Cleaning and Facility Services Industry wynika, że w Europie w branży utrzymania czystości działa 277 tys. firm,  a zatrudnienie sięga 4 mln osób. Średnie roczne obroty od 25 lat rosną o ok. 9 proc., a łączny obrót w branży w ciągu ostatnich 20 lat wzrósł trzykrotnie i sięga już 107 mld euro.

– W Polsce ten rynek rozwija się jeszcze bardziej dynamicznie. Jego wartość szacujemy na 17 mld zł, a zatrudnienie na 700 tys. osób. Branżę można podzielić na dwie grupy: profesjonalne firmy, które świadczą usługi na rzecz biznesu przemysłowego, i około 100 tys. osób, które pracują w sektorze sprzątania domowego – mówi agencji Newseria Biznes Marek Krzemieniewski, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Czystości.

Jak przypomina prezes PIGC, branża utrzymania czystości to nie tylko firmy sprzątające, ale też producenci chemii, maszyn i sprzętu.

– Rozwój sektora budowlanego napędza koniunkturę w usługach utrzymania czystości. W Polsce budują się nowe centra handlowe, logistyczne, szpitale, biurowce i tutaj jest największy potencjał rozwoju tego rynku – mówi Marek Krzemieniewski. – Kilka lat temu mieliśmy bardzo dużo firm usługowych, które rywalizowały między sobą o kontrakty. Teraz są kontrakty, ale jest problem z realizacją usług.

Firma doradcza Savills prognozuje, że w 2019 roku powstało ok. 745 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej (łącznie w całej Polsce wynosi ona 11,1 mln mkw.). Powierzchnia handlowa zyskała dodatkowe 315 tys. mkw. i dziś wynosi 12,4 mln, z kolei powierzchnia magazynowo-przemysłowa zwiększyła się o 2,7 mln mkw. (do 18,4 mln mkw.). Dynamiczny rozwój nieruchomości komercyjnych sprawia, że szybko rośnie także zapotrzebowanie na usługi utrzymania czystości. Branża cierpi jednak na braki kadrowe.

– Branża utrzymania czystości poszukuje dzisiaj w zasadzie każdego pracownika, którego można zaadaptować pod dane potrzeby tego rynku, zaczynając od personelu liniowego, a kończąc na menadżerach – przekonuje Krzemieniewski.

Jak podkreślają eksperci PIGC, sektor staje się ważnym pracodawcą nie tylko w skali lokalnej, lecz również w kontekście makroekonomicznym. Tym bardziej że przyczynia się do aktywizacji osób wcześniej biernych zawodowo lub tych, które mają trudny start zawodowy. Dodatkowo personel sprzątający staje się coraz bardziej wykwalifikowany, a co za tym idzie – praca jest bardziej rozwojowa. Pojawia się nowy sprzęt, techniki usprawniające prace, a personel może korzystać z odpowiednich szkoleń.

– Dobre wyedukowanie pracownika liniowego trwa około trzech dni roboczych. Jeżeli weźmiemy pod uwagę kadrę menadżerską, profil szkolenia przewiduje około dwóch tygodni ciężkiej pracy – wskazuje Marek Krzemieniewski.

Zielona energia w Polsce – legislacja musi nadążać za zmianami technicznymi

W ubiegłych latach można było obserwować w Polsce pewne zmiany legislacyjne w zakresie rozwoju energetyki odnawialnej, czy szeroko rozumianej energetyki rozproszonej. Wydaje się jednak, że jeszcze wiele przed nami. W ostatnich miesiącach rząd bardzo intensywnie myśli o wsparciu tego sektora energetyki. Niedawno ogłoszono projekt tzw. ustawy offshorowej, dotyczącej rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. To zdecydowanie pozytywny sygnał. Coraz więcej ministrów podejmuje temat zmian w zakresie energetyki rozproszonej, czyli spółdzielni energetycznych i klastrów energii. Ich efektywne działanie wymaga jednak jeszcze podjęcia wielu działań i impulsów rozwojowych. Długo oczekiwana ustawa offshore powinna stworzyć solidną bazę do rozwoju zielonej energii w Polsce.

– Cieszy również postawa rządu, który kładzie nacisk na kolejne aukcje dla odnawialnych źródeł energii, co daje pewną perspektywę dla inwestorów – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Szambelańczyk, partner, WKB Lawyers. – Całościowe spojrzenie pozwala więc stwierdzić, że w zakresie zielonej energii Polska jest już dość daleko. Nadal jednak są działania, które należy podjąć. Dotyczą one wdrażania operatora informacji pomiarowych, uporządkowania baz prawnych dla rozwoju magazynów energii rozproszonej. Pozostaje jeszcze kwestia elektromobilności w Polsce. Ustawa w tym zakresie już działa, chociaż ma pewne mankamenty. Niektóre kwestie zdecydowanie powinny zostać uzupełnione i doprecyzowane. Projekt nowelizacji prawa energetycznego również zawiera pewne poprawki w jej zakresie, które mają usprawnić jej funkcjonowanie. W przypadku tego rodzaju technologii legislator zawsze będzie jednak pół kroku za rozwiązaniami technicznymi. Ważne jest, aby nie zwiększać tego dystansu i starać się dostosowywać się do tempa zmian. Sytuacja mogłaby więc być lepsza, jednak działania rządu i ministerstwa zmierzają w dobrym kierunku. Legislacja musi bowiem nadążać za zmianami technicznymi – wyjaśnił Szambelańczyk.

Dr Sławomir Dudek głównym ekonomistą Pracodawców RP

Dr Sławomir Dudek, ekspert ds. finansów publicznych i wieloletni pracownik Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie został głównym ekonomistą Pracodawców RP. Jest też m.in. członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Cieszę się, że swoją wiedzę, kompetencje i doświadczenie zdobyte podczas wieloletniej pracy w Ministerstwie Finansów oraz jako pracownik naukowy Szkoły Głównej Handlowej będę mógł wykorzystać dla dobra debaty publicznej i dialogu społecznego – powiedział dr Sławomir Dudek komentując objęcie funkcji głównego ekonomisty w Pracodawcach RP, najstarszej i największej organizacji pracodawców w Polsce – Chciałbym również uczestniczyć w integracji środowiska naukowego, think-tanków analitycznych i partnerów dialogu społecznego na rzecz podnoszenia jakości debaty publicznej – niech ta debata będzie „tłoczona z danych”. Chcę też mówić w sposób zrozumiały dla każdego o konsekwencjach działań w zakresie polityki społeczno-gospodarczej.

Szczególnym wyzwaniem jest w najbliższym okresie spowolnienie gospodarcze, które stawia przed nami zadanie dostarczenia możliwie najlepszych analiz i prognoz, aby polski biznes mógł jak najlepiej  przygotować się na tę okoliczność i dobrze wejść w fazę następnego ożywienia. Przed nami również dyskusja nad bardzo trudnym budżetem na 2021 rok i ścieżką wzrostu płacy minimalnej, która budzi niepokój przedsiębiorców – dodał główny ekonomista Pracodawców RP.

Od 2003 r. dr Dudek jest związany z Instytutem Rozwoju Gospodarczego warszawskiej SGH, której rektor kilkukrotnie nagradzał go za badania naukowe. W latach 2012-2019 przewodniczył polskiej delegacji na posiedzenia Economic Policy Committee (Komitetu Polityki Gospodarczej) przy OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).

W latach 1996-2019 Sławomir Dudek był pracownikiem Ministerstwa Finansów, gdzie m.in. kierował Wydziałem Symulacji i Prognoz Makroekonomicznych (2001-2008), a następnie zajmował stanowiska zastępcy dyrektora (2008-2012) i dyrektora Departamentu Polityki Makroekonomicznej (2012-2019). W resorcie zajmował się m.in. analizami i prognozami makroekonomicznymi oraz fiskalnymi i budżetowymi, a także analizą ekonomiczno-finansową najważniejszych reform i zmian w zakresie polityki społeczno-gospodarczej. Uczestniczył również w budowie modeli ekonomicznych i ekonometrycznych.

W swojej działalności naukowej dr Dudek koncentruje się na finansach publicznych, wahaniach cyklicznych w gospodarce, prognozach gospodarczych, systemie podatkowym i badaniach nastrojów gospodarstw domowych. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu publikacji i referatów.

Opracowano pierwsze przenośne urządzenie z interfejsem mózg–komputer. Pomoże m.in. w sterowaniu telewizorem i samochodem

Na rynku są już dostępne interfejsy mózg–komputer, które pozwalają kontrolować roboty przy użyciu samych myśli. Naukowcy opracowali bezprzewodowy i przenośny interfejs tego typu, który wykorzystuje algorytm głębokiego uczenia się do sterowania wózkiem inwalidzkim. Francuski start-up wprowadza zaś na rynek pierwsze urządzenie do noszenia z interfejsem mózg–komputer, które zapewnia kontrolę w czasie rzeczywistym. Może ono zrewolucjonizować branżę rozrywkową, pomóc w obsłudze telewizora czy samochodu.

– NextMind to elektronika do noszenia, której głównym zadaniem jest umożliwienie użytkownikowi kontrolowanie danego urządzenia lub komputera za pomocą mózgu – mówi agencji Newseria Innowacje Sune Alstrup ze start-upu NextMind. – Wcześniej nie mieliśmy dostępu do interfejsu mózg–komputer bez ogromnego zestawu okularów ani kontroli nad urządzeniem w czasie rzeczywistym. To pierwsze takie urządzenie do noszenia z interfejsem tego typu, które zapewnia kontrolę interfejsu w czasie rzeczywistym.

NextMind opracował interfejs mózgkomputer (BCI), który tłumaczy sygnały z kory wzrokowej na polecenia cyfrowe. To elektroencefalogram do noszenia – osiem elektrod przyczepionych do tylnej części głowy za pomocą prostego paska na czoło odbiera fale mózgowe z kory wzrokowej. Aby korzystać z urządzenia, użytkownik musi skoncentrować się na określonym obiekcie. Dzięki reakcji w korze wzrokowej generowane są wzorce fal mózgowych do odczytu maszynowego. Taki neurosynchronizm jest następnie wykorzystywany do przełożenia uwagi wzrokowej na polecenia komputera. W przyszłości, jak zapowiadają twórcy, urządzenie ma działać nawet przy zamkniętych oczach.

– Interfejs może być wykorzystywany w samochodzie, można także zmieniać kanały telewizyjne lub kontrolować za pomocą mózgu różne opcje w komputerze. Można sobie również wyobrazić grę, i to w dość niedalekiej przyszłości. Zestaw może mieć wbudowany czytnik, co pozwala zagrać w grę w wirtualnej rzeczywistości za pomocą mózgu, bez użycia rąk czy głosu, z wykorzystaniem do tego różnych metod obsługi jednocześnie. Używamy więc razem umysłu, głosu i gestów – tłumaczy Sune Alstrup.

Urządzenie umożliwia przełączanie kanałów telewizyjnych za pomocą umysłu, zmianę dźwięku czy wydawanie poleceń podczas gier. NextMind opracował też aplikację dla okularów rzeczywistości rozszerzonej. Wykorzystuje śledzenie wzroku, gesty i mowę w celu uzupełnienia sygnałów mózgowych.

– Będzie ono dostępne już niedługo, bo w drugim kwartale tego roku, za 399 dol. Jeśli ktoś posiada zestaw Oculus, będzie mógł tworzyć własną grę za pośrednictwem umysłu. To bardzo niedaleka przyszłość – przekonuje Sune Alstrup.

Interfejsy mózg–komputer pozwalają na coraz więcej. Ctrl-labs, nowojorski start-up, rozwija opaskę na rękę, która tłumaczy sygnały mięśniowo-mózgowe na polecenia interpretowane maszynowo. We wrześniu 2019 roku firmę przejął Facebook. Zespół naukowców z Carnegie Mellon University, we współpracy z University of Minnesota, korzystając z nieinwazyjnego interfejsu tego typu, opracował pierwsze w historii sterowane umysłem ramię robota. Dotychczas kontrola była możliwa tylko dzięki implantom. W przyszłości interfejs mózg–komputer mógłby zastąpić uwierzytelnianie za pomocą tradycyjnych haseł.

– Przez następne lata będziemy obserwować, jak technologia zmienia swoje zastosowania, zaczynając od sterowania telewizorem, a kończąc na byciu nieodłączną częścią naszej interakcji z urządzeniami – ocenia Sune Alstrup. – Sądzimy, że urządzeń z wbudowanym interfejsem będzie coraz więcej. Klienci będą potrzebowali różnych sposobów interakcji z takimi urządzeniami i będzie to możliwe dzięki interfejsowi mózg–komputer.

Sztuczna inteligencja uchroni uprawy przed szkodnikami. Opryski będą stosowane tylko tam, gdzie występują

Nowe technologie coraz skuteczniej wspierają pracę rolników. Dzięki inteligentnej platformie tworzonej przez polski start-up uda się uchronić uprawy przed działaniem szkodników poprzez stosowanie chemicznych oprysków wyłącznie w miejscach, w których jest to konieczne. Wykonywane przez autonomiczne drony fotografie zastąpią zdjęcia satelitarne w procesie planowania obfitości wysiewów nasion, a oparty na działaniu robotów system wykona za rolnika szereg prac, począwszy od przygotowania gleby, aż po umieszczenie sadzonek na grządkach.

– System SmartGrow będzie się składał z platformy obliczeniowej ze specjalistycznym algorytmem oceny i predykcji danych, systemu czujników mierzących parametry środowiska wzrostu roślin oraz w pełni zautomatyzowanej cyfrowej pułapki feromonowej – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Piech, członek zarządu SmartGrow.

Projekt realizowany przez polski start-up ma na celu optymalizację procesów ochrony roślin. Dzięki powstającemu systemowi SmartGrow plantatorzy będą mogli w optymalny sposób stosować preparaty chemiczne. Dzięki temu ich skuteczność będzie dużo większa, a rośliny będą mniej obciążone pozostałościami chemicznymi.

– Informacje z czujników będą spływały do naszej platformy, dzięki czemu będziemy mogli uzyskać informacje o momencie pojawienia się szkodnika, jego ilości oraz tendencji rozwojowej. Plantator mając takie informacje, będzie mógł dynamicznie i racjonalnie podejmować działania odnośnie do ochrony roślin, przez co zwiększy się jego ekonomia w gospodarstwie, zaoszczędzi czas, a co najważniejsze, rośliny będą mniej obciążone chemią – wyjaśnia Grzegorz Piech.

Jak zapowiadają twórcy, rozwiązanie już niebawem może zacząć być testowane na plantacjach jednej z największych grup producenckich w Polsce.

Tymczasem inteligentne rozwiązania w coraz bardziej zaawansowany sposób zmieniają obraz współczesnego rolnictwa. Jedną z firm mocno promujących wdrożenia nowych technologii w rolnictwie jest Peterson Farms Seed, która specjalizuje się w nasionach kukurydzy i soi. Zdjęcia satelitarne są przez nią wykorzystywane do racjonalizacji wysiewu i nawożenia. Proces ten znacznie przyspieszają metody takie jak obrazowanie wielospektralne i urządzenia takie jak autonomiczne drony. Firma korzysta z platformy analitycznej Sony Electronics Professional Solutions of America. System zamontowany jest na dronie Quadcopter Phantom 4 firmy DJI, który po utworzeniu planu lotu sam startuje i zaczyna rejestrować obrazy pola. Mapę umożliwiającą zróżnicowanie obfitości wysiewu można wygenerować w ciągu kilku minut po locie, również w trybie offline.

Innowacyjne podejście do rolnictwa wykazuje też Small Robot Company, brytyjski start-up agrotechniczny, oferujący model „rolnictwa jako usługi” (FaaS). W jego ramach mały robot zbiera dokładne i aktualne informacje o uprawach poszczególnych roślin w gospodarstwie, drugi analizuje te dane i podaje instrukcje kolejnym dwóm robotom. Trzeci odpowiada za wysiew i ochronę przed chwastami poprzez mikrooprysk, spalanie lub kruszenie. Czwarty wyposażony jest natomiast w zrobotyzowane wiertło służące do sadzenia nasion i rejestruje, gdzie zostały posadzone nasiona.

–  Każde rozwiązanie, które optymalizuje procesy w strefie agro, jest oczekiwane na rynku. Nasi odbiorcy to producenci środków ochrony roślin, dystrybutorzy oraz profesjonalni plantatorzy. To świadomi klienci, który oczekują tego typu rozwiązań – twierdzi członek zarządu SmartGrow.

Według MarketsandMarkets rynek inteligentnego rolnictwa został wyceniony w 2017 roku na 6,34 mld dol. Do 2023 r. ma osiągnąć wartość 13,50 mld dol.

Jak koronawirus wpływa na rynek walutowy? Co może wydarzyć się dalej?

Przez ostatnie kilka tygodni rynki finansowe nie traciły z oczu doniesień dotyczących trwającej w Chinach epidemii Covid-19 (wcześniej określanego jako 2019-nCoV). Obawy związane z koronawirusem nie pozostały bez wpływu na zachowanie rynków finansowych, w tym rynku walutowego.

Do momentu powstania niniejszego raportu odnotowano około 43 tys. przypadków zarażenia koronawirusem w 28 krajach świata. W konsekwencji śmierć poniosło nieznacznie ponad 1000 osób*. Blisko 60 mln osób znajduje się w izolacji, część najbardziej ruchliwych punktów komunikacyjnych w chińskich miastach jest niemalże pusta. Początek epidemii zbiegł się w czasie z jednym z kluczowych momentów w roku dla Chin, czyli Chińskim Nowym Rokiem. Co roku w tym okresie zwiększone przychody notują firmy zajmujące się transportem, turystyką i sprzedażą detaliczną. W związku z powyższym, efekt negatywnego wpływu na chińską gospodarkę z tytułu rozprzestrzeniania się wirusa w tym okresie może być znaczący.

W okolicy Chińskiego Nowego Roku odbywa się średnio 3 mld podróży, co czyni ten czas najbardziej wzmożonym tego typu okresem w roku. Niepokój związany z rozprzestrzenianiem się koronawirusa bez wątpienia zniechęcił do podróży odwiedzających z zagranicy, jak również ograniczył ruch wewnętrzny w Chinach (ograniczając podróże służbowe oraz ruch towarów i usług). W związku z powyższym, epidemia odbije się szczególnie na przedsiębiorstwach świadczących usługi transportowe, sklepach detalicznych oraz hotelach. Rozprzestrzenianie się wirusa najpewniej zakłóci również międzynarodowe łańcuchy dostaw, co jest dość niepokojącym zjawiskiem z uwagi na istotną rolę, jaką Chiny odgrywają w handlu międzynarodowym.

Negatywny wpływ koronawirusa na aktywność biznesową w Chinach, najpewniej zostanie jednak ograniczony przez fakt, że większość fabryk i przedsiębiorstw w kraju była i tak przygotowana na wstrzymanie działalności ze względu na wspomniane święto. Większość z nich planowała przerwę o długości od dwóch do czterech tygodni.

Przez znaczną część stycznia szkodliwy potencjał koronawirusa nie był jeszcze oczywisty. Indeks aktywności biznesowej w przemyśle – Caixin PMI – znalazł się w tym okresie na dość dobrym poziomie, pozostając powyżej wartości 50 pkt oddzielającej ekspansję od kurczenia się sektora. Mimo to sądzimy, że właściwym pytaniem, które należy obecnie zadać, nie jest to, czy epidemia koronawirusa wpłynie negatywnie na gospodarkę Chin, a to, jak dużych szkód można się spodziewać z tego tytułu. W ostatnich dniach agencja ratingowa S&P, podobnie jak wiele innych ośrodków, zdecydowała się obciąć prognozy wzrostu gospodarczego Chin w 2020 roku. Obecnie agencja spodziewa się wzrostu na poziomie 5%, wobec wcześniejszego szacunku zakładającego ekspansję gospodarczą rzędu 5,7%.

Konsekwencją epidemii było pozbywanie się akcji przez inwestorów: porzucali oni bardziej ryzykowne inwestycje na rzecz bezpieczniejszych obligacji rządowych. Po otwarciu giełd po Księżycowym Nowym Roku, indeks Shanghai Composite odnotował największy dzienny spadek od czterech lat, kończąc sesję spadkiem o 8% (Wykres 1).

Wykres 1: Indeks Shanghai Composite (luty ‘19 – luty ‘20)

Indeks Shanghai CompositeŹródło: Refinitiv Datastream Data: 11/02/2020

Inwestorzy na rynku walutowym zachowali się w przewidywalny sposób, kupując waluty uznawane powszechnie za bezpieczne oraz wyprzedając waluty krajów, których gospodarki są najsilniej uzależnione od chińskiego popytu. Jak zwykle w sytuacji, gdy na rynkach finansowych panuje niepewność, aprecjacji doświadczyły jen japoński i frank szwajcarski. Ten ostatni w parze ze złotym na przełomie stycznia i lutego znalazł się najwyżej od blisko czterech miesięcy, przekraczając psychologiczną barierę 4,0. Miało to związek nie tylko z siłą franka szwajcarskiego, ale też słabością polskiego złotego, który w parze z euro na przełomie stycznia i lutego znalazł się na poziomie 4,30, właśnie m.in. w związku z koronawirusem.

Wykres 2: Kurs CHF/PLN (listopad ‘19 – luty ‘20)

Kurs CHFŹródło: Refinitiv Datastream Data: 11/02/2020

Nie jest zaskoczeniem, że w ostatnich tygodniach agresywnej wyprzedaży doświadczył też juan chiński, którego kurs w stosunku do dolara amerykańskiego przekroczył psychologiczną barierę 7 juanów za dolara. Waluta Chin osłabiła się również w relacji do szeregu walut gospodarek wschodzących, w tym w relacji do części innych walut Azji, które też doświadczyły deprecjacji w kontekście koronawirusa. M.in. ze względu na istotną rolę, jaką dla rynku ropy naftowej odgrywa chiński popyt, ceny tego surowca również zaczęły spadać, od początku roku obniżając się o blisko 20%. Spadające ceny ropy przyczyniły się do osłabienia walut krajów, dla gospodarek których istotną rolę odgrywa eksport surowca. Tym samym deprecjacji doświadczyły korona norweska oraz dolar kanadyjski. Epidemia koronawirusa miała również pośredni wpływ na waluty krajów, które w istotnym stopniu są zależne od popytu z Chin – z tego względu deprecjacji doświadczył dolar australijski.

Niemniej należy zwrócić uwagę, że rynek walutowy przez większość czasu pozostawał względnie stabilny. W ostatnich dniach zaczęliśmy obserwować poprawę sentymentu i stopniowe odwracanie wcześniejszych trendów. W tym kontekście warto podkreślić niedawne ożywienie juana chińskiego, którego kurs zbliżył się do poziomu dość bliskiego notowanemu na początku tego roku, oraz wygaszanie przepływów w kierunku safe-haven. Ożywienia doświadczają również rynki papierów wartościowych. Zarówno indeks S&P 500, jak i Dow Jones Industrial Average znajdują się obecnie wyżej niż na początku roku kalendarzowego, jak i rok temu. Wspomniany wcześniej indeks Shanghai Composite obecnie nie kontynuuje spadków, a raczej stabilizuje się po odrobieniu części strat. Może to sugerować, że niepewność dotycząca potencjalnych ekonomicznych skutków epidemii koronawirusa zaczyna zanikać.

Inwestorów może uspokajać fakt, że zasięg wirusa przynajmniej dotychczas był ograniczony głównie do granic Chin. Z 43 129 potwierdzonych przypadków koronawirusa (stan na 09:53 GMT 11 lutego 2020) 42 658 (98,9%) odnotowano w Chinach. Poza granicami kraju zaobserwowano jedynie dwa przypadki śmiertelne (0,2% wszystkich zgonów). Większość przypadków potwierdzonych zachorowań oraz zgonów (odpowiednio 73,6% i 95,7%) zarejestrowano w chińskiej prowincji Hubei, która uznawana jest za ognisko epidemii. Zgodnie z najnowszymi doniesieniami liczba nowych zakażonych stabilizuje się. Na podstawie danych o liczbie zachorowań na koronawirusa oraz przypadków śmiertelnych przekształconych w wykres logarytmiczny (co pozwala ograniczyć wykładniczy charakter wzrostów z początku wybuchu epidemii) można zaobserwować, że tempo transmisji choroby zdaje się zwalniać (Wykres 3).

Wykres 3: Potwierdzone zachorowania na koronawirusa oraz potwierdzone przypadki śmiertelne [skala logarytmiczna] (21/01/20 – 11/02/20)

Potwierdzone zachorowania na koronawirusa oraz potwierdzone przypadki śmiertelneŹródło: Bloomberg Data: 11/02/2020

Należy również zaznaczyć, że 80% przypadków, w których infekcja kończyła się śmiercią, dotyczyło osób powyżej 60 roku życia, wśród których 75% wykazywało inne dolegliwości zdrowotne. Co więcej, w ostatnim czasie poprawił się stosunek wyzdrowień do zgonów. Obecnie wynosi on ok. 4 do 1. Pod koniec stycznia stosunek ten wynosił 1:1.

Co może wydarzyć się dalej?

Sądzimy, że zachowanie rynków finansowych w krótkim okresie będzie zależało przede wszystkim od tego, jak chiński rząd poradzi sobie z opanowaniem epidemii wirusa, a szczególnie jak długo utrzymywane będę restrykcje dotyczące podróży. Jeżeli wirus ponownie zacznie się agresywnie rozprzestrzeniać, a liczba zachorowań poza granicami Chin zacznie rosnąć, spodziewalibyśmy się powrotu trendów, które nastąpiły w momencie wybuchu epidemii. W takim wypadku oczekiwalibyśmy wzmożonych przepływów w stronę safe-haven (szczególnie w kierunku jena japońskiego), oraz powtórnej wyprzedaży aktywów uznawanych za ryzykowne, która dotknie zwłaszcza chiński rynek akcji oraz juana chińskiego.

Naszym zdaniem, w dłuższym okresie wiele zależeć będzie od tego, jak istotny będzie wpływ epidemii na sytuację gospodarczą. Jeżeli w najbliższych tygodniach stanie się jasne, że epidemia koronawirusa miała na chińską gospodarkę bardziej dotkliwy wpływ, niż oczekiwano, należy liczyć się ze wzrostem presji na ryzykowne aktywa. W tym kontekście będziemy zwracać szczególną uwagę na dane napływające z Chin, w tym na oficjalne wskaźniki aktywności biznesowej PMI (29/02) w styczniu. Jeszcze istotniejsze będą odczyty, które poznamy w przyszłym miesiącu, na podstawie których będzie można lepiej oszacować skalę spowolnienia. Na tę chwilę rynek jest jednak dużo bardziej spokojny niż w ostatnich dwóch tygodniach, a globalne banki centralne, póki co nie są skłonne do podjęcia działań w kontekście wirusa. Wyjątek stanowi Ludowy Bank Chin, który podjął kroki w celu złagodzenia potencjalnych negatywnych konsekwencji związanych z wirusem, obcinając 7-dniową stopę procentową reverse repo o 10 punktów bazowych (do 2,4%) oraz dostarczając na rynek bankowy równowartość 175 mld dolarów płynności.

Jeśli chodzi o reakcję rynków finansowych, w tym momencie jesteśmy optymistycznie nastawieni do sytuacji, sądząc, że najgorsze już za nami. Obecna sytuacja przypomina nam historię wirusa SARS. W momencie epidemii pojawił się szereg negatywnych nagłówków, mimo to wpływ wirusa na rynki finansowe i gospodarkę światową w dłuższym terminie nie był istotny. Światowe indeksy giełdowe doświadczają ożywienia (w tym chiński parkiet), waluty safe-haven nie zyskują, a waluty gospodarek wschodzących stabilizują się.

Opinie sugerujące, że wzrost gospodarczy w Chinach spadnie poniżej 5% uznajemy za przesadnie pesymistyczne. Jesteśmy zdania, że negatywne skutki ekonomiczne dla gospodarki Chin okażą się krótkotrwałe, a chińska gospodarka podniesie się po tym, jak epidemia koronawirusa zostanie zażegnana, co miejmy nadzieję nastąpi jak najszybciej.

*stan na 11/02/2020

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Czy powinieneś pozycjonować swoją stronę lokalnie? Oczywiście! Mamy na to dowody

Jeszcze przed kilkunastoma laty promowanie usług w mniejszej społeczności nie było konieczne. Każdy wiedział, gdzie jest najlepszy fryzjer w mieście, a do kogo warto pójść po świeży chleb. Dziś punktów sprzedaży oraz usługodawców jest tak wiele, że trudno zdecydować się na jednego z nich. Większa konkurencja spowodowała też, że właściciele firm, chcąc wyprzedzić rywali i zdobyć jak największą liczbę Klientów, promują się w każdym dostępnym miejscu. Jednym z najpowszechniejszych mediów, w którym można zamieścić reklamę, jest internet. Zanim jednak pojawisz się w sieci, poznaj siłę pozycjonowania lokalnego. Czym ono jest? Znamy odpowiedź na to pytanie!

Pozycjonowanie lokalne wspiera małe firmy w dążeniu do zwiększonej sprzedaży

Gdy Twój potencjalny Klient szuka interesujących go usług, jest nastawiony na to, że szybko znajdzie to, co go interesuje. Mało tego – chce, żeby dany sklep czy firma znajdowały się jak najbliżej niego i miały doskonałe opinie oraz korzystny cennik. Z pomocą przychodzi wyszukiwanie lokalne, które pozwala na przeszukanie najbliższej okolicy pod kątem wpisanego w wyszukiwarkę zapytania. Jak mówią specjaliści z Agencji ESEO, korzyści są obustronne: internauta skorzysta z konkretnej usługi blisko miejsca, w jakim się aktualnie znajduje, a firma odnotuje zyski, nie wydając zbyt wiele na reklamę. Jak to działa? W urządzeniach, którymi posługujemy się na co dzień, zainstalowano nadajniki GPS lub lokalizatory oparte na używanym IP. To one odgadują nasze położenie i na tej podstawie dopasowują reklamy, firmy i usługi do naszych potrzeb. Wykorzystując więc lokalne pozycjonowanie stron, możesz precyzyjnie dotrzeć do Klienta, a jednocześnie nie martwić się rozbudowaną konkurencją. Potentaci branżowi będą promować się na frazy ogólne, a Twoimi rywalami okażą się jedynie lokalne firmy obejmujące swoim działaniem podobny obszar. Masz więc dużo większą szansę na zawarcie intratnych transakcji, niż w przypadku reklamy zawężonej wyłącznie do ogólnopolskich fraz.

Dowiedz się, jak możesz przygotować swoją stronę pod lokalne pozycjonowanie

Jeżeli prowadzisz małą, lokalną firmę nastawioną na konsumentów z danego regionu, lokalne pozycjonowanie stron to dla Ciebie doskonałe wyjście. Odpowiednio skonstruowane zapytania lokalne wyświetlające się wysoko w wynikach wyszukiwania sprawią, że potencjalny Klient zainteresuje się Twoją ofertą i chętnie z niej skorzysta. W przypadku, gdy masz już witrynę firmową, konieczne okaże się jej zoptymalizowanie. Niezbędne jest zastosowanie fraz w opisach kategorii, na stronie „O mnie”, podanie dokładnego adresu (ze znacznikiem na Mapach Google), optymalizacja nagłówków i meta tagów, a także nasycenie słowami kluczowymi tekstu na stronie. Niezwykle istotne jest naturalne wprowadzenie do treści nazwy miasta lub regionu. Proces ten jest trudny, gdyż obecnie Google kładzie nacisk na wysoką merytoryczność tekstu i odrzuca nienaturalne według algorytmu zdania. Warto zatem poprosić o wsparcie specjalistów z ESEO, którzy pomogą Ci stworzyć treści wysokiej jakości, z zachowaniem wszelkich wytycznych istotnych dla wyszukiwarki.

źródło – https://www.eseo.pl/

Biurokracja przytłacza polskich przedsiębiorców

  • Średniej wielkości firma w Polsce musi rocznie wysłać do urzędów 208 różnego rodzaju formularzy, druków i sprawozdań.
  • Pomimo prób ograniczenia sprawozdawczości, przez ostatnie pięć lat niewiele się w tej kwestii zmieniło – wynika z raportu przygotowanego przez Grant Thornton, pod patronatem Konfederacji Lewiatan.

Biurokracja kojarzy się przedsiębiorcom głównie z nadmiernym prawodawstwem: gąszczem przepisów, które w dodatku stale się zmieniają. Jednak biurokracja ma też drugie, również uciążliwe oblicze – sprawozdawczość. Ponieważ instytucje publiczne muszą wiedzieć, jak wygląda sytuacja w przedsiębiorstwach (choćby na potrzeby prowadzenia polityki gospodarczej rządu czy w celu kontrolowania ściągalności podatków), firmy zmuszone są do regularnego przekazywania odpowiednim organom dokumentów i danych.

Ile dokładnie? Jak wynika z raportu przygotowanego przez firmę audytorsko-doradczą Grant Thornton pod patronatem Konfederacji Lewiatan, średnia firma w Polsce powinna przesłać do urzędów przeciętnie 208 dokumentów, tzw. elementów sprawozdawczych. W scenariuszu skrajnie optymistycznym (kiedy prowadzi maksymalnie uproszczoną działalność od strony prawnej i biznesowej) musi przekazać 55 tego rodzaju sprawozdań, a w skrajnie pesymistycznym – nawet 360.

Co może być jeszcze bardziej niepokojące, na małych i mikroprzedsiębiorstwach również spoczywa duży ciężar obowiązku sprawozdawczego. Małe firmy (10-49 pracowników) muszą rocznie przekazywać urzędom przeciętnie 191 druków, a mikro (do 9 osób) – 114. Oznacza to, że każdego tygodnia mikrofirma powinna wypełnić i przesłać polskiemu państwu dwa formularze. W skrajnym przypadku może być zobowiązana do przesłania instytucjom publicznym nawet 198 druków, a więc powinna składać sprawozdania niemal każdego dnia roboczego. O ile duże firmy przy pewnych nakładach finansowych są w stanie poradzić sobie z tymi wymogami, ponieważ dysponują zapleczem eksperckim i administracyjnym, o tyle dla najmniejszych firm (gdzie za księgowość czy kwestie administracyjnie odpowiada zwykle jedna osoba lub sam właściciel) jest to nie tylko znaczący koszt, ale też często istotna bariera w prowadzeniu biznesu.

– Jako audytorzy doskonale rozumiemy, jak ważna i potrzebna dla bezpieczeństwa obrotu gospodarczego jest rzetelna sprawozdawczość. Uważamy jednak, że skala obowiązku sprawozdawczego jest w Polsce zbyt duża. W wielu miejscach obowiązek ten jest niepotrzebny lub dane przekazywane urzędom dublują się. Niepokojąca jest nie tylko sama ogromna liczba pism, jakie firmy muszą składać w urzędach, ale też stopień szczegółowości informacji, jakich żąda państwo. Aby prawidłowo wypełnić niektóre formularze trzeba posiadać głęboką, specjalistyczną wiedzę finansową czy księgową, a ponadto, niektóre dane są dość trudno dostępne, bo na przykład wymagają pozyskania ich z innych działów – personalnego, produkcji, sprzedaży, magazynów czy specjalistów BHP – komentuje Marcin Diakonowicz, partner w Departamencie Audytu w Grant Thornton.

Największym odbiorcą danych jest aktualnie Narodowy Bank Polski – przeciętnie duża firma powinna mu przesłać 151 druków rocznie. Potrzebuje on przede wszystkim danych finansowych, na podstawie których liczy tzw. bilans płatniczy polskiej gospodarki, a więc rachunki pokazujące przepływy kapitałowe między polską gospodarką a zagranicą. Łącznie duża firma w skrajnym scenariuszu (jeśli prowadzi aktywnie transakcje z podmiotami zagranicznymi) powinna co miesiąc przekazywać NBP zestaw 25 krótkich formularzy i dwa sprawozdania roczne.

Drugim co do wielkości odbiorcą danych od polskich przedsiębiorstw jest obecnie Główny Urząd Statystyczny. W minionym roku średniej wielkości firma powinna wysłać do niego przeciętnie 72 dokumenty. GUS wymaga od firm m.in. regularnego kwartalnego raportowania na temat środków trwałych, warunków pracy, zatrudnienia i wynagrodzeń, wyników finansowych czy należności i zobowiązań.

– Istnieje pokusa, by myśleć o zbieraniu danych wyłącznie w kategoriach biurokratycznych: jako o czasie bezpowrotnie straconym na gromadzeniu, raportowaniu i wysyłce liczb do organów administracji. Warto jednak spojrzeć na te pojedyncze punkty danych w makroskali: zebrane dane dają podstawę do lepszego rozumienia otaczającej rzeczywistości biznesowej. Z danych należy jednak korzystać mądrze. W pierwszej kolejności, należy regularnie dokonywać diagnozy i prognozy zapotrzebowania na wiedzę. Po drugie, należy zorganizować system ich zbierania tak, by obowiązki sprawozdawcze były możliwie mało dotkliwe. Po trzecie, zasadnym byłoby faktycznie korzystać z posiadanej wiedzy, dzielić się nią poprzez statystykę publiczną (o ile nie ma istotnych przeciwwskazań) i na tej podstawie określać, które dane należy zbierać (a z których można zrezygnować). W tym zakresie Polska ma dużą przestrzeń do poprawy – mówi dr Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan.

Grant Thornton podobne badanie przeprowadził pięć lat temu. Niestety, od tego czasu niewiele się zmieniło. W przypadku średnich i dużych firm liczba wymaganych sprawozdań pozostała niemal bez zmian. Ograniczony został, na szczęście, obowiązek sprawozdawczy dla firm dużych (o 18 proc.) i mikro (o 12 proc.). Krok naprzód jest więc widoczny, ale skala tych zmian z pewnością nie należy uznać za zadowalającą.

Pełen raport dostępny jest na www.GrantThornton.pl .

Novaturas podsumowuje wyniki finansowe za rok 2019

Zeszły rok upłynął w branży turystycznej krajów bałtyckich pod znakiem zaostrzonej konkurencji oraz zmian w preferencjach klientów, w reakcji na zmieniającą się charakterystykę pór roku. Czynniki te wpłynęły na działalność wszystkich organizatorów wycieczek, w tym Grupy Novaturas i miały odbicie w wynikach finansowych Grupy za dziewięć miesięcy 2019 roku.

Lider branży turystycznej w krajach bałtyckich zmierzył się skutecznie z tymi wyzwaniami, kończąc rok 2019 mocnym ostatnim kwartałem. Do optymizmu co do przyszłych wyników skłaniają dane dotyczące wczesnych rezerwacji na lato 2020 roku.

Cieszę się, że wymagający rok 2019 skończyliśmy z zyskiem za ostatni kwartał. To świadczy o naszym wieloletnim doświadczeniu i znajomości branży turystycznej, a także o zdolności do szybkiego wprowadzania zmian. — powiedziała Audronė Keinytė, prezes Grupy Novaturas.

Jak dodała, wczasy zorganizowane pozostają najważniejszym produktem i najpopularniejszym wyborem turystów z krajów bałtyckich, ale nawyki klientów zmieniają się Grupa dostosowuje swą ofertę do nowych oczekiwań. — Rosnąca liczba turystów wybiera wyjazdy krajoznawcze, egzotyczne kierunki czy choćby dodatkowe aktywności podczas stacjonarnych wakacji —zauważa Keinytė.

Grupa Novaturas nieustannie pracuje nad swoją ofertą, koncentrując się na zapewnianiu najlepszych wspomnień z podróży. W zeszłym roku klienci po raz pierwszy mogli zaplanować letnie wakacje w tak egzotycznych lokacjach, jak Bali czy Seszele. W ubiegłym roku do oferty wakacyjnej na rok 2020 dołączyła także grecka wyspa Kefalonia, szmaragdowa Słoweńska Riwiera czy półwysep Istria w Chorwacji.

Wzrost rentowności w ostatnim kwartale 2019 roku

W IV kwartale 2019 r. obroty firmy wyniosły 40,3 mln euro (czyli o 3,6% mniej niż w analogicznym okresie 2018 r.). Liczba obsłużonych w tym czasie klientów, która wyniosła 56 tysięcy, była o 10,3% niższa w porównaniu do ostatniego kwartału 2018 r. Mimo to firma wykazała się wzrostem rentowności w ostatnim kwartale 2019 r. Wynik EBITDA osiągnął 1,4 mln euro w porównaniu z 0,5 mln euro w analogicznym okresie 2018 r., a skonsolidowany zysk netto wyniósł 1,0 mln euro (w IV kwartale 2018 roku był on ujemny).

Roczne przychody Grupy Novaturas za 2019 r. wyniosły 179,9 mln euro i były nieznacznie (1,2%) niższe niż w 2018 r. Roczna EBITDA za 2019 r. wyniosła 4,4 mln euro, czyli o 44,2% mniej w porównaniu z 2018 r. Skonsolidowany zysk netto w 2019 r. był o 57% niższy niż w 2018 r. i osiągnął 2,3 mln euro.

Firma skutecznie zarządzała kosztami operacyjnymi: w ubiegłym roku zostały one zmniejszone o 3,5% i osiągnęły poziom 18 milionów euro. Od kilku lat grupa Novaturas przykłada szczególną wagę do kontroli kosztów operacyjnych.

W ubiegłym roku z usług Grupy Novaturas skorzystało 294 tys. osób, co oznacza spadek o 3,9% w stosunku do 2018 r. Dotyczył on głównie rynków litewskiego i estońskiego. Na Łotwie odnotowano natomiast wzrost liczby klientów o 6%.

Oferta dopasowana do zmieniających się potrzeb klientów

Grupa Novaturas z zadowoleniem obserwuje, że oprócz stacjonarnych wakacji na plaży, ​​coraz więcej turystów wybiera także wycieczki krajoznawcze. Sprzedaż wycieczek samolotowych ze zwiedzaniem wzrosła o 31,7%, natomiast autobusowych – o 11,8%. Podróże objazdowe z transportem lotniczym oferowane są klientom ze wszystkich rynków bałtyckich i stają się popularne jako propozycja na weekend.

Jednak kluczowym produktem Spółki, jeśli chodzi o przychody ze sprzedaży i zysk, pozostają wczasy zorganizowane. Inne produkty (zakup samych biletów lotniczych lub noclegów w hotelach) miały niewielki wpływ na wyniki.

Grupa Novaturas niezmiennie zarządza zróżnicowanym systemem dystrybucji. Kluczowym kanałem pozostają biura podróży (72,7% sprzedaży), natomiast bezpośrednia sprzedaż online odnotowała wzrost o 0,2%.

Największą popularnością wśród klientów z krajów bałtyckich wybierających się na letnie wakacje niezmiennie cieszy się Turcja. Inne popularne kierunki to Grecja, Bułgaria i Hiszpania. Zimą najczęściej wybierano Egipt, a następnie Wyspy Kanaryjskie. Coraz większą popularnością cieszą się także wyjazdy narciarskie, a także egzotyczne kierunki turystyczne.

Grupa Novaturas – wybrane wyniki finansowe

(w tys. euro) 12M 2019 12M 2018 Zmiana rok do roku
Przychody 179 858 182 032 -1.2%
Zysk brutto 22 092 26 279 -15.9%
EBITDA 4 409 7 908 -44,2%
Zysk netto 2 328 5 415 -57%

 

Tłumaczyć samodzielnie czy oddać do tłumaczenia?

Ubrań sami sobie nie szyjemy, mało kto piecze chleb na własne potrzeby, nie wyręczamy też producentów obuwia, tylko kupujemy buty – dlaczego więc wydaje się nam czasami, że za pomocą słownika uda nam się wyręczyć prawdziwego tłumacza? Często nasze umiejętności językowe i praca ze słownikiem, które sprawdzają się przy tłumaczeniu tekstów piosenek ulubionego zespołu, nijak nie sprawdzają się przy tłumaczeniu ważnych i wiążących dokumentów – pozostają one dla nas niezrozumiałe lub nieudolnie je tłumacząc, rozmijamy się z treścią oryginału.

Współcześnie niezwykle trudne, niemalże niemożliwe, jest egzystowanie bez znajomości choć jednego języka obcego: Internet pełen jest obcojęzycznych treści, w kinach i telewizji emitowane są zagraniczne filmy i programy, słuchamy tworzonych poza granicami naszego kraju piosenek, a wielu z nas współpracuje z koncernami czy parterami biznesowymi, mającymi swoje siedziby we Francji lub w Sztokholmie. Czy tego chcemy czy nie, jesteśmy skazani na życie w świecie nie tylko multikulturowym, ale również wielojęzycznym. Zjawisko to wymaga na wszystkich ludziach konieczność władania co najmniej dwoma językami – dzięki temu można choćby świadomie uczestniczyć w międzynarodowej kulturze czy prowadzić interesy z zagranicznymi partnerami.

Często jednak nasza znajomość obcych języków jest niezadowalająca – sprawdza się w przypadku maili czy rozmów bezpośrednich, ale może zawodzić, gdy trzeba przetłumaczyć umowę handlową, techniczny opis czy skomplikowane akty notarialne. W takiej sytuacji mamy dwa wyjścia: samodzielnie, wspomagając się słownikiem, postarać się wyjaśnić obcojęzyczne treści lub oddać zawierający je dokument w ręce specjalisty – tłumacza. Co więc wybrać? Odpowiedź jest oczywista: skorzystanie z pomocy osoby zawodowo tłumaczącej teksty z języków obcych i na języki obce to najlepsze rozwiązanie.

Krakowskie Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. gwarantuje swoim Klientom możliwość skorzystania z usług profesjonalnych tłumaczy niemalże wszystkich języków świata.

Fachowe, przeprowadzone przez specjalistę w tej dziedzinie, tłumaczenie tekstów to gwarancja nie tylko wysokiej zgodności treści tłumaczenia z oryginałem, ale także pewność, że przekład tekstu dokonany został z niezwykłą precyzją językową, gramatyczną i stylistyczną.

Zalety korzystania z usług profesjonalnych biur tłumaczeń to także prestiż, wynikający z możliwości przedstawiania zagranicznym kontrahentom tekstów w pełni zrozumiałych, pozbawionych jakichkolwiek błędów oraz zawierających fachowe, charakterystyczne dla danego rodzaju tekstu wyrazy i zwroty. Profesjonalne biuro tłumaczeń współpracuje jedynie z posiadającymi stosowne wykształcenie i odpowiednie doświadczenie tłumaczami, dzięki czemu może zapewnić dostęp do najwyższej jakości profesjonalnych tłumaczeń.

Chcesz być poważnym partnerem dla swoich pracujących poza granicami Polski partnerów? Nie ryzykuj, samodzielnie tłumacząc firmowe teksty – zaufaj w tej kwestii profesjonalnym tłumaczom.

Jak wygląda rozliczenie PIT w 2020 roku?

Zastanawiasz się jak rozliczyć PIT w 2020 roku? Całość działań reguluje ustawa o podatku dochodowym. Przeczytaj poniższy artykuł, aby dowiedzieć się m.in.:

  • jak dokonać rozliczenia podatku przez internet,
  • jak wygląda wypełnienie deklaracji PIT,
  • jak długo czeka się na zwrot podatku,
  • jak sprawdzić status rozliczenia.

Czym jest PIT?

PIT jest skrótem z angielskiego “Personal Income Tax”, zwany inaczej podatkiem dochodowym.PIT-y rozlicza się na podstawie rocznego podatku, uwzględniając dochody z roku poprzedniego, czyli PIT 2019. Podczas rozliczenia podatku może wyjść nam niedopłata lub nadpłata. W związku tym Urząd Skarbowy, albo musi zwrócić pieniądze, ale podatnik musi zapłacić np. w banku, na poczcie lub w kasie urzędu.

Najpopularniejsze PITY – PIT 37 & PIT 36

Zasady rozliczenia podatku tych dwóch najbardziej popularnych PIT-ach wzajemnie się wykluczają. Podatnik może rozliczać obydwa te PITY z urzędem skarbowym. Zadaniem PITu-37 jest wykazanie wszystkich dochodów np. z pracy, emerytur, rent, umów o dzieło, umów zlecenie, czy z działalności wykonywanej osobiście. PIT-36 pokazuje dochody z działalności gospodarczej oraz działów specjalnych produkcji rolnej. Są one opodatkowane na ogólnych zasadach. Dodatkowo wzięte pod uwagę są dochody zagraniczne oraz dochody niepełnoletnich dzieci.

Co zawiera ustawa o podatku dochodowym?

Ustawa określa właściwe opodatkowanie: podatek dochodowy od osób fizycznych, jak również daninę solidarnościową. Regulowane są również dochody przedsiębiorstwa w spadku. Istnieje również wiele powodów zwolnień od podatku. Dokładnie zostały wskazane w ustawie.

Nowości w deklaracji PIT

Nowością w PIT 2020 jest ulga na działalność badawczo-rozwojową. W tegorocznym rozliczeniu wzrosła również kwota wolna od podatku. Wynosi ona 1 440 złotych. Fiskus wprowadził również zmianę w limicie stosowanych 50% kosztów uzyskanych przez twórców.

Jak sprawdzić status deklaracji?

W celu sprawdzenia, czy rozliczenie PIT trafiło do urzędu należy obserwować status UPO, jeżeli deklaracja została wysłana przez internet, lub przez potwierdzenie odbioru, gdy zostało ono dołączone do zeznania wysyłanego z pomocą poczty. Status podatku można również sprawdzić na portalu podatkowym Ministerstwa Finansów. Zwrot podatku urząd ma obowiązek dostarczyć w trzy miesiące od otrzymania przez urząd PIT. Jeżeli deklaracja została złożona po 15 lutym 2020 roku za pomocą internetu, urząd ma 45 dni. Zasada jest prosta im szybciej złożony zostanie wniosek, tym szybciej zostaną zwrócone pieniądze.

A wy jak zdecydujecie rozliczać się PIT 2020, za pomocą internetu, czy może osobiście w urzędzie?

UFG coraz lepiej wychwytuje pojazdy bez OC. Padł kolejny niechlubny rekord

W ciągu minionego roku liczba wezwań o zapłacenie kary za brak OC wzrosła o ponad 30 tysięcy. Z danych wynika, że Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny jest coraz bardziej skuteczny. Rozwinął własne narzędzia do identyfikowania problemu. Wiele przypadków wykrywanych jest już bez fizycznego kontaktu z właścicielem auta. W 2019 roku do UFG wpłynęło ok. 130 mln zł z tego tytułu. Z kolei jak podkreślają eksperci, zachowanie kierowców jest dość niezrozumiałe, bo kary są dużo wyższe niż ceny polis. Ostatnio trzeba było wydać średnio niespełna 700 zł na takie ubezpieczenie.

W ubiegłym roku było ok. 126 tysięcy wezwań o zapłacenie kary za brak komunikacyjnego OC. Tak wynika ze wstępnych danych Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego (UFG). Jednak na ostateczne podsumowanie trzeba będzie poczekać do zakończenia prac audytora, czyli bliżej  wiosny, ale już widać wzrost w porównaniu z 2018 rokiem. Wówczas takich przypadków odnotowano 93,1 tys. Z kolei 3 lata temu zdarzyło się to 79,9 tys. razy.

– To efekt doskonalenia systemowych kontroli dokonywanych w oparciu o dane z CEPiK-u i ogólnopolskiej bazy polis komunikacyjnych OI UFG. Fundusz rozwinął własne narzędzia do identyfikowania nieubezpieczonych, przede wszystkim właśnie dzięki informacjom z bazy polis. W ten sposób, tj. bez bezpośredniego kontaktu z właścicielem auta, wykrywanych jest rocznie już ponad 75 procent przypadków braku polisy OC – komentuje Aleksandra Biały, rzecznik prasowa UFG.

W ciągu trzech kwartałów ub.r. UFG wystawił 93 tysiące wezwań do zapłacenia kary za brak OC, tj. o blisko 25 tysięcy więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Ten skok wynika przede wszystkim ze wzrostu o 52% liczby nowych spraw, wykrytych na podstawie informacji z ogólnopolskiej bazy polis. W tym czasie liczba zawiadomień od policji zwiększyła się o 24%.

– Dla wielu ludzi kontrola ubezpieczenia za pośrednictwem systemu to abstrakcja. Oni łączą sprawdzanie OC z działaniami policji. Zapewne część wezwań ma związek z pojazdami, które przestały być używane, a nie zostały wyrejestrowane. Natomiast nie bardzo sobie wyobrażam, żeby kierowców nagle przestało być stać na ubezpieczenie – stwierdza prof. Adam Tarnowski, psycholog transportu z Uniwersytetu Warszawskiego.

Z kolei Aleksandra Biały zaznacza, że baza przeszukiwana jest przez specjalne algorytmy. One wykrywają brak ochrony ubezpieczeniowej oraz opóźnienia w zawarciu ubezpieczenia OC przy pierwszej rejestracji auta w Polsce, zarówno nowego, jak i sprowadzonego z innego kraju. Jak zaznacza Patryk Juchniewicz z porównywarki Mubi.pl, jeszcze kilka lat temu kontrole odbywały się tylko w warunkach drogowych. Natomiast dziś są przeprowadzane głównie przy użyciu systemu informatycznego UFG. To oznacza znacznie większą skuteczność działań.

– Więcej wezwań nie ma związku z ceną OC. W 2019 roku średnia stawka za obowiązkowe ubezpieczenie była relatywnie niska. Z analizy polis sprzedanych za naszym pośrednictwem wynika, że w ubiegłym roku kierowcy przeciętnie płacili za nie 664 zł – mówi Bartłomiej Roszkowski, członek zarządu Punkty, internetowej multiagencji.

Fundusz szacuje, że w Polsce ok. 0,4% wszystkich pojazdów dopuszczonych do ruchu może nie posiadać stale lub czasowo obowiązkowej polisy OC. Według Patryka Juchniewicza, świadoma rezygnacja z zakupu tego ubezpieczenia to zjawisko marginalne. Znacznie częściej dochodzi do zwykłego gapiostwa. Przykładowo, klienci, którzy kupili samochód z ważnym OC, zapominają lub nie wiedzą o tym, że w ich przypadku polisa nie przedłuży się automatycznie. Jak przekonuje ekspert, argument zbyt wysokiej ceny pada rzadko. Natomiast kary za brak OC są relatywnie wysokie, bo już 1 dzień przerwy może oznaczać 1030 zł kary w 2020 roku. Kwota ta znacznie przewyższa średni koszt rocznej polisy OC.

– Kara za brak OC rośnie rok do roku. Aktualnie najwyższa z nich to aż 7800 złotych i grozi ona właścicielom aut ciężarowych. To aż o ponad 1050 złotych więcej niż w roku ubiegłym. Zapominalscy kierowcy osobówek zapłacą maksymalnie 5200 złotych, czyli o 700 złotych więcej niż poprzednio. Natomiast posiadacze motocykli, motorowerów i skuterów muszą się liczyć z grzywną o 120 złotych wyższą, czyli 870 złotych – wyjaśnia Bartłomiej Roszkowski.

Według wstępnych danych, ok. 130 mln zł wpłynęło w ubiegłym roku do kasy UFG tytułem kar za brak komunikacyjnego OC. W porównaniu z 2018 rokiem, kwota ta wzrosła o blisko 36 mln zł, z 94,1 mln zł. Z kolei 3 lata temu była na poziomie 83,7 mln zł. Jak stwierdzają eksperci, wzrost wpływów kasowych UFG w głównej mierze jest konsekwencją dwóch elementów. Pierwszy to sukcesywny wzrost wysokości kar za brak OC, które rosną wraz z płacą minimalną. Drugim czynnikiem jest skuteczniejsze wyłapywanie osób bez ważnej polisy.

– Jeśli kierowca bez ważnej polisy OC spowoduje wypadek, UFG wypłaci odszkodowanie poszkodowanym, będzie jednak oczekiwać od sprawcy zwrotu tej kwoty.  Należy zauważyć, że przeciętne koszty likwidacji szkody przekraczają kilka tysięcy złotych, ale mogą też wynieść kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy złotych – informuje Patryk Juchniewicz.

Jak wskazuje rzecznik UFG, najwyższe regresy, dochodzone przez Fundusz od nieubezpieczonych sprawców wypadków, przekraczają milion złotych. Rekordzista ma do zwrotu ponad 1,4 mln złotych za wypadek spowodowany nieubezpieczonym motocyklem, w którym potrącił rowerzystkę. W wyniku odniesionych obrażeń kobieta zmarła. Kolejny sprawca ma do oddania 1,37 mln złotych za wypadek, w wyniku którego pasażer nieubezpieczonego pojazdu doznał złamania kręgosłupa i jest sparaliżowany.

Najwięcej zaległości w całej gospodarce ma handel. Zadłużenie sklepów przekroczyło 7,4 mld zł

Co czeka handel w roku 2020? Nie tylko wiele nowych wyzwań, ale także konieczność uporania się z przeszłością. Przeterminowane zadłużenie branży wobec kontrahentów i banków wynosi ponad 7,4 mld zł. Jest to najwyższy wynik ze wszystkich sektorów gospodarki. Tylko w ostatnim roku dług wzrósł o ponad 1,3 mld zł. Dziś problem dotyczy ponad 74 tys. podmiotów. – wskazuje raport Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor „Handel w obliczu wyzwań”.

Początek 2020 to zapowiedź ciężkich dwunastu miesięcy dla handlu. Tylko w styczniu koszyk cenowy podstawowych produktów spożywczych w niektórych sklepach wzrósł względem grudnia nawet o kilkanaście złotych. Może przełożyć się to na spadek konsumpcji. Podniesienia płacy minimalnej o 15,6 proc. względem 2019 i niedobory na rynku pracy dodatkowo podwyższą koszty prowadzenia działalności, podniesie je również wzrost cen prądu. Do serii wyzwań dochodzi również przechodzenie klientów do sklepów internetowych, automatyzacja, obowiązujący już od tego roku pełny zakaz handlu w niedzielę oraz ryzyko wejścia w życie podatku handlowego. Wszystko to odbije się na kondycji branży, a ta w ostatnim czasie nie była najlepsza.

Jak wskazuje raport „Handel w obliczu wyzwań” w bazach Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK na koniec III kw. 2019 r. ponad 74 tys. podmiotów (działających, zawieszonych i zamkniętych) miało przeterminowane zobowiązania wobec partnerów biznesowych i banków. W całym sektorze zaległe zobowiązania ma 5,7 proc. firm i pod tym względem akurat handel nie wypada wyjątkowo źle, bo w całej gospodarce udział niesolidnych płatników wynosi 6,2 proc. Dla porównania w najsłabiej prezentującym się sektorze transportowym jest to w granicach 9 proc. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika natomiast, że handel ma najwięcej przeterminowanych zobowiązań wśród wszystkich sektorów gospodarki, bo ponad 7,4 mld zł. W ciągu roku, od września 2018 do września 2019, zaległości te podniosły się o ponad 1,3 mld zł, czyli o niemal 22 proc. W tym czasie wszystkie sektory odnotowały wzrost o blisko 12 proc.

– W ciągu roku najbardziej podwyższyła się kwota zaległości handlu detalicznego, o 25 proc. Zaległości handlu hurtowego wzrosły o 21 proc. podczas gdy przeterminowane zobowiązania wszystkich firm widocznych w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK zwiększyły się o niecałe 12 proc. Handel ma problemy z regulowaniem zobowiązań, bo jego partnerzy biznesowi również dają mu się we znaki. M.in. ze względu na opóźnienia płatności od odbiorców firmy handlowe oceniają miniony rok gorzej niż pokazuje przeciętna ocen z całej gospodarki. Trudno na razie stwierdzić, jaki wpływ na kondycję branży będzie miała obowiązująca od stycznia tego roku ustawa „antyzatorowa”, która uniemożliwia odbiorcom drastyczne wydłużanie terminów płatności. Dla niektórych hurtowni, sklepów czy sieci handlowych może to oznaczać konieczność znalezienia dodatkowego finansowania obrotowego i spadek rentowności – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

– Wyliczany przez KUKE dla branży handlowej indeks upadłości (na podstawie informacji z Monitora Sądowego i Gospodarczego) wynosił na koniec grudnia 2019 r. 0,88 proc., co oznacza, że 9 na 1000 firm zajmujących się szeroko pojętą działalnością handlową (spośród firm zatrudniających co najmniej 10 osób) nie jest w stanie spłacić swoich zobowiązań wobec dostawców. Rok wcześniej ten wskaźnik sięgał 0,80 proc. W przypadku segmentu handlu detalicznego indeks upadłości wzrósł w ciągu roku do 0,70 proc. z 0,48 proc., natomiast w przypadku handlu hurtowego sytuacja była bardziej stabilna, gdyż indeks upadłości zakończył rok na poziomie 1,04 proc. w porównaniu z 1,02 proc. w 2018 r. – mówi Grzegorz Kwieciński, dyrektor Departamentu Ryzyka Ubezpieczeniowego KUKE.

Zdecydowanie częściej nie płacą dostawcom hurtownie niż detaliści

W podziale na typy działalności, w kategorii przeterminowanych płatności zdecydowanie najgorzej wypada handel hurtowy. Hurtownie mają 4,13 mld zł opóźnionych zobowiązań, które rozkładają się na 25 tys. podmiotów. Oznacza to, że problem dotyczy 8,4 proc. firm zajmujących się handlem hurtowym. W przypadku detalistów zaległości dotyczą 36,3 tys. podmiotów i wynoszą niecałe 2,26 mld zł. Zaległe zobowiązania ma 4,6 proc. podmiotów.Rozkład zadłużenia w regionach

Rozkład zadłużenia w regionach

W ujęciu regionalnym największe zaległe zobowiązania mają firmy z Mazowsza i Śląska, odpowiednio 1,73 mld zł oraz 1,15 mld zł. To kwoty wybijające się ponad resztę. Również udział firm niespłacających w terminie zadłużenia jest tu najwyższy w Polsce. W woj. mazowieckim zaległości ma 6,4 proc. podmiotów, a w woj. śląskim 6,8 proc. Trzecim najbardziej zadłużonym regionem jest Wielkopolska. Tam przeterminowane długi wynoszą ponad 720 mln zł, w przeliczeniu na podmioty, zaległości ma 5,6 proc. wszystkich działających tam firm.

Na drugim końcu skali są woj. opolskie, świętokrzyskie i podlaskie. Na Opolszczyźnie firmy handlowe mają do oddania 96,5 mln zł i problem dotyczy 5,4 proc. wszystkich w regionie. W Świętokrzyskiem to prawie 106,8 mln zł, a na Podlasiu 114,8 mln zł. Zaległości ma tam odpowiednio 4,1 proc. i 4,3 proc. przedsiębiorców handlowych.Zdecydowanie częściej nie płacą dostawcom hurtownie niż detaliści

Rekordowe przeterminowane zadłużenie należy do firmy z woj. śląskiego i wynosi 181 mln zł. Drugie co do wielkości zadłużenie to ponad 136 mln zł i należy do podmiotu z Mazowsza. Tam znajduje się także trzecia najbardziej zadłużona firma handlowa w Polsce, której zobowiązania sięgają 74 mln zł. W pierwszej piątce znalazł się także podmiot z woj. kujawsko-pomorskiego – dług w wysokości 71,6 mln zł, oraz jeszcze jedna firma z woj. mazowieckiego – zaległości na poziomie nieco poniżej 61,5 mln zł.

Top 10 firm z zaległościamiTop 10 firm z zaległościami

Z pewnością na korzyść handlu i jego stabilności finansowej nie działa nasycenie sklepami polskiego rynku. W naszym kraju należy ono do najwyższych w Europie. Średnio na 10 tys. mieszkańców przypada w Polsce 25 sklepów. W Hiszpanii jest to 11 a, we Francji 2 placówki. Mocno rozwinięty handel sprawia, że sektorze tym pracuje dziś ponad 1,3 mln osób, więcej zatrudnionych jest tylko w przemyśle.

Malta na światowym rynku hazardu

Malta od wielu już lat buduje swoją pozycję na europejskim oraz światowym rynku hazardu, w tym w szczególności gier hazardowych online. Obecnie ok. 10% światowych operatorów gier hazardowych online posiada licencję maltańską, a jak wskazuje się w mediach, tylko w ciągu ostatnich trzech lat Malta przyciągnęła ponad 160 dostawców gier hazardowych online.

Popularność maltańskiej licencji hazardowej

Istnieje wiele powodów, dla których tak wielu dostawców gier hazardowych korzysta właśnie z licencji tego małego wyspiarskiego państwa. Wskazać należy przede wszystkim na przyjazny system prawny, przejrzysty i sprawny system licencjonowania, stosunkowo niskie podatki oraz opłaty licencyjne, a także renomę licencji maltańskiej.

Zmiany legislacyjne wprowadzone w 2018 roku zapewniają konsolidację przepisów regulujących wszystkie rodzaje działalności hazardowej i mają na celu dalsze usprawnienie procesu licencjonowania oraz prowadzenia działalności w zakresie organizowania gier hazardowych przy jednoczesnym lepszym sprawowaniu kontroli nad tym sektorem i dbaniu o bezpieczeństwo graczy.

Przyjazne dla przedsiębiorców regulacje licencyjne

Obecnie przewidziane są tylko dwa rodzaje licencji: B2C (dla relacji przedsiębiorca – konsument) i B2B (dla relacji przedsiębiorca – przedsiębiorca). Licencja B2C jest klasyfikowana w zależności od rodzajów dostarczanych gier i eliminuje wymóg posiadania nowej licencji dla każdej klasy gry. Pod rządami nowego prawa w ramach licencji B2C można dodawać różne typy gier bez konieczności przeprowadzania pełnej procedury licencjonowania za każdym razem.

W ramach licencji B2C można oferować następujące rodzaje gier:

Typ 1 – Gry losowe, których wynik określa losowy generator, typu kasyno, w tym ruletka, blackjack, bakarat, poker rozgrywany przeciwko organizatorowi, loterie;

Typ 2 – Gry losowe rozgrywane przeciwko organizatorowi, których wynik nie jest generowany losowo, ale zależy od wyniku zdarzenia lub konkurencji niezwiązanych z grą losową, w którym operator ustala kursy oferowane graczowi (zakłady bukmacherskie);

Typ 3 – Gry losowe, w które nie gra się przeciwko organizatorowi, w których organizator nie jest narażony na ryzyko związane z grami, ale generuje przychody, pobierając prowizję lub inną opłatę w oparciu o stawki lub nagrodę, i obejmuje gry gracz kontra gracz, takie jak poker, bingo i inne gry oparte na prowizjach;

Typ 4 – Kontrolowane gry zręcznościowe.

Procedura uzyskiwania licencji w organie kontrolującym hazard (ang. Malta Gaming Authority) jest wprawdzie bardzo przejrzysta i sprawna ale wymaga spełnienia szeregu warunków i przejścia rygorystycznej weryfikacji.

Zwrócić należy uwagę, że w wyniku nowelizacji doszło do przedłużeniu okresu ważności licencji maltańskich z dotychczasowych pięciu do 10 lat, co daje poczucie stabilności podmiotom uzyskującym licencję.

Korzystny system opłat i podatków

W zakresie opłat i podatków związanych z prowadzeniem działalności hazardowej na Malcie, wskazać należy, że każdy podmiot prowadzący tego rodzaju działalność zobowiązany jest do uiszczania stałej rocznej opłaty licencyjnej, opłaty zwanej compliance contribution, podatku od gier oraz podatku dochodowego, przy czym pomimo znacznej liczby obowiązków finansowych, w końcowym rozrachunku wydają się one być bardzo korzystne dla organizatorów gier hazardowych.

Każdy podmiot posiadający licencję wydaną przez Malta Gaming Authority zobowiązany jest do uiszczania bezzwrotnej stałej rocznej opłaty licencyjnej. Przykładowo dla nieograniczonej w zakresie typów gier licencji B2C wynosi ona 25 000 euro.

Licencjobiorca zobowiązany jest także do uiszczania tzw. compliance contribution, którego wysokość zależy od typów gier organizowanych w ramach licencji oraz uzyskiwanych dochodów i dla pierwszego typu gier w relacji B2C wynosi od 1,25% do 0,40%, przy czym maksymalna łączna wysokość tego rodzaju opłaty wynosi 375 000 euro, dla drugiego typu gier w relacji B2C wynosi od 4% do 0,40%, przy czym maksymalna łączna wysokość tego rodzaju opłaty wynosi 600 000 euro, a dla trzeciego typu gier w relacji B2C wynosi również od 4% do 0,40%, przy czym maksymalna łączna wysokość tego rodzaju opłaty wynosi 500 000 euro.

Podatek od gier na Malcie zależy od oferowanych gier i rodzaju licencji. Standardowo podatek ten wynosi 5% dochodu brutto z gier pochodzącego wyłącznie od maltańskich graczy. Natomiast podatek od internetowych zakładów wzajemnych wynosi jedynie 0,5% od zakładów zawartych (w Polsce jest to 12%).

Jeśli chodzi o podatek dochodowy od osób prawnych, to standardowo wynosi 35%.

W praktyce dla zagranicznych firm oraz podmiotów zarejestrowanych na Malcie, których właścicielami są cudzoziemcy, pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów, stawka podatku dochodowego może osiągnąć nawet 5%.

Renoma licencji maltańskiej

Atutem licencji maltańskiej jest także jej renoma. Prawo maltańskie zapewnia bowiem z jednej strony korzystne i przejrzyste dla operatorów zasady prowadzenia działalności, a z drugiej strony ustanawia wysokie wymagania dotyczące uzyskania licencji oraz stałą kontrolę organizowanych gier, zapewnia bezpieczeństwo oraz uczciwe i przejrzyste zasady graczom, a także realizację wymogów w zakresie zapobiegania praniu brudnych pieniędzy, prowadzenia dokumentacji finansowej, ochrony danych osobowych graczy, czy też realizacji zasad odpowiedzialnej gry.

Mając na uwadze omówiony pobieżnie obowiązujący na Malcie stan prawny dotyczący działalności hazardowej, zaryzykować można stwierdzenie, że w przypadku Malty udało się stworzyć korzystne ramy prawne i podatkowe dla prowadzenia działalności hazardowej, w tym osiągnąć balans pomiędzy potrzebami dostawców oraz graczy.

Korzyści także dla graczy maltańskich

Jeśli chodzi o graczy to oprócz wskazywanego już powyżej dążenia do zagwarantowania bezpieczeństwa gier oraz przestrzegania przez organizatorów wszelkich praw graczy, zwrócić należy uwagę na różnice w sytuacji graczy w Polsce oraz na Malcie pod kątem możliwości uczestniczenia w zagranicznych grach hazardowych oraz konsekwencji prawnych i podatkowych.

W świetle obowiązujących w Polsce przepisów prawa, branie na terytorium Polski udziału w internetowych grach hazardowych, które nie posiadają na terenie Polski odpowiedniego zezwolenia jest nielegalne i stanowi wykroczenie lub przestępstwo skarbowe, za które grozić może kara grzywny. W konsekwencji dochód uzyskiwany jest z nielegalnego źródła i brak jest możliwości jego zalegalizowania. Ponadto sąd orzekający w sprawie uczestniczenia w zagranicznej grze hazardowej, w przypadku uzyskania przez sprawcę wygranej, orzeka jej przepadek. Niezależnie od powyższego ustawa o grach hazardowych przewiduje dla graczy, którzy uczestniczą w grze hazardowej urządzanej bez koncesji, bez zezwolenia lub bez zgłoszenia karę w wysokości 100% uzyskanej wygranej, niepomniejszonej o kwoty wpłaconych stawek.

Nie jest zakazane uczestniczenie w grach hazardowych na terytorium innych państw, przy czym wygrane w grach organizowanych na terenie państw członkowskich UE bądź w państwach Europejskiego Obszaru Gospodarczego i zgodnie z obowiązującymi tam przepisami prawa, są zwolnione z podatku dochodowego na terytorium Polski.

System prawny Malty nie zabrania uczestniczenia w zagranicznych w grach hazardowych. Ponadto dochody uzyskane z takich gier mogą być legalnie rozliczane poprzez ich zadeklarowanie i zapłatę podatku dochodowego. W związku z tym dla obywateli innych państw niż Malta, zainteresowanych legalnym uczestniczeniem w zagranicznych grach hazardowych online i możliwością legalnego rozliczenia dochodów uzyskanych z takich gier, korzystne może być uzyskanie statutu maltańskiego rezydenta podatkowego.

Maltańska rezydencja podatkowa

Maltański system prawny umożliwia cudzoziemcom uzyskanie jednego z czterech rodzajów rezydencji podatkowych. Najkorzystniejszym rozwiązaniem dla celów planowania podatkowego jest ordinary residence, czyli rezydencja zwykła, w ramach której brak jest opodatkowania dochodów powstałych poza Maltą pod warunkiem nie otrzymywania ich na terytorium Malty. Rezydent płaci podatek dochodowy jedynie od dochodów uzyskanych ze źródeł położonych na terytorium Malty oraz ze źródeł znajdujących się poza jej terytorium, jeśli dochody te zostały przekazane na terytorium Malty. Brak jest natomiast opodatkowania zysków kapitałowych uzyskanych poza Maltą.

W świetle powyższych uwag stwierdzić można, że Malta ze swoim systemem prawno-podatkowym stanowi miejsce przyjazne zarówno dla organizatorów gier hazardowych, jak również dla graczy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Napęd parowy i kosmiczny minibus, czyli ekologiczne i oszczędne polskie satelity komercyjne

Polska spółka SatRevolution, specjalizująca się w projektowaniu i produkcji nanosatelitów, jeszcze niedawno była startupem, teraz z powodzeniem działa na rynku biznesowym i sprzedaje swoje produkty. Bazując na doświadczeniach Światowida – demonstratora technologii spółki, w 2020 roku SatRevolution planuje starty czterech satelitów, w tym dwóch dla klientów komercyjnych.

Pierwszym z projektów komercyjnych jest SteamSat – nanosatelita rozmiaru 1U, realizowany w ramach kontraktu dla brytyjskiego przedsiębiorstwa SteamJet Space Systems. Celem projektu jest demonstracja napędu zasilanego wodą, przeznaczonego dla małych satelitów w tym nanosatelitów standardu CubeSat. Zostanie on dostarczony na orbitę w trzecim kwartale tego roku na pokładzie rakiety nośnej Soyuz.

Napęd rozszerzy obecne możliwości misji,umożliwiając satelitom dłuższe przebywanie na właściwej orbicie w przestrzeni kosmicznej. Dzięki dużej sile ciągu i niskiemu zużyciu energii, satelity mogą być szybciej uruchamiane i zużywać mniej mocy niż w przypadku tradycyjnego napędu elektrycznego. Do korzyści wynikających z użycia takiego silnika można zaliczyć także optymalizację zatłoczenia orbity, działanie w konstelacjach oraz sprawną deorbitację. Niewielki rozmiar systemu napędowego, którego objętość jest porównywana z puszką tuńczyka, czyni satelitę lżejszym od typowych urządzeń, co z kolei przyczynia się do redukcji kosztów wyniesienia statku kosmicznego na orbitę.
– Produkt naszego klienta można śmiało określić mianem ekologicznego – dzięki możliwości deorbitacji, satelita wykorzystujący ów napęd, nie zostanie kolejnym kosmicznym śmieciem. Z kolei woda idealnie wpisuje się w obecny światowy trend paliw nietoksycznych.Naszej spółce od początku zależy na rozwiązaniach innowacyjnych i to właśnie takich poszukujemy u naszych klientów

– mówi Tomasz Poźniak, Chief Development Officer w SatRevolution.

Wraz ze startem na przełomie 2020 i 2021 roku kolejnego komercyjnego satelity: SW1FT, SatRevolution rozpoczyna realizację swojej wizji współdzielonych misji satelitarnych. SW1FT wykorzystuje autorską platformę NanoBus3U jako bazę do demonstracji kilku zewnętrznych ładunków użytecznych jednocześnie.

– Obserwujemy bardzo duży wzrost zapotrzebowania na systemy satelitarne na całym świecie.Różne niezależne źródła prognozują, że rynek nano- i mikrosatelitów wzrośnie z 1,5 mld dolarów w 2019 roku do 3,6 mld dolarów w 2024 i dalej będzie rósł – do nawet nieco ponad 5 mld do 2027 roku. Jego konsekwencjami są między innymi zatłoczenie orbit oraz rosnąca rywalizacja technologiczna. Jednocześnie misje kosmiczne od zawsze naznaczone są wysokimi kosztami operacyjnymi i dużą dozą ryzyka. Współdzielenie satelitów daje możliwości podzielenia tych kosztów na kilka niezależnych podmiotów –tłumaczy Grzegorz Zwoliński, Prezes Zarządu SatRevolution.

Współdzielenie platform satelitarnych, które można przyrównać do podróżowania minibusem, zamiast samochodem osobowym w pojedynkę, pozwala na umieszczenie na satelicie kilku innowacyjnych sensorów lub eksperymentów jednocześnie.Początki zjawiska miały miejsce, kiedy pierwsze satelity komercyjne zostały zaopatrzone w poboczne moduły nadawczo – odbiorcze innych dostawców. Dzięki obniżeniom kosztów zwiększa się dostępność przestrzeni kosmicznej dla małych, nowych firm. Z takiego rozwiązania chętnie korzystają również większe firmy i agencje rządowe, chcąc wypróbować daną funkcjonalność bez angażowania dużych zasobów technicznych i finansowych. Zarówno NASA, jak i ESA coraz częściej wchodzą takie w partnerstwa publiczno-komercyjne.
– Rynek nanosatelitów rośnie niezwykle dynamicznie – prognozy przewidują przeszło 2500 wyniesień w ciągu najbliższych 6 lat. Staje się on zarazem coraz bardziej zróżnicowany, co zmniejsza przewagę głównych graczy. Jako SatRevolution wspieramy naszych klientów holistycznie: od udostępnienia miejsca, poprzez montaż ładunku na platformie, integrację satelity oraz pełne testy funkcjonalne i kwalifikacyjne, po zorganizowanie niezbędnych pozwoleń oraz kampanii związanej z wyniesieniem satelity na orbitę i początkowe wsparcie operacji na orbicie – deklaruje Grzegorz Zwoliński.

SatRevolution oferuje swoim klientom również swój udział w procesie tworzenia instrumentu. Firma pracuje nad tym, by stopniowo zwiększać objętość swoich satelitów, tym samym zwiększając objętość dostępną dla ładunków użytkowych, a na 2021 rok planuje już wystrzelenie kolejnych współdzielonych satelitów komercyjnych.

Boty szturmem zdobywają obsługę klienta

Sztuczna inteligencja szturmem wdziera się w coraz to nowe dziedziny naszego życia. Już 90 % Polaków dostrzega obecność AI. Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji towarzyszą nam obecnie na każdym kroku, ułatwiając chociażby dojazd do punktu docelowego czy wybór filmu na wieczorny seans. Wykorzystanie nowych technologii wspomaga również firmy w obsłudze klienta – zmienia się sposób komunikacji marka-konsument, na znaczeniu zyskują voiceboty i chatboty. Wszystko po to, aby odpowiadać na potrzeby konsumentów i budować pozytywne customer experience.

Mimo że termin „sztuczna inteligencja” po raz pierwszy został użyty już w 1955 roku, można śmiało powiedzieć, że jeszcze nigdy ta tematyka nie elektryzowała opinii publicznej tak bardzo jak dziś. Według raportu „Sztuczna inteligencja w społeczeństwie i gospodarce” opublikowanego przez NASK, już 90%  Polaków dostrzega wpływ, jaki AI ma na naszą codzienność. Coraz szybciej postępująca rewolucja technologiczna sprawia, że „myślące maszyny” zaczynają być integralną częścią naszego życia. Przykładów jest wiele – nie trzeba daleko szukać – wystarczy sięgnąć po telefon komórkowy i zapytać o pogodę czy repertuar najbliższego kina.

Obecnie zaawansowanie rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję pozwala nie tylko usprawnić szereg procesów, które do tej pory zarezerwowane były dla ludzi, lecz także udoskonalać te, które już jakiś czas temu zostały zrobotyzowane. Przykładem, który dobrze ilustruje rozwój jaki przechodzi AI, jest obsługa klienta. Jeszcze do niedawna w tej sferze królował system IVR bazujący na nagranych wcześniej komunikatach i wybieraniu tonowym. Wprowadzone pod koniec lat 90. rozwiązanie, było wtedy powiewem wielkiego świata. Dziś słysząc w słuchawce głos zachęcający do zatwierdzenia wyboru, czujemy zniecierpliwienie, a intuicja podpowiada nam, że po „wyklikaniu” właściwych cyferek i tak usłyszymy, że „wszyscy konsultanci są w tej chwili zajęci”.

Nowe technologie sprawiają, że żyjemy coraz sprawniej i szybciej. Tego też wymagamy od obsługi klienta. Jak wynika z badań SAP Customer Experience niemal 75% konsumentów twierdzi, że jest gotowa zrezygnować z interakcji z marką, jeśli ta zbyt wolno reaguje na ich zapytania. Wychodząc naprzeciw naszym oczekiwaniom firmy implementują rozwiązania, które przyspieszają i udoskonalają jakość komunikacji, budując tym samym pozytywne customer experience. Wzrost popularności wirtualnych kanałów i mediów społecznościowych sprawia, że na znaczeniu zyskują voiceboty, a także chatboty.

– W Banku Pocztowym aktywnie poszukujemy możliwości wykorzystania nowoczesnych technologii w celu poprawy procesów komunikacji zarówno wewnątrz banku, jak i w kontakcie z klientami. Stale pracujemy nad innowacyjnymi rozwiązaniami, również tymi związanymi z rozwojem chatbotów i voicebotów. Wiemy, że niektórzy klienci mogą preferować taką formę kontaktu z bankiem, jako alternatywę dla telefonicznej rozmowy z konsultantem. Dlatego cały czas pracujemy nad rozwojem tych kanałów, dążąc do większego komfortu klientów, ale też łatwiejszego, pełniejszego i bardziej „na bieżąco” dostępu do informacji związanych z ich relacją z bankiem, jak np. informacji o zobowiązaniachmówi  Paweł Rzewuski, Zastępca Dyrektora Departamentu Systemów Informatycznych Banku Pocztowego.

Dla większości z nas główną zaletą botów wykorzystywanych w obsłudze klienta jest ich dostępność – tak wynika z raportu firmy Symetria X. Niemal co czwarty z nas chwali sobie możliwość kontaktu 24/7, a co drugi zwraca uwagę na krótszy czas uzyskania odpowiedzi niż w przypadku korzystania z tradycyjnych form obsługi. Co ciekawe, wiele badań i raportów przytaczanych przez media wskazuje na to, że klienci na równi z dostępnością doceniają także anonimowość jaką dają chatboty i voiceboty. W tym świetle wirtualne kanały stają się idealnym sposobem na kontakt z marką dla osób nieśmiałych.

–– Rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję będą stanowiły coraz bardziej istotną część całego procesu komunikacji z klientem. Warto jednak zaznaczyć, że nigdy nie zastąpią tradycyjnych form kontaktu. Implementowanie narzędzi opartych o sztuczną inteligencję nie polega na redukcji zatrudnienia. Boty powinny stanowić istotne wsparcie konsultantów. Mogą chociażby odciążyć ich w towarzyszeniu klientowi w tak prozaicznych czynnościach jak odblokowanie hasła czy wspomóc w trakcie rozmowy sugerując możliwe odpowiedzi czy rozwiązania danego problemu dodaje Paweł Rzewuski z Banku Pocztowego.

„Odbierają”, „słuchają”, „czytają” i co najważniejsze „reagują” i „podejmują” stosowne działania, np. „umawiają” nas na wizytę u lekarza czy „informują” o stanie rachunku. Warto jednak podkreślić, że rozwój sztucznej inteligencji i wzrost jej znaczenia w obsłudze klienta nie jest równoznaczny ze zmniejszeniem się roli tradycyjnych form interakcji marka-konsument. Eksperci zaznaczają, że przyszłość tkwi w połączeniu możliwości jakie daje AI – chatboty czy voiceboty – z umiejętnościami konsultantów, ich kompetencjami miękkimi i unikalnym doświadczeniem. Tylko taka współpraca pozwala osiągnąć efekt synergii, przekładając się na customer experience i wzrost lojalności klienta.

Inwestorzy szukają alternatyw dla nieruchomości handlowych

Wyniki najnowszego badania RICS Poland Commercial Property Monitor za IV kw. 2019 r. różnią się w zależności od poszczególnych sektorów. Coraz wyraźniej słabnie kondycja nieruchomości handlowych, w przypadku powierzchni biurowych i magazynowych tendencje są w miarę stabilne.

Wskaźnik Occupier Sentiment Index spadł w IV kw. z poziomu +9 do poziomu +1 odzwierciedlając ogólny spadek dynamiki w badanym obszarze w minionym kwartale. Wynika to w znacznym stopniu z obniżenia popytu ze strony najemców w całym sektorze nieruchomości handlowych, spadki zasygnalizowało 30% respondentów ankiety RICS. Jednocześnie popyt ze strony najemców wzrósł w sektorach biurowym i przemysłowym.

Pomimo to dostępność powierzchni pod najem rośnie we wszystkich obszarach rynku, sprawiając, że wynajmujący rozbudowują oferowane najemcom pakiety zachęt. W najbliższym roku spodziewany jest wzrost czynszów o ok. 3% w przypadku najbardziej atrakcyjnych powierzchni biurowych i przemysłowych, przy czym prognoza ta została nieco obniżona w stosunku do wyników za III kw. W pozostałych podsektorach spodziewany jest brak zmian albo tendencja nieznacznie negatywna; w przypadku czynszów w obszarze drugorzędnych nieruchomości handlowych przewiduje się spadek o 4%.

Wskaźnik Investment Sentiment Index w IV kw. wzrósł do poziomu +14, przy poprzednim odczycie na poziomie +10. Niemniej jednak jego umiarkowanie dodatnia wartość nadal wskazuje na ograniczoną koniunkturę. Jednocześnie w omawianym kwartale liczba zapytań ze strony inwestorów znacząco wzrosła w przypadku nieruchomości biurowych i magazynowych. Sytuacja jest odwrotna w segmencie detalicznym – był to drugi kolejny kwartał spadku popytu ze strony inwestorów.

W nadchodzących 12 miesiącach spodziewane są zdecydowane wzrosty wartości kapitałowych powierzchni biurowych i magazynowych, ale dla większości pozostałych kategorii prognozy pozostają niezmienione. Wyjątkiem jest rynek drugorzędnych nieruchomości handlowych, gdzie oczekiwania respondentów pozostają negatywne.

“Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce jest w bardzo dobrej kondycji. W samej Warszawie w 2019 r. wynajęto 878 000 m kw. powierzchni biurowej, co było najwyższym wynikiem w historii. Rekord padł również na rynku inwestycyjnym, na którym wartość transakcji w zeszłym roku wyniosła blisko 7,8 mld euro. Oprócz bardzo silnego sektora biurowego i niesłabnącego zainteresowania nieruchomościami magazynowymi obserwujemy rozwój alternatywnych klas aktywów. W 2019 r. sfinalizowano największą transakcję portfelową w segmencie prywatnych domów studenckich, a zainteresowanie międzynarodowych inwestorów zakupem polskich spółek deweloperskich może zwiastować rozwój projektów dedykowanych instytucjonalnemu najmowi mieszkań” – powiedział Kamil Kowa MRICS, członek zarządu i dyrektor działu Corporate Finance & Valuation w Savills Polska.

Nie ma co się martwić na zapas

Wygląda na to, że Wall Street ma swój indywidualny pogląd na świat, które jest na tyle silny, że potrafi odmienić nastroje w pozostałych częściach świata. Wczorajszy nawrót obaw związanych z koronawirusem został zupełnie zignorowany przez inwestorów w USA, przynosząc świeże rekordy S&P500 i Nasdaq. Risk-on powrócił na FX, a nawet wyciągnął ropę Brent z nowych 14-miesięcznych dołków. Skąd nagła zmiana nastrojów?

Inwestorzy na nowo szkicują sobie plany i założenia na kolejne tygodnie, choć wydaje się, że traderzy z USA mają w sobie więcej zimnej krwi i optymizmu niż ich odpowiednicy z Azji. Można zażartować, że najtrudniejszy dzień dla azjatyckich inwestorów to poniedziałek, gdyż muszą sami zadecydować, w którą stronę pójść, zamiast skopiować trend z Wall Street. Ale trudno inaczej odnieść się do zwrotu, jaki nastąpił między ponurym klimatem z poniedziałkowego poranka, a tym, co obserwujemy od wczorajszego wieczora. Według stanu na teraz wirus już nie jest tak straszy i to nawet po tym, jak Światowa Organizacja Zdrowia ostrzegła, że rozprzestrzenianie się wirusa wśród ludzi, którzy nie byli w Chinach, może być „iskrą, która staje się większym ogniem”. Bilans ofiar przestaje już szokować, ekonomiczne skutki są na razie tylko luźnymi szacunkami. Póki nie ma faktów, trzeba polegać na przeczuciu. Wall Street dało wczoraj sygnał, że nie ma co się martwić na zapas.

Można się zastanawiać czy panujący optymizm będzie podatny na zakłócenia w postaci komentarzy bankierów centralnych dotyczących oceny skutków wirusa na gospodarki. Na pierwszym planie jest dziś szef Fed J. Powell, który w Kongresie USA zdaje sprawozdanie z działalności banku centralnego. W komunikacie po ostatnim posiedzeniu FOMC stwierdzono, że decydenci są zadowoleni z obecnego nastawienia w polityce i sytuacji w gospodarce i zapewne taki przekaz Powell powtórzy w Kongresie. Mimo to niewykluczone jest podkreślenie nowych ryzyk, które mogą wpłynąć na perspektyw gospodarcze, choć jest mało realne, aby Powell chciał celowo psuć nastroje. W końcu ostudzenie rajdu na Wall Street przy jednoczesnym powstrzymywaniu się obniżek stóp procentowych wywołałoby furię u prezydenta Trumpa. Nie sądzę, aby szef Fed chciał niezmuszony iść na wojnę z prezydentem.

Biorąc pod uwagę, że gospodarki strefy euro i Wielkiej Brytanii są w dużo bardziej niepewnym stanie, co USA, komentarze prezes EBC Lagarde i szefa Banku Anglii Carneya mogą być bardziej interesujące. EUR już cierpi przez obawy, na ile silnie zależne od kondycji Chin Niemcy poradzą sobie z zakłóceniami w globalnym łańcuchu dostaw. Na takim tle obawy Lagarde będą gorzkim przypomnieniem, że gospodarce trudniej o wyczekiwane odbicie. Carney może być bardziej optymistyczny, inaczej BoE nie zwlekałby z obniżką stopy procentowej. Mimo to publikowane wcześniej dane o produkcji przemysłowej i PKB pokażą, że finisz 2019 r. był słaby. Dane są ryzykiem dla GBP, choć od strony tradingowej jest on w krzyżowym ogniu – traci przez siłę USD, ale korzysta na słabości EUR.

Na złotym nic nowego. EUR/PLN zaparkował w przedziale 4,26-4,27. Lepsze nastroje zewnętrzne oferują szanse na ruch niżej, choć bardziej wygląda na to, że złoty ponownie został zapomniany przez inwestorów, lądując na ziemi niczyjej (względem ostatnich ekstremów 4,23 i 4,31).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ile mieszkań trafia na przetargi?

Niektóre mieszkania są sprzedawane w ramach procedury przetargowej. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, ile takich lokali zmienia właścicieli co roku, a także jak wysokie są ich ceny.

W ramach przetargów, sprzedawane są mieszkania należące do samorządów, przedsiębiorstw państwowych oraz spółdzielni. Artykuły i poradniki dotyczące mieszkań z przetargów, często informują o niskiej cenie wspomnianych lokali. Między innymi dlatego przetargi bywają postrzegane jako okazja do zakupu taniego lokum. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy opinia o okazyjnym charakterze przetargów jest w pełni uzasadniona.

Informacje dotyczące liczby mieszkań sprzedanych na przetargach są bardzo rzadko prezentowane. Warto zatem poinformować, że takie dane podaje Główny Urząd Statystyczny. Wskazują one, że sprzedaż lokali mieszkalnych w ramach przetargów ma wielokrotnie mniejszą skalę niż normalny obrót rynkowy. Przez ostatnie lata, liczba mieszkań sprzedawanych podczas przetargów zmieniała się następująco:

  • 2015 – 1703 lokale
  • 2016 – 1659 lokali
  • 2017 r. – 1561 lokali
  • 2018 – 1578 lokali

Dane GUS mówią również, że przetargowa sprzedaż mieszkań ma miejsce w bardzo różnych częściach Polski. Jeżeli chodzi o 2018 rok, to najwięcej mieszkań podczas przetargów sprzedało się w następujących lokalizacjach:

  • Gliwice – 87 lokali
  • Wrocław – 78 lokali
  • Zabrze – 76 lokali
  • Łódź – 58 lokali
  • powiat świdnicki – 53 lokale
  • Bytom – 51 lokali
  • Jelenia Góra – 50 lokali
  • powiat lęborski – 44 lokale
  • Białystok – 43 lokale
  • powiat kłodzki – 32 lokale

Bardzo interesujące są również dane dotyczące średniej ceny mieszkań sprzedawanych na przetargach. Przez ostatnie lata, taka przeciętna cena wyglądała następująco:

  • 2015 – 2306 zł/mkw.
  • 2016 – 2448 zł/mkw.
  • 2017 – 2447 zł/mkw.
  • 2018 – 2617 zł/mkw.

Pomimo stopniowego wzrostu, analizowana stawka za 1 mkw. z 2018 r. była bardzo atrakcyjna i prawie dwa razy niższa od ogólnopolskiej średniej. Tak niska cena mieszkań sprzedawanych na przetargach wynika z faktu, że wiele wspomnianych „M” znajduje się w małych miejscowościach i cechuje słabym stanem technicznym.

Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Koronawirus to tygodniowo 26 mld USD strat w handlu

  • Euler Hermes prognozuje, że globalny sektor produkcyjny pozostanie w stanie płytkiej recesji w I poł. 2020 r.
  • Ze względu na zatrzymanie produkcji i handlu straty z tytułu eksportu towarów i usług do Chin mogą wynosić 26 mld USD tygodniowo
  • Euler Hermes skorygował w dół prognozę wzrostu handlu globalnego na 2020 r. o -0.5 p.p. do +1.3%.
  • Euler Hermes skorygował prognozę wzrostu globalnego PKB na 2020 r. o -0.1 p.p. do +2.3%

Wybuch epidemii koronawirusa, poza ewidentnym wpływem na Chiny oddziałuje również na resztę świata. W ocenie Euler Hermes, recesja w sektorze produkcji i handlu będzie się prawdopodobnie utrzymywać, z wstrząsem handlowym wynoszącym 26 mld USD tygodniowo z powodu blokady w Chinach i globalnym wzrostem, ledwo utrzymującym się na poziomie, tj. +2% w I kw. 2020 r.

Wybuch epidemii koronawirusa prawdopodobnie będzie utrzymywać sektor produkcji w stanie recesji w I poł. 2020 r. Najbardziej zagrożony jest sektor elektroniczny i komputerowy. Wraz z przerwami w działalności przedsiębiorstw w Chinach spowodowanymi epidemią koronawirusa – które naraziły klika sektorów na ryzyko zakłóceń w łańcuchu dostaw i niższy globalny popyt – zapasy powyżej średniej długoterminowej mogą dalej rosnąć w sektorach, takich jak tekstylny, maszyn i urządzeń transportowych oraz surowców. Jednocześnie, niedobory towarów stanowią ryzyko w sektorach z zapasami poniżej średniej długoterminowej tj. elektronicznym, i komputerowym. W 2019 r., niezwykle wysokie poziomy zapasów przedsiębiorstw wpędziły produkcję przemysłową w recesję, przede wszystkim w gospodarkach zaawansowanych. Zaledwie częściowa absorpcja zapasów w ciągu ostatnich kilku miesięcy, niższy globalny popyt i wyższa niepewność najpewniej doprowadzą do zwiększenia poziomu zapasów w nadchodzących miesiącach. W związku z tym, Euler Hermes prognozuje, że globalny sektor produkcyjny pozostanie w stanie płytkiej recesji w I poł. 2020 r.

Potencjalne straty z tytułu eksportu towarów i usług do Chin mogą wynosić 26 mld USD tygodniowo, ze względu na zatrzymanie produkcji i handlu. Euler Hermes skorygował w dół prognozę wzrostu handlu globalnego na 2020 r. o -0.5 p.p. do +1.3%. Najbardziej zagrożone są Hongkong, USA, Japonia, Korea Południowa i Niemcy. Ta tygodniowa strata jest równa wzrostowi światowej taryfy importowej na towary o +1 p.p. w 2020 r., tj. efektowi konfliktu handlowego pomiędzy USA i Chinami w 2019 r. (0.7 p.p.). W kategorii towarów, najbardziej zagrożonymi krajami są Hongkong, Korea Południowa, Japonia, Niemcy i USA. Koszt może wynosić 18 mld USD tygodniowo. W kategorii usług, wydatki na podróże z Chin stanowią 20% wydatków światowych, wobec 11% w odniesieniu do USA i około 30% w odniesieniu do Europy. Dla świata stanowi to około 6 mld USD tygodniowo potencjalnych strat, przy czym najbardziej dotknięte są nimi Hongkong, USA, Japonia, Wielka Brytania i Korea Południowa. Ponadto straty powiązane z usługami transportowymi (import z Chin) mogą sięgać 2 mld USD tygodniowo. Ten wstrząs handlowy będzie trwał co najmniej do 9 lutego.

Wpływ makroekonomiczny powinien zostać ograniczony (-0.3 p.p. w przypadku wzrostu globalnego PKB w I kw. 2020 r. do +2%), jeżeli przerwa w pracy przedsiębiorstw w Chinach nie potrwa dłużej niż miesiąc, a działalność gospodarcza powróci do stanu normalnego po trzech miesiącach. Chociaż eksperci Euler Hermes sądzą, że negatywne efekty uboczne epidemii koronawirusa nie będą się utrzymywać dłużej niż trzy miesiące, to mają wątpliwości, czy globalna gospodarka jest wystarczająco silna, aby w całości nadrobić zaległości, mając na uwadze fakt, że przyspieszenie wzrostu w II poł. będzie ograniczone przez niepewność dotyczącą USA. Ogólnie rzecz biorąc, w ich ocenie, recesja w sektorze produkcyjnym i globalnej wymianie towarowej przedłuży się do I poł. Dlatego Euler Hermes skorygował prognozę wzrostu globalnego PKB na 2020 r. o -0.1 p.p. do +2.3%, w oparciu o skorygowaną prognozę dla Chin (+5.6%, tj. -0.3 p.p.), strefy euro (+0.9%, tj. -0.1 p.p.) i kilku innych gospodarek (Hongkong, Singapur, Korea Południowa, Japonia, Tajwan, Tajlandia, Australia). Spodziewają się, że polityki monetarne pozostaną bardzo aktywne, z dużym prawdopodobieństwem, że EBC i FED wdrożą kolejną obniżkę stóp procentowych w I poł. 2020 r., zważywszy, że „izolacja” Chin w obliczu wybuchu epidemii koronawirusa może mieć poważny negatywny wpływ na handel towarami i usługami.

Rys. 1 Produkcja przemysłowa, kw./kw/

Koronawirus to tygodniowo 26 mld USD strat w handluŹródło: CPB, Allianz Research 

Rys. 2 Potencjalne tygodniowe straty z tytułu usług powiązanych z sektorem podróży (mld USD)

Potencjalne tygodniowe straty z tytułu usług powiązanych z sektorem podróżyŹródło: ITC, Allianz Research

Rys. 3 Potencjalne tygodniowe straty z tytułu eksportu towarów, mld USD

Potencjalne tygodniowe straty z tytułu eksportu towarówŹródło: ITC, Allianz Research

AUTOR ANALIZY:

ANA BOATA, Szef Badań Makroekonomicznych Euler Hermes

FRANÇOISE HUANG, Starszy Ekonomista Euler Hermes

GEORGES DIB, Ekonomista Euler Hermes

Polski eksport w 2019 r. przekroczył bilion złotych i wypracował dodatnie saldo

Wg wstępnych danych GUS rok 2019 zakończył się dla Polski nadwyżką w handlu zagranicznym w wysokości 7,9 mld zł (1,8 mld euro). To znaczące odbicie w stosunku do 2018 r., gdy saldo wynosiło -19,5 mld zł (-4,6 mld euro). Jak wskazują eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej Akcenta, w osiągnieciu nadwyżki dużą zasługę miał niezwykle mocny eksport, który zanotował wzrost o 6,6% (5,5% liczony w euro) po raz pierwszy w historii przekraczając wartość biliona złotych.

Wg pierwszych wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego za 2019 r. wartość obrotów towarowych w handlu zagranicznym wyniosła 1013,7 mld zł (235,8 mld euro) dla eksportu i 1005,8 mld zł (234 mld euro) dla importu.[1]

Polski wywóz wyjątkowo dobrze poradził sobie więc w obliczu wydarzeń takich jak niedawny Brexit czy ogólne spowolnienie w Unii Europejskiej, a w szczególności u naszego najważniejszego partnera – Niemiec. Nie znaczy to jednak, że zupełnie nie odczuł ich wpływu, zaznaczają eksperci Akcenty.

Słabsze obroty z najbliższymi partnerami

W ubiegłym roku dynamika wzrostu wartości sprzedaży za Odrę i do Wielkiej Brytanii zwolniła. W przypadku Niemiec wzrosła ona o 4,2% (3,1% liczone w euro) w ujęciu rocznym. Rok wcześniej, w 2018 r. tempo wzrostu było blisko 2 razy wyższe i wynosiło 9,1% (9,6% w euro) r/r.

Wartość sprzedaży towarów do Wielkiej Brytanii w 2019 r. również nie zanotowała lepszych wyników. Nadal jednak widoczny jest jej wzrost, który GUS szacuje na 2,3% (1,3% w euro) r/r. Jak twierdzi Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału Akcenty, pod względem danych eksportowych na tym kierunku ciekawie zapowiada się obecny rok. – Brexit stał się w końcu faktem i uwolniliśmy się od niepewności co do jego scenariusza. Dla unijnych, w tym polskich firm handlujących z Wielką Brytanią kluczowe będą teraz ustalenia dotyczące przyszłych wzajemnych relacji handlowych. Na ich ustalenie obie strony mają jeszcze trochę czasu, ale doniesienia o nich mogą na bieżąco wpływać na kurs funta. A to będzie się odbijać na marżach eksporterów i importerów – wskazuje ekspert Akcenty.

Najsłabiej w zestawieniu 10 najważniejszych kierunków polskiej sprzedaży zagranicznej wypadły Czechy. Eksport do tego kraju wzrósł tylko o 2,2% (1,1% w euro) w stosunku do roku poprzedniego. – Spowolnienie w Niemczech jest odczuwalne nie tylko w handlu z firmami zza Odry, ale odbija się na innych gospodarkach mocno związanych z tym krajem. Przyczyn osłabienia polskiej sprzedaży na tym kierunku może być jednak oczywiście więcej – dodaje Radosław Jarema.

Zdecydowanie lepiej polski eksport radził sobie w handlu z innymi krajami w zestawieniu. Wśród państw UE największe rokroczne wzrosty odnotowano na kierunku francuskim, o 11,6% (10,4% w euro) i węgierskim, o 10,4% (9,3% w euro).

Rozwijamy eksport poza Unię

Jednak w pierwszej dziesiątce najważniejszych rynków zbytu dla polskiej sprzedaży zagranicznej rozkwit przeżywa eksport na kierunkach pozaunijnych. Wywóz do USA zwiększył się aż o 11,2% (10,1% w euro) r/r, a do Rosji 11% (9,9% w euro). – To kontynuacja trendu obserwowanego na tych kierunkach już od kilku lat z rzędu. Wzrost sprzedaży do tych krajów z pewnością pomaga równoważyć niższą dynamikę obrotów z naszymi najważniejszymi partnerami. To również dobry sygnał, że polskie firmy dywersyfikują rynki zbytu i coraz mocniej rozglądają się poza granice Unii – komentuje ekspert Akcenty.

[1] GUS, https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/handel/obroty-towarowe-handlu-zagranicznego-ogolem-i-wedlug-krajow-w-okresie-styczen-grudzien-2019-roku,1,89.html.

Gospodarka brytyjska rośnie

Dane z Wielkiej Brytanii nie są tak złe, jak sądzono, ale jeszcze długo brytyjska gospodarka będzie się zmagać z problemami wynikającymi z brexitu. To przez wstrzymane inwestycje wiele wskaźników wypada zdecydowanie gorzej, niż by mogło.

Lepsze dane z Wysp

Dzisiaj rano poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB w Wielkiej Brytanii. Rośnie on o 1,1% w skali roku. Z jednej strony to o 0,3% powyżej oczekiwań, co powinno być dobrym sygnałem. Z drugiej strony jednak jest to najgorszy rezultat od 2012 roku, z pominięciem jednego odczytu w 2018 roku, kiedy wynosił dokładnie tyle samo. Po wyjaśnieniu pierwszych wątpliwości w związku z brexitem gospodarka brytyjska ma jednak perspektywy na odbicie. Wiele inwestycji jest bowiem wstrzymanych w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Po tych danych funt zyskiwał względem głównych walut. Było to najprawdopodobniej wynikiem tego, że inwestorzy spodziewali się, że będzie jeszcze gorzej, a aż tak źle jednak nie było.

Budżet USA

Donald Trump zapowiedział budżet na 2021 rok. Rosną wydatki na obronność, cięcia dotyczą planów socjalnych. Nie jest to niespodzianką w programie Republikanów. Warto zwrócić uwagę, że udało się zmniejszyć deficyt budżetowy, jednakże tempo jest niewystarczające, by zrealizować postulat braku deficytu w ciągu 15 lat. Znalazły się za to środki na takie projekty jak lądowanie na księżycu do 2024 roku. To wszystko ma się dziać przy wzroście gospodarczym na poziomie 3,1%, czyli dość optymistycznym, patrząc na to, ile państw ma ostatnio zadyszkę w gospodarce.

Czarne chmury nad Słowacją

Wczoraj poznaliśmy dane naszego południowego sąsiada. Produkcja przemysłowa na Słowacji spada w ujęciu rocznym o imponujące 7,1%. Kraj ten po kilku lepszych latach wyraźnie zaczyna mieć problemy. Widać tutaj trochę powtórkę ze scenariusza niemieckiego. Zmniejszanie zadłużenia względem PKB spowodowało, że cięcia były na tyle głębokie, że zaszkodziły gospodarce. Potwierdzają to wcześniejsze dane na temat wzrostu PKB, który dość niespodziewanie w ciągu roku spadł z 4,6% do 1,3%. Słowacja jest za mała, by samodzielnie wpływać na kurs euro, w związku z czym dane te nie miały wpływu na europejską walutę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – Raport prezesa FED nt. polityki monetarnej.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Coraz więcej dróg, ale coraz mniej pracowników. Kto zbuduje polskie drogi w 2020 roku?

W 2019 roku zostało oddanych do użytku aż 460 kilometrów nowych dróg. To drugi najlepszy wynik w historii polskiego budownictwa drogowego. Kierowców cieszy to, że większość kilometrów powstała na drogach szybkiego ruchu – co udrożniło wiele popularnych przejazdów. W całości gotowa jest trasa S8, a S7 uzyskała wyczekiwany od dawna przejazd obwodnicą Skarżyska Kamiennej. Dzięki temu siatka polskich tras ekspresowych zaczyna się sklejać w całość. W przyszłym roku udrożnić ma się przejazd przez rondo w Kołbieli, które powoduje utrudnienia na trasie S18 z Warszawy do Lublina. Liczymy też na dokończenie budowy obwodnicy Warszawy. Dobry wynik na koniec 2019 roku cieszy szczególnie, gdy przypomnimy sobie czystki na placach budów, przeprowadzone przez generalną dyrekcję. Kontrakty z firmami, które nie radziły sobie z budową, zostały zerwane. Eksperci przewidują, że w tym roku robota w tych miejscach ruszy od nowa. Wskazują jednak na nowe niebezpieczeństwo, które może zaszkodzić rozbudowie polskiej sieci dróg.

– Wydaje mi się, że najgorsze mamy już za sobą. Nowe firmy nie są jeszcze wszędzie wybrane, ale w wielu przypadkach mamy oferty. Sytuację poprawia stabilizacja cen usług i produktów – takich jak stal, beton i asfalt. Jednak pojawia się nowy problem, z którym rynek będzie musiał się zmierzyć: brak rąk do pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes zespołu doradców gospodarczych TOR. – Wszystkie dane pokazują, że zmniejszy się liczba pracowników z Ukrainy – a to głównie oni w ostatnich latach zasilali zespoły budowlane. W marcu otworzy się dla nich się rynek niemiecki. Wielu pracowników jest też ściąganych do Czech. Firmy boją się tego, jak będzie wyglądał rynek pracy i czy będzie kim realizować inwestycje. Zwłaszcza, że w lutym ukaże się nowy duży program inwestycyjny rządu – planujący budowę 100 obwodnic. To dobra wiadomość, bo obwodnice są bardzo potrzebne. To jednak tylko pogłębi problem z brakiem siły roboczej, ktoś wszystkie inwestycje musi przecież zrealizować – ostrzega Furgalski.

Naturalne kosmetyki wciąż stanowią niszę na rynku. Ich sprzedaż rośnie jednak o 70 proc. rocznie

Rynek ekokosmetyków w ostatnim czasie rozwija się bardzo dynamicznie. Konsumenci zwracają uwagę na skład oraz opakowanie produktów, coraz częściej wybierając rozwiązania bardziej naturalne i przyjazne środowisku. Segment takich kosmetyków na razie stanowi ok. 1 proc. całego rynku, ale niedługo może przestać być niszą. 

– Segment kosmetyków naturalnych nadal jest niszą, ponieważ odpowiada za 1 proc. całości. Jednak faktycznie wykazuje on największe i najszybsze wzrostowe wskaźniki – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Łusiak, kierownik marketingu Kneipp Polska. – Według badań przeprowadzonych przez GfK Polonia segment kosmetyków naturalnych to najprężniej rozwijający się dział ostatniego roku. Podczas gdy cała branża zanotowała spadek wartości o 0,2 proc., on zaliczył wzrost aż o 71 proc.

Jak wynika z badań Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia, przedstawionych podczas VII Forum Branży Kosmetycznej, rynek kosmetyków, złożony z kosmetyków kolorowych, produktów higieny osobistej, intymnej i kosmetyków dla dzieci, w ubiegłym roku był wart ponad 4,8 mld zł. Z tego produkty ekologiczne stanowiły ok. 1 proc. (52 mln zł).

 Widzimy bardzo duży zwrot ku naturalnym produktom zarówno w spożywce, jak i kosmetykach oraz środkach czystości – mówi Ewa Łusiak. – Okazuje się, że coraz więcej zwolenników jest wśród gospodarstw domowych, które nie do końca deklarują się jako rodziny ekologiczne. Wzrost zakupów kosmetyków naturalnych właśnie w takich gospodarstwach wynosi aż 110 proc. w porównaniu do zeszłego roku, podczas gdy u osób deklarujących, że żyją zgodnie z naturą, wzrost wynosi 53 proc.

Jeszcze kilka lat temu podstawowy kanał dystrybucji produktów naturalnych stanowiły sklepy ekologiczne. W związku z tym dostęp do tego rodzaju kosmetyków był utrudniony. Dziś można je spotkać w większości popularnych drogerii, ale też w supermarketach i dyskontach. To wpływa na ich rosnącą sprzedaż.

– Kobiety w Polsce coraz chętniej kupują kosmetyki naturalne i szukają produktów bezpiecznych dla siebie i swojej rodziny. Czytają etykiety, zwracają uwagę na to, czy produkty zawierają szkodliwe substancje, czy są testowane na zwierzętach, chociaż marki obecne na polskim rynku nie mogą tego robić – podkreśla Ewa Łusiak. – Coraz bardziej interesujemy się składem pod kątem jego biodegradowalności i tego, czy zawiera mikroplastik.

Jak wyjaśnia kierownik marketingu Kneipp Polska, pojęcia produktów naturalnych i ekologicznych są często stosowane wymiennie, tym bardziej że brakuje dokładnych definicji. Jednak istotne jest tu pewne rozróżnienie – zarówno w kosmetykach naturalnych, jak i ekologicznych znajdują się naturalne składniki, z upraw ekologicznych, ale tylko część produktów ma certyfikat ekologiczności i wtedy są to kosmetyki ekologiczne certyfikowane.

Powszechny wzrost wiedzy powoduje, że wymagania stawiane producentom stale rosną. Przez to ekologiczną metamorfozę przechodzą także sami producenci.

– Specjaliści zapewniają, że zainteresowanie produktami ekologicznymi będzie coraz większe, niezależnie od sektora. Branża RTV czy przemysł spożywczy także odnotowały znaczące zmiany w tym zakresie. Poza tym dyrektywy unijne wymagają od producentów konkretnych działań na rzecz ochrony środowiska. W większości przypadków eliminujemy groźny plastik, zamieniając go na ten, który podlega procesowi recyklingu – zwraca uwagę Ewa Łusiak.

Jak podkreśla, w tym przypadku problemem są jednak ograniczenia produkcyjne.

– Okazuje się, że maszyny produkujące opakowania nie mogą korzystać z recyklingowanego plastiku, zupełnie inne parki maszynowe są do tego potrzebne. Dlatego szukamy jako firma rozwiązań pozwalających nam utrzymać certyfikat Green Brand, który otrzymaliśmy po raz czwarty z rzędu – mówi kierownik marketingu Kneipp Polska. – Rezygnujemy z ciężkich opakowań, odchudziliśmy nasze butelki, co dało niesamowite oszczędności pod względem emisji gazów cieplarnianych czy zużycia wody. Szukamy innych rozwiązań w etykietach. Nasze etykiety są w 100 proc. z recyklingu, zamieniamy plastik na włókna trzciny cukrowej, która jest doskonałym surowcem. Czekamy na park maszynowy, żeby mógł produkować takie opakowania.

Walentynki będzie w tym roku świętować ponad 60 proc. Polaków. Średnio wydamy na ten cel 143 zł

Najczęściej święto zakochanych celebrują ludzie młodzi, do 40. roku życia – ok. 70 proc. z nich zamierza spędzić ten dzień z drugą połówką i kupić jej prezent – wynika  z badania Barometr Providenta. Wśród osób po 60. roku życia odsetek ten jest niższy, ale ciągle wysoki – 50 proc. Najpopularniejszymi podarunkami będą kwiaty i słodycze, co trzecia osoba spędzi walentynkowy wieczór na romantycznej kolacji. Na walentynki wydamy średnio 143 zł, czyli o ponad 50 zł więcej niż rok temu.

– Blisko 60 proc. naszych respondentów odpowiedziało, że zamierza świętować 14 lutego jako dzień zakochanych. W większości będą to ludzie młodzi. 70 proc. osób w wieku 30–40 lat potwierdza świętowanie tego dnia. Wśród 20-latków jest ich niewiele mniej, bo 65 proc., a w grupie wiekowej 60+ zamierza świętować połowa osób – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska.

Z badania Barometr Providenta wynika, że w 2019 roku święto zakochanych celebrowało zaledwie 39 proc. W tym roku blisko 90 proc. osób ten dzień zamierza spędzić z partnerem lub partnerką, a 8 proc. spotka się z przyjacielem czy przyjaciółką. Dla 40 proc. Polaków 14 lutego jest tylko zwykłym dniem w kalendarzu i nie będą go specjalnie świętować.

– 30 proc. z nich wskazało, że po prostu nie mają z kim tego święta obchodzić. Kolejne 30 proc. mówiło, że jest to zwyczaj, który nie wpisuje się w ich kalendarz tradycyjnych świąt, dlatego nie będą obchodzić tego dnia – tłumaczy Magda Maślana.

Większość osób, które deklarują, że będą obchodzić walentynki, spędzi je tradycyjnie. Uczucia najchętniej okazujemy, przygotowując romantyczną kolację w domu. Takie plany na ten rok ma jedna trzecia badanych. Na kulinarny prezent dla drugiej połówki częściej decydują się kobiety.

– W naszym badaniu wyszło, że 3/4 Polaków kiedykolwiek otrzymało prezent na walentynki, nie inaczej będzie w tym roku. Najczęściej myślimy o drobnych podarkach – podkreśla Magda Maślana.

Duża grupa kupi ukochanej osobie słodycze (21 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn) i kwiaty (2 proc. kobiet i 44 proc. mężczyzn). Co piąta para spędzi święto zakochanych w teatrze lub kinie. W 2019 roku na walentynki wydaliśmy średnio 90 zł. W tym roku ta kwota znacznie wzrośnie.

 Święto zakochanych wymaga pewnych nakładów finansowych – przygotowanie kolacji czy wyjście do kina to jednak pewne koszty. W tym roku średnio Polacy zamierzają wydać na ten cel 143 zł – wylicza Magda Maślana.

Za kilka lat Port Gdynia będzie obsługiwać największe statki pływające po Bałtyku. Rozbudowa jest na etapie analiz środowiskowych

Port Gdynia będzie obsługiwać kontenery z 430-metrowych statków oceanicznych. To największe jednostki, jakie wpływają na Morze Bałtyckie. Dzięki budowie Portu Zewnętrznego, który powstanie na sztucznej wyspie, zwiększą się zarówno jego możliwości przeładunkowe, jak i prestiż w regionie Bałtyku. Inwestycja jest na etapie analiz środowiskowych, w ciągu kilkunastu miesięcy powinien zostać wyłoniony prywatny inwestor. – Chcemy, żeby Port Zewnętrzny zaczął funkcjonować za siedem–osiem lat – podkreśla Adam Meller, prezes gdyńskiego portu.

– Cały czas staramy się, aby Port Zewnętrzny dokumentacyjnie został przygotowany jak najszybciej. W tej chwili prowadzimy analizy wpływu tej inwestycji na środowisko, głównie morskie. Pozyskaliśmy już partnerów do budowy portu i teraz z pomocą doradców przygotowujemy dokumentację i specyfikację, tak żeby wybrany docelowo inwestor spełniał nasze oczekiwania – mówi agencji Newseria Biznes Adam Meller, prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia.

Inwestycja będzie realizowana w formule PPP. W zamian za kapitał zainwestowany w budowę portu prywatny inwestor zostanie jego operatorem na okres kilkudziesięciu lat. W listopadzie Zarząd Morskiego Portu Gdynia podpisał umowę z konsorcjum trzech firm konsultingowych, które będą doradzać w sprawie budowy i komercjalizacji Portu Zewnętrznego.

– Chcemy, żeby Port Zewnętrzny zaczął funkcjonować za siedem–osiem lat, zależnie od sytuacji i okoliczności. Szacowany łączny koszt inwestycji to ok. 1 mld euro – mówi Adam Meller.

Głębokowodny Port Zewnętrzny o powierzchni ponad 150 hektarów powstanie na sztucznej wyspie i będzie wykorzystywał istniejące nabrzeża: Śląskie i Szwedzkie. To konieczność, ponieważ Port Gdynia jest otoczony przez zabudowania i dzielnice mieszkalne, więc jedyna szansa jego rozbudowy to wyjście w wody Zatoki Gdańskiej.

Rozbudowa jest z kolei pilnie potrzebna w obliczu szybkiego rozwoju konkurencyjnych portów morskich w regionie Morza Bałtyckiego i Północnego oraz prognoz dotyczących popytu na przeładunki kontenerowe w polskich portach morskich. Wskazują one na wzrost do poziomu ok. 9,5 mln TEU (jednostka miary odpowiadająca objętości standardowego kontenera) w 2050 roku.

– Ładunki kontenerowe rozwijają się dzisiaj najszybciej, więc tych kontenerów w basenie Morza Bałtyckiego pojawiać się będzie coraz więcej. To jest nasze wyjście naprzeciw tym tendencjom. Chcemy zwiększyć potencjał przeładunkowy i wybudować port głębokowodny dla przyszłych operatorów kontenerowych. Port, do którego będą wpływać największe statki, jakie pływają dzisiaj w basenie Morza Bałtyckiego – mówi Adam Meller.

Obecny terminal obsługuje 1,8 miliona TEU. Nowa inwestycja zwiększy zdolności przeładunkowe o 2,5 mln TEU, a długość nabrzeży przeładunkowych wydłuży się o ok. 2 kilometry. Poprawi się też dostęp do portu – zarówno od strony morskiej, jak i lądowej, bo projekt obejmuje również rozbudowę sieci kolejowej oraz układu drogowego, który łączy port z siecią dróg krajowych. W porcie wydzielone zostanie też miejsce do montażu morskich farm wiatrowych.

Inwestycja ma również podnieść prestiż Portu Gdynia w rejonie Bałtyku. Po rozbudowie będzie on jednym z kilku wiodących punktów przeładunkowych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Rozbudowę Portu Gdynia wsparła specustawa ws. portów zewnętrznych, którą Sejm przyjął w sierpniu ub.r. Wprowadza ona ułatwienia dla sprawnej realizacji projektów rozbudowy portów morskich. Według szacunków resortu bez tego proces przygotowania inwestycji trwałby siedem lat, natomiast dzięki specustawie skróci się do trzech–czterech lat.

Obok Portu Zewnętrznego cały czas realizujemy inwestycję związaną z budową publicznego terminala promowego. Chcemy, żeby promy nie musiały wpływać głęboko do portu, ale żeby mogły operować zaraz przy wyjściu z niego. Ta inwestycja, warta ok. 300 mln zł, zakończy się za mniej więcej półtora roku – mówi prezes zarządu Morskiego Portu Gdynia.

W Unii Europejskiej trwają prace nad certyfikacją w zakresie cyberbezpieczeństwa. Nowy system ma być bronią w walce z hakerami

Cyberataki powodują poważne zakłócenia w funkcjonowaniu infrastruktury państwowej i generują duże koszty dla firm, które padają ich ofiarą. W związku z tym UE chce zagwarantować, że wszystkie procesy, usługi i urządzenia podłączone do sieci będą spełniać najwyższe kryteria cyberbezpieczeństwa. Temu ma służyć unijny system certyfikacji, nad którym pracuje ENISA. Europejski certyfikat ma gwarantować, że urządzenia smart home, inteligentne samochody czy wyroby medyczne zostały zaprojektowane z dbałością o cyberbezpieczeństwo. UE jest w ostatnich latach bardzo aktywna w tym obszarze – na 2021 rok planuje też przegląd wdrożenia dyrektywy NIS w poszczególnych krajach członkowskich.

W świecie cyfrowym doganiamy powoli mechanizmy, które dotąd funkcjonowały w tradycyjnej gospodarce. Jest powszechnie akceptowalne, że certyfikuje się różne produkty z punktu widzenia określonych parametrów, np. bezpieczną żywność. W tej chwili w UE tworzymy zręby systemu certyfikacji w zakresie cyberbezpieczeństwa. W przyszłości będzie można certyfikować także np. oprogramowanie – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Boratyński, szef wydziału ds. polityki cyberbezpieczeństwa DG Connect w Komisji Europejskiej.

Na forum UE ostatnie lata były bardzo aktywne pod względem tworzenia nowych regulacji w zakresie cyberbezpieczeństwa. W ubiegłym roku weszła w życie jedna z najważniejszych – Cybersecurity Act. Z jednej strony wzmacnia ona rolę Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji (ENISA), z drugiej – tworzy ramy wspólnego europejskiego systemu certyfikacji cyberbezpieczeństwa dla produktów i usług ICT.

Certyfikacja jest konieczna, gdyż liczba ataków hakerskich stale rośnie. Jak podaje Związek Cyfrowa Polska („Cyberbezpieczeństwo w Polsce: ochrona urządzeń końcowych przed cyberatakami 2019”), w ciągu ostatnich sześciu lat liczba ataków tylko na netbooki i komputery stacjonarne wzrosła na świecie o 232 proc. Ich celem padają też komórki, drukarki czy inne urządzenia podłączone do sieci, tym bardziej że jest ich coraz więcej. Średnio co 4,2 sekundy pojawia się na świecie nowe złośliwe oprogramowanie.

W tej chwili bardzo poważnym zagrożeniem, również dla firm, jest ransomware, czyli złośliwe oprogramowanie, które blokuje dostęp do danych i szyfruje dyski twarde. To już w pewnym sensie plaga. Są podejmowane środki zapobiegawcze, ale oprócz regulacji i wydatków firm na cyberbezpieczeństwo ważna jest też świadomość użytkowników dotycząca np. tego, żeby nie klikać linków z podejrzanego źródła – podkreśla Jakub Boratyński.

Certyfikacja usług, oprogramowania i urządzeń podłączonych do sieci ma zagwarantować, że spełniają one najwyższe kryteria cyberbezpieczeństwa i gwarantują poufność przetwarzanych danych w całym cyklu działania. To oznacza, że już na etapie projektowania muszą minimalizować ryzyko wystąpienia luk w bezpieczeństwie.

– W tej chwili mamy dostępne w sprzedaży kompletnie niezabezpieczone produkty, np. podłączone do sieci kamery, gdzie nie ma nawet wymogu wprowadzenia hasła. Jest tylko najprostsze, fabrycznie ustawione hasło. Przy obecnym stopniu zaawansowania technologii i przy naszym uzależnieniu od nich takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Zwłaszcza jeśli poważnie myślimy o takich dziedzinach jak smart home – mówi Jakub Boratyński.

Wspólny europejski certyfikat będzie gwarantować, że urządzenia smart home, inteligentne samochody, wyroby medyczne czy sprzęty IoT zostały zaprojektowane z dbałością o cyberbezpieczeństwo. To z jednej strony zwiększy zaufanie konsumentów, a z drugiej – pomoże ograniczyć straty dla gospodarki i biznesu generowane przez ataki hakerskie.

Za przygotowywanie poszczególnych programów certyfikacji będzie odpowiadać ENISA, która we współpracy z nowym organem, Europejską Grupą ds. Certyfikacji Cyberbezpieczeństwa (ECCG), przygotuje kompleksowy zbiór wymogów technicznych, norm i procedur w celu oceny produktów i usług pod kątem odpowiednich zabezpieczeń.

Certyfikaty (przewiduje się wprowadzenie trzech poziomów certyfikacji: podstawowy, istotny i wysoki) będą przyznawane przez odpowiednie krajowe organy, wyznaczone w poszczególnych państwach członkowskich UE. Będą obowiązywać na terenie całej Unii. To ułatwi konsumentom zapoznanie się z charakterystyką zabezpieczeń konkretnych produktów i usług, a firmom – ich sprzedawanie za granicą. Co do zasady, certyfikacja w zakresie cyberbezpieczeństwa ma być dobrowolna, ale poszczególne kraje UE mogą same wprowadzić taki obowiązek np. w przetargach publicznych.

– Trzeba jednak podkreślić, że nigdy nie możemy być pewni, że jesteśmy w 100 proc. bezpieczni, że nic się nie wydarzy. Dlatego też cyberbezpieczeństwo polega na zarządzaniu ryzykiem – mówi Jakub Boratyński.

W poszczególnych krajach UE wciąż trwają także prace związane z wdrażaniem drugiej, kluczowej regulacji w zakresie cyberbezpieczeństwa – dyrektywy NIS.

– Polska stworzyła na jej podstawie ustawę o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. W tej chwili ten system dojrzewa i się rozwija. Jesteśmy na etapie, w którym będziemy sprawdzali, jak wygląda to w poszczególnych państwach członkowskich. Najpóźniej w maju 2021 roku dokonamy oceny funkcjonowania tej dyrektywy i być może – jak to ma zawsze miejsce w przypadku przeglądu dyrektywy – wystąpimy z nowym instrumentem. Jednak w tej chwili jest za wcześnie, żeby o tym mówić – mówi ekspert DG Connect.

Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która weszła w życie w 2018 roku, to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru. Stworzyła ona ramy dla całego krajowego ekosystemu cyberbezpieczeństwa i objęła m.in. sektor telekomunikacyjny, finansowy i administrację publiczną, na które zostały nałożone nowe obowiązki raportowania do CSIRT-ów incydentów naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin.

– Są w UE kraje, które są światowymi liderami w zakresie cyberbezpieczeństwa, ale i takie, które mocno odstają. Zróżnicowanie jest ogromne, co zasadniczo jest powodem, dla którego podejmujemy działania na poziomie ogólnoeuropejskim – mówi Jakub Boratyński.

Jak ocenia, wzorcem dla UE we wdrażaniu nowych regulacji w obszarze cyberpolicy mogą być Stany Zjednoczone.

W Europie także są wysokiej klasy specjaliści w dziedzinie cyberbezpieczeństwa, również w Polsce. Przykładowo, polski CERT, który od wielu lat funkcjonuje przy NASK, jest jednym z najlepszych w Europie i jest bardzo aktywny w ramach międzynarodowej współpracy – mówi szef wydziału ds. polityki cyberbezpieczeństwa DG Connect w Komisji Europejskiej.

Z ostatniego raportu CERT Polska „Krajobraz bezpieczeństwa polskiego internetu” wynika, że w 2018 roku liczba zarejestrowanych w Polsce incydentów naruszenia bezpieczeństwa wzrosła o 17,5 proc. w stosunku do poprzedniego. Najczęstsze przypadki (44 proc.) dotyczyły phishingu.

Liczba upadłości i restrukturyzacji może wzrosnąć w tym roku o 6 proc. W dużych tarapatach branża transportowa i meblowa

Rośnie liczba upadłości i restrukturyzacji firm. Cierpią zwłaszcza branże transportowa, meblowa czy motoryzacyjna. Ten trend będzie kontynuowany w 2020 roku. Główną przyczyną, poza cyklem koniunkturalnym, jest wojna handlowa między USA i Chinami, która odbija się na niemieckim eksporcie. Według Coface szansa na znaczącą poprawę koniunktury u głównych partnerów handlowych Polski jest nikła. Przełoży się to na 6-proc. wzrost upadłości i wniosków o restrukturyzację.

– W tym roku przedsiębiorstwa będą borykały się z wieloma problemami, przede wszystkim ze spowolnieniem gospodarczym. W naszej ocenie głównym ryzykiem pozostaje sytuacja na rynkach zagranicznych. Mamy co prawda dodatnią dynamikę eksportu, ale widać, że jest ona niższa niż w poprzednich latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista w regionie Europy Centralnej firmy Coface. – Głównie wpływa na nas spowolnienie w Europie Zachodniej, a oczekujemy, że w tym roku wzrost gospodarczy nie przyspieszy. Dodatkowo na rynku krajowym zaczyna niekorzystnie wpływać na firmy, zwłaszcza te mniejsze, podniesienie minimalnego wynagrodzenia.

Zgodnie z danymi Coface w 2019 roku liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce zwiększyła się o 4,5 proc. i wyniosła 1019 wobec 975 w roku 2018. Ponad połowa tej liczby obejmowała upadłości, niemal 300 dotyczyła przyspieszonego postępowania układowego, a 112 – postępowania sanacyjnego. Ze wstępnych danych GUS wynika, że wzrost gospodarczy w 2019 roku wyniósł 4 proc. wobec 5,1 proc. w 2018 roku. Pogarsza się również sytuacja na rynkach ościennych, głównie w Niemczech, które są najważniejszym partnerem gospodarczym Polski.

– W związku z tym już widzimy, że rośnie liczba upadłości. Polskie firmy transportowe odczuwają to spowolnienie na rynkach zagranicznych w Europie Zachodniej. Widzimy też wzrost upadłości i restrukturyzacji wśród takich hitów eksportowych Polski jak branża meblowa czy branża wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych, która jest istotnym dostawcą komponentów dla branży motoryzacyjnej – wylicza Grzegorz Sielewicz. – Na rynku krajowym problemy ma branża handlowa, zwłaszcza handlu detalicznego. Na wzrost upadłości wpływają m.in. dosyć duża konkurencja, rozszerzenie ograniczenia handlu w niedzielę czy rosnące koszty wynagrodzeń.

W 2019 roku istotny wzrost postanowień o upadłości miał miejsce w branży produkcji mebli (o 90 proc.), produkcji wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych (o 44 proc.), a także w transporcie (o 30 proc.), który ma wysoką ekspozycję na rynki zagraniczne, a polskie firmy transportowe utrzymują pozycję lidera w drogowym przewozie międzynarodowym w Unii Europejskiej. Handel zanotował 8-proc. wzrost i dogania produkcję pod względem największego udziału w ogólnej liczbie upadłości i restrukturyzacji (24,7 proc. vs 25,7 proc.).

Z prognoz Coface wynika, że spowolnienie gospodarcze na rynkach zewnętrznych będzie głównym czynnikiem zagrożenia dla polskiej gospodarki oraz sytuacji przedsiębiorstw w 2020 roku. Ekonomiści Coface spodziewają się dalszego spowolnienia globalnego wzrostu PKB oraz oddziaływania wojny handlowej pomiędzy USA a Chinami na kształt globalnej gospodarki. Prawdopodobieństwo szybkiej poprawy koniunktury na głównych rynkach eksportowych Polski jest niskie – wzrost gospodarczy w Niemczech wyniesie zaledwie 0,5 proc. w 2020 roku, a wciąż niejasne warunki brexitu obciążają nasze relacje z trzecim największym odbiorcą polskich towarów. W rezultacie prognozy Coface zakładają wzrost gospodarczy Polski w tym roku na poziomie 3,3 proc. To mniej, niż wynika z ostatniej, listopadowej prognozy Narodowego Banku Polskiego (3,6 proc.).

 Oczekujemy, że w 2020 roku łączna liczba upadłości czy restrukturyzacji wzrośnie o 6 proc. Jest to nieznacznie więcej niż w 2019 roku, ale był to okres dosyć solidnego wzrostu gospodarczego. W obliczu spowalniającego wzrostu gospodarczego w 2020 roku, a także wielu innych czynników, zwłaszcza dalszego wzrostu kosztów pracy, surowców i energii, firmy będą odczuwały trudności z płynnością finansową – tłumaczy Grzegorz Sielewicz. – Co jest pozytywne, nadal mamy dosyć istotny wzrost liczby restrukturyzacji [o 7 proc. r/r – red.]. Jest więc nadzieja, że niektóre z firm w trudnej sytuacji powrócą do efektywnej działalności biznesowej i nie zakończą jej upadłością w celu likwidacji majątku.

Po skokowym zwiększeniu wykorzystania restrukturyzacji w poprzednich latach ich liczba będzie się stabilizować, pozostając na zbliżonym do obecnego udziale, czyli 44 proc. w łącznej liczbie postanowień.

– Największą popularnością cieszą się te postępowania, które można najszybciej przeprowadzić, czyli przyspieszone postępowanie układowe. Na drugim miejscu mamy postępowania sanacyjne, które są hybrydą upadłości i restrukturyzacji, dającą znaczne prawa dłużnikowi, podobne do praw, które wcześniej miał syndyk, chociażby wypowiedzenie niekorzystnych kontraktów czy zwalniania pracowników – wymienia Grzegorz Sielewicz. – W związku z tym również sanacja jest dosyć popularna. Jest to działanie rozłożone w czasie, bo postępowania sanacyjne zajmują rok albo dłużej, ale daje również nadzieję na powrót do efektywnej działalności biznesowej.

Sztuczna inteligencja pomoże interpretować wyniki badań. Opracowane przez Polaków rozwiązanie znacznie przyspieszy pracę szpitalnych oddziałów ratunkowych

Sztuczna inteligencja (SI) coraz skuteczniej wspiera lekarzy interpretujących wyniki badań obrazowych. Asystent dla radiologów wykryje nawet najdrobniejsze urazy ortopedyczne, które mogą zostać niezauważone przez zmęczonego lekarza szpitalnego oddziału ratunkowego. SI ustali także, których pacjentów zagrożonych udarem mózgu należy przyjąć w pierwszej kolejności. Do 2025 roku rynek sztucznej inteligencji w medycynie zwiększy swoją wartość ponad siedmiokrotnie.

– Asystent sztucznej inteligencji dla radiologów rozwiąże problemy związane z wykrywaniem różnego rodzaju zmian, takich jak trudno widoczne złamania. To także kwestie związane z posturografią, czyli obliczaniem długości, kątów kości, dostarczanie wyników w różnego rodzaju skalach medycznych lekarzowi po to, żeby mógł trafniej podjąć decyzję i zdiagnozować pacjenta – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Rafał Kosno, współzałożyciel MSK AID.

Rozwiązanie opracowane przez polski start-up ma przede wszystkim ułatwić lekarzom pracę na szpitalnych oddziałach ratunkowych. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że na SOR-ach w 2018 roku udzielono pomocy niemal 5 mln osób. Ponad 1,1 mln porad dotyczyło chirurgii urazowo-ortopedycznej. Tak duże obciążenie lekarzy diagnozujących chorych po urazach, szukających pomocy zwłaszcza w godzinach nocnych, sprawia, że muszą się oni zmagać z dużym zmęczeniem. W efekcie trudniej jest im postawić trafną diagnozę. Sztuczna inteligencja ma im pomóc interpretować wyniki badań obrazowych.

– Lekarzom brakuje narzędzi, które by dostarczyły wiedzę specjalistyczną, i to właśnie robimy. Asystent sztucznej inteligencji wspierający radiologów jest potrzebny dlatego, że tego typu badania radiologiczne zajmują zazwyczaj bardzo dużo czasu ortopedzie czy radiologowi. Zależy nam na przekazaniu bardzo często początkującym lekarzom takiego wsparcia, które jest wytrenowane na podstawie wiedzy eksperckiej i znacząco przyśpiesza pracę tych osób. Niezależnie, czy jest to dzień, czy noc, jakie warunki mają, jakie mają wsparcie czy jakich specjalistów wokół, mogą korzystać właśnie z najlepszych metod badawczych – mówi Rafał Kosno.

Sztuczna inteligencja coraz częściej wspiera lekarzy interpretujących wyniki badań obrazowych. Agencja ds. Żywności i Leków wydała niedawno certyfikat dla narzędzia wspierającego klinicystów w oznaczaniu wyników angiografii. Moduł Aidoc pomaga radiologom w ustaleniu priorytetu przypadków niedrożności dużych naczyń zobrazowanych w tomografii komputerowej. Sztuczna inteligencja stale analizuje obrazy pod kątem udaru niedokrwiennego i krwotocznego, a następnie automatycznie przenosi przypadki uznane za najpilniejsze na szczyt listy pacjentów oczekujących na leczenie.

Rozwiązanie MSK AID jest z kolei nakładką na istniejące oprogramowanie, które ma wesprzeć radiologów i ortopedów w podejmowaniu decyzji dotyczących zdrowia i życia pacjentów. Jest to model, który łączy się z innymi programami, dzięki czemu zdolny jest do analizowania zdjęć z niemal wszystkich obecnie stosowanych aparatów radiologicznych. Zdjęcia rentgenowskie są obecnie jedną z najpopularniejszych metod badań obrazowych w urazach ortopedycznych.

– Rynek zdjęć radiologicznych jest potężny. Każdego roku na całym świecie jest wykonywanych ponad miliard zdjęć rentgenowskich, w Stanach Zjednoczonych blisko 400 milionów, a w samym tylko jednym szpitalu w Polsce – w Otwocku – blisko 200 tys. zdjęć. Mówię tu wyłącznie o zdjęciach rentgenowskich, mamy również diagnostykę związaną z tomografią komputerową czy USG i tam również wolumeny są ogromne – wymienia ekspert.

Według analityków z Mordor Intelligence światowy rynek sztucznej inteligencji w medycynie osiągnął w 2019 roku wartość 3,14 mld dol. Do 2025 roku wycena ma sięgnąć 23,85 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu przekroczy 40 proc.

Inteligentny alkomat na podczerwień będzie podpowiadać, kiedy usiąść za kółkiem. Już w 2022 roku samochody same będą sprawdzały trzeźwość kierowcy

Z danych opublikowanych przez Komendę Główną Policji wynika, że w 2019 roku zatrzymano 111 tys. nietrzeźwych kierowców, o 6 tys. więcej niż w 2018 roku. W wypadkach z ich udziałem zginęło 180 osób, a ponad 2 tys. zostało rannych. W zredukowaniu tych liczb pomóc mogą nowe narzędzia do kontroli trzeźwości, m.in. ultraczułe alkomaty nowej generacji czy systemy bezpieczeństwa obowiązkowo montowane w samochodach od 2022 roku.

Branża kontroli trzeźwości przejdzie ogromne zmiany w 2022 roku, kiedy w życie wejdzie nowe unijne prawo zobowiązujące producentów samochodów do wdrażania nowych systemów bezpieczeństwa. Obok systemu wykrywającego oznaki zasypiania kierowcy projektanci aut będą musieli wykonać instalację umożliwiającą zamontowanie alkomatu uniemożliwiającego uruchomienie silnika, kiedy kierowca jest w stanie nietrzeźwości.

Sam alkomat nie będzie jeszcze niezbędnym elementem podstawowego wyposażenia auta przeznaczonego na rynek europejski. Dlatego też producenci wprowadzają na rynek nowej generacji urządzenia mierzące poziom alkoholu we krwi.

– OCIGO to pierwszy tester trzeźwości wyposażony w technologię podczerwieni. Do tej pory jej zastosowanie wymagało sporych gabarytów i wiązało się z wysokimi kosztami, a miniaturyzacja była bardzo trudna. Musieliśmy znaleźć sposób na obniżenie kosztów i wprowadzenie masowej produkcji, co wymagało sześciu lat prac badawczo-rozwojowych i wdrożeniowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Guillaume Nesa, dyrektor generalny i współzałożyciel firmy Olythe. – Kiedy rozpoczynaliśmy naszą działalność, brakowało niezawodnego testera trzeźwości. Żadne dostępne urządzenie nie oferowało odpowiedniej dokładności pomiaru ani jakichkolwiek wskazówek.

Alkomat od Olythe bazuje na technologii, która do niedawna dostępna była wyłącznie dla służb mundurowych. Dzięki wykorzystaniu spektrografu podczerwieni możliwe jest przeprowadzenie pomiaru o wysokiej dokładności, zgodnego z europejskimi normami NF EN 16280. Są one gwarancją, że pomiar będzie obarczony odchyleniem nie większym niż 20 proc. OCIGO zapewnia użytkownikowi szereg dodatkowych informacji – po wykryciu alkoholu w oddechu nie tylko poda jego dokładne stężenie. Za pośrednictwem towarzyszącej aplikacji mobilnej wyliczy także, kiedy kierowca będzie mógł bezpiecznie zasiąść za kierownicą.

Tymczasem w USA prowadzi się już testy zaawansowanych systemów kontroli trzeźwości preinstalowanych w samochodach. W ramach partnerstwa publiczno-prywatnego Driven to Protect w Maryland uruchomiono pilotażowe testy Driver Alcohol Detection System for Safety. System DADSS zaimplementowano w ośmiu autach Motor Vehicles Administration i jest on w stanie automatycznie wykrywać poziom trzeźwości kierowcy bez konieczności sięgania po klasyczny alkomat. W autach rozmieszczono szereg czujników, które w czasie rzeczywistym analizują skład powietrza wydychanego przez kierowcę. Jeśli wykryją zbyt duże stężenie alkoholu we krwi, nie pozwolą uruchomić auta.

DADSS jest jednak dopiero we wczesnej fazie testów, pierwsze seryjne auta wyposażone w ten system mogą pojawić się na rynku dopiero w 2025 roku. Do tego czasu kierowcy będą musieli polegać na klasycznych alkomatach, w których jednym z najważniejszych funkcji jest prostota użytkowania.

– OCIGO jest bardzo prosty w użytkowaniu i w pełni dostosowany do wielokrotnego stosowania. Wystarczy włączyć urządzenie jednym przyciskiem i skorzystać z ustnika, dmuchając przez 4–5 sekund. Po tym czasie urządzenie od razu wyświetla wynik. Nie jest konieczna kalibracja, bo chociaż przepisy sugerują wykonywanie jej raz w roku, zastosowano tutaj inną technologię, która zawsze pozwala na uzyskanie wiarygodnych wartości – przekonuje Guillaume Nesa.

Według analityków z firmy Market Data Forecast wartość globalnego rynku alkomatów w 2019 roku wyniosła 864,6 mln dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 1,26 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7,88 proc.

Przyjaźń do białoruskich rafinerii

Integracja Białorusi z Rosją jest zagrożona z powodu sporów o tranzyt ropy naftowej. Polska może na tym zyskać, jeżeli dodatkowa ropa dostarczane do Gdańska popłynie ropociągiem Przyjaźń.

Białoruś i Rosja prawdopodobnie odłożą rozmowy o wzroście taryf na tranzyt ropy do lata 2020 r. Wtedy ustalony zostanie wpływ nowego podatku środowiskowego na Białorusi, oraz zostaną obliczone straty wynikające ze zmniejszenia wolumenu przesyłu ropy naftowej przez Białoruś w 2019 roku. Zbyt wygórowane żądania Białorusinów, mogą jednak w rezultacie okazać się niebezpieczne dla samej Białorusi.

Zasadniczym powodem odłożenia dalszych negocjacji jest brak wiarygodnych prognoz dotyczących wielkości wolumenu ropy, która będzie przesyłana przez białoruski system przesyłowy w bieżącym roku. W trakcie negocjacji okazało się, że obie strony obliczają wysokość przesyłu uwzględniając różne dane. Mińsk szacuje, że białoruskie rafinerie otrzymają 17,5 mln ton ropy, natomiast Moskwa oblicza wolumen na poziomie 24 mln ton ropy.

Ta różnica sprawia, że ropa, pierwotnie przeznaczona dla białoruskich rafinerii, będzie musiała zostać przesłana w kierunku innych odbiorców. Zmniejszony przerób w białoruskich rafineriach, zgodnie z planami Łukaszenki, ma zostać zrekompensowany wyższym przychodem z tranzytu ropy. Mińsk w negocjacjach zażądał podwyższenia taryf o 16,6 procent, uwzględniając w tej kwocie rekompensaty za kryzys chlorkowy z wiosny ubiegłego roku, jednakże nie przedstawił szczegółowych wyliczeń strat, a tego oczekują Rosjanie. W dalszym etapie negocjacji, strona białoruska zgodziła się zmniejszyć swe oczekiwania do 14 procent, jednak i to okazało się zbyt dużą podwyżką dla negocjatorów ze strony Rosji.

Warto przypomnieć, że w tym samym czasie trwają negocjacje odnośnie dostaw ropy dla białoruskich zakładów w Mozyrzu i Nowopołocku. Białorusini chcą zniesienia premii eksportowej, której oczekują rosyjskie firmy wydobywcze. Ta premia, która ma wynosić 6 dolarów na tonie ropy, została przyznana, aby zrekompensować straty dla rosyjskich dostawców ropy. Cena ropy dla białoruskiego Bielnaftachimu, zgodnie z informacjami dostawców, jest o 17 procent niższa niż cena rynkowa tego surowca. Sama jej sprzedaż jest prowadzona z zerową stawką podatku VAT. Oznacza to, że firmy sprzedając surowiec na Białoruś tracą względem tego, co mogłyby zarobić handlując nim z innymi kontrahentami.

Pojawiają się jednak opinie niektórych ekonomistów, w tym z banku Raiffeisen, którzy przestrzegają stronę Białoruską przed zbytnią zachłannością. Jeżeli Mińsk dopnie swego w lecie, i podniesie taryfy minimum o 14 procent, będzie to, łącznie z podwyżką w październiku 2019 roku i lutową z bieżącego roku, podwyższenie kosztów transportu rosyjskiej ropy białoruskim szlakiem o niespełna 25 procent w ciągu niecałego roku. Taki wzrost może być odczuwalny dla wyników finansowych rosyjskich spółek naftowych.

Odłożenie negocjacji tranzytowych nie zmniejszy napięcia w relacjach pomiędzy oboma państwami. Wciąż nierozstrzygnięta pozostaje kwestia bezpośrednich dostaw ropy do białoruskich rafinerii z Rosji, a także formuła cenowa nowego kontraktu gazowego, która będzie obowiązywać do końca lutego.

Tak znaczny wzrost może dodatkowo zmobilizować Rosjan np. do zwiększenia inwestycji w rosyjskie naftoporty. Według danych opublikowanych przez spółkę Transnieft, w 2019 roku poprzez rosyjskie porty wyeksportowano 138 mln ton surowca, w tym przez port w Noworosyjsku 31 mln ton, w Primorsku 47,5 mln ton, w Kozmino 33,2 mln ton, w Ust Łudze 26,4 mln ton.

W 2018 r., za pomocą portów wyeksportowane zostało 124,1 mln ton ropy. O ile widoczny jest wzrost obsługi eksportu przez porty, to w przypadku eksportu rurociągowego zostały odnotowane znaczne spadki. Za pomocą ropociągu Przyjaźń w zeszłym roku za granicę zostało wysłane 43,3 mln ton ropy, podczas gdy w 2018 roku wolumen wyniósł 48,9 mln ton. Do Białoruskich rafinerii w 2019 roku zostało dostarczone 17,6 mln ton ropy. Według tych danych, biorąc pod uwagę ponad miesięczną przerwę w dostawach ropy systemem Przyjaźń, białoruskie straty nie powinny być duże. Dla porównania, w 2018 roku do Polski za pomocą Przyjaźni zostało dostarczone 13,1 mln ton, w 2018 roku było to 15 mln ton. Do Niemiec dotarło 16,1 mln ton, podczas gdy w 2018 roku było to 20.6 mln ton.

– Spór pomiędzy Białorusią o Rosją może zakończyć się sukcesem dla Polski – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mariusz Marszałkowski z BiznesAlert.pl. – Polska może okazać się alternatywą dla dostaw rosyjskiej ropy na Białoruś, ponieważ przez Naftoport w Gdańsku ropa może być przesyłana ropociągiem Przyjaźń do białoruskich rafinerii.

Warzywa solidnie zdrożały. Najbardziej wzrosły ceny cebuli, ziemniaków i selera

W latach 2018-2019 średnie ceny rabatowe najczęściej promowanych w sklepach warzyw wzrosły o blisko 17%. Cebula zdrożała aż o 60%. Duża podwyżka dot. ziemniaków – o 55%, selera – o 44%, a także buraków – o 31%. Najmniej podrożała marchew – o 7%. Z kolei ogórki potaniały o 0,65%. Eksperci zwracają uwagę na przyczyny. Dla przykładu z danych GUS-u wynika, że w całym 2019 r. ceny detaliczne większości warzyw gruntowych były wyższe średnio o ok. 20% niż rok wcześniej. Jednocześnie niektórzy analitycy zapowiadają, że już w I kwartale 2020 r. konsumenci zapłacą mniej niż na początku ub.r. Wciąż jednak będzie to wyższy poziom niż dwa lata temu.

Skok w promocji

Jak wynika z cyklicznego raportu Hiper-Com Poland i aplikacji Zdrowe Zakupy, analizą objęto ceny warzyw, które w latach 2018-2019 były najczęściej promowane przez ogólnopolskie sklepy. Wśród nich należy wymienić pomidory, paprykę, ogórka, ziemniaki, kapustę, marchew, cebulę, cukinię, buraki i selera. Sprawdzono gazetki wydawane przez wszystkie dostępne na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash&carry. Łącznie przeanalizowano blisko 15 tys. publikacji, w tym ponad 9,5 tys. akcji promocyjnych.

– W ww. okresie średnie ceny promocyjne wskazanych warzyw poszły w górę o 16,6%. Według mnie, to bardzo wysoki wzrost, znacznie przekraczający wskaźniki inflacji. Do tego trzeba zauważyć, że to są promocje, a sieci przecież mocno ich pilnują, żeby były atrakcyjne. Przyczyn tego stanu było wiele. Niekorzystne warunki pogodowe ograniczały plony. A kiedy na rynku jest mniej produktów, ich ceny błyskawicznie rosną, nawet te rabatowe – mówi Hubert Majkowski z Hiper-Com Poland.

– Wzrost cen promocyjnych objął wszystkie sieci handlowe, bo warzywa zdrożały na całym rynku. I to musiało wpłynąć na zmniejszenie rabatów. Niemniej, pomimo podwyżek, sklepy konsekwentnie promowały tego typu produkty, w tym artykuły BIO – zwraca uwagę Arkadiusz Paprzycki, ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy.

Z kolei Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw, podkreśla, że ceny poszczególnych gatunków warzyw w danym okresie ostatecznie zależą od strategii danej sieci. Prowadzenie działań promocyjnych, w tym stosowanie rabatów, ma na celu zachęcenie konsumenta do większych zakupów, a nie obniżenie dochodu sprzedawcy.

– Wzrosty na krajowym rynku były tak duże, że dotknęły nawet najczęściej promowane artykuły. Patrząc już na poszczególne warzywa, wyraźnie widać, że ceny promocyjne kilku z nich mocno poszły w górę w ub.r. Dotyczy to cebuli – wzrost aż o 60%, ziemniaków – o 55%, selera – o 44%, a także buraków – o 31% – wymienia ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy.

Na liście TOP10 analizowanych produktów są też pozycje, które odnotowały stosunkowo niewielkie podwyżki. Przykładem tego jest marchew – zaledwie 7%. Natomiast ogórki nieznacznie potaniały – o 0,65%.

Przyczyn jest kilka

– W pierwszej połowie 2018 r. ceny warzyw kształtowały się na niskim poziomie. Istotny ich wzrost odnotowano w drugim półroczu. Był to efekt dotkliwej suszy, która wystąpiła w miesiącach wiosenno-letnich. Producenci zmagali się z deficytem wody. To obniżyło produkcję oraz podaż warzyw na krajowym rynku. I wywołało presję na ceny regularne i promocyjne, nie tylko dwa lata temu, ale też w pierwszej połowie ubiegłego roku – wyjaśnia Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego z Santander Bank.

Jak informuje Witold Boguta, w 2018 r. zebrano ok. 4,1 mln ton warzyw gruntowych. I tym samym zanotowano spadek o ok. 10,3% w stosunku do 2017 r. Natomiast w 2019 r. plony oszacowano na ponad 3,8 mln ton. I jak podaje GUS, był to o ok. 6% niższy poziom w porównaniu z wynikiem z wcześniejszego roku. Szczególnie zmniejszyła się produkcja korzeniowych warzyw, czyli m.in. buraków, selera, marchwi i pietruszki.

– W drugiej połowie 2019 r. warzywa zaczęły tanieć. Jak pokazują dane ze spółdzielni ogrodniczych, publikowane przez IERiGŻ, w listopadzie średnia cena skupu cebuli spadła o 48% w relacji do stycznia 2019 r. Marchew kosztowała mniej o 53% w stosunku do początku ub.r. Utrzymujący się spadek cen może wskazywać na wyższą podaż warzyw gruntowych na rynku krajowym, niż wynikałoby to z szacunku GUS-u – dodaje Grzegorz Rykaczewski.

Prezes KZGPOiW zaznacza, że część gatunków warzyw zebranych w miesiącach jesiennych jest przechowywanych w chłodniach i sprzedawanych w następnym roku. Dotyczy to np. cebuli czy ziemniaków. Dlatego dwa lata temu klienci kupowali najpierw produkty zebrane w 2017 roku, a później – te z 2018 roku. Ub.r. to już czas sprzedaży niskich zbiorów z 2018 roku. Wtedy też było wiadomo, że kolejne plony będą słabe z powodu suszy. To realnie spowodowało wzrost cen, które w 2019 roku osiągnęły istotnie wyższy poziom niż w roku poprzednim.

– W wyniku niedostatecznej ilości towaru na rynku popyt został pokryty produktami pochodzącymi z innych krajów. W związku z tym nastąpiły kolejne wzrosty cen. Dotyczyło to np. ziemniaków importowanych z Holandii czy Wielkiej Brytanii. Trzeba też brać pod uwagę rosnące koszty produkcji związane z podwyżkami dla pracowników. A to w konsekwencji miało realne odbicie na cenach promocyjnych w sklepach – dodaje Hubert Majkowski.

Według Witolda Boguty, zdrożały gatunki najbardziej wrażliwe na suszę, których plony spadły. I tak np. cebula, której cena promocyjna najmocniej wzrosła, jest rośliną płytko korzeniącą się. To powoduje, że przy suszy ma bardzo ograniczony dostęp do wody. Uzupełnianie jej braków na rynku importem z odleglejszych krajów podnosi koszt transportu, np. z Kazachstanu do Polski, a także ceny detaliczne.

– GUS podaje, że w okresie dwunastu miesięcy 2019 r. ceny detaliczne warzyw były wyższe średnio o ok. 20% niż rok wcześniej. Wprawdzie w drugiej połowie ub.r. nieco spadły zarówno ceny hurtowe, jak i regularne w sklepach, ale nadal jedne i drugie były wyższe niż przed rokiem. W grudniu warzywa były droższe przeciętnie o 12,3% w porównaniu do analogicznego miesiąca 2018 roku – zauważa Grzegorz Rykaczewski.

Prognozy (nie) są dobre

Ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy przypomina, że mniejsze zbiory dotyczą właściwie całej Europy. W analizowanym okresie podaż na rynku była niższa, co wpłynęło na wzrost cen wykupu, a to z kolei bezpośrednio przełożyło się na podwyżki cen regularnych i promocyjnych w sieciach handlowych. Niestety ze względu na kolejny rok suszy w rolnictwie i mniejsze zbiory, ceny wciąż mogą pozostać na wysokim poziomie.

– Jeśli zaobserwowany trend spadku cen z drugiej połowy 2019 r. utrzyma się w kolejnych miesiącach, to w pierwszym kwartale 2020 r. konsumenci zapłacą mniej za warzywa niż na początku roku 2019. Wciąż jednak będzie to wyższy poziom niż dwa lata temu – prognozuje analityk z Santander Bank.

Natomiast prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw przewiduje, że w kolejnych latach konsumenci będą musieli płacić coraz więcej za warzywa gruntowe. Wpłyną na to niskie zbiory z lat 2018-2019, a kluczowe znaczenie będzie miała zapowiadana na ten rok susza. Trzeba być na to przygotowanym szczególnie w sytuacji, gdy anomalia pogodowe dotykają producentów w wielu krajach.

Nowoczesne statuetki i podziękowania biznesowe

Koniec roku to doskonały moment do podsumowania zrealizowanych projektów, nawiązanych nowych kontaktów, czy udziałów w interesujących wydarzeniach. Warto dla najważniejszych osób przygotować podziękowania biznesowe, które nadadzą trwałości Waszej współpracy. To cenny i elegancki gest, który jest bardzo miło odbierany. To wyrażenie głębokiej wdzięczności, czy podziękowanie za wsparcie.

Zastanawiasz się jaką formę wybrać? Firma nagrody.pl bez wątpienia pomoże Ci w Bez wątpienia najlepszym podziękowaniem biznesowym będzie nowoczesna statuetka, czy elegancki dyplom. To bardzo prestiżowe wyróżnienia dla partnerów biznesowych, kontrahentów, czy prelegentów. Profesjonalny zespół gwarantuje Ci, że znajdziesz w asortymencie nowoczesne statuetki biznesowe, które będą świadczyć nie tylko o Twoim sukcesie, ale i wyróżnionej przez Ciebie osoby. Sprawdź w jaki sposób stawiają na elegancję wykonując nowoczesne statuetki i podziękowania biznesowe.

Statuetki i certyfikaty biznesowe na zamówienie

Do produkcji podziękowań biznesowych wykorzystuje najnowsze technologie i najwyższej jakości materiały, takie jak drewno, czy szkło. Daje Ci to gwarancję, że do wyróżnionej osoby trafią najlepsze statuetki biznesowe. Mogą mieć one dowolny kształt – jako producentem statuetek firma nagrody.pl może dla Ciebie wykonać każdą formę tego wyróżnienia. To niemal nowoczesne rzeźby, które zrobią piorunujące wrażenie na obdarowanych osobach. Statuetki biznesowe na zamówienie możesz podarować swoim partnerom biznesowym, czy nawet pracownikom. Możesz nawiązać w nich do charakteru Twojej firmy i świadczonych przez Ciebie usług, co na pewno zostanie od razu zauważone. Takie biznesowe statuetki prezentują się niezwykle efektownie i bardzo luksusowo. Doskonałą ozdobą firmowego biura są również drewniane certyfikaty. Wykonane z kolorowym nadrukiem na pewno zajmą honorowe miejsce w każdym gabinecie. Nieograniczone możliwości nowoczesnego druku UV pozwalają na wykonanie każdego elementu graficznego. Drewniany dyplom to podziękowanie biznesowe w bardzo dobrym guście. W bogatej ofercie nagrody.pl z pewnością znajdziesz nowoczesne statuetki i podziękowania biznesowe.

Nagrody biznesowe o nowoczesnym designie

Wieloletnie doświadczenie firmy nagrody.pl pozwala na wykonanie innowacyjnych projektów na statuetki jubileuszowe i biznesowe, których nie spotkasz na sklepowych półkach. Wszystkie wykonuje się na indywidualne zamówienie, co jeszcze bardziej podkreśla ich wyjątkowość. Dotychczasowe realizacje są najlepszą rekomendacją ich szerokich możliwości. Podejmując się wykonania często skomplikowanych statuetek, czy certyfikatów nagrody.pl staje na wysokości zadania. Już od pierwszej rozmowy klienci są pod opieką profesjonalistów, aż do dostawy swych podziękowań. Nagrody.pl słyną z dokładności i niespotykanej staranności. Statuetki na podziękowania biznesowe nie tylko świetnie prezentują się na zdjęciach, ale i na żywo. Zadziwiają wysokim poziomem detali i emanują nowoczesnością. Zachęcamy do zapoznania się z ofertą na podziękowania biznesowe, które właściwie pokażą Twoją firmę.

Polityka monetarna RPP bez zmian

Na lutowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej, zgodnie z oczekiwaniami, pozostawiła stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie. Od niemal pięciu lat stopa referencyjna utrzymuje się na historycznie niskim poziomie 1,5%. RPP postrzega spodziewany na początku tego roku wzrost inflacji jako przejściowy oraz liczy na to, że inflacja będzie się obniżać. Zdaniem Rady rozwój koronawirusa stanowi ryzyko dla światowej gospodarki, jednak jego wpływ na realny wzrost globalny, ale także w Polsce powinien być ograniczony. W opinii RPP koniunktura pozostaje dobra mimo obniżającego się tempa wzrostu gospodarczego w czwartym kwartale ubiegłego roku. Komunikat oraz wypowiedzi członków RPP po posiedzeniu wskazują, że wciąż najbardziej prawdopodobnym scenariuszem pozostaje utrzymanie obecnych stóp procentowych.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 2,00%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały 2,14%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień ze wzrostem: o 1,50% dla sWIG80 oraz o 1,68% dla mWIG40.

Nadchodzący tydzień nie przyniesie zbyt wielu danych makroekonomicznych. W środę (12.02.2020) prezes Fed przedstawi półroczny raport na temat polityki monetarnej przed komisją bankową Senatu USA. W czwartek (13.02.2020) poznamy inflacje CPI oraz liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Natomiast w piątek (14.02.2020) nadejdzie kolej na dane dotyczące sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej w USA.
Poza tym, w czwartek (13.02.2020) poznamy saldo obrotów towarowych Polski, a w piątek (14.02.2020) inflacje CPI oraz wstępne dane o PKB.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.