Biometria behawioralna z punktu widzenia instytucji finansowych

Aleksandra Kopeć, Prawnik z Działu Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy
Aleksandra Kopeć, Prawnik z Działu Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Dynamiczny postęp nowych technologii stale dezaktualizuje nasze postrzeganie „innowacyjności”. Dziedziną, która w sposób szczególny musi dopasowywać się do zmieniającej rzeczywistości jest bez wątpienia cyberbezpieczeństwo. Metody, które jeszcze do niedawna wydawały się być odporne na ataki hakerskie przestają być wyzwaniem dla wyspecjalizowanych cyberprzestępców. Materializuje się zatem nagląca potrzeba rozwinięcia takich rozwiązań, które stopniem swojego skomplikowania znacząco prześcigną dostępne dziś sposoby przełamywania zabezpieczeń. Problem ten jest szczególnie istotny w kontekście stale upowszechniających się płatności elektronicznych. Odpowiedzią na wskazany problem zdaje się być aktualnie biometria behawioralna.

Czym jest biometria behawioralna?

Biometria behawioralna jest uzupełnieniem tradycyjnych metod biometrycznych zakładających pomiar i analizę zewnętrznie obserwowalnych, niepowtarzalnych cech fizycznych (linii papilarnych, tęczówki, twarzy, układu naczyń krwionośnych itd.) o określone wzorce zachowań, które nie są determinowane biologicznie. Przykładem cech będących przedmiotem zainteresowania biometrii behawioralnej jest m.in. siła nacisku na ekran telefonu, tempo uderzania w klawisze klawiatury, szybkość czytania określonych fragmentów tekstu czy styl pisania, w tym także tendencja do popełniania błędów językowych, interpunkcyjnych. Taki zestaw danych pozwala na zrekonstruowanie unikalnego „profilu użytkownika”, którego podrobienie byłoby niezwykle skomplikowane i czasochłonne.

Biometria uważana jest aktualne za najsilniejszą metodę uwierzytelniania. Praktyka unaoczniła jednak mankamenty jej tradycyjnego (fizycznego) wydania. Poszczególne cechy biologiczne są co prawda niepowtarzalne, jednak nie nieodwzorowywalne. Tytułem przykładu wskazać można układ linii papilarnych – cechę intuicyjnie wskazywaną przez część osób jako niemożliwą do podrobienia w normalnych okolicznościach. Okazuje się jednak, iż odcisk palca może zostać odtworzony wyłącznie dzięki… zdjęciom kciuka. Niezwykle popularny dziś sposób odblokowywania smartfona czy logowania się do aplikacji mobilnej banku okazuje się zatem zabezpieczeniem nie lepszym od tradycyjnego hasła spisanego na kartce papieru. Co ciekawe, skan twarzy wykazuje jeszcze większą podatność na fałszerstwo (zob. więcej P. Kałużny, P. Stolarski, Biometria behawioralna i „tradycyjna” w mobilnych usługach bankowych – stan oraz przyszłe możliwości zastosowania). Biometria behawioralna wykorzystuje do analizy „próbki” pochodzące z różnych źródeł, dzięki czemu pozwala na uzyskanie zdecydowanie bardziej złożonego wzorca. To z kolei przekłada się na dużo wyższą odporność na podrobienie.

Biometria behawioralna a prawo

Rozwój biometrii behawioralnej dobrze koresponduje z kierunkiem, w którym ewoluują przepisy regulujące rynek finansowy. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2015/2366 z dnia 25 listopada 2015 r. w sprawie usług płatniczych w ramach rynku wewnętrznego (dalej: „PSD II”) kładzie szczególny nacisk na aspekty związane z bezpieczeństwem płatności elektronicznych.

Zgodnie z PSD II do:

  • uzyskiwania dostępu do rachunku płatniczego w trybie online (np. bankowość internetowa/mobilna);
  • inicjowania elektronicznej transakcji płatniczej;
  • przeprowadzania za pomocą kanału zdalnego czynności, która może wiązać się z ryzykiem oszustwa płatniczego lub innych nadużyć.

Konieczne jest stosowanie mechanizmów silnego uwierzytelniania, czyli uwierzytelniania opartego o zastosowanie co najmniej dwóch elementów należących do kategorii:

  • wiedza (coś, co wie wyłącznie użytkownik – np. hasło, kod pin, pytanie pomocnicze),
  • posiadanie (coś, co posiada wyłącznie użytkownik- np. karta z kodem, pendirve)
  • cechy klienta (coś, czym jest użytkownik- cechy biometryczne człowieka np. głos, układ linii papilarnych, kształt dłoni),

Elementy powinny być niezależnych od siebie w tym sensie, że naruszenie jednego z nich nie osłabia wiarygodności pozostałych. Dodatkowo, silne uwierzytelnienie powinno być zaprojektowane w sposób zapewniający ochronę poufności danych.

Digitalizacja niemalże wszystkich sfer życia codziennego oraz tendencja do ograniczania tradycyjnych dokumentów (np. e-recepta, e-dowód) wymusza na użytkownikach konieczność zabezpieczania coraz większych zasobów danych. Zapamiętanie takiej liczby haseł staje się nie tylko uciążliwe, ale i nawet praktycznie niemożliwe. Z kolei materialne nośniki informacji powoli stają się archaizmem w dobie postępującej cyfryzacji. To sprawia, że zabezpieczenia przynależne do grupy „wiedza” oraz „posiadanie” nie są dopasowane do aktualnych realiów. Przyszłość leży zatem w „cechach klienta” czyli metodach biometrycznych.

Jak podaje Związek Banków Polskich w „Raporcie Biometrycznym 2.0 Bankowość Biometryczna”- Polska, jako pierwszy kraj w Europie wdrożyła biometrię w sektorze bankowym. Dziś również nie pozostaje bierna na nowości technologiczne – mBank S.A. już od 2018 r. testuje zabezpieczenia oparte na interakcji użytkownika z komputerem/smartfonem.

Potencjalne zastosowanie biometrii behawioralnej nie ogranicza się jednak wyłącznie do obszaru związanego z usługami płatniczymi. Identyfikacja i weryfikacja tożsamości klienta jest przecież jednym z podstawowych obowiązków wynikających z ustawy z dnia 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu (Dz. U. z 2019 r. poz. 1115 ze zm.) (dalej: „Ustawa AML”).

W świetle art. 43 ust 2 pkt 7) Ustawy AML nawiązywanie albo utrzymywanie stosunków gospodarczych lub przeprowadzanie transakcji okazjonalnej bez fizycznej obecności klienta stanowi przesłankę wyższego ryzyka prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu – pod warunkiem, że nie zostało ograniczone w inny sposób. Ustawa AML wskazuje przykładowo, że ryzyko może być ograniczone m.in. poprzez zastosowanie podpisu potwierdzonego profilem zaufanym ePUAP, podpisu elektronicznego lub notyfikowanego środka identyfikacji elektronicznej adekwatnie do średniego poziomu bezpieczeństwa, o którym mowa w rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 910/2014 z dnia 23 lipca 2014 r. w sprawie identyfikacji elektronicznej i usług zaufania w odniesieniu do transakcji elektronicznych na rynku wewnętrznym. Wydaje się jednak, że nie ma przeszkód, aby sposobem na ograniczenie ryzyka prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu było zastosowanie metod biometrii behawioralnej. Należy przy tym pamiętać, że implementacja takich rozwiązań powinna zapewniać wysokie bezpieczeństwo oraz odbywać się w zgodzie z wytycznymi UKNF dotyczącymi zarządzania obszarami technologii informacyjnej i bezpieczeństwa środowiska teleinformatycznego.

Zgodnie z obecnym nauki nawet rozwiązania wykorzystujące biometrię behawioralną – a więc technologię bardziej zaawansowaną i odporną na podrobienie niż biometria tradycyjna – nie dają stuprocentowej gwarancji co do poprawności wyniku. Z tego względu proces identyfikacji i weryfikacji użytkownika nie może odbywać się wyłącznie w oparciu o takie zabezpieczenie. Biometria może być stosowana jednak jako dodatkowy czynnik ograniczający ryzyko fraudu. UKNF w stanowisku z dnia 5 czerwca 2019 r. dotyczącym identyfikacji klienta i weryfikacji jego tożsamości w bankach oraz oddziałach instytucji kredytowych w oparciu o metodę wideoweryfikacji wskazał, że stosowanie biometrii jest przykładem techniki uzupełniającej, która potwierdza dochowanie należytej staranności przez instytucję finansową.

Wyzwania biometrii behawioralnej

Trudność z jaką musi radzić sobie biometria polega na tym, że większość z cech fizycznych człowieka ulega zmianom w trakcie życia – katalog „próbek” do pomiaru zostaje zatem istotnie zawężony. Z drugiej strony – trwałość/niezmienność cechy biometrycznej znacząco zwiększa ryzyko stworzenia kopii jej wzorca. Biometria behawioralna powinna zatem odważnie wykorzystywać rozwiązania uczenia maszynowego, by automatycznie „rozwijać się” wraz ze swoim użytkownikiem.

Biometria behawioralna pobiera i analizuje dane z różnorodnych źródeł. Zgodnie z badaniami, dzięki zastosowaniu wielu cech można zminimalizować ryzyko błędu do 0,1% (D. Deb, Action speak louder than (pass) words: Passive Authentication of Smartphone Users Via Deep Temporal Features). Ale większy zasób danych to również większa odpowiedzialność. Aplikacje wykorzystujące indywidualne wzorce zachowań użytkowników do weryfikacji tożsamości i autoryzacji czynności gromadzą ogrom niezwykle osobistych i cennych informacji. Ich wyciek może być zdecydowanie bardziej dolegliwy w skutkach niż wyciek tradycyjnych haseł. Ryzyko wykorzystania pozyskanych danych dla celów innych niż wyłącznie identyfikacja, weryfikacja i autoryzacja jest bardzo wysokie. Rozbudowany, centralny zbiór danych biometrycznych stwarza bowiem ogromne pole do nadużyć np. odtworzenia kompletnej „fałszywej tożsamości”. Z tego względu postuluje się, że przechowywanie danych w sposób zdecentralizowany. (zob. więcej A. Bodnar, J. Michalski, Dokument biometryczny a prawa człowieka). Jednak nawet i to rozwiązanie nie zapewnia całkowitego bezpieczeństwa wzorców biometrycznych. Konieczne jest zatem ścisłe przestrzeganie zasady proporcjonalności, tak aby zakres pozyskiwanych danych pozostawał adekwatny dla swojego celu. Jest bowiem rzeczą oczywistą, iż inną wagę należy przykładać do zabezpieczenia konta na portalu społecznościowym, a inną do dostępu do mobilnej aplikacji bankowej, na której gromadzimy wszystkie nasze oszczędności.

Ale wyzwania stawiane przed biometrią behawioralną nie dotyczą wyłącznie aspektów technologicznych. Wątpliwości mogą budzić również kwestie etyczne oraz związane z ochroną praw człowieka, w szczególności prawa do prywatności. Pojawia się więc pytanie, o sytuacje osób, które – z różnych względów – nie chcą przekazywać podmiotom trzecim tak osobistych informacji na ten temat. Czy przyszłość cyberbezpieczeństwa zostanie zmonopolizowana przez biometrie behawioralną? Mam nadzieję, że nie. Biometria behawioralna – mimo swoich niekwestionowanych zalet – może okazać się niezwykle niebezpiecznym narzędziem. Warto zatem pozostawać otwartym na alternatywne metody ochrony danych.

Aleksandra Kopeć, Prawnik z Działu Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Rok 2019 zakończył się dla polskiego przemysłu tak samo źle jak się rozpoczął

„Rok 2019 zakończył się dla polskiego przemysłu tak samo źle jak się rozpoczął” – napisał IHS Markit w najnowszym komunikacie prasowym. W grudniu 2019 r. wskaźnik PMI wyniósł 48,0.

W 2019 r. wskaźnik PMI, czyli wskaźnik prezentujący kondycję polskiego sektora przemysłowego, oparty na opiniach kadry kierowniczej ponad 200 przedsiębiorstw przemysłowych, był najniższy od kryzysu na światowych rynkach finansowych w latach 2008-2009. Od początku roku przedsiębiorcy sygnalizowali problemy z nowymi zamówieniami, szczególnie tymi płynącymi z rynków zagranicznych. To nie dziwi patrząc na kondycję gospodarek naszych głównych partnerów handlowych. Grudzień 2019 r. był 17-tym miesiącem z rzędu spadku zamówień od klientów z zagranicy.

W ostatnich miesiącach 2019 r. menedżerowie wskazywali jednak także na osłabienie popytu na polskim rynku, co dziwi ze względu na rosnące dochody rozporządzalne gospodarstw domowych w wyniku wzrostu wynagrodzeń (o 6,7 proc. w ciągu 11 miesięcy), a także zwiększonych transferów socjalnych (dodatkowa emerytura, 500+ na każde dziecko) i obniżenia pierwszej stawki PIT do 17 proc.

Słabnące zamówienia przekładały się na spadki liczby nowych miejsc pracy. A rosnące koszty osłabiały standing finansowy firm przemysłowych. Wpływało to także na zmniejszenie zakupów przedsiębiorstw.

Prognozy dotyczące przyszłej produkcji były w końcu 2019 r. dosyć pesymistyczne – listopadowy i grudniowy odczyt wskaźnika przyszłej produkcji były jednymi z najsłabszych w 21-letniej historii badań PMI. To musi niepokoić z perspektywy 2020 r.

Powodów do niepokoju jest znacznie więcej. Co prawda USA i Chiny jeszcze w styczniu mają podpisać pierwszą część porozumienia handlowego, które powinno wprowadzić większą przewidywalność na rynkach finansowych, i generalnie w gospodarce światowej. Jednak doświadczenia ostatnich dwóch lat każą ostrożnie podchodzić do finału porządkowania relacji między tymi dwiema największymi gospodarkami. Wiemy także, że z końcem stycznia Wlk. Brytania wyjdzie z UE. Nie wiemy jednak na jakich ostatecznie warunkach się to odbędzie, co ma ogromne znaczenie dla biznesu. Warto przypomnieć, że Wlk. Brytania to trzeci rynek dla polskich eksporterów, lokujemy tam około 6 proc. polskiego eksportu. W tych dwóch obszarach biznes wie zatem już nieco więcej, ale daleko jeszcze do stabilizacji.

Natomiast na własnym podwórku przedsiębiorstwa mają znacznie większy, bo już pewny, ból głowy. Chociażby wzrost od 1 stycznia minimalnego wynagrodzenia o ponad 15 proc., koszty związane z wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych w średnich firmach (od 1 stycznia) i małych firmach (od 1 lipca), drastyczny wzrost kosztów energii elektrycznej, wzrost kosztów paliwa w wyniku wzrostu opłaty paliwowej. Do tego ciągła niepewność regulacyjna, polityczna i obawy związane z praworządnością, co z perspektywy biznesu ma ogromne znacznie.

Trudno się dziwić, że w pogarszającym się otoczeniu kadra kierownicza przedsiębiorstw przemysłowych coraz wyraźniej prezentuje swoje obawy. Zobaczymy to w słabości inwestycji firm, co odbije się silnie na dynamice wzrostu gospodarczego w 2020 r. I co znacznie ważniejsze, na zdolności polskich przedsiębiorstw do konkurowania tak na rynkach zewnętrznych, jak i na naszym własnym rynku.

Autor: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Członek Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich, Wydział Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego

Efekt Amazona. Usługi logistyczne dla e-commerce rosną wraz z serwisem Jeffa Bezosa

Rynek e-commerce rozkwita, eMarketer szacuje, że do 2020 r. wielkość sprzedaży wzrośnie o ⅕ i osiągnie 4 bln USD. Winny tej zbrodni na handlu tradycyjnym jest sprytny duet, który bez siebie żyć nie może Amazon i globalizacja. Okazuje się, że straszakiem, który najskuteczniej motywuje do rozwoju branżę logistyki dla e-commerce jest amerykański serwis Jeffa Bezosa.

Globalny handel online nie mógłby istnieć bez wsparcia usług transportowych. Dlatego sektor logistyki e-commerce ruszył w pościg za internetowym handlem i sprawnie radzi sobie z kolejnymi przeszkodami, co skutkuje regularnym wzrostem. Specjaliści z AMR (Allied Market Research) obliczyli, że wycena tego sektora osiągnie w 2020 r. poziom 535,895 mln USD, a współczynnik CAGR, który określa średni roczny wzrost, w latach 2014–2022, wyniesie 21,2%.

Efekt Amazona, czyli efekt aureoli w praktyce

Trudno przypomnieć sobie dni, w których na zamówiony przez internet przedmiot w ramach przesyłek krajowych czekało się po 2–3 tygodnie, a nawet do 12 tygodni w przypadku pakunków wysyłanych z terytorium innego kraju. W ciągu ostatnich 5 lat handel elektroniczny zmienił się nie do poznania i podbił serca konsumentów z całego świata. W puste pole wyszukiwarki wystarczy wpisać nazwę produktu. Tylko kilka kliknięć dzieli nas od tego, by zamówione dobro znalazło się pod naszymi drzwiami, a to wszystko dzięki efektowi Amazon.

Nazwany na cześć giganta handlu elektronicznego, efekt Amazona to globalny fenomen, polegający na zdominowaniu przez amerykański serwis handlu detalicznego. Nastąpiło zjawisko, które w zarządzaniu i marketingu nazywane jest efektem aureoli. Oznacza to, że siła oddziaływania tego podmiotu na inne sektory jest tak silna, że wpływa na ich funkcjonowanie. Firma Jeffa Bezosa nie tylko doprowadziła do boomu w handlu elektronicznym, udokumentowanym przez miliony metrów kwadratowych pustej powierzchni handlowej na całym świecie, lecz także wywołała ogromne zmiany oczekiwań klientów w każdym punkcie łańcucha dostaw – tłumaczy Sascha Stockem z Nethansy, który 22 stycznia wystąpi na warszawskiej konferencji Marketplace Academy 2020. To największa w Polsce konferencja o sprzedaży na Amazonie, eBay’u i innych platformach sprzedażowych.

Siły zależne

Specjaliści eMarketera wzięli pod lupę branżę e-commerce i opracowali raport, zgodnie z którym przewidują, że do 2020 r. wielkość sprzedaży w całym sektorze osiągnie poziom ponad 4,058 bln USD. Czy to wiele? Papierkiem lakmusowym w tym przypadku jest oczekiwany wynik za 2019 r., który ma zakończyć się wyceną na poziomie 3,418 bln USD. Warte odnotowania jest to, że z roku na rok wskaźnik określający tempo wzrostu spada, a mimo to wciąż jest imponujący – od 25,5% w 2015 r. do 18,7% pięć lat później. Czy jest to niespodzianka?

Nic w tym dziwnego, dla wielu klientów sieć stała się naturalnym miejscem robienia zakupów. Jak wynika z nowych badań przeprowadzonych przez Salesforce, 87% kupujących rozpoczyna wyszukiwanie produktów w kanałach cyfrowych, w porównaniu z 71% sprzed roku. Z tego aż co trzecia osoba zaczyna od poszukiwań na Amazon i eBay, co oznacza wzrost o 22% w porównaniu z rokiem poprzednim. Co więcej, w przypadku największych rynków zbytu platformy stworzonej przez Bezosa, np. Niemiec i USA, ponad 50% internautów zaczyna poszukiwania wymarzonych produktów na serwisie Amazon! – zwraca uwagę Sascha Stockem.

Szybko, ale wolniej

Wartościowym uzupełnieniem jest tu najnowszy raport Transport Intelligence, który pokazuje, że rynek logistyki e-commerce wciąż rozwija się dość szybko, lecz rosnąca konkurencja i kolejne wyzwania sprawiają, że jest to branża podwyższonego ryzyka. Jednak czy to wszystko?

Ogromny wpływ na branżę logistyczną ma najpotężniejszy sklep online na Ziemi Amazon. Dla firm przewozowych każde zmiany związane z funkcjonowaniem platformy Jeffa Bezosa mogą skutkować zaburzeniami w działaniu. To potężny gracz, lider, który wyznacza tempo dla całej branży – zauważa CEO Nethansa.

Jak szacują brytyjscy specjaliści, globalny rynek logistyki handlu elektronicznego wzrósł o 18,2% w 2018 r. Ze wszystkich gałęzi logistyki to właśnie ten odłam jest najbardziej nieprzewidywalny, ale i osiąga najlepsze rezultaty.

Gdy weźmiemy pod lupę wspomniany raport, okaże się, że to rynki wschodzące wykazują najszybszą ekspansję, ale nawet w gospodarkach rozwiniętych stopy wzrostu w ujęciu nominalnym są zwykle dwucyfrowe. TI oczekuje, że światowy rynek wzrośnie w latach 2018–2023, osiągając CAGR na poziomie 11,8%.

 

Rynek, który nie ma granic

Najnowsze dane TI sugerują, że handel międzynarodowy jest istotnym czynnikiem przyczyniającym się do takiego wzrostu. E-commerce nie zna granic, ale czy jest to zagrożenie czy szansa dla nowoczesnego biznesu?

Najpopularniejsza platforma handlowa na świecie, Amazon, działa w oparciu o międzynarodowy model, który pozwala na prowadzenie globalnej działalności bez względu na region rezydencji. To dogodne rozwiązanie dla każdej ze stron. Firmy mają dostęp do międzynarodowego klienta, a klienci mogą korzystać z oferty wielu firm, niezależnie od tego, gdzie się znajdują – przekonuje Sascha Stockem.

Dzięki temu rozwiązaniu każda firma uzyskuje dostęp do milionów klientów (ponad 310 mln użytkowników Amazona). Biorąc pod uwagę rosnącą liczbę osób, które posiadają dostęp do sieci – obecnie ponad 4,33 mld ludzi – jak podaje Statista, należy spodziewać się, że baza klientów e-commerce będzie rosła równie szybko.

Globalny rynek e-commerce to wielka szansa dla biznesu, który otrzymał wirtualny klucz do raju. Nasuwa się jednak pytanie: czy przedsiębiorca wie, do którego zamka ów klucz pasuje? Jak wskazują dane zbierane przez serwis Wordometer, dostęp do sieci to przywilej już ponad 4 miliardów osób, a każda z nich to potencjalny klient. Oczywiście o ile posiadamy kompas, który wskaże nam do niego drogę – mówi CEO Nethansy.

Twórcy raportu TI podkreślają, że konsumenci chętniej wybierają rozwiązania, które budują omnidoświadczenia, czyli realizują strategię skupiającą się na kompletnej obsłudze całego procesu wymiany pomiędzy firmą a odbiorcą.

Konsumenci wymagają bezproblemowego i zintegrowanego systemu, złożonego z wielu elementów za które odpowiedzialny jest jeden podmiot. Chcą zamawiać, płacić, odbierać i zwracać produkty w ramach jednej platformy. Dlatego rośnie popularność takich kanałów sprzedażowych jak Amazon, które zapewniają oczekiwany standard, a przez to stanowią doskonały łącznik między sprzedawcą a klientem.

Wszystko wskazuje na to, że Amazon na długo pozostanie liderem innowacji i wielkości obrotu na rynku handlu online. Amerykański brand nieustannie stawia klienta na pierwszym miejscu i wykracza poza to, co oferują inne korporacje. Niestety nie będą to łatwe czasy dla niezależnych sklepów online, a to oznacza wzrost zakłóceń w sektorze e-commerce.

Wyzwania i perspektywy dla rozwoju małych i średnich miast

Zespół foresightu gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadził badania, które miały na celu wypracowanie odpowiednich scenariuszy rozwoju małych i średnich miast w perspektywie do 2035 roku. W związku z ich zróżnicowaniem, w pierwszym etapie dokonano podziału badanych miast na grupy podobnych do siebie. Pod uwagę wzięto samoocenę jednostek. W rezultacie spośród 205 małych miast wyłoniono trzy grupy. Pierwsza dotyczy tych o najgorszej sytuacji społeczno-gospodarczej, czyli ewidentnie wymagających pomocy. Kolejną grupą są stabilne ośrodki, które potrzebują jednak pewnego impulsu rozwojowego. Poza tym wyróżniono także miasta przyjazne, gdzie żyje się najlepiej. W kategorii większych miast również wyłoniono trzy grupy. Jedną z nich stanowią te średnie, które nazwano „lokomotywami rozwoju”. Charakteryzują je dobre warunki społeczno-gospodarcze. Inaczej jest w przypadku aż 15 proc. kolejnych miast, które wyraźnie potrzebują nowych strategii rozwoju. Dotyczy to przede wszystkim stolic dawnych województw, których sytuacja pogorszyła się wraz z utratą funkcji administracyjnych. W ten sposób w ramach raportu, Polski Instytut Ekonomiczny opracował dla badanych miast scenariusze ich rozwoju w kolejnych latach.

– W projekcie zatrudniono ekspertów, którzy zajmują się szeroko rozumianą polityką miejskąDzięki metodzie foresight (dotyczącą projektowania przyszłości) oraz analizie STEEPVL udało się wyłonić główne czynniki rozwoju dla wszystkich sześciu grup ośrodków – powiedziała serwisowi eNewsroom Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – W przypadku miast średnich, które potrzebują największej pomocy – za realizację odpowiedniego scenariusza odpowiadają dwa główne czynniki. Jednym z nich jest silna pomoc zewnętrzna, w postaci źródeł finansowania. Drugi stanowi wysoki napływ ludności. Jeśli jednocześnie zostaną spełnione oba warunki, miasta te w perspektywie kolejnych 15 lat mogą zrealizować założenia rozwoju – jaki zaplanowano w ramach tzw. „sukcesu wsparcia”. Problem wyludniania się miast pojawiał się jednak w przypadku wszystkich wyłonionych w badaniu grup. Jednocześnie we wszystkich przypadkach własne prognozy jednostek na przyszłość są optymistyczne. W przypadku miast średnich o najlepszej sytuacji, wypracowany scenariusz ich rozwoju nazwano „pędzącą lokomotywą”. Jego realizacja możliwa jest przy założeniu występowania wysokiego poziomu nakładów inwestycyjnych oraz z udziałem pewnego czynnika zewnętrznego. Niezbędne są jasne i stabilne przepisy prawne, które będą sprzyjać rozwojowi tych miast – wyjaśniła Dębkowska.

To będzie rok wyzwań dla branży motoryzacyjnej w Polsce

Przed polską motoryzacją coraz większe kłopoty, a branża motoryzacyjna to 20 aż proc. naszego eksportu.

W Europie Środkowo-Wschodniej staliśmy się liderem w produkcji części samochodowych i komponentów. Jednak zmienia się sytuacja na światowych rynkach. Problemem jest nie tylko słabsza sprzedaż samochodów na Zachodzie, ale także wyższe normy dotyczące emisji spalin, a w 2020 r. będą one jeszcze bardziej restrykcyjne.

– Gorsze globalne perspektywy motoryzacji uderzą w nas coraz bardziej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Świat przestawia produkcję w kierunku zainteresowań konsumentów, którzy coraz częściej wybierają auta hybrydowe i elektryczne. To wymaga inwestycji w branży motoryzacyjnej i to musi potrwać.

Dodatkowym zagrożeniem są groźby napływające z USA, dotyczące wprowadzenia wyższych ceł na samochody importowane z Europy.

Uspokojenie sytuacji na Bliskim Wschodzie może doprowadzić do spadków cen ropy i złota. Polityka ma teraz największy wpływ na notowania

Śmierć irańskiego generała w zamachu i zbombardowanie przez Iran w odwecie amerykańskich baz w Iraku odbiło się na rynkach wyraźnymi wzrostami cen ropy naftowej i złota. Późniejsza bardziej stonowana retoryka pociągnęła je z powrotem w dół. Zdaniem Doroty Sierakowskiej z DM BOŚ, o ile nie nastąpi zaognienie sytuacji, oba surowce mogą jeszcze potanieć. Jednak każdy nowy akt przemocy w tym regionie będzie podbijał ich ceny.

Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie zawsze pozytywnie wpływa zarówno na ceny ropy naftowej, jak i złota – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Sierakowska, analityk surowcowy w Domu Maklerskim BOŚ. – Jest to kluczowy region produkcji i eksportu ropy naftowej, a złoto jest traktowane przez wielu inwestorów jako bezpieczna przystań, czyli taki surowiec, który radzi sobie najlepiej w okresie niepewności czy dekoniunktury na globalnych rynkach. Faktycznie, gdy doszło do ataków, zarówno ze strony Amerykanów, jak i Irańczyków, widzieliśmy zwyżkę notowań ropy naftowej oraz złota. Natomiast późniejsze załagodzenie konfliktu niemalże automatycznie doprowadzało do zniżki notowań.

Nowy rok rozpoczął się od trzęsienia ziemi – zarówno w polityce, jak i na rynkach surowcowych. Sytuacja na Bliskim Wschodzie zmienia się jak w kalejdoskopie: 3 stycznia w ataku amerykańskiego drona ginie irański generał Ghasem Sulejmani i pięć innych osób. W odwecie Iran grozi atakiem i groźbę tę realizuje, bombardując 12 pociskami dwie amerykańskie bazy w Iraku w nocy z 7 na 8 stycznia. Początkowo podaje, że zginęło 80 Amerykanów, jednak wiadomość ta okazuje się nieprawdziwa. Prezydent USA Donald Trump oświadcza w środę, że sytuacja jest pod kontrolą. Wszystko to miało swoje odbicie na rynkach surowcowych.

W ogólnym rozrachunku z dnia na dzień inwestorzy zaczęli w coraz mniejszym stopniu reagować na wydarzenia na Bliskim Wschodzie – wyjaśnia Dorota Sierakowska. – Po początkowym szoku zawsze następuje jednak później próba wytłumaczenia, w jaki sposób sytuacja polityczna się przekłada na produkcję i eksport ropy naftowej. Ataki, które miały miejsce na Bliskim Wschodzie, nie wpłynęły istotnie na te kwestie, przynajmniej na razie. To uspokoiło inwestorów i po jakimś czasie doprowadziło do delikatnego obniżenia się cen.

Od początku roku ceny złota wzrosły o nieco ponad 2 proc., a ceny ropy o nieco ponad 2 proc. spadły. W czwartek wieczorem uncja złota wyceniana była na nieco ponad 1553 dolary, o ponad 30 dolarów więcej, niż kosztowała na przełomie roku. Jednak w międzyczasie notowania zdążyły już sięgnąć 1610 dolarów. Z kolei za baryłkę ropy w Nowy Rok płacono nieco ponad 61 dolarów, po ataku na amerykańskie bazy – przeszło 65 dolarów, a niecałe dwa dni później cena spadła poniżej 60 dolarów. Jednak w dłuższej perspektywie oba surowce są w trendzie wzrostowym; ropa od początku października, złoto – od przełomu maja i czerwca 2019 roku.

Inwestorzy zwracają uwagę na to, że widzieliśmy już spore wzrosty na rynkach obu tych surowców i to budzi pytanie o to, jak daleko ta zwyżka jeszcze może sięgnąć. To właśnie wydarzenia polityczne będą dyktować warunki inwestorom – ocenia analityczka DM BOŚ. – Zarówno ropa naftowa, jak i złoto mają obecnie jeszcze potencjał do dalszych zwyżek, ale jeżeli faktycznie dojdzie do jakiejś sytuacji politycznej, która by łagodziła te niepokoje rynkowe, to równie dobrze możemy zobaczyć zniżkę. Można powiedzieć, że polityka jest teraz dominującym czynnikiem cenotwórczym.

O ile ceny złota interesują głównie inwestorów, o tyle wzrost cen ropy zawsze rodzi pytanie o podwyżki na stacjach paliw. W środę po irańskim ostrzale, a przed tonującym oświadczeniem amerykańskiego prezydenta analitycy i media, a zapewne i niektórzy kierowcy, obawiali się wzrostu cen benzyny do 6 zł za litr. Oznaczałoby to spory skok, bo według portalu e-Petrol.pl tego dnia średnia cena benzyny 98 wynosiła 5,28 zł za litr, a benzyny 95 – 4,97 zł. Jeśli nawet nastąpi jednak uspokojenie tej odsłony konfliktu na Bliskim Wschodzie, paliwo może w najbliższych tygodniach podrożeć.

Biorąc pod uwagę zwyżki notowań ropy naftowej z ostatnich kilku tygodni, można się spodziewać, że przełożą się one na wzrost notowań paliw. Jednak zawsze to przełożenie ma pewne opóźnienie, na ogół kilkutygodniowe – wskazuje Dorota Sierakowska. – To jest ogólna zasada, natomiast wiele zależy również od kondycji polskiej waluty. Ostatnio akurat złoty radzi sobie całkiem nieźle, ale jakikolwiek wzrost awersji inwestorów do ryzyka, czyli wzrost niepewności na globalnych rynkach, może przyczynić się do spadku jego wartości.

Firma z Polski stworzyła „mózg” dla inteligentnych domów. Umożliwi współpracę wielu urządzeń różnych producentów

Na odbywających się właśnie w Las Vegas targach elektronicznych CES 2020 FIBARO, pochodzący z Polski producent inteligentnych urządzeń dla domu, zaprezentował centralę smart home, która stanowi „mózg” inteligentnego domu. Pozwala dowolnie konfigurować i łączyć ze sobą wiele różnych urządzeń i funkcji, a jest to jedno z najważniejszych wyzwań w tym obszarze. – Cała branża zmierza w kierunku swobodnej komunikacji, żeby użytkownicy mogli korzystać z wielu rozwiązań – podkreśla Adam Krużyński, CEO FIBARO. Rozwiązanie polskiej produkcji należy do najbardziej zaawansowanych technologicznie urządzeń tego typu w segmencie smart home.

Rynek smart home rozwija się w kierunku rozwiązań przyjaznych użytkownikom. Do tego potrzebne są urządzenia, które potrafią się ze sobą łączyć. Dzięki nim użytkownik będzie mógł poczuć się komfortowo, ale smart home zadba też o jego kieszeń, automatycznie oszczędzając energię elektryczną czy ogrzewanie – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Buczyński, Product Director w FIBARO. – Trendem napędzającym rynek jest starzejące się społeczeństwo. W przyszłości inteligentny dom będzie zapewniał opiekę dla osób starszych, monitorując stan ich zdrowia i ułatwiając im codzienne funkcjonowanie. Kolejnym trendem są inteligentni asystenci głosowi, którzy pojawiają się w coraz większej liczbie domów i wkrótce będą mówić w większej liczbie języków.

Na globalnym rynku rozwiązania smart home, które pozwalają zdalnie sterować oświetleniem, ogrzewaniem czy klimatyzacją, cieszą się rosnącą popularnością. Co prawda z czerwcowego badania GfK Polonia wynika, że na razie aż 42 proc. Polaków nie jest nimi zainteresowanych, ale po zapoznaniu się z korzyściami wynikającymi z użytkowania technologii ten wskaźnik spada już do 26 proc.

Urządzenia smart powinny pozwalać na realizację zadań i usług dla domowników w sposób wymagający ich jak najmniejszego udziału – mówi Bartosz Buczyński. – Użytkownicy inteligentnych domów najczęściej wybierają te urządzenia, które pozwalają im zarządzać klimatyzacją, ogrzewaniem, oświetleniem i roletami. Dzięki temu mogą nimi sterować w wygodny sposób, co przekłada się też na oszczędność. Przykładowo, ogrzewanie może zapewniać odpowiednią temperaturę, a kiedy otworzymy okna, będzie wyłączać się automatycznie, dzięki czemu nie marnujemy energii.

Segment inteligentnych domów napędzi również upowszechnienie sieci 5G, która pozwoli na niezakłóconą komunikację między maszynami, i sztucznej inteligencji. Za kilka lat urządzenia smart – na bazie algorytmów i uczenia maszynowego – będą analizować i automatycznie dostosowywać się do potrzeb użytkowników.

Coraz więcej producentów urządzeń – nie tylko elektronicznych – dostrzega potrzebę posiadania w swojej ofercie urządzeń smart. Ważne, żeby te urządzenia mogły się ze sobą integrować – to jest jeden z głównych trendów na rynku – podkreśla Bartosz Buczyński.

Na CES 2020 w Las Vegas – prestiżowych, największych na świecie targach elektronicznych – miała premierę najbardziej zaawansowana technologicznie centrala smart home: FIBARO Home Center 3. Urządzenie polskiego producenta to kluczowy element i „mózg” inteligentnego domu, który integruje ze sobą rozwiązania z portfolio FIBARO oraz innych dostawców.

Dzięki Home Center 3 mamy możliwość bardzo swobodnego, autonomicznego komunikowania się z wieloma urządzeniami w wielu protokołach. Stawiamy na otwartość, integrację naszych rozwiązań z wieloma innymi dostępnymi dzisiaj w tej branży – mówi Adam Krużyński, CEO FIBARO. – Integracja daje użytkownikom możliwość wejścia do świata smart home z wykorzystaniem wielu urządzeń różnych producentów. Nasz produkt  pozwala zmieścić jak najwięcej funkcjonalności w jednym urządzeniu.

Home Center 3 zostało zaprojektowane tak, aby być mózgiem inteligentnego domu. To prawdopodobnie najszybsze tego typu urządzenie na rynku. Dla użytkowników oznacza to, że ich komendy są spełniane szybko i bez zbędnych opóźnień. Kolejną cechą jest bezpieczeństwo danych, które są szyfrowane za pomocą rozwiązań sprzętowych. Przebudowany interfejs pozwala na łatwą i szybką konfigurację – zarówno dla profesjonalnych instalatorów, jak i użytkowników, którzy robią to samodzielnie. Przełomem jest to, że HC3 wspiera różne protokoły komunikacyjne – wyjaśnia Bartosz Buczyński.

Dzięki temu innowacja poznańskiego producenta pozwoli zarządzać nie tylko urządzeniami smart wyprodukowanymi przez FIBARO, ale i innymi – działającymi w protokole Z-Wave, jak również blisko 100 urządzeniami Nice czy wieloma dostępnymi na rynku produktami komunikującymi się w standardzie protokołu ZigBee. Urządzenie jest wyposażone w intuicyjny konfigurator, który przeprowadza użytkownika przez instalację systemu krok po kroku.

Zależy nam na dostarczaniu ciekawych rozwiązań, stąd w Home Center 3 znajdziemy wiele unikalnych funkcjonalności. Mowa nie tylko o bezpieczeństwie czy komforcie, ale też o zarządzaniu urządzeniami zasilanymi energią elektryczną, otwartym ekosystemie, w którym możemy znaleźć kilkaset różnych urządzeń korzystających z różnych protokołów – podkreśla Adam Krużyński.

Firma – która na CES 2019 w Las Vegas zdobyła dwie prestiżowe nagrody Innovation Honorees – zaprojektowała urządzenie, wykorzystując przy tym sugestie doświadczonych profesjonalnych instalatorów, power userów oraz partnerów biznesowych z Polski i zagranicy. W kwestii bezpieczeństwa współpracowała m.in. z ESET i Kaspersky Lab, aby zapewnić najwyższej klasy ochronę przed cyberatakami.

– Home Center 3 zostało zaprojektowane w Poznaniu przez polskich inżynierów i tu też jest produkowane. Także oprogramowanie dla tego urządzenia powstało w Polsce – mówi Bartosz Buczyński.

Eksport na rynki pozaunijne rośnie znacznie szybciej niż do UE. Firmy liczą jednak na wsparcie państwa w promowaniu polskiej marki

W 2019 roku polski eksport rósł szybciej niż import, dzięki czemu powrócił do dodatniego salda handlu zagranicznego. Choć polskie firmy są elastyczne i mimo spowolnienia gospodarki u głównych partnerów handlowych dobrze sobie radzą za granicą, a klimat sprzyja eksportowi, rządzący woleliby, by mocniej zdywersyfikowały rynki docelowe. Zdaniem eksporterów państwowe instytucje powinny bardziej intensywnie promować nasz kraj za granicą.

– Dane pokazują bardzo dużą odporność naszej gospodarki na to, co się dzieje u naszego największego partnera gospodarczego, czyli Unii Europejskiej. Nie najlepsza sytuacja w Niemczech w pierwszej połowie 2019 roku nie odbiła się bardzo mocno na sytuacji naszej gospodarki, chociaż mogła wywołać niepokój wśród polskich przedsiębiorców – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Salomon, zastępca dyrektora Departamentu Handlu i Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwie Rozwoju. – Widzimy mocne strony naszych firm, czyli szybką zdolność do dopasowywania się do zmieniającej się dynamicznie sytuacji, reagowanie na te zmiany, zarówno jeśli chodzi o charakter oferty, jak i dobór rynków. Widzimy, że dynamika eksportu na rynki pozaunijne jest trzykrotnie wyższa niż na unijne.

Po 10 miesiącach 2019 roku wartość polskiego eksportu w cenach bieżących wyniosła 845,4 mld zł i była wyższa o 6,7 proc. niż w tym samym okresie 2018 roku. Wzrósł także import, ale dynamika była tu wyraźnie wolniejsza niż w przypadku eksportu, co dało w efekcie dodatnie saldo na poziomie 4,6 mld zł. Tymczasem przed rokiem było ono ujemne i wyniosło -13,8 mld zł. Największym partnerem eksportowym Polski pozostaje Unia Europejska, ale jej udział spadł w ciągu roku z 80,6 proc. do 79,9 proc. Udział krajów rozwijających się w odbiorze polskich produktów pozostał bez zmian, na poziomie 7,1 proc., co oznacza jego nominalny wzrost, zwiększył się także wywóz do krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

– Perspektywy rozwoju eksportu są dobre. Wydaje się, że dynamika, którą widzimy, powinna być utrzymana. Nasi przedsiębiorcy mają apetyty na nowe, silnie rosnące rynki, np. azjatyckie, bliskowschodnie i dalekowschodnie, czy Ameryki Północnej – komentuje Tomasz Salomon. – Na to wskazuje też dynamika wzrostu eksportu do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Japonii, Chin, Zjednoczonych Emiratów. Na te rynki mamy przyrosty eksportu na poziomie kilkudziesięciu procent.

Z punktu widzenia przedsiębiorców w Polsce panuje sprzyjająca atmosfera dla eksportu, a państwo wspomaga firmy chcące rozwijać eksport. Jednym z przejawów takiego wsparcia jest działalność zagranicznych Biur Handlowych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, które pośredniczą w umawianiu spotkań z potencjalnymi kupcami i dystrybutorami oraz informacjami na temat rynku. Działają już w 64 krajach na sześciu kontynentach. Nie znaczy to, że nie istnieje potencjał do poprawy warunków handlu zagranicznego przez rządowe instytucje.

– Główną barierą w zwiększeniu internacjonalizacji polskich przedsiębiorstw jest niski poziom specjalistycznej wiedzy dotyczącej technik sprzedaży za granicą, sposobów zabezpieczania płatności, formułowania kontraktów – wylicza Andrzej Stefański, dyrektor Przedsiębiorstwa Handlu Międzynarodowego LEGATO. – Dobrze by było, gdyby instytucje wspierające eksport, jak Polska Agencja Inwestycji i Handlu i innego rodzaju agencje, organizowały szkolenia dla polskich przedsiębiorców, którzy jeszcze nie eksportują, aby ich uzbroić w wiedzę niezbędną do działania za granicą. To działanie jest trudniejsze niż w Polsce, bo  dochodzą: odległość, inne otoczenie prawne, kultura biznesu, inny język.

Nie mniej istotną pomocą w negocjacjach z zagranicznymi partnerami jest budowanie pozytywnego wizerunku Polski w krajach, do których przedsiębiorcy eksportują, jak również dostarczanie wiedzy o Polsce tam, gdzie jest ona znikoma. Dyrektor PHM LEGATO podkreśla, jak ważne jest pozytywne nastawienie kontrahentów już na wstępnym etapie rozmów. Przykładem takiego kraju jest Kazachstan, z którym firma ta prowadzi interesy z dobrym skutkiem. Rynków wartych uwagi jest jednak więcej.

– Największym rynkiem na świecie na większość towarów są Stany Zjednoczone, bo to jest najbogatsze państwo, ale jeżeli będziemy mierzyć wielkość rynku potencjałem ludnościowym, to są to Chiny i Indie – mówi Andrzej Stefański. – Polacy są często postrzegani przez swoich partnerów z Zachodu jako ci, którzy dobrze poruszają się na rynkach byłego ZSRR. To jest prawda. Tym bardziej że wielu polskich przedsiębiorców zna jeszcze język rosyjski i ma doświadczenia w sprzedaży na Wschód. Również tam odnosimy jako Polska znaczące sukcesy, ale zawsze może być lepiej.

Nowoczesne pojazdy mogą służyć jako biuro albo restauracja. Innowacyjna platforma pozwoli je zaprojektować w świecie wirtualnym

 Jesteśmy dopiero na początku rozwoju nowego paradygmatu mobilności, ale już teraz obserwujemy nowe zastosowania i koncepcje pojazdów. Nowoczesny pojazd służący jako biuro lub restauracja? Dlaczego nie! Pole do innowacji jeszcze nigdy nie było tak rozległe – podkreśla Guillaume Gerondeau, wiceprezes firmy Dassault Systèmes, która na targach elektronicznych CES 2020 w Las Vegas prezentuje innowacyjną platformę 3DEXPERIENCE. Pozwala ona na  tworzenie w środowisku wirtualnym innowacyjnych rozwiązań z dziedziny mobilności i dóbr konsumpcyjnych. Przykładem jest prototyp pojazdu bazującego na konstrukcji deskorolki, zaprojektowany przez amerykański start-up Canoo.

Przyszłość mobilności elektrycznej wygląda obiecująco. Pojawia się wiele nowych form, nowych zastosowań, nowych typów pojazdów. Coraz częściej przechodzimy od modelu własnościowego do modelu usługowego, w którym mobilność przestaje być produktem, a staje się usługą – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas targów CES 2020 w Las Vegas Guillaume Gerondeau, wiceprezes Dassault Systèmes, odpowiedzialny za sektor transportu i mobilności w Azji.

Elektryfikacja i koncepcja Mobility as a Service to w tej chwili dwa główne trendy w segmencie mobilności. Prognozy McKinsey Global Institute zakładają, że dzięki szybkiej poprawie ekonomiki pojazdów elektrycznych i naciskom regulacyjnym w różnych krajach europejskich do 2040 roku około 70 proc. wszystkich pojazdów sprzedawanych w Europie w różnych segmentach (samochody osobowe, dostawcze, ciężarowe i autobusy) będzie mieć napęd elektryczny.

Zarówno w Polsce, jak i na całym świecie konsumenci coraz chętniej korzystają też z usług mobilności w ramach tzw. ekonomii współdzielenia (sharing economy). Według PwC jedno auto współdzielone może zastąpić od 7 do 11 prywatnych samochodów, a do 2030 roku współdzielone pojazdy mają już stanowić co najmniej 30 proc. wszystkich samochodów w Europie. Do tego czasu co trzeci przejechany kilometr w Europie będzie już także realizowany właśnie w formule carsharingu (raport „The five dimensions of automotive transformation”).

– Obserwujemy przyspieszenie rozwoju mobilności elektrycznej. Ta przyjmuje różne formy, w zależności od regionu i zastosowania. Widzimy to na przykładzie pojazdów dwukołowych i trzykołowych w Indiach, w idei Mobility as a Service czy w transporcie wahadłowym – mówi Guillaume Gerondeau. – Jesteśmy dopiero na początku rozwoju nowego paradygmatu mobilności, ale już teraz obserwujemy nowe zastosowania i koncepcje pojazdów. Nowoczesny pojazd służący jako biuro lub restauracja? Dlaczego nie! Pole do innowacji jeszcze nigdy nie było tak rozległe.

Podczas odbywających się w Las Vegas targów elektronicznych CES 2020 Dassault Systèmes prezentuje innowacyjną platformę 3DEXPERIENCE, która umożliwia wymianę pomysłów i danych oraz ułatwia współpracę ukierunkowaną na tworzenie innowacyjnych rozwiązań z dziedziny mobilności, a także infrastruktury sieciowej 5G niezbędnej do świadczenia nowoczesnych usług.

Na stoisku firmy, obok interaktywnych wystaw i symulacji 3D, swoje rozwiązanie prezentuje start-up Canoo z Los Angeles. Na bazie platformy w niecałe dwa lata zaprojektował on pierwszy fizyczny prototyp pojazdu bazującego na konstrukcji deskorolki. Na standardowym „podwoziu” można montować różne moduły i systemy. Czas potrzebny na zaprojektowanie kompletnego pojazdu skrócił się dzięki platformie 3DEXPERIENCE o połowę. Bazując na jednym podwoziu, można w krótkim czasie zaprojektować zarówno sportowe, jak i dostawcze auto.

Canoo to wyjątkowy koncept, ponieważ przechodzi od modelu własnościowego do modelu subskrypcyjnego. Dodatkowo poprzez wykorzystanie naszej platformy w chmurze od samego początku twórcy start-upu mogli stworzyć unikatowe rozwiązanie, czyli podwozie na bazie konstrukcji deskorolki. Dzięki naszej platformie mogli tego dokonać w znacznie krótszym czasie w środowisku wirtualnym. Pracę rozpoczęli od zera, korzystając z naszego rozwiązania – przeszli od koncepcji, poprzez projekt, modelowanie i symulację, po produkcję – mówi Guillaume Gerondeau.

Innym rozwiązaniem, które także powstało na bazie platformy 3DEXPERIENCE, jest spersonalizowane obuwie zaprojektowane przez Laboratorium Innowacji Ecco. Pozwala ono na rejestrowanie danych z czujników w czasie rzeczywistym i przesyłanie ich do bliźniaczej kopii cyfrowej w chmurze, a następnie analizę w celu poprawy kondycji i efektywności. Podobne rozwiązanie można zastosować np. w fabrykach, sklepach czy szpitalach.

Wszystkie rodzaje branż i usług mogą stosować platformę 3DEXPERIENCE do wytworzenia zarówno małych struktur, jak organy ludzkie, np. serce, jak i różnego rodzaju urządzenia, takie jak samoloty, elektronikę, a nawet projekt całego miasta. Cokolwiek możemy wyobrazić sobie w świecie rzeczywistym, może również zostać stworzone w formie cyfrowego bliźniaka w środowisku wirtualnym – mówi Guillaume Gerondeau.

Blisko 40 proc. Polaków uczestniczy w niedzielnych mszach świętych. Liczba udzielanych chrztów i ślubów spada, głównie przez demografię

38,3 proc. Polaków regularnie bierze udział w niedzielnych mszach świętych, a 17,3 proc. przystępuje do sakramentu komunii świętej – wynika z nowego „Rocznika statystycznego Kościoła katolickiego w Polsce za 2018 rok”. W porównaniu z poprzednim badaniem różnice są niewielkie, na granicy błędu statystycznego. Statystyki dotyczące udzielanych sakramentów spadają, ale wynika to przede wszystkim z tendencji demograficznych.

ks. Wojciech Sadłoń, dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego
ks. Wojciech Sadłoń, dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego

Opublikowany rocznik statystyczny wskazuje, że praktyki religijne Polaków są na stałym poziomie, a ostatnie lata były czasem stabilizacji. W 2018 roku na terenie Polski było 10 356 parafii katolickich, w których posługiwało ponad 20,5 tys. księży. Łączna liczba kapłanów wynosiła blisko 25 tys., a do święceń w diecezjach przygotowywało się 2,2 tys. alumnów.

Liczba księży, która w poprzednich dekadach bardzo szybko rosła, w ostatnich latach się ustabilizowała. Z roku na rok obserwujemy zmiany w liczbie udzielanych sakramentów, co wynika głównie z demografii. Dla przykładu, w roku 2018 delikatnie spadła liczba chrztów oraz sakramentów małżeństwa – mówi agencji Newseria ks. Wojciech Sadłoń, dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego.

Sakramentu chrztu udzielono w 2018 roku ponad 386 tys. osób. Do pierwszej komunii świętej przystąpiło ponad 400 tys. osób, a do bierzmowania – prawie 300 tys. Z kolei sakrament małżeństwa został udzielony 133 tys. par.

Na te liczby wpływa demografia – wyjaśnia ks. Wojciech Sadłoń. – Musimy także liczyć się z tym, że Kościół w Polsce będzie coraz starszy, księża, zakonnicy i zakonnice również. Taka sytuacja odzwierciedla procesy zachodzące w polskim społeczeństwie. 

W porównaniu z poprzednim rokiem odsetek osób regularnie uczestniczących w niedzielnych mszach świętych zmienił się bardzo nieznacznie – spadł o 0,1 pkt proc. i wynosi 38,2 proc. Najwyższy poziom uczestnictwa w niedzielnej mszy odnotowano w diecezji tarnowskiej (71,3 proc.). Na drugim miejscu znalazła się diecezja  rzeszowska (64,3 proc.), a zaraz za nią przemyska (60,4 proc.). Z kolei najmniejszy odsetek (24,1 proc.) odnotowano w diecezji szczecińsko-kamieńskiej.

Wskaźnik communicantes, oznaczający odsetek osób, które przystępują do komunii świętej, wzrósł o 0,3 pkt proc. – dodaje ks. Wojciech Sadłoń.

W „Roczniku statystycznym Kościoła katolickiego w Polsce za 2018 rok” znalazły się także dane dotyczące uczestnictwa dzieci w lekcjach religii. Okazuje się, że aż 88 proc. młodych ludzi bierze w nich udział. Najwyższy, bo prawie stuprocentowy odsetek odnotowano w diecezjach pelplińskiej, rzeszowskiej i przemyskiej, najmniejszy zaś w archidiecezji warszawskiej (74,8 proc.). Dla porównania na zajęcia etyki uczęszcza jedynie 1 proc. dzieci w wieku szkolnym.

– Odsetek dzieci uczestniczących w lekcjach religii jest zróżnicowany i zależy od typu szkoły. Im starsza młodzież, tym rzadziej uczęszcza na lekcje religii – tłumaczy ks. Wojciech Sadłoń. – Na podstawie naszych danych trudno wskazać, jaka tutaj jest tendencja, ponieważ dane te prezentujemy po raz pierwszy, natomiast inne badania wskazują, że jednak tendencja jest spadkowa.

Chociaż dane zawarte w najnowszym „Roczniku Kościoła katolickiego w Polsce” nie zwiastują żadnych kryzysów, według dyrektora ISKK Kościół w Polsce będzie musiał zainicjować konkretne zmiany jakościowe, które pozwolą przybliżyć wiernych do uczestnictwa w mszach świętych.

 Nie możemy liczyć na to, że dynamikę Kościoła będzie napędzała sytuacja zewnętrzna, czy to demograficzna, czy też kulturowa. Innymi słowy, stoimy przed wyzwaniami przede wszystkim budowania jakości struktur wewnątrzkościelnych, budowania wspólnot i organizacji, które będą przyciągały ludzi z zewnątrz –  dodaje ks. Wojciech Sadłoń.

CES 2020: Jedna na trzy osoby chrapie. Inteligentne łóżka i poduszki rozwiążą ten problem

Z badań The Global Pursuit of Better Sleep Health 2019 wynika, że w ciągu ostatnich lat jakość snu pogorszyła się aż u 44 proc. dorosłych, z kolei 29 proc. ankietowanych zmaga się z problemem chrapania. Branża technologiczna próbuje rozwiązać ten problem. Powstają inteligentne łóżka oraz słuchawki wygłuszające odgłosy chrapania. Podczas targów CES 2020 w Las Vegas zaprezentowano także poduszkę MotionPillow, która wykrywa chrapanie i wymusza zmianę pozycji snu.

– Motion Pillow jest poduszką zaprojektowaną w celu rozwiązania problemu chrapania. Cztery poduszki umieszczone w środku napełniają się powietrzem i delikatnie zmieniają pozycję głowy osoby, która chrapie, odblokowując tym samym drogi oddechowe. Swobodne oddychanie powoduje, że przestaje ona chrapać, i wszyscy cieszą się lepszym snem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje podczas targów CES 2020 w Las Vegas Vanessa Banks z TenMinds.

Inteligentna poduszka Motion Pillow ma rozwiązać problem chrapania. Dostarczane wraz z nią urządzenie rejestruje pozycję, w której śpiąca osoba ma tendencję do chrapania, i w taki sposób napełnia cztery wewnętrzne komory powietrzne, aby odblokować drogi oddechowe.

– Umieściliśmy tutaj małą skrzyneczkę, która rejestruje chrapanie i pozwala na analizę jego częstotliwości i nasilenia. Na podstawie tych informacji poduszki wypełniają się powietrzem, dopasowując się do umiarkowanego, nasilonego lub lekkiego chrapania, odpowiednio zmieniając pozycję głowy i zapewniając lepszy sen wszystkim domownikom – mówi Vanessa Banks.

Inteligentne łóżko TEMPUR-Ergo Smart Base przeprowadza z kolei całościową analizę jakości snu, aby zapewnić jak najwygodniejszą pozycję podczas odpoczynku. Materace w czasie rzeczywistym monitorują ruch ciała śpiącej osoby i kiedy wykryją mikrodrgania charakterystyczne dla chrapania – korygują pozycję głowy śpiącej osoby, aby mu zapobiec. W przeciwieństwie do poduszek działają na całej szerokości łózka i mogą korygować pozycję głowy dwóch osób jednocześnie.

– Jedna osoba na trzy chrapie, co jest ogromną liczbą. Jest to poważny problem w szczególności dla osób otyłych, chorych czy cierpiących na nadciśnienie, u których prawdopodobieństwo chrapania jest wyższe – mówi ekspertka.

Firma ZQuiet postanowiła rozwiązać problem tych osób, których sen jest zaburzony z powodu uciążliwego chrapania innych domowników. W tym celu zaprojektowała słuchawki QuietOn Sleep wyposażone w aktywny system redukcji szumów wyczulony na dźwięki chrapania. W przeciwieństwie do klasycznych zatyczek dousznych nie tylko odseparowują małżowinę od dźwięków tła, emitują także falę akustyczną, która znosi m.in. dźwięki chrapania, ułatwiając tym samym zaśnięcie w niekorzystnych warunkach.

Z kolei inżynierowie z Nyxoah opracowali innowacyjny implant wszczepiany w brodę, który aktywnie zapobiega zablokowaniu dróg oddechowych przez język. W celu aktywacji implantu przed zaśnięciem pacjent przykleja do skóry niewielki plaster z układem elektronicznym. Jest to sygnał do włączenia implantu, który zapobiega rozluźnieniu mięśni języka, a co za tym idzie – wystąpieniu bezdechu sennego. Projektanci z Nyxoah liczą na to, że ich implant pozwoli zastąpić maski tlenowe stosowane przez osoby cierpiące z powodu poważnych zaburzeń snu.

– Wiele osób cierpiących na zespół bezdechu sennego musi zakładać na twarz maski lub inne rzeczy, żeby lepiej spać. My chcemy zapewnić klientom możliwość zdjęcia tych urządzeń z twarzy i położenia się na wygodnej poduszce – mówi Vanessa Banks.

Według firmy badawczej Global Market Insights wartość globalnego rynku technologii poprawiających jakość snu do 2025 roku wzrośnie do 27 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie 16 proc. w skali roku.

CES 2020: Innowacyjne panele wyprodukują wodę z powietrza i energii słonecznej. Mogą rozwiązać nadchodzący problem braku wody pitnej na świecie

Organizacja Narodów Zjednoczonych szacuje, że ​​ponad 2 miliardy ludzi żyje bez bezpiecznej wody pitnej w swoich domach. Choroby przenoszone przez wodę są przyczyną około 1,8 miliona zgonów rocznie, z czego 88 proc. wynika z braku bezpiecznej wody pitnej, warunków sanitarnych i higieny. Firma Zero Mass Water opracowała rozwiązanie na większość problemów z brakiem wody pitnej. Source Rexi Hydropanel wytwarza wodę tylko ze światła słonecznego i powietrza poprzez przyspieszenie procesu kondensacji wody nawet z suchego powietrza.

– Stworzony przez nas hydropanel Source to obecnie jedyne rozwiązanie pozwalające na dostęp do czystej wody, które nie potrzebuje żadnej infrastruktury. Jest ono nie tylko bezpieczne i niezawodne, ale także nie wymaga podłączenia do jakiegokolwiek źródła. Nie jest potrzebny dostęp do prądu ani źródła wody, zwierciadła wód gruntowych czy deszczu. Do wytwarzania wody potrzebuje tylko światła słonecznego i powietrza – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje podczas CES 2020 Sidnee Kay Peck z Zero Mass Water.

Na świecie pojawia się coraz więcej urządzeń, które mają pomóc rozwiązać jeden z większych obecnie problemów związanych z klimatem – brakiem wody. WaterSeer z wyglądu przypomina studnię, wykorzystuje otaczające środowisko do wydobywania wody z atmosfery, nawet 37 litrów na dobę. Dar Si Hmad, organizacja non-profit, została z kolei nagrodzona za projekt „łapaczy mgły”. Ogromne siatki wychwytują wilgoć z mgły – największy łapacz znajduje się na zboczach góry Boutmezguida w Maroku i zbiera 6,3 tys. litrów wody dziennie.

To tylko przykłady rozwiązań, które pomagają wytworzyć wodę. Zero Mass Water opracowało natomiast zupełnie rewolucyjne rozwiązanie. Ich urządzenie Source uzyskuje wodę wyłącznie z powietrza i światła słonecznego.

– To instalacja fotowoltaiczna złożona z małych, 75-watowych paneli fotowoltaicznych. Wykorzystuje światło słoneczne do wytwarzania energii potrzebnej do zasilania wentylatora. Wentylator zasysa do urządzenia duże ilości powietrza, które jest następnie podgrzewane dzięki energii solarnej. Powietrze jest schładzane do temperatury otoczenia, a specjalny materiał wewnątrz panelu gromadzi wytwarzającą się wodę. Jest ona odprowadzana do zbiornika, w którym następuje jej mineralizacja pod kątem odpowiedniego smaku i wartości pH oraz ozonowanie – tłumaczy Sidnee Kay Pack.

Pierwsze urządzenie firma zaprezentowała już podczas ubiegłorocznych targów CES. W tym roku pokazała Source Rexi Hydropanel, który jest o połowę mniejszy niż poprzednia wersja, łatwiejszy do zainstalowania w domu jednorodzinnym i może produkować więcej wody. Rexi wykorzystuje chmurowy zestaw czujników, aby dostarczyć szczegółową wiedzę na temat jakości wody i funkcji automatycznej optymalizacji w hydropanelach. Właściciele domów za pomocą aplikacji na smartfonach mogą śledzić wydajność swoich hydropaneli, jakość ich wody i ilość przechowywaną w zbiorniku.

– Najnowszy panel ma wymiary 1 m x 1,5 m, dzięki czemu zajmuje na dachu znacznie mniej miejsca. Dzięki swojej modułowej konstrukcji można zainstalować jeden czy dwa panele na budynku mieszkalnym, jak i zbudować instalację podobną do farmy fotowoltaicznej, złożoną z nawet 2000 paneli, która pozwoli produkować ogromne ilości wody – wskazuje ekspertka.

Według ONZ nawet 2,1 mld ludzi na świecie nie ma w swoich domach bezpiecznej wody pitnej. Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że choroby przenoszone przez wodę są przyczyną około 1,8 mln zgonów rocznie, z czego 88 proc. wynika z braku bezpiecznej wody pitnej, warunków sanitarnych i higieny. Brakuje nie tylko wody pitnej – wysychają lasy, pustynnieją coraz większe fragmenty ziemi. Ostatnie pożary w Australii oznaczają m.in. ogromne braki wody. Tymczasem rozwiązanie Zero Mass Water może pozyskiwać wodę nawet na terenach, gdzie wilgotność spada poniżej 10 proc., także na pustyniach.

– Liczba ludności rośnie, podczas gdy zwierciadła wód gruntowych maleją. Blisko dwa lata temu w RPA miał miejsce kryzys wodny, znany także jako „Dzień Zero”. Podobne tendencje występują w wielu miejscach na całym świecie. To ogromny problem. Woda znajdująca się w powietrzu – w atmosferze – ulega natomiast samoistnej regeneracji co kilka dni. W naszej ocenie jest to najlepszy i najpewniejszy sposób na pozyskiwanie wody – przekonuje Sidnee Kay Peck.

Artykuły biurowe

Prowadząc firmę, nieodzowne jest zaopatrzenie się w materiały biurowe. Jest to kluczowe dla sprawnego funkcjonowania firmy i codziennej pracy w biurze, a wszelkie braki w tym zakresie powodują przestoje w pracy, które całkowicie dezorganizują pracę biura. Warto wiedzieć, które artykuły biurowe są niezbędne, aby wcześniej się w nie zaopatrzyć. Artykuły biurowe online są dostępne, więc wiedząc, czego się szuka, zrobienie zakupów jest sprawne i proste.

Podstawowe artykuły biurowe

W zależności od charakteru prowadzonej działalności najpowszechniej wykorzystywane artykuły biurowe mogą nieco się od siebie różnić. Są jednak elementy niezbędne, które wykorzystuje się w każdym biurze i których nigdy nie powinno zabraknąć, by nie paraliżować pracy. W pierwszej kolejności należy zaopatrzyć się w artykuły piśmiennicze, takie jak długopisy, ołówki, a także papier do drukarek i ksero. Są to rzeczy, które wykorzystywane są regularnie i pomimo że można je łatwo kupić, to od strony organizacyjnej lepiej zaopatrzyć się w tego typu artykuły biurowe online i zrobić zapas na kilka miesięcy z góry. Podstawową zaletą takiego działania jest oszczędność pieniędzy, gdyż kupując tak duże ilości materiału i robiąc to online, można zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt procent, ale o wiele istotniejszy jest aspekt organizacyjny. W końcu pracownicy biura albo tym bardziej szef firmy, jeśli jest to mała działalność gospodarcza, mają na co dzień istotniejsze obowiązki, niż konieczność pójścia do sklepu po kilka długopisów lub bryzę papieru do drukarki. Wcześniejsze przemyślenie, ile artykułów tego typu jest potrzebne na pół roku albo rok i zrobienie jednorazowych zakupów jest o wiele bardziej wydajne od strony logistycznej.

Organizacja pracy, a artykuły biurowe

Charakterystyka pracy biurowej jest taka, że przeważnie wymaga obracaniem dużą ilością dokumentów. Pomimo że aktualnie duża część pracy jest automatyzowana, to niestety nadal wielu rzeczy nie da się zrobić w formie cyfrowej, a należy je drukować i fizycznie podpisywać. Dotyczy to umów, rachunków, faktur, a także ważnych dokumentów formalnych pochodzących od urzędów związanych z charakterem prowadzonej działalności. Artykuły biurowe, które zdecydowanie ułatwią organizację pracy, a także pozwolą na zwiększenie jej wydajności, to wszelkiego rodzaju segregatory i organizery, które są niezbędne w każdym biurze. Dzięki zaopatrzeniu się w segregatory, a także dodatkowe laminatory i folie do laminowania, etykieciarki i bindownice można zoptymalizować obrót dokumentami tak, by do ich obsługi potrzebna była minimalna ilość osób, co jest korzystne dla każdej firmy. Artykuły biurowe online można kupić w profesjonalnych sklepach, które mają szeroką ofertę w tej kwestii, co pozwala na zakup segregatorów i teczek w takich wielkościach i kształcie, które będą odpowiednie dla charakteru prowadzonej w biurze działalności.

Meble biurowe

Do niezbędnego fizycznie należą także meble biurowe. Aby móc efektywnie i wygodnie przechowywać artykuły biurowe należy zaopatrzyć się w specjalistyczne meble, które są specjalnie projektowane do codziennej i intensywnej eksploatacji w warunkach biurowych. Są tak zaprojektowane, że pozwalają na wygodne przetrzymywanie dokumentów, a także ich zorganizowanie tak, by wszystko co niezbędne zawsze było pod ręką. Umożliwiają to celowo przeszklone witryny, wygodne systemy otwierania, półki dostosowane do rozmiarów standardowych aktówek, teczek i segregatorów na dokumenty oraz rozmiary charakterystyczne dla standardowego biura. Ponadto ciekawą opcją są meble z dodatkowymi zamkami na najważniejsze i poufne dokumenty.

Banki w Europie Środkowo-Wschodniej wdrażają najnowsze technologie, aby odmłodzić swój wizerunek

Banki w Europie Środkowo-Wschodniej przez wiele lat wyprzedzały swoich zachodnioeuropejskich rówieśników pod względem technologii. Ponieważ zaczęły działalność na początku lat 90., nie były obciążone starymi systemami i wykonały duży krok naprzód — zainwestowały w nowe technologie, dzięki czemu stały się szybsze i bardziej przyjazne niż ich bardziej tradycyjni zachodni koledzy.

Minęło jednak trzydzieści lat i banki w Europie Środkowo-Wschodniej zaczynają zdawać sobie sprawę, że w miarę dojrzewania tracą przewagę nad konkurencją oraz mają trudności z dotarciem do młodszych klientów i wykorzystywaniem nowych możliwości biznesowych. Ponadto banki, tak jak inne firmy w tym regionie, muszą wciąż optymalizować działalność, szukając jednocześnie sposobów na eliminację luki w umiejętnościach personelu. Według wielu dyrektorów działów informatycznych w bankach technologia to często jedyny (a zatem najlepszy) sposób na spełnienie tych i innych wymagań biznesowych. A zatem: czy bank jest w stanie przekształcić swoją działalność?

Nowe technologie mogą pomóc bankom usprawnić obsługę klienta, wdrażać strategie wielokanałowe i zwiększyć bezpieczeństwo. Obecnie najbardziej prominentne technologie to sztuczna inteligencja i systemy zrobotyzowanej automatyzacji procesów. Takie innowacje mogą wspierać zarówno obsługę klienta, jak i operacje zaplecza. Stanowią również podstawę do opracowania najwyższej klasy aplikacji mobilnych oraz wprowadzenia czatbotów. Chmura to kolejna technologia, która coraz częściej jest włączana do architektury informatycznej i usług banków. Firmy z Europy Środkowo-Wschodniej często wskazują na to, że do używania chmury zniechęcają je kwestie regulacyjne. Mimo to coraz więcej instytucji bankowych stosuje chmurę w swojej codziennej działalności, w tym w aplikacjach do komunikacji i współpracy, a także przenosi do chmury systemy testowe i programistyczne.

Innym sposobem na utrzymanie się na rynku jest wdrożenie modelu otwartej bankowości i bankowości połączonej. Może się to jednak okazać trudne, nawet dla najbardziej zaawansowanych banków. Starsze technologie, szczególnie w platformie bazowej, na ogół nie zapewniają bowiem elastycznej zgodności operacyjnej z ekosystemami zewnętrznymi, która jest niezbędnym warunkiem realizacji strategii połączonej bankowości. Dlatego wiele banków pracuje obecnie nad modernizacją swojej infrastruktury, aby umożliwiła ona wdrażanie nowych modeli biznesowych.

Jednym z głównych sprzymierzeńców banków na drodze do zapewnienia większej łączności jest filozofia otwartych interfejsów API. Za pomocą otwartych interfejsów API poszczególne programy mogą się ze sobą komunikować, dzięki czemu upoważnione osoby trzecie mogą tworzyć produkty i usługi wykorzystujące dotychczasowe aplikacje poprzez uzyskanie dostępu do danych lub przetwarzać instrukcje dotyczące transakcji. Tymi osobami trzecimi mogą być firmy fintech lub start-upy będące własnością banku, próbujące wejść na nowy rynek.

Na rynku istnieje kilka modeli otwartości i współpracy: typowo amerykański model połączonej strategii oparty na zamkniętym i kontrolowanym ekosystemie zbudowanym wokół banku, azjatycki model otwartej strategii, w którym banki lub nowe podmioty działają w ramach otwartego środowiska, a instytucja finansowa staje się częścią większej całości, oraz europejski model zgodności z przepisami, w którym „otwartość” jest wymuszana przez obowiązkowe interfejsy API, ale nie podejmuje się dużych wysiłków w celu dalszego otwarcia ekosystemu.

Rynki stosujące strategię hybrydową stopniowo przejdą na otwarty ekosystem z ograniczonym zestawem otwartych interfejsów API dla podstawowych funkcji, zaś dla niektórych innych obszarów ściślejsza kontrola będzie zachowana dzięki prywatnym interfejsom API i interfejsom API partnerów. W Europie Środkowo-Wschodniej najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest strategia zgodności z przepisami z elementami hybrydowymi, która pozwoliłaby bankom na stopniowe dołączenie do nowego ekosystemu.

W Europie kluczowe czynniki wspierające wdrażanie otwartych interfejsów API to m.in. regulacje takie jak inicjatywa otwartej bankowości w Wielkiej Brytanii oraz dyrektywa PSD2 Unii Europejskiej. Firma IDC zajmująca się badaniami nad technologią przewiduje, że do 2021 r. 20% najważniejszych banków na całym świecie będzie wykorzystywać interfejsy API i współużytkować co najmniej trzy zewnętrzne aplikacje bankowości korporacyjnej z innymi instytucjami finansowymi, początkowo na potrzeby lepszej oceny ryzyka, podejmowania decyzji kredytowych oraz wspólnego udzielania kredytów i pożyczek. Ostatecznie, w miarę jak współpraca z firmami fintech będzie się rozwijać, a banki będą chciały stać się integralną częścią życia klientów, udostępnianych będzie nawet 20 interfejsów API. Biorąc pod uwagę to, jak wiele banków globalnych prowadzi działalność w Europie Środkowo-Wschodniej, trend ten będzie można również zaobserwować na poziomie regionalnym i krajowym.

Inicjatywy poszczególnych krajów pokazują, jak ważna dla lokalnego środowiska finansowego jest otwarta bankowość i współpraca między bankami a firmami fintech. Na przykład w Polsce Ministerstwo Cyfryzacji powołało specjalnego pełnomocnika w zakresie technologii finansowych, a w Komisji Nadzoru Finansowego utworzono nowy wydział fintech. Urzędy wspólnie z bankami tworzą regulacyjne środowiska testowe, aby umożliwić realizację projektów w dziedzinie badań i rozwoju, weryfikacji koncepcji oraz projektów pilotażowych w sposób bezpieczny dla wszystkich uczestników: banków, firm fintech, konsumentów, przedsiębiorstw oraz samych urzędów.

Banki w Europie Środkowo-Wschodniej na początku były liderami nowoczesnych technologii, a potem zaczęły przypominać konserwatywnych rodziców, którzy rywalizują o klientów z sympatycznymi kuzynami i wujkami z branży fintech. Jednak dzięki odpowiednim regulacjom i technologiom mogą znów stać się „fajnymi rodzicami”, z którymi miło spędza się czas i którzy zapewniają również wsparcie i bezpieczeństwo. Muszą tylko zdobyć się na trochę większą otwartość!

O Autorze

Andrés Garcia-Arroyo jest wiceprezesem ds. Aplikacji w Oracle na region Europy Środkowo-Wschodniej, WNP i Izraela od maja 2019 r. Od ponad 20 lat obecny w sektorze IT na stanowiskach kierowniczych w firmach takich jak Vignette (obecnie Opentext), PeopleSoft i Oracle, gdzie pracuje ponad 12 lat (poza 3-letnim okresem, w którym kierował działaniem Workday for South Europe). Absolwent MBA w dwóch prestiżowych szkołach biznesu (Instituto de Empresa i IESE), uczestniczył w międzynarodowych forach i pisał dla specjalistycznych gazet biznesowych, a także prowadził konferencje w miastach takich jak Madryt, Lizbona, Mediolan, Paryż, San Francisco i Moskwa.

Na rynki powrócił spokój

Jeszcze do wczoraj praktycznie cały świat wstrzymywał oddech, przyglądając się rosnącemu napięciu na linii USA-Iran. Na szczęście najgorsze obawy się nie potwierdziły i wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie będziemy mieli do czynienia z deeskalacją konfliktu. Na rynki powrócił spokój.

Wojny nie będzie

Wczoraj cały świat mógł wreszcie odetchnąć z ulgą. Oświadczenie wygłoszone przez prezydenta Donalda Trumpa po irańskim ostrzale rakietowym amerykańskich baz w Iraku (jako odpowiedź na uśmiercenie przez Amerykanów generała Kasema Sulejmaniego) wskazuje, że w najbliższym czasie nie powinno dojść do eskalacji konfliktu. Trump zaczął swoje przemówienie od stwierdzenia, że „dopóki będzie prezydentem, Iran nie uzyska broni nuklearnej”. Potwierdził, że w ataku nie ucierpiał żaden Amerykanin ani Irakijczyk. Oskarżył Iran o sponsorowanie terroryzmu i wezwał światowe mocarstwa do wycofania się z porozumienia nuklearnego z tym państwem w celu stworzenia nowych rozwiązań, które rzeczywiście powstrzymałyby ajatollahów od stworzenia broni nuklearnej. Podkreślił, że fakt posiadania przez USA wspaniałego wyposażenia wojskowego nie oznacza, że Stany mają go użyć, a do odstraszania wrogów wystarcza sam fakt amerykańskiej potęgi, zarówno wojskowej, jak i gospodarczej. Przez komentatorów te słowa zostały uznane za sygnał chęci załagodzenia konfliktu. Lokator Białego Domu zamierza również poprosić NATO o większe zaangażowanie na Bliskim Wschodzie. Po oświadczeniu Trumpa w dół poszła cena ropy naftowej, wcześniej mocno zwyżkująca w obliczu niepewności co do rozwoju sytuacji w tym newralgicznym rejonie świata.

Niższe stopy w Wielkiej Brytanii?

Kurs funta zareagował dziś wyraźnym spadkiem (o 2 grosze do godz. 12:30) na wystąpienie prezesa Banku Anglii Marka Carneya. Stwierdził on, że brytyjski regulator nie wyklucza cięcia stóp procentowych, jeśli wyspiarska gospodarka miałaby pozostać słabsza w dłuższej perspektywie, na co wskazuje wiele analiz ekonomicznych. Jako główną przyczynę tej słabości wskazuje się oczywiście brexit. Niższe stopy miałyby na celu obniżenie kosztów kredytu i w ten sposób mogłyby pomóc schładzającej się gospodarce. Na razie rynek daje 60% szans na cięcie stóp o 0,25% do końca roku. Rynek walutowy zareagował na to oświadczenie od razu i dziś funt szterling słabnie wyraźnie w stosunku do wszystkich głównych walut.

Dane z Europy

Otrzymaliśmy dziś kilka istotnych odczytów makroekonomicznych z Europy. Chociaż trudno mówić o jakichś wielkich zaskoczeniach, to mimo wszystko warto pochylić się nad nimi przez chwilę. Najpierw niemiecki Destatis poinformował o listopadowej produkcji przemysłowej za Odrą. Wzrost o 1,1% to pozytywna wiadomość, ponieważ prognozy mówiły o progresie na poziomie 0,7%, a dodatkowo jest to najlepszy wynik od lipca 2018 r. i wreszcie na plusie po dwóch miesiącach spadków. Wydaje się jednak, że rynki nie zainteresowały się szczególnie tym tematem i trudno było zauważyć wpływ tych danych na kurs euro. Kolejny ważny odczyt (także za listopad) dotyczył publikacji Eurostatu na temat bezrobocia w Europie. Dla strefy euro wskaźnik ten wyniósł 7,5%, a dla wszystkich 28 państw UE zatrzymał się na poziomie 6,3%. Ponieważ był on zgodny z prognozami i identyczny z ostatnim odczytem, to warto wgłębić się w szczegóły. Powtórzone 7,5% w eurozonie pozostaje najlepszym wynikiem od lipca 2008 r., a 6,3% dla całej Wspólnoty (również wyrównanie poprzedniego odczytu) to najniższa wartość od 2000 r., czyli od momentu wprowadzenia comiesięcznych publikacji poziomu bezrobocia w Unii. Według metodologii Eurostatu najniższe bezrobocie mamy w Czechach (2,2%), Niemczech (3,1%) i Polsce (3,2%). Natomiast najwięcej bezrobotnych znajdziemy na południu Europy, czyli we Włoszech (9,7%), Hiszpanii (14,1%) i Grecji (16,8%).

Adam Fuchs, analityk walutowy Internetowykantor.pl

„Analitycy TMS: jest potencjał do zwyżek kursu metali szlachetnych

Po zawirowaniach geopolitycznych złoto odzyskuje blask w oczach inwestorów i banków centralnych. Szybko wzrosło na rekordowe poziomy, ale równie szybko spadło. Mimo to kruszec jest najdroższy od siedmiu lat, a analitycy widzą potencjał do zwyżek kursu metali szlachetnych. Zwłaszcza, że na zaognieniu sytuacji na Bliskim Wschodzie zyskuje też platyna i srebro, a pallad przebija szczyty wszechczasów. To wichry niepewności kierują inwestorów do bezpiecznych przystani, czy chodzi bardziej o politykę banków centralnych? Jak te historyczne wzrosty przekładają się na podwyżki cen paliw?

Metale szlachetne zyskują w czasach niestabilności, ale to, co się ostatnio dzieje to ewenement ostatnich lat. Pierwszy raz w historii notowania palladu osiągnęły poziom 2000 dolarów za uncję. Do góry skoczyły też kursy srebra i platyny, a cena złota przejściowo wzrosła do najwyższych poziomów od niemal 7 lat. Obecnie kurs surowca waha się między 1565 a 1573 dolarów za uncję. Analitycy TMS Brokers oceniają, że to jeszcze nie koniec wzrostów. Według ich prognoz – w 2020 roku nie zabraknie tematów podsycających niepewność inwestorów i generujących popyt na złoto.

– Porozumienie Pierwszej Fazy zapobiega dalszemu wzrostowi ceł między USA i Chinami, ale nie mówi nic o perspektywach jakiejkolwiek Drugiej Fazy, podczas gdy wiele kluczowych kwestii spornych pozostaje otwartych – ocenia Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.

Rajd cen złota

W trakcie nerwowej środy złoto osiągnęło cenę 1600 dol.  Jednak w czwartek równie szybko poddały się sile strony podażowej. Cena kruszcu spadła poniżej 1550 USD za uncję. Mimo wahań analitycy podkreślają, że wzrosty są możliwe i przypominają, że popyt banków centralnych na złoto jest najwyższy od czasów Nixona.

– Wybory prezydenckie w USA będą ważne nie tylko dla dolara i Wall Street, kiedy dla ochrony idealnego obrazu gospodarki prezydent Trump będzie sięgał po wszystkie dostępne środki, w tym po ataki na niezależność Fed. Fala negatywnych informacji w tych, jak i zapewne innych tematach, będzie wsparciem dla wzrostów cen złota – tłumaczą analitycy TMS Brokers.

W pierwszym tygodniu handlu w nowym roku uzasadnione po atakach obawy o konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie wspierały złoto, które podrożało o blisko 4 proc. Król metali od listopadowego dołka zyskał prawie 9 proc. i ma szansę błyszczeć przez cały rok. Jest to tendencja, która może utrzymać się w dłuższej perspektywie, zwłaszcza że złoto podrożało o 18,5 proc. w 2019 r. Jednak na rynku surowcowym jego blask przyćmił pallad, który w 2019 r. urósł ponad 58 proc.

Zaognienie konfliktu na Bliskim Wschodzie spowodowało również, że skoczyły notowania czarnego złota. Po tym, gdy Iran zaatakował bazy wojskowe USA w Iraku rynek ropy zareagował znaczącym wzrostem cen o ponad 1,2 proc. Dzień później ten dramatyzm wzrostu opadł, ale tendencja wzrostowa nadal jest widoczna, co oznacza, że do deeskalacji konfliktu droga jest daleka.

Ropa dołuje

– Rynek akcji korzysta najbardziej na uspokojeniu nastrojów, a ropa naftowa dołuje najsilniej. To pokazuje, jak bardzo w ostatnich dniach rynek ropy był zdominowany przez kapitał spekulacyjny, który teraz wychodzi z pozycji. Mimo to jeśli przyjąć, że gospodarka globalna ma się mieć lepiej, a członkom OPEC zależy, by na ropie zarabiać najwięcej, fundamenty w końcu dadzą wsparcie do powrotu wzrostów – tłumaczy Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers.

– Czego trzeba, żeby ropa doszła do 100 dol. za baryłkę? Musiałoby być na długo realnie zaburzone wydobycie, które wpłynęłoby na globalne zapasy. To co obserwujemy obecnie na rynkach, to na razie konieczność większej premii za ryzyko. Nie ma teraz zaburzeń, jeśli chodzi o wydobycie, czy przesył surowca. Teraz jest właśnie tylko “większe ryzyko”. Inwestorzy widząc te zagrożenia wpisują ryzyko w cenę – ocenia Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.

USA i Iran nie dążą do eskalacji konfliktu, co rynki przyjmują za zadowoleniem i porzucają bezpieczne aktywa na rzecz powrotu rajdu rynku akcji. – Teraz inwestorzy powinni w coraz mniejszym stopniu reagować na doniesienia z Bliskiego Wschodu, a przerzucić uwagę na wcześniej istotne kwestie – siłę ożywienia globalnego i umowę handlową USA-Chiny – dodaje Białas, jeden z autorów raportu „7 pomysłów jak inwestować pieniądze w 2020 roku”.

Mocna końcówka roku w Ronson Development

W czwartym kwartale 2019 r. Ronson Development zakontraktował sprzedaż 256 lokali, czyli o 91% więcej niż w analogicznym okresie 2018 r. Jest to jednocześnie najlepszy wynik sprzedażowy Spółki od dziesięciu kwartałów. W całym 2019 r. Ronson Development sprzedał 761 lokali wobec 773 rok wcześniej.

Liczba lokali przekazanych klientom w czwartym kwartale 2019 r., które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 124, z czego 66 lokali przekazano w wysokomarżowym projekcie City Link III, ukończonym w listopadzie. W całym minionym roku Ronson Development przekazał nabywcom 658 lokali wobec 764 w 2018 r.

– Sprzedaż 256 lokali w ostatnim kwartale ubiegłego roku to najlepszy kwartalny wynik od ponad 2,5 roku. Zgodnie z przewidywaniami, największy udział w tym wyniku miał pierwszy etap naszego warszawskiego projektu Ursus Centralny, gdzie zakontraktowaliśmy sprzedaż 87 lokali. Drugim naszym bestsellerem jest osiedle Miasto Moje na warszawskiej Białołęce, gdzie w czwartym kwartale sprzedaliśmy 54 lokale. Dużą popularnością cieszyły się również projekty Grunwald2 w Poznaniu oraz Panoramika w Szczecinie, gdzie w ostatnich trzech miesiącach ubiegłego roku znaleźliśmy nabywców na odpowiednio 29 i 27 lokali – wskazał Andrzej Gutowski, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Ronson Development.

– W ostatnim kwartale 2019 r. istotnie wzmocniliśmy naszą ofertę, uruchamiając czwarty etap projektu Miasto Moje, obejmujący 176 lokali. Rozpoczęliśmy także realizację kolejnych etapów projektu Nova Królikarnia oraz pierwszy etap zupełnie nowej inwestycji na rynku szczecińskim – Nowe Warzymice, z 54 mieszkaniami. Łącznie w czwartym kwartale 2019 r. rozpoczęliśmy budowę około 280 lokali, a w całym 2019 r. ponad 1100 lokali. Liczymy, że te inwestycje, wraz z projektami, które uruchomimy w 2020 r., przełożą się na dobre wyniki sprzedażowe również w kolejnych kwartałach – dodał Boaz Haim, prezes Ronson Development.

Ważnym wydarzeniem w Ronson Development w IV kwartale 2019 r. było ponadto zakończenie budowy i rozpoczęcie przekazywania nabywcom lokali w projekcie City Link III na warszawskiej Woli. – Projekt City Link charakteryzuje się ponadprzeciętną rentownością. Ronson posiada 100% udziałów w trzecim etapie tej inwestycji (w odróżnieniu od wcześniejszych etapów, w których udział Spółki wynosił 50%). Spośród 368 lokali wybudowanych w tym etapie, ponad 95% zostało już sprzedanych. Pierwszą pulę 66 lokali przekazaliśmy klientom jeszcze przed końcem 2019 r., a pozostałe będą przekazywane sukcesywnie w najbliższych miesiącach – wskazał Rami Geris, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

Łączna liczba lokali przekazanych klientom w czwartym kwartale 2019 r., które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 124, czyli ponad dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie 2018 r.

Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali

Liczba lokali 4Q 2019 4Q 2018 Zmiana r/r 2019 2018 Zmiana r/r
Sprzedaż 256 134 +91% 761 773 -2%
Przekazania 124 57 +118% 658 764 -14%

 

Znane, kontrowersyjne i najbogatsze nazwiska z paszportem Malty

Ponad rok temu, w listopadzie 2018 r., w artykule „Obywatelstwo ekonomiczne – szansa na rozwój czy zagrożenie?” poddaliśmy analizie dynamikę rozwoju sektora CRBI (ang. Citizenship and Residence by Investment). Wskazaliśmy m.in., że nad tą branżą mogą ciążyć zarzuty o nadmierną komercjalizację. Kwestia ta była i jest delikatna dla Unii Europejskiej, bowiem paszport kraju-członka UE jest również paszportem całej Unii. Nie można jednak zapominać, że tak atrakcyjny i przez wielu pożądany paszport państwa członkowskiego UE nie jest łatwo dostępny. Tak jest w przypadku Malty, która deklaruje, iż jej procedury weryfikacyjne są surowe, co przejawia się wysokim, 22% odsetkiem odrzuconych wniosków. Dodatkowo, na drodze do upragnionego paszportu mogą stanąć rządy państw dotychczasowego obywatelstwa.

Skala maltańskiej otwartości

Chociaż pełna lista osób, które nabyły obywatelstwo Malty jest publicznie dostępna w dzienniku urzędowym, to zamieszczone w nim informacje są dość ograniczone. Oprócz tego, że jest on sortowany według imienia, a nie nazwiska, co utrudnia dostrzeżenie członków tej samej rodziny, nie zaznaczono różnicy między wnioskodawcami, którzy zostali obywatelami Malty poprzez naturalizację, a osobami, które nabyły maltański paszport za 1,15 mln euro. Warto nadmienić, iż uruchomiony w 2014 r. program dla inwestorów indywidualnych umożliwia zamożnym obywatelom zagranicznym uzyskanie paszportu maltańskiego poprzez wkład w wysokości 650 000 euro, zakup nieruchomości o wartości co najmniej 350 000 euro i inwestycję w akcje o wartości co najmniej 150 000 euro.

Rolę głównego weryfikatora wniosków o obywatelstwo pełni państwowa Agencja Identity Malta, która deklaruje, iż zachowuje niezwykłą staranność postępowania kontrolnego. Dodatkowo, wicepremier Chris Fearne niedawno zobowiązał się do zniesienia programu i zastąpienia go nowym, który uzyskałby pełne poparcie Komisji Europejskiej. Od stycznia 2015 r. do grudnia 2018 r. 9 645 osób zostało naturalizowanych/zarejestrowanych jako nowi obywatele Malty, z czego ok. 3 500 w samym 2018 r. Z analiz prowadzonych przez prywatną rosyjską agencję wywiadowczą SA West Global Intelligence można wnosić, iż blisko 20% tej grupy stanowią obywatele Rosji i byłych republik ZSRR, zwłaszcza Ukrainy i Kazachstanu. Dla przykładu, w latach 2015-2017 obywatelstwo Malty uzyskało 1 008 osób wywodzących się z tych krajów. Niektóre z tych osób można śmiało określić mianem prominentnych.

Kolejną dużą grupę stanowią obywatele krajów arabskich. „Times of Malta” poinformował, że w 2017 roku 62 członków najbogatszych rodzin w Arabii Saudyjskiej uzyskało obywatelstwo maltańskie dzięki systemowi paszportowemu. Należą do nich Al-Muhaidib i Al-Agils, którzy są nie tylko dwoma najbogatszymi klanami biznesowymi w królestwie Arabii Saudyjskiej, ale też zostali umieszczeni przez Forbesa wśród najbogatszych rodzin na świecie.

Niezwykle interesujący jest fakt, iż członkowie rodziny królewskiej Kataru znaleźli się na wspomnianej liście ponad 3 500 obcokrajowców, którzy w 2018 r. nabyli obywatelstwo maltańskie przez naturalizację lub kupno paszportu. Nazwisko Al Thani pojawia się na liście pięciokrotnie i dotyczy szejka Mohammeda Ahmeda J. Al Thani, jego żony Hanadi oraz ich dzieci: Jassima, Jude i Layany. Szejk Al Thani, który w latach 2003-2006 był ministrem gospodarki i handlu Kataru, spędził 17 aktywnych lat w przemyśle naftowym i gazowym, głównie w Qatar Petroleum, RasGas i QatarGas. W 2016 r. założył zarejestrowaną na Malcie spółkę Monifa Wings, w której był wymieniony jako akcjonariusz, dyrektor, przedstawiciel prawny i sądowy. Firma specjalizuje się w świadczeniu usług transportu lotniczego, leasingu samolotów i obsługi lotów czarterowych. Żona szejka Hanadi jest głównym przedsiębiorcą, dyrektorem generalnym i założycielem Al Waab City Real Estate.

Głośne nazwiska na liście obywateli

Oczywiście atrakcyjność posiadania maltańskiego paszportu, sprawia, że starają się o niego nie tylko członkowie rodzin królewskich, ale i miliarderzy, których interesy wzbudzają ogromne kontrowersje. Na liście najgłośniejszych pod tym względem obywateli Malty, na czołowym miejscu należałoby umieścić Pawła Melnikowa, legitymującego się paszportami: rosyjskim, maltańskim i łotewskim. Na 17 należących do niego posiadłości w Finlandii najechały we wrześniu 2018 r. siły rządowe, wśród których było 400 policjantów i żołnierzy. Sam Melnikow, którego nie zdołano aresztować, twierdzi, że mieszka na Węgrzech. Posiada sieć firm i nieruchomości w Polsce, na Łotwie, w Finlandii i Rosji. Oficjalnie fińska policja federalna prowadzi dochodzenie w sprawie rosyjskiej spółki zajmującej się obrotem nieruchomościami. Przejęto 5 mln dolarów w gotówce, skonfiskowano również komputery i dyski zawierające około 100 terabajtów danych.

Kolejny maltański obywatel wśród rosyjskich miliarderów to Borys Mints – przedsiębiorca, ale też osoba publiczna i filantrop, założyciel Muzeum Rosyjskiego Impresjonizmu. Mints kupił maltańskie obywatelstwo w 2016 r., ale w lipcu 2019 r. został aresztowany w Londynie. Posiadał aktywa o wartości 572 mln euro przejęte przez sąd brytyjski z powodu jego rzekomej roli w „oszukańczym programie” z udziałem rosyjskiego banku Otkritie. Wyrok związany jest z roszczeniami różnych banków o odzyskanie od Mintsa 700 mln dolarów. Otkritie było niegdyś największym, pod względem aktywów, prywatnym bankiem w Rosji. W lipcu rosyjski bank centralny złożył pozew w wysokości 290 miliardów rubli (1,3 mld dolarów) przeciwko byłym właścicielom i kierownictwu Otkritie na pokrycie strat poniesionych od 2017 r., kiedy uratował Otkritie przed upadkiem. Bank centralny jest teraz właścicielem 100% uratowanego banku. Indagowana w sprawie Mintsa Agencja Identity Malta oświadczyła, że śledzi tę sprawę, a „kolejne kroki zostaną rozważone po uzyskaniu wyników od sądów brytyjskich”.

Korzenie rosyjskie ma Anatolij Hurgin, obywatel Izraela, który kupił maltańskie paszporty dla siebie i swojej rodziny w 2016 r. Hurgin służył w Izraelskich Siłach Obronnych i prowadził firmy specjalizujące się w „hakowaniu telefonów i najnowocześniejszej technologii inwigilacji”, które można wykorzystać do gromadzenia i rejestrowania prywatnych informacji na temat każdego, w dowolnym miejscu i czasie. Władze izraelskie aresztowały we wrześniu 2019 r. wielu pracowników jego firmy Ability Inc. pod zarzutem popełnienia przestępstw oszustwa, przemytu i prania pieniędzy na dużą skalę. Izraelskie Ministerstwo Obrony prowadziło dochodzenie w sprawie łamania prawa międzynarodowego, ale na ujawnienie tożsamości osób aresztowanych i szczegółów sprawy nie wyraziło zgody.

Na początku czerwca 2019 r., Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (ang. US Securities and Exchange Commission – SEC) oskarżyła Hurgina, Ability Inc. i dyrektora ds. technologii Aleksandra Vladimira Aurovsky’ego o pięć naruszeń prawa federalnego USA. Chodzi o oszustwo wobec akcjonariuszy spółki z Florydy. Oskarżeni zarobili łącznie 30,5 mln euro, podczas gdy udziałowcy spółki z Florydy stracili 53,8 mln euro.

Egipski obywatel Mustafa Abdel Wadood, który zakupił maltański paszport, przyznał się do oszustwa i prania pieniędzy w Stanach Zjednoczonych. Grozi mu kara 125 lat więzienia. Wadood został aresztowany za działania, które – jak podaje portal The Shift – doprowadziły do „największej na świecie upadłości kapitałowej”, zaledwie cztery miesiące po tym, jak jego nazwisko jako nowego obywatela pojawiło się w grudniu 2018 r. w maltańskim dzienniku rządowym. Wadood zarządzał Abraaj Capital w Dubaju.

Problemy finansowe Wadooda pojawiły się już w 2014 r., o czym maltańska agencja nie wiedziała lub fakt ten zlekceważyła. Agencja Identity Malta ostatecznie potwierdziła, że jego obywatelstwo zostanie odebrane. Zgodnie z prawem maltańskim nabyte obywatelstwo może zostać odebrane na polecenie ministra spraw wewnętrznych, jeżeli osoba fizyczna zostanie uznana za „niesprzyjającą dobru publicznemu” lub skazana za przestępstwo na karę pozbawienia wolności przekraczającą 12 miesięcy.

Kolejny „świeży” obywatel Malty, to chiński miliarder Liu Zhongtian. Został w 2019 r. oskarżony w Stanach Zjednoczonych o uchylanie się od płacenia około 1,8 mld dolarów podatków za handel aluminium. Liu posiada maltański paszport i jest od 2016 r. zarejestrowany jako mieszkaniec zaludnionego Naxxar. Jest założycielem China Zhongwang Holdings Limited, drugiej największej na świecie firmy zajmującej się przemysłowym wytłaczaniem aluminium.

Warto jeszcze wspomnieć, iż trzej Rosjanie, którzy znaleźli się na tzw. „kremlowskiej liście” amerykańskiego Departamentu Skarbu, a mianowicie Borys Mints, Aleksander Wołosz i Aleksander Nesis, otrzymali paszporty Malty w ramach programu inwestorskiego w 2016 r. Chociaż „kremlowska lista”, opublikowana przez USA w styczniu 2018 r., nie jest listą sankcji, to identyfikuje najbogatszych biznesmenów Rosji, którzy są uważani za bliskich prezydentowi Władimirowi Putinowi, a którzy mogli wzbogacić się poprzez korupcję.

Wskazane wyżej, najbardziej spektakularne przypadki świadczą o tym, iż system przyznawania obywatelstwa Malty, a tym samym Unii Europejskiej, choć kontrowersyjny, potwierdza jego atrakcyjność. Atrakcyjność tego programu wynika przede wszystkim z tego, że gwarantuje swoim obywatelom (nawet tym ekonomicznym) zachowanie przyznanych praw. Pomimo alarmującej częstotliwości kontrowersyjnych przypadków rząd maltański oświadcza, iż nie będzie przeprowadzać przeglądu osób, którym przyznano obywatelstwo maltańskie w ramach programu „paszport za pieniądze”, podkreślając, że „rygorystyczny system” został już wprowadzony. Odpowiadając zaś na raport organizacji Transparency International i Global Witness zatytułowany „European Getaway: Inside the Murky World of Golden Visas” (Europejska ucieczka: w mrocznym świecie złotych wiz), który szczegółowo opisuje wysokie ryzyko prania brudnych pieniędzy i przestępstw finansowych związanych z programami „paszportu za pieniądze” – dokładnie takich samych przestępstw, o jakie oskarża się nowych obywateli Malty – Agencja Identity Malta zapewnia, że wciąż dąży do wzmacniania procesów starannej weryfikacji wnioskodawców i procedur analizy ryzyka.

Profesor Uniwersytetu w Aberdeen, Justin Borg-Barthet twierdzi, iż maltańskie przypadki potwierdzają, że programy sprzedaży obywatelstwa są zagrożeniem dla rządów prawa. Przede wszystkim ten „rynek” opiera się na lukach prawnych, które pozwalają przestępcom na zdobycie obywatelstwa UE. Ponadto instytucje odpowiedzialne za sprawdzanie aplikacji czynią wiele, aby przypadki nagannych, czy też przestępczych zachowań, nie były wykrywane. W grę wchodzą naprawdę duże pieniądze. Dla przykładu w 2018 r. obywatelami Malty zostało 21 członków rodziny Grech, 21 członków rodziny Galea, czy 11 członków rodziny Fenech. Nie wiadomo, czy to najliczniejsze rodziny, bo wyszukiwanie personaliów jest utrudnione. Warto wspomnieć, iż w skali światowej największymi beneficjentami takich programów są Chińczycy. Szacuje się, iż obywatele chińscy stanowią 70% światowego rynku programu tzw. złotej wizy.

Jak pisaliśmy we wspomnianym we wstępie artykule „Obywatelstwo ekonomiczne – szansa na rozwój czy zagrożenie?”, przedstawiciele branży CRBI stoją na stanowisku, że obywatelstwo ekonomiczne to zjawisko w dzisiejszym świecie pożądane i nieuniknione. Niesie bowiem ze sobą korzyści ekonomiczne dla krajów oferujących swój paszport zagranicznym przedsiębiorcom i inwestorom. Z drugiej strony, stanowi również korzyść dla samych przedsiębiorców i inwestorów, którzy po prostu znajdują w tych krajach ułatwienia, jak i szansę dla siebie i swoich biznesów. Branża CRBI prezentuje się jako obrońca liberalizmu i globalizacji w czasie, gdy są to wartości zagrożone. Oczywiście zagraniczny paszport to również szansa dla tych, którym niekoniecznie leży na sercu rozwój gospodarczy kraju nowej rezydencji, czy rozwój swojej działalności. Być może 22 procentowe sito maltańskiej administracji nie odsiało i nie odsieje jeszcze wielu kontrowersyjnych nazwisk oligarchów, ani malwersantów z pierwszych stron gazet, ale nie może to być argument przesądzający o negatywnej ocenie programów paszportowych, takich jak program Malty.

To, że część przedsiębiorców stara się o paszport innego kraju sugeruje, że kraj, którego paszport nabywają, oferuje im lepsze warunki do życia, rozwoju, poczucia bezpieczeństwa, tak jak robi to właśnie Malta. Nabycie jej paszportu otwiera bowiem drzwi do rynków całej Unii Europejskiej, strefy Schengen, jak i bezwizowy dostęp do wszystkich największych państw anglojęzycznych, z USA na czele.

Fakt, że w skali świata obywatele Chin stanowią 70% beneficjentów programów „złotej wizy” jednoznacznie wskazuje, że to nie są rozwiązania dla oszustów i malwersantów, ale przede wszystkim dla biznesmenów, którzy ze względu na totalitarny system, w którym przyszło im żyć, nie mają innego wyjścia niż wykorzystanie takiej formy uzyskania wolności gospodarczej. Jednym bowiem z podstawowych typów działań rządów, takich państw jak Chiny, jest traktowanie paszportu obcego – zachodniego, demokratycznego kraju – jako swoistej nagrody za zachowanie zgodne z oczekiwaniami tych władz.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Brian Tien pokieruje sprzedażą i marketingiem Zyxela

Zyxel Networks ogłosił informację o mianowaniu Briana Tiena na stanowisko wiceprezesa do spraw globalnej sprzedaży i marketingu. Tien ma ponad 20-letnie doświadczenie zdobyte w wiodących międzynarodowych przedsiębiorstwach technologicznych.

Pracując w siedzibie głównej firmy Zyxel na Tajwanie, Tien będzie odpowiedzialny za opracowanie i wdrożenie strategii sprzedaży. Celem jest utrzymanie ciągłego rozwoju firmy, przy jednoczesnym nadzorowaniu wszystkich aspektów jej ogólnoświatowego programu marketingowego i komunikacyjnego.

– Brian jest ekspertem w zakresie sprzedaży z wyjątkowymi osiągnięciami w budowaniu i kierowaniu sprzedażą i działaniami marketingowymi w wiodących firmach technologicznych. Jego sprawdzona wiedza przywódcza i bogate doświadczenie czynią go idealnym partnerem do naszego zespołu kierowniczego. – powiedział Gordon Yang, dyrektor generalny Unizyx i prezes Zyxel Networks.

Jestem zaszczycony, że mogę dołączyć do Zyxel – firmy o reputacji lidera w branży sieci SMB – powiedział Brian Tien. – Małe i średnie firmy są integralną częścią wzrostu gospodarczego na całym świecie. By się rozwijać, potrzebują technologii informatycznych, które pomagają pozyskiwać, obsługiwać i zatrzymywać klientów w bardziej wydajny i przystępny sposób. Jesteśmy gotowi udzielić wsparcia małym i średnim klientom biznesowym. Poprawa wydajności firm i przyspieszenie transformacji biznesowej są możliwe właśnie dzięki wykorzystaniu technologii sieciowych opartych na chmurze, sztucznej inteligencji i sprawdzonych pod względem bezpieczeństwa. Miałem okazję zapoznać się z wieloma ciekawymi produktami, które już niedługo będą udostępnione w sprzedaży. Czuję więc, że to idealny moment na dołączenie do zespołu – dodał Tien.

Brian Tien swoje zawodowe doświadczenie budował przez ponad 20 lat w branży ICT w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej. Jego specjalistyczne przygotowanie obejmuje zarządzanie kanałami, strategiczne zarządzanie kontami i rozwój biznesu. Karierę rozpoczynał w firmie Cisco, w której chińskim oddziale spędził 11 lat. Przed dołączeniem do grupy Zyxel, od 2013 roku był dyrektorem sprzedaży w HPE Aruba China. Pracując w Pekinie, nadzorował strategiczne obszary, działalność handlową / SMB oraz zarządzanie kanałami. Kierował również sprzedażą i transformacją kanałów, koncentrując się na rozwiązaniach sprzedażowych, usługach zarządzanych i rozwoju ekosystemu.

Deweloperzy odpowiadają: Jak będzie rozwijał się rynek mieszkaniowy w 2020 roku?

Jak będzie rozwijał się rynek mieszkaniowy w 2020 roku? Czy dobra koniunktura na rynku mieszkaniowym utrzyma się? Czy popyt na mieszkania będzie się utrzymywał? Jak będzie kształtowała się oferta deweloperów? Jakie czynniki będą miały decydujący wpływ na ceny? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

W 2020 roku nie należy się spodziewać większych zmian na rynku. Ceny mieszkań będą dalej rosły, a zainteresowanie klientów wciąż powinno być duże, zarówno po stronie osób poszukujących mieszkań dla siebie, jak i planujących zakup inwestycyjny.

Mimo, że ceny mieszkań są dziś wyższe niż w rekordowym 2007 roku, jeśli weźmiemy pod uwagę takie czynniki, jak wzrost wynagrodzeń czy inflację okaże się, że dla osiągnięcia podobnego poziomu jak 12 lat temu, ceny musiałyby wzrosnąć średnio jeszcze o 70 proc. Według wyliczeń NBP, za średnie wynagrodzenie Polacy mogą teraz przeciętnie kupić 0,82 mkw. mieszkania, a w 2017 roku mogli za nie nabyć zaledwie 0,48 mkw.

Sytuacji na rynku nie sprzyjają trudności związane z podażą. Obecna oferta mieszkaniowa jest najmniejsza w historii. Praktycznie nie ma gotowych mieszkań. Deweloperzy mają kłopot z pozyskaniem nowych gruntów, których ceny stale rosną. Biorąc pod uwagę liczbę wydawanych pozwoleń na budowę, nie ma przesłanek, aby ta sytuacja miała się szybko zmienić.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Zdecydowanie jesteśmy dobrej myśli! Wierzymy, że zapowiadane rządowe programy pomocy rodzinie dla wielu gospodarstw domowych okażą się motywacją, by zdecydować się na własne M. Dorastanie roczników demograficznych niżu może zmienić sytuację na rynku najmu. Grupa studentów i studentek, jedna z najliczniejszych wśród wynajmujących lokale będzie zauważalnie mniejsza, w związku z czym być może mniej popularne będzie również nabywanie mieszkań w lokalizacjach odpowiednich dla studiujących z myślą wyłącznie o wynajmie.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W tym roku na rynku mieszkaniowym będziemy obserwować kontynuację trendów, które widoczne były w 2019 roku. Nadal najbardziej popularne będą mieszkania jedno i dwupokojowe, które zaspokajają potrzeby osób średnio zarabiających. Małe mieszkania cieszą się również największym zainteresowaniem inwestorów. Niskie stopy procentowe wciąż będą powodowały, że oszczędności Polaków w dużej części będą trafiały na rynek nieruchomości. Bogacenie się ludzi wpływać będzie na rozwój segmentu nieruchomości premium. Już teraz szacuje się, że w Warszawie inwestycje o podwyższonym standardzie stanowią 30 proc. oferty deweloperskiej. Oczekiwać należy, że deweloperzy w tych projektach coraz bardziej będą dbać o jakość wyposażenia i zagospodarowania przestrzeni mieszkalnych oraz część rekreacyjną. Będą także stosować coraz więcej ekoprzyjaznych rozwiązań, zarówno w budowie, jak eksploatacji. Dobra koniunktura rynkowa będzie się utrzymywać. Dzięki wzrostowi dochodów nabywców mieszkań na własne potrzeby będą mieli większe możliwości spłaty zaciągniętych zobowiązań. W segmencie podstawowym deweloperzy będą poszukiwać ekonomicznych i jednocześnie ekologicznych rozwiązań, które pozwolą na stabilizację cen przy stale rosnących kosztach realizacji inwestycji.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

W Polsce nadal są bardzo duże, niezaspokojone potrzeby mieszkaniowe. Mając na uwadze szeroką perspektywę makroekonomiczną, nie dostrzegamy przesłanek, które zwiastowałyby nadejście recesji. Nic nie wskazuje także na to, aby w perspektywie roku miały pojawić się znaczące zmiany na rynku nieruchomości. Spodziewamy się raczej łagodnie następującego przejścia do fazy równowagi i stabilizacji rynkowej, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego popytu na nieruchomości.

Braki lokalowe, niesłabnące zapotrzebowanie na mieszkania oraz chęć poprawy warunków życia będą miały niezmiennie znaczący wpływ na wyniki sprzedaży na rynku pierwotnym. Czynnikami stymulującymi wzrost zainteresowania ofertą deweloperów są niskie stopy procentowe oraz poprawiająca się sytuacja materialna Polaków, a także dobre perspektywy na rynku pracy. Niska rentowność lokat i niepewność co do innych form inwestowania zachęcają do lokowania kapitału na rynku mieszkaniowym, co dodatkowo wspiera popyt.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Przewidujemy kontynuację dobrej koniunktury na rynku. Spodziewamy się może nieco wolniejszego tempa sprzedaży na rynku mieszkaniowym, ale prawdopodobnie pozostającej wciąż na zadowalającym poziomie. Widoczne jest też rosnące zainteresowanie kompaktowymi mieszkaniami i sądzę, że ten trend będzie ewoluował w 2020 roku.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Nie widać niepokojących symptomów pogorszania się sytuacji gospodarczej, a co za tym idzie nastrojów i możliwości nabywczych klientów. Sygnalizowane spowolnienie gospodarcze jest jeszcze dalekie i prawdopodobnie jest wynikiem korekty planów inwestycyjnych i przegrupowań wewnątrz przedsiębiorstw, które muszą co pewien czas dostosować się o zmieniającego się otoczenia rynkowego.

Możliwości nabywcze klientów nie pogorszyły się. Przeciwnie, wysokość średniego wynagrodzenia stale rośnie. Rosną ceny gruntów, obsługi inwestycji, wykonawstwa i materiałów budowlanych. Zatem wszystko wskazuje na to że 2020 rok pod względem wzrostu cen i wielkości sprzedaży będzie zbliżony do minionego.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Rynek mieszkaniowy w 2020 roku nadal będzie wykazywał tendencję wzrostową. Sprzedaż mieszkań będzie utrzymywała się na wysokim poziomie. Dobra koniunktura gospodarcza będzie sprzyjała zawieraniu nowych transakcji. Sytuacja materialna Polaków poprawia się dzięki wzrostowi wynagrodzeń. Poza tym, stopy procentowe nadal mają pozostać na niskim poziomie, co powoduje, że więcej osób ma odpowiednią zdolność finansową, żeby uzyskać kredyt hipoteczny. Zachęci to także inwestorów do dalszego lokowania środków w zakup nieruchomości zamiast w niskooprocentowane lokaty.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Rynek wciąż trzyma się bardzo mocno, a podaż nowych mieszkań nie nadąża za popytem. W połączeniu z wysokimi kosztami wykonawstwa, przekłada się to na wzrost cen. Oczywiście coraz częściej słyszymy, że czeka nas spowolnienie, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć, kiedy ono nadejdzie i jak będzie głębokie. Wiele czynników, jak niskie stopy procentowe, czy rosnące płace wskazuje na to, że w krótkim czasie popyt na mieszkania będzie utrzymywał się na wysokim poziomie. A nawet jeśli przyszłoby spowolnienie i sprzedaż miałaby spaść o 10 proc. lub nawet 15 proc. wciąż będą to poziomy ponad dwuipółkrotnie większe niż jeszcze dekadę temu.

Myślę, że w najbliższych latach będziemy podążać za zmianami obserwowanymi już na rynkach skandynawskich. Chodzi m.in. o wzrost znaczenia budownictwa zrównoważonego, w tym rozwiązań proekologicznych, pod każdym możliwym względem. Na pewno czeka nas zmiana jakościowa w zakresie dbania o efektywność cieplną, oszczędność energii czy wody. Spodziewam się, że niebawem na dachach nowych budynków coraz częściej będą pojawiać się panele fotowoltaiczne, a wszelkie rozwiązania sprzyjające ochronie środowiska z mody zamienią się w standard. Taka zmiana czeka też ofertę usług dodatkowych, które deweloperzy oferują mieszkańcom. W ciągu kilku lat będą one szły np. w stronę osiedlowego car sharingu i innych rozwiązań pozwalających zmniejszyć szkodliwy wpływ człowieka na klimat.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Do najważniejszych czynników wpływających na rynek nieruchomości będą należeć uwarunkowania makroekonomiczne, jak koniunktura gospodarcza w Europie i na świecie oraz mikroekonomiczne tj. polityka kredytowa banków i związana z nią wysokość stóp procentowych, siła nabywcza Polaków oraz regulacje prawne. Rynek mieszkaniowy w 2020 roku wejdzie w fazę stabilizacji, a wzrosty cen prawdopodobnie nie przekroczą 5 proc.

Agnieszka Kozak, pełnomocnik zarządu ds. sprzedaży w Republice Wnętrz

Rok 2020 będzie kolejnym rokiem dynamicznego rozwoju branży deweloperskiej, szczególnie jeśli chodzi o mieszkania pod wynajem z gwarancją zysku. Spodziewamy się także dalszego wzrostu ilości wprowadzanych inwestycji oraz wzrostu cen analogicznie do roku 2019.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

Mieszkanie jest atrakcyjnym produktem. Zarówno dla klientów indywidualnych, jak i inwestorów, chcących bezpiecznie ulokować zgromadzony kapitał, co potwierdzają mocne wyniki sprzedaży w trzecim kwartale 2019 roku. Mamy więc do czynienia z pewnego rodzaju stabilizacją, pozwalającą nam z optymizmem patrzeć w przyszłość. Mieszkania nadal będą się dobrze sprzedawać, choć oczywiście liczba zawieranych transakcji może nieco się wahać w zależności od różnych czynników rynkowych oddziałujących na branżę. Nie przewidujemy jednak załamania koniunktury. To, co faktycznie zasługuje na podkreślenie, to fakt, że rośnie świadomość nabywców, a wraz z nią wymagania stawiane przed deweloperami. Samo mieszkanie to obecnie za mało, by przyciągnąć uwagę klientów. Ludzie oczekują osiedli, które zaskoczą ich funkcjonalnością i nie „zestarzeją się” za kilka lat. Przewidujemy, że to skonkretyzowanie potrzeb przełoży się na jakość oferty w kolejnych latach.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Mimo, że ceny nieruchomości mocno poszły w górę, chętnych do zakupu nowych mieszkań nie brakuje. Sytuację doskonale widać w obserwowanych przez nas statystykach prowadzonych przez agencje badawcze, zgodnie z którymi przez ostatni rok w Polsce oddano rekordową liczbę mieszkań. Wiele wskazuje na to, że ceny nieruchomości nie spadną przynajmniej jeszcze przez rok. Potwierdza to co najmniej 5 powodów, które wymieniają eksperci rynku nieruchomości. Pierwszy to tanie kredyty hipoteczne, ich niskie oprocentowanie i przystępne warunki. Drugi to atrakcyjnie, niskie stopy procentowe, które są zachętą dla inwestorów. Coraz więcej mieszkań i apartamentów nabywanych jest z przeznaczeniem pod wynajem.

Kusi również ciągły wzrost cen nieruchomości, który przynosi zysk przy późniejszej sprzedaży. Do tego dochodzą stale rosnące ceny najmu oraz sama atrakcyjność zarobkowa najmu okolicznościowego. Trzeci czynnik to poprawa stopy życiowej. Zauważalne jest, że Polakom wiedzie się coraz lepiej i sporo osób stać na zakup mieszkania dla siebie, czy pod inwestycje. Poza tym, budowanie jest coraz droższe. Rosną ceny materiałów budowlanych, działek budowlanych oraz koszty wykonania. Trudno o wykwalifikowaną kadrę roboczą, więc usługi specjalistów są coraz droższe. Ponadto, w kraju brakuje mieszkań. Mimo, że kupowanych jest więcej nieruchomości i boom trwa już od jakiegoś czasu to rynek pozostaje nienasycony.

Autor: Dompress.pl

QubicGames podsumował 2019 r.

Ponad pół miliona sprzedanych gier na konsolę Nintedo Switch w czwartym kwartale 2019 roku to efekt świątecznej promocji QubicGames. Wpływy ze sprzedaży gier w tym ostatnim kwartale przekroczyły 3.2 mln zł i są o 300 proc. wyższe niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. 

Według oficjalnych danych sprzedażowych od stycznia do listopada 2019 oraz szacunków za ostatni miesiąc minionego roku, przychody QubicGames ze sprzedaży gier i praw do gier  wyniosły w ubiegłym roku 9.2 miliona złotych, z czego 3.2 miliona złotych przypada na okres od października do grudnia.

– Wyniki jakie wypracowaliśmy w 2019 to efekt kilku lat pracy, w czasie których zbieraliśmy potrzebne doświadczenie. Plan na ostatnie 12 miesięcy został wypełniony w 100% i jesteśmy zadowoleni z jego efektów. – podkreśla Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames.

Szacunkowe przychody netto ze sprzedaży za czwarty kwartał roku 2019 wzrosły o prawie 300% w porównaniu do przychodów osiągniętych w analogicznym okresie 2018 oraz o około 88% w stosunku do trzeciego kwartału roku 2019.

Znaczący wzrost liczby sprzedanych gier w czwartym kwartale 2019 roku wynikał z serii udanych promocji w listopadzie i grudniu 2019 roku, w szczególności świątecznej promocji ‘The 15 Year Anniversary Giveaway + Sale’, oraz 12 nowo wydanych gier na platformę Nintendo Switch. Najbardziej udane z nich to Space Pioneer (produkcji Vivid Games), REKT! High Octane Stints, Puzzle Book i Akuto: Showdown.

– Zgodnie z zapowiedziami kampania promocyjna nabrała rozpędu w gorącym okresie świątecznym i w dalszym ciągu nasze gry zajmują wysokie pozycje w Nintendo eShop. Dzięki ostatniej akcji promocyjnej wszystkie nasze tytuły dostępne w Giveaway dostały się do TOP30. Liczymy na to, że utrzymamy dobre wyniki sprzedażowe również w styczniu 2020. – kończy prezes.  

Kilkanaście produkcji QubicGames znalazło się w grudniu pośród najczęściej pobieranych gier na konsoli Nintendo Switch na najważniejszych rynkach, m.in. Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech oraz Australii, a wszystkie z Giveaway znalazły się w TOP 15. Dzięki temu, w parze z dobrymi wynikami sprzedażowymi, wzrosła też rozpoznawalność spółki i jej tytułów w Polsce i na świecie.

TenderHut podsumowuje 2019 rok

Ponad 36 milionów złotych – z takim skonsolidowanym przychodem najszybciej rozwijająca się polska spółka IT, technologiczna Grupa Kapitałowa TenderHut, najprawdopodobniej zamknie 2019 rok. Wynik ten w porównaniu z rokiem ubiegłym jest lepszy o 12,6 mln złotych. Ostatnie 12 miesięcy były niezwykle intensywne dla firmy. Strategiczne przejęcia, rozwój zagranicznych oddziałów, nowe projekty start-up’owe oraz prestiżowe nagrody to tylko niektóre z osiągnięć, jakie polska spółka odnotowała w ubiegłym roku.

Kluczowe dane o spółce:

  • 36,3 mln zł estymacja skonsolidowanego przychodu za 2019 rok (zmiana 53% y/y)
  • 25,2 mln zł przychód skonsolidowany po III kwartale 2019 roku
  • 8 centrów developerskich w Polsce
  • 9 zagranicznych oddziałów
  • 6 polskich spółek i 3 zagraniczne (Chiny, Dania, USA)
  • 3 innowacyjne produkty: Zonifero, Holo4Labs, Grow Uperion

Grupa w ubiegłym roku rozpoczęła kluczowe dla jej przyszłości projekty. Po okresie intensywnej konsolidacji branży IT weszliśmy w czas strategicznych inwestycji, które w nadchodzących latach mają doprowadzić nas do maksymalizacji zysku i ekspansji na kolejne rynki – tłumaczy Robert Strzelecki, prezes zarządu GK TenderHut.

Nowe zagraniczne spółki zależne

Daleki Wschód to kierunek, który od dawna leżał w osi zainteresowań zarządu grupy. W 2019 roku firma otworzyła swoje biuro w państwie środka. Miasto Guangzhou (Kanton) – jeden z największych ośrodków przemysłowych – stało się siedzibą dla chińskiego biura Solution4Labs,  spółki należącej do Grupy TenderHut. Główny zadaniem chińskiego oddziału będzie wdrażanie specjalistycznego oprogramowania laboratoryjnego na lokalnym rynku. TenderHut rozwija także swoje duńskie przedstawicielstwo, tworząc lokalną spółkę celową obsługującą rynki nordyckie – SoftwareHut Nordic. Ponad dwudziestu programistów rozwija oprogramowanie dla klientów z tego regionu. W ubiegłym roku kraje skandynawskie wygenerowały prawie 40 proc. przychodu grupy. Już w marcu 2019 Grupa TenderHut założyła spółkę zależną w Stanach Zjednoczonych SoftwareHut LLC, której głównym zadaniem jest prowadzenie działań sprzedażowych na lokalnym rynku.

Przejęcia i rozwój własnych projektów

W 2019 roku firma sukcesywnie realizowała politykę konsolidacji branży IT. W połowie maja sfinalizowała umowę przejęcia 100 proc. udziałów warszawskiej firmy Javeo Software, która została włączona w struktury SoftwareHut. Akwizycja pozwoliła wzmocnić potencjał spółki i rozwinąć portfolio nowych klientów i realizowanych projektów. Jedną z ostatnich inwestycji Grupy TenderHut było zaangażowanie się w start-up Grow Uperion z branży HRTech. W wyniku połączenia wiedzy z zakresu psychologii motywacji oraz zaplecza technologicznego powstaje innowacyjna platforma do edukacji, rozwoju i motywacji pracowników. Grupa TenderHut znana jest z nieszablonowego podejścia i skuteczności w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań technologicznych. Jej poprzednia inwestycja w autorski projekt Zonifero, w 2019 roku zaowocowała jednym z największych kontraktów w polskiej branży PropTech dotyczącym obsługi 150 tys. m2 powierzchni biurowych budowanych przez holding Cavatina S.A.. Kolejnym innowacyjnym projektem realizowanym przez spółkę jest implementacja oprogramowania Holo4Labs do gogli rozszerzonej rzeczywistości Microsoft HoloLens 2 na potrzeby laboratoriów badawczych.

Międzynarodowe sukcesy

Osiągnięcia polskiego lidera IT zostały dostrzeżone przez ranking Deloitte Technology Fast 500 EMEA. W ubiegłorocznej edycji rankingu znalazło się 17 spółek znad Wisły, a Grupa Kapitałowa TenderHut uzyskała najlepszy wynik z polskich firm odnotowując wzrost przychodów na poziomie 1496 proc. Ponadto na początku marca ubiegłego roku spółka została uznana przez brytyjski dziennik Financial Times za jedną z najszybciej rozwijających się firm w Europie (FT1000). Polski lider rozwiązań IT zajął 23. miejsce notując skok aż o 224 pozycje względem poprzedniego zestawienia. Do rankingu Financial Times zakwalifikowały się zaledwie 22 spółki z Polski, spośród których 1. miejsce należy właśnie do TenderHut. Dwa sztandarowe projekty grupy zostały docenione w międzynarodowych konkursach. Holo4Labs – projekt wykorzystujący najnowszy trend Mixed Reality uzyskał wyróżnienie w kategorii Innovative Initiative of the Year w prestiżowym konkursie Emerging Europe Awards, natomiast Zonifero – start-up z branży PropTech otrzymał nagrodę w ramach Central European Startup Awards dla najlepszego start-up’u IoT w Polsce.

Rekordowy wynik finansowy spółki, rozwój kolejnych rynków oraz coraz szersze portfolio produktów własnych – tak w skrócie można podsumować 2019 rok dla całej Grupy Kapitałowej TenderHut. Strategia firmy oparta jest o założenie intensywnego rozwoju i jak do tej pory zarząd firmy konsekwentnie realizuje ten cel.

Polacy na szczycie. Awanse w globalnych strukturach Shell

Światowy gigant energetyczny Shell powierzył funkcję jednego ze swoich wiceprezesów (VP) Polakowi. Jest nim Piotr Kuberka, który objął stanowisko globalnego dyrektora ds. procesów podatkowych. Shell zatrudnia ponad 80 000 osób w ponad 70 krajach i coraz silniej inwestuje w polskie kadry. Międzynarodowe kariery polskich menedżerów stanowią jeden z efektów rozwoju centrum Shell Business Operations w Krakowie. Spośród jego 4000 pracowników aż 70 zajmuje globalne stanowiska.

Piotr Kuberka pracuje w Shell od 17 lat. Pod koniec 2019 roku objął w koncernie stanowisko wiceprezesa (VP) oraz jednocześnie zaczął pełnić funkcję Finance Operations Centre Lead, co oznacza najwyższego menedżera w obszarze finansów w kraju. Kuberka swoją karierę w Shell zaczął od stanowiska doradcy ds. podatkowych najpierw na Polskę, a następnie na Europę Środkowo-Wschodnią. Przed objęciem obecnego stanowiska pracował w Shell m.in. jako Tax Process Owner oraz przez niemal 5 lat lat realizował obowiązki w globalej centrali Shell w Hadze, wspierając globalne projekty standaryzacji podatkowej.

Globalny wiceprezes z Krakowa

Shell w Krakowie
Shell Business Operations Kraków

Swoją międzynarodową rolę Piotr Kuberka będzie sprawował z krakowskiego biura Shell, należącego do sieci 5 globalnych centrów energetycznego giganta. Shell Business Operations Kraków to jednocześnie jedno z największych centrów operacji biznesowych w Polsce.

Objęcie funkcji VP odbieram jako kolejny wyraz uznania dla wszystkich pracowników Shell w Polsce. Zarządzanie dużym, ponad 600-osobowym zespołem i decyzyjność w kluczowych sprawach to duże zobowiązanie. W ciągu kilkunastu lat działalności nasze centrum w Krakowie urosło od niewielkiego zespołu do 4000 pracowników działających na rzecz 10 linii biznesowych. Z roku na rok wspieramy coraz więcej ważnych międzynarodowych projektów firmy. Funkcjonując w takiej dynamice można skutecznie znaleźć drogę na szczyt
-– komentuje Piotr Kuberka.

Polska: trzeci rynek Shell w Europie

Pod względem zatrudnienia Polska jest obecnie dla Shell trzecim największym rynkiem w Europie. Samo centrum Shell Business Operations w Krakowie istnieje od 2006 roku. Na tle innych pracodawców ze swojej branży wyróżnia się pod względem zaawansowania wykonywanych zadań oraz kompetencji pracowników. W 2019 roku centrum zatrudniło blisko 1000 nowych osób. Wśród 10 linii biznesowych, które obsługuje centrum, znajdują się m.in. Finanse, Logistyka, Obsługa Klienta, Zarządzanie Zasobami Ludzkimi, Dział Prawny, Dystrybucja Paliw, Dział Zakupów, Komunikacja wewnętrzna i zewnętrzna.

Większość polskich MŚP jest zadowolona z ostatniego roku. Co planują na 2020?

Większość polskich MŚP jest zadowolona z ostatniego roku. Dla 30 proc. był on dobry, a dla 44 proc. raczej dobry – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Diners Club Polska. Mimo że wynik jest optymistyczny, z roku na rok przybywa firm, które negatywnie podsumowują swoją działalność. W 2020 r. większość przedsiębiorców skupi się na pozyskaniu nowych klientów lub utrzymaniu obecnych.

2019 rok był udany dla większości polskich firm z sektora MŚP. 30 proc. oceniło go jako dobry, a 44 proc. jako raczej dobry – wynika z badania Diners Club. Niezadowolonych z tego okresu jest 25 proc. przedsiębiorstw.

nastroje MŚP
Źródło: Badanie IBRIS na zlecenie Diners Club Polska, „Kondycja polskich MŚP”.

– Większość firm dobrze ocenia ostatnie 12 miesięcy, dlatego możemy wnioskować, że spora grupa przedsiębiorców zrealizowała swoje plany. Warto jednak zaznaczyć, że porównując wyniki z trzech ostatnich lat, zauważamy systematyczny spadek pozytywnych ocen. Z 2017 roku zadowolonych było aż 89 proc. przedsiębiorców, z 2018 już 82 proc., a z 2019 – 74 proc. Gorsze oceny są prawdopodobnie związane ze spadkiem kondycji finansowej części firm w tym roku. Niektóre z nich mogły już także odczuć spowolnienie dynamiki wzrostu gospodarczego, który był w ostatnich latach bardzo wysoki, a teraz zaczyna wyhamowywać – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska.

Z ostatniego roku najbardziej zadowolone są firmy średnie (między 50 a 249 pracowników). Jako dobry oceniła go co druga, a jako raczej dobry co trzecia. Gorzej jest w mniejszych przedsiębiorstwach. Do nieudanych, 2019 rok zaliczyła co czwarta mikro (do 9 pracowników) i co piąta mała firma (10-49 pracowników).

2020 pod znakiem klientów

Najważniejsze zadania w 2020 roku dla większości przedsiębiorstw z sektora MŚP są związane z klientami. Jak wynika z badania Diners Club Polska, 36 proc. firm jako główny cel stawia sobie pozyskanie nowych kontrahentów oraz nabywców ich produktów i usług. Na drugim miejscu (30 proc.) jest utrzymanie obecnych klientów.

– Nadal najwięcej firm z sektora MŚP chce przede wszystkim szukać nowych klientów. Warto jednak zwrócić uwagę, że odsetek przedsiębiorców, którzy skupiają się na zwiększaniu skali działania z roku na rok maleje. Jeszcze w 2017 roku taki cel na pierwszym miejscu stawiało sobie 51 proc. firm – o 15 proc. więcej niż teraz. Związane jest to między innymi z systematycznym wzrostem liczby przedsiębiorstw, które chcą się skupić na utrzymaniu obecnych klientów. Jeszcze dwa lata temu było ich zaledwie 14 proc., teraz już 30 proc. – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska.

wyzwania MŚP
Źródło: Badanie IBRIS na zlecenie Diners Club Polska, „Kondycja polskich MŚP”.

Na trzecim miejscu są inwestycje, które będą najważniejszym zadaniem dla 14 proc. firm. Z 9 do 11 proc. wzrosła liczba przedsiębiorców planujących ograniczenie kosztów. Podobnie jak w 2017 roku, 7 proc. badanych jako główny cel stawia sobie zwiększenie zatrudnienia.

– Najważniejsze zmiany w celach, jakie stawiają sobie przedsiębiorcy są związane między innymi z kondycją finansową i koniunkturą. Systematycznie rośnie liczba firm, które przewidują pogorszenie swojej kondycji finansowej. Stopniowo spowalnia także dynamika wzrostu gospodarczego. To sprawiło, że więcej przedsiębiorców chce się skupić przede wszystkim na już pozyskanych klientach oraz ograniczać koszty – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska.

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRIS) w październiku 2019 r. na podstawie wywiadów z 500. właścicielami mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski. Wykorzystano metodę telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI). Błąd oszacowania = 4 proc., poziom ufności 0,95.

Źródła finansowania europejskich MŚP

Leasing jest najbardziej istotnym źródłem finansowania dla 63% małych i średnich firm działających w Polsce – wynika z badania Komisji Europejskiej. Na poziomie europejskim pierwsze miejsce zajmuje linia kredytowa, a drugie leasing. 

Dostęp do zewnętrznego finansowania nie jest głównym zmartwieniem ani polskich ani europejskich przedsiębiorców z sektora MŚP. Według najnowszych wyników badania[1], zrealizowanego przez Komisję Europejską (KE) we wszystkich krajach Unii Europejskiej pod koniec ubiegłego roku (SAFE 2019), problem ten dotyka zaledwie 6% polskich firm z sektora MŚP. Gorzej pod tym względem mają firmy działające w Grecji (deklaracje 21% firm), na Malcie czy Liwie (po 13%), jednak średnia europejska wynosi 7%.

Istotność zewnętrznych źródeł finansowania dla polskich…

Najnowsze badanie Komisji Europejskiej dowodzi też, że leasing pozostaje najbardziej istotnym źródłem finansowania dla 63% małych i średnich firm działających w Polsce. Drugim najczęściej wymienianym instrumentem jest linia kredytowa (ważna dla 56% polskich firm MŚP), a trzecim kredyt kupiecki (istotny dla 43% małych i średnich firm). Na kolejnych miejscach znalazły się kredyty udzielane firmom przez banki (są istotne dla 36% firm) oraz dotacje (ważne dla 28% firm). Od ubiegłego roku swoje wyniki znacząco poprawiły jedynie leasing (+4%) oraz dotacje (+5%), podczas gdy ocena istotności pozostałych instrumentów pozostała na podobnym lub zbliżonym poziomie.Leasing

…i europejskich firm MŚP

Dla europejskich firm z sektora MŚP w 2019r. najbardziej istotnymi źródłami zewnętrznego finansowania były linie kredytowe (ważne dla 51% firm), leasing (istotny dla 47% europejskich firm) i kredyty bankowe (istotne dla 46% europejskich MŚP).

„Zewnętrzne instrumenty finansowe były ważne dla europejskich firm również w poprzednich latach, jednak jak podaje KE w swoim raporcie, znaczenie leasingu w latach 2014 – 2019 utrzymywało się w Europie na stabilnym poziomie, natomiast znaczenie linii kredytowej lub kredytu w rachunku bieżącym, kredytu kupieckiego i kredytów bankowych zmalało od 2015 r. Dane Komisji Europejskiej korespondują z wynikami polskiej branży leasingowej, która w ostatnich latach rozwijała się w tempie dwucyfrowym, w przeciwieństwie do innych wymienionych przez KE instrumentów” – powiedział Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu.

Wykorzystanie zew. instrumentów przez europejskie MŚP

Wyniki badania SAFE pozwalają także narysować europejską mapę korzystania z poszczególnych metod zew. finansowania przez firmy w 28 krajach UE, w ciągu ostatnich 6 miesięcy. W analizowanym czasie (kwiecień – wrzesień 2019) europejskiej firmy najczęściej deklarowały korzystanie z linii kredytowych (odpowiedzi 34% firm EU28), leasingu (24%) i kredytów bankowych (15%). Jednak korzystanie z określonego rodzaju finansowania różniło się w poszczególnych krajach. I tak linie kredytowe najczęściej były otwierane przez firmy działające w Finlandii, na Malcie, w Danii i Irlandii (deklaracje na poziomie 51% – 47% firm). Z leasingu najczęściej korzystały firmy działające w Polsce, Estonii, Finlandii, Szwecji, Niemczech i na Łotwie (odpowiedzi powyżej 30% firm). Natomiast po kredyty bankowe najchętniej sięgały firmy belgijskie, francuskie i słoweńskie (deklaracje 28% – 23% firm).

Pozyskane finansowanie było przeznaczane przez europejskiej firmy na inwestycje (40% wskazań firm EU28). Na zapasy i kapitał obrotowy postawiło 35% europejskich firm MŚP, 22% sfinansowało rekrutacje i szkolenia pracowników, natomiast 20% rozwój nowych produktów i usług.

W przypadku polskich firm na pierwszym miejscu znalazły się zapasy i kapitał obrotowy (41% deklaracji), na drugim inwestycje (36%), a na kolejnych procesy rekrutacyjno- szkoleniowe (23%) i refinansowanie zobowiązań (21%).    Źródła finansowania polskich MŚP

[1] Źródło: Komisja Europejska, Survey on the access to finance of enterprises (SAFE). 2019

Rynek korzysta na uspokojeniu nastrojów na linii USA-Iran

USA i Iran nie dążą do eskalacji konfliktu, co rynki przyjmują za zadowoleniem i porzucają bezpieczne aktywa na rzecz powrotu rajdu rynku akcji. Teraz inwestorzy powinni w coraz mniejszym stopniu reagować na doniesienia z Bliskiego Wschodu, a przerzucić uwagę na wcześniej istotne kwestie – siłę ożywienia globalnego i umowę handlową USA-Chiny.

USA zamiast dążyć do odwetu wojskowego, preferują odpowiedź w postaci sankcji na Iran i ostatecznie „chcą pokoju” z Iranem. Teheran także nie zamierza eskalować konfliktu, inaczej lepiej by celował w atakach na bazy USA w Iraku – we wrześniu w nalotach na instalacje naftowe w Arabii Saudyjskiej Iran potrafił być bardzo precyzyjny. Dla rynków to jasna informacja, że relacje USA i Iranu dalej nie będą przyjacielskie, to nie należy z tego powodu budować podwyższonej premii za ryzyko. Rynki będą teraz w mniejszym stopniu reagować na doniesienia związane z Iranem, a po tygodniu nerwowości przyszedł moment ulgi. Wracamy do tego, co stanowiło podstawę optymizmu pod koniec roku. Pierwsza faza umowy handlowej USA i Chin ma być podpisana do 15 stycznia, a z tym wiążą się nadzieje, że bez zagrożenia wybuchu wojny handlowej na większą skalę gospodarka globalna może przyspieszyć. Rynki akcji już to wyceniają, dane makro nie do końca to pokazują. Ale ostatnia paczka informacji przykrywa poprzednią, stąd opublikowane w tym tygodniu lepszy ISM dla usług i raport ADP z USA są dziś istotniejsze niż rozczarowanie w PMI/ISM z przemysłu z ubiegłego tygodnia. Jeśli jutro raport NFP wyrysuje pozytywny obraz rynku pracy USA, nowe szczyty indeksów na Wall Street nikogo nie zdziwią.

Rynek akcji korzysta najbardziej na uspokojeniu nastrojów, a ropa naftowa dołuje najsilniej. To pokazuje, jak bardzo w ostatnich dniach rynek ropy był zdominowany przez kapitał spekulacyjny, który teraz wychodzi z pozycji. Mimo to jeśli przyjąć, że gospodarka globalna ma się mieć lepiej, a członkom OPEC zależy, by na ropie zarabiać najwięcej, fundamenty w końcu dadzą wsparcie do powrotu wzrostów. Na FX ponownie wraca marazm i ograniczona skala reakcji na wahania sentymentu. Rynek wprawdzie redukuje pozycje w bezpiecznych JPY i CHF, ale już nie ma silniej przesiadki na waluty ryzykowne. AUD ma wewnętrzne problemy w związku z pożarami buszu, a CAD i NOK cierpią na korekcie cen ropy naftowej. Nie wraca też apetyt na EUR i GBP. Może to być oznaka, że inwestorów nie opuściły do końca obawy, albo jesteśmy u faktycznego kresu fali apetytu na ryzyko. Podobny wydźwięk ma fakt, że cena złota nie wróciła do poziomów sprzed wybuchu konfliktu USA-Iran.

Złoty poszedł wczoraj w ślad za innymi walutami rynków wschodzących i umocnił się do 4,23 za EUR, ale dziś już wszystko oddaje. Globalna euforia po oświadczeniu Trumpa przysłoniła konferencję prasową Rady Polityki Pieniężnej, która nie zmieniła swojego stanowiska. Rada ocenia ostatni wystrzał inflacji jako przejściowy i głównie wynikający z przesunięcia do przodu niektórych podwyżek, które bank centralny przewidywał, że wystąpią dopiero na początku 2020 r. Zdaniem prezesa Glapińskiego inflacja osiągnie swój szczyt w I kw. i potem zacznie spadać, w rezultacie czego prezes podtrzymuje swoje oczekiwania, że stopy procentowe mogą nie zmienić poziomu do końca kadencji RPP w 2022 r. Ale dla mnie (i zapewne dla większości uczestników rynku) jest jednak oczywiste, że ścieżka inflacji przesunęła się wyżej, stąd brak zmiany stanowiska RPP jest ma w tym kontekście gołębi wydźwięk. To osłabia fundamenty złotego i dalej uważam, że polska waluta jest obecnie za droga.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

5 trendów technologicznych, które wpłyną na środowisko infrastruktury cyfrowej w 2020 roku

Firma Equinix przewiduje, że hybrydowe środowiska multi-cloud, sztuczna inteligencja, cyberbezpieczeństwo, regulacje dotyczące danych i zrównoważony rozwój będą mieć kluczowe znaczenie dla przebiegu procesu cyfrowej transformacji w firmach.

Equinix, Inc. opublikował swoje przewidywania dotyczące pięciu najważniejszych trendów technologicznych na 2020 rok. Trendy te wskazują na transformację cyfrową jako czynnik o znaczeniu krytycznym. Przedsiębiorstwa dokonują jej, aby osiągnąć czołową pozycję na rynku w nowej erze cyfrowej. Ekspansja firmy Equinix obejmująca zasięgiem ponad 50 światowych rynków oraz jej pozycja lidera łączącego ze sobą ekosystemy sieci, chmur, przedsiębiorstw i niemal 10 000 klientów, daje firmie wyjątkowe i całościowe spojrzenie na najważniejsze trendy w infrastrukturze cyfrowej.

Przewidywania firmy Equinix dotyczące trendów technologicznych w 2020 roku:

1) Rozproszona infrastruktura i przetwarzanie danych na brzegu sieci przyspieszą wdrażanie hybrydowych środowisk multi-cloud:

Ponieważ firmy zaczynają korzystać z przetwarzania danych na brzegu sieci oraz hybrydowych architektur multi-cloud, w wielu branżach zachodzą ogromne zmiany. Przedsiębiorstwa coraz chętniej przenoszą procesy przetwarzania danych ze scentralizowanego centrum przetwarzania danych do infrastruktury rozproszonej oraz bliżej brzegu sieci, gdzie wymiana danych i połączenia bezpośrednie między firmami i usługami przetwarzania w chmurze gwałtownie się rozwijają.

Nadejście przetwarzania danych na brzegu sieci stało się również podstawowym czynnikiem umożliwiającym pojawienie się innych technologii, takich jak komunikacja mobilna w standardzie 5G. Umożliwi ona urządzeniom Internetu Rzeczy i innym urządzeniom brzegowym wykorzystanie szybszej łączności z danymi i przetwarzanie zasobów przy bardzo niskim opóźnieniu sieci rzędu milisekund.

Według firmy analitycznej IDC do 2023 roku ponad 50% wdrożeń nowych infrastruktur dla przedsiębiorstw będzie odbywać się na brzegu sieci, a nie w korporacyjnych centrach przetwarzania danych. Dla porównania obecnie ten wskaźnik nie przekracza 10%. Do 2024 roku liczba aplikacji pracujących na brzegu sieci wzrośnie o 800%. Raport IDC zaleca firmom podjęcie działań przygotowawczych — należy zmodernizować rozwiązania informatyczne tak, aby były one zwirtualizowane, skonteneryzowane oraz sterowane programowo, dzięki czemu będą obsługiwać przetwarzanie danych na brzegu sieci. Firmy powinny również rozważyć podjęcie współpracy z nowymi partnerami oferującymi usługi przetwarzania danych, którzy mogą usprawnić rozbudowę przetwarzania na brzegu, priorytetowo potraktować optymalizację infrastruktury oraz koszta związane z komunikacją między aplikacjami.[1]

W rezultacie Equinix przewiduje, że w 2020 roku przetwarzanie danych na brzegu sieci będzie kluczowym czynnikiem przyspieszającym wdrażanie hybrydowych środowisk multi-cloud we wszystkich segmentach biznesowych na całym świecie. Trzeci coroczny raport Global Interconnection Index (GXI) opublikowany przez Equinix szacuje, że w latach 2018-2022 liczba prywatnych połączeń bezpośrednich między przedsiębiorstwami a dostawcami usług przetwarzania w chmurze oraz usług informatycznych będzie rosnąć o 112% rocznie. Raport przewiduje, że nastąpią zmiany w tradycyjnych architekturach wysoce scentralizowanego przetwarzania w chmurze, ponieważ przedsiębiorstwa chcą rozszerzyć przetwarzanie w chmurze do brzegu sieci. Ma to na celu rozwiązanie problemów wynikających z dużego rozproszenia nowoczesnych cyfrowych aplikacji biznesowych.

Kluczowe kwestie, których rozwiązaniem jest połączenie przetwarzania danych na brzegu sieci z wdrożeniem hybrydowego środowiska multi-cloud, to:

  • Niższe opóźnienia i lepsza przepustowość — szybkie bezpośrednie połączenia o niskich opóźnieniach (<60 – <20 milisekund) są niezbędne dla firm, które chcą skutecznie wypełnić lukę w odległości pomiędzy ich aplikacjami a dostawcami usług przetwarzania w chmurze. Dzięki temu, że elastyczne i skalowalne środowiska przetwarzania w chmurze są bliżej użytkowników na brzegu sieci, dostęp do danych może być szybszy, a czas reakcji aplikacji krótszy; możliwe jest także uzyskanie oszczędności dzięki zmniejszeniu ilości przesyłanych danych.
  • Wykorzystanie zasobów hybrydowego środowiska multi-cloud przez przedsiębiorstwa — przedsiębiorstwa zazwyczaj dokonują wyboru platform chmurowych, na których umieszczą swoje aplikacje zależnie od tego, który dostawca usług przetwarzania w chmurze oferuje najlepsze usługi dla określonego obciążenia. Ta swoboda wyboru ułatwia działom informatycznym eksperymentowanie z różnymi platformami chmurowymi, dzięki czemu mogą przekonać się, która z nich zapewnia najlepszą jakość usług w najatrakcyjniejszej cenie. Ponadto bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przedsiębiorstwa wymagają elastyczności w zachowaniu kontroli i bezpiecznym, wewnętrznym uruchamianiu aplikacji biznesowych o znaczeniu krytycznym. Firmy wymagają również elastyczności w wykorzystaniu zarówno prywatnych, jak i publicznych hybrydowych środowisk chmurowych w zależności od konkretnych zastosowań.
  • Czynniki polityczne i regulacyjne — w związku z coraz częstszymi i bardziej złożonymi przypadkami naruszenia zabezpieczeń i prywatności wiele krajów stosuje przepisy regulujące, gdzie i jak dane mogą być wykorzystywane. Te wymagania dotyczące prywatności i suwerenności danych doprowadzą do powstania bardziej rozproszonych centrów przetwarzania danych oraz usług przetwarzania w chmurze, które będą utrzymywać dane lokalnie dla określonych regionów geograficznych lub krajów.

 „Jesteśmy świadkami punktu zwrotnego w historii połączeń bezpośrednich, ponieważ tempo transformacji cyfrowej wciąż przyspiesza, a infrastruktura rozproszona oparta na podejściu cloud-native i wdrożenia hybrydowych środowisk multi-cloud stają się de facto architekturą pierwszego wyboru. Możliwość bezpiecznego zarządzania i przetwarzania danych na brzegu sieci – przy jednoczesnym zapewnieniu bezpośredniej, bezpiecznej łączności o niewielkich opóźnieniach z partnerami i ekosystemami chmurowymi – stwarza nowe możliwości dostarczania bardziej wartościowych usług dla użytkowników i klientów, jak również zapewniania korzyści społeczeństwu w zupełnie nowy sposób”. – Justin Dustzadeh,  CTO w firmie Equinix.

2) Sztuczna inteligencja i Internet Rzeczy doprowadzą do powstania nowych wymagań dotyczących połączeń bezpośrednich i przetwarzania danych na brzegu sieci

Equinix przewiduje, że przedsiębiorstwa przyspieszą wdrażanie sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego dla większej liczby zastosowań wymagających coraz bardziej złożonego przetwarzania w czasie rzeczywistym ogromnych ilości danych pochodzących z wielu źródeł (czujników, Internetu Rzeczy, urządzeń elektronicznych, itp.). Samolot z tysiącami czujników sprzętowych, autonomiczny pojazd dostarczający dane telematyczne czy inteligentny szpital monitorujący stan pacjentów — każde z powyższych może samodzielnie wygenerować kilka terabajtów danych dziennie. Około 75% aplikacji działających w oparciu o sztuczną inteligencję oraz aplikacji analitycznych dla przedsiębiorstw będzie korzystać średnio z 10 zewnętrznych źródeł danych.

Aby spełnić wspomniane wymagania dotyczące skalowalności i elastyczności, firmy nadal będą korzystać z oferty dostawców usług w chmurze publicznej, przy czym zmieni się proporcja wykorzystania optymalnego zestawu funkcji sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego oferowanych w chmurze. Pozwoli im to na skuteczne wdrożenie rozproszonej, hybrydowej architektury służącej do przetwarzania danych sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego.

Equinix uważa jednak, że w przypadku wielu zastosowań dodatkowe rygorystyczne wymagania w zakresie opóźnień, wydajności, poufności i bezpieczeństwa będą skutkować tym, że niektóre dane i przetwarzanie związane ze sztuczną inteligencją oraz uczeniem maszynowym (zarówno wnioskowanie, jak i trenowanie modelu) zostaną bezpośrednio połączone ze źródłami, z których dane pochodzą oraz lokacjami, w których są one wykorzystywane. Będzie to bodziec skutkujący powstaniem nowych architektur i wzmożonego wdrażania niezależnych, sąsiadujących z wieloma chmurami, wzajemnie ze sobą połączonych centrów przetwarzania danych na brzegu sieci. Takie centra zapewniają lepszą kontrolę, możliwość przeprowadzania audytów, zgodność i bezpieczeństwo danych sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego oraz niskie opóźnienia łączności z infrastrukturami informatycznymi.

Co więcej, Equinix prognozuje, że lepsze połączenia bezpośrednie i przetwarzanie danych utorują drogę nowym rynkom danych cyfrowych, w których dostawcy oraz kupujący będą mogli łatwo i bezpiecznie zawierać transakcje na dużą skalę za pośrednictwem niezależnych centrów przetwarzania danych na brzegu sieci.

3) Wzrost liczby cyberzagrożeń wiąże się z koniecznością opracowania nowych funkcji zarządzania danymi

Światowe Forum Ekonomiczne uznało naruszenia cyberbezpieczeństwa za jedne z największych zagrożeń, przed którymi stoi nasza światowa społeczność. Nie istnieją firmy ani osoby odporne na wyzwania związane z cyberbezpieczeństwem, przed którymi stoimy dzisiaj i które czekają na nas w przyszłości. Straty finansowe spowodowane cyberatakami nadal wpływają na gospodarki na całym świecie. Szacuje się, że do 2021 roku wyniosą one 6 bilionów dolarów rocznie.[2]  Wśród decydentów IT w Polsce ponad trzy czwarte (77%) ankietowanych uznało poprawę cyberbezpieczeństwa za priorytet strategii technologicznej swojej organizacji.[3]

Wraz ze wzrostem liczby ataków oraz nowymi regulacjami dotyczącymi prywatności i ochrony danych większość firm skłania się obecnie ku dostępowi do usług przetwarzania w chmurze za pośrednictwem sieci prywatnych i przechowywaniem swoich kluczy szyfrowania w Sprzętowym Module Zabezpieczeń (HSM) w chmurze, w lokalizacji innej niż ta, której używają do przechowywania swoich danych. Ten Sprzętowy Moduł Zabezpieczeń w modelu as-a-Service (jako usługa) pozwala firmom zwiększyć poziom kontroli nad swoimi danymi i odporność operacji oraz umożliwia obsługę architektury technologii hybrydowej.

Equinix przewiduje, że w roku 2020 nowe funkcje przetwarzania danych, takie jak bezpieczne obliczenia wielostronne, w pełni homomorficzne szyfrowanie (działające na zaszyfrowanych danych) i bezpieczne enklawy (w których nawet operatorzy chmury nie mogą podejrzeć kodu wykonywanego przez klienta korzystającego z usług), zaczną wkraczać na główne rynki i pozwolą przedsiębiorstwom na bezpieczne wykonywanie obliczeń.

4) Regulacje dotyczące danych wpłyną na strategie informatyczne przedsiębiorstw

Obecnie wiele przedsiębiorstw kupuje i sprzedaje dane w celu uzyskania przewagi nad konkurencją, ale muszą one przestrzegać przepisów dotyczących ochrony danych osobowych i prywatności. Zaczęło się od rozporządzenia o ochronie danych Unii Europejskiej (RODO).  Obecnie powstają nowe lokalne przepisy, takie jak kalifornijska ustawa o ochronie prywatności konsumentów (CCPA). Wywierany jest również nacisk na przedsiębiorstwa, aby zapewniały zgodność danych z przepisami. 121 krajów albo już ogłosiło, albo są one w trakcie formułowania przepisów dotyczących suwerenności danych, które uniemożliwiają przepływ danych osobowych ich obywateli poza granice kraju.

Equinix w 2020 roku spodziewa się jeszcze bardziej wyszukanych sposobów ochrony danych osobowych, ponieważ światowe trendy przybierają na sile w kierunku surowszych lub nowych przepisów o ochronie danych. Utrudni to odnalezienie się w sytuacji firmom działającym na skalę globalną rozproszonym po wielu rynkach.  W ostatniej ankiecie przeprowadzonej na zlecenie firmy Equinix wśród 2485 decydentów ds. informatycznych na całym świecie 69% ankietowanych wskazało „przestrzeganie przepisów o ochronie danych” jako najważniejsze dla swojej działalności, podczas gdy 43% uznało „zmianę wymagań regulacyjnych w zakresie ochrony danych osobowych” jako zagrożenie dla ich firm. Jest to istotna kwestia również w Polsce. Ponad dwie trzecie (68%) polskich decydentów IT uznało, że ​​zapewnienie zgodności z prawem i przepisami jest najważniejszym wyzwaniem przy rozważaniu migracji do chmury.

Equinix przewiduje, że w 2020 roku strategie informatyczne będą coraz bardziej skupiać się na ochronie danych osobowych przy dalszym stosowaniu bezpiecznego wykrywania, klasyfikowania i szyfrowania danych osobowych. Sprzętowe moduły staną się integralną częścią architektury zabezpieczeń oraz strategii dotyczącej szyfrowania danych osobowych, a także zapewniania wysokiego poziomu bezpieczeństwa danych.

5) Transformacja cyfrowa stworzy podstawy bardziej zrównoważonego świata

Według ankiety przeprowadzonej przez Equinix 40% decydentów IT w Polsce (i 42% na świecie) zgadza się, że ”świadomość ekologiczna” dostawców firmy ma bezpośredni wpływ na ich decyzje zakupowe.[4] Transformacja cyfrowa może stopniowo ustabilizować światową gospodarkę w kontekście eksploatacji światowych zasobów naturalnych oraz potrzebie ograniczania emisji przez firmy.

W 2020 roku inicjatywy w zakresie zrównoważonego rozwoju będą prawdopodobnie podejmowane przez wiele firm na świecie, klienci oraz akcjonariusze coraz częściej oczekują od przedsiębiorstw cyfrowych, że będą przodować i wprowadzać innowacje w obszarach dotyczących odpowiedzialności za środowisko i zachowania równowagi ekologicznej. Equinix przewiduje ponadto, że innowacje cyfrowe i technologiczne pozwolą firmom pokonać przeszkody, takie jak geograficzne rozproszenie łańcuchów dostaw, złożoność materiałów oraz dekompozycja produktów. Dzięki analizom danych oraz analizom typu M2M (maszyna-maszyna) firmy mogą dopasować podaż i popyt do niedostatecznie wykorzystywanych zasobów i produktów. W połączeniu z urządzeniami mobilnymi chmura może dematerializować produkty, a nawet całe branże.

Na wybór niezależnego operatora centrów przetwarzania danych będzie coraz częściej wpływała jego polityka i postępowanie w zakresie zrównoważonego środowiska naturalnego.

Raport GXI i nasze badanie przeprowadzone wśród decydentów IT na całym świecie, w tym również Polsce, pokazują, że mamy bardzo podobne priorytety, a także wyzwania w kontekście strategii IT na kolejne lata. Podobnie jak w perspektywie globalnej, również w Polsce obserwujemy coraz większe znaczenie bezpiecznych połączeń bezpośrednich. Firmy zmuszone są do zmiany podejścia do infrastruktury IT, która musi znaleźć się bliżej użytkownika, czyli bliżej tzw. cyfrowego brzegu (digital edge). Z naszej perspektywy to trend, który będzie miał coraz większe znaczenie. Takiego podejścia wymagają od nas również klienci, żeby móc pozostać konkurencyjnym na dzisiejszym rozwijającym się rynku cyfrowym”. – Robert Busz, dyrektor zarządzający Equinix Polska

[1] IDC FutureScape: Worldwide IT Industry 2020 Predictions

[2] Źródło: Cybersecurity Ventures

[3] Ankieta przeprowadzona przez APCO Global Insight wśród 2485 decydentów ds. informatycznych w sierpniu 2019 roku

[4]  Ankieta przeprowadzona przez APCO Global Insight wśród 2485 decydentów ds. informatycznych w sierpniu 2019 roku

Warsztaty i ASO nie potrafią naprawić i serwisować samochodów elektrycznych

Trend elektromobilności coraz mocniej zaznacza swoją obecność w wielu krajach oraz w potrzebach i oczekiwaniach konsumentów. W Polsce nadal budzi jednak wiele, niestety uzasadnionych obaw. Widoczne są one zarówno po stronie nabywców oraz użytkowników, jak i salonów sprzedaży, ale także serwisów obsługi, które w ramach gwarancji, jak również po jej upływie, będą zajmowały się serwisowaniem i naprawami pojazdów elektrycznych. Obawy przed elektrykami mają również producenci komponentów z branży motoryzacyjnej przerażeni faktem, iż auta elektryczne nie tylko są mniej awaryjne, ale również potrzebują znacznie mniej części zamiennych. I choć obietnice producentów, o niskiej, lub nawet bliskiej zeru, awaryjności pojazdów elektrycznych, należy uznać za zbyt optymistyczne (czego dowiodły już testy i badania elektryków prowadzone m.in. w USA), to najbardziej powinniśmy martwić się niedostateczną dostępnością specjalistów i warsztatów, w których można już obecnie, i będzie można w przyszłości, naprawić auto elektryczne. Jak wynika z danych pochodzących z badania oraz raportu „Elektromobilność w Polsce 2019” przygotowanego przez firmę szkoleniową Nowe Motywacje, pod patronatem PSPA oraz SAMAR, zaledwie 30% autoryzowanych serwisów obsługi (ASO) miało dotychczas okazję dokonywać napraw samochodów elektrycznych, zaś niewiele ponad 35% doradców serwisowych, posiada wiedzę na temat zasad dotyczących wykonywania przeglądów i serwisowania aut elektrycznych. Czy zatem właściciele samochodów elektrycznych w Polsce będą musieli naprawiać je samodzielnie lub szukać pomocy w warsztatach niezależnych albo poza granicami kraju?

W ostatnich miesiącach 2019 roku po polskich drogach poruszało się w sumie niespełna 4900 pojazdów napędzanych tylko dzięki bateriom elektrycznym[1]. Biorąc pod uwagę fakt, że większość tych aut to samochody stosunkowo nowe, ich właściciele i użytkownicy nie muszą się obecnie martwić kwestiami napraw. Sytuacja jest jednak inna w przypadku ich serwisowania, bo choć spora część z obecnie jeżdżących po polskich drogach elektryków, jest nadal objęta gwarancją producenta, to jednak ktoś musi troszczyć się o ich sprawność i prawidłowość działania. I tu zaczynają się „problemy techniczne”.

Dane pochodzące z raportu „Elektromobilność w Polsce 2019” przygotowanego w celu sprawdzenia gotowości autoryzowanych punktów sprzedaży oraz serwisów obsługi na świadczenie usług związanych z elektromobilnością pokazują, że poziom przygotowania specjalistów odpowiedzialnych za serwisowanie oraz naprawy elektryków jest bardzo niski i wymaga szybkiego uzupełnienia.

Gotowość do serwisowania i naprawy elektryków – smutna rzeczywistość

Zaledwie 30% z przebadanych w trakcie badania ASO miało w ogóle dotychczas okazję dokonywać napraw samochodów elektrycznych. Niewiele ponad 35% doradców serwisowych, posiada wiedzę na temat zasad dotyczących wykonywania przeglądów i serwisowania aut elektrycznych, zaś niespełna 28% może powiedzieć wiele na temat technicznych aspektów ich użytkowania i awaryjności. Ponad 57% zatrudnionych w autoryzowanych serwisach doradców nie jest nawet przekonana do elektryków, które serwisują. 63% doradców zna ekonomiczne aspekty serwisowania pojazdów napędzanych energią, ale już ponad 57% nie jest w stanie udzielić informacji na temat gwarancji, dotyczącej baterii w autach elektrycznych, a zagadnienia związane z ich żywotnością są nieznane ponad 61% doradców.

Większość doradców, bo aż niemal 54% może podzielić się natomiast wiedzą dotyczącą zasad prawidłowej eksploatacji elektryków. Niemal 41% posiada rzetelną wiedzę na temat ładowania baterii, a ponad 57% również na temat sposobów, w jakie można i należy to robić. Ponad 42% może udzielić informacji na temat zużycia energii przez elektryki w różnych porach roku, a 48% wytłumaczy również co należy zrobić w przypadku awarii lub rozładowania. Ponad 57% nie wie natomiast jak wyglądają kwestie bezpieczeństwa w przypadku użytkowania pojazdów elektrycznych. Zaś 48% nie posiada wiedzy na temat sieci punktów naprawy elektryków danej marki, by móc odpowiednio pokierować posiadaczy aut elektrycznych danego producenta.

Zebrane przez nas dane, pochodzą zarówno z serwisów marek posiadających już w swojej ofercie samochody elektryczne, jak również tych, które dopiero wprowadzą je do sprzedaży. Mimo to nadal nie są one optymistyczne dla nabywców. Pokazują znaczne uchybienia merytoryczne oraz braki kompetencyjne wśród personelu, który najprawdopodobniej już niebawem, gdy trend elektromobilności zagości w Polsce na dobre, będzie odpowiedzialny za sprawność działania elektryków i bezpieczeństwo ich użytkowników. Wiedza doradców serwisowych już teraz powinna obejmować nie tylko aspekty techniczne, ale również kwestie bezpieczeństwa, prawidłowego użytkowania oraz eksploatacji pojazdów napędzanych prądem w różnych warunkach drogowych. Warto by pracownicy orientowali się też na jakie przywileje związanych z posiadaniem samochodów elektrycznych mogą liczyć ich właściciele. Pracownicy serwisów są bowiem bardzo często źródłem wiedzy dla nabywców i użytkowników, i to od ich rzetelnej informacji zależy nie tylko czy dany klient będzie odpowiednio używał swój samochód elektryczny, ale czy w ogóle go zakupi. Konieczność rozwoju i edukacji doradców nie jest jednak obecnie priorytetem dla wielu dystrybutorów i sprzedawców samochodów elektrycznych. Odkładanie jednak „na później” kwestii odpowiedniego wyszkolenia i podnoszenia kluczowych kompetencji pracowników może negatywnie wpłynąć na wyniki już po eksplozji trendu twierdzi Andrzej Trutkowski, Dyrektor Merytoryczny ds. Jakości, Trener i Konsultant w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Nie tylko w Polsce sytuacja w tym obszarze jest „trudna”. Badania przeprowadzone pod koniec 2018 roku, przez brytyjski Instytutu Przemysłu Motoryzacyjnego (Institute of the Motor Industry) pokazały bowiem, że aż 97% mechaników na Wyspach nie posiadała ani wiedzy, ani kwalifikacji niezbędnych do serwisowania i naprawiania samochodów elektrycznych. Pozostałe 3% było natomiast zatrudnione w ASO poszczególnych marek oferujących elektryki[2].

I choć zdobycie odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji niezbędnych do naprawiania i serwisowania samochodów elektrycznych to proces długotrwały, który wymaga ogromnego zaangażowania zarówno ze strony danego mechanika jak i jego pracodawcy, to jest nieunikniony, jeśli poważnie myśli się o zaznaczeniu pozycji danego warsztatu na mapie e-mobilności. Do uzyskania odpowiednich kwalifikacji może prowadzić wiele dróg, jednak ci, którzy już teraz wybiorą odpowiednie, jako pierwsi będą korzystać z owoców swoich inwestycji. Wygrają niewątpliwie te warsztaty, które zainwestują w kształcenie kadr i zaoferują posiadaczom samochodów elektrycznych niezbędny poziom obsługi, dotyczący nie tylko bieżącego serwisowania, ale również napraw aut posiadających gwarancję, a także zajmą się nimi już po jej wygaśnięciu. Lojalność posiadaczy elektryków zdobędą natomiast te punkty, w których klient uzyska dodatkowo niezbędną i użyteczną z jego punktu widzenia wiedzę. Czas zatem już dziś inwestować nie tylko w niezbędny sprzęt, ale również poziom wiedzy i kwalifikacje z obszaru e-mobilności, bo niewątpliwie jest to wiedza i kompetencje przyszłości, które przesądzą o kolejnych dekadach w branży motoryzacyjnej.

[1] http://pspa.com.pl/licznik-elektromobilnosci-polacy-czekaja-na-doplaty-z-funduszu-niskoemisyjnego-transportu-listopad-2019

[2] https://cleantechnica.com/2018/12/10/97-of-auto-mechanics-cant-work-on-electric-cars-new-report-concludes/

Za trzydzieści lat będzie nam brakować półtora miliona pracowników

Od kilku lat polskich przedsiębiorców dotyka problem niedoboru pracowników. Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) diagnozuje, że problem ten będzie się z roku na rok powiększał. Postępujący kryzys demograficzny, obniżony wiek emerytalny i duża migracja młodych pracowników za granicę sprawiają, że w polskich firmach brakuje rąk do pracy. W najbliższych latach wyzwaniem stanie się również zatrzymanie w pracy cudzoziemców, dla których swoją granicę otworzą Niemcy. Przewiduje się, że na dalszą emigrację na Zachód może wyjechać nawet 500 tysięcy pracowników. To dodatkowo uszczupli i tak już małą pulę osób, funkcjonujących na naszym rynku pracy. Eksperci nawołują państwo do podjęcia szybkich działań, mających na celu powiększenie liczby pracowników w Polsce.

– Do 2050 roku w Polsce będzie brakować półtora miliona osób na rynku pracy. Musimy skądś te osoby pozyskać – powiedziała serwisowi eNewsroom Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Musimy przejrzeć nasze regulacje i zastanowić się, czy nie możemy ich ulepszyć. Takim działaniem byłoby przede wszystkim ułatwienie zatrudnienia cudzoziemców – czyli dofinansowanie działań Wojewódzkich Urzędów Pracy oraz usprawnienie systemu. Warto również przemyśleć rozwiązania dotyczące wcześniejszego wchodzenia osób młodych na rynek pracy oraz skuteczniej wspierać zatrudnianie osób z niepełnosprawnościami. Możemy również lepiej korzystać z potencjału pracowniczego młodych rodziców i innych grup, którym aktualne prawo pracy nie pomaga w rozwoju kariery. Przede wszystkim jednak powinniśmy skupić się na osobach, które zdecydowały się odejść z rynku pracy. Zachęcanie starszych pracowników do kontynuowania kariery jest w tym momencie kluczowe – diagnozuje Szczepańska.

Spodziewane spowolnienie gospodarcze może wpłynąć na spadek cen nieruchomości. Polacy zaczną ostrożniej podchodzić do swoich inwestycji

Spodziewane spowolnienie gospodarcze może wpłynąć na spadek cen nieruchomości. Polacy zaczną ostrożniej podchodzić do swoich inwestycji 1

W 2019 roku ceny mieszkań wzrosły w prawie wszystkich większych miastach kraju. W Krakowie i Gdańsku nawet o jedna czwartą. Do zakupów nieruchomości wciąż skłaniają rosnące wynagrodzenia, a także niskie stopy procentowe, które obniżają koszt pożyczek. Jednak optymizm konsumentów może ochłodzić zapowiadane spowolnienie gospodarcze. Jeśli zaczną oni ostrożniej podchodzić do większych zakupów i zaciągania kredytów, popyt na lokale spadnie, a wraz z nim ich ceny.

Jesteśmy w kluczowym momencie, bo nadchodzi spowolnienie gospodarcze, ale z drugiej strony mamy ciągle bardzo niskie bezrobocie, rosnące wynagrodzenia, bardzo niskie stopy procentowe, więc teoretycznie wszystkie elementy, które dotychczas wpływały na wzrost popytu, ciągle działają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Sadowski, główny analityk Expandera. – Bardzo ważnym elementem w przypadku zakupu mieszkania  jest poczucie bezpieczeństwa i właśnie w związku ze spowolnieniem część osób może nie mieć tak pozytywnego nastawienia do swojej sytuacji ekonomicznej.

Jak wynika z grudniowego raportu Expandera i Rentier.io, ceny mieszkań w największych 15 miastach w ubiegłym roku zwiększyły się średnio o 13 proc., najmocniej – o jedną czwartą – wzrosły w Krakowie i Gdańsku (22 proc.). W stolicy odnotowano 14-proc. wzrost. Jedynym rynkiem, na którym można było kupić lokum taniej niż przed rokiem, była Gdynia (spadek o 7 proc.). Wzrosła także liczba oddanych i budowanych mieszkań. Od stycznia do listopada według danych GUS oddano do użytkowania 184,3 tys. mieszkań, tj. o 11,6 proc. więcej niż przed rokiem, w tym deweloperzy przekazali 116,3 tys. lokali mieszkalnych, a to wzrost aż o 17 proc. Rozpoczęto natomiast budowę jeszcze większej liczby mieszkań – 221,4 tys. ogółem i 113 tys. na sprzedaż lub wynajem. To odpowiednio o 5,0 proc. i 5,5 proc. więcej w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku.

Na ceny mieszkań wpływa bardzo wiele elementów: to, jak drogi czy tani jest kredyt, ale też to, czy stać nas na spłatę kredytu, jaką mamy pracę i wynagrodzenie. Jeżeli nasze wynagrodzenia rosną w dość szybkim tempie, to zachęca nas do zakupu mieszkania i jesteśmy w stanie płacić za nie coraz więcej – wylicza Jarosław Sadowski. – W związku z nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym banki zaczęły obawiać się tego, czy nie będzie w przyszłości  problemów ze spłatą, i zaostrzały w ostatnim czasie kryteria przyznania. Podwyższały również trochę koszty kredytów, co może negatywnie oddziaływać na popyt.

Dzięki wzrostowi wynagrodzeń koszty te nie są jednak wyraźnie odczuwalne i nie zmniejszają zdolności kredytowej kupujących lub zmniejszają ją w niewielkim stopniu. W trzech kwartałach 2019 roku wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw wzrosły o 6,8 proc., a w jednostkach sfery budżetowej – o 7,0 proc. Siła nabywcza przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej była o 5,1 proc. wyższa niż przed rokiem.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w okresie styczeń–listopad 2019 roku banki udzieliły o 3,2 proc. więcej kredytów mieszkaniowych, ale na wartość wyższą o 14,3 proc., niż w analogicznym okresie zeszłego roku, co dowodzi, że Polacy zadłużali się na większe kwoty. Największe podwyżki kosztu kredytów w bankach dotyczą zwłaszcza osób z najniższym (10-proc.) wkładem własnym. Ich średnie oprocentowanie wzrosło od grudnia ubiegłego roku z 4,08 proc. do 4,21 proc.

Jeżeli mieszkanie kosztuje więcej, niż się spodziewaliśmy, ale ciągle chcemy je kupić, bo np. nastawiliśmy się na większe dwupokojowe mieszkanie lub chcemy mieć dziecko, nie zmieniamy swoich planów, tylko podwyższamy kwotę kredytu. Stać nas na to dzięki temu, że mamy coraz wyższe wynagrodzenia – tłumaczy główny analityk Expandera. – Sprzyja temu również to, że ciągle mamy bardzo niskie stopy procentowe w naszym kraju.

Po dwóch latach rekordowych wzrostów branża PR spodziewa się niewielkiego spowolnienia. Rynek będzie się konsolidował

Po dwóch latach rekordowych wzrostów branża PR spodziewa się niewielkiego spowolnienia. Rynek będzie się konsolidował 2

Ubiegły rok w branży PR upłynął pod znakiem walki z dezinformacją i nadużywaniem terminu „public relations” niezgodnie z definicją, problemów z rekrutowaniem jakościowych kadr i dalszego, rosnącego wpływu technologii. Agencje zaliczają go do udanych, o czym świadczy wysoki, dwucyfrowy wzrost rynku. – W 2020 roku branża nie spodziewa się już tak dobrych wyników, ale za to będzie w coraz większym stopniu pełnić funkcję strategicznego doradcy firm – podkreśla prezes Związku Firm Public Relations. Jego zdaniem w kolejnych latach będziemy mieć do czynienia z konsolidacją branży.

 Rok 2020 dla branży PR będzie kolejnym okresem wzrostu. Być może nie tak dynamicznego jak poprzednie dwa lata, bo wszyscy spodziewamy się spowolnienia koniunktury gospodarczej. Obserwujemy rosnącą presję regulacyjną. To, co wiąże się z debatą wokół zmian klimatycznych czy plastiku, powoduje, że zarówno w Polsce, jak i na poziomie międzynarodowym będą powstawały regulacje wymagające umiejętnie prowadzonego dialogu i prezentowania swojego stanowiska. Cały tzw. sektor policy będzie rozwijał się dynamicznie, a w branży PR będziemy obserwować pewne przesunięcie w kierunku strategicznego doradztwa – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Szczepański, prezes Związku Firm Public Relations.

Potwierdza to także ostatni „World PR Report 2020”, przygotowany przez International Communications Consultancy Organisation (ICCO). Wynika z niego, że zdaniem 46 proc. ankietowanych CEO i dyrektorów agencji PR doradztwo strategiczne – obok zarządzania reputacją korporacyjną – będzie jednym z głównych obszarów wzrostu branży w perspektywie nadchodzących pięciu lat. Z kolei 29 proc. zauważyło już wzrost znaczenia tego obszaru w ciągu ubiegłego roku. To oznacza, że rola agencji zaczyna coraz bardziej wykraczać poza tradycyjne media relations.

Przedstawiciele branży zgodnie zauważają też, że ubiegły rok upłynął pod znakiem zmian klimatu, kwestii środowiskowych i CSR-u, które coraz mocniej zaznaczają się w komunikacji. Firmy coraz chętniej prezentują swoje działania w kontekście spraw istotnych społecznie.

– W ubiegłych latach mówiliśmy o upadku prawdy wobec rozwoju technologii. Wobec upowszechnienia technologii deep fake prawdopodobnie niedługo będziemy już mówić o końcu prawdy, bo coraz trudniej będzie odróżnić informację od dezinformacji – mówi Grzegorz Szczepański. – Dla naszej branży oznacza to jednak szansę: całe środowisko mediów będzie się przekształcać i kluczowa stanie się rola konsultantów, którzy będą przewodnikami w tym procesie. Dlatego uważam, że kolejna dekada będzie czasem powrotu PR do public relations, do nareszcie prawdziwego znaczenia tego zawodu. O ile poprzednia była czasem influencerów i rewolucji informacyjnej, o tyle ta nowa będzie dekadą biznesu idei, ekonomii wartości i drugiej rewolucji technologicznej.

Prezes ZFPR podkreśla też, że obok walki z dezinformacją branża wciąż zmaga się z kryzysem wizerunkowym i błędnym określaniem zawodu specjalisty PR. Termin „public relations” często w ostatnich latach bywał utożsamiany z „propagandą” czy „manipulacją”. Potwierdza to też ubiegłoroczny raport „Cała prawda o PR, czyli jak o PR mówią media” inicjatywy „PR. Bez komentarza”. Wynika z niego, że w blisko połowie przekazów medialnych PR pojawia się w kontekście negatywnym, a tylko w 10 proc. – w pozytywnym. W większości przypadków termin ten używany jest niezgodnie z definicją, która zakłada kształtowanie trwałych relacji pomiędzy organizacją a jej interesariuszami. Dlatego wyzwaniem dla branży pozostaje edukacja w zakresie tego, czym faktycznie zajmują się agencje i specjaliści PR.

– W 2019 roku, który był rokiem wyborczym, nastąpiła brutalizacja języka publicznego, a co za tym idzie, odnotowaliśmy rekordową liczbę nadużyć terminu public relations do określania zjawisk takich jak propaganda czy po prostu dezinformacja. Branża się broniła: to był rok, w którym mówiliśmy więcej o etyce, powstawały kolejne normy i kodeksy etyczne. Po raz pierwszy pokazaliśmy też tę dobrą twarz branży PR, czyli promowaliśmy projekt PR pro bono. W tej chwili już około 30 proc. działających w Polsce agencji realizuje w sposób systemowy projekty non profit – mówi Grzegorz Szczepański.

Jak zauważa prezes ZFPR, trendem, którego można spodziewać się w 2020 roku, będzie konsolidacja rynku. To naturalny etap dojrzałości tego sektora.

– Branża PR w Polsce jest w stanie realizować projekty na najwyższym światowym poziomie. Nauczyliśmy się tego fachu na poziomie międzynarodowym, ale ciągle nie umiemy z tego zrobić dużego biznesu. To tak, jakbyśmy dysponowali najlepszą załogą żeglarską, a kazali jej pływać po Zalewie Zegrzyńskim. Dlatego to musi być rok, w którym polski rynek zacznie się konsolidować. Jest na nim miejsce dla co najmniej trzech–pięciu agencji zatrudniających powyżej 100 osób każda. W tej chwili nie mamy takiej ani jednej, podczas gdy Czesi mają już trzy – mówi Grzegorz Szczepański.

Jak podkreśla, agencje PR niespecjalnie obawiają się spowolnienia gospodarczego, ponieważ polski rynek cały czas stwarza duże możliwości rozwoju i wzrostów. Chociaż w 2020 roku prawdopodobnie niemożliwe będzie osiągnięcie wysokich wyników z poprzednich dwóch lat, to poziom 5–6 proc. wzrostu jest do osiągnięcia. I to mimo tego że branży tej nie omijają problemy związane z rekrutowaniem specjalistów.

 Pozyskanie i utrzymanie jakościowych kadr cały czas pozostaje wyzwaniem. Część tego problemu leży w demografii, ale z drugiej strony niewystarczająco płacimy naszym kolegom w branży. To z kolei wiąże się z faktem, że w niewystarczającym stopniu obciążamy naszych klientów za jakościową pracę – mówi Grzegorz Szczepański.

Problemy z rekrutowaniem kadr to problem nie tylko polskiego, ale i globalnego rynku. Jak wynika z „World PR Report 2020”, w perspektywie nadchodzącej dekady najbardziej pożądanymi umiejętnościami będą m.in. research i planowanie (44 proc.), analiza danych i mierzenie efektów działań (42 proc.) oraz kreatywność (37 proc.). Branża spodziewa się jednak problemów z rekrutowaniem specjalistów o takich kompetencjach. Wynika to po części z trudności w efektywnym mierzeniu efektów działań PR, które przekładają się na zbyt niską wycenę usług i zbyt niskie płace.

Mimo rynkowych trudności ubiegły rok branża PR zalicza do udanych, co potwierdza rekordowa XVII edycja Złotych Spinaczy, czyli konkursu organizowanego przez ZFPR, w ramach którego przyznawane są nagrody dla najskuteczniejszych, najbardziej kreatywnych i najlepiej przygotowanych kampanii, działań komunikacyjnych i agencji PR.

 Mieliśmy 331 zgłoszeń. W tej chwili Złote Spinacze są już drugim największym tego typu konkursem w Europie – mówi Grzegorz Szczepański.

Ogłoszenie wyników i rozdanie nagród w tegorocznej edycji Złotych Spinaczy odbyło się podczas uroczystej gali 6 grudnia. Jury przyznało: 20 Złotych, 34 Srebrne oraz 29 Brązowych Spinaczy w łącznie 31 kategoriach konkursowych. Nagrodę Publiczności, której zwycięzca jest wyłaniany w głosowaniu internautów, otrzymały OLX wraz z agencją 180heartbeats + Jung v Matt za projekt: „A co gdyby? – OLX piętnuje najgorsze zachowania w sieci”. Agencja Big Picture otrzymała Tytanowy Spinacz trzeci rok z rzędu, z kolei Gwiazdą PR – czyli nagrodą dla osoby szczególnie zasłużonej w branży – wyróżniono Piotra Czarnowskiego, założyciela pierwszej w Polsce firmy zajmującej się public relations (First Public Relations).

Rutynowa morfologia pomaga wcześnie wykryć nowotwory krwi. Lekarze postulują powrót tego badania w ramach medycyny pracy

Rutynowa morfologia pomaga wcześnie wykryć nowotwory krwi. Lekarze postulują powrót tego badania w ramach medycyny pracy 3

W Polsce z nowotworami hematologicznymi zmaga się ponad 100 tys. pacjentów, a każdego roku taką diagnozę słyszy około 6 tys. osób. Przyspieszyć rozpoznanie choroby może proste badanie – morfologia krwi obwodowej. To właśnie na jej podstawie diagnozowanych jest m.in. aż 40 proc. przypadków przewlekłej białaczki szpikowej – wskazują eksperci kampanii „Odpowiedź masz we krwi”. Podkreślają oni potrzebę powrotu rutynowej morfologii do pakietu badań wykonywanych obowiązkowo w ramach medycyny pracy. Rok 2019 przyniósł wiele pozytywnych zmian dla pacjentów hematologicznych, jednak specjaliści wskazują szereg wyzwań na kolejne miesiące.

Według Krajowego Rejestru Nowotworów liczba zachorowań na nowotwory układu krwiotwórczego i chłonnego wzrosła ponad dwukrotnie w ciągu ostatnich trzech dekad. Wczesne rozpoznanie choroby jest kluczowe dla skuteczności terapii. Podstawowym badaniem, które pozwala lekarzowi pierwszego kontaktu wykryć nieprawidłowości, jest morfologia krwi obwodowej, która – jak wskazują eksperci – powinna być wykonywana raz do roku.

– Lekarze rodzinni są bardzo ważni we wczesnej diagnostyce chorób onkologicznych, w tym hematoonkologicznych – mówi agencji Newseria Biznes dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce. – Warto, żebyśmy mówili pacjentom, że takie badanie należy wykonać corocznie, nawet kiedy nie ma objawów. Natomiast jeśli pacjenci mają niepokojące objawy, wtedy należy to badanie wykonać jak najszybciej. Badanie morfologiczne jest kluczem do wykrycia wielu różnych chorób.

Przykładowo aż 40 proc. rozpoznań przewlekłej białaczki szpikowej jest stawianych na podstawie morfologii krwi obwodowej wykonywanej rutynowo – wskazują eksperci kampanii „Odpowiedź masz we krwi”. Podkreślają oni, że wciąż wielu Polaków zbyt rzadko wykonuje to badanie. Dlatego są zgodni – morfologia krwi obwodowej powinna wrócić do pakietu badań wykonywanych obowiązkowo w ramach medycyny pracy. Badanie to zostało z niego wykreślone w 1996 roku.

Morfologia krwi została wykreślona z pakietu badań wykonywanych u lekarza medycyny pracy prawie 25 lat temu i wszyscy jesteśmy zgodni, że powinna do niego jak najszybciej wrócić. To bardzo ważne badanie, gdyż na jego podstawie możemy rozpoznać wiele chorób, w tym nowotworowych. Mamy dostęp do nowoczesnych leków, do zaawansowanej diagnostyki, a w pakiecie badań wykonywanych obowiązkowo u lekarza medycyny pracy brakuje podstawowego badania, czyli morfologii krwi – mówi prof. dr hab. n. med. Ewa Lech-Marańda, konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

Eksperci podkreślają, że w ciągu ostatnich kilku lat w hematologii i hematoonkologii dokonał się ogromny postęp. Pacjenci mają dostęp do szerokiej grupy leków, a hematologia onkologiczna staje się coraz bardziej spersonalizowana.

– Najważniejszą zmianą, która zaszła na przestrzeni ostatnich lat, był rozwój diagnostyki molekularnej. W tej chwili wiele chorób krwi diagnozujemy na poziomie genów, co więcej, zmiany we krwi – obecność komórek z określonymi genami – są śledzone i wykorzystywane do monitorowania terapii – mówi prof. dr hab. n. med. Wiesław Wiktor Jędrzejczak, hematolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W 2019 roku zapadło wiele pozytywnych decyzji refundacyjnych. Pacjenci uzyskali dostęp do sześciu nowych cząsteczek, dokonano istotnych zmian w dwóch programach lekowych, które umożliwiły szerszy dostęp do terapii. Ale najważniejszym wyzwaniem na 2020 rok jest możliwość refundacji nowoczesnej technologii CAR-T w Polsce – dodaje prof. Ewa Lech-Marańda.

Poprawa wykrywalności chorób hematologicznych poprzez edukację na temat. objawów i istoty wczesnej diagnostyki w powodzeniu terapii to główny cel kampanii edukacyjnej „Odpowiedź masz we krwi”.

– To kampania z prostym przesłaniem, prowadzona już od półtora roku. Jest realizowana na terenie całego kraju, dołączają do nas coraz to nowe miejscowości i kolejne placówki. Prowadzimy ją też m.in. w bibliotekach, gdzie rozdajemy specjalne zakładki z informacjami o tym, jak ważna jest morfologia krwi. Kampania ta jest również skierowana do lekarzy rodzinnych – mówi Aleksandra Rudnicka, rzecznik Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

ŹRÓDŁA:

Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych, „Wrzesień miesiącem nowotworów krwi”, https://www.pkopo.pl/aktualnosci/2018/500 [Dostęp: 2.01.2019]

Dr hab. T. Sacha (CM UJ, Kraków), „Przewlekła białaczka szpikowa”, https://hematoonkologia.pl/informacje-dla-chorych/news/id/3466-przewlekla-bialaczka-szpikowa

„Hematologia onkologiczna – aspekty kliniczne, ekonomiczne i systemowe”, Warszawa 2015, http://instytuty.lazarski.pl/fileadmin/user_upload/iooz/Publikacje/Raport_Hematologia.pdf

W Polsce prawie połowa gatunków motyli zagrożona jest wyginięciem. Przyczynia się do tego szkodliwa działalność człowieka

W Polsce prawie połowa gatunków motyli zagrożona jest wyginięciem. Przyczynia się do tego szkodliwa działalność człowieka 4

W ciągu ostatnich lat spada liczba owadów na świecie – alarmują naukowcy z Uniwersytetu w Sydney i podkreślają, że w przyszłości może wyginąć nawet do 40 proc. znanych nam obecnie gatunków. Najbardziej zagrożone są motyle. Zdaniem ekspertów, jeśli nie powstrzymamy wymierania ich populacji, skutki mogą okazać się katastrofalne. Konsekwencje będą widoczne zarówno dla poszczególnych ekosystemów, jak i całego środowiska. Za przyczynę obecnego stanu należy uznać głównie szkodliwą i rabunkową działalność człowieka.

Wiele gatunków motyli dziennych oraz nocnych zagrożonych jest wyginięciem. Spośród motyli dziennych w Polsce prawie połowa gatunków jest na nie narażona. Wprawdzie są kraje, gdzie ubytek gatunków jest większy niż u nas, ale trzeba podkreślić, że kilka gatunków zniknęło już z polskiej fauny – mówi agencji Newseria dr hab. Marcin Sielezniew z Pracowni Biologii Ewolucyjnej i Ekologii Owadów na Wydziale Biologii Uniwersytetu w Białymstoku.

Przykładowo, w Bawarii żyje dziś 71 gatunków motyli, podczas gdy 180 lat temu było ich 117. W hrabstwie Suffolk w Wielkiej Brytanii pod koniec XIX i XX wieku wyginęło 42 proc. gatunków tych owadów. Podobne tendencje naukowcy obserwują także w Japonii, Ameryce Północnej, Brazylii, RPA i Australii. W Polsce sześć gatunków motyli dziennych jest krytycznie zagrożonych wyginięciem. To gatunki rzadkie, występujące lokalnie i zajmujące wąskie nisze ekologiczne. Wśród nich są m.in. szlaczkoń szafraniec, strzępotek edypus czy czerwończyk fioletek. Kolejne 21 gatunków jest zagrożone wyginięciem, 30 jest narażonych na wyginięcie, a dziewięć – bliskich zagrożeniu.

Przyczynę takiego stanu rzeczy należy upatrywać głównie w działalności człowieka – intensyfikacji rolnictwa, fragmentacji krajobrazu na skutek zabudowy, a także zaniechania użytkowania niektórych terenów – mówi dr hab. Marcin Sielezniew.

Ekspert zwraca uwagę, że motyle jako pierwsze reagują, gdy w środowisku zachodzą niekorzystne zmiany. W konsekwencji obserwacja ich zachowania może stanowić wskazówkę, a zmniejszenie liczby populacji poszczególnych gatunków należy uznać za czynnik wysoce alarmujący.

– Motyle wydają się grupą, która człowiekowi nie jest do niczego potrzebna. Nie jest to jednak prawda. Pamiętajmy o tym, że istnieje wiele gatunków motyli i pełnią one istotną funkcję w ekosystemie – mówi ekspert Wydziału Biologii Uniwersytetu w Białymstoku

Motyle i ćmy stanowią pożywienie dla wielu gatunków zwierząt. Pełnią także funkcję zapylającą.

Jak podkreśla dr hab. Marcin Sielezniew, każdy z nas może pomóc przeciwdziałać temu zjawisku, np. przez rzadsze koszenie łąk i działek. Już jednorazowe, niskie, mechaniczne skoszenie w nieodpowiednim terminie może zagrozić całej populacji motyli na danym terenie, a wskutek zaorania lub stosowania środków ochrony roślin może dojść do zniszczenia całego siedliska. Eksperci alarmują, że jeśli nie zdecydujemy się na zmianę dotychczasowej szkodliwej gospodarki ziemi, motyle będą nadal tracić swoje siedliska i ekosystemy.

– W gospodarce rolnej działania powinny skupiać się na ograniczeniu koszenia łąk i dopasowywaniu terminów koszenia do potrzeb biologii motyli – zwraca uwagę biolog z Uniwersytetu w Białymstoku.

Aby zapobiec pogarszaniu się obecnej sytuacji, naukowcy wraz z Veepee Polska, multibrandowym sklepem online, postanowili zorganizować akcję „Ratujemy motyle”. Działania mają na celu objąć opieką czerwończyka fioletka, jednego z najmniejszych i najbardziej efektownych motyli występujących w naszym kraju. Jest to gatunek łąkowy, który żyje głównie na nizinach.

W ramach akcji „Ratujemy motyle” chcemy objąć ochroną teren naturalnego występowania tego gatunku. Chcielibyśmy również wspomóc tę populację dzięki sztucznej hodowli. Do akcji może dołączyć każdy, kto wie, że w znajomych mu okolicach występuje czerwończyk fioletek. Motyl ten wymaga zacisznych terenów, najczęściej lokuje się w pobliżu rośliny zwanej rdestem wężownikiem – tłumaczy dr hab. Marcin Sielezniew.

Akcja „Ratujemy motyle” ma także na celu zachęcić do tworzenia podobnych inicjatyw ekologicznych. Rosnąca świadomość społeczna pozwoli ocalić gatunki motyli, które zagrożone są wyginięciem. Ekspert ma nadzieję, że w przyszłości podobnymi działaniami zainteresują się media i wesprą je rozpoznawalne osoby.

Chcemy pokazać, że warto inwestować w przyrodę, tworzyć prywatne rezerwaty. Marzy nam się wprowadzenie mody na posiadanie łąk z motylami – dodaje.

Co czwarty polski pracownik biurowy jest bardzo szczęśliwy w swojej firmie. Częściej satysfakcję z pracy czerpią kobiety niż mężczyźni

Co czwarty polski pracownik biurowy jest bardzo szczęśliwy w swojej firmie. Częściej satysfakcję z pracy czerpią kobiety niż mężczyźni 5

Szczęśliwy pracownik wykazuje się większą produktywnością, kreatywnością i ochotą do pracy, a to wpływa na wyniki firmy. Z międzynarodowej ankiety Mindspace przeprowadzonej wśród pracowników biurowych wynika, że najczęściej to Amerykanie i Niderlandczycy wykazują zadowolenie z pracy. W Polsce 25 proc. pracowników biurowych jest bardzo szczęśliwych z powodu wyjścia do pracy, a kolejne 58 proc. jest zazwyczaj szczęśliwych. W przeciwieństwie do innych krajów u nas to kobiety odczuwają wyższy poziom szczęścia w pracy niż mężczyźni.

W globalnym badaniu Mindspace „Employee Happiness Survey” przeprowadzonym w 2019 roku wśród 5 tys. pracowników biurowych w siedmiu krajach (Izraelu, Polsce, Rumunii, Niemczech, Niderlandach, Wielkiej Brytanii i USA) okazało się, że to amerykańscy pracownicy są najbardziej szczęśliwi.

– Ponad 90 proc. ankietowanych wyraża swoje zadowolenie z chodzenia do pracy – mówi agencji Newseria Biznes Michał Kwinta z Mindspace Koszyki. – W Europie najlepszy wynik – z odpowiedziami na bardzo wysokim poziomie 90 proc. – uzyskały Niderlandy. Polska plasuje się w połowie stawki.

W naszym kraju ponad 80 proc. pracowników biurowych określa siebie jako bardzo lub umiarkowanie szczęśliwych w pracy. Najmniej zadowoleni są pracownicy brytyjskich biur. Prawie jedna czwarta z nich nie jest w pracy bardzo szczęśliwa lub nie jest szczęśliwa w ogóle.

Zgodnie z wynikami naszej ankiety co trzecia osoba wskazała, że największą przeszkodą w byciu szczęśliwym pracownikiem jest niewystarczająca pensja. Podobny odsetek respondentów wskazał środowisko, w którym pracuje – mówi Michał Kwinta.

To wpływa na zaangażowanie lub jego brak wśród pracowników. Badanie wykazało, że najbardziej zaangażowani są pracownicy w Stanach Zjednoczonych i w Polsce, a najmniej – w Wielkiej Brytanii. Często wskazują oni, że chcą mieć w pracy poczucie celu i osiągać określone wyniki. W Polsce i Izraelu co piąty pracownik poszukuje w pracy możliwości rozwoju osobistego, podczas gdy w USA i krajach Europy Zachodniej – tylko co ósmy.

Szczęśliwy pracownik to szczęśliwy zespół, który daje z siebie wszystko, co może przełożyć się w głównej mierze na świetne wyniki finansowe firmy – mówi Michał Kwinta.

To z tego powodu szczęście pracowników powinno być priorytetem dla pracodawców.

Wiele aspektów wpływa na poziom szczęścia pracowników. Na pewno należy do nich poczucie wartości i wyznaczonego celu. Kolejna kwestia to elastyczność w podejściu pracodawcy do pracownika, która daje mu komfortowe warunki pracy. Bardzo ważnym aspektem są kwestie środowiskowe – warunki pracy, dostęp do światła dziennego, design przestrzeni biurowych, które pozwalają na kreatywną i twórczą pracę – mówi senior community manager w Mindspace Koszyki.

Równie ważnym aspektem budującym poziom zadowolenia wśród pracowników są benefity socjalne.

Zgodnie z informacjami, które dostaliśmy od naszych ankietowanych, najbardziej wartościowe są benefity związane ze strefą wellness – podkreśla Michał Kwinta. – Dodatkowo ważne są wszelkiego rodzaju spotkania networkingowe, budujące relacje pomiędzy pracownikami. To jest coś, z czego bardzo często korzystamy w Mindspace. Raz w tygodniu organizujemy Mindspace Hour, kiedy cała nasza wspólnota zbiera się w jednym miejscu, przy dobrym jedzeniu, przy interaktywnych prezentacjach, dzięki czemu możemy poznawać siebie i budować między sobą relacje.

W pierwszym kroku firmy powinny badać poziom szczęścia i zaangażowania wśród pracowników. Wciąż jednak nie jest to powszechna praktyka, szczególnie wśród mniejszych przedsiębiorstw. Globalnie co piąta firma nie przeprowadza oceny zaangażowania pracowników. W Polsce odsetek ten wynosi 16 proc., z czego jedną trzecią stanowią małe firmy zatrudniające do 20 osób. Zupełnie inaczej jest w korporacjach, spośród których 90 proc. robi to regularnie.

– Badanie satysfakcji pracowników jest najpopularniejsze w Stanach Zjednoczonych. Dzięki temu pracodawcy wprowadzają w swoich przedsiębiorstwach  zmiany, które powodują, że pracownicy o wiele chętniej przychodzą do pracy – mówi Michał Kwinta. – Najgorzej pod tym względem wypadł Izrael.

W Stanach Zjednoczonych 18 proc. firm nie przeprowadza oceny zaangażowania pracowników, natomiast w Izraelu nie robi tego 31 proc. z nich.

CES 2020: Innowacyjne, ekologiczne pudełka zrewolucjonizują branżę e-commerce. Naszpikowane czujnikami mogą być wykorzystywane tysiące razy

Dynamiczny rozwój branży e-commerce negatywnie odbija się na środowisku. Wraz z popularyzacją zakupów przez internet rośnie liczba odpadów pochodzących z opakowań po zamówieniach. Aby ograniczyć negatywny wpływ tego sektora gospodarki na środowisko, powstają inicjatywy, które mają ograniczyć ilość produkowanych śmieci. Projektuje się inteligentne pudełka, systemy śledzenia zamówień, a nawet jadalne opakowania, które można wykorzystać w przemyśle spożywczym.

– Na całej planecie każdego roku w obiegu jest ponad sto miliardów kartonowych opakowań po zakupach przez internet. Liczba ta rośnie o 20 proc., a nasza planeta traci miliard drzew, nie włączając w to plastikowych zabezpieczeń, które lądują w oceanach. Próbujemy rozwiązać ten problem przy użyciu inteligentnego pudełka – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas targów CES 2020 w Las Vegas Emmanuel Lemor, dyrektor działu ds. doświadczeń konsumenckich w LivingPackets.

Opakowania THE BOX zaprojektowano w taki sposób, aby mogły służyć dostawcy niemal bez przerwy. Wyposażono je w szereg czujników, które monitorują temperaturę i wilgotność przesyłki, a ich wnętrze można dowolnie konfigurować, aby wyeliminować konieczność korzystania z folii bąbelkowej zabezpieczającej zawartość przesyłki. Zrezygnowano także z klasycznej papierowej etykiety i zastąpiono ją panelem E-ink, który wyświetla aktualny adres odbiorcy. Po dostarczeniu paczki opakowanie może wrócić do dalszego obiegu.

– Wszyscy robimy zakupy przez internet, a zamawiane produkty dostarczane są w kartonowych pudełkach. Nasze pudełko może być wielokrotnie wykorzystane, nawet tysiąc razy wracać do obiegu dzięki zamontowanej w środku baterii. Po ukończeniu cyklu tysiąca wysyłek trafia do konserwacji. Zasadniczo może krążyć pomiędzy sprzedawcą a klientem czy między klientami bez końca – przekonuje Emmanuel Lemor.

Na inteligentne paczki postawiła także firma Sensize, która opracowała wielkoskalowy system kontroli opakowań funkcjonujący w ramach internetu rzeczy. Korporacja zaprojektowała usługę, która pozwala śledzić aktualne położenie skrzyń, palet czy kontenerów. Narzędzie opracowano z myślą o supermarketach, przewoźnikach i producentach sprzętu, którzy dotychczas nie mieli możliwości monitorowania zużycia opakowań tego typu.

Z kolei firma Smurfit Kappa zaprojektowała ekologiczne opakowania wielokrotnego użytku do transportu ładunków w kontrolowanych warunkach. Skrzynie TCPack wyposażono w warstwę izolacyjną wykonaną z biodegradowalnej, bezpiecznej dla środowiska celulozy, która reguluje temperaturę we wnętrzu przesyłki. Opakowania opracowano głównie z myślą o wykorzystaniu w przemyśle farmaceutycznym oraz żywieniowym.

Na szeroką skalę opakowania wielokrotnego użytku testowała także firma Zalando, która pod koniec 2019 roku przeprowadziła pilotażowe testy kartonów zwrotnych w państwach skandynawskich. Przez cztery tygodnie firma dostarczała przesyłki w torbach, które po rozpakowaniu można było za darmo odesłać do dystrybutora. Jeśli przeszły przez proces weryfikacji jakości, były ponownie wykorzystywane do dostarczania kolejnych produktów. Firma liczy na to, że w przyszłości taki model uda się wdrożyć na szeroką skalę.

Zgoła odmienne podejście do opakowań zaprezentował estoński start-up Decomer Technology, który zainteresował inwestorów jadalnymi opakowaniami. Firma planuje wypuścić na rynek opakowania wykonane z jadalnych materiałów pochodzenia organicznego, które mogłyby zostać wykorzystane w przemyśle spożywczym.

LivingPackets swoje pudełko The BOX już testuje, m.in. we współpracy z Orange. Pudełko naszpikowane jest czujnikami, dzięki którym zawsze wiadomo co się dzieje z przesyłką. Druga wersja produktu, która pojawi się na rynku w maju lub czerwcu, ma być wyposażona także w kamerę.

– Za każdym razem, gdy zielony uchwyt jest otwierany, za aplikacja przesyła powiadomienie o próbie otwarcia. Powiadomienie jest również wysyłane w przypadku wstrząsu, na przykład upuszczenia pudełka, lub kiedy przesyłka znajduje się w strefie nadmiernie podwyższonej temperatury. To samo dzieje się w przypadku zwiększonej wilgotności – tłumaczy ekspert.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku inteligentnych przesyłek w 2019 roku wyniosła 36,81 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 46,25 mld dol.

CES 2020: Co roku 5 milionów osób przechodzi rehabilitację po udarze mózgu. Dzięki wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości terapia jest znacznie szybsza i przynosi lepsze efekty

Udar co roku dotyka 15 milionów ludzi. Z tego 5 milionów umiera, a kolejne 5 milionów jest trwale niepełnosprawnych. W USA pół miliona osób każdego roku przechodzi żmudną rehabilitację. Dzięki nowym technologiom cały proces jest znacznie przyjemniejszy, przynosi też znacznie lepsze efekty niż podczas tradycyjnych zabiegów. Firma Neofect zaprezentowała podczas CES 2020 Neofect Smart Balance. Nowe urządzenie rehabilitacyjne wykorzystuje rozszerzoną rzeczywistość, aby pomóc pacjentom  wyzdrowieć po udarze i odzyskać pełną sprawność.

– Do tej pory pracowaliśmy nad urządzeniami skupiającymi się na górnych kończynach, jednak dzięki informacji zwrotnej od klientów przygotowaliśmy urządzenie do pracy nad kończynami dolnymi. Tak powstał Smart Balance, który wspomaga ponowną stabilizację i pracę nad równowagą. Wykorzystujemy taką samą koncepcję, korzystając z treści w formie gier. Wystarczy postawić stopy na podeście, aby urządzenie zaczęło rejestrować sposób chodzenia i postawę ciała, generując wizualny podgląd postępów rehabilitacji – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje podczas CES 2020 w Las Vegas Scott Kim, prezes Neofect .

Jeszcze do niedawna fizykoterapia opierała się na tradycyjnym sprzęcie i metodach, w których dużo zależało od terapeuty. Dzięki nowym technologiom fizykoterapia całkowicie się zmieniła, coraz szybciej rozwija się jej gamifikacja. Dzięki kontrolerom i czujnikom ćwiczenia stają się grą i rywalizacją z innymi pacjentami. Grywalizacja sprawdza się w niemal każdej dziedzinie – podczas szkoleń i różnych terapii – rewolucjonizuje też efekty fizykoterapii.

Firma medyczna Neofect podczas targów CES 2020 w Las Vegas zaprezentowała Neofect Smart Balance. To urządzenie rehabilitacyjne dolnej części ciała, które wykorzystuje rozszerzoną rzeczywistość, aby pomóc pacjentom wyzdrowieć po udarze. Oferuje 16 gier rehabilitacyjnych, które przywracają zdolność chodzenia i równowagi. Płytka elastyczna „Dance Dance Revolution” ocenia postawę i chód pacjenta, a następnie analizuje jego ruchy. Specjalne kierownice zapewniają dodatkową stabilność. Jednocześnie w miarę postępów pacjentów płytka zwiększa szybkość ruchu.

– Drugim produktem wprowadzonym w tym roku jest Neofect Connect, który służy do telerehabilitacji. Pozwala on na połączenie pomiędzy lekarzami i pacjentami, co odpowiada na kolejny problem, który odkryliśmy w Ameryce, jakim jest utrata motywacji. Osoby po udarze potrzebują impulsu, który podtrzyma ich motywację, a tu nieoceniona może okazać się pomoc lekarza czy terapeuty – przekonuje Scott Kim.

Aplikacja Neofect Connect została zaprojektowana, aby wspierać osoby po udarze mózgu w dochodzeniu do zdrowia w domu. Zaleca ćwiczenia i materiały edukacyjne na podstawie zdolności pacjenta, a poprzez cyfrowy program telezdrowia fizjoterapeuci mogą łączyć się z użytkownikami za pośrednictwem aplikacji i zdalnie prowadzić rehabilitację.

– Największą trudnością po udarze mózgu jest to, że ludzie szybko się nudzą, a w takiej sytuacji najważniejsze są wielokrotne powtórzenia. Ponieważ nie jest to uraz ortopedyczny, tylko uszkodzenie mózgu, niezbędne jest podjęcie żmudnej pracy nad przywróceniem jego funkcji, a to wymaga powtórzeń. W rezultacie wiele osób woli spędzać czas na kanapie przed telewizorem – ocenia ekspert.

Z tego powodu Neofect od lat opracowuje urządzenia do terapii dla osób po urazach neurologicznych. W ciągu ostatniej dekady na rynku pojawiły się np. rękawice Neofect Smart i Neofect Smart Board do rehabilitacji dłoni i ramion. W 2018 roku na targach CES firma zaprezentowała z kolei Neofect NeoMano, czyli robotyczną rękawicę dla osób z paraliżem, aby pomóc im poruszać rękami i chwytać przedmioty.

– W USA  żyją 2–3 miliony chorych po udarze, który od zawsze stanowił jedną z głównych przyczyn śmierci. Trzeba podjąć działania, by to zmienić. Ludzie unikają rehabilitacji z różnych powodów – odległości, ubezpieczenia czy trudności społeczno-ekonomicznych. Ludzie spędzają więcej czasu w domu przed telewizorem niż na ćwiczeniach, dlatego uznaliśmy, że danie im okazji do wygodnej rehabilitacji bez wychodzenia z domu może być bardzo cenne – tłumaczy Scott Kim.

Według Światowej Organizacji Zdrowia co roku udar dotyka 15 milionów ludzi na świecie. Co trzecia z tego powodu umiera, a kolejne 5 milionów jest trwale niepełnosprawnych. W USA, jak podaje Centers for Disease Control and Prevention, co 40 sekund ktoś przechodzi udar mózgu. Rehabilitację co roku przechodzi pół miliona pacjentów.

Prezes Glapiński sugeruje utrzymanie stabilnych stóp procentowych

Wysoka inflacja odnotowana w końcówce ubiegłego roku nie przełożyła się na zmianę stanowiska RPP. Prezes Glapiński sugeruje, że w przewidywalnej przyszłości stopy procentowe w Polsce powinny pozostać stabilne.

Podczas pierwszego spotkania decyzyjnego w tym roku, Rada Polityki Pieniężnej podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Stopa referencyjna wynosi 1,5% i na tym poziomie utrzymuje się od marca 2015 roku (Wykres 1).

Wykres 1: Referencyjna stopa NBP i WIBOR 3M (2010 – 2020)

Referencyjna stopa NBP i WIBOR 3M 2010 – 2020
Źródło: Bloomberg Data: 08/01/20
Referencyjna stopa NBP – kolor granatowy
WIBOR 3M – kolor turkusowy

Niezmienność stóp sprawiła, że obserwowanie poczynań Rady Polityki Pieniężnej w ostatnich latach nie było nadto pasjonującym zajęciem. Niezmienna nie pozostawała jednak inflacja, która od 2016 roku systematycznie pięła się w górę. Zgodnie z danymi „flash” opublikowanymi we wtorek przez GUS, inflacja CPI w grudniu wzrosła do 3,4% w ujęciu rocznym – to poziom o 0,8 p.p. wyższy niż notowany miesiąc wcześniej i najwyższy odczyt inflacji od ponad siedmiu lat (Wykres 2). Dane były sporym zaskoczeniem dla ekonomistów – konsensus zakładał, że inflacja znajdzie się na poziomie 2,8-2,9%. Tak duże rozbieżności między oczekiwaniami, a danymi o inflacji nie zdarzają się zbyt często.

Wykres 2: Inflacja CPI i inflacja bazowa w Polsce (2014 – 2019)

Inflacja CPI i inflacja bazowa w Polsce
Źródło: Bloomberg Data: 08/01/20
Inflacja CPI w Polsce – kolor granatowy
Inflacja bazowa w Polsce – kolor turkusowy
Widełki i środek celu inflacyjnego NBP – kolor szary

Dla banku centralnego najistotniejsza jest „wewnętrzna” miara wzrostu cen w gospodarce, czyli inflacja bazowa. Dokładnych jej wyliczeń w grudniu jeszcze nie znamy (poznamy je w przyszły czwartek), jednak w końcówce roku najpewniej znalazła się ona na poziomie powyżej 3%. I raczej nic nie wskazuje, żeby w najbliższym czasie miała spadać.

Przy celu inflacyjnym NBP na poziomie 2,5% z odchyleniami +/- 1 p.p. można by zastanawiać się, czy silny wzrost inflacji – która w pierwszym kwartale tego roku ma jeszcze przyspieszyć w związku m.in. ze wzrostem cen energii i niektórych usług – nie przełoży się na zmianę retoryki Rady na bardziej jastrzębią i nie zaowocuje docelowym wzrostem stóp procentowych. Dzisiejszy – niemal niezmieniony w stosunku do poprzedniego – komunikat ze spotkania RPP oraz konferencja prasowa po spotkaniu sugerują, że tak się jednak nie stanie. Otrzymaliśmy kolejną sugestię, że Rada nie zamierza zmieniać stóp procentowych w najbliższej przyszłości.

Podczas konferencji prasowej prezes Glapiński potwierdził swoje oczekiwania zakładające stabilizację stóp, sugerując, że “z dużym prawdopodobieństwem” powinny one pozostać niezmienione do końca kadencji Rady. Przewodniczący RPP potwierdził też, że w jego ocenie następną zmianą stóp nie będzie podwyżka, a obniżka stóp procentowych.

W trakcie konferencji prasowej prezes Glapiński zwracał uwagę, że decydenci spodziewali się wzrostu inflacji, wskazując, że „flash” z grudnia wyprzedza oczekiwania, które dotyczyły stycznia br. Odniósł się w tym kontekście do listopadowych projekcji NBP, które zgodnie z jego słowami pokazywały wzrost inflacji do 3,6% w styczniu i następnie do 3,8%, po czym nastąpić ma jej spadek.

Poparcia dla podwyżek stóp procentowych w najbliższej przyszłości nie wyrażali również pozostali członkowie RPP obecni na konferencji, czyli prof. Jerzy Żyżyński oraz prof. Cezary Kochalski (który zastąpił w Radzie prof. Osiatyńskiego – jego kadencja w RPP skończyła się w grudniu). W tym kontekście warto dodać jednak, że profesorowie Glapiński i Żyżyński należą do najbardziej “gołębich” członków Rady. Z kolei stanowiska prof. Kochalskiego – z racji jego póki co krótkiego stażu w RPP – jeszcze nie jesteśmy w stanie dokładnie określić.

Co rynek sądzi o zmianach stóp procentowych?

Patrząc na kontrakty FRA, na podstawie których jesteśmy w stanie powiedzieć, jakiego poziomu stopy WIBOR rynek oczekuje w danym horyzoncie czasowym, widzimy wyraźną zmianę w nastawieniu rynku, jaka zaszła na przestrzeni ostatnich miesięcy, ale i dni.

Jeszcze pięć miesięcy temu rynek zakładał, że RPP w horyzoncie rocznym obniży stopy procentowe. Spodziewano się, że stopa WIBOR 3M za rok znajdzie się na poziomie o około 30 pb. niższym niż w sierpniu. Od tamtej pory rynek jednak wycofał się z tak silnego oczekiwania obniżek, licząc, że stopa WIBOR 3M za rok będzie niższa o około 5-15 pb. Sugeruje to, że rynek za możliwą uznawał obniżkę stóp w horyzoncie rocznym, jednak nie był przekonany do cięcia o 25 pb. (a o minimum tyle RPP historycznie dokonywała zmian stóp procentowych).

Obecnie, po publikacji wstępnych szacunków inflacji konsumenckiej w grudniu, rynek zrobił jednak zwrot o 180 stopni, a wyceny stawek FRA zaczęły sugerować, że dla rynku obniżka stóp przestała być realistycznym scenariuszem. Kilka punktów bazowych zmiany w horyzoncie rocznym na jakie wskazuje rynek obecnie (Wykres 3) sugeruje, że inwestorzy czekają na kolejne sygnały, w tym momencie spodziewając się raczej stabilnych stóp procentowych.

Wykres 3: FRA 12×15 w PLN minus WIBOR 3M (styczeń ‘19 – styczeń ‘20)

FRA 12×15 w PLN minus WIBOR 3M
Źródło: Bloomberg Data: 08/01/20

Zgodnie z retoryką RPP, a szczególnie prof. Glapińskiego, kredytobiorcy nie powinni mieć powodów do obaw – stopy nie powinny wzrosnąć. W kontekście wysokiej inflacji wygląda na to, że na rychłą obniżkę stóp procentowych jednak nie ma co liczyć.

Naszym zdaniem to, czy do podwyżki stóp dojdzie, będzie jednak zależało od kolejnych odczytów z gospodarki. W naszej opinii obecnie nie można wykluczyć, że w 2020 roku stopy procentowe pójdą w górę.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Inflacja w grudniu zaskoczyła ekonomistów. W styczniu będzie jeszcze drożej

Grudniowy wzrost cen był zaskoczeniem. W styczniu inflacja będzie jeszcze wyższa. Jednak to nie oznacza, że stopy procentowe wzrosną.

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych według szybkiego szacunku GUS w grudniu 2019 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ub. roku wzrosły o 3,4% (wskaźnik cen 103,4), a w stosunku do poprzedniego miesiąca wzrosły o 0,8% (wskaźnik cen 100,8).

– Jako XTB spodziewaliśmy się wzrostu o 3 proc. i była to jedna z najwyższych prognoz – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – A styczeń przyniesie dalszy wzrost inflacji, zwłaszcza że wzrosną niektóre ceny regulowane. To może być nawet 4 proc. wzrost cen.

W grudniu wzrost inflacji był spowodowany nie tylko wszystkim wyższymi cenami paliw. O 1,2 proc. w porównaniu do października podrożała żywność.

– Jednak akurat na te ceny polityka pieniężna nie ma wpływu, natomiast inflacja bazowa pozostaje niska, dlatego nie należy spodziewać się podwyżki stóp procentowych – komentuje ekspert.

Unieważnienie umowy kredytowej państwa Dziubaków zwiększa szanse wszystkich frankowiczów

Po orzeczeniu TSUE dotyczącym rodziny Dziubaków mamy rosnącą tendencją ogłaszania wyroków korzystnych dla kredytobiorców. W październiku takich wyroków było 60 proc. Natomiast już w listopadzie 70 proc. wyroków było sukcesem frankowiczów.

3 stycznia 2020 r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbyła się kolejna rozprawa, po której został ogłoszony wyrok w sprawie z powództwa państwa Dziubaków przeciwko Raiffeisen Bank International AG. Odroczenie rozprawy na 2020 r. spowodowane było dopuszczeniem przez Sąd pisemnego stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich. Po stronie konsumentów, oprócz Rzecznika Praw Obywatelskich, przystąpił również Miejski Rzecznik Konsumentów w Warszawie i Prokurator Regionalny w Warszawie. Rzecznik Finansowy przedstawił natomiast sądowi swój istotny pogląd czyli ekspertyzę prawno-finansową.

Sąd podzielił poparte przez Rzecznika stanowisko powodów, że indeksacja kredytu do franka szwajcarskiego i przeliczanie kursu na podstawie tabel bankowych są na gruncie tej sprawy postanowieniami niedozwolonymi (abuzywnymi). Jednocześnie po ich wyeliminowaniu nie ma możliwości dalszego trwania umowy i podlega ona unieważnieniu w całości. Sąd oddalił natomiast powództwo w zakresie żądania zapłaty na rzecz konsumentów dotychczas wpłaconych kwot (zastosował tzw. teorię salda – oddalenie żądania zapłaty wynikało z tego, że powodowie wpłacili dotychczas na rzecz banku mniej niż otrzymali kapitału). W ustnych motywach rozstrzygnięcia wskazał, że jakkolwiek zgadza się z Rzecznikiem, że najlepszym rozwiązaniem byłoby dokonanie kompleksowego rozliczenia umowy w wydanym wyroku, to w stanie faktycznym tej sprawy nie było to możliwe.

– Zaangażowanie kolejnych instytucji potwierdza doniosłość przedmiotowej sprawy zarówno w sferze ochrony praw obywateli, jak i całego problemu kredytobiorców frankowych w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 Kacper Jankowski, prezes zarządu Votum Robin Lawyers SA. – Ogłoszony wyrok jest więc korzystnym rozstrzygnięciem zapadłym po orzeczeniu TSUE i będącym jednocześnie jego konsekwencją.

W dwóch grudniowych orzeczeniach Sąd Rejonowy w Warszawie zasądził roszczenia na rzecz kredytobiorców reprezentowanych przez Grupę Kapitałową Votum SA uznając jednocześnie umowę kredytową za nieważną. Obie sprawy dotyczyły kredytów udzielonych przez BOŚ SA.

Rośnie udział importu w pokryciu krajowych potrzeb energetycznych

Prawie dwukrotnie pobiliśmy ubiegłoroczny rekord importu energii elektrycznej. Wydaliśmy na to ponad 2 mld zł, ale import obniżył ceny prądu w Polsce, na czym skorzystali odbiorcy. Na rekordowym imporcie straciły polskie elektrownie.

Polska czwarty rok z rzędu (i piąty po 1990 roku) była importerem energii elektrycznej netto. Nigdy w historii nie sprowadziliśmy jej jednak tyle, co przez ostatnie 12 miesięcy. Od stycznia do grudnia wpłynęło do naszego kraju 17,3 TWh energii elektrycznej (ponad 10 proc. zapotrzebowania), a wypłynęło do naszych sąsiadów 6,7 TWh.

– Saldo wymiany transgranicznej to 10,6 TWh importu, a jej rynkowa wartość przekroczyła 2 mld zł – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – To istotna kwota, biorąc pod uwagę, że nadwyżka w handlu zagranicznym naszego kraju do października wyniosła 4,6 mld zł.

Na rekordowym imporcie straciły polskie elektrownie, zwłaszcza najstarsze i najmniej sprawne (najbardziej emisyjne), bo to one są odstawiane w pierwszej kolejności, gdy do kraju wpływa prąd z zagranicy. Tylko do listopada produkcja w elektrowniach systemowych opalanych węglem spadła o niemal 6 proc. rok do roku.

Na pogorszeniu bilansu handlowego i stratach krajowych elektrowni zyskali jednak odbiorcy i sprzedawcy energii elektrycznej. 10,6 TWh zaimportowanej energii elektrycznej odpowiada produkcji non-stop przez cały rok bloku energetycznego o mocy ponad 1200 MW, czyli większego, niż największy blok węglowy w kraju (1085 MW w Kozienicach). Gdybyśmy chcieli zastąpić go blokiem elektrowni atomowej o tej mocy, musielibyśmy wydać na niego ok. 30 mld zł.

– Kupujemy energię tańszą, bo pochodzącą z krajów, gdzie w energetyce duży udział mają elektrownie atomowe i odnawialne źródła energii, natomiast krajowa energia jest droższa, bowiem jest oparta na węglu kamiennym – komentuje ekspert.