Marek Sprengel: 2020 – rok prawdy o branży budowlanej

O zbliżającym się kryzysie w branży budowlanej mówi się od dawna – nadchodzące spadki i wyhamowanie rynku staja się niepokojącą rzeczywistością. Marek Sprengel, Prezes Zarządu firmy Awilux, opowiada o szansach i zagrożeniach wynikających z prognoz społeczno-gospodarczych, a także podsumowuje rok w branży stolarki otworowej.

Kończący się rok 2019 stanowił kontynuację dobrej passy i wzrostów w segmencie stolarki okiennej. Z najświeższych danych wynika, że produkcja okien i drzwi wartościowo i ilościowo wzrosła, co ma związek z wysokimi wynikami i dotychczasowym rozwojem budownictwa mieszkaniowego. Z danych zgromadzonych przez firmę Awilux wynika, że na terenie Polski odnotowano wzrost ilościowy budowanych i oddawanych do użytku mieszkań aż o ok. 3% przy 15% wzroście ich wartości. Jakie wzrosty odnotowała w tym okresie firma Awilux?

Rok 2019 kończy się dla firmy Awilux kolejnym wzrostem. Jest to dla nas rok przełomowy, ponieważ od kilku lat zwiększamy rokrocznie produkcję o minimum 20%, a na koniec 2019 roku możemy zbliżyć się nawet do 30%.Możemy więc powiedzieć, że kończący się rok należy do udanych, jeśli chodzi o wolumen ilościowy i wartości sprzedaży. – mówi Marek Sprengel, Prezes Zarządu Awilux.

Rok 2019 a rynek stolarki otworowej

Marek Sprengel
Marek Sprengel, Prezes Zarządu Awilux

Polski rynek inwestycyjny jest duży i coraz bogatszy – stąd Polacy coraz częściej decydują się na ekskluzywne, wysokojakościowe rozwiązania w zakresie okien i drzwi. Według danych firmy Awilux w ostatnim roku skokowe wzrosty odnotował segment stolarki i ślusarki aluminiowej. Jest to silny trend, który świadczy o tym, że Polacy coraz świadomiej podchodzą do wyboru okien i drzwi. Coraz częściej zamawiają także systemy podnoszono-przesuwne, oparte zarówno na systemie ALU, jak i PCV. Dobre wyniki sprzedażowe nie oznaczają jednak braku problemów, z którymi na co dzień muszą mierzyć się przedsiębiorstwa.

W tym roku można było odczuć wzrost kosztów produkcji. Wzrosły między innymi ceny prądu, ale przede wszystkim wzrosły koszty wynagrodzeń – przy jednoczesnym wzroście deficytu kadrowego.  Duże problemy z pozyskaniem nowych pracowników sprawiają, że wielu przedsiębiorców inwestuje w automatyzację wybranych procesów. Sporym utrudnieniem są też zmiany legislacyjne – czyli stale pojawiające się nowe przepisy, które nie zawsze są jasne i klarowne, które sprawiają, że coraz trudniej jest prowadzić dochodowe przedsiębiorstwo. – komentuje Prezes Zarządu Awilux i dodaje – Rok 2019 w branży stolarki otworowej był dobrym rokiem, jednak z już pojawiającymi się symptomami spowolnienia i wzrostem potencjalnych problemów z prowadzeniem działalności. Firmy, które źle wyceniły swoje produkty, które nie potrafiły dokładnie i dobrze kontrolować swoich kosztów, zaczynają odczuwać problemy z kondycją finansową. Będzie to szczególnie odczuwalne na przełomie 2019 i 2020 roku, czyli w okresie zimowym, kiedy naturalnie zamówień jest zdecydowanie mniej.

2020 rok – jaka będzie prawda o rynku budowlanym?

Branża stolarki otworowej jest nierozerwalnie związana z całą branżą budowlaną. Jakiekolwiek załamanie w tym segmencie gospodarki wpływa jednocześnie na wiele rynków i branż.

Nadchodzący rok 2020 jest przez wielu zapowiadany jako rok prawdy o rynku budowlanym i o rzeczywistej kondycji poszczególnych firm. W Niemczech i w Polsce wydaje się coraz mniej pozwoleń na budowy, szczególnie w tak interesującej nas grupie jak i budownictwo jednorodzinnie. O ile w planach jest jeszcze wiele inwestycji wielorodzinnych, o tyle deweloperzy rzadko decydują się na rozwiązania markowe, a kierują się wyłącznie ceną. To sprawia, że nasze wysokojakościowe rozwiązania nie zawsze są wybierane do tego typu obiektów. Spada również ilość pozwoleń na budowę i ilość obiektów komercyjnych, więc również i w tym przypadku możliwe będą spadki. Warto wiedzieć, że złe wieści nie dotyczą tylko polskiego, ale również zagranicznych rynków. Stąd niewątpliwym sukcesem będzie utrzymanie tegorocznych wartości i wielkości sprzedaży. Oznacza to, że z pewnością rozpocznie się zaostrzona walka o każdego klienta. – prognozuje Marek Sprengel z firmy Awilux.

Rynek polski jest dla firmy Awilux priorytetem. W nadchodzącym roku możemy spodziewać się intensyfikacji obecności firmy w przestrzeni publicznej i mediach. Zaplanowane działania mają na celu sprawić, że w roku 2020 na terenie Polski firma Awilux stanie się nie tylko firmą rozpoznawalną wśród klientów indywidualnych, ale przede wszystkim – marką braną pod uwagę jako tak zwany pierwszy wybór – zaraz po podjęciu decyzji o rozpoczęciu nowej inwestycji. Jak mówi Marek Sprengel: – W nowym roku będziemy zaskakiwać nowościami produktowymi i całkowicie nową stylistyką okien, które odpowiadają na potrzeby rynku oraz zmieniające się trendy.

Nadchodzący rok pokaże, jak – do zapowiadanych wyhamowań i spadków – przygotowały się polskie przedsiębiorstwa. W trudnych czasach walki z rosnącymi kosztami produkcji, problemami na rynku pracy oraz zmieniającymi się ustawami i przepisami, tylko firmy dobrze zarządzane mają szansę na utrzymanie dotychczasowych wyników.

W polowaniu na okazję

Inwestorzy wzięli sobie do serca ideę Cyber Monday i zza klawiatur swoich komputerów przeszli do wzmożonego udziału w polowaniu na okazję. Przedmiotem pożądania stały się m.in. EUR, NZD, HUF, PLN i inne waluty rynków wschodzących, a za wszystkie zakupy płacono przy użyciu USD. Rozczarowanie odczytem ISM dla przemysłu USA było wygodnym pretekstem, ale nie wszystko do siebie tak idealnie pasuje.

Dolar nie zaliczył dobrego rozpoczęcia grudnia po mocnym listopadzie, kiedy zyskał do wszystkich walut G10 i większości walut rynków wschodzących. Wczoraj indeks dolarowy stracił prawie 0,5 proc., a wśród głównych walut tylko CAD był delikatnie słabszy do USD. Część za winnego wskazuje indeks ISM dla przemysłu USA, który w listopadzie spadł do 48,1 (z 48,3, prog. 49,2). Rynek liczył na oznaki kontynuacji odbicia od dna po silnym tąpnięciu we wrześniu (47,8), ale dane na nic takiego nie wskazują. Poza tym presja na wyprzedaż USD pojawiła się na kilka godzin przed publikacją danych z USA. Oczywiście wtedy odchodzenie od dolara było tłumaczone lepszymi odczytami PMI z Chin i wzrostem apetytu na ryzykowne aktywa kosztem bezpiecznych przystani. Tylko że w takim wypadku jak potknięcie w danych z największej gospodarki świata ma się wpisywać w poprawę perspektyw globalnego ożywienia? Zapewne znajdą się zwolennicy tłumaczenia, że gorsze dane z USA to zachęta dla Fed do kontynuowania obniżek stóp procentowych, co w ujęciu globalnym jest zielonym światłem dla apetytu na ryzyko. Problem jednak w tym, że wczoraj indeksy na Wall Street jedną sesją wymazały całe zwyżki z ubiegłego tygodnia. Czyżby inwestorzy rynku FX czytali dane inaczej niż ich koledzy z rynku akcji? A jakbyś jeszcze Czytelniku nie miał wystarczającego mętliku w głowie, to dodam, że po stronie negatywnych informacji uderzyły nowe cła importowe USA na towary z Argentyny, Brazylii i Francji. Impas w rozmowach z Chinami pcha Trumpa do prężenia handlowych muskułów na innych frontach. Od prezydenta USA oberwało się też szefowi Fed Powellowi, który od początku objęcia urzędu ma rzekomo prowadzić politykę szkodliwą amerykańskim przedsiębiorcom.

Co chcę powiedzieć, to że jest łatwiej wybrać jeden powód, by podczepić pod zachowanie jednego rynku, niż wiarygodnie wytłumaczyć niespójne wahania wszystkich aktywów jako wypadkową całego zestawu czynników, które pojawiły się wczoraj. Mamy nowy miesiąc, po świątecznej przerwie (dla inwestorów z USA). To wystarczający powód np. dla USD, by odreagował zeszłomiesięczną siłę. Realizacja zysków na krótkich pozycjach w walutach emerging markets? – Czemu nie. Wyrwanie EUR/USD z marazmu na 1,10, kiedy nie chce iść niżej? – Oczywiście. Staram się nie wyciągać pochopnych wniosków z wczorajszym ruchów, gdyż w niektórych miejscach są niewytłumaczalne pod kątem zaistniałych zdarzeń fundamentalnych lub – jeśli ktoś nie wierzy w fundamentalne tłumaczenia – niespójne z reakcjami, jakie podobne informacje generowały w niedalekiej przeszłości.

Prędzej uwierzę, że po martwym tygodniu uczestnicy rynków byli głodni zmienności. Wczoraj mogli przebierać w pretekstach do handlu, czasami niezależnie od zachowania innych rynków dookoła. Dziś rano kurz opada i zobaczymy, ile z tych mocnych ruchów znajdzie kontynuację. Osobiście wątpię w podtrzymanie presji na dolara lub dalsze umocnienie złotego. W obliczu przeciągającego się impasu w negocjacjach handlowych USA-Chiny i zbliżaniu się terminu wprowadzenia nowych ceł (15 grudnia), apetyt na ryzyko ma więcej do stracenia niż zyskania. Nie zapominajmy, co w ostatnich miesiącach było i jest tematem przewodnim dla rynków.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Otwartość, kreatywność i odwaga – kompetencje miękkie to przyszłość na rynku pracy

Choć sytuacja na rynku ogólnie sprzyja pracownikom, to jednak część z nich ma spore problemy ze zmianą pracy. Doświadczają tego m.in. menedżerowie, dla których jest mniej stanowisk niż np. dla specjalistów. Z trudnościami muszą też zmierzyć się absolwenci najbardziej obleganych kierunków studiów, w tym ekonomiści. Łatwo też nie mają przedstawiciele zawodów tradycyjnych, m.in. szewcy, kaletnicy oraz introligatorzy. Szybko za to zmienić miejsce pracy mogą pracownicy produkcyjni i magazynierzy. Niemniej w przyszłości to właśnie oni znajdą się w najgorszym położeniu, ponieważ będą wypierani przez maszyny. Proces automatyzacji i robotyzacji oznacza również trudności dla telemarketerów, kasjerów, kierowców, księgowych oraz osób z wąskimi specjalizacjami.

Praca z przeszkodami

Zdaniem HR-owców, w Polsce w dalszym ciągu mamy do czynienia z rynkiem pracownika. Ponadto z raportów branżowych wynika, że pracodawcy zamierzają zwiększać zatrudnienie. To jednak nie oznacza, że każdy chętny szybko i łatwo może zmienić pracę. Decydują o tym różne czynniki.

– Najtrudniej jest zmienić obecnie pracę przedstawicielom kadry menedżerskiej czy specjalistom w dość powszechnych zawodach, takich jak finanse, księgowość czy prawo. Procesy rekrutacyjne na stanowiska średniego i wyższego szczebla trwają zdecydowanie dłużej niż w przypadku niższego pułapu. A pracownicy produkcyjni czy magazynierzy są w stanie znaleźć zatrudnienie w ciągu kilku dni – komentuje Joanna Przemyślańska-Włosek z Work Service.

Jak podkreśla Agnieszka Put, ekspert z Hays Poland, stanowisk menedżerskich na rynku jest zdecydowanie mniej niż dla specjalistów. Firmy często decydują się także na wybór menedżerów i dyrektorów w ramach wewnętrznych awansów. Przekłada się to na mniejszą szansę otrzymania pracy przez kandydatów spoza danego przedsiębiorstwa. Łatwo też nie ma specjalista zajmujący się niszową technologią. On musi liczyć się z tym, że nowa praca może czekać w innym województwie albo na drugim końcu świata. Poszukiwania mogą w związku z tym trwać sporo dłużej.

– W skali ogólnopolskiej jedynie ekonomiści będą mieli problemy ze znalezieniem czy zmianą pracy w swojej profesji. Wynika to z niesłabnącego zainteresowania tym kierunkiem kształcenia, co przekłada się na dużą liczbę konkurentów o podobnych kwalifikacjach. W 2018 roku tego typu problemy mieli również filozofowie, historycy, politolodzy i kulturoznawcy – mówi Maria Hajec z firmy Sedlak & Sedlak.

Część absolwentów najbardziej obleganych kierunków studiów musi się przekwalifikować, co podkreśla Iwo Paliszewski z firmy Antal. W ostatnich latach było to widoczne m.in. wśród filologów czy psychologów, którzy postawili na pracę w korporacjach m.in. w obszarze HR-u. Ekspert zaznacza, że trudności związane ze zmianą pracy dotyczą również kadry naukowej. Pracodawcy, którzy poszukują np. nauczycieli, zazwyczaj nie korzystają z agencji rekrutacyjnych, ponieważ podaż takich kandydatów jest duża. Tym samym oferty są dostępne w ograniczonym kręgu i wielu potencjalnych kandydatów nie wie o możliwości zatrudnienia lub zmaga się z dużą konkurencją.

– Dywersyfikacja i wąskie specjalizacje utrudniają pracownikom zmianę pracodawcy, czasami nawet uniemożliwiają jego znalezienie. Miejsc pracy wymagających danej umiejętności jest po prostu o wiele mniej. Kłopoty mogą mieć także przedstawiciele zawodów tradycyjnych, jak szewcy, kaletnicy, introligatorzy. Problem ten dotyczy również osób z bardzo wąską specjalnością naukową jak badania laboratoryjne lub literatura – wyjaśnia Agnieszka Adamiec, ekspert z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Trudna bywa zmiana pracy w wybranych obszarach sprzedaży i marketingu. Jak informuje Iwo Paliszewski, Antal otrzymuje nawet do tysiąca aplikacji na dane stanowiska. Pracodawcy mają spośród kogo wybierać, zwłaszcza że sporo chętnych zaniża swoje oczekiwania finansowe, aby tylko zdobyć zatrudnienie. To psuje rynek, a dobry kandydat może nie otrzymać więc takiego wynagrodzenia, jakiego by sobie życzył. Automatycznie więc jego szanse maleją, a rosną osób z nieco gorszymi kwalifikacjami zawodowymi, ale podających mniejsze stawki. Oczywiście wszystko zależy od regionu, pracodawcy i sektora.

Trudności w przyszłości

– Automatyzacja jest czynnikiem, który w największym stopniu wpłynie na określenie zawodów, w których najtrudniej będzie zmienić pracę. Znawcy tematu zgodnie podkreślają, że za 10 lat ważne będą umiejętności interpersonalne, społeczne, systemowe oraz poznawcze. Ciągła nauka stanie się naturalną potrzebą towarzyszącą przez całe życie. Najtrudniej będzie więc zmienić pracę osobom, które nie rozwijają kompetencji miękkich i są ściśle związane z jednym rodzajem pracy w określonych warunkach – przekonuje Agnieszka Put.

Natomiast Maria Hajec zaznacza, że rozwój technologii informacyjno-komunikacyjnych powoduje mniejsze zapotrzebowanie na niektóre zawody. Wydaje się, że najtrudniej będzie zmienić pracę w tych profesjach, które obecnie są najbardziej zagrożone automatyzacją. Ekspert przywołuje badania naukowców z Uniwersytetu Oxford. Wynika z nich, że do tej grupy należą m.in. telemarketerzy, sekretarki prawne, osoby sporządzające sprawozdania finansowe oraz pracownicy taśmy produkcyjnej.

– Trudności napotkają kandydaci, których zadania charakteryzują się dużą powtarzalnością czynności i niewielką kreatywnością. To m.in. pracownicy produkcji, osoby pracujące w obsłudze klienta, księgowi, bibliotekarze, agenci ubezpieczeniowi oraz urzędnicy. Duże zmiany czekają też rynek biurowy, finansowy oraz niektóre zajęcia związane z logistyką, transportem i handlem. Już dziś sztuczna inteligencja zastępuje kasjerów. W wielu sklepach wielkoformatowych dostępne są samoobsługowe kasy płatnicze – wylicza ekspert z Hays Poland.

Jak stwierdza Joanna Przemyślańska-Włosek, w niedalekiej przyszłości będziemy obserwować powszechne zastępowanie kierowców przez autonomiczne pojazdy, a kasjerów – automatycznymi kasami. Te procesy również spowodują coraz mniejszy popyt na najpopularniejszą obecnie grupę zawodową, tj. pracowników produkcyjnych i magazynowych.

– Ponadto zawody, takie jak np. księgowy, będą – tam, gdzie jest taka potrzeba – zastępowane przez roboty. To już się dzieje, a jeszcze przybierze na sile. Przykładowo, jeden robot jest w stanie sam wykonać zadania 10 pracowników z językami, przez 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu. Oczywiście bez świadczeń i urlopu, a pracodawca poniesie mniejsze koszty – mówi Iwo Paliszewski.

Według Agnieszki Adamiec, rynek pracy w przyszłości nie będzie sprzyjał wąskim specjalizacjom, również tym, w których dzisiaj bardzo trudno o pracownika. Ma to związek z automatyzacją i robotyzacją wybranych procesów. Dla przykładu, specjalista mikrobiolog nie będzie miał łatwo ze znalezieniem nowej pracy. Z dużym prawdopodobieństwem jego zadania może w przyszłości zastąpić system. Dlatego ważne stanie się posiadanie szerokiej wiedzy z wielu dziedzin i kompetencji różnych obszarów.

– Poczucie, że zmiana pracy jest niemal nierealna, może również wynikać z naszego nastawienia, braku otwartości i odwagi. Niezwykle ważne jest obserwowanie rynku pracy, ciągłe poszukiwanie możliwości rozwoju – w swojej specjalizacji i co ważne – poza nią. Istotna będzie koncentracja na uniwersalnych kompetencjach miękkich. Pozwoli nam to na łatwiejsze przebranżowienie się, jeżeli będzie tego wymagała sytuacja rynkowa – podsumowuje ekspert z Hays Poland.

Liczba osób z prywatnym ubezpieczeniem zdrowotnym wkrótce przekroczy 3 miliony

Na koniec września br., prywatną polisę zdrowotną miało ponad 2,8 mln Polaków – wynika z najnowszych danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Liczba ubezpieczonych zwiększyła się rok do roku o ponad 15 proc. Najpopularniejsze ubezpieczenie to wciąż takie, które zapewnia szybki dostęp do lekarzy specjalistów oraz szerokiego zakresu badań diagnostycznych.

Na prywatne ubezpieczenia zdrowotne wydaliśmy w ciągu trzech kwartałów 2019 r. prawie 640 mln zł. To o niemal 9 proc. więcej niż rok wcześniej. – Przy tej dynamice wzrostu, już w przyszłym roku liczba ubezpieczonych przekroczy 3 mln. Tempo to może się jeszcze zwiększyć. Wszystko zależy od kierunku zmian w systemie opieki zdrowotnej – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Całkowite wydatki na zdrowie należą w Polsce do najniższych wśród krajów rozwiniętych. – Wydajemy na nie łącznie z kieszeni publicznej i prywatnej 6,3 proc. PKB, podczas gdy średnia dla państw OECD to 8,8 proc. – komentuje Dorota M. Fal. Niski poziom finansowania opieki zdrowotnej jest główną przyczyną większości problemów polskiego systemu. Wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych na masową skalę może poprawić efektywność wydawania środków prywatnych i poprawić sytuację zdrowotną Polaków – dodaje.

Największy udział w rynku mają niezmiennie ubezpieczenia grupowe, finansowane lub współfinansowane przez pracodawców. Dla pracowników prywatna opieka medyczna to najbardziej pożądany benefit pozapłacowy1. Z kolei pracodawcy są coraz bardziej świadomi tego, jak ważne jest zdrowie pracowników. Według danych GUS z 2018 r., średni wiek pracowników rośnie. Wraz z nim zwiększa się prawdopodobieństwo zachorowania na chorobę przewlekłą.

Coraz większą popularnością cieszą się też dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne o wąskim zakresie, oferowane jako umowa dodatkowa do innej polisy, np. na życie. W takich przypadkach składka jest niska, stąd liczba ubezpieczonych w Polsce rośnie szybciej niż składka.

Ruszyły zapisy na akcje Starward Industries

Do 12 grudnia potrwają zapisy na akcje w pierwszej ofercie publicznej Starward Industries, krakowskiego producenta gier, który pracuje nad pierwszą w historii grą opartą na twórczości Stanisława Lema. Cena emisyjna została ustalona na 41 zł za akcje.

Krakowski developer zaoferował inwestorom 73 005 akcji serii H, stanowiących 4% w obecnym kapitale akcyjnym. Oferta koordynowana jest przez firmę inwestycyjną DM Navigator. Papiery oferowane są po 41 zł za sztukę, co oznacza, że w przypadku uplasowania całej emisji do spółki trafi niespełna 3 mln zł. – Sądzimy, że wycena bardzo celnie oddaje sumę wszystkich zaangażowanych w spółkę zasobów. Oprócz dotychczas zainwestowanej gotówki przekraczającej 6 mln zł, wartość buduje szereg składników niematerialnych, których nie ma w bilansie spółki. Są to przede wszystkim: licencja na powieść Stanisława Lema, koncepcja i biznes plan, wkład merytoryczny członków władz oraz kluczowych inwestorów, którzy pracowali przeszło ponad rok bez wynagrodzenia, a także know-how i kapitał intelektualny wszystkich osób zaangażowanych w projekt. Jest to w związku z tym olbrzymi goodwill, który jest swoją drogą charakterystyczny dla spółek technologicznych tworzących produkty dla klienta końcowego, oparte o własność intelektualną. Dodatkowo, patrząc na poziomy wycen i transakcji z udziałem funduszy venture capital w Europie, niecałe 16 mln euro jest raczej skromne i zdroworozsądkowe.

,,Oczywiście, sukces nie jest nigdy gwarantowany. Jesteśmy świadomi ryzyka związanego z branżą gier wideo i zależy nam, żeby wszyscy byli też tego świadomi.- podkreśla Kamil Klinowski, przewodniczący rady nadzorczej Starward Industries’’

Sprzedawane do 12 grudnia nowo emitowane akcje będą jedynymi dostępnymi papierami w obrocie giełdowym w dniu debiutu, który planowany jest na drugi kwartał 2020 roku. Na dzień publikacji Dokumentu Ofertowego liczba akcji objętych umowami lock-up wynosiła 97,26% wszystkich wyemitowanych przed ofertą publiczną akcji. Wczoraj spółka poinformowała, że poziom ten wzrósł do 99,58%. – Zamierzamy doprowadzić do objęcia lock-upem wszystkie dotychczas wyemitowane akcje. Podobnie jak w przypadku pozostałych, będą objęte od 6 do 18 miesięcznym lock-upem począwszy od pierwszego notowania spółki na NewConnect lub od daty premiery gry w przypadku akcji pracowniczych (seria B oraz seria F). – podkreśla prezes.

Przypomnijmy, że już od prawie roku zespół Starward Industries tworzy debiutancki i zarazem kluczowy dla spółki produkt, grę fabularną na licencji jednej z powieści Stanisława Lema. Jest to pierwsza w historii adaptacja twórczości tego autora w formie gry wideo. – Starward Industries jest dla nas wszystkich projektem życia. Na dzień dzisiejszy mówimy o pierwszej grze i małym parkiecie GPW, ale to dopiero początek drogi. Chcemy realizować kolejne projekty w tej samej logice: łączenia ambitnej tematyki z szerokim dotarciem przy najwyższej jakości oprawie wizualnej, budując wokół nas społeczność graczy i fanów. Nasz model to tworzenie światów, tak zwanych franszyz w przestrzeni produktów cyfrowych. W oparciu o raz stworzony, szeroki wirtualny świat, będą tworzone kolejne gry, wykorzystujące wykreowaną markę studia i zbudowane zasięgi wśród graczy. W ten sposób będziemy amortyzować koszty koncepcji i marketingu, rozkładając je na serię gier, a nie na pojedyncze produkty.

Od strony korporacyjnej, naszym najbliższym celem po zakończeniu emisji publicznej, jest wejście w drugim kwartale przyszłego roku na NewConnect. Kolejne plany, w tym perspektywę na główny parkiet, będziemy komunikować w miarę rozwoju studia i osiągania celów biznesowych. – podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries.  

Co wiemy o cenach prądu 2020

Prawdopodobny wzrost cen energii dla klientów indywidualnych oraz firm to wiodący temat ostatnich kilkunastu dni. O tym ile zapłacimy za prąd dowiemy się zapewne pod koniec roku. Do 31 grudnia obowiązuje tzw. ustawa zamrażająca ceny prądu, dodatkowo sprzedawcy z urzędu czyli spółki: Tauron, Enea, Energa i PGE złożyły wnioski o zatwierdzenie taryf na rok 2020 do Prezesa URE. Obecnie trwa dialog pomiędzy sprzedawcami prądu a URE, którego finałem będzie ustalenie czy i ew. ile zmieni się cena prądu w 2020 roku.

Co na dzień dzisiejszy wiemy na temat ceny prądu w 2020 roku? Jakie są możliwości ich utrzymania?

Zacznijmy jednak od faktów. Potwierdzone jest bowiem utrzymanie na niższym poziomie akcyzy i opłaty przejściowej. Pierwsza z wymienionych opłat dalej będzie wynosić 5 zł (zamiast 20zł) za MWh, ta druga kolejny rok będzie niższa o 95%. Cała reszta opłat, które finalnie składają się na nasz rachunek za prąd zostanie ustalona pomiędzy Prezesem Urzędu Regulacji Energetyki, a sprzedawcami prądu oraz Prezesem URE i dystrybutorami energii. Przypomnijmy, że stawki za dystrybucję czyli transport energii na obecnym poziomie obowiązują również do końca roku i mogą ulec zmianie.

Wiemy także, że dzisiejsze ceny prądu były zatwierdzane w grudniu 2017 roku. Obowiązywały one w 2018 roku i na mocy wspomnianej tzw. ustawy zamrażającej ceny prądu zostały utrzymane w 2019 roku. Problem polega na tym, że jednym z głównych czynników które wpływają na określenie wysokości obecnych stawek za 1 kWh prądu dla klientów indywidualnych jest cena zakupu prądu na Towarowej Giełdzie Energii. Ta pod koniec 2017 wynosiła ok. 16 groszy netto, a obecnie cena na giełdzie energii na rok 2020 wynosi ok. 26 złotych groszy netto. W tym samym czasie koszt zakupu praw do emisji CO2 wzrósł ponad 4-krotnie.

Widzimy, że z rynkowego punktu widzenia utrzymanie cen prądu na tym samym poziomie będzie oznaczać konieczność stworzenia mechanizmu zewnętrznego finansowania, które będzie wyrównywać straty jakie ponoszą sprzedawcy prądu.

Innym wyjściem z tej sytuacji są dalsze obniżenia pozostałych składowych rachunku za prąd, tak aby ew. wzrost kosztu zakupu prądu został zrekompensowany niższymi tzw. kosztami stałymi. Najłatwiej jednak byłoby obniżyć VAT. Obecnie doliczany jest on na standardowym poziomie 23%.

Wzrost ceny prądu nie musi spowodować wzrostu wysokości rachunku

Warte podkreślenia jest to, że ew. wzrost cen prądu, o którym tak szeroko obecnie się dyskutuje wcale nie musi oznaczać wyższych rachunków za energię. Informacje na temat ceny prądu dotyczą tylko i wyłącznie części związanej z jej sprzedażą, a ta stanowi ok. 47% całego rachunku. Pozostałem 53% to koszty związane z transportem (dystrybucją) energii. W przestrzeni publicznej te dwa pojęcia są jednak mylone i stosowane często zamiennie. Projekcja Narodowego Banku Polskiego zakłada wzrost rachunków za prąd na poziomie 8%. Zakładając, że koszty dystrybucji zostaną utrzymane na tym samym poziomie, to część związana ze sprzedażą energii czyli nasza cena prądu może być wyższa nawet o 20%.

Ile za prąd płaciliśmy w przeszłości?

Analizując historyczne dane widać wyraźnie, że od 2012 roku ceny prądu praktycznie nie wzrastają. Warte podkreślenia jest to, że ubiegłoroczne działania rządu związane z wcześniej wspomnianą ustawą zamrażającą ceny prądu oraz obniżeniem akcyzy i opłaty przejściowej spowodowały, że nasze ceny za prąd były o ok. 6% niższe niż w roku 2018.

Ile za prąd płaci się w Europie?

Przedstawiciele rządu powtarzają, że mamy jedna z najniższych cen prądu w Unii Europejskiej – to prawda. Mniej od nas za prąd płacą tylko mieszkańcy Chorwacji, Malty, Litwy, Węgier i Bułgarii. Jeśli jednak cenę prądu zestawimy ze średnimi zarobkami w danym kraju okazuje się, że w Polsce za przeciętne wynagrodzenie kupimy prawie najmniej kWh energii elektrycznej.INFOGRAFIKA_ceny_praduŁukasz Czekała
Porównywarka cen prądu i gazu optimalenergy.pl

Badanie Cisco: Ile kosztuje cyberbezpieczeństwo?

Jak wynika z najnowszego raportu Cisco „The Security Bottom Line: How much security is enough?”, 46% dużych firm zatrudniających do 1000 pracowników wydaje do 250 tys. USD rocznie na cyberbezpieczeństwo. Z kolei 50% korporacji zatrudniających ponad 10 000 osób przeznacza na ten cel co najmniej milion USD. Mimo to ponad 80% wszystkich firm niezależnie od wielkości twierdzi, że wystarcza to jedynie na zapewnienie części, a nie całości, minimalnego poziomu bezpieczeństwa, jakiego potrzebują.

Specjaliści IT zwracają uwagę na fakt, że skutki cyberataków są coraz większe. 45% respondentów badania 2019 CISO Benchmark Study wskazało, że koszt pojedynczego cyberataku na ich organziację wyniósł ponad pół miliona USD. W ponad 50% przypadków koszt ten był mniejszy niż 500 tys. USD. 8% badanych twierdzi, że najbardziej znaczący cyberatak, który miał miejsce w zeszłym roku, spowodował straty wynoszące ponad 5 mln USD.

Bezpieczeństwo w cenie małej kawy lub biletu do kina

Według badania Cisco „The Security Bottom Line: How much security is enough?”, 46% dużych firm zatrudniających od 250 do 999 pracowników wydaje na cyberbezpieczeństwo do 250 tys. USD rocznie. Czy to dużo? Jeżeli przyjmiemy najwyższy deklarowany poziom wydatków w organizacji o najniżym zatrudnieniu w tej grupie, oznacza to, że koszt bezpieczeństwa wynosi 2,7 USD na pracownika dziennie. To mniej więcej tyle, ile kosztuje mała kawa. Gdy organizacja tej samej wielkości przeznaczy na cyberbezpieczeństwo maksymalną deklarowaną przez uczestników badania kwotę – 1 mln USD rocznie, koszt w przeliczeniu na jednego pracownika wyniesie ok. 11 USD dziennie. To niewiele więcej niż musielibyśmy zapłacić w weekend za bilet w sieciowym kinie.

„Na polskim rynku wydatek rzędu 250 tysięcy USD rocznie robi ogromne wrażenie, w szczególności wśród mniejszych firm. Coraz częściej jednak mogą one dokonać zakupu rozwiązań bezpieczeństwa w modelu subskrypcyjnym, zamiast ponoszenia jednorazowego wydatku. Wówczas kwota ta nie powinna wydawać się już tak ogromna” – mówi Mateusz Pastewski, Cybersecurity Sales Manager w Cisco. „Podejmując decyzję o inwestycji w rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa, należy obliczyć, jakie mogą być skutki cyberataku. Dla wielu małych firm brak ciągłości działania, np. przez tydzień, może oznaczać bankructwo” – dodaje Mateusz Pastewski.

Chcąc ocienić ile organizacje powinny wydać na cyberbezpieczeństwo, należy wziąć pod uwagę więcej czynników niż jedynie ich wielkość, m.in. branżę, w której działają czy potencjalne skutki ataku, które będą o wiele poważniejsze w przypadku np. instytucji finansowych czy sektora energetycznego.

Pieniądze to nie wszystko

Czy zwiększenie wydatków daje gwarancję bezpieczeństwa infrastruktury IT? Respondenci badania Cisco zostali zapytani, czy ich organizacja jest w stanie zapewnić minimalny poziom bezpieczeństwa. Jedynie 19% przestawicieli firm zatrudniających od 250 do 999 osób odpowiedziało twierdząco. Co ciekawe jest to problem również w dużych korporacjach zatrudniających ponad 10 000 osób, które wydają na cyberbezpieczeństwo znacznie wyższe kwoty. Tylko 18% respondentów z największych organizacji zgadza się ze stwierdzeniem, że ich firma zapewnia minimalny poziom bezpieczeństwa. Największy problem z zagwarantowaniem niezbędnego minimum mają organizacje zatrudniające od 1 000 do 9 999 pracowników – zaledwie 7% z nich uważa, że dysponuje odpowiednimi środkami, aby je zapewnić.

Zdaniem ekspertów Cisco poziom ochrony organizacji przed atakami zależy od poziomu kompetencji zespołów IT. Dla biznesu oznacza to duży problem, gdyż według badania „Cybersecurity Workforce Study 2019” na całym świecie brakuje 3 milionów specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa. Dlatego przedsiębiorstwa korzystają z usług firm zewnętrznych, co znalazło odzwierciedlenie w badaniu Cisco. Już 28% respondentów polega w kwestiach cyberbezpieczeństwa głównie na wiedzy i doświadczeniu specjalistów zewnętrznych, podczas gdy niewiele więcej (37%) wykorzystuje głównie zasoby wewnętrzne.

„Rozwiązywanie problemów z zakresu cyberbezpieczeństwa często wymaga wiedzy na temat procesów zachodzących w organizacji. Tak więc nawet jeżeli biznes korzysta z usług specjalistów z firm zewnętrznych i tak muszą oni współpracować z lokalnym zespołem IT” – tłumaczy Mateusz Pastewski.

O tym, jak ważne jest ciągłe poszerzanie wiedzy z zakresu cyberbezpieczeństwa świadczy fakt, że 34% uczestników badania „The Security Bottom Line: How much security is enough?” dowiaduje się o atakach, które mają wpływ na ich organizację z mediów. Oznacza to, że rola blogerów i dziennikarzy specjalizujących się w tematyce cyberbezpieczeństwa będzie rosła, gdyż przygotowywane przez nich materiały stanowią istotne źródło wiedzy.

Wydatki dużych firm (250 – 999 os.) na cyberbezpieczeństwo:

  • 46% dużych firm wskazało, że przeznacza na cyberbezpieczeństwo do 250 tys. USD rocznie.
  • 43% dużych firm wskazało, że przeznacza na cyberbezpieczeństwo między 250 a 999 tys. USD rocznie.
  • Jedynie 11% dużych firm wydaje na cyberbezpieczeństwo więcej niż milion USD rocznie.

Wydatki bardzo dużych firm (1000 – 9 999 os.) na cyberbezpieczeństwo:

  • 23% bardzo dużych firm wskazało, że przeznacza na cyberbezpieczeństwo do 250 tys. USD rocznie.
  • 57% bardzo dużych firm wskazało, że przeznacza na cyberbezpieczeństwo między 250 a 999 tys. USD rocznie.
  • 20% bardzo dużych firm wydaje na cyberbezpieczeństwo więcej niż milion USD rocznie.

Wydatki korporacji (10 000+ os.) na cyberbezpieczeństwo:

  • Jedynie 7% korporacji wskazało, że przeznacza na cyberbezpieczeństwo do 250 USD rocznie.
  • 43% korporacji wskazało, że przeznacza na cyberbezpieczeństwo między 250 a 999 tys. USD rocznie.
  • 50% dużych firm wydaje na cyberbezpieczeństwo więcej niż milion USD rocznie.

Technologia 5G w bankowości i finansach

Dzięki technologii 5G konsumenci będą ekspresowo pobierać pliki, korzystać z milionów urządzeń internetu rzeczy czy też prowadzić rozmowy wideo w jakości 4K bez opóźnień. Jednak nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że 5G mocno zmieni również nasze dotychczasowe doświadczenia w sferze usług bankowych.

Technologia 5G w bankowości i finansach będzie ukierunkowana głównie na poprawę jakości obsługi klienta. „Sektor finansowy jest w trakcie głębokiej transformacji cyfrowej. Towarzyszy temu dynamiczny wzrost transferów danych, wykorzystanie analizy Big Data i sztucznej inteligencji oraz rozszerzanie usług na przykład o płatności person-to-person w czasie rzeczywistym. 5G jest tylko częścią tego procesu. Jednak to od tej technologii zależny będzie rozwój wielu nowych usług cyfrowych, bo 5G leży u podstaw digitalizacji” – tłumaczy Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Prognozowane zmiany nie są odległą perspektywą. Według szacunków Ericsson Mobility Report z listopada 2019 roku, sieci 5G do końca 2025 roku obejmą swoim zasięgiem 65% światowej populacji oraz będą obsługiwały 45% globalnego, mobilnego transferu danych.

Papierkowa robota w rękach sztucznej inteligencji

Wyróżnikiem technologii 5G jest kilkudziesięciokrotnie wyższa szybkość transmisji danych w porównaniu do LTE oraz praktycznie brak opóźnień (0,1 ms). Dzięki temu banki inwestując w narzędzia łączące sztuczną inteligencję, analizę danych i 5G, będą w stanie realizować równolegle wiele procesów w czasie rzeczywistym. Wpłynie to na szybkość podejmowania decyzji kredytowych oraz wspomoże optymalizację indywidualnych stóp procentowych. – „Przykładowo, w sytuacji gdy będziemy chcieli kupić samochód, weryfikacja naszej zdolności kredytowej będzie kwestią chwili, szybciej otrzymamy indywidualną ofertę finansowania, a po zaakceptowaniu warunków środki finansowe będą w krótkim czasie dostępne na koncie” – mówi Marcin Sugak.

Zwiększone bezpieczeństwo mobilnych płatności

Wraz z rozwojem internetu rzeczy, płatności mobilne przeniosą się na tzw. wearables, czyli inteligentne urządzenia ubieralne. Obecnie mamy do czynienia z wieloma urządzeniami, które łączą się przy użyciu różnych technologii, w tym Bluetooth, RFID i innych standardów komunikacji bliskiego zasięgu. 5G ujednolici sposób transmisji i w rezultacie połączy wszystkie urządzenia ze sobą. Smartfony, smartwatche, słuchawki, opaski monitorujące aktywność, urządzenia rzeczywistości wirtualnej czy nawet elastyczne czujniki na inteligentnych ubraniach będą się ze sobą komunikować i wymieniać dane. Umożliwi to dokonywanie płatności z każdego rodzaju urządzenia, które będziemy w danym momencie nosić. Ponieważ wiele z takich urządzeń przechwytuje dane biometryczne, współdzielenie tego typu informacji pomiędzy wearables i chmurą danych otworzy nowe możliwości dla rozwoju metod silnego uwierzytelniania zleceń płatniczych. Potwierdzenie transakcji dokona się bez angażowania użytkownika, właśnie dzięki przetwarzaniu danych biometrycznych klienta banku.

5G przewagą konkurencyjną

Technologia 5G w świecie finansów poprawi również standardy bezpieczeństwa. „Dzięki natychmiastowej geolokalizacji i analizie danych w czasie rzeczywistym zwiększy się wykrywalność oszustw i kradzieży. Możliwe będzie wprowadzanie nowych usług opartych o technologię blockchain. Uproszczone zostaną cykle handlowe i przyspieszone płatności transgraniczne. Instytucje finansowe, które lepiej przygotują się na start komercyjny 5G, szybko zdobędą przewagę konkurencyjną” – podsumowuje Marcin Sugak.

Polska u progu 5G

Sama technologia 5G jest już w Polsce dostępna, ale konieczne jest jeszcze przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. Testy sieci 5G w Polsce już trwają. W sytuacji gdy plany wprowadzenia nowej technologii będą realizowane bez przeszkód, Ericsson jest gotów do budowy sieci już w przyszłym roku.

Od 2015 r. Ericsson zainstalował już ponad 3 mln stacji bazowych gotowych obsłużyć 5G, które czekają na zdalne uruchomienie. Spora część z tych stacji znajduje się w Polsce, a gotowa technologia nie została jeszcze wprowadzona ze względu na uwarunkowania prawne.

Stopa bezrobocia w Polsce osiągnęła nowe historyczne minimum

Stopa bezrobocia w Polsce obliczona według metodologii BAEL wyniosła 3,1% w trzecim kwartale 2019, wobec 3,2% w kwartale poprzedzającym, osiągając nowe historyczne minimum. Liczba bezrobotnych wyniosła 532 tysięcy i była o 19,6% niższa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. W tym samym czasie liczba pracujących była zbliżona do poziomu sprzed roku, podczas gdy w drugim kwartale była niższa o 0,5% (w ujęciu zanualizowanym). Wciąż niższy niż przed rokiem pozostaje wskaźnik aktywności zawodowej, który wyniósł 56,7%. Liczba aktywnych zawodowo obniżyła się o 0,7% r/r, co potwierdza kurczenie się podaży pracy. Opublikowane dane wpisują się w obraz rynku pracy widoczny już w poprzednich kwartałach. Narastanie popytu na pracę stopniowo wygasa, co związane jest z pogarszającą się koniunkturą gospodarczą. Jednocześnie czynniki demograficzne wpływają na spadek podaży pracy. Staje się to źródłem napięć na rynku pracy, szczególnie w zakresie dostępu do pracowników wykwalifikowanych.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 0,62%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek o 1,34%. Najbardziej straciły banki – WIG-Banki obniżył się o 3,61%. Natomiast indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień ze wzrostem: sWIG80 zyskał na wartości 1,08%, z kolei mWIG40 wzmocnił się o 1,39%.

W tym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z USA. W środę (4.12.2019) będziemy mieli okazje zapoznać się z raportem ADP, indeksami PMI oraz ISM dla usług oraz indeksem aktywności biznesowej. W czwartek (05.12.2019) poznamy bilans handlu zagranicznego oraz dane dotyczące zamówień na dobra trwałe. Z kolei w piątek (06.12.2019) czeka nas cały wysyp wrażliwych danych z runku pracy USA. W ostatnim dniu roboczym nadchodzącego tygodnia poznamy dane o zatrudnieniu w sektorze pozarolniczym, stopę bezrobocia oraz długość tygodnia pracy. W Polsce nadchodzący tydzień zapowiada się nieco spokojniejszy, jednak w środę (04.12.2019) z komunikatu po zakończeniu dwudniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej dowiemy się czy będą zmienione stopy procentowe.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Branża budowlana przechodzi cyfrową rewolucję. Robotyzacja i systemy modelowania 3D to mniej błędów w projektach i niższe koszty inwestycji

Mimo wzrostu produkcji budowlano-montażowej, kondycja finansowa polskich spółek z tej branży uległa pogorszeniu. Przyczynił się do tego m.in. wzrost cen materiałów budowlanych oraz kosztów pracy i podwykonawstwa – wynika z analiz Deloitte. Z tego typu wyzwaniami branża radzi sobie poprzez digitalizację. Coraz chętniej sięga się po robotyzację czy prefabrykację w budownictwie. Szansą są także systemy modelowania informacji. Jak wynika z badań Autodesk, korzysta z nich o 70 proc. więcej firm architektonicznych i budowlanych niż jeszcze 4 lata temu. Dzięki temu mniej jest błędów w projektach, a koszty inwestycji spadają.

– Branża budowlana boryka się z wieloma wyzwaniami i problemami. Jednym z głównych jest kwestia rentowności w projektach budowlanych i bardzo duże ryzyko. Tutaj rozwiązaniem jest digitalizacja i BIM, ponieważ poprawa procesów to większa efektywność i rentowność – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Nogaj, manager ds. rozwiązań AEC w Autodesk. – Polskie przedsiębiorstwa nie są już w stanie znaleźć tańszych materiałów budowlanych czy tańszej siły roboczej, więc upatrują przewagi konkurencyjnej we wdrażaniu nowych technologii, robotyzacji, modularyzacji czy prefabrykacji w budownictwie. To są w tej chwili kierunki szeroko omawiane przez branżę budowlaną.

Z październikowego raportu Deloitte „Polskie Spółki Budowlane 2019” wynika, że w ostatnim roku, pomimo wzrostu produkcji budowalno-montażowej, sytuacja finansowa piętnastu największych pod względem uzyskiwanych przychodów spółek budowlanych uległa pogorszeniu. Przyczyniły się do tego m.in. wzrost cen materiałów budowlanych oraz kosztów pracy i podwykonawstwa. Firmy mierzą się z niską rentownością, a budownictwo jest jednym z tych sektorów, który najmocniej odczuwa braki kadrowe związane z historycznie niskim bezrobociem.

Jak ocenia ekspert Autodesk, pełne wykorzystanie BIM, czyli systemów modelowania informacji o obiekcie w fazie projektowej, stwarza firmom budowlanym olbrzymie pole do optymalizacji – od wyceny, poprzez harmonogram, identyfikację kolizji, logistykę dostaw, całą realizację aż po eksploatację obiektu.

– Jeszcze ponad dekadę temu BIM był mocno kojarzony z projektowaniem trójwymiarowym, co już w tej chwili dzieje się na rynku. Wiele firm przeszło z projektowania dwuwymiarowego na trójwymiarowe. Obecnie możemy zdefiniować BIM jako dogłębną digitalizację procesów w przedsiębiorstwie – mówi Przemysław Nogaj.

Jak podkreśla, głównym problemem branży budowlanej jest niska efektywność – jedna z najniższych w porównaniu z innymi sektorami gospodarki, chociażby motoryzacyjnym. Digitalizacja i BIM są czynnikami, które pozwalają tę efektywność zwiększać.

– BIM to technologie, które adresują wszystkie wyzwania w budownictwie, skracają czas realizacji inwestycji, pomagają w budżetowaniu, logistyce budowy i odbiorach, w zarządzaniu podwykonawcami. To są aspekty, które do tej pory nie były zdigitalizowane, gdzie królował papier i ołówek. W tej chwili systemy informatyczne wspierają lepsze podejmowanie decyzji i ograniczenie ryzyka biznesowego – mówi Przemysław Nogaj.

Z nowego raportu Autodesk („BIM, współpraca, chmura w polskim budownictwie”) wynika, że BIM staje się coraz popularniejszy na polskim rynku architektonicznym i budowlanym. W badaniu przeprowadzonym przez Kantar kontakt z metodyką BIM na szeroko pojętym rynku architektoniczno-budowlanym zadeklarowało blisko 40 proc. respondentów.

– BIM na dobre zagościł już w branży budowlanej. To nie tylko świadomość branży odnośnie do takich technologii, lecz także ich pełne wykorzystanie. Wyniki pokazują, że wśród architektów i projektantów wykorzystanie BIM-u wzrosło o 70 proc. w ciągu ostatnich 4 lat. Więc nie mówimy już o modzie, a o dobrej praktyce i pewnym zjawisku, które jest nieodwracalne – mówi Przemysław Nogaj.

Korzyści związane z BIM to przede wszystkim tworzenie projektów lepszej jakości i redukcja liczby błędów na etapie realizacji inwestycji. Wysoko oceniana jest lepsza komunikacja treści projektu oraz lepsze zrozumienie projektu przez wszystkie strony zaangażowane w proces inwestycyjny. W ocenie ponad połowy badanych zastosowanie BIM obniża koszty w całym procesie powstawania i życia budynku.

– Na uwagę zasługuje wyraźny wzrost świadomości BIM oraz wykorzystania go w pracy zawodowej. W pierwszym przypadku odnotowaliśmy wzrost o 65 proc., w drugim – aż o 72. Najwyższy poziom świadomości nadal mają architekci i projektanci, choć także wśród inwestorów i wykonawców jest on już wyższy o połowę. To dowód na to, jak duże zmiany zaszły i nadal zachodzą w podejściu do realizacji inwestycji w Polsce i dostrzeganiu korzyści z wykorzystywania BIM – mówi Grażyna Kołodziejek, country marketing manager w firmie Autodesk.

Z raportu wynika, że odsetek architektów, którzy wykorzystują BIM w swojej pracy, wzrósł z 25 proc. w 2015 roku do 43 proc. obecnie. Świadomość BIM jest jednak wciąż znacząco niższa w grupie firm budowlanych (19,6 proc.) oraz wśród inwestorów (16 proc.). To istotne o tyle, że brak wiedzy jest wymieniany jako jedna z głównych barier związanych z wykorzystaniem BIM w Polsce, obok czynników takich jak brak wspólnych standardów działania i wykwalifikowanych w obszarze BIM kadr oraz niska świadomość korzyści wśród inwestorów.

– Wśród działań, które są potrzebne do zwiększania wykorzystania i świadomości BIM, najczęściej wymieniane jest właśnie budowanie świadomości wśród inwestorów, przede wszystkim na temat możliwości wykorzystywania danych gromadzonych w całym procesie zgodnym z BIM, a także opracowywanie polskich standardów jego zastosowania – mówi Grażyna Kołodziejek.

prof. E. Mączyńska: Trzeba tworzyć nowe rozwiązania prawne dla biznesu. Mają służyć rozwojowi gospodarki, a nie bogaceniu się jednej korporacji

Gwałtownie zmieniające się otoczenie technologiczne stawia przed rządzącymi i społeczeństwami nowe wyzwania, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i klimatycznym oraz społecznym. Nowe modele biznesowe gigantycznych firm i globalizacja powodują, że stare systemy prawne stają się nieskuteczne, a konieczne jest zastosowanie rozwiązań na poziomie ponadnarodowym. Choć Komisja Europejska zapowiedziała prace nad jednolitym podatkiem cyfrowym, to zdaniem prof. Elżbiety Mączyńskiej, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, postępują one zbyt powoli.

– Za naszego życia pojawiły się zupełnie nowe modele biznesowe i to jest wyzwanie. Nowe technologie dają wielkie możliwości przekształcenia świata w świat rogu obfitości, bo wydajność rośnie, możemy produkować dowolną liczbę produktów różnego rodzaju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Jednak problemem staje się popyt. Mamy do czynienia z marnotrawną gospodarką nadmiaru w krajach wysoko rozwiniętych. W tej chwili świat zaczyna się nad tym zastanawiać, co oznacza konieczność innego spojrzenia na nauki ekonomiczne, na rzeczywistość gospodarczą i na problemy społeczne. Jeżeli nasze podejście się nie zmieni, klimatyczne także, to sami sobie ograniczymy możliwości rozwojowe. Coraz częściej się mówi o rosnącym ryzyku sekularnej stagnacji, czyli takiej stagnacji na wieki.

Postęp technologiczny, którego doświadcza ludzkość, a wraz z nią całe jej otoczenie, także gospodarcze, przyspieszył w ostatnich kilkunastu latach w sposób zawrotny. Pojawienie się Facebooka, Twittera, Skype’a, Google’a, wszechobecny i dostępny bardzo tanio internet, smartfony czy ekonomia współdzielenia, której przykładem jest Uber, powodują, że dotychczasowe modele biznesowe stają się nieopłacalne albo zbyt kosztowne.

Dla nowych modeli nie ma dostatecznie skutecznych przepisów prawnych. To jest taki efekt zamknięcia. Dlatego we wszystkich krajach, kiedy pojawił się Uber, pierwszą reakcją było: „zakazać!”. Nie da się zakazać, trzeba tworzyć nowe rozwiązania, które ukierunkowują te nowe formy biznesu w taki sposób, żeby to sprzyjało harmonijnemu, trwałemu rozwojowi społeczno-gospodarczemu, a nie tylko bogaceniu się jednej korporacji – mówi prof. Elżbieta Mączyńska.

Zdaniem prof. Mączyńskiej zamiast zakazu prowadzenia takiej działalności poszczególne kraje powinny się umówić na taki model opodatkowania nowych gigantów, by nie miały one możliwości jego unikania. Jednym ze sposobów miałby być podatek cyfrowy ustanowiony na poziomie ogólnoeuropejskim.

– Możliwości optymalizacji podatkowej jest tym więcej, im bardziej zglobalizowane jest przedsiębiorstwo, bo zawsze może przesunąć koszty tam, gdzie są wyższe podatki, a zyski przesunąć tam, gdzie te podatki są niższe. To się nazywa transfer zysków i kosztów – wskazuje prezes PTE. – Jeżeli taka firma cyfrowa nie miałaby gdzie uciec z podatkiem albo nawet miałaby, ale tych miejsc byłoby niewiele, to wtedy musiałaby się poddać tym regułom podatkowym, bo inaczej groziłoby to marginalizacją jej działalności. Unia Europejska robi w tym obszarze zbyt mało, żeby zapobiec różnego rodzaju defraudacjom podatkowym.

Jak zapowiedział w Sejmie premier Mateusz Morawiecki, rząd otrzymał z Brukseli sygnał, że w ciągu kilku miesięcy Komisja Europejska zaproponuje projekt wspólnego podatku cyfrowego dla wszystkich państw Wspólnoty. Gdyby to nie nastąpiło, Polska ma wprowadzić własne przepisy w tym zakresie, niektóre kraje UE już to zresztą zrobiły. Na przykład Czechy zapisały w budżecie na 2020 rok 7-proc. stawkę podatku cyfrowego, a Francja już od br. nalicza 3-proc. stawkę. To zresztą stało się przyczyną jej sporu z USA, gdyż większość firm dotkniętych tą opłatą wywodzi się zza oceanu. Po wrześniowej wizycie wiceprezydenta Mike’a Pence’a rząd PiS wycofał się z pomysłu wprowadzenia daniny w Polsce, jednak po wyborach znów zaczął zapowiadać prace nad nią, zwłaszcza że zaniechanie starań wytknęła mu Lewica.

Z kolei OECD proponuje wspólny globalny podatek na poziomie 15 proc., który byłby dzielony na poziomie rządowym w zależności od zysków uzyskiwanych przez poszczególne firmy w różnych krajach.

 Świat nie znalazł dla tych organizacji rozwiązań, które by je zmuszały nie tylko do dbałości o zyski, lecz także do odpowiedzialności społecznej i ekologicznej. Tygrys wymknął się z klatki i teraz świat ma problem z zapędzeniem go do klatki, on się oczywiście broni – wyjaśnia prof. Elżbieta Mączyńska. – To jest problem występujący we wszystkich krajach i wymaga ponadnarodowych działań. Tu pojedynczy kraj nie wystarczy, dlatego że technologie cyfrowe nie mają granic i w związku z globalizacją, otwieraniem się granic, pieniądz też nie ma granic, kapitał wędruje, jak chce.

Eksport produktów mlecznych z Polski rośnie. Coraz częściej kupują je kraje azjatycki i afrykańskie

Niemal jedna trzecia wyprodukowanego nad Wisłą mleka i jego przetworów trafia poza granice Polski. W większości do Unii Europejskiej, zwłaszcza do Niemiec, jednak producenci poszukują nowych rynków zbytu w Azji, Afryce i Ameryce Południowej. O ile w ubiegłym roku wysokie ceny masła spowodowały wzrost eksportu tego tłuszczu, o tyle w 2019 r. korzystne dla przetwórców okazują się ceny odtłuszczonego mleka w proszku. Jednak nawet duże zakłady potrzebują rządowego wsparcia promocyjnego na rynkach eksportowych.

– Polska jest jednym z pięciu największych producentów mleka w Europie, a około 30 proc. produkcji eksportujemy poza granice Polski. Głównym naszym odbiorcą jest Wspólnota Europejska, natomiast bardzo szeroko docieramy też do innych krajów świata – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Cebelińska, dyrektor handlu Spółdzielni Mleczarskiej Mlekpol w Grajewie. – To jest bardzo szeroki przekrój krajów azjatyckich: Chin, Indonezji, Malezji, Filipin, Pakistan, Wietnam, kraje Bliskiego Wschodu – Zjednoczone Emiraty Arabskie, Irak, Jordanię. Ze względu na rosnącą populację popularność naszych produktów mleczarskich rozprzestrzenia się również na cały kontynent afrykański.

Najbardziej perspektywiczne są rynki Azji, Azji Południowo-Wschodniej, również Afryki, ze względu na rosnącą populację i jej siłę nabywczą, a w związku z tym rosnącą konsumpcję produktów mlecznych. W ubiegłym roku Polska odpowiadała m.in. za 38 proc. unijnego eksportu odtłuszczonego mleka w proszku do Algierii, a także do Wietnamu, Kolumbii i Meksyku. Wzrosła też sprzedaż mleka płynnego oraz serów i twarogów do Libanu, a także serów i twarogów na Ukrainę i do Iraku. Kierunkami, w których odnotowano zdecydowany wzrost, były też Senegal i Kambodża.

– Hitami eksportowymi są przede wszystkim produkty, które pozwalają na utrzymanie trwałości przez minimum pół roku, więc są to sery, masło, produkty proszkowe, ale też szeroka gama produktów UHT jak mleko, mleka smakowe, śmietanki – podkreśla Małgorzata Cebelińska.

Jednak branża mleczarska oczekuje od rządzących działań wspierających promocję polskich przetworów mlecznych w krajach trzecich.

– Chcemy, żeby wszystkie kraje kojarzyły Polskę z bardzo dobrym naturalnym produktem mlecznym. Do tego potrzebujemy wsparcia i długoterminowych strategii wspólnie z naszym rządem, żeby wsparł naszą działalność poza granicami. Jako pojedynczy zakład, nawet duży, nie mamy takiej siły przebicia, niż w sytuacji, kiedy wypowiadamy się jako cały sektor – wyjaśnia przedstawicielka Mlekpolu. – To, co w tej chwili robi polski rząd, jest niewystarczające. Potrzebujemy większego zaangażowania i konsekwencji w prowadzeniu tych programów. To są wyzwania, nad którymi nasi zagraniczni partnerzy pracowali przez kilkadziesiąt lat. My zaczęliśmy to robić niedawn i musimy zintensyfikować te działania.

Jak informuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, wyniki handlu zagranicznego branży mleczarskiej w okresie ośmiu miesięcy 2019 roku były lepsze niż w takim samym okresie 2018 roku Nadwyżka eksportu nad importem przetworów mlecznych zwiększyła się o 2,4 proc. do 1,85 mld l w przeliczeniu na mleko surowe, w wyniku głębszego spadku importu (o 6,6 proc. do 1,23 mld l) niż eksportu (o 1,4 proc. do 3,08 mld l). O zmniejszeniu eksportu zadecydował przede wszystkim znaczny spadek wywozu masła (o 17,9 proc.), z uwagi na niższe niż przed rokiem ceny eksportowe (o ok. 12 proc.) oraz wzrost krajowego spożycia o 8 proc. w pierwszym półroczu pod wpływem niższych cen detalicznych. Skurczył się eksport serwatki (o 10,8 proc.) oraz serów i twarogów – o 1,8 proc. Wywóz pozostałych przetworów zwiększył się od 5,0 proc. w przypadku mleka w proszku do 20,9 proc. (mleko płynne i śmietana). Mimo spadku wolumenów, wartość eksportu i importu wzrosła, odpowiednio o 2,8 proc. i 5,2 proc., a dodatnie saldo obrotów w ujęciu wartościowym zwiększyło się o 0,9 proc. do 0,88 mld euro.

– Mocna pozycja polskich produktów mleczarskich wynika z wyjątkowego położenia geograficznego i walorów przyrodniczych naszego kraju. Mamy wiele użytków zielonych, łąki, pastwiska, gdzie możemy w sposób zrównoważony i możliwie naturalny prowadzić hodowlę zwierząt i pozyskiwać najlepszej jakości surowce – tłumaczy Małgorzata Cebelińska.

Marek Kamiński wyrusza w podróż w towarzystwie robota. Chce promować zdobycze nowoczesnej techniki oraz lokalną kryptowalutę

Podróżnik zabierze w wyprawę dookoła świata robota-asystenta, który pomoże przybliżyć człowiekowi sztuczną inteligencję. Społeczny eksperyment będzie naszpikowany nowymi technologiami. Oprócz elektrycznego auta z czujnikami do mierzenia jakości powietrza i humanoidalnego robota, potrafiącego m.in. zawiadomić służby ratownicze o wypadku, Marek Kamiński w trakcie wyprawy przetestuje społeczną kryptowalutę Power of Change. To kolejne, innowacyjne wykorzystanie technologii blockchain.

– Wyzwania, przed którymi stoi w zasadzie cała ludzkość, to sustainability, singularity i social empowerment, czyli zrównoważony rozwój, sztuczna inteligencja czy osobliwość i upodmiotowienie społeczne. Mój projekt polega na tym, że przygotowuję podróż dookoła świata z robotem NOA oraz samochodem elektrycznym i podczas tej podróży będę zbierał deklaracje, które w jakimś sensie zmienią świat – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podróżnik Marek Kamiński.

Swoją podróż dookoła świata Marek Kamiński rozpocznie w maju 2020 r. Przemieszczać będzie się autem elektrycznym, a towarzyszyć mu będzie robot NOA. Celem wyprawy jest przybliżenie najnowszych technologii krajom, które podróżnik będzie odwiedzał. Trasa poprowadzi m.in. przez Londyn, Turcję, Iran, Indie, Chiny, Koreę Południową, Japonię, Stany Zjednoczone i Kanadę. Jednym z elementów wyprawy Marka Kamińskiego będzie uruchomienie nowej, społecznej kryptowaluty.

– Mamy zamiar wprowadzić kryptowalutę Power for Change, która będzie kryptowalutą społeczną. Będzie ona używana podczas wyprawy do tego, żeby finansować różne wydarzenia w krajach, które odwiedzimy. Idea wprowadzenia tej kryptowaluty jest taka, że będzie taką platformą, która będzie finansować ciekawe inicjatywy lokalne, związane z trzema wymiarami, czyli singularity, sustainability i social empowerment. Ta wyprawa jest takim eksperymentem, który się dzieje tu i teraz, ale mówi nam o tym, jak będzie wyglądać przyszłość – mówi Marek Kamiński.

Równie istotną rolę w wyprawie Kamińskiego odegra inteligentny robot NOA, którego zadaniem będzie motywowanie podróżnika do dalszej pracy. Docelowo maszyny tego typu miałyby się sprawdzać w roli inteligentnych asystentów dla osób zmagających się m.in. z wypaleniem zawodowym czy depresją, zastępowałyby także człowieka w wykonywaniu prostych czynności.

– Doświadczenia z tej wyprawy mogą posłużyć do tego, żeby zbudować robota, którego będzie można wprowadzić na rynek. Ten robot to asystent człowieka, asystent starszych ludzi, w sensie opieki, będzie też trenerem mentalnym, będzie motywował do życia. Takie choroby jak depresja, wypalenie zawodowe, choroba bipolarna to są choroby, które dotykają setki milionów ludzi na całym świecie – wskazuje podróżnik. – Robot będzie asystentem podróży, będzie zbierał deklaracje dotyczące zmiany nawyków, będzie przeprowadzał wywiady z ludźmi dotyczące samych robotów i stosunku ludzi do robotów.

Eksperymenty z przetwarzaniem rozproszonych danych prowadzi również firma SingularityNET, która współpracowała przy tworzeniu inteligentnego robota Sophia. Wykorzystują oni zagadnienia z dziedziny blockchain do programowania zdecentralizowanych systemów sztucznej inteligencji, które w przyszłości mogą się przyczynić do powstania maszyn pełniących rolę asystentów dnia codziennego.

– NOA będzie też pełnił funkcję tzw. Robot for Life. Gdyby moje życie uległo zagrożeniu, to będzie mógł poinformować odpowiednie służby ratownicze, które będą gdzieś w pobliżu. Będziemy chcieli przeprowadzić duży test tego projektu – wyjaśnia Marek Kamiński.

Odczulanie to jedyna metoda na pozbycie się alergicznego nieżytu nosa. Dzięki dostępowi do podjęzykowej immunoterapii alergenowej pacjenci mogliby odczulać się samodzielnie w domu

Na choroby alergiczne cierpi ok. 40 proc. Polaków. Są wśród nich zarówno dorośli, jak i dzieci, które stanowią ok. 25-30 proc. pacjentów z alergicznym nieżytem nosa. Jedyną formą leczenia alergii, która polega na zwalczaniu przyczyny, a nie objawów choroby, jest immunoterapia alergenowa, czyli tzw. odczulanie. Można je rozpocząć już u dzieci po 5. roku życia. Odczulanie zapobiega rozwojowi astmy oskrzelowej i ciężkich postaci innych chorób alergicznych. Najwygodniejszą dla pacjentów formą jest immunoterapia podjęzykowa, podawana tabletkach. Lekarze podkreślają, że jej refundacja mogłaby skrócić kolejki do alergologów, przynieść realne korzyści finansowe w systemie ochrony zdrowia i skłonić więcej pacjentów do poddania leczeniu.

– W świetle badań prowadzonych przez naszych alergologów i ECAP (Epidemiologia Chorób Alergicznych w Polsce – przyp. red.) okazuje się, że od 25 do 30 proc. pacjentów z alergicznym nieżytem nosa jest w grupie dzieci szkolnych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr n. med. Ewa Cichocka-Jarosz, alergolog z Kliniki Chorób Dzieci w Katedrze Pediatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego, Collegium Medicum w Krakowie.

Alergie stanowią epidemię cywilizacyjną. Według Światowej Organizacji Zdrowia zajmują dziś trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Z badania ECAP wynika, że objawy alergii wykazuje około 40 proc. Polaków – ok. 9 mln cierpi na katar alergiczny, natomiast 5,5 mln ma już objawy astmy. Polskie Towarzystwo Alergologiczne podaje, że średnio co kilkanaście lat następuje podwojenie liczby chorych, wśród których są zarówno dorośli, jak i dzieci. Skłonność do chorób alergicznych jest w dużym stopniu dziedziczna, ale wzrost liczby zachorowań wiąże się też z czynnikami cywilizacyjnym i zanieczyszczeniem powietrza (smog, dym papierosowy, etc.).

Objawami alergii są m.in. świąd, łzawienie i pieczenie oczu, zaczerwienienie spojówek, katar, niedrożność nosa, kichanie, duszność, kaszel, świszczący oddech, pokrzywka, wyprysk czy obrzęk jamy ustnej i gardła. Wywołują je alergeny – najczęściej są to pyłki traw, drzew, roztocza kurzu domowego, naskórek zwierząt czy pleśnie.

 Najważniejszym alergenem są roztocza kurzu domowego. Jest to alergen o specjalnych właściwościach, ponieważ ma właściwości proteazy, czyli enzymu, który niszczy połączenia międzykomórkowe, przez co ma lepszą penetrację w obręb naszych błon śluzowych. Dlatego stanowi najważniejszy alergen wśród tych, które mogą wywoływać objawy alergicznego nieżytu nosa, a w mniejszym stopniu również zapalenia spojówek, astmy atopowej i atopowego zapalenia skóry – wskazuje prof. Ewa Cichocka-Jarosz.

W celu rozpoznania alergii przeprowadza się testy skórne lub śródskórne oraz badanie krwi, w którym określa się wysokości stężenia przeciwciał typu E (IgE). Alergolodzy mają do dyspozycji szeroki wachlarz farmaceutyków, ale leczenie farmakologiczne polega tylko na redukcji nasilenia stanu zapalnego i zwalczaniu objawów. Jedyną aktywną metodą leczenia jest immunoterapia alergenowa, czyli tzw. odczulanie. Polega ono na podawaniu alergenów, na które organizm ma uzyskać tolerancję.

– Stosując immunoterapię, przywracamy naturalną tolerancję substancji alergenowych, która występuje u osób zdrowych – wyjaśnia prof. Marek Jutel z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, prezydent Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej.

– Dzieci są znakomitą grupą pacjentów, do których możemy adresować immunoterapię. Przede wszystkim dlatego, że proces zapalny w przebiegu alergicznego nieżytu nosa czy astmy atopowej trwa u nich stosunkowo niedługo – mówi prof. Ewa Cichocka-Jarosz. – Zaczynamy immunoterapię z reguły u dzieci powyżej 5. roku życia. Wyjątek stanowi immunoterapia na jad owadów – tu grupę wiekową można obniżyć w przypadku ryzyka ciężkiej reakcji po użądleniu, ale dotyczy to marginalnej grupy pacjentów.

Jak podkreśla prof. Marek Jutel, immunoterapia alergenowa to bezpieczna i stosowana od lat forma leczenia, promowana przez Europejską Akademię Alergologii i Immunologii Klinicznej, która dąży do objęcia nią jak najszerszej grupy pacjentów.

– Jest to z pewnością jeden z głównych priorytetów tej organizacji, aby zwiększyć dostępność immunoterapii w krajach europejskich, w tym także w Polsce, oraz ustalić szersze niż dotychczas wskazania do stosowania tego leczenia, szczególnie wśród dzieci – mówi prof. Marek Jutel.

Immunoterapia zapobiega rozwojowi astmy oskrzelowej i ciężkich postaci innych chorób alergicznych. Zwykle stosuje się ją od 3 do 5 lat, czyli stosunkowo krótko w porównaniu z leczeniem farmakologicznym, które wielu pacjentów musi kontynuować stale, przez całe życie. Odczulanie może być podawane w dwóch formach: w zastrzykach bądź podjęzykowo (w kroplach lub tabletkach). Efektywność tych metod jest prawie taka sama, ale zaletą doustnej terapii jest to, że można stosować ją samodzielnie w domu.

– Immunoterapia podjęzykowa jest znacznie bezpieczniejsza. Nie wymaga systematycznych wizyt w gabinecie alergologa, tylko pierwsza dawka jest podawana pod kontrolą lekarza, natomiast kolejne pacjent stosuje już sam. To zmniejsza częstotliwość wizyt, dzięki czemu również kolejki mogłyby ulec zmniejszeniu – mówi prof. Marek Jutel.

W Polsce immunoterapia podjęzykowa w tabletkach nie jest jeszcze refundowana, więc pacjenci mają trudniejszy dostęp do tej formy terapii. Jednak lekarze podkreślają, że jej dostępność mogłaby nie tylko skłonić większą liczbę pacjentów do poddania się takiemu leczeniu, lecz także przynieść realne korzyści finansowe w systemie ochrony zdrowia.

– Korzyść ze stosowania immunoterapii podjęzykowej to mniejsze koszty związane z wizytami w gabinecie alergologa oraz mniejsze koszty społeczne. Wizyta pacjenta w gabinecie alergologa w celu podania iniekcji wiąże się czasem z utratą całego dnia pracy. To są duże koszty. Refundowana immunoterapia podjęzykowa przyniosłaby duże korzyści zarówno dla pacjentów, jak i dla systemu opieki zdrowotnej – ocenia prezydent Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej. – Są kraje w Europie, gdzie ponad 90 proc. odczulań u pacjentów odbywa się za pomocą tabletki podjęzykowej. Są i takie, w których jeszcze przeważa immunoterapia podskórna i Polska rzeczywiście wypada tutaj bardzo źle.


Materiał powstał w ramach kampanii edukacyjne. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią – wybierz zdrowie.

Zerwij z alergią, wybierz zdrowie.

Co piąta firma planuje w ciągu trzech lat zakup aut elektrycznych. Na razie rynek napędzają głównie zamówienia z sektora publicznego

19 proc. przedsiębiorstw chce w najbliższych trzech latach kupić samochody elektryczne lub hybrydy typu plug-in – wynika z danych Arval Mobility Observatory. Jak pokazują najnowsze statystyki PSPA i PZPM, po polskich drogach jeździ już blisko 8 tys. elektryków, ale w porównaniu do blisko 18 mln samochodów osobowych ogółem wciąż jest to jednak marginalny odsetek. Rozwój rynku w kolejnych latach uzależniony jest przede wszystkim od rządowego programu dopłat, w tej chwili napędza go również sektor publiczny, który ma ustawowy obowiązek wprowadzenia takich pojazdów do swoich flot.

Polskie firmy wykazują coraz większe zainteresowanie samochodami z napędem alternatywnym. Hybrydy dość mocno zaistniały we flotach, natomiast jeśli chodzi o samochody elektryczne – jak na razie wciąż jest to etap testowania. Przedsiębiorstwa są zainteresowane, chcą wprowadzić do floty 12 takie pojazdy i zobaczyć, jak to działa, ale zakupów na dużą skalę jeszcze nie ma – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Szymański, dyrektor generalny Arval Polska.

Z badań think tanku Arval Mobility Observatory wynika, że blisko co piąta firma w Polsce (19 proc.) włączyła lub zamierza w ciągu najbliższych trzech lat włączyć do swojej floty pojazdy elektryczne bądź hybrydy typu plug-in. Napędy alternatywne cieszą się popularnością zwłaszcza wśród przedsiębiorstw dużych, zatrudniających minimum 500 pracowników. Popyt ze strony klientów indywidualnych jest wciąż znikomy. Rynek samochodów elektrycznych w Polsce napędza w tej chwili sektor publiczny. Zgodnie z ustawą o elektromobilności, od początku 2020 roku floty w sektorze publicznym powinny mieć co najmniej 10 proc. samochodów z napędem elektrycznym.

Jak pokazuje „Licznik elektromobilności” PSPA i PZPM, na koniec października br. po polskich drogach jeździły już 7 884 samochody osobowe z napędem elektrycznym, z których blisko 2/3 stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (4 701), a pozostałą część hybrydy typu plug-in (3 183). Od stycznia liczba rejestracji samochodów całkowicie elektrycznych oraz hybryd typu plug-in osiągnęła poziom 3 250 sztuk, czyli o 100 proc. więcej niż w tym samym okresie roku ubiegłego.

Jak podkreśla dyrektor generalny Arval Polska, to głównie wsparcie ze strony państwa, np. w postaci dopłat, i uwarunkowania prawne w największym stopniu napędzają rozwój rynku pojazdów elektrycznych.

Powolny rozwój elektromobilności w Polsce wynika dzisiaj z dwóch elementów. Po pierwsze, Polska jest największym rynkiem samochodów używanych w Europie. To, że rejestrujemy milion średnio 10-letnich samochodów importowanych z Europy Zachodniej samo w sobie powoduje, że jest mało samochodów elektrycznych. Po prostu nie ma samochodów elektrycznych, które mają 10 lat. Natomiast jeśli chodzi o nowe samochody, barierą jest brak zachęt, brak dopłat do samochodów elektrycznych, co też powoduje, że ich udział jest bardzo niski – mówi Grzegorz Szymański.

Na ten argument wskazywało 60 proc. organizacji w badaniu KPMG i PSPA przeprowadzonym wiosną tego roku. Od listopada zaczął jednak obowiązywać rządowy program dopłat do zakupu elektryków. W pierwszym etapie zostały nim objęte osoby fizyczne (klienci indywidualni), które mogą uzyskać dofinansowanie w wysokości 30 proc. (ale nie więcej niż 37,5 tys. zł) do zakupu elektrycznego samochodu, którego cena nie przekracza 125 tys. zł. W przyszłym roku program ma objąć również nabywców flotowych. Z badania KPMG i PSPA wynika, że z nowych rozwiązań – ujętych w rozporządzeniu dotyczącym Funduszu Niskoemisyjnego Transportu – zamierza skorzystać połowa badanych podmiotów. Barierą dla rozwoju rynku wciąż pozostaje wysoka cena samochodów elektrycznych i ograniczona infrastruktura do ich ładowania.

Rozwój elektromobilności w Polsce w przyszłym roku zależy głównie od dwóch czynników. Jeden to czynnik zewnętrzny – w Europie powstają nowe fabryki baterii do samochodów elektrycznych i moce produkcyjne oraz podaż samochodów elektrycznych wzrosną. Elektryki będzie łatwiej kupić i będą tańsze. Drugi czynnik, to ostateczny kształt przepisów o dopłatach do samochodów elektrycznych w Polsce. To, jak zostaną wprowadzone i jakie będą zasady rozstrzygania konkursów na dopłaty, przełoży się na konkretne cyfry i wyniki sprzedaży – mówi dyrektor generalny Arval Polska.

Branżę cyfrowej rozrywki zmieniają serwisy streamingowe. Przyszłością gier jest zupełnie nowe podejście do VR

Rozwój technologii mobilnych sprawił, że gry komputerowe przestały być medium niszowym, skierowanym do wąskiego grona posiadaczy komputerów oraz konsol. Dzięki upowszechnieniu się smartfonów i tabletów stały się wszechobecne, a branża nieustannie eksperymentuje z nowymi formami wyrazu, które pozwolą wznieść branżę cyfrowej rozrywki na wyższy poziom. Na popularności zyskują platformy VR, a w najbliższych latach o uwagę odbiorcy zawalczą usługi strumieniowania gier.

– Gry dojrzały jako medium równoprawne takim formom opowiadania jak kino, telewizja czy teatr. Nadejdzie na pewno zmiana technologiczna w postaci streamowania gier, dostępności na telefonach, tabletach i tym podobnych urządzeniach. Gry będą się przeplatać z systemami łączności. Będą wchodzić w nową rewolucję przemysłową i to ona zdefiniuje, w którą stronę pójdą – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Miechowski, partnership manager z 11 bit studios.

Gry od dawna były postrzegane przez twórców jako usługi, a nie produkty, o czym świadczą m.in. ich zapisy licencyjne. Ale dotychczas klient końcowy nie był w stanie odczuć ich usługowego charakteru. Dopiero pojawienie się i upowszechnienie subskrypcji zmieniło oblicze tej branży. Na taki model dystrybucji zdecydował się m.in. serwis Humble Bundle, wprowadzając miesięczną subskrypcję gier-niespodzianek. Usługa cieszyła się na tyle dużym zainteresowaniem, że firma postanowiła przeprowadzić jej rebranding, aby uczynić ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Od grudnia 2019 roku Humble Monthly zmieni się w Humble Choice i zaoferuje kilka planów subskrypcyjnych, w ramach których każdy będzie mógł własnoręcznie skompletować paczkę interesujących go produkcji.

Podobną usługę wprowadzili także najwięksi dystrybutorzy na rynku – Origin uruchomił Access, Microsoft Xbox Game Pass Ultimate zaś Sony PlayStation Now. Swoją wersję platformy tego typu ma nawet HTC, które w ramach Viveport udostępnia subskrybentom pełną bibliotekę gier przeznaczonych na gogle VR. Na tym jednak nie koniec, gdyż przyszłością branży mogą się okazać usługi streamingowe, które uniezależnią graczy od jakiejkolwiek platformy.

– Dużo się teraz mówi o streamingu. Google Stadia jest jedną z takich raczkujących platform. Ta dostępna od jakiegoś czasu technologia jest bardzo zależna od dostępności szerokopasmowego internetu. Obserwujmy, co się będzie działo, bo to chyba nie jest takie łatwe postawić infrastrukturę, która pozwoli na streaming gier wszędzie, przynajmniej w państwach pierwszego świata – twierdzi ekspert.

Inżynierowie Google chcą zmienić sposób, w jaki podchodzimy do grania i zakończyć erę rywalizujących ze sobą platform. Usługa, która właśnie zadebiutowała w Stanach, pozwoli przesyłać gry strumieniowo na niemal dowolne urządzenie. Wystarczy się zalogować do niej za pośrednictwem aplikacji na smartfony, tablety lub komputery bądź uruchomić za pośrednictwem strony internetowej, aby otrzymać natychmiastowy dostęp do mocy obliczeniowej serwerów Google. Gry, które uruchomimy za pośrednictwem Stadii, będą renderowane na komputerach korporacji, a obraz z nich przekazywany w czasie rzeczywistym na urządzenie gracza.

Podobny serwis testuje także Microsoft, który w ramach Project xCloud uruchomił streamingową platformę gamingową oferującą dostęp do kilkudziesięciu gier z Xboksa, które za pośrednictwem chmury możemy uruchomić na urządzeniach mobilnych.

Z technologiami tego typu eksperymentuje również firma Valve, twórcy platformy Steam. Korporacja ma w swoim portfolio kilka rozwiązań chmurowych, m.in. aplikacje Steam Link, która pozwala przesyłać obraz z domowego komputera na smartfony i tablety czy Steam Remote Play Together do zdalnego grania w tytuły kooperacyjne. A w jednej z ostatnich wersji kodu źródłowego udało się odnaleźć wpis sugerujący, że Valve również może planować uruchomienie serwisu pokroju Google Stadia – deweloperzy umieścili w nim wzmiankę o nieznanej dotąd usłudze nazywanej Steam Cloud Gaming.

– Następnym krokiem będzie wirtualna rzeczywistość. Natomiast nie sądzę, że będzie to wirtualna rzeczywistość, jaką znamy, czyli zakładane na głowę okulary, tylko interfejs bezpośredni pomiędzy mózgiem ludzkim a maszyną – prognozuje Paweł Miechowski.

Według analityków z firmy IMARC Group wartość globalnego rynku gamingowych serwisów streamingowych w 2018 roku wyniosła 802 mln dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 2,57 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 22 proc.

Ograniczenia mobilności osób starszych oraz z niepełnosprawnościami w miejscach publicznych

3 grudnia to Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych – dobry moment, aby zwrócić uwagę na codzienne problemy tej grupy: osób z niepełnosprawnością ruchową, niedowidzących, niesłyszących czy starszej części społeczeństwa cierpiącej na choroby neurologiczne. Jednym z ich codziennych wyzwań jest nadal utrudnione poruszanie się w przestrzeni miejskiej, bariery architektoniczne, niedostosowane obiekty użyteczności publicznej, a także mieszkania prywatne. W sierpniu br. Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podpisało umowę na nowy projekt: usługę transportową door-to-door oraz likwidację barier architektonicznych[1]. Kilka dni temu poinformowano o przyznaniu prawie 9 mln zł na realizację programu „Asystent osobisty osoby niepełnosprawnej”, z którego w 2020 r. skorzystają 32 samorządy na Mazowszu[2]. Zmiany w planach, a jak obecnie odnajdują się w przestrzeni miejskiej osoby niepełnosprawne, starsze i ich opiekunowie?

Ograniczenie mobilności dotyczy bardzo dużej grupy osób: poruszających się o wózkach, kulach czy balkonikach – z tzw. niepełnosprawnością ruchową, ale także często kontuzjowanych, poruszających się z dziećmi, kobiet w ciąży, otyłych, ze zbyt niskim wzrostem czy po prostu osób starszych. Zaplanowany na 2020 rok program osobistego asystenta ma ułatwić wykonywanie codziennych czynności, zapewnić uczestnictwo w życiu lokalnej społeczności, a także przeciwdziałać wykluczeniu. Bezpłatne korzystanie z tej inicjatywy będzie możliwe dla osób mających orzeczenie o znacznym lub  umiarkowanym stopniu niepełnosprawności albo orzeczenie równoważne. Natomiast usługa door-to-door ma za zadanie wspomóc mobilność dzięki indywidualnemu transportowi do placówek zdrowia lub rehabilitacyjnych. Oprócz tego wyznaczono środki, które poprawią dostępność dla osób o specjalnych potrzebach w zakresie budynków wielorodzinnych, osiedlowych i publicznych. Zmiany obejmą budowę podjazdów oraz modernizację wind – pojawią się systemy dźwiękowe z napisami alfabetem Braile’a, systemy dotykowe i wizualne.

Dostępność nie dla wszystkich

Ostatnia kontrola NIK-u, dotycząca obiektów użyteczności publicznej, wykazała, że żaden z 94 budynków nie spełniał warunków miejsca wolnego od barier, pozwalającego korzystać z niego osobom niepełnosprawnym na zasadach równości ze sprawnymi użytkownikami[3]. Pod lupę wzięto m.in. urzędy oraz poradnie zdrowia – miejsca, które w pierwszej kolejności powinny być dostępne dla każdego.  Przykładów utrudnień jest wiele, to m.in. oddalenie tzw. „koperty” parkingowej od windy w odległości 20 m oraz wlot monet w parkomacie, który uniemożliwia skorzystanie z niego osobie na wózku inwalidzkim. Inne bariery to m.in. za wysokie progi, źle zamontowane klamki okienne, zbyt mała powierzchnia możliwego manewru w łazience czy domofon przy budynku, bez opisu alfabetem Braille’a. Niewłaściwe zaprojektowanie budynków utrudnia codzienne realizowanie różnych aktywności nie tylko osobom niepełnosprawnym, ale także ich opiekunom.

– Problem pojawia się wtedy, gdy opiekunowie muszą przetransportować się z podopiecznym z miejsca A do miejsca B. Czasami trzeba sprowadzić chorego z piętrowego mieszkania bez windy, podjechać wózkiem do specjalnie przygotowanego samochodu, mając na drodze mnóstwo krawężników. Następnie czekają schody przy wejściach do budynków, zbyt małe przejścia, nieprzystosowane dla osób z niepełnosprawnościami toalety. Zazwyczaj nasi opiekunowie pracują ze starszymi, schorowanymi osobami, które potrzebują wsparcia w codzienności. Jednak biorąc pod uwagę ilość niedostosowań architektonicznych w całej sferze publicznej, to ciężko mi wyobrazić sobie poruszanie się osoby, która korzysta samodzielnie z wózka inwalidzkiego, bez niczyjego wsparcia – mówi Iwona Przybyło, dyplomowana pielęgniarka pracująca w Akademii Opiekunów.

To nie jest tylko łatwość poruszania, to kwestia bezpieczeństwa

Żaden z kontrolowanych przez NIK obiektów nie posiadał specjalistycznego wyposażenia do ewakuowania osób niepełnosprawnych, a 60% z nich nie opracowało nawet szczegółowych procedur na wypadek zagrożenia lub metod ewakuacji. O ile wyjścia ewakuacyjne, specjalne oznaczenia i alarmy są widoczne, słyszalne oraz znane osobom pełnosprawnym, to inaczej jest w przypadku chorych posiadających różne ograniczenia percepcyjne i komunikacyjne. W obiektach użyteczności publicznej powinny istnieć sygnalizacje naprowadzające do konkretnych wyjść ewakuacyjnych, w sytuacji zagrożenia życia, w której dodatkowo odczuwa się duży stres – tym większy dla osoby słabowidzącej czy słabosłyszącej. Wprowadzone od dawna obowiązkowe próbne ewakuacje miały rozwiać wątpliwości użytkowników budynków publicznych, m.in. uczniów szkół. Okazuje się, że przeprowadzane podejścia do ewakuowania obiektu mają niewiele wspólnego z rzeczywistymi warunkami zagrożenia:

– Zostaliśmy poinformowani o tym, że odbędzie się próbna ewakuacja wszystkich studentów. Na co dzień jestem osobą sprawną fizycznie, ale akurat wtedy złamałam nogę. Myślałam, że procedura zostanie przeprowadzona tak jak powinna, a mnie po prostu poproszono o to, żebym wyszła kilka minut przed wszystkimi, ponieważ „i tak nie dam rady iść ich tempem” – tym bardziej, że przede mną kilka dużych schodków do pokonania. Obawiam się, że jeśli przykładowo wybuchnie pożar, osoba niepełnosprawna będzie miała duży problem z opuszczeniem budynku – mówi jedna ze studentek łódzkiej szkoły policealnej. Oddzielną kwestią jest natomiast brak przeszkolonego personelu, który w wypadku zagrożenia może okazać się jedynym ratunkiem dla osób ze specjalnymi potrzebami.

Można lepiej – tylko jak?

Na szczęście przykłady dobrych praktyk również można mnożyć. W bibliotece w Sieradzu na czytelników czekają udogodnienia dla osób niedowidzących: lupy, urządzenia biurowe wyposażone w alfabet Braille’a, audiobooki w wersji cyfrowej czy urządzenia lektorskie, które czytają na głos. Natomiast do potrzeb osób z różnymi niepełnosprawnościami dostosowano nawierzchnię rynku we Wrocławiu. Inwestycję poprzedzono konsultacjami z lokalnymi instytucjami, działającymi na rzecz osób niepełnosprawnych, które wiedziały, co jest najbardziej potrzebne tej grupie obywateli. Niestety, w wielu gminach w projektach ważnych dla miasta, takich jak stadiony, pływalnie lub węzły komunikacyjne, nie skorzystano ze wsparcia w postaci porad od osób starszych i niepełnosprawnych.
– Myślę, że bardzo ważna jest identyfikacja potrzeb i oczekiwań osób, które nie są sprawne fizycznie. Konsultacje powinny być pierwszym z etapów projektowania nowych budynków czy przestrzeni miejskich. Inne problemy dotyczą osób mających problemy ze swobodnym poruszaniem się, a inne na przykład osób słabowidzących. Osoba starsza zazwyczaj porusza się o lasce lub balkoniku, często niedowidzi i słabo słyszy. W wielu miejscach brakuje nadal odpowiednich komunikatów głosowych, map dotykowych, automatycznych drzwi czy chociażby miejsc do odpoczynku z ławkami – zaznacza Tomasz Piłat, dyrektor Akademii Opiekunów. Aby odpowiednio zaprojektować wejście do budynku ratusza w Kaliszu, zatrudniono inspektora do spraw osób niepełnosprawnych. Zmiany poczynione przy wejściu do gmachu znacznie ułatwiły poruszanie się osobom z ograniczoną sprawnością. Rozpoznanie potrzeb, opiniowanie oraz konsultowanie z przedstawicielami zainteresowanych środowisk powinno być kluczowe w realizacji każdej inwestycji: przebudowie, remoncie czy budowaniu od podstaw.

Dostępność przestrzeni publicznej, zarówno dla dzieci, seniorów jak i osób niedowidzących, niedosłyszących, z niepełnosprawnością umysłową czy ruchową to założenie, które powinno być respektowane z największą dbałością. Uniwersalne projektowanie pomoże zapobiec społecznemu wykluczeniu oraz poprawi jakość życia każdej grupie społecznej. Inicjatywy związane z nowymi inwestycjami czy remontami istniejących już obiektów oraz kwestie wpływające na ich dostępność powinny być konsultowane z najbardziej doświadczonymi w tym temacie. Szczególną uwagę warto zwrócić na osoby starsze, ponieważ społeczeństwo w Polsce starzeje się z roku na rok. Problemy tych obywateli mogą stać się niebawem dużym utrudnieniem dla prawie 30% wszystkich mieszkańców naszego kraju.

1 https://www.pfron.org.pl/aktualnosci/szczegoly-aktualnosci/news/nowy-projekt-door-to-door-i-likwidacja-barier-architektonicznych/

[2] http://niepelnosprawni.pl/ledge/x/861708;jsessionid=352B82D1C0DCFA4E9C057E94E6CAA8F5

[3] https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/miejsca-powszechnie-dostepne-wciaz-niedostepne.html

W 2020 r. Niemcy otworzą rynek dla Ukraińców, ale niemiecki rynek pozostanie dla nich trudno dostępny

Polski rynek pracy jest mocno zasilany przez emigrantów zza wschodniej granicy. Obecnie około półtora miliona obywateli Ukrainy przebywa w Polsce, funkcjonując na naszym rynku pracy. Zaspokajają oni głównie potrzeby kadrowe przemysłu, sektora budowlanego i usługowego – gdyż są to rynki niewymagające dużych kwalifikacji i dobrej znajomości języka. Cudzoziemcy odgrywają w tych obszarach bardzo istotną rolę – polski rynek pracy boryka się bowiem ze spadającą pulą pracowników, co jest związane z kryzysem demograficznym. Duży napływ pracowników z Ukrainy wspiera działanie naszych firm i dobrze wpływa na polską gospodarkę. Taka sytuacja może się jednak długo nie utrzymać. Chociaż Polska już wcześniej została określona jako kraj tranzytowy, skąd obywatele krajów spoza Unii Europejskiej migrują dalej na Zachód, to w najbliższych latach odpływ cudzoziemców z Polski może się zwiększyć. Nasi sąsiedzi coraz bardziej łagodzą bowiem regulacje związane z prawem emigracyjnym,

–  Nowe regulacje migracyjne wdrażają Czesi i Węgrzy. Na pracowników spoza Unii starają się otwierać również Niemcy. To budzi duże obawy odpływu Ukraińców z Polski. Szczególnie z Niemcami będzie nam bardzo ciężko konkurować pod względem płacowym – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Na nasze szczęście nowe regulacje w Niemczech są wciąż dosyć restrykcyjne. Pozwolą one na uzyskanie pozwolenia na pracę osobom wykwalifikowanym, o wysokich zdolnościach językowych. W przypadku Czech mamy do czynienia z powiększeniem ustawowej liczby osób, które mogą napłynąć na czeski rynek pracy. Te liczby faktycznie wzrosną dwukrotnie, ale tylko z poziomu 20 tysięcy do 40 tysięcy. To mała skala – w porównaniu z ponad milionem osób przebywających w Polsce. Nie powinna ona zaburzyć polskiego rynku pracy. To, czego powinniśmy się najbardziej obawiać, to wciąż kwestia nielegalnego odpływu migrantów do krajów Zachodniej Europy. Zmagamy się z tym już od wielu lat – przypomina Kubisiak.

CPK planuje działania ze spółkami Skarbu Państwa

Centralny Port Komunikacyjny rozpoczął ustalenia z gronem firm i instytucji, z którymi od połowy przyszłego roku będzie ściśle współpracował podczas prac nad master planem nowego lotniska

W dzisiejszym spotkaniu w Ministerstwie Infrastruktury, zorganizowanym przez spółkę Centralny Port Komunikacyjny, wzięli udział przedstawiciele 13 firm i instytucji: Urzędu Lotnictwa Cywilnego (ULC), Orlenu, Lotosu Air BP, PERN-u, Polskiej Grupy Energetycznej (PGE), Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE), Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa (PGNiG), Gaz-Systemu, Polskiej Spółki Gazownictwa (PSG), SIME Polska, Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA), Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie i Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMGW).

W połowie przyszłego roku przystąpimy do prac nad master planem: zarówno dla lotniska, jak też dla zintegrowanej z nim stacji kolejowej. Tym samym wkraczamy w kluczowy etap przygotowań, który będzie wymagał wzmożonej współpracy m.in. z gestorami mediów, regulatorami i zarządcami infrastruktury – mówi Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Przedmiotem rozmów były m.in. planowana na przyszły rok inwentaryzacja terenu inwestycji, zakres prac przy układaniu niezbędnej infrastruktury paliwowej, energetycznej, wodociągowej itp. oraz utworzenie zespołów roboczych do realizacji zadań podczas przygotowań master planu.

Dla właściwego zaplanowania CPK potrzebujemy danych dotyczących istniejącej infrastruktury, informacji o parametrach sieci przesyłowych i ewentualnych planach inwestycyjnych spółek w tym obszarze. Dzięki temu właściwie zaplanujemy działania na etapie przygotowywania master planu. Dlatego już teraz musimy być w bliskim kontakcie ze spółkami, które dostarczą na potrzeby lotniska m.in. niezbędne zasoby, paliwa i energię – wyjaśnia Mikołaj Wild, p.o. prezesa CPK.

Spółka CPK planuje swoje lotnisko na terenie gmin Baranów, Teresin i Wiskitki – między Warszawą i Łodzią, czyli pierwszym i trzecim miastem w Polsce pod względem liczby mieszkańców. Jest to teren w większości rolniczy, w dużym stopniu niezabudowany. – Ponieważ będzie to lotnisko budowane jako tzw. greenfield, pozwoli nam to od podstaw zaplanować infrastrukturę CPK, zapewniając rezerwę dla przyszłych rozwiązań – mówi Marek Litwin, dyrektor Biura Strategii i Planowania Lotniska CPK. – Spotkaliśmy się z kluczowymi dla tego etapu partnerami, żeby przedstawić plan i metodykę współpracy, omówić nasze oczekiwania oraz dowiedzieć się, jakich informacji potrzebują od nas interesariusze – tłumaczy.

Master plan CPK przedstawi m.in. koncepcję rozwoju portu lotniczego w perspektywie 20 lat (na podstawie szczegółowych prognoz ruchu lotniczego) i  etapowanie budowy. Jak wyjaśnia Małgorzata Popławska, menadżer ds. planowania i przepustowości CPK, ma on nie tylko określić infrastrukturę dostosowaną do realizacji celów inwestycji, ale być też odpowiedzią na potrzeby przyszłych użytkowników lotniska.

Zakładany czas dojazdu do centrum Warszawy pociągiem to ok. 15 minut, a do Łodzi – ok. 25 minut. Według wyliczeń spółki CPK, ok. 7 mln mieszkańców znajdzie się w zasięgu dojazdu do CPK w czasie nie dłuższym niż półtorej godziny. W pierwszym etapie CPK zakłada przepustowość lotniska i węzła transferowego na poziomie 45 mln pasażerów rocznie, czyli ok. 400 tys. operacji lotniczych (startów i lądowań) w ciągu roku na dwóch drogach startowych.

Uzgodnienia założeń infrastrukturalnych CPK trwają od połowy kwietnia br. To wtedy spółka po raz pierwszy pokazała 125 głównych elementów infrastruktury m.in. zakładany układ dróg startowych, dróg kołowania, płyt postojowych, terminali (pasażerskich, cargo i general aviation), stacji kolejowej zintegrowanej z terminalem pasażerskim, parkingów i dróg wewnętrznych. W ciągu kolejnych tygodni wpłynęło ponad tysiąc uwag i propozycji dotyczących infrastruktury planowanego lotniska, m.in. obsługi samolotów, pasażerskiej, bagażowej, cargo, zaplecza technicznego itd. Od tego czasu spółka we współpracy z partnerami branżowymi stworzyła 350-stronicowy tzw. brief strategiczny portu lotniczego, który został następnie skonsultowany z ponad 140 firmami i instytucjami.

Jednocześnie przewoźnicy lotniczy opiniują wygląd lotniska w ramach Komitetu Konsultacyjnego (Airport Consultative Committee – ACC), który został powołany pod koniec maja przez Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) we współpracy z CPK. Dotychczas w ramach ACC odbyły się dwa spotkania w Warszawie: 18 lipca i 18 października.

Spółka jest na końcowym etapie przygotowywania Programu Wieloletniego, który określi planowane wydatki na CPK w kolejnych latach. Oprócz tego w planach na najbliższe miesiące są m.in. wybór doradcy strategicznego spośród największych i najlepszych pod względem operacyjnym lotnisk świata.

DHL Supply Chain przedstawia Strategię 2025

  • W Inteligentnym Magazynie w Beringe w Holandii, DHL zaprezentowało jak innowacyjne rozwiązania branży logistycznej tworzą natychmiastową wartość dla klientów i pracowników.
  • Oscar de Bok, Dyrektor Generalny DHL Supply Chain, przedstawił założenia Strategii 2025, a także wyjaśnił w jaki sposób automatyzacja i cyfryzacja zmienią oblicze branży logistycznej.

2 grudnia 2019 r. – Oscar de Bok, Dyrektor Generalny DHL Supply Chain, wybrał Kampus Technologiczny w Beringe w Holandii, jedną ze sztandarowych operacji  DHL Supply Chain, na miejsce przedstawienia Strategii 2025. Właśnie w Beringe znajduje się jeden z Inteligentnych Magazynów DHL Supply Chain, globalnego lidera logistyki kontraktowej. Magazyn służy klientom w całej Europie, obsługując w ich przy pomocy zautomatyzowanych i najnowocześniejszych technologicznie rozwiązań logistyki kontraktowej.

Oscar de Bok, Dyrektor Generalny DHL Supply Chain: ”DHL Supply Chain nie jest jedynie światowym liderem w zakresie usług logistyki kontraktowej, nasza spółka jest także liderem cyfryzacji i innowacji. Nieustannie rozwijamy się, a nasze podejście, które nastawione jest na klienta, pozwala zmieniać innowacyjne pomysły w skalowalne i komercyjnie opłacalne produkty, które możemy wprowadzić we wszystkich regionach. Inteligentny Magazyn, znajdujący się w Kampusie Technologicznym w Beringe, jest doskonałym przykładem, ilustrującym w jaki sposób wdrażamy inteligentne rozwiązania, by tworzyć natychmiastową wartość zarówno dla naszych klientów, jak i pracowników.

Nowa strategia obejmuje przede wszystkim cztery obszary: w zakresie pracowników i talentów, DHL skupia się na pokonaniu problemu niedostatku siły roboczej oraz przyciągnięciu utalentowanych ludzi, a także na przygotowaniu i przeszkoleniu obecnych pracowników oraz uzyskaniu przez nich certyfikatów w świetle nadchodzących wraz z cyfryzacją zmian. Jeżeli chodzi o operacje,  standaryzacja oraz stale ulepszane procedury doprowadzą do bardziej rentownego rozwoju, zaś doświadczenia klientów, w szczególności cyfrowe, staną się tak ważne, jak nigdy dotąd.

„DHL Supply Chain w Polsce rozwija się w imponującym tempie – w ciągu dwóch lat do grona naszych pracowników dołączyło ponad 2 tysiące osób i liczba ta ciągle rośnie.  Innowacje i cyfryzacja to jeden z czynników, który umożliwi nam przyciągnięcie do firmy utalentowanych pracowników. Nasi ludzie to najlepsi eksperci na rynku, a sposób w jaki ich szkolimy i nimi zarządzamy, sprawia,  że osiągamy  przewagę konkurencyjną. W dzisiejszych czasach nasi klienci oczekują wdrażania innowacji i cyfryzacji – a my , jako lider logistyki kontraktowej w świecie, jesteśmy w stanie i chcemy te wymagania realizować.” Mówi Piotr Okurowski, Dyrektor Zarządzający DHL Supply Chain w Polsce. 

DHL Supply Chain, Robot-Picking Cell – Beringe
DHL Supply Chain, Robot-Picking Cell – Beringe

Kampus Technologiczny w Beringe posiada powierzchnię magazynową sięgającą 128 000 m2 i jest wyposażony w 100 obszarów przeładunkowych. Kampus służy globalnym liderom technologicznym jako ogólnoeuropejski węzeł dystrybucji, w którym światowy łańcuch dostaw klientów DHL jest koordynowany przez lokalny zespół. a jego działanie opiera się na wielu innowacyjnych specjalistycznych narzędziach, m.in., maszynach przetwarzających i sortujących, technologii rozszerzonej rzeczywistości, , robotach do transportu wewnętrznego oraz mobilnych urządzeniach skanujących najnowszej generacji.

Przewaga torysów w sondażach sprzyja funtowi

Za nami kolejny tydzień na rynku walutowym. Zobaczmy, które waluty ostatnio radziły sobie lepiej od innych, a które odstawały od reszty.

W grupie walut G10 wyjątkowo dobrze radził sobie m.in. funt brytyjski. Szterling umacniał się w relacji do większości najważniejszych walut świata. Jednoznacznie wskazuje to, że rynki finansowe liczą na wygraną Partii Konserwatywnej w nadchodzących wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii. Dobre nastroje panujące wśród inwestorów oznaczały również, że gorzej radziły sobie waluty tradycyjnie uznawane za bezpieczne, czyli tak zwane waluty “safe haven”, szczególnie jen japoński. W minionym tygodniu w wyjątkowo wąskim korytarzu poruszała się para EUR/USD. Ograniczonej zmienności bez wątpienia sprzyjał okres świąteczny w Stanach Zjednoczonych.

Warto też wspomnieć o utrzymującej się słabości walut Ameryki Łacińskiej. Przez ostatnie kilka miesięcy region ten cierpiał ze względu na liczne protesty polityczne, które dotykają jeden kraj po drugim. W minionym tygodniu peso kolumbijskie było z tego względu najgorzej radzącą sobie z istotniejszych walut świata.

W tym tygodniu najważniejszą publikacją ekonomiczną będzie raport z amerykańskiego rynku pracy, który nadejdzie w piątek. Oprócz niego, na zachowanie głównej pary mogą wpłynąć przemówienia przewodniczącej EBC, Christine Lagarde i Benoita Coeure. Funt z kolei powinien reagować przede wszystkim na nowe sondaże przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi.

PLN

Polski złoty w minionym tygodniu tracił w relacji do głównych walut. Informacje z Polski trudno jednak określić mianem negatywnych. Nie są to najważniejsze dane, jednak warto wspomnieć o tym, że stopa bezrobocia w Polsce w listopadzie spadła do poziomu 5%. Ostatni raz poziom ten notowano we wrześniu 1990 roku. Dane wskazują na siłę polskiego rynku pracy, która powinna wspierać wzrost gospodarczy w nadchodzących kwartałach.

Dla złotego kluczowym punktem tego tygodnia będzie jego środek. W środę bowiem czeka nas decyzja ws. stóp procentowych i konferencja prasowa Rady Polityki Pieniężnej. Nie oczekujemy, żeby w grudniu miało dojść do zmiany stóp procentowych w Polsce, niemniej w kontekście ostatnich dość zróżnicowanych komunikatów ze strony członków RPP naszym zdaniem nadchodzące spotkania decyzyjne polskiego banku centralnego powinny zyskać na znaczeniu.

GBP

Od pewnego czasu zachowanie szterlinga zależy przede wszystkim od wieści związanych z nadciągającymi wyborami parlamentarnymi. W ostatnich tygodniach przed wyborami ryzyko powtórki scenariusza sprzed dwóch lat, kiedy to laburzyści nadgonili przewagę Partii Konserwatywnej w ostatnich dniach kampanii, zdaje się zmniejszać. W ostatnich sondażach prowadzenie torysów nad laburzystami wynosi kilkanaście punktów, a bukmacherzy szacują, że prawdopodobieństwo tego, że nowym premierem zostanie Jeremy Corbyn to około 2%. Mimo, że w ostatnim czasie nie miały zbyt dużego znaczenia, w tym tygodniu dane makroekonomiczne mogą w końcu przedrzeć się przez szum polityki – w pierwszych trzech dniach tygodnia poznamy bowiem najnowsze odczyty kluczowych indeksów PMI dla Wielkiej Brytanii.

EUR

Zadziwiające, jak mało uwagi rynki finansowe poświęciły publikacji wstępnych odczytów inflacji w strefie euro, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu. Kluczowy wskaźnik inflacji bazowej w bloku walutowym, czyli indeks, który wyklucza z koszyka konsumpcyjnego najbardziej zmienne komponenty (ceny żywności i energii) wzrósł o 0,2 p.p. W listopadzie inflacja bazowa w strefie euro znalazła się na poziomie 1,3% w ujęciu rocznym, tym samym dochodząc do górnej granicy korytarza (w którym utrzymywała się przez ostatnie trzy lata). Z punktu widzenia polityki Europejskiego Banku Centralnego jest to istotna informacja – wzrost inflacji bazowej do tego poziomu zdaje się odsuwać na bok perspektywy głębszego luzowania polityki monetarnej przez EBC.

W tym tygodniu będziemy obserwować przede wszystkim najnowsze publikacje danych o sprzedaży detalicznej oraz wskaźników zatrudnienia w strefie euro. Powyższe odczyty poznamy w czwartek. Jeśli będą one stanowić kontynuację ostatniego ciągu optymistycznych informacji ze strefy euro, powinniśmy zaobserwować umocnienie wspólnej europejskiej waluty w parze z dolarem amerykańskim.

USD

Odczyty danych ekonomicznych, które poznaliśmy przed okresem świątecznym w USA  w większości przypadków były lepsze od oczekiwań konsensusu, ale jednocześnie nie na tyle istotne, żeby w wyraźny sposób wpłynąć na rynek walutowy. Niemniej, warta uwagi jest rewizja szacunku dynamiki PKB w USA. W ujęciu zanualizowanym wzrost w trzecim kwartale wyniósł 2,1%, a nie 1,9% jak szacowano wcześniej, co wskazuje na utrzymującą się dobrą kondycję gospodarki USA.

Co tyczy się informacji z USA, w pierwszej części tygodnia nasza uwaga skupi się na odczytach indeksów aktywności biznesowej ISM, w piątek natomiast czeka nas publikacja jeszcze istotniejszego listopadowego raportu z amerykańskiego rynku pracy. Koniec strajku w General Motors najpewniej przełoży się na wzrost wskaźnika kreacji nowych miejsc pracy, co powinno przyczynić się do poprawy nastrojów na rynkach finansowych.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Proponowana regulacja tzw. małego ZUS nie rozwiązuje problemu małych działalności gospodarczych i wymaga modyfikacji

Małych działalności gospodarczych nie stać na płacenie ryczałtowego ZUS, nawet po kilku latach działalności. Trudno zakładać, że krawcowa rozwinie działalność w Korporację Krawiecką notowaną na GPW. Ograniczenie możliwości korzystania z małego ZUS (wg. projektu 3 lata na 5 lat) stanowi największą wadę tego projektu i właściwie podważa jego sens.

– Samą koncepcję preferencyjnego oskładkowania najmniejszych działalności gospodarczych zaprezentowaliśmy już w 2016 roku – przypomina prezes Związku, Cezary Kaźmierczak – Zakładała ona wprowadzenie dla przedsiębiorców osiągających przychody nie wyższe, niż 30 tysięcy złotych w skali roku, jednolitej daniny o stałej stawce, która zawierałaby w sobie podatek PIT, składki na ZUS i składkę na NFZ. Ten pomysł został potem wykorzystany przez rząd, jednak ostatecznie „mały ZUS” różni się od pierwotnych założeń.

Jak zaznaczają eksperci ZPP, „mały ZUS” wpływa na zmniejszenie obciążeń najmniejszych firm, jednak jest konstrukcyjnie dużo bardziej skomplikowany, niż pierwotna formuła „małej działalności gospodarczej”. Preferencja dotyczy jedynie składek na ubezpieczenia społeczne, nie obejmuje pozostałych danin, a sam sposób obliczania składek jest dużo trudniejszy, niż postulowany przez ZPP od lat.

– „Mały ZUS” wpływa na redukcję obciążeń przedsiębiorców, więc w tym sensie ta regulacja ma pozytywny wpływ na rynek. Jednocześnie, nie rozwiązuje ona systemowego problemu, na który zwracaliśmy uwagę promując „małą działalność gospodarczą” – konkluduje Cezary Kaźmierczak.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla w raporcie, że o ile ryczałtowy system składek na ZUS jest dla większości firm korzystny (składki w stałej wysokości obciążają ich przychody w stopniu niższym, niż obciążone są przychody pracowników), o tyle dla najmniejszych działalności, które ze swojej natury generują niewielkie wpływy, stała, nieuzależniona od wysokości przychodów składka, stanowi bardzo dużą barierę, w wielu przypadkach wypychającą drobnych przedsiębiorców, głównie z branży usługowej, do szarej strefy. Jak wskazują eksperci Związku, koncepcja „małego ZUS plus” wciąż nie rozwiązuje tego problemu.

– „Mały ZUS plus” poszerza zakres podmiotów, które mogą skorzystać z preferencji, lecz tak samo jako „mały ZUS” jest ograniczony czasowo do trzech lat – twierdzi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Wydaje się, że w obu przypadkach projektodawca przyjął błędne założenia, przygotowując regulację ukierunkowaną na odciążenie nowych działalności, start upów, a nie tych firm, które generalnie nie są nastawione na rozwój i podbijanie rynku, lecz stanowią raczej substytut zatrudnienia na etacie.

Zdaniem ekspertów ZPP, pożądanym kierunkiem zmian powinna być modyfikacja pierwotnych założeń leżących u podstaw regulacji. Na potrzeby nowych firm, które w pierwszych kilkudziesięciu miesiącach działania mogą mieć problem z generowaniem wpływów umożliwiających opłacanie składek na ubezpieczenia społeczne w pełnej wysokości, już odpowiedziano – „pas startowy” dla nowych firm przewiduje półroczny okres, w którym składek na ubezpieczenia społeczne nie trzeba odprowadzać, a następnie dwa lata, w trakcie których przedsiębiorca może opłacać składki w obniżonej wysokości. Dwa i pół roku to, jak się wydaje, wystarczający czas, by zweryfikować swój pomysł na biznes. Nowa preferencja powinna być zatem przeznaczona dla tych działalności, które również w długim okresie nie będą w stanie opłacać składek w pełnej wysokości. Dlatego też, eksperci ZPP proponują powrót do pierwotnej koncepcji małej działalności gospodarczej, czyli wprowadzenie dla najmniejszych działalności jednolitej daniny kumulującej w sobie jak najwięcej zobowiązań publicznoprawnych przedsiębiorcy (minimum podatek dochodowy i składki na ubezpieczenia społeczne), o jednej stawce, liczonej od przychodu, bez żadnych ograniczeń czasowych.

21 listopada 2019 roku Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy w sprawie tzw. „małego ZUS plus”. Regulacja modyfikuje dotychczasowe zasady podlegania „małemu ZUS”, czyli preferencyjnemu oskładkowaniu najmniejszych działalności gospodarczych. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców opublikował raport zawierający opinię na temat projektu oraz propozycje zmian w jego zakresie.

Popyt na biura jest tak duży, że trzeba na nie czekać

Pomimo dużej ilości powierzchni, jaka jest teraz w budowie w największych miastach w kraju, oferta gotowych biur kurczy się. Rekordowy popyt na nowoczesne powierzchnie sprawia, że rośnie ilość umów pre-let       

W ciągu trzech pierwszych kwartałów bieżącego roku w największych miastach w kraju do najemców trafiło o kilkanaście procent powierzchni biurowej więcej niż w tym samym czasie rok wcześniej. W głównych ośrodkach biznesowych w Polsce zakontraktowane zostało ponad 1,2 mln mkw. biur. Na tak dobry wynik zapracowały przede wszystkim rynki regionalne, poza Warszawą, gdzie podpisane zostały umowy łącznie na prawie 520 tys. mkw. biur, o niemal jedną czwartą więcej niż rok wcześniej, podaje Walter Herz.

Warszawa bije koleje rekordy

Dla Warszawy najlepszy był trzeci kwartał br., w którym popyt na biura osiągnął poziom 285 tys. mkw. Jak wynika z danych Walter Herz, w ciągu dziewięciu pierwszych miesięcy tego roku absorpcja stołecznego rynku sięgnęła prawie 690 tys. mkw. To niespełna 10 proc. więcej niż w tym samym przedziale czasu w rekordowym dotychczas pod względem popytu 2018 roku, kiedy wynajętych zostało 630 tys. mkw. powierzchni. Tym samym, w tym roku Warszawa odnotowała kolejne rekordy, zarówno jeśli chodzi o rezultat uzyskany w trzecim kwartale, jak i w trzech pierwszych kwartałach bieżącego roku.

– Na rynku warszawskim popyt znacznie przewyższa podaż. W tym roku mogliśmy obserwować wzrost udziału umów pre-let w strukturze najmu, co jest spowodowane niedoborem gotowej powierzchni w atrakcyjnych lokalizacjach biznesowych w mieście. Kontrakty zawarte w pierwszych trzech kwartałach roku, dotyczące powierzchni w budowie obejmowały prawie 30  proc. wolumenu najmu. Powierzchnia w realizowanych na stołecznym rynku budynkach jest już w połowie zakontraktowana lub zabezpieczona rezerwacjami – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

– Innym trendem, jaki możemy obserwować w Warszawie jest rosnące zainteresowanie wynajmem powierzchni biurowych na rynku komercyjnym ze strony podmiotów z sektora publicznego i jednostek administracji państwowej – dodaje Bartłomiej Zagrodnik.

W ostatnich miesiącach w Warszawie mieliśmy do czynienia z kontraktacjami na niespotykaną wcześniej skalę. mBank podpisał umowę przednajmu w Mennica Legacy Tower na 45,6 tys. mkw. powierzchni, a firma Orange Polska renegocjowała umowę w Miasteczku Orange na 44,8 tys. mkw. biur. Ponadto, T-Mobile odnowił umowę najmu na 27,4 tys. mkw. w budynku Marynarska 12.

W regionach największy popyt w Krakowie

Najlepszy wynik w regionach pod względem popytu jak zwykle należał do Krakowa. Na krakowskim rynku w okresie trzech pierwszych kwartałów br. wynajęta została prawie połowa powierzchni, jaka zakontraktowana została łącznie na rynkach regionalnych poza Warszawą. Jak podaje Walter Herz, do najemców trafiło 235 tys. mkw. powierzchni biurowych.

Do największych transakcji zawartych w tym roku w Krakowie należał przednajem UBS na 19,3 tys. mkw. powierzchni w krakowskim kompleksie Fabryczna Office Park, odnowienie umowy przez Motorola Solutions Systems Polska na wynajem 17,1 tys. mkw. biur w budynku Green Office, przednajem firmy Sabre na 16 tys. mkw. powierzchni biurowej w Tischnera Office, umowa Google w Quattro Business Park na 12,7 tys. mkw. biur, kontrakt Akamai na 11,5 tys. mkw. w biurowcu Vinci Office Building oraz umowa Aileron w Podium Park na 10,3 tys. mkw.

We Wrocławiu od stycznia do końca września br. wynajęte zostało natomiast tylko niespełna 70 tys. mkw. powierzchni biurowej. W Łodzi w tym czasie wolumen najmu wyniósł niemal 45 tys. mkw. Popyt na rynku łódzkim był wyższy niż przed rokiem o 30 proc.

Szybka rozbudowa segmentu biurowego na rynkach regionalnych

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– Nie tylko w Warszawie, ale i na rynkach regionalnych w ostatnich miesiącach mieliśmy do czynienia z wyraźnym wzrostem ilości umów przednajmu. W regionach udział tego typu kontraktów wzrósł o jedną trzecią w porównaniu z rokiem ubiegłym. W największych miastach brakuje gotowych powierzchni, dlatego najemcy decydują się na obiekty w budowie. Zapewniają one bowiem największy wybór powierzchni. Na rynkach regionalnych, poza Warszawą w budowie jest prawie 900 tys. mkw. biur. Najwięcej powierzchni powstaje w Trójmieście, Krakowie i Wrocławiu – informuje Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz.

I dodaje, że w regionach prężnie rozwija się też segment elastycznych powierzchni do pracy. – W ciągu pierwszych trzech kwartałów br. w największych miastach poza Warszawą operatorzy flex wynajęli niespełna 30 tys. mkw. powierzchni pod tego typu biura – podaje Mateusz Strzelecki.

Zasoby polskiego rynku biurowego liczą już 11 mln mkw. nowoczesnej powierzchni, z czego na warszawski rynek przypada prawie 5,6 mln mkw. W okresie pierwszych dziewięciu miesięcy br. w Warszawie oddane zostało 145 tys. mkw. powierzchni. W budowie na terenie aglomeracji pozostaje prawie 800 tys. mkw. biur, w tym m.in. kompleks Varso ze 110 tys. mkw. powierzchni. Ponad połowa biur, które są w budowie w Warszawie realizowanych jest w okolicy ronda Daszyńskiego, na warszawskiej, bliskiej Woli, w tym także kilka budynków wysokościowych.

W tym roku na stołeczny rynek weszły takie obiekty jak Spark B, Vector+, The Park 6, Wola Retro, Moje Miejsce B1, Generation Park Z, Libra Business Centre A, czy Flanders Business Park C. W czwartym kwartale deweloperzy planują oddać kolejne 120 tys. mkw. powierzchni. Ukończony ma zostać m.in. kompleks Mennica Legacy, który w dwóch budynkach zaoferuje 65 tys. mkw. powierzchni.

 Trójmiasto, Kraków i Wrocław z największą ilością biur w budowie

Jak oblicza Walter Herz, pomiędzy pierwszym a trzecim kwartałem tego roku w największych miastach w kraju, poza Warszawą oddane zostało 315 tys. mkw. biur. Najwięcej nowej powierzchni przybyło na rynku krakowskim, gdzie podaż w segmencie biurowym wzrosła o ponad 90 tys. mkw. Zasoby Poznania zwiększyły się o 76 tys. mkw., głównie dzięki ukończeniu II fazy kompleksu Business Garden z 46 tys. mkw. biur. Wśród największych obiektów oddanych w tym roku znalazł się także pierwszy etap Bramy Miasta w Łodzi, V.Offices w Krakowie, a we Wrocławiu  Nowy Targ i Carbon Tower.

W trzecim kwartale br., dzięki zakończeniu budowy m.in. Imagine I&II, Avestus Real Estate, Starej Drukarni, Business House II, czy Szkoły Grohmana, łódzkie zasoby biurowe przekroczyły poziom pół miliona mkw. powierzchni i liczą już 520 tys. mkw. biur.

Najwięcej powierzchni w regionach powstaje aktualnie na rynku trójmiejskim, gdzie w budowie jest ponad 200 tys. mkw. biur, nieco więcej niż w Krakowie i we Wrocławiu, w którym realizowane jest około 170 tys. mkw. powierzchni. W stolicy Dolnego Śląska u zbiegu ulic Powstańców Śląskich i Szczęśliwej powstaje m.in. kompleks Centrum Południe, w którym oferta liczyć będzie łącznie około 85 tys. mkw. GLA.

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Współczynnik powierzchni niewynajętej na większości największych rynków biurowych w kraju, jak podaje Walter Herz, w ostatnich miesiącach regularnie spada. Średni poziom pustostanów wynosi zaledwie 8,5 proc. Najwięcej wolnych biur jest w Łodzi i Poznaniu – około 12 proc., a najmniej w Trójmieście – niespełna 5 proc. W Warszawie niewynajętych jest ieco ponad 8 proc. biur. W centrum miasta tylko 5 proc., ale już na przykład na Mokotowie prawie 14 proc.

Rosnące koszty budowy spowodowały wzrost stawek czynszowych na kilku rynkach regionalnych, na których ceny w obiektach dobrej klasy mieszczą się teraz w przedziale od 11 €/mkw./m-c. do 15,5 €/mkw./m-c.

W Warszawie czynsze w najlepszych budynkach zlokalizowanych w centrum wynoszą od 17 €/mkw./m-c. do 25 €/mkw./m-c. Poza centralnym obszarem za mkw. biura trzeba natomiast zapłacić od 11 €/mkw./m-c. do 15 €/mkw./m-c.

W nadchodzących kwartałach oczekiwany jest dalszy spadek pustostanów. Natomiast niewielki wzrost współczynnika możliwy jest w Warszawie w drugiej połowie 2020 roku po oddaniu do użytkowania rekordowej ilości nowej powierzchni.

Kurs funta w odwrocie

Po tym, jak w zeszłym tygodniu dosyć niespodziewanie funt brytyjski osiągnął poziom 5,08 zł, widzimy wyraźną przecenę. W tle tego ruchu są niepokoje dotyczące wyniku przedterminowych wyborów.

Lepsze odczyty koniunktury

Dzisiaj poznaliśmy indeksy PMI dla przemysłu. Jest to badanie ankietowe pokazujące, jakie są oczekiwania managerów odpowiedzialnych za zamówienia. Pomimo tego, że wynik dla strefy euro był lepszy od oczekiwań, w dalszym ciągu wskazuje on wyraźnie przewagę negatywnych odpowiedzi. Wynik dla Polski był lepszy od oczekiwań, ale tylko symbolicznie. Negatywnie zaskoczyli Czesi, którzy spadli nawet poniżej bardzo pesymistycznie nastawionych Niemców. Dane te okazały się neutralne dla rynków walutowych, ale euro utrzymuje się na poziomie, na który niespodziewanie wyskoczyło pod koniec zeszłego tygodnia.

Zmiana sił w brytyjskich sondażach

Opublikowany w weekend sondaż pokazuje, że przewaga konserwatystów nad Partią Pracy zmalała do 6%. To mniej o 7% niż w poprzednim badaniu tej samej sondażowni. Inny sondaż dał z kolei 9% przewagi. Kwestia obecnie rozchodzi się o to, czy Partia Pracy będzie w stanie z Liberalnymi Demokratami i Zielonymi zablokować Partię Konserwatystów oraz Partię Brexitu. Ostatnie sondaże sugerują, że tak. Pamiętajmy jednak, że system jednopartyjny ma swoje “cechy” i wyniki miejsc mogą się istotnie różnić w zależności od ogólnego poparcia. Inwestorzy wystraszyli się w weekend tego, co może się stać i funt wyraźnie stracił na otwarciu.

Dobre dane z Wysp

Oprócz wyników sondaży poznaliśmy też indeks PMI dla przemysłu z Wielkiej Brytanii. Wypadł on nie tylko lepiej od oczekiwań, ale też zdecydowanie bliżej psychologicznej bariery 50 punktów oddzielającej rozwój od recesji. Wynik dla Wielkiej Brytanii to 48,9 punktu, podczas gdy cała Unia jest pełne 2 punkty niżej. Pokazuje to, że pomimo strat wywołanych brexitem gospodarka Wielkiej Brytanii wcale nie ma przed sobą złych perspektyw, o ile dojdzie do uspokojenia w polityce.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – raport PMI dla przemysłu,

16:00 – USA – raport ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Szef Mossadu komentuje „politykę” zabójstw swojej służby

Szef izraelskiego wywiadu Mossadu Yossi Cohen ujawnił w rozmowie z izraelskim tygodnikiem „Mispacha”, że podczas swojej kadencji zezwolił na więcej niż kilka zabójstw i ostrzegł, że mogą być następne. Wywiad 57-letniego Cohena, który objął swoją funkcję w 2016 r., odbił się szerokim echem nie tylko w izraelskich mediach.

Cohen został poproszony o komentarz do zarzutów rządu irańskiego, jakoby Izrael współpracował z krajami arabskimi w celu likwidacji generała Qassema Suleimaniego, szefa sił QUDS, elitarnej jednostki paramilitarnej Irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Suleimani twierdził, że we wrześniu 2019 r. aresztowano kilka osób w związku z rzekomym spiskiem. Ujawnił również, że Izrael próbował zabić jego, a w 2006 r. Hassana Nasrallaha, lidera libańskiej grupy Hezbollah.

Według szefa Mossadu Suleimani nie znajduje się na prestiżowej liście celów zabójstwa Mossadu, jednak „doskonale wie, że zabójstwo nie jest niemożliwe”, ponieważ „infrastruktura, którą zbudował, stanowi poważne wyzwanie dla Izraela”. Odnosząc się do Nasrallaha, Cohen powiedział, że lider Hezbollahu „wie, że możemy go wyeliminować”. Uniknął odpowiedzi na pytanie, dlaczego Mossad nie skorzystał z tej opcji.

Cohen przyznał, że Mossad w ostatnich latach stał za szeregiem zabójstw bojowników Hamasu na całym świecie. Dodał, iż ludzie Hamasu są tym celem, który Mossad eliminuje bez wahania, począwszy od bojowników lokalnych po osoby z kierownictwa. Ujawnił, że w ostatnich latach miało miejsce „więcej niż kilka zabójstw”, ale Hamas nie przyznał się do wszystkich z sobie tylko znanych powodów.

Źródło: intelNews.org. z 14.10.2019 r. [za:] izraelski tygodnik Mishpacha z 11.10.2019 r.

Rosja utrzymuje elitarną jednostkę szpiegowską do destabilizacji Europy

Według „The New York Times” rosyjski wywiad utrzymuje elitarną jednostkę szpiegowską, której jedynym celem jest prowadzenie operacji destabilizujących europejskie systemy polityczne i gospodarcze. W ostatnich latach jednostka stała za szeregiem operacji wywiadowczych, od szpiegostwa, poprzez kampanie dezinformacyjne, po zabójstwa.

„Times” powołał się na czterech „zachodnich urzędników”, którzy ujawnili, iż oddział jest znany jako Jednostka 29155, która działa w ramach wywiadu wojskowego GRU. Prawdopodobnie istnieje już od 10 lat, ale dopiero niedawno stała się obiektem zainteresowania zachodnich agencji wywiadowczych. Odnotowano jej aktywność w 2016 r., po tym, jak dokonała próby prorosyjskiego zamachu stanu w Czarnogórze, która starała się w tym czasie o członkostwo w NATO. Jej agentów oskarżono również o nieudaną próbę likwidacji premiera tego kraju.

Według NYT zachodnie wywiady nie mają jasności co do struktury Jednostki 29155 ani nie są w stanie przewidzieć, gdzie uderzy w następnej kolejności. Uważają jednak, że składa się ze zwartej grupy oficerów wywiadu pod dowództwem generała dywizji Andrieja V. Awerianowa, weterana wojen czeczeńskich. Istnienie jednostki jest wyjątkowo tajne, chronione nawet przed innymi agentami GRU.

Jej agenci często dyskretnie podróżują po Europie w celu prowadzenia kampanii sabotażowych i dezinformacyjnych, likwidacji osób lub realizacji innych działań, które niektórzy eksperci określają mianem wojny hybrydowej Kremla.

Gazeta wysłała szereg pytań dotyczących jednostki do urzędu prezydenta Rosji, którego rzecznik Dmitrij S. Pieskow zasugerował, aby skierować je do rosyjskiego ministerstwa obrony. Ministerstwo nie odpowiedziało jednak na żadne z pytań.

Źródło: The New York Times z 08.10.2019 r.

Whatsapp oskarża firmę izraelską o inwigilację użytkowników

Według agencji Reuters spółka WhatsApp, należąca do Facebooka, wytoczyła proces izraelskiej firmie informatycznej NSO Group, oskarżając ją o umożliwienie rządom na całym świecie inwigilacji 1400 swoich użytkowników. Agencja powołała się na rozmowy z osobami znającymi szczegóły śledztwa.

Według doniesień „znaczna” część użytkowników WhatsAppa, którzy byli celem służb z całego świata, to „wysoko postawieni” urzędnicy państwowi, dyplomaci, przedstawiciele sił zbrojnych, naukowcy, dziennikarze oraz prawnicy z co najmniej 20 krajów na pięciu kontynentach. Chodzi m.in. o takie kraje, jak Stany Zjednoczone, Indie, Meksyk, Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Pakistan.

WhatsApp twierdzi, że działania szpiegowskie przeciwko tym osobom umożliwiła NSO Group specjalizująca się w technologiach inwigilacji. Izraelska firma miała specjalnie opracować platformę hackerską, która pozwalała wykorzystywać luki na serwerach WhatsAppa w celu uzyskania dostępu do urządzeń telefonicznych użytkowników. WhatsApp utrzymuje, że zaatakowano telefony co najmniej 1400 jego użytkowników w okresie od 29 kwietnia do 10 maja 2019 r.

NSO Group, której klientela składa się wyłącznie z agencji rządowych na całym świecie, zaprzecza oskarżeniom, informując, że jej produkty mają „pomóc rządom w chwytaniu terrorystów i przestępców”. Jednak WhatsApp i Citizen Lab, wspierająca komórka badawcza z Uniwersytetu Toronto, podtrzymują, że co najmniej 100 z 1400 ofiar to dziennikarze prasowi, działacze polityczni i prawnicy, którzy ich bronią. Nie dochodziło do nakładania się trwających dochodzeń kryminalnych lub terrorystycznych i dochodzeń będących celem oprogramowania NSO Group.

Nazwiska ofiar inwigilacji nie są znane. Jednak według agencji Reuters skandal szpiegowski na linii WhatsApp – NSO Group może mieć poważne konsekwencje polityczne i dyplomatyczne na całym świecie.

Źródło: Agencja Reuters z 31.10.2019 r.

Whistleblower obciążający D. Trumpa gotów zeznawać pisemnie przed komisją Kongresu

Adwokat Mark Zaid reprezentujący anonimowego whistleblowera – funkcjonariusza CIA, którego informacje o tzw. aferze ukraińskiej D. Trumpa uruchomiły procedurę impeachmentu – ogłosił 3 listopada 2019 r., że jego klient jest gotów odpowiedzieć na piśmie na wszelkie pytania ze strony republikańskich kongresmenów zasiadających w komisji wywiadu. Takie rozwiązanie wykluczyłoby jego osobiste stawiennictwo przed komisją. Adwokat na Twitterze zapewnił, iż chodzi o zeznania pod przysięgą, z pełną świadomością odpowiedzialności za potencjalne krzywoprzysięstwo. Dodał, iż nie zostaną udzielone odpowiedzi tylko na pytania dotyczące tożsamości osoby.

Tymczasem administracja prezydenta i sam D. Trump stanowczo domagają się ujawnienia tożsamości whistleblowera. Prezydent w dniu 3 listopada 2019 r. na Twitterze zaapelował: „ujawnić demaskatora i zakończyć mistyfikację impeachmentu”. Lider mniejszości republikańskiej w Kongresie Kevin McCarthy w wypowiedzi dla stacji CBS wyraził opinię, iż w przypadku sprawy, w której chodzi o usunięcie prezydenta USA z urzędu, whistleblower winien osobiście stawić się przed komisją.

Wcześniej generalny inspektor Społeczności Wywiadowczej poinformował, iż sygnalista wprawdzie może posiadać „sporne nastawienie polityczne”, ale uznał jego skargę za „wiarygodną”. Adwokaci sygnalisty zdecydowanie podtrzymują potrzebę zachowania jego anonimowości. Wszelkie próby ujawnienia tożsamości funkcjonariusza uznali za obraźliwe. Uważają, iż za takim żądaniem stoi bezradność Republikanów, którzy nie mają pojęcia, jak rozwiązać dochodzenie przeciwko D. Trumpowi.

Amerykańskie przepisy dotyczące whistleblowingu zapewniają ochronę tożsamości i karier osób, które ujawniają wykroczenia urzędników państwowych. Warto pamiętać, iż wówczas takie rozwiązania poparli zarówno Republikanie, jak i Demokraci.

Źródło: The Guardian z 03.11.2019 r.

W Polsce brakuje 90 000 – 100 000 mieszkań socjalnych

Deficyt mieszkań socjalnych to problem, który jest widoczny już od lat. Ostatnio jego skala nieco się zmniejszyła. W dalszym ciągu brakuje jednak około 90 000 – 100 000 mieszkań socjalnych.

Chroniczny niedobór mieszkań socjalnych jest problemem, który wbrew pozorom dotyczy nie tylko najmniej zamożnych gospodarstw domowych. Skutki wspomnianego problemu odczuwają również właściciele mieszkań czekający całymi miesiącami na eksmisję zadłużonego lokatora. W szerszym ujęciu, zbyt mała liczba lokali socjalnych i związana z tym niewydolność procedury eksmisyjnej wpływa na poziom czynszów za rynkowy wynajem mieszkań. Nowe dane GUS-u wskazują, że ostatnio skala wspomnianego deficytu lokali socjalnych nieco się zmniejszyła. Eksperci RynekPierwotny.pl zwracają jednak uwagę, że sytuacja wciąż nie jest dobra.

W jednej ze swoich publikacji dotyczących gospodarki mieszkaniowej, Główny Urząd Statystyczny podał liczbę mieszkań socjalnych pod koniec 2018 r. (101 201). W poprzednich latach ta liczba wynosiła:

  • 2014 r. – 86 334 lokale socjalne
  • 2015 r. – 91 706 lokali socjalnych
  • 2016 r. – 94 651 lokali socjalnych
  • 2017 r. – 98 631 lokali socjalnych

Stopniowy wzrost liczby mieszkań socjalnych okazuje się jednak nieadekwatny do potrzeb. Dane GUS-u mówią o następującej liczbie gospodarstw domowych czekających na wynajem lokalu socjalnego:

  • 2014 r. – 90 297 gospodarstw domowych (59 176 w związku z eksmisją)
  • 2015 r. – 93 366 gospodarstw domowych (61 309 w związku z eksmisją)
  • 2016 r. – 94 855 gospodarstw domowych (59 298 w związku z eksmisją)
  • 2017 r. – 90 318 gospodarstw domowych (53 579 w związku z eksmisją)
  • 2018 r. – 85 905 gospodarstw domowych (52 589 w związku z eksmisją)

Wyk.1 Gospodarstwa domowe oczekujące na lokale socjalneWg portalu RynekPierwotny.pl można przypuszczać, że widoczny powyżej spadek liczby rodzin i singli czekających na mieszkanie socjalne po części wynika z dobrej koniunktury gospodarczej. Na wskutek lepszej sytuacji finansowej Polaków, po 2016 r. spadła liczba orzekanych i wykonywanych eksmisji. Ten spadkowy trend może się jednak odwrócić w przyszłości.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Mastercard: Polska piąta w Europie pod względem liczby transakcji za pomocą wearables

  • Tylko w ostatnim roku liczba transakcji dokonanych urządzeniami ubieralnymi w Europie wzrosła
    8-krotnie
  • Globalnym liderem pod względem popularności tej formy płatności jest Australia, zaś europejskim – Holandia

W Europie systematycznie rośnie liczba osób, które płacą za zakupy za pomocą urządzeń „ubieralnych” (ang. wearables), takich jak inteligentne zegarki czy opaski fitness. Ta stosunkowo nowa forma płatności szybko staje się elementem naszego codziennego życia, a w ciągu ostatniego roku liczba takich transakcji wzrosła w Europie ośmiokrotnie. Trend ten jest coraz popularniejszy także w Polsce, od lat znajdującej się wśród europejskich i światowych liderów płatności zbliżeniowych.

W Europie pierwsze miejsce pod względem płatności realizowanych za pomocą wearables zajmuje Holandia, gdzie miała miejsce jedna trzecia (33%) wszystkich takich transakcji zawartych w 2019 r. Kolejne pozycje zajęły Wielka Brytania (18%), Szwajcaria (8%) i Rosja (7%). Wskaźniki te obejmują zarówno urządzenia aktywne (z baterią), jak i pasywne (bez baterii), w tym zegarki, bransoletki czy pierścionki.

W skali całego świata najwięcej takich płatności zrealizowano w Australii, za którą uplasowała się Holandia. Stany Zjednoczone zajęły ósme miejsce, a wszystkie pozostałe kraje z pierwszej dziesiątki znajdują się w Europie. Oznacza to wysoką, szóstą pozycję Polski w globalnym zestawieniu krajów z największą liczbą transakcji dokonanych urządzeniami typu wearables. Łączna liczba tego typu płatności w Europie jest niemal 20 razy większa (19,4) niż w Ameryce Północnej.

Pierwsza dziesiątka europejskich krajów z największą liczbą płatności za pomocą wearables

  1. Holandia
  2. Wielka Brytania
  3. Szwajcaria
  4. Rosja
  5. Polska
  6. Szwecja
  7. Czechy
  8. Finlandia
  9. Niemcy
  10. Ukraina

Zbliżeniowość fundamentem sukcesu

Konsumenci mogą płacić urządzeniami ubieralnymi wszędzie tam, gdzie akceptowane są transakcje zbliżeniowe. W Polsce już wszystkie terminale płatnicze posiadają taką funkcję, co jest rzadko spotykane w innych krajach. Płatności zbliżeniowe stanowią obecnie 61% spośród transakcji realizowanych w  całej Europie, co oznacza wzrost o 23% od początku 2018 r. W Polsce te wyniki są jeszcze lepsze. Według najnowszych danych NBP[1] już ponad 86% wszystkich transakcji kartami jest dokonywanych zbliżeniowo.

„Nowe formy płatności, takie jak wearables, trafiają na podatny grunt, ponieważ konsumenci lubią szybkość i wygodę, choć muszą mieć zaufanie do dostawcy takich rozwiązań. Polacy chętnie przyswajają innowacyjne technologie, które pasują do ich cyfrowego stylu życia. Urządzenia ubieralne z funkcją płatności oznaczają większą wygodę, a jednocześnie zapewniają wymagany poziom bezpieczeństwa” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.

Mariaż technologii z modą

W miarę, jak technologie stosowane w „galanterii elektronicznej” stają się coraz bardziej powszechne, marki modowe zaczęły wykorzystywać ten nowy trend. Tworzą one inteligentne akcesoria z górnej półki, które są nie tylko funkcjonalne, lecz również atrakcyjne wizualnie. Obecnie co piąta dorosła osoba nosi inteligentny zegarek lub opaskę fitness. Przewiduje się, że w 2020 r. wartość globalnego rynku wearables osiągnie 30 miliardów euro[2]. Nie bez znaczenia jest wygoda dokonywania płatności za pomocą takich gadżetów: wystarczy zbliżyć je do terminala płatniczego w sklepie, tak jak w przypadku plastikowej karty czy telefonu.

Urządzenia ubieralne, takie jak pierścionek, bransoletka lub zegarek, są wyposażone w funkcję komunikacji bliskiego zasięgu (ang. Near-Field Communication — NFC). Po zapisaniu w nich cyfrowej formy karty debetowej lub kredytowej możemy płacić nimi zbliżeniowo. Wearables dzielą się na pasywne i aktywne. Te pierwsze, np. pierścionki, wymagają zatwierdzenia transakcji kodem PIN w terminalu płatniczym. W przypadku akcesoriów aktywnych, możemy mieć do czynienia z biometrią ciągłą (ang. persistent biometrics). Po założeniu na rękę zegarka i wpisaniu prawidłowego kodu PIN, aż do momentu jego zdjęcia z nadgarstka tożsamość użytkownika jest weryfikowana przez analizę jego tętna. W takich przypadkach nie ma potrzeby autoryzowania transakcji kodem PIN na terminalu, nawet jeśli kwota zakupów przekracza 50 zł.

[1] Raport o kartach płatniczych, II kwartał 2019, Narodowy Bank Polski.

[2] https://newsroom.mastercard.com/press-releases/technology-and-fashion-unite-as-the-wearable-market-matures/

Zasady i tryb wydawania interpretacji indywidualnych przepisów prawa podatkowego

Budowanie rozsądnej i przemyślanej polityki podatkowej w firmie wymaga stosowania odpowiednich narzędzi prawnych. Jedną z instytucji minimalizujących ryzyko podatkowe w przedsiębiorstwie jest interpretacja indywidualna przepisów prawa podatkowego. Choć w ostatnich latach liczba wydawanych interpretacji maleje, to w kluczowych kwestiach – zwłaszcza tam, gdzie przepisy są niejednoznaczne – wciąż cieszą się one dużym zainteresowaniem wśród podatników. Sprzyja temu nie tylko symboliczna opłata za wydanie interpretacji, ale przede wszystkim ochrona prawna, która wiąże organ odnośnie do zastosowanej wykładni konkretnych przepisów podatkowych.

Fiskus wyjaśnia

Od 2017 r. w strukturach administracji skarbowej funkcjonuje Krajowa Informacja Skarbowa, która zgodnie z ustawą o KAS odpowiada m.in. za zapewnienie jednolitej i powszechnie dostępnej informacji podatkowej oraz prowadzenie spraw dotyczących interpretacji indywidualnych przepisów prawa podatkowego. Bez względu na miejsce zamieszkania lub siedzibę składającego wniosek o wydanie interpretacji należy kierować do centrali KIS w Bielsku-Białej. Z kolei rozpatrywanie spraw z zakresu podatków lokalnych (np. podatek od nieruchomości) pozostaje w wyłącznej kompetencji właściwego wójta (burmistrza lub prezydenta miasta).

Z wnioskiem o wydanie interpretacji może się zwrócić każdy podmiot stosunków prawnych, w szczególności przedsiębiorca, który zażąda urzędowej interpretacji przepisów podatkowych. Złożony wniosek podlega opłacie 40 zł od każdego stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego. Przepisy nie przewidują natomiast ograniczeń odnośnie do ilości stanów faktycznych lub zdarzeń przyszłych będących przedmiotem wniosku. Istotne jest jednak, aby wpłacona kwota odpowiadała iloczynowi kwoty 40 zł oraz wszystkich przedstawionych we wniosku stanów faktycznych bądź zdarzeń przyszłych.

Jak przygotować wniosek?

Stosowny wniosek (na ustalonym formularzu ORD-IN) oprócz danych identyfikacyjnych składa się z trzech części, których wypełnienie jest obowiązkowe. Po pierwsze wnioskodawca powinien szczegółowo przedstawić zaistniały stan faktyczny lub zdarzenie przyszłe, które będą interpretowane przez fiskusa. Kolejną kwestią jest odpowiednie sformułowanie pytania do fiskusa, w taki sposób, aby organ interpretacyjny udzielił możliwie precyzyjnej i szczegółowej odpowiedzi. To bowiem w interesie wnioskodawcy jest otrzymanie interpretacji, która będzie uwzględniała właściwe sposoby opodatkowania wynikające z dokonanych lub planowanych decyzji biznesowych. Trzecim etapem wypełnienia wniosku jest przygotowanie własnego stanowiska obejmującego ocenę prawną interpretowanych przepisów. W tym miejscu składający wniosek może także powoływać się na własne argumenty prawne, na linię orzeczniczą organów podatkowych lub sądownictwa, aby lepiej uzasadnić swoje stanowisko w sprawie.

Co orzeknie organ?

Co do zasady interpretacja powinna zostać wydana niezwłocznie, nie później niż w terminie 3 miesięcy od dnia złożenia wniosku. Do powyższego terminu nie wlicza się jednak terminów do dokonania określonych czynności, które powodują zawieszenie biegu 3-miesięcznego terminu. W postępowaniu interpretacyjnym najczęstszym powodem wydłużenia ustawowego terminu jest wezwanie wnioskodawcy do uzupełnienia wniosku (np. opisu stanu faktycznego, przeformułowania pytania czy dokonania opłaty). Jeżeli organ nie wyda interpretacji we wskazanym powyżej terminie, wówczas wnioskodawca może powoływać się na tzw. milczącą interpretację organu. W takim przypadku w następnym dniu po upływie terminu na jej wydanie uznaje się, że została wydana interpretacja uwzględniająca słuszność stanowiska wnioskodawcy w pełnym zakresie. W większości przypadków organ rozstrzyga poprzez wydanie interpretacji, w której stwierdza, czy przedstawione przez wnioskodawcę stanowisko jest prawidłowe, prawidłowe w części lub w całości nieprawidłowe. Wydana interpretacja powinna zawierać uzasadnienie prawne rozstrzygnięcia, wiążąc przedstawiony stan faktyczny z obowiązującymi w dniu wydania interpretacji przepisami prawa. Organ może odstąpić od uzasadnienia prawnego, jeżeli stanowisko wnioskodawcy jest prawidłowe w pełnym zakresie.

Dyrektor KIS może również w drodze postanowienia odmówić wydania interpretacji, jeżeli zaistnieją przesłanki wymienione w art. 14b Ordynacji podatkowej (dot. m.in. unikania opodatkowania). Jednocześnie organ może stwierdzić bezprzedmiotowość wniosku, jeżeli przedstawiony stan faktyczny odpowiada zagadnieniu będącemu przedmiotem interpretacji ogólnej wydanej w takim samym stanie prawnym.

Sądowa kontrola interpretacji

Od rozstrzygnięcia organu podatnikowi przysługuje skarga do sądu administracyjnego w terminie 30 dni od dnia doręczenia interpretacji podatnikowi. Jednocześnie od wyroku sądu pierwszej instancji przysługuje skarga kasacyjna do Naczelnego Sądu Administracyjnego, przy czym w przypadku skargi kasacyjnej obowiązuje tzw. przymus radcowsko-adwokacki, co oznacza, że skargę może sporządzić wyłącznie pełnomocnik profesjonalny (również doradca podatkowy).

W interesie przedsiębiorcy jest jednak aby już sam wniosek o wydanie interpretacji został przygotowany w sposób fachowy, a wydana interpretacja kompleksowo zabezpieczała ryzyko podatkowe w danym obszarze. Każde odstępstwo od stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego przedstawionego we wniosku stwierdzone w toku kontroli czy postępowania grozi utratą waloru ochronnego interpretacji, a to dla przedsiębiorcy może oznaczać spore problemy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Raspberry Pi 4 w przemyśle

Raspberry Pi jest stosowane w przemyśle coraz częściej. Ten komputer oparty o pojedynczą płytkę PCB już dawno przestał być uważany za gadżet dla hobbystów i zyskał uznanie w środowisku profesjonalistów. Raspberry Pi jest uniwersalnym i skutecznym rozwiązaniem, nadającym się szczególnie do prototypowania, wspieranym przez dużą społeczność i dużą liczbę osłon, które sprawiają, że Raspberry Pi nadaje się jak najbardziej do użytku przemysłowego.

Sven Pannewitz – menedżer produktu z reichelt elektronik
Sven Pannewitz – menedżer produktu z reichelt elektronik

Niedawno zaprezentowano nowy model, Raspberry Pi 4. Sven Pannewitz, menedżer produktu ds. komponentów pasywnych i płyt deweloperskich w reichelt elektronik, komentuje w następujący sposób korzyści, jakie oferuje urządzenie, oraz ich wpływ na projekty i zastosowanie w przemyśle.

Nowe funkcjonalności – nowe zastosowania

Raspberry Pi 4 posiada czterordzeniowy procesor ARM Cortex-A72 o częstotliwości 1,5 GHz oraz 1 GB, 2 GB lub nawet 4 GB pamięci RAM. Ta aktualizacja sprawia, że minikomputer jest jeszcze szybszy i dysponuje potężniejszą mocą obliczeniową. Stanowi pomocne rozszerzenie szczególnie w przypadku projektów, które wymagają szybkiego przetwarzania danych, na przykład podczas zbierania i przekazywania do przetwarzania informacji o pomiarach i statusie.

Nastąpiła także znacząca zmiana w interfejsach. W nowym modelu złącze Ethernet jest bezpośrednio podłączone do SoC, a nie za pośrednictwem USB, jak w poprzednich wersjach. Pozwoliło to przyspieszyć prędkość Ethernetu do poziomu gigabitowego, co stanowi ogromną zaletę w przypadku konieczności przesyłania szczególnie dużych ilości danych. Dzięki temu Raspberry Pi może realizować w ten sposób funkcje NAS.

Dzięki rozszerzonej pamięci RAM, nowym portom USB 3.0 i dwóm gniazdom wyświetlaczy 4K, Raspberry Pi 4 nadaje się teraz nawet jako komputer do tworzenia oprogramowania z systemem Linux. Dzięki istnieniu dużej liczby narzędzi programistycznych dla Raspberry Pi stał się on tanim i niezawodnym klientem dla programistów.

Bluetooth 5.0

W sektorze przemysłowym szczególne znaczenie dla bezprzewodowej transmisji danych z czujników ma standard Bluetooth oparty na łączności radiowej. Bluetooth 5 zawiera dodatkowe rozszerzone funkcje do obsługi urządzeń niskoenergetycznych, zapewniając szybką konfigurację połączeń, niskie zużycie energii i bardzo efektywny energetycznie transfer danych dzięki regularnym okresom spoczynku pomiędzy cyklami transmisyjnymi. Bluetooth 5 może być również wykorzystywany do bezprzewodowej transmisji danych w aplikacjach IoT, takich jak automatyka budynków czy logistyka magazynowa.

Standard Bluetooth 5.0 oferuje również możliwość nadawania beaconów Bluetooth o pojemności do 31 bajtów. Nadawca może w ten sposób dokładnie zlokalizować urządzenia docelowe i precyzyjnie je kontrolować. Beacony mogą być wykorzystywane np. do nawigacji w dużych halach produkcyjnych lub magazynach, zaś Raspberry Pi 4 służy w tych przypadkach jako jednostka sterująca sygnalizatorami Bluetooth.

Kompatybilność z nakładkami Shields i HAT oraz systemami operacyjnymi

Czy Raspberry Pi 4 jest kompatybilny ze standardowymi systemami operacyjnymi i innymi urządzeniami, takimi jak nakładki Shields lub HAT, które często są niezbędne w zastosowaniach przemysłowych? W przypadku aktualizacji do wyższej wersji zawsze należy najpierw sprawdzić, czy docelowy system operacyjny działa prawidłowo na nowym sprzęcie.

W systemach operacyjnych kompatybilność wsteczna jest zwykle gwarantowana. Na nowej płycie działają zazwyczaj również aplikacje, zwłaszcza do obsługi Shields lub innych akcesoriów. Jedynie inne systemy operacyjne lub programy mogą być stosowanie na nowszych platformach, takich jak RPi 4, dopiero po aktualizacji oprogramowania. Jednak do najpopularniejszych systemów operacyjnych Raspberry pi aktualizacje dostępne są już lub są spodziewane w najbliższym czasie.

W przypadku Shields musi być również brana pod uwagę nieco inna konstrukcja Raspberry Pi 4. W nowym modelu interfejsy USB i Ethernet zmieniły miejsca. Również interfejsy HDMI różnią się od poprzedniego modelu. Dlatego ważne jest wcześniejsze sprawdzenie, czy płyta i osłona pasują do siebie.

Podsumowanie

Raspberry Pi 4 znajduje swoje miejsce w środowisku przemysłowym – jako klient do tworzenia oprogramowania, sterownik Edge lub jako pomocnik do nawigacji w magazynach. Udogodnienia nowego modelu poszerzają zakres zastosowań i nowych eksperymentów.

MŚP szukając oszczędności na walutach rozglądają się poza bankami

Wg badań GUS ok. 1/4 ogółu przychodów ze sprzedaży towarów na eksport generują przedsiębiorstwa średnie (18,8%) i małe (6,2%).[1] Jednocześnie, MŚP to najbardziej zaniedbywana przez banki pod względem oferty obsługi walutowej grupa klientów. Nic więc dziwnego, że nieduże firmy szukają oszczędności na zewnątrz. Z pomocą przychodzą im instytucje płatnicze, które dzięki specjalizacji w obsłudze walutowej mogą zaoferować jej najniższe koszty, bez rezygnacji z najwyższego poziomu bezpieczeństwa.

Wraz z ekspansją polskich firm na rynkach zagranicznych zwiększyło się ich zapotrzebowanie na obsługę transakcji walutowych. Oferta usług finansowych w tej sferze nie rozwijała się jednak równomiernie dla wszystkich kategorii przedsiębiorstw. Najkorzystniejsze warunki wymiany walut banki zaoferowały największym firmom i korporacjom. W cieniu pozostały mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa.

Dlaczego MŚP mają pod górkę?

– Banki, aby przyciągać największe firmy oferują im preferencyjne warunki i znacznie szerszy wachlarz usług, niż mniejszym podmiotom. Nastawienie na obsługę dużego biznesu, jest oczywiście zrozumiałe, firmy te generują duże obroty i przepływy, mają też większe potrzeby w zakresie finansowania. MŚP chcąc nie chcąc musiały się godzić na traktowanie po macoszemu, dopóki nie pojawiły się alternatywy, jak instytucje płatnicze, dzięki którym nie muszą tracić części swojej marży np. na rzecz dużego spreadu w swoim banku – wskazuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

Instytucje płatnicze są podmiotami, które specjalizują się w wielu lub jednym konkretnym wycinku usług finansowych. Jednocześnie są one ściśle nadzorowane i poziomem bezpieczeństwa dorównują bankom. Podlegają chociażby surowym przepisom unijnej dyrektywy Payment Service Directive 2007/64/WE, którą w Polsce wdrożyła ustawa o usługach płatniczych. W jej ramach nad instytucjami płatniczymi nadzór sprawuje bank centralny kraju, w którym mają swoją siedzibę. Na podstawie dyrektywy mogą działać również na innych rynkach Unii Europejskiej i w każdym państwie są notyfikowane przez krajowy bank centralny.

Korzystniej poza bankiem

Dorównując bezpieczeństwem bankom, instytucje płatnicze oferują alternatywę dla części ich usług. Obsługa walutowa jest jedną ze sfer, gdzie firmy mogą za ich pośrednictwem sporo zaoszczędzić. MŚP nie muszą przy tym zmieniać banku, zakładać nowego konta, czy spełniać dodatkowych warunków, jak np. liczba transakcji w miesiącu. Swoje operacje dokonują za pomocą wirtualnej platformy, poprzez którą przesyłają środki, wymieniając je po bardzo korzystnym kursie. Przewalutowane kwoty trafiają potem na konta bankowe MŚP czy ich kontrahentów.

Instytucje płatnicze to jednak nie tylko wirtualne twory. – Znane i działające od wielu lat instytucje płatnicze posiadają własne sieci przedstawicielstw lub mobilnych regionalnych przedstawicieli handlowych. Dzięki temu przedsiębiorca może porozmawiać o swoich potrzebach, wątpliwościach i planach z kompetentną osobą. Firmy mogą liczyć na indywidualne podejście, negocjacje cennikowe oraz propozycje usług czy rozwiązań skrojonych na miarę danej firmy, co także wyróżnia instytucje płatnicze na tle banków – dodaje Radosław Jarema.

Dodatkowe bonusy

Poza korzystnym kursem walut, przedsiębiorcy znajdą w instytucjach płatniczych zajmujących się obsługą transakcji międzynarodowych także najtańsze koszty wysyłki i odbioru przelewów zagranicznych. To jeszcze jedna sfera w której wiele MŚP przepłaca. – Za odbiór zagranicznej płatności, w innej walucie niż euro, wiele banków nalicza wysokie opłaty. Tylko w pierwszej dziesiątce najważniejszych odbiorców polskiego eksportu mamy sześć krajów, które nie są w strefie euro, a odpowiadają za blisko 1/4 zbytu w ogóle. Poza tym na dalszych miejscach jest też mnóstwo innych destynacji, dla których euro nie jest popularną walutą rozliczeń. Te opłaty są więc realną niedogodnością dla wielu przedsiębiorstw handlujących z zagranicą – zauważa ekspert AKCENTY.

W najbardziej wyspecjalizowanych instytucjach płatniczych zajmujących się obsługą transakcji walutowych firmy znajdą też dodatkowe usługi wspierające ich biznes w kwestii ryzyka kursowego. Są nimi transakcje terminowe, w tym tzw. forwardy. – To jedno z najlepszych zabezpieczeń, szczególnie dla MŚP. Polega na zawarciu umowy na określony termin w przyszłości – zwykle na podstawie konkretnego zagranicznego kontraktu firmy, w którym ustalona jest kwota i kurs, po którym nastąpi przewalutowanie. Przedsiębiorca nie musi się więc przejmować przyszłymi zmianami notowań i ich wpływem na wysokość swojej marży. Wie jaką kwotę otrzyma lub będzie musiał zapłacić po przewalutowaniu. Eliminuje to konieczność zakładania rezerw na zamiany wartości danej waluty – tłumaczy Radosław Jarema z AKCENTY. Tak jak inne usługi instytucji płatniczych, po prostu ułatwia MŚP biznes i pozwala na optymalizację wydatków związanych z obsługą transakcji walutowych.

[1] Wyniki finansowe podmiotów gospodarczych I-VI 2019, s. 18, https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/podmioty-gospodarcze-wyniki-finansowe/przedsiebiorstwa-niefinansowe/wyniki-finansowe-podmiotow-gospodarczych-i-vi-2019,11,21.html.

LOTOS oraz Toyota wspólnie rozwijają transport zasilany wodorem

Grupa LOTOS oraz Toyota Motor Poland podpisały pod koniec listopada br. list intencyjny w zakresie współpracy intensyfikującej prace nad rozwojem technologii wykorzystania wodoru w transporcie samochodowym. Chodzi m.in. o wybudowanie pod patronatem Toyoty stacji tankowania wodoru.

Istotą współpracy między Grupą LOTOS a Toyota Motor Poland jest wybudowanie pod patronatem Toyoty stacji tankowania wodoru w Polsce, która powstać ma już w 2021 roku. Dzięki współpracy Grupy LOTOS – jednego z liderów rynku paliwowego w Polsce oraz firmy Toyota Motor Poland zajmującej kluczową pozycję w rozwoju innowacyjnych technologii wodorowych w sektorze motoryzacji, wodoryzacja transportu w kraju może zyskać realny i praktyczny wymiar, odczuwalny dla użytkowników aut.

– Jako Grupa LOTOS poszukujemy najlepszych partnerów, którzy pozwalają nam się rozwijać technologicznie. Tak też traktujemy współpracę z Toyotą w temacie wodoru. W 2021 roku będziemy jako pierwsi w Polsce produkować wodór o bardzo wysokiej czystości. Do tego czasu na pierwszych dwóch naszych stacjach chcemy też zbudować punkty ładowania samochodów tym paliwem, zaś Toyota jest jednym z dostawców, który takie samochody posiada. Chcemy upewnić się, że to, co przygotujemy, będzie spełniało wymogi rynkowe – mówi Marian Krzemiński, wiceprezes Zarządu Grupy LOTOS ds. inwestycji i innowacji.

List intencyjny stanowi początek prac, które zakończyć ma szczegółowa umowa o współpracy. Zgodnie z deklaracjami, dokument taki ma powstać do końca I półrocza 2020 r. Równolegle, obie firmy zadeklarowały chęć współdziałania na rzecz promocji technologii opartych na wodorze, określanego przez specjalistów jako paliwo przyszłości.

– Nasza firma produkuje samochód Toyota Mirai. „Mirai” po japońsku oznacza „przyszłość”, zatem sama nazwa określa stosunek marki do samochodów zasilanych wodorem. W powszechnym zastosowaniu są także autobusy miejskie o zasięgu 400 kilometrów, a również istnieją konstrukcje ciężarówek, samolotów, a nawet rowerów, wózków widłowych i statków. Mamy dziś możliwość jeżdżenia, pływania i latania pojazdami napędzanymi wodorem. Są to pojazdy w pełni funkcjonalne, przyjazne dla użytkowników i – co ważne – przyjazne dla środowiska – podkreśla Andrzej Szałek, doradca Zarządu Toyota Motor Poland.

MVGM oficjalnie zamyka w Polsce proces przejęcia od JLL biznesu zarządzania nieruchomościami

MVGM finalizuje transakcję z JLL i wchodzi do pierwszej piątki największych graczy segmentu property management na europejskim rynku.

Virginie de Baere, Dyrektor Zarządzająca MVGM w Polsce
Virginie de Baere, Dyrektor Zarządzająca MVGM w Polsce

MVGM, holenderski gracz na rynku property management, oficjalnie zamyka w Polsce proces przejęcia od JLL biznesu zarządzania nieruchomościami. Do finalizacji umowy doszło dziś również w Portugalii i Hiszpanii. To echa ogłoszonej w lipcu transakcji, która dotyczyła 10 europejskich krajów, a która jest początkiem strategicznego partnerstwa MVGM i JLL. Dodaje ona do portfela MVGM 12 mln mkw. zarządzanej powierzchni oraz daje firmie możliwość współpracy z prestiżowymi, międzynarodowymi klientami, w tym wiodącymi inwestorami na rynku nieruchomości komercyjnych.

Nasz zespół w Polsce tworzy 120 wyspecjalizowanych w obszarze zarządzania nieruchomościami ekspertów, którzy zarządzają portfelem ponad 1,4 mln mkw. powierzchni. Przejście do MVGM to krok stronę jeszcze większej specjalizacji. Oznacza to, że stajemy się częścią w pełni skupionego na zarządzaniu nieruchomościami biznesu i daje nam dostęp do innowacyjnych cyfrowych narzędzi. Z kolei nasi klienci będą mieć możliwość współpracy z wiodącym na rynku zarządzania nieruchomościami europejskim graczem. – Virginie de Baere, Dyrektor Zarządzająca MVGM w Polsce

W efekcie transakcji z JLL MVGM znacznie zwiększa swoją obecność w Europie – firma wchodzi do ośmiu nowych krajów, a jednocześnie powiększa swoje zespoły w Holandii i Niemczech. W ciągu ostatnich tygodni MVGM sfinalizowało umowę na holenderskim i niemieckim rynku, a także w Rumunii, Czechach, Belgii, Luksemburgu i na Słowacji. W rezultacie firma jest teraz numerem 1 w rodzimej Holandii oraz w pierwszej piątce największych europejskich graczy w obszarze zarządzania nieruchomościami.

Przejęcie biznesu zarządzania nieruchomościami od JLL to kamień milowy w historii MVGM. Firma od zawsze miała ambicje i dążyła do osiągnięcia pozycji europejskiego lidera w tym segmencie nieruchomości. Nasza międzynarodowa strategia wzrostu mocno opiera się na elemencie innowacyjności i optymalizacji poprzez digitalizację, przy jednoczesnym zachowaniu najwyższych standardów. Umowa z JLL idealnie wpisuje się w nasze plany. Od czasu ogłoszenia transakcji w lipcu powitaliśmy w naszej firmie 540 nowych współpracowników z 10 europejskich krajów. Razem, jako jeden mocno wyspecjalizowany zespół, będziemy budować mocną europejską markę. – Menno van der Horst, Członek Zarządu MVGM

Ostatnich pięć lat przyniosło MVGM dynamiczny, organiczny wzrost biznesu oraz liczne przejęcia, m.in. akwizycję typu bolt-on niemieckiego PropertyFirst w 2019 roku, fuzję z Verwey w 2018 roku oraz przejęcie holenderskiej firmy Actys w 2016 roku.

Szpitale prywatne powinny mieć stałe i przewidywalne zasady finansowania oraz płacenia za usługi

Prywatne szpitale w Polsce mogą przynieść wiele dobrego do systemu – zwłaszcza w obszarze zarządzania, jakości oraz pracy nad stałym podnoszeniem standardów. Dotyczy to także zwiększania satysfakcji pacjentów oraz efektów klinicznych wykonywanych procedur medycznych w placówkach. Niepubliczne jednostki są spółkami prawa handlowego i muszą być zarządzane według obowiązujących w nim zasad. W związku z tym dbają o to, aby rachunek ekonomiczny się zgadzał. Zapewniają także atrakcyjność i jakość swojej oferty dla pacjentów – w trosce o ich zadowolenie z efektów leczenia, jak i samego procesu przebywania w szpitalu.  Należy pamiętać, że szpitale publiczne nie są w kontrze do placówek publicznych. Tworzą jeden system, w ramach którego powinny współpracować – co często ma miejsce. Ważna jest wymiana doświadczeń i uzupełnianie obustronnych braków.

– Jednostki niepubliczne nie powinny więc być konkurencją, a uzupełnieniem systemu, który może dzięki temu sprawnie funkcjonować. Oznacza to korzyść dla pacjentów, jak i placówek publicznych – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Łukasiewicz, Członek Zarządu Medicover ds. usług szpitalnych – Dla obu stron najważniejsza jest przewidywalność systemu. Potrzeba stabilności i długoterminowego spojrzenia jeśli chodzi o obecne i przyszłe działania. Szpitalnictwo wymaga dużych inwestycji, a więc przyszłościowego zarządzania i wzrostu jakości klinicznej. Dlatego sposób finansowania usług i funkcjonowania w systemie musi być przewidywalny w perspektywie lat. Zmiany w funkcjonowaniu systemu muszą nastąpić na poziomie rządu i ustawodawcy, co następnie przełoży się na politykę płatnika. Muszą one wprowadzać stabilność, przejrzystość i transparentność procesu podejmowania decyzji przy wyborze partnerów dla płatnika publicznego. Powinny zapewniać także stałe i przewidywalne zasady finansowania oraz płacenia za usługi. To wiele wyzwań w obliczu rosnących problemów z brakami kadrowymi wśród personelu medycznego, presji płacowej i wzrostu kosztów świadczenia usług. W tej sytuacji potrzebna jest pomoc strony publicznej, która będzie partnerem do rozmów i wypracowania odpowiednich rozwiązań – wskazał Łukasiewicz.

Tradycyjne gazetki wciąż skutecznym narzędziem marketingowym

Wbrew obiegowej opinii wiek konsumenta nie decyduje jednoznacznie o tym, czy wybierze na zakupach gazetkę promocyjną w wersji papierowej lub elektronicznej. To między innymi dlatego tradycyjne gazetki dystrybuowane bezadresowo są wciąż bardzo skutecznym narzędziem sprzedażowym, w praktyce nie do zastąpienia dla wielu sieci detalicznych.

– Dyrektorzy marketingu sieci handlowych zbadani przez Nielsena oceniają bardzo wysoko znaczenie papierowych gazetek. Taka ocena wynika ze skuteczności tego narzędzia w komunikacji z klientami – wyjaśnia Adam Puciata, prezes CTRL System, jednej z największych spółek zajmujących się dystrybucją materiałów promocyjnych sieci handlowych.

Wszyscy badani dyrektorzy zastrzegają też, że ich opinia może się zmienić ze względu na potencjalną ewolucję oczekiwań w pokoleniu, które właśnie dorasta. Tymczasem jednak różnice w profilu użytkowników gazetek papierowych i tych dostępnych online nie są istotnie zróżnicowane.

Najmłodsi konsumenci w wieku 18-25 lat tak samo często wybierają gazetkę papierową, jak i online.

Takie wnioski płyną m.in. z raportu syndykatowego Nielsena „Jak promować efektywnie” z 2018 r.

– Będziemy reagować na to, co się będzie działo na rynku i w którą stronę pójdą klienci w kontekście konsumpcji różnych nośników reklamowych. (…) Natomiast dziś trudno jest powiedzieć, jakie one będą – stwierdził jeden z badanych managerów. – Dlatego póki co dostosowujemy się do tego, co preferują nasi klienci, do ich przyzwyczajeń i nawyków.

Zgodnie z przewidywaniami dyrektorów marketingu, ewentualne odejście od gazetek papierowych będzie następować stopniowo, a jednocześnie potrzeba dywersyfikacji narzędzi marketingowych sprawi, że większość sieci nie zrezygnuje z papierowej formy komunikacji całkowicie.

– Klienci sieci, zarówno starsi jak i młodsi wciąż chętnie sięgają po gazetki. Średnio 8 na 10 klientów miało kontakt z gazetką w ostatnim tygodniu. To bardzo skuteczne narzędzie, o czym może świadczyć fakt, że około 19% sprzedaży produktów FMCG jest wspartych kampanią w gazetce – mówi Beata Kaczorek, Consumer and Shopper Director w Nielsenie.

O badaniu
Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych zostało zrealizowane matodą IDI (indywidualne wywiady pogłębione, prowadzone osobiście lub w formie telefonicznej) w okresie czerwiec – październik 2019 r. total N=6.

Celem badania było m.in. lepsze zrozumienie roli gazetek promocyjnych dla firm z branży retail, poznanie trendów w obszarze komunikacji marketingowej.

Rekrutowano osoby z ogólnopolskich sieci zajmujących się sprzedażą detaliczną, różnych kategorii produktów, od spożywczych poprzez kosmetyczno-chemiczne czy zajmujące się wyposażeniem domu. Osoby badane to zarządzający z dużym stażem zawodowym, najczęściej pracujący w obszarze marketingu od ponad 10 lat. Zleceniodawcą badania była spółka CTRL System.

Poczta Polska szykuje się na rekord przedświątecznych przesyłek. Już zatrudniła dodatkowe 1,3 tys. osób

Szczyt przedświąteczny to gorący okres dla całego e-commerce. Także Poczta Polska intensyfikuje działania, żeby sprawnie obsłużyć zwiększony ruch. Temu ma służyć m.in. zwiększenie powierzchni magazynów, zatrudnienie dodatkowych 1,3 tys. osób i uruchomienie przesyłek w soboty. Poczta spodziewa się, że w tym roku liczba nadawanych przed świętami przesyłek może pobić wszystkie dotychczasowe rekordy. W związku z tym zachęca klientów, żeby świąteczne przesyłki i prezenty zamawiać do sieci Odbiór w Punkcie. Ta forma dostaw cieszy się rosnącą popularnością klientów – trafia do niej co trzecia przesyłka. 

– W tym roku spodziewamy się rekordowej liczby przesyłek. Już w listopadzie przez Pocztę Polską przeszło ponad 600 tys. przesyłek. W ubiegłym roku taką liczbę osiągnęliśmy dopiero 17 grudnia i już wtedy był to absolutny rekord – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Bodziony, wiceprezes zarządu Poczty Polskiej.

Listopad i grudzień to najgorętszy okres w roku, zarówno dla e-commerce, jak i całej branży KEP (przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych). Ruch na stronach sklepów internetowych rośnie wtedy nawet o kilkaset procent, a szczyt paczkowy rozpoczyna się już w Black Friday, kiedy sklepy stacjonarne i internetowe kuszą klientów dużymi obniżkami, i trwa aż do świąt Bożego Narodzenia. Według szacunków Gemius/PBI w ubiegłym roku podczas wyprzedażowego piątku serwisy e-commerce odwiedziło blisko 7,4 mln Polaków, a ta liczba rośnie z roku na rok. Zamówienia złożone w sklepach internetowych generują z kolei większą liczbę przesyłek. Tym bardziej że wielu Polaków świąteczne prezenty zamawia online dopiero tuż przed Gwiazdką.

Szczyt przedświąteczny to gorący okres również dla Poczty Polskiej. W tym roku liczba nadawanych przesyłek może pobić wszystkie dotychczasowe rekordy, dlatego operator intensyfikuje działania, żeby sprawnie obsłużyć zwiększony ruch.

– Po pierwsze, zwiększyliśmy powierzchnię naszych magazynów o 23 tys. mkw. w trzech miejscowościach: Białystok, Grodzisk Mazowiecki i Niepołomice. Zatrudniliśmy także już 1,3 tys. dodatkowych pracowników, w tym 900 osób na umowę o pracę i kolejnych 400 na umowę zlecenie. Codziennie monitorujemy ilość paczek do doręczenia dla naszych klientów i uruchamiamy dodatkowe służby kurierów. Doręczamy przesyłki także w soboty – mówi Andrzej Bodziony.

Sprawną obsługę przesyłek ma wspomóc także nowoczesny sorter paczkowy, kupiony przez Pocztę Polską w ubiegłym roku za ok. 50 mln zł, który trafił do węzła ekspedycyjno-rozdzielczego w Zabrzu. Może obsłużyć nawet 2,5 mln paczek miesięcznie. W przyszłym roku spółka planuje uruchomić przetargi i kupić kilka kolejnych takich urządzeń.

– Zachęcamy naszych klientów, żeby zamawiali świąteczne prezenty do naszych punktów odbioru, których w całym kraju mamy już 12 tys. Są to zarówno placówki Poczty Polskiej, jak również sklepy Żabka, kioski RUCH-u, stacje Orlen, a także nasze automaty paczkowe zlokalizowane w sąsiedztwie placówek pocztowych i sklepów Biedronka – wymienia Andrzej Bodziony.

W systemie click&collect paczkę można odebrać w dogodnym dla siebie miejscu i w dowolnym czasie. Poczta Polska dysponuje obecnie największą w kraju siecią Odbiór w Punkcie, którą zamierza dodatkowo poszerzyć o ok. 2 tys. lokalizacji. Usługa cieszy się coraz większą popularnością – w tej chwili do sieci trafia już 30 proc. przesyłek.

Pojawił się pierwszy lek na najbardziej agresywną postać raka płuc. Aby go znaleźć, naukowcy przez 20 lat przebadali 70 innych cząsteczek

Drobnokomórkowego raka płuc co roku diagnozuje się u ok. 3 tys. Polaków. To najbardziej agresywny typ nowotworu płuc, który szybko daje przerzuty i prowadzi do śmierci w ciągu roku, dwóch lat. Do tej pory lekarze mieli do dyspozycji jedynie chemioterapeutyki i radioterapię, ale kwalifikowało się do nich zaledwie 20 proc. pacjentów. Pozostali byli skazani na leczenie paliatywne, czyli łagodzenie bólu. Po 20 latach prac naukowo-badawczych i przebadaniu ponad 70 innych cząsteczek naukowcy trafili na lek, który wydłuża życie chorych i poprawia jego jakość.

W Polsce każdego roku na raka płuc choruje i umiera około 22–23 tys. osób. Ten typ nowotworu wśród kobiet zajmuje trzecie miejsce pod względem częstotliwości, ale powoduje większą śmiertelność niż dużo częstszy rak piersi. Z kolei wśród mężczyzn jest to najczęściej występujący nowotwór (1/5 wszystkich zachorowań). WHO wyróżnia dwie główne grupy raka płuc niedrobnokomórkowe (NDRP) oraz drobnokomórkowe (DRP). Pierwszy z nich odpowiada za ok. 80 proc. wszystkich zachorowań, lekarze zaś mają do dyspozycji rozbudowaną ścieżkę terapeutyczną, a w ostatnich latach zarejestrowano kilka innowacyjnych terapii, które Ministerstwo Zdrowia objęło refundacją.

– Sytuacja chorych na raka niedrobnokomórkowego zmieniła się diametralnie w ciągu ostatnich kilku lat. Są możliwości leczenia z udziałem tzw. leków ukierunkowanych molekularnie. Badamy genom komórki nowotworowej, znajdujemy określone zaburzenie molekularne i odnajdujemy lek wycelowany w to zaburzenie. Drugi aspekt to pojawienie się tzw. leków immunokompetentnych, które powodują reaktywację układu immunologicznego organizmu. Po ich podaniu organizm sam rozpoznaje komórki nowotworowe i potrafi je skutecznie eliminować – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Dariusz M. Kowalski z Kliniki Nowotworów Płuca i Klatki Piersiowej warszawskiego Centrum Onkologii, prezes Polskiej Grupy Raka Płuca.

Raka drobnokomórkowego diagnozuje się u ok. 2,5 – 3 tys. pacjentów rocznie. Obserwowane pod mikroskopem komórki DRP są niewielkich rozmiarów, a wypełnione są przede wszystkim jądrami komórkowymi. Ten typ nowotworu bardzo szybko postępuje i daje przerzuty, prowadząc do śmierci chorego w ciągu 12–24 miesięcy.

– Rak drobnokomórkowy jest jednym z najbardziej agresywnych nowotworów. Bardzo szybko podwaja swoją masę, szybko daje przerzuty. Dlatego kluczowa jest szybkość rozpoznania choroby, potwierdzenia histopatologicznego i wdrożenia odpowiedniego leczenia – mówi dr n. med. Izabela Chmielewska z Kliniki Pneumonologii, Onkologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

– Pomiędzy tymi dwoma typami nowotworów jest ogromna przepaść. Nowotwory niedrobnokomórkowe, które stanowią ponad 80 proc. przypadków, to głównie domena leczenia chirurgicznego, radioterapii, radiochemioterapii i potem nowych leków. Natomiast rak drobnokomórkowy to nowotwór o olbrzymiej agresji. Ma predylekcję do dawania przerzutów, m.in. do ośrodkowego układu nerwowego. Zasadnicze leczenie polega na skojarzeniu radioterapii i chemioterapii, ale do tego kwalifikuje się mniej niż 20 proc. chorych. To oznacza, że mamy 80 proc. chorych leczonych wyłącznie paliatywnie – mówi prof. Dariusz Kowalski.

W leczeniu DRP lekarze mieli dotąd do dyspozycji głównie chemioterapeutyki starej generacji (chemioterapia polega na bezpośrednim uszkadzaniu komórek nowotworowych za pomocą substancji chemicznych, ale jest wysoce toksyczna dla organizmu chorego) i radioterapię. Taka terapia na ogół daje dobre wyniki, ale choroba bardzo szybko nawraca i prowadzi do śmierci.

– Wiemy, że nawrót choroby następuje praktycznie u każdego pacjenta z postacią rozsianą. To znaczy, że po zakończeniu leczenia pacjent zostaje z tykającą bombą. W każdej chwili może się dowiedzieć z kolejnej tomografii, że choroba nawróciła i wystąpiły kolejne przerzuty – mówi dr Izabela Chmielewska.

Standardy leczenia stosowane w DRP pochodzą z końcówki lat 70. Od tego czasu firmy farmaceutyczne przebadały już ponad 70 cząsteczek i żadna z nich dotąd nie okazała się przełomem w leczeniu drobnokomórkowego raka płuca.

– Przez ostatnich 40 lat w zakresie jego leczenia nic się nie działo. Wszystkie badania, które były podejmowane celem wydłużenia czasu przeżycia chorych, kończyły się skutkiem negatywnym. Dopiero od kilku miesięcy mamy badania dotyczące leku immunokompetentnego – atezolizumabu, które wykazały, że dodatek tego leku do klasycznej chemioterapii poprawia całkowity czas przeżycia chorych i czas wolny od progresji. Ta immunoterapia w połączeniu z chemioterapią to pierwsze światełko w tunelu i krok ku temu, żeby zwiększyć efektywność stosowanego leczenia – mówi prof. Dariusz Kowalski.

Atezolizumab to pierwszy jak dotąd zarejestrowany lek na drobnokomórkowego raka płuca. Ta sama cząsteczka została już wcześniej zarejestrowana również w leczeniu raka niedrobnokomórkowego w pierwszej linii (w połączeniu z chemioterapią) oraz w drugiej linii (niezależnie od typu nowotworu).

– Atezolizumab jest pierwszą immunoterapią w raku DRP, co daje nam ogromne nadzieje. Stwarza szansę na wydłużenie życia pacjentów i poprawienie jego jakości przy jednoczesnym zachowaniu bezpieczeństwa, bo ten lek znamy już doskonale z leczenia raka niedrobnokomórkowego, gdzie okazał się skuteczny i bezpieczny – mówi dr Izabela Chmielewska.

Immunoterapeutyki stymulują komórki odpornościowe organizmu pacjenta, tak aby same niszczyły zmiany nowotworowe. Obecnie ten typ leków uważa się za przełom w medycynie, który diametralnie zmieni leczenie m.in. wielu nowotworów czy chorób autoimmunologicznych.

– Stoimy najprawdopodobniej przed pierwszym wielkim przełomem, więc mam olbrzymią nadzieję, że ta nowa metoda terapeutyczna będzie dostępna dla naszych pacjentów, tak jak jest dostępna dla chorych z Unii Europejskiej – dodaje prof. Dariusz Kowalski.

Lekarze podkreślają, że dzięki immunoterapii w przyszłości DRP może stać się chorobą przewlekłą, z którą pacjenci mogą normalnie funkcjonować latami – podobnie jak w tej chwili ma to miejsce w przypadku niedrobnokomórkowego raka płuca.

– Pacjenci z drobnokomórkowym rakiem płuca potrzebują niesamowitego wsparcia. Szczególnie rodziny, które szukając informacji o diagnozie, dowiadują się, że jest to bardzo agresywna odmiana nowotworu. Chcą wiedzieć, jakie szanse mają najbliższe im osoby. Po wielu latach, kiedy w leczeniu tego typu raka płuca nie było mocnego efektu, pojawiła się iskierka nadziei w postaci immunoterapii – mówi Krystyna Wechmann, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Co druga firma w Polsce ma problem ze skuteczną komunikacją w zespole. To przekłada się na mniejszą efektywność pracy i większy stres pracowników

Co druga firma w Polsce ma problem ze skuteczną komunikacją w zespole. To przekłada się na mniejszą efektywność pracy i większy <a title=stres pracowników" title="Co druga firma w Polsce ma problem ze skuteczną komunikacją w zespole. To przekłada się na mniejszą efektywność pracy i większy stres pracowników" />

Brak właściwej komunikacji w firmie może mieć poważne konsekwencje. Przekłada się na większy stres, niezadowolenie pracowników i ich mniejszą efektywność. Pogarsza też atmosferę w firmie oraz relacje między pracodawcą, a kadrą. Z badania Randstad i Deloitte wynika, że problemy komunikacyjne ma co druga polska firma, choć ponad 90 proc. menedżerów wskazuje, że ma ona priorytetowe znaczenie dla doświadczeń pracownika. Jakość komunikacji można poprawić m.in. poprzez szkolenia i stworzenie kodeksu dobrych praktyk. Warto zacząć od stosowania się do sześciu nadrzędnych zasad, które warunkują skuteczną komunikację.

– Najpoważniejszym problemem komunikacyjnym w firmach jest dzisiaj brak kultury feedbacku. Bez tego nie jesteśmy w stanie komunikować się w sposób ciągły, szczery i dwustronny, żeby móc korygować niewłaściwe zachowania związane ze współpracą – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Kowalski, praktyk biznesu i wykładowca na kierunkach zarządzanie i inżynieria zarządzania w Wyższej Szkole Bankowej w Szczecinie.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Randstad i firmę doradczą Deloitte na potrzeby raportu „Trendy HR 2018” dzisiejsza komunikacja w firmach nie jest skuteczna. 91 proc. badanych liderów biznesowych i HR-owych zadeklarowało, że jej jakość ma duże znaczenie dla zapewnienia pozytywnych doświadczeń pracowników. Jednocześnie jako skuteczną lub bardzo skuteczną określiło ją zaledwie 52 proc. badanych. To oznacza, że w co drugiej polskiej firmie mogą występować problemy związane z komunikowaniem się.

– Skutkiem problemów komunikacyjnych w firmach jest bardzo zła współpraca między pracownikami. Aby wykonać właściwie swoje zadania, pracownicy muszą często włożyć w nie dodatkowy wysiłek, żeby uzyskać pożądany efekt – mówi Krzysztof Kowalski.

Jakość komunikacji w firmie można poprawić dwojako. Pierwszym sposobem są szkolenia – zarówno dla pracowników, jak i kadry menadżerskiej – które uczą, jak porozumiewać się efektywnie i zgodnie z intencjami.

– Drugim działaniem jest wprowadzanie w firmie kodeksu dobrych praktyk, czyli standardów komunikacyjnych. To stała agenda, która polega np. na upewnieniu się, że w trakcie spotkania nie poruszamy innych, niepotrzebnych tematów. Dobrym rozwiązaniem jest kontrakt między pracownikami, w którym można ustalić i zapisać, co robimy, a czego nie robimy na spotkaniach, np. wyłączamy telefon, komputer, nie ironizujemy czyichś wypowiedzi – wskazuje Krzysztof Kowalski.

Brak właściwej komunikacji w firmie ma poważne konsekwencje. Przekłada się na niezadowolenie kadry i większy stres, mniejszą efektywność pracy, co zwiększa jej koszty, pogorszenie atmosfery w firmie oraz relacje między pracodawcą i pracownikami. W sytuacjach ekstremalnych może doprowadzić do zaburzeń emocjonalnych i niezdolności pracownika do wykonywania pracy. Przyczynia się też do niedostatku tzw. kapitału społecznego. Jak wynika z badania zrealizowanego przez House of Skills we współpracy z KDS KIG, w Polsce aż 95 proc. pracowników dostrzega braki kapitału społecznego w swoim miejscu pracy. Jako najbardziej problematyczne na pierwszym miejscu zostały wymienione właśnie relacje i komunikacja między ludźmi. Z kolei tegoroczny raport KIG „Między feudalizmem a personalizmem. Medialny obraz relacji pracowniczych w Polsce” pokazuje, że relacje pracownicze są w Polsce oceniane jako złe lub bardzo złe aż w 79 proc. publikacji i komentarzy przeanalizowanych na potrzeby raportu.

Zmiany w komunikacji w firmie można wprowadzać małymi krokami, pamiętając o kilku zasadach, które warto wdrażać na spotkaniach zespołu. Wykładowca szczecińskiej WSB podkreśla, że istnieje sześć takich zasad. Pierwszą z nich jest zasada prostoty, zwięzłości, która opiera się na używaniu prostego, zwięzłego języka, przy użyciu słów powszechnie znanych i unikaniu np. specjalistycznych wyrażeń. Druga to zasada spójności, zgodnie z którą przekaz powinien być dopasowany do formy.

– To znaczy, że rzeczy poważne mówimy poważnie i zachowujemy się przy tym poważnie, a o rzeczach radosnych mówimy radośnie. Dzięki temu unikniemy sytuacji, w której każdy będzie nas odbierać inaczej. Przy braku spójności większość osób skupi się na tym, jak się zachowujemy, a mniej na treści wypowiedzi – wyjaśnia Krzysztof Kowalski. – Trzecia to zasada ciągłości, czyli nie przerywamy sobie, pozwalamy, by wypowiedź wybrzmiała do końca. Dzięki temu upewnimy się, co rozmówca chciał nam przekazać. Czwarta to zasada parafrazy. Przy dłuższych wypowiedziach starajmy się podsumować, czyli powiedzieć własnymi słowami to, co usłyszeliśmy, aby upewnić naszego rozmówcę, że został właściwie zrozumiany.

Piątą regułą warunkującą skuteczną komunikację jest zasada klaryfikacji. Zakłada ona, że jeśli w trakcie wypowiedzi jakaś jej część jest niejasna, należy ją doprecyzować, zadać pytanie i upewnić się, że rozumiemy, o czym rozmawiamy.

– Szóstą jest z kolei zasada empatii. W trakcie wypowiedzi naszego rozmówcy skupmy się na nim i upewnijmy, że podążamy za jego emocjami. Dajmy mu sygnał, że rozumiemy jego stan emocjonalny. Dzięki temu on też będzie pewien, że został zrozumiany właściwie i w pełni. Takiej uważności empatycznej można się wyuczyć – podkreśla Krzysztof Kowalski.