Inteligentne rozwiązania ułatwiają reagowanie na zmiany związane z klimatem. Gliwice tworzą system monitorowania stanu wód

Inteligentne rozwiązania ułatwiają reagowanie na zmiany związane z klimatem. Gliwice tworzą system monitorowania stanu wód 1

Polskie miasta coraz częściej rozwijają koncepcję smart city. Nowe rozwiązania nie tylko ułatwiają życie mieszkańców i pozwalają na oszczędności, ale także odpowiadają na największe wyzwania, w tym te związane z klimatem. Gliwice tworzą np. system monitorowania, który pozwoli sprawdzić stan wód, zapobiegnie powodzi czy umożliwi gromadzenie wody na wypadek suszy.

– Wprowadzamy wiele rozwiązań, które mają ułatwić życie mieszkańcom. Mają być użyteczne na co dzień, a nie wymagać dodatkowego zaangażowania ze strony mieszkańca, nakładu pracy i czasu. Dlatego zawsze, kiedy wdrażamy rozwiązania typu smart, myślimy żeby one działały na korzyść mieszkańca – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mariusz Śpiewak, zastępca prezydenta miasta Gliwice.

Szacuje się, że do 2030 roku, ponad 60 proc. populacji będzie mieszkać w miastach. Wyzwaniem jest stworzenie odpowiedniej infrastruktury, rozwiązań poprawiających bezpieczeństwo. Polskie miasta coraz częściej wdrażają rozwiązania smart city. To np. inteligentne oświetlenie, sygnalizacja świetlna, system kamer czy aplikacji poprawiających komunikację. To nie tylko domena Warszawy, Krakowa, czy Wrocławia. W Gliwicach od lat z powodzeniem wdrażane są technologie z obszaru tzw. smart cities – m.in. Centrum Ratownictwa Gliwice, inteligentny system sterowania ruchem czy innowacyjny system monitoringu wizyjnego.

– Wdrożyliśmy inteligentny system transportowy, którego celem jest ułatwienie kierowcom poruszanie się po mieście, ale z drugiej strony również ułatwienie korzystania z komunikacji publicznej. Ten system to zbiór pewnych rozwiązań, jest również aplikacja dla mieszkańca. Idea tego systemu jest wspieranie  życia mieszkańca – wskazuje Śpiewak.

Sygnalizacja świetlna w Gliwicach umożliwia szybki przejazd służbom ratunkowym. Podobne rozwiązania funkcjonują już z powodzeniem na Zachodzie – np. system kamer sprawdza, gdzie doszło do wypadku, skąd może nadjechać pomoc, a informacje przekazuje do systemu nadzorującego sygnalizację świetlną. W ten sposób ustawiane są tzw. „zielone korytarze”. Gliwicki ITS umożliwia płynną jazdę po mieście, pomaga znaleźć miejsce parkingowe, czy zaplanować najkorzystniejszą trasę.

Idea smart city wprowadzana jest także w komunikacji miejskiej, to np. synchronizacja środków transportu ułatwiająca przesiadki. Elementem inteligentnej komunikacji są także elektroniczne tablice informujące o godzinie przyjazdu czy ewentualnych utrudnieniach.

– Mamy już jeden wdrożony pełny system transportowy. Obecnie jesteśmy w trakcie wdrażania kolejnego inteligentnego systemu obejmującego całe miasto, którym jest inteligentne oświetlenie. Szereg miejsc zostało już objętych tym systemem inteligentnego oświetlenia, wdrażamy go systematycznie od 2012 roku, jeszcze przed nami ostatnie wdrożenia, ostatnie ulice, które chcemy zmodernizować – zapowiada zastępca prezydenta Gliwic.

Inteligentne oświetlenie LED może być łatwo sterowane elektronicznie i obejmować całe grupy lub poszczególne lampy. Można je włączać lub wyłączać o określonej porze, czasowo przyciemniać i kontrolować stan pracy poszczególnych urządzeń. To także atrakcyjne wizualnie rozwiązania, które podkreślają budynki czy określone partie miast.

– Rozwiązania smart w takich dziedzinach jak oświetlenie to spore oszczędności. Przechodzimy już na systemy LED-owe, przechodzimy na stałe zarządzanie energią, monitorujemy to zużycie energii, monitorujemy również sprawność systemu, przez co te ewentualne problemy z oświetleniem jesteśmy w stanie wyłapać w ciągu kilku minut, a problemy rozwiązywać natychmiast – przekonuje Śpiewak.

Inteligentne rozwiązania mają też odpowiadać na największe potrzeby, w tym te dotyczące zmian klimatu. Stąd np. budowa zbiorników retencyjnych, które zatrzymają wodę, czy budowa systemów odpływowych, które zapobiegną powodziom. Obecnie w Gliwicach trwają prace nad stworzeniem koncepcji całego systemu monitorowania wód.

 – Musimy monitorować przepływy wód, stan wód i nie da się tego zrobić odręcznie. Mamy obecnie w mieście kilka czujników, ale to jest za mało. Potrzebujemy globalnego systemu, dzięki któremu z jednej strony będzie możliwy podgląd stanu obecnego, ale również badanie możliwych scenariuszy, np. jaki wpływ na obecne przepływy będzie miało wyłączenie zbiornika, albo budowa nowego zbiornika retencyjnego, z której strony dopływy są silniejsze, z której mniejsze – tłumaczy Mariusz Śpiewak.

W Polsce jest zaledwie 4 tys. psychiatrów, a potrzeba ich kilkukrotnie więcej. Brakuje przede wszystkim psychiatrów dziecięcych

W Polsce jest zaledwie 4 tys. psychiatrów, a potrzeba ich kilkukrotnie więcej. Brakuje przede wszystkim psychiatrów dziecięcych 2

Średnio co czwarty Polak doświadcza przynajmniej jednego z przejawów złego stanu zdrowia psychicznego w ciągu roku. Blisko ćwierć miliona osób cierpi na przynajmniej trzy zaburzenia. Psychiatrycznie leczy się ok. 1,5 mln Polaków, jednak z powodu zbyt małej liczby lekarzy na wizytę czeka się miesiącami. Obecnie w Polsce pracuje ponad 4 tys. lekarzy psychiatrów, co oznacza że na milion osób przypada 90 specjalistów. Brakuje zwłaszcza psychiatrów dziecięcych – jest ich zaledwie ok. 400 na 7 mln dzieci.

– Braki kadrowe są piętą achillesową opieki zdrowotnej. To zaszłość, która wynika z tego, że nie była to atrakcyjna ścieżka kariery zawodowej. Rozwiązania są dwa, przede wszystkim szkolić, udostępniać pomoc, sprawić, że wejście w tę ścieżkę rozwoju zawodowego jest atrakcyjne. Drugi sposób to wciągnięcie wielu innych profesjonalistów do udzielania pomocy – psychoterapeutów, psychologów klinicznych, asystentów zdrowienia, asystentów socjalnych,  terapeutów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Jacek Wciórka, psychiatra z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Rozwiązanie problemów opieki psychiatrycznej należy do priorytetowych zadań Ministerstwa Zdrowia. Już od 2018 roku trwa pilotaż centrów zdrowia psychicznego. Nowe rozwiązania mają przede wszystkim pomóc chorym – dzieciom i nastolatkom. Zgodnie z założeniami, na początkowym etapie dzieci trafią do psychologów i psychoterapeutów. Jeżeli ich pomoc nie wystarczy, pacjenci trafią do środowiskowego centrum zdrowia psychicznego, a jeśli i to okaże się niewystarczające – do ośrodka wysokospecjalistycznej całodobowej opieki psychiatrycznej.

– 5-6 tys. lekarzy psychiatrów to liczba, która zbliżałaby nas do krajów, które nie mają takiej przerwy w życiorysie kadrowym. Szczególnie dotkliwy jest brak w zakresie psychiatrii dzieci i młodzieży, bo ich jest kilkuset, a mogłoby być 2-3 razy więcej – ocenia prof. Jacek Wciórka.

Obecnie, jak wynika z danych Naczelnej Izby Lekarskiej, w Polsce jest nieco ponad 4,2 tys. lekarzy psychiatrów. Na 100 tys. osób przypada 8,75 lekarzy, gorzej jest tylko na Malcie (8,5) i w Bułgarii (8,07). Dla porównania w Niemczech to 26,4, w Finlandii –24,47, a we Francji na 100 tys. mieszkańców przypada nieco ponad 22 psychiatrów. Dużym problemem jest zwłaszcza zbyt mała liczba lekarzy specjalizujących się w psychiatrii dziecięcej – z danych Sieci Obywatelskiej Watchdog na 7 mln dzieci przypada ok. 400 lekarzy.

– Brakuje także dobrze przygotowanych pielęgniarek psychiatrycznych i psychologów klinicznych, a także chętnych do pracy w sektorze publicznym psychoterapeutów. W Anglii poradzono sobie w ten sposób, że jak zabrakło psychiatrów, to przeszkolono pielęgniarki psychiatryczne, które są świetnymi fachowcami – wskazuje ekspert.

W Polsce został uruchomiony program szkoleń, a specjalizację psychoterapia dzieci i młodzieży będą mogli kończyć nie tylko lekarze, ale również przedstawiciele innych zawodów medycznych. Może to rozwiązać problem z dostępnością lekarzy – teoretycznie na wizytę u lekarza psychiatry w NFZ czeka się średnio 3-4 miesiące, ale w części miast termin znacznie się wydłuża. Tymczasem pomocy wymaga kilka milionów Polaków. Z Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego wynika, że ponad 23 proc. osób doświadcza przynamniej jednego przejawu złego stanu zdrowia psychicznego w ciągu roku.

– Kilka procent wymaga pilnej pomocy, kilkanaście do dwudziestu procent korzysta z pomocy psychiatrycznej. A potrzeby w tym zakresie, przynajmniej raz w życiu, ma około połowy, może trochę więcej niż połowa Polaków – wylicza prof. Jacek Wciórka.

Problem narasta, pojawiają się nawet aplikacje, które mają pomóc przy spadkach nastroju i złym samopoczuciu. Kontakt z lekarzem przez aplikacje może być jednak niewystarczający.

– Poczucie samotności, osamotnienia, mimo mediów społecznościowych dominuje. Myślę, że nawet ta passa na media społecznościowe wynika z tego, że w realnym życiu człowiekowi brakuje kontaktów, rozmów, przyjaźni – ocenia prof. Jacek Wciórka.

Żołnierze na polu walki są wyposażeni w coraz nowocześniejsze narzędzia. Zapotrzebowanie na zaawansowany sprzęt medyczny rośnie także w Polsce

Żołnierze na polu walki są wyposażeni w coraz nowocześniejsze narzędzia. Zapotrzebowanie na zaawansowany sprzęt medyczny rośnie także w Polsce 3

Szpitale polowe gotowe są już do przeprowadzania coraz bardziej zaawansowanych procedur chirurgicznych. Pracujący w nich lekarze wykonują jednak zaledwie jedną piątą zabiegów, które przeprowadzają chirurdzy w ogólnodostępnych placówkach. Tymczasem na wyposażeniu żołnierza-ratownika znajduje się coraz więcej narzędzi umożliwiających skuteczne ratowanie życia rannych, np. poprzez autotransfuzję.

– Postęp w medycynie jest bardzo duży obecnie i zmienia się to także w stosunku do medycyny pola walki. W tym roku premierę mają bardzo lekki, jednorazowy laryngoskop, który odchudzi plecak żołnierza-ratownika. Posiadamy także prowadnicę Bougie z wyginającą się końcówką, którą możemy manipulować i wybrać intubację konkretnego płuca – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Rajczuk, inżynier biomedyczny w Medline.

Dzięki miniaturyzacji urządzeń wykorzystywanych w medycynie ratunkowej żołnierz-ratownik może być przygotowany do udzielenia na polu walki coraz bardziej zaawansowanych procedur medycznych. Wiele z nich ma kluczowe znaczenie w ratowaniu osoby w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. To chociażby zapewnienie ukrwienia narządów wewnętrznych rannej osoby dzięki autotransfuzji.

– Do autotransfuzji jest wykorzystywana opaska uciskowa HemaShock. Zamiast transfuzji na polu walki od innego żołnierza jesteśmy w stanie przetoczyć krew z kończyn rannego do jego narządów wewnętrznych, dzięki czemu jesteśmy w stanie pozyskać nawet 4 jednostki krwi biorcy i dawcy – tłumaczy ekspert.

Zmianie ulega jednak nie tylko wyposażenie żołnierza-ratownika, lecz także wygląd oraz znaczenie szpitali polowych. W czasie II wojny światowej pojawiły się pierwsze takie placówki mogące przeprowadzać proste interwencje chirurgiczne. Obecnie możliwości takich szpitali nie ograniczają się już tylko do podstawowych zabiegów, choć wciąż nie są należycie wykorzystywane w dziedzinie chirurgii.

Dziennikarze z US News przeprowadzili badanie, z którego wynika, że chirurdzy w placówkach wojskowych wykonują zaledwie 20 proc. liczby zabiegów, które przeprowadzają ich koledzy z cywilnych ośrodków. Jednocześnie uskarżają się oni na to, że w zespołach lekarskich pracuje zbyt mało specjalistów w dziedzinie chirurgii urazowej. Tymczasem co roku amerykańskie wojsko inwestuje 50 mld dol. w sieć placówek opieki zdrowotnej.

W Polsce zapotrzebowanie na nowoczesny sprzęt wojskowy jednak rośnie.

– Zapotrzebowanie jest bardzo duże. Obecnie wojsko modernizuje podstawowe wyposażenie każdego żołnierza. Wojska Obrony Terytorialnej także wyposażają się powoli w indywidualne pakiety medyczne, dostosowują się do standardów NATO oraz kopiują rozwiązania z wojska Stanów Zjednoczonych – mówi Maciej Rajczuk.

Z badania Variant Market Research wynika, że światowy rynek wojskowego sprzętu ochrony osobistej osiągnie do 2024 roku wartość 24,5 mld dol., rosnąc w najbliższych latach w tempie 6,5 proc. rocznie.

 

Noble Securities rezygnuje z działalności na rynku Forex, którą przejmie TMS Brokers

Dom maklerski Noble Securities S.A. 22 października 2019 podjął decyzję o sprzedaży zorganizowanej części przedsiębiorstwa, oferującej dla klientów usługi na rynku forex (OTC/ CFD) i tym samym od 23 listopada br. zaprzestaje prowadzenia rachunków za pośrednictwem platformy Noble Markets. Jako partnera do tej transakcji wybrał TMS Brokers S.A., dom maklerski z ponad 20 letnim doświadczeniem i bazą tysięcy klientów w Polsce oraz wybranych krajach Unii Europejskiej.

Na mocy tej umowy TMS Brokers przejmie świadczenie usług dla klientów Noble Securities, którzy wyrażą chęć kontynowania inwestycji na rynku OTC/ CFD. Celem podpisanego porozumienia jest zapewnienie płynnego procesu przenoszenia aktywów klientów oraz umożliwienie zainteresowanym osobom dalszej działalności na tym rynku. TMS Brokers utrzyma warunki transakcyjne jakie mieli klienci w Noble Securities, w tym platformę transakcyjną MT4.

Podstawą decyzji Noble Securities była analiza kluczowych segmentów działalności biznesowej spółki i zamiar koncentracji na głównych obszarach swojej działalności, czyli rozwijaniu usług w obszarze rynku giełdowego w tym doradztwa inwestycyjnego i bankowości inwestycyjnej. TMS Brokers widzi w przejęciu zorganizowanej części przedsiębiorstwa potencjał rozwoju biznesu, zwiększenia bazy klientów i konsolidowania rynku w Polsce. Na mocy porozumienia TMS Brokers przejmuje również umowy z pracownikami części przedsiębiorstwa związanej z rynkiem forex oraz wybranymi kontrahentami.

Cały proces przenoszenia aktywów z Noble Securities do Domu Maklerskiego TMS Brokers nie będzie wiązał się z koniecznością ponoszenia jakichkolwiek kosztów przez klientów. Oba domy maklerskie dołożą również wszelkich starań by procedura transferu aktywów była maksymalnie uproszczona przy minimum formalności. Klienci Noble Securities, którzy wyrażą stosowną zgodę, będą mieli możliwość płynnego przeniesienia swoich środków pieniężnych i otwartych pozycji na instrumentach finansowych do TMS Brokers.

W dniu ogłoszenia tego komunikatu klienci Noble Securities korzystający z usługi świadczonej na rynku forex (OTC/ CFD) zostali bezpośrednio poinformowani o proponowanych rozwiązaniach. Otrzymają oni również wszelką pomoc przy przenoszeniu swoich aktywów do TMS.

Dominik Ucieklak, Prezes Noble Securities S.A.:

„- Doceniając zaufanie jakim obdarzyli nas nasi dotychczasowi klienci działający za naszym pośrednictwem na rynku OTC/ CFD chcieliśmy ograniczyć ich niedogodności wynikające z naszej decyzji biznesowej o zakończeniu świadczenia usług na rynku forex. Współpraca z TMS Brokers, zainteresowanym klientom, pozwala przenieść otwarte pozycje i kontynuować inwestycję na warunkach nie gorszych niż dotychczas. Obecnie Zarząd Noble Securities dostrzega lepsze perspektywy rozwoju i generowania zysków w innych obszarach działalności.”

Marcin Niewiadomski, Prezes Zarządu TMS Brokers S.A.:

– Z satysfakcją przyjęliśmy wiadomość, że Noble Securities wybrał TMS Brokers jako partnera do transakcji przejęcia zorganizowanej części przedsiębiorstwa i powierzył nam kontynuację współpracy z klientami z segmentu OTC/CFD. Uważamy, że rynek usług finansowych będzie się konsolidował, cieszymy się, że możemy w tym procesie aktywnie uczestniczyć. Dzięki tej transakcji zwiększymy skalę, udziały rynkowe i potencjał biznesowy TMS Brokers. Jesteśmy przekonani, że nasza oferta spełni oczekiwania klientów Noble Securities. Dołożymy również wszelkich starań by proces przejścia dla klientów był jak najmniej uciążliwy.”

W Chile wrze, a prezydent błaga naród o wybaczenie

Wystarczyło ledwie kilka dni, by najstabilniejsze i najlepiej zarządzane państwo Ameryki Łacińskiej pogrążyło się w chaosie. Co się stało w Chile i dlaczego kraj mimo problemów prawdopodobnie szybko upora się z bieżącym dramatem? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

„Spójrzcie na Amerykę Łacińską. Argentyna i Paragwaj są w recesji, Meksyk i Brazylia w stagnacji, Peru oraz Ekwador w głębokim kryzysie politycznym. W tym kontekście Chile wygląda jak oaza, ponieważ mamy stabilną demokrację, gospodarka się rozwija, tworzymy miejsca pracy, rosną wynagrodzenia, a kondycja makroekonomiczna jest zrównoważona”. Jeszcze tydzień temu, kiedy w wywiadzie dla „Financial Times” z ust prezydenta Chile Sebastiana Pinera padły takie stwierdzenia, można było się pod nimi podpisać.

Niestety, dla tego bogatego w surowce andyjskiego kraju, wypowiedziane one zostały w złą godzinę. Dosłownie dwa dni po publikacji wywiadu w „FT”, 19 października Pinera musiał ogłosić stan wyjątkowy w stolicy kraju Santiago ze względu na olbrzymie protesty społeczne, dewastację obiektów użyteczności publicznej czy podpalenia i grabieże sklepów.

W kolejnych dniach dowiedzieliśmy się o kilkunastu ofiarach śmiertelnych tych protestów, a obrazy przedstawiane przez zagraniczne media pokazywały tak dużą skalę zniszczeń, że automatycznie nasuwały się porównania do wydarzeń w Wenezueli czy w Argentynie z przełomu wieku. Co więc spowodowało tak nagłą zmianę sytuacji w tym uporządkowanym i często podawanym jako przykład stabilności kraju?

To nie podwyżka cen biletów metra o 15 gr wywołała zamieszki

W skróconym przekazie medialnym można było usłyszeć, że katalizatorem niezadowolenia Chilijczyków były podwyżki cen biletów metra. Czy jednak możliwe, by wzrost kosztów komunikacji miejskiej o ok. 15 gorszy (30 peso) mógł spowodować tak olbrzymie niepokoje i straty związane ze zniszczeniami samego metra w wysokości 300 mln USD? Oczywiście, że nie.

Kwestie związane z transportem publicznym nawet nie były zapalnikiem dla protestów, a stołeczna młodzież raczej przeskakiwała przez bramki metra dla zgrywu niż ze względu na droższe bilety.

Zdecydowanie bliżej prawdy jest koncepcja, że niezadowolenie tliło się w społeczeństwie miesiącami, a nawet latami. Kilka tygodni temu, jak donosi agencja Bloomberg, doszło do podwyżek cen energii elektrycznej (o ok. 10 proc.). Prezydent Pinera realizował politykę reform i podkreślał, że Chile jest wyjątkowe, gdyż na pewno nie wpadnie w szpony populizmu. Zmiany w systemie emerytalnym (poprzez wzrost składek) czy na rynku pracy (bardziej elastycznym dla pracodawców) połączone z rosnącymi cenami zaczęły negatywnie wpływać na nastroje gorzej sytuowanych obywateli.

Z jednej strony nierówności społeczne i droga edukacja…

Nagły wzrost niezadowolenia społecznego połączony z wizerunkowymi wpadkami prezydenta-miliardera (świętował urodziny syna w luksusowej restauracji, gdy rozpoczęły się zamieszki) doprowadziły do szerokiego kryzysu. Warto zwrócić uwagę, że niezadowolenie części ludności ma również uzasadnienie ekonomiczne.

W Chile podobnie jak w wielu krajach Ameryki Łacińskiej panują silne nierówności społeczne. Według OECD (Organizacja Współpracy i Rozwoju) indeks GNI w Chile znajduje się na poziomie 0,45 i należy do najwyższych w grupie państw należących do Organizacji (w Polsce jest to 0,28 według danych za 2016 r.). Dochody 20 proc. najlepiej zarabiających obywateli Chile są 10-krotnie wyższe niż te dla 20 proc. mających najniższe wynagrodzenia. W Europie te różnice są mniej więcej o połowę mniejsze (dla Polski to 4,4, a dla Niemiec 4,6).

Niezadowolenie młodej części społeczeństwa wynika także z faktu, że bezpośrednie koszty studiów są wysokie. Według danych OECD za 2015 r. wynoszą one w parytecie siły nabywczej (PPP) ok. 10 tys. dolarów. Polak, Niemiec czy Czech musi wydać z własnej kieszeni ok. 3-4 tys. USD PPP, czyli mniej więcej jedną trzecią tej kwoty. Z kolei w kolejnych latach wykształcenie Chilijczyka wyraźnie procentuje (najbardziej wśród wszystkich krajów OECD prócz USA), co dalej pogłębia nierówności społeczne pomiędzy zamożną i gorzej sytuowaną częścią ludności.

…a z drugiej strony dobrze zarządzana gospodarka

Warto natomiast zauważyć, że mimo rozwarstwienia dochodowego Chile na koncie ma wiele sukcesów. Ocena kredytowa kraju wynosi silne  „A” i według trzech głównych agencji ratingowych kształtuje się ona  o przynajmniej szczebel wyżej niż dla Polski. Niskie ryzyko niewypłacalności to rezultat utrzymującego się od lat na poziomie poniżej 30 proc. PKB długu publicznego (w Polsce to ok. 20 pkt proc. więcej).

Mimo poważnego uzależnienia gospodarki od cen metali przemysłowych i koniunktury zewnętrznej (połowa eksportu to miedź lub jej produkty, tylko trzy kraje – Chiny, USA, Japonia – generują połowę zagranicznego popytu na chilijskie towary) kraj jest względnie stabilny, gdy dochodzi do fluktuacji na rynku surowców. Chile nie ma także problemów z inflacją oraz w opinii np. S&P Global Ratings jest to państwo „silnej demokracji i rządów prawa”.

Ciekawostką może być natomiast fakt, że PKB na mieszkańca w ujęciu nominalnym wynosi dokładnie tyle samo, ile w Polsce – według Fitch Ratings ok. 15,5 tys. USD. W parytecie siły nabywczej jest to natomiast dużo mniej. Dla Polski Fitch szacuje je na niespełna 28 tys. USD, podczas gdy w Chile o ponad 4 tys. USD mniej. Możliwość zakupu przez Polaka większej ilości dóbr oraz usług za te same pieniądze oraz zdecydowanie mniejsze nierówności społeczne sprawiają, że w nad Wisłą standard życia jest jednak wyższy niż w tym kraju Ameryki Łacińskiej.

Chile przezwycięży problemy

Chile prawdopodobnie poradzi sobie z obecnym kryzysem. We wtorek prezydent Pinera, według depesz Reutersa, prosił społeczeństwo o wybaczenie. Obiecał zamrożenie cen energii elektrycznej, podwyższenie emerytur, darmowe leki dla gorzej sytuowanej części społeczeństwa oraz gwarantowane minimalne wynagrodzenie na poziomie 480 dolarów.

To jednak nie ustępstwa ze strony władzy spowodują powrót do stabilizacji. Chile, mimo nierówności społecznych, od lat jest dobrze zarządzanym państwem w niesprzyjającym otoczeniu gospodarczym Ameryki Łacińskiej. Lepsze zaadresowanie programów społecznych i większa dostępność do edukacji mogą tylko wzmocnić tę pozycję, a wtedy obecny kryzys szybko pójdzie w zapomnienie.

Firmy faktoringowe w ciągu 9 miesięcy 2019 r. zanotowały wzrost obrotów o 21 proc.

Popyt na faktoring w Polsce wciąż dynamiczne rośnie. Rynek zanotował w ciągu 9 miesięcy 2019 r. wzrost obrotów o 21 proc. Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów nabyły wierzytelności wynikające z faktur wystawionych przez krajowe firmy o łącznej wartości 205,7 mld zł. Rok temu kwota ta sięgała 170,6 mld zł. Z usługi korzysta obecnie w Polsce ponad 16,7 tys. firm. Przekazały one do sfinansowania blisko 12 mln faktur. Trwały wzrost popularności notuje faktoring pełny. Poprawy wymaga natomiast pozycja faktoringu eksportowego. Rośnie on wolniej niż krajowy. Tymczasem jego ważną zaletą jest ograniczanie ryzyka kursowego w handlu międzynarodowym.faktoring 3 kw 2019 – Polski Związek Faktorów

Polski Związek Faktorów (PZF) skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących usługi faktoringowe. Zrzesza 30 członków: 5 banków komercyjnych, 19 wyspecjalizowanych firm udzielających finansowania, 3 podmioty o statusie partnera oraz 3 członków honorowych.

Firmy należące do PZF sfinansowały w ciągu 9 miesięcy 2019 r. działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 205,7 mld zł. Dzięki temu rynek zanotował wzrost o 21 proc.

Wykres 1.

Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów po 3 kwartałach 2019 r. (w mld zł)Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów po 3 kwartałach 2019

Najpopularniejszą formą faktoringu, podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach europejskich, trwale stał się faktoring pełny. Zainteresowanie nim szczególnie dynamicznie rośnie w obrocie krajowym. Umożliwia szybki dostęp do środków na bieżącą działalność, połączony z ochroną przed brakiem zapłaty za dostarczone towary lub usługi ze strony kontrahentów. Podmioty zrzeszone w PZF objęły w ciągu 9 miesięcy 2019 r. w jego ramach blisko 107,1 mld zł wierzytelności, co stanowi 52 proc. obrotów całego rynku.

– Cechą charakterystyczną rynków rozwiniętych jest przewaga faktoringu pełnego nad jego formą niepełną. Tak też jest od pewnego czasu na polskim rynku: oferta faktorów w opcji pełnej stanowi 52 proc. ich obrotów. Świadczy to o wysokiej świadomości ekonomicznej klientów korzystających z tego rodzaju finansowania. Faktoring pełny chroni przed ryzykiem utraty płynności oraz wpadnięcia w pułapkę zatorów płatniczych. Zabezpiecza przed nieprzewidzianymi trudnościami handlowymi. – mówi Sebastian Grabek, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego PZF.

– Tym co wymaga poprawy, jest przekonanie większej grupy eksporterów do naszych usług. Obecnie faktoring międzynarodowy rośnie wolniej niż krajowy. Stanowi ok. 16 proc. obrotów. Tymczasem na rynkach rozwiniętych jego udział przekracza 20 proc. Podmioty realizujące międzynarodowe kontakty handlowe muszą mierzyć się z ryzykiem poniesienia straty z uwagi na występujące w dłuższych okresach różnice kursów walut. Dlatego możliwość przyspieszenia wpływu środków z wystawianych faktur jest dla nich szczególnie cenna. W połączeniu z faktoringiem pełnym zabezpiecza też przed ryzykiem braku zapłaty ze strony odbiorców, co może mieć szczególne znaczenie w obliczu ewentualnego spowolnienia zarówno w gospodorce światowej, jak i europejskiej, która jest kluczowa dla naszych eksporterów – dodaje Sebastian Grabek.

Z usług firm należących do PZF korzysta obecnie 16,7 tys. przedsiębiorców. Wystawili oni blisko 11,8 mln faktur, na podstawie których krajowi faktorzy udzielili finansowania.

– Faktoring w praktyce polega na zamianie należności na gotówkę. W przypadku gdy kontrahent domaga się wydłużonego terminu płatności faktur za dostarczone towary czy usługi lub zwleka z zapłatą, przedsiębiorca ma zablokowane środki na dalszy rozwój swojej firmy. Faktoring pozwala mu je uwolnić.

Firma faktoringowa wypłaca przedsiębiorcy część pieniędzy wynikających z faktury, a wo-bec dłużnika podejmuje działania zmierzające do uzyskania zapłaty. Gdy ją otrzyma, wypłaca pozostałą część środków przedsiębiorcy. Dzięki temu może on bez przeszkód dynamicz-nie rozwijać swój biznes.

Przedsiębiorcy poszukujący finansowania stawiają na rozwiązanie proste i wygodne. Zauważyli też, że faktoring pozwala im uniknąć wpadnięcia w zatory płatnicze. Przedstawiają więc do sfinansowania coraz więcej faktur – dodaje Sebastian Grabek.

Wykres 2.

Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF po 3 kwartałach 2017 – 2019 (w tys.)Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF po 3 kwartałach 2017 – 2019

– Dynamiczny rozwój prowadzonej działalności, wzrost sprzedaży produktów i usług, a w ślad za tym – liczba i wartość wystawionych faktur, często idzie w parze z podatnością na zmienność koniunktury na danym rynku. Aby móc się rozwijać w warunkach sezonowości, przedsiębiorcy potrzebują większej puli środków do wykorzystania na bieżącą działalność. Dzięki nim mogą szybko regulować własne zobowiązania. Mogą też udostępnić kontrahentom więcej czasu na zapłatę faktur. Sięgając po faktoring, podnoszą swoją konkurencyjność – dodaje Sebastian Grabek.

Wykres 3.

Struktura obrotów firm zrzeszonych w PZF po 3 kwartałach 2019 r. w ujęciu sektorowymStruktura obrotów firm zrzeszonych w PZF po 3 kwartałach 2019 r. w ujęciu sektorowym

Dostawcy Roku 2018 w konkursie PROCON Awards 2019 wybrani

W poniedziałek, 21 października podczas konferencji zakupowej PROCON/POLZAK 2019, poznaliśmy tegorocznych laureatów konkursu PROCON Awards w trzech kategoriach: IT, Creative Services, Logistics Services.

Tytuł Supplier of the Year jest symbolem wyjątkowego poziomu partnerskich relacji ze zleceniodawcami, które dzisiaj stają się kluczowym elementem przetrwania organizacji i zapewnienia jej przewagi konkurencyjnej w długim okresie czasu.

Konkurs PROCON Awards wyróżnia jego forma, opierająca się o opinie rzeczywistych klientów nominowanych firm. Zebrane informacje ocenia, pod względem określonych kryteriów, kapituła konkursowa. W tym roku, oddzielna dla każdej kategorii.

W tym roku w kategorii:

  • IT

Kapituła w składzie:

  • Mateusz Borowiecki, CEO, OptiBuy
  • Łukasz Węgrzyn, Partner, SSW Pragmatic Solutions

Wybrała firmę SEVENET, jako zwycięzcę i wyróżniła firmę YetiForce.

  • LOGISTIC SERVICES

Kapituła w składzie:

  • dr Mirosław Antonowicz, Członek Zarzadu, PKP SA i pracownik naukowy na Akademii Leona Koźmińskiego
  • Andrzej Zawistowski, Członek Zarządu, PSML
  • Marek Loos, Wiceprezes, Media4Business

Wybrała firmę Speedmail, jako zwycięzcę i wyróżniła firmę TSLogistic

  • CREATIVE SERVICES

Kapituła w składzie:

  • Agnieszka Suliborska, Kierownik ds. Zakupów Usług Eventowych, Polpharma
  • Magdalena Heinrich-Galińska, Procurement Manager Warsaw Site, AstraZeneca Pharma
  • Magdalena Kondas, Redaktor Naczelna, MeetingPlanner.pl
  • Marta Macke, Managing Partner, Shortlist Consulting

Wybrała firmę Brave Agency, jako zwycięzcę i wyróżniła firmy: Mea Group i Kerris Group

Obudowa hybrydowej protezy stawu kolanowego wydrukowana na drukarkach 3D

“HybridLeg” – hybrydowa proteza stawu kolanowego to najnowszy projekt firmy Contur 2000. Obudowa protezy została wydrukowana w technologii przyrostowej na polskich drukarkach 3D firmy 3DGence. Wydruk z materiału ABS skrócił proces produkcji tego kluczowego elementu o kilka tygodni.

Proteza stawu kolanowego, nad którą pracuje Contur 2000, będzie działać w dwóch trybach: pasywnym i aktywnym. Pozwoli to wyeliminować ograniczenia ruchowe każdego z tych rozwiązań z osobna. Proteza przez większość czasu będzie działała w trybie pasywnym, co wpłynie znacząco na zmniejszenie jej energochłonności. Funkcja aktywna z kolei zapewni swobodne wchodzenie po schodach. To już drugi tego typu projekt Contur 2000 i jak przekonują specjaliści – na pewno nie ostatni.

Obudowa protezy została wydrukowana na drukarkach w śląskim centrum usług druku 3DGence.

– Wybraliśmy technologię druku 3D, ponieważ jest ona najszybsza i stosunkowo tania, a do tego pozwala na wytwarzanie skomplikowanych kształtów, których nie brakuje przy obudowie protezy. Dodatkowo zależało nam na tym, aby obudowa była estetyczna, wytrzymała i dokładnie wykonana. To wszystko zapewnił nam druk 3D. Nie bez znaczenia było też to, że dzięki tej technologii jesteśmy w stanie wykonać dokładnie takie same elementy w przyszłości – tłumaczy Piotr Trzciński z Contur 2000.

Zastosowanie przy produkcji obudowy technik tradycyjnych, takich jak frezowanie CNC w technologii ubytkowej, podniosłoby koszty tego procesu do kilku tysięcy i wydłużyłoby czas wykonania do kilku tygodni. Firma musiałaby też zastosować droższe materiały, np. stopy aluminium.

– Druk 3D pozwala dziś osiągać rezultaty jakościowe dokładnie takie same jak w przypadku tradycyjnych technik produkcyjnych. A to dlatego, że wachlarz dostępnych materiałów jest coraz szerszy. Dzięki temu można drukować naprawdę bardzo wytrzymałe części, które znajdują zastosowanie i w maszynach w fabrykach, i w autach czy samolotach. Do tego produkcja w 3D jest szybsza i tańsza – mówi Remigiusz Synowiec, product manager  w firmie 3DGence.

Wyprodukowana za pomocą technologii druku 3D obudowa protezy jest bardzo estetyczna.

– Musieliśmy osłonić mechanizmy znajdujące się wewnątrz protezy, zachowując jednocześnie jej estetykę. Udało się to w 100 procentach. Technologię druku 3D będziemy wykorzystywać także w przyszłości przy pojedynczych, małych lub nawet średnich seriach produkcji obudowy, bo ma to jak najbardziej uzasadnienie ekonomiczne – podkreśla Piotr Trzciński z Contur 2000.

W mieszkaniówce wolniej, ale konsekwentnie do góry. Rynek mieszkaniowy w Polsce Q3 2019

Sprzedaż nowych mieszkań liczona łącznie na sześciu największych rynkach w Polsce wzrosła o 6% k/k. Spóźniony boom w Poznaniu i Łodzi pozwala myśleć o rekordach na zamknięcie roku.

Deweloperzy działający w sześciu największych miastach Polski sprzedali w trzecim kwartale br. 16 100 mieszkań, o 6% więcej niż przed kwartałem. Wzrost sprzedaży odnotowany został niemal na wszystkich rynkach, za wyjątkiem Wrocławia. W Poznaniu, gdzie w ciągu kwartału nabywców znalazło 1 700 mieszkań, był to najlepszy kwartalny wynik w historii – wynika z najnowszego raportu JLL „Rynek mieszkaniowy w Polsce Q3 2019”.

Po wyraźnym spadku sprzedaży w trzecim kwartale ubiegłego roku (do 14 300 lokali) i trudnościach z uruchamianiem nowych inwestycji, sytuacja na rynku pierwotnym mieszkań zdaje się stabilizować. Firmy działające w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Łodzi uruchomiły w ostatnim kwartale sprzedaż 14 500 mieszkań, sprzedając w tym samym czasie 16 100. Łącznie w ostatnich 12 miesiącach do oferty trafiło 65 700 lokali mieszkalnych, a sprzedanych zostało 64 200, co jest wynikiem zbliżonym do osiągniętego na 6 rynkach w całym 2018 r. Jak przewidują eksperci z zespołu mieszkaniowego JLL podobnym wynikiem może zakończyć się również 2019 r.

Wszystko wskazuje na to, że rok 2019 firmy deweloperskie działające w sektorze mieszkaniowym będą mogły zaliczyć do udanych. Nabywcy, wprawdzie nie bez zastrzeżeń, ale akceptują rosnące ceny. Wskazuje na to nie tylko utrzymująca się na wysokim poziomie sprzedaż mieszkań, ale także wyjątkowo wysoka liczba udzielonych kredytów hipotecznych z jaką mieliśmy do czynienia w pierwszym półroczu tego roku. Wolniejsze niż jeszcze kilka kwartałów temu tempo sprzedaży deweloperzy kompensują sobie utrzymaniem atrakcyjnych marż, dzięki czemu wartość rynku nie spada. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Poznań i Łódź nadrabiają straty

Realizujący się w większości miast scenariusz równoległego zmniejszania się podaży i popytu nie dotyczy dwóch najmniejszych spośród sześciu głównych rynków mieszkaniowych – Poznania i Łodzi.

W Łodzi, sprzedaż zrealizowana przez deweloperów w trzech kwartałach bieżącego roku wyniosła 4 800 mieszkań i już na koniec września dorównała wolumenowi transakcji odnotowanemu na tym rynku w całym 2018 roku. Wciąż wysokie jest również tempo wprowadzeń. W okresie lipiec-wrzesień do sprzedaży trafiło tam 1 000 nowych mieszkań, a oferta utrzymała się na wysokim poziomie 3 800.

Z kolei w Poznaniu 1 700 sprzedanych mieszkań było najwyższym odnotowanym na tym rynku wynikiem w historii – o 24% wyższym niż kwartał wcześniej i o 74% wyższym niż przed rokiem. Zważywszy na dotychczasowe, równie wysokie wyniki odnotowywane na początku roku, spodziewać się można, że w całym roku sprzedaż na tym rynku przekroczy historyczny poziom 6 000.

Oba te rynki mają wciąż bardzo wysoki potencjał dla dalszego rozwoju. W minionych latach liczba transakcji w przeliczeniu na 1 000 mieszkańców w miastach takich jak Warszawa, Kraków czy Wrocław sięgała nawet 16 -19 mieszkań, gdy w tym samym czasie w Poznaniu i Łodzi pozostawała na poziomie 4-8. Korzystna dla firm działających na tych rynkach jest również relatywnie większa dostępność terenów inwestycyjnych, co pozwala na zachowanie elastyczności w przygotowaniu kolejnych projektów i ogranicza presję na wzrost cen. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Polacy wciąż skłonni do dużych zakupów

Badający skłonność do dokonywania przez Polaków zakupów GUS od kilku kwartałów informuje o dużym optymizmie. Co więcej wskaźnik obrazujący skłonność do dokonywania ważnych zakupów – w praktyce obejmujący mieszkania – oraz bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK), osiągnęły we wrześniu poziomy najwyższe w historii. „W tym kontekście utrzymanie obecnych wyników sprzedażowych, przy systematycznie rosnących cenach wydaje się realne, a deweloperzy nie widzą powodów, dla których mieliby cen nie podnosić. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Przeciętne ceny metra kwadratowego, liczone dla lokali pozostających w ofercie na koniec września, wzrosły w porównaniu do poprzedniego kwartału we wszystkich analizowanych aglomeracjach. Najwyższy wzrost w miał miejsce w Krakowie (3,7%) i Łodzi (3,5%). Mniejszą skalę miał wzrost cen w Trójmieście (2,3%), Wrocławiu (2,0%) i Warszawie (1,5%). W Poznaniu przeciętne ceny wzrosły nieznacznie, bo o 1%. W porównaniu z wynikami sprzed roku na czterech rynkach: w Warszawie, Krakowie, Trójmieście i Wrocławiu, odnotowaliśmy dwucyfrowe wzrosty, mieszczące się w przedziale 10-15%. W dwóch pozostałych miastach wzrost cen był umiarkowany. W Łodzi średnie ceny były o 6,3% wyższe niż przed rokiem, a w Poznaniu o 3,4%.
Jak zauważają autorzy raportu „Rynek Mieszkaniowy w Polsce Q3 2019”, obecna koniunktura oparta jest w dużym stopniu na popycie o charakterze inwestycyjnym. Transakcje tego typu stanowią dziś ok. 30% wszystkich realizowanych i choć inwestorzy indywidualni to grupa nabywców najbardziej skłonnych do rezygnacji z zakupu w momencie zmieniającej się sytuacji rynkowej – na razie nie maleje.

Czynsze najmu na rynku mieszkaniowym rosną niemal we wszystkich miastach, a utrzymujący się niski poziom stóp procentowych wciąż zniechęca do trzymania pieniędzy w banku. Nawet rosnące ceny zakupu, które potencjalnie zmniejszają rentowność inwestycji, nie odstraszają nabywców, bo dają nadzieję na wzrost wartości nieruchomości w czasie. Ochłodzenie entuzjazmu tej grupy mogą wywołać ewentualne zmiany regulacyjne dotyczące rynku najmu krótkoterminowego, o których coraz głośniej mówi się w branży. Przy tym, miejsce detalicznych zakupów inwestycyjnych w ogólnej puli transakcji w nadchodzących latach z powodzeniem mogą wypełnić pakietowe transakcje realizowane przez podmioty instytucjonalne, które coraz aktywniej działają w Polsce. – Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych, JLL

Wieści dotyczące Brexitu nie będą jedynymi, które mogą wpłynąć na rynek walutowy

Pierwsza część środy przynosi osłabienie polskiego złotego w relacji do euro – kurs EUR/PLN powrócił do okolic notowanych na początku tygodnia. Patrząc na szerszy horyzont czasowy, od początku października złoty doświadczył jednak wyraźnego umocnienia, zyskując w parze ze wspólną europejską walutą ok. 10 groszy. Istotną część ostatniego umocnienia złotego można powiązać z poprawą globalnego sentymentu do ryzyka i zmianami na głównych parach (umocnieniem funta brytyjskiego i euro w relacji do dolara amerykańskiego). Patrząc na to jak w ostatnich godzinach zachowują się główne waluty, wygląda na to, że dzisiejsza reakcja złotego również zdaje się wpisywać w ten schemat.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Początek tygodnia przyniósł względną stabilizację na parze EUR/USD, w porównaniu do tego, co obserwowaliśmy w końcówce tygodnia. Podobnie jak funt brytyjski, dziś euro traci jednak w parze z dolarem amerykańskim.

Dzisiejsze dane o nastrojach konsumentów w strefie euro w październiku, które poznamy za kilka godzin, powinny raczej przejść bez większego echa. Inwestorzy najpewniej będą wyczekiwać czwartku. Wtedy bowiem poznamy kluczowe, wstępne dane PMI opisujące aktywność biznesową w strefie euro w tym miesiącu. Oprócz samych odczytów warto będzie zwrócić uwagę na decyzję EBC ws. polityki monetarnej, która zapadnie po południu. Nie oczekuje się, żeby podczas najbliższego spotkania EBC zdecydował się na modyfikacje kluczowych parametrów polityki monetarnej, w związku z tym uwaga inwestorów powinna skupić się na konferencji prasowej po spotkaniu banku. Warto podkreślić, że będzie to ostatnie spotkanie EBC, któremu przewodzić będzie Mario Draghi – 1 listopada stery nad najważniejszym bankiem centralnym po tej stronie Atlantyku przejmie była szefowa MFW, Christine Lagarde.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,94-4,98. Wczorajszą słabość funta brytyjskiego można powiązać z wieczornymi głosowaniami w Izbie Gmin.

Pierwsze głosowanie, ogólne, które dotyczyło poparcia nowej wersji porozumienia ws. Brexitu przyniosło zwycięstwo Borisa Johsnona – rozkład głosów wyniósł 329-299. Drugie, dotyczące zgody na szybkie przeprowadzenie wyjścia z UE, nie uzyskało jednak wystarczającego poparcia posłów – rozkład głosów wyniósł 308-322. W związku z powyższym znacząco spadły szanse na opuszczenie przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej w wyznaczonym terminie 31 października. Nie oczekuje się jednak, że dojdzie do tzw. Brexitu bez umowy – zdecydowanie najbardziej realistycznym scenariuszem w obecnym momencie jest wydłużenie terminu Brexitu (prawdopodobnie o 3 miesiące, o co wniosła Wielka Brytania), po którym najpewniej zostaną zwołane wybory parlamentarne w Zjednoczonym Królestwie.

Przewodniczący Rady Europejskiej, Donald Tusk stwierdził wczoraj, że zarekomenduje państwom UE akceptację wniosku Wielkiej Brytanii o wydłużenie terminu Brexitu. O ile inwestorzy raczej spodziewają się, że do wydłużenia dojdzie, to jednak nie ma pewności co do jego kształtu – niewykluczone, że zamiast sztywnego wydłużenia kraje UE zaakceptują jego elastyczną wersję (tzw. flextension). Oznaczałaby ona, że w danym oknie czasowym Wielka Brytania miałaby czas na akceptację porozumienia, co mogłoby skrócić okres wydłużenia i doprowadzić do szybszego Brexitu.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,83-3,84. Kalendarz ekonomiczny dla USA w tym tygodniu jest stosunkowo pusty, rynek zresztą skupia się przede wszystkim na wieściach z Wielkiej Brytanii i strefy euro. O ile w najbliższym czasie nie otrzymamy wieści z frontu wojny handlowej USA i Chin, pod względem informacji z USA dużo ciekawszy powinien być przyszły tydzień – w środę czeka nas bowiem decyzja Rezerwy Federalnej ws. stóp procentowych. Obecnie prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych w przyszłym tygodniu na podstawie wyceny kontraktów fed funds futures wynosi ok. 90%.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

16:00 – wskaźnik zaufania konsumentów w strefie euro w październiku

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Lojalni i pracowici – nowa prawda o millenialsach

Millenialsi rzadziej prowadzą własne firmy niż pokolenie X, nie unikają pracy etatowej, a praca dla samej pracy to nie ich „bajka”. Jednocześnie cenią pracę tak samo jak ich rodzice, są nie mniej lojalni i pracowici, za to lepiej wykształceni. Taki obraz millenialsów – pierwszego pokolenia ery cyfrowej – wyłania się z raportu podsumowującego VI edycji badania PARP „Bilans Kapitału Ludzkiego” pt. Aktywność zawodowa i edukacyjna dorosłych Polaków wobec wyzwań współczesnej gospodarki.

„Bilans Kapitału Ludzkiego” jest jednym z największych europejskich projektów badawczych w obszarze kompetencji, zatrudnienia i rynku pracy, zapoczątkowanym w 2009 r. Raport powstał na podstawie danych uzyskanych w badaniu sondażowym przeprowadzonym wśród pracodawców, ludności i instytucji szkoleniowych.

Z bieżącej edycji BKL – która analizuje również millenialsów – wynika, że zdecydowaną większość powszechnie podzielanych opinii na temat tego pokolenia trudno uznać za zasadne. Pokolenie to ma swoją specyfikę związaną z warunkami, w jakich dorastało, na które złożyły się m.in. poprawa warunków bytowych, wzrost przeciętnego wykształcenia i postępujący rozwój technologiczny. Jednak brak jest twardych dowodów (poza aspektem wykształcenia), które wskazują na szczególny zestaw kompetencji, cech i postaw związanych z rynkiem pracy charakteryzujący Y-ków.

– Porównując wykształcenie rodziców millenialsów i starszych roczników, możemy mówić o dokonaniu prawdziwego skoku cywilizacyjnego. Świadczy o tym odsetek rodziców, którzy zakończyli edukację na poziomie gimnazjalnym lub niższym. Wyniósł on 22 proc. u respondentów pokolenia X, a jedynie 7 proc. w przypadku młodszych roczników – mówi Paulina Zadura, dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w PARP.

Pogląd o tym, że dla pokolenia Y praca jest głównie środkiem do osiągania „innych celów” niż czysto zawodowe ma co prawda odzwierciedlenie w badaniu, ale jak się okazuje millenialsi nie różnią się pod tym względem znacząco od pokolenia swoich rodziców. W porównaniu do tego, co w życiu ceni się bardziej – pracę zawodową czy czas wolny – zarówno pokolenie X, jak i Y wyżej ceni czas wolny. Choć różnica na korzyść czasu wolnego jest wyraźniejsza u millenialsów.

Powszechnie panujące przekonanie, jakoby millenialsi unikali pracy etatowej również nie znajduje potwierdzenia w opracowaniu PARP. – Jeśli chodzi o sposób spełniania ambicji zawodowych okazuje się, że przedstawiciele pokolenia Y pracują na etacie tak samo często, jak ma to miejsce w przypadku pokolenia X. Na zbliżonym poziomie pozostaje również czas poświęcany pracy. Praca jest dla millenialsów przeciętnie mniej ważna niż dla pokolenia X, jednak różnice te wydają się być marginalne – zaznacza dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w PARP.

Millenialsi rzadziej prowadzą własne firmy niż pokolenie X. Spora różnica dotyczy pracy w oparciu o umowy cywilno-prawne jako głównego źródła utrzymania. Jest to obserwowane częściej u Y-ków niż u X-ów (7 proc. vs 2 proc.). Jednak te różnice nie muszą wcale wynikać z różnic międzypokoleniowych ale ze zmieniających się modeli biznesowych i sposobów wykonywania pracy.

– Rynek pracy staje się też bardziej otwarty na różnorodne formy świadczenia pracy i ludzie korzystają z tych opcji – impulsem jest rozwój technologii ICT ułatwiających komunikację na odległość, ale w efekcie rozwija się praca zdalna, przestrzenie co-workingowe, zatrudnienie pracowników z różnych miejsc na świecie. Może się okazać, że to kolejne pokolenia dostosowują się do tych zmian w sferze pracy, a nie biznes i gospodarka patrzą jak dostosować się do nowych pokoleń – zauważa Paulina Zadura.

Krzywdząca okazuje się również obiegowa opinia o millenialsach, jako pokoleniu nielojalnym i  roszczeniowym. Pokolenie X i Y pracujące na etat jest w takim samym stopniu zadowolone z warunków swojej pracy, przy czym to millenialsi są częściej zadowoleni z zarobków. Nie odnotowano znaczących różnic pod względem opinii dotyczących sposobów motywowania oraz pozostawienia dowolności w realizowaniu zadań – choć młodsze pokolenie bardziej surowo ocenia satysfakcję z wykonywanej pracy. Obydwa porównywane pokolenia szukają nowej pracy tak samo często. Różnic nie ma, ani na poziomie całej populacji, ani gdy analizuje się poszczególne grupy zawodowe.

Spokój nad Wisłą

Po słabszych danych o sprzedaży detalicznej poznaliśmy kolejne dwa pozytywne odczyty dla polskiej gospodarki. Dobrze dzieje się w branży budowlanej i na rynku pracy. Jest to jednym z powodów, dla których złoty w dalszym ciągu pozostaje w okolicy maksimów kwartalnych.

Budowlanka w górę

Poniedziałkowe dane na temat sprzedaży detalicznej nie zachwyciły, ale za to dzisiaj nadszedł lepszy od oczekiwań odczyt pokazujący kondycję branży budowlanej. Produkcja budowlano-montażowa rośnie o 7,6% wobec oczekiwanych 6,6%. Patrząc na zmiany cen mieszkań, szczególnie w dużych aglomeracjach, wynik ten nie jest niespodzianką. Złoty przyjął te dane spokojnie, utrzymując swoją wartość względem głównych walut.

Bezrobocie w dół

Stopa bezrobocia zgodnie z oczekiwaniami spadła do 5,1%. Jest to oczywiście najniższy poziom od 1990 roku, kiedy to zakończyliśmy fikcję pełnego zatrudnienia. W tym roku ze względu na koniec prac sezonowych najprawdopodobniej nie zobaczymy już kolejnego rekordu. Patrząc jednak na ciągły wzrost zatrudnienia, jest szansa, że w 2020 r., o ile nie nastąpi pogorszenie koniunktury, możliwy będzie wynik poniżej 5%. Dane te jako zgodne z oczekiwaniami nie spowodowały istotnych zmian na rynku walutowym.

Johnson przegrywa kolejne głosowanie

Zaczęło się od sukcesu, bo niespodziewanie projekt brexitu został przyjęty do dalszego procedowania w komisji. Problem w tym, że w kolejnym głosowaniu harmonogram rządu nie uzyskał większości. W rezultacie termin 31 października obiecywany przez Borisa Johnsona (wciąż przez niego podtrzymywany), bez nagłego zwrotu akcji nie zostanie dotrzymany. W tej chwili czekamy zatem na reakcję Unii Europejskiej w sprawie przedłużenia negocjacji do końca stycznia 2020 r. Funt nie przyjął dobrze tych wiadomości. Wczorajszy dzień zaczynał w okolicach 4,98 zł, zakończył poniżej 4,95 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Osteopatia – sposób na zdrowe ciało, psychikę i witalność

Adam Kuk osteopata Kraków
Adam Kuk – Centrum Osteopatii i Fizjoterapii w Krakowie www.osteohelp.pl

Zdrowie to nie tylko brak choroby. To obecność witalności, energii, radości, spokoju i balansu we wszystkich twoich działaniach. Permanentny stres, intensywny tryb życia, nadmiar obowiązków nie sprzyjają naszemu organizmowi. Ratunkiem może okazać się osteopatia – system opieki zdrowotnej polegający na manualnych metodach diagnozy i leczenia. Terapia z osteopatą aktywuje wrodzone zdolności samoleczenia organizmu, redukuje stres i przywraca energię.

Czym jest Osteopatia?

Jest to forma medycyny naturalnej, która skupia się na przywracaniu i utrzymywaniu zdrowia fizycznego całego organizmu. Osteopatię wyróżnia bezpośrednie podejście do leczenia przyczyn bólu lub dysfunkcji. Aby organizm był zdrowy, wszystkie jego części muszą pracować ze sobą w odpowiedni sposób, do którego zostały celowo zaprojektowane. Jeśli jeden element twojego organizmu jest w jakiś sposób ograniczony, to reszta stara się kompensować to ograniczenie, co może doprowadzić do zdrętwienia, zapalenia, dyskomfortu, bólu lub infekcji. Nasze organizmy posiadają niesamowite zdolności samoleczenia. Tak jak dobrze wyregulowany silnik, ciało w stanie balansu będzie działało przy minimalnym zużyciu co zostawi więcej energii na inne czynności. Zabiegi osteopatyczne pomagają przywrócić naturalną umiejętność samoleczenia organizmu. Osteopaci postrzegają pacjenta jako zintegrowaną całość, dlatego jeśli wszystkie komponenty organizmu są w stanie balansu, to osoba czuje się kompletnie zdrowa oraz odczuwa stan równowagi energetycznej.

Co i jak leczy osteopata?

Medycyna osteopatyczna, którą w drugiej połowie XIX wieku zapoczątkował doktor Andrew Taylor Still, używa nieinwazyjnego, manualnego podejścia do przywracania funkcji, wrodzonego ruchu i witalności tkanek organizmu, które zostały naruszone przez różne dolegliwości. W szczególności problemy neurologiczne oraz mięśniowo-szkieletowe są często bardzo podatne na leczenie osteopatyczne. Osteopaci przechodzą specjalistyczne szkolenie na temat układu mięśniowo-szkieletowego organizmu, co zapewnia im dogłębną wiedzę o sposobach na które choroby oraz urazy w jednej części ciała mogą oddziaływać na inną jego część. Ta wiedza w połączeniu z wysoce wytrenowanym zmysłem dotyku pozwala im identyfikować zmiany struktury oraz rytmu wewnątrz organizmu. Delikatne metody są używane, aby „nakłonić” napięcia i ograniczenia w organizmie do rozluźnienia. Osteopaci dążą do nastawienia jakichkolwiek przesunięć kości, mięśni, więzadeł oraz tkanek, które mogą negatywnie wpływać na balans w ciele i jego zdolność do samoleczenia.

Kuracja osteopatyczna ma na celu wsparcie układu nerwowego, układu krążenia i układu limfatycznego, aby naprawić braki równowagi, które są odpowiedzialne za zmniejszanie możliwości samoleczenia organizmu, oraz są główną przyczyną dyskomfortu, choroby, lub dolegliwości. Większość z nas była narażona na uraz fizyczny w pewnym momencie naszego życia. Organizm mógł zaabsorbować efekty tego urazu, lecz często zostaje po nim trwałe nadwyrężenie. Choroby i urazy emocjonalne, także często mogą zaowocować trwałym efektem fizycznym. Organizm może stopniowo coraz gorzej radzić sobie z nagromadzonymi nadwyrężeniami, co może prowadzić do pojawiania się symptomów. Osteopaci są szkoleni w wyczuwaniu subtelnych, rytmicznych zmian, które są obecne we wszystkich tkankach organizmu. Wpływ urazów i chorób może spowodować przeróżne problemy, zarówno w głowie jak i innych częściach ciała. Osteopaci mogą wyczuć, czy stan zdrowia danej osoby jest optymalny, oraz czy obecne jest coś, co zapobiega zdrowemu ruchowi tkanki.

Metody Osteopatyczne

Osteopata posiada głęboką wiedzę o anatomii i fizjologii, którą łączy z wnikliwymi umiejętnościami palpacyjnymi, i używa ich do dynamicznego zarządzania natychmiastowymi i długoterminowymi potrzebami pacjenta.  W każdym momencie szeroki zakres technik może zostać użyty i zintegrowany.

  • Osteopatia czaszkowa, jest to podejście do osteopatii, które skupia się na synchronizacji rytmu i fluktuacji centralnego układu nerwowego i jego komponentów, aby leczyć cały organizm.
  • Równoważenie napięć więzadłowych, jest to nakładanie kierunkowego nacisku na stawy i tkankę łączną.
  • Manipulacja krótkodźwigniowa, jest to technika poprawiająca ułożenie oraz niwelująca napięcie, poprzez kontrolowane i zdecydowane pchnięcie konkretnej części ciała.
  • Mobilizacja limfatyczna, jest to technika przemieszczania i oczyszczania płynów w układzie limfatycznym, co odgrywa ważną rolę w detoksykacji i odporności.
  • Energizacja mięśni, jest to technika polegająca na aktywacji niektórych mięśni poprzez naprężanie ich, gdy inne części ciała są ułożone w bardzo specyficznych pozycjach.
  • Kuracja powięzi, jest to technika polegająca na rozciąganiu „powięzi”, która otacza i łączy nasze tkanki.

Zabiegi osteopatyczne

Osteopatia jest bezpiecznym i wyjątkowo efektywnym sposobem na leczenie ludzi w każdym wieku, od noworodków po seniorów, włączając w to kobiety w ciąży i osoby z urazami i po operacji. Ponieważ każdy pacjent jest unikalny, każda sesja osteopatyczna jest także unikalna. Osteopata wybiera odpowiednią technikę i plan leczenia, bazując swoją decyzję na naturalnych mechanizmach leczących twojego organizmu, stanie twojego zdrowia, specyficznych problemach oraz specyficznych dla ciebie fizycznych, środowiskowych, psychologicznych okolicznościach, które na oddziałują na ciebie i twoje zdrowie, zarówno od wewnątrz jak i na zewnątrz. Bierze też pod uwagę to do czego zdrowotnie dążysz. Możesz polegać na tym, że wszechstronna kuracja osteopatyczna zapewni odnalezienie źródła twojego bólu lub dyskomfortu i jego kurację.

Unikanie opodatkowania – kontrola i postępowanie podatkowe w praktyce

Przepisy Ordynacji podatkowej przewidują możliwość prowadzenia specyficznego postępowania podatkowego przez szefa KAS. Postępowanie to związane jest z zastosowaniem tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania.

Kiedy organy stosują klauzulę przeciwko unikaniu opodatkowania?

Od 2016 r. organy podatkowe posiadają dodatkową broń w walce z celowym unikaniem opodatkowania. Zgodnie z art. 119a Ordynacji podatkowej czynność nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej, jeżeli osiągnięcie tej korzyści, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem lub celem ustawy podatkowej lub jej przepisu, było głównym lub jednym z głównych celów jej dokonania, a sposób działania był sztuczny. W takiej sytuacji organy skarbowe mają możliwość zastosowania tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Fiskus w takiej sytuacji ustala skutki podatkowe danej czynności na podstawie takiego stanu rzeczy, jaki mógłby zaistnieć, gdyby dokonano czynności odpowiedniej. Odpowiednia jest natomiast czynność, której dokonałby podmiot, gdyby działał rozsądnie i kierował się zgodnymi z prawem celami innymi niż osiągnięcie korzyści podatkowej, sprzecznej z przedmiotem lub celem ustawy podatkowej lub jej przepisu, a sposób działania nie byłby sztuczny. Zresztą taka czynność odpowiednia może też polegać na zaniechaniu określonego działania.

Jak ocenia się działanie podatników w kontekście klauzuli?

Organy Krajowej Administracji Skarbowej, kontrolując określonych podatników, biorą pod uwagę szereg różnych czynników i działań, w tym nieuzasadnione dzielenie operacji, angażowanie podmiotów pośredniczących mimo braku uzasadnienia ekonomicznego lub gospodarczego, elementy prowadzące do uzyskania stanu identycznego przed dokonaniem czynności, elementy wzajemnie się znoszące lub kompensujące, ryzyko gospodarcze przewyższające spodziewane korzyści inne niż podatkowe w takim stopniu, że należy uznać, iż działający rozsądnie podmiot nie wybrałby tego sposobu działania, sytuacja, w której osiągnięta korzyść podatkowa nie ma odzwierciedlenia w poniesionym przez podmiot ryzyku gospodarczym lub zysk przed opodatkowaniem, który jest nieznaczny w porównaniu do korzyści podatkowej, która nie wynika bezpośrednio z rzeczywiście poniesionej straty ekonomicznej.

Wszczęcie postępowania podatkowego

Jeżeli organy Krajowej Administracji Skarbowej uznają za zasadne zastosowanie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, szef KAS wszczyna postępowanie podatkowe lub w drodze postanowienia, w całości lub w części na wniosek organu podatkowego przejmuje do dalszego prowadzenia postępowanie podatkowe, kontrolę podatkową lub kontrolę celno-skarbową. Dzieje się tak w sprawach określenia lub ustalenia wysokości zobowiązania podatkowego, określenia wysokości straty podatkowej, stwierdzenia nadpłaty lub określenia wysokości nadpłaty albo zwrotu podatku, odpowiedzialności płatnika za podatek niepobrany lub pobrany a niewpłacony oraz odpowiedzialności podatnika za podatek niepobrany przez płatnika, a także o zakresie odpowiedzialności lub uprawnień spadkobiercy.

Postępowanie podatkowe na wniosek

Co istotne, w odniesieniu do należności podatkowych, które ustala wójt, burmistrz, prezydent miasta, starosta albo marszałek województwa, szef KAS może na wniosek właściwego organu podatkowego przejąć prowadzone postępowanie podatkowe. Dokonując z kolei przejęcia kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej, szef KAS powinien je z urzędu zawiesić i jednocześnie wszcząć postępowanie podatkowe. Oczywiście na takie postanowienie w przedmiocie zawieszenia kontroli, stronie służy zażalenie. Z kolei zawieszenie postępowania wstrzymuje bieg terminów. W wydanym orzeczeniu szef KAS musi wskazać, w jakim zakresie przejmuje postępowanie podatkowe, kontrolę podatkową lub kontrolę celno-skarbową. Co również istotne, wszelkie czynności dokonane przez organ podatkowy przed przyjęciem postępowania podatkowego, kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej pozostają w mocy.

Co powinien zawierać wniosek o wszczęcie postępowania?

Należy również wskazać, że wniosek organu podatkowego o przejęcie prowadzonego postępowania przez szefa KAS powinien zawierać ściśle określony katalog informacji. Przede wszystkim oznaczenie strony lub kontrolowanego, zakres prowadzonego dotychczas postępowania podatkowego, kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej, opis ustaleń faktycznych, informację o stwierdzonych nieprawidłowościach, a także uzasadnienie w kontekście możliwości zastosowania klauzuli o unikaniu opodatkowania. Dodatkowo organ powinien dołączyć wskazanie korzyści podatkowej razem z jej szczegółowym wyliczeniem. Zanim szef KAS zdecyduje się na przejęcie określonego postępowania, może jeszcze zlecić organom podatkowym przeprowadzenie dodatkowych czynności. Wraz ze złożonym wnioskiem organy podatkowe przekazują szefowi KAS akta sprawy. W sytuacji, w której uznałby on, że nie ma podstaw do zastosowania klauzuli o unikaniu opodatkowania, szef KAS jest zobowiązany do zwrotu tych dokumentów właściwemu organowi.

Odmowa wszczęcia postępowania lub przejęcia postępowania

W zakresie postępowania podatkowego związanego z klauzulą przeciwko unikaniu opodatkowania istnieje pewien wyłom. Szef KAS może bowiem odmówić wszczęcia postępowania podatkowego lub odmówić przejęcia postępowania podatkowego, kontroli skarbowej lub kontroli celno-skarbowej, a postępowanie wszczęte lub przejęte może umorzyć lub przekazać właściwemu organowi podatkowemu wówczas, gdy przeciwdziałanie unikaniu opodatkowania jest możliwe przy użyciu innych środków niż klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania.

Wystąpienie do innych organów o zajęcie stanowiska

Istotne jest również to, że szef KAS ma też uprawnienie do wystąpienia do właściwego organu podatkowego o zajęcie stanowiska w sprawie w wyznaczonym terminie, nie dłuższym niż 2 miesiące od dnia doręczenia wystąpienia. Może też zasięgnąć informacji w Radzie do Spraw Przeciwdziałania Unikaniu Opodatkowania. Rada wyda wtedy pisemną opinię co do zasadności zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania wraz ze szczegółowym uzasadnieniem. Taką opinię wydaje się nie później niż w terminie 3 miesięcy od dnia otrzymania akt sprawy od szefa KAS.

Klauzula groźna dla podatników

Dzięki istnieniu klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania organy skarbowe zyskały szereg nowych mechanizmów ułatwiających im ściąganie podatku od tych podmiotów, które w sposób sztuczny kreowały swoją strategię działania, w ten sposób, aby uzyskać korzyść podatkową. Warto jednak podkreślić, że obecna, dość rygorystyczna konstrukcja przepisów o klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania powoduje, że kontroli mogą podlegać nawet ci mali podatnicy, których intencją wcale nie było niepłacenie podatku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Szara strefa w branży usług pogrzebowych to 3,5 mld zł

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Polska Izba Branży Pogrzebowej (PIBP) przeanalizowały rynek usług pogrzebowych w Polsce i wskazują na szereg spraw, które należy uregulować. Zgodnie z szacunkami FPP i PIBP wartość nieewidencjonowanej sprzedaży w tym sektorze w 2019 r. kształtuje się na poziomie ok. 1,4 mld zł, zaś wartość funduszu wynagrodzeń w szarej strefie – przeszło 2 mld zł. Łącznie sektor finansów publicznych mógłby zyskać do 960 mln zł rocznie na wprowadzeniu nowych rozwiązań prawnych, które redukowałyby szarą strefę na tym rynku. Warto podkreślić, że zmiana przepisów jest niezbędna w części świeckiej – w obszarze, za który odpowiada Kościół regulacje są właściwe.

W 2017 i 2018 r. nastąpił znaczący wzrost liczby zgonów, który okazał się wyraźnie większy niż wskazywały na to prognozy i przekroczył 400 tys. rocznie. Dlatego FPP i PIBP postulują regulację świadczenia usług pogrzebowych – należy wprowadzić wymóg uzyskania zezwolenia na prowadzenie działalności obejmującej świadczenie usług pogrzebowych.

Przepisy powinny stanowić, iż czynności związane z realizacją tych usług (przyjęcie i przewóz zwłok, przygotowanie zwłok i szczątek do pochówku, balsamacja, spopielenie, pochowanie zwłok, ich ekshumacja, a także przygotowanie grobu):

  • mogą być wykonywane wyłącznie przez pracowników przedsiębiorstwa pogrzebowego, którzy posiadają odpowiednie przygotowanie, potwierdzone zaświadczeniem ukończenia szkolenia wydanym przez wojewódzkiego inspektora sanitarnego
  • przedsiębiorstwo pogrzebowe powinno posiadać dom pogrzebowy, co najmniej 2 samochody specjalne przeznaczone do transportu zwłok oraz zatrudniać co najmniej 4 osoby w pełnym wymiarze czasu pracy, na podstawie umowy o pracę
  • wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności pogrzebowej powinno następować jedynie po pozytywnym wyniku kontroli inspekcji sanitarnej
  • należy ponadto określić katalog miejsc, w których zabronione jest prowadzenie działalności pogrzebowej, obejmujący w szczególności zakłady opieki zdrowotnej
Grzegorz Lang, ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Grzegorz Lang, ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

Przepisy nie regulują działalności gospodarczej polegającej na świadczeniu usług pogrzebowych i pokrewnych. Do wykonywania tej działalności nie są wymagane zezwolenia lub koncesja, ani nawet wpis do rejestru działalności regulowanej. W aktualnym stanie prawnym jest to zatem tzw. działalność wolna. Żadne przepisy nie określają kompleksowo wymogów, którym powinny odpowiadać podmioty świadczące usługi pogrzebowe. Jednoczenie, nie ma regulacji, które zapewniłby bliskim zmarłych swobodny i nieskrępowany wybór usługodawców. Brakuje chociażby wyraźnych i jednoznacznych regulacji zapewniających dostęp do informacji o usługodawcach. Także procedury uzyskiwania niezbędnych dokumentów stawiają uprawnionych do pochówku w sytuacji petenta, któremu nie umożliwia się odpowiedniego dostępu do wysokiej jakości usług pogrzebowych”  podkreśla Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Raport FPP i CALPE wskazuje, że na szarą strefę składa się przede wszystkim nieewidencjonowana sprzedaż usług zakładów pogrzebowych oraz zakładów kamieniarskich. Ich wartość szacowana jest na 1,25 mld zł. Ponad 40 mln zł wynosi natomiast wartość nielegalnie wykonywanych usług z zakresu przygotowania zmarłych w szpitalach, ponad 60 mln zł usługi związane z pochówkiem na cmentarzach (tzw. opłaty grabarskie) oraz ponad 20 mln zł z tytułu nielegalnego zakupu drewna do produkcji trumien. Wpływy z tytułu VAT są uszczuplane każdego roku o niemal 120 mln zł rocznie, natomiast wpływy z tytułu podatków dochodowych, tj. PIT i CIT (zarówno od dochodów ze sprzedaży usług, jak i zatrudnienia), o 125 mln zł w skali roku.

Ponadto do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, Narodowego Funduszu Zdrowia, Funduszu Pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych nie wpływają należne składki w kwocie 705 mln zł rocznie. W wyniku wprowadzenia wymogu uzyskania zezwolenia na prowadzenie działalności pogrzebowej, finanse publiczne zyskałyby również niespełna 10 mln zł z tytułu wpływów z opłaty skarbowej w pierwszym roku obowiązywania nowych regulacji.

Studenta do pracy przyjmę

Łączenie pracy i studiów staje się coraz powszechniejsze wśród młodych ludzi. Z jednej strony pozwala na pewną niezależność finansową, z drugiej strony to okazja, aby zdobyć doświadczenie zawodowe. Nawet 83% pytanych studentów deklaruje podjęcie pracy dorywczej w czasie studiów.

Komentarz przygotowany przez Karolinę Serwańską, dyrektor zarządzającą w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR

Młodzi ludzie są bardzo świadomi tego, że dyplom najlepszej nawet uczelni nie jest gwarantem znalezienia wymarzonej pracy. Obok dyplomu, równie ważną, a może nawet istotniejszą kwestią jest doświadczenie zawodowe. Stąd już na pierwszych latach studiów co ambitniejsi starają się o staże, przydatne kursy czy dorywcze zlecenia. Pracodawcy zawsze zwracają uwagę na to, czy potencjalny młody pracownik ma za sobą jakiekolwiek doświadczenia zawodowe. Muszę podkreślić, że nie zawsze chodzi o doświadczenia związane stricte z branżą, w której stara się o pracę, oczywiście jeżeli tego rodzaju wpis znajduje się w CV, działa to na korzyść aplikującego. Pracodawcom zależy przede wszystkim na zaangażowaniu chęci do pracy, umiejętności podołania wyzwaniom.. Połączenie studiów, zwłaszcza dziennych i wymagających jest dowodem zaradności i umiejętności łączenia wielu zadań. Takich kandydatów poszukują pracodawcy.

Rynek sprzyja

Obecna sytuacja na rynku pracy jest bardzo sprzyjająca młodym ludziom. Po pierwsze brakuje osób do pracy, zwłaszcza jeśli chodzi o proste czynności, niewymagające specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Ogłoszenia typu „przyjmę do pracy bez doświadczenia” są dość powszechne. Najwięcej, według badań około 25% ankietowanych podejmuję pracę sprzedawcy, nadal popularne jest dorabianie w restauracjach czy biurach. Trzeba również przyznać, że pracodawcy stali się bardziej elastyczni w kwestii godzin pracy. Sztywne zasady dotyczące wymiaru godzin to przeszłość. Kelnerki czy osoby pracujące w centrach handlowych bez problemu mogą dopasować godziny pracy do planu zajęć. Wielu studentów, zwłaszcza tych, którzy zdecydowali się na bardziej wymagające kierunki studiów decyduje się dorabiać wyłącznie w weekendy. Ustawa ograniczająca handel w niedzielę sprawiła, że wielu z nich straciło sporą część zarobków z uwagi na to, że może dorabiać tylko w dwie niedziele w miesiącu.

Studiujący pracownik- korzyć dla pracodawcy

Rosnąca liczba polskich firm, które zajmują się leasingiem pracowniczy wskazuje, że nadal jest zapotrzebowanie na tego rodzaju usługi i że zarówno dla pracodawców użytkowych jaki pracowników taka forma zatrudnienia jest korzystna. Przede wszystkim osoby do ukończenia 26 roku życia mają możliwość korzystania z ubezpieczenia rodziców lub uczelni, na pracodawcy nie spoczywa więc obowiązek opłacania składki ZUS. Dodatkową motywacją dla młodych ludzi jest wprowadzona zmiana dotycząca tzw. 0 podatku PIT dla osób do 26 roku życia. Spodziewam się więc jeszcze większego zainteresowania ze strony młodych ludzi szybkim wejściem na rynek pracy.

„Cyfrowa Rebelia Biznesu” – poranne rozmowy podczas „Śniadania z Inspiracją” na GPW

Kompetencje cyfrowe są kluczem do funkcjonowania w nowym, zdigitalizowanym świecie. Bez ludzi, nie ma firm, dlatego zadaniem liderów będzie wzięcie odpowiedzialności za rozwój swoich pracowników.

Czy postępująca automatyzacja i robotyzacja przełożą się na wzrost kreatywności wśród pracowników biznesowych, a może przyczynią się do współtworzenia przez nich innowacji cyfrowych, czy w końcu spowodują cyfrową rebelię i istotne uniezależnienie się biznesu od coraz bardziej niewydajnych działów – m.in. o tym mówili uczestnicy „Śniadania z Inspiracją”, zorganizowanego przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie, we współpracy z Future Collars.

Działy IT to wąskie gardło transformacji

Cyfryzacja umożliwia szerokie otwarcie się na modernizację i optymalizację procesów. Chodzi również o „uwalnianie” czasu, oraz co najważniejsze, zbieranie danych i ich analizę – w celu wykorzystania ich do podejmowania lepszych decyzji biznesowych. Tymczasem często okazuje się, że działy IT, na które przeważnie spada odpowiedzialność za przeprowadzenie procesów digitalizacyjnych, często nie realizuje oczekiwań biznesu, tym samym stając się wąskim gardłem cyfrowej transformacji.

Działy IT posiadają w swoich strukturach wciąż zbyt mało specjalistów, którzy z dnia na dzień stają się coraz drożsi. Z tego względu zlecenia muszą być priorytetyzowane, a część z nich bywa również blokowana ze względu na struktury obecnie wdrożonych systemów, co z kolei uniemożliwia szybką integracje lub są bardzo wysoko wyceniane.

Z drugiej strony biznes wciąż nadsłuchuje, co mówią im ich klienci. Obserwuje również konkurentów, którzy się zmieniają, więc chce to robić szybciej od nich. Przedsiębiorcy coraz częścią marzą o tym, aby mogli ominąć stare, ogromne i nieidealne CRMy (ang. Customer Relationship Management, zarządzanie relacji z klientami) i zamienić je nowoczesnymi aplikacjami i automatyzacją.

„CRMy to kajdanki na innowacje. My chcemy móc wdrożyć pomysł na produkt w kilka tygodni, nie miesięcy. Chcemy eksperymentować i mieć czas na przetestowanie rozwiązania zanim wprowadzimy go na rynek” – podkreślali uczestnicy „Śniadania z Inspiracją”.

Współpraca działów prowadzi do sukcesu

Jak wynika z różnych źródeł, już 90% polskich firm przyjęło strategię digitalizacji. Problemem zdaje się być natomiast ustalenie, kto powinien być odpowiedzialny za przeprowadzenie takiego wdrożenia. Do tej pory część firm próbowała powołać stanowisko Chief Digital Officera, jednak bardzo szybko dochodzono do wniosku, że jedna osoba nie jest w stanie zająć się takim procesem – najwięcej czasu spędzała bowiem na szkoleniach lub konferencjach. Czasami tę odpowiedzialność przerzuca się nawet na działy HR.

 „Bogactwo w nowej epoce płynie wprost z innowacji, a nie optymalizacji. Czyli bogactwa nie zdobywa się dziś przez doskonalenie tego, co jest znane, ale przez niedoskonałe wykorzystanie tego, co nieznane” słowa Kevina Kelly’ego, pisarza, autora m.in. niedawno wydanej pozycji „Nieuniknione. Jak inteligentne technologie zmienią naszą przyszłość”.

Oczywistym wydaje się zatem, że danie biznesowi zielonego światła może wpłynąć na wzrost kreatywności i przyczynić się do współtworzenia przez nich innowacji cyfrowych. Na rynku są już dostępne narzędzia, które pozwalają przedsiębiorcom na kreowanie bardzo ciekawych rozwiązań, np. w chmurze. Kluczowe staje się zatem wypracowanie zasad współpracy z działami IT.

Pracownicy mogą wziąć stery w swoje ręce

Zrzucanie odpowiedzialności wyłącznie na jeden dział, którym najczęściej jest IT, nie jest dobrą strategią biznesową. Kluczem do sukcesu jest bowiem demokratyzacja innowacji na wszystkich szczeblach organizacji, a także myślenie o tzw. kompetencjach transformacyjnych.

Zmiana powinna płynąć z samej góry, czyli od prezesów, którzy często tłumaczą brak działania brakiem środków czy czasu. Tymczasem to oni są odpowiedzialni za wprowadzenie transformacji, a co najważniejsze – za przeprowadzenie przez nią wszystkich swoich pracowników. To bardzo istotna i często pomijana zależność. Firmy wydają duże pieniądze na procesy i systemy, a nie inwestują w ludzi, którzy nie są ani odpowiednio przygotowani do takiej pracy, ani jakkolwiek zmotywowani.

Jak jednak podkreśliła ekspertka  „Śniadania z Inspiracją”, Karolina Marzantowicz, CTO Blockchain The Heart, każdy w takiej roli w jakiej obecnie jest, może robić coś aby być bardziej innowacyjnym.  Może to być przedefiniowaniu swojej roli, czy wykonywanie obecnych obowiązków w taki sposób, aby osiągać to samo nowymi, kreatywnymi metodami, lub wręcz osiągać więcej dzięki otwarciu się na inne myślenie i sposoby docieraniu do celu. Na każdym szczeblu kariery potrzebujemy umiejętności cyfrowych (nie koniecznie mowa tu o zaawansowanym programowaniu), np. jeśli chodzi chociażby o komunikację z pracownikami, partnerami, klientami. Sięgamy po coraz to nowe kanały i narzędzia komunikacji, i nie możemy już tego zdelegować.  Stworzenie nowocześniejszego raportu, ciekawe graficznie wizualizacja danych, prezentacja z efektami, które dech zapierają,  opracowanie prostej strony www projektu czy produktu- to wszystko da się zrobić bez działu IT.  Umożliwia zarówno szybszy rozwój firmy, jak i osobisty. Chodzi o inwestycje w umiejętności digitalizacyjne szeroko pojęte, brak strachu przed technologią i nowościami, i  i o bycie „digital ready”.

Brzemię odpowiedzialności spada na liderów

Druga ekspertka spotkania, Aleksandra Gren, Członek Zarządu Fiserv Polska, zwróciła uwagę na fakt że w Azji świadomość dostosowywania się do nowego, cyfrowego świata jest bardzo wysoka. Przykładowo już ponad 53% pracowników spędza pomiędzy 1-5 własnego czasu tygodniowo na zdobycie i udoskonalenie nowych umiejętności cyfrowych. W Niemczech jest to ok 30% a w innych krajach Europy jeszcze mniej według raportu Vodafone.

A warto podkreślić, że zmiany technologiczne nie będą następować wolniej. Dlatego Ci, którzy chcą pozostać wciąż atrakcyjnym, na zmieniającym się rynku pracy, nie mają wyjścia – muszą postawić na rozwój.  Dotychczas firmy stawiały na software i hardware teraz czas na mindware – czyli przygotowanie pracowników do transformacji cyfrowej, dlatego tak ważnym jest podjęcia programów upskillingu i reskillingu  – jak podkreśliła Joanna Pruszyńska-Witkowska, Członek Zarządu FutureCollars.  Jednak świadomość pracowników firm w tym zakresie jest wciąż zbyt mała. Jak wskazała Magdalena Legęć, Przewodnicząca Rady Kompetencji Sektora Finansowego, aż 98% pracowników banku zapytanych o to jakie kompetencje chciałoby rozwijać podczas oferowanych im szkoleń, wskazało na „stare” umiejętności, które powoli zaczynają być bezużyteczne. Oznacza to, że większość pracowników nie wie czego oczekują firmy i czego mają się uczyć.

Stąd szczególnie ważna jest rola firm i ich liderów. Mowa o pojęciu Corporate Digital Responsibility (z ang. korporacyjna odpowiedzialność cyfrowa), który określa odpowiedzialność pracodawców w stosunku do swoich pracowników. Jeśli nie zostaną oni zachęceni do zmian, równie dobrze można by było ich skazać na wykluczenie z rynku pracy.

Partnerem spotkania była firma FutureCollars szkoła IT przygotowująca osoby indywidualne oraz pracowników do pracy w środowisku cyfrowym, oferując intensywne bootcampu online ze wsparciem mentorów praktyków.  Kursy jak Virtual Master, Digital Master, FrontEnd Developer, Java Developer, Tester Automatyczny, Data Scientist, UX Designer.

Raport 7N: Połowa wydatków na infrastrukturę IT związana jest z rozwiązaniami chmurowymi

58 proc. menedżerów napotyka problemy podczas migracji danych do chmury, a cały proces okazuje się często bardziej złożony, niż się wydawało. Raport firmy 7N “Cloud Adoption. Executive Brief 2019” pokazuje, że w związku z tym szybko przybywa stanowisk pracy związanych z rozwiązaniami chmurowymi, a wartość rynku cloud rośnie w tempie 16 proc. rocznie.

W ciągu minionych trzech lat w USA aż dwukrotnie przybyło ofert pracy, gdzie od kandydata wymaga się znajomości oprogramowania bazującego na chmurze – podał serwis rekrutacyjny Indeed. Raport “Cloud Adoption. Executive Brief 2019” autorstwa ekspertów 7N – firmy zajmującej się pozyskiwaniem programistów dla dużych międzynarodowych projektów – udowadnia, że to nie chwilowa moda. Globalne wydatki firm i organizacji na rozwiązania chmurowe wzrosły na przestrzeni ostatniej dekady o 366 proc., osiągając w tym roku wartość 214 mld dolarów.

Sebastian Podleśny
Sebastian Podleśny

– Powstanie internetu wprowadziło świat na nowy poziom szybkości funkcjonowania. Większa dostępność technologii i jej niższe ceny przewartościowały wiele elementów przewagi konkurencyjnej firm z „posiadam” na „potrafię” czy też „tworzę”. Nasze codzienne życie również nabrało nowej dynamiki. Coraz istotniejsze staje się, co możemy osiągnąć tu i teraz. Model posiadania staje się powoli przestarzały w stosunku do modelu korzystania. Rezygnujemy z gromadzenia płyt i cyfrowych bibliotek muzyki na rzecz usług strumieniowania, a klasyczną telewizję zastępują usługi VoD. Zdjęcia, książki czy filmy przechowujemy na „wirtualnych półkach”. Myślimy już nie tyle o zakupie auta, co o formacie, w którym będziemy je użytkować w pełnym lub niepełnym wymiarze czasu.

Analogiczne trendy obserwujemy w świecie biznesu. Firmy, reagując na bardzo dynamiczne zmiany zapotrzebowania na IT, rezygnują z klasycznych modeli posiadania na rzecz modeli korzystania. Sprawne IT jest minimalną koniecznością. Sprawne i dynamiczne wykorzystanie możliwości, jakie daje IT, jest przewagą konkurencyjną. Dzięki rozwiązaniom chmurowym, firma może w trybie niemal natychmiastowym skalować dostęp do infrastruktury, zasobów a nawet funkcjonalności wykorzystywanych aplikacji. To przyszłość nowoczesnego IT – zauważa Sebastian Podleśny, dyrektor zarządzający 7N w Polsce.

Wyzwania i korzyści

Co wielka migracja do chmur oznacza dla organizacji? 7N szacuje że już połowa wydatków na infrastrukturę IT związana jest z rozwiązaniami chmurowymi, a aż 58 proc. menedżerów firm napotyka problemy podczas migracji do chmury.

Autorzy raportu zwracają uwagę zwłaszcza na kwestie związane z bezpieczeństwem danych. Aż 43 proc. firm wskazuje ten obszar jako jedno z wyzwań napotkanych przy adaptacji rozwiązań chmurowych.

Autorzy przytaczają również wyniki badania przeprowadzonego przez firmę Flexera, od ponad 30 lat rozwijającą narzędzia optymalizujące korzystanie z oprogramowania przez organizacje. Wśród problemów związanych z migracją firm do chmur wymienione zostało nadzorowanie chmury, zarządzanie wydatkami związanymi z jej obsługą, zgodność z innymi używanymi systemami oraz bezpieczeństwo, czyli de facto braki “chmurowych” zasobów kadrowych.

– Rynek rozwija się tak szybko, że już od dawna nie ma ofert dla zwykłych “fachowców od chmur”. Obszar ten ma więc własnych specjalistów. Cloud Architect, Cloud Software Engineer, Cloud System Administrator, czy Cloud Sales, by wymienić tylko kilka. Do tego istnieją profesje zajmujące się tą technologią niejako “od zaplecza” czyli utrzymaniem infrastruktury chmurowej i bezpieczeństwem danych. Da się zauważyć wykształcają się niszę dla osób, które łączą doświadczenia pracy z głównymi dostawcami chmury, jak: Azure, Amazon, Google i innymi. To swego rodzaju “poligloci chmurowi”. Od 2017 roku obserwujemy też wyraźny wzrost adopcji Kubernetes’a – najpopularniejszego obecnie orkiestratora kontenerów, niezależnie od chmury na jakiej jest wdrażany. To pozwala przewidzieć wzrost zapotrzebowania także na specjalistów z wiedzą o tym ekosystemie. Wartość chmurowego segmentu branży IT rośnie w tempie 16 proc. rocznie, więc spodziewamy się, że specjalizacja zawodów jeszcze się zwiększy – mówi Maciej Misztal, Cloud Expert z 7N.

Boom inwestycyjny w mieszkaniówce niczym „niekończąca się opowieść”

Październikowe dane GUS, podsumowujące statystyki budownictwa mieszkaniowego w trzech zakończonych kwartałach bieżącego roku, wciąż sygnalizują utrzymywanie się koniunktury inwestycyjnej w pierwotnym segmencie rynku mieszkaniowego na budzącym respekt poziomach. Stan ten powoli zaczyna przypominać nie mającą końca historię.  

Nowe inwestycje wciąż na fali

We wrześniu deweloperzy dość wyraźnie podkręcili wynik nowych budów do poziomu ponad 12,5 tys. mieszkań, co dało rezultat lepszy zarówno r/r jak i m/m odpowiednio o 12 i 14 proc. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl tego typu progres uwidacznia dążenie inwestorów do utrzymywania w dłuższym okresie czasu wolumenów nowych inwestycji na względnie stałych, bliskim rekordowych poziomach.

W sumie wynik po trzech kwartałach przekraczający grubo poziom 100 tys. rozpoczętych lokali deweloperskich budzi respekt, zapowiadając rekord na koniec roku w tej kategorii danych.

Jak podkreśla portal RynekPierwotny.pl, jakichkolwiek oznak słabości nie zdradza także koniunktura inwestycyjna w części dotyczącej inwestorów indywidualnych. Ci ostatni rozpoczęli we wrześniu budowę z górą 8,5 tys. domów, a od początku roku już prawie 73 tys. Tym samym ogółem w ramach wszystkich form budownictwa od początku roku ruszyła w kraju budowa blisko 180 tys. lokali, co oznacza rok do roku progres równy 2,6 proc.

Wysyp w nowych pozwoleniach

Tymczasem wolumen nowych pozwoleń na budowę od początku roku pozostaje w średnioterminowym trendzie wzrostowym, który zresztą dominuje również w długoterminowym, a więc kilkuletnim terminie. Tym samym powszechne już obecnie utyskiwania deweloperów na poważne trudności w pozyskiwaniu nowych terenów inwestycyjnych, a także na piętrzące się bariery administracyjne w przygotowywaniu nowych inwestycji jakby nie do końca znajdują potwierdzenie w publikowanych co miesiąc gusowskich danych sygnalnych.

Potwierdza to doskonale tegoroczny wrzesień, w którym deweloperzy pozyskali rekordową w skali miesiąca liczbę nowych pozwoleń na poziomie ponad 16,5 tys. Od początku roku zgromadzili oni już z górą 123 tys. przedmiotowych decyzji administracyjnych, co daje wynik o blisko 5 procent lepszy od uzyskanego w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast ogółem wolumen pozwoleń lub zgłoszeń z projektem budowlanym po trzech kwartałach przekroczył już wyraźnie okrągły poziom 200 tys. jednostek, co świadczy o tym, że obok deweloperów także inwestorzy indywidualni nie zamierzają ograniczać nowych inwestycji w przewidywalnej przyszłości.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku przez deweloperów w perspektywie co najmniej kilku kwartałów. Dane GUS wyraźnie sygnalizują zatem, że w dalszym ciągu oceniają oni potencjał koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie jednoznacznie optymistycznie. Na razie niewiele wskazuje też na to, że przedsiębiorcy budujący mieszkania na sprzedaż będą zmuszeni do rewizji swojego stanowiska także w kwestii pozyskiwania kolejnych pozwoleń.

Mieszkania oddane bez niespodzianek

Tradycyjnie od dłuższego już czasu bardzo mocnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddawanych do użytkowania, co w czasach nieco słabnącej, acz wciąż jeszcze żywej prosperity jest zjawiskiem jak najbardziej naturalnym. Jak tłumaczą eksperci z portalu RynekPierwotny.pl przedmiotowe statystyki nie zależą bowiem od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury inwestycyjnej sprzed około półtora do dwóch lat, a wiec okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. Stąd też ta właśnie kategoria gusowskich danych mieszkaniowych utrzymuje się na rekordowych poziomach z bardzo dobrą perspektywą jeszcze przez dłuższy okres czasu.

W tym przypadku zdecydowany prym wiodą deweloperzy, którzy oddając od początku roku już prawie 91 tys. lokali notują, bagatela, 17- procentowy progres rok do roku. Z kolei ogółem w okresie styczeń – wrzesień br. oddano już blisko 145,5 tys. mieszkań, czyli o ponad 12 proc. więcej aniżeli w pierwszych dziewięciu miesiącach ubiegłego roku.

Lektura najnowszej informacji GUS, komunikującej statystyki pierwotnego rynku mieszkaniowego w trzech pierwszych kwartałach br., rysuje obraz wciąż mocno rozpędzonej koniunktury inwestycyjnej. I nie ma tu większego znaczenia, że w przypadku najważniejszych dla bieżącego stanu koniunktury statystyk, czyli nowych inwestycji i pozwoleń, liczony rok do roku progres nie przekracza już nawet 5 procent. Bardziej liczy się, że wzrost danych wciąż jest notowany. Mamy więc od dość już dawna coś w rodzaju sprawozdawczej monotonności, polegającej na systematycznym komunikowaniu wysokiej, zdecydowanie ponadprzeciętnej aktywności inwestycyjnej deweloperów mieszkaniowych, której końca historii póki co nie widać.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Polskie wina coraz lepsze. Rośnie eksport produktów winiarskich

W 2018 r. znacząco wzrosła wartość napojów winiarskich wywożonych z Polski. Tak wynika z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej dotyczących eksportu wyrobów alkoholowych*. Jak tłumaczą eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, to efekt wyższej jakości eksportowanych wyrobów. Ta sytuacja  jest odzwierciedleniem tego, co dzieje się aktualnie w branży winiarskiej – wyroby tanie, niskiej jakości, odchodzą do historii.

Jeszcze w 2000 r. eksport wyrobów winiarskich był  bardzo niewielki, wręcz symboliczny  – poniżej 1 mln litrów. – Sytuacja od tego czasu uległa istotnej zmianie – mówi Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. – Z raportu wynika, że w zeszłym roku z Polski wyjechało ponad 27 mln litrów wyrobów winiarskich. Wprawdzie w 2018r. ilościowo zaobserwowaliśmy pewną stagnację, ale za to bardzo duży skok odnotowała wartość – zwiększyła się ona aż o 33% (do 31 mln EUR). Taka sytuacja  jest odzwierciedleniem tego, co aktualnie dzieje się na rynku winiarskim – wyroby tanie, niskiej jakości odchodzą do historii – komentuje  Magdalena Zielińska.  Dane wstępne za pierwsze półrocze 2019 r. mówią natomiast o wzroście ilości o 12,6%  (do 14,3 mln litrów) względem tego samego okresu roku ubiegłego.

Co sprzedajemy za granicą? Głównie wysokojakościowe wyroby z grupy fermentowanych napojów winiarskich – m.in. wina owocowe, cydry czy miody pitne. Słowem – to, co stanowi trzon produkcji winiarskiej w naszym kraju.

Kilkanaście państw Unii Europejskiej, Chile, Australia, Kanada, USA – tam swoje wyroby eksportuje firma Bartex. Jak mówi Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy, to głównie wina jabłkowe, musujące oraz produkty BIO. – Rynek produktów  winiarskich BIO w Polsce dopiero się rodzi, ale  będzie się bardzo szybko rozwijał. Świadomość i zamożność naszych konsumentów z roku na rok wzrasta. W tej chwili produkty z certyfikatem BIO sprzedajemy rzeczywiście głównie na rynkach zagranicznych – opowiada Grzegorz Bartol. W tej chwili około 10 procent przychodów firmy Bartex stanowią produkty przeznaczone właśnie na eksport.

 15 lat temu sprzedawaliśmy głównie wina słodkie w finezyjnych butelkach do sąsiednich państw. Dziś nasi odbiorcy poszukują win lepszej jakości w oryginalnym opakowaniu – tłumaczy Grzegorz Bartol.

Potwierdza to Anna Kalinowska, Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w firmie Henkell Freixenet Polska Sp. z o. o. i wymienia całą listę krajów, do których jej firma eksportuje wermuty oraz wysokojakościowe wina owocowe: – To kraje Europy Wschodniej, m.in. Rosja, Ukraina, Łotwa, Liwa, Europy Środkowej (np. Czechy) i Zachodniej – Niemcy, Wielka Brytania, Holandia. Eksportujemy także do  krajów Bliskiego Wschodu np. Izraela, a także do USA – z dumą mówi Anna Kalinowska.

Na intensywny rozwój eksportu stawia także firma JNT Group. Swoje wyroby sprzedaje już do ponad 30 krajów na pięciu kontynentach. – Naszym głównym produktem eksportowym jest marka Monte Santi, która dzięki swemu międzynarodowemu charakterowi szybko zdobywa popularność w kolejnych państwach – mówi Jakub Nowak, Prezes Zarządu JNT Group S.A. Sp.K. – Drugim ważnym produktem eksportowym jest  Grzaniec Galicyjski, za którym tęskni Polonia. Polacy mieszkający zagranicą chętnie sięgają po ten trunek.

Od dwóch lat eksport firmy JNT Group rośnie skokowo. – W 2018 roku podwoiliśmy jego wartość i w tym roku również osiągniemy wysoką dynamikę. Obecnie otwieramy bardzo dużo nowych kierunków, należy jednak pamiętać, że procesy eksportowe trwają bardzo długo. Jest to zazwyczaj od 3 do 12 miesięcy od momentu osiągnięcia porozumienia – tłumaczy Jakub Nowak. I przyznaje, że strategia firmy zakłada intensywny rozwój na rynkach zagranicznych, m.in.  otwarcie przedstawicielstw poza Polską.

Warto wspomnieć o zainteresowaniu polskim winem gronowym i rodzimymi winnicami. Firma JF Hillebrand, globalny operator logistyczny, specjalizujący się w transporcie napojów alkoholowych między kontynentami, dostaje od czasu do czasu takie zapytania i prośby o próbki trunków z polskich winnic. – Na indywidualne zamówienie klientów z Wielkiej Brytanii czy Niemiec sprowadzamy czasami butelkę konkretnego wina z konkretnej winnicy. Ale to wciąż znikome ilości – mówi Izabela Dąbrowska z firmy  JF Hillebrand. – Pięknym momentem w historii naszej firmy byłoby móc zatankować wino z polskiej winnicy do dużego zbiornika – ISO tanka czy  Flexi tanka i zawieźć je do innego kraju na świecie – konkluduje Izabela Dąbrowska.

W tej chwili wyjeżdżające z Polski wino gronowe to praktycznie w całości reeksport.

Szwajcarski UBS w 3 kw 2019 r. zanotował 1,5 mld USD zysku netto

  • Wykazany zysk przed opodatkowaniem 1,3 mld USD; skorygowany zysk przed opodatkowaniem 1,5 mld USD
  • Wykazany RoCET12 12,1% za 3 kwartał 2019 i 13,8% za wrzesień 2019
  • Wskaźnik kapitału CET1 13,1% i wskaźnik dźwigni CET1 3,8%; wskaźnik dźwigni Tier 13 5,6%
  • Zainwestowane aktywa o wartości 3,4 mld USD w GWM i AM łącznie; przy NNM w wysokości 49 mld USD
  • UBS po raz piąty potwierdził swoją pozycję lidera Dow Jones Sustainability Index

Pomimo zewnętrznych trudności UBS przedstawia solidne wyniki za trzeci kwartał 2019 roku. Wykazany zysk przed opodatkowaniem wyniósł 1345 mln USD, co oznacza spadek o 21% w ujęciu rok do roku (r/r), a skorygowany zysk przed opodatkowaniem spadł o 18% do poziomu 1459 mln USD. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów Grupy wyniósł 79,1%. Zysk netto przypisany akcjonariuszom wyniósł  1 049 mln USD, co oznacza spadek o 16% r/r. Wykazany zwrot z kapitału CET12 (RoCET1) wyniósł 12,1%.

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Global Wealth Management (GWM) wyniósł 919 mln USD; zainwestowane aktywa osiągnęły nowy najwyższy poziom 2502 mld USD; okresowy przychód z tytułu opłat netto wzrósł w porównaniu do poprzedniego kwartału. Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Personal & Corporate Banking wyniósł 362 mln USD; wzrost wolumenu nowych transakcji netto w bankowości osobistej wyniósł 3,0% (3,1% we frankach szwajcarskich). Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Asset Management (AM) wyniósł 135 mln USD, przy wyższych przychodach operacyjnych r/r; zainwestowane aktywa wzrosły do ​​858 mld USD, głównie dzięki silnym napływom nowych pieniędzy netto (NNM). Investment Bank (IB) wygenerował skorygowany zysk przed opodatkowaniem w wysokości 203 mln USD; skorygowany roczny zwrot ze średniego kapitału RoAE wyniósł 6,6%. Skorygowana strata przed opodatkowaniem Corporate Center wyniosła 160 mln USD.

Pozycja kapitałowa UBS pozostaje silna, przy wskaźniku kapitału CET1 wynoszącym 13,1%, wskaźniku dźwigni CET1 wynoszącym 3,8%, w pełni stosowanym wskaźniku dźwigni Tier13  wynoszącym 5,6% oraz całkowitej zdolności do pokrycia strat na poziomie 88 mld USD. W trzecim kwartale 2019 roku w ramach programu skupu akcji własnych UBS odkupił papiery wartościowe o wartości 306 mln USD; wykup w ujęciu rok do roku wyniósł 604 mln USD. Kapitał własny przypisany akcjonariuszom wzrósł o 3 mld USD, z czego 2 mld USD związane było z innymi całkowitymi dochodami generowanymi z programów określonych świadczeń, odzwierciedlając głównie uznanie nadwyżki szwajcarskiego programu emerytalnego, która nie miała wpływu na kapitał CET1.

Sergio P. Ermotti, Dyrektor Generalny Grupy UBS
Sergio P. Ermotti, Dyrektor Generalny Grupy UBS

„Osiągnęliśmy solidne wyniki i wygenerowaliśmy atrakcyjne zwroty, biorąc pod uwagę warunki rynkowe. W dalszym ciągu podejmujemy działania mające na celu zwiększenie rentowności i dalsze wykorzystywanie mocnych stron naszej zróżnicowanej franczyzy, zapewniając długoterminową wartość dla naszych klientów i akcjonariuszy.” – Sergio P. Ermotti, Dyrektor Generalny Grupy UBS.

Perspektywy

Środki stymulujące i łagodzenie polityki pieniężnej przez banki centralne mogą pomóc zniwelować wpływ spowolnienia globalnego wzrostu gospodarczego w średnim okresie. Napięcia geopolityczne i spory handlowe nadal mają raczej negatywny wpływ na zaufanie inwestorów. Pozytywny impuls do rozwiązania tych problemów prawdopodobnie poprawi zaufanie i perspektywy gospodarcze.

Niskie i utrzymujące się ujemne stopy procentowe oraz oczekiwania na dalsze poluzowanie polityki pieniężnej wpłyną negatywnie na przychody netto z tytułu odsetek w porównaniu z ubiegłym rokiem. Nasza dywersyfikacja regionalna i biznesowa, a także podejmowane przez nas działania pomogą złagodzić trudności. Segment stałych przychodów powinien również skorzystać w wyniku lepiej zainwestowanych aktywów.

W procesie realizacji naszej strategii równoważymy inwestycje pod kątem wzrostu, jednocześnie zarządzając nimi w sposób umożliwiający poprawę efektywności. Pozostajemy zaangażowani w realizację naszych celów w zakresie zwrotu kapitału, jak i tworzenie trwałej, długoterminowej wartości dla naszych akcjonariuszy.

Przegląd wyników za trzeci kwartał 2019 roku

Skorygowany w trzecim kwartale zysk UBS przed opodatkowaniem wyniósł1 1459 mln USD (spadek o 18% r/r), a wykazany zysk przed opodatkowaniem wyniósł 1345 mln USD (spadek o 21%  r/r). Skorygowane dane w tym kwartale nie uwzględniają 69 mln USD kosztów restrukturyzacji, a także 46 mln USD strat netto z przeliczenia walut obcych. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wyniósł 79,1%. Zysk netto przypisany akcjonariuszom wyniósł 1049 mln USD (spadek o 16% r/r) przy rozwodnionym zysku na akcję wynoszącym 0,28 USD (spadek o 14% r/r). Wykazany zwrot z kapitału CET12 wyniósł 12,1%.

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Global Wealth Management to 919 mln USD, (2%) r/r

Stałe dochody netto z tytułu opłat wzrosły drugi kwartał z rzędu w przypadku lepiej zainwestowanych aktywów, ale spadły w ujęciu rok do roku. Przychody z transakcji wzrosły o 14%, a przychody netto z tytułu odsetek spadły o 3%. Penetracja związana z upoważnieniami pozostała na stabilnym poziomie i wyniosła 34,4% zainwestowanych aktywów. Pożyczki były stabilne w ujęciu sekwencyjnym, ponieważ dodatnie nowe kredyty netto zostały w dużej mierze zrównoważone wahaniami walutowymi. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wyniósł 77,7%. Nowe pieniądze netto osiągnęły poziom 15,7 mld USD; a ich stopa wzrostu wyniosła 2,5%. Skorygowana marża netto wyniosła 15 pb.

Skorygowany zysk netto przed opodatkowaniem Personal & Corporate Banking (P&C) to 360 mln CHF, (10%) r/r

Przychody operacyjne spadły pomimo wyższych przychodów z transakcji, głównie ze względu na wzrost kosztów strat kredytowych, co wynikało przede wszystkim z rezerwy na pojedyncze narażenie, a także niższych przychodów netto z tytułu odsetek. Skorygowane koszty operacyjne pozostały niezmienione pomimo dalszych inwestycji w technologię. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wyniósł 58,7%. Dynamika działalności utrzymała silną pozycję, przy wzroście wolumenu nowych operacji bankowości osobistej o 3,1%; obszar kredytów również rósł w sposób sekwencyjny. Marża odsetkowa netto wyniosła 150 pb.

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Asset Management (AM) to 135 mln USD, (+6%) r/r

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem w ujęciu rocznym urósł czwarty kwartał z rzędu. Opłaty za zarządzanie netto w tym kwartale wzrosły o 12 mln USD, odzwierciedlając lepiej zainwestowane średnie aktywa. Opłaty za wyniki spadły o 3 mln USD. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wzrósł do poziomu 71,1%. Zainwestowane aktywa wzrosły do ​​858 mld USD, a napływ nowych pieniędzy netto z wyłączeniem rynków pieniężnych osiągnął poziom 24,1 mld USD.

Skorygowany zysk przed opodatkowaniem Investment Bank (IB) to 203 mln USD, (59%) r/r

Niższe przychody były wynikiem działań prowadzonych przez Corporate Client Solutions (spadek o 19%), częściowo ze względu na zmniejszenie globalnych pul opłat, a także spadek wartości instrumentów kapitałowych (spadek o 7%) oraz kursów walut, stóp procentowych i kredytów (spadek o 1%), odzwierciedlając częściowo udany kwartał ubiegłego roku. Koszty operacyjne wzrosły, częściowo dlatego, że trzeci kwartał 2018 roku obejmował zwolnienia netto z tytułu kosztów postępowania sądowego. Skorygowany wskaźnik kosztów do przychodów wyniósł 88,4%. Skorygowany zwrot z przypisanego kapitału własnego wyniósł 6,6%. Koszty restrukturyzacji w czwartym kwartale 2019 roku związane ze zmianami strukturalnymi w Banku Inwestycyjnym, wyniosą około 100 mln USD.

Skorygowana strata przed opodatkowaniem Corporate Center wyniosła 160 mln USD.

Zaangażowanie w zrównoważoną działalność

UBS jest oddany idei tworzenia długoterminowej wartości dla swoich klientów, pracowników, inwestorów i społeczeństwa. Potwierdzeniem zaangażowania UBS jest niezmienne uznanie, jakim darzona jest firma za swoje działania i potencjał związany ze zrównoważonymi inwestycjami, filantropią, polityką środowiskową i zasadami dotyczącymi praw człowieka, które regulują relacje z klientami i dostawcami, jak i pozytywnym wpływem firmy na ekologię i zaangażowaniem społecznym.

Sprawdzony lider na polu zrównoważonego rozwoju

Po raz piąty z rzędu UBS zajął pierwsze miejsce w rankingu Zróżnicowanych Usług Finansowych i Rynków Kapitałowych Dow Jones Sustainability Index (DJSI). UBS jest nie tylko liderem branży w ogólnej ocenie; został również wyróżniony we wszystkich trzech obszarach: ekonomicznym, środowiskowym i społecznym. Indeks, w którym uwzględniono ponad 3500 największych firm na świecie, jest powszechnie uznanym, ogólnoświatowym ratingiem poziomu stabilności korporacyjnej.

UBS ma zaszczyt być jednym z sygnatariuszy Zasad Odpowiedzialnej Bankowości, ogłoszonych we wrześniu br. Zgodnie z tymi zasadami, wiodące banki na całym świecie, które posiadają łączne aktywa o wartości 47 mld USD stanowiące jedną trzecią światowego sektora bankowego, zobowiązały się do strategicznego dostosowania działalności swoich przedsiębiorstw do celów zrównoważonego rozwoju ONZ (ONZ SDG) i porozumienia paryskiego w sprawie zmian klimatycznego, jak również zwiększenia swojego wkładu w działania nakierowane na osiągnięcie założeń przedstawionych w obu dokumentach.

Innowacyjne, zrównoważone rozwiązania inwestycji o dużym oddziaływaniu

We wrześniu UBS ogłosił pozyskanie 225 mln USD od swoich klientów prywatnych na rzecz KKR Global Impact Fund, co stanowi znaczący krok w kierunku wypełnienia zobowiązania, aby przeznaczyć 5 mld USD aktywów pochodzących od klientów na nowe inwestycje o dużym oddziaływaniu, dedykowane realizacji celów zrównoważonego rozwoju ONZ do końca 2021 roku. Suma ta stanowi jedną z największych w historii inwestycji w narzędzie inwestycyjne o dużym oddziaływaniu, pochodzące z rynku private equity.

Zrównoważone rozwiązania inwestycyjne obejmują wielokrotnie nagradzaną strategię UBS Climate Aware, w ramach której niedawno wygenerowano 2 mld USD w zainwestowanych aktywach. Strategię wspiera program aktywnego zaangażowania korporacyjnego, którego celem jest wprowadzenie pozytywnych zmian prowadzących do wdrożenia gospodarki niskoemisyjnej. Ponadto, po pomyślnym zamknięciu UBS Clean Energy Infrastructure Switzerland 2, firma zebrała łącznie 472 miliony CHF w ramach drugiej oferty swojego pionierskiego rozwiązania inwestycyjnego, zapewniając inwestorom instytucjonalnym dostęp do zróżnicowanego portfela inwestycji w obszarach wzrostu zrównoważonej produkcji energii, efektywności energetycznej i infrastruktury dostaw, ze szczególnym uwzględnieniem Szwajcarii.

Informacje zawarte w niniejszym komunikacie prasowym, o ile nie określono inaczej, zostały zaprezentowane w odniesieniu do UBS Group AG w sposób skonsolidowany. Informacje finansowe odnoszące się do UBS AG (skonsolidowane) nie różnią się istotnie od informacji dotyczących UBS Group AG (skonsolidowane), a porównanie UBS Group AG (skonsolidowane) i UBS AG (skonsolidowane) znajduje się na końcu niniejszego komunikatu.

1 Skorygowane wyniki to środki finansowe nieprzewidziane w GAAP określone w regulacjach SEC. Prosimy o zapoznanie się z tabelą „Wyniki naszych oddziałów biznesowych i Centrum Korporacyjnego – wykazane i skorygowane”, będące częścią niniejszej informacji prasowej.

2 Zwrot z kapitału CET1. Zysk netto przypisany akcjonariuszom (odpowiednio w ujęciu rocznym) podzielony przez średni kapitał podstawowy Tier I.

3 Wskaźnik kontynuacji działalności zgodnie ze szwajcarskimi zasadami SRB obowiązującymi od 1 stycznia 2020 r.

Ebury inwestuje we Frontierpay

Ebury, jedna z największych firm fintechowych w Europie obsługująca już niemal 2 tysiące polskich firm, ogłosiła swoje pierwsze przejęcie. Firma zainwestowała we Frontierpay, dostawcę specjalistycznej usługi płatności wynagrodzeń dla firm, które wypłacają wynagrodzenia swoim pracownikom w wielu krajach. Frontierpay rozszerzy też możliwości Ebury w zakresie technologii automatyzujących międzynarodowe płatności dla małych i średnich firm.

Akwizycja została zrealizowana w ramach programu inwestycji technologicznych Ebury.

Przejęcie Frontierpay stanowi część szerszej strategii Ebury, polegającej na inwestowaniu w technologie, które pomogą przyspieszyć automatyzację międzynarodowych procesów płatniczych. Ta założona w 2009 r. firma zapewnia przede wszystkim specjalistyczne usługi dotyczące płatności wynagrodzeń, oparte o pełną zgodność z lokalnymi regulacjami i procesy operacyjne wdrożone w 180 krajach.

– Zwiększamy paletę produktów w zakresie międzynarodowych rozliczeń dla polskich firm o specjalistyczne usługi wypłacania wynagrodzeń pracownikom praktycznie w każdym zakątku świata. Liczymy, że przejęcie Friontierpay przyspieszy nasz rozwój w Polsce, ponieważ coraz więcej rodzimych przedsiębiorców deleguje swoich pracowników do pracy zagranicą. W ostatnich latach polskie firmy szybko rozbudowują swoje oddziały i przedstawicielstwa, i co ważne już nie tylko w kluczowych krajach takich jak USA, Chiny i Indie, ale w tym na mniejszych, często egzotycznych rynkach, w tym wielu azjatyckich i afrykańskich państwach – komentuje Jakub Makurat, Country Manager Ebury na Polskę, Czechy i Słowację.

Oprócz płatności Ebury inwestuje w technologie usprawniające globalny proces handlu dla MŚP, w tym zabezpieczenia walutowe, międzynarodowe zarządzanie gotówką i finansowanie handlu. W tym celu w tym roku ogłoszono duże partnerstwa bankowe z SACE Simest i Unicaja Banco.

Ebury już obecnie obsługuje około 40 000 małych i średnich firm i instytucji na całym świecie, w tym niemal 2 tysiące w Polsce. Firma liczy, że rozszerzenie zasięgu geograficznego w regionie Azji i Pacyfiku pozwoli na szybkie pozyskiwanie kolejnych klientów. Ebury obecnie posiada 25 biur na całym świecie w 20 krajach, w tym w Warszawie i czeskiej Ostrawie.

Ebury zatrudnia obecnie około 1000 pracowników w 25 biurach w dwudziestu krajach i obsługuje ponad 40 000 firm na całym świecie. Jesteśmy teraz globalną firmą z biurami w kilku krajach europejskich, na Bliskim Wschodzie, w Hongkongu i Chinach kontynentalnych, Australii, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Inwestorami Ebury są 83North (inwestorzy w iZettle, Celonis, JustEat) i Vitruvian Partners (inwestorzy w Farfetch, Skyscanner, Darktrace, Marqeta). To wszystko pokazuje skalę naszego wzrostu w ostatniej dekadzie i jednoznacznie pozytywny odbiór nowoczesnych usług finansowych przez przedsiębiorców – dodaje Jakub Makurat.

Umowa nabycia Frontierpay podlegać będzie zatwierdzeniu przez organ nadzoru w Singapurze.

Produkcja w Polsce w kontekście Czwartej Rewolucji Przemysłowej

Polski przemysł produkcyjny jest coraz bardziej świadomy konieczności wprowadzania zmian. Taka postawa wiele mówi zarówno o samych firmach, kondycji branży, jak i o jej perspektywach. Przeważająca część przedsiębiorstw zajmujących się produkcją dąży do poprawy wydajności i optymalizacji wykorzystania zasobów, bo wie jakim wyzwaniem jest dzisiejsza gospodarka i jak szybko zmieniają się jej realia. Zyskujący na popularności model kastomizacji produkcji wymusza konieczność szybkiego działania i adaptowania się do zmieniających trendów i wymagań rynku, a konkurencja jest silna. Jednocześnie większość chce oszczędzać i w wydajny sposób korzystać z parku maszynowego oraz kadr – tym bardziej, że dzisiejszy rynek pracy jest trudny. Na horyzoncie pojawia się także widmo spowolnienia gospodarczego, a negatywne nastroje niekoniecznie sprzyjają inwestycjom. Nie brak głosów, że Polska stoi w obliczu pułapki średniego dochodu w wyniku „przegrzania” gospodarki, niedostatecznych nakładów inwestycyjnych i małej wydajności pracy. Co zatem mają robić przedsiębiorstwa produkcyjne działające w Polsce, które chcą utrzymać się na rynku? Jak w życiu – nie ma jednej, uniwersalnej recepty. Ale istnieje szereg rozwiązań, które mogą pomóc. Jednym z nich – aczkolwiek określenie „rozwiązanie” wydaje się być tutaj znacznym uproszczeniem – jest koncepcja Przemysłu 4.0 i będąca jej istotą rewolucja przemysłowa obejmująca praktycznie wszystkie aspekty działalności biznesowej. Przemysł 4.0 to zbiór inteligentnych technologii i procesów opartych na integracji systemów przetwarzania danych, automatyzacji i Internetu Rzeczy.

Czwarta Rewolucja Przemysłowa to niewątpliwie szansa dla polskiej gospodarki. Widzieliśmy, jak niesprzyjające okoliczności polityczne 200 lat temu utrudniły Polsce skorzystanie z mechanizacji i uprzemysłowienia, czego skutki obserwujemy do dziś. Widzieliśmy też jak kraje, takie jak Korea czy Finlandia na fali trzeciej rewolucji przemysłowej, z kategorii peryferyjnych państw opartych na rolnictwie i eksploatacji zasobów naturalnych, stawały się technologicznymi liderami. Stawiam tezę, że Polska ma realne szanse na skorzystanie z przełomu Przemysłu 4.0, co więcej – polscy przedsiębiorcy coraz częściej widzą taką potrzebę i zaczynają się do tego skoku przygotowywać. Optymizmem napawa fakt, że 7 na 10 producentów z Polski, którzy znają koncepcję Przemysłu 4.0, wdrożyło lub planuje wprowadzić u siebie technologie wchodzące w jej skład.

Niemal połowa przedsiębiorstw produkcyjnych w Polsce miała w bieżącym roku zamiar zwiększyć nakłady na rozwój systemów informatycznych. Jednocześnie niemal 6 na 10 z nich deklarowało, że inwestycje te mają na celu zwiększenie produktywności. Ta korelacja jest, według Klausa Schwaba – ojca terminu Czwartej Rewolucji Przemysłowej, cechą charakterystyczną dla instytucji wdrażających rozwiązania typowe dla Przemysłu 4.0. Przoduje u nas w tej kwestii branża motoryzacyjna, co nie powinno nikogo dziwić, w końcu sektor ten zawsze był forpocztą innowacji, jak chociażby w przypadku robotyzacji zakładów. Dodatkowo sektor motoryzacyjny jest silnie zorientowany na firmy niemieckie, gdzie idea inteligentnej fabryki już od dłuższego czasu jest wdrażana w życie. Bliskie powiązania z Zachodem to także kolejny czynnik wpływający na potencjał adaptacji Przemysłu 4.0 w Polsce. Przedsiębiorcy, zwłaszcza ci więksi, doskonale wiedzą, że w epoce gospodarki na żądanie, ich partnerzy i klienci będą wymagać produkcji sprofilowanej pod ich indywidualne potrzeby. By temu sprostać konieczne będzie rozwijanie systemów zbierających i przetwarzających dane o produktach na każdym etapie ich cyklu życia, od zamawiania materiałów po obsługę posprzedażową. Realizację tego celu zapewnia właśnie implementacja zaawansowanych systemów informatycznych.

Należy pamiętać, że przejście do Przemysłu 4.0 to stopniowy proces, który wymaga integracji wykorzystywanych już rozwiązań z nowymi technologiami. W miarę jak wdrażane są nowe rozwiązania, zwiększa się zakres technologicznej rewolucji i optymalizacji, której podlegają kolejne obszary. Budowanie odpowiedniego ekosystemu obejmuje między innymi przygotowanie kadry na nadchodzące zmiany. Konieczne są odpowiednie kompetencje do wykorzystywania nowych rozwiązań, co wpływa na strukturę całego przedsiębiorstwa. Automatyzacja procesów pozwala odciążyć część kadr, przez co mogą poświęcać swój czas i umiejętności na aktywności poprawiające całościową produktywność firmy. Firmom, które w swojej działalności wykorzystują już rozwiązania informatyczne, będzie znacznie łatwiej zbudować inteligentną fabrykę na bazie funkcjonujących rozwiązań. Zdecydowana większość producentów w Polsce stosuje już obecnie zaawansowane systemy informatyczne, co daje solidne podwaliny pod wdrażanie takich rozwiązań jak Internet Rzeczy, czy zaawansowana analiza danych.

Co zatem zrobić, żeby ułatwić przedsiębiorcom załapanie się na korzyści płynące z udziału w Czwartej Rewolucji Przemysłowej? Firmy deklarują, że największą przeszkodą, której się obawiają, jest opór przed zmianami wewnątrz organizacji. Kluczowe jest więc klarowne przedstawienie pracownikom tego, jakie konkretne korzyści przyniesie wdrożenie rozwiązań i co mogą dzięki nim zyskać. Nowoczesne technologie powodują w przypadku części użytkowników obawy przed nieznanym, a w Polsce nadal znaczny odsetek osób nie posiada podstawowej wiedzy w zakresie obsługi narzędzi informatycznych i Internetu. Jednak jeśli technologie są wprowadzane rozsądnie, to pozwalają uwolnić zasoby ludzkie i pozwolić kadrze wykonywać bardziej kreatywne zadania, które przekładają się na wyższą produktywność całej firmy. Drugą przeszkodą jest brak środków finansowych. To oczywiste, że nowoczesne rozwiązania technologiczne oznaczają wydatki oraz często konieczność przedefiniowania procesów. Ale inwestycje w nie stają się koniecznością, bo optymalizacja dostępna dzięki nowym technologiom jest trudna, a często wręcz niemożliwa do osiągnięcia dzięki tradycyjnym rozwiązaniom. W obliczu nadchodzącej dekoniunktury firmy mają tendencję do ograniczania inwestycji, jednak w obecnym, „rewolucyjnym” okresie zwlekanie może spowodować, że nigdy już nie uda nam się dogonić czołówki światowej gospodarki. Przedsiębiorcy zdają się to rozumieć, zdecydowana większość z nich zamierza zwiększać nakłady na inwestycje w nowe technologie. To bardzo dobry prognostyk, który pozwala zakładać, że Przemysł 4.0 jest postrzegany przez polski sektor produkcji jako realny wybór.

Zrzutka.pl ma licencję KNF

Komisja Nadzoru Finansowego poinformowała o wydaniu zezwolenia na działanie w charakterze krajowej instytucji płatniczej dla firmy Zrzutka.pl sp. z o. o., operatora portalu www.zrzutka.pl. Co to w praktyce oznacza dla ponad 300 tys. zarejestrowanych użytkowników portalu? Jak otrzymanie licencji wpłynie na dalszy rozwój platformy?

Korzyści jakie niesie ze sobą zmiana statusu prawnego portalu zrzutka.pl dla jego użytkowników będą zauważalne. Jak zauważa Tomasz Chołast ze zrzutka.pl – „Od początku naszej działalności, tj. od roku 2013, przyjmowaliśmy ostrożnościowe podejście. Dlatego większość procedur weryfikacyjnych i schematów działania portalu, już od dawna była zgodna z wymogami ustawy o usługach płatniczych pomimo, iż nie byliśmy zobowiązani do posiadania licencji KNF. Oczywiście, konieczne były też pewne dostosowania i uzupełnienia. Dlatego w najbliższych dniach opublikujemy nową wersję strony zrzutka.pl, będącą owocem ponad rocznej pracy kilkunastoosobowego zespołu.

Chołast ze zrzutka.pl dodaje – “Jesteśmy pewni, że dla naszych użytkowników będzie to zmiana na lepsze – interfejs został uproszczony i uporządkowany, w najbliższym czasie uruchomione zostaną przygotowane już zabezpieczenia związane z silnymi uwierzytelnieniami (analogiczne do tych stosowanych w bankach). Podniesione do najwyższego poziomu zostanie więc również bezpieczeństwo. Możemy również dodać, że wszystkie bazowe warunki korzystania z serwisu pozostają praktycznie bez zmian, a nowy layout strony jest dużo bardziej przejrzysty i przyjemny – jesteśmy przekonani, że spodoba się naszym dotychczasowym i nowym odbiorcom.”

Zrzutka.pl, oprócz startu nowej strony zaplanowanego na najbliższe dni, szykuje również inne, nieco bardziej odległe w czasie, nowości. Wśród nich możliwość realizacji wypłat ze zrzutek z bankomatów (możliwość taka pojawiła się dzięki otrzymaniu licencji z KNF), start międzynarodowej wersji serwisu (również możliwy dzięki otrzymaniu licencji) oraz funkcjonalność związaną z zakładaniem tzw. zrzutek pod patronatem (czyli na rzecz np. wybranej fundacji) czy zrzutek cyklicznych (gdzie wspierający poprzez podpięcie swojej karty będą mogli przekazywać cykliczne wsparcie dla organizatora zrzutki).

Konieczność ubiegania się przez zrzutka.pl o licencję  KNF na świadczenie usług w charakterze krajowej instytucji płatniczej wynikała ze zmiany przepisów, która weszła w życie w czerwcu 2018 roku. Przed nowelizacją Ustawy o Usługach Płatniczych (UUP) zrzutka.pl była uprawniona do korzystania z wyłączenia, o którym była mowa w art. 6 pkt 2) UUP. Przedmiotowy przepis w wersji sprzed nowelizacji przewidywał bowiem, że UUP nie znajduje zastosowania do transakcji płatniczych między płatnikiem a odbiorcą dokonywanych za pośrednictwem osoby wykonującej czynności zmierzające do zawarcia przez płatnika i odbiorcę oznaczonej umowy lub zawierającej taką umowę w imieniu lub na rzecz płatnika albo odbiorcy. Jednakże, wskutek wejścia w życie w czerwcu 2018 roku nowelizacji tej ustawy, wyłączenie to zmieniło brzmienie i obecnie nie znajduje zastosowania do działalności prowadzonej przez zrzutkę. Oczywiście, w okresie od zmiany przepisów do chwili uzyskania zezwolenia KNF Zrzutka.pl również działała zgodnie z prawem. Przepisy przewidywały bowiem okres przejściowy, w którym podmioty świadczące dotychczas usługi, których dotyczyła powyższa zmiana, – a wcześniej nie podlegające nadzorowi KNF, musiały zwrócić się o wydanie stosownego zezwolenia, a świadczenie przez nie usług płatniczych do chwili uzyskania licencji KNF było zgodne z UUP.

Prywatne uczelnie przeżywają oblężenie. Aż dwucyfrowy przyrost liczby studentów

Akademia Leona Koźmińskiego przyjęła 25% więcej kandydatów na studia niż w roku akademickim 2018/2019. W przypadku Akademii Finansów i Biznesu Vistula wzrost wyniósł ponad 20%, a Akademii WSB – ok. 20%. Czesne nie uległo zmianie na wielu uczelniach, ale np. Sopocka Szkoła Wyższa obniżyła je na większości kierunków. Chętni mogli skorzystać z ofert obejmujących unijne dofinansowanie, co zmniejszało opłatę nawet o kilkadziesiąt procent. Z analizy wynika także, że jeśli szkoły wyższe podnosiły czesne, to zazwyczaj tylko o kilka procent.

Duże zainteresowanie

Za nami inauguracja roku akademickiego 2019/2020. Z tej okazji analitycy serwisu agencyjnego MondayNews postanowili sprawdzić sytuację na uczelniach niepublicznych. Pozyskane dane pozwoliły zobrazować zainteresowanie ofertą studiów w porównaniu z początkiem października ub.r. Pytania dotyczyły również wysokości obecnego i poprzednio pobieranego czesnego.

– Wprowadzenie Konstytucji dla Nauki przez wicepremiera Gowina zmieniło zasady finansowania uczelni publicznych. Wcześniej algorytm dotujący zależał od liczby przyjętych studentów na rok, a teraz jest uzależniony od poziomu nauczania. Przewidywano więc, że większą popularnością niż dotychczas będą cieszyć się propozycje uczelni niepublicznych – komentuje dr Piotr Hańczyc, ekspert w dziedzinie szkolnictwa wyższego z Instytutu Sobieskiego.

Akademia Leona Koźmińskiego ma za sobą rekordową rekrutację. 2800 osób przyjęto na studia dyplomowe (licencjackie i magisterskie), czyli o 25% więcej niż rok temu. Z kolei Uczelnia Łazarskiego również odnotowała zauważalny przyrost liczby studentów. Natomiast studia w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego rozpoczęło blisko 3,5 tysiąca osób. To o 500 więcej niż w roku akademickim 2018/2019.

– W przypadku Akademii Finansów i Biznesu Vistula widzimy wzrost o ponad 20% wobec zeszłego roku, z czego dla studentów z Polski – o 13%. Jesteśmy bardzo umiędzynarodowioną uczelnią. Studiują u nas osoby ze 100 krajów, dlatego prowadzimy też dodatkowe statystyki. Z kolei Szkołę Główną Turystyki i Hotelarstwa Vistula też wybrało więcej osób. Wskaźniki wyniosły ok. 17% dla wszystkich studiujących oraz 11% dla Polaków – informuje Anna Jaglińska-Prawdzik z Grupy Uczelni Vistula.

Jak wskazuje Małgorzata Kluska-Nowicka, wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu, tegoroczna rekrutacja na studia I stopnia wzrosła o ok. 20% w porównaniu z ubiegłoroczną. Z kolei Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie przyjęła ponad 10% chętnych więcej niż rok temu. Największy wzrost, prawie o 40%, wystąpił na studiach anglojęzycznych. Natomiast w przypadku Sopockiej Szkoły Wyższej liczba studentów podskoczyła o ponad 320 osób.

– Na większości kierunków mamy znaczny wzrost w stosunku do poprzedniego roku akademickiego. Całościowo liczba przyjętych studentów zwiększyła się o około 20%. Wynika to z upraktycznienia programów kształcenia. Wpływ na nie ma Rada Ekspertów, którą tworzą m.in. prezesi, dyrektorzy wielu przedsiębiorstw i instytucji, a także samorządowcy – stwierdza dr Marcin Lis, prorektor ds. studenckich i współpracy z otoczeniem z Akademii WSB.

W październiku naukę w Wyższej Szkole Ekonomii i Innowacji w Lublinie rozpoczęło 2550 studentów pierwszego roku. W 2017 roku przybyło 1610 osób, a w roku 2015 – 1569. Społeczna Akademia Nauk jest uczelnią o zasięgu ogólnopolskim, co podkreśla Tomasz Jermalonek, zastępca dyrektora ds. promocji SAN-u. I zaznacza, że w Łodzi przyjęto ponad 20% więcej studentów niż w roku 2018. Wzrosła też liczba chętnych, którzy wybrali Olsztyńską Szkołę Wyższą im. Józefa Rusieckiego.

– Aż 1663 nowych osób otrzymało indeksy naszej uczelni w Warszawie. To o 73 studentów więcej niż w ubiegłym roku. Od kilku lat liczba kandydatów na studia w PJATK utrzymuje się na podobnym poziomie. Odnotowujemy stopniowy wzrost chętnych, dlatego uczelnia buduje nowy gmach. Spodziewamy się zainteresowania kandydatów także w przyszłych latach – informuje Katarzyna Majewska z biura prasowego Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych.

Niemal tyle samo studentów, co rok wcześniej, pozyskała Wyższa Szkoła Zarządzania i Administracji w Opolu. Liczba przyjęć do Wyższej Szkoły Agrobiznesu w Łomży jest podobna do ubiegłorocznej. Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa w Bydgoszczy również odnotowała porównywalną liczbę kandydatów z październikiem ub.r.

Czesne bez zmian

– Widzimy, że wybrane uczelnie niepubliczne zyskały więcej studentów. To pozwala im za pomocą czesnego regulować zapotrzebowanie na dany kierunek w kontekście możliwości kadrowych. Mogą podnieść opłaty, aby zwiększyć prestiż wybranych studiów. To jednak decyzje indywidualne, bo większa liczba studentów oznacza całościowo większe wpływy dla danej uczelni – wyjaśnia dr Piotr Hańczyc.

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie podwyższyła czesne po raz pierwszy od pięciu lat, wzrost wyniósł 7-10%. Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych podniosła płatność na czterech z pięciu kierunków, zmiana nastąpiła o ok. 9% miesięcznie. Na Krakowskiej Akademii i w Wyższej Szkole Ekonomiczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej studenci musieli przygotować się na wydatki większe o 5%. W przypadku Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu, czesne wzrosło o ok. 4% dla nowego naboru. Natomiast Uczelnia Łazarskiego nieznacznie podniosła opłatę w stosunku do ubiegłego roku.

– Utrzymaliśmy czesne na tym samym poziomie, jednocześnie wprowadzając dodatkowe promocje. To np. studiowanie w jednej cenie dwóch kierunków ekonomii i stosunków międzynarodowych. Natomiast wybranie pedagogiki daje możliwość studiowania pracy socjalnej za połowę kwoty. Ponadto wręczane są vouchery na studia podyplomowe czy zniżki rodzinne – zaznacza Izabela Pochowska z Biura Promocji Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej w Bydgoszczy.

Uczelnie Grupy Vistula nie zmieniły wysokości czesnego na żadnym kierunku. Wyższa Szkoła Agrobiznesu w Łomży, Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna w Łodzi, Wyższa Szkoła Hotelarstwa i Gastronomii w Poznaniu oraz Wyższa Szkoła Ekonomii i Innowacji w Lublinie też tak zrobiły. W tej ostatniej uczelni bezpłatnie studiuje ponad 1200 osób. Społeczna Akademia Nauk również nie wprowadziła zmian w czesnym. Uznano, że najważniejszym celem i misją uczelni jest umożliwienie kandydatom podjęcie nauki.

– W Akademii WSB czesne pozostaje na tym samym poziomie. Nawet mamy cały system bonifikat. On jest dopasowany do najlepszych absolwentów i studentów, a także dla tych, którzy są naszymi partnerami, ewentualnie rekomendują naszą uczelnię – wyjaśnia dr Lis.

Z kolei Aleksandra Machaj z Sopockiej Szkoły Wyższej, podkreśla, że czesne na rok akademicki 2019/2020 zostało obniżone na 3/4 kierunków. Uczelnia ma w ofercie edukacyjnej sporo kierunków dofinansowanych ze środków UE, które zmniejszały opłatę o 20, 30 czy nawet 70%. Przykładem jest ekonomia o specjalności finanse i ekonomia biznesu.

– W tym momencie nie można jednoznacznie ocenić działań ws. czesnego. W wielu przypadkach opłata pozostała bez zmian lub tylko nieznacznie się zmieniła. Dziś nie wiemy, czy uczelnie niepubliczne poradzą sobie z większą liczbą studentów. To będzie miało spory wpływ na ich funkcjonowanie, bo jednak publiczne szkoły wyższe są bardziej zabezpieczone finansami z budżetu centralnego. W 2-3 lata po reformie, mając odpowiednie dane statystyczne, będziemy mogli wyciągnąć szersze wnioski – podsumowuje ekspert z Instytutu Sobieskiego.

Kurs funta powinien utrzymać wysokie poziomy

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson zyskał aprobatę parlamentu dla wypracowanego przez siebie porozumienia z UE, jednak posłowie sprzeciwili się ekspresowym pracom nad ustawą wdrażającą brexit, w rezultacie wyjście z UE 31 października staje się niemożliwe. Dojdzie do kolejnego odroczenia, pytanie na jak długo? Mimo tego bezumowny brexit pozostaje nierealną opcją, więc funt powinien utrzymać wysokie poziomy.

Boris Johnson już okazał się skuteczniejszy od swojej poprzedniczki Theresy May, gdyż przynajmniej wygrał (przewagą 30 głosów) w Izbie Gmin głosowanie nad ogólnymi założeniami swojej wersji porozumienia o opuszczeniu UE. Ale posłowie odebrali mu szanse wypełnienia obietnicy o przeprowadzeniu brexitu do października, gdyż sprzeciwili się harmonogramowi ściskającemu prace nad liczącą ponad 100 stron ustawą do niecałych trzech dni. Dziś i jutro Izba Gmin zamierza zająć się debata nad tzw. Queen’s Speech i sprawami wymienionymi w expose premiera, a do brexitu wróci nie wcześniej niż po weekendzie. Biorąc pod uwagę, że ustawę musi jeszcze przeprocesować Izba Lordów, wyjście Wielkiej Brytanii z UE w tym miesiącu stało się niemożliwe.

Decyzją parlamentu Johnson został zmuszony prosić UE o kolejne odroczenie daty brexitu. Dotychczas jako potencjalny termin odroczenia pojawiała się tylko jedna data: 31 stycznia. Ale UE ma wolną rękę w wyznaczeniu innej daty. Przywódcy UE27 mogą uznać, że zbyt ryzykownym jest dawanie za dużo czasu brytyjskim posłom na przemyślenia i warto wykorzystać moment, kiedy porozumienie zyskało aprobatę Izby Gmin. W efekcie może zostać przyznane krótsze, techniczne odroczenie (np. o miesiąc), by dać tylko czas na przegłosowanie ustawy wdrażającej brexit. Jeśli jednak UE zdecyduje o odroczeniu do stycznia, premier Johnson będzie dążył do przedterminowych wyborów. Nie ma tylko pewności, czy cel ten osiągnie, skoro jego partia nie ma większości w parlamencie.

Z perspektywy funta wyparowały szanse na najlepsze rozwiązanie i to widać w jego osłabieniu z ostatnich 24 godzin. Z drugiej strony nie wraca ryzyko bezumownego wyjscia z UE. Pozostaje nam lekko opóźniony brexit (po krótkim odroczeniu), albo brexit 31 stycznia po utrzymaniu się Borisa Johnsona przy władzy, albo nawet zwrot w stronę rezygnacji z brexitu, jeśli przedterminowe wybory wygra opozycja. Funt aktualnie znalazł się w zawieszeniu i cierpi na rozczarowaniu, ale średnioterminowo powinien szykować się na umocnienie. Tego kierunku dla waluty ostatnie wydarzenia nie zmieniły.

Reszta rynku pozostaje pod dyktando nastrojów wokół brexitowej sagi. Wczorajsze wydarzenia spowodowały, że podtrzymywany umiarkowany optymizm uleciał z ryzykownych aktywów, ale też nie ma powodu do głębszego załamania sentymentu. Tryb zawieszenia rozlewa się na waluty, rynek akcji i złoto. Czekamy na świeży impuls – najwcześniej wstępne PMI z Eurolandu w czwartek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska wśród liderów inwestycji Japończyków w regionie CEE

Polska przoduje w gronie krajów Grupy Wyszehradzkiej pod względem liczby japońskich zakładów. Rozwijają się one dynamiczniej niż w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Jednak w porównaniu z nimi wolniej wdrażają rozwiązania automatyzacji przemysłowej 4.0 – tak wynika z badania „Japońskie zakłady produkcyjne w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej”, którego wnioski zawarto w opublikowanej właśnie książce „Japońskie fabryki hybrydowe w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej” (wyd. Poltext).

To pierwsze badanie, które pokazuje, ile jest japońskich firm w Europie Środkowej i jak dużą rolę odgrywają w polskiej gospodarce. Jak wynika z danych zgromadzonych przez autora na podstawie krajowego i japońskiego rejestru przedsiębiorców, w Polsce działają 264 japońskie przedsiębiorstwa. Na drugim miejscu są Czechy – 248, później Węgry – 132, a listę badanych krajów z Europy Środkowej zamyka Słowacja, gdzie funkcjonują 33 firmy z Japonii.

– Polska może się poszczycić dominującą pozycją jako główny odbiorca japońskich inwestycji bezpośrednich i strategiczna baza produkcyjna japońskiej branży motoryzacyjnej. To im w dużej mierze zawdzięczamy strategiczną pozycję Polski w łańcuchach dostaw globalnej branży motoryzacyjnej – podkreśla dr Tomasz Olejniczak z Akademii Leona Koźmińskiego. Przez cztery lata wraz z trzema japońskimi naukowcami (prof. Testuo Abo, prof. Hiroshi Kumon i prof. Masato Itohisa) badał japońskie inwestycje w krajach Grupy Wyszehradzkiej.

Co zachęca Japończyków do inwestowania w Polsce?

Japońskie przedsiębiorstwa w Polsce znajdują się w najlepszej kondycji i mają najciekawsze perspektywy w porównaniu z krajami regionu takimi, jak Czechy, Węgry czy Słowacja. Z perspektywy Polski Japonia nadal jest największym azjatyckim inwestorem, znacznie przekraczającym inwestycje koreańskie czy chińskie.

– Do inwestowania w Polsce Japończyków zachęca z pewnością potencjał rozwojowy naszego kraju, wysokie kompetencje i profesjonalne nastawienie pracowników oraz stabilność polityczna. Odstraszać mogą jednak rosnące koszty pracy i malejące bezrobocie, powolny rozwój infrastruktury transportowej oraz czasem zawiłe lub niejasne przepisy – zaznacza dr Olejniczak.

Motoryzacja przede wszystkim

Mapa japońskich inwestycji zdominowana jest przez te z branży motoryzacyjnej. Na liście są również nieliczne zakłady z branży elektronicznej, jednak większość z nich zniknęła w latach 2010–2015 w wyniku kryzysu finansowego i globalnej restrukturyzacji największych japońskich producentów elektroniki, takich jak Sony, Panasonic, Toshiba czy Sharp.

Co ciekawe, jednym z najstarszych japońskich zakładów produkcyjnych jest właśnie fabryka z branży elektronicznej – założona w 1994 roku gnieźnieńska fabryka baterii Panasonic Energy Poland SA.

Rozwój japońskich inwestycji w Polsce

Pierwsze inwestycje Kraju Kwitnącej Wiśni zaczęły się pojawiać w Polsce już we wczesnych latach 80. Pierwszy boom inwestycyjny miał jednak miejsce dopiero na początku lat 90. Związany był z prywatyzacją i przejmowaniem przez japońskich inwestorów państwowych zakładów przemysłowych, takich jak NSK Kielce, oraz z wejściem na rynek największych japońskich marek i towarzyszącym temu zakładaniem przedstawicielstw handlowych, na przykład Toyota, Sony, JTI, JVC.

Kolejny boom inwestycyjny przypadał na koniec lat 90. i początek XXI w. Związany był z budową w regionie największych zakładów produkcyjnych z branży motoryzacyjnej – Toyota Motors Manufacturing Poland, Bridgestone Poznań, czy Isuzu Motors Polska – oraz wejściem do Polski towarzyszących im poddostawców i partnerów biznesowych.

Największy napływ inwestycji odnotowano jednak w latach 2004-2007, tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej i tuż po nim. Inwestowały wtedy głównie firmy elektroniczne, jak chociażby Sony, Sharp, Toshiba czy Panasonic, dla których region miał się stać nowym centrum produkcji telewizorów LCD oraz paneli słonecznych.

Japońskie fabryki z biegiem czasu wdrażają coraz więcej japońskich metod produkcji i zarządzania, a jednocześnie w coraz większym stopniu są zarządzane przez lokalnych menedżerów. Stąd nazwa „fabryki hybrydowe”, ponieważ łączą lokalne i japońskie metody zarządzania.

– Na przestrzeni ostatnich 30 lat mamy do czynienia z tysiącami menedżerów i pracowników wysłanych na szkolenia do japońskich centrali i zakładów produkcyjnych oraz z dziesiątkami tysięcy pracowników przeszkolonych lokalnie przez japońskich menedżerów i inżynierów. Japońskie przedsiębiorstwa i ich standardy zarządzania wpłynęły też znacząco na cały łańcuch dostaw uwzględniający klientów, partnerów i poddostawców. Do tego dochodzi ciągły transfer technologii. W branży motoryzacyjnej były to początkowo silniki Diesla, a od niedawna napędy hybrydowe oraz elektryczne. Mamy również przykłady transferu w branży IT chociażby w uczelni PJWSTK, a także energetyki w Elektrowni Kozienice – wymienia dr Tomasz Olejniczak.

Badanie sfinansowano ze środków Narodowego Centrum Nauki. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Poltext.

Gdański Uniwersytet Medyczny częścią projektu iDays

28 października na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym rozpoczną się Europejskie Dni Innowacji iDays. Jest to polska odsłona inicjatywy EIT Health realizowanej w 20 krajach Unii Europejskiej, który ma na celu promocję nowoczesnych rozwiązań w obszarze medycyny i ochrony zdrowia przede wszystkim wśród studentów, absolwentów i doktorantów. Najlepsze pomysły, które powstaną w trakcie warsztatów prowadzonych w ramach iDays zostaną zaprezentowane podczas finału w grudniu br. w Paryżu.

iDays odbędą się tej jesieni w 31 instytucjach, głównie w inkubatorach przedsiębiorczości i na wiodących uczelniach wyższych, m.in. Uniwersytecie Oxford. Jest to inicjatywa EIT Health, największego partnerstwa publiczno-prywatnego w obszarze zdrowia i aktywnego starzenia w Europie, które skupia ponad 140 uczelni wyższych, firm i centrów badawczo-rozwojowych.

Podczas jedno- i dwudniowych sesji studenci będą poznają nie tylko aktualne trendy związane z tworzeniem innowacji, ale także, pracując w interdyscyplinarnych zespołach na realnych przykładach, będą mogli przygotować własną propozycję nowych rozwiązań medycznych.

Polska edycja projektu jest organizowana przez współpracujący z EIT Health Gdański Uniwersytet Medyczny pod patronatem honorowym marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka i rektorów gdańskich uczelni wyższych. 28 i 29 października studenci będą mogli zdobyć praktyczną wiedzę z zakresu tworzenia i wdrażania innowacji w obszarze zdrowia i aktywnego starzenia. iDays jest skierowane do studentów, absolwentów i doktorantów różnych kierunków studiów, takich jak nauki społeczne, medyczne, informatyczne, biotechnologiczne, zarządzanie, zainteresowanych tematyką ochrony zdrowia, także w kontekście nowoczesnych rozwiązań technologicznych.

Podczas pracy w multidyscyplinarnych zespołach studenci spróbują stawić czoło wyzwaniom, z jakim zmagają się firmy i organizacje należące do EIT Health w zakresie „Przeniesienia opieki do domu” (“Bringing Care Home”). Będą wykorzystywać swoją wiedzę biznesową oraz pomysły z zakresu zdigitalizowanej opieki medycznej, otrzymają też wsparcie ze strony doświadczonych mentorów. Każdy z zespołów zaprezentuje swoje pomysły przed panelem ekspertów, którzy ocenią i nagrodzą najlepszą koncepcję. Członkowie zwycięskiego zespołu zostaną zaproszeni na Finał iDays, który w tym roku odbędzie się 1 grudnia w Paryżu. Będzie to również szansa do dalszego rozwoju projektu oraz szkolenia z zakresu innowacyjnych metodologii.

Wiecej informacji i rejestracja: https://innovationdays.mug.edu.pl/

„Ideą iDays jest zachęcenie studentów i absolwentów do spróbowania swoich sił w obszarze innowacji w medycynie i ochronie zdrowia. Poprzednie edycje projektu zachęciły już setki studentów z całej Europy do podjęcia działań w tym zakresie – mówi Monika Toth, manager programu Regional Innovation Scheme (RIS) w EIT Health – W tym roku blisko 40 proc. wydarzeń w ramach iDays zostanie zorganizowanych w Europie Środkowowschodniej i Południowej. To właśnie stąd wywodzi się coraz więcej start-upów, które z powodzeniem rozwijają innowacje m.in. medyczne” – dodaje Monika Toth.

EIT Health wspiera rozwój talentów w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowej poprzez m.in. Regionalny Program Innowacji (Regional Innovation Scheme), który umożliwia lokalnym organizacjom i instytucjom promocję wiedzy i umiejętności z zakresu innowacji w obszarze medycyny i opieki zdrowotnej.

ArchiDoc kupiony za 65 mln zł – OASIS Group wchodzi do Polski

OASIS Group, wiodący europejski dostawca rozwiązań z zakresu zarządzania dokumentami i informacją, przejmuje polskiego lidera rynku, ArchiDoc. Wraz z wejściem na polski rynek OASIS rozpoczyna ekspansję na Europę Środkową. Dla polskiej spółki to szansa na międzynarodowy rozwój.

ArchiDoc to jedna z największych polskich firm oferujących usługi biznesowe z obszaru zarządzania dokumentami i obsługi back-office. Zajmuje się przechowywaniem i digitalizacją dokumentów, outsourcingiem procesów biznesowych oraz elektronicznym obiegiem dokumentów. Od 2017 r. ArchiDoc wchodził w skład grupy kapitałowej OEX S.A.

17 października 2019 r. za kwotę 65 mln zł ArchiDoc został przejęty przez OASIS Group (Offsite Archive Storage and Integrated Services), jednego z największych w Europie dostawców rozwiązań na rynku zarządzania dokumentami i informacją. Transakcja pozwala Grupie OASIS zrealizować strategiczny cel ekspansji w tym rejonie Europie Środkowej. W ciągu ostatnich 10 lat holding przejął już 45 podmiotów – transakcja z ArchiDoc to 46. akwizycja i pierwsza w tym rejonie Europy.

-Transakcję traktujemy jako szansę na dalszy rozwój w międzynarodowym środowisku, w obszarze zbieżnym z zakresem działalności ArchiDoc. Od wielu lat próbujemy pozyskiwać klientów dla outsourcingu procesów biznesowych (BPO) z całego świata i wykorzystać skokowy rozwój tego sektora w Polsce. Wierzymy, że nowy, globalny właściciel nam w tym pomoże – wyjawia Konrad Rochalski, Prezes Zarządu ArchiDoc S.A.

W ostatnich latach ArchiDoc umocnił swoją pozycję na rynku i wypracował ponad 20-procentowy wzrost biznesu. Spółka jest w Polsce liderem w obszarze skanowania i digitalizacji dokumentów oraz outsourcingu procesów biznesowych a także drugim co do wielkości podmiotem przechowującym dokumenty papierowe. Do jej klientów należą największe polskie spółki, w tym 9 z 10 największych banków i 8 z 10 największych firm ubezpieczeniowych. Silnie rozwija się również w sektorze medycznym i administracji publicznej.
– OASIS to europejski lider w obszarze przechowywania i digitalizacji dokumentów. Natomiast w dziedzinie outsourcing procesów biznesowych oraz elektronicznego obiegu dokumentów osiągnięcia ArchiDoc są unikatowe dla inwestora i dają możliwość poszerzenia oferty. Zakładamy, że to właśnie ArchiDoc będzie dostarczać holdingowi kompetencji, w których jest najsilniejszy spośród wszystkich spółek grupy OASIS – komentuje Konrad Rochalski.

Przejęcie przez inwestora nie wpłynie na zmianę nazwy, członków zarządu, strategii firmy ani na radykalne zmiany w portfolio produktowym ArchiDoc. Zmodyfikowana zostanie identyfikacja wizualna spółki, by podkreślić jej przynależność do nowej, silnej grupy o ambicjach europejskich. Nowy logotyp ArchiDoc jest inspirowany znakiem OASIS.
Działająca od 1999 r. OASIS Group, z siedzibą w Dublinie, w Irlandii, posiada lokalizacje w całej Unii Europejskiej. Zatrudnia 650 członków zespołu i świadczy usługi dla ponad 8 000 klientów w różnych branżach, w tym w sektorze finansowym, prawnym, opieki zdrowotnej, rządowym i edukacyjnym. W lutym 2019 r. trzeci raz z rzędu OASIS zaliczono do najszybciej rosnących europejskich spółek według rankingu „Inc. 5000 Europe 2019”.

Zdobyć i zatrzymać – uwaga klienta na wagę złota

Jak wygląda idealna oferta marketingowa? Według respondentów biorących udział w badaniu „Komunikacja marki – oczekiwania konsumenta” odpowiedź jest prosta – to przekaz, którego nie da się przeoczyć. Klienci oczekują personalizacji ofert oraz przedstawienia ich w przystępny i jednoznaczny sposób, a jako przestrzeń do skutecznego dialogu wskazują internet. 

Technologie a zakupy

Jak wynika z raportu przygotowanego przez BIOSTAT, pole komunikacji marek  z odbiorcami zapewnia sieć. Mimo, że świat wirtualny rządzi się swoimi prawami, potrzeby konsumentów pozostają niezmienne, a klienci pragną przede wszystkim wygody oraz jasnych przekazów. – Już 59 proc. odbiorców potwierdza, że informacji o marce szuka przez swojego smartfona. Również za jego pomocą odbierane są przez nich oferty promocyjne. Planując działania marketingowe firmy, które chcą osiągnąć sukces, muszą o tym pamiętać i kampanie opierać przede wszystkim na technologiach mobilnych i stałej obecności w sieci – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Aby sprostać wymaganiom klientów, przed marketingowcami i projektantami newsletterów oraz stron internetowych staje wyzwanie. Muszą zadbać o to, aby witryny były responsywne, a kampanie komunikacyjne prowadzone w prosty dla odbiorcy sposób: na czatach, komunikatorach i poprzez SMSy. Ważne jest też ułatwienie interakcji oraz robienia zakupów, które – jak pokazują badania, wciąż opłacane są przez konsumentów głównie na komputerze. Nie oznacza to jednak, że trendy się nie zmieniają. Obecnie sklepy coraz częściej posiadają własne aplikacje, co w przyszłości może sprawić, że trend finalizowania transakcji przed monitorem, ulegnie odwróceniu.

Przepis na komunikację

Kluczem do zwrócenia (i zatrzymania!) uwagi współczesnych klientów jest odpowiednia konstrukcja oferty. Oczywiste? Okazuje się, że niekoniecznie. Podczas, gdy co drugi konsument wskazuje, że atrakcyjny komunikat to ten spersonalizowany, zdefiniowanie tego terminu sprawia firmom nie lada problem. Rynek pokazuje to jasno – nie chodzi o zwrócenie się do klienta po imieniu, a o podkreślenie ekskluzywności oferty. Nic tak skutecznie nie przyciąga konsumenta, jak propozycja skierowana tylko do członków klubu, bądź oparta na wcześniejszych wyborach klienta. Odbiorcom zależy też na promocjach. Co ciekawe, nie liczy się jednak wysokość rabatu – najważniejsze, aby zasady jego otrzymania były jasne i pozbawione tzw. ukrytych haczyków. Marketingowcy nie mogą zapominać też o formie prezentacji treści. Konsumenci poświęcają komunikatom tylko kilka chwil, istotne jest więc, aby ich przekaz był prosty, jasny, czytelny i atrakcyjny wizualnie.

Dotarcie do konsumenta

Poza treścią, w odpowiednio skonstruowanej ofercie, ważny jest wybór odpowiednich kanałów komunikacji, ponieważ od tej decyzji zależy czy i jak szybko oferta dotrze do odbiorcy. Jak wyglądają preferencje klientów? Od wielu lat, niezmiennie rządzi e-mail. W badaniu „Komunikacja marki – oczekiwania konsumenta”[1], wskazało go ponad 64 proc. ankietowanych. Nieco mniej, bo 44,9 proc. respondentów doceniło komunikację poprzez social media, a 43,4 proc. wskazało czat na stronie internetowej sklepu, jako wygodną formę kontaktu. Co ciekawe, prawie połowa konsumentów zadeklarowała także, że dzięki smartfonom, odbiera informacje w mniej niż 5 minut. Niezależnie od kanału, w komunikacji marka – klient, istotne są również szybkie odpowiedzi, kompleksowe rozwiązywanie problemów oraz automatyczne informowanie o statusie zamówienia.

Podczas tworzenia ofert marketingowych najważniejsza jest obserwacja rynku. Zmieniające się trendy w branży oraz preferencje klientów powinny być bazą do konstruowania skutecznych komunikatów. Zindywidualizowane, wartościowe treści przekazane odpowiednim kanałem, pozwolą na zbudowanie grona zaangażowanych konsumentów, a co za tym idzie, na dynamiczny rozwój firmy.

[1] https://www.biostat.com.pl/komunikacja-marki-oczekiwania-konsumenta.php

Duże zmiany w gospodarce odpadami opakowaniowymi. Resort środowiska pracuje nad nowymi zasadami odpowiedzialności producentów

Duże zmiany w gospodarce odpadami opakowaniowymi. Resort środowiska pracuje nad nowymi zasadami odpowiedzialności producentów 4

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej zmieni zasady rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) za opakowania, które wprowadzają na rynek. Do lipca 2020 roku powinny zostać uchwalone krajowe przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE. Jak informuje wiceminister środowiska Sławomir Mazurek – resort prowadzi konsultacje z przedsiębiorcami dotyczące nowych zasad gospodarki odpadami opakowaniowymi i rozważa zachęty m.in. fiskalne dla firm, które będą promować przyjazne dla środowiska, łatwe do recyklingu materiały.

– Gospodarkę odpadami w Polsce czeka zmiana w zakresie rozszerzonej odpowiedzialności producentów. Wynika ona z dyrektywy europejskiej i dotyczy pokrywania kosztów netto zagospodarowania odpadów. To też jest temat, nad którym pracujemy ze wszystkimi interesariuszami. Rozmawiamy z przedsiębiorcami, w jaki sposób wypełnić ten system konkretnymi zobowiązaniami i jak na nowo zdefiniować role poszczególnych uczestników rynku, aby system ten był efektywny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Mazurek, wiceminister środowiska.

W polskim systemie gospodarki odpadami funkcjonuje już mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP), który zakłada, że przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek muszą partycypować w kosztach ich zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. Jednak – jak zgodnie oceniają eksperci – obecny system jest całkowicie nieefektywny.

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku) ustanawia wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, a także nakłada na producentów opakowań obowiązek stosowania się do ROP, której zasady zostały ujednolicone w dyrektywach. Zakładają one m.in., że producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu. Przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE mają zostać uchwalone do lipca 2020 roku i wdrożone najpóźniej do 2023 roku.

– Jesteśmy w trakcie konsultacji z przedsiębiorcami, którzy wprowadzają opakowania na rynek i chcemy, żeby ta rozszerzona odpowiedzialność producenta była wspólnym projektem, który – mimo różnych interesów – wprowadzi najlepsze rozwiązania, satysfakcjonujące po części wszystkich. Oczywiście jest to wyzwanie. Istotne, żeby pieniądze faktycznie pojawiły się w tym systemie. Kolejnym elementem będzie wprowadzenie efektywnego systemu zachęt. Wierzę, że już w przyszłym roku wejdą w życie zapisy, które będą te proekologiczne rozwiązania promować – mówi wiceminister Sławomir Mazurek.

Jak podkreśla, do przedsiębiorców najlepiej przemawia kwestia kosztów. Stąd resort rozważa m.in. zachęty fiskalne dla firm, które będą promować przyjazne dla środowiska, łatwe do recyklingu materiały.

– Aby zwiększyć poziomy recyklingu i gospodarować zasobami bardziej oszczędnie kluczowe jest ustawienie systemu zachęt tak, abyśmy mieli w większej ilości materiały jednorodne, materiały łatwe do recyklingu. Promowaniu takich rozwiązań będzie służyć system bonusów – podkreśla wiceminister Sławomir Mazurek. – Dla wielu firm takie proekologiczne zachowania mogą być elementem budowania przewagi konkurencyjnej. Okazuje się, że mamy w Polsce świetne rozwiązania w zakresie nowych materiałów, często są to patenty, które jeszcze nie weszły w fazę szerszej realizacji. Przykładowo, jest polska firma, która produkuje talerzyki z otrąb w zastępstwie dla talerzyków plastikowych, które zgodnie z unijną dyrektywą będą zakazane.

Wiceminister ocenia, że w najbliższej perspektywie wyzwaniem będzie osiągnięcie wymaganego unijną dyrektywą 50-procentowego poziomu recyklingu do 2020 roku, ale i przestawienie się na gospodarkę obiegu zamkniętego (GOZ, circular economy), która zakłada optymalne wykorzystanie odpadów i surowców naturalnych poprzez traktowanie odpadów jako surowców wtórnych i ponowne ich wykorzystywanie. GOZ obejmuje cały cykl życia produktów, od projektowania, przez produkcję i konsumpcję aż po ich selektywną zbiórkę.

– Przed nami też istotny proces związany z określeniem luki inwestycyjnej, abyśmy mogli pozyskiwać fundusze europejskie na gospodarkę odpadami i rozwijać infrastrukturę, tak aby mieszkańcy mieli lepszy dostęp do nowoczesnych technologii, które teraz są często w fazie pilotażu – mówi wiceminister Sławomir Mazurek.

Farmy wiatrowe na Bałtyku zaczną produkować energię za około 5 lat. To ogromna szansa dla polskiego przemysłu

Farmy wiatrowe na Bałtyku zaczną produkować energię za około 5 lat. To ogromna szansa dla polskiego przemysłu 5

Morska energetyka wiatrowa w Europie szybko się rozwija – farmy wiatrowe ma już 11 państw, a w zeszłym roku moc zainstalowana na morzu zwiększyła się o 2,65 GW. Budowane obecnie turbiny są coraz większe i efektywniejsze. Polska jest wciąż daleko w tyle za krajami takimi jak Wielka Brytania czy Niemcy – polskie farmy wiatrowe na Bałtyku są jeszcze w fazie projektów i według rządowych planów zaczną wytwarzać energię bliżej 2025 roku. Ich produkcja może być jednak ogromną szansą dla polskiego przemysłu, m.in. hutniczego i stoczniowego. 

– Morska energetyka wiatrowa w Polsce to zdecydowanie przyszłość. Europa Zachodnia już od dłuższego czasu ma w tym zakresie bardzo duże osiągnięcia. Łączna moc zainstalowana na morzach europejskich sięga rzędu 20–30 GW. My jesteśmy na samym początku, jeszcze nie mamy nic, ale są już plany rządowe. Myślę, że za około 4–5 lat będziemy mieć pierwszą megawatogodzinę dostarczaną z morza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Czech, prezes zarządu Energomontaż-Północ Gdynia SA.

Morska energetyka wiatrowa to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów OZE w Europie. Morskie farmy wiatrowe ma obecnie 11 europejskich państw. Jak wynika ze statystyk WindEurope, w ubiegłym roku w całej Europie moc elektrowni wiatrowych offshore wzrosła o 2,65 GW. Prym wiedzie Wielka Brytania, która w zeszłym roku zainstalowała na morzu ponad 1,3 tys. nowych wiatraków i łącznie ma w tej chwili ponad 8 GW mocy zainstalowanych, a do 2030 roku planuje już osiągnąć poziom 30 GW. Zaraz za Brytyjczykami plasują się z kolei Niemcy, Dania, Belgia i Holandia.

Polskie farmy wiatrowe na Bałtyku są jeszcze w fazie projektów. Zaczną produkować energię około 2025 roku. Natomiast do 2040 roku planowane jest już oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w Polskiej Wyłącznej Strefie Ekonomicznej na Bałtyku („Polityka energetyczna Polski do 2040 roku”).

– Widzimy, jak dynamicznie rozwija się ten sektor, zamówienia cały czas rosną. W tej chwili realizujemy na przykład zamówienie na platformy zewnętrzne dla firmy Smulders. Zamawia głównie Europa, ale nie tylko, spory rozwój obserwujemy też na Tajwanie, w Stanach Zjednoczonych czy w Singapurze – mówi Andrzej Czech.

Jak podkreśla, pod względem liczby zamówień poprzednie dwa lata na rynku europejskim były dla spółki słabsze. Natomiast teraz widać dynamiczny wzrost w skali kilkunastu procent rok do roku. Zamówienia płyną do spółki głównie z państw, w których sektor offshore jest najbardziej rozwinięty, czyli z Wielkiej Brytanii, Danii, Niemiec, Holandii i Belgii.

– W tej chwili do gry wchodzi także Francja, aczkolwiek jeszcze za dużo tych francuskich zleceń nie ma. Rynek francuski jest zbliżony do hiszpańskiego i to głównie oni go obsługują, ale myślę, że przy dużym rozwoju tamtejszej branży i z tamtych rejonów powinniśmy dostawać zamówienia. Szczęśliwie program morskiej energetyki wiatrowej został wpisany w polski miks energetyczny, co napawa dużym optymizmem. Będzie praca dla całego naszego przemysłu na lata – mówi Andrzej Czech.

Produkcja morskich farm wiatrowych może stać się jednym z motorów polskiej gospodarki. Według szacunków McKinsey & Company budowa 6 GW na Bałtyku stworzy 77 tys. nowych miejsc pracy, wygeneruje ok. 60 mld zł wartości dodanej do PKB i 15 mld zł  wpływów z tytułu podatków CIT i VAT („Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Perspektywy i ocena wpływu na lokalną gospodarkę”). Z rozwoju sektora offshore skorzystają m.in. porty – w tym te mniejsze, jak Ustka czy Władysławowo – w których będą operować statki serwisujące farmy wiatrowe.

Jak wynika z raportu „Przyszłość morskiej energetyki wiatrowej w Polsce 2019” opracowanego przez PSEW, typowa, pojedyncza wieża to 300–400 ton stali, a jej konstrukcja wsporcza to kolejne 750–1200 ton. Do budowy morskich farm o mocy 6 GW potrzebne będzie więc około 1 mln ton stali, co stanowi ogromną szansę dla polskiego przemysłu hutniczego i stoczniowego.

– My, jako polski przemysł, robimy głównie fundamenty oraz wieże i to jest stal S355, czyli dosyć standardowa stal o podwyższonej wytrzymałości. Natomiast patrząc szerzej na cały przemysł związany z wiatrówką, tu mamy wszystkie, w tym trudniejsze i bardziej wytrzymałe gatunki stali jak 420, 460 czy nawet trudniejszą w spawaniu 690, które służą głównie do urządzeń pomocniczych. Technologie mamy oczywiście nasze własne, my potrafimy to robić, jesteśmy przygotowani – podkreśla Andrzej Czech, prezes zarządu Energomontaż-Północ Gdynia SA.

Jak wynika z raportu PSEW, produkcja farm wiatrowych i fundamentów to dwa główne elementy łańcucha dostaw dla morskiej energetyki wiatrowej. Ten łańcuch obejmuje m.in. produkcję elementów samych wiatraków, jak łopaty, systemy kontroli kąta natarcia, generatory, przekładnie, systemy odbioru mocy. Niezbędne są stalowe struktury wież, konstrukcje wsporcze, osprzęt elektryczny.

W tej chwili na polskim rynku jest ok. 140 przedsiębiorstw, które mogą się włączyć w  procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Bałtyku – pokazują szacunki PSEW. Część z nich to wyspecjalizowane podmioty działające w branży offshore od lat, uznane na europejskim rynku i korzystające z autorskich technologii.

– Prowadzimy prace badawczo-rozwojowe, mamy około 600 własnych procedur spawania różnego rodzaju stali – zaznacza Andrzej Czech.

Jak podkreśla, budowane obecnie turbiny są coraz większe i w efekcie coraz efektywniejsze. PSEW zwraca uwagę na to, że obecnie najwyższa moc turbiny na morzu to 9,5 MW, ale konstrukcje będące w fazie planowania mają osiągać moc nawet 12 MW. Większa efektywność turbin pociąga za sobą spadek kosztów na budowę farm wiatrowych, dzięki czemu są coraz tańsze i coraz bardziej konkurencyjne.

– Wielkość jest chyba takim podstawowym trendem, cały czas idziemy w  górę. Pamiętam jeszcze energetykę morską na turbinach o mocy 3 MW, w tej chwili na bieżąco instalowane jest 6,5–7 MW, a do produkcji wchodzą już turbiny 9,5 MW. Testowane są z kolei modele przemysłowe 12 MW. To wszystko rośnie, jest robione z coraz większych arkuszy, z coraz grubszych blach – mówi Andrzej Czech.

Warszawski Szpital przy Banacha działa planowo. Zabiegi nie są odwoływane, liczba pracowników wzrosła

Warszawski Szpital przy Banacha działa planowo. Zabiegi nie są odwoływane, liczba pracowników wzrosła 6

Według medialnych doniesień z powodu braku środków i personelu oraz problemów finansowych największy w Polsce Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha był zmuszony wstrzymać pracę dziewięciu sal operacyjnych i przekładać planowane zabiegi. Placówka odpowiada jednak, że od początku tego roku zrealizowała 107 proc. ryczałtu NFZ, wszystkie zabiegi odbywają się planowo, a informacje o odpływie kadr są nieprawdziwe – od stycznia w szpitalu przybyło 3 lekarzy i 70 rezydentów, a liczba anestezjologów pozostała bez zmian. 

– Ministerstwo Zdrowia ze względu na wagę szpitala przy ul. Banacha dla całego systemu ochrony zdrowia na bieżąco monitoruje sytuację. Liczba hospitalizacji w tym szpitalu utrzymuje się na stałym poziomie, nie ma tutaj żadnego ograniczenia dostępu do świadczeń dla pacjentów. To, co jest najważniejsze w systemie ochrony zdrowia, czyli zabezpieczenie dobra pacjenta, jest jak najbardziej realizowane – podkreśla Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.

Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha jest zarządzany przez Warszawski Uniwersytet Medyczny. Stołeczna placówka to jedna z największych i najbardziej wyspecjalizowanych w kraju. W szpitalu działa 18 klinik i 20 poradni specjalistycznych. W ubiegłym roku na Banacha hospitalizowano blisko 35 tys. pacjentów z całej Polski (według prognoz – w bieżącym ich liczba ma już przekroczyć 36 tys.). Placówka, który dysponuje liczącym 23 sale blokiem operacyjnym, rocznie wykonuje też ok. 11 tys. operacji i zatrudnia ok. 600 lekarzy.

Według medialnych doniesień z powodu braku personelu – głównie anestezjologów, pielęgniarek i instrumentariuszek – oraz braku środków i problemów finansowych szpital był zmuszony wstrzymać pracę dziewięciu sal operacyjnych i przekładać w czasie planowane zabiegi. Jeden z głównych problemów ma stanowić ryczałt, czyli kwota, jaką NFZ przeznacza na funkcjonowanie placówki. Na podstawie kwoty ryczałtu szpital prognozuje, jaką liczbę operacji może przeprowadzić bez dopłacania do nich i dalszego zadłużania się. Jeśli przekroczy kwotę ryczałtową, nie otrzyma zwrotu z NFZ.

W oficjalnym komunikacie placówka poinformowała jednak, że „zabiegi wymagające trybu pilnego, ostrego, w stanach zagrożenia życia zawsze były, są i będą wykonywane bez względu na wysokość ryczałtu”. Natomiast planowane zabiegi są wykonywane według kolejki oczekujących, ale nie jest to sytuacja wyjątkowa dla tego szpitala, ale normalna zarówno w polskim, jak i w innych systemach opieki zdrowotnej.

– Liczba hospitalizacji w szpitalu na Banacha utrzymuje się na tym samym poziomie, co w zeszłym roku. Patrząc z perspektywy zabezpieczenia potrzeb zdrowotnych Polaków – w szczególności mieszkańców Mazowsza i Warszawy – nie odnotowaliśmy w tym zakresie jakichkolwiek problemów – podkreśla wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak poinformowała placówka, dziewięć sal operacyjnych nie jest wykorzystywanych na stałe, ponieważ na pozostałych szpital i tak wykonuje więcej ryczałtu, niż płaci mu Narodowy Fundusz Zdrowia. Od początku roku do września CSK Banacha wykonał 107 proc. ryczałtu przyznanego przez NFZ.

– Ministerstwo Zdrowia jest w kontakcie ze szpitalem, natomiast celem resortu nie jest liczenie, ile w danym momencie działa sal operacyjnych. Mamy doprowadzić do tego, aby wszystkie zabiegi zgłoszone przez podmiot, za które zapłaci Narodowy Fundusz Zdrowia, były realizowane. Tutaj organizacja leży w gestii dyrektora szpitala. Warszawski Uniwersytet Medyczny jest bardzo dużym podmiotem, dlatego jego sytuacja przekłada się na cały system. Natomiast nie stosujemy w tym przypadku żadnych specjalnych zasad i dbamy o to, żeby odbywały się wszystkie zabiegi, które muszą być zrealizowane – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak podkreśla, pacjenci szukający informacji o możliwym, najbliższym terminie wykonania danego zabiegu mogą dzwonić na bezpłatną infolinię Narodowego Funduszu Zdrowia pod numer 800 190 590. Tam mogą uzyskać informację gdzie dany zabieg zostanie zrealizowany najszybciej.

Jak podały władze Centralnego szpitala Klinicznego przy ul. Banacha, nieprawdziwe są także medialne doniesienia o „dramatycznym odpływie pracowników”, lekarzy i rezydentów z placówki. Według oficjalnych statystyk, od stycznia do września tego roku w szpitalu przybyło trzech lekarzy i 70 rezydentów (których jest obecnie 245), liczba anestezjologów pozostała bez zmian. Placówka ma tylko o jedną pielęgniarkę mniej (łącznie pracuje ich blisko 1 tys.).

– W internecie każdy może dzisiaj znaleźć wpisy organizacji związkowych, które funkcjonują w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i wskazują, że trwa tam obecnie dzika konsolidacja szpitali uniwersyteckich. Oczywiście wiemy, że to jest trudny proces i każda restrukturyzacja wymaga porozumienia z partnerami społecznymi. Natomiast chciałbym zachęcić władze WUM do tego, aby ten dialog podjęły naprawdę na pełną skalę i doprowadziły do tego, aby niepokoje pracownicze nie obniżały atrakcyjności WUM jako potencjalnego pracodawcy – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak podkreśla, także resort zdrowia podejmuje działania, które mają zwiększyć atrakcyjność zawodów medycznych i zwiększyć liczbę kadr.

– Wprowadziliśmy program zwiększania liczby miejsc na studiach medycznych o 50 proc., uatrakcyjniliśmy także wynagrodzenia, co pozwoliło na powstrzymanie exodusu kadrowego, który trwał za rządów naszych poprzedników. Dzięki temu mamy dzisiaj w Polsce o 10 tys. lekarzy i 17 tys. pielęgniarek więcej niż na początku kadencji. To początek, bo efekty będą widoczne nie tylko dziś, lecz także w latach kolejnych – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Zadłużenie szpitali i niedobór środków finansowych to problem nie tylko dla CSK Banacha. Dotyczy ok. 500 placówek, których łączne zobowiązania przekraczają 13 mld zł. Według danych przytaczanych przez Okręgową Izbę Lekarską w Warszawie, „uzdrowienie” polskiego systemu ochrony zdrowia wymaga łącznie ok. 30 mld zł zastrzyku finansowego na przeprowadzenie zmian organizacyjnych czy spłatę długów.

Rodzice nie kontrolują czasu spędzanego przez dzieci w internecie. Tylko co piąty ogranicza dostęp do niebezpiecznych treści

Rodzice nie kontrolują czasu spędzanego przez dzieci w internecie. Tylko co piąty ogranicza dostęp do niebezpiecznych treści 7

Ponad 82 proc. dzieci i nastolatków codziennie łączy się z siecią. Internet to zarówno pozytywne aspekty, związane z rozwijaniem kompetencji cyfrowych czy nowoczesną edukacją, jak i zagrożenia, jak hejt, patostreaming czy treści pornograficzne. Bezpieczeństwo dzieci i młodzieży w internecie to wyzwanie, które wymaga aktywnego zaangażowania rodziców i opiekunów. Tymczasem – jak pokazują badania NASK – wielu nie kontroluje czasu spędzanego przez dziecko w internecie ani oglądanych przez nie treści, a tylko co piąty rodzic korzysta z filtra, który ogranicza dostęp do niebezpiecznego kontentu.

Internet jest dzisiaj przestrzenią do wielu niebezpieczeństw i patologii, a rodzice czy opiekunowie wyobrażają sobie, że skoro dziecko siedzi obok w pokoju, to nie jest na nie narażone i są spokojni. Niestety, to nie zawsze jest prawdą – mówi agencji Newseria Biznes Wanda Buk, wiceminister cyfryzacji..

Dzieci i młodzież korzystają z internetu coraz wcześniej i coraz intensywniej – według badania EU Kids Online 2018 82,5 proc. w wieku od 9 do 17 lat łączy się z siecią codziennie. Ma to pozytywne aspekty, związane z kształtowaniem kompetencji cyfrowych, wyrównywaniem szans, rozwojem czy nowoczesną edukacją, ale dostęp do sieci niesie ze sobą także szereg zagrożeń, jak wszechobecny hejt albo patotreści czy seksting. Z danych Dyżurnet.pl wynika, że w ubiegłym roku odnotowano w Polsce blisko 2 tys. przypadków treści pornograficznych z udziałem dzieci.

Z naszych badań wynika, że dzieci, nawet te 10- czy 13-letnie, potrafią spędzać w sieci powyżej 3 godzin dziennie, to jest bardzo dużo. Bardzo ważne jest też to, co dzieci robią w internecie, czy jest to scrollowanie stron albo siedzenie na społecznościówkach, które są na pewno istotne pod kątem społeczno-socjalnym dziecka, ale nie mogą przeważać, czy dziecko czegoś się uczy, np. programowania, coś poznaje, np. godzinami czyta w sieci o podróżach do Tajlandii – mówi Anna Rywczyńska, kierownik Zespołu Projektów Społecznych NASK.

Jak pokazuje raport „Rodzice 3.0” autorstwa NASK, rodzice i opiekunowie często nawet nie doszacowują czasu, który ich podopieczni spędzają w internecie i nie kontrolują oglądanych przez nie treści. Tylko co piąty (21,2 proc.) zadeklarował, że w domu jest zainstalowany filtr rodzicielski lub inna technologia, która ogranicza dostęp do niebezpiecznego kontentu.

Największym zagrożeniem jest to, że dzieci często zostają w tym internetowym świecie same i trafiają na negatywne zjawiska. Zatapiają się w tym świecie i alienują od rzeczywistości. To jest największe zagrożenie – pozostawienie dziecka samego z patostreamami, niekontrolowaną edukacją seksualną, atakami personalnymi na siebie nawzajem. Najgorsze jest to, że nie towarzyszymy dzieciom w tym świecie, pokazując im, co jest dobre, a co jest złe – mówi Bartłomiej Klinger, zastępca dyrektora ds. projektów administracyjno-edukacyjnych w NASK.

Jak wynika z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, 42 proc. polskich uczniów nie miało w szkole zajęć dotyczących bezpieczeństwa w sieci. Dlatego eksperci podkreślają, że tym bardziej potrzebne jest aktywne zaangażowanie rodziców, żeby je zapewnić.

– Zadajemy sobie pytanie: „jak nie zgubić dziecka w sieci?”. Najprostszą odpowiedzią jest: „być z nim”. Tyle że, aby towarzyszyć mu świadomie, sami musimy umieć poruszać się w sieci i rozumieć zagrożenia. Kiedy będziemy umieli to zrobić, będziemy mogli również przekazać tę wiedzę dzieciom – podkreśla Wanda Buk.

Próba odcięcia dzieci od internetu czy smartfona prawie na pewno skończy się agresją i też nie będzie dla nich dobra, bo wykluczy je ze społeczności i trafią w obszar innych niebezpieczeństw, być może bardziej realnych i dotkliwych psychicznie. Nie mamy wyjścia – musimy jako dorośli żyć z dziećmi w tym świecie cyfrowym, towarzyszyć im tak, jak towarzyszymy im w świecie rzeczywistym, odprowadzamy do szkoły, martwimy się ważnymi zdarzeniami –dodaje Bartłomiej Klinger.

O tym, jak zadbać o bezpieczeństwo dzieci w internecie i co zrobić, aby przebywanie w sieci przynosiło korzyści, rozmawiali uczestnicy konferencji organizowanej przez Państwowy Instytut Badawczy NASK oraz Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. W wydarzeniu, które odbyło się w Warszawie po raz 13., uczestniczyli prelegenci z Polski i z zagranicy. Patronat nad wydarzeniem objęło Ministerstwo Cyfryzacji.

W Polsce na alergiczny nieżyt nosa choruje już ok 9 mln. osób, z czego 25 proc. to dzieci i młodzież. Nieleczony najczęściej prowadzi do rozwoju astmy

W Polsce na alergiczny nieżyt nosa choruje już ok 9 mln. osób, z czego 25 proc. to dzieci i młodzież. Nieleczony najczęściej prowadzi do rozwoju astmy 8

Choroby alergiczne są często określane mianem epidemii XXI wieku. Cierpią na nie zarówno dzieci, jak i dorośli. Nieleczona alergia może prowadzić bowiem do poważnych powikłań i rozwoju kolejnych schorzeń m.in. astmy oskrzelowej. Dlatego bardzo ważne jest jej wczesne rozpoznanie i rozpoczęcie terapii. Jedyną metodą, która polega na zwalczaniu przyczyny, a nie objawów choroby, jest immunoterapia alergenowa, popularnie nazywana odczulaniem. Ze względu na brak refundacji w Polsce pacjenci nie mają jak na razie dostępu do immunoterapii podjęzykowej, podawanej w formie tabletki (liofilizatu). Jej zaletą jest to, że można stosować ją samodzielnie w domu, bez potrzeby ciągłych wizyt u lekarza.

– Podstawowe grupy alergenów, które wywołują alergiczny nieżyt nosa, to pyłki drzew, pyłki traw i roztocza kurzu domowego oraz zarodniki grzybów pleśniowych. Te cztery grupy alergenów najbardziej dokuczają pacjentom z alergią i wywołują u nich alergiczny nieżyt nosa – mówi dr Piotr Dąbrowiecki, alergolog z Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii Wojskowego Instytutu Medycznego, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP.

Z ogólnopolskiego badania ECAP wynika, że objawy alergii wykazuje ok. 40 proc. Polaków. Taki odsetek ma dodatnie testy na powszechnie występujące alergeny. Około 9 mln Polaków cierpi na katar alergiczny, natomiast 5,5 mln ma już objawy astmy. Szacuje się, że w całej Europie na różne postacie alergii cierpi ok. 150 mln ludzi, w tym co trzecie dziecko.

Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że choroby alergiczne zajmują dziś trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Żadna z pozostałych chorób cywilizacyjnych nie notuje takiego tempa przyrostu – według Europejskiej Agencji Alergologii i Immunologii Klinicznej (EAACI) w perspektywie kolejnych 10 lat około 50 proc. Europejczyków będzie dotkniętych chorobami alergicznymi. Z kolei Polskie Towarzystwo Alergologiczne podaje, że co kilkanaście lat następuje podwojenie liczby chorych. Wzrost zachorowań na alergie wiąże się bowiem z rozwojem cywilizacyjnym i zanieczyszczeniem powietrza.

– Jeżeli mieszkamy w zanieczyszczonej atmosferze, oddychamy przez nos zanieczyszczonym powietrzem – w nosie dochodzi do rozwoju przewlekłego stanu zapalnego. Na taką zmienioną błonę śluzową nosa trafiają pyłki – mówi dr Piotr Dąbrowiecki – Badania pokazują, że osoby mieszkające w zanieczyszczonej atmosferze dwu-trzykrotnie częściej rozwijają objawy alergii. Nawet jeżeli nie mają rodziców ani dziadków alergików. Za to, że mamy do czynienia z epidemią alergii w XXI wieku, jako specjaliści winimy również zanieczyszczone powietrze.

Objawami alergii są m.in. świąd, łzawienie i pieczenie oczu, zaczerwienienie spojówek, katar, niedrożność nosa, kichanie, duszność, kaszel, świszczący oddech, pokrzywka, wyprysk, obrzęk jamy ustnej i gardła. Takie długotrwałe symptomy mogą być dla pacjentów bardzo uciążliwe i utrudnić codzienne funkcjonowanie.

– Trudno jest w ogóle powstrzymać to, co się z nosa wydostaje. Kiedy poprawia się pogoda np. w kwietniu, robi się ciepło i pyli brzoza – wtedy ci, którzy są na nią uczuleni, nagle w ciągu dwóch dni stają się bardzo chorzy. Stąd też bardzo wielu pacjentów przychodzi wiosną mówiąc: „katastrofa” – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.

Najpopularniejszą metodą rozpoznania alergii są testy skórne lub śródskórne oraz badanie krwi, w którym określa się wysokości stężenia IgE. Rozpoznanie i wczesne leczenie alergii jest bardzo ważne, bo – wbrew pozorom – nie jest to tylko dokuczliwa i stosunkowo niegroźna choroba. Nieleczona alergia może prowadzić do poważnych powikłań i rozwoju kolejnych schorzeń alergicznych, w tym m.in. astmy czy w konsekwencji nawet POChP.

 To nie przechodzi bez echa, nieleczony alergiczny nieżyt nosa może wywołać astmę oskrzelową. Na początku to jest zatkany nos i dyskretne objawy, ale później one z reguły kończą się astmą oskrzelową, która towarzyszy pacjentowi już do końca życia – podkreśla dr Piotr Dąbrowiecki.

– Badania przeprowadzane w grupach młodzieży cierpiącej na alergiczny nieżyt nosa pokazywały, że w ok. 30 do 50 proc. przypadków dochodzi do rozwoju astmy. Natomiast badania epidemiologiczne u dzieci, które sprawdzały pewne predyspozycje, jak nadreaktywność oskrzeli, wykazywały, że w około 20–30 proc. przypadków dzieci, które chorują na alergiczny nieżyt nosa, w przyszłości mogą rozwinąć astmę – dodaje prof. Marek Kulus, kierownik Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Jak podkreśla, jedynym obecnie leczeniem przyczynowym – nie objawowym – alergii jest odczulanie, czyli tzw. immunoterapia swoista. Polega ona na podawaniu alergenów, na które organizm ma uzyskać tolerancję.

– Immunoterapia może odwrócić ten niekorzystny proces alergizacji, do którego już doszło w organizmie i nie dopuścić do dalszego postępu choroby alergicznej, a więc przekształcania się np. alergicznego nieżytu nosa w astmę. Może spowodować wyleczenie z choroby alergicznej. Wszystkie inne postaci terapii chorób alergicznych niestety mają znamiona leczenia objawowego. Zarówno bardzo skuteczne glikokortykosteroidy wziewne czy donosowe znakomicie kontrolują objawy, ale nie wyleczą pacjenta z choroby. Natomiast immunoterapia swoista może zahamować tan proces i odwrócić predyspozycje do nabywania innych postaci alergii – mówi prof. Marek Kulus.

Odczulanie u dzieci można rozpocząć już po ukończeniu 5 roku życia. To stosowana od dość dawna i sprawdzona forma leczenia alergii, której skuteczność sięga 80–90 proc. Immunoterapia nie tylko poprawia jakość życia pacjentów, lecz także zapobiega rozwojowi astmy oskrzelowej i ciężkich postaci innych chorób alergicznych.

– Immunoterapia alergenowa powinna być rozpoczęta jak najwcześniej, bo w momencie, kiedy trwa już proces zapalny w nosie, w gardle czy w układzie oddechowym, pojawiają się pewnego rodzaju powikłania. One najpierw są dyskretne: przerastają małżowiny w nosie, pojawiają się polipy. Wczesne leczenie alergicznego nieżytu nosa czy astmy przynosi konkretne benefity dla zdrowia. Gdybyśmy mogli zastosować immunoterapię u wszystkich pacjentów po ukończeniu 5 roku życia to byłby strzał w dziesiątkę – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.

Leczenie podawane jest w różnych formach, iniekcyjnie i podjęzykowo, w kroplach lub tabletkach (liofilizat). Efektywność obu tych form terapii jest niemal taka sama. Zaletą immunoterapii podjęzykowej jest to, że można stosować ją samodzielnie w domu, bez potrzeby ciągłych wizyt u lekarza. Wystarczy jedna wizyta u alergologa raz na trzy miesiące.

– Immunoterapia z pewnością poprawia jakość życia pacjentów, skuteczność tej metody sięga około 80–90 proc. – podkreśla prof. Marek Kulus – Immunoterapia alergenowa zwykle kojarzy się z bolesnymi zastrzykami, wykonywanymi regularnie, ale w tej chwili mamy dostępne również inne formy immunoterapii, czyli terapię podjęzykową w postaci kropli bądź tabletek. Ta forma jest niezwykle korzystna dla pacjentów, którzy obawiają się iniekcji. Dzieci są tą grupą specjalnie predysponowaną i taka terapia wydaje się specjalnie jakby zaprojektowana dla nich.

Ze względu na brak refundacji polscy pacjenci nie mają jak na razie dostępu do immunoterapii podjęzykowej podawanej w formie tabletek. Lekarze podkreślają, że jej szersza dostępność mogłaby skłonić większą liczbę pacjentów do poddania się takiemu leczeniu.

– Im więcej form immunoterapii na rynku, tym lepiej, tym więcej pacjentów, którzy skorzystają z takiej metody leczenia i dzięki temu być może będziemy mieć mniej astmatyków – mówi dr Piotr Dąbrowiecki, alergolog z Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii WIM.

 

Materiał powstał w ramach kampanii. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią – wybierz zdrowie

Urządzenia ratujące życie mieszczą się w kieszeni. Mobilne USG już wkrótce nie tylko zobrazują, lecz także rozpoznają choroby i przewidzą zagrożenia

Urządzenia ratujące życie mieszczą się w kieszeni. Mobilne USG już wkrótce nie tylko zobrazują, lecz także rozpoznają choroby i przewidzą zagrożenia 9

Przenośne urządzenia zmieniają obrazowanie diagnostyczne. Mobilny skaner mierzy aktywność mózgu podczas codziennych czynności, rękawiczki MRI dostarczają obrazy ruchome stawów i ścięgien, zaś bezprzewodowy ultrasonograf zapewnia lekarzom możliwość błyskawicznej diagnostyki i optymalizuje pracę kliniczną. Wojsko wykorzystuje już kieszonkowe urządzenia USG w terenie do oceny obrażeń. Już wkrótce urządzenie obrazujące będzie samo stawiało diagnozę.

– Przyszłość obrazowania medycznego jest bardzo świetlana, w szczególności we współpracy ze sztuczną inteligencją. Powstaną też kieszonkowe urządzenia obrazujące, już dzisiaj mamy kieszonkowe ultrasonografy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Borucki, kierownik zespołu sztucznej inteligencji i analizy obrazowej w diagnostyce medycznej na Uniwersytecie Warszawskim.

Obrazowanie medyczne pomaga lekarzom w wykrywaniu i diagnozowaniu wielu chorób, od raka i zapalenia wyrostka robaczkowego po udar i choroby serca. Przemysł USG zmienia sztuczna inteligencja, która znacznie szybciej wykrywa poważne schorzenia, priorytetowo traktuje też pacjentów wymagających pilnej opieki, zalecając skierowanie ich na leczenie. Automatyczna segregacja chorych ułatwia życie lekarzom.

Nowe technologie rzeczywistości rozszerzonej umożliwiają z kolei lekarzom zrobienie wycinków zdjęć MRI i stworzenie obrazu 3D, któremu można się dokładnie przyjrzeć za pomocą okularów 3D, zestawu VR, a nawet wydrukować na drukarce 3D. Przenośne urządzenia do obrazowania diagnostycznego są jednym z ważniejszych trendów na rynku. Zintegrowane ze smartfonami pozwalają szybko sprawdzić stan zdrowia.

– Dostępne są głowice, które można podpiąć do telefonu komórkowego i obrazować ciało ultrasonograficznie, a metody sztucznej inteligencji pomagają interpretować ten bardzo trudny obraz specjalistom, którzy niekoniecznie są przeszkoleni, niekoniecznie są radiologami – przekonuje Bartosz Borucki.

Na rynku jest dostępny przenośny skaner mózgu MEG. Opracowany przez naukowców z University College London, mierzy aktywność mózgu podczas codziennych czynności. Ostrzega też przed możliwymi atakami padaczki. Wprowadzone przez New York University School of Medicine rękawiczki MRI dostarczają z kolei stałe obrazy ruchomych stawów i ścięgien. Pozyskane w ten sposób zdjęcia pomagają nie tylko przy operacjach, lecz także w projektowaniu dokładniejszych protez.

Zdalne monitorowanie zdrowia umożliwiają już inteligentne zegarki wyposażone w mobilne mierniki EKG. Apple Watch dla przykładu wykrywa nieregularne rytmy serca, a diabetycy mogą monitorować poziom cukru za pomocą cyfrowych monitorów glukozy. Butterfly IQ to z kolei pierwszy na świecie ultradźwiękowy system do badania całego ciała, można go też podłączyć do smartfona czy tabletu.

Tymczasem wojsko wykorzystuje już przenośne ultrasonografy w terenie do oceny obrażeń żołnierzy. Lekarze mogą ich używać do identyfikowania obrażeń wewnętrznych, np. gdy ranny żołnierz nie jest w stanie zidentyfikować źródła bólu. Także w szpitalach coraz więcej lekarzy korzysta z kieszonkowych aparatów ultrasonograficznych jako skutecznego sposobu identyfikowania problemów zdrowotnych.

– Wszystko idzie w takim kierunku, że urządzenie obrazujące będzie jednocześnie urządzeniem stawiającym automatyczną diagnozę. Będziemy skanować całe ciało i z bardzo wysokim poziomem szczegółowości mogli wcześnie rozpoznawać różnego rodzaju choroby. Powoli idziemy w stronę nie tyle diagnostyki chorób, ile bardziej prewencji, więc wczesnej interpretacji problemów, które mogą doprowadzić do choroby – podkreśla Bartosz Borucki.

Przemysł 4.0 zrewolucjonizuje gospodarkę, zwłaszcza w segmencie automotive. Brak wdrożenia innowacyjnych linii technologicznych może skutkować wypadnięciem z rynku

Przemysł 4.0 zrewolucjonizuje gospodarkę, zwłaszcza w segmencie automotive. Brak wdrożenia innowacyjnych linii technologicznych może skutkować wypadnięciem z rynku 10

Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie dysponuje największym w Polsce i jednym z największych w Europie laboratoriów Przemysłu 4.0. Jego budowa i późniejsze rozbudowy mają być finansowane przez przedsiębiorców, którzy liczą na pozyskanie wykwalifikowanych pracowników inteligentnych fabryk. Tych wciąż w Polsce i Europie jest zbyt mało, a ich powstawanie jest konieczne do tego, by móc się liczyć w walce o przychody, zwłaszcza w branżach takich jak automotive.

– Akademia Górniczo-Hutnicza nawiązała współpracę z kilkunastoma liderami rynku automotive, producentami nie tylko automatyki przemysłowej, lecz także producentami finalnymi samochodów. W wyniku tej współpracy powstało laboratorium przemysłu 4.0. Na takim standardzie przemysłu musi się oprzeć branża automotive – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Krzysztof Lalik z Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

AGH w Krakowie dysponuje od niedawna linią technologiczną w standardzie Industry 4.0 o wartości miliona złotych, zbudowaną przez Teamtechnik. Jest to największe tego typu laboratorium w Polsce i jedno z trzech największych w Europie. Linia jest elastyczna, dzięki czemu co kilka lat będzie ją można modernizować i dostosowywać do aktualnych standardów obowiązujących w przemyśle. Mają o to zadbać partnerzy projektu, czyli przedsiębiorstwa, którym zależy na solidnym wykształceniu swoich przyszłych kadr.

– Przemysł 4.0 to szeroko pojęta robotyzacja, bardzo nowoczesne, inteligentne napędy, czujniki oraz systemy wizyjne, ale również inne technologie, których cechą charakterystyczną jest to, że te systemy są inteligentne. One doskonale wiedzą, w którym momencie produkcji danego elementu znajduje się linia technologiczna i jak mają zareagować, kogo wezwać i kiedy skończą się jej zasoby. Synergia tych rozwiązań powoduje, że możemy produkować efektywniej, taniej i bardziej elastycznie – przekonuje Krzysztof Lalik.

Dzięki wprowadzaniu takich rozwiązań czas mijający od momentu zaprojektowania do wytworzenia produktu skraca się z kilku lat do zaledwie kilku miesięcy. Pomimo że przemysł na wprowadzaniu takich innowacji bardzo dużo zyskuje, to inteligentne linie produkcyjne wdrażają nieliczni. Z badań przeprowadzonych przez Fujitsu wynika, że większość producentów znajduje się dopiero w początkowej fazie transformacji cyfrowej. Z praktycznych informacji dostarczanych przez technologie Industry 4.0 korzysta w procesie podejmowania biznesowych decyzji zaledwie 28 proc. badanych. 37 proc. projektów inteligentnych fabryk jest obecnie na etapie projektowania. 36 proc. firm dobrnęło do uruchomienia ich w ramach programów pilotażowych, a zaledwie 19 proc. wdrożyło je na stałe. Jedną z barier są koszty inwestycji.

– Koszty trzeba ponieść na samym początku. Inwestycje te mimo wszystko jeszcze nie są na tyle powszechne, żeby były tanie. W związku z tym koszty inwestycyjne są dosyć spore, natomiast okres amortyzacji, okres zwracania się takiej inwestycji jest ultrakrótki w porównaniu do klasycznych technologii. Tymczasem kto nie zaimplementuje standardu Industry 4.0, zostanie w tyle. A ci, którzy zostaną w tyle, bardzo szybko wypadną z rynku – ostrzega naukowiec z AGH.

Z badania Fujitsu wynika, że pozytywne wyniki w okresie do 3 lat od wdrożenia notuje 97 proc. przedsiębiorstw inwestujących w rozwiązania z zakresu Przemysłu 4.0. Raport badawczy IndustryARC wskazuje z kolei, że szacunkowa wartość światowego rynku Industry 4.0 sięgała w 2018 roku 75 mld dol. Do 2025 roku rynek ten ma rosnąć w tempie nawet 20 proc. średniorocznie.

Jak prawidłowo wypełnić obowiązek SENT i uniknąć kary, gdzie szukać wyjątków?

Od wdrożenia przepisów dotyczących monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów upłynęły ponad dwa lata. W tym czasie ustawa doczekała się kilku nowelizacji. Najważniejsze zmiany, między innymi dotyczące geolokalizacji, zostały wprowadzone 15 czerwca 2018 roku. Okazuje się, że do najczęstszych przewinień przewoźników należy naruszenie obowiązku zgłoszenia lub podanie danych niezgodnych ze stanem faktycznym. W takich przypadkach grzywna dla przedsiębiorcy może sięgać nawet 10 tysięcy złotych. Warto wiedzieć więcej i sprawdzić, jak wypełnić obowiązek SENT i uniknąć kary oraz gdzie szukać wyjątków.

Dobrą informacją dla przewoźnika jest to, że nowelizacja ustawy uprościła msetodę klasyfikacji towarów. Od 14 czerwca 2018 r. można dokonywać zbiorczych zgłoszeń oraz stosować wyłącznie Nomenklaturę Scaloną (CN) – opracowaną przez Komisję Europejską, która jest wykazem towarów zawartym w Rozporządzeniu wykonawczym Komisji (UE) 2018/1602 z dnia 11 października 2018 r. zmieniającym załącznik I do rozporządzenia Rady (EWG) nr 2658/87 w sprawie nomenklatury taryfowej i statystycznej oraz w sprawie Wspólnej Taryfy Celnej[1]. Z ustawy usunięto zupełnie klasyfikację towarów według Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług (PKWiU), dzięki czemu zniknęły wątpliwości dotyczące niewłaściwego przyporządkowania ładunku.

System SENT

Jeśli przewoźnik ma zamiar zrealizować przewóz towarów wrażliwych, oprócz prawidłowego zgłoszenia lub jego uzupełnienia w systemie SENT, w trakcie całej trasy przewozu musi zapewnić przekazywanie aktualnych danych geolokalizacyjnych środka transportu, mając oczywiście na uwadze, że ustawa ma zastosowanie na terytorium Polski. Powinien w tym celu skorzystać z mobilnej aplikacji, udostępnionej firmom transportowym przez Ministerstwo Finansów lub z Zewnętrznego Systemu Lokalizacji.

Warto zwrócić uwagę na niezawodność przyjętego rozwiązania. O ile korzystanie z aplikacji wydaje się najmniej dotkliwe finansowo, o tyle jest to metoda najbardziej zawodna, o czym przekonali się już niektórzy użytkujący ją przewoźnicy. Do zdarzeń podnoszących ryzyko zaliczyć należy problemy z ciągłym zasilaniem telefonu, brak pewności co do nieustannej i prawidłowej pracy aplikacji, ograniczony wpływ na właściwe zachowanie kierowcy oraz nadzór nad działaniem aplikacji. Każda nieprawidłowość prowadząca do przerwy w rejestrowaniu trasy skutkować będzie nałożeniem kary w wysokości 10 000 zł. Żaden telefon nie zagwarantuje, że w dowolnym momencie aplikacja nie przestanie działać. Niestety argumenty związane z technicznym funkcjonowaniem aplikacji oraz telefonu, na którym została użyta, nie stanowią podstawy do zmniejszenia lub anulowania kary. W konsekwencji rozwiązania polegające na zastosowaniu bardziej zaawansowanych systemów telematycznych, spełniających wymogi Zewnętrznego Systemu Lokalizacji, na przykład takich jak GBOX, gwarantują bezpieczeństwomówi Arkadiusz Góra, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) w zakresie ITD i PIP.

Towary zza granicy

Szczególnie zagrożone są przypadki tranzytu, wywozu lub wwozu towarów wrażliwych do Polski. Wynika to z faktu, że swoim zasięgiem ustawa obejmuje Polskę. Należy zatem założyć, że zagraniczni kontrahenci nie posiadają wiedzy o obowiązku monitorowania towarów i nie będą dokonywać zgłoszeń w polskim systemie.

W takich sytuacjach niezwykle istotna jest czujność przewoźnika i weryfikacja, czy towar, który ma być podjęty i przewożony z przekroczeniem granicy Polski, podlega zgłoszeniu. W tym celu należy sprawdzić rodzaj ładunku, następnie odnieść się do ustawy z dnia 9 marca 2017 r. o systemie monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów, a konkretnie do art. 3, który wskazuje towary wrażliwe. Jeżeli ładunek nie został wymieniony w tym artykule, koniecznie należy sprawdzić, czy znalazł się w rozporządzeniu, o którym mowa w art. 3 ust. 11 ustawy. Obecnie obowiązującym jest Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 20 lipca 2018 r. w sprawie towarów, których przewóz jest objęty systemem monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów, a wykaz towarów, jakie system uwzględnia, zawarto w paragrafie 1. W art. 3 w ustępach 4- 7 ustawy i w § 2 rozporządzenia wskazano wyjątki, czyli rodzaje przewozów lub towary, do których nie stosuje się przepisów o systemie monitorowania – radzi ekspert OCRK.

Aby być pewnym, że informacje o przepisach są zawsze aktualne, zaleca się korzystanie z oficjalnych publikacji Dziennika Ustaw, przede wszystkim z ISAP – Internetowego Systemu Aktów Prawnych, gdzie można znaleźć nie tylko ustawę, ale również jej kolejne zmiany oraz tekst ujednolicony. Dodatkowo umożliwia on szybkie znalezienie aktów wykonawczych do ustawy, czyli rozporządzeń.

Zgłoszenie towaru krok po kroku

Decydując się na przyjęcie zlecenia przewozowego trzeba się upewnić, czy nadawca dokonał zgłoszenia w systemie SENT. Jeśli jest on spoza granic Polski, najprawdopodobniej nie orientuje się w procedurze zgłoszenia i działania musi podjąć przewoźnik. Przede wszystkim należy sprawdzić, jaki towar lub grupy towarów będą przewożone oraz w jakich ilościach. Następnie trzeba zweryfikować, pod jakim kodem towar widnieje w Nomenklaturze Scalonej. Kolejnym krokiem, po ustaleniu numeru CN, będzie weryfikacja, czy został on objęty systemem monitorowania. W tym celu sprawdzeniu podlega przytoczony wcześniej art. 3 ustawy oraz § 1 rozporządzenia.

W przypadku stwierdzenia, że towar jest objęty systemem nadzoru, konieczne jest zgłoszenie przewozu w SENT, wygenerowanie i przekazanie kierowcy numeru referencyjnego oraz upewnienie się co do prawidłowego działania geolokalizacji. Jeśli przedsiębiorca nie jest pewny co do sposobu zgłaszania przewozów istnieje możliwość skorzystania z systemu w środowisku testowym. Warto również zapoznać się z awaryjną procedurą zgłoszenia, gdyby platforma nie działała lub funkcjonowała nieprawidłowo. W tym celu należy skorzystać z informacji dostępnych w serwisie PUESCwyjaśnia Arkadiusz Góra.

Weryfikacja towaru podlegającego monitorowaniu nie jest trudna. Przewoźnicy powinni jednak informować także kierowców, że za naruszenie obowiązków związanych z monitorowaniem towarów odpowiedzialność ponosi nie tylko przewoźnik, ale również kierujący pojazdem, dlatego jemu również powinno zależeć na prawidłowej realizacji zadania przewozowego.

[1] Informacje na temat nomenklatury oraz wykaz można znaleźć pod adresem: https://stat.gov.pl/sprawozdawczosc/intrastat/nomenklatura-scalona

Banki bronią się przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej

Polskie banki bronią się przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i wyrokami sądów powszechnych, które unieważniają umowy we frankach. Stosują narrację, w której to one są podstawą działania polskiej gospodarki – ona zaś miałaby upaść, gdy banki poniosą straty związane z wyrokami na korzyść kredytobiorców. Narracja ta jest oszukańcza i błędna z dwóch powodów. Po pierwsze banki, które udzielały kredytów we frankach, wcale nie są podstawą polskiej gospodarki. Przyglądając się poszczególnym bankom z dużymi portfelami kredytowymi we frankach widzimy, że nie mają one zbyt dużo zdrowych aktyw. Po drugie zaś koszty procesów rozłożą się na parę lat – nie powinny więc być dużym obciążeniem. Najważniejszy jednak jest język, którym posługują się banki. Mówią one o „stratach” – a w rzeczywistości mamy do czynienia z brakiem przyszłych, nieuczciwych zysków.

– W banku BPH zostały tylko i wyłącznie toksyczne kredyty i roszczenia z tytułów sprzedaży nieuczciwych produktów. Ten bank nie finansuje już przecież gospodarki, podobnie jak Deutsche Bank Polska i Raiffeisen. Nie rozmawiamy więc o stratach, które dotknęłyby polską gospodarkę – lecz o braku przyszłych zysków. Banki nie dostaną pieniędzy, które chciały zarobić na sprzedaży dodatkowych ubezpieczeń, zawyżonych odsetkach i nieuczciwych przewalutowaniach – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna. – Dodatkowo warto przyjrzeć się zmianom na rynku bankowym w ostatnich pięciu latach. Łączenia i reorganizacje banków były bowiem ucieczką przed frankowiczami. Banki dążyły do tego, by toksyczne kredyty pozostały w „spółkach wydmuszkach”. To stwarza niebezpieczeństwo, że kredytobiorcy nie będą mogli otrzymać odszkodowań zasądzonych w wygranych rozprawach. Dlatego tak ważne jest rozwiązanie sprawy przed spłatą wszystkich rat i policzenie już opłaconych kwot na poczet kapitału – radzi Garlacz.

Tak sklepy bronią się przed kradzieżami

  • 2,64 mld złotych* rocznie branża handlowa w Polsce wydaje na zabezpieczenia przeciwkradzieżowe.
  • Jest w co inwestować, bo z tegorocznego raportu firmy Crime&Tech wynika, że roczne straty polskich sklepów spowodowane kradzieżami to aż 4,84* mld złotych.
  • Na polskim rynku jest dostępna coraz bardziej nowatorska i skuteczna technologia wspierająca sieci handlowe w zmaganiach z nieuczciwymi klientami.

Sklepy wielkopowierzchniowe w Polsce mają dostęp do specjalistycznych rozwiązań. Dysponują też możliwościami korzystania z nowoczesnych technologii zabezpieczających swój asortyment przed kradzieżami. Coraz częściej takie rozwiązania stosują, wydając na nie ponad 2,6 mld złotych rocznie*. Z pewnością ma to uzasadnienie ekonomiczne, a takie inwestycje się zwracają. Bez nich koszty związane z kradzieżami byłyby prawdopodobnie znacznie wyższe. Już teraz są ogromne: jak podaje raport Crime&Tech, roczne koszty ponoszone przez sieci handlowe w wyniku kradzieży wynoszą aż 4,84 mld złotych. Jednym z powodów jest fakt, że w polskim systemie prawnym kradzież towaru o wartości do 525 zł jest kwalifikowana jednie jako wykroczenie, a kara jest mało dotkliwa.

– Zaawansowane systemy zabezpieczające duże sklepy przed kradzieżami są już dostępne w Polsce „od ręki”. Od kilku lat montujemy i doglądamy systemów, które jeszcze niedawno można było zobaczyć co najwyżej w filmach szpiegowskich. Kradzieże są oczywiście jednym z najważniejszych powodów inwestowania sieci handlowych w nowoczesne technologie zabezpieczające. Innym czynnikiem, który popycha zarządzających sieciami handlowymi do inwestowania w takie wyposażenie sklepów jest chęć zapewniania komfortu kupującym. W miarę wzrostu ich zadowolenia zwiększa się popularność konkretnego obiektu polecanego sobie przez klientów, a w ślad za tym rośnie odwiedzalność i sukces biznesowy sklepu – mówi Leszek Woźniak, kierownik sprzedaży strategicznej w SPIE Building Solutions.

Od wykrywaczy rozszywaczy po videoparagon

Ochrona, kamery czy bramki antykradzieżowe to norma, w wielu sieciach handlowych działają jednak zdecydowanie bardziej zaawansowane systemy.

Przykładem jest system ApparelGuard – system detekcji użycia rozszywaczy w pomieszczeniach przymierzalni sklepowych. To rozwiązanie uszczelniające ochronę obiektu handlowego i zmniejszające skalę kradzieży. Przymierzalnie to z oczywistych względów wrażliwy punkt na mapie sklepowych kradzieży. Nie można tam instalować kamer, są to także miejsca niedostępne dla ochrony. Zautomatyzowany system detekcji użycia rozszywaczy, znacznie ogranicza skalę kradzieży.

Inne rozwiązanie to system CUBE – innowacyjny system kontroli dostępu. Jest instalowany w sieciach handlowych i obiektach wielkopowierzchniowych. System w czasie rzeczywistym kontroluje obszary strategiczne dla działalności obiektu i sieci handlowej. Internetowa platforma i rozbudowane funkcje pozwalają na utworzenie hierarchizacji użytkowników, jak również na dostęp do danych np. o tym, kto i kiedy otworzył obiekt czy system alarmowy został zazbrojony/rozbrojony i przez kogo. Kontrola jest możliwa z dowolnego miejsca – wystarczy mieć dostęp do internetu. Takie funkcje mają znaczenie w przypadku prób kradzieży dokonywanych przez pracowników obiektu handlowego, a także dostawców czy np. serwisów sprzątających. Często to w sumie kilkaset osób, więc ryzyko zatrudnienia nieuczciwych jednostek istnieje.

Wideoparagon to system do rejestracji transakcji kasowych. To inteligentne połączenie danych z paragonu z zapisem obrazu z monitoringu wizyjnego. To narzędzie dla managerów sklepów, dające możliwość weryfikacji każdej transakcji kasowej pod kątem jej poprawności. System pozwala na szybkie odszukanie konkretnej transakcji i porównanie jej z przypisanym filmem wideo. Pozwala zweryfikować czy to, co jest na paragonie w rzeczywistości zostało sprzedane lub czy transakcja „STORNO” została wykonana poprawnie, czyli czy oprócz zwrotu gotówki dla klienta, zakończyła się także zwrotem towaru na stan sklepu. Takie narzędzie zabezpiecza inny potencjalny obszar nadużyć i pozwala na ograniczenie strat finansowych.

System RFID – sieci handlowe coraz częściej projektują wejścia tak, by zachęcały potencjalnych klientów – stosują politykę „otwartych drzwi i przestrzeni”. W takim podejściu nie mieszczą się bramki antykradzieżowe, co stwarza dodatkowe wyzwania dla ochrony przed nieuczciwymi klientami. W takich sytuacjach stosuje się więc rozwiązania „niewidoczne” i nieograniczające przestrzeni wejścia, a jednocześnie zapewniające ochronę antykradzieżową – jak system RFID. Rozwiązanie to oparte jest o anteny sufitowe i detekcję tagów (metki, klipsy) RFID, które są przytwierdzane do produktów sklepowych.

Zastosowanie systemu RFID pozwala także na szybkie inwentaryzacje, automatyczne uzupełnianie stoków magazynowych, informacje o dostępności produktu na półkach, usprawnienie procesu sprzedaży i przyspieszenia czasu obsługi klienta przy kasie, a także wiele innych funkcjonalności dopasowanych do indywidualnych potrzeb danej sieci handlowej.

– Oczywiście większe straty notują obiekty, które nie są wyposażane w takie nowatorskie zabezpieczenia lub są one niewłaściwie obsługiwane. Zamontowanie zabezpieczenia to połowa sukcesu, musi ono być regularnie sprawdzane i serwisowane, aby spełniało swoją funkcje i było niezawodne nie dając równocześnie odczuć dyskomfortu uczciwym kupującym – mówi Leszek Woźniak ze SPIE Building Solutions.

* Crime&tech – Universita Cattolica del Sacro Cuore – Transcrime