Tańsza ropa? Tak, ale jeszcze nie teraz

Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets
Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets

Wojny celne Trumpa, a przede wszystkim obawy o przyszłość światowej gospodarki, są źródłem presji podażowej na rynku ropy. Po gwałtownych wzrostach spowodowanych atakami na rafinerie w Arabii Saudyjskiej ceny ponownie spadają.

Dodatkowym czynnikiem wspierającym ten proces, może być spadające wydobycie surowca z amerykańskich łupków.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy maksymalna cena ropy brent wynosiła 69,48 USD za baryłkę, a minimalna 56,11 USD. Niestabilność wywołana atakiem dronów na rafinerię w Arabii Saudyjskiej wkrótce osłabnie, a jakie wówczas będą ceny?

W ostatnich latach ceny ropy naftowej coraz bardziej zależne były od podaży w USA, a ta napędzana była rosnącym wydobyciem z łupków.

– W tym roku ilość wiertni spadła o 14 proc. Ważne jest to, co stoi za bankructwem spółek zajmujących się wydobyciem z łupków: to obawy o przyszłość światowej gospodarki, a więc o popyt na ropę naftową – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Mniejsze spółki zajmujące się wydobyciem z łupków węglowych stają się nierentowne, ponieważ ta technologia wydobycia jest dużo droższa niż tradycyjna.

Sytuacja wydaje się niestabilna także ze względu na wojny handlowe i niepewność co do kolejnych decyzji krajów OPEC. Jakich cen należy się w tej złożonej sytuacji spodziewać?

– Obowiązujący przez większość trzeciego kwartału bieżącego roku przedział, 50-60 dolarów na ropie WTI i 55-65 dolarów na ropie brent, ponownie wydaje się być niezagrożony. Spadek z górnego ograniczenia też jest naturalną koleją rzeczy i odbiciem od poziomów oporu – wyjaśnia ekspert.

W dłuższej perspektywie nadzieją kierowców może być brak konsekwencji wśród krajów OPEC. Ceny mogłyby spaść, gdyby niektórzy członkowie tego naftowego kartelu wycofali się z niego i przestali ograniczać produkcję. Dopiero zejście poniżej poziomu 55 dolarów za baryłkę mogłoby uruchomić dalsze zniżki cen.

„Głos przedsiębiorcy” – dialog rządu i biznesu

Podejmowane na przestrzeni ostatnich lat działania rządu i parlamentu wypracowały wiele nowych rozwiązań, dedykowanych przedsiębiorcom. Konstytucja dla biznesu wprowadziła pakiet ułatwień dla właścicieli przedsiębiorstw przy zakładaniu, prowadzeniu i zamykaniu firm. Powołała stanowisko bezstronnego Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, który stoi na straży ich praw. Premier Morawiecki wprowadził także pakiet ponad stu zmian w przepisach, ułatwiających przedsiębiorcom działalność. Te działania rządu i parlamentu pozwoliły zaspokoić potrzebę zmiany najważniejszych przepisów. Jednak współpraca między przedsiębiorcami a władzami nie może się na tym zakończyć. Do dalszego dialogu zachęca Rzecznik MSP i Federacja Przedsiębiorców Polskich – promując narzędzie „Głos Przedsiębiorcy”.

Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm
Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm

– Bardzo ważne jest, byśmy odpowiadali w dalszym ciągu na głos przedsiębiorców. Wciąż istnieje spory obszar, w którym można odjąć trochę przepisów, bez szkody dla statystyki i zarządzania instytucjami – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm. – Biurokracja narasta, a liczba przepisów jest rzeczywiście duża. To stwarza przestrzeń do drugiego etapu dialogu między przedsiębiorcami a władzą. Ważne jest, aby przedsiębiorcy komunikowali, co powinno być natychmiast skorygowane, zmienione, lub wręcz wykreślone z przepisów prawa. Porozumienie i zaangażowanie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców w ten proces jest niezwykle istotne – a my z poziomu parlamentu i rządu będziemy ten dialog podtrzymywać i zamieniać na konkretne rozwiązania – deklaruje Murdzek.

Pomimo wielu bodźców, notowania złota pozostają stabilne

Michał Stajniak, ekspert XTB
Michał Stajniak, ekspert XTB

Inwestorzy nie wpadli w panikę. Cena złota pozostaje stabilna pomimo skomplikowanej sytuacji geopolitycznej. Złoto powinno jednak drożeć.

Analizując ceny złota warto zwrócić uwagę na to co w tej sytuacji dzieje się na parze euro/USD. Strefa euro jest importerem ropy naftowej, kiedy cena ropy skacze mamy teoretycznie gorszy bilans handlowy, a to powoduje, że inwestorzy odwracają się od europejskiej waluty.

– Umacnianie się dolara powoduje, że nie ma presji wzrostowej na cenie złota – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

Rynek uwzględnił też obniżkę stóp procentowych przez Fed. Cena złota znajduje się w okolicach 1 500 USD za uncję.

Jednak właśnie ze względu na politykę banków centralnych długoterminowo złoto powinno drożeć.

Kara za brak OC wyniesie aż 8000 zł?

Niedawno dowiedzieliśmy się, jaka będzie wysokość płacy minimalnej w 2020 r. Takie najniższe wynagrodzenie „etatowców” w relacji do bieżącego roku ma wzrosnąć o 350 zł i osiągnąć poziom 2600 zł brutto. Warto zdawać sobie sprawę, że wspomniana podwyżka będzie miała bezpośredni wpływ nie tylko na sytuację przedsiębiorstw i budżety domowe najniżej wynagradzanych pracowników. Wzrost płacy minimalnej oznacza również automatyczne podwyższenie kar za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC kierowców. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl jako jedni z pierwszych postanowili obliczyć, o ile stawki karne dla nieubezpieczonych kierowców zmienią się na początku 2020 r. W kontekście kar za brak OC, na uwagę zasługują również przedwyborcze obietnice dotyczące szybkiego wzrostu płacy minimalnej do 3000 zł brutto oraz 4000 zł brutto. 

Podstawowa stawka karna niebawem przekroczy 5000 zł

Warto wiedzieć, że podniesienie stawek karnych za brak OC nie wymaga dodatkowej decyzji rządu. Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych wprowadziła bowiem automatyczny system podwyższania kar dla nieubezpieczonych kierowców w zależności od wzrostu płacy minimalnej. Zgodnie z przepisami wspomnianej ustawy, bazowa kara za przerwę w ochronie (wynoszącą ponad 14 dni), stanowi w każdym roku:

  • dwukrotność najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy samochodów osobowych)
  • trzykrotność najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy samochodów ciężarowych, autobusów i ciągników samochodowych)
  • jedną trzecią najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy innych pojazdów – np. motocykli i motorowerów)

Załączona tabela przedstawia stawki kar za brak OC, które będą obowiązywały w 2020 r. Zestawienie przygotowane przez Ubea.pl uwzględnia różne typy pojazdów mechanicznych i swoiste rabaty za przerwę w ubezpieczeniu nieprzekraczającą 14 dni. „Takie spodziewane stawki karne można wyliczać już teraz pamiętając, że Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny zaokrągla wyniki swoich kalkulacji do pełnych dziesiątek złotych. Ma to znaczenie np. w przypadku kary dla posiadacza motocykla związanej z przerwą w ochronie nieprzekraczająca 3 dni” – wyjaśnia Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Informacje z załączonego zestawienia wskazują, że najczęściej karani posiadacze samochodów osobowych w 2020 r. będą musieli zapłacić już 5200 zł (o 700 zł więcej) za przerwę obowiązkowej ochrony wynoszącą powyżej 14 dni. „Pokaźna będzie też kara dla właściciela auta w przypadku nieposiadania OC przez 4 dni – 14 dni. Mówimy o kwocie 2600 zł, która wzrośnie o 350 zł w porównaniu z bieżącym rokiem. Nawet bardzo krótka przerwa ubezpieczeniowa wynosząca do 3 dni włącznie, niebawem będzie oznaczała konieczność zapłacenia aż 1040 zł przez właściciela samochodu osobowego” – wylicza Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Szybkie wzrosty kar w kolejnych latach są przesądzone …

W kontekście wzrostów stawek karnych za brak OC, nie sposób pominąć tematu związanego z przedwyborczymi obietnicami. Część kierowców mogła nie skojarzyć zapowiedzi zwiększenia „najniższej krajowej” do 3000 zł brutto (w 2021 r.) oraz 4000 zł brutto (w 2024 r.) z podwyżkami kar za brak OC. „Jeżeli tak duże wzrosty minimalnego wynagrodzenia staną się faktem, a mechanizm obliczania stawek karnych nie ulegnie zmianie, to brak polisy OC przez okres przekraczający 14 dni, w 2024 r. będzie kosztował kierowcę samochodu osobowego aż 8000 zł. Trzeba pamiętać, że niezależnie od obietnic wyborczych poziom płacy minimalnej prawdopodobnie szybko wzrośnie w najbliższych latach (ze względu na wyższą inflację i niedobór pracowników)” – zwraca uwagę Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Warto dodać, że szybki wzrost kar za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC dla kierowców, wcale nie jest czymś nowym w polskich warunkach. Przez ostatnie lata stawka karna dotycząca posiadaczy samochodów osobowych i przerwy w ochronie przekraczającej 14 dni rosła następująco:

  • 2012 rok – 3000 zł
  • 2013 rok – 3200 zł
  • 2014 rok – 3360 zł
  • 2015 rok – 3500 zł
  • 2016 rok – 3700 zł
  • 2017 rok – 4000 zł
  • 2018 rok – 4200 zł
  • 2019 rok – 4500 zł

Pomimo corocznych wzrostów stawek karnych i coraz większej skuteczności tzw. wirtualnego policjanta, czyli systemu stosowanego przez Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, skala problemu dotyczącego nieubezpieczonych kierowców wcale nie maleje. Właśnie dlatego przyszły rząd powinien zadać sobie pytanie, czy obecny model karania za brak OC jest właściwy” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ministerstwo Finansów uruchomi Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych

Ministerstwo Finansów uruchomi Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Będzie to rejestr danych dotyczących osób fizycznych, traktowanych jako beneficjenci w polskich spółkach prawa handlowego.

Kim jest beneficjent rzeczywisty?

– Będzie to osoba fizyczna, która pośrednio lub bezpośrednio sprawuje kontrolę praktyczną nad spółką, w szczególności będą to osoby, które posiadają co najmniej 25 proc. udziałów w spółce – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Mieszkiełło, radca prawny, Lider Praktyki Doradztwa Korporacyjnego, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Obowiązek ten dotyczyć będzie spółek polskiego prawa handlowego, poza spółkami partnerskimi oraz spółkami akcyjnymi, które są notowane na rynkach regulowanych, a więc są spółkami publicznymi.

Jakie dane zawarte będą w rejestrze? Imię, nazwisko, PESEL i kraj zamieszkania osoby uznawanej za beneficjenta rzeczywistego.

Obowiązek zgłoszenia danych do rejestru powstanie od 13 października 2019 r. Spółki, które już dzisiaj są wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego będą miały 6 miesięcy (do 13 marca 2020 r.) na zgłoszenie danych do rejestru.

Spółki, które zostaną wpisane do KRS dopiero po uruchomieniu rejestru będą miały 7 dniowy termin na zgłoszenie tych danych do centralnego rejestru beneficjentów.

Jednocześnie dla wszystkich będzie obowiązywał 7-dniowy termin na aktualizację danych.

– Wprowadzenie Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych będzie miało znaczenie dla przedsiębiorców, dla których aspekt anonimowości w biznesie jest ważny, w związku z tym muszą zwrócić uwagę, że zostało im zaledwie kilka miesięcy na przeanalizowanie ryzyk związanych z ujawnieniem ich danych osobistych – wyjaśnia M.Mieszkiełło z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Przeterminowane długi – prosta droga do ogłoszenia upadłości

W pierwszych sześciu miesiącach 2019 r. upadłość ogłosiło ponad 280 firm. Dlaczego? Powodów jest wiele: funkcjonowanie w „trudnej” branży, skupienie się na nieodpowiedniej grupie klientów, małe doświadczenie w prowadzeniu biznesu, a także…długi. Większość firm zmuszonych do takiego radykalnego kroku była już od dłuższego czasu w złej sytuacji finansowej . Świadczy o tym fakt, że co drugie przedsiębiorstwo, które zniknęło
z rynku, widniało wcześniej w rejestrze dłużników KRD. Dlaczego pozwoliły do rozwoju „czarnego scenariusza” i co z tym wszystkim ma wspólnego zjawisko zatorów płatniczych?

Długi pierwszą przyczyną upadłości firm

Ponad połowa firm, które ogłosiły upadłość, już wcześniej sygnalizowała kłopoty finansowe. Ich pierwsze problemy z płynnością finansową pojawiły się na rok przed ogłoszeniem bankructwa. Według rejestru KRD, w tamtym czasie blisko 80 przedsiębiorstw zalegało z płatnościami dla prawie 140 wierzycieli. Po dwunastu miesiącach na liście KRD było już aż 147 zadłużonych firm. Wzrosła również liczba wierzycieli czekających na zapłatę (17,2 mln zł!), do 317. Do tej grupy należą przede wszystkim instytucje finansowe (np. banki czy firmy leasingowe), które czekają na zwrot 6,4 mln zł oraz gminy i sądy (1,3 mln zł), ale na liście znajdują się również firmy budowlane i produkcyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe, operatorzy telefonii komórkowych.

– Powyższe dane doskonale obrazują tendencję, którą obserwujemy od kilku lat. Z miesiąca na miesiąc przybywa firm, które tracą stabilność finansową i popadają w zadłużenie. Niestety, duża grupa tych przedsiębiorstw zmierza do swojego końca, czyli ogłoszenia upadłości. Analizując zestawienia KRD, daje się również zauważyć drugą niepokojącą tendencję. Przybywa zadłużonych firm, ale zdecydowanie szybciej rośnie liczba ich wierzycieli. Można z tego faktu wyciągnąć, chociażby wniosek, że niestety wielu przedsiębiorców, którzy zaczęli dostrzegać problem z wypłacalnością, postanowiło mu zaradzić, zaciągając kolejne kredyty i pożyczki, by spłacić po kolei wierzycieli lub zyskać środki na bieżącą działalność. Jeżeli to nie pomaga i kondycja prowadzonych przez nich przedsiębiorstw się nie poprawia, długi tylko się powiększają. Inną prawdopodobną sytuacją jest to, że firma, która zaczyna tracić płynność finansową, musi podjąć decyzję, które faktury są dla niej priorytetem, bo w pewnym momencie zaczyna bowiem brakować środków na zapłatę wszystkich rachunków. Takim sposobem lista podmiotów, którym jest winna pieniądze, wydłuża się. Z naszego doświadczenia wynika, że firma, które staje się dłużnikiem, rzadko ma do czynienia tylko z jednym wierzycielem – komentuje Piotr Szymański, ekspert Intrum.

Zadłużone firmy są same sobie winne?

Naturalne w tym kontekście wydaje się pytanie o to, dlaczego zadłużone firmy znalazły się w złej sytuacji finansowej? Czy mogły uniknąć swoich problemów i wpisania na listę dłużników? Dlaczego nie postanowiły rozwiązać swoich problemów, gdy tylko pierwsze oznaki pojawiły się na horyzoncie? Jaka zaznacza Piotr Szymański, zdecydowanie rzadziej w podobnych przypadkach stawia się pytanie, dlaczego wierzyciele postanowili tak długo czekać na swoje pieniądze i dopuścili do opóźnionych płatności, a warto się nad tym zastanowić.

– Zdarza się, że przedsiębiorcy w naszym kraju wykazują źle pojętą cierpliwość, jeżeli chodzi o zapłatę za dostarczone przez siebie usługi i produkty. Tolerują niepłacących na czas klientów i kontrahentów zbyt długo. W efekcie już 6 na 10 firm w naszym kraju ma problem z opóźnionymi płatnościami . Gdyby na wcześniejszym etapie domagały się należnych im pieniędzy, problemy finansowe dłużników byłyby znacznie mniejsze. Niestety, szczególnie w tych „trudniejszych” branżach panuje przekonanie, że „jeżeli nie muszę, to nie płacę”. Przyjęło się uważać, że mało która firma płaci na czas i nie stanowi to żadnego problemu. Dlatego niektórzy przedsiębiorcy postanawiają opłacać swoje rachunki dopiero wtedy, gdy wierzyciel się upomni, mimo że mają środki na zapłatę. Nie wszyscy dłużnicy widniejący w spisie mają problemy finansowe i trafili do niego z powodu niewypłacalności – zaznacza Piotr Szymański, Intrum.

Spirala zadłużenia powodowana przez zatory płatnicze

To tylko jedna strona medalu. Jak pokazuje raport Intrum – choć od kilku lat mamy do czynienia ze spadkiem liczby przeterminowanych płatności w całkowitych przychodach rodzimych biznesów, to jednak zatory płatnicze są znaczącym problemem polskiej gospodarki. Napędzają spiralę zadłużenia. Mechanizm jest prosty: firma X, która dobrze prosperuje, w pewnym momencie zaczyna mieć problem z niepłacącymi czas kontrahentami i klientami. Jeżeli jest to duże przedsiębiorstwo o stabilnej pozycji na rynku, kilka nieopłaconych faktur nie stanowi dla niego problemu. Gdy taka sytuacja powtarza się wielokrotnie, trwa przez dłuższy okres, albo po prostu chodzi o mikrobiznes, opóźnione płatności zaczynają odbijać się negatywnie na kondycji danej firmy. Zaczyna jej brakować pieniędzy nie tylko na rozwój i realizację planów, ale nawet na bieżącą działalność. Przestaje regularnie płacić rachunki, także swoim podwykonawcom. Zadłużone przedsiębiorstwo przekazuje „problem” kolejnym firmom.

– To z pewnością scenariusz znany wielu firmom, które ogłosiły upadłość. Pokazuje, że nie do końca mogą odpowiadać za swoje problemy finansowe. Ale to, co mogły zrobić wcześniej i co jest wskazane dla każdego przedsiębiorstwa, to wdrożenie kilku zasad „bezpieczeństwa”, które pomagają ograniczyć prawdopodobieństwo wystąpienia kłopotów. Można mieć wpływ na to, z kim robi się interesy, podejmuje długoterminową współpracę. Przedsiębiorcy powinni zawsze sprawdzać swoich partnerów biznesowych przed podpisaniem umowy – podpowiada Piotr Szymański, Intrum. Warto sprawdzić, czy dana firma działa legalnie, i czy przypadkiem nie znajduje się na liście dłużników, co mogłoby wskazywać, że zalega z płatnościami dla poprzednich kontrahentów, a także pracowników. Jeżeli tak jest, jest to ważny znak ostrzegawczy. W przypadku klientów, warto wymagać przedpłaty i na bieżąco monitorować kwestię uiszczania przez nich faktur. – Jeżeli mimo stosowania tych podstawowych środków ostrożności, problem zatorów płatniczych się pojawi, warto nie czekać i postawić na windykację. Wielu przedsiębiorców, których spotyka ten problem zbyt, długo zwleka ze skorzystaniem z zewnętrznej pomocy w odzyskaniu należnych im pieniędzy, a to błąd, bo przez to sami zaczynają być dłużnikami
i narażają swoje firmy na upadłość – dodaje Piotr Szymański.

Kluczowe decyzje w trakcie trwania PPK jakie może podjąć pracownik

Pracownicze Plany Kapitałowe do 2021 r. mają zostać wprowadzone we wszystkich firmach w Polsce, mogąc objąć według szacunków nawet 11 mln zatrudnionych. Sama procedura dołączenia do programu jest prosta i nie wymaga zaangażowania, jedynie pracownicy, którzy ukończyli 55 lat powinni zgłosić chęć udziału. Pracownik nie jest jednak pozbawiony wpływu na PPK – okazuje się, że swoimi decyzjami może w dużym stopniu zmienić jego oblicze. Eksperci Esaliens TFI wyodrębnili 6 kluczowych decyzji jakie można podjąć w trakcie trwania PPK.

Wbrew pozorom uczestnik PPK może realnie wpłynąć na kształt programu i nie jest skazany na bierną obserwację tego co dzieje się z jego oszczędnościami. Wpływ jest wieloaspektowy i dotyczy również tak kluczowych kwestii jak strategia inwestycyjna czy tego, co się stanie ze zgromadzonymi środkami w przypadku śmierci oszczędzającego. Poprzez swoje decyzje będziemy mogli zatem w dużym stopniu spersonalizować PPK. Ten poziom wpływu i kontroli sprawia też, że w o wiele większym stopniu uczestnicy mogą poczuć realność tych oszczędności. Zwłaszcza, że przy naglącej potrzebie życiowej, takiej jak konieczność wniesienia wkładu własnego na mieszkanie, utrzymania płynności finansowej w momencie gdy jesteśmy bez pracy czy pokrycia kosztów leczenia najbliższej rodziny, możemy z tych pieniędzy po prostu skorzystać – wyjaśnia Robert Juszczak z Esaliens TFI SA.

6 kluczowych decyzji, które można podjąć w trakcie trwania PPK:

  1. Wskazanie osób uprawnionych do dziedziczenia

Oszczędzanie w ramach PPK ma tę zaletę, że nawet w przypadku śmierci uczestnika zgromadzony kapitał nie przepada, podlega bowiem dziedziczeniu. Uczestnik PPK ma jednak możliwość wskazania konkretnych osób uprawnionych do środków, co przede wszystkim znacznie upraszcza ich wypłatę wskutek pominięcia nierzadko czasochłonnej i skomplikowanej procedury postepowania spadkowego. Poza tym, korzystając z tej możliwości uczestnik może wskazać np. osoby niespokrewnione, które w innych warunkach nie mogłyby się znaleźć w gronie spadkobierców.

Wyjątkowo małżonkowie objęci wspólnotą majątkową mogą dowolnie rozporządzać jedynie połową środków – w takim przypadku bowiem z mocy prawa 50% środków przypada współmałżonkowi.

  1. Wybór funduszu zdefiniowanej daty

To jeden z opcjonalnych wyborów. Generalnie PPK są tak skonstruowane, by wraz z wiekiem oszczędzającego w coraz większym stopniu chronić jego kapitał. Zgodnie z ustawą gromadzone środki mogą być bowiem lokowane w tzw. funduszach zdefiniowanej daty. Oznacza to, że wraz z wiekiem oszczędzającego coraz większa część portfela obejmuje aktywa o mniejszym ryzyku inwestycyjnym. Dzięki takiej strategii kapitał wraz ze zbliżającym się okresem wypłaty ma być w coraz większym stopniu chroniony.

Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by spersonalizować strategię inwestycyjną na bardziej lub mniej ryzykowną niż pierwotna. Może to mieć sens, jeśli np. jako osoba 30-letnia środki zgromadzone w PPK chcemy wykorzystać np. na wkład własny na mieszkanie. Wtedy raczej będziemy dążyli do większej ochrony kapitału, wybierając strategię opartą o mniej ryzykowne instrumenty typu obligacje lub bony skarbowe.

  1. Wpłata dodatkowa

Składka w PPK ma trzy źródła – składa się na nią część pracodawcy, część pracownika oraz środki z Funduszu Pracy (bonus od Państwa). Sam pracownik decydując się na uczestnictwo w PPK musi wnosić tzw. składkę podstawową, stanowiącą 2% wynagrodzenia brutto. Jeżeli jednak chce oszczędzać więcej – ustawa daje mu możliwość wniesienia wpłaty dodatkowej, nie większej jednak niż kolejne 2%.

  1. Obniżenie wpłaty podstawowej

Jeżeli wynagrodzenie uczestnika PPK nie przekracza 120% minimalnego wynagrodzenia może on zadeklarować niższą wpłatę podstawową. Składka może być w takim przypadku znacznie obniżona, lecz nie niższa niż 0,5% wynagrodzenia brutto. Pracodawca powinien powiadomić najmniej zarabiających pracowników o takiej możliwości.

  1. Decyzja w sprawie wypłaty transferowej z PPK od poprzedniego pracodawcy

Jeżeli pracownik uczestniczył w PPK u któregokolwiek z poprzednich pracodawców, powinien o tym poinformować nowego pracodawcę – umożliwia to połączenie oszczędzanych środków. Może jednak wystąpić taka sytuacja, że pracownik będzie zadowolony z tego jak zarządzany jest jego kapitał i nie będzie chciał dokonać scalenia. Musi wtedy w terminie 7 dni poinformować nowego pracodawcę o braku zgody na przeprowadzenie operacji transferu środków.

  1. Wznowienie/rezygnacja z PPK

Uczestnictwo w PPK jest dobrowolne, w związku z tym w każdej chwili decyzją uczestnika może zostać zarówno przerwane, jak i wznowione.

W Polsce urzędnik nie uprzedzi o weryfikacji VAT. Jak to wygląda w Wielkiej Brytanii?

Uszczelnianie VAT w Polsce trwa w najlepsze, ale procedury urzędników budzą spore kontrowersje. Niezapowiedziane wizyty i telefony to narzędzia, którymi urzędnicy będą weryfikować wiarygodność polskich przedsiębiorców.

Fiskus chce sprawdzić czy firmy, które rejestrują się jako płatnik VAT w UE są wiarygodne i czy w ogóle istnieją. Działanie jest elementem wielkiego projektu uszczelniania podatku VAT, ale narzędzia jakimi posługują się urzędnicy pozostawiają wiele kontrowersji. Przede wszystkim eksperci wskazują, że choć samo uszczelnianie luki w VAT nie jest pomysłem samym w sobie złym, to jednak metody jakimi się z nią walczy są co najmniej kontrowersyjne. Urzędnicy bowiem nie muszą uprzedzać o swojej wizycie, która ma na celu weryfikacje firmy, która chce się zarejestrować jako płatnik VAT-UE.

Sami przedsiębiorcy nazywają te procedury absurdem, ponieważ urzędnicy działają według własnego zdania. Jedni składają niezapowiedziane wizyty, inni po prostu dzwonią. Co ważniejsze właściciele przedsiębiorstw zwracają uwagę, że cała procedura zwiększa tylko biurokrację, która w Polsce i tak już jest rozrośnięta do granic możliwości.

„Takie kontrole i weryfikacje – nawet te telefoniczne bardziej przypominają windykacje, a nie rzetelne działanie urzędników. Pamiętajmy jednak, że oni działają w ramach skomplikowanej maszyny biurokratycznej, która odstrasza przedsiębiorców od prowadzenia firmy w Polsce” – komentuje Agnieszka Moryc, Dyrektor Zarządzają w Admiral Tax.

Pojęcia takie jak „mafia urzędnicza” nadal funkcjonują w świadomości Polaków i to nie bez przyczyny. Próba uszczelnienia luki w podatku VAT przynosi efekty w postaci zniechęcenia do zakładania i prowadzenia działalności w Polsce. Przykład? Obecnie na rejestrację jako płatnik VAT-UE trzeba czekać od dwóch tygodni nawet do dwóch miesięcy. Rejestracja jest konieczna choćby do prowadzenia działalności wewnątrz Jednolitego Rynku Europejskiego oraz do wykonywania transakcji w ramach tegoż rynku.

Opóźnienia, które w Polsce są niestety normą, nie są już takie na Zachodzie. Polski przedsiębiorca cały czas rozbija się o ścianę w postaci urzędników, których liczba stale rośnie i wydawać by się mogło, że przełoży się na to szybsze załatwianie spraw. W rzeczywistości jednak skupieni na uszczelnianiu luki w VAT urzędnicy odpowiedzialni za rejestracje firm nie zajmują się sprawami uczciwych przedsiębiorców.

„W oczekiwaniu na rejestrację płatnika VAT-UE przedsiębiorcy w końcu decydują się na rejestrację firmy i działalności w innych krajach. Każdy przytomnie myślący człowiek wybiera kraj, w którym prowadzenie działalności jest tańsze i o wiele prostsze. Zważając, że na rejestrację czeka się nawet dwa miesiące, co nawiasem mówiąc jest kolejnym już absurdem, przeniesienie firmy za granicę jest rozsądną decyzją” – oceniła Agnieszka Moryc.

Przedsiębiorca musi walczyć o dobre  imię

W procesie uszczelniania luki w podatku VAT bierze udział każdy przedsiębiorca i to bez względu na to czy jest przestępcą czy postępuje uczciwie. W zderzeniu z biurokratyczną machiną przedsiębiorca musi udowadniać, że jego działanie jest uczciwe. Przeczy to interpretacji Ministerstwa Finansów wydanej przezeń w styczniu 2016 roku. Wprowadza ona zasadę In dubio pro tributario – rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika. Agnieszka Moryc zauważa, że polskich przedsiębiorców nie odstraszają tylko i wyłącznie kolejne projekty, ustawy czy interpretacje przepisów.

„Myślę, że wiele osób prowadzących działalność za granicą zgodzi się, że u nas jest problem z samą mentalnością urzędników. W Polsce jest dziwne zjawisko, w którym urzędnik nie ma zaufania do przedsiębiorcy i z rezultacie nie mamy zaufania do urzędów. Zmiany mentalności nie da się wprowadzić żadną ustawą czy przepisami” – podsumowała Agnieszka Moryc.

MT

Urzędy coraz częściej wynajmują powierzchnie w nowoczesnych biurowcach

Najwięcej powierzchni biurowych w Warszawie wynajmują firmy z branży bankowości, usług finansowych i ubezpieczeń, ale na rynek wkracza także sektor publiczny.

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

– Instytucje publiczne w ostatnim czasie wykazują zauważalnie większe zainteresowanie wynajmem powierzchni w nowoczesnych biurowcach, zarówno w Warszawie, jak i w największych miastach w Polsce. Zmiana siedziby to w przypadku wielu urzędów konieczność, ponieważ stan budynków, w których się mieszczą nie spełnia dzisiejszych wymogów i standardów. Nierzadko wymagają one kapitalnych remontów. Możliwe do osiągnięcia korzyści, które niesie relokacja takich podmiotów do nowych lokalizacji, zarówno nowopowstałych budynków, jak i starszych ale spełniających określone parametry pozwala sądzić, że sektor państwowy stanie się niebawem poważniejszym graczem na rynku biurowym – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Z danych Walter Herz wynika, że instytucje publiczne wynajmują w Warszawie średnio około 60 tys. mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych rocznie. Potencjał tej grupy najemców, jak twierdzi Bartłomiej Zagrodnik, jest jednak znacznie większy. – Zapotrzebowanie na biura w nowych budynkach zgłaszają instytucje rządowe, jednostki samorządowe, urzędy centralne i lokalne, jak również instytucje europejskie. W ostatnim czasie pośredniczyliśmy w wynajmie przez spółki skarbu państwa kilkunastu tysięcy mkw. powierzchni biurowych – informuje.

– Ta grupa najemców potrzebuje kompleksowego doradztwa i wsparcia w zakresie wynajmu, dlatego zdecydowaliśmy się zorganizować w Akademii Najemcy Walter Herz szkolenie skierowane właśnie do instytucji publicznych, które odbędzie się w Warszawie w najbliższą środę – dodaje Bartłomiej Zagrodnik.

Szerokie możliwości optymalizacji umów

Ekspert zaznacza, że pole do optymalizacji w przypadku jednostek administracji państwowej jest bardzo duże ponieważ umowy, na których bazują urzędy na ogół zawierają wiele nierynkowych zapisów i kosztów. – Dotyczy to także układów funkcjonalnych i aranżacji zajmowanych powierzchni, wyposażenia i rozwiązań technologicznych. Biura, w których mieści się administracja zwykle nie są efektywne pod względem funkcjonalności powierzchni i jej dostosowania do rzeczywistych potrzeb zespołu pracowników. Nie zapewniają też komfortu pracy ze względu na brak odpowiedniej wentylacji, oświetlenia, podziału, czy zaplecza techniczno-administracyjnego – przyznaje.

– Poza poprawą standardu biura, relokacja siedziby może przynieść urzędom ograniczenie kosztów związanych z utrzymaniem powierzchni – podkreśla  Bartlomiej Zagrodnik. – Stopień oszczędności uzależniony jest od wielu czynników i konkretnych oczekiwań danego podmiotu. Pomimo dość wysokiego poziomu stawek czynszowych obowiązujących w nowoczesnych budynkach, przeprowadzka może oznaczać dla urzędów ograniczenie całkowitego kosztu wynajmu z uwagi na efektywniejsze wykorzystanie zajmowanej powierzchni, niższe opłaty eksploatacyjne i brak dodatkowych opłat związanych z konserwacją budynków. Nowe kompleksy biurowe zapewniają ponadto szeroki serwis i większe bezpieczeństwo w zakresie dostępu do obiektów i infrastruktury technicznej. Ważnym aspektem jest też wykorzystanie istniejących układów aranżacji w budynkach kilkuletnich – wyjaśnia Bartłomiej Zagrodnik.

Wymagania instytucji państwowych

Należy przyznać, że najemcy z sektora publicznego mają dość sprecyzowane wymagania dotyczące powierzchni biurowych. Stawiają przeważnie na przestrzeń, która daje możliwość podziału na gabinety i oczekują zwykle kompleksowej aranżacji oraz wykończenia powierzchni. Wysokość miesięcznego czynszu musi być ściśle określona i zabudżetowana. Podpisywane kontrakty rzadko zawierają też zapisy związane z zabezpieczeniem umów najmu, mimo że to standard na rynku nieruchomości komercyjnych. Instytucje państwowe to jednak pożądani najemcy, których status sam w sobie gwarantuje stabilność najmu, zainteresowani dużymi powierzchniami i wieloletnimi umowami, którzy często zabezpieczają sobie także możliwość pierwokupu budynków.

Sektor publiczny na rynku biurowym obecny jest zaledwie od kilku lat. Z racji lokalizacji większości jednostek administracji państwowej, najemcy instytucjonalni najwięcej umów zawierają w Warszawie. Jako pierwsza w 2010 roku powierzchnię komercyjną wynajęła Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która weszła na 16 tys. mkw. w warszawskim kompleksie Poleczki Business Park. W tym czasie powierzchnię w Adgar Plaza wynajął też Urząd Zamówień Publicznych.

Kontrakty na duże powierzchnie

Z danych Walter Herz wynika, że w 2012 roku instytucje publiczne zakontraktowały już niespełna 70 tys. mkw. komercyjnych powierzchni biurowych. Jeszcze bardziej owocny był rok 2014, kiedy spółki skarbu państwa wygenerowały na rynku warszawskim kilkanaście procent popytu na biura. Do jednych z największych transakcji należał kontrakt Urzędu Rejestracji Leków na 13 tys. mkw. powierzchni w Adgar Park West. Znaczące umowy zawarły w tym czasie także m.in.  Główny Inspektorat Transportu Drogowego, Urząd Lotnictwa Cywilnego i Agencja Nieruchomości Rolnych.

Europejska Agencja Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich Unii Europejskiej Frontex weszła zaś w Warsaw Spire na powierzchnię 14,6 tys. mkw., a najemcą 6,2 tys. mkw. powierzchni w tym samym kompleksie zostało Centrum Unijnych Projektów Transportowych. Jedną z największych umów najmu podpisanych w 2015 roku przez podmiot państwowy był kontrakt Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń na wynajem 17,5 tys. mkw. powierzchni w budynku Konstruktorska Business Center.

W 2015 roku siedzibę zmieniały również spółki z grupy Poczty Polskiej, które wynajęły łącznie 18 tys. mkw. w Domaniewska Office HUB, jak również Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które ulokowało się w budynku Foksal City. Polskie Sieci Elektroenergetyczne wynajęły zaś biuro o powierzchni 7,1 tys. mkw. w Delta Eurocentrum Office Complex przy alejach Jerozolimskich w Warszawie, a Urząd Komunikacji Elektronicznej przeniósł się do biurowca przy ulicy Kasprzaka.

Coraz więcej urzędów w nowych biurowcach

Do znaczących kontraktów  podpisanych w ciągu ostatnich pięciu lat należała również umowa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która w kompleksie Poleczki Park przedłużyła wynajem powierzchni 17,5 tys. mkw., wynajem przez PKP 17 tys. mkw. biur w West Station, czy umowa na powierzchnię 14,8 tys. mkw. podpisana przez KNF w biurowcu Piękna 2.0. Ponadto siedzibę przeniosła też spółka PKP Cargo, która w katowickim kompleksie A4 Business Park wynajęła 8 tys. mkw. biur.

Do najemców instytucjonalnych, którzy wybrali nowoczesne budynki biurowe należy również Agencja Rynku Rolnego, która w Karolkowa Business Park zajęła 10 tys. mkw., Gaz-System, który w kompleksie Cristal Park rozlokował się na powierzchni 9,2 tys. mkw., Urząd Komunikacji Elektronicznej, który w budynku G9 zajął 8,1 tys. mkw., czy Zarząd Transportu Miejskiego, który w 2017 roku przedłużył umowę najmu na siedzibę w JM Tower na powierzchnię 7,3 tys. mkw.

W 2018 roku Fundacja Polskiego Funduszu Rozwoju w warszawskim Cedecie wynajęła z kolei 10,3 tys. mkw. A w lipcu bieżącego roku Bank Gospodarstwa Krajowego wynajął 12,4 tys. mkw. w położonym w sąsiedztwie warszawskiego Dworca Centralnego kompleksie Varso Place.

Chief Happiness Officer i arbejdsglaede przyciągną nowe talenty?

arbejdsglaede, czyli dosłownie pracoszczęście – to słowo pochodzenia duńskiego, które w 2014 roku zapoczątkowało nowy trend na rynku pracy. Idea z powodzeniem przyjęła się na zachodzie i znajduje coraz więcej sympatyków w Polsce. Firmy świadome wyzwań na konkurencyjnym rynku kandydata, już dziś tworzą w swoich strukturach miejsce dla tzw. Chief Happiness Officer`ów. Czy „pracoszczęście” to nowy magnes na talenty?

Harvard Business Review przeanalizował seteki badań, w których mowa jest o tym, że szczęśliwe miejsce pracy to miejsce, w którym wydajność pracowników wzrasta o 31 proc., są trzykrotnie bardziej kreatywni, a wzrost sprzedaży plasuje się na poziomie 37 proc.*. Co ciekawe, coraz częściej mówimy o szczęściu w pracy. Inaczej postrzegamy naszą karierę zawodową i oczekujemy innych doświadczeń. Posiadamy ambitne cele i znamy swoje ścieżki rozwoju, w biurze możemy zrelaksować się w chillout roomie, a pakiet atrakcyjnych benefitów ma ułatwić naszą codzienność poza pracą.

Szczęście w pracy, to jednak dużo więcej niż dodatkowe bonusy, które tylko na chwilę zmieniają poziom odczuwanego szczęścia, czy raczej satysfakcji. Tak naprawdę, to dzięki innym ludziom, relacjom i rezultatom naszych działań, możemy w pracy czuć się szczęśliwi.

Dlaczego Chief Happiness Officerów wciąż przybywa?

Jak podaje Global Workforce Happiness Index** – najszczęśliwsi w pracy są Duńczycy, Norwegowie i Kostarykanie. Polska zajęła 28 miejsce na 57 przebadanych krajów. Nadal mamy więc sporo do zrobienia. Z badań wynika, że szczęście w pracy przekłada się na zmniejszoną absencję i rotację, natomiast lojalność wobec klientów i kolegów wzrasta.

Dotychczas najczęściej podejmowaliśmy decyzje zawodowe ze względu na podwyżkę, awans czy dodatkowe premie i bonusy. Dziś osoby rozważające zmianę pracy wskazują na kulturę organizacyjną, atmosferę czy wizerunek pracodawcy, z którym chcą się utożsamiać. Jak komentuje Michalina Jabłońska-Sprawnik, Chief Happiness Officer w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire:

Pracodawcy są coraz bardziej świadomi, że potrzeba czegoś więcej, aby zatrzymać lub przyciągnąć talent do firmy. My skierowaliśmy nasz wzrok w stronę krajów skandynawskich, gdzie szczęście w pracy jest jednym z kluczowych elementów każdej firmy. Jako organizacja działająca w modelu zbliżonym do turkusowej organizacji, zawsze dbaliśmy o to jak czują się nasi pracownicy, jaka atmosfera panuje w zespołach i pomiędzy nimi. Ważne jest stworzenie ducha wzajemnego uczenia się, zabawy, kultury otwartej na komunikację i częsty feedback oraz umiejętności pochwał i uznania. – Michalina Jabłońska-Sprawnik, Chief Happiness Officer Devire.

Szczęście w pracy nie kosztuje

Promocja szczęścia w pracy wcale nie wymaga kosmicznych budżetów. Dużo ważniejsza jest tu pomysłowość i otwarcie na pracowników. Jak zatem sprawić, aby pracownik czuł szczęście w pracy? Oprócz standardowych działań, takich jak: wspólne śniadania i obiady, lody w upalne dni, mecze siatkówki plażowej czy wspólne oglądanie piłki nożnej, warto zadbać o wyjątkowe akcje. Michalina Jabłońska-Sprawnik z Devire dzieli się kilkoma przykładami:

Świetną sprawą są Welcome boxy, czyli powitalne pudełka dla osób, które dołączają do organizacji. Z kolei ducha zespołu budują takie inicjatywy jak nasz Happy Devire Wall. Zmieszczamy tam pamiątkowe zdjęcia, zrobione firmowym instaxem. Kandydatów przyciagają również kreatywne rozwiązania grywalizacyjne, takie jak Gamfi, z którego korzystamy. Pracownik rozwiązuje tam różne zadania/wyzwania, zbiera punkty i może angażować się we współtworzenie akcji – od charytatywnych, po decyzje dotyczące rozwiązań biurowych czy imprez integracyjnych.

Innym, ciekawym pomysłem są dni organizowane na specjalne okazje i okoliczności – dostosowane do aktualnych potrzeb pracowników. Przykładowo w upalny, wakacyjny czas, może to być Dzień mody letniej, gdy pracownicy mogą założyć krótkie spodenki i poczuć się swobodniej.

Kim właściwie jest Chief Happiness Manager?

Stanowisko Chief Happiness Officer`a brzmi raczej jak utopijna wizja niż poważna propozycja etatowa. Nic bardziej mylnego. Aktualnie jednym z głównych wyzwań biznesowych jest stworzenie zaangażowanego i lojalnego zespołu, który z pasją realizuje się w swojej pracy. Właśnie dlatego firmy potrzebują osób, które zadbają o utrzymanie odpowiedniego poziomu poczucia szczęścia wśród swoich pracowników.

Co należy do zadań dyrektorów ds. szczęścia? Stoi przed nim szereg wyzwań. Są to m.in.: dbanie o rozwój pracowników i doradztwo w odkrywaniu ścieżek rozwoju, tworzenie przyjaznej i radosnej atmosfery, bycie partnerem oraz mediatorem w konfliktach, ale przede wszystkim promowanie wartości firmy, które są spójne ze strategią i celem całej organizacji. Wszystko to sprawia, że pracownik czuje się częścią zespołu, odnajduje się w nim, wierzy w swoją pracę i utożsamia z nią.

Nie każdy może zostać Chief Happiness Managerem. Taka rola wymaga spectrum kompetencji z różnych dziedzin. Od zarządzania, poprzez umiejętności interpersonalne, znajomość organizacji, empatię czy doświadczenie biznesowe. Osoba na tym stanowisku ściśle współpracuje z zarządem, działami HR i przede wszystkim z ludźmi, którzy tworzą firmę.

Jakie organizacje potrzebują Chief Happiness Managerów? Dziś nie ma wyjątków – mocno rozgrzany rynek pracy przekłada się na większą rotację w firmach i dużą konkurencyjność o talenty. Zarówno w firmie produkcyjnej, jak i korporacji oferującej usługi, odnajdziemy potrzebę uczucia szczęścia i satysfakcji z pracy – choć kategorie tych potrzeb na pewno będą się od siebie różnić.

Liczy się różnorodność

Tylu ilu jest pracowników tyle jest potrzeb i różnic w odczuwaniu szczęścia. Jedni będą odczuwać pracoszczęście, kiedy na open space stanie fontanna czekoladowa, dla innych będzie to szczera i otwarta rozmowa z szefem, a jeszcze dla kogoś innego możliwość pracy z domu, gdy gorzej się poczuje. Umiejętne zarządzanie szczęściem w pracy powinno przede wszystkim opierać się na zrozumieniu potrzeb pracowników np. poprzez regularne prowadzenie ankiet satysfakcji. Dyrektor ds. szczęścia z Devire podkreśla, że firma powinna jak najczęściej pytać członków „załogi” o to, co daje im satysfakcje, co sprawia, że się uśmiechają, a co powoduje niezadowolenie.

* Shawn Anchor „Positive Intelligence”, HBR 11-12/12
** https://universumglobal.com/insights/global-workforce-happiness-index-2/

Jastrzębi Fed wsparł dolara. Zmienność na parach ze złotym wyraźnie wzrosła

Ostatnie dni obfitowały w istotne informacje z rynku, które nie pozostały bez wpływu na główną parę, jak i pary ze złotym.

Ostatnie spotkanie jednego z najważniejszych banków centralnych świata nie do końca sprostało oczekiwaniom rynków finansowych. Fed co prawda obciął stopy procentowe, tak jak oczekiwał tego rynek, aczkolwiek jednocześnie decydenci Rezerwy Federalnej zasugerowali, że bank centralny powinien wstrzymać się z dalszymi krokami, w oczekiwaniu na nowe odczyty danych z amerykańskiej gospodarki. Decydenci sugerują, że bank znajduje się w trybie „wait-and-see” i jeśli dane makroekonomiczne nie będą istotnie zaskakiwały in minus, może dojść do co najwyżej jednej obniżki stóp na przestrzeni kolejnych miesięcy. Po tej informacji rentowności amerykańskich obligacji wystrzeliły w górę i pociągnęły za sobą amerykańską walutę. W minionym tygodniu dolar amerykański umocnił się do wszystkich ważniejszych światowych walut, za wyjątkiem rubla rosyjskiego, którego wsparł wzrost światowych cen ropy naftowej.

W tym tygodniu uwaga rynku ponownie skupi się na informacjach makroekonomicznych. Dzisiejsze, wstępne wrześniowe dane PMI dla strefy euro okazały się gorsze od oczekiwań naszych, jak i konsensusu ekonomistów, co pogłębia obawy o zdrowie gospodarek strefy euro. Dziś poznamy również analogiczne dane dla USA. W kolejnych dniach uwaga inwestorów powinna skupić się natomiast na odczytach inflacji dla Stanów Zjednoczonych.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Większość wspomnianej słabości nadeszła w piątek i – co nieczęsto się zdarza – można ją powiązać z obawami dotyczącymi sytuacji wewnętrznej, a nie pogorszeniem sentymentu do walut rynków wschodzących. Słabość polskiej waluty związana była bowiem z informacją o tym, że TSUE już 3 października ogłosi wyrok ws. kredytów frankowych. Inwestorzy nerwowo zareagowali na coś, co może być zwiastunem znaczącego pogorszenia sytuacji polskiego sektora bankowego. O ile raczej nie sądzimy, żeby sytuacja ta w dłuższym terminie miała w istotny sposób rzutować na polską walutę, o tyle zachowanie złotego w poniedziałek potwierdza, że w najbliższych dniach na parach z PLN mogą czekać nas nerwowe ruchy.

Co tyczy się informacji z polskiej gospodarki, miniony tydzień przyniósł ich dość sporo. Były one zróżnicowane, jednak największą uwagę przykuł niespodziewany spadek produkcji przemysłowej. Dane z przemysłu od kilku miesięcy zdecydowanie odstają od pozostałych odczytów z gospodarki sugerując m.in, że spowolnienie w sektorze widoczne w strefie euro negatywnie rzutuje na sytuację w Polsce. Skala owego pogorszenia sytuacji, póki co, jednak pozostaje dość ograniczona, aby lepiej ją określić musimy poczekać na kolejne odczyty z gospodarki.

GBP

Wrześniowe spotkanie Banku Anglii nie przyniosło istotnych wieści. Decydenci z MPC nie dokonywali zmian parametrów polityki monetarnej, a inwestorzy w odpowiedzi wzruszyli ramionami, skupiając się na informacjach dotyczących Brexitu. Wieści w tym kontekście stają się coraz bardziej optymistyczne, a perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej „bez umowy” wydaje się coraz bardziej odległa. Wyceny większości bukmacherów wskazują, że prawdopodobieństwo realizacji niekorzystnego scenariusza (no-deal) do końca roku oceniane jest na ok. 20-25%. Brytyjski parlament przegłosował akt, który zobowiązuje rząd do złożenia wniosku o przedłużenie terminu wyjścia z UE, jeżeli parlament nie wyrazi zgody na umowę regulującą stosunki Wielkiej Brytanii z Unią Europejską.

Nasz scenariusz bazowy nadal zakłada, że termin na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zostanie ponownie przełożony, a kwestia Brexitu (być może) zostanie rozstrzygnięta przy okazji nowych wyborów parlamentarnych. W tym tygodniu nie spodziewamy się żadnych istotnych informacji z Wielkiej Brytanii, stąd naszym zdaniem zachowanie funta brytyjskiego będzie zależało od informacji z zewnątrz.

EUR

Poniedziałek był pierwszym poważnym testem dla wspólnej europejskiej waluty od czasu ostatniego spotkania EBC. Wbrew naszym oczekiwaniom, we wrześniu indeksy aktywności w strefie euro spadły w porównaniu do odczytów z poprzedniego miesiąca, a indeks zbiorczy znalazł się na poziomie 50,4 – najniższym od sześciu lat.

Mimo, iż najbliższe kilka dni nie przyniesie zbyt wielu istotnych odczytów makroekonomicznych ze strefy euro, pozytywnie odbieramy ostatnie wieści z Niemiec o możliwym poluzowaniu polityki fiskalnej, zwłaszcza w odniesieniu do finansowania przejścia w stronę bardziej „zielonej” gospodarki. Kolejne informacje w tym zakresie powinny być pozytywne dla euro.

USD

Dane makroekonomiczne napływające ze Stanów Zjednoczonych pozostają nacechowane dość pozytywnie. Sama Rezerwa Federalna pośrednio potwierdziła taką obserwację – ostatniemu spotkaniu decyzyjnemu Fedu towarzyszyła bowiem dużo bardziej optymistyczna ocena amerykańskiej gospodarki, niż wynikałoby to z dotychczasowej retoryki banku centralnego.

Uważamy, że rynki finansowe przeceniają możliwość dalszych obniżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Zwłaszcza niedawny trend wzrostowy inflacji bazowej nie jest spójny z dalszym luzowaniem polityki pieniężnej. W tym tygodniu będziemy oczekiwać odczytu innej miary dynamiki cen (PCE), aby zobaczyć, czy również on pokaże trend wzrostowy. Jeśli tak się stanie, spodziewamy się, że rentowności amerykańskich obligacji będą kontynuować wzrost.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Budownictwo mieszkaniowe nadal w dobrej kondycji

Ostatnia publikacja GUS-owskich statystyk, prezentująca wyniki budownictwa mieszkaniowego w miesiącu sierpniu oraz pierwszych ośmiu miesiącach bieżącego roku, wciąż nie zawiera żadnych sygnałów słabnięcia koniunktury inwestycyjnej na mieszkaniowym rynku pierwotnym. Sytuacja ta może jednak ulec odwróceniu już w przewidywalnej przyszłości.

Jarosław Jędrzyński – RynekPierwotny
Jarosław Jędrzyński, ekspert RynekPierwotny.pl

Po bardzo pracowitym w tym roku okresie wakacyjnym, inwestorzy mieszkaniowi z powodzeniem kontynuują starania o utrzymanie statystyk inwestycyjnych rynku mieszkaniowego na poziomach bliskim rekordowych. Już w średnim terminie mogą jednak mieć z tym problem, zwłaszcza jeśli chodzi o deweloperów.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl zawsze głównym wyznacznikiem inwestycyjnej koniunktury w pierwotnym segmencie mieszkaniówki, jest ewolucja statystyk mieszkań rozpoczętych. Tym razem wynik za 8 miesięcy br. osiągnął poziom bliski 157 tys. lokali, co oznacza poprawę rok do roku o 1,5 proc. Z kolei wypracowany przez samych deweloperów rezultat sierpniowy na poziomie prawie 90 tys. lokali jest wciąż lepszy licząc rdr o ułamek procenta, pomimo nieco słabszego wyniku sierpniowego na poziomie 11 tys. jednostek.

Tradycyjnie od dłuższego czasu bardzo mocnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddawanych do użytkowania. Ogółem w okresie styczeń – sierpień br. oddano prawie 128 tys. mieszkań, czyli o ponad jedną dziesiątą więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Statystyki mieszkań ukończonych, będąc wypadkową mieszkań rozpoczętych w przeszłości, są najbardziej przewidywalną kategorią danych mieszkaniowych GUS. W związku z tym systematyczna dynamika wzrostów nie powinna tu dziwić ani obecnie, ani w przewidywalnej przyszłości.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl zdecydowanie mniej przewidywalne, za to dużo bardziej przydatne w prognozowaniu przyszłych trendów rynku mieszkaniowego, są dane dotyczące nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. Tych inwestorzy wspólnie zgromadzili od początku roku już ponad 176 tys., czyli o 1,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Sami deweloperzy od stycznia do sierpnia br. uzyskali prawie 107 tys. pozwoleń, czyli minimalnie, o ułamek procenta więcej licząc rdr.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są naturalnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Utrzymanie bardzo wysokiego wolumenu tych decyzji administracyjnych z zeszłego roku mówi samo za siebie o ich ocenie perspektywy rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie. Ewentualne trwalsze osłabienie statystyk pozwoleń w perspektywie kilku kolejnych miesięcy będzie pierwszym sygnałem zbliżającego się przesilenia koniunktury inwestycyjnej mieszkań z pierwszej ręki.

Wg portalu RynekPierwotny.pl lektura najnowszej informacji GUS, komunikującej bieżące statystyki pierwotnego rynku mieszkaniowego, rysuje obraz inwestycyjnej prosperity na utrwalonych, bardzo wysokich obrotach. Jest ona na obecnym etapie cyklu koniunkturalnego głównie zasługą inwestorów budujących na sprzedaż i ich wciąż bardzo wysokich oczekiwań utrzymania historycznie rekordowych parametrów popytu na nowe mieszkania.

Tymczasem nad rynkiem mieszkaniowym niczym miecz Damoklesa zawisła groźba niekorzystnej dla krajowego sektora bankowego decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie umów mieszkaniowych kredytów indeksowanych kursem franka szwajcarskiego. Jeśli z początkiem października spełni się z punktu widzenia rodzimych bankowców czarny scenariusz, straty ogółem banków w Polsce mogą osiągnąć szacowany przez ZBP poziom 60 mld zł.

Jeśli dojdzie do tego typu sytuacji ucierpi nie tylko sektor bankowy, ale cała krajowa gospodarka z rynkiem nieruchomości mieszkaniowych na czele. Pierwszą reakcją banków po ewentualnym niekorzystnym dla nich werdykcie TSUE będzie najprawdopodobniej drastyczne ograniczenie finansowania mieszkaniówki zarówno w kwestii kredytów mieszkaniowych jak i deweloperskich ze wszystkimi tego fatalnymi skutkami. A to oznaczałoby ostre hamowanie koniunktury inwestycyjnej na pierwotnym rynku mieszkaniowym w dłuższym, nawet kilkuletnim terminie.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

W niemieckim przemyśle najgorszej od dekady. Napięcia na linii Pekin – Waszyngton

Nowy tydzień nie przynosi dobrych informacji dla polskiej waluty. Rosnąca niepewność w światowej polityce i gospodarce sprawia, że inwestorzy odwracają się od bardziej ryzykownych aktywów, w tym od złotego. Niestety na horyzoncie pojawia się coraz więcej czarnych chmur.

Porozumienie znowu się oddala

Trudno zliczyć, który to już raz, ale ponownie rośnie napięcie na linii Pekin – Waszyngton. Po odrzuceniu przez prezydenta Donalda Trumpa możliwości uzyskania cząstkowych porozumień w kwestii wymiany handlowej, strona chińska odwołała wizytę negocjatorów w USA. Punktów rozbieżnych jest obecnie zbyt wiele, by mieć złudzenia, że uda się we wszystkich dojść do porozumienia i podpisać jedną, kompleksową umowę. Dlatego pokerowa zagrywka amerykańskiego przywódcy, który stwierdził, że “wszystko albo nic” została odebrana przez rynek jako pretekst do wzrostu awersji do ryzyka. Kolejne wystrzały na froncie wojny handlowej wpisują się w coraz trudniejszy krajobraz dla polskiego złotego, który w ostatnim czasie wyraźnie traci na wartości.

Niemiecki dołek PMI coraz głębszy

Naszej walucie nie pomaga też sytuacja w niemieckim przemyśle. Dzisiejszy odczyt indeksu PMI był najgorszy od dekady, schodząc do poziomów, które ostatnio widzieliśmy w czasach pokryzysowych. Co ciekawe analitycy spodziewali się wzrostu względem ostatniego odczytu. Jednak ostatecznie zamiast spodziewanych 44 punktów, PMI wyniósł ledwie 41,4 pkt. Tak słabe dane pociągnęły za sobą gorszy wynik dla całej strefy euro, który znalazł się na poziomie 45,6 pkt, co z kolei było najsłabszym wynikiem od ponad sześciu lat. Rozczarowujący okazał się także odczyt z francuskiego przemysłu, choć tu należy podkreślić, że nad Sekwaną indeks cały czas pozostaje powyżej kluczowego poziomu 50 pkt.

Nie klimat, a Iran

Od soboty w Nowym Jorku trwa szczyt klimatyczny pod egidą ONZ. Mimo tego, że spotkanie odbywa się na terytorium USA, to Stany Zjednoczone nie są szczególnie zainteresowane ani obradami, ani jego ustaleniami. Znacznie więcej uwagi skupione jest na rozpoczynającej się właśnie 74. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Głównym tematem będzie Iran. Z jednej strony mamy Donalda Trumpa, który już rozpoczął zakulisowe działania mające utworzyć wspólny front przeciwko Teheranowi. Nieoficjalnie mówi się, że był to jeden z głównych punktów rozmowy przywódców USA i Polski. Natomiast prezydent Islamskiej Republiki Hasan Rouhani chce zaprezentować plan, mający na celu zwiększenie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie, szczególnie w okolicach cieśniny Ormuz.

Złoty w defensywie

Nagromadzenie czynników zwiększających awersję do ryzyka odbija się na wycenie złotego. Wojna handlowa, recesja w niemieckim przemyśle, wzrost napięcia na Bliskim Wschodzie, czy wiszący w powietrzu wyrok TSUE w sprawie kredytów frankowych, który prawdopodobnie zatrzęsie rodzimym rynkiem bankowym, doprowadzają do dynamicznej przeceny naszej waluty. Euro kosztuje prawie 4,40 zł, do okrągłych 4 złotych dobił dolar. Frank kosztuje już 4,04 zł, funt z kolei drożeje do 4,97 zł.

Krzysztof Adamczak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Firmy z najszybciej rosnącej branży w kraju zagrożone odpływem pracowników

Branża SSC/BPO jest jedną z najbardziej zagrożonych odpływem pracowników – wynika z II edycji raportu „Rotacja dobrowolna pracowników w Polsce”, opracowanego przez Antal, Asseco Business Solutions i Grupę Nowy Styl. Jednocześnie z najnowszego raportu ABSL wynika, że 85% firm z tej branży planuje zwiększać zatrudnienie w ciągu najbliższego roku[1]. Wśród obszarów z dużym ryzykiem rotacji w zespołach są jeszcze m.in. firmy consultingowe i kancelarie prawne oraz produkcja przemysłowa i logistyka. Eksperci Antal wskazują, że o ile w kancelariach prawnych częsta wymiana pracowników jest naturalnym zjawiskiem, to w branży SSC/BPO utrzymanie kadr i zwiększanie zatrudnienia stanowią priorytet biznesowy.

Artur Skiba, prezes agencji Antal
Artur Skiba, prezes agencji Antal

Szacujemy, że koszt odejścia szeregowego pracownika po 3 miesiącach może wynieść nawet 100 tys. zł. To nie tylko cena rekrutacji i wdrażania nowej osoby, ale często wstrzymania lub wydłużenia projektów na czas znalezienia zastępstwa. Okazuje się, że dobrowolna rotacja staje się jednym z kluczowych biznesowych wskaźników wpływających na zdrową ekonomię firmy. Dlatego kontrola takich rotacji – zarządzanie attrition[2] to już nie tylko wyzwanie stojące przed działami HR, ale i każdym menedżerem – mówi Artur Skiba, prezes Antal.

Częściej i szybciej zmieniamy pracę

Wskaźnik dobrowolnej rotacji pracowników (attrition), średni dla całego rynku, wzrósł od 2016 r. z 11% do 16%. Zmianę widać w każdym z badanych sektorów, ale największą można zaobserwować w SSC/BPO – wzrost o 10 p.p. do 20% oraz consultingu i kancelariach prawnych – wzrost o 9 p.p. do 21%. Jak wynika z analiz Antal, w SSC/BPO pracownicy otrzymują nawet do dziesięciu ofert pracy rocznie. To jeden z najbardziej dynamicznych obszarów biznesu w Polsce, zapotrzebowanie na ręce do pracy jest tu duże, a tym samym rośnie konkurencyjność. W consultingu i kancelariach prawnych rotacja pracowników dotyczy głównie młodych osób, dopiero rozpoczynających pracę, które dokładnie badają rynek. Często pracują po kilka miesięcy w 2-3 firmach, aby mieć dobre porównanie przed finalnym wyborem miejsca, w którym zdecydują się na dalszy rozwój kariery. Wśród branż, którym szczególnie doskwierają odchodzący pracownicy, znajdują się także produkcja przemysłowa i logistyka oraz IT i telekomunikacja.

– W przypadku IT rywalizacja o pracowników nie ogranicza się do bezpośredniej konkurencji w jednym obszarze rynku, a dotyczy wielu branż, które podbierają sobie najlepszych specjalistów. Nasilą to zmiany demograficzne, które obniżą dostępność pracowników na rynku. Tylko te organizacje, które podejmą działania mające na celu zwiększenie swojej wartości jako pracodawców będą mogły utrzymać się na rynku i dostarczać produkty najwyższej jakości – mówi Renata Łukasik, Dyrektor Produkcji ERP w Asseco Business Solutions.

Jak wskazują eksperci Antal, częste zmiany miejsca zatrudnienia przez pracujących w produkcji przemysłowej i logistyce dotyczą głównie osób z niższych szczebli, które łatwo skusić ofertą nawet niewielkiego wzrostu wynagrodzenia czy nieco lepszych warunków pracy.

Niektórzy pracodawcy mają łatwiej

Branże, w których zaobserwowano niższą niż średnia rotację pracowników, to budowlanka, energetyka, bankowość i ubezpieczenia, farmacja i sprzęt medyczny oraz FMCG i handel detaliczny – tu wskaźnik attrition wyniósł mniej niż 16%. Jednak i pracodawcy prowadzący takie biznesy muszą mieć się na baczności – w każdym z nich widać wzrost rotacji pracowników w porównaniu do zeszłego roku.

– Lepiej zapobiegać niż leczyć. Co pracodawca może zrobić, by zatrzymać pracownika? Pierwszym obszarem jest przede wszystkim jakość współpracy na linii pracownik – szef, czyli sposób zarządzania, konstruowanie i delegowanie zadań, prowadzenie zespołu. Ważnym, a często pomijanym aspektem są warunki pracy, a więc biuro. Spędzamy w nim bardzo dużą część swojego życia. Może motywować, inspirować i wspierać pracowników w codziennych obowiązkach, a może przyczyniać się do braku efektywności, problemów zdrowotnych i większej absencji. W odpowiedni sposób zaaranżowane i dopasowane poprawi relacje międzyludzkie i uprzyjemni pracę, dzięki czemu ludzie zostaną w firmie na dłużej – mówi Karolina Manikowska, Workplace Research i Consulting Department Director, Product Management Department Deputy Director, Nowy Styl Group.

[1] https://absl.pl/pl/sektor-uslug-biznesowych-w-polsce-rosnie-ilosciowo-i-jakosciowo/

[2] WSKAŹNIK ATRRITION – liczba pracowników, którzy odeszli z organizacji w ciągu roku / pełna liczba pracowników w ciągu roku *100.

 

Wpływ procesu rekrutacyjnego na rentowność firmy

Działania z zakresu HR bywają przez pracodawców traktowane jako koszt. Wydatki, jakie są z nimi związane, łatwo wyliczyć, z kolei korzyści bywają ulotne i trudno mierzalne. Dlatego warto, żeby każdy dział HR dbał o dane, które są uzasadnieniem biznesowym jego działalności. Jednym z istotnych i stosunkowo łatwo mierzalnych zadań HR jest prowadzenie rekrutacji. Weryfikowanie skuteczności podejmowanych działań ułatwiają wskaźniki efektywności. Ich wyniki mogą mieć istotne przełożenie na kwestie budżetowe. Poza tym tempo rekrutacji przekłada się na rentowność firmy, co jest kluczowe, jeśli chodzi o działalność przedsiębiorstwa.

Rentowność jest jednym z najważniejszych parametrów odzwierciedlających efektywność działań w firmie. Wykazuje, czy przedsiębiorstwo jest odpowiednio zarządzane oraz czy posiada zasoby, które umożliwiają realizację założeń biznesowych. Im wyższy jest poziom rentowności, tym lepsza sytuacja finansowa firmy. Wyliczanie tego wskaźnika ma na celu powiązanie wyniku finansowego z przychodami ze sprzedaży, posiadanymi zasobami oraz kapitałem własnym. Mimo że jest to wskaźnik stricte biznesowy, może mieć przełożenie na motywację pracowników. Źle zarządzana, nierentowna firma będzie negatywnie wpływać na poczucie sprawczości pracowników. Co za tym idzie, jeśli dane stanowisko jest rentowne, oznacza, że przynosi ono korzyści dla biznesu, co wpływa pozytywnie na ocenę własnej pracy przez pracownika. Jeśli rentowne nie jest, może przyczyniać się do frustracji zatrudnionego, powodować poczucie bezsensu i obawę przed zwolnieniem.

Rekrutacja jest procesem, który wpływa na realizację przez firmę jej celów i planów strategicznych. Wydłużające się procesy rekrutacyjne powodują, że przedsiębiorstwo może nie być w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań bądź pracownicy będą zmuszeni realizować nadgodziny. Dodatkowo prowadzenie procesu rekrutacyjnego powoduje koszty związane z zaangażowaniem zespołu, promocją ogłoszeń, ewentualnym wsparciem firm zewnętrznych. Dlatego prowadzenie efektywnych działań w tym zakresie jest kluczowe. Jednocześnie rekrutacje stanowią w ostatnich latach spore wyzwanie. Ambicje pracodawców w Polsce są duże i wykazują oni sporą aktywność w tym obszarze. Zgodnie z Raportem Płacowym 2019[1], ukazującym trendy panujące na rynku pracy, aż 87% firm planuje zwiększyć zatrudnienie. Znaczna większość z nich (59%) planuje zatrudnić pracowników stałych. Jednocześnie aż 91% spodziewa się trudności związanych z pozyskaniem nowych członków zespołu. Według pracodawców problemy te będą wynikać z niedoboru odpowiednich kandydatów na rynku (49%), zbyt wysokich oczekiwań finansowych (28%) oraz rosnącej konkurencji między firmami (22%).

Taka sytuacja na rynku powoduje, że zmieniają się oczekiwania względem kandydatów. Wielu pracodawców przestało koncentrować się wyłącznie na umiejętnościach potencjalnych pracowników i większą wagę przywiązuje do ich postawy. Jest to zasadnicza zmiana, dzięki której elastyczni pracodawcy, szybko reagujący na zmiany otoczenia, wygrywają z konkurencją. Kolejnym elementem wspierającym efektywność procesów rekrutacyjnych jest onboarding pracownika. To, w jaki sposób przebiegnie, wpływa na to, czy nowy pracownik będzie zadowolony z podjętej decyzji czy jednak zrezygnuje. Jeśli okaże się odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku, szybko zacznie przynosić wartość firmie, a to oznacza zwrot z inwestycji, jaką jest zatrudnienie kolejnej osoby w firmie. Tego rodzaju działania powodują, że – pomimo zwiększenia kosztów związanych z płacami i świadczeniami pozapłacowymi –- rentowność firm nie spada. To zjawisko wynika ze wzrostu zysków, jakie wypracowuje przeciętnie pracownik[2].

Chcąc podnieść efektywność procesu rekrutacji, można zastanowić się również nad takimi elementami, jak: skrócenie bądź udoskonalenie procesu rekrutacji, zmiana źródeł pozyskania nowych pracowników lub wprowadzenie działań wspierających pozytywny wizerunek pracodawcy wśród szukających pracy (tzw. employee experience). Teoretycznie w dobie rywalizacji o kandydatów o odpowiednich kompetencjach, audyty wewnętrzne procesu rekrutacyjnego i wprowadzanie udoskonaleń powinny być normą. Jednak rzeczywistość ukazuje, że wiele firm ma jeszcze sporo do zrobienia. Raport prezentujący trendy w 2019 roku wykazuje, że pracodawcy starają się usprawnić procesy rekrutacyjne poprzez wzmacnianie marki pracodawcy na rynku, organizowanie praktyk i staży w firmie oraz zacieśnianie współpracy z agencjami rekrutacyjnymi. Nieco rzadziej decydują się na rekrutowanie pracowników z zagranicy bądź z innych sektorów czy branż[3].

Oczywiście, podobnie jak w przypadku innych procesów HR-owych, na efektywność rekrutacji ma wpływ bardzo wiele czynników. Co więcej, część z nich jest niezależna od woli czy umiejętności rekruterów, więc tym trudniej zarządza się tym procesem. Dlatego, aby mierzyć jego efektywność, warto ustalić pewne ogólne wskaźniki, które ukażą tendencje zmian – wzrost bądź spadek efektywności działań. Mogą to być takie wskaźniki, jak:

Efektywność poszczególnych kanałów rekrutacji

Wskaźnik ma na celu ukazanie, ilu kandydatów „przychodzi” z danego źródła. Jeśli mamy różnorodne narzędzia do wykorzystania, a różnice cenowe są spore, warto mierzyć ten element. Dzięki niemu będziemy wiedzieć, gdzie promować oferty na poszczególne stanowiska.

Atrakcyjność oferty

Jest to kolejny wskaźnik, który opiera się na liczbie zgłoszeń otrzymanych od kandydatów. W tym przypadku sprawdzamy stosunek liczby CV do liczby odsłon naszego ogłoszenia.

Jakość aplikacji

Jest to współczynnik zaakceptowanych kandydatów do liczby otrzymanych CV. Ważne jest, żeby jasno określić, co oznacza kandydat zaakceptowany. Czy jest to kandydat, któremu wysłaliśmy zadanie aplikacyjne, zaproszony na rozmowę czy też ten, którego zaprosiliśmy do współpracy.

Czas rekrutacji

Podobnie jak w przypadku mierzenia jakości aplikacji, czas rekrutacji jest wskaźnikiem umownym. Wymaga ustalenia, jaki punkt w czasie uznajemy za początek, a jaki za koniec procesu. Jeśli chodzi o jego rozpoczęcie, może to być moment zgłoszenia zapotrzebowania na pracownika, otrzymanie od osoby zlecającej wszystkich niezbędnych danych na temat procesu czy dzień publikacji ogłoszenia na www. Jeśli chodzi o zakończenie procesu, warto się zastanowić, czy powinien to być moment podpisania promesy, umowy czy też pierwszy dzień w pracy. Kolejną kwestią jest ustalenie, czy jako czas rekrutacji uznajemy liczbę dni roboczych czy też tydzień to 7 dni. Wszystkie te ustalenia są niezbędne ze względu na to, że ważne jest, żeby każdy w zespole znał je i stosował. Tylko w ten sposób możemy ze sobą porównywać wyniki.

Koszt rekrutacji

Jest to wskaźnik, który często uważany jest za kluczowy. W przypadku jego weryfikacji należy zastanowić się, jakie koszty są związane z procesem rekrutacyjnym. Na pewno jest to wynagrodzenie pracownika prowadzącego rekrutację, koszt publikacji ogłoszenia, koszt systemu ATS (applicant tracking system) wykorzystywanego w firmie, ewentualnie koszt agencji rekrutacyjnej, która wspiera proces. Warto pamiętać, że część ze wskazanych kosztów będzie wymagała uśrednienia ze względu na liczbę rekrutacji, jakie firma prowadzi w przeciągu miesiąca czy roku.

Employee experience

Poprzez prowadzenie ankiet z kandydatami uczestniczącymi w rekrutacji, jesteśmy w stanie sprawdzić, na ile prowadzony przez nas proces jest przyjazny dla kandydatów. Jest to bardzo ważna informacja dla całego działu, poszczególnych pracowników, ale i jednocześnie działanie pozytywnie wpływające na wizerunek pracodawcy. Warto, żeby ankieta umożliwiała ocenę punktową.

Liczba odrzuconych ofert przez kandydatów

Jest to procent wskazujący liczbę kandydatów, którzy zostali przez firmę zaproszeni do współpracy i nie zdecydowali się na jej podjęcie. Niestety liczba ta nie ukazuje przyczyn problemu, więc jej zastosowanie jest ograniczone. Dlatego jeśli wskaźnik będzie ujawniał, że kandydaci dość regularnie, mimo otrzymania oferty, nie podejmują z nami współpracy, warto dopytywać ich o przyczyny decyzji i archiwizować tego rodzaju informacje.

Współczynnik rotacji wśród nowo zatrudnionych

Warto sprawdzić, czy wysiłki działu rekrutacyjnego przynoszą oczekiwane rezultaty i nowe osoby współpracują z firmą dłużej niż trwa okres wdrożenia. Jeśli nowy pracownik zrezygnuje z pracy w trakcie lub po okresie wdrożenia, jest to znaczący koszt. Dlatego warto po czasie zweryfikować, (np. po 3, 6 i 12 miesiącach), czy nowo zatrudnieni nadal realizują usługi na rzecz firmy. Wysoki współczynnik może wskazywać potrzebę wprowadzenia zmian w procesie rekrutacji bądź onboardingu.

Średni staż pracy

Średni staż pracy nie jest bezpośrednio związany z rekrutacją, jednak jego niski poziom może ukazywać, podobnie jak współczynnik rotacji wśród nowo zatrudnionych, niską jakość procesu rekrutacyjnego. Co więcej, jeśli weźmiemy pod uwagę poziom stanowiska czy też wynagrodzenia, możemy zweryfikować, czy niski staż pracy jest problemem dotyczącym wszystkich pracowników czy też poszczególnych grup zawodowych, finansowych itd.

Jeśli chodzi o dobór KPI (key performance indicators), kluczowe jest odpowiedzenie sobie na pytanie, w jakim celu chcemy je mierzyć. Jeśli będziemy wykorzystywać zebrane wyniki do wprowadzania udoskonaleń w proces rekrutacji, onboardingu czy do prowadzenia rozmów z innymi działami oraz negocjacji, wówczas rzeczywiście warto zbierać takie dane i analizować zestawienia. Takie podejście jest szczególnie istotne w działach, które nie posiadają odpowiedniego ATS, wspierającego ich w analityce, gdyż gromadzenie danych będzie od nich wymagało czasu i skrupulatności. Jest to jednak inwestycja, która powinna się zwrócić, gdyż dobre wyniki dowodzą o wartości działu HR i jego wkładzie na rzecz rentowności firmy.

[1]Raport Płacowy 2019 – Trendy na rynku pracy, Hays 2019.

[2]https://wskaznikihr.pl/biblioteka/podsumowanie_raportu_wskaznikihr_2018_c4c21ba5.

[3]https://www.hays.pl/cs/groups/hays_common/documents/digitalasset/hays_2078590.pdf

Koniec z Ja ne rozumiju. Ukraińcy chcą mówić po polsku

Ponad połowa Ukraińców (67 proc.), którzy chcą pracować w naszym kraju nie zna języka polskiego. Jedynie 33 proc. opanowało go w różnym stopniu. Już niebawem ta sytuacja może się zmienić – nasi wschodni sąsiedzi chcą uczyć się mówić po polsku. Jednak mimo chęci Ukraińców tylko 7 proc. pracodawców znad Wisły planuje finansować kursy językowe dla swoich pracowników z zagranicy. 

Popularność języka polskiego wśród Ukraińców rośnie. Ci, którzy planują wyjechać do Polski w celach zarobkowych chcą komunikować się z pracodawcą w naszym ojczystym języku. Mają na tym polu wiele do nadrobienia i w większości są zdani tylko na siebie. Aż 67 proc. Ukraińców wiążących przyszłość zawodową z naszym krajem nie zna języka polskiego. 30 proc. opanowało go w stopniu umożliwiającym komunikację, a tylko 3 proc. Ukraińców przyznaje, że zna nasz język biegle – wynika z badania zleconego przez Gdański Urząd Pracy, które przeprowadzili Pracodawcy Pomorza we współpracy z Grupą Progres.

Pomimo braku znajomości języka polskiego wśród 67 proc. ankietowanych zamierzających pracować w Polsce, aż 74 proc. z nich wyraziło chęć skorzystania z kursów językowych i szkoleń rozwijających znajomość języka polskiego. 26 proc. badanych uważa, że nie jest to konieczne do pracy w naszym kraju.

– Do tej pory pracodawcy nie zachęcali Ukraińców do nauki polskiego. Ci, którzy go nie znali pracowali w zespołach rosyjskojęzycznych lub ukraińskojęzycznych. Ambitniejsi rozmawiali z Polakami próbując nauczyć się ich języka – mówi Yuliia Novytska, Kierownik Działu Legalizacji Zatrudnienia w Grupie Progres. – Ukraińcy zrozumieli jednak, że jeśli chcą dobrze zarabiać i rozwijać się zawodowo w Polsce muszą znać ojczysty język swojego pracodawcy. Coraz częściej pytają o możliwość sponsorowania kursu językowego przez pracodawcę. Korzystają też z programów Unii Europejskiej finansujących lub współfinansujących naukę polskiego – mówi Yuliia Novytska.

Firmy nie pomagają? Pracodawcy oczekują znajomości języka polskiego jedynie wobec kandydatów ubiegających się o stanowisko wymagające wysokich kwalifikacji. W przypadku pracowników niewykwalifikowanych kluczowa jest chęć do pracy, uczciwość, odpowiedzialność i zdyscyplinowanie. Niewielu przedsiębiorców planuje też benefity w postaci dofinansowania szkoleń językowych (ok. 7 proc.). Co powoduje, że mimo zapotrzebowania na pracowników z Ukrainy ciężar nauki języka polskiego spoczywa na nich.

Polska branża oświetleniowa rośnie w siłę

Rynek oświetlenia w Polsce od kilku lat dynamicznie się rozwija, a motorem tych zmian są m.in. globalne trendy, jak wzrost populacji, urbanizacja i zmiany klimatyczne. Wraz z nimi obserwujemy rosnące zapotrzebowanie na nowoczesne rozwiązania oświetleniowe, w tym przede wszystkim technologie LED oraz inteligentne systemy zarządzania oświetleniem LEDowym. Odpowiedzią na tę potrzebę są polskie produkty, które z powodzeniem zasilają nie tylko krajowy, ale i zagraniczny rynek. Rośnie także świadomość jakości naszych produktów i zainteresowanie nimi. Dowodem na to, są polskie targi oświetlenia, które każdego roku odwiedza nawet 1,5 tys. kupców i handlowców z całego świata. Co ciekawe, obok rodzimych marek coraz chętniej pojawiają się także zagraniczni wystawcy, dla których Polska stanowi nowy i atrakcyjny rynek zbytu.

Międzynarodowe szacunki wskazują, że do 2025 roku branża LED osiągnie nawet 95 proc. udziału w globalnym rynku oświetleniowym. Rosnąca popularność LEDowych rozwiązań wynika z wielu czynników rynkowych i technologicznych, ale jednym z kluczowych aspektów jest poprawa efektywności energetycznej, która stanowi główny cel polityki energetycznej Unii Europejskiej „Europa 2020”. Strategia ta zakłada dążenie do osiągnięcia 20 proc. wzrostu w efektywnym wykorzystaniu energii – co przekłada się na wdrożenie istotnych zmian, również w oświetleniu. Jeżeli weźmiemy pod uwagę również kwestie modernizacji instalacji oświetleniowej w Europie, która obecnie ma więcej niż 25 lat, to prognozy dla branży mogą być obiecujące.

Na pewno w najbliższych latach możemy się spodziewać dalszego rozwoju rynku oświetleniowego, który w dużej mierze będzie odbywał się pod szyldem energooszczędności, a także cyfryzacji, bo nie zapominajmy – obok globalnych trendów dotyczących technologii LED rozwijają się równie silne tendencje dotyczące koncepcji Internetu Rzeczy, rozwiązań dających możliwość personalizacji i sterowania oświetleniem tak, aby było ono jak najbardziej dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników tzw. Human Centric Lighting, – czy Li-Fi, czyli rozwiązań, które umożliwiają przekazywanie danych za pomocą światła. Wszystkie te globalne trendy mają przełożenie w produktach, które oferują producenci zarówno krajowi, jak i zagraniczni podczas Targów Światło. Polski rynek pod tym względem jest bardzo atrakcyjny. Firmy z Europy i ze świata coraz częściej podejmują decyzję o tym, by pokazać swoje nowości podczas warszawskich targów oświetlenia, a zagraniczni kupcy przyjeżdżają na nasze wydarzenie, by zobaczyć polską ofertę wystawienniczą – mówi Kamilla Walicka, organizator Targów Światło.

Produkty made in Poland świecą na europejskich salonach

Tendencja rozwojowa rodzimego rynku oświetleniowego wynika także po części z rosnących przychodów z eksportu. Całkowita jego wartość stanowi około 40 proc. wartości rynku, a największym odbiorcą są kraje Unii Europejskiej – to ok. 80 proc. całego eksportu. To oznacza, że nasze produkty z powodzeniem konkurują na europejskich salonach. Ponadto zagraniczni kupcy każdego roku pojawiają się na targach Światło, by sprawdzać najnowszą ofertę polskich producentów.

– Każda kolejna edycja pokazuje, że zainteresowanie polskimi produktami rośnie i bardzo nas to cieszy, bo rodzime produkty konkurują nie tylko innowacyjnością, ale także stosunkiem ceny do jakości. Podczas targów zagraniczni kupcy mają tak naprawdę jedyną okazję, żeby zobaczyć potencjał polskiej branży oświetleniowej w takiej skali. Każdego roku gromadzimy kilkuset wystawców, którzy pokazują swoje topowe produkty – dodaje Kamilla Walicka.

 

Polska kusi zagranicznych producentów oświetlenia

 

Oprócz polskich marek, systematycznie zwiększa się także liczba zagranicznych wystawców oferujących atrakcyjne jakościowo i cenowo rozwiązania oświetleniowe. Debiutują marki z Rosji, Ukrainy, Niemiec, Czech, Rumunii, Chorwacji czy Turcji, ale także z Indii, Chin czy Korei Południowej, Algierii oraz Egiptu, które pokazują zarówno najnowsze rozwiązania typu LED, jak również systemy, które odpowiadają aktualnym, globalnym trendom.

Polski rynek oświetleniowy został dostrzeżony już dawno i systematycznie zostaje uwzględniany w polityce biznesowej zagranicznych firm, co widzimy przy organizacji każdej edycji Targów Światło. Od kilku lat liczba zagranicznych wystawców systematycznie rośnie. W 2018 roku wzrost udziału zagranicznych firm wyniósł 9 proc. w stosunku do poprzedniego roku, a w roku 2019 było to już 13 proc. Zaledwie kilka miesięcy dzieli nas od 28. edycji wydarzenia, które odbędzie się w lutym, a już teraz mamy potwierdzone uczestnictwo firm, m.in. z Niemiec, Ukrainy, Litwy czy Korei Południowej. Każdego roku pojawiają się przedstawiciele nowych państw. Podczas ostatniej edycji mieliśmy ok. 13 000 odwiedzających, w tym ponad 1500 osób z zagranicy. Bardzo nas to cieszy, bo to oznacza, że stajemy się kluczowym centrum na mapie Europy, skupiającym polską i zagraniczną branżę oświetleniową, a także kluczowym graczem, jeżeli chodzi pokazywanie innowacji w tym sektorze mówi Kamilla Walicka.

Savills: prognozy dla rynku inwestycyjnego w sektorze nieruchomości

Według międzynarodowej firmy doradczej Savills, wartość transakcji inwestycyjnych na globalnym rynku nieruchomości za cały 2019 rok będzie nieco niższa od ubiegłorocznej, kiedy to wyniosła 1,8 bln dolarów, ale pomimo wzrostu niepewności makroekonomicznej może zbliżyć się do poziomu odnotowanego w roku 2017 (1,7 bln dolarów). W Polsce szacuje się, że rok na rynku inwestycyjnym zakończy się wynikiem niższym niż w rekordowym zeszłym roku, ale znacząco wyższym niż w 2017 roku.

Z najnowszej publikacji firmy Savills w ramach prowadzonego globalnego programu badawczego Impacts wynika, że rok 2018 był rekordowy pod względem aktywności inwestorów na światowym rynku nieruchomości, na którym wartość transakcji wyniosła 1,8 bln dolarów. Aktywność inwestycyjna spowolniła w pierwszym kwartale 2019 roku wskutek niepewności politycznej i ekonomicznej, ale w drugim przyspieszyła, dzięki czemu wolumen transakcji inwestycyjnych w ujęciu globalnym wzrósł w połowie roku do 810 mld dolarów i był tylko nieznacznie niższy od odnotowanego w analogicznym okresie w 2018 roku (840 mld dolarów).

Rasheed Hassan, dyrektor działu inwestycji międzynarodowych w firmie Savills, powiedział: „Pomimo nieznacznego zmniejszenia się wolumenów inwestycyjnych, wartości aktywów utrzymują się na stabilnym poziomie. Spadek ten nie jest spowodowany przez brak zainteresowania nieruchomościami, lecz przez ograniczoną podaż spełniających kryteria inwestycyjne aktywów generujących przychody, a to jest główną siłą napędową rynku – inwestorzy najczęściej decydują się na inwestycje długoterminowe, co w obecnej sytuacji przekłada się na zahamowanie ich aktywności. Wszystkie nieruchomości pojawiające się na rynku szybko znajdują nabywców, o ile ich ceny są na właściwym poziomie”.

Według Savills transgraniczne przepływy kapitału również spowolniły w pierwszej połowie 2019 roku, w którym były niższe o 20% w porównaniu z analogicznym okresem w roku 2018. Najbardziej zmniejszył się napływ kapitału pochodzącego z Europy – w pierwszym półroczu inwestorzy europejscy zainwestowali poza Europą 43,8 mld dolarów, co oznacza spadek aż o 26% w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. Jednak w tym samym czasie wartość inwestycji z udziałem kapitału europejskiego w regionie Azji i Pacyfiku wzrosła o 67% – aczkolwiek z niskiego poziomu. Na ten region przypada obecnie 6% wszystkich zagranicznych inwestycji europejskich. Jak podaje firma doradcza Savills, wzrost ten wpisuje się w szerszy trend, ponieważ wolumen kapitału zagranicznego napływającego do krajów Azji i Pacyfiku wzrósł w pierwszym półroczu 2019 roku o 14% w porównaniu z pierwszą połową ubiegłego roku.

Sophie Chick, dyrektor działu badań globalnych w Savills, dodaje: „Poczucie niepewności gospodarczej na świecie utrzyma się w krótkiej i średniej perspektywie, co skłoniło MFW do obniżenia prognoz globalnego wzrostu gospodarczego na bieżący i przyszły rok. Jednak z drugiej strony stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie lub nawet zostaną obniżone w niektórych krajach, a jednocześnie nie widać na rynku większych zagrożeń. Nieruchomości oferują inwestorom stosunkowo atrakcyjny zysk, dzięki czemu utrzymuje się na nie wysoki popyt”.

Michał Stepień, Associate w dziale doradztwa inwestycyjnego Savills w Polsce powiedział: „Pierwsza połowa 2019 roku na rynku inwestycyjnym w Polsce zakończyła się bardzo dobrym, drugim najwyższym w historii, wolumenem transakcji na poziomie około 2.8 mld euro. Pomimo sygnałów zwiastujących późną fazę cyklu koniunkturalnego w gospodarce światowej, aktywność na rynku nieruchomości pozostaje wysoka i wiele wskazuje na to, że siła, którą napędzany jest ten sektor w Polsce, jest na tyle duża, że w najbliższych miesiącach nie powinniśmy odczuć spowolnienia. Szacujemy, że bieżący rok zakończy się w Polsce wolumenem transakcji w przedziale 6,5-7 mld euro, nieco niższym niż w rekordowym 2018 roku (7.2 mld euro), ale z pewnością znacząco wyższym niż w 2017 roku (5.03 mld euro)”.

Optymalizacja kosztów i zwiększenie efektywności firmy okiem urzędnika

Należąca do międzynarodowej grupy kapitałowej spółka korzysta z usług wsparcia w obszarze sekretariatu. Organ podatkowy zajął stanowisko, że ponoszone przez nią z tego tytułu wydatki podlegają wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodów w oparciu o art. 15e ust. 1 ustawy o CIT, z uwagi na zakwalifikowanie ich źródła do symbolu PKWiU, pod którym kategoryzuje się usługi podobne do usług wskazanych w art. 15e. Jak orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach w wyroku z 6 sierpnia 2019 r.: „Takie postępowanie organu doprowadziło do naruszenia art. 14c § 2 O.p. bowiem zajęte stanowisko odnosiło się do hipotetycznych usług objętych określonymi symbolami PKWiU, a nie do usług, których zakres opisano w stanie faktycznym” (sygn. I SA/Gl 314/19).

Przepis art. 15e ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych stanowi, że podatnicy nie mogą zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów kosztów: usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze, poniesionych bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych lub podmiotów mających miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86, ze zm.). Organ podatkowy, wydając interpretację indywidualną, zawiera w niej ocenę zajętego przez wnioskodawcę stanowiska co do stanu faktycznego przedstawionego w tym wniosku. Jeśli ocena jest negatywna, organ wskazuje stanowisko prawidłowe wraz z uzasadnieniem prawnym (art. 14c § 1 i 2 Ordynacji podatkowej, Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926, ze zm.).

Optymalizacja kosztów i zwiększenie efektywności firmy

W 2017 r. w ramach międzynarodowej grupy kapitałowej stworzono centrum usług wspólnych (dalej: CBS), którego zadaniem było świadczenie usług wsparcia dla 13 europejskich podmiotów grupy, w tym dla działającej na terenie Polski spółki z o.o. W obrębie CBS spółka korzysta z usług sekretariatu generalnego w takich obszarach jak: kształtowanie wizerunku firmy na zewnątrz, utrzymywanie kontaktów z sieciami medialnymi, opracowywanie komunikatów prasowych, zapewnienie prawidłowego obiegu korespondencji w firmie, a także zapewnienie obsługi prawnej czy tworzenie i wdrażanie polityk wewnętrznych. Spółka wystąpiła do organu podatkowego o potwierdzenie, że usługi te nie będą podlegały wskazanemu w art. 15e ustawy o CIT limitowaniu. Opisując szeroko rodzaj i charakter nabywanych usług sekretariatu, jednocześnie przyznała, że celem centralizacji usług wsparcia była optymalizacja kosztów i zwiększenie jakości i efektywności funkcjonowania przedsiębiorstwa.

Organ zażądał PKWiU

Organ wezwał spółkę do uzupełnienia wniosku poprzez przypisanie nabywanym od CBS usługom symboli Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług (dalej: PKWiU). Spółka wskazała na trzy symbole: 69.10 PKWiU – Usługi prawne, 63.99 PKWiU – Pozostała działalność usługowa w zakresie informacji, gdzie indziej niesklasyfikowana, oraz 70.21.10 PKWiU – Usługi w zakresie stosunków międzyludzkich (ang. public relations) i komunikacji. Jednocześnie zaznaczyła, że symbole PKWiU obejmują szeroki zakres usług, stąd nie mogą być one wymiernikiem faktycznie nabywanych usług i winny być traktowane jedynie pomocniczo. Organ powinien oprzeć swą ocenę na rzeczywistym charakterze nabywanych przez spółkę usług. Spółka jako przykład podała zaszeregowanie niektórych usług sekretariatu do usług PR, które PKWiU klasyfikuje jako mieszczące się w zakresie doradztwa związanego z zarządzaniem, a spółka w rzeczywistości żadnych usług doradczych nie nabywa – jedynie wspomagające i operacyjne.

Jak podniosła spółka we wniosku o wydanie interpretacji: „Posługiwanie się wyłącznie klasyfikacją PKWiU bez uwzględnienia informacji, jakie usługi są faktycznie świadczone, mogłoby prowadzić do uznania, że Spółka nabywa świadczenia o charakterze doradczym bądź zarządczym, co nie odzwierciedla faktycznego charakteru usług świadczonych przez CBS” (interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 6 lutego 2019 r., sygn. 0111-KDIB1-1.4010.579.2018.1.SG).

Kategoryzacja PKWiU przesądziła

Dyrektor KIS zgodził się ze stanowiskiem spółki, że pierwsze z dwóch usług zakwalifikowanych przez spółkę jako „Usługi prawne”, a także „Pozostała działalność usługowa w zakresie informacji, gdzie indziej niesklasyfikowana” nie będą objęte wyłączeniem art. 15e ustawy o CIT, gdyż mają różny cel i zakres od usług wskazanych w tym przepisie. Natomiast przepis ten znajdzie zastosowanie do usług sekretariatu, którym przypisano symbol 70.21.10 PKWiU. Zdaniem organu w dziale 70 PKWiU zostały sklasyfikowane usługi doradztwa, a „Wg definicji Słownika Języka Polskiego PWN (https://sjp.pwn.pl) doradztwo to: „udzielanie fachowych porad”, trudno przyjąć, iż w realiach współpracy gospodarczej świadczenie odpłatnych usług wsparcia przez inny podmiot, nie wiąże się faktycznie z udzielaniem fachowych porad z jego strony opartych na ewentualnej wiedzy, doświadczeniu i kompetencjach biznesowych” (sygn. 0111-KDIB1-1.4010.579.2018.1.SG).

Uzasadniając swą decyzję, organ zaprzeczył sam sobie

W wydanej interpretacji Dyrektor KIS poinformował jednocześnie, że wydał ją na podstawie klasyfikacji przedstawionej przez spółkę, podkreślając, że interpretacja nie rozstrzyga, czy wnioskodawczyni prawidłowo przypisała klasyfikację do przedstawionych we wniosku usług. Dokonując wykładni językowej art. 15e, wskazał, że: „Na gruncie prawa podatkowego zasadą jest, że o rodzaju czynności decyduje nie nazwa nadana przez strony, lecz rzeczywisty charakter czynności. W rezultacie o zakwalifikowaniu do konkretnego rodzaju usług decyduje treść czynności” (sygn. 0111-KDIB1-1.4010.579.2018.1.SG). Tym samym organ zaprzeczył prawidłowości wydanej przez siebie interpretacji, odkodowując rodzaj usługi na podstawie jej nazwy wskazanej za pośrednictwem PKWiU przez spółkę na jego żądanie, zamiast w oparciu o rzeczywisty jej charakter, a opisany przez spółkę we wniosku o wydanie interpretacji.

Zasadnie wskazał i sam się nie zastosował

WSA w Gliwicach przychylił się do skargi wniesionej przez spółkę na interpretację organu. Jak orzekł, postępowanie interpretacyjne powinno być prowadzone w granicach wyznaczonych przez art. 14b § 3 i art. 14c § 1 Ordynacji podatkowej, czyli w granicach stanu faktycznego przedstawionego przez wnioskodawcę. Natomiast w niniejszej sprawie organ wydał interpretację jedynie w oparciu o klasyfikację PKWiU, a symbol PKWiU nie może zostać uznany za element stanu faktycznego. Dlatego też wydał ją na podstawie ustaleń wykraczających poza stan faktyczny przedstawiony we wniosku spółki.

„…organ interpretacyjny wprawdzie zasadnie wskazał, że na gruncie prawa podatkowego zasadą jest, że o rodzaju czynności decyduje nie nazwa nadana przez strony, lecz rzeczywisty charakter czynności, w rezultacie czego o zakwalifikowaniu do konkretnego rodzaju usług decyduje treść czynności. Jednakże nie zastosował się do tego wymogu i nie przeanalizował treści czynności opisanych przez stronę szczegółowo we wniosku o wydanie zaskarżonej interpretacji. Skupił się na podanych przez stronę symbolach PKWiU (…) Takie postępowanie organu doprowadziło do naruszenia art. 14c § 2 O.p. bowiem zajęte stanowisko odnosiło się do hipotetycznych usług objętych określonymi symbolami PKWiU, a nie do usług, których zakres opisano w stanie faktycznym” (wyrok WSA w Gliwicach z 6 sierpnia 2019 r., sygn. akt I SA/Gl 314/19).

Błędy urzędników zagrażają bezpieczeństwu firmy

Prowadzenie przedsiębiorstwa wiąże się z codziennym ryzykiem, jakie obarcza działalność gospodarczą. Okazuje się, że jednym z najpoważniejszych dla niego zagrożeń mogą być organy administracji skarbowej, narażając swoją nieznajomością prawa podatkowego na nieuprawnione uszczuplenie majątku firmy. Oczywiście przedsiębiorcy, jak w powyższym przykładzie, mogą dochodzić ochrony swych praw przed sądem, ale nie to powinno zaprzątać ich głowy, a zapewnienie rentowności i rozwoju prowadzonego biznesu. W procesach tych przedsiębiorcy mogą rzecz jasna korzystać z usług kancelarii prawnych, radców i doradców podatkowych, i innych specjalistów, ale nie zmienia to faktu, że w obliczu takich działań organów prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce obarczone jest poczuciem sporej niepewności – zarówno prawnej, jak i majątkowej, bo błędne decyzje urzędników mogą zagrozić bezpieczeństwu finansowemu firmy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy „Pakt” trafia w oczekiwania przedsiębiorców?

„Pakt dla przedsiębiorców” to kolejna gospodarcza obietnica, złożona na finiszu kampanii wyborczej. Gdyby zapytać przedsiębiorców, czego oczekują od rządu i polityków, zapewne odpowiedzieliby: „stabilności i przewidywalności”. Deklaracji, strategii, konstytucji – tego wszystkiego jest pod dostatkiem. Brakuje normalności.

Nie jest misją Pracodawców RP włączanie się w polityczną debatę oraz ocenę programów i koncepcji lansowanych przez poszczególne partie. Trzeba jednak oceniać, jakie mogą być społeczno-gospodarcze konsekwencje tych propozycji.

W minionym tygodniu najbardziej oczekiwaną deklaracją polityczną dla przedsiębiorców była koncepcja Prawa i Sprawiedliwości, co ze względu na przewodzenie tej partii w przedwyborczych sondażach jest w pełni zrozumiałe. Przedstawił ją na konwencji w Katowicach Premier Mateusz Morawiecki, nadając jej tytuł „Pakt dla przedsiębiorców”. Pakt ów zawiera kierunkowe postanowienia w odniesieniu do spraw ważnych z biznesowego punktu widzenia.
I tak – zadeklarowano: zmniejszenie o 500 zł miesięcznie składki do ZUS dla mikro- i małych przedsiębiorstw (działania chyba niesłusznie nazwanego 500+, bo jest raczej -500), zwiększenie do 2 milionów euro limitu przychodów dla tzw. ryczałtowców, utrzymanie zryczałtowanej płatności składek do ZUS, zwiększenie limitu przychodów dla obniżonej stawki CIT wynoszącej 9 proc., a także zapowiedziano przeznaczenie 1 miliarda złotych na nowe inwestycje w strefach ekonomicznych.

Te deklaracje zapewne studzą emocje i są w dużej mierze odbierane jako ruch w dobrym kierunku, ale niestety nie niwelują wszystkich trosk przedsiębiorców. Nadal mają oni złe przeczucia co do swoich długookresowych zobowiązań, choćby związanych z koniecznością sfinansowania bardzo szybkiego – niespotykanego dotąd – wzrostu płacy minimalnej oraz rosnących wraz nią zobowiązań na rzecz ZUS i Pracowniczych Programów Kapitałowych. Co więcej, przedsiębiorcy obawiają się też wzrostu swoich biurokratycznych obowiązków i kosztów z tym związanych, choćby tych dotyczących księgowości i przeliczania składek w zależności od przychodu i dochodu firmy. Wszak zapowiedziana ulga o 500 zł w składce ZUS dotyczyć będzie tych, którzy spełnią jednoznaczne kryteria – przychody do 10 tys. zł miesięcznie i dochód – do 6 tys. zł miesięcznie. I trzeba te kryteria wypełnić jednocześnie. Jak zwykle w sprawach podatkowych – dowód, czyli wykazanie się spoczywa po stronie podatnika. Po stronie skarbówki – kontrole i sankcje.

Niestety – Premier nie wskazał też żadnych działań i rozwiązań w odniesieniu do obowiązującego ciągle jeszcze limitu 30-krotności. Pozostanie (co byłoby dobrym rozwiązaniem, wspieranym aktualnie przez 55 organizacji pracodawców), czy zostanie zniesiony, jak to zapowiedziano w projekcie budżetu na 2020 rok? Premier przemilczał tę kwestię, ale media ciągle nawiązują do wewnątrzrządowych kontrowersji w tym zakresie, dowodzących, że w Zjednoczonej Prawicy nie ma konsensu w tej sprawie. Taka sytuacja musi dziwić i rodzić podejrzenia, że przysłowiowa „kropka nad i” zostanie postawiona po 13 października, gdy na wynik wyborów parlamentarnych oddziaływać już nie będzie.

A sprawa jest ważna. Zniesienie limitu 30-krotności może mieć wielorakie skutki. Z pewnością wzrosną wpływy do ZUS, ale zdaje się, że wyczerpuje to listę potencjalnych korzyści. Natomiast po stronie „plusów ujemnych” (jak mawiał klasyk) negatywnych skutków takiego pociągnięcia byłoby znacznie więcej. Zapewne trzy okoliczności są tu najważniejsze. Po pierwsze, w przypadku zniesienia limitu rośnie quasi-opodatkowanie zarówno pracowników, jak i pracodawców. Chodzi oczywiście o wysokie składki na ZUS. A to w konsekwencji, i to jest okoliczność druga, może doprowadzić do istotnych zakłóceń, wręcz erozji, w funkcjonowaniu ZUS. Zakładu nie będzie w przyszłości stać na wypłatę bardzo wysokich świadczeń emerytalnych, adekwatnych do wniesionych składek. Naruszy to zasady społecznej solidarności i elementarnej uczciwości państwa wobec obywateli. I wreszcie okoliczność trzecia, której zaistnienie jest wysoce prawdopodobne. Sama zapowiedź, a już zwłaszcza zniesienie limitu, zadziała jak miecz Damoklesa. Mało kto podejmie trud przebudowy własnej firmy na innowacyjny kombajn. Nie będzie się opłacało zatrudniać wysokokwalifikowanych fachowców, wysoko opłacanych jednocześnie, bo zwiększy to zusowskie opłaty i inne obciążenia. W ślad za tym, już niedługo zabraknie tych fachowców, bo wyjadą z kraju – szukać bardziej przyjaznych miejsc zatrudnienia, umożliwiających im wysoką, osobistą akumulację finansową. Tymczasem Premier zapowiedział zmianę charakteru polskiej gospodarki na innowacyjną właśnie, z wyższą niż do tej pory wartością dodaną. Ciekawe jest, że tę skąd inąd słuszną koncepcję powiązał ze wzrostem płacy minimalnej. To tak, jakby właśnie najniżej zarabiający, o najniższych kwalifikacjach jednocześnie, wykonujący z reguły prace proste (acz bardzo potrzebne) mieli nadać naszej gospodarce innowacyjny impuls. Jeśli jednak chcemy wypracować wyższą wartość dodaną, to jednak musimy mentalnie pogodzić się z dużym zróżnicowaniem struktury płac i nierównościami w tym zakresie. Innej drogi nie ma.

Z „Paktu dla przedsiębiorców” na uwagę zasługuje jeszcze jedna propozycja. I to taka, gdzie utrzymano status quo – zryczałtowana składka na ZUS. Naliczana od 60 proc. przeciętnego, prognozowanego nota bene, wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Już nie chodzi o to, że wraz ze wzrostem minimalnej płacy wzrośnie także przeciętne wynagrodzenie, nawet nie rzecz w tym, iż to przeciętne wynagrodzenie nie jest wielkością rzeczywistą, a tylko prognozowaną i tym samym może podlegać, delikatnie rzecz nazywając, różnym estymacjom. Rzecz przede wszystkim w tym, że nijak się ma ona do przychodów czy dochodów przedsiębiorców. Tymczasem na początku prac nad budżetem na 2020 rok w Radzie Dialogu Społecznego (maj/czerwiec br.) przedstawiciele Ministra Finansów informowali o toczących się pracach nad gruntowną reformą systemu podatkowego. Zapewne wypracowano niewiele nowości i stąd kolejne, proste powielenie absurdalnego, umownego mechanizmu mającego niezbyt wiele ze społeczną gospodarką rynkową.

Nie sposób także przemilczeć jeszcze jednej ważnej kwestii, którą wszystkie partie polityczne skwapliwie pomijają. Co się w przyszłości wydarzy, jeśli dziś przedsiębiorca będzie korzystał z tzw. małego ZUS-u, dwuletniej „Ulgi na start”, czy późniejszych składek, preferencyjnie dziś potraktowanych? I co będzie, jeśli przedsiębiorcy nie będą w ogóle musieli wpłacać jakichkolwiek obowiązkowych składek na ZUS? Mało który z nich, będąc zauroczonym doraźnymi korzyściami, zapyta o swoją przyszłą emeryturę. Odpowiedź jest banalna – będzie to emerytura minimalna, niewiele mająca wspólnego z uzyskiwanymi dziś przez przedsiębiorców dochodami. Organy państwa, w tym przede wszystkim rząd, powinny o tym rzetelnie informować i uprzedzać. Jeśli tego nie czynią, podważają zaufanie do instytucji państwa. A w takiej sytuacji trudno nam będzie razem budować i powiększać kapitał społeczny, tak niezbędny jako siła motoryczna rozwoju. Szukając ułatwień i zachęt dla przedsiębiorców może warto zatem rozważyć koncepcję nie pomniejszania takich czy innych składek na ZUS i ubezpieczenia zdrowotne, ale skonfigurować, zależnie od dochodu i stopy oszczędności każdego z przedsiębiorców, system dopłat – choćby takich, jakie w ramach PPK otrzymują od Skarbu Państwa pracownicy zatrudnieni na umowach o pracę.

Czy „Pakt” trafia w oczekiwania przedsiębiorców? Częściowo z pewnością tak, jednak nie w całości. Gdyby zapytać ich, czego oczekują od polityków i rządu, odpowiedzieliby pewnie sarkastycznie, a może wręcz pytaniem: „Kiedy wreszcie będzie normalnie – stabilnie i przewidywalnie? Przyjaźnie dla przedsiębiorców?”. I chyba nie ma konkretnej odpowiedzi na te oczekiwania.

Dr Leszek Juchniewicz, główny ekonomista Pracodawców RP.

Nasza codzienność w dobie Artificial Intelligence

Jak mówił Alvin Toffler: „zmiany to proces, poprzez który przyszłość wchodzi w nasze życie”. Żyjemy w świecie, gdzie zmiany zachodzą coraz dynamiczniej, wpływając zarówno na naszą codzienność, jak i perspektywę dalekiej przyszłości.

Zmiany, które jeszcze kilkanaście lat temu mogły wydawać się scenariuszem filmu z gatunku science-fiction, zachodzą coraz szybciej, zmieniając nasze otoczenie i funkcjonowanie. Są coraz bardziej nieprzewidywalne i coraz bardziej złożone. Technologia napędza postęp, a nowe technologie pozwalają nam sięgać po coraz więcej. Proces technologicznej ewolucji, a właściwie 4 rewolucji przemysłowej trwa w najlepsze, na zawsze zmieniając świat, w którym żyjemy. Pojęcie rewolucja może być mylące, ale jest terminem używanym przez większość historyków do opisu zmian technologicznych zachodzących w świecie.

Przemysłowa (R)ewolucja

Pojęcie „rewolucja przemysłowa” zostało spopularyzowane w XVIII wieku, w czasach, gdy szerokie zastosowanie znalazł wynalazek pompy wodnej napędzanej silnikiem parowym. Po raz pierwszy na szeroką skalę zamiast siły ludzkich mięśni pracę wykonywały maszyny. Wynalazcą maszyny parowej był James Watt, który również spopularyzował określenie „rewolucji przemysłowej”. Za początek drugiej rewolucji przemysłowej wymienia się natomiast wprowadzenie elektryczności i wykorzystanie ropy naftowej jako surowca zasilającego transport i przemysł. Trzecią rewolucją przemysłową określamy czas w którym główną rolę odegrał układ półprzewodnikowy. Dzięki niemu rozwinęła się komputeryzacja i dalsza automatyzacja przemysłu. Dziś, w dobie czwartej rewolucji przemysłowej, głównymi filarami tempa rozwoju są tzw. Internet Rzeczy, Big Data i Sztuczna Inteligencja. Technologie te zwiększają możliwości kontroli, analizy, prognozowania i efektywności procesów produkcyjnych, sprzedażowych i technologicznych.

Inteligentne maszyny

Maszyny potrafią komunikować się ze sobą, wysyłając między sobą informacje, przyjmując polecenia i kontrolując własną pracę. Dzięki zaawansowanym algorytmom komputery są w stanie w stanie wykonywać wirtualne testy, analizować dane i szukać optymalnych rozwiązań, automatycznie wprowadzać poprawki i co najważniejsze prawidłowo i szybko reagować na zmiany. Przemysł 4.0 zmienia działania branży farmaceutycznej – pozwalając na skuteczniejsze i szybsze wynalezienie nowych, coraz skuteczniejszych farmakoterapii. Firmy z branży finansowej natomiast dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji zoptymalizowały zarządzanie ryzykiem, co znacznie usprawniło proces sprzedaży i obsługi produktów. To właśnie branża finansowa najchętniej inwestuje w rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji wdrażając coraz to nowsze rozwiązania takie jak chatboty, systemy identyfikacji i weryfikacji biometrycznej, czy tzw. wirtualne oddziały.

W najbliższym czasie sztuczna inteligencja znajdzie zastosowanie w bankowości, finansach i e-commerce. Jedną z firm, która opiera swoją działalność na wykorzystaniu zdobyczy AI, jak big data czy machine learning (uczenie maszynowe) jest AIQLABS. Przedstawiciele aiqlabs.pl stwierdzają zgodnie, że postępująca cyfryzacja usług to najlepszy sposób by wychodzić naprzeciw zmieniającym się potrzebom klientów i wkrótce, będziemy obserwować wzrost zainteresowania sektorem internetowych płatności i usług finansowych.

SuperGrosz.pl

Organizacja eventów i imprez firmowych od podszewki

Niemal każdy z nas w swoim zawodowym życiu miał okazję wziąć udział w imprezie firmowej lub wyjeździe integracyjnym. Przyjeżdżamy na miejsce, dobrze się bawimy, korzystamy z licznych atrakcji. Jesteśmy zachwyceni oprawą, występami artystycznymi towarzyszącymi wydarzeniu czy chociażby cateringiem. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że za taką imprezą stoi często cały sztab ludzi z profesjonalnej agencji eventowej. Dziś rozmawiamy z Michałem Kosiołem, wspołwłaścicielem agencji eventowej Argentum Event (https://www.argentum-event.pl ), który przybliży nam co nie co jak wygląda życie firmy organizującej wydarzenia.

Michał Kosioł, wspołwłaściciel agencji eventowej Argentum Event
Michał Kosioł, wspołwłaściciel agencji eventowej Argentum Event

Jak zainteresowałeś się organizacją eventów?

Organizacją wydarzeń i wyjazdów interesowałem się od praktycznie odkąd pamiętam, zawsze również chciałem mieć swój własny biznes. Bardzo dużo podróżuję, sama organizacja wszystkiego na własną rękę sprawia mi bardzo dużo przyjemności. Dodatkowo już od lat szkolnych działałem aktywnie przy organizacji różnego rodzaju wydarzeń, z czasem świat eventów pochłaniał mnie co raz mocniej. Już wtedy wiedziałem, że to jest to co chcę robić w życiu. Organizować eventy. Stąd też pomysł, by założyć własną agencję, co też 10 lat temu zrobiliśmy z moim przyjacielem, Jarkiem Gawlińskim.

Czy istnieją stereotypy na temat wybranego przez Ciebie zawodu?

Tak, i to całkiem sporo. Ten najpopularniejszy to taki, że ludziom wydaje się, że cały czas imprezujemy i dobrze się bawimy. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to naprawdę ciężka praca, która wymaga często wielu wyrzeczeń. Oprócz tego, że spędzamy masę czasu w biurze przygotowując wszystko na event naszego klienta, to na realizacje często wyjeżdżamy w środku nocy, a do domów wracamy rankiem następnego dnia.

Wiele osób również z hasłem „event” automatycznie kojarzy catering i paintballa i wydaje im się, że tym się właśnie zajmujemy, co dla mnie osobiście jest dość zabawne. Tymczasem nasza codzienność to naprawdę duże produkcje z dużymi budżetami, często bardzo skomplikowane i korzystające z najnowszych rozwiązań technologicznych. Organizacja na wysokim poziomie jubileuszu firmowego, otwarcia fabryki, pikniku czy choćby integracji angażuje zazwyczaj ogrom ludzi, firm, czasu i pracy.

Jaki był najtrudniejszy event jaki do tej pory zorganizowałeś?

Była to duża impreza sportowa na zlecenie jednej z instytucji finansowych. Wydarzenie było otwarte dla wszystkich chętnych, a oprócz kompleksowej organizacji całości odpowiedzialni byliśmy także za promocję w mediach, materiały promocyjne i współpracę ze sponsorami i innymi instytucjami wspomagającymi. Klient był bardzo wymagający i szczegółowy. Wszystko wyszło bardzo dobrze, ale mnie osobiście kosztowało to bardzo wiele zdrowia.

A jaki event zapisał się szczególnie w Twojej pamięci?

Myślę, że warto wyróżnić serię dużych eventów w całej Polsce, które firma telekomunikacyjna zleciła nam na samym początku naszej działalności. Dla doświadczonej agencji byłoby to duże wyzwanie, a my dopiero zaczynaliśmy. Zostaliśmy z marszu rzuceni na głęboką wodę i była to dla nas wielka przygoda. Śmiało mogę powiedzieć, że to był moment przełomowy w życiu Argentum Event. Zaangażowaliśmy się na 120%, wszystko wyszło idealnie, a klient kontynuował z nami współpracę jeszcze kilka lat z rzędu.

Opowiedz nam o swojej agencji, Argentum Event.

Tak jak wspominałem, firmę eventową założyłem razem z moim przyjacielem, Jarkiem. Niedługo minie nam już 10 rok współpracy, co uważam za nasz wspólny sukces. Obecnie nasza agencja prężnie się rozwija. W sierpniu kolejny już rok z rzędu zmieniliśmy biuro, bo poprzednie było już za małe. Struktura Argentum Event cały czas się rozrasta. Mamy świetnych Senior Event Menagerów, którzy prowadzą najbardziej skomplikowane projekty i pomagają nam również rozwijać firmę. Mamy też zespół doświadczonych i sprawdzonych Event Menagerów, którzy poradzą sobie z każdym projektem. Do pomocy mają obiecujących Junior Event Managerów, którzy już niebawem będą na tyle doświadczeni, że będą mogli samodzielnie realizować swoje wydarzenia.

Nasza oferta również ciągle się powiększa. W naszym portfolio mamy kilkadziesiąt imprez tematycznych i scenariuszy team-buildingowych. Organizujemy pikniki firmowe, jubileusze, wyjazdy integracyjne w Polsce i za granicą, bankiety, otwarcia oraz konferencje. W zasadzie nie ma takiego eventu, którego nie bylibyśmy w stanie zrealizować. Posiadamy bogate doświadczenie, pracują dla nas najlepsi technicy, podwykonawcy, animatorzy, konferansjerzy i DJ’e. Do tego nasze własne zaplecze techniczne jest na tyle obszerne, że nie musimy martwić się o sprawne realizacje.

Ciągle się rozwijamy i przemy do przodu. Chcemy być najlepsi w naszym fachu.

Czy kierowanie agencją eventową jest ciężkie?

Jest to świetna przygoda, ale też duże wyzwanie ze względu na mnogość aspektów temu towarzyszących. Prowadząc agencję trzeba być przygotowanym na wiele nieprzewidywalnych sytuacji. Zdarza nam się organizować 8 eventów w tym samym dniu i trzeba umieć skoordynować ludzi, ekipy techniczne, animatorów itp. Do tego konieczne jest zadbanie o marketing, administracje, księgowość i wszelkie inne aspekty prowadzenia biznesu. O wielu rzeczach nie miałem pojęcia i musiałem się ich nauczyć od zera. Ale satysfakcja jest. Nie wyobrażam sobie, bym mógł teraz robić coś innego.

Największe napotkane do tej przeszkody na drodze do rozwoju firmy to?

Czasem mocno we znaki daje się sezonowość tego biznesu. Polega to na tym, że mamy kilka miesięcy w roku, gdzie praktycznie nie ma nas w domach, bo tyle się dzieje. Następnie przychodzą momenty, w których dzieje się zdecydowanie mniej. Po czym znów przychodzi magiczny moment boom, gdzie odzywają się wszyscy na raz. Można się do tego jednak przyzwyczaić.

Niewątpliwe minusem jest również papierologia i formalności. Nawet najbardziej cierpliwym osobom może zdarzyć się wówczas mieć dość. Szczególnie, gdy po raz kolejny coś na fakturze się nie zgadza, albo jakiś wniosek wraca, bo przecinek jest nie tam, gdzie trzeba. Ale to problem chyba każdego biznesu.

Tak zupełnie na koniec. Jakie cechy musi posiadać osoba, która chce zostać event managerem?

Długo by wymieniać, bo jest to wbrew pozorom bardzo ciekawy i obszerny temat. Nie każdy się do tego nadaje, o czym mieliśmy okazję boleśnie się przekonać na przestrzeni lat. Przede wszystkim bardzo ważne jest pozytywne podejście do życia i świata. Co za tym idzie taka osoba musi lubić ludzi i kontakt z nimi. Komunikatywność to podstawowa cecha, gdyż w tej branży pracuje się z różnymi ludźmi niemal codziennie. A jak wiadomo, niektórzy klienci potrafią być mili, ale trudni.

Następnie dochodzi odporność na stres. Praca w charakterze event managera jest bardzo wymagająca i na takiej osobie spoczywa czasem ogromna odpowiedzialność. Szczególnie, gdy organizujemy wydarzenie na kilka tysięcy osób dla ogromnej korporacji, nerwy trzeba umieć utrzymać na wodzy. Do tego dochodzi kreatywność. Czasem trzeba wymyślić coś na szybko już w trakcie trwania eventu, aby sprostać oczekiwaniom i zmieniającej się sytuacji.

Perfekcjonizm, dokładność i zorganizowanie także będą przydatnymi cechami w tej pracy. Każdy event to kilkanaście, czasem kilkadziesiąt zmiennych elementów, które trzeba umiejętnie ze sobą połączyć, by wszystko zagrało tak jak należy. Nie każdy to potrafi.

Kool2Play bliżej NewConnect

Kool2Play, warszawski gamedeveloper, zakończył wybór doradców w procesie wejścia na NewConnect. Autoryzowanym Doradcą spółki została Kancelaria Adwokacka Kramer i Wspólnicy, która będzie odpowiedzialna za wprowadzenie akcji spółki do obrotu publicznego. Firma podpisała również umowę z Vestor Dom Maklerski S.A., ktory zajmuje się oferowaniem akcji spółki.  Ambicją studia jest debiut na NewConnect w I połowie 2020 r.

– Proces jest bardzo zaawansowany. Zbiega się on z potępem prac nad Uraganem, naszą obecnie flagową produkcją. Trwają intensywne prace nad wersją hands-on, która w październiku lub listopadzie będzie rozsyłana do wybranych influencerów. Aktualnie w  produkcji są trzy levele: Warszawa, Nowy Jork i Barcelona.- mówi Macin Marzęcki, prezes Kool2Play. Na podstawie tej wersji gry tworzony jest równolegle oficjalny trailer, który będzie upubliczniony do 10 października. Będzie on jednocześnie startem oficjalnej kampanii promocyjnej Uragana, która potrwa aż do premiery. Planowana data Early Access dla Uragun to początek 2020, premiera na przełomie Q2/Q3 2020 roku – zapowiada Marzęcki.

Uragun to  top – down shooter łączący ze sobą wartką akcję z elementami taktyki oraz wspaniałymi efektami audio-wizualnymi. Produkt zostanie wydany na PC w formule wczesnego dostępu.  Premiera pełnej wersji gry na platformie Steam, a także konsolach Nintendo Switch, Xbox i PlayStation. Drugi tytuł  – City of Minds to gra z gatunku action adventure, będąca wizją dystopijnej przyszłości, w której ludzie zajmują się wyłącznie pracą i konsumpcją treści produkowanej przez influencerów. Trzeci projekt o kodowej nazwie Odbudowa to zupełnie nowatorskie podejście do konwencji city builderów z elementami kierowania pojedynczymi mieszkańcami.

Projekt ustawy antylichwiarskiej i kluczowe zmiany dla sektora firm pożyczkowych

2 lipca 2019 r. do Sejmu wpłynął projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania lichwie[1] . Projekt ten przewiduje kluczowe zmiany dla sektora instytucji pożyczkowych, takie jak ograniczenie maksymalnej wysokości kosztów pozaodsetkowych oraz wprowadzenie dodatkowych obowiązków instytucji pożyczkowych przed zawarciem umowy z konsumentem. Projekt ustawy antylichwiarskiej zakłada możliwość nałożenia sankcji w razie nieprzestrzegania nowych przepisów[2].

W świetle prawa unijnego proponowane regulacje, a w szczególności te odnoszące się do podejmowania i wykonywania działalności pożyczkowej, mogą stanowić tzw. przepisy techniczne. W stosunku do takich przepisów dyrektywa (UE) 2015/1535 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 9 września 2015 r. [3] zakłada procedurę notyfikacji. Z tego względu 28 czerwca 2019 r. projekt ustawy został notyfikowany Komisji Europejskiej, a Sejm zobowiązany jest odroczyć jego przyjęcie na okres 3 miesięcy. W tym czasie Komisja Europejska oraz inne państwa członkowskie UE mają prawo zgłaszać uwagi lub opinie do projektowanych przepisów, a Polska w miarę możliwości powinna je uwzględnić przy pracach nad projektem. Dnia 19 lipca 2019 odbyło się jednak w Sejmie pierwsze czytanie projektu ustawy, po którym został on skierowany do Komisji Finansów Publicznych.

Projekt tzw. ustawy antylichwiarskiej przewiduje między innymi obniżenie maksymalnej wysokości kosztów pozaodsetkowych, które może ponieść konsument w związku z kredytem konsumenckim. Już teraz art. 36a ustawy o kredycie konsumenckim zawiera ograniczenie wysokości tych kosztów do wartości sumy 25% całkowitej kwoty kredytu oraz 30% całkowitej kwoty kredytu obliczonej stosownie do długości okresu spłaty, przy czym pozaodsetkowe koszty kredytu nie mogą łącznie przekroczyć całkowitej kwoty kredytu w całym okresie finansowania. Nowelizacja obniża te wartości do sumy 10% całkowitej kwoty kredytu oraz 10% całkowitej kwoty kredytu obliczonej stosownie do długości okresu spłaty, a kwota kosztów pozaodsetkowych nie może w całym okresie finansowania przekroczyć 75% całkowitej kwoty kredytu.

Projekt tzw. ustawy antylichwiarskiej zakłada również, że nieważna będzie umowa, w której osoba fizyczna zobowiąże się do przeniesienia własności nieruchomości służącej zaspokojeniu jej potrzeb mieszkaniowych w celu zabezpieczenia roszczeń wynikających z umowy niezwiązanej bezpośrednio z prowadzoną przez nią działalnością gospodarczą lub zawodową.

Projektowane zmiany przepisów wprowadzają także dodatkowe obowiązki instytucji pożyczkowych, które muszą zostać spełnione przed udzieleniem kredytu konsumenckiego. Instytucja pożyczkowa będzie zobowiązana odebrać od konsumenta oświadczenie o jego dochodach i wydatkach w zakresie niezbędnym dla oceny jego zdolności kredytowej i analizy ryzyka kredytowego. Dodatkowo konieczne będzie wystąpienie przez instytucję pożyczkową do przynajmniej jednego tzw. biura informacji kredytowej oraz biura informacji gospodarczej celem uzyskania danych o potencjalnym kredytobiorcy.

Udzielenie konsumentowi kredytu konsumenckiego z naruszeniem wyżej wymienionych reguł, a także w przypadku, gdy z uzyskanych danych wynikało, że konsument miał zaległości w spłacie innego zobowiązania wynoszące powyżej 6 miesięcy, będzie wiązać się z daleko idącymi sankcjami. Obejmują one nieważność zbycia wierzytelności z takiej umowy w drodze przelewu lub w inny sposób oraz wykluczenie możliwości skutecznego dochodzenia wierzytelności do czasu całkowitej spłaty wcześniejszego zobowiązania, jego wygaśnięcia lub po prawomocnym stwierdzeniu jego nieistnienia. Kluczowe jest, że opisany zakaz zbywania wierzytelności i brak możliwość jej skutecznego dochodzenia nie wstrzymuje biegu przedawnienia.

Uchwalenie projektowanych przepisów może doprowadzić do znaczących zmian na rynku pozabankowych pożyczek konsumenckich.
1. http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/druk.xsp?nr=3600

2. Nowe przepisy przewidują również między innymi zmiany w zakresie wprowadzenia nadzoru Komisji Nadzoru Finansowego nad instytucjami pożyczkowymi, możliwości ustanawiania przez osobę fizyczną zabezpieczenia wierzytelności w formie hipoteki oraz prowadzenia egzekucji z nieruchomości, a także wprowadzają sankcje za żądanie zapłaty kosztów pozaodsetkowych w wysokości co najmniej dwukrotnie przekraczającej maksymalną dopuszczalną wysokość tych kosztów. Z uwagi na ograniczenia niniejszego tekstu, zmiany te nie mogły zostać opisane w niniejszej publikacji.

3. Dyrektywa (UE) 2015/1535 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 9 września 2015 r. ustanawiająca procedurę udzielania informacji w dziedzinie przepisów technicznych oraz zasad dotyczących usług społeczeństwa informacyjnego.

Źródło/Autor: Deloitte Legal

Inwestycje w Startupy a Alternatywne Fundusze Inwestycyjne

Czym są Alternatywne Fundusze Inwestycyjne (AFI, jak działają, kto może w nie inwestować i kto nimi zarządza – wyjaśnia Paweł Kruszyński, Członek Zarządu w Grupie Assay.

Grupa Assay to Alternatywny Fundusz Inwestycyjny – proszę opowiedzieć więcej o tym rynku. Kto może zostać inwestorem, czy jest minimalny pułap wejścia do funduszu, czy i jak dobierani są inwestorzy?

Alternatywne Fundusze Inwestycyjne, jak sama nazwa wskazuje, stanowią alternatywę dla tradycyjnych funduszów inwestycyjnych pracujących przy towarzystwach, uzależnionych od wielu restrykcyjnych procedur nie zawsze korzystnych z punktu widzenia inwestorów. To stosunkowo nowy twór legislacyjny na polskim rynku. Obecnie w Polsce funkcjonuje ok. 120 podmiotów tego typu, a Grupa Assay jest jednym z pionierów w tym segmencie. Alternatywne fundusze są spółkami prawa handlowego, co niesie ze sobą szereg dodatkowych możliwości i czyni z nich podmioty atrakcyjne zarówno z punktu widzenia inwestorów, jak i potencjalnych klientów. Tego typu spółki wyróżnia przede wszystkim konstrukcja zwiększająca ich transparentność działania. Alternatywne fundusze składają sprawozdania do Krajowego Rejestru Sądowego i podlegają pod nadzór KNF – są więc bezpiecznym i atrakcyjnym partnerem w biznesie, zwłaszcza dla inwestorów. Wchodząc we współpracę z Alternatywnym Funduszem Inwestycyjnym, inwestor aktywnie w nim partycypuje, mając takie same uprawnienia jak w przypadku spółek prawa handlowego. Poprzez wgląd w bieżącą działalność funduszu, inwestorzy mają większe poczucie bezpieczeństwa biznesowego i finansowego, co w tym obszarze jest niezwykle ważne.

W przypadku Alternatywnych Funduszy Inwestycyjnych progi wejścia znacznie różnią się od siebie. W naszym przypadku typowy pułap początkowy wynosi 50 tys. PLN. Warto przy tym zauważyć, że wszystkich inwestorów traktujemy indywidualnie, więc w zależności od potrzeb i oczekiwań, współpracę zaczynamy od różnych kwot.

Jakie kompetencje ma zespół Assay i jakie rynki Państwa interesują? Czy dofinansowane spółki działają?

Grupę Assay tworzą eksperci z wieloletnim doświadczeniem w obszarze profesjonalnego doradztwa biznesowego. Nasz zespół analityków, specjalistów z zakresu rynków inwestycyjnych oraz project managerów, tworzy podmiot mogący realizować działania biznesowe o ogromnym potencjale. Stawiamy na różnorodność, mając świadomość tego, że rynek start-upów jest niezwykle kreatywny i stale się rozwija. W naszym portfolio znajduje się obecnie już ponad 20 spółek, zarówno z obszaru usługowego, jak i produktowego. Specjalizujemy się w takich branżach jak software, elektromobliność oraz medycyna premium, ale prowadzimy rozmowy i bacznie przyglądamy się również podmiotom z innych obszarów, np. telemedycyny, technologii blockchain czy fintech. Spółki z naszego portfolio dynamicznie się rozwijają, wspomnę tu choćby o marce Elimen z sektora elektromobilności, z którą wprowadziliśmy na rynek pierwszy użytkowy samochód elektryczny polskiej konstrukcji. Bardzo aktywnie działamy również w obszarze software’u, gdzie na rynku dość rozpoznawalne stają się takie narzędzia jak Gastrojob czy gry komputerowe jak Elderborn, rozwijany i wydawany przez nasze studio Hypestrange.

Na jakim etapie działalności przedsiębiorca powinien zgłosić się do Państwa, by otrzymać wsparcie dla rozwoju swojego biznesu?

Przedsiębiorcy mogą zgłosić się do nas na każdym etapie rozwoju swojej działalności. Zarówno na etapie biznesplanu, gdy młodej firmie potrzebne jest wsparcie zewnętrzne, jak i w trakcie bardziej zaawansowanych działań biznesowych. Nie zamykamy się na konkretny poziom rozwoju przedsiębiorstwa – mamy świadomość, że wsparcie funduszu może okazać się przydatne w każdym momencie. Współpracujemy zarówno ze startupami, jak i doświadczonymi przedsiębiorcami, znając realia funkcjonowania biznesów na różnych etapach ich rozwoju.

Na jakiej podstawie Assay kwalifikuje startupy i młode przedsiębiorstwa, które chce włączyć do swojego portfolio?

Chciałbym na wstępie zaznaczyć, że to nie branża czy etap działalności jest wyznacznikiem włączenia firmy do portfolio Assay. Po wstępnej rozmowie z potencjalnym klientem, realizujemy dogłębną analizę danego biznesu w oparciu o unikalny, 16-czynnikowy model, z czego 2 czynniki postrzegamy jako kluczowe i niezbędne do podjęcia dalszej współpracy. To zespół i pomysł rynkowy. Niezależnie od tego, czy biznes dotyczy gałęzi usługowej czy produktowej, firma musi wyróżniać się zarówno w sferze koncepcyjnej, jak i jakościowej. Rynek się nasyca i konkurencja jest coraz większa, a budżety nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku korporacji. Dlatego tak ważne jest, jaki potencjał ma dana firma. Na podstawie naszego doświadczenia i dogłębnej analizy możemy trafnie ocenić możliwości rozwoju danej firmy i na tej podstawie podjąć decyzję o inwestycji w dany biznes.

Czego od funduszów inwestycyjnych oczekują dziś startupy? W jaki sposób Grupa Assay wspiera młode firmy?

Startupy oczekują wsparcia na wielu płaszczyznach. Jako Alternatywny Fundusz Inwestycyjny, działamy według formuły współprowadzenia startupów. Realnie inwestujemy w rozwój danej marki, zapewniającej jej wsparcie finansowe, a przez to zwiększając jej poziom wiarygodności z punktu widzenia potencjalnych inwestorów. Dodatkowo, zapewniamy firmom z naszego portfolio całe zaplecze specjalistów – webmasterów, analityków, grafików, księgowych. Cele startupu, jakimi są przede wszystkim rozwój i ekspansja, staje się również naszym celem, dlatego by je osiągać, aktywnie działamy w zakresie biznesowym, marketingowym czy pr-owym.

Spójrzmy jeszcze na perspektywę podmiotów zewnętrznych, m.in. inwestorów. Spółka Assay Management otrzymała ostatnio pozytywną weryfikację KNF – co to oznacza dla potencjalnych inwestorów i spółek, które zgłaszają się do Grupy Assay?

Pozytywna weryfikacja spółki Assay Management to dla inwestorów czytelny sygnał, że jesteśmy wiarygodnym i profesjonalnym podmiotem na rynku, zapewniającym partnerom biznesowym poczucie bezpieczeństwa i najwyższą jakość realizowanych działań. Mamy jasno określoną politykę i strategię inwestycyjną, opartą na bardzo dużej transparentności działań. Dzięki temu inwestorzy na każdym etapie mogą sprawdzić, w jaki sposób realizujemy nasze cele. Pozytywna weryfikacja KNF to również ważny komunikat dla spółek chcących się do nas zgłosić, potwierdzający zaangażowanie Assay w działalność inwestycyjną i nasz potencjał rozwojowy.

Michał Krupiński: transformacja technologiczna i konsolidacja wyzwaniem dla banków

Europejskie banki muszą przejść proces cyfrowych zmian, bez względu na trudne otoczenie makroekonomiczne i regulacyjne. Transformacja da im szansę zmniejszenia dystansu do banków z USA – ocenił w wywiadzie dla telewizji Bloomberg TV prezes Banku Pekao S.A. Michał Krupiński.

– Myślę, że obecna sytuacja związana ze stopami procentowymi w Europie Zachodniej i otoczenie regulacyjne nie powinny być traktowane jako wymówka dla banków, aby się zmieniać. Mamy zbyt wiele banków w Europie – powinna zatem nastąpić konsolidacja. Z drugiej strony, obserwujemy wyniki banków w Stanach Zjednoczonych, które przechodzą tę transformację i rozmawiają o technologii przyszłości – powiedział Michał Krupiński.

W ocenie prezesa Pekao nieco inaczej wygląda sytuacja sektora bankowego w Polsce, która z przewidywanym wzrostem PKB rzędu 4,5 proc. jest drugą najszybciej rosnącą gospodarką w Europie.

– Polski sektor bankowy jest bardzo stabilny i dobrze skapitalizowany, pomimo obowiązującego podatku bankowego – powiedział Krupiński. Dodał jednak, że przed polskim sektorem stoją wyzwania związane choćby z potencjalnym, niekorzystnym orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) odnośnie kredytów we frankach szwajcarskich.

– Znajdujemy się w dobrej sytuacji, ponieważ ekspozycja Banku Pekao na kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich jest znikoma. Jednak oczywiście może powstać problem systemowy, jeśli orzeczenie będzie bardziej konserwatywne – skomentował Krupiński.

Prezes Pekao podtrzymał również strategiczne cele finansowe banku, wskazując, że wyniki drugiego kwartału rosły w tempie dwucyfrowym.

– Nasz wzrost w bankowości detalicznej jest najszybszy od 10 lat, a w przypadku średnich firm – wynosi 20 procent. Jako bank mamy również znaczne oszczędności oraz bardzo stabilne koszty ryzyka i działalności operacyjnej, więc jesteśmy optymistyczni, jeśli chodzi o 3 mld zł zysku netto w przyszłym roku, co przekłada się na 12,5 proc. ROE – podsumował.

Dane z Ministerstwa Sprawiedliwości: Do sądów wpływa mniej spraw w kwestii skargi pauliańskiej

Od stycznia do czerwca br. do sądów I instancji wpłynęło ponad 900 spraw w przedmiocie tzw. roszczenia pauliańskiego. To blisko 180 mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spadła też liczba takich sporów zgłoszonych do II instancji. Ostatnio było ich niespełna 230, a w pierwszej połowie 2018 roku – prawie 240. Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w I instancji takie sprawy najczęściej są w całości lub w części uwzględniane, natomiast w II są zwykle oddalane.

Skarga pauliańska ma na celu ochronę praw wierzyciela przed nieuczciwymi kontrahentami. Z danych resortu sprawiedliwości dotyczących I instancji wynika, że w okresie od stycznia do czerwca 2019 roku do sądów rejonowych wpłynęło 501 spraw cywilnych o uznanie czynności prawnej za bezskuteczną (art. 527 kc), a do sądów okręgowych – 416. W analogicznym okresie ubiegłego roku było ich odpowiednio 640 oraz 456. Jeśli wziąć pod uwagę II instancję, to w okresie pierwszego półrocza br. do sądów okręgowych wpłynęło 99 spraw, a do apelacyjnych – 128. Natomiast 12 miesięcy wcześniej statystyki te wyniosły 121 i 117.

Tego typu działania najczęściej stosowane są przez instytucje takie jak banki, parabanki oraz ZUS i US. Z drugiej strony mamy osoby fizyczne, niestety o bardzo małej wiedzy na ten temat. Dłużnik jest przekonany, że darowizna np. udziału w nieruchomości na rzecz żony czy dziecka uchroni go przed egzekucją. Tak niestety nie jest, dlatego popularność sporów dot. ustalenia bezskuteczności takiej czynności jest coraz częstsza – mówi adwokat Michał Dziedzic z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Klisz i Wspólnicy.

Według Marka Niczyporuka, radcy prawnego z Kancelarii Ars AEQUI, można postawić następującą tezę dot. skargi pauliańskiej. Im większy jest wpływ takich spraw do sądów, tym więcej dłużników podjęło działania mające na celu pokrzywdzenie wierzycieli. Ewentualnie wzrasta świadomość prawna podmiotów, które próbują odzyskać należne im środki.

– Takie sprawy można podzielić na 2 rodzaje. Pierwszy to przypadki łatwiejsze dowodowo, opierające się na domniemaniach. Ciężar dowodu został w znacznej części przerzucony na stronę broniącą się. Powód musi tylko wykazać, że przysługiwała mu wierzytelność wobec darczyńcy. Drugi rodzaj wymaga już pełnej inicjatywy dowodowej ze strony wierzyciela. W ostatnich latach zaobserwowaliśmy wzrost ilości spraw z kategorii pierwszej. I one zdecydowanie przeważają – tłumaczy mec. Dziedzic.

Z kolei Ministerstwo Sprawiedliwości informuje o sytuacji w I instancji. W pierwszym półroczu w sądach rejonowych rozstrzygnięto 534 sprawy (595 – w analogicznym okresie 2018 roku). W całości lub w części uwzględniono 227 (259), oddalono 67 (73), zwrócono 32 (44), odrzucono 4 (1), a umorzono 140 (124). Pozostałych sporów było – 64 (94). Natomiast w sądach okręgowych załatwiono 385 spraw (391). W całości lub części wzięto pod uwagę 168 (174), oddalono 51 (43), zwrócono 28 (36), odrzucono 4 (2), umorzono 79 (68), a inne załatwienia – 55 (68).

– Na podstawie tych danych można wnioskować, że sądy I instancji częściej oddalają skargi, a zatem orzekają na korzyść dłużników. Z doświadczenia wiem, że jako przesłankę wskazują fakt podejmowania przez wierzycieli niedostatecznych działań. One powinny zmierzać do ustalenia majątku dłużników, z którego można przeprowadzić skuteczną egzekucję. To niekiedy stawia pokrzywdzonych przed koniecznością prowadzenia swoistych śledztw. Muszą sprawdzić, czy np. pozwany nie zarabia pieniędzy za granicą lub nie kumuluje kapitału poza Polską. Często jest to zadanie niemożliwe do zrealizowania dla osoby niemającej odpowiedniego zaplecza instytucjonalnego i prawnego – opisuje radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.

Dane dotyczące II instancji wyglądają następująco. W pierwszym półroczu br. w sądach okręgowych załatwiono 85 spraw (93 – w analogicznym okresie 2018 roku). Oddalono – 49 (67), zmieniono – 23 (21), uchylono lub uchylono i przekazano do I instancji – 3 (2), odrzucono – 1 (1), a umorzono – 5 (2). Innych było 4 (0). Natomiast w sądach apelacyjnych rozstrzygnięto 118 spraw (103). Oddalono – 68 (62), zmieniono – 35 (23), uchylono lub uchylono i przekazano do pierwszej instancji – 5 (9), odrzucono – 3 (2), umorzono – 7 (6), a inne załatwienia – 0 (1).

– Statystyki związane z II instancją nie są zaskoczeniem. Uchylenia wyroków dotyczą wszystkich rodzajów spraw i tutaj skarga pauliańska nie jest wyjątkiem. Często zdarza się, że sąd orzeka w oparciu o niepełny materiał. Przykładowo, oddalił ważny dowód, który miałby wpływ na wynik sprawy. Sąd odwoławczy to dostrzega i nakazuje, aby ten wątek uzupełnić, odsyłając sprawę do ponownego rozpoznania – stwierdza ekspert z Kancelarii Klisz i Wspólnicy.

Jak przekonuje Marek Niczyporuk, statystyki z sądów drugiej instancji niewiele mówią o skuteczności skargi pauliańskiej. Dane te dotyczą bowiem apelacji składanych z pewnością zarówno przez wierzycieli, jak i pozwanych. Trudno zatem wskazać, czy w sprawach, w których zmieniono lub uchylono orzeczenie I instancji, sądy opowiedziały się po stronie pokrzywdzonych wierzycieli czy wręcz przeciwnie.

– To, czy wzrośnie liczba spraw ze skargi pauliańskiej, będzie zależało od koniunktury gospodarczej. Póki dłużnika stać na regularną obsługę zobowiązań, będziemy obserwować tendencję zniżkową. Niestety warunki rynkowe są cykliczne i pojawi się okres, kiedy instytucje znowu podejmą próbę odzyskiwania kapitału od niewypłacanych dłużników. Mam nadzieję, że nie nastąpi to szybko – komentuje Michał Dziedzic.

Sektor przedsiębiorstw jest najbardziej narażony na zatory płatnicze. Podobnie jest w przypadku działań mających na celu pokrzywdzenie wierzycieli oraz jawnych oszustw. Dla przykładu, kontrahenci zamawiają towary, na które ich nie stać. Jak podsumowuje mec. Marek Niczyporuk, wielu Polaków prowadzi działalność gospodarczą w formie spółki z o.o. lub komandytowej. Te podmioty nie są wyposażane w znaczny majątek. W razie kłopotów finansowych panaceum na tę sytuację jest ogłoszenie upadłości.

Drogie obietnice przedwyborcze obciążą głównie przedsiębiorców

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej
Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej

Przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się 13 października, obserwujemy naturalny wzrost liczby politycznych obietnic. By przekonać wyborców do zagłosowania na odpowiednią listę, ugrupowania polityczne prześcigają się w obiecywaniu obywatelom społecznych i gospodarczych rozwiązań. Politycy obiecują przede wszystkim, że więcej pieniędzy trafi do kieszeni obywateli – przez programy społeczne i wyższe płace, a mniej z nich wypłynie dzięki niższym podatkom. Niestety gołym okiem widać, że zrealizowanie przedwyborczych obietnic bardzo nadweręży budżet państwa. Nie rozmawia się jednak w kampanijnym szale o tym, skąd te pieniądze wziąć. Eksperci oceniają szczególnie jedną z obietnic partii rządzącej – jako problematyczną dla skarbu państwa.

– Bardzo kłopotliwe dla gospodarski będzie wprowadzenie obietnicy dużego podniesienia płacy minimalnej – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Jest to zgrabne zagranie bieżącej administracji. Rządzący wiedzą, że koszty tego projektu w zdecydowanym stopniu poniosą przedsiębiorcy, a budżet sporo zarobi na większych podatkach i dodatkowych składkach na ZUS. Ale może się okazać, że skutki podniesienia płacy minimalnej będą znacznie większe, niż spodziewa się administracja. Może odbić się to negatywnie na rynku pracy, zwłaszcza w niedużych ośrodkach i na rynku usługowym – ostrzega Soroczyński.

Kaucja zaspokoi obawy inwestorów w okresie ustanawiania zabezpieczeń na obligacje

Niewykupienie przez emitenta obligacji w określonym terminie to coraz częstszy powód do obaw wśród inwestorów, którzy rozważają zakup takich papierów wartościowych. Aby zapewnić ochronę swoim przyszłym wierzycielom, spółki oferują im dodatkowe zabezpieczenia na emitowane instrumenty dłużne. Tymi zabezpieczeniami mogą być różnego rodzaju zastawy na aktywach, cesje należności, pełnomocnictwa do rachunków bankowych czy najbardziej wartościowe zabezpieczenie – hipoteka. Wciąż jednak, ustanowienie części zabezpieczeń wymaga czasu. W okresie, gdy zabezpieczenie nie zostało jeszcze ustanowione, a więc obligatariusz jest narażony na ryzyko, dobrym rozwiązaniem jest uruchomienie tzw. mechanizmu kaucyjnego.

Konrad Sobczyk Haitong Bank
Konrad Sobczyk Haitong Bank

Podejście Heraklita z Efezu, dawnego filozofa greckiego, że świat to jedna wielka zmienna rzeka, jak najbardziej sprawdza się także w obszarze rynków finansowych. Różne są tylko czynniki wpływające na te zmiany i siła z jaką na dany obszar życia oddziałują. W Polsce rok 2018, z punku widzenia rynku obligacji korporacyjnych, zostanie zapamiętany na długo. Skala niewykupionych w ubiegłym roku obligacji przedsiębiorstw oraz inne wydarzenia na lokalnym rynku finansowym poraziły nie tylko inwestorów detalicznych i instytucjonalnych, ale także obecnych i nowych emitentów oraz organizatorów emisji.

Ustanowienie zabezpieczenia

Jednym z najbardziej istotnych elementów bezpieczeństwa inwestorów jest ocena ryzyka udzielenia finansowania poprzez nabycie obligacji danej spółki w kontekście zabezpieczenia instrumentów dłużnych. Zgodnie z ustawą o obligacjach, obligacje nie mogą być wydane przed ustanowieniem zabezpieczeń określonych w warunkach emisji. Wyjątkiem jest sytuacja, w której warunki emisji określają, że zabezpieczenia zostaną ustanowione już po dniu emisji. Można więc przyjąć wstępny, prosty podział na papiery: niezabezpieczone na dzień emisji, zabezpieczone i niezabezpieczone, ale z zobowiązaniem emitenta do ustanowienia zabezpieczenia w określonym terminie, liczonym z reguły od dnia emisji. Dodatkowo, możliwe jest zabezpieczenie obligacji na dzień emisji poprzez np. umowę poręczenia, cesji wierzytelności, weksel własny in blanco z deklaracją wekslową czy oświadczenie o poddaniu się egzekucji, ale z kolei tzw. „twarde zabezpieczenia”, takie jak hipoteka na nieruchomościach, zastaw rejestrowy na zapasach czy zastaw rejestrowy na maszynach, są ustanawiane po dacie emisji. Wówczas są to papiery formalnie zabezpieczone zgodnie z ustawą o obligacjach – na dzień emisji, ale dla której tylko część z określonych w warunkach emisji zabezpieczeń została ustanowiona. Najczęściej termin ustanowienia tego typu zabezpieczeń wynosi kilka tygodni od dnia emisji. A więc istnieje okres, w którym wierzytelności obligatariuszy są niezabezpieczone albo zabezpieczone częściowo, a na najbardziej wartościowe z punktu widzenia obligatariusza zabezpieczenie, takie jak hipoteki czy zastawy, inwestor musi czekać.

Z oczywistych powodów brak zabezpieczenia sprawia obligatariuszom dyskomfort. Gorzej jednak, gdy termin na ustanowienie go mija, a zabezpieczenia wciąż brak. Większość warunków emisji obligacji z zabezpieczeniem ustanawianym po dniu emisji przewiduje przypadek naruszenia (tzw. event of default). Zgodnie z nim w przypadku nieustanowienia zabezpieczenia do ściśle określonego dnia, każdy obligatariusz może złożyć emitentowi żądanie wcześniejszego wykupu obligacji. W ten sposób wierzytelności z obligacji stają się wymagalne, a emitent zobowiązany jest do natychmiastowej zapłaty. Tylko „co z tego?”. A co w sytuacji, gdy zabezpieczenie miał ustanowić np. podmiot zależny spółki emitującej obligacje? Tu sprawa wygląda jeszcze gorzej z punktu widzenia inwestora. Możliwości wywarcia presji do ustanowienia zabezpieczenia jest znacznie mniej.

Kaucja uspokoi obligatariusza

Aby uniknąć problemów z tymczasowym brakiem zabezpieczenia, dobrym rozwiązaniem może być ustanowienie tzw. kaucji, np. na rachunku administratora zabezpieczeń do czasu ustanowienia poszczególnych zabezpieczeń obligacji. Mechanizm kaucyjny polega na zawarciu umowy pomiędzy emitentem, a administratorem zabezpieczeń. Pomimo braku formalnego związku może, a w zasadzie powinien, zająć w niej stanowisko także organizator/agent emisji, jako podmiot łączący inwestora z emitentem. Kluczowym elementem tego mechanizmu jest oczywiście utrzymywanie całości albo części kapitału, pochodzącego z emisji, na rachunku obligatariusza do momentu ustanowienia zabezpieczenia. Takie podejście zwiększa komfort posiadacza obligacji oraz, z jego punktu widzenia, pozytywnie wpływa na efektywność i sprawność emitenta w ustanawianiu zabezpieczenia. Choć czas niezbędny do wpisania odpowiedniego zabezpieczenia w dużej mierze zależy od sprawności działania poszczególnych sądów rejestrowych, powoduje jednak, że wszelkie czynności realizowane przez emitenta są wykonywane ze szczególną starannością i bez zbędnej zwłoki. Dodatkowo, w umowie powinny znaleźć się postanowienia określające sposoby zaspokojenia czy też wygaśniecie kaucji. Niezależnie od tego możliwe jest również wprowadzanie rozwiązań, które pozwalają na wcześniejsze częściowe zwolnienie kapitału, np. w przypadku ustanowienia w pierwszej kolejności niektórych dodatkowych zabezpieczeń.

Biznesowym założeniem wprowadzenia koncepcji stworzenia kaucji jest przede wszystkim zwiększenie komfortu obligatariuszy na okres do ustanowienia zabezpieczeń docelowych. Choć po stronie emitenta i innych organizatorów emisji generuje się więcej pracy, ostatecznie ma to jednak wpływ na ocenę przez inwestorów instytucjonalnych wszystkich elementów transakcji, a co za tym idzie, większą skłonność do inwestowania.

Konrad Sobczyk, Head of Debt Capital Markets, Haitong Bank

Pracodawcy muszą walczyć o młodych pracowników. Coraz częściej nie stawiają się oni na umówione rozmowy rekrutacyjne

Pracodawcy muszą walczyć o młodych pracowników. Coraz częściej nie stawiają się oni na umówione rozmowy rekrutacyjne 1

Bywają sytuacje, kiedy na 10 umówionych spotkań z kandydatami nie przychodzi nikt i dla dzisiejszego pokolenia millenialsów jest to niestety typowe zachowanie – mówi Anna Panek, dyrektor HR w Vivus Finance. Jak podkreśla, to pokolenie – choć ma wśród pracodawców opinię roszczeniowych i wymagających – wnosi jednak do firmy wiele korzyści i jest bardzo efektywne w działaniu. Dlatego menadżerowie powinni się uelastycznić i dopasować do ich potrzeb, a firma może wypracować balans pomiędzy oczekiwaniami a tym, co może zaoferować, łącząc przedstawicieli różnych generacji przy wspólnych projektach.

Kultura organizacyjna w firmie powinna być dopasowana do potrzeb millenialsów, bo to oni stanowią nawet 70 proc. pracowników w większości firm. Musi być to kultura nastawiona na błyskawiczny feedback – trochę na zasadzie lajkowania na Facebooku. Ten feedback musi nastąpić tu i teraz, pod konkretnym zdarzeniem, a nie za godzinę czy za rok – mówi agencji Newseria Biznes Anna Panek, dyrektor departamentu HR w Vivus Finance.

Millenialsi, czyli pokolenie urodzone w latach 80. i 90., bywają też nazywani pokoleniem Y. Zgodnie z definicją Center for Generational Kinetics, która zajmuje się badaniem generacji na rynku pracy, igreki mają dziś od 24 do 42 lat. Do 2025 roku będą stanowić już 75–80 proc. wszystkich pracowników na globalnym rynku pracy.

Ich oczekiwania i podejście do pracy jest inne niż poprzednich pokoleń – są świadomi swoich kwalifikacji i umiejętności, bardziej wymagający w stosunku do pracodawców, oczekują czegoś więcej niż samo wynagrodzenie. Jak wynika z raportu Deloitte „Liderzy przyszłości”, oczekują oni wyzwań, umożliwienia im rozwoju zawodowego i łączenia kariery z życiem prywatnym. Nie przywiązują się do miejsca pracy, a z drugiej strony dzięki social mediom są bardzo dobrze zorientowani w rynku i często zmieniają pracodawców.

Millenialsi oczekują dużo wsparcia, chcą wiedzieć dokładnie, co mają zrobić i jaka będzie z tego korzyść dla firmy. To jest ogromna wartość. Dotychczas mieliśmy w firmie wiele spotkań, czasem mało efektywnych, bez konkretnych rozwiązań. Millenialsi uczą nas tego, żeby wszystko, co robimy, było efektywne, dopasowane do okoliczności i stanowiło wartość – mówi Anna Panek – Z jednej strony rzeczywiście trzeba millenialsom poświęcać dużo czasu, uwagi i budować programy, które sprostają ich oczekiwaniom, z drugiej oni uczą nas efektywności, zwięzłości, konkretności.

Z kolei tegoroczny raport „Jakość procesów rekrutacji” Aplikuj.pl pokazuje, że millenialsi przykładają wagę nawet do tego, w jaki sposób pracodawca prowadzi proces rekrutacji, jakie ma opinie wśród obecnych czy byłych pracowników i jakie relacje panują w firmie.

Dzisiaj kandydaci, którzy przychodzą do pracy, pytają nie tylko o to, na czym będzie polegała ich praca na danym stanowisku. Są też żywo zainteresowani, czy firma inwestuje w jakieś ekologiczne przedsięwzięcia, czy ma wyodrębniony dział zajmujący się akcjami charytatywnymi. Oni bardzo interesują się tym, co dzieje się  dookoła społeczności w danym środowisku – mówi Anna Panek.

Jak podkreśla, kultury organizacyjnej firmy nie buduje się z dnia na dzień. To wieloletni proces, który zaczyna się na szczeblu zarządu i później powinien być rozwijany w dół, przez menadżerów wyższego i średniego szczebla aż po szeregowych pracowników. Dyrektor HR w Vivus Finance zauważa też, że dzisiejszy rynek pracy w Polsce, który jest zdecydowanie rynkiem pracownika, sprzyja pokoleniu Y. To powoduje, że pracodawcy muszą się bardziej starać, aby przyciągnąć takich kandydatów.

Bywają sytuacje, kiedy na 10 umówionych spotkań z kandydatami, nie przychodzi nikt. Na początku myślałam, że jest to być może kwestia branży czy stanowiska, ale z rozmów z kolegami i koleżankami z branży HR wynika, że jest to bardzo typowe zachowanie dzisiejszego pokolenia millenialsów. Umawiają się czasami na 3–4 rozmowy w tym samym dniu, nierzadko o tej samej godzinie i po prostu nie przychodzą. Stąd bierze się potrzeba walki o kandydata – poprzez media społecznościowe, budowanie brandu pracodawcy, employee value proposition bądź przez pokazywanie, jakie korzyści przyniesie kandydatowi przyjście do danej firmy – mówi Anna Panek.

Wśród pracodawców millenialsi mają opinię roszczeniowych i wymagających, ale z drugiej strony potrafią też wnieść do firmy wiele korzyści i są bardzo efektywni w działaniu. Dlatego menadżerowie powinni się uelastycznić i dopasować do ich potrzeb.

Nie znajdzie się firma, w której pracują sami milenialsi. Balans między ich oczekiwaniami a tym, co pracodawca może zaoferować, można osiągnąć, miksując generacje, dając im wspólne projekty. Z jednej strony będą się oni mogli podzielić swoimi doświadczeniami, oczekiwaniami, zwinnością, szybkością, efektywnością działań, z drugiej – zobaczyć, że to doświadczenie kilku- czy kilkunastoletnie stanowi ogromną wartość i czasami może warto zastanowić nad wdrażanymi rozwiązaniami. Taki balans i taki zdroworozsądkowe podejście pracodawcy mogą uzyskać, mieszając pokolenia – mówi dyrektor departamentu HR w Vivus Finance.

LOT chce przejąć przewozy towarowe od przewoźników z Niemiec i Holandii. Lotniczy rynek cargo będzie rósł w tempie 5 proc. rocznie

LOT chce przejąć przewozy towarowe od przewoźników z Niemiec i Holandii. Lotniczy rynek cargo będzie rósł w tempie 5 proc. rocznie 2

– Polski rynek cargo ma obecnie udział rzędu 8–9 proc. w całym rynku europejskim, a w nadchodzących latach będzie rósł w średnim tempie powyżej 5 proc. rocznie – ocenia Michał Grochowski, dyrektor Biura Cargo w LOT. W tym roku widać na nim oznaki stagnacji spowodowanej sytuacją gospodarczą w Niemczech, ale w kolejnych transport cargo będą napędzać inwestycje zagraniczne i rosnący eksport. LOT liczy zwłaszcza na rynek w Indiach i udział w wartym ponad 13 mld dol. segmencie przewozów farmaceutycznych.

 Ruch lotniczy cargo jest w Polsce co najmniej siedmiokrotnie wyższy niż oficjalne statystyki, które pokazują, że to tylko 1 proc. rynku europejskiego. Technicznie są w nim nieograniczone pokłady. Wszystkie zagraniczne inwestycje na polskim rynku mają charakter globalny, wymagają globalnego supply chain (red. łańcucha dostaw). On jest dzisiaj zapewniony przede wszystkim przez infrastrukturę niemiecką i holenderską – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Grochowski, dyrektor Biura Cargo i Poczty w Polskich Liniach Lotniczych LOT. – Zadaniem przewoźników operujących zarówno na polskim niebie, jak i tych korzystających z polskiej infrastruktury jest pozyskać towar, który dzisiaj wywożony jest na kołach do Niemiec i Holandii i który dopiero tam staje się frachtem lotniczym.

W tym roku na rynku cargo widać oznaki stagnacji, co wiąże się głównie ze spowolnieniem gospodarczym w Niemczech. W sierpniu Niemcy odnotowały największy roczny spadek produkcji przemysłowej od dekady (o 5,2 proc. rok do roku), za który odpowiada m.in. branża automotive – drugi największy sektor niemieckiej gospodarki, z którym powiązany jest nie tylko cały polski przemysł, lecz także rynek lotniczy cargo.

– Z perspektywy LOT-u nie wydaje się jednak, żeby miało zabraknąć nam towarów do przewożenia. Taka sytuacja w perspektywie najbliższych lat jest niemożliwa – podkreśla Michał Grochowski.

Jak ocenia, polski rynek cargo ma w tej chwili udział rzędu 8–9 proc. w całym rynku europejskim i w nadchodzących latach będzie rósł w średnim tempie powyżej 5 proc. rocznie, chociażby ze względu na inwestycje zagraniczne i rosnący eksport.

– Przykładem może być sławna fabryka komputerów w Łodzi, która prawie w ogóle nie produkuje na polski rynek, tylko na rynek zagraniczny, głównie do Południowej Afryki – mówi Michał Grochowski.

Jak wynika ze statystyk Urzędu Lotnictwa Cywilnego, w 2017 roku polskie porty lotnicze obsłużyły w sumie ponad 106 tys. ton (co oznaczało blisko 12-proc. wzrost rok do roku). Natomiast wynik po trzech kwartałach ubiegłego roku to 84 tys. ton i wzrost o 8 proc. Liderem jest warszawskie Lotnisko Fryderyka Chopina, na którym obsłużono w tym czasie 67,7 tys. ton towarów.

 Transport lotniczy w globalnym rynku transportowym ogółem, jeśli chodzi o koszty, stanowi niewielki procent, mniej niż 5 proc. Natomiast pod względem wartości przewożonych jest w ten sposób 35 proc. wszystkich towarów na świecie. To są towary drogie, które muszą zostać przetransportowane szybko albo przy zachowaniu szczególnych cech bezpieczeństwa. Polska nie jest na tym tle wyjątkiem, mamy podobne uwarunkowania. Natomiast bardzo ciekawym jest rozkład rynku, z którego pochodzą polskie towary, ponieważ on jest naprawdę globalny – mówi Michał Grochowski.

Jak ocenia dyrektor Biura Cargo i Poczty w LOT, dla polskich eksporterów nadal problemem jest osiągnięcie destynacji Melbourne, São Paulo czy Mexico City. Także Johannesburg w Afryce pozostaje wymagającą destynacją dla polskiego cargo.

 Od zawsze najważniejszym kierunkiem dla polskiego eksportu było Chicago i nie tylko dlatego, że jest tam duża polska diaspora, lecz także dlatego, że jest to bardzo zurbanizowana i zindustrializowana część świata. To jest miejsce, do którego eksportuje się przede wszystkim towary drogie i ciężkie, czyli takie, które latają – mówi Michał Grochowski.

Przewoźnik ocenia, że bardzo perspektywicznym kierunkiem dla polskiego cargo w najbliższych latach będą Indie. LOT właśnie zainaugurował bezpośrednie loty do Delhi.

 Liczymy na to, że polscy eksporterzy – producenci farmaceutyków, kosmetyków, żywności czy części technicznych – znajdą tam dla siebie rynki. Dopiero co otworzyliśmy połączenie do Indii. Oferujemy naszym partnerom w tym kraju dostęp do regionu Europy Środkowo-Wschodniej przez Warszawę. Zainteresowanie polskim rynkiem i eksportem do tej części Europy poprzez Polskę jest olbrzymie, przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania – mówi Michał Grochowski.

W 2018 roku Polskie Linie Lotnicze LOT przewiozły ponad 50 tys. ton cargo i poczty. To 20-proc. wzrost w porównaniu do 2017 roku, ale również najlepszy wynik w 90-letniej historii przewoźnika.

W kwietniu tego roku Polskie Linie Lotnicze LOT wystąpiły o certyfikat Międzynarodowego Stowarzyszenia Transportu Lotniczego IATA CEIV Pharma, który umożliwi przewóz leków i wartościowych produktów farmaceutycznych w najwyższym światowym standardzie, i – jako pierwsza linia lotnicza w Europie Środkowej – uruchomiły proces cyfrowej akceptacji i weryfikacji materiałów niebezpiecznych. Według danych IATA rynek przewozów farmaceutycznych sięga wartości 13,4 mld dol. Uzyskanie certyfikatu IATA CEIV Pharma otworzy polskiemu przewoźnikowi dostęp do rynku przewozów o rocznej wartości ponad 100 mln zł i wzmocni pozycję przewoźnika w rynku cargo w regionie Europy Środkowej i Wschodniej.

80 proc. klientów deklaruje gotowość do zakupu auta online. Wciąż jednak decydująca jest wizyta w salonie sprzedaży

80 proc. klientów deklaruje gotowość do zakupu auta online. Wciąż jednak decydująca jest wizyta w salonie sprzedaży 3

Branżę motoryzacyjną napędzają nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja, algorytmy, automatyzacja czy elektromobilność. Zakup samochodu wciąż jednak pozostaje domeną tradycyjnego kanału sprzedaży. To wizyta w salonie samochodowym najczęściej decyduje o wyborze danego modelu, wyposażenia, ale też o byciu wiernym danej marce. Chociaż od przyszłego roku sprzedaż aut będzie możliwa całkowicie online, a 80 proc. klientów już dziś deklaruje, że mogłoby przez internet kupić samochód, to salony dealerskie pozostaną kluczowe w procesie sprzedaży. Dlatego koncerny, poza inwestycjami w cyfryzację, muszą także stawiać na jakość obsługi klienta.

Branża motoryzacyjna przeżywa obecnie rewolucję w zakresie innowacyjności. To wielowątkowe zmiany – zarówno samego produktu, czyli samochodu z bezemisyjnymi napędami, jak i całego procesu zakupowego. Konsument już nie chce dzisiaj tak samo kupować i konsumować naszej kategorii – mówi agencji Newseria Biznes Michał Szaniecki, dyrektor marek SEAT i CUPRA.

Badanie „Automotive 2030: Racing toward a digital future” opracowane przez IBM wskazuje, że dla konsumentów marka samochodu ma coraz mniejsze znaczenie, za to liczą się wygoda i cena. Klienci zwracają uwagę także na ekologię, więc przyszłością będą pojazdy elektryczne.

– Najważniejszym trendem w branży motoryzacyjnej jest zdecydowanie elektromobilność rozumiana jako coś odpowiedzialnego z punktu widzenia przyszłości naszej planety, ale również niosąca szereg korzyści dla samego klienta – zarówno ekonomicznych, jaki i związanych z przyjemnością z jazdy – wyjaśnia Michał Szaniecki.

Elektryczną ofensywę prowadzi dziś większość koncernów motoryzacyjnych. SEAT wprowadzi na rynek cztery modele z sześciu zaplanowanych do 2021 roku – Mii electric, el-Born, Tarraco FR PHEV oraz Leon PHEV. Z kolei CUPRA zaprezentowała pierwszy w pełni elektryczny samochód koncepcyjny – Tavascan.

Wśród innych kluczowych trendów w motoryzacji eksperci wymieniają również mikromobilność, czyli takie rozwiązania, które ułatwiają pokonywanie krótkich dystansów po mieście szybko i wygodnie, oraz ekonomię współdzielenia pojazdów. W tych kierunkach również podążają działania koncernów.

Eksperci IBM szacują, że do 2030 roku technologie cyfrowe mogą całkowicie zmienić oblicze branży motoryzacyjnej. Chodzi m.in. o wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego, sieci 4G, a w przyszłości również 5G czy zaawansowanych algorytmów. Przykładem może być opracowana przez SEAT-a aplikacja Mobility Advisor do planowania i optymalizacji trasy przy wykorzystaniu sieci 4G i 5G. Aplikacja dzięki usłudze Watson Learning Machine od IBM uczy się preferencji użytkownika i w ten sposób podaje spersonalizowane rekomendacje najlepszej trasy.

 W branży mamy do czynienia z ciekawym paradoksem cyfrowym. Aby kupić jeden samochód, z którym konsument przeżywa 900 różnych interakcji w świecie online, potrzebna jest jedna wizyta u dealera. Te 900 interakcji napędza sztuczna inteligencja, algorytmy, nowoczesne technologie, ale do tych technologii wszystkie marki mają podobny dostęp, więc tam się trudno wyróżnić. To ta jedna wizyta jest znacznie ważniejsza niż wszystkie interakcje online’owe – przekonuje dyrektor marek SEAT i CUPRA.

Choć sprzedaż samochodów już w przyszłym roku będzie możliwa całkowicie online, a nawet 80 proc. osób deklaruje gotowość kupna pojazdu przez internet, to salony samochodowe i sieć dealerska wciąż pozostają kluczowe. To wizyty w salonie budują lojalność klientów wobec marki i decydują o tym, jak dużo pieniędzy wydadzą na zakup auta. Kanał online wykorzystają za to do tego, by podzielić się doświadczeniami z zakupu z innymi internautami, np. w mediach społecznościowych.

 Cały czas w sprzedaży salon dealerski jest absolutnie kluczowy. Fizyczna wizyta u dealera jest istotna i tak pozostanie w przyszłości, bez względu na to, jakie technologie będą nam towarzyszyć – zapowiada Michał Szaniecki. – Chcemy rozwijać sieć dealerską w kierunku nowoczesności, digitalizacji, nowych napędów. To pozostanie kluczowym kanałem, a z tym wiąże się także jakość obsługi i doświadczenia klienta z naszą siecią i marką.

Badanie SAP Customer Experience wskazuje, że konsumenci bardzo zwracają uwagę na jakość obsługi klienta. Blisko połowa rezygnuje z zakupu, jeśli napotyka problemy w tym obszarze. Chętnie też dzielą się informacjami na temat negatywnych doświadczeń na forach.

Customer experience stoi w centrum naszych działań. Dlatego wyróżnienie, które otrzymaliśmy po badaniu Kantar, że jesteśmy siecią z najlepszą jakością obsługi klienta, jest dla nas tak cenne – podkreśla Michał Szaniecki.

Salony SEAT-a otrzymały najwyższe oceny w 16. edycji badania „Wielki Test Salonów” przeprowadzonego przez Kantar Automotive. Badanie objęło takie kategorie, jak organizacja salonu, obsługa klienta oraz jazda próba.

Co trzeci Polak w ogóle nie jest aktywny fizycznie. Statystyki wyglądają najgorzej wśród seniorów i dzieci

0

Co trzeci Polak w ogóle nie jest aktywny fizycznie. Statystyki wyglądają najgorzej wśród seniorów i dzieci 4

Co piąty Polak nie pamięta, kiedy ostatni raz spacerował dłużej niż 10 minut. Co trzeci nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej, a co drugi spędza ponad 5 godzin dziennie w pozycji siedzącej – pokazuje badanie MultiSport Index 2019. Statystyki wyglądają najgorzej wśród seniorów i dzieci – tylko co czwarte dziecko wypełnia zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące minimalnej dawki ruchu dla swojego wieku. Przykład idzie z góry, bo raptem 8 proc. Polaków uprawia sport wspólnie z dzieckiem. Tymczasem aktywność fizyczna to jeden z najlepszych sposobów na pogłębianie rodzinnych relacji – wskazują eksperci.

– Polacy są mniej aktywni fizycznie niż większość Europejczyków, brakuje nam do nich kilka procent. Aktywnych jest średnio 70 proc. mieszkańców Europy, podczas gdy w Polsce co najmniej raz w miesiącu sport uprawia 64 proc. To oznacza, że aż 30 proc. Polaków powyżej 15. roku życia w ogóle nie jest aktywnych. 18 proc. nie może sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spacerowali dłużej niż 10 minut. Te dane są bardzo niepokojące – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Radzki, Członek Zarządu Benefit Systems, firmy będącej twórcą programu MultiSport.

Problemem jest siedzący tryb życia społeczeństwa. Jak pokazuje badanie MultiSport Index 2019, ponad połowa Polaków spędza ponad 5 godzin dziennie w pozycji siedzącej.

Wiele osób, które stale pracują przy komputerze, tym bardziej powinno pomyśleć o aktywności fizycznej po pracy i jak najszybciej ją rozpocząć – mówi Adam Radzki.

Światowa Organizacja Zdrowia alarmuje, że siedzący tryb życia jest czwartą przyczyną zgonów na świecie. Dlatego jednym z aktualnych wyzwań WHO jest ograniczenie zjawiska społecznego bezruchu – o co najmniej 10 proc. do 2025 roku oraz o 15 proc. do 2030 roku.

Aktywność fizyczna Polaków obniża się wraz z wiekiem – ponad połowa seniorów nie podejmuje jej w ogóle. Z drugiej strony w bezruchu zastygają też najmłodsze pokolenia.

Najbardziej aktywna grupa Polaków to osoby młode, między 15. a 24. rokiem życia, które jeszcze się uczą i dla których aktywność sportowa jest obowiązkowa. Niestety, z wiekiem poziom aktywności fizycznej spada. Zmiany demograficzne są nieubłagane i seniorów w naszym kraju będzie coraz więcej. Dlatego powinniśmy działać już dziś, żeby Polacy nabrali zdrowych nawyków teraz, kiedy mają po 20 czy 40 lat i w starszym wieku utrzymywali tę aktywność fizyczną, która na pewno przełoży się na ich zdrowie i jakość życia – mówi Adam Radzki.

Światowa Organizacja Zdrowia zaleca minimum 75 minut intensywnej lub 150 minut umiarkowanej aktywności fizycznej w ciągu tygodnia dla osób dorosłych. Natomiast w przypadku dzieci w wieku od 5 do 17 lat zalecenia WHO to co najmniej godzina dziennie.

Aktywność fizyczna, którą podejmujemy, powinna odpowiadać tej minimalnej dawce zalecanej przez WHO. Nieważne, co robimy, ważny jest czas i intensywność wysiłku. W Polsce nie wygląda to niestety najlepiej – tylko co trzeci dorosły i co czwarte dziecko spełniają te wymagania – mówi dr Janusz Dobosz z Narodowego Centrum Badania Kondycji Fizycznej, AWF Warszawa.

Główną rolę w propagowaniu dobrych wzorców i mobilizowaniu dzieci do aktywności fizycznej odgrywają rodzice. Tymczasem – jak wynika z MultiSport Index 2019 – ponad połowa aktywnych sportowo Polaków ćwiczy samotnie, a aktywność wspólnie z dzieckiem uprawia tylko 8 proc. respondentów.

Aktywność fizyczna jest okazją do tego, żeby rodzina spędziła razem czas w wartościowy sposób. To wywołuje pozytywne emocje, sprawia, że rodzina jest bliżej. Czas spędzany przy komputerze albo na oglądaniu telewizji to jest czas niskiej jakości. Niestety, tylko 8 proc. Polaków wybiera na towarzysza aktywności fizycznej swoje dziecko. Ogromna szkoda, ponieważ kiedy uprawiamy sport z dziećmi, kształtujemy u nich nawyk aktywności fizycznej, który będzie potem obecny przez całe życie. Nie tylko zbliżamy się, pogłębiamy więzi, lecz także wpływamy korzystnie na młodzież, która potem w starszym wieku też będzie uprawiać sport – mówi Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.

Badanie MultiSport Index 2019 pokazuje, że najchętniej wybierane przez Polaków formy aktywności to bieganie i jazda na rowerze. Zaraz za nimi plasuje się siłownia i  kluby fitness oraz pływanie, popularne zwłaszcza w zimnych miesiącach roku.

– Powinniśmy robić to, co nas interesuje: jeździć na rowerze, biegać czy pływać. Na pewno nie szukajmy takich aktywności, do których musielibyśmy się zmuszać, bo to nierozsądne – mówi dr Janusz Dobosz.

Eksperci podkreślają też, że regularna aktywność fizyczna poprawia samopoczucie, zdolności poznawcze i ogranicza ryzyko wystąpienia wielu chorób cywilizacyjnych, takich jak cukrzyca typu II, nadciśnienie czy otyłość.

Sektor bankowy ma coraz mniej środków na innowacje i modernizacje. Liczy jednak na korzystne decyzje rządzących

Sektor bankowy ma coraz mniej środków na innowacje i modernizacje. Liczy jednak na korzystne decyzje rządzących 5

– Rentowność polskiego sektora bankowego spada systematycznie od 2011 roku – mówi prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz. Winne są m.in. nadmierne obciążenia. To powoduje, że branża ma coraz mniej środków na modernizację, innowacje i zatrudnianie kadr, które mogłyby pracować nad unowocześnianiem sektora. Bankowcy liczą na zmiany w tym zakresie. Tym bardziej że przez wiele lat polskie banki były jednymi z najnowocześniejszych w Europie, z rozwiniętym systemem kartowym i systemem wymiany informacji.

– Polski sektor bankowy jest sektorem stabilnym, dobrze zarządzanym, w miarę nowoczesnym, ale niestety od kilku lat tempo rozwoju tego sektora nie jest równomierne i jest kłopotliwe ze względu na bardzo duże obciążenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich. – To powoduje, że brakuje nam trochę środków na modernizację, innowacje i pozyskiwanie kadry, która mogłaby wdrażać innowacje nowej generacji w tych instytucjach. Mam nadzieję, że wkrótce sobie z tym poradzimy i że w wyniku pewnych uzgodnień skala tych najwyższych właściwie obciążeń fiskalnych w świecie będzie nieco obniżona, a na pewno inaczej zorganizowana. Myślę o podatku dochodowym, dodatkowym podatku bankowym, a także o formule wpłat na Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Od stycznia do lipca działające na polskim rynku banki zarobiły 9,06 mld zł wobec niespełna 8,9 mld zł przed rokiem. Podatek wyniósł w tym czasie 3,24 mld zł i był wyższy od odprowadzonego w tym samym okresie ubiegłego roku o 314 mln zł. Między styczniem a lipcem 2019 roku tylko 5 z 31 banków komercyjnych i 9 z 543 spółdzielczych odnotowało stratę. Na koniec 2018 roku zysk sektora bankowego nieznacznie przekroczył 13 mld zł. W 2017 roku było to niemal 13,7 mld zł, rok wcześniej – niemal 13,9 mld zł. Jednak jeszcze w 2011 roku banki w Polsce zarobiły przeszło 15,5 mld zł. Z kolei zwrot z kapitałów sektora spadł poniżej 7 proc. w 2018 r. wobec 13 proc. w 2011 roku.

– O ile w poprzedniej dekadzie byliśmy stosunkowo rentowni i byliśmy w pierwszej 7–8 systemów bankowych w Unii Europejskiej, które wykazywały wysoką rentowność, to teraz jesteśmy w tej ostatniej siódemce. To jest kierunek, który musimy odwrócić, bo mamy wysoki wzrost gospodarczy, a bankowość weszła w fazę stagnacji – podkreśla Krzysztof Pietraszkiewicz. – Jeżeli porównamy fundusze własne polskiego sektora bankowego do PKB, oszczędności zgromadzone w polskich bankach do PKB i kredyty udzielane przez polskie banki w relacji do PKB, to znajdujemy się na końcu Unii Europejskiej. Jako kraj na dorobku, który chce doganiać inne kraje, powinniśmy to zmieniać, dlatego że w gospodarce rynkowej potrzebne jest normalne, odpowiedzialne finansowanie rozwoju.

Z analiz ZBP wynika, że maksymalne efektywne opodatkowanie największych polskich banków sięga 44 proc., a nominalne to ok. 33 proc. Stopa podatkowa jest o połowę wyższa niż w innych krajach naszego regionu. Dodatkowo ani opłaty na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ani podatek bankowy wprowadzony na początku 2016 roku nie są uznawane za koszt uzyskania przychodu. Tylko z tytułu tej ostatniej daniny banki w ciągu trzech lat odprowadziły do budżetu przeszło 10 mld zł.

– Jeżeli ta sytuacja od strony regulacyjnej by się nie zmieniła, a jeszcze weszłyby dodatkowe obciążenia, np. na skutek błędnych rozstrzygnięć czy regulacji, to oznaczałoby, że polska gospodarka nie otrzymałaby odpowiedniej ilości środków, a to by oznaczało, że wielu przedsiębiorców musiałoby po prostu zwijać swoje biznesy, a za tym poszedłby wzrost bezrobocia – tłumaczy prezes Związku Banków Polskich. – Myślę, że ten scenariusz uda nam się ominąć, że zostaną podjęte odpowiednie decyzje przez rząd, szczególnie Ministerstwo Finansów, Komitet Stabilności Finansowej i Komisję Nadzoru Finansowego oraz Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Ta sytuacja jest zarządzalna, tylko trzeba podejmować te decyzje w odpowiednim tempie, w odpowiednich momentach, nie za późno.

Tym bardziej że banki będą musiały radzić sobie także z nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym. Drugi kwartał 2019 roku był piątym z rzędu, gdy tempo wzrostu gospodarczego spadało. Jest wprawdzie wciąż relatywnie wysokie (4,5 proc. w ujęciu rocznym), ale już na przyszły rok Narodowy Bank Polski zakłada tylko 4-proc. wzrost, zaś na 2021 rok – 3,5-proc. Wszystko przez spadek zamówień eksportowych, głównie z Niemiec, niewiadomą związaną z brexitem i cykle koniunkturalne. Mniejsze zamówienia to niewykorzystane moce produkcyjne i konieczność przebudowania biznesu. Z drugiej strony przedsiębiorcom doskwiera brak pracowników, na co receptą mogłaby być automatyzacja produkcji.

– W bardzo wielu przypadkach powinna następować mocniejsza współpraca pomiędzy uczelniami a przedsiębiorstwami, wykorzystywana powinna być nauka, powinny być stosowane w takim okresie spowolnienia pewne innowacyjne metody produkcji czy organizacji pracy. Dlatego że spowolnienie, podobnie jak kryzys, jest nie tylko wyzwaniem i zagrożeniem, lecz także jest szansą na to, żeby wykonać pewien krok do przodu – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz. – Dzisiaj polska gospodarka jest słaba pod względem innowacyjności, w relacji do innych krajów ma o wiele mniej robotów i automatów, które moglibyśmy wdrażać w taki sposób, aby produktywność polskiej gospodarki nie zmniejszała się. Jako sektor bankowy chcielibyśmy w takim procesie uczestniczyć.

Programowanie będzie jedną z kluczowych umiejętności na rynku pracy w 2030 roku. Dzieci już w wieku 9–10 lat mogą uczyć się języków używanych przez programistów

Programowanie będzie jedną z kluczowych umiejętności na rynku pracy w 2030 roku. Dzieci już w wieku 9–10 lat mogą uczyć się języków używanych przez programistów 6

Rynek pracy w 2030 roku będzie wymagał umiejętności programowania jako jednej z kluczowych – wynika z badania przeprowadzonego przez Pearson, Fundację Nesta i Oxford Martin School. Tymczasem dzieci już w drugiej klasie szkoły podstawowej są w stanie nauczyć się programowania w zaawansowanych językach. Młodsi uczniowie częściej łączą naukę z zabawą, ale potrafią również napisać autorską grę czy zaprogramować robota.

– Już od 9–10 roku życia można uczyć dzieci programowania w takich językach, jakich używają specjaliści, czyli np. JavaScript, Python. Najważniejsze jednak jest takie podejście do nauki programowania wśród dzieci i młodzieży, żeby tworzyć z nimi projekty, które są dla nich ciekawe, które ich angażują, czyli np. tworzenie prostych gier przeglądarkowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Van Anh Dam, współzałożycielka szkoły programowania Kids Code Fun.

Z raportu „Future of Skills. Employment in 2030” opracowanego przez specjalistów z Pearson, Fundacji Nesta i Oxford Martin School wynika, że programowanie będzie w 2030 roku jedną z najważniejszych i najbardziej pożądanych przez pracodawców umiejętności. To dlatego dzieci mogą zacząć uczyć się kodowania już w młodym wieku, gdy wiedzę chłoną najszybciej. Akademia Kids Code Fan w Polsce prowadzi kursy pierwszego stopnia z programowania np. w języku JavaScript dla uczestników od 11 do 13 roku życia. W ramach zajęć dzieci m.in. piszą autorską grę.

– Uczyć dzieci programowania można np. za pomocą robotów, które wspierają ten proces. Dzieci tworzą instrukcje dla robotów tak, żeby te roboty np. poruszały się, tańczyły, wydawały różne dźwięki i wchodziły w interakcję z otoczeniem. Dzieci najmłodsze, np. między 8 a 12 rokiem życia korzystają wtedy z programów, gdzie mamy gotowe kolorowe bloczki z poleceniami i zadaniem dzieci jest logiczne przeanalizowanie, w jaki sposób te bloczki, w jakiej kolejności, w jakiej logice powinny być ułożone tak, żeby ten program działał – mówi Van Anh Dam.

Robot mTiny chińskiej firmy Makeblock to robot przeznaczony do wczesnej edukacji. Kodowanie odbywa się z wykorzystaniem kontrolera Tap Pen, zgodnie z zasadą „dotknij, aby kodować”. mTiny został zaprojektowany zgodnie z teorią wielu inteligencji. W myśl tej zasady dzieci są stymulowane do wczesnej edukacji już w wieku przedszkolnym m.in. poprzez gry interaktywne, które wspierają ich logiczne myślenie i umiejętności rozwiązywania problemów.

Z kolei polski robot Photon jest interaktywnym robotem edukacyjnym, który poprzez aplikację mobilną oraz powiązane z nią doświadczenia i eksperymenty wprowadza dzieci w świat nowych technologii. Wspiera dzieci w rozwoju podstawowych umiejętności. Pomaga im rozwijać kreatywność, zdolność logicznego myślenia i poznawać podstawy programowania. Robot został stworzony z myślą o dzieciach w każdym wieku. Jego obsługa dostosowana jest do różnego etapu rozwoju dzieci, ich możliwości oraz zdolności percepcji.

Tymczasem rozpoczęcie nauki programowania w jak najmłodszym wieku może przygotować dzieci do odnalezienia się w przyszłości na rynku pracy. Według danych CareerExplorer, rynek pracy programistów komputerowych zmniejszy się do 2026 roku o 7 proc. w porównaniu z rokiem 2016. Aby pozostać konkurencyjnymi, programiści będą musieli nadążać za rozwijającą się technologią i nowymi, bardziej wyrafinowanymi narzędziami.

– Programowanie to nie jest tylko umiejętność, gdzie siedzi się przy komputerze i pisze ciąg znaków, lecz także to umiejętność kreatywnego myślenia, analizowania, wymyślania rozwiązań, współpracy z innymi, dla których np. te rozwiązania technologiczne przygotowujemy. Celem nie jest tylko robienie tej czynności, ale rozwijanie naszych innych kompetencji, czy to manualnych, czy intelektualnych, czy społecznych w trakcie uczenia się programowania –przekonuje ekspertka.

Raport „Future of Skills. Employment in 2030” wskazuje również, że w 2027 r. tempo rozwoju technologicznego znacznie przyspieszy, ale szkoły, niewsparte dodatkowymi funduszami, będą miały problem z utrzymaniem odpowiedniego poziomu nauczania. Twórcy raportu proponują, by po zajęciach lekcyjnych udostępniały one swoją infrastrukturę start-upom, w zamian za prowadzenie przez nie zajęć z zakresu wiedzy o innowacjach.

– Prowadzimy zajęcia nie po to, żeby wyszkolić nowych programistów tylko po to, żeby pokazać dzieciom i młodzieży, że technologie to jest coś, co one mogą tworzyć, za co one mogą być odpowiedzialne. Chcemy pokazać tę sprawczość, jaką my, jako ludzie, możemy przejąć w tym rozwijającym się świecie technologii – mówi Van Anh Dam.

Inteligentny backup sam wykona kopię zapasową najważniejszych danych. Po takie rozwiązania coraz chętniej sięgają instytucje państwowe

Inteligentny backup sam wykona kopię zapasową najważniejszych danych. Po takie rozwiązania coraz chętniej sięgają instytucje państwowe 7

Z badań przeprowadzonych przez analityków IDG wynika, że w skali globalnej aż 93 proc. organizacji wykorzystuje rozwiązania chmurowe lub planuje ich wdrożenie. Technologia tego typu nie tylko sprawdza się w optymalizacji sposobu funkcjonowania firmy, coraz częściej wykorzystywane jest także w roli narzędzia do przechowywania kopii zapasowych istotnych informacji. Po rozwiązania tego typu sięgają zarówno osoby prywatne, jak i przedstawiciele świata biznesu. Na rynek trafiają już pierwsze rozwiązania inteligentnego backupu, które same przewidują, jakie dane są najważniejsze.

– Rośnie liczba danych, ale też zmieniają się potrzeby klientów. Kiedy więc dzisiaj rozmawiamy o backupie, to już nie mówimy tylko o samym przechowywaniu danych, lecz przede wszystkim o zapewnieniu ciągłości biznesu. Dobre rozwiązanie do backupu powinno nam umożliwić szybkie przywrócenie naszej biznesowej operacyjności po jakiejkolwiek awarii, która dotknie nasze przedsiębiorstwo – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Bąk z firmy Xopero Software.

W trakcie targów Computex 2019 firma QNAP zaprezentowała inteligentne narzędzie backupowe. Oprogramowanie Hybrid Backup Sync 3.0 zaprogramowano w taki sposób, aby zautomatyzowało proces tworzenia bezpiecznych kopii zapasowych. Aplikacja pozwala archiwizować dane w kilku pamięciach lokalnych, przesyłać je na nośniki zdalne oraz kopiować do chmury obliczeniowej. Dzięki temu minimalizuje ryzyko utraty informacji w przypadku awarii któregoś z nośników kopii zapasowych.

Firma Xopero Software poszła o krok dalej i stworzyła narzędzie, które umożliwia uruchamianie systemu bezpośrednio z poziomu wirtualizatora. Dzięki temu w razie wystąpienia awarii systemu informatycznego można uzyskać niemal natychmiastowy dostęp do zarchiwizowanych danych, bez konieczności przeprowadzania procesu przywracania kopii informacji. Ponadto maszyna wirtualna pozawala na uruchomienie zarchiwizowanego obrazu systemu, aby zweryfikować poprawność wykonywania kopii zapasowych.

– Inteligentny backup to przede wszystkim backup, który sam nam wskaże, które dane dla nas są ważne do zabezpieczenia, a nawet nie tyle wskaże, ile po prostu zatroszczy się o ich bezpieczeństwo tak, żebyśmy my, jako osoby, które korzystają z takich systemów, kompletnie nie musieli się o nie martwić i powinniśmy być po prostu pewni, że nasze dane będą dla nas dostępne wtedy, kiedy będziemy ich potrzebować – wskazuje ekspert.

Rozwiązaniami chmurowymi interesują się także jednostki rządowe. W Wielkiej Brytanii powstała chmura obliczeniowa G-Cloud, w której przedsiębiorcy mogą m.in. przechowywać swoje dane zapasowe. Podobne rozwiązanie wprowadzane jest w Polsce we współpracy Ministerstwa Cyfryzacji oraz Centralnego Ośrodka Informatyki. Rządowa chmura obliczeniowa stworzona na potrzeby organów administracji publicznej oraz małych i średnich przedsiębiorstw zmniejszy koszty utrzymania architektury informatycznej i ułatwi proces odzyskiwania danych, gdyż te będą przechowywane w profesjonalnych ośrodkach backupowych przystosowanych do archiwizowania informacji.

– Dzisiaj kopie zapasowe tak naprawdę powinien wykonywać każdy, począwszy od przeciętnego Jana Kowalskiego, zakończywszy na każdej firmie i instytucji. Ponieważ dzisiaj żyjemy w XXI wieku, w dobie informacji i danych, przechowujemy na komputerach masę zdjęć, masę informacji i często nawet nie mamy świadomości, jak bardzo są one dla nas istotne, dopóki ich nie stracimy – mówi Grzegorz Bąk.

Także na rynek konsumencki trafiają urządzenia do wykonywania kopii zapasowych danych. Firma SanDisk wprowadziła na rynek hybrydową ładowarkę bezprzewodową iXpand Wireless Charger, która podczas ładowania telefonu wykonuje kopię zapasową naszych danych. Po umieszczeniu telefonu na stacji ładującej informacje są automatyczne zgrywane do pamięci ładowarki.

Automatyczny backup wprowadzono także w ramach usługi Google One dla telefonów z Androidem. Kopie zapasowe w jej ramach będą wykonywane cyklicznie i na bieżąco przesyłane do chmury danych. Oprogramowanie zaimportuje m.in. dane aplikacji, zdjęcia, filmy, kontakty czy wiadomości, a pliki multimedialne nie będą poddawane żadnej kompresji. Co istotne, wprowadzenie automatycznych backupów w żaden sposób nie wpłynie na ręczne tworzenie kopii zapasowych. Subskrybenci Google One nadal będą mogli wykonać je w dowolnym momencie.

– Zmienia się sposób przechowywania danych, ponieważ dzisiaj użytkownicy są coraz bardziej świadomi bezpieczeństwa chmury, zatem coraz więcej tych informacji jest również przenoszonych do chmury ze względu na to, że tak naprawdę jest to jeden z najbezpieczniejszych, jak nie najbezpieczniejszy sposób przechowywania danych – twierdzi Grzegorz Bąk.

Według analityków z firmy The Research Corporation wartość globalnego rynku internetowych rozwiązań backupowych w 2018 roku wyniosła 6,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 11,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.

Technologia – hamulec czy źródło rozwoju?

Co hamuje inwestycje w nowoczesną infrastrukturę informatyczną? Bardzo często są to źle dobrane rozwiązania i systemy, które już są wdrożone w firmie. Te mogą okazać się również największymi hamulcowymi rozwoju przedsiębiorstwa.

Według badań Ricoh aż 55% właścicieli firm z sektora MŚP uznaje obecnie funkcjonujące w firmie rozwiązania technologiczne za największą przeszkodę we wprowadzaniu nowych, innowacyjnych narzędzi. Firmy, które nie będą w stanie dotrzymać kroku zmianom znacznie obniżą swoje prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu. Szczególnie, że krajobraz rynku zmienia się bardzo szybko. Począwszy od 2000 roku aż 52% firm z listy Fortune 500 zbankrutowało, zostało wykupionych lub przestało istnieć.

„Decyzje dotyczące wdrożeń nowych rozwiązań muszą być podejmowane w strategiczny sposób. Ogromne znaczenie w tym procesie ma maksymalizacja zwrotu z inwestycji – powiedział Paweł Barski, Marketing Director w Ricoh Polska. ”Nowe rozwiązania muszą nie tylko wpisywać się w aktualne potrzeby, ale również dawać możliwość elastycznej rozbudowy

Jakie jeszcze czynniki mogą spowolnić proces rozwoju firmy?

Ogromne znaczenie ma również możliwość szybkiego dostosowania do potrzeb danej organizacji. Brak możliwości kustomizacji jest wymieniana jako jedna z najważniejszych cech, które rodzą frustrację – wskazało ją aż 61% zarządzających europejskimi firmami. Kolejnym czynnikiem  jest konieczność dużego zaangażowania i nakładów pracy czasu pracowników Działu IT (62%).

O badaniu

Badanie przeprowadzono na grupie 2550 przedstawicieli kadry zarządzającej m.in. z Austrii, Belgii, Luksemburga, Czech, Danii, Finlandii, Francji, Niemiec, Węgier, Włoch, Holandii, Norwegii, Polski, Portugalii, Rosji, Słowacji, RPA, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 23/09 – 27/09

W ostatnich dwóch tygodniach poznaliśmy spojrzenie na politykę najistotniejszych banków centralnych. Najważniejsze dla rynku pozostaje, czy dane i sytuacja globalna pogorszą się na tyle by skłonić FOMC do dalszych obniżek stóp procentowych.

Pozostaje to naszym scenariuszem bazowym i powodem, dla którego nie patrzymy konstruktywnie na dolara. Sporo informacji nieść będzie początek nowego kwartału z danymi z rynku pracy USA i startem sezonu wyników spółek z Wall Street. W kolejnych tygodniach w centrum uwagi będzie jednak oczywiście postęp negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami. Abstrahując od ich wyniku należy zdawać sobie sprawo, że przedłużająca się niepewność już teraz odciska silne negatywne piętno na światowej gospodarce. Znajduje to chociażby w nowych prognozach OECD, które sugerują, że ostatni raz rozwijała się ona wolniej niż obecnie w czasie globalnego kryzysu finansowego.

Przyszły tydzień pewnie nie udzieli odpowiedzi na spędzające inwestorom sen z powiek kwestie, ale niektóre wydarzenia będą bardzo istotne. Szczególnie ważne dni przed euro. Został juz położony fundament pod zbudowanie dołka w notowaniach euro, a tempo w jakim wspólna waluta będzie odrabiać słabość będzie warunkowane sygnałami z gospodarki Eurolandu. Już w poniedziałek zostaną opublikowane wstępne wartości wskaźników PMI. Ich odczyty z poprzednich miesięcy były wręcz fatalne i potwierdzały zapaść przemysłu. Ostatni odczyt ZEW sugeruje, że koniunktura (o ile nie zaczyna stopniowo się poprawiać) to przynajmniej przestała się pogarszać. Wynika to w dużej mierze z sytuacji w niemieckiej branży motoryzacyjnej. Ubiegłoroczne załamanie popytu zszokowało przedstawicieli sektora a niedostosowana do spadającego zapotrzebowania produkcja była silnym ciosem w nastroje całego przemysłu. Efekty te powinny zacząć już wygasać. Weryfikacją tej tezy będą także wartości indeksu Ifo, które poznamy we wtorkowe przedpołudnie. Dotychczas mocno trzymał się – zwłaszcza w zestawieniu z przemysłem – sektor usługowy. Zakładane jest pogorszenie się jego kondycji, ale nadal będzie ona co najmniej przyzwoita, więc większy nacisk rynek położy na informacje z przemysłu.

W Stanach Zjednoczonych obok indeksów PMI będą publikowane kolejne regionalne barometry koniunktury. Pierwsze wskaźniki oddające aktywność gospodarczą w regionie Nowego Jorku oraz Filadelfii sugerowały, że we wrześniu uległa ona dalszemu osłabieniu. Jego tempo nie było jednak wyraźnie gorsze od prognoz i nie rodzi paniki – wpisuje się w scenariusz bazowy rynku i Fed. Na najważniejsze informacje trzeba będzie poczekać do piątku. Ze wszystkich wskaźników presji cenowej w największej światowej gospodarce najsłabiej wypadał w ostatnich miesiącach PCE Core. M.in. pozostał on nieco w tyle za podbiciem inflacji bazowej. Sugeruje to, że preferowana przez Fed miara tendencji cenowych powinna nadrabiać dystans. Zostaną opublikowane również informacje z rynku nieruchomości (środa), nastroje konsumentów (wtorek) oraz zamówienia na dobra trwałe (piątek).

Rynki cały czas będą śledzić nagłówki w trzech kluczowych dla sentymentu kwestiach. Będą to oczywiście wojny handlowe i przebieg negocjacji na niższym szczeblu. Na dalszym tle mamy brexit i wyrok brytyjskiego Sądu Najwyższego ws. legalności zawieszenia prac parlamentu oraz (naszym zdaniem płonne) nadzieje na umowę przed październikowym ostatecznym terminem. Funt ostatnio ostro zyskiwał i jest mocno zagrożony spadkową korektą. Inwestorzy śledzić będą oczywiście także doniesienia po atakach na Arabię Saudyjską. W naszej ocenie notowania ropy nie powrócą na poziomy z poprzednich tygodni ze względu na konieczność rewaluacji ryzyka geopolitycznego na Bliskim Wschodzie i uszczerbek dla światowych rezerw wywołany zaburzeniami dostaw z Arabii Saudyjskiej.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Anglicy i Szwajcarzy nie idą drogą EBC i Fed

Czwartek upłynął pod znakiem posiedzeń dwóch ważnych regulatorów. Narodowy Bank Szwajcarii zaskoczył rynki i nie zmienił głównych parametrów swojej polityki monetarnej. Z kolei Bank Anglii obawia się, jak będzie wyglądał wzrost gospodarczy po brexicie, dlatego na razie nie podejmuje żadnych kroków, ale otwiera sobie furtkę do elastycznego działania w przyszłości. Słabsze dane polskiego przemysłu poddają pod wątpliwość solidny wzrost PKB w kolejnych kwartałach. 

SNB i nowe podejście do stopy depozytowej

Z pewnością najważniejszym czwartkowym wydarzeniem była decyzja Narodowego Banku Szwajcarii o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. SNB był pod presją po posiedzeniu EBC, na którym europejski regulator zdecydował się na obniżkę stopy depozytowej. Przypomnijmy, że Szwajcarzy są światowymi rekordzistami, ponieważ nikt inny nie posiada tak niskiej stopy krótkoterminowej. W ostatnich dniach dołączyli do nich Duńczycy, którzy również ścięli ją do poziomu -0,75%. Oczywiście nie zabrakło deklaracji o gotowości do interwencji w przypadku zbyt wysokiej aprecjacji CHF. SNB zaskoczył jednak rynkową nowością, czyli modyfikacją ujemnego oprocentowania depozytów. Banki komercyjne będą płacić regulatorowi za ulokowanie pieniędzy tylko od określonej kwoty. W praktyce więc SNB zmniejszy swoje zyski na korzyść banków komercyjnych i da im nieco oddechu. Efektem posiedzenia szwajcarskiej władzy monetarnej było delikatne umocnienie franka.

Bank Anglii czeka, bo nie ma wyjścia

Wczoraj obradował także brytyjski regulator, ale tutaj nie było mowy o zaskoczeniu. Póki temat brexitu pozostaje otwarty, to decydenci z Wysp nie podejmą żadnych kroków. Trudno być zdziwionym takim podejściem, skoro sprawa wyjścia Wielkiej Brytanii z UE jest jedną wielką niewiadomą. Równocześnie prezes BoE podkreślił, że w przypadku brexitu bez umowy konieczne będzie podniesienie lub obniżka stóp. Dlaczego na stole pozostają obie opcje? Po prostu ciężko w tej chwili postawić zdecydowaną tezę, jak ostatecznie będzie wyglądał brytyjski krajobraz po finalizacji tego bezprecedensowego wydarzenia. Być może osłabnie wzrost gospodarczy, a wtedy zaleca się ciąć stopy, ale równie dobrze inflacja może skokowo wzrosnąć, a wtedy zalecana jest podwyżka stóp procentowych. Oczywiście niewykluczone, że oba czynniki wystąpią na raz i wtedy Bank Anglii znajdzie się pod ścianą.

To jeszcze nie recesja, ale…

W naszym kraju polityka pieniężna pozostaje bez zmian. RPP od dawna utrzymuje stopy na tym samym poziomie. Jak długo takie podejście się utrzyma? Trudno przesądzać, ale dane na temat produkcji przemysłowej zasiały ziarno niepewności co do dalszego wzrostu PKB powyżej 4%. Spadek produkcji o 1,3% może wskazywać, że w końcu i do nas dociera spowolnienie aktywności gospodarczej obserwowane w Europie Zachodniej. Taka teza jest tym bardziej uprawniona, jeśli weźmiemy pod uwagę, że najbardziej cierpi przemysł motoryzacyjny. Historyczną zasadą jest sytuacja, w której kłopoty naszego głównego partnera handlowego, czyli Niemiec, przekładają się także na Polskę. Jest tylko kwestią czasu, jak szybko niekorzystne tendencje objawią się nad Wisłą. Przynajmniej na razie ten słaby odczyt nie wpłynął znacząco na złotego, który pozostaje pod presją czynników zewnętrznych, w tym głównie zachowania dolara.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Napięta sytuacja po sierpniowych wynikach produkcji przemysłowej

Problemy niemieckiego przemysłu powoli zaczynają odbijać się również na Polsce. Takiej sytuacji spodziewano się jednak już od dłuższego czasu. Biorąc pod uwagę korektę sezonową, w sierpniu polski przemysł zanotował wzrost zaledwie o 1,7% r/r. W porównaniu miesięcznym produkcja spadła zaś o 6%.

Napięta atmosfera jest widoczna również na rynku amerykańskim. Przedstawiciele banków centralnych na wzrost ryzyka gospodarczego zareagowali obniżeniem podstawowej stopy procentowej o 0,25% do 1,75-2%. Co więcej, jest całkiem możliwe, że w obecnym roku lub na początku przyszłego nastąpi kolejna obniżka stóp.

W tym tygodniu poznaliśmy także nowe dane z polskiego rynku pracy. Wyniki dają powody do zadowolenia. Zatrudnienie wzrosło w sierpniu o 2,6%, a płace poszły w górę o 6,8%. Jednak wspomniana już nerwowa sytuacja na rynkach globalnych i europejskich może przyczynić się do spowolnienia wzrostu także w tej sferze w przyszłości.

Ostatnie dni przyniosły także osłabienie złotego, które częściowo można przypisać stopniowo pogarszającym się fundamentom polskiej gospodarki. Większą rolę odegrała jednak korekta techniczna, przeprowadzona po dwutygodniowym okresie umocnienia. W piątek rano kurs polskiej waluty ukształtował się na poziomie 4,34 EUR/PLN. W tym samym czasie kurs eurodolara wynosił 1,11 EUR/USD.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej, analityczki AKCENTY