Postęp technologii medycznych i inteligentnego domu wymusza miniaturyzację baterii. Opracowano już ogniwa o grubości mniejszej niż 1 milimetr

Postępująca miniaturyzacja wymusza na producentach baterii opracowywanie coraz to mniejszych ogniw. Coraz popularniejsze na rynku stają się baterie pastylkowe, charakteryzujące się znacznie mniejszymi rozmiarami niż popularne paluszki. Znajdują zastosowanie przede wszystkim w urządzeniach inteligentnego domu czy internetu rzeczy, ale mogą także zrewolucjonizować medycynę. Miniaturowe ogniwa można zastosować m.in. w implantach czy diagnostycznych soczewkach kontaktowych, a także w inteligentnych domowych systemach bezpieczeństwa.

– Baterie pastylkowe są ważne dla rynku smart home, nie tylko dlatego, że ich rozmiar jest mniejszy, lecz także dlatego, że są litowe. Stawiamy na inny skład chemiczny. Jeśli baterię pastylkową zastosujemy w dzwonku do drzwi, wytrzyma ona w temperaturach od -20 do +50 stopni. Warunki pogodowe mają mniejszy wpływ na ten rodzaj baterii niż na baterie tradycyjne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Vis z GP Batteries.

Baterie pastylkowe znajdują zastosowanie już m.in. w najnowszych, inteligentnych domowych systemach bezpieczeństwa. Przykładem może być zestaw Kami Home, na który składa się stacja bazowa, czujniki montowane na drzwiach, czujniki ruchu i bezprzewodowe kamery. Wszystkie urządzenia mogą być zasilane z sieci lub dzięki małym bateriom. Sprawia to, że system jest niezależny od zdarzeń takich jak odcięcie zasilania przy próbie włamania.

Zasilany tego typu bateriami jest też inteligentny przycisk do oświetlenia Philips Hue. Urządzenie montowane jest w miejscu, w którym użytkownikowi najwygodniej będzie go obsługiwać. Mogą to być np. drzwi lodówki, a urządzenie na jednej baterii może przepracować nawet trzy lata.

– Dotychczas sprzedawaliśmy duże baterie, były to baterie AA oraz AAA, ale teraz urządzenia stają się coraz mniejsze, przez co większe baterie już do nich nie pasują. Można to obserwować zwłaszcza w przypadku rynku smart home, który prężnie się rozwija. Baterie pastylkowe możemy zastosować także w kluczykach samochodowych oraz zegarkach. Ale również w pilotach do urządzeń, które również stają się coraz mniejsze. Jest to zaledwie kilka przykładów – wymienia ekspert.

Rozwój rynku baterii pastylkowych postępuje coraz szybciej przede wszystkim z uwagi na miniaturyzację urządzeń elektronicznych. Trend ten sprawia, że poszukiwane są alternatywy również dla tych najmniejszych baterii. Przykładem mogą być tak zwane baterie papierowe. Są to giętkie ogniwa cechujące się napięciem 1,5 V i pojemnością od 0,5 do 40 mAh oraz grubością od 0,6 do 1,3 mm. Cechy te pozwalają na ich zastosowanie np. kartach RFID czy plastrach do fizykoterapii.

Miniaturyzacja jest szczególnie pożądana w przypadku urządzeń medycznych. To zarazem jedno z najtrudniejszych środowisk dla akumulatorów.

Ilika plc ogłosiła w tym roku wprowadzenie na rynek baterii Stereax M50 mm, które przeznaczone są do implantów medycznych. Bateria zapewnia o 50 proc. większą gęstość energii, niż ma to miejsce w przypadku innych baterii. Do tego produkt jest o 70 proc. mniejszy niż konkurencyjne. Z uwagi na grubość wynoszącą 0,6 mm i biokompatybilność jest to idealne rozwiązanie do zastosowania w implantach. Żywotność ogniwa jest szacowana na 10 lat, a jego funkcjonalność zwiększa się z uwagi na możliwość pozyskiwania energii z czynności organizmu takich, jak bicie serca czy oddychanie.

Mikrobaterie mogą też posłużyć do zasilania soczewek kontaktowych. Naukowcy z francuskiego uniwersytetu IMT Atlantique, we współpracy z LCS, producentem soczewek kontaktowych, opracowali sposób na zintegrowanie elastycznej baterii z soczewką. Mikrobateria jest w stanie zapewnić wystarczającą moc, aby zasilić diodę LED przez kilka godzin. To pozwala natomiast na zastosowanie soczewki do pomiaru ciśnienia wewnątrzgałkowego lub analizy łez pod kątem poziomu glukozy.

– Zapotrzebowanie na tego rodzaju baterie staje się coraz większe. Ich udział w rynku wzrósł z 5 proc. do nawet 10–15 proc. Widzimy, że popyt na baterie pastylkowe rośnie – przekonuje Jan Vis.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek mikrobaterii wzrośnie ze 128 mln dol. w 2019 roku do 631 mln dol. w 2025 roku.

W. Kruszewski: Ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności do poprawy

Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Nakłada ona na sklepy prowadzące sprzedaż produktów spożywczych obowiązek zawarcia umowy z organizacją pozarządową. Placówki handlowe będą nieodpłatnie przekazywać artykuły spełniające wymogi prawa żywnościowego.

 – W naszej ocenie idea ustawy jest niewątpliwie słuszna, ponieważ według szacunków w Polsce co roku marnuje się około 9 mln ton żywności. W przeliczeniu na statystycznego Polaka daje to 235 kg zmarnowanego jedzenia rocznie, podczas gdy, według danych GUS za 2018 rok, 2 mln Polaków to osoby doświadczające biedy – mówi Wojciech Kruszewski, prezes Polskiej Sieci Handlowej Lewiatan. Dodaje jednak, że ustawa w przyjętym kształcie tylko w niewielkim stopniu rozwiąże kwestię marnowania żywności, gdyż obejmuje jedynie sektor handlu, w którym ów problem jest najmniej znaczący, a nie dotyczy ona produkcji, przetwórstwa, gastronomii i, przede wszystkim, konsumentów. Według danych organizacji EU Fusion działającej dla Komisji Europejskiej, głównymi źródłami marnotrawstwa żywności są gospodarstwa domowe (53 proc.), przetwórstwo (19 proc.), gastronomia (12 proc.), produkcja (11 proc.), handel (5 proc.).

Przez pierwsze dwa lata obowiązywania ustawy zapisy ustawy dotyczyć będą placówek handlowych o powierzchni sprzedaży przewyższającej 400 m2. W późniejszym okresie obejmie ona również mniejsze sklepy, o powierzchni ponad 250 m2. W ocenie prezesa sieci Lewiatan będzie to duże obciążenie administracyjne nałożone na małych i średnich przedsiębiorców.

– Ustawa powinna obejmować placówki handlowe o znacznie większej powierzchni sprzedażowej, ponieważ tam psuje się najwięcej żywności, ponieważ generują wysoki obrót towarów. W małych sklepach, z uwagi na zdecydowanie niższą skalę prowadzenia działalności, problem marnowania produktów jest marginalny – komentuje Wojciech Kruszewski.

Wskazuje także na pewne nieścisłości w zapisach ustawy dotyczących braku sprecyzowania warunków umów, jakie będą musieli zawrzeć przedsiębiorcy z organizacjami odbierającymi żywność.

– Obawiam się, że brak konkretnych regulacji w tym zakresie może spowodować, że przedsiębiorcy będą zmuszani do ich zawierania nawet na niekorzystnych warunkach, by uniknąć kary. Dotyczy to zwłaszcza mniejszych miejscowości i obszarów wiejskich, gdzie tego typu organizacji jest zwyczajnie mniej – wskazuje prezes Lewiatana. Dodaje również, że w ustawie nie został zapisany sposób przekazywania żywności organizacjom.

– Z ustawy nie wynika, czy organizacja zajmująca się zbiórką żywności odbierze tego typu towary bezpośrednio od sklepu, czy też sklep będzie zobligowany do ich dostarczenia. Jest to istotne zwłaszcza na wsiach, gdzie koszt transportu produktów z mniejszych sklepów może wielokrotnie przewyższać wartość samych towarów – dodaje prezes Lewiatana.

Przedsiębiorca, który we wskazanym w ustawie czasie nie zawrze umowy z organizacją przyjmującą żywność, podlega karze w wysokości 5 tysięcy złotych. To także budzi wątpliwości prezesa Kruszewskiego, ponieważ przewidziana w prawie sankcja jest wartościowo taka sama zarówno dla gigantów handlowych, jak i mniejszych punktów prowadzonych przez drobnych przedsiębiorców. Z kolei, za każdy kilogram zmarnowanej a nieprzekazanej żywności, na właściciela sklepu zostanie nałożona kara w wysokości 10 groszy. – Przedsiębiorcy na mocy ustawy zostali zobligowani do prowadzenia ewidencji i niejako samodzielnego naliczania sobie kary. To w mojej ocenie jest mało skutecznym rozwiązaniem – komentuje.

Bez wątpienia problem marnowania żywności istnieje i należy podejmować działania, które pomogą w jego rozwiązaniu, zwłaszcza że Polska znajduje się w czołówce państw tego niechlubnego rankingu. Ważne jest jednak zbudowanie całościowej i efektywnej strategii na rzecz przeciwdziałania marnowaniu żywności, która na etapie jej tworzenia powinna być szeroko konsultowana ze wszystkimi zainteresowanymi stronami. Taka kampania mogłaby przyczynić się do podniesienia skuteczności działań promujących oszczędność żywności i wpisać się w światowy trend „zero waste”.

Centralny Port Lotniczy wcale nie taki drogi. Ale czy konieczny?

Budowa Centralnego Portu Lotniczego między Warszawą a Łodzią nie będzie wcale tak dużym obciążeniem dla polskich finansów. Wydatki na inwestycje infrastrukturalne stanowią bowiem od lat 18% dochodu narodowego – co przekłada się na sumę około 400 miliardów złotych rocznie. Koszt lotniska, plasujący się w okolicach 40 miliardów złotych – rozłożony na lata – nie jest dużym obciążeniem dla takiego budżetu. Nie zmienia to jednak faktu, że rosnące potrzeby w obszarze transportu lotniczego mogą być zaspokojone innymi, mniej kosztownymi i łatwiejszymi do zrealizowania inwestycjami. Eksperci podkreślają, że zanim weźmiemy się za budowę nowego portu lotniczego pod Warszawą, warto rozbudować i powiększyć przepustowość lotniska w Modlinie i na warszawskim Okęciu.

– W dyskusji o CPK nie chodzi tylko o koszt i o wpływ na finanse publiczne. Zastanawiamy się, czy jest to sensowna inwestycja. Czy nie ma alternatywnych projektów – takich, jak inwestycja w Modlin i rozbudowa portu lotniczego Okęcie, które zastąpiłyby konieczność budowy wielkiego lotniska między Warszawą a Łodzią – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC. – Jeżeli okaże się, że rozbudowa tych lotnisk nie zaspokoi rosnących potrzeb lotniczych Polski – budowa nowego, dużego lotniska pod Warszawą może być konieczna. Nie jest jednak wykluczone, że zanim będziemy budować Centralny Port Lotniczy, spróbujemy lepiej wykorzystywać możliwości, jakie oferuje nam Okęcie i Modlin – przewiduje Gomułka.

Ile na pakiecie mobilności straci polska branża transportu drogowego?

Jeśli pakiet mobilności zostanie przyjęty, to koszty prowadzenia działalności przewozowej w Niemczech mogą wzrosnąć nawet o 250 mln euro rocznie[1]. Jak informuje profesor Peter Klaus, ekspert z dziedziny zwanej statystyką logistyki, dojdą do tego jeszcze koszty pośrednie z opłat parkingowych czy wyższego ubezpieczenia. Z kolei Belgowie wyliczyli, że każdy dzień  na przykład „zamrożenia” kabotażu, będzie kosztować belgijskiego przewoźnika około 679 euro[2]. Unia Europejska wraca do pracy nad nowym prawem dla sektora międzynarodowego transportu drogowego. Ile straci na tym polski przedsiębiorca?

Nie ma wiążących obliczeń, jak bardzo regulacje zawarte w pakiecie mobilności odczuje przewoźnik z Polski i wydaje się, że nie są one niezbędne, aby przewidzieć możliwe skutki. Aktywność polskich transportowców na arenie międzynarodowej pokazuje, że zarówno w przewozach cross trade, jak i kabotażu jesteśmy liderem w krajach Wspólnoty, co przekłada się na PKB, którego filarem jest między innymi transport drogowy. Przedsiębiorcy z Europy Środkowo-Wschodniej zostaną zepchnięci na peryferia, jeśli będą wprowadzone obostrzenia dotyczące wykonywania kabotażu lub konieczność bezwzględnego powrotu kierowców czy pojazdów do kraju po trzech tygodniach w trasie. Mniejsze firmy nie będą mieć ani czasu na adaptację do nowych warunków, ani pieniędzy, by utrzymać płynność finansową i nie potrzeba tutaj skomplikowanych wyliczeń, aby to stwierdzić. Jednak nie da się ukryć, że liczby najlepiej przemawiają do wyobraźni, której posłom w Brukseli najwyraźniej zabrakło – wyjaśnia Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, OCRK.

Jak wynika z najnowszych danych Eurostat, Polska odpowiedzialna jest za przewożenie rocznie około 266,7 milionów ton towarów w ramach systemu transportu po drogach Europy. Dalej jest Holandia, 132,5 milionów ton, oraz Niemcy 122,6 milionów ton. Skoro obsługujemy 22,6 proc. rynku międzynarodowych przewozów drogowych i około 40 proc. wszystkich kabotaży to, kto będzie jeździł zamiast kierowców ciężarówek na polskich numerach rejestracyjnych?

Polski kierowca okrąża Ziemię dwa razy

Według raportu TLP Pakiet mobilności I. Wpływ na europejski system transportu drogowego, ponad 80 proc. z szacunkowej liczby 600 tysięcy pojazdów ciężarowych, które regularnie przekraczają granice państw Wspólnoty, obsługiwanych jest przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Zatrudniają one większość z 740 tysięcy kierowców międzynarodowych, których codzienna praca to fundament gospodarek krajów UE. Brak wykwalifikowanych pracowników to obecnie, obok pakietu mobilności,  największa bolączka branży. Profesor Peter Klaus, autor opracowania, wyliczył, że zapotrzebowanie na kierowców wśród krajów, w których jest największy ruch samochodów ciężarowych, czyli Niemcy, Francja, kraje Beneluksu, Włochy, Szwajcaria i Austria, osiąga poziom 520 tysięcy miejsc pracy. Około 310 tysięcy truckerów potrzebnych jest do obsługi operacji transportu transgranicznego.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Jak wynika z badania OCRK, największym wyzwaniem dla polskich przewoźników jest właśnie brak rąk do pracy. W 2018 roku na ten problem wskazało blisko 20  proc. pracodawców, a w 2019 aż 50 proc. Pakiet mobilności w obecnym brzmieniu nie poprawi sytuacji. Przeciwnie. Jeżeli kierowcy będą zobligowani w przyszłości do bezwzględnego powrotu do kraju zamieszkania raz na cztery tygodnie, zwiększy się liczba tak zwanych pustych przejazdów, a luka między popytem a podażą na usługi przewozowe tylko wzrośnie. Co jeszcze? Zwiększy się znacząco ruch na drogach, co wpłynie niekorzystnie na środowisko oraz bezpieczeństwo, a firmy, które wyspecjalizowały się w dalekich trasach po prostu znikną z rynku. Polski kierowca potrafi w ciągu roku okrążyć Ziemię ponad dwa razy, pokonując 87 tysięcy kilometrów[3], podczas gdy Francuzi czy Belgowie są zdecydowanie krótkodystansowi. Kto zatem będzie za nich jeździł? Na to pytanie europosłowie nie potrafią odpowiedzieć  – wyjaśnia Kamil Wolański, OCRK.

Warto rozmawiać, ale nikt nie pyta?

Najczęściej poruszaną kwestią wydaje się temat odpoczynków tygodniowych. Oprócz przedsiębiorstw transportowych nie o samych można zapomnieć kierowcach, dla których proponowane zmiany też będą miały bardzo duży wpływ. Co ciekawe, w wielu obszarach stanowisko właścicieli firm transportowych, jak i pracowników jest takie samo. Na przykład czy odpoczywanie poza kabiną pojazdu jest konieczne? Komu ten przymus miałaby się tak właściwie przysłużyć? Przedsiębiorcom transportowym, którzy inwestują w coraz lepiej wyposażoną flotę czy kierowcom, którzy zostaną zobligowani do noclegów w warunków często zwyczajnie gorszych niż kabina ciężarówki, bo infrastruktura parkingów nie jest dostosowana do przyjęcia tylu truckerów na drogach Europy? – mówi Wolański.

Kolejny przymus to konieczność powrotu do „bazy” w ściśle określonym czasie. To jeden z głównych elementów pakietu mobilności, którego przewoźnicy obawiają się najbardziej. Dlaczego?

Bo zagraża płynności finansowej firm, które wyspecjalizowały się w dalekich przewozach transgranicznych, spowoduje utratę wielu kontraktów, a także wzrost kosztów prowadzenia działalności. Małe firmy zlokalizowane na peryferiach Europy po prostu upadną lub wielkim kosztem przeniosą swoje siedziby do krajów na Zachodzie i w środkowej części kontynentu. Cross trade realizowany wschodnioeuropejskimi przewoźnikami w krajach wysokorozwiniętych, jak Francja czy Niemcy przynosi największe dochody. Zatem powrót, wynikający ze nieprzemyślanego prawa, wymusi na właścicielach firm ściągnięcie samochodu często bez załadunku po trzech lub czterech tygodniach w trasie. Oprócz wzrostu  na drogach, przyczyni się to do spadku rentowności małych i średnich przedsiębiorstw, a także może spowodować zatory na drogach, opóźnienia na granicach, problem z niedoborem kierowców. To same straty, a jednak nikt w Parlamencie Europejskim nie zadbał o to, by odpowiednio zbadać skutki takich zmian i zapytać, co sądzą osoby, które na co dzień przewożą towary, dzięki którym gospodarki krajów Starej Unii tak dobrze prosperują – komentuje ekspert OCRK.

Wszelkie działania, które pozwolą na nowo rozpocząć dyskusję na temat zasadności niektórych zapisów w nowym prawie drogowym, proponowanym przez unijnego legislatora, są potrzebne. Wydaje się bowiem, że mieszkańcy państw założycielskich Wspólnoty nie zdają sobie sprawy, że konsekwencje pakietu mobilności bezpośrednio odczują również prowadzone przez nich firmy.

[1] Artykuł profesora Pertera Klausa opublikowany w Deutsche Verkehrs-Zeitung, 2019.

[2] Belgijski Instytut Transportu Drogowego i Logistyki, Skutki wejścia w życie pakietu mobilności dotyczących nowych zasad kabotażu, 2019.

[3] Badanie OCRK, Kim jest kierowca ciężarówki w Polsce, 2018.

Polski rynek mieszkaniowy bije kolejne rekordy

Rosnące ceny metrażu sprawiają, że wartość polskiego rynku mieszkań bije kolejne rekordy. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak ta wartość zmieniała się w ostatnich latach.

Dane takich instytucji jak na przykład KNF wskazują, że już od dłuższego czasu systematycznie wzrasta średnia wartość kredytu mieszkaniowego. Podobne dodatnie zmiany dotyczą również łącznej wartości polskiego rynku lokali mieszkalnych. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie niedawno opublikowanych informacji GUS sprawdzili, jak taka łączna wartość obrotu rynkowego zmieniała się przez ostatnie lata. Ciekawa analiza RynekPierwotny.pl informuje również o tym, jaki udział w całkowitej wartości sprzedawanych mieszkań mają największe polskie miasta.

Na rynkowe dane trzeba czekać prawie trzy kwartały …  

Do sprawdzenia łącznej wartości lokali kupowanych przez Polaków, zachęca niedawna publikacja danych Głównego Urzędu Statystycznego za 2018 r. Takie informacje GUS – u są podawane z dość dużym opóźnieniem wynoszącym prawie trzy kwartały, ponieważ bazują na aktach notarialnych. Konkretniej rzecz ujmując, GUS podczas sumowania liczby oraz wartości sprzedanych mieszkań bierze pod uwagę Rejestry Cen i Wartości Nieruchomości prowadzone przez samorządy (powiaty oraz miasta na prawach powiatu).

Przez rok wartość obrotu mieszkaniami wzrosła o 19%

Informacje pozyskane przez GUS z samorządowych rejestrów, wskazują na systematyczny wzrost wartości polskiego rynku mieszkań. Suma zapłacona za wszystkie lokale mieszkalne zmieniała się następująco:

  • 2015 r. – 36,67 mld zł
  • 2016 r. – 40,88 mld zł
  • 2017 r. – 45,51 mld zł
  • 2018 r. – 54,33 mld zł

Powyższe informacje wskazują, że ubiegłoroczny wzrost wartości polskiego rynku lokali mieszkalnych wyniósł aż 19%. Nie cała ta zmiana była efektem podwyżki przeciętnych cen metrażu. Warto pamiętać, że w 2018 r. sprzedano o 13% więcej mieszkań względem 2017 r. (wzrost ze 180 071 do 203 603). Kolejne ciekawe spostrzeżenie dotyczy skali zmian z rynku pierwotnego oraz wtórnego. Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl okazuje się, że wartość obrotu rynkowego nowymi lokalami wzrosła nieco bardziej (+22% względem 2017 r.), niż w przypadku rynku wtórnego (+18%). Informacje prezentowane na poniższym wykresie potwierdzają, że szybkie wzrosty wartości obrotu rynkowego dotyczyły zarówno nowych, jak i używanych „M”.

 Wartość obrotu mieszkaniami RP wyk.1

Warszawa wciąż generuje 20% wartości polskiego rynku

 

Publikacja danych GUS dotyczących minionego roku stanowi dobrą okazję do sprawdzenia, jakie rynki lokali mieszkalnych z miast na prawach powiatu oraz powiatów obecnie mają największą wartość. Poniższa tabela przedstawia piętnaście lokalizacji, które w ciągu czterech lat (2015 r. – 2018 r.) odnotowały najwyższe wyniki. Wg portalu RynekPierwotny.pl zdecydowana przewaga Warszawy nad kolejnymi metropoliami (Krakowem, Wrocławiem, Gdańskiem, Poznaniem i Łodzią) raczej nie powinna dziwić. Bardziej istotny jest spadek wyniku stolicy z 26% (2015 r./2016 r.) do 21% (2018 r.).

Trzeba odnotować, że jednocześnie zmniejszył się też udział Krakowa w ogólnopolskiej wartości rynku lokali mieszkalnych. Ujemna zmiana dotyczyła również wszystkich piętnastu wiodących rynków z poniższej tabeli (traktowanych łącznie). Ich udział w całym polskim rynku mieszkań spadł bowiem z 70% (2015 r.) do 64% (2018 r.). Ten spadek potwierdza, że ostatnie lata przyniosły wyraźną aktywizację mniejszych rynków nieruchomości. Była to między innymi zasługa szybkiej obniżki stopy bezrobocia.

Jeżeli chodzi o wyniki prezentowane w poniższej tabeli, to warto zasygnalizować jeszcze jedną ciekawą kwestię. Mowa o obecności w czołowej piętnastce dwóch lokalizacji, które nie są miastami na prawach powiatu (zobacz: powiat poznański oraz powiat wołomiński). Okazuje się, że dwa wymienione powiaty mają duże znaczenie nie tylko w kontekście budowy domów. Bardzo sugestywny jest fakt, że pod względem udziału w całym polskim rynku lokali mieszkalnych wspomniane powiaty (wołomiński oraz poznański) wyprzedziły takie miasta jak np. Rzeszów, Kielce, Katowice, Toruń i Opole.Wartość obrotu mieszkaniami RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Sytuacja frankowiczów znacznie się poprawia! Jest szansa na niższe raty

Stopa procentowa LIBOR CHF dla szwajcarskiej waluty spada, więc kredytobiorcy mogą się spodziewać dobrych wiadomości. Część frankowiczów może w najbliższych dniach uzyskać obniżenie raty kredytu. Dowiedz się, jak reagować na zmieniającą się sytuację by wyjść obronną ręką z zadłużenia!

Banki na bieżąco aktualizujące oprocentowanie kredytów powinny od razu zmniejszyć wysokość rat. Osoby z kredytem w bankach, które działają w ten sposób co kwartał, będą musiały zaczekać do końca września. Prędzej czy później, frankowicze mogą być jednak dobrej myśli. Jak zmienia się ich sytuacja?

Frank najtańszy od 3 lat

LIBOR 11 września 2019 roku osiągnął najniższą od 3 lat wartość. To bardzo dobra wiadomość dla frankowiczów. W zależności od warunków umowy, raty kredytu zostaną obniżone już teraz lub na koniec kwartału. LIBOR (oprocentowanie pożyczek na rynku międzybankowym) spada, ponieważ Szwajcaria ma w ostatnim czasie najniższe stopy procentowe na świecie. Według wielu specjalistów, na obniżenie notowań franka szwajcarskiego będzie miała wpływ także interwencja Szwajcarskiego Banku Narodowego.

Kiedy można się spodziewać orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE?

Frankowicze czekają także na ostateczny wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Można się go spodziewać najwcześniej na przełomie października i listopada. Najbardziej miałby on uderzyć w sektor bankowy. Szacuje się straty na poziomie nawet 60 mln złotych.

„Wyrok miałoby ułatwić frankowiczom prowadzenie spraw w sądzie o odfrankowienie kredytu lub unieważnienie umowy. Dotychczas sądy postępowały bardzo różnie, więc wyrok wpłynie na kształtowanie się linii orzecznictwa” – powiedział nam radca prawny Michał Śląski. Zdaniem specjalistów nie jest to jednak przełomowy moment – wstępne orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz Sądu Najwyższego w tej sprawie wystarczająco poprawiły położenie frankowiczów. Wyrok Trybunału UE będzie jednak ostatecznym potwierdzeniem.

Jak uwolnić się od kredytu frankowego?

Nadchodzi najlepszy od dawna czas dla frankowiczów. Poszkodowani koniecznie powinni udać się do sądu, by złożyć pozew o odfrankowienie lub unieważnienie umowy zawierającej szkodliwe zapisy. Wtedy mają oni szansę na otrzymanie nadpłaconych rat kredytowych i/lub zmniejszenie salda kredytu. Obecne warunki niezwykle sprzyjają powodzeniu w sądzie!

Kredyt frankowy jest problemem dotykającym wielu Polaków. Na horyzoncie pojawia się szansa na pozytywne wybrnięcie z tej sytuacji. By uzyskać jak najlepszy efekt, warto skorzystać z pomocy doświadczonego radcy prawnego, który profesjonalnie i bezpiecznie przeprowadzi frankowicza przez cały ten proces.

Afera GetBack podważyła zaufanie inwestorów, a konsekwencje odczuje cała gospodarka

Ostatnimi czasy domy maklerskie przeżywają trudne chwile. Eksperci tłumaczą to m.in. zmianami w otoczeniu prawnym. Implementacja wciąż nowych i restrykcyjnych regulacji zwiększa koszty funkcjonowania. Z kolei wyniki finansowe mniejszych podmiotów są bardzo wrażliwe na skutki negatywnych zdarzeń na rynku kapitałowym. Jednym z nich była afera GetBack. Analitycy przewidują konsolidację i przejmowanie małych graczy przez duże podmioty. I dodają, że spadnie konkurencyjność i podrożeją usługi maklerskie. Zmniejszy się też liczba giełdowych debiutów. Przedsiębiorcy praktyczne przestaną pozyskiwać kapitał na drodze emisji akcji lub obligacji. Zyskają na tym banki. A ucierpi cała gospodarka.

Zagrożenia rynkowe

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych

Według raportu KNF-u, w ub. roku po raz kolejny spadła liczba domów maklerskich. Sektor generuje straty na podstawowej działalności. Jak wyjaśnia Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych, doprowadziło do tego przede wszystkim bardzo słabe zachowanie GPW. Polskie indeksy stały się jednymi z najsłabszych na świecie, co znacznie obniżyło aktywność inwestorów indywidualnych. Zagraniczni również omijali nas szeroki łukiem. Mało też było ofert pierwotnych. To wszystko zmniejszyło przychody domów maklerskich, utrzymujących się głównie z prowizji od transakcji.

Krzysztof Michrowski
Krzysztof Michrowski

– Trudną sytuację domów maklerskich można tłumaczyć także zmianami w otoczeniu prawnym, które z jednej strony mają zapewnić ochronę klientom i przejrzystość działań firm inwestycyjnych, a z drugiej – miały znaczny wpływ na wielkość i strukturę przychodów z działalności maklerskiej. Odmienne interpretacje wprowadzonych regulacji oraz różne interesy poszczególnych uczestników rynku doprowadziły do zastoju na linii producentów, czyli TFI, a także dystrybutorów, tj. domów maklerskich, w związku z trudnościami w rozliczeniach za świadczone usługi – mówi Krzysztof Michrowski z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Obserwatorzy branży twierdzą, że już od kilku lat problemem domów maklerskich są restrykcyjne rozwiązania regulacyjne i interpretacje przepisów unijnych. Ich implementacja na polu prawodawstwa krajowego nie zawsze uwzględnia realia rynku firm inwestycyjnych. Dom maklerski, będący mikroprzedsiębiorstwem lub małą firmą, musi nieustannie rozwijać działy prawne kosztem podstawowego obszaru działalności, by odnaleźć się w gąszczu przepisów.

Z kolei ekonomista Marek Zuber alarmuje, że rodzimy rynek kapitałowy jest w największym kryzysie od swojego powstania. Głównym powodem takiego stanu rzeczy są szybko i łatwo wprowadzane zmiany przez polskich polityków, np. związane z likwidacją OFE czy z podatkiem bankowym. Nawet jeśli w jakimś obszarze podjęto racjonalne decyzje, to brak przewidywalności otoczenia zwiększa ryzyko dotyczące inwestowania w papiery wartościowe. W Polsce brakuje popytu, a to powoduje niskie wyceny przy projektach IPO i małe obroty na rynku wtórnym.

Pokłosie GetBack-u

– Zdarzenia związane z działalnością GetBack S.A. w 2018 roku podważyły zaufanie inwestorów do rynku kapitałowego. To oczywiście znalazło odzwierciedlenie w wynikach finansowych domów maklerskich, które zanotowały spadek przychodów. Poziom straty z działalności podstawowej znacząco się pogłębił, tj. o ponad 89%, w porównaniu do 2017 roku – dodaje ekspert z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Jak stwierdza Piotr Kuczyński, Polacy wreszcie uświadomili sobie, że ryzyko inwestowania w obligacje korporacyjne jest o wiele większe niż przy kupowaniu papierów wartościowych emitowanych przez rząd. Paradoksalnie więc można powiedzieć, że ta sytuacja pozytywnie wpłynęła na rynek ze względu na jej wartość edukacyjną. Oczywiste jest jednak to, że chwilowo znacznie zmniejszyła przychody domów maklerskich.

Marek Zuber, ekonomista
Marek Zuber, ekonomista

– Zawsze po tego typu aferze obserwujemy wzrost awersji do ryzyka. Nawet dużo mniejsze niewykupione emisje rynek odczuwał tygodniami. Trudno było plasować choćby niewielkie transze. Musiało minąć trochę czasu, aby sytuacja istotnie się poprawiła. W przypadku GetBack-u straty klientów są na niespotykanym do tej pory poziomie, w dodatku całej sprawie towarzyszy olbrzymi szum medialny. A to oznacza, że powrót do normalności musi potrwać znacznie dłużej – przewiduje Marek Zuber. 

Skutkiem afery było także wprowadzenie nowych przepisów dot. emisji prywatnych. Jedna z najważniejszych zmian polega na tym, że od 1 lipca br. obligacje nowych emisji nie mogą mieć formy dokumentu i podlegają obowiązkowi rejestracji w depozycie papierów wartościowych. Ponadto w przypadku nieemitowanych w drodze oferty publicznej lub takich, w odniesieniu do których emitent nie zamierza ubiegać się o dopuszczenie do obrotu na rynku regulowanym lub wprowadzenia do ASO, podmioty wystawiające papiery wartościowe muszą korzystać z pośrednictwa tzw. agenta emisji – banku lub domu maklerskiego.

– Przede wszystkim powoduje to wzrost kosztów emisji. Samo wynagrodzenie agenta waha się obecnie między 10 a 20 tys. zł. To kwota za cały proces rejestracji papierów wartościowych w KDPW. Na zmianach zyskają inwestorzy indywidualni, a stracą małe i średnie przedsiębiorstwa, chcące pozyskać finansowanie na drodze emisji długu. Wszystko wskazuje na to, że zmiany jeszcze bardziej zahamują rozwój, liżącego rany po GetBack-u, rynku prywatnych emisji obligacji i ograniczą wpływy z podstawowej działalności domów maklerskich – uważa Krzysztof Michrowski.

W ocenie Marka Zubera, reakcja polityków i nadzoru na aferę GetBack sprowadza się do próby zmniejszenia ryzyka związanego z emisjami obligacji korporacyjnych, które z założenia wiążą się z większą niepewnością niż papiery skarbowe. Prowadzi to do ograniczenia swobody funkcjonowania branży. Zdaniem ekonomisty, istnieje realna obawa, że pod hasłem obrony tzw. „przeciętnych Kowalskich” zostanie zahamowany rozwój rynku papierów dłużnych, który jeszcze kilka lat temu wydawał się bardzo perspektywiczny. A to przyniesie kolejne straty domom maklerskim.

Czarne scenariusze

– Do poprawy sytuacji domów maklerskich trzeba wielu czynników – sprzyjającej koniunktury, stabilnego otoczenia prawnego i powrotu zaufania inwestorów do rynku kapitałowego. Jednak na razie nic nie zapowiada takich zmian. Jednak trzeba wziąć pod uwagę czarne scenariusze. Z rynku mogą znikać kolejne podmioty. Spadnie konkurencyjność i wzrosną koszty usług maklerskich. Zmniejszy się liczba giełdowych debiutów, a spółki praktycznie nie będą pozyskiwać kapitału na drodze emisji akcji lub obligacji – ostrzega Krzysztof Michrowski.

Natomiast Piotr Kuczyński podkreśla, że sytuacja jest szczególnie groźna dla małych domów maklerskich. Wymusi ona konsolidację i przejmowanie mniejszych podmiotów przez większe. Co do tego nie ma wątpliwości. Analityk zapewnia jednak, że to nie powinno mieć negatywnego wpływu na cały rynek kapitałowy, jak również na inwestorów.

– Bieżąca działalność maklerska od dawna jest nieopłacalna. Na tzw. brokerce w zasadzie trudno jest zarobić, a problem pogłębia jeszcze duża konkurencja i wzrost kosztów działalności. To groźna sytuacja, która może doprowadzić do tego, że rynek kapitałowy przestanie być istotnym elementem finansowania rozwoju gospodarki. Trudno jest np. uzyskać środki na rozwój nowych technologii przy pomocy samego systemu bankowego. W przypadku startupów to wręcz niemożliwe – zaznacza Marek Zuber.

Ekspert z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office zwraca uwagę na to, że zyski wykazują największe podmioty, powiązane kapitałowo z bankami. Generują je dzięki operacjom nabywania i zbywania na własny rachunek instrumentów finansowych. A to nie stanowi podstawowej działalności maklerskiej, która jest schyłkowa. Włączanie jej w struktury bankowe może tylko ograniczyć rolę całego rynku kapitałowego.

Wchodzimy w finał wyników II kwartału

  • Końcówka sezonu publikacji wyników spółek
  • Zapowiadany wzrost płacy minimalnej może wpłynąć na rynek pracy
  • Niepewność w sprawie frankowiczów
Maciej Kik, Zarządzający funduszami akcji Generali Investments TFI
Maciej Kik, Zarządzający funduszami akcji Generali Investments TFI

Jesteśmy w trakcie sezonu publikacji wyników finansowych. Spółki – szczególne te małe – raczej rozczarowują. Z kolei zgodnie z oczekiwaniami banki poprawiają wyniki nawet o kilka, kilkanaście procent.

Głośno było także o kredytach konsumenckich. Zgodnie z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE w sytuacji wcześniejszej spłaty kredytu konsumenckiego, kredytodawca powinien zwrócić tzw. „front fee” i dodatkowe opłaty ubezpieczeniowe, co jak dotąd nie było standardem.

Słabo wyglądają wyniki spółek przemysłowych – spadają marże i spółki negatywnie zaskakują zyskami. Odbija się to na całym sektorze MŚP. Pozytywnym zaskoczeniem są wyniki spółek handlowych, zarówno pod względem nominalnym, jak i oczekiwań analityków. Dobre wyniki publikuje Dino Polska, którego trajektoria wzrostu jest bardzo dobra. Pozytywnie zaskoczyła także Grupa Eurocash, która po niezbyt udanym okresie pokazała bardzo dobre wyniki.

Wpływ na kondycję polskiej gospodarki mogą mieć także propozycje wyborcze. Obietnica wyborcza w postaci szybkiego wzrostu pensji minimalnej wywiera wpływ na firmy i sprawia, że rośnie presja na rynek pracy. Chociaż trzeba zauważyć, że wiele spółek broni się tym, że ich wynagrodzenia i tak są wyższe od płacy minimalnej. Nie mniej jednak, cały rynek pracy będzie wywierał presję na firmy. Z drugiej strony tak gwałtowna podwyżka może wspierać najuboższą część społeczeństwa, co może przełożyć się na wzrost konsumpcji. W sektorach, w których konkurencja jest mniejsza, można spodziewać się także wzrostu cen.

Większość analityków spodziewa się decyzji TSUE na korzyść kredytobiorców. Niemniej jednak jej ostateczne skutki jeszcze długo nie będą znane, ponieważ orzeczenie nie będzie wiążące. Trudno ocenić w tej chwili, ilu kredytobiorców faktycznie złoży pozwy i jakie będzie podejście polskich sądów do tej sprawy.

Ostatnie tygodnie to czas poprawy sentymentu na rynkach amerykańskich i oczekiwania na pozytywne wiadomości o złagodzeniu wojny handlowej. Spadło także prawdopodobieństwo twardego brexitu, co spowodowało, że wzrósł apetyt na ryzyko – widać to głównie w Stanach Zjednoczonych. W Polsce indeksy także odbiły, jednak trochę mniej niż na światowych giełdach.

Wyprawka szkolna 2019 – sprzedawcy online nie przygotowali dla klientów atrakcyjnych ofert

Siedmiu na dziesięciu rodziców zaplanowało zrobić zakupy szkolne w sierpniu. Czy pod względem finansowym taka strategia się opłaciła? Analiza ofert 550 sklepów internetowych przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo pokazała, że na największe promocje konsumenci mogli liczyć w trzecim i czwartym tygodniu sierpnia. Polska rodzina deklarowała, że na wyprawkę szkolną przeznaczy średnio 1 718 zł. Decydując się na zakupy online i wybierając tylko produkty w promocji mogła zaoszczędzić ponad 200 zł. Zdaniem autorów „Szkolnego barometru cenowego” ruchy cenowe sprzedawców wskazują no to, że na prawdziwe obniżki artykułów szkolnych możemy liczyć dopiero we wrześniu.

Z badania Deloitte „Wyprawka szkolna 2019” wynika, że 69 proc. rodziców planowało zaopatrzyć swoje dzieci w produkty szkolne w sierpniu. Jedynie 2 proc. zostawiło zakupy na wrzesień. – W sierpniu byliśmy też świadkami bardzo dużej ofensywy marketingowej sieci handlowych, które kusiły rodziców korzystnymi ofertami i promocjami. Sprawdziliśmy więc, czy w przypadku sklepów online rzeczywiście były one tak atrakcyjne, jak w przekazach reklamowych – mówi Agnieszka Szapiel, Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Dzięki raportowi „Wyprawka szkolna 2019” znane są kategorie produktów, które znajdują się w szkolnym koszyku zakupów polskiego ucznia. Z tego powodu do analizy wybrano te z nich, na które rodzice zamierzali wydać najwięcej. Były to artykuły szkolne (m.in. plecaki, zeszyty, piórniki), ubrania i obuwie oraz elektronika (smartfony, laptopy, smartwatch). Za pomocą narzędzi do monitoringu cen dostarczanych przez firmę Dealavo wyszukano konkretne oferty tych produktów, które poddano codziennemu monitoringowi. Łącznie przebadano ponad 200 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 550 sklepów online.

Symboliczne obniżki i niewielkie oszczędności

W ramach „Szkolnego barometru cenowego” w ciągu miesiąca (ostatnie dni lipca – 31 sierpnia) eksperci Deloitte i Dealavo przeanalizowali łącznie ponad 6 000 cen produktów. Sklepy internetowe największe promocje zaplanowały na drugą połowę sierpnia, czyli zyskali ci, którzy z zakupami wstrzymali się niemal do końca wakacji. – Jednak w tym samym czasie, gdy obniżano ceny niektórych produktów i intensywnie je promowano, ceny innych szły w górę. Nie możemy więc mówić o  masowych promocjach. Raczej dotyczyły one pojedynczych grup produktów. Ten sam mechanizm daje się zauważyć również w grudniu przed Bożym Narodzeniem, czyli jest to stała strategia sieci handlowych – mówi Agnieszka Szapiel. Tym razem dotyczyło to szczególnie artykułów i przyborów szkolnych, czyli kategorii które zajmowały bardzo dużą część w szkolnym koszyku. Zarówno obniżki jak i podwyżki cen sięgały kilkunastu procent (maksymalnie średnio 17 proc. podwyżki i średnio 13 proc. obniżki).

Im bliżej było do końca sierpnia, tym potencjalne oszczędności przy zakupach wyprawki szkolnej mogły być większe. W przypadku analizowanego koszyka potencjalnie mogły one wynieść od 126 do ponad 220 zł w czwartym tygodniu sierpnia, co stanowi od 7 do 13 proc. średniej kwoty wydanej w gospodarstwie domowym na wyprawkę szkolną (1 718 zł). Największy udział w tych oszczędnościach miała odzież, aż 33 proc. W przypadku obuwia było to 15 proc., a  podręczników i lektur 17 proc. Jeżeli chodzi o udział artykułów szkolnych (piórniki, zeszyty, kredki, farby, zakreślacze) to wynosił on około 12 proc. – Należy jednak pamiętać, że takie kwoty mogły zaoszczędzić jedynie te osoby, które zdecydowałyby się na zakup produktów w cenach promocyjnych. Tymczasem akurat przybory szkolne czy ubrania i buty, szczególnie dla dzieci, w dużym stopniu kupowane są pod wpływem emocji. Do koszyka wkładamy to, co odpowiada nam i podoba się dzieciom, a niekoniecznie to, co akurat jest w promocji – wyjaśnia Mateusz Mańkowski, Konsultant w dziale konsultingu Deloitte.

Uwaga na ceny podręczników i lektur

Na najlepsze oferty mogli liczyć ci klienci, którzy zdecydowali się zrobić zakupy szkolne w czwartym tygodniu sierpnia. Dotyczy to zarówno artykułów szkolnych, jak i odzieży i obuwia. Nie zmienia to faktu, że im bliżej końca wakacji, tym ceny niektórych produktów szły w górę w porównaniu na przykład z lipcem. W drugiej połowie sierpnia największe wzrosty cen były widoczne w kategoriach: drukarki / skanery, tablety, czytniki e-booków, plecaki / tornistry, podręczniki i lektury.

Jak zauważają eksperci Deloitte fluktuacje cen (czyli zarówno obniżki, jak i podwyżki) były widoczne we wszystkich kategoriach. Największe dotyczyły odzieży i obuwia (wzrosty lub obniżki cen nawet do 35 proc.). W przypadku bidonów czy śniadaniówek obniżki i podwyżki cen sięgały nawet 20 proc. – Przed rozpoczęciem roku szkolnego sklepy są pod presją konkurencji, co wymusza rabaty. Z kolei po 1 września sytuacja się odwraca i obniżki cen tracą na znaczeniu. Teraz to rodzice są pod presją czasu, więc kluczowa staje się dostępność produktów w danym sklepie. Korzyści wynikające z wygody usprawiedliwiają wtedy wyższe ceny, przynajmniej w tej chwili, bo w czasie tak intensywnych sezonów zakupowych sytuacja potrafi zmieniać się nawet co godzinę – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

Analizie poddano również różnice w maksymalnych i minimalnych cenach tych samych artykułów. Największe z nich dało się zauważyć w kategorii artykułów szkolnych, gdzie średnio wynosiły one 75 proc. Rekordową różnicę odnotowano w przypadku popularnych lektur i podręczników szkolnych, wśród których różnice sięgały ponad 200 proc.  Dla przykładu  „W pustyni i w puszczy” w jednej z księgarń kosztowało 12,29 zł, w innej 29,33 zł, czyli różnica wyniosła 239 proc. W przypadku „Chłopców z placu broni” było to 220 proc., a „Krzyżaków” 212 proc.

Najmniejsze rozbieżności cenowe dotknęły ubrań, gdzie maksymalne ceny były wyższe średnio o około 15 proc. od cen minimalnych. W przypadku elektroniki było to z kolei 60 proc.

Jak wynika z badania „Wyprawka szkolna 2019” aż 65 proc. rodziców zanim udało się na zakupy, planowało najpierw sprawdzić ofertę internetową, a 42 proc. zamówić artykuły szkolne w internecie, by potem odebrać je w sklepie. – Dla ponad 40 proc. ankietowanych zakupy szkolne to przyjemność, a dla ponad połowy sposób na spędzanie czasu z dziećmi. Czy oferta sklepów internetowych była na tyle atrakcyjna, by zrezygnować z tradycyjnych zakupów na rzecz online? Naszym zdaniem nie. Sieci handlowe mają swoje strategie, oparte na doświadczeniach z poprzednich lat. Jednak biorąc pod uwagę jedynie czynniki cenowe, które analizowaliśmy, w sierpniu nie zaproponowały one takich promocji, które mogłyby do sieci przyciągnąć dużą grupę klientów. Czy bardziej atrakcyjnych ofert należy spodziewać się dopiero we wrześniu, na co wskazują komunikaty sieci detalicznych, sprawdzimy w naszym kolejnym barometrze – podsumowuje Mateusz Mańkowski.

Miłe złego początki

Na tapecie jest szereg istotnych wydarzeń, ale gwoździem programu w tym tygodniu może być tylko polityka monetarna USA. Fed na kończącym się w środę posiedzeniu zetnie stopy procentowe o 25 pb i do przedziału 1,75-2,00 proc. Taka ocena nie budzi kontrowersji wśród inwestorów, ale rynek jest mocno podzielony odnośnie do retoryki władz monetarnych i ich przyszłych kroków. Zakładamy, ze prognoz optymalnego poziomu stóp procentowych wyniknie sugestia jeszcze jednej obniżki stóp procentowych w 20119 roku a prezes Fed zaprezentuje stanowisko, że polityka będzie prowadzona w taki sposób by zapewnić trwałość ożywienia. Taka kombinacja powinna być negatywna dla dolara.

Dolara, który jest mocny w ostatnich kilkudziesięciu godzinach, ale postrzegamy to jako „miłe złego początki.” EUR/USD zszedł ponownie do 1,10. Dziś przed południem zostaną opublikowane ważne dane ze strefy euro. ZEW wskazuje na najsłabsze perspektywy wzrostu od siedmiu lat i brak poprawy w tym zakresie byłby dla euro negatywny. Wspólna waluta potrzebuje wsparcia pod postacią pozytywnych sygnałów z gospodarki by rozpocząć trwałą wspinaczkę na wyższe pułapy. 1,11 to na razie sufit dla kursu i dopiero jego sforsowanie pozwalałoby myśleć o mocniejszym odreagowaniu miesięcy słabości.

Ostatnie umocnienie korygują także waluty Antypodów. Dolar australijski powinien być pod presją rodzących się i rosnących oczekiwań na trzecią w tym roku obniżkę stóp procentowych. Naszym preferowanym sposobem na zdyskontowanie tej pozycji są spadki AUD/JPY. Wynika to z faktu, że jen po najsilniejszym osłabieniu od stycznia doświadczonym w ubiegłym tygodniu jest predysponowany do umocnienia w obliczu kolejnych oczekiwań na łagodzenie ze strony głównych banków centralnych. Dodatkowo widzimy ryzyko pogorszenia się nastrojów inwestycyjnych i dostrzegamy niepokojące symptomy w notowaniach kontraktów na główne indeksy giełdowe. Na marginesie dodajmy, że powinno to skutkować skromnym wzrostem rentowności polskiego długu i osłabieniem EUR/PLN w kierunku 4,35. W koszyku EM w prawdziwych tarapatach znajdzie się natomiast lira turecka. Wystrzał ropy w naszej ocenie nie zostanie wymazany. Okres obniżenia mocy produkcyjnych w Arabii Saudyjskiej przełoży się na spadek zapasów i zacieśnienie rynku. Inwestorzy będą również zmuszeni wyceniać większą dozę ryzyka geopolitycznego. Przecież dotychczas produkcja w Arabii Saudyjskiej była postrzegana jako bezpieczna, wręcz niemożliwa do zachwiania. Wyższe ceny ropy będą zatem ciosem w borykającą się z nierównowagą w bilansie płatniczym lirą. Będą natomiast wsparciem dla dolara kanadyjskiego, korony norweskiej oraz rubla.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Nadchodzą czarne chmury

Jeszcze pod koniec zeszłego tygodnia wiele osób cieszyło się z uspokojenia na świecie i umacniającego się złotego. Ten tydzień zupełnie zmienił sytuację. Mamy bardzo istotny dla rynków zamach na saudyjskie rafinerie, ograniczający światową produkcję ropy o 5%. Mamy strajki we Francji, a “na deser” jeszcze słabsze perspektywy na temat pieniędzy, jakie otrzymamy z UE.

Czy zamach na rafinerie rozpocznie światowy kryzys?

Ekonomiści zwracają uwagę, że wstrząs w postaci wzrostu cen ropy o 15%, który obserwujemy od wczoraj, nie będzie neutralny dla światowej gospodarki. Jeżeli ceny szybko się nie uspokoją, poczujemy bardzo silny bodziec inflacyjny. Wzrost cen paliw nie będzie oczywiście równie silny, głównie ze względu na zawarte tam podatki. Nie mniej powinien być zauważalny.

Warto zwrócić uwagę, że wzrost kosztów transportu, który jest z cenami paliw de facto związany, wpływa negatywnie na wzrost gospodarczy. Teoretycznie naprawa uszkodzeń rafinerii powinna być szybka. Problem w tym, że widząc wpływ tego wydarzenia na ceny w wielu miejscach na świecie, może powstać idea zwiększenia zapasów, a to długotrwale zwiększy popyt na ropę i pozwoli dłużej utrzymać zwyżkę cen.

Strajki we Francji

Prezydent Macron pomimo wielu trudności nie porzucił idei reform gospodarczych. Problem w tym, że bardzo często spotyka się z silnymi protestami tych grup, które na tym tracą. Obecnie we Francji trwa próba ujednolicenia systemów emerytalnych, których w tym kraju funkcjonuje aż 42. Jak nietrudno się domyślić, część grup zawodowych straci na tym rozwiązaniu. Na ulice wyszli lekarze, prawnicy i mniej liczni, ale zauważalni, piloci linii lotniczych. Rezultatem jest spotkanie premiera za związkowcami, ale jego zdaniem reformy są konieczne.

Warto przypomnieć, że Francja jest kolejnym krajem, który żyje na kredyt. O ile po kryzysie w 2010 roku dług względem PKB wynosił 85%, teraz znajduje się, pomimo dobrej koniunktury w tym czasie, niewiele poniżej 100%. Warto w tym miejscu przypomnieć, że warunkiem znajdowania się kraju w strefie euro jest znajdowanie się tego parametru poniżej 60%. Jak bardzo jest to fikcja, widać po średniej dla strefy euro, która przekracza 85%.

Mniej dla Polski w unijnym budżecie?

Strumień pieniędzy płynący do Polski z Unii Europejskiej zgodnie z przewidywaniami przysycha. Nie spodziewano się jednak, że będzie się zmniejszał tak szybko. W nowej perspektywie budżetowej na lata 2021-2027 będzie dla Polski przeznaczone średnio o ponad 10 mld złotych mniej niż w obecnym planie 6-letnim. Co więcej, biorąc pod uwagę planowane projekty ekologiczne, może to oznaczać dalszą redukcję tych środków. Warto przypomnieć, że Polska, rozwijając się zdecydowanie szybciej niż średnia Unii Europejskiej, nie może liczyć, że cały czas będzie tak samo preferowana. W długim okresie to negatywna wiadomość dla złotego, aczkolwiek analitycy wiedzieli, że to nie będzie trwać dłużej.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Banki centralne tną stopy

  • ECB obniża stopy procentowe
  • Biała flaga w stosunkach handlowych USA-Chiny
  • Borys Johnson bez większości w brytyjskim parlamencie
Marek Straszak, Portfolio Manager Generali Investments TFI
Marek Straszak, Portfolio Manager Generali Investments TFI

Na rynek akcji i obligacji pozytywnie wpływają decyzje banków centralnych. W czwartek Rada Prezesów Europejskiego Banku Centralnego obniżyła stopy procentowe o 10 punktów bazowych, co było zgodne z prognozami inwestorów. Pod koniec miesiąca spodziewana jest także druga obniżka stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną. Rynki spodziewają się obniżki stóp procentowych o 25 pb.

Borys Johnson, premier Wielkiej Brytanii i orędownik „twardego brexitu”, nie ma już większości w parlamencie. Inwestorzy oceniają porażkę brytyjskiego premiera jako szansę na postęp w procesie negocjacyjnym z Unią Europejską. Kwestią otwartą pozostaje jednak ogłoszony na 31 października ostateczny termin opuszczenia przez Brytyjczyków unijnych struktur.

Po ogłoszeniu wprowadzenia ceł na wybrane towary eksportowe obie strony konfliktu handlowego – USA i Chiny – wysyłają sygnały ocieplania stosunków. Jak podaje Agencja Bloomberg wkrótce mają odbyć się rozmowy bilateralne amerykańskich i chińskich administracji rządowych. Informacje o ociepleniu stosunków pozytywnie wpływają na rynek akcji.

Spowolnienie gospodarcze widać także za oceanem. Sezon wyników za 2Q w Stanach Zjednoczonych (4% wzrost EPS), Japonii (-10% spadek EPS) i w Europie (spadek o -1% EPS) wskazuje na zahamowanie wzrostów na rynku finansowym, a nawet spadki. Uwagę zwracają też dane dotyczące inflacji bazowej, która wbrew prognozom w sierpniu wzrosła.

Spadające stopy procentowe to dobre środowisko dla złota, które jest silnie skorelowane z poziomem stóp procentowych w USA. Na wysoką cenę tego kruszcu, ostatnio ponad 1500 dolarów za uncję, wpływa niespokojna sytuacja rynkowa i poluzowanie polityki monetarnej przez banki centralne.

Gołębia polityka ECB zgodna z oczekiwaniami rynku

Europejski Bank Centralny obniża stopy depozytowe o 10 pb. i zapowiada program luzowania ilościowego

Rekordowa sprzedaż obligacji detalicznych w sierpniu finansuje budżet i prefinansowania na rok 2020

Tomasz Pawluć, Zarządzający Funduszami Dłużnymi Generali Investments TFI
Tomasz Pawluć, Zarządzający Funduszami Dłużnymi Generali Investments TFI

Europejski Bank Centralny nie zaskoczył rynków. Przed posiedzeniem rady prognozowano obniżki stopy depozytowej o 10 pb. (konsensus ankiety Bloomberga). Zakładano także uruchomienie programu QE w skali 30 mld euro netto miesięcznie.

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Prezesów podjęła kolejne działania zmierzające do luzowania polityki pieniężnej. Obniżono stopę depozytową o 10 pb. (z poziomu -0,40 do -0,50). Rada wydłużyła też preferencyjne warunki pożyczek dla banków (TLTR3) i ponownie uruchomiła program skupu aktywów. W ramach programu luzowania ilościowego (QE) Europejski Bank Centralny przeznaczy 20 mld euro netto miesięcznie na skup obligacji. Program QE zostanie uruchomiony w listopadzie. Zaskoczeniem był fakt, iż nie określono jego końcowego terminu informując, że będzie prowadzony „tak długo jak będzie to konieczne”, co w praktyce będzie oznaczać, że zakończy się, kiedy oczekiwania inflacyjne zbliżą się do poziomu 2 procent. W komunikacie ECB poinformował także o wprowadzeniu tak zwanego tieringu, czyli mechanizmu dotyczącego oprocentowania rezerw banków komercyjnych na rachunkach w banku centralnym. Mechanizm ma zapobiegać stratom banków. W naszej opinii decyzja ECB ma umożliwić stymulus fiskalny rządom strefy euro. Niższe koszty obsługi długu publicznego pomogą głównie państwom peryferyjnym, chociaż i tak w powszechnej opinii spowolnieniu wzrostu gospodarczego w całym Eurolandzie może przeciwdziałać zwiększenie wydatków budżetowych przez Niemcy.

Na lokalnym rynku resort finansów w sierpniu przeprowadził jedną aukcję zamiany  sprzedając obligacje skarbowe o wartości 5,52 mld zł. Planowana jest jeszcze jedna aukcja zamiany. Już dziś dzięki tej transakcji Ministerstwo sfinansowało potrzeby finansowe na ten rok i prefinansowało 20 proc. potrzeb pożyczkowych na przyszły rok.

W sierpniu Ministerstwo Finansów sprzedało detaliczne obligacje oszczędnościowe o łącznej wartości 1,75 mld zł – to najwyższy poziom w historii. Największą popularnością cieszyły się obligacje 4-letnie. To bardzo dobry wynik i spodziewam się, że będzie jeszcze poprawiany w kolejnych miesiącach.

18 września swoją decyzję w sprawie stóp procentowych ogłosi Fed. Rynki spodziewają się kolejnej obniżki stóp procentowych o 25 pb.

Ponad 8 tys. złotych pensji i kolejki po usługi specjalistów – rynek programistów w Polsce

Małe firmy, które nie potrzebują programistów na co dzień lub nie mogą pozwolić sobie na ich zatrudnienie, korzystają zwykle z usług zewnętrznego specjalisty. Takie przedsiębiorstwa coraz częściej są gotowe dostosować się do wolnych terminów wykonawcy usługi. Najczęściej zlecają mu stworzenie dedykowanego oprogramowania, a najbardziej poszukiwani są ci, którzy znają języki C/ C++ oraz JAVA – wynika z raportu Oferteo.pl. Specjaliści w tych obszarach mogą liczyć na miesięczne dochody przekraczające przeciętnie 8 tysięcy złotych.

Rynek pracy programistów i zarobki w branży

Zapotrzebowanie na specjalistów IT jest wciąż bardzo duże. Według danych Komisji Europejskiej liczba wakatów czekających na obsadzenie przez programistów wyniesie w Europie w 2020 roku aż 825 tysięcy. KE wskazuje, że wynika to między innymi z faktu, że systemy edukacji nie nadążają za zachodzącymi zmianami w sektorze nowych technologii.

Branża IT kusi więc nie tylko perspektywą łatwego znalezienia zatrudnienia, ale też zarobkami. Wynagrodzenia programistów różnią się w zależności od wielu czynników, takich jak staż pracy i doświadczenie, wykształcenie czy też wielkość firmy, w której są zatrudnieni lub na rzecz której świadczą usługi. Jak natomiast wyglądają zarobki specjalistów posługujących się konkretnymi językami programowania[1]?

  • Programista C/C++ – 8 150 zł
  • Programista Java – 8 200 zł
  • Programista Python – 8 230 zł
  • Programista Ruby – 7 390 zł
  • Programista aplikacji mobilnych – 7 930 zł
  • Programista aplikacji iOS – 7 510 zł
  • Programista baz danych – 8 040 zł
  • Programista Perl – 7 980 zł

Jakich usług potrzebują firmy?Czego dotyczy zlecenie

Według analizy Oferteo.pl, największego polskiego portalu łączącego poszukujących usług z ich dostawcami, małe firmy bardzo chętnie korzystają z usług zewnętrznego specjalisty. Najczęściej zlecają one stworzenie dedykowanego oprogramowania (53% zapytań), aplikacji mobilnej (32%) lub bazy danych (10%).

Programy mają być tworzone głównie z myślą o komputerach osobistych z systemem Windows – z takim zleceniem zgłaszało się w ciągu ostatniego roku 45% firm. Z kolei 29% użytkowników Oferteo oczekiwało produktu dostosowanego do systemu Android, a 17% – IOS. Jedynie 9% badanych szukało specjalisty do stworzenia programu dla MAC’a.

Pilne zapotrzebowanie

Czas jest bardzo ważny dla przedsiębiorców zlecających usługi programistyczne. 49% z nich deklarowało, że zależy im na jak najszybszej realizacji zlecenia, a tylko 9% zleceniodawców było gotowych na kilka dni oczekiwania. Firmy zdają sobie jednak sprawę z tego, że informatycy muszą realizować bardzo dużo zleceń dla różnych podmiotów i aż 39% z nich oświadczyło, że dostosuje się do wolnych terminów specjalisty.

To, jak priorytetową sprawą dla firm jest szybka realizacja usługi informatycznej, nie powinno nikogo dziwić. Często brak odpowiedniego przygotowania w dziale IT blokuje duży obszar działania całego przedsiębiorstwa – zwraca uwagę Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Firmy powinny być na to przygotowane i konkretne działania oraz zlecenia planować z odpowiednim wyprzedzeniem.

Języki programowania, których znajomości najczęściej oczekiwano od programistów, to C/C++ wskazywane przez 21% ankietowanych, PHP z wynikiem 19% oraz JAVA, którą zaznaczało 18% zleceniodawców.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 300 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl przez podmioty poszukujące usług programistycznych.

[1] Https://wynagrodzenia.pl/moja-placa, wszystkie podane kwoty są medianami miesięcznych wynagrodzeń brutto. Mediana, a więc wartość środkowa, dzieli badaną populację na pół. Poniżej i powyżej mediany znajduje się dokładnie po 50% danych.

Femvertising

W przeważającej części polskich domów decyzje o tym, co znajdzie się na liście produktów potrzebnych całej rodzinie, podejmuje kobieta. Panie, zdecydowanie częściej niż panowie, biorą na siebie również odpowiedzialność za robienie zakupów. To cenna wskazówka dla marketerów, którzy chcąc trafić z informacjami o danych produktach, czy usługach powinni odpowiednio dopasować przekaz reklamowy do grupy odbiorczej.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Mindshare Polska[1], to kobiety wybierają produkty, które trafiają do sklepowego koszyka. Najwyraźniej zależność tę widać podczas codziennych, dużych i małych zakupów spożywczych oraz, gdy chodzi o kosmetyki, leki czy chemię gospodarczą. Męska część konsumentów, skupia swoją uwagę wokół kwestii technologicznych i specjalistycznych: sprzętu RTV, samochodów, czy usług telekomunikacyjnych, choć i wtedy partnerki często bywają osobami współdecydującymi.

Czas na zmianę punktu widzenia

W planowaniu skutecznych działań marketingowych, ważne jest zwrócenie szczególnej uwagi na subtelne różnice między konsumentami, a osobami decydującymi o finalnych zakupach. Przykładem mogą być produkty spożywcze i słodycze, których odbiorcą jest każdy, ale nie każdy uczestniczy w wyborze tych, które finalnie trafiają do koszyka, na rodzinny stół, czy do plecaków dzieci. Dobrze więc, aby działania reklamowe i promocyjne firm, były skierowane do osób, które nie tylko w końcowym etapie są użytkownikami, lecz przede wszystkim do tych, które tworzą listy potrzebnych produktów i zajmują się codziennymi zakupami, a więc do pań.

– Kobiety to szczególnie ważna grupa konsumentów. Prezentowane badania pokazują nam, że to właśnie one najczęściej nie tylko podejmują decyzje, ale też osobiście dokonują zakupów. To cenna wskazówka dla producentów, którzy dla zbudowania trwałego dialogu z konsumentami oraz osiągnięcia lepszej efektywności podejmowanych działań powinni, już na etapie planowani kampanii, uwzględniać potrzeby pań. – mówi Michał Bonecki, Consumer Marketing Manager Perfetti Van Melle Polska.

Założenia kontra rzeczywistość

Identyfikacja grupy docelowej to pierwszy krok. Przed marketingowcami staje jeszcze jedno wyzwanie, a więc wybór właściwych narzędzi i komunikatów, zapewniających skuteczność prowadzonych kampanii. Jak wynika z wniosków zawartych w analizie Kantar[2], nie wszyscy zdają sobie z tego jednak sprawę. Duża część marketerów uważa, że ​​w kreowanych przez siebie przekazach reklamowych panie są przedstawiane jako pozytywne wzorce do naśladowania, W rzeczywistości jednak okazuje się, że niemal połowa badanych uważa, że kobiety w reklamach są ukazywane w niewłaściwy sposób, co wpływa na niską efektywność przekazów. Jedynie nielicznym paniom podobają się spoty prezentujące ich codzienne życie, czy obowiązki. Zdecydowana większość uważa, że reklamy skierowane do kobiet powinny być bardziej szczegółowe, zawierać więcej detali, takich jak cena produktu czy jego dostępność, aktualne zniżki oraz wyprzedaże. Jeśli chodzi o formę prezentowanych treści, jak podaje Kantar, panie wolą krótkie filmy online, najlepiej te z dźwiękiem, nie przepadają jednak za reklamami, których nie można pominąć.

Firmy, zwracając się do kobiet, powinny prezentować je w rolach, w których konsumentki chcą być widziane i dopasowywać swój przekaz do ich potrzeb. Warto również pamiętać, że niezależnie od wyników badań, kampanie powinny być projektowane w sposób wyważony i w ramach jednego, spójnego pomysłu kreatywnego.

[1] https://www.mindshareworld.com/poland/news/zakupy-w-polskich-domach-%E2%80%93-kto-decyduje-kto-kupuje-mindshare-polska-z-badaniem-na-temat

[2] http://www.tnsglobal.com/press-release/advertising-industry-complacency-letting-brands-and-women-down

Rynek leasingu: budownictwo goni rolnictwo

Z ostatnich danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że od stycznia do czerwca 2019 roku firmy leasingowe sfinansowały maszyny budowlane o łącznej wartości ponad 1,85 mld zł, co oznacza dynamikę na poziomie blisko 7 proc r/r. Po raz kolejny numerem jeden wśród leasingodawców obecnych w branży budowlanej jest EFL. W pierwszej części tego roku zawarł umowy o łącznej wartości 333 mln zł, co oznacza ponadrynkowy wzrost na poziomie 12 proc. r/r.

Eksperci EFL zwracają uwagę, że dynamika po pierwszym półroczu br. jest niemal 10 razy mniejsza niż rok temu (na koniec czerwca 2018 roku wyniosła aż 64 proc.). Jednak sprzęt budowlany należy do najczęściej leasingowanych maszyn i jako jeden z nielicznych zanotował wzrost w pierwszej części roku.

– Sądzimy, że ten trend będzie kontynuowany do końca tego roku – tym bardziej, że jak wynika z naszego ostatniego pomiaru Barometr EFL, sami przedstawiciele branży budowlanej wskazują na rosnące zamówienia na ich usługi oraz większe inwestycje. A duża część zakupów w budownictwie jest właśnie finansowana leasingiem. Koniunkturę mogą jednak przerwać trudności w skompletowaniu pracowników – właściwie co kwartał więcej firm zgłasza ten problem jako czynnik mogący wpłynąć niekorzystnie na ich działalność – mówi Adam Linkiewicz Mebadżer ds. Rozwoju Rynków w EFL.

Budownictwo goni rolnictwo

Sprzęt budowlany, zaraz po rolniczym, to najchętniej finansowane przy pomocy leasingu maszyny i urządzenia. Z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w I półroczu br. firmy leasingowe sfinansowały maszyny budowlane o wartości ponad 1,85 mld zł, co oznacza 6,6 proc. dynamikę r/r.

– Z przewagą maszyn rolniczych nad budowlanymi na rynku leasingu mamy do czynienia już od kilku lat, choć dystans między tymi dwiema kategoriami istotnie się zmniejsza. Na koniec pierwszego półrocza ubiegłego roku wartość maszyn wyleasingowanych przez rolników była wyższa o ponad 700 mln zł niż przez firmy budowlane (2,5 mld zł vs. 1,7 mld zł), podczas gdy na koniec czerwca tego roku już tylko o 300 mln zł (2,2  mld zł vs. 1,9 mdl zł) – mówi Adam Linkiewicz.

Popyt na usługi budowlane może zahamować brak pracowników

Subindeks Barometru EFL dla branży budowlanej na III kwartał br. wyniósł prawie tyle samo co kwartał wcześniej (57 pkt. vs. 57,3 pkt.) i pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. 4 na 10 spodziewa się wzrostu obrotów. Ponadto, przedstawiciele branży mają większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Wśród czynników mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa budowlanego w III kwartale 2019 roku, zapytani w pierwszej kolejności wskazali na brak pracowników. Takiej odpowiedzi udzieliło aż 3 na 4 zapytanych przedstawicieli branży (75 proc.), najwięcej wśród wszystkich sześciu badanych branż.

EFL już od kilku lat utrzymuje pozycję lidera tego rynku. Z portfelem umów o wartości 333 mln zł i dynamiką na poziomie 12 proc. r/r, udział firmy w finansowaniu maszyn budowlanych w I półroczu br. wyniósł prawie 18 proc.

Europa kupuje środki piorące na Amazon

Ponad 225 mln zł to prognozowana sprzedaż środków piorących na Amazon w Europie, z czego ponad 67 mln zł przypada na rynek niemiecki  – wynika z raportu firmy doradczej EUBRAND Partners. Największy udział na tym rynku mają znane marki, ale nie brakuje też mniejszych producentów. Ich szansą jest dostosowanie się do oczekiwań kupujących na Amazon, będącej największą platformą sprzedaży online. Klienci zaś szukają głównie kapsułek, produktów skutecznych i, coraz częściej, organicznych.

Wśród środków piorących największy udział w sprzedaży mają środki do prania białego oraz kolorowego. Prognozowana na 2019 r. rok sprzedaż tych produktów na niemieckim Amazonie to 10,5 mln euro, czyli w przeliczeniu blisko 45 mln zł. Łącznie stanowi to 66% sprzedawanych tu środków do prania. Najbardziej popularną formą produktów piorących są kapsułki, a w drugiej kolejności żele/płyny. Wśród produktów do prania kolorów 43% stanowią właśnie kapsułki, żele/płyny to 40%. W przypadku produktów do prania białego to odpowiednio: 37% i 34%.

– Kapsułki są lekkie i łatwe w użyciu, dlatego klienci je lubią. Coraz bardziej widocznym trendem jest też sprzedaż produktów skoncentrowanych. Oprócz tego, że są wydajniejsze, mają mniejsze opakowania i wagę. To oznacza, że są bardziej przyjazne dla środowiska, a także tańsze w transporcie. Koszty logistyczne mają zaś ogromne znaczenie dla rozwijania sprzedaży przez Amazon. Coraz częściej producenci projektują więc zupełnie nowe opakowania, zmieniają gramatury, formuły składu, a wszystko po to, by maksymalnie ułatwić dostawę i zmniejszyć jej koszty, zachowując przy tym jakość produktu. To zjawisko będzie postępowało coraz bardziej – zapewnia Jakub Milewski, Partner w EUBRAND Partners.

Jakich produktów szukają klienci na Amazon.de? Na liście 100 najlepiej sprzedających się środków do prania kolorów jest 25 marek, natomiast do prania białego – 29 marek. Liderem w obydwu podkategoriach jest marka Ariel. Na drugim miejscu uplasowała się marka Persil. Te dwie marki odpowiadają za blisko 50% obrotów w podkategorii „do kolorów” i za ponad 60% obrotów podkategorii „do białego”. Do informacji o nich klienci docierają najczęściej przez wyszukiwarkę – w ten sposób wyszukuje produkty ok. 80% klientów Amazon. Co ciekawe przeprowadzona przez EUBRAND analiza zapytań pokazuje, że zdecydowana większość klientów wpisuje do wyszukiwarki przede wszystkim sformułowania generyczne, czyli np. „kapsułki do prania”, „proszek do prania” itd.

– Kupujący wyszukują też produkty ze względu na cechy, takie jak skuteczność w usuwaniu plam, wybielaniu czy ładny zapach. O wiele mniej osób zaczyna zakupy od znalezienia samej marki. To oznacza szansę dla mniej rozpoznawalnych producentów, w tym firm z Polski. A jest o co walczyć, ponieważ zdrowie i higiena osobista to jedna z największych kategorii produktowych na Amazon, która w dodatku nadal rośnie. Środki piorące to zaś produkt wyjątkowo wdzięczny, jeśli chodzi o sprzedaż w tym kanale – zapewniają powtarzalność zakupów, stały strumień przychodów i są przyjazne pod względem logistyki. Kluczowe jest jednak odpowiednie przygotowanie i zaprezentowanie produktu, aby przebić się na tle oferty innych i skłonić klienta do zakupu – podsumowuje Urszula Nowicka, Partner w EUBRAND Partners.

Ww. informacje i dane pochodzą z raportu przygotowanego przez EUBRAND Partners pt. „Środki piorące na Amazon – analiza kategorii na rynku niemieckim”.

Koszty uzyskania przychodów a płatności bez pośrednictwa firmowego rachunku

W dniu 27 czerwca 2019 r. Szef Krajowej Administracji Skarbowej opublikował komunikat dotyczący zaliczania do kosztów uzyskania przychodów płatności dokonywanych pomiędzy przedsiębiorcami bez pośrednictwa rachunku płatniczego. Szef KAS przypomina, iż przedsiębiorcy dokonujący płatność na rzecz innych przedsiębiorców, gdzie jednorazowa wartość transakcji (bez względu na liczbę wynikających z niej płatności) przekracza 15 000 zł lub równowartość tej kwoty, są obowiązani dokonywać tej płatności za pośrednictwem rachunku płatniczego. W przypadku niezastosowania się do tego przepisu podatnicy powinni wyłączyć z kosztów uzyskania przychodu takie wydatki. Na zakończenie Szef KAS poinformował, że według jego informacji nie wszyscy podatnicy stosują te przepisy. Taka wypowiedź może być potraktowana jako publiczna zapowiedź szerszych kontroli w tym zakresie, dlatego już teraz warto przygotować swoją firmę.

O co chodzi?

Zgodnie z art. 15d ust. 1 ustawy o CIT (odpowiednio art. 22p ustawy o PIT) podatnicy nie zaliczają do kosztów uzyskania przychodów kosztu w tej części, w jakiej płatność dotycząca transakcji określonej w art. 19 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców (Dz.U. 2018, poz. 646) została dokonana bez pośrednictwa rachunku płatniczego. Zgodnie z tym przepisem przedsiębiorcy, uiszczając płatność na rzecz innego przedsiębiorcy, dotyczącą transakcji powyżej 15 000 zł, powinni korzystać z pośrednictwa rachunku bankowego.

W myśl ust. 2 ww. artykułu, w przypadku zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów kosztu w tej części, w jakiej płatność dotycząca transakcji określonej w art. 19 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców została dokonana bez pośrednictwa rachunku płatniczego, podatnicy zmniejszają koszty uzyskania przychodów albo w przypadku braku możliwości zmniejszenia kosztów uzyskania przychodów – zwiększają przychody w miesiącu, w którym została dokonana płatność bez pośrednictwa rachunku płatniczego.

Pojęcie transakcji

Pojęciem budzącym najwięcej kontrowersji w tym przepisie jest definicja jednorazowej wartości transakcji. Pojęcie „transakcja” nie zostało zdefiniowane w przepisach prawa podatkowego. Dlatego organy w wydawanych interpretacjach najczęściej odwołują się do definicji słownikowych. Według Internetowego Słownika Języka Polskiego „transakcja” to operacja handlowa dotycząca kupna lub sprzedaży towarów lub usług, umowa handlowa na kupno lub sprzedaż towarów lub usług albo też zawarcie takiej umowy.

Zatem wykładnia pojęcia „wartość transakcji” jest prosta w przypadku jednorazowych umów sprzedaży czy świadczenia usług. W przypadku stałej współpracy polegającej na realizacji kilku dostaw bądź ciągłego świadczenia usług, analizy wymaga charakter relacji między stronami, umowa oraz cel ich działalności. Przykładowo w interpretacji nr 111-KDIB2-3.4010.260.2018.2.APA z 8 listopada 2018 r. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej stwierdził, że w przypadku dostawy leków na podstawie umów ramowych przez jednorazową wartość transakcji należy rozumieć wartość poszczególnych zamówień od danego dostawcy udokumentowanych wystawionymi przez tego dostawcę odrębnymi fakturami VAT.

Z kolei w interpretacji z 5 kwietnia 2018 r., nr DPP13.8221.194.2017.MZO, Dyrektor KIS stwierdził, że w przypadku usługi ciągłej, jaka będzie świadczona na jego rzecz, na podstawie zawartej umowy najmu na czas nieokreślony, jednorazową transakcję należy utożsamiać z wartością całej umowy, a nie wartością za pojedynczy okres rozliczeniowy.

Kompensata

Warto dodać, że zgodnie z przyjętym już stanowiskiem fiskusa, wyrażonym między innymi w interpretacji z dnia 20 grudnia 2016, nr 3063-ILPB2.4510.156.2016.1.PS, wyżej wymienione ograniczenie nie znajduje zastosowania do rozliczeń dokonywanych drogą potrącenia (kompensaty). Potrącenia (kompensaty) nie należy postrzegać jako formy płatności za daną transakcję. W takich przypadkach organy twierdzą, że słowo „płatność” oznacza obowiązek regulowania zobowiązań pieniężnych w określonym terminie, a skutkiem potrącenia jest to, że strony transakcji fizycznie nie dokonują płatności z uwagi na wzajemność ich świadczeń (brak transferu środków).

Zapłata kartą płatniczą

Również w odniesieniu do regulacji zobowiązań przy użyciu kart płatniczych trudno uznać, iż ta forma płatności nie spełnia przesłanki zapłaty bez pośrednictwa rachunku płatniczego. Do takich samych wniosków doszedł Dyrektor KIS w interpretacji z 12 września 2018 r. (sygn. 0111-KDIB2-3.4010.219.2018.1.APA). Stwierdził w niej, że okoliczności związane z procesem legislacyjnym i wyjaśnienia MF potwierdzają, iż zapłata przy użyciu karty płatniczej nie będzie stanowiła podstawy do stosowania art. 15d ustawy o CIT.

Podsumowanie

Z pozoru prosty przepis art. 15d ustawy o CIT i odpowiednio art. 22p ustawy o PIT może spowodować powstanie wielu problemów po stronie przedsiębiorców. Biorąc pod uwagę rosnące zainteresowanie organów podatkowych tą materią oraz stosunkowo łatwą i szybką możliwość ustalenia przez urzędy nieprawidłowości w tym zakresie, przedsiębiorcy powinni wykazać się szczególną należytą starannością. W tym zakresie należy przygotować odpowiedni proces płatności uwzględniający te uregulowania. Dodatkowo na etapie autoryzacji umowy warto zadbać o odpowiednie zapisy, które ograniczą ryzyko. Należy zaznaczyć, że płatności gotówkowe w dalszym ciągu są dozwolone, ale przedsiębiorcy powinni poświęcić im więcej uwagi, aby nie narazić się na niepotrzebne ryzyko. Dlatego już teraz warto skonsultować się z doradcą podatkowym i zweryfikować swój proces płatności i autoryzacji umów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Blockchain to więcej niż Bitcoin – czy stanie się podstawą sieci 3.0.?

Użytkownik internetu, zapytany o blockchain, pomyśli o Bitcoinie, kryptowalutach oraz kryptominerach, które przynoszą spore zyski cyberprzestępcom. Tymczasem blockchain jest znacznie bardziej złożonym zagadnieniem. Choć jeszcze nie działa na wyobraźnię w taki sposób jak sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe, ma solidne podstawy aby stać się fundamentem dla technologii jutra.

Blockchain – czy wspomoże walkę z fake news?

Wszystko wskazuje na to, że tak. The New York Times jako pierwszy postawił na technologię blockchain w walce z fałszywymi newsami. Specjaliści pracują nad rozwiązaniem służącym do uwierzytelniania zdjęć. W jaki sposób zamierzają to zrobić? Metadane kontekstowe wszystkich informacji będą przechowywane w postaci łańcucha bloków, z dokładnym uwzględnieniem tego kiedy, gdzie i przez kogo zdjęcie lub nagranie wideo zostało wykonane, w jakim zakresie przeprowadzono jego edycję i kiedy opublikowano je w sieci. Technologia blockchain zagwarantuje dodatkowo niezmienialność wspomnianych wyżej metadanych. NYT na początek skupił się na fotoreportażu. Docelowo projekt obejmie jednak wszystkie informacje publikowane przez serwis i ma zagwarantować wiarygodność danych publikowanych w wersji elektronicznej.

Cyberbezpieczeństwo 3.0

Atakujący preferują scentralizowane infrastruktury, w których przejęcie tylko jednego urządzenia stawia na szali bezpieczeństwo całej sieci. Blockchain może więc odegrać bardzo znaczącą rolę w nowoczesnym cyberbezpieczeństwie. Gdzie dokładnie dostrzegam zastosowanie dla tej technologii? Zabezpieczenie IoT – mówi Karolina Dzierżyńska, redaktor Centrum Bezpieczeństwa Xopero Software. – Hackerzy często przedostają się wewnątrz za pomocą urządzeń, które są słabo zabezpieczane, np. routery i switche. Z pomocą blockchain urządzenia mogą tworzyć konsensus grupowy odnoszący się do normalnych zdarzeń w danej sieci i blokować podejrzane węzły. Przeprowadzenie ataku na taką infrastrukturę byłoby dużo trudniejsze – jeśli w ogóle możliwe.

FinTech jest o krok przed innymi…

… a dokładnie dwie największe organizacje płatnicze – Mastercard oraz Visa. Pierwsza z nich chce w najbliższym czasie uruchomić nowoczesną platformę płatności transgranicznych. McKinsey & Co szacuje, że zyski z tego typu operacji rocznie rosną w granicach 6 procent i w 2020 r. przekroczą 2 biliony dolarów. Jednak do tej pory banki niewiele robiły, aby poprawić procesy związane z płatnościami transgranicznymi. W rezultacie od lat pozostają one drogie, a klienci borykają się z wieloma problemami. Mastercard liczy więc na to, że platforma rozwiąże większość z nich. W pierwszej kolejności przetwarzanie płatności międzynarodowych, zarządzanie płynnością oraz problem braku standaryzacji i połączeń między bankami a krajowymi systemami rozliczeniowymi. Patrząc na to z tej perspektywy, blockchain wydaje się więc bardzo sensownym wyborem. Visa z drugiej strony od blisko 5 lat rozwija autorski program o nazwie Visa Token Service (VTS). Wykorzystanie tokenizacji wpłynęło m.in. na wzrost bezpieczeństwa I wygody transakcji w e-commerce i m-commerce. Co istotne, dzięki tokenom spadła także liczba odrzucanych transakcji płatniczych.

Zmierzch ery smartphonów, czas na blockchain-phone

Czy tak będzie w rzeczywistości czas pokaże, ale już dziś specjaliści zakładają, że segment blockchain-devices zaliczy bardzo szybki rozwój. MarketsandMarkets w swoim najnowszym raporcie podaje, że w 2024 roku rynek urządzeń opartych na technologii blockchain będzie już wart 1.285 miliardów dolarów.

Blok on Blok, czyli pierwszy telefon oparty na blockchain odegra również istotną rolę w tworzeniu internetu 3.0. Czyli w pełni zdecentralizowanej sieci, w której każdy użytkownik będzie posiadać pełną kontrolę nad własnymi danymi. Po pierwsze, gdy użytkownik wyśle wiadomość lub wykona połączenie za pośrednictwem BOB’a, zostaną one “przekazane” do odbiorcy za pośrednictwem łańcucha bloków a nie jak ma to miejsce obecnie przez scentralizowanego operatora komórkowego. Każda operacja na takim urządzeniu będzie miała charakter zdecentralizowany. Użytkownik będzie mógł korzystać z zdecentralizowanych aplikacji (dapps), mieć dostęp do usług opartych o blockchain, a samo urządzenie będzie także pełnić rolę węzła w łańcuchu Function X.

Czas internetu 3.0 nadchodzi wielkimi krokami. Blockchain już odgrywa istotną rolę w bankowości, zarządzaniu łańcuchem dostaw czy ochronie zdrowia. Warto wspomnieć plany sieci Walmart, która testuje sieć opartą na “prywatnym” systemie Blockchain do monitorowania łańcucha dostaw żywnościowych. Innym przykładem mogą być plany stworzenia platformy zawierania pełnoprawnych kontraktów z użyciem mechanizmu “smart contract” w technologii Blockchain (inicjatywa Open Law) czy wreszcie sieć Sovrin, której celem jest stworzenie nowej generacji infrastruktury alternatywnej do tradycyjnych już podpisów cyfrowych. – wskazuje dr Mirosław Sopek, wiceprezes MakoLab S.A.

To już nie są zmiany klimatyczne, tylko kryzys. 23 września 2019 rozpocznie się szczyt klimatyczny ONZ

Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes Global Compact w Polsce
Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes Global Compact w Polsce

Już 23 września wszyscy przywódcy świata spotkają się w Nowym Jorku przy okazji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Na zaproszenie Sekretarza Generalnego odbędzie się także Szczyt Klimatyczny. Ma on miejsce systematycznie, w grudniu każdego roku. Ten rok jest jednak wyjątkowy – sytuacja pod względem zmian klimatycznych jest tak dramatyczna, że można już mówić o kryzysie. Zdanie to podziela ONZ, który postanowił połączyć wrześniowe spotkanie z tzw. climate weekend – czyli rozmowami poświęconymi procesowi klimatycznemu i uzdrowieniu obecną sytuację. Skontrolowany zostanie poziom wdrażania 17 celów zrównoważonego rozwoju oraz celów redukcyjnych. Mimo ustaleń z 2015 roku ze szczytu w Paryżu, które zakładały zatrzymanie wzrostu temperatury, obecnie nadal jest ona coraz wyższa. Niemożliwe będzie zrealizowanie planu, który miał nie dopuścić do ocieplenia o kolejne 1,5°C. Oznacza to negatywne konsekwencje ekologiczne, jak i ekonomiczne.

– Climate change adaptation, czyli działania podejmowane w odpowiedzi na postępującą degradację środowiska pochłaniają ogromne środki finansowe. To także będzie jednym z tematów najbliższego szczytu – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady Global Compact Network Poland. – Aktywność ta jest niezbędna, aby ludzkość mogła przetrwać przy zachowaniu jakości życia. Chodzi głównie o kraje, gdzie jest najgoręcej – zwłaszcza półwysep Arabski – lub brakuje wody, jak na granicy Indii i Pakistanu. Jeden z największych dramatów dotyczy dzisiaj archipelagu Wyspy Republiki Kiribati, której prezydent alarmował już podczas ostatniego szczytu. Porównał emisję CO2 przez kraje rozwinięte do wypowiadania wojny, w której Wyspa nie będzie mogła się obronić. Stopniowo kraj ten będzie zalewany przez słone wody oceaniczne. Tym samym podmyte zostaną źródła wody słodkiej, a sam ląd stanie się niezdatny do zamieszkania. Ze względu na brak możliwości produkowania żywności, tamtejsza ludność będzie musiała zostać przesiedlona. Po raz pierwszy taka sytuacja dotknie całego narodu. Dotychczas powołano specjalny fundusz, który ma umożliwić w przyszłości wykupienie gruntu, gdzie obywatele Kiribati będą mogli się osiedlić. Krajem tym będzie zapewne Indonezja. Na razie trwają w tej sprawie negocjacje. Sytuacja ta jest najlepszym przykładem, do czego prowadzi dzisiejsza działalność człowieka związana z emisją CO2. Z każdą spalaną toną węgla wyspa jest coraz bardziej zalewana. To jednak nie jedyny taki przypadek, podobnie jest chociażby z Wyspami Salomona. To jedne z miejsc, które znikną pod wodą już w latach 2070-2200 – alarmuje Wyszkowski.

EBC ogłosił dalsze łagodzenie polityki pieniężnej, czas na decyzję FOMC

W piątek (13.09.2019) Europejski Bank Centralny ogłosił dalsze łagodzenie polityki pieniężnej w strefie euro, obniżając stopę depozytową z -0,4% do -0,5%. Co więcej, EBC ogłosił wznowienie od 1 listopada programu skupu aktywów na rynkach finansowych w skali 20 mld EUR miesięcznie, dla którego nie ustalono daty końcowej. W celu zwiększenia akcji kredytowej w strefie euro, bank centralny złagodził warunki ukierunkowanych długoterminowych operacji refinansujących (TLTRO III). Wspomniane wyżej działania EBC mają za zadanie pobudzić wzrost gospodarczy i wesprzeć inflację w warunkach słabszych perspektyw gospodarczych. Prezes EBC Mario Draghi ocenił przedstawiony pakiet jako adekwatny, jednak zaznaczył, iż w Radzie Prezesów panuje opinia, że to polityka fiskalna powinna zostać głównym narzędziem stymulacji aktywności gospodarczej w Strefie Euro.
Dodatkowo EBC ujawnił szczegóły zapowiedzianego wcześniej systemu oprocentowania rezerw. Rezerwy, utrzymywane przez banki komercyjne w EBC, będą podzielone na dwa poziomy, z których tylko jeden będzie podlegał ujemnemu oprocentowaniu. Program ten ma na celu zmniejszyć wpływ ujemnych stóp depozytowych na wyniki finansowe banków komercyjnych.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 2,74%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały aż 3,69%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z lekkim spadkiem: 0,16% dla sWIG80 oraz 0,15% dla mWIG40.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z USA. We wtorek (17.09.2019) poznamy dane o produkcji przemysłowej. W środę (18.09.2019) publikacja decyzji FOMC w sprawie stóp procentowych. Z kolei w czwartek (19.09.2019) poznamy wartość indeksu wskaźników wyprzedzających Conference Board oraz dane o złożonych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych. Interesujące dane będą również napływały z Polski. W środę (18.09.2019) zostaną upublicznione dane o zatrudnieniu oraz wynagrodzeniu. W czwartek (19.09.2019) poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej. Natomiast w piątek (20.09.2019) nadejdzie kolej na dane o sprzedaży detalicznej.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Minister cyfryzacji: Cyberbezpieczeństwo fundamentem przy budowie sieci 5G. W 2020 roku będzie działać w co najmniej jednym mieście w Polsce

Minister cyfryzacji: Cyberbezpieczeństwo fundamentem przy budowie sieci 5G. W 2020 roku będzie działać w co najmniej jednym mieście w Polsce 1

Priorytetem we wdrażaniu 5G jest cyberbezpieczeństwo, to jeden z głównych warunków stawianych dostawcom nowej technologii i jej komponentów – podkreśla minister cyfryzacji Marek Zagórski. Zgodnie z wymogami Unii Europejskiej pod koniec 2020 roku nowy standard telekomunikacyjny ma objąć zasięgiem przynajmniej jedno miasto w Polsce. W ubiegłym tygodniu Orange Polska i Ericsson wspólnie uruchomili w Warszawie testową sieć 5G. Podobne próby prowadzi też Huawei.

– Chcemy, żeby dostawcy, którzy będą zapewniali infrastrukturę i komponenty do budowy sieci 5G, gwarantowali odpowiedni poziom technologiczny i bezpieczeństwa. Nie stawiamy im żadnych innych warunków. Jednocześnie z uwagi na charakter sieci 5G i jej potencjalne możliwości zastosowania chcemy, żeby te standardy były bardzo wysokie i obejmowały cały kompleks zagadnień dotyczących cyberbezpieczeństwa – nie tylko kwestie samej technologii, lecz także wiarygodności podmiotów, transparentności ich funkcjonowania, transparentności właścicieli. To wymaga dogłębnej analizy, bardzo uważnego i ostrożnego podejścia, bo chodzi o bardzo istotne kwestie bezpieczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Jak podkreśla, kwestie związane z cyberbezpieczeństwem będą jednym z priorytetów we wdrażaniu nowego standardu. Wynika to m.in. z faktu, że sieć 5G będzie miała kluczowe przełożenie na rozwój polskiej gospodarki.

Na początku września premier Mateusz Morawiecki i wiceprezydent USA Mike Pence podpisali deklarację dotyczącą wzmocnienia współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy budowie sieci 5G. Natomiast do 1 października ma się zakończyć ogólnounijna ocena ryzyka związanego z bezpieczeństwem sieci 5G, która jest teraz przygotowywana przez Komisję Europejską i ENISA (Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji). Wcześniej takie oceny przeprowadziły prawie wszystkie z 28 państw członkowskich. Do końca roku grupa współpracy ds. bezpieczeństwa sieci i informacji opracuje zestaw narzędzi, które będą ograniczać czynniki ryzyka. Mają powstać także ogólnounijne ramy certyfikacji.

Komercyjne wdrożenie 5G zbliża się w Polsce wielkimi krokami – w ubiegłym tygodniu prezydent Andrzej Duda podpisał tzw. megaustawę telekomunikacyjną, która wprowadza ułatwienia niezbędne do rozwoju sieci piątej generacji. Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej w przyszłym roku sieć 5G powinna zostać uruchomiona przez państwa członkowskie UE w co najmniej jednym dużym mieście. Do 2025 roku kraje są natomiast zobowiązane zapewnić szerokie pokrycie siecią 5G na głównych szlakach transportowych i obszarach miejskich. Minister Marek Zagórski potwierdził w lipcu, że tzw. pasmo C dla sieci 5G, czyli częstotliwości w zakresie 3,4–3,6 GHz, zostanie rozdysponowane w połowie 2020 roku..

Testy sieci 5G trwają obecnie w różnych miastach Polski, m.in. w Toruniu i w Warszawie. W ubiegłym tygodniu Orange Polska i Ericsson wspólnie uruchomili w Warszawie testową sieć 5G i była to jak dotąd pierwsza tak duża próba sprawdzająca tę technologię w warunkach miejskich.

– To coś więcej niż zwykłe próby. Są to testy sieci 5G w warunkach rzeczywistych. Na podstawie koncesji na częstotliwości testowe wydanej przez UKE, testami objęto dzielnice Powiśle i Ochota. Mamy dziewięć stacji bazowych, obejmujących zasięgiem te części miasta. Wyszliśmy z laboratoriów i przeszliśmy do praktycznych testów w warunkach rzeczywistych – mówi Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Do udziału w testach zostali zaproszeni klienci, którym udostępniono smartfony 5G produkowane specjalnie dla Orange. Stacje bazowe zostały rozmieszczone w taki sposób, aby tworzyły spójny zasięg i umożliwiały poruszanie się między nimi bez zrywania połączenia z 5G. W czasie testów na smartfonach Orange Neva Jet dostarczonych przez operatora prędkości w aplikacji Speedtest przekraczały 880 Mb/s.

Urządzenia tworzące testową sieć działały w oparciu o kanał 80 MHz w paśmie 3,4–3,6 GHz, udostępniony przez Urząd Komunikacji Elektronicznej – to pasmo jest docelowo planowane do uruchomienia sieci 5G w Polsce.

– Przeprowadzaliśmy już jakiś czas temu pierwsze testy w Gliwicach, o bardziej ograniczonym zasięgu. Następnie w Zakopanem we współpracy z firmą Ericsson testowaliśmy inne częstotliwości. Testy te miały ograniczony zasięg również z powodu wykorzystania tylko jednej stacji bazowej. W tamtym okresie odpowiednie smartfony nie były jeszcze dostępne na rynku. Dzisiaj mamy dostęp do odpowiednich urządzeń i dlatego testy nabrały całkowicie nowego wymiaru – mówi Jean-François Fallacher.

Według danych przytaczanych przez Polski Instytut Ekonomiczny w raporcie „Model wdrożenia i eksploatacji sieci 5G w Polsce” oferowana przez 5G maksymalna prędkość transmisji poprawi się o 20 razy w porównaniu z obecną LTE. Natomiast koszty wdrożenia nowego standardu telekomunikacyjnego w całym kraju sięgną nawet 20,3 mld zł.

Zagrożenia terrorystyczne napędzają rynek środków ochrony indywidualnej. Wykorzystuje je nie tylko wojsko i służby specjalne, lecz także przemysł

Zagrożenia terrorystyczne napędzają rynek środków ochrony indywidualnej. Wykorzystuje je nie tylko wojsko i służby specjalne, lecz także przemysł 2

Rynek środków ochrony indywidualnej nieustannie rośnie. Wpływają na to m.in. ryzyka związane z atakami terrorystycznymi mogącymi wykorzystywać broń chemiczną i biologiczną czy przenoszenie się wirusów. Powodzenie akcji ratowniczych czy misji wojskowych zależy w dużej mierze od stosowanego sprzętu. Rozwiązania ochrony dróg oddechowych, ale też ochrony słuchu i wzroku są już codziennością w przemyśle.  

 Żyjemy w globalnej wiosce. Każdego dnia miliony ludzi przemieszczają się i mogą przenosić różnego typu wirusy i bakterie. Dodatkowo zagrożenie atakami terrorystycznymi, w których terroryści mogą wykorzystywać broń biologiczną i chemiczną, powoduje, że organizacje w poszczególnych krajach muszą być przygotowane na reagowanie i muszą mieć sprzęt, aby zabezpieczyć własne służby oraz społeczeństwo – podkreśla  w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Packi, dyrektor ds. rozwoju rynku służb mundurowych na Europę Wschodnią w Dziale Bezpieczeństwa Pracy firmy 3M.

Ze sprzętu ochronnego korzystają przede wszystkim odpowiednie służby, m.in. straż pożarna, policja, a także wojsko. Coraz częściej po zaawansowane środki ochrony indywidualnej sięga także przemysł. Wykonywanie zawodu podwyższonego ryzyka wiąże się z ciągłą ekspozycją na szkodliwe i gwałtownie zmieniające się warunki. Niekorzystne czynniki, takie jak temperatura, hałas czy zanieczyszczone powietrze, mogą być przyczyną wielu chorób i uciążliwych dolegliwości.

 W zależności od potrzeb danego rynku i użytkowników funkcjonują różne rodzaje ochrony dróg oddechowych. To środki izolujące, których użytkownik oddycha powietrzem z jakiegoś zbiornika, np. butli z powietrzem, lub też sprzęt filtrujący, dzięki któremu oddycha się powietrzem atmosferycznym, oczyszczanym poprzez specjalne filtropochłaniacze – tłumaczy Dariusz Packi.

Na rynku dostępny jest sprzęt filtrujący (maski przeciwgazowe i aparaty z wymuszonym przepływem powietrza z filtropochłaniaczami spełniającymi normę CBRN) i sprzęt izolujący (powietrzne aparaty oddechowe i aparaty ucieczkowe). Zapewnienie czystego powietrza jest niezbędne podczas pracy w miejscach, gdzie występują szczególnie niebezpieczne zanieczyszczenia. Systemy z wymuszonym przepływem powietrza oraz sprężonego powietrza zapewniają ochronę nie tylko przed zanieczyszczeniami, lecz także przed zagrożeniami dla głowy i twarzy oraz oczu.

 W naszej ofercie mamy urządzenie unikatowe na skalę światową. To np. zastosowanie kamery termowizyjnej w masce, która jest częścią aparatu powietrznego. Ratownik czy strażak, który idzie na akcję, gdzie widoczność może być bardzo mocno ograniczona albo wręcz zerowa ze względu na bardzo duże zadymienie, może się posiłkować obrazem termowizyjnym wewnątrz maski, dostępnym przez cały czas trwania akcji. Dzięki wbudowanej kamerze ratownik cały czas ma wolne obie ręce – podkreśla Dariusz Packi. – To rozwiązanie jest nowinką na skalę światową. Wprowadzono je już w wielu krajach, staramy się to zrobić również w Polsce. Liczymy na to, że po zakończeniu całego koniecznego procesu certyfikacji w naszym kraju to będzie możliwe.

W przypadku operacji wojskowych dla żołnierzy równie ważna jest ochrona słuchu. Użytkowany sprzęt poza funkcją ochrony musi jednocześnie zapewnić możliwość usłyszenia napływających komunikatów radiowych, zlokalizowania różnych dźwięków lub przekazania szeptem komunikatu, bez konieczności zdejmowania ochronnika. Żołnierz z urazem akustycznym stanowi zagrożenie nie tylko dla siebie i innych, lecz także dla powodzenia całej misji.

 Funkcja regulowanego tłumienia daje możliwość odsłuchu dźwięków otoczenia i doskonałą świadomość sytuacyjną oraz orientację przestrzenną. W momencie pojawienia się krótkotrwałego hałasu impulsowego powyżej 82 dB, aktywny ochronnik automatycznie przechodzi w tryb pasywny, zapewniając nam należną ochronę słuchu – mówi Wojciech Mazij, dyrektor ds. rozwoju rynku służb mundurowych w Polsce w firmie 3M.

Elektroniczne ochronniki słuchu z funkcją regulowanego tłumienia dobierane są w zależności od rodzaju hałasu. Tego typu rozwiązania sprawdzają się najlepiej w hałasie impulsowym. Mikrofony wielokierunkowe umożliwiają z kolei odsłuch dźwięków otoczenia i komunikację w środowisku o niższym poziomie hałasu.

– Nasze najnowsze rozwiązanie to taktyczny ochronnik słuchu o regulowanym tłumieniu VI generacji. Wdrożyliśmy w nim kilka nowych, innowacyjnych technologii, między innymi technologię NIB – Natural Interaction Behaviour, która umożliwia prowadzenie zawężonej komunikacji dwukierunkowej w układzie dupleksowym dla maksymalnie 4 osób w obszarze do 10 metrów – zaznacza ekspert 3M.

Rozwiązania z zakresu ochrony słuchu najnowszej generacji wyposażone zostały w technologię Bluetooth MultiPoint, która umożliwia bezprzewodowe połączenie z kilkoma telefonami.

– Chcemy nadążać za technologią sieci komórkowej. W tej chwili mamy najbardziej zaawansowany ochronnik nie tylko z funkcją regulowanego tłumienia, lecz także z technologią Bluetooth MultiPoint, która pozwala na jednoczesne podłączenie do dwóch telefonów komórkowych. Ochronnik został dodatkowo wyposażony w radiotelefon analogowo-cyfrowy do komunikacji dwukierunkowej na duże odległości – mówi Wojciech Mazij.

Polska firma farmaceutyczna szuka młodych talentów już w liceach. Na najlepszych czekają stypendia naukowe

Polska firma farmaceutyczna szuka młodych talentów już w liceach. Na najlepszych czekają stypendia naukowe 3

Adamed, jedna z największych w Polsce firm farmaceutyczno-biotechnologicznych, poszukuje młodych talentów. 5 lat temu uruchomiła program ADAMED SmartUP, którego celem jest wyszukiwanie i wspieranie utalentowanych młodych ludzi w dziedzinie nauk ścisłych oraz przyrodniczych już na etapie liceum. Najlepsi z nich mają szansę na udział w indywidualnych konsultacjach edukacyjnych oraz zdobycie stypendium finansowego, które mogą przeznaczyć na wymarzone studia i dalszy rozwój, ułatwiający im start kariery naukowej. Kolejna 6. edycja rekrutacji do programu ruszyła z początkiem września.

 Dotychczasowe edycje programu ADAMED SmartUP pokazały, że jest w Polsce bardzo wielu zdolnych, a do tego pracowitych młodych ludzi, którzy chcą się uczyć, zdobywać wiedzę i potem dzielić się nią z innymi. Chcą studiować w Polsce i za granicą, a następnie wracać i budować polską naukę oraz gospodarkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Dubno, członek zarządu Fundacji Grupy Adamed.

W połowie września na Wydziale Fizyki Politechniki Warszawskiej odbyła się uroczysta gala podsumowująca 5. edycję programu ADAMED SmartUP, podczas której wyłoniono 10 laureatów nagrody głównej. Ci przez najbliższy rok będą rozwijać swoje kariery naukowe pod okiem doświadczonych naukowców. Ogłoszono również nazwiska trzech stypendystów, którzy od zarządu Fundacji Grupy Adamed i Rady Naukowej otrzymali symboliczne czeki.

Głęboko wierzę, że warto w życiu realizować swoje pasje, jednak by było to możliwe, trzeba umieć je odkryć. Program ADAMED SmartUP ma przede wszystkim na celu pomóc młodym, utalentowanym ludziom odnaleźć to, co jest dla nich w życiu najbardziej interesujące, co chcą rozwijać i tworzyć. Bo tylko realizując swoje pasje, można osiągać spektakularne sukcesy – powiedziała podczas gali dr n. med. Małgorzata Adamkiewicz, prezes zarządu Fundacji Grupy Adamed.

Program ADAMED SmartUP ma na celu odkryć i wesprzeć największe młode talenty w dziedzinie nauk ścisłych oraz przyrodniczych. Skierowany jest do uczniów szkół ponadpodstawowych w wieku 15–19 lat. Osoby, które pomyślnie przejdą przez etapy rekrutacji, uczestniczą w obozie naukowym. Spośród 50 uczestników wyłanianych jest 10 laureatów, którzy otrzymują nagrodę główną w postaci 10-miesięcznych indywidualnych konsultacji edukacyjnych. Po roku zmagań najlepsi z nich mają też szansę na zdobycie stypendium, które mogą przeznaczyć na wymarzone studia i rozwój swojej kariery naukowej.

– Po pięciu edycjach programu mamy ponad 30 tys. zarejestrowanych uczestników, 250 uczestników naszych obozów naukowych, 50 laureatów nagrody głównej i 12 stypendystów. W ramach Roadshow odwiedziliśmy też ponad 100 szkół w całej Polsce. To także 30 szkolnych laboratoriów, które wyposażyliśmy w sprzęt zgodnie z oczekiwaniami nauczycieli i uczniów – wymienia Katarzyna Dubno.

Udział w tym programie daje ogromne wsparcie w rozwoju naukowym. Otrzymałem opiekę od mentorów w moich dziedzinach: biologii, chemii, ale również z innych przedmiotów. Przygotowywałem się do aplikacji na studia zagraniczne, więc były to bardzo pomocne konsultacje. Stypendium w ramach programu ADAMED SmartUP będę mógł przeznaczyć na pokrycie kosztów studiów na Uniwersytecie w Edynburgu. Bez tego trudno byłoby mi pogodzić własną pasję z utrzymaniem się w mieście – mówi Marcin Maniak, stypendysta 4. edycji programu ADAMED SmartUP.

Celem programu jest nie tylko wsparcie szczególnie uzdolnionej młodzieży, lecz także popularyzacja nauk ścisłych i przyrodniczych.

 Adamed zdecydował, że chce wspierać działalność związaną z rozwojem nauki, ponieważ bez niej oraz innowacji przemysł farmaceutyczny nie istnieje – mówi Katarzyna Dubno. – Nie spoczywamy na laurach. Uruchomiliśmy już rejestrację do 6. edycji programu i bardzo serdecznie zapraszamy wszystkich do wzięcia w niej udziału. Oczywiście po raz kolejny będzie to gra internetowa, następnie wypełnienie aplikacji, rozmowa rekrutacyjna z Radą Naukową, a potem dla najlepszej pięćdziesiątki udział w obozie naukowym.

Rekrutacja do 6. edycji programu ADAMED SmartUP ruszyła 2 września br. By wziąć w niej udział, należy się zarejestrować na stronie programu i od 1 października spróbować swoich sił w specjalnie zaprojektowanej grze w alternatywnej rzeczywistości.

Od tej pory zarejestrowani użytkownicy wcielą się w role młodych rzeczników Uniwersytetu ADAMED SmartUP, a ich zadaniem będzie rozwiązanie łamigłówek z zakresu: biologii, medycyny, chemii, informatyki i astrofizyki, rozdzielonych pomiędzy 10 teczek tematycznych. Gra ma wyłonić uczestników cechujących się inteligencją, wiedzą, zdolnością niesztampowego myślenia i szybkiego łączenia faktów.

Uczestnicy, którzy najlepiej poradzą sobie w tym etapie, zostaną poproszeni o przesłanie aplikacji ze swoimi osiągnięciami, a następnie wezmą udział w rozmowach rekrutacyjnych. Spośród nich 50 uczestników otrzyma zaproszenie na letni obóz naukowy, w trakcie którego będą mogli rozwijać swoje zainteresowania pod okiem praktyków i naukowców. Dziesiątka najlepszych uczestników obozu ma szansę na tytuł laureata nagrody głównej i 10-miesięczne, indywidualne konsultacje naukowe z profesjonalistami, szyte na miarę każdego z nich. Natomiast po roku trójka najlepszych z nich otrzyma stypendium naukowe, które wynosi 40 tys. zł każde.

Na każdym etapie programu zdobywamy kolejne doświadczenia – najpierw gra w wirtualnej rzeczywistości, potem pisanie pierwszego personala, podobnie jak na studia zagraniczne, następnie jest rozmowa kwalifikacyjna i chociaż to stresujące doświadczenie, to jednak bardzo przydaje się później. Na samym końcu jest obóz, czyli dwa tygodnie niesamowitej naukowej przygody – mówi Julia Kalinowska, laureatka nagrody głównej 5. edycji programu ADAMED SmartUP.

– Pięć dotychczasowych edycji pokazało nam, że zainteresowanie programem nie słabnie. Mamy dużo informacji zwrotnych od naszych uczestników, a z roku na rok staramy się przyciągnąć kolejnych i pokazać, że nauka jest nie tylko fascynująca, lecz także może być zabawą – mówi Martyna Strupczewska, kierownik programu ADAMED SmartUP. – Młode osoby, które zaczynają interesować się nauką, badać swoje możliwości, potrzebują często mądrego wsparcia, pokazania, co może im to dać. Nauka stwarza bardzo wiele możliwości kariery – nie tylko naukowej, lecz także w różnego rodzaju instytucjach, firmach. To jest naprawdę olbrzymia szansa.

Polski rynek kurierski jest jednym z najszybciej rosnących w Europie. To napędza inwestycje branży w innowacje

Polski rynek kurierski jest jednym z najszybciej rosnących w Europie. To napędza inwestycje branży w innowacje 4

Szacuje się, że w 2021 roku wolumen przesyłek może wzrosnąć do 500 mln sztuk z niecałych 392 w roku 2018. Szybki rozwój branży napędza inwestycje firm logistycznych w technologie i innowacje, dyktowane oczekiwaniami klientów, które są związane głównie z jak najszybszym czasem dostawy. Dlatego DHL Parcel uruchomił właśnie pod Warszawą nowy terminal, wyposażony w najnowocześniejsze urządzenie sortujące w Europie. Ten pozwala rozdzielić 7,5 tys. paczek w ciągu godziny i umożliwi dostarczanie klientom przesyłek w czasie, który jest dla nich najbardziej dogodny.

Nowe technologie usprawniają proces logistyczny przede wszystkim pod względem czasu dostawy, jej kosztu oraz jakości. Przy zastosowaniu nowoczesnych technologii sortujących jesteśmy w stanie posortować przesyłki bardziej dokładnie, bezpośrednio na trasy kurierskie i co za tym idzie – znacząco skrócić czas operacji magazynowych oraz dać kurierowi więcej czasu na to, żeby dotarł z przesyłką do klienta bądź ją od niego odebrał – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Wnęk, dyrektor ds. operacyjnych DHL Parcel.

Jak wynika z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej, w Polsce tempo rozwoju branży kurierskiej sięgnęło w ubiegłym roku 16,7 proc. To oznacza, że polski rynek jest jednym z najszybciej rosnących w całej Europie. Od kilku lat segment przesyłek kurierskich sukcesywnie zwiększa swoją wartość – w 2018 roku jego przychody wzrosły o rekordową jak dotąd kwotę 665,5 mln zł. Z kolei liczba dostarczonych przesyłek kurierskich i tradycyjnych paczek pocztowych sięgnęła 391,7 mln sztuk, co oznacza ponad 17-proc. wzrost w stosunku do poprzedniego roku.

Szybki rozwój branży jest niezmiennie napędzany przez rozwój e-commerce. Ten trend w najbliższych latach się utrzyma – według danych Gemiusa liczba Polaków kupujących u e-dostawców rośnie sukcesywnie od kilku lat i w ubiegłym roku już 56 proc. polskich internautów kupowało online. Co istotne, ten wynik wciąż jest sporo niższy od europejskich liderów (dla przykładu w Holandii to 82 proc., w Niemczech – 77 proc.), co oznacza, że potencjał polskiego rynku wciąż jest znacznie większy. Obecnie jego wartość wycenia się na 40–50 mld zł, a prognozy zakładają wzrost do 70 mld zł w 2021 roku. To z kolei oznacza, że wolumen przesyłek kurierskich w ciągu najbliższych kilku lat może wzrosnąć do 500 mln sztuk.

To dla firm logistycznych oznacza konieczność inwestowania w technologie i innowacje. Jest to dyktowane rosnącymi oczekiwaniami klientów, związanymi przede wszystkim z jak najszybszym czasem dostawy.

Inwestycje firm logistycznych zmierzają w stronę pełnej automatyzacji procesów. To pozwala zaoszczędzić czas, pieniądze i jak najbardziej wpisać się w oczekiwania klientów. Jeżeli klienci oczekują od nas konkretnego przedziału czasowego dostaw, to nowoczesne technologie pozwalają te obietnice spełniać – mówi Bartłomiej Wnęk. – Biznes logistyczny za 5 lat to nowoczesne jednostki wykorzystujące technologie, które pozwalają na sort bezpośrednio na trasy, a więc skrócenie czasu operacji magazynowych i maksymalne wydłużenie okien kurierskich.

W Mosznej pod Warszawą logistyczny operator otworzył właśnie nową inwestycję. Obiekt liczy blisko 7,5 tys. mkw. powierzchni hali i jest wyposażony w 18 bram dla transportów liniowych, 50 kurierskich i 10 uniwersalnych. Terminal – dzięki zastosowaniu nowego, innowacyjnego sortera – jest w stanie rozdzielić 7,5 tys. przesyłek w ciągu godziny.

Wcześniej sortowaliśmy przy wykorzystaniu kodu pocztowego czy ulicy. Natomiast teraz jesteśmy w stanie dostarczyć przesyłkę niemalże do ręki kuriera, tak aby on ładował ją bezpośrednio do samochodu. To znacznie skraca czas operacji porannych i pozwala nam mocno zredukować koszt. To najnowocześniejsze urządzenie sortujące w Europie, a być może nawet na świecie – mówi dyrektor ds. operacyjnych DHL Parcel.

Jak podkreśla, ta technologia pozwoli operatorowi na zwiększenie przewagi konkurencyjnej i umożliwi dostarczanie klientom przesyłek w czasie, który jest dla nich najbardziej dogodny.

Zmiany oznaczają przede wszystkim większą dostępność, przejrzystość, jeśli chodzi o statusy, które otrzymują nasi klienci, i oczywiście fakt, że jesteśmy u nich w momencie, w którym tego oczekują – mówi Bartłomiej Wnęk.

Nowe centrum obsługuje obecnie około 100 kurierów, ale ich liczba ma wzrastać w gorącym przedświątecznym okresie. Obiekt obsługuje około 30 proc. terenów dawnego województwa warszawskiego, a przesyłki wyjeżdżają z niego w 14 różnych kierunkach.

Poza nowymi technologiami sortującymi wykorzystujemy samochody o napędzie elektrycznym oraz inne technologie, jak sort by light, czyli wsparcie procesu magazynowego za pomocą systemu projektorów, które za pomocą światła laserowego bezpośrednio wskazuje sortownikowi czy kurierowi, jaka przesyłka powinna trafić na środek transportu – mówi Bartłomiej Wnęk.

Specjalizacja i współpraca ze światowym przemysłem szansą dla polskich stoczni. Konkurencyjność branży obniżają wysokie ceny energii

Specjalizacja i współpraca ze światowym przemysłem szansą dla polskich stoczni. Konkurencyjność branży obniżają wysokie ceny energii 5

– Powinnością rządu jest wspieranie przemysłu stoczniowego, a najlepszym narzędziem służącym realizacji tego celu byłyby niskie ceny energii – ocenia Janusz Steinhoff, były minister gospodarki i wicepremier w rządzie Jerzego Buzka. Sektor stoczniowy – jako jedna z branż energochłonnych – dotkliwie odczuwa w kosztach podwyżki cen energii. Były wicepremier podkreśla też, że szansą dla polskich stoczni jest specjalizacja, np. dalszy rozwój w produkcji jachtów, i kooperacja ze światowym przemysłem na wzór przemysłu motoryzacyjnego.

Musimy tworzyć narzędzia, które wspierają rozwój gospodarki i produkcji przemysłowej. Bardzo istotnym elementem w tej materii są koszty energii elektrycznej. Jeżeli będziemy niszczyć konkurencję na rynku energii elektrycznej i brnąć w produkcję energii z węgla, która jest w tej chwili bardzo droga, to niestety zapłaci za to polski odbiorca komunalny i polski przemysł. Ceny hurtowe energii w Polsce są bardzo wysokie i to w dużej mierze wpłynie na konkurencyjność polskiego przemysłu, szczególnie branż energochłonnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były minister gospodarki i były wicepremier w rządzie Jerzego Buzka.

Do branż energochłonnych zalicza się również przemysł stoczniowy, który ma duże znaczenie dla globalnej wymiany handlowej (80 proc. światowego handlu odbywa się drogą morską). Dotkliwie odczuwa on w kosztach podwyżki cen energii, windowane m.in. przez uprawnienia do emisji. Zwłaszcza że zapotrzebowanie na energię rośnie, a jak podaje MPiT, ceny energii na rynku hurtowym w Polsce należą do jednych z wyższych w Europie i najwyższych w porównaniu z uprzemysłowionymi krajami sąsiednimi.

– Najlepszym wsparciem dla przemysłu stoczniowego byłyby niskie ceny energii i tania, dobra jakościowo blacha, którą powinniśmy produkować w Hucie Częstochowa. To są narzędzia, którymi rząd powinien wspierać przemysł. Natomiast brak konkurencji w gospodarce, blokowanie mechanizmów, które wspierają rozwój tej gospodarki, niestety obracają się przeciwko intencjom rządzących – mówi Janusz Steinhoff.

Cały sektor stoczniowy zatrudnia ponad 90 tys. osób i tworzy go ponad 5 tys. podmiotów działających bezpośrednio w przemyśle stoczniowym oraz około 12 tys. firm z nim powiązanych. Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad w branży zaszły duże zmiany.

Trzeba mieć świadomość, że ten przemysł bardzo się przebudował. Mechanizmy rynkowe, które zaczęły funkcjonować w Polsce po 1990 roku, stworzyły zupełnie nową rzeczywistość. W przemyśle stoczniowym dalej pracuje 90 tys. osób, rozwinęły się nowe branże i usługi – mówi Janusz Steinhoff.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Polski sektor stoczniowy. Stan obecny, perspektywy, zagrożenia”, przygotowanego przez Instytut Wschodni dla Forum Ekonomicznego, w 2017 roku polskie stocznie zbudowały łącznie 11 statków o łącznej pojemności 93,9 tys. CGT (porównaniu z poprzednim rokiem, oznaczało to spadek o 1 jednostkę w porównaniu przy jednoczesnym wzroście o 25,9 tys. CGT).

Portfel kontraktów na budowę nowych jednostek przez polskie stocznie na 2017 roku był natomiast szacowany na 308 tys. CGT, co stanowiło raptem 0,4 proc. światowego portfela. Oznacza to też, że polskie stocznie miały ponad 10-krotnie niższy wolumen zamówień niż te działające we Włoszech i 6-krotnie mniejszy niż w Niemczech, pod tym względem Polska ustępowała też takim krajom, jak Finlandia, Hiszpania czy Rumunia. Wśród producentów statków na świecie Polska zajmuje odległe, 22. miejsce, a polskie stocznie trudno uznać za beneficjenta pozytywnych przemian i trendów, jakich doświadcza obecnie przemysł stoczniowy Europy Zachodniej – podkreślili eksperci.

– Nie chodzi o to, żeby mierzyć potencjał danego przemysłu liczbą wyprodukowanych statków, a liczbą zatrudnionych ludzi w tym segmencie produkcji i wartością tej produkcji. Można doskonale produkować artykuły, które stanowią istotny wkład w budowę statków również w ramach kooperacji, tak jak jest to w przemyśle motoryzacyjnym. My budujemy stosunkowo niewiele samochodów w porównaniu z Czechami, Słowakami czy Węgrami, natomiast jesteśmy potentatem, jeśli chodzi o produkcję kooperacyjną – mówi Janusz Steinhoff.

Około 70 proc. sprzedaży polskiego sektora stoczniowego w 2016 roku (wartej 10,5 mld zł) stanowiło właśnie wyposażenie statków, produkowane na zamówienie stoczni zagranicznych. Pozostałe 30 proc. to budowa nowych statków i działalność remontowa. Remonty są specjalnością polskiego przemysłu stoczniowego – w 2017 roku polskie stocznie przebudowały i wyremontowały ponad 540 jednostek.

Szansą dla polskich stoczni mogłaby być także specjalizacja, np. dalszych rozwój w produkcji jachtów.

Odnieśliśmy sukces w produkcji jachtów, jesteśmy jednym z większych producentów. W tym segmencie pracuje 40 tys. osób, wartość tej produkcji jest zupełnie przyzwoita i trzeba to rozwijać. Tutaj trzeba pozwolić, tworząc mechanizmy wspierające rozwój tej branży – podkreśla Janusz Steinhoff.

Jak wynika z danych związku Polboat, co roku krajowe stocznie wytwarzają około 22 tys. jednostek, z których 95 proc. trafia na eksport. Polska jest drugim na świecie, po Stanach Zjednoczonych, producentem jachtów motorowych o długości do 9 metrów. Głównymi odbiorcami polskich Łodzi i jachtów są Norwegia, Francja, Niemcy i USA.

Raport „Polski sektor stoczniowy. Stan obecny, perspektywy, zagrożenia” wskazuje, że wdrożenie programu odbudowy sektora stoczniowego w Polsce (obejmującego zamówienia o dużej wartości dodanej) mogłoby wygenerować ponad 95 mld zł dodatkowego PKB do 2030 roku, stworzyć 85 tys. nowych miejsc pracy i przynieść dodatkowe 20 mld zł dochodów podatkowych. Z drugiej strony w przypadku zapaści tego sektora i upadku części podmiotów całkowite straty dla gospodarki sięgną średnio 13,7 mld zł rocznie.

Założenia do nowego standardu Wi-Fi 6 zostaną wdrożone do końca roku. Dzięki niemu internet w domach przyspieszy, a jeden router obsłuży nawet 100 urządzeń

Założenia do nowego standardu Wi-Fi 6 zostaną wdrożone do końca roku. Dzięki niemu internet w domach przyspieszy, a jeden router obsłuży nawet 100 urządzeń 6

Wi-Fi Alliance, stowarzyszenie zrzeszające kilkaset firm produkujących urządzenia bezprzewodowe wykorzystujące moduł Wi-Fi, przygotowuje branżę technologiczną oraz konsumentów na nadejście nowego standardu komunikacji bezprzewodowej. Wprowadzenie Wi-Fi 6 zauważalnie poprawi przepustowość domowych łącz internetowych oraz zwiększy liczbę urządzeń, które będą mogły bezproblemowo komunikować się z jednym punktem dostępowym. Na rynku pojawiły się już pierwsze routery oraz urządzenia mobilne kompatybilne z tym standardem.

– Wszyscy oczekujemy na Wi-Fi 6, ponieważ potrzebujemy rozwiązania problemu przepustowości sieci. Wi-Fi 6 jest standardem sieci bezprzewodowej, który umożliwi jednoczesne podłączenie ponad stu urządzeń domowych bez wpływu na przepustowość. Wszystkie te urządzenia będą mogły działać jednocześnie bez zakłóceń – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Lionel Paris, dyrektor marketingu w firmie Netgear.

Przedstawiciele Wi-Fi Alliance postanowili pójść w ślady branży mobilnej i wprowadzić na rynek Wi-Fi szóstej generacji przy dużym wsparciu marketingowym. Stowarzyszenie zmieniło pierwotną nazwę standardu z Wi-Fi 802.11.ax na Wi-Fi 6, aby ułatwić prowadzenie akcji promocyjnych i łatwiej dotrzeć z przekazem marketingowym do końcowego klienta.

Nowy standard ma być m.in. gwarancją stabilnego przesyłu danych, który jest niezbędny np. do płynnego odtwarzania filmów w wysokich rozdzielczościach, które lada moment pojawią się na rynku – Samsung zaprezentował na targach IFA szereg konsumenckich telewizorów 8K, a organizatorzy przyszłorocznych Igrzysk Olimpijskich w Tokio planują prowadzić część relacji z zawodów właśnie w tej rozdzielczości.

– W całej Europie przepustowość łącz rośnie, więc za 3–4 lata ulegnie ona znacznemu zwiększeniu w porównaniu do dzisiejszego poziomu, nawet rzędu jednego gigabita. Wi-Fi 6 jest standardem sieci bezprzewodowej, który zapewni jednakową przepustowość łącza w całym domu, co jest niemożliwe przy bieżącym standardzie ze względu na ograniczoną liczbę urządzeń, a także z uwagi na samą przepustowość – twierdzi Lionel Paris.

Branża technologiczna przygotowuje się na upowszechnienie nowego standardu. Pierwszym telefonem z certyfikatem Wi-Fi 6 jest Samsung Galaxy Note 10, z technologią tą kompatybilne są także najnowsze iPhone&HASH39;y 11 (choć nie przeszły jeszcze przez proces certyfikacji). Mimo iż urządzenia nie zostały wyposażone w wyświetlacze pozwalające odpalać filmy w natywnym 4K bądź 8K, moduł Wi-Fi 6 usprawni w nich m.in. strumieniowanie gier z serwisu Apple Arcade czy Google Stadia, które zadebiutują pod koniec 2019 roku.

Wdrożenie Wi-Fi 6 znacząco usprawni także funkcjonowanie urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy. Nowy standard ma umożliwić podłączenie przeszło 100 sprzętów do jednego punktu dostępowego, dzięki czemu zauważalnie przyczyni się do poprawy funkcjonowania domowych i firmowych sieci urządzeń połączonych.

– Po pierwsze, liczy się przepustowość, a po drugie, oczywiście prędkość. Trzecim czynnikiem jest zasięg, który zamierzamy zwiększyć. Istotne jest także bezpieczeństwo. Domyślnym protokołem bezpieczeństwa w przypadku Wi-Fi 6 jest WPA 3, co stanowi znaczne ulepszenie w stosunku do poprzedniej generacji. Dzięki temu konsumenci będą mogli się cieszyć siecią o najwyższej jakości i bezpieczeństwie w swoich domach – zauważa ekspert.

Proces wdrożeniowy Wi-Fi 6 podzielono na kilka faz. 16 września 2019 roku Wi-Fi Alliance uruchomiło proces certyfikacyjny urządzeń korzystających z modułów Wi-Fi 6. Stosowne certyfikaty przyznano już nowym modułom bezprzewodowym od takich firm, jak Broadcom, Cybress, Intel, Marvell Qualcomm czy Rucus, rozpoczynając tym samym masowe wdrażanie nowej technologii na rynku konsumenckim. Następnie w 2020 roku pierwsze urzędy certyfikujące mają umożliwić urządzeniom pracującym w standardzie Wi-Fi 6 korzystanie z dodatkowego pasma 6 GHz. Dwa lata później zadebiutuje technologia UL MU-MIMO, która znacząco przyspieszy przesył danych, a w 2024 roku pojawi się Wi-Fi 802.11be. To standard, który pozwoli przesyłać dane bezprzewodowo z prędkością do 30 Gb/s.

– Dzięki Wi-Fi 6 zasięg ulegnie poprawie o około 10–15 proc., jednak zakres nie zmieni się istotnie. Wi-Fi 6 działa w tym samym paśmie częstotliwości co Wi-Fi 5, czyli 2,4 i 5 GHz, dlatego potrzebujemy urządzeń takich jak Orbi Wi-Fi 6, żeby móc korzystać z internetu na różnych piętrach domu – tłumaczy Lionel Paris.

Według analityków z firmy 360 Research Reports wartość globalnego rynku domowych routerów Wi-Fi w 2019 roku wyniosła 2,67 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 3,57 mld dol.

Brak systemów bezpieczeństwa i nadzoru to największe wady rynku kryptowalutowego. Korporacje technologiczne walczą o uregulowanie branży

Inwestowanie w rynek kryptowalutowy to ryzykowne przedsięwzięcie. Zdarzają się sytuacje, że fundusze przechowywane w portfelach online mogą nieoczekiwanie zniknąć z konta, a utraconych środków nie sposób odzyskać na drodze prawnej. Przedstawiciele branży finansowej przestrzegają przed inwestowaniem w tej branży, ale jednocześnie widzą potencjał technologii blockchain, na podstawie której funkcjonują kryptowaluty.

– Nie powinniśmy wspierać i rozwijać rynku kryptowalut, jest to rynek niebezpieczny i nieuregulowany. Ci, którzy angażują swoje oszczędności, muszą się liczyć z tym, że nie ma tam systemów gwarancji i nadzoru. Może dojść do tego, że pieniądze zostaną utracone. Kilka tygodni temu wyparowało ponad 100 mln zł i osoby, które były z tym rynkiem związane, nagle doświadczyły tego, że nikt nie jest w stanie ich ochronić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

W lipcu tego roku BitMarket, najstarsza polska giełda kryptowalutowa, niespodziewanie ogłosiła utratę płynności finansowej, co wiązało się z zamknięciem jej serwisu. Do dziś witryna pozostaje nieaktywna, a użytkownicy inwestując na tej platformie mogli bezpowrotnie utracić nawet 100 mln zł. Nie jest to jednostkowy przypadek w tej branży – w 2016 roku upadła giełda Bitcurex, a wraz z nią przepadło 2300 bitcoinów, które dziś byłyby warte przeszło 91 mln zł.

Nowozelandzka giełda Cryptopia z kolei w wyniku ataku hakerskiego w styczniu tego roku utraciła kryptowaluty o łącznej wartości ok. 18 mln dolarów. Jak dowiedziono w postępowaniu likwidacyjnych przeprowadzonym przez firmę Grant Thornton, tak duże straty były wynikiem nieodpowiedzialnej polityki bezpieczeństwa Cryptopii – giełda przechowywała środki klientów w portfelach zbiorczych przypisanych do konkretnych walut. Takie działanie miało znacząco obniżyć koszty funkcjonowania giełdy poprzez zredukowanie kosztów obsługi serwerów.

– Poprzez rynek kryptowalut finansowane są także wymuszenia czy działania związane z hakerami, którzy żądają opłaty w zamian za odblokowanie systemów informatycznych. Jest to także obszar ogromnej energochłonności. To nie jest tak, że można rozwijać obszar kryptowalut bezkosztowo. Koszty są ponoszone, tylko w inny sposób – przestrzega Krzysztof Pietraszkiewicz.

Mimo wielu zastrzeżeń wysuwanych wobec kryptowalut, branża finansowa nie odcina się od nich całkowicie i docenia potencjał drzemiący w technologii blockchain. Komisja Nadzoru Finansowego we współpracy z Krajową Izbą Rozliczeniową będą wspierać rozwiązania fintechowe bazujące na blockchainie, które mają zwiększyć m.in. przejrzystość danych generowanych na rynkach finansowych.

– Technologia blockchain pozwala w sposób bezpieczny, bardziej trwały zachowywać informacje, mieć pewność, że nie następuje ingerencja w powstałe zapisy. Jest to gwarancja dostępu do bardzo aktualnych informacji i cieszy mnie to, że ten typ technologii będzie rozwijany w niektórych obszarach działalności bankowej oraz w naszej gospodarce. I ważne, że interesują się tym zagadnieniem także regulatorzy i nadzorcy – zauważa ekspert.

Potencjał blockchaina doceniły m.in. firmy z branży smarfonowej, które zaprojektowały urządzenia umożliwiające przeprowadzanie bezpiecznych transakcji kryptowalutowych. Telefony takie jak Samsung Galaxy S10, HTC Exodus czy Finney od Sirin Labs wyposażono w zintegrowane portfele kryptowalutowe zabezpieczone szeregiem systemów weryfikacji tożsamości. Wirtualne środki zgromadzone na tych urządzeniach są chronione m.in. za pośrednictwem systemów biometrycznych.

Kluczowe dla rozwoju całej branży może okazać się wprowadzenie regulacji giełd funkcjonujących w oparciu o rozwiązania blockchainowe. Międzynarodowa Grupa Specjalna ds. Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy opublikowała wytyczne, które zobowiązują dostawców wirtualnych aktywów do przekazywania między sobą informacji o klientach transferujących pieniądze. Ruch ten ma utrudnić wykorzystywanie kryptowalut przez środowiska przestępcze, a co za tym idzie – przekonać instytucje finansowe do korzystania z tej innowacyjnej formy płatności.

Z kolei dyrektor zarządzająca Międzynarodowym Funduszem Walutowym, Christine Lagarde, wydała oświadczenie nawołujące banki centralne oraz instytucje nadzorujące do otwarcia się na kryptowaluty i technologię blockchain oraz wprowadzenia międzynarodowych regulacji, które pozwolą unormować sposób funkcjonowania całej branży kryptowalutowej.

– Tworzenie pewnego typu instrumentów i instytucji musi mieć konstruktywny cel. Nie można angażować miliardów czy setkek miliardów dolarów, aby powstawały poważne zaburzenia czy nieciągłości w działalności gospodarczej bądź na rynku finansowym. Przed regulatorami światowej polityki monetarnej i bezpieczeństwa obrotu gospodarczego stoi ogromne wyzwanie, jak zmierzyć się z tym tematem. Być może należy pozwolić na pewien zakres eksperymentów czy pilotażowych rozwiązań, jednak żeby nie odbywało się to kosztem ogromnych strat poniesionych przez obywateli czy przedsiębiorców – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość rynku blockchain do 2023 r. wzrośnie do 23,3 mld dol. W najbliższych latach ma rosnąć w tempie ponad 80 proc. średniorocznie.

Henrik Venter objął funkcję Dyrektora Generalnego DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę

DHL Supply Chain powołuje Hendrika Ventera na nowego Dyrektora Generalnego na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę (MLEMEA). Innowacje, zrównoważony rozwój, koncentracja na kliencie to główne kierunki strategii nowego CEO.

Z dniem 1 października 2019 r. Henrik Venter (l. 50) obejmie funkcję Dyrektora Generalnego DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę. Zastąpi na tym stanowisku Oscara de Bok, który w październiku, jako członek Zarządu grupy kapitałowej Deutsche Post DHL, zasiądzie na czele Zarządu DHL Supply Chain.

„Cieszę się nowym wyzwaniem i jestem pewien, że będziemy nadal odnosić sukcesy w regionie. Wraz z wyjątkowym zespołem będziemy wciąż wspierać naszych klientów w dostarczaniu niezrównanych usług logistycznych” – powiedział mianowany na Dyrektora Generalnego DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę Hendrik Venter.

„Koncentracja na kliencie, pierwszorzędne portfolio usług oraz zadowoleni pracownicy działający w środowisku motywacji i innowacji są kluczem do naszego sukcesu jako światowego lidera usług logistycznych” – podkreślił.

„Będąc odpowiedzialnym za różne obszary w grupie DHL, Hendrik konsekwentnie udowadniał, że potrafi pokierować organizacją w stronę zrównoważonego, przynoszącego korzyści rozwoju. Oddziały w Centralnej i Wschodniej Europie odnotowywały pod jego kierownictwem bardzo dobre wyniki. Dzięki niemu rejon ten zyskał silną pozycję, szczególnie w sektorze motoryzacji oraz e-commerce” – powiedział Oscar de Bok.

Hendrik Venter - dyrektor Generalny DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę
Hendrik Venter – dyrektor Generalny DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę

Hendrik Venter może poszczycić się ponad dziesięcioletnim doświadczeniem zdobytym na stanowiskach kierowniczych w DHL Supply Chain, a także wcześniejszym pokaźnym doświadczeniem z zakresu logistyki kontraktowej. Jako Dyrektor Generalny DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę stanie na czele oddziałów firmy w 25 krajach. W tej funkcji skupi się na wzmacnianiu pozycji regionu i jego przyszłym rozwoju, a także na wprowadzaniu procesu standaryzacji oraz konsekwentnym wdrażaniu planu innowacyjnego w dziale biznesowym.

Równocześnie stanie się on Członkiem Zarządu DHL Supply Chain. Hendrik Venter, który od 2009 roku zajmował różne stanowiska kierownicze w firmie, pracował najpierw w RPA jako Dyrektor ds. sektora Opieki Zdrowotnej, Technologii i Motoryzacji, a od 2013 roku stał na czele pionu logistyki kontraktowej, zajmując w Polsce stanowisko Dyrektora Zarządzającego. W 2015 roku został mianowany na stanowisko Dyrektora Generalnego na Europę Środkową, w 2018 roku jego funkcja została poszerzona o kierownictwo nad oddziałami w Europie Wschodniej. Od tego czasu Hendrik Venter zarządzał działaniami DHL Supply Chain w regionie Europy Środkowej i Wschodniej.

Hendrik Venter obronił pracę licencjacką z zakresu inżynierii, może również poszczycić się posiadaniem dyplomu z wyróżnieniem w dziedzinie zarządzania biznesem.

SSL – co zyskujemy inwestując?

SSL – co zyskujemy inwestując?Poprzez skrót SSL rozumie się protokół sieciowy, który w pełnej anglojęzycznej wersji brzmi Secure Socket Layer i odnosi się do szyfrowania połączeń internetowych. Jest to na dziś dzień swego rodzaju standard w sferze zapewniania maksimum bezpieczeństwa przesyłu danych personalnych.

Intencje autorów

Tworzącym SSL przyświecał jeden konkretny cel, a mianowicie chodziło o to, aby wykreować protokół, który będzie uniwersalny, czyli idealnie nadający się do szerokiego zastosowania – przez szereg rozmaitych protokołów aplikacyjnych, takich jak powiedzmy FTP, telnet, czy http. Wykorzystanie protokołu SSL miało być więc równoznaczne z pełnym kodowaniem połączeń do serwera, określonej witryny www oraz poczty i innych elementów wirtualnego świata, w których występują personalia użytkowników sieci. Certyfikat SSL, od samego początku jego wprowadzenia w internetową rzeczywistość, wyróżniał się prostotą użycia, stając się niesamowicie łatwym w zastosowaniu narzędziem, które nie miało sobie równych w kwestii zapewniania ochrony transmisji danych. Doskonale SSL spisuje się zarówno w nieskomplikowanych stronach www, jak także znakomicie sprawdza się przy osłonie potężnych platform bankowości elektronicznej. Jest wyznacznikiem wiarygodności serwisów aukcyjnych, jak również symbolem profesjonalizmu systemów płatności online.

Tanio a solidnie

Korzystając z certyfikatów SSL, zwłaszcza tych komercyjnych, a więc odpłatnych jakie proponuje między innymi znana marka Linuxpl.com, można mieć pewność, że nasza strona www jest maksymalnie chroniona przed nieuczciwym działaniem hackerów coraz częściej popełniających przestępstwa w stylu phishingu bazujące na wykradaniu personaliów użytkowników sieci. Witryna opatrzona szyfrowaniem danych jest całkowicie bezpieczna i tym samym prestiżowa, patrząc z perspektywy wchodzącego na nią internautę. Widok charakterystycznej zielonej kłódki jednoznacznie przesądza o tym, że marka, z jaką mamy do czynienia jest poważnym podmiotem na rynku, troszczącym się o losy ufających im klientów, czy odbiorców prezentowanej przez nie treści.

Niewiele trzeba

By móc zyskać certyfikat SSL nie trzeba spełniać jakichś szczególnych warunków. Generalnie, wystarczy posiadać gotowy serwis www jaki znajduje się pod określoną domeną. Nazwa adresowa naszej strony www powinna być zarejestrowana na dane firmowe, zaś owe personalia podmiotu łączącego się z domeną witryny muszą widnieć w powszechnie dostępnej bazie WHOIS. Dzięki spełnieniu tych wymogów możliwe okazuje się przeprowadzenie procesu weryfikacji, który jest nieodzowny w przypadku komercyjnych certyfikatów SSL i przesądza o zapewnieniu solidnej jakości ochrony transmisji danych.

Systemy wspierające zarządzanie z dwucyfrowym wzrostem w Polsce

Według danych GUS, rozwój systemów wspierających zarządzanie, takich jak ERP czy CRM, deklaruje w Polsce ponad 53 000 przedsiębiorstw (z ponad 100 000, które wzięły udział w badaniu i zatrudniają co najmniej 10 pracowników). W porównaniu z rokiem 2016 jest to wzrost o ponad 17%. Jak pokazują dane portalu Statista.com, stale rośnie też wartość sprzedanych w Polsce rozwiązań ERP.

Raport GUS „Wykorzystanie technologii informacyjno-komunikacyjnych w przedsiębiorstwach w 2018 roku”[1] wskazuje, że w Polsce 53 431 firm deklaruje rozwój (rozumiany jako pracę nad istniejącymi już aplikacjami) systemów wspierających zarządzanie. Mowa tu o takich rozwiązaniach jak ERP (Enterprise Resource Planning) czy CRM (Customer Relationship Management).

Później, za to lepiej

Jest to o 7 818 przedsiębiorstw więcej niż w 2016 roku, gdzie podobną odpowiedź zaznaczyło 45 613 firm. Co ciekawe, aż 40 017 respondentów stwierdziło, że za rozwój systemów zarządzania biznesowego odpowiadają głównie dostawcy zewnętrzni, w tym ponad 29 355 z małych firm (10-49 pracowników), 8 648 ze średnich (50-249 pracowników) i 2015 z dużych (ponad 250 pracowników).

Z danych GUS płyną dwa wnioski. Po pierwsze, blisko połowa firm w Polsce nie rozwija, a więc najprawdopodobniej w ogóle nie posiada systemów informatycznych wspierających zarządzanie. To znacząco gorszy wynik w porównaniu do rozwiniętych, zachodnich rynków, to opóźnienie ma jednak swoje dobre strony. Pozwala dzisiaj przedsiębiorcom kupować nowocześniejsze, bardziej dojrzałe rozwiązania – także chmurowe – i tym samym znacznie szybciej uzyskać zwrot z inwestycji. Działa tutaj dokładnie ten sam mechanizm jak w przypadku technologii dostępowych do Internetu. W Polsce Internet działa szybciej niż np. w Niemczech, bo o ile tam zainwestowano wcześniej ogromne środki w technologię miedzianą, o tyle u nas inwestuje się dzisiaj środki w znacznie lepsze technologie światłowodowe – mówi Justyna Wronka-Dudzińska, Head of Consulting z firmy Xplus.

Wzrost inwestycji w systemy ERP w Polsce dobrze ilustrują też dane portalu Statista.com[2]. Jak podaje serwis, w 2017 roku rynek ERP w Polsce był warty blisko 207 milionów dolarów. Z kolei w 2019 roku, według prognoz Statista.com, wydatki na ERP w Polsce wyniosą łącznie 224,99 milionów dolarów. Do 2021 roku rynek ten będzie warty już 242,2 milionów dolarów, więc w porównaniu z rokiem 2017 wydatki na systemy ERP w Polsce wzrosną o ponad 17%.

Cyfrowa transformacja, o której mówi się od kilku lat, z pustego hasła staje się realną potrzebą i rzeczywistością. Widać to po randze wdrożeń, w których w zdecydowanej większości uczestniczy zarząd i które jednocześnie są elementem dużych projektów digitalizacyjnych – komentuje Justyna Wronka – Dudzińska.

Handel na prowadzeniu

Wśród najpopularniejszych branż, które w badaniu GUS deklarują rozwój systemów do zarządzania, zdecydowanie królują handel i naprawy, gdzie rozwój tego typu systemów zadeklarowało 15 927 przedsiębiorstw, czyli 56,48% firm z tego sektora oraz przetwórstwo przemysłowe, gdzie podobną odpowiedź zaznaczyło 15 252 przedsiębiorstw (50%). Ostatnie miejsce na podium zajmuje budownictwo z wynikiem wynoszącym 5 211 przedsiębiorstw, czyli 38,07% firm z tego sektora. Na drugim końcu rankingu są takie branże, jak naprawa i konserwacja komputerów i sprzętu komunikacyjnego (53 przedsiębiorstwa), energia elektryczna, gaz, ciepło (461) oraz działalność finansowa i ubezpieczeniowa (883).

– Handel już od kilku lat zdecydowanie wyprzedza inne branże pod względem skali inwestycji w technologie i wprowadzanych innowacji. Wynika to i z dużej konkurencji na tym rynku, i ze zmian w podejściu klientów do zakupu produktów, pod wpływem technologii. Z kolei dobra sytuacja w produkcji czy sektorze budowlanym nie sprzyjała myśleniu o optymalizacji kosztów czy sposobach dotarcia do nowych klientów – zwraca uwagę Justyna Wronka – Dudzińska z Xplus.

Administracja nie ma powodu do wstydu

GUS przyjrzał się także inwestycjom administracji publicznej. Okazuje się, że poziom informatyzacji wcale nie odbiega od tego w przedsiębiorstwach.

W Polsce 51,1% jednostek administracji publicznej wykorzystywało systemy ERP. Najlepiej sytuacja wygląda w województwach: śląskim, mazowieckim oraz świętokrzyskim, gdzie odsetek jednostek administracji publicznej korzystających z ERP wynosił kolejno: 59,9%, 58,4% i 56,9%. Najgorzej pod tym względem wypadają województwa: lubuskie, lubelskie i opolskie z wynikami wynoszącymi odpowiednio: 40,9% oraz 44,4% i znowu 44,4%.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/nauka-i-technika-spoleczenstwo-informacyjne/spoleczenstwo-informacyjne/wykorzystanie-technologii-informacyjno-komunikacyjnych-w-jednostkach-administracji-publicznej-przedsiebiorstwach-i-gospodarstwach-domowych-w-2018-roku,3,17.html

[2] https://www.statista.com/statistics/966868/erp-software-market-revenue-in-poland/

Rosną oczekiwania finansowe obywateli Ukrainy pracujących w Polsce

Obywatele Ukrainy pracują w Polsce coraz dłużej, a ich wymagania zarobkowe rosną. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego „Ukraińcy na polskim rynku pracy: doświadczenia, wyzwania i perspektywy” przeprowadzonego przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Jeżeli w 2018 roku największą grupę ukraińskich pracowników na polskim rynku (ponad 40%) stanowiły osoby ubiegające się o najniższą stawkę godzinową (9-11 złotych), to w 2019 za takie wynagrodzenie zgodziłoby się pracować jedynie 6% obywateli Ukrainy. Podwoiła się dodatkowo grupa pracowników z za wschodniej granicy pragnąca zarabiać od 13 do 15 złotych netto za godzinę (33%), a udział respondentów oczekujących zarobków na poziomie od 15 do 20 złotych netto za godzinę niemal się potroił, wynosząc 19%.

Według zebranych danych, największą grupę (ponad 36%) stanowią pracownicy z Ukrainy, którzy podczas całego pobytu w Polsce planują zarobić od 5 do 10 tys. złotych (po odjęciu kosztów utrzymania i dojazdu). Ukraińskich obywateli, którzy przyjechali, by zarobić w naszym kraju od 3 do 5 tys. złotych, jest z kolei 27%. Co ósmy respondent zaś zadeklarował plany zarobienia od 10 do 30 tys. złotych.

Badanie pokazuje również, że praca w Polsce wśród naszych wschodnich sąsiadów przestała już być traktowana jako nowe zjawisko. Jeżeli w 2018 roku niemal 2/3 badanych pracowników z Ukrainy pracowało w naszym kraju po raz pierwszy, to w 2019 roku odsetek osób bez doświadczenia na polskim rynku pracy zmalał do 49%.

Wydłużeniu uległ okres zatrudnienia pracowników z Ukrainy w Polsce. Jeżeli w ubiegłym roku ponad 54% ankietowanych deklarowało, że w trakcie ostatniego pobytu pracowali w naszym kraju mniej niż 3 miesiące, to w 2019 roku długość okresu zatrudnienia ponad połowy ankietowanych wynosiła już od 3 do 6 miesięcy.

„Wyniki potwierdzają wśród Ukraińców niezmienną chęć powrotu do naszego kraju w celu podjęcia lub kontynuowania zatrudnienia. Polskich pracodawców powinno usatysfakcjonować ponadto rosnące zainteresowanie podejmowaniem długookresowej pracy” – powiedziała podczas prezentacji raportu Renata Ostrowska, wicedyrektor ds. sprzedaży EWL S.A.

„Z wyników niniejszego badania wyłania się obraz pracownika zdecydowanie bardziej doświadczonego zawodowo, wymagającego, świadomego swoich potrzeb oraz roli na polskim rynku pracy, a także rozważającego kontynuowanie swojej kariery zawodowej nad Wisłą w długotrwałej perspektywie” – komentuje wyniki badania Andrzej Korkus, prezes EWL S.A.

Badanie socjologiczne „Ukraińcy na polskim rynku pracy: doświadczenia, wyzwania i perspektywy” zostało przeprowadzone w dniach 17 kwietnia – 31 maja 2019 roku przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Metodą bezpośrednich wywiadów indywidualnych przebadanych zostało 855 obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski w celu podjęcia pracy.

Liczba umów o dożywocie wciąż rośnie

Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w samym 2018 roku podpisano ponad 11 tys. nowych umów o dożywocie, w wyniku których doszło do przeniesienia prawa własności nieruchomości w zamian za opiekę lub świadczenia. Mowa o tzw. umowach zawieranych indywidualnie np. pomiędzy członkami rodziny, osobami spokrewnionymi w dalszej linii, znajomymi albo ludźmi zupełnie obcymi np. seniorem i rehabilitantem. W ubiegłym roku w ministerialnych statystykach zarejestrowano ponad 11 tys. takich umów, a w 2017 – około 10 tys. Oznacza przyrost o 8,9 proc. w skali roku.[1] Co ciekawe, większość aktów notarialnych dotyczy nieruchomości nierolniczych.

W ciągu ostatnich 28 lat, bo od tego czasu prowadzone są statystki w resorcie sprawiedliwości, osoby fizyczne podpisały łącznie 143 567 tys. umów o dożywocie. Akty notarialne dotyczą przekazania własności nieruchomości (np. domu lub mieszkania) w zamian za dożywotnią opiekę lub świadczenia pieniężne.

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

– Liczba takich umów wciąż rośnie i w ostatnim roku przekroczyła poziom 11 tysięcy nowych aktów notarialnych. Niepokojące są jednak informacje płynące z notariatu, które wskazują, że co piąta tego typu umowa jest unieważniana przez sąd. To potwierdzałoby, że osoby fizyczne nie zawsze mają wiedzę i doświadczenie potrzebne do podpisania tak długofalowego zobowiązania. Niestety seniorzy wciąż dość rzadko decydują się na zawarcie podobnej umowy z profesjonalnym funduszem hipotecznym, a szkoda, bo są to umowy obwarowane przepisami Kodeksu Cywilnego oraz Zasadami Dobrych Praktyk ustanowionymi w ramach Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, czyli instytucji zrzeszającej największe fundusze hipoteczne w Polsce – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – W ciągu ostatnich 10 lat fundusze hipoteczne zrzeszone w KPF podpisały łącznie mniej niż 1000 umów renty dożywotniej, a to oznacza, że profesjonalne podmioty zawarły mniej niż 1 proc. wszystkich umów zakontraktowanych na tym rynku – podkreśla Robert Majkowski.

Coraz większe przyrosty

Jeszcze w roku 1991 liczba zawieranych rocznie umów o dożywocie, wg. Ministerstwa Sprawiedliwości, wynosiła 1813 kontraktów. W latach 1993-2007 r. liczba tego rodzaju umów rosła, ale w dość wolnym tempie, średnio ok. 5 proc. rok do roku. Gwałtowny skok liczby umów pojawił się wraz z wejściem na rynek profesjonalnych podmiotów oferujących między innymi zawieranie umów o dożywocie. Od 2008 roku liczba umów o dożywocie zaczęła średniorocznie przyrastać o 13,4 proc. W roku 2008 skok wynosił 46 proc., a dla nieruchomości nierolniczych aż 56 proc. – Wraz z wejściem na rynek funduszy hipotecznych mogliśmy zaobserwować pewien paradoks. Seniorzy zaczęli dostrzegać zalety renty dożywotniej i zdawać sobie sprawę, że takie rozwiązanie w ogóle istnieje. Wykreowanie popytu na usługę nie wpłynęło jednak na sukcesywny rozwój profesjonalnego rynku, lecz spowodowało wzrost liczby umów prywatnych i rozwój szarej strefy. Seniorzy, podobnie jak większość Polaków, niestety nie ufają instytucjom i wolą wybrać propozycję osoby prywatnej, która często jest obietnicą bez pokrycia. W roku 2015 Rząd zaniechał prac nad ustawą wprowadzającą nadzór i regulującą rynek renty dożywotniej, a banki ogłosiły, że nie planują w najbliższych latach wprowadzać odwróconego kredytu hipotecznego. Wydaje mi się, że te wydarzenia były ściśle powiązane – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM. – mówi Robert Majkowski.

Procentowo liczba umów najszybciej zwiększała się w roku 2008, jednak w ujęciu ilościowym największy skok miał miejsce w roku 2015, gdy podpisano łącznie 10 561 umów (o ponad 2,2 tys. umów więcej niż w roku 2014). Skąd wzmożone zainteresowanie instytucją dożywocia? – W mojej opinii emerytury są coraz niższe. Kolejne pokolenia seniorów, którzy w ostatnich latach przechodzą na emeryturę i zaczynają korzystać ze świadczeń państwowych, zdają sobie sprawę – i to po krótkim czasie życia na znacznie niższym poziomie aniżeli w czasie aktywności zawodowej – że to nie jest życie jakiego chcieliby. To nie jest życie na godnym poziomie. Coraz większa liczba seniorów zaczyna również dostrzegać, że jedynym dobrem materialnym, które mogą „spieniężyć” tu i teraz jest nieruchomość – dodaje Majkowski. To właśnie ona może okazać się źródłem finansowania życia na emeryturze.liczba umów o dożywocie

Społeczeństwo posiadaczy nieruchomości

Z danych ZBP wynika, że ok. 80 proc. polskich seniorów posiada na własność nieruchomość np. mieszkanie lub dom. To dużo, zwłaszcza w porównaniu z Europą. W Polsce akt własności mieszkania wciąż stanowi o statusie i bezpieczeństwie materialnym. Z najnowszego raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że w 2018 roku trzeba było zapłacić 1370 euro za metr kwadratowy mieszkania w Polsce. To o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej, ale wciąż dość nisko w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Z tego samego raportu wynika, że najszybciej na własne mieszkanie mogą pozwolić sobie Portugalczycy i Belgowie, którym wystarczyłyby 3-4 lata odkładania całej pensji brutto, by zakupić mieszkanie o metrażu 70 metrów. Czesi musieliby odkładać ok. 11 lat, a Polacy 7,5 roku. Mimo niesłabnącego popytu na mieszkania w naszym kraju na tysiąc mieszkańców przypada 380 tys. mieszkań. – To, że młodzi ludzie inwestują w nieruchomości, by stanowiły one zabezpieczenie na życie, ale również na emeryturę, to świetny trend. Z kolei osoby starsze, które już te nieruchomości posiadają dysponują łącznym kapitałem przekraczającym 1 bilion złotych. Mowa o pieniądzach zamrożonych w nieruchomościach, które można byłoby odmrozić i przeznaczyć na codzienne potrzeby. W Polsce coraz widoczniejszy jest efekt tzw. „Asset Rich but Cash Poor”, czyli osób majętnych, ale bez gotówki, bez dochodu. Tę zależność widać przede wszystkim u osób w wieku emerytalnym – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Kto zajmie się ustawą po wyborach?

Branża i seniorzy wciąż czekają na ustawę dotyczącą renty dożywotniej. – Podsumujmy czynniki wpływające na rozwój bezpiecznej instytucji hipoteki odwróconej w Polsce. Po pierwsze mamy seniorów, którzy chcieliby poprawić swoją sytuacją materialną na emeryturze, ponieważ wciąż nie dysponują środkami, które byłyby porównywalne z ich zarobkami przed przejściem na emeryturę. Po drugie seniorzy są właścicielami nieruchomości, które mogliby spieniężyć podpisując umowę renty dożywotniej. Niestety brakuje odpowiedniej ustawy, która zapewniałaby seniorom bezpieczeństwo. To, że my działamy zgodnie z Zasadami Dobrych Praktyk i dbamy o zasady etyczne nie powoduje, że w taki sposób funkcjonuje cały rynek. Nie powoduje to również, że wszystkie umowy zawierane przez osoby fizyczne, a jest ich rocznie już ponad 10 tys. są przygotowane w formie profesjonalnej, a świadczenia są wypłacane do śmierci seniora. Trzeba brać pod uwagę, że zobowiązania z umów o dożywocie to zobowiązanie na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Czy osoba fizyczna jest w stanie zagwarantować ciągłość takiego zobowiązania bez należytego nadzoru? Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym jest konieczna i to jak najszybciej. Skala nadużyć jest coraz większa i rośnie wraz z liczbą podpisywanych umów – mów Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Dwie ostatnie kadencje parlamentarne wskazują, że organy państwa były i są zainteresowane regulacją rynku hipoteki odwróconej, rent dożywotnich i umów o dożywocie, o jej uregulowanie postulował m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i UOKiK. Odbyło się wiele posiedzeń Komisji Polityki Senioralnej, w których brali udział przedstawiciele m.in. UOKiK, Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Związku Banków Polskich, Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, czy Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów. Wszyscy byli zgodni, że rynek trzeba jak najszybciej uregulować. Dotychczas prace nie ruszyły do przodu, ale może w końcu po kolejnych wyborach, które są zaplanowane na 13 października nowy rząd sprosta zadaniu. Zobaczymy.

[1] Dokładnie 11 321 w 2018 r. vs. 10 395 umów w 2017 r. Dane Ministerstwa Sprawiedliwości od 1991 r. do 2018 r.

Coraz więcej pracowników z Ukrainy chce zostać w Polsce na stałe

O jedną trzecią wzrosła liczba pracujących w Polsce obywateli Ukrainy, którzy chcieliby przeprowadzić się do naszego kraju na stałe. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego „Ukraińcy na polskim rynku pracy: doświadczenia, wyzwania i perspektywy” przeprowadzonego przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Jeżeli w 2018 roku chęć stałego zamieszkania w Polsce wykazywało 22% pracowników z Ukrainy, to w tym roku – już 33%. Mieszkać w naszym kraju przez kilka lat chciałby z kolej co piąty pracujący w Polsce obywatel Ukrainy (22%).

Badanie pokazuje, że powodem przeprowadzenia się do Polski może być przede wszystkim wyższa jakość życia w naszym kraju – takiego zdania jest 46% respondentów. Wyższe zarobki niż na Ukrainie to argument dla co trzeciego ukraińskiego pracownika, a ponad 36% ankietowanych do długookresowej migracji przekonuje lepsza perspektywa dla dzieci. Większość uczestników badania (52%) potwierdziła wpływ przyspieszenia procedury uzyskania zezwolenia stały pobyt na ich decyzję w sprawie pozostania w Polski.

Zgodnie z raportem, 27% pracujących w Polsce obywateli Ukrainy rozważa otwarcie w naszym kraju własnego biznesu. Przedsiębiorczy Ukraińcy najczęściej wybierają na swój potencjalny biznes branże takie jak usługi oraz handel – po 22% (spośród tych, którzy planują własną działalność). Niemal trzy razy mniej respondentów własną firmę otworzyłoby w kulturze i rozrywce, rolnictwie, logistyce, transporcie i magazynowaniu, budownictwie oraz w hotelarstwie i gastronomii.

Ponad 38% uczestników badania oświadczyło, że liczy na otrzymywanie polskiej emerytury, jednocześnie niemal tyle samo (37%) poinformowało, że nie liczy na tego typu świadczenia. Zamieszkać w Polsce po osiągnięciu wieku emerytalnego planuje z kolei 27% respondentów, zaś 37% wyklucza taką opcję.

Według zebranych danych, prawie  39% pracujących w Polsce obywateli Ukrainy planuje sprowadzenie do Polski swojej rodziny. Ponadto, niemal 2/3 ankietowanych chciałoby, aby nad Wisłą studiowały ich dzieci, zaś blisko 45% badanych chciałoby, aby ich dzieci zamieszkały w naszym kraju na stałe.

Autorzy badania także podkreślają, że Ukraińcy coraz chętniej integrują się z obywatelami Polski, co przekłada się na pozytywny wzrost relacji towarzyskich. Zawarcie znajomości koleżeńskich lub przyjacielskich z Polakami zadeklarowało prawie 50 procent respondentów (wzrost o 1/3 w stosunku do ubiegłego roku).

Badanie socjologiczne „Ukraińcy na polskim rynku pracy: doświadczenia, wyzwania i perspektywy” zostało przeprowadzone w dniach 17 kwietnia – 31 maja 2019 roku przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Metodą bezpośrednich wywiadów indywidualnych przebadanych zostało 855 obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski w celu podjęcia pracy.

Stabilny rozwój GK GPW dzięki dywersyfikacji biznesu w obszarze finansowym i towarowym

  • Grupa Kapitałowa GPW rozpoczyna współpracę z bałtycką–fińską giełdą gazu GET Baltic
  • IRGiT, izba rozliczeniowa  z Grupy Kapitałowej GPW, podpisała 16 września 2019 r. w Wilnie umowę z bałtycko-fińską giełdą gazu GET Baltic na świadczenie usług doradczych
  • Zakres usług IRGiT obejmuje opracowanie systemu zarządzania ryzykiem oraz modelu zabezpieczeń i rozliczeń dla giełdy gazu prowadzonej przez GET Baltic dla Litwy, Łotwy i Estonii, a od 1 stycznia 2020 r. także dla Finlandii
  • Grupa Kapitałowa GPW obecnie koncentruje się na dalszej dywersyfikacji biznesu

Grupa Kapitałowa GPW obejmuje najważniejsze instytucje rynku kapitałowego i towarowego w Polsce. Działalność GK GPW jest zdywersyfikowana i obejmuje rynek finansowy oraz rynek towarowy. GK GPW prowadzi platformy obrotu akcjami, obligacjami skarbowymi i korporacyjnymi, instrumentami pochodnymi, energią elektryczną i gazem ziemnym oraz dostarcza indeksy i wskaźniki referencyjne. W ubiegłym roku agencja indeksowa FTSE Russell zakwalifikowała polski rynek kapitałowy do grona rynków rozwiniętych, a Polska znalazła się w gronie 25 najbardziej rozwiniętych gospodarek na świecie. Strategia Grupy #GPW2022 zakłada rozwój linii biznesowych, w tym rynku energii elektrycznej i gazu, oraz dalszą dywersyfikację działalności poprzez otwieranie nowych segmentów rynku. Umowa pomiędzy izbą rozliczeniową IRGiT oraz litewską giełdą gazu GET Baltic wpisuje się w działania strategiczne GK GPW.

Celem współpracy jest stworzenie optymalnego modelu zabezpieczeń i rozliczeń oraz systemu zarządzania ryzykiem dla prowadzonych przez GET Baltic rynków spotowych i terminowych gazu. GET Baltic prowadzi giełdę gazu ziemnego obsługującą regionalny handel na obszarach rynkowych na Litwie, Łotwie, w Estonii, a od 1 stycznia 2020 r. także Finlandii. We wszystkich czterech krajach obowiązuje jednolity zbiór zasad dotyczących handlu i rozrachunku, toteż nowy model zabezpieczeń i rozliczeń pozwoli wprowadzić europejskie standardy, a także obniżyć wysokość kapitału niezbędnego do zawierania transakcji, zwiększając efektywność i płynność obrotu w całym regionie krajów bałtyckich i Finlandii.

Integracja rynków gazu w regionie bałtyckim jest procesem mającym na celu połączenie rynków gazu w jednolite obszary bilansujące. Przebiega ona na wielu poziomach: infrastrukturalnym, regulacyjnym i handlowym. Polska posiadając centralne położenie w niedalekiej perspektywie zyska fizyczne połącznia przez Baltic Pipe z Danią i Szwecją oraz przez rurociąg GIPL z Litwą, Łotwą, Estonią i Finlandią. Dzięki temu powstaną nowe możliwości dla rozwoju handlu transgranicznego i budowy płynnego regionalnego rynku gazu. Idealnie we wszelkie działania integracyjne wpisuje się projekt „Hubu gazowego“, który w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju został określony jako „(…) centrum przesyłu i handlu gazem dla państw Europy Środkowej i Wschodniej oraz państw bałtyckich“.

Rynki czekają na spotkanie FOMC

Spotkanie EBC w minionym tygodniu przełożyło się na wyraźne podbicie zmienności na rynku walutowym. W tym tygodniu z podobną uwagą inwestorzy będą przyglądać się decyzjom banku centralnego po drugiej stronie Atlantyku.

W ostatnich tygodniach największą uwagę na rynkach finansowych przykuła wyraźna korekta na rynku długu. Panika związana z perspektywą niekończącej się akomodacji światowych banków centralnych sprawiła, że kilka tygodni temu rentowności amerykańskich „dziesięciolatek” zeszły poniżej poziomu 1,5%. Inwestorzy masowo skupowali wówczas obligacje. Po pewnym czasie rynki zorientowały się jednak, że recesja na skalę światową nie jest tak bliska, jakby to się mogło wydawać, stąd masowe skupowanie obligacji zastąpiła ich masowa wyprzedaż. Od początku września rentowności 10-letnich obligacji skarbu USA wzrosły o ok.  0,5 p.p. W obliczu rosnących rentowności obligacji, jak zazwyczaj w takiej sytuacji, słabo radził sobie się jen japoński. Co istotne, dolar amerykański nie otrzymał znacznego wsparcia ani ze strony rozszerzającej się różnicy między rentownościami w USA i na Starym Kontynencie, ani w związku z ogłoszeniem luzowania polityki pieniężnej ze strony EBC, do czego doszło w zeszłym tygodniu. W minionym tygodniu dobrze radziły sobie natomiast waluty rynków wschodzących.

W tym tygodniu inwestorzy skupią się na spotkaniach banków centralnych. W środę czeka nas decyzja Rezerwy Federalnej o poziomie stóp procentowych. Rynki finansowe z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością oczekują obniżki o 25 punktów bazowych. W czwartek odbędzie się natomiast spotkanie Banku Anglii, które nie powinno jednak przynieść informacji mających istotny wpływ na rynek. W czwartek będzie miało miejsce również spotkanie Banku Japonii. Co tyczy się informacji makroekonomicznych, w tym tygodniu poznamy dane o dynamice cen w Japonii oraz Wielkiej Brytanii.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień umocnieniem w relacji do dwóch głównych walut. Umocnienie złotego wpisywało się w zachowanie walut rynków wschodzących.

W kontekście minionego tygodnia warto wspomnieć o spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej. Retoryka prezesa Glapińskiego i towarzyszących mu podczas konferencji członków RPP (gołębi) sugerowała, że stopy procentowe – pomimo wyższej inflacji – w najbliższym czasie powinny pozostać niezmienione. Co tyczy się samej inflacji – dane z ubiegłego tygodnia pokazały, że inflacja CPI w sierpniu znalazła się na poziomie 2,9%, nieco wyższym niż wcześniej szacowano.

Najbliższe dni przyniosą masę informacji z Polski za poprzedni miesiąc. Złoty najpewniej cały czas będzie jednak reagował przede wszystkim na zmianę sentymentu do ryzyka.

GBP

Funt brytyjski nie przestaje zyskiwać ze względu na malejące prawdopodobieństwo tzw. Brexitu bez umowy. Brytyjski parlament przyjął akt, w którym Izba Gmin nakazała gabinetowi urzędującego premiera Borisa Johnsona podjęcie działań mających na celu oddalenie możliwość tzw. no dealu, poprzez złożenie wniosku o przedłużenie terminu Brexitu. Obecnie bukmacherzy szacują szanse na wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez umowy regulującej stosunki kraju z Unią na ok. 20%, czyli około dwukrotnie mniej niż kiedy ryzyko takiego scenariusza było w szczytowym punkcie. Utrzymywana przez nas od dłuższego czasu opinia zgodnie z którą kwestia Brexitu nie zostanie rozwiązana bez przeprowadzenia wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii wydaje się stawać scenariuszem bazowym.

W danych makroekonomicznych z Wielkiej Brytanii nadal nie obserwujemy sygnałów katastrofalnego spadku zaufania biznesu, który byłby spowodowany Brexitem. W związku z rosnącymi szansami na uniknięcie „no dealu” niewykluczone, że szterling jeszcze nieco zyska w kolejnych tygodniach.

Co tyczy się najbliższego spotkania Banku Anglii, uważamy, że decydenci jedynie powtórzą dotychczasowe komunikaty. Dopóki kwestia Brexitu nie zostanie jednoznacznie zamknięta, bank centralny nie powinien dzielić się informacjami dotyczącymi polityki monetarnej.

EUR

Ostatnie spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego miało mieszane skutki. Z jednej strony, zarówno skala obniżek stóp procentowych, jak i uruchomionego ponownie programu luzowania ilościowego okazała się być mniejsza, niż oczekiwały tego rynki finansowe. Z drugiej strony EBC zdecydowało o tym, że nowy program QE nie będzie miał precyzyjnie określonej daty końcowej – luzowanie ilościowe ma trwać tak długo, dopóki dynamika cen w strefie euro nie zbliży się do celu inflacyjnego EBC. Decyzja Rady Prezesów spotkała się ze sprzeciwem bardziej „jastrzębich” członków organu decyzyjnego EBC i wygląda na to, iż to właśnie na tym aspekcie ostatniego spotkania postanowiły skupić się rynki finansowe – po spotkaniu banku centralnego euro doświadczyło umocnienia w parze z dolarem amerykańskim.

Poprzeczka, której przekroczenie będzie warunkować dalsze luzowanie polityki monetarnej w strefie euro zdaje się znajdować bardzo wysoko. Powinno to być czynnikiem pozytywnym dla euro, zwłaszcza jeśli pogłoski o luzowaniu fiskalnym w „rdzeniu” strefy euro obrócą się w faktyczne działania o mającej znaczenie skali.

USD

Ostatni wzrost rentowności obligacji rządu USA, który znacznie przewyższał tempem ten notowany w pozostałych krajach G10, nie przełożył się na umocnienie dolara amerykańskiego. W kontekście amerykańskiej waluty istotne będzie najbliższe spotkanie Rezerwy Federalnej. Obniżce stóp nie sprzyjają zwłaszcza ostatnie odczyty bazowej dynamiki cen, które wskazują na wyraźny wzrost bazowej dynamiki cen. Inflacja bazowa, przy której wyliczaniu nie bierze się pod uwagę wahań cen żywności i energii, od 18 miesięcy znajduje się powyżej celu inflacyjnego Fed. Obniżka stóp procentowych Fed wydaje się pewna, stąd dla rynków kluczowym będą szczegóły dotyczące spotkania, a zwłaszcza reakcja jastrzębi na wspomniany wzrost inflacji bazowej w USA.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Wzrost płacy minimalnej aż o 15% oraz zapowiadane zniesienie limitu 30-krotności, przełożą się na dalszy wzrost inflacji

W świetle dzisiejszego komunikatu GUS, inflacja w sierpniu 2019 wyniosła 2,9% r/r. Oznacza to rewizję szybkiego wyniku podanego na koniec sierpnia o 0,1 pkt proc. w górę. W horyzoncie miesięcznym poziom cen nie zmienił się. Dynamika cen trzeci miesiąc z rzędu utrzymuje się na poziomach przekraczających cel inflacyjny NBP (2,5%). 2,9% mieści się jednak w graniach odchyleń od celu inflacyjnego (1,5%-3,5%), a ostatnie posiedzenie RPP potwierdza, że nie są to jeszcze poziomy, przy których należałoby oczekiwać zmiany stóp procentowych. Jak jednak pokazujemy zapowiedzi rządu z przełomu sierpnia i września zmieniają warunki funkcjonowania przedsiębiorstw z mocą huraganu Dorian, co nie pozostanie bez znaczenia dla inflacji w kolejnych miesiącach.

Jak podaje GUS, w horyzoncie roku największy wpływ na sierpniową inflację miała silnie drożejąca żywność, a korekta jej cen w ostatnim miesiącu była jedynie symboliczna (-0,3%). W tej kategorii niezmiennie odczuwalny jest wzrost cen produktów zbożowych, w tym pieczywa (9,4% r/r, 0,3% m/m) i mąki (8,0% r/r z korektą miesięczną -0,3%), mięsa (którego wzrosty windowała wieprzowina i wędliny – odpowiednio 12,8% oraz 7,2% r/r), a także warzywa drożejące o 34,8% względem sierpnia 2018 (-3,3% m/m) i owoce (7,3% r/r, 0,4% m/m). W dość oczywisty sposób narzuca się obserwacja, że zdrożały produkty, które dominują w koszykach uboższych gospodarstw. W ich przypadku wzrost cen problematyczny jest w dwójnasób. Po pierwsze, niewiele kategorii odnotowało spadki – stąd trudno o tańsze substytuty zazwyczaj kupowanych dóbr. Po drugie, dla tej grupy możliwość elastycznej zamiany na droższe odpowiedniki, których ceny stały się względnie korzystniejsze, jest ograniczona.

Druga największa kategoria w koszyku, tj. użytkowanie mieszkania i ceny energii, odnotowała wzrost w horyzoncie rocznym rzędu 1,9% (0,2% m/m), na co w ponadprzeciętnym stopniu przełożyły się wywóz śmieci (27,1% r/r, 2,6% m/m), czynsze (4,8% r/r, 0,3% m/m) oraz usługi kanalizacyjne (4,2% r/r, 0,2% m/m). Nośniki energii potaniały w horyzoncie rocznym (-1,4%) – tu natomiast należy jednoznacznie powiedzieć, że zamrożenie cen jest zabiegiem przejściowym i tym bardziej dotkliwy będzie powrót do cen rynkowych w 2020 roku. W przypadku transportu – inaczej niż w ostatnich miesiącach – inflację napędziły usługi transportowe (5,9% r/r, 14,7% m/m), podczas gdy paliwa w ostatnim miesiącu potaniały.

Na uwagę zasługuje fakt, że usługi drożeją dwukrotnie szybciej niż towary (4,3% względem 2,3% r/r). Dotyczy to zarówno usług, na które zapotrzebowanie zgłaszają gospodarstwa niezależnie od majętności, tj. usługi lekarskie (5,7% r/r), fryzjerskie i pielęgnacyjne (5,5%), stomatologiczne (3,5%), jak i te typowe dla koszyków gospodarstw lepiej sytuowanych, np. turystyka zagraniczna (8,4%) czy gastronomia i hotelarstwo (4,7%).

O tym że wzrosty cen usług (a także towarów przetworzonych) utrzymają się na wysokim poziomie w kolejnych miesiącach, przesądziła przedwyborcza rzeczywistość. Ich źródłem będzie w największym stopniu znaczny i niespodziewany w skali wzrost kosztów pracy w 2020 roku. Złoży się nie niego wzrost płacy minimalnej o 15% oraz zapowiadane zniesienie limitu 30-krotności, szczególnie odczuwalne dla pracodawców w branżach o wysokiej wartości dodanej. Z uwagi na sposób komunikacji tych zmian (bagatelizowanie letnich posiedzeń Rady Dialogu Społecznego) oraz przedwyborczą licytację na wysokość wynagrodzenia minimalnego, prawdopodobieństwo, że ceny będą dostosowywane już od jesieni (a nie z początkiem roku) rośnie. Będzie to sposób przeciwdziałania bankructwom w sektorach o niskich marżach.

Komentarz dr Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Wzrost cen w Polsce, inflacja nie zwalnia

Polityka gospodarcza oparta na konsumpcji prowadzi do jednej nieuchronnej sytuacji: wzrostu inflacji. Potwierdzeniem tej tezy może być obecny stan rzeczy w naszym kraju. Pytanie, jak to wpłynie na decyzję RPP w sprawie stóp procentowych w nadchodzących miesiącach. Odczyty inflacyjne w pewnym sensie zawężają możliwość obniżek stóp procentowych. Nie zmienia to faktu, że w dalszym ciągu w samej Radzie znajdziemy zwolennika cięć.

Inflacja nie zwalnia

W piątek poznaliśmy dane na temat wzrostu cen w Polsce. Rosną one w ujęciu rocznym o 2,9%. Analitycy spodziewali się symbolicznie niższego wyniku. Ten poziom inflacji ma jeden podstawowy problem: w przyszłym roku uwolnione zostaną ceny prądu. Może to spowodować skokowy wzrost kosztów energii elektrycznej, a tym samym inflacja może jeszcze bardziej przyspieszyć i przekroczyć cel inflacyjny określony na 2,5% z marginesem +/- 1%. Dlaczego to takie ważne? Kolejne gospodarki wchodzą w fazę obniżek stóp procentowych, a im niższe stopy, tym więcej pieniądza w obiegu. To z kolei powoduje, że przy stałej ilości dóbr na rynku ich ceny wzrastają. Jaki w takim razie ma to wpływ na rynek walut? Jeżeli inne kraje będą obniżać stopy, a Polska się do nich nie przyłączy, to kapitał poszukujący bezpiecznych inwestycji powinien płynąć do naszego kraju szerszym strumieniem. Spowoduje to umacnianie się złotego względem innych walut. Nie możemy oczywiście wykluczyć, że pod naciskiem polityków i tak obniżymy stopy procentowe, nie zważając na ryzyka inflacyjne.

Dane z USA

W piątek zza oceanu napłynęły informacje o najnowszych amerykańskich odczytach:  sprzedaży detalicznej, cen importu i eksportu oraz raport Uniwersytetu Michigan. Sprzedaż detaliczna zwalnia, ale nie w tempie prognozowanym przez analityków. Wynik wynosi 0,4%, a konsensus rynkowy mówił o 0,2%. Natomiast ceny importu i eksportu spadają szybciej od oczekiwań. Lepiej wypadł indeks Uniwersytetu Michigan, który wskazał 92 pkt wobec przewidywanych 90,7 pkt. Dane te spowodowały umocnienie się dolara po tym, jak dotarł do swoich minimów względem euro od końca sierpnia.

Gorąco na Półwyspie Arabskim

Już wielokrotnie doświadczyliśmy, że gwałtowne wzrosty cen surowców są znacznie łatwiejsze do osiągnięcia niż ich spadki. Udowodnił to również weekendowy zamach na rafinerię w Arabii Saudyjskiej. Na razie do zamachu przyznali się wspierani przez Iran jemeńscy Huti, co tylko podnosi niemałe już napięcia w regionie. Planowane spotkanie amerykańskiego przywódcy Donalda Trumpa z prezydentem Iranu Hasanem Rowhanim w kuluarach sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ stanęło pod dużym znakiem zapytania. Spadek światowej produkcji ropy wynosi 5%. Reakcja rynków była bardzo silna. Przez moment ropa drożała około 15%, teraz stabilizuje się ok. 10% wzrost cen.

W Japonii dzień wolny, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Hakerzy za linią końcową boiska – komentarz Ireneusza Wiśniewskiego dot. cyberzagrożeń największych widowisk sportowych

We wrześniu w Japonii wystartuje Puchar Świata w Rugby – test dla japońskich służb cyberbezpieczeństwa przed Olimpiadą w Tokio. Będzie to jedno z najbardziej zaawansowanych technologicznie sportowych wydarzeń na świecie angażujących miliony ludzi: kibiców, widzów, administrację wysokiego szczebla, zawodników i organizacje oraz duży biznes – sponsorów. Zagrożenia dla wydarzenia tej rangi są adekwatne do grup uczestników. Obok cyberprzestępczości będziemy mieli do czynienia także z cyberterroryzmem i cyberszpiegowstwem. Podobnie dzieje się na wszystkich międzynarodowych wydarzeniach sportowych.   

Olimpiada w Londynie z 2012 r.[1] przyniosła 55 mln wyszukań w przeglądarkach, ponad 100 mln unikalnych użytkowników oficjalnego portalu oraz dwukrotnie więcej zapytań o wideo z wydarzenia niż dla wcześniejszych widowisk tej rangi. Służby cyberbezpieczeństwa zablokowały wtedy 200 mln złośliwych zapytań. Ostatni Puchar Świata w Rugby to w liczbach 270 mln wyświetleń wideo i 2,8 mln pobrań oficjalnej aplikacji. Tegoroczny ma przynieść kolejne rekordy w wielkości ruchu – w końcu możliwości przesyłowe w sieci ciągle rosną.

Nadchodzący Puchar w Japonii oznacza też 1,8 miliona biletów, które zmieniają swojego właściciela, co wiąże się z przepływem ogromnych ilości danych osobowych i finansowych. W ostatnich Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w 2018 r. największe zagrożenia stanowił pishing i zabiegi socjotechniczne. Podobnie teraz, kibice rugby są narażeni na scam wykorzystujący m.in. oficjalny branding zawodów. Mamy do czynienia z fałszywymi aplikacjami z oficjalnym logotypem, oszustwami bukmacherskimi, fałszywymi biletami i atakami iniekcyjnymi celującymi w dane kart kredytowych. Z doświadczeń londyńskich wiemy, że hakerzy szukali okazji w operacjach związanych z obrotem biletami, zakwaterowaniem, obsługą i wsparciem imprezy. Tuż za linią głównych zagrożeń plasowały się nielegalne strony streamingowe, które znowu aktywują się w Japonii.

Infrastruktura krytyczna i cyberszpiegostwo

Wydarzenia tej rangi przyciągają uwagę cyberterrorystów, hacktywistów. Możliwe wyłączenia prądu, zakłócenia pracy infrastruktury krytycznej, z komunikacyjną włącznie, w imię protestu lub szantażu mogą stanowić, obok dotkliwych finansowych, najgroźniejsze – fizyczne zagrożenie np. podczas ceremonii otwarcia, zawodów albo oficjalnych imprez towarzyszących.

Do zdobycia wartościowej informacji ruszą cyberszpiedzy, ponieważ digitalizacja znanego nam świata przebiega także na poziomie korporacyjnym i rządowym. Według Verizon Data Breach Investigations Report (VDBIR)[2] niedawno odnotowano gwałtowny wzrost liczby naruszeń przeprowadzanych przez podmioty identyfikowane jako państwowe lub powiązane z państwami. Wskaźnik ten wzrósł do 23% w bieżącym raporcie z 12% wszystkich analizowanych naruszeń w ubiegłym roku. Gdy walutą stają się dane, ich pozyskanie, od tajemnic handlowych i przemysłowych, po dane treningowe zawodników, może zbudować przewagę narodową albo korporacyjną. Cyberszpiegostwo będzie przy okazji Pucharu powodem wzmożonej aktywności hakerów[3].

Pośród chronionych tajemnic znajdują się te dotyczące drużyn sportowych, które coraz częściej wykorzystują IoT czy wearables, do opracowania taktyki gry z dostępnych danych z treningów i zawodów w czasie rzeczywistym. Zidentyfikowane przez Interpol jako największe zagrożenie podczas imprez sportowych urządzenia Internetu Rzeczy, mogą być przejęte przez hakerów (thingboty) i wykorzystane jako sieć (botnet) do ataków np. DDoS.

Próbne rozgrywki w Japonii

Na początku tego roku japoński Krajowy Instytut Technologii Informacyjnych i Komunikacyjnych (NICT) przeprowadził kontrolę ok. 200 milionów połączonych do sieci urządzeń IoT (takich jak routery, kamery internetowe czy sprzęt AGD) w celu sprawdzenia ich podatności na ataki. Jeśli udało im się połączyć z jakimś urządzeniem (np. poprzez popularne lub domyślne dane uwierzytelniania), organizacja kontaktowała się z właścicielami w celu poprawy bezpieczeństwa. To bardzo potrzebna inicjatywa. Urządzenia IoT domyślnie często stawiają na pierwszym miejscu wygodę użytkownika, a nie bezpieczeństwo.

Linia obrony

Mistrzostwa świata są dobrą okazją do nagłośnienia problemu cyberbezpieczeństwa i podjęcia działań prewencyjnych. Pomagają w tym najnowsze technologie, np. rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję analizujące ruch w czasie rzeczywistym. Dotąd niezauważalne, nietypowe zachowania i anomalie, dzięki SI są teraz możliwe do wykrycia. Niezbędne jest stosowanie zabezpieczeń na każdym poziomie: w punkcie końcowym, w warstwie aplikacji i infrastrukturze. Aplikacje wymagają spójnych, inteligentnych i elastycznych zasad niezależnie od tego, gdzie się znajdują (lokalnie, w chmurze lub w środowisku multi-cloud). Rekomendacje od naszego F5 Labs dla zagrożenia ze strony thingbotów, to przede wszystkim uwzględnienie najbardziej szkodliwych ataków ofensywnych. Przeciw DDoS najskuteczniejszą ochronę zapewni cloud scrubbing analizujący ruch IP i odsiewający sztucznie wygenerowany ruch, wskazujący na potencjalny atak. Kolejne rozwiązania to firewalle nastawione na wykrywanie botów i kontrolę ruchu.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

[1] https://www.ipa.go.jp/files/000037535.pdf

[2] https://enterprise.verizon.com/resources/reports/dbir/

[3] Dla japońskich Igrzysk Olimpijskich podobne prognozy wskazuje raport RAND: jako jedno z największych zagrożeń cyberbezpieczeństwa definiuje aktywność zagranicznych służb wywiadowczych.

Branża transportowa bez cyfrowych rozwiązań nie da sobie rady

Zgodnie z danymi zawartymi w raporcie OECD, szacuje się, że do 2050 roku,  ilość  ładunków przewiezionych transportem drogowym ma być nawet trzy razy większa niż dotychczas. To właśnie branża transportowa jest jedną z tych, która rozwija się najszybciej w Polsce i Europie.  Przewidywania są takie, że w  najbliższych latach nadal popyt na te usługi będzie rósł średnio o 3,5 proc. rocznie.[1] Jednak, aby przedsiębiorcy mogli w pełni wykorzystywać swój potencjał, potrzebują nowych rozwiązań. Automatyzacja branży, optymalizacja tras, dzielenie się ciężarówkami oraz stały dostęp do magazynów są niezbędne do tego, by mówić   o lepszej wydajności transportu drogowego. Obecnie jednak tylko 29 proc. firm wykorzystuje swoje zasoby na sto procent możliwości. Według PwC procent ten może wzrosnąć nawet do 78 w 2030 roku, jeżeli zostaną wprowadzone autonomiczne ciężarówki, które będą w stanie zredukować dotychczasowe bariery rozwoju. Jednak czy to jedyne rozwiązanie, by usprawnić sektor TSL?

Nowe rozwiązania potrzebne od zaraz

Brak optymalizacji przewozów doprowadza do tego, że 1/3 ciężarówek  jeździ „na pusto”.[2] Integracja narzędzi, służących do zarządzania trasami przejazdów, to gwarancja podnoszenia wydajności w branży transportowej. Dlatego też wprowadzanie coraz to nowszych systemów analitycznych i rozwiązań, bazujących na technologii GPS, okazuje się niezbędne. Aplikacje TMS (Transport Management Services) pomagają m.in. określić, jakie są długości trasy i czas jazdy, szacują godziny spędzone na rozładunkach i załadunkach oraz ilość przystanków rozładunkowych. Uwzględnia tym samym wszelkie ograniczenia związane z czasem pracy kierowcy i obowiązkowymi przerwami od niej. Dodatkowa możliwość konsolidacji i podziału zleceń transportowych umożliwia łączenie dostaw i pobrań z różnych zleceń. Pozwala ograniczyć puste przebiegi – komentuje Łukasz Włoch, ekspert główny Ogólnopolskiego Centrum Zarządzania Kierowców, OCRK.

Dzięki digitalizacji procesów operacyjnych w branży, firmy nie tylko zwiększają swoje przychody, ale także przekształcają usługi i upraszczają procesy i modele biznesowe. Tradycyjny schemat transportu drogowego osiągnął swoje limity w zakresie wydajności i produktywności, dlatego tylko innowacyjne podejście do tych zagadnień pomoże rozwiązać problemy związane z ograniczonymi zasobami przewoźników, wzrostem kosztów i wymaganiami konsumentów. To szczególnie ważne, tym bardziej, że udział polskich transportowców w Unii Europejskiej jest znaczący. Zgodnie z danymi GUS wielkość przewiezionych ładunków przez Polskę stanowiła 17,5 proc. ogólnych przewozów Unii Europejskiej, zajmując dzięki temu pierwsze miejsce wśród krajów członkowskich. Tuż za nami są Niemcy i Hiszpania przekonuje Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo.[3]

Rozwiązania telematyczne są doceniane przez większość przewoźników. Na przykład z badanie przeprowadzone przez Inelo, producenta inteligentnych rozwiązań dla transportu w tym GBOX,  wynika, że dzięki telematyce 53 proc. przedsiębiorców zauważyło znaczącą redukację pustych przebiegów, a połowa respondentów wzrost wykorzystania floty na poziomie 10-30 proc.

Oszczędność i komfort

Istotnym krokiem w stronę pełnej automatyzacji  branży transportowej są platformy cyfrowe, które mają wspierać pracę truckerów. Raport „Bariery w transporcie drogowym 2018”, wskazuje, że powszechniejsze zastosowanie automatyzacji w TSL pozwoli na redukcję kosztów i czasu potrzebnego do realizacji przewozów. Znaczącym krokiem dla Polski w tej sprawie było podpisanie Protokołu dodatkowego do Konwencji o umowie międzynarodowego przewozu drogowego towarów (CMR). W związku z tym, od 11 września Polska będzie stosować elektroniczny list przewozowy tzw. eCMR i dołączy tym samym do licznej grupy członków, którymi są m.in. Czechy, Dania, Turcja, Hiszpania, Bułgaria, Białoruś, Rumunia i Słowacja.

Sygnatariusze umowy mają nie tylko możliwość obniżenia kosztów przewozu towarów i skrócenia czasu wykonywania przesyłek. Elektroniczna forma listu jest też bezpieczniejsza w użyciu i łatwiejsza w przekazywaniu między poszczególnymi stronami zlecenia, niż jego papierowa wersja. Szacuje się, że przygotowanie eCMR zajmuje aż o 70 proc mniej czasu, niż jest to w przypadku wystawienia papierowego dokumentu. Stosowanie elektronicznego listu przewozowego przyczynia się w dużej mierze do zwiększenia potencjału i konkurencyjności polskiej gospodarki na rynku Unii Europejskiej. Pozwala też władzom na większe możliwości kontroli łańcucha dostaw, a to bardzo ważne, w przypadku przesyłek wrażliwych typu SENT, podlegających szczególnemu monitoringowi – wyjaśnia Łukasz Włoch z OCRK.

Ponadto od 2021 roku w Polsce ma obowiązywać nowy Krajowy System Poboru Opłat, który będzie umożliwiał płatności smartfonem. Opłaty pobierane będą za pomocą systemów satelitarnych, które pracują na podstawie nowoczesnych rozwiązań – 5G i Big Data. System ma być zintegrowany z innymi platformami w krajach UE. Ważną funkcją nowego rozwiązania jest możliwość przechowywania wrażliwych danych na terenie Polski, a tańsze opłaty i mniejsze ryzyko zatorów na bramkach mają niwelować dodatkowe problemy. Podobne systemy elektroniczne stosowane są od 2018 w Belgii, a także w Austrii, Hiszpanii, Portugalii, czy na Węgrzech.

Co dalej?

Wprowadzenie systemów elektronicznych w transporcie staje się powoli obowiązkiem. Europejskie Badanie Transportu Drogowego 2018 podaje, że ponad 2/3 przewoźników uważa, że biznes będzie się dalej rozwijał, tylko dzięki użytkowaniu systemów IT.[4] Stają się one jedyną szansą na ograniczanie zbędnych przerw i całkowite wykorzystanie pojazdów, bez pustych przebiegów. Ponadto pomogą w pełni zoptymalizować przestrzeń załadunkową dodaje Bartosz Najman, wiceprezes OCRK, Inelo. Zdecydowanie dużą rolę odegrają tu wydatki B2B na technologię i aplikacje oraz rozwiązania, bazujące na Internecie Rzeczy, które mają sięgać 250 mld euro. Wiodącą rolę w planowanym budżecie ma odgrywać transport i logistyka. Do 2020 roku nakład w tej branży ma stanowić 40 mld euro.[5]

[1] Raport OECD, ITF Transport Outlook 2017: https://read.oecd-ilibrary.org/transport/itf-transport-outlook-2017_9789282108000-en#page9, https://trans.info/pl/jaka-bedzie-struktura-transportu-towarowego-w-2050-roku-przewozy-drogowe-beda-rosly-137440

[2] Logistyka.net: https://www.logistyka.net.pl/aktualnosci/transport-i-spedycja/item/90004-digitalizacja-w-sektorze-transportowym-i-redukcja-emisji-co2

[3] Dane GUS Transport- wyniki działalności 2017: file:///C:/Users/Patrycja%20Jurek/Downloads/transport_wyniki_dzialalnosci_w_2017%20(4).pdf

[4] Europejskie Badanie Transportu Drogowego 2018: https://www.mercareon.com/fileadmin/Structure_images_TYPO3/files/Report/PL/Dostepnosc_Stawki_Technologia_Europejskie_Badanie_Transportu_Drogowego_2018_Raport_Transporeon.PDF

[5] Raport „B2B Global IoT Analysis” – Boston Consulting Group: http://spedycje.pl/logistyka/46426/5_trendow_ktore_zdominuja_transport_w_2019_roku.html