Polski złoty odrabia straty po ostatnich ruchach na rynku. Nie wiadomo, gdzie może nas to doprowadzić, ale wielu inwestorów spogląda przychylniej na polską walutę. Nie przeszkadzają im nawet ryzykowne i kosztowne obietnice wyborcze faworytów w wyborach parlamentarnych.
Złoty mocniejszy
Ostatnie dni to z pewnością chwila oddechu dla osób zainteresowanych zakupem walut. Zdaniem ekspertów jest to korekta po ostatnich gwałtownych wzrostach. Mniej szczęśliwi są z pewnością eksporterzy. Jednak także oni, patrząc na kursy w dłuższej perspektywie, nie mogą narzekać. Frank ku uciesze kredytobiorców staniał z 4,04 zł, widzianego jeszcze na początku września, do 3,97 zł. Euro, które niedawno ocierało się o 4,40 zł, teraz spadło poniżej 4,34 zł. Dolar z poziomu niemal 4 zł dotarł do 3,93 zł. W analizie pomijamy funta, którego kurs był ostatnio kształtowany głównie przez niespodziewane zwroty akcji i chaos związany z brexitem.
Ile ma wynosić płaca minimalna?
Ostatnia konwencja partii rządzącej spowodowała duże poruszenie wśród komentatorów. Chodzi głównie o deklarację dotyczącą gwałtownego wzrostu płacy minimalnej. Samo jej podnoszenie nie jest żadną niespodzianką, ponieważ postulat jej zwiększenia do 50% średniego wynagrodzenia był już przedstawiany wcześniej. Problem w tym, że zapowiedzi na kolejną kadencję przekraczają nawet ten sam w sobie ambitny cel. O ile dotychczasowe podnoszenie płacy minimalnej faktycznie nie miało zbyt negatywnego wpływu na rynek pracy (a tym straszyła część ekonomistów), o tyle trudno powiedzieć, co przyniesie bardziej radykalne podejście. Zapowiadany wzrost do 4000 zł w 2023 roku spowoduje, że osiągnie ona (zakładając obecne, wysokie tempo wzrostu płacy średniej) niemal 60% średniego wynagrodzenia. Ekonomistom trudno ocenić w tej chwili, jak ten eksperyment może się zakończyć, gdyż w krajach OECD najwyższy wskaźnik oscyluje obecnie około 52%. Na czym polega ryzyko? Zbyt wysoka płaca minimalna może wepchnąć pracowników w szarą strefę, a to nie przyniesie korzyści budżetowi państwa. Mimo wielu wątpliwości analitycy wciąż patrzą na złotego przychylnym okiem.
Amerykański rynek pracy zaskakuje
Bezrobocie w Stanach Zjednoczonych wciąż, zgodnie z oczekiwaniami, znajduje się na bardzo dobrym poziomie, wynosząc jedynie 3,7%. Za problem można jednak uznać zdecydowanie mniejsze od prognoz zmiany zatrudnienia. Jest to szczególnie widoczne w sektorze prywatnym, gdzie wynik był poniżej ⅔ przewidywań. Parametr ten informuje, ile miejsc pracy przybywa lub ubywa. Obecnie w ciągu miesiąca przybyło 96 tysięcy, a oczekiwania mówiły o aż 150 tysiącach. Analitycy zawsze mocno wyczekują tych danych, ponieważ pozwalają one spojrzeć dalej w możliwą przyszłość rynku pracy, niż tylko prosty wskaźnik stopy bezrobocia. W tym kontekście wyraźnie lepiej od oczekiwań wypadła Kanada, co spowodowało silne wzrosty dolara kanadyjskiego.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Powszechność i uporządkowanie to najważniejsze cechy najnowszych zmian w zakresie świadectw pracy. W świetle innych nowych regulacji w Kodeksie pracy (dotyczących np. dyskryminacji, urlopu macierzyńskiego) nie wydają się one aż tak istotne, jednak powinien zainteresować się nimi każdy pracodawca i każdy pracownik. Czy doczekają się oni elektronicznej wersji tych dokumentów?
Nowe zapisy w Kodeksie pracy weszły w życie 7 września 2019r. Zdaniem Agnieszki Biegała Dudek, Starszego Konsultanta Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o. warto przyjrzeć się trzem aspektom zmian:
Uporządkowane działania
– Nowe zapisy dotyczące świadectw pracy cechuje przede wszystkim powszechność. Porządkują one procedury związane z wystawianiem tych dokumentów. Na pracodawców zostają nałożone obowiązki związane z terminowością wydania świadectw pracy, które muszą zostać wypełnione pod rygorem grzywny. Dla pracowników nowe zapisy to z kolei prawo, które warto egzekwować.
Poprawny proces
Paradoksalnie w branży, dla której pracujemy, znacznie większe zainteresowanie wywołują czerwcowe zmiany w zakresie świadectw pracy. Dotyczyły one wzoru świadectwa pracy i usunięcia z niego imion rodziców pracownika. Choć ten fakt może dziwić, jest on związany z tym, że uczelnie wyższe zawierają umowy o zatrudnienie zazwyczaj w ramach semestrów akademickich. Niezależnie od branży, dla każdego pracodawcy liczy się poprawność tych dokumentów.
Krok po e-świadectwa
Rozwój e-dokumentów można zauważyć zarówno na wyższym poziomie „organizacji” (w rozwiązaniach typu Twój e-PIT czy mObywatel), jak i w poszczególnych systemach zarządzania dla firm czy instytucji. Powszechne stają się np. e-zwolnienia czy e-PIT-y, które wraz z innymi elektronicznymi wersjami dokumentów wprowadziliśmy również w oprogramowaniu dla uczelni wyższych. W mojej opinii wprowadzenie elektronicznej wersji świadectw pracy, stworzenie scentralizowanej bazy takich dokumentów i umożliwienie pobierania danych o pracownikach jest tylko kwestią czasu – podsumowuje Agnieszka Biegała Dudek, Starszy Konsultant Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.
Warto pamiętać, że zmiany Kodeksu pracy w zakresie świadectw pracy wydłużyły (z 7 do 14 dni) okres, w którym pracownik może wystąpić do pracodawcy o sprostowanie świadectwa pracy. Pojawił się również zapis mówiąc o terminie wydania tego dokumentu przez pracodawcę. Pracodawca powinien dokonać tego w dniu rozwiązania lub wygaśnięcia stosunku pracy albo pocztą w ciągu 7 dni od tego momentu (gdy nie mógł tego zrobić z przyczyn obiektywnych, czyli np. ostatni dzień zatrudnienia wypadał w niedzielę).
HRS finalizuje fuzję z The Lido Group w Australii / Nowej Zelandii, oferując szerokie portfolio hoteli globalnym i regionalnym firmom. Firmy i agencje rządowe zyskują bardziej efektywny dostęp do ponad 8500 obiektów hotelowych
HRS, wiodący globalny dostawca usług hotelowych w dziedzinie podróży biznesowych, ogłosił połączenie z The Lido Group, wiodącym dostawcą zautomatyzowanych technologii dedykowanym hotelom i branży zakwaterowania w Australii i Nowej Zelandii. Dołączony podmiot, który przyjmie nazwę HRS, oferuje globalnym i regionalnym firmom pełen zakres sprawdzonych usług, oszczędności dzięki automatyzacji procesów i wiedzę ekspercką. Połączenie firm jest zwieńczeniem udanego partnerstwa, które rozpoczęło się od inwestycji mniejszościowej w 2016 r.
The Lido Group ma dumną historię w Australii i Nowej Zelandii. Wprowadzony na rynek w 1987 roku, Lido jest cenionym liderem w zakresie dokonywania rezerwacji i zawierania umów pomiędzy firmami, agencjami rządowymi i ponad 8500 hotelami w swojej sieci. Zautomatyzowane rozwiązania płatnicze Lido, współpracujące ze wszystkimi głównymi dostawcami kart, przynoszą klientom oszczędności wynoszące średnio 70 procent.
HRS i Lido zobowiązują się do dalszego wdrażania bezproblemowych płatności w celu zwiększenia wydajności programów hotelowych. Fuzja ta pomoże osiągnąć dalsze korzyści dla klientów Lido i HRS – od negocjacji hotelowych po rezerwację do płatności – w czasie, gdy przewiduje się wzrost kosztów zakwaterowania w Australii. HRS współpracuje z ponad jedną trzecią 100 najlepszych marek na świecie w tworzeniu i optymalizacji ich programów hotelowych.
„To połączenie to dobra wiadomość dla rynku, który jest coraz bardziej agresywny we wdrażaniu automatyzacji i technologii w celu optymalizacji wydatków hotelowych i zwiększenia zadowolenia podróżujących służbowo” – mówi Ana Pedersen, Dyrektor Zarządzająca HRS Australia / Nowa Zelandia. „To, co wyróżnia tę firmę, to połączenie najnowszych technologii – takiej jak zastrzeżony przez HRS „Recommendation Engine” i rozwiązanie do filtrowania stawek hotelowych „Rate Filter” – z doświadczeniem ponad 60 pracowników z Australii”.
„Nasze rozwiązania płatnicze od dawna są cenione za wydajność i oszczędności, które zapewniły klientom w naszym regionie”, mówi Steve Mackenzie, CEO Lido Group. „HRS dużo inwestuje w swoje platformy płatnicze na całym świecie, co daje ogromne korzyści programom hotelowym firm”.
Zwiększające się wydatki na podróże służbowe oraz ceny hoteli w Australii
Prognozy dotyczące podróży na 2020 r. i kolejne lata dla Australii:
Global Business Travel Association (GBTA) przewiduje, że ceny hoteli wzrosną o prawie pięć procent w przyszłym roku – tylko Indonezja wśród krajów Azji i Pacyfiku odnotuje większy wzrost
GBTA przewiduje, że wydatki na podróże służbowe w Australii będą wzrastać o ponad cztery procent rocznie, z 23,6 mld USD w 2018 r. do 28,9 mld USD w 2023 r.
Znaczna liczba pokoi hotelowych klasy biznesowej zostanie dodana do oferty hotelowej. Ponad 300 nowych obiektów będzie dostępna do rezerwacji online w ciągu najbliższych pięciu lat, co stanowi dodatkowe 45 000 pokoi. Melbourne i Sydney przewidują ponad 10 000 nowych pokoi do 2025 roku.
Ta unikalna kombinacja czynników w regionie daje firmom rozwijającym się w Australii i Nowej Zelandii ważny powód do pracy z nowo połączonym zespołem HRS / Lido. Dzięki 8500 obiektom hotelowych Lido oraz ogromnym portfolio 515 000 hoteli HRS, globalne i regionalne firmy mogą z łatwością rozszerzyć swój dostęp do bazy hoteli i skorzystać z wynegocjowanych stawek gwarantujących oszczędności, wydajności procesu rezerwacji i prawdziwej przejrzystości dzięki zautomatyzowanym płatnościom. Firmy współpracujące obecnie z Lido mają teraz dostęp do ponad 500 lokalnych ekspertów HRS na 60 największych rynkach podróży służbowych na świecie, którzy mogą wspierać ich w negocjacjach z hotelami.
Pracownicy Lido dołączą do HRS w tym miesiącu i przeprowadzą się do nowego biura HRS w Sydney. Pan Mackenzie zakończy współpracę z Lido po finalizacji działań związanych z połączeniem obu firm.
Polska waluta zakończyła miniony tydzień na plusie – była wspierana przez powrót zainteresowania inwestorów aktywami ryzykownymi oraz słabość dolara amerykańskiego.
Ubiegły tydzień praktycznie odwrócił zmiany, które na rynku walutowym zaszły w poprzednich kilku dniach handlu. Inwestorzy postanowili powrócić do aktywów ryzykownych, w tym walut gospodarek wschodzących. W przypadku walut G10 najwięcej zyskały waluty Skandynawii oraz Antypodów. Stosunkowo udany tydzień ma za sobą również funt brytyjski, co waluta może zawdzięczać porażkom Borisa Johnsona w próbach przeforsowania Brexitu bez porozumienia. W obliczu rosnącego apetytu na ryzyko słabo radziły sobie natomiast dolar amerykański, jen japoński oraz frank szwajcarski.
W najbliższych dniach uwaga rynku skupi się niemal wyłącznie na spotkaniu decyzyjnym Europejskiego Banku Centralnego, które odbędzie się już w czwartek. Rynki oczekują zmian w zakresie polityki monetarnej, jednak wciąż nie są pewne co do skali modyfikacji. Obok ustalenia poziomu stóp procentowych ważnym będzie też to, jak bank centralny strefy euro zdecyduje się kierować oczekiwaniami rynku. Inwestorzy będą również wypatrywać oznak potwierdzenia możliwości ponownego uruchomienia programu luzowania ilościowego (QE). Dodatkowo, przez większość tygodnia rynki będą z uwagą obserwować kwestie związane z Brexitem.
PLN
Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Złotemu sprzyjała przede wszystkim poprawa sentymentu do aktywów ryzykownych oraz wspomniana słabość dolara amerykańskiego.
Miniony tydzień nie przyniósł zbyt wielu istotnych publikacji makroekonomicznych z Polski. Poznaliśmy jedynie odczyt indeksu PMI dla przemysłu w sierpniu, który pokazał wzrost wyższy od oczekiwanego. Jest to pozytywny sygnał, jednak ze względu na niewielkie przełożenie zachowania indeksu na produkcję przemysłową w Polsce na jego zmiany należy patrzeć z przymrużeniem oka.
W ostatnich dniach uwaga mediów w Polsce skupiała się przede wszystkim na kwestii obietnic przedwyborczych, szczególnie tych obecnej partii rządzącej, która ma największe szanse wygrać jesienne wybory. Najwięcej uwagi przykuła informacja o planowanym podnoszeniu płacy minimalnej w kolejnych latach aż do 4000 zł brutto w 2023 r. Nie sądzimy, aby ów pomysł został zrealizowany w takiej formie w jakiej został on zaprezentowany (szczególnie jeśli chodzi o skalę zmian). Dotychczasowa – raczej odpowiedzialna – polityka gospodarcza polskiego rządu sugeruje, że plan, który mogłyby stanowić nie lada wyzwanie dla polskich przedsiębiorców najpewniej ostatecznie zostanie zmodyfikowany.
GBP
Kluczową determinantą losów funta pozostaje rozwój sytuacji związanej z Brexitem. W obliczu wydarzeń z minionego tygodnia ryzyko wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy regulującej stosunki ze Wspólnotą zmalało; obecnie bukmacherzy wyceniają prawdopodobieństwo „no dealu” na mniej więcej 25%. Sprzeciw wobec Brexitu bez porozumienia i opuszczenie Partii Konserwatywnej przez część jej członków nie tylko nie sprzyja planom Johnsona względem Brexitu, ale też może być źródłem większego rozłamu wśród Torysów. Co ciekawe, rynki finansowe wydają się cieszyć z takiego rozwoju sytuacji w Wielkiej Brytanii, co widać było w umocnieniu funta w relacji do głównych walut widocznym w ostatnich dniach. Obserwujemy jednak pierwsze oznaki przekładania się niepewności politycznej na sytuację gospodarczą w Zjednoczonym Królestwie. Ostatni odczyt indeksu aktywności biznesowej PMI dla sektora usług niebezpiecznie zbliżył się do poziomu 50, który oznacza stagnację w sektorze.
Coraz bardziej prawdopodobny staje się jednocześnie scenariusz organizacji w Wielkiej Brytanii ponownych wyborów parlamentarnych, co byłoby zgodne z utrzymywanym przez nas od dawna poglądem, że kwestii Brexitu najpewniej nie da się rozwiązać bez nich. Na drodze wcześniejszych wyborów stoi w tym momencie jedynie Johnson. Urzędujący premier nie zgadza się na zagwarantowanie, że w czasie konsultacji z wyborcami nie dojdzie do Brexitu bez umowy. Oczekujemy, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni uda się pokonać tę przeszkodę. W związku z faktem, że obecny kurs funta brytyjskiego jest bardzo niski, taki pozytywny rozwój sytuacji w Wielkiej Brytanii może stanowić katalizator dla aprecjacji szterlinga.
EUR
Najbliższe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego odbędzie się już w najbliższy czwartek. Rynki wiążą z tym wydarzeniem bardzo wysokie prawdopodobieństwo luzowania polityki monetarnej przez decydentów. Obecnie inwestorzy spodziewają się obniżki stopy depozytowej o 10-20 punktów bazowych. Liczą również na ponowne uruchomienie programu luzowania ilościowego (lub informacje w tej materii), gołębi zwrot w kwestii kierowania oczekiwaniami rynku oraz przyjęcie środków mitygujących, mających chronić banki przed potencjalnie szkodliwymi skutkami jeszcze bardziej ujemnych stóp procentowych. Jesteśmy zdania, że istnieją spore szanse na to, że nie dojdzie do realizacji co najmniej jednej ze wspomnianych kwestii. W takim wypadku można by oczekiwać gwałtownego umocnienia wspólnej europejskiej waluty w relacji do głównych walut. Niezależnie od tego, na jakim poziomie ostatecznie znajdą się stopy procentowe w strefie euro, z punktu widzenia wspólnej europejskiej waluty najbliższe dni będą jednymi z ciekawszych od wielu miesięcy.
USD
Ze względu na święto państwowe, które rozpoczynało ubiegły tydzień w Stanach Zjednoczonych, liczba wieści z drugiej strony Atlantyku była ograniczona. Z ważniejszych kwestii warto zwrócić uwagę na ogłoszenie o ponownym przystąpieniu przez Chiny oraz USA do negocjacji dotyczących handlu między państwami.
Dane makroekonomiczne spływające z USA w ubiegłym tygodniu w większości można uznać za pozytywne. Niemniej, z uwagi na to, że spotkanie Rezerwy Federalnej odbędzie się dopiero w następnym tygodniu, spodziewamy się, że w najbliższych dniach ruchy na USD będą zależały przede wszystkim od wydarzeń z Wielkiej Brytanii oraz ze strefy euro. Najważniejszym odczytem z USA w nadchodzących dniach będzie informacja o dynamice cen, którą poznamy w czwartek. Będzie to również ostatnia z ważniejszych publikacji, z którymi Rezerwa Federalna zapozna się przed spotkaniem decyzyjnym, stąd wpływ tego odczytu na rynek walutowy może być znaczny.
Odszkodowanie za mobbing. Zmiana przepisów dotyczących dochodzenia roszczeń wobec pracodawcy.
Agata Majewska z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Ślązak, Zapiór i Wspólnicy w Katowicach
Jednym z podstawowych obowiązków pracodawcy jest poszanowanie równości wszystkich pracowników. W żadnym wypadku pracodawca nie może uzależniać awansu, podwyżki czy zakresu obowiązków od czynników takich jak wiek, płeć, wyznanie, pochodzenie, orientacja seksualna lub poglądy polityczne pracowników. Idąc dalej – pracodawca nie może dopuścić się także mobbingu wobec pracownika lub wystąpienia tego zjawiska w miejscu pracy. To wszystko w teorii. Ale jak dochodzenie roszczeń związanych z zatrudnieniem wygląda w praktyce? 7 września 2019 r. weszła pierwsza tura z całego szeregu zmian krajowych przepisów w tym właśnie zakresie. W pierwszej kolejności dotyczą one uprawnień związanych z nierównym traktowaniem, dyskryminacją oraz mobbingiem. O tym co się zmieni w prawie pracy opowiada aplikant radcowski Agata Majewska z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Ślązak, Zapiór i Wspólnicy w Katowicach.
CO SIĘ ZMIENIA?
Większe możliwości dochodzenia odszkodowania
Obecnie odszkodowania z tytułu mobbingu może żądać od byłego pracodawcy pracownik, który na skutek nękania rozwiązał z nim umowę o pracę. Przy czym, sądy w większości przypadków uznają, że bez znaczenia jest, czy do rozwiązania doszło za wypowiedzeniem, za porozumieniem stron, czy bez zachowania okresu wypowiedzenia winy pracodawcy. Istotne jest jedynie, by mobbing został wskazany przez pracownika jako przyczyna rozwiązania umowy o pracę. Fakt zakończenia zatrudnienia był jednak warunkiem koniecznym do skutecznego dochodzenia roszczeń odszkodowawczych. Dotychczasowe rozwiązanie wynikało z założenia, że uciążliwość zachowań mobbingowych jest na tyle silna, że ich ofiara – pracownik de facto jest zmuszona do rozwiązania stosunku pracy.
Tymczasem, zgodnie z nowym założeniem ustawodawcy, odszkodowania na analogicznych zasadach dochodzić może również pracownik nadal zatrudniony w zakładzie pracy, w którym – według jego twierdzeń – doszło do mobbingu, a także pracownik zwolniony przez pracodawcę.
W każdym przypadku niezbędnym będzie wykazanie przez pracownika, że stał się ofiarą mobbingu u pozwanego pracodawcy.
Dalsze zatrudnienie nie wykluczy odszkodowania
Wprowadzone zmiany podyktowane są analizą poszczególnych przypadków dotyczących mobbingu. Wynika z nich, że niejednokrotnie mobbing, na który powoływał się rezygnujący z pracy pracownika w rzeczywistości nie miał miejsca. Z drugiej zaś strony, często pracownicy dotknięci w zakładzie pracy wieloletnim nękaniem, nie decydowali się na zwolnienie z obawy przed utratą źródła utrzymania. Takie sytuacje prowadzić mogły do bezkarności pracodawcy oraz samego mobbera, o ile pokrzywdzony pracownik nie zdecydował się na dochodzenie zadośćuczynienia z powodu rozstroju zdrowia wywołanego mobbingiem.
Nowe rozwiązanie ma zapewnić przede wszystkim jednakowąochronę wszystkim pracownikom. Jest to o tyle istotne, iż dochodzenie odszkodowania w oparciu o przepisy Kodeksu Pracy dotyczące mobbingu, związane jest z licznymi ułatwieniami, jak chociażby niższe koszty sądowe niż w postępowaniu odszkodowawczym dochodzonym na zasadach ogólnych w oparciu o przepisy Kodeksu Cywilnego. Taki zaś tryb był dotychczas jedynym, jaki pozostał ofiarom mobbingu, które nie rozwiązały stosunku pracy z tego powodu lub same zostały zwolnione z zakładu pracy.
Szkoda podstawą roszczenia
Zgodnie z nową regulacją art. 943 Kodeksu Pracy, pracownik będący ofiarą mobbingu będzie mógł ubiegać się od pracodawcy odszkodowania w dwóch sytuacjach:
w razie rozwiązania przez niego, na skutek mobbingu, umowy o pracę;
w razie poniesienia, w wyniku stosowania wobec niego mobbingu, szkody – niezależnie od tego, czy nadal jest zatrudniony, czy też został on zwolniony przez pracodawcę.
Jakie działania powinien podjąć pracodawca?
Zjawisko mobbingu uregulowane jest w Kodeksie Pracy od 2003 r. Przepisy zobowiązują każdego pracodawcę – niezależnie od liczby zatrudnionych u niego pracowników – do skutecznego przeciwdziałania mobbingowi. Tym samym, samo pojawienie się tego zjawiska w zakładzie pracy oznacza, że pracodawca nie wywiązał się w tego obowiązku, czym naruszył przepisy Kodeksu.
Odpowiada on wobec pracownika za zjawisko mobbingu, niezależnie od tego, czy dopuszcza się go osobiście, czy mobberem okazał inny członek zespołu. Oznacza to, że pracownik, który doświadczył mobbingu również od innego pracownika, może domagać się odszkodowania jedynie od swego pracodawcy.
Aby uniknąć odpowiedzialności, działania antymobbingowe podjęte przez pracodawcę muszą być realne i obiektywnie skuteczne. Przede wszystkim, w świetle orzecznictwa sądowego, niewystarczającym jest jedynie formalne wprowadzenie dokumentu w postaci polityki antymobbingowej, jeśli nie pójdą za tym aktywne działania pracodawcy. Działania te powinny mieć na celu rzeczywiste zapobieganie negatywnych zjawisk w środowisku pracy.
Tymczasem zaniechanie pracodawcy w tym zakresie może rodzić nie tylko jego odpowiedzialność cywilnoprawną wobec mobbowanego pracownika. W pewnych okolicznościach, może również zostać uznane za przestępstwo polegające na złośliwym lub uporczywym naruszaniu praw pracownika wynikających ze stosunku pracy, co zagrożone jest karą do 2 lat pozbawienia wolności.
RED DEV Studio, warmiński twórca i producent gier na platformy stacjonarne i mobilne, zapowiedział debiut na NewConnect na II połowę września br.
RED DEV Studio powstało w kwietniu 2016 roku, rozpoczynając działalność jako start-up gamingowy. Obecnie, jako wydawca i producent gier, specjalizuje się w tytułach wyróżniających się nietypową fabułą i atrakcyjną oprawą graficzną.
Pierwsza połowa 2019 roku była dla nas bardzo intensywna. Oprócz tworzenia i współtworzenia nowych tytułów, koncentrowaliśmy się na przygotowaniach do wejścia na NewConnect. Z jednej strony dużo czasu poświęcaliśmy na proces produkcji gier, z drugiej strony intensywnie przygotowywaliśmy się do debiutu. Dodatkowo w tym roku planujemy jeszcze wydać nowe produkcje na Nintendo Switch – już niebawem ogłosimy nowe projekty – mówi Wojciech Sypko, założyciel i prezes zarządu Red Dev Studio.
Debiut na NewConnect to pierwszy etap budowania marki Red Dev Studio na rynku. Spółka planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.
Red Dev Studio dotychczas wydał 4 tytuły. Pierwszy z większych projektów firmy, Professor Madhouse, odnotował ponad 30 000 pobrań. Bardzo dobry wynik uzyskał także Chicken Rider, który na rynku pojawił się w lipcu 2018 roku. Już tydzień po premierze grę pobrano ponad 20 000 razy (tylko na iOS), natomiast na platformie Steam liczba pobrań pozwoliła grze objąć prowadzenie w kategorii „popularne nowości”. Spółka wydała również takie tytuły jak rozbudowana gra platformowa Down to Hell czy logiczno-zręcznościowy Powertris.
W najbliższych planach Spółki znajduje się m.in. ukończenie prac nad produkcją gry Zone Anomaly, która wpisuje się w głośny ostatnio temat katastrofy nuklearnej. We współpracy z Ultimate Games trwają także prace nad przeniesieniem Down to Hell na platformę Nintendo Switch. Gra powinna pojawić się w sklepie Nintendo w ciągu kilku nadchodzących tygodni.
Nie tylko luksusowe hotele przyciągną zagranicznych inwestorów – w kolejnych latach wzrośnie zainteresowanie niższą liczbą gwiazdek.
Dobra sytuacja gospodarcza sprawia, że polski rynek hotelowy wciąż się rozwija, a co za tym idzie staje się coraz bardziej atrakcyjny dla zagranicznych inwestorów. Największych graczy przyciągają przede wszystkim obiekty o wartości przekraczającej 20 mln euro, a tych w Polsce wciąż jest relatywnie niewiele w sprzedaży. Choć w niedalekiej przyszłości powstanie kilka luksusowych inwestycji hotelowych, eksperci CBRE prognozują, że nie tylko one będą przyciągać zagraniczny kapitał do Polski. Wedle najnowszych analiz, wartość transakcji sprzedaży hoteli o standardzie na poziomie 3 gwiazdek lub niżej może wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt procent w ciągu najbliższych kilku lat.
Polską stolicę i największe miasta jako nową lokalizację coraz chętniej wybierają bardzo luksusowe, międzynarodowe sieci. Marka Raffles obrała Warszawę jako trzecią destynację w Europie, zaraz po Paryżu i Stambule, a do 2023 r. spodziewamy się otwarcia pierwszego obiektu Four Seasons w Polsce. Luksusowe marki śmiało wkraczają do Polski, ale wciąż brakuje m.in. The Ritz-Carlton czy Kempinski.
– Obecnie najwięksi gracze finansowi inwestują w obiekty hotelowe o standardzie 4 i 5 gwiazdek. Obserwując jednak sytuację na naszym rynku, widzimy, że w najbliższych latach ten trend może ulec zmianie. Do tej pory nie odnotowaliśmy wielu sprzedaży nowych hoteli sieciowych. Wkrótce na rynku pojawi się sporo obiektów w segmencie ekonomicznym i budżetowym jak np. Ibis Style czy Hampton by Hilton, które mają 3-4 letni okres stabilizacji i niedługo zaczną wykazywać zyski. Na takie produkty inwestycyjne znajdzie się na pewno wielu chętnych inwestorów, mimo że transakcje nie będą przekraczać 100 mln zł – komentuje Rafał Rosiejak, Dyrektor Działu Hotelowego w CBRE. I dodaje: – Z drugiej strony, w roku 2020 spodziewamy się otwarcia hotelu NOBU, a w 2023 roku pierwszego obiektu Four Seasons w Warszawie, którego debiut na polskim rynku będzie na pewno analizowany przez inne marki światowe.
Stolica Polski jest coraz bardziej atrakcyjna dla inwestorów hotelowych, ale wciąż trochę brakuje nam do Moskwy, Pragi czy Budapesztu. W przeciwieństwie do Warszawy, stolice te nie były zniszczone przez wojnę i nie występował tam problem kwestii własnościowych. Jednak polski konsument wcale nie oczekuje od hotelu poczucia elitarności – szuka natomiast komfortu i prywatności. Polacy najchętniej wybierają hotele 3-4 gwiazdkowe, które obecnie oferują wysoki poziom usług i designu. Rośnie także popularność hoteli butikowych oraz designerskich, takich jak np. sieć Puro Hotels, Indigo czy H15 w Warszawie. Preferencje grupy docelowej także wpływają na to, jakie obiekty budują się w kraju, a nawet najwięksi gracze zaczynają doceniać stabilne inwestycje w hotele o ekonomicznym standardzie.
Czy wiesz, że całkowity udział transportu w emisji gazów cieplarnianych na terenie Unii Europejskiej wynosi około 25 proc., z czego 18,4 proc. generują pojazdy ciężarowe i autobusy[1]? Jednym z głównych celów nowych europarlamentarzystów jest zmniejszenie zanieczyszczenia środowiska spalinami w ciągu dekady aż o 30 proc.Aby tego dokonać, wprowadzono szereg nowych regulacji. Unijni decydenci podjęli kroki, które mają doprowadzić do redukcji emisji CO2 przez ciężarówki o 15 proc. do 2025 roku oraz o drugie tyle w ciągu kolejnych pięciu lat. Co już robi w tym kierunku Europa? Czy Polska ma coś wspólnego z byciem eko? A także co to oznacza dla przewoźników i kierowców zawodowych?
Starym kontynentem rządzą diesle
Zgodnie z szacunkami UE zapotrzebowanie na transport towarowy do 2050 roku wzrośnie o 80 proc. w stosunku do roku 2013[2]. Taki stan rzeczy generuje spore zmiany środowiskowe i nieuniknioną walkę o czystsze powietrze. Choć pojazdy, produkowane są z wykorzystaniem nowych technologii i generują mniej zanieczyszczeń, to wciąż na naszych drogach królują samochody z silnikami wysokoprężnymi – w tym także te, o niższych normach emisji CO2 – mówi KamilWolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. Dane wskazane przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego pokazują, że w Polsce na koniec 2018 roku było zarejestrowanych 707 300 samochodów ciężarowych o DMC powyżej 3,5 t, aż 38 proc. tych aut jest w wieku 11-20 lat.[3] Zaś zużycie ON w 2018 r. osiągnęło rekordowy poziom 20 345 000 ([4]) – dodaje ekspert.
Mimo że transport morski i kolejowy generuje niższe emisje dwutlenku węgla do atmosfery, to przewóz towarów na terenie UE jest zdominowany przez transportowców drogowych. W 2018 r. ten rodzaj przewozów odpowiadał za ok. 80 proc. przewiezionych towarów w Polsce, zaś na terenie UE jest to ok. 49%.[5][6] Według Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) w 2015 r. największy problem z dotrzymywaniem standardów dotyczących emisji dwutlenku azotu występował w miejscach o dużym natężeniu ruchu drogowego w obszarach miejskich – przede wszystkich we Francji, w Niemczech,
w Wielkiej Brytanii i we Włoszech. W raporcie Najwyższej Izby Kontroli opublikowanym we wrześniu 2018 wyklarował się jeden wniosek de lege ferenda – przygotowanie prawne do tworzenia w Polsce stref ograniczonej emisji. Jednak zmiany te nie zostały uwzględnione na etapie prac sejmowych. Projekt o elektromobilności i paliwach alternatywnych opracowany przez Ministra Energii, który został wprawdzie wprowadzony w życie 22 lutego 2018 r. i uregulował kwestie tworzenia stref niskoemisyjnych przez gminy, jednak wciąż nie spełnia on w pełni swojej funkcji. Choć przytoczony raport NIK-u wykazał w dokumencie rządowym wiele kwestii wymagających zmiany, ustawa na razie obowiązuje.[7]
Jak robi to Europa?
Ateny, Paryż i Madryt chcą całkowicie pozbyć się diesli ze swoich ulic do 2025 r. Bruksela i Mediolan planują osiągnąć to samo do 2030 r. Natomiast Londyn ma wprowadzić całkowity zakaz poruszania się samochodów z silnikami diesla do 2040 r. Już od 2008 r. na terenie niemalże całej stolicy Zjednoczonego Królestwa obowiązuje Strefa Niskiej Emisji (Low Emission Zone), która obejmuje ciężarówki i autobusy niespełniające normy emisji spalin Euro 4. Od połowy października 2020 r. kierowcy pojazdów z normą Euro 1, Euro 2 i Euro 3, którzy zdecydują się na wjazd do regionu Wielki Londyn, będą musiały się zmierzyć z karą grzywny sięgającą około 1,5 tysiąca złotych. W Niemczech też zaczęto walkę z silnikami diesla. W Berlinie, Hanowerze, Frankfurcie, Kolonii już w 2008 r., a obecnie niespełna 60 niemieckich miast wprowadziło Strefy Czystego Transportu. Aktualnie ponad 90 proc. pojazdów (w tym także ciężarowych) poruszających się po drogach naszych zachodnich sąsiadów spełnia te ekologiczne wymagania. Francja nie życzy sobie, aby auta z silnikami diesla zarejestrowane pomiędzy 2001 a 2005 r. zanieczyszczały paryskie powietrze. Od 2022 r. podobny zakaz ma obejmować kolejne roczniki, czyli 2006 – 2010.
Kamil Wolański
Za złamanie zakazu wjazdu właścicielowi pojazdu ciężarowego grozi kara w wysokości sięgającej nawet do 375 euro – mówi ekspert OCRK. – Co jest ciekawe, Francja chce, by od 2024 r. do centrum Paryża mogły wjeżdżać tylko te ciężarówki, które są niskoemisyjne. O krok dalej poszła Norwegia – tam od 2025 r. nie będzie można sprzedawać pojazdów z silnikami spalinowymi. Z najnowszych raportów wynika, że od 2030 takie działania planowane są także w Szwecji, Irlandii, Izraelu i w Indiach. Co więcej przewoźnicy, którzy inwestują w ciężarówki z wyższą normą emisji spalin Euro 6 mogą liczyć na niższe opłaty niż właściciele mniej ekologicznych pojazdów. Na przykład w Wielkiej Brytanii od lutego 2019 za pojazdy z klasą Euro 6 opłaty są niższe o 10 proc., zaś dla tirów o normach Euro 5 i niższych stawka wzrosła o 20 proc. – wyjaśnia Kamil Wolański.
Eko po polsku
W Polsce sytuacja też nie wygląda dobrze – w 4 z 46 stref poziom dopuszczalnego CO2 został przekroczony, a wynika to przede wszystkim ze spalin transportowych[8]. Na terenie RP regulacje dotyczące stref niskoemisyjnych (LEZ) zawarte są w ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Regulacje te umożliwiają jednostkom samorządowym tworzenie stref czystego transportu, w których ogranicza się ruch pojazdom innym niż elektryczne, napędzane wodorem lub gazem ziemnym. Jednak ustawa nie zabezpiecza Polski przed możliwością sprowadzania i użytkowania pojazdów, które nie spełniają norm emisyjnych w innych europejskich krajach oraz daje dużą swobodę samorządom na regulowanie tych kwestii według własnego uznania. W raporcie NIK czytamy, iż tak skonstruowane przepisy niosą ryzyko, że gminy nie będą zainteresowane tworzeniem stref czystego transportu, gdyż mogą one dowolnie decydować o udostępnianiu eko-obszarów dla pojazdów innych kategorii. To w konsekwencji nie przyczyni się do redukcji zanieczyszczeń – czyli w ogóle nie spełni swojej funkcji.[9]
Pierwszym miastem w Polsce, które zdecydowało się na wprowadzenie strefy czystego transportu był Kraków, jednak nie nacieszył się on zbyt długo eko-obszarem. Rada Miejska w Krakowie po dwóch miesiącach obowiązywania obostrzeń dla najbardziej nieekologicznych pojazdów postanowiła wydłużyć do 10 h dziennie możliwość poruszania się po strefie samochodów każdego typu, co w praktyce oznacza, że w godzinach 6-20 każdy z pojazdów może jeździć po tym terenie bez ograniczeń. Zmiany te zostały wprowadzone na wniosek przedsiębiorców prowadzących własne działalności w obrębie wydzielonego terenu – jak twierdzili, nowe regulacje przyczyniły się do spadku ich obrotów o ok. 1/3.[10] Niestety Polska nie wypracowała jeszcze optymalnej ścieżki legislacyjnej, która pomoże skutecznie wprowadzać strefy czystego transportu – takich, które skutecznie spełnią swoją rolę.
Gama pojazdów – w tym także ciężarowych – o napędach alternatywnych do diesli nieustannie się poszerza. Liczne profity dla eko-przewoźników zachęcają do podejmowania świadomych wyborów. Jednak z drugiej strony – silniki wysokoprężne są bardziej wydajne, co zapewnia im rzeszę fanów. Widać wyraźnie, że na naszych oczach dokonuje się eko-rewolucja również w transporcie, co jest mocno wspierane przez dyrektywy unijne, zastosowania technologiczne i koncerny motoryzacyjne, więc już za kilka lat rynek transportu drogowego nabierze zupełnie nowego wymiaru – podsumowuje Wolański z OCRK.
[1] W kierunku czystej i inteligentnej mobilności. Transport a środowisko w Europie, Europejska Agencja Środowiska, 2016, s. 20 – dane na rok 2014.
[2] W kierunku czystej i inteligentnej mobilności. Transport a środowisko w Europie, Europejska Agencja Środowiska, 2016, s. 5
Wyrokiem z 4 lipca 2019 r. Naczelny Sąd Administracyjny oddalił wniesioną przez Szefa Krajowej Administracji Skarbowej skargę kasacyjną w rozstrzygniętej przez WSA sprawie, dotyczącej neutralności podatkowej wymiany udziałów, dokonanej przez wspólnika nieposiadającego 50% akcji. W swym rozstrzygnięciu NSA powołał się na utartą linię orzeczniczą, wyrażoną m.in. w wyroku z 24 marca 2016 r., zgodnie z którą: „…zróżnicowanie podatkowych skutków działań mających ten sam cel tylko w zależności od dopuszczalnej w świetle przepisów prawa ilości osób, które zawiązały spółkę, mogłoby zniweczyć cel założony przez ustawodawcę w art. 24 ust. 8a u.p.d.o.f. poprzez ograniczenie jego stosowania i prowadzić do niczym nieuzasadnionego zróżnicowania sytuacji prawnopodatkowej wspólników spółek kapitałowych podejmujących tożsame, zgodne z prawem, działania restrukturyzacyjne w zależności od tego, jaki pakiet udziałów (akcji) posiadali” (sygn. akt II FSK 117/14).
Zgodnie z art. 24 ust. 8a ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych: „Jeżeli spółka nabywa od wspólnika innej spółki udziały (akcje) tej innej spółki oraz w zamian za udziały (akcje) tej innej spółki przekazuje jej wspólnikowi własne udziały (akcje) albo w zamian za udziały (akcje) tej innej spółki przekazuje wspólnikowi tej innej spółki własne udziały (akcje) wraz z zapłatą w gotówce w wysokości nie wyższej niż 10% wartości nominalnej własnych udziałów (akcji), a w przypadku braku wartości nominalnej – wartości rynkowej tych udziałów (akcji), oraz jeżeli w wyniku nabycia: 1) spółka nabywająca uzyska bezwzględną większość praw głosu w spółce, której udziały (akcje) są nabywane, albo 2) spółka nabywająca, posiadająca bezwzględną większość praw głosu w spółce, której udziały (akcje) są nabywane, zwiększa ilość udziałów (akcji) w tej spółce – do przychodów nie zalicza się wartości udziałów (akcji) przekazanych wspólnikowi tej innej spółki oraz wartości udziałów (akcji) nabytych przez spółkę, pod warunkiem że podmioty biorące udział w tej transakcji podlegają w państwie członkowskim Unii Europejskiej lub innym państwie należącym do Europejskiego Obszaru Gospodarczego opodatkowaniu od całości swoich dochodów, bez względu na miejsce ich osiągnięcia (wymiana udziałów)” (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350, ze zm. – dalej u.p.d.o.f.).
Przepis ustępu 8c tego artykułu stanowi dodatkowo, że powyższa regulacja ma zastosowanie także w przypadku dokonania więcej niż jednej transakcji nabycia udziałów, jeśli dojdzie do nich w okresie nieprzekraczającym 6 miesięcy liczonych począwszy od miesiąca, w którym nastąpiło pierwsze ich nabycie.
Wymiana udziałów w zamian za udziały w podwyższonym kapitale zakładowym
W 2015 r. wspólnik spółki kapitałowej z siedzibą na Cyprze, posiadający mniej niż 50% w jej kapitale, a podlegający w Polsce nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, wystąpił do Ministra Finansów z wnioskiem o wydanie interpretacji w zakresie obowiązku w podatku dochodowym od osób fizycznych. Zamierzał on dokonać wspólnej wymiany udziałów wraz z innymi udziałowcami, również posiadającymi mniej niż 50% udziałów w kapitale spółki, i również podlegającymi w Polsce opodatkowaniu od całości swoich dochodów bez względu na miejsce ich osiągania. Sama spółka zagraniczna jest podatnikiem podatku dochodowego na Cyprze, gdzie prowadzi swoją działalność gospodarczą. Wspólnicy posiadają jednocześnie 100% udziałów w polskiej spółce z o.o., która w zamian za nabycie wszystkich udziałów w cypryjskiej spółce, przekaże jej wspólnikom udziały w podwyższonym kapitale zakładowym polskiej spółki holdingowej.
W ramach transakcji wymiany nie dojdzie do żadnych rozliczeń w gotówce. Cała transakcja nastąpi równocześnie, w tym samym dniu oraz zostanie udokumentowana jednym aktem notarialnym. Polska spółka z o.o. (holdingowa) zdobędzie bezwzględną większość głosów w spółce zagranicznej. Wniesiony przez wspólników aport w postaci udziałów zostanie w całości przeznaczany na podwyższenie kapitału zakładowego spółki holdingowej.
Występujący z wnioskiem o wydanie interpretacji wspólnik stał na stanowisku, że w opisanej sytuacji po jego stronie nie powstanie przychód podlegający PIT.
Wspólnik, a nie wspólnicy
Minister Finansów nie zgodził się z wnioskodawcą. W wydanej 30 grudnia 2015 r. interpretacji indywidualnej stwierdził, że opisana przez niego transakcja nie spełnia przesłanek art. 24 ust. 8a u.p.d.o.f. i nie może być potraktowana jako neutralna podatkowo. Przyczyną było to, że regulacja tego artykułu dotyczy jednego wspólnika posiadającego akcje o wartości pozwalającej spółce nabywającej uzyskać bezwzględną większość głosu.
„Biorąc pod uwagę, że w analizowanym przepisie art. 24 ust. 8a ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych mowa jest o „wspólniku”, a nie o „wspólnikach” nie można zgodzić się ze stanowiskiem Wnioskodawcy, zgodnie z którym „(…) w celu prawidłowej oceny skutków podatkowych transakcji tzw. wymiany udziałów w odniesieniu do danego wspólnika, należy również uwzględnić transakcje dotyczące wniesienia udziałów (akcji), jako wkładu niepieniężnego do spółki nabywającej dokonane w ww. okresie 6 miesięcy przez podatnika lub przez innych wspólników spółki, której udziały są nabywane” (sygn. IPPB2/4511-929/15-4/MK).
Rozumienie przepisów musi odpowiadać celom, dla jakich zostały powołane
Wspólnik wniósł na takie rozstrzygnięcie skargę, do której przychylił się Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Jak wskazał sąd, sporne regulacje ustawy o PIT stanowią implementację przepisów Dyrektywy Rady 2009/133/WE z dnia 19 października 2009 r. Dlatego wykładni art. 24 ust. 8a i ust. 8c ustawy o PIT należy dokonywać, mając na uwadze cele dyrektywy 2009/133, a zgodnie z jej art. 2 e): „„wymiana udziałów” oznacza czynność, w wyniku której spółka nabywa udziały w kapitale innej spółki, uzyskując w ten sposób większość praw głosu w tej spółce lub posiadając taką większość praw głosu, nabywa dalsze udziały, w zamian za wyemitowanie na rzecz akcjonariuszy tej ostatniej spółki w zamian za ich papiery wartościowe, papierów wartościowych swojej spółki…” (Dz.Urz. UE z 25.11.2009 r., L 310/34).
Uchylając interpretację Ministra Finansów, WSA stwierdził: „na gruncie ww. dyrektywy neutralny podatkowo jest model operacji, w której większość głosów w spółce nabywanej jest uzyskiwana przez spółkę nabywającą w wyniku nabycia udziałów (akcji) w tej spółce od kilku udziałowców (akcjonariuszy) tej spółki. Świadczy o tym użycie w art. 2 e) Dyrektywy pojęcia akcjonariusze w liczbie mnogiej” (wyrok z 26 kwietnia 2017 r., sygn. akt III SA/Wa 1334/16).
Sąd dodał, że za taką wykładnią przemawia także wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 21 sierpnia 2015 r. (sygn. akt II FSK 1488/13) ustanawiający, że ograniczanie stosowania tego modelu operacji jedynie do dokonywanej odrębnie wymiany udziałów przez każdego z udziałowców niweczyłoby cele przepisów dyrektywy, dla jakich zostały powołane.
Fiskus walczył dalej
Szef Krajowej Administracji Skarbowej zaskarżył do NSA w całości wyrok warszawskiego WSA, zarzucając mu błędną wykładnię przepisów art. 24 ust. 8a w zw. z art. 24 ust. 8c ustawy o PIT. Zdaniem skarżącego sąd pierwszej instancji niewłaściwie uznał, że nie powstanie po stronie wspólnika przychód z kapitałów pieniężnych. Powyższe regulacje zapewniające neutralność podatkową mają bowiem zastosowanie jedynie do wymiany udziałów dokonywanej przez udziałowca wnoszącego większościowy pakiet akcji.
Niedopuszczalna wykładnia ograniczająca dopuszczalność neutralności podatkowej do jednego wspólnika
NSA wyrokiem z 4 lipca 2019 r. oddalił skargę kasacyjną organu. Sąd zadeklarował stanowisko zbieżne z ugruntowaną linią orzeczniczą co do konieczności dokonywania wykładni przepisów art. 24 ust. 8a w zw. z art. 24 ust. 8c ustawy o PIT w zgodzie z celami, dla których powołano przepisy Dyrektywy 2009/133/WE, wyrażoną zarówno przez WSA w tej sprawie, jak i np. przez NSA w wyroku z 14 sierpnia 2018 r. (sygn. akt II FSK 2148/16).
„…neutralność podatkowa jest istotną przesłanką oceny kryteriów i rodzajów przekształceń prawnych spółek, a co więcej – przepisy podatkowe należy interpretować celowościowo – tak, aby zapewnić przedsiębiorstwom dostosowanie się do wymagań rynku wewnętrznego, zwiększenie produktywności i poprawienie ich siły konkurencyjnej. (…) Niedopuszczalna więc byłaby taka wykładnia przepisów krajowych, która zapewniałaby osiągnięcie tych celów tylko, gdyby wymiana udziałów była neutralna podatkowo, tylko gdyby przesłanki z art. 28 ust. 8a i 8c u.p.d.o.f. odnosić językowo jedynie do jednego wspólnika” (wyrok NSA z 04.07.2019 r., sygn. II FSK 2437/17).
Wykorzystanie zagranicznych struktur organizacyjnych
To bardzo ważny wyrok NSA stanowiący drogowskaz dla organów podatkowych, w jaki sposób należy interpretować przepisy podatkowe – tak, by służyły ich adresatom oraz celom, dla których zostały powołane. Przedsiębiorcy mają więc prawo przeprowadzać transakcje z udziałem zagranicznych spółek, z wykorzystaniem struktur holdingowych, które będą nosić przymiot neutralnych podatkowo – tak, aby móc dostosować prowadzoną przez siebie działalność do wymagań rynku wewnętrznego, zwiększyć produktywność i poprawić siłę jej konkurencyjności.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Wielu z nas zasila globalne korporacje. Mimo uporządkowanej struktury organizacyjnej, rozbudowanej strategii employer brandingowej, nowego ekspresu do kawy czy „owocowych” czwartków, po pewnym czasie czujemy się sfrustrowani. Brakuje nam samorozwoju, ale też dostrzegania sensu naszych działań – wynika z badania psychologów z Uniwersytetu SWPS.
Zespół naukowców zestawił perspektywę tzw. Wielkiej Dwójki (ang. Big Two) – koncepcję postrzegania społecznego z poczuciem sensu wykonywanego zawodu. The Big Two jest teorią, według której sprawczość i wspólnotowość są podstawowymi wymiarami postrzegania siebie oraz innych osób. Psychologowie wykazali, że dla naszego zawodowego dobrostanu znaczenie ma nie tylko realizowanie własnych celów i rozwój kariery (sprawczość), ale też wychodzenie poza „ja” i działanie na rzecz innych (wspólnotowość).
W dzisiejszym korporacyjnym świecie coraz częściej słychać narzekania pracowników na to, że ich praca nie ma większego znaczenia. Wyniki naszej analizy mogą być wykorzystane zarównoprzez zatrudnionych, jak i firmy, którym zależy na motywowaniu zespołów – mówi Malwina Puchalska-Kamińska.
Coraz częściej jako swoją potrzebę wymieniamy znaczenie pracy, natomiast korporacje regularnie skarżą się na brak zaangażowania i przywiązania pracowników do organizacji (wielokrotne zmiany miejsca zatrudnienia).
Nasze badanie pokazało, że wartość pracy wiąże się z przywiązaniem i zaangażowaniem w życie firmy. Dbanie o poczucie sensu jest więc strategią win-win dla pracownika i samej korporacji – tłumaczy dr Agnieszka Czerw.
Z analizy psychologów wynika, że postrzegamy sens wykonywanego zawodu dwuwymiarowo: w perspektywie osobistej (rozwój, realizacja ważnego celu) oraz w perspektywie globalnej (znaczenie dla świata i korzyść dla innych). Istotne jest dla nas rozwijanie swojej sprawczości (wykorzystywanie swoich mocnych stron, realizowanie ważnych celów) oraz wspólnotowości (robienie czegoś dobrego np. dla społeczności lub środowiska).
Tzw. benefity działają krótkotrwale – pracownicy szybko się do nich przyzwyczajają i oczekują coraz większych atrakcji. Tymczasem dbanie budowanie sensu pracy zespołów jest długoterminową i korzystną strategią na utrzymanie oraz rozwijanie podwładnych.
W firmach, w których ludzie mają poczucie sensu pracy, naukowcy zaobserwowali większe zaangażowanie i przywiązanie do organizacji. Warto zatem stwarzać pracownikom takie warunki, w jakich będą mogli rozwijać się osobiście, np.: poprzez przekazywanie informacji zwrotnych, wspieranie wymiany wiedzy oraz pomaganie innym np. poprzez wolontariat czy akcje proekologiczne.
Zanim „rzucimy pracę i wyjedziemy w Bieszczady” warto podjąć kroki, które mogą pomóc nam odnaleźć sens i zaangażowanie w pracę, którą mamy. Wiele osób skarży się na monotonne czy nieprzyjemne zadania w pracy. Warto się zastanowić: czy można sprawić, aby były bardziej stymulujące? Dlaczego te działania są ważne dla funkcjonowania organizacji? W jaki sposób te zadania łączą się z moimi wartościami? Taka mała interwencja może nam pomóc inaczej myśleć, a może nawet widzieć wartość w tych zadaniach – radzi dr Marta Roczniewska.
Zespół naukowców przeprowadził łącznie trzy badania za pomocą kwestionariuszy on-line. Analiza objęła ponad 400 osób, które reprezentują różne branże i pracują na zróżnicowanych stanowiskach.
Badanie zrealizowały Malwina Puchalska-Kamińska, psycholog z Uniwersytetu SWPS, dr Agnieszka Czerw, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Poznaniu, dr Marta Roczniewska, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Sopocie i Instytutu Karolinska w Sztokholmie.
Na obostrzeniach związanych z handlem najbardziej zyskują dyskonty, małe sklepy oraz stacje benzynowe. Efekt jest inny od zakładanego przez związkowców, ale Polacy nie wymuszą na politykach zmian przed jesiennymi wyborami. Jeżeli obecna ekipa rządząca straci władzę, to nowa raczej zajmie się pilniejszymi tematami. Trzeba też dodać, że konsumenci przyzwyczaili się już do niehandlowych niedziel, choć mogą odczuwać dyskomfort. Prognozy dotyczące liberalizacji przepisów przedstawia dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, były dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.
Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID
Zakaz handlu w niedziele zostanie utrzymany. Od opinii publicznej ważniejsze są cele związkowców. Głos obywateli jest bez znaczenia. Nieistotny jest też bilans zysków i strat. Tutaj liczy się tylko polityka. Tak Pan mówił na początku tego roku. Czy podtrzymuje Pan to stanowisko?
Dr Faliński: Tak. Jednak na proces wywołany decyzją polityczną i naciskiem związków zareagował rynek. W walce publicystycznej mówi się, że wszyscy stracili na tym zakazie. Ale to nie jest do końca prawdą. Najbardziej skorzystały sieci, które nazywamy dyskontowymi, a one faktycznie przestają nimi być. Stają się bliższe innemu formatowi, tj. supermarketowi. Druga grupa, która zyskała, to najmniejsze, niezależne sklepiki o powierzchni 40 i nieco więcej metrów kwadratowych, a także stacje benzynowe. Efekt jest inny niż był zapowiadany przez związki zawodowe, ale one nie dostrzegają problemów z tym związanych, bo nie chcą.
Zbliżają się wybory. Czy wobec tego Polacy mają jakieś szanse „nacisku” na władze, aby ten zakaz zlikwidować?
Dr Faliński: Nie sądzę. To rozwiązanie pozostanie z kilku powodów. Po pierwsze, rynek się przesunął na cały tydzień, zelżał efekt kumulacji przedweekendowych zakupów. Po drugie, ludzie się przyzwyczaili do tej sytuacji. Po trzecie, sieci swoje zarabiają, a potrzeby słabszych podmiotów mniej się liczą. Po czwarte, pojawia się kwestia powrotu podatku handlowego. W związku z tym należy spodziewać się bardzo ostrej prosprzedażowej polityki promocyjnej ze strony największych graczy. Do tego dojdzie gra o utrzymanie niskich cen. Do tej pory oznaczało to potężne nakłady finansowe na akcje reklamowo-promocyjne czy budowanie lojalności.
Załóżmy, że jesienią dojdzie do zmiany władzy. Czy ww. zakaz nadal będzie podtrzymany?
Dr Faliński: Możemy mieć nową władzę, ale to raczej mało prawdopodobne. Jeśli nastąpi taka zmiana, to formacja rządząca będzie mieć wiele innych problemów. Moim zdaniem, do takiej pełnej swobody, jaka była w Polsce przed marcem 2018 roku, już raczej nie wrócimy. Zmieniły się bowiem sposoby zarabiania pieniędzy, formy inwestowania czy sterowania popytem. Najsilniejsi się obronią, a ci słabsi będą w gorszej sytuacji.
Czy mimo wszystko w ogóle będzie można zlikwidować ten zakaz?
Dr Faliński: Moim zdaniem, wchodzi to w rachubę, ale na pewno nie przy tej konfiguracji politycznej i nie przy tym klimacie publicznym, który jest po prostu plebejsko-religijny. Zbudowano narrację, że właśnie ci mali mogą sobie dorobić, a straszliwi, wielcy krwiopijcy nie zabierają rynku. A tak jak wspomniałem, w grupie, która najbardziej zyskała na zakazie, są sieci dyskontowe.
Jak mogą więc wyglądać przepisy po ewentualnej likwidacji obecnych zapisów?
Dr Faliński: Oczywiście są różne scenariusze. Mnie bardzo podobał się taki, żeby za dni świąteczne zapłacić więcej. Nie 20 czy 30%, tylko podwójną stawkę podstawową czy nawet większą i zaoferować ją we wszystkie niedziele. Ludzie mieliby wówczas wybór, czy chcą zarobić i przyjść do pracy. To nie odpowiadało menedżerom z prawdziwego biznesu. Inne rozwiązanie to dwie niedziele handlowe i dwie niehandlowe, a do tego kompensata w różnych płacowych i pozapłacowych elementach wynagradzania. To wszystko jest do wynegocjowania.
Na Węgrzech zakaz handlu upadł po 13 miesiącach, głównie pod naciskiem opinii publicznej. U nas ma się dobrze, w społeczeństwie nie za bardzo słychać oznaki jakiegoś oporu. Co o tym decyduje?
Dr Faliński: W porównaniu z Węgrami, mamy potężniejszy handel, bogatszy rynek i bardzo spolityzowane społeczeństwo. Mało tego, u nas są silniejsze i bardzo upolitycznione związki zawodowe, za którymi stoi potężny komunikat poglądowy. W to wszystko włącza się Kościół. Jeśli więc ktoś ma najbardziej racjonalny postulat ekonomiczny czy społeczny, to zawsze znajdą się takie osoby, które zgłoszą sprzeciw.
Wspomniał Pan, że Polacy już przyzwyczaili się do ograniczenia handlu. Może więc zakaz im w ogóle nie przeszkadza?
Dr Faliński: Przyzwyczaili się, bo nie mają wyjścia. A to na pewno będzie odsuwać decyzję o zmianie przepisów. Zadowolonych i niezadowolonych jest mniej więcej po równo. Ci, co żyją szybko, w zurbanizowanych obszarach, czyli w miastach, nie tylko wielkich, ale aktywnych, gdzie jest biznes, turystyka, to chcieliby pracować. Z kolei ci, którzy wiodą spokojne życie, mają obojętny stosunek do sprawy. A jeśli będą im potrzebne uzupełniające rzeczy typu flaszka czy papierosy, to pójdą na stację benzynową czy do obumierających sklepików, gdzie zrobią droższe zakupy.
Na początku roku podkreślił Pan też kwestię dyskomfortu. Czy on narasta?
Dr Faliński: Z pewnością, zwłaszcza przy korzystaniu z centrów handlowych. To jest negatywnie oceniane na poziomie ok. 70% badanych. Dotyczy to m.in. ludzi, którzy mieszkają poza dużymi miastami, gdzie są galerie. Bo do takich miejsc przyjeżdżało się na zakupy, po rozrywkę, zwyczajnie po bycie w innym świecie. Tak to u nas wygląda…
Zarząd R22 przyjął politykę dywidendową, zgodnie z którą spółka będzie wypłacać akcjonariuszom dywidendę w wysokości co najmniej 30 proc. skonsolidowanego zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. Zgodnie z rekomendacją zarządu, dywidenda z zysku za 2018/2019 rok obrotowy wyniesie 0,30 zł na jedną akcję.
Jednocześnie, godnie z przyjętą polityką, wartość dywidendy na jedną akcję ma systematycznie rosnąć. Polityka będzie obowiązywać przez okres 5 lat (wliczając rok 2018/2019), przy rekomendacji Zarząd będzie brał pod uwagę sytuację finansową i płynnościową Grupy, a ostateczną decyzję dotyczącą wypłaty dywidendy podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.
Zarząd R22 zarekomendował również wypłatę dywidendy za 2018/2019 r. obr. w wysokości 4,23 mln zł, co daje 0,30 zł na jedną akcję. Stopa dywidendy, według kursu zamknięcia z 6 września, wynosi 1,50%.
– W minionym roku osiągnęliśmy rekordowe wyniki, które pozwalają nam dzielić się zyskiem z akcjonariuszami. Już wcześniej, na przełomie czerwca i lipca przeprowadziliśmy skup akcji własnych. Teraz, zgodnie z zapowiedziami rekomendujemy wypłatę pierwszej w historii R22 dywidendy. Chcemy, aby każdego roku była ona wyższa w ujęciu nominalnym. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.
W 2018/2019 r. Grupa osiągnęła 145,6 mln zł przychodów, 37,9 mln zł znormalizowanego zysku EBITDA (wzrost o 39 proc. r/r). Zysk netto wzrósł o 59 proc. do 16,7 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 11,6 mln zł i było o 70 proc. wyższy niż rok wcześniej.
Jakub Dwernicki – prezes R22
– Realizujemy ambitną, ale zrównoważoną strategię rozwoju, która pozwala nam dynamicznie zwiększać skalę biznesu i jednocześnie wypracowywać nadwyżkę gotówkową, którą możemy dzielić się z akcjonariuszami. – dodaje Jakub Dwernicki.
Ostateczną decyzję w sprawie wypłaty dywidendy podejmie Walne Zgromadzenie. Zgodnie z propozycją Zarządu, dniem dywidendy będzie 15 października, a dniem wypłaty dywidendy 22 października.
Fortinet, globalny dostawca rozwiązań cyberochronnych, wspólnie z wydawnictwem Forbes Insights zaprezentował raport „Trudne wybory: Jak dyrektorzy ds. bezpieczeństwa informacji zarządzają rosnącymi zagrożeniami przy ograniczonych zasobach”. Dokument przedstawia wyniki ankiety, która wykazała, że 84% dyrektorów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo firmowych informacji przewiduje wzrost ryzyka cyberataków. Natomiast ponad jedna czwarta uznaje, że hakerzy dzięki posiadanym możliwościom wyprzedzają ich działania zabezpieczające przedsiębiorstwa.
W globalnej ankiecie wzięły udział osoby na stanowiskach CISO (Chief Information Security Officer). Wypowiadały się na temat stojących przed nimi wyzwań oraz wprowadzanych strategii w celu sprostania im. Najważniejsze wnioski z badania to:
Dyrektorzy ds. bezpieczeństwa coraz częściej wykorzystują sztuczną inteligencję. 48% osób zajmujących się ochroną informacji pracuje nad płynnym zintegrowaniem zabezpieczeń z operacjami sieciowymi, a 45% zamierza wdrożyć strategię bazującą na zaawansowanej analizie, aby zapewnić sobie lepszą widoczność zasobów sieciowych. Dzięki automatycznej analizie i uczeniu maszynowemu sztuczna inteligencja pozwala oszczędzić czas zespołom IT. Zamiast tego mogą skupić się na działaniach kluczowych dla biznesu, jak identyfikacja nietypowych zachowań w sieci czy szybkie reagowanie na zagrożenia.
Dyrektorzy ds. bezpieczeństwa chcą zwiększyć przeznaczaną część budżetu na wykrywanie zagrożeń i reagowanie na nie. Ankietowani przeznaczają obecnie średnio 36% swojego budżetu na reagowanie na incydenty. W idealnej sytuacji chcieliby jednak zwiększyć ten odsetek do 40%, zaś przeznaczać mniej zasobów na działania prewencyjne.
Szczególnie ważna jest edukacja i szkolenia z zakresu cyberbezpieczeństwa. Według ankiety Forbes Insights, dyrektorzy ds. bezpieczeństwa informacji uważają, że ograniczenia dotykające szkoleń i rekrutacji specjalistów mają znaczący wpływ na przedsiębiorstwa, dla których pracują. Z tego powodu osoby na stanowiskach CISO przykładają więcej uwagi do szkoleń własnych pracowników, – uczą ich dobrych praktyk i świadomości na temat cyberbezpieczeństwa, aby ograniczyć wewnętrzne zagrożenia.
Brak odpowiedniego budżetu ogranicza dyrektorów ds. bezpieczeństwa. Zagrożeń jest coraz więcej, ale budżety i zasoby na cyberochronę są w dalszym ciągu ograniczone. Jedna trzecia dyrektorów ds. bezpieczeństwa informacji stwierdziła w ankiecie, że nieadekwatny budżet ma znaczący wpływ na przygotowywane przez nich programy ochronne.
Priorytetem jest zabezpieczanie danych klientów i własności intelektualnej. Ponad jedna trzecia respondentów uznaje ochronę marki swojej firmy za kwestię pierwszorzędną, a ponad 36% osób na stanowisku CISO wybrało dane klienta jako priorytet bezpieczeństwa. Większość respondentów stwierdziła również, że własność intelektualna jest jednym z najważniejszych elementów wymagających ochrony i że jest to jeden z głównych celów cyberprzestępców.
– Ankieta przeprowadzona przez Forbes Insights potwierdza opinie, jakie słyszymy bezpośrednio od klientów. Dyrektorzy ds. bezpieczeństwa muszą zmagać się dzisiaj z lokowaniem ograniczonych środków i zasobów w projekty ochronne, które mają największy potencjał – od wykrywania włamań do reagowania na ataki. Osoby na tych stanowiskach muszą zapewniać maksymalne bezpieczeństwo przy ograniczonych zasobach, jednocześnie wykonując swoje obowiązki kierownicze i zmagając się ze strategicznymi problemami – komentuje John Maddison, wiceprezes firmy Fortinet.
TomTom Telematics od początku kwietnia bieżącego roku działa jako część Bridgestone Europe. Pół roku po tym fakcie firma zmieni również samą nazwę i od 1 października funkcjonować będzie jako Webfleet Solutions.
Przejęcie TomTom Telematics to krok ku realizacji ambitnych planów Bridgestone w zakresie poszerzania cyfrowych kompetencji firmy, a tym samym element transformacji koncernu, który z producenta opon klasy premium zmienia się w lidera rozwiązań w zakresie mobilności. Nowa spółka w grupie Bridgestone to wiodący w Europie dostawca rozwiązań do zarządzania flotą – lider w branży, która odnotowuje co roku dwucyfrowy wzrost. Sfinalizowane przejęcie umacnia również pozycję Bridgestone w segmencie rozwiązań opartych na danych, które znacznie poprawiają wydajność i skuteczność biznesu flotowego.
Paolo Ferrari, CEO i Prezes Bridgestone EMEA
Nowa nazwa firmy, Webfleet Solutions, nawiązuje do flagowej platformy WEBFLEET, która od ponad 20 lat dostarcza wiodące rozwiązania telematyczne dla flot pojazdów. Działająca pod nowym szyldem spółka pozwoli oferować klientom Bridgestone szerszy wachlarz usług z zakresu mobilności cyfrowej i zarządzania flotą, a także umocnić pozycję spółki jako światowego lidera branży. Webfleet Solutions w regionie EMEA obsługuje obecnie ponad 1,2 miliona pojazdów.. – Paolo Ferrari, CEO i Prezes Bridgestone EMEA, powiedział:
„Kiedy na początku roku włączyliśmy do naszej grupy Webfleet Solutions, staliśmy się wiodącym graczem w branży rozwiązań flotowych. Wspólnie mamy wyjątkowy potencjał, aby być liderem dynamicznie rozwijającego się i innowacyjnego obszaru usług z zakresu mobilności” – komentuje Paolo Ferrari, CEO i Prezes Bridgestone EMEA.
„Mamy ambitne założenia, posiadamy infrastrukturę i zasoby, dane i informacje, a także pracujemy z właściwymi ludźmi, którzy dysponują niezwykle rozległą wiedzą. Teraz, gdy gwałtownie wkraczamy w całkiem nową rzeczywistość i rozwiązania z zakresu zintegrowanej i autonomicznej mobilności stają się faktem, Bridgestone i Webfleet Solutions wspólnie zagwarantują swoim klientom dostęp do nowych korzyści i możliwości, jakie właśnie się przed nami otwierają” – dodaje Paolo Ferrari.
Od momentu potwierdzenia transakcji zespoły Bridgestone i Webfleet Solutions łączą siły i wspólnie poszukują nowych możliwości i innowacji, aby wspierać klientów w rozwijaniu ich biznesów w przyszłości i tworzyć dla nich nową wartość.
Oczywiście, że w temacie brexitu musiał wystąpić niespodziewany zwrot akcji. Boris Johnson nie zamierza się poddać w swoich staraniach doprowadzenia do brexitu 31 października, nawet jeśli ma to oznacza nieczystą grę. Rynki są zadowolone ze śledzenia brexitowej sagi, w przeciwnym wypadku czekałoby je senne wyczekiwanie czwartkowej decyzji EBC.
Ubiegły tydzień kończyliśmy z przekonaniem, że szanse na bezumowny brexit 31 października spadają, gdyż parlament skutecznie zablokował plan rządu przegłosowując ustawę zmuszającą premiera Johnsona do starania się o odroczenie brexitu, jeśli nie uda mu się zawrzeć porozumienia z Brukselą. Jednak dziś stoimy przed nowymi opcjami sabotowania prawnego przymusu. Weekendowa prasa brytyjska donosiła, że Johnson szykuje listowne zwrócenie się do Brukseli z oświadczeniem, że rząd nie chce odroczenia i liczy, że UE na takowe się nie zgodzi. W Unii nie brakuje polityków sfrustrowanych postawą Wielkiej Brytanii i przeciwnych dalszemu odkładaniu brexitu. Z drugiej strony strzałem w kolano byłoby sprzeciwienie się odroczeniu i wzięcie przez UE całej winy za brexit na siebie (a na pewno tak by to było „sprzedane” opinii publicznej przez Johnsona). Stąd rząd brytyjski alternatywnie chce zaskarżyć ustawę w sądzie, licząc na choćby mały błąd w naprędce pisanych przepisach. Naprawdę nie wiadomo, w którą stronę to wszystko się potoczy, co dla GBP oznacza przygaszenie entuzjazmu, jaki narósł przed weekendem. Ponownie staje się niemożliwym oszacowanie prawdopodobieństwa któregokolwiek ze scenariuszy, jeśli wszystko może się zmienić za sprawą jednej decyzji politycznej.
Poza politycznym chaosem na Wyspach, rynki pielęgnują umiarkowany optymizm na bazie tego, że w temacie sporu handlowego USA-Chiny od kilku dni nie usłyszeliśmy niczego niepokojącego. Jeszcze w piątek Chiny zakomunikowały cięcie stopy rezerw obowiązkowych o 50 pb (dla mniejszych banków o 100 pb), co jest dowodem aktywnej roli Pekinu w łagodzeniu skutków wojny handlowej. Ale w weekend dane z handlu przypomniały, że eksport Chin słabnie i to jeszcze przed wejściem w życie nowych ceł. Ogólnie jednak wygrywa przeświadczenie, że oznaki spowolnienia znajdą odpowiedź w ekspansywnej polityce. Zła wiadomość, to dobra wiadomość, ale z umiarem.
USD był pod presją w pierwszych taktach po publikacji danych z rynku pracy. Niższy od prognoz przyrost zatrudnienia był na pierwszym planie, choć rozczarowanie łagodziły silny skok płac. Razem dane sugerują, że słabość zatrudnienia nie musi się brać z wstrzymania przez pracodawców planów rozwoju, a raczej z niedoborów wykwalikowanej siły roboczej (którą często trzeba zatrzymać podwyżkami wynagrodzenia). Co istotniejsze, raport NFP nie dał podstaw do zmiany oczekiwań względem wrześniowej decyzji Fed i dalej oczekujemy obniżki stóp procentowych o 25 pb. W późniejszym wystąpieniu prezes Fed przedstawił względnie optymistyczne spojrzenie na gospodarkę, co sugeruje brak pilnej potrzeby bardziej agresywnego posunięcia ze strony banku centralnego.
EUR/USD jest względnie na tym samym poziomie co w piątek, a rynek myślami jest przy czwartkowej decyzji EBC, gdzie spodziewamy się obniżki stóp procentowych o 10 pb, wprowadzenia systemu różnicowania oprocentowania rezerw banków w krajach członkowskich (tzw. tiering) oraz restart skupu aktywów. Choć pakiet jest spory, wydaje się, że rynek liczy na jeszcze bardziej gołębi wydźwięk EBC. W rezultacie niespełnienie oczekiwań może ostatecznie przynieść odreagowanie dotychczas podtrzymywanej słabości EUR.
Wydatki państwa z roku na rok rosną. Forum Obywatelskiego Rozwoju co roku oblicza wydatki z budżetu publicznego w przeliczeniu na jednego mieszkańca. W 2018 roku wyniosły one 23 135 złotych – o wiele więcej, niż 18 018 złotych w 2011 roku, kiedy FOR przygotował pierwszy raport. Taki wzrost wydatków państwowych w dużej mierze wynika z polityki rządów. Duża liczba programów społecznych, większe wydatki na zasiłki rodzinne, emerytury i renty sprawiają, że suma realnych wydatków państwa rośnie. Budżet krajowy nie jest jednak studnią bez dna. Wzrost wydatków ma swoje konsekwencje w podwyższeniu podatków i opłat. Niestety zanosi się na to, że nadchodzące wybory parlamentarne nie przyniosą wyczekiwanego przez ekonomistów okrojenia wydatków państwowych.
– Obecnie mamy w przestrzeni publicznej bardzo wiele obietnic złożonych przez polityków – tych rządzących i tych, którzy chcieliby przejąć władzę po jesiennych wyborach. Mam nadzieję, że nie pojawi się zbyt wiele dodatkowych propozycji. One w naszej sytuacji gospodarczej mogłyby być kłopotliwe do sfinansowania – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG. – I tak czeka nas wzrost podatków i różnego rodzaju opłat – żeby to, co w tej chwili jest przyobiecane i w części zrealizowane, można było sfinansować. Mam nadzieję, że nie pojawią się dodatkowe, bardzo kosztowne propozycje. Budżet mógłby ich nie udźwignąć – wskazuje Soroczyński.
1.01.2019 r. w życie weszła ulga podatkowa IP BOX, przysługująca m.in. informatykom tworzącym lub rozwijającym autorskie oprogramowanie komputerowe. W teorii miała ona znacznie zmniejszać ponoszone przez przedsiębiorców koszty. W praktyce okazuje się jednak, że skorzystanie z niej wcale nie jest takie łatwe…
Czym jest IP BOX?
IP BOX, czyli Intellectual Property Box to jeden ze sztandarowych projektów rządowych ubiegłego roku. Jest to tzw. preferencyjne opodatkowanie przysługujące osobom, które otrzymują dochody z tytułu komercjalizacji kwalifikowanych praw własności intelektualnej, takich jak patenty, prawa autorskie do oprogramowania czy wzory przemysłowe. Do tej pory musieli oni płacić podatek w wysokości 19% – jeśli byli podatnikami CIT lub 9% – w przypadku płatników PIT. Po wejściu w życie ustawy miałby się on zmniejszyć do 5%. Trzeba przyznać, że w skali roku jest to spora różnica. W przypadku przedsiębiorcy uzyskującego miesięczny przychód w wysokości 5000 zł, którego obowiązuje 19% podatek, wyniesie on aż 11 400 zł. Po obniżeniu go do 5% wynosiłby jedynie 3000 zł.
Kto może skorzystać z ulgi podatkowej?
IP BOX w założeniu miał być odciążeniem dla biznesu i zachętą do prowadzenia aktywnej działalności badawczo- rozwojowej. Skierowany jest zarówno do dużych firm, jak i start-upów, czy indywidualnych twórców freelancerów. Prawo do skorzystania z niego mają wszyscy przedsiębiorcy, których biznes można zakwalifikować jako badawczo-rozwojowy. Są nimi np. programiści, tworzący lub ulepszający istniejące już programy i udostępniający je do ogólnego użytku. Z ulgi podatkowej IP BOX mogą oni skorzystać w odniesieniu do:
Dochodów pochodzących ze sprzedaży produktów lub dzieł objętych prawem własności intelektualnej
Opłat licencyjnych dotyczących ww. produktów
Odszkodowań za naruszenie praw własności intelektualnej dotyczących ww. produktów
Problemy z ulgą podatkową IP BOX
Projekt zapowiadał się bardzo obiecująco, okazuje się jednak, że skorzystanie z niego nie należy do najprostszych. Programiści, którzy chcą, aby obowiązywała ich ulga podatkowa, muszą bowiem odpowiednio wcześnie zadbać o prowadzenie właściwej księgowości. Oznacza to, że:
Każdy produkt objęty prawem własności intelektualnej musi być pojedynczo wyodrębniony w księgach rachunkowych przedsiębiorcy
Do każdego z tych produktów konieczne jest posiadanie zestawienia przychodów, kosztów ich uzyskania oraz dochodu
Zapisy w księgach rachunkowych muszą jasno określać łączny dochód uzyskany z produktów objętych prawem własności intelektualnej
Na tym jednak problemy się nie kończą. Ustawa zawiera wiele luk, które są stopniowo uzupełniane kolejnymi interpretacjami Ministerstwa Finansów. Jest to powodem olbrzymiej dezinformacji wśród przedsiębiorców, którzy nabierają coraz większego dystansu do całego programu. Na dodatek z ostatniego, pochodzącego z ministerstwa oświadczenia wynika, że IP BOX będzie obowiązywał dopiero od 2020 r. Dowiedz się więcej o IP BOX.
Spółka Ltd jako alternatywa dla IP BOX
Programiści, którzy chcą uniknąć wysokiego opodatkowania w Polsce, mogą skorzystać z opcji założenia spółki w Wielkiej Brytanii. Dzięki temu zyskają jeszcze większe ulgi niż IP BOX, obejmujące cały dochód, a nie tylko ten pochodzący ze sprzedaży kwalifikowanych praw własności intelektualnej. Kwota wolna od podatku w Wielkiej Brytanii wynosi ponad 62 000 zł rocznie. Oznacza to, że wspomniany we wcześniejszej części tekstu przedsiębiorca, który w Polsce musiały zapłacić podatek w wysokości 11 400 zł, tam nie zapłaciłby ani złotówki.
Spółkę Ltd w na terenie UK bez obaw o podwójne opodatkowanie może założyć każdy freelancer pracujący zdalnie. Nie musi on mieszkać, ani nawet czasowo przebywać w Wielkiej Brytanii. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj. Jest to więc atrakcyjna propozycja dla programistów oraz innych pracujących na własny rachunek specjalistów, którzy nie chcą płacić tak wysokich podatków w Polsce.
Zgodnie z harmonogramem do 2022 roku amerykański koncern Raytheon dostarczy Polsce system obrony przeciwrakietowej średniego zasięgu Patriot w ramach programu „Wisła”. Na tegorocznych targach MSPO w Kielcach firma podpisała kontrakt z Hutą Stalowa Wola, która wyprodukuje wyrzutnie do Patriotów. To kolejna z umów zawartych przez amerykański koncern ze spółkami należącymi do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Wcześniej podpisano umowy z WZE, ZMT oraz PiT-RADWAR. Wszystkie zostaną włączone do globalnego łańcucha dostaw Raytheon i będą mogły konkurować o zamówienia w 16 innych krajach, które dysponują w sumie 220 jednostkami ogniowymi Patriot.
– Pierwsza faza programu „Wisła” jest realizowana zgodnie z harmonogramem, tak aby dostawy były zakończone w 2022 roku. Rozpoczęliśmy na terenie Polski produkcję wyrzutni, sprzętu wsparcia, anten IFF, a także systemów dowodzenia i kontroli – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Pete Bata, wiceprezes polskiego programu zintegrowanej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej w koncernie Raytheon IDS.
Program obrony powietrznej „Wisła” to jeden z priorytetów Ministerstwa Obrony Narodowej. Pod koniec marca ubiegłego roku szef resortu Mariusz Błaszczak w ramach realizacji pierwszego etapu podpisał umowę na dostawę dwóch baterii Patriot w najnowszej konfiguracji 3+, w tym czterech jednostek ogniowych (na które składają się 4 radary i 4 stanowiska kierowania walką, 6 stanowisk dowodzenia, 16 wyrzutni, wyposażenie techniczne, pakiet logistyczny i szkoleniowy) produkowanych przez amerykański koncern zbrojeniowy Raytheon oraz 208 pocisków rakietowych Lockheed Martin.
Warta ok. 16 mld zł realizacja I etapu programu „Wisła” to największy do tej pory kontrakt zbrojeniowy w historii polskiej armii. Według harmonogramu MON Patrioty mają trafić do Polski w 2022 roku i zyskać zdolność bojową na przełomie 2023 i 2024. Będą zintegrowane z najnowocześniejszym systemem zarządzania polem walki IBCS, opracowanym dla wojsk lądowych Stanów Zjednoczonych. Polska będzie drugim, po USA, państwem na świecie wykorzystującym Patrioty z systemem IBCS. MON zakupił ten system jeszcze przed jego wejściem do seryjnej produkcji i będzie on wdrażany równolegle w polskiej i amerykańskiej armii.
Po podpisaniu umowy z rządem USA we wrześniu 2018 r. koncern Raytheon rozpoczął produkcję elementów systemu Patriot, które mają trafić do Polski. Raytheon przystąpił też do podpisywania umów z polskim przemysłem w ramach offsetu. Amerykański koncern i MON wynegocjowali 31 umów offsetowych wycenionych na ponad 220 mln zł.
– Wykonawcze umowy offsetowe są w tej chwili negocjowane z PGZ i oczekujemy szybkiego zakończenia tego procesu – mówi Pete Bata.
Podczas 27. targów zbrojeniowych MSPO w Kielcach Raytheon oficjalnie podpisał ze spółką Hutą Stalowa Wola SA (wchodzącą w skład PGZ) umowę na produkcję 16 wyrzutni M903 do systemu Patriot.
– Ma to kolosalne znaczenie w kontekście budowania potencjału i rozwoju polskiego przemysłu obronnego. To nie tylko umowa na dostawy wyrzutni dla Patriota, którą będziemy realizowali w Hucie Stalowa Wola przy współpracy innych spółek PGZ, lecz także kontrakt, który otwiera nam nowe możliwości, daje nowe technologie i możliwość szerszej współpracy ze stroną amerykańską. Pomyślna realizacja projektu wprowadzi nas w cały łańcuch dostaw firmy Raytheon – mówi Bartłomiej Zając, prezes Huty Stalowa Wola S.A.
Umowa z Hutą Stalowa Wola to kolejny z kontraktów zawartych przez amerykański koncern ze spółkami PGZ. W lipcu i sierpniu br. zostały już podpisane umowy z Wojskowymi Zakładami Elektronicznymi, Zakładami Mechanicznymi Tarnów oraz PIT-Radwar SA. Oznacza to, że wszystkie trzy spółki zostaną włączone do globalnego łańcucha dostaw Raytheon i będą mogły konkurować o zamówienia w 16 krajach, które dysponują w sumie 220 jednostkami ogniowymi Patriot.
– Te umowy są bardzo istotne i oznaczają, że Polska będzie miała możliwość uczestniczenia w znacznie szerszych realizacjach biznesowych z innymi krajami na świecie – mówi Pete Bata.
– Oczekujemy po tej współpracy benefitów biznesowych, które są kluczowe dla naszej spółki, jej rozwoju oraz pozyskania nowych technologii, związanych z offsetem w ramach programu „Wisła”. Te wszystkie benefity napędzają kolejne fazy rozwoju Huty Stalowa Wola i spółek Polskiej Grupy Zbrojeniowej –dodaje Bartłomiej Zając.
W II fazie programu Wisła MON zamierza pozyskać sześć kolejnych baterii Patriot, które – według początkowych zapowiedzi – miałaby trafić do Polski po 2024 roku, ale negocjacje w tej sprawie jeszcze się nie zakończyły.
– Faza pierwsza programu „Wisła” związana z pociskami Patriot stanowi pewien fundament. Następnie jest faza druga, w ramach której proponujemy dostarczenie przez naszą firmę radaru 360 stopni AESA, czyli radaru dookólnego dla systemu Patriot, oraz pocisku przechwytującego SkyCeptor. W ten sposób zostanie zapewniony kompletny system obrony przeciwrakietowej dla Polski – mówi wiceprezes polskiego programu zintegrowanej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej w koncernie Raytheon IDS.
System obrony powietrznej średniego zasięgu Patriot jest głównym systemem antyrakietowym w armii Stanów Zjednoczonych. Poza nią z Patriotów korzysta jeszcze 16 innych państw, w tym m.in. Izrael, Niemcy, Japonia, Arabia Saudyjska, Katar i Szwecja. W sierpniu na zakup systemu Patriot zdecydowało się też Królestwo Bahrajnu.
Mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce pozytywnie oceniają sytuację ekonomiczną i zapotrzebowanie na swoje produkty i usługi. Przekłada się to na większą skłonność do inwestycji, które w tym i przyszłym roku planuje ponad 60 proc. mikro- i małych oraz 74 proc. średnich firm. Problemem są jednak warunki otrzymania finansowania zewnętrznego – zbyt krótkie okresy spłaty, za małe kwoty czy zbyt wysokie marże. Pozyskanie finansowania mają ułatwić zmiany wprowadzone w programie gwarancji de minimis, które Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) oferuje MŚP. Jedną z głównych będzie możliwość objęcia gwarancją nowego kredytu, którym przedsiębiorstwo chce spłacić już istniejące zadłużenie.
– Z sygnałów i badań rynkowych, które do nas docierają, wynika, że ponad 60 proc. firm planuje inwestycje związane z rozwojem. Jednocześnie przedsiębiorstwa gorzej oceniają wsparcie, jakie jest im udzielane ze strony instytucji finansowych – mówi agencji Newseria Biznes Robert Kasprzak, dyrektor zarządzający pionem zarządzania produktami w BGK.
Jak wynika z lipcowego raportu Centrum Badań Marketingowych Indicator na zlecenie ZBP, tylko 29 proc. mikro- i małych przedsiębiorstw i 38 proc. średnich dobrze lub bardzo dobrze ocenia aktualne warunki wspierania sektora MŚP. Ten odsetek zmniejsza się na przestrzeni ostatnich trzech lat.
– Docierają do nas informacje o zaostrzeniu pewnych kryteriów dotyczących finansowania ze strony banków. Polega to na tym, że są wyższe oczekiwania firm, a niższe kwoty udzielanych kredytów przy jednoczesnych wyższych marżach. Krótszy jest też okres, na jaki udzielane są te kredyty, a kryteria oceny ryzyka kredytowego są bardziej wyśrubowane. Dlatego BGK podejmuje inicjatywę dokonania zmian w systemie gwarancji de minimis, żeby zwiększyć wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw – mówi Robert Kasprzak.
Wprowadzone zmiany pozwolą objąć gwarancjami de minimis nowe rodzaje zobowiązań, np. tych służących spłacie wcześniej zaciągniętych kredytów. Takie rozwiązanie będzie możliwe wtedy, kiedy bank kredytujący zaoferuje korzystniejsze warunki udzielenia kredytu niż dotychczasowe warunki spłaty zadłużenia.
– Dzięki temu, że obejmujemy gwarancjami nowy kredyt, może on mieć dłuższy okres finansowania albo niższą marżę – mówi Robert Kasprzak. – Drugim z udogodnień jest objęcie gwarancjami kredytów obrotowych, które są wykorzystywane przy użyciu kart kredytowych. Trzecią opcją jest udzielenie gwarancji na linie wielocelowe. Przedsiębiorcom daje to dużą elastyczność, gdyż taka linia może być wykorzystywana do pokrycia zobowiązań wobec banków kredytujących z tytułu udzielanych gwarancji bankowych, akredytyw, odwróconego faktoringu.
Z oferowanych przez BGK gwarancji de minimis do tej pory skorzystało ponad 150 tys. przedsiębiorców. Wartość udzielonych gwarancji to prawie 62 mld zł, a wartość zabezpieczonych nimi kredytów – ponad 110 mld zł. Gwarancje de minimis na nowych zasadach są już stopniowo uruchamiane w bankach, z którymi BGK zawarł umowy dotyczące tego produktu.
– Bank Gospodarstwa Krajowego finansuje wszystkie firmy – począwszy od start-upów, mikro- i małych przedsiębiorstw aż do największych przedsiębiorstw w kraju. Ze wsparcia w ramach gwarancji de minimis można skorzystać w 18 bankach, które współpracują z BGK, oraz około 100 bankach spółdzielczych –mówi dyrektor zarządzający pionem zarządzania produktami w Banku Gospodarstwa Krajowego.
Fotowoltaika ma przyszłość – podkreśla prezes PGE Energia Odnawialna Arkadiusz Sekściński. Obecnie Polska pozyskuje zaledwie 800 MW mocy z energii słonecznej. Celem PGE jest osiągnięcie ok. 2,5 GW mocy do 2030 roku. Spółka nawiązała właśnie współpracę ze spółką PKP. Spośród 100 tys. ha kolejowych gruntów PGE wytypuje te, które najlepiej nadają się pod budowę farm fotowoltaicznych. Umowa na pierwszą taką inwestycję ma zostać podpisana w pierwszym kwartale 2020 roku.
– Fotowoltaika ma w Polsce ogromną przyszłość z kilku powodów. Potrzebujemy w miksie energetycznym źródeł, które pracują w dzień, kiedy jest największe zapotrzebowanie na energię elektryczną. Potrzebujemy tej energii elektrycznej również latem. W Polsce od kilku lat każdego lata pojawia się wyzwanie związane ze zwiększonym popytem. Dodatkowo fotowoltaika to czysta, bezpieczna i zielona technologia, nie wiążą się z nią żadne emisje gazów cieplarnianych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Sekściński, prezes PGE Energia Odnawialna.
Fotowoltaika jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów Odnawialnych Źródeł Energii w Polsce i na świecie. Przyrost nowych instalacji PV jest bardzo szybki: jeszcze na koniec 2018 roku łączna moc zainstalowana w źródłach fotowoltaicznych wynosiła ok. 500 MW, podczas gdy już w maju br. przekroczyła 700 MW.
Polska – z rocznym przyrostem 235 MW – znalazła się na 9. miejscu wśród państw Unii Europejskiej. Według prognoz w tym roku przybędzie nawet 1 GW nowych instalacji PV, a moc skumulowana instalacji fotowoltaicznych na koniec roku wyniesie 1,5 GW. Dzięki temu Polska awansuje już na 4. miejsce w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych – wskazują eksperci Instytutu Energetyki Odnawialnej w raporcie „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2019”.
– Rząd chciałby, żeby do 2030 roku w miksie było ponad 10 GW w fotowoltaice, a dekadę później – już 20 GW. Dzisiaj mamy zaledwie 800 MW, z czego połowa jest zainstalowana w panelach prosumenckich na dachach. Bezwzględnie jest więc duży popyt i przestrzeń biznesowa na to, żeby ta fotowoltaika się rozwijała – mówi Arkadiusz Sekściński.
– W Polsce rynek fotowoltaiki jest stosunkowo nowym, aczkolwiek dynamicznie się rozwijającym i atrakcyjnym z punktu widzenia szybkości osiągania założonych celów. Grupa PGE jest już dzisiaj liderem segmentu odnawialnych źródeł energii w Polsce, posiadając największy udział w hydroenergetyce i energetyce wiatrowej. Zainicjowana współpraca z PKP jest kolejnym krokiem, by zbudować podobną pozycję również w branży fotowoltaicznej – dodaje Henryk Baranowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.
IEO wskazuje, że już w 2019 roku wartość rynku inwestycji w fotowoltaikę przekroczy 3,5 mld zł, a łączne obroty – z wartością energii wytworzonej – przekroczą w tym roku 4 mld zł. Tym samym rynek fotowoltaiczny stanie się głównym obszarem inwestycji w energetyce odnawialnej.
– Fotowoltaika jest również stosunkowo prostym biznesem, nie ingeruje zbytnio w kwestie środowiskowe czy planistyczne. To jest po prostu kwestia pozyskania gruntu, który nie jest wykorzystywany na inne wartościowe cele rolnicze. Następnie ten grunt można wykorzystać poprzez zainstalowanie na nim konstrukcji wsporczych i paneli fotowoltaicznych, które generują energię elektryczną – mówi Arkadiusz Sekściński.
Przedsięwzięcie realizowane z Polskimi Kolejami Państwowymi wpisuje się w Program PV Grupy PGE, którego celem jest osiągnięcie do 2030 r. ok. 2,5 GW mocy z energii słonecznej. Spółka kolejowa jest jednym z największych w kraju właścicieli nieruchomości, dysponuje ok. 100 tys. ha gruntów. Grupa PGE wytypuje spośród nich te, które najlepiej nadają się pod budowę farm fotowoltaicznych. Umowa na pierwszą taką inwestycję ma zostać podpisana w pierwszym kwartale przyszłego roku.
– Na dziś mamy zidentyfikowane i zweryfikowane około 170 ha gruntów. Pierwsza taka nieruchomość, która naszym zdaniem ma największy potencjał do realizacji tego typu inwestycji, znajduje się na Górnym Śląsku – mówi Krzysztof Golubiewski, członek zarządu PKP SA.
Oprócz Śląska wytypowane zostały również pierwsze działki w województwach łódzkim i podkarpackim. Co istotne, PKP są też zainteresowane zakupem energii elektrycznej wyprodukowanej na farmach fotowoltaicznych, które powstaną w wyniku współpracy z PGE. Według wstępnych założeń sprzedaż energii mogłaby się odbywać bezpośrednio na podstawie umowy PPA (Power Purchase Agreements).
– Mocno pracujemy nad podniesieniem efektywności majątku, którym dysponuje PKP. W puli naszych nieruchomości potężny areał stanowią jednak grunty specyficzne, które znajdują się na międzytorzach, gdzie nie ma łatwego dostępu, albo o różnorodnym kształcie. Szukaliśmy pomysłu, jak je wykorzystać i stąd zrodził się pomysł, że na takich gruntach mogą powstawać farmy fotowoltaiczne – mówi Krzysztof Golubiewski.
Sytuacja kobiet na rynku pracy w finansach stopniowo się poprawia. Wciąż jednak kluczowe stanowiska zarządcze zajmowane są przez mężczyzn. Panie są pomijane przy awansach, wciąż żywy jest stereotyp, że ich rolą jest przede wszystkim bycie żoną i matką. Tymczasem 91 proc. kobiet ocenia, że kariera jest dla nich ważna – wynika z raportu „Kobiety w finansach”. To ważna wskazówka dla firm, tym bardziej że – jak wskazują eksperci – zróżnicowane zespoły osiągają znacznie lepsze wyniki.
– Do tej pory panowała obiegowa opinia, że kariera dla kobiet nie jest ważna. Raport „Kobiety w finansach” przynosi nam całkiem inne spojrzenie na ten temat. Dla 91 proc. respondentek kariera jest ważna. To bardzo cenna informacja dla wszystkich firm, którym zależy na zwiększeniu równouprawnienia kobiet – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Romaniuk, wiceprezes Banku BPH.
Z raportu „Kobiety w finansach” przygotowanego we współpracy Banku BPH, Antal oraz CFA Society Poland wynika, że choć kobietom zależy na karierze, ich awans nie zawsze jest możliwy. Blisko 94 proc. osób uważa, że w sektorze finansowym występują bariery, które uniemożliwiają rozwój kariery zawodowej. Jednocześnie jednak 78 proc. zauważa poprawę sytuacji kobiet na rynku pracy w sektorze finansowym.
– Jednak na stanowiskach zarządczych nie ma dużych zmian. Głównie są one zajmowane przez mężczyzn – wskazuje Małgorzata Romaniuk. – Kobietom kluczowe stanowiska przypisywane są w obszarach pomocniczych, jak back office, działy podatkowe czy księgowość. Natomiast stanowiska związane z zarządzaniem instytucjami finansowymi, ryzykiem czy finansami postrzegane są jako domena męska.
Z raportu wynika, że sytuacja pań w sektorze finansowym jest coraz lepsza – 68 proc. deklaruje, że w ich zarządach znajdują się kobiety, a 87 proc. ocenia, że w ich firmie są kobiety zajmujące stanowiska na szczeblu wyższej kadry menedżerskiej. Systematycznie zmniejsza się także luka płacowa.
Na poprawę wpływają m.in. takie czynniki, jak upowszechnienie się elastycznych form zatrudnienia, elastycznych godzin pracy i lepsze warunki płacowe, które pozwalają na zatrudnienie niani lub wysłanie dziecka do prywatnego żłobka czy przedszkola.
– Czynnikami, które ułatwiają rozwój kobiet w branży finansowej, ale nie tylko, jest z jednej strony kultura organizacyjna, która ma wpływ na to, jak kobieta godzi obowiązki zawodowe i pozazawodowe. Ale to również przykłady innych kobiet, które taką karierę realizują i które zajmują coraz bardziej strategiczne pozycje – przekonuje Agnieszka Bukowska, dyrektor zarządzający zasobami ludzkimi w Banku BPH.
Chociaż sytuacja znacząco się poprawia, nadal występują bariery, które hamują kobietom rozwój ich kariery zawodowej. Są wśród nich zarówno czynniki wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Co ciekawe, to właśnie te bariery wewnętrzne, społeczno-psychologiczne, są wskazywane częściej przez respondentów. Blisko 40 proc. pań brakuje wiary w siebie, nie mają odwagi, by głośno formułować własne potrzeby i aspiracje. Problemem jest również postrzeganie kobiet jako przede wszystkim żon i matek, których miejsce jest w domu, a nie firmie, zwłaszcza na eksponowanym stanowisku.
Kobiety są też pomijane przy awansach. Blisko 60 proc. Polaków ocenia, że płeć wpływa na możliwość awansu, a co czwarta osoba deklaruje, że jego firma nie wdrożyła wewnętrznych regulacji dotyczących polityki równych szans.
– Radziłabym wszystkim koncentrować się na kompetencjach, bo kompetencje nie mają płci. Jeżeli chcemy osoby na najwyższe stanowiska, to jestem przekonana, że wśród naszych pracowników znajdziemy tak samo dużo kobiet, jak mężczyzn o wysokich kompetencjach – ocenia Małgorzata Romaniuk.
– Z punktu widzenia organizacji ważne jest długofalowe myślenie o rozwoju kobiet i planowanie działań na kilka lat do przodu. Wtedy te plany mają szansę realizacji i będą one miały wpływ na kolejne pokolenia kobiet – ocenia Agnieszka Bukowska.
Zróżnicowane środowisko pracy, zarówno pod względem płci, jak i wieku czy pochodzenia, może przełożyć się na sukces firmy. Takie zespoły są bardziej kreatywne. Wciąż jednak niewiele firm prowadzi politykę równych szans.
– Kobiety przynoszą do takiego zespołu inną perspektywę, tym samym firma może zdobyć przewagę konkurencyjną. Kobiety mają też różne kompetencje miękkie, które postrzegane są na rynku pracy jako bardzo cenne, tworzą przyjazne miejsca pracy, a tylko w takich miejscach dzisiaj można utrzymać talenty. Mając talenty, generujemy zyski, osiągamy nasze cele i to jest największa wartość – ocenia Małgorzata Romaniuk.
Jak wskazują dane GUS, kobiety stanowią dziś 60 proc. wszystkich osób zatrudnionych w sektorze. One same nie doceniają jednak swojej roli w branży. Tylko 17 proc. pań uważa, że kobiety pełnią strategiczne funkcje w rozwoju instytucji finansowych, podczas gdy wśród panów odsetek takich odpowiedzi zbliża się do 50 proc.
Niedofinansowanie, ograniczony dostęp do lekarzy specjalistów oraz nacisk na przestarzały model opieki szpitalnej – to obecnie największe bolączki polskiej psychiatrii. Rozwiązaniem najbardziej palących problemów mają być lokalne centra zdrowia psychicznego oferujące szybką diagnozę i opracowanie planu leczenia. Terapia blisko miejsca zamieszkania nie pozbawia chorych możliwości uczestniczenia w życiu społecznym i zawodowym, co w wielu przypadkach przyspiesza proces powrotu do zdrowia.
Według szacunków Instytutu Psychiatrii i Neurologii na problemy i zaburzenia psychicznie cierpi ok. 8 mln Polaków, a licząc dzieci i młodzieży – nawet 12 mln. Badanie „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” pokazuje natomiast, że przynajmniej jedno zaburzenie można rozpoznać u 23 proc. dorosłych osób. Prawie jedna trzecia Polaków w wieku 18–64 lata doświadczyła takich problemów, jak obniżenie nastroju i aktywności, drażliwość i przewlekły lęk, niewiele mniej uskarża się na lęki społeczne i napady złości. Okresowe problemy psychiczne to często efekt wyzwań współczesnego, szybkiego tempa życia, m.in. stresującej pracy, presji w szkole, rywalizacji rówieśniczej.
– Zagrożenia związane z łatwością uzależniania się od formy przekazu, jaką jest internet, media społecznościowe, hejt, który się wylewa, najczęściej anonimowy – to są rzeczy, z którymi nie zawsze umiemy sobie poradzić. Jest bardzo wiele spraw, część z nich dotyczy ludzi młodych czy w okresie szkolnym – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Marek Balicki, pełnomocnik ministra zdrowia ds. reformy psychiatrii, kierownik Biura Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego.
Stałej lub okresowej pomocy psychiatrycznej wymaga niemal jedna czwarta społeczeństwa, a polska psychiatria jest jednak mocno zaniedbaną gałęzią medycyny i nie jest w stanie odpowiedzieć na te potrzeby. Podstawowym problemem jest brak lekarzy specjalistów, zwłaszcza zajmujących się dziećmi i młodzieżą, ograniczony dostęp do leczenia oraz brak kompleksowego systemu wsparcia dla pacjentów wymagających opieki psychiatrycznej. Polska psychiatria wciąż opiera się ponadto na tzw. modelu azylowym, czyli leczeniu w szpitalach psychiatrycznych.
– Bardzo często te szpitale nie dysponują infrastrukturą, która byłaby godziwa, więc pacjent trafia w bardzo kiepskie warunki bytowe, odrywany jest od swojego miejsca zamieszkania, ponieważ taki szpital często jest kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów od miejsca, w którym człowiek dotąd żył – mówi prof. dr hab. n. med. Jacek Wciórka, psychiatra z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
Fatalny stan polskiej psychiatrii ma zmienić Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2017–2022. Jednym z jego założeniem jest przejście z modelu azylowego na model środowiskowy, oparty na leczeniu w lokalnych poradniach psychologicznych, a dopiero w dalszej kolejności w szpitalach. W ramach wdrożonego w lipcu 2018 roku pilotażowego projektu w całej Polsce powstają centra zdrowia psychicznego, w których pacjenci mogą uzyskać szybką pomoc, nie tracąc kontaktu ze swoim otoczeniem i możliwości funkcjonowania w społeczeństwie.
– Program ma odwrócić sytuację, w której azyl psychiatryczny, gorzej mówiąc, getto psychiatryczne, jest jedynym źródłem uzyskiwania pomocy, ponieważ jest obciążony zbyt wieloma czynnikami ryzyka i uzależnienia się od instytucji szpitalnej – mówi prof. Jacek Wciórka.
– W centrach każdego dnia od 8.00 do 18.00 działa punkt zgłoszeniowo-koordynacyjny, gdzie możemy przyjść bez umawiania się, jest dokonywana wstępna ocena stanu zdrowia, wstępny plan postępowania, ustalanie wizyty u psychiatry w ciągu trzech dni, jeśli to się okaże potrzebne czy konieczne. Centra zdrowia psychicznego znacznie poprawiają więc dostępność, zwłaszcza w tym pierwszym etapie, kiedy to jest tak ważne – uzupełnia dr Marek Balicki.
Centra zdrowia psychicznego mają umożliwiać pacjentom terapię w ciągu dnia i powrót do domu na wieczory. Ich idea zakłada ponadto leczenie w kontakcie nie tylko z lekarzem specjalistą lub psychologiem, lecz także z członkami rodziny lub przyjaciółmi. Koordynatorzy projektu chcą także, by w przypadku osób mających kłopot z dotarciem do poradni specjaliści mogli składać wizyty domowe. Leczenie szpitalne ma być ostatecznością, dotyczącą bardzo poważnych przypadków zaburzeń psychicznych.
– Najlepiej, żeby nie był to wielki moloch gromadzący kilkuset pacjentów, bo w takim molochu człowiek traci swoją tożsamość, swoje poczucie godności, ale niewielki oddział, najlepiej w szpitalu ogólnym, wielospecjalistycznym – mówi prof. Jacek Wciórka.
Smartwatche stają się osobistymi komputerami. Dzięki aplikacjom monitorują liczbę kroków, sprawdzają tętno. Z drugiej strony pełnią funkcje mobilne, jak wyświetlanie powiadomień, wysyłanie wiadomości, odbieranie połączeń, udzielanie wskazówek. Urządzenia różnią się oferowanymi funkcjami, wyglądem i dotykiem, jednak większość napotyka tę samą przeszkodę – żywotność baterii. PowerWatch wyposażony jest w silnik termoelektryczny, który czerpie energię z ciepła ciała użytkownika. To pierwszy inteligentny zegarek, który praktycznie nie wymaga ładowania za pomocą ładowarki.
– PowerWatch to w pełni funkcjonalny smartwatch, który jest zasilany przy pomocy zjawiska termoelektryki. Zasilany jest dzięki temperaturze naszego ciała, a właściwie dzięki różnicy w temperaturze ciała i temperaturze środowiska zewnętrznego. Jesteśmy jednak w stanie wyprodukować na tyle dużo energii, żeby zegarka nie trzeba było w ogóle ładować za pomocą ładowarki – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Steve Muttram z PowerWatch.
Producenci inteligentnych zegarków prześcigają się w nowych funkcjonalnościach. Smartwatche już nie tylko mierzą tętno, liczbę kroków czy spalonych kalorii. Potrafią wykryć nieprawidłowości rytmu serca, sprawdzają poziom promieniowania UV i alarmują, jeśli potrzebna jest dodatkowa ochrona przed słońcem. Podpowiadają, kiedy organizm jest narażony na odwodnienie, a kiedy konieczny jest odpoczynek. Pomagają też zwalczyć nawyki, np. przewidują, kiedy najdzie nas ochota na papierosa, i zachęcają do przedłużania przerw między paleniem.
Smartwatche są już supercienkie i superlekkie. Wszystkie obecne na rynku mają jednak jedną wadę – żywotność baterii.
– Wewnątrz zegarka zamontowaliśmy układ termoelektryczny, zaś z przodu znajduje się panel słoneczny. Gdy jest zimno, zegarek produkuje znacznie więcej energii, niż gdy jest ciepło, ale wówczas wspomagamy się właśnie panelem słonecznym. Ilość produkowanej energii liczona jest w mikroamperach, ale to wystarczająco dużo żeby zasilić smartwatcha – przekonuje Steve Muttram.
Akumulator w PowerWatch jest uzupełniany energią wytworzoną przez ludzkie ciało. Wykorzystuje generator termoelektryczny i dzięki ogniwu fotowoltaicznemu – energię słoneczną. Matrix PowerWatch X rozwiązał największy problem ze smartwatchem, czyli krótki czas pracy baterii. Innowacyjna metoda ładowania wykorzystywała ciepło ciała. Drugi model PowerWatch wykorzystuje tę samą technologię, z dodatkowym źródłem energii – słońcem. Przy okazji jest w pełni funkcjonalnym smartwatchem.
– Urządzenie ma takie funkcje, jak liczenie kroków czy kalorii, a także mierzenie jakości snu. Jest także użyteczne podczas biegania, jazdy na rowerze czy pływania, gdyż jest wodoodporne do 200 metrów. Ma także odbiornik GPS oraz funkcję mierzenia pulsu. Skierowany jest głównie do podróżników, atletów, biegaczy czy chodzących na siłownię – wymienia ekspert.
PowerWatch ma wszystkie funkcje, jakie inteligentny zegarek mieć powinien – kolorowy wyświetlacz, śledzenie lokalizacji GPS, monitoruje też częstotliwość serca, śledzi aktywność, monitoruje sen i liczy kalorie. Co więcej, materiał MATRIX przewodzi elektryczność jak miedź i izoluje ciepło jak włókno szklane. Jest o 30 proc. bardziej wydajny niż konwencjonalne materiały termoelektryczne. Zegarek jest też ekologiczny – nie wymaga baterii.
– Obecnie zegarki działają od 7 do 20 godzin, w zależności od aplikacji. Tu widzimy naszą szansę, ponieważ niezależnie od aplikacji PowerWatch działa zawsze. Oczywiście jeśli planujesz pobiec w maratonie, to prawdopodobnie lepiej będzie w pełni naładować zegarek przed zawodami, dlatego zegarek będziemy sprzedawać z ładowarką. Jednak dla przeciętnego użytkownika ładowarka nie będzie potrzebna – podkreśla Steve Muttram.
Według Allied Market Research rynek inteligentnych zegarków do 2025 r. osiągnie wartość 31 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie powyżej 16 proc. średniorocznie.
Najnowsza hulajnoga elektryczna zaprezentowana na targach IFA przez Segway osiąga zasięg 65 kilometrów na jednym ładowaniu i jest wyposażona w innowacyjne opony znacznie poprawiające poziom bezpieczeństwa. Przyszłość mikromobilności wiąże się jednak z wdrażaniem sztucznej inteligencji, zarówno w procesie obsługi, jak i organizacji usług współdzielenia pojazdów. Do 2030 roku rynek hulajnóg elektrycznych niemalże potroi swoją wartość.
– We wszystkich krajach i wielu miastach można zauważyć wiele rozwiązań w zakresie mikromobilności. To jedna z największych rewolucji na całym świecie. Głównie są to rozwiązania zapewniające transport na krótkich dystansach, na terenie miasta – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Richard van Santen, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu w Segway Europe.
Segway zaprezentował podczas tegorocznych targów IFA nową linię elektrycznych hulajnóg. Ninebot KickScooter MAX G30 cechuje się największym na rynku zasięgiem na jednym ładowaniu. Wynosi on 65 kilometrów, podczas gdy np. hulajnogi Xiaomi osiągają zasięg 30–40 kilometrów. Innowacyjnym rozwiązaniem zastosowanym w nowej linii hulajnóg jest bezdętkowa opona pneumatyczna z wewnętrzną powłoką zapobiegającą przebiciu i systemem podwójnego hamowania. Dzięki temu pojazd ma większą stabilność.
– Bezpieczeństwo jest dla nas najważniejsze. Barierą są jednak regulacje prawne, które w różnych krajach, a nawet miastach mogą być inne. Staramy się nadążać za zmianami w prawie i oferować produkty, które zawsze są zgodne z obowiązującymi regulacjami, np. ograniczającymi prędkość urządzeń. Dla przykładu nowy model elektrycznej hulajnogi jest dostosowany do niemieckiego prawa – ma m.in. miejsce na naklejkę z ubezpieczeniem, co jest w Niemczech wymagane, a także ma ograniczenie prędkości do 20 km na godzinę. Dzięki tym zmianom możliwe jest poruszanie się hulajnogą po publicznych drogach – wyjaśnia Richard van Santen.
Wersja hulajnogi ze specyfikacją na rynek europejski poza Niemcami osiąga natomiast prędkość 25 km/h. Model ma być dostępny od października w sklepach w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Tymczasem niedawno zostały zaprezentowane prototypy hulajnóg, które stanowią zapowiedź elektromobilności opartej na sztucznej inteligencji. KickScooter T60 ma być biznesową linią współdzielonych hulajnóg. Model ten wykorzystuje sztuczną inteligencję do tego, by samodzielnie dotrzeć do celu, a potem do stacji ładowania. Pojazd może pracować w dwóch trybach: zdalnego sterowania na krótkich dystansach i samodzielnego pilotowania na dłuższych dystansach. Operatorzy mogą zdalnie sterować zautomatyzowanym ruchem hulajnóg za pośrednictwem chmury.
– Pewnego dnia na ulicach pojawią się inteligentne hulajnogi elektryczne, które będą mogły poruszać się autonomicznie. To może rozwiązać problem zbyt wielu hulajnóg pozostawionych na ulicach. Wyposażone w sztuczną inteligencję urządzenia będą mogły np. same dojechać do strefy parkingowej. Sztuczna inteligencja to coś, nad czym obecnie pracujemy – mówi ekspert.
Według analityków z Grand View Research światowy rynek hulajnóg elektrycznych ma do 2030 roku osiągnąć wartość niemal 42 mld dol., podczas gdy w 2017 roku było to 14,5 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu wyniesie 8,5 proc.
Imprezy integracyjne to jedne z najpopularniejszych benefitów pracowniczych w Polsce. Organizują je i małe i duże firmy, niemal z każdej branży. Średni budżet na osobę na imprezę firmową w Polsce wynosi 235 zł – wynika z danych Briefly.
Integracje firmowe obrosły w wiele barwnych legend, a firmy prześcigają się w nowych pomysłach na nietypowe atrakcje. Pracownicy doceniają to i chętnie uczestniczą w imprezach firmowych, co potwierdzają zarówno zagregowane dane preferencji firm, które szukają lokali i obiektów na imprezy w serwisie Briefly, jak również wyniki ankiety przeprowadzonej na grupie zarządzających, właścicieli firm, HR, office lub marketing managerów, odpowiedzialnych za organizację imprez integracyjnych w swoich firmach.
9 na 10 ankietowanych ekspertów przyznaje, że w firmowych integracjach bierze udział większość lub prawie wszyscy pracownicy ich firmy. A na jednym wydarzeniu się nie kończy – najczęściej firmy organizują 2-3 imprezy rocznie. Co czwarta – tylko jedną. Podobny odsetek firm deklaruje, że organizuje ponad cztery imprezy integracyjne rocznie.
– Imprezy integracyjne zawsze cieszyły się dużym powodzeniem zarówno w Polsce, jak i w środowiskach międzynarodowych. Jest to idealny czas na integrację z innymi pracownikami i poznanie ich od trochę bardziej prywatnej strony. Poznanie lepiej własnego szefa i współpracowników. Nie zawsze jest na to czas w godzinach pracy. Pracownicy chętnie w nich uczestniczą, i nie ma znaczenia czy jest to w trakcie godzin pracy, czy poza nimi – Rafał Jatczak, Recruitment Manager EMEA – CWT, autor bloga Sposoby na zasoby.
Ile kosztują integracje firmowe?
Budżet firmowy przeznaczony na imprezy i wyjazdy firmowe zależy głównie od wielkości firmy, i w mniejszym stopniu, od branży. Nie jest rzadkością inwestowanie ponad 100 tys. zł na jedną imprezę dla pracowników.
Ceny organizacji integracji firmowych w Polsce różnią się oczywiście w zależności od rodzaju imprezy. Istotnie większe są koszty wyjazdów integracyjnych (413 zł na osobę), podczas gdy cena kolacji integracyjnej mieści się w granicach 182 zł za osobę.
Na podstawie imprez organizowanych z pomocą serwisu Briefly wynika, że w Polsce średnio w imprezie integracyjnej bierze udział 72 osoby. Całkowity koszt, jaki ponosi firma dla takiej liczby pracowników to ok. 15 tys. zł.
Kiedy organizowane są imprezy?
Maj i czerwiec – w tych miesiącach firmy najczęściej organizują imprezy lub wyjazdy integracyjne dla pracowników, według danych Briefly.
O ile imprezy i kolacje integracyjnie oraz wigilie firmowe głównie organizują asystenci zarządu lub office managerowie, o tyle wyjazdy integracyjne częściej planują HR lub marketing managerowie. Nierzadko w czasie wyjazdowych integracji dodatkowo organizuje się szkolenia lub warsztaty team buildingowe, za które odpowiedzialne są działy HR czy marketingu (komunikacji wewnętrznej).
Średnio 6-7 tygodni wcześniej planowane są imprezy integracyjne. Nieco dłużej – bo zwykle 9-10 tygodni – firmy przygotowują się do organizowania wigilii firmowych i wyjazdów integracyjnych. Choć oczywiście zdarza się planowanie wyjazdów lub bardzo dużych eventów w popularnych miejscach nawet z rocznym wyprzedzeniem.
– Idealny timing planowania imprezy to rok do przodu. Chcąc zapewnić unikatowe atrakcje, niekiedy organizując imprezę myślimy już o kolejnej, która ma być za rok czy za kilka miesięcy. Ale to scenariusz idealny. Czasem mamy na organizację tylko kilka tygodni. Na szczęście nasz firmowy dream-team umie robić rzeczy niemożliwe – Małgorzata Jurkiewicz, HR Business Partner, Blue Media.
Imprezy integracyjne z przytupem
Imprezy integracyjne najczęściej organizowane są w klubach, restauracjach, pubach lub centrach eventowych.
To, na co zwracają firmy szukając miejsc na tego typu imprezy to przede wszystkim dostępność miejsca do tańca (parkietu), ogródka/ tarasu i parkingu. Z dodatkowych atrakcji, jakie życzą sobie organizatorzy imprez od lokali to zorganizowanie dyskoteki, fotobudki lub koncertu/ muzyki na żywo.
Wigilia firmowa na bogato
Niemal wszystkie ankietowane przez Briefly firmy organizują spotkania świąteczne dla swoich pracowników. 7 na 10 firm organizuje je raz w roku, a 17 proc. dwa razy w roku (także w okolicach Wielkanocy).
Na spotkania świąteczne dla swoich pracowników firmy są gotowe wydać nieco więcej niż na imprezy integracyjne organizowane wiosną czy jesienią. Średni koszt zorganizowania wigilii firmowej czy spotkania świątecznego w lokalu wynosi ok. 200 zł od osoby.
Firmy na organizowanie wigilii preferują kolejno: restauracje i kluby. Rzadziej są to sale bankietowe, hotele czy puby.
Wyjazdy firmowe na odludziu
Organizowanie wyjazdów firmowych jest najbardziej czaso i zasobochłonne ze wszystkich imprez firmowych – wynika z danych Briefly.
Firmy najczęściej decydują się zorganizować wyjazdy w maju, czerwcu lub wrześniu. Ponad połowa firm organizuje wyjazdy dla pracowników z jednym noclegiem, co trzecia – z dwoma noclegami.
W Polsce na wyjazdy integracyjne pożądane są przede wszystkim spokojne lokalizacje, oddalone od miasta i zgiełku. Aż 80 proc. użytkowników Briefly szukających lokalizacji na wyjazdy dla pracowników w swoich wymaganiach oczekuje bliskości jeziora lub lasu, 40 proc. – najchętniej organizuje imprezę na wsi, a 15 proc. – w miejscowości uzdrowiskowej.
Wśród najbardziej pożądanych dodatkowych atrakcji w czasie wyjazdu firmowego raczej nie ma zaskoczeń. Są to kolejno: dyskoteka, ognisko, spływ kajakowy, park linowy, paintball.
– Zwiększenie zaangażowania przez BlackRock do 5,09 proc. traktujemy jako pozytywną ocenę potencjału Pekao, a przede wszystkim naszej strategii, w której łączymy stabilny model biznesowy o niskim profilu ryzyka z wysokim wzrostem zysków i atrakcyjną stopą dywidendy. Uważam, że Pekao może być atrakcyjne dla inwestorów ze względu na wysoką płynność, fakt, że jesteśmy dobrze dokapitalizowani i hojnie dzielimy się zyskiem z akcjonariuszami. – mówi Michał Krupiński, Prezes Zarządu Banku Pekao. – Zauważamy, że inwestorzy pozytywnie oceniają naszą strategię. Większość z nich ma co najmniej kilkuletni profil inwestycyjny i liczy się dla nich budowa trwałych przewag konkurencyjnych, nie tylko tych, które zwiększają zyskowność w perspektywie kilku kwartałów. Zwracają uwagę na długoterminową zdolność banków do systematycznych wypłat dywidend – dodaje Michał Krupiński.
BlackRock to globalny lider asset management, który na koniec czerwca zarządzał aktywami o wartości 6,84 biliona dolarów.
Bank Pekao należy do najbardziej płynnych spośród notowanych na warszawskiej GPW. Free-float banku to 67 proc., a udział inwestorów zagranicznych we free-float wynosi 40 proc.
W 2019 r. Bank wypłacił 1,73 mld zł dywidendy, czyli 75 proc. jednostkowego zysku netto za 2018 rok. Wliczając tę wypłatę, w ciągu ostatniej dekady do akcjonariuszy trafiło łącznie 20 mld zł – najwięcej w polskim sektorze bankowym.
W ocenie analityków giełdowych Pekao ma jeden z największych potencjałów wzrostu kursu akcji w sektorze (27-proc. potencjał wzrostu kursu na podstawie średniej ceny docelowej z aktualnych rekomendacji), a 72 proc. rekomendacji dla akcji Banku Pekao to „kupuj”.
Pomimo relatywnie niskiej obecnie wycenie giełdowej, Bank zachowuje premię w wycenie nad europejskimi bankami z uwagi na wysoką rentowność. Biorąc po uwagę całkowity zwrot z inwestycji (TSR – total shareholder return) uwzględniający zarówno zmianę notowań akcji, jak i wpływy z dywidend, w ciągu ostatnich dwóch lat TSR akcji Pekao zachowywał się o blisko 20 proc. lepiej niż indeks 50 największych banków w Europie i o ponad 5 proc. lepiej niż indeks największych banków rynków wschodzących.
Kluczowe cele zapisane w strategii Banku Pekao to osiągnięcie w 2020 roku rentowności liczonej wskaźnikiem Return on Equity (ROE) na poziomie 12,5% – jednym z najwyższych w polskim sektorze bankowym; wzrost zysku netto do 3 mld zł i obniżenie współczynnika Koszty/Dochody (C/I) do poziomu poniżej 40 proc.
Rynki pragną odmiany sentymentu i bez wahania przyjmują każdy promyk nadziei na poprawę apetytu na ryzyko. Ale nierozwiązany spór handlowy USA i Chin jest czynnikiem, który ciąży na perspektywach makro. Przeciwwagą ma być aktywna polityka monetarna, czego w przyszłym tygodniu będzie się oczekiwać po decyzji EBC. W USA inflacja CPI i sprzedaż detaliczna będą ostatnimi elementami układanki przed decyzją Fed w następnym tygodniu. W Polsce RPP powinna zachować zimną krew.
Przyszły tydzień: CPI/sprzedaż detaliczna z USA, EBC, RPP, bilans handlowy/CPI z Chin, indeksy nastrojów z Australii
USA
To ostatni tydzień przed posiedzeniem FOMC, co oznacza zakaz medialnych wystąpień dla członków komitetu. Mimo tego najbliższe dni przyniosą dwa raporty, które mogą wpływać na decyzję Fed. W sprzedaży detalicznej (pt) będziemy szukać potwierdzenia siły konsumpcji, która pozostaje solidnym filarem dla ożywienia i jego kruszenie będzie wzmacniać spekulacje o konieczności cięcia stóp procentowych o więcej niż 50 pb. Po inflacji CPI (czw) oczekuje się minimalnego wzrostu, co będzie wspierać stanowisko gołębiego skrzydła.
Strefa euro
Rynek EUR będzie odliczać dni do posiedzenia EBC (czw), gdzie spodziewamy się obniżki stóp procentowych o 10 pb, wprowadzenia systemu różnicowania oprocentowania rezerw banków w krajach członkowskich (tzw. tiering) oraz restart skupu aktywów. Choć pakiet jest spory, wydaje się, że rynek liczy na jeszcze bardziej gołębi wydźwięk EBC. W rezultacie niespełnienie oczekiwań może ostatecznie przynieść odreagowanie dotychczas podtrzymywanej słabości EUR.
Wielka Brytania
W Wielkiej Brytanii dane pozostają tylko tłem dla sagi brexitu. Miesięczny PKB (pon) wskaże na wątły wzrost, gdzie produkcja przemysłowa ma ujemny wkład (bazując na sygnałach z PMI). Spowolnienie gospodarcze w końcu będzie miało przełożenie na pogorszenie wskaźników rynku pracy (wt). Poza tym GBP korzysta na oddaleniu wizji bezumownego brexitu 31 października, choć zaraz może wskoczyć w otchłań niepewności w obliczu przyspieszonych wyborów.
Polska
W Polsce Rada Polityki Pieniężnej wraca po wakacyjnej przerwie (śr) i musi się zmierzyć z rynkowymi oczekiwaniami obniżki stóp procentowych w horyzoncie następnych 12 miesięcy. Sądzimy, że oczekiwania te są na wyrost i podyktowane odwzorowaniem zmian w polityce na głównych rynkach (EBC, Fed), podczas gdy sytuacja gospodarcza w Polsce nie uzasadnia łagodzenia nastawienia. Niewykluczone nawet, że najbliższe miesiące przyniosą kolejne wnioski o podwyżkę stóp procentowych (jak to miało miejsce w lipcu). Pomimo tego większość w Radzie z prezesem Glapińskim na czele opowiada się za stabilizacją stóp i taki też jest nasz scenariusz co najmniej do końca 2020 r. Możliwe, że złoty odnajdzie chwilową ulgę w niezmienionym stanowisku RPP, choć w dalszym ciągu ryzykiem pozostaje awersja do ryzyka na rynkach globalnych.
Chiny
Dane z Chin będą testem dla rynkowego sentymentu, gdyż jest bardziej prawdopodobne, że zobaczymy negatywne skutki zaostrzenia sporu handlowego. Wyhamowanie wzrostu eksportu (nd), spowolnienie inflacji (wt) i osłabienie akcji kredytowej (brak daty) będą dowodami obniżenia popytu zewnętrznego (cła) i wewnętrznego (niepewność o dalsze skutki sporu z USA). Chociaż Ludowy Bank Chin już zapowiedział poluzowanie polityki, to może okazać się to niewystarczające, by zneutralizować zły wydźwięk przyszłotygodniowych danych. W Japonii finalny odczyt PKB za II kw. (pon) nie będzie miał silnego odbicia w JPY. Jen w dalszym ciągu pozostaje bezpieczną przystanią pierwszego wyboru i bez wyraźnych oznak poprawy sentymentu możemy widzieć odwracanie deprecjacji z ostatnich dni.
Australia i Nowa Zelandia
W Australii indeksy nastrojów i zaufania biznesu (wt) mają potencjał do odbicia z niskich poziomów, pośrednio odzwierciedlając poluzowanie warunków finansowych po obniżkach stopy procentowej RBA. Lepsze dane dałyby paliwo do podtrzymania wzrostów AUD. Podobne oczekiwania dotyczą indeksu zaufania konsumentów (śr). W Nowej Zelandii kalendarz jest pusty, co może odebrać NZD zapał do umocnienia po mocnym ruchu z tego tygodnia.
Kanada
W Kanadzie dane z rynku budowlanego (wt) nie powinny mieć dużego wpływu na CAD. Dolar kanadyjski pozostaje wsparty neutralnym wydźwiękiem decyzji Banku Kanady, która wygoniła z krótkich pozycji wszystkich tych, którzy zakładali powrót do obniżek stóp procentowych. Kontrast względem nastawienia np. RBA czy RBNZ powinien premiować CAD w segmencie walut surowcowych.
Z badania SW Research przeprowadzonego na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że wiedza naszego społeczeństwa na temat windykacji wciąż nie jest duża. Polacy, którzy mieli dotychczas kontakt z firmą windykacyjną przyznają jednak, że był on zdecydowanie dobry, dobry lub neutralny – w taki sposób odpowiedziało łącznie 73 proc. ankietowanych.[1] Oznacza to, że nowoczesna windykacja opiera się coraz częściej na dialogu i obustronnych negocjacjach, a konsumenci dostrzegają, że celem firmy zarządzającej wierzytelnościami jest pomoc w wyjściu z zadłużenia.
Windykacja bywa często postrzegana w negatywnym świetle. Już samo posiadanie zadłużenia jest sytuacją trudną i niekomfortową, a zmaganie się z jego spłatą bywa również trudne emocjonalnie. Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych, która wspólnie z przedstawicielami branży zarządzania wierzytelnościami zrzeszonymi w KPF realizuje kampanię edukacyjną „Windykacja? Jasna Sprawa!”, zapytała Polaków m.in. o ich dotychczasowe doświadczenia związane z windykacją i firmami, które reprezentują ten sektor gospodarki. Spośród 48,7 proc. respondentów, którzy mieli kontakt z firmą windykacyjną ponad 5 proc. oceniło go zdecydowanie dobrze, 21,5 proc. raczej dobrze, a 45,8 proc. neutralnie.[2]
– Ten wynik pokazuje, że widmo groźnego windykatora powoli odchodzi w niepamięć, a sama windykacja postrzegana jest coraz częściej w sposób neutralny. To rezultat działań firm windykacyjnych, które na przestrzeni ostatnich lat zapewniły nową jakość obsługi osób zadłużonych. Instytucje zrzeszone w KPF wypracowały Zasady Dobrych Praktyk w zakresie zarządzania wierzytelnościami, których przestrzegają w codziennej pracy. Dokument określa między innymi jak powinien wyglądać profesjonalny proces windykacyjny, jak powinna przebiegać komunikacja z zadłużonym konsumentem, jakie informacje powinny znaleźć się w wezwaniu do zapłaty. Zależy nam na tym, by jak największa liczba firm windykacyjnych przestrzegała norm etycznych – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych.
Z badania wynika również, że jest grupa osób, które oceniły swoje doświadczenia w kontakcie z firmą windykacyjną jako zdecydowanie złe (9,3 proc.) lub raczej złe (17,5 proc.). Dla branży może być to sygnał, że są jeszcze obszary, które wymagają dopracowania. Aby Zasady Dobrych Praktyk mogły skutecznie działać, potrzebne jest bowiem ich skuteczne egzekwowanie oraz ciągłe dostosowywanie do zmieniających się warunków rynkowych. Niezbędna jest także edukacja konsumentów, którzy muszą znać swoje prawa i wiedzieć, gdzie i jakie nadużycia mogą zgłosić.
Źródło: Badanie opinii przeprowadzone w czerwcu 2019 r. przez SW Research na zlecenie KPF. Próba = 1000.
Konsumenci często obawiają się kontaktu z windykatorem. Niesłusznie.
Polacy przyznają, że gdy dzwoni windykator, nie zawsze wiedzą, jak się zachować. W wielu przypadkach unikają jakiejkolwiek rozmowy i nie stawiają pytań o powód kontaktu. Co trzeci uczestnik badania KPF działa intuicyjnie, gdy zadzwoni do niego doradca z firmy zarządzającej wierzytelnościami. Wiedzę na temat tego, jak się zachować w przypadku kontaktu ze strony firmy windykacyjnej badani czerpią również z portali finansowych czy edukacyjnych (29,5 proc.), od rodziny i znajomych (23,2 proc.) lub z gazet, radia i telewizji (22,6 proc.).
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
– Jeżeli co trzeci Polak działa intuicyjnie, a co piąty uzyskuje informacje, co zrobić, gdy dzwoni firma windykacyjna od rodziny i znajomych, to możemy wysnuć wniosek, że ponad połowa rodaków ma niepełną wiedzę na ten temat. Nie wie, w jaki sposób rozmawiać z firmą windykacyjną i czy podejmować taką rozmowę. Tymczasem warto ustalić, jaki jest powód kontaktu, w jaki sposób zadłużenie trafiło do firmy windykacyjnej, o jakich należnościach mowa, jakie odsetki już naliczono. Zdarza się bowiem, że ktoś ukradł naszą „tożsamość” lub dokumenty i zaciągnął na nas kredyt, a to może skutkować powstaniem zadłużenia. Bywa, że zapomnieliśmy o uregulowaniu mandatu, a później zmieniliśmy adres zamieszkania i firma windykacyjna wysyłała do nas wezwania pod niewłaściwy adres. Takich przypadków może być wiele i każdorazowo warto je wyjaśniać. Celem firm windykacyjnych jest porozumienie się z konsumentem i ustalenie takich warunków spłaty, które będą dogodne dla konsumenta. Kierowanie spraw na drogę sądową jest ostatecznością, a wszystko zależy od dobrej woli osoby zadłużonej – podsumowuje Andrzej Roter z KPF.
[1] Badanie opinii zrealizowane na zlecenie KPF, przez agencję badawczą SW Research w czerwcu 2019 roku. Próba = 1000.
Ostatnie dni to oprócz utworzenia rządu we Włoszech seria negatywnych informacji rynkowych. Niemcy w dalszym ciągu pokazują słabe dane gospodarcze. Szwajcarzy przytłoczeni umacniającą się walutą również wykazali mało satysfakcjonujące odczyty. W tle tych wydarzeń polski złoty dość niespodziewanie odrabia kolejne porcje strat z ostatnich tygodni.
Największa europejska gospodarka wciąż zawodzi
Liczby nie kłamią. Tej bolesnej prawdy doświadczyli dziś rano zbyt entuzjastycznie nastawieni analitycy. Spodziewali się u naszego zachodniego sąsiada wzrostu produkcji przemysłowej o 0,3% w ujęciu miesięcznym. Statystycy wyliczyli jednak spadek o 0,6%. Produkcja spada również w ujęciu rocznym. Co interesujące rynki przyjmują tę wiadomość dość neutralnie, aczkolwiek było widać zwiększoną zmienność w czasie publikacji. Duża liczba informacji pojawiających się w ostatnim czasie, zawierających negatywne prognozy dla Niemiec, prawdopodobnie pozwoliła inwestorom przygotować się na złe dane i oswoić z myślą, że w najbliższym czasie nie dojdzie do żadnej spektakularnej zmiany.
Słabość franka cieszy kredytobiorców
Po wczorajszych słabszych odczytach na temat wzrostu PKB w Szwajcarii nadal trwa przecena tamtejszej waluty. W ciągu dwóch dni CHF stracił na wartości względem EUR 1%. Była to zdecydowanie dobra wiadomość dla kredytobiorców frankowych. Wszystko dlatego, że w ostatnich dniach kurs euro był w miarę stabilny i spadek wartości franka do wspólnej waluty przełożył się na blisko 4 groszową przecenę CHF. Jednak to, co najbardziej interesuje obecnie frankowiczów, to nieodległy wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kredytów w obcej walucie. Jeśli okaże się, że nie będzie on po ich myśli (na co wskazuje wiele czynników), to przynajmniej spadający kurs szwajcarskiej waluty pozwala im trochę odetchnąć i nie bać się przesadnie kolejnej raty.
Funt znów drożeje
Po tym, jak Izba Gmin wbrew woli premiera Borisa Johnsona zablokowała tzw. twardy brexit, funt zaczął odzyskiwać część utraconej wartości. Od dołka z wtorku do dzisiaj rana zyskał ok. 1,5%, drożejąc tym samym o 7 groszy. Powodem jest oddalenie ryzyk związanych z opuszczeniem Wspólnoty przez Wielką Brytanię w sposób niekontrolowany. Oczywiście pod żadnym pozorem nie oznacza to, że do brexitu nie dojdzie. Mogą za to odbyć się przedterminowe wybory (na razie parlament odrzucił także tę możliwość) i mają one wreszcie szansę na ostateczne wyjaśnienie sytuacji na Wyspach.
W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
W 2018 r. polscy single zaciągnęli rekordowo dużo kredytów mieszkaniowych. Analitycy portalu RynekPierwotny.pl przyjrzeli się bliżej tej interesującej sytuacji.
Komisja Nadzoru Finansowego co roku podaje ciekawe informacje dotyczące akcji kredytowej krajowych banków. Takie dane KNF – u prezentują między innymi stan cywilny osób kupujących mieszkanie na kredyt. Wedle szacunków nadzoru finansowego, polscy single w 2018 r. zaciągnęli kredyty mieszkaniowe o rekordowej liczbie oraz wartości. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl bliżej przeanalizowali to zjawisko.
Po sprawdzeniu rocznych raportów KNF – u można stwierdzić, że akcja kredytowa banków związana z finansowaniem mieszkań dla polskich singli zwiększała się następująco:
2013 r. – 48 865 kredytów mieszkaniowych dla singli o wartości 8,968 mld zł (28,0% liczby oraz 25,7% łącznej wartości kredytów mieszkaniowych z 2013 r.)
2014 r. – 50 629 kredytów mieszkaniowych dla singli o wartości 9,745 mld zł (30,4% liczby oraz 27,9% łącznej wartości kredytów mieszkaniowych z 2014 r.)
2015 r. – 53 842 kredyty mieszkaniowe dla singli o wartości 10,625 mld zł (31,7% liczby oraz 29,0% łącznej wartości kredytów mieszkaniowych z 2015 r.)
2016 r. – 58 484 kredyty mieszkaniowe dla singli o wartości 11,227 mld zł (33,1% liczby oraz 29,3% łącznej wartości kredytów mieszkaniowych z 2016 r.)
2017 r. – 59 099 kredytów mieszkaniowych dla singli o wartości 12,342 mld zł (32,6% liczby oraz 28,8% łącznej wartości kredytów mieszkaniowych z 2017 r.)
2018 r. – 65 947 kredytów mieszkaniowych dla singli o wartości 14,826 mld zł (32,2% liczby oraz 28,5% łącznej wartości kredytów mieszkaniowych z 2018 r.)
Wzrost liczby kredytów mieszkaniowych udzielanych osobom samotnym, na pewno miał związek z poprawą koniunktury na rynku lokali. Na łączną wartość zobowiązań zaciąganych przez singli wpływała zarówno większa liczba umów, jak i podwyżka cen metrażu. Warto pamiętać, że część osób kwalifikowanych przez banki jako single, może de facto pozostawać w niesformalizowanym związku ze współkredytobiorcą.
Autor: Andrzej Prajsnar,ekspert portalu RynekPierwotny.pl
74 proc. firm doświadczyło naruszenia ochrony danych w wyniku niewłaściwie zabezpieczonych urządzeń mobilnych. Liczba jest o tyle niepokojąca, że pomimo odgórnego zakazu nadal ok. 30 proc. dyrektorów i osób zarządzających oraz ok. 55 proc. pracowników średniego i niższego szczebla używa służbowych telefonów do celów prywatnych.
Zakaz używania służbowych urządzeń poza godzinami pracy wydaje się być rozwiązaniem większości problemów z cyberbezpieczeństwem, jednak nie przynosi on realnych rezultatów. Zgodnie z badaniem przeprowadzonym przez TNS dla Samsung, z telefonów firmowych do celów prywatnych korzysta jedna trzecia dyrektorów i osób zarządzających oraz ponad połowa pracowników niższego i średniego szczebla. Tymczasem według badania IDG przeprowadzonego w 2019 r. na grupie 100 światowych liderów zarządzania IT z różnych branż, naruszenia ochrony danych w wyniku problemów z bezpieczeństwem urządzeń mobilnych doświadczyło aż 74 proc. organizacji.
Stary telefon jak cegła, ale bezpieczny
Menadżerowie ds. IT z rozrzewnieniem wspominają czasy, kiedy każdy pracownik był wyposażony w służbowe BlackBerry albo biznesową Nokię wielkości cegły. To oni decydowali o rozwiązaniach mobilnych wdrażanych na każdym szczeblu przedsiębiorstwa i mogli łatwo nimi zarządzać. Mobilne bezpieczeństwo nie było nadużywanym frazesem, a faktycznym stanem – zbudowanym i pieczołowicie utrzymywanym.
BYOD
Co więc się stało? Otóż w 2007 roku na scenę wszedł Steve Jobs trzymając w ręku iPhone – nowy gadżet, który na zawsze zmienił postrzeganie smartfona. Elegancki z wyglądu, innowacyjny pod względem technologicznym. Przeglądarka, poczta czy narzędzia biurowe – wszystko działało praktycznie od ręki i natychmiast przysporzyło produktowi Apple grono zwolenników. Ci, zachwyceni ergonomicznym i szybkim iOS-em, krzyknęli jednogłośnie “Pozwólcie nam korzystać z niego w pracy!”. To była prawdziwa rewolucja BYOD (ang. Bring Your Own Device) czyli “przynieś swoje własne urządzenie” i początek trendu, którego skutki obserwujemy praktycznie cały czas, na przykład sięgając po prywatny telefon, żeby sprawdzić służbowego maila.
Później, w 2008 roku na amerykańskim rynku zadebiutował Android. Dziś, zgodnie z raportem IDC Corporate USA, system obsługuje ok. 86 proc. smartfonów na świecie.
W czym zatem jest problem? W tym, że wizjonerzy pominęli jeden aspekt. Zapewnienie urządzeniom mobilnym odpowiedniego poziomu cyberbezpieczeństwa.
Użytkownik – zło konieczne?
Co do jednego nie ma wątpliwości – bezpośrednią przyczyną większości naruszeń bezpieczeństwa mobilnego jest błąd użytkownika, który zwyczajnie nie wie, jakie zagrożenie może spowodować. Dlatego podstawowym działaniem, które leży w interesie firm, jest odpowiednie przeszkolenie pracowników.
Drugim, o ile nie jednoczesnym krokiem, może być zaakceptowanie trendu BYOD i wdrożenie oprogramowania pozwalającego na zarządzanie bezpieczeństwem platform mobilnych. Szczególnie, że są rozwiązania, które korzystają z oddzielnego VLANu dostępnego dla prywatnych urządzeń pracowników, który ogranicza ich dostęp do wewnętrznej sieci firmowej.
– Prywatne urządzenia, z których korzysta do celów służbowych pracownik, znajdują się poza kontrolą administratora sieci firmowej. Nieostrożny użytkownik może więc z łatwością przynieść różnego typu złośliwe oprogramowanie do sieci firmowej, zwykle nie zdając sobie z tego sprawy – komentuje Paweł Wałuszko, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa w TestArmy CyberForces.
Poza tym, jak dodaje ekspert, istnieje problem tak zwanego “bloatware’u”. Jest to dodatkowe oprogramowanie, dostarczane przez producenta na komputerach, smartfonach i tabletach. Najczęściej występuje w postaci nakładki na interfejs, kilkudniowej licencji na płatne oprogramowanie lub aplikacji zachęcającej do zakupienia dodatkowej usługi. O ile na komputerach można je usunąć, o tyle na systemach mobilnych często jest to niemożliwe bez rootowania urządzenia, które powoduje utratę gwarancji producenta. Tymczasem bloatware stwarza poważne problemy dla bezpieczeństwa urządzeń mobilnych. Według najnowszych badań przeprowadzonych przez naukowców i badaczy z Universidad Carlos III de Madrid, Stony Brook University, IMDEA Networks Institute i ICSI, oprogramowanie typu bloatware na systemach mobilnych rutynowo obchodzi zabezpieczenia systemu operacyjnego, na którym się znajduje. – Ponadto, znaczna część oprogramowania bloatware zbiera ogromne ilości danych o użytkownikach telefonów, mając dostęp do praktycznie wszelkich zasobów na urządzeniu – dodaje Paweł Wałuszko.
Trzecim, dobrym rozwiązaniem jest zalecenie pracownikom korzystanie z aplikacji pozwalających zadbać o bezpieczeństwo urządzenia i znajdujących się na nim informacji. Pozwalają one stworzyć na telefonie zaszyfrowany kontener danych, w którym instalowane będą wyłącznie wybrane narzędzia, na przykład biznesowe. – Każdorazowy dostęp do takiego kontenera jest możliwy wyłącznie po podaniu hasła, a między aplikacjami z “sejfu” a resztą systemu nie występuje żadna komunikacja. W ten sposób telefon jest zabezpieczony zarówno przed złośliwymi cyberatakami, jak i osobami trzecimi, mającymi fizyczny dostęp do urządzenia. Poza tym tego typu aplikacje często umożliwiają zdalne zarządzanie, dzięki czemu w razie kradzieży możemy np. trwale wyczyścić pamięć. Tracimy smartfon, ale nasze dane nie trafiają w niewłaściwe ręce – mówi Damian Szczurek, współzałożyciel TestArmy CyberForces.
Co jeszcze można zrobić, aby zabezpieczyć infrastrukturę mobilną?
Zacznijmy od regularnego audytu urządzeń mobilnych. Upewnijmy się, że wszystkie aplikacje pochodzą ze zweryfikowanych źródeł. Możemy wtedy z dużą pewnością stwierdzić, że dane oprogramowanie jest kompatybilne z systemem operacyjnym i bezpieczne w użyciu.
Następnie zajmijmy się bloatwarem. Nawet jeśli jego usunięcie jest problematyczne, prawdopodobnie możemy go dezaktywować, dzięki czemu przestanie korzystać z danych znajdujących się na urządzeniu.
Na koniec przyjrzyjmy się preferencjom dostępu każdej zainstalowanej aplikacji i ograniczmy ich ingerencję w system. Blokada dostępu do lokalizacji, poczty czy treści wiadomości tekstowych, połączona z ograniczeniem przesyłania danych w tle, da nam dużą kontrolę nad informacjami, które są w ten sposób udostępniane.
– Jeśli połączymy rozwój wiedzy pracowników o cyberbezpieczeństwie z wykorzystaniem odpowiednio skonfigurowanych automatycznych skanerów oraz powiązanych z nimi skryptów korygujących, możemy stworzyć platformę, która automatycznie zacznie proces zabezpieczania urządzenia lub konta użytkownika, gdy wykryje podejrzane zachowania. Ponadto system monitorujący pomoże wskazać konta użytkowników najczęściej naruszających politykę bezpieczeństwa firmy. Będą to osoby na których powinniśmy się skupić planując dodatkowe szkolenia z dziedziny podstaw bezpieczeństwa i polityki ochrony danych – mówi Paweł Wałuszko.
Umiejętne wykorzystanie potencjału działów IT, połączone z regularnymi szkoleniami pracowników, może przynieść naprawdę dobre rezultaty w dziedzinie mobilnego bezpieczeństwa i chronić firmy przed naruszeniami bezpieczeństwa spowodowanymi niewłaściwym wykorzystaniem smartfonów. Zadbajmy o to jak najszybciej, ponieważ czynnik ludzki zawsze będzie nam towarzyszył, a sama technologia zwyczajnie nie zagwarantuje nam bezpieczeństwa.
Inwestorzy zinterpretowali porażki brytyjskiego premiera Borisa Johnsona w Izbie Gmin jako zapowiedź mniejszego ryzyka twardego brexitu i sygnał do kupowania funta. Faktycznie jednak sytuacja może być odwrotna i brytyjska waluta może szybko spaść poniżej wartości euro – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl
Przegrany, skompromitowany czy nawet upokorzony. Takie opinie można było przeczytać w brytyjskiej prasie na temat premiera Borisa Johnsona. Nie udało mu się zapobiec inicjatywie opozycji, która opóźnia bezumowny brexit, a dodatkowo odwrócił się od niego nawet brat. Jo Johnson zrezygnował ministerialnego stanowiska na znak protestu przeciw polityce rządu, a de facto swojego brata.
Brytyjską walutę czekałaby dramatyczna przecena, gdyby Zjednoczone Królestwo bez porozumienia opuściło Wspólnotę. Złe wiadomości dla Johnsona są więc dobrą informacją dla funta. To rozumowanie inwestorów ma jednak słaby punkt. Szanse Borisa Johnsona i radykalnej części torysów na wieloletnie rządy wcale nie maleją, ale tak naprawdę rosną. Jak to możliwe?
As w rękawie Borisa Johnsona
Rynek czasami bardzo krótkoterminowo podchodzi do rzeczywistości. Przesunięcie hipotetycznej daty opuszczenia UE z 31 października na koniec stycznia 2020 r. niewiele rozwiązuje w kontekście brexitu. Cały czas z tym problemem trzeba się będzie zmierzyć, tyle że trzy miesiące później.
Inwestorzy ignorują fakt, że tak naprawdę konserwatyści zyskują na popularności, przyjmując twardsze podejście do brexitu. Półtora miesiąca temu, sondaże badające nastroje społeczne wskazywały ok. 2-3 pkt proc. przewagi laburzystów nad torysami. Po przejęciu władzy przez Johnsona ostatnie 10 badań opinii publicznej pokazuje ok. 10 pkt punktów przewagi partii Johnsona nad ugrupowaniem Corbyna.
<p>Konserwatyści po niesamowicie dobrym wyniku Partii Brexitu w wyborach do Parlamentu Europejskiego (ugrupowanie kierowane przez Nigela Farage wygrało ten plebiscyt) zorientowali się, że ich podejście do opuszczenia UE jest zbyt łagodne i konieczna jest zmiana nastawienia na bardziej radykalne. Idealnie zadanie to wypełnia Boris Johnson, który mimo upokorzenia przez opozycję nadal ma asa w rękawie. Chce po prostu zrealizować brexit, a taki punkt widzenia gwarantuje szerokie poparcie.
Funt może być tańszy niż euro
Wygrana konserwatystów w wyborach, które najprawdopodobniej odbędą się w najbliższych tygodniach, będzie oznaczać bardzo poważne problemy dla funta. Nowy mandat torysów, zakładając pokrycie się wyniku elekcji z sondażami, będzie nie tylko szerszy i bardziej stabilny niż przez ostatnie dwa lata, ale dodatkowo zdecydowanie bardziej konfrontacyjny w stosunku do Brukseli.
Będzie to olbrzymi problem dla brytyjskiej gospodarki i dla funta, nawet jeżeli opozycji faktycznie uda się przesunąć deadline brexitu z 31 października na koniec stycznia przyszłego roku. Inwestorzy szybko się zorientują, że szanse na kompromis będą bardzo małe, a Johnson, by wypełnić żądanie obywateli, bez problemów zdecyduje się na dyplomatyczną wojnę z UE, nawet jeśli to miałoby oznaczać bezumowny brexit w 2020 r.
Taki scenariusz nie tylko dramatycznie zwiększyłby ryzyko recesji w Wielkiej Brytanii, ale również spowodowałby silny odpływ kapitału z tej gospodarki. Wyprzedaż funta, niezwykle wrażliwego na perspektywę twardego brexitu, mogłaby się zatrzymać poniżej wyceny do euro. Oznaczałoby to, że za funta płacilibyśmy mniej niż 4,40 zł.
Podatnicy w toku prowadzonej działalności dokonują różnego rodzaju zakupów towarów czy usług. Zdarza się jednak, że po zakupie następuje zmiana planów podatnika lub po prostu towary są słabej jakości czy niezgodne z zamówieniem. Wtedy przedsiębiorcy mają kilka możliwości – sprzedaż, zgłoszenie reklamacji czy utylizacja. Klasyfikacja takich towarów na potrzeby podatków dochodowych często sprawia wiele problemów.
Rozliczenie straty w kosztach
Co do zasady wyżej opisane sytuacje powodują powstanie strat po stronie przedsiębiorcy. Przepisy ustaw o podatku dochodowym nie ograniczają możliwości ujmowania w kosztach podatkowych strat powstałych w środkach obrotowych (np. towarów w magazynie lub gotówki w kasie). Należy jednak pamiętać, że w takich sytuacjach trzeba udowodnić, iż poniesiona strata miała charakter obiektywny i niezależny od podatnika (niezawiniony). Innymi słowy, straty wywołane niefrasobliwym działaniem podatnika lub brakiem należytej staranności mogą być uznane za niestanowiące kosztów podatkowych. Ta sama zasada dotyczy także strat poniesionych w składnikach majątkowych, w tym w środkach trwałych i wartościach niematerialnych i prawnych.
W przypadku powstania strat związanych na przykład z likwidacją należy przeanalizować następujące przesłanki:
rodzaj i sposób prowadzonej działalności;
okoliczności, które spowodowały i uzasadniają powstanie straty (np. zawinienie) oraz działania podjęte przez podatnika, mające na celu uniknięcie strat (np. straty nie mogą powstać wskutek braku racjonalnego działania, zaniedbań);
sposób udokumentowania wielkości poniesionych strat, prawidłowej wyceny i ustalenia wielkości poniesionej straty oraz sposobu przeprowadzenia faktycznej, fizycznej likwidacji.
Podsumowując, kosztem podatkowym mogą być straty w środkach obrotowych (zapasach) czy środkach trwałych i wartościach niematerialnych i prawnych, które powstały bez winy podatnika i których podatnik, mimo dochowania należytej staranności, nie mógł przewidzieć ani ich uniknąć.
Strata a należyta staranność
Z powyższej analizy wynika, że w przypadku wystąpienia strat niezmiernie istotna jest kwestia należytej staranności. Jak ważna jest należyta staranność, pokazuje orzeczenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (WSA) z dnia 25 czerwca 2019 r. (sygn. akt III SA/Wa 837/19). Sprawa dotyczyła spółki, która nabyła towary z Chin – sól spożywczą. Na skutek zmiany przeznaczenia (wykorzystana jako sól przemysłowa) część musiała zostać zutylizowana. WSA stwierdził, że wydatki na zakup towarów, które okazały się niezgodne z zamówionymi i w związku z tym musiały zostać zutylizowane, nie mogą zostać uznane za koszty uzyskania przychodu. Sąd uznał, że podatnik nie dochował należytej staranności przy zakupie towarów, poprzez wybór nieodpowiedniego kontrahenta, pomimo faktu, że podjął on działania po zaistnieniu szkody, takie jak zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa.
Z kolei w interpretacji z 25 czerwca 2019 r., nr 0114-KDIP2-2.4010.177.2019.2.AM, Dyrektor KIS stwierdził, że do kosztów uzyskania przychodów można zaliczyć straty w wysokości stanowiącej nieumorzoną wartość nieużywanych aktywów, powstałą z przyczyn niezawinionych, tj. zdaniem organu spółka dochowała należytej staranności poprzez dbałość o prawidłowy przebieg produkcji oraz stan zaopatrzenia w części zapasowe do używanych linii produkcyjnych.
Działania, jakie można podjąć
Tematyka należytej staranności jest stosunkowo skomplikowana i wielowątkowa. Kwestia ta nie jest opisana w ustawie. Mieści się więc w sferze subiektywnej i w każdym przypadku musi być analizowana odrębnie. Warto także dodać, że temat poruszony przez WSA dotyczy nie tylko podatku dochodowego. Także w podatku od towarów i usług wymagana jest należyta staranność w doborze kontrahentów. W przypadku VAT ministerstwo wydało wytyczne „należytej staranności”, które jednak nie mają waloru wiążącego dla organów.
Działaniem, które z pewnością wpływa na zachowanie należytej staranności, jest wdrożenie w przedsiębiorstwie odpowiednich procedur weryfikacji kontrahentów. W dzisiejszych czasach nie wystarczy już jedynie weryfikacja rejestru handlowego (KRS/CEIDG). Wymagane jest także sprawdzenie faktycznej działalności kontrahenta, w szczególności zweryfikowanie tego, czy posiada zasoby, stronę internetową, biuro, doświadczenie itp. Procedura powinna uwzględniać także zasadę podwójnej weryfikacji oraz określać zakresy odpowiedzialności w ramach organizacji. Warto także zadbać o to, aby w procesie akceptacji umów uwzględniony został dział księgowy/prawny spółki, który czuwałby nad przestrzeganiem należytej staranności we współpracy z dostawcami.
Kolejnym działaniem jest prowadzenie szkoleń z należytej staranności dla pracowników spółki. Szkolenia pozwalają zwrócić uwagę na problem, przekazać wytyczne oraz przedyskutować różne sytuacje występujące w firmie. Dodatkowo w czasie szkoleń możliwe jest wykształcenie kultury organizacji, gdzie wszyscy pracownicy będą dbać o należytą staranność.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Przez ostatnie cztery lata, Instytut Biznesu Rodzinnego, we współpracy z pozostałymi organizacjami wspierającymi przedsiębiorczość rodzinną w Polsce pracował nad wspólnym projektem wypracowania założeń do ustawy umożliwiającej zakładanie w fundacji rodzinnych.
dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego
Dlatego cieszę się na rozpoczęcie, podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy, dyskusji nad nowymi regulacjami prawnymi dotyczącymi możliwości zakładania w Polsce fundacji rodzinnych. W końcu otwiera nam się długo oczekiwany dialog nad nowelizacją polskich przepisów prawnych, które mogą odmienić rzeczywistość średnich i dużych polskich przedsiębiorstw rodzinnych, naszych eksportowych gospodarczych wizytówek, które mogą zyskać dodatkowe wzmocnienie swojej szansy na skuteczną sukcesję i stabilny rozwój w kolejnych pokoleniach. Z Polski zniknęło już wystarczająco dużo kapitału, który wskutek braku możliwości prawnych, zmuszony był szukać skutecznych rozwiązań za granicą. Firmy rodzinne w Polsce, to tak naprawdę ostatni rodzimy kapitał prywatny, więc stawka, w obliczu panującej u nas na ogromną skalę pierwszej fali zmiany pokoleniowej, jest bardzo duża. To stawka większa niż biznes.
Jakie zabezpieczenie zyskuje właściciel dzięki Fundacji Rodzinnej?
Główną intencją fundacji rodzinnej jest umożliwienie wyłączenia rodzinnego majątku (w tym firmy rodzinnej albo grupy spółek) spod zasad prawa spadkowego, celem zachowania integralności majątku i eliminacji możliwości podziału poprzez spadkobierców. Innymi słowy, jej celem jest zabezpieczenie firmy przed konfliktami w gronie spadkobierców czy rozdrobnieniem majątku w wyniku dziedziczenia między licznych członków rodziny. Oznacza to, że majątek przekazywany jest na własność fundacji, która jako samoistna, nie posiadająca właściciela osoba prawna, sama w sobie nie podlega dziedziczeniu. Rodzina, często przy pomocy ekspertów, ustanawia mechanizmy ładu rodzinnego, które regulują sposób i zakres pełnionych funkcji.
Fundacja zarządza majątkiem, wypłacając zgodnie z przyjętymi uprzednio ustaleniami środki finansowe na rzecz członków rodziny. Jest więc strukturą pośredniczącą pomiędzy rodziną i majątkiem, zaś statut fundacji jasno określa, kto z rodziny i w jaki sposób może czerpać korzyści finansowe z majątku fundacji.
W rozmowach z dr Martą Widz, która współpracuje z Instytutem Biznesu Rodzinnego a na co dzień mieszka w Szwajcarii, słyszę, że funkcjonujące od lat fundacje mają główny cel, którym jak mówi jest: „uchronienie majątku przed nieuzasadnionymi i nieuprawnionymi roszczeniami, takimi jak ekstrawaganckie rozporządzanie majątkiem przez członków rodziny, konflikty i wojny rodzinne prowadzące do nadmiernych wypłat, porwania dla okupu i szantaże skierowane w kierunku członków rodziny”. Z tych względów na fundacje rodzinne zdecydowało się wielu biznesmenów na świecie.
Wallenberg, Oetker, Armani oraz Piechocki… to oni zaufali fundacjom rodzinnym
Wśród przykładów firm rodzinnych z takimi fundacjami, wymienić można zarządzaną już przez czwarte pokolenie Oetkerów firmę dr Oetker czy Ikeę. Zmarły Ingvar Kamprad, twórca słynnej sieci meblowej, zarządzanie swoim biznesem powierzył Stichting INGKA Foundation z siedzibą w Holandii.
W 2016 r. na przekazanie całego swojego majątku fundacji rodzinnej zdecydował się także Giorgio Armani, jeden z najbardziej znanych na świecie projektantów mody. Tu powodem był brak spadkobierców w prostej linii. Tworząc Giorgio Armani Foundation projektant zabezpieczył nie tylko wart wówczas 2,6 mld euro rodzinny biznes przed podziałami, ale także zadbał o finansowe bezpieczeństwo dalszej rodziny, którą ustanowił beneficjentami swojej fundacji.
Podobnie uczynił Hans Wilsdorf, twórca legendarnej marki zegarków Rolex. Nie pozostawiając po sobie żadnych spadkobierców, zarządzanie firmą powierzył fundacji własnego imienia.
Ponad rok temu prezes LPP, największej firmy odzieżowej w Polsce, ogłosił plan na przyszłość swojego biznesu, który ma trwać przez pokolenia. W 2018 roku większościowym akcjonariuszem firmy została rodzinna fundacja Semper Simul. Marek Piechocki poszedł w ślady biznesmenów, którzy powierzyli dzieła swojego życia fundacjom z intencją długowieczności. Na taki krok zdecydowali się wcześniej Georgio Armani, Ingvar Kamprad (IKEA), rodzina Wallenbergów (Electrolux, SAAB, Ericsson, bank SEB i in.) czy we Wiedniu – Jan Kulczyk.
Potrzebne są jasne przepisy…
Obecnie tworzenie tego typu podmiotów nie było w Polsce prawnie możliwe. Większe polskie majątki mogły więc szukać rozwiązań tego typu za granicą, najczęściej w Luksemburgu, Szwajcarii czy Austrii. Dlatego bardzo istotne było to, by stworzyć ramy prawne do zakładania ich w Polsce. Przedsiębiorcy, z którymi na co dzień pracuję w procesach sukcesyjnych, szykują rozwiązania na długowieczność, gdyż częstokroć zależy im na ciągłości rodzinnego działania.
Jeśli właściciel decyduje się na wprowadzenie mechanizmów ładu rodzinnego w tym konstytucji firmy rodzinnej, a docelowo myśli o założeniu fundacji, to ma bardzo konkretną strategię właścicielską, która ustawiona jest na długotrwały i bezpieczny rozwój biznesu. To dobra informacja dla pracowników, partnerów biznesowych i akcjonariuszy.
Według polskiego prawa obecnie fundacja mogła powoływana wyłącznie dla wspierania tzw. celów szlachetnych, filantropijnych. Tymczasem głównym celem fundacji rodzinnej jest opieka nad wniesionym do fundacji majątkiem założyciela (fundatora), ochrona stworzonej przez niego firmy przed podziałami między spadkobiercami, a także zapewnienie członkom rodziny ustalonych w ramach Ładu Rodzinnego benefitów finansowych.
Przepisy normalizujące te kwestię są potrzebne, bo temat dotyczy polskich firm rodzinnych głównie dużych i średnich, dla których kontynuacja dziedzictwa rodzinnego staje się coraz bardziej aktualnym wyzwaniem. Do wieku emerytalnego zbliżać się będzie pierwsze pokolenie polskich biznesmenów, którzy swoje firmy zakładali w czasach transformacji ustrojowej, teraz muszą je komuś przekazać. Jednak problem nieudanej sukcesji jest o wiele szerszy i może stanowić zagrożenie dla gospodarki.
Zagrożone miliardy złotych
W Instytucie Biznesu Rodzinnego szacujemy, że duże i średnie firmy rodzinne generują 27 proc. polskiego PKB, czyli ok. 483,3 mld zł. Ze światowych statystyk wynika, że tylko ok. 30 proc. takich firm potrafi przejść z pierwszego do drugiego pokolenia. W przypadku Polski oznacza to, że skoro nieudaną sukcesją zagrożonych jest 70 proc. polskich firm rodzinnych, to zagrożonych może być 192,84 mld zł PKB!
Co więcej ta kwota to tylko udział tych firm w tworzeniu PKB, a nie majątki prywatne ich właścicieli, które innymi drogami również pracują na polskie PKB.
W związku z tym dotychczasowy brak regulacji prawnych w postaci fundacji rodzinnych, może w najgorszym wypadku znacząco uszczuplić nasze PKB.
Duże i średnie firmy rodzinne, generują 27% polskiego PKB (źródło: Raport Firma Rodzinna to Marka, Instytut Biznesu Rodzinnego 2018). 27% z 1,79 biliona złotych (GUS 2015) to 483,3 mld zł
57% firm rodzinnych planuje sukcesję – 275,48 miliarda złotych PKB (źródło: Instytut Biznesu Rodzinnego i PwC 2016)
Według światowych tendencji tylko 3 na 10 firm przejdzie z pierwszego do drugiego pokolenia, wiec zagrożonych jest 70% firm (źródło: Uniwersytet w St. Gallen)
70% z 275,48 miliarda złotych PKB = 192,84 miliarda zł – tyle PKB jest zagrożonych nieudaną sukcesją!
O sukcesji w Polsce dotychczas mówiono głównie w perspektywie PODZIAŁU majątku… czas to zmienić!
Mimo, iż debata na temat możliwości zakładania fundacji jest niezwykle w Polsce potrzebna, to jednak warto zwrócić uwagę, że nie możemy całej sukcesji sprowadzać do wątków prawnych, organizujących jej przebieg. Obecnie mam poczucie, że sukcesja, również w debacie publicznej, sprowadzana jest do PODZIAŁU majątku między dziedziczącymi członkami rodziny. Wiąże się często ze zmianą formy działalności, czasem również zahaczając o kontekst podatkowy. Jeśli więc rozmowy o sukcesji zaczyna się od zaplanowania podziału, trochę trudno spodziewać się innych efektów niż właśnie taki: podzielony biznes.
I tu – rozwiązania związane z wprowadzeniem możliwości zakładania fundacji są pierwszym dużym krokiem w tą stronę. Szukania tego co może łączyć, a nie jak dzielić. Mam poczucie, że dyskurs i zrozumienie tego, czym jest sukcesja przesuwa się właśnie w stronę podziałów. A tu, wracają karty historii i sukcesje od wieków nam znane. Królowie budowali swoje strefy wpływów poprzez obsadzanie dworów, księstw i tronów innych państwa członkami swojej rodziny – córkami, synami, kuzynkami, siostrami, braćmi. Do tronu przewidywany był największy faworyt spośród dzieci, a zwiększone granice państwa były podzielone na strefy wpływów na rzecz jego rodzeństwa, kolejnych sukcesorów. Kraj był wydzielany jako dzielnice, oddawany w ręce książąt, którzy najczęściej wówczas rozpoczynali spory o granice.
Jeśli z tej perspektywy pomyślę na dzisiejsze procesy sukcesyjne, to optyka, która jest konieczna do prawidłowego procesu opiera się nie na podziale, a na wspólnej, międzypokoleniowej WIZJI.
Myśląc o sukcesji z punktu widzenia biznesu, musimy przede wszystkim zadać sobie pytanie, czy oba pokolenia (nestorów i sukcesorów) są w stanie określić i zaakceptować wzajemnie wspólną wizję przyszłości firmy. I to nie tylko w wymiarze ekonomicznych celów, ale też odpowiedzi co wyjątkowego wnosi rodzina do biznesu? Co by zostało utracone wraz z zakończeniem tej działalności? Dlaczego robimy to, co robimy? Bo istotą zrozumienia firmy rodzinnej jest to, że nie działa ona wyłącznie z pobudek finansowych! Realizuje też inne, równie istotne cele, które trzeba nazwać, zrozumieć i wówczas w dialogu międzypokoleniowym poszukać tych, dla których te cele również są ważne! Aby z powodzeniem wprowadzić taką przemianę, rodzina musi przemyśleć i określić swój cel i wartości. Należy odpowiedzieć nie tylko na pytanie „Jaką firmą czy przedsiębiorstwem chcemy być?”, ale także „Jaką rodziną chcemy być?”. Pominięcie tego DNA rodziny biznesowej, pobudek z jakich działa, ale też indywidualnych celów i marzeń zarówno nestorów, jak i sukcesorów, jest jedną z głównych przyczyn sukcesji… bez sukcesu.
Warto przejść ten proces szukając tego co nas łączy. Strategia i wspólna wizja rozwoju biznesu zabezpiecza dalsze funkcjonowanie firmy. To dziś szczególnie istotna kompetencja, bo odświeżanie modli biznesowych jest nieuniknione. Kiedyś jedna trafiony pomysł na biznes mógł dawać firmie przewagę przez trzy pokolenia, dziś jedno pokolenie musi mieć min. trzy pomysły na nowe modele biznesowe. To presja zmieniającego się otoczenia i w utrzymaniu kondycji firmy i konkurencyjności fundacja rodzinna nie wystarczy. Kwestie prawne to więc konsekwencja ustaleń rodzinnych i biznesowych, a nie na odwrót. Tak właśnie przeprowadzane są sukcesje WIZJONERÓW! I takich w Polsce sobie życzmy!
dr Adrianna Lewandowska, doradca ds. strategii i sukcesji w firmach rodzinnych, autorka merytorycznych bestsellerów dla firm rodzinnych: „Stawka większa niż biznes. Droga rozwoju firmy rodzinnej i rodziny biznesowej” oraz „Konstytucje firm rodzinnych. W kierunku długowieczności”
FoodForward to potrójne wsparcie dla startupów i dużych graczy. Founderka po exicie, znany akcelerator i firma doradcza biorą na warsztat temat innowacji technologicznych, związanych z jedzeniem i zrównoważonym rozwojem. FoodForward to akcelerator+, bo oprócz programów akceleracyjnych, twórcy będą integrować społeczność foodtechową, dzielić się wiedzą branżową i doradzać przedsiębiorcom w zakresie pozyskiwania finansowania.
Pierwsze wydarzenie pod egidą FoodForward odbędzie się 24 września 2019, natomiast już teraz przyjmowane są zgłoszenia do foodtechowego programu akceleracyjnego.
Nowoczesne jedzenie może być dobre dla człowieka i dla planety, jego produkcja może być opłacalna, a co najważniejsze może ono nosić oznakowanie “made in Poland”. Zainicjowałam powstanie FoodForward, żeby wspierać startupy i duże firmy, które identyfikują się z tą wizją – mówi Ola Lazar, dawniej stojąca za sukcesem serwisu Gastronauci.pl, kupionego w 2014 roku przez ZOMATO.
Branża spożywcza i gastronomiczna najdłużej czekały w kolejce po innowacje technologiczne, tak było na świecie, tak jest też w Polsce. Po fintechach czy martechach (innowacjach w sektorze finansowym i w dziedzinie marketingu) przyszedł czas na foodtech, co widać na przykładzie głośnego debiutu giełdowego firmy Beyond Meat, producenta “roślinnego mięsa”, którego akcje w dniu debiutu giełdowego przebiły cenę emisyjną o 163%. Innym przykładem jest rosnący biznes dostaw jedzenia z restauracji i zakupów spożywczych, w który coraz mocniej wchodzi również gigant e-commerce, firma Amazon. Co powoduje to nagłe przyspieszenie? Z jednej strony kryzys klimatyczny, a z drugiej strony coraz większe znaczenie wygody i oszczędności czasu konsumentów.
“Już dziś w USA na obiad można zamówić roślinnego burgera z wirtualnej restauracji czyli takiej, która nie ma stolików, bo działa wyłącznie w dostawie, a posiłek dostarczy autonomiczny robot poruszający się po chodniku. Pytanie, kiedy tak będzie u nas i jaki będzie kolejny etap rozwoju branży? Jako FoodFoward będziemy analizować rynek, dzielić się wiedzą i budować społeczność, tak aby lokalnie powstawały ciekawe biznesy” – dodaje Ola Lazar.
Wśród założycieli FoodForward jest polska firma doradcza CRIDO która specjalizuje się m.in. w tematyce finansowania innowacji oraz ReaktorX, znany warszawski preakcelerator.
Społeczność startupów, zgromadzona wokół Reaktora powstawała organicznie przez 8 lat. Do każdej edycji programu dla młodych firm technologicznych aplikuje 200 zespołów z pomysłami, z których wybierana jest najlepsza 10, która otrzymuje warsztaty, mentoring, spotkania z inwestorami i przedstawicielami korporacji. W czasie 5 edycji preakceleratora wyskalowało się niemal 40 firm, a połowa z tych, które przetrwały, otrzymała finansowanie na poziomie 430 tys. zł.
“Do kompetencji FoodForward dołączamy nasze doświadczenie w pracy z founderami na wczesnym etapie – wiemy, jak pomóc zbudować i zweryfikować produkt, znaleźć model biznesowy i połączyć z odpowiednim mentorem, inwestorem czy firmą, która innowacji potrzebuje” – mówi Agata Kwaśniewska, CEO ReaktorWarsaw. – “Patrzymy całościowo na rozwój founderów, dajemy im narzędzia biznesowe i dbamy o miękkie umiejętności, choćby korzystając z narzędzi mindfulness.”
Trzeci z założycieli – polska firma doradcza CRIDO, również doskonale wie, jak budować i rozwijać biznes. Nie tylko sama odniosła rynkowy sukces, ale i rozwinęła 250-osobowy zespół pomagający przedsiębiorcom w zakresie prawa, podatków oraz pozyskiwania finansowania.
Od kilkunastu lat pomagamy przedsiębiorcom w pozyskiwaniu finansowania, a w ostatnich latach coraz częściej na innowacje technologiczne i produktowe. Jednocześnie znamy się z Olą od wielu lat i wspieraliśmy ją jako firma przy jej wcześniejszych działaniach, a teraz przyszła okazja aby zrobić coś wspólnie. Mamy dobry przegląd rynku, a na koncie współpracę z ciekawymi firmami technologicznymi z różnych branż. Jest nam też bliska idea łączenia dużych graczy rynkowych z małymi. Z tymi pierwszymi pracujemy od początku działalności CRIDO. Z tymi drugimi, chcemy po raz pierwszy współpracować w tak systemowy sposób, pod egidą FoodForward. Widzimy potencjał na rozwój foodtechu i chcemy brać w nim czynny udział. Zarówno po stronie dużych graczy z branży spożywczej, jak i start-upów – komentuje Magdalena Zawadzka, partner w zespole Biznes i innowacje w CRIDO.
Wiemy, z własnego doświadczenia, że sam pomysł, choćby najlepszy, nie wystarczy, aby przedsięwzięcie zakończyło się komercyjnym sukcesem. Konieczne jest odpowiednie przygotowanie struktur przedsiębiorstwa, zespołu, zabezpieczeń prawnych czy strategii innowacji – dodaje Magdalena Zawadzka.
24 września 2019 w Google for Startups Campus w Warszawie odbędzie się wydarzenie inaugurujące działalność FoodForward oraz zapowiadające współpracę akceleratora z Google for Startups.
Foodtech to rosnący obszar biznesu, który ma ogromny potencjał w Polsce i całej Europie Środkowo-Wschodniej – stąd nasze wsparcie. W Google stawiamy sobie za cel wspieranie przedsiębiorców w osiągnięciu globalnego sukcesu i wierzymy, że także w tym sektorze możemy już niedługo zobaczyć historie sukcesu z Polski i naszego regionu – mówi Anna Stefańska, Industry Manager w Google Polska.
Podczas wydarzenia oprócz prezentacji trendów i planu działania akceleratora odbędzie się
panel dyskusyjny poświęcony m.in. tematowi on-demand groceries delivery (błyskawicznej dostawie produktów spożywczy), najnowszej i szybko rozwijającej się gałęzi dostaw. Obecne będą na nim polskie i nowe zagraniczne firmy, które aktualnie wchodzą na polski rynek.
Zapisy na wydarzenie przyjmowane są przez serwis Evenea: https://evenea.pl/event/foodforwardstart/
FoodTech Bootcamp
W tym momencie rusza też rekrutacja do pierwszego programu akceleracyjnego
FoodForward. Aplikacje przyjmowane są przez stronę: https://app.vestbee.com/org/foodforward
Będzie to foodtechowy bootcamp, który odbędzie się w dniach 24-30 października 2019 mający formę intensywnego, tygodniowego programu warsztatów i sesji mentoringowych, które pozwolą na doprecyzowanie pomysłu na biznes w gronie najlepszych ekspertów z branży. Następnie, przez pół roku zespoły będą pracować nad rozwojem swoich biznesów, korzystając z comiesięcznych konsultacji z mentorami. Cały projekt zakończy się Demo Day, podczas którego startupy będą miały okazję zaprezentować swoje projekty inwestorom, przedstawicielom firm spożywczych i branży gastronomicznej.
W programie są warsztaty z Design Sprint, OKR, Design Thinking – we współpracy z Google For Startups oraz takie tematy jak: metodologia Jobs to be Done, UX, pitching, pitchdeck, marketing internetowy, sprzedaż, cashflow, pozyskiwanie finansowania, współpraca z dużymi organizacjami oraz trendy foodtech.
Bootcamp to też okazja do poznania innych przedsiębiorców, potencjalnego co-foundera i mentorów.
Partnerem merytorycznym bootcampu jest Google for Startups.
Na rynku inwestycyjnym Polska utrzymuje dominującą pozycję w regionie Europy Środkowo-Wschodniej z najwyższym zróżnicowaniem i płynnością produktów oraz różnorodnością inwestorów. Popyt pozostawał na wysokim poziomie we wszystkich sektorach, jednak wyraźnie dominowały transakcje biurowe.
Całkowita wartość transakcji inwestycyjnych w I półroczu 2019 r. wyniosła 2,58 mld euro. Jest to drugi najlepszy wynik po znakomitej pierwszej połowie 2018 r. Na rynku utrzymała się wysoka płynność – w 57 transakcjach sprzedano 75 aktywów.
Piotr Mirowski, Senior Partner w Colliers International i Szef Działu Doradztwa Inwestycyjnego
– Najwięcej zainwestowano w aktywa biurowe – ponad 60% całkowitego poziomu obrotów (1,62 mld euro). Na drugiej pozycji uplasował się rynek handlowy (18%) o wartości 0,45 mld euro, dalej magazyny (14%, ok. 0,36 mld euro) i nowe, alternatywne klasy aktywów, takie jak hotele i domy studenckie (6%), w które zainwestowano rekordowe 150 mln euro – mówi Piotr Mirowski, senior partner, dyrektor Działu Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers International.
Wartym odnotowania wydarzeniem na rynku było zamknięcie pierwszej transakcji inwestycyjnej dotyczącej domów studenckich w Europie Środkowo-Wschodniej. Kajima, instytucjonalny inwestor z Japonii, nabył od Oaktree większościowy pakiet udziałów w Student Depot oferującym 2 tys. łóżek w pięciu polskich miastach za ok. 60 mln euro.
Ponad miliard euro w Warszawie
Warszawa nadal pozostaje rynkiem cieszącym się największym zainteresowaniem inwestorów w Europie Środkowo-Wschodniej – w I połowie 2019 r. zainwestowano w niej 1,17 mld euro. Jednocześnie umocniła swoją pozycję jako kluczowa lokalizacja dla inwestycji biurowych, silnie przyciągając nowy kapitał – krajowy, europejski i zza oceanu. W 19 transakcjach sprzedano tu 25 biurowców za łączną kwotę 1 mld euro. Jest to nowy rekord półrocza. Główne kontrakty to przejęcie przez Mapletree od HB Reavis kompleksu West Station za ok. 190 mln euro, sprzedaż Globalworth Warsaw Trade Tower za około 133 mln euro czy zakup budynku biurowego Ethos w Warszawie za 115 mln euro przez Credit Suisse.
Wartość transakcji na rynkach regionalnych wyniosła w pierwszym półroczu 1,42 mld euro (55% udziału w rynku), potwierdzając stabilny popyt na wysokiej jakości produkty inwestycyjne i wyższe stopy zwrotu w porównaniu do Warszawy. Swoją ekspansję w regionach kontynuowali inwestorzy z Dalekiego Wschodu. W dwóch największych transakcjach na rynku biurowym filipiński ISOC Holding poszerzył swoje portfolio nabywając Business Garden Wrocław od dewelopera Vastint za ok. 95 mln euro oraz Argon (trzecią fazę kompleksu Alchemia) w Trójmieście za ok. 92 mln euro od firmy Torus.
Głównym motorem kapitał amerykański i brytyjski
W I półroczu 2019 r. kapitał nadal pochodził przede wszystkim od zarządców aktywów z USA i Wielkiej Brytanii, a także funduszy niemieckich i nabywców z Republiki Południowej Afryki. Rynek odczuł również napływ kapitału instytucjonalnego i prywatnego z Azji. W I połowie 2019 r. aktywa o wartości 0,5 mld euro nabyli inwestorzy z Korei Południowej, Singapuru oraz Filipin.
Niższe stopy zwrotu
W ostatnich 12 miesiącach nastąpiła dalsza kompresja stóp kapitalizacji we wszystkich klasach aktywów. Na rynku handlowym na wartości zyskiwały tylko najlepsze nieruchomości. Stopy zwrotu z najatrakcyjniejszych budynków biurowych w centrum Warszawy spadły z 5,2% do 4,5% r/r, natomiast na dwóch głównych rynkach regionalnych (Wrocław i Kraków) z 5,9% do 5,5%.
Szacuje się, że stopy zwrotu z najlepszych aktywów logistycznych typu BTS z długimi umowami oraz najlepszymi najemcami będą wyceniane poniżej 5%, natomiast dla tradycyjnych magazynów – na poziomie 6,5%-7,5%.
Optymistyczne prognozy
W II połowie 2019 r. eksperci Colliers International prognozują wzrost napływu kapitału.
– Na rynku prowadzonych jest obecnie szereg procesów sprzedaży z perspektywą na zamknięcie transakcji do końca roku, zwłaszcza w sektorze biurowym. Aktywa alternatywne, takie jak domy studenckie czy projekty z mieszkaniami na wynajem będą budzić coraz większe zainteresowanie inwestorów – przewiduje Marcin Mędrzecki, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers International.
Oczekuje się, że ceny nieruchomości pozostaną stabilne, przy dalszej kompresji stóp kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości biurowych w centrum Warszawy i w miastach regionalnych, takich jak Wrocław, Kraków, Poznań i Gdańsk.
Impel, największa w kraju grupa firm świadczących usługi dla biznesu osiągnęła w pierwszym półroczu 2019 r. przychody ze sprzedaży na poziomie 1 073,5 mln zł i wypracowała zysk operacyjny w wysokości 21,3 mln zł. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy podmiotu dominującego za ten okres wyniósł 6,4 mln zł.
Grupa kontynuuje politykę przebudowy portfela umów, rezygnacji z nisko rentowych kontraktów i selektywnie pozyskuje nowe, charakteryzujące się wyższą marżą. Stałemu rozwojowi podlega system współpracy z zewnętrznymi podmiotami oparty na zasadach franchisingu i podwykonawstwa. Oba te czynniki istotnie wpłynęły na osiągnięte przychody, które utrzymały się na porównywalnym poziomie z pierwszego półrocza 2018 roku i wyniosły 1 073,5 mln zł. – Działania związane z reorganizacją portfela kontraktów w obszarze biznesowym Facility Management to nasza długofalowa strategia, której pozytywne efekty już w tym roku odczuwamy. Wracamy do współpracy z partnerami-usługobiorcami, z którymi musieliśmy się rozstać w ubiegłych okresach, ze względu na brak waloryzacji. Podpisujemy umowy na nowych warunkach, wypracowanych wspólnie i korzystnych dla obu stron. Ważne jest dla nas, że klienci doceniają jakość i wartość współpracy z Grupą Impel, i jej pozytywny wpływ na prowadzoną działalność biznesową – podkreśla Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel S.A.
[Nowy członek zarządu Impel S.A.]
Grzegorz Dzik
Z dniem 27 czerwca 2019 Rada Nadzorcza Impel S.A. powołała w skład zarządu Pana Dawida Popławskiego, powierzając mu nadzór nad obszarem kontrolingu, zakupów i administracji. Wyłonienie samodzielnego Pionu Kontrolingu i Administracji wzmocni nadzór nad procesami zarządzania kosztami, przyspieszy ich digitalizację i cyfryzację. Pozwoli również zidentyfikować nowe możliwości reorganizacji procesów, przy zapewnieniu ich jednoczesnej efektywności kosztowej oraz wysokiej jakości. – mówi Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel S.A. Naszym celem jest koncentracja na zarządzaniu opartym o dane wyprzedzające zdarzenia gospodarcze. Odpowiednie modele predykcji i przekształcania danych w informacje niezbędne do zarządzania biznesem pozwolą nam zarządzać efektywniej i przeprowadzać skutecznej niezbędne procesy restrukturyzacji wewnętrznej. Zmiany wpisują się w strategię Grupy Impel, umożliwiając rozwój nowych kompetencji związanych z zarządzaniem w oparciu o dane – Business Intelligence oraz cyfryzację, a w konsekwencji doprowadzą do transformacji w kierunku firmy technologicznej.Nowe technologie oraz inwestycje w oparciu o środki z UE są szansą na skuteczną transformację Grupy i oferowanych usług– podsumowuje Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel S.A.
Wojciech Rembikowski, Wiceprezes Zarządu Impel S.A.
Grupa poszukuje nowych kierunków rozwoju również na rynkach zagranicznych. W połowie roku Impel rozpoczął działalność w najludniejszym kraju w Azji Centralnej, Uzbekistanie. Współczesny Uzbekistan dla przedsiębiorców zarówno z branży usług, jak i produkcyjnej wydaje się być rynkiem wartym uwagi. Obecne władze stworzyły dobre warunki dla przedsiębiorców chcących zainwestować w tym kraju. W naszej ocenie rynek uzbecki ma duży potencjał dla rozwoju usług Facility Management, a w dalszej perspektywie również innych produktów Grupy. To na razie „startup” Grupy, ale zgodnie z naszą filozofią szukanie okazji jest wpisane w DNA Grupy. – mówi Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel S.A. Grupa Impel prowadzi działalność gospodarczą w na Ukrainie, Łotwie, w Kazachstanie i w Niemczech.
[FM]
W pierwszej połowie 2019 roku obszar Facility Management wypracował przychody ze sprzedaży na poziomie 753,8 mln zł oraz wynik operacyjny w wysokości 12,63 mln zł. Facility Management obejmuje usługi związane między innymi z utrzymaniem czystości, bezpieczeństwem, serwisem technicznym nieruchomości, cateringiem, rentalem odzieży i opieką nad pacjentem.
Jakub Dzik, Wiceprezes Impel S.A.
Grupa Impel konsekwentnie realizuje strategię rozwoju usług związanych z techniczną ochroną mienia. W lipcu 2019 roku zakupiła udziały w specjalizującej się w technicznej ochronie mienia spółce Profer oraz związanej z nią agencji ochrony Legion. – Podjęcie decyzji o rozszerzeniu współpracy z naszym dotychczasowym partnerem to działanie zgodne z ogólnoświatowymi trendami i koncentracja na rozwoju usług w ochronie opartych o technologie. Zakup udziałów w firmie Profer zwiększy potencjał grupy produktowej Security, ponieważ spółka posiada własną bazę techniczną, bazę monitoringu oraz ekipy techniczne działające w całej Polsce (m.in. w obszarze monitoringu, systemów alarmowych, instalacji światłowodowych, telewizji przemysłowej, centrali telefonicznych, systemów kontroli dostępu). To potencjał, który doskonale uzupełnia nasze portfolio i docelowo zwiększy dynamikę sprzedaży. Dodatkowo w obszarze usług bezpieczeństwa u klientów sieciowych wprowadzamy ujednolicony standard zarządzania usługami, pozwalający na elastyczne dopasowanie w zakresie raportowania i zakupu dodatkowych usług przez klienta– podkreśla Jakub Dzik, wiceprezes zarządu Impel S.A.
Mirosław Greber, wiceprezes zarządu Impel SA
Grupa Impel jest liderem w obsłudze prestiżowych imprez masowych i aktywnie zwiększa udziały na rynku tych usług. Pozyskujemy nowe, prestiżowe kontrakty, a jednocześnie od kilku lat współpracujemy z organizatorami najważniejszych wydarzeń sportowych w Polsce, takich jak Tour the Pologne czy zimowy i letni Puchar Świata w skokach narciarskich w Zakopanem. Kontynuujemy współpracę z klientami zarządzającymi stadionami piłkarskimi we Wrocławiu, Kielcach i Lubinie. Potwierdzeniem wysokiej jakości świadczonych usług jest zaufanie klientów oraz pozytywna ocena naszej pracy zawarta w raporcie PZPN – potwierdza Mirosław Greber, wiceprezes zarządu Impel SA.
[IS] i [DS&BPO]
Spółki działające w obszarze Industrial Services zwiększyły przychody o 19% osiągając poziom 166 mln zł oraz wypracowały zysk operacyjny w wysokości 3,52 mln zł. Obszar Industrial Services obejmuje usługi dla przemysłu polegające na czyszczeniu przemysłowym, wsparciu utrzymania ruchu, usługach remontowo-budowlanych czy zintegrowanej obsłudze nieruchomości.
W ramach Digital Services & Business Process Outsourcing Grupa Impel uzyskała przychody na poziomie 153,7 mln zł mln zł. Zysk operacyjny wypracowany tym okresie wyniósł 1,48 mln zł. W ramach obszaru biznesowego DS&BPO Grupa Impel świadczy usługi obsługi procesów biznesowych i IT.
Wiodąca w tym obszarze spółka SI-Consulting wprowadziła do oferty produkty pozwalające płynnie dostosować się do nowych wymogów Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej nr 16 dotyczących leasingów przy wykorzystaniu narzędzia SAP oraz aplikację SI-Whitelist, która zautomatyzuje proces weryfikacji dostawców i uchroni podmiot przed konsekwencjami podatkowymi wynikającymi ze współpracy z nierzetelnym dostawcą.
Rynki wyczekują najważniejszego raportu tego tygodnia – danych z rynku pracy USA. Inwestorzy będą bardziej wyczuleni na rozczarowujący odczyt, gdyż gra toczy się o zmianę oczekiwań odnośnie najbliższej decyzji Fed z obniżki o 25 pb na 50 pb niż utrzymanie stóp procentowych bez zmian.
Z raportów publikowanych w tym tygodniu w USA można wnioskować, że przemysł odczuwa obawy o wojny handlowe, ale w usługach ważniejsze znaczenie ma siła wewnętrznej konsumpcji, zatem gospodarka w całkowitym ujęciu ma się dobrze. Przynajmniej na razie. Sygnałem ostrzegawczym był spadek ISM dla przemysłu poniżej 50 pkt. (49,1), co przydarzyło się pierwszy raz od sierpnia 2016 r. Jednak jak już nadmieniałem we wcześniejszych wpisach, przemysł odpowiada jedynie za 11 proc. PKB USA. Ok. 80 proc. jest tworzone w usługach i ulgę przyniosły wczorajsze dane wskazujące na przyspieszenie aktywności w tym sektorze (ISM: 56,4 z 50,9). To stanowi dowód, że wewnętrzny popyt jest silny i niewrażliwy na napięcia handlowe. Jednak szczegóły raportu w pewnym stopniu nie pozwalają na niepohamowaną euforię. Wprawdzie miary bieżącej aktywności i nowych zamówień wyraźnie się poprawiły, to już subindeks zatrudnienia obniżył się (choć wciąż sugeruje wzrost).
Ogólny przekaz brzmi następująco: nawet jeśli firmy usługowe są zadowolone z bieżącej sprzedaży, nie są im obce obawy, co wojna handlowa z Chinami przyniesie w dłuższym okresie. Ta niepewność może się rozlewać poprzez zahamowanie zatrudnienia i ograniczenie funduszu płac na przydusznie konsumpcji, która też najsilniejszym filarem ożywienia. Dlatego też Fed musi działać wyprzedzająco i zapewnić, że dba o wzrost i jest gotowy poluzować warunki finansowe. Kwestią otwartą jest – o ile? Dzisiejszy raport NFP może pomóc w odpowiedzi na to pytanie. Wszystkie komponenty raportu są ważne, choć uwaga rynku jak zwykle będzie przede wszystkim na zmianie zatrudnienia. Co jest interesujące, wyhamowanie tempa przyrostu nowych miejsc pracy nie musi być złą informacją, gdyż równie dobrze może świadczyć o tym, że firmy mają problemy ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników. Jednak w obliczu obaw o recesję, rozczarowujące dane będą podsycać obawy, że gospodarka jest już za zakrętem. Sentyment na rynkach wciąż jest kruchy i nie dajmy się zwieść optymizmowi, jaki pojawił się wczoraj rano. Na tej podstawie rynek podtrzyma przekonanie, że Fed dokona obniżki stóp procentowych we wrześniu i lepszy raport NFP tego nie odmieni. Co innego fatalne dane (np. zmiana zatrudnienia o mniej niż 120 tys.), które pchną oczekiwania w stronę cięcia o 50 pb. Aktualnie rynek stopy procentowej wycenia 27 pb obniżki, więc pole do rewizji oczekiwań jest duże.
Informatyka to nie był wybrany przez Ciebie kierunek studiów i teraz z zazdrością patrzysz na koleżanki i kolegów, którzy pracują w międzynarodowych korporacjach, tworzą ciekawe projekty, a przy tym świetnie zarabiają? Okazuje się, że nie wszystko stracone. Zmiana branży po 30-tce jest coraz bardziej popularna. Dowiedz się, co zrobić, aby przejść do biznesu IT!
IT dla humanistów
Po pierwsze, pamiętaj, że korporacje IT to nie tylko stanowiska pracy dla programistów. Firmy informatyczne dbają o swój wizerunek i opiekę nad pracownikami, dlatego najczęściej posiadają całkiem rozbudowane działy marketingu, PR-u czy HR-u, w których możesz się spełnić z wykształceniem humanistycznym. W ten sposób poznasz nową branżę, a jednocześnie wykorzystasz wiedzę, którą zdobyłeś na studiach lub na wcześniejszych stanowiskach. – Pierwszy raz mam do czynienia z tym obszarem, ale okazał się bardzo interesujący – mówi Hania, 30-latka z jednego z poznańskich przedsiębiorstw. – Moja firma zajmuje się wdrażaniem systemów ERP. Nowa wersja SAP S/4HANA sprawia, że PR wokół naszych projektów jest bardzo ciekawy i pełen wyzwań. To branża rozwijająca się i zmieniająca nasze podejście do otaczającego świata. PR-owiec w IT na pewno nie będzie się nudzić!
Kobiety do kodu
Jeszcze do niedawna informatyka była zarezerwowana prawie wyłącznie dla mężczyzn. Taki podział nie miał żadnego sensu i był zupełnie odrealniony, dlatego nic dziwnego, że kobiety wzięły sprawy w swoje ręce i zaczęły intensywny pościg za nowoczesnymi technologiami. Grupy wsparcia, warsztaty, kursy prowadzone z naciskiem na żeński target to jeden ze sposobów na wyrównanie szans kobiet i mężczyzn na rynku pracy w branży IT. Wiele z tych wydarzeń organizowanych jest za darmo lub przy dużym wsparciu finansowym urzędów pracy, urzędów marszałkowskich czy ze środków unijnych. – Studiowałam architekturę wnętrz, ale okazało się, że to moja pasja, a nie sposób na pracę zawodową – mówi Monika z Wrocławia. – Nauka nowego języka programowania przyszła mi dość szybko, a mój obecny zawód jest dużo praktyczniejszy i pewniejszy. Nie rzuciłam architektury – wręcz przeciwnie! Znowu jest dla mnie samą radością, a nie przymusem!
Kobiety bardzo cenią sobie warunki pracy w IT. Po pierwsze, czas i miejsce pracy bardzo często są bardziej elastyczne niż w przypadku innych zawodów, ponieważ do wykonania zadania potrzebny jest tylko komputer, który wszędzie można zabrać ze sobą. Ponadto firmy IT to raczej bogate przedsiębiorstwa z rozwiniętym segmentem benefitów. Taka zachęta przemówi zarówno do aktywnych singielek, jak i zaganianych mam.
Inny background w cenie
Pracownicy IT, którzy skończyli studia niepowiązane z wykonywanym zawodem rzadko stwierdzają, że żałują swoich decyzji: – W naszym zespole mamy marynarza, graficzkę, leśnika… Mam wrażenie, że dzięki tak różnym i ciekawym doświadczeniom mamy szersze horyzonty, jesteśmy bardziej otwarci na niesztampowe rozwiązania i radzimy sobie z problemami, czasami nawet w niekonwencjonalny sposób – mówi Marek, grouphead jednej z poznańskich firm IT. – To bardzo cenne cechy dla Klientów, których wspieramy.
Adaś Miauczyński w „Dniu Świra” ubolewał: Co za ponury absurd… żeby o życiu decydować za młodu. Jak widać, sytuacja się zmienia. Nie jesteśmy więcej skazani na decyzje podjęte na początku naszej dorosłości, a na dokształcanie nigdy nie jest za późno. Wejście do branży informatycznej po 30-tce może okazać się opłacalne na wielu różnych płaszczyznach. Dlaczego więc nie zmienić swojego życia zawodowego na lepsze i nie zapisać się na kurs lub zaaplikować do firmy IT już dzisiaj?
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o pracy w branży IT, odwiedź stronę Hicron: https://hicron.com/pl/ a jeśli chciałbyś poznać bliżej rozwiązania, które wdrażamy u naszych klientów, przyjdź na konferencję: https://hicron.com/trans4matorbiznesu/
Od początku stycznia 2020 r. wchodzi nowy obowiązek, o którym muszą pamiętać dokumentujący sprzedaż za pomocą kas fiskalnych. Dotyczy wydawania faktur.
Gdy nabywca będzie chciał otrzymać faktury potrzebne do rozliczenia swojej działalności gospodarczej ustawa o VAT będzie wymagała podania uprzednio na paragonie numeru NIP tego nabywcy.
Ma to na celu ukrócenie nieuczciwych praktyk, polegających na wystawianie faktur VAT dokumentujących sprzedaż innym podmiotom, przy transakcjach wcześniej zarejestrowanych na kasach fiskalnych. Takie postępowanie nazywane jest często sprzedawaniem faktur.
– Obowiązek ten będzie sankcjonowany karą w wysokości 100 proc. podatku VAT wskazanego na fakturze, jeżeli oczywiście ta faktura będzie wystawiona do zwykłego paragonu, a więc nie zawierającego numeru NIP nabywcy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Kotowski, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Należy zwrócić więc uwagę, aby nasze urządzenia fiskalne były wyposażone w opcję umożliwiającą dodanie numeru NIP.