Co dalej z Brexitem? Jak zareaguje kurs funta?

Przy temacie Brexitu nadal mamy sporo niewiadomych. Dlatego dzisiaj eksperci Ebury postarają się odpowiedzieć na wiele pojawiających się ostatnio pytań w tej kwestii.

W ostatnich dniach kurs funta brytyjskiego w parach z głównymi walutami, jak i ze złotym, wykazywał się zwiększoną zmiennością ze względu na dość dramatyczny rozwój sytuacji w kwestii Brexitu.

Kurs funta GBP/USD & GBP/PLN (wrzesień ’18-wrzesień ‘19)

kurs funta wykresŹródło: Bloomberg Data: 10/09/2019

W sierpniu funt brytyjski otrzymał mocny cios po tym jak urzędujący premier Boris Johnson podjął kroki mające na celu powstrzymanie oponentów od podjęcia działań, które mogłyby zapobiec tzw. Brexitowi bez umowy. Wysiłki Johnsona miały na celu wstrzymanie prac brytyjskiego parlamentu na około miesiąc. W ich konsekwencji posłowie Izby Gmin po zakończeniu wczorajszej sesji rozpoczęli przerwę – powinni wrócić do obrad dopiero 14 października, na dwa tygodnie przed ustalonym terminem wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Podejmując wspomniane kroki, premier Johnson twierdził, że nadal pozostanie wystarczająco dużo czasu, aby Izba Gmin podjęła dyskusję w kwestii Brexitu. Już wtedy było jednak jasne, że głównym powodem stojącym za decyzją Johnsona była chęć ukrócenia jakichkolwiek działań ze strony oponentów, którzy mogliby zablokować próby przeprowadzenia Brexitu bez umowy.

Po powrocie posłów po przerwie wakacyjnej, temat Brexitu z oczywistych względów zdominował dyskusję w niższej izbie parlamentu. Funt brytyjski oczywiście reagował na co istotniejsze wieści dotyczące Brexitu. W reakcji na słowa Borisa Johnsona, który odgrażał się możliwością ogłoszenia wcześniejszych wyborów parlamentarnych w przypadku próby zablokowania Brexitu bez umowy, szterling na krótką chwilę osłabił się do najniższego poziomu od 2016 roku w relacji do dolara amerykańskiego, istotnie tracąc również w parze ze złotym. Od tego czasu funt brytyjski zdołał jednak odrobić straty, zwłaszcza po tym, kiedy większość w Izbie Gmin podjęła działania mające na celu zapobiegnięcie Brexitowi bez porozumienia. Johnson nie zdołał także wymusić na parlamencie wcześniejszych wyborów – procedura umożliwiająca ich ogłoszenie wymaga kwalifikowanej większości dwóch trzecich głosów, której nie zdołał uzyskać premier.

Co stanie się teraz?

Na chwilę obecną premier Johnson ma czas do 19 października na przegłosowanie w parlamencie umowy regulującej stosunki z UE po Brexicie, albo na zebranie większości parlamentarnej opowiadającej się za Brexitem bez umowy. Oba scenariusze (a zwłaszcza drugi) wydają się w naszym przekonaniu mało prawdopodobne. Jako coraz wyraźniejsza alternatywa rysuje się kolejne przesunięcie terminu Brexitu. Jeżeli do 19 października dalej nie pojawi się żadne rozwiązanie kwestii wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, premier będzie zobligowany do złożenia wniosku o przedłużenie terminu Brexitu do 31 stycznia. Niepodjęcie takiego działania oznaczałoby złamanie prawa.

Rosnące prawdopodobieństwo kolejnego przełożenia terminu Brexitu sprzyjało funtowi brytyjskiemu w ostatnich dniach. Niemniej, inwestorzy wciąż nie mają pewności co czeka Wielką Brytanię w przyszłości, stąd w przypadku braku konkretnych, pozytywnych informacji potencjalne umocnienie funta brytyjskiego może być ograniczone. Wciąż oczekujemy, że uda się znaleźć rozwiązanie Brexitu, które nie zakłada wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy. Rynek również zdaje się skłaniać w tę stronę. Bukmacherzy szacują, że prawdopodobieństwo Brexitu bez porozumienia spadło z okolic 50% notowanych jeszcze tydzień temu do ok. 25% obecnie.

Jak funt zareagowałby na Brexit bez umowy?

Mimo tego, iż po ostatnich decyzjach brytyjskiego parlamentu, bukmacherzy (i rynki finansowe) w mniejszym stopniu oczekują Brexitu bez porozumienia, nie jest to jednak scenariusz, który na tym etapie można wykluczyć. W przypadku jego realizacji spodziewalibyśmy się gwałtownej wyprzedaży funta brytyjskiego o ok. 5-10% w relacji do dolara amerykańskiego z obecnych poziomów, co oznaczałoby, że kurs GBP/USD znalazłby się w okolicach 1,10-1,16. M.in. z uwagi na fakt, iż Brexit bez porozumienia nie byłby korzystny również dla krajów strefy euro, skala osłabienia w relacji do wspólnej europejskiej waluty powinna być mniejsza. Część analityków sugeruje, że w przypadku Brexitu bez umowy kurs GBP/EUR mógłby zbliżyć się do parytetu, aczkolwiek my uważamy taki scenariusz za mało prawdopodobny.

W przypadku Brexitu bez porozumienia funt powinien osłabić się również w parze z polskim złotym, aczkolwiek – z uwagi na fakt, że wzrost ryzyka po Brexicie bez porozumienia również nie sprzyjałby złotemu – skala wyprzedaży powinna być mniejsza niż w przypadku spadku kursu GBP/EUR. Kurs GBP/PLN w przypadku takiego obrotu spraw naszym zdaniem powinien znaleźć się w okolicach 4,50-4,65.

Warto podkreślić, że rynki finansowe nadal uważają scenariusz Brexitu bez porozumienia za najgorszą alternatywę dla brytyjskiej gospodarki, przynajmniej w krótkim terminie. Tak zwany „no deal” może bowiem skutkować wzrostem cen w Zjednoczonym Królestwie, zważywszy na to, że istotna część handlu zagranicznego Wielkiej Brytanii musiałaby przestawić się z powrotem na reguły określone przez Światową Organizację Handlu (WTO). Najpewniej towarzyszyłby temu spadek zaufania konsumentów oraz biznesu. Na szczęście „no deal” nie jest scenariuszem bazowym. Cokolwiek się ostatecznie nie wydarzy, póki co niepewność związana z wydarzeniami w Wielkiej Brytanii pozostaje wysoka – obecnie nic nie jest pewne.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Elektromobilność 2022: Jak to (z)robią samorządy?

Planowane na początek przyszłego roku wejście w życie ustawy o elektromobilności zostaje przesunięta o dwa lata. Czy samorządy będą na nią gotowe? Przykłady Poznania i Krakowa potwierdzają, że tak.

Burmistrz czy prezydent miasta w elektrycznym samochodzie, autobusy napędzane energią elektryczną czy także pojazdy komunalne – to nie surrealistyczna wizja przyszłości, a obraz polskich samorządów już za dwa lata, a być może już wcześniej. Jak będą wyglądać ulice polskich samorządów? Kiedy możemy spodziewać się na ulicach pierwszych elektrycznych urzędowych samochodów?enexon-Infografika-Elektromobilnosc_w_samorzadach

Polski rynek jest trudny

Najnowsze dane Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) potwierdzają, że pod względem elektromobilności Polska pozostaje jednym z trudniejszych rynków w Europie. W 2018 roku zaledwie 0,2 proc. aut sprzedanych w Polsce była napędzana energią elektryczną, podczas gdy w Wielkiej Brytanii odsetek ten stanowił już 2 proc. Dysproporcja jest jeszcze bardziej widoczna, gdy przyjrzymy się liczbie sprzedanych aut napędzanych energią elektryczną – w Polsce – 1 324, w Wielkiej Brytanii – 59 947.

Jednym z czynników, które mają rozpocząć zmiany i wprowadzić więcej pojazdów napędzanych energią elektryczną jest ustawa o elektromobilności, która bez wątpienia odmieni polskie samorządy i napędzi rynek. Moment graniczny, od którego nowe normy miałyby obowiązywać jednostki samorządu terytorialnego został właśnie przesunięty o dwa lata. Ustawa wejdzie więc w życie 1 stycznia 2022 roku. Jakie są jej założenia?

  • 10 proc. floty urzędniczej powinny stanowić pojazdy napędzane energią elektryczną;
  • 10 proc. pojazdów używanych do zadań komunalnych (śmieciarki, odśnieżarki pługi, nie dotyczy: autobusów) mają stanowić pojazdy zasilane energią elektryczną lub gazem ziemnym;

Do 2025 roku odsetek ma wzrosnąć do aż 30 proc.

Producenci od dłuższego czasu obserwują wzrost zainteresowania stacjami ładownia pojazdów zarówno w samorządach, czyli tak zwanym sektorze publicznym, jak i wśród odbiorców komercyjnych i prywatnych. Niestety wiedza na temat zagadnień związanych z ładowaniem pojazdów wśród klientów końcowych jest nadal dość mała.

– Przed nami dużo wspólnej pracy polegającej nie tylko na zapewnieniu dostępności wysokiej jakości produktów, ale również edukowaniu konsumentów. Należy bowiem pamiętać, że stacja ładowania to nie tylko samo urządzenie, to także jego poprawne zasilanie. Duże wzrosty sprzedaży obserwujemy głównie na rynkach, gdzie funkcjonuje realny system dopłat do pojazdów elektrycznych. Pamiętajmy, że nierzadko są to kraje o znacznie wyższej sile nabywczej niż Polska. Jest tutaj na pewno pole do poprawy, a impulsem do zmian mogą się okazać właśnie inwestycje samorządów. Najbliższe lata pozwolą sprawdzić ten potencjał. Z pewnością jednak nadchodząca ewolucja jest nieunikniona – mówi Mariusz Malinowski, specjalista Schneider Electric, firmy która na co dzień współpracuje z samorządami.

Kraków już posiada „elektryki”

Im większe miasto, tym większa skala wyzwania związana z spełnieniem wymogów ustawy. Na jednego z pionierów w dziedzinie elektromobilności wyrasta Kraków, który już podjął konkretne kroki.

– Gmina Miejska Kraków spełni wymagania nałożone przez ustawę o elektromobilności i paliwach alternatywnych i do końca bieżącego roku będzie posiadała we flocie użytkowanych pojazdów ponad 10 proc. samochodów elektrycznych. Planowany termin rozpoczęcia dostaw samochodów elektrycznych pozyskanych w związku z wymogami ustawy to przełom października i listopada. Łącznie zostanie pozyskanych 47 samochodów dla 21 jednostek i spółek gminnych. Pojazdy dostarczy Arval Service Lease Polska Sp. z o.o., która złożyła najkorzystniejszą cenowo ofertę w postępowaniu przetargowym – informuje Joanna Korta z Wydziału Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Krakowa.

Obecnie jednostki i spółki gminne posiadają 6 samochodów elektrycznych (nie wliczając w to floty autobusów MPK).

Z przeprowadzonych przez urząd analiz wynikało, iż z uwagi na obecny stan rozwijającego się rynku pojazdów elektrycznych, najkorzystniejszym sposobem ich pozyskania będzie wynajem długoterminowy z możliwością ich wykupu.

– W chwili obecnej największymi przeszkodami stojącymi na drodze do rozwoju ,,elektromobilności komunalnej” w Polsce są obecnie zbyt wysoki, finansowy próg dostępowy do pojazdów- szczególnie specjalistycznych, przedłużające się prace nad zasadami współfinansowania pojazdów zeroemisyjnych ze środków FNT, wciąż zbyt słabe parametry techniczne tychże pojazdów oraz co istotne – bardzo długie procedury uzyskiwania pozwoleń, uzgodnień dotyczące infrastruktury ładowania pojazdów – dodaje Joanna Korta.

Jednocześnie Krakowski Holding Komunalny S.A. zapewnia, że w najbliższym czasie będzie analizować dynamicznie rozwijający się rynek floty zeroemisyjnej pod kątem ofert, technicznych możliwości zabezpieczenia trwałości oraz rozwoju „serca” napędu elektrycznego, czyli baterii montowanych w pojazdach. Wyniki powyższych działań będą przesądzające dla budowy przyszłego modelu naszej działalności uwzględniającej wymogi ustawy (drugi próg).

Poznań wybiera się na zakupy

Innym samorządem, który chętnie stawia na rozwiązania eko, mające obniżyć emisję spalin, jest Poznań. Jak się okazuje, podobnie jak w Krakowie, spełnienie wymogów ustawy będzie jednak sporym wyzwaniem.

– Dążenie do wdrażania kierunków zapisanych w Ustawie jest działaniem nieuniknionym i słusznym z punktu widzenia zasad zrównoważonego transportu, ochrony środowiska i działań proekologicznych. Przeszkodą we wdrażaniu tych założeń są niestety wysokie koszty takich działań i trudności z podażą oraz obecną ofertą pojazdów zeroemisyjnych wskazanych w ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych np. brak specjalistycznych pojazdów do zadań komunalnych – mówi Joanna Żabierek, rzecznik prasowy Prezydenta Poznania i Urzędu Miasta.

Obecnie Miasto Poznań przygotowuje się do zmiany aktualnej floty pojazdów tak, aby spełniała wymogi Ustawy. W najbliższym czasie powinny nastąpić pierwsze zakupy wymaganych samochodów, natomiast intensywność i plany dotyczące spełnienia wymogów będą zależeć od najbliższych zmian legislacyjnych opisanych powyżej, czyli liczby i rodzaju wymaganych pojazdów, a także terminów ich wprowadzenia do floty miasta, oferty rynku motoryzacyjnego na pojazdy spełniające oczekiwania miasta i ich cen oraz możliwości budżetowych samorządu.

Przykład idzie z góry, ale ważna praca u podstaw

Władze kolejnych miast dążących do spełnienia wymogów stanowią przykład i ważny wstęp do rewolucji, jaka czeka społeczeństwo, natomiast równie istotna jest praca u podstaw, którą wykonują często zarządcy budynków, galerii czy na przykład sieci placówek handlowych, montując specjalne stacje ładowania samochodów.

– Nasze doświadczenia wynikające z ponad 25-letniej obecności na rynku sprawiają, że podejmujemy się najbardziej wymagających wyzwań, cechując się jednocześnie elastycznością i wdrażaniem udogodnień dla naszych klientów. Jednym z nich jest uruchomienie stacji ładowania samochodów elektrycznych przy naszych oddziałach. Wyznaczanie trendów w innowacyjności, a jednocześnie podążanie ścieżką eko to jeden z istotnych aspektów naszej działalności mówi Jan Sobusiak, dyrektor marketingu Enexon, sieci 32 hurtowni elektrotechnicznych, zlokalizowanych w całej Polsce. Docelowo przy każdej z nich ma znaleźć się stacja ładowania samochodów elektrycznych.

Źródło:

https://www.acea.be/press-releases/article/electric-car-sales-not-taking-off-in-lower-income-eu-countries-new-data-sh

https://www.acea.be/statistics/article/interactive-map-correlation-between-uptake-of-electric-cars-and-gdp-in-EU

https://serwisy.gazetaprawna.pl/samorzad/galerie/1421555,duze-zdjecie,2,elektromobilnosc-w-samorzadach.html

Propozycje ustaw

Urząd Miasta Krakowa

Urząd Miasta Poznania

W salonach widać wyraźny spadek sprzedaży nowych diesli

Ponad 36% sprzedanych Volkswagenów w pierwszym półroczu br. miało silniki TDI. W ciągu roku odsetek ten wzrósł o blisko 13%. Z danych sprzedaży innych marek wynika, że w tym samym czasie pojazdy benzynowe zwiększały swoją przewagę nad dieslami. W Citroenie udział jednostek wysokoprężnych zmniejszył się z 26% do 20%. Z kolei w Volvo numerem jeden pozostają silniki diesla – 56%, ale i tam tracą na znaczeniu. Natomiast Toyota w 2018 roku pożegnała oficjalnie takie rozwiązanie w autach osobowych, a hybrydy stanowią ok. 30% łącznej sprzedaży. Zdaniem ekspertów, wkrótce klienci będą mieć szery wybór, a co za tym idzie – większy dylemat.

Grupa VW

We wrześniu miną 4 lata od wybuchu dieselgate. W przypadku samochodów osobowych Volkswagena, klienci częściej wybierają te z silnikami TSI niż TDI. W pierwszym półroczu 2018 roku stosunek wyniósł 76,16% do 23,83%, a w okresie od stycznia do czerwca 2019 roku – 63,75% do 36,24%. Jak podkreśla Hubert Niedzielski, kierownik PR marki Volkswagen, obie jednostki silnikowe odgrywają obecnie znaczącą rolę w strukturze handlu. Ekspert dodaje, że w najbliższych latach należy spodziewać się również znaczącego wzrostu sprzedaży aut elektrycznych.

– Ponad ⅔ wszystkich sprzedawanych aut naszej marki stanowią modele z silnikami benzynowymi, a niespełna ⅓ to jednostki diesla. Tak sytuacja wyglądała zarówno w ubiegłym roku, jak i w pierwszych sześciu miesiącach 2019 roku. Ta przewaga jest duża i stabilna, natomiast silników hybrydowych jeszcze nie mamy w swojej ofercie. Od początku 2020 roku na rynek będą wchodziły Skoda SUPERB iV z napędem hybrydowym typu plug-in oraz w pełni elektryczna Skoda CITIGOe iV. I z tymi modelami wiążemy bardzo duże nadzieje – stwierdza Tomasz Pyzałka, specjalista ds. komunikacji w zespole Skody.

Wśród klientów Seata zdecydowanie większym zainteresowaniem cieszą się silniki benzynowe. W tym roku ich udział w całkowitej sprzedaży to 92,3%, a w ubiegłym – 90%. Jednak nie wszystkie modele są dostępne jako diesle, co zaznacza Maja Rzepińska, PR Seat & Cupra. Dla Ibizy i Arony wysokoprężne silniki zostały wycofane z oferty w zeszłym roku. Można też zauważyć zwiększony udział tych jednostek napędowych w wyższych segmentach, tj. wśród większych samochodów. Przykładowo, 86% sprzedaży Alhambry w 2019 roku to diesle. W zeszłym roku było to 74%.

Europejskie marki

– W Oplu stosunek sprzedaży pojazdów z silnikiem benzynowym i diesla wynosi mniej więcej 74% do 26%. Po te pierwsze sięgają głównie klienci indywidualni, a po te drugie – przeważnie firmy. Znaczna przewaga jednostek benzynowych jest w segmencie aut małych, tj. klasy A oraz B. Z kolei silniki wysokoprężne są częściej wybierane przy zakupie większych modeli. Chętni już mogą składać zamówienia na pojazdy elektryczne, przy czym dostawy rozpoczną się od wiosny przyszłego roku – mówi Wojciech Osoś, dyrektor ds. PR Opel Poland.

Natomiast Dorota Kozłowska, PR Manager Peugeot Polska, wskazuje dane za okres od stycznia do czerwca br. Wynika z nich, że 63,94% klientów tej firmy wybrało wariant benzynowy, a 36,06% – jednostkę diesla. W ciągu dwunastu miesięcy wskaźniki te zmieniły się z poziomu 59,74% i 40,26%. Jeszcze większą różnicę można dostrzec w innej marce należącej do Grupy PSA. 79,69% pojazdów sprzedanych przez Citroena w pierwszym półroczu br. miało silniki benzynowe, a 20,31 – wysokoprężne. Jak informuje Klaudia Dawidko, PR Manager Citroen, rok wcześniej wskaźniki wyniosły odpowiednio 73,67% oraz 26,33%.

– W ciągu roku również marka Renault zwiększyła udział sprzedawanych aut z silnikiem benzynowym, z 70,88% do 78,84%. Dla jednostek wysokoprężnych wynik ten spadł z 28,93% do 20,82%. Pozostałą część stanowiły pojazdy elektryczne, notujące wzrost z 0,19% do 0,34%. Dacia także sprzedała w analizowanych okresach zdecydowanie więcej modeli benzynowych niż dieslowskich. W pierwszej połowie 2019 roku stosunek ten wyniósł 93,48% do 6,52%. 12 miesięcy wcześniej mowa była o 87,81% oraz 12,19% – opisuje Janusz Chodyła, attache prasowy Renault Polska.

W Volvo spadek popularności diesla postępuje bardzo szybko. W 2017 roku takie silniki miało 76% aut sprzedanych w Polsce, co zaznacza Stanisław Dojs, PR manager z Volvo Car Poland. 12 miesięcy później odsetek ten był na poziomie 60%. Pozostałą część stanowiły pojazdy benzynowe (38,5%) oraz hybrydy typu plug-in, bazujące na silniku benzynowym (1,5%). W okresie od stycznia do lipca br. modele z jednostkami z samoistnym zapłonem osiągnęły wynik 56%, benzynowe – 41%, a hybrydowe – 2%. W 2019 roku oferta została poszerzona o tzw. mild-hybrids, w których układ hybrydowy bazuje na dieslu.

– Klienci Fiata i Alfy Romeo stawiają niemal wyłącznie na modele z silnikami benzynowymi. One stanowiły odpowiednio 99,56% oraz 97,95% sprzedaży tych marek w pierwszym półroczu 2019 roku. W analogicznym okresie 2018 roku wskaźniki te wyniosły 97,81% i 91,59%. Tym samym odsetek wybierających diesle zmniejszył się w Fiacie z 2,19% do 0,44%, a w Alfie Romeo – z 8,41% do 2,05%. Udział silników wysokoprężnych powyżej 5-10% notuje się w samochodach klasy średniej wyższej oraz dużych SUV-ach – wylicza Beata Dziekanowska, FCA (Fiat Chrysler Automobiles) Corporate PR Manager.

Japońska oferta

Diesle w Toyocie to już historia, co podkreśla Robert Mularczyk, PR Senior Manager z Toyota Motor Poland oraz Toyota Central Europe. Marka pożegnała ten typ napędu w autach osobowych w 2018 roku. Silniki z zapłonem samoczynnym pozostały jedynie w ofercie samochodów użytkowych, takich jak Proace czy Hilux. W pojazdach osobowych można skorzystać z dwóch systemów – hybrydy i silnika benzynowego. Te pierwsze stanowią obecnie prawie 30% łącznej sprzedaży. I to trend rosnący. Jak stwierdza ekspert, w ciągu kolejnych lat można spodziewać się osiągnięcia mixu na poziomie 50%. To wynik obecnie notowany przez Toyotę w Europie Zachodniej.

– Mazda w Polsce sprzedaje w większości silniki benzynowe. W niektórych modelach wręcz nie oferujemy jednostek diesla, mimo że one są dostępne na europejskim rynku. Wiemy, że te samochody spotkałyby się z niewielkim zainteresowaniem kupujących. Takimi przykładami są nowa Mazda 3, a także wprowadzona właśnie do salonów Mazda CX-30. Największy udział w sprzedaży pojazdów z silnikiem wysokoprężnym ma Mazda CX-5, on waha się w granicach 5% – komentuje Szymon Sołtysik, dyrektor PR z Mazda Polska.

W pierwszym półroczu br. klienci Nissana wybrali głownie pojazdy napędzane benzyną (87%, zmiana z 69% w ciągu 12 miesięcy), a dopiero potem diesla (11% z 30%) oraz elektryczne (2% z 1%), o czym informuje Dorota Pajączkowska, PR Manager Nissan Sales CEE Oddział w Polsce. I przekonuje, że spadek sprzedaży egzemplarzy z jednostkami wysokoprężnymi wynikał przede wszystkim z ograniczonej dostępności modelu X-Trail na początku br. Ponadto, wzrosło zainteresowanie nowoczesnymi silnikami benzynowymi, które zostały pod koniec zeszłego roku wprowadzone do modelu Qashqai, będącego motorem sprzedaży marki.

Czas na zmiany

Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

– Wskazane proporcje mnie nie dziwią. Historycznie popularność samochodów z silnikiem diesla wynikała z tego, że one spalały dużo mniej paliwa, a olej napędowy był znacznie tańszy niż benzyna. Dziś te różnice nie są już tak duże, a w pewnym momencie ON kosztował więcej niż Pb95. Takie pojazdy są też standardowo droższe o kilka procent od wersji benzynowych o podobnych osiągach. Klienci analizują twarde dane i jeśli ktoś mało jeździ, to taki zakup nie jest dla niego zbyt opłacalny – ostrzega Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Według Stanisława Dojsa, spadek popularności diesli to ogólnoeuropejski trend, który dociera także do Polski. Nowoczesne samochody z takimi silnikami słabo nadają się do pokonywania krótkich, miejskich odcinków. W takich warunkach lepiej sprawdzają się auta benzynowe. Takie jednostki napędowe są postrzegane jako bardziej ekologiczne. Prezes Faryś podkreśla, że Komisja Europejska od lat bardzo dużą wagę przywiązuje do redukcji emisji CO₂. Najpierw zachęcała do produkcji diesli, a teraz nie są one mile widziane. Ekspert zaznacza, że nowoczesny i sprawny silnik wysokoprężny z niewyciętym np. DPF-em, ma emisję porównywalną do benzyny.

– Klienci mniej chętnie interesują się silnikami wysokoprężnymi, ponieważ mają one zły PR. Potencjalni nabywcy wiedzą o ryzyku ograniczenia wjazdu takich samochodów do poszczególnych miast. Wprawdzie te perspektywy nie dotyczą jeszcze Polski, ale słyszy się o tym w kontekście europejskim. Kierowcy zatem poważnie zastanawiają się, czy te pojazdy rzeczywiście warto wybrać szczególnie że nowoczesne silniki benzynowe, zaczynają dorównywać dieslom w oszczędności paliwa – dodaje Szymon Sołtysik.

W opinii Jakuba Farysia, w niedalekiej przyszłości klienci będą mieć większy wybór napędów. Od 2020 roku wejdą w życie wysokie kary dla producentów za przekroczenie limitów emisji CO₂. Według prezesa PZPM, nie jest możliwe osiągnięcie wyznaczonych celów przy oferowaniu tylko aut z silnikami benzynowymi i diesla. Firmy zaczną więc coraz częściej wypuszczać na rynek auta elektryczne czy też te z napędem hybrydowym. To prawdopodobnie wpłynie na przyszłe proporcje w wynikach sprzedaży.

Zakupy w tygodniu, w sobotę czy przez internet? Skutki ograniczenia handlu w niedzielę – raport

Tłok, stres i pośpiech coraz częściej towarzyszą sobotnim zakupom. Dlatego też konsumenci poszukują rozwiązań łagodzących niedogodności, których jedną z przyczyn jest zakaz handlu w niedzielę. Jak pokazują badania, receptą na sobotnie trudności stały się zakupy od poniedziałku do piątku. Równocześnie dynamicznie rośnie liczba osób, kupujących w sieci – już co piąty Polak zaopatruje swoje gospodarstwo domowe w artykuły inne niż spożywcze w ten sposób.

Agencja badawcza Danae przeprowadziła badanie opinii społecznej, podczas którego pytała respondentów m.in. o zmiany w organizacji ich stylu życia i zwyczajów zakupowych spowodowane stopniowym zaostrzaniem ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę. Osoby, z którymi przeprowadzono wywiady, zgodnie przyznawały, że sobotni ruch we wszelkich placówkach handlowych jest największy w stosunku do innych dni. Wynikające z tego niedogodności zauważalne są zarówno przez właścicieli drobnych przedsiębiorstw, etatowych pracowników handlu, jak i przez samych klientów.

Problemy te są bardziej odczuwane przez pracowników zatrudnionych w galeriach handlowych, jak również przez klientów posiadających rodziny wielodzietne. Zintensyfikowany ruch podczas sobotnich zakupów sprawia, że część klientów stara się unikać robienia zakupów w tym dniu. Zdarza się także, że w sklepach zaczyna brakować towarów, co prowadzi do frustracji konsumentów. Kamil, pracujący w sklepie odzieżowym potwierdza: W soboty często zaczyna brakować rzeczy, bo na bieżąco nie ma tylu ciuchów, nawet w magazynach. Z tego powodu ludzie robią się nerwowi, agresywni i nieprzyjemni. Praca w sobotę jest dla mnie udręką. – mówi.

Zmieniający się obraz handlowej rzeczywistości doskonale ilustruje badanie zrealizowane przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research, przeprowadzone na reprezentatywnej grupie dorosłych Polaków.  Pokazuje ono, że po wprowadzeniu trzech niedziel niehandlowych niemal połowa respondentów  najczęściej robi zakupy (inne niż spożywcze) w dni powszednie (46%), prawie co trzeci w sobotę (29%), a co piąty przez internet (20%).zakupy w niedziele

-Wzrost popularności zakupów online obserwujemy już od kilku lat, ale ograniczenie handlu w niedzielę niewątpliwie go zdynamizował. Najliczniejszą grupą wiekową, która przeniosła zakupy do sieci są osoby młodsze, poniżej 34 roku życia. To naturalne, ponieważ dla nich świat wirtualny jest środowiskiem doskonale rozpoznanym, a tym samym czują się w nim bezpiecznie. Osoby starsze zaś, te które ukończyły 50 rok życia, chętniej wybierają tradycyjny model zakupów, ale co ciekawe decydują się na wizyty z sklepach w dni inne niż sobota – komentuje wyniki badania ilościowego Piotr Zimolzak, Dyrektor ds. Badań i Analiz SW Research.

Zakaz handlu a e-commerce

Wyniki badania ilościowego znalazły swoje odzwierciedlenie w wywiadach jakościowych.  Konsumenci wskazywali, że jednym ze sposobów na ominięcie sobotnich wizyt w sklepach jest przenoszenie zakupów do internetu. Na takie kroki decydują się głównie osoby, które nie odnajdują się w galeriach handlowych lub osoby, które ze względów logistycznych nie mają czasu na robienie zakupów w tygodniu, a tłumy w sobotę za bardzo ich przytłaczają. Nie lubię tłoku, nie odnajduję się w galeriach. Wolę w internecie zamówić, ewentualnie potem oddać czy wymienić. – twierdzi Kasia, na co dzień pracująca w sklepie monopolowym.

Natomiast Ewa tak opowiada o zmianach w swoim domu: Co się zmieniło w naszym życiu odkąd jest zakaz handlu? Mniej czasu spędzamy razem na zakupach, szczególnie z dziećmi. Gdy ta niedziela była taka leniwa [przed wprowadzeniem zakazu handlu – przyp.], to na zakupy mogliśmy się przejść na spokojnie. W tej chwili już tego nie ma, bo już zakupy są na szybko albo w celu znalezienia tylko czegoś w internecie, bo ten czas jest dużo bardziej ograniczony na zakupy w tej chwili – mówi.

Badani zauważają, że po wprowadzeniu zakazu handlu w niedzielę coraz częściej decydują się na zakupy online produktów takich jak odzież, sprzęt elektroniczny czy wyposażenie domu. Dotychczas, żaden z badanych nie zdecydował się na robienie przez internet zakupów spożywczych, jednakże nie wykluczają, że w przyszłości zdecydują się na kupno online także produktów z tej kategorii.

Wobec zmian również drobni przedsiębiorcy stają przed koniecznością rozwoju działalności. Część z nich, aby rekompensować pomniejszone zyski spowodowane zakazem handlu w niedzielę, zaczęła oferować swoje usługi w internecie. Jeżeli nie mają możliwości otwarcia lokalu w niedzielę to przenoszą pracę do domu. Właściciel stoiska florystycznego przyznaje: Jednak dochody „na rękę” się zmniejszyły. Dlatego uruchomiłem stronę internetową, w niedzielę ludzie jednak robią zakupy i jest szał. Natomiast drobny przedsiębiorca z galerii handlowej rozważa inny scenariusz: Zastanawiam się, czy nie otworzyć czegoś, co będzie otwarte od poniedziałku do piątku.

Wzrost zainteresowania konsumentów zakupami online w ostatnim roku potwierdzają dane organizacji samorządu gospodarczego. Według raportu Izby Gospodarki Elektronicznej w sieci kupuje już 57% polskich internautów[1]. To wzrost względem poprzedniego roku o 5 punktów procentowych. Najpopularniejszymi e-kategoriami wśród cyfrowych konsumentów są moda, elektronika i wyposażenie domu. Te kategorie wskazywane były również najczęściej przez badanych w trakcie wywiadów jakościowych.

***

Przedstawione wyniki dotyczą cząstkowych badań ilościowych oraz jakościowych. Łącznie w ramach diagnozy społecznej zadanych zostało 7 pytań na reprezentatywnej próbie 1 000 dorosłych Polaków stanowiących podstawę do analizy ilościowej oraz przeprowadzonych było 60 narracji/opinii zróżnicowanych pod kątem światopoglądowym, stylu życia oraz wielkości miejscowości.

[1] Raport „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, czerwiec 2019.

Drogie pola kapusty. Warszawskie metro zmienia kierunek rozwoju rynku mieszkaniowego

Warszawskie dzielnice, do których można dostać się za pomocą metra zyskują na atrakcyjności. Czy na tak dynamiczny rozwój, z jakim mamy do czynienia na Woli i Pradze Północ, może liczyć też Bemowo?

Dobrze skomunikowany z resztą miasta – to slogan, który wykorzystują niemal wszyscy deweloperzy, aby przyciągnąć nabywców do swoich inwestycji. Tylko część z nich ma jednak to szczęście, by móc napisać „w pobliżu stacji metra”. A metro przyciąga nabywców mieszkań jak mało co – nie tylko tam, gdzie już jest, ale też tam, gdzie powstanie dopiero za kilka lat – np. na Bemowie. Już dziś ceny mieszkań zrównały się tam z tymi na Pradze Południe czy Wilanowie.

Warszawskie dzielnice, do których można dostać się za pomocą metra zyskują na atrakcyjności, co widać na przykładzie tak odmienionej w ostatnim czasie Pragi Północ czy Woli. Jeszcze kilka lat temu obie dzielnice były w dużej części zdominowane przez tereny poprzemysłowe, a okolice praskich ulic Szwedzkiej czy Stalowej cieszyły się sławą najniebezpieczniejszych w stolicy. Mało kto chciał tam budować, a liczba mieszkań dostępnych w ofercie była kilkukrotnie niższa niż obecnie. Dziś ceny lokali i gruntów w tych dzielnicach przyprawiają o zawrót głowy. Przeciętne ceny ofertowe mieszkań osiągnęły tu poziom 12 600-12 800 zł/mkw. Poza bezkonkurencyjnym Śródmieściem, dorównuje im jedynie Ochota, gdzie podaż jest mocno ograniczona.045242a591167a210d90114735002864

Drogie pola kapusty

Pierwsza stacja metra na Bemowie zostanie wybudowana do 2022 r. i będzie znajdowała się w rejonie skrzyżowania ul. Powstańców Śląskich z Górczewską. Teren ten od strony obszaru Górce został już intensywnie zabudowany w ostatnich latach. Pozostała część okolic nowej stacji zajęta jest przez bloki z lat 80-tych na Jelonkach Północnych oraz objęty ochroną teren Osiedla Przyjaźń.

Aleksandra Gawrońska, Konsultant w Dziale Badań rynku Mieszkaniowego JLL
Aleksandra Gawrońska, Konsultant w Dziale Badań rynku Mieszkaniowego JLL

Mając świadomość atrakcyjności tych terenów, miasto dopuszcza w swoich pracach planistycznych dogęszczenie osiedla Jelonki Północne, głównie poprzez nowe inwestycje na działkach zajmowanych przez stare pawilony usługowe albo duże parkingi. W przyszłości należący do miasta teren Osiedla Przyjaźń stanowić będzie dla deweloperów wyjątkowo „łakomy kąsek. – Aleksandra Gawrońska, Konsultant w Dziale Badań Rynku Mieszkaniowego JLL.

Kolejne stacje metra powstawać będą w kierunku południowo-zachodnim i dotrą aż do ulicy Połczyńskiej. Ich planowane otwarcie przewidziane jest na 2024 r. Pomimo pojawiającej się systematycznie nowej zabudowy mieszkaniowej na Chrzanowie, większość obszaru zajmują wciąż pola uprawne, które z każdym rokiem są coraz cenniejsze. Rosnące ceny ziemi w tym rejonie oraz poprawiająca się infrastruktura mają swoje odzwierciedlenie w cenach mieszkań oferowanych przez deweloperów. Jeszcze w latach 2013-2015, kiedy na terenie Chrzanowa pojawiły się pierwsze inwestycje, deweloperzy wprowadzali do sprzedaży mieszkania w cenie 6 000-7 000 zł/mkw. (średnia dla Warszawy wynosiła wówczas 7 800-8 100 zł/mkw.). Im perspektywa budowy metra była bliższa, tym szybciej rosły ceny nowych mieszkań. Lata 2016-2017 przyniosły wzrost cen o kolejne 1 000 zł.

W 2018 roku w całej Warszawie ceny mieszkań istotnie wzrosły, głównie za sprawą wzrostu kosztów budowy oraz cen ziemi. Na Bemowie ceny w nowych projektach deweloperskich przekroczyły granicę 8 000 zł/mkw. Co więcej, w I połowie 2019 roku nowe wprowadzenia podniosły tu cenę średnią do poziomu 9 057 zł/mkw. Jest to poziom porównywalny z cenami na Pradze Południe, Ursynowie czy Wilanowie. Nie zniechęciło to kupujących, a wolumen transakcji odnotowany w dzielnicy w ostatnim kwartale był wyższy niż nowa podaż.

Zainteresowanie nabywców nie maleje, ale kurczy się wybór

4315010ff5bf104e17e1c095c6ba827fW latach 2013-2018 na Bemowie oddawano średnio 1 200 lokali rocznie. Wyjątkowe pod tym względem były lata 2016 i 2018, kiedy produkcja mieszkaniowa sięgnęła 1 800 jednostek. Generalnie lata 2016-2018 były czasem wysokiej aktywności deweloperów. W tym okresie do użytku oddano prawie 4 800 lokali, co jest wynikiem o 45,7% lepszym niż w latach 2013-2015, kiedy ukończonych zostało ok. 3 300 mieszkań. Również pod względem sprzedaży mieszkań najlepsze dla Bemowa okazały się lata 2016-2018. Nabywcy kupili w tym okresie ok. 5 300 lokali, o 37% więcej niż w 2013-2015 roku. Jak zauważa Aleksandra Gawrońska z zespołu mieszkaniowego JLL „Dotychczas największą aktywność deweloperów obserwować można było w centralnej części dzielnicy, w Górcach. Jednak to południowo – zachodnia część Bemowa posiada obecnie większy potencjał mieszkaniowy i to właśnie tam zlokalizowane są stacje II linii metra.”

Kolejne lata zapowiadają się nieco słabiej. Projekty z terminem ukończenia w 2019 i 2020 roku są już częściowo oddane do użytkowania lub na etapie zaawansowanej budowy i nic nie wskazuje na to, aby przekroczyły poziom 1 000 nowych jednostek mieszkalnych rocznie. W porównaniu do najlepszego pod względem sprzedaży 2017 roku w I półroczu br. aż o 43% spadła także aktywność nabywców, którzy kupili nieco ponad 600 mieszkań. Wszystko przez kurczącą się podaż. Obecnie w ofercie w dzielnicy dostępnych jest zaledwie około 650 mieszkań, co jest jednym z najniższych wyników od 2010 r. Jest to o blisko 1 000 jednostek mniej niż w 2016 r. Nabywcom, póki co pozostaje czekać, aż deweloperzy ogłoszą kolejne projekty mieszkaniowe w tej części Bemowa.

Sprawy nie ułatwia jednak nadal nieuchwalony plan zagospodarowania przestrzennego dla części Chrzanowa, gdzie znajduje się najwięcej terenów pod nową zabudowę mieszkaniową. Nowe inwestycje hamuje także brak odpowiedniej infrastruktury technicznej w tym rejonie. – Aleksandra Gawrońska, Konsultant w Dziale Badań rynku Mieszkaniowego JLL.

Zgodnie z prognozami zespołu mieszkaniowego JLL przewidywany jest umiarkowany wzrost skali produkcji mieszkaniowej w tym rejonie. Większa liczba nowych mieszkań zdaniem ekspertów pojawi się tam w latach 2025-2030 jako rezultat zmian planistycznych dopuszczających większą intensywność nowej zabudowy i oddania w całości II linii metra. Na pewno nie będziemy mieli jednak do czynienia ze scenariuszem tak intensywnego rozwoju dzielnicy jak w przypadku Woli. Możemy natomiast spodziewać się dalszego wzrostu cen, choć już nie tak gwałtownego jak miało to miejsce w ostatnich kilku kwartałach.

Polski rynek sportu rośnie w siłę. Nie przekłada się to jednak na naszą aktywność sportową

Globalny rynek sportu wciąż rośnie w siłę, przynosząc miliardowe zyski sponsorom i inwestorom. W 2018 roku wartość światowego rynku sportowego wyliczona została na 500 miliardów dolarów. Inwestorskie prognozy przewidują, że do 2022 roku ta wartość wzrośnie o jedną czwartą. Również w Polsce rynek sportowy ma się bardzo dobrze, przynosząc co roku około dziesięciu miliardów zysku. To także potężny pracodawca – utrzymuje ponad sto tysięcy miejsc pracy, na których pracownicy zarabiają w sumie prawie 3 miliardy złotych. Ciągły rozwój rynku sportowego przekłada się na gospodarcze i społeczne zyski. Nie widać jednak pozytywnego przełożenia na sportową aktywność Polaków, chociaż jest to jeden z głównych celów polskich związków sportowych.

Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego
Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego

– Aktywność Polaków jest wysoce niezadowalająca. Tylko jedna czwarta Polaków uprawia sport regularnie bądź z pewną regularnością. Odstajemy od średniej unijnej, gdzie ta wartość wynosi około 40% – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Widzimy również zależność aktywności sportowej Polaków i ich aktywności zawodowej. Rośnie zarówno średnia unijna, jak i polska, liczby osób nieaktywnych zawodowo. Widać jednak rozbieżność w tempie tego wzrostu. W ciągu ostatnich piętnastu lat w Polsce wzrosła ona o 10 punktów procentowych, w Unii zaś tylko o 6 punktów procentowych. Widać, że ta dynamika nieaktywności jest o wiele szybsza w Polsce niż w Unii Europejskiej – podkreśla Kutwa.

Wydatki budżetowe na sport i rekreację wyniosły w Polsce w 2017 roku 1,77 mld euro – nieco poniżej średniej w UE-28, która w tym samym czasie wynosiła 1,83 mld euro. Wydajemy więcej niż Belgowie, Finowie czy Duńczycy, ale mniej od Francuzów, Niemców czy Włochów – mówi Mateusz Rafał, Ministerstwo Sportu i Turystyki. Polskie gospodarstwa domowe przeznaczają średnio 458 PLN, co oznacza, że wydatki na cele sportowe i rekreacyjne wzrosły na przestrzeni czterech lat o 40 złotych.

Polska branża sportowa stoi przed szeregiem wyzwań. Jak zwracają uwagę analitycy PIE, niezbędne są zmiany w systemie kształcenia, które pomogą w profesjonalizacji kompetencji kształtowanych w sporcie po zakończeniu edukacji wyższej, a także odpowiedzą na zapotrzebowanie w zakresie nowoczesnych technologii wprowadzanych do sportu. Potrzebne są także nowe zachęty finansowania klubów sportowych, które umożliwią im budowanie wizerunku.POLSKA BRANŻA SPORTOWA JEST WARTA BLISKO 10 MLD ZŁOTYCH

Ponad połowa Polaków w ogóle nie uprawia sportu

Tylko co czwarty mieszkaniec Polski (28 proc.) regularnie uprawia sport, podczas gdy w krajach unijnych jest to ok. 40 proc. osób. 56 proc. Polaków w ogóle nie uprawia sportu, co oznacza, że od 2004 roku brak aktywności ruchowej w naszym kraju wzrósł o 10 pkt. proc. Polacy częściej (53 proc.) niż pozostali obywatele UE (39 proc.) uważają, że władze lokalne nie robią dostatecznie wiele, by zapewnić im możliwość aktywności fizycznej.Ponad połowa Polaków w ogóle nie uprawia sportu

Koszty braku aktywności szacuje się na 7 mld złotych rocznie. Gdyby co druga osoba, która nie jest aktywna fizycznie, zaczęła regularnie uprawiać sport, przełożyłoby się to na co najmniej 11 tys. zawałów mniej, 2,2 tys. mniej zachorowań na nowotwór jelita grubego czy 1,5 tys. mniej przypadków raka piersi – mówi Krzysztof Kutwa. Koszty opieki zdrowotnej spadłyby w skali roku o 440 mln złotych, a koszt absencji pracowniczych zmalałby o 3 mld złotych.

Mimo spadającej liczby aktywnie uprawiających sport, w ostatnich latach można zaobserwować znaczny wzrost zainteresowania klubami fitness. Obecnie należy do nich w Europie ponad 62 mln osób (wzrost o 3,5 pkt. proc. r/r), z czego 3 mln stanowią mieszkańcy Polski (wzrost o 2,7 pkt. proc. r/r). Trend zwyżkowy przypisuje się po części pracodawcom, którzy oferują karnety sportowe swoim pracownikom. Należy jednak pamiętać, że przynależność do klubu nie oznacza, że zapisana do niego osoba regularnie korzysta z jego usług.

Zmiany w Kodeksie postępowania cywilnego dotyczące postępowania przed sądem polubownym

8 września 2019 r. weszły w życie cztery zmiany do Kodeksu postępowania cywilnego dotyczące postępowania przed sądem polubownym. Z perspektywy praktyki najważniejszą zmianą jest wprowadzenie zasady, że wszelkie spory o prawa majątkowe – z wyjątkiem spraw o alimenty – posiadają tzw. zdatność arbitrażową, tj. mogą być poddane pod rozstrzygnięcie sądu polubownego.

Zmiana ta jest wyrazem wyraźnej tendencji do rozszerzania jurysdykcji sądów arbitrażowych i rozstrzyga trwający od wielu lat spór dotyczący tego, czy kryterium zdatności ugodowej jako przesłanka zdatności arbitrażowej dotyczy wszystkich sporów, czy jedynie sporów o prawa niemajątkowe. Obecnie ustawodawca jednoznacznie określił, że od 8 września 2019 r. w związku z nowelizacją Kodeksu postępowania cywilnego w sprawach dotyczących praw majątkowych nie stosuje się kryterium zdatności ugodowej sporu, tj. dla ustalenia kognicji sądu arbitrażowego nie jest konieczne badanie, czy w danej sprawie majątkowej istnieje możliwość zawarcia ugody sądowej. Kryterium to będzie stosowane wyłącznie w odniesieniu do badania zdatności arbitrażowej spraw dotyczących praw niemajątkowych.

Zmiana uwzględnia postulaty doktryny, wskazujące na potrzebę liberalizacji kryteriów zdatności arbitrażowej. Jest to zmiana wprowadzająca rozwiązanie nowoczesne i eliminujące znaczny stopień niepewności co do dopuszczalności objęcia zapisem na sąd polubowny niektórych kategorii sporów. Czas jednak pokaże, czy samo usunięcie z przepisów przesłanki zdatności ugodowej sporu, bez szerszego uregulowania ograniczeń kompetencji arbitrażu do spraw cywilnych należących do drogi sądowej, nie stanie się kolejnym źródłem niepewności co do skuteczności zapisu na sąd polubowny.

Dokonując wskazanych zmian w KPC polski ustawodawca przesądził, że zdatność arbitrażową posiadają m.in. spory wynikające ze stosunku spółki handlowej w zakresie zaskarżenia uchwał organów spółek kapitałowych. W poprzednim stanie prawnym to właśnie z uwagi na brak spełnienia kryterium zdatności ugodowej sprawy te nie były uznawane za mogące stać się przedmiotem rozstrzygnięć sądów arbitrażowych. W sporach korporacyjnych szczególnie istotna dla stron postępowania jest jego poufność, a w postępowaniu arbitrażowym może być ona zachowana w znacznie wyższym stopniu niż w postępowaniu przed sądem powszechnym. – Patrycja Bolimowska, Adwokat, Senior Managing Associate, Deloitte Legal.

W sporach korporacyjnych szczególnie istotna dla stron postępowania jest jego poufność, a w postępowaniu arbitrażowym może być ona zachowana w znacznie wyższym stopniu niż w postępowaniu przed sądem powszechnym. Ta zaleta postępowania przed sądem polubownym oraz możliwość wyboru arbitra (specjalisty, który będzie znał specyfikę sporów korporacyjnych) powinny skłaniać uczestników sporów korporacyjnych do skorzystania z tej formy rozstrzygnięcia sporu. Często będzie to również rozwiązanie szybsze niż postępowanie przed sądem powszechnym (rozstrzygnięcie może zapaść już po kilku miesiącach od dnia wszczęcia postępowania zamiast po kilkuletnim postępowaniu). Barierą dla inicjowania postępowania przed sądem polubownym mogą być jednak koszty postępowania. W przypadku sądu powszechnego koszt zaskarżenia jednej uchwały wynosi obecnie 5.000 zł niezależnie od wartości przedmiotu sporu, natomiast w postępowaniu przed stałym sądem polubownym opłata arbitrażowa będzie najczęściej zależna od wartości przedmiotu sporu (np. w przypadku sporu o wartości 1 mln zł opłaty związane z rozpoczęciem postępowania przed Sądem Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie wyniosą prawie 80 tys. zł).

Jednocześnie ustawodawca w związku z nowelizacją Kodeksu postępowania cywilnego przewidział, że w sprawach o uchylenie lub stwierdzenie nieważności uchwały zgromadzenia wspólników spółki z ograniczoną odpowiedzialnością albo walnego zgromadzenia spółki akcyjnej zapis na sąd polubowny będzie skuteczny, jeśli przewiduje obowiązek ogłoszenia o wszczęciu postępowania w sposób wymagany dla ogłoszeń spółki najpóźniej w terminie miesiąca od dnia jego wszczęcia.

Regulacja ta ma gwarantować wspólnikom i akcjonariuszom czynny udział w postępowaniu. Cel ten niekiedy może nie zostać osiągnięty w pełni – w tym terminie może bowiem dojść już do wyznaczenia składu trybunału arbitrażowego czy też podjęcia pierwszych czynności w sprawie (np. wcześniej może odbyć się posiedzenie organizacyjne) bez udziału wspólników (akcjonariuszy). – Łukasz Strankowski, Adwokat, Senior Associate, Deloitte Legal.

W związku z powyższą zmianą szczególnie istotne jest dokonanie odpowiedniej modyfikacji istniejących już zapisów na sąd polubowny w zakresie obowiązku ogłoszenia o wszczęciu postępowania, jeśli określone powyżej sprawy wynikające ze stosunku spółki mają zostać poddane kognicji sądu arbitrażowego. W razie braku zawarcia takich postanowień, skierowanie sporu do postępowania przed sądem polubownym nie będzie możliwe.

Nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego wprowadza również istotną zmianę dotyczącą obowiązującej strony wersji regulaminu stałego sądu polubownego. Przesądzono, że „jeżeli strony nie postanowiły inaczej, wiąże je regulamin stałego sądu polubownego obowiązujący w dacie wniesienia pozwu”. Dotychczas, zasadą było obowiązywanie regulaminu z daty zawarcia zapisu na sąd polubowny, co niekiedy powodowało konieczność rozpatrywania sprawy zgodnie z poprzednim regulaminem mimo obowiązywania jego nowej (zazwyczaj lepszej) wersji. Zmiana eliminuje to ryzyko oraz wprowadza zasadę obowiązywania nowego regulaminu, co powinno się przyczynić to zwiększenia bezpieczeństwa obrotu.

Ostatnia zmiana dotyczy sposobu wybierania arbitra, gdy po jednej stronie sporu występuje więcej niż jedna osoba. Ustalono, że w takiej sytuacji osoby te powołują arbitra jednomyślnie, chyba że zapis na sąd polubowny stanowi inaczej.

Czy tani hosting może być dobry?

Czy tani hosting może być dobryW sieci znaleźć można kuszące oferty hostingowe w bardzo atrakcyjnej cenie. Hosting za kilkadziesiąt złotych na rok i wysoka jakość usługi – czy to jest możliwe? Oczywiście nie w każdym przypadku za bardzo tanią ofertą będzie się ukrywać usługa o bardzo niskich parametrach i kiepskiej jakości. Na rynku dostępne są serwery, które mimo niskiej ceny mają bardzo dobre parametry i są niezawodne. Jak rozpoznać, który tani hosting jest naprawdę dobry?

Tani i dobry hosting

Usługa, która jednocześnie jest tania i dobra? To możliwe, szczególnie na rynku hostingowym. Pytanie, w jaki sposób rozpoznać serwer, żeby mimo niskiej ceny działał niezawodnie. Można to zrobić na wiele różnych sposobów, a czynników, które należy wziąć przy tym pod uwagę, jest naprawdę dużo. Które są najważniejsze?

  • Sprawdzona marka – czy wiarygodna, solidna marka może zaproponować usługę w bardzo atrakcyjnej cenie? Tak. Przykładem niech będzie tani hosting AZ.pl, gdzie usługa w pierwszym roku jest dostępna nawet za mniej niż 10 zł, a mowa o pakiecie z nieograniczonym transferem. Znane marki dbają o jakość swoich usług i klientów, a to właśnie powinno mieć dla korzystającego z oferty szczególne znaczenie.
  • Darmowy test – podstawą w korzystaniu z usług serwerowych jest możliwość ich darmowego przetestowania. Jeśli firma nie ma niczego do ukrycia, to oczywiście umożliwi darmowe sprawdzenie, jak działa usługa. Najczęściej taki okres testowy trwa 14 dni, co już wystarcza, żeby móc sprawdzić jakość działania usługi. Warto wykorzystać go optymalnie – zainstalować stronę, sprawdzić, jak działa suport i zweryfikować, czy strona szybko się ładuje.
  • Warunki przedłużenia – to normalne, że zazwyczaj pierwszy rok korzystania z usługi serwerowej jest dosyć tani, a drugi już droższy, ale warto sprawdzić, jak będzie to wyglądało w kolejnym. Czy osoba, która skorzysta z promocji, zobowiązana jest do minimum jednego przedłużenia usługi po cenie regularnej? Jeśli taki obowiązek istnieje, to oczywiście nie przekreśla to jeszcze opłacalności oferty. Po prostu należy policzyć, ile będzie nas kosztować korzystanie z usługi przez 2 lata.
  • Wysoki uptime – czyli nieprzerwany czas działania serwera. Warto ocenić choćby podczas okresu testowego, jak wygląda dostępność usługi. Należy zwracać uwagę na takie oferty serwerowe, gdzie uptime wynosi powyżej 99,9 proc. Dlaczego nie 100 proc.? Gdyż każdy serwer musi mieć aktualizowane oprogramowanie, a z czasem niezbędna okazuje się wymiana podzespołów. Wprawdzie znany jest przypadek serwera, który działał przez wiele lat bez przerwy, ale to maszyna, która dawała możliwość wymiany tych podzespołów bez wyłączania usługi.
  • BOK – w przypadku usług serwerowych wsparcie jest bardzo ważne. Jeśli po wysłaniu wiadomości e-mail do administratora serwera nie udzieli on odpowiedzi tego samego dnia, lecz po kilku dniach, to lepiej z takiej usługi po prostu zrezygnować. Identycznie wygląda to w przypadku telefonicznego połączenia z suportem. Jeśli po połączeniu telefonicznym usłyszysz informację o 25 oczekujących na rozmowę, to trudno taką usługę ocenić pozytywnie. 

Ograniczenia – to one mogą spowodować, że mimo atrakcyjnej ceny nie warto stawiać na dany serwer. Dlaczego? Hosting może umożliwiać dodanie tylko jednej domeny, założenie tylko kilku skrzynek e-mail czy skorzystanie z jednej bazy danych. To oczywiście tylko przykłady. Sporym problemem są bardzo duże ograniczenia pod względem obciążenia procesora, pamięci RAM i wielu innych parametrów. Szukający porad, jak założyć sklep internetowy, mogą natrafić na informację, że wystarczy do tego serwer współdzielony. I jest to prawda, ale będzie to realne wyłącznie wówczas, gdy usługa zapewnia naprawdę bardzo dobre parametry.

Banki zaostrzają warunki przyznawania kredytów małym firmom, zyskuje faktoring

  • Banki zaostrzają warunki przyznawania kredytów firmom – szczególnie tym najmniejszym, które tego najbardziej potrzebują.
  • Ograniczenie finansowania wpływa na nastroje przedsiębiorców – mierzący je wskaźnik PMI w sierpniu dziesiąty raz z rzędu nie przekroczył 50 pkt., a w lipcu wynosił tylko 47,4 pkt. To najgorszy wynik od kwietnia 2013 roku.
  • Niepewność finansowa i gospodarcza w Polsce jest wysoka także wśród większych firm – tak uważa 63 proc. dyrektorów finansowych w kraju*

Niska dostępność kredytów firmowych jest narastającym problemem, z jakim spotykają się firmy w Polsce. Udział kredytów w inwestycjach i finansowanie firm w kanale bankowym spada. Firmy wiedzą o problemach z uzyskaniem kredytu, a taka wiedza przekłada się na ich plany biznesowe. WG badania INDICATOR przeprowadzonego dla Związku Banków Polskich 64% firm nie zamierza w tym roku w ogóle starać się o bankowy kredyt inwestycyjny.

– Barierą, jeśli chodzi o finansowanie firm przez banki, jest ocena ryzyka kredytowego. Duża część przedsiębiorstw, zwłaszcza krótko funkcjonujących na rynku, nie posiada żadnej zdolności kredytowej możliwej do udokumentowania w banku. Wciąż przeszło 70% działalności small biznesu finansowane jest więc ze środków własnych. Bardzo szybko rośnie jednak udział faktoringu w finansowaniu. To coraz częściej złoty środek dla firm, które odbiły się od drzwi banku, a nie mają wystarczających środków własnych – mówi Maciej Wilk – Dyrektor Regionu Małopolskiego w eFaktor.

Wg danych publikowanych przez Polską Agencję Prasową w pierwszej połowie 2019 roku banki odmówiły kredytu co piątej firmie. To więcej niż rok, czy dwa lata temu.

10 miesiąc pod kreską

Problemy z finansowaniem przekładają się na nastroje przedsiębiorców. Mierzący je

Wskaźnik PMI dla Polski w czerwcu 2019 wyniósł 48,4 pkt. W lipcu spadł nawet do 47,4 pkt. To najgorszy wynik od kwietnia 2013 roku. W sierpniu wzrósł wprawdzie do 48,8 pkt. Jednak 10 miesiąc z wynikiem poniżej 50 pkt. Oznacza możliwe kłopotu gospodarki i firm. Takie wskaźniki PMI sygnalizują najdłuższy od sześciu lat okres pogarszania się koniunktury w polskim sektorze wytwórczym.

Małym firmom, szczególnie bez długiego stażu na rynku, o kredyt jest bardzo trudno, nic dziwnego, że takie wykluczenie przekłada się na nastroje. Banki ryzyko udzielania im kredytów i pożyczek uważają za niebezpiecznie wysokie. Dostrzegamy ten problem, bo trafia do nas bardzo wielu przedsiębiorców szukających finansowania. Przy faktoringu inaczej odbywa się ocena ryzyka. Zabezpieczeniem finansowania są pieniądze już zarobione przez przedsiębiorców i wystawione przez nich, a niekwestionowane przed odbiorców faktury. W naszym przypadku także branże z trudnościami mają szansę na wsparcie. Nie zamykamy się na nie, pod warunkiem, że pozytywnie wypadnie ocena jakości należności oraz portfela odbiorców – mówi Maciej Wilk z eFaktor.

Niepewność finansowa i gospodarcza nieobca jest też większym firmom. W opinii dyrektorów finansowych badanych przez Deloitte jest wysoka lub bardzo wysoka według 63 proc. z nich. Nadzieję na wzrost przychodów ma tylko 25 proc.

Spadek atrakcyjności kredytów idzie w parze ze wzrostem faktoringu. Od kilku lat faktoring jest coraz bardziej dostępny i osiągalny dla firm o niewielkich obrotach, prowadzących uproszczoną księgowość. To one zawsze miały największe problemy z uzyskiwaniem kredytów.

Jak przetrwać zastój w firmie w sezonie urlopowym?

Dla części przedsiębiorców sezon urlopowy stanowi najbardziej dochodowy okres w roku, dla innych z kolei, oznacza przede wszystkim zastój w biznesie. W przypadku przedstawicieli tej drugiej grupy, przejściowy spadek przychodów sam w sobie nie jest zmartwieniem. Zagrożeniem mogą być jego ewentualne konsekwencje, czyli wpływ na stabilność finansową firmy.

Najczęstszym skutkiem sezonowego spadku popytu na produkty i usługi jest pojawienie się problemów z płynnością finansową. Przed spodziewanym okresem spowolnienia, przedsiębiorcom najczęściej pozostaje jedynie skupić się na zabezpieczeniu finansów firmy. Jakie rozwiązania, poza kredytami i pożyczkami, powinni mieć na uwadze w tym niełatwym czasie? Oto kilka prostych porad, które pomogą przetrwać zastój w biznesie w sezonie urlopowym.

Monitorowanie stanu konta firmowego

Konieczność pilnowania stanu finansów wydaje się kwestią oczywistą, ale wielu przedsiębiorców niestety o niej zapomina. Mowa tu nie tylko o skutecznym egzekwowaniu płatności od kontrahentów, ale również o odpowiednim, zapobiegającym problemom finansowym, planowaniu budżetu. Gdy zbliża się sezon urlopowy i spodziewany jest zastój w biznesie, trzeba przede wszystkim lepiej planować wydatki. Większy zapas gotówki zapewni spokój w okresie spowolnienia i pozwoli z łatwością regulować bieżące zobowiązania.

Prognozowanie przepływów pieniężnych

Zastój w biznesie jest zwykle mniej dokuczliwy, gdy przedsiębiorca orientuje się, jaka może być skala ewentualnych trudności. Dlatego też, warto sporządzić prognozę kosztów i przychodów (w układzie miesięcznym) na sezon urlopowy, a najlepiej na cały rok. Jeśli działalność prowadzi już od dłuższego czasu, pomocne w tym zakresie będą dla niego miesięczne wyniki z poprzednich lat. Analizując historyczne przepływy pieniężne może ocenić, jak w przeszłości przebiegały w firmie okresy spowolnienia.

Zachęty do szybszego opłacania faktur w sezonie urlopowym

Spowolnienie w sezonie urlopowym jest szczególnie ryzykowne dla firm stosujących odroczone terminy płatności. Dlatego w ich przypadku, walka z zastojem finansowym powinna koncentrować się na przyspieszeniu wpływu środków od kontrahentów. By zachęcić odbiorców do szybszego opłacania faktur, mogą one oferować na przykład rabaty za natychmiastową zapłatę. Takie rozwiązanie z różnych względów nie zawsze jest możliwe, ale tam, gdzie udaje się je wdrożyć, pozytywnie oddziałuje na płynność finansową firmy.

Faktoring sposobem na zastój w biznesie

By nie dopuścić do utraty płynności w sezonie urlopowym, można skorzystać z usług faktoringu klasycznego (należnościowego). Występuje on w kilku różnych odmianach, ale istota każdej z nich jest taka sama. Przedsiębiorstwo przekazuje instytucji faktoringowej faktury z odroczonym terminem zapłaty, w zamian za co, często jeszcze tego samego dnia otrzymuje od niej należne pieniądze. Dzięki temu, może zyskać dostęp do środków zamrożonych w należnościach i poprawić swoją płynność finansową. Ci przedsiębiorcy, którzy potrzebują wsparcia głównie w sezonie urlopowym i nie chcą nawiązywać długoterminowej współpracy z faktorem, powinni zainteresować się „Fakturą na Raz”. To produkt oferowany przez firmę Faktoria, który pozwala w szybki i wygodny sposób, za pośrednictwem drogi elektronicznej, przekazać do sfinansowania wybraną należność. W ten sposób można uzyskać środki nawet w ciągu 30 minut od zaakceptowania przesłanej faktury. Więcej o szczegółach działania i zaletach takiego rozwiązania można przeczytać na stronie:  https://faktoria.pl/faktura-na-raz.

O czym jeszcze warto pamiętać?

By móc przetrwać zastój w biznesie, trzeba się do niego odpowiednio przygotować. Przed sezonem urlopowym należy dobrze przeanalizować kondycję finansową przedsiębiorstwa i sytuację na rynku, a także sprawdzić możliwości finansowania. Ważne jest jednak, aby o wszystkie te kwestie zadbać zanim pojawią się negatywne konsekwencje zastoju. Gdy wystąpią już problemy z płynnością, nie będzie można liczyć na skorzystanie z faktoringu czy innych metod finansowania. Kluczem do przetrwania okresu spowolnienia jest zabezpieczenie finansów firmy i wczesne reagowanie na ewentualne trudności.

Inteligentne systemy wideo poprawiają bezpieczeństwo w miastach. Potrafią przewidzieć zagrożenie jeszcze zanim do niego dojdzie

Inteligentne systemy wideo poprawiają bezpieczeństwo w miastach. Potrafią przewidzieć zagrożenie jeszcze zanim do niego dojdzie 1

W ciągu ostatnich pięciu lat co piąty Polak (19 proc.) padł ofiarą kradzieży, włamania, pobicia lub napadu – wynika z ubiegłorocznego badania CBOS. Przestępczość to problem zwłaszcza dużych miast, ale jak pokazuje raport opracowany dla Ministerstwa Cyfryzacji, rozwiązania z zakresu smart city mogą ograniczyć ją nawet o 40 proc., co potwierdzają dotychczasowe wdrożenia. Jednym z rozwiązań, które pozwala zadbać o bezpieczeństwo na drogach, ulicach czy stadionach, są inteligentne systemy wideo.

 Inteligentne systemy bezpieczeństwa w dużej mierze wyręczają operatorów, podejmując za nich decyzje, a czasami i działania prewencyjne, które mają zapewnić nam bezpieczeństwo – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Bettin, menadżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo Konica Minolta. – Głównym elementem składowym takiego systemu jest przede wszystkim inteligencja, czyli algorytmy, które są w stanie analizować, co się dzieje w otoczeniu, i działać na ich podstawie.

Inteligentne systemy wideo automatycznie analizują nagrywany obraz w czasie rzeczywistym. Potrafią wykrywać ruch i dźwięk, mierzyć przepływ ludzi czy rozpoznawać numery rejestracyjne pojazdów. Wykorzystując sztuczną inteligencję, kamery mogą śledzić ścieżki pasażerów na lotniskach czy w miejscach publicznych i dostarczać służbom informacji o podejrzanych zachowaniach.

 Kiedy wykryją osobę znajdującą się w strefie, gdzie nie powinno jej być, kamera może automatycznie wydać komunikat o tym, że jest to obszar zamknięty i nakazać jego opuszczenie. Jednocześnie może wysłać SMS bądź e-mail ze zdjęciem osoby, która do niej wtargnęła, do ochroniarza. Jeżeli ochroniarz w ciągu kilkudziesięciu sekund sam nie zareaguje na takie zdarzenie, to system wymusi na nim takie działanie, ponieważ przekazuje ten problem do jego przełożonego. Takie systemy inteligentne mogą więc nie tylko wspomagać pracę człowieka, lecz także w dużej mierze go wyręczać – mówi Piotr Bettin.

Niekiedy już sama obecność inteligentnych kamer odstrasza przestępców, zapobiegając włamaniom i aktom wandalizmu. Natomiast gdy już do nich dojdzie, inteligentne systemy wideo pomagają służbom w koordynacji działań oraz wykrywaniu sprawców.

– Obraz to bardzo wdzięczna informacja, z której wiele można wyciągnąć. Systemy do rozpoznawania twarzy z bardzo dużą dokładnością są w stanie określić płeć, wiek oraz nastrój osoby, która znajduje się w kadrze. Wiemy więc, czy ta osoba ma dobre zamiary, jest zadowolona i uśmiechnięta bądź zła i może stanowić potencjalne zagrożenie dla otoczenia – mówi Piotr Bettin.

Inteligentne kamery, wyposażone w algorytmy sztucznej inteligencji, są też w stanie sprawnie funkcjonować w każdych warunkach pogodowych.

 Koronnym przykładem jest jedna z naszych kamer znajdująca się w połowie drogi na Mount Everest. Jest zainstalowana powyżej 4 tys. metrów i działa już przez 8 lat bez żadnego dodatkowego zasilania poza solarem. To pokazuje, w jak trudnych warunkach nasze systemy bezpieczeństwa są w stanie wytrzymać: na bardzo dużej wysokości, w bardzo niskich temperaturach, a i słońce też nie jest im straszne. Testowaliśmy te rozwiązania również w temperaturach powyżej 100 st. C i działają bez żadnych zarzutów – mówi Piotr Bettin.

Jak pokazuje ubiegłoroczny raport McKinsey („Smart cities: digital solutions for a more livable future”), wykorzystanie rozwiązań wpisujących się w koncepcję inteligentnych miast może znacząco podnieść jakość życia w miastach – uratować życie nawet 300 osób rocznie i przyspieszyć czas reakcji w nagłych wypadkach o 20–35 proc.

Ekspert Konica Minolta zwraca uwagę na to, że takie inteligentne systemy – jak i cała branża systemów zabezpieczeń – rozwijają się pod okiem branży zbrojeniowej. Wiele z takich urządzeń powstaje jako prototypy z myślą o zastosowaniach wojskowych, natomiast z czasem znajdują zastosowanie również w sektorze cywilnym i są wykorzystywane zarówno komercyjnie, przez prywatnych użytkowników, jak i przez jednostki samorządowe.

– Jednym z przykładów jest chociażby kamera termowizyjna. Jest to technologia, która powstała z myślą o formacjach wojskowych, była bardzo długo wykorzystywana wyłącznie przez nie. Natomiast już od wielu lat mamy uwolnioną tę technologię i możemy korzystać z kamer termowizyjnych w sektorze prywatnym – mówi Piotr Bettin. – To rozwiązanie stosowane chociażby na lotniskach, gdzie w tłumie jesteśmy w stanie wyłapać osobę, która ma gorączkę i może potencjalnie stwarzać zagrożenie epidemiologiczne.

Modernizacja polskiej armii będzie napędzać rozwój rodzimych przedsiębiorstw. Inwestycje na ten cel wyniosą 185 mld zł do 2026 roku

Modernizacja polskiej armii będzie napędzać rozwój rodzimych przedsiębiorstw. Inwestycje na ten cel wyniosą 185 mld zł do 2026 roku 2

– W branży zbrojeniowej nadszedł czas integratorów, firm oferujących rozwiązania kompleksowe i systemowe – przekonuje Adam Bartosiewicz, wiceprezes Grupy WB, największego polskiego prywatnego koncernu sektora obronnego. Do 2026 roku modernizacja polskiej armii ma kosztować 185 mld zł. To szansa dla polskich firm oferujących produkty zbudowane w oparciu o własne konstrukcje, które łączą różne funkcje, np. rozpoznania i niszczenia celów, czy zintegrowane systemy komunikacji i zarządzania kryzysowego. W tym roku zamówienia dla polskiego przemysłu opiewają na kwotę 5 mld zł. MON zapowiada, że przygotowywany jest już kolejny etap modernizacji.

Nadszedł czas integratorów. Użytkownicy, czyli wojska i rządy, poszukują rozwiązań kompleksowych, systemowych, które zapewniają szereg bardzo złożonych funkcjonalności, przerzucając w ten sposób odpowiedzialność z wielu drobnych firm na kogoś, kto to zintegruje, czyli na integratora, który sobie dobiera poddostawców – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Bartosiewicz, wiceprezes Grupy WB.

Polskie wojsko szybko się modernizuje. Według zapowiedzi do 2026 roku na unowocześnienie armii wydamy 185 mld zł. To rekordowy budżet, o 45 mld zł większy niż zakładano za czasów poprzednich rządów. W tym roku zamówienia dla polskich firm sięgną 5 mld zł. Dla nich to szansa na potężny rozwój.

– Pozycja polskiej myśli technicznej jest zupełnie niezła. Jesteśmy jednym z nielicznych krajów w Europie, gdzie roli integratorów nie pełni właśnie Thales czy jakiś amerykański koncern, tylko rodzime firmy – przekonuje wiceprezes Grupy WB.

Jak podkreśla Bartosiewicz, dużo zależy też od polskiej armii, która powinna przede wszystkim wykorzystywać rodzime rozwiązania.

Wojsko powinno doceniać fakt, że dana firma integratorska jest w Polsce, że można z nią dużo łatwiej współpracować i wymuszać pewne modyfikacje. Powinno też odpowiednio formułować swoje wymagania nawet wtedy, kiedy kupuje coś zagranicznego, żeby narzucać wymagania odnośnie do tego, żeby pewne obszary integratorskie były realizowane we współpracy z polskimi podmiotami – wskazuje ekspert. – To skutkowałoby tym, że polskie firmy, po pierwsze, nie zatraciłyby zdolności, które już mają, a z drugiej strony, mogłyby mieć szansę na to, żeby świecić przykładem na zewnątrz i oferować swoje zdolności również w innych krajach.

Dzięki zwiększaniu wydatków na modernizację Sił Zbrojnych i związanymi z tym zamówieniami polska zbrojeniówka ma szanse na rozwój kompetencji. Z raportu Polskiej Izby Producentów na Rzecz Obronności Kraju wynika, że rośnie udział prywatnych firm w polskiej zbrojeniówce, a ich rentowność jest porównywalna ze światowymi gigantami.

– Nasz pierwszy produkt, system kierowania artylerią, to był poligon doświadczalny, jak należy podchodzić do integracji. Pokazał, jak wiele możliwości daje to do poszukiwania produktów, które w zintegrowanych systemach mogą w sposób optymalny zapewniać różnego typu funkcjonalności. Nauczyliśmy się tego i każda linia produktowa jest wynikiem tych przemyśleń od strony systemowej integracji – tłumaczy Adam Bartosiewicz.

Grupa WB rozwija m.in. amunicję krążącą Warmate, klasyfikowaną jako bojowe bezzałogowce. W 2017 roku Polska zamówiła ok. stu egzemplarzy dla Wojsk Obrony Terytorialnej. Głowice rozpoznawcza i bojowa sprawiają, że Warmate daje możliwość rozpoznania i identyfikacji celu, a następnie jego zniszczenia. Podczas tegorocznego Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego firma zaprezentowała nowe modele: Warmate R, który umożliwia określenie współrzędnych celu, Warmate V sprawdzi się w trudno dostępnym terenie, oraz Warmate TL, w którym czas rozkładania platformy został skrócony do minimum. Rodzina systemów Warmate została podczas MSPO uhonorowana Nagrodą Specjalną Prezydenta RP dla produktu najlepiej służącemu podniesieniu poziomu bezpieczeństwa żołnierzy Sił Zbrojnych RP.

Zintegrowany System Zarządzania Walką Topaz ICMS umożliwia z kolei zarządzanie wszystkimi środkami prowadzenia działań, od systemów rozpoznawczych, łączności i dowodzenia, po systemy uderzeniowe i wsparcia logistycznego. Również to rozwiązanie Grupy WB zostało docenione podczas 27. MSPO i otrzymało prestiżową nagrodę Defender.

– Jesteśmy coraz bardziej zainteresowani obszarem różnego typu efektorów. Prawdopodobnie będziemy się orientowali w stronę systemów elektronicznych i sterowania rakietami, bo to jest coś, co nas fascynuje od dawna. W dziedzinie łączności jest ciągły postęp i mocno rozwijamy technologie radiowe –zapowiada Adam Bartosiewicz.

Innowacje medyczne skracają kolejki do lekarzy i poprawiają jakość świadczeń. Obniżają także koszty opieki medycznej

Innowacje medyczne skracają kolejki do lekarzy i poprawiają jakość świadczeń. Obniżają także koszty opieki medycznej 3

Medyczne innowacje – takie jak sztuczna inteligencja, e-dokumentacja czy telemedycyna – poprawiają komfort pracy lekarzy, diagnostykę i terapię, ograniczają też kolejki do lekarzy. Z drugiej strony są szansą na poradzenie sobie z rosnącymi kosztami opieki medycznej. Dlatego innowacje już od wielu lat są głównym motorem rozwoju prywatnego sektora, podczas gdy publiczna ochrona zdrowia dopiero nadrabia w tym obszarze zaległości. – Transformacja polskiego systemu ochrony zdrowia trwa, za kilka lat będziemy mogli powiedzieć, że jest on w pełni zdigitalizowany, innowacyjny – mówi prezes Agencji Badań Medycznych.

Innowacje w medycynie to najszybciej rozwijający się sektor gospodarki. Stany Zjednoczone i kraje Europy Zachodniej już to wiedzą, dlatego inwestują pieniądze w rozwój tego segmentu. W Polsce również musimy być w tych trendach – mówi agencji Newseria Biznes dr Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Innowacje w medycynie to zarówno informatyzacja, która według szacunków resortu zdrowia może zapewnić oszczędności w wydatkach na ochronę zdrowia rzędu 0,35 proc. PKB i umożliwić przyjęcie 2 proc. więcej pacjentów, jak i nowe technologie z obszaru sztucznej inteligencji, roboty chirurgiczne, egzoszkielety czy wirtualna rzeczywistość. Upowszechnienie części z nich to dopiero perspektywa nadchodzących lat, ale nowinki technologiczne, np. sprzęt wykorzystujący algorytmy uczenia maszynowego, już tej chwili dość powszechnie trafiają do szpitali i placówek medycznych.

Jesteśmy w momencie bardzo intensywnej cyfryzacji ochrony zdrowia. Wiele tych innowacyjnych rozwiązań, które się pojawiają, ma charakter procesowy. Czasami pacjenci tego nie dostrzegają, niemniej ostatnie działania mające na celu wdrożenie e-zwolnienia, e-recepty i niedługo e-skierowania pokazują, że za tym wszystkim jest bardzo innowacyjny proces, który pozwala na zarządzanie technologią – mówi dr Radosław Sierpiński.

Innowacje w sektorze medycznym dotyczą zarówno usług oferowanych pacjentom, jak i serwisu świadczonego przez naszych lekarzy. Wszelkie innowacje, które pomagają lekarzom w pracy, są dla nich nieocenionym wsparciem, a także powodują, że jakość świadczonej opieki jest dużo wyższa –mówi Artur Białkowski, dyrektor zarządzający Pionem Usług Biznesowych w Medicover Polska. – Są to też wszelkie rozwiązania informatyczne po stronie interfejsu użytkownika, czyli aplikacja mobilna, portal pacjenta, oraz aparatura medyczna wykorzystująca nowe technologie. Przykładem może być mobilne USG, które pozwala lekarzowi wykonać to badanie właściwie w każdym miejscu, bo urządzenie jest podłączane do telefonu komórkowego.

Medyczne innowacje poprawiają komfort pracy lekarzy, przyspieszają diagnostykę i zwiększają efektywność terapii. Ograniczają też kolejki do lekarzy, pozwalają zredukować liczbę wizyt w centrach medycznych, a pacjentom zaoszczędzić czas.

Innowacje i informatyzacja to także optymalizacja finansów. Prywatne firmy medyczne wprowadzają innowacje nie tylko po to, żeby uatrakcyjnić swoją ofertę, lecz także po to, by zbilansować rosnące koszty.

W sektorze medycznym mówimy o kilkunastoprocentowej inflacji, więc koszty rosną dużo szybciej niż w gospodarce ogółem. Klienci nie są gotowi, by pokrywać wszelkie koszty związane z tym wzrostem. To powoduje, że musimy szukać rozwiązań innowacyjnych, aby te koszty zbilansować – mówi Artur Białkowski.

Presja kosztowa ma obecnie ogromne znaczenie na rynku medycznym. Jej powodem jest m.in. niedobór lekarzy i pielęgniarek (z danych Manpower Group wynika, że 72 proc. polskich szpitali potrzebuje pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a 68 proc. szuka lekarzy) oraz szybkie starzenie się społeczeństwa. Kolejna przyczyna – również wynikająca z demografii – to systematyczny wzrost liczby udzielanych świadczeń. Dane GUS pokazują, że w 2017 roku podstawowej opiece zdrowotnej zrealizowano 169,4 mln wizyt lekarskich, a w ciągu dwóch lat ta liczba zwiększyła się o 5 proc.

Duże szanse na optymalizację kosztów obsługi medycznej stwarza telemedycyna. Medicover szacuje, że prawie jedna czwarta wizyt w placówkach stacjonarnych mogłaby być realizowana zdalnie. Porady i usługi telemedyczne pełnią istotną rolę w opiece udzielanej pacjentom Medicover – ogólnie liczba wszystkich medycznych kontaktów zdalnych sięga 2 mln rocznie, w tym blisko 300 tys. e-wizyt świadczonych przez Platformę Telemedyczną. Na takie rozwiązania są również gotowi pacjenci w Polsce. Z badania LekSeek „E-zdrowie oczami Polaków” wynika, że 67,4 proc. pacjentów w Polsce jest przekonanych, że rozwój telemedycyny będzie mieć dla nich pozytywne skutki. Tego samego zdania jest aż 58 proc. lekarzy.

Innowacje w prywatnym sektorze medycznym już od wielu lat są głównym motorem jego rozwoju, podczas gdy publiczna ochrona zdrowia dopiero nadrabia w tym obszarze zaległości.

Sektor publiczny dopiero w tej chwili mocno stawia na rozwój innowacyjny. Wprowadzenie takich rozwiązań jak e-recepta, e-skierowanie czy e-zwolnienie powoduje, że ochrona zdrowia może się rozwijać szybciej, a de facto serwis medyczny świadczony na rzecz pacjenta jest dużo wygodniejszy i przyjemniejszy – mówi Artur Białkowski.

Niewątpliwie sektor prywatnej ochrony zdrowia jest liderem, jeżeli chodzi o wdrażanie innowacji w zakresie informatyki czy cyfryzacji. Wynika to na pewno z mniejszej skali działania, bo łatwiej to zrobić w mniejszej liczbie jednostek niż w kilkuset szpitalach – mówi dr Radosław Sierpiński. – Widzimy wysoką jakość, zarówno w prywatnym sektorze ochrony zdrowia, jeżeli chodzi o opiekę, jak i w publicznym to się coraz bardziej poprawia, więc na pewno obie te części powinny ze sobą współistnieć.

Konsumpcja tarczą ochronną przed spowolnieniem gospodarczym w Polsce. Twardy brexit może jednak ten spokój zakłócić

Konsumpcja tarczą ochronną przed spowolnieniem gospodarczym w Polsce. Twardy brexit może jednak ten spokój zakłócić 4

4,5 proc. PKB – w takim tempie według GUS rozwijała się polska gospodarka w II kwartale tego roku. To więcej niż prognozowano, ale mniej niż w I kwartale, gdy wzrost sięgnął 4,7 proc. Nasza gospodarka rozwija się w takim tempie mimo spowolnienia u naszego głównego partnera handlowego, czyli Niemiec, głównie dzięki wzrostowi konsumpcji i inwestycji. – To właśnie konsumpcja generuje ponad 2/3 wzrostu gospodarczego w Polsce w ostatnich latach i nadal będzie umożliwiała utrzymanie się na powierzchni – podkreśla dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. 

Polska ma mechanizm, który w II i III kwartale tego roku stymuluje wzrost w Polsce. Jest nim impuls fiskalny w postaci zwiększonego wydatkowania na cele społeczne – z jednej strony jest to 13. emerytura, z drugiej 500+ wypłacane na pierwsze dziecko – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – 80–90 proc. tych środków trafia bezpośrednio z powrotem do gospodarki i ma też efekt mnożnikowy. Ludzie nie odkładają wydatków na przyszły rok, ale realizują te potrzeby konsumpcyjne szybciej.

Niepokojące dla polskiej gospodarki są za to widoczne w Niemczech symptomy spowolnienia gospodarczego. W II kwartale tego roku tamtejszy PKB spadł o 0,1 proc. w porównaniu z pierwszymi trzema miesiącami tego roku. W ocenie niemieckiego resortu gospodarki to nie recesja, a sygnał ostrzegawczy. Jednak nasz główny partner handlowy może mieć większe problemy gospodarcze w tym roku niż prognozowano.

My oczywiście na tym ucierpimy. Nasz eksport już dziś antycypuje spadek wzrostu zamówień pochodzących z gospodarki niemieckiej, co oznacza, że produkcja przemysłowa także będzie spowalniała. To wszystko są negatywne sygnały dla polskiej gospodarki, co oznacza, że część analityków rewiduje prognozy dla wzrostów w 2019 roku w dół – mówi Piotr Arak.

Europejska gospodarka spowalnia od półtora roku, ale to nie znaczy, że nadszedł kolejny kryzys gospodarczy – ocenia PIE.  Według ekonomistów jesteśmy w takiej fazie cyklu koniunkturalnego, w której został przekroczony wierzchołek i zmierzamy w dół. Otwartym pozostaje pytanie, czy osiągniemy go w roku 2020 czy 2021.

Większość ośrodków takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy mówi o tym, że 2021 to będzie rok, w którym znowu powrócimy na ścieżkę wzrostu. Mam nadzieję, że będzie tak samo w przypadku polskiej gospodarki i że będziemy mogli dalej utrzymywać wzrost wynoszący powyżej 3 proc. w 2021 roku – podkreśla dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Prognozy wzrostu gospodarczego może popsuć twardy brexit. Świat od wielu miesięcy wstrzymuje oddech i obserwuje polityczny chaos, jaki ma miejsce w Wielkiej Brytanii, związany z opuszczeniem Unii Europejskiej. Wyjście z Unii bez umowy, czyli tzw. hard brexit, może zatrząść światową gospodarką.

Widmo brexitu jesienią 2019 roku oznacza, że w następnym roku duża część gospodarek europejskich zanotuje recesję, a to oznacza także większe i głębsze spowolnienie dla polskiej gospodarki. U nas to nie będzie recesja, bo mamy bardzo silny wewnętrzny czynnik stymulujący wzrost, jakim jest konsumpcja. Hard brexit oznaczałby, że rok 2020 będzie dla gospodarki europejskiej wyjątkowo trudny – ocenia Piotr Arak.

Zmienia się sposób logowania do banków. Po 14 września konieczny będzie odcisk palca albo dodatkowy kod

Zmienia się sposób logowania do banków. Po 14 września konieczny będzie odcisk palca albo dodatkowy kod 5

Od 14 września br. zmieni się sposób autoryzacji transakcji i logowania się do banku. Klient będzie się logował z wykorzystaniem tzw. silnego uwierzytelniania, czyli poza podaniem hasła będzie potrzebna dodatkowa weryfikacja. Tak samo będzie też realizowana większość płatności kartowych, szczególnie tych powyżej 50 euro. Zmiany nie powinny przysporzyć problemów klientom bankowości, mają za to ograniczyć liczbę fraudów i wyłudzeń.

Tzw. silne uwierzytelnianie musi być połączeniem dwóch z trzech kategorii. Pierwsza to kategoria wiedzy, czyli coś, o czym wie tylko klient. Druga to kategoria posiadania, czyli coś, co ma tylko klient. Trzecia to kategoria biometrii, czyli np. odcisk palca lub wzór siatkówki. Bank musi połączyć przynajmniej dwa z tych czynników, aby uwiarygodnić i zweryfikować tożsamość klienta – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Klecor, partner w Kancelarii Legal Geek. – Nie wystarczy już, jak w tej chwili, samo podanie loginu i hasła. Od 14 września będziemy musieli podać hasło i dodatkowo autoryzowanej aplikacji banku wstukać kod albo użyć odcisku palca.

Większość banków wdrożyła już odpowiednie zmiany i poinformowała swoich klientów o tym, czego mogą się spodziewać i jak będzie wyglądała bankowość elektroniczna po 14 września. Ci powinni być gotowi, że przy płatnościach kartą albo logowaniu do konta bank będzie wymagać od nich czegoś więcej niż do tej pory. Z drugiej strony powinni też uważać na wiadomości od oszustów podszywających się pod banki. Ci wykorzystują zmieniające się przepisy do własnych celów.

Tak naprawdę dla klientów zmiana nie będzie istotna. Większość z nich została już do tego przygotowana przez banki. Nie powinni się spodziewać więc żadnych przejściowych problemów z uzyskaniem dostępu do konta. Chyba że ktoś miał np. kartkę z kodami i nie wymienił jej zawczasu na aplikację mobilną. Wtedy 14 września faktycznie może mieć problem z zalogowaniem się do banku i będzie musiał udać do placówki, ale będą to raczej jednostkowe przypadki – mówi Tomasz Klecor.

Uwierzytelnianie dwuskładnikowe, czyli tzw. silne uwierzytelnianie, ma przede wszystkim ograniczyć liczbę wyłudzeń i fraudów – oszukańczych transakcji zlecanych przez osoby, które w jakiś sposób weszły w posiadanie telefonu komórkowego czy karty płatniczej klienta banku i próbują się pod niego podszyć. Ze statystyk BIK wynika, że w ubiegłym roku udaremniano średnio 15 wyłudzeń kredytów dziennie, jednak w sumie mogło dojść do nawet 67 tys. skutecznych wyłudzeń na sumaryczną kwotę ok. 600 mln zł.

Najczęstszym błędem popełnianym przez klientów bankowości jest nieświadome udostępnienie swoich danych do logowania osobie trzeciej, np. oszustowi. Zwykle jest to efekt tzw. phishingu, czyli wysłania przez oszusta wiadomości, która łudząco przypomina tę z banku i zachęca do zalogowania się na swoje konto, bo np. wpłynął tam jakiś przelew, który trzeba potwierdzić. Klient nie weryfikuje tej wiadomości, wchodzi na taką fałszywą stronę i nieświadomie przekazuje swoje dane do logowania oszustowi. Innym sposobem wyłudzeń są przypadki, kiedy dzwoni ktoś podszywający się pod infolinię banku i prosi o potwierdzenie danych do logowania – mówi Tomasz Klecor.

Od 14 września rozszerzona zostaje również odpowiedzialność banku za nieautoryzowane płatności. Do tej pory zaczynała się ona od kwoty 150 euro, choć od tej zasady istniały pewne wyjątki. Obecnie odpowiedzialność banku w takich przypadkach będzie zaczynać się już od równowartości 50 euro.

W przypadku, kiedy ktoś nam ukradnie kartę czy telefon, przy użyciu których dokona płatności, nasze ryzyko będzie ograniczone do kwoty 50 euro. Po tej kwocie będzie odpowiadał za to bank. Również w sytuacji płatności kartą, która zgodnie z nowymi przepisami wymaga tzw. silnego uwierzytelniania, bank będzie odpowiadał za całą tę transakcję – mówi partner w Kancelarii Legal Geek.

Zmiany obejmą wszystkie kraje UE. Wynikają one z unijnej dyrektywy PSD2, czyli drugiej dyrektywy dotyczącej świadczenia usług płatniczych.

IFA 2019: Innowacyjny oczyszczacz powietrza to ratunek dla alergików. Nie zabija bakterii, lecz zastępuje je probiotykami

IFA 2019: Innowacyjny oczyszczacz powietrza to ratunek dla alergików. Nie zabija bakterii, lecz zastępuje je probiotykami 6

Na różnego rodzaju alergie przez cały rok cierpi 20 proc. społeczeństwa. Na sezonowe odmiany kolejne 30 proc. Zaprezentowany na targach IFA 2019 oczyszczacz rozpyli specjalne probiotyki w pokoju, biurze czy hotelu. W odróżnieniu od zwykłych oczyszczaczy powietrza rozpylone przez BetterAir szczepy dobrych bakterii zastąpią i zneutralizują alergeny zawieszone w powietrzu, a także na powierzchni przedmiotów, w tym roztocza w materacach.

– Wynaleźliśmy nową formułę probiotyków, czyli dobrych bakterii, które rozprzestrzeniamy w powietrzu wewnątrz pomieszczeń, takich jak pokój, apartament, biuro, hotel czy restauracja. Nasze rozwiązanie jest w pełni naturalne. Po rozprzestrzenieniu probiotyku, znajdujące się w nim dobre bakterie zajmą miejsce tych złych, patogenów, grzybów czy moli. To częste zjawiska, gdy w pomieszczeniu jest wilgoć. Nie zabijamy ich jednak, głodzimy je, zabieramy im przestrzeń. Gdy bakterie są po prostu zabijane, tworzą się ich mutacje – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Manuel Oberman z BetterAir.

Stosowane w innowacyjnych oczyszczaczach powietrza probiotyki Enviro-Biotics znajdują się w specjalnym roztworze, w którym zasiedlony został szczep Bacillus Subtillis. Podczas rozpylania roztworu z powietrzem wewnątrz pomieszczenia mieszają się miliardy cząsteczek bakterii o mikronowej wielkości. W ten sposób w powietrzu wytwarza się ochronna mikroflora oczyszczająca nie tylko to, co wdychamy do płuc, lecz także powierzchnie oraz przedmioty. Dzięki temu urządzenie cechuje się dużo większą skutecznością działania niż ma to miejsce w przypadku standardowych oczyszczaczy powietrza.

– Filtracja powietrza zabija zarówno złe, jak i dobre bakterie, nie ma żadnej selekcji. Nierozsądnym jest zabicie całej populacji bakterii, skoro tych dobrych potrzebujemy. Oczyszczacze powietrza oczyszczają wyłącznie powietrze, podczas gdy np. w materacu znajduje się wiele złych bakterii stworzonych przez roztocza. Nasze probiotyki dzięki grawitacji dostają się również do materaca, eliminując odchody roztocza, jeden z najpowszechniejszych alergenów –wyjaśnia Manuel Oberman.

Rozpylanie probiotyków w powietrzu jest innowacyjnym sposobem ich aplikacji. Osoby znajdujące się wewnątrz pomieszczeń wdychają je, dzięki czemu dostają się one do organizmu i oddziałują na florę bakteryjną ciała użytkownika. Najważniejszym ich działaniem w tym akurat użyciu jest jednak oczyszczenie powietrza z alergenów.

– W Polsce, jak w całej Europie, aż 20 proc. całej populacji cierpi na jakiś rodzaj alergii przez cały rok, a kolejne 30 proc. ma również alergie sezonowe. My zmniejszamy patogen, populację złych bakterii, zastępując je dobrymi bakteriami. Przywracamy tym samym równowagę w świecie bakterii – przekonuje specjalista z BetterAir.

Z danych Amerykańskiej Akademii Astmy, Alergii i Immunologii wynika, że od ponad 50 lat na świecie notowany jest stały wzrost występowania chorób alergicznych. Już nawet połowa dzieci w wieku szkolnym może być uczulona na co najmniej jeden powszechnie występujący alergen.

IFA 2019: Smartfony ze średniej półki coraz częściej dorównują tym najdroższym. Nowa Nokia 7.2 to pierwsze takie urządzenie z zagwarantowanym pakietem aktualizacji

IFA 2019: Smartfony ze średniej półki coraz częściej dorównują tym najdroższym. Nowa Nokia 7.2 to pierwsze takie urządzenie z zagwarantowanym pakietem aktualizacji 7

Mniej niż jedna trzecia smartfonów poniżej 200 dol. największych producentów jest zaktualizowanych do najnowszej wersji Androida. Firmy skupiają się przede wszystkim na nowinkach technologicznych. Tymczasem wiele kluczowych funkcji, w tym żywotność baterii, procesor, aparat i pamięć, jest powiązanych z wydajnością podstawowego systemu operacyjnego. Nowa Nokia 7.2 to pierwszy telefon ze średniej półki, który w ciągu 3 lat będzie dostawać co miesiąc pakiet aktualizacji i dwie aktualizacje systemu operacyjnego Android.

– Najnowsza Nokia 7.2 wyposażona jest w potrójny aparat cyfrowy z tyłu obudowy z 48-megapikselowym czujnikiem oraz procesor Qualcomm Snapdragon 660. To telefon, w którym najważniejszą wartością dla klienta będzie możliwość dożywotniego korzystania. Gwarantujemy miesięczne aktualizacje bezpieczeństwa przez okres trzech lat i dwie aktualizacje systemu operacyjnego Android – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Per Ekman, wiceprezes w Europie HMD Global.

Tylko 10,4 proc. telefonów z Androidem ma Android 9 Pie, wersję wydaną w 2018 roku, podczas gdy 88 proc. wszystkich aktywnych urządzeń z iOS ma system iOS 12, wydany w tym samym roku. Mniej niż jedna trzecia smartfonów poniżej 200 dol. najważniejszych firm na rynku została zaktualizowana do najnowszej wersji Androida. To wnioski z najnowszej białej księgi Counterpoint Research. Tylko kilka marek zobowiązuje się do upewnienia, że ich smartfony zawsze korzystają z najnowszej wersji. Przeważnie producenci gwarantują aktualizacje tylko dla smartfonów z najwyższej półki.

To właśnie regularne aktualizacje systemu operacyjnego są kluczowym elementem w bezpiecznym działaniu smartfona. Wiele kluczowych funkcji, w tym żywotność baterii, procesor, aparat i pamięć są powiązane z wydajnością podstawowego systemu operacyjnego.

Wśród producentów, którzy wprowadzają aktualizację do wszystkich smartfonów, prowadzi Nokia – niemal 96 proc. smartfonów sprzedawanych od III kw. 2018 roku działa już na Androidzie Pie lub ma wydaną aktualizację Android Pie.

– Chcemy być pewni, że przez cały okres użytkowania naszego telefonu użytkownik ma zawsze najnowsze oprogramowanie – wskazuje Per Ekman.

Nokia 7.2 ma zapewnione miesięczne aktualizacje bezpieczeństwa w ciągu trzech lat i dodatkowo dwie aktualizacje systemu Android. To pierwszy smartfon ze średniej półki z takim udogodnieniem. Do tego najnowszy smartfon ma 48-megapikselowy aparat z trzema obiektywami, 6,3-calowy ekran PureDisplay o rozdzielczości FHD+ i akumulator o pojemności 3500 mAh.

– Staramy się być marką dla wszystkich, niezależnie od tego, czy jest to Nokia 105 za 50 dol. czy Nokia 9 PureView – przekonuje Per Ekman. – Smartfon Nokia 7.2 będzie dostępny na rynku pod koniec września w cenie zaczynającej się od 299 euro. Polska będzie jednym z pierwszych rynków, na którym się pojawi – zapowiada.

W Polsce cena Nokii 7.2 wyniesie od 1 299 zł (64 GB pamięci) do 1 499 zł (128 GB pamięci). Tymczasem z najnowszego raportu Strategy Analitycs sprzedaż smartfonów spadła globalnie o 3 proc. rok do roku, osiągając w drugim kwartale 2019 r. 341 mln sztuk. Najwięcej smartfonów sprzedaje Samsung (22,3 proc.), Huawei (17,2 proc.) oraz Apple (11,1 proc.).

3 powody, dla których grafik pracy i plan urlopów to podstawa!

Grafik pracy to dokument bardzo wymagający w przygotowaniu – a na pewno bardziej wymagający niż się to niektórym przedsiębiorcom wydaje. Oczywiście, można stworzyć plan urlopów bez większego zastanowienia, ale takie lekkomyślne podejście do sprawy szybko pociągnie za sobą konkretne konsekwencje. W poniższym artykule tłumaczymy, dlaczego do układania harmonogramu czasu pracy warto się przyłożyć i podpowiadamy, w jaki sposób można sobie w tym pomóc. Skorzystaj z metody, która usprawnia tworzenie harmonogramu nawet o 70% i przekonaj się, jak wpłynie to na funkcjonowanie Twojej firmy!

1. Uchroń się przed wysoką karą!

Godziny pracy, długości urlopów i wymaganych odpoczynków, okresy rozliczeniowe – wszystkie te rzeczy nie są ustalane przez pracodawcę, ale przez polskie prawo. Ignorantia iuris nocet, czyli nieznajomość prawa szkodzi – jeśli, nawet nie do końca świadomie, złamiesz zasady regulowane w Kodeksie pracy, ukręcisz na siebie bat i ściągniesz potężną karę, którą nałoży Inspekcja Pracy. Żaden przedsiębiorca nie chce być 30 tysięcy w plecy tylko z powodu niedopilnowania pewnych sztywnych reguł. Dlatego układając plan urlopów 2019 czy każdy inny grafik pracy koniecznie skorzystaj z bezpłatnego narzędzia, które skontroluje, czy wszystko jest w porządku pod kątem prawnym. Narzędzie na stronie GrafikOptymalny.pl zda egzamin przy różnych typach etatów i umów – nieważne, czy w Twojej firmie obowiązuje system równoważny czy tryb pracy zmianowej.

2. Zadbaj o wizerunek przedsiębiorstwa i zasłuż na lojalność pracowników

O ile niezgodny z prawem czy po prostu nieumiejętnie stworzony grafik pracy prędzej czy później spowoduje, że wieść się rozniesie, praca zdezorganizuje, a firma straci w oczach klientów i pracowników, o tyle porządny harmonogram przyniesie przedsiębiorstwu wiele dobrego. Przemyślany plan urlopów sprawi, że cała kadra będzie zadowolona. Pracownicy, którzy otrzymają wolne na wesele, ważny egzamin czy badanie lekarskie odwdzięczą się lojalnością i wzrostem efektywności pracy. Unikniesz organizowania zastępstw na ostatnią chwilę, zbędnych opóźnień, tłumaczenia się z niewykonania usługi na czas i kosztownej rotacji pracowników. Dobrze traktując swoich ludzi i szanując ich potrzeby sprawisz, że Twoja firma będzie lepiej postrzegana i kadra będzie chciała dla Ciebie (dłużej i lepiej) pracować.

3. Unikając zbędnych strat, zmaksymalizujesz zyski!

Umiejętnie stworzony grafik pracy powinien skoncentrować się na tym, jak dopilnować firmowego budżetu, ustrzec się finansowych strat, zoptymalizować koszty i zwiększyć zyski. Są takie branże – zwłaszcza usługowe – gdzie w zależności od pory roku, dnia tygodnia czy nawet pogody w firmie potrzeba mniej lub więcej ludzi. Uwzględnij faktyczne zapotrzebowanie na pracowników i upewnij się, że te różnice widać w harmonogramie pracy. Niech Twoi ludzie nie będą zmuszani to nieefektywnych zmian na zakładkę; oszczędź im też nadgodzin, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Oni będą zadowoleni, że nie muszą przesiadywać w firmie całych godzin, a Ty nie będziesz musiał wypłacać dodatku do pensji. Cały czas kontroluj, czy zaplanowany harmonogram odzwierciedla wstępne założenia budżetu. Bezpłatny program, przy pomocy którego można stworzyć grafik czasu pracy, ułatwi Ci to zadanie – automatycznie podliczy koszty zatrudnienia i podpowie, jak je zoptymalizować.

STIR w praktyce. Krajowa Administracja Skarbowa masowo blokuje rachunki bankowe firm

Na początku lipca 2019 r. Dziennik.pl poinformował o masowych blokadach rachunków bankowych należących do przedsiębiorców, dokonywanych przez Krajową Administrację Skarbową. W pierwszej połowie 2019 r. zablokowała ona aż 2,5 razy więcej zgromadzonych na nich środków niż w całym 2018 r. A jak zapowiada fiskus, blokad będzie jeszcze więcej i w szerszym zakresie. Co gorsza, zajmując zgromadzone na koncie pieniądze, skarbówka nie musi przedstawiać żadnych dowodów na popełnienie przestępstwa przez ich posiadacza. Taka dokonywana „z zaskoczenia” blokada może sparaliżować funkcjonowanie firmy. Nic dziwnego, że przedsiębiorcy coraz częściej pytają o zagraniczne rachunki bankowe.

Bo limity trzeba wyrobić

Od połowy stycznia 2018 r. funkcjonuje STIR, czyli System Teleinformatycznej Izby Rozliczeniowej. Pozwala on organom KAS prześwietlać rachunki bankowe przedsiębiorców w poszukiwaniu nieprawidłowości skarbowych. Gdy na takie zdaniem systemu natrafi, szef KAS może dokonać blokady zgromadzonych na rachunku środków na okres 72 godzin. Jeśli skarbówka stwierdzi nieprawidłowości, a szacowana kwota zobowiązania podatkowego przekracza 10 tys. euro, okres ten wydłuży się do trzech miesięcy.

Zgodnie z przewidywaniami Ministerstwa Finansów, KAS będzie blokować około 4,6 tys. rachunków przedsiębiorców rocznie. Według szacunków takie działania podejmowane przy wykorzystaniu STIR w ciągu 10 lat wzbogacą budżet państwa kwotą ponad 47 mld zł.
KAS podgląda dwa miliony przedsiębiorców

W kwietniu 2018 r. resort finansów pochwalił się dokonaniem blokady kont bankowych i zatrzymaniem podejrzanych o oszustwo na kwotę 37 mln zł. Jednocześnie poinformował, że było to możliwe dzięki stałemu monitoringowi 5 mln kont, należących do 2 mln przedsiębiorców.

Fiskus blokuje więcej i jak zapowiada, będzie blokować jeszcze więcej

Do 30 lipca 2018 r. skarbówka prześwietliła około 2 mld rekordów dotyczących przeprowadzonych przez przedsiębiorców transakcji, dzięki przeprowadzonej z pomocą STIR analizie 3,3 mln NIP i około 9 mln rachunków bankowych. We wrześniu 2018 r. obowiązek automatycznego przekazywania informacji o wszystkich prowadzonych rachunkach podmiotów kwalifikowanych rozszerzył się na SKOK-i.

Dochody podatkowo-celne Skarbu Państwa w całym 2018 r. wyniosły 353,4 mld zł. KAS pobrała od podatników o 34,6 mld zł więcej niż w 2017 r. i o 77,1 mld zł więcej niż w 2016 r. W maju 2019 r. ówczesny szef KAS Marian Banaś powiedział, że dwa lata stosowania regulacji dotyczących split payment, pakietu paliwowego i STIR przyniosły budżetowi 100 mld zł, a szara strefa w sektorze paliwowym spadła z 26% do 12,5%. Jak zadeklarował, KAS ma jeszcze dużo do zrobienia, bo wciąż pozostaje te 12,5%.
2,5 razy więcej zajętych środków i blokada lokat terminowych
„Przez pół roku szef Krajowej Administracji Skarbowej zajął na kontach podejrzanych podmiotów 2,5 razy więcej pieniędzy niż w całym roku 2018. (…) Krajowa Administracja Skarbowa zajęła 192 rachunki bankowe należące do 39 podejrzanych podmiotów. Było to związane z podejrzeniem uszczupleń podatkowych na ponad 344 mln zł. Urzędnicy zabezpieczyli w ten sposób prawie 24,8 mln zł (…) Dane dotyczą okresu od 1 stycznia do 13 czerwca 2019 r.” – podał w artykule z 3 lipca 2019 r. Dziennik.pl. A liczby te mają rosnąć, bo od 1 lipca 2019 r. KAS może również zajmować lokaty terminowe. W ten sposób każdy przedsiębiorca, który będzie chciał wycofać lub przelać środki z lokaty terminowej, zostanie tej szansy pozbawiony, bo zgromadzone na niej pieniądze będą przez skarbówkę zamrożone.

Skarbówka może blokować, nie mając żadnych dowodów

29 stycznia 2019 r. podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Filip Świtała, w odpowiedzi na interpelację nr 28610 w sprawie przepisów regulujących działanie systemu STIR, które poważnie mogą zaszkodzić polskim przedsiębiorstwom, złożoną przez posłankę Aldonę Młyńczak, poinformował, że średnia dokonanych na żądanie Generalnego Inspektora Informacji Finansowej w latach 2015-2017 blokad rachunków firm wyniosła 338 rocznie, a ich podstawą była najczęściej ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

W odpowiedzi podsekretarz zwrócił jednocześnie uwagę, że zgodnie z wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 20 września 2018 r. (sygn. akt III SA/WA 2057/18) skarbówka, zajmując konto, nie musi przeprowadzać żadnego postępowania dowodowego.

Brak pieniędzy na wypłaty, wyrejestrowanie firmy

W artykule z 9 lipca 2018 r. Rzeczpospolita opisała trudną sytuację przedsiębiorstw, które w wyniku dokonanej przez KAS blokady rachunku firmowego, nie były w stanie zagwarantować swoim pracownikom środków na wypłaty. W kwietniu 2019 r. dziennik przytoczył również złożoną na ręce Rzecznika Praw Obywatelskich skargę właściciela firmy, któremu skarbówka zablokowała konto wskutek podejrzenia wykorzystywania go do celów związanych z wyłudzeniami skarbowymi. Utracił on dostęp do swoich pieniędzy bez jakiegokolwiek powiadomienia, choć szef KAS ma zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej obowiązek niezwłocznego udzielenia informacji o takiej blokadzie.
Blokada „z zaskoczenia” odebrała przedsiębiorcy możliwość obrony swoich praw, w konsekwencji prowadząc do wyrejestrowania prowadzonej przez niego firmy z rejestru czynnych podatników VAT. Rzecznik stwierdził, że takie działania fiskusa mogą naruszać prawa i wolności obywatelskie oraz zasadę państwa prawa.

10 razy więcej blokad rachunków

W artykule z 3 lipca 2019 r. pt. „Coraz więcej blokad rachunków bankowych dzięki STIR” GazetaPrawna.pl, podsumowując wzmożone działania skarbówki na polu blokowania kont podatników, ujawniła, że urzędnicy zabezpieczyli na zablokowanych rachunkach niecałą jedną dziesiątą kwot szacowanych uszczupleń podatkowych. Zestawiając te dane ze słowami byłego szefa KAS, a obecnego Ministra Finansów o konieczności likwidacji pozostałej szarej strefy, można nabrać obaw, że chcący spełnić życzenie swojego szefa urzędnicy, będą musieli nasilić intensywność swoich działań 10-krotnie.

Jednak na szczęście dla przedsiębiorców na postanowienie o blokadzie rachunku bankowego przysługuje im instytucja skargi do sądu administracyjnego. Można też założyć zagraniczny rachunek bankowy. W obliczu zapowiedzi ministra i rosnącej w tempie 2,5 razy rocznie wysokości zajęć, wydaje się to znacznie pewniejszym sposobem ochrony majątku firmy. 4 stycznia 2019 r. WSA w Warszawie, oddalając skargę przedsiębiorcy na zaskakującą go, nie połączoną z jakąkolwiek informacją, blokadę konta stwierdził, że: „…racjonalny przedsiębiorca powinien się liczyć z tym, że organ może w stosunku do niego zastosować obowiązujące procedury, w szczególności polegające na blokadzie posiadanego rachunku” (sygn. akt III SA/Wa 2960/18).

Otwarcie konta w zagranicznym banku nie musi oznaczać przeniesienia za granicę rozliczeń całej prowadzonej działalności. Może ono bowiem pełnić funkcję konta alternatywnego, gdzie spółka będzie sukcesywnie odprowadzać część kapitału, nadwyżek finansowych lub oszczędności, stanowiących zabezpieczenie na wypadek wystąpienia takich właśnie, jak opisywanych wyżej sytuacji kryzysowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Powracający pracownicy, znani jako „returning kids” albo „boomerangers”, skupiają na sobie coraz większą uwagę pracodawców

Według tegorocznego badania Accountemps, aż 94% menedżerów wyższego szczebla z sentymentem spogląda na swoich byłych podopiecznych, podczas gdy w 2015 inne studium   pokazuje, że 76% firm akceptuje powroty. Niedobór talentów, zjawisko „job hoppers”, ale też przekonanie o wysokich kwalifikacjach odchodzących pracowników, a z ich strony – tęsknota za kulturą organizacyjną i możliwościami rozwoju, sprawiają, że ponowne zatrudnienie zyskuje na popularności.

Mimo że niemal wszyscy menedżerowie powitaliby pracownika z otwartymi ramionami, to już tylko 52% tych ostatnich chętnie zaaplikowałoby ponownie. Co może skłonić do powrotu? – Wbrew pozorom, nie jest to kwestia samych wykonywanych obowiązków – mówi Dominika Nawrocka, Brand Communication Manager Capgemini – bardzo dużo zależy od kultury organizacyjnej w miejscu pracy oraz samych przełożonych. Potrzeba zdobycia innych doświadczeń czy spróbowania gdzie indziej jest naturalna, szczególnie dla osób młodych i tych, które dopiero zaczynają swoją przygodę zawodową. Ważne, żeby takie osoby spotkały się z inkluzywnym otoczeniem, mądrym menedżerem i inspirującym zespołem. Jeśli to nie zatrzyma – to może skłonić do powrotu – dodaje.

Rzeczywiście, jako główne przyczyny niechęci do powrotu pracownicy wymieniają niezadowolenie związane z niewłaściwym podejściem przełożonych (22%), niedopasowanie kultury organizacyjnej (17%), niewypełnianie obowiązków pracodawcy oraz palenie za sobą mostów przez samą firmę. Ci, którzy wracają, często wymieniają właśnie pracę w odpowiednim zespole i możliwości rozwoju – Nie jest tajemnicą, że to co jest największą siłą firmy to ludzie i to dla nich wróciłam przede wszystkim – mówi Edyta Piotrowska – Senior Director w Capgemini, która po dwóch latach pracy w firmie odeszła na osiem miesięcy, żeby następnie wrócić na kolejne osiem lat – Po raz pierwszy wybrałam Capgemini, bo marzyłam o pracy w dużej korporacji, a po raz drugi wybrałam, ponieważ wiedziałam, że wyzwań, których wtedy szukałam, nie znajdę gdzie  indziej. Kiedy pojawiłam się na ponownej rekrutacji, spotkałam ponownie ten zespół, tych ludzi i tę energię. Nie miałam wątpliwości, pomimo, że rozważałam inne opcje – dodaje.

– Powrót do firmy po latach, to się zdarza – przekonuje Maciej Nuckowski, członek zarządu Diebold Nixdorf – Większość młodych ludzi rozpoczyna swoją karierę w IT i nowych technologiach jeszcze na studiach lub zaraz po nich pracując na przykład w service desk. Jest to często ich pierwsze doświadczenie zawodowe, podczas którego zdobywają wiedzę i umiejętności miękkie, które przydają się im na kolejnych etapach kariery. Kiedy już przejdą całą ścieżkę od pierwszej, aż do trzeciej linii wsparcia, bardzo często szukają możliwości rozwoju nieco szerzej w branży, aby po latach wrócić znów do firmy, ale w już zupełnie innej roli. Dlatego jakiś czas temu, podjęliśmy oczywistą decyzję, aby oferować umowę o pracę dla takich osób. To daje im poczucie bezpieczeństwa i buduje dobre relacje na przyszłość – podsumowuje.

Jakie są benefity ponownego przyjęcia pracownika? Według Kronos Workforce Institute, około 33 procent specjalistów HR i 38 procent menedżerów twierdzi, że największą zaletą zatrudniania „powracających dzieci” była znajomość kultury firmy; a 1/3 uważała, że takie osoby potrzebują mniej treningu. – Ci, którzy wrócili, są często nawet bardziej zaangażowani niż za pierwszym razem, a ich utrzymanie w organizacji jest łatwiejsze – skoro wracają, to widać, że czują do nas chemię i to się nie zmieni. Zdarza się, że przynoszą ze sobą również cenne doświadczenia. Znają organizację, a my znamy ich możliwości – wylicza Dominika Nawrocka.

– W dzisiejszych czasach firmy poszukują osób wnoszących różnorodne doświadczenia, co zwiększa ich konkurencyjność. Dodatkowo niewątpliwą zaletą ludzi, którzy wracają do firmy, w której rozpoczęli karierę, jest znajomość firmy, ludzi, procesów. To pozwala im na szybkie wejście w bieżące projekty, ale z perspektywą rynkową co znacząco podnosi jakość zadań którymi się zajmują. To spojrzenie z zewnątrz jest z reguły unikatowe i wpływa na lepszą jakość pracy w roli menedżera, kierownika czy dyrektora działu – mówi Maciej Nuckowski.

Czy są wobec tego przesłanki, żeby nie zatrudniać?

– Na pewno taka decyzja wymaga przemyślenia przez obie strony. Powinniśmy przede wszystkim dobrze poznać przyczyny odejścia, żeby wiedzieć, że takie czynniki nie odegrają równie decydującej roli w przyszłości. Należy również dobrze przygotować komunikację powracającego pracownika, szczególnie jeśli wraca na wyższe stanowisko– mówi Dominika Nawrocka.

Warto pielęgnować relację z byłymi pracownikami firmy i tworzyć sieć osób, które nadal mogą być potencjalnie wartościowymi członkami zespołu. O możliwej sile relacji z pracodawcą Capgemini przekonało się realizując projekt „Capsolutnie najważniejsi. Urodzinowa kapsuła czasu Capgemini”. W ramach tego projektu ponad 7 tysięcy byłych i obecnych pracowników z 6 miast i 4 linii biznesowych mogło podzielić się swoimi wspomnieniami dotyczącymi pracy w firmie na specjalnie do tego stworzonej, wirtualnej platformie. Firma stworzyła też specjalną stronę, na której zachęca pracowników do powrotu – Chcemy, żeby wiedzieli, że odchodząc nie spalili żadnych mostów – podsumowuje Dominika Nawrocka.

Coraz lepsze warunki mieszkaniowe Polaków

Eurostat niedawno opublikował najnowsze dane na temat przeludnienia mieszkań. Wskazują one, że sytuacja w Polsce znów się poprawiła.

Przeludnienie domów i lokali stanowi jeden z największych problemów rodzimej „mieszkaniówki”. Na tle innych państw członkowskich Unii Europejskiej, nasz kraj nadal prezentuje się słabo. Pewnym pocieszeniem jest systematyczny spadek wskaźnika przeludnienia polskich mieszkań obliczanego przez Eurostat. Na podstawie najnowszych danych, eksperci RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak ten wskaźnik zmniejszył się w 2018 r.

Wskaźnik przeludnienia mówi nam o tym, jaka część populacji danego kraju musi zasiedlać przeludnione mieszkanie. Wedle założeń Eurostatu, dom lub lokal nie będzie przeludniony, jeżeli spełnia wszystkie poniższe warunki:

  • jeden pokój dla każdej pary w gospodarstwie domowym
  • jeden pokój dla każdej samotnej osoby w wieku przynajmniej 18 lat
  • samodzielny pokój dla każdego gospodarstwa domowego
  • jeden pokój dla dwojga osób tej samej płci w wieku 12 lat – 17 lat
  • samodzielny pokój dla osoby w wieku 12 lat – 17 lat (jeśli nie może ona mieszkać z osobą o tej samej płci)
  • jeden pokój dla dwojga dzieci w wieku do 12 lat

Dane Europejskiego Urzędu Statystycznego wskazują, że w 2018 r. wskaźnik przeludnienia mieszkań obliczony dla Polski po raz pierwszy spadł poniżej 40%. Długookresowe zmiany wspomnianego wskaźnika przedstawiają się następująco:

  • 2005 r. – 54,1%
  • 2006 r. – 54,1%
  • 2007 r. – 52,3%
  • 2008 r. – 50,8%
  • 2009 r. – 49,1%
  • 2010 r. – 47,5%
  • 2011 r. – 47,2%
  • 2012 r. – 46,3%
  • 2013 r. – 44,8%
  • 2014 r. – 44,2%
  • 2015 r. – 43,4%
  • 2016 r. – 40,7%
  • 2017 r. – 40,5%
  • 2018 r. – 39,2%
Wykres 1. Wskaźnik przeludnienia mieszkań
Wykres 1. Wskaźnik przeludnienia mieszkań

Kolejny spadek odsetka Polaków zasiedlających przeludnione mieszkania na pewno może cieszyć. Trzeba jednak pamiętać, że wynik Polski nadal jest znacznie wyższy od unijnej średniej wynoszącej ok. 15%.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Metro Properties zawarło transakcję sprzedaży i najmu zwrotnego portfela sklepów Cash & Carry w Europie Środkowej

Metro Properties, spółka należąca do grupy Metro AG, zbyła portfolio 11 sklepów Cash & Carry w Polsce, na Węgrzech i w Czechach w ramach transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego (sale and leaseback). Portfel nieruchomości nabyła inwestująca w imieniu funduszu regulowanego AIF spółka FLE GmbH z siedzibą w Wiedniu, podmiot zależny francuskiej grupy LFPI. Spółce Metro Properties doradzała firma Colliers International, która reprezentowała markę w prowadzeniu transakcji w Polsce, na Węgrzech i w Czechach. Jest to największa w tym roku transakcja w Europie Centralnej oraz jedna z największych w Europie w formacie sprzedaż i najem zwrotny.

Transakcja o łącznej wartości ponad 250 milionów euro została sfinalizowana w sierpniu 2019 roku. Metro oraz Makro Cash & Carry będą nadal prowadzić swoje hurtownie we wszystkich wspomnianych lokalizacjach na podstawie długoterminowych umów najmu.

Metro Properties oferuje usługi w zakresie profesjonalnego zarządzania nieruchomościami na wszystkich etapach cyklu życia obiektu. Wykorzystując szerokie kompetencje w zakresie obrotu i zarządzania nieruchomościami, Metro Properties aktywnie zwiększa wartość nieruchomości należących do grupy Metro. Działania te obejmują inwestycje w perspektywiczne lokalizacje, ich zrównoważony rozwój oraz transakcje sprzedaży i najmu zwrotnego w oparciu o długoterminowe umowy.

Portfel 11 nieruchomości o ugruntowanej pozycji obejmuje 5 sklepów Makro Cash & Carry w Polsce (Warszawa, Wrocław, Kraków i Lublin), 3 nieruchomości Metro Cash & Carry na Węgrzech (Budapeszt) i 3 markety Makro Cash & Carry w Czechach (Praga). Spółka Metro Properties zachowała prawa własności do kilku sąsiednich działek w Polsce i Czechach z zamiarem realizacji projektów zabudowy wielofunkcyjnej.

W Polsce za doradztwo spółce Metro Properties był odpowiedzialny Luke Dawson, dyrektor zarządzający oraz szef Działu Capital Markets na region CEE oraz Dariusz Forysiak, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Polsce.

Dariusz Forysiak, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Polsce, Colliers
Dariusz Forysiak, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Polsce, Colliers

— Ze względu na wyjątkowość i wielkość sprzedawanego portfela ważna była dla nas nie tylko dogłębna analiza nieruchomości, ale, co ważniejsze, działalności operacyjnej Metro. Ta transakcja wymagała przygotowania pola do długoterminowego partnerstwa, które wykracza poza tę początkową transakcję. Jesteśmy dumni, że mogliśmy przyczynić się do zacieśnienia relacji pomiędzy tymi dwoma partnerami — powiedział Dariusz Forysiak, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Polsce.

Toyota będzie miała własne zasoby litu. Ruszyła budowa nowej fabryki w Japonii

W czerwcu Toyota rozpoczęła budowę pierwszej w Japonii fabryki oczyszczania litu do produkcji baterii samochodowych. Wspólna inwestycja japońskiego koncernu i australijskiej firmy wydobywczej Orocobre to kolejny krok Toyoty do zyskania większej niezależności w produkcji samochodów elektrycznych i hybrydowych. W ostatnich dniach został wybrany dostawca technologii przetwarzania litu do fabryki Naraha – Veolia Water Technologies. Fabryka zostanie uruchomiona w 2021 roku i będzie przetwarzać surowiec z kopalni Toyoty i Orocobre w Argentynie.

Toyota Tsusho Corp. i Orocobre podjęły w kwietniu decyzję o budowie fabryki Naraha produkującej czysty wodorotlenek litu, potrzebny do produkcji baterii do samochodów elektrycznych i hybrydowych. Będzie to pierwszy tego rodzaju zakład w Japonii. Większość produkcji trafi do japońskich producentów baterii. Wodorotlenek litu będzie powstawał z surowca w postaci węglanu litu, wydobywanego w kopalni Olaroz w północnej Argentynie, rozbudowywanej obecnie przez Orocobre i Toyotę. W 2018 roku Toyota Tsusho kupiła 15% udziałów w australijskiej firmie wydobywczej, inwestując 282 miliony dolarów. Efektem współpracy jest zwiększenie wydobycia o 25 000 ton do łącznej ilości 42 500 ton litu rocznie.

Budowa fabryki Naraha ruszyła w czerwcu, a jej uruchomienie jest planowane na pierwszą połowę 2021 roku. Zakład będzie przerabiać 9 500 ton surowca rocznie, uzyskując 10 000 ton czystego wodorotlenku litu.

Toyota Tsusho i Orocobre wybrały firmę Veolia Water Technologies na dostawcę technologii przetwarzania związków litu do fabryki Naraha. Veolia otrzymała zlecenie na zaprojektowanie, dostarczenie i konstrukcję odpowiedniej instalacji. Jest to kolejny krok Toyoty na drodze do zapewnienia sobie kontroli nad łańcuchem dostaw baterii, który pozwoli jej dalej rozwijać gamę samochodów hybrydowych i elektrycznych.

Toyota jest największym producentem hybryd na świecie

– w 2018 roku sprzedała ponad 1,6 miliona tych samochodów. Firma systematycznie unowocześnia i rozbudowuje gamę hybryd, wprowadzając napęd hybrydowy czwartej generacji do kolejnych modeli, czego ostatnimi przykładami są nowa Corolla i RAV4. W 2020 roku marka wprowadzi na rynek także auta elektryczne na baterie (BEV) – w Europie będą to modele PROACE, zaś w Chinach bliźniacze crossovery Toyota C-HR i IZOA. Toyota potrzebuje baterii trakcyjnych także do samochodów elektrycznych na wodór (FCV), takich jak Toyota Mirai, które choć pobierają prąd głównie z wodorowych ogniw paliwowych, korzystają z baterii do magazynowania energii odzyskiwanej podczas hamowania. Japoński producent planuje w 2025 roku osiągnąć poziom sprzedaży 5,5 miliona zelektryfikowanych samochodów rocznie, czyli połowę wolumenu aut dostarczanych klientom w ciągu roku.

Funt zdaje się być bezpieczny, na razie

Brak wiadomości to dobra wiadomość i dzień bez przełomowych informacji zagwarantował stabilizację na rynkach finansowych. Na poboczu plotki o niemieckim budżecie i aktualizacja stanowisk stron wokół brexitu starają się wypełnić pustkę, ale ogólnie skutkuje to tylko mało konkretnym szumem.

Euro na moment dało się wyrwać z paraliżu związanego z wyczekiwania na czwartkową decyzję EBC, a katalizatorem stały się nieoficjalne doniesienia Reutersa, że Niemcy rozważają utworzenie „ukrytego budżetu”, by zwiększyć inwestycje publiczne bez naruszania restrykcyjnych zasad budżetowych. W planach miałoby być utworzenie niezależnych podmiotów publicznych, które przy zerowych stopach procentowych uzyskiwałyby finansowanie na inwestycje infrastrukturalne. W ten sposób nowy dług nie wliczałby się do budżetu federalnego i ominęły zasadę przyrostu deficytu z roku na rok o nie więcej niż 0,35 proc. PKB (ok. 12 mld EUR). Czy Niemcy znalazły złoty środek na zapaść gospodarczą? Radziłbym nie wyciągać daleko idących wniosków, stąd pozytywna reakcja wczoraj jest dla mnie bardziej przejawem przewrażliwienia inwestorów na informacje związane z finansami publicznymi Niemiec (więcej ekspansji fiskalnej oznacza mniejszą presję na ruch EBC) niż skrupulatną wyceną planów budżetowych. W końcu, jeśli Niemcy są tak dumne ze swojego wysokiego ratingu kredytowego (według źródła Reutersa „Niemcy mają rating kredytowy jako dobro narodowe”), nie będzie łatwą decyzją postawić na szali wiarygodność. Nie mówiąc już o dokładaniu do tego księgowych sztuczek obchodzących zasady budżetowe. Wydaje się bardziej prawdopodobne, że „ukryty budżet” jest planem B albo C, który rząd otrzymał do rozważenia. I to planem, który w związku z potencjalną krytyką będzie rozważany jako ostateczne rozwiązanie. W związku z tym szanse jego wprowadzenia nie powinny być teraz wyceniane wysoko.

Coraz mniej czasu zostało przed zawieszeniem obrad brytyjskiego parlamentu do 14 października, a zatem zawężą się okno, w którym może się zdarzyć coś szokującego w sprawie brexitu. Nie twierdzę, że przez kolejny miesiąc nie ma szans na żadne rewelacje; po prostu nie będą już one miały swojego harmonogramu (jakim w ostatnich dniach był plan obrad Izby Gmin). To daje funtowi pole do odbicia, głównie na fali zamykania krótkich pozycji liczących na bardziej szokujące doniesienia z polityki. Umowa blokująca bezumowny brexit 31 października została zatwierdzona, a Boris Johnson nie jest w stanie odwołać jej poprzez wciśnięcie nowych wyborów przed datą brexitu. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że liderzy opozycji uzgodnili prawdopodobną datę głosowania nad przedterminowymi wyborami na 21 października z planowanym terminem wyborów pod koniec listopada. Odsuwanie w czasie wyborów i odroczenie brexitu to większa frustracja pro-brexitowych wyborów, którzy mogą odejść z poparciem od Partii Konserwatywnej ku Partii Brexitu (z korzyścią dla Partii Pracy, która wówczas może zdobyć najwięcej głosów). To w żadnym razie nie jest idealny scenariusz, ale wciąż lepszy niż chaos bezumownego brexitu. Funt zdaje się być bezpieczny, na razie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska vs Europa – gdzie są nasze innowacje?

Niemal 10-krotnie niższe wydatki na badania i rozwój niż w Niemczech[1], 4. miejsce od końca w najnowszym Rankingu Innowacyjności[2] czy mnóstwo nowatorskich projektów oraz udział 5 polskich uniwersytetów w projekcie Uniwersytetów Europejskich[3]. Który z tych faktów najlepiej obrazuje kondycję polskich innowacji? Jak wypadają one na tle innych krajów UE? Jakie oceniają je ci, którzy na co dzień pracują na styku nauki i biznesu?

Na obecną sytuację innowacji w polskich przedsiębiorstwach czy na uczelniach wpłynęło i wpływa wiele czynników. Na co dzień nie brakuje jednak doniesień medialnych odnośnie innowacyjnych projektów.

Przełomowy projekt studentów

Jedną z innowacji, która wkrótce ma szansę podbić świat, jest poznański projekt „Water Filter”. We wrześniu 2019r. studenci z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu polecą do USA. Młodzi naukowcy powalczą o zwycięstwo w międzynarodowym konkursie. Ich misją jest stworzenie filtra zdolnego do oczyszczania wody pitnej z farmaceutyków i innych podobnych substancji. To odpowiedź na prognozy, że w ciągu 20 lat ilość tego typu „niebezpieczeństw” w wodzie wodociągowej może wzrosnąć nawet o 2/3![4]

Finał Enactus World Cup w Kalifornii będzie zwieńczeniem naszej tegorocznej pracy – mówi Magdalena Nowak, studentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu i Team Leaderka projektu „Water Filter:. – W początkowej fazie projektu nie potrzebowaliśmy dużej ilości pieniędzy, ponieważ nasze działania skupiały się na poszukiwaniu odpowiedzi na pytania związane z projektem. Jednakże z czasem koszty rosły, a sami nie byliśmy w stanie sami pokryć badań. Szukaliśmy źródeł finansowania zewnętrznego i jednym z nich ma szansę stać się Unia Europejska, która chętnie przyznaje granty na rozwój takich celów – przyznaje studentka.

W poszukiwania wsparcia

Poznańscy studenci zbierają również środki na rozwój projektu za pośrednictwem portalu Zrzutka.pl[5]. Jak podkreśla Adriana Łukowska, w Polsce nie brakuje innowacyjnych projektów: – Jesteśmy narodem, który ma ogromny potencjał. Jedyne, czego nam brakuje, to odpowiednie wsparcie. Wiele dobrych pomysłów nie zostało zrealizowanych bądź upadło w początkowych fazach realizacji, ze względu na niewystarczającą ilość środków czy też wsparcia ze strony prawnej – ocenia vice project leaderka projektu „Water Filter”.

Podobnego zdania jest Elżbieta Książek, ekspert ds. Rozwoju z Poznańskiego Parku Naukowo-Technologicznego (PPNT): – Gdy słyszymy w mediach, że polscy naukowcy wynaleźli np. niebieski laser czy technologię produkcji grafenu, nie powinniśmy niestety łudzić się, że zawojujemy międzynarodowy rynek. Dziesiątki zespołów naukowych na świecie pracują nad podobnym zagadnieniem, z tym, że albo już są w dużym koncernie, albo już z nim współpracują. I nawet jeśli ich wynalazek będzie gorszy i dojdą do niego później, w wyścigu do wprowadzenia go na rynek od dawna zajęli lepszą pozycję. Zakłada się u nas dużo firm, a te istniejące potrafią dostosowywać się do trudnych warunków. Mamy wykształcone zasoby ludzkie. To są optymistyczne elementy. Natomiast nie mamy dostępu do rynków innowacyjnych produktów, ani właściwego poziomu współpracy pomiędzy sektorem nauki i gospodarki – podkreśla Elżbieta Książek z PPNT.

Lata świetlne innowacji

Grzegorz Kaliński, prezes zarządu firmy Kalasoft
Grzegorz Kaliński, prezes zarządu firmy Kalasoft

– Ciężko porównać innowacje sprzed np. 30 lat z obecnymi, jednak wbrew pozorom wiele z nich napotykało i napotyka podobne problemy. Gdy tworzyłem jedno ze swoich pierwszych oprogramowań dla Wydziału Elektrycznego Politechniki Poznańskiej, największym ograniczeniem dla całego projektu wydawała się zmiana mentalności przyszłych użytkowników, że istnieje coś, co może zmienić ich codzienną pracę – mówi Grzegorz Kaliński, prezes zarządu firmy Kalasoft, tworzącej zintegrowane systemy klasy ERP wspomagające zarządzanie uczelniami wyższymi w Polsce. – Każdy dział polskich uczelni miał wtedy odrębny sposób zarządzania czy rodzaj „oprogramowania”, które były ze sobą niekompatybilne. Zdarzyło się, że np. naukowcy, zamiast prowadzić badania, poświęcali czas na wielokrotne wpisywanie tych samych danych do kilku tabelek czy programów. Z podobnymi a nawet większymi „zadaniami” mierzyli się pracownicy administracji. Opracowanie, integracja i przekonanie ich do danych rozwiązań wymagało czasu, jednak stopniowo zaczęło przynosić efekty –  wspomina Grzegorz Kaliński.

Kondycję polskich innowacji na przestrzeni ostatnich lat ocenia także Elżbieta Książek z Poznańskiego Park Naukowo-Technologicznego: – Polska jest krajem bardziej innowacyjnym niż jeszcze 10 czy 30 lat temu. Mimo, że obiektywnie poprawiliśmy wiele wskaźników, to w porównaniu do innych krajów UE w Europejskim Rankingu Innowacyjności od lat walczymy o 3. lub 4. miejsce – licząc od końca tabeli. Nie mamy przesłanek, aby marzyć o „wielkim skoku”, jaki np. dokonał się w Korei Południowej – ocenia ekspert ds. Rozwoju z PPNT.

Wskazówki i prognozy

Co zalecają więc młodzi praktycy oraz doświadczeni eksperci? Które ze wskazówek mogą przydać się polskim innowatorom?

Elżbieta Książek ekspert ds. Rozwoju z PPNT
Elżbieta Książek ekspert ds. Rozwoju z PPNT

– Nie ma prostych recept na sukces. Funkcjonujemy w skomplikowanym systemie czynników, które kształtowały się w Polsce przez lata. Możemy i powinniśmy stawiać jednak na innowacyjność. Spodziewajmy się pozytywistycznej pracy u podstaw, znajdowania i zajmowania małych nisz, a nie rewolucji – ocenia Elżbieta Książek ekspert ds. Rozwoju z PPNT. Zwraca ona uwagę na to, aby dobrze zarządzać środkami przeznaczonymi na innowacje, należy w pierwszej kolejności zrozumieć, jak funkcjonuje grupa adresatów funduszy, przyjąć odpowiednie podejście i być konsekwentnym. – Należy nastawić się przede wszystkim na mierzalne cele, a nie sprawne i poprawne wydawanie pieniędzy – podkreśla specjalistka.

Z kolei Tomasz Bałdyga, członek projektu „Water Filter” dodaje: – Mając pomysł, należy określić przede wszystkim zakres tematyczny i finansowy projektu. Dobrze zachować też elastyczność w tym obszarze w przypadku nagłych potrzeb finansowych. Niezwykle istotne jest również zdobycie wiedzy na temat konkurencyjnych innowacji, by porównać z nim swoje szanse – podkreśla student Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

 – Nic tak nie napędza innowacji, jak konkurencja. Głównym obszarem konkurencji w naszym sektorze jest elastyczność wobec zmieniających wymagań prawnych i rosnących oczekiwań użytkowników. By osiągnąć pewien poziom innowacji, należy mieć świadomość tego, gdzie istnieje nisza, w której można zaistnieć. Wierzę, że takimi śladami podążają np. twórcy nowoczesnych aplikacji pomagających zarządzać funduszami, sterować ogrzewaniem w domu, zmniejszać marnowanie żywności czy projektów takich jak „Water Filter” – podsumowuje Grzegorz Kaliński z Kalasoft.

By innowacyjne projekty miały szansę się rozwijać, należy stwarzać im do tego odpowiednie warunki. Warto nie tylko trzymać więc kciuki za młodych polskich naukowców, lecz podejmować jak najwięcej działań wspierających rozwój innowacyjnych projektów.

[1] Wnioski z zestawienia World Economic Forum z grudnia 2018r., https://www.weforum.org/agenda/2018/12/how-much-countries-spend-on-r-d, data dostępu 29.08.2019r.

[2] Europejski Ranking Innowacyjności https://ec.europa.eu/poland/news/190617_innovations_pl data dostępu 29.08.2019r.

[3] http://www.kpk.gov.pl/?p=48759, data dostępu 29.08.2019r.

[4] http://enactusuep.pl/water-filter, data dostępu 29.08.2019r.

[5] „Wesprzyj studentów i przyłącz się do sukcesu Polaków podczas konkursu w Dolinie Krzemowej” https://zrzutka.pl/4xszgb, data dostępu 29.08.2019r.

PKN ORLEN analizuje wdrożenie innowacyjnej technologii od firmy Honeywell UOP

PKN ORLEN w ramach prowadzonych procesów produkcyjnych dąży do coraz efektywniejszego wykorzystania surowców na poszczególnych instalacjach, tak aby uzyskiwać jak najwięcej produktów wysokomarżowych. Spółka analizuje różne możliwości w tym zakresie. Jedną z nich jest wykorzystanie innowacyjnej technologii od firmy Honeywell UOP o nazwie MaxEne, która może przyczynić się do generowania wyższej marży na paliwach i petrochemikaliach. Na obecnym, analitycznym etapie projektu, PKN ORLEN zakupił licencję na wdrożenie tego nowoczesnego i ekologicznego rozwiązania w zakładzie w Płocku.

W przypadku podjęcia decyzji realizacyjnej, PKN ORLEN będzie pierwszą w Europie i drugą na świecie firmą, która wdroży technologię MaxEne. Umożliwi to wzrost produkcji wyrobów wysokomarżowych, czyli benzyny, etylenu i paraksylenu. W ten sposób PKN ORLEN umocni pozycję konkurencyjną na europejskim rynku paliwowym i petrochemicznym. Rozwiązanie firmy Honeywell UOP, przy niskim zużyciu energii, pozwoli na bardziej efektywne wykorzystanie frakcji benzynowych, kierując je na odpowiednie instalacje.

Zgodnie z zapowiedziami, chcemy wydłużać łańcuch wartości w kierunku produktów wysokomarżowych, na które rośnie zapotrzebowanie na świecie. Technologia MaxEne, w przypadku wdrożenia, pozwoli na efektywniejsze wykorzystanie potencjału płockiej rafinerii – mówi Józef Węgrecki, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Operacyjnych.

Obecnie opracowywany jest projekt bazowy instalacji pod tą samą nazwą oraz projekty modernizacyjne powiązanych jednostek produkcyjnych. Po podjęciu decyzji realizacyjnej, projekt będzie wdrażany w kilku etapach w kolejnych latach. W najbliższych miesiącach planowane jest rozpoczęcie procesu wyboru wykonawcy dla analizowanych inwestycji.

Stygnie zapał rekrutacyjny polskich firm

Choć nadal sporo, bo 13% polskich przedsiębiorstw chce powiększać swoje zespoły, to optymizm pracodawców jest słabszy niż przed rokiem – potwierdza opublikowany dziś raport Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, przedstawiający plany rekrutacyjne firm na ostatni kwartał 2019 roku. Osoby poszukujące nowej pracy mogą spodziewać się mniejszej liczby ofert zatrudnienia, szczególnie w rolnictwie, finansach i usługach dla biznesu oraz w restauracjach i hotelach. Sektorami, które nadal wykazują duże chęci do rekrutacji nowych kadr, są produkcja przemysłowa, budownictwo oraz przemysł wydobywczy.

W czwartym kwartale 2019 roku 13% polskich firm będzie poszukiwać nowych pracowników, 5% planuje redukować zespoły, 81% nie przewiduje zmian, a 1% nie zna planów rekrutacyjnych w swoich firmach. Prognoza netto zatrudnienia, czyli różnica pomiędzy odsetkiem przedsiębiorstw planujących wzrost a spadek zatrudnienia, poddana korekcie sezonowej wynosi +9%. Wynik utrzymuje się na takim samym poziomie trzeci kwartał z rzędu, ale jest o 4 punkty procentowe niższy niż przed rokiem.

Iwona Janas ManpowerGroup
Iwona Janas – ManpowerGroup

– Choć osoby poszukujące nowego zatrudnienia nadal mogą liczyć na dobre perspektywy, a firmy szukające rąk do pracy w dalszym ciągu borykają się z niedoborem talentów, to już od trzech kwartałów obserwujemy stabilizację na rynku. Nastroje rekrutacyjne firm, podobnie jak nasza gospodarka, weszły w fazę delikatnego spowolnienia, a tempo wzrostu zatrudnienia jest wolniejsze niż przed rokiem – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup. – Na obecny wynik miały również wpływ organizacje, które w ostatnim czasie osiągnęły już taki poziom zatrudnienia, który pozwoli im na realizację celów biznesowych w czwartym kwartale. Z kolei niewielki odsetek pracodawców planujących redukcję, to efekt naturalnego ruchu w biznesie, pomniejszania zespołów o zastępstwa w trakcie sezonu urlopowego oraz zakończenia prac nad projektami czasowymi – dodaje Iwona Janas.

Spośród 10 przeanalizowanych przez ManpowerGroup sektorów najwięcej nowych pracowników będą poszukiwać firmy zajmujące się produkcją przemysłową, gdzie prognoza netto zatrudnienia wynosi +15%. Na dobre perspektywy znalezienie nowej pracy mogą liczyć osoby zainteresowane branżą budowlaną (+13%) oraz związaną z przemysłem wydobywczym (+12%). W końcówce roku najmniej ofert pracy będzie w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie (+2%), w finansach i usługach dla biznesu (+3%) oraz w restauracjach i hotelach (+3%).

– Obniżenie prognozy w końcówce roku w takich sektorach jak restauracje i hotele, rolnictwo, leśnictwo i rybołówstwo jest efektem sezonowości w tych branżach i nie jest zjawiskiem, które może niepokoić. Natomiast duże spadki w takich obszarach jak produkcja przemysłowa oraz finanse i usługi dla biznesu mogą być skutkiem pogarszającej się koniunktury na rynkach zachodnich. Firmy z tych branż nadal chcą powiększać swoje zespoły, ale nie będą to tak duże wzrosty zatrudnienia jak w ubiegłym roku. Jednocześnie patrząc na prognozy zatrudnienia płynące z krajów Europy Zachodniej i kluczowych dla nas rynków eksportowych, to tak silne gospodarki jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania notują znacznie niższe prognozy zatrudnienia niż te wskazywane przez polskie firmy – wyjaśnia Iwona Janas.

Optymizm rekrutacyjny polskich firm jest jednak wyraźnie słabszy niż przed rokiem. W 8 na 10 branżach firmy będą poszukiwać mniejszej liczby pracowników, dlatego osoby poszukujące nowej pracy lub rozważające zmianę pracodawcy mogą spodziewać się zdecydowanie mniejszej liczby ofert zatrudnienia w najbliższym kwartale. Największą różnicę zauważą kandydaci zainteresowani rozwojem w finansach i usługach dla biznesu, handlu detalicznym i hurtowym oraz w budownictwie, gdzie plany zatrudnienia najbardziej się pogorszyły. Odczują ją również osoby aplikujące do pracy w produkcji przemysłowej i choć jest to sektor, który nadal zgłasza znaczne zapotrzebowanie na ręce do pracy, to ofert będzie zdecydowanie mniej niż rok temu. Jedynie przedsiębiorstwa z branży energetyki, gazownictwa i wodociągów oraz przemysłu wydobywczego zgłaszają lepsze prognozy niż w ostatnim kwartale 2018 roku.

W stosunku do ubiegłego kwartału plany rekrutacyjne firm pozostają na zbliżonym poziomie. Największa zmiana na plus widoczna jest w energetyce, gazownictwie i wodociągach, gdzie firmy wskazały prognozę wyższą o 12 punktów procentowych. Z kolei dużo mniej optymistyczne niż przed kwartałem w swoich planach są przedsiębiorstwa zajmujące się rolnictwem, leśnictwem i rybołówstwem, gdzie prognoza jest niższa o 7 punktów procentowych.

W raporcie ManpowerGroup zostały również zaprezentowane plany zatrudnienia dla 26 rynków regionu EMEA (Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki). W czołówce krajów, gdzie w końcówce roku będzie najłatwiej o pracę jest Grecja (+18%), Słowenia (+17%), Norwegia (+10%) i Szwecja (+10%), a Polska z wynikiem +9% znajduje się zaraz za nimi. Za naszą zachodnią granicą niemieccy i francuscy pracodawcy zadeklarowali plany zatrudnienia na poziomie +6%, z kolei na południu w Czechach firmy wskazały prognozę +2%, a w Słowacji +6%. Najgorsze perspektywy znalezienia nowej pracy czekają na kandydatów z Hiszpani (0%).

Stygnie zapał rekrutacyjny polskich firmRaport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: www.manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 60 000 pracodawców w 44 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla IV kwartału 2019 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 18 do 30 lipca 2019 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. Badanie jest przeprowadzane na reprezentatywnej grupie co najmniej 750 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

Patrycja Miązek

Polacy zdecydowanie wolą zagraniczne wycieczki niż te po naszym kraju

Niemal dziewięciu na dziesięciu ankietowanych wskazało zagraniczny kierunek jako wymarzone miejsce na wakacje. Największe zainteresowanie wzbudza Australia i Oceania (32%). Na drugim miejscu tego zestawienia znajduje się Europa (27%). W niej królują takie kraje, jak Hiszpania (19%), Włochy (15%) oraz Grecja (12%). Z kolei marzenia o urlopie w Polsce są utożsamiane z Pomorzem (27%), Warmią i Mazurami (19%) oraz Bieszczadami (18%). Tak wynika z badania przeprowadzonego przez Instytut Badawczy ABR SESTA we współpracy z firmą Syno Poland.

Obcy kraj jest wymarzonym miejscem na wakacje dla 86% uczestników badania, a Polska – zaledwie dla 14% ankietowanych. W obrębie naszego kraju najwięcej wskazań otrzymało Pomorze (27%). Za nim w rankingu plasują się Warmia i Mazury (19%) oraz Bieszczady (18%).

– Polska jako miejsce wymarzonych wakacji istotnie częściej była wymieniana przez osoby zarabiające poniżej średniej krajowej. One najrzadziej wskazywały najbardziej odległą nam Australię i Oceanię, która z kolei cieszyła się największą popularnością wśród zamożnych respondentów. Z naszej analizy wynika, że miesięczny dochód nie miał istotnego wpływu na wybór pozostałych kierunków – komentuje Adrian Madziar z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Biorąc pod uwagę zagraniczne wyjazdy, mieszkańcy Polski najczęściej marzą o wspomnianej już Australii i Oceanii (32%). Z kolei z tego obszaru najwięcej głosów uzyskała Australia (37%), która nieznacznie wyprzedza Nową Zelandię (36%). Trzecie miejsce w tej części świata należy do Bora-Bora (26%).

– Fenomen kierunków australijskich związany jest z ich odległością, a co za tym idzie – niedostępnością. Dla części osób może być atrakcyjna podróż na przysłowiowy koniec świata. Oczywiście, zrealizowanie tego marzenia wiąże się ze znacznymi wydatkami. W ofercie rodzimych biur podróży rzadko pojawia się Australia, a ceny wakacji zaczynają się od kilkunastu tysięcy złotych. Taniej wychodzi zorganizowanie wyjazdu na własną rękę – mówi ekspert z ABR SESTA.

Drugim wynikiem wśród zagranicznych kierunków może pochwalić się Europa (27%). Ze Starego Kontynentu najczęściej wskazano Hiszpanię (19%). Kolejne miejsca w zestawieniu zajmują Włochy (15%) oraz Grecja (12%).

– To 3 kraje cieszące się niezmienną popularnością z wielu powodów. Wśród nich jest m.in. położenie, gwarantowana pogoda, łatwość dojazdu, a także brak konieczności posiadania paszportu. Do tego dochodzi gastronomia, bogactwo historyczne i bliskość kulturowa. Ze względu na niedużą odległość, spory wybór połączeń lotniczych, a także autokarowych czy samochodowych dojazd do tych krajów jest relatywnie niedrogi – wyjaśnia Edyta Romanowska z biura podróży Rainbow.

Trzecie miejsce w tym rankingu zajmuje Ameryka Północna i Południowa (18%). Ankietowani marzą przede wszystkim o podróży do Stanów Zjednoczonych (41%). Kolejne pozycje w zestawieniu zajmują Hawaje (16%) i Karaiby (9%).

– Zainteresowanie wyjazdami do USA rośnie z roku na rok. Widzimy to na podstawie liczby sprzedanych biletów lotniczych. Magia tego miejsca to w znacznej mierze kwestia kultury masowej, która stworzyła wręcz ikony z takich miast, jak Nowy Jork czy Los Angeles. Być może z tego wynika tak wysoka pozycja w badaniu. Z pewnością są to miejsca coraz bardziej dostępne cenowo. Spodziewane zniesienie wiz pewnie jeszcze bardziej przybliży nas do podróżowania w tamtym kierunku – stwierdza Aleksandra Olechnowicz z biura podróży Ecco Holiday.

Tuż za podium rankingu wymarzonych zagranicznych kierunków wakacyjnych plasuje się Azja (14%). Numerem jeden dla ankietowanych jest Japonia (28%). Polacy marzą również o wyprawie do Tajlandii (21%) i Chin (14%).

– Z naszych danych wynika, że najwięcej osób, korzystających z zorganizowanych wyjazdów do Azji, wybiera Tajlandię, a za nią plasują się Chiny. Japonia jest dopiero na trzecim czy czwartym miejscu, to jedna z droższych destynacji. Ceny wyjazdu zorganizowanego, obejmującego przelot, zakwaterowanie w hotelu, wyżywienie, opiekę rezydenta i ubezpieczenie podstawowe. I oscylują w granicach 12-13 tys. złotych za osobę za okres 12 dni. Dla porównania, w przypadku ofert dotyczących Chin mówimy o kwotach od 5 tys. złotych za osobę za 9-dniowy pobyt – informuje Edyta Romanowska.

Piąte miejsce w zestawieniu przypada Afryce (8%). Natomiast spośród miejsc na Czarnym Lądzie najwięcej wskazań ma Egipt (28%). Za nim znajdują się Kenia (15%) oraz Madagaskar (12%). Ranking wymarzonych wakacyjnych miejsc zamyka Bliski Wschód (1%). Na tym obszarze przewodzą Zjednoczone Emiraty Arabskie (45%). Następne w kolejności są Izrael (18%) i Jordania (18%).

– Izrael i Jordania w wynikach sprzedaży plasują się bardzo wysoko. Oferty zaczynają się już od 2099 złotych, a w promocji można taki wyjazd kupić nawet poniżej 2000. Cena obejmuje tygodniowe zwiedzanie z polskim pilotem, przelot, transfery, ubezpieczenie, zakwaterowanie w hotelach i niepełne wyżywienie. Być może te kraje są na tyle dostępne, że nie pozostają jedynie w sferze marzeń – dodaje ekspert z Ecco Holiday.

Jak podkreśla Adrian Madziar, choć marzenia nic nie kosztują, to znaczna część Polaków o mniej zasobnych portfelach nawet sobie nie pozwala na nie. Natomiast Aleksandra Olechnowicz zaznacza, że istotna jest też kwestia podejścia do pragnień i chęci ich zrealizowania. Z obserwacji zachowań klientów wynika, że wyjeżdżają częściej i coraz dalej. Bliższe kierunki, jak Grecja, Hiszpania czy Bułgaria wybierane są typowo na rodzinny wypoczynek. Natomiast wzrasta liczba osób po pięćdziesiątym roku życia, które decydują się na egzotyczny wyjazd tylko we dwoje. I prawdopodobnie jest to realizacja wyżej wspomnianych marzeń.

Ekspert: Frankowicze powinni walczyć o swoje

W przypadku unieważnienia umowy kredytowej ewentualny obowiązek zwrotu otrzymanego kapitału zależy od treści orzeczenia sądowego. Bank musi zgłosić takie żądanie w procesie dot. samego kredytu lub w odrębnym postępowaniu. Zdarza się, że sądy z urzędu, bez mocnej podstawy prawnej, dokonują rozliczenia pomiędzy stronami. Nie jest to jednak regułą. Trzeba też pamiętać o tym, że po trzech latach od wypłacenia pieniędzy roszczenie się przedawnia. Bankom grożą przez to miliardowe straty. Zależy im na tym, żeby jak najmniej klientów dochodziło swoich praw. Trzeba też dodać, że frankowiczów mogą zniechęcać mylne doniesienia medialne, z których wynika, że kredytodawcy mają sposoby na omijanie niekorzystnych dla nich wyroków.

Adwokat Jakub Bartosiak, Kancelaria Michrowski Bartosiak Family Office
Adwokat Jakub Bartosiak, Kancelaria Michrowski Bartosiak Family Office

Bankowe konsekwencje

Unieważnienie umowy kredytowej oznacza, że ona nie obowiązuje i należy ją traktować jako niezawartą. Bank przelał zatem konsumentowi środki bez żadnej podstawy prawnej. Jeżeli kredytodawca postąpił nieuczciwe, stosując niedozwolone postanowienia umowne, to teraz ponosi konsekwencje podjętego ryzyka. Można go porównać do przedsiębiorcy, który świadomie wyprodukował wadliwy towar i mierzy się z roszczeniami klientów.

Oczywiście niektórzy są gotowi zwrócić w całości otrzymaną od banku kwotę, o ile na przestrzeni lat regularnie spłacanego kredytu już tego nie zrobili z nadwyżką. I takich osób nie brakuje w całej Polsce. Jednak w sytuacji, gdy sąd nie orzeka, że należy oddać konkretną sumę, nie trzeba tego robić. Można ewentualnie to uczynić z własnej woli, bo przepisy nie zabraniają takiego działania. Jest to tzw. zobowiązanie naturalne, które istnieje, ale jest pozbawione możliwości przymusowego dochodzenia.

Jeżeli natomiast umowa jest unieważniona, to bank musi zwrócić się do sądu i wyjaśnić, na jakiej podstawie żąda od danej osoby konkretnej kwoty. Powinien też pamiętać o tym, że po trzech latach od wypłacenia pieniędzy żądanie się przedawnia. Jeśli chodzi o tzw. sprawy frankowe, to z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że większość roszczeń jest już dawno nieaktualna.

Niektóre sądy orzekają z urzędu, że należy oddać otrzymane od banku pieniądze. Podsumowują saldo i wyliczają kwotę do zwrotu. Orzecznictwo w tym zakresie dopiero się kształtuje i powinno ujednolicić się do końca przyszłego roku. Teraz mamy do czynienia z rozstrzygnięciami w sprawach, które trafiały do sądów w latach 2017-2018.

Warto podkreślić, że nawet w przypadku dokładnie tak samo skonstruowanych umów, zapadają różne wyroki. To znaczy, że jedna może być uznana za nieważną, a inna – nie. W takim przypadku sądy orzekają o istnieniu po stronie kredytobiorcy nadpłaty, którą kredytodawca musi uregulować. Można zauważyć, że banki coraz częściej przegrywają. Grożą im w związku z tym miliardowe straty. Bronią się przed tym na różne sposoby. Każdy zniechęcony klient, który nie pójdzie do sądu, to dla nich czysty zysk.

Błędne informacje

Gdy frankowicze nie muszą nic oddawać bankom, te czasem przedstawiają siebie jako ofiary. Może mieć to na celu np. zniechęcanie klientów do spraw sądowych. Trzeba jednak pamiętać o tym, że konsumenci nie postępowali nieuczciwie. To instytucje finansowe przygotowywały umowy zawierające klauzule abuzywne, czyli niedozwolone, umożliwiające im osiąganie dużych zysków. Często w pierwszej kolejności proponowały kredyty frankowe oraz przedstawiały je jako dużo tańsze niż inne.

Z niektórych doniesień medialnych wynika, że banki zapowiadają walkę o wynagrodzenie za korzystanie z kapitału przez okres trwania unieważnionej umowy. Pomysł ten może być oparty na art. 359 kodeksu cywilnego, jednak zgodnie z tym przepisem odsetki od sumy pieniężnej należą się tylko wtedy, gdy to wynika z czynności prawnej, ustawy, orzeczenia sądu lub z decyzji innego właściwego organu. W ww. przypadku żadna z tych okoliczności nie zachodzi.

Co więcej, art. 359 § 2 przewiduje, że jeżeli wysokość odszkodowania za zwłokę nie jest w inny sposób określona, należą się odsetki ustawowe w wysokości równej sumie stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego i 3,5 punktów procentowych. Należy także pamiętać, że ewentualne roszczenie tego typu, nawet jeśli byłoby zasadne, ulega przedawnieniu po trzech latach od wypłacenia konkretnej sumy.

W przypadku nieważności umowy wystarczy pamiętać o tym, że tzw. wynagrodzenie za korzystanie z kapitału nie ma podstaw prawnych. Istnieją przepisy, które regulują kwestie odsetek od kapitału lub bezumownego korzystania z rzeczy, lecz nie mają zastosowania w sytuacji kredytobiorców.

Ponadto w mediach krąży nieprawdziwa informacja o tym, że banki mogą być właścicielami mieszkań. Warto wyjaśnić, że osoba, do której należy lokal, jest wskazana w księdze wieczystej. Hipoteka oznacza, że kredytodawca może zaspokoić swoje żądanie ze środków uzyskanych ze sprzedaży mieszkania oraz ma pierwszeństwo przed innymi wierzycielami. Natomiast przy nieważności umowy nie ma w ogóle roszczenia banku, które by z niej wynikało. W żadnym momencie nie jest on właścicielem mieszkania, zatem nie może domagać się wynagrodzenia za korzystanie z niego.

Realne zagrożenia

Niedawno w przestrzeni publicznej pojawiły się także informacje, z których wynikało, że banki mogą omijać niekorzystne dla nich wyroki. Przede wszystkim należy podkreślić, że żaden podmiot nie ma prawa tego robić. Decyzje sądów należy respektować, a nie unikać odpowiedzialności. Jednak zakładając złą wolę strony przegrywającej, można oczywiście wyobrazić sobie działania, które utrudnią wykonanie wyroku.

Jednym z takich nieczystych zagrań może być brak dobrowolnej wypłaty przez bank zasądzonej kwoty. Wydłuża to czas odzyskania środków i zmusza kredytobiorcę do poniesienia dodatkowych kosztów – wystąpienia do sądu o opatrzenie wyroku klauzulą wykonalności, skierowania sprawy do komornika i poniesienia związanych z tym wydatków. Mogą one wynieść od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych.

Nie warto jednak mnożyć przykładów nieuczciwych działań, jakie może podjąć strona przegrana. To mogłoby zniechęcać frankowiczów do dochodzenia swoich praw przed sądem, co jest ewidentnie w interesie banków. Natomiast trzeba być przygotowanym na to, że z czasem przegrane instytucje finansowe obciążą swoimi stratami pozostałych klientów i podniosą koszty obsługi.

Trzeba również pamiętać o tym, że niektórzy frankowicze zwrócili kredytodawcom więcej, niż nominalnie dostali. I takie osoby mogą niepokoić się o to, czy odzyskają swoje pieniądze. Przy dużej liczbie przegrywanych spraw i kumulacji obowiązku wypłat, część banków może mieć problem z bieżącą płynnością. Jednak zawsze warto walczyć o swoje prawa.

Autorem publikacji jest adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii Michrowski Bartosiak

Premier musi podjąć decyzję, czy Polski Program Energetyki Jądrowej będzie się dalej rozwijać

Przyjęty w styczniu 2014 roku Polski Program Energetyki Jądrowej zakłada, że do końca bieżącego roku dojdzie do aktualizacji strategii atomowej. To oznacza, że podejmiemy ostateczną decyzję o budowie i wyznaczymy lokalizację pierwszej elektrowni jądrowej. Jednak żeby do tego doszło, potrzebna jest kluczowa decyzja Prezesa Rady Ministrów dotycząca budowy elektrowni. Dopiero, gdy premier powie „tak, budujmy”, w życie będzie mogła wejść aktualizacja strategii. Już wiemy, że w jej projekcie znajduje się budowa elektrowni i rozpoczęcie jej działania przed 2033 rokiem.  Harmonogram PPEJ jest jednak wymagający. Na decyzję premiera pozostało bardzo mało czasu, by zdążyć wykonać kolejne kroki, niezbędne do budowy elektrowni.

– Nie mamy jeszcze tej przełomowej decyzji, na którą wszyscy czekają – czyli decyzji Premiera o tym, że faktycznie budujemy elektrownię jądrową. Po tej decyzji będzie mogło dojść do aktualizacji strategii energetycznej Polski – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu Biznes Alert. – Na aktualizację strategii i programu jądrowego mamy czas do końca roku. Inaczej nie zdążymy przygotować przetargu, który za dwa lata pozwoliłby wyłonić wytwórcę elektrowni jądrowej w Polsce. Firma ta przez następne dziesięć lat będzie budować i współfinansować pierwszy reaktor jądrowy, który – zgodnie z planem z polskiej strategii energetycznej – zacznie działać od 2033 roku. By jednak to się stało, Premier musi podjąć decyzję jeszcze w te wakacje. Inaczej możemy nie zdążyć z polskim atomem – ostrzega Jakóbik.

Zatrudnienie w USA systematycznie spowalnia

W piątek (6 września 2019) poznaliśmy dane o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych w USA. Wzrost liczby etatów w sierpniu 2019 roku obniżył się do 130 tysięcy wobec wzrostu o 159 tysięcy przed miesiącem. Dane te okazały się negatywną niespodzianką, gdyż konsensus rynkowy zakładał zwiększenie liczby etatów o około 160 tysięcy. Słabnący wzrost zatrudnienia można częściowo tłumaczyć ograniczoną podażą pracowników. Struktura branżowa wskazuje jednak, że spowolnienie w handlu na świecie, a szczególnie wojna handlowa USA-Chiny wpływa na osłabienie popytu na pracę w transporcie oraz w przemyśle przetwórczym. Porównanie danych o zatrudnieniu z lat 2018-2019 wskazuje, że zatrudnienie w USA systematycznie spowalnia i jest to spójne zarówno ze stanem koniunktury, jak i z przebiegiem cyklu koniunkturalnego. Warto zaznaczyć, że pogorszenie sytuacji nie ma charakteru skokowego i stanowi wsparcie dla łagodnego, stopniowego dostosowania po stronie stóp procentowych. Tym samym rośnie prawdopodobieństwo, że na najbliższym posiedzeniu Fed obetnie stopy procentowe o 25 punktów bazowych.

Po dwutygodniowym okresie wzrostów, w ubiegłym tygodniu GPW w Warszawie odnotowała lekkie osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił 0,26%. Notowania największych spółek tworzących indeks WIG20 zaliczyły nieco mocniejsze spadki – o 0,59%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z następującymi wynikami: sWIG80 stracił na wartości 0,07%, z kolei mWIG40 wzmocnił się o 0,96%.

W drugim tygodniu września inwestorzy będą oczekiwali przede wszystkim na posiedzenie EBC, na którym spodziewane jest dalsze łagodzenie polityki pieniężnej – wśród rozważanych opcji znajduje się między innymi obniżka stopy depozytowej (obecnie -0,40%) oraz wznowienie tzw. luzowania ilościowego (QE). Warto również zwrócić uwagę na dane napływające z USA: w środę (11.09.2019) poznamy dane o inflacji PPI, w czwartek (12.09.2019) dane o inflacji CPI oraz liczbę nowych wniosków o zasiłki dla bezrobotnych, z kolei w piątek (13.09.2019) będą ujawnione dane dotyczące sprzedaży detalicznej. Publikacje ważnych danych makroekonomicznych będą mieli miejsce również w Polsce. W środę (11.09.2019) poznamy decyzję RPP – powszechnie zakłada się utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie (1,5%). W piątek (13.09.2019) opublikowane zostaną dane o saldzie obrotów towarowych oraz rachunku bieżącego.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Włoski koncern Leonardo liczy na pogłębienie współpracy z polską armią. Chce w to zaangażować krajowy przemysł zbrojeniowy

Włoski koncern Leonardo liczy na pogłębienie współpracy z polską armią. Chce w to zaangażować krajowy przemysł zbrojeniowy 8

Zakłady lotnicze PZL-Świdnik, skąd pochodzi 80 proc. śmigłowców dostarczonych polskim siłom zbrojnym w ostatnich latach, są filarem obecności zbrojeniowego koncernu Leonardo na krajowym rynku – mówi Marco Lupo, prezes Leonardo Poland. Spółka chce ściślej współpracować z polskim przemysłem obronnym, m.in. nad rozwojem nowoczesnego śmigłowca bojowego AW249 i modernizacją Sokołów, które są podstawą floty wiropłatowej polskiego wojska. W imieniu konsorcjum Eurofighter, firma składa też Polsce ofertę przystąpienia do największego europejskiego programu lotniczego umożliwiającego udział w rozwoju myśliwca szóstej generacji w przyszłości. 

Wśród programów realizowanych przez nas w Polsce jest m.in. modernizacja śmigłowca Sokół do standardu nowej generacji śmigłowca W-3, spełniającego najwyższe standardy NATO. Pracujemy także, razem z Polską Grupą Zbrojeniową, nad ofertą śmigłowca AW249 w ramach programu „Kruk”​ – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marco Lupo, prezes Leonardo Poland.

Jak podkreśla, filarem obecności grupy zbrojeniowej Leonardo w Polsce są przejęte dekadę temu zakłady PZL-Świdnik. Od tego momentu koncern zainwestował w ich rozwój ok. 1 mld zł, tworząc w Świdniku centrum doskonałości w dziedzinie produkcji struktur lotniczych. W efekcie, od momentu przejęcia, zakład zwiększył swoje przychody ponad trzykrotnie. Obecnie PZL-Świdnik zatrudnia ok. 3000 pracowników, w tym 650 inżynierów i współpracuje z prawie 1 tys. przedsiębiorstw, z których około 800 to firmy polskie. Koncern Leonardo inwestuje 10 proc. swoich przychodów w działalność badawczo-rozwojową.

Wartość sprzedaży zagranicznej, która przekracza 700 mln zł rocznie, stawia PZL-Świdnik w gronie największych eksporterów w branży obronno-lotniczej w Polsce. Na Lubelszczyźnie powstają m.in. śmigłowce z rodziny W-3 Sokół i SW-4. W służbie polskich sił zbrojnych jest prawie 160 śmigłowców wyprodukowanych w Świdniku.

W kwietniu tego roku świdnickie zakłady podpisały z MON, wart 1,65 mld zł, kontrakt na dostawę czterech śmigłowców AW101 dla polskiej Marynarki Wojennej w wersji przeznaczonej do zwalczania okrętów podwodnych i jednoczesnej zdolności wykonywania zadań poszukiwawczo–ratowniczych. Maszyny mają do niej trafić do 2022 roku. Śmigłowiec AW101 jest wykorzystywany przez największe państwa NATO, w tym m.in. przez brytyjską marynarkę wojenną, Portugalię, Włochy i Norwegię. Trzysilnikowa maszyna jest w tej chwili jedną z największych produkowanych na świecie i jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie dostępnych na rynku.

Prezes Leonardo Poland podkreśla, że świdnickie zakłady mogą znacząco zwiększyć swój udział w globalnym łańcuchu dostaw Leonardo dzięki współpracy w rozwijaniu śmigłowca bojowego AW249.

– Obecnie Świdnik już jest zaangażowany w realizację naszych najważniejszych programów w sektorze produkcji wiropłatów – w szczególności, w produkcję całego kadłuba do najlepiej sprzedających się śmigłowców z rodziny 139, 169 i 189. Ponadto oferujemy Polsce udział w programie śmigłowca bojowego AW249, co oznacza ofertę pełnego partnerstwa z polskim przemysłem lotniczym, uruchomienie linii montażowej w PZL-Świdnik i duży udział w rynku eksportowym, który szacujemy w ramach tego programu – mówi Marco Lupo.

Włoski koncern zaoferował MON udział w rozwoju i przyszłej produkcji AW249 w ramach programu „Kruk”. Program zakłada pozyskanie 32 nowoczesnych śmigłowców bojowych dla polskich sił zbrojnych, które mają zastąpić stare poradzieckie Mi-24. W produkcji oraz serwisowaniu tych maszyn mogłyby uczestniczyć spółki Polskiej Grupy Zbrojeniowej. W ubiegłym roku koncern Leonardo i Polska Grupa Zbrojeniowa podpisały list intencyjny, który określa zasady współpracy w ramach programu AW249, ale kontrakt na realizację programu „Kruk” wymaga decyzji rządu.

AW249 to śmigłowiec bojowy tworzony wspólnie z armią Włoch. W styczniu 2017 roku koncern Leonardo podpisał z włoskim ministerstwem obrony długoletni kontrakt na budowę tych maszyn, które mają zastąpić wychodzące z eksploatacji maszyny A129 Mangusta.

Prezes Leonardo Poland podkreśla, że dla Leonardo istotny jest także potencjalny kontrakt z MON na modernizację floty śmigłowców Sokół, nad którą firma współpracuje ze swoimi polskimi partnerami.

– Program otrzymał nazwę nowej generacji W-3. Jest to platforma, w której zastosowano najnowocześniejsze rozwiązania zaczerpnięte ze śmigłowca AW169. Polskie siły zbrojne otrzymają nowoczesną maszynę, której rozwiązania techniczne spełniają aktualne standardy NATO – mówi Marco Lupo.

Firma Leonardo była jednym z wystawców na tegorocznych targach obronnych MSPO w Kielcach. 27. Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego (3–6 września) to jedna z największych tego typu imprez w Europie, podczas której odbywa się przegląd sprzętu i technologii wojskowych z całego świata. Co roku bierze w niej udział kilkuset wystawców z około 30 państw świata, m.in. Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Włoch, Australii, Japonii, Kanady, Korei Południowej i Izraela.

Przybywa Polaków biernych zawodowo. Potrzebny wzrost wydatków na aktywizację osób bezrobotnych i rozwój usług opiekuńczych

Przybywa Polaków biernych zawodowo. Potrzebny wzrost wydatków na aktywizację osób bezrobotnych i rozwój usług opiekuńczych 9

Rynek pracy czekają problemy związane ze zmniejszaniem się liczby osób w wieku produkcyjnym. Bezrobocie jest rekordowo niskie, ale spada też zatrudnienie, a rośnie grono biernych zawodowo. Według Agnieszki Chłoń-Domińczak, ekspertki z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej, wydatki na ich aktywizację warto traktować jak inwestycję, a nie koszt, bo potrafią się szybko zwracać.

Nie ma jednej recepty, w jaki sposób zaktywizować osoby, które mogłyby pracować, a dzisiaj nie pracują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Część kobiet wycofuje się z rynku pracy, ponieważ muszą się opiekować dziećmi albo swoimi rodzicami, dziadkami, więc na pewno rozwój usług opiekuńczych adresowanych do osób starszych czy upowszechnienie opieki nad małymi dziećmi do 3 lat to są rozwiązania, które pomogłyby w tym przypadku.

W I kwartale 2019 roku ludność aktywna zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła 16,94 mln osób i zmniejszyła się zarówno w porównaniu do IV kwartału 2018 roku (o 118 tys., czyli o 0,7 proc.), jak i w skali roku (o 113 tys., również o 0,7 proc.). Populacja osób biernych zawodowo w wieku powyżej 15 lat liczyła 13,4 mln osób i zwiększyła się w porównaniu z IV kwartałem 2018 roku o 12 tys., czyli o 0,1 proc., natomiast zmniejszyła w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. o 40 tys. – o 0,3 proc. Stopa bezrobocia ogółem wyniosła w tym czasie 3,9 proc.

Najczęściej występującymi przyczynami bierności osób w wieku produkcyjnym nadal pozostają obowiązki rodzinne, choroba lub niepełnosprawność, nauka i uzupełnianie kwalifikacji oraz emerytura. Współczynnik aktywności zawodowej w I kwartale 2019 roku wyniósł 55,9 proc.

Osoby starsze często dezaktywizują się, ponieważ ich kompetencje nie odpowiadają potrzebom pracodawców. Tutaj z kolei odpowiedzią są szkolenia, uczenie się przez całe życie, które w Polsce nie jest tak bardzo wykorzystywane jak w wielu krajach europejskich – podpowiada Agnieszka Chłoń-Domińczak. – Na pewno część prac mogą wspomagać komputery. Ale to nie jest coś, co zastępuje człowieka, tylko ten miks pracy ludzi wspomaganej technologicznie jest rozwiązaniem, które na rynku pracy jest bardzo potrzebne.

Inwestycje w rynek pracy potrafią przynieść dosyć szybko określony zwrot. Przykładowo rozwój usług opiekuńczych oznacza nie tylko możliwość podjęcia pracy przez kobiety, które dotąd zajmowały się opieką nad członkami rodziny, lecz także tworzenie nowych miejsc pracy, a co za tym idzie, zarobki napędzające konsumpcję i podatki dla budżetu. Z drugiej strony warto zachęcać rodziny do posiadania większej liczby dzieci, pamiętając jednak, że z rynku pracy wycofuje się powoli pokolenie wyżu demograficznego i tego trendu nie da się odwrócić.

– Możemy nieco opóźnić proces starzenia się społeczeństwa czy uczynić go mniej intensywnym, niemniej jednak ze względu na strukturę demograficzną i fakt, że żyjemy coraz dłużej, chociaż w ostatnich latach to tempo wzrostu długości trwania życia trochę przyhamowało, to jednak zmiany muszą być kompleksowe – podkreśla była wiceminister pracy. – Musimy starać się, żeby było więcej dzieci w Polsce, ale także starać się w jak największym stopniu aktywizować te osoby, które są na rynku pracy i wydłużać aktywność zawodową, szczególnie w grupie 50+.

Według prognozy ludności GUS do roku 2050 liczba Polaków spadnie o 11,8 proc. wobec roku 2013. Za 30 lat dzieci do lat 14 stanowić będą zaledwie 12,1 proc. społeczeństwa, natomiast osoby po 80. roku życia – aż 10,4 proc. Co trzeci Polak będzie miał co najmniej 65 lat, a w wieku 15–64 lata plasować się będzie zaledwie nieco ponad połowa populacji (55,2 proc.). Tymczasem dziś zaledwie trzy czwarte osób w wieku produkcyjnym jest aktywna zawodowo. Jeśli współczynnik ten się utrzyma, rąk do pracy będzie ubywać.

Bezrobocie w Polsce w mojej ocenie nie będzie znacząco rosło głównie ze względu na to, że mamy już rynek pracownika. Zasoby pracy się kurczą, liczba osób w wieku produkcyjnym spada i dziś raczej szukamy pracowników, zresztą nie tylko w Polsce, ale i za granicą – podsumowuje dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak. – Bardziej istotne jest to, jaki jest wskaźnik zatrudnienia, ile osób pracuje, a ile jest biernych zawodowo.

Ratunek dla firm zamiast upadłości. Polskie przepisy wyprzedziły unijną inicjatywę

Ratunek dla firm zamiast upadłości. Polskie przepisy wyprzedziły unijną inicjatywę 10

Co roku w całej UE około 200 tys. firm staje w obliczu niewypłacalności, a 1,7 mln osób traci pracę. Nowa dyrektywa w sprawie ram prawnych restrukturyzacji ma zmniejszyć liczbę takich zdarzeń i dać drugą szansę przedsiębiorcom. Polskie przepisy już dawno wyprzedziły unijną dyrektywę. Od 2015 roku systematycznie spada liczba upadłości, rośnie za to liczba restrukturyzacji. Część rozwiązań jeszcze się nie sprawdza, ale ujednolicenie przepisów w całej Unii może w tym pomóc – ocenia Adrian Dzwonek, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych JGA w Katowicach.

– Przepisy, które zostały wprowadzone w 2016 roku z roku na rok sprawdzają się coraz lepiej. W latach 2013–2016 na starych zasadach łącznie było otwartych dwieście kilkadziesiąt układów upadłościowych, natomiast przez 2 lata funkcjonowania nowej ustawy prawo restrukturyzacyjne od 2016 do 2018 roku otwartych zostało 1075 postępowań – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adrian Dzwonek, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych JGA w Katowicach.

Tylko w I półroczu 2019 roku, jak wynika z danych Coface, łączna liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce wyniosła 467, tyle samo ile w analogicznym okresie 2018 roku. Liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła o 5 proc. w ciągu roku, natomiast liczba przyspieszonych postępowań układowych – o 26 proc. To wszystko efekt wprowadzonego w 2016 roku nowego prawa restrukturyzacyjnego. Jeszcze w 2016 roku wszczęto 606 postępowań upadłościowych i 212 restrukturyzacyjnych. W 2018 roku było to odpowiednio 615 i 465.

Głównym celem ustawy prawo restrukturyzacyjne jest uniknięcie upadłości i w mojej ocenie ten cel jest coraz bardziej spełniany. Natomiast są też wady. Z mojego doświadczenia wynika, że największy problem jest z komornikami, którzy mimo przepisów dających dłużnikowi ochronę w egzekucji, zabezpieczeniu, nie uchylają zajęć rachunków bankowych, nie wydają pieniędzy uzyskanych w zawieszonym postępowaniu egzekucyjnym lub zabezpieczającym, a jeszcze niewydanych wierzycielowi. Drugą bolączką jest brak tzw. nowego finansowania – wskazuje Adrian Dzwonek.

W przypadku braku środków firmy borykającej się z problemami wierzyciele, którzy udzielą finansowania procesu restrukturyzacji, mogą liczyć na preferencyjne traktowanie. W praktyce jednak niewielka część decyduje się na wsparcie. Także banki nie chcą raczej udzielać finansowania restrukturyzowanym firmom.

– Przewlekłe i rzadko skuteczne są postępowania upadłościowe, gdyż faktycznie odsetek zaspokojenia wierzycieli jest bardzo niski. Natomiast postępowania restrukturyzacyjne już dużo lepiej funkcjonują. Przede wszystkim terminowość od otwarcia do zawarcia tego układu jest zdecydowanie szybsza niż zaspokojenie w ramach postępowania upadłościowego – ocenia ekspert Kancelarii Radców Prawnych JGA w Katowicach.

Polskie przedsiębiorstwa mogą skorzystać z postępowania o zatwierdzenie układu, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego i  postępowania sanacyjnego. W 2018 roku ponad 63 proc. postępowań stanowiły przyspieszone postępowania układowe i ok. 26 proc – sanacyjne. Postępowanie o zatwierdzenie układu wybrało mniej niż 1 proc. firm (0,86 proc.).

– W postępowaniu o zatwierdzenie układu, tym pozasądowym, brak jest ochrony dla dłużnika, czyli każdy może go egzekwować i wierzyciele nie chcą się dogadywać z dłużnikiem, tylko wolą od razu zaspokoić wierzytelności. Po drugie, jest też pewna nieufność, panuje przekonanie, że dłużnik, który przychodzi ze swoim doradcą restrukturyzacyjnym, próbuje coś „kręcić” – tłumaczy radca prawny.

Nowa dyrektywa unijna dotycząca prawa restrukturyzacyjnego zaakceptowana już przez Parlament Europejski, ma ujednolić przepisy w całej Unii i tym samym może pomóc rozwiązać największe bolączki polskich przepisów.

 Jako Polska niejako wyszliśmy przed szereg, bo te przepisy już wprowadziliśmy de facto w 2016 roku – mówi Adrian Dzwonek. – Projekt unijny ma wprowadzić ochronę przed egzekucją, co będzie robione z mocy prawa na okres 4 miesięcy, oczywiście z możliwością wydłużenia bądź skrócenia. Ponadto w projekcie unijnym jest też jednolity plan restrukturyzacyjny. De facto to ma być połączenie obecnego wstępnego planu restrukturyzacyjnego i propozycji układowych.

Do 2022 r. rynek inteligentnych rozwiązań dla domu wzrośnie ponaddwukrotnie. Wystarczy jedna aplikacja, by zarządzać zdalnie wszystkimi urządzeniami

Do 2022 r. rynek inteligentnych rozwiązań dla domu wzrośnie ponaddwukrotnie. Wystarczy jedna aplikacja, by zarządzać zdalnie wszystkimi urządzeniami 11

Do 2022 roku rynek smart home może być wart 123 mld dol., podczas gdy w ubiegłym roku było to 56 mld dol. – wynika z danych ABI Research. Z kolei IDC ocenia, że tylko w Europie rośnie on w tempie ponad 20-proc. rok do roku. Jednym z kluczowych obszarów rynku jest zarządzanie oświetleniem, monitoringiem i ogrzewaniem. Z tym segmentem wiąże nadzieje także poznańska firma Torino Holding​, producent lamp Azzardo, która we współpracy z globalnym koncernem Tuya Smart stworzyła system, do którego można podłączyć dowolne urządzenia, sterowane z poziomu jednej aplikacji.

– Rynek smart home rozwija się bardzo dynamicznie. Nie tylko oświetlenie, ale również wiele innych urządzeń typu lodówki, pralki, urządzenia outdoorowe do sterowania. Myślę, że dynamika sprzedaży na tym rynku będzie duża. Tak naprawdę, smart home ogranicza tylko wyobraźnia, bo właściwie każde urządzenie w domu może być smart – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Prymowicz, prezes zarządu Torino Holding S.A.

Jak pokazuje tegoroczny raport „Smart living”, opracowany przez infuture hatalska foresight institute, rynek smart home od kilku lat nieprzerwanie odnotowuje wzrosty. W pierwszym kwartale tego roku, jak wynika z danych IDC, w Europie, wzrósł o prawie 24 proc. w ujęciu rocznym. Wprawdzie za prawie 90 proc. tego rynku odpowiadają rynki Europy Zachodniej, ale to kraje Europy Środkowo-Wschodniej notują szybszą dynamikę (ponad 31 proc. rdr.).

– Według raportu IDC w 2019 roku dynamika sprzedażowa systemów smart wyniesie 30 proc., a więc jest to rynek bardzo obiecujący, szczególnie dla młodych ludzi, którzy bardzo lubią urządzenia mobilne. Wszyscy używamy komórek do sprawdzania Facebooka do kontaktu z ludźmi, ale teraz możemy używać ich także do sterowania oświetleniem i innymi urządzeniami, które mamy w domu – mówi Mariusz Prymowicz.

IDC wskazuje, że w latach 2019–2023 segment zdalnego zarządzania oświetleniem, monitoringiem i ogrzewaniem będzie rósł w tempie ponad 27-proc. rocznie. Dziś to obszar, który odpowiada za jedna piątą rynku smart home, a do 2023 roku ma on wzrosnąć o prawie 10 pkt proc. Co istotne, obok stosunkowo popularnych systemów do zdalnego zarządzania oświetleniem czy ogrzewaniem – wciąż pojawiają się na nim nowe urządzenia i rozwiązania, a lista produktów, które można podłączyć do sieci jest coraz dłuższa. Systemy są również coraz bardziej kompatybilne, a wszystkim można sterować z poziomu jednej aplikacji w smartfonie.

Takie plany ma również poznańska firma Torino Holding, właściciel marki Azzardo, która zyskała rozpoznawalność na polskim i europejskim rynku w branży oświetleniowej. Obecnie wchodzi na rynek rozwiązań typu smart. Zaprezentowała niedawno serię produktów, które mają wprowadzić do polskich domów takie rozwiązania jak oświetlenie sterowane jednym kliknięciem smartfona bądź prostą komendą głosową albo włączające i wyłączające się według wcześniej ustalonego scenariusza.

– AZzardo Smart to system inteligentnego oświetlenia, charakteryzujący się dodatkowymi funkcjami, których do tej pory nie można było uzyskać za pomocą pilota czy włączników. Dla przykładu, funkcja kalendarz smart pozwala zaprogramować sobie dni od poniedziałku do niedzieli, tak aby dowolne urządzenie smart włączyło i wyłączyło się o określonej godzinie. Dokupując urządzenie Amazon Alexa lub Google Home, możemy za pomocą głosu wydawać komendy lampie: włącz lub wyłącz się albo zmień kolor na czerwony – wyjaśnia Mariusz Prymowicz. – Aby stać się posiadaczem systemu, wystarczy kupić żarówkę i pobrać darmową aplikację ze sklepu Google Play lub App Store, sparować je ze sobą i cieszyć się inteligentnym już domem. 

System można dowolnie rozbudowywać o tzw. plugi, wyposażone dodatkowo w funkcje monitoringu energii elektrycznej.

– Za ich pomocą – oprócz włączania i wyłączania podłączonych do niego urządzeń, niezależnie, czy będzie to żelazko, lodówka czy bojler – możemy tez ustawić próg czasowy i dowiedzieć się, ile prądu zużyło urządzenie podłączone do takiego pluga – mówi Mariusz Prymowicz.

Firma za cel postawiła sobie takie połączenie swoich żarówek, włączników czy gniazdek, by ich wykorzystanie było maksymalnie proste. Dedykowana aplikacja mobilna AZzardo Smart pozwala skonfigurować wszystkie urządzenia (także wyprodukowane przez innych dostawców) bez zaawansowanej wiedzy technicznej i dopasować je do swoich indywidualnych potrzeb.

– Firma Tuya, która jest naszym partnerem software’owym, daje nam gwarancję stabilności systemu, co jest dla nas kluczowe. Podobnie jak bezpieczeństwo danych, które są przetrzymywane na serwerach. Firma Tuya jako pierwsza dostała certyfikat jakości Unii Europejskiej w zakresie ochrony danych osobowych. Aplikacja AZzardo Smart w ramach systemu Tuya jest zabezpieczony przed włamaniami, przed dostępem z zewnątrz nieodpowiednich osób – podkreśla Mariusz Prymowicz.

Rozwiązania służące do sterowania oświetleniem to jedno z najpopularniejszych rozwiązań w ramach smart home. Jak pokazuje badanie, przeprowadzone przez infuture hatalska foresight institute, 25 proc. polskich internautów korzysta w swoich mieszkaniu ze spersonalizowanego oświetlenia, umożliwiającego wybór intensywności i barwy światła i włączającego się pod wpływem ruchu i obecności osób. Natomiast 35 proc. zadeklarowało chęć korzystania z takich rozwiązań przyszłości.

– Nie będziemy ograniczać się tylko do oświetlenia, ale chcemy prezentować także smart security home, czyli urządzenia typu czujniki ruchu, czujniki czadu. Chcemy pójść krok dalej i zaprezentować też urządzenia smart służące do zamykania zaworu gazowego czy wodnego. Będzie to również odkurzacz, który sam posprząta po naszym wyjściu z domu, smart lodówka, która będzie nas informować, że skończyło się mleko czy masło. To już się dzieje, takie produkty są już dostępne na rynku. My natomiast chcemy, aby wszystkie te urządzenia były skupione w ramach jednej, a nie wielu aplikacji – mówi Mariusz Prymowicz.

Od 1 października szkoły wyższe w Polsce będą funkcjonować na nowych zasadach. Część z nich będzie walczyć o status uczelni badawczych

Od 1 października szkoły wyższe w Polsce będą funkcjonować na nowych zasadach. Część z nich będzie walczyć o status uczelni badawczych 12

Z nowym rokiem akademickim w życie wchodzi kolejny etap Konstytucji dla Nauki, czyli przyjętej w ubiegłym roku ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Uczelnie muszą wdrożyć nowe statuty, w których same zdecydują o strukturze jednostek. Taka możliwość daje im znacznie większą autonomię. – Nasza uczelnia zmieni się diametralnie i to będzie pozytywna zmiana – podkreśla prorektor SGGW w Warszawie. – Będziemy też dążyć do tego, żeby znaleźć się w gronie uczelni badawczych.

Będziemy mieć ścieżkę odpowiedzialną za kształcenie studentów. Dziekani, którzy będą stać na czele wydziałów, będą odpowiedzialni za prowadzenie kierunków studiów i za kształcenie studentów – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Kazimierz Banasik, prorektor ds. rozwoju SGGW w Warszawie.

Statut jest podstawowym aktem prawnym każdej uczelni, w którym zdefiniowana jest struktura wydziałów i instytutów. Zmiany wprowadzone w ubiegłym roku dały szkołom znacznie większe możliwości decydowania o swojej organizacji. Miały rok na przygotowanie nowych dokumentów.

Prace nad nowym statutem przebiegały bardzo sprawnie. Tego było niezmiernie dużo, bo uczelnia w Ustawie 2.0, w Konstytucji dla Nauki dostała możliwości kształtowania swojej struktury. Dzięki zaangażowaniu dużej liczby pracowników uczelni, szczególnie kierownictwa, zarówno wydziałów, jak i uczelni, oraz Komisji Statutu i Struktury, a także współpracy z prawnikami zrobiliśmy to w miarę sprawnie. Statut został przyjęty jeszcze przed wakacjami – mówi prof. Kazimierz Banasik.

Ustawa 2.0 wprowadza na uczelniach szereg zmian organizacyjnych i strukturalnych. Wśród nich wymieniana jest zmiana sposobu kształcenia doktorantów w szkołach doktorskich. Ci będą mogli się doktoryzować w szkołach doktorskich i z „wolnej stopy”. W szkołach, doktoranci będą mieli zagwarantowane stypendium naukowe, w zamian za to wzrosną wobec nich wymagania dotyczące jakości badań i publikacji.

Rzeczą istotną jest wprowadzenie sposobu kształcenia doktorantów w szkołach doktorskich. To powinno podnieść w przyszłości poziom nauki w naszym kraju. A sam fakt, że będziemy mieć naukowców bardziej znaczących to będzie się przekładało również na poziom kształcenia, edukacji – mówi prof. Banasik.

Jego zdaniem dla przyszłości polskiego szkolnictwa istotne jest również położenie większego nacisku na naukę. Przykładem może być zmiana całego systemu ewaluacji. Konstytucja dla Nauki zakłada, że uczelnie będą oceniane w ramach dyscyplin, a nie jednostek organizacyjnych. Poza tym każdy pracownik, nie tylko ci najlepsi, będzie przedstawiał do oceny swoje osiągnięcia. Będą mogli wskazać maksymalnie 4 publikacje w ciągu 4 lat, co powinno sprawić, że będą oni publikować więcej wartościowych prac w bardziej prestiżowych czasopismach. W lipcu MNiSW przygotowało wykaz takich tytułów.

– Sposób punktowania czasopism, który ostatnio został ogłoszony, będzie zachęcał naukowców do tego, ażeby publikować wyniki swoich badań w bardzo prestiżowych czasopismach. Sposób punktowania będzie również zachęcał do tego, żeby badania prowadzić w zespołach interdyscyplinarnych – mówi prorektor SGGW.

Według ustawodawcy ta zmiana powinna pozytywnie wpłynąć na polski rynek wydawnictw naukowych.

Rektorzy polskich uczelni wyższych zwracają uwagę, że kluczowe jest obranie kierunku, w jakim uczelnia chce się rozwijać. SGGW dąży do tego, by w przyszłości znaleźć się w gronie uczelni badawczych. Zachętą jest uruchomiony przez MNiSW program „Inicjatywa doskonałości – uczelnie badawcze”. Zgodnie z nim 10 najlepszych uczelni, wyłonionych w konkursie, ma być w stanie konkurować międzynarodowo poziomem dydaktyki i badań. Mają także stać się bardziej umiędzynarodowione. Z tym wiąże się także bonus finansowy – wybrane szkoły będą otrzymywać w latach 2020–2026 o 10 proc. wyższą subwencję od pozostałych uczelni.

Nasza uczelnia prawie spełnia warunek, jakim jest to, żeby co najmniej połowa jednostek miała kategorię A bądź A+. U nas w tej chwili 6 jednostek na 13 jest w tej grupie, więc niedużo nam brakuje do tego. Wydaje mi się, że to osiągniemy w tej nowej strukturze, a jest to niezwykle prestiżowe – mówi prof. Kazimierz Banasik.

Zgodnie z Konstytucją dla Nauki zmianie uległ również system finansowania uczelni. Do tej pory szkoły, a właściwie wydziały, dostawały pieniądze z tzw. dotacji statutowej. Fundusze, które trafiały na konto uczelni musiały być wydawane na konkretne cele. Od tego roku dotacje zastąpiła subwencja. Od 1 stycznia br. szkoły same decydują, w jakich proporcjach dzielą środki na dydaktykę, badania naukowe czy administrację.

IFA 2019: Nowa superszybka technologia ładowania. Pozwala uzupełnić baterię telefonu bez kabla w nieco ponad godzinę

IFA 2019: Nowa superszybka technologia ładowania. Pozwala uzupełnić baterię telefonu bez kabla w nieco ponad godzinę 13

Producenci najnowszych smartfonów rywalizują nie tylko możliwościami technicznymi telefonów, lecz także czasem ich ładowania. Vivo, jedna z chińskich firm technologicznych, zaprezentowała niedawno nową superszybką technologię ładowania – tylko 5 minut zajmuje naładowanie smartfona do 50 proc. Także Huawei i Apple opracowują własne technologie szybkiego ładowania. Xiaomi zaprezentowało natomiast pierwszą na świecie technologię szybkiego ładowania bezprzewodowego Mi Charge Turbo 30W. Baterię o pojemności 4000 mAh można będzie naładować do pełna w 70 minut. Technologia zadebiutuje wraz z premierą nowego smartfona pod koniec września.

– Nasza najnowsza technologia Mi Turbo Charge jest pierwszą na świecie technologią bezprzewodowego, szybkiego ładowania o mocy 30 watów. Pojawi się ona na rynku wraz z premierą naszego nowego smartfona, którą zaplanowaliśmy na koniec września 2019 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jacques Xiang Li, szef globalnego PR Xiaomi.

Smartfony można naładować coraz szybciej. Producenci telefonów najnowszej generacji opracowują ładowarki, które w ciągu kilkunastu minut naładują smartfon. Huawei na początku tego roku zadebiutował z własną technologią szybkiego ładowania składanego smartfona Mate X, który może w pełni naładować baterię 4500 mAh w ciągu 30–40 minut. Własna technologia szybkiego ładowania firmy Apple może ładować iPhone&HASH39;a XS (z baterią 2658 mAh) do 50 proc. w 30 minut. Z kolei Vivo, chińska firma technologiczna, niedawno zaprezentowała nową superszybką technologię ładowania – może w pełni naładować baterię 4000 mAh w zaledwie 13 minut. Wszystko to jednak rozwiązania oparte na kablu.

Xiaomi idzie dalej – zaprezentowało nową technologię szybkiego ładowania bezprzewodowego Mi Charge Turbo 30W. Firma zapowiada, że Mi Charge Turbo pozwoli na naładowanie baterii o pojemności 4000 mAh do 50 proc. w zaledwie 25 minut, a 100 proc. – w 70 minut.

Oprócz tego, że technologia jest szybsza niż jakikolwiek obecny standard ładowania bezprzewodowego, dzięki zastosowaniu 5-warstwowej cewki nanokrystalicznej Mi Charge Turbo ma wydajność 98 proc. konwersji. To oznacza, że temperatura smartfona podczas ładowania nie powinna wzrastać.

– W naszej najnowszej technologii bezprzewodowego ładowania chcieliśmy skupić się nie tylko na tym, jak szybko możemy naładować smartfona, lecz także dodaliśmy technologię ładowania zwrotnego. To oznacza, że naszym telefonem możemy naładować także inne urządzenia elektroniczne obsługujące technologię bezprzewodowego ładowania, w tym inne smartfony – wskazuje Xiang Li.

Pierwszym telefonem Xiaomi z nową technologią szybkiego ładowania będzie Mi 9 Pro 5G – wyposażony w 6,39-calowy wyświetlacz AMOLED, potrójny aparat z tyłu obudowy i dużą baterię 4000 mAh z obsługą do 10W wstecznego ładowania bezprzewodowego (moc dwukrotnie wyższa niż obowiązujący standard w branży). Co więcej, Mi Charge Turbo wykorzystuje dwa oddzielne kanały transmisji dla ładowania i przesyłania danych.

Prawdopodobnie już na początku 2020 roku firma wypuści na rynek flagowe telefony obsługujące standard szybkiego ładowania bezprzewodowego 40 W. Xiaomi pracuje również nad przewodową technologią szybkiego ładowania o mocy 100 W.

IFA 2019: Inteligentne kuchnie coraz bardziej zaawansowane. Przyszłość należy do robotów samodzielnie przyrządzających potrawy i rozpoznających nastrój właściciela

IFA 2019: Inteligentne kuchnie coraz bardziej zaawansowane. Przyszłość należy do robotów samodzielnie przyrządzających potrawy i rozpoznających nastrój właściciela 14

Inteligentna kuchenka rozgrzeje się do odpowiedniej temperatury, poinstruuje kucharza, co ma w danym momencie zrobić i w odpowiedniej chwili uruchomi okap. Z kolei lodówka przyszłości sama złoży zamówienie na brakujące produkty. Największym przełomem będzie jednak wejście do kuchni inteligentnych robotów, które będą umiały nie tylko siekać i przyprawiać, lecz także poprawią nastrój właściciela, przygotowując mu wymarzoną potrawę. Najnowsze technologie w zakresie inteligentnej kuchni zaprezentowano podczas targów IFA 2019. 

– Aplikacje smart w sprzętach kuchennych zyskują coraz to nowe poziomy użytkowania. Na początku to była m.in. komunikacja z serwisami i pomaganie użytkownikowi w korzystaniu. W tej chwili kolejną platformą jest współpraca z Alexą, poprzez rozmowę z którą możemy ustawić każdy z parametrów pracy czy poprosić o przygotowanie ulubionej potrawy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Waldemar Pokora z firmy Sharp.

Firma Miele zaprezentowała na targach IFA 2019 płytę indukcyjną działającą pod kontrolą aplikacji mobilnej. Aplikacja ta wydaje kuchence i osobie przyrządzającej posiłek instrukcje w oparciu o przepisy z bazy danych. Aplikacja włącza płytę kuchenną, a następnie podgrzewa ją do odpowiedniej temperatury i podtrzymuje jej poziom. Na podstawie wskazań czujników wydawane są komendy dla kucharza co do dalszych czynności, które trzeba wykonać, np. przyprawić potrawę lub obrócić ją na drugą stronę. Dzięki temu danie może być przygotowane w sposób odpowiadający standardom restauracyjnym. Kuchenka komunikuje się również z inteligentnym okapem. Informuje, w jakiej temperaturze aktualnie gotuje i jaki jest czas trwania przygotowania posiłku.

– Zyskujemy dzięki takim urządzeniom olbrzymie możliwości, ponieważ osoby, które słabo gotują, szukają poradników na stronie internetowej. QR kody czy mikrochipy, które będą instalowane w opakowaniach w bardzo prosty sposób skomunikują się z urządzeniami i ściągną, mówiąc w uproszczeniu, receptę potrzebną do przygotowania potrawy – ocenia Waldemar Pokora.

Targi IFA 2019 to również rynkowy debiut inteligentnej kamery przeznaczonej do zainstalowania w lodówce. Dzięki FridgeCam można za pośrednictwem aplikacji mobilnej podejrzeć, co znajduje się w chłodziarce. Trójstopniowy system identyfikacji produktów wskaże natomiast, co trzeba dokupić przy okazji najbliższych zakupów. Proces składania zamówienia może zostać zautomatyzowany, więc rola właściciela mieszkania ograniczy się jedynie do rozpakowania paczki od dostawcy.

– Kamery w lodówkach są już dzisiaj trendem. Lecz są także rozwiązania komunikacyjne, dzięki którym w chwili oczekiwania na zakończenie procesu gotowania możemy np. przejrzeć sobie newsy na dużym ekranie lodówki – wskazuje ekspert.

Zaprezentowany podczas pokazu kulinarnego z udziałem nagrodzonych gwiazdką Michelin szefów kuchni robot Samsung Bot Chef wykorzystuje z kolei system oparty na sztucznej inteligencji. Dzięki niemu jest w stanie nauczyć się szeregu czynności przydatnych w kuchni: od krojenia i mieszania do precyzyjnego doprawiania potraw. Bot Chef może być sterowany bezpośrednio  za pomocą poleceń głosowych lub dedykowanej aplikacji mobilnej.

Eksperci przewidują, że roboty już niebawem mogą przejąć więcej zadań w inteligentnej kuchni.

– Uczenie maszynowe to bardzo szybko rozwijający się segment rynku i podejrzewam, że w krótkim czasie możemy być zaskoczeni nowinkami. Nasze urządzenie będzie wiedziało, w jakim jesteśmy nastroju i co potrzebujemy zjeść lub przygotować albo jaka jest nasza ulubiona potrawa. Filmy science fiction stają się w tej chwili coraz częściej rzeczywistością – przewiduje Waldemar Pokora.

Według analityków z Globe Newswire światowy rynek inteligentnych urządzeń kuchennych przekroczy do 2025 roku wartość 32 mld dol. Największy, bo sięgający 35 proc., udział w rynku mają mieć inteligentne lodówki.

Wirtualne kasy fiskalne od 2020 roku?

Minister Finansów opublikował projekt rozporządzenia z 6 sierpnia 2019 roku w sprawie kas rejestrujących mających postać oprogramowania. Jest to kolejny akt prawny mający na celu poprawę systemu kontroli przekazywania danych dotyczących ewidencji sprzedaży prowadzonej za pomocą kasa rejestrujących. Wcześniej uchwalono przepisy, które stopniowo wprowadzają obowiązek posiadania kas fiskalnych online. Umożliwienie korzystania z oprogramowania cyfrowego w celach rejestracji sprzedaży jest kolejnym krokiem w walce z podatkową szarą strefą, ale jednocześnie stanowić może ułatwienie dla przedsiębiorców, poprzez obniżenie kosztów obsługi systemu rejestrującego transakcje.

Kasy wirtualne, czyli pozostając w zakresie słownictwa przyjętego w rozporządzeniu – kasy rejestrującej mające postać oprogramowania to nowy etap w zakresie zapewnienie efektywniejszej fiskalizacji na potrzeby funkcjonowania aparatu skarbowego państwa. Podstawowa funkcja nowego typu kas pozostaje zbieżna z funkcją kas dotychczas stosowanych w obrocie gospodarczym tj. wystawianie dokumentów fiskalnych obejmujących paragony fiskalne i raporty fiskalne oraz prowadzenie właściwej ewidencji sprzedaży. Podkreślenia wymaga fakt, że wirtualne kasy w pełni realizują cele i funkcje poprzednich generacji kas fiskalnych a ponadto posiadają wiele dodatkowych możliwości zarówno w zakresie efektywniejszej fiskalizacji jak i dostarczania danych na jej temat organom skarbowym, jak również w zakresie ułatwienia dostępu do kas fiskalnych dla ich użytkowników i grup docelowych. Podstawową różnicą oraz głównym ulepszeniem wirtualnych kas fiskalnych jest to, iż mając postać oprogramowania, mogą stać się dużo bardziej dostępne i prostsze w użyciu dla odbiorców tego typu rozwiązań. Brak konieczności posiadania specjalnych urządzeń powinien wpłynąć pozytywnie na zwiększenie zainteresowania posiadaniem kasy i legalnym prowadzeniem działalności. Inaczej rzecz ujmując wprowadzenie kas fiskalnych mających postać oprogramowania zmniejszy koszty wejścia użytkowników w branże wymagające fiskalizacji, co tym samym powinno przełożyć się na zmniejszenie szarej strefy działalności gospodarczej. Należy również zwrócić uwagę na kwestię zmniejszenia kosztów cyklicznych, które każdy użytkownik obecnie stosowanych kas fiskalnych musi ponosić w celu zapewniania ich obsługi między innymi koszty serwisu. Podatnik będzie mógł także samodzielnie przeprowadzić fiskalizacje, bez konieczności dokonywania przeglądu co dwa lata co także wpłynie na poprawę komfortu prowadzenia działalności gospodarczej.

Nie do przecenienia jest również kwestia zwiększenia efektywności działania w zakresie przeciwdziałania nielegalnym działaniom tj. braku rejestrowania sprzedaży detalicznej. Poprzez zapewnienie mechanizmów kontroli w czasie rzeczywistym dalece utrudnione, o ile nie niemożliwe będzie dokonywanie oszustw podatkowych w postaci braku płatności należnych podatków. Kasy te, tak jak kasy on-line, będą miały funkcję przesyłania danych do systemu teleinformatycznego za pośrednictwem sieci telekomunikacyjnej. Pozwoli to na ciągłe, zautomatyzowane i bezpośrednie przesyłanie danych z kas z prowadzonej ewidencji oraz o zdarzeniach mających znaczenie dla pracy kas, które zaistniały podczas ich użytkowania Jest to ważne również z punktu widzenia państwa, jako, iż w ten sposób system ściągania należności publicznoprawnych (podatkowych) będzie efektywniejszy poprzez zmniejszenie możliwości działania oszustów. System rejestrowania utargów on-line, co pokazało doświadczenie innych krajów, uniemożliwia obejście systemu, w celu niepłacenia zobowiązań podatkowych. Również uczciwi użytkownicy kas fiskalnych odczują w dłuższej perspektywie pozytywną różnicę, gdyż eliminacja oszustów – osób nierejestrujących całości lub też części sprzedaży detalicznej, zwiększy przejrzystość działalności gospodarczej i wyeliminuje przypadki, w których możliwe było w wyniku opisywanych oszustw nielegalne zmniejszenie kosztów prowadzonej działalności. Taki sposób postępowania w sposób ewidentny przyczynia się do utraty uczciwie wypracowanej przewagi konkurencyjnej wynikającej np. z lepszej jakości oferty na rzecz zmniejszonych kosztów działalności oszustów, którzy dzięki temu byli w stanie np. konkurować cenowo o te same grupy klientów.

Oceniając wprowadzane rozwiązanie w zakresie wirtualnych kas fiskalnych nie sposób pominąć również aspekt przyszłości. W dzisiejszym świecie jednym z najważniejszych aspektów działalności państwa, jak i jednym z najbardziej oddziaływających na obywateli aspektów jest sektor cyfrowy. Do tego sektora należy zaliczyć również wdrażane rozwiązanie. Poprzez postać oprogramowania kasy fiskalne będą dużo bardziej elastyczne na dostosowywanie ich do trendów gospodarczych i nowych problemów, które w tejże gospodarce występują. Nie będzie konieczna każdorazowa wymiana urządzeń fiskalnych, jeżeli organy skarbowe zadecydują, iż dany system musi ulec zmianie w wyniku zaistniałych problemów. Obecnie każda wymiana kas stanowiła ogromny problem dla właścicieli tychże kas, jak i dla państwa w postaci konieczności poniesienia dużych jednorazowych wydatków. Nie dało się również przeprowadzić tego procesu w sposób dostosowany do tempa zmiany warunków gospodarczych – proces wymian kas za każdym razem musiał być rozłożony na kilka lat. Wprowadzone kasy wirtualne powinny przyczynić się do uelastycznienia systemu fiskalnego i w znaczącej mierze ograniczyć straty powodowane cyklicznymi zmianami urządzeń w rezultacie zmiany wymogów do nich skierowanych.

Podkreślić warto, że mimo zawartego w 2016 porozumienia przez Sekcje Dostawców Fiskalnych Urządzeń Rejestrujących Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (SDFUR) przy Krajowej Izbie Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji o niepodnoszeniu cen kas fiskalnych online, te w tym roku wymiernie wzrosły. Malaje także liczba podmiotów sprzedających kasy. Grozi to także tworzeniem się monopolu, niebezpiecznego z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, które byłoby uzależnione od jednego dostawcy. Kasy w formie oprogramowania pozwolą uniknąć ponoszenia przez przedsiębiorców skutków tej podwyżki ze względu na zwiększoną dywersyfikacje dostawców. Jak pokazuje doświadczenie innych krajów często oprogramowanie cyfrowe dla najmniejszych przedsiębiorców było oferowane za darmo. To także oszczędność dla budżetu państwa, który nie musiałby zwracać kosztów wymiany kasy fiskalnej w kwocie do 700 zł. Państwo ma także gwarancje dywersyfikacji na rynku.

Jednym z przykładów technologii przyszłości, która będzie mogła być zastosowana w rezultacie dokonania pierwszego kroku tj. wprowadzenia wirtualnych kas fiskalnych jest e-paragon. Elektroniczny paragon pozwoli użytkownikom na jeszcze dalej idące zmniejszenie kosztów obsługi kas fiskalnych z uwagi na brak konieczności druku a z drugiej strony będzie stanowił ogromne udogodnienie dla konsumentów. W dzisiejszym świecie kwestia przechowywania paragonów papierowych przez konsumentów jest bardzo problematyczne między innymi ze względu na zjawisko dość szybkiej utraty czytelności paragonów w wyniku „domowych warunków przechowywania”. Wprowadzenie e-paragonu pozwoli na agregowanie paragonów w jednym miejscu – cyfrowym co pozwoli na ich bezpieczniejsze przechowywanie i bardzo łatwe ich odnajdywanie w razie stosownej potrzeby. Wprowadzenie tego typu innowacji nie będzie miało tak dużego zasięgu bez skutecznego wdrożenia pierwszego etapu, czyli swoistego fundamentu, jakim są wirtualnej kasy fiskalne mające postać oprogramowania.

Zwracamy również uwagę, że przyjęty model wdrożenia systemu kas wirtualnych jest modelem nastawionym liberalnie zarówno wobec producentów, jak i wobec użytkowników. Poprzez określenie wymagań, jakie muszą spełniać kasy fiskalne mające postać oprogramowania wyznaczone zostały podstawowe zasady konstrukcyjne i zasady ich użytkowania. Z zadowoleniem należy przyjąć odstąpienie przez Ustawodawcę od żmudnego i szczegółowego uregulowania konkretnych rozwiązań technologicznych. Pozwoli to na dużo większą swobodę budowania systemu przez producentów takich rozwiązań, a z drugiej strony wpłynie w sposób zdecydowanie pozytywny na końcowych odbiorców urządzeń poprzez fakt, iż pozostawienie względnej swobody kreatorom oprogramowania pozwoli obniżyć koszty produkcyjne tego typu urządzeń co w ostatecznym rezultacie przełoży się na zmniejszenie wydatków na tego typu rozwiązania przez grupy docelowo – osoby zobowiązane do stosowania kas fiskalnych. Omówiony w projekcie proces certyfikacji i nałożenia na producentów obowiązku zabezpieczenia oraz przechowywania certyfikatów kas zapewnia bezpieczeństwo systemu, nie powodując jednocześnie jego nadmiernego skomplikowania. Słusznie planuje się od odstąpienia od certyfikacji urządzeń przez Główny Urząd Miar. Jak pokazał przykład słowacki, takie poszerzanie zbędnej biurokracji jedynie opóźnia proces certyfikacji i źle wpływa na konkurencje na rynku oprogramowania. W Polsce nie jest certyfikowany choćby system ERP do usług księgowych, który jest powszechnie używany przez polskich przedsiębiorców i stanowi spore ułatwienie dla prowadzenia dokumentacji księgowej.

Należy również zauważyć, że wirtualne kasy to trend, który zdobywa coraz większe poparcie w krajach Unii Europejskiej jako naturalny krok naprzód w rozwoju technologicznym gospodarki. Kasy programowe działają już m.in. w Słowenii, Chorwacji i Czechach, gdzie transakcje muszą być autoryzowane online przez fiskusa poprzez specjalny kod. W przypadku awarii sieci sprzedawca ma wyznaczony okres na dokonanie koniecznej autoryzacji. Według chorwackiego, słoweńskiego, jak i czeskiego ministerstwa finansów po wprowadzeniu rozwiązania zauważalnie wzrosły wpływy podatkowe i liczba wydawanych paragonów, za to sprzedawcy oszczędzili na kosztach utrzymania tradycyjnych kas fiskalnych. Według analiz przeprowadzonych w ramach oceny skutków regulacji zmiana ta powinna przynieść ponad 3 miliardy złotych zysku dla budżetu państwa. Doświadczenia zagraniczne dowodzą także, że odejście od niehomologowanego oprogramowania to stały trend w krajach Unii Europejskiej takich jak Niemczy czy Austria.

Od kiedy wirtualne kasy fiskalne?

Niezwykle istotna jest potrzeba szybkiego wejścia w życie rozporządzenia. Powinno ono bowiem skorelowane z obowiązującym od 1 maja 2019 roku rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 29 kwietnia 2019 roku w sprawie kas rejestrujących. Rozporządzenie to nakłada stopniowy obowiązek na przedsiębiorców posiadania kas fiskalnych online. Od 1 stycznia 2020 roku takowe kasy będą musieli posiadać przedsiębiorcy z branży paliwowej, pół roku później przedstawiciele branży gastronomicznej a od 2021 roku kolejne grupy zawodowe np. fryzjerzy, prawnicy czy lekarze. Pozostali podatnicy na nowy rodzaj kas przejdą wraz z jej wymianą bądź końcem okresu homologacji, nie później jednak niż do końca roku 2022. W praktyce od 2023 roku nie będą już możliwe korzystanie przez kogokolwiek z kas starego typu.

Pozytywnie oceniamy zaproponowany harmonogram. Stanowi on kompromis między potrzebami państwa w stosunkowo szybkiej cyfryzacji procesu rejestracji sprzedaży a potrzebami przedsiębiorców. Większość przedsiębiorców będzie mogła wymienić kasę na nową w momencie naturalnego zużycia się starej lub zakończenia okresu homologacji. Nie będzie przez to musiała ponosić dodatkowych kosztów, związanych przedwczesną wymianą. Dodatkowo projektodawca umożliwia przedsiębiorcy dokonania odliczenia kwoty wydanej na zakup kasy (do 700 złotych) w postaci ulgi. Ważne jest jednak aby w momencie konieczności dokonania wymiany kasy mieli oni już możliwość skorzystanie z oferty firm oferujących kasy rejestrujące w formie oprogramowania. Dzięki temu przedsiębiorca będzie mógł dobrać najkorzystniejszą dla siebie ofertę a zwiększona konkurencja na rynku spowoduje niższą cenę usługi. Wbrew niektórym obawą dopuszczenie kas rejestrujących w formie oprogramowania nie doprowadzi do upadku tradycyjnych kas fiskalnych on-line, zwłaszcza że te tradycyjnie kojarzą się przedsiębiorcom i klientom z rejestracją sprzedaży. Poszerzenie jednak oferty poza większą konkurencją wpłynie także na proces szybszej cyfryzacji usług.

Umożliwienie korzystania z oprogramowania rejestrujących transakcje handlowe to rzadki przykład rozwiązania, który wpływa pozytywnie zarówno na interes państwa, poprzez łatwiejszy sposób wykrywania oszustw podatkowych, jak i na interes uczciwych przedsiębiorców, którzy będą oszczędzić na zakupie sprzętu rejestrującego, jak mierzyć się będą z mniejszą ilością kontroli skarbowych. Ze względu bowiem na elektroniczne przesyłanie danych rutynowe kontrole sprawdzające staną się zbyteczne.

Dlatego jako Fundacja Warsaw Enterprise Institute pozytywnie oceniamy zaproponowaną regulacje i liczymy na to, że szybko stanie się ona częścią naszego porządku prawnego.

Wzrost cen mieszkań zaskoczył i ma swoich nowych liderów

Wzrost cen mieszkań zaskoczył i ma swoich nowych liderów. Średnio ceny wzrosły o 11 proc. Rekordowo w Gdańsku, ale także w Zielonej Górze i Bydgoszczy.

Rosną ceny transakcyjne, a więc nie jest to wzrost jedynie w ofertach sprzedaży.

Nadal wzrost cen jest większy od wzrostu wynagrodzeń, który pozostaje na wysokim poziomie 7 proc., a jednak nie osłabia to popytu. Po stronie podaży też będzie coraz więcej mieszkań.

– Z cen ofertowych wynikało, że wzrost cen mieszkań wyhamuje, ale to się nie potwierdziło, gdy poznaliśmy jak zmieniły się w II kw. ceny transakcyjne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Sadowski z Expandera.

Dane o kredytach hipotecznych również potwierdzają wzrost popytu na mieszkania. Wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych wzrosła w II kw. o ok. 20 proc.